Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

Poczekalnia

Tutaj trafiają wszystkie historie zgłoszone przez użytkowników - od was zależy, które z nich nie trafią na stronę główną, a którym się może poszczęścić. Ostateczny wybór należy do moderatorów.
poczekalnia

#83395

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Centrum miasta. Zwężka do prawego pasa. Bus typu plandeka jedzie jakieś 70-80km/h lewym do samego końca. Gdybym akurat nie spojrzał w lusterko (a nie musiałem, nie mój pas się kończył) i w porę nie przyhamował, w najlepszym razie miałbym cały bok do naprawy. Busem rzuciło już przed moją maską i... stanął w korku kilka metrów dalej.

Najwyraźniej te 5 metrów było kluczowe dla klienta

WCI

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 6 (42)
poczekalnia

#83392

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Miał być komentarz do #83375, ale będzie inna historia.

Często spotykam prostych ludzi, którzy pomimo braku wiedzy i doświadczenia jakoś sobie radzą na tym świecie i organizują sobie sprawy, z którymi "cywilizowany" człowiek jak ja, miałby problem (albo zajęłoby mi to znacznie więcej czasu działając z zasadami)- dlatego właśnie ich podziwiam. Wiem, że to niezbyt przyjemne stanąć takiemu na drodze, ale samo to że osiągnie swój cel (i nikt nie ginie) - jest godne podziwu. Moralności tego nie poruszam.

Miałem kiedyś klienta, dość zamożnego, prowadził wiele różnych interesów, w tym jeden, w którym mogłem mu pomóc. Przez dłuższy czas przygotowywałem mu dokumenty. Miał też Matkę, która nie jedno przeżyła w życiu, a która więcej uczestniczyła w tych naszych pracach niż sam zainteresowany. Gdy nastał wielki dzień zakończenia mojej pracy, parafowanie wszystkiego na czym tylko było miejsce do podpisu i poinstruowanie go o ewentualnych błędach (moich, urzędników doszukujących się brakujących kropek itp) i możliwych opóźnieniach w związku z tym (nastawiałem klienta na żmudny proces rozpatrywania i możliwych przesunięciach terminów, żeby nie był zły ani na mnie, ani na urzędników - standardowa procedura ochronna ;-) ). Wtedy wtrąciła się jego Matka, że ona to zawsze jak ma problem w urzędzie, to idzie i częstuje urzędniczkę świeżą drożdżówką i zawsze to pomaga. Pomyślałem może stare dobre czasy, taki miły gest, dziś już nie przejdzie. Pośmieliśmy się i pożegnaliśmy.

Gdy nadszedł już dzień dostarczenia dokumentów, po południu dzwoni do mnie Klient z informacją, że wszystko załatwione, dziś otrzymał decyzję i podpisał umowę. Chwilę zajęło mi dojście do siebie i poprosiłem o powtórzenie. Otóż to co zwykle zajmowało mi 1-3 miesiące w przypadku poprzednich klientów, on załatwił w jeden dzień! Nie wiem jakiej drożdżówki użył i czy w ogóle jakaś była. Może trafił na porządnego urzędnika lub miał szczęście, ale dlatego właśnie podziwiam takich ludzi, za ich sposób działania. Za każdym razem indywidualny, ale też skuteczny.

urzędy

Skomentuj (5) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 18 (56)
poczekalnia

#83388

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Dużo kiedyś pracowałem w terenie i sporo też poznałem ludzkich historii. Niektóre mrożą krew w żyłach...

Chodzimy z klientem po terenie, rozmawiamy o wszystkim i o niczym, żeby czas szybciej mijał. I ten wskazuje mi w oddali taki lasek, na uboczu wsi, mówiąc "panie co tam się za tragedia wydarzyła". Ja już sobie robię przegląd okolicznych historii, które znam i regularnie uzupełniam o kolejne wątki. Ale tej nie znałem.

Ciągnął dalej, Panie jaka tragedia, sąsiadowi ktoś dwie beczki zacieru z tego lasku podpierdzielił.

P.S.
Ta wieś słynie w wojewodztwie z "księżycówki" i znierozminowanych strychów chałup.

Skomentuj (2) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 20 (48)
poczekalnia

#83389

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Kupowanie auta często przypomina przeprawę przez piekło, zwłaszcza, jak są nietypowe wymagania do pożądanego auta, czyli wykraczają poza 4 koła i stan techniczny pozwalający na dalszą jazdę...

Tak było w moim przypadku. Wymagania 4 lub 5 drzwi (sedan lub kombi) RWD i oszczędny silnik przy niebezpiecznie niskim budżecie. Jak wiadomo, cenę wolałbym zbijać na karoserii, czy drobnych poprawkach, a nie dokupować drugi silnik, czy nawet skrzynię...

Wymienię kilka aut, które sam oglądałem, oraz na pocieszenie wymianę, o której mi kolega opowiadał. Od razu zaznaczę, że wszystkie auta były w świetnym stanie przez telefon, odpicowane (dodatkowe wyposażenie, specjalne pakiety itp), oraz miały ciepłe silniki (na zimnym słychać więcej wad).

Samochód 1

Pojechałem z kolegą. Nie mogliśmy znaleźć adresu, więc zapytaliśmy stojącego na drodze człowieka. To do niego dzwoniliśmy, skierował nas na inne podwórko, na którym nie było samochodu! Dobra, nie trwało to nawet minuty i jest. Koledzy wzięli go, by pojechać do jednego i na szybko umowę podrukować. Oglądamy, jak w ogłoszeniu kilka purchli na błotnikach. OK, jazda próbna i szok. Przy każdym, nawet delikatnym dodaniu gazu jakby ktoś walił w podłogę bagażnika dużym młotem. Podejrzenia to napęd od skrzyni biegów (łącznik, wał, dyfer, półosie) i tylne zawieszenie (wózek i mocowanie). Sprzedający przyznał się, że próbował wymieniać dyfer, ale podał za niską cenę i przyznał się, że dla tego sprzedaje... Podziękowaliśmy.

Samochód 2

Był dość daleko. Wszystko fajnie pięknie do wjechania na ostatnią prostą. Ktoś ewidentnie wykończył kilka kompletów opon na tym asfalcie. Podjeżdżamy, odpalamy silnik i... zatykamy uszy. Dźwięk gdzieś pomiędzy gwizdem i szumem zużytego łożyska. Sprzedawca zapytany poczerwieniał, potem mieszał w zeznaniach. Najpierw nie wiedział, później zganiał na niemal cały osprzęt silnika. Dźwięk pochodził z wnętrza silnika i według znajomych mechaników, internetu i kilku innych źródeł to uszczelka pod głowicą. Szkoda tylko, że to jeden z tych legendarnych silników, bo naprawa kosztowała by sporo. Przynajmniej wiemy kto zostawił tam te ślady...

Samochód 3

Podjeżdżamy, oczywiście spóźnieni, czyli już po ciemku. Parę rzeczy z karoserii było robionych, nie tak jak powinno niestety. Gorzej było w środku. W środku nic do siebie nie pasowało i nic nie działało poprawnie. Po odpaleniu silnik wydaje się nieźle pracować, ale pali się "Chec". Mam czytnik błędów, który pokazał kilka czujników do wymiany. Jazda okazała się tragedią. Brak hamulców, sprzęgło zdaje się ślizgać, wspomaganie nie działa, a pod niektórymi biegami czuć na lewarku pracujące tryby. Oczywiście największą zaletą auta jest tylna kanapa, która ma wmontowane coś w rodzaju tego podwyższenia dla dzieci w wieku wczesnoszkolnym...

Samochód 4

Mój faworyt, gdyby nie drobny szczegół. Auto zadbane, to i cenione, ale warte swojej ceny. Mimo delikatnego nagięcia budżetu chętnie bym kupił. Oczywiście silnik ciepły, oraz sprzedawca chyba nie był na tyle głupi by źle odczytać datę z pieczątki w dowodzie rejestracyjnym. Przegląd był nieważny grubo ponad miesiąc, a sprzedający na prawdę wydał mi się głupi. To było w piątek wieczorem, więc umówiłem się z sprzedającym, że go wezmę, ale muszę go posłuchać na zimnym, oraz ma mieć przegląd. Dzwonię jak się umówiliśmy i okazuje się, że sprzedany. Zaraz poszły teorie, że przeglądu nie przeszedł, a mi się aż żal zrobiło.

Samochód kolegi kolegi...

Kolega tego kolegi co mi pomagał w zakupie, wymienił się. Miał mniejsze, mniej cenne auto i poleciał na markę jak w moim przypadku. Miał być zadowolony z nabytku, do puki wspólny znajomy nie obejrzał zakupu. Najsłabsza wersja silnikowa, z silnikiem do naprawy, oraz kiepsko zrobioną karoserią. Nie pamiętam jak z resztą mechaniki, ale widziałem minę szczęśliwego posiadacza... A myślałem, że tego typu minę można zobaczyć u osoby dowiadującej się, że ma HIV lub raka... Podobno oddał całkiem dobre i sprawne autko, które mimo niższej katalogowej, było warte więcej.


Wszystkie samochody pochodziły z prywatnych ogłoszeń, które na wielu forach są polecane jako ci lepsi sprzedawcy. Komisy mają być niewarte uwagi, ale sam mam już 3 auto z komisu, jest jeszcze kilka po rodzinie i jedyne naprawy bezpośrednio po zakupie to drobne poprawki rodem z stodoły pana Miecia...

Skomentuj (23) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 5 (45)
poczekalnia

#83386

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Może bardziej śmieszne niż piekielne ale dla mnie piekielnie bardzo.
Jakis czas temu byłam zmuszona odwiedzić urząd pracy czyli PUP.
Szukałam jakiegoś zajęcia w mieścinie, do której przeprowadziłam się za facetem. Niewiele ofert mi pasowało, miałam wówczas dość systemu trzyzmianowego i głowie myśl "zurkovvva skończyłaś wreszcie te głupie studia, znajdź sobie chociaż robotę w normalnych godzinach". Złożyło się tak, że zwalniała się jedna posada w pewnym urzędzie x, gdzie mogłabym robić coś związanego przynajmniej trochę z wyuczonym zawodem. Lepsze to na początek w nowym miejscu niż nic. Podreptałam więc do tego przybytku, od słowa do słowa okazało się, że praca jest, jakieś tam wymogi spełniam tylko muszę być zarejestrowana w PUPie.
I teraz historia właściwa.
Zarejestrowałam się, siedzę przy okienku swojego "doradcy zawodowego" (kto miał tę [nie]przyjemność odwiedzić urząd pracy ten wie o co kaman). Pan przeprowadza tzw. profilowanie.
[Z]- ja
[PD]- Pan Doradca

[PD] Dlaczego zarejestrowała się pani w urzędzie pracy?
Myślę: k**wa sama nie wiem
[Z] będę z panem szczera. Znalazłam pracę w urzędzie x, ale żeby ją dostać potrzebuję statusu bezrobotnego
[PD] czyli rejestruje się pani w urzędzie, żeby dostać pracę, tak?
oh wait, whaaat?
[Z] No zgadza się, ale...
[PD] Czyli to urząd pracy ZNALAZŁ pani pracę, a nie pani.
Kurtyna.

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 80 (86)
poczekalnia

#83380

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Na fali RODO.

Leżę w szpitalu. Przy żadnym łóżku nie ma karty pacjenta, bo nie wolno. Obchód 2 razy dziennie, za każdym razem wyczytują nazwiska, omawiają problemy. Po 2 dniach wszystkie wiemy jakie kto nosi nazwisko i na co cierpi, imiona nigdy nie były publicznie wymienione.

Po 4 dniach przychodzi nowy lekarz i stając przy łóżku wyczytuje imię. Ja odruchowo (jako pierwsza) podaje nazwisko. A lekarz patrzy na mnie i cedzi "Jest RODO. Nie używamy nazwisk żeby nie zdradzać tożsamości".

Aha.

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 76 (98)
poczekalnia

#83379

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Pracuje sobie w firmie przeprowadzkowo-sprzątającej.
Ostatnio dostaliśmy zlecenie. Nieduży dom, ok 45m, ogólnie ogarnąć, umyć okna, podłogi, kuchnie itp. Nic nadzwyczajnego.
Wchodzimy, a na płycie piekarnika leży sobie karteczka o takiej oto treści "Jeśli piekarnik nie będzie idealnie doczyszczony, to nie zapłacę!" Patrzymy po sobie i otwieramy ów piekarnik.
Byłam już na wielu przeprowadzkach i sprzątałam wiele dziwnych rzeczy, jak i brudnych maszyn i sprzętów kuchennych, ale to, jak wyglądał ten piekarnik, trudno opisać słowami. Był czarny jak święta ziemia, oblepiony tłuszczem właściwie z każdej strony, aż ścierka przywierała i nie chciała się odkleić, a resztki przypalonego jedzenia radośnie tańcowały w jego wnętrzu, aż dziw że nie zalęgło się tam żadne robactwo. Robota, robotą - zrobić trzeba. W sumie wymiecionego zwęglonego żarcia i całego tego syfu, było około kilograma, a szorowanie trwało dobrą godzinę, jeśli nie dłużej...
A myślałam, że spleśniałe kości od kurczaka w kuchennej szufladzie, to najpaskudniejsza rzecz, jaka mi się przytrafiła.

sprzątanie po przeprowadzkach

Skomentuj (48) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 98 (112)
poczekalnia

#83375

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Z niektórymi klientami znam się od kilkunastu lat, odkąd zaczęliśmy współpracę. Jeden z nich kiedyś zdradził mi jak on załatwia swoje sprawy w urzędach. Po tym, że korzysta z moich usług wątpię, że ten człowiek ma jakieś większe doświadczenie w tej kwestii, ale słucham…. I podziwiam.

Może jeszcze wtrącę jak wygląda ten mój klient. Wzrost ok 190-200cm, waga ok. 150kg, krótko ostrzyżony, bardzo duże dłonie (wyobrażam sobie jak rozgniata nimi moją głowę jak arbuza ;-D) i co najważniejsze bardzo gruby i donośny głos i typowa dla tego regionu gwara.

No i opowiada mi, że wizyta w urzędzie go prawie paraliżuje, a jak jeszcze każą coś wypełnić, to pewnie nie utrzymałby nawet długopisu w ręku, a co dopiero coś napisać. Zwykle żona się takimi sprawami zajmowała, ma do tego głowę, nie on. On jak już gdzieś musi iść (wezwą), to jak tylko dotknie drzwi urzędu, to wręcz krzyczy, narzeka, klnie, że wszystko mu przeszkadza, że urzędy mu przeszkadzają pracować i to robi tak głośno, że ludzie wokół niego nie mogą rozmawiać/pracować. Gość mówi, że sam by ze sobą nie wytrzymał w jednym pomieszczeniu, taki cyrk odstawia. Pytam, czy coś to daje? On mi mówi, że dzięki temu jest obsługiwany poza kolejnością. Nawet ludzie w kolejkach robią dla niego „drogę życia do okienka”, aby tylko zamilkł (nikt nie protestuje). A jak tylko urzędnik wysunie w jego stronę jakiś druk lub długopis, ponawia spektakl. Efekt jest taki, że wypełnią za niego wszystko, on tylko parafuje. Nigdy go to nie zawiodło.

Zawsze jak jestem u niego, „grozi” mi że nie wyobraża sobie, żebym popełnił jakiś błąd i naraził go na taki stres i wizytę w urzędzie. Wyobrażam sobie wtedy nie tego arbuza (bo facet łagodny jak dziecko), ale tych biednych urzędników. Taki stres.

urząd stres

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 26 (86)
poczekalnia

#83372

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Mam koleżankę w dziale kontroli. W firmie, gdzie pracuje, sprzedawcy mają rózne stawki, w zależności od źródła pochodzenia klienta. Jeśli sami go pozyskają, dostają więcej. Jeśli dostarczy im go Call Center lub wpadnie zlecenie ze strony internetowej - dostają nieco mniej, bo dzielą się prowizją z pracownikiem CC lub chatu. Do jej obowiązków należy między innymi sprawdzanie, czy się wszystko zgadza.

Sprzedawca X kilka dni po spotkaniu umówionym przez CC lub chat przysyłał pisemne wycofanie zgody na przetwarzanie danych (rzekomo złożone podczas tego spotkania). A jeszcze kilka dni później wprowadzał klienta do systemu z adnotacją "z polecenia". Wpadł, bo którgoś razu połowa działu była na L4 i odwołania robiła jedna osoba. Zdziwiło ją, że jest tak wiele zgłoszeń od X, odszukała je w archiwum i się okazało, że wszystkie są jedną ręką pisane...

Po tym zdarzeniu wprowadzono "badanie satysfakcji" - warunkiem otrzymania wyższej prowizji była pomyślnie wykonana ankieta, gdzie klient odpowiadał m.innymi na pytanie "skąd się pan dowiedział o naszej firmie". Któregoś razu dziewczyna robiąca taką ankietę zapomniała ją zapisać, więc postanowiła wyszukać rozmowę, aby ją odsłuchać i jeszcze raz wypełnić formularz. Była bardzo zdziwiona, bo okazało się, że w ostatnim miesiącu na ten numer było aż 5 ankiet. Okazało się, że sprzedawczyni Y odkryła metodę pozwalającą na obejście systemu - żeby utworzyć nowego klienta muszą być przynajmniej dwie dane z trzech różne od tych już istniejących - imię i nazwisko, telefon, e-mail - więc Pani Y wpisywała nazwisko klienta plus swój numer telefonu plus przypadkowy e-mail. Jak odbierała telefon, na pytanie "Czy moge rozmawiać z panem G.?" odpowiadała, że jest żoną, mąż nie może podejść, ale są bardzo zadowoleni z obsługi, towaru i na pewno będą wracać, a firmę poleciła znajoma.

Ale najgorszy był cwaniak, który na wystawianej fakturze wpisywał swój numer konta, zamiast firmowego, i dawał 2 miesięczny termin płatności w systemie (można tak robić, jeśli czas realizacji zamówienia jest długi, klient ma część towaru dostępnego od razu, a na część musi czekać, jeśli poprosi stary klient itp.). Ludzie i tak płacili zwykle w ciągu kilku dni, bo odbierali towar, który nie był potem księgowany jako sprzedany albo miał dojechać później. Zgarnął tak pieniądze za kilka dużych zamówień, wyjechał za granicę i tyle go widziano. Sprawa wyszła na jaw, jak windykacja puściła maile do klientów z przypomnieniem o zaległych płatnościach.

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 61 (91)
poczekalnia

#83370

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Znowu będzie o firmie w której jeszcze pracuję. Znowu porobiło się śmisznie...

Od ponad tygodnia spawam obudowę filtra do kanału. Jest to spore, więc spawania jest sporo, a co za tym idzie od razu wiedziałem, że będę miał problem wyrobić się i reszta będzie na mnie czekać. Ale nie przewidziałem tego co zrobi jeden z kierowników.

W poniedziałek padło hasło ISO. Jest to kontrola z zewnątrz, dotycząca jakości produkcji, a uzyskany certyfikat pozwala firmie występować na europejskim rynku. Czyli sprzątanie, które trwało cały poniedziałek i wtorek. Straciliśmy 2 dni, bo trzeba było wyczyścić halę i wokoło jak blok operacyjny do operacji mózgu. Nadmienię, że jeden z Kierowników, odpowiedzialny również za sprawy BHP działu) dostał przerostu ambicji i nas ganiał. Oczywiście wyszło na jaw, że nie można używać nie certyfikowanych narzędzi. Okazało się, że zostaliśmy praktycznie z szlifierkami i spawarkami, ale nawet bez przedłużaczy, bo wszystko trzeba było wyrzucić, a przynajmniej skutecznie schować. Coś tam zostało, ale tak jak mówiłem, większość narzędzi jest wykonywana przez nas na hali. Reszta nie miała i tak dopuszczeń, bo kierownik nie chciał wypisać zlecenia na dopuszczenie (coś jak badania techniczne). Moja praca była dodatkowo sabotowana przez fakt, że nie mogłem używać rusztowania, z którego tam korzystałem.

Dzisiaj przyszli do nas Dyrektor i drugi Kierownik (odpowiedzialny za wykonywany przez nas projekt) z pytaniem kiedy kończę to spawać. Nie brałem czynnego udziału w dyskusji, poza niezdecydowanym "Ciężko stwierdzić". Za to kolega wyjechał, że nie mamy czym pracować, bo nic z starego, zużytego sprzętu nie było kasowane i chcąc pobrać nowy z magazynu spotykamy zdecydowane veto. Dyrektor niestety nie zrozumiał co usłyszał i o co koledze chodzi. Odszedł wzruszony, że terminu prawdopodobnie nie dotrzymamy... o 2 dni.

Drugi Kierownik (ten od projektu) jest o tyle człowiekiem, że z nim jedynym da się w miarę normalnie porozmawiać i czegoś dowiedzieć. Gdy Dyrektor już zniknął w zaciszu swojego biura do nas doszły informację, że on sam blokuje wszelkie działania, pozwalające uniknąć obecnego stanu (kasację, zakup narzędzi), a teraz jest "wielce zdziwiony".

Komisja ISO przychodzi jutro i nie tylko na naszym wydziale są takie akcje. Z magazynu na przykład zniknęło część kartotek (w tym moja). Wszyscy chodzą na baczność i pewnie gdyby załatwić sobie biały kask to część narobiła by w zbroję... Najlepsze jest w tym to, że najpóźniej do przyszłego piątku sytuacja wróci do smutnej normy. Czemu do piątku, daję tydzień na powrót narzędzi z ukrycia i złomu.

praca

Skomentuj (21) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 57 (75)

Podziel się pozytywnymi historiami na
WSPANIALI.pl

Piekielni