Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

#84083

(PW) ·
| Do ulubionych
W lipcu ubiegłego roku miałam operację. Nie pierwszą, nie ostatnią pewnie.

W szpitalu byłam szaleńcze trzy dni, bo zabieg robiony był metodą laparoskopową. W tym czasie wyszłam na piekielną pacjentkę.

Po pierwsze, śmiałam pytać, kiedy mam zabieg. Dwa razy! I nie żebym krzyczała czy się wygrażała. Ot, jak łaziłam po korytarzu, podeszłam do kontuaru z pytaniem, czy coś wiadomo.

Miałam mieć operację drugiego dnia po przyjściu, ale od samego rana przyszedł lekarz z hasłem, że oni mają jakiś nagły wypadek i nie mogą mnie wziąć na stół. Pójdę pod nóż za kilka godzin.

Ok, nie problem, ratowanie życia ważniejsze. Tylko mijały godzina za godziną i zero informacji, a ja bez jedzenia, picia i w papierowej torbie.

W końcu po południu wzięli mnie na stół. Spoconą (sens kąpieli w odkażaczu stracił znaczenie) od papierowej torby i zdenerwowaną (po to podaje się głupiego jasia rano przed zabiegiem, żeby pacjent się nie denerwował, ale po takim czasie przestał u mnie działać). Anestezjolog była zła, że mnie tak późno przywieźli, bo teraz musi mi podać dodatkowy środek uspokajający. Poszło gładko i szybko.

Druga piekielność wynikła sama z siebie.

Nie mogę przyjmować paracetamolu, bo reaguje z lekami, które przyjmuję. Wpisałam to w dokumenty przy przyjęciu, mówiłam pielęgniarkom i jeszcze anestezjologowi przed zabiegiem.

Gdy wjechałam po operacji na salę, gdzie leżałam, czekała na mnie mama. Gadałyśmy przez chwilę, w pewnym momencie doczytała, że kroplówka, którą mi podłączyli to paracetamol.

Poszła po pielęgniarkę, ta szybko przyszła i zdjęła kroplówkę, przepraszając. W sumie tragedii nie było, bo uczulona na niego nie jestem. Tylko moje stałe leki słabiej działały.

Z tego wyszedł kolejny problem. Jestem oporna na leki. Od dziecka każdy następny lekarz rodzinny miał przez to zgryz, jak mi dobrać leki. Zgłaszałam to anestezjologowi, ale nie wierzył. Na pyralginę i aspirynę nie reaguję w ogóle. Po prostu nie i już. Nie działają na mnie. I zonk. Po operacji wszystko mnie boli, a oni nie mają mi co podać. W końcu dostałam jakiś środek na bazie morfiny.

Przez dwie godziny mnie nie bolało, a potem cóż, z boku na bok przebidowałam do rana. Jeszcze rano dostałam przeciwbólowy i przed wyjściem. Dopiero w domu, jak wzięłam Ibuprom, to naprawdę przestało boleć na dłużej. Jedynym zaleceniem na wypisie było zgłoszenie się za 7-10 dni na zdjęcie szwów.

W sumie nie mam pretensji do kogoś personalnie tylko do tego podejścia, że pacjent nic wiedzieć nie musi. Nie dowiesz się, jaką masz temperaturę, co ci podają, czy będą cię cięli, czy nie, bo może masz słabe wyniki. Nie. Bo pielęgniarki tego wiedzieć nie mają, z tego, co mówiły. A wizyta lekarska wyglądała tak, że lekarz wszedł, popatrzył, czy wszyscy żyją i poszli.

Mam nadzieję, że nie będę musiała zbliżać się do szpitala przez kilkadziesiąt następnych lat. I Wam też tego życzę.

Szpital

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 107 (111)

Komentarze

Momencik, trwa ładowanie komentarzy   ładowanie…