Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

takatamtala

Zamieszcza historie od: 26 czerwca 2012 - 15:59
Ostatnio: 22 lipca 2019 - 7:41
  • Historii na głównej: 99 z 115
  • Punktów za historie: 35441
  • Komentarzy: 500
  • Punktów za komentarze: 2541
 
zarchiwizowany

#65694

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Żona kolegi zięcia sąsiada po pół roku bezowocnego poszukiwania pracy stwierdziła, że sytuacja dojrzała do tego, żeby się samozatrudnić. Po szybkim ogarnięciu opcji dofinansowań z PUPy i PROWu uznała, że założy spółdzielnię socjalną.
Kiedy spytałam czym to to jest usłyszałam: "musi być 6 bezrobotnych, dostajemy każda z nas dofinansowanie, wydajemy je wg. kosztorysu, a potem zatrudniamy siebie nawzajem". Acha.
W każdym razie- dziewczyny się między sobą dogadały. Wymyśliły bar typu mleczny z cateringiem. Bar potrzebuje kuchni z zapleczem a kuchnia potrzebuje mieć projekt adaptacji ze zmianą sposobu użytkowania, uzgodniony w sanepidzie, u strażaka i bhpowca... I tu z polecenia sąsiada zięć powiedział koledze który powtórzył żonie, że ja tanio i szybko mogę coś takiego ogarnąć:)
One niby w tej spółdzielni były równorzędne, ale jak w każdym stadzie musiała pojawić się samica alfa i wyszło na to, że to rzeczona żona.
W praktyce (a byłam przerażona wizją rozmowy z szóstką inwestorów na raz) wyglądało to tak, że zawsze byłą owa rzeczona żona i ktoś jeszcze z reszty. A że byłam na miejscu często, to szybko poznałam całą "drużynę". Z wyjątkiem jednej dziewczyny- "Aśki", z zawodu księgowej.
Gdy na żarty poruszyłam temat moje rozmówczynie zrobiły się lekko czerwone i wyznały, że mają z laską problem... bo raz, że w ogóle się nie pojawia, dwa: że trzeba do niej jeździć na głęboką wieś z dokumentami żeby cokolwiek podpisała, trzy będą same własnymi ręcami lokal remontować bo mają kasę tylko na urządzenia i nie liczą, że Aśka będzie z nimi przysłowiowe płytki kładła.A wywalić jej z całej inicjatywy nie mogą, bo muszą być w tym składzie przez rok.
Jak przyszło o zdawania dokumentacji- w atmosferze ulgi, przekroczenia kamienia milowego całego przedsięwzięcia itd- odbywającego się przy ciastku i piwku- to też Aśki nie było. Aśki nigdy nie było.
Dziewczyny wystartowały z działalnością 2.01.15- po ciężkim remoncie robionym systemem gospodarczym. Aśki na otwarciu nie było.
10.02 przyniosła chorobowe od lekarza, ze względu na szósty tydzień ciąży.
"Nawet nie udawała, że to z zaskoczenia"- skończyła mi relacjonować żona kolegi zięcia sąsiada.

Skomentuj (48) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 168 (260)

#65389

(PW) ·
| Do ulubionych
Uwielbiam chodzić na giełdy staroci. Nie mam żadnego wykształcania kierunkowego, ale jestem dość opatrzona. Mogę np. bez problemu powiedzieć, czy dana rzeźba była np. częścią ołtarza, rzeźba ozdobną wolnostojącą czy nagrobkiem.

-Panie, to przecież nagrobek jest!
-A gdzie tam Pani nagrobek! Porządny, betonowy aniołek! W ogródku sobie Pani postawisz! Domestosem można wyczyścić.
-To jest nagrobek bo ma ornamenty! - ten akurat stał obok złamanej kolumny, symbolu przerwanego życia, w kręgu z liści bluszczu u stóp.
-To se Pani postawisz na swoim! Taki recykling!

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 472 (582)
zarchiwizowany
Pracuję przy opracowywaniu pozwoleń na budowę. Ze względu na stosunkowo małe doświadczenie w zawodzie, nie do końca potrafię jeszcze rozmawiać z Inwestorami tak, żeby wyszło dobrze dla pacjenta tj. budynku.
Zdanie: kolorystyka elewacji na kamienicy, z której skuto sztukaterię. Przewiduje się wykonanie nowej sztukaterii z gotowych elementów styropianowych. W grę wchodzą : opaski okienne, podparapetniki, gzymsy i...
-...bonie?
-A czym są bonie?
- Na parterze w kamienicach takie wypukłe poziome pasy na 40-60 cm. Miały udawać ciosy kamienne, tak żeby nadać budynkowi ciężaru i powagi. Ja osobiście rekomenduje bonie, bo wszystkie sąsiednie kamienice mają.
-Ale my mamy parter kompletnie zmieniony- chodzi o to, że pozamurowywali sobie okna i w niektórych otworach okiennych zrobili drzwi. Na parterze był sklep spożywczy a tam nie może być dostępu światła słonecznego, dlatego pozbyli się okien. Po roku sklep zbankrutował a parter wygląda do d...uszy. Inwestorzy nie chcą jednak przywrócić stanu pierwotnego.
-Owszem, ale można zminimalizować ten efekt. Takie bonie są bardzo ładne, będzie lepiej komponowało się z otoczeniem- brnę- poza tym one są ze styropianu. To co prawda 5 cm ale jakiś efekt izolacji termicznej będzie- i tu jak się okazało strzeliłam sobie w stopę.

Na następnym spotkaniu inwestorzy ogłosili mi, że mieszkania z pierwszego i drugiego piętra przegłosowały tych z parteru i boni nie będzie. Bo dlaczego tamci mają mieć minimalną termoizolacje a góra nie, skoro wszyscy mają taką sama opłatę na fundusz remontowy od metra.
Mogłam się zamknąć.

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 128 (220)

#65224

(PW) ·
| Do ulubionych
Pracuje przy opracowywaniu dokumentacji na pozwolenie na budowę. Często zajmuje się budynkami będącymi ćwierć kroku od katastrofy budowlanej. Stan ich wywołany jest przede wszystkim wiekiem, ale i w dużym stopniu specyfiką użytkowników.

Np. taki pacjent: lat 140, kroi mu się remont.
Nie posiada korytarzy, tylko galerie komunikacyjne na tylnej elewacji, które zresztą wchodzą w zakres remontu. Problemem jest bardziej to, co nie wchodzi w zakres.
Otóż kamienica - o numerze powiedzmy 666 - ma na podwórzu tzw. oficynę. Oficyna ta posiada 5 mieszkań i ogłosiła niepodległość. Przybrała numer 666A i wydzieliła sobie swoją wspólnotę mieszkaniową. Problem z nią jest taki, iż nie posiada ona ani schodów ani nawet miejsca na schody, nie ma też dostępu do ulicy. Do 666A można dostać się tylko przez bramę numeru 666, potem przez jej klatkę schodową, jej galeriami komunikacyjnymi, kładką przerzuconą nad podwórkiem i wtedy dochodzimy do korytarza na piętrze w 666A, z którego jest wejście do 3 lokali. Bo dwa są na parterze. Razem z komórkami na węgiel używanymi przez obie kamienice.
Do tego wszystkiego dochodzi jeszcze podwórze ze stanem nawierzchni bliskim tragedii.

666 postanowiło się wyremontować i zapytali 666A czy chcą partycypować w remoncie. Nie chcą. W związku z czym 666 zamówiło remont (min.) galerii komunikacyjnych, będących w stanie technicznym złym. Ale BEZ kładki prowadzącej do 666A. Na co ci drudzy jakim prawem. Na to 666, że oni z kładki nie korzystają i należy ona do 666A- jak chcą, to niech wyłożą pieniądze na remont. W odpowiedzi 666A poszło do Nadzoru Budowlanego i wychodziło nakaz remontu kładki- adresowany do obu wspólnot, ponieważ podział fizyczny nie został nigdy przeprowadzony.
W odpowiedzi 666 wystosowywało do oficyny wezwanie do zapłaty za służebność dostępu, a 666A na odlew walnęło czynszem za komórki na węgiel.

Wtedy 666 wezwało oficynę do partycypacji 50% kosztów remontu kładki i nawierzchni placu. Problem jest w tym, że mieszkań w kamienicy - matce (666) jest dwadzieścia parę a oficyna (666A) ma mieszkań 5.
666A na to, że oni ewentualnie mogą zwrócić równowartość swojego procentu udziałów w gruncie (bo działka jest niepodzielona). Przy czym lokale na parterze z 666A ogłosiły, że ich żadne remonty nie interesują i skoro nakaz jest tylko na kładkę to oni będą płacić swoją część za kładkę, a żaden plac ich nie obchodzi. A koszt naprawy galerii to kłopot 666 i co z tego, że oni z niej korzystają. Płacą za służebność, to ich koszty remontu galerii nie interesują. No dobra, powinni zapłacić, ale nie rozmawiamy o egzekucji należności tylko o kosztach.

- No to co ja mam wpisać w zakres remontu? - spytałam się przedstawiciela kamienicy nr 666, po tym krótkim a treściwym wprowadzeniu.
- Ja bym to już nic nie remontował, ale mamy nakaz z Nadzoru. Więc dach, galerie i kładkę. Pani zapłacimy z naszych, a na separatystów naślemy komornika, jak nie będą chcieli dzielić kosztów.

Skomentuj (21) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 500 (544)

#63888

(PW) ·
| Do ulubionych
Dawno, dawno temu miałam ryby. Po tym okresie zostało mi mocne przeświadczenie, że już NIGDY w życiu ich nie będę miała. W moim odczuciu są równie rozrywkowe jak akwarystyczny odświeżacz ekranu, ale za to o wiele bardziej kłopotliwe. Coś niecoś jednak pamiętam.

-...a ostatnio kupiłam sobie rybki- obwieściła mi koleżanka przez GG.
-A jakie?
-Welonki. I kupiłam taką wielką kulę na 10 litrów i...-
-Zaraz, czekaj! Ale welonka to nie jest rybka do kuli, tylko do oczka wodnego!
-A co to za różnica?
-Bo welonka potrzebuje mnóstwa wody - żeby dokładnie wiedzieć ile to "mnóstwo" od razu sobie zaczęłam googlować - 40 litrów na welonkę - podzieliłam się fachową wiedzą z forum akwarystycznego.
-No to ja mam 4 w 10 l.
-A jakiś napowietrzacz masz?
-Mam takie kropelki - coś mi powiedziało, że te kropelki to jednak nie jest tlen w płynie, więc wciąż miałam wątpliwości.
-Ale one ci się poduszą!
-Facet w zoologicznym mówił, że ok i kupiłam największą kulę.
-Ale to w ogóle nie jest rybka do kuli. Za chwilę będziesz miała tam bagno.
-Oj przesadzasz, a na forach głupstwa piszą - bo wysłałam jej linka w międzyczasie.

Spotkałam koleżankę po jakimś tygodniu.
-Kupiłam sobie większe akwarium. Tamtą kule to trzeba było czyścić do 2 dni. I powiedziałam temu facetowi w zoologicznym, że welonka to do oczka a nie do akwarium, a on mi, że przecież ryba wytrzyma. Ale nie będę ich męczyć. Tylko dlaczego on mi tą kulę sprzedał - naciągacz/idiota, muszę bez sensu w tą i nazad chodzić. Mógł od razu powiedzieć, że to będzie za mało.

Od razu zaznaczę, że uważam, że to facet ze sklepu zoologicznego jest piekielny.

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 328 (444)
zarchiwizowany

#64011

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Moje mieszkanie pozyskałam z rynku wtórnego, razem z częścią wyposażenia po poprzednim właścicielu. W wyposażeniu tym była min. kuchnia. Mieszkanie jest w bloku z lat 80 ubiegłego wieku, a kuchnia- jak to mówią historycy sztuki- jest oryginalna z epoki.
Problem z niąjest taki, że kiedy się w niej piecze blokują się kurki od gazu i nie mogę wtedy normalnie gotować. Ale poza tym działa. Drugi problem to to, że w żadnym widocznym miejscu owa kuchnia nie ma numeru modelu (modela?), a jedynie widać nazwę firmy, więc nikt mi nie chciał do naprawy przyjechać.
W końcu znalazł się jednak facet (60+) który po znajomości ze starej pracy kumpla ojca (mojego) kolegi- pracującego w administracji- się pofatygował. Panów z normalnych serwisów AGD to widać przerastało.
Gość przyszedł, obejrzał i wydał wyrok.
-Jak Pani piecze, to blacha piekarnika od wewnątrz pod wpływem ciepła się wydyma i naciska od dołu na metalowe bolce do których przymocowane są kurki, dlatego się nie odkręcają.
-A co z tym zrobić?
-Nic. Kupić nową kuchnię. Albo nie kręcić kurkami jak się piecze, bo się rozszczelni kuchnia i będzie gaz się ulatniał.
-Ale to niebezpieczne- próbowałam apelować. Poza tym uwielbiam fachowców, którzy przychodzą a następnie opuszczają mnie ze stanem zastanym, bo nic się nie da zrobić póki nie wywalę na remont kuchni 10 000.
-A dzieci na mieszkaniu są?
-No nie ma.
-To jak wybuchnie będą mniejsze straty społeczne- i poszedł. Trzeba jednak mu przyznać, że nawet za fatygę nie skasował, tylko tak po znajomości od pana Marka.

Skomentuj (41) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 14 (140)

#63728

(PW) ·
| Do ulubionych
Jestem osobą niewierzącą i wszyscy o tym wiedzą. Nie wdawajmy się w dyskusję dlaczego.
Jednak jakoś w społeczeństwie żyć muszę. Siedzę sobie spokojnie u rodziców na obiedzie a tu nagle ksiądz po kolędzie. Okazało się, że rodziciele zaprosili mnie specjalnie na godzinę, o której miał być. Ale mniejsza.

-Po prostu siedź. Nic nie musisz robić. Siedź i uśmiechaj się. Zrób to dla mnie - zaapelowano do mnie tonem narastającej histerii.
Więc siedzę i staram się wyglądać uprzejmie. Z jakiś powodów - o radości! - ksiądz zdecydował się rozmawiać głównie ze mną. Może dlatego, że byłam jedyną poniżej 60 roku życia.
-A męża ma?! - spytał się najwyraźniej mnie, bo druga "ona" w pokoju siedziała z mężem. Czy zwracanie się do kogoś w osobie trzeciej jest w ogóle poprawne?
-Nie, nie mam.
-A czego?
-Tak wyszło - odpowiadam uprzejmie. Na serio staram się nie zrobić rodzicom przykrości.
-A chłopaka ma? - znowu w trzeciej osobie.
-To prywatna sprawa.
-To może ma dziewczynę?!- no trochę mnie zatkało.
-Nie, nie mam - zirytowałam się - Pewnie jakbym miała, to by mnie ksiądz pod prysznicem z tej wody święconej z kropidła wymył?
-Nie, utopił.

Skomentuj (61) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 369 (843)

#63433

(PW) ·
| Do ulubionych
Poniedziałek rano - dzwoni telefon. Patrzę - ksiądz, który dostał ode mnie dokumentacje na pozwolenie na budowę dobre dwa miesiące temu. Wszystko rozliczone, o co może chodzić?

-Pani TTT, bo ja mam taki problem - rozpoczął po wstępnej wymianie uprzejmości - idziemy na dotacje Unijną i potrzebujemy projektu.
-Ale jakiego? Projektu czego?
-Tego projektu, który nam Pani zrobiła.
-Ale ksiądz dostał 5 egzemplarzy - przed oczami pojawił mi się metr sześcienny papieru, podzielony na 5 równych tomów, opieczętowany u strażaka, w sanepidzie (bo tam jeszcze świetlica była), u konserwatora zabytków i podpisany przez 7 osób opracowujących. Całkiem sporo pieczątek i podpisów.
-Ale to urząd zabrał. A ja potrzebuje takich egzemplarzy z pieczątkami do wniosku.
-Taaak... zabrał... jeden egzemplarz do konserwatora, dwa bodaj do budownictwa, a dwa powinien ksiądz dostać z powrotem.
-No tak, ale ja je rozdałem jako gratisy takim ludziom z Ameryki, którzy sponsorowali witraże.
TADAM- BASsss!!!

Skomentuj (19) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 406 (530)

#63219

(PW) ·
| Do ulubionych
W pewnej zapa... niewielkiej wsi w pewnym rejonie Polski (sławnym z tego, że jest daleko od wszystkiego) na parafię przyszedł nowy ksiądz. Ani stary ani młody. Postanowił na początek panowania objechać swoje włościa.

W ramach gospodarskiego rzutu okiem dojechał do jeszcze bardzie zapa... niewielkiej wsi, w której był sklep spożywczy i gimnazjum z tabliczką "na sprzedaż". I jak się okazało dwa kościoły. "Ten nowy" i "ten drugi" strategicznie rozstawione 500 metrów od siebie, czyli w przeciwległych krańcach wsi, na przeciwległych górkach. Bo tu u nas wszystko jest na górkach.

Po inspekcji nowego poprosił o pokazanie starego. By do niego się dostać, musiał przejść opłotkiem, potem obok ujadającego psa na łańcuchu mieszkającego w beczce, po desce nad strumykiem i wspiąć się na górkę.
I wtedy się okazało, że tak właściwie to ma cerkiew. Co prawda z rzymskokatolickim krzyżem, ale w środku pełen ikonostas, polichromie i zardzewiała tabliczka z napisem "zabytek prawem chroniony".

Ksiądz obszedł obiekt i stwierdził, że na budownictwie to on się nie zna, ale chyba mu się kościół wali. No i na dodatek ten kościół był zbudowany z bali drewnianych ocieplonych pianką montażową do okien, co zafajdało trochę polichromie w środku. Grekokatolickie, ale ładne.
Kościół czy cerkiew, greko- czy rzymsko- katolicy, ksiądz stwierdził, że jakby nie było wiara siostrzana, będzie remontował.

I tu pojawiam się ja. W celu zrobienia dokumentacji na remont.
Jako, że żadnego obiektu, który ma wszystko krzywe i żadnego kąta prostego nie da się zmierzyć na raz, to byłam tam kilkukrotnie. I przy ostatnim razie stałam się świadkiem piekielności.

Otóż wieś wysłała petycje do biskupa, żeby księdza odwołać, bo doprowadził kościół/cerkiew do ruiny i źle gospodarzy. Przypomnę, że był proboszczem drugi miesiąc, z czego ja na obiekcie byłam już któryś tydzień.
Więc wysłali do biskupa prośbę o odwołanie proboszcza i podpisała się pod tym cała wieś, co strasznie biedny chłop przeżywał. Więc siedział i mi się skarżył na niesprawiedliwość świata, kiedy przyszła pani "od kluczy" i powiedziała, że to z tą petycją nie tak było.
Podobno pewna Pani Aktywistka przeszła się po wszystkich chałupach we wsi z kartką, "czy popiera się remont starego kościoła". Na kartce coś było napisane, nikt nie przeczytał, podpisało się wszystkie kilkanaście domów we wsi.

Dlaczego nikt nie przeczytał? Bo to jakby swojemu powiedzieć, że mu się nie ufa. Przecież tu oni wszyscy całe życie się znają. Poza tym Pani Aktywistka co miesiąc z jakąś kartką lata.
A ja mam tylko nadzieję, że dla dobra obiektu nie odechce mu się wszystkiego. Zwłaszcza, że tak naprawdę ma nowy kościół w tej wsi na 200 m2 i nic nie musi remontować.

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 487 (553)

#63151

(PW) ·
| Do ulubionych
Kiedy słyszę historie o Powiatowym Urzędzie Pracy (zwanym pieszczotliwie PUPą) przypomina mi się epizod z własnego życia, kiedy to często bywałam tam jako petent. Konkretnie po to, żeby wydębić środki, a rozpoczęcie działalności gospodarczej.
Jaka PUPa jest każdy wie, więc daruje sobie opis poszczególnych etapów mojej drogi krzyżowej zwanej rekrutacją i przejdę do razu do piekielności.

Aby otrzymać dofinansowanie potrzebowałam dwóch żyrantów, którzy musieli PUPie udowodnić, że posiadają dochody na pewnym określonym poziomie. Kazano im zatem przedłożyć zaświadczenie o dochodach.
Jednym z żyratów był mój ojciec. Karnie poszedł do księgowej w swoim zakładzie pracy po odpowiedni świstek papieru, a następnie odbił się od drzwi PUPy, gdyż dowiedział się, że jego zaświadczenie jest nieważne. Bo brakuje na nim pewnych istotnych informacji, których PUPa wymaga. Konkretnie nie ma sformułowania "zakład pracy nie znajduje się w stanie upadłości".

Mój ojciec jest pracownikiem Wojewódzkiej Komendy Policji.

Księgowa na komendzie pośmiała się i dopisała zdanie długopisem. Zwyczajnie firmowy druk Policyjny nie zawierał tego sformułowania - nikomu chyba do głowy nie przyszło. Padło nawet stwierdzenie, że prędzej zlikwidują PUPę niż Policję.

PUPa zaświadczenia nie przyjęła, bo to nie wygląda poważnie takie popisane i dopiero przy tym drugim podejściu wydrukowała odpowiedni formularz, z którym Ojciec pomaszerował do Księgowej (po raz trzeci). I na szczęście ostatni.

I tak było ze wszystkim.

PUP

Skomentuj (28) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 499 (547)