Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

takatamtala

Zamieszcza historie od: 26 czerwca 2012 - 15:59
Ostatnio: 7 maja 2020 - 22:08
  • Historii na głównej: 105 z 121
  • Punktów za historie: 37126
  • Komentarzy: 527
  • Punktów za komentarze: 2824
 

#62575

(PW) ·
| Do ulubionych
"Pani jest uparta jak osioł"-usłyszałam niedawno od klienta, choć osobiście wolę nazywać tą cechę asertywnością. W tym konkretnym przypadku owa cecha bardzo mi się przydała- pozwoliła mi dziarskim krokiem ominąć minę, którą wyszykował ma mnie nieświadomy inwestor. Ale po kolei:

-(...)i jak Pani będzie przygotowywać tą dokumentacje na remont, to tu rurki, a tu płytki, okna wymienić, ściany wytynkować i docieplić strop miedzy piętrem a dachem bo nam wieje.
- A będzie remont dachu?
-Nie. My mamy tu takiego wykonawce który sypie granulat celulozowy między belki, bardzo fajne lekkie ocieplenie.
-No ok, ale to dociąży strop, który i tak ma 120 lat. Bez ekspertyzy konstruktorskiej się nie obędzie. Trzeba będzie odkryć belki...
-Co mi tu Pani mówi! To lekkie docieplenie jest! Wycina się otwór w tych cegłach i polepie co leżą na strychu i sypie się granulat taką rurą przez taką dmuchawę.
-Ja wiem, jak to wygląda, ale nikt się panu nie zgodzi na dociążenie stropu, póki nie zobaczy stanu belek. I jak znam moich konstruktorów to najpierw będą chcieli odciążyć strop wywożąc polepę i cegły.
-ALE TO SIĘ STRASZNY SYF NAROBI! TO LEKKIE OCIEPLENIE JEST! TEN WYKONAWCA NA SETCE KAMIENIC TO ZROBIŁ!
-Lekkie nie lekkie nikt mi się pod tym nie podpisze, że to nie załamie stropu. Za katastrofę budowlana jak ktoś zginie można iść siedzieć.
-Ale to lekkie dociążenie jest! On setkę kamienic zrobił.
-To może on ma swojego konstruktora który takie rzeczy firmuje.
Sytuacja dojrzała do telefonu do wykonawcy. Po zadaniu felernego pytania, "czy ma Pan konstruktora, który robi panu ekspertyzy wytrzymałości stropu" usłyszałam: "Ta Pani, ja setkę kamienic zrobiłem i nigdy nie potrzebowałem takich cyrków, tu chcą bo idą na dofinansowanie a to zabytek to chcą zgłaszać do urzędu remont". Witki mi opadły.

-To Pani nie wpisze mi tego ocieplenia?- spytał się Inwestor, który w tym momencie stracił nadzieję.
-Nie.
-Pani jest uparta jak osioł.
-Wiem. Ale nie wpiszę. Może Pan poszukać innego projektanta jak Pan woli.
-No nie no. To rób Pani wszystko inne poza tym stropem. Może to i dobrze, bo on już się w jednym miejscu załamał.
-?!!!
-O tam, nad korytarzem. Podwiesiliśmy sufit i nie widać, ale tam jest dziura na wylot.
-I PAN CHCIAŁ ŻEBYM JA ZAŁAMANY STROP DOCIĄŻAŁA?!!
-No ale nie tam gdzie jest złamany tylko dookoła.

baba na budowie

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 828 (862)

#62296

(PW) ·
| Do ulubionych
Firma dostarczająca mi internet doprowadza mnie do szału. Kiedy widzę na telefonie ich numer, to mam automatyczny wyrzut adrenaliny i szczękościsk.
Ale po kolei:

1) Z dotacji UE zamontowali mi światłowody w bloku w kwietniu. Kable poszły po korytarzu i chodził przedstawiciel handlowy z przedstawicielem spółdzielni, pytając się czy podciągać do mieszkań - też darmo. Podpisałam wtedy umowę na internet, który miałam mieć pierwszego czerwca.

2) Pierwszego czerwca kable wciąż nie były podciągnięte do mojego mieszkania. Zlikwidowałam poprzednie łącze, więc musiałam dogadać się z sąsiadem i podpięłam się pod jego wifi. Pan przedstawiciel handlowy nie pracuje już dla tej firmy. W ogóle pracuje dla innej firmy, która po prostu zajmowała się sprzedażą GłosNetu i już skończyli z nimi współpracę. Infolinia nie działa "nastąpił błąd połączenia, proszę spróbować później".

3) 26 czerwca o godzinie siódmej rano zapukali do moich drzwi robotnicy. Bez uprzedzenia, telefonu, niczego - oni będą podciągać mi światłowód do mieszkania, bo dostali zlecenie w trybie PILNYM. Podciągnęli, zainstalowali, internet działa. Przeprowadziłam rozmowę z panią na infolinii, której wytłumaczyłam, że nie będę płacić za czerwiec abonamentu i pani na to przystała.

3) Nie dostałam rachunku za czerwiec. Ani lipiec. W sierpniu zadzwoniłam i uprzejmie poprosiłam, żeby zaczęli mi wysyłać jakieś faktury. Nie dostałam faktury za sierpień.

4) We wrześniu dostałam monity z działu windykacji, że wiszę za instalację i trzy miesiące abonamentu. Na monitach nie ma nr konta. Dzwonię do działu windykacji (odbierają!). Pani wyśle duplikat faktury. Niestety - nie przychodzi to ani na maila ani na fizyczną pocztę. Dział windykacji dzwoni do mnie codziennie, strasząc mnie komornikiem. Za każdym razem inna pani. O ósmej rano w sobotę straciłam ostatecznie cierpliwość i z lekka nawrzeszczałam na kolejną męczącą mnie kobietę. Dostałam duplikat faktury na maila. Jednej faktury za jeden miesiąc. Ze złymi danymi osobowymi.

5) Po kolejnej rozmowie z infolinią udało mi się wyrównać wszystkie należności. Zmienić dane na fakturze i ustalić, że będą przesyłać mi wszystko na maila.

6) W międzyczasie zdarzają się liczne awarie, przez które po kilka godzin nie mam internetu. Infolinia jest wtedy wyłączona "wystąpił błąd połączenia, proszę spróbować później".

7) A dziś (PAŹDZIERNIK) zadzwoniła Pani z GłosNetu spytać się czy podciągnięto mi instalację światłowodową do mieszkania.

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 392 (432)

#62092

(PW) ·
| Do ulubionych
Dzwoni do mnie kolega - wykonawca - i pyta się o inwestora. Bo robi na mojej dokumentacji i pyta się co ja o nim myślę.

- Jak mu będziesz do ręki dawał długopis, to z pokwitowaniem - wyraziłam swoja opinię. - Niezależnie od tego, jak wykonasz robotę i czy w terminie, facet będzie niezadowolony i będzie się migał od płacenia. Zrób sobie listę sprzętu którą obaj podpiszecie, spisz z nim umowę, rób dokumentacje zdjęciowe. Jak będzie cię mógł wyrypać to cie wyrypie. Absolutnie żadnych ustaleń ustnych, chyba, że z dyktafonem - po wypowiedzeniu ostatniego zdania zrobiło mi się trochę głupio prawdę mówiąc. No bo jakby nie było wyszłam na pamiętliwego frustrata. Ale potem wspomniałam moja krzywdę i dodałam jeszcze - A jak możesz to zrezygnuj i uciekaj.
-No, nie bardzo mogę, ale dzięki - odrzekł kumpel niepocieszony.

Jakiś czas później spotkałam kolegę na ulicy i pytam się, jak mu poszło z tym inwestorem.
- Ty to za dobre zdanie o nim miałaś - wkurzył się od razu. - Pociągnąłem ostatni raz po elewacji pędzlem, przychodzę następnego dnia, a tu brama zamknięta. I stoi ochroniarz i mówi, że ma mnie na plac nie wpuszczać. A tam było moje rusztowanie, moje narzędzia, mój samochód! Wszystko czym zarabiam. Idę do gościa a on mi, że spartoliłem robotę i zajmuje mi mój sprzęt na poczet strat! Ja go pytam jakich strat, jak tu wszystko porządnie zrobione i przed terminem, a on mi, że MORALNYCH.
- I co zrobiłeś?
- Przyszedłem z Policją i musiał mi oddać, ale skurczybyk nie zapłacił. No i jesteśmy w sądzie.

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 824 (846)

#61633

(PW) ·
| Do ulubionych
Piekielna tym razem byłam ja.

Miałam oddać BARDZO WAŻNE COŚ na wtorek rano. Jak 90% osób pracujących w domu, zabrałam się za drukowanie w poniedziałek wieczorem. A że jestem pechowcem, zaopatrzyłam się w trzy ryzy papieru i komplet kartridży do drukarki, tak by na pewno niczego mi nie zabrakło.

Tu należy wspomnieć, że zamknęli mi sklep w którym zawsze kupowałam akcesoria do drukarki. W związku z tym musiałam zacząć chodzić do sklepu 10 m dalej, w którym nie było tych konkretnych tuszy jakich zawsze używam. Ale za to były jakieś pasujące innej firmy. Mnie tam wsioryba - kupiłam.

Oczywiście po pierwszych 70-ciu stronach stary tusz w drukarce siadł. Przygotowana na taką ewentualność wymieniłam kartridż, puściłam druk i odpaliłam serial. Jednak oglądałam jednym okiem, a drugim sprawdzałam cały czas jakość wypluwanych przez drukarkę stron. No i w pewnym momencie okazało się, że kolejne strony idą jakoś blado. Gradacja tej bladości była bardzo wyraźna między kolejnymi linijkami. Tekst zmierzał przez szarość do kompletnej nicości.
Po pierwszym wstępnym ataku paniki odnalazłam przycisk "clean" i wciskałam go uparcie przez następną godzinę z nadzieją, że drukarka sama przetka dyszę. Nie przetkała

Złapałam na GG kolegę informatyka.
- Podgrzej drukarkę.
- JAK?
- Może być suszarką. Skrzep się rozpuści, obluzuje jak będziesz klikać czyszczenie.

Po pół godziny dmuchania na drukarkę skrzep nie puścił.
Kolega informatyk przybył z odsieczą, wysłałam mu na maila i wydrukował za mnie.
Ja natomiast po oddaniu mojej sterty makulatury, w nastroju bojowym wparowałam do sklepu, w którym sprzedali mi nieszczęsny tusz.
Z lekkim szczękościskiem, emanując negatywną energią wytłumaczyłam im, że ich leżący tu pewnie dekadę, kiepskiej jakości tusz co mi go opchnęli, zatkał mi drukarkę i ja mam fakturę, żeby to udowodnić, że ten tusz to od nich, i żądam serwisu drukarki na koszt sklepu. JUŻ.
Jak dobrze, że nie krzyczałam, bo by mi dopiero później głupio było.

Zawiozłam kolesia do siebie do domu i postawiłam przed pacjentem. Spytałam się czy zrobić kawy i kiedy skończyłam nalewać do czajnika wodę usłyszałam "zrobione".
- O tu... - pokazuje mi dziurkę w kartridżu - ...tu jest otwór napowietrzający. Na nim była naklejka. Drukarka chciała pobierać tusz, ale powietrze nie mogło wchodzić do środka, wiec tworzyło się podciśnienie i nie drukowało.(...) Tak, wiem, pani wcześniejsza firma miała napowietrzacz przy korku, żadnych naklejek nie było..."

Odwiozłam, przeprosiłam i mi głupio.

Skomentuj (29) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 745 (811)

#61295

(PW) ·
| Do ulubionych
Wśród komentarzy dt. mojej poprzedniej historii (http://piekielni.pl/61253#comments)znalazło się sporo głosów, ze kamienice to dziadostwo i wszelkie zło budownictwa mieszkaniowego. Z mojej perspektywy to wygląda trochę inaczej - zrozumcie, dla budowlańca budynek to pacjent. Lokatorzy którzy swoimi idiotycznymi akcjami doprowadzają go do ruiny jakoś tak nie wywołują u mnie ani życzliwości ani współczucia.

Więc wyobraźcie sobie pacjenta: kamienica, koniec XIX w. Dach wymieniony w 1/8, do 110 cm wilgoć, dwa gigantyczne pęknięcia przez całą grubość muru przez wszystkie kondygnacje od strony północnej i południowej, zalane pianką montażową (taką jak do okien).
Kamienica ma cześć wykupionych mieszkań, ale dwa są PGM-owskie, i to właśnie Spółdzielnia woła o pomoc. Bo nie może dogadać się ze Wspólnotą. Tzn. Wspólnota ma fundusz remontowy, ale nie może sobie przegłosować tego, by zacząć z niego korzystać, bo:

- ci z północy nie będą płacić za zszywanie pęknięć z południa i vice versa
- ci z parteru nie będą płacić za remont dachu, chcą żeby zająć się wilgocią
- ci z piętra nie będą płacić za robienie izolacji na parterze, ma być robiony dach, tylko że jedna pani wyremontowała sobie bezpośrednio nad sobą za swój własny kredyt i ona wszystkim będzie głosowała na nie.
- wszyscy uważają, że klatka schodowa to skandal, ale są bardziej palące roboty do zrobienia.

I w tym wszystkim jest PGM, który postanowił wpisać kamienicę do rejestru, żeby móc pozyskać W OGÓLE jakiekolwiek środki na remont. Na szczęście argument finansowy przekonał wspólnotę.

A mieszkania wszystkie odpacykowane i tylko jęczą, że sąsiedzi źli i wilgoć, zalania i zacieki a rok temu było remontowane, tyle roboty na darmo, łojesusmaraia i dlaczego ja?

A mnie tylko żal mojego pacjenta.

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 477 (511)

#61253

(PW) ·
| Do ulubionych
Idioci, wszędzie idioci.

Wchodzę na dach z administratorem budynku. Kamienica z końca XIX wieku, żadnego remontu nie widziała, dach cieknie, w obiekcie mieszkania socjalne.
Wiec wychodzę na strych, a tu nie ma połowy konstrukcji dachu.
Zostały same słupy i podwaliny (belki, na których słupy stoją i te miedzy słupem a krokwiami dachu). A dach olbrzymi. I pozbawiony jętek, które by te połacie dachu spinały. Więc oczywiście więźba zaczęła się rozjeżdżać. I słupy się przechyliły, kalenica rozszczelniła, poszycie z papy zaczęło pękać. Na dodatek połowa tego, co zostało jest zjedzone na mąkę przez korniki.
Administrator wyjaśnia:

- Takich mamy mieszkańców, wzięli sobie belki na opał.

Skomentuj (33) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 668 (718)

#60781

(PW) ·
| Do ulubionych
Dzwoni Pani, czy może się ze mną umówić na terenie, bo ona chce przystosować lokal na przedszkole i potrzebuje osoby do ogarnięcia papierów. Pytam o adres i słyszę w odpowiedzi:
- Piekielna 666 - noszkurfa!

Piekielna 666 to bardzo ładna, malownicza chata, która jakimś cudem ostała się w środku blokowiska. Taka pocztówkowa chata. Z ogrodem i drzewkami w ogrodzie i parkingiem i płotem ze sztachetami. I o powierzchni 80 m2, czyli tyle mniej więcej ile musiałabym przeznaczyć na kuchnię, zmywalnię, kuchnie mleczną i łazienki osobno dla dwóch grup dzieci.
Na szatnię, biuro, pow. bhp, salę zabaw i sypialnię dla dzieci potrzebowałabym jeszcze ze 100 m2.

Tłumaczę Pani przez telefon, że lokal jest zbyt mały, żeby go przystosować i jak Pani chce, to możemy spotkać się gdzieś na mieście, przybliżę jej pod jakim kątem ma oglądać potencjalne lokalizacje.
Koniec końców umawiamy się na Piekielnej 666, bo ja przez telefon oczywiście się nie znam i nie mogę wypowiadać.
Na miejscu czarno na białym machając łapami tłumaczę jej, że w tym lokalu się nie da. Daję jej podrukowane ustawy i wytyczne i mówię, na co ma zwracać uwagę. A potem taką psychicznie wymiętoloną, wypuszczam w świat na poszukiwanie lokalu.

Kto jest piekielny?
CHOLERNE BIURO NIERUCHOMOŚCI, KTÓRE OD TRZECH LAT PRÓBUJE OPCHNĄĆ TĄ LOKALIZACJE NA PRZEDSZKOLE/ŻŁOBEK. Choć powinni już zorientować się, że jest za mały.
Biorąc pod uwagę, że nie jestem jedynym architektem w mieście, a na Piekielnej 666 byłam już trzeci raz, to liczba tych ludzi musi być spora.

Skomentuj (24) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 528 (588)

#59946

(PW) ·
| Do ulubionych
W ramach pracy często chodzę po miejscach, do których ludzie zaglądają dość okazjonalnie, np. strychy, piwnice, garaże itd. Miejsca te są zwykle niewiarygodnie brudne i zagracone, co mi utrudnia robotę z jednej strony, ale z drugiej we wszystkim trzeba szukać jakiś pozytywów. Jak życie daje same cytryny to trzeba zrobić lemoniadę znaczy się.

W ramach mojej serii wycieczek po (osranych przez gołębie) strychach (na których ludzie wieszają pranie- łojesu...) zaobserwowałam: 2 maszyny Singera, stół rozkładany, szafę, szafkę, miedzianą formę do ciasta i rower z gatunku przedpotopowych. Pytam się więc uprzejmie Pana z administracji, czy nie spyta się właścicieli o możliwość odstąpienia owych przedmiotów za cenę do negocjacji. To jest bowiem moja lemoniada.

Administracji w to graj, bo oni regularnie dostają pisma od strażaków z upomnieniami za zagracanie strychów i co jakiś czas są zmuszani do robienia "dołowania" znajdujących się tam skarbów. Po uprzednim ostrzeżeniu właścicieli oczywiście.
Pan z administracji był miły i się spytał.

1) Stół, szafa, szafka - leżą od 10ciu lat, nikomu niepotrzebne. Właścicielka po zgodzie w pierwszym odruchu w drugim obwieszcza, że wywiezie skarby na działkę. Trochę szkoda, bo wszystko przedwojenne, ale po próbach negocjacji dochodzi do wniosku, że chcę ją okraść.

2) Maszyna Singera pierwsza - na strychu od lat 90tych. "To nie są tanie rzeczy, wie Pani. 1000 zł". Na Allegro chodzą od 30tu jak dobrze poszukać, a normalnie to stówa ale bajka. Przy próbnie negocjacji pan się obraża.

3) Rower. Na oko lata 50te. Pan będzie jeździł. No dobra. Nie było mnie przy rozmowie.

4) Foremka do ciasta, miedziana 30cm. Facet rzuca 400 zł. Taaa, jasne. "No to możemy się dogadać" i ciamka zapuszczając żurawia.

5) Maszyna Sinegra (druga). Nie było mnie przy rozmowie. Pan lat 90, bez nogi, na zapytanie się oblizuje, wykonuje jednoznaczne gesty, na szczęście Pan z Administracji jest twardy. Mówi, że w naturze się nie da. Stanęło na butelce wódki. Jackpot!!!

Skomentuj (28) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 457 (531)

#60131

(PW) ·
| Do ulubionych
Dzwoni do mnie klient, że potrzebuje przystosować poddasze na potrzebę działalności gospodarczej i czy bym nie przyszła niezobowiązująco (nieodpłatnie) rzucić okiem na sytuację.

No dobra. Umawiam się z gościem na terenie.
Obiekt jest budynkiem z gatunku XIX wieczny biedadom, coś jak parterowa kamienica, właściwie chata z opaskami sztukatorskimi wokół okien. Na dole (parterze) usługi.

Ale nie na tym polega problem, nie takie rzeczy się remontowało. Problem polega na tym, że nie ma klatki schodowej na strych. A mnie obowiązują przepisy: bieg szerokości 120 cm, od ściany do barierki i spocznik co najmniej 140x140, przy czym biegi muszą być proste, nie mogę np. zrobić schodów kręconych. Nie ma tego gdzie wsadzić, bez wyłączania z użytkowania jednego pomieszczenia, czyli połowy budynku de facto.

Strych też nie zachwyca - pokrycie do wymiany, brak ścianki kolankowej, przestrzeń użytkowa będzie 4x 20 m, po obcięciu spadków.
Mówię właścicielowi, że to więcej zachodu niż jest warte. Bo mało metrów wyciągnie, nakład będzie straszy i straci sporo pełnowartościowej powierzchni użytkowej z parteru. Na to klient powiedział coś, co mnie rozłożyło na łopatki.

(!!!)- Bo przyszedł urzędnik z Urzędu Skarbowego, zmierzył mi dół, zmierzył mi strych po obrysie i powiedział, że jak mam cały budynek usługowy, to tu też mam powierzchnię usługową i już dwa lata płacę za to podatek, to chciałem coś z tego mieć. (!!!)

Więc: jakiś ....eee... człowiek zmierzył facetowi strych nie wg. normy, bo inaczej liczy się pomieszczenia bez pełnej wysokości... Więc zmierzył ten strych, na który wchodzi się drabiną z zewnątrz, czego nikt by chłopu nigdy nie dopuścił do użytkowania... Wiec ten strych, co to nawet nie ma ocieplenia, tylko ażurowe deskowanie a na to blacha z lat 60tych został uznany za lokal o wielkości 200 m 2 i gość płaci za to podatek jak za usługowe dwa lata.

Powiedziałam mu, żeby z tym poszedł do prawnika, bo tu nie ma pracy dla budowlańców i jak chce, to mu dam zaświadczenie, ze strych nie spełnia żadnych norm. Ani budowlanych ani strażackich ani sanepid-owych w związku z czym nie może być traktowany jako lokal na działalność komercyjną. Amen.

Skomentuj (22) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 936 (974)

#55956

(PW) ·
| Do ulubionych
Nie lubię mojego osiedlowego sklepu. Właściwie są to samoobsługowe "delikatesy". Za każdym razem jak tam wchodzę solennie obiecuję sobie, że moja noga więcej tam nie postanie. Czasami jednak okazuje się, że logistyka spożywcza zawiodła, nie zaopatrzyłam się na cały tydzień i muszę coś dokupić.

Przedmiot sprawy: trzy bakłażany i chleb.
Cena na kasie: 42 zł.

Ja: Nie wydaje się Pani trochę dużo? - pytam retorycznie.
Kasjerka: Tak wyszło - wzrusza ramionami, mina pt. "no płać". Za mną trzyosobowa kolejka z tendencją rosnącą.
Patrzę jej w monitor.
Ja: To jest 39 zł za te bakłażany.
K: Bo to 12.99 za sztukę - wyjaśnia mi jak idiocie.
Ja: 12.99 za kilogram.
K: Tu mi wyskakuje, że za sztukę - odpowiada ostrożnie, tak, żebym wiedziała, że to nie ona jest winna tylko SYSTEM. Kolejka osób 5 i pół, bo zawiera drące się dziecko.
Ja: To nie policzy mi pani za kg?
K: Nie. Bo to jest za sztukę.
Ja: To proszę to ściągnąć z paragonu - Kasjerka westchnęła i przycisnęła przycisk, który ma wywołać inną osobę z zaplecza. Tą ze specjalnym kluczykiem do kasy, która mi będzie ściągać te bakłażany. K. spojrzała bolesnym wzrokiem na łapiącą już zakręt kolejkę, szukając najwyraźniej jakiegoś wsparcia moralnego. Nie doczekała się. Kolejka promieniuje bierną agresją.
Nieśpiesznym krokiem przyszła druga pani z obsługi. Wyjaśniłam problem. I nagle - nieoczekiwany zwrot akcji - okazało się, że bakłażany są za kg.

Czas zakupów: 20 minut, z czego 15 przy kasie.

Skomentuj (22) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 856 (906)