Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

takatamtala

Zamieszcza historie od: 26 czerwca 2012 - 15:59
Ostatnio: 20 listopada 2019 - 15:00
  • Historii na głównej: 100 z 117
  • Punktów za historie: 35946
  • Komentarzy: 509
  • Punktów za komentarze: 2678
 

#85625

(PW) ·
| Do ulubionych
Robię sobie na boku inwentaryzację budynku mieszkalnego. W stanie wskazującym (na potrzebę remontu).

Chodzi ze mną Pani Administrator, żeby wszyscy lokatorzy mnie wpuścili, bo to w większość starsi ludzi i się boją, a własnego administratora znają.

No i opowiada mi ta Pani Administrator:
- A ta z 13 nas nie wpuści, bo z nią jesteśmy w konflikcie prawnym.
- ? - wykazałam zainteresowanie wyrazem mej twarzy, przez znaczące podniesienie lewej brwi.
- Bo ona chce sprzedać mieszkanie.
- Za to jeszcze palców nie obcinają.
- Nie, ale jest taki myk: ona nie ma własnościowego tylko 3% udziału w kamienicy. To jest jakieś 7m. Wywalczyła sądownie wskazanie jej lokalu mieszkalnego...
- ...a, że nie ma siedmiometrowych, dostała większy - dokończyłam. Klasyka tematu.
- Dokładnie. 35. Pokój, z kuchnią i łazienką. Wyremontowała i nagle ja widzę ten lokal na Piekiełko-Nieruchomości. LOKAL, a nie 3% udziału w nieruchomości! Z rzutem, piwnicą itd. No to ja tam dzwonię i mówię, że to nie tak.
- A Pan Leszek z Piekiełko-Nieruchomości co na tą rewelację?
- A Pan Leszek, że on tu tylko sprząta / nie wiem / nie znam się / zarobiony jestem i wystawia ogłoszenie jak mu klient przyniósł. Jak się kupujący doczyta u Notariusza to zobaczy, że kupuje 3%, a nie mieszkanie.
- Ale w ogłoszeniu jest cena od metra za 35m?
- A owszem. I jeszcze doliczyła do tych metrów antresole za pół ceny. Więc jako administrator wezwaliśmy ją do wyjaśnienia, ale ona jest w Niemczech, a na mieszkaniu jest jej córka. A Piekiełko-Nieruchomości ogłoszenia nie zdejmie, ręce umywa.
- Jak nic skończy się w sądzie.
- A najbardziej jest wkurfiające pani Talu, że tu jest 15 właścicieli i każdy po kolei zadzwonił jak widział to ogłoszenie, a teraz dzwoni co chwilę, żeby być poinformowanym na bieżąco.

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 137 (141)

#84968

(PW) ·
| Do ulubionych
Od kiedy pracuję na budowie, to zrozumiałam, dlaczego wykonawcy tak nie lubią projektantów.

- Pani Talu, kolizja jest - rzekł kierownik brygady sanitarnych. Obecność kierownika elektryków już sugerowała z czym kolizja. Było to co najmniej niepokojące, bo prąd z wodą to kiepskie połączenie. Prawie tak kiepskie jak prąd z gazem.
- ?
- Gniazdka są za grzejnikami - wyjaśniono mi.

Odpalam więc dokumentację i faktycznie, kiedy nałoży się rysunki elektryki na sanitarne, to gniazdka elektryczne są w ścianie, a na ścianę przykręcony grzejnik.
Dzwonię wiec do przedstawiciela Inwestora, żeby dowiedzieć się czy mam przesunąć gniazdko, czy grzejnik, czy może zbudować tak jak narysowali (hłe, hłe, hłe).
- Proszę dzwonić do Projektanta - zapadł wyrok. A tu trzeba dodać, że Projektanta mamy wrednego z lekkim rysem histerii i dużą nutą oślego uporu.

To dzwonię.
Odebrał.
- ...bry.
- Dzień dobry, tu Tala Piekielna z HellBudu, budowa w Piekiełku. Mamy taki mały problem. Grzejniki nam wiszą na gnia...
- Chwila, chwila, chwila. Pani Talu, a czy pani się spytała czy mogę rozmawiać? - oto jest pytanie.
- Przepraszam - asekuracyjnie odrzekłam, choć skruchy było we mnie tyle co na Saharze lodu w lipcu - uznałam, że jak pan odbiera to może rozmawiać.
- Odbieram, bo jestem dobrze wychowany w przeciwieństwie do co poniektórych - ciekawe kogo - a wasz Szef - który, jak drodzy czytelnicy pamiętacie, nie bawi się w półśrodki - złożył na mnie pismo, że nie odbieram.
- Czy więc może pan rozmawiać?
- NIE - i yeb słuchawką.

Trzy wdechy. Jestem yebaną lilią na p...dolonym jeziorze spokoju.
Dzwonię do przedstawiciela Inwestora.

- Pan Projektant nie jest dostępny.
- To Pani maila mu wyśle i drugiego takiego samego do nas, informacyjnie. Ja już przypilnuję, żeby dzisiaj odpowiedział.

Wysyłam.
Na fajrant dostaje odpowiedź.
"Przesunąć gniazdka pół metra w górę".
Ani dzień dobry, ani nic. No ja to przynajmniej stosuję figury stylistyczne. Takie jak: "z poważaniem", pomimo że pewnych osób nie poważam.
Ale mniejsza o uprzejmości.
Telefon do Inwestora.

- No ale te gniazdka jak są nad grzejnikami pośrodku to to jest niewygodne w użytkowaniu - tłumaczę - Co oni na grzejniku czajnik na wodę postawią? Tam żadnych mebli przy tych gniazdkach i grzejnikach nie ma- odpowiedziało mi ciężkie westchnienie.
- Proszę przesunąć te gniazdka tak, żeby funkcjonalnie były do mebli. A ja już u Projektanta załatwię.

Dostaję do wiadomości maila między Projektantem, a Inwestorem. Tzn. odpowiedź Projektanta.
Sens maila jest mniej więcej taki: "tak ma być. Pokażcie mi przepis, że tak nie może być".
Mail od Inwestora do Nas, i do wiadomości do Projektanta: poprzesuwać gniazdka do sprzętów.
Projektant: Ja tego nie zatwierdzę.
Inwestor: To nie jest istotna zmiana projektowa, zrobimy jak uważamy (czyt. wal się).
Projektant: Proszę podać podstawę prawną.
Inwestor: To nie jest istotna zmiana projektowa. Poprzesuwać gniazdka do sprzętów.
Telefon od Projektanta do Mnie: Pani Talu - ani dzień dobry, ani czy mogę rozmawiać ani przepraszam... - Pani mi przygotuje rysunek zamienny na te gniazdka, żeby był do dokumentacji powykonawczej - ...ani czy mogę...

Prawdę mówiąc, to miałam mu ochotę powiedzieć, że jestem po pracy, nie mogę rozmawiać i rzucić mu telefon jako i on mnie rzucił.
Ale jestem lilią na jeziorze. Profesjonalistką, której byle kołek nie wyprowadzi z równowagi. Kwiatkiem jestem ezoterycznym ufra. Przechodzę z wdziękiem i lekkością nad problemami życia codziennego. Kto jak nie ja. Powtarzam sobie.
- Spytam się Szefa.
Szef: Narysuj mu to, bo jak ta sierota się za coś zabierze, to tak narysuje, że jeszcze tego budynku nie oddamy.
Noszcurfa.

Skomentuj (25) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 228 (240)

#84865

(PW) ·
| Do ulubionych
Projekt sobie, a budowa sobie.
Mamy na naszym budynku łazienki zaprojektowane. W łazienkach są krany, bidety i inne bzdety.

Stuk puk.
-?
-Dzień dobry pani Talu. Problem jest.
-Na bramie? - spytałam z automatu, po czym oboje uśmialiśmy się po pachy, bo to kierownik robót sanitarnych był, a już była 13 i kto miał wejść już dawno był na placu. Kiedy perlisty nasz śmiech przebrzmiał odbijając się echem od nagrzanych w słońcu ścian mojej metalowej budy, Pan Karolek się rozsiadł i tako rzecze:
-Kible nie są podłączone.
-Kibli to nawet jeszcze nie przewieźli.
-Ale w papierach. Te ostatnie kible w ostatnim boksie, są niepodłączone - wyjaśnił pan Karolek, rozprostowując na kolanie wymięty rzut parteru, zalany prewencyjnie kawą i wyjaśniając pomyłkę językową.

No i faktycznie - wszystkie pomieszczenia z toaletami opajęczone były czerwonymi i niebieskimi liniami, tylko ostanie w ostatnim boksie miały linie nieprowadzące donikąd. Znaczy się rozpajęczały się i nie łączyły z resztą.

Po prewencyjnym rzucie okiem na dokumentację elektroniczną dzwonię do osoby, która nadzoruje prace sanitarne z ramienia Inwestora.

Krótko wyjaśniłam o co chodzi i słyszę w odpowiedzi:
-A pani jest pewna, że tam są kible? - zabił mnie. No może i nie jestem sanitarna, tylko architekt, ale potrafię rozpoznać kibel i umywalkę.
-TAK.
-A dlaczego jest Pani taka pewna?
-Bo są tam oznaczenia graficzne - wybąkałam w szoku i niedowierzaniu - opisane symbolami z legendy wyposażenia.
-No tak, ale tych ostatnich ubikacji na rozwinięciu wody nie ma.
-Bo się walnął projektant.
-To skąd pani wie, ze tam jest sanitariat?
-Bo tak są opisane te pomieszczenia na architekturze!
-Ale w robotach branżowych obowiązują Panią rysunki branżowe.
-To pan oczekuje od nas, że przytwierdzimy te umywalki do ścian, kible o tak postawimy i to wszystko będzie niepodłączone do sieci?
-No... trzeba ustalić, czy sanitariaty tam faktycznie są.
-No są, ewidentnie widać, że są.
-Dla MNIE to wcale nie jest takie oczywiste. Wyślę zapytanie do projektanta. Do widzenia.

Takie kible Schrödingera. Równocześnie są i ich nie ma.

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 190 (196)

#84708

(PW) ·
| Do ulubionych
Siódma rano. Ale nie sobota. Budowa na terenie zamkniętym.

Dla tych, którzy nie widzą: żeby dostać się na teren budowy, pracownik musi się wylegitymować na bramie dowodem. Dostaje jednorazową przepustkę, wchodzi sobie, a potem ja mu w ciągu dnia wyrabiam stałe papiery, uprawniające do dostępu.

Siedzę, piję kawę, skroluję kilometry przedmiaru w pdf, gdy do budy pakuje mi się pracownik. Z mojej ulubionej ekipy do prac na wysokości.

- Pani Talu, problem jest na bramie. Mareczka nie chcą wpuścić.
Noszcurfa!

Odkładam kawę i sunę na tę bramę, radosna niczym chmura gradowa.

- Trzeźwy?
- Tak.
- Dowód ma?
- Tak.
- Ważny?
- Tak.

No to czego jeszcze chcieć od życia? Docieram do bramy i się dowiaduję.

No o co nie spytałam? No o co?

O to, czy ten dowód jest cały.

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 157 (175)

#84722

(PW) ·
| Do ulubionych
Pracuję sobie na budowie na terenie zamkniętym.
Ostatnia historia o gościu z popękanym dowodem zaowocowała moim bieganiem przez prawie godzinę po wszystkich świętych Instytucji, która używa terenu na którym pracujemy. W wyniku tego mój Szef się... poirytował.

Okazało się, że to była bardzo kluczowa godzina kiedy coś potrzebował się ode mnie dowiedzieć, a nie mógł, co spowodowało u niego... pewne napięcie emocjonalne.
Kiedy ta fala uderzeniowa irytacji przeszła, co usłyszało chyba pół budowy, Szef uznał, że jest to problem głównie systemu w jakim wydawane są przepustki. I że nie będę ich teraz robić na bieżąco, tylko na zaś.
Tzn. dostanę listę pracowników, ich numery dowodów, zdjęcia i będę wyrabiać im przepustki wcześniej.

(Nie żeby tak można było od samego początku i żebym nie mówiła, że tak będzie mi łatwiej...)

(...i nie żebym o to nie prosiła każdego po kolei szefa brygady, a i tak zawsze przyjechali na żywioł i trzeba im było wydawać na bieżąco...)

W każdym razie Szef zarządził. Dostałam więc na maila ładny spis pracowników z numerami dowodów i zdjęciami, którym miałam wyrobić przepustki na dzień następny. Co też zrobiłam. Cała szczęśliwa podałam je do bazy przez kierowcę, żeby sobie na następny dzień pracownicy mogli wejść bez najmniejszej mojej interwencji.

Następnego dnia stoję sobie obok rusztowania i patrzę jak budynek rośnie, gdy przychodzi jeden z moich chłopaków i mówi:
-Kierowniczko, problem je na bromie.
Z rusztowania gdzieś na wysokościach rozległ się pełen mściwej satysfakcji rechot.
Ech...
Ponieważ cały ten system przepustek wychrzania się na pracownikach w bardzo dziwnych i trudnych do przewidzenia miejscach, postanowiłam nie zgadywać, tylko spytałam się w czym problem.
-Mówio, że oni niepodobni.
Im bliżej byłam bramy, tym bardziej widać było sedno problemu.

Otóż na bramie stało pięciu pracowników koło sześćdziesiątki.
-Oni mówio, że to nie jo - poskarżył się od razu jeden z panów.
Patrzę na przepustkę - zawadiaka w kwiecie wieku, z czarnymi puklami włosów opadającymi na ramiona i złotym kolczykiem na odsłoniętym do zdjęcia uchu.
Patrzę w naturze: łysy facet w okularach 30 kilo i lat później.
I tak każdy jeden.

No tak. Kazałam wysłać zdjęcia. Nie powiedziałam, że aktualne. To mi ich kadrowa wysłała te z podań o pracę. Z lat 90.

Skomentuj (16) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 208 (212)

#84609

(PW) ·
| Do ulubionych
Pracuję sobie na budowie na terenie jednostki wojskowej. Jestem jedyną osobą z firmy, która mieszka w tym samym mieście co ta budowa, cała reszta ludzi zjeżdża z okolicznych i mniej okolicznych wiosek.
Zeszła sobota rano była dla mnie obfitująca we wnioski. Takie z zakresu zarządzania ludźmi...

Primo: Jeśli Kierownik Budowy wywoła odpowiednie ciśnienie emocjonalne, to może okazać się, że szef ekipy pracującej na wysokościach może zechcieć pracować w sobotę o 7, żeby nadgonić. I kto się będzie musiał zwlec na 7 na budowę? No ja.]

Drugie primo: To że umówią się na 7 nie znaczy, że nie spóźnią się 45 minut.

3) Jeśli siedzisz sobie spokojnie i grasz w mahjonga sącząc kawę, a tu do budy pakuje ci się Żandarmeria Wojskowa, to jest źle.

4) Żeby szybko zorientować się w sytuacji należy podejść od zawietrznej do stojącej na bramie, awanturującej się grupy robotników.

5) Trzeba umieć zadawać pytania. Np. na pytanie "czy pan DZISIAJ pił", pracownik opowiada że nie. A ty organoleptycznie stwierdzasz, że chyba tak. Należy się spytać "o której pan WCZORAJ skończył pić". No o 4. O 4 rano. Ale to wczoraj pił do czwartej, później się położył i od rana już nie pił. Czyli DZISIAJ nie pił.

6) Należy się wściec, bo jak ŻW sprawdzi wszystkich, to na każdego jest 500 zł kary na głowę, a na razie sprawdzili tylko dwóch. Lepiej dzielić 1000/5 niż 2500/5. Trzeba więc zapałać świętym oburzeniem, zrugać ich tak, że ZW zaczyna ich bronić i zapędzić do auta.

7) W tym momencie orientujesz się, że kierowca też jest wczorajszy. Czy dzisiejszy jak kto woli. Honorowo odwieź ich 30 km pod Piekiełko do Dziury Dolnej, czy skąd oni tam są.

8) Ponieważ nie teleportujesz się z powrotem do Piekiełka, to wracasz ich autem

9) Ponieważ jest to ich jedyne auto, to musisz w poniedziałek po nich pojechać rano i ich przywieźć do pracy, czyli wstajesz 30 minut wcześniej niż normalnie.
Brawo ja.

Skomentuj (82) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 127 (173)
Godzina siódma, minut kilka, sobota, moja ulubiona budowa na terenie zamkniętym. Siedzę z budzie i - jak przed tygodniem - czekam na panów od prac na wysokościach.
Nagle do budy - poprzedzony energicznym pukaniem - wchodzi żołnierz. Aż mi z wrażenia nogi ze stołu spadły.
- Mamy problem na bramie - z niejasnym poczuciem daja vu podchodzę od zawietrznej...
...
(napięcie rośnie)
...
Ale chyba ok.

- W czym problem? - pytam się, bo nikt się nie chwieje, nie bełkoce i wyglądają tak dość ok.
- Wacka nie chcą wpuścić.

Wacek to był pracownik, który miał być przywieziony do roboty dziś po raz pierwszy jako wsparcie interwencyjne. Oznacza to, że mają wypisać mu przepustkę jednorazową, bo reszta ma stałe. Żeby wypisać pracownikowi przepustkę musi on okazać dowód osobisty. I być trzeźwy.
Idę do biura przepustek... i dalej nic. Żadnej zagęszczonej atmosfery dnia poprzedniego...
Wacek stoi przed okienkiem, obok szef brygady, za okienkiem żołnierz.

- Dziendobrybardzo, co się stało?
- Pan nie ma dowodu - streścił problem wartownik.
- Ale paszport mam - dodał zaraz Wacek. No i faktycznie, gość za okienkiem trzymał w ręku paszport z orzełkiem.
- No niech pan nie będzie służbistą - uderzam w proszący ton - w paszporcie zdjęcie jest, dane są, widać że obywatel PL.
- Ja bym na paszport wpuścił, ale ten jest nieważny.
- Jak to nieważny..?
- 3 lata - zakończył wartownik, dobijając tym ostatni gwóźdź do trumny nadziei.
- Ale przecież się nie zmieniłem - odezwał się Wacek - a koledzy potwierdzą, że to ja.
- No, to jest Wacek - potwierdził skwapliwie szef brygady.

W ciszy która nastała, słychać było jak mi ciśnienie rośnie.

- A prawo jazdy przy sobie pan ma? - zatliła się iskierka nadziei.
- Zabrali mi - i pyk iskierka zgasła.
- Ma pan jakikolwiek dokument potwierdzający tożsamość? - prawdę mówiąc nie wiem co miałoby to być. Karta wędkarza? Legitymacja AA? Książeczka dawcy krwi?
- No paszport mam - wyjawił bardzo z siebie zadowolony Wacek.

Skapitulowałam. Z pustego i Salomon nie naleje.

- Poproszę ten paszport, przepraszam za utrudnienia, idziemy - zawinęłam szefa brygady z Wackiem i idziemy na parking.
- Ale Pani Talu, co teraz?
- Teraz Pan wróci do domu, bo Pana na jednostkę nie wpuszczą. A w poniedziałek może Pan przyjechać tylko z dowodem osobistym. Wtedy wyrobię Panu przepustkę.
- Ale ja nie mam dowodu.
- On nie ma dowodu Pani Talu.
- No to niech poszuka. A jak znajdzie to przyjdzie.
- Ale Pani Talu, on nie ma w ogóle dowodu - na te słowa szefa brygady nastąpił u mnie system error.
- Ale jak to?
- No ważność mu się skończyła...
- ...2 lata temu... - dodał Wacek
- ...i nie wyrobił nowego.

Noszcurfa.

- I CO JA MU PORADZĘ? TO NIECH W PONIEDZIAŁEK IDZIE I WYROBI NOWY - zirytowałam się - A PAN GDZIE MI SIĘ ŁADUJE?! - Bo Wacek przestraszony wybuchem, pobiegł do auta prosto za kierownicę.
- No do domu będę wracał.
- PAN NIE MA PRAWA JAZDY.
- No nie mam bo zabrali, ale umiem prowadzić - jeśli by teraz który z robotników zaczął mi potwierdzać, że Wacek umie prowadzić, to bym chyba dostała ataku apopleksji.
- Pan go odwiedzie do Dziury Dolnej - nakazałam szefowi brygady.
- Ale to mi zajmie z godzinę z dniówki.
- TRUDNO.
- A Pani, Pani Talu to by mnie nie odwiozła, a potem nie wróciła autem?

Tadam tsss.

Skomentuj (24) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 162 (178)

#84269

(PW) ·
| Do ulubionych
Sporo ostatnio chodzę po mieszkaniach do remontu - jako wsparcie techniczne i głos rozsądku. I po którymś obejrzanym naszła mnie refleksja. A właściwie refleksja i obserwacja.

Refleksja jest taka, że ogłoszenia kłamią. Np. jest napisane, że w kamienicy gaz jest, a naprawdę jest w drodze. Nie że go właśnie robią w tej kamienicy, tylko że ten gaz jest w ulicy przy której kamienica stoi. Pod asfaltem. "Jak pan chce se podłączyć to se proszę zrobić przyłącz." Albo jest napisane "dwa pokoje" i faktycznie mieszkanie ma dwa pokoje - bez kuchni, łazienki i przedpokoju. Boki zrywać.

Obserwacja jest natomiast inna. Po wielu amerykańskich filmach miałam takie - błędne jak się okazuje - wyobrażenie, że agent nieruchomości robi wszystko, by nieruchomość sprzedać. Np. umawiać się będzie tylko popołudniu, bo wtedy wpada słońce przez okno pod optymalnym kątem, a działający za rogiem tartak jest po godzinach pracy. Albo rozpyla zapach pierników w aerozolu, żeby pokreślić "domowy" charakter miejsca, rozkładając równocześnie świeże kwiaty w wazonie.
Albo przynajmniej, że pomalują ściany na biało, żeby nie było widać satanistycznego graffiti.

No więc nie. Zamówienie sprzątaczki, żeby przynajmniej śmieci wyniosła czy wywietrzenie mieszkania to zabiegi niespotykane.
Z resztą śmieci - śmieciami. Żeby butelki po piwie czy ślady po bezdomnych wynieśli. Te organiczne.
Albo przynajmniej butem strącili martwe gołębie z balkonu. Nie mówię jakimś zamaszystym kompem, ale tak w ogóle...
Stan lokali "do remontu" woła o pomstę do nieba i nie dziwię się, że historyczne centrum pustoszeje w tym kontekście.
Chyba, że to taka specyfika rynku lokalnego.

Skomentuj (17) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 144 (152)

#84236

(PW) ·
| Do ulubionych
Pracuję sobie m.in. robiąc dokumentacje na pozwolenie na budowę. W pracy tej poznaje się takich tam i innych owych, m.in. ludzi będących właścicielami kamienic.

No i dzwoni do mnie taki jeden i pyta się, czy nie miałabym najemcy na mieszkanie, kawalerkę. Bo on ma do wynajęcia.
Akurat się składa, że bym miała.

Pytam się o warunki. "Mieszkanie do remontu". Mieszanie do remontu może oznaczać malowanie, więc proszę, żeby wysłał zdj. Coś nie chciał. Zagadałam więc administratora tej kamienicy co z tym mieszkaniem nie halo, no i się dowiedziałam.

Jest to pokój, w którym stoi kuchnia kaflowa jako jedyne źródło ciepła i toaleta. W tym pokoju. Prysznica nie ma, umywalka na korytarzu.

Acha.

Nie przekazałam kontaktu do kolegi, który szuka mieszkania.

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 104 (114)

#84122

(PW) ·
| Do ulubionych
Tak trochę offtopic, bo nie piekielni ludzie, ale piekielny system.

Zbliża się okres rozliczeń i można swój 1 % przekazać np. osobie niepełnosprawnej.

Od kiedy zaczęłam pracę przekazywałam 1% na syna koleżanki, który urodził się bez dłoni i stopy.

W tym momencie rozliczam się już 11 rok i wśród ludzi których znam są tacy, którzy mają dzieci z:
1) lekooporną padaczką,
2) dziecko bez kości piszczelowej w nodze czekające na operacje w Stanach,
3) 9 latka na wózku, po uszkodzeniu mózgu podczas porodu,
4) dziecko, które nigdy w życiu nie spało snem niewywołanym fakmakologicznie i ma duży stopień upośledzenia umysłowego,
5) dziecko czekające na operację oczu.

Poza tym ojciec koleżanki miał wylew i zbiera na rehabilitację.

A kolega z pracy rozdaje ulotki dot. dziecka, które jest w stanie wegetatywnym.

Poza tym ja mam własne przekonania, chciałabym wesprzeć np. schronisko pod miastem. Albo jakieś organizacje ekologiczne. I broniące praw człowieka. I aktywizujące kobiety zawodowo.

I co? I nie wesprę, bo muszę wybrać, a ludzie ważniejsi.
Ale dlaczego muszę wybrać, skoro oni wszyscy potrzebują pomocy? Czy nie powinno być jakiegoś krajowego funduszu na tych chorych? No jest- nazywa się NFZ. Wszyscy wiemy jak leczy się NFZ.

Więc muszę wybrać, choć przyznam się szczerze, że ten mój 1 % to nawet na pieluchy dla tej dziewczynki na wózku nie starczą.

Po prostu nie rozumiem, dlaczego żeby kogoś wyleczyć to trzeba Owsiaka, 1%, ludzi dobrej woli, Fundacji Polsat i innych takich, a ja co miesiąc broczę grubymi pieniędzmi w ZUS-owską otchłań bez dna.

Skomentuj (37) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 132 (204)