Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

Poczekalnia

Tutaj trafiają wszystkie historie zgłoszone przez użytkowników - od was zależy, które z nich nie trafią na stronę główną, a którym się może poszczęścić. Ostateczny wybór należy do moderatorów.
poczekalnia

#90086

przez (PW) ·
| było | Do ulubionych
Wypełniałam i podpisywałam w środę dokumenty dla zewnętrznej jednostki. Tak trochę w biegu, drugim okiem i drugą ręką robiąc coś innego, a kurier czekał w progu, żeby papiery zabrać i zwrócić do nadawcy. Sprawa dobrze mi znana, treść uzgodniona, więc taki pośpiech uznałam za dopuszczalny (gdybym nie wiedziała, co na tych kartkach jest, to bym na takie coś w życiu nie poszła).

I wczoraj przed południem dostałam telefon od nadawcy z mało delikatnym obsztorcowaniem, że jak ja śmiem, ja przecież wiem, że w tej sprawie liczą się nawet minuty, a ja coś takiego robię, że źle wypełniam dokumenty, ktoś dalej to zauważył i są problemy z procedowaniem sprawy przeze mnie.

Zapytałam - mocno zdziwiona, bo jednak wersję mailową tych papierów uzgadniałam punkt po punkcie i klepnięto to po obu stronach, że da radę - o co konkretnie chodzi.

Chodzi o to, że na jednej stronie miałam się podpisać 5 razy, a podpisałam 4 (w całym pliku łącznie musiałam się podpisać prawie 20 razy pod formułkami), a w jednym miejscu mam datę dzień późniejszą niż termin. Tego tak nie można puścić dalej, bo dalej oddali, że są braki i błędy, ja mam natychmiast przyjechać (do innego województwa) i to poprawić, bo na kuriera już nie ma czasu, a to moja wina. To wszystko wypowiedziane tonem Bezkotlety Anety z "Nosel wkręca", tylko z domieszką czegoś w rodzaju kaca i głodu nikotynowego. Ogólnie nieprzyjemnie.

Najpierw wzięłam bardzo głęboki oddech, a potem powiedziałam kobiecie, że teraz się rozłączę, ona sobie przemyśli całą sytuację i jak będzie gotowa mnie przeprosić, to niech zadzwoni. Ja nigdzie jeździć nie będę.

Ostatni mail z uzgodnieniami wysłałam przed południem w czwartek tydzień temu, z hasłem "jest OK, proszę wysłać dokumenty do podpisu".
Pani Jeszcze-Nie-Jaśnie Oburzona zadzwoniła we wtorek koło 13, że kurier już do mnie jedzie (rychło w czas). I ona BARDZO PROSI, żebym pamiętała, że data musi być dzisiejsza na każdej kartce, bo to jest ostatni dzień jej terminu.
Kurier nie zjawił się do mojego wyjścia z pracy, a Pani Jeszcze-Nie-Jaśnie-Oburzona nie odebrała już telefonu, bo kończy swoją pracę godzinę przede mną.
Kurier, jak już przyjechał, to powiedział, że zlecenie przesyłki przyszło we wtorek po 13, ale dopiero w środę rano ją fizycznie odebrał od nadawcy, pognał do mnie i na pełnym gazie będzie lecieć z powrotem.
I właśnie w środę Pani Już-Spanikowana błagała mnie, żebym podpisała się z wtorkową datą, bo "kurier nie przyjechał na czas" (jak się go zamawia z trzydniowym poślizgiem, to może na ten czas nie zdążyć...). Miękkie serce mam, podpisałam z datą wtorkową. Z wyjątkiem jednego miejsca, bo najwyraźniej odruchowo wpisałam datę dobrą, czyli złą.

W czwartek cały dzień cisza. Czyli albo Pani-Papiery-Mająca do nich w ogóle nie zajrzała przed puszczeniem ich dalej, albo potraktowała sprawę równie priorytetowo, co kuriera. I dopiero w piątek jej zaświtało, że jednak nie wszystko poszło zgodnie ze sprytnym planem, o czym mnie powiadomiła tonem "ja zj*bałam, ale to ty jesteś winna".

Z tego, że podpisałabym teraz - nie byłoby żadnego problemu dla mnie, bo to nie ja miałam pilnować procedowania wszystkiego, tylko ona i to ona tłumaczyłaby się z opóźnień. Prawda jest też taka, że to były tylko oświadczenia o tym, że przeczytałam załącznik, znam dokument ministerialny, wiem, że mi nie zapłacą za to, że coś w tych papierach napisałam, bo przepisy takiego płacenia nie przewidują i jestem świadoma tego, że mój mail jest moim mailem - nie podpisałam jednej z takich formułek i gdyby zaczęła inaczej, to powiedziałabym jej, żeby po prostu to parafowała tym samym kolorem długopisu. Ale że zaczęła, jak zaczęła, to niech się martwi tym sama, bo wczoraj do końca dnia nie zadzwoniła. Podejrzewam zresztą, że podrobiła mój podpis na własną rękę. Wobec czego bardzo mnie kusi, żeby napisać do "ludzi z dalej", że dostałam od Pani-Już-Bardzo-Milczącej wiadomość o brakującym podpisie i chcę wiedzieć, kiedy przyślą kuriera z tą kartką, bo przecież to nie może tak zostać, termin podstawowy przepadł, przez za późno zorganizowaną wysyłkę sprawa jej się rypła, ale jednak trzeba ją dokończyć...

Skomentuj Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 15 (17)
poczekalnia

#90085

przez (PW) ·
| było | Do ulubionych
Spotkałam niedawno znajomego z podstawówki, a spotkanie stało się okazją do rozmowy przy piwku, tudzież dwóch.

Ale zanim o tym, trochę wstępu.

Znajomy, nazwijmy go Rafał, w szkole jak to się mawia "orłem nie był". Mała miejscowość, rodzina z biedniejszych, ale nie jakaś patologia, matka przy dzieciach, ojciec w budowlance pracował, choć chyba bardziej okazjonalnie niż na stałe. Rafał przechodził z klasy do klasy, jak złapał jedynkę, to poprawił na trójkę, ogólnie oceny z tych niższych, ale stabilne. Ale od zawsze ciągnęło go do motoryzacji. Koło szkoły był warsztat, Rafał często tam chodził, podpatrywał, pytał, w wieku nastoletnim był pierwszym w klasie z własną motorynką, wiecznie coś przy niej kombinował, naprawiał. Poszedł do technikum mechanicznego, potem zaczął wyjeżdżać za granicę - typowe saksy, jakieś truskawki, ogórki, szparagi. W międzyczasie, jak wracał do Polski na miesiąc czy dwa, łapał fuchę we wspomnianym wcześniej warsztacie. I tak przez dobrych kilka lat, kasy trochę odłożył, wreszcie wrócił na stałe, założył własny warsztat.

Warsztat początkowo ot, garaż, jakiś podnośnik, ale dość szybko zyskał renomę, wiele osób na terenie już go kojarzyło z tego pierwszego warsztatu, stopniowo kupował nowy sprzęt, rozbudował budynek, teraz to już całkiem prężna firma, w której zatrudnia kilku pracowników i prowadzi staże dla uczniów ze swojego starego technikum.

Rafał w międzyczasie spiknął się z koleżanką z klasy - nazwijmy ją Marysia. Wpadli na siebie na wyjeździe, gdzieś na tych truskawkach czy szparagach, zaczęli ze sobą "chodzić", dziś są już dawno po ślubie.

Marysia pochodziła z miejscowości obok, jej sytuacja rodzinna była podobna, w szkole też podobnie - oceny typu dwójki, trójki, czasem jakaś czwórczyna. Poszła do szkoły fryzjerskiej czy kosmetycznej, po szkole trochę pracowała w lokalnym małym markecie, trochę jeździła za granicę, żeby dorobić. W końcu zajęła się tzw. "robieniem paznokci", początkowo jeździła po prostu po domach, ale niedawno otworzyła swój mały gabinet, zrobiła też kurs, zdała jakiś egzamin.

Rafał i Marysia mają dwóch synów, starszemu (10 lat) dajmy na imię Piotruś, młodszy w wieku przedszkolnym.

Ogólnie powodzi im się dobrze. Tak patrząc z zewnątrz, odnieśli sukces i w życiu prywatnym, i zawodowym. Finansowo raczej dobrze sobie radzą. Wybudowali ładny dom, stać ich na wyjazdy rodzinne co najmniej z dwa razy do roku, ich firmy cieszą się dobrą opinią w okolicy, w dodatku oboje w swojej pracy robią coś, co lubią, jako małżeństwo też wydają się szczęśliwi. No pewnie, że jakieś problemy na pewno mają, ale tak ogólnie - udało im się osiągnąć wg mnie więcej, niż wielu osobom, które w szkole miały same piątki.

Dlatego właśnie nie rozumiem, dlaczego Rafał tak przeżywa, że jego syn słabo sobie radzi w szkole. Załatwił mu kilku korepetytorów, z jego słów wynika, że chłopak ma prawie drugą szkołę w domu. Do tego zajęcia dodatkowe z dwóch języków i dowożenie go raz w tygodniu na basen. Skarży się też, że Piotrek, zamiast się uczyć, to najchętniej by przesiadywał całymi dniami z nim w warsztacie...

Nie mam pojęcia, co w tym złego - wg mnie powinien się cieszyć, że syn podziela jego zainteresowania i może w przyszłości pomoże mu rozwinąć firmę, a nie wywierać na chłopaku presję i cisnąć na piątki... On z kolei uparcie twierdzi, że chce synowi dać coś, czego sam nie miał...

rodzice szkoła ambicje

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 22 (24)
poczekalnia

#90084

przez (PW) ·
| było | Do ulubionych
Książki z biblioteki...
Wiadomo, że na ogół przechodzenie z rąk do rąk pozostawia na nich takie czy inne ślady, zwłaszcza jeśli chodzi o pozycje (popularno)naukowe, gdzie często można się natknąć na czyjeś notatki, podkreślenia czy zakreślenia markerem. Cóż, taka ich uroda.
Jednak raz "udało mi się" trafić na prawdziwą piekielność. Było to w późnych latach 90., kiedy chodziłam do liceum. Potrzebowałam do czegoś "Historii literatury niemieckiej" - jakiś referat, zadanie na 6, już nie pamiętam. Jakież było moje niemiłe zaskoczenie, kiedy stwierdziłam, że w egzemplarzu wypożyczonym z biblioteki miejskiej brakuje prawie całego rozdziału o Goethem. Najwyraźniej komuś było żal paru groszy na ksero albo nie chciało mu się robić notatek... Jak to mówiła moja śp. Babcia: "jo, a po mnie nikt".
Feler oczywiście zgłosiłam, a kompletną książkę na całe szczęście udało mi się pożyczyć od nauczycielki niemieckiego :).

biblioteka

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 28 (28)
poczekalnia

#90081

przez ~fernella ·
| było | Do ulubionych
Gdyby głupota mogła latać...
Parę tygodni temu miejscowy stawik zamarzł. Temperatury oscylowały w granicach -5 za dnia i -10 w nocy, czyli żaden wielki mróz.
Idziemy z młodym zobaczyć czy kaczki siedzą na stawie czy poleciały nad rzekę.
Po zamarzniętej tafli chodzi sobie ojciec z synem może 10-letnim. Moje dziecię wyrywa się, że też chce i trochę schodzi mi na tłumaczeniu dlaczego nie (dziecko 4-letnie czasem nie przyjmuje logicznych argumentów), a dziecko w kółko:

- Ale ten pan...!

Tłumaczę dość głośno, że pan sobie chodzi to jego sprawa, ale nie wolno, bo to niebezpieczne. Facet tylko popatrzył znudzony w naszą stronę. W pewnym momencie jego dziecko zaczyna bawić się w rzucanie dość dużymi kamieniami o zamarzniętą taflę. Zmroziło mnie i krzyknęłam do nich, że to niebezpieczne i dosłownie prosiłam, aby zeszli z tego lodu. Udawali, że nie słyszą. Dopiero gdy więcej osób zgromadziło się wokół stawu (być może zaciekawionych moimi krzykami) wyszli na brzeg. Ktoś z gapiów zwrócił ojcu uwagę, że co on odwala, ledwo parę stopni na minusie, tafla cienka.
A ojciec:

- No i co? Ja tu też po tym stawie chodziłem jako dziecko i nic się nie stało!

Tak się składa, że niestety doskonale wiem i pamiętam z dzieciństwa, że niepozorny stawik na przestrzeni lat w zimie życie co najmniej kilkorga pochłonął... I to przy znacznie niższych temperaturach...

ojciec roku

Skomentuj (1) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 115 (121)
poczekalnia

#90083

przez (PW) ·
| było | Do ulubionych
Pokaż menu

Należę na fb do pewnej feminstycznej grupy, zawsze chciałam myśleć że chodzi o równość. Właśnie sie przekonałam w jak ogromnym błędzie byłam.


Ostatnio oczy mi wyszły z orbit gdy przeczytałam post o tym jak to laska boi sie urodzić syna, bo przecież wyda na świat kolejnego potencjanego oprawce.
Łamiąc regulamin zrobiłam screen i wysłałam mężowi.
Mąż niestety udostępnił go dalej.
Teraz zaczyna się cała piekielność.
Zostałam publicznie zlinczowana na grupie, wyzwana od najgorzych.
Że taka jak ja to pewnie popiera gwałcicieli itp.
Ciężko znoszę takie rzeczy, mąż napisał do jednej z adminek by zaprzestała linczu na mnie bo bardzo pogłębiło to moje stany depresyjne. Ta osoba zaczęła wrzucać na grupę screen tej rozmowy dosłownie śmiejąc sie i mając wielka radoche że ponoszę należytą kare za złamanie regulaminu.
Wniosek. Mogę tym osobom podziękować bo otworzyło mi to oczy że organizacje tego typu są na prawdę bardzo szkodliwe.
Nie chodzi o żadną równość a o totalny fanatyzm.

Polska

Skomentuj (34) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 17 (51)
poczekalnia

#90082

przez (PW) ·
| było | Do ulubionych
Należę na fb do pewnej feminstycznej grupy, zawsze chciałam myśleć że chodzi o równość. Właśnie sie przekonałam w jak ogromnym błędzie byłam.


Ostatnio oczy mi wyszły z orbit gdy przeczytałam post o tym jak to laska boi sie urodzić syna, bo przecież wyda na świat kolejnego potencjanego oprawce.
Łamiąc regulamin zrobiłam screen i wysłałam mężowi.
Mąż niestety udostępnił go dalej.
Teraz zaczyna się cała piekielność.
Zostałam publicznie zlinczowana na grupie, wyzwana od najgorzych.
Że taka jak ja to pewnie popiera gwałcicieli itp.
Ciężko znoszę takie rzeczy, mąż napisał do jednej z adminek by zaprzestała linczu na mnie bo bardzo pogłębiło to moje stany depresyjne. Ta osoba zaczęła wrzucać na grupę screen tej rozmowy dosłownie śmiejąc sie i mając wielka radoche że ponoszę należytą kare za złamanie regulaminu.
Wniosek. Mogę tym osobom podziękować bo otworzyło mi to oczy że organizacje tego typu są na prawdę bardzo szkodliwe.
Nie chodzi o żadną równość a o totalny fanatyzm.

Polska

Skomentuj Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 10 (32)
poczekalnia

#90078

przez (PW) ·
| było | Do ulubionych
W ostatniej historii o Januszu pisałam o dość frywolnym podejściu do zakresu obowiązków a dziś dla odmiany będzie o rzeczy, którą wyjątkowo do moich obowiązków pasowała i równie wyjątkowo szybko się skończyła.

Dla przypomnienia, niemal 20 lat temu pracowałam w małej firemce z branży budowlanej. Janusz miał swój mały warszat, kilku pracowników i sprzedawał dość niszowy produkt, biznes kręcił się całkiem nieźle. Jego odbiorcami byli przede wszystkim drobni wykonawcy. Z dużymi firmami Januszowi było nie po drodze: po pierwsze nie miał możliwości produkować na większą skalę, a po drugie wtedy nie za bardzo mógł oszukiwać na fakturach, a kto to widział sprzedawać bez żadnych przekrętów. Janusz miał również sporo znajomości w mieście i brata za granicą, więc z czasem coraz częściej pośredniczył również w imporcie sprzętów za odpowiednią opłatą.

Klientów było sporo a Janusz umawiał się z nimi bezpośrednio na spotkania w biurze; wszystko zapisywał sobie w małym, skórzanym notesiku, który nosił w wewnętrznej kieszeni kurtki. Krótko po moim przyjęciu do pracy stwierdził, że właściwie po to ma sekretarkę-asystentkę, żeby prowadziła mu kalendarz spotkań. Wcześniej, gdy odbierałam telefon w celu umówienia spotkania miałam przekierowywać na komórkę szefa, od tej pory to on miał odsyłać kontrahentów do mnie i ja się miałam wszystkim zajmować bez jego ingerencji.

Janusz miał swój komputer, ale korzystaliśmy wszyscy z tej samej poczty, więc pokazałam mu kalendarz, gdzie mógł znaleźć umówione spotkania z ich opisem. Bardzo szybko okazało się, że Janusz w ogóle nie sprawdzał spotkań na mailu, podejrzewam, że po prostu nie umiał tego zrobić. Mógł powiedzieć od razu, ale nie ma problemu, przejdziemy na system karteczkowy.

Sama korzystałam nadal z maila, ale rano drukowałam mu "sprawozdanie" z kim dziś jest umówiony i o której. Jeśli tylko udało mi się go złapać w biegu to pokrótce je objaśniałam, ale i to nie działało, a powód był dość prosty. Komunikacja z Januszem zawsze działała tylko w jedną stronę. Janusz miał pretensje o to, że umówiłam go z klientem, kiedy on ma zaplanowaną wizytę u dentysty (o której mi oczywiście nic nie mówił, bo to nie moja sprawa).

Ponieważ Janusz był coraz bardziej zirytowany moją niekompetencją, zaczął się z powrotem umawiać bezpośrednio z klientami i zapisywać w swoim skórzanym notesie. Szkoda, że o tym też mi nie powiedział, bo ja umówiłam kilka spotkań w tym samym czasie.

W końcu Janusz uznał, że ma dość tej farsy, mogłabym się w końcu nauczyć domyślać, że on miał już plany a nie, że trzeba mi tak wszystko mówić i kategorycznie zabronił umawiać jakichkolwiek spotkań. Co prawda nie odzywał się przez tydzień obrażony, ale jakoś nie było mi żal.

Janusz

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 76 (80)
poczekalnia

#90077

przez (PW) ·
| było | Do ulubionych
Wielu z nas na pewno zdarzyło się, że paczka, na która czekaliśmy lub której byliśmy nadawcą, zaginęła. Tym razem odwrotna sytuacja.

Wydawnictwa, z którymi współpracujemy, regularnie przysyłają nam kontyngent swoich czasopism. Czasopismo z Wielkiej Brytanii w ilości 150 egzemplarzy do czasu Brexitu przychodziło ofoliowane na palecie. Od czasu Brexitu przesyłka zalicza przymusowy postój w Lipsku w DHL-owskim urzędzie celnym (w uproszczeniu DHL Express ma swój własny urząd celny), gdzie czasopisma są rozpakowane z palety i przepakowane do kartonów z logo DHL, a my zamiast jednej palety otrzymujemy 8-10 kartonów.

Styczniowy numer przyszedł tuż przed świętami, kiedy mnie już nie było w biurze, a lutowy początkiem stycznia, kiedy jeszcze nie wróciłam z urlopu, więc trochę kartonów się nazbierało. Po moim powrocie zaczęliśmy je rozpakowywać i w jednym tych, które przyszły w grudniu, tak samo jak pozostałe zaadresowanym z wydawnictwa do nas, zamiast czasopism znaleźliśmy sukienkę koktailową włoskiej marki premium.

Zaczęliśmy prowadzić dochodzenie, skąd się u nas wzięła. Pierwsza myśl - ponieważ wydawnictwo regularnie współpracuje z tą marką, pewnie odsyłali im sukienkę po sesji i przez pomyłkę zaadresowali do nas. Ale nie. Po pierwsze nie zgadza się rozmiar - 38, a do sesji używane są 34, po drugie, na papierach dołączonych do przesyłki widnieje nazwa jakiegoś włoskiego butiku oraz nazwisko i adres jakiejś prywatnej osoby w Holandii. Po lekturze doszliśmy, że jest to formularz zwrotu. Jakaś pani Holenderka kupiła online sukienkę za prawie 300€ z włoskiego butiku, nie przypasowała jej, więc odesłała ją z powrotem do sklepu. Jakimś cudem przesyłka z Holandii do Włoch znalazła się w niemieckim urzędzie celnym, a drugim cudem znalazła się u nas.

Kontaktujemy się z DHL. Oni bez oryginalnego numeru przesyłki nic nie mogą zrobić. Oryginalny numer przesyłki na pewno był na oryginalnym opakowaniu, z tym że w urzędzie celnym, ktoś przesyłkę z tego opakowania wyjął, przełożył do nowego kartonu i nakleił etykietę z numerem przesyłki z brytyjskiego wydawnictwa do nas, więc po oryginalnym numerze nie ma śladu. DHL nic nie może. Możemy się skontaktować z butikiem, niech wygenerują nową etykietę zwrotną.

Kontaktujemy się z butikiem. Etykieta zwrotna została już wykorzystana, drugiej nie mogą wygenerować, zwłaszcza od innego nadawcy, nie jesteśmy ich klientem, nie mają nas w systemie, nie da się i już, "computer says no". A zwrot mają już w systemie jako przesyłka zaginiona. Jedyna opcja to musielibyśmy odesłać im sukienkę na nasz koszt.

Pani Holenderka w takim razie zapewne odzyskała pieniądze od butiku, a butik złożył reklamację w DHL i boksuje się z nimi o odszkodowanie. My chcieliśmy pomóc, żadna strona nie była zainteresowana.

Czyli wygląda na to, że będę mieć nową sukienkę włoskiej marki premium, bo rozmiar akurat mój.

DHL

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 92 (96)
poczekalnia

#90076

przez (PW) ·
| było | Do ulubionych
Ostatnio sąsiad z góry "się zepsuł". W godzinach nocnych nie pozwala innym sąsiadom spać, generuje tak olbrzymi hałas jakby codziennie (a raczej noc w noc) robił przemeblowanie. Prosiliśmy, tłumaczyliśmy z sąsiadami, że tak się żyć nie da, bo nie wszyscy są wesołymi emerytami, że do pracy rano trzeba wstać, że dzieci do szkoły, że boją się tych niespodziewanych hałasów. Sami się budzimy z zawałem. Nie dociera.

Zadzwoniłam o godzinie 3.30 na 112 prosząc o interwencję panów mundurowych. Wyjaśniłam, że nagminnie to jest, że sąsiad stary i niech oni mu powiedzą lub ewentualnie sprawdzą, czy sobie czegoś nie zrobił. Dyspozytor powiedział, że muszą się dostać do klatki i żebym im otworzyła, więc podałam swój numer mieszkania. Ogromny błąd. Nie wiem czy dyspozytor był nieogarnięty czy panowie, ale oczywiście dobijali się do mnie zamiast do nakazującego sąsiada. Oczywiście w tym samym czasie też się tłukł, mimo to nie poszli do niego. Mieli jego numer mieszkania oczywiście.
Oceńcie sami...

112

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 96 (110)
poczekalnia

#90075

przez (PW) ·
| było | Do ulubionych
Zawsze mi sie wydawało, że ten swiat rozumiem. Przerasta mnie czasami, ale generalne zasady są mi znane. Okazuje się, że tak nie jest. Chyba o polityce będzie, chociaż nie wiem.

Mam ciocię. Ona nie jest moją krewną biologicznie, ale jest dalszą cioteczną babką części moich dzieci. Miała syna, ale syn umarł 4 lata temu bezpotomnie i za granicą, więc ciocia nawet nie może jego grobu odwiedzić. Poza mną i moimi dziećmi jest osobą samotną. Ale ma nas, więc od bardzo dawna (syn mieszkał za granicą i pojawiał się w Polsce raz na dwa lata, ale dzwonił do matki regularnie) my się nią zajmujemy. Przy czym to zajmowanie bardziej dotyczy dotrzymywania towarzystwa, bo ciocia, mimo prawie 80tki na karku, jest osobą samodzielną. Ma panią do zakupów i sprzątania. Więc opieka nad nią to raczej dotrzymywanie jej towarzystwa jak potrzebuje gdzieś wyskoczyć, podwożenie jej do jakiś dalszych kościołów itd. Bo ciocia jest osobą bardzo religijną. Różnicę w światopoglądach załatwiamy w ten sposób, że nie poruszamy tego tematu.

Ciocia ma przyjaciółkę/sąsiadkę Klarcię. Klarcia mnie nie lubi, bo Klarcia z tych parafianek, które tęsknią za stosami i możliwością palenia niewiernych, ale do tej pory była nieszkodliwa. Upierdliwa dla księży, bo na przykład lata do spowiedzi trzy razy w tygodniu (co 80letnia babcia może za grzechy takie pilne mieć to ja nie wiem). Wczoraj odwiedziłam ciocię, żeby ją zawieżć na jakieś nabożeństwo specjalne czy spotkanie wiernych. Była bardzo zasępiona. Powiedziała mi, że miała poważną rozmowę z Klarcią i że Klarci potwornie odbija. Chodzi na spotkania, nawet była zawieziona na spotkanie z Kaczyńskim, ale nie przyjechał. I Klarcia jej powiedziała, żeby mi ani moim dzieciom ciocia nie zostawiała spadku (my jesteśmy chyba jej jedynymi spadkobiercami, ale nie ustawowymi, więc jeżeli ciocia nie ma testamentu, to cała kasa pójdzie na skarb państwa i ok, to jest jej sprawa co zrobi lub zrobiła), bo my (upewniłam się kilka raze czy ciocia nie przekręciła) pewnie oddamy całe jej pieniądze Tuskowi, żeby kościoły pozamykal. I jak ciocia chce, to Klarcia jej przyśle takiego pana, który jej wytłumaczy co ma z pieniędzmi w testamencie zrobić.

Nie mam pojęcia czy Klarcia jest politycznie molestowana, czy jakiś oszust próbuje staruszków okolicznych okraść. I myślę, że przy całej mojej niechęci do tfu władzy, akurat oni tutaj nie zawinili (i tylko tutaj). Prędzej jakiś polityczny naciągacz usiłuje w ten sposób kapitał wyborczy zbić.

Powiedziałam, żeby Klarcia przyprowadziła pana. Niech ciocia go wysłucha i weźmie namiary. Bo to dobrze sprawdzić.

A ciocia nie głosuje jakby co. To też niedobrze, ale to jej wybór. Nie wierzy ani jednej ani drugiej stronie, tak jak ja, ale ja na wybory chodzę.

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 72 (82)

Podziel się najśmieszniejszymi historiami na
ANONIMOWE.PL

Piekielni