Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

Poczekalnia

Tutaj trafiają wszystkie historie zgłoszone przez użytkowników - od was zależy, które z nich nie trafią na stronę główną, a którym się może poszczęścić. Ostateczny wybór należy do moderatorów.
poczekalnia
Jestem kierowcą, rowerzystą i pieszym. Z uwagi na korki na ul. Strzegomskiej we Wrocławiu, codziennie do pracy dojeżdżam rowerem, a tam przesiadam się na samochód. Jednakże to jadąc na rowerze czuję się najbardziej niebezpiecznie, pomimo tego, że do pracy mam tylko 4km i moja cała trasa przebiega po ścieżkach rowerowych lub ciągach pieszo-rowerowych.

Chciałabym opisać Wam 4 sytuacje, które się zdarzyły podczas moich codziennych rowerowych dojazdów, dla zainteresowanych wrocławian podając linki do lokalizacji w google street.

1. Wypadek z moim udziałem i ucieczka sprawcy
https://www.google.com/maps/@51.1127275,16.9497217,3a,60y,60.32h,79.28t/data=!3m6!1e1!3m4!1sCq-X1d1NSA58TW57ANibYw!2e0!7i13312!8i6656

Jechałam ścieżką rowerową równoległą do głównej ulicy, dojeżdżałam do zjazdu na drogę osiedlową (do tych co włączą link: ja jechałam w kierunku południowym). Z osiedla powoli nadjeżdżała ciężarówka, która zatrzymała się przed przejazdem rowerowym, aby ustąpić mi pierwszeństwa. Wjechałam na przejazd rowerowy i w momencie, gdy minęłam ciężarówkę i przekroczyłam połowę szerokości zjazdu, od strony osiedla wjechał we mnie samochód osobowy, uderzając w moje przednie koło, po czym nie zatrzymał się i zbiegł. Kierowca osobówki, chyba niezbyt zadowolony, że ciężarówka jedzie tak wolno, wyprzedził ciężarówkę z lewej na zjeździe. Nie widzieliśmy się wzajemnie, bo ciężarówka zasłaniała widok.
Wywróciłam się, zdarłam kolano i nadgarstek, a mój rower poza zdartym lakierem nie ucierpiał. Jeżeli chodzi o to co się działo dalej, to chyba nie mogłam rozegrać tego gorzej... Byłam w szoku, nie wezwałam policji, nie wzięłam numeru telefonu od kierowcy ciężarówki, nie spytałam czy zapamiętał rejestrację, pomimo że wyskoczył z auta i pomógł mi się pozbierać. Zobaczyłam tylko że nogi i ręce nie połamane i pojechałam dalej. Nie pamiętam nawet co to był za samochód, pamiętam kształt przednich świateł, którymi we mnie uderzył, mnie więcej kolor auta i tyle. Próbowałam szukać na osiedlu tego samochodu i tej ciężarówki, ale bezskutecznie.

2. Wypadek, którego byłam świadkiem
https://www.google.com/maps/@51.1140953,16.9770923,3a,75y,170.56h,79.41t/data=!3m6!1e1!3m4!1s2vM-LZ8oUeYlmtCPWKGC3g!2e0!7i13312!8i6656

Ciąg pieszo-rowerowy biegnie równolegle do drogi głównej i przecina drogę dojazdową do jakichś biurowców. Rowerzysta jechał po ciągu pieszo-rowerowym i wjechał na przejazd rowerowy (miał pierwszeństwo). W tym momencie zza jego pleców z dużą prędkością z głównej ulicy, zjechał samochód osobowy, uderzając rowerzystę w bok z taką mocą, że chłopak spadł z roweru, przeleciał kawałek, uderzył głową w asfalt i stracił przytomność. Została wezwana policja, pogotowie, kierowca pozostał na miejscu wypadku, udzielał pierwszej pomocy.

3. Poruszanie się pieszych na ciągu pieszo-rowerowym
https://www.google.com/maps/@51.1142174,16.9793558,3a,75y,166.6h,77.13t/data=!3m6!1e1!3m4!1sNraAE8ZYAqgj_B3AR8XDKQ!2e0!7i13312!8i6656

Na ciągu pieszo-rowerowym o szerokości około 3m zlokalizowany jest przystanek autobusowy. Problemem są piesi, którzy w oczekiwaniu na autobus zajmują całą szerokość ciągu p-r i wchodzą pod koła rowerzystom (np. widząc nadjeżdżający autobus nie rozglądają się i wchodzą pod koła). Najgorzej jest rano, gdy jadę do pracy na godzinę 8. Kilkadziesiąt metrów od przystanku znajduje się prywatna szkoła wyższa i studenci idą grupkami, nie zostawiając żadnego przejazdu dla rowerzystów. Niektórzy rowerzyści omijają ich jadąc trawnikiem, ale większość po prostu na tym odcinku schodzi z rowerów i prowadzi rower. Czasami piesi jak usłyszą dzwonek rowerowy to zrobią miejsce i uda się przejechać, ale jednak dużo z nich chodzi w słuchawkach i nie ma reakcji. Wiem, że zgodnie z przepisami pieszy ma pierwszeństwo w poruszaniu się po ciągu p-r, ale chyba powinien umożliwiać poruszanie się rowerzyście?

4. Sytuacja z zeszłego tygodnia, która mnie skłoniła do napisania tej historii
https://www.google.com/maps/@51.1098516,16.9558065,3a,75y,62.66h,76.75t/data=!3m6!1e1!3m4!1shTK22HCr8uyQWGxhFft7Cg!2e0!7i13312!8i6656

Wracałam na rowerze z siłowni. Jechałam wąską osiedlową drogą, aby dojechać do skrzyżowania, na którym zaczyna się ścieżka rowerowa. Przez jakieś 50m jechał za mną kierowca osobówki, który nie mógł mnie wyprzedzić, bo z naprzeciwka jechały samochody, więc jechał za mną i ciągle na mnie trąbił. Nie wiem co niby bym miała zrobić, chyba nagle zniknąć albo wejść z rowerem na trawę, żeby go przepuścić, po to żeby mógł przejechać te 50m i ustawić się w kolejce samochodów do wyjazdu na główną...


Podsumowując - przepis o tym, że rowerzysta ma pierwszeństwo na przejeździe rowerowym chyba powoduje więcej szkody niż pożytku. Myślę, że dobrze sprawdza się w krajach, w których nie ma tylu sfrustrowanych, wiecznie spieszących się ludzi co w Polsce, a z moich obserwacji wynika, że około 30% samochodów nie ustępuje pierwszeństwa. Z drugiej strony nie raz widziałam rowerzystów pakujących się pod koła wymuszających pierwszeństwo samochodów. Co z tego, że mają pierwszeństwo, skoro w takim zderzeniu mogą stracić życie?

Bądźmy rozsądni i dbajmy o siebie nawzajem. Pozdrawiam wszystkich uczestników ruchu :)

Wrocław

Skomentuj (3) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 5 (7)
poczekalnia

#84109

(PW) ·
| było | Do ulubionych
kilka lat temu byłem na całkiem fajnej imprezie firmowej. Było tak fajnie, że prawe wszyscy zostali do 3 nad ranem. Na końcu podzieliliśmy się na grupki w/g osiedli i rozsiedli w taksówkach. Nie zdążyliśmy wejść do naszej, a tu słyszymy:
- Cześć!
Wśród nas lekka konsternacja, bo to trochę zbytnia społufałość z klientami taksówki.
- Nie poznajecie mnie?
I zaczęły się kalambury i zgadywanki może klient, znajomy, kolega...
- Ja towar wam przywożę. Jeżdżę w XXXXX ciężarówką.
Tu już coś zaczęło nam nie pasować, włączyła się dociekliwość, która przeszła w przerażenie. Wyciągnęliśmy z gościa, że do poniedziałku do piątku jeździ po 8 godzin samochodem, potem przychodzi do domu, je obiad, myje się i idzie na całą noc na taksówkę. Rano nawet nie wraca do domu tylko prosto do pracy jedzie. Kiedy śpi? W niedziele, czasem soboty.
Zatrzymaliśmy gościa w środku osiedla i mimo namawiań rozeszliśmy się do domów. Kumpel po drodze szturchnoł mnie i zapytał:
- Ja miałem jakieś alkoholowe zwidy, czy koleś nie spał od tygodnia?
- tak.
- Nie wiem jak ty, ale ja wytrzeźwiałem na momencie... (a był mocno wcięty przed taksówka. Może się nie przewracał, ale mówił już niezrozumiale.)

No cóż głupota i pazerność nie znają granic.

Skomentuj (16) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 28 (76)
poczekalnia
Dalsza część mojej historii #81622 po prawie roku.

Praca, którą znalazłem, okazała się... dość nepotyczna. Połączenie korpo z Januszexem. Zwolniono mnie pod pretekstem przywłaszczenia sobie pewnej rzeczy, co oczywiście nie było prawdą, ale przez różne sytuacje, które tam zaistniały, sam miałem ochotę odejść i bez kłótni podpisałem wypowiedzenie bez okresu wypowiedzenia i pożegnałem się z tą firmą. Potem mieliśmy tylko "lekką" wymianę zdań na popularnym portalu z opiniami o pracodawcach, nie obyło się bez telefonu i straszeniem prawnikami, bym usunął wystawioną opinię... :)

Po zwolnieniu musiałem brać cokolwiek, także odwiedziłem wszystkie okoliczne stacje benzynowe, sklepy... i trafiłem do sklepu meblowego. Na dwa dni. Po dwóch dniach ciężkiej pracy przy noszeniu i skręcaniu mebli (serio się umordowałem) usłyszałem, że jestem mało ambitny. Znowu! (odsyłam do poprzedniej części). Wywiązał się taki o to dialog:

[Kierownik] - To nie będzie miało sensu.
[Ja] - Dlaczego
[K] - Jesteś mało ambitny.
[J] - W salonie z meblami?
[K] - No, bo jak wszystko zrobicie to tak stoisz bez celu.
[J] - To mam udawać, że coś robię i kręcić się w kółko?
[K] - Byłoby lepiej.

Aha, podziękowałem.

Potem znalazłem się na budowie, jako pomocnik w wykończeniach. Trochę się na tym znam, z racji, że sam wykańczałem swój dom w dużej mierze i szło mi to całkiem dobrze. Jednak po dwóch dniach kierownik zarządził miesięczny urlop (niepłatny) dla wszystkich. Z racji, że pieniądze są mi tak jakby potrzebne do życia - szukałem nowej pracy. Tak trafiłem do... wylęgarni drobiu.

O wylęgarni można byłoby napisać oddzielną historię - pracowałem tam niecałe 3 miesiące - blisko domu i brak innych perspektyw mnie do tego skłoniło.
Oddzielałem małe kurczaki względem płci, przygotowywałem szczepionki, szczepiłem je. Praca była dość ciężka wbrew pozorom, po 10-14 godzin dziennie. Nigdy nie wiedziałem kiedy skończę, czasami trzeba było być w pracy na 3 w nocy by pracować do 19. Jednak najgorsze było to, że pracownicy byli tam podzieleni na dwa obozy. Firma, która dysponowała całym budynkiem i miała swoich pracowników - i my, firma zewnętrzna, która zajmowała się szczepieniami. Tamci robili wszystko, by podkładać nam kłody pod nogi. Cokolwiek by się nie stało np. z powodu braku odpowiedniego składnika przygotowanie szczepionki odbyło się 5 minut później - skarga do kierownika. Naszego. Oni mieli swojego, który za to był osobą takiego typu, że nie mając papieru toaletowego tylko ręcznik papierowy nie użyłby go po wiadomej czynności bo nie służy do tego. Straszny służbista.
Koniec końców wszyscy bali się o wypłacalność, także zwolniłem się, mając w zanadrzu kolejną pracę...

Dla komentujących poprzednią historię - zrezygnowałem z domu na wsi - zostawiłem go, niech się z nim dzieje co chce. Przeprowadziliśmy się do Większego Miasta Dalej - tego z poprzedniej historii. Jednak chyba jestem ambitny. Mam pracę w tym mieście, całkiem niezłą. Pracuje tu od około 4 miesięcy i na tę chwilę jest dobrze. Mam nadzieję, że nie będę musiał pisać o niej historii... :)

P.S. Po wypełnieniu obowiązków mam i chwilę na przejrzenie piekielnych :) Pozdrawiam serdecznie oraz życzę, byście znaleźli pracę, która spełni wasze oczekiwania. Zarówno finansowe jak i życiowe. Niech mile połechta waszą ambicję, a co! :)

praca Większe Miasto Dalej szukanie pracy

Skomentuj (2) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 33 (77)
poczekalnia

#84103

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Wiele razy czytałem na Piekielnych historie, które można podsumować zdaniem "na zachodzie tak cudownie, a tu w tej polszy tak niedobrze" albo "w polsce w pracy zarabiałam 50 groszy na godzinę, bili mnie i dźgali nożami, a tutaj w niemczech zostałam z ulicy dyrektorką banku światowego i zarabiam równowartość budżetu USA na godzinę".

Pracuję w firmie produkującej i sprzedającej meble. Po angielsku mówię bardzo dobrze, więc jestem pierwszym "ochotnikiem" do wszelkich delegacji do krajów angielskojęzycznych lub "nieangielskojęzycznych, ale w których dogadam się po angielsku". Pojeździłem sobie na delegacje do różnych krajów, porozmawiałem z ludźmi, poobserwowałem - i na podstawie tych doznań napiszę poniższą historię, pokazującą mam nadzieję że trawa po 2 stronie płotu nie zawsze jest bardziej zielona.

#1
"Bo w Polsce to firmy mają siedziby na wygwizdowie, nie to co na ZACHODZIE"

Wyjechałem w delegację do naszego największego klienta w Wielkiej Brytanii.
Manager zobowiązał się do odebrania mnie z lotniska i zawiezienia prosto do siedziby firmy. Bardzo miło z jego strony.
Siedziba firmy znajdowała się jakieś 15 minut od najbliższego dużego miasta, przy zjeździe z drogi szybkiego ruchu. Nie zatrzymuje się tam autobus, na piechotę dojść się nie da.

#2
"Bo na ZACHODZIE profesjonalizm, a u nas WIOCHA"

Pojechałem na międzynarodowe targi meblowe do Szwecji pooglądać co tam słychać u konkurencji.
Podkreślam, targi MIĘDZYNARODOWE.
Opis dojazdu do lokacji targów (swoją drogą - w porcie przemysłowym) wyłącznie po Szwedzku. Miały być darmowe przejazdy dla uczestników targów - organizatorzy na miejscu nic o tym nie wiedzieli. Na miejscu miał być darmowy poczęstunek - był płatny. Wystawcy wszelkie swoje materiały promocyjne mieli prawie wyłącznie po Szwedzku, bez nawet angielskich dopisków. Niektóre miały jeszcze tłumaczenie na Norweski, a na angielski - może 4 firmy.

#3
"Bo u nas złodzieje i układziki, a tam zagranico tak uczciwie"

Klient z Belgii chce kupować od nas meble. Czytał katalog, cennik - za drogo mu. W ciągu pierwszej rozmowy telefonicznej zapytał wprost - a ile zniżki jak kupię bez faktury?"

Nie żeby w Polsce nie było wielu nieuczciwych firm szukających jak tylko pracownika i klienta oszukać. Nie żeby "ZAGRANICO" nie było firm wspaniałych i traktujących pracowników jak ludzi z godnością.
Warto jednak przed rozpowiadaniem bredni typu "W kraju X jest cudownie a w kraju Y do dupy i kropka!" warto nabrać doświadczenia z więcej niż jedną firmą, popracować dłużej niż tydzień albo w normalnych warunkach, a nie u wąsatego Janusza na czarno w fabryce radioaktywnych odpadów.

zagranica

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 65 (89)
poczekalnia

#84089

~Shaera ·
| było | Do ulubionych
Jestem na pewnej grupie na Facebooku o odchudzaniu. Na takich grupach powinno się wspierać, pomagać. Tymczasem...

1. Często zostają zamieszczone zdjęcia posiłków. Komentarze pod nimi: za mało/za dużo/ty się głodzisz. Każdy ma inne zapotrzebowanie, są ludzie którzy mniej zjedzą np. na śniadanie, troszkę więcej na obiad. Każdy prowadzi inaczej swoją dietę, więc, moim zdaniem, takich komentarzy nie powinno być.

2. "Ja ważę tyle co ty i wyglądam dobrze więc kłamiesz" - waga nie zawsze wskazuje na to, jak ktoś wygląda, więc to bezsensowne porównanie.

3. "To nie ty, niemożliwe żebyś tyle schudł/a" - ludzie często dodają swoje zdjęcia "przed" i "po" dla motywacji, a pod nimi takie komentarze. Nieważne, że takich zdjęć jakaś osoba wstawiła dużo, dla porównania. To napewno fotomontaż!

4. Czasem ktoś spyta o jakąś poradę. Niedawno jedna kobieta przyznała się, że przeszła na jakąś dietę cud, poprosiła o rady. Zamiast uzyskać pomoc, została wyśmiana, również przez osoby, które przyznały się, że same były na głodówce. Czy rzeczywiście ktoś, kto chce naprawić swój błąd musi zostać wyśmiany przez osoby, które same je popełniały?

To kilka ostatnich przypadków z tej grupy "wsparcia". Jest na niej mnóstwo cudownych osób, które rzeczywiście pomagają, niestety takie przypadki zdarzają się i są okropne.

Facebook

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 25 (53)
poczekalnia

#84075

~Sharon ·
| było | Do ulubionych
O służbie zdrowia i pacjentach. Przepraszam za długi wstęp, ale jest on konieczny do zrozumienia beznadziejności sytuacji.

Zacznę od tego, że mam 22 lata, pracuję i jestem osobą mało asertywną, unikającą kłótni, awantur. Jestem też bardzo uczciwa, co zazwyczaj sprawia, że tracę na wielu rzeczach zamiast zyskiwać - powtarzam sobie jednak, że wolę stracić, ale za to rano mogę spojrzeć na swoje odbicie w lustrze bez wstydu.

Dwa tygodnie temu miałam operację kręgosłupa lędźwiowego. Operacja poważna, wyjęty jeden dysk, drugi oskrobany, brak jakichkolwiek wstawek - w wyniku tego przez kolejne 5 tygodni nie mogę siedzieć, od nowa uczę się chodzić, wykorzystywać mięśnie nóg etc. Tego dnia, gdy przytrafiła mi się piekielność, po raz pierwszy samodzielnie ubrałam buty (robiąc cuda na kiju na fotelu, żeby tego dokonać). Spacer półgodzinny jest dla mnie wciąż bardzo męczący i po powrocie z takiego czuję się dość zmęczona.

Złośliwość losu w moim przypadku sprowadza na mnie kilka nieszczęść na raz - wobec tego po wyjściu ze szpitala złamałam zęba (5tka na górze). Nie bolało, ja leżeć na plecach nie bardzo mogę, więc do dentysty nie szłam od razu. Ale po tygodniu zaczęło mocno boleć. Ruszyłam do dentysty, na prywatną wizytę, mimo że posiadam ubezpieczenie nfz. Tam zrobiono mi na stojąco RTG, powiedziano, że to niemożliwe, żeby ten ząb mnie bolał, bo on był leczony kanałowo (faktycznie był, kilka lat temu) i wygląda na zdrowego. No ale popukana we wszystkie inne zęby miałam 100% pewności, że to jednak ta piątka. Zatem trzeba otwierać. Ale dentysta się tego nie podejmie, bo nie mogę leżeć na plecach przez 2 godziny ciągiem (udaje mi się wyleżeć max 10 minut) - a więc antybiotyk i do domu z nakazem powrotu za 3 tygodnie jak już będę mogła leżeć na plecach.

Mijają 4 dni i ból zęba zamienił się w ból całej lewej strony twarzy. Ból taki, że mimo posiadania wysokiej odporności na ból, budził mnie w nocy ze snu. Dentysta przyjąć mnie nie chce (konsultowałam to też z innym prywatnym dentystą), idę więc do rodzinnego, żeby przepisał mi silniejszy antybiotyk.

Piekielność właściwa:

Z domu wyszłam o godzinie 8 rano. Do internisty doszłam na piechotę, bo był ulicę dalej. Trochę poczekać musiałam, ale akurat tam, gdy poprosiłam o jakąś leżankę, tłumacząc że po operacji nie mogę siedzieć - w zabiegowym od razu się dla mnie taka znalazła. Około 9 wyszłam od internisty bez antybiotyku ale ze skierowaniem do poradni chirurgii twarzowej, ponieważ ropień w zębie który mi się zrobił spowodował zapalenie okostnej i generalnie trzeba usunąć przyczynę. Zaopatrzona w skierowanie na cito ruszyłam w trasę przez całe miasto autobusem (bo bezpośredni) na stojąco do szpitala uniwersyteckiego. Dotarłam prawie na miejsce, jeden przystanek musiałam się przespacerować, weszłam do szpitala, pokazałam pani na ochronie, potem dwóm pielęgniarkom skierowanie z prośbą o pokierowanie mnie gdzie mam iść. Ostatecznie stanęłam przy rejestracji w kolejce, która była dość długa - 5 osób przede mną. Jako, że stałam tam już jakieś 10 minut a było po 10tej (od godziny byłam na nogach) grzecznie poprosiłam:

Ja: Przepraszam państwa, jestem po operacji kręgłosłupa lędźwiowego, mam skierowanie na cito i nie mam już siły stać, czy mogłbym wejść przed państwa w kolejkę?

Tutaj ogólny pomruk czterech osób oznaczający, że zachwyceni nie są ale jakoś to przeżyją, gdy nagle odzywa się agresywnie piąty pan:

5P: Nie! Ja też mam problemy z kregłosupem, jak ci niewygodnie to sobie usiądź!

Ja: Ale ja nie mogę siedzieć jeszcze przez 5 tygodni...

Cała kolejka na te słowa odwróciła się do mnie plecami a jedna Pani prychnęła śmiechem. Do tej pory nie wiem co ją rozbawiło. Jak wspominałam, nie należę do osób przebojowych, więc pokornie odczekałam jeszcze kilkanaście minut w kolejce, przestępując z nogi na nogę i obserwując innych ludzi jak wpychają się pod same okienka bez kolejki - żałowałam, że tak nie potrafię, ale nie zniosłabym wzroku tych ludzi i bałam się awantury. Pani w rejestracji w mniej niż pół minuty zerknęła na skierowanie, rzuciła że to pokoj 52 i jak mnie lekarz nie przyjmie to mam przyjść do niej jeszcze raz. Poczłapałam do pokoju 52 który był poradnią neurologiczna. Trochę się zdziwiłam, ale stwierdziłam, że może tutaj przyjmuje ten chirurg.

Lekarza miało nie być jeszcze przez półtorej godziny, mimo że od 15 minut zgodnie z rozpiską rozpoczął swoją pracę. Pacjenci już tutaj, mimo, iż nie patrzyli na mnie zbyt radośnie (nie dziwię im się) to jednak nie okazywali tak jawnej wrogości, gdy wyjaśniłam im co tutaj robię i że tylko przekaże lekarzowi swoje skierowanie i poczekam grzecznie w kolejce.

Taki był mój plan, jednak... Wszędzie niskie krzesła, nigdzie leżanki... Spytałam więc dwójki ratowników medycznych, którzy, sądząc po scrollowaniu w telefonie, mieli akurat przerwę i stali obok złożonej leżanki, czy mogłabym się na niej położyć, bądź czy wiedzą, gdzie w tym szpitalu są jakieś takie miejsca do leżenia. Oczywiście wyjaśniłam, co mi się stało, całą historię, po raz pięćdziesiąty. W odpowiedzi usłyszałam, że tutaj takich leżanek nie ma i mam sobie postać. Po czym wrócili do obserwacji ekranu telefonu.

W tym momencie w oczach miałam już łzy bólu i złości. Bolała mnie twarz, żołądek od antybiotyku i plecy od nadmiernego wysiłku. Skracając już historię - pielęgniarka, która przyszła do tej poradni neurologicznej jako pacjentka w trakcie swojej pracy pokierowała mnie do właściwej poradni. Tam przyjęto mnie szybko ale nikt mi nie pomógł, ponieważ 3 panie pielęgniarki zaczęły na mnie krzyczeć, że to jakaś kpina to moje skierowanie, że to nie jest ich sprawa i że mam iść do dentysty. Lekarz był jakby przyćmiony przez te kobiety i jedynie się do mnie uśmiechał.

Wyszłam z tego strasznego szpitala po godzinie 12. Do domu wróciłam na godzinę 13. Na nogach byłam przez ponad 4 godziny. Całą drogę płakałam z bólu i bezsilności.
Po powrocie padłam na łóżko z drgawkami i przez resztę dnia nie mogłam wstać nawet do łazienki.

Żałuję, że nie potrafię zrobić awantury, że nie wzięłam od nich zaświadczenia o odmowie leczenia, że nie umiem reagować chamstwem na chamstwo.

A o tym szpitalu opinię mam jedną - byłam tam wcześniej z zanikiem czucia w nogach i odsyłali mnie od ortopedy do neurologa a każdy mówił, że to nie jego sprawa - teraz chirurg zrobił to samo - więc skoro oni nie zajmują się niczym, to dlaczego ten szpital jeszcze działa?

Gwoli wyjaśnienia - pracuję uczciwie, na umowę o pracę, kokosów nie zarabiam, ale odprowadzam podatki, nie mam żadnych "lewych dochodów". Mimo to rozpoznanie i leczenie kręgosłupa robiłam prywatnie (poza samą operacją), do dentysty chodziłam prywatnie a z nfz korzystam tylko wtedy gdy naprawdę muszę albo mogę poczekać.

Ach i tak, jak już wróciłam do domu to żałowałam, że po prostu nie wzięłam taksówki - jednak w tym zamęcie naprawdę nie pomyślałam o jej wezwaniu, rutynowo kierując się na przystanek autobusowy.

Uniwersytecki Szpital Kliniczny we Wrocławiu

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 182 (322)
poczekalnia

#84101

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Sytuacja z wczoraj, ku przestrodze:

Czekam na SMK, ale podjechały KM. Sprawdzam, czy trasa mi pasuje. Pasuje. Wsiadam i jak przystało, idę na początek pociągu kupić bilet. Po drodze spotykam kontrolera, zaczepiam go (przywitałem się) i proszę o bilet. Ten mi mówi, że może mi bilet sprzedać, ale będzie drogi. Pyta skąd i dokąd jadę. Zgodnie z prawdą odpowiedziałem, a miałem do przejechania 2 stacje - według rozkładu 4 minuty jazdy. Ten mi pokazuje cenę: 77 PLN. Ja robię oczy jak oO i mówię, że to chyba jakaś pomyłka typowym "COOOO?" A on od razu na mnie najeżdża, że on już zna takich jak ja, czy mam go za głupka itd. itp.
Dałem radę tylko wykrzesać "teraz tak".
W każdym razie w międzyczasie dojechaliśmy do kolejnej stacji, Panu podziękowałem, powiedziałem, że za tyle to na miejsce dojadę taksówką i zwyczajnie wysiadłem.

Przestroga: z KM korzystajcie TYLKO z biletem. Kontrolerom się w du*ach poprzewracało.

Uprzedzając: nie, na stacji nie było biletomatu.

Dla jasności: cena zakupu biletu w kiosku: 3.40, zakupu w pociągu: max 2x drożej.

Dla jasności 2: Jeżeli dobrze go zrozumiałem (a nie wiem, bo ciśnienie mi podniósł) 77 PLN kosztował bilet, a jeśli nie mam, to mandat 185 PLN.

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 28 (68)
poczekalnia
Stare babska serio lubią uprzykrzać komuś życie. Chyba mało im własnych problemów.

Mój rejon pocztowy obsługuje bardzo fajny listonosz - Piotruś. Jestem z nim per Ty i nigdy nie było problemu aby mi wydał przekaz/list polecony/paczkę świeżo wychodząc z pobranym majdanem z głównej siedziby poczty, bo wiedział, że często pracuję na popołudniową zmianę i ciężko mnie zastać a filia w której pozostawia nieodebrane przesyłki jest otwarta w takich godzinach, że ni przypiął, ni wypiął. Zawsze gdy mnie widział na przystanku z którego ruszał w moją dzielnicę wołał :

- Hermiona! Mam coś dla Ciebie. Odłożyłem specjalnie na bok przy rozdzielaniu przesyłek.

I tak oto w moich rączkach lądowały przekazy pieniężne, listy polecone, paczuszki, bądź korespodencja do moich rodziców.

Komuś to się wyraźnie nie spodobało i doniósł naczelnikowi poczty, że listonosz faworyzuje odbiorców. Dzisiaj rano spotkawszy Piotrusia na przystanku dowiedziałam się, że chętnie by mi wydał teraz to co ma dla mnie, ale nie może, bo ktoś na niego doniósł. Obiecał, że pojawi się o 14 w moim bloku i wyda mi wszystko co jest zaadresowane do mnie i rodziców.

I jakiej gadzinie to do cholery przeszkadzało, że ktoś tak dobrze dogaduje się z listonoszem?

Skomentuj (24) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 43 (117)
poczekalnia

#84091

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Pisałam tu o przebojach mojego ojca z żoną https://piekielni.pl/82629
Dziecko rośnie, miesiące mijają, a o chrzcinach nie słychać. Ja siedzę w Niemczech przez całe wakacje. Dzwoni babcia, że macocha chce mnie za chrzestną. Aha, Ok. To niech zadzwonią do mnie, numeru nie zmieniałam od czasów liceum. No ale cisza. Z Niemiec zjechałam - cisza. Listopad - cisza. Ojciec też nie dzwoni, bo mu głupio że mi kasę wisi. Nie to nie. Żyję swoim życiem.
Któregoś dnia na początku grudnia babcia mi mówi, że chrzciny będą w święta. Aha, ok. Niech będą.
Święta nadeszły. W Boże Narodzenie wieczorem babcia podaje mi swój telefon i twierdzi, że to do mnie (O_o). Macocha, uwaga cytuję: Wifi, jutro są chrzciny, będzie kawa i ciastko, jakbyś chciała to możesz przyjechać, pa.

Oferta nie do odrzucenia, prawda? Oczywiście nie skorzystałam.
Dzień po chrzcinach wydzwania brat, że mam go zawieźć na trening bo u cioci wszyscy pijani (chrzciny były u siostry macochy). Odmówiłam, powołując się na poprzednią sytuację, gdy to usłyszałam od brata "masz odebrać mnie z andrzejek u kolegi bo mama powiedziała, że jak nie wrócę o 22 to nas zabije". A co to ja, taksówka jestem? Zaśpiewałam bratu cenę podobną do kursu taxi na tym odcinku. Przestał się odzywać.

Wczoraj tata przyjechał i osobiście oddał mi całą pożyczoną sumę, bo dostał zwrot podatku. Nie powiedział słowa. A mi serce ściska, że ta wredna baba i pieniądze spowodowały, że straciłam ojca i brata.

najbliżsi

Skomentuj (23) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 69 (95)
poczekalnia

#84079

~miszczu11111 ·
| było | Do ulubionych
Pracuję w korporacji, takiej przez duże "K". O czym będzie ta historia. Otóż, opiszę różnice (tak jest ich wiele) o tym jak korporacja traktuje pracownika (nawet do stopnia Managera) u nas a jak za Odrą (granicę umowną proponuję postawić tak, jak stała "Żelazna Kurtyna") ponieważ owa "K" jest bardzo międzynarodowa. Wszelkiego rodzaju porównania finansowe będą przedstawiały skalę, natomiast nie będą przedstawiały realnych kwot, których podać oczywiście nie wolno.

1. Godziny pracy.
Zachód : 8/9-17/18 + 1h przerwy, pon - pt.
Wschód : 24/7/365 pod telefonem, a spróbuj wyłączyć...

2. Wynagrodzenie:
Zachód: minimum około 14 EUR netto/h (głównie przez pierwsze 3 miesiące, później więcej), delegacja (extra kasa do wypłaty) + firma płaci jedzenie i hotele (przeważnie karta firmowa), 2 razy do roku premia za wyniki (choćby minimalna)
Wschód: 3-4 EUR netto/h przez pierwszy rok, później jak się pokażesz (będziesz ładnie donosił i lizał dupkę szefowi/szefowej) może 5 EUR netto/h. Premie nie istnieją. Delegacje... hotele płaci pracownik, firma mu później oddaje, jedzenie płaci sam z diety ustawowej (30 zł). Człowiek musi udawać, że jest na diecie lub, że nie jest głodny, jest weganinem itp. jak jedzie na delegację z innymi krajami bo po prostu jest mu zwyczajnie wstyd, albo dokłada ze swoich. Inna sytuacja jest gdy mamy delegację zagraniczną (ustawowo jest około 45 euro) ale takie delegacje bardzo rzadko się zdarzają.

3. Szkolenia:
Zachód: DO OPORU: języki/produktowe/targi/wizytacje fabryk/dostawców/bezpieczna jazda autem/kursy gotowania/joga etc....
Wschód: "Poczytaj sobie w internecie"... to cytat z mojej szefowej...

4. Flota (tu zaznaczam, nie ma aut na zawsze (mają je tylko dyr i wyżej) ale każdy pracownik może wziąć auto do celów firmowych lub bo wcześniejszym uzgodnieniu może wypożyczyć żeby jechać na wakacje, wziąć na weekendowy wypad nad morze itp):
Zachód: Merceds/Porsche/Audi/Saab/BMW/Land Rover/
Wschód: Skoda/Dacia/VW - i zapomnij żebyś choć kilometra nie rozliczył

5. Sprzęt komputerowy:
Zachód: Głównie Apple/Dell/HP/Lenovo
Wschód: Asus/Acer/Samsung

6. Siedziba:
Zachód: Centrum DUŻEGO MIASTA
Wschód: Strefa Ekonomiczna w środku niczego

7. Awans:
Zachód: Możliwy, jasne kryteria jakie należy spełnić aby taki otrzymać.
Wschód: Niemożliwy, płaska struktura, brak jakiejkolwiek możliwości rozwoju. Klep na kompie co Twoje i się nie wychylaj.

Siedem wystarczy, na zachodzie dba się o pracownika, szkoli się go i pomaga mu aby przypadkiem nie wpadł na pomysł i nie poszedł kasy zarabiać dla konkurencji. W wschodolandii wyciska się Ciebie do cna. Spokojnie, na Twoje miejsce jest już kolejka innych debili, którzy za samą możliwość pracowania u nas będą się zabijać...

Jeśli ktoś wpadnie na pomysł aby sugerować, że tam się drożej żyje itp to niech porówna ile kupi np. Niemiec za minimalną pensję litrów paliwa a ile kupi polak. Tylko proszę porównywać minimalną do minimalnej a średnią do średniej.

korporacja

Skomentuj (22) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 200 (350)

Podziel się najśmieszniejszymi historiami na
ANONIMOWE.PL

Piekielni