Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

timo

Zamieszcza historie od: 23 kwietnia 2012 - 11:05
Ostatnio: 18 sierpnia 2018 - 22:56
  • Historii na głównej: 43 z 74
  • Punktów za historie: 15507
  • Komentarzy: 2112
  • Punktów za komentarze: 9235
 

#82628

(PW) ·
| Do ulubionych
W piątek byliśmy z dziewczyną w restauracji, z okazji pomyślnego zakończenia sesji na studiach. Restauracja włoska, może nie jakiś top topów, ale też nie przybytek dla marginesu, ot taka średnia półka w mieście wojewódzkim.

Wydawałoby się, że w takim miejscu można się spodziewać klientów o przynajmniej minimalnym poziomie kultury. Otóż nie. Stolik obok nas siedziały dwie baby (określenie użyte celowo, przez swoje zachowanie przestały dla mnie być kobietami) w wieku nieokreślonym, coś między dwadzieścia parę a trzydzieści parę. Ot, takie na oko przeciętne korposzczurki. I nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie ich zachowanie.

Rozmowa prowadzona tak, że słyszał je chyba każdy w niemałym ogródku restauracji. Tematy: począwszy od pracy i obgadywania współpracowników, przez dzieci (tej takie śliczne, a tamta to ma nie wiadomo z kim), aż po zwierzenia, która z kim się puściła po pijaku na imprezie (będąc z obecnym partnerem, co wynikało z kontekstu).

Reszty nie pomnę, ale przy całokształcie debata o zdrowiu intymnych części ciała wydaje się być błahostką.
Pomijając już kompletny brak kultury, to zastanawia mnie, czy im w ogóle przez "myśl" przeszło, że może je słyszeć ktoś, kogo one nie znają, ale kto zna obgadywane osoby, w tym zdradzanego faceta?

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 140 (176)

#82668

(PW) ·
| Do ulubionych
Wypadek drogowy sprzed kilku dni (74-latek zawracał w niedozwolonym miejscu na jednojezdniowej drodze ekspresowej S1, czym doprowadził do zderzenia z ciężarówką, której kierowca zginął) przypomniał mi wydarzenie z tego tygodnia, którego byłem świadkiem.

Wjeżdżam do miasta powiatowego, teren zabudowany, jadę ok. 50 km/h i dojeżdżam do auta przede mną, które toczy się 30-40 km/h (obok ciąg pieszo-rowerowy za rowem i pasem zieleni, z drugiej strony szerokie na ok. 5 m pobocze przed posesjami, idealna pogoda, doskonała widoczność - żadnych powodów do tak wolnej jazdy).

W dodatku co chwilę hamuje niemal do zera i znów się rozpędza. Kilkaset metrów dalej są dwa ostre zakręty z ograniczeniem do 40 - jedzie 15-20 km/h. Kawałek dalej zatrzymuje się, aby minąć się z innym autem (droga na tyle szeroka, że dwie ciężarówki mijają się w miarę swobodnie). Coraz bardziej nabieram podejrzeń, że kierowca jest "dziabnięty". Dzwonię więc na policję, a tymczasem dojeżdżamy do skrzyżowania, gdzie główna droga "ucieka" w prawo. Kierowca jedzie na wprost nawet nie zwalniając - auto z jego prawej, mające pierwszeństwo, hamuje na styk. Jadę za delikwentem dalej: przez dobre 200-300 m facet jedzie lewym pasem jezdni. Teraz już jestem praktycznie pewien, że jest na bani. Cały czas na słuchawce, podaję jego położenie dyżurnemu. Jedziemy tak jeszcze ok. 2 km przez miasto, w tym czasie gościu:

1) wjeżdża w ślepą ulicę i próbuje z niej wyjechać na wprost, przez chodnik i pas zieleni, dopiero później zawraca;
2) kolejny raz wymusza pierwszeństwo;
3) jedzie 20 km/h na krajowej drodze;
4) zatrzymuje się i stoi dobre kilkadziesiąt sekund przez PUSTYM przejściem dla pieszych - nikogo w zasięgu wzroku;
5) zatrzymuje się i stoi dłuższą chwilę przed rondem, z którego wszyscy zjeżdżają (sygnalizując to) w drogę, z której on wjeżdża;
6) ZATRZYMUJE SIĘ NA RONDZIE!

Tuż po zjeździe z ronda pojawia się radiowóz, jedzie za nim i daje sygnał do zatrzymania. Zero reakcji. Radiowóz się z nim zrównuje, policjant przez otwarte okno macha "lizakiem". Dalej zero reakcji. Kierowca zatrzymuje się dopiero po zajechaniu mu drogi przez radiowóz. W zasadzie miałem już 100% pewności, że kierujący jest na grubej bani. Zjechałem na parking za nim i policją (tak mi polecił przez telefon dyżurny policji).

Co się okazało? Auto prowadził dziadek, na oko grubo po 80-tce. Okulary jak denka od słoików, prawie głuchy (policjant 3 razy prosił go o prawko, za ostatnim razem dosłownie krzyczał, żeby dziadek usłyszał). Stwierdził, że się "pogubił". Policjanci odpuścili, "bo przecież starszy człowiek". Super, brakowało centymetrów do kolizji, a jadąc lewym pasem mógł "zza pleców" zabić prawidłowo idącego pieszego (tam akurat nie ma chodników ani pobocza, tuż przy krawędzi asfaltu rosną drzewa).

Może w pewnym momencie trzeba jednak spojrzeć prawdzie w oczy, przyznać się samemu przed sobą, że wiek już nie ten i po prostu zaniechać prowadzenia auta? Państwo (obok dziadka jechała babcia) nie wyglądali na niezamożnych (porządnie ubrani, auto praktycznie nowe i na warszawskich numerach, stąd początkowo podejrzewałem, że to jakiś przedstawiciel handlowy, bo model popularny jako flotowy), więc raczej wynajęcie sobie jakiegoś transportu - jeśli pociąg czy autokar nie dla nich - nie powinno ich przerosnąć. Smaczku dodaje fakt, że tak "sprawny" kierowca wybrał się w trasę kilkusetkilometrową.

Skomentuj (27) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 143 (157)

#66777

(PW) ·
| Do ulubionych
Sklep komputerowy on-line, jeden z chyba większych i bardziej znanych, posiadający "realne" punkty w wielu miastach. Mój (oraz rodziny i wielu znajomych) jedyny dostawca sprzętu komputerowego i pokrewnego (nie licząc drobiazgów) od kilku lat ze względu na poziom usług, ceny, obsługę posprzedażową itd. Do teraz.

Posiadam zakupionego u nich laptopa, w którym objawiła się usterka. Drobna, ale uciążliwa. Nie minęły jeszcze 24 miesiące od zakupu, więc oczywiście zamierzałem skorzystać z procedury reklamacyjnej. Problem w tym, że na dysku twardym (uprzedzając pytania: usterka nie ma jakiegokolwiek związku z dyskiem, dotyczy niezależnego podzespołu) posiadam dane podlegające z mocy prawa ochronie na podstawie ustawy o ochronie informacji niejawnych.

Jakikolwiek nośnik z takimi danymi nie może być udostępniony osobom trzecim, nieposiadającym odpowiednich certyfikatów. Oczywiście mógłbym przenieść dane, dysk wyczyścić itp. i zapewne nikt w serwisie nie próbowałby odzyskiwać tych danych, nie wiedząc o ich istnieniu. Ale prawo jest prawem - taki nośnik, nawet po wyczyszczeniu, nadal podlega ochronie lub zniszczeniu wedle określonej procedury.

Napisałem więc maila w tej sprawie do firmy, aby powiedzieli mi, co mam zrobić (np. wysłać komputer bez dysku). Oczywiście odpowiedź brzmiała "nie ma takiej możliwości" i zawierała stanowcze naleganie na wysyłkę z dyskiem.

Zadzwoniłem więc dla pewności do biura UOKiK, które potwierdziło moje zdanie - sklep niezgodnie z prawem próbuje pozbawić uprawnień do reklamacji pewną grupę osób ze względu na zawartość ich dysków (czyli co, wszystkie komputery urzędów, sądów, służb itp. nie mogą być reklamowane w razie awarii?).

Odpisałem więc, że moje zdanie podziela UOKiK (który dodatkowo przesłał mi mailem swoje stanowisko), oraz że ich namawianie mnie do wysłania im tych danych może zostać uznane za podżeganie do popełnienia przestępstwa. Na razie cisza... Ciekaw jestem, co będzie dalej.

Miał ktoś z was podobne doświadczenia? Może jest jakieś rozwiązanie?

Skomentuj (43) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 138 (252)
zarchiwizowany

#82285

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Parkowanie - temat rzeka.

Jak są wyznaczone miejsca parkingowe, to parkuje się pomiędzy wyznaczającymi je liniami. Niby logiczne. Takich, którzy oznakowanie poziome traktują jedynie jako niezobowiązującą wskazówkę lub "myślą", że linia jest po to, żeby znalazła się na środku pomiędzy kołami ich pojazdu, jest jednak multum.

Mam zasadę, że takim idiotom nie odpuszczam i wielokrotnie - w sytuacji, kiedy źle zaparkowane auto zajmuje ok. 20-30 cm "mojego" miejsca - dojeżdżam na 2-3 cm do takiego sąsiada. Awantury o ten fakt są na porządku dziennym, ale zwykle kończą się, kiedy proponuję wezwanie policji (ja przecież stoję poprawnie).

Ostatnio pod McDonalds w Częstochowie miałem podobną sytuację. Wraz z dziewczyną zamówiliśmy coś w McDrive i po odebraniu spokojnie odjechaliśmy na parking. Zaparkowaliśmy na jedynym wolnym zacienionym miejscu (a było dość gorąco, więc cień był istotny), tuż obok delikwenta, który wystawał o ok. 30 cm na "nasze" miejsce. Żadne z nas nie zamierzało wysiadać, więc spokojnie dojechałem prawą stroną auta na jakieś 3-4 cm od jego boku. Po kilku minutach "mistrz kierownicy" powrócił do swego rydwanu i wywiązał się następujący dialog*:
[MK] Chciałbym odjechać.
[J] Aha.
[MK] Pan tak stanął, że nie mogę wsiąść.
[J] Owszem.
[MK] Proszę odjechać.
[J] Jak skończymy jeść, to odjadę.
[MK] Ale jak ja będę wsiadał, to panu auto obiję.
[J] To zadzwonię po policję. Tu jest monitoring.
[MK] No ale jak ja mam wejść do auta?
[J] Jakby pan normalnie zaparkował, to nie byłoby problemu. Teraz może pan się przeciskać od strony pasażera albo poczekać, aż zjemy. Nam się nie spieszy.
[MK] <pod nosem> Niektórzy to lubią innym uprzykrzać życie.
[J] Cieszy mnie ta samokrytyka.
Ostatecznie gościu wcisnął się przez drzwi pasażera i pojechał. Kto był piekielny? Nie mnie oceniać, ale wydaje mi się, że buractwa w inny sposób nie da się wytępić.

P.S. To jedna z kilkudziesięciu tego typu sytuacji. W jednej z podobnych doparkowałem na 5 cm do gościa parkującego bez identyfikatora na miejscu inwalidzkim. W tamtym przypadku rozmowa i rzucanie przez niego obelgami skończyło się w momencie zrobienia zdjęć telefonem i zaproponowania odwiedzin patrolu w spornym miejscu.

* może nie co do słowa, ale sens i "klimat" zachowany.

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: -1 (31)

#81923

(PW) ·
| Do ulubionych
Wiosna wiąże się rokrocznie z rozpoczęciem sezonu motocyklowego.

Jak wiadomo, kierowcy jednośladów, uogólniając, dzielą się na dwie grupy. Pierwsza to rozsądni kierowcy, poruszający się rozsądnie, w miarę zgodnie z przepisami i szanujący innych uczestników ruchu. Drudzy to debile, dla których liczy się tylko prędkość i którym wydaje się, że są panami szos, a droga to tor wyścigowy. Co ciekawe, pierwsza grupa dosiada zwykle chopperów, cruiserów, turystyków i czasem enduro.

Druga to zwykle ujeżdżacze tzw. szlifierek czyli ścigaczy (nie dalej jak wczoraj jeden z tych idiotów z dumą w głosie chwalił się, że na trasie z naszego miasteczka X do odległego o ok. 60 km miasta Y "240 km/h praktycznie nie schodziło z blatu" - droga krajowa z licznymi terenami zabudowanymi). Zwłaszcza ci drudzy lubują się w promowaniu hasła "Patrz w lusterka, motocykle są wszędzie".

A ja, kierowca z - mówiąc nieskromnie - sporym doświadczeniem, pytam się: dlaczego one są "wszędzie", a nie tam, gdzie zgodnie z przepisami być powinny? Wykonując manewr patrzę zawsze w lusterka, aby sprawdzić, czy na moim planowanym torze jazdy nie ma jakiegokolwiek pojazdu: samochodu, traktora, furmanki, roweru czy motocykla. Dlaczego mam w specjalny sposób traktować kierujących motocyklami?

Art. 4 ustawy Prawo o ruchu drogowym ("Uczestnik ruchu i inna osoba znajdująca się na drodze mają prawo liczyć, że inni uczestnicy tego ruchu przestrzegają przepisów ruchu drogowego") pozwala mi założyć, że motocykl będzie tam, gdzie być powinien, a nie "wszędzie".

Może więc kierowcy "szlifierek", zamiast naklejać na samochodach naklejki o w/w treści, nakleiliby sobie przed oczami napis "Jedź przepisowo, niech motocykl będzie tam, gdzie powinien"?

Skomentuj (30) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 223 (259)

#81492

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia http://piekielni.pl/81488 natchnęła mnie do opisania innej przypadłości osób dzwoniących w sprawie ogłoszeń (a właściwie nie wiadomo w jakiej sprawie...).

Na OLX-ie wystawiam kilka rzeczy (głównie części do różnych maszyn i pojazdów - pojedyncze sztuki, które od lat zalegały gdzieś po kątach, a komuś mogą się przydać). W ogłoszeniach wyraźnie zaznaczam, co jest na sprzedaż i z opisu wynika, że nie jest to cała maszyna czy samochód na części. Opisy są dokładne, zdjęcia jeszcze dokładniejsze.

Mimo to NOTORYCZNIE powtarzają się pytania:
1) "A ma pan ..." (prom kosmiczny, zmywarkę, wędkę, grabie... - mniej więcej taki jest związek pytań z treścią ogłoszenia).
2) "A będzie to pasować do ..." (roweru, pociągu, telewizora...) - skąd ja mam wiedzieć, do czego będzie pasować rzecz, którą sprzedaję? Oprócz oczywiście pojazdu/urządzenia, z którego pochodzi?
3) "Panie, a do czego to służy?" Skoro pytający nie wie, co to jest i do czego służy (mimo opisu), to raczej przedmiot nie jest mu potrzebny.
4) "Ja to wezmę, ale pan mi w cenie dowiezie" - telefon z okolic granicy z Rosją, ja z opolskiego. Cena przedmiotu w okolicy 100 zł, więc musiałbym dołożyć do interesu kilkaset złotych (jazda 2x550 km i to z przyczepką, bo do auta nie wejdzie).
5) "Co tak drogo, w innym ogłoszeniu taniej i bliżej" - to po cholerę do mnie dzwonić, jak ma lepszą ofertę? "A bo tamto nieaktualne" - no czyli nie ma "taniej i bliżej".
6) Całe stada potencjalnych klientów chciałyby zamówić za pobraniem rzecz, której sama wysyłka będzie - ze względu na wymiary lub wagę - kosztować kilkadziesiąt złotych. I wielkie zdziwienie, że nie zaufam obcemu człowiekowi i nie zaryzykuję, że będę płacił za wożenie w tę i z powrotem nieodebranej przesyłki.
7) "A co pan ma jeszcze do sprzedania?" - hmmm, może to, co widać po kliknięciu na "pozostałe ogłoszenia użytkownika"?
8) Pytania o kwestie widoczne na zdjęciach lub podane w opisie to norma (wymiary itp.).

Ja rozumiem, że można nie szanować cudzego czasu. Ale tracić własny, bo nie chce się poświęcić znacznie mniej czasu, żeby przeczytać ogłoszenie i obejrzeć zdjęcia? Tego już nie rozumiem.

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 120 (130)

#81225

(PW) ·
| Do ulubionych
Dzisiejsze popołudnie (ale już ciemno). Droga powiatowa - bardzo ruchliwa, bo świeżo wyremontowana, a biegnie równolegle do wojewódzkiej w fatalnym stanie. Chodniki po obydwu stronach - zaznaczam, że odśnieżone, bez lodu - słowem "czarne mokre". Teren zabudowany, więc jadę wolno, ale i tak nagle przed maską wyrasta mi czarna postać.

Otóż jakaś idiotka, bo inaczej jej nazwać nie potrafię, idzie sobie jezdnią, w dodatku niewłaściwą stroną (jak samochód, a nie jak pieszy), tuż obok nowego, równego i odśnieżonego chodnika. Ubrana na ciemno, bez kawałka odblasku. Dobrze, że miała jasną reklamówkę z Biedronki.

Zatrąbiłem, babsko łaskawie wlazło na chodnik. Otwieram okno i mówię: "Jak pani życie niemiłe, to niech pani wybierze taki sposób samobójstwa, żeby nikt nie miał pani na sumieniu i nie poszedł siedzieć za przejechanie pani". Odpowiedź nie nadaje się do powtórzenia - w skrócie: zostałem wyzwany od najgorszych do 5 pokoleń wstecz za to, że jechałem swoim pasem, z przepisową prędkością i nie przejechałem debilki.

P.S. Chodniki zbudowano parę lat temu z publicznych pieniędzy, czyli z Waszych i moich podatków. Pytanie brzmi: czy nie są to zmarnowane pieniądze, skoro - jak widać - są niepotrzebne, bo lepiej chodzi się ulicą?

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 93 (99)

#81179

(PW) ·
| Do ulubionych
Będzie o kierowcach karetek, a konkretniej o jednym, który dość często przejeżdża przez moje okolice. Aby uprzedzić pytania/komentarze i wyjaśnić, dlaczego znam temat z dwóch stron, muszę wspomnieć, że swego czasu pracowałem jako kierowca pojazdów uprzywilejowanych (prywatna firma zajmująca się transportem medycznym), a obecnie jestem strażakiem ochotnikiem, więc często mam okazję obserwować jazdę "na bombach" z wnętrza wozu strażackiego, a czasem nawet zza jego kierownicy.

Ale do rzeczy.
Otóż wspomniany na wstępie pan kierowca pomylił chyba uprawnienia wynikające z jazdy "na sygnale" z kodem na nieśmiertelność w grze-ścigance. Z przepisów jasno wynika, że kierowca pojazdu uprzywilejowanego (czyli mający włączone JEDNOCZEŚNIE sygnały świetlne i dźwiękowe) ma prawo nie stosować się do przepisów pod warunkiem, że nie stworzy zagrożenia w ruchu drogowym (np. jak wjeżdża na czerwonym świetle, to ma się upewnić, że wszyscy go widzą i ustąpią pierwszeństwa - jak zderzy się kimś jadącym na zielonym, to będzie jego wina).

Dziś po raz kolejny (już wcześniej widziałem jego ekscesy) byłem świadkiem szaleńczej jazdy owego pana kierowcy. A, zapomniałem dodać, że porusza się on karetką przewozową, więc nie jeździ do wypadków, z reguły nie wozi też pacjentów w stanie zagrożenia życia. Pan kierowca najwyraźniej uważa, że jak włączy "dyskotekę" i "gwizdki", to samochody przed nim magicznie znikną. Normą w jego wykonaniu jest wiszenie pół metra za zderzakiem pojazdu, który nie ma gdzie uciec (krawężnik 25 cm, rów, mostek z barierkami itp.) i napie*dalanie dodatkowo klaksonem. Wyprzedzanie na trzeciego NA ZAKRĘCIE bez widoczności, ewentualnie na skrzyżowaniu czy przejściu dla pieszych - też norma. Ogólnie "god mode on", koko dżambo i do przodu.

Dziś na moich oczach prawie skasował wysepkę ze znakami i rozpieprzył dwa normalnie jadące auta, a chwilę wcześniej omal nie wbił się czołowo pod ciężarówkę. Ja rozumiem, że możliwość pozapie*dalania sobie na publicznej drodze może niektórych przyprawiać o niezdrową ekscytację, ale ten chłop prędzej siebie albo kogoś zabije niż komuś pomoże.

Wszystkim, którzy napiszą, że "przecież on się spieszy na ratunek", przypominam, że to karetka transportowa, nie ratunkowa. A nawet gdyby, to chyba lepiej dojechać do pacjenta kilkadziesiąt sekund później, niż wcale - w razie wypadku nie dość, że pacjenta nie będzie miał kto ratować, jak taki kierowca-geniusz rozpieprzy karetkę, to jeszcze do rozbitej załogi potrzebny będzie kolejny zespół ratowników.

Przy okazji mała rada dla wszystkich kierowców "zwykłych" aut: jeśli wisi wam na ogonie karetka, straż czy jakikolwiek inny pojazd uprzywilejowany, a nie macie możliwości ustąpienia mu drogi (bo np. jest zbyt wysoki krawężnik, nie ma pobocza lub jest zawalone śniegiem itd.), to nie zwalniajcie! Przyspieszcie, żeby pojazd za wami jechał jak najszybciej. Zjedźcie z drogi dopiero, jak będzie na to bezpieczne miejsce. Nie panikujcie, nawet jak kierowca takiego pojazdu będzie wam napie*dalał klaksonem czy trąbami - albo jest niedoświadczony, albo narwany, ale poniosła go adrenalina. Nie pomożecie, jeśli zatrzymacie się w wąskim miejscu i zablokujecie mu drogę.

Aha, fotoradarami w takich sytuacjach też się nie przejmujcie - jadąc przed pojazdem na sygnale, nie bójcie się przekroczyć prędkości czy wjechać na czerwonym (upewniając się, że nie wjedziecie komuś pod koła!), bo fotoradar oprócz was zarejestruje także pojazd uprzywilejowany i spokojnie unikniecie mandatu.

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 72 (92)

#80703

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia 80688 przypomniała mi o moich perypetiach z nową na polskim rynku firmą Geis (a może to stary gracz, który zmienił nazwę?).

Towar zamówiony dnia pierwszego (dla historii nieistotne są dni tygodnia, których nie pamiętam - ważne, że były to dni robocze) rano. Powinien być dnia drugiego. Nie był. Dnia trzeciego też nie był. Był dnia czwartego. Pani kurierka otwarcie przyznała, że "miała za dużo paczek i nie przyjechała, bo musi kiedyś odpocząć". Cóż - jakby mi się nie spieszyło, to towar zamówiłbym do paczkomatu, płacąc 8 zł, a nie 24, a i tak dostałbym go szybciej. Wybrałem kuriera, bo zamówione urządzenie było potrzebne na już - jego brak wstrzymywał budowę.

Efekt olewactwa firmy Geis: wstrzymana na dwa dni budowa, odwołana najęta ekipa, odwołana dostawa betonu, zmarnowane okienko pogodowe. Nie wiadomo, kiedy będzie się dało dalej prowadzić prace (potrzeba bezdeszczowej pogody z temperaturą powyżej +5 stopni przez przynajmniej 3 doby non stop). Straty pójdą w grube tysiące, o ile pogoda nie będzie wyjątkowo łaskawa.

Firma co prawda reklamację przyjęła, ale okazało się, że nie ma sobie nic do zarzucenia. Stanowczo odradzam korzystanie z tej pseudofirmy.

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 75 (99)

#80667

(PW) ·
| Do ulubionych
Znalazłem w skrzynce awizo - mniejsza o to, że cały dzień siedziałem w domu, może trafiło akurat na te 10 minut, kiedy wyszedłem do sklepu (nie sądzę, bo wiem, w jakich godzinach chodzą listonosze).

Niefortunnie 3-4 dni później, kiedy chciałem pójść na pocztę po odbiór przesyłki (wcześniej nie miałem czasu), okazało się, że awizo gdzieś się zapodziało, a tym samym nie znam numeru przesyłki. Idę więc na pocztę i proszę o wydanie poleconego na moje nazwisko - robiłem tak wielokrotnie i nie było problemu. Pani w okienku powiadomiła mnie, że nic do mnie nie ma. Poprosiłem o ponowne sprawdzenie, efekt ten sam. Cóż, konsekwencje nieodebrania listu spadają na mnie (list, którego nie udało się doręczyć ani nikt go nie odebrał w terminie 14 dni uważa się za doręczony).

Okazało się, że była to ważna przesyłka sądowa - wezwanie na świadka. Czyli poczta dała ciała (powtórnego awizo także nie dostałem), ale problem mam ja, nie państwowy postkomunistyczny moloch.

Skomentuj (28) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 100 (140)