Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

Poczekalnia

Tutaj trafiają wszystkie historie zgłoszone przez użytkowników - od was zależy, które z nich nie trafią na stronę główną, a którym się może poszczęścić. Ostateczny wybór należy do moderatorów.
poczekalnia
Godzina mniej więcej czwarta nad ranem. Budzi nas krzyk dziecka, dobiegający z któregoś z sąsiednich mieszkań:

"Nie ma internetu! NIE-MA-IN-TER-NE-TU! Nie ma internetuuu!"
Wrzask taki, jakby dzieciak stał obok. Krótka przerwa na złapanie sił i za chwilę od nowa. I tak raz po raz przez jakieś pół godziny.

W końcu z opresji wybawia nas matka (o równie donośnym głosie). Myślimy sobie - pewnie każe iść spać albo przynajmniej być cicho.

- Co się dzieje?
- Nie ma internetu!
- Zaraz naprawię!!!

sąsiedzi

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 92 (106)
poczekalnia

#87431

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Na fali historii "spadkowych" sobie popłynę, bo mi się przypomniało.

Spadkobiercy (uwaga, będzie długo!):
W pewnej biednej wioseczce na kielecczyźnie była sobie rodzina, najbogatsza we wsi. Na obecne czasy żaden powód do dumy i chwały, bo "najbogatsi we wsi" w realiach kielecczyzny oznaczało tylko tyle, że oni akurat na przednówku głodem nie przymierali. Trójka synów tam była, no i pierworodny (Henryk) zakochał się nie tak, jak by rodzice chcieli... Każdą pannę we wsi mógł mieć, a kogo wybrał? Mariannę z największej biedoty, sierotę w dodatku! Marianna miała kruczoczarne warkocze i ogromne, błękitne oczy, no dobra, robotna też była, ale kto ciężko pracować nie umiał, to po prostu z głodu zdychał, więc żadna zasługa. Awantury były, ale Henryk charakterek miał i na swoim umiał postawić, ożenił się ze swoją ukochaną. Szybko okazało się, że Marianna oprócz urody posiada wiele innych zalet, bo w tempie wręcz ekspresowym z "bidoty i przybłędy" awansowała na "kochaną Marianeczkę", ulubienicę całej rodziny i oczko w głowie teściów. Żyli sobie spokojnie ok. 10-ciu lat, aż Henrykowi się zmarło, Marianna została sama z dwiema córkami. Nie, nie sama! Rodzina już ją dawno pokochała, uznała za swoją, więc zebrali się zdecydować, jak jej pomóc. Henryk miał jeszcze dwóch braci, obaj skwapliwie wyrazili chęć poślubienia Marianny (hm, czyżby przez tyle lat podkochiwali się w przepięknej bratowej?), a ona zgodziła się na ten pomysł, wybrała starszego z braci, Wojciecha, z którym potem miała jeszcze syna i córkę. Miłości wielkiej może i nie było miedzy nimi, ale było to bardzo zgodne małżeństwo, całą czwórkę dzieci wychowali, wykształcili (w międzyczasie za namową Marianny przenieśli się ze wsi do pobliskiego miasteczka, w sumie na gospodarce został najmłodszy syn). Wojciech różnicy między dziećmi swoimi a swojego brata nie robił żadnej, tak samo jak później między wnukami. Tyle na razie wystarczy.

Spadek:
Rodzina "najbogatsza we wsi", to i pola trochę miała. No ale ziemię dostał Jakub, najmłodszy, który na gospodarce został. W posiadanym "majątku" był jeszcze las, który już nie Jakubowi przypadł, a wszystkim trzem synom do podziału. Las... Ten las to największe rozczarowanie mojego dzieciństwa. Pamiętam, jak ktoś z dalszej rodziny naopowiadał mi, że mam kawałek lasu na własność, wyobraziłam sobie piękną, szumiącą, bezkresną knieję, męczyłam rodziców, że ja chcę pojechać obejrzeć mój las i nie rozumiałam, dlaczego tak się śmieją. Zabrali mnie tam w końcu - zagajniczek paru brzózek, który nawet mnie, kilkuletniej dziewczynce, wydawał się śmiesznie mały. Teraz prosta matematyka - trzech spadkobierców, sześcioro dzieci tychże spadkobierców (Jakub miał dwoje), dziewięcioro wnucząt. Dalszych pokoleń nie liczę, bo na etapie wnuków Marianny i Henryka rozgrywa się historia.

Jestem wnuczką Marianny i Henryka, ale moim dziadkiem był Wojciech - innego nigdy nie miałam i nie znałam. Ba, nawet moja mama nie bardzo pamiętała swego ojca, chyba cztery lata miała, jak zmarł. Marianna była siłą scalająca rodzinę - dopóki żyła, każde święta, rodzinne uroczystości, wakacje były okazją do "zjazdu" wszystkich dzieci i wnuków. Potem Marianna zmarła, jej rolę próbowała przejąć ciotka Zośka (starsza siostra mojej mamy), ale po Mariannie odziedziczyła tylko twardość i niezłomność charakteru, jej ciepła już w sobie nie miała...

Potem zmarła moja mama i moje relacje z rodziną uległy znacznemu pogorszeniu. Nie jeździłam tam, nie wiedziałam, co u nich słychać, oni nie wiedzieli co u mnie. Poprzez dalszą rodzinę czasem dochodziły mnie jakieś wieści, które (szczerze mówiąc) nie bardzo mnie interesowały, za dużo żalu do nich miałam. Dziadek podobno przed śmiercią sporządził testament, w którym mnie nie uwzględnił, i z tego powodu było mi bardzo, ale to bardzo wszystko jedno.

Parę lat po śmierci dziadka skontaktowała się ze mną jedna z moich kuzynek - wnuczka Marianny i Wojciecha. Zaczęła mnie namawiać do podważenia testamentu Wojciecha(!), bo przecież zachówek mi się należy! Od razu mówię, że jeśli wyłapiecie jakieś nieścisłości, to jak najbardziej możecie mieć rację, temat mnie absolutnie nie interesował, rozmawiałam z nią na zasadzie "daj mi spokój kobieto" i nie wchodziłam w szczegóły. Jedną nieścisłość widzę ja sama - jaki zachówek, nie byłam wnuczką Wojciecha, jestem córka jego brata, bardzo wątpię, czy mam prawo dziedziczyć po nim. Oczywiście kuzynka nie z dobroci serca namawiała mnie na uzyskanie praw do choćby części spadku po Wojciechu - niestety dziadek tuż przed śmiercią narobił jakichś długów, które teraz spadkobiercy musza spłacać. Oczywiście zanim doszło do opcji ujawnienia tego faktu, 3/4 rozmowy było na zasadzie "no ale czemu nie chcesz spadku???".

Bo nie chcę. Dziadka kochałam i szanowałam, miał prawo dysponować swoim dorobkiem tak, jak chciał. Wychował i wykształcił moją mamę, mnie dał dużo miłości i beztroskie chwile w wakacje spędzone u niego (dla dzieci dość surowy, wnuki rozpieszczał). Jakie ja mam prawo podważać jego testament? I mówię tu o "prawie moralnym", bo formalnych podstaw raczej bym nie miała, nie byłam jego wnuczką.

Kuzynka widząc, że nie "połasiłam się" na spadek, użyła koronnego (w swoim mniemaniu) argumentu - "no ale jak uzyskasz prawa do części spadku, to część lasu będzie twoja!". Tu już nie wytrzymałam i parsknęłam śmiechem. Najpierw zapytałam, czy widziała ten "las". Potem, czy ma jakieś pomysły na to, co mam zrobić z dwoma-trzema brzózkami (bo tyle by mi przypadło po podziale). Następnie uświadomiłam jej, że las, to mi się należy po Henryku, po Wojciechu inny kawałek lasu dziedziczy ona i dzieci syna Wojciecha. A na koniec zaproponowałam, że jak zorganizuje notariusza, to ja się zrzeknę również tego "lasu" bo na cholerę mi on, będę mieli te dwie-trzy brzózki więcej do podziału.

Jedno, czego nie mogę odmówić kuzynce, to inteligencja, i dlatego końcówka naszej rozmowy zabrzmiała jak skecz "Sęk" kabaretu Dudek (no, za późno się zorientowała, w jaki dialog zabrnęła):

- Xynthia, na pewno nie chcesz tego spadku?

- Daj mi spokój, nie chcę!

- No ale las...

- Wiesz co? Ty sobie weź ten las za darmo!

"Zajarzyła", na takich kabaretach obie byłyśmy wychowane, dlatego chyba z rozpędu zapytała:

- A tartak?

- A tartak ty sobie też weź za darmo!

- Dobra, nie zapytam o psa...

- No i dobrze, bo pies ci mo*dę lizał!

To rozładowało sytuację, ale kontaktów nadal nie utrzymujemy. A las nadal stoi... chyba...

spadek

Skomentuj (5) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 38 (52)
poczekalnia

#87430

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Jestem kierowcą tzw. "tira"

Bum. Cały czas wiedziałem, że kiedyś sie to zdarzy. Na początek finał innej historii (86024). Punkt 4, kierowca uznał swoją winę za lusterko (a ktoś pisał, że nie powinienem był jechać częściowo awaryjnym).

Miasto wojewódzkie, tym razem wyjątkowo bez nazw dróg, itp. Skręcam w lewo na skrzyżowaniu o ruchu okrężnym, które jest sterowane sygnalizacją i ma dwa pasy do lewoskrętu. Czerwone światło do skrętu, przede mną jedna osobówka. Patrzę na sygnalizator i nie dostrzegam busa, który zatrzymuje się na zielonym świetle z włączonym lewym kierunkowskazem na pasie do jazdy na wprost, połową busa na wysokości mojej kabiny. Zapala się zielone światło do skrętu w lewo. Upewniam się, że osobowe ruszyło i tez ruszam dynamicznie (waga zestawu- 20t). W tym momencie zauważam busa, który postanowił się wepchnąć przede mną, wykorzystując moją masę. Niestety, hamowanie z włączonym klaksonem nie pomogło. Kierowca busa nie wykonał żadnego manewru w ceku uniknięcia kolizji. Bus zahacza plandeką ze stelażem o prawe lusterko, całkowicie je urywając. Trąbię na niego dalej i migam kilkakrotnie drogowymi, ale nadaremno. Kierowca ucieka z miejsca kolizji. Skręcam w lewo i 50 metrów dalej zatrzymuję się na początku jakiegoś pasa zjazdowego. Włączam awaryjne, powiadamiam firmę o kolizji i wzywam patrol policji, którym ukazuję nagranie z rejestratora jazdy. Policja błyskawicznie orzeka winę kierowcy busa i informuje mnie, że sprawa zakończy się w sądzie. Cdn.

miasto wojewódzkie droga tir kolizja ucieczka

Skomentuj (2) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 31 (37)
poczekalnia

#87429

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Nawiązując do mojej historii http://piekielni.pl/87396

W skrócie- zachorowałam na COVID, test był zrobiony prywatnie, mimo telefonów, wysyłania formularzy i maili do sanepidu w Warszawie nie została na mnie nałożona kwarantanna, musiałam się o to prosić lekarza rodzinnego (o czym dowiedziałam się po 3 telefonie na infolinię sanepidu).

Ale...

Od mojego pozytywnego testu minęły prawie 3 tygodnie. Od wypełniania formularza w sprawie kontaktu, przez stronę Ministerstwa Zdrowia minęły 2 tygodnie. Kwarantannę skończyłam tydzień temu, zrobiłam test (negatywny), wróciłam do pracy. Zapomniałam o tym jak to jest być chorym na COVID. Ale właśnie.

Dzisiaj, przed chwilą zadzwonił do mnie Pan, że zgłaszałam się do kontaktu z sanepidem. Gdzie na stronie jest informacja o kontakcie 24h po zgłoszeniu.

Cieszę się, że chociaż kwarantanny na mnie nie nałożył.

Skomentuj Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 38 (46)
poczekalnia
No żesz w mordę i nożem, jak to się mówi. Klatka schodowa bloku w którym mieszkam, już od jakiegoś czasu błagała o malowanie. Niby nie było jakiejś wielkiej tragedii, ale na ścianach co i rusz można było przeczytać coraz to nowe wyznania Seby do Dżesiki, czy innej Andżeli, przysięgi lojalności kibiców wobec ulubionego klubu, jakaś Justyna w 2016r. poczuła silną potrzebę poinformowania wszystkich, że "opalała tu szkło i było zajebiście", ot, taki klatkowy folklor, chyba każdy coś takiego kiedyś widział. Do tego, pomimo rowerowni z osobnym wejściem, część właścicieli jednośladów jakoś nie wierzy w bezpieczeństwo swojego sprzętu w tym pomieszczeniu, i regularnie taszczą rowery na swoje piętra i nazad, zostawiając malownicze ślady na ścianach, po otarciach oponami.

Złożyło się tak, że coś tam rzeźbili z kablami i oświetleniem na klatce, i administracja uznała, że skoro i tak będą pruli ściany, to od razu machną malowanie całej klatki, a nie tylko tych ścian w których dłubali. Alleluja! Mniejsza z tym, że na paskudny kolor, mniejsza, z tym, że moja dwunastoletnia córka pomalowałaby lepiej te ściany, i przy okazji nie wysmarowałaby tą samą farbą jakichś debilnych hasełek na drzwiczkach od bezpieczników, i metalowych drzwiach wejściowych do bramy... Nie wiem kogo oni do tego zatrudnili, ale kilku wyglądało jakby tam odrabiali przymusowe prace społeczne, a nie byli w normalnej pracy... Nieważne, ważne, że w końcu było w miarę normalnie i w miarę czysto.

Mieli jeszcze tylko kogoś przysłać, żeby wyczyścił inwencję panów malarzy - jak dotąd (trzy tygodnie po malowaniu) nikt się nie pojawił, i może to i lepiej, bo po wczorajszym wieczorze/nocy będzie więcej sprzątania...

Jakiś inteligentny inaczej osobnik upieprzył ściany na całym parterze, i fragmencie klatki schodowej do pierwszego piętra. Wygląda to tak, jakby żarł jakieś paluszki, czy inne chrupki, popijał czerwonym, śmierdzącym, tanim winiakiem, po czym natryskowo malował ściany, przy pomocy rozbryzgu z paszczy. Na wysokości głowy dorosłego człowieka co kilka/kilkanaście kroków mamy nieregularne, wybryzgane okręgi, z których zacieki w niektórych miejscach sięgają pasa, a w innych samej podłogi, której też się trochę oberwało, i się lepi. "Artysta" łaskawie omijał drzwi mieszkań, ale i tak mam ochotę go mocno skrzywdzić. Ciekawa też jestem jak to wszystko będzie wyglądało (i "pachniało") za parę dni... Kilkanaście osób już zgłosiło to do administracji, ale wnioskując po dotychczasowej szybkości reakcji, będziemy chyba musieli się na jakiś czas przyzwyczaić do tej "sztuki nowoczesnej"...

A przez chwilę było prawie ładnie...

Skomentuj (5) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 47 (53)
poczekalnia
W moim rejonie o pracę dosyć trudno. Zwłaszcza teraz. Udało mi się dostać umowę na okres próbny w sklepie przy niewielkiej cukierni.
Brzmi fajnie, co?
Niestety kończy się ona ostatniego listopada. Szefowa zapewniała mnie, że zostanie ona przedłużona.
Dzisiaj wezwała mnie do siebie. Dlaczego? Otóż klientka wysłała jej zdjęcie ciastka z naszego sklepu w którym był włos.
Choruję na łysienie plackowate więc pewnie to mój! Nawet pokazała mi tą nieszczęsną fotografie na swoim ajfonie.
Z racji niedopełnienia obowiązków i "ściągnięcia" sanepidu umowa nie zostanie mi przedłużona.

Po pierwsze: Włos wpadł zapewne w trakcie wykonywania ciasteczek, bo znajdował się wśrodku masy. Przypomnę, że ja wypiekami się nie zajmowałam. Sprzedawałam je tylko.

Po drugie: Włos był jasny i kręcony. Ja kłaki mam proste i ciemne.

Po trzecie : Włosy w pracy mam zawsze upięte w kok, wyspinane wsuwkami i popsikane lakierem.

Fajnie że szefowa zamiast po ludzku powiedzieć, że nasza współpraca nie będzie kontynuowana to robi takie cyrki.

Cukiernia

Skomentuj (5) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 75 (81)
poczekalnia

#87422

Konto usunięte ·
| było | Do ulubionych
Niedawno widziałem tu historię z fiatem 125p w tle, co przypomniało mi naszą rodzinną historię z tym pojazdem. Będzie trochę długo.
Cofnijmy się do lat 70 ubiegłego wieku. Mój dziadek mieszkający na wsi, postanowił kupić samochód (jak wiadomo, w tamtych czasach nie było to łatwe). Pokombinował, tu poszedł z flaszką, tam z bimbrem, wójtowi w żniwach pomógł i udało się. Zdobył pięknego fiata 125p. Obchodził się z nim jak z jajkiem. Jeździł tylko do kościoła i sklepu, pucował, czyścił, na zimę chował do stodoły, no dbał o niego.

Teraz część właściwa. Dziadek miał sąsiada, Henia. To był taki człowiek, że najchętniej to by wziął cudze, bo własnego mu szkoda. Parę przykładów:
1. Tadziu (czyli mój dziadek), skoczmy no traktorem do lasu po drewno, tylko może twoim, co? Bo mój to jakiś niemrawy ostatnio (jego traktor zawsze był niemrawy ostatnio).
2. Tadzik, a zawiózłbyś mnie do lekarza? Wiesz, jak z tym moim samochodem bywa (facet miał skodę 105, którą wstawił do stodoły i tyle było jej jeżdżenia, tak mu szkoda było).
3. To moje ulubione. Henio chciał urządzić przyjęcie po komunii swojego najmłodszego syna u sąsiadów, bo jego dom to za mały "i wogóle".

Myślę, że już wiadomo, z jakim typem mamy do czynienia. O ile standardowe akcje Henia można było przełknąć, o tyle z samochodem była masakra.
Henio pokochał dziadkowego fiata całym sobą. Gdzieś jechać - fiatem. A jak już wspomniałem, miał swój samochód. Ale najgorsze było jego gadanie:
- Tadziu, ten twój fiat to dopiero gablota jest. A może chodź na grzyby nim pojedziemy, co ma stać.
- Tadziu, mi to by się taki samochód przydał, bo wiesz, ta skodzina to... ech.
- Tadzik, a nie myślałeś może, żeby auto zmienić? Bo jeśli tak, to wiesz, ja bym nie pogardził.

Tych ostatnich było najwięcej. Kto by w środku komuny pozbywał się nowego auta? Ale facet uparł się i praktycznie przy każdej okazji, śmiechem, żartem, ale wspominał dziadkowi, że on by chętnie tego fiata wziął (nawet nie kupił, wziął). Dziadek, chłop o nieskończonej cierpliwości, najpierw mu tłumaczył, że nie da rady, że nie może oddać. Potem zaczął pytać, na co Heniowi drugi samochód, jak ma skodę? A daaaaaaj spokój, ta moja skodzina to... ech.

Ale w końcu dziadek zaczął tracić cierpliwość. No bo ile można, kiedy przychodzi do Was sąsiad i mówi setny raz, że chciałby Wasz samochód. Przy którymś wiejskim weselu, jak obaj sobie popili, Heniu znowu zaczął swój wywód o fiata. Dziadek się wkurzył i mu powiedział, że dostanie fiata, jak to się mówi "po moim trupie". I wtedy, o dziwo, Heniek się zamknął. Na ponad trzydzieści lat.

Ponad trzydzieści? Tak.
Jest rok 2009. Dziadek Tadeusz umarł. Pogrzeb, stypa itd. I teraz najlepsza część całej opowiastki. Dzień po pogrzebie do mojej babci przychodzi pan Henryk.

Heniu (H): Dobry, Tereniu, autko gotowe?
Babcia (B): No dobry, ale o co się rozchodzi?
H: No ja po fiata.
B: Że jak?

Dziadek do końca życia miał fiata. Heniek nadal trzymał w stodole skodę, z której już chyba niewiele zostało po ponad trzydziestoletnim postoju.

H: No po Tadzikowego fiata, przecież wiem, że stoi w stodole u was, to przyszłem po niego.
B: Ale nie rozumiem, po co...
H: No jak, przecie Tadzik umarł, no to fiat do mnie idzie.

Przypomnę, jest dzień po pogrzebie dziadka.

B: Ale po co tobie jego samochód?
H: Bo on mnie obiecał, że "mi go da, jak umrze". No, chłop się przekręcił, to przyszłem zabrać, co moje, nie?

Tu na chwilę babcię zatkało, po czym wywaliła Henia za drzwi i zadzwoniła do mojego ojca, popytać, czy coś wie. Tatuś twierdzi, że nic nie wie, aby samochód miał dostać sąsiad i zabrania babci podejmować jakichś decyzji. Wsiada w samochód i jedzie na wieś (40 minut jazdy, więc był szybko). Zajechał na podwórko, wszedł do domu i pyta babci, o co chodzi dokładnie. Tymczasem Henio, który pewnie zobaczył z okna, że tatuś przyjechał, natychmiast zmaterializował się w domu babci.

H: O, młody, dobrze, że jesteś. Choć mi pomóż, przepchniemy go od was do mnie, po co benzynę marnować.
Tatuś (T): Panie, o co panu chodzi? Dzień po pogrzebie ojca, a pan przychodzisz, głowę mojej mamie zawracasz, pieprzysz jakieś głupoty.
H: Toć mówię znowu, po fiata przyszłem, zabieram go do siebie, taka była umowa. Że jak się Tadzik przekręci, to ja go dostaję. Tłumaczę i tłumaczę, ale Terenia to głupia i pewno słuch już nie ten.
Tutaj babcia zaczęła pochlipywać.
T: Panie, spier..... stąd, bo po ryju zaraz będzie.
Tatuś kawał chłopa, dwa metry w każdą stronę. Heniu się zapowietrzył, ale wyszedł.

Tata zaczyna uspokajać babcię, ona tłumaczy, że nic nie wie o samochodzie. Za to tata wiedział, że dziadek planował przepisać auto na mnie (no nie zdążył), o czym poinformował babcię. Tata wychodzi na podwórze puścić dymka i oniemiał.

Wrota stodoły otwarte, Heniu wypycha fiaciora. Z soczystym k...a tata leci do niego i bez zbędnych słów pac po mordzie. Następnie za fraki i wrzeszczącego Henia za płot wywalił.
Teraz, żeby nie przedłużać, co robił dalej Henio:

1. Próba zabrania samochodu w nocy.
2. Wzywanie policji, że babcia przetrzymuje jego własność.
3. Próba zabrania samochodu, gdy babci nie było.
4. Straszenie sądem.

Prawem dziedziczenia właścicielką fiata została babcia, która przepisała go na mnie. A kwiatek na koniec.
Pan Henio nie żyje. Miał lat 80 z kawałkiem. Przyczyna - zawał. Babcia znalazła go martwego przy otwartych wrotach naszej stodoły, dzień po tym, jak ja zabrałem fiata do naszego domu. Musiał się chłopina przejąć.
Jak mówiłem, było długo :D A fiat mi służy, piękny klasyk, piękna pamiątka po dziadku Tadziu.

wieś samochód dziadek

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 137 (141)
poczekalnia
Jestem motorniczym.

Bilans dzisiejszej, dziewięciogodzinnej, niedzielnej (czyli, przynajmniej w teorii, spokojniejszej) zmiany:
- Setki, dosłownie setki ludzi przechodzących/przejeżdżających na czerwonym świetle bądź w miejscu niedozwolonym. Często bez chociażby rozejrzenia się dookoła. Co gorsza - także rodzice z dziećmi - bo po co uczyć bezpiecznych zachowań na drodze?
- Przynajmniej kilkanaście przypadków omijania na przejściu dla pieszych, w tym dwa szczególnie groźne,
- Mnóstwo przypadków przejeżdżania z ogromną prędkością przy obsługiwanym przeze mnie przystanku na jezdni,
- Parę aut zaparkowanych na torowisku,
- Auto zaparkowane na pętli - właściciel auta ze wzrokiem tęskniącym za rozumem chyba nie do końca wiedział, dlaczego w ogóle dzwonię na niego,
- Pani w SUV-ie, która utknęła na środku skrzyżowania na co najmniej 3 minuty, bo nie potrafiła z tego skrzyżowania zjechać,
- Wymuszanie pierwszeństwa przejazdu - tyle tego było, że nawet nie próbowałam liczyć,
- Trzy prawie kolizje, gdzie do zderzenia brakowało naprawdę paru sekund bądź centymetrów,
- I jeden kierowca-gapa, który zapragnął poczuć, jak to jest być tramwajarzem i wjechał na torowisko, zamiast na swój pas ruchu.

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 57 (67)
poczekalnia

#87421

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Około pół roku temu poszukiwałam mieszkania do wynajęcia w Krakowie. Ponieważ sama nie lubię nieprecyzyjnych ogłoszeń oprócz mapki z zakreślonymi dokładnie granicami gdzie poszukuję mieszkania, dodałam opis czego poszukuję oraz kilka informacju kluczowych o mnie jako potencjalnym lokatorze (nałogi czy zwierzęta). Najważniejszymi elementami ogłoszenia były wymagania takie jak: poszukuję samodzielnego mieszkania na terenie dzielnic x,y,z (mapka w załączniku). Mieszkanie musi mieć ogrzewanie miejskie oraz piekarnik. Całkowity koszt miesięczny to x zł. Jest to koszt maksymalny, nie ulega nagocjacji. Po niecałych 10 minutach miałam około 20 odpowiedzi, z których ŻADNA nie odpowiadała ogłoszeniu. Otrzymywałam oferty spoza mapki (przecież to jest blisko), z ogrzewaniem gazowym lub elektrycznym (pani, to tanio wychodzi, wcale pani dużo nie zapłaci), propozycje pokoi zamiast całego mieszkania lub ‚kandydatów’, z którymi mogę wspólnie szukać mieszkania (hitem był pan, który stwierdził, że gdybym znalazła dwupokojowe to on jeden pokój weźmie) i co mnie najbardziej irytowało znacznie przekraczające budżet. Pomijam oferty bez piekarnika. Ludzie niestety chyba nie czytają ogłoszeń tylko mają nadzieję, że po prostu komuś coś opchną.

Kraków

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 35 (57)
poczekalnia

#87419

~zaklopotany321 ·
| było | Do ulubionych
Polskie krętactwo na fundacjach.
Fundacja pomagająca osobom głuchoniemym posiada dużą piwnicę w bloku, którą wynajmuje i ma na tym jakiś mały dochód.
Najemca zaproponował że zwiększy ich dochody z wynajmu jeśli przerobią piwnicę na małe studio do nagrań i wynajmą jakiejś kapeli.
Fundacja się zgodziła. Pokryje koszty remontu a po zakończeniu najmu wynajmie kapeli ( lub ten najemca wynajmie kapeli, do końca nie zrozumiałem ).
Do tej pory jest wszystko ok. Fundacja zwiększy przychód, będzie więcej gotówki na pomoc.
Problem z tym pośrednikiem i fakturą. Faktura za remont wystawiona ma być na fundację. Remont piwnicy na 8000 zł a pośrednik chce abym wystawił fakturę na 16000 zł. Ja biorę 8800zł, pośrednik 7200zł.

Okraść fundację czy nie ?
Jak się nie zgodzę to stracę klienta/pracę a mam u niego jeszcze kilka remontów.
Jak się nie zgodzę to on znajdzie inną firmę która to wykona.
Jak się zgodzę to pozbawię kogoś aparatu słuchowego lub innej pomocy.
Co robić ?

Warszawa

Skomentuj (17) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 45 (57)

Podziel się najśmieszniejszymi historiami na
ANONIMOWE.PL

Piekielni