Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

takatamtala

Zamieszcza historie od: 26 czerwca 2012 - 15:59
Ostatnio: 19 sierpnia 2018 - 16:46
  • Historii na głównej: 83 z 101
  • Punktów za historie: 32567
  • Komentarzy: 452
  • Punktów za komentarze: 2495
 

#72368

(PW) ·
| Do ulubionych
Zajmuję się przygotowywaniem dokumentacji na pozwolenia na budowę.

Formę i zawartość takiej dokumentacji określa Prawo Budowlane. Interpretacji tych zapisów jest tyle, co urzędników w Wydziałach Budownictwa w całej Polsce - ale przepis obowiązuje jeden.

Żeby nie było prosto - i żeby człowiek się nie przyzwyczajał - co chwilę nam to paskudztwo nowelizują, i trzeba potem zmieniać wszystkie sztampowe okładki, oraz grzebać w podpunktach opisów i dopisywać idiotyzmy typu: "wykonanie kolorystyki elewacji nie wpływa na powstawanie szkód górniczych w terenie".
Za każdym razem jak nowelizują, to trzeba sobie dodrukować to co znowelizowali i powymieniać strony, ewentualnie podklejać wiersze do wydruku. Chyba, że ktoś lubi czytać PDF - ja nie lubię.

W każdym razie - siedzę, pracuję, neurony trzeszczą, czacha dymi, kawa dymi- a tu telefon.

- Czego? - spytałam, tylko oczywiście nie tak, bo kulturalnie, ale w tym sensie.
- DzieńdobryczydodzwoniłemsiędofirmyTTTbiuroarchitektoniczne?

Łojesusmaria - myślę sobie - znowu telesprzedaż.

- Taaaak - odpowiadam ostrożnie.
- Mam dla waszej firmy znakomitą ofertę- normalnie zamieniam się w słuch - znowelizowane Prawo Budowlane! W twardej oprawie! - nie wiem po co ta twarda oprawa. Chyba tylko, żeby dziurę w ścianie wywalić, jak się cholerstwem rzuci w szale - W niezwykłej, okazyjnej cenie! Tylko dziś!!! Czy jest pani zainteresowana?

Rzuciłam z ukosa okiem na leżącego na stole, poklejonego, wiele razy przebindowanego i sfatygowanego Frankenstaina... Z podklejonymi wierszami i pomalowanymi korektorem uchylonymi przepisami. Którego sobie wydrukowałam sama. Z PDFa. Ściągniętego z netu, za darmo. Ze strony Internetowego Systemu Aktów Prawnych. Aktualizowanego własnoręcznie na podstawie Dzienników Ustaw.

- No...nie... wiem... - powiedziałam bez przekonania, bo uderzyła mnie miałkość prawa i niepewność jutra.
- ... na kredowym papierze, dostarczane kurierem do domu i to wszystko, tylko dziś za 50% ceny!!!- przywrócił mnie głos w słuchawce do rzeczywistości.
- A ile to jest 50% ceny? - zainteresowałam się tak z zupełnej ciekawości, bo moje wrodzone skąpstwo nie pozwoliłoby mi wydać pieniędzy na ładniejszą wersję czegoś co już miałam.
- Normalnie to 800 zł... - aha - ...ale dziś i specjalnie dla Pani tylko 400!!!

Tu prychnęłam śmiechem, a facet się rozłączył, bo go chyba uraziłam.
Zła kobieta jestem.
Ale serio - 400 zł za coś, co jest dostępne w necie za darmo i będzie ważne maksymalnie dwa lata, zanim znowu czegoś nam tam nie zmienią?

Skomentuj (20) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 339 (351)

#71793

(PW) ·
| Do ulubionych
Przyjechała do mnie kuzynka, lat 11. Z typu tych asertywnych i zadbanych. Od razu na wstępie zaznaczyła, że ona się odchudza. Pomijając czy potrzebuje czy nie - żeby rano nie doszło do scen dantejskich przy śniadaniu od razu się spytałam co będzie jadała. Jogurt grecki z zarodkami pszennymi. Zarodki pszenne to taki ciemnożółty proszek, który wcale nie wygląda obrzydliwie - w przeciwieństwie do moich kiełków jak się okazuje.
Siedzi i futruje ten jogurt, a ja płuczę kiełki.

-Co robisz?
-Podlewam ogródek - znadinterpretowałam.
-A czego wylewasz wodę?
-Bo je trzeba przepłukać.
-Z czego? - eee...
-Z produktów przemiany materii.
-Czyli z ... kupy?!!!
-Rośliny nie robią kupy. Rośliny przemieniają materię.
-Ale efekt przemiany materii to KUPA.
-No to w takim razie one jeszcze pierdzą tlenem - samo mi się nasunęło.
Nałożyłam garść kiełków na kanapkę z serem i przed solidnym wgryzieniem zatrzymało mnie spojrzenie pełne zgrozy.
-?
-TY JE JESZ O TAK O? Z RESZTKAMI TEJ KUPY
-Tak, żywcem je jem - troglodyta ze mnie.
-Z TĄ KUPĄ?
-Rośliny nie robią kupy.
-Obrzydziłaś mi śniadanie. Idę. - I poszła.

Skomentuj (41) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 185 (315)

#71911

(PW) ·
| Do ulubionych
Ja wiem, że nie jestem humanistą. Ja wiem, że jestem furiatem. I po urzędach siedzą trolle- i to trolle nowej hodowli, a nie relikty z poprzedniego systemu.

Oddałam dokumentację. Okazało się, że pomimo licznych konsultacji podczas prac do skończonej roboty dostaje uwagi. Czy jak to się modnie określa "feedback".
Do mailowej komunikacji ze mną wyznaczono idio... osobę, która wyraża się w bardzo specyficzny sposób.

- Nie używa dużych liter. Chyba, że ma całe zdanie napisać caps lockiem. To wtedy tak.

- Każde zdanie kończy serią wykrzykników lub pytajników. W ilości sugerującej, że opiera się łokciem o klawiaturę. Połowa maila to wykrzykniki lub pytajniki. Nie znalazłam ani jednej kropki.

- Rzuca podsumowującymi uwagami. Np. jeśli widełki płacy dekarza są od X do Y zł, to mój kosztorysant przyjmuje stawkę w połowie. Uwaga pana: "co tak drogo???????????!!!!!!!!", mówi inwestorowi, że zawyżam kosztorys. Wysyła mi oficjalną uwagę, żeby przyjąć prace każdego robotnika jako Xzł + 1gr. Ale mój kosztorysant to nie jest człowiek z kosmosu, tylko gość co zęby na budowie zjadł i wie, że za X to nie znajdą nikogo do roboty. Inwestor na argument jest głuchy, oni znajdą. No powodzenia. A potem będzie płacz, że miał być remont za milion a wyszedł za dwa.

- Za każdym razem pisze słowo projekt i dokumentacja w cudzysłowie.

- Pyta się gdzie uzgodnienie strażackie, w następnym zdaniu zarzuca mi, że nie ma. W trzecim zdaniu, że miało być i podsumowuje (w czwartym daniu tego samego maila!), że się nie wywiązuje z zobowiązań. Dzwoni z awanturą do koordynującego projekt. Koordynujący w panice dzwoni do mnie. Ja zaskoczona odpalam maila ( o ósmej rano) i znajduje list z nieszczęsnym pytaniem o strażaka napisany poprzedniego dnia o 23. Dobrze, że wytrzymał z telefonem do koordynatora do rana. Uzgodnienie strażackie jest, wystarczy się wczytać w opis i obejrzeć rysunki, na których jest pieczątka strażaka.

- I pisze po dwa, trzy maile dziennie.

I to młody facet jest, tuz przed trzydziestką. Aż strach, co z nim będzie potem...

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 252 (276)

#71319

(PW) ·
| Do ulubionych
Adblock fajna rzecz, ale niektóre strony nie wyświetlają swoich "treści", jak się ma włączonego. Więc na niektóre strony wyłączam. No i wyskakują mi wtedy okna reklamowe, najczęściej kasyn online albo gier typu zabij demona kijem, a potem kup lepszy kij, żeby zabić lepszego demona.

No i wyskakuje mi też reklama gry, która niestety nie podciąga się pod ten schemat. W grze jesteś facetem, który chodzi i gwałci kobiety.
Przy czym nie jest to jakiś gówniarski wybryk. Gra jest - no dobra, powiem to - profesjonalnie narysowana, z zacięciem humorystycznym i składa się z historyjek wprost z pornoli.
No nic.

Znalazłam sobie, że istnieje jakiś przepis zakazujący promocji przemocy wobec kobiet i napisałam: do Rzecznika Praw Obywatelskich i do wszystkich fundacji feministycznych, jakie mi wyskoczyły Google.
Zero odzewu.

Wolę, szczerze mówiąc, nie iść z tym na policję, bo i tak ostatnio za często tam bywałam w związku z inną sprawą i mam szczerze dość biegania i składania zeznań.
Gdzie jeszcze można coś takiego zgłosić?

Uprzedzając komentarze - tak, oczywiście, że mogę po prostu wyłączać tę reklamę, ale uważam, że coś takiego w ogóle nie powinno wisieć na necie. Potem młodym debilom wydaje się, że życie to pornol i dochodzi do nieszczęść, które kobietom rujnują psychikę. Takie zjawiska znieczulają. A skoro są nielegalne, to z pewnością można coś z tym zrobić.

Skomentuj (59) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 331 (389)
zarchiwizowany
Czasami, jak się ładnie poprosi, to Urzędzie nie trzeba czekać 60 dni tylko powiedzmy 30. Trzeba przyjść, wyjaśnić, że się człowiekowi śpieszy, trochę się popłaszczyć, powiedzieć jakie to ważne i dotacja unijna i pani w banku i uśmiechać się tak długo, że aż twarz boli...
I jak się już dostanie telefon od Pani w Urzędzie, że papier gotowy, to się mówi Inwestorowi: idź pan do tego Urzędu i odbierz go, żeby pocztą zawiadomienia nie słali, bo jaka jest poczta każdy wie.
I idzie taki Inwestor do tego Urzędu, odbiera ten papier od tej obłaskawionej i ulitowanej Urzędniczki... I jełop patrzy na te dwie kartki A4 i wypala:
- I co? tak trudno to było w jedną godzinkę przed południem napisać? Tak trudno było?- w mściwą satysfakcją w głosie pyta, zamiast normalnie jak człowiek podziękować, że zrezygnowała kobita z tej trzeciej kawy i okazała resztkę serca, żeby dotacji osioł nie stracił.
Jełop.

Skomentuj (49) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 179 (261)

#71134

(PW) ·
| Do ulubionych
Gdyby istniała książka pt: "FAQ: Mieszkanie w bloku - przeżycie i obsługa", to byłby tam cały rozdział o wodzie z MPECu.

Odkręcam kurek w wannie, a tam zamiast ciepłej leci zimna woda. Ponieważ chwilowe awarie zdarzają się często, to poradziłam sobie jak na koloniach i poszłam spać. Rano ciepłej wody dalej nie było. No to się ogarnęłam i do administracji:

- Ciepłej wody nie ma - wyłuszczyłam problem.
- A tylko w łazience czy kuchni też? - zastrzelił mnie pytaniem facet. A zastrzelił mnie, bo myłam ręce w łazience w zimnej wodzie, a do czajnika w kuchni leję zimną. Po śniadaniu kubek i talerze poszły do zmywarki, która sobie sama podgrzewa wodę. W ten sposób zużywam w kuchni mniej niż kubik ciepłej wody w roku i wszyscy myślą, że majstruje przy wodomierzu.
- Nie wiem - przyznałam się. Facet popatrzył na mnie jak zwątpił.
- Z ciepłą wodą to na pogotowie ciepłownicze. Do widzenia.

No to wykonałam stosowny telefon pod stosowny numer.
Wieczorem ciepłej wody w wannie dalej nie ma, ale w ramach eksperymentu sprawdziłam czy w kuchni jest. No i była. Rano sytuacja ma się tak samo. No to idę do administracji.

- W łazience nie ma, w kuchni jest - facet popatrzył na mnie jak na bardzo upierdliwą muchę.
- Pogotowie ciepłownicze było i mówi, że w 666. ciepła woda jest.
- U mnie w wannie nie ma - jak widzicie drodzy czytelnicy, jestem mistrzem w komunikacji międzyludzkiej, z naciskiem na błyskotliwe dialogi.
- A ja pani udowodnię że jest - no to poszliśmy.

Facet odkręcił kurek i woda się leje. Zimna. No to podstawiłam wiadro, bo jak leje i pika mi licznik, to przynajmniej kwiatki se podleje. Gdzieś mniej więcej w połowie wiadra woda zrobiła się letnia, a potem uzyskała normalną temperaturę.

- Ciepła woda jest - udowodnił mi facet z administracji.
- Przecież pan z 5 litrów wylał! Zimnej liczonej jak ciepła.
- Pani mieszka na 10 piętrze. Zima jest, mróz jest, rura się wychładza i trzeba zimną wodę z rury spuścić.
- Po pierwsze: to nie jest pierwszy sezon grzewczy i wcześniej tak nie było. Po drugie: w pionach temperatura jest tylko trochę niższa jak w mieszkaniach, bo jakby była taka jak na zewnątrz, to by pękały od różnicy temperatur. To nie może być tak jak pan mówi!
- WODA CIEPŁA JEST! PROSZĘ BEZZASADNIE NIE WZYWAĆ ADMINISTRACJI - i poszedł.

Więc wieczorem spuściłam wodę do drugiego wiadra (umyłam wszystkie podłogi w mieszkaniu) i wzięłam prysznic włącznie z myciem głowy.
Następnego ranka o ósmej była u mnie ekipa remontowa, bo zalałam sąsiada poniżej. Rozsadziło rurę od ciepłej w pionie łazienkowym. Po interwencji ekipy remontowej, ciepłą wodę w wannie mam od razu.

Skomentuj (17) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 383 (397)

#70929

(PW) ·
| Do ulubionych
Po lekturze komentarzy do poprzedniej historii mi się przypomniało...

Znajoma moja - zestresowaną kobietą będąc - spytała się naszej wspólnej koleżanki, czy może spędzić kilka dni na jej RODOS (Rodzinnym Ogródku Działkowym Ogrodzonym Siatką) w błogiej ciszy i spokoju.
Leżała więc opalając się w sielankowym odosobnieniu, gdy nagle- PIERDUT!!!

Zerwała się na równe nogi i jej oczom ukazała się chmura pyłu rozwiewająca się powoli jakieś trzy działki dalej. Gdy dotarła na miejsce, zobaczyła na miejscu działki sąsiada krater zabarwiony centralnie na czarno- czerwono.

Zadzwoniła więc czym prędzej na 112 i mówi - że wybuch, że krater, że w kraterze chyba sąsiad i olaboga. I tu historia mogłaby się skończyć. Gdyby nie szlaban.
Szlaban postawili działkowcy, żeby im dzika młodzież nie rozjeżdżała drogi. Znajoma przyjechała rowerem, więc nie miała klucza, właścicielka działki pojechała gdzieś w Polskę po coś tam, a administrator nie odbierał, bo podał numer domowy, a była piękna pogoda.

Pierwsze na miejscu było pogotowie, które zatrzymało się za szlabanem. Załoga karetki dotarła na miejsce pieszo i przez siatkę stwierdziła zgon. Potem przyjechała policja. Przywieźli ze sobą sekator, żeby przeciąć kłódkę od szlabanu, ale nie docenili działkowców. Kłódka znajdowała się w metalowym pudełku zrobionym z prętów zbrojeniowych. Można było między nie włożyć palce z kluczem i "ucho" szlabanu, ale już nie sekator do cięcia metalu.

Policjanci udali się na miejsce zdarzenia pieszo i przez siatkę ocenili, że po okolicy rozrzuciło mnóstwo podejrzanego żelastwa, wiec trzeba wszystkich natychmiast ewakuować - w tym nieszczęsną znajomą w bikini, która absolutnie nie może wrócić po swoje rzeczy i najlepiej, żeby się z nimi tak jak stoi udała na komisariat składać zeznania.

Potem pojawiła się straż pożarna, która forsowała szlaban 20 minut. Co ciekawe nie sforsowali zamknięcia tylko zawias. Działkowcy powinni być z siebie dumni. Na samym końcu przyjechali saperzy.

Co się okazało. Sąsiad miał skalniak a na skalniaku co najmniej kilkanaście niewybuchów. Prawdopodobnie zmarł podczas uzupełniania kolekcji. Okoliczne działki zostały całkowicie stratowane przez saperów, szukających szczątków z tejże ekspozycji.

To tak a propos komentarza Mściwego Frustrata: "Jeśli granat przywieziony przez babcię na komendę policji nie wybuchł w tramwaju, to i na komendzie nie wybuchnie. Jeśli łuska artyleryjska zamówiona pocztą przez syna nie wybuchła po drodze, to i w jego pokoju, na półce nie wybuchnie i nie ma potrzeby donosić na policję że syn bombę kupił!"

Skomentuj (30) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 426 (438)

#70787

(PW) ·
| Do ulubionych
Moja ciotka - w czasie spotkania rodzinnego z okazji przejścia na emeryturę - uraczyła nas historią.

We wczesnych latach '00 pracowała w pobliskim muzeum, jako pracownik merytoryczny. Muzeum było godnym, olbrzymim gmachem po starym pałacu, w którym (co ważne) umieszczono szatnię na parterze pod gabinetem dyrektora.
W szatni, o dziwo, nie siedział szatniarz tylko ochroniarz, bo na szatniarza nie było etatu.

Siedział więc pewnego ranka i się nudził, a tu nagle wchodzi mu grupka dzieci pchająca zabawkowy wózek dziecięcy. Jako, że było to szacowne muzeum starego typu, to zwykle nie pojawiały się tam dzieci poniżej dawnego liceum, a już na pewno nie latające luzem tylko skumulowane w jakaś wycieczkę.
A te konkretne dzieci były w okolicach piątego roku życia.

Szanowny Pan ochroniarz zapytał się więc tonem ojcowskim co tu robią i po co przyszły.
- Znaleźliśmy skarb i przyszliśmy po nagrodę - usłyszał w odpowiedzi.
- A cóż to za skarb? - ciągnął dalej rozczulając się w duchu nad uczciwością młodego pokolenia. To był ten moment, kiedy przed zbitą grupę dzieci wyjechał zabawkowy wózek, a kołderka została podniesiona ukazując zawartość.
Niewybuch.

Ochroniarza odrzuciło na trzy metry pod przeciwległą ścianę. Przed oczami zobaczył kilometry stylowych kocich łbów, otaczających centrum, które zabawkowy wózek musiał pokonać na swych małych kółkach.
Natychmiast zgarnął całe towarzystwo, zamknął szatnię i na miękkich nogach poszedł do dyrektora.
- Trzeba zarządzić ewakuację i wezwać saperów - wydukał. Dyrektor popatrzył na niego z nikłym zainteresowaniem, bo był stoikiem, a z zawodu filozofem.

Dowiedziawszy się o problemie postanowił sprawę zbadać, zszedł do szatni, stanął nad wózkiem i zaczął obserwować niewybuch. Drzwi do szatni obserwowała sekretarka spod przeciwległej ściany. Ochroniarz biegał po budynku od pokoju do pokoju, sugerując, żeby wszyscy natychmiast udali się na przerwę na kawę na parking.
- Ten niewybuch jest nieaktywny - ogłosił dyrektor, bo wiadomo, że na filozofii uczą rozpoznawać niewybuchy - Proszę zawołać do mnie kierownika militariów, niech to weźmie w ewidencje. A wszyscy niech wrócą na swoje stanowiska pracy - i wrócił do biura.

W tym czasie ochroniarz zdążył zamknąć budynek, zadzwonić po saperów i oddać dzieci pod kuratele patrolu policji.
Kiedy saperzy przyjechali trzy godziny później, okazało się, że wszyscy pracownicy są w budynku, a w gabinecie dyrektora trwa rada nad planowaną wystawą malarstwa. Gabinet był nad szatnią.

Na poligonie niewybuch zdetonowano. Bohaterskie dzieci zaprowadziły saperów do obsuniętego zbocza z całym mnóstwem innych niewybuchów. Dyrektora nikt nie pociągnął do odpowiedzialności.

Skomentuj (31) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 757 (773)

#70562

(PW) ·
| Do ulubionych
Pracuję przy opracowywaniu pozwoleń na budowę. Poza normalnymi dokumentacjami poprzedzającymi prace budowlane, co jakiś czas trafia się robota "dla sądu", czyli podział. W skrócie chodzi o to, że niektóre budynki mają pecha mieć więcej niż jednego właściciela. Czasami ci właściciele mają "udziały" w budynku i trzeba im proporcjonalnie do udziału podzielić lokale. Zdarza się wtedy stawiać ścianę w lokalu dzieląc pokój na pół i tworząc kiszkę na 80 cm szeroką, bo tak wychodzi z procentów i jeden właściciel drugiemu tego kawałka nie odsprzeda. Wszystko to potem przechodzi przez sąd i trafia do księgi wieczystej.

W każdym razie - była sobie kamienica w bardzo fajnym miejscu. Miejsce było tak fajne, że w czasach poprzedniego ustroju wywalili wszystkie ściany na parterze łącząc oryginalne 4 mieszkania w jeden gigantyczny lokal i zrobili tam peweks. W czasach współczesnych kamienica ma czterech właścicieli, z czego trzech się dogaduje, a czwartego przegłosowują na spotkaniach wspólnoty. Kamienica ma też dwie klatki schodowe, więc powstał pomysł, żeby ją podzielić na dwa budynki. Znaczy się prawnie. Kamienica już wcześniej była podzielona fizycznie i czwarty właściciel miał wszystkie mieszkania przy jednej klatce schodowej. Generalnie da się to zrobić, pod warunkiem że będzie ściana ogniowa przez wszystkie kondygnacje między tymi budynkami.I teoretycznie była.

Przynieśli mi dokumentację sprzed 15. lat z czasów kiedy dzielili na lokale.
- To biegły sądowy robił. Starczy przerysować, przepisać powierzchnie i do sądu. Nie będziemy się z Piekielnym męczyć, separatysta jeden - tak brzmiało moje zlecenie.

Dokumentacja była zrobiona na tzw. inwentaryzacji uproszczonej, czyli były ściany, powierzchnie pomieszczeń, po jednym wymiarze na pomieszczenie, oraz tabelka z sumą pomieszczeń składających się na lokal.
Na początku pomyślałam, że zeskanuje, obrysuje i będzie. Ale nie było, bo okazało się, że w tej skali w jednym pomieszczeniu (na dokumentacji znaczy się) 100 cm to 5 mm, a w drugim 15 mm, a w trzecim 8.
Przeleciałam ze skalówką po całej dokumentacji i wyszło, ze co drugi wymiar się zgadza. No cóż.
Kiedyś robiłam elewacje i dach na tym budynku, więc wiedziałam, jaki jest szeroki i długi na całości. Więc dzięki tej szerokości jeden pewny wymiar miałam. Teoretycznie, jeśli masz powierzchnie pomieszczenia- czyli pole prostokąta- i jeden z wymiarów, to drugi powinien wyjść przy pomocy niesłychanie skomplikowanego działania zwanego dzieleniem.
Tylko że ja na dokumentacji miałam prostokąt stojący, z obliczeń wychodził leżący, a z elewacji, która robiłam sama wychodził kwadrat.

Postanowiłam się tym nie wku...rzać i zająć prostszą częścią dokumentacji, czyli opisem. Wzięłam kalkulator i zaczęłam sumować pomieszczenia składające się na lokale. Na 12 lokali zgadzał się jeden, bo składał się z jednego pomieszczenia. na wszystkich pozostałych lokale były większe niż suma pomieszczeń.
To był ten etap, w którym wzięłam telefon i dzwonię do wspólnoty z kultowym "nie da się" na ustach.
Siedzę na przeciwko niech i mówię im: Piekielny płaci podatek od lokalu użytkowego, który wg. sumy pomieszczeń jest 15 m kw. mniejszy. Niebiański jest stratny 27 metrów na trzech lokalach. Itd. patrząc na dokumentację, to po zsumowaniu lokalów kamienica powinna być o 35 mkw większa niż jest z powierzchni zabudowy - i to bez liczenia części wspólnych.
Najpierw zrobili się bladzi, potem czerwoni, potem znowu bladzi.

- Ale to biegły sądowy robił.
- 6 lat robił!
- Inwentaryzacja jest nierzetelna, na tej podstawie nie zrobi się dokumentacji.
- Ale pani TTT - zaczął Piekielny, separatysta - my tu jesteśmy dogadani. Nikt ścian nie będzie przesuwał. Każdy wie co jest jego. Niech pani to przerysuje na żywca i po prostu podzieli budynek na dwa adresy.
- Ale się nie da. Ściana ogniowa nie ma ciągłości.
- Jak nie ma, jak myśmy w lokalu na parterze (tym po peweksie, jednoprzestrzennym) postawiliśmy ogniową z pustaków.
- Ale ona nie jest po ta ogniową na piętrze i wyższych kondygnacjach.
- Jak nie jak tak - więc poszliśmy, zmierzyliśmy i im udowodniłam, że stoi 1.5 m dalej. Na lewej dokumentacji jest dobrze, ale w naturze nie.

Podsumowując: biegły sądowy 6 lat prowadził sprawę, zrobił nierzetelną inwentaryzację, na podstawie której oni teraz płacą gigantyczne podatki, za metry których nie mają. Najemcy płacą czynsze za lokale, które są w naturze mniejsze i to się w każdym momencie może wydać, np. przy wymianie podłogi. Budynku podzielić nie mogą, bo postawili ścianę na parterze w miejscu totalnie abstrakcyjnym, co jest o tyle śmieszne, że widać, gdzie ona oryginalnie była (jest podciąg pod sufitem). Biegły kasę wziął, w księgę wieczystą poszły same głupoty, a właściciele zostali jak cztery nienawidzące się kiepy.
A dach cieknie, kamienica niszczeje i nikt nie będzie niczego przy niej robił, bo wspólne. Ściany na parterze nikt nie przestawi, bo Piekielny będzie miał wtedy lokal mniejszy o 12 metrów.

A ja inwertorom muszę tłumaczyć, dlaczego moją mi zapłacić za dwa dni pracy, choć oni nic z tego nie mają, poza wiedzą jak bardzo ich oszukano.

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 347 (357)
zarchiwizowany

#70217

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Ulica Anielska ma trzy pasy. Pas prawy skrajny idzie pod górę, a lewy skrajny z górki. Przed skrzyżowaniem z Piekielną dochodzi środkowy do zjeżdżających na lewo (czyli w Piekielną), a za skrzyżowaniem środkowy pas jest dla tych włączających się z Piekielnej w Anielską. Ten pas prowadzi pod górkę. No i są światła- dlatego, że Anielska jest długa, prosta i prowadzi z górki. Ludzie lubią rozwijać na niej prędkość podświetlną.
Stoję sobie jakieś 10 m od skrzyżowania i klnę w duchu na Dziada, który powoli i mozolnie gramoli się autem na wysoki krawężnik za znakiem zakazu. Zapala się zielone, dziad jeszcze z dwie sekundy blokuje ruch, objeżdżam jego wystającą d..pe i wjeżdżam na skrzyżowanie na moim ZIELONYM z przyzwyczajenia się rozglądając.
I daje po hamulcach. I widzę, jak centymetry od mojej maski, prędkością podświetlaną przejeżdża samochód. Środkowym pasem. Przeznaczonym dla MNIE, bo włączam się do ruchu z Piekielnej skręcając w lewo.
Wszystkie auta po klaksonach.
Przejechał. Ruszyłam i zaparkowałam sobie zaraz za skrzyżowaniem, bo mnie zimny po oblał, ręce i nogi mi się trzęsły.
Ktoś puka w okno.
Otwieram.
-Z Panią wszystko w porządku?
-No tak...- ale mi trochę słabo, bo do mnie dociera, że jakby ten dziad się wcześniej nie gramolił przy parkowaniu, to by się ten wariat tnący pod prąd wbił się w drzwi kierowcy. Albo jakbym go nie zauważyła- i gdyby moje auto jak nigdy nie stanęło w miejscu- to by mi zahaczył nos i na bank by ktoś z nas wpadł na ludzi przy światłach, czy auta stojące na czerwonym z obu stron skrzyżowania. A przejechał mi na centymetry...
-Ja sobie jeszcze chwilę posiedzę...
-Ale on z górki pod prąd na czerwonym jechał- naskarżył starszy Pan.
-Ale monitoringu nie ma? Gdzie tamten w ogóle jest?
-Ta jaki monitoring. Uciekł na następnym skrzyżowaniu w prawo w Posepną.
-Blach pan nie widział?- nie, pan nie widział. Pozostałe auta spokojnie pojechały na swoim zielonym a pieszy się rozeszli.
Wysiadłam z auta i ostatnie 500 m do celu podróży poszłam pieszo.

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 52 (146)