Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

takatamtala

Zamieszcza historie od: 26 czerwca 2012 - 15:59
Ostatnio: 24 czerwca 2019 - 7:51
  • Historii na głównej: 97 z 113
  • Punktów za historie: 34895
  • Komentarzy: 490
  • Punktów za komentarze: 2497
 

#63050

(PW) ·
| Do ulubionych
W ramach pracy często chodzę po kamienicach, trzymających się kupy z przyzwyczajenia. W wyniku licznych obserwacji doszłam do wniosku, iż wygląd i ogólny stan budynku jest taką emanacją umysłu właściciela/właścicieli. Zwłaszcza, że sama - studentem będąc - w podobnej kamienicy mieszkałam i poczyniłam już wtedy pierwsze obserwacje.

Była to wesoła kamienica czteropiętrowa, z trzema pietrami studentów. Zajmowaliśmy ze znajomymi pół mieszkania, drugie pół zajmowała "pani doktor". Co istotne dla historii: ona dostała oryginalną łazienkę (wyłożoną płytkami) połączoną z pokojem, my natomiast dwa pokoje i łazienkę wydzieloną ścianką działową w jednym z nich. O tym, że łazienka wydzielona jest z pokoju, świadczyła nie tylko grubość ściany, ale również parkiet na podłodze oraz zabite gipsokartonem pół okna (drugie pół było w pokoju).
Na dodatek łazienkę wydzielono "jakiś czas temu"- był to czas odpowiedni, by umywalka zamocowana w murze na dwóch kotwach zaczęła wypadać ze ściany i wisiała 5 cm od muru. Z zasady się na niej nie opieraliśmy, nie używaliśmy jej i myliśmy zęby w wannie.

Wszelkie prośby u właściciela, by coś z umywalką zrobić, żeby tak nie wisiała spełzały na niczym. Pan emanował na tą umywalkę umysłem. Kiedyś policzyliśmy między sobą, ile on na tej kamienicy ciągnie i wyszło nam, ze 30 koła miesięcznie na wszystkich osobach - a chodził gość po śmietnikach i wyciągał z nich przeróżne rzeczy, które znosił na swoje czwarte piętro. Sam też wyglądał jak menel. Brrr.

Więc mieliśmy w łazience pół okna, parkiet na podłodze i umywalkę trzymającą się bardziej na syfonie niż na kotwach. Zapomniałam dodać, że parkiet był agresywny. Rzucał się na człowieka, jak się wchodziło.
I na jednego mojego kolegę rzucił się ten na tyle skutecznie, że ten wyłożył się jak długi przez całą długość łazienki, po drodze zahaczając o umywalkę. Głową. Syfon nie wytrzymał, śruby chyba w ogóle nie stawiały oporu - kolega zatrzymał się na podłodze z twarzą w porcelanowej stłuczce szklanej.

6 godzin później, ze złamanym nosem, dwoma szwami i poziomym siniakiem przez pół twarzy wparował do właściciela i wywrzeszczał mu, co myśli o agresywnych parkietach rzucających się na ludzi oraz wiszących umywalkach zalewających ludziom łazienki śmierdzącym ściekiem z urwanego syfonu.

Następnego dnia pojawiło się w łazience linoleum. Było nieco większe od pomieszczenia, na dodatek felerna łazienka posiadała komin w rogu, więc ono się tak zaginało tworząc taką nieckę, ale to było nawet wygodne, bo łatwo się ścierało wodę zbierająca się w zagłębieniu. Nowej umywalki się nie doczekaliśmy, bo po co.

Ale nie o umywalce historia, tylko o emanacji umysłu właściciela na mieszkanie, więc może dotrę do meritum.

Po kilku dniach od "remontu" naszej łazienki spotykamy na korytarzu "panią doktor" zajmująca drugie pół mieszkania. I ona pyta się nas, czy nikt obcy się ostatnio nie kręcił po kamienicy, bo ona sobie kupiła kilka metrów linoleum ostatnio, żeby wyłożyć w aneksie kuchennym... Postawiła w naszym wspólnym przedpokoju (a mieszkanie było zamykane na klucz!) pojechała po taśmę dwustronną do montażu, wróciła i linoleum nie ma! Ukradł ktoś.

Przemieszkaliśmy tam do końca semestru i fru :)

Skomentuj (24) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 606 (684)

#63007

(PW) ·
| Do ulubionych
Tak się złożyło, że akurat w piątek postanowiłam pójść na aerobic. Ja wiem, że świat w piątek wieczorem imprezuje, ale po całym tygodniu ciężkiej pracy przy kompie marzyłam, żeby trochę się poruszać. Każdy, kto siedzi przez monitorem ciurkiem 12 godzin razy 5 to zrozumie.

Jako, że pod drugiej stronie ulicy mam szkołę ze salą gimnastyczną, a w tej sali zajęcia, to ubrana stosownie złapałam butelkę wody, karimatę, 10 złotych na wstęp i idę. Komórki nie brałam, bo po co, a poza tym w moich wypasionych legginsach kupionych specjalnie na tą okazję, nie ma kieszeni. W swetrze też nie ma kieszeni. Wszystko co miałam na sobie było obcisłe, oddychające i nie miało kieszeni, z wyjątkiem jednej, małej na klucze. A poza tym po diabła mi komórka na treningu?

Więc wsiadam do windy, żeby zjechać ze swojego 10. piętra w tych obcisłych legginsach, z karimata, woda i bez komórki o 19.30 w piątek....
...i światła gasną. Ciemno, cicho i lekko strasznie. Czubka nosa nie widać.
Namacałam panel z przyciskami, a na panelu ten guzik z dzwonkiem, o którym pamiętałam, że jest opisany jako alarm.
Wciskam. Spodziewałam się jakiegoś ryku syreny, czerwonego światła alarmowego, bohaterskiego ratownika z błyskiem w oku zjeżdżającego na linie przez właz w dachu windy...
A tu nic.
Dla pewności wcisnęłam jeszcze 666 razy. Dalej nic.
Tu dodam, że winda jest prawie moją rówieśniczką, ma za sobą historie podpalenia i zatrzymała się miedzy ósmym, a dziewiątym piętrem. Szybko w myślach policzyłam wysokość szybu pode mną i ta świadomość zmobilizowała mnie do działania!

-HAAAALOOOO!!! POMOCY!!! UTKNĘŁAM!!! WISZĘ W WINDZIE!!!- zacząłem wrzeszczeć jak co najmniej dama w opałach - RATUNKU!!!- dla zwiększenia efektu zaczęłam bębnić dłonią o metalowe drzwi windy.
Bębnię i bębnię.
-Pani nie bębni, światła nie ma - powiedział ktoś na korytarzu.
-Wiem - odrzekłam bystrze, pamiętając, że jak ostatnio nie było, to przez 3.5 h - Proszę mnie wypuścić!- dodałam, jakby to od tego biednego człowieka zależało.
-Niech Pani poczeka - i poszedł. Ale wrócił z pięcioma kolegami i zaczęli się naradzać. W końcu któryś zbliżył się do drzwi i mówi:
-Tam jest guzik, alarm, proszę go przycisnąć! - noszkurfa.
-On nie działa!!!
-Ale proszę sprawdzić! - po ponownym sprawdzeniu przycisk dalej nie działał- Tam powinien być numer na pogotowie windowe! Proszę go nam podać!
-Ale tu jest ciemno i nie mam komórki! - tu muszę dodać, że było to dla mnie osobiści wybitnie irytujące, bo mam tam numer do brata szwagra kolegi zięcia kumpla mojej przyjaciółki, który jest administratorem u nas na osiedlu, ma klucze do wind i by mnie wypuścił.

Wracając jednak do windy: w metalowych drzwiach jest pionowe okienko ze szkłem zbrojonym. Przez to okienko panowie zaczęli mi świecić swoimi komórkami i w ich nikłym świetle odkryłam, że numeru telefonu też nie ma.
-NIE MA!!!
-ALE PROSZĘ POSZUKAĆ! - panowie najwyraźniej uznali, że nie współpracuje.
-No nie ma!!! - w tej sytuacji zaczęli się naradzać. Wyszło im, że koło drzwi jest panel z przyciskiem wołającym windę i jak ten panel się odkręci to jest tam jakiś dzinks, który po przestawieniu odblokuje drzwi i oni mnie wtedy spomiędzy tych pieter wyciągną.

Więc zaczęli grzebać, a mi zaczęło robić się zimno. Po około godzinie było mi już porządnie zimno, siedziałam na karimacie na podłodze myśląc o życiu, panowie dalej nie mogli odkręcić panelu ("piekielne śrubki się zapiekły") a jeden z nich wpadł na to, żeby zadzwonić na 112.
-Ale czy jest zagrożenie życia? - spytała się pani dyspozytorka.
-Nie, no nie ma - popełnił facet strategiczny błąd.
-To nie przyjmujemy zgłoszenia, światło w końcu wróci.
-Ale ta kobieta tam godzinę siedzi.
-To proszę zadzwonić na pogotowie windowe.
-Ale nie mamy numeru telefonu - więc kobieta uprzejmościowo podała, choć nie musiała, bo nie ma zagrożenia życia.

Na pogotowiu windowym powiedzieli, że oni obsługują tylko miasto wojewódzkie, a nie nas, a w ogóle to na naszym osiedlu jest pogotowie techniczne PGMu i tam trzeba dzwonić. Jak facet zadzwonił do PGMu odezwała się automatyczna sekretarka, informując że administracja pracuje od siódmej do piętnastej w dni robocze.
Więc gość zadzwonił ponownie na 112, tłumacząc, że dalej jest problem. Pani dyspozytorka nie wykazała się ani zrozumieniem, ani współczuciem ani empatią.
W tym momencie facet dojrzał do dzwonienia bezpośrednio na straż pożarną, ale po 1.5 h światło wróciło, a ja wróciłam schodami na dziesiąte piętro, dziękując po drodze panom za pełne poświecenia dotrzymywanie mi towarzystwa.

Epilog: kilka dni później spotkałam "konserwatora dźwigu windowego", który sprawdzał, czy wszystko ok po tym "jak mu próbowali coś w dźwigu rozkręcać". Pan konserwator uświadomił mnie, że PGM ma pogotowie techniczne czynne cała dobę, ale numer wisi na PARTERZE na tablicy ogłoszeń. I to nie jest ten normalny numer, na który się dzwoni jak rura pęknie, bo to wtedy jest dział remontów i konserwacji, a nie dział techniczny. A przycisk ALARM nie działa, bo dzieciaki wciskały dla zabawy. Od siebie dodam, że włazu w suficie nie ma. Amerykańskie filmy kłamią.

Dama w opałach.

Skomentuj (53) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 698 (786)

#62575

(PW) ·
| Do ulubionych
"Pani jest uparta jak osioł"-usłyszałam niedawno od klienta, choć osobiście wolę nazywać tą cechę asertywnością. W tym konkretnym przypadku owa cecha bardzo mi się przydała- pozwoliła mi dziarskim krokiem ominąć minę, którą wyszykował ma mnie nieświadomy inwestor. Ale po kolei:

-(...)i jak Pani będzie przygotowywać tą dokumentacje na remont, to tu rurki, a tu płytki, okna wymienić, ściany wytynkować i docieplić strop miedzy piętrem a dachem bo nam wieje.
- A będzie remont dachu?
-Nie. My mamy tu takiego wykonawce który sypie granulat celulozowy między belki, bardzo fajne lekkie ocieplenie.
-No ok, ale to dociąży strop, który i tak ma 120 lat. Bez ekspertyzy konstruktorskiej się nie obędzie. Trzeba będzie odkryć belki...
-Co mi tu Pani mówi! To lekkie docieplenie jest! Wycina się otwór w tych cegłach i polepie co leżą na strychu i sypie się granulat taką rurą przez taką dmuchawę.
-Ja wiem, jak to wygląda, ale nikt się panu nie zgodzi na dociążenie stropu, póki nie zobaczy stanu belek. I jak znam moich konstruktorów to najpierw będą chcieli odciążyć strop wywożąc polepę i cegły.
-ALE TO SIĘ STRASZNY SYF NAROBI! TO LEKKIE OCIEPLENIE JEST! TEN WYKONAWCA NA SETCE KAMIENIC TO ZROBIŁ!
-Lekkie nie lekkie nikt mi się pod tym nie podpisze, że to nie załamie stropu. Za katastrofę budowlana jak ktoś zginie można iść siedzieć.
-Ale to lekkie dociążenie jest! On setkę kamienic zrobił.
-To może on ma swojego konstruktora który takie rzeczy firmuje.
Sytuacja dojrzała do telefonu do wykonawcy. Po zadaniu felernego pytania, "czy ma Pan konstruktora, który robi panu ekspertyzy wytrzymałości stropu" usłyszałam: "Ta Pani, ja setkę kamienic zrobiłem i nigdy nie potrzebowałem takich cyrków, tu chcą bo idą na dofinansowanie a to zabytek to chcą zgłaszać do urzędu remont". Witki mi opadły.

-To Pani nie wpisze mi tego ocieplenia?- spytał się Inwestor, który w tym momencie stracił nadzieję.
-Nie.
-Pani jest uparta jak osioł.
-Wiem. Ale nie wpiszę. Może Pan poszukać innego projektanta jak Pan woli.
-No nie no. To rób Pani wszystko inne poza tym stropem. Może to i dobrze, bo on już się w jednym miejscu załamał.
-?!!!
-O tam, nad korytarzem. Podwiesiliśmy sufit i nie widać, ale tam jest dziura na wylot.
-I PAN CHCIAŁ ŻEBYM JA ZAŁAMANY STROP DOCIĄŻAŁA?!!
-No ale nie tam gdzie jest złamany tylko dookoła.

baba na budowie

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 812 (846)

#62296

(PW) ·
| Do ulubionych
Firma dostarczająca mi internet doprowadza mnie do szału. Kiedy widzę na telefonie ich numer, to mam automatyczny wyrzut adrenaliny i szczękościsk.
Ale po kolei:

1) Z dotacji UE zamontowali mi światłowody w bloku w kwietniu. Kable poszły po korytarzu i chodził przedstawiciel handlowy z przedstawicielem spółdzielni, pytając się czy podciągać do mieszkań - też darmo. Podpisałam wtedy umowę na internet, który miałam mieć pierwszego czerwca.

2) Pierwszego czerwca kable wciąż nie były podciągnięte do mojego mieszkania. Zlikwidowałam poprzednie łącze, więc musiałam dogadać się z sąsiadem i podpięłam się pod jego wifi. Pan przedstawiciel handlowy nie pracuje już dla tej firmy. W ogóle pracuje dla innej firmy, która po prostu zajmowała się sprzedażą GłosNetu i już skończyli z nimi współpracę. Infolinia nie działa "nastąpił błąd połączenia, proszę spróbować później".

3) 26 czerwca o godzinie siódmej rano zapukali do moich drzwi robotnicy. Bez uprzedzenia, telefonu, niczego - oni będą podciągać mi światłowód do mieszkania, bo dostali zlecenie w trybie PILNYM. Podciągnęli, zainstalowali, internet działa. Przeprowadziłam rozmowę z panią na infolinii, której wytłumaczyłam, że nie będę płacić za czerwiec abonamentu i pani na to przystała.

3) Nie dostałam rachunku za czerwiec. Ani lipiec. W sierpniu zadzwoniłam i uprzejmie poprosiłam, żeby zaczęli mi wysyłać jakieś faktury. Nie dostałam faktury za sierpień.

4) We wrześniu dostałam monity z działu windykacji, że wiszę za instalację i trzy miesiące abonamentu. Na monitach nie ma nr konta. Dzwonię do działu windykacji (odbierają!). Pani wyśle duplikat faktury. Niestety - nie przychodzi to ani na maila ani na fizyczną pocztę. Dział windykacji dzwoni do mnie codziennie, strasząc mnie komornikiem. Za każdym razem inna pani. O ósmej rano w sobotę straciłam ostatecznie cierpliwość i z lekka nawrzeszczałam na kolejną męczącą mnie kobietę. Dostałam duplikat faktury na maila. Jednej faktury za jeden miesiąc. Ze złymi danymi osobowymi.

5) Po kolejnej rozmowie z infolinią udało mi się wyrównać wszystkie należności. Zmienić dane na fakturze i ustalić, że będą przesyłać mi wszystko na maila.

6) W międzyczasie zdarzają się liczne awarie, przez które po kilka godzin nie mam internetu. Infolinia jest wtedy wyłączona "wystąpił błąd połączenia, proszę spróbować później".

7) A dziś (PAŹDZIERNIK) zadzwoniła Pani z GłosNetu spytać się czy podciągnięto mi instalację światłowodową do mieszkania.

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 385 (425)

#62092

(PW) ·
| Do ulubionych
Dzwoni do mnie kolega - wykonawca - i pyta się o inwestora. Bo robi na mojej dokumentacji i pyta się co ja o nim myślę.

- Jak mu będziesz do ręki dawał długopis, to z pokwitowaniem - wyraziłam swoja opinię. - Niezależnie od tego, jak wykonasz robotę i czy w terminie, facet będzie niezadowolony i będzie się migał od płacenia. Zrób sobie listę sprzętu którą obaj podpiszecie, spisz z nim umowę, rób dokumentacje zdjęciowe. Jak będzie cię mógł wyrypać to cie wyrypie. Absolutnie żadnych ustaleń ustnych, chyba, że z dyktafonem - po wypowiedzeniu ostatniego zdania zrobiło mi się trochę głupio prawdę mówiąc. No bo jakby nie było wyszłam na pamiętliwego frustrata. Ale potem wspomniałam moja krzywdę i dodałam jeszcze - A jak możesz to zrezygnuj i uciekaj.
-No, nie bardzo mogę, ale dzięki - odrzekł kumpel niepocieszony.

Jakiś czas później spotkałam kolegę na ulicy i pytam się, jak mu poszło z tym inwestorem.
- Ty to za dobre zdanie o nim miałaś - wkurzył się od razu. - Pociągnąłem ostatni raz po elewacji pędzlem, przychodzę następnego dnia, a tu brama zamknięta. I stoi ochroniarz i mówi, że ma mnie na plac nie wpuszczać. A tam było moje rusztowanie, moje narzędzia, mój samochód! Wszystko czym zarabiam. Idę do gościa a on mi, że spartoliłem robotę i zajmuje mi mój sprzęt na poczet strat! Ja go pytam jakich strat, jak tu wszystko porządnie zrobione i przed terminem, a on mi, że MORALNYCH.
- I co zrobiłeś?
- Przyszedłem z Policją i musiał mi oddać, ale skurczybyk nie zapłacił. No i jesteśmy w sądzie.

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 810 (832)

#61633

(PW) ·
| Do ulubionych
Piekielna tym razem byłam ja.

Miałam oddać BARDZO WAŻNE COŚ na wtorek rano. Jak 90% osób pracujących w domu, zabrałam się za drukowanie w poniedziałek wieczorem. A że jestem pechowcem, zaopatrzyłam się w trzy ryzy papieru i komplet kartridży do drukarki, tak by na pewno niczego mi nie zabrakło.

Tu należy wspomnieć, że zamknęli mi sklep w którym zawsze kupowałam akcesoria do drukarki. W związku z tym musiałam zacząć chodzić do sklepu 10 m dalej, w którym nie było tych konkretnych tuszy jakich zawsze używam. Ale za to były jakieś pasujące innej firmy. Mnie tam wsioryba - kupiłam.

Oczywiście po pierwszych 70-ciu stronach stary tusz w drukarce siadł. Przygotowana na taką ewentualność wymieniłam kartridż, puściłam druk i odpaliłam serial. Jednak oglądałam jednym okiem, a drugim sprawdzałam cały czas jakość wypluwanych przez drukarkę stron. No i w pewnym momencie okazało się, że kolejne strony idą jakoś blado. Gradacja tej bladości była bardzo wyraźna między kolejnymi linijkami. Tekst zmierzał przez szarość do kompletnej nicości.
Po pierwszym wstępnym ataku paniki odnalazłam przycisk "clean" i wciskałam go uparcie przez następną godzinę z nadzieją, że drukarka sama przetka dyszę. Nie przetkała

Złapałam na GG kolegę informatyka.
- Podgrzej drukarkę.
- JAK?
- Może być suszarką. Skrzep się rozpuści, obluzuje jak będziesz klikać czyszczenie.

Po pół godziny dmuchania na drukarkę skrzep nie puścił.
Kolega informatyk przybył z odsieczą, wysłałam mu na maila i wydrukował za mnie.
Ja natomiast po oddaniu mojej sterty makulatury, w nastroju bojowym wparowałam do sklepu, w którym sprzedali mi nieszczęsny tusz.
Z lekkim szczękościskiem, emanując negatywną energią wytłumaczyłam im, że ich leżący tu pewnie dekadę, kiepskiej jakości tusz co mi go opchnęli, zatkał mi drukarkę i ja mam fakturę, żeby to udowodnić, że ten tusz to od nich, i żądam serwisu drukarki na koszt sklepu. JUŻ.
Jak dobrze, że nie krzyczałam, bo by mi dopiero później głupio było.

Zawiozłam kolesia do siebie do domu i postawiłam przed pacjentem. Spytałam się czy zrobić kawy i kiedy skończyłam nalewać do czajnika wodę usłyszałam "zrobione".
- O tu... - pokazuje mi dziurkę w kartridżu - ...tu jest otwór napowietrzający. Na nim była naklejka. Drukarka chciała pobierać tusz, ale powietrze nie mogło wchodzić do środka, wiec tworzyło się podciśnienie i nie drukowało.(...) Tak, wiem, pani wcześniejsza firma miała napowietrzacz przy korku, żadnych naklejek nie było..."

Odwiozłam, przeprosiłam i mi głupio.

Skomentuj (29) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 735 (801)

#61295

(PW) ·
| Do ulubionych
Wśród komentarzy dt. mojej poprzedniej historii (http://piekielni.pl/61253#comments)znalazło się sporo głosów, ze kamienice to dziadostwo i wszelkie zło budownictwa mieszkaniowego. Z mojej perspektywy to wygląda trochę inaczej - zrozumcie, dla budowlańca budynek to pacjent. Lokatorzy którzy swoimi idiotycznymi akcjami doprowadzają go do ruiny jakoś tak nie wywołują u mnie ani życzliwości ani współczucia.

Więc wyobraźcie sobie pacjenta: kamienica, koniec XIX w. Dach wymieniony w 1/8, do 110 cm wilgoć, dwa gigantyczne pęknięcia przez całą grubość muru przez wszystkie kondygnacje od strony północnej i południowej, zalane pianką montażową (taką jak do okien).
Kamienica ma cześć wykupionych mieszkań, ale dwa są PGM-owskie, i to właśnie Spółdzielnia woła o pomoc. Bo nie może dogadać się ze Wspólnotą. Tzn. Wspólnota ma fundusz remontowy, ale nie może sobie przegłosować tego, by zacząć z niego korzystać, bo:

- ci z północy nie będą płacić za zszywanie pęknięć z południa i vice versa
- ci z parteru nie będą płacić za remont dachu, chcą żeby zająć się wilgocią
- ci z piętra nie będą płacić za robienie izolacji na parterze, ma być robiony dach, tylko że jedna pani wyremontowała sobie bezpośrednio nad sobą za swój własny kredyt i ona wszystkim będzie głosowała na nie.
- wszyscy uważają, że klatka schodowa to skandal, ale są bardziej palące roboty do zrobienia.

I w tym wszystkim jest PGM, który postanowił wpisać kamienicę do rejestru, żeby móc pozyskać W OGÓLE jakiekolwiek środki na remont. Na szczęście argument finansowy przekonał wspólnotę.

A mieszkania wszystkie odpacykowane i tylko jęczą, że sąsiedzi źli i wilgoć, zalania i zacieki a rok temu było remontowane, tyle roboty na darmo, łojesusmaraia i dlaczego ja?

A mnie tylko żal mojego pacjenta.

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 467 (501)

#61253

(PW) ·
| Do ulubionych
Idioci, wszędzie idioci.

Wchodzę na dach z administratorem budynku. Kamienica z końca XIX wieku, żadnego remontu nie widziała, dach cieknie, w obiekcie mieszkania socjalne.
Wiec wychodzę na strych, a tu nie ma połowy konstrukcji dachu.
Zostały same słupy i podwaliny (belki, na których słupy stoją i te miedzy słupem a krokwiami dachu). A dach olbrzymi. I pozbawiony jętek, które by te połacie dachu spinały. Więc oczywiście więźba zaczęła się rozjeżdżać. I słupy się przechyliły, kalenica rozszczelniła, poszycie z papy zaczęło pękać. Na dodatek połowa tego, co zostało jest zjedzone na mąkę przez korniki.
Administrator wyjaśnia:

- Takich mamy mieszkańców, wzięli sobie belki na opał.

Skomentuj (33) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 659 (709)

#60781

(PW) ·
| Do ulubionych
Dzwoni Pani, czy może się ze mną umówić na terenie, bo ona chce przystosować lokal na przedszkole i potrzebuje osoby do ogarnięcia papierów. Pytam o adres i słyszę w odpowiedzi:
- Piekielna 666 - noszkurfa!

Piekielna 666 to bardzo ładna, malownicza chata, która jakimś cudem ostała się w środku blokowiska. Taka pocztówkowa chata. Z ogrodem i drzewkami w ogrodzie i parkingiem i płotem ze sztachetami. I o powierzchni 80 m2, czyli tyle mniej więcej ile musiałabym przeznaczyć na kuchnię, zmywalnię, kuchnie mleczną i łazienki osobno dla dwóch grup dzieci.
Na szatnię, biuro, pow. bhp, salę zabaw i sypialnię dla dzieci potrzebowałabym jeszcze ze 100 m2.

Tłumaczę Pani przez telefon, że lokal jest zbyt mały, żeby go przystosować i jak Pani chce, to możemy spotkać się gdzieś na mieście, przybliżę jej pod jakim kątem ma oglądać potencjalne lokalizacje.
Koniec końców umawiamy się na Piekielnej 666, bo ja przez telefon oczywiście się nie znam i nie mogę wypowiadać.
Na miejscu czarno na białym machając łapami tłumaczę jej, że w tym lokalu się nie da. Daję jej podrukowane ustawy i wytyczne i mówię, na co ma zwracać uwagę. A potem taką psychicznie wymiętoloną, wypuszczam w świat na poszukiwanie lokalu.

Kto jest piekielny?
CHOLERNE BIURO NIERUCHOMOŚCI, KTÓRE OD TRZECH LAT PRÓBUJE OPCHNĄĆ TĄ LOKALIZACJE NA PRZEDSZKOLE/ŻŁOBEK. Choć powinni już zorientować się, że jest za mały.
Biorąc pod uwagę, że nie jestem jedynym architektem w mieście, a na Piekielnej 666 byłam już trzeci raz, to liczba tych ludzi musi być spora.

Skomentuj (24) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 521 (581)

#59946

(PW) ·
| Do ulubionych
W ramach pracy często chodzę po miejscach, do których ludzie zaglądają dość okazjonalnie, np. strychy, piwnice, garaże itd. Miejsca te są zwykle niewiarygodnie brudne i zagracone, co mi utrudnia robotę z jednej strony, ale z drugiej we wszystkim trzeba szukać jakiś pozytywów. Jak życie daje same cytryny to trzeba zrobić lemoniadę znaczy się.

W ramach mojej serii wycieczek po (osranych przez gołębie) strychach (na których ludzie wieszają pranie- łojesu...) zaobserwowałam: 2 maszyny Singera, stół rozkładany, szafę, szafkę, miedzianą formę do ciasta i rower z gatunku przedpotopowych. Pytam się więc uprzejmie Pana z administracji, czy nie spyta się właścicieli o możliwość odstąpienia owych przedmiotów za cenę do negocjacji. To jest bowiem moja lemoniada.

Administracji w to graj, bo oni regularnie dostają pisma od strażaków z upomnieniami za zagracanie strychów i co jakiś czas są zmuszani do robienia "dołowania" znajdujących się tam skarbów. Po uprzednim ostrzeżeniu właścicieli oczywiście.
Pan z administracji był miły i się spytał.

1) Stół, szafa, szafka - leżą od 10ciu lat, nikomu niepotrzebne. Właścicielka po zgodzie w pierwszym odruchu w drugim obwieszcza, że wywiezie skarby na działkę. Trochę szkoda, bo wszystko przedwojenne, ale po próbach negocjacji dochodzi do wniosku, że chcę ją okraść.

2) Maszyna Singera pierwsza - na strychu od lat 90tych. "To nie są tanie rzeczy, wie Pani. 1000 zł". Na Allegro chodzą od 30tu jak dobrze poszukać, a normalnie to stówa ale bajka. Przy próbnie negocjacji pan się obraża.

3) Rower. Na oko lata 50te. Pan będzie jeździł. No dobra. Nie było mnie przy rozmowie.

4) Foremka do ciasta, miedziana 30cm. Facet rzuca 400 zł. Taaa, jasne. "No to możemy się dogadać" i ciamka zapuszczając żurawia.

5) Maszyna Sinegra (druga). Nie było mnie przy rozmowie. Pan lat 90, bez nogi, na zapytanie się oblizuje, wykonuje jednoznaczne gesty, na szczęście Pan z Administracji jest twardy. Mówi, że w naturze się nie da. Stanęło na butelce wódki. Jackpot!!!

Skomentuj (28) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 449 (523)