Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

Poczekalnia

Tutaj trafiają wszystkie historie zgłoszone przez użytkowników - od was zależy, które z nich nie trafią na stronę główną, a którym się może poszczęścić. Ostateczny wybór należy do moderatorów.
poczekalnia

#85711

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Krótka historyjka bez puenty, która wydarzyła się w czasach kiedy w supermarketach B. i L. pojawiła się opcja "świeżego" pieczywa tak zwanego chrupiącego prosto z pieca. Były to też lata niezbyt popularnej świadomości ekologicznej. Pewnego dnia zniknęły woreczki a pojawiły się papierowe torebki. Ludzie nie bardzo wiedzieli co z tym zrobić, było to ewidentnie coś nowego.
Biorę więc taką śliczną papierową torebkę, biorę foliową rękawiczkę, wkładam powoli pachnące, chrupiące, pyszne bułeczki do papierowej torebki. Zadowolona ze swojej roli bycia eko, kieruję się do kasy.
Kładę torebkę z bułkami na taśmie, kasjerka bierze do ręki torebkę, a ja w tym czasie mówię magiczne - "Pięć bułek".
Co zrobiła kasjerka?
Wysypała wszystkie bułki na blat przy kasie, gołą ręką dotykając każdą bułkę, policzyła je bardzo dokładnie, wyrzuciła papierową torebeczkę, wyjęła spod kasy foliową torebkę, włożyła bułki do środka, zawiązała woreczek na supełek i podała kwotę do zapłaty.
Zapłaciłam, wyszłam.
Nie zareagowałam tylko dlatego, że byłam młodą zahukaną nastolatką, a ta sytuacja dodatkowo mnie zszokowała i zamurowała.
Puenty nie ma.

sklep

Skomentuj Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 21 (25)
poczekalnia

#85710

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Jestem programistą.
Dwa lata pracowałem dla pewnej firmy. Nie była ona najlepsza na rynku ale była blisko mojego domu, więc zgodziłem się dla nich pracować. To był chyba błąd :)

Początkowo było dobrze ale w czerwcu zaczęły się schody. Zaproszono nas do przetargu na projekt (jestem B2B, mam firmę więc luzik - nie pierwszy raz dla nas). Przetarg wygraliśmy.

I się zaczęło.

W czerwcu powinniśmy otrzymać umowę do podpisania. Nie śpieszyło nam się więc powiedziałem że chwilę możemy zaczekać na umowę i ją podpiszemy tylko jeżeli będzie ok.

Po dwóch tygodniach zacząłem się martwić i pytać o umowę. Nic. Zbywano mnie przez kolejne tygodnie kiedy prosiłem o umowę do przetargu.

W końcu dostałem pismo "do natychmiastowego podpisania". W zeszłym tygodniu. Z terminem wykonania do końca grudnia. Z zakazem konkurencji, o którym nie było mowy, na trzy lata. Z zakazem pracy dla POTENCJALNYCH klientów firmy, która organizowała przetarg. Z karą umowną za niewywiązanie się z prac przed końcem grudnia, zerwanie umowy etc. w wysokości... 60% budżetu, którego nie określono.

Odmówiłem podpisania takiej umowy bo czekaliśmy na nią kilka miesięcy, termin stał się nierealny a wielkość budżetu zmieniała się z każdą rozmową (raz było 30 000, raz 85 000 a raz usłyszałem że wzięto ponad 600 000 z UE na to). No właśnie - to kasa z UE, więc dodatkowe kontrole byłyby niemal pewne. Co więcej - umowa z datą wsteczną (z czerwca!), protokoły zdawcze modułów, które rzekomo napisałem od czerwca do grudnia (żadnego nie napisałem więc przy kontroli miałbym prze...kichane) i tekst "przecież tego nikt nie sprawdzi".

Odmówiłem stanowczo podpisania tego. Usłyszałem, że muszę bo umieszczono mnie jako zwycięzcę w czerwcu na stronie i nie można tego anulować inaczej niż przez podpisanie & zerwanie umowy. Jakby to był mój problem. Jednocześnie dano mi wypowiedzenie obecnej umowy z datą z czerwca.

Zarząd firmy jest bardzo zdziwiony, że spakowałem się i wyszedłem po rozmowie w tej sprawie i już nie przyszedłem do firmy (po co skoro nie mam umowy bo sami ją wypowiedzieli?).

PS. po podpisaniu takiej umowy stałbym się w pełni odpowiedzialny za jakąkolwiek dotację jaką wzięto na ten projekt jako wykonawca, oni byliby kryci a ja mógłbym liczyć się nawet z wizytą smutnych panów w kominiarkach o 6 rano.

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 23 (25)
poczekalnia

#85708

~Mimi01 ·
| było | Do ulubionych
Proszę pomóżcie mi zdecydować czy ostatnia sytuacja podchodzi pod bycie madkom/tatełem czy po prostu skończonym kretynem.

Wracam sobie spokojnie autem z zakupów, godzina 19, pada deszcz, ciemno, ślisko (bo liście leżą).
Jadę między blokami, spokojnie 40/45 km/h bo jak wspomniałam ślisko momentami bywa- wyjeżdżam poza blokowisko teraz tylko z prawej strony chodnik garaże i z lewej las i nagle dziecko idące na skraju chodnika wbiega na ulice- ja muszę odbić w lewo (na szczęście nic nie jechało tak blisko żebym w to wjechała, ani nie wpadłam w poślizg) a tatuś czy mamusia (osoba była cała na czarno i w kapturze) idzie spokojnie a nawet obraca głowę w przeciwnym kierunku- NIC SIĘ PRZECIEŻ NIE STAŁO.
Czy się zatrzymałam? Nie, byłam na tyle wściekła i zestresowana, ze chciałam tylko wrócić do domu i ochłonąć (pierwsza taka moja sytuacja na drodze)
Czemu pożal się boże rodzice nie trzymają dzieci za rękę, dziecko było naprawdę małe i nie utrzymywało jakoś perfekcyjnie równowagi a kiedy już dziecko wbiega na jednie rodzic zamiast rzucić się w stronę dziecka odwraca głowę?
(Obstawiam, ze był to rodzic bo cały czas przed sytuacja szli razem)

Ulica jezdnia droga miasto

Skomentuj (3) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 9 (13)
poczekalnia

#85705

~brzoskwinia ·
| było | Do ulubionych
Trochę piekielnie, trochę edukacyjnie, bo czasem witki mi opadają po prostu.

Chodzę niekiedy o kuli.
Potrzebuje jej na długie dystanse.
Chodzenie o kuli wiąże się z dwoma niedogodnościami. Same w sobie nie są one jakieś straszne. To inni ludzie czynią z tych niedogodności chodzącemu o kuli piekiełko.

Niedogodność pierwsza
Gdy korzysta się z kuli to ma się zajętą rękę.
Wszystkie drobne czynności, które wymagają obu rąk wymagają jednocześnie odstawienia kuli. Chcesz umyć ręce w toalecie -odstaw kulę, chcesz przejrzeć czasopismo w księgarni- odstaw kulę, chcesz wyjąć z plecaka portfel -odstaw kulę, chcesz usiąść przy stoliku w kawiarni- odstaw kulę itp.

A kula, jak to kula jest złośliwa. Staram się ją opierać tak, by stała stabilnie, ale ona i tak potrafi się przewrócić sama z siebie. Denerwuję się wtedy, bo mam problem z biodrem i schylanie się po kulę gdy moje biodro nie zgina się więcej niż 90 stopni mnie męczy. Muszę przyjąć pozycję skoczka w telemarku, by mi się to udało, no i lekko mnie to boli.

To na razie jest przykre, ale jeszcze nie piekielne. Ot szara proza życia.
Piekielne jest to, że w 70 % przypadków, kula nie przewraca się sama. Ludzie jej nie widzą i w nią włażą, kopią, potrącają. Kula spada i... człowiek, który kulę przewrócił w większości przypadków się ulatnia.
Dziś byłam w sądzie wieczystoksięgowym. Podeszłam już do stanowiska- wyciągam dokumenty z plecaka- do czego potrzebuję rąk, kulę oparłam stabilnie przy pobliskim biurku na takich antyciekawskich ściankach wokół biurka. Załatwiłam sprawę- kula leży kopnięta. Nikogo nie ma. Naprawdę nie stała nikomu na drodze, nikt z tego bocznego biurka nie korzystał.
To, że ktoś ją trącił to ja rozumiem, ale nie rozumiem ludzi, którzy to robią i tak tę kulę zostawiają. Naprawdę wierzą w cudowne uzdrowienia na każdym kroku? Wydaje mi się, że logiczne jest to, że ktoś kto musi z takiej rzeczy korzystać ma problem z chodzeniem, poruszaniem się, więc trudno mu się schylać. Zresztą: skoro Ty kopnąłeś/aś to Ty podnosisz. Proste? Jak widać nie dla wszystkich.

Niedogodność druga.
Gdy idę z kulą potrzebuję ok. 20 cm dodatkowej przestrzeni z boku bym mogła przejść. Kuli niestety nie stawia się idealnie obok stopy tylko właśnie te 20 cm dalej, tylko tak da się utrzymać równowagę (u góry jesteśmy szersi, plus szerokość ręki).
I tutaj jest tak samo jak w przypadku pierwszym. Kopanie po kuli to po prostu moja codzienność. To jest bardzo niekomfortowe, bo gdy ktoś zrobi to akurat w momencie, gdy ciężar ciała jest na chorej nodze i kuli to tracę równowagę.

Reakcja jest najczęściej taka sama jak pisałam wyżej. Żadnego przepraszam, przecież ja tylko kulę uderzyłem/am. Jak to pani tu nie przejdzie? Ma pani tyle miejsca z boku... Albo przejdę sobie obok, a że kopnę pani kulę i leci pani na twarz? Ojoj, nie widziałem/am.

Byłam kilka miesięcy temu na dużym koncercie rockowym.Bałam się go, ale niepotrzebnie, bo nikt mnie tam nawet nie potrącił. Można więc uważać na innych.
Większość tego nie robi. Nie rozumiem. Wydaje mi się, że to nie tylko o kulę chodzi. Chodzimy sobie nawzajem po butach w autobusie, włazimy na siebie na przejściach dla pieszych. Dlaczego?

ulica

Skomentuj (2) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 26 (34)
poczekalnia

#85702

~qubeqq32 ·
| było | Do ulubionych
Ostatnia historia z poczekalni o współpracownikach, przypomniała mi moje przeżycia w mojej drugiej pracy.

Wówczas pracowałam jako księgowa wspólnot mieszkaniowych w firmie, która nimi zarządzała. Nasz dział składał się z 5 osób, z czego dwie były nazwane Kierownik Działu Księgowego oraz Z-ca Działu Księgowego. Tak naprawdę każda nas robiła to samo, ale ze względu na strukturę firmy ktoś musiał być kierownikiem. Jednak były to osoby z tak dużymi kompleksami, że trzeba było je tytułować i tak, zamiast jak do wszystkich, mówić do nich po imieniu, trzeba było dodawać "PANI".

Kierownik Działu Księgowego prowadziła również kadry. Miała pod swoją opieką 4 wspólnoty, firmę oraz kadry. Oznaczało to jednak, że ten ostatni element, najważniejszy dla pracowników, był przez nią zlewany. Wolała uzupełniać tabelki, które mogła zrobić później, niż zająć się ważnymi sprawami, wymagającymi trochę wysiłku i myślenia.
Nieinformowanie o urlopie jaki pozostał, opóźnienia w wysyłce opieki do ZUSu, a nawet gdy zdarzył się wypadek w pracy, wysłała go dopiero na koniec miesiąca, gdzie sam wypadek zdarzył się na początku miesiąca. Mężczyzna został wysłany na L4, podejrzewano wstrząs mózgu i przez jej opieszałość, został praktycznie bez środków do życia, bo świadczenie z ZUSu przyszło dopiero w następnym miesiącu, z następną wypłatą.

Z-ca Kierownika Działu Księgowego była kobietą, która najprawdopodobniej nie lubiła swojego życia rodzinnego. Wiem z jej opowieści, że jej małżeństwo było spowodowane ciążą. Mąż cały czas jest w delegacjach, ona ma pod opieką dwójkę dzieci, które i tak 90% czasu spędzają u dziadków. Za to gdy tylko Z-ca wchodziła do biura, wszyscy wiedzieli co się działo u niej i u jej dzieciaków, bo przez pierwsze 30 minut pracy wisiała na prywatnym telefonie ze swoją mamą. Potem obowiązkowo trzeba było zrobić drugą kawę i wyjść na fajkę. Ludzie próbowali się do niej dodzwonić, wskazywali błędy w naliczeniach i odczytach liczników, na co ona reagowała "Boże, ale ci ludzie mają problemy, co to im za różnica te 200 zł w tą czy w tą".

Co je łączyło z bohaterką wyżej wymienionej historii? Brak czasu. Na każde pytanie odpowiadały "Nie mam teraz czasu/Robię teraz bardzo ważną rzecz, daj mi spokój/ Powinnaś zrobić to sama/ Jak Ci ludzie z innych działów mogą się nas pytać teraz o zapłacone faktury, jak jest 10 i trzeba tyle rzeczy zrobić". Były tak zapracowane, że według nich nikt inny w firmie nie pracował. Same dźwigały księgowość, administrację, aktualizację danych osobowych, a cała reszta chyba w tym czasie siedziała i rozmawiała.
Bardzo lubiły też zrzucać zadania na inne osoby. Od początku uprzedzono mnie, abym nie dała się nabrać na ich sztuczki, bo będę robiła za nie wszystko. Ale byłam młoda, naiwna i chciałam się im przypodobać, więc ściągnęłam im wyciągi, przygotowałam dokumenty do windykacji.

I tym sposobem sprawiłam, że zamiast robić moje rzeczy, które były pilne, robiłam rzeczy dla nich. A gdy w końcu powiedziałam nie-były bardzo, ale to bardzo zdziwione moją bezczelnością, bo przecież nie nadaję się do niczego innego niż takie proste rzeczy, ponieważ mam za słabe doświadczenie.

Sytuacja stała się tak napięta, że w końcu złożyłam wypowiedzenie. Nie miałam od nikogo wsparcia, a one dwie były w firmie ustawione i nikt nie mógł im podskoczyć. Zapewne wiedziały zbyt dużo o przekrętach, niedoróbkach firmy, bo mimo skarg osób z zewnątrz i z innych działów, nadal tam pracowały, a i chyba nawet pracują, ponieważ ich nazwiska nadal wiszą na stronie.

praca

Skomentuj Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 19 (27)
poczekalnia

#85701

~blackhair ·
| było | Do ulubionych
Historia wydarzyła się wiele lat temu. Na studiach mieliśmy grupę znajomych, kilka osób które dobrze się znało, częściowo z jednego kierunku (nawet jednej grupy), częściowo ludzie którzy na pierwszym roku razem mieszkali w akademiku i jakoś te kontakty udało się utrzymać. Typowa grupa znajomych – jakieś wspólne imprezy, wyjazdy, nauka, przyjacielskie przysługi.

W pewnym momencie, kiedy w większości byliśmy na czwartym roku, a więc już parę lat się znaliśmy, w grupie pojawiły się jakieś spięcia, niedopowiedzenia, a jako osoba winna robienia zamieszania byłam wskazywana ja. Nie ukrywam, że byłam bardzo zdziwiona jak pierwsza osoba zgłosiła się do mnie z pretensjami, bo naprawdę ani nie jestem osobą konfliktową, ani nie lubię generować takich napiętych sytuacji (nie ukrywajmy - są tacy co uwielbiają rzucić granat, odsunąć się na bezpieczną odległość i patrzeć jak świat płonie).

Okazało się, że wszystko zaczęło się od koleżanki, powiedzmy XYZ.

XYZ miała taki zwyczaj, że dość często pożyczała drobne kwoty (drobne dla niej, jak ktoś studiuje i pracuje, to kwota rzędu 100-200 zł jest znacząca, a już na pewno była kilka lat temu). Miała ona jednak bardzo luźny stosunek do oddawania tej kasy, tzn. oddawała, ale w sumie w chwili kiedy jej to się podobało. No i tak trafiło, że pożyczyła kiedyś też ode mnie. Po jakimś czasie zapytałam ją czy planuje mi oddać pieniądze w tym miesiącu, bo czekają mnie większe wydatki. XYZ coś odburknęła, ale niedługo potem kasę oddała. No i wkrótce potem zaczęła się cała za przeproszeniem gównoburza.

Okazało się, że ja ją UPOKORZYŁAM prosząc o zwrot pieniędzy przy osobie trzeciej (naszej wspólnej koleżance, która ją doskonale znała, nie raz, nie dwa sama pożyczała).

Nie wiem do końca co ona naopowiadała pozostałym ludziom, bo nie wszystko do mnie dotarło, ale zaczęły się ode mnie odwracać, uważać za osobę wyrachowaną i interesowną. No mega miłe, po czterech latach znajomości, kiedy już myślisz że ludzi znasz nikt nawet nie zapyta o twoją wersję. A XYZ nie negowała, że wisiała mi kasę, ona uważała tylko, że to ona ma prawo decydować kiedy mi ją łaskawie odda, a ja powinnam „stulić dziób jak jestem takim biedakiem” (autentyczny cytat z jej rozmowy na gg z jednym z niewielu ludzi, którzy zajęli moją stronę, sam mi pokazał).

Naprawdę, wiem jak się czuje wierzyciel w tym kraju, dłużnik może sobie decydować kiedy łaskawie odda pieniądze, a Ty nie masz nawet prawa zapytać, bo wielka ujma. Zresztą jak miała ze mną problem, to mogła wprost powiedzieć, nie cierpię tej metody pasywno-agresywnej manipulacji, kiedy o problemie mówisz WSZYSTKIM poza drugą stroną, a wobec tej osoby masz focha.

I tak z uwagi na kwotę rzędu 100 zł grupa się w zasadzie rozpadła. Z perspektywy czasu nie żałuję, chociaż przypłaciłam to wtedy sporymi nerwami, ale przynajmniej okazało się na kogo naprawdę mogę liczyć. Mam też z tego nauczkę na całe życie – jestem mega ostrożna w sprawach finansowych, w zasadzie nie pożyczam nikomu pieniędzy.

Skomentuj (1) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 35 (35)
poczekalnia
Niedawno w ramach wyjazdu służbowego nocowałam w kwaterze noclegowej. Pobyt urozmaiciły mi trzy osoby z sąsiedniego pokoju.

Sąsiedzi, jak z krótkiej rozmowy wynikło, także przyjechali do pracy. Ucieszyłam się nawet, że w takim razie wszyscy będziemy mieć podobny rytm dnia i nie będziemy sobie wzajemnie przeszkadzać.

Pierwszy poranek. Idę do kuchni i widzę kolejno: Stoliczek. Przy stoliczku sąsiad. Na stoliczku kawka, obok jogurcik a do popicia napoczęta już butelka piwa. O szóstej rano. Ok, nie oceniam. Wróciłam do swoich spraw.

Szybko okazało się, że sąsiedzi upodobali sobie przesiadywanie w kuchni. Oczywiście przestrzeń wspólna jest dla wszystkich. Zaczęłam się jednak czuć skrępowana ich obecnością przy stole o każdej możliwej porze. Piekielni najwyraźniej nie należeli do wstydliwych. Bez skrępowania prowadzili głośne rozmowy, racząc się kolejnymi trunkami, rechocząc i słuchając muzyki tak głośnej, że słyszałam ją w swoim pokoju. Na prośby o jej przyciszenie odparli jedynie: "ok ale tylko o trzy kreski, hehehe". W samą porę pojawiła się właścicielka kwatery (która nie mieszka w tym budynku). Stanowczo kazała im zachowywać się spokojniej. Muzyka przyciszona, rozmowy też. Ale to nie koniec.

Na drugi dzień zastanawiałam się, co jest gorsze: Sąsiad paradujący po kuchni bez spodni, w koszulce i majtkach? Czy garnki, które kipią i zalewają kuchenkę, bo ktoś zostawił je na gazie i sobie poszedł? A może garnki zdjęta z gazu, za to nieoczyszczone z resztek jedzenia? Niedojedzone potrawy stały sobie poza lodówką od obiadu aż do dnia następnego. Do dyspozycji innych gości pozostał tylko jeden niewielki garnuszek. Kuchenka zalana wodą z kawałkami warzyw (dosłownie kałuża na centymetr głębokości. Dobrze, że palniki ocalały) nie została posprzątana przez dwa dni, aż do wyprowadzki sąsiadów.

Główna atrakcja miała nastąpić podczas trzeciej nocy ich pobytu. Byłam przeziębiona a nazajutrz musiałam wstać bardzo wcześnie. Położyłam się już koło 22:00 ale nie mogłam się wyciszyć. W zaśnięciu przeszkadzały mi nerwowe odgłosy: tupanie, głośne odstawianie przedmiotów, nieprzyjemny ton rozmów. Kiedy wreszcie udało mi się zapaść w głęboki sen (obstawiam, że koło północy), wyrwała mnie z niego pijacka awantura. Krzyki, klątwy i wyzwiska. Odgłosy szarpania, potrącanie krzeseł. Darli się tuż pod drzwiami do mojego pokoju. Zbyt wystraszona, żeby wyjść i zwrócić im uwagę, doczekałam do końca, żeby móc wreszcie zasnąć. Na drugi dzień oczywiście niewyspana zadzwoniłam do właściciela kwatery i poinformowałam o wszystkim.

Na szczęście reakcja była natychmiastowa. Właściciel powiedział, że już wcześniej postawili im z żoną warunek: cisza i spokój albo natychmiastowa wyprowadzka. Podziękował za telefon i zapewnił, że za chwilę będzie po sprawie.
Kiedy wróciłam z pracy, piekielnych sąsiadów już nie było. Mam nadzieję, że po prostu wrócili skąd przyjechali. W zasadzie to dobrze, że pobyt skończył się tylko na tym i obyło się bez poniszczenia sprzętu lub spalenia kuchni - kto wie do czego byli zdolni.

Hotel kwatera pensjonat

Skomentuj Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 33 (33)
poczekalnia
Swego czasu pewna gimnazjalistka poprosiła mnie, jako starszą koleżankę o przysługę. Chciała, żebym przyszła do jej klasy i opowiedziała o swoim, wówczas świeżo wyuczonym zawodzie (w ramach akcji typu "ścieżki kariery"). Dodała, że nauczyciele w jej szkole bardzo zachęcają do organizowania takich spotkań.

Pomyślałam, że to dobry pomysł. Młoda skonsultowała sprawę z wychowawczynią i ustaliła ze mną termin tak, żebym odwiedziła ich podczas godziny wychowawczej.
Przemyślałam, o czym warto opowiedzieć nastolatkom. Przygotowałam atrakcyjną wypowiedź, uwzględniającą dialog z uczniami. Wyszedł mi plan na około pół godziny a pozostały czas zostawiłam na ewentualne pytania. Dodam jeszcze, że do szkoły Młodej miałam ponad godzinę drogi, więc zarezerwowałam sobie na spotkanie sporą część dnia.

W umówionym dniu szykuję się już do wyjścia, kiedy dzwoni Młoda.
- Przepraszam Cię ale nie wiem czy będziesz mogła poprowadzić to spotkanie. Wychowawczyni jest chora i w ramach zastępstwa mamy mieć fizykę.
- I teraz to mówią? Przecież to spotkanie było umówione dawno temu.
- No właśnie usiłuję wyjaśnić. Poczekaj jeszcze, spróbuję coś zrobić.
- Ok, ale mam autobus za 10 minut. Jeśli nim nie pojadę to będę u was spóźniona.
- Bardzo cię za to przepraszam. Zrobię co w mojej mocy, pa.

Po dwudziestu minutach i kilku SMSach dostaję telefon od Młodej. Nabiegała się po szkole, nagadała. Jakoś wytłumaczyła nauczycielom, że nie wypada odwoływać w ostatniej chwili spotkania, na które ktoś bezinteresownie poświęca swój czas. No dobrze. Pani od fizyki się zgodziła, mogę przyjechać.

Biegnę na kolejny autobus. Wchodzę do klasy, w której jeden chłopiec rozwiązuje właśnie zadanie przy tablicy.
- Dzień dobry pani. Przyszłam poprowadzić umówione spotkanie w ramach ścieżek kariery.
Nie spodziewałam się wielkich hołdów ale nie zaszkodziłoby zwykłe "Dzień dobry, dziękujemy, że pani przyszła". Zamiast tego słyszę zniecierpliwienie w głosie:
- A ile to będzie trwało? Bo chciałbym z nimi potem dokończyć te zadania.
- Znaczy się... No mogę spróbować trochę skrócić wypowiedź. (Owszem, należało zareagować inaczej ale po prostu zbaraniałam.)
- Dopsz, proszę....

Poprowadziłam do końca lekcji i tak już skróconą wypowiedź - tyle ile zdążyłam, żeby nie zabierać dzieciakom przerwy. Klasa posłuchała, zgłaszała się chętnie. Myślę, że się podobało.

Żebyście tylko słyszeli tłumaczenie Młodej, która później mnie przepraszała, "Bo to miła pani, tylko przyszła tak nagle na to zastępstwo. Może nie wyczuła sytuacji czy coś... "

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 25 (37)
poczekalnia

#85698

~Vadera67 ·
| było | Do ulubionych
Ja nie wiem.
Ja się może nie znam.
Po wykonaniu zdjęcia aparatem rentgena otrzymujesz informację, że najstarszy, najspokojniejszy kot w Twoim stadzie ma złamaną z przemieszczeniem lewą tylną łapkę kwalifikującą się do skomplikowanej operacji.( kot niewychodzący, większość dnia spędza w szufladzie, nie potrącił jej samochód. Nigdy się chyba nie dowiem jak ona to zrobiła)
Idzie dostać białej gorączki, bo co tu zrobić jak straszą śrubami, płytkami, Bóg jeden wie czym jeszcze i że już, natychmiast, zaraz, bo agonia i śmierć. Przygotowują na ogromne koszty, ty masz w portfelu konflikt ekonomiczno seksualny*, ale jak wchodzi w grę życie ukochanego zwierzaka to nawet i wysrasz potrzebną kwotę.To nic.
Pędzisz na złamanie karku do < postaram się to powiedziec a nie zwymiotowac > "" zaprzyjaźnionej"" kliniki o nazwie " Tygrysek" na Sokratesa 5 w Warszawie, ażeby dowiedziec się od asystentów w recepcji, że pan doktor będzie o szesnastej, może zerknąc na zdjęcie i ewentualnie podjąc się interwencji. Pan doktor zerka na zdjęcie, kontaktuje się o dziewiętnastej ( Ty już w myślach z tego stresu pół litra obaliłeś/łaś ) przez asystenta ( bo co on będzie z plebsem rozmawiał ). Mówisz temuż o swym porftelowym konflikcie. W sensie: no nie masz tysiąca złotych, ale ile masz. No trzysta. No dobra, to asystent zapyta doktora czy można hmm... w takiej proporcji podzielic płatność. A co od doktora słyszysz? No nie Ty tylko pan asystent, bo nie miało to byc przeznaczone dla Twych kmiecich uszu. "Za trzysta to niech spieprza, sześcset najmniej" No panika, bo znając możliwości swego finansowego układu pokarmowego to akurat tylu nie wysrasz. Krótka piłka. Kotka swoje lata już ma, 91 na kocie, operacji najpewniej nie przeżyje a jak ma tylko łykac prochy i cierpiec z bólu to lepiej ... no. Uśpic.
Udajesz się cały we łzach do kliniki obok siebie, czujesz się jak morderca. Naraz jednak na ziemię zstępuję anioł.
No nie, aż tak to może nie. Pani doktor, nazwijmy ją Dolittle - House, (bo od zwierząt, hehe, i o takiej samej lasce, hehe ) pyta wpierw czy kotka bardzo cierpi. No trudno powiedzieć, bo jest na środku przeciwbólowym. Je, miauczy, mruczy. Nawet wydala. Chodzi normalnie tylko jej ta łapka jakoś dynda. Zalecenie: absolutnie żadnej operacji, bo jej nie przeżyje. Ograniczyć przestrzen, niech leży. Karmić normalnie, ewentualnie wzbogacic dietę o żelatynę. Dawać leki przeciwbólowe, po dwóch tygodniach powoli odstawić i obserwować zachowanie. Jak się będzie polepszać to cud miód i orzeszki. Nie przytoczę fachowego wykładu, ale zasadniczo kot się sam "zrespi". Nie będzie już tak zwinna, jednak poradzi sobie na trzech łapkach. Generalnie samo się zrośnie tylko żeby nie bolało. A jak już nie będzie żadnej nadziei, będzie miauczeć z bólu i wydawać ostatnie tchnienie - usypiamy. Na to zawsze będzie czas.
Reasumując: uratowaliśmy dziś jedno kocie istnienie. Albo przedłużyliśmy je o co najmniej miesiąc. Jak przyjdzie mi do głowy jakaś puenta to zamieszczę. Na razie sił mi brak a kotu to już na pewno.
Pozdrawiam, oceniajmy lub nie. Ja z siebie spuszczam stres niczym wodę w kiblu. Zobaczymy co będzie, Amen.

* konflikt ekonomiczno seksualny: zaglądasz do portfela a tam ch.j.

Warszawa

Skomentuj (20) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 80 (124)
poczekalnia

#85696

~kreatywnynick ·
| było | Do ulubionych
Witam, od dłuższego czasu czytam Piekielnych, ale tym razem chciałem się podzielić jakąś własną, krótką, i może nawet piekielną (to już sami oceńcie) historyjką.

Rzecz dzieje się na Teneryfie, miałem wtedy urlop i byłem tamże na wczasach. Zatrzymałem się w jakimśtam hotelu, akurat serwowano obiad. Całość była w formie stołu szwedzkiego, przy stoiskach krzątali się kucharze i wszystko robili na widoku by jedzenie było świeże.

Podchodzę do któregoś stoiska i hiszpańsku witam kucharza. Wesoło odpowiedział, ucieszony że ktoś go w ogóle zauważył i zaczynamy krótką, miłą wymianę zdań mieszając angielski i hiszpański. Gdy pyta mnie o pochodzenie, mówię że jestem z Polski, i nie byłoby problemu, gdyby wtedy do rozmowy nie przyłączyła się jakaś nalana Niemka w rozmiarze XXL. Na wieść skąd jestem zaczęła krzyknęła coś w stylu ,,Polacy kradną od Niemiec!" i zaczęła opowiadać na cały głos na ten temat oszołomionemu kuchcikowi, a ja stałem z opadniętą koparą, bo średnio rozumiałem jak bezczelną osobą była ta kobieta, wcinając się w dialog i ni z gruszki ni z pietruszki pierdzieląc coś o kradzieżach których Polacy dokonują w Niemczech. Po dobrej minucie ów niewiasta nałożyła sobie ponad pół pizzy ze stoiska i odeszła, zanim zdążyłem pozbierać szczękę z podłogi.

Niezbyt obchodzi mnie to, czy miała rację czy nie, w politykę się nie bawię, ale takiej alegorii tupetu na dwóch nogach dawno nie spotkałem.

zagranica

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 24 (76)

Podziel się najśmieszniejszymi historiami na
ANONIMOWE.PL

Piekielni