Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

stupaaaas

Zamieszcza historie od: 14 marca 2021 - 0:36
Ostatnio: 23 listopada 2023 - 3:02
  • Historii na głównej: 3 z 3
  • Punktów za historie: 314
  • Komentarzy: 4
  • Punktów za komentarze: 13
 

#90360

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Od lat 70. XX wieku moi dziadkowie są dzierżawcami niewielkiej działki na Rodzinnych Ogródkach Działkowych w jednym z dużych wojewódzkich miast. Od kilkunastu lat miejsce to zmieniło się diametralnie, niestety – na minus. Powodem jest prezes, który kolokwialnie mówiąc, dał sobie wejść na głowę.

Każdy, kto „kupuje działkę”, czyli nabywa prawo do dzierżawy określonego terenu na ROD (zwanego potocznie działką), zobowiązany jest podpisać ogólny regulamin i przestrzegać zasad, które zostały w nim zapisane.

1. Wielkość altanki. Każda altana według zapisów w regulaminie ROD, musi mieć określoną wielkość i wysokość. Nie może przekraczać określonych parametrów, posiadać pięter, balkonów, wielkich tarasów. W praktyce „działkowicze” pozwalają sobie budować budynki, które spokojnie mogłyby stać na osiedlu domków jednorodzinnych. Jednak haczyk w tym, że altana nie potrzebuje żadnych zgód, pozwoleń na budowę itd., więc właściwie każdy z takich nielegalnie postawionych obiektów jest samowolą budowlaną. Nie może umknąć uwadze również fakt, że często taki zbyt wysoki budynek zasłania na sąsiedniej działce część grządek i rzuca na nią dość duży cień.

2. Brak zieleni na działce. Rozumiem, że ktoś może nie przepadać za drzewami, krzewami i uprawianiem warzyw. Ale coraz więcej jest łysych działek, które oprócz domku nie mają żadnych roślin, ani drzew, a w zamian ludzie wylewają beton, który tylko podgrzewa temperaturę w trakcie upału.

3. Zakaz zamieszkiwania działki. Od dobrych kilku lat rośnie liczba osób, które wprowadzają się na teren działki do budynku, który teoretycznie jest altanką. Nie mówię tutaj o ludziach ubogich, którzy rzeczywiście nie mieliby gdzie spać, a takich cwaniaczkach, którzy stawiają sobie tutaj gigantyczną chatę „bo tanio”, a przed domem stoi samochód drogiej marki, czy chwalą się drogimi zagranicznymi podróżami. Zazwyczaj na terenie takich posesji nie ma kompletnie żadnych upraw, ani drzew, a jeśli zostały po poprzednich właścicielach - są likwidowane. W kwestii rachunków - działkowcy płacą je dwa razy do roku - na początku sezonu działkowego (kwiecień/maj) i pod koniec (październik/listopad). Oczywiście są to śmieszne pieniądze, porównując je nawet do najtańszych mieszkań w mieście.

4. Zakaz wjazdu na alejki (z wyłączeniem służb ratowniczych). Na bramie jak wół widnieje napis „wjazd wyłącznie w piątek w celu dowozu materiałów i narzędzi”. W okolicy bramy znajduje się duży parking, który spokojnie pomieści przynajmniej około 150 samochodów. W praktyce zakaz w ogóle nie jest respektowany, a część działkowców wybudowało sobie nawet zatoczki i podjazdy, na których dzień w dzień ochoczo parkuje swoje samochody. Nie jest raczej powodem do radości, że dziennie dosłownie obok siatki z plonami i uprawami przejeżdża kilkadziesiąt samochodów, których być tam nie powinno.

5. Ogrzewanie altan zimą. Pomijając już fakt, że na działce nie wolno mieszkać, zimą sytuacja zanieczyszczenia powietrza na tym terenie jest tak tragiczna, że ciężko wytrzymać tutaj więcej niż pięć minut. Osoby biedne palą w kominach śmieciami, ci bogatsi węglem, drewnem. Czasem jest tutaj gorsza jakość powietrza niż w centrum. A przecież to ma być podobno „zielone serce miasta”.

Ostatnio na tablicy ogłoszeń pojawił się wielki baner, że nasze ROD otrzymało dofinansowanie z Funduszy Europejskich na utrzymanie bioróżnorodności i ekosystemów. Ta, jasne.

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 81 (95)

#90146

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Sytuacja miała miejsce zimą zeszłego roku.

Dzień był zimny, temperatura tego dnia oscylowała około 0°C. Mieszkam w jednym z największych miast w Polsce, tego dnia wracałem około godziny 14 z zajęć i czekałem na przystanku autobusowym w ścisłym centrum miasta, zaś w okolicy kręcił się około dwudziestoletni chłopak, który po kolei zaczepiał przechodniów. Po jakimś czasie podszedł też do mnie, prosząc o kupienie mu czegoś ciepłego do jedzenia (w okolicy znajdują się popularne sieciowe fast-foody i kawiarnie). Tłumaczył, że rodzice wyrzucili go z domu i nie ma się gdzie podziać, a nie ma pieniędzy i od długiego czasu nic nie jadł. Mój autobus nadjechał, a ja powiedziałem, że się spieszę i zapomniałem o sprawie.

Kilka dni później, wracałem wieczorem z centrum handlowego. Na tym samym przystanku - z racji godziny już dość opustoszałym - czekał chłopak wspominany wcześniej wraz z kolegą. Po wejściu do autobusu zająłem miejsce za silnikiem, a oni obaj usiedli na tzw. czwórce przed nim. Na pokładzie autobusu nie było dużo ludzi, ot może łącznie kilkunastu pasażerów. Chcąc nie chcąc, siedząc w miejscu dość incognito przypadkiem podsłuchałem rozmowę tychże chłopaków:

Chłopak: Ale ci ludzie to debile, masakra. Od poniedziałku stoję przy tym przystanku i zagaduję, czy nie kupią mi czegoś do jedzenia. Wymyśliłem, że rodzice mnie z domu wykopali i jestem bezdomny.
Kolega: Spryciarz jesteś kurde (słowo zmienione), ile hajsu zaoszczędziłeś?
Chłopak: No gdzieś kilka stówek na czysto, wiesz ile zestawów już opierdzieliłem (inne słowo) i kawek, herbatek za friko wypiłem?
Kolega: Ty to masz łeb.
Chłopak: No ale miejsce muszę zmienić, jutro już gdzie indziej stanę.

W tym momencie podziękowałem sobie, że kilka dni wcześniej po prostu wsiadłem do tego autobusu i nie dałem się oszukać.

Skomentuj (17) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 126 (136)

#87835

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Historia #87735 zainspirowała mnie do opisania... dożywotniego pozbawienia wolności (które nadal trwa!)

W tym roku minie 65 lat, odkąd wybudowano blokowisko, które jest miejscem zamieszkania moich dziadków. Ze starych lokatorów (mieszkających tu od samego początku) pozostały dwie rodziny - moi dziadkowie, a także mieszkająca piętro wyżej, rodzina M.
M dostali mieszkanie służbowe, z racji czasów nie byli wykształceni - brak szkoły, sami pochodzili z niewielkiej wioski.

Po kilku latach, M mieli trójkę dzieci - Małgorzatę, Teresę i Beatę. Ostatnia z nich, najmłodsza Beata była dzieckiem upośledzonym umysłowo. Nie wiem dokładnie, na czym polegały jej życiowe dysfunkcje, natomiast jedno było pewne – rozumiała, co wokół niej się dzieje. Z wyglądu, zwracała uwagę jej niskorosłość, a także specyficzny wyraz twarzy. Beata była również głuchoniema.

Beata (jak każdy będąc dzieckiem) była osobą niesamodzielną, nie potrafiła przygotować sobie posiłku, ubrać się, skorzystać samodzielnie z toalety. Próby przygotowania sobie czegoś do jedzenia, czy nieumiejętne korzystanie z ubikacji, były „nagradzane” przez matkę uderzeniami, krzykami. Dziewczynka zamknęła się w sobie.

Mimo swoich psychicznych predyspozycji, Beata nigdy nie poszła do szkoły specjalnej, a sugestie dotyczące posłania jej tam, płynące od moich dziadków, czy innych sąsiadów, pani M zawsze odbierała jako atak, potrafiła obrazić się na naprawdę długo.

Przez pierwsze kilka lat życia, Beata była zabierana swoją starszą siostrę Małgorzatę na spacery, place zabaw, integrowała się na tyle, ile umiała z innymi dziećmi. Nigdy natomiast nie zdarzyło się, żeby z własnej woli, na dwór zabrali ją rodzice. Kiedy wyjście było już pilne (przykładowo lekarz), matka potrafiła obwiązywać głowę córki chustą, twierdząc, że na pewno jej zimno (latem(!)).

Po pewnym czasie, starsze córki opuściły dom, założyły własne rodziny, a Beata pozostała z rodzicami. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że jej życie przerodziło się w koszmar. Państwo M potrafili wyjechać na cały dzień poza miasto, przykładowo na działkę, pozostawiając w zamkniętym pokoju, głodną córkę w piżamie i pościeli. O spacerach, zwykłym wyjściu na chwilę z domu nie było mowy. Próby interwencji ze strony sąsiadów, kończyły się groźbami i krzykami, a często nawet rękoczynami. Beata bała się rodziców.

Po kilkudziesięciu latach, pan M zmarł. Pozostawił córkę z matką, która z racji wieku, również zaczęła podupadać na zdrowiu. Wówczas, nad leżącą matką, konieczna okazała się pomoc jednej z sióstr – Teresy, która z powrotem wprowadziła się do rodzinnego gniazda. Gdy Beata, zauważyła, że ze strony pani M nic jej już nie grozi, zaczęła... wyrażać swoje emocje. Potrafiła zamknąć drzwi do pokoju matki, wyjąć z wtyczki kabel od telewizora, przewrócić jej napój.

Kilka lat później, pani M zmarła. Beata pozostała z siostrą Teresą, która, mimo, że lepiej ją traktuje, również nie widzi potrzeby w zabieraniu kobiety na dwór. Druga z sióstr – Małgorzata od kilku lat nie żyje.

Beata od ponad pięćdziesięciu lat nie wyszła z domu. Nie potrafi czytać, nie umie się komunikować, zrobić sobie czegoś do jedzenia(!). Najgorszy w całej historii jest fakt, że miała do wszystkiego tego predyspozycje. Jedynie rodzice przerodzili jej życie w koszmar.

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 123 (135)

1