Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

Poczekalnia

Tutaj trafiają wszystkie historie zgłoszone przez użytkowników - od was zależy, które z nich nie trafią na stronę główną, a którym się może poszczęścić. Ostateczny wybór należy do moderatorów.
poczekalnia
Jak działają Urzędy Pracy (UP) oraz pracodawcy którzy są tam zarejestrowani jako "poszukujący pracowników"...

Było to już jakiś czas temu, ale z tego co się zdążyłam zorientować w ciągu tych marnych kilku lat niewiele się zmieniło. Akurat wtedy odeszłam od mojego pierwszego pracodawcy i szukałam dalej jakiegoś zarobku. Żeby nie zostać bez ubezpieczenia zarejestrowałam się w UP - oczywiście zostałam od razu umówiona na spotkanie w sprawie poszukiwania mi jakiegoś zajęcia (jak się potem okazało nie ma w UP pracy dla osób z wykształceniem wyższym niż matura).

Pierwsze spotkanie przebiegało bezowocnie i spodziewałam się że jak każdy wyjdę jedynie z kwitkiem z datą kolejnego spotkania ze znudzoną życiem panią, ale w ostatniej chwili zauważyłam błysk w oku urzędaski. Zadała mi dość dziwne pytanie "czy boje się pająków", na co ja wzruszyłam ramionami i odparłam że wszystkie zwierzaki kocham tak samo. Okazało się że sklep zoologiczny w mojej okolicy potrzebuje pracownika, ale maja problem bo w ofercie tegoż są tarantule którymi pracownik miałby się zajmować. Absolutnie nie branża w której chciałam się znaleźć, ale szukałam czegoś lepszego już długo, a że kocham zwierzaczki to zgodziłam się pójść tam i chociaż zobaczyć o co chodzi.

Tego samego dnia zjawiłam się w ów sklepie, bo z rozmowy telefonicznej wynikało że akurat "szef" będzie. Po przekopaniu się przez stosy karmy dla psów i wabików dla wędkarzy zostałam przyjęta na zaplecze i podałam swoje CV oraz przeszłam rozmowę kwalifikacyjną. Wszystko było ok, usłyszałam dokładnie warunki, pensję i jak będzie wyglądać mój "płatny okres próbny", przy czym pożegnaliśmy się uprzednio tylko ustalając że "szef" zadzwoni do mnie następnego dnia żeby powiedzieć kiedy mam przyjść na pierwszy dzień.

Czekałam dwa dni i nic. Zero odzewu. Więc zadzwoniłam sama i usłyszałam "przepraszam, zamieszanie tu mamy, oddzwonię do pani jutro". Znowu czekałam dwa dni i zadzwoniłam. Za trzecim razem tego kółka telefonicznego już nikt nie raczył odebrać, a gdy poszłam na miejsce usłyszałam tylko "szefa nie ma".
Tydzień po mojej wizycie w tym sklepie otrzymałam list z UP o tym że z powodu niezgłoszenia się do pracodawcy do pracy w ustalonym terminie, zostaje mi zabrany status bezrobotnego i odzyskać go mogę dopiero po upływie 3 miesięcy.

Dodam że nie miałam wtedy doświadczenia w "szukaniu pracy" prawie żadnego (pierwsza praca była bardziej "szczęśliwym zbiegiem okoliczności).
A sklep nadal poszukuje już od kilku lat pracownika.

I teraz moje pytanie brzmi: dlaczego? Po co w ogóle zawracał mi głowę skoro mógł powiedzieć "szukamy kogoś innego" albo coś w tym stylu?

urząd_pracy pracodawca sklepy

Skomentuj (1) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 13 (15)
poczekalnia

#82976

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Szukam ci ja kota.
Kot mialby byc towarzyszem dla mojej kotki.
Upatrzylam sobie jakis czas temu sliczna koteczke z fundacji, wiec pisze do osoby odpowiedzialnej za jej adopcje. I spotykam sie ze sciana. Otoz moi drodzy znaczna wiekszosc ogloszen na olx pochodzi wlasnie z fundacji i schronisk i wszystkie maja jedna adnotacje- oddaja koty tylko do domow niewychodzacych. A ja mam to "nieszczescie" miec dom z duzym ogrodem i jak na zlosc nie chce trzymac kota w zlotej klatce, tylko swoim pupilom pozwalam na lapanie motyli, wylegiwanie sie na tarasie, czy sledzenie mnie gdy robie cos w ogrodku.
O ile rozumiem, ze wypuszczanie kota z blokowiska, czy w centrum miasta jest dla niego niebezpieczne, tak kompletnie nie czaje co jest zlego w tym, ze kot wychodzi do ogrodu, w spokojnej okolicy.
A dlaczego teraz o tym pisze? Poniewaz ogloszenie z "moja" kotka pojawilo sie ponownie. Domu nadal jej nie znaleziono- wiec lepiej niech sie blaka po schroniskach, czy domach tymczasowych.... nizby od kilku tygodni byla kotem szczesliwym, zadbanym, ale (o zgrozo!) wychodzacym.

Krakow

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 11 (45)
poczekalnia

#82974

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Rowerzysto, rozumiem, że z jakichś powodów wolisz jechać dziurawą szosą zamiast biegnącą obok szeroką, równiutką i podświetloną ścieżką rowerową. Rozumiem, że jesteś akrobatą amatorem i jeździsz bez trzymanki. Rozumiem, że musisz wysłać pilnego SMS'a. Rozumiem, że jesteś fanem muzyki niewyjmującym słuchawek z uszu. Rozumiem, że masz podzielną uwagę. Rozumiem, że chcesz ominąć i omijasz dziurę w jezdni. Nie rozumiem, dlaczego robisz to wszystko naraz. Tuż przed moją maską. Nie rozumiem, dlaczego chcesz się zabić wykorzystując do tego mój samochód.

"Żyletka ci kur_o nie wystarczy, że pchasz się pod koła ?"

Skomentuj (1) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 62 (74)
poczekalnia
Ostatnio obił mi sie o uszy temat wesel i kontrowersji jakie wzbudzają młodzi nie uwzględniający na swoim weselu dzieci.
Nie, żebym planowała, nie planuję, pewnie po tym poście zostanie mi przypięta łatka zrzędliwej starej panny, ale co mi tam! Nie pierwsza niepochlebna łatka. Będę mieć całą kolekcję :)
Nie lubię dzieci. Po prostu. Nie dostaję mdłości na ich widok, znoszę je w swoim otoczeniu (w momencie, gdy większość znajomych już pozakładała rodziny, to w zasadzie nie mam wyjścia, jeśli chcę kontynuować znajomość, dzieci znajomych są już jakby w pakiecie z nimi), ba nawet jestem skłonna się z nimi pobawić. Jednak nie czuję się komfortowo w ich towarzystwie. Przez całe życie miałam do czynienia tylko z rówieśnikami, prawie rówieśnikami i osobami dorosłymi. Nie przechodziłam etapu, gdy opiekowałam się dziećmi sąsiadów/ kuzynów/ dużo młodszymi kuzynami. Po prostu jeśli takie dzieci były, to najzwyczajniej w świecie nie miałam z nimi kontaktu, bo były daleko, a nasze pokrewieństwo też nie było ścisłe, dlatego nie umiem rozmawiać z dziećmi i ich obecność jest dla mnie stresująca. W dorosłym życiu, w związku z moim wykształceniem i branżą, w jakiej pracuję, czy na studiach, czy na stażu, czy już w pracy, miałam prowadzić zajęcia dla dzieci (już nie mam, wynika to z zakresu moich obecnych obowiązków, nie jest mi przykro). Moje podejście do nich nie uległo zmianie.
I w związku z tym, zastanawiając się nad tematem wesel bez dzieci, pomyślałam sobie, że jakby mi przyszło moje własne wesele organizować, też nie chciałabym na nim dzieci. Z tego prostego względu, że w takim dniu chciałabym się czuć swobodnie i komfortowo, a jak wspomniałam, dzieci mnie takiego poczucia pozbawiają.
A z ciekawości poczytałam na forach internetowych jakie są zdania na ten temat.
I przechodzę to postawy, którą uważam za piekielną. Otóż, większość głosów rodziców była taka, że dzieci są ich nierozerwalną częścią i albo są zapraszani z całą rodziną, albo wcale. Do tego dochodziły głosy, że przecież za małe dziecko płaci się tylko pół ceny, więc te, dajmy na to, 100 zł przecież młodym różnicy w budżecie nie zrobi. Głosy oburzenia, że młodzi chcą mieć show nie wesele. A to nie zawsze jest z kim dziecko zostawić. A to przecież dzieci dodają tylko uroku. A to, że młodzi przecież mogą zapewnić animatora, kącik dla dzieci.
Ludzie, przecież, ostatecznie, to młodzi wydają przyjęcie weselne, opłacają je i, o ile nie zobowiązaliście się sponsorować imprezy (nie mówię o kopercie, daje się tyle ile uważa się za słuszne, ostatecznie wesele ma na celu wspólne świętowanie, a nie odzyskanie kosztów jego organizacji), to nie możecie narzucać im kogo mają uwzględnić na liście gości.
Dziecko nie jest Waszą nierozerwalną częścią. Dziecko jest osobnym istnieniem. Drugim człowiekiem i tak jak nie wszędzie musi się chodzić z mężem/żoną/ partnerem/ ką, tak nie wszędzie trzeba chodzić z dzieckiem. Podejrzewam, że takie podejście wręcz byłoby niezręcznym dla dzieci, gdybyście uczestniczyli z nimi w np. imprezach osiemnastkowych ich znajomych.
Nie wiem jak kształtują się opłaty za dzieci w lokalach weselnych. Były głosy, że w niektórych tak jak za dorosłych, w niektórych pół ceny, w niektórych, do pewnego wieku- nic. Zakładając, że za dziecko młodzi mieliby dopłacać tę przykładową stówkę. Jak już jakieś dziecko zaproszą, wypada zaprosić całą resztę, żeby nikt nie poczuł się pokrzywdzony, załóżmy, 10 dzieci to już jest 1000 zł. Podejrzewam, że ten 1000 już robi różnicę w budżecie, a na serio, zamiast kilku dzieciaków, które szanuję, ale zakładam imprezę dla dorosłych, to wolałabym zaprosić na to konto kilku znajomych. Jest wiele okazji do spotkań rodzinnych z dziećmi.
Jeśli młodzi chcą mieć show, to niech mają, przecież Was zapraszają, a nie wzywają na wesele. Jeśli Wam nie odpowiada, nie musicie w nim uczestniczyć. Młodzi mogą mieć swoje powody, dla których proszą tylko dorosłych i trzeba to uszanować.
Wiadomo, z opieką do dziecka może być problem, ale wesela to raczej nie są spontaniczne uroczystości planowane z dnia na dzień. Zaproszenia dostaje się z dużym wyprzedzeniem, na tyle dużym, że można coś zorganizować. Dziadków, ciocie, wujków, znajomych. Ostatecznie, można się dogadać z innymi zaproszonymi na wesele i zorganizować wspólnie jakąś opiekę. Nie ma sytuacji bez wyjścia.
Dzieci nie zawsze dodają uroku uroczystości. Nie każdy zachwyca się jak Jaś i Małgosia ślicznie tańczą. Wesela są imprezami, na których podaje się alkohol, na których jest zamieszanie. Dziecko nieświadomie może chwycić za kieliszek z wódką i wypić. Nie zawsze da się przewidzieć każdy jego ruch. Na weselu tańczą nie tylko dzieci. Tańczą i dorośli, sama, jako dzieciak, będąc na weselu, zostałam kopnięta przez własną Mamę, bo kręciła na parkiecie piruety z wujkiem, a ja próbowałam do niej cichaczem, pośród innych tańczących par, podejść. Było dużo ludzi, nie zauważyli mnie i bum. Nic mi się nie stało, ale mogłam nie mieć takiego szczęścia.
Młodzi nie muszą brać odpowiedzialności za rozrywkę Waszych pociech. Jeśli za wesele płacą sami, to czemu mieliby swoje ciężko zarobione pieniądze wydawać na rozrywkę dla gości, których nie przewidzieli? Zresztą, dużo głosów na forach było takich, że na czas wesela nie mogą zatrudnić niani, bo dziecko nie będzie spędzać czasu z całkiem obcą osobą. Może się mylę, ale animator też będzie dla dziecka całkiem obcą osobą.
Tyle moich wywnętrzeń. Po prostu piekielne jest dla mnie to, że niektórzy uważają, że posiadanie dzieci daję im przywilej specjalnego traktowania.

Skomentuj (36) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 84 (144)
poczekalnia

#82971

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Historia #82859 przypomniała mi moje przejścia z tak zwanym Urzędem Pracy. Miałem z nimi do czynienia kilka razy i zawsze potrafili mnie zaskoczyć.
1. Gdy wróciłem z UK po sześciu latach pobytu, rozpocząłem od razu pracę. Niestety, pracodawca to temat na osobną historię,(typowy Janusz biznesu, również z imienia), więc moja kariera w jego firmie nie trwała zbyt długo. Tak więc, ze świadectwem pracy w ręce i formularzem U1 z UK, pełen (jeszcze) pozytywnego nastawienia udałem się do PUP. Pierwszy cios szmatą w pysk czekał mnie zaraz po wejściu do magicznego pokoju - nie miałem przy sobie wypełnionej wielkiej żółtej płachty formatu A5 i pani wsiadła na mnie z pyskiem jak śmiem w ogóle pojawiać się taki nieprzygotowany i zajmować jej cenny czas. Moje tłumaczenia że przed wyjazdem do UK byłem zarejestrowany w PUP skwitowała warknięciem że "karta rejestracji ma być". Ok, mea culpa. Pobrałem kartę, wypełniłem na korytarzu, wchodzę po raz drugi. Nie zarejestruje, źle wypełniona karta. Co to za jakieś głupie nazwy miejscowości, hę? Jaja sobie robię? Jakie Newcastle? Na moje tłumaczenie że jest to miasto w Anglii pani jakoś tak szczególnie jadowicie się uśmiechnęła i stwierdziła że "skoro nie mam ŻADNYCH świadectw pracy z UK to ona tego nie przyjmie, a formularz U1 to se mogę nim tyłek wytrzeć".
Wróciłem więc na drugi dzień obładowany jak wielbłąd: payslipy, umowy, wszelkie możliwe dokumenty, żółta płachta wypełniona w dwóch egzemplarzach, na twarzy wyraz pokory i szacunku dla urzędniczki. Tym razem kolejka jak diabli, 3 godziny czekania. Wchodzę, to samo babsko. Krzywi mordę na sam mój widok. Dlaczego dokumenty nieprzetłumaczone? I jak to nie ma świadectw pracy w UK? Przecież wszędzie są świadectwa pracy! Moja cierpliwość zaczęła się wyczerpywać więc dobitnie chociaż nadal grzecznie wytłumaczyłem pani że chcę się tylko zarejestrować jako bezrobotny. Tylko tyle. Gwiżdżę na to czy dostanę zasiłek czy też nie, chcę tylko mieć ubezpieczenie. To na wypadek gdyby szlag mnie trafił przykładowo podczas rozmowy z urzędnikiem i konieczna okazała się hospitalizacja. Jak groch o betonową ścianę - ona nie może tego przyjąć, koniec, kropka. W ogóle to jak chcę (sic!) zasiłek, to w tym PUP nie załatwię bo oni rozpatrują tylko wnioski krajowe i ona zaraz zawoła kolegę to on mi wytłumaczy.
Zawołała jakiegoś chłystka który przypominał studencinę socjologii na stażu. Wytłumaczyłem w czym rzecz, przez chwilę w jego zamglonych oczach zdawałem się dostrzegać błysk zrozumienia. Niestety - pozory mylą....
- Musi pan jechać do PUP w pobliskim większym mieście! I napisać im tam gdzie pan pracował za granicą! Moja dobra rada: trzeba napisać dużo, to może coś z tego będzie... I daty trzeba i umowy zabrać! No ale to trwa, pół roku nawet...
Pojechałem do pobliskiego większego miasta. Tam dla odmiany trafiłem na osobę kompetentną - okazało się że to co bredził chłystek-stażysta dotyczy osób które przez UP chcą sie ubiegać o formularz U1 z UK który to miałem od samego początku (i którym pani z pierwszego PUP radziła mi wycierać tyłek). Dalsza rejestracja nie nastręczała żadnych trudności, a po jakimś czasie przyszła nawet decyzja o przyznaniu zasiłku.
2. Jako świeżo upieczony bezrobotny, postanowiłem zobaczyć co też PUP ma do zaoferowania. Oferty, kursy, może jakaś pomoc w podjęciu działalności - cokolwiek. Wysłali mnie do jakiegoś typa który ziewając zaserwował mi następującą formułkę: "na jeden program jesteś pan za młody a na drugi za stary, kursów już nie ma bo za późno. Ręce mi opadły - był maj i już "za późno"
3. Z dobrodziejstw zasiłku nie dane mi było skorzystać,podjąłem pracę. Jako że charakter pracy był tymczasowy, po jakimś czasie przyszło mi ponownie zarejestrować się w UP. Poszedłem tam tylko za namową żony - sugerowałem że opłacę ubezpieczenie z oszczędności na czas szukania kolejnego zatrudnienia,bo wypełniania po raz kolejny tej parszywej żółtej płachty nie zdzierżę. Małżonka jednak uspokoiła mnie że niedawno sama się rejestrowała i nie musiała nic wypełniać bo była zarejestrowana w UP przed naszym wyjazdem do Anglii. Poza tym niedawno się rejestrowałem, więc pewnie pokażę im tylko świadectwo pracy i wszystko będzie ok. Poszedłem więc się rejestrować po raz drugi
- Gdzie formularz rejetracji? warknęła biurwa
- Niedawno się rejestrowałem - odparłem grzecznie. Przyniosłem...
- To nie ma nic do rzeczy! Proszę wyjść i wrócić z wypełnionym formularzem!
Zacisnąłem zęby. Wyszedłem, wypełniłem formularz, wróciłem. Przyjął mnie tym razem chłystek - stażysta.
- YYY, no ale , tego, no. Pan był w wojsku, prawda?
- Tak, byłem. Jakieś 14 lat temu
No bo trzeba daty wpisać dokładne kiedy pan służył, a pan napisał tylko miesiąc, bez dnia...
Z westchnieniem wyjąłem moją sfatygowaną książeczkę wojskową którą na wszelki wypadek wziąłem ze sobą. Data pójścia w kamasze była niestety nieczytelna - efekt czołgania się w błocie na poligonie, nie wiadomo czy był to 6 czy 9.
- Szósty lipca - wypaliłem pewnie. Chłystek stażysta zajrzał mi przez ramię i pokręcił głową cmokając
-Yyyy, bo tego, no wie pan... My bardzo dokładnie wszystko liczymy , żeby wiedzieć co się komu należy i takie tam...
No nie mogę zarejestrować na podstawie nieczytelnego dokumentu...
Pisz człowieku szósty lipca, pamiętam jak dziś! - rzekłem tracąc powoli cieprliwość.
-YYYY, no ja bardzo pana przepraszam ale musi pan przywieźć poświadczenie z WKU... In aczej nie mogę, no nie mogę jak Boga kocham...
Pojechałem więc do WKU - 30 kilometrów ode mnie. Chorąży w okienku gdy dowiedział się o przyczynie moich odwiedzin stwierdził że "w dupach im się poprzewracało".
Dzień później poszedłem do PUP z płachtą i zaświadczeniem. Przyjęła mnie inna urzędniczka. Przyjęła formularz w postaci takiej jaka sprezentowałem dzień wcześniej, bez poprawek i dokładnych dat. Zaświadczenie z WKU okazało się absolutnie zbędne
4. Sytuacja życiowa zmusiła mnie jakiś czas później ponownie odwiedzić PUP celem rejestracji. Poszedłem wściekły na samą myśl o wypełnianiu żółtej płachty. Postanowiłem zagrać Va banque i wszedłem bez. Babsko w rejestracji jak zwykle ślepe na argumenty kilkukrotnej rejestracji natrętnie zaczęło domagać się płachty. W końcu nie wytrzymałem. W sposób bardzo dosadny wyraziłem więc zdziwienie że w XXI wieku, w dobie komputerów i baz danych za każdym razem muszę wypełniać jakiś parszywy formularz. Po co? Co się dzieje z tymi dokumentami? Nie można ich odnaleźć i dopisać co trzeba? Za każdym razem trzeba wypełniać nowy? Co robią z tym papierem? Jedzą go? Palą nim w piecu? Bo na wycieranie tyłka za gruby...
Najwyraźniej język gniewu i frustracji okazał się zrozumiały dla urzędniczki bo nagle okazało się że ponowne wypełnianie formularza nie jest niezbędne w celu zarejestrowania mnie. I na tym kończę tę smutną historię. Mam również nadzieję że był to mój ostatni w życiu kontakt z tą skretyniała do cna, sklerotyczną i niemal całkowicie bezużyteczną instytucją, nie wiedzieć dlaczego nazywaną "Urzędem Pracy"

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 102 (104)
poczekalnia

#82970

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Szczyt rowerowy.
Ulica. Jadąc wozem mijam rowerzystę z zamontowanym na kierownicy uchwytem na tablet i oglądającym film.

Samobójca?

rower

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 62 (74)
poczekalnia

#82969

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Witam serdecznie po długiej przerwie :)

Tak się złożyło, że przez jakieś dwa lata pracowałem w zgoła innej branży (powodów było sporo, ale zmiana na złe mi nie wyszła), teraz gdy wróciłem już do swojej starej branży, pragnę podzielić się z wami historią Piekielnego Józka (imię zmienione).

Otóż dwa lata pracowałem przy klimatyzacji-chłodnictwie, serwis, montaż, od prostych systemów do bardziej skomplikowanych. Czasem pracowałem sam, czasem z właścicielem lub jego wspólnikiem (malutka firma). Jednak na sezon wakacyjny, właściciel organizował "wsparcie" różnych ludzi, mających brać na siebie ciężar robót fizycznych, do których wiedza chłodnicza nie była specjalnie wymagana (ot kilka instrukcji, np. żeby woda spływała musi być spadek itp. żadnej fizyki kwantowej :) ).

Na jeden sezon trafiłem na Pana Józia Złotą Piekielną Rączkę :). Otóż Pan Józio był znajomkiem wspólnika, zresztą doświadczonym bogato (od budowlanki po bodajże, gastronomię). Przy pierwszym spotkaniu już wiedziałem, że będzie grubo, bowiem Pan Józio zaczął strasznie gwiazdorzyć i mówić jaki to ze mnie będzie jego pomocnik... (miało być wstępnie,zupełnie na odwrót), bo on robi w tym biznesie dłużej, no ale może to było pierwsze wrażenie...

Zacząłem z Józiem spędzać więcej czasu (sporo montaży, na serwis nie jeździł, bo szukanie usterek to nuda :) ), mentalnie > człowiek światowiec-bajkopisarz-erotoman-gawędziarz. I choć bywało śmiesznie, dość szybko okazało się, że Józio jest piekielnikiem do potęgi. Notorycznie coś psuł, przerabiał, łatał, w dodatku nie byłoby to takie złe (skoro się coś popsuło, trzeba naprawić, szczególnie jeśli to zepsute należy do klienta...) ale robił to tak "na sztukę" w dodatku bez słowa, tak, że o problemie zazwyczaj dowiadywał się dopiero szef, w dodatku od klienta.
To i tak było mało, otóż cały czas było to wszystko zwalane na mnie, szef już nawet myślał o zwolnieniu mnie i zatrudnieniu Józia na etat, (co później nastąpiło, ale bez tej pierwszej części, na szczęście).

By nieco skrócić, Józio:
- często oszukiwał klienta, potem ja bądź szefowie, musieli to wszystko odkręcać,
- montaż 8 godzinny robił w godzin 5, gdzie po jakimś czasie trzeba było spędzić 5-7 godzin na poprawkach*,
- potrafił spóźnić się dwa dni na montaż, lub nie przyjechać wcale (oczywiście po co dzwonić do klienta z informacją),
- tak "oszczędzał" na przewodach, że trzeba było pruć ściany i przedłużać,
- w 8 godzinnym dniu pracy, potrafił 4 godziny spędzić u chińczyka lub w kebabie, mówiąc, że robi montaż,
- gdy coś nie szło po jego myśli, stosował rozwiązania siłowe, np. domykał plastikowe obudowy młotkiem,
- wziął pożyczkę (znaczną) od szefa i ulotnił się nie stawiając się w następnym dniu w pracy, (z tego co wiem, pożyczki do tej pory nie oddał)

*poprawki po Józiu zajęły mi i mojemu szefowi ok. czterech miesięcy po "zniknięciu" Józia - niektóre problemy pewnie jeszcze czekają na ujawnienie.

Pracował dwa miesiące, jako "fachowiec" dostawał więcej niż ja. Po wszystkim szef przeprosił mnie za to, że to słowo Józia traktował jako te pewniejsze (w pewien sposób zrozumiałe, "znał" go dłużej).

Obecnie Józio wciąż montuje klimatyzację, ale w zgoła innej firmie, gdzieś na Mazowszu.

Warszawa okolica_stolicy usługi klimatyzacja znajomi

Skomentuj (2) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 58 (62)
poczekalnia

#82966

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Debilu, tzn. szanowny panie kierowco poruszający się zielonym samochodem firmowym szkoły nauki jazdy na literę "I" z włoska brzmiącej nazwy, której nie będę przytaczał, ale zapewne mieszkańcy Warszawy czy okolic powinni kojarzyć.
A zatem, szanowny panie kierowco, może instruktorze: Znak ustąp pierwszeństwa na skrzyżowaniu oznacza, że ma się ustąpić pierwszeństwa i wymuszając je i dodatkowo machając grabiami nie zmieni pan tego, że powinien ustąpić pierwszeństwa. Jazda na zderzaku też nie należy do rozsądnych rozwiązań, a poza tym "poganianie długimi" w terenie zabudowanym gdy jadę troszkę mniej niż 60km/h przy dopuszczalnej 50km/h też wydaje się pozbawionym sensu, zwłaszcza, że szybciej nie pojechałbym ponieważ przede mną jechał autobus. Palec to pan może sobie wsadzić tam gdzie panu wygodnie, a poza tym na drodze ekspresowej raczej inne prędkości są dopuszczalne niż pan się poruszał.

szkoła jazdy

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 49 (69)
poczekalnia

#82964

~smrod ·
| było | Do ulubionych
Grodzone i zamykane śmietniki. Jak ja ich nienawidzę...

Dawniej było normalnie i po ludzku. Śmietniki sobie stały gdzieś na osiedlu, w takim miejscu żeby nikomu nie przeszkadzały, ale też żeby było blisko. Przychodziło się, wyrzucało śmieci i koniec. Tak po prostu. Bez zbędnych komplikacji. No ale nie, skoro było normalnie to trzeba było to zepsuć.

Wraz z pojawieniem się opłaty za śmieci, zaczęła się chora moda na grodzenie i zamykanie śmietników.

W moim rodzinnym mieście, śmietniki koło mojego bloku otoczyli betonowym schronem ze stalową kratą. Na początku jeszcze ją zamykali, ale potem już nie i w środku zalęgły się gołębie. Jak wchodzę wyrzucić śmieci, to ptaki spłoszone zrywają się i zaczynają latać jak oszalałe dookoła, cały czas przy okazji robiąc to, z czego słyną. Chcą wylecieć na zewnątrz, ale jedyne wyjście blokuję ja, więc zawracają, zderzają się ze sobą, obijają się o ściany, itd. W powietrzu robi się wielka kotłowanina odchodów, piór i milionów zarazków, które te latające szczury roznoszą.

U mojego znajomego na osiedlu jest podobnie, z tym że schron jest zamykany i zamiast gołębi zadomowiły się tam żule, które jakimś cudem dorobiły sobie klucze i teraz tam mieszkają, emitując gorszy smród niż same śmieci. Właśnie - smród. Do tego zaraz wrócę.

Apogeum absurdu jest jednak na osiedlu, gdzie teraz mieszkam. Po pierwsze, by dostać się do śmietnika, muszę po drodze otworzyć i przejść przez cztery pary drzwi, przy czym do każdych jest inny klucz! Śmietniki są w zamkniętym i niemal hermetycznie szczelnym pomieszczeniu ze stalowymi drzwiami, które nagrzewają się od słońca i oddają ciepło do środka. Nie dość, że jest tam jak w saunie, to jeszcze tak niemiłosiernie śmierdzi, że za pierwszym razem omal nie zwymiotowałem i od tamtego czasu wchodzę tam na wdechu. Mało tego - jest tam ciemno jak w pewnej przysłowiowej części ciała, a oczywiście od każdego się wymaga, by segregował śmieci. Stój tam pośród tego fetoru, wdychaj go i przesiąkaj nim (po wyjściu stamtąd ubrania śmierdzą śmieciami) i świeć sobie latarką, by wiedzieć który pojemnik jest na szkło, a który na plastik.

To jest przecież chore.

śmieci śmietniki

Skomentuj (20) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 62 (90)
poczekalnia

#82965

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Skąd się biorą wysokie ceny za OC/AC? W dużej mierze podziękujcie za to ASO

Znajomy miał niedawno stłuczkę. Nic poważnego, do wymiany przedni grill i lampa. Plastiki i blachy w zasadzie nienaruszone, jedynie z zatrzasków wyskoczyły. Szkoda poszła przez AC, po kilku dniach przyjechał rzeczoznawca wycenić koszt naprawy. I znajomemu z wielkim hukiem kopara opadła. Za naprawę w.w. szkody, wyszło 8500 zł.

Wycena szczegółowa:
lampa - 1000zł
grill - 1500zł
robocizna, w tym poskładanie plastików i blach, które wyskoczyły - 6000zł

Z ciekawości sprawdził, za ile orientacyjnie mógłby kupić poszczególne elementy. Z robocizną, w nieautoryzowanym warsztacie, zmieściłby się w 1500 zł. I samochód miałby w zasadzie następnego dnia, bo blacharz wprost mu powiedział, że mając części, to jest kilka godzin roboty. A tak, auto uziemione na ponad tydzień...

Skomentuj (20) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 58 (76)

Podziel się pozytywnymi historiami na
WSPANIALI.pl

Piekielni