Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

szaramucha

Zamieszcza historie od: 23 lutego 2021 - 3:43
Ostatnio: 13 września 2021 - 12:30
  • Historii na głównej: 3 z 5
  • Punktów za historie: 427
  • Komentarzy: 15
  • Punktów za komentarze: 21
 

#88476

(PW) ·
| Do ulubionych
Korzystałam ostatnio z publicznej toalety na dworcu kolejowym. Toaleta była całkiem czysta, aczkolwiek pomieszczenie z umywalkami miało tak mokrą i brudną od butów podłogę, że aż się kleiła. Elektryczne suszarki bezdotykowe były umieszczone na przeciwległej ścianie do tej z umywalkami.

Przede mną z umywalki korzystała kobieta, która na głos komentowała ten syf, głośno klnąc. Narzekała na to, że nikt tu chyba nie sprząta cały dzień, i że nie można w ogóle dojść nawet, żeby umyć ręce.

Po czym przeszła od umywalki do suszarki odwracając się, ale nie strzepując rąk W OGÓLE, więc woda z nich poszła na podłogę.

Ja natomiast strzepałam ręce całkowicie nad umywalką, do sucha. Owszem, trochę mi to zajęło, ale mam codzienną praktykę przy zakładaniu soczewek kontaktowych ;)

Nie mnie oceniać układ toalety co gdzie się znajduje, ale ta sytuacja z boku była po prostu komiczna. Tak jakbyś palił papierosa i narzekał na to że w powietrzu śmierdzi tytoniem :D

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 110 (134)
poczekalnia
Spotkała mnie w życiu tragedia. Nagła. Mój świat zawalił się w ciągu dosłownie kilku godzin.

Niestety życie musi się toczyć dalej i niezależnie od wszystkiego swoje zrobić trzeba. Moim wtedy obowiązkiem był pies, który nie rozumiał co mi się stało i chciał wyjść na dwór w wiadomym celu. No to idziemy. Znalazłąm w sobie siłę, by wyprowadzić psa, ale już na nic innego nie miałam wtedy siły. Co kilka minut kucałam, żeby się wyryczeć, na szczęście byłyśmy w lesie, więc sąsiedzi chyba nie słyszeli. Nie wiedziałam, jak się nazywam, bolało mnie całe ciało od płaczu. Ostatkiem sił sprzątnęłam po psie, wyrzuciłam pakunek do kosza, ruszyłam w drogę powrotną do domu mając nadzieję, że nie zgubię drogi. Uprzedzając pytania - nie, nie miał mi kto pomóc, byłam zupełnie sama.

Gdy byłam już z psiną prawie pod klatką (marzyłam, by usnąć znowu), poczułam mocne szarpnięcie za ramię i krzyk kobiety, która darła się w moją stronę. Wyobraźcie sobie, że nie byłam w stanie skupić się na tym co ona mówi, dopiero po chwili skupiłam się na jej słowach. Podobno mój pies zrobił kupę i nie posprzątałam. Laska w ogóle nie dała mi dojść do głosu, krzyczała niczym Karen, niestety wykorzystała mój stan, aby się chyba na mnie wyrzyć.

W końcu jej krzyk dodał mi trochę przytomności i poprosiłam grzecznie, żeby mi wskazała to miejsce gdzie moja psinka się zdwójkowała to posprzątam.

Tu dygresja, mój psiak robił dwójkę na każdym spacerze, ale dwie dwójki to była nowość. Psina szła za mną, miałam naprawdę co innego w głowie, niż obserwować ją cały czas, więc mea culpa.

Kobieta nie była łaskawa mi pomóc, tylko krzyczała. Chyba miałam do czynienia z osobą niepełnosprawaną umysłowo, bo jak tak wspominam całe zajście, to laska naprawdę zachowywała się jak typowa Karen z amerykańskich filmików, jakich wiele w internecie.

Ogarnęłam się, otarłąm łzy i cofnęłam się spory kawałek, aby sprawdzić trawnik, niestety nic nie znalazłam.

Po powrocie do klatki, przed którą jeszcze była furtka, zobaczyłam, jak ta sama kobieta wali głową w ramę tejże furtki. Obok stała jakaś parka, chyba dzwonili na policję, bali się podejśc i wcale się nie dziwię. Laska znowu jak mnie zobaczyła to jej furia przeniosła się na mnie, więc kiedy zaczęła iść w moją stronę z miną mordercy, po prostu uciekłam.

Pies na szczęście był posłuszny do kwadratu, więc pobiegła za mną dookoła bloku, do drugiej furtki. Nie wiem jak tego dokonałam, ale naprawdę resztkami, bo jak weszłam do domu, to padłam i nie otworzyłam oczu przez kolejnych 8 godzin.

Okazało się, że Pani nie ma żółtych papierów, jest po prostu zołzą do kwadratu, o czym przekonywałam się przez kolejnych kilka miesięcy, aż do wyprowadzki.

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 34 (80)

#87925

(PW) ·
| Do ulubionych
Zostało mi 10 minut przerwy w pracy. Akurat siedziałam z koleżanką przy stole i kończyłyśmy posiłek.

Koleżanka ma dość trudny charakter i sposób bycia, jest też dość emocjonalna i nerwowa. W radzeniu sobie z codziennym stresem pomagają jej filmiki na youtubie, które są w sumie do tego przeznaczone. Dla nie obeznanych: czyszczenie dywanów, sprzątanie domu, usuwanie zaskórników ze skóry, ASMR itp. Są to filmiki mające miliony wyświetleń, a oglądanie ich daje jakąś taką dziwną satysfakcję ;)

Koleżanka spojrzała na zegarek i powiedziała, że w sumie dla spokoju obejrzałaby sobie właśnie taki filmik teraz, ale on ma 15 minut a za 10 musimy być już gotowe do pracy. Zasugerowałam obejrzenie kawałka filmiku, ale NIE! bo to nie będzie to samo i jeśli ona nie obejrzy do końca to ją zestresuje jeszcze bardziej!

No cóż, nie mi to oceniać co tam jej w głowie siedzi, ważne że jest dobrym pracownikiem. Ale dialog który nastąpił wtedy, trochę mnie wbił w ziemię.

Ja: może po prostu obejrzyj z podwójną prędkością?
K: jak to z podwójną?
Ja: no włącz filmik i niech się odtwarza dwa razy szybciej? Pokażę Ci gdzie, jeśli nie znasz tej funkcji.
K: bardzo śmieszne, przecież to nie znaczy że filmik będzie trwał krócej?
Ja: No nie, ale jego oglądanie już tak, a zobaczysz go do końca, tak jak chciałaś.
K: Bardzo śmieszne! Nie wkręcaj mnie, jeśli filmik trwa 15 minut, to jego obejrzenie trwa 15 minut!
Ja: No tak, ale jeśli sobie przyśpieszysz dwukrotnie..
K: przestań proszę Cię, po prostu przestań!

W tym momencie zabrakło mi argumentów, minęły kolejne minuty w czasie których koleżanka mogła już dawno ten filmik zacząć oglądać. Zamiast tego podniosła głos, wstała, szybkim krokiem oddaliła się od stolika, a oczy pozostałych osób na sali wbiły się we mnie.


Dowiedziałam się potem, że jestem bardzo słabym żartownisiem i na szczęście ona się nie dała mi wkręcić.

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 162 (186)

#87784

(PW) ·
| Do ulubionych
Mieszkam za granicą. Kto przeczytał moją pierwszą zarchizowaną historię, ten wie, że uwielbiam januszować :)

Nie rozmawiam na ulicy po polsku, ale jak akurat mama zadzwoni... Zdarzyło się kilka razy, że podchodzą do mnie ludzie i zaczynają po polsku wścibską nawijkę o tym, że miło spotkać rodaka za granicą. To fakt, miło, ale nie można po prostu powiedzieć zwykłego "dzień dobry" i pójść w swoją stronę? Nie, trzeba mnie zagadywać o to, co tu robię, nie zwracając uwagi na fakt, że cały czas rozmawiam przez telefon.
Moja mama ma do mnie sprawę pilną, rozmawiamy, a w między czasie stoją nade mną "rodacy" i pytają jak długo jestem już w tym mieście.

Musiałam być niestety niemiła, bo chciałam się kulturalnie odsunąć, a grupka zaczęła za mną iść. Skąd wiem, że za mną? Bo patrzyli na mnie i ewidentnie czekali, aż skończę rozmawiać.
Nie każdy ma ochotę na pogaduszki z obcymi ludźmi, naprawdę.

Druga historia zdarzyła się, kiedy jadłam z kolegą Polakiem posiłek w knajpie. Podszedł do nas Polak, bez pardonu przysiada się do nas i radośnie stwierdza, że cieszy się że spotyka Polaków. Kochani Rodacy, nawet największa tęsknota (która i mnie dopada, przyznaję) nie uprawnia Was do chamstwa i braku kultury.

Kraj, w którym mieszkam uchodzi za drogi i bogaty. W związku z tym ja również uchodzę za bogatą. Kiedy podczas rozmowy mówię, że na coś mnie nie stać, to rozmówcy zwykle doznają szoku i słyszę: ale jak to? przecież pracujesz w Drogim i Bogatym Kraju!

Drodzy rodacy, jeśli mówię, że na coś mnie nie stać, to znaczy że mnie nie stać. Wiem, ile mam na koncie. Rozmowa dotyczyła oczywiście większej sumy niż 1000zł czy wypadu na pizzę.

I przechodząc płynnie właśnie do wydatków codziennych, to fakt stać mnie. Im wyżej frank tym lepiej (swoją drogą już raz mi zarzucono, żem nieczuła bo frankowiczom mogłoby być przykro).

Ostatnio jak byłam w Polsce, to koleżanka zaproponowała mi kosmetyk, który podobno jest dobry a ona sprzedaje tę markę. Zgodziłam się, zapytałam o cenę, uznałam że jest ok, zapłaciłam, dostałam kosmetyk i uznałam sprawę za zakończoną. Niestety dowiedziałam się potem od wspólnych znajomych, że koleżance jest bardzo przykro, jak ją potraktowałam.
Koleżanka bowiem była przekonana, że dam jej więcej niż chciała. Aż zbaraniałam, jak to usłyszałam- "No bo przecież masz". Nie znam się na cenach tej marki, dla ciekawskich chodziło o krem do twarzy za 250 zł, który starcza na około trzy miesiące. Fakt, że dobry ten krem, ale poszukałam już innego dostawcy.

Sytuacje ze znajomymi są dość niezręczne kiedy idziemy razem z moimi rodzicami gdzieś. Za rodziców płacę ZAWSZE I ZA WSZYSTKO. Jest to umowa między nami, porozmawialiśmy sobie o tym już dawno, aby żadna ze stron nie czuła się źle. Tak samo z bratem.

Jeśli natomiast dołącza do nas w restauracji jeszcze ktoś (tak, moi rodzice i ja mamy wspólnych znajomych), to zauważyłam, że wybiera sobie z menu dużo więcej niż jedna osoba mogłaby zjeść. A potem zdziwko, że musi sam opłacić rachunek. "No bo przecież skoro i tak płacę za wszystkich innych, to mogłabym już opłacić całość".

Naszej rodzinie zostali tylko Ci przyjaciele, którzy albo pytają na początku czy nie byłoby problemu, gdybym zapłaciła (bo np knajpa jedna z droższych), albo po prostu płacą za siebie, mimo iż zarabiają mniej.

Dodatkowo te komentarze... Że się popisuję, bo wzięłam taksówkę (nie nie Ubera, taksówkę) mamie, żeby nie wracała autobusem. Serio? Mam przepraszać, bo zadbałam o moją własną mamę? "Inni nie mogą sobie na to pozwolić!", usłyszałam...

Wracając do mojego miejsca zamieszkania, przyznaję, że posługuję się językiem angielskim, który urzędowym tam nie jest. Tzn jest, ale w pracy tylko.

Na co dzień posługuję się podstawową znajomością języka, jeśli ktoś nie mówi po angielsku to w ostateczności zawsze mam przy sobie mini słowniczek i rozmówki. Sąsiedzi, listonosz, policja, kasjerzy - WSZYSCY są przemili. Oprócz Polaków. Już nieraz słyszałam, że nie mam prawa tu przebywać, bo powinnam znać język lokalny w mowie i piśmie na poziomie C! G.. prawda, w tej chwili wystarczy A2. "Bo on się nauczył i ciężko harował żeby tu własną firmę mieć, a przyjedzie taki jeden i myśli że mu się wszystko tu należy!" Nigdy tak nie uważałam, zaproponowano mi warunki, zgodziłam się i pracuję. Nie Twój, rodaku interes.

Ostatnio jak mieszkałam w Polsce w hotelu, to cierpliwie tłumaczyłam Pani sprzątającej (Ukrainka lub Białorusinka), że chodzi mi o ręcznik. Próbowałam na migi. Nie kazałam jej "spadać do siebie". Fakt, trochę się zdziwiłam, że nie rozumie słowa "ręcznik", ale uznałam że to nie moja sprawa, może jest w Polsce dopiero od kilku dni, może się denerwuje? EDIT: użyłam translatora, bo Pani akurat nie miała przy sobie ręczników, które mogłabym wskazać. Rodacy, skąd w Was tyle jadu? Migracja jest i będzie. Ludzie poszukują lepszego życia i nie ma w tym nic złego.

Przepraszam za chaos w historii. Na wszystkie pytania uzupełniające w komentarzach chętnie odpowiem. Za hejt jak zwykle dziękuję :)

zagranica

Skomentuj (25) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 198 (254)
zarchiwizowany
Mieszkam za granicą.

Nazbierało mi się sporo rzeczy dla mamy, bo jak wiadomo, nie widujemy się od miesięcy. Zapakowałam więc wszystko do walizki kabinówki i zaczełam poszukiwania kogoś, kto mi to przewiezie. Pomogła facebookowa grupa, już po godzinie byłam umówiona z człowiekiem na odbiór. Mama będzie miała dla nas walizkę zwrotną w drugą stronę dla Pani? Nie ma problemu.

Podałam przez messengera wszystkie potrzebne dane i czekam. Dzwoni do mnie jednak numer przez WatsAppa. Pan się przedstawił, ale nie kojarzyłam. Bo on ma podobno ode mnie paczkę odebrać, ale nie mógł się do mnie dodzwonić, bo mam blokadę. No tak, mam blokadę na numery zastrzeżone.
Czaicie? Człowiek ma do mnie pretensje, że się nie mógł do mnie dodzwonić z zastrzeżonego numeru. Może mi to ktoś wyjaśnić?

Wracając, okazało się że to nie jest pracownik firmy, tylko kolega wspólnika człowieka, z którym się umówiłam. Zależało mi na tej paczce, wiec tego nie skomentowałam. W środku tak naprawdę nie było rzeczy ratujących życie, trochę ciuchów, czekolada, ser, drobnostki. Postanowiłam więc przemilczeć fakt, że pan, który przyjechał, nie wystawił mi żadnego potwierdzenia odbioru czy coś. Tym bardziej, że zapłaty też nie chciał.

Chciał za to koniecznie wiedzieć "jak mi się tu żyje". A czy mam własne mieszkanie, czy wynajmuję? Ile już czasu tu pracuję? Czy jestem mężatką, a jeśli tak, to czy rozliczam się z mężem czy sama? Bo on ma firmę, która zajmuje się pośredniczeniem w kupowaniu mieszkań i jeśli planuję zostać na stałe za granicą, to on zaprasza na spotkanie. Podziękowałam, ale wizytówkę wzięłam, bo nie chciałam być niemiła. Mógł po prostu zacząć od tej wizytówki, a nie robić z siebie wścibskiego chama.

Fakt, że byli u mojej mamy o 1 w nocy, bez nawet grzecznościowego "przepraszam", już pominę. Na szczęście walizka od mamy dla mnie przyjechała już po dwóch dniach, ale przyjechał ten sam człowiek, czyli kolega. Wręczyłam mu zapłatę do ręki, ale dziwnie się czułam. Jakoś tak wszystko niepoważnie...

I teraz mam zagwostkę, bo chciałabym przewieźć mojemu bratu PS4, skoro mam już PS5. A to już inna sytuacja :) Co myślicie? Niby przewieźli, ale skoro mają własną firmę przewozową, a wysyłają kolegę po odbiór, to dla mnie jest to typowe uniknięcie podatków..

zagranica

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: -9 (39)

1