Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

takatamtala

Zamieszcza historie od: 26 czerwca 2012 - 15:59
Ostatnio: 19 marca 2019 - 18:46
  • Historii na głównej: 92 z 109
  • Punktów za historie: 33889
  • Komentarzy: 458
  • Punktów za komentarze: 2543
 
zarchiwizowany
Koleżanka właśnie wymieniła gumy w aucie i w ramach opowieści okołosamochowodych zaserwowała taką historię.
Skończywszy 18 lat ona i dwie inne koleżanki postanowiły zrobić sobie prawo jazdy. Na którymś etapie tego przedsięwzięcia (kto by pamiętał na którym) idzie się do lekarza, by ten potwierdził, że jest się na tyle fizycznie sprawnym by ten samochód prowadzić.
Do gabinetu weszły trzy, bo prawko robiły trzy i im wszystkim trzem PANI doktor kazała się od pasa w górę rozebrać do rosołu. Każdej za osobnym przepierzeniem. Stanęła sobie widząc je wszystkie trzy (ale one siebie nie widziały zza parawanów), przeprowadziła z nimi wywiad, potem badanie neurologiczne pt. "czy umie pani wystać na jednej nodze", pozwoliła im się ubrać i z podbitym zaświadczeniem wysłała w świat.
Dopiero jak dziewczyny wyszły, dotarło do nich, że wydarzyło się coś dziwnego.

Skomentuj Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: -7 (27)

#69758

(PW) ·
| Do ulubionych
Nie cierpię mojego osiedlowego sklepu. Sklep ten reklamuje się i uważa za samoobsługowe delikatesy.

Przebitkę mają od 10 gr do 5 zł na każdym produkcie - i to nie tylko w stosunku do marketów typu Tesco, ale również do innych sklepów z tej samej sieci. To pewnie przez to, że mieszkamy tu na szczycie górki i oni tam w logistyce zdają sobie sprawę, że jesteśmy zbyt leniwi, by tachać zakupy z doliny 2 km pod górę (na przełaj nieutwardzoną ścieżką przez serpentyny).

W każdym razie - moja osobista logistyka zawiodła. Rano okazało się, że potrzebuje czegoś słodkiego do kawy. Konkretnie cukru. W stanie przedkawowym, w dresie i bez makijażu poszłam, znalazłam co chciałam i wylądowałam przy kasie. Kładę przed kobietą kilogram cukru w cenie 2.19 i kasę 20 zł 20 gr, bo 2 dychy wyciągnęłam z portfela wychodząc, a 20 gr leżało na dnie kieszeni.

Baba wydaje 8 zł.
- A reszta? - pytam. Baba dorzuca jeszcze grosz.
- Jeszcze dycha - dopominam się.
- Pani mi dała 10.20 - noszkurfa. Nonienienienie.
- 20.20!
- 10.20!!!
- 20.20!!! - brnęłam w ten fascynujący dialog.
- Możemy zobaczyć na monitoringu!
- No to poproszę - tu trzeba dodać, że owe delikatesy mają trzy kasy, otwarta jest jedna i zawsze jest 5 osób w kolejce co najmniej. Połowa kolejki wzdycha, połowa wywraca oczami. Moja kasjerka znikła na zapleczu. Zanim przyszła druga na kasę obok, kolejka miała 10 osób, a ja odczuwałam presję społeczną.

Babka, co mi zaiwaniła dychę wraca.
- NO I? - pytam się, w obliczu tego, że ona bezczelnie kasuje kolejną osobę a ja tu przecież stoję i czekam NO!
- Ja nie umiem obsługiwać monitoringu, kierownik sprawdza, proszę czekać - kawy już nie potrzebowałam, ciśnienie miałam jak po dwóch. 15 minut później sytuacja nie uległa zmianie.
- Ja chcę rozmawiać z kierownikiem!- z cierpiętniczą miną i z wywracaniem oczu szanowna pani kończy kasować zakupy staruszce (350 zł) i wychodzi na zaplecze.

Wracając pyta się jakiejś dziewczyny wykładającej jabłka, czy ona umie obsługiwać monitoring. Nie umie. Trzecia myjąca podłogę też nie umie.

10 minut później wychodzi kierownik i informuje mnie, że nie potrafi przejrzeć taśmy. Mogę przyjść popołudniu, bo on wezwał technika i sprawa się wyjaśni. A ja czekałam już prawie pół godziny i szlag mnie trafia.

3 godziny później - doprowadzona już do porządku - wchodzę do sklepu właściwie pro forma spytać się jak tam sprawa.
Nijak. Monitoring dalej nie działa, ale jak tak bardzo chce, to mogę sobie wziąć tą dychę, skoro mi tak bardzo zależy. Więc oczywiście wzięłam moje pieniądze, w otoczeniu pogardy i przy wywracaniu oczami, w parze z westchnieniami jak na Wichrowych Wzgórzach.

Więc wróciłam do domu i walnęłam im do centrali reklamacje. Więcej pomysłów na legalną pacyfikacje procederu nie mam.

sklep osiedlowy

Skomentuj (19) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 586 (616)

#69484

(PW) ·
| Do ulubionych
Żeby osoba postronna mogła mieć wgląd w księgę wieczystą, właściwie potrzebuje mieć tylko numer, księgę można obejrzeć sobie online. Jeśli chce jednak przeczytać księgę wieczystą z której aktualna księga została wyłączona lub archiwalny dokument zwany lwh (coś jak przedwojenne kw), musi mieć zaświadczenie od osoby uprawnionej do wglądu. Kto jest uprawniony jest kwestią interpretowalną.

Interpretuje pani zajmująca się archiwum Sądu. I tak np. w mieście wojewódzkim mogę przynieść pozwolenie zarządcy obiektu, ale w moim mieście już nie.

Więc jest facet, który przepisał mieszkanie na małoletnią córkę. Konkretnie dwuletnią. Facet podpisuje mi zaświadczenie, żebym miała wgląd do kw. Żeby nie było wątpliwości kto jest kim, biorę ze sobą ksero aktu urodzenia dziecka.
Idę do tego zamkniętego w piwnicy trolla, który zajmuje się archiwum, kładę dokumenty i na pytające spojrzenie mówię co i jak. Baba, że mi nie wyda, bo to, że on jest ojcem nie znaczy, że mi może na takie rzeczy pozwalać jak wgląd do KW. Mam przynieść ksero aktu notarialnego, w którym ma pisać czarno na białym, ze ojciec zarządza majątkiem dziecka.

Przynoszę. W akcie notarialnym darowizny stoi, że majątkiem dziecka rozporządza przedstawiciel ustawowy.
- Ja nie wiem jakiej ustawy. Ja nie wiem, czy to ojciec.
Przygotowana pokazuje ustawę.
- Ale tu jest napisane, że o ile nie ma ograniczonych praw rodzicielskich! Skąd mam wiedzieć, czy nie ma ograniczonych?
- No przecież nie przyniosę Pani zaświadczenia, że nie ma!- irytuje się. Troll patrzy na dokumenty.
- To jest ksero aktu urodzenia, a nie odpis! I na dodatek sprzed roku, czyli nieważny, bo są ważne trzy miesiące. Do widzenia!
- Chcę rozmawiać z przełożonym! - przełożony na urlopie, pełniący obowiązki nie chce się wypowiadać.
Kurfamać.

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 369 (405)

#69123

(PW) ·
| Do ulubionych
Tak siedzę sobie i czytam i trafiam na kolejną historię o tym jak nauczyciel nie zdzierżył i wziął gimusa za fraki, zdzielił po pysku, a potem w nagrodę został obrzucony kwiatami i biżuterią. Brakuje tylko, żeby klasa wstała i klaskała.

Przypomniało mi to czasy, kiedy to sama byłam w wieku gimbusów, choć do gimnazjum nie chodziłam - bo wtedy jeszcze tego nie było. Były to czasy, kiedy nauczyciel miał władzę absolutną. Można by odnieść wrażenie, że czytelnicy piekielnych wspominają je z łezką w oku.
W każdym razie.

Mieliśmy taką jedną chadrę, co nam prowadziła przedmiot wiodący przez 4 lata, wiec widzieliśmy ją minimum 6 razy w tygodniu.
Mieliśmy też koleżankę, która miała problem alkoholowy w domu. Z tatą. Wszyscy o tym widzieli. Wszyscy wiedzieli też, ze jej mama tak jakby uwiesiła się na niej emocjonalnie, a ona to znosiła jak mogła. Coś typu: skoro ON jest taki okropny, to przynajmniej TY będziesz mi oparciem, skoro trwam w tym małżeństwie, bo dziecko ma mieć pełną rodzinę. Czy coś w ten deseń. W każdym razie uczepiła się jej emocjonalnie i było to absolutnie wszystkim oczywiste.

Wracając do chadry. Była psychiczna i czerpała przyjemność z dręczenia ludzi pod tablicą.
Więc stoi ta koleżanka i nie umie. Nic nadzwyczajnego. Zdarza się, zwłaszcza przy naszej chadrze.
Stoi koleżanka i produkuje się jak może. Ale za dużo nie może.
No i chadra patrzy na tą swoja porażkę pedagogiczną, z błędnym poczuciem wyższości intelektu i zaczyna:
- Ja na twoim miejscu bym się wstydziła Piekielna. Twoja matka cię tak kocha, a ty takim gnojem jesteś. Nawet zadania domowego nie rozwiążesz na pamięć, jak ci zadają. Debilka. Serca nie masz dla tej swojej matki, a twój ojciec taki menel...
Itd. przy 39 osobach w klasie do laski przed tablicą.

I to nie jest tak, że my nie próbowaliśmy mieć innej nauczycielki. Składaliśmy pisma, żeby nam przydzielić kogoś innego. Ale nasz dyrektor nam odpisał, że nie ma takiej możliwości bo etaty i liczba godzin na nauczyciela itd.

I tak a propos walenia po pysku jako remedium na brak wychowania i chamstwo.
Kiedy byliśmy w maturalnej, podczas lekcji do klasy wkroczył nagle syn chadry i zażądał 100 zł. Przy nas. Powiedziała że nie da. I dostała po pysku. Od syna. Przy nas.
To nawet nie jest karma, jakby komuś wśród komentujących wpadł taki pomysł do głowy. To psychole wychowują ofiary, które stają się psycholami.
Dlatego nie zachwycają mnie opowieści o nauczycielkach plastyki, walących po pysku uczniów. Bo nic z tego dobrego nie będzie.

szkoła

Skomentuj (40) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 307 (467)

#69314

(PW) ·
| Do ulubionych
Pracuje przy opracowywaniu dokumentacji na pozwolenie na budowę.
Słowem wstępu: żeby wspólnota mieszkaniowa mogła zamówić dokumentację musi podjąć uchwałę i zabezpieczyć środki. Jako, że ta konkretna wspólnota ma administratora ten wysłał zapytania ofertowe do projektantów na konkretny zakres, na to zapytanie odpowiedź otrzymał i wybrał optymalnie - czyli mnie.
Właśnie skończyłam robić papiery na remont elewacji z kolorystką i ociepleniem. Dzwonię do przedstawicielki wspólnoty, z która wszystko uzgadniałam – mówię, że finisz i faktura a ona na to:
-... bo my się tak zastanawialiśmy i doszliśmy do wniosku... - a ja w duchu "olaboga, zmienili mi różowy na buraczkowy!" -... jeszcze musimy z Panią porozmawiać.

Noc upłynęła mi na sennych koszmarach o secesyjnych kamienicach w niehistorycznych kolorach. Obudziłam się zlana zimnym potem wyrwaną ze snu przez trwogę wywołaną obrazem liści kasztanowca malowanych w odcieniach naturalistycznych. Z duszą na ramieniu polazłam na - tfu! - konsultacje.
Siedzę ja i 5 egzemplarzy dokumentacji z kolorystyką na A2. No na mniejszym formacie się nie mieści.
-... bo my tak myśleliśmy...- zaczęła przedstawicielka wspólnoty -... że w piwnicy jest duszno, a pan Piekielny chciałby mieć przewód kominowy do atrapy kominka, który ma w salonie - kominka z cegły pełnej postawionego na stropie drewnianym bez podparcia piętro niżej - a mnie też pasuje komin do junkersa, bo jest wywiew na schody na razie...
- Czyli potrzebuje Pani projektu budowy i przebudowy kominów- dobrnęłam za nią.
- Tak.
- No to trzeba uchwałę Wspólnoty, potem zapytania...- brnęłam udając, że nie widzę nadciągającej katastrofy.
- No właśnie. A nie można by to w ramach tej dokumentacji zrobić?- katastrofa nastąpiła. Zassało mnie. Choć powinnam być przygotowana.
- NIE- wypuściłam powietrze. W tej wspólnocie nie ma żadnej inwentaryzacji tj. musiałabym zmierzyć całą kamienicę i ją narysować. Potem musiałabym zamówić kominiarza do inwentaryzacji obecnych kominów. Potem musiałabym się przepruć z konstruktorem przez ściany nośne tak, żeby nie zmniejszyć powierzchni mieszkań, bo powierzchnie są w aktach notarialnych i praworządny administrator musiałby się j...ać przez sąd z wyprowadzeniem tego.
Poza tym NIE dlatego, że pomimo że wiem, jak się to robi to w życiu tego nie robiłam. I przede wszystkim dlatego, że jeśli kolorystyka kosztuje X, to kominy kosztują drugie X jak nie lepiej. No i zabrałoby mi to ze dwa miesiące.
Wiec tłumacze babie. A baba na to:
- Jak pani nie zrobi nam kominów, to nie odbiorę tej dokumentacji.
- ALE KOMINY NIE WCHODZIŁY W ZAKRES!
- Nie szkodzi. Żadnej faktury nie podpisze!
- Ale to jest wyłudzenie!
- Strasznie się pani napracuje, żeby taka książeczkę zrobić. Trzy rysunki i mapa! - no trzy, bo elewacje są trzy. I to nie elewacje bloku, tylko kamienicy z rozrysowanym całym detalem secesyjnym. A kosztorys, przedmiar i opis to rozumiem nic.
Wiec jej tłumaczę, że uchwała, zapytanie, umowa, zakres. A ona, że uchwała będzie nowa, umowa przez wspólnotę z pomięciem administratora, tylko dokumentacja za dramo. A raczej, jako poszerzenie zakresu tej dokumentacji.
No to ja jej mówię, że nie jest w prawie.
A ona na to, że sprawiedliwość w PL nierychliwa a ona powie, że jej się już kolory nie podobają i odmawiam zmiany.
Stanęło na tym, że idę jutro do administratora, z którym w imieniu wspólnoty podpisałam umowę.
Powtarzam sobie, że ja dokumentację oddaje w zakresie i terminie. Tylko nie mam potwierdzenia konsultacji w sprawie koloru.
A żeby ją!

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 365 (391)

#68939

(PW) ·
| Do ulubionych
Znajomemu stuknęli samochód. Błotnik, lampa i zderzak do wymiany. Cały problem w tym, że auto w leasingu.

Auto stuknięto jakieś 20 dni przed terminem przeglądu. Znajomy naiwnie myślał, że załatwi naprawę przed wyznaczoną datą i jakoś tak początkowo się nie denerwował.

Niestety po 2 tygodniach odebrał z warsztatu telefon, że ubezpieczyciel nie dogadał się z leasingiem i bank nie wysłał jednego jedynego pisma, które miał wysłać, w związku z czym pan od 9 dni czeka (warsztat znaczy się) aż sprawa się wyjaśni. Znajomy zadzwonił na infolinię leasingu, sprawę wyłuszczył, dowiedział się że jest nadaktywny, bo to albo warsztat albo ubezpieczyciel powinni sygnalizować brak jednego jedynego dokumentu, który bank powinien wysłać i czternastego dnia sprawa została załatwiona. Pan we warsztacie zamówił części dnia 15-ego. Miały być 18-ego, przyszły 19-ego o czym znajomy został poinformowany dnia 20-ego o jedenastej, czyli wtedy kiedy kończył mu się przegląd. Pan we warsztacie ma dużo roboty, więc zaprasza kolegę na dzień 23. Przy czym kolega nie może zmienić warsztatu, bo tylko ten w naszym województwie jest autoryzowany przez leasing.

Koledze właściwie ryba, bo ma auto zastępcze, tylko mu się nie podoba, że będzie musiał jechać 85 km do miasta wojewódzkiego trzepniętym autem bez przeglądu.

Dzwoni wiec do leasingu wyłuszczyć sprawę i tu dochodzi do Rozmowy Roku.

Konsultant leasingu: No ale jak to Pan nie dostanie przeglądu?
Kolega: Auto jest uszkodzone.
KL: Ale pan mówił, że jeździ i lampa się świeci.
K: Świeci ale w dół, zderzak i błotnik odstaje. Poza tym auto jeździ.
KL: To nie widzę powodu, żeby Pan nie dostał przeglądu. Był Pan pytać w stacji kontroli pojazdów?
K: Nie byłem, bo nie będę robił z siebie idioty. Nie można dostać przeglądu na uszkodzone auto!
KL: Pan jest osobą niekompetentną, żeby to stwierdzić. Proszę jechać do okręgowej stacji kontroli pojazdów. Jako leasingobiorca ma pan obowiązek przeprowadzania przeglądów okresowych w samochodzie!
K: Ale...
KL: Jako leasingobiorca ma pan obowiązek przeprowadzania przeglądów okresowych w samochodzie!

Kolega machnął ręką i zadzwonił do warsztatu autoryzowanego przez leasing, czy robią przeglądy okresowe. Robią. A czy auto może u nich przestać od wtorku do piątku kiedy będzie remontowane? Może.
Na miejscu przytoczył rozmowę z konsultantem wielce kompetentnej osobie pracującej we warsztacie i usłyszał to co wiedział: na machnięte auto nie można dostać przeglądu. Nawet jeśli się je podklei taśmą i obieca, że wyremontuje.

Infolinia leasingu.

Skomentuj (5) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 208 (262)

#68269

(PW) ·
| Do ulubionych
W mieście obok mojego od około dwóch dekad odbywa się festiwal muzyki dawnej. W pewnych kręgach jest to już dość znana impreza. Raczej w klimatach słuchaczy radia Dwójka niż Trójka.

Finałowy koncert miał formę nieszporów połączonych z przedstawieniem teatralnym, w którym wszystkie partie były śpiewane przez chór lub sekcje chóru. Działo się to we wnętrzu barokowego kościoła, gdzie w migoczącym świetle świecy wszystkie złocenia, rzeźby, ramy i detale nabrały nowego życia. Głuchy też by się dobrze bawił na tym koncercie - tylko i wyłącznie zachwycając się wnętrzem.

W każdym razie - po koncercie przewidziana była "biesiada" na tyłach urzędu miejskiego. Piwo, kiełbasa, bigos, pochodnie, muzyka grana na cytrach i innych takich, kobiety w długich spódnicach i długowłosi mężczyźni. Zapowiadało się fajnie.
Niestety Urząd Miejski jest przy Rynku. A na Rynku prezydent miasta zorganizował Miejskie Dni Kultury, najwyraźniej uważając, że nie będą kolidować z biesiadą kończąca Festiwal Muzyki Dawnej. Co ciekawsze, okazało się, że w Urzędzie Miasta jakaś grupa młodzieży właśnie pobija rekord Guinnessa w czytaniu ciurkiem. Byli więc tak jakby między młotem a kowadłem.

Żeby było tego mało: na Miejskich Dniach Kultury grały same zespoły Disco Polo. No i akustyk chyba zapomniał, że wszelkiego rodzaju place to tzw. "wnętrza urbanistyczne" czyli wszelka muzyka huczy w nich jak diabli, bo dźwięk odbija się od ścian pierzei.
Efektem tego była "biesiada" w dźwiękach nieśmiertelnego hitu pt. "Ogarnij się" (w wersji koncertowej jeszcze jest saksofon), wspomaganego przez pijackie śpiewy koneserów kultury miejskiej. Smętnie palące się pochodnie oświetlały smętnie jedzących muzyków czekających aż koncert się skończy. W łomoczącym bicie z syntetyzatora, długowłosi mężczyźni i kobiety w długich, lnianych spódnicach konsumowali bigos, a rozmawiać o (naprawdę pięknym) koncercie się nie dało, bo myśli zagłuszało pierdzenie saksofonu.

Brawo dla władz miasta za spójną politykę kulturalną i zorganizowanie trzech imprez o kompletnie różnych profilach w odległości 50 m od siebie.

Skomentuj (17) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 444 (514)

#67988

(PW) ·
| Do ulubionych
Wizytuje jedną budowę, którą robią na mojej dokumentacji.
W ramach prac, min. mają wejść ludziom do mieszkań, podeprzeć strop belami drewnianymi, zdemontować grzejniki, skuć tynk od wewnątrz na ścianie zewnętrznej budynku, wykuć miejsce na nadproże, zamontować nadproże, zrobić ściągi na pęknięciach konstrukcyjnych, które ukażą się po skuciu tynków, zatynkować, pomalować na wybrany przez właściciela mieszkania kolor i zamontować z powrotem grzejniki.

Brzmi okropnie, ale kamienicę ktoś postawił bez nadproży. Nadproże to belka przenosząca obciążenie muru znad otworu (okna/drzwi) na ścianę miedzy otworami. Krotko mówiąc. Zazwyczaj jest to belka stalowa, łuk z cegły albo belka z żelbetu. Ktoś kiedyś uznał, że niczego takiego nie potrzebuje i wymurował ścianę nad oknami zwyczajnie, jak standardowy kawałek muru, opierając cegły na desce montażowej podczas budowy, żeby mu ściana w środek okna nie wpadła.

Uznał zapewne, że do końca jego życia wytrzyma. 140 lat i dwie wojny później kamienica pękła w dwóch miejscach przez całą wysokość, a ludziom do mieszkań gołębie bez składania skrzydeł włażą. Postanowili więc kamienicę oblepić styropianem, bo i cieplej będzie i pęknięć nie będzie widać.

Trafili jednak na mnie, a ja na widok pęknięć dostałam ataku duszności i wymusiłam na nich te nadproża. Pod słowem "wymusiłam" mieści się seria awantur, nakaz Nadzoru Budowlanego, wielokrotne wizyty na budowie, groźba porzucenia zlecenia i utraty funduszy na docieplenie oraz przeklęcie mnie do trzeciego pokolenia wstecz i do przodu.
Kierownik budowy jednak nie nienawidzi mnie płomiennie jak większość lokatorów. Jest wesoły i gadatliwy.

- Ostatnio robiliśmy w mieszkaniu Piekielnego, wie Pani. Zostawił klucze i pojechał, bo to jakiś muzyk jest. My wchodzimy, a tu przy ścianie meblościanka. Nic nie wyniósł z pokoju, nawet firanek nie ściągnął. My do niego dzwonimy, żeby wracał i przygotował pokój bo to rujnacja zupełna jest, całą ścianę drzemy. A on, że jest teraz w Krakowie. No to odstawiliśmy meble, zdjęliśmy karnisz i firanki, przykryliśmy wszystko folią i zrobiliśmy swoje. A potem on wraca i do nas z mordą, że nie ułożyliśmy mebli tak samo, tylko są poprzestawiane. I że nie odkurzone, a karnisz musi sam teraz przykręcać.

I to nie raz przyszedł, tylko z każdą pretensją osobno, z każdą na piśmie i żąda żeby mu rekompensować. Finansowo. A nowe okno dostał w ramach remontu, bo mur tak siadł, że mu się jedno nie otwierało, bo się zgniotło. A szparę to sobie pianką montażową zalał, miał po całym murze narzygane. I on chce teraz rekompensaty, bo mu zakurzyliśmy. Artysta!

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 487 (523)

#67318

(PW) ·
| Do ulubionych
Znajomy wymieniał okna w lokalu. Lokalu, w którym nie mieszka tylko ma być na wynajem. A że mieszkanko było puste i wyglądało jak po wojnie, to nie było po co pilnować robotników, bo poza tynkiem na ścianie nic tam nie było.

Znajomy zostawił robotników samych, a oni zadzwonili po niego jak skończyli montaż - kumpel miał tylko przyjść i zamknąć za nimi mieszkanie.
Więc chłop wchodzi, robotnicy się zbierają, kolega patrzy na okna i nagle zonk.
- Ale panowie, gdzie są klamki? - spytał gdy pozbierał szczękę z podłogi. Okna miały co prawda taki podział jak trzeba (czyli na krzyż) ale tylko jedną komorę z klamką.
- My montowali co my dostali z magazynu - padła filozoficzna odpowiedź. Więc kumpel łapie za telefon i dzwoni na firmę, co okna sprzedawała.

Pracownika, który mu okna sprzedawał nie było, bo był na urlopie - to jeden.
Dwa - czy pozostałe skrzydła mają zawiasy? A mają! No to towar jest zgodny z umową, bo one są otwieralne, tylko bez klamek. Otwieralne - czyli mogą się otworzyć. Sprzedawca nie powie jak, bo przecież nie stoi przed tym oknem, przecież nie pamięta wszystkich typów okien w ofercie - chyba normalne, nie? Podział się zgadza, o co chodzi, powiesi się firanki, dobrze będzie. A okno można umyć przez jedną otwarta komorę, proszę Pana. To skrzydło z boku i te dwa u góry. Jak się dobrze wychylić i stanąć na parapecie to się wszędzie sięgnie. No to co, że to trzecie piętro 12 m nad ziemią. Towar jest zgodny z umową i już.

Kolega zasiadł i zaczął pisać pełen pasji list reklamacyjny, kiedy odebrał drugi telefon. Dzwonił właściwy sprzedawca, ten co to był na urlopie. Bardzo uprzejmie przeprosił i wyjaśnił, że koledze zamontowano cudze okna, a te właściwie - otwieralne z klamkami - leżą na magazynie i zostaną zamontowane gdy tylko kolega udostępni lokal, bez dodatkowych kosztów.
A budowa trzy dni w plecy.

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 328 (374)

#67238

(PW) ·
| Do ulubionych
Opracowuje dokumentacje na pozwolenie na budowę, głównie remontów i przebudów.

Stoję na rynku w Piekiełku - na końcu wszechświata.
Piekiełko ma jakieś 1000 mieszkańców i kilka lat temu zapragnęło niepodległości. Wydzieliło się z gminy Przebogobojnej i samo ogłosiło gminą. Mają tam teraz trzeciego wójta. Pierwszy wykończył się nerwowo i sam odszedł.

- A to nam Pani przystosujesz na urząd - zagaił wójt, wskazując na jeden z trzech budynków należących do gminy. Pomijając dwa pierwsze: szczęśliwy wybór padł na dawny budynek PGRu, mieszczący kilka bardzo nieurzędowych funkcji - z pewnością odpowiadających za połowę legalnego zatrudnienia mieszkańców Piekiełka.
Budynek przyszłego Urzędu był typowym przykładem rozwoju przez pączkowanie. Jednak nie jego (dynamiczna, pełna fantazji bryła) powodowała moje zmieszanie.

- Ale przecież macie ratusz - wyraziłam dręczącą mnie wątpliwość. Na geometrycznym środku rynku w Piekiełku stała bowiem zdecydowanie największa kubatura w tym mieście- obrazowo, że się wyrażę - co najmniej Biedronka. Nawet miała wymienione okna i dach. Na drzwi chyba nie starczyło.
- To stary ratusz. Sprywatyzowaliśmy.
- Kiedy? - spytałam pomna, iż rozmawiam z trzecim wójtem gminy.
- A pierwszy sprzedał, zaraz przed tym jak odszedł. Mówił, że jest dziura w budżecie. Od razu poszło. - słowa te wywołały we mnie tym większą konsternację, gdyż od dawna wiadomo, że nasz rejon Polski, charakteryzuje się głęboką śpiączką rynku nieruchomości. Wręcz śmiercią kliniczną.
- I kto to kupił?
- Aaaa, Jacuś. Drugi wójt. Ten co bar ma - lokalizacja baru nie nastręczała wielkich problemów. Jedyny ocieplony budynek w zasięgu wzroku. Pomalowany na wściekły fiolet. Z tablicą, że to z szwajcarskich funduszy wyrównywania szans.
- I za ile to kupił?
- 4.
- 400 000?
- Nie. 4 000. Bo to do remontu było.

Skomentuj (19) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 531 (567)