Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

timi14

Zamieszcza historie od: 13 lipca 2011 - 22:00
Ostatnio: 13 grudnia 2019 - 22:53
  • Historii na głównej: 14 z 16
  • Punktów za historie: 2611
  • Komentarzy: 166
  • Punktów za komentarze: -106
 

#37725

(PW) ·
| Do ulubionych
Zaobserwowane w sklepie. Nie przeze mnie, ale ufam osobie, która mi to opowiedziała.

Mini market, jeden właściciel ma kilka takich sklepów w okolicy. Rzecz dzieje się przy kasie, nadszedł czas obsługi pewnego pana, który stał przed moją żoną. Pan około sześćdziesiątki z siwymi włosami do ramion, siwą, długą brodą, w koszuli rozpiętej do połowy klatki piersiowej i wytartych dżinsach, jednak według opowiadającej, która zna się na modzie, zarówno koszula, jak i spodnie do tanich nie należały, a wytarte były bo tak wymyślił je twórca. Kasjerka jednak tego nie wiedziała i doszło do tej oto sytuacji. Pan kupił między innymi alkohol.

- Pijak i obdartus – rzuciła pod nosem kasjerka, zamierzenie lub niezamierzenia, ale na tyle głośno, że usłyszała i moja żona i adresat tego komplementu, który był już dwa kroki za kasą, ale po tym się cofnął.
- Słucham? Pani coś mówiła?
- Nie będę z tobą dyskutować.
- A ja jednak chciałbym, żeby pani powtórzyła.
- Tak!? – kasjerka zaczęła się nakręcać – Jakbyś nie chlał to miałbyś na fryzjera i porządne ciuchy!
- Jak się pani odnosi do klientów?
- Ja mam tu prawdziwych klientów, a nie pijaków!
- Pani chyba nie zdaje sobie sprawy kim ja jestem.
- Jesteś zwykłym menelem!
- Takie traktowanie klienta jest niedopuszczalne, dopilnuje, żeby panią zwolniono.
- Możesz mi skoczyć!

W tym momencie podeszła kierowniczka sklepu przyciągnięta krzykami kasjerki.

- O, witaj Heniu, co tu robisz? – spytał widząc pana przy kasie.
- Cześć Gosiu, sprawdzam jakość obsługi. Kogo ty tu zatrudniłaś?
- Ona jest nowa. Co się stało? – kierowniczka zwróciła się do kasjerki.
- Ten żul się awanturuje!
- Kaśka! To jest właściciel!

sklepy

Skomentuj (47) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 3928 (4006)

#20121

(PW) ·
| Do ulubionych
Moja koleżanka złamała nogę, więc poszłam do Biedronki kupić dla niej papierosy, bo sama nie może się ruszyć z domu. Ale, że od rana mam dzień pod tytułem "nic mi się nie chce", nie umalowałam się nawet (co jest istotne dla historii). Nie maluję się na co dzień zbyt mocno, ot tylko delikatnie oczy podkreślam i brwi bez zbędnego kilograma tapety, bo mam czyściutką cerę i generalnie bez makijażu, czy z lekkim makijażem nigdy nie było dla mnie zbytniej różnicy. Aż do dzisiaj.
Stoję sobie w kolejce. Przede mną dziewczyna umalowana tak, że tyle tapety, to by mi na miesiąc starczyło. Po twarzy nie dałoby się rozpoznać wieku, ale sądząc po drobnej posturze i typowo młodzieńczym ubiorze, na oko miała 15 lat, jednak mogłam się mylić, bo znam osobiście dziewczynę, która ma 25 lat, a drobniutka jest jak nastolatka. Kupowała wódkę.
- Pani sprawdzi jej dowód - krzyknął ktoś z kolejki.
- Po co? Ona dorosła jest - odparła kasjerka z wielką pewnością siebie.
Dziewczyna zapłaciła z uśmiechem i dosłownie w trybie natychmiastowym wyszła ze sklepu. Jak dorosła, to dorosła. Pracowałam w markecie i jak komuś raz dowód sprawdziłam, to potem już pamiętałam, kto ma osiemnaście skończone, a kto nie. Widać w jej przypadku było tak samo, kasjerka mogła już jej kiedyś sprawdzić dowód i ją pamiętała. Mój towar został skasowany dość szybko, poprosiłam jeszcze o papierosy.
- Dowodzik poproszę.
Wytrzeszczyłam oczy, bo osiemnaście lat skończyłam dziewięć lat temu.
- Przykro mi, dowodu nie mam, zapomniałam wziąć z domu.
- Nie sprzedam! Szesnaście lat masz, jak nic - i odłożyła papierosy , które zdążyła już wyjąć.
Zaczęłam się śmiać. Po prostu nie wytrzymałam, bo właśnie zostałam odmłodzona o jedenaście lat!
- Co się śmiejesz? - spytała kasjerka z bardzo poważną miną.
- No bo ja mam 27 lat.
- Jasne, jasne. A ja jestem żona prezydenta.
- Aż tak młodo wyglądam?
- No. Makijażu nie masz, toć widać, żeż gówniara.
- Aha. Czyli makijaż jest wyznacznikiem wieku?
- No tak. Nieletnie się nie malują! Tylko jak się skończy osiemnaście można się malować. Ja zaczęłam jak miałam osiemnaście.
- Zdziwiłaby się pani. To sprzeda mi pani te papierosy? Od dziewięciu lat jestem dorosła.
- Nie sprzedam. Bez dowodu, nie!
Wzruszyłam ramionami.
- No trudno. Kupię gdzie indziej.
- Nikt ci nie sprzeda!
Zapłaciłam, spakowałam się i wyszłam. Ale nie przeszłam zbyt dużo, kiedy zauważyłam, że jakiś mężczyzna w średnim wieku ciągnie w kierunku wejścia tą dziewczynę, która kupiła przede mną wódkę. Postanowiłam się cofnąć i zobaczyć o co chodzi. Weszłam tuż za nimi. Dziewczyna płacząc próbowała się wyrwać, ale w uścisku szerokiej dłoni niewiele mogła zdziałać.
- Która to sprzedała wódkę mojej córce?! - wydarł się mężczyzna.
Zapadła cisza. Żadna z kasjerek się nie odezwała.
- Ona ma tylko 15 lat! - kontynuował niezadowolony ojciec. - Ja wracam z pracy szybciej. Przechodzę obok waszego sklepu, a tu moja córcia idzie. Siatkę niesie, podchodzę do niej, pytam, po co była, ta mi nie chce pokazać, no to siłą zaglądam do siatki, a tam wódka. Co wy sobie myślicie, co?
- To ona sprzedała - młody chłopak wskazał na kasjerkę, która nie chciała mi sprzedać papierosów.
- Ale ona umalowała jest. Jak umalowana to dorosła - odparła kasjerka, czerwona na twarzy.
- Ale co pani za farmazony plecie? Piętnastolatki już się w tym wieku malują! Słuchaj, pani. To nie pierwszy raz moja córa tu alkohol kupuje i o dziwo bez problemu. To, że się maluje, nie znaczy, ze jest już dorosła. Ja dzwonię na policję, bo to tak nie może być, że ona chleje po kątach i jeszcze sama kupuje.
Dziewczyna zaczęła płakać i błagać ojca, żeby nie dzwonił, że to ostatni raz i takie tam. Ale i tak zadzwonił. Niestety do przyjazdu policji nie chciało mi się już czekać, więc nie opowiem, co było dalej ;). Podejrzewam, że kasjerka długo już nie popracuje. Swoją drogą kajam się, bo sama mogłam się zainteresować, czy dziewczyna jest pełnoletnia, ale zbytnio zaufałam kompetencji kasjerki, sądząc po moim własnym doświadczeniu. Jak widać niepotrzebnie.

Biedronka

Skomentuj (39) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 636 (674)

#52197

(PW) ·
| Do ulubionych
O piekielnym synku kolegi.

Kolega miał firmę, dość dużą, nawet jak na polskie warunki. Znamy się nie od dziś, często rozmawialiśmy o naszych firmach, polskim prawie, taka wymiana doświadczeń np. który klient jest wypłacalny, a który tylko dobrze wygląda :) Pomimo, że moja firma ma trochę inny profil, ogólnie dość dobrze wiedziałem czym się kumpel zajmuje, jakie ma problemy, nawet plany na przyszłość. Kumpel ma również żonę, która nigdy nie pracowała i syna który właśnie zdał maturę i małą córkę chyba 5-cio letnią.

Któregoś dnia kumpel zemdlał w pracy, erka, szpital, operacja, śpiączka farmakologiczna, stan bardzo ciężki. Lekarze nawet nie próbowali ocenić jakie ma szanse na przeżycie, mówili tylko, że nawet jak przeżyje to najprawdopodobniej będzie wymagał całodobowej opieki, nigdy nie odzyska pełnej sprawności, ale wszystko kwestia czasu i być może będzie w miarę dobrze, ale również może być bardzo źle.

Od początku wiedziałem jaka jest sytuacja, razem z jego żoną Moniką byliśmy w szpitalu, po paru dniach zadzwoniła, żebym wpadł porozmawiać o firmie. Okazało się, że Monika nie ma najbledszego pojęcia o działalności męża, ona zajmowała się domem i dziećmi, nigdy nie musiała pracować i ma problem z podjęciem najprostszej decyzji, nie mówiąc o tym, że do wielu działań nie miała uprawnień.

Sytuacja trudna, właściciel nie jest w stanie zarządzać firmą, żona nie może (firma na męża, rozdzielność majątkowa), syn jest za młody i też nie ma pojęcia o prowadzeniu firmy, bo nigdy go to nie interesowało. W skrócie pomysł był taki, że przez miesiąc będę zarządzał firmą, zorientuję się w szczegółach, później albo zostanie zatrudniony manager z zewnątrz albo któryś z kierowników zostanie p.o. prezesa, albo kumpel odzyska przytomność i będzie mógł coś zdecydować. Sytuacja skomplikowana prawnie, niezbędne konsultacje z prawnikami. Prawie wszystko dograne, jednak dość niespodziewanie okazało się, że firmą będzie jednak zarządzał syn właściciela, a ja będę mu pomagał/doradzał. W sumie wydawało mi się, że będzie to najlepsze rozwiązanie, w końcu nie moja firma, nie będę się wtrącał w rodzinne sprawy.

Pierwszy dzień w pracy: młody mówi, że to jego firma, nie mam tu czego szukać, wyp...j, jeszcze coś ukradniesz, tak chętnie się zgodziłeś, żeby pomagać to pewnie chcesz przejąć firmę i jeszcze parę zdań w tym tonie... Szybki telefon do Moniki: Ona się nie zna, nic nie wie, syn się zajmie firmą, takie tam bzdety. Telefon do prawnika, wycofane wszelkie pełnomocnictwa, rozwiązane umowy, rządź się młody, nic tu po mnie, ja za twoje decyzje nie będę odpowiadał...

Niestety na rynku zaczął się kryzys, spadła ilość zamówień, wprowadzono via-toll, Rosjanie przejęli dużo zleceń, bo są tańsi i firma kiepsko zarządzana zaczęła kuleć. Wszystko było fajnie, jak miesięcznie wpadało 50-80 tysi, ale nagle trzeba "przeżyć" za 5-10 tysi, a tu raty za samochód (pierwszy zakup młodego), rata za dom (przecież nie będę mieszkał ze starymi), imprezki, wódeczka, panienki, kluby, są wydatki, nie ma z czego zapłacić...

Takie jego większe wydatki:
(widziałem faktury, bo wszystko co się dało wrzucał w koszty).

Faktura za samochód 580.000 PLN
Tuning samochodu 80.0000 PLN
Dom 220 m2, działka 2200 m2 1.200.000 PLN
Wczasy 4 tygodnie 12.000 (niby spotkanie z klientami zagranicznymi)
Masa faktur z restauracji na dość dużą kasę.

W końcu komornik zajął cały majątek firmy, wszystko sprzedał, młody wrócił do mamusi i tak firma którą jego ojciec rozkręcał przez 30 prawie lat, gówniarz załatwił w rok, bo nie chciał, żeby mu ktoś doradzał...

Po jakimś czasie kumpel uciekł grabarzowi spod łopaty, ale długo nikogo nie poznawał, nie wiedział gdzie jest, rehabilitacja, ćwiczenia fizyczne i praca z logopedą (nie mógł mówić, potem mówił bardzo niewyraźnie, ogólnie ciężki stan wymagający pracy. Został wypisany do domu, zajęła się nim żona, teraz tylko minimalnie "wolniej myśli", powoli mówi, ale już jest całkowicie samodzielny.

nie tak znów daleko od stolicy rodzinny biznes...

Skomentuj (45) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 1411 (1451)

#53349

(PW) ·
| Do ulubionych
O piekielnym policjancie.

Był ciepły lipcowy dzień roboczy. Miałem wtedy dość napięty harmonogram wyjazdów, więc jadąc z punktu A do punktu B, zdarzyło mi się przekroczyć dopuszczalną prędkość. W pewnym momencie słyszę za sobą sygnał policyjnej syreny i widzę w lusterku wstecznym nieoznakowanego Opla Vectrę. Zjeżdżam na parking pod sklepem znajdującym się 500 metrów dalej, Opel za mną. Opuszczam szybę i czekam, podchodzi do mnie [P]olicjant - pan po 50 w cywilnym ubraniu, pokazuje odznakę i mówi:

[P]: Starszy aspirant XYZ, Komenda Powiatowa Policji w Piekle, Wydział Ruchu Drogowego, powodem zatrzymania jest przekroczenia dozwolonej prędkości, jechał pan 95 km/h przy ograniczeniu do 60. Za to wykroczenie taryfikator przewiduje mandat 300 PLN i 6 punktów karnych. Może pan odmówić przyjęcia mandatu i sprawa trafi do sądu grodzkiego. Jaka jest decyzja?
Ja: Wiem że jechałem za szybko, przyjmuje mandat.
[P]: Dowód osobisty, prawo jazdy, dowód rejestracyjny i polisa samochodu.

Sięgam po portfel, wyjmuję żądane dokumenty i podaję policjantowi. Ten idzie do swojego auta, po kilka minutach wraca, niosąc oprócz blankietu z mandatem i moich dokumentów alkomat.

[P]: Przy okazji sprawdzimy trzeźwość.

Dmucham, wychodzi 0,0. Pan policjant jest lekko zdegustowany.

[P]: Proszę wysiąść z samochodu, sprawdzimy stan techniczny oraz obowiązkowe wyposażenie.

Myślę sobie "Po co sprawdzać roczne auto z salonu na gwarancji?" ale posłusznie wysiadam. Policjant przystępuje do gruntownego "trzepania" mojego wozu. Trwało to około 30 minut, po których policjant już wyraźnie wściekły warknął, że mogę jechać dalej. Wsiadłem do auta, załatwiłem co miałem załatwić i wróciłem do domu, a gdzieś z tyłu głowy czaiła się myśl, że to dopiero początek przygody z panem policjantem. Nie pomyliłem się.

1. Dwa dni później. Jak zawsze rano pożegnawszy się z żoną i córeczką, wychodzę do pracy. Mieszkam na wsi przy bocznej drodze, wyjeżdżam ze swojej drogi na drogę główną i ujechawszy niecały kilometr dostrzegam stojącą w zatoczce autobusowej znajomą Vectrę (zapamiętałem numery rejestracyjne). Na widok mojego auta, Vectra wyjechała z zatoczki i siedziała mi na ogonie aż do bramy mojej firmy.

2. Minął weekend. Poniedziałkowe przedpołudnie upłynęło mi pod znakiem urzędowej papierologii, do firmy dotarłem ok. godziny 13. Podszedł do mnie [O]chroniarz stojący przy bramie i powiedział:

[O]: Panie prezesie, rano przyjechał tu jakiś facet czarną Vectrą, przejechał kilka razy w tę i z powrotem, w końcu stanął po drugiej stronie, wysiadł, zaczął się rozglądać, robić zdjęcia. Jak zwróciłem mu uwagę to wskoczył do auta i zwiał z piskiem opon. Zapamiętałem numery: ABC 1234 - oczywiście mój ulubiony policjant.

3. Kilka dni później, późne popołudnie. Wyszedłem na taras za domem zapalić papierosa. W pewnym momencie słyszę ujadanie swojego psa z przodu domu. Pomyślałem, że pewnie kot sąsiadów przeskoczył do nas i pies go zagonił na drzewo, więc poszedłem do przodu, żeby zabrać psa i utorować uwięzionemu futrzakowi drogę do domu. Idę przed dom i widzę pod swoim płotem znajomą Vectrę i pana policjanta fotografującego moją posiadłość. Pan policjant na mój widok wskoczył do samochodu i odjechał zanim zdążyłem zareagować.

4. Wydarzenie, które przelało czarę goryczy. Piątek, byłem wtedy na przetargu. Następnego dnia mieliśmy organizować grilla, więc żona pojechała na zakupy zostawiając uprzednio córeczkę u moich rodziców - mała była trochę przeziębiona i markotna, więc nie było sensu jej ciągać po sklepach. Przez cały czas na trasie nasz dom - dom moich rodziców - sklep - dom moich rodziców - nasz dom, za samochodem żony jechała znajoma Vectra nie ukrywając się wcale ze swoją obecnością. Wręcz przeciwnie, pan policjant jechał za autem mojej żony niemal zderzak przy zderzaku. Żona przestraszyła się nie na żarty, po powrocie do domu dzwoni do mnie cała zapłakana i mówi co się stało. Krew się we mnie zagotowała. Dzwonię do prawnika obsługującego moją firmę, opisuję sytuację i pytam co robić. Doradza mi zgłoszenie sprawy do przełożonych pana policjanta.

Poniedziałek, godzina 8.00. razem z moim prawnikiem wpadamy do Komendy Wojewódzkiej Policji i w Wydziale Kontroli składamy oficjalną skargę na pana policjanta. Obecnie jest on zawieszony, toczy się przeciwko niemu postępowanie dyscyplinarne, prawdopodobnie zostanie dyscyplinarnie wydalony ze służby, jako że moją wersję potwierdziła moja żona, ochroniarz z firmy i sąsiad, który widział akcje pod moim domem, a pan policjant był wcześniej wielokrotnie karany naganami za podobne przewinienia. Ja na pewno nie odpuszczę, za mną mógł sobie łazić ile dusza zapragnie, ale swojej rodziny gnębić nie pozwolę.

policja

Skomentuj (35) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 890 (958)

#51169

(PW) ·
| Do ulubionych
A tymczasem na kolei...

Jak zapewne wiecie pociągi trąbią. My mówimy, że: "podaje sygnał baczność" albo Rp1. Ale co, trąbimy kiedy chcemy? No nie, możemy kiedy chcemy ale są sytuacje kiedy wręcz musimy. Przed każdym przejazdem pociąg musi podać sygnał Rp1 "Baczność". Czy przed przejazdem będzie wskaźnik informujący o nim czy go nie będzie sygnał musi być. Jeśli się wyda, że nie było można dostać karę...

Siedzę u dyspozytora, wpada kolega i mówi:
- Stary cię wzywa.
- A po co?
- Masz donos.
Oho, fajnie będzie. Ktoś napisał na mnie donos, ciekawe co tym razem.

"Stary" to nasz naczelnik, najwyższa i praktycznie jedyna władza nad drużynami trakcyjnymi. Wchodzę do gabinetu, a tam już kilku kolegów i jakiś facet.
Odzywa się Stary:

- Wezwałem was tutaj, ponieważ tylko wy ciągacie wahadła do Wygwizdowa. Pan się skarży, że co kilka dni ktoś mu trąbi pod domem. Wypisał nawet daty i godziny.
I zaczyna czytać zapiski faceta... 7 maj 3.21, 9 maj 3.20, 14 maj 3.22... Już widzę, że to tylko moje pociągi.
- Kto wtedy jeździł? - pyta Stary.
- Ja panie naczelniku - odpowiadam z uśmiechem, wiem, że nic mi nie mogą zrobić.
- Wszystkie wymienione pociągi? - dopytuje dalej Stary.
- Tak jest! Wszystkie! - opowiadam.
- No to jest niedopuszczalne! - wybucha Stary, a ja widzę, że ma niezły ubaw - Tak nie może być!
Facecik już się cieszy i zaciera ręce...
- To wymaga zdecydowanych działań! - Stary kontynuuje tyradę - Tak to nie będzie, do ukarania...
Stary zbliża się do apogeum...
Facecik już przeżywa ekstazę...
- ...do ukarania, zgłoszą się panowie, którzy nie podawali tam sygnału, obetniemy kwartalną, a ja sprawdzę taśmy z rejestratora. Kolega PeKaPista za wzorową postawę dostanie premię z wolnej puli. Jeżeli mi ktoś jeszcze raz nie poda sygnału zostanie pozbawiony premii na rok. Zadowolony pan?

Facecik chyba nie bardzo wiedział co właśnie zaszło, bo tylko łykał powietrze jak karp na trawniku.

Ehh, skleroza nie boli... Zapomniałem dodać, że facet pobudował sobie domek w tym miejscu zaledwie 4-5 lat temu, płacąc grosze za działkę z powodu... bliskości linii kolejowej, która jest tam od czasów carskich.

kolej wszelkiej maści

Skomentuj (47) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 1727 (1761)

#60396

(PW) ·
| Do ulubionych
Jestem kierowcą MPK. Dziś krótka historia z autobusu nocnego. Dla wyjaśnienia dodam, że kiedyś na liniach nocnych jechał ze mną kontroler z dwoma ludźmi z ochrony. Jakiś czas temu miasto zrezygnowało z kontrolerów i teraz towarzyszy mi tylko ochrona.

Sytuacja miała miejsce w nocy z piątku na sobotę.
Na jednym z przystanków wsiadła grupka imprezowiczów. Trzech facetów i kobieta. Oczywiście był problem z kupnem biletów. Bo już lekko upita młodzież miała problem ze zrozumieniem co to znaczy "bez reszty" i usilnie próbowała kupić bilety dając banknot stuzłotowy. Dopiero ochroniarz zdołał w kilku żołnierskich słowach wytłumaczyć im co jest w tym nie tak. Towarzystwo usiadło sobie po dwoje twarzami do siebie. Jak to ludzie pod wpływem, rozmawiając głośno i rzucając mięsem na lewo i prawo. Jako iż byli na razie jedynymi pasażerami, ochrona zrezygnowała z uciszania ich (często daje to tylko odwrotny skutek).

Nagle jeden z facetów poczuł chęć zaimponowania jedynej kobiecie w pobliżu. Więc chciał sobie zażartować z ochrony starym jak świat zagadko-żartem.
- Ej koleś, jaka jest różnica między tobą a kanarem??!!
Tu po sekundzie, jeszcze przed tym jak zapytany o to ochroniarz zdąży zareagować, powinna być odpowiedź. Jednak ochroniarz wykazał się refleksem i powiedział:
- Kanar wlepi Ci mandat, ja Ci przyp...dole.
Od tej chwili ekipa w ciszy kontemplowała rzeczywistość za oknem.

komunikacja_miejska

Skomentuj (25) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 964 (1020)

#81419

~BlackEnergy ·
| Do ulubionych
Mój kuzyn, ma skład materiałów budowlanych. Ponieważ codziennie ma do czynienia z ludźmi, piekielnych historii mu nie brakuje. Dziś opiszę kilka, które od niego usłyszałem i zapadły mi w pamięć.

Krzysiek jest uczciwy i tego samego oczekuje od swoich pracowników. Płaci w ustalonym terminie ustaloną wypłatę co do grosza, i oczekuje za to sumiennej pracy. Każdemu już na rozmowie o pracę powtarza, że nie toleruje cwaniactwa, oszukiwania i jakiegokolwiek okradania. Jak komuś coś w pracy u niego nie pasuje, to niech przyjdzie porozmawiać, może się uda dogadać.

Wszystkie auta z jego firmy tankują na pobliskiej stacji paliw. Krzysiek zna właściciela, dogadał się o jakiś tam rabat. Pewnego dnia dostał telefon od znajomego, że jest właśnie na tej stacji paliw, i jedna z ciężarówek Krzyśka tankowała się (ciężarówki są oklejone logiem firmy), podjechała do niej osobówka, kierowca ciężarówki wlał do niej też trochę paliwa, po czym osobówka odjechała. Tak- jeden z kierowców Krzyśka w biały dzień kradł paliwo na stacji oddalonej o kilka km od firmy. Krzysiek podziękował za informację, po czym zadzwonił do właściciela stacji z prośbą o nagranie z monitoringu. Dostał je bez problemu. Następnego dnia zaprosił do biura owego kierowcę, pokazał mu nagranie, po czym dał kartkę i długopis w celu napisania podania o rozwiązanie umowy o pracę.

Kierowca zaczął się zarzekać, że to pierwszy raz, i że tylko 20 litrów wlał żonie do osobówki, żeby do pracy miała na czym jeździć. Krzysiek powiedział, że go to nie interesuje, który raz, ile i po co, bo kradzież to kradzież, a mówił przecież już na samym początku, że nie toleruje kradzieży. Następnie kierowca-złodziej przyjął bardziej agresywną linię obrony- zaczął krzyczeć, że za taką sumę jaką Krzysiek mu płaci, to on nie jest w stanie utrzymać rodziny, i że Krzysiek nie wie jak to jest, bo on się o pieniądze nie martwi itd. Krzysiek odpowiedział mu tylko coś w stylu "No cóż, to teraz będziesz mógł znaleźć dobrze płatną pracę. A swoją drogą- skoro tak u mnie źle, to czemu tyle czasu siedziałeś? Przecież na łańcuchu Cię nie trzymam." Koleś nie odpowiedział nic.

Innym razem z warsztatu zginął zestaw kluczy, nic specjalnego, nowy wart ok. 200 pln. Złodziej jednak zapomniał o jednym "szczególe"- monitoringu. Co prawda kamery pod warsztatem sprytnie uniknął (przez co ujawnił się błąd w zainstalowaniu monitoringu), ale złapała go inna, nieco oddalona. Złodziejem okazał się jeden z pracowników. Po okazaniu mu nagrania z monitoringu spalił buraka, zaczął przepraszać i zarzekać się, że to się więcej nie powtórzy. Usłyszał jednak to samo co ten od kradzieży paliwa. Następnie powiedział, że on ma gdzieś, i on żadnego podania nie pisze. Krzysiek mu odpowiedział, że ok, że chciał mu pójść na rękę i nie wpierdzielać mu dyscyplinarki, ale skoro on woli... Po tych słowach koleś podobno pisał podanie w takim tempie, jakby wypracowanie na przerwie spisywał. :)

Na tym jednak nie koniec piekielności związanych z tym pracownikiem, a raczej to był ich początek. Koleś w ramach zemsty zaczął Krzyśkowi nasyłać kontrole z różnych instytucji. Czyli reasumując- został ewidentnie przyłapany na kradzieży, kuzyn poszedł mu na rękę, pozwalając aby zwolnił się sam, a nie został zwolniony dyscyplinarnie, a on w ramach "podziękowania" nasyłał mu kontrole. Krzysiek wtedy powiedział wprost, że "ostatni raz zlitował się nad jakąś łajzą".

Inny kierowca przejeżdżając ciężarówką obok swojego domu wstąpił do niego na chwilę. Jego dzieciaki wskoczyły do kabiny. "Rozsądny" tatuś zostawił je w środku same i poszedł po coś do domu. Któryś z dzieciaków spuścił hamulec postojowy, drugi drążek od zmiany biegów ustawił na luz- ciężarówka stoczyła się na stodołę. Ponieważ ciężarówka nie zdążyła się rozpędzić, skończyło się tylko na kilku obtarciach kabiny. A teraz pomyślcie- jakby któryś z dzieciaków w panice wyskoczył z kabiny, potknął się i wpadł pod koła? Albo jakby któreś z nich stało akurat pod tą stodołą i nie zdążyło odskoczyć na bok?

Krzysiek kiedyś spotkał jednego z pracujących u niego kierowców ciężarówek tuż przed wyjazdem ze składu. Zauważył, że facet coś źle wygląda, a kiedy podszedł blisko poczuł od niego alko. Okazało się, że koleś wieczór wcześniej był u sąsiada na imieninach, gdzie grzał ostro wódę blisko do północy, a następnego dnia na 7. rano przyjechał swoją osobówką ok. 15 km do roboty, a następnie planował jeździć ciężarówką. Krzysiek kazał mu spieprzać do domu i trzeźwieć, z tym że ma sobie załatwić jakąś podwózkę, bo jak zobaczy, że wsiada za kierownicę sam, to od razu dzwoni po policję. Powiedział mu też, ze jak jeszcze raz przyjdzie w takim stanie do pracy, to z miejsca wylatuje. Poza tym jeszcze tego samego dnia kupił alkomat, i od tamtej pory robi wyrywkowe kontrole trzeźwości swoim pracownikom.

Krzysiek złapał kiedyś dobrego klienta- budowa jakiegoś zakładu produkcyjnego. Była to jednak budowa z prawdziwego zdarzenia z restrykcyjnym BHPowcem, który ścigał wszystkich za nieprzestrzeganie regulaminu. Jednym z jego punktów był kategoryczny zakaz palenia papierosów z wyjątkiem wyznaczonych do tego miejsc ( podobno była jakaś budka na placu budowy z tabliczką "palarnia"). Jeden z kierowców Krzyśka olał ten punkt regulaminu, i został złapany przez wspomnianego wcześniej BHPowca, który solidnie go ochrzanił za to. Jako że był to pierwszy raz, skończyło się jedynie na tym ochrzanie. 2 dni później, ten sam kierowca, znowu złapany z kiepem w zębach. W dodatku nie miał założonego kasku, co było wymagane przez wyżej wspomniany regulamin.

BHPowiec mocno się wkurzył i kazał kierowcy wyjeżdżać z placu budowy. Następnie poszedł, poskarżył komu trzeba, i Krzysiek dostał telefon, że w związku z dwukrotnym złamaniem regulaminu obowiązującego na placu budowy, i to w tak krótkim czasie, wykonawca rezygnuje ze współpracy z jego firmą. Kierowca, przez którego to się stało w ogóle nie widział w tym swojej winy, i twierdził, że robią z igły widły, i że co komu przeszkadzało, że on sobie papieroska zapalił. Na pytanie co jemu przeszkadzało, żeby wytrzymać trochę bez fajka, albo iść do tej wyznaczonej palarni, już podobno nie odpowiedział.

Jak przypomnę sobie inne historie, i o ile te się spodobają, to dopiszę. :)

skład budowlany

Skomentuj (22) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 261 (271)

#65517

Konto usunięte ·
| Do ulubionych
Córka kuzynki dostała na komunię tablet. Prezent składkowy od rodziców, dziadków i chrzestnych, bo tablet z gatunku lepszych. Mała nie nacieszyła się długo podarunkiem.

Dorośli siedzieli przy kawce w salonie, kiedy rozległ się huk i płacz małej. Wszyscy lecą do jej pokoju, a tam na podłodze leży tablet z rozbitym w drzazgi wyświetlaczem, totalna demolka. Bohaterka dnia zalewa się łzami, inne dzieci stoją struchlałe, jedna tylko dziewczynka, kuzynka małej, stoi z dumną i pewną siebie miną. Cóż ona zrobiła? Ano walnęła tabletem kuzynki o kant biurka. Bo ona rok wcześniej na komunię dostała "tylko" laptopa (+ pierdyliard innych drogich gadżetów, ale bez tabletu). Więc skoro ona nie dostała, to Basia też nie będzie miała!

Cóż, powiedzieć, że dom zatrząsł się od wrzasków, to mało. Kiedy skończyła się cała akcja, to nie Basia płakała, ale jej niszczycielska kuzynka. Nie wiem, czy z żalu, że popsuła kuzynce tablet, czy z wściekłości, że nie pojedzie w wakacje na wymarzony obóz. Rodzice destruktorki bowiem karę wymierzyli od razu. Dziewczynka miała jechać w sierpniu na dwutygodniowy obóz, oczekiwany i wyśniony. Koszt obozu to pi razy oko cena zniszczonego tabletu. Rodzice więc, zamiast posłać swą zdemoralizowaną pociechę na obóz, opłacili nowy tablet, bo zniszczony na pewno się do naprawy nie nadawał.

Szczerze mówiąc, cała rodzina była zdziwiona tak surową karą, bo dotąd dziewczynce pozwalano na wszystko. Ale jak widać, przebrała się miarka. Wiem od kuzynki, że od tamtej akcji rodzice przestali pobłażać swej rozpuszczonej jedynaczce.

tablecik

Skomentuj (52) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 1056 (1138)

#73319

(PW) ·
| Do ulubionych
Teraz opowiem o tym, jak bardzo dziwię się, że jeszcze nie siedzę za zabicie nauczyciela. A nawet kilku.
Tak, będzie długo, może też być nieco chaotycznie bo temat dość rozległy i emocjonalny dla mnie.

Na pierwszy ogień idzie podstawówka. Tak zwana klasa integracyjna.

Na tle klasy się wyróżniałem. A jakże. Nadpobudliwość, problemy ze skupieniem, oraz to, że babcia w domu już zdążyła nauczyć mnie ortografii i matematyki więc na zajęciach się nudziłem.

Docenione to w żaden sposób nie było, zarówno przez, pożal się boże, nauczycielkę, jak i kilku bardziej "bojowych" rówieśników byłem "usadzany" na swoim miejscu.

Dość szybko stałem się klasowym kozłem ofiarnym. Mimo, że nie można się było do mnie do niczego "przyczepić"(ani biedny, ani brzydki, może w piłkę nie lubiłem grać, ale to tyle), to co chwila chłopaki wymyślały jakiś sposób do prowokowania mnie i wyzywania.

Co ja, będąc bahorem - ośmiolatkiem mogłem zrobić?

Ano poskarżyć się pani.

Pierwsze dwie czy trzy skargi dawały krótkotrwały efekt, ale później wszystko wróciło ze znacznym nasileniem.
Na nic się zdały interwencje matki(do ojca mam żal do dziś, że nie zrobił przysłowiowego roz*** jaki ja bym na pewno zrobił na jego miejscu) w szkole czy u rodziców.
Ba! Nauczycielka wytknęła mojej matce krótkowzroczność, bo to na pewno JA prowokuję 6 chłopaków do bicia mnie i wyzywania!
Oczywiście matula moja uwierzyła na słowo :)

Tutaj dla jasności, nie uważam, że powinna była wręcz przeciwnie, bronić mnie jak lwica, bo wiadomo, dzieci kłamio, ale nie powinna też święcie wierzyć nauczycielce. Mogła podejść do sprawy z dystansem, ale zamiast tego to mnie zaczęła trenować jak mam ich NIE prowokować.
Czułem się zewsząd zaszczuty.

Z konfrontacji z rodzicami przywódcy bandy moja matka się dowiedziała, że to "szkoła jest od wychowywania dzieci!"

Z rozmowy z pedagog dowiedziała się, że ja próbuje ich w ten sposób poniżać, robić z siebie kozła ofiarnego a potem że na pewno chcę żeby to oni ponieśli konsekwencje, że to taki mój sposób manipulacji(jakoś tak kochana pani pedagog to ujęła, fk logics)
A, pedagogiem była mamusia jednego z tamtych chłopców :)

Wyrzucanie mi zeszytów na deszcz, do kibla, wrzucanie moich rzeczy do kibli w szatni w przerwach między wuefami - to wszystko było na porządku dziennym. Bałem się zostawić plecak i cokolwiek mojego bez opieki, ostatecznie nawet między lekcjami czy do toalet chodziłem z plecakiem. Jadłem też w toaletach, do czasu aż oni mnie i tam nie zaczęli nachodzić.

Nienawidziłem szkoły, parę razy uciekłem z zajęć i przybiegłem z płaczem do domu.
Mimo to rodzice święcie wierzyli w zapewnienia pani nauczycielki, że to ja ich dręczę.

Aha.

W klasie trzeciej podstawówki zostałem pobity, między innymi jeden z mądrzejszych walnął moją głową w kamienny parapet. Niby nic, ale tej samej nocy matka znalazła mnie nieprzytomnego w toalecie. W sumie nic nie pamiętam, byłem przez jakieś 3 dni w śpiączce, wstrząs albo wstrząśnienie(nie pamiętam które) mózgu, jakiś krwiak.
Jakieś konsekwencje wyciągnięte wobec nich?
Nie! Brak dowodów + rodzice głównego sprawcy błagali o nie wnoszenie sprawy na policję.
Do dziś mam żal do mojego ojca, że się ugiął i nie zrobił im jesieni średniowiecza.

Potem co jakiś czas miałem zaniki pamięci. Takie krótkotrwałe, potrafiłem się obudzić i nie wiedzieć, jak się nazywam, mieć nagłe zawroty głowy.
Ale nie, ja i tak wszystkich tylko prowokuję!

Powroty do domu wyglądały podobnie. W pewnym momencie powiedziałem rodzicom, że nie idę do szkoły jak mnie nie odbiorą.
Chłopaki szły za mną i za moją matką i wyzywali mnie i nawet ją. Moja matka chyba wtedy zrozumiała, że może jednak nauczycielka nie jest taka mądra.

Niedługo potem coś we mnie pękło(w sumie po raz kolejny, ale tym razem bardziej) i rzuciłem się na gnojki. Było ich pięciu ale guzik mnie to obchodziło. Zanim zdążyłem cokolwiek im zrobić albo oni mi(korytarz szkolny bez monitoringu), przyleciała jakaś nauczycielka i zrobiła awanturę.
Dywanik, moi rodzice, wychowawczyni:
"Teo jest agresywny, powinniśmy zadzwonić na policję!" i w ten deseń. Mój ojciec jak ostatni kretyn kaja się na kolanach że nie, żadnej policji, on to ze mną załatwi.
Fajnie.
W domu miałem od teraz piekło porównywalne do tego w szkole. Nie chciało mi się uczyć ani w sumie już nic. Siedziałem tylko ze swoim zestawem lego po siostrze albo rysowałem. Miałem głęboką nadzieję, że oni wszyscy zdechną a ja będę mógł sobie tańczyć na ich grobach.
W sumie fajne myśli jak na dziewięciolatka.

To były klasy 1-3 i wcale nie było mi tam cały czas tak źle... Otóż czasami nie byłem gnębiony, konkretnie wtedy, gdy na lekcje przychodził inny chłopak którego gnębili bardziej.
Przykre to i nienawidzę siebie za to do dziś, ale jak oni go dręczyli to i ja się przyłączałem, ciesząc się, że nie jestem na jego miejscu. Choć tak naprawdę ze względu na problemy zdrowotne był on w szkole rzadko(mam na myśli jak łącznie był miesiąc w ciągu roku w szkole to był szał), to każdy dzień był dla mnie świętem. Potem się zreflektowałem i się kumplowaliśmy do końca gimnazjum.

W klasie czwartej rodzice przenieśli go do innej szkoły, gdzie chodził normalnie i nikt go nie dręczył. Utrzymywaliśmy kontakt i widywaliśmy się dość regularnie.
Mnie rodzice przenieść nie chcieli.
Bo daleko.(do mojej szkoły miałem dwie przecznice, do tamtej pięć)

W czwartej klasie zaczęły się też baseny. To też był horror, ale chodzić trzeba było.
Zrywanie ręcznika i wyśmiewanie się ze mnie nago było na początku dziennym. Nabawiłem się przez to dodatkowych kompleksów nawet na punkcie rzeczy, na punkcie których mając jakieś 10 czy 11 lat nie powinno się mieć kompleksów.

Trwało to do gimnazjum. Szykany ze strony tej bandy, brak pomocy ze strony nauczycieli. Wieczne donoszenie moim rodzicom że to ja sprawiam kłopoty.

Oczywiście była cała lista "tortur" jak np. klasyczne wpychanie śniegu za koszulkę czy wrzucanie rzeczy do pobliskiej rzeki.

Epilog:
Cała ta wieloletnia fala zaowocowała zaburzeniami rozwojowymi i depresyjnymi, wykrytymi lata później już po próbach samobójczych.
Niedawno odwiedziłem mą starą szkołę, głównie ze względu na jedyną osobę, która okazała mi wsparcie i przy której czułem się względnie bezpiecznie: bibliotekarkę. Przemiła kobieta(jak wszystkie znane mi dotąd bibliotekarki) która dała mi schronienie na kółku bibliotecznym, w którym wystawiliśmy kilka przestawień dla najmłodszych w różnych fajnych rolach.
Tam też spotkałem soją wychowawczynię z klas 1-3 która w mojej opinii była nieświadomą współsprawczynią tego piekła.
Do tego czasu puściłem jej błędy w zapomnienie i wspominałem dość dobrze.
Ale...
- No, a jak z rodzicami?
- No dobrze, dobrze, jakoś idzie.
I wtedy, w sumie nie pamiętam jak to dokładnie ujęła ale powiedziała coś w stylu:
- No, ciebie to już w dzieciństwie trzeba było usadzić na swoim miejscu, żebyś sobie nie myślał, że wszystko jest takie różowe.
Nawet nie zrozumiałem co miała przez to na myśli, ale słysząc jej poczucie wyższości w głosie krew mi się zagotowała.
To babsko, które jest dopuszczone do zajmowania się dziećmi, "usadzało" mnie na swoim miejscu sprowadzając na mnie piekło, bo tak sobie wymyśliła.
Wstałem i odwróciłem się do wyjścia. Prawie się poryczałem, bo jakoś tak przypomniały mi się wszystkie złe chwile z tej szkoły.
- A tobie nagle co?
- Módl się, żebym cię więcej nie spotkał, bo za******.
Wyszedłem. Pewnie bibliotekarka uważa mnie teraz za chama czy coś. Ale jakoś mnie to nie obchodzi. W związku z depresją i zaburzeniami, z którymi walczę i które są efektami między innymi pracy tej baby, jest mi bardzo ciężko znaleźć dziś swoje miejsce, podjąć długotrwale zatrudnienie, a czasem nawet wykonywać jakieś codzienne czynności jak higiena osobista. Biorę regularnie leki, ale różnie mi to pomaga. Zresztą moje perypetie ze służbą zdrowia to osobna historia.

W sumie nie wiem jak to skwitować. Jestem wściekły i jest mi przykro. Dziś nienawidzę tej nauczycielki, pedagog i rodziców tamtych dzieciaków. Chłopcy są tylko trochę winni, bo to dorośli powinni być tu odpowiedzialni, skoro jako dzieciaki mieliśmy wszyscy siano w głowie.

W sumie tyle. Chciałem się w końcu wyżalić i to sobie samemu poukładać, może pozwoli wam to trochę zobaczyć to wszystko z punktu widzenia dręczonego czy coś.

szkoła

Skomentuj (55) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 389 (497)

#14386

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia z czasów, jak lat miałem ledwo dwadzieścia, czyli... w miarę starych.

PKP. Warszawa. Pociągi na zachód jadą ze Wschodniego, tak żeby pozbierać ludzi ze wszystkich 3, czyli Wschodnia, Centralna, Zachodnia. Wtedy jeszcze nie było intercudów. Jechałem zwyczajnie pospiesznym, czyli miejscówek nie ma. Stawiłem się na dworcu dobre pół godziny przed podstawieniem składu. Na Wschodnim, bo jadąc na kraniec Polski jednak chciałem usiąść. Skład podstawiony, wsiadam, siadam grzecznie. Przedział się zapełnia - staruszka, jakieś małżeństwo, ot ludzie z przypadku. Przez centralny przeszło bez kłopotów. Za to na Zachodnim wsiada [B]abka z grupą dzieciaków i od progu wrzeszczy.

Tak się złożyło, że byłem najbardziej chyba pyskatą i odporną na bluzgi osobą (ach to praskie wychowanie), więc mówiłem w imieniu naszej 8 z przedziału, wspierany tylko ich głosami oburzenia które pozwolę sobie pominąć. Tak samo pozwolę sobie pominąć większość tychże bluzgów, bo by mi się gwizdka na klawiaturze starła.

[B] Co państwo tu robią?
[My chórem niezbornym] No siedzimy, a co?
[B] Proszę natychmiast stąd wyjść!
[J] Niby czemu?
[B] Rezerwację miałam!
[J] Przecież w pospiesznych nie ma miejscówek.
[B] Ale nie miejscówka! Rezerwowałam 4 przedziały.
[J] No cóż, kartki z rezerwacjami na 3 sąsiednich były, ten był otwarty i kartki nie miał.
[B] Ale ja rezerwowałam. Jest rezerwacja, co z tego że nie ma kartki!
[J] To pani będzie łaskawa iść po konduktora, jak on spartolił wywieszanie kartek to to jego problem nie nasz.
[B] Ale wy tu nie macie prawa siedzieć, sami sobie idźcie!
[J] Ale nam wszystko pasuje, może z wyjątkiem jednej niekulturalnej pasażerki.
[B] Jak ty do mnie mówisz?!
[J] Jak na razie raczej spokojnie, a co?
[B] Ty bezczelny **** [tak, miałem pomijać, nie gwiazdkować, ale tu się nie dało]
[J] Ja bezczelny?
[B] Ja idę po konduktora!
[J] No wreszcie! I co, nie można było od razu jak to zasugerowałem?

I tu babeczka spiekła raka i poszła. I byłoby miło, gdyby nie to, że faktycznie przyszła z [K]onduktorem, który... a, czytajcie:

[K] Proszę państwa, musicie państwo opuścić ten przedział.
[J] Dlaczego?
[K] Bo tu rezerwacja jest.
[J] Proszę pokazać kartkę z takim napisem i wyjaśnić, jak weszliśmy do zamkniętego na klucz przedziału w takim razie.
[K] Kartkę łatwo zerwać, a jak weszliście to ja nie wiem!
[Już nie "państwo", co?]
[J] Jeśli pan sugeruje, że tu włamywacze i oszuści to proszę się zastanowić, czy będzie pan się miał jak wybronić - skąd pan wie, czy nikt z nas nie jest prawnikiem? Poza tym świadków dużo.
[Chwała w niebiesiech, ludzie z korytarza, którzy w "naszym" przedziale mieli walizki, ale i nie tylko, też zaczęli krzyczeć, że racja nasza.]
[K] Proszę natychmiast opuścić przedział!
[J] To proszę nam wskazać inny.
[K] Jaki inny?!
[J] No chyba pan nie myśli, że przez pana niekompetencję ktoś z nas ma zamiar stać 5 godzin. Co, pani starsza (wskazuję na staruszkę pod oknem) ma stać niby? Bo niepotrzebnie czekała na stacji początkowej?
[K] Nie ma wolnych miejsc! Wychodzić!
[J] Jak tylko nam pan wskaże inny przedział.
[K] A skąd ja ci go *** wezmę?
[J] A stąd co dla tej pani, napadnie pan na jakiś inny i nałga, że rezerwacja. Chyba, że to trzeba w łapę dać?

Pan konduktor został zabity śmiechem i sobie poszedł. Paniusia też w końcu dała za wygraną.

PKP

Skomentuj (17) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 721 (791)