Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

Poczekalnia

Tutaj trafiają wszystkie historie zgłoszone przez użytkowników - od was zależy, które z nich nie trafią na stronę główną, a którym się może poszczęścić. Ostateczny wybór należy do moderatorów.
poczekalnia

#86803

~smarkataSmarkula ·
| było | Do ulubionych
Z powodu lockdownu nagle zaczęłam dysponować dużą ilością wolnego czasu i, jak wiele innych osób, zrobiłam porządki w szafie. Niepotrzebnych rzeczy postanowiłam pozbyć się za pomocą apki przeznaczonej w sumie tylko do sprzedawania i kupowania ubrań.

Rzecz dzieje się za granicą, apka działa na zasadzie wrzucenia ogłoszenia z ceną, inni użytkownicy mogą od razu dokonać zakupu lub wysyłać propozycje cenowe, które mogę akceptować lub odrzucać. Zacznijmy od tego, że ciuchy sprzedawałam tanio, tak średnio powiedzmy po 3-5E. Dostawałam świetne propozycje jak sprzedanie za 20-30 centów, gdy propozycję odrzucałam dostawałam często nieprzyjemne wiadomości, przykładowo takie:

-No heeej, 30 centów to za mało? A ile być chciała?
-Myślę, że z 3E mogę zejść na 2,5E.
-eee, to drogo
- no trudno, pozdrawiam
-a ja nie pozdrawiam, głupia krowo

Jestem szczupła i uwielbiam ubrania luźno leżące typu oversize, takie workowate.
Jakaś kobieta zaproponowała odkupienie sporej części ciuchów jeśli obniżę cenę o jakieś 20%. Zgodziłam się, żeby mieć już to wszystko z głowy.
Przy odbiorze zdziwiło mnie, bo kobieta była taka co najmniej na rozmiar 42/44, a wszystko, co sprzedawałam było 34/36. Nie chciałam się wcinać, kobieta zapłaciła i sobie poszła. Napisała do mnie potem, że chce prawie wszystko oddać, bo jest za małe. Napisałam, że przecież rozmiar podałam i sorry, ale od razu widać, że nosi ubrania 2-3 rozmiary większe więc po co kupuje. Odpisała, że no tak, ale sugerowała się wymiarami w pasie i biuście i myślała, że będzie pasować, ale rękawy są za ciasne. odpisałam, że przecież chodzi o rzeczy typu oversize (jasno zaznaczone w każdym ogłoszeniu), więc mimo luźnej formy nadal przeznaczone dla osób noszących 34/36 i dla takich skrojone są rękawy. Baba wysłała mi na maksa chamskiego maila, że ją obrażam, ona nie jest gruba, a rzeczy są brzydkie i brudne i mam je sobie zabrać z powrotem. Nie chcąc się dalej szarpać napisałam, aby odwiozła rzeczy, to oddam jej kasę. To ją poirytowała jeszcze bardziej.

- Żarty, czy co? Przyjedź se sama do mnie, jeszcze się będę do ciebie tłukła!
- Nie przyjadę, mi nie zależy na tym rzeczy zabrać z powrotem, tylko pani na oddaniu ich.
- Bezczelna jesteś smarkulo, oddaj mi w takim razie przelewem
- Nie
- Zobaczymy

Nic dalej się nie zadziało poza tym, że wystawiła mi opinię z jedną gwiazdką pisząc, że jestem chamska, ciuchy są źle skrojone i nazwałam ją grubaską.

zagranica

Skomentuj (3) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 52 (64)
poczekalnia
Zapisałam się na studia podyplomowe "rozwijające i kwalifikacje zawodowe podnoszące". 3/4 tych studiów jest psu na budę, bo powiela to, czego już się sama nauczyłam albo nauczono mnie na studiach "przedyplomowych", 1/4 kursów to rzeczy faktycznie dla mnie nowe albo podane w nowy sposób, do którego pewnie sama bym nie doszła.
Jeden z pierdołowatych (dla mnie) przedmiotów wymagał wysłania pracy zaliczeniowej do prowadzącej, żeby go zdać. Pracę napisałam, wysłałam i czekałam na ocenę. Przedmiotu nie zaliczyłam, co ciekawe, w polu komentarzy do oceny (gdzie powinna znaleźć się adnotacja, co było nie tak) powitała mnie pustka.
Skrobnęłam mail do prowadzącej, który mogę streścić do postaci "WTF?". Odpowiedzi nie dostałam, za to pojawił się komentarz: nie oddano pracy zaliczeniowej. Cóż... Wysłałam kolejny mail, który tym razem przyjął postać "WTF do ch*ja pana, tu masz babo screen z potwierdzeniem, że tę pracę dostałaś, które mi sama napisałaś 6 tygodni temu!". Odpowiedzi znowu nie dostałam (no coś takiego), komentarz został zmieniony na "praca nie spełnia warunków zaliczenia". Komentarza merytorycznego - gdzie, wg zasad zaliczenia tego przedmiotu, powinnam mieć wypisane, dlaczego i w jakim stopniu praca jest spieprzona - brak.

Przestawiłam się z trybu "to nieporozumienie" na "to jest wał i to wał na moją szkodę, więc nie odpuszczę" i wywaliłam mail, którego do "WTF" streścić już się nie da, a który wysłałam do prowadzącej, kierownika studiów podyplomowych i dyrektora instytutu, przy którym studia są prowadzone. W mailu podniosłam kilka kwestii, które sprowadzają się do dwóch pytań:
1) Dlaczego prowadząca skłamała, że nie dostała pracy, skoro wcześniej potwierdziła, że dostała?
2) Dlaczego przedmiot wciąż mam niezaliczony, skoro to prowadząca naruszyła warunki zaliczenia przedstawione na początku semestru, mianowicie nie oceniając pracy we wskazanym terminie od oddania i nie podając merytorycznego uzasadnienia oceny niedostatecznej w momencie jej wystawienia, do czego była zobowiązana w myśl ustalonych przez samą siebie zasad? Warunki zaliczenia, swoją drogą, zerżnięte słowo w słowo z innego przedmiotu włącznie z literówką, są wiążące dla obu stron, zatem skoro nie doszło do formalnie poprawnej oceny mojej pracy, odrzucam krzywdzącą dla mnie ocenę merytoryczną i domagam się zaliczenia przedmiotu z powodu nierzetelnego wykonania obowiązków przez prowadzącą.

Po tygodniu bez zmiany oceny (ha, ha, ha) i odpowiedzi od którejkolwiek ze stron (hłe, hłe, hłe), czyli w poniedziałek, podreptałam do działu prawnego w Jaśnie Fyrmie, gdzie przy kawce i własnoręcznie upieczonym serniczku zgłosiłam problem, po czym Pani Prawnik, w imieniu partycypującego w kosztach studiów, czyli Fyrmy oraz moim wyrąbała wezwanie do złożenia wyjaśnień i zwrotu opłaty za ten semestr w kwocie proporcjonalnej do wymiaru tego przedmiotu wobec całego semestru, skoro wykonanie umowy świadczenia usług edukacyjnych na podyplomówce jest, w ocenie mojej i Fyrmy, nienależyte. Dodała też zapowiedź zgłoszenia sprawy do komisji dyscyplinarnej dla nauczycieli akademickich i MNiSW, że takie śmierdzące sprawki mają miejsce.

Dzisiaj ocena została zmieniona na trójkę. Komentarza - co za niespodzianka - brak. Ustosunkowania się do wezwania do zwrotu kasy też brak, podobnie jak choćby głupiego telefonu z instytutu z przeprosinami.
Upiekłam drożdżowe z truskawkami i jutro idę pozawracać głowę kobitkom z działu prawnego, bo z czystej złośliwości pociągnę to dalej.

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 79 (97)
poczekalnia
Jestem operatorem koparki, tak słowem wstępu...

Obecnie pracujemy w miejscowości X na mazurach. Droga wąska częściowo prowadzi przez mały "lasek". Budowa oznaczona że są roboty drogowe i ograniczenia. Powiem wam, że nigdy nie spotkałem tylu agresywnych i piekielnych kierowców co tutaj. Są to w większości kierowcy z Warszawy/Gdańska i innych dużych (i mniejszych) miast których to mieszkańcy przyjeżdżają na wypoczynek.

Poniżej postaram się opisać typy tych "kierowców" :

1. Z drogi śledzie! - zazwyczaj jest to tylko kierowca lub cała wesoła rodzinka który dojeżdżając do budowy już z daleka gestykuluje jaki jest zadowolony z tego powodu. Dochodzi do tego mruganie światłami bądź trąbienie. Ostatnio przejeżdżając podszedł do nas kierowca samochodu z wielkim żalem że: Naszym zas***** obowiązkiem jest go puścić.

2. Śpieszy mi się! - tych kierowców jest najmniej (najczęściej kurierzy) ale zdarzają się i tacy, mimo wyżej wspomnianych oznaczeń o robotach i ograniczeniach prędkości Ci kierowcy lekceważą sobie owe ograniczenia i gnają jak opętani swoimi pojazdami, często mieszcząc się na styk między drzewami a sprzętem, nie wspominając nawet o ludziach którzy pracują poza sprzętem.

3. Może się zmieszczę! - ostatni typ jednak najbardziej upierdliwy. Kierowcy którzy próbują się przecisnąć przy drzewach czy nawet w luźniejszym miejscu przy sprzęcie w momencie gdy jest on "w ruchu".

Dla porównania, kierowcy z tej miejscowości czy okolicy potrafią się zatrzymać i poczekać minutę czy dwie do momentu swobodnego przejazdu.

Apel do tychże kierowców:

Dojeżdżając do takich robót, zwolnijcie, zachowajcie szczególną ostrożność bo nie wiecie co operator ma w planach i czy was widzi (w przeciwieństwie do was nie mamy takiego pola widzenia) czy pracownik fizyczny nie wyjdzie wam przed maskę bo was nie zauważy. A jeżeli jest taka potrzeba zatrzymajcie się i wytrzymajcie minutę czy dwie, przez ten czas nie zajmą wam miejsca na parkingu czy plaży. Koparka nie jest mega stabilna więc przeciskając się na styk możecie uszkodzić sobie samochód. Darujcie sobie mruganie i trąbienie bo go też nic nie da.

Miało być krótko ale niestety nie wyszło. Wszystkich którzy doczytali do końca pozdrawiam i życzę miłego dnia!

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 52 (66)
poczekalnia

#86798

~norwaibaser ·
| było | Do ulubionych
Stare dobre piekielności w biurze.

Zanim wybuchł covid, postanowiłem zmienić pracę na taką, w której będę bardziej doceniony. Poprzedni pracodawca zasługuje na własną historię, jednak dzisiaj będzie o czymś innym.

Trafiłem do biura o wysokim standardzie, które usilnie próbuje wpisać się w „korporacyjne zasady”, mimo że do korporacji im daleko, oraz posiada „rodzinną atmosferę". Sam prędzej opisałbym siebie jako korpo-fretkę, aniżeli korpo-szczura, a rodzinę mam w domu, nie w biurze. Atutem jest jednak to, że jest to praca ciekawa, rozwijająca i przede wszystkim dobrze płatna.

Odkąd przybyłem w skromne progi tegoż biura, na każdym kroku można było usłyszeć, jaka to praca w zespole jest ważna. Niby nic złego, prawda? Fajnie mieć zgrany zespół, w którym wszyscy się dogadują, wspólnie pracują, jedzą drugie śniadanie itp. Byłoby świetnie, gdyby nie jedno. Nie ważne jak bardzo się człowiek stara, jak mocno się napracuje, wszystko, ale to absolutnie wszystko, jest wpisywane w osiągnięcia zespołu, a nie pojedynczego Kowalskiego. Prosty przykład: pracownik A wychodzi z inicjatywą poprawienia czasu pracy, zaoszczędzenia kilkunastu minut dziennie, cotygodniowo da godzinę i tak dalej. Wszyscy zachwyceni, pracownik A jest klepany po plecach z nieśmiertelnymi słowami „świetna robota, oby tak dalej!”, po czym pomysł ten idzie wyżej, ale nie jako z inicjatywy tego pracownika, a całego zespołu.

Nic bardziej człowieka nie ściąga na ziemię, niż takie zachowanie argumentowane dodatkowo tym, że osoby dzielące z tobą biuro są bardziej doświadczone. Tak, zwłaszcza pracownicy, którzy siedzą dłużej na danych stanowiskach i przez cały swój okres pracy nie zrobili nic znacznego, raczej żądając wszystkiego, niczym rozkapryszone gwiazdki. Podczas pierwszego miesiąca pracy zostałem zagłębiony we wszelkie instrukcje, działania programów i ogólne zasady. I, o globie złocisty, takiego bałaganu to nie widziałem od czasów, jak moja córka miała 5 lat i organizowała przyjęcie dla pluszaków. Wszystko musiało być uporządkowane na nowo, wszelkie informacje prawne zaktualizowane (i pytania, po co i na co, jakby prawo się nie zmieniało z dnia na dzień, zwłaszcza na całym świecie), a dodatkowe tajniki stanowiska ulepszone. Po wszystkim cały zespół dostał pochwałę, jak to wszystko zostało ogarnięte, a za zamkniętymi drzwiami słyszałem uwagi współpracowników, że niepotrzebnie grzebałem w zmianach, bo teraz będą musieli się interesować wszelkimi informacjami, czy upewniać się, że wszystko jest zgodne z danym prawem.

Może i są to wylewy sfrustrowanego człowieka, ale uważam, że za to wszystko jesteśmy odpowiedzialni my. Pracownicy, którzy jak osły zawsze chcą się wykazać, postarać się w imię nieśmiertelnej umowy na czas nieokreślony i bezpiecznego miejsca pracy. A jedyne co z tego mamy, to stare dobre poklepanie po plecach i sztucznie
miłe słowa.

Pokój, dobrobyt, socjalizm, psia mać!

PS. Uprzedzając komentarze, tak, cały czas szukam czegoś nowego, jednak aktualna sytuacja na świecie nie pozwala, abym mógł znaleźć coś za te same pieniądze i o równie rozwijającym stanowisku.

biuro; praca; korporacja

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 34 (50)
poczekalnia

#86802

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Zostałam dumną posiadaczką szczeniaka. Po spacerze otwieram drzwi od klatki i nawołuję gagatka, bo wszystko ją interesuje i mała łatwo się rozprasza. Zza rogu wyłaniają się dwie panie w zaawansowanym wieku. Zaczynają słodko-pierdząco wołać mojego psa w stylu: "jaki piękny ojej chodź do nas ojejku o boże". Pies na smyczy, ja krzywy uśmiech. Wołam dalej psa. One też. Pies głupieje. Patrzy na mnie, na staruszki, znów na mnie. Macha ogonem, skacze, wije się. One dalej wołają. Nie wytrzymuje:
- Czy nie widzą Panie, że próbuje wejść z psem do klatki?
- Ale o co Ci chodzi?! - nawet na mnie nie patrząc, a jedna z nich zaczyna pstrykać palcami i dalej woła.
- Ciężko to zrobić, kiedy ktoś się tak zachowuje i dezorientuje zwierzę.
Na to...
- POJ... ANA GÓWNIARA!!! PIES NA PEWNO TAKI SAM SKORO PODEJŚĆ NIE CHCE! (przypominam jeszcze raz o smyczy)
I poszły.

spacer

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 23 (61)
poczekalnia
Kilka dni temu mój teść dostał szału po zobaczeniu swojego auta. Wyszedł rano z bloku, podchodzi do samochodu, a tu zbita przednia lewa lampa, wgnieciony zderzak, i przerysowany kawałek lewego nadkola. Ewidentnie ktoś wkomponował się w niego czymś sporym, wykręcając na przyblokowym parkingu, i zmył się z miejsca zdarzenia bez słowa.

Teść wkurzony tym bardziej, że jest taksówkarzem, i ledwo co kupił ten samochód do pracy. Miał go od kilku dni, dopiero skończył załatwiać wszystkie formalności, przełożył sprzęt z poprzedniego auta, a tego ranka chciał założyć koguta, i zacząć pierwszy dzień pracy nowym nabytkiem. Krew wartka, i spieniona go zalała, zadzwonił z "radosną" nowiną do mojego męża. Mąż kazał mu przejść się po sąsiadach z pytaniem, czy ktoś coś widział.

Trochę uspokoił teścia niepełnosprawny sąsiad z parteru, który widział całe zajście będąc na balkonie. Teść usłyszał, że auto przyozdobił mu kierowca busa pewnej dużej i znanej firmy kurierskiej, który po szybkim rzuceniu okiem na wyrządzone szkody ... wsiadł do swojego samochodu i odjechał. Sąsiad usiłował go zatrzymać krzykiem, ale niewiele zdziałał. Jednak zdążył cyknąć telefonem fotkę odjeżdżającego busa. To jeszcze nie dawało gwarancji pociągnięcia sprawcy do odpowiedzialności, ale pozwalało przynajmniej żywić nadzieję na jego znalezienie - wszak firma raczej powinna wiedzieć, gdzie w danym momencie był ich kierowca, na zdjęciu widać było rejestrację, a sąsiad dodatkowo opisał mniej więcej jak facet wyglądał.

Po uzyskaniu tych informacji od sąsiada, teść ponownie zadzwonił do mojego męża, poradzić się jak tę sprawę ugryźć, i zdecydować co, i jak dalej robić.
I nagle - cud!
Na parking podjechał sprawca zamieszania. Nie zbyt skruszony, raczej naburmuszony, bo to szef, do którego zadzwonił na wszelki wypadek się wyspowiadać, nakazał mu natychmiast wracać na miejsce, znaleźć właściciela, przeprosić, i wybłagać spisanie oświadczenia, zamiast wzywania policji. Chłopak miał szczęście, bo teść tak się ucieszył z tego, że facet wrócił, że nie robił mu problemów, i odwołał wezwany już patrol. Spisali oświadczenie, teść naprawił auto z oc sprawcy, wczoraj odebrał je z warsztatu, więc sprawa zakończyła się dla niego pomyślnie (nie licząc spodziewanych problemów, i niższej wartości pojazdu przy przyszłej sprzedaży...)

Tak się tylko zastanawiam - o czym myślał ten gość uciekając z parkingu? Naprwdę sądził, że nikt go nie będzie szukał, a jeśli tak, to że go nie znajdą? Uszkodził komuś nie najtańsze auto, jadąc wybitnie charakterystycznym, służbowym samochodem, najprawdopodobniej wyposażonym w urządzenie zapisujące przejechaną trasę, o takiej godzinie, że choć to zadupie, to jednak w koło kręciło się sporo ludzi, dodatkowo tuż pod oknami, więc na bank ktoś to musiał widzieć (i jak wynika z historii - widział), i odjechał goniony krzykiem sąsiada. Poza tym w okolicy są conajmniej trzy kamery monitoringu okolicznych sklepów, i przynajmniej jedna miejska. A popołudniu do teścia zapukał inny sąsiad, z nagraniem całego zdarzenia, zrzuconym na kartę SD, bo jego auto, wyposażone w kamerkę z czujnikiem ruchu, stało obok, i wszystko się pięknie nagrało... Co dodatkowo mnie dziwi, bo na nagraniu widać, że gość obczajając okolicę, spojrzał prosto w obiektyw kamery, doskonale widocznej za przednią szybą, zaklął szpetnie, i szybko wsiadł do swojego samochodu (jak wrócił, to stanął tak, że kamera się nie włączyła, dlatego sąsiad nie wiedział, że sprawa się już wyjaśniła, i przyniósł nagranie). I już wyobrażam sobie poziom zdenerwowania teścia, gdyby szef chłopaka jednak nie kazał mu wrócić na miejsce, tylko musielibyśmy się kopać, żeby uznano winę kuriera (niby nie powinno to być trudne, przy takich dowodach, ale ile niepotrzebnych nerwów by wygenerowało, to wolę nawet nie myśleć). A nawet pomijając to wszystko - gdzie się podziała zwykła przyzwoitość?...

Skomentuj (5) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 60 (64)
poczekalnia

#86800

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Krótka historia o tym, jak można szybko popsuć humor młodej kobiecie i przy okazji się w jakiś sposób dowartościować.
Zawsze byłam bardzo szczupła, typowa xs-ka. W ciągu kilku miesięcy przytyłam zawrotne 5kg. Zaokrągliłam się tu i tam, spodnie zmieniłam na rozmiar większe, ale to tyle...
Co usłyszałam w moim poprzednim miejscu pracy, gdzie miałam (wydawało mi się) fajne relacje z kolegami i szefostwem? Bez żadnego "cześć", tylko od razu z grubej rury:
- Co Ty ze sobą zrobiłaś?
- Co się z Tobą stało?
- Przytyłaś strasznie
I podobne w tym tonie. Wszystko na poważnie. Tak zachowują się ludzie w wieku 30-40 lat i więcej. Po co? Mają satysfakcję, chcą mi obniżyć samoocenę? Dać do zrozumienia, że zrobiłam się nieatrakcyjną kierdą? Idę zamówić plandekę w rozmiarze s, bo chyba nic więcej mi nie pozostało, ale przykro się zrobiło i robi się nadal na samą myśl.

ekspraca

Skomentuj (17) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 21 (47)
poczekalnia

#86795

~Nefertiti ·
| było | Do ulubionych
Mieszkam na wsi, na gospodarstwie. Mam na tym gospodarstwie trzy suki - domowe, śpiące w łóżku.
Jedna z nich - duża, groźnie wyglądająca, z rodziny molosowatych, ma problem z obcymi zwierzętami - żaden obcy pies czy inny nieznany zwierz (np lis)nie ma prawa wstępu, bo powoduje to natychmiastowy atak.
Moi najbliżsi sąsiedzi mają psa - od szczeniaka przykutego łańcuchem do budy. Pies ten (samiec) nieraz już uciekał i zapuszczał się na moje podwórko. Zawsze udawało mi się go wygonić - sam pies mi nie przeszkadza, ale bałam się reakcji moich suk, zwłaszcza tej jednej.

Wczoraj na wiejskiej grupie na fejsbuku pokazały sie zdjęcia psa z podpisem, że ktoś z sąsiadów zmaltretował tego psa widłami w czasie jego ucieczki, i że oni wiedzą kto to... Jak się możecie domyślać, padło na mnie, bo jestem najbliżej i rzeczywiście mam widły.
W czasie, w którym miało dojść do aktu przemocy, na moim podwórku była jakaś psia wija, ale kiedy wybiegłam z domu było już po wszystkim, a ja nie widziałam żadnych niepokojących oznak - sądziłam, że być może pogoniły lisa, albo obcego kota. Poszłam więc wytłumaczyć, że być może to nie sąsiad, być może to moja suka go pogryzła, kiedy przybiegł na nasze podwórko, że jest mi bardzo przykro, ale nie mogę winić mojego psa, który jest u siebie i broni swojego domu.
Nie, to na pewno widły i to mój mąż pewnie zaatakował psa!
Czy muszę mówić, że mój chłop lepiej traktuje zwierzęta niż ludzi? Że mamy całą masę uratowanych od śmierci stworzeń (mniejszych i większych), a do tego, w tamtej chwili nawet nie było go w domu?
Jest wielki, klnie jak szewc i często słychać jak się wydziera na nasze zwierzaki, bo to jego sposób na rozładowanie stresu, ale nigdy żadnego nie skrzywdził.
Poprzedniego ich psa dokarmialiśmy i nosiliśmy wodę w upały, kiedy padał z gorąca przy budzie...

Czy muszę dodawać, że ten nieszczęsny pies, choć mocno poraniony nie był u weterynarza? W zasadzie to nigdy nie był. A szczepienia czy odrobaczenie to w jego przypadku abstrakcja?

Boli mnie w ogóle samo podejrzenie o taki czyn, a już rzucenie tego w eter ze wskazaniem na nas jest po prostu piekielne i okropne.

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 47 (61)
poczekalnia
Jechałam spokojnie ok. 45-55 km/h. Na chodniku z mojej prawej strony równolegle do mnie i w tę samą stronę jechała rowerzystka. Jestem kierowcą, który raczej trzyma się środka swojego pasa, niż jego prawej strony i to rowerzystce uratowało życie.

Przy najbliższym wspólnie mijanym przez nas wjeździe na czyjąś posesję (najwidoczniej czekała na miejsce bez krawężnika) zjechała bez ostrzeżenia na ulicę pomiędzy mnie a krawężnik, zmieniając kierunek jazdy i po ulicy przejechała pod prąd długość do następnego wjazdu na posesję, po czym tym samym chodnikiem pojechała w drugą stronę.


Jadąc nawet te 45 km/h nie byłabym w stanie wyhamować, gdyby wjechała mi centralnie pod koła.


Historia przypomniała mi się tak a propos wiszących wciąż przepisów o pierwszeństwie pieszych mających zamiar przejść przez jezdnię, które miały wejść w życie od 01.07., ale znów wróciły do sejmu.
Jeżeli ktokolwiek z was uważa, że kierowcy jeżdżą za szybko albo wymusza na pasach, bo "ile można czekać aż się ktoś zatrzyma", to niech pamięta, że może i część kierowców właśnie tak się zachowuje, ale epitafium "miałem pierwszeństwo" wygląda kiepsko...

przepisy rowerzyści kierowcy piesi

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 34 (42)
poczekalnia

#86792

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Historii o sąsiadach było już mnóstwo, ale pożalę się jeszcze ja, może ktoś doradzi, co z tym można zrobić, bo wszystkim już puszczają nerwy.

Parę lat temu moi rodzice wybudowali sobie dom pod Krakowem. Z sąsiadami z jednej strony były problemy od początku (próbowali m.in. uniemożliwić budowę), ale w erze dbania o ekologię jestem w ciężkim szoku, że wciąż można odwalać takie rzeczy.

Otóż pan sąsiad jest bardzo biedny (zaledwie dwa samochody na podjeździe jego sporego domu) i nie stać go na opał, więc żeby ogrzać dom (zimą) i wodę (cały rok) pali czym popadnie. Oczywiście śmieciami (jakoś dziwnym trafem jego worki z recyclingiem są zawsze maleńkie, chociaż mają większą rodzinę od mojej, a śmieci zabiera się u nas od wszystkich równie często). Jak skończą się śmieci, to pan zwozi sobie rzeczy, które można spalić - na przykład stare palety czy meble ze sklejki, które potem rąbie na kawałki we własnym ogródku i wrzuca do pieca. Jeszcze zimą pół biedy, bo i tak nie otwiera się okien zbyt często, ale latem nie dało się wysiedzieć.

Oczywiście rozmowy guzik dają, a jak tata poszedł do sąsiada z wydrukiem ustawy to pan był bardzo zdziwiony, że w Małopolsce coś takiego obowiązuje, uważał że tylko Kraków ma takie przepisy. Za to córeczka pana zwyzywała moich rodziców od konfidentów (i nie tylko), bo w pewnym momencie po prostu zadzwonili na policję i zgłosili palenie śmieciami. Nie żeby to coś dało, policjanci tylko przyjechali, poklepali pana po plecach, powiedzieli kto go podkablował i pojechali. Moja mama próbowała ich też zgłaszać do jakiejś eko - interwencji oraz bezpośrednio do gminy, rezultatu zero. Nikt tego nie kontroluje.

Z ciekawostek mogę też dodać, że nad naszym ogrodem wiszą gałęzie wielkiego drzewa rosnącego u sąsiadów i z tym też nie da się nic zrobić, bo jest za wysoko, żeby dało się to uciąć. Z ich ogrodu co roku lecą to nas tony liści, których u nich nikt nie sprząta, bo po co, jak wiatr je zepchnie do nas. A parę dni temu na ich działce pojawiła się sadzonka dębu umiejscowiona jakieś 30 - 40 cm od płotu. Na razie drzewo jest malutkie, ale jak urośnie to będzie do połowy wystawać na naszą działkę.

No i co z takimi można zrobić bez naruszenia prawa? Problem smrodu trochę się zmniejszył, rodzice chyba ich nastraszyli, ale wczoraj do sąsiadów ktoś przywiózł ogromną ilość desek (było słychać jak tym rzucają) i wieczorem śmierdziało znowu, za to dzisiaj przyjechało coś, co zdaniem mojej mamy wygląda na podkłady kolejowe, sąsiad właśnie je z synem przenosi... Pokojowe metody nic nie dają, policja ma gdzieś, gmina nie reaguje, a wszyscy dookoła wdychają ten syf. Nikt się nie chce wdawać z nimi w wojnę, no ale ile można?

Skomentuj (33) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 35 (59)

Podziel się najśmieszniejszymi historiami na
ANONIMOWE.PL

Piekielni