Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

zadziora

Zamieszcza historie od: 14 września 2015 - 15:55
Ostatnio: 21 września 2015 - 9:32
  • Historii na głównej: 2 z 2
  • Punktów za historie: 850
  • Komentarzy: 4
  • Punktów za komentarze: 6
 

#68628

(PW) ·
| Do ulubionych
O piekielnym sąsiedzie.
Jak wcześniej pisałam, mieszkam na wsi. Ze wszystkimi sąsiadami byliśmy na per "ciociu" lub "wujku" - prawie jak rodzina.

Miałam super sąsiada, lecz ten kilka lat temu wystawił dom na sprzedaż. Kupił go ok 60-letni miły pan - X. Mama zadowolona rozpowiadała wszystkim dookoła, jakiego to ma fajnego sąsiada. Jak to mówią "nie chwal dnia przed zachodem słońca".

Po jakimś czasie od wprowadzenia się X, zaczęły ginąć rzeczy: z początku wiaderka, potem narzędzia a nawet drewno. To ostatnie nie było może jakoś super ważne, ale drwa były owocowe, specjalnie odłożone na wędzenie mięsa. Ktoś wiedział gdzie je trzymamy, gdyż zwykłe drewno stało na widoku i nie go nie kradł.

Pewnego dnia moja mama idąc do sąsiadki zauważyła w otwartej stodole X parę naszych rzeczy. Poszła do niego i gdy spytała, dlaczego nie spytał o pożyczenie, odpowiedział tylko:
-Pożyczyłem sobie, przecież oddam.
No i oddawał - z początku.

Potem zaczęły ginąć kury, ropa z maszyn i narzędzia z garażu. Jako, że nikt go nie złapał za rękę, rodzice postanowili trzymać wszystko pod kluczem. I tak kradzieże ustały. W międzyczasie kilka razy udało nam się go nakryć, jak buszował po naszym garażu, bo "potrzebował kilku narzędzi". Jak się okazało, do sąsiadów też wchodził bez pytania.

Mamy pod garażem kran z wężem, z którego korzystamy myjąc auta. Kiedy ktoś go używa, słychać charakterystyczny szum w domu. Pewnej nocy ok godz. 3 usłyszeliśmy ów szum. Mama pobiegła pod garaż i co zobaczyła? Nasz sąsiad nalewał sobie wody do dwóch 30-litrowych NASZYCH wiader (nie miał wody i kanalizacji). Okazało się, że to nie było pierwszy raz. Jak mama kazała mu oddać te wiadra, to X zaczął krzyczeć, że jesteśmy sknerami - no cóż, wody to my za darmo nie mamy...

Do szkoły średniej z siostrami jeździłam autobusem, więc z domu wychodziłyśmy po godz. 6. Mama wstawała przed 7, więc nigdy nie zamykałyśmy domu. Raz się zdarzyło, że mama o mało nie dostała zawału. Schodzi do kuchni w samej koszuli nocnej, a tu ktoś niespodziewanie mówi jej "dzień dobry" - to był X, który jak gdyby nigdy nic siedział sobie przy naszym stole.

Mama zaprzestała mówić mu "dzień dobry", kiedy pewnego dnia powiedział do niej:
- Skoro Pani mąż jest za granicą, to ja mogę Pani drugiego syna zrobić.
Przestraszyła się nie na żarty.

Od tej pory nikt od nas nie mówi "dzień dobry". Nikt nie chce mieć z nim nic wspólnego, bo jak z kimś się zakumplował, to nagle tej osobie zaczęły ginąć rzeczy.

Niby od roku jest spokojny i nic nam nie zginęło, ale to może dlatego, że nasz dom teraz jest lepiej oświetlony niż niejedno więzienie, ogrodzenie jest w trakcie budowy, a dodatkowo mama jeszcze planuje kupić psa...

sąsiedzi

Skomentuj (3) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 238 (260)

#68540

(PW) ·
| Do ulubionych
Mieszkam na wsi, a jak to na wsi - każdy ma warzywniak. Mój mieści się za za budynkami gospodarczymi. Z obu jego stron znajdują się domy sąsiadów (jeden po wschodniej stronie, drugi po zachodniej), zaś na północ ciągną się szczere pola.
Niestety sąsiedzi są na tyle oddaleni, że rzadko można zauważyć, jak ktoś krząta się po owej działce.

Moja mama ma już taki nawyk, że jak sadzi warzywa, to wykarmiłaby nimi całe wojsko. Zawsze to da troszkę rodzinie, powie sąsiadom, żeby sobie brali, jak im jest potrzebne, a jak ktoś grzecznie poprosi to i nie odmówi. Zazwyczaj taka osoba zawsze daje w zamian jakąś czekoladę lub jak to na wsi, sama podzieli się owocami swojej roli, których my nie uprawiamy.

Jak to bywa, czasem zdarzają się ludzie, którym praca nigdy rąk nie skalała, a uprzejme zapytanie się dodawało ujmy na honorze.
Pewnego dnia mama zauważyła, że znikają jej kilogramami pomidory z tunelu (tak się u nas mówi, ma metalową konstrukcję otoczoną folią, w której hoduje się warzywa szklarniowe). Raczej to nie był nikt ze znajomych, bo zawsze mamę informowali, jak coś brali, albo byli wcześniej się zapytać.

Tydzień później przyszła do nas sąsiadka i poinformowała, że widziała naszego "dalekiego sąsiada" - cichego alkoholika, jak pakował pomidory kilogramami do reklamówki. Jak się później okazało, sprzedawał je, albo wymieniał na piwo. Co najlepsze, przychodził kilka razy w tygodniu nas odwiedzać, ponieważ dobrze znał się z rodzicami. Jednak mama nic mu nie mówiła, bo go nie złapała za rękę, zaś po jakimś czasie odszedł na inny świat.

System jednak rozwaliła pewna kobieta mieszkająca na końcu wsi. Znana jest tego, że jej synowie częściej mieszkają w więzieniu, niż w domu (zazwyczaj za drobne kradzieże), zaś ona chodzi od domu do domu pożyczać pieniądze (ma też kilka stów u nas długu).
Pewnego dnia zaczepiła moją najmłodszą siostrę (Młoda miała wtedy ok. 8 lat) i wypaliła do niej z takim tekstem:
- Witaj Kochaniutka, czy mamusia w tym roku ma posadzone pomidory dalej w tym samym miejscu?
No cóż, zaradna siostra powiedziała, że odkąd ktoś zaczął kraść nasze warzywa, to mama całkowicie zrezygnowała z uprawy (oczywiście to nieprawda :P).

Jakoś od tamtej pory kradzieże się skończyły...

Wieś

Skomentuj (1) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 136 (146)

1