Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

timo

Zamieszcza historie od: 23 kwietnia 2012 - 11:05
Ostatnio: 10 sierpnia 2020 - 1:03
  • Historii na głównej: 51 z 80
  • Punktów za historie: 16673
  • Komentarzy: 2212
  • Punktów za komentarze: 9797
 

#54801

(PW) ·
| Do ulubionych
Sytuacja może nie piekielna sama w sobie, natomiast piekielne jest to, że niemal ćwierć wieku po zmianie ustroju w niektórych "fachowcach" nadal nie wymarły zwyczaje rodem z tzw. komuny. Ale do rzeczy.

W bloku, w którym mamy mieszkanie studenckie, remontują balkony. Remont na dość szeroką skale: skucie wszystkiego do gołego betonu, naprawa izolacji przeciwwilgociowej płyt balkonowych, nowe wylewki, barierki i płytki. Jakość prac?

1) Barierki wymieniane częściowo - boki stare, czoło nowe - wycięte w taki sposób, że przy okazji panom fachowcom udało się pogiąć górną krawędź, która nawet na czołowej ścianie zostawała stara (fakt, ciężko to pogiąć nie było - zwykły płaskownik, zgiął się pod własnym ciężarem wobec braku podparcia), po montażu nowej ściany czołowej płaskownik nadal przypomina "fale Dunaju", bo po co to prostować? Za to nad nim przyspawano, nie wiadomo po co, rurkę (czyli sumarycznie barierka jest wyższa o jakieś 8 cm) - i nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie to, że rurki na przodzie i bokach przyspawane są na różnych poziomach (różnica 1-2 cm) i nie w poziomie, a na rogach się nie schodzą, tylko są ordynarnie urżnięte gdzie popadnie i zaślepione byle jakimi plastikowymi zaślepkami, w dodatku źle dopasowanymi średnicą.

2) Panom widocznie zabrakło płytek ceramicznych, bo jedna płytka na balkonie ma inny kolor (!)

3) Fugi chyba też zabrakło, bo ta jedna inna płytka z trzech stron jest obramowana innym kolorem fugi, niż reszta (!)

4) Płytki ni cholery nie trzymają poziomu - albo to jest n-ta klasa jakości i są zwichrowane, albo są tak "świetnie" położone (różnice w wysokości krawędzi sąsiednich płytek nawet do 0,5 cm).

6) To wszystko (2, 3, 4) jest po poprawce - wcześniej płytki były położone, ale panowie się nie dogadali między sobą i jeden z robotników wszedł na balkon na świeżo położone płytki, bo zostawił fajki na parapecie i musieli wszystko skuć i położyć od nowa.

7) Syf na balkonie woła o pomstę do nieba - wszystko zachlapane zaprawą, łącznie z oknem, które było przez nich zaklejone folią (najwidoczniej coś poprawiali już po jej zdjęciu), pełno petów, pustych butelek (również po piwie - 9 piętro!) itp.

8) Już nie tyle wkurzające, co... dziwne: wchodzę któregoś razu do pokoju (w wakacje, jak to w mieszkaniu studenckim, nikt nie mieszkał, przyjeżdżało się czasami jak coś było potrzeba) i widzę na drzwiach balkonowych przylepioną kartkę (od zewnątrz, napisem do wewnątrz) o treści "uprzejmie prosimy o zabranie gołębia, dziękujemy" - WTF?!?!?!

Jakość prac nadal jak za ustroju słusznie minionego... Widocznie niektórym firmom wydaje się, że jak zleceniodawcą jest spółdzielnia mieszkaniowa, a nie prywatna osoba, to nikt nie będzie pilnował jakości ani składał reklamacji... W końcu co wspólne, to niczyje - można ukraść albo spie*dolić.

blok ekipa remontowa

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 181 (197)

#85418

(PW) ·
| Do ulubionych
Wzdłuż jednej z dróg powiatowych w mojej okolicy wybudowano w tym roku ścieżkę pieszo-rowerową (to zresztą jedna z kilku tegorocznych inwestycji tego typu, prawdziwy wysyp). Ścieżka odpowiada chyba wszystkim postulatom jej potencjalnych użytkowników. Ma nawierzchnię bitumiczną (tzw. asfalt) zamiast wyklinanej, szczególnie przez rolkarzy, kostki brukowej. Teren na jej trasie jest w miarę płaski, więc i nowa ścieżka jest równa - bez znienawidzonych przez rowerzystów obniżonych i podniesionych wjazdów do posesji. Można powiedzieć: ideał.

Najwyraźniej nie dla jednego jaśnie pana pedalarza, który mając tuż obok piękną, niemal dwumetrową i gładziutką, bo przecież nową, drogę pieszo-rowerową, wybrał jazdę po koszmarnie dziurawej na tym odcinku jezdni. Godzina tuż po 14:00, więc ruch spory, mimo że droga lokalna - miasteczko małe, ale ma kilka zakładów, w których w sumie pracuje ok. 600-800 osób na każdej zmianie, a na pierwszej - która właśnie się skończyła - nawet więcej. Poza tym kiedy na równoległej krajówce ustawia się ITD, ruch ciężarówek na powiatówce robi się gigantyczny jak na możliwości tej lokalnej i w tragicznym stanie drogi. I tak sobie jedzie kolumna samochodów za jaśnie panem pedalarzem, bo wyprzedzić nie ma jak (ruch z przeciwka).
Kiedy już nadarzyła się okazja wyprzedzenia idioty, zrównałem się z nim, otworzyłem prawą szybę i grzecznie zapytałem, dlaczego, do ku*wy nędzy, jedzie po drodze, a nie po porządnej ścieżce obok. Odpowiedź mnie zabiła: otóż pan debil pedalarz nie jeździ ścieżką rowerową, bo kiedyś przebił sobie na niej koło w rowerze...

Pytanie brzmi: czy jak ja kiedyś złapię "kapcia" w samochodzie albo uszkodzę koło na dziurze w jezdni, to mam zacząć jeździć po chodnikach i drogach dla rowerów? Prosta analogia...

Skomentuj (3) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 110 (122)

#84848

(PW) ·
| Do ulubionych
Droga wojewódzka, wjazd do miasta powiatowego. Już w obszarze zabudowanym, więc jadę przepisowe 50 km/h (max +5 licznikowe, więc w sumie na jedno wychodzi).

W pewnym momencie doganiam rowerzystę (którego swoją drogą w ogóle nie powinno tam być, bo równolegle biegnie droga dla rowerów). Gościu jedzie zygzakiem o amplitudzie ok. 1,5 metra (czyli od pobocza do połowy pasa). Myślę sobie: pijany. Wyprzedzam ze stosownym zapasem odległości i... oczom nie wierzę. Facet na na kierownicy przymocowany tablet, na którym "coś" leci (kąt nie pozwalał zobaczyć szczegółów, ale było widać, że obraz się zmienia, więc raczej jakiś film), do tego w lewej ręce trzyma loda, a w prawej telefon przy uchu. No ku*wa, jakieś kombo. Przejedziesz debila, odpowiesz jak za człowieka...

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 166 (188)

#84383

(PW) ·
| Do ulubionych
Jechałem dzisiaj, w zasadzie jak każdego dnia, drogą krajową. Jadę, patrzę i oczom nie wierzę.

Otóż jakiś pan motolotniarz postanowił pościgać się z ciężarówkami. I tak sobie leci pan władca przestworzy nad tzw. "tirem" dosłownie na wyciągnięcie nogi (nie było więcej niż pół metra między jego nogami, a dachem naczepy). Każdy kierowca wie, jak silny jest podmuch przy mijaniu ciężarówki. Dla dużej i lekkiej motolotni może to stanowić śmiertelne niebezpieczeństwo. Adrenalina? Fajnie, że pan się dobrze bawi.

Jakieś 15 minut później zawyła syrena naszej OSP. W głowie już miałem, że jedziemy skrobać z asfaltu motolotniarza. Na szczęście okazało się, że to tylko 300-metrowa plama oleju.

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 120 (130)

#84157

(PW) ·
| Do ulubionych
Parking centrum handlowego, niedzielne popołudnie.

Parking niemal pełny (wolne tylko miejsca "uprzywilejowane" oraz odległe od wejścia, nowobogackie bydło poparkowało oczywiście na przejazdach, bo kto bogatemu zabroni). Co istotne, praktycznie wszystkie auta stoją na swoich miejscach, tzn. w wyznaczonych liniach.

Wracam z niewielkimi zakupami do samochodu i widzę, że w sąsiednim rzędzie z samochodu zaparkowanego centralnie na kresce, czyli zajmującego dwa miejsca, wysiada ONA. Sąsiednie auta były zaparkowane poprawnie, więc nie był to "wymuszony" sposób parkowania (co i tak nie byłoby usprawiedliwieniem).

Na zwróconą uwagę pani odpowiada, że jej wolno, bo ona jest matką i jak będą miał dzieci, to zrozumiem! Swoją drogą: skoro nie ciągnę za sobą gromadki dzieci, to znaczy, że ich nie mam?

No ku*wa, witki opadają na takie chamstwo. Żeby jeszcze miała tych dzieci kilkoro albo malutkie, które trzeba wyjmować z auta - ale nie: jedno i to kilkuletnie, wysiadające z samochodu samodzielnie. W dodatku po drugiej stronie alejki, czyli jakieś 6 metrów dalej, było wolne miejsce "rodzinne", odpowiednio szersze.

Niestety, do idiotki nie docierały żadne argumenty, chociaż do wymiany zdań włączyły się kolejne osoby, krytykujące jej parkowanie.

Ciekawe, czy szlabany na przejazdach kolejowych traktuje podobnie, jak linie na parkingu - nie stosuje się, bo jest MADKĄ.

Skomentuj (23) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 117 (147)

#71195

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia http://piekielni.pl/71115 przypomniała mi sytuację z Opola, w którym przez kilka lat mieszkałem w czasie studiów.

Jest tam pewne osiedle, które, choć fizycznie jest częścią Opola (dla większości ludzi granicę miasta wyznacza obwodnica wschodnia, a nie podział administracyjny) i wjeżdża się do niego TYLKO drogą od strony miasta, którą w połowie przecina granica gmin, należy do gminy Zawada i poczty Luboszyce (w linii prostej pewnie 5-6 km, ale drogą około 10) - podczas gdy do najbliższej poczty w Opolu jest maksymalnie 2 km.

Gdyby chodziło tylko o pocztę, pewnie nie byłoby tej historii. Problemem jest to, że w powszechnym obiegu to osiedle jest częścią Opola. W dodatku nazwy ulic powielają się z nazwami ulic w "oficjalnym" Opolu.

Wiele osób w sytuacji zagrożenia wzywa zatem pomoc, podając adres Opole, ul. X, bo tak się powszechnie przyjęło, choć formalnie jest to miejscowość Zawada, ul. X. Znam niejedną sytuację, kiedy różnego rodzaju służby mające nieść pomoc trafiały nie tam, gdzie trzeba.

W tej sprawie było już mnóstwo petycji i pism. Odzew był zerowy. Pół biedy, jeśli chodzi o kuriera (aczkolwiek nie powiem, że to nie wkurza), gorzej jeśli trafić nie potrafi np. karetka.

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 93 (153)

#83045

(PW) ·
| Do ulubionych
Na stronie TVN24 (uprzedzając debilne komentarze: czytuję różne media, żeby poznać różne punkty widzenia i opinie na temat tej samej sprawy) przeczytałem o debilu, który szalał - a jakże - BMW po osiedlowych uliczkach w Warszawie. Debil debilem, nie pierwszy i nie ostatni.

Przerażające i piekielne jest to, że w komentarzach pod artykułem jacyś jemu równi idioci bronią tego "rajdowca" i obrażają oraz oskarżają o różne rzeczy osoby, które próbowały dokonać obywatelskiego zatrzymania bezmózga stwarzającego zagrożenie.

Ciekawe, czy takie same komentarze głosiliby, gdyby ten kretyn rozwalił ich stojące pod blokiem auta albo zabił idącego chodnikiem członka rodziny ameb intelektualnych piszących te komentarze.

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 138 (172)

#83023

(PW) ·
| Do ulubionych
Sporo jeżdżę, więc równie sporo już na drogach widziałem.

Dzisiaj jednak lekko się zdziwiłem, kiedy z przeciwka nadjechało BMW X3 (pierwszej generacji, bodajże E83), które - co istotne dla historii - waży, zależnie od wersji silnikowej, od ok. 1600 do 2000 kg. Rzeczone BMW ciągnęło przyczepę i tu mała dygresja: zgodnie z przepisami samochód osobowy może ciągnąć nie więcej niż sam waży (to jest przepis bezwzględny) i nie więcej niż widnieje w polu O2 dowodu rejestracyjnego.

To BMW, które spotkałem na drodze, ciągnęło przyczepę lawetę tzw. "na busa", czyli dość sporą, która sama waży ok. 900-1000 kg, a na niej - uwaga - tzw. busa plandekowego Iveco Daily na bliźniaku, z windą załadowczą. Taki pojazd waży ok. 3350-3500 kg (warto zajrzeć na stronę ITD - tam są opisane liczne przypadki tych pojazdów o technicznej masie dopuszczalnej 6,5 tony, zarejestrowanych na 3500 kg - bo bez tachografu i opłat - które legalnej ładowności - czyli masy dopuszczalnej minus masy własnej - mają po 50-100 kg).

Wracając do BW: kierowca za niespełna dwutonowym autem ciągnął, lekko licząc, 4,3 tony, czyli ponad dwa razy wagę auta ciągnącego.
Chyba każdy kierowca, a tym bardziej taki, który kiedykolwiek jeździł z przyczepą, potrafi sobie wyobrazić, jak taki zestaw zachowa się przy gwałtownym hamowaniu - tym bardziej na łuku (hamulec najazdowy przyczepy działa z lekkim opóźnieniem, więc przyczepa przez ułamek sekundy pcha auto - czasem ten ułamek sekundy wystarcza, żeby wybić auto z toru jazdy).

Już pomijam, że holująca przyczepę "beemka" ma niecałe 1.9 m szerokości, a ładunek ponad 2,2 m - zatem kierowca w lusterkach nie widzi NIC. Wiezione Iveco było w zabudowie plandekowej, dość wysokiej - wizualnie było to coś w rodzaju stodoły doczepionej do malucha.

Zanim zminusujecie, wyobraźcie sobie niebezpieczną sytuację na drodze, kiedy taki zestaw przy próbie hamowania "składa się" i bezwładnie pędzi na wasze auto, bo przy tej proporcji mas i gabarytów jego kierowca nie ma żadnych szans zapanowania nad sytuacją.
Niech żyje odpowiedzialność.

Skomentuj (27) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 256 (262)

#82628

(PW) ·
| Do ulubionych
W piątek byliśmy z dziewczyną w restauracji, z okazji pomyślnego zakończenia sesji na studiach. Restauracja włoska, może nie jakiś top topów, ale też nie przybytek dla marginesu, ot taka średnia półka w mieście wojewódzkim.

Wydawałoby się, że w takim miejscu można się spodziewać klientów o przynajmniej minimalnym poziomie kultury. Otóż nie. Stolik obok nas siedziały dwie baby (określenie użyte celowo, przez swoje zachowanie przestały dla mnie być kobietami) w wieku nieokreślonym, coś między dwadzieścia parę a trzydzieści parę. Ot, takie na oko przeciętne korposzczurki. I nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie ich zachowanie.

Rozmowa prowadzona tak, że słyszał je chyba każdy w niemałym ogródku restauracji. Tematy: począwszy od pracy i obgadywania współpracowników, przez dzieci (tej takie śliczne, a tamta to ma nie wiadomo z kim), aż po zwierzenia, która z kim się puściła po pijaku na imprezie (będąc z obecnym partnerem, co wynikało z kontekstu).

Reszty nie pomnę, ale przy całokształcie debata o zdrowiu intymnych części ciała wydaje się być błahostką.
Pomijając już kompletny brak kultury, to zastanawia mnie, czy im w ogóle przez "myśl" przeszło, że może je słyszeć ktoś, kogo one nie znają, ale kto zna obgadywane osoby, w tym zdradzanego faceta?

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 147 (183)

#82668

(PW) ·
| Do ulubionych
Wypadek drogowy sprzed kilku dni (74-latek zawracał w niedozwolonym miejscu na jednojezdniowej drodze ekspresowej S1, czym doprowadził do zderzenia z ciężarówką, której kierowca zginął) przypomniał mi wydarzenie z tego tygodnia, którego byłem świadkiem.

Wjeżdżam do miasta powiatowego, teren zabudowany, jadę ok. 50 km/h i dojeżdżam do auta przede mną, które toczy się 30-40 km/h (obok ciąg pieszo-rowerowy za rowem i pasem zieleni, z drugiej strony szerokie na ok. 5 m pobocze przed posesjami, idealna pogoda, doskonała widoczność - żadnych powodów do tak wolnej jazdy).

W dodatku co chwilę hamuje niemal do zera i znów się rozpędza. Kilkaset metrów dalej są dwa ostre zakręty z ograniczeniem do 40 - jedzie 15-20 km/h. Kawałek dalej zatrzymuje się, aby minąć się z innym autem (droga na tyle szeroka, że dwie ciężarówki mijają się w miarę swobodnie). Coraz bardziej nabieram podejrzeń, że kierowca jest "dziabnięty". Dzwonię więc na policję, a tymczasem dojeżdżamy do skrzyżowania, gdzie główna droga "ucieka" w prawo. Kierowca jedzie na wprost nawet nie zwalniając - auto z jego prawej, mające pierwszeństwo, hamuje na styk. Jadę za delikwentem dalej: przez dobre 200-300 m facet jedzie lewym pasem jezdni. Teraz już jestem praktycznie pewien, że jest na bani. Cały czas na słuchawce, podaję jego położenie dyżurnemu. Jedziemy tak jeszcze ok. 2 km przez miasto, w tym czasie gościu:

1) wjeżdża w ślepą ulicę i próbuje z niej wyjechać na wprost, przez chodnik i pas zieleni, dopiero później zawraca;
2) kolejny raz wymusza pierwszeństwo;
3) jedzie 20 km/h na krajowej drodze;
4) zatrzymuje się i stoi dobre kilkadziesiąt sekund przez PUSTYM przejściem dla pieszych - nikogo w zasięgu wzroku;
5) zatrzymuje się i stoi dłuższą chwilę przed rondem, z którego wszyscy zjeżdżają (sygnalizując to) w drogę, z której on wjeżdża;
6) ZATRZYMUJE SIĘ NA RONDZIE!

Tuż po zjeździe z ronda pojawia się radiowóz, jedzie za nim i daje sygnał do zatrzymania. Zero reakcji. Radiowóz się z nim zrównuje, policjant przez otwarte okno macha "lizakiem". Dalej zero reakcji. Kierowca zatrzymuje się dopiero po zajechaniu mu drogi przez radiowóz. W zasadzie miałem już 100% pewności, że kierujący jest na grubej bani. Zjechałem na parking za nim i policją (tak mi polecił przez telefon dyżurny policji).

Co się okazało? Auto prowadził dziadek, na oko grubo po 80-tce. Okulary jak denka od słoików, prawie głuchy (policjant 3 razy prosił go o prawko, za ostatnim razem dosłownie krzyczał, żeby dziadek usłyszał). Stwierdził, że się "pogubił". Policjanci odpuścili, "bo przecież starszy człowiek". Super, brakowało centymetrów do kolizji, a jadąc lewym pasem mógł "zza pleców" zabić prawidłowo idącego pieszego (tam akurat nie ma chodników ani pobocza, tuż przy krawędzi asfaltu rosną drzewa).

Może w pewnym momencie trzeba jednak spojrzeć prawdzie w oczy, przyznać się samemu przed sobą, że wiek już nie ten i po prostu zaniechać prowadzenia auta? Państwo (obok dziadka jechała babcia) nie wyglądali na niezamożnych (porządnie ubrani, auto praktycznie nowe i na warszawskich numerach, stąd początkowo podejrzewałem, że to jakiś przedstawiciel handlowy, bo model popularny jako flotowy), więc raczej wynajęcie sobie jakiegoś transportu - jeśli pociąg czy autokar nie dla nich - nie powinno ich przerosnąć. Smaczku dodaje fakt, że tak "sprawny" kierowca wybrał się w trasę kilkusetkilometrową.

Skomentuj (27) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 150 (166)