Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

Poczekalnia

Tutaj trafiają wszystkie historie zgłoszone przez użytkowników - od was zależy, które z nich nie trafią na stronę główną, a którym się może poszczęścić. Ostateczny wybór należy do moderatorów.
poczekalnia

#86416

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Przypomniała mi się taka historia sprzed paru lat.

Poznałem kobietę na imprezie, spodobaliśmy się sobie, oboje chcieliśmy się jeszcze zobaczyć, więc wymieniliśmy się numerami. Odezwała się i umówiliśmy się na spotkanie.

Siedzimy w ogródku piwnym, pijemy bezalkoholowe, rozmawiamy, a tu nagle dzwoni jej telefon.
- Przepraszam, ale muszę odebrać, bo to mąż.
Myślałem, że żartuje, ale odebrała i wcisnęła mu szybki kit, że właśnie jest w galerii i sobie chodzi po sklepach. Jak skończyła, to mówię:
- Nie wiedziałem, że masz męża.
- A jakie to ma znaczenie?
- Dla mnie ma, bo nie ruszam cudzych kobiet.
- Ale to tylko przygoda!
- Ja mam na to nieco inne określenie.
Wstałem, zapłaciłem za swoje piwo i wyszedłem.

Do teraz mi szkoda tego faceta jak sobie pomyślę jakie on musi mieć poroże...

kobiety

Skomentuj (17) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 67 (109)
poczekalnia

#86412

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Kwarantanna, dzien xxx... Wygląda na to, że czy kwarantanna czy nie, niektórym conieco rzuca się na mózg.
Sytuacja z dziś. Partnerka idzie spokojnie koło wieżowca w swojej okolicy i nagle tuż przed nią rozpryskuje się na kawałki szklanka. Dziewczynę zamurowało, ale zdążyła ostrzec idącą za nią sąsiadkę. Przed którą rozbiła się następna szklanka. Potem z siódmego piętra zaczęły lecieć inne naczynia. Czy to jakaś gówniarzeria zaczęła się bawić? Czy może ktoś już się nudził w mieszkaniu?
Diabli wiedzą, policja wezwana (przyjechali szybko) zeznania spisane.
Co trzeba mieć w głowie, żeby z takiej wysokości rzucać czymkolwiek na chodnik? Gdyby szła matka z małym dzieckiem i ono oberwało to by od razu karawan...

Pomorze

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 18 (28)
poczekalnia

#86411

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Z cyklu nie tylko Polak potrafi.
Firma globalna, ale mowa tylko o oddziale brytyjskim, bo nie mam pojecia jak to wyglada w innych krajach. Narodowosci wlasciciela nie podam, bo rozpeta to burze, a nie ma w sumie znaczenia. Nie jest ani Polakiem ani Brytyjczykiem.
Oddzial brytyjski zatrudnia ok. 7000 ludzi. Kiedy rozpetala sie epidemia, jako ze charakter dzialalnosci wyklucza obecnie dzialanie, pracownicy dostali informacje, ze ich dochody zostana obciete o 40-70% (zalezy od dzialu), ale pracownikami pozostaja i dochody, co prawda niskie, ale miec beda. Pracy zapewne wykonywac nie beda, poza kilkoma sztukami. Zaraz potem Borys oglosil, ze rzad bedzie placil 80% furlough kazdemu pracownikowi, ktory z racji epidemii nie bedzie mial co robic, a firma odczuje to ekonomicznie na wlasnej skorze. Jako, ze ta wlasnie firma jak najbardziej pod benefit podlegala, ucieszyli sie wszyscy. Po pierwsze wlasciciel, bo przy zerowych dochodach nie musi placic 7000 ludzi, po drugie ludzie, bo zamiast 30% dostana 80%.
Ale piekielny nie bylby piekielnym, gdyby nie usilowal zachachmecic dodatkowo. Nawet zawieszona firma musi miec pewnych ludzi do obslugi, to normalne. W tym przypadku wystarczy ok. 80 osob. Otoz zasraniec wlasciciel wymyslil sobie, ze tym zatrzymanym osobom zaplaci rowniez 80%, uzasadniajac to tym, ze pracownicy wyslani na benefit beda sie czuli poszkodowani... No do jasnej cholery. A co z tym, ze te 80 osob bedzie pracowalo, a reszta w zasadzie bedzie miala urlop? To nieistotne podobno. Tak, mam zaszczyt byc wsrod tych 80 osob, ale chyba dla zasady powiem im, zeby sie gonili, chociaz pewnie nie moge, ale chcialabym. Chocby z tego powodu, ze jestem dziwnie spokojna, ze i nas wlasciciel zglosi na furlough i panstwo za to zaplaci. To juz moglby dorzucic te 20%. Gownozjad :/

Skomentuj (17) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 22 (36)
poczekalnia

#86400

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Korzystając z samo-kwarantanny, zabrałam się za kolejne pudełko puzzli. Ich układanie traktuję jako rozrywkę, która już wielokrotnie wypełniała mi czas, a czasem wywołuje nieprzyjemne sytuacje.

Zazwyczaj puzzli nie kupuję, bo nie mam miejsca na ich magazynowanie po ułożeniu. Jestem połączona w grupie, gdzie następuje wymiana puzzlami. Wystawiam je także na OLX. Niestety, i tu i tu zdarzają się osoby, które bardzo potrafią zirytować.

1. A czy one na pewno są całe?
Gdy skończę jakieś puzzle, robię im zdjęcie po ułożeniu i załączam do zdjęć pudełka, aby każdy mógł zobaczyć, że są one kompletne. Dodatkowo zamieszczam o tym informacje, że puzzle są kompletne i nie brakuje żadnego elementu.
Zwykle dostaję kilka wiadomości "a one są całe?". Odpisuję, że owszem, widać to na zdjęciach. "Ale skąd mam wiedzieć, że Pani ich nie zgubiła po ułożeniu?". Rekordzista zadał mi 15 takich pytań i chciał przeliczyć puzzle na miejscu, podczas wymiany. 2500 elementów...

2. Zarezerwuję do poniedziałku i nie przyjdę
Wieczne rezerwacje, to coś co uwielbiam. Preferuję odbiór z ręki do ręki, bo Poczta Polska dała takie ceny, że już taniej kupić nowe puzzle. Również informuję o tym w ogłoszeniu. Zdarzyło mi się już parę osób, które prosiło o rezerwacje i umawiało się ze mną na konkretną datę, bo akurat będą w pobliżu i wtedy będą mogli je odebrać.
Wcześniej umawiałam się w miejscach publicznych np. na pobliskim przystanku tramwajowym, czy obok mojej pracy. Po kilkunastu spotkaniach, gdzie czekałam na drugą osobę w umówionym miejscu, zrezygnowałam. Wcześniej takie osoby potwierdzały spotkanie, a potem zwyczajnie nie przychodziły.

3. Oszuści
Raz moje zdjęcia ułożonych puzzli znalazłam na grupie, użyte przez kogoś innego, gdzie jako jedyna forma ich sprzedaży była wysyłka za wcześniejszą opłatą. Zgłosiłam tę osobę do administratora i napisałam pod zdjęciem komentarz, że te zdjęcia są moje i pochodzą ze zdjętego już ogłoszenia sprzed 2 miesięcy. Puzzle były na tyle charakterystyczne, że z łatwością udało mi się je rozpoznać, a w dodatku w tle złapał się mój kot :) Oszust zarzekał się, że on wrzucił te zdjęcia, bo ma takie same puzzle, a nie zrobił im zdjęć po ułożeniu. Jakoś nie udało mu się przekonać administratora i wyleciał z grupy.

4. "Poproszę o zdjęcia puzzli na wymianę i informację czy są kompletne"
Parę razy zdarzyło mi się wymienić z osobami starszymi , które miały problem z pokazaniem mi zdjęć na wymianę(rekordzistka to kobieta 75 lat). Wtedy starały mi się dokładnie opisać wygląd puzzli albo podawały mi ich nazwę albo kod kreskowy, po którym też czasem można znaleźć wzór. Najczęściej jednak prosiły wnuki o przesłanie mi zdjęcia.
Nie rozumiałam więc nigdy osób, które odzywały się na grupie albo olx i chciały się wymienić, a przy prośbie o przesłanie zdjęć puzzli starały mnie się przekonać, że te puzzle na pewno mi się spodobają i że chyba są całe, ale sami nie wiedzą. Jak coś to odnajdą te brakujące puzzle i mi je dostarczą później. Jasne. Dodatkowo często nie chciano podać mi ilości elementów, bo przecież, cytując niektóre odpowiedzi "puzzle to puzzle".

Jedna kobieta stwierdziła, że skoro się wymieniam, to nie powinnam wybrzydzać i brać to co ona oferuje. W tym przypadku wchodziła wymiana puzzli Trefl 2500 elementów na puzzle marki marka (nigdy o niej nie słyszałam i nie znałam jakości wykonania) o ilości elementów 800.

Żadna z wyżej wymienionych osób nie posiadała żadnego ogłoszenia z puzzlami, stąd moje pytania.

5. Dała mi Pani niekompletne puzzle!
Raz miałam do czynienia z krzykaczką, która odkupiła ode mnie puzzle, bo sama nie miała na wymianę. Sprzedałam je za 10 zł. Były to puzzle wyjątkowo pierwszego użytku (dostałam je na urodziny od znajomych) i byłam pewna, że nie zgubiłam ani jednego puzzla.
Kobieta żądała oddania 10 zł, zaczęła się nakręcać na prokuraturę/policję/ Pana Boga. W końcu powiedziałam, że mogę je oddać, ale pod warunkiem, że przywiezie mi puzzle do domu i będą one całe i w stanie takim, w jakim je odkupiła. Jakoś nie pojawiła się na umówionym spotkaniu. Ciekawe dlaczego? ;)

puzzle wymiana sprzedaż

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 40 (58)
poczekalnia

#86408

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Z uwagi na kwarantannę i ogrom czasu, który się marnuje, pomyślałam, że podzielę się piekielną historią. Przynajmniej z mojej strony. Przepraszam za ewentualny chaos, ale wspomnienie tego człowieka wywołuje we mnie jeszcze skrajne emocje.

Po moim poprzednim związku z A, który miał problemy z dochowaniem wierności, a o innych przebojach nawet nie będę wspominać, poznałam M. Jako, że termin zdrowej relacji był mi wtedy obcy, miałam wrażenie, że wiele z tych zachowań jest normalnych i obecne są w każdym związku.
Od początku. Z M poznaliśmy się, kiedy oboje jeszcze studiowaliśmy. Pierwsze miesiące związku wiadomo - sielanka, dodatkowo M dużo opowiadał o swojej rodzinie, o chorej psychicznie babci, o ojcu tyranie domowym i matce, która nie reaguje. Rodzina M była specyficzna, babcia z chorobą psychiczną często podnosiła głos, potrafiła bez powodu wydzierać się na kogoś z domowników i obrażać. Mi obrywało się, że przyjeżdżam do chłopaka, więc jestem dzi**ą. Ojciec M był nieprzyjemnym człowiekiem, aczkolwiek wystarczyło trochę chęci, a dało się z nim czasem dogadać, niestety coraz częściej zachowywał się jak babcia M. Mama i siostra M były sympatycznymi osobami.
Po kilku miesiącach na spotkaniach zaczął przesadzać z alkoholem, machałam wtedy na to ręką, bo oboje studiowaliśmy i był to czas wielu imprez. W międzyczasie M uwalił studia dwa razy, jako przyczynę podając "w tym domu nie da się uczyć". Przez dłuższy czas faktycznie myślałam, że M i jego życiowe porażki wiążą się z sytuacją domową, jak się jednak później okazało, jego rodzice nawet odwozili go na uczelnię, kiedy zaspał i nie poszedł na autobus. M odłożył ukończenie studiów z informatyki na dalszy plan i zaczął pracować w Macu (studiów oczywiście nie ma jak skończyć, bo rodzina. Ogólnie cokolwiek się nie działo, to zawsze była wina rodziny M.
Kiedy widywaliśmy się rzadziej, chociażby z powodu moich egzaminów M potrafił nie odzywać się trzy dni, jak się dowiedziałam po latach, wtedy pił, jarał zioło i grał w gry. Tak się stało, że zupełnie przez przypadek dowiedziałam się o jego jaraniu i zerwaliśmy, natomiast ja głupia, młoda, dałam mu jeszcze jedną szansę, kiedy obiecał, że już nie będzie palił. Przyjęłam nawet jego oświadczyny. Wytrzymał jak się okazało cały miesiąc. Od tej pory M był już na równi pochyłej. Jego znajomi plotkowali o upijaniu się, upalaniu, a nałogowy kłamca wszystkiego się wypierał, jeśli się przyznawał, to oczywiście - wina rodziny. M bardzo lubił użalać się nad sobą, jaka to na nim jest presja, bo rodzice chcą, żeby szedł na studia, albo do innej pracy i się wyprowadził, żeby sprzątał w domu itp. Jak się okazało później M miał nawet problem raz w tygodniu odkurzyć pokój. Kiedy się żalił, że w domu nigdy nie ma obiadu, okazało się, że wolał chodzić z kolegami na piwo i kebaba.

Jak już wspomniałam, byłam młoda i głupia, więc uznałam, że trzeba pomóc M. Chciałam abyśmy zamieszkali razem, wtedy jego rodzina nie będzie dla niego przeszkodą/wymówką i łudziłam się, że się ogarnie życiowo. Tak też się stało, M przeprowadził się do mnie.
Co ważne dla historii posiadam dom dwurodzinny, na parterze mieszkają dziadkowie, na piętrze moja mama, brat i kiedyś ja. M miał dokładać się do utrzymania domu, na co z resztą chętnie przystał, a za kilka miesięcy mieliśmy wynająć mieszkanie. M planował w tym czasie naukę programowania i jednoczesną pracę.
M wprowadził się w kwietniu, pracę w Macu rzucił w maju. Od tej pory chęć dokładania się do utrzymania domu mu opadła, jak z resztą chęci do pracy. Jako, że podczas studiów miałam już swoje źródło niewielkich dochodów, to pożyczałam mu na leczenie zębów, czy inne wydatki. Kiedy mieszkaliśmy razem wyszło szydło z wora. M nie chciał sprzątać, na każdą prośbę reagował oburzeniem, zaczynał wymyślać, że boli go brzuch lub jest zmęczony. O pomocy przy typowo męskich pracach domowych mogłam zapomnieć, ZAWSZE bolał go wtedy brzuch ;) W zasadzie wymarzonym stylem życia M było siedzenie, granie i picie wszelkiego rodzaju alkoholu. No właśnie...
Wtedy już każde spotkanie ze znajomymi kończyło się tym, że M pił do oporu. Pijany zachowywał się agresywnie, wyzywał mnie, potrafił rzucić czymś we mnie (na szczęście z miernym skutkiem), wyzywać od s*k, czy szmat. Kiedy próbowałam z nim o tym rozmawiać, on mówił, że to wina - już tym razem nie rodziny - tylko moja. Tak, użalał się, że ja nie chcę go utrzymywać, każę mu iść do pracy, pomagać w domu, że jest zestresowany i na nim jest za duża presja. Na weselu swojej siostry upił się tak, że wyszedł i wrócił po chwili bez spodni i butów. Oczywiście to moja wina, bo "napewno powiedziałam mu coś, co go zdenerwowało i musiał wyjść". Kiedy na drugi dzień po weselu byłam wściekła i nie rozmawiałam z M, większość jego rodziny uznała, że powinnam dać spokój, przecież było zabawnie i nic się nie stało. Jedynie rodzice M byli zażenowani tą sytuacją.
Kolejnym kwiatkiem były wojny o auto. W tamtym czasie byłam właścicielką Clio, zatem, kiedy M uznał, że chce być kurierem, logiczne było dla niego, że ja mu to auto dam. Jakim zdziwieniem okazała się moja odmowa. Usłyszałam, że jestem egoistką, że go nie wspieram, że on mi to już na zawsze zapamięta, a tłumaczenie, że często jeżdżę na praktyki do szpitala oddalonego o 50km od miejsca zamieszkania, czasem ok. godziny 20, nie docierały. Na jakiekolwiek próby wykorzystywania mnie finansowo słyszał już odmowę, kończyło się to wyzywaniem, że go nie wspieram, że jestem s*ką, szmatą itp.
Ostatecznie przez pół roku mieszkania ze mną M przepracował trzy miesiące w call center. Wiedziałam już wtedy, że to wszystko nie ma sensu, ale jeszcze, jak to zakochana osoba musiałam do tej decyzji dojrzeć. Miarka przebrała się, kiedy M oznajmił, że teraz robi miesiąc wolnego i będzie się uczył programowania (były dni, kiedy nie jechał do pracy, tylko zostawał się uczyć i za każdym razem grał cały dzień). Decyzja ta zbiegła się z tygodniem, kiedy codziennie był pijany i zaczynał się już zachowywać nieprzyjemnie wobec mojej rodziny. Przestał się także myć, typowo, potrafił przez trzy dni nie tknąć prysznica. To już było dla mnie przegięcie i wyrzuciłam go z domu.
Zachowanie M po zerwaniu to materiał na osobną historię.

Opisałam to wszystko, bo przypomniała mi się pewna sytuacja. Miesiąc po zerwaniu z M poznałam cudownego człowieka, a od tego miesiąca już męża. Wówczas niektóre z moich znajomych uznały, że jestem płytka, po 3,5 letnim związku z M nie powinnam jeszcze się z nikim spotykać, bo to nie wypada. No tak zdecydowanie powinnam mieć żałobę po zerwaniu relacji z takim świetnym chłopaczkiem :)

Alkohol

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 56 (78)
poczekalnia

#86401

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Poczta w czasach zarazy...

Żona dostała awizo w piątek przed ogłoszeniem stanu zagrożenia. W poniedziałek więc pojechała na pocztę. Samochodem, żeby ograniczyć kontakt.

Poczta znajduje się w centrum handlowym. Kartka na drzwiach, że całość nieczynna do odwołania. Druga kartka, że poczta też. No cóż, odbierze się kiedy indziej, przesyłka spodziewana mało pilna, trudno.

Minęły 2 tygodnie, przy okazji zakupów w pobliskim markecie stwierdziła, że zobaczy, czy może poczta już jest czynna. Jest!

Ustawiła się więc w kolejce, odstała swoje. Przesyłka zwrócona do adresata, bo przecież minęły 2 tygodnie. Przez te 2 tygodnie ponoć czekała na poczcie na sąsiednim osiedlu. Trzeba było być wróżką i się domyślić, że akurat tam. Powtórnego awizo nie było.

No żesz poczta twoja mać.

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 86 (104)
poczekalnia

#86394

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Jestem kierowcą tzw. "tira".

Powiedzcie mi czy teraz nastała jakaś głupia moda na nie włączanie kierunkowskazów czy co? Od 2 tygodni co drugi pojazd, w mojej okolicy nie włącza kierunkowskazów. Niestety konsekwencje mogą być nieprzyjemne.

1. Głowna arteria jednym z wojewódzkich miast (Wrocław lub Łódź, konkretnie nie pamiętam). Jadę prawym pasie, na lewym tuż przede mną jedzie auto osobowe z identyczną prędkością (ok. 60 km/h) Zbliża się do nas szybko osobowy mercedes na lewym pasie. Jego kierowca zwolnił do naszej prędkości, a następnie bez sygnalizacji wjechał w lukę między naszymi pojazdami. Tym samy zajechał mi drogę, zmuszając odruchowo do ostrzejszego hamowania. Na moim ogonie z kolei jechała inna osobówka, której kierowca nie zachował odstępu o był zaskoczony moim hamowaniem. Przez bezmyślność jednej osoby, moglibyśmy mieć wypadek śmiertelny, bo gdybym zobaczył włączony kierunkowskaz, wolałbym pajaca wpuścić niż ryzykować jakieś niebezpieczeństwo.

2. Jakieś niewielkie rondo na powiatowej drodze w kierunku Warszawy. Dojeżdżam do ronda, które z racji natężenia ruchu było zatłoczone. Długość mojego zestawu nie pozwala mi się "wbić" między pojazdami, bo nie widzę czy dany pojazd jedzie dalej czy zjeżdża z ronda. Po mojej lewej na wjazd na rondo czekają 2 auta osobowe i 1 bus. Wreszcie te pojazdy zdołały wjechać na rondo jeden za drugim i co się okazało? Wszystkie 3 zjechały pierwszym zjazdem bez włączonego kierunkowskazu. Gdyby zasygnalizowali to czekając na rondo, znałbym ich zamiary i też mógłbym wyjechać, a tak czekałem jak głupek, bo komuś nie chciało się sygnalizować manewru*

3. Klasyczna sytuacja ze zmiana pasa ruchu. W tym tygodniu pokusiłem się o liczenie pojazdów, które nie zasygnalizują manewru zmiany pasa ruchu, nieważne czy to na autostradzie czy w ruchu miejskim. Oczywiście wyliczenia szybko mi się pomyliły, ale oszacować liczbę tych pojazdów mogę na ok. 120!

Dziś brak puenty, bo jestem załamany bezmyślnością polskich kierowców, ich ignorancją do przepisów i myśleniem tylko o sobie, ale wcale się nie dziwię, że w kulturze jazdy i statystykach wypadków zajmujemy jedne z ostatnich miejsc w Unii Europejskiej.


* Wiem, że przepisy nie nakazują włączania kierunkowskazu przed wjazdem na rondo jednopasmowe, ale wielokrotnie udowadniałem, że papier spisany kilkadziesiąt lat temu nie nadąża za współczesnym natężeniem ruchu. Czasem warto porzucić wykute na pamieć formułki i pomyśleć o innym uczestnikach ruchu drogowego.

kierunkowskaz pord tir

Skomentuj (27) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 22 (44)
poczekalnia

#86393

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Koronawirus. Nowe regulacje. 3 osoby w sklepie na jedną kasę. Przychodzi mąż z żoną na zakupy. On wchodzi a ona jeszcze nie, bo jest już komplet.

Co robi mąż w sklepie? Stoi i czeka na żonę. Nie robi żadnych zakupów, tylko stoi i czeka.

Ok. pięć minut. Na pewno nie krócej.

Chodzenie parami do sklepu to w obecnej sytuacji dla mnie absurd. Ta sytuacja jest jednak dla mnie poziomem wyżej.

Spożywczy

Skomentuj (42) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 37 (85)
poczekalnia

#86389

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Miałam postanowienie, że nie będę pisać nic o tematyce około-wirusowej, ale oczywiście życie zweryfikowało moje postanowienia, i powstała poniższa opowiastka, zahaczająca o tzw. "godziny dla seniorów", czyli zakaz robienia zakupów dla osób poniżej 65r.ż. w godzinach 10-12.

Dziś rano stałam niedaleko wejścia do niewielkiego centrum handlowego, czekając na swoje zamówienie z knajpy obok. Po kilku minutach przed wejściem do CH pojawiła się policyjna "suka", z której wysiadło czworo policjantów, chodnikiem w ich stronę zmierzało dwóch strażników miejskich, a dwóch kolejnych strażników wyszło w tym momencie z rzeczonego CH w towarzystwie starszej pracownicy jednego z działających sklepów. Zamienili za sobą kilka słów, z których wynikało, że w środku znajduje się jakiś mężczyzna, z powodu którego zostały wezwane służby, i wszyscy razem weszli do środka, znaleźć tego pana. Po ok. dwóch minutach od ich wejścia, z CH wyszedł mężczyzna na oko przed czterdziestką, podszedł do kobiety, która na niego czekała na zewnątrz, i oddalili się. Gdy mnie mijali, ułyszałam fragment ich rozmowy, w którym gość mówił kobiecie, że miał problem ze znalezieniem toalety, ale w końcu mu się udało. Po kolejnych kilku minutach wyszli policjanci i strażnicy miejscy, stanęli między wejściem, a radiowozem, i gadali chwilę na temat wezwania. Z tej rozmowy dowiedziałam się, że jakiś pracownik CH wezwał służby do agresywnego mężczyzny, który robił rozróbę w środku. Niestety pana nie udało się znaleźć, ochrona ponadto twierdzi, że nic takiego nie zauważyli, i oni w sumie nie wiedzą dlaczego ktoś najpierw wezwał policję, zamiast wewnętrzną ochronę. Dodatkowo jedna policjantka powiedziała, że jadąc tu szykowali się na jakąś naprawdę grubą awanturę, bo dyspozytor mocno ich ponaglał, i kazał jechać na gwizdkach. Część z tych rzeczy wiem z prywatnej rozmowy funkcjonariuszy, a część z "raportu", który jeden z policjantów przekazywał przez radio, jak się domyślam, dyspozytorowi. Nic dziwnego, czy piekielnego, jak narazie. Ale! Kiedy służby odjechały, przed CH wyszły dwie jego pracownice. Jedna to starsza babka, która wcześniej wyszła ze strażnikami, i jak się okazało, również ta, która wezwała policję. Panie wyszły na papierosa, i rozmawiały na temat wydarzenia, którego części byłam świadkiem. I tu dowiedziałam się ciekawych rzeczy. Dialog pani wzywającej (PW) z koleżanką (K) brzmiał mniej więcej tak:

(K): Ty, słuchaj, kto to wezwał policję?

(PW): No ja.

(K): A ten gość to naprawdę robił jakąś awanturę? Bo ja w sumie nic nie zauważyłam?

(PW): Nie, ale jakbym tak nie powiedziała, to by pewnie nie przyjechali, a już po 10 jest przecież!

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 28 (68)
poczekalnia

#86386

~OchyIAchy ·
| było | Do ulubionych
K@@wa ludzie to mają tupet!

Było to rok temu.
Moja młodsza siostra była zaręczona z pewnym chłopakiem z którym spotykała się 7 lat. Termin ślubu, sala, orkiestra, kwiaty, ksiądz- wszystko załatwione, ale ślub wziął tylko narzeczony.

Jak się łatwo domyślić zakisił ogóra, ale mimo to stwierdził, że ślub z młodą dalej aktualny a to, że będzie miał dziecko z inną to żaden problem. No i nie wytrzymałem- spuściłem mu łomot i wyje..łem za drzwi.
Siostra przeryczała bity miesiąc ale jakoś doszła do siebie czego uwieńczeniem było rytualne spalenie na wielkim stosie rzeczy byłego.

Ale i tak "najlepsi" byli przyszli-niedoszli teściowie młodej ( katolicy na pokaz).
Jako, że młoda pracuje w lokalnym banku a oni niestety mają tam konto doszło do spotkania. Siostra zachowując pełen profesjonalizm obsłużyła ich z uśmiechem nr 5 na twarzy i już odychała z ulgą, że odchodzą gdy szanowna paniusia teściowa odwróciła się na pięcie z tekstem "ale wiesz, że ta cała sytuacja to TWOJA wina?!". Tu siostrze brew dygnęła ale mimo to nie zmieniając wyrazu twarzy
chociaż było to lekko nieprofesjonalne odpowiedziała " tak, wiem bo mu za materac i dziurawe gumki robiłam jak mnie zdradzał". Kobieta przybrala kolor purpury i poszturchując męża uciekła pod ostrzałem spojrzeń kilku pań z chóru kościelngo :)

Bank

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 80 (106)

Podziel się najśmieszniejszymi historiami na
ANONIMOWE.PL

Piekielni