Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

takatamtala

Zamieszcza historie od: 26 czerwca 2012 - 15:59
Ostatnio: 22 lipca 2019 - 7:41
  • Historii na głównej: 99 z 115
  • Punktów za historie: 35441
  • Komentarzy: 500
  • Punktów za komentarze: 2541
 
zarchiwizowany
Dzwoni Pan, potrzebuje szybki projekt do zmiany sposobu użytkowania lokalu usługowego na mieszkanie. Z powrotem na mieszkanie dodam. Powiedzieli mu w Urzędzie Skarbowym, że musi w Budownictwie załatwić coś takiego, a w Budownictwie usłyszał, żeby przyszedł z projektem. Na szczęście Miejscowy Plan Zagospodarowania jest, więc Pan nie musi czekać (do) 60-ciu dni na Warunki Zabudowy.
Umawiam się z Panem na miejscu i już zanim przyszedł widziałam, że będzie źle. Tzn. nie z Panem, tylko z lokalem.
Otóż lokal jest zagłębiony w stosunku do ulicy, a lokale mieszkalne nie mogą. Generalnie podniósł się poziom chodnika o te 15 cm i o tyle dokładnie zagłębiony jest lokal- 1 stopień, ale wystarczy.
Przychodzi Pan i tłumaczę. Potem zaczyna się standardowa śpiewka: wszystkie partery na ulicy są tak zagłębione a jakoś są w nich mieszkania. Więc tłumaczę: prawo nie działa wstecz, a jedynie do nowych inwestycji. Dopóki nie będą tych mieszkań remontować w stopniu wymagającym pozwolenie na budowę, nie będą mieli problemu. Tak, lokal usługowy może być zagłębiony, choć wymaga to pewnych odstępstw, ale się da przepchać. Mieszkaniówkę nie. Nie, fakt, że to było kiedyś mieszkanie niczego nie zmienia. Tak, ludzie mieszkają w suterenach, ale to niczego nie zmienia, bo prawo nie działa wstecz. Mówię Panu, prawo nie działa wstecz!
Pan się pyta, jak ma wyjść z sytuacji. Więc mu mówię, żeby podniósł podłogę o 15 cm, przy czym musi u konstruktora zamówić nowe nadproże do drzwi, bo nie mogą być mniejsze niż 200 cm. Czym wywołuje mały atak furii.
Koniec końców dowiedziałam się, że jestem głupia, niekompetentna baba i marnuje jego czas i jaja sobie robię. Pan poszedł obrażony.
A o moim czasie i benzynie jakoś nikt nigdy nie myśli.

Papierologia stosowana

Skomentuj (19) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 202 (266)

#59946

(PW) ·
| Do ulubionych
W ramach pracy często chodzę po miejscach, do których ludzie zaglądają dość okazjonalnie, np. strychy, piwnice, garaże itd. Miejsca te są zwykle niewiarygodnie brudne i zagracone, co mi utrudnia robotę z jednej strony, ale z drugiej we wszystkim trzeba szukać jakiś pozytywów. Jak życie daje same cytryny to trzeba zrobić lemoniadę znaczy się.

W ramach mojej serii wycieczek po (osranych przez gołębie) strychach (na których ludzie wieszają pranie- łojesu...) zaobserwowałam: 2 maszyny Singera, stół rozkładany, szafę, szafkę, miedzianą formę do ciasta i rower z gatunku przedpotopowych. Pytam się więc uprzejmie Pana z administracji, czy nie spyta się właścicieli o możliwość odstąpienia owych przedmiotów za cenę do negocjacji. To jest bowiem moja lemoniada.

Administracji w to graj, bo oni regularnie dostają pisma od strażaków z upomnieniami za zagracanie strychów i co jakiś czas są zmuszani do robienia "dołowania" znajdujących się tam skarbów. Po uprzednim ostrzeżeniu właścicieli oczywiście.
Pan z administracji był miły i się spytał.

1) Stół, szafa, szafka - leżą od 10ciu lat, nikomu niepotrzebne. Właścicielka po zgodzie w pierwszym odruchu w drugim obwieszcza, że wywiezie skarby na działkę. Trochę szkoda, bo wszystko przedwojenne, ale po próbach negocjacji dochodzi do wniosku, że chcę ją okraść.

2) Maszyna Singera pierwsza - na strychu od lat 90tych. "To nie są tanie rzeczy, wie Pani. 1000 zł". Na Allegro chodzą od 30tu jak dobrze poszukać, a normalnie to stówa ale bajka. Przy próbnie negocjacji pan się obraża.

3) Rower. Na oko lata 50te. Pan będzie jeździł. No dobra. Nie było mnie przy rozmowie.

4) Foremka do ciasta, miedziana 30cm. Facet rzuca 400 zł. Taaa, jasne. "No to możemy się dogadać" i ciamka zapuszczając żurawia.

5) Maszyna Sinegra (druga). Nie było mnie przy rozmowie. Pan lat 90, bez nogi, na zapytanie się oblizuje, wykonuje jednoznaczne gesty, na szczęście Pan z Administracji jest twardy. Mówi, że w naturze się nie da. Stanęło na butelce wódki. Jackpot!!!

Skomentuj (28) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 451 (525)

#60131

(PW) ·
| Do ulubionych
Dzwoni do mnie klient, że potrzebuje przystosować poddasze na potrzebę działalności gospodarczej i czy bym nie przyszła niezobowiązująco (nieodpłatnie) rzucić okiem na sytuację.

No dobra. Umawiam się z gościem na terenie.
Obiekt jest budynkiem z gatunku XIX wieczny biedadom, coś jak parterowa kamienica, właściwie chata z opaskami sztukatorskimi wokół okien. Na dole (parterze) usługi.

Ale nie na tym polega problem, nie takie rzeczy się remontowało. Problem polega na tym, że nie ma klatki schodowej na strych. A mnie obowiązują przepisy: bieg szerokości 120 cm, od ściany do barierki i spocznik co najmniej 140x140, przy czym biegi muszą być proste, nie mogę np. zrobić schodów kręconych. Nie ma tego gdzie wsadzić, bez wyłączania z użytkowania jednego pomieszczenia, czyli połowy budynku de facto.

Strych też nie zachwyca - pokrycie do wymiany, brak ścianki kolankowej, przestrzeń użytkowa będzie 4x 20 m, po obcięciu spadków.
Mówię właścicielowi, że to więcej zachodu niż jest warte. Bo mało metrów wyciągnie, nakład będzie straszy i straci sporo pełnowartościowej powierzchni użytkowej z parteru. Na to klient powiedział coś, co mnie rozłożyło na łopatki.

(!!!)- Bo przyszedł urzędnik z Urzędu Skarbowego, zmierzył mi dół, zmierzył mi strych po obrysie i powiedział, że jak mam cały budynek usługowy, to tu też mam powierzchnię usługową i już dwa lata płacę za to podatek, to chciałem coś z tego mieć. (!!!)

Więc: jakiś ....eee... człowiek zmierzył facetowi strych nie wg. normy, bo inaczej liczy się pomieszczenia bez pełnej wysokości... Więc zmierzył ten strych, na który wchodzi się drabiną z zewnątrz, czego nikt by chłopu nigdy nie dopuścił do użytkowania... Wiec ten strych, co to nawet nie ma ocieplenia, tylko ażurowe deskowanie a na to blacha z lat 60tych został uznany za lokal o wielkości 200 m 2 i gość płaci za to podatek jak za usługowe dwa lata.

Powiedziałam mu, żeby z tym poszedł do prawnika, bo tu nie ma pracy dla budowlańców i jak chce, to mu dam zaświadczenie, ze strych nie spełnia żadnych norm. Ani budowlanych ani strażackich ani sanepid-owych w związku z czym nie może być traktowany jako lokal na działalność komercyjną. Amen.

Skomentuj (22) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 930 (968)
zarchiwizowany
Czasami tak się zdarza, że człowiek idzie do lekarza z pierdołą, a wychodzi z plikiem skierowań do specjalistów, do laboratorium, na rezonans mózgu i stanem przedzawałowym. Potem musi powiedzieć rodzinie o wszystkich możliwościach, uspokajać wszystkich, że to są tylko możliwości i udawać, że sam nie ma stanu przedzawałowego. Nawet wykazywać się poczuciem humoru, którego z natury nie ma.

Czasami ten człowiek jest nerwowy tak sam z siebie i kiedy słyszy u neurologa- luty, u okulisty - luty a u ortopedy - marzec a google mu mówi, że czas w tym wypadku może mieć znaczenie strategiczne, to likwiduje lokatę i rusza prywatnie.

No i zapisuje się na rezonans, żeby pójść z nim od razu do neurologa, bo bez tego badania to ów lekarz każe dotknąć nosa, podnieść nogę po czym wyśle do domu i powie, żeby wrócić z jak się będzie miało rezonans.

Rezonans z NFZ mam mieć 25 stycznia, prywatnie to 9.12, ale za 600 zł. Raptem niecałe trzy tygodnie oczekiwania. Godzina: 20.00.
Tak więc dziś- w samym środku krucjaty, 900 zł lżejsza po wizytach u specjalistów odbieram telefon, dzwoni Pani z rezonansu- czy potwierdzam wizytę. No potwierdzam. A czy mogę przyjść o 15tej, bo jej jeden pacjent wypadł. No mogę.No to fajnie, to ona sobie pójdzie wcześniej do domu.

Noszkufa!

Resztką opanowania nie wywrzeszczałam jej, że każda z tych osób co czeka w tej koszmarnej kolejce traktuje rezonans prawie jak ogłoszenie wyroku. I chętnie by za mnie o tej 20 tej poszła i darowała sobie kilka tygodni nieprzespanych nocy z nerwów, kiedy to szlachetna pani recepcjonistka/sekretarka (czy kim jest ta baba) będzie relaksować się w domu.
I że jak pracuje się na rezonansie, to się powinno wiedzieć, że jak człowiek czeka, to się zastanawia czy był wystarczająco dobrą osobą i komu by tu opchnąć kota po śmierci.

Ale nic nie powiedziałam.
I w poniedziałek, jako osoba prowadząca własną działalność zapłacę 600 zł za rezonas i 1000 zł ZUSu, na moją bezpłatną opiekę lekarską.
A jadąc dzisiaj autem usłyszałam w radiu, że NFZ nie wydał w tym roku 2 miliardów zł i zostaną one zwrócone do budżetu państwa.

słuzba_zdrowia

Skomentuj (22) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 93 (381)

#55956

(PW) ·
| Do ulubionych
Nie lubię mojego osiedlowego sklepu. Właściwie są to samoobsługowe "delikatesy". Za każdym razem jak tam wchodzę solennie obiecuję sobie, że moja noga więcej tam nie postanie. Czasami jednak okazuje się, że logistyka spożywcza zawiodła, nie zaopatrzyłam się na cały tydzień i muszę coś dokupić.

Przedmiot sprawy: trzy bakłażany i chleb.
Cena na kasie: 42 zł.

Ja: Nie wydaje się Pani trochę dużo? - pytam retorycznie.
Kasjerka: Tak wyszło - wzrusza ramionami, mina pt. "no płać". Za mną trzyosobowa kolejka z tendencją rosnącą.
Patrzę jej w monitor.
Ja: To jest 39 zł za te bakłażany.
K: Bo to 12.99 za sztukę - wyjaśnia mi jak idiocie.
Ja: 12.99 za kilogram.
K: Tu mi wyskakuje, że za sztukę - odpowiada ostrożnie, tak, żebym wiedziała, że to nie ona jest winna tylko SYSTEM. Kolejka osób 5 i pół, bo zawiera drące się dziecko.
Ja: To nie policzy mi pani za kg?
K: Nie. Bo to jest za sztukę.
Ja: To proszę to ściągnąć z paragonu - Kasjerka westchnęła i przycisnęła przycisk, który ma wywołać inną osobę z zaplecza. Tą ze specjalnym kluczykiem do kasy, która mi będzie ściągać te bakłażany. K. spojrzała bolesnym wzrokiem na łapiącą już zakręt kolejkę, szukając najwyraźniej jakiegoś wsparcia moralnego. Nie doczekała się. Kolejka promieniuje bierną agresją.
Nieśpiesznym krokiem przyszła druga pani z obsługi. Wyjaśniłam problem. I nagle - nieoczekiwany zwrot akcji - okazało się, że bakłażany są za kg.

Czas zakupów: 20 minut, z czego 15 przy kasie.

Skomentuj (22) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 851 (901)

#54847

(PW) ·
| Do ulubionych
Ja, moje mokre buty i trzy siaty zakupów czekamy na windę. Czekamy i czekamy. Ciche buczenie, stuk przyjechała, zatrzymała się. Otwieram drzwi i już zamierzam wpakować się do środka, gdy pod wyciągniętą ręką przebiega mi coś różowego i wzrostu w okolicach metra.
Wchodzę do windy, trzymając cały czas drzwi, bo dziecko okazuje się być z babcią (chyba), więc czekam, żeby starsza pani wsiadła.
Drzwi się zamykają, stuk, jedziemy i...

Babcia do dziecka: Jak ty się zachowujesz?!!! Matka cie nie nauczyła, że się dorosłych puszcza przodem?!!! W lesie Ciebie wychowali?!!! Durna jesteś... (i tak dalej w ten deseń).
Dziecko stoi ze spuszczoną głową i słucha nic nie mówiąc, oczy szkliste, warga drży, a babcia pięć pieter pod rząd je wychowuje.
Ja nic nie mówię, bo wiem, że nic dobrego z tego nie będzie, ale myślę sobie, że jak starsza pani jest taka dobrze wychowana to mogła odpowiedzieć coś na moje "dzień dobry".
Winda staje, starsza pani otwiera drzwi, dziecko stoi jakby je przyspawali do podłogi.
- No co jak kołek stoisz? Ruszże się! - wrzasnęła i wypchnęła dziecko. Oczywiście pierwsze.

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 617 (711)
zarchiwizowany

#55117

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Dawno, dawno temu, zapewniwszy sobie jakieś tam dochody postanowiłam wyprowadzić się z domu. Desant został wykonany sprawnie i- po raz pierwszy w życiu- zamieszkałam zupełnie sama. Bez rodziców, współlokatorek, brata i podobnych. Pierwszej nocy odbyła się impreza, a drugiej nie mogłam spać, bo wydawało mi się, że się do mnie włamują. W moim zupełnie pustym mieszkaniu słychać było jakieś nieokreślone stuki i odgłosy, z których każdy budził mnie ze snu, interpretowany jako ostrzeżenie przed złodziejem/ gwałcicielem/ mordercą (niepotrzebne skreślić).

Po tygodniu podskakiwałam na każdy niespodziewany odgłos. Nie chciało mi się też wracać do domu- bo po co. Siedziałam znajomym na głowie i wszyscy mieli mnie dość, bo zrobiłam się nerwowa.

- Przygarnij se coś- podsunęła mi koleżanka, mając na myśli chłopa, ale pomyślałam sobie, że zanim sobie jakiegoś oswoje na tyle, żeby mógł się się wprowadzić, to wcześniej zwariuje na tej swojej pustelni.
Przygarnęłam sobie wiec kota, jako że był opcją mniej kłopotliwą. Dachowca ze schroniska. Odtąd wszystkie nieokreślone odgłosy były zwalane na niego i mogłam spać spokojnie.
Nieoczekiwanie (dla mnie przynajmniej) okazało się, że całe mnóstwo ludzi ma problem z moim kotem. Zaczęło się od:
- "zostaniesz starą panną, z piątką kotów".
- "on jest brzydki, dlaczego nie wzięłaś sobie rasowego"
- "ja nie będę u Ciebie nic jeść, bo będzie z sierścią"

i dalej, chór ciężarnych koleżanek:

- "ja do ciebie nie przyjdę bo ty masz kota". Zaświadczenie od lekarza, że kot jest "czysty" i nie wychodzi oraz argument, że jest karmiony tylko karmą sklepową nie trafiał.

a potem:

- "jak to nie kupujesz skórzanej kanapy? Kot podrapie? No wiesz- urządzać mieszkanie pod kota- zupełnie ci odbiło, pozbądź się go"
- z wymianą glinianych doniczek na plastikowe to samo
- i z wymianą ciemnych dywanów na jasne, bo kot biały i nie ma tego koszmarnego problemu ze sierścią przy jasnych- to tym bardziej
- a jak wrzuciłam zdjęcie z siebie z kotem na fb to już w ogóle
- ale to i tak było niczym, w porównaniu ze stopniem zdziwaczenia,jaki u mnie zdiagnozowano kiedy przyznałam się, że wydaje 100 zł miesięcznie na kota
- i kiedy rozmawiałam z koleżanką- kociarą (szczęśliwą posiadaczką 7 miu) o tym jakie one są śmieszne
- i jeszcze an dodatek sprzątam mu kuwetę ręcznie, co dla każdego normalnego człowieka jest uwłaczające
- a podrapane dłonie świadczą w ogóle o tym, że to psychol, i jak ja mogę na takie rzeczy pozwalać
- poza tym każdy lepiej ode mnie wie jak wychować mojego kota
- i on mnie w ogóle nie kocha. Koty nie potrafią...
-... i zje mnie po śmierci.

Jako, że jestem mistrzem biernej agresji i upartego, milczącego oporu kot dalej jest a znajomości zweryfikowały się same z siebie, bez żadnego podejmowania drastycznych decyzji z mojej strony. Po prostu jakoś tak wyszło, że ludzie najbardziej nieprzyjaźnie do niego nastawieni tak na prawdę tolerowali mnie a nie akceptowali. Ot ciekawostka :)

Skomentuj (47) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 176 (346)

#54054

(PW) ·
| Do ulubionych
W pracy często spotykam osoby, które obracają dużymi sumami pieniędzy. Większość z nich dorobiła się majątku samodzielnie i teraz z niego korzysta wg. uznania, z mniejszym lub większym wdziękiem.
Staram się nie być zawistna, miewam tylko smutne momenty autorefleksji nt. cech, których poskąpiła mi natura, a które ludziom pozwalają zdobywać dziki majątek. Jakby ktoś mnie spytał, o jakie cechy mi chodzi to bym wymieniła pewnie pracowitość i "ogarnianie urzędnicze" w pierwszej kolejności.
W każdym razie: osoby "dorobione" posiadają również inne cechy charakteru, owocujące dość zaskakującymi sytuacjami.

Dziś np. zauważyłam aspekt osobowości mojego inwestora, którego się nie spodziewałam.
Jedziemy do księgowej wystawić fakturę. Księgową mamy wspólną, bo ta pani przerabia pół miasta.
Wchodzimy do biura, mówię pani księgowej co, jak i dlaczego, inwestor siedzi i się nudzi.
Kreci się na krześle i nagle wypala:
- A wie pani, ja takie tujki posadziłem koło jednej posesji, muszę je dzisiaj podlać, a mieszkam w X (takie Beverly Hills 10 km pod miastem), nie będę do domu wracał po wodę. Mogę u pani napełnić kranówką kilka butelek po mineralnej?
- Oczywiście - księgowa się trochę zdziwiła. Ja siedzę i nic nie mówię, zastanawiając się, na której to z licznych posesji on nie ma własnej wody podciągniętej.
Poszedł. Wraca. Siedziałam tyłem do wejścia, więc najpierw usłyszałam, że coś się tłucze, więc się obracam.
...więc wraca. Trzymając w każdej ręce z pięć pustych butelek po mineralnej - tych dużych, chyba 5l. i jeszcze dwie pod pachami. Ciężko mu było wpasować się w drzwi z tym wszystkim.
Księgowa okazała się asertywna.

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 496 (566)
zarchiwizowany

#53368

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Jako, że nie jestem osobą religijną o wszelkiego rodzaju świętach= dniach wolnych od pracy dowiaduje się zwykle koło godz. 7mej rano, przed sklepem w którym to mam zamiar kupić jedzenie dla kota.

Zwykle mam potem problem, a kot żywi się rozmrożonym filetem albo jakimś kurczakiem, więc on ze swojej strony tego typu sytuacje uwielbia :)
Na szczęście moja rodzina jest absolutnie świadoma tego aspektu mojej osobowości, więc jakąś godzinę po moim porannym czołowym zderzeniu z państwem świeckim w praktyce mam telefon od babci zapraszającej mnie na obiad.

Tam też zdążałam wczoraj o godzinie dwunastej.
A, że było gorąco, letnie słoneczko w zenicie, ubrana byłam w zwiewno- przewiewną sukienkę łopoczącą malowniczo na wietrze, a trzymającą się jedynie na górnych krągłościach.
Muszę tu dodać, że kościoły mam w mieście tak strategicznie rozmieszczone, że chcąc dostać się z jednego miejsca w mieście do drugiego stale się jest 200 m od co najmniej jednego takiego przybytku, a 500 m od dwóch i kapliczki.
Więc idę i łopoczę sobie na wietrze myśląc o rzeczach przyjemnych i przyjemniejszych i nagle przede mną wyrasta BABON.
A że szłam osiedlowym chodnikiem zatarasowała mi przejście. Chcę tu dodać, że nie byłam na terenie żadnej świątyni, a jedynie jakaś jedna była za winklem, a druga majaczyła na horyzoncie.
Tak więc: stanęła w wojowniczym rozkroku w poprzek ścieżki w swoich butach na słupkach i dalej, że jestem:
- ladacznica
- bezbożnica
- i źle wychowana
- i jak ja w ogóle śmiem tak do kościoła w święty dzień itd.

Jako, że mnie zirytowała, bo nie lubię być publicznie nazywana wywłoką warknęłam jej, że święta to jest sobota i pomknęłam szybko trawniczkiem na przełaj w moich butach na koturnach, żeby w łeb czymś nie dostać.
Od razu zaznaczam, że sobota jest tak samo dla mnie dniem roboczym jak poniedziałek. I niedziela.
Ale niesmak pozostał.

Po południu, już w domu, pewne subtelne zmiany w atmosferze mieszkania dały mi do zrozumienia, że mój kot zrobił mi w toalecie artefakt.
Z pogodnym fatalizmem zabrałam się więc do wykopków, artefakt wrzuciłam do reklamówki, reklamówkę do śmietnika, a że śmietnik w tym momencie się zapełnił to wszystko razem postanowiłam wyrzucić.
Nie nie mogłam poczekać do następnego dnia bo mi:
- śmierdzi
- nie wystawiam worków na balkon bo tak robią menele
- ani na korytarz bo to chamstwo

Idę więc do wiaty śmietnikowej a tu Babon, w butach na słupkach, nie ten sam ale podobny, jednak poglądy miał zbliżone i wyartykułował je tak samo.

Szczerze- miałam w nią ochotę walnąć tym workiem, ale ominęłam ją po prostu i wyrzuciłam to co miałam wyrzucić.
Nie moja wina, że mój kot produkuje się nie tylko w dni robocze, ale i od święta.

Czuje sie jak ofiara prześladowania religijnego.

Osiedle

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 27 (91)

#52318

(PW) ·
| Do ulubionych
Wybraliśmy się ze znajomymi na "Dni miasta R", na koncert. R. ma może 5tys. mieszkańców, jedno gimnazjum z zespołem boisk na którym odbywał się taki typowy festyn: scena, piwko, kiełbaski itd. Wszystko ładne ogrodzone na wejściu bramki i ochrona.
Stojąc w przydługiej kolejce do biletów (wcale nie tanich i o których nigdzie nie było mowy- ale to sławna na całą Polskę kapela gra- i to w takim R.!) mieliśmy okazję zobaczyć, jak ochrona tworzy "nową jakość" bezpieczeństwa.

Generalnie ja rozumiem, że szklanych butelek się nie wnosi, własnego alkoholu też nie, ale żeby dzieciom chipsy zabierać? Dorosłym papierosy?
Ejże.

Imprezy plenerowe

Skomentuj (32) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 339 (511)