Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

takatamtala

Zamieszcza historie od: 26 czerwca 2012 - 15:59
Ostatnio: 25 maja 2019 - 8:26
  • Historii na głównej: 93 z 110
  • Punktów za historie: 34160
  • Komentarzy: 472
  • Punktów za komentarze: 2523
 

#84269

(PW) ·
| Do ulubionych
Sporo ostatnio chodzę po mieszkaniach do remontu - jako wsparcie techniczne i głos rozsądku. I po którymś obejrzanym naszła mnie refleksja. A właściwie refleksja i obserwacja.

Refleksja jest taka, że ogłoszenia kłamią. Np. jest napisane, że w kamienicy gaz jest, a naprawdę jest w drodze. Nie że go właśnie robią w tej kamienicy, tylko że ten gaz jest w ulicy przy której kamienica stoi. Pod asfaltem. "Jak pan chce se podłączyć to se proszę zrobić przyłącz." Albo jest napisane "dwa pokoje" i faktycznie mieszkanie ma dwa pokoje - bez kuchni, łazienki i przedpokoju. Boki zrywać.

Obserwacja jest natomiast inna. Po wielu amerykańskich filmach miałam takie - błędne jak się okazuje - wyobrażenie, że agent nieruchomości robi wszystko, by nieruchomość sprzedać. Np. umawiać się będzie tylko popołudniu, bo wtedy wpada słońce przez okno pod optymalnym kątem, a działający za rogiem tartak jest po godzinach pracy. Albo rozpyla zapach pierników w aerozolu, żeby pokreślić "domowy" charakter miejsca, rozkładając równocześnie świeże kwiaty w wazonie.
Albo przynajmniej, że pomalują ściany na biało, żeby nie było widać satanistycznego graffiti.

No więc nie. Zamówienie sprzątaczki, żeby przynajmniej śmieci wyniosła czy wywietrzenie mieszkania to zabiegi niespotykane.
Z resztą śmieci - śmieciami. Żeby butelki po piwie czy ślady po bezdomnych wynieśli. Te organiczne.
Albo przynajmniej butem strącili martwe gołębie z balkonu. Nie mówię jakimś zamaszystym kompem, ale tak w ogóle...
Stan lokali "do remontu" woła o pomstę do nieba i nie dziwię się, że historyczne centrum pustoszeje w tym kontekście.
Chyba, że to taka specyfika rynku lokalnego.

Skomentuj (17) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 133 (139)

#84236

(PW) ·
| Do ulubionych
Pracuję sobie m.in. robiąc dokumentacje na pozwolenie na budowę. W pracy tej poznaje się takich tam i innych owych, m.in. ludzi będących właścicielami kamienic.

No i dzwoni do mnie taki jeden i pyta się, czy nie miałabym najemcy na mieszkanie, kawalerkę. Bo on ma do wynajęcia.
Akurat się składa, że bym miała.

Pytam się o warunki. "Mieszkanie do remontu". Mieszanie do remontu może oznaczać malowanie, więc proszę, żeby wysłał zdj. Coś nie chciał. Zagadałam więc administratora tej kamienicy co z tym mieszkaniem nie halo, no i się dowiedziałam.

Jest to pokój, w którym stoi kuchnia kaflowa jako jedyne źródło ciepła i toaleta. W tym pokoju. Prysznica nie ma, umywalka na korytarzu.

Acha.

Nie przekazałam kontaktu do kolegi, który szuka mieszkania.

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 96 (104)

#84122

(PW) ·
| Do ulubionych
Tak trochę offtopic, bo nie piekielni ludzie, ale piekielny system.

Zbliża się okres rozliczeń i można swój 1 % przekazać np. osobie niepełnosprawnej.

Od kiedy zaczęłam pracę przekazywałam 1% na syna koleżanki, który urodził się bez dłoni i stopy.

W tym momencie rozliczam się już 11 rok i wśród ludzi których znam są tacy, którzy mają dzieci z:
1) lekooporną padaczką,
2) dziecko bez kości piszczelowej w nodze czekające na operacje w Stanach,
3) 9 latka na wózku, po uszkodzeniu mózgu podczas porodu,
4) dziecko, które nigdy w życiu nie spało snem niewywołanym fakmakologicznie i ma duży stopień upośledzenia umysłowego,
5) dziecko czekające na operację oczu.

Poza tym ojciec koleżanki miał wylew i zbiera na rehabilitację.

A kolega z pracy rozdaje ulotki dot. dziecka, które jest w stanie wegetatywnym.

Poza tym ja mam własne przekonania, chciałabym wesprzeć np. schronisko pod miastem. Albo jakieś organizacje ekologiczne. I broniące praw człowieka. I aktywizujące kobiety zawodowo.

I co? I nie wesprę, bo muszę wybrać, a ludzie ważniejsi.
Ale dlaczego muszę wybrać, skoro oni wszyscy potrzebują pomocy? Czy nie powinno być jakiegoś krajowego funduszu na tych chorych? No jest- nazywa się NFZ. Wszyscy wiemy jak leczy się NFZ.

Więc muszę wybrać, choć przyznam się szczerze, że ten mój 1 % to nawet na pieluchy dla tej dziewczynki na wózku nie starczą.

Po prostu nie rozumiem, dlaczego żeby kogoś wyleczyć to trzeba Owsiaka, 1%, ludzi dobrej woli, Fundacji Polsat i innych takich, a ja co miesiąc broczę grubymi pieniędzmi w ZUS-owską otchłań bez dna.

Skomentuj (38) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 120 (190)

#71498

(PW) ·
| Do ulubionych
Czasami, jak się ładnie poprosi, to w Urzędzie nie trzeba czekać 60 dni, tylko powiedzmy 30.

Trzeba przyjść, wyjaśnić, że się człowiekowi śpieszy, trochę się popłaszczyć, powiedzieć, jakie to ważne i dotacja unijna i pani w banku i uśmiechać się tak długo, że aż twarz boli…

I jak się już dostanie telefon od Pani w Urzędzie, że papier gotowy, to się mówi Inwestorowi: idź pan do tego Urzędu i odbierz go, żeby pocztą zawiadomienia nie słali, bo jaka jest poczta, każdy wie.

I idzie taki Inwestor do tego Urzędu, odbiera ten papier od tej obłaskawionej i ulitowanej Urzędniczki...

I jełop patrzy na te dwie kartki A4 i wypala:

- I co? Tak trudno to było w jedną godzinkę przed południem napisać? Tak trudno było? - w mściwą satysfakcją w głosie pyta, zamiast normalnie jak człowiek podziękować, że zrezygnowała kobita z tej trzeciej kawy i okazała resztkę serca, żeby dotacji osioł nie stracił.

Jełop.

Skomentuj (51) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 240 (328)

#83791

(PW) ·
| Do ulubionych
Pracuje sobie ostatnio na budowie na terenie zamkniętym. Na terenie mieści się Instytucja. Ale Inwestorem naszej budowy jest - nazwijmy to - Urząd od Tego Typu Spraw, ze siedzibą 500 km od nas.

Dziś nadszedł ten piękny dzień, w którym mieliśmy wykopać w rożnych miejscach na terenie zamkniętym pewne dołki - upraszczając sprawę.
Piękny dlatego, bo ilość i lokalizacja tych dołków była przedmiotem trzech miesięcy ustaleń, wymiany pism pomiędzy rożnymi urzędami i takiej administracyjnej gry w pomidora.
Po przejściu tej wyboistej personalno-urzędowej drogi stałam się posiadaczem unikalnej wiedzy, gdzie te dołki i w jakiej ilości wykopać. Każdy z tych dołków to były trzy machnięcia łyżką koparki.

Stoję więc, patrzę jak gość kopie i myślę:
-Yapyerdole ale zimno. Stóp już nie czuje do połowy, a jeszcze 14 dołków przede mną. Chora będę jak nic na święta! Ciekawe czy Szefu przywiózł czosnek i czy mi chłopaki wszystko zeżarli, wciągnęłabym na przerwie tak ze trzy ząbki profilaktycznie na kanapeczce... - i tak oddawałam się słodkim marzeniom stojąc na wietrze i mrozie gdy rozległ się nagle trzask, a koparkowy zaklął szpetnie:
-Motyla noga! - no dobra. Inaczej zaklął.
-Co je?
-Kabel elektryczny.
-Pan pójdzie na drugi dołek, a ja po Szefa.

No to idę.
Dołki były od budowy może nie rzut kamieniem, ale powiedzmy rzut takim młotem sportowym w wydaniu olimpijskim. Na pewno bliżej niż rzut oszczepem.
Idę. Przede mną szeroka, prosta droga, na której końcu widać ogrodzenie i bramę naszej budowy, a za bramą na hałdzie urobku stoi Szef. Widzę jak omiata pańskim okiem, dzieli i rządzi.
Jak byłam mniej więcej w 1/3 drogi (tej na rzut młotem) widzę jak zaczyna się klepać po spodniach i odbiera telefon.
Podchodzę, on wyłącza się i tako rzecze:

-Upitoliłaś kabel.
-Kopałam gdzie wskazali. A skąd Szef wie? Zadzwonili z Instytucji?
-Ta. Ale nie do mnie. Do Inwestora.
-Te 500 km? Nie mogli do nas? Daleko nie mają.
-Robimy im straty wizerunkowe i generalnie straszne szkodniki jesteśmy. Nie mogą przez nas pracować. Skandal, jak tak dalej będziemy skargę na ans złożą.
-A co im odłączyliśmy? Połowę Instytucji?
-Choinkę odłączyliśmy - to już rozumiem czego straty wizerunkowe i nie mogą wypełniać przez nas obowiązków zawodowych - Weź Tadka, on elektrykiem jest, niech to połata.
Czas akcji: 7 minut.

Skomentuj (5) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 139 (183)

#70020

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia Krolewny o wątpliwym poziomie serwowanego doświadczenia artystycznego - drogą wolnego skojarzenia - przypomniała mi pewną historię.

Otóż mieszkam w mieście, które jest nieduże, ale swoją kropkę na mapie ma. Przez tę kropkę chyba od czasu do czasu znajduje się na trasie różnych zespołów. W takim przypadku miasto sięga do swoich "zasobów" i robi im koncert w jednej z trzech lokalizacji: na scenie na zamku, na scenie w kinie albo w knajpie "Piekiełko".

W Piekiełku ląduje cała muzyka, która nie jest muzyką klasyczną i recitalem śpiewanej poezji JPII.

Piekiełko jest sklepioną krzyżowo piwnicą pod urzędem miejskim, pomalowaną na żółto i różowo, z szerokim na 1.5 m filarem, podtrzymującym sklepienie 2 m od sceny. Posiada podest na 10 cm robiący za scenę, pluszową kotarę w kolorze czerwonego wina i napis "Centrum kultury i nauki Piekiełko" wycięty ze styropianu nad sceną.

Piekiełko zasłynęło kiedyś tym, że na koncercie punkowym rozstawili krzesełka pod sceną, bo im się pomyliło z wieczorem jazzowym.

Na co dzień w Piekiełku sprzedaje się frytki, pierogi i piwo, a lokalem zajmuje się najemca, ale na czas koncertu przychodzi - KHEM- miastowa ekipa koncert obsługiwać.

Ustawiają głośniki, podpinają kable, ustawiają JEDEN reflektor, który oświetla scenę i przy scenie do stopnia jasności pomieszczenia biurowego, światłem stałym i żółtym.

- Moja mama miała tu wieczorek poetycki w zeszłym tygodniu i ten sam reflektor się świecił - wyjawił mi kolega, kiedy sączyliśmy piwo, czekając na Kwasożłopy.
- Przynajmniej wynieśli krzesełka - pocieszyłam go, bo trenuje się w byciu optymistą.

Czy pamiętacie, że 2 m od sceny jest szeroki na 1.5 m filar? A wiecie, co jest na czole tego filaru, od strony sceny właśnie? Wiecie? Panel z kontrolkami jest!

Więc grają sobie Kwasożłopy, reflektor się świeci, publiczność sobie poguje, bardzo starając się nie wpadać na zespół (bramki? jakie bramki?) i nagle światło zaczyna migać. Myślę sobie: "Niemożliwe! Ktoś zaczął robić lightshow! Może własnego człowieka przywieźli i miga teraz tym jednym reflektorem do rytmu". Po czym światło zgasło. Ale nagłośnienie działa, zespół gra niewzruszenie, udając że wszytko ok, pogujący tłum i tak poguje na ślepo, żeby nie widzieć tego różowego i żółtego na ścianach, bo to psuje nastrój.

Ktoś od zaplecza się przeciska, dopada panelu z kontrolkami i światło znowu jest.

- PROSZĘ DUPAMI NIE WPADAĆ NA PRZYCISKI! - wrzeszczy do pogującego tłumu. Kwasożłopy grają. Facet sobie idzie. Światło gaśnie. Facet wraca - NIE WPADAĆ MÓWIĘ - po czym został staranowany przez wielbiciela miejskiej kultury i sam zgasił światło szlachetną częścią ciała.

Doszło do niego sedno problemu i postanowił go rozwiązać. Stanął tyłem do zespołu, oparł się ramionami o filar i siłą autorytetu swoich 100 kg bronił przełączników własnym ciałem przez cały koncert. I z całym swoim poświęceniem obronił! Reflektor nie mignął i nie ruszył się już ani razu.

To natomiast, co dzieje się po koncercie wymaga osobnego akapitu:
WSZYSTKIE normalne knajpy po to robią koncert, żeby sprzedać dużo piwa i zarobić trzy razy tyle, co przez cały tydzień.

W Piekiełku po koncercie wychodzą panie z odkurzaczami i mopem i przeganiają gości z kąta w kąt, bo trzeba ogarnąć, a koncert już się przecież skończył, no! Więc wszyscy goście się wynoszą do prywatnej knajpy obok i czają w oknie na wychodzące zespoły.

P.S. Na szczęście przed kolejnym koncertem panel z kontrolkami przenieśli.

Skomentuj (25) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 222 (332)

#83299

(PW) ·
| Do ulubionych
Mam Dziadka. Dziadek ma działkę. Na działce ma domek, a na domku winorośl. A ponieważ dziadek jest osobą praktyczną, winorośl nie jest tak sobie puszczona po dachu, tylko rośnie na stelażu. Stelaż od dachu jest na wysokości coś powyżej kolan, a poniżej pasa ("tam gdzie się interes kończy - hłe, hłe, hłe).
Dziadek winorośl zbiera krocząc dwudziestocentymetrowymi przerwami technologicznymi pomiędzy jednym a drugim rzędem w stelażu.
Ja winorośl zbieram inaczej. Leżę na plecach na starej deskorolce, więc widzę winorośl tak "od dołu" i przesuwam się odpychając nogami wzdłuż rzędów. Tak mi wygodnie, bo mnie kręgosłup nie boli od zginania się.
Nigdy nie zbieraliśmy symultanicznie, więc - że tak powiem - nie wiedziałam, który sposób generuje więcej wiader na godzinę. Okazało się, że mój. Robił mi pomiary, jak ostatnio mu zbierałam. I pozazdrościł.

Siedzimy na rodzinnym obiedzie i Dziadek mi mówi, że on nie wie, jak mogę tak zbierać, bo paprochy na twarz lecą. No to mówię, że zbiera się za sobą, przed sobą i po bokach - to nie lecą. A nigdy nie zbiera się nad sobą.
Po czym zarejestrowałam jego podejrzanie czerwone oko i pytam się, czy próbował zbierać leżąc. No próbował. I poleciały mu paprochy w oko. I musiał jechać do szpitala na ul. Wojewódzkiej na ostry dyżur, żeby mu wypłukali. Dali mu krople i już teraz jest OK.
Brak żywej reakcji przy stole wskazywał na to, że do współbiesiadników NIE DOSZŁO co dziadek właśnie powiedział.
- Czy Dziadek autem pojechał na tę Wojewódzką?!!- no przecież się nie teleportnął. Mama struchlała.
- No tak, autem jechałem.
- I patrzył na jedno oko, a z drugim zamkniętym?!
- No tak.
- Na to lewe, na którym się tacie zaćma zaczyna? - Mama odzyskała głos.
- No tak - zapadło przy stole głuche milczenie.
- DLACZEGO TATA PO KOGOŚ NIE ZADZWONIŁ?! - huknął ojciec. - Jest Tala, M. jest, B. z żoną, na pewno któreś nie było na służbie!
- Tala była na budowie, M. w robocie... a zresztą ja na działce telefonu nie mam!
- Mówiłam, że tacie kupię komórkę - łka mama.
- Ja na działce komórkę mam, nazywa się wychodek! - przyjął dziadek pozycję obronną.
- Trzeba było dzwonić na pogotowie. Poprosić kogoś na ulicy!
- Tam nikt nie chodzi!
- Ale jest gazownia obok, trzeba było tam pójść, tam jest sekretariat!
- JA NIE BĘDĘ NIKOMU DUPY SWOIMI PROBLEMAMI ZAWRACAŁ! SAMODZIELNY JESTEM, A POGOTOWIE SIĘ WOŁA JAK JEST ZAGROŻENIE ŻYCIA I ZDROWIA! - wolałam nie mówić, że schodzenie z tego domku po przedłużonej kijami od miotły aluminiowej drabinie z jednym okiem zamkniętym a drugim z zaćmą jest zagrożeniem dla jego życia i zdrowia. - POZA TYM TAKIEJ SYTUACJI DRUGI RAZ NIE BĘDZIE, BO JA NIE BĘDĘ ZBIERAŁ JUŻ TAK JAK TALA, TYLKO STOJĄC JAK ZAWSZE ZBIERAŁEM.
Przy stole zapadło milczenie.

- Dziadziu, nawet jak jestem na budowie, to po mnie zawsze można dzwonić, ja co najwyżej powiem kierownikowi i on mnie puści.
- JAK SIĘ JEST W ROBOCIE, TO SIĘ PRACUJE! A ZRESZTĄ JA NIE POTRZEBOWAŁEM ŻADNEJ POMOCY, POJECHAŁEM SOBIE SPOKOJNIE OBWODNICĄ 20 NA GODZINĘ I DOJECHAŁEM! I NIE ŻYCZĘ SOBIE, ŻEBY ZE MNIE ROBIĆ KALEKĘ! - Mama nabrała powietrza, żeby coś powiedzieć. - KONIEC DYSKUSJI! BO SOBIE PÓJDĘ DO DOMU!
Zakończył kategorycznie, pozostawiając nas w zgrozie i niepewności.

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 143 (187)

#83231

(PW) ·
| Do ulubionych
Pracuję sobie ostatnio jako pracownik biurowy na budowie. Mamy jedną taką budowę, która jest na terenie zamkniętym.
Po wielkim cyrku z przepustkami osobowymi, drugim cyrku z samochodowymi i trzecim - nieco mniejszym - z przepustkami na sprzęt budowlany, który nie posiada numerów rejestracyjnych myślałam, że to już koniec "gry wstępnej" i mamy ten etap za sobą.
Otóż nie mamy.

Ostatnio Szef miał pojechać jeszcze gdzieś-tam po coś-tam, więc wyrzucił mnie z busa pod bramą. Zamysł był taki, że rozłożę się ze sprzętem w budzie biurowej i będę sobie spokojnie pykać na laptopie, w oczekiwaniu na komisję.
Podchodzę do bramy, pokazuje przepustkę i już już, miałam przekroczyć bramkę gdy zatrzymał mnie w miejscu głos ochroniarza.

- A pani co ma w tym plecaczku?
- Laptopa - odpowiedziałam zgodnie z prawdą, pomna tego, że jakby co to oni mają prawo do mnie strzelać.
- SPRZĘTU KOMPUTEROWEGO NA TEREN WNOSIĆ NIE WOLNO!
Noszkurfa.
- Niby jak nie wolno?
- ZGODNIE Z PUNKTEM X REGULAMINU Y I ROZKAZEM Z KOMENDANTA Z DNIA TEGO A TEGO, SPRZĘTU KOMPUTEROWEGO NIE WNOSI SIĘ! Poszła won!

Ponieważ ten pan nawet nie jest pracownikiem Instytucji na tym Terenie Zamkniętym, tylko firmy ochroniarskiej zatrudniającej niepełnosprawnych, emerytów i rencistów postanowiłam podejść do Komendanta Ochrony.
Problem polega na tym, że żeby się do niego dostać musiałam wejść na Teren Zamknięty tzn. przejść przez inną bramkę z innym ochroniarzem, który też na pierwszy rzut oka rozpoznał plecak z laptopem.

Zadzwoniłam do gościa. Tzn. Komendanta Ochrony.
Niestety okazało się, że pomimo, że jest godzina 8, a on pracuje od 7, to jeszcze nie dotarł do pracy.
A ja mam komisję o 8.30!

W desperacji uknułam więc szatański plan, którego pomysłowości, przebiegłości i pokrętności nie mógł z pewnością przejrzeć żaden emerytowany, niepełnosprawny rencista siedzący na ochronie.
Schowałam się za najbliższy zakręt i zadzwoniłam do jadącego dopiero na Teren Zamknięty kierowcy, wiozącego na pace taki mały walec. Umówiliśmy się na parkingu pod supermarketem, a kierowca fachowo ukrył plecak z laptopem pod plandeką na walcu. Tzn podniósł plandekę, położył lapka na siedzeniu walca, dla pewności przykrył go kurtką roboczą i opuścił plandekę.
Po czym ja - z wyrazem anielskiej niewinności na twarzy - przeszłam jedną bramką, a walec pojechał drugą.

Stopień skomplikowania, przebiegłości i chytrości tego mojego planu niech będzie dla szanownych czytelników materiałem do przemyśleń.

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 205 (209)

#83142

(PW) ·
| Do ulubionych
Pracuję sobie ostatnio na budowie.

Mój bezpośredni szef bardzo szybko wpadł na to, że skoro ma mnie pod ręką, to mogę za niego załatwiać różne rzeczy, których on nie lubi.

Wezwał mnie i tak mi rzecze:
"Będziemy wchodzić na nową budowę na terenie zamkniętym pewnej instytucji. Pójdziesz tam i…"

a) "... podejdziesz do strażaka. Wytłumaczysz mu, że mamy zmienną liczbę ludzi na budowie, że nie da się nas przeszkolić wszystkich razem i ustalisz jakiś harmonogram, żeby zrobić to partiami”.

No to idę. Na portierni mówię, co i jak. Łączą mnie ze strażakiem. Rozmawiam z nim przez tel, przedstawiam się i mówię "… mamy zmienną liczbę ludzi na budowie, nie da się nas przeszkolić wszystkich naraz. Trzeba by to robić partiami, może ustalimy harmonogram?”.

I tu przerwał mi wściekły ryk:
- PANI NIE BĘDZIE MI MÓWIĆ, CO TRZEBA BY ZROBIĆ! JA SWOJĄ ROBOTĘ ZNAM! PROSZĘ MI SIĘ TU MNĄ NIE RZĄDZIĆ! TO JEST BEZCZELNE! NIE JESTEŚCIE PIERWSZĄ EKIPĄ, KTÓRA MA PRACOWAĆ NA TERENIE ZAMKNIĘTYM! TO JA USTALAM ZASADY, A NIE PANI. TO WY MACIE SIĘ PRZYSTOSOWAĆ DO NAS!!! A tak poza tym, idę od jutra na dwa tygodnie urlopu, proszę kontaktować się po 15! - i jeb słuchawką.

b) "... dzwonił Pan Piekielny, powiedział, że chce widzieć kogoś z nas, da ci jakieś dokumenty, to je przywieź”.

Puk, puk.
- WEJŚĆ!
- Dzień dobry. Ja z HellBUD-u. Podobno chciał pan widzieć kogoś od nas.
- JA NIKOGO NIE CHCIAŁEM WIDZIEĆ! JEŚLI O MNIE CHODZI, MÓGŁBYM WAS WSZYSTKICH NA OCZY NIE OGLĄDAĆ! PO CO JA MIAŁBYM CHCIEĆ KOGOŚ OD WAS WIDZIEĆ?! Ja chcę dopełnić formalności narzuconych na mnie przez ustawę z dnia... zgodnie z przepisem... do czego jestem zobowiązany jako… CO PANI TAK STOI?! SIADAĆ!

Siadłam.
- To może dopełnimy tych formalności?
- Pani przyjdzie jutro, nie uzupełniłem pisma jeszcze.
Noszkurfa.

c) "... zaniesiesz listę pracowników do Pana Diabelnego”.

- Pan Diabelny?
- Tak
- Dzień dobry. Ja z HellBUD-u. Przyniosłam listę pracowników do przepustek razem z oświadczeniami.
- TO ILE TEGO JEST?!
- 56.
- TO WY WSZYSCY BĘDZIECIE NA BUDOWIE?
- No naraz nie. Ale wszyscy pojawią się na budowie.
- To proszę mi dać listę 10 pracowników, którzy będą się najczęściej pojawiać, im wyrobimy stałe przepustki, a reszta niech wchodzi na jednorazowych.
- Ustalenia z górą były inne.
- Ale tu rządzę JA i będzie tak, jak JA mówię. A teraz żegnam. Aha. I listę przynieść po 15, bo jadę na urlop teraz.
Noszkurfa.

BONUS:
Siedzę w samochodzie następnego dnia i gram w Mahjonga na komórce, bo czekam aż pan Piekielny przez godzinę uzupełni trzy zdania w dokumencie. Bo jak przyszłam, to nie uzupełnił.
Podchodzi do mnie strażnik i pyta:
- A co tu tak pani?
- A czekam se - i pokazuję jednorazową przepustkę.
- Pani dostała tę przepustkę, żeby wejść, załatwić, co trzeba i wyjść. A nie sobie bimbać. Jak ma pani sobie bimbać, to poza terenem zamkniętym!
- Nie, bo jak będę wychodziła, to będę musiała oddać przepustkę i robić nową, gdy wrócę.
- Pani nie może tak sobie grać, tu jest poważna instytucja!
Noszkurfa.

- To ja idę do pana Piekielnego.
- To pani idzie.

Resztę tej godziny spędziłam za winklem, na ławce dla palaczy.

Skomentuj (3) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 158 (174)

#83013

(PW) ·
| Do ulubionych
Na starych osiedlach "oryginalni" lokatorzy bardzo dobrze się znają. Na osiedlu mojego dziadka mało już ich zostało, dlatego jak któregoś ubywa, to reszta solidarnie idzie na pogrzeb.

Moja Babcia zmarła rok temu. Zmarła raczej znienacka, jakoś nic jej bardziej niż miażdżyca nie było. Tzn. miażdżycę miała od lat 70., więc każdy przyzwyczaił się, że ją ma. I że w lecie jest gorzej. I ta miażdżyca zabrała jej na ostatni miesiąc życia pamięć krótkotrwałą. No ale poza tym była na chodzie, wszystkich poznawała, trzeba ją było tylko trochę pilnować.

W każdym razie zmarł sąsiad z bloku obok. Kolega z pracy. A ponieważ Mama znała się od czasów dzieciństwa z córkami tego Pana i utrzymywała z nimi koleżeński kontakt, to razem z Dziadkiem wybrali się na Mszę i pogrzeb.

- I podchodzę z Tatą do wdowy, ledwo się kobieta na nogach trzyma, wsparta stoi o balkonik... Tata jej składa kondolencje, a ona mu przerywa, wchodzi w słowo i mówi: "A mój Józek to spokojnie we śnie umarł, nie jak twoja żona, co się męczyła i zgłupiała przed śmiercią".
- I co jej Dziadzio powiedział?
- Jej nic. Jak już poszliśmy do domu, to stwierdził, że ona zawsze była taka, że musiała mieć swoje lepsze i na wierzchu. Że nic się ludzie nie zmieniają. Ale przykro mu było.

Skomentuj (1) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 100 (136)