Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

zaszczurzony

Zamieszcza historie od: 1 czerwca 2011 - 18:23
Ostatnio: 3 maja 2018 - 22:59
Gadu-gadu: 11909198
O sobie:

Chcesz poznać szczura bliżej?Bez obaw!Tu bywam:
GG:11909198
www.facebook.com/zaszczurzony - tu FP Zaszczurzonego. ;) Zapraszam. ;)
Mój blog: http://ratgod.blogspot.com/
---
FAQ:
-Czy pójdę na piwo/zaproszę do swojej stacji?
Nie.
-Czy kobieta powinna iść na RM?
Przejdź się po wszystkich miejscach gdzie zatrudnia się RM,sprawdź w ilu zatrudniają kobiety.
-Coś mi się zrobiło-co to?
Nie wezmę odpowiedzialności za twoje zdrowie.
-Dlaczego dziennikarze szukali cię na piekielnych?
Przez jedną z historii.
-Nie przyjechaliście!Czemu!?
RM nie odpowiada za odmowę wysłania karetki.
-Za nieudzielenie pierwszej pomocy coś grozi?
Pierwszej pomocy - nie, pomocy ogólnie Art.162.KK i 93.KW.
-Czemu nie wystawiliście mandatu za bezpodstawne wezwanie?
Ratownik medyczny NIE MOŻE wystawić żadnego mandatu.

  • Historii na głównej: 151 z 163
  • Punktów za historie: 164812
  • Komentarzy: 1826
  • Punktów za komentarze: 15089
 

#11958

(PW) ·
| Do ulubionych
Jak obiecałem. Garstka z "najdziwniejszych i najgłupszych wezwań karetek", w których brałem udział ja lub moi znajomi. Zaznaczę, że każda z osób opisanych poniżej została ukarana mandatem za nieuzasadnione wezwanie pogotowia.

Dodam jeszcze, że dyspozytornia ma obowiązek wysłać nas do wszelkich duszności, urazów głowy, każdego bólu w klatce piersiowej i podobnych rzeczy- ale uwaga, tak jest w większości stacji pogotowia, nie wszystkich, więc to, że u nas jest taki obowiązek nie znaczy, że jak w innym mieście zadzwonisz z rozbitą głową to przyjadą. I podkreślam tu przy okazji, że to nie ratownicy "wybierają" do jakich wezwań jadą, tylko dyspozytornia i do nas nie docierają wszystkie zgłoszenia tylko te "zaakceptowane".

Dla tych, którzy nie wiedzą:
-karetka "S" - czyli specjalistyczna, w składzie lekarz, dwóch ratowników i kierowca (lub lekarz, ratownik i kierowca, który również jest ratownikiem).
-karetka "P" - czyli podstawowa, w składzie dwóch ratowników i kierowca (lub ratownik i kierowca, który także jest ratownikiem).

1. Zgłoszenie eSki: Na parkingu w samochodzie leży mężczyzna. Nieprzytomny, nie wiadomo czy oddycha, ale nie udzielą pomocy "bo nie". Jedziemy najszybciej jak się da, w takich sytuacjach nie ma żartów. Na miejscu okazuje się, że pan przysnął na parkingu za kierownicą czekając na żonę, która jest u fryzjera. Osoba zgłaszająca po prostu zadzwoniła na pogotowie, zamiast zapukać w szybę i sprawdzić czy pan reaguje.

2. Zgłoszenie na eSkę: Na placu zabaw leży poturbowane dziecko, bardzo płacze i jest ograniczony kontakt z nim. Podobno cały zalany jest krwią, ma chyba urazy głowy. Jedziemy. Na miejscu okazuje się, że chłopiec się potknął i ma po prostu zdartą rękę - czyli jeden z typowych urazów dla kilkulatków podczas zabaw. Zanim dojechaliśmy chłopiec zdążył dołączyć do rówieśników żeby bawić się dalej.

3. Zgłoszenie na eSkę: Silny ból w klatce piersiowej i duszności. Jedziemy. Na miejscu okazuje się, że pani po prostu jest przeziębiona i ten ból to ból gardła i pleców przy kaszlu... Pani leczyła się sama bo "nie miała czasu pójść do przychodni", ale nasz czas zmarnowała bardzo chętnie.

4. Zgłoszenie na Pe: Mężczyzna "woła o pomoc", "coś" mu się dzieje nie wiadomo co. Podobno krzyczy bardzo (teraz nasza ulubiona rzecz, czyli diagnozy zgłaszających) "według zgłaszającego ten pan ma zawał serca". eSka była w rozjeździe, więc jedziemy Pe. Na miejscu się okazuje, że pan po prostu jest pijany i... Próbował śpiewać. Wcale nie wzywał pomocy. W przerwie śpiewania powiedział nam, że nic mu nie jest. Po prostu nikt go nie zapytał i już.

5. Zgłoszenie na eSkę: Pan wypadł z okna kamienicy. Jest nieprzytomny. Na miejscu najpierw gapie (których zebrało się całkiem sporo) zgodnie twierdzą, że nic nie widzieli i nie wiedzą, z którego piętra wypadł, a następnie okazało się, że pan wcale nie wypadł z okna, tylko spał pod oknami kamienicy kompletnie pijany.

6. Zgłoszenie na eSkę: Kobieta w ciąży chyba rodzi na przystanku. Jest agresywna, chyba pijana, na pytania o ciąże każe wszystkim "spie*dalać". Na miejscu okazuje się, że pani faktycznie jest pijana i sobie przeżywała jakąś kłótnię z kimś jęcząc i wyzywając. W ciąży nie była, tylko po prostu dość otyła...

7. Zgłoszenie na Pe: Babcia bardzo źle się czuje, ma problem z oddychaniem. Mamy przyjechać szybko bo ona się udusi. Dojeżdżamy na miejsce, wchodzimy do mieszkania, a tam... Tak duszno, okna pozamykane na wszystkie spusty, że nawet my mieliśmy problem żeby złapać trochę tlenu w płuca. Pootwieraliśmy okna, podprowadziliśmy panią do okien i dzięki temu magicznemu zabiegowi pani natychmiast poczuła się lepiej i nagle mogła oddychać i odzyskała prawidłowe kolory twarzy...


Dla nas fajniej jak pacjent jest zdrowy. My nie dźwigamy, nie babramy się we krwi. Dla nas to ułatwienie. Tylko czy fajniej jest dla kogoś, kto właśnie z zatrzymaniem akcji serca lub silnym krwawieniem leży gdzieś na ulicy i czeka na karetkę, ale ona nie może przyjechać bo jest w rozjeździe przy "ważniejszym" przypadku?

I skoro takie zgłoszenia dały radę przejść przez surowe oko dyspozytorni to ciekawe jak "ważne" zgłoszenia do nas nie docierają...

Pogotowie

Skomentuj (31) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 845 (895)

#11855

(PW) ·
| Do ulubionych
Czasami jak czekamy w szpitalu na papiery to rozmawiamy sobie z pracownikami. Koleżanka, farmaceutka, opowiadała nam kiedyś kilka historii z apteki:

Przychodzi mężczyzna, bez żadnego dzień dobry rzuca:
-BamBam poproszę.
Koleżanka zamyśliła się chwilę i odpowiada:
-Afobam jest na receptę, proszę pana. Posiada pan?

Wchodzi kobieta. Rozgląda się, podchodzi do okienka i pyta:
-Czy kobiecie wolno zakupić prezerwatywy?
-Eee... No tak...
-Nie, nie! Kurcze, powinna pani odpowiedzieć, że nie! -tu pokazuje dyktafon- Pokłóciłam się z mężem i muszę mu udowodnić, że mam rację! A powiedziałam, że ja nie mogę bo on mnie wysyła!
Koleżanka nie bardzo wiedziała co ma odpowiedzieć, więc przez chwilę milczała.
-Eh, nic nie rozumiesz.
I wyszła.

Wchodzi kobieta, koło 50.
-Dzień dobry, poproszę Ketoprofen na serce.
-Ale Ketoprofen nie jest na serce... Tylko na reumatyzm.
-Nie. Ja na pewno biorę to na serce.
-Może o jakiś inny lek chodzi? Na pewno Ketoprofen?
-Tak. Na pewno! Przecież wiem co biorę!
-Ale...
-Na serce biorę! Ketoprofen.
-Żel czy czopki?
-Żel. Lepiej działa.
Koleżanka podała opakowanie.
-Tak, to jest to! - krzyknęła. Zapłaciła i wyszła.

I podobno często się tacy zdarzają. :)

Apteka szpitalna.

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 688 (740)
zarchiwizowany
Dziś seria najsłynniejszych i najbardziej piekielnych (dla ratowników) tekstów/zachowań pacjentów.

1. Tabletki.
Wezwanie do jakiejś kobiety. Robimy wywiad.

-Dzień dobry, czy bierze pani jakieś lekarstwa? Lub brała w ostatnim czasie?
-Tak.
-Jakie?
-Żółte, czerwone i białe.
-Ale jakie żółte, czerwone i białe? Jak się nazywają?
-Nie wiem, jedne są w takim kwadratowym opakowaniu, a jedne w słoiczku, a jedne w takim małym...
-Czy to są leki na receptę?
-Tak, te czerwone są. Córka mi przynosi od jej lekarza. Aaa i jeszcze jedne! Ale są takie zielonkawe, wyglądają jak sklejone rzygi!
-Słucham???
-No takie zielone i na nich są różne kropki i wyglądają jak resztki jedzenia.
-Aha... A mogłaby pani mi pokazać te lekarstwa?
-No są w szafce.
-Nie wolno nam grzebać po szafkach. Mogłaby pani pokazać?

Pani drepta do kuchni. Za chwilę wraca z ibuprofenem pabi (czerwone), Rutinoscorbinem (żółte), magnezem z witaminą B6 (białe) i ziołowymi tabletkami na uspokojenie ("rzygowe").

2. Zwierzęta.
Wchodzimy do mieszkania. Biega sobie piesek, bydle to jak smok, jakiś wyrośnięty owczarek niemiecki. Ja stanąłem w progu ponieważ boję sie psów, a kolega wszedł i próbował dogadać się z właścicielką.

-Mogłaby pani zabrać pieska?
-Ale on nie ugryzie! Nasz Tutusiek nie gryzie!
-Rozumiemy i cieszymy się z tego, ale mimo to wolelibyśmy, aby zamknąć gdzieś psa. Mamy na sobie zapachy wielu ludzi jak listonosze czy policjanci, psy czują się dość zdezorientowane przez to i mogą zaatakować.
-Nie, nie. Nasz Tutuś nie!
-Proszę pani, to jest zwierze i w ogóle nie powinno kręcić się w pobliżu ratowników i sprzętu medycznego.

Tu pies zaczyna szczekać. Nikt go nie ucisza... Właścicielka zaczyna podnosić głos, aby było ją słychać.

-Nie! Tutuś nic nie zrobi! On tylko będzie się przyglądał!
-Widzi pani, że pies zaczął szczekać, my możemy uznać to za agresywne zachowanie. Powinniśmy zająć się dawno pacjentem, a użeram się z panią i pani psem! Psa nikt nie ucisza, nikt nie zwraca uwagi, skąd mamy wiedzieć, że pies nie jest agresywny jak nikt go tu nie trzyma, tylko może sobie robić co chce?
-To tylko piesek!
-Raczej bydle z mordą jak kaloryfer...

Pani oburzyła się lekko za nazwanie Tutusia w "tak bestialski sposób" i zaprowadziła do innego pomieszczenia. Czasami negocjacje o zwierzęta zajmują nam nawet 5-10 minut ZANIM dojdziemy do pacjenta.

3. "No bo ja wiem".
U nas w stacji znani jako: "jawiemy". Na takiego pana Jawiema trafiliśmy jakiś czas temu (i co jakiś czas na podobnych trafiamy).
Podczas zbierania wywiadu sugerujemy panu, co może być przyczyną dolegliwości. Ale pan w kółko powtarza "ja wiem, że to nie to jest". Żadne argumenty od logicznych, przez medyczne po fantazyjne nie poskutkowały. Pan "wie" i nie mamy nic do gadania. To po co wzywał karetkę skoro wiedział co mu jest...? Dla przeciwwagi - nie wiemy. Bo dodam, że pogadał sobie, pochwalił się "wiedzą" i nie zgodził się na zabranie do szpitala. Bo wiedział. :)
Często takimi "jawiemami" są przyjaciele lub rodzina pacjenta. To nic fajnego jak nam jakaś babcia czy ojciec zaglądają przez ramię i poprawiają wszystko co robimy. Bo "oni wiedzą co i jak..."

Pogotowie

Skomentuj (21) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 418 (436)

#11895

(PW) ·
| Do ulubionych
Jakiś czas temu mieliśmy piekielną praktykantkę. Znaczy, nie wiedzieliśmy o tym, bo do nas -ratowników- była jak do rany przyłóż. Wszyscy ratownicy i strażacy (nasza stacja pogotowia mieści się w jednym budynku ze stacją straży) latali wokół panienki bo to jedyna kobieta w całej stacji była. ;) Każdy facet był baaardzo chętny żeby biednej, zagubionej praktykantce pomóc przed egzaminami, na wyjazdach. Każdy był niesamowicie chętny żeby ją czegoś nauczyć, douczyć, coś ciekawego pokazać i tak dalej. Generalnie faceci (zwłaszcza ci nieżonaci i nieodziewczynieni) robili wyścigi na wymyślanie jak tu panience pomóc.

Dziewczyna była niesamowicie miła i udawała bardzo niezaradną. Leciały teksty w stylu "ojej, jaka ze mnie niezdara! Czy mógłbyś...?" no i niektórzy na łeb na szyję lecieli pomóc pięknej istocie. Jej ulubionym zajęciem było robienie maślanych oczu. Lubiłem ją mimo, że irytowała mnie brakiem podstawowej wiedzy, co na wyjazdach było nieco kłopotliwe.

Na koniec praktyk każdy z ratowników i lekarzy, którzy z nią pracowali mieli napisać jej ocenę pracy dla szefa i z tego szef pisał ocenę końcową. Wtedy okazało się, że milusia dziewczyna przez cały czas donosiła na nas, że jej nie pomagamy, olewamy ją, nie dopuszczamy do żadnych czynności... A nawet, że jesteśmy potwornie niemili i ona nic się w tej stacji nie nauczyła! Że ona taka mądra dziewczyna, same piątki ma, a my ją od nieuków...
Szef był wściekły, ale w ostateczności uwierzył nam, a nie jej. Wtedy dziewczyna bezczelnie zapytała: czyli nie zatrudni mnie pan na stałe...?

Wygląda na to, że miała nadzieję na zwolnienie któregoś z nas, aby mogła dostać pracę. :) Jak tu zaufać kobietom? ;)

Stacja pogotowia

Skomentuj (43) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 893 (1003)

#11866

(PW) ·
| Do ulubionych
Znów porcja zwierzeń koleżanki farmaceutki z apteki szpitalnej.

Wchodzi kobieta, widać, że 40 kilka lat.

-Dzień dobry...
-Dzień dobry.
-Ja miałam operację... Poważną! Miałam raka szyjki macicy! To poważne...
-Faktycznie, to poważna sprawa.
-I dostałam receptę... Mam mieć te lekarstwa...
-Mogę spojrzeć?
Koleżanka poprzynosiła leki, zaproponowała zamienniki, przygotowała opatrunki. Pani zadała milion pytań. Koleżanka cierpliwie na wszystko odpowiadała.
-Aha, aha... - powiedziała klientka, wzięła worek i zaczęła iść w kierunku wyjścia.
-Przepraszam, musi pani zapłacić...
-Jak to? Ja taką poważną operację miałam! To w ramach niej powinnam dostać!
-Niestety... Musi pani zapłacić.
-Jaka beznadziejna obsługa! - rzuciła worek o ziemię i wyszła.

Każdy by tak chciał dostać wszystko w ramach operacji za darmo...

Apteka szpitalna

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 743 (827)

#11854

(PW) ·
| Do ulubionych
Jestem ratownikiem.

Na wstępie wyjaśnię.
W pobliżu stacji mamy takie trzy fajne budyneczki: sklep, bar i sklepik(kiosk). Wszystko jest jednego właściciela, ale funkcjonuje to jako osobne firmy. Zjeżdżając z wezwania lubimy tam wstąpić albo na zakupy albo do baru po coś gotowego do zjedzenia. Raz właściciel zaproponował nam, że da nam numer do sklepu i do baru i jak będziemy jechać do mamy zadzwonić to nam wszystko przygotują. Miło z ich strony. Wygląda to tak, że jak wiemy, że wstąpimy tam to dzwonimy np. do sklepu, mówimy co jest nam potrzebne i pani nam wszystko odkłada, przychodzimy, płacimy, bierzemy i jedziemy do bazy.

W tej historii piekielny jest facet właśnie w tym sklepie. Jechaliśmy z wezwania i stwierdziliśmy, że mamy pustą lodówkę, a brzuchy domagają się strawy. Na szybko skleciliśmy jakąś listę zakupów, kolega wykonał telefon do sklepu i sprawa załatwiona.
Po zakupy wszedł kolega. I nie wraca, nie wraca... Trochę długo zaczęło to trwać jak na wejście, odebranie zakupów, zapłacenie i powrót.

Zaoferowałem się więc, że pójdę kolegę popędzić. Niestety wdepnąłem w sam środek awantury. Okazało się, że jakiś pan (wcale nie starszy, na oko 40lat), który był akurat obsługiwany, zdenerwował się na kasjerkę gdy ta podała koledze worek z zakupami bo on akurat się zastanawiał nad czymś. Fakt, kasjerka głupio zrobiła, że nie mogła już poczekać tego jednego klienta, ale z drugiej strony to nie był powód żeby się awanturować.

Generalnie pan krzyczał, że kasjerka powinna wiedzieć kim on jest, że on też chce numer i chce żeby "ktoś mu robił zakupy" i podobne. Dobre pół godziny tkwiliśmy w tym sklepie próbując pana uspokoić, w końcu wezwaliśmy policję przez radio. Nie docierało do niego, że to grzeczność ze strony właściciela dla nas.

Nie rozumiem jednego. Tak się ludzie burzą, że robimy sobie zakupy, a jak wpadamy i tylko je odbieramy to problem bo oni też tak by chcieli...

Sklep

Skomentuj (27) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 643 (723)

#12274

(PW) ·
| Do ulubionych
Dostaliśmy wezwanie na karetce P. Kobieta bardzo źle się czuje. Naopisywała od chol... Znaczy, dużo objawów opisywała dyspozytorce, więc ta niezwłocznie nas wysłała.
Nadmienię z pełnym wkurzeniem, że adres tej pani znajdował się na samiutkim końcu naszego rejonu, dojazd ok 7 minut bez korków. Ale grzejemy na sygnale. Bo być może to coś groźnego, tyle tych opisów, objawów i bóli nam przekazali, że wolimy dmuchać na zimne.

Na miejscu wita nas kobieta, lat 35, wyglądająca całkiem zdrowo. Pytamy co boli, co się dzieje. Cały czas mówi:

-Ah, jak boli! I tu mnie boli i tu mnie boli...

Badamy, wymyślamy, mierzymy. Nawet EKG zrobiliśmy. I siedzimy i myślimy, co to może być. No nic, zapadła decyzja, że zabieramy panią do szpitala (może jakieś wyrostek?). My tu nic nie możemy wykryć, a boli i boli. Brzuch normalny, ciśnienie w porządku, serce jak dzwon, temperatura wręcz książkowo idealna, a pani skręca i zwija się z bólu.

W momencie kiedy podzieliliśmy się z panią tą informacją podskoczyła i pobiegła (dosłownie, zerwała się z kanapy i pobiegła) ubrać buty. Wtedy zaświeciła się nam lampka z napisem IDIOCI. Wzięliśmy panią jeszcze raz na kanapę, i badamy te same miejsca. Okazało się, że boli już gdzie indziej. Za chwile badamy znów, boli jeszcze gdzie indziej. Doszło do nas, że pani symuluje... Zaczęliśmy się denerwować bo zmarnowaliśmy 30 minut już.

-Pani nic nie jest! - wyrwało mi się w końcu.
-Jak to nie? Do szpitala muszę jechać!
-Ale nie ma potrzeby jednak.
-Była i nie ma!? Ja chora jestem, boli mnie, o tutaj! I jeszcze tu! - zaczęła wydawać dźwięki jakby miała za chwilę umrzeć.
-Nic pani nie jest, nie wolno nam pani zabrać... Zajmuje nam pani tylko karetkę i zabiera czas!

Przepychanka słowna trwała jeszcze chwilę. Byliśmy już całkowicie wkurzeni.

-Ale ja na COŚ cierpię! - krzyknęła w końcu zrozpaczona.
-Tak, na hipochondrię! - odkrzyknął jej kolega.
-WIDZI PAN! A JEDNAK!

Po chwili jednak dotarło do niej na co cierpi. ;) Kara była już tylko formalnością.

Pogotowie

Skomentuj (30) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 880 (940)

#11581

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia Babsi86 o traktowaniu na porodówce przypomniała mi kolejną historię z początków mojej pracy. Byłem na trzecim roku studiów, dostałem wtedy moja pierwszą pracę w pogotowiu jako ratownik. Jeździłem na eSce w składzie: kierowca (który nie był związany z medycyną), dwóch ratowników i doktor. Jako, że to były moje pierwsze tygodnie pracy to raczej spełniałem taką rolę podaj to, przynieś tamto i generalnie stałem z boku - czyli typowe zajęcia osoby wciąż uczącej się.

Dostaliśmy wezwanie do kobiety, która zaczyna rodzić, "dodatek" do zgłoszenia był taki, że ciąża ta zagrożona była i kobieta leżeć ma, tylko i wyłącznie - w pierwszej chwili zastanawiałem się co przy zagrożonej ciąży robiła w domu? Nieważne. Jedziemy.

Na miejscu lekarz po "badaniu" stwierdził łaskawie, że faktycznie (cytuję): chyba rodzi. Zaproponowałem, że przytacham nosze. Ale lekarz machnął ręką i dodał: eee, nie, sama pójdzie...
Upierałem się przy noszach widząc posturę kobiety, która nie miała z pewnością więcej niż 145cm wzrostu, a więc przy zaawansowanej ciąży była szersza niż wyższa (nie obrażając niskich kobiet!). Lekarz jednak swoje, że "ona sobie przejdzie się do karetki".

Jako świeżynka w tym zawodzie bałem się postawić, a drugi ratownik przez cały czas nawet nie drgnął. Pomogłem pani zejść ze schodów (pierwsze piętro) trzymając ją kurczowo pod ramię. Obok jej - jak zrozumiałem - matka ciężko przeżywa to co się dzieje. Przepuściłem ciężarną pierwszą w drzwiach i... w tym momencie lekarz mnie pociągnął (a raczej szarpnął) za ramię do tyłu i wepchnął się przede mnie. Szedł za ciężarną trzymając rękę na jej lędźwiach i wyraźnie popychał ją, aby szła szybciej. Kobieta kompletnie nie widziała tego co ma pod nogami z racji naprawdę imponującego brzucha i w pewnym momencie potknęła się o taki próg przed furtką od podwórka. Na szczęście się nie przewróciła.

Lekarz dopchnął (dosłownie) pacjentkę do karetki i stali obok... czekając aż podejdę i otworzę drzwi (sic!). Po raz kolejny wepchnął się między mnie, a pacjentkę i czekał aż ona sama wejdzie do środka. Nie wiem czy wiecie, ale dla tak niskiej osoby, w dodatku w ciąży, więc z ograniczonymi ruchami, próg w takiej karetce jest nieosiągalnie wysoki. Widziałem jak kobieta siłuje się żeby postawić w ogóle nogę na podłodze karetki nie mówiąc już o tym, że nie miała żadnych szans się tam wspiąć. Widać było, że lekarzowi całkiem podoba się ten "teatr".

Siedziały we mnie dwie opcje - pomóc jej i narazić się doktorowi (który wsławił się tym, że lubił koloryzować przełożonym nasze niby postępki, przez co mogłem dostać potrącenie z pensji albo w ogóle stracić pracę) czy pomóc biednej kobiecie. Po chwili wahań postanowiłem nie zważać na konsekwencje i podsadzić ją.

W środku pojazdu próbowałem cały czas uspokajać ją i podtrzymywać na duchu, jednak byłem co chwilę uciszany... Po takim stażu pracy już inaczej traktuję uwagi wszelkich lekarzy i pacjentów. Jednak jak tak sobie pomyślę, że jakiś gnojek kiedyś potraktuje w ten sposób moją dziewczynę... Nawet nie chcecie wyobrazić sobie w jakich podskokach by na rękach zanosił moją lubą do tej karetki.

Oczywiście czuję się współpiekielny w tej historii, ale raczej ze strachu niż z wyboru.

Karetka

Skomentuj (27) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 709 (773)

#12047

(PW) ·
| Do ulubionych
Niektórzy już kojarzą, że jestem ratownikiem.
Czytającym może się wydawać, że naciągam swoje historyjki. Pracując już 10 lat w budzie karetki mogę spokojnie stwierdzić, że kompletnie niewiarygodne i głupie wezwania zdarzają się przynajmniej raz w tygodniu na jedną załogę, a 3-4 wyjazdy na dobę są kompletnie niepotrzebne i niezasadne.

Dla tych, którzy nie wiedzą:
-karetka "S" - czyli specjalistyczna, w składzie lekarz, dwóch ratowników i kierowca (lub lekarz, ratownik i kierowca, który również jest ratownikiem).
-karetka "P" - czyli podstawowa, w składzie dwóch ratowników i kierowca (lub ratownik i kierowca, który także jest ratownikiem).

Pierwsze się nawet spodobały, więc wypiszę kilka kolejnych:

1. Zgłoszenie na Pe: Silne bóle w klatce piersiowej. Niemożność złapania oddechu. eSka jest niedostępna, przy innym wezwaniu, więc jedziemy. Na miejscu otwiera nam kobieta, wyglądająca dobrze, więc zakładamy, że to nie pacjentka. Pani nagle się wyrywa:

-Który z panów jest lekarzem?
-Nie ma lekarza, przyjechał zespół podstawowy, w razie potrzeby zabierzemy pacjenta do szpitala.
-Jak to nie ma lekarza?
-Proszę nas zaprowadzić do pacjenta.
-Jak mógł DO MNIE nie przyjechać lekarz!? To JA jestem pacjentką!
-A co pani dolega? Proszę usiąść.
-Nic mi nie dolega! Receptę chciałam! Pada deszcz, mam w TAKIM DESZCZU do przychodni iść!? A wy mi nawet lekarza nie przywieźliście! No szczyt wszystkiego! To skandal, że przyjeżdża karetka, a w niej nie ma lekarza!
-Do czego pani do ch*ja podała bóle w klatce piersiowej!? - wyrwał się mój kolega
-Jak to czego!? Bo inaczej byście nie przyjechali!

Czyli pędziliśmy w deszczu 100km/h, łamiąc wszelkie przepisy drogowe, przez środek ronda wyjeżdżając na czerwonym świetle ponieważ pani chciała receptę... A na koniec zrugała nas, że do niczego się jej nie przydaliśmy.

2. Zgłoszenie na Pe: Dziecko wpadło do basenu i uderzyło główką o kafelki. Wymioty, ból i zawroty głowy. Jedziemy. Na miejscu dziewczynka faktycznie wygląda słabo, blada, cały czas wymiotuje. Choć naszą uwagę przyciągnęła rana, która jak na chwilę po wypadku była całkiem zeschnięta, dziewczyna również niezbyt mokra. Pakując dziecko do karetki wypytujemy matkę, co się stało. W swojej opowieści wymknął jej się jeden, bardzo "nieistotny" szczegół... Mianowicie, wypadek ten miał miejsce... Dzień wcześniej! Ale matka myśląc, że córce przejdzie nie zapewniła jej opieki medycznej...

3. Zgłoszenie na eS: Bardzo silne bóle brzucha, wymioty, zawroty głowy, omdlenia. Z takim opisem zadzwoniła jedna pani, do której natychmiast nas wysłano. Na miejscu okazało się, że pani od trzech dni ma biegunkę. Na pytanie dlaczego nie poszła do lekarza, bo do tego pogotowia się nie wzywa (tym bardziej, że wcale ani nie wymiotowała, ani nie mdlała, ani nie miała zawrotów głowy...) odpowiedziała nam, że... Nie chciało się jej ubierać żeby pójść do przychodni.

4. Historia, którą opowiedział mi kolega. Zgłoszenie na Pe: Opuchnięte ciało, prawdopodobnie silny wstrząs anafilaktyczny (występujący przy atakach alergii, może być powodem bezpośredniego zagrożenia życia). Z braku eSki jadą Pe. Na miejscu okazuje się, że pani była na grillu i komary strasznie pogryzły jej ręce i nogi. Alergii nie miała, ale myślała, że jak tak powie to przywiozą jej jakąś maść na te pogryzienia...

5. Kolejna historia kolegi. Zgłoszenie na Pe: Ciężarna ma skurcze, krwawi. Jadą. Na miejscu okazuje się, że pani nie rodzi, ale ma termin za trzy dni i chciałaby żeby ktoś zawiózł ją i jej męża do szpitala... Na wyraźna odmowę ratowników pani wpada w szał. Koledzy tłumaczą, że skoro nic jej nie jest, nie będą jej wieźć do szpitala, a nawet gdyby była konieczność, to by nie zabrali jej męża. Musiałby on dojechać we własnym zakresie. Tu kolejna fala oburzenia. Szkoda, że nikt nie pomyśli, że w razie wypadku karetki ubezpieczeni są tylko pracownicy i pacjent, ale mąż pacjentki niekoniecznie... Już oczywiście pomijając, że taka buda to mała przestrzeń i w razie potrzeby nagłej pomocy dodatkowo osoba BARDZO krępuje ruchy i zastawia dojście do sprzętu medycznego.


Uwierzcie, że czasami jak dojeżdża się do takich wezwań to stają nam łzy w oczach. My naprawdę narażamy życie żeby dojechać na sygnale. Pomijam kwestię, że ktoś NAPRAWDĘ potrzebujący w takiej sytuacji musi czekać aż karetka się zwolni lub dojedzie inna z innego rejonu (co zajmuje jej dwa razy dłużej o ile jest dostępna ponieważ karetki z innego rejonu w pierwszej kolejności przyjmują zgłoszenia ze swojego rejonu).

Pogotowie

Skomentuj (62) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 870 (926)

#11565

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia raczej zabawna.

Kilka lat temu w pracy dostałem potwornego zapalenia ucha. Tzn. pobolewało już wcześniej, ale zignorowałem objawy - jak to się mówi, szewc bez butów chodzi.

W pewnym momencie zobaczył mnie szef, ja ze łzami w oczach z lekko spuchniętą twarzą. Natychmiast kazał mi wracać do domu i iść do lekarza. Nie miałem siły się nawet przebierać, więc zostałem w mundurze ratownika. Zadzwoniłem do kolegi żeby po mnie przyjechał (tego dnia samochód wzięła moja dziewczyna, która nie mogła akurat mnie odebrać, a rano do pracy po drodze zabrał mnie kolega ze zmiany). Zajechaliśmy do szpitala.

Po drodze łyknąłem sobie troszkę świeżego powietrza i nabrałem normalnych kolorów twarzy, więc siłą rzeczy wyglądałem lepiej.
Wszedłem z kolegą na oddział chcąc pójść do znajomego lekarza, który akurat miał dyżur, a dzwoniłem do niego po drodze, że na chwilę wpadnę. Na korytarzu jednak zaczepiła mnie pielęgniarka.
J - ja, P - pielęgniarka, K - kolega.

P - (zwracając się do mnie) Ja już wezmę pacjenta.
J - Ale nie, nie.
P - Tak, tak. Ja wezmę.
J - Nie rozumiemy się, ktoś inny jest pacjentem, nie ten pan.
P - Taaak? - rozejrzała się jakby szukała trzeciej osoby z nami.
J - Proszę pani, ja jestem pacjentem. Mam chyba zapalenie ucha.
P - Jaaasne, jaaasne. Wy to zawsze musicie sobie jaja z nas robić!
J - Proszę pani, mam zapalenie ucha, przyszedłem do doktora X.
P - Nie dam się nabrać! Bo później znowu będą krążyły legendy po karetkach o głupiutkich pielęgniarkach! (do kolegi) Proszę za mną.
K - Ja go tylko przywiozłem bo nie miał jak przyjechać.
P - Pewnie! Bryczką zrobioną z dyni na pewno! Nie dam się nabrać!! Sami sobie radźcie jak nie chcecie pomocy!

I poszła. Wygląda na to, że ratownicy robią sobie wyjątkowo często żarty z pielęgniarek na tym oddziale. ;)

Szpital

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 813 (905)