Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

Poczekalnia

Tutaj trafiają wszystkie historie zgłoszone przez użytkowników - od was zależy, które z nich nie trafią na stronę główną, a którym się może poszczęścić. Ostateczny wybór należy do moderatorów.
poczekalnia

#85938

~Ins4nity ·
| było | Do ulubionych
Dwie historie odnośnie służby zdrowia na NFZ, usłyszane od mojej babci. Opisane tutaj za jej zgodą.

1. Zeszła jesień. Babcia została umówiona do specjalisty na NFZ na godziny 10-11. Na miejscu okazało się, że:
-na tę samą godzinę zostały umówione wszystkie oczekujące osoby (według opisu było ich kilkadziesiąt). Wśród tych osób na pewno były również dojeżdżające, zarówno z dalszych części miasta jak i z sąsiednich miejscowości, osoby starsze i niepełnosprawne.
-warunki do oczekiwania: większość musiała stać, część osób po prostu siedziała na schodach. No ale ile one pomieszczą osób, biorąc jeszcze pod uwagę to, że tymi schodami trzeba jakoś przejść?
Babcia dotarła na miejsce przed dziesiątą. Została przyjęta dopiero jakieś 10 minut przed szesnastą. Babcia nie miała już siły się rozbierać, wprost to powiedziała lekarce (była wykończona tym oczekiwaniem, w dodatku jest niepełnosprawna). Rzekomo to nie była jej wina. Moim zdaniem piekielność jest po stronie osób które rejestrowały (nie pamiętam już, kto to robił). Bo w końcu kto normalny rejestruje kilkadziesiąt osób na jedną godzinę, w dodatku każąc czekać w takich warunkach?

2. Około 2014 rok. Babcia miała umówioną wizytę u specjalisty w innym mieście (około 60 km dalej) na wtorek. W trakcie oczekiwania na ten dzień została poinformowana, że z jakiegoś powodu wizyta została przeniesiona na czwartek. No okej, niech będzie.
W czwartek moja babcia dojeżdża na miejsce, przychodzi bodajże do recepcji, wtedy wywiązuje się taki dialog (nie jest słowo w słowo, ale ogólny sens zachowany):
(R)ecepcjonistka: To będzie 80 zł
(B)abcia: *oczy jak 5 zł* Ale dlaczego 80 zł?
R: Bo przecież jest prywatnie.
B: Ale czemu prywatnie, skoro umawiałam się na NFZ?
R: Dzisiaj lekarz przyjmuje tylko prywatnie.
B: Przecież jest wyraźnie na zewnątrz napisane, że to przychodnia na NFZ.
R: Ale w czwartki pan przyjmuje tylko prywatne wizyty.
B: To czemu nie zostałam o tym poinformowana przy przenoszeniu mojego terminu, i teraz pani każe mi płacić?
R: Pani poczeka, zapytam lekarza czy da się coś zrobić.
W tym czasie poszła tam i wróciła z wieścią, że można wejść na NFZ. Nie wiem o czym myślała recepcjonistka, że da radę oszukać starą kobietę na 80 zł, bo nie będzie się dopytywać? Bo będzie chciała mieć to z głowy, niezależnie od ceny, zwłaszcza że przyjeżdża z daleka? Zawczasu mówię, że ta sama kobieta przekładała wizytę babci, żeby nie było komentarzy typu "mogła nie wiedzieć o zmianie terminu".

słuzba_zdrowia

Skomentuj Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 10 (10)
poczekalnia

#85941

(PW) ·
| było | Do ulubionych
O piekielnościach słowackiego akademika.
Być może niektórzy pamiętają, gdy opisywałem historię o lokatorach pokoju piętro wyżej, podczas pobytu w akademiku: https://piekielni.pl/84967
Rok wcześniej byłem w tym samym mieście na wymianie, gdzie początkowo trafiłem do akademika zapewnionego przez uniwersytet na którym miałem się uczyć.
Pierwsze wrażenie - bieda. Nawet jak na standardy akademika. Na całe wyposażenie niewielkiego pokoju na 3 osoby - a więc było tłoczno - przypadały 3 łóżka, 3 małe półeczki, stolik na którym ledwo laptop się mieścił i niewielka szafeczka. Nic poza tym. No ale ok, cudów nie oczekujemy.
Następnie łazienka - w tym samym pomieszczeniu kibel oraz prysznic w formie główki prysznicowej i węża podłączonych do kranu. Do tego niedziałający, zapchany czymś w rurach odpływ który wodę po każdym prysznicu odprowadzał w ciągu 1-2 godzin. To powodowało że jeśli chciało się skorzystać z kibla, należało zdejmować spodnie i skarpetki i najlepiej wkładać klapki, bo zwyczajnie woda stała non stop w całym pomieszczeniu. Dodatkowa atrakcja - odpadające płytki.
Kolejny mankament - zepsuta świetlówka. Lampa była zepsuta, a że była to końcówka lutego to od godziny 15 siedziało się w kompletnych ciemnościach. Zgłoszenia nic nie dawały. Lampę naprawiono dopiero po 3 tygodniach w ramach rozwiązania innego problemu, przez który zdecydowałem się na zmianę akademika.
A mianowicie - pluskwy które lęgły się w pokojach i pogryzły współlokatora i ludzi z segmentu obok. Zdecydowałem wtedy, ze tego już za wiele i dzięki pomocy opiekuna zaklepałem sobie miejsce w drugim akademiku.
No i tu dochodzi ostatnia piekielność - owy marnej jakości uniwersytecki akademik kosztował 50 euro na miesiąc. W tym drugim za to pokoje były 2 a nie 3 osobowe przy tym samym rozmiarze, każdy miał własną szafkę, biurko i dwie duże półki, lampy działały, było czysto a łazienka z wanną była oddzielona od kibla.
A wszystko za tę samą cenę...

słowacja akademik

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 7 (15)
poczekalnia

#85940

(PW) ·
| było | Do ulubionych
3 dni do końca miesiąca - dostajemy od szefa podpisany grafik
2 dni do końca miesiąca - dostajemy od szefa info o zebraniu następnego dnia
1 dzień do końca miesiąca - dostajemy od szefa wypowiedzenie, likwidacja stanowisk.

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 64 (66)
poczekalnia

#85939

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Kolejny piekielny sąsiad,tym razem jedno pokolenie wstecz. Wczesne lata 70-te, moja mama z dzieciakami z okolicy jeździła na sankach. Przeszkadzało to piekielnemu sąsiadowi, zabrał jednemu z chłopców but i wrzucił do studni. Dzieciaki biedaka odwiozły do domu na sankach. Sąsiada spotkała kara bo dostał przysłowiowy wp...... od dorosłego już brata chłopca. Nic go to jednak nie nauczyło, bo jeszcze przez wiele lat uprzykrzał innym życie.

Skomentuj Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 14 (28)
poczekalnia

#85937

~Teatrlajk ·
| było | Do ulubionych
Trochę obrzydliwie.

Teatr, miejsce gdzie, teoretycznie, powinni być kulturalni ludzie.

Idę w czasie przerwy do łazienki, czekam w kolejce, w końcu wchodzę za jedną panią. Ktoś nie trafił i załatwił się obok toalety... Pełna klasa. Fuj.

Teatr

Skomentuj (1) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 17 (29)
poczekalnia

#85936

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Jako że wczorajsza historia o pracy w IP dobrze się przyjęła, serwuję kolejną. Na pewno nie wszyscy czytali, więc przekleję istotne wprowadzenie (słowo w słowo, kto przeczytał, może pominąć).

Tytułem wstępu kilka zdań o okolicznościach (może rozwlekłych jak na to, co chcę teraz opisać, ale to raczej pierwsza historia z wielu). Jestem lekarzem. Zdarza mi się dyżurować w Izbie Przyjęć powiatowego szpitala, przy czym część pacjentów jest "szpitalna" (a to dostał zawału, a to zarobił w zęby i wymaga szycia i RTG, żeby zobaczyć, czy nie połamał nosa albo i zatok), część przychodzi jako NiŚPL (Nocna i Świąteczna Pomoc Lekarska), bo np. mamy sobotni wieczór, a jego boli gardło i gorączkuje do 40 stopni - a więc taki rodzinny po godzinach. Na jedne i drugie przypadki jeden lekarz.

Pacjenci czekają na badanie na korytarzu, nagłe przypadki wchodzą na „wewnętrzny” korytarz, w którym stoją biurka moje i pielęgniarek, są dwa pokoje badań/leżenia w ramach obserwacji - po badaniu decyduję, kto może wrócić na korytarz i tam czekać na wypis, kto wymaga leżenia w którymś z pokojów, kogo chcę poobserwować, ale może siedzieć, dla tego jest wewnętrzny korytarz.

Nie tak daleko (mniej niż godzina drogi) jest duży szpital w Większym Mieście, wielospecjalistyczny, z SOR-em "z prawdziwego zdarzenia" (specjalista medycyny ratunkowej, kilkanaście łóżek - u nas dwa; konsultacje rozlicznych specjalistów, w tym np. neurochirurg czy chirurg dziecięcy - u nas internista, ginekolog, pediatra, anestezjolog i chirurg ogólny; liczny personel, w tym dwóch lekarzy i kilku ratowników - u nas ja i dwie/trzy pielęgniarki; radiolog - u nas zdjęcie do oceny przeze mnie, gdzie wiadomo, bez wykształcenia kierunkowego jest szansa, że coś nietypowego przeoczę, a na wyniki TK czekamy ok. 3 godzin, bo obraz leci do innego miasta do oceny tam).

W szpitalu w WM działa prężnie system triage, polegający z grubsza na tym, że o kolejności przyjęcia decyduje stan pacjenta, a nie „o której przyszedł”, a więc gdy ktoś przyjdzie z katarkiem, jest całkiem realna szansa, że posiedzi sobie z 6-8 godzin, zanim lekarz znajdzie dla niego czas. U nas triage nie ma, przynajmniej oficjalnie, bo nieoficjalnie staram się na bieżąco monitorować, kto z czym się rejestruje, by wyłapać tych, którzy potrzebują pomocy pilniej. Ok, to tyle, jeśli idzie o wstęp.

I teraz właściwa historia.

Przyjeżdża pan z córeczką lat bodaj 11 (w każdym razie poniżej 12 – więc część leków odpada). Bo córeczka złamała sobie rękę. Dziewczyny zbierają podstawowy wywiad przy rejestracji, ja akurat obok nich wypisuję innego pacjenta, więc słyszę.

- Co się stało?
- Córka chyba złamała rękę.
- W jaki sposób?
- Grali mecz w Większym Mieście w halówkę, potknęła się, no i chyba złamanie, tam byli ratownicy, to unieruchomili jej, no i przyjeżdżamy.
- Dlaczego tutaj? Przecież w WM jest duży szpital.
- Ale tutaj się krócej czeka.

Mnie się ciśnienie podnosi, bo jestem akurat między potencjalnym zawałem, zapaleniem płuc i udarem i tęsknie myślę o drugim lekarzu. Zerkam tylko na unieruchomienie – faktycznie chyba ratownicy, bo założone profesjonalnie. Pytam dziecko, czy boli, nie aż tak bardzo, zresztą już coś dostała od tamtych ratowników, więc nie podaję żadnych leków, odsyłam na korytarz. Zlecam RTG.

Godzinę później mama (dojechała w międzyczasie) dopytuje się, czy pamiętam o jej dziecku. Owszem, pamiętam, ale musi czekać na swoją kolej, to nie jest stan zagrożenia życia. Ale to JEST DZIECKO. Powtarzam mamie, że DZIECKO (w myślach dodaję za Solejukową z Rancza „toż przecie widzę, że nie jeleń”) ma czekać na swoją kolej. Ale ono cierpi. No ma może złamaną rękę (wynik RTG - w sensie samo zdjęcie do oceny przeze mnie - już jest, ale jeszcze go nie widziałam), to może i cierpi, ale dostało od ratowników środki przeciwbólowe, nie można tego co godzinę serwować, bo właśnie to jest dziecko, dawki maksymalne są niższe niż u dorosłych, a i rodzajów nie tak wiele. Mama z fochem wraca na korytarz.

Pół godziny później (wiwat, pani nie ma zawału! ból ustąpił, EKG nadal bez typowych dla zawału zmian, enzymy sercowe we krwi prawidłowe, będziemy wypisywać) tym razem tata pyta, ile jeszcze będą czekać. Siląc się na uprzejmy uśmiech, odpowiadam, że skoro przyjechali z WM, bo tutaj czas oczekiwania jest krótszy, to niech jeszcze wytrzymają, bo i tak nie czekają tyle, ile potrafi się czekać w WM. Tata mówi, że to jest skandal, żeby DZIECKO tyle czekało i wychodzi.

Po chwili zapraszam dziecko (faktycznie, ma złamaną rękę). Wypisuję receptę, skierowanie do poradni chirurgicznej, by ktoś tam ocenił sprawę za kilka dni. Na „do widzenia” słyszę od rodziców, że skoro badanie dziecka i wypisanie mu papierów (karta informacyjna, recepta, skierowanie) zajęło 10 minut, to czy naprawdę nie mogłam go przyjąć wcześniej? Na pytanie zwrotne, czy uważają, że są ważniejsi od innych pacjentów „na 10 minut” z choćby 40-stopniową gorączką i czy miałam może odpuścić sobie przyglądanie się EKG u potencjalnego zawałowca, nie dostałam odpowiedzi.

I od razu zaznaczę – ja nie neguję, że dziecko ze złamaną ręką może cierpieć i że to jest stan wymagający pojawienia się w szpitalu. Ale poważnie pojechać do szpitala w innym powiecie, mając jeden z dużo większą obsadą pod nosem i jeszcze taka postawa?

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 79 (83)
poczekalnia

#85934

~pulchnamandarynka ·
| było | Do ulubionych
https://piekielni.pl/85926

Eh, aż łezka w oku się kręci jak sobie wspominam "wspomaganie" mnie w rozwoju moich pasji przez jakże kochanych i oddanych rodziców...

Nawiążę tu do może dwóch aspektów, jak to rodzice potrafią wspierać swoje dzieci w rozwoju ich pasji i zainteresowań.

Od zawsze byłem artystyczną duszą (co ma też swoje minusy bo jestem nadzwyczaj kreatywny w szukaniu dziury w całym). I od zawsze marzyłem o keyboardzie. Ach, te melodyjki, klawisze reagujące na siłę nacisku, aranżer, akordy... No ale, kiedy ma się 7-10 lat to ciężko jest odłożyć pieniądze na sprzęt za 300 zł kiedy w domu się nie przelewa (bynajmniej za kołnierz w wykonaniu ojczulka). I cały czas kiedy prosiłem o keyboard, zawsze słyszałem "nie mamy na takie pierdoły pieniędzy", które wydobywało się z ust rodziców razem z dymem papierosa. Oj tak, papierosy zawsze były wysoko na liście priorytetów moich rodziców, na to zawsze pieniądze były. Jak i na piwo albo siedem dla ojczulka. Ale nie na keyboard. Dzięki Bogu dyrektor domu kultury był złotym człowiekiem i zawsze pozwolił mi sobie pograć, chociaż nie uczył bo jednak łasy na pieniądze to był człowiek. Ale mogłem poklikać, pograć.

Przewińmy czas szybko do przodu, koniec liceum. Marzyłem wówczas o otworzeniu własnego zakładu fotograficznego. Papiery na dotację złożone, pozostało znaleźć dwóch żyrantów dotacji (aj, te przepisy). Niestety, rodzice nie wyrazili zgody bo "i tak Ci nie wyjdzie", "nikt do Ciebie nie przyjdzie", "przecież Ty nie umiesz robić zdjęć" i milion innych powodów, dalej w akompaniamencie dymu papierosów i alkoholu. I wiecie, po tylu latach słuchania, że jest się do niczego, że nic mi się nie uda, że jestem beznadziejny, ja zacząłem w to wierzyć. Mamusia silnie naciskała, żebym poszedł na studia. Bo po studiach to będę miał pracę. "Bo nikt osoby po samej maturze nie zatrudni!". Co z tego, że przed maturą słyszałem, że bez matury mnie nigdzie nie zatrudnią, jak szybko ten świat się zmienia... I poszedłem. I jestem myśli, że studia nie są dla wszystkich. Ja sam okrutnie się męczyłem, ale skończyłem licencjat, po 5 latach. Nawet z komisją po "obronie" żartowałem, że gdzie mój magister. I że ta uczelnia beze mnie upadnie (no jednak trzymają się dalej, skurczybyki). I poszedłem do pracy, po studiach, za zawrotne 1050 zł miesięcznie do ręki. No ale mamusia zadowolona, że syn po studiach, na wsi można się pochwalić. I chyba tyle, bo już moimi zarobkami się nie chwaliła.

I chwała mi, że jednak byłem uparty i sam na własną rękę rozwijałem swoje artystyczne pasje. Tańczę, fotografuję, gram, produkuję, nagrywam filmiki, tylko śpiewać nie umiem i raczej umiał nie będę, bo głos to ja brzydki mam, nawet w call center nie chcieli zatrudnić.

A rodzicom nie mam za co dziękować, bo nigdy nie zainwestowali we mnie więcej, niźli to było konieczne. Tj. ubrany i nakarmiony to szczęśliwy.

Morał historii taki, że warto poświęcić dziecku godzinę dziennie i próbować rozwijać jego pasje. Jeśli to słomiany zapał to szybko mu przejdzie, rzeczy materialne można sprzedać. Ale szczęśliwe będzie, że ma rodziców, którzy je wspierają.

life is na

Skomentuj (40) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 29 (83)
poczekalnia

#85931

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Przy ograniczonej widoczności normalny kierowca redukuje prędkość, debil za kierownicą nic sobie nie robi z warunków panujących wokół.

Wczorajszy wyjazd do wypadku. Noc, gęsta mgła, widoczność na ok. 30m. Pan nie zauważył zbliżającego się auta i wymusił pierwszeństwo. Po dojeździe na miejsce(byliśmy na zabezpieczeniu rejonu) rozstawiamy się zgodnie z procedurą(auto na skos, dojazd dla karetki).

Auto cały czas stoi na "błyskach", ja zaś wchodzę na dach w celu rozstawienia masztu oświetleniowego. W momencie gdy ustawiam odpowiednio najaśnice, słyszę pisk hamowania. Zdążyłem się tylko chwycić masztu, gdy w nasze auto uderzyło audi z czterema młodymi chłopakami w środku.

I tak nam przybywa poszkodowanych na wypadku drogowym.

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 117 (121)
poczekalnia

#85929

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Ktoś pod jakąś niedawną historią o relacjach rodzice - dziecko napisał, że jak się słyszy o biednych, samotnych, opuszczonych staruszkach, to zawsze zastanawia się nad tym, jak to wygląda "z drugiej strony".
Uważam, że w większości przypadków mamy relacje z innymi takie, jakie sobie zbudowaliśmy. I zawsze dwie strony biorą udział w tym budowaniu.
Przykład z dalszej rodziny. Byli sobie Ciocia i Wujek (C i W, upraszczając, to naprawdę dalsza rodzina, ale nie ma sensu wdawać się szczegółowo w koligacje rodzinne). Nie osądzam, ale nie zaliczyłabym C i W do najlepszych rodziców.

Najstarszą córkę przez kilka pierwszych lat wychowywała jej babcia - matka C, C jej nawet nie odwiedzała, wzięła dziewczynkę do siebie jak miała jakieś 5 czy 6 lat. Gdy córka dorosła, była wielka kłótnia (podobno o to, że córka z mężem pożyczyli C i W jakąś sumę pieniędzy, choć im się też nie przelewało, i po roku czy dwóch, jak C i W wymieniali sobie samochód na nowszy, a oni budowali dom, zażądali spłaty. C i W podobno byli oburzeni, że "ale jak to, mają oddać?!"), po kłótni całkowite zerwanie kontaktu, po jakichś 10 latach kontakty wznowiono - na zasadzie odwiedziny na pół godziny raz na rok czy dwa lata.

Średnia córka na etapie liceum wyjechała z domu, zamieszkała w internacie. Utrzymywała się - z tego co wiem - głównie z jakichś stypendiów naukowych, na studiach łączyła pracę z nauką. Podejście C i W: oni nie będą płacić za jakieś fanaberie, zwłaszcza dla dziewczyny (fanaberie = nauka).

Syn został u C i W (duży dom, praktycznie dało się zrobić oddzielne wejście/mieszkanie). Jego żona nie miała prawa wstępu do części domu C i W. Wnuczka również bez pozwolenia nie mogła nawet wejść do kuchni C i W, żeby napić się wody. Z tego co wiem, syn z żoną pokrywali całość opłat za energię, gaz, opał na zimę - bo C i W uważali, że skoro oni już dom wybudowali, a syn i żona "przyszli na gotowe", to niech przynajmniej płacą.

Jednak przyszła starość, a starość - zwłaszcza u C i W - nie radość. C zachorowała przewlekle, W też. Wymagają opieki.

Cała rodzina dalsza hur dur na dzieci C i W, że jak to rodzicami się nie zajmą.
Pomysły są najróżniejsze.
Że najstarsza córka powinna ich wziąć do siebie, przecież w domu mieszka!
Że średnia powinna przyjechać z tej "stolycy" i się chorymi matką, ojcem zająć.
Że żona syna powinna zrezygnować z pracy i się opiekować obojgiem, przecież "w jednym domu mieszkają".

Na moją, luźną dość sugestię, że C i W pobierają emerytury, wydatków nie mają oprócz żywności i leków żadnych, więc reszta zapewne wystarczyłaby na opłacenie opiekunki, hur dur, że jak to, obcy ludzie mieliby się opiekować, a trójkę dzieci mają!

Mają, ale mają też z nimi takie relacje, jakie całe życie budowali - czyli praktycznie żadne.

rodzina opieka starość

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 161 (167)
poczekalnia

#85926

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Hej, to znowu ja (85821, 85871). Tym razem opowiem o ograniczaniu hobby i życia społecznego.

W dzieciństwie dostałam książkę, w której były różne eksperymenty dla dzieci do przeprowadzania w domu. Jakieś hodowanie kryształów, wulkany itd. Byłam tym zafascynowana. Cały entuzjazm ostudziła matka, zabraniając mi robić którykolwiek z tych eksperymentów nawet w ogrodzie, bo "SYF BĘDZIE, BRUDNA BĘDZIESZ, COŚ CI SIĘ STANIE, TO GŁUPIE, NIE RÓB" - oczywiście to wszystko (i podobne) krzyczała jakby w złości.

Podstawówka, nauczycielka kazała wyhodować w domu kryształy i przynieść na lekcję. Matka z wielką łaską mi pozwoliła, "pomogła mi" robiąc to w pośpiechu i niezgodnie z instrukcją, nie reagując na moje zdanie i nie pozwalając mi nic zrobić samej. Po czym kryształy nie do końca wyszły i powiedziała, że to głupie i po co pani każe takie coś robić. Podobnie było, gdy na lekcje przyrody mieliśmy wyhodować rzeżuchę.

Kiedyś z klasą pojechaliśmy na konie. Właściciel powiedział, że można zapisać się na lekcje jazdy konnej. Moi rodzice nie chcieli nawet o tym słyszeć, bo "drogo" (pieniędzy mieliśmy dużo). Jak okazało się, że pieniądze nie są problemem, bo można pomagać przy pracy z końmi zamiast płacić - matka krzyczała na mnie, że nie będę się w jakichś koniach babrać, a poza tym nie będą mnie specjalnie wozić (5-10km...) i koniec tematu.

Podobne akcje działy się gdy chciałam chodzić na basen, na karate, na dodatkowe zajęcia z angielskiego, itd, no cokolwiek.

Moim marzeniem zawsze była perkusja. "Nie ma miejsca i drogie". To gitara elektryczna - mogę uzbierać kasę pracując w sadzie, miejsce mam w pokoju. "Nie, bo będzie hałas". Okej... Na szczęście po wielu próbach udało się ich przekonać, to była jedyna rzecz, która się udała (miałam już 16 lat). Ale jeszcze bardzo długo mi to utrudniali.

Później zainteresowałam się rzeczami, które można robić na komputerze bez wydawania pieniędzy i wychodzenia z domu - tu jakaś grafika, komponowanie muzyki, programowanie, próbowałam różnych rzeczy. No to wjechały ograniczenia na komputer.

Znajomi - zawsze były pytania o średnią ocen i jeśli była niższa od mojej, to nie pozwalano mi się z tą osobą zadawać. Miałam drugą najwyższą średnią w klasie, więc praktycznie każdy stanowił problem...
Zadawałam się z resztą ludzi po kryjomu, jednak było to uciążliwe. Później już otwarcie olałam tę zasadę, przez co musiałam znosić krzyki, jednak ostatecznie matka ogarnęła się w tej jednej kwestii.

Pewnego razu na wywiadówce nasłuchała się, jaki to Artur jest zły i pali papierosy. Krzyki, zakaz znajomości, bo jeszcze da mi papierosa i co wtedy. "ALE NIE ZADAJESZ SIĘ Z NIM, PRAWDA? JA SIĘ DOWIEM JAK SIĘ BĘDZIESZ Z NIM BAWIĆ".

Tych sytuacji było od cholery więcej, jednak nie starczy mi znaków.

To jakaś chora potrzeba kontroli wszystkiego?

rodzina

Skomentuj (40) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 79 (97)

Podziel się najśmieszniejszymi historiami na
ANONIMOWE.PL

Piekielni