Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

szczerbus9

Zamieszcza historie od: 23 maja 2018 - 20:00
Ostatnio: 19 sierpnia 2018 - 9:15
  • Historii na głównej: 5 z 17
  • Punktów za historie: 386
  • Komentarzy: 82
  • Punktów za komentarze: 198
 

#82837

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia z jednych zakupów w tygodniu... Kilka dni temu.

Dowiedziałem się, że jestem, cytuję "Tłustą Świnią" i że takich jak ja powinno się utylizować nawet dla naszego własnego dobra.

To od początku. Ważę ok. 120 kg przy wzroście 185 cm. To sporo, ale oprócz tłuszczyku mam też trochę mięśni... Tyle, że uchodzę za osiłka wśród rodziny i znajomych.

Tego dnia byłem dość zmęczony. Upały dają mi w robocie popalić, dodatkowo jako pracownik fizyczny trochę się szarpałem. Po robocie jeszcze kosiłem (ręczną kosą, tzw. "garbatą", tam lepiej sprawdzała się niż spalinowa) i dopiero na wieczór na zakupy z lubą.

Byłem dość zmęczony, ale sam supermarket jakoś poszedł. Ja z zakupami do samochodu, a Luba jeszcze chciała zobaczyć stoisko z książkami, które tam było. To tam siekło mnie zmęczenie. Do tego stopnia, że musiałem się oprzeć o półkę, bo ledwo stałem. Od razu poprosiłem moją towarzyszkę, by się pośpieszyła, bo jestem zmęczony... W tym momencie zza pleców krzyk.

Typowa Dziunia, tleniony blond, opalenizna ciemniejsza niż włosy, tipsy, szpilki, szpachla (makijaż) i skąpy strój. Podniosła krzyk, że jakim prawem popędzam tę dziewczynę, że jestem gruba świnia, jak ja się poruszam etc. Teraz już nie pamiętam wszystkiego, ale paplała dobre 5 minut.

Luba próbowała mnie bronić, ale ja nawet na to nie miałem siły. Ukochana wybrała kilka książek, więc za nie zapłaciliśmy i wyszliśmy z centrum handlowego. Oczywiście cały czas w akompaniamencie rozżalonej dziuni. Na szczęście nie szła za nami na parking...

supermarket sklep

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 45 (101)
zarchiwizowany

#82932

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Historia, może mało piekielna, ale o tematyce piekielnej. Wrzucam, a może się pośmiejecie. W końcu nazwali mnie satanistą. I chyba tylko dla tego, że podpisuje rękawice per "DEVIL"...

Więc od początku:

Tego dnia trafiła mi się maszyna, z którą inni spawacze na hali sobie nie radzili i podrzucali ją sobie wzajemnie. Nikt nie wiedział o co chodzi. Sprawdziłem to na co inni zwalali winę, ale wszystko było w porządku. Później tchnęło mnie, bym sprawdził coś jeszcze i bingo. Uszkodzoną część da się łatwo wymontować z maszyny i ma wielkość dużej nakrętki od butelki (dla ciekawych, panewka rolki podajnika), więc ją w łapę i ogień od Annasza do Kajfasza. Najpierw szukałem Majstra, potem kierownik i mechanicy, ale dopiero Majster wymyślił, że Tokarz mógłby tą część dorobić. Tak więc po pomiarach zostawiłem mu części z maszyny na wzór, a sobie chwilowo niesprawną maszynę. Spokojnie, nie stałem bezczynnie, zostałem skierowany do poprawki gdzie indziej, na innej maszynie...

Robię poprawkę, gadamy o sprawach wiary i kościoła, a zza rogu słyszę Majstra. "Szczerbuś, to ciebie nazywają satanistą?" Odpowiedziałem, że w sumie to czemu nie... Okazało się, że Tokarz dorobił co trzeba i mi przyniósł. Nie mógł mnie znaleźć, więc pytał "Gdzie ten satanista pi3rdolony?"

Atmosfera jest na tyle luźna, że takie obrażanie to nie obrażanie. Część pasowała idealnie, maszyna chodzi jak nowa, a chłopaki podłapali temat jak to się niby znam na robocie. Śmiałem się z tego przez cały dzień, nawet teraz mi milej na sercu, ale jest też zmartwienie. Zmartwienie na dziury w polityce firmy. Nie wyłapywać takich awarii, a ciągnąć wysoką jakość?

praca naprawy

Skomentuj (2) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: -12 (18)
zarchiwizowany

#82815

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Wspominałem już, że pracowałem z Tatą w jednej firmie, ale nie dodawałem, że oprócz nas sporo było tam moich wujków i kuzynów. Ta się składa, że jeden z wujków jest członkiem zarządu tej firmy. Pierwsze skojarzenie, że żyję jak pączek w maśle, co jest reprezentowane przez sporą część współpracowników (czytaj, tych co mnie nie poznali przy robocie). Ale rzeczywistość nie jest aż tak różowa. A ostatnio trochę się pożarłem z tym Wujkiem.

To na szybko od początku. Jak kończyłem szkołę przechodził akurat kryzys bezrobocia. Od razu poszedłem do Wuja z prośbą by mnie zatrudnił. Plan był prosty, robić na równo z innymi i nie niepokoić szefostwa zbędnymi żalami, skargami czy wybrykami, oraz lenistwem. Plan mi się sprawdzał przez jakieś 4 lata, Ojcu sprawdzał się to przez jakieś 20 lat...

Teraz stuknęło mi 5 lat. Jak teraz sobie przypomnę od samego początku byłem traktowany trochę jak druga kategoria pracownika. Jeżeli trzeba było zrobić coś, co wykraczało poza zdrowy rozsądek polityki produkcyjnej firmy lub współpracowników to robiłem to ja. Przyuważyłem też, że kursy, szkolenia i prezentacje sprzętu, są dla mnie niejako ograniczane. Jednak głównym powodem dla którego przestało mi to pasować to pieniądze. Miałem i mam obecnie jedną z najniższych stawek w firmie.

CIEKAWOSTKA: Pół hali mi wmawia, że zapi3rdalam najwięcej, a biorę najmniej. Podają nawet przykład lenia i beztalencia, który zarabia więcej, a to ja powinienem. (To ich słowa nie moje, przeredagowałem by nie było nazwisk, ksyw i stawek)

I dochodzimy do sytuacji awaryjnej. Rok temu poznałem dziewczynę i finalnie podjąłem decyzję, że tak dalej być nie może. Ale byłem na wyjeździe, więc byłem trochę uziemiony. Z delegacji wróciłem na nowy rok i od razu poleciałem do przełożonych po podwyżkę. Zaczęła się szarpanina z przełożonymi i zmianą firmy. Nie chciałem się przekwalifikowywać, ani tym bardziej przeprowadzać, więc niewiele z tego wyszło. Szybko dowiedziałem się, że aktualna jest potentatem na lokalnym rynku. (Konkurencja albo ma pełny skład, albo jeszcze podlejsze warunki). No nic, pracowałem dalej, a trwało to do lata. Znowu pocztą pantoflową doszło do mnie, że firma potrafi wystawić wilczy bilet (obdzwonić konkurencje, by pracownik był spalony w okolicy).

Wpadłem jak śliwka w guano... ale dobili mnie Wujek z Ciocią. Czyli sedno, 3 rozmowy, dwie z Wujkiem na zakładzie (złapał mnie na placu jak wychodziłem), oraz z Ciocią, wczoraj na polu.

PIERWSZA:
-Szczerbuś ty umiesz spawać Argonem i Elektrodą, czy tylko Magiem (jestem spawaczem, a to używane w firmie metody, TIG MMA i MAG)
-Wszystkim pojadę... (papiery mam na wszystkie, wszystkimi spawam)
-To czy by cię Ten na Anglię nie wziął (chodzi o dyrektora działu w którym jestem, jest organizowany wyjazd na montaż)
-Nie wiem, nic mi jeszcze nie mówili, zresztą, teraz nie bardzo pasuje mi wyjazd. Dziewczynę dopiero sprowadziłem...
-Mówiłeś, ze ci brakuje...
-Oszczędności trochę mam, ale jak mi brakuje pensji z miesiąca na miesiąc to szybko polecą.
-Bo wiesz, kiedyś się jeździło jak dzieci się rodziły...
-Wiesz, że to ch00jowy układ, zresztą Szwagier (też robi, jest na wyjeździe, a tu 2 małe dzieci i budowa domu). Siostra ledwo daje rade, a On na wyjeździe...
-Ale bez tego by nie wybudował domu....

W tym momencie mi słowa zabrakło, a on wsiadł w samochód i pojechał...

DRUGA:
-Chciałeś się przenosić? (zaczepił mnie w tym samym miejscu)
-No tak, mówiłem mało mi...
-No i jak?
-Złożyłem do 3 firm, z jednym udało mi się porozmawiać i nic.
-Na przyszłość przyjdź do mnie jak chcesz się przenieść. A dostałeś podwyżkę?
-100zł, śmiech na sali... Wszystkim dawali (zastanawiałem się czy podpisywać). Kurde, ostatnio w Bezdomce widziałem kartkę, że na kasie dają z 1000zł więcej "Na dobry start"
-TO IDŹ NA KASĘ...

Wsiadł do auta i tym razem koła zapiszczały...

TRZECIA: wczorajsza.
-Szczerbuś, nadal pracujesz w M(nazwa firmy)u
-Tak...
-A miałeś się przenosić?
-Nie wyszło...
-A dostałeś podwyżkę?
-100zł, wszystkim dawali, śmiech na sali...
-No wiesz, młody jesteś... A właściwie to ile już pracujesz.
-5 lat (jeszcze na palcach liczyłem)
-W sumie ogród masz, nie szalejesz to ci pieniądze nie są potrzebne.

Ręce, cycki i ch00j mi opadły, a język uciekł w stronę d00py. Dopytywała się jeszcze o Lubą, ale już niewiele miałem do powiedzenia... Do teraz, po 24h mnie trzęsie...

Po tej rozmowie odechciało mi się. Na prawdę finalnie odechciało mi się robić, żyć, działać etc. Jak mi się znowu zachce poszukam znowu nowej roboty. Tym razem nie będę się ograniczał do branży... Może i ja przesadzam, ale to nie pierwszy przypadek braku szacunku do pracownika...

praca

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: -3 (53)
zarchiwizowany
Ostatnio trafiłem na historię o niefachowych fachowcach i amatorskiej robocie. Chodziło o płytę indukcyjną, która była podpięta zbyt słabym kablem (http://piekielni.pl/82670)... Zawarłem w komentarzu do tej historii, coś co zasługuje na odrębną historię, więc proszę...

Będzie długo, a moje słownictwo niekoniecznie będzie fachowe...

Na początku usprawiedliwienie. Zaznaczę, że sam nie jestem elektrykiem, tylko spawaczem. Nie mam uprawnień SEP, ale... Mój Ojciec jest elektrykiem, obecnie emerytowanym. Wracając do ale, raz po szkoleniu (odnawianie uprawnień), praktycznie wtoczył się do domu. Śmiał się twierdząc, że te matoły z roboty (koledzy z pracy) wiedzą mniej niż ja. Czyli trochę umiem, trochę myślę i jestem świadom problemów z tych historii.

A teraz w końcu moja. Tak się złożyło, że po zmianie instalacji w budynku gospodarczym, Tata sam nie pozmieniał wtyk przy maszynach. Mamy tego trochę, kilka silników, spawarki, itd. Tego zadania podjął się szwagier, oczywiście jak to on, ego prześcignęło wiedzę, a pokora dawno wyginęła. Tym zamieszaniem dał nam dwie dobre zagadki, które dodatkowo czegoś mnie nauczyły.

Na pierwszy ogień krajzega, cyrkulatka, piła stołowa czy jak to chcecie nazywać. Przy niej mamy silnik 3-3,5 kW. Co ma znaczenie, że może cały czas chodzić spięty w trójkąt, czyli nie potrzebuje przewodu Neutralnego (niebieskiego), którego w tym kablu nawet nie ma. Po zmianie wtyki zaczęły dziać się cuda. Gdy silnik nie był podpięty pod sieć, nic się nie działo, ale gdy wtyka była w gnieździe, każde większe urządzenie na 230 V wyrzucało różnicówkę (zabezpieczenie różnico-prądowe), co by wskazywało na przebicie izolacji. Nie pasowało nam to, więc szukaliśmy. Szybko znaleźliśmy, że faktycznie silnik nie był uziemiony, a zerowany (obudowa podpięta pod N, stara metoda zabezpieczenia) bo szwagier podczepił żółto zielony kabel pod N. Po kolei, N miał przebicie po obudowie do ziemi, a przy większych poborach różnicówka już reagowała. Przy urządzeniach 3-fazowych nie reagowała, przez wspomniany trójkąt...
Potem już wiedziałem, co może się dziać, gdy czajnik wybijał majstrowi. Od razu odpiąłem prasę, która była źle przerobiona z starego, na nowy system, a problemy się skończyły.

Szwagier jednak popisowy numer zrobił z Bąkiem, czyli uniwersalnym rozdrabniaczem rolniczym. Ma on określony kierunek obrotów, bo środek jest skręcany. A jak w najpopularniejszym silniku trójfazowym zmienia się kierunek? Zmienia się kolejność faz. No właśnie, po zmianie wtyki jakoś nie pasował mi kierunek obrotów. Nie mogłem znaleźć żadnego oznaczenia, ani strzałki, która po awarii się jednak znalazła. Zrobiłem błąd, bo chciałem szybciej skończyć, olałem to i robiłem dalej. Po kilku minutach coś zachrobotało, walnęło i stoi. Znaczy młynek stoi, a silnik pali paski. Szybki skłon do wyłącznika, dalej rekonesans. Uszkodzenia niewielkie, może poza tym, że dystans zablokował się pomiędzy wygarniaczem, a obudową. Naprawa w sumie zajęła mi... Teraz już nie pamiętam ile, ale od razu przełożyłem kable w wtyczce...

Obydwa problemy rozwiązałem, pierwszy pod czujnym okiem ojca. Mimo, że niekompetencja szwagra może zasługiwać na miano piekielności, to cieszę się, że mam tą wiedzę...

dom elektryka silnik

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 8 (46)
zarchiwizowany
Wiele tutejszych historii na temat motoryzacji opowiada o kierowcach, którzy jadą grubo poniżej limitu, ale muszą jechać z przodu. Czyli wyprzedzają i zwalniają z powrotem do swojej oszałamiającej prędkości (i czemu to zwykle jest 80 km/h). A co w sytuacji kiedy nie mogą tego zrobić... (będą dwie)

UWAGA To może być kolejna kontrowersyjna historia...

Zacznijmy jednak ode mnie. Przepisy znam, ale do pewnego stopnia się do nich zwyczajnie nie stosuje. Umiejętności umiejętnościami, jak ojciec mówi, że jest dobrze... Auto mam dość dobre, na tyle sprawne i dobrze zaprojektowane, bez problemów poruszam się z prędkościami rzędu 180-200 km/h. Co prawda nie wszędzie i nie zawsze, ale przekroczenie dozwolonej o 50 km\h zbyt często jest odbierane przeze mnie jako spokojna jazda.

Proszę darujcie sobie komentarze o mordercach i samobójcach... No cóż, czasem przychodzą takie dni, że aż chce się powitać kostuchę jak starego przyjaciela. A mówienie, że życie jest piękne, bo jest piękne tak samo mija się z celem jak nagabywanie wyrzutka, że inni też są ważni i należy się z nimi liczyć...

Sytuacja 1

To zachowanie jest uniwersalne, a wpewnym momencie zaczynałem je uznawać za normalne. Czy to na wielopasmowych, kiedy prosisz o ustąpienie z lewego pasa (lewy kierunek) czy zwykłych krajowych. Czy to kierowcy nowych aut, luksusowych, a nawet starych, ważne by mogłi pogonić. Normalnie taka osoba zwyczajowo jedzie swoje dajmy 80 km/h, ale gdy wyprzedzisz jakby ją szatan opętał. Zaczyna się, znana z wcześniej wspomnianych historii, pogoń. Tak, tylko ja jadę szybciej i się już ciężej wyprzedza. Wtedy taki kierowca siada na zderzaku i tam siedzi jak przyklejony. Szczególnie w nocy jest to uciążliwe, bo zazwyczaj tacy mają źle wyregulowane światła, a czasami nawet włączają długie. Coś okropnego, a pominąłem busy, które światła mają wyżej, to jest na wysokości zbliżonej do mojej tylnej szyby. Zależnie od samochodu zazwyczaj idzie ich zgubić przyspieszając, maksymalna prędkość auta, chociaż to może być trudne, bo ja nie chcę jechać szybciej. Zdażyło mi się, żeby nowym autem gonił mnie tak prawie 200 km/h po autostradzie. Co gorsza jak zwolniłem on też zwolnił i jechał za mną, zgupił się dopiero jak zjechał na stację.

Sytuacja 2

Raz zdażyła mi się ciekawa kutaśna zagrywka. Ważne dla sytuacji jest miejsce, czyli zwykła jednopasmowa krajowa z mnustwem zakrętów i ruchem w falach. Powolny kierowca zorientował się, że chce go wyprzedzić i gdy tylko wychyliłem się na lewy on gaz w podłogę. Nie pamiętam teraz dokładnie, ale gdyby tak zrobił jakbym już był na lewym pasie podpadało by to pod wykroczenie (nie wolno przyspieszać, gdy ktoś cię wyprzedza). Mniejsza o przepisy, bo dalej zrobiło się śmiesznie. Opis drogi już znacie, są miejsca i momenty gdzie śmiało można wyprzedzać, a są też takie kiedy to zwykła głupota i pchanie się do trumny (nie wspominając o sznurze aut z naprzeciwka). Gdy nie miałem możliwości wyprzedzania jehał swoje 70-80 km/h, ale gdy mogłem przyspieszał. Nie wiem jak on to wyliczał, ale przy każdym przyspieszeniu trafiał idealnie w punkt. Ja w tych miejscach bym jechał z 10-20 km/h więcej, ale gdyby on jechał te 10-20 km/h mniej to bym go bez problemu objechał. A tak miejsca do wyprzedzania było minimalnie za mało... I tak przez 80 km, nie wk00rwisz się...

Wiele mogę zrozumieć, ale żaden z kierowców wyżej nie jechał przepisowo, a szczególnie ja. W zabudowanym 80, poza 80 jak wyprzedza szczerbus 160... Gdzie tu sens i logika. Jednak najbardziej przeraża mnie myśl dlaczego oni wcześniej jechali tak wolno. Brak znajomości trasy czy obawa przed policją są do przyjęcia, ale przepisowa też się do tego nadaje. Sam jeżdżę wolniej gdy jadę pierwszy raz, ale podpinanie się do aż tak szybszego to trochę przesada. Innym powodem takiej jazdy może być kaprys, co podpada tylko pod drobną piekielność, ale co gdy umiejętności kierowcy czy stan techniczny samochodu nie pozwalają na więcej. Jak na mój chłopski rozum mechanika amatora to trochę za duża różnica w prędkościach by było to w jakim kolwiek stopniu bezpieczne, ale puki co nie zdażyło mi się oglądać wypadku na żywo w lusterku wstecznym...

droga trasa samochód

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: -17 (27)

#82390

(PW) ·
| Do ulubionych
Ostatnie dwa dni były deszczowe. Zapewne pokrzyżowało to z lekka plany rolnikom, szczególnie tym, którzy zbierali w tym roku siano. Teraz większość pras do siana i słomy to prasy rolujące, które wiążą w walcowate belki o średnicy 1,2-1,5 m. U mnie jednak nadal dość popularne są prasy wiążące w małe kostki, które ręcznie ładuje się na przyczepy. Praca ogólnie jest ciężka, typowo siłowa, ale bardzo przyjemna.

Widząc wóz siana, przypomniałem sobie wyjazd, typowo zarobkowy, do Niemiec, na tzw. "Grzejniki". Pojechałem tam jako spawacz, ale przyznaję, że tylko na niektórych weekendach wiało nudą.

Z całej plejady dziwnych akcji, teraz poruszę tylko temat prac "Innych". Bo jak tu inaczej połączyć spawanie i sianokosy. Przy każdej umowie o pracę jest wyszczególniony zakres obowiązków. W moim przypadku jest to szykowanie materiału do spawania, łączenie części, spawanie, czyszczenie spoin i weryfikacja wzrokowa, inne prace w zakresie wykonywanego zlecenia, utrzymanie porządku i dbanie o sprzęt. O ile do początku listy nie mam zastrzeżeń, tak dalej robią się schody.

Jako inne prace na zleceniu można podciągnąć składanie grzejników, malowanie, cięcie materiału, czy prace typu gięcie poprzeczek, wybijanie otworów w blaszkach czy zaginanie spinek. Trzy ostatnie były na tyle nudne, że uchodziły tam za torturę...

Utrzymanie porządku czasem tam oznaczało koszenie trawy na firmie, pielenie rabat, czy nawet utylizację połamanych palet i innego drewna w sporym rębaku. Wszystko to robiłem, nawet fajnie było, a raz nawet rzuciłem w kolegę połówką euro-palety... To były czasy. ;D

Tylko jeszcze jak podciągnąć pod zakres obowiązków wyprowadzanie psa szefowej, prace leśne, sprzątanie w garażach na wsi czy wspomniane wcześniej sianokosy. Przypominam, że było nas tam łącznie 11 osób, z czego było 2 malarzy, a reszta spawacze. Z wyżej wymienionych brałem udział w sianokosach i żniwach (słomę też woziliśmy).

Tam sianokosy były później, bo coś koło połowy lipca. Tego dnia po południu (robiliśmy do 6 pm) przyszedł do nas majster i mówi nam, że musimy pojechać na pole po siano. Pierwsza myśl "Kpisz czy o drogę pytasz", ale co nam szkodzi, będzie śmiesznie i w sumie było. Wzięliśmy busa z firmy, widełki i sio na łąkę... Tam już czekali kolega w ciągniku z przyczepą, szef w Unimogu (Mercedes) i siano w tych małych kostkach. Na tyle nie dowierzałem w to, co się dzieje, że rzucałem jedynie, wyklinając kolegę, bo wziął "Zbożówę". Zbożówką nazywam przyczepę przystosowaną do przewozu zbóż, dla niekumatych, wierzch burt w tamtej był na ok. 2,5 m od ziemi...

Załadowaliśmy, rozładowaliśmy i przy okazji poznaliśmy osobiście konie, dla których to robiliśmy. A z robotą wyrobiliśmy się idealnie w czasie normalnej pracy. Nie było tego dużo, a my mamy teraz nieśmiertelną ciekawostkę, w którą niewielu nam wierzy...

Jednak najlepszego dowiedzieliśmy się na kwaterze. Tam jest tak co roku, a ci, co nie chcieli robić byli wręcz zmuszani do zjazdu. To był wyjazd na zasadzie wynajmu pracowników, więc zawsze Niemiec dostawał nowych ludzi, jak potrzebował, a, nie wiedzieć czemu, polskie kierownictwo aż tak właziło im w rzyć...

A mnie, próbującego węszyć i szukającego sprawiedliwości, najpierw spróbowali zajechać, a potem zesłali mnie z zapaskudzoną opinią...

zagranica praca

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 37 (83)
zarchiwizowany

#82485

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Mama poprosiła bym przeczyścił szczotką drucianą te kratki z kuchenki gazowej. Te co się na nich garnki stawia... Parę razy ostatnio jej wykipiało, a że są żeliwne, to szczotką na wiertarce raczej ich nie uszkodzę. W ten sposób będzie szybciej, łatwiej i przyjemniej... Tak przypomniał mi się dzień kupna tej kuchenki, czyli moja piekielność w sklepie RTV-AGD...

Zazwyczaj u mnie, przy kupowaniu, kierujemy się zależnością cena/jakość. Tym razem było inaczej, bo Mama miała specjalne życzenie względem ustawienia palników, więc padło na słoweńską markę. Kolor też dobrany, więc został tylko jeden wybór, wspomniane kratki. Do wyboru były stalowe (zgrzewane) i żeliwne. Tylko 50 zł różnicy, niewiele, zwłaszcza, że mamy kiepskie wspomnienia z stalowymi kratkami z poprzedniej kuchenki. Mama jako laik w sprawach metalu próbowała się dopytywać ekspedienta, które lepsze. Pracownik sklepu zaczął się jąkać i nawiązywać, że żeliwo pewnie lepsze. W sumie miał racje... Ja w tym czasie obejrzałem sobie obydwie, porównałem, pomacałem i wypaliłem:
"Żeliwne lepsze, żeby te ch0lery rozpi3rdolić musieli byście z ojcem się nimi napi3rdalać"

Z początku nie wydawało mi się, bym coś niestosownego powiedział, język zazwyczaj mam cięty i dużo klnę. Ale ekspedient trochę się skrzywił i przełknął ślinę, ciekawe co sobie pomyślał. Warto dodać, że tylko we dwoje byliśmy w sklepie. Dalej już poszło gładko i profesjonalnie. Zostaliśmy zapytani o wybór, zaproponowano nam podłączenie (musi być stempel gazownika, bo nie uznają gwarancji) i mama został zaproszona do kasy. Po zakupie ekspedient pomógł mi jeszcze zapakować kuchenkę do samochodu...

sklep

Skomentuj Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: -12 (14)
zarchiwizowany

#82470

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Nie od dziś wiem, że zakład w którym pracuje to inny stan umysłu, który momentami nie sposób ogarnąć rozumem. To co się dziś zdarzyło po raz kolejny uświadomiło mi, że niekompetencja na stanowiskach kierowniczych jest jednak normą...

Nadal pracuje jako spawacz, ale ostatnio finalizujemy jedno zamówienie i spawania raczej mało, a za to dużo typowej monterki, a nawet można by rzec ślusarstwa... Tak trafiłem z Manfredem do montowania tablic. W skrócie trzeba wywiercić kilka otworów, nagwintować i przykręcić plastikową płytę śrubami. Problem w tym, że nie mieliśmy pokrętki, a gwintownikó jeden stary zestaw... Na kierownictwo jak zwykle "można liczyć", więc po magicznym "Co ja... wyczaruje ci" robiliśmy tym co mieliśmy. Szanse na porażkę (złamanie gwintownika) w naszym sposobie działania wahały się pomiędzy ogromne i ekstremalne, ale jedziemy twardo. Manfred ma jednak dar do rzeczy niemożliwych...

I nastał dzisiejszy poranek. Po kilku dniach montowania i chyba 10 zawieszonych płytach pojawia się ON. Kierownik prowadzący to zlecenie, zbliża się do nas z kartką i ołówkiem. Zaczął łagodnie, łaskawym pytaniem czy czegoś nam nie trzeba. Trzeba, powiedzieliśmy, zapisał i zobaczył co my robimy. Zaczęło się, Kierownika jakby szlak jasny trafił i do nas z mordą, że nie tak. Ani Manfredowi, ani mi nie wiele było wtedy trzeba. Rozpętało się piekło, czyli łagodnie mówiąc kłótnia. Naprzemiennie latały panienki lekkich obyczajów i pomysły, od których McGiver by się załamał i płakał skulony w kącie...

W końcu Kierownik rzucił nieśmiertelnym "To wy się znacie na narzędziach, nie ja" odwrócił się na pięcie i poszedł, aż się za nim zakurzyło...

Przez chwilę myślałem, że mi d00pa odpadnie ze śmiechu. Manfred się zrobił czerwony ze złości i poleciał zaraz zapalić. Na szczęście Kierownik przyniósł to co chcieliśmy... Nie wydaje się to dziwnie, że kierownik prowadzący projekt nie zna się na narzędziach, na robocie, bo takie też dawał symptomy... Jeszcze potrafi kłamać przed dyrektorem i wkopywać ludzi (o tym może kiedy indziej)... Ręce opadowywują...

praca firma

Skomentuj (5) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 2 (46)
zarchiwizowany

#82444

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Ostatnio spotkałem dwóch ludzi, z którymi pracowałem. Przez co postanowiłem wypuścić te dwie bliźniacze historie... Może mało piekielne, przynajmniej dla mnie, ale tych dwóch to niemal legendy.

Obydwaj obecnie są emerytami, a poznałem ich tuż przed ich przejściem w ten ułaskawiony stan. Warto zaznaczyć, że to imiennicy pewnego polskiego muzyka, ale przedstawię wam ich po przezwiskach...

Poznajcie proszę Trzęsiłapkę i Hałabałę.



HAŁABAŁA:

Drugi z nich to niejaki Hałabała, zwany też Bin Laden-em. Średniej klasy operator dźwigu. Konus (był niski, pod pachę mi wchodził) o aparycji araba. Szczególnie latem, jak jego twarz nabierała koloru od słońca, a jego broda miała idealny kontrast by świecić na siwo... Dosłownie zawinąć go w prześcieradło i puścić na miasto to w 10 minut przyjechali by chłopcy z stanów w swoich pancernych wozach z wielką lufą...

Porównanie do Usama-y jest nie przypadkowe. To był kawalarz terrorysta. Jego żarty były trafione i bezbłędne. Obecnie niewiele z nich pamiętam, więc opowiem dwa, z całej listy którą mi sukcesywnie zdradzał podczas wspólnej pracy. Te dwie uważam za godne tej strony...

Pierwszy z nich dotyczy Rosjanina spotkanego na jakieś budowie. Obcokrajowiec był jakimś inspektorem, czy kierownikiem, więc był dobrym celem. Gdy jednego razu podchodzili do siebie Hałabała miał w ręce korki do uszu (zatyczki, te od hałasu). Niewiele myśląc udał, że bierze jeden do ust i obraca jak gumę do żucia. Rusek zaciekawiony więc pyta co to. Ten mu odpowiada, że cukierki i podaje. Finalnie rusek twardo miele korek w ustach i z zawiedziony mówi, że nie dobre... Mam nadzieję, że były czyste...

Ofiarą drugiej opowieści jest już nasz rodak. Biedak nie pracował w naszej firmie, ale i tak się przyczepił do Hałabały na zasadzie adiutanta. Był młody i niedoświadczony wypytywał o wszystko. Robotę, narzędzia, materiały i na swoje nieszczęście preparaty... Trafił na penetrant w spray-u. Głęboko penetrujący środek do badań spoin o jaskrawo pastelowym, wiśniowym odcieniu czerwonego. Dla ciekawych, typowy przebieg zastosowania penetrantu to spryskanie spoiny z jednej strony penetrantem, a z drugiej wywoływaczem i odczekanie pewnego czasu. Pojawiające się czerwone plamy od strony wywoływacza świadczą o nieszczelnościach... Wracając do historii Hałabała nie wspomniał choćby słowem o oryginalnym zastosowaniu lub właściwościach penetrantu, a jedynie polecił go jako pastę do butów. Adiutant schował puszkę pod pazuchę i podobno aż się za nim zakurzyło. Nie żałował "Pasty" i wypastował swoje robocze obuwie. Podobno na prawdę buty świeciły się jak psu na wiosnę, ale ciężko nie zgadnąć jakiego koloru stały się stopy biedaka.

To niestety kolejna historia bez Happy End-u. Chłopaczyna zjechał z budowy w przeciągu tygodnia na własne żądanie... koledzy nie dawali mu żyć i nadali mu nowe przezwisko: Bocian...



Link do Historii o Trzęsiłapce:
http://piekielni.pl/82441

Praca firma

Skomentuj (1) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: -10 (24)
zarchiwizowany

#82441

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Ostatnio spotkałem dwóch ludzi, z którymi pracowałem. Przez co postanowiłem wypuścić te dwie bliźniacze historie... Może mało piekielne, przynajmniej dla mnie, ale tych dwóch to niemal legendy.

Obydwaj obecnie są emerytami, a poznałem ich tuż przed ich przejściem w ten ułaskawiony stan. Warto zaznaczyć, że to imiennicy pewnego polskiego muzyka, ale przedstawię wam ich po przezwiskach...

Poznajcie proszę Trzęsiłapkę i Hałabałę.


TRZĘSIŁAPKA:

Na pierwszy ogień Trzęsiłapka. Pracował jako "Przynieś, wynieś, wypruj flaki", czyli dozorca na firmie w której pracuje. Najczęściej zamiatał plac, kosił trawę, grabił liście, pielił rabaty, podlewał, czasami przetykał jak coś się w łazienkach zatkało. Trochę niechlujny, lekko żwawy dziadek o aparycji menela. On nie był chudy, a suchy. Różnica w tym, że chudy to chudy, a suchy... Najłatwiej mi to wyjaśnić na grzybach... Jeżeli świeży dorodny prawdziwek to kulturysta, to jak go wysuszyć wyjdzie nam "Suchy".

Przezwisko tego pana wzięło się od najukochańszego hobby, którym było zbieranie kapeluszy połączone z powitalnymi uściskami dłoni. Na czym to polegało... Akurat to było bardzo proste, ktokolwiek by nie przechodził w zasięgu ręki Trzęsiłapki ten zaraz podawał swą prawicę w geście powitania. TO PUŁAPKA! (im więcej paniki włożycie w to zdanie tym lepiej!) Gdy nieszczęśnik podawał rękę do uścisku, Trzęsiłapka się napinał i z całej siły szarpał za dłoń. Najczęstszymi ofiarami byli pracownicy biurowi (tylko mężczyźni), członkowie zarządu, stażyści i praktykanci, oraz nowi pracownicy. Można by powiedzieć, że był bezpośrednim powodem, czemu nakrycia głowy wyszły z mody na firmie. Nie raz kapelusze spadały, w tym samemu wiceprezesowi. Idę o zakład, że jakiegoś praktykanta mógł sprowadzić "do parteru"...

Kobiety oszczędzał, ale też miał wyjątkowe podejście.

Na koniec pochwalę się, że mi tylko raz tak zrobił. Byłem nieświadomy problemu, pomimo śmiechów reszty obecnych współpracowników. Za drugim zrozumiałem o co chodzi i się naszykowałem. Można to za równo porównywać do betonu i stali. Moja sztywna postawa odwróciła działanie siły i to Trzęsiłapka omal się nie wywrócił. Ku uciesze tych samych kolegów co wcześniej... Później służyłem za przykład "Jak się witają mężczyźni", gdy Trzęsiłapka opiekował się praktykantami z pobliskich techników. Miny młodzików bezcenne... ;D


Link do Historii o Hałabale:
http://piekielni.pl/82444

praca firma

Skomentuj (5) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: -9 (25)