Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

Poczekalnia

Tutaj trafiają wszystkie historie zgłoszone przez użytkowników - od was zależy, które z nich nie trafią na stronę główną, a którym się może poszczęścić. Ostateczny wybór należy do moderatorów.
poczekalnia
Mieszkam za granicą. Kto przeczytał moją pierwszą zarchizowaną historię, ten wie, że uwielbiam januszować :)

Nie rozmawiam na ulicy po polsku, ale jak akurat mama zadzwoni... Zdarzyło się kilka razy, że podchodzą do mnie mnie ludzie i zaczynają po polsku wścibską nawijkę o tym, że miło spotkac rodaka za granicą. To fakt, miło, ale nie można po prostu powiedzieć zwykłego "dzień dobry" i pójść w swoją stronę? Nie, trzeba mnie zagadywać o to, co tu robię, nie zwracając uwagi na fakt, że cały czas rozmawiam przez telefon.
Moja mama ma do mnie sprawę pilną, rozmawiamy, a w między czasie stoją nade mną "rodacy" i pytają jak długo jestem już w tym mieście.
Musiałam być niestety niemiła, bo chciałam się kulturalnie odsunąć, a grupka zaczęła za mną iść. Skąd wiem, że za mną? Bo patrzyli na mnie i ewidentnie czekali, aż skończę rozmawiać.
Nie każdy ma ochotę na pogaduszki z obcymi ludźmi, naprawdę.

Druga historia zdarzyła się, kiedy jadłam z kolegą polakiem posiłek w knajpie. Za każdym razem, kiedy podchodził do nas polak, nie zapytał czy może się przysiąść, trzy razy autentycznie bez pardonu przysiada się do nas obcy facet i radośnie stwierdza, że cieszy się że spotyka polaków. Kochani Rodacy, nawet największa tęsknota (która i mnie dopada, przyznaję) nie uprawnia Was do chamstwa i braku kultury.

Kraj, w któym mieszkam uchodzi za drogi i bogaty. W związku z tym ja również uchodzę za bogatą. Kiedy podczas rozmowy mówię, że na coś mnie nie stać, to rozmówcy zwykle doznają szoku i słyszę: ale jak to? przecież pracujesz w Drogim i Bogatym Kraju!
Drodzy rodacy, jeśli mówię, że na coś mnie nie stać, to znaczy że mnie nie stać. Wiem, ile mam na koncie. Rozmowa dotyczyła oczywiście większej sumy niż 1000zł czy wypadu na pizzę.

I przechodząc płynnie właśnie do wydatków codziennych, to fakt stać mnie. Im wyżej frank tym lepiej (swoją drogą już raz mi zarzucono, żem nieczuła bo frankowiczom mogłoby być przykro).
Ostatnio jak byłam w Polsce, to koleżanka zaproponowała mi kosmetyk, który podobno jest dobry a ona sprzedaje tę markę. Zgodziłam się, zapytałam o cenę, uznałam że jest ok, zapłaciłam, dostałam kosmetyk i uznałam sprawę za zakończoną. Niestety dowiedziałam się potem od wspólnych znajomych, że koleżance jest bardzo przykro, jak ją potraktowałam. Koleżanka bowiem była przekonana, że dam jej więcej niż chciała. Aż zbaraniałam, jak to usłyszałam."No bo przecież mam". Nie znam się na cenach tej marki, dla ciekawskich chodziło o krem do twarzy za 250 zł, który starcza na około trzy miesiące. Fakt, że dobry ten krem, ale poszukałam już innego dostawcy.

Sytuacje ze znajomymi są dość niezręczne kiedy idziemy razem z moimi rodzicami gdzieś. Za rodziców płacę ZAWSZE I ZA WSZYSTKO. Jest to umowa między nami, porozmawialiśmy sobie o tym już dawno, aby żadna ze stron nie czuła się źle. Tak samo z bratem. Jeśli natomiast dołącza do nas w restauracji jeszcze ktoś (tak, moi rodzice i ja mamy wspólnych znajomych), to zauważyłam, że wybiera sobie z menu dużo więcej niż jedna osoba mogłaby zjeść. A potem zdziwko, że musi sam opłacić rachunek. "No bo przecież skoro i tak płacę za wszystkich innych, to mogłabym już opłacić całość".
Naszej rodzinie zostali tylko Ci przyjaciele, którzy albo pytają na początku czy nie byłoby problemu, gdybym zapłaciła (bo np knajpa jedna z droższych), albo po prostu płacą za siebie, mimo iż zarabiają mniej.

Dodatkowo te komentarze... Że się popisuję, bo wzięłam taksówkę (nie nie Ubera, taksówkę) mamie, żeby nie wracała autobusem. Serio? Mam przepraszać, bo zadbałam o moją własną mamę? "Inni nie mogą sobie na to pozwolić!", usłyszałam...

Wracając do mojego miejsca zamieszkania, przyznaję, że posługuję się w języku angielskim, który urzędowy nie jest. Tzn jest, ale w pracy tylko.
Na codzień posługuję się podstawową znajomością języka, jeśli ktoś nie mówi po angielsku to w ostateczności zawsze mam przy sobie mini słowniczek i rozmówki. Sąsiedzi, listonosz, policja, kasjerzy - WSZYSCY są przemili. Oprócz polaków. Już nieraz słyszałam, że nie mam prawa tu przebywać, bo powinnam znać jezyk lokalny w mowie i piśmie na poziomie C! G.. prawda, w tej chwili wystarczy A2. "Bo on się nauczył i ciężko harował żeby tu własną firmę mieć, a przyjedzie taki jeden i myśli że mu się wszystko tu należy!" Nigdy tak nie uważałam, zaproponowano mi warunki, zgodziłam się i pracuję. Nie Twój, rodaku interes.


Ostatnio jak mieszkałam w Polsce w hotelu, to cierpliwie tłumaczyłam Pani sprzątającej (Ukrainka lub Białorusinka), że chodzi mi o ręcznik. Próbowałam na migi. Nie kazałam jej "spadać do siebie". Fakt, trochę się zdziwiłam, że nie rozumie słowa "ręcznik", ale uznałam że to nie moja sprawa, może jest w Polsce dopiero od kilku dni, może się denerwuje? Rodacy, skąd w Was tyle jadu? Migracja jest i będzie. Ludzie poszukują lepszego życia i nie ma w tym nic złego.

Przepraszam za chaos w historii. Na wszystkie pytania uzupełniające w komentarzach chętnie odpowiem. Za hejt jak zwykle dziękuję :)

zagranica

Skomentuj (1) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 22 (30)
poczekalnia

#87783

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Sobota, przedpołudnie, niestety zdarzyła mi się stłuczka na parkingu. Jechałem alejką i przydzwoniłem w samochód, który wychylił się z miejsca parkingowego. Czuję, że moja wina, bo skupiłem się na tym co dzieje się po lewej stronie, zamiast na tym co z przodu, 2-3 sekundy rozproszenia i puk. Prędkość nie duża, bo jechałem na jedynce. Rozumiem zdenerwowanie kierowcy samochodu, w który uderzyłem, rzucał epitetami. Na spokojnie mówię, że spisujemy oświadczenie, że moja wina i się rozjeżdżamy, bo po co Policję wzywać, tracić czas. Niestety uparł się, że jestem pijany, albo naćpany(fakt, po nocnej zmianie średnio wyglądałem), wzywa Policję. Że kolizja parkingowa, brak ofiar Policja się nie śpieszy. Pan straszy prawnikiem, że nie wypłacę się, co chwila gdzieś dzwoni. Pretensje, że spotkania biznesowe odwołać musi, że czas traci i za to też zapłacę.
Policja przyjechała prawie po godzinie, więc i tak w miarę szybko. Wysłuchała Pana. Gdy ja mówiłem Pan ciągle się wtrącał. Alkomat nic nie wskazał.
W końcu propozycja mandatu 100 zł dla Pana, ponieważ nie zachował ostrożności i nie ustąpił pierwszeństwa wyjeżdżając z miejsca parkingowego.
Mandat oczywiście nie przyjęty więc za jakiś czas czeka mnie sprawa w sądzie.

parking

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 28 (28)
poczekalnia

#87782

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Wiele się mówi o konieczności oszczędzania energii, o źródłach odnawialnych itd. Faktycznie, jak sfajczymy paliwa kopalne, to zostanie tylko rowerowe dynamko. Ale ja nie o tym.
Jak wiadomo z jednego moich postów w swoim czasie odwiedziłem Kazachstan. Wylądowałem w Astanie, pardon w Nursułtanie na lotnisku imienia Nazarbajewa. Fajne miasto - buduje się dużo i na bogato, aczkolwiek momentami całkowicie bez sensu. No, ale ich pieniądze, ich wola.
Wśród licznych ciekawych miejsc są tereny Expo 2017. Między innymi jest tam bardzo interesująca ekspozycja w kuli o średnicy ponad 100m. Na każdym z sześciu pięter stworzono centra informacyjne dotyczące oszczędzania energii i różnych możliwości jej pozyskania ze źródeł odnawialnych. Oczywiście nie odmówiliśmy sobie tej atrakcji. Było bardzo fajnie i ciekawie, dużo interaktywności i ogólnie na bardzo bogato. Nie jesteśmy z żoną nawiedzonymi ekologami, ale po obejrzeniu wystawy umocniła się nasza wiara w słuszność idei.
No, fajnie. Jak gdyby vis a vis kuli jest olbrzymie centrum handlowe. Powtarzam OLBRZYMIE! Cały parter zajmowało szuczne lodowisko. Temperatura, jak to w lecie w Kazachstanie, oscylowała wokół 35 stopni, a do centrum nie prowadziły żadne drzwi - po prostu otwarta przestrzeń wychodząca na rozprażoną ulicę. I to tyle w kwestii oszczędzania energii. Spojrzeliśmy nawzajem na siebie lekko zdumionymi oczętami i stwierdziliśmy, że dotąd sądziliśmy, że pewnych granic absurdu przekroczyć się nie da. Byliśmy w błędzie.

Skomentuj (5) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 18 (22)
poczekalnia

#87781

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Miał być kolejny komentarz do https://piekielni.pl/87766#comment_1126506 w odpowiedzi na wpis aegerity, ale wyszło za długie na komentarz, więc jest dodane jako nowa historia. Będzie trochę liczb, więc jeśli liczby Cię nudzą, to od razu odpuść sobie tę historię.
WWF Polska jest podana jako przykład, jak zarabiać pieniądze na biednych zwierzątkach. Z moją oceną nie zgadza się Aergita podając nawet konkretne liczby, z których wynika, że wynagrodzenia w WWF Polska w 2019 wyniosły ok. 0,5% wydatków na pomaganie zwierzętom.
Powyższe kłóci się z moją wiedzą na ten temat, więc sprawdzam: otwieram stronę www.wwf.pl i kolejno przechodzę do: www.wwf.pl/o-nas; www.wwf.pl/o-nas/sprawozdania; gdzie po wybraniu: Sprawozdanie za 2019 - sprawozdanie merytoryczne widzę stronę www.wwf.pl/sites/default/files/inline-files/Sprawozdanie%20merytoryczne_30.06.2020.pdf
z rocznym sprawozdaniem merytorycznym za 2019 r fundacji WWF Polska.
W pkt VI. „Wynagrodzenia w okresie sprawozdawczym” podpunkt 1. „Łączna kwota wynagrodzeń (brutto) wypłaconych przez organizację w okresie sprawozdawczym” 7.378.559,42; poniżej podpunkt 4 „Wysokość przeciętnego wynagrodzenia (Brutto) wypłacanego członkom organu zarządzającego ...(itd)” 21.000,00.
Obliczam więc procenty: 7,38 mln wynagrodzeń stanowi 25,3 % z kwoty 29,12 mln wydanych na działalność statutową; czyli Aergita podała wartość w procentach 50 razy mniejszą niż wyliczyłem.
Zaraz, zaraz – coś tu się nie zgadza. Aergita podaje 29.12 mln na działalność statutową i 1,59 mln na wynagrodzenia, czyli 0,5%. Mój kalkulator wylicza 1,59/29,12*100 daje 5,46 % więc prawie 11 razy więcej niż podaje Aergita. Poza tym Aergita nie zauważyła, że 1,59 mln to jedynie wynagrodzenia w pozycji „Koszty ogólnego zarządu”.
Na podsumowanie niezależnie od wyliczonych procentów: wielu naszych rodaków nawet nie może pomarzyć o wynagrodzeniu średnio w roku ponad ćwierć miliona zł (na osobę!), co z całą pewnością zapewniłoby tym marzycielom dostatnie życie.

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 48 (60)
poczekalnia

#87779

~Aussie ·
| było | Do ulubionych
Kilka lat temu w LOT brał udział w promocji hard rock cafe (HRC) w Warszawie (nazwę podaję bo i czemu nie a ma to znaczenie dla historii) - do posiłków były wydawane wykałaczki w opakowaniu HRC na którym w języku angielskim było napisane że jest to kupon który w restauracji można wymienić na darmowe małe piwo. Z racji tego, że rodzicielka moja pracuje jako stewardesa, co lot kilka tych wykałaczek zostawało nie użytych więc ja dostałem je do wykorzystania (nie brała tych z zapasu, wyłącznie te które zostały wydane do posiłku i zostawione przez pasażerów nieotwarte), zebrało się tego około 15 kuponów, więc ze znajomym stwierdziliśmy że pora je wykorzystać. Regulamin na stronie sprawdzony, nawet nie trzeba zamawiać jedzenia więc w to nam graj. Poszliśmy do HRC i zamówiliśmy nachosy z serem i upewniliśmy się że jeden kupon=jedno piwo.
W sumie wypiliśmy do wspomnianych nachosów 10 piw i przyszło do płacenia ale gdyby było tak prosto to by nie było historii.
Najpierw kelnerowi zrzedła mina kiedy wyciągnąłem 10 kuponów i jakieś kilkanaście złotych za nachosy (dla niewtajemniczonych, HRC znajduje się w złotych tarasach i słono liczą się za każde danie), potem dowiedziałem się że kupon mogę wykorzystać 1(!!) na danie, później że ewentualne mogę dwa bo jest nas dwóch. Po wezwaniu, manager stwierdził to samo. Poprosiłem więc o pokazanie w regulaminie promocji gdzie jest to napisane, na co pan manager stwierdził że "przecież to oczywiste". Po krótkiej dyskusji z łaską stwierdził "no niech ci będzie, jak was nie stać". Równie z łaską zapłaciliśmy rachunek i poszliśmy do domu. Następnym razem (żeby wykorzystać resztę kuponów no bo czemu nie :))
Już na stoliku stał poprawiony regulamin że do każdego kuponu trzeba zakupić jakiś posiłek, co ciekawe informacja była tylko po polsku, po angielsku napis twierdził że tu można wymienić kupony na piwo, bez żadnego obowiązku kupowania jedzenia.

Nie wiem czy piekielni byliśmy my czy obsługa, ocenę zostawiam wam.

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 69 (79)
poczekalnia

#87780

~Sora ·
| było | Do ulubionych
Historia Marcelki o corkach i maminsynku, przypomina mi wlasne przeboje. Mam 2 braci. Jeden 30 letni, wciaz mieszka z mama. Drugi, prawie 40 - tka, pracuje i to jedyna jego zaleta, bo poza tym naduzywa alkoholu, zyje ponad stan i robi dlugi. To typ, ktory specjalnie pojedzie pociagiem bez biletu, dostanie mandat 200 zl, nie zaplaci go, i doprowadzi do tego, ze dlug, po doliczeniu komornika i kosztow sadowych, rozrosnie sie do 1400 zl. Wtedy, przybiegnie do mojej matki, ktora albo to splaci, albo pozyczy mu hajs na splate. I tak to sie kreci od lat.

Moj brat ciagle wynajmuje, jest jednak osoba, ktorej nie mozna powierzyc wiekszej sumy pieniedzy, np. na zakup wlasnego mieszkania, bo raczej te pieniadze sie zmarnuja - albo je przewali, albo nie splacalby np. zobowiazan kredytowych. Jest jednak, coraz starszy i fakt ze nie ma czegos wlasnego, widocznie martwi moja mame. Nie moze jednak mojemu bratu mieszkania kupic (bo pewnie nie splacalby czynszu i spadloby to na nia), a sama z nim mieszkac nie chce (awantury i pijanstwo).

Wiec moja mama wpadla na taki pomysl - zapisze mi pieniadze po swojej smierci, za ktore ja kupie mieszkanie bratu i bede pilnowala, zeby oplacal czynsz. Bo wiecie, malo mi stresow w zyciu, wiec potrzebny mi jeszcze jeden w postaci bycia opiekunko - strazniczka mojego brata, ktory prywatnie mnie nie znosi i cieszy sie z kazdego mojego niepowodzenia.

Gdy zasugerowalam mamie, ze chyba jej odbilo, zaczely sie placze, histerie i szantaze emocjonalne. Ale najlesza byla odpowiedz na moje pytanie "A moj mlodszy brat nie moze tego robic?" Mama:"On zyciowo nie jest tak zaradnym jak Ty".

Tak, poniewaz sobie radze, dowalmy mi problemow, zeby za dobrze nie bylo.

Rodzina

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 85 (89)
poczekalnia

#87777

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Historia @KwarcPL przypomniała mi moją własną "przygodę" z nieuczciwym taksiarzem.

Był to okres turystyczny (długi weekend majowy). Tak się złożyło, że zamawiałam kurs spod hotelu na dworzec autobusowy i miałam ze sobą małą walizkę. Taksiarz założył więc zapewne, że jestem turystką.

Trasa była krótka, niecałe 3 km, normalnie spacerkiem można się przejść. Zgodnie z cennikiem powinna kosztować jakieś max. 15 złotych.

Jakież było moje zdziwienie, gdy po przyjeździe na miejsce docelowe taksiarz zażądał... 35 zł!

No cóż, jak trzeba, to trzeba, zapłacę... tylko oczywiście poproszę paragon. A tu ups, paragonu nie ma! Bo panu taksiarzowi "zapomniało się" włączyć taksometr.

No to grzecznie mówię, że w takim razie mogę zapłacić 15 złotych, tyle ile powinna wynieść opłata za kurs.

Pan zaczął się pieklić, grozić policją... może założył, że śpieszę się na autobus i nie będę miała czasu czekać?

No cóż, przeliczył się, bo nie byłam turystką, doskonale znałam i stawki i odległość, po prostu musiałam pewną rzecz odebrać z hotelu od jednych znajomych i podać ją innemu znajomemu, który był w autobusie, a że rzecz niewielka, ale stosunkowo ciężka, stąd walizka (najłatwiej było tak zapakować i przewieźć) i taksa.

Zatem ochoczo przystałam na jego propozycję, niech wzywa policję, ja w międzyczasie zadzwonię jeszcze do jego korporacji, bo ich sprawa też może zainteresować...

Taksiarz zaczął mamrotać niecenzuralne słowa i cóż, zasugerował, żebym oddaliła się bez zapłaty, acz jak najszybciej.

Mógł normalnie zarobić, a chciał przycwaniakować.

taksiarz taxi

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 80 (82)
poczekalnia

#87773

~gryf ·
| było | Do ulubionych
Około dwóch tygodni temu moja dziewczyna widziała się ze swoim znajomym. Ten zaoferował jej kupno jego samochodu, bo akurat zmienia. Auto ogólnie warte uwagi- z polskiego salonu, jeden właściciel, zadbane. Znajomy powiedział: "67 tysięcy cenię, ale Tobie po znajomości oddam za 65." Dziewczyna chwilę się zastanawiała, jednak stwierdziła, że nie skorzysta z oferty, bo jest zadowolona z obecnego auta, a i ma w planach inne wydatki.
Dzisiaj dziewczyna dzwoni do mnie: "Pamiętasz jak Ci mówiłam, że Piekielny proponuje mi swoje auto, i że po znajomości za 65 mi odstąpi? Ogłosił je wczoraj na na OLX- cena 61900 do negocjacji..."
Od razu przypomniały mi się słowa mojego starszego brata: "Pamiętaj Młody- nikt Cię tak w wała nie zrobi jak ktoś, kogo znasz. Takiemu ufasz i on to może wykorzystać."

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 55 (63)
poczekalnia
Historia o piekielnym gówniarzu za kółkiem i trochę piekielnej policji.
Dość krótko temu siedzę w domu, gdy dzwoni do mnie mój ojciec i mówi żebym mu przywiózł koło, narzędzia, podnośnik i klucz, bo miał wypadek i ma rozwalone koło. Przyjechałem, jego samochód stoi, policja również jest na miejscu za to drugiego samochodu nie było widać. Renówka uszkodzona dość konkretnie, bo rozwalone koło, cały wgnieciony przedni błotnik i uszkodzone oba drzwi z jednej strony.
Okazało się że gdy ojciec jechał do domu jakiś baran wyjechał z podporządkowanej i przywalił mu w bok po czym spierniczył w siną dal. Ojciec rozmawia z policją, która jednak nie kwapi się za bardzo do szukania sprawcy wypadku "No bo to raczej się nie ustali, no przecież nie wiadomo gdzie jest itd itp". No, tutaj ich piekielność bo owszem się dało, charakterystyczny samochód, uszkodzony, monitoring również jest a ojciec zapamiętał rejestrację i nie był tylko pewny czy ostatnie cyfry to były XY czy YX, czyli i tak możliwe są tylko 2 samochody. Policja w końcu dała się namówić na zaczęcie poszukiwań i o dziwo sprawca znalazł się w niecałe 40 minut. Był to nieletni gówniarz w ortalionowym dresiku który pod nieobecność rodziców wziął sobie - rzecz jasna bez posiadania prawka - ich samochód i postanowił ruszyć w miasto. A ruszył z kopyta, wyjeżdżając z podporządkowanej na pełnym gazie chcąc się popisać w sumie nie wiadomo przed kim, bo jechał sam. A że przy tym nie raczył nawet spojrzeć czy na drodze z pierwszeństwem ktoś nie jedzie, to przywalił prosto w bok samochodu mojego ojca po czym spanikował i uciekł z miejsca zdarzenia. Gdy go złapano przyjechał z rodzicami - wtedy już odjeżdżałem żeby zabrać rozwalone koło i narzędzia, więc wiem tylko to co usłyszałem od ojca. Skończyło się na miejscu mandatem 1000 zł, lecz bardzo możliwe że będzie również sprawa w sądzie za jazdę bez prawka, wypadek i ucieczkę.
A wystarczyło nie być debilem i się nie popisywać.

droga

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 60 (64)
poczekalnia

#87775

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Życie pisze najdziwniejsze historie.

Kilka słów tytułem wstepu. Jesteśmy bardzo patchworkową rodziną. Ja i mój stary mówimy rożnymi językami, mamy odmienne kolory skóry, wywodzimy się z różnych religii. Mamy dużo dzieci, część dla któych jestem macochą, cześć wspólnych bioloczicznych, a część wspólnych adoptowanych. Nie mieszkamy w Polsce, chociaż z Polską mamy dużo wspólnego biznesowo. Biologiczna mama moich pasierbów nie ma praw do dzieci po kilku mocnych wybrykach, ale ja nie jestem prawnym opiekunem tej dwójki. Mamy też dwa miejsca zamieszkania, mniejsze mieszkanie w centrum i dom za miastem na weekendy.

W mieszkaniu w centrum mamy pewną sąsiadkę, która bardzo się nudzi i uwielbia utrudniać nam życiem, ale ostatnio przeszła samą siebie.

W mieszkaniu postanowiliśmy zrobić remont, a że covid to i tak siedzimy głównie na wsi, idealny czas. Ekipa remont skończyła i razem z moim starym postanowiliśmy to mieszkanie ogarnąć.

Dzieciaki z moim ojcem na wsi, jedynie kot z nami w centrum. My po kilkunastu godzinach pracy wino na kanapie i Netflix. Ale od słowa do słowa, coś mnie stary zdenerwował, wyszłam zapalić na ogródek. Stojąc tam mówie do niego, on do mnie ze środka i tak gadamy może w nie najmilszym tonie, ale spokojnie. Rozmowa dotyczyła tego jakie auto powinnimy kupić, każde z nam miało inny pomysł.

Po 10 minutach konflikt zakończony, wracamy do wina i Netflixa. Po kolejnych 10 minutach dzwonek do drzwi. Patrzymy na zegarek, pierwsza w nocy. Otwieramy a tam czterech policjantów, którzy przyjechali do awantury domowej! Drzwi otworzył mój i tłumaczy, że nic sie nie dzieje, o co chodzi.

I wtedy zrobiłam najgłupszą rzecz jaką mogłam, wstałam z kanapy i poszłam do policjantów. Otworzyłam puszkę Pandory. Patrzą na mnie, mówią że przemoc domowa, awantura, patologia, a że mieszkają tu dzieci, oni muszą wejść i sprawdzić, że ja mam się nie bać i oni mi pomogą, tylko muszę zeznawać. I teraz zdałam sobie sprawę jak wyglądam; twarz obdrapana, opuchnięta, siniaki na rekach, bo 3 dni wcześniej miałam wypadek samochodem, stąd wcześniejsza rozmowa o kupnie nowego.

No nic, zapraszamy ich do środka, myślimy, że wszystko się szybko wyjaśni. mówimy, że ja miałam wypadek, że tu remont kończymy, że dzieciaki z dziadkiem na wsi, przemocy nie ma, nigdy nie było.

W mieszkaniu dramat jeśli chodzi o porządek, my lekko podpici, ja zmasakrowana, dzieci nie ma, kot miauczy, że chce jeść. Po naradzie policjanci postanawiają wysłać drugi patrol do domu na wsi, żeby sprawdzić, czy dzieci są bezpieczne, ale nie pozwalają zadzwonić uprzedzić mojego ojca. Także pan przed 70tką, bez znajomości języka urzedowego, został odwiedzony teraz już o drugiej w nocy przez kolejnych czterech policjantów. Nic nie rozumiał, myślał, że coś nam się stało, bo policja nie pozwoliła do nas zadzwonić.

Nasza czwórka policjantów sprawdza, czy był wypadek komunikacyjny, kto uczestniczył, jakie były obrażenia, ja wypis ze szpitala mam w domu na wsi. Druga czwórka budzi dzieci i ogarnia, że mój ojciec jest 'spokrewniony' tylko z trójką, a dwójka to dzieci mojego z pierwszego małżenstwa. Moj mówi, że ma pełne prawa do dzieci, matka utraciła swoje (to bardzo niespotykany przypadek), natomiast na słowo nikt nikomu nie wierzy, dokumenty są gdzieś w domu na wsi. O odebraniu praw matce postanowił sąd w innym pańswie, niż to gdzie mieszkamy, więc nie da się tego sprawdzić w systemie. Do domu na wsi przyjeżdża też opieka społeczna. Moj ojciec ma już 'stan przedzawałowy', więc wrew jego woli policjanci wzywają karetkę (oczywiście dobrze zrobili).

Pada pomysł, żebyśmy teraz pojechali wszyscy do domu na wsi, ale ani ja ani mój nie możemy prowadzić, policja przyjechała normalnym autem, w szóstkę się nie zmieścimy. Przyjeżdża kolejnych dwóch policjantów suką. Więc jedziemy, 1h; czterech policjantów w Skodzie, dwóch w suce, my z kotem który cały czas płacze na pace.

Dojeżdżamy tam po trzeciej w nocy. Po domu kręci się czterech policjantów, dwie panie z opieki społecznej, piątka dzieci, dwóch sanitariuszy i mój ojciec w szlafroku próbujący oddychać (nie dał się bohater zabrać do szpitała, bo dzieciaki pojechałyby do swego rodzaju pogotowia opiekuńczego). Dojeżdżamy w kolejne 8 osób. Podczas interwencji w tym samym pomieszczeniu przebywa 17 dorosłych i 5 dzieci. Przypominam, że jesteśmy w środku pandemii.

Kolejne tłumaczenia, szukanie dokumentów, badanie alkomatem mojego ojca, inspekcja mieszkania i pytania dlaczego w zlewie są brudne naczynia, pytania w jakim celu adoptowaliśmy obce dzieci mając swoje. Dzieciaki przerażone, ojciec też, my chyba już tylko wk***ieni i zmęczeni. O szóstej rano udaje się wszystko wyjaśnić, ale wpis o interwencji jest, opieka społeczna będzie musiała sprawdzić jeszcze kilka razy, skonsultować ze szkołą, naszymi miejscami pracy, czy nie jesteśmy rodziną patologinczą. Ojciec jedzie na obserwację do szpitala (miał 'tylko' atak paniki połączony z astmą).

Podumowanie: kilka tysięcy już wydane na prawnika rodzinnego, niezliczone godziny spędzone na rozwiązywaniu tego, stres i terapia dzieciaków, bo myślały, że opieka je zabierze (dwojka naszych maluchów to dzieci z domu dziecka, adoptowane już w starszym wieku) i szpital dziadka. Tylko kotu się podobało, że miał dużo ludzi do zaczepiania.

A wiecie dlaczego to wszystko? Ponieważ sąsiadka nie lubi jak staje na 'jej' miejscu przed blokiem. Pozwać jej nie możemy, bo twierdzi, że wezwała policję w dobrej wierze.

Europa Zachodnia

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 71 (87)

Podziel się najśmieszniejszymi historiami na
ANONIMOWE.PL

Piekielni