Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

szaramucha

Zamieszcza historie od: 23 lutego 2021 - 3:43
Ostatnio: 18 października 2025 - 13:19
  • Historii na głównej: 15 z 19
  • Punktów za historie: 1909
  • Komentarzy: 120
  • Punktów za komentarze: 296
 

#92450

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Moja mama miała pół roku temu udar. Pierwszym samolotem przyleciałam do Warszawy. Mama upadła na lewe biodro, więc w szpitalu dawano jej leki poudarowe, oraz zrobiono operację biodra. Ponieważ jest niesamodzielna, niestety po szpitalu nie mogła wrócić do domu. Dlatego od miesięcy płacimy z własnej kieszeni, aby zapewnić jej pobyt w jak najlepszym domu opieki.

W międzyczasie łazimy po urzędach, przychodniach, domach opieki i ośrodkach rehabilitacyjnych starając się o rehabilitację na NFZ. Udało się już po półtora miesiąca uzyskać miejsce (ze skierowaniem ze szpitala) w ośrodku w Centrum Warszawy, jednak te 6 tygodni to było za mało, aby mama mogła chodzić. Okazało się, że skierowanie od lekarza było ortopedyczne, a nie neurologiczne, więc mama nie miała żadnych ćwiczeń pomagających jej rehabilitować niesprawną lewą dłoń na przykład. Klinika powiedziała, że nawet ze skierowaniem od neurologa, nie można jej przedłużyć pobytu. Tylko skierowanie ze szpitala.

Ja niestety musiałam wrócić do domu.

Jak wiemy, w Polsce trzeba się nachodzić i błagać o informacje, jakie są możliwości, aby dalsza rehabilitacja na NFZ była możliwa. Mój tata z jego charakterem zupełnie się do tego nie nadaje, a i tak zacisnął zęby i od początku pilnuje wszystkich lekarzy, wizyt kontrolnych i wykupuje leki. Bywało i tak, że jeździł do jakiegoś miejsca, gdzie skierowano go do innego, a tam mówiono mu, że oni się tym nie zajmują i że trzeba pójść tam i tam. Czyli do miejsca, z którego przyszedł. Miał kilka dni totalnej załamki. Dzwoni i umawia terminy, nawet na za dwa lata. Bo wiecie, chociażby okulista jest potrzebny, gdyż mama ma ogromne problemy z lewym okiem.

Ktoś nam podpowiedział, że można wystąpić o przyznanie mamie statusu osoby niepełnosprawnej, ale dwa dni temu dostaliśmy list, że oni to rozpatrzą do 5 lutego, bo nie mają ludzi na razie.

W tym momencie mama jest w domu opieki, w którym czuje się dobrze, ale nie ma rehabilitacji. Miejsce jest blisko domu, dlatego jeździmy wszyscy prawie codziennie. Ja też przylatuję jak najczęściej i odwiedzam mamę. Brat po pracy też co najmniej dwa razy w tygodniu. No i tak sobie czekamy, co można dalej zrobić, płacąc co miesiąc z własnej kieszeni. Jeśli bardzo jesteście ciekawi: 5400 pln.

Pieniądze się już prawie skończyły, a tu same odpowiedzi odmowne ze wszystkich ośrodków. I to nawet już nie na NFZ, tylko prywatnie. Trzeba wszędzie czekać po kilka miesięcy, nawet ze skierowaniem od neurologa.

Natomiast w ośrodku w którym przebywa mama, prawie codziennie obsługa sugeruje nam, abyśmy to MY zrobili mamie toaletę. Za pierwszym razem to pomyślałam, że to żart. Potem zrobiło się mało przyjemnie, kiedy wszyscy zaczęliśmy delikatnie odmawiać.

Po pierwsze: wiecie, jak jest w domu opieki. Nie jest to przyjemny widok, jak się patrzy na ludzi, którzy już ledwo kontaktują. Dlatego siedzimy tam max godzinę, co jest idealne, bo mama też już chce odpocząć.

Po drugie: żadne z nas nie nadaje się do tego typu opieki. To trzeba mieć naprawdę serce i powołanie do tego, dlatego podziwiam ludzi, którzy to robią. Jak patrzę na ich pracę od pół roku, to uważam, że powinni pójść do nieba bez kolejki.

Po trzecie: mama sama nie chce, aby jej własne dzieci ją wysadzały. Nawet tata. Mówiła wielokrotnie, że woli jak pomagają jej osoby obce i przeszkolone.

Po czwarte: za 5400pln, w które wliczona jest higiena osobista pacjenta, uważam, że panie powinny po prostu wykonywać swoją pracę. Wiem, że to źle zabrzmi, ale prawda jest taka, że płacę i wymagam. Poza tym boję się czasem mamy dotknąć, bo boję się zrobić jej krzywdę. Schudła bardzo i sama się śmieje, że całe życie marzyła o takiej wadze.

Uprzedzając pytanie: nie może wrócić do domu, bo nie ma się kto nią zająć. Wszyscy pracujemy. To mama zajmowała się domem. Tata jeszcze nie jest na emeryturze.

I tak się zastanawiam, ile to jeszcze potrwa, zanim wróci. Prywatni rehabilitanci są niechętni, aby przyjeżdżać do domu opieki, aby pracować z mamą. Tym bardziej, że po prostu nie ma tam miejsca.

nfz opieka

Skomentuj (22) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 134 (140)
zarchiwizowany

#92217

przez (PW) ·
| było | Do ulubionych
Moja historia o zadawaniu przez lekarzy niepotrzebnych i nieistotnych pytań, nie spodobała się wam, ale będę obstawać przy swoim.

W marcu zwichnęłam kostkę, ale nie mogłam udać się od razu do specjalisty. Trafiłam do ortopedy dopiero na początku maja. Ten skierował mnie na USG. Zapisałam się na 30 czerwca.

Lekarz był wyraźnie niezadowolony, że przyszłam dopiero teraz. Stwierdził, że teraz USG nie ma zupełnie sensu, bo już i tak nic tam się nie zmieni.

Na każde "a dlaczego pani z tym dopiero teraz przyszła" odpowiadałam samymi faktami. Czyli jak, kiedy i co się konkretnie stało. Zadał mi to pytanie kilkukrotnie, wyraźnie poirytowany. A ja uparcie opowiadałam ze szczegółami jakie konkretne maści przeciwbólowe i przeciwzapalne używałam. Nie poskutkowało. Powiedziałam, że nie miałam żadnego gipsu i tylko trzymałam nogę w usztywniaczach wielorazowego użytku. Ostatecznie chciałam uciąć dyskusję, odpowiedziałam, że nie mogłam, na co lekarz prawie zaczął krzyczeć, że jak to tak, że tak nie wolno, że nie ma, że nie mogłam, że to się przychodzi wcześniej. Ostatnimi siłami powstrzymałam się od płaczu (leki działają ^-^) i po prostu zamilkłam. Po kilku sekundach ciszy, lekarz przewrócił oczami i zaprosił na fotel. USG zostało wykonane, ale komentarze cały czas były. Kiedy podał mi wynik badania, nie chciał mi nic wyjaśnić. Musiałam się upomnieć. Lekarz tylko uśmiechnął się i powiedział, że tam jest po prostu już blizna zagojona i nic poza tym.

Wyszłam w jeszcze gorszym stanie psychicznym niż weszłam.

Dla porównania wizyta u ortopedy dwa dni później. Lekarz obejrzał wynik USG i dokładnie mi wyjaśnił, co tam jest napisane. Język medyczny jest zbyt skomplikowany dla większości z nas. Usłyszałam w zasadzie to, co na USG, ale po poinformowaniu mnie, że wcześniejsze przyjście jest kluczowe dla zdrowia, ortopeda tylko upewnił się, że rozumiem. Skinęłam głową i na tym temat się zakończył. Lekarz jeszcze raz obejrzał moją kostkę i bardzo szybko postępujące płaskostopie. Powiedział, że kolejnym krokiem jest fizjoterapia oraz indywidualne wkładki do butów na zamówienie. I tyle. Wyszłam bardzo zadowolona.

Tak, jestem nadwrażliwa. Ledwo wstawałam z łóżka, jestem na lekach i bardzo staram się codziennie walczyć, żeby jakoś swoje życie ogarnąć. Kiedy już idę do lekarza, jest to dla mnie wysiłek. Ale staram się coś zmienić, nie poddaję się. Niestety za każdym razem jestem besztana jak ośmiolatka. I paradoksalnie odechciewa mi się chodzić do lekarzy. Ortopeda, laryngolog, ginekolog, dermatolog, okulista... Oni są od leczenia. Powinni mnie poinformować tylko o konieczności częstszych wizyt. Nie chcę im się spowiadać. Od tego mam psychiatrę i psychologa.

Potrzebujemy motywacji i dopingowania na każdym etapie życia, nie tylko jako dzieci. Skończmy z tym "weź się w garść, bo jesteś dorosła". Właśnie dlatego idę do lekarza. Bo chcę się wziąć w garść, jestem przecież dorosła.

Znam mnóstwo osób, które unikają lekarzy, bo wiedzą, że ci ochrzanią ich za nie pojawianie się na kontrolach.

I teraz pytanie. Co może stać się w waszym życiu, żeby było ważniejsze, niż wizyta u lekarza? Ja mam całą listę tych rzeczy.

Skomentuj (35) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: -1 (43)
poczekalnia

#92201

przez (PW) ·
| było | Do ulubionych
Jest takie jedno pytanie, którego nienawidzę słyszeć od lekarzy. Może i się czepiam, ale uważam, że odpowiedź na nie nie ma znaczenia.

"A dlaczego Pani dopiero teraz z tym przyszła"

Te 20 lat temu to słuchałam tego ochrzaniania z głową w dół i przepraszałam po sto razy.

A dziś wygląda to tak:

W Polsce chodzę do lekarzy tylko prywatnie. W moim kręgu zainteresowań są usługi dentystyczne, ginekologiczne, laryngologiczne oraz okulistyczne. I niestety często muszę znajdywać nowego lekarza, bo:

LARYNGOLOG:
"No ale jak to, to znaczy, że z takim zapchanym nosem to już pani ponad rok chodzi i do tej pory pani nie przyszła z tym?"
"Tak"
"Ale dlaczego?"
"Bo nie miałam czasu." (Chciałam uciąć temat)
"No ale jak to nie miała Pani czasu?"
Patrzę jej prosto w oczy przez kilka sekund, po czym pytam:
"Czy może mi pani sprawdzić, co tam się w tym moim nosku dzieje?"
Pani laryngolog przewróciła oczami i łaską sprawdziła mi nos. Powiedziała, że mam nieżyt nosa, muszę smarować przepisaną maścią i przyjść na kontrolę za dwa tygodnie.
"Niestety za dwa tygodnie nie będę mogła się pojawić u Pani, ale jak tylko będzie taka możliwość, to się zapiszę."
"No ale niby dlaczego?"
(ciśnienie mi skacze)
"Bo mieszkam za granicą"
"A gdzie dokładnie? To kiedy Pani będzie mogła przylecieć?"
"Niestety trudno mi powiedzieć, ale najprawdopodobniej za dwa miesiące"
"No to nie może Pani tam pójść do lekarza?"
Patrzę jej prosto w oczy i ze szczerym uśmiechem, mówię:
"Oczywiście, że mogę, ale z doświadczenia wiem, że w Polsce lekarze są lepsi."
Fakt, było to trochę sarkastyczne..

GINEKOLOG:
"No ale to jak ma pani taki problem z [tu nazwa problemu], to przecież trzeba zapisać się wcześniej."
"Wizyta u ginekologa nie należy do przyjemnych"
"Aaa tam, trzeba się przemóc, na sali porodowej też przecież nie ma wstydu"
"Może też czasem okres się rozregulować"
"No przecież mówiła Pani, że ma regularne cykle!"
Na tym zakończyłam polemikę i zapytałam o zalecenia.
"Ale wie pani, że trzeba do ginekologa chodzić regularnie tak?"
"No przecież jestem"
"Ale musi Pani regularnie"
"Tak, wiem"
"No to skoro Pani wie, to dlaczego Pani nie chodzi?"
[cierpliwość się wyczerpała]
"Przepraszam, czy od odpowiedzi na to pytanie coś zależy?"
"Po prostu uważam, że nie chodzenie na regularne wizyty jest ważne"
"A ja po prostu uważam, że powinien pan przestać skupiać się na moim życiu prywatnym"
"Jeśli nie będzie się pani stosować do zaleceń, to leczenie Pani nie będzie łatwe"
Ok, tu akurat miał rację, nie można pomóc osobie, która nie wykonuje zaleceń.
"A pan wcale mi tego nie ułatwia"
Pan doktor się obraził i wyprosił. Za wizytę zapłaciłam, bo badanie zostało wykonane jednak.

DENTYSTA:
no to już jest klasyka:
"To pani takich zębów sobie jeszcze nie wyleczyła?"
"Nie"
"Ale dlaczego?"
"Nie stać mnie"
"To jest żadna wymówka, można się zapisać na NFZ"
"Wtedy takie kliniki jak ta nie byłyby pewnie potrzebne".
No tu się lekarz troszkę zapowietrzył.
I wtedy powiedziałam mu tak:
"Panie doktorze, powiem to tylko raz. Mam złe doświadczenia z dentystami od dziecka, a musiałam chodzić często. Na widok gabinetu chce mi się płakać a na zapach - wymiotować. Owszem mogłam przyjść wcześniej, ale ciągle muszę się tłumaczyć ze stanu swojego uzębienia, jakbym miała 10 lat. A jednak przyszłam tu do pana na wizytę, tak? Mimo mojej traumy, tak? Chyba widać, że staram się coś zmienić, prawda? I powiem panu, że moje leczenie trwa długo również dlatego, bo dentyści bardziej są zainteresowani dlaczego mam takie zęby, a nie tym jak je wyleczyć".

W 2018 postanowiłam wyleczyć zęby pod narkozą i zapewniano mnie, że będzie miło i że się mną zajmą. Kiedy tylko się obudziłam, to usłyszałam: Pani mucho, dzień dobry, już po wszystkim, zapraszam do recepcji na uregulowanie rachunku. Ja, ledwo przytomna, poczłapałam do recepcji i tam mój przyjaciel prawie nie mógł mnie utrzymać w pozycji stojącej, a miejsca siedzące były zajęte. Mój przyjaciel, M., był osobą, która miała mnie odebrać, to jest warunek wykonania zabiegu, nie możesz sobie sam wyjść i zamówić ubera. Podaje się numer do takiej osoby do kontaktu. Także stoimy sobie i czekamy na moją kolej, w międzyczasie błagam M, żeby skombinował mi wodę, ale automat w recepcji nie miał uzupełnionych kubeczków. Czuję, że ludzie się na mnie patrzą i jest mi dodatkowo wstyd. W końcu kiedy podchodzimy do recepcji, to ja już mdleje praktycznie, w buzi mam nie dość że kapcia to jeszcze jakieś tam waty nie waty, coś chyba, żeby zatamować krwawienie lub ślinę, w każdym razie ledwo i niewyraźnie mówię. Pani recepcjonistka mówi "Pani mucho, to będzie [tu kwota], płatność będzie kartą czy gotówką?" Wtedy M nie wytrzymał: "Czy nie widzi pani, że ona jest ledwo przytomna?" Ktoś mi wtedy chyba ustąpił miejsca, ale pamiętam, że powiedziałam coś w stylu, że nie mam tyle na koncie" Nie wiem, dlaczego, pewnie dlatego, że źle usłyszałam kwotę, ale naprawdę ledwo kontaktowałam. Pani w recepcji podniosła głos, mówiąc, że miałam kwotę podaną przed zabiegiem (to jest nieprawda), i że w takim razie muszę podpisać oficjalne oświadczenie, że dopłacę. Ja już wtedy zupełnie się poddałam, zaczęłam płakać. Na szczęście M wysyczał recepcjonistce, że on zapłaci. Pultała się podobno, ale M stanowczo powiedział, że albo przyjmie jego kartę, albo wezwie służby.
I takie to moje szczęście z dentystami, a jeszcze długa ortodontyczna droga przede mną. Chciałabym mieć ładny uśmiech, ale ponieważ genetycznie nie mam jednego zęba na przodzie, leczenie jest mega kosztowne.


OKULISTA:
"Ostatni raz była pani 4 lata temu się zbadać? A dlaczego?"
Już mu nawet nie odpowiedziałam.

Może mnie nazwać nadwrażliwą, ale ja nie lubię tracić czasu na tłumaczenie się, bo odechciewa mi się wtedy leczyć się u kogokolwiek. Tym bardziej, że po takich wizytach jak opisałam, szukam sobie innych lekarzy i trwa to jeszcze dłużej...

A wystarczyłoby po prostu zwykłe "jeśli nie będzie pani regularnie, może to skutkować znacznym pogorszeniem stanu zdrowia, dlatego warto o to zadbać".

Wy też tak macie, że was to denerwuje? cy tylko ja jestem nadwrażliwa?

słuzba_zdrowia

Skomentuj (39) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 23 (75)

#92018

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Ciekawe, czy zrobi się z tego fala historii, bo może nie tylko ja miałam ten problem.

Mieszkałam już we "wszystkogwiazdkowych" hotelach, ale w tych wyższych, mam zawsze problem ze śniadaniem. A właściwie problem ze stolikiem.

W hotelach jedno oraz dwugwiazdkowych najczęściej brudne naczynia odstawiało się tacę na klasyczny wózek na kółkach. Jeśli na stole była taca, to nikt stolika nie zajmował. Proste.

W czterogwiazdkowych i pięciogwiazdkowych to kelnerzy zabierają brudne talerze ze stolika, co jest dla mnie z jednej strony zrozumiałe, ale jednocześnie pojawia się problem, czy stolik jest już wolny, czy po prostu ktoś poszedł sobie dołożyć jedzenia, lub zrobić kawę.

Za pierwszym razem mój stolik był już zajęty przez kolejnych gości, bo w międzyczasie kelnerka zabrała moje talerze. Przełknęłam, poczekałam na wolny stolik i dokończyłam jeść.

Potem zaczęłam zostawiać bluzę na krześle. Działało, dopóki nie zniknęła. Została przekazana do kierownika sali jako "zgubiona" i tam na szczęście mogłam ją odebrać. Nie skomentowałam, ale też nie podziękowałam. Zrobiłam to co wcześniej. Wolny stolik i dokończyłam jeść.

Moim kolejnym pomysłem było zostawianie pudełka od słuchawek. Działało, dopóki kelner nie podniósł go do góry i krzyknął, czy ktoś zostawił. Czerwona ze wstydu odeszłam od ekspresu do kawy i podeszłam do kelnera. Delikatnie, ale stanowczo powiedziałam, że jeszcze jem.

Zróbmy dygresję: Wiem, że często trudno jest ocenić, czy naczynia są już do wyniesienia. Niedopita kawa, talerz z nietkniętą jajecznicą... Każdy ma swój styl jedzenia, a o etykiecie zostawiania sztućców to prawie nikt nie pamięta lub nie wie. Nie obwiniam kelnerów, mówię tylko o moim takim trochę pechu.

Kolejne podejście: Zaryzykowałam i zaczęłam zostawiać telefon. Pomyślałam, że przerwanie połączenia ze słuchawkami szybko mnie zaalarmuje, że telefon powędrował tam, gdzie nie powinien. Działało to bardzo długo, zadziwiająco długo. Dla kelnerów był to chyba dobry sygnał, bo mało kto wyszedłby z sali bez telefonu.

Któregoś dnia sala była wypełniona po brzegi, ludzie stali w kolejce, dość długiej. Dlatego kierowniczka wyznaczała wchodzącym gościom stoliki. Dostałam stolik zaraz obok wejścia, przy niej. Stolik obok mnie się zwolnił, kelnerzy szybko sprzątnęli i już po chwili kolejna osoba została "przydzielona" do niego. Pierwsze, co zrobiła, to położyła laptopa na blacie i od razu poszła po jedzenie. Kierowniczka zobaczyła stolik z samym laptopem, podeszła i zapytała, czy to mój. Zaprzeczyłam, ale zanim dopowiedziałam, że wiem czyj, Pani już odchodziła. Zatrzymałam ją i poprosiłam o tego laptopa wyjaśniając, że ktoś sobie zajął.
Pani na to: ale jak to zajął? To ja przydzielam dziś stoliki.
Ja: I dokładnie ten przydzieliła Pani 20 sekund temu.
Pani: Nie pamiętam i nie było tu nikogo. (trochę dziwne, ale ok mogła nie pamiętać, był naprawdę tłok).
Ja: proszę Pani to jest mój laptop, proszę mi go oddać.
Pani: to co pani nie mówi?

O dziwo oddała, a ja odłożyłam go na ten sam stolik. Na szczęście już nie patrzyła w moją stronę.

Nie lubię takich sytuacji. Chciałabym zjeść w spokoju, oglądając w międzyczasie jakiś serial lub rolki nie rozpraszając się. Co jakiś czas dokładając jedzenia. Bez podchodzących co chwila kelnerów pytających, czy już ten talerz mogą zabrać. Sala ewidentnie jest za mała i robi się z tego taka tania stołówka niczym bar mleczny w Misiu. Tylko kelnerzy mili.

W końcu wydrukowałam sobie karteczkę z napisem JESZCZE JEM. W czterech językach. Złożyłam, zafoliowałam i jest to teraz mój nieodłączny element podróży. Działa!

Dla ciekawych, był to czterogwiazdkowy hotel w samiutkim centrum Warszawy.

hotel

Skomentuj (26) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 124 (142)

#91935

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Jak wspomniałam kilka tygodni temu, mam 40 lat i jestem otyła.

Przyszedł ten moment, kiedy waga mi stanęła. 10 kg mniej, ale zejść nie chce. Nigdy też nie miałam takiego parcia na cukier, jak teraz. Czas zacząć robić jakąś gimnastykę. Wykładam więc matę na środek salonu i kładę się. ADHD bierze się wtedy za mój mózg i nie mogę nawet ręki podnieść. Nie chcę robić z siebie ofiary, ale naprawdę jest mi ciężko. Tak sobie leżę ok. 20 minut z 1000 myśli na minutę. potem przekręcam się na bok, piesek podchodzi i się przytula i tak sobie leżymy razem na podłodze.

Płaczę wtedy, bo wiem, że to jest ostatni moment, aby coś ze sobą zrobić. I czasem nawet udaje mi się podnieść nogę i lub rękę, ale z ręką na sercu nie wykonałam jeszcze żadnego pełnego ćwiczenia. Żadnego brzuszka, żadnego przysiadu, ani jednego skłonu. Wstyd mi bardzo.

I wtedy przychodzi cala na biało moja rodzina. Jak tylko widzą mnie, kiedy jem zakazany składnik, to rzucają: podobno miałaś nie jeść chleba? Jak ty tak podjadasz, to Ty nigdy nie schudniesz. Na pewno zrobić Ci ciasto jak przylecisz? Bo wiesz, że po tym to przytyjesz prawda?

To było miesiąc temu, kiedy mama obiecała mi moje najukochańsze ciasto, które tylko ona umie zrobić i na które czekałam kilka miesięcy od ostatniego pobytu w Polsce.

To jest tak dobre ciasto, że aż mi się łezka w oku zebrała, na co wujek obok: oj widzę, że dieta się skończyła tak?

Lubimy sobie docinać, ale jak ktoś stawia granicę, to odpuszczamy zawsze.

Błagałam, żeby przestali i dali mi święty spokój.

Czego oczekiwałam: masz kochanie, upiekłam specjalnie dla ciebie, zrób sobie przerwę na jeden wieczór, wiem że jest Ci ciężko.

Co dostałam: No my przecież nie chcemy dla Ciebie źle. To tylko takie wygłupy. Przestań brać wszystko do siebie.

I moje ulubione: Tobie to już nic nie można powiedzieć.

Trzymajcie kciuki! I bardzo dziękuję za wsparcie i cudowne komcie pod poprzednią historią

dieta odchudzanie

Skomentuj (71) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 129 (171)

#91952

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Mój przyjaciel prowadzi hostel w centrum miasta.

Najpierw zarys: w hostelu dostępne są trzy pokoje. Na parterze są dwa pokoje ze wspólną łazienką. Na pierwszym piętrze jest całe mieszkanie, dwa pokoje, łazienka, kuchnia itp.

Wszyściutko jest pięknie opisane na Bookingu, w czterech językach, a moją pomocą nawet w pięciu. K wyłuszcza na czerwono prośbę o tak zwane ETA, czyli mniej więcej o której godzinie goście się pojawią. Czasem podają konkretną godzinę, czasami przedział czasowy, czasem rano lub po południu, ale zazwyczaj nic. K zawsze prosi kilka razy, na dzień przed dzwoni, pisze maile, SMS, oraz na wszelkich komunikatorach, które goście podali do kontaktu. I nic. Wszystko wyłączone. I nie zrozumcie mnie źle, ale żaden lot nie trwa 15 godzin, żeby nie móc się skontaktować.

Dlatego K często czeka cały dzień, marnując go, bo nie wiadomo kiedy goście się pojawią. A dlaczego musi czekać? Bo jest tylko jeden. Sam wszystko ogarnia od podatków przez sprzątanie.

A jak już się pojawią, to najczęściej po północy i żadnego pocałuj mnie w d...

Kiedyś go zapytałam, czy może zaostrzyć trochę wymagania, ale K powiedział, że jeszcze niestety nie może sobie na to pozwolić.

I teraz hit:

Zbliża się u nas ogromne wydarzenie, więc wszystko jest na ten czas wykupione co do ostatniego łóżka, a nawet w miastach sąsiadujących. K był od razu pewien, że może podwoić stawkę. Miał rację. Wszystkie trzy pokoje zostały zarezerwowane w ciągu mniej więcej 30-40 minut od udostępnienia terminu na Bookingu. K nawet śmiał się, że szkoda, że nie potroił ceny.

Po jakichś dwóch tygodniach kontaktuje się z K jeden z tych gości z pretensjami, że one nie rezerwował pokoju ze wspólną łazienką, i to jest wprowadzenie w błąd. Oczywiście nie miał racji. On sobie życzy zmiany na ten z własną łazienką. K profesjonalnie odpisał, że wszystko było opisane i niestety innych pokoi nie ma. Ale zawsze może Pan odwołać rezerwację bez poniesienia jakichkolwiek kosztów. Pan skorzystał z wielkim fochem, że go oszukano.

Jakieś dwie godziny później napisał, że on jednak chce ten pokój, ale było już za późno, bo 30 minut po jego rezygnacji, znalazł się inny chętny.

Za potrójną stawkę

pokój wynajem

Skomentuj (27) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 164 (182)

#91868

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Coś widzę, że będzie teraz moda na diety i odchudzanie, więc dodam ;)

Mam 40 lat.
Jestem otyła.
Jestem pod opieką psychiatry i psychologa.

Postanowiłam, że 1 grudnia będzie pierwszym dniem. Powolutku zaczęłam wyłączać trzy składniki i teraz, po kilku tygodniach ważę 10 kg mniej. Także zaraz przyjdzie ten moment, kiedy trzeba będzie też się więcej ruszać. To jest u mnie pierwsze rozdroże, więc wiem, że muszę podjąć dobrą decyzję.

Postanowiłam, że nie dam się zwariować i raz na kilka dni pozwolę sobie na coś "zakazanego". Po tym jednak nie zagłębiam się w poczuciu winy, tylko dalej trwam. Dzięki terapii.

Zarwałam na jakiś czas kontakt z rodzicami, ponieważ moja mama widząc mnie z batonikiem mówiła "jak tak, to Ty nigdy nie schudniesz". Było mi bardzo przykro. Dodatkowo uszczypliwości typu: "A co jadłaś w święta? Na pewno pierogi co?" Miałam dość tłumaczenia się i braku wsparcia.

Zdiagnozowano mi ADHD, które wiele osób uważa za bardzo modne. Nie macie pojęcia jak trudno jest mi powstrzymać się od jedzenia, kiedy mój mózg pragnie stymulacji. A niestety nie mam o tym z kim porozmawiać oprócz psychiatry i psychologa.

I teraz najgorsze: ludzie w moim otoczeniu ciągle mówią mi, że jestem otyła. W różnych sytuacjach i z różnym wydźwiękiem. Zaczęłam się zastanawiać, po co mi to mówią? Czy brzydzą się moim wyglądem? Czy chcą mnie po prostu obrazić? W pracy, w rodzinie, ze znajomymi...

I wtedy do mnie dotarło. Chcą po prostu sobie ulżyć, żebym nie czuła się lepsza od nich będąc na diecie.

Zaczęłam od: dlaczego mi to mówicie? No wiem, i co w związku z tym? Niestety nie dostałam odpowiedzi, tylko odchodzenie ze śmiechem. Dotarło do mnie, że to jest po prostu przedszkole i zmieniłam sposób obrony.

Na pytanie "czemu wyglądam tak grubo?" (w łagodniejszej wersji), nie mówię nic, tylko patrzę się głęboko w oczy pytającego. Wtedy dostaję "co, widzę że nie tylko świnka, ale i głucha świnka?". Kiedy następuje cisza, odpowiadam: "Nie jestem głucha, słyszałam Cię. Dałam Ci po prostu możliwość, żebyś się poprawiła". (Tak, zazwyczaj to kobiety mają ze mną problem). I wiecie, że to działa?? Nigdy wcześniej nie byłam tak grzecznie i profesjonalnie asertywna). Jeszcze kilka miesięcy temu załamałabym się, wróciła do domu, i przed telewizorem zajadałabym słodycze.

Czyli generalnie uczę się "wyrzucać" ludzi ze swojego życia bez jakiejkolwiek winy.

Ale po długich spacerach z psem, czeka mnie jeszcze siłownia, a tam boję się pójść jak cholera. Jeszcze nie jestem na tyle silna, aby wejść pomiędzy całą rzesz wysportowanych ludzi.

Podsumowując: bądźcie silni, to wasze życie :)

A dla ciekawych, trzy składniki to cukier, mąka i alkohol.

dieta odchudzanie psychika

Skomentuj (75) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 197 (213)
poczekalnia

#91755

przez (PW) ·
| było | Do ulubionych
Dwa lata temu razem z moim chłopakiem postanowiliśmy przygarnąć psa. I tak trafił do nas sześciomiesięczny buldożek francuski. Jak do nas trafił, to materiał na osobną historię jeśli będziecie chcieli, ale teraz o nie o tym.

Piesek dostaje szału gdy widzi inne psy, czyli jest tzw. psem reaktywnym. Wiedzieliśmy o tym przed adopcją, ale postanowiliśmy, że damy mu dom, bo nie mamy innych zwierząt, więc "jakoś sobie damy radę". No cóż, jednak życie nas zweryfikowało.

Pierwszy miesiąc zaadaptowaliśmy pieska u siebie, co było po prostu banalne. Ollie jest posłuszny, szybko nauczył się podstawowych komend. W domu oraz pośród ludzi jest psem po prostu idealnym. Kocha się bawić, robi typowe zoomi charakterystyczne dla frenczów (psiarze na pewno wiedzą, jest to typowe radosne bieganie dookoła niczym diabeł tasmański), wszystko je, czasem żebra cwaniak, ale jest przy tym przeuroczy i bardzo go kochamy.

Wszystko się zmienia, gdy pojawia się inny pies. Nie wiadomo skąd mu się to wzięło, no ale to nie miało znaczenia, zaczynamy intensywny trening. Ollie ewidentnie chce ugryść. Dosłownie "shoot to kill". Do tego jeży sie na grzbiecie i wydaje głośne mało przyjazne dźwięki.

Najpierw znaleźliśmy podobno najlepszą trenerkę w mieście, ale niestety stwierdziła po kilku tygodniach, że z nim na pewno nie ćwiczymy i zażądała od nas wideo z naszych starań, w przeciwnym razie ona rezygnuje.

I tu muszę przypomnieć, że wszystkie opinie, że wystarczy 10 minut dziennie z psem, aby była poprawa, możecie schować między bajki. Jest to totalna bzdura.

Zapytacie pewnie o kaganiec. Oczywiście, że próbowaliśmy, ale po trzech tygodniach zrezygnowaliśmy, bo Ollie zdzierał sobie pyszczek do krwi, byleby tylko ten kaganiec ściągnąć. Nie pomogły nagrody.

W międzyczasie piesek został pomyślnie wykastrowany. Liczyliśmy na zmniejszenie agresji po zabiegu, niestety nic takiego się nie stało.

Drugi trener miał z nami tylko konsultacje online, a kiedy pokazaliśmy mu filmiki z naszych spacerów, to stwierdził, że "psu należy się igła". Cytat.

Postępy jakie zrobiliśmy są tylko takie, że Ollie już nie reaguje na większe ptaki oraz jeże. Do tego jeśli pies jest w miarę daleko, to nawet odpuszcza i szybciej się uspokaja. Na początku to serduszko mu szybko biło jeszcze przez dobra 15 minut od momentu spotkania z psem.

Wszystkie mądre rady z Googla czy YouTuba są do tyłka. Obiecują cuda, ale w naszym przypadku chyba już nie ma ratunku. Przyznaję, że nadzieja już się nam kończy.

Pointy brak. Ollie nie podrużuje, chodzi na długie spacery tylko w nocy. U weterynarza czekamy na parkingu, aż będziemy mieli wolny gabinet i wtedy nas wołają.

Trochę już nie mamy siły, by się z nim bawić codziennie tyle, ile potrzebuje, więc przez swoją "przypadłość" nie może się wyszaleć.

Dobra, wyżaliłam się, teraz czekam na jajka i pomidory.

Skomentuj (27) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 32 (58)

#90795

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Korzystam z elektrycznych hulajnóg często i chętnie. Unikam jednak gęstych zaludnień i godzin szczytu, z wiadomych powodów.

Tydzień temu musiałam zrobić sobie przerwę w jeździe, bo źle się poczułam. Zatrzymałam się przy ławce, zaparkowałam hulajnogę obok niej i usiadłam na chwilę. Nie wyłączałam czasomierza.

Po kilku minutach podbiega koleś i próbuje mi tę hulajnogę "zabrać". Kiedy wyszłam z szoku, zaczęłam mu tłumaczyć, że zajęta, ale on jak nic próbował się "zalogować" skanując kod QR. Oczywiście nie było to możliwe, bo hulajnoga była w użyciu, nawet nie była na mapie, po prostu mężczyzna zauważył stojący skuter.

Nie zamierzałam się kłócić, byłam gotowa odstąpić nawet Panu hulajnogę. Tu musicie wiedzieć, że jestem osobą, która unika konfliktów za wszelką cenę. poza tym nie będę przecież mu tej hulajnogi wyrywać na siłę.

Ale koleś i tak nie dał sobie nic wytłumaczyć i w pewnym momencie zorientował się, że hulajnoga nie jest zablokowana i może nią odjechać. Chyba uznał, że ją odblokował.

Powiedział, żebym poszukała sobie innego skuterka, bo ten jego.

Przytomnie zakończyłam jazdę przez aplikację i obserwowałam, jak hulajnoga przestaje działać. Pan zdążył przejechać kilkanaście metrów w tym czasie. Wkurzył się, ale niestety odblokował ją "ponownie", tym razem już na swoje konto.

hulajnoga

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 123 (141)

#90009

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Jakoś tak się złożyło, że zakumplowałam się ze swoim sąsiadem. Mieszka blok obok.

Uprzedzając komentarze - jest to tylko przyjaźń, łączy nas wspólne poczucie humoru i światopogląd. Od kilku miesięcy regularnie jeździmy razem na zakupy, co bardzo ułatwia mi życie, ponieważ sąsiad ma samochód. Generalnie układ jest fantastyczny, lubimy się i nie mamy żadnych problemów.

Jakiś czas temu sąsiad poznał dziewczynę, z którą wiązał spore nadzieje, bo pani nie dość że ładna to i mądra, "ohom" i "ahom" końca nie było. Było mi bardzo miło słuchać jego opowiadań, bo jak człowiek zauroczony to w innym świecie żyje :)

Niestety, po jakimś czasie zaczęłam widzieć czerwone flagi jak na dłoni, których to sygnałów sąsiad nie widział. Nie, nie byłam zazdrosna. Ona była.

Dziewczyna w moim wieku, czyli 38-letnia Ukrainka, która jest w Szwajcarii tylko czasowo i nie ukrywa, że po wojnie zamierza wrócić na Ukrainę. Niemieckiego uczy się tyle o ile, pracy też nie szuka, bo nie wiąże ze Szwajcarią swoich planów. Dla sąsiada to nie jest czerwona flaga, bo "na pewno zmieni zdanie, jak się bliżej poznamy".

Dziewczyna powiedziała sąsiadowi, że jest dziewicą i że zamierza ten stan rzeczy utrzymać do ślubu. EDIT: Mi się również tym pochwaliła. Sąsiad troszkę był zdziwiony, ale zaakceptował ten fakt jakoś, ponieważ chciałby mieć rodzinę i w sumie to nawet jeśli ona chciałaby ślubu dla "zielonej karty" (a uwierzcie mi, przepisy są w tym temacie bardzo surowe), to on nie ma nic przeciwko.

To cały czas nie była moja sprawa, ale zaczęło się też odbijać na mnie. Po pierwsze, dziewczyna nie rozumiała dlaczego sąsiad pomaga sąsiadce w zakupach. Nawet poznanie mojego partnera nie pomogło i ona "zabrania mu spotykania się z innymi kobietami poza pracą". szczęka mi opada.

Zaproponowałam, by pojechała z nami raz, ale odmówiła. Na brak czasu nie narzeka, w końcu nie pracuje.

Ale dla mnie czara goryczy przelała się, kiedy chcąc dobrze, zaproponowałam pojechanie do mojego ulubionego sklepu z importowanymi produktami ze wschodniej Europy. Zaopatruję się tam w polskie produkty niedostępne w Szwajcarii i byłam przekonana, że dziewczyna będzie ucieszona z ukraińskich rzeczy, za którymi na pewno tęskni. O ja naiwna zapomniałam, że sklep prowadzony jest przez Rosjan. Biegle mówiących po niemiecku i mieszkających za granicą od dekad, no ale jednak Rosjan. Dziewczyna jednak na odmowie nie poprzestała. Zaczęła mnie wyzywać od popierających wojnę i dosłownie splunęła mi w twarz. Sąsiad dostał zakaz widywania mnie.

Myślałam, że to już dość czerwonych flag, ale przed świętami doszła kolejna. Sąsiad umówił się z dziewczyną że rano odbierze ją z przychodni po dość bolesnym zabiegu i zawiezie do domu. Nie miał niestety aktywnego telefonu ze względu na nieporozumienia z operatorem i dziewczyna o tym wiedziała doskonale. Pracował do drugiej w nocy, ale na 9 rano stawił się w przychodni. Nie było w recepcji nikogo. Poczekał więc, bo myślał że zabieg się przedłuża. Po 15 minutach przyszedł lekarz i powiedział, że dziewczyna wyszła wcześniej. Sąsiad poprosił o hasło do wifi. Lekarz odmówił, ale zgodził się zadzwonić do niej, niestety nie odbierała. Po kolejnych kilkunastu minutach sąsiad zdecydował wrócić do domu i z domu dowiedział się, że dziewczyna poszła na zakupy. Wylała na niego falę żali o to, że się nie stara w ogóle, że nie wystarczająco jej szukał, że ona się nie czuje z nim w ogóle bezpiecznie i zupełnie nie może na niego liczyć.

Kiedy mi o tym wszystkim powiedział, tylko jedna myśl przyszła mi do głowy. "Aha, to dlatego w wieku 38 lat nadal nie jesteś mężatką". Ale zachowałam tę myśl dla siebie.

Mam nadzieję, że sąsiad pójdzie po rozum do głowy, ale uszanuję każdą jego decyzję.

uczucia

Skomentuj (29) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 170 (200)