Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

vigilum

Zamieszcza historie od: 12 sierpnia 2013 - 17:56
Ostatnio: 8 sierpnia 2019 - 15:10
O sobie:

Nie da się naprawić świata, choć próbuję.
Praca to moja pasja, z czystą przyjemnością zakładam mundur i ze zwykłej szarej osoby zmieniam się z Vigilum.
Popełniam błędy, jak wszyscy. Lecz każdego dnia uczę się być lepszym policjantem.

  • Historii na głównej: 15 z 15
  • Punktów za historie: 7698
  • Komentarzy: 51
  • Punktów za komentarze: 539
 

#84523

(PW) ·
| Do ulubionych
Pracuję w policji. Jakiś czas temu przyszło mi zamienić uroki patrolowania ulicy na papierki. Mimo to zdarza mi się jeszcze jechać na interwencję czy kolizję.

Dziś chcę napisać dwie historie o zupełnie niesamodzielnych dorosłych ludziach, czyli efektach nadopiekuńczości. Z założenia, zgodnie z naszym prawem, w sprawach karnych osoba od 15. roku życia może być przesłuchana bez rodzica, natomiast od 17. roku życia odpowiada jak dorosły. Tak że zawsze wychodzę z założenia, że osoba, która ukończyła 18 lat, jest przygotowana do samodzielnego życia, radzi sobie w kontaktach z różnymi urzędami, potrafi napisać najprostsze podanie itd.

Część pierwsza:

Trafił mi się powiedzmy 19-letni Piotruś. Nie Piotr, Piotruś. Inaczej się do niego mama nie zwracała. Piotruś się poszarpał z kolegą, dali sobie po kilka strzałów w twarz, jednak kolega miał takiego pecha, że jego uderzenie było na tyle skuteczne, iż skończyło się to dla Piotrusia złamaniem nosa.

Mamusia usilnie chciała wejść z Piotrusiem na przesłuchanie. Gdy nie pozwoliliśmy, to Piotruś miał łzy w oczach, a mamusia postanowiła warować pod drzwiami. Dopiero kolega odholował ją na korytarz, gdzie mogła poczekać, a i stamtąd dochodziły krzyki typu "Piotruś, nie zapomnij powiedzieć o tym czy o tamtym".

Piotruś nie miał przy sobie dowodu, więc dane do protokołu musiały być z jego oświadczenia. Piotruś swojego PESEL-u nie pamiętał (zdarza się) i nie umiał podać swojego miejsca urodzenia. W trakcie przesłuchania odpowiedzi na pytania musiał powtarzać po 2-3 razy, bo mamrotał je tak cicho pod nosem, że nie dało się ich usłyszeć. Próbowaliśmy różnymi sposobami, uspokajaliśmy, kilka razy tłumaczyliśmy, co dalej, jakoś poszło. Po przesłuchaniu Piotruś podszedł do mamusi, która powiedziała, aby do mnie jeszcze raz poszedł, bo jak ładnie poprosi, to może mu skseruję protokół przesłuchania, to go sobie trochę w domu poczyta, nauczy się, to i lepiej w sądzie wypadnie...

Wizyty Piotrusia z mamusią były średnio raz w tygodniu. A czy możemy wziąć adwokata? A podejrzany to podobno może mieć trzech, a czy my też możemy wziąć trzech?

Telefon za Piotrusia też odbierała mamusia. Dopiero po przedstawieniu się i powiedzeniu, w jakiej sprawie dzwonię, słychać było w oddali "Pioooootruś, policja do ciebieeee".

Piotruś chciał się zapoznać z materiałem, jego prawo - jako pokrzywdzony ma do tego prawo na każdym etapie postępowania, o ile nie zakłóci to prawidłowego toku postępowania. W momencie, gdy Piotruś musiał napisać podanie - jednozdaniowe, pt. proszę o udostępnienie mi jako pokrzywdzonemu akt sprawy o sygnaturze XXX, Piotruś zrobił w tył zwrot i stwierdził, że nieee, jednak nie chce. U mamusi w korytarzu zrobił kolejny w tył zwrot, bo mamusia mu kazała, i że jak ładnie poprosi, to mu ten wniosek napiszemy. Stanęło na podyktowaniu. Chłopak po maturze, szykujący się na studia, nie miał zielonego pojęcia, jak napisać podanie, gdzie miejsce i data, gdzie dane itd.

Na zapoznanie się z aktami pchała się mamusia, bo ona musi, bo on nie będzie wiedział, na co patrzeć. Odmowę udziału przyjęła z godnością, ponownie krzycząc z korytarza "Piotruś, ty tam czytaj dokładnie, zapamiętaj jak najwięcej".

I nie, Piotruś w żadnym stopniu nie był upośledzony umysłowo. Gdy już się uspokoił i mamusi nie było widać w pobliżu, to normalnie gadał, opowiadał, gdzie chce iść na studia, co chce robić w przyszłości. Tyko jak w rozmowie trzeba było podjąć jakąś decyzję, zdecydować się na coś, to już występowała panika i zdanie "to ja pójdę i zapytam mamy". W końcu nie dało się wytrzymać i padło pytanie - czemu ty tak o wszystko pytasz mamy, masz przecież 19 lat, jesteś pełnoletni, możesz decydować sam o sobie. Piotruś po chwili zastanowienia stwierdził, że od zawsze mamusia podejmuje za niego wszelkie decyzje i jemu jest tak po prostu łatwiej.

Rozumiem, że nie każdy musi znać na pamięć PESEL (chociaż to bardzo przydatne) czy być mistrzem w pisaniu podań, jednak w dzisiejszych czasach jest internet, gdzie wszystkie wzory można znaleźć, a i w szkole i na studia już kilka podań w różnych sprawach trzeba napisać. A dostęp do internetu chłopak miał, bo pokazywał mi wiadomości pomiędzy nim a sprawcą, które wcześniej wymieniali.

policja

Skomentuj (27) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 177 (185)

#84525

(PW) ·
| Do ulubionych
Pracuję w policji. Jakiś czas temu przyszło mi zamienić uroki patrolowania ulicy na papierki. Mimo to zdarza mi się jeszcze jechać na interwencję czy kolizję.

Dziś chcę napisać dwie historie o zupełnie niesamodzielnych dorosłych ludziach, czyli efektach nadopiekuńczości. Z założenia, zgodnie z naszym prawem, w sprawach karnych osoba od 15. roku życia może być przesłuchana bez rodzica, natomiast od 17. roku życia odpowiada jak dorosły. Tak że zawsze wychodzę z założenia, że osoba, która ukończyła 18 lat, jest przygotowana do samodzielnego życia, radzi sobie w kontaktach z różnymi urzędami, potrafi napisać najprostsze podanie itd.

Część druga:

Kasia. Kasia ma 26 lat, dziecko i zerowe pojęcie o odpowiedzialności. Kasia mieszkała z ojcem (matka zmarła parę lat temu). Między nimi nie ma najlepszych relacji, Kasia zarzuca ojcu, że się jej czepia, natomiast ojciec, jedyny żywiciel rodziny, który pracuje od rana do nocy jako przedstawiciel handlowy, narzeka, że Kasia nic nie robi w domu, nie sprząta, nie gotuje, nie pierze, nie pracuje, tylko internet, koledzy i imprezki.

Kasia dziecko ma z Krzyśkiem. Jak byli razem, to on miał się nad nią znęcać, wyzywać i bić. Czemu nie odeszła? Bo mama zabroniła, powiedziała, że on dobry chłopak i ma z nim być. No i Kasia z Krzyśkiem była. Fakt, wyzywał ją, gdy ta wracała do domu o 3 nad ranem, podwieziona przez "kolegę" i bił ją, znaczy odpychał, gdy ta go uderzała po ciele, bo nie chciał słuchać jej tłumaczeń, ale to on był zły i tyle.

Co z dzieckiem, zapytacie? Dziecko ma dziś około 3 lat i jest już na stałe u swojego ojca. Gdy Kasia chciała poimprezować, to bez żadnej informacji podrzucała dziecko do Krzyśka, nie patrząc, czy jedzie on do pracy i czy ma się nim kto zająć. Gdy Krzyśka nie zastała, to była wielka pretensja, że nie chce on się zobaczyć z dzieckiem, mimo że nie był to wyznaczony przez sąd termin. Gdy Krzysiek odwoził dziecko Kaśce, to zaraz była awantura, ona zarzucała mu, że nie chce dziecka, on, że ona jest nieodpowiedzialna. Kasia wówczas wzywała policję, opowiadając, jak to on ją uderzył, wyzywał i wyrywał dziecko. Świadków jakichkolwiek brak, słowo na słowo, zawsze mówiliśmy, że może przyjść, złożyć zawiadomienie o znieważeniu czy naruszeniu nietykalności cielesnej.

W końcu po jednym takim podrzuceniu dziecka przez tydzień Kasia nie znalazła czasu, aby po dziecko pojechać ani ustalić jakiś termin odebrania go, gdyż albo ciągle pijana, albo musiała odespać, albo jest gdzieś w Polsce i czemu on jej przeszkadza, przecież też jej się należy odpocząć. Krzysiek się wkurzył, złożył do sądu sprawę o przyznanie jemu opieki nad dzieckiem, o czym ją poinformował. Kasia wtedy do nas zadzwoniła i chciała zawiadomić o porwaniu rodzicielskim.

Minęło około pół roku, przez ten czas zero interwencji, zapomnieliśmy o Kasi i jej problemach. Nagle Kasia staje w drzwiach. Bo ona chciałaby złożyć te skargi, o których my jej mówiliśmy. Czemu akurat teraz? Bo jej się przypomniało, akurat miał ją kto do nas przywieźć, bo tak to ona biedna, autobusu nie ma... no i za tydzień jest sprawa w sądzie o alimenty, a Krzysiek niedobry, to chce złożyć. Po przedstawieniu jej całej procedury sprawy w trybie prywatnoskargowym, w tym poinformowaniu, że sprawa w sądzie ruszy dopiero po uiszczeniu opłaty, Kasia zrezygnowała.

Z Kasią było mi dane rozmawiać jakieś dwa miesiące później, gdy wezwała policję, bo ojciec "znalazł se jakąś babe" i ta się chce rządzić w domu. Ojciec przyznał, że chce sobie ułożyć życie, pani jest z drugiego końca kraju, ale ma do tego prawo. Kobieta wzięła się za mieszkanie, wysprzątała pokoje (oprócz pokoju Kasi, bo ta sobie nie życzyła ruszania jej rzeczy przez tę ku..., a w pokoju porozwalane zabawki dziecka po podłodze, przykryte kurzem, bo przez kilka miesięcy od kiedy dziecka nie ma, Kasia nie znalazła czasu, aby to pozbierać), poprała, poprasowała, teraz dba o dom, gotuje obiady, dokłada się ze swoich pieniędzy w jego utrzymanie. Pomiędzy kobietami dochodziło do nieporozumień. Kasia nie mogła zrozumieć, jakim prawem obca baba rządzi się w jej domu, a druga strona nie mogła zdzierżyć, że młoda dziewczyna nic w tym domu nie robi.

W trakcie rozmowy z Kasią padło pytanie, czemu nic w domu nie robi, na co odpowiedziała, że jej się nie chce i jest zmęczona, bo zazwyczaj wraca około 3-4 do domu z imprezy. Ponadto twierdziła, że nie pracuje, bo dziecko było. Na wiadomość, że dziecka nie ma u niej już kilka dobrych miesięcy, ta wzruszyła ramionami i stwierdziła, że będzie musiała czegoś poszukać. Ale we wsi to roboty nie ma, a do miasta dojechać daleko, autobusów nie ma, znaczy są, ale rzadko. Samochód na podwórku stoi, ale trzeba go podreperować i zatankować, Kasia swoich pieniędzy nie ma, a z ojcem się kłóci. Na stwierdzenie, że cała jej wieś i wszystkie okoliczne są w takim samym położeniu i ludzie sobie jakoś radzą, że zawsze można się z kimś dogadać na dojazdy albo podejść czy podjechać rowerem te 2,5 km do głównej trasy krajowej, gdzie autobusy często jeżdżą, Kasia stwierdziła, że latem za gorąco, a zimą za zimno, a jesienią i wiosną to pada. Ale solennie zapewniła, że CV ma zamiar pisać.

Po jakimś miesiącu znów rozmawialiśmy. CV nie ma, bo koleżanka miała jej napisać, a nie napisała, ona sama nie umie. W internecie wzoru znaleźć nie może, bo nie ma programu do pisania, więc CV nie ma i nie będzie.

Po którejś awanturze Kasia zebrała się i wyprowadziła. Gdzieś podobno mieszka kątem u znajomych. Miała załapać pracę, wynająć jakiś pokój. Jej koleżanka załatwiła jej pracę na kasie w supermarkecie. Kasia wytrzymała... 7 godzin, po czym stwierdziła, że robota dla niej za ciężka i za mało płacą.

I tylko Krzysiek czasem do nas dzwoni i pyta, co ma zrobić, gdy na ustalone widzenia Kasia nie przyjeżdża, a potem wydzwania do niego pijana, że on jej ogranicza kontakt z dzieckiem i poda go do sądu...

policja

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 272 (280)

#82431

(PW) ·
| Do ulubionych
Piekielni obywatele...

Jadę sobie dziś rowerkiem do pracy. Droga podzielona na część dla pieszych i dla rowerzystów. Wszystko się zgadza dopóki na mojej drodze nie zastaję... samochodu. I to nie byle jaki - SUV nowszej generacji, w samochodzie Pan Kierowca [PK]. Gdy już byliśmy koło w zderzak to PK zaczął wycofywać powoli. Po chwili otwiera okno i z telefonem przy uchu pyta mnie, na jakiej on się ulicy znajduje, bo dzwoni na numer alarmowy, bo został pobity. Cóż... instynkt policyjny się odezwał, jednak nie zdradzając się zbyt mocno, delikatnie dopytuję się, o co chodzi. PK trochę do mnie, trochę do słuchawki opowiada, jak to został brutalnie pobity przez dwóch mężczyzn, którzy oddalają się w przeciwnym kierunku. A on jest inwalidą I grupy i jak to tak można?!

I rzeczywiście widzę idących spokojnie spacerkiem dwóch mężczyzn [M], jakoś nie uciekają. PK dalej lamentuje do słuchawki, więc ja podjeżdżam do M, legitymując się proszę, aby poczekali do przyjazdu patrolu, żeby wyjaśnić sprawę. M opowiedzieli mi, jak to PK SUV-em jechał sobie drogą przeznaczoną jedynie dla ruchu pieszych i rowerzystów z dość dużą prędkością, o mały włos ich nie potrącają. Jeden z nich dość wyraźnie okazał swoje niezadowolenie, przez co PK wyszedł i panowie w paru słowach i kilku poszturchiwaniach wyjaśniali sobie, co komu nie pasuje, następnie się rozeszli. PK do samochodu, a M dalej przed siebie.

Kto był piekielny? Sądzę, że PK, który jak się potem okazało wcale nie miał grupy inwalidzkiej, a zamiast tego był orzecznikiem w ZUS-ie... taki szczególik, jednak uznał, że jest ponad przepisami prawa i znaki go nie obowiązują.

kierowcy

Skomentuj (5) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 234 (244)

#79703

(PW) ·
| Do ulubionych
Dziś chcę poruszyć jeden szczegół, z którym spotykam się w historiach na tym portalu i irytuje mnie on coraz bardziej.

Chodzi o stwierdzenie rozpoczynające lub kończące historię:
"to mój pierwszy wpis, przepraszam za błędy, bądźcie wyrozumiali". Aż chce mi się zapytać - to przy drugiej/trzeciej/entej historii błędów nie zrobisz? Do którego wpisu można robić błędy?

Każdy robi jakieś błędy, to normalne, literówki zdarzają się bardzo często, jednak do tego się nie czepiam. Jednak jeśli ktoś nie czyta przed wysłaniem najeżonej błędami historii lub w przypadku wątpliwości nie sprawdza prawidłowej pisowni, to już dla mnie szczyt lenistwa.

Dbajmy o nasz piękny, lecz trudny język. Nie dajmy się stłamsić "madkom kture majom horom curkie i nie wiedzom o co fszysdkim hodzi z tom ortograwiom". Bądźmy dumni, że umiemy posługiwać się naszym pięknym językiem już od pierwszej historii na piekielnych.

piekielni

Skomentuj (38) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 232 (344)

#76828

(PW) ·
| Do ulubionych
Pracuję w policji. Jakiś czas temu przyszło mi zamienić uroki patrolowania ulicy na papierki. Mimo to zdarza mi się jeszcze jechać na interwencję czy kolizję.

Historia z Nowego Roku. Moja służba skończyła się o 6:00, było co robić, więc i zmęczenie mnie po pracy zmogło. Około godziny 7:30 z pierwszego snu wyrywa mnie telefon. To N., studiowaliśmy razem jakiś czas temu, obecnie nazwać nasz kontakt sporadycznym to duże nadużycie. W skrócie - N. dzwoni jak coś chce. Odbieram i słyszę słowotok:
[N] No cześć, Vigi - wszystkiego najlepszego w Nowym Roku - sprawę mam i musisz, ale to MUSISZ mi pomóc!
[V] O co chodzi?
[N] A bo wiesz, Sylwester, popiło się, ale niewiele, jakiegoś szampana, parę kieliszków, ale to wcześniej, a teraz jest potrzeba jechać, no muszę no, myślisz, że już mogę jechać? Ile mam we krwi? No chyba umiecie coś takiego wyliczyć! A jak nie, to o której mogę ruszyć? Bo najlepiej to teraz, a wiesz co? To może ty mnie ubezpieczaj, jak mnie złapią, to ja do ciebie zadzwonię i z nimi pogadasz, żeby mnie puścili, bo się przecież przyjaźnimy, prawda?...
[V] N., jest NOWY ROK! jest po 7:00, a ja śpię... Jak się piło, to się nie jeździ! Siedź w domu, prześpij się, albo znajdź trzeźwego kierowcę.
[N] No ale Vigi.... ja muszę! Bo nie ma komu!
[V] N., to nie mój problem...
[N] No wiesz? Tak się zachowujesz? A co z naszą przyjaźnią? Jak mnie złapią i prawko zabiorą, to będzie twoja wina!

Tu z mojej strony połączenie zostało zakończone. Czemu o tym dziś piszę? Wczoraj wpadliśmy na siebie z naszym wspólnym kolegą ze studiów. Co mi powiedział? Że N. obrabia mi cztery litery, że ta policja mnie okropnie zmieniła i nie można liczyć na moją pomoc.

Jak to skomentować? Jak najbardziej, jeśli mogę komuś pomóc lub coś poradzić z racji mojego zawodu, to bardzo chętnie pomagam. Jednak nie wezmę odpowiedzialności i nie nadstawię karku za kogoś praktycznie obcego i bezmyślnego. Cała sytuacja do oceny użytkowników.

policja

Skomentuj (25) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 336 (346)

#72019

(PW) ·
| Do ulubionych
Jakiś czas temu przyszło mi zamienić uroki patrolowania ulicy na papierki. Mimo to zdarza mi się jeszcze jechać na interwencję czy kolizję.

Dziś może nie konkretna historia, ale piekielność naszego polskiego prawa. Chodzi o "przymusowe leczenie alkoholików".

Problem wielu rodzin. Głowa rodziny - osoba (zarówno mężczyźni, jak i kobiety) nadużywa alkoholu. Ładne sformułowanie, za którym kryją się najróżniejsze definicje - od coweekendowego chlania, bo "po pracy się należy, cały tydzień haruję, a ty mi zabraniasz się napić?!", do ciągłego rauszu, picia dzień w dzień, braku pracy, awantur, załatwiania potrzeb fizjologicznych pod siebie i wstydu przez sąsiadami.

Tak więc trzeźwa połowa związku, po wyczerpaniu już wszystkich próśb, gróźb, nacisku rodziny, zaczyna szukać pomocy w instytucjach. Gminna Komisja Rozwiązywania Problemów Alkoholowych zaprosi na spotkanie, powie, że osoba pije za dużo i poleci spotkania AA. Co jeśli osoba ma to gdzieś, bo przecież jak twierdzi - nie ma problemu z alkoholem? Ano "przymusowe" leczenie.

Wiecie, jak to naprawdę wygląda? Sąd kieruje osobę na leczenie, zaklepuje miejsce w ośrodku, wyznacza termin i godzinę stawiennictwa w celu odbycia 7-tygodniowego leczenia. Jeśli osoba się nie zgłasza, to my (policja) musimy taką osobę tam zawieźć, trzeźwą i spakowaną na pobyt. A największa piekielność? Taka osoba podpisuje kwit, że nie wyraża zgody na leczenie i często wychodzi z budynku szybciej niż my, zanim podbijemy wszystkie nasze papierki. Taka osoba wraca do domu bez żadnych konsekwencji i dalej ma problem z alkoholem.

Osoby są często nam znane, bo już nie raz z nami jeździły. Zazwyczaj czekają już uśmiechnięte i spakowane, bo "po co mam wydawać pieniądze na autobus, jak wiem, że wy mnie zawieziecie".

W Polsce nie można wyleczyć kogoś na siłę. I mimo że cała procedura trwa dosyć długo, to bez zgody osoby można sobie całe starania wsadzić w... kapcie. Bo konstytucja gwarantuje wolność. Brawo przepisy!

policja

Skomentuj (36) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 196 (220)

#71955

(PW) ·
| Do ulubionych
Jakiś czas temu przyszło mi zamienić uroki patrolowania ulicy na papierki. Mimo to zdarza mi się jeszcze jechać na interwencję czy kolizję.

Dziś historia o pewnym małżeństwie, z którym przeprawy mieliśmy w rożnych konfiguracjach.
Żona to atrakcyjna kobieta koło 40., pracująca jako kelnerka (podobno), często na noce, albo po kilka dni.
Mąż to alkoholik, dostał gospodarkę z hektarami i trzodą po rodzicach, otrzymywał dopłaty z Unii, z których połowa szła na przelew. Facet wykształcony i inteligentny, po trzeźwemu można było z nim pogadać, ale po wódce...

Kłopoty w rodzinie były od zawsze. On pił, awanturował się, potrafił ją i szarpnąć, chociaż najczęściej to po wypiciu spał. Ona korzystając z jego niedyspozycji zostawała po godzinach w pracy, w celach towarzyskich z gośćmi, za co miała napiwki, które pozwalały jej przetrwać miesiąc, w razie gdyby mąż przepił więcej niż zwykle.

Mąż jak się o tym dowiadywał, to znów zapijał smutek i wszczynał awanturę, bo żona mu się puszcza. Interwencje policji kończyły się albo rozmową z mężem na miejscu po której on dopijał w samotności resztkę butelki i zasypiał, albo zabraniem na wytrzeźwiałkę, gdy był bardziej pobudzony. Żona była informowana, że ma się zgłosić na policję aby złożyć zawiadomienie o znęcaniu się. Nie korzystała z tej opcji. Po wizycie policji było kilka dni spokoju. Później od nowa, picie i awantura. Sytuacja jakich wiele w naszym kraju, więc czemu o tym piszę?
By uzmysłowić czytelnikom, że policja czasem w takich przypadkach jest bezradna.

Pani Żona jak pijactwo trwało już kilka dni, szła do GOPSu i żaliła się na swoją sytuację. Panie z GOPSu wysłuchiwały tych historii, użalały się nad nią, sporządzały tzw. Niebieską Kartę dotycząca przemocy w rodzinie oraz pisały zawiadomienie do prokuratury. Prokuratura po rozpatrzeniu zawiadomienia, wysyłała je do nas. My po jego otrzymaniu w ciągu kilku dni kontaktowaliśmy się z Żoną, aby ta stawiła się do nas na przesłuchanie.

I tu zaczynały się schody, bo od jej wizyty w GOPSie do naszego kontaktu z nią mijał około tydzień (droga urzędowa pisma). Po tygodniu małżeństwo już było pogodzone, bo Mąż się przestraszył, odstawił butelkę, zaczął się interesować gospodarstwem i dawać pieniądze na życie. A to jeszcze w ramach bonusu kupił jej jakiś samochód po okazyjnej cenie, a to kuchnie odmalował, teściowi drzewo porąbał, no inny człowiek normalnie. Ona odmawia zeznań, czego my się czepiamy. No to my swoje czynności i tak prowadzimy, chociaż rodzina nie chce się wtrącać, sąsiedzi jak zwykle nic nie widzą, nic nie słyszą.

Po 2-3 tygodniach Żona dostaje od nas decyzję o odmowie wszczęcia dochodzenia albo o jego umorzeniu. I co? I źle! Bo on się wczoraj znowu upił i znowu była awantura i dlaczego my tu nie chcemy jej pomóc... Takich sytuacji było ze trzy. W końcu po poważniejszej awanturze i szarpaninie, Żona zgłosiła w nadrzędnej jednostce znęcanie się, mąż dostał trzy miesiące tymczasowego aresztu. Jednak na pytanie, czy zgłaszała wcześniej znęcanie na policję odparła że tak, wielokrotnie, policjanci z posterunku wszystko wiedzą co się u nich dzieje, ale nic z tym nie robią i nie chcą jej pomóc...

Uprzedzę pytania - Żona dałaby radę się wyprowadzić, sama się utrzymać, co też kilkukrotnie czyniła w przeszłości. Wynajmowała mieszkanie na 2-3 miesiące po czym wracała do męża, bo on złote góry obiecywał, poza tym to mąż, któremu ślubowała na dobre i złe, w zdrowiu i w chorobie...
A tak naprawdę, to po rozwodzie nie miałaby nic. A jak mąż się zapije, to cały majątek będzie dla niej.

Tak więc jak się dzieje jakaś tragedia rodzinna, sąsiedzi nagle chętnie opowiadają co się działo, choć wcześniej "nic nie widzieli", to pytanie "to gdzie była policja? Gdzie były inne organy zobowiązane do pomocy rodzinie?" Wydaje mi się nie na miejscu. Bo byli - bezradni. Ja nic na siłę zrobić nie mogę. Bo czasami się po prostu nie da pomóc.

policja

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 348 (352)

#59238

(PW) ·
| Do ulubionych
Dziś krótko, ale nadal nie ogarniam ludzkiej bezmyślności.

Patrol miasta, godzina ok. 1:30 w nocy, na jednej z posesji w centrum miasta zauważamy wysokie ognisko i czarny dym.
Panowie jakby nigdy nic palili oponę od Stara. Smród nie do zniesienia. Jednak uczestnicy "ogniska" nie rozumieją naszej interwencji:

- Oj tam, oj tam, to tylko opona, wcale tak nie śmierdzi. Różne rzeczy ludzie palą, a wy się jednej oponki czepiacie. Poza tym dym leci nad naszą posesję, a nie gdzieś obok. Szkodliwe czynniki? Toć nie ma ich tam tak dużo. Jeśli wam to tak przeszkadza, to zalejemy wodą. Mandat? Ale za co? To już ogniska na posesji rozpalić nie można?

Ocenę pozostawiam Wam, drodzy czytelnicy. Mi ręce opadły...

policja

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 533 (649)

#59239

(PW) ·
| Do ulubionych
Z serii - czemu ludzie wzywają policję:

1) "Bo żona mnie zdradza..."
Awantura domowa, zadzwonił mąż, ale to żona płacze, jest roztrzęsiona i wystraszona. Mąż twierdzi że żona go zdradza, żona twierdzi że spotkała się w sprawie pracy. Mąż pokazuje nam nagranie jak śledził żonę, zza jakichś krzaków. Żona odstrojona, z dekolcikiem, uśmiecha się do eleganckiego pana, ale jedyne co to elegancki pan całuje ją na przywitanie i pożegnanie w rękę. No ale przecież to jest dowód - żona się puszcza! Żona twierdzi że nie wspomniała o spotkaniu, bo mąż by awanturę wszczął i jej nie puścił... A my jak na meczu tenisa - mąż - żona - mąż - żona. W końcu radzimy państwu terapię małżeńską, a jeśli nie to rozstanie, skoro im tak źle. I tu nagle cisza. Oni się nie rozstaną. Bo jak podzielić majątek? A dzielić byłoby co - wielki dom, psy z rodowodem na zadbanym podwórku, nowe drogie samochody na podjeździe. To czego państwo oczekują od policji? - w zasadzie już niczego...

2) "Bo konie nie dają nam przejść..."
Nowy Rok, a że było w tym roku ciepło tak więc grupa studentów wynajęła sobie na wsi, nad wodą domek. Jednakże jedna para musiała się ulotnić tuż po imprezie, także spakowani zaczęli iść w stronę przystanku. Przy drodze w ogrodzeniu pasły się konie. Widocznie też miały udaną noc, bo stukot kółeczek o asfalt pobudził je i zaczęły stawać dęba. I co robi w takiej sytuacji człowiek? No pewnie że dzwoni na policję... Przyjechaliśmy, dla świętego spokoju podwieźliśmy. Bo podobno właściciel jeszcze bardziej zły niż te konie.

3) "Bo na parapecie siedzi jaszczurka..."
Starsza pani z bloku zadzwoniła że na parapecie od zewnętrznej stronie okna siedzi jaszczurka, a ona się boi. Trudno, pojechaliśmy. Pani czeka na schodach, my staramy się tłumaczyć, że jaszczurka nie jest raczej staruszkożerna i jak sama wlazła to i sama zejdzie. A starsza pani - no jak to? Ta jaszczurka ma z metr długości!! Jak się okazało, sąsiadowi legwan wyszedł na spacer...

policja

Skomentuj (41) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 797 (857)

#56566

(PW) ·
| Do ulubionych
Dawno moje historie nie gościły na portalu. Trochę urlopu, trochę spokoju. Ale dziś dwie historie, z dwóch różnych służb, które łączy jedna osoba - Pani Lekarz Pogotowia [LP]. Po informacji która właśnie do mnie dotarła ledwo siedzę, bo tak mnie trzęsie. Cóż- policjanci też mają uczucia, też przeżywają robotę.

#1
Wezwanie do DPS (Dom Pomocy Społecznej), mężczyzna po alkoholu dostał świra, uderza głową o ścianę, atakuje współmieszkańców. Gdy przybyliśmy na miejsce trzymało go 6 chłopa. Trochę go ogarnęliśmy - kajdanki na ręce, przyblokowane ciało - pielęgniarka dała mu zastrzyk na uspokojenie i koleś powoli odpływa, chociaż jeszcze walczy z nami. Została rozcięta głowa. My gościa wziąć nie możemy, dzwonić po karetkę, niech go opatrzy. W załodze znalazła się właśnie piekielna [LP]. Z pretensją, czemu my go nie weźmiemy (przepisy nie pozwalają - jest on pod opieką DPS, my nie mamy prawa go zabrać bo nie ma podstaw - kwalifikuje się d na Oddział Psychiatryczny, a nie na dołek). Tłumaczymy jej to raz, drugi, trzeci... ALE TO WY POWINNIŚCIE GO WZIĄĆ!!! cóż... chociaż pielęgniarka była ogarnięta i jej tam tłumaczy jak krowie na rowie. Udało się, chyba zakumała. Gościu bełkocze że on się nie da zszyć. I koniec. Nie jest ubezwłasnowolniony, więc ma prawo. [LP] zaciera ręce, zabiera torbę i wio do karetki. A kierownik DPS-u za nią tłumaczyć jej, że on nie może zostać z taką raną na głowie w DPS-ie. Kolejna batalia.

W końcu z wielkim trudem biorą go do szpitala żeby założyć opatrunek i przygotować do transportu na Oddział Psychiatryczny, który jest w sąsiednim powiecie. [LP] żąda od nas, abyśmy asekurowali karetkę, jadąc za nimi radiowozem. My nie możemy podjąć takiej decyzji jako patrol, musi to ogarnąć nasz dyżurny. I [LP] nie może tego zrozumieć. Tłumaczę ja, tłumaczy kolega z patrolu, tłumaczy pielęgniarka, kierowca karetki, lekarz dyżurny, recepcjonistka, sprzątaczka... W międzyczasie koleś z DPS-u zaczyna śpiewać. Oby też nie zaczął jej tłumaczyć. [LP]: Ale jak to? To co ja mam teraz zrobić? Podpowiadamy - kobieto, zadzwoń do dyżurnego naszego i powiedz że jest taka potrzeba. I kobieta dzwoni! hurra! ale do dyspozytora 112... Zaczynamy znowu tłumaczyć że to trzeba do naszego dyżurnego - pan z wąsami co siedzi na komendzie w czarnym fotelu i dzisiejszej nocy rządzi i dzieli zasobami komendy. Patrzy się [LP] na nas podejrzliwie. I nagle się pojawił kolejny problem - jak ona ma się z nim skontaktować? Każde dziecko zna numer 997. [LP] gdzieś ominęła ten etap. W końcu udało się, dyżurny wydał nam dyspozycję, pojechaliśmy i wróciliśmy z nadzieją, że z tą kobietą nie będziemy mieć już nic wspólnego...

#2
... jednakże moje wrodzone szczęście mi na to nie pozwala. Kolejna służba, skład inny, noc andrzejkowa, ludzie się bawią. Jedziemy, patrzymy - facet [F] leży na asfalcie. Podbiegamy do niego - pijany, ale nie żul. Normalnie ubrany, okularki i nowy telefon leżą obok. Nie reaguje na wołanie, oczy jakieś tak dziwnie otwarte. Kolega wzywa karetkę, ja usiłuję złapać kontakt z człowiekiem, ocenić ewentualne obrażenia. Po dłuższej zaczyna się ruszać, wydaje jakieś jęki - dobra nasza - żyje. I nagle dostaje drgawek - nie jestem lekarzem, nie umiem fachowo ocenić czy to padaczka alkoholowa czy coś innego. Po chwili drgawki ustępują, pan zaczyna wracać do świadomych, sadzamy go na chodniku, opieramy o murek, usiłujemy się z nim dogadać. Przyjeżdża karetka. Kto z niej wychodzi? tak.... to ona... [LP]. Rzut oka na siedzącego [F] i jak nie zacznie nas opier...lać (wybaczcie, inaczej tego nie mogę nazwać) po co my wezwaliśmy karetkę skoro człowiek pijany siedzi i nic mu nie jest? [LP] nawet nie obejrzała [F], zadała mu jedno pytanie - i nie, nie brzmiało ono "jak się pan czuje?" czy też "co się stało?". Brzmiało ono "czy podpisze mi pan papier że nie chce pan pomocy lekarskiej i przewiezienia do szpitala?" [F] był już tak w szoku, że nagryzmolił szlaczek wciśniętym długopisem w rękę. I [LP] wpakowała się w karetkę i pojechała. My [F] odwieźliśmy do domu. Gdzie piekielność? Tą informacją która dziś do mnie dotarła brzmi - w poniedziałek [F] zmarł z powodu rozległego krwiaka głowy, który prawdopodobnie powstał w wyniku uderzenia głową w asfalt przy upadku w sobotnią noc.

I teraz siedzę i gdybam - a może jakby [LP] wzięła go do szpitala to [F] by żył? A może my mogliśmy coś więcej zrobić? Jakim cudem taka osoba jak [LP] jeździ w karetce która ma ratować życie innym?

P.S. przypomniał mi się jeszcze jeden dialog ze szpitala w historii #1:
[LP] A gdzie ten opiekun z DPS-u co z nami jechał w karetce?
[kierowca] Pani doktor, ale oprócz rannego nikt więcej z DPS-u nie jechał...

policja

Skomentuj (39) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 703 (751)