Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

takatamtala

Zamieszcza historie od: 26 czerwca 2012 - 15:59
Ostatnio: 22 lipca 2019 - 7:41
  • Historii na głównej: 99 z 115
  • Punktów za historie: 35441
  • Komentarzy: 500
  • Punktów za komentarze: 2541
 

#71134

(PW) ·
| Do ulubionych
Gdyby istniała książka pt: "FAQ: Mieszkanie w bloku - przeżycie i obsługa", to byłby tam cały rozdział o wodzie z MPECu.

Odkręcam kurek w wannie, a tam zamiast ciepłej leci zimna woda. Ponieważ chwilowe awarie zdarzają się często, to poradziłam sobie jak na koloniach i poszłam spać. Rano ciepłej wody dalej nie było. No to się ogarnęłam i do administracji:

- Ciepłej wody nie ma - wyłuszczyłam problem.
- A tylko w łazience czy kuchni też? - zastrzelił mnie pytaniem facet. A zastrzelił mnie, bo myłam ręce w łazience w zimnej wodzie, a do czajnika w kuchni leję zimną. Po śniadaniu kubek i talerze poszły do zmywarki, która sobie sama podgrzewa wodę. W ten sposób zużywam w kuchni mniej niż kubik ciepłej wody w roku i wszyscy myślą, że majstruje przy wodomierzu.
- Nie wiem - przyznałam się. Facet popatrzył na mnie jak zwątpił.
- Z ciepłą wodą to na pogotowie ciepłownicze. Do widzenia.

No to wykonałam stosowny telefon pod stosowny numer.
Wieczorem ciepłej wody w wannie dalej nie ma, ale w ramach eksperymentu sprawdziłam czy w kuchni jest. No i była. Rano sytuacja ma się tak samo. No to idę do administracji.

- W łazience nie ma, w kuchni jest - facet popatrzył na mnie jak na bardzo upierdliwą muchę.
- Pogotowie ciepłownicze było i mówi, że w 666. ciepła woda jest.
- U mnie w wannie nie ma - jak widzicie drodzy czytelnicy, jestem mistrzem w komunikacji międzyludzkiej, z naciskiem na błyskotliwe dialogi.
- A ja pani udowodnię że jest - no to poszliśmy.

Facet odkręcił kurek i woda się leje. Zimna. No to podstawiłam wiadro, bo jak leje i pika mi licznik, to przynajmniej kwiatki se podleje. Gdzieś mniej więcej w połowie wiadra woda zrobiła się letnia, a potem uzyskała normalną temperaturę.

- Ciepła woda jest - udowodnił mi facet z administracji.
- Przecież pan z 5 litrów wylał! Zimnej liczonej jak ciepła.
- Pani mieszka na 10 piętrze. Zima jest, mróz jest, rura się wychładza i trzeba zimną wodę z rury spuścić.
- Po pierwsze: to nie jest pierwszy sezon grzewczy i wcześniej tak nie było. Po drugie: w pionach temperatura jest tylko trochę niższa jak w mieszkaniach, bo jakby była taka jak na zewnątrz, to by pękały od różnicy temperatur. To nie może być tak jak pan mówi!
- WODA CIEPŁA JEST! PROSZĘ BEZZASADNIE NIE WZYWAĆ ADMINISTRACJI - i poszedł.

Więc wieczorem spuściłam wodę do drugiego wiadra (umyłam wszystkie podłogi w mieszkaniu) i wzięłam prysznic włącznie z myciem głowy.
Następnego ranka o ósmej była u mnie ekipa remontowa, bo zalałam sąsiada poniżej. Rozsadziło rurę od ciepłej w pionie łazienkowym. Po interwencji ekipy remontowej, ciepłą wodę w wannie mam od razu.

Skomentuj (17) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 391 (405)

#70929

(PW) ·
| Do ulubionych
Po lekturze komentarzy do poprzedniej historii mi się przypomniało...

Znajoma moja - zestresowaną kobietą będąc - spytała się naszej wspólnej koleżanki, czy może spędzić kilka dni na jej RODOS (Rodzinnym Ogródku Działkowym Ogrodzonym Siatką) w błogiej ciszy i spokoju.
Leżała więc opalając się w sielankowym odosobnieniu, gdy nagle- PIERDUT!!!

Zerwała się na równe nogi i jej oczom ukazała się chmura pyłu rozwiewająca się powoli jakieś trzy działki dalej. Gdy dotarła na miejsce, zobaczyła na miejscu działki sąsiada krater zabarwiony centralnie na czarno- czerwono.

Zadzwoniła więc czym prędzej na 112 i mówi - że wybuch, że krater, że w kraterze chyba sąsiad i olaboga. I tu historia mogłaby się skończyć. Gdyby nie szlaban.
Szlaban postawili działkowcy, żeby im dzika młodzież nie rozjeżdżała drogi. Znajoma przyjechała rowerem, więc nie miała klucza, właścicielka działki pojechała gdzieś w Polskę po coś tam, a administrator nie odbierał, bo podał numer domowy, a była piękna pogoda.

Pierwsze na miejscu było pogotowie, które zatrzymało się za szlabanem. Załoga karetki dotarła na miejsce pieszo i przez siatkę stwierdziła zgon. Potem przyjechała policja. Przywieźli ze sobą sekator, żeby przeciąć kłódkę od szlabanu, ale nie docenili działkowców. Kłódka znajdowała się w metalowym pudełku zrobionym z prętów zbrojeniowych. Można było między nie włożyć palce z kluczem i "ucho" szlabanu, ale już nie sekator do cięcia metalu.

Policjanci udali się na miejsce zdarzenia pieszo i przez siatkę ocenili, że po okolicy rozrzuciło mnóstwo podejrzanego żelastwa, wiec trzeba wszystkich natychmiast ewakuować - w tym nieszczęsną znajomą w bikini, która absolutnie nie może wrócić po swoje rzeczy i najlepiej, żeby się z nimi tak jak stoi udała na komisariat składać zeznania.

Potem pojawiła się straż pożarna, która forsowała szlaban 20 minut. Co ciekawe nie sforsowali zamknięcia tylko zawias. Działkowcy powinni być z siebie dumni. Na samym końcu przyjechali saperzy.

Co się okazało. Sąsiad miał skalniak a na skalniaku co najmniej kilkanaście niewybuchów. Prawdopodobnie zmarł podczas uzupełniania kolekcji. Okoliczne działki zostały całkowicie stratowane przez saperów, szukających szczątków z tejże ekspozycji.

To tak a propos komentarza Mściwego Frustrata: "Jeśli granat przywieziony przez babcię na komendę policji nie wybuchł w tramwaju, to i na komendzie nie wybuchnie. Jeśli łuska artyleryjska zamówiona pocztą przez syna nie wybuchła po drodze, to i w jego pokoju, na półce nie wybuchnie i nie ma potrzeby donosić na policję że syn bombę kupił!"

Skomentuj (30) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 436 (448)

#70787

(PW) ·
| Do ulubionych
Moja ciotka - w czasie spotkania rodzinnego z okazji przejścia na emeryturę - uraczyła nas historią.

We wczesnych latach '00 pracowała w pobliskim muzeum, jako pracownik merytoryczny. Muzeum było godnym, olbrzymim gmachem po starym pałacu, w którym (co ważne) umieszczono szatnię na parterze pod gabinetem dyrektora.
W szatni, o dziwo, nie siedział szatniarz tylko ochroniarz, bo na szatniarza nie było etatu.

Siedział więc pewnego ranka i się nudził, a tu nagle wchodzi mu grupka dzieci pchająca zabawkowy wózek dziecięcy. Jako, że było to szacowne muzeum starego typu, to zwykle nie pojawiały się tam dzieci poniżej dawnego liceum, a już na pewno nie latające luzem tylko skumulowane w jakaś wycieczkę.
A te konkretne dzieci były w okolicach piątego roku życia.

Szanowny Pan ochroniarz zapytał się więc tonem ojcowskim co tu robią i po co przyszły.
- Znaleźliśmy skarb i przyszliśmy po nagrodę - usłyszał w odpowiedzi.
- A cóż to za skarb? - ciągnął dalej rozczulając się w duchu nad uczciwością młodego pokolenia. To był ten moment, kiedy przed zbitą grupę dzieci wyjechał zabawkowy wózek, a kołderka została podniesiona ukazując zawartość.
Niewybuch.

Ochroniarza odrzuciło na trzy metry pod przeciwległą ścianę. Przed oczami zobaczył kilometry stylowych kocich łbów, otaczających centrum, które zabawkowy wózek musiał pokonać na swych małych kółkach.
Natychmiast zgarnął całe towarzystwo, zamknął szatnię i na miękkich nogach poszedł do dyrektora.
- Trzeba zarządzić ewakuację i wezwać saperów - wydukał. Dyrektor popatrzył na niego z nikłym zainteresowaniem, bo był stoikiem, a z zawodu filozofem.

Dowiedziawszy się o problemie postanowił sprawę zbadać, zszedł do szatni, stanął nad wózkiem i zaczął obserwować niewybuch. Drzwi do szatni obserwowała sekretarka spod przeciwległej ściany. Ochroniarz biegał po budynku od pokoju do pokoju, sugerując, żeby wszyscy natychmiast udali się na przerwę na kawę na parking.
- Ten niewybuch jest nieaktywny - ogłosił dyrektor, bo wiadomo, że na filozofii uczą rozpoznawać niewybuchy - Proszę zawołać do mnie kierownika militariów, niech to weźmie w ewidencje. A wszyscy niech wrócą na swoje stanowiska pracy - i wrócił do biura.

W tym czasie ochroniarz zdążył zamknąć budynek, zadzwonić po saperów i oddać dzieci pod kuratele patrolu policji.
Kiedy saperzy przyjechali trzy godziny później, okazało się, że wszyscy pracownicy są w budynku, a w gabinecie dyrektora trwa rada nad planowaną wystawą malarstwa. Gabinet był nad szatnią.

Na poligonie niewybuch zdetonowano. Bohaterskie dzieci zaprowadziły saperów do obsuniętego zbocza z całym mnóstwem innych niewybuchów. Dyrektora nikt nie pociągnął do odpowiedzialności.

Skomentuj (31) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 764 (780)

#70562

(PW) ·
| Do ulubionych
Pracuję przy opracowywaniu pozwoleń na budowę. Poza normalnymi dokumentacjami poprzedzającymi prace budowlane, co jakiś czas trafia się robota "dla sądu", czyli podział. W skrócie chodzi o to, że niektóre budynki mają pecha mieć więcej niż jednego właściciela. Czasami ci właściciele mają "udziały" w budynku i trzeba im proporcjonalnie do udziału podzielić lokale. Zdarza się wtedy stawiać ścianę w lokalu dzieląc pokój na pół i tworząc kiszkę na 80 cm szeroką, bo tak wychodzi z procentów i jeden właściciel drugiemu tego kawałka nie odsprzeda. Wszystko to potem przechodzi przez sąd i trafia do księgi wieczystej.

W każdym razie - była sobie kamienica w bardzo fajnym miejscu. Miejsce było tak fajne, że w czasach poprzedniego ustroju wywalili wszystkie ściany na parterze łącząc oryginalne 4 mieszkania w jeden gigantyczny lokal i zrobili tam peweks. W czasach współczesnych kamienica ma czterech właścicieli, z czego trzech się dogaduje, a czwartego przegłosowują na spotkaniach wspólnoty. Kamienica ma też dwie klatki schodowe, więc powstał pomysł, żeby ją podzielić na dwa budynki. Znaczy się prawnie. Kamienica już wcześniej była podzielona fizycznie i czwarty właściciel miał wszystkie mieszkania przy jednej klatce schodowej. Generalnie da się to zrobić, pod warunkiem że będzie ściana ogniowa przez wszystkie kondygnacje między tymi budynkami.I teoretycznie była.

Przynieśli mi dokumentację sprzed 15. lat z czasów kiedy dzielili na lokale.
- To biegły sądowy robił. Starczy przerysować, przepisać powierzchnie i do sądu. Nie będziemy się z Piekielnym męczyć, separatysta jeden - tak brzmiało moje zlecenie.

Dokumentacja była zrobiona na tzw. inwentaryzacji uproszczonej, czyli były ściany, powierzchnie pomieszczeń, po jednym wymiarze na pomieszczenie, oraz tabelka z sumą pomieszczeń składających się na lokal.
Na początku pomyślałam, że zeskanuje, obrysuje i będzie. Ale nie było, bo okazało się, że w tej skali w jednym pomieszczeniu (na dokumentacji znaczy się) 100 cm to 5 mm, a w drugim 15 mm, a w trzecim 8.
Przeleciałam ze skalówką po całej dokumentacji i wyszło, ze co drugi wymiar się zgadza. No cóż.
Kiedyś robiłam elewacje i dach na tym budynku, więc wiedziałam, jaki jest szeroki i długi na całości. Więc dzięki tej szerokości jeden pewny wymiar miałam. Teoretycznie, jeśli masz powierzchnie pomieszczenia- czyli pole prostokąta- i jeden z wymiarów, to drugi powinien wyjść przy pomocy niesłychanie skomplikowanego działania zwanego dzieleniem.
Tylko że ja na dokumentacji miałam prostokąt stojący, z obliczeń wychodził leżący, a z elewacji, która robiłam sama wychodził kwadrat.

Postanowiłam się tym nie wku...rzać i zająć prostszą częścią dokumentacji, czyli opisem. Wzięłam kalkulator i zaczęłam sumować pomieszczenia składające się na lokale. Na 12 lokali zgadzał się jeden, bo składał się z jednego pomieszczenia. na wszystkich pozostałych lokale były większe niż suma pomieszczeń.
To był ten etap, w którym wzięłam telefon i dzwonię do wspólnoty z kultowym "nie da się" na ustach.
Siedzę na przeciwko niech i mówię im: Piekielny płaci podatek od lokalu użytkowego, który wg. sumy pomieszczeń jest 15 m kw. mniejszy. Niebiański jest stratny 27 metrów na trzech lokalach. Itd. patrząc na dokumentację, to po zsumowaniu lokalów kamienica powinna być o 35 mkw większa niż jest z powierzchni zabudowy - i to bez liczenia części wspólnych.
Najpierw zrobili się bladzi, potem czerwoni, potem znowu bladzi.

- Ale to biegły sądowy robił.
- 6 lat robił!
- Inwentaryzacja jest nierzetelna, na tej podstawie nie zrobi się dokumentacji.
- Ale pani TTT - zaczął Piekielny, separatysta - my tu jesteśmy dogadani. Nikt ścian nie będzie przesuwał. Każdy wie co jest jego. Niech pani to przerysuje na żywca i po prostu podzieli budynek na dwa adresy.
- Ale się nie da. Ściana ogniowa nie ma ciągłości.
- Jak nie ma, jak myśmy w lokalu na parterze (tym po peweksie, jednoprzestrzennym) postawiliśmy ogniową z pustaków.
- Ale ona nie jest po ta ogniową na piętrze i wyższych kondygnacjach.
- Jak nie jak tak - więc poszliśmy, zmierzyliśmy i im udowodniłam, że stoi 1.5 m dalej. Na lewej dokumentacji jest dobrze, ale w naturze nie.

Podsumowując: biegły sądowy 6 lat prowadził sprawę, zrobił nierzetelną inwentaryzację, na podstawie której oni teraz płacą gigantyczne podatki, za metry których nie mają. Najemcy płacą czynsze za lokale, które są w naturze mniejsze i to się w każdym momencie może wydać, np. przy wymianie podłogi. Budynku podzielić nie mogą, bo postawili ścianę na parterze w miejscu totalnie abstrakcyjnym, co jest o tyle śmieszne, że widać, gdzie ona oryginalnie była (jest podciąg pod sufitem). Biegły kasę wziął, w księgę wieczystą poszły same głupoty, a właściciele zostali jak cztery nienawidzące się kiepy.
A dach cieknie, kamienica niszczeje i nikt nie będzie niczego przy niej robił, bo wspólne. Ściany na parterze nikt nie przestawi, bo Piekielny będzie miał wtedy lokal mniejszy o 12 metrów.

A ja inwertorom muszę tłumaczyć, dlaczego moją mi zapłacić za dwa dni pracy, choć oni nic z tego nie mają, poza wiedzą jak bardzo ich oszukano.

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 353 (363)
zarchiwizowany

#70217

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Ulica Anielska ma trzy pasy. Pas prawy skrajny idzie pod górę, a lewy skrajny z górki. Przed skrzyżowaniem z Piekielną dochodzi środkowy do zjeżdżających na lewo (czyli w Piekielną), a za skrzyżowaniem środkowy pas jest dla tych włączających się z Piekielnej w Anielską. Ten pas prowadzi pod górkę. No i są światła- dlatego, że Anielska jest długa, prosta i prowadzi z górki. Ludzie lubią rozwijać na niej prędkość podświetlną.
Stoję sobie jakieś 10 m od skrzyżowania i klnę w duchu na Dziada, który powoli i mozolnie gramoli się autem na wysoki krawężnik za znakiem zakazu. Zapala się zielone, dziad jeszcze z dwie sekundy blokuje ruch, objeżdżam jego wystającą d..pe i wjeżdżam na skrzyżowanie na moim ZIELONYM z przyzwyczajenia się rozglądając.
I daje po hamulcach. I widzę, jak centymetry od mojej maski, prędkością podświetlaną przejeżdża samochód. Środkowym pasem. Przeznaczonym dla MNIE, bo włączam się do ruchu z Piekielnej skręcając w lewo.
Wszystkie auta po klaksonach.
Przejechał. Ruszyłam i zaparkowałam sobie zaraz za skrzyżowaniem, bo mnie zimny po oblał, ręce i nogi mi się trzęsły.
Ktoś puka w okno.
Otwieram.
-Z Panią wszystko w porządku?
-No tak...- ale mi trochę słabo, bo do mnie dociera, że jakby ten dziad się wcześniej nie gramolił przy parkowaniu, to by się ten wariat tnący pod prąd wbił się w drzwi kierowcy. Albo jakbym go nie zauważyła- i gdyby moje auto jak nigdy nie stanęło w miejscu- to by mi zahaczył nos i na bank by ktoś z nas wpadł na ludzi przy światłach, czy auta stojące na czerwonym z obu stron skrzyżowania. A przejechał mi na centymetry...
-Ja sobie jeszcze chwilę posiedzę...
-Ale on z górki pod prąd na czerwonym jechał- naskarżył starszy Pan.
-Ale monitoringu nie ma? Gdzie tamten w ogóle jest?
-Ta jaki monitoring. Uciekł na następnym skrzyżowaniu w prawo w Posepną.
-Blach pan nie widział?- nie, pan nie widział. Pozostałe auta spokojnie pojechały na swoim zielonym a pieszy się rozeszli.
Wysiadłam z auta i ostatnie 500 m do celu podróży poszłam pieszo.

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 56 (150)
zarchiwizowany

#70109

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Ocieplają mi blok. W grudniu.
Siedzę sobie i pracuje przy kompie. Zasłony mam zasunięte, bo mieszkanie na 10. piętrze odzwyczaiło mnie od ludzi patrzących mi do domu. Nagle słyszę zza (zewnętrznej) ściany:
-Ty, a to dobrze tak w grudniu tynkować? Rano mroź był.
-To nie jednorodziny. Tynkuj nie gadaj.

Skomentuj Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 11 (45)
zarchiwizowany
Koleżanka właśnie wymieniła gumy w aucie i w ramach opowieści okołosamochowodych zaserwowała taką historię.
Skończywszy 18 lat ona i dwie inne koleżanki postanowiły zrobić sobie prawo jazdy. Na którymś etapie tego przedsięwzięcia (kto by pamiętał na którym) idzie się do lekarza, by ten potwierdził, że jest się na tyle fizycznie sprawnym by ten samochód prowadzić.
Do gabinetu weszły trzy, bo prawko robiły trzy i im wszystkim trzem PANI doktor kazała się od pasa w górę rozebrać do rosołu. Każdej za osobnym przepierzeniem. Stanęła sobie widząc je wszystkie trzy (ale one siebie nie widziały zza parawanów), przeprowadziła z nimi wywiad, potem badanie neurologiczne pt. "czy umie pani wystać na jednej nodze", pozwoliła im się ubrać i z podbitym zaświadczeniem wysłała w świat.
Dopiero jak dziewczyny wyszły, dotarło do nich, że wydarzyło się coś dziwnego.

Skomentuj Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: -6 (28)

#69758

(PW) ·
| Do ulubionych
Nie cierpię mojego osiedlowego sklepu. Sklep ten reklamuje się i uważa za samoobsługowe delikatesy.

Przebitkę mają od 10 gr do 5 zł na każdym produkcie - i to nie tylko w stosunku do marketów typu Tesco, ale również do innych sklepów z tej samej sieci. To pewnie przez to, że mieszkamy tu na szczycie górki i oni tam w logistyce zdają sobie sprawę, że jesteśmy zbyt leniwi, by tachać zakupy z doliny 2 km pod górę (na przełaj nieutwardzoną ścieżką przez serpentyny).

W każdym razie - moja osobista logistyka zawiodła. Rano okazało się, że potrzebuje czegoś słodkiego do kawy. Konkretnie cukru. W stanie przedkawowym, w dresie i bez makijażu poszłam, znalazłam co chciałam i wylądowałam przy kasie. Kładę przed kobietą kilogram cukru w cenie 2.19 i kasę 20 zł 20 gr, bo 2 dychy wyciągnęłam z portfela wychodząc, a 20 gr leżało na dnie kieszeni.

Baba wydaje 8 zł.
- A reszta? - pytam. Baba dorzuca jeszcze grosz.
- Jeszcze dycha - dopominam się.
- Pani mi dała 10.20 - noszkurfa. Nonienienienie.
- 20.20!
- 10.20!!!
- 20.20!!! - brnęłam w ten fascynujący dialog.
- Możemy zobaczyć na monitoringu!
- No to poproszę - tu trzeba dodać, że owe delikatesy mają trzy kasy, otwarta jest jedna i zawsze jest 5 osób w kolejce co najmniej. Połowa kolejki wzdycha, połowa wywraca oczami. Moja kasjerka znikła na zapleczu. Zanim przyszła druga na kasę obok, kolejka miała 10 osób, a ja odczuwałam presję społeczną.

Babka, co mi zaiwaniła dychę wraca.
- NO I? - pytam się, w obliczu tego, że ona bezczelnie kasuje kolejną osobę a ja tu przecież stoję i czekam NO!
- Ja nie umiem obsługiwać monitoringu, kierownik sprawdza, proszę czekać - kawy już nie potrzebowałam, ciśnienie miałam jak po dwóch. 15 minut później sytuacja nie uległa zmianie.
- Ja chcę rozmawiać z kierownikiem!- z cierpiętniczą miną i z wywracaniem oczu szanowna pani kończy kasować zakupy staruszce (350 zł) i wychodzi na zaplecze.

Wracając pyta się jakiejś dziewczyny wykładającej jabłka, czy ona umie obsługiwać monitoring. Nie umie. Trzecia myjąca podłogę też nie umie.

10 minut później wychodzi kierownik i informuje mnie, że nie potrafi przejrzeć taśmy. Mogę przyjść popołudniu, bo on wezwał technika i sprawa się wyjaśni. A ja czekałam już prawie pół godziny i szlag mnie trafia.

3 godziny później - doprowadzona już do porządku - wchodzę do sklepu właściwie pro forma spytać się jak tam sprawa.
Nijak. Monitoring dalej nie działa, ale jak tak bardzo chce, to mogę sobie wziąć tą dychę, skoro mi tak bardzo zależy. Więc oczywiście wzięłam moje pieniądze, w otoczeniu pogardy i przy wywracaniu oczami, w parze z westchnieniami jak na Wichrowych Wzgórzach.

Więc wróciłam do domu i walnęłam im do centrali reklamacje. Więcej pomysłów na legalną pacyfikacje procederu nie mam.

sklep osiedlowy

Skomentuj (19) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 591 (621)

#69484

(PW) ·
| Do ulubionych
Żeby osoba postronna mogła mieć wgląd w księgę wieczystą, właściwie potrzebuje mieć tylko numer, księgę można obejrzeć sobie online. Jeśli chce jednak przeczytać księgę wieczystą z której aktualna księga została wyłączona lub archiwalny dokument zwany lwh (coś jak przedwojenne kw), musi mieć zaświadczenie od osoby uprawnionej do wglądu. Kto jest uprawniony jest kwestią interpretowalną.

Interpretuje pani zajmująca się archiwum Sądu. I tak np. w mieście wojewódzkim mogę przynieść pozwolenie zarządcy obiektu, ale w moim mieście już nie.

Więc jest facet, który przepisał mieszkanie na małoletnią córkę. Konkretnie dwuletnią. Facet podpisuje mi zaświadczenie, żebym miała wgląd do kw. Żeby nie było wątpliwości kto jest kim, biorę ze sobą ksero aktu urodzenia dziecka.
Idę do tego zamkniętego w piwnicy trolla, który zajmuje się archiwum, kładę dokumenty i na pytające spojrzenie mówię co i jak. Baba, że mi nie wyda, bo to, że on jest ojcem nie znaczy, że mi może na takie rzeczy pozwalać jak wgląd do KW. Mam przynieść ksero aktu notarialnego, w którym ma pisać czarno na białym, ze ojciec zarządza majątkiem dziecka.

Przynoszę. W akcie notarialnym darowizny stoi, że majątkiem dziecka rozporządza przedstawiciel ustawowy.
- Ja nie wiem jakiej ustawy. Ja nie wiem, czy to ojciec.
Przygotowana pokazuje ustawę.
- Ale tu jest napisane, że o ile nie ma ograniczonych praw rodzicielskich! Skąd mam wiedzieć, czy nie ma ograniczonych?
- No przecież nie przyniosę Pani zaświadczenia, że nie ma!- irytuje się. Troll patrzy na dokumenty.
- To jest ksero aktu urodzenia, a nie odpis! I na dodatek sprzed roku, czyli nieważny, bo są ważne trzy miesiące. Do widzenia!
- Chcę rozmawiać z przełożonym! - przełożony na urlopie, pełniący obowiązki nie chce się wypowiadać.
Kurfamać.

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 371 (407)

#69123

(PW) ·
| Do ulubionych
Tak siedzę sobie i czytam i trafiam na kolejną historię o tym jak nauczyciel nie zdzierżył i wziął gimusa za fraki, zdzielił po pysku, a potem w nagrodę został obrzucony kwiatami i biżuterią. Brakuje tylko, żeby klasa wstała i klaskała.

Przypomniało mi to czasy, kiedy to sama byłam w wieku gimbusów, choć do gimnazjum nie chodziłam - bo wtedy jeszcze tego nie było. Były to czasy, kiedy nauczyciel miał władzę absolutną. Można by odnieść wrażenie, że czytelnicy piekielnych wspominają je z łezką w oku.
W każdym razie.

Mieliśmy taką jedną chadrę, co nam prowadziła przedmiot wiodący przez 4 lata, wiec widzieliśmy ją minimum 6 razy w tygodniu.
Mieliśmy też koleżankę, która miała problem alkoholowy w domu. Z tatą. Wszyscy o tym widzieli. Wszyscy wiedzieli też, ze jej mama tak jakby uwiesiła się na niej emocjonalnie, a ona to znosiła jak mogła. Coś typu: skoro ON jest taki okropny, to przynajmniej TY będziesz mi oparciem, skoro trwam w tym małżeństwie, bo dziecko ma mieć pełną rodzinę. Czy coś w ten deseń. W każdym razie uczepiła się jej emocjonalnie i było to absolutnie wszystkim oczywiste.

Wracając do chadry. Była psychiczna i czerpała przyjemność z dręczenia ludzi pod tablicą.
Więc stoi ta koleżanka i nie umie. Nic nadzwyczajnego. Zdarza się, zwłaszcza przy naszej chadrze.
Stoi koleżanka i produkuje się jak może. Ale za dużo nie może.
No i chadra patrzy na tą swoja porażkę pedagogiczną, z błędnym poczuciem wyższości intelektu i zaczyna:
- Ja na twoim miejscu bym się wstydziła Piekielna. Twoja matka cię tak kocha, a ty takim gnojem jesteś. Nawet zadania domowego nie rozwiążesz na pamięć, jak ci zadają. Debilka. Serca nie masz dla tej swojej matki, a twój ojciec taki menel...
Itd. przy 39 osobach w klasie do laski przed tablicą.

I to nie jest tak, że my nie próbowaliśmy mieć innej nauczycielki. Składaliśmy pisma, żeby nam przydzielić kogoś innego. Ale nasz dyrektor nam odpisał, że nie ma takiej możliwości bo etaty i liczba godzin na nauczyciela itd.

I tak a propos walenia po pysku jako remedium na brak wychowania i chamstwo.
Kiedy byliśmy w maturalnej, podczas lekcji do klasy wkroczył nagle syn chadry i zażądał 100 zł. Przy nas. Powiedziała że nie da. I dostała po pysku. Od syna. Przy nas.
To nawet nie jest karma, jakby komuś wśród komentujących wpadł taki pomysł do głowy. To psychole wychowują ofiary, które stają się psycholami.
Dlatego nie zachwycają mnie opowieści o nauczycielkach plastyki, walących po pysku uczniów. Bo nic z tego dobrego nie będzie.

szkoła

Skomentuj (40) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 312 (472)