Poczekalnia
Tutaj trafiają wszystkie historie zgłoszone przez użytkowników - od was zależy, które z nich nie trafią na stronę główną, a którym się może poszczęścić. Ostateczny wybór należy do moderatorów.
poczekalnia
Skomentuj
(1)
Pobierz ten tekst w formie obrazka
Po przeczytaniu historii użytkownika jotem02 i komentarzy pod nią, tak mi się przypomniało. Nie o świątecznej paczce, o żywności z MOPS-u. Bo jak za darmo, to mają brać i żreć, nie?
Miałam znajomą, która krótko korzystała z tej pomocy żywnościowej MOPS-u. Dawno temu to było, minimum z 10 lat albo i więcej. Otóż wśród produktów żywnościowych dawanych przez MOPS były takie puszki, które zawierały pulpety? klopsiki? No jakieś coś w sosie pomidorowym chyba i to coś było absolutnie nie zjadliwe. Serio, nie pomagało doprawianie, próby przeróbki na inne danie, co by się z tym nie zrobiło, było obrzydliwe do porzygu... Doświadczalnie sprawdzone, że nawet psy nie chciały tego jeść.
I potem wysyp oburzenia, że za darmo dostają, a ludzie to na śmietnik wyrzucają! No sorry, inne dania (wtedy dawali sporo takich gotowych dań w puszkach) też cudowne nie były, ale z dużą ilością przypraw i jakimś minimum talentu kulinarnego dało się je zjeść. Tego - nie! Wiem, bo próbowałam - delikatnie napominając ową znajomą, że dlaczego chce to wyrzucić, zostałam poczęstowana...
No ale za darmo dostawali, więc mają nie wybrzydzać, nie?
Miałam znajomą, która krótko korzystała z tej pomocy żywnościowej MOPS-u. Dawno temu to było, minimum z 10 lat albo i więcej. Otóż wśród produktów żywnościowych dawanych przez MOPS były takie puszki, które zawierały pulpety? klopsiki? No jakieś coś w sosie pomidorowym chyba i to coś było absolutnie nie zjadliwe. Serio, nie pomagało doprawianie, próby przeróbki na inne danie, co by się z tym nie zrobiło, było obrzydliwe do porzygu... Doświadczalnie sprawdzone, że nawet psy nie chciały tego jeść.
I potem wysyp oburzenia, że za darmo dostają, a ludzie to na śmietnik wyrzucają! No sorry, inne dania (wtedy dawali sporo takich gotowych dań w puszkach) też cudowne nie były, ale z dużą ilością przypraw i jakimś minimum talentu kulinarnego dało się je zjeść. Tego - nie! Wiem, bo próbowałam - delikatnie napominając ową znajomą, że dlaczego chce to wyrzucić, zostałam poczęstowana...
No ale za darmo dostawali, więc mają nie wybrzydzać, nie?
pomoc
Ocena:
4
(8)
poczekalnia
Skomentuj
(13)
Pobierz ten tekst w formie obrazka
Jestem niewielkim Przedsiębiorcą w usługach. Czasami potrzebuję 1 pracownika na 2 miesiące, czasami 10. Typowa umowa zlecenie. Godziny pracy elastyczne, Pracownik sam może je sobie ustawić jak mu wygodnie. Stawkę zawsze daję kilkanaście procent wyższą niż minimalna - błędnie myśląc, że jak zapłacę lepiej to pracownik będzie chociaż trochę zaangażowany. Oczywiście z możliwością premii i podniesienia stawki podstawowej. Wszystko zależy jak Pracownik pracuje.
Tyle się teraz słyszy, żeby Młodzi nie dawali się wyzyskiwać, żeby nie robili za miskę ryżu. Że IM się należy. Niby tak. Ale od dwóch lat nie trafiłam na młodego człowieka, który spełniłby minimum oczekiwań. Np. mamy do wprowadzenia do Excela dane. Średnio, z palcem w doopie wpisuje się ok 40-45. Po dwóch tygodniach od wdrożenia (to nie jest zbyt skomplikowana praca) Pracownik wpisuje 4. Drugi wpisuje 6. Ani jeden Pracownik na siebie nie zarobił. Dołożyłam do nich z własnej kieszeni po 5 tyś. złotych. Mimo, że biznes byłby dobry i dochodowy dla Wszystkich, Młodzi wolą leżeć i iść do następnego frajera, który będzie musiał im zapłacić za nic
Tyle się teraz słyszy, żeby Młodzi nie dawali się wyzyskiwać, żeby nie robili za miskę ryżu. Że IM się należy. Niby tak. Ale od dwóch lat nie trafiłam na młodego człowieka, który spełniłby minimum oczekiwań. Np. mamy do wprowadzenia do Excela dane. Średnio, z palcem w doopie wpisuje się ok 40-45. Po dwóch tygodniach od wdrożenia (to nie jest zbyt skomplikowana praca) Pracownik wpisuje 4. Drugi wpisuje 6. Ani jeden Pracownik na siebie nie zarobił. Dołożyłam do nich z własnej kieszeni po 5 tyś. złotych. Mimo, że biznes byłby dobry i dochodowy dla Wszystkich, Młodzi wolą leżeć i iść do następnego frajera, który będzie musiał im zapłacić za nic
Ocena:
14
(32)
poczekalnia
Skomentuj
(11)
Pobierz ten tekst w formie obrazka
Bardzo lubię szlachetną paczkę. Zawsze jest to jakiś sposób na poprawę życia ludzi mieszkających w ekstremalnej biedzie i potrzebujących pomocy. Ja trochę mam, to mogę się podzielić. Od kilku lat biorę udział w akcji albo sam, albo skrzykuję znajomych. W tym roku też. Pani z Nowego Dworu - piła elektryczna, bo sama nie porąbie drzewa do kozy, mikrofala, bo potrzebuje żeby sobie odgrzać posiłek, środki czystości, mleko itp. A i jakaś szafa, czy coś, bo wszystko na podłodze. Ogarnęliśmy, paczki stoją w domu, komoda, przy pomocy wolontariuszy dojedzie. Ale tak jeszcze spojrzałem, komu jeszcze można pomóc. W moim mazowieckim już wszyscy obsłużeni to najbliższe świętokrzyskie. I trafiłem na takie życzenia: ekspres do kawy, skarpetki, ale tylko boucle i zimowe buty ale tylko martensy. I ch... mnie strzelił. Ja też bym miał kilka życzeń : Mercedes CLA, bo mój B180 już ma sporo lat, Termomix z wypasem i bony na masaż erotyczny. Może by jednak wolontariusze paczki czytali oferty, bo cała akcja może zdechnąć w oparach absurdu.
Ocena:
31
(37)
poczekalnia
Skomentuj
(13)
Pobierz ten tekst w formie obrazka
Matka do córki - "Czemu ty tego nie rozumiesz? przecież miałaś to w szkole, pisałaś w zeszycie, ta wiedza to są podstawy, każdy to wie"
Po czym tłumaczy zagadnienie czytając wikipedię.
Po czym tłumaczy zagadnienie czytając wikipedię.
Ocena:
3
(31)
poczekalnia
Skomentuj
(2)
Pobierz ten tekst w formie obrazka
Moja historia #92332 trafiła właśnie na główną a wczoraj stwierdziłem, że do wspomnianej w niej apteki już raczej nie zawitam. Pszypadeg? Nie sondzem. A oto, dlaczego takową decyzję podjąłem:
W roli przypomnienia: ostatnią z kilku przewin pań z apteki było to, że nie mogą mi wydać opatrunków, ponieważ nie mają karty produktu w systemie a te robi Warszawa a, że jest sobota to najwcześniej w poniedziałek ktoś może to zrobić.
Udałem się wczoraj do tej apteki z recepta. Na recepcie 2 rzeczy i farmaceutka mówi, że jednej z tych rzeczy nie może nawet zamówić, bo nie ma karty produktu. Na moje stwierdzenie, że jakoś ostatnio się dało padła standardowa odpowiedz pań z tej apteki w takiej sytuacji, czyli „na pewno tak nie było, co pan opowiada”. Zapytałem więc o drugą rzecz z recepty, odpowiedź brzmiała, że nie ma sensu tego zamawiać, bo wtedy nigdzie nie będę mógł zamówić ani wykupić tej pierwszej jak ona tu otworzy receptę. Nie miałem siły i chęci na dalszą dyskusję z kimś kto kłamie mi prosto w twarz, bo można wykupić jedną rzecz z recepty u nich a drugą gdzie indziej bez żadnego problemu, jedynie nie mógłbym wykupić części opakowań w jednej aptece a części w drugiej. Poszedłem więc do innej apteki na sąsiedniej ulicy, gdzie bez problemu zamówiłem oba specyfiki.
Jak widać da się obsługiwać pacjentów bez kłamania i wykręcania się. Ja jestem młody to mogę sobie pozwolić na chodzenie dalej do innej apteki, ale na moim osiedlu mieszka sporo starszych ludzi, dla których zrobi to dużą różnicę czy pójdą do najbliższej apteki czy do tej kilkaset metrów dalej co wymaga dłuższego spaceru albo jazdy tramwajem.
W roli przypomnienia: ostatnią z kilku przewin pań z apteki było to, że nie mogą mi wydać opatrunków, ponieważ nie mają karty produktu w systemie a te robi Warszawa a, że jest sobota to najwcześniej w poniedziałek ktoś może to zrobić.
Udałem się wczoraj do tej apteki z recepta. Na recepcie 2 rzeczy i farmaceutka mówi, że jednej z tych rzeczy nie może nawet zamówić, bo nie ma karty produktu. Na moje stwierdzenie, że jakoś ostatnio się dało padła standardowa odpowiedz pań z tej apteki w takiej sytuacji, czyli „na pewno tak nie było, co pan opowiada”. Zapytałem więc o drugą rzecz z recepty, odpowiedź brzmiała, że nie ma sensu tego zamawiać, bo wtedy nigdzie nie będę mógł zamówić ani wykupić tej pierwszej jak ona tu otworzy receptę. Nie miałem siły i chęci na dalszą dyskusję z kimś kto kłamie mi prosto w twarz, bo można wykupić jedną rzecz z recepty u nich a drugą gdzie indziej bez żadnego problemu, jedynie nie mógłbym wykupić części opakowań w jednej aptece a części w drugiej. Poszedłem więc do innej apteki na sąsiedniej ulicy, gdzie bez problemu zamówiłem oba specyfiki.
Jak widać da się obsługiwać pacjentów bez kłamania i wykręcania się. Ja jestem młody to mogę sobie pozwolić na chodzenie dalej do innej apteki, ale na moim osiedlu mieszka sporo starszych ludzi, dla których zrobi to dużą różnicę czy pójdą do najbliższej apteki czy do tej kilkaset metrów dalej co wymaga dłuższego spaceru albo jazdy tramwajem.
apteka
Ocena:
23
(23)
poczekalnia
Skomentuj
(5)
Pobierz ten tekst w formie obrazka
Żeby mieć cały obraz sytuacji polecam zapoznać się z dwoma poprzednimi historiami na ten temat: #92344 #92391
Znowu urlopy.
Jak wspominałem w poprzednich historiach jestem na etapie przeglądania ofert pracy.
Zakładam, że cały proces potrwa długo. Z tego powodu, gdy w obecnej firmie padło, że możemy rozpisywać sobie urlopy na 2026 rok, to wpisałem swoje plany.
W końcu nie wiem, czy spędzę tu jeszcze trzy, sześć czy dziewięć miesięcy nim znajdę coś co będzie mi odpowiadać.
Odkąd tu pracuje istniała niepisana zasada "kto pierwszy ten lepszy". Tak więc z racji, że swoje plany już uknułem (wycieczki zagraniczne), a inne knucia nie wymagały, bo jeżdżę tam co roku (konwent larpowy/terenowy i festiwal metalowy), to praktycznie od razu wklepałem daty do systemu. Uprzedziłem też na czacie teamowym o moich planach. Miesiące w jakich planowałem nieobecności to koniec maja, pierwsza połowa lipca zahaczająca o drugą (dosłownie 2 wypadają w drugiej połowie), pierwsza połowa sierpnia i druga połowa września.
Dzień później mieliśmy nasze co tygodniowe spotkanie organizacyjne. Na tymże spotkaniu Kierownik obwieścił nową zasadę jaką wprowadza. Mianowicie: "w okresie wakacyjnym tj. od początku drugiej połowy lipca do końca pierwszej połowy września każdy może wziąć urlop tylko jeden raz."
W rzeczywistości Kierownika prawo działa wstecz bowiem stwierdził, że w związku z tym nie zaakceptuje mi sierpniowych planów pomimo braków obiekcji kolegów z zespołu.
Teraz zajrzałem do kalendarza urlopowego. Kierownik wpisał sobie urlop dokładnie w tym sierpniowym terminie, który wpisałem wcześniej ja.
Cóż. Widać jego obietnice "wpisujecie tak jak wam pasuje, ja się dostosuje jako ostatni" były warte tyle co nic.
Z dnia na dzień coraz bardziej nienawidzę tego człowieka.
Dzień później na co tygodniowym spotkaniu
Znowu urlopy.
Jak wspominałem w poprzednich historiach jestem na etapie przeglądania ofert pracy.
Zakładam, że cały proces potrwa długo. Z tego powodu, gdy w obecnej firmie padło, że możemy rozpisywać sobie urlopy na 2026 rok, to wpisałem swoje plany.
W końcu nie wiem, czy spędzę tu jeszcze trzy, sześć czy dziewięć miesięcy nim znajdę coś co będzie mi odpowiadać.
Odkąd tu pracuje istniała niepisana zasada "kto pierwszy ten lepszy". Tak więc z racji, że swoje plany już uknułem (wycieczki zagraniczne), a inne knucia nie wymagały, bo jeżdżę tam co roku (konwent larpowy/terenowy i festiwal metalowy), to praktycznie od razu wklepałem daty do systemu. Uprzedziłem też na czacie teamowym o moich planach. Miesiące w jakich planowałem nieobecności to koniec maja, pierwsza połowa lipca zahaczająca o drugą (dosłownie 2 wypadają w drugiej połowie), pierwsza połowa sierpnia i druga połowa września.
Dzień później mieliśmy nasze co tygodniowe spotkanie organizacyjne. Na tymże spotkaniu Kierownik obwieścił nową zasadę jaką wprowadza. Mianowicie: "w okresie wakacyjnym tj. od początku drugiej połowy lipca do końca pierwszej połowy września każdy może wziąć urlop tylko jeden raz."
W rzeczywistości Kierownika prawo działa wstecz bowiem stwierdził, że w związku z tym nie zaakceptuje mi sierpniowych planów pomimo braków obiekcji kolegów z zespołu.
Teraz zajrzałem do kalendarza urlopowego. Kierownik wpisał sobie urlop dokładnie w tym sierpniowym terminie, który wpisałem wcześniej ja.
Cóż. Widać jego obietnice "wpisujecie tak jak wam pasuje, ja się dostosuje jako ostatni" były warte tyle co nic.
Z dnia na dzień coraz bardziej nienawidzę tego człowieka.
Dzień później na co tygodniowym spotkaniu
Biuro
Ocena:
30
(54)
poczekalnia
Skomentuj
(15)
Pobierz ten tekst w formie obrazka
Moja poprzednia dzisiejsza historia z czasów kanarskich przypomniała mi jeszcze jedną sytuację z pasażerami z Ameryki Południowej.
Razem z dwiema koleżankami rozpoczęliśmy kontrolę w autobusie. Sprawdzam państwa którzy po odcieniu skóry można wnioskować, że są z Ameryki Południowej właśnie. Pan pokazuje dwa bilety całodzienne które są nieskasowane. Pan łamanym polsko-angielskim na moje pytanie czemu bilety są nieskasowane odpowiada, że nie wiedział i że skasuje je teraz (a trzeba dodać, że siedział przy kasowniku). Odpowiedziałem mu, że teraz już nie ma co kasować biletów, ponieważ trwa kontrola i bilety są nieskasowane, a gdy Pan zorientował się, że ani ja ani jedna z koleżanek nie odpuścimy nagle zapomniał i polskiego, i angielskiego i dalsza rozmowa odbywała się za pomocą translatora Google. Pan twierdził, że nie mają dokumentów, że nie wiedzieli jeszcze jak kasować bilety (przypominam siedział przy kasowniku a na tej linii jest duży przemiał pasażerów więc na pewno widzieli, jak ludzie kasują bilety dosłownie pod ich nosem). Jego partnerka okazała się trochę mądrzejsza, bo na nasze pytanie czy mają chociaż zdjęcia swoich paszportów powiedziała, że tak. W związku z czym warunkowo zaczęliśmy wypisywać im wezwania na podstawie zdjęć paszportów. Gdy koleżance brakowało już tylko którejś z danych pani, czy to daty wydania dokumentu czy daty urodzenia, pasażer nagle wyrwał jej telefon i powiedział, że nie, on chce poczekać na granicznych. Na nasze stwierdzenie, że może to załatwić polubownie, bo jego partnerka już jest zdenerwowana ewidentnie na niego, bo na niego krzyczy i żeby nie dokładać jej stresu niech odda jej ten telefon wypisujemy wezwania i oni mogą iść sobie w swoją stronę. W końcu dał się przekonać i oddał swoje partnerce telefon ta pokazała z powrotem zdjęcie swojego paszportu potem jego paszportu. Wezwania wypisane, wytłumaczyliśmy co i jak. Odwołaliśmy Straż Graniczną i sprawa mogłaby się tutaj zakończyć. Po dojechaniu do krańcówki państwo zapytali nas jak mają teraz dojechać tam, gdzie chcieli się znaleźć. Powiedzieliśmy im, że muszą wsiąść w tramwaj tej i tej linii i pojechać nim aż do samego końca i będą na miejscu. Z braku laku też musieliśmy wsiąść w ten tramwaj, ponieważ nie mieliśmy innej możliwości. W tramwaju pan cały czas łaził za moją koleżanką i wypytywał ją, znowu po polsku, czyli umiał „to gdzie ta policja?” Gdy my wysiedliśmy na jednym z przystanków, oni wysiedli za nami. Powiedziałem im, że to jest tramwaj, którym mogą sobie jechać tam, gdzie chcieli, ale nie zdążyli już do niego wrócić. Stojąc na przystanku druga koleżanka zagaiła o coś siedzących tam pasażerów a wspomniany Kolumbijczyk podszedł do nas i pyta co z tą policją odpowiadamy mu więc przez translator Google, że już mówiliśmy, że Straż Graniczna jest odwołana, dostali wezwania i mogą je zapłacić później więc nie wiemy po co oni z nami wysiadali z tramwaju, o którym mówiliśmy, że mogą nim dojechać do swojego celu. Pan zaczął w nerwach coś krzyczeć. Nie znam hiszpańskiego, ale wiem co znaczy w tym języku słowo perro (pies) więc analogicznie słowo perra będzie oznaczało suka. W tym momencie zarówno obie koleżanki jak i ja powiedzieliśmy panu już w paru dosadnych słowach, żeby uważał na słowa, bo koleżanki nie pozwolą sobie, żeby tak je nazywał a ja tym bardziej stanę w ich obronie. Nagle pan stchórzył i razem ze swoją partnerką odeszli w siną dal.
Ja wiem, że to jest zawód, którego pasażerowie nie lubią, ale bez przesady. Nie masz biletu albo nie skasowałeś? Trudno, weź to na klatę, bo kombinowanie, zwłaszcza w głupi sposób i wyzywanie kontrolerów do niczego nie doprowadzi.
Razem z dwiema koleżankami rozpoczęliśmy kontrolę w autobusie. Sprawdzam państwa którzy po odcieniu skóry można wnioskować, że są z Ameryki Południowej właśnie. Pan pokazuje dwa bilety całodzienne które są nieskasowane. Pan łamanym polsko-angielskim na moje pytanie czemu bilety są nieskasowane odpowiada, że nie wiedział i że skasuje je teraz (a trzeba dodać, że siedział przy kasowniku). Odpowiedziałem mu, że teraz już nie ma co kasować biletów, ponieważ trwa kontrola i bilety są nieskasowane, a gdy Pan zorientował się, że ani ja ani jedna z koleżanek nie odpuścimy nagle zapomniał i polskiego, i angielskiego i dalsza rozmowa odbywała się za pomocą translatora Google. Pan twierdził, że nie mają dokumentów, że nie wiedzieli jeszcze jak kasować bilety (przypominam siedział przy kasowniku a na tej linii jest duży przemiał pasażerów więc na pewno widzieli, jak ludzie kasują bilety dosłownie pod ich nosem). Jego partnerka okazała się trochę mądrzejsza, bo na nasze pytanie czy mają chociaż zdjęcia swoich paszportów powiedziała, że tak. W związku z czym warunkowo zaczęliśmy wypisywać im wezwania na podstawie zdjęć paszportów. Gdy koleżance brakowało już tylko którejś z danych pani, czy to daty wydania dokumentu czy daty urodzenia, pasażer nagle wyrwał jej telefon i powiedział, że nie, on chce poczekać na granicznych. Na nasze stwierdzenie, że może to załatwić polubownie, bo jego partnerka już jest zdenerwowana ewidentnie na niego, bo na niego krzyczy i żeby nie dokładać jej stresu niech odda jej ten telefon wypisujemy wezwania i oni mogą iść sobie w swoją stronę. W końcu dał się przekonać i oddał swoje partnerce telefon ta pokazała z powrotem zdjęcie swojego paszportu potem jego paszportu. Wezwania wypisane, wytłumaczyliśmy co i jak. Odwołaliśmy Straż Graniczną i sprawa mogłaby się tutaj zakończyć. Po dojechaniu do krańcówki państwo zapytali nas jak mają teraz dojechać tam, gdzie chcieli się znaleźć. Powiedzieliśmy im, że muszą wsiąść w tramwaj tej i tej linii i pojechać nim aż do samego końca i będą na miejscu. Z braku laku też musieliśmy wsiąść w ten tramwaj, ponieważ nie mieliśmy innej możliwości. W tramwaju pan cały czas łaził za moją koleżanką i wypytywał ją, znowu po polsku, czyli umiał „to gdzie ta policja?” Gdy my wysiedliśmy na jednym z przystanków, oni wysiedli za nami. Powiedziałem im, że to jest tramwaj, którym mogą sobie jechać tam, gdzie chcieli, ale nie zdążyli już do niego wrócić. Stojąc na przystanku druga koleżanka zagaiła o coś siedzących tam pasażerów a wspomniany Kolumbijczyk podszedł do nas i pyta co z tą policją odpowiadamy mu więc przez translator Google, że już mówiliśmy, że Straż Graniczna jest odwołana, dostali wezwania i mogą je zapłacić później więc nie wiemy po co oni z nami wysiadali z tramwaju, o którym mówiliśmy, że mogą nim dojechać do swojego celu. Pan zaczął w nerwach coś krzyczeć. Nie znam hiszpańskiego, ale wiem co znaczy w tym języku słowo perro (pies) więc analogicznie słowo perra będzie oznaczało suka. W tym momencie zarówno obie koleżanki jak i ja powiedzieliśmy panu już w paru dosadnych słowach, żeby uważał na słowa, bo koleżanki nie pozwolą sobie, żeby tak je nazywał a ja tym bardziej stanę w ich obronie. Nagle pan stchórzył i razem ze swoją partnerką odeszli w siną dal.
Ja wiem, że to jest zawód, którego pasażerowie nie lubią, ale bez przesady. Nie masz biletu albo nie skasowałeś? Trudno, weź to na klatę, bo kombinowanie, zwłaszcza w głupi sposób i wyzywanie kontrolerów do niczego nie doprowadzi.
komunikacja_miejska pasażerowie
Ocena:
29
(51)
poczekalnia
Skomentuj
Pobierz ten tekst w formie obrazka
Przypomniała mi się historia z czasów, gdy byłem kanarem.
Jechaliśmy tramwajem, zaczynamy kontrolę i jeden z pasażerów nagle rzuca się do skasowania biletów, czyli klasyka: liczył, że uda mu się przejechać bez kasowania, ale jednak trafił na kontrolę. Pasażer tak jak i jego partnerka okazali się mówić po angielsku i hiszpańsku a nie po polsku, a gdy zorientowali się, że nie odpuścimy to nagle angielskiego zapomnieli, czyli też klasyka. Zaczęli więc pisać do nas na translatorze Google. Pierwsze co to zapytali, ile wynosi kara, więc odpowiedzieliśmy i pojawiła się z pani strony propozycja korupcji, że zapłaci 100 zł za ich dwójkę i zapominamy o sprawie. Powiedziałem jej, że udam, że nie widziałem tej propozycji i powtórzyłem, że mogą opłacić kary kartą, gotówką lub prosimy o dokumenty i wtedy wypisujemy wezwania do zapłaty i mogą zapłacić sobie później. Państwo twierdzili, że nie mają dokumentów i że są tutaj na wakacje (Serio? Przyjeżdżasz na wakacje z Ameryki Południowej bez dokumentów?) Pani powtórzyła propozycję 100 zł za ich dwójkę tym razem do mojego kolegi co obaj skwitowaliśmy ostrzeżeniem, że jeszcze jedna taka propozycja a skończy się to na wezwaniu Straży Granicznej tym bardziej jeżeli twierdzą, że nie mają dokumentów a SG dołoży jeszcze swoje zarówno za brak dokumentów jak i za propozycję przekupstwa (nie omieszkaliśmy informacji o tym umieścić w opisie kontroli).
W końcu po bardzo długiej jeździe z państwem udało im się znaleźć dokumenty i zapłacić część kary gotówką i część kartą pisząc nam na translatorze, że ograbiliśmy ich ze wszystkich pieniędzy, bo przyjechali tu na miesiąc miodowy i teraz nie mają za co żyć ani za co wrócić. Tu już próbowałem naprawdę się nie zaśmiać: twierdzą, że przyjechali na wakacje, ale nie mają dokumentów a w końcu pokazują POLSKIE KARTY STAŁEGO POBYTU i że są tutaj na miesiąc miodowy i nie mają zaplanowanych przelotów w drugą stronę, skoro nie mają rzekomo za co wrócić a przelecieli pół świata sądząc po tym co było wpisane w dokumentach?
W tej pracy widziałem sporo, ale tak durnych i pomieszanych tłumaczeń to nie słyszałem chyba ani razu...
Jechaliśmy tramwajem, zaczynamy kontrolę i jeden z pasażerów nagle rzuca się do skasowania biletów, czyli klasyka: liczył, że uda mu się przejechać bez kasowania, ale jednak trafił na kontrolę. Pasażer tak jak i jego partnerka okazali się mówić po angielsku i hiszpańsku a nie po polsku, a gdy zorientowali się, że nie odpuścimy to nagle angielskiego zapomnieli, czyli też klasyka. Zaczęli więc pisać do nas na translatorze Google. Pierwsze co to zapytali, ile wynosi kara, więc odpowiedzieliśmy i pojawiła się z pani strony propozycja korupcji, że zapłaci 100 zł za ich dwójkę i zapominamy o sprawie. Powiedziałem jej, że udam, że nie widziałem tej propozycji i powtórzyłem, że mogą opłacić kary kartą, gotówką lub prosimy o dokumenty i wtedy wypisujemy wezwania do zapłaty i mogą zapłacić sobie później. Państwo twierdzili, że nie mają dokumentów i że są tutaj na wakacje (Serio? Przyjeżdżasz na wakacje z Ameryki Południowej bez dokumentów?) Pani powtórzyła propozycję 100 zł za ich dwójkę tym razem do mojego kolegi co obaj skwitowaliśmy ostrzeżeniem, że jeszcze jedna taka propozycja a skończy się to na wezwaniu Straży Granicznej tym bardziej jeżeli twierdzą, że nie mają dokumentów a SG dołoży jeszcze swoje zarówno za brak dokumentów jak i za propozycję przekupstwa (nie omieszkaliśmy informacji o tym umieścić w opisie kontroli).
W końcu po bardzo długiej jeździe z państwem udało im się znaleźć dokumenty i zapłacić część kary gotówką i część kartą pisząc nam na translatorze, że ograbiliśmy ich ze wszystkich pieniędzy, bo przyjechali tu na miesiąc miodowy i teraz nie mają za co żyć ani za co wrócić. Tu już próbowałem naprawdę się nie zaśmiać: twierdzą, że przyjechali na wakacje, ale nie mają dokumentów a w końcu pokazują POLSKIE KARTY STAŁEGO POBYTU i że są tutaj na miesiąc miodowy i nie mają zaplanowanych przelotów w drugą stronę, skoro nie mają rzekomo za co wrócić a przelecieli pół świata sądząc po tym co było wpisane w dokumentach?
W tej pracy widziałem sporo, ale tak durnych i pomieszanych tłumaczeń to nie słyszałem chyba ani razu...
komunikacja_miejska pasażerowie
Ocena:
22
(38)
poczekalnia
Skomentuj
(5)
Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ja chyba przestanę latać albo będę zawsze wracał pociągiem, bo znowu mam na co narzekać przy locie powrotnym.
Poleciałem na weekend do Pragi. Podróż w pierwsza stronę bez niespodzianek, ale powrót z pewnymi problemami:
- byliśmy na lotnisku około 2h wcześniej, gdy upewniałem się w aplikacji do którego terminala mamy iść i czy jest już wyznaczona bramka zobaczyłem informację o opóźnieniu samolotu o pół godziny. OK, zdarza się, jest taka ni zima, ni jesień więc może odladzali samolot, może była mgła. Mimo tego, że w aplikacji była już informacja o opóźnieniu, na lotnisku na tablicach nie było o tym żadnej informacji do samego końca, cały czas, że lot będzie o czasie. Po boardingu, gdy wszyscy już siedzieli i stali w oczekiwaniu na samolot, który nadal nie przyleciał na tablicy nad gate’em pojawiła się informacja o tym półgodzinnym opóźnieniu, w tym czasie w aplikacji linii była już informacja o kolejnym opóźnieniu… Siedzieliśmy tam około 40 minut podczas gdy pracownicy lotniska (bo nie wierzę, że nie mają komunikacji, że lot będzie opóźniony skoro w aplikacji linii jest taka informacja to tym bardziej lotnisko musi wiedzieć o opóźnieniu żeby odpowiednio poprzesuwać inne loty i zrobić miejsce w kolejce dla nas) wiedząc, że samolot będzie opóźniony mogli rozpocząć boarding później, bo od tego momentu już nie ma, jak wyjść do toalety czy po coś do picia podczas takiego długiego czekania.
- za mną w kolejce była jakaś kobieta. Pracownik gate’u ją odprawił, a jak kobieta usiadła inna pracownica gate’u podeszła do niej i zaczęła na nią podnosić głos, krzycząc coś po czesku i nachylając się do niej jakby chciała ją zastraszyć. Podziałało, bo kobieta w pewnym momencie zaczęła płakać. Pracownica cały czas darła się na nią jak na psa a ta próbowała jej powiedzieć, że nie rozumie, bo nie zna czeskiego. W końcu pracownica pokazała jej rękami prostokąt i kobieta domyśliła się, że chodzi chyba o paszport albo kartę pokładową więc jej je podała. Ta jej dosłownie wyrwała te rzeczy z ręki, coś tam popatrzała i oddała dalej coś mówiąc po czesku. Mam nadzieję, że ta pracownica to odosobniony przypadek, bo takie zachowanie wobec pasażerki było co najmniej bardzo słabe. Kobieta normalnie się odprawiła, spokojnie usiadła, miała tylko małą torebkę, więc mieściła się w limitach bagażu, pracownik gate’u który ją obsługiwał nie miał z nią żadnego problemu więc nie wiem o co się pracownica czepiała, o rosyjski paszport czy po prostu miała zły dzień?
- gdy w końcu z głośników podali informację, że zapraszają do wyjścia i „do samolotu wsiądziecie Państwo przez rękaw” wszyscy się ucieszyli. Rękawem okazały się trzy autobusy: jeden opisany lotem do Neapolu i dwa nieopisane. Po kilku minutach kierowcy chyba się zorientowali, że ta chmara stojących ludzi się zastanawia o co chodzi i podejmuje próby zwrócenia uwagi kierowców, żeby ich zapytać o coś i jest to związane z tym co mają wyświetlone na tablicach kierunkowych. Kierowca pierwszego autobusu zmienił „kierunek” na odpowiedni i to samo uczynili jego dwaj pozostali koledzy.
Jeśli tak to wygląda na co dzień na tym lotnisku to współczuję szczerze tym którzy stamtąd latają. Na szczęście problemy na lotnisku nie zburzyły mi wrażeń z wyjazdu.
Poleciałem na weekend do Pragi. Podróż w pierwsza stronę bez niespodzianek, ale powrót z pewnymi problemami:
- byliśmy na lotnisku około 2h wcześniej, gdy upewniałem się w aplikacji do którego terminala mamy iść i czy jest już wyznaczona bramka zobaczyłem informację o opóźnieniu samolotu o pół godziny. OK, zdarza się, jest taka ni zima, ni jesień więc może odladzali samolot, może była mgła. Mimo tego, że w aplikacji była już informacja o opóźnieniu, na lotnisku na tablicach nie było o tym żadnej informacji do samego końca, cały czas, że lot będzie o czasie. Po boardingu, gdy wszyscy już siedzieli i stali w oczekiwaniu na samolot, który nadal nie przyleciał na tablicy nad gate’em pojawiła się informacja o tym półgodzinnym opóźnieniu, w tym czasie w aplikacji linii była już informacja o kolejnym opóźnieniu… Siedzieliśmy tam około 40 minut podczas gdy pracownicy lotniska (bo nie wierzę, że nie mają komunikacji, że lot będzie opóźniony skoro w aplikacji linii jest taka informacja to tym bardziej lotnisko musi wiedzieć o opóźnieniu żeby odpowiednio poprzesuwać inne loty i zrobić miejsce w kolejce dla nas) wiedząc, że samolot będzie opóźniony mogli rozpocząć boarding później, bo od tego momentu już nie ma, jak wyjść do toalety czy po coś do picia podczas takiego długiego czekania.
- za mną w kolejce była jakaś kobieta. Pracownik gate’u ją odprawił, a jak kobieta usiadła inna pracownica gate’u podeszła do niej i zaczęła na nią podnosić głos, krzycząc coś po czesku i nachylając się do niej jakby chciała ją zastraszyć. Podziałało, bo kobieta w pewnym momencie zaczęła płakać. Pracownica cały czas darła się na nią jak na psa a ta próbowała jej powiedzieć, że nie rozumie, bo nie zna czeskiego. W końcu pracownica pokazała jej rękami prostokąt i kobieta domyśliła się, że chodzi chyba o paszport albo kartę pokładową więc jej je podała. Ta jej dosłownie wyrwała te rzeczy z ręki, coś tam popatrzała i oddała dalej coś mówiąc po czesku. Mam nadzieję, że ta pracownica to odosobniony przypadek, bo takie zachowanie wobec pasażerki było co najmniej bardzo słabe. Kobieta normalnie się odprawiła, spokojnie usiadła, miała tylko małą torebkę, więc mieściła się w limitach bagażu, pracownik gate’u który ją obsługiwał nie miał z nią żadnego problemu więc nie wiem o co się pracownica czepiała, o rosyjski paszport czy po prostu miała zły dzień?
- gdy w końcu z głośników podali informację, że zapraszają do wyjścia i „do samolotu wsiądziecie Państwo przez rękaw” wszyscy się ucieszyli. Rękawem okazały się trzy autobusy: jeden opisany lotem do Neapolu i dwa nieopisane. Po kilku minutach kierowcy chyba się zorientowali, że ta chmara stojących ludzi się zastanawia o co chodzi i podejmuje próby zwrócenia uwagi kierowców, żeby ich zapytać o coś i jest to związane z tym co mają wyświetlone na tablicach kierunkowych. Kierowca pierwszego autobusu zmienił „kierunek” na odpowiedni i to samo uczynili jego dwaj pozostali koledzy.
Jeśli tak to wygląda na co dzień na tym lotnisku to współczuję szczerze tym którzy stamtąd latają. Na szczęście problemy na lotnisku nie zburzyły mi wrażeń z wyjazdu.
zagranica lotnisko
Ocena:
33
(39)
poczekalnia
Skomentuj
(10)
Pobierz ten tekst w formie obrazka
Czytając historie o naszej cudownej instytucji jaką jest ZUS postanowiłam dodać swoją historię. Jakiś czas temu w imieniu mojej mamy składałam dokumenty wraz z pełnomocnictwem, które mi udzieliła abym mogła ją reprezentować.
Na tym pełnomocnictwie podałam dane mamy oraz swoje z adresem zameldowania (mieszkam pod innym) - częściowo może mój błąd ale wtedy miałam bardzo duże problemy zdrowotne. Korespondencja miała przychodzić na moją mamę i jej adres. Ze względu na to że nie przebywam pod adresem zameldowania jestem dogadana z sąsiadką, która informuje mnie jeśli cokolwiek do mnie przyjdzie (starałam się zmienić wszędzie adres gdzie pamiętałam). Co kilka miesięcy sąsiadka informowała mnie że dostaje korespondencję z ZUS - korespondencję mojej mamy. Trochę mnie to zdziwiło ale pomyślałam że mama też dostaje (nie zapytałam ze względu na duże problemy zdrowotne w rodzinie). Okazało się, że tak nie jest. Jakieś 1,5 roku później postanowiłam wyprostować kwestię adresów. Okazało się, że pełnomocnictwo było dobrze wypełnione ale ktoś źle wprowadził do systemu. Ok zdarza się. Pani zrobiła notatkę. Ja złożyłam nowe pełnomocnictwo z adresem pod którym mieszkam (B), a to z adresem zameldowania (A) miało zostać anulowane. Rozmawiałam z dwoma Paniami czy wszystko jest poprawnie - jest. Po miesiącu dostaje pismo do mojej mamy na adres B, a miała otrzymywać całą korespondencję tylko ona. Kolejna wizyta w ZUS tłumaczę całą historię - Pani zrobiła notatkę. Znowu ktoś źle wprowadził - pełnomocnictwo dobrze wypełnione. Wczoraj pisze do mnie sąsiadka i zgadnijcie przyszło pismo do mojej mamy na adres A. Ręce mi opadły. Pisze do mamy żeby zadzwoniła na infolinię bo ja już nie mam siły się z nimi użerać. Na infolinii powiedzieli, że przychodzi do mnie bo mi udzieliła pełnomocnictwa. Tak udzieliła ale była tam też informacja, że korespondencja ma przychodzić na nią. Tylko dlaczego znowu przyszlo na adres A skoro dałam nowe z adresem B. Podobno zmienili na infolinii - zobaczymy. Do kilku razy sztuka.
Na tym pełnomocnictwie podałam dane mamy oraz swoje z adresem zameldowania (mieszkam pod innym) - częściowo może mój błąd ale wtedy miałam bardzo duże problemy zdrowotne. Korespondencja miała przychodzić na moją mamę i jej adres. Ze względu na to że nie przebywam pod adresem zameldowania jestem dogadana z sąsiadką, która informuje mnie jeśli cokolwiek do mnie przyjdzie (starałam się zmienić wszędzie adres gdzie pamiętałam). Co kilka miesięcy sąsiadka informowała mnie że dostaje korespondencję z ZUS - korespondencję mojej mamy. Trochę mnie to zdziwiło ale pomyślałam że mama też dostaje (nie zapytałam ze względu na duże problemy zdrowotne w rodzinie). Okazało się, że tak nie jest. Jakieś 1,5 roku później postanowiłam wyprostować kwestię adresów. Okazało się, że pełnomocnictwo było dobrze wypełnione ale ktoś źle wprowadził do systemu. Ok zdarza się. Pani zrobiła notatkę. Ja złożyłam nowe pełnomocnictwo z adresem pod którym mieszkam (B), a to z adresem zameldowania (A) miało zostać anulowane. Rozmawiałam z dwoma Paniami czy wszystko jest poprawnie - jest. Po miesiącu dostaje pismo do mojej mamy na adres B, a miała otrzymywać całą korespondencję tylko ona. Kolejna wizyta w ZUS tłumaczę całą historię - Pani zrobiła notatkę. Znowu ktoś źle wprowadził - pełnomocnictwo dobrze wypełnione. Wczoraj pisze do mnie sąsiadka i zgadnijcie przyszło pismo do mojej mamy na adres A. Ręce mi opadły. Pisze do mamy żeby zadzwoniła na infolinię bo ja już nie mam siły się z nimi użerać. Na infolinii powiedzieli, że przychodzi do mnie bo mi udzieliła pełnomocnictwa. Tak udzieliła ale była tam też informacja, że korespondencja ma przychodzić na nią. Tylko dlaczego znowu przyszlo na adres A skoro dałam nowe z adresem B. Podobno zmienili na infolinii - zobaczymy. Do kilku razy sztuka.
ZUS
Ocena:
35
(39)
jotem02