Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

Poczekalnia

Tutaj trafiają wszystkie historie zgłoszone przez użytkowników - od was zależy, które z nich nie trafią na stronę główną, a którym się może poszczęścić. Ostateczny wybór należy do moderatorów.
poczekalnia

#88957

przez ~HiBaby ·
| było | Do ulubionych
Słowem wstępu: z mężem wychowujemy dwóch synów- obie ciąże były bardzo ciężkie, cały czas na zastrzykach z heparyną, zakończone przedwcześnie CC ze wskazań medycznych. Po drugim porodzie zmagałam się jeszcze ponad miesiąc z zatruciem ciążowym.
Lekarz prowadzący jasno powiedział, że dla mojego dobra kolejna ciąża nie wchodzi w grę.

No i przechodzimy do sedna.
Miesiąc temu mój ślubny z grobową wręcz miną oznajmił, że on to wszystko przemyślał i za bardzo zależy mu na dzieciach i na mnie i on podjął decyzję, że podda się wazektomii i ma już termin na za tydzień. Zatrzyma się u brata na noc żeby nie musieć wstawać o 2 w nocy i wróci wieczorem albo nazajutrz. Nie powiem - byłam pozytywnie zaskoczona. No ale przecież gdyby było tak fajnie nie było by historii.
Mąż powiedział po co przyjeżdża tylko bratu ale rozmowę podsłuchała bratowa i w te pędy zadzwoniła do teściowej a ta do mnie z pretensjami, że JA pozbawiam jej kochanego syneczka szansy na posiadanie potomstwa ( no tak bo dwójka zdrowych dzieci to nie potomstwo) i że na pewno go do tego zmusiłam szantażem bo żaden szanujący się mężczyzna by się na to dobrowolnie nie zgodził. No zatkało mnie... Na szczęście mąż wszystko słyszał, wyjął mi telefon z ręki i wyszedł porozmawiać z mamą. Nie wiem co jej powiedział ale chyba się obraziła bo się kobieta do mnie nie odzywa.
Mąż chyba szanującym się mężczyzną jednak nie jest bo zabieg wykonał i jestem mu za to wdzięczna.

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 71 (73)
poczekalnia

#88956

przez (PW) ·
| było | Do ulubionych
Raz na jakiś czas lubię wbić się w garniak i wybrać się wraz z żoną na tak zwany wieczorek degustacyjny do pewnej restauracji w moim mieście. Jeśli ktoś nie wie o co chodzi to wygląda to mniej więcej tak, że zamiast jednego dużego dania otrzymujesz od kilku do kilkunastu małych porcji różnych finezyjnych potraw plus do prawie każdej pasującą, małą lampkę wina. W tle natomiast akompaniuje muzyka klasyczna i w zależności na jakich ludzi się trafi albo po cichu komentują kolejne dania w swoich małych grupach albo trwa ożywiona dyskusja na temat dań, aktualnych wydarzeń i wszystkich innych tematów, które można poruszyć w gronie całkowicie nieznanych nam ludzi.

Dlatego zastanawia mnie co trzeba mieć w głowie aby na taki wieczorek przyjść z dzieckiem. Przecież te małe kreatury już po 5 minutach mają dość, a po 30 wolałyby sprzedać duszę diabłu niż zostać w tym miejscu choćby sekundę dłużej. Tym bardziej, że restauracja wymaga aby dziecko siedziało na miejscu, gdyż wokół gości wciąż krążą kelnerzy roznoszący tace wypełnione gorącymi potrawami lub szklanymi kieliszkami z winem. I aż do wczoraj byłem pod wrażeniem jak rodzice panują nad swoimi małymi diablikami. Aż do wczoraj...

Tym razem trafiła się cicha grupa, więc spokojnie czekałem na pierwsze danie. Jednak już po około trzech minutach młodzik powoli zaczął narzekać na co jego matula zbytnio nie reagowała. Po kilku minutach ktoś postanowił dość znacząco kaszlnąć co zmusiło mamuśkę do reakcji. Znów nastąpiła cisza, która trwała aż do wydania pierwszego dania. Prawie zszedłem na zawał gdy dzieciak z mocą syreny alarmowej wydarł się "Ja nie chcę rosoła! Ja nie chcę rosoła!". Dzieci na tego typu wieczorach w tej restauracji dostają rosół, nuggetsy z frytkami i sałatkę co jest zaznaczone w menu. I według mnie to dobre rozwiązanie bo znajdźcie mi dziecko, które ze smakiem zje topinambur, kałamarnicę czy węgorza. I tutaj wywiązała się rozmowa pomiędzy piekielną mamuśką [M] i kelnerem, którego zaalarmował hałas generowany przez kaszojada [K].

[M]: Ale proszę Pana dlaczego moje dziecko dostało jakiś prosty rosół?
[K]: W przypadku dzieci pojawiających się na naszych wieczorkach mamy osobne menu, gdyż...
[M]: Ale proszę Pana mój syn to poliglota (wtf?) i będzie jadł to samo co my.
[K]: Jednak dania dla dzieci są opisane w naszym menu, dlatego wejście dla dzieci jest tańsze niż dla osoby dorosłej.
[M]: Słabo opisane... Oczywiście dopłacę, chcę aby Marcyś jadł dorosłe dania.
[K]: Oczywiście.

Jak możecie się domyślić Marcyś nie zjadł ani pierwszego, ani drugiego i trzeciego dania również, bo niedobre. Zamiast tego widać było, że kumulowana energia podsycana przez narastającą nudę aż kipiała mu uszami co wyrażał raz po raz jękami niezadowolenia. Po czwartym daniu, którego oczywiście również nie zjadł, pod naporem ciągłych narzekań nasza piekielna mamuśka zmiękła i pozwoliła dzieciakowi "pochodzić" wokół stołów. Na szczęście usłyszała to jedna z kelnerek [K].

[K]: Niestety nie mogę na to pozwolić. Po sali chodzi 6 kelnerów z tacami z gorącym jedzeniem. Musimy zwracać uwagę na tyle rzeczy, że ktoś z nas mógłby potrącić Pani syna i mogłoby to się źle skończyć.
[M]: No to jest jakiś skandal!

W tym momencie mamcia odwróciła się do faceta, który do tej pory siedział cicho.

[M]: Paweł idziemy to jest skandal!
[P]: A mówiłem ci żeby go nie brać, ale się uparłaś. Ja nigdzie nie idę. Masz kluczyki i jedź do domu. Ja zapłacę i wrócę taksówką.
[M]: Pffff...!

No i pańcia zrobiła w tył zwrot i wyszła obrażona wraz ze swoim Marcysiem. Natomiast zdezorientowana kelnerka zwróciła się do męża:

[K]: A co z porcjami...?
[P]: A bardzo chętnie zjem. Przynajmniej się najem bo w domu pewnie czeka mnie piekło.

W tym momencie cała sala buchnęła śmiechem i po chwili wieczorek degustacyjny wrócił do normalności.

A dla osób, które nigdy nie brały udziału w takiej degustacji to bardzo polecam iść chociaż raz. Sam na początku nie byłem przekonany, ale nie żałuję, że dałem się przekonać. Nie wiem czy we wszystkich restauracjach zdążają się takie sytuacje, że uczestnicy zaczynają po prostu ze sobą rozmawiać, ale dzięki temu można poznać naprawdę ciekawych ludzi. A nawet jeśli nie to warto iść dla samego jedzenia. Na bank nie wszystko wam w 100% zasmakuje, ale na pewno większość smaków was zdziwi.

gastronomia

Skomentuj (25) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 152 (158)
poczekalnia

#88954

przez (PW) ·
| było | Do ulubionych
Jestem POZeciarzem (przychodnia od 8-18) oraz NPLowcem ("przychodnia" od 18-8 + weekendy 24h/dobę). Dodatkowo robię staż w szpitalu w ramach specki. Przekrój pacjentów mam od osób z wyższym wykształceniem jak i po niepełnym podstawowym - zazwyczaj najgorsi/najpiekielniejsi są w skrajności obu grup (ale o tym nie teraz).

Po części w nawiązaniu do #88880 i komentarzy do tej historii.

Wbrew temu, co sporo osób pisze: przychodnie działają i przyjmują pacjentów (jeszcze się to udaje). Mamy tyle pacjentów zarówno osobiście jak i na teleporadach, że nie ma czasu niekiedy spokojnie coś zjeść, czy wyjść do łazienki. A to, że rejestracja nie odbiera telefonów jest zazwyczaj winą tego, że w tym czasie rejestratorka i pielęgniarka rozmawiają z innymi petentami.

Nawet nie wiecie ilu dziennie miałem 2tyg temu pacjentów, którzy z objawami przeziębieniowymi się pojawiali w gabinecie.

Najczęściej należeli oni do jednej z dwóch grup:
- objawy mają od rana (lub wieczora), rzadziej 2.-3. dzień, bez leczenia
- są po >7dniach ciężkiej infekcji dróg oddechowych, również bez leczenia... bo Wit C + raz dziennie aspiryna leczeniem nie można nazwać.

Jako, że przyszli to zbieram wywiad i badam ich sumiennie (zgodnie ze sztuką), ale...

Prawie NIKT sam nie wykonał sobie nawet testu antygenowego na COVID-19 który można kupić (a nawet od niedawna dostać za darmo) w aptece, który wykonany w największej wiremii wirusa (jakieś 72h od pierwszych objawów, potem tak naprawdę skuteczność jest coraz mniejsza i nie jest w pełni diagnostyczny) ma MINIMUM czułość 80% przy swoistości 97% (o ile wykonany prawidłowo, dodatkowo ten który ma pogotowie i niektóre przychodnie ma nawet większy) -> jeśli wynik jest dodatni to macie COVID-19 (ja zlecam wtedy wymaz PCR, by było potwierdzenie, bo na słowo nie mogę wysłać na izolację).

Dodatkowo lekarze pracują na bazie schematów leczenia i zaleceń koordynatorów danej dziedziny medycyny (to tak w wieeelkim skrócie) -> zabezpiecza nas to przed błędami oraz systematyzuje pracę (a także zmniejsza ilość eksperymentów na małej liczbie osób jak było z pewnym lekiem w pierwszej fali). Aktualnie według zaleceń KAŻDA osoba z jakimkolwiek objawem choroby dróg oddechowych lub układu pokarmowego (biegunka/wymioty) ma mieć wykonany test w kierunku COVID-19. Po to by jak najszybciej została odizolowana i nie zarażała innych osób a i dodatkowo była monitorowana lub w razie zaostrzenia jak najszybciej trafiła w odpowiednie miejsce (oddział COVID-19 lub zwykły).

Samo to, że zrobicie sobie test wcześniej (najlepiej od razu PCR) daje dla mnie dużo -> zmniejsza mi czas potrzebny na ich ogarnięcie (samo wypisanie zlecenia wymazu to ~4min (jak ma się pacjenta co 10-15min to znacząca ilość czasu)), zazwyczaj wystarczy im przepisać leczenie objawowe, wyjaśnić co mają robić i tyle. A dodatkowo nie przychodzą do przychodni i nie zarażają innych osób które są pod gabinetem z innego powodu -> mimo walczenia by ludzie przychodzili tuż przed planowanym czasem wizyty nadal są osoby (głównie starej daty), które przychodzą na godzinę przed czasem. A im mniej czasu zajmie mi pacjent tym więcej osób będę mógł dodatkowo przyjąć.

Jak wiecie lub nie (patrząc przez pryzmat pacjentów to raczej to drugie) standardowe przechorowanie COVID-19 to ... przeziębienie. Bo SARS-CoV-2 (w skrócie i po laicku) należy do rodziny wirusów, która powoduje przeziębienia, ale ten szczep postanowił zmutować i nasze organizmy z nim sobie do końca nie radzą (czy to reagują przesadnie, czy w ogóle z nim nie walczą). I właśnie problem polega na tym, że mamy ruletkę jak to przechorujemy (każda osoba może się pogorszyć w 7. lub 8. dobie tak, że będzie potrzebowała pilnej opieki w szpitalu). Dlatego powinniśmy się zaszczepić, bo to zmniejsza ryzyko infekcji/powikłań. Właśnie! -> zmniejszy, a nie spowoduje, że będziemy w pełni odporni!

Bo oto argumenty dlaczego pacjenci nie zrobili testu na COVID-19:
- Co roku mam grypę/przeziębienie, tylko antybiotyk mi pomaga -> tak mieliście takie same/podobne objawy jak x lat temu w tym czasie, bo mamy coś takiego jak sezon przeziębieniowo/grypowy i właśnie teraz w nim jesteśmy. I jak to po antybiotyku poprawa? Jak zarówno na WIRUSY przeziębieniowe i WIRUS grypy nie działają antybiotyki? A >95% pozaszpitalnych infekcji dróg oddechowych jest wirusowych! Notabene jak mówicie, że "przeszliście grypę", to zazwyczaj było to cięższe przeziębienie, które obok grypy nie stało. Niezależnie leczenie jest objawowe, antybiotyk jest ewentualnym dodatkiem do leczenia w późniejszym czasie, by zabezpieczyć przed/leczyć nadkażenie uszkodzonych dróg oddechowych. Po wywiadzie typowym dla zapalenia dróg oddechowych następuje badanie (osłuchowo czysto lub niewielkie nasilenie szmeru), dalej zalecenia na leczenie objawowe + numer zlecenia wymazu -> kontakt po wyniku lub po zaostrzeniu objawów.
- TO ANGINA, TRZEBA ANTYBIOTYKU! -> ehh dobra, pacjent/ka 20-60lat; proszę pokazać gardło -> gardło zaczerwienione, migdałki powiększone ale bez ropnej wydzieliny, w wywiadzie dodatkowo suchy kaszel, stan podgorączkowy jedynie, węzły szyjne lekko powiększone, niebolesne, osłuchowo czysto lub niewielkie nasilenie szmeru -> no ma Pan/Pani anginę, tzn zapalenie migdałków (no i ogólnie gardła) bo to właśnie "angina" znaczy. "Anginę paciorkowcową" (gdzie z wyboru daje się antybiotyk) rozpoznaje się po skali Centora a i tak mimo wystarczającej ilości punktów według jej kryteriów (w teorii 4pkt ale z racji braku testów w przychodniach już przy 3pkt uznaję, że zachowane są warunki) tylko ~40% to faktycznie bakteria, ale z racji ryzyka daje się antybiotyk (z ciekawości sprawdźcie sobie ile taka osoba ma punktów). A i objawy zapalenia gardła/migdałków są typowe w odmianie Delta i Omicron -> dalej zalecenia na leczenie objawowe + numer zlecenia wymazu -> kontakt po wyniku lub po zaostrzeniu objawów.
- Myłem/am okna, sprzątałem/am na dworze, pracuję w przeciągu i to dlatego mam objawy przeziębieniowe + bardzo silne bóle mięśniowe -> badanie (osłuchowo czysto lub niewielkie nasilenie szmeru), zalecenia na leczenie objawowe + numer zlecenia wymazu -> kontakt po wyniku lub po zaostrzeniu objawów.
- Jestem zaszczepiony! -> no i co z tego? Znam osoby szczepione 3. dawkami które zachorowały najpierw przed 1. dawką, potem po 2. dawce i na końcu po 3. dawce. Bo mają tak duży kontakt z wirusem, że szczepienie nic nie da -> wystarczy zapytać ludzi pracujących w opiece zdrowotnej -> w większości już co najmniej raz przechorowali mimo priorytetu i kompletu szczepień. Po wywiadzie typowym dla zapalenia dróg oddechowych następuje badanie (osłuchowo czysto lub niewielkie nasilenie szmeru) i potem dalej zalecenia na leczenie objawowe + numer zlecenia wymazu -> kontakt po wyniku lub po zaostrzeniu objawów.
- Ja się tylko osłuchać chciałem, bo mam przeziębienie, a nie COVIDa! -> nosz kurna, w wywiadzie cała rodzina z podobnymi objawami, wywiad typowo przeziębieniowy w badaniu "osłuchowo czysto lub niewielkie nasilenie szmeru" (wiecie czemu to już kilka razy napisałem? Bo w COVID-19 objawy osłuchowe MOGĄ ale NIE MUSZĄ się pojawić lub pojawiają się w okresie rekonwalescencji! Plus nie mają żadnego znaczenia rokowniczego odn przebiegu choroby) + zalecenia na leczenie objawowe + numer zlecenia wymazu -> kontakt po wyniku lub po zaostrzeniu objawów.
- Bo nie chcę być na kwarantannie/izolacji! -No ok, a chodzi Pan/Pani do pracy? -NIE i dlatego chcę zwolnienie! -> kwarantanna/izolacja jest równoważna zwolnieniu lekarskiemu. Jedyna różnica jest taka, że musisz pod groźbą sankcji siedzieć w domu, a nie pojechać mieć dodatkowy urlop na wyjazd na narty/opalanie się na plaży w tropikach w momencie jak cudownie ozdrowiałeś po jednym dniu (miałem takich agentów).

I wiecie co? Ponad 1/3 wyników jest dodatnich. No nie wiadomo czemu... (kolejna fala pandemii?) I zazwyczaj im bardziej ktoś zaprzecza/awanturuje się, tym częściej wynik pozytywny.

I nie, nie dostaję pieniądze za rozpoznanie COVID-19.
Nie dostawałem w POZ żadnego dodatku COVIDowego.
Za szczepienie p/COVID-19 jest płacone jako, że w Polsce za wykonaną pracę trzeba płacić -> a szczepienie mimo, że w POZ i mimo, że w jego godzinach pracy to jest wykonywany przez dodatkowy zespół, który nie zajmuje się pacjentami POZ w tym czasie.
Za konsultację pacjentów z ROZPOZNANYM COVID-19 POZ otrzymywał niewielką kwotę, która szła na badania, które zlecaliśmy pacjentom po chorobie w czasie rekonwalescencji (podejrzenie i wysłanie na test NIE jest płatne).

Ogólnie bez tego jest roboty, bo przeziębień/gryp/Covidów było ~połowa pacjentów a reszta z innymi chorobami. Aktualnie ekipa znowu się wykrusza, bo ponownie zaczęliśmy chorować (BTW pozdrawiam z izolacji, na szczęście skąpo objawowo przechodzę).

A teraz jeszcze rządzący dali nam betonowe koło ratunkowe (w teorii z troski o podatników) i wymyślili, że każdego pacjenta po 60rż mamy osobiście zbadać, nie mówiąc skąd mamy wziąć do tego ludzi, miejsce i czas (a nie, powiedzieli, że mamy brać nadgodziny... gdzie ja brałem nadgodziny w czasie nadgodzin dotychczas...).

A i pamiętajcie, że jak macie wynik dodatni to w ostatnich 72h izolacji skontaktujcie się ze swoim POZ lub NPL -> bo tak naprawdę to decyzja lekarza decyduje o wyjściu z izolacji i najczęściej dostaniecie zlecenie na badania wtedy oraz ewentualne zwolnienie na rekonwalescencję przy ciężkim przebiegu.

EDYCJA: poprawiłem trochę literówek, starałem się zmniejszyć ilość zdań wielokrotnie złożonych oraz dodałem parę rzeczy bez zmiany informacji/sensu zdań.

słuzba_zdrowia ochrona_zdrowia

Skomentuj (16) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 53 (99)
poczekalnia

#88950

przez (PW) ·
| było | Do ulubionych
Chciałabym tu opisać pewną sytuację, choć nie jest to piekielne wydarzenia a raczej piekielny i wg mnie zupełnie nieracjonalny system.

Na przykładzie z mojej rodzinnej miejscowości.

Były sobie dwa małżeństwa.

W pierwszym z nich oboje małżonkowie całe życie pracowali. Mieli też dwoje dzieci. Przeszli na emeryturę. Żona brała swoją, mąż brał swoją.

W drugim pracował tylko mąż, żona żadną praca się nie skalała. I nie, nie była to też tzw. "niewidoczna praca" - nie mieli żadnej gospodarki/pola, ot zwykły ogródek i parę grządek, nie mieli też dzieci - pani była drugą żoną, mąż miał dziecko z pierwszą żoną, ale w momencie gdy się żenił z drugą, dziecko już miało kilkanaście lat i uczyło się w internacie, potem szybko "poszło na swoje".

Tak się złożyło, że obaj mężowie zmarli.

Żona z pierwszego małżeństwa została tylko ze swoją wypracowaną emeryturą.

Żona z drugiego małżeństwa dostała 80% emerytury męża.

Owszem, w obu przypadkach zmalały koszty życia (jedzenie, ubrania dla jednej osoby), ale już koszty utrzymania zostały takie same, nie da się "nagrzać domu dla jednej osoby", czy zaświecić pół żarówki, żeby mniej prądu wzięła.

Dochody żony pierwszej zmniejszyły się o połowę (ona i mąż mieli emerytury porównywalnej wysokości), a tymczasem dochody żony numer dwa, tej niepracującej, zmniejszyły się tylko o 20%.

Uważam to za skrajnie niesprawiedliwe, że osoba, która wypracowała sobie emeryturę, zamiast być w jakiś sposób uprzywilejowana, to jest wręcz karana za to, że pracowała. Nie rozumiem zupełnie, czemu w takich przypadkach małżonkowi, który nadal żyje, nie należy się 80% tego, co dostawał zmarły.

EDYCJA:
Patrzyłam na tę sytuację bardziej z punktu widzenia dochodu na gospodarstwo domowe, ale uważam, że komentarz @clockworkbeast jest bardzo trafny, dlatego go tu dodaję:

"Dochody żony pierwszej zmniejszyły się o połowę (...), a tymczasem dochody żony numer dwa (...) zmniejszyły się tylko o 20%."

Nie.
Powiedzmy że każdy miał emeryturę po 1000 zł.

Pierwsze małżeństwo miało w sumie 2000, czyli 1000 na głowę. Po śmierci męża żona miała tylko swoją emeryturę, czyli dalej 1000 na głowę.

Drugie małżeństwo miało 1000, czyli po 500 na głowę. Po śmierci miała 800 dla siebie, czyli jej dochody nie spadły o 20% tylko wzrosły, i to o 60%.

I owszem, cholernie to niesprawiedliwe.

polska system emerytura

Skomentuj (25) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 51 (77)
poczekalnia

#88942

przez (PW) ·
| było | Do ulubionych
Jak wiadomo w Polsce edukacja szkolna jest bezpłatna i szkoły powszechne nie mają prawa pobierać żadnych opłat. Tyle w teorii, w praktyce są różnego rodzaju opłaty na Komitet Rodzicielski czy zrzutka na papier do ksero.

Swoją edukację rozpoczęłam w latach 90-tych, byłam trzecim rocznikiem, który poszedł do gimnazjum. Do 18 roku życia "zaliczyłam" więc podstawówkę, gimnazjum i liceum. Moja rodzina nie była zbyt dobrze sytuowana. Jak większość rodzin w tamtych szalonych czasach oglądaliśmy każdą złotówkę przed wydaniem. Nie chodziliśmy brudni czy głodni, ale żyliśmy oszczędnie. Czasy gospodarczej niepewności, upadające przedsiębiorstwa, dzikie prywatyzacje i duże bezrobocie to esencja tamtych czasów.

Uczennicą byłam "zdolną ale leniwą", co oznaczało że o pasek na świadectwie starałam się tylko na koniec danej szkoły, czyli 6 klasa podstawówki, 3 klasa gimnazjum i 3 klasa liceum.

Jak wiadomo, na zakończenie roku szkolnego następuje uroczyste rozdanie świadectw najlepszym uczniom, wraz z wręczeniem nagród za wyniki w nauce. Najczęściej to oczywiście jakieś książki, ale ważniejsze od wartości materialnej nagrody są emocje jakie ten młody wyróżniony przy wszystkich człowiek przeżywa ;)

Gdy w 6 klasie podstawówki miałam świadectwo z paskiem wiedziałam, że i mnie ten zaszczyt spotka. Na uroczystej gali zakończenia roku dyrektor wywoływał uczniów od najwyższej średniej i wręczał im nagrody. Siedziałam w emocjach i czekałam, kiedy dyrektor wyczyta moje nazwisko, miałam bowiem średnią 4.9 więc pasek miałam ale nie byłam w szkolnej czołówce. Niestety, dyrektor wyczytał wszystkich wyróżnionych uczniów ale nie mnie... ja dostałam świadectwo zwyczajnie w klasie, tak jak inni uczniowie którzy tego magicznego paska na świadectwie nie mieli. Było mi bardzo przykro, nie wiedziałam dlaczego nagroda za wyniki w nauce mi się nie należała.

Kolejna sytuacja miała miejsce w 3 gimnazjum. Na zakończenie roku znowu wyczytywanie "paskowiczów". Tym razem z podziałem na klasy, bo klas w moim gimnazjum było od A do F i nie w każdej byli uczniowie z paskiem na świadectwie. Dlatego dyrekcja wymyśliła, że będą nagradzać oczywiście "paskowiczów" ale w klasach gdzie takowych nie było to wyróżnią kilka osób z najwyższymi średnimi ocen. Siedzę więc na auli, patrzę jak nagrody otrzymują uczniowie za średnią np. 4.5 gdy przychodzi czas na moją klasę. Świadectw z paskiem było 3, ja i dwie koleżanki... koleżanki zostały wyczytane, wręczono im nagrody, pogratulowano. A ja dostałam samo świadectwo w klasie, tak jak cała reszta... Znowu było mi przykro bo dlaczego inni uczniowie są uhonorowani a ja nie, dlaczego ktoś kto ma niższą średnią niż ja dostał doceniony a ja nie. No ale jako nastolatka szybko to przebolałam ;)

Przyszedł czas na liceum. Rozdanie świadectw w 3 klasie. Znowu wzięłam się do nauki i ten pasek miałam. Sytuacja dokładnie taka sama jak w dwóch poprzednich przypadkach. Mimo, że miałam średnią 5.0 nie należała mi się nagroda, nawet Krzyżaków w twardej oprawie mi poskąpili ;) Ale że to koniec liceum a i człowiek już jakby dorosły to poszłam do wychowawczyni się zapytać dlaczego inni zostali docenieni a ja nie. Wychowawczyni powiedziała, że też nie wie i że to sekretariat ustala, kto otrzymuje wyróżnienie. Poszłam wiec do sekretariatu i tam się zapytałam. Na co babka mi odpowiedziała:

- Przez trzy lata nauki ani razu nie zapłaciłaś na Komitet Rodzicielski. Nagrody są kupowane z tych pieniędzy więc nic Ci się nie należy.

I tak się wyjaśniła zagadka pomijania mnie przy wyróżnieniu najlepszych uczniów. Nie płacisz to nie masz nagrody. Moja mama nie płaciła bo zwyczajnie nie było jej na to stać. Nie płaciła także za mojego brata i siostrę, ale oni paska na świadectwie nie mieli to nikt się nie uskarżał.

Czy w Waszych szkołach też były takie praktyki dosłownie dyskryminujące uczniów ze względów finansowych? Jestem ciekawa jak to u innych wyglądało, bo ja się spotkałam z tym 3 razy. 3 razy byłam uczniem gorszego sortu bo moi rodzice nie płacili na Komitet Rodzicielski.

szkoła

Skomentuj (66) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 64 (110)
poczekalnia

#88940

przez ~StaraMalolata ·
| było | Do ulubionych
Nie wyglądam na swój wiek, kompletnie i wcale. Mam już ponad 35 lat a nowopoznani ludzie dają mi zazwyczaj w okolicach 15. Zwłaszcza jak ubiorę ulubioną bluzę, tenisówki i jeansy. Już dawno przestałam reagować na komentarze ludzi, krzyki niedowierzania i zdziwienie, że mam już trójkę dzieci (jak się możecie domyślić, na porodówce jako puszczalska nieletnia nie miałam łatwego życia).

Jakiś czas temu zrobiłam sobie małe wagary od pracy. Wzięłam wolny dzień, poszłam do fryzjera i na zakupy. Kupiłam super sexy bieliznę (w promocji, a co!) i tak jakoś moje myśli od razu zeszły na małe braki w zaopatrzeniu antykoncepcyjnym ;)

Udałam się więc do sklepu i, poza balsamem, czipsami i paczką lizaków dla dzieci, na taśmę przy kasie wyłożyłam też te nieszczęsne prezerwatywy. Pani byłam dla mnie bardzo miła, gawędziłyśmy sobie jak jeszcze poprzednia klientka chowała zakupy.. Do czasu. W pewnym momencie wykrzyczała oburzona na pół sklepu (a duży to on nie był):

(E)kspedientka: A matka wie co robisz zamiast w szkole być?!
(ja) ...
(E): Potem chodzą takie z brzuchem zamsiat się uczyć! I opieka społeczna Cię będzie utrzymywać z moich podatków!!

Tak mnie zatkało, że nie wiedziałam co odpowiedzieć. Powiedziałam tylko, że szkołę to ja już dawno skoczyłam i chciałabym zapłacić. Pani moich zakupów nie skasowała, odmówiła sprzedaży. A ja zawstydzona udałam się do wyjścia. Jakoś nie mogłam znieść jak tak wszyscy na mnie patrzyli i potakiwali Pani za kasą.

Sklep

Skomentuj (35) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 47 (79)
poczekalnia

#88939

przez ~Procoralan ·
| było | Do ulubionych
W komentarzach do historii o chłopcach ze "sztucznymi" rzęsami pojawił się wpis odnośnie nieprawidłowego użycia "ą" na końcu słowa: "a jak miała napisać? Może jako matka ma ważniejsze rzeczy niż ortografia. Bynajmniej ja ją rozumiem."
Serio??? Urodzenie dziecka resetuje mózg?

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 32 (82)
poczekalnia

#88938

przez ~91737293 ·
| było | Do ulubionych
Historia odnośnie PPP nasunęła mi myśl, że może moja też się tu nadaje.

Jestem matką 4 latka.

Dziecko poszło do przedszkola nie w pełni odpieluchiwane, w sensie ogólnie zgłaszało potrzeby, ale przy zabawie nie. Adaptacja przeszła ok, natomiast po zmianie sali zaczął się problem. Podpowiedziano nam, żeby założyć pieluchę mimo, że dziecko pół roku wcześniej chodziło bez. Zaufaliśmy, że to kwestia zmiany otoczenia, że poczuje się pewniej to się zdejmie. Rozmawiałam z wychowawczyniami i psychologiem przedszkolnym.

Dziecko w pieluchach chodziło kolejne 9m, w końcu nie tylko w przedszkolu ale wszędzie. Rozmawiałam z pediatrą, wychowawcami, psychologiem przedszkolnym czy gdzieś mogę iść, coś sprawdzić bo dziecko 3,5l w pieluchach. Wszystko jest ok. Wyrośnie.

W końcu jakaś matka powiedziała mi o istenieniu PPP. Zapisałam tam dziecko. Psycholog pokierowała nas na badania usg brzucha, gastrologa i diagnozę SI. Fizjologicznie niby wszystko ok. Na diagnozie wyszły zaburzenia SI. Dziecko pół roku czeka na terapię państwowo, chodząc jednocześnie prywatnie. Na pierwszej wizycie w PPP dziecko odblokowało się z jedynką. Nagle zaczęło po prostu chodzić. Z dwojką problem jest nadal stąd terapia. Pytanie czy diagnoza poprawna skoro na jedynkę wpływ miała psycholog?

W międzyczasie zmieniliśmy przedszkole. W drugim jest lepiej, ale dziecko samo nie zgłasza grubszej potrzeby, pilnują tego dorośli, a ja się zastanawiam czy dopóki pilnują tego dorośli to czy dziecko nagle zacznie pilnować? Kółko się zamyka. Rozmawiałam z psycholog z nowego przedszkola zaproponowano nam spróbować psychoterapię.

Znalezienie psychoterapeuty dla dziecka w pandemii jest szalenie trudne, bo masa dzieci ma problemy, ale znalazłam. Spotkania ze mną, dzieckiem, mężem, globalne podejście. Stwierdziłam że może coś z tego będzie. W tej samej poradni stwierdzono, że dziecko ma nadwrażliwość dźwiękową. Zaproponowano bardzo drogą terapię. Dziecko jest rozwinięte ponad swój wiek. Lekka mowa, pisze i czyta, rozumie polecenia. Wykonuje szybciej niż większość grupy, uwielbia zajęcia muzyczne, taneczne, chętnie i głośno śpiewa, świetny kontakt z dziećmi, uwielbia ruch. To są informacje od wychowawczyni dziecka. Jedynym objawem w domu bywa zasłanianie uszu na mikser czy odkurzacz ale to też zależy od tego jak bardzo chce uczestniczyć w tym co robimy.

I ja teraz nie wiem, czy moje dziecko ma zaburzenia, czy pierwsze przedszkole spowodowało traumę. Zmiana przedszkola była na pewno dobrym pomysłem. Moje dziecko potrzebuje pomocy, czy czasu a moze wzięcia odpowiedzialności (z drugiej strony jeśli nie jest w stanie kontrolować samodzielnie to ciągłe porażki wpłyną źle) i czy chęć pomocy dziecku nie jest wykorzystywana do "dojenia nas"? Miesięcznie na ten cel w jednej poradni zostawiamy ponad 1000zł miesięcznie, nie biorąc pod uwagę tej drogiej terapi, a efektów brak. Czy potrzeba więcej czasu?

Poszłam z dzieckiem do laryngologa i dostaliśmy skierowanie na badanie słuchu plus zamierzam zrobić jeszcze raz diagnozę na nadwrażliwość w punkcie specjalizującym się w badaniu słuchu. Jestem mocno sceptyczna. W temacie, z którym szukałam pomocy zrobiłam też kurs o zaparciach nawykowych i czuje się bezradna i zostawiona sama sobie, jednocześnie nie wierzę, żeby mój przypadek był jakiś nadzwyczajny. Dziecko jest ogarnięte i samodzielne, ale jeden aspekt kuleje i siada na pewność siebie, a ja muszę wiedzieć więcej od specjalistów.

Skomentuj (22) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 20 (42)
poczekalnia

#88925

przez ~98765 ·
| było | Do ulubionych
Znalazłam przypadkiem taką historię: #67574
Smutno mi się zrobiło. Z powodu tej historii, ale też mojej własnej sytuacji, w pewnym aspekcie podobnej.
Jestem w 9 miesiącu ciąży. Od dziecka choruję też na dysplazję biodra, która to choroba znacznie się przez ciążę pogłębiła. Byłam świadoma tego, że się pogłębi zarówno ja jak i lekarze, bo problemem jest nie to, że stawu biodrowego nie mam, ale że mam za dużo relaksyny, która kości rozluźnia, u kobiet głównie podczas ciąży i porodu. Czekam więc na córeczkę, a potem jestem już zapisana w kolejkę po endoprotezę i ta kolejność jest tu bardzo ważna.
Na dzień dzisiejszy chodzę jednak jak pingwinek. Taki upasiony, z brzuszkiem pełnym rybek.

Żartuję z tymi rybkami, ale ciąża JEST widoczna.
Zaczęłam tak od 6 miesiąca liczyć, ile razy ktoś mi ustąpi miejsce. Wcześniej ludzie mają prawo tego nie widzieć, więc dopóki sama nie poproszę i ktoś nie odmówi, nie mogę mieć o to żalu.

Ile razy ktoś ustąpił mi miejsce z kolejce, przepuścił do kasy? Jeden raz. Jedna Pani w kolejce do banku. Podziękowałam i zrezygnowałam, bo mogłam wtedy komfortowo usiąść, a mi nie brakuje wolnego czasu, tylko nie mogę stać.
Parę razy jednak byłam zwyzywana przez staruszki, bo np chciałam po zajęciu kolejki usiąść w środku oddziału banku zamiast gnieździć się z nimi na ławeczce w centrum handlowym (skądinąd tam mnie chciały usadzić dopiero po tym jak powiedziałam, że stać nie mogę i same szły warować pod same drzwi oddziału- tak żebym przypadkiem nie weszła przed nie....). Paniom od ławeczki oczywiście też było duszno, więc każda bez maseczki albo z maską na brodzie, bo przecież na Stadionie Narodowym można też chyba rodzić, no nie?

Kasjerki w sklepie uprzejmie udają, że mnie nie widzą i np. przed nosem zamykają mi kasę z pierwszeństwem i idą pomagać w zakupach panu w kasie w samoobsługowej. Na zwrócenie takiej pani uwagi, że czekam i mnie ignoruje ona odpowiada słodkim głosem- och, nie widziałam. Ciekawe jak nie widziała jak brzuch wielki jak stodoła. Mam ze soba plakat nosić, że w ciąży jestem?

Ludzie zaczynają oglądąć sufit- tak jakoś im ten sufit w mojej obecności wydaje się ciekawy.

Ostatnio na pobraniu krwi usłyszałam obok taki dialog:
Babeczka- Powinnam przepuścić, tę panią w ciąży, ale tak strasznie się spieszę...
Facecik- Tak, tak, każdy teraz tak ma...
Ja siedziałam kilka krzeseł dalej, więc nie zależało mi na przepuszczaniu w kolejce, ale pokazuje to sposób myślenia.

Nie potrafię też zrozumieć jak mam w takiej standardowej sytuacji skorzystać z kasy pierwszeństwa, która przysługuje mi zarówno jako ciężarnej jak i osobie z niepełnosprawnością. Te kasy są najbardziej zapchane staruszkami, bo najczęściej jest to jedyna otwarta kasa. Nie da się ludzi w kasie ominąć, bo przejścia tam są tak samo wąskie jak przy innej kasie. Dwa metalowe wózki sie nie zmieszczą. Musiałabym krzyknąć: uwaga, nadchodzę, chować zakupy z taśmy do toreb, koszyków, cofnąć się o dwa metry bym mogła wjechać i wyłożyć swoje zakupy! No absurd jakiś, nie wiem kto takie kasy pierwszeństwa projektuje. Zdarzają się takie szerokie, ale bardzo rzadko.

Dobrze, że mam męża, który jak już włożymy zakupy do wózka, czeka w kolejce, płaci a ja czekam już w aucie.
Dobrze, że nie jestem elektronicznie wykluczona i korzystam z kas samoobsługowych.
Dobrze, że mam auto i nie muszę prosić się o miejsce w autobusie.
Dobrze, że w więszości przypadków korzystam z prywatnej przychodni bez szalonych kolejek.
Tylko nie każda pani tak ma.

Mąż twierdzi, że to nieustępowanie ma związek z moim płaszczykiem. Mieści mi się w nim ciążowy brzuszek, to taka budrysówka. Nie mam w nim wyciętej tali, nie jest rozkloszowany, więc brzuch widać jak się patrzy. Teoria męża mnie więc nie przekonuje. Mi się wydaje, że to przez to jak chodzę, jestem widziana jako osoba “nienormalna”. Nie spełniam standardów kobiety w ciąży. Gruba, utykająca na nogę- to pewnie jakaś dziwna choroba, może też z głową coś nie tak- lepiej udawać, że jej nie widzę. Szacunek dla drugiego człowieka? I to jeszcze niepełnosprawnego? A co to jest?

kolejki

Skomentuj (32) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 35 (81)
poczekalnia

#88882

przez ~sfagier ·
| było | Do ulubionych
Piekielna "szwagierka".

Moja dziewczyna ma siostrę. Roboczo nazwijmy moją dziewczynę Ewa, a siostrę Ania.

Ich życiorysy potoczyły się inaczej. Ania ogólnie uczyła się gorzej, w sensie była podobno mniej zdolna. Oprócz tego nie czuła potrzeby, żeby pracować nad brakami i nie przykładała się do nauki. W maturalnej klasie poznała obecnego męża, i mimo iż rodzice namawiali ja na studia w dużym mieście, to postanowiła studiować na pobliskiej uczelni (taka w stylu "Wyższa Szkoła Wszystkiego Najlepszego"), bo nie chciała oddalać się od chłopaka. Po studiach podjęła pracę, w której tkwi do dzisiaj. Jakiś przyjaciel rodziców mógł jej kiedyś załatwić lepszą, ale nie chciała, bo tam więcej godzin pracy, większa odpowiedzialność- to nic że lepsze pieniądze i możliwości rozwoju- jej jest dobrze tak jak jest. Później pobrali się, dzieci, kredyt na budowę domu- proza życia.

Ewa wyjechała na studia 120 km dalej, do dużego miasta. Skończyła kierunek, który wymagał dużo "zakuwania" i ślęczenia nad książkami. Po studiach też musiała ciężko pracować na szeroko rozumiany "sukces", nadal ucząc się i w dodatku zdobywając doświadczenie zawodowe (czytaj bezpłatne, lub prawie bezpłatne praktyki). W dodatku rodzice mieli przejściowe problemy finansowe, więc musiała tez trochę dorabiać na swoje potrzeby, przez co było jej na prawdę ciężko pogodzić to wszystko. Z czasem jednak ciężka praca przyniosła owoce- uzyskała odpowiednie uprawnienia, zawód, dzięki którym zarabia dobrze. Ma swoje mieszkanie (co prawda małe, ale swoje, nie jest zakredytowana na 20 lat), dobre auto.

I tu przechodzimy do sedna piekielności. Ania przy praktycznie każdej okazji wypomina Ewie lepszą sytuację materialną. Ewa wspomniała na jakiejś imprezie rodzinnej, że idzie za 2 dni do dietetyka. Jakaś ciocia zaczęła "Ojej, Ewciu, a po co?" (W sensie "Przecież masz dobrą figurę"), co Ania skwitowała zimnym "Bo ma za dużo pieniędzy.". Pochwaliliśmy się, że jedziemy na weekend do Krakowa "Nie macie na co pieniędzy wydawać?". (Tu taki fakt- Ania z mężem i dziećmi nie jeżdżą nigdzie, i to raczej nie z powodów finansowych). Ewa kupiła sobie buty za 400 złotych, nie jakieś "szmaciaki", tylko porządne, skórzane buty z firmy, którą ma już sprawdzoną, to tamta zaraz zaczęła oczami przewracać i rzucać tekstami "No z tego dobrobytu to już całkiem Ci od..ało!".

Takie sytuacje zdarzają się często, czasami w mojej obecności, czasami w 4 oczy, a czasami za plecami. Przecież Ania też mogła lepiej zadbać o swoją przyszłość finansową. Ok- wybrała inne wartości (najpierw chłopak, obecnie mąż, potem dzieci, rodzina)- jej prawo. No ale do jasnej anielki, czemu teraz ma pretensje do własnej siostry, że tamtej powodzi się lepiej?

Start miały taki sam- wywodziły się z tego samego domu, rodzice żadnej nie faworyzowali. Sytuacja jest tym bardziej przykra, że Ewa nie obnosi się z pieniędzmi (czasami nawet przeciwnie, aż za bardzo skąpi jak na swoją sytuację materialną, ale to inny temat), ani nie oszczędza na najbliższych, ani finansowo, ani czasowo. Często pomaga Ance z dzieciakami, przyjeżdżając do niej i opiekując się nimi, żeby oni z mężem mogli pozałatwiać swoje sprawy, chociaż niekiedy musi przez to poprzekładać swoje sprawy. Zabiera chłopaków do siebie, czasami na popołudnie, a czasami na 2-3 dni. Jak jedzie do nich, to nigdy z pustą ręką, tylko coś tam wiezie dzieciakom, i pamięta, który lubi jakie słodycze, jakie postacie z bajek itp. i tak dobiera im podarki. Na okazje typu Boże Narodzenie, urodziny, dzień dziecka kupuje im drogie prezenty, dzwoni do nich, zabiera do kina, sali zabaw, na lody itp. Jak Ance czasami nie dopinał się budżet bo wypadały nagłe wydatki, to Ewa wyciągała portfel, pożyczała bez wahania i nie oczekiwała spłaty od razu po następnej wypłacie, tylko "Jak będziesz miała".

Przykre w tej sytuacji jest to, że Ewa nie ma odwagi wygarnąć siostrze, bo ją kocha, i nie chce popsucia ich relacji, ale nie wiem, czy któregoś razu ja nie powiem paru słów, bo z natury jestem nerwowy, a co raz bardziej drażni mnie to zaglądanie komuś do portfela i pretensje o własne złe decyzje życiowe.

rodzina

Skomentuj (28) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 139 (183)

Podziel się najśmieszniejszymi historiami na
ANONIMOWE.PL

Piekielni