Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

takatamtala

Zamieszcza historie od: 26 czerwca 2012 - 15:59
Ostatnio: 22 lipca 2019 - 7:41
  • Historii na głównej: 99 z 115
  • Punktów za historie: 35441
  • Komentarzy: 500
  • Punktów za komentarze: 2541
 

#76301

(PW) ·
| Do ulubionych
- A wie pani, pani Talu - zaczął znajomy wykonawca tak w ramach okołobudowlanych ploteczek - ...reklamację ostatnio miałem.
- Zdarza się. A podstawy były?
- I były, i nie były - westchnął, lekko przewracając oczami. - Ale z jedną uwagą facet rozłożył mnie na łopatki.
- ? - zainteresowałam się uprzejmie.
- Że rury w łazience krzywo chłopaki zamontowali.
- ?! - wyraziłam swój szok i niedowierzanie.
- Jak mi gość to przez telefon powiedział, to wezwałem chłopaków i się pytam, co tam narobili. A oni: że ściana jest otynkowana na glac, a w części płytki i rur nie widać. To myślałem, że może po skosie przez ścianę puścili, a nie pod kątem prostym, jak Pan Bóg przykazał. Są takie urządzenia, że przez tynk rury wykrywa. Ale się zarzekają, że jest prosto, a nie na skos przez ścianę. I wie pani, o co gościowi chodziło?
- ?!!
- Na zamontowanej baterii położył poziomicę i wyszło mu, że między rurką z ciepłą i zimną wodą jest 2 stopnie pochyłu, znaczy się odchyłu od poziomu.
- Aha - skomentowałam. Na to bym nie wpadła. - I co pan zrobił? - spytałam wyobrażając sobie pana Piotra, który dostaje ataku apopleksji nad tą baterią w tej łazience.
- Skorygowałem. Kluczem. Obyło się bez wykuwania rur i poziomowania ich. Powiedziałem facetowi, że muszą mieć trochę spadku, żeby woda leciała. Ale facet zniżkę i tak chciał. A potem ja mam wrzody i nadciśnienie.

Skomentuj (21) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 200 (232)

#76148

(PW) ·
| Do ulubionych
Dom z ogródkiem - marzenie wielu.
Znajomi odziedziczyli takiż dom po wuju. Ochom i achom nie było końca, jak zawsze było jednak pewne "ale":
- Wuj był bardzo religijny?
- Bez przesady. Normalnie religijny - odrzekł znajomy.
- To skąd macie kapliczkę w ogrodzie?
- No postawił. Właśnie zastanawiamy się czy jej nie wykopać i nie przestawić bliżej ogrodzenia, bo tak w środku ogrodu to głupio - się chłop zakłopotał.
- No właśnie: bo ten ogród ma wgląd od ulicy, jak obsadzę to żywopłotem, żeby ludzie w głąb nie patrzyli to nie będę miała pół ogrodu- zwierzyła się jego szlachetna małżonka.
- A ona jest w kulcie?
- Ta, ludzie nam kwiaty pod ogrodzenie przynoszą, modlą się, procesje się zatrzymują...

Czyli dyskretne wyburzenie odpadało. Zresztą znajomi religijni ludzie są.

- A ona taka specyficzna...
- No tak jakby w stylu zakopiańskim... niby... - była to konkretnie rura fi50 zalana betonem, na niej trójkątna skrzynka pokryta blacha falistą z Maryjką w środku. Maryjce towarzyszyła lampka biurkowa oświetlająca ją od spodu. Prąd do lampki ciągnięty był z domu.
- Założyłam żarówkę ledową- dodała szlachetna małżonka kolegi.
Jakiś czas później, w ramach około budowlanych ploteczek z pewnym inż. weteranem licznych pozwoleń na budowę rozmowa zeszła na tą konkretną działkę i kapliczkę.
- A ten facet co to ją postawił to też był aparat!
- ?
- Chcieli mu pół działki odebrać w latach 70. pod drogę do nowego osiedla, ale postawił sobie kapliczkę i od razu sprawa padła. Opór społeczny, rozumie pani.
Acha :)

Skomentuj (29) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 306 (356)

#75364

(PW) ·
| Do ulubionych
Ostatnio trafiłam na bardzo fajny blog pt. "Pani swojego czasu". Trafiłam i czytam każdy post jak prawdziwe objawienie. Ostatnio zaczęłam przeglądać archiwum i znalazłam wpis pt. "ludzie, dla których nie warto tracić czasu" (http://www.paniswojegoczasu.pl/czas-weekendu/ludzie-ktorych-warto-tracic-czasu/).
Jeden z wymienionych typów to "człowiek nie-da-się"... i każde zdanie autorki oczywiście jest trafne ... ale...

ALE:
Kwestia sumienia.
Kiedyś, czyli jakieś 7 lat temu wylądowałam w knajpie ze znajomymi. No i siedział tam taki znajomy znajomych- typowy człowiek "nie-da-się".
Zaczęłam z nim gadać: wyszło na to, że jest bezrobotny i nie ma pomysłu jak ten stan zmienić. Jako, że byłam właśnie po założeniu własnej firmy i przeszłam całe piekło... wróć! - proces otrzymywania dofinansowania z PUP. to zaczęłam opowiadać co jak i dlaczego i którędy.

-Ale ja nie mogę wziąć takiego dofinansowania.
-No ale dlaczego?- spytałam się przychylnie chętna służyć świeżą wiedzą i pomocą.
-Bo jedyny biznes, który mógłbym prowadzić to kafejka internetowa - pragnę przypomnieć, ze 7 lat temu był 2009 r.
-Ale kafejki internetowe to już się zamyka, teraz to każdy internet ma w domu.
-Ale moja kafejka byłaby nastawiona tylko na gejmersów. Na ludzi grających w gry MMORPG - po polsku: czyli chodziliby wirtualnym elfem waląc wirtualne potwory kijem, żeby wypadło z nich złoto i żeby mogli kupić lepszego kija do zabijania lepszych potworów. I tak drużynowo.
-Noo... jeśli uważasz że jest na to rynek...- zaczęłam ostrożnie, bo co ja tam wiem.
-Ale nie mogę tego zrobić z powodów religijnych!- dodam tu, że jestem osobą niereligijną i nie jestem na bieżąco ze stanowiskiem kościoła do gejmersów - Bo w tych grach używa się magii - dodał w odpowiedzi na moje pytające się spojrzenie - i ktoś mógłby się tą magią zainteresować, a to prosta droga do satanizmu. Nie wybaczyłbym sobie, gdyby ktoś przeze mnie wpadł w sidła Szatana!
-A ty nie wpadniesz?- spytałam się z automatu, bo właściwie chciałam się już tylko z tej rozmowy ewakuować.
-Nie, no ja jestem dorosły i mam silną wiarę.

I tu właściwie mogłaby skończyć się ta opowieść... gdyby...
...gdybym nie spotkała się ostatnio ze znajomymi i nie nawiązała się folgowaniu sobie w uzależnieniach.
I z przeszłości zostało wywołane widmo tamtego kolesia właśnie.

-Facet tak uzależnił się od gier, że nie spał po kilka dni, a potem odsypiał kilka godzin. I tak miesiącami. I nie spał tyle, że dorobił się trwałych uszkodzeń neurologicznych i ma narkolepsję. W ogóle nie śpi normalnie 8 godzin jak inni ludzie, tylko zasypia np. na minutę, a kilka minut normalnie funkcjonuje. Nie kontroluje tego w ogóle. I tak całą dobę. Normalnie rentę na to ma. I siedzi w domu i napierdziela dalej na kompie.

I tak sobie przypomniałam o tym facecie, czytając wpis na blogu PSC.
Pewnie jakbym go wyśmiała, to nic by nie zmieniło. Ale jeśli wszyscy pokiwali głową i odeszli... no to stało się to co się stało.
Za każdym razem jak o tym facecie pomyślę, odczuwam niejasny wyrzut sumienia, choć widziałam go tylko raz...

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 139 (211)

#75415

(PW) ·
| Do ulubionych
Zawodowo opracowuje dokumentacje na pozwolenie na budowę. Jest to w gruncie rzeczy branża prosta jak budowa cepa, dlatego tyle ludzi się nią zajmuje. Dlatego też niestety zajmuje się nią dużo polityków i urzędników, wiec co chwile nam nowelizują prawo budowlane i komplikują wszystko co się da.

W wyniku tego chaosu (który tak naprawdę nie dotyczy stricte prac budowlanych, tylko samego tworzenia dokumentacji pozwalającej na wykonanie prac) powstaje wiele dokumentów z okolic budownictwa.

Jednym z takich dokumentów jest AUDYT ENERGETYCZNY. Ze względu na mój osobisty poziom irytacji będę na to mówić TO-TO.
TO-TO zamawiają różne wspólnoty mieszkaniowe, żeby iść po środki na termoizolację. Jeszcze pół biedy jak mówimy o bloku.

Ale czasami TO-TO zamawiają zabytkowe kamienice. One nic innego nie chcą, tylko ocieplić sobie styropianem elewację podwórkową. W tym momencie autor audytu mówi: ale to nie będzie spełniać warunków. Na to wspólnota: ale my mamy na elewacji frontowej aniołki, gzymsy i kolumnienki i inne takie.
Na to autor audytu: na to są sposoby.

Potem taki twór trafia do mnie i ja mam na podstawie wytycznych z audytu zrobić dokumentacje na parce budowlane.
Biorę TO-TO do ręki i czytam:
A) 25 cm od podwórza- spoko, da się zrobić.

B) Elewacja frontowa z detalem- 25 cm od wewnątrz. To są te ich sposoby.
Dzwonię do członka wspólnoty i tłumaczę mu:
1) będzie miał mniejsze mieszanie
2) ne powiesi szafki na tej ścianie
3) moje ulubione: żeby nie było przenikania ciepła trzeba to ocieplenie pociągnąć 1 m na ścianach poprzecznych w głąb pomieszczenia. Czyli pomieszczenie będzie 0.5 m węższe na głębokość metra od ściany zewnętrznej.
To jest ten moment, kiedy inwestor przeżywa chwilę grozy i pyta się, czy nie da się bez tego wywinięcia. Da się, tylko wtedy nie będzie tych energetycznych osiągów.

C) ocieplenie dachu przez położenie 35 cm wełny na stropie. No super. Pięknie.
Tylko wełna mineralna MA SWÓJ CIĘŻAR. Mój konstruktor twierdzi, że 35 cm wełny to 60 kg na m2. I to jest ciężar, który musi znieść istniejący, często ponad stuletni strop!
"Pani Talu, ja Pani się pod tym nie podpisze, że ten strop wytrzyma"- mówi mi konstruktor- "Musiałbym obejrzeć belki w całości"
I dzwonię do Inwestora z kultowym "nie da się". chyba, że zdejmą te cegły i ta polepę z więźby, wszystko odsłonią, potem wymienią belki i wzmocnią strop, położą z powrotem cegły i polepę i na to tą wełnę, ale osobiście nie polecam.

Tu pada kolejne kultowe pytanie: to jak się nie da, to dlaczego w audycie tak jest.
No audyt jest robiony przez branżystów sanitarnych albo jakiś rzeczoznawców po kursach i oni nie wiedzą, co to oznacza dociążyć konstrukcję. Dla nich to jest proste działanie matematyczne- bilans ciepła wypromieniowanego z budynku przed i po ociepleniu.

Tego, czy to jest realne, wykonywalne, wygodne w użytkowaniu i opłacalne to już nie biorą pod uwagę. A kasę inkasują. I jak Inwestor przychodzi do nich z morda, to rozkładają ręce i mówią: przepisy i matematyka.

I to jest piekielne. Moim zdaniem.

Skomentuj (50) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 285 (299)

#75271

(PW) ·
| Do ulubionych
Mieszkam na zapadłej prowincji. Za moją miejscowością kończy się cywilizowany świat, a wrony zawracają na rogatkach, bo boją się o swoje życie.
Nie jestem tu jednak uwięziona. Mogę się swobodnie przemieszczać.

Postanowiłam się więc przemieścić na weekend do Dużego Miasta, w odwiedziny do rodziny i znajomych. Co istotne, na wyprawę tą wzięłam ze sobą tylko gotówkę, bo moje konto w chwili obecnej świeci pustką.
Nie przyszło mi do głowy, że moje Piekiełko i Duże Miasto dzieli przepaść cywilizacyjna, która wyklucza wykorzystanie gotówki.
Jednym słowem - wyszła ze mnie prowincja.

Po raz pierwszy wyszła, gdy zajrzałam do jakiegoś salonu prasy i wyciągając nieszczęsną gotówkę do sprzedawczyni mówię:
- Poproszę bilet godzinny, cały.
- Nie prowadzimy, są automaty na przystankach i w autobusach.

Do automatu na przystanku nawet nie podeszłam, bo zobaczywszy mój autobus z odległości 100 metrów, ruszyłam pędem i wskoczyłam do środka pojazdu o mało nie przytrzaskując sobie plecaka zamykającymi się drzwiami.
Po tym efektownym wejściu na pokład, lekko zasapana stanęłam przed automatem z odliczoną co do grosza należnością za bilet i tu nastąpiło koleje zetknięcie się z przepaścią cywilizacyjną.
Nie było otworu na monety.
Pytam się wiec babki obok (obciach!) jak się to to obsługuje.

-To jest na kartę miejską - której ja oczywiście nie posiadam. Idę do kierowcy i chcę kupić bilet.
-Nie prowadzimy, jest automat.
-Ale ja nie mam karty miejskiej!
-Można zbliżeniowo na normalna kartę płatniczą - żeby się nie tłumaczyć, że nic na niej nie mam, to skłamałam, ze nie mam przy sobie.
-To proszę wysiąść! - obciach nr 2.

Wracam do automatu. Nie podobało mi się wysiadanie w szczerym polu 5 km od celu podróży, więc mówię do dziewczyny, która stała przy automacie: (obciach nr 3).

-Przepraszam Panią, mam tylko odliczoną gotówkę, a nie mam karty miejskiej. Kupiłaby mi Pani bilet, ja Pani oddam w gotówce, mam odliczone.
Popatrzyła na mnie tak, jakbym co najmniej żebrała.
-Nie mam nic na karcie miejskiej - obciach nr 4. Poprosiłam inna osobę obok.
-Pani da mi spokój - stoję jak idiota przy automacie. W wyobraźni odgrywam scenę kłótni z kanarem, któremu będę się tłumaczyć, że nie mogłam kupić biletu.
-Ja Pani kupię bilet! - zaoferowała się STARUSZKA, siedząca dwa siedzenia dalej. Podała mi kartę, kupiłam sobie co trzeba i oddając jej kartę oraz drobne, tłumaczę się:

-Przepraszam - nie wiedziałam, że tu się nie da normalnie kupić biletu. Ja z daleka przyjechałam...
-To widać - prychnęła laska nr1, którą prosiłam o pomoc i która nie miała nic na karcie.
Hmf.

Przepaść cywilizacyjna.

Skomentuj (54) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 380 (398)

#74871

(PW) ·
| Do ulubionych
Trafiło się zlecenie na trzy obiekty hurtem w tej samej okolicy. Dzwonię do osób zajmujących się obiektami, umawiam się i jadę.

Umówiłam się w wszystkimi trzema, żeby zrobić pierwszy obmiar. I tak będę jeździć kilka razy, ale pierwszy obmiar należy zrobić tak dokładnie jak się da, a potem jeździ się już tylko domierzać i rozwiązywać wątpliwości, odpowiadać na pytania branżystów etc.

Więc jadę do pierwszego księ... osoby, której mam zrobić dach i konserwację murów. Wcześniej mówiłam o której będę, ile mi to zajmie, pytałam: czy jest dostęp swobodny, światło na miejscu, czy drabina będzie czy mam przywieźć - wszystko będzie, nie ma problemu.

Przyjeżdżam, parkuję pod obiektem, wysiadam z auta i widzę na horyzoncie oddalające się plecy osoby zajmującej się obiektem.
Dogoniłam, witam się i pytam czy idziemy na budynek.
- Pani sama pójdzie, tam wszystko otwarte - trochę mnie to zdziwiło, zazwyczaj takie osoby zajmujące się obiektem lubią sobie pogadać, przedstawić listę życzeń i aspiracji a tu nic.
Zauważył, że się zdziwiłam.
- Bo ja się umówiłem ze strażakami w sąsiedniej wsi. Pani mówiła, że nie potrzebuje asysty - no nie potrzebuję. Ale ze mną też się umówił, nie? Spytałam się czy budynek otwarty, a wszystko przygotowane.
No przygotowane.

Idę na obiekt a tam: nie ma drabiny, ja nie wiem gdzie właz na dach, włączniki światła nie działają. Właz znalazłam, ale wisi na nim kłódka.
Dzwonię do osoby zajmującej się obiektem. Mówię, że jest problem.
- No, ja Pani teraz nic nie zrobię, bo zajęty jestem. Obiekt jest otarty - i trach słuchawką. No drzwi są otwarte. Poza tym nic więcej. Znalazłam bezpieczniki i je włączyłam, pojawia się światło, mierzę.
Po 20 MINUTACH słyszę jakieś odgłosy podejrzanie przypominające dzwonienie kluczami.

Lecę na łeb na szyję, żeby mnie nie zamknęli.
W drzwiach jakaś baba okręca właśnie klamkę łańcuchem. Od zewnątrz.
-O, Pani tu jest. Proszę wyjść, bo zamykam.
-ALE JA JESZCZE NIE SKOŃCZYŁAM.
-Ale jak to? Ja muszę matkę ze szpitala odebrać.
-To ja zostawię obiekt otwarty, albo proszę dać mi kluczę, to sama zamknę i zostawię klucze gdzie potrzeba.
-Tak nie można, ja jestem osoba zaufana, a Pani to nie wiem.
-ALE JA NIE SKOŃCZYŁAM.
-JA MUSZĘ MATKĘ PO CHEMIOTERAPII ZE SZPITALA ODEBRAĆ, A PANI MI JESZCZE PROBLEMY ROBI- dzwonimy do osoby zajmującej się obiektem. Nie odbiera - skubaniec.
-PROSZĘ WYJŚĆ BO PÓJDĘ PO KOŚCIELNEGO!

No to wyszłam.
Zła jak osa dzwonię do kolejnej osoby zajmującej się drugim obiektem, który mam mierzyć i mówię, że będę wcześniej.
Nie ma problemu.
Na miejscu drabina jest, 3 przedłużacze po 50 metrów i osoba zajmująca się obiektem, z pytaniem, jak ja ten remont widzę, bo on musi społeczność na to przygotować.
Jakoś robienie tej drugiej dokumentacji sprawniej mi idzie.

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 296 (310)

#74593

(PW) ·
| Do ulubionych
Niektórzy po prostu nie potrafią znieść cudzego szczęścia. nawet najmniejszego.
Ciotka moja miała bardzo kiepskie pół roku. M.in. znaleziono jej guzy w tarczycy i teraz chodzi na biopsje co jakiś czas, miała poza tym masę innych problemów.
Ale zdarzyła jej się też miła rzecz- została babcią. I to pierwszy wnuk. Wnuk wyczekany, wytęskniony i wymarzony.
Jak większość chyba normalnych osób postanowiła się pochwalić koleżankom z pracy i pokazać wywołane zdjęcia maleństwa.
Przyszła więc- pokazuje, opowiada że 3.5 kg i coś tam coś tam, a na to koleżanka z pokoju:
-Po co ty te zdjęcia pokazujesz i cieszysz się jak głupi do sera, jak to nie twój wnuk.
-?!!!
-Bo babcią się zostaje jak się ma wnuczkę, a jak się rodzi chłopiec to się jest co najwyżej żoną dziadka i matką ojca dziecka.
Jak do cioci dotarło to co usłyszała, to spytała się, czy wg. koleżanki matką się jest jak się ma córkę, a jak syna to nie?
No nie, można być matką syna, ale nie jest się babcią jak synowi rodzi się syn. Logiczne nie?
Koleżanka wnuki ma i to obojga płci i całe biurko zastawione ich zdjęciami.
Więc ciotka się pyta, czy ona nie jest babcią swoich, że tak powiem męskich wnuków.
Na to tamta, że ona jest ich babcią, bo została babcią w ogóle jak jej się urodziła wnuczka (jako pierwsza).
Ciotka machnęła tylko ręką, bo co tu gadać.
Do bycia babcią poczuwa się dalej.

Skomentuj (17) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 300 (314)

#74110

(PW) ·
| Do ulubionych
Wiele sklepów sprzedających meble kuchenne ma swoich projektantów, którzy ustawiają w tych kuchniach meble na wymiar.
W jednym z takich sklepów pracowała - dajmy jej - Narcyza. Jej zadaniem było projektować klientowi kuchnie na wymiar, razem z doborem płytek, oświetlenia itd.

Generalnie sprzedawcy sprzętu i osprzętu okołobudowlanego bardzo cenią sobie współpracę z wszelkiej maści projektantami, bo wiedzą, że taki projektant może im przeprowadzić do sklepu klienta.
No i pojawiła się pani klientka z Panem Projektantem Od Lat Na Rynku. Pan Projektant robił jej willę pod miastem i w tej willi zaprojektował kuchnię na elementach z tegoż sklepu, w którym zaopatrywał się od lat i którego ofertę znal na wylot.

Starsi sprzedawcy na widok Pana Projektanta co prawda dywanu czerwonego nie rozłożyli, ale wszelkie rozmowy nie były prowadzone "na sklepie" tylko w gabinecie kierownika przy kawie i ciastkach, na wygodnych skórzanych kanapach, a feralna Narcyza jako młodszy sprzedawca latała w tę i z powrotem z wycenami, wzornikami i ową kawą.
Feralna Narcyza, żeby zrobić wycenę dostała wszelkie materiały takie jak rzuty i dane klientki przy okazji też.
A po godzinach pracy przygotowała kontrofertę. Za ułamek ceny Pana Projektanta. I została przyjęta.

Miłość między panem Projektantem a sklepem "Kuchnie na wymiar" ,zakończyła się z hukiem i ze skargą do centrali sklepu. Po wpisaniu w google "Kuchnie na wymiar - Piekiełko", pełne pasji wpisy Pana Projektanta wyskakują pod wszystkimi stronami z opiniami. Narcyza wyleciała z roboty jak z procy, ale stwierdziła, że to dobrze, bo ta praca i tak była poniżej jej kompetencji, a ona się w niej dusiła, nie mogąc rozwinąć skrzydeł swojej kreatywności.

Obrażony Projektant na budowę willi wysyła asystenta, a z klientką porozumiewa się drogą mailową.

A Narcyza za projekt kuchni wzięła 500 zł.

Skomentuj (19) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 165 (205)

#74208

(PW) ·
| Do ulubionych
Pracuję przy opracowywaniu dokumentacji na pozwolenie na budowę.

Siedząc na konsultacjach u starszego kolegi, który jest konstruktorem poskarżyłam mu się, że klient mnie się czepia. Generalnie stwierdził (klient), że inwentaryzacja zrobiona jest nierzetelnie, bo na widokach elewacji zaznaczyłam inną ilość felców na blasze na dachu niż jest w rzeczywistości. Muszę się tu przyznać, że nieszczęsne felce na widoku elewacji są zaznaczane tylko po to, żeby było wiadomo czym ten dach jest pokryty i ewentualnie w jaki sposób ta blacha tam leży (czy pasami czy w karo np.), więc jak rysowałam rzeczony widok to na ilość felców nawet nie spojrzałam. Nie żeby to miało jakikolwiek wpływ na wykonawcę, który i tak położy blachę jak mu wypadnie...

Starszy kolega po fachu pokiwał ze współczuciem głową i podzielił się podobnym doświadczeniem:
-Pani sobie wyobrazi: sylwester.
Przedstawiają mi faceta i mówię mu czym się zajmuję. On się pyta nad czym ostatnio pracowałem.
No to mówię: na budynku takim a takim.
A on na to: "każdemu kto pracował na tym budynku trzeba by w mordę dać". Zatkało mnie.

No to patrzę na faceta, czy mi zaraz nie przymaści, ale jakoś się nie przymierza więc się pytam: dlaczego.
A on na to: że drzwi powinny zamykać się bezszelestnie po lekkim pchnięciu i delikatnie na zawiasach chodzić, a w budynku takim a takim nie dość że klamki niewygodne i w dłoń kują, to jeszcze trzeba te drzwi ciągnąć i zamykają się z głośnym klikiem. Skandal.

A- pani Talu- ja na tej robocie, na budynku takim a takim to mało nie osiwiałem. Tam były pęknięcia konstrukcyjne przez wszystkie kondygnacje, nowa klatka schodowa, nowy dach, windy, uzgodnienia z sanepidem i strażakiem, trupa nazisty w piwnicy znaleźliśmy i miałem zamkniętą budowę dwa tygodnie... Jak ja to skończyłem, to się czułem jakbym swoje życie odzyskał. I mi przychodzi taki koleś i na sylwestrze mówi, że ten budynek to skandal, bo mu drzwi ciężko chodzą.

Mnie to drzwi interesowały o tyle, żeby były przeciwpożarowe, miały samozamykacz i szerokość odpowiednią.
No i oczywiście okazało się, że koleś sprzedaje drzwi w jakimś markecie budowlanym.

Z tego taki wniosek pani Talu- jak ktoś chce się przpie.. przyczepić to się przyczepi.

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 210 (248)

#74078

(PW) ·
| Do ulubionych
Pracuję przy opracowywaniu dokumentacji na pozwolenie na budowę.

Każda dokumentacja - nawet jeśli opisuje prace typu szpachlowanie i malowanie - musi mieć projekt zagospodarowania działki i opis tego projektu. W praktyce wygląda to tak, że jest to mapka, na którym zaznaczam budynek i granice działki, a w opisie odnoszę się do konkretnych, wyszczególnionych w rozporządzeniu punktów. Jest ich 11.

Jeśli więc robię dokumentację na szpachlowanie i malowanie to czeka mnie absurdalne wypełnianie podpunktów typu: ilość powierzchni biologicznie czynnej nie ulega zmianie. Ilość m2 użytkowych budynku nie ulega zmianie. Itd.

Jednym z tych podpunktów jest odniesienie do rozporządzania w sprawie ochrony grzybów i ptaków. Generalnie rozporządzenie mówi, że ptaków nie można zabijać, gniazd niszczyć, a stanowisk grzybów usuwać, CHYBA ŻE są na materiałach budowlanych i przyczyniają się do ich korozji.
Więc w felernym podpunkcie stoi:

"W rozumieniu Rozporządzenia Ministra Środowiska z dnia 9 października 2014 r. w sprawie ochrony gatunkowej grzybów i rozporządzenia Ministra Środowiska z dnia 9 października 2014 r. w sprawie ochrony gatunkowej roślin, jako prace polegające na usuwaniu roślin i grzybów niszczących materiały budowlane prace są dozwolone".

I nikt jeszcze dotąd tego zapisu mi nie kwestionował. Podejrzewam też, ze nikt go nie czytał, tylko sprawdzali czy jest.

I jest poniedziałek. We wtorek o rano trzeciej jadę na szkolenie na tydzień. Jest 15.15. Zapierniczałam cały zeszły tydzień, żeby z czystym sumieniem wyjechać z miasta a tu telefon. Na wyświetlaczu WYDZIAŁ BUDOWNICTWA.
Cały przedurlopowy dobry nastrój poszedł się paść.

- Tu Renata Piekielna z Wydziału. Pani Talu, mam tu dokumentację na Piekielną 1 i musi pani kilka rzeczy w niej wyprowadzić - Piekielna 1 to dokumentacja na malowanie i szpachlowanie klatki schodowej. Normalnie takie prace nie idą na pozwolenie, ale ten budynek jest zabytkowy - Niech Pani przyjdzie do nas jutro, to porozmawiamy.
- Ale ja wyjeżdżam na tydzień na szkolenie - jęknęłam. Babę zatkało.
- To proszę przyjść teraz - a była 15.15!!!

To przyjechałam i co słyszę?
Na końcu nieszczęsnego punktu o grzybach i ptakach napisałam "prace są dozwolone" a powinno być "dopuszcza się". Mam tą stronę wydrukować z poprawką. Na jutro. Bo jej pojutrze mija termin wydania pozwolenia.

I pierwszy raz wylądowałam u naczelnika, gdzie bazując na mej niskiej wiedzy humanistycznej, przekonywałam gościa, że "prace są dozwolone" i "dopuszcza się" to to samo.
Na co Pan naczelnik, że nie to samo. I mam przedrukować. Bo mi nie wydadzą pozwolenia.
Jak chcę, to mogę ich pozwać.

No to podmieniłam stronę i dokumentacje następnego dnia zaniósł dziadek.
I jak tu nie pałać żądzą mordu.

Skomentuj (20) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 289 (301)