Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

Poczekalnia

Tutaj trafiają wszystkie historie zgłoszone przez użytkowników - od was zależy, które z nich nie trafią na stronę główną, a którym się może poszczęścić. Ostateczny wybór należy do moderatorów.
poczekalnia

#85473

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Dzisiaj o tym, jak za darmo zrobić zakupy spożywcze.
Chyba już większość z nas poznała się na patencie osób bezdomnych - proszą grzecznie, abyś kupił im coś do jedzenia, bo są głodni, nie chcą więcej pić. Łatwo się nabrać na coś takiego, zwłaszcza, że zwykle proszą oni tylko o pieniądze, które jak nie trudno się domyślić przeznaczą na alkohol czy też inne używki. Idziesz z takim do sklepu, wybiera wszystko co najtańsze, a ty jesteś dumny, że osoba bezdomna będzie miała co jeść. Tylko że jest też druga strona medalu - myślisz, że skoro owy bezdomny nie chce pieniędzy, tylko jest gotów pójść z tobą na zakupy - możesz mu zaufać, więc jeśli akurat się spieszysz, zostawisz pieniądze. A bez wątpienia pójdą one na rozwój nałogu takiej osoby. Dałam się kilka razy na to nabrać, bo gdy podchodzi do mnie w godzinach popołudniowych trzeźwa osoba i prosi o kupienie ciepłej zupy - nie widzę w tym nic złego, a wręcz cieszę się, że mogę rzeczywiście komuś pomóc. Tylko problem zaczyna się w momencie, gdy wracam z pracy i widzę tego samego bezdomnego - tym razem zapitego i agresywnego.
Jest to dosyć proste, pod koniec dnia masz i jedzenie i pieniądze, w ciągu dnia zapełniasz żołądek, a wieczorami rozgrzewasz się wysokoprocentowymi napojami - nałóg trwa.
Są jeszcze ci„sprytniejsi”, którzy wzbudzają współczucie poprzez choroby czy inne dolegliwości. Jeśli bywacie czasem w centrum Warszawy, mogliście natknąć się na człowieka, który z wielkim banerem„JESTEM POPARZONY” chodzi wokół Pałacu Kultury czy patelni żebrząc o pieniądze - nie jestem lekarzem, ale za cholerę bym nie powiedziała, że jest on poparzony. Za to nagrzany jest całkiem często - gdy miałam okazję pracować właśnie w tych okolicach, siadał z inną stałą już tam grupą libacyjną i pił wódkę. Miałam z nim kiedyś nieprzyjemną sytuację, skomentował on w swoim stanie upojenia mój ubiór i ciało w bardzo wulgarny sposób (bez przytoczeń, nie pamiętam dokładnie, ale zdenerwował mnie i powiedziałam, aby dał mi spokój - skutkowało to rzuceniem we mnie pustą puszką po piwie - na szczęście pustą i pod nogi, a nie daj Boże w głowę). Zapadł mi on wyjątkowo w pamięć, ponieważ ostatnio na jednej z grup na Facebooku pewna dziewczyna opublikowała jego zdjęcie z zapytaniem, czy nie można by zrobić zbiórki pieniężnej dla tego biednego człowieka. Nie, dzięki - nie mam w zwyczaju sponsorowania libacji alkoholowej (spotkania towarzyskie mogą być wyjątkiem).
Jeśli pomyślicie, że jestem bezduszna, bo nie chce mi się kupić bezdomnej osobie bułki w sklepie - mogę was zapewnić, że w Warszawie jest mnóstwo miejsc, gdzie mogą udać się osoby bezdomne, aby się najeść - chociażby na Miodowej. Tylko warunek jest jeden - trzeba być trzeźwym, przed wejściem sprawdzają alkomatem. A to najwidoczniej dla wielu osób jest problemem.
Wydaje mi się, że na tym możemy skończyć wątek bezdomnych. Temat jednak jest niestety szerszy - pewna grupa osób znalazła sposób na zaoszczędzenie na comiesięcznych wydatkach. I nie, nie są to osoby w krytycznej sytuacji finansowej. Jedna z pań miała zwyczaj, że chodząc po Saskiej Kępie pytała ludzi właśnie o zrobienie jej zakupów (warto wspomnieć, że wyglądała schludnie, nie jak bezdomna) - ok, rozumiem, że ktoś może mieć chwilowy problem z pieniędzmi, jakieś nagłe wydatki i łapanie się ostatniej deski ratunku. Tylko, że problem tkwi w tym, że owa pani chodzi po tej dzielnicy już od jakiegoś roku, czyli zakładam, że jej tryb życia polega na stałym oszczędzaniu na zakupach spożywczych. Co więcej, bardzo wybredna z niej osoba - raz miałam okazję robić jej zakupy i nie miała ona problemu z wybieraniem najdroższych produktów, których ja zresztą sama sobie nie kupuję, o czym ją poinformowałam. Może jestem skąpa, ale jeśli mam wydać na małe zakupy spożywcze dla obcej osoby więcej niż na większe zakupy dla mnie i mojej współlokatorki, to coś jest nie tak. Poinformowałam ją, że mogę jej zrobić takie zakupy, jakie robię sobie (mówimy oczywiście o tych podstawowych - jaja, pieczywo, mleko etc.) - to w odpowiedzi pani naburmuszyła się i dała mi do zrozumienia, że „innych nie chce”. W takim razie chyba pora zapłacić samemu za zakupy.

bezdomni

Skomentuj (1) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 7 (7)
poczekalnia

#85472

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Chciałabym, abyście ocenili piekielność tej historii.

Mam psa, suczkę dokładniej. Jest już bardzo stara, ma 12 lat. Nigdy nie miała szczeniaków, ale nigdy jej też nie sterylizowałam. Zwyczajnie nie pozwalałam jej zajść, np. Zabezpieczyłam płot i bramę, oraz biorąc ją na spacery bardzo pilnowałam.

I wiem, że teraz się posypie, że "powinnam wysterylizować, bo choroby, wygoda to tamto", ale nie. I nie mam zamiaru już nigdy wysterylizować suki. Moja pierwsza psina, wiek miesięcy 6 zdechła na stole. Weterynarz powiedział, że to bardzo rzadko się zdarza. Jakoś przebolałam, wzięłam następną suczkę, zmieniłam weterynarza na innego i... W nocy po sterylizacji pękł jej brzuch, mimo takiego kubraczka flaki na wierzchu, za późno ją znaleźliśmy, nie przeżyła (weterynarz nic nie mówił, że mam ją pilnować całą noc, nie wiem, czy tak trzeba, czy nie, ale nie zrobiłam tego, myślałam, że będzie w porządku, tak mnie zapewniał).

EDIT: Żeby nikt mi nie zarzucił (jak pan/i poniżej w komentarzu) Nie wypuściłam psa na podwórko i nie musiałam go szukać po operacji. Spała sobie w ciepłym legowisku, przy grzejniku pod stołem w kuchni. Zwyczajnie nie wiedziałam, że nie wolno mi tej nocy spać i muszę nad nią czuwać, bo widocznie to powinno być oczywiste... No dla mnie nie było. Przez znaleźliśmy miałam na myśli zeszliśmy na dół po wstaniu z łóżka. Jej się to stało w nocy, kiedy spaliśmy.

Biorąc trzeciego psa powiedziałam sobie, że nigdy więcej nie dam psa pod nóż, chyba, że będzie od tego zależało jego życie.


Pewnego dnia chcę ją zawołać z podwórka do domu, patrzę, a tam obcy pies z moją sunią (zdecydowanie samiec)! Jak mnie zobaczył, tak uciekł, ledwie się pod bramą przecisnął (mniejszy od mojej suni), nie zdziwiłabym się, jakby miednicę złamał. Suczka na szczęście nie zaszła, choć miała wtedy cieczkę, ale... W jej wieku poród mógłby się bardzo źle skończyć, aborcja również mogłaby doprowadzić do śmierci. Wszyscy wkoło, którym to opowiadam mówią mi jednak, że TO MÓJ PROBLEM, BO MOGŁAM SOBIE PSA WYSTERYLIZOWAĆ. No przepraszam bardzo, to ja się zabezpieczam jak mogę, mam powody, dla których go nie sterylizuję, ale jak ktoś sobie puszcza samca samopas, to nie jego problem nie jego szczeniaki i nie jego wina? Mogłam przez niego stracić psa, a wszyscy mi mówią "trzeba było wysterylizować". Czy naprawdę właściciel tamtego psa nie zrobił niczego złego pozwalając mu buszować po cudzych podwórkach nie kastrując go?

podwórko

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 1 (31)
poczekalnia

#85470

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Znajoma potrzebowała na szybko kogoś do pomocy przy pewnym projekcie. Nie wymagała specjalnych kwalifikacji, ot, jeszcze parę rąk do pracy. Na jej prośbę wrzuciłam ofertę na OLX, podałam szczegóły, stawkę oraz JEJ numer telefonu.

I tak w ciągu 2-3 dni dostałam:

1. Kilkanaście IDENTYCZNYCH wiadomości o treści: "Szanowni Państwo, W odpowiedzi na przedstawioną ofertę pracy załączam moje CV. Uprzejmie proszę o rozpatrzenie mojej aplikacji i informację zwrotną Pozdrawiam".

2. Kilkanaście telefonów na mój numer z pytaniami o szczegóły. Większość na info, że numer telefonu jest podany w ogłoszeniu i tam proszę dzwonić, grzecznie dziękowała i się rozłączała. Cześć rozłączała się bez słowa. W kilku przypadkach tuż przed rozłączeniem usłyszałam kilka "ciepłych słów". hmmm...

3. Kilkanaście tzw. "sygnałów" tj. dzwonił do mnie nieznany numer, ale zanim zdążyłam odebrać, połączenie było zakończone (po jednym sygnale). ?? Znaczy się, miałam oddzwaniać?

Mam wrażenie, że większość nie zawracała sobie głowy przeczytaniem ogłoszenia, a jeśli nawet, to pobieżnie i bez zrozumienia.

PS. Kilka osób jednak doczytało, co trzeba, zadzwoniło, gdzie trzeba i pracownik się znalazł.

OLX

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 19 (27)
poczekalnia

#85383

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Czytając historie o "dziwnych" sąsiadach postanowiłem się podzielić moją opowieścią. Postaram się pisać zwięźle, ale i tak będzie długo.

Mieszkamy w bloku. Okolica spokojna, bo to koniec osiedla. W sąsiedztwie działki i cmentarz (ważny dla puenty tej opowieści).
Większość sąsiadów to normalni młodzi ludzie z normalnymi dziećmi. Żadna tam patologia i hodowla bombelków.

Z jednym wyjątkiem. na parterze mieszka Pani Stanisława Piekielna. Zawodowa emerytka i żywy całodobowy monitoring (Godzina 5.30, wychodzę do pracy a ta już w oknie).
Przeszkadza jej wszystko. No prawie. Jedną osobą której chyba jeszcze nie wyzwala od najgorszych jest ksiądz. A jak odprawia pogrzeb to nagłośnienie ma na pół osiedla. Za to żałobnikom nie raz się oberwało za parkowanie/chodzenie/oddychanie pod jej oknem. Mieszka sama, ale czasem odwiedza ją syn. Pod warunkiem że jest na tyle trzeźwy aby dojechać rowerem. A wtedy cały blok słyszy jak się kłócą.

Moim nieszczęściem jest posiadanie garażu pod mieszkaniem pani Stasi, oraz to, że lubię majsterkować. Te dwa czynniki powodują, że jestem jej wrogiem numer jeden. Jak wiadomo majsterkowanie nie zawsze odbywa się w ciszy. Czasem trochę hałasuję jakąś wiertarką itd. Oczywiście zaraz po wyłączeniu danego urządzenia przez zamkniętą bramę przebija się wiązanka dźwiękowa typu:

-Skur..yn! Znowu hałasuje ja tu chcę mieć spokój! Wyp...lać na wieś! itd. itp.

Ja jestem człowiek spokojny i nie reaguję na takie zaczepki, tym bardziej, że hałasuję tylko w dopuszczalnych godzinach.

Podobnie jest gdy postawię samochód przed garażem. Oczywiście zaraz jest wiązanka typu:

Wieśniaki! Przestrzeń mi zajmują! K...wy, Ch..je itd itp. ( Jaką przestrzeń? Na miotle lata po nocach czy jak?)

Doszło nawet do tego, że wezwała Pana z administracji na kontrolę bo niby ja tu firmę prowadzę. Pan przyjechał, zobaczył zagracony garaż w którym ledwie mieści się samochód. Pogadaliśmy chwilę i Pan zgodził się ze mną że do 22 to ja mogę nawet dyskotekę robić w garażu, a za podjazd też płacę wiec mogę parkować.

Oczywiście miły Pan zaraz na wyjściu z mojego garażu został zaatakowany przez Panią Stasię. Poinformował ją, że on tu żadnych nieprawidłowości nie widzi, za co w podzięce został wyzwany od najgorszych, za brak zrozumienia jej problemu.

Kolenjym tym razem naszym (razem z Młodą) nieszczęściem jest fakt posiadania dwóch samochodów. Czasem też wjedzie ktoś znajomy na wymianę żarówki, albo szybkie pranie tapicerki. Oczywiście oprócz wyzwisk jesteśmy posądzani o handel kradzionymi samochodami i inne takie.

Sytuacja trwała dwa lata i niedawno nastąpiło rozstrzygające starcie.

Sobota. Wróciliśmy z zakupów. Młoda w aucie nawija przez telefon, ja wyszedłem otworzyć garaż. I słyszę:

- Ku..wa! Znów ta dzi..ka z tym sku...synem podjechali...

Zagotowałem się. Tak krówa być nie będzie! Młodej mi nikt nie będzie obrażać. Wyskoczyłem z garażu i pytam:

(Ja) - Ile jeszcze razy ma Pani zamiar nas obrażać? Ja mam to wszystko nagrane i zaraz zadzwonię na policję i zrobię Pani sprawę o zniesławienie! ( Nie miałem, ale ona o tym nie wie).

(Stasia) - Bo ja tu chcę mieć spokój skur...syny je..ne a tu ciągle jakieś hałasy!

(Ja) - Skur...synem może sobie Pani swojego syna nazywać!

(Stasia) - Wyp... na wieś gdzie twoje miejsce! Autami się wożą a ja chcę mieć tu spokój!

W międzyczasie sąsiad wyszedł z psem przysłuchiwał się naszej wymianie zdań. I to on okazał się najbardziej piekielny.

- Pani Stanisławo! Jeśli Pani chce spokoju to zapraszam tam, za płot! Dwa metry pod ziemię!

Ja parsknąłem śmiechem, a Stasia zamknęła okno z taka siła że mało szyby nie wypadły.

Od tego czasu udaje że mnie nie nie zna, a ja się zastanawiam nad zakupem jakieś bardzo głośnej wiertarki :)

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 90 (124)
poczekalnia

#85465

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Orange i więcej dodawać nie trzeba...


Z pół roku temu podszywając się pod spisujących liczniki wcisnęli babci umowę na gaz i prąd. Prąd udało się odkręcić, z gazem nie zdążyliśmy. Zważywszy na kosmiczne kary za przedwczesne zerwanie umowy, nie wypowiadaliśmy jej, bo taniej było płacić co miesięczny haracz.

Na początku października babcia otrzymała list, w którym Orange informowało o zerwaniu przez nich umowy... przepraszam, nie zerwaniu, tylko o „zmianach w regulaminie”, gdzie punkt któryś tam przyjmuję treść „umowa ważna do 30.11.2019”, jeśli nie wyrażamy zgody, to można wysłać w ciągu tygodnia wypowiedzenie i umowa wygaśnie pod koniec kolejnego pełnego miesiąca. Czyli 30.11...

Podsumowując, jeżeli ty biedny szaraczku chcesz przedwcześnie zakończyć umowę to płać gigantyczne kary, jeśli Firma chce zakończyć przedwcześnie umowę - wystarczy, że zmieni regulamin.

Ba dum tss!

Orange

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 14 (48)
poczekalnia

#85463

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Będzie o bardzo dawnych czasach, ale z niejakim odniesieniem do współczesności.
Ciemna noc stanu wojennego, rok 1982. Mieszkam na wsi, na Mazurach i uczę w szkole. Przychodzi pisemko, tak zwany bilecik. Mam się 02 września stawić do jednostki w celu odbycia dwunastomiesięcznej służby wojskowej. Tak, kiedyś po studiach trzeba było odpękać rok w kamaszach w Szkole Podchorążych Rezerwy (taka wylęgarnia potencjalnych oficerów), w odróżnieniu od tak zwanego plebsu, który miał do wyboru tylko dwa latka, lub (w przypadku pecha) trzy w marwoju lub u pancerniaków. Naonczas miałem dwoje dzieci silnie małoletnich czyli 4 miesiące i rok i pięć miesięcy. Żona oczywiście nie pracowała (macierzyński, wychowawczy itp). Trzeba było działać.
Krok pierwszy: do woja trafiłem tuż po potężnym ataku kolki nerkowej, więc idziemy w zdrówko. Zgłoszenie u lekarza w jednostce, ten w karcie wpisuje na czerwono KRÓTKA DROGA (czyli do natychmiastowego zwolnienia) i skierowanie do szpitala wojskowego. Tam teksty: bo zrobimy urografię, a od tego można umrzeć, to niech podchorąży przyzna, że dodał krwi z palca do próbki moczu i po sprawie. Wychodzę ze szpitala z diagnozą: skrzywienie przegrody nosowej nieznacznie upośledzające czynność ustroju (ale możemy ją podchorążemu wyprostować), kategoria A1, czyli komandos. Dobre było w tym, że unitarkę (tupanie do przysięgi po placu apelowym) odpracowałem w szpitalu, a salowe donosiły nam śliwowicę.
Krok drugi: dzieci i żona bez środków do życia (aż tak źle nie było, ale i nie luksusowo). No i bingo. Wezwanie z Wojewódzkiego Sztabu Wojskowego, żeby wyjaśnić sprawę. Po jakimś czasie przez swoje wtyczki (każdy jakieś miał w PRL) informacja - decyzja o zwolnieniu wysłana na początku marca do jednostki macierzystej. Ja już cały happy, wolność tuż tuż, ale to przecież wojsko i tak pięknie być nie może.
Codzienne wizyty u zblatowanego pisarza kompanii (niepozorna, ale szalenie ważna funkcja) nic nie dawały. Zwolnienie w końcu przyszło. Dziesiątego czerwca udało się kwitom pokonać 60 kilometrów od sztabu do jednostki.
Jako obywatel wyzwolony z kamaszów, czyli już nie podwładny zapytałem przy piffie swojego byłego przełożonego, jak to było możliwe. Odpowiedź była taka: zwolnienie zwolnieniem, a podchorązy te dziesięć miesięcy z dwunastu odpękać musiał. Przepisu takiego nie ma, a raczej taki uzus, żeby podchorąży nie pomyślał, że wojsko to gó...
A jaki jest związek z codziennością? No cóż, to przecież nasza codzienność w kontaktach z urzędami. Niech sobie petent nie myśli, że może być górą. A nawet jak myśli, że jest, to nie jest. I tyle.

Skomentuj (22) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 22 (68)
poczekalnia

#85461

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Jakby ktoś się zastanawiał, dlaczego utrzymywanie kontaktów z moją matką ogranicza się do odbierania telefonów od niej:

Mam nieciekawą chwilowo sytuację, kto nie wie: Ciąża, która na 90% albo i więcej rokuje na urodzenie martwego dziecka.

Matce, jako że jest skora do płaczu, dawania "dobrych" rad i pocieszania na zasadzie "ale nie ma co się martwić, jedno już masz" nie chciałam w ogóle mówić o ciąży, najlepiej póki nie urodzę.
Niestety, nie da się mieszkać z kimś pod jednym dachem i ukrywać swego stanu, więc musiałam powiedzieć Córce. I tak, ona wie, że mam w brzuchu jej siostrzyczkę i że tę siostrzyczkę zapewne straci. Popłakała, ale w sumie znosi to lepiej niż ja.
Nie potrafię też wytłumaczyć Córce, dlaczego całkiem chcę się odciąć od rodziny i pozwalam jej czasem z babcią porozmawiać przez telefon.

No i się smarkula wygadała.

Tyle wstępu, historia właściwa:

Rozmowa telefoniczna z mamą:
M: Co to ja od C. słyszę, w ciąży jesteś? I podobno masz poronić, dlaczego nic nie mówiłaś?
J: Nie chciałam, żebyś się denerwowała...
M: Ale jestem Twoją matką! Mam chyba prawo wiedzieć, może bym cię jakoś wsparła? Do kościoła to ty chodzisz? Spowiadasz się? Może byś z księdzem jakimś pogadała? Może by ci jakoś pomógł? (tak, ksiądz magicznie uzdrowi mi dziecko...) I co, chodzisz do jakiegoś lekarza?! Co mówił?!
J: (streszczam sytuację)
M: No to niefajnie, dbaj o siebie! Oszczędzać się musisz! A wiesz, A. (pięć minut nawijania o mojej siostrze)... A B. (kolejne pięć minut nawijania o babci)... A M. i G. (dziesięć minut nawijania o psie i kocie)...
J: Mamo, nie mam teraz siły o tym wszystkim słuchać, daj spokój...
M: Jak nie masz siły z matką porozmawiać?
J: To słuchanie tych wszystkich litanii mnie po prostu męczy.
M: Sręczy nie męczy! Całkiem już się od rodziny odbijasz! Z matką porozmawiać nie może! Już całkiem tamtą rodzinę wolisz! Ani nie przyjedziesz, ani nie pogadasz! Cześć!!!

Rozłączenie się i zostawienie mnie ze skołataną gadaniem głową i wyrzutami sumienia. Często gęsto potrafi się wcześniej rozpłakać. Co ciekawe - mama uważa, że rozmowy w ten sposób powinny być korzystne dla mojej psychiki, a jeśli nie są, to jest moja wina, bo nie doceniam jej dobrych intencji...

Dla porównania przytoczę moją dzisiejszą rozmowę z ojcem. Starym alkoholikiem, który przez 15 lat nie pamiętał, że ma dzieci, nie łożył na ich utrzymanie ani nie odwiedzał.

T: A tak dzwonię, co tam słychać?
J: A źle słychać... (streszczam sytuację)
T: Olaboga! Straszne rzeczy! Trzymasz się?
J: No jakoś się trzymam.
T: I jakie szanse lekarze dają?
J: Bardzo marne.
T: Straszne rzeczy... Może będzie dobrze. Do psychologa może jakiegoś idź, co?
J: Chodzę, raz w tygodniu.
T: No szkoda, szkoda, fajnie byłoby jakby się rodzina powiększyła. Ja też byłem ostatnio w szpitalu, leki mi dali, ale to ci nie będę teraz głowy truć. Dużo zdrowia. To nie zawracam ci głowy. Cześć.

Przed bipbipbip usłyszałam jeszcze "Straszne rzeczy, straszne rzeczy"...

Można porozmawiać na spokojnie, bez płaczu, krzyków? Można wesprzeć córkę dobrym słowem (byle nie w nadmiarze)? Trzeba koniecznie przy każdej rozmowie referować, ile srok za ogon łapie moja siostra i czemu się kuzynce małżeństwo nie układa?

Dlaczego po pięciominutowej rozmowie z ojcem czuję się lekko pokrzepiona, a po rozmowie z matką mam ochotę zaszyć się w mysiej dziurze i żeby się nikt do mnie nie odzywał przez parę minut?

rodzina

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 71 (105)
poczekalnia

#85460

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Uprzedzając hejty : ta historia jest ku przestrodze, oby niektórzy zastanowili się nad podpisaniem umowy z Platformą Canal + (dawne nc+).

Spóźniłam się kilka dni z opłatą należności za dostęp do usług i przyznam szczerze, że takiego namolnego zachowania jakie reprezentuje dział "windykacji" nie doświadczyłam jeszcze nigdy.
A trzeba dodać, że wcześniejsze rachunki spłacałam sumiennie.


Przez te 5 dni odebrałam w sumie 20 połączeń z "przypomnieniem" o "bardzo wysokiej należności, którą muszę niezwłocznie spłacić, bo inaczej zostaną podjęte dalsze kroki" a prośby o zaprzestanie przypominania mi o tym samym kilka razy dziennie kwitowano :

- " Będziemy dzwonić, dopóki system nie zaksięguje wpłaty! Proszę nie mówić, że czuje się Pani nękana!Jak nie stać Pani na takie usługi to po co Pani w ogóle podpisywała umowę?!"

Bardzo wysoka należność opiewała na 132,70 PLN za pakiet Superpremium. :D

Nie wiem czemu miała służyć ta żałosna maskarada. Rachunek opłaciłam i jestem szczerze zdegustowana podejściem platformy Canal do klienta. Umowy na pewno nie przedłużę.

Ps. Niektórzy userzy wytykają mi, że drwię z wysokości kwoty i dlaczego mam pretensje, że dzwonią skoro nie zapłaciłam.

1) Nie, nie drwię, bo zwyczajnie nie da się tego zaszufladkować w ten sposób. Po drugie pierwszy raz się spotykam z takim upierdliwym przypominaniem o wpłacie.

2) Są rzeczy ważne i ważniejsze - o tym poniżej.
3) Bardzo wysoką kwotą określiłabym raczej podsumowanie leczenia mojego czworonoga, bo rachunek za leczenie ropnia pyszczka u niego wyniósł prawie 600 zł, więc czymże to jest przy takim rachunku za tv satelitarną? Jakoś w momencie gdy zachorował było dla mnie ważniejsze jego leczenie a nie jakiś tam rachunek, ktory zawsze mozna oplacic.

call_center ITI Neovision satelita

Skomentuj (32) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 7 (81)
poczekalnia

#85458

~7Cylindrow ·
| było | Do ulubionych
Jestem pasjonatem motoryzacji. Wot, takie przybrane hobby, które się wykształciło u mnie po zdaniu prawa jazdy. Lubię zarówno dbanie o samochody jak i motocykle, tak pod względem kosmetycznym jak i mechanicznym. Sam posiadam siedmiocylindrowe stadko składające się z motocykla "125" i od niedawna 20-letniego BMW.

Wiem, że w komentarzach na pewno pojawi się "król komedii" który wspomni coś o kierunkowskazach.

No ale do rzeczy. Biorąc pod uwagę fakt, że ze względu na moje hobby spędzam dość sporo czasu za kierownicą i poruszając się wokół tematów posiadających koła zebrało mi się kilka sytuacji, które wydają mi się zasługiwać na miejsce na tej stronie.

A więc odliczamy:

Numer 1 - podejście do motocyklistów. Od razu zaznaczam - nie każę nikomu uwielbiać wszystkich kierowców jednośladów. Jest wśród nas pewna część, która usilnie stara się złamać każdy przepis kodeksu drogowego jaki istnieje. Nie oznacza to jednak, że należy usiłować zabójstwa każdej osoby która czerpie przyjemność z jazdy pojazdem któremu amputowano dwa koła i kabinę. Dlaczego o tym mówię? Jakiś czas temu jadąc w Gdańsku ulicą Grunwaldzką z przepisową prędkością prawym pasem pewien kierowca uznał za swój obowiązek zatkanie mi rury wydechowej swoją tablicą rejestracyjną. Nie zważał na fakt, że 2 pasy na nasze lewo były w tym momencie wolne.

Nie.

Jego powołaniem życiowym było aby jego tablica rejestracyjna pełniła funkcję hamulca silnikowego

Chciałbym wiedzieć, co waćpan by uczynił, gdybym z jakiegoś powodu chociaż lekko odpuścił gaz.

Numer 2 - podejście do BMW.

Biało-niebieskie śmigiełko. "Freude am fahren". Wydachowane 316i.

Żadna marka w tym kraju nie budzi takich emocji. ŻADNA. Spróbujcie wejść na dowolny portal informacyjny, wpisać w wyszukiwanie "BMW" i znaleźć chociaż jedną informację o tej marce, która nie będzie mówiła o wypadku wskutek brawurowej jazdy.

Dlaczego o tym mówię? Ponieważ to podejście rzutuje na zachowania kierowców na drogach. Sam jeżdżę "Bawarskim Ekspresem" czyli E46 320Ci, które jest na dodatek czarne. Utrzymuję je w miarę możliwości w nienagannym stanie technicznym, a także wizualnym. Uwierzcie mi - całe "Freude am fahren" się ulatnia, gdy co chwila na światłach ktoś w Audi z 1.9 TDI po chipie z allegro robi przegazówki próbując mnie sprowokować do porównywania długości przyrodzenia za pomocą koni mechanicznych, gdy ja chcę tylko dojechać spokojnie do domu. Nie wiem dlaczego, ale ludzie widząc czarne BMW od razu wręcz głupieją. Zajeżdżanie drogi, wyprzedzanie odwetowe i oglądanie jak to 316i nie posiadające progów próbuje nieskutecznie naśladować Kena Blocka to codzienność jeśli posiadacie starszy samochód ze śmigiełkiem na masce. To bawi na początku, ale niech mi ktoś wytłumaczy, co ci ludzie mają na celu, bo mi kończą się pomysły.

Numer 3 - mechanicy.

Od razu chcę przeprosić wszystkich uczciwych mechaników. Nic do was absolutnie nie mam. Chodzi mi o tą grupę, która stara się być cwańsza od klienta. W szczególności, gdy klient latami czytał literaturę fachową dotyczącą tej dziedziny.

Jakiś czas po zakupie "Ekspresu" zauważyłem stukanie z tyłu. Jako że zabawa w detektywa Colombo zakończyła się na stwierdzeniu, że gdy hamuję to nie puka, a jak jadę po dziurach to puka stwierdziłem, że głównym podejrzanym jest luźny przewód hamulcowy. No dynda i stuka o nadwozie. Postanowiłem oddać samochód do warsztatu, aby się upewnili, że to właśnie to jest przyczyną, a po stwierdzeniu że to nie przewód zadzwonili z pytaniem co dalej robimy.

Ok, kluczyki oddane, ja wracam do domu na piechotę. Następnego dnia odbieram telefon. Samochód do odbioru. Z przeświadczeniem, że podczas zostawiania go u nich ktoś mnie jednak słuchał stwierdziłem "I co, tak jak mówiłem przewód?"

Okazało się, że nie. I powiedzmy, że cena za naprawę nie była duża, jednak była całkowicie zbędna. Dlaczego? Bo nie był to przewód, a po prostu klocki hamulcowe latały luźno w zacisku. Rozumiem, że warsztat chciał usunąć usterkę, ale nie potrafię pojąć, dlaczego nie mogli zadzwonić z pytaniem czy wymienić klocki, czy zostawić jak jest. Nie zgodziłbym się na wymianę, ze względu na to, że zamierzałem i tak wymienić klocki z tarczami, do czego nie potrzebowałem mechanika. W tym momencie zapłaciłem za usługę, której całkowicie nie potrzebowałem, z takiego powodu, że mechanik stwierdził, że uszczęśliwi mnie na siłę.

Na razie to tyle, jeśli się spodoba to znajdę kilka innych sytuacji utrzymanej w tej tematyce. LwG

www.7cylindrow.pl

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 12 (32)
poczekalnia

#85455

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Piekielna rekrutacja. Stanowisko nie jest istotne, chodzi bardziej o to, że pewne umiejętności powinny być "wrodzone", tak jak umiemy na poziomie podstawówki wysrać się i się podetrzeć, liczyć do 10 tak przy stanowisku (poziom) niższym-kierowniczym winniśmy:
- umieć zameldować się w hotelu,
- wiedzieć, że Niemcy graniczą z PL a Francja jest dalej, nie na odwrót,
- wiedzieć, że w różnych krajach są różne waluty,
- być świadomym,że w UK jeździ się po lewej i jak komuś nie odpowiada to można wynająć auto do tego lepiej przystosowane,
- że w UK i IRL jest sporo polaków ale język urzędowy to jednak nie-PL,
- umieć/potrafić napisać 1-stronnicowy raport w języku polskim, w nagłówku wstawić datę, dalej, adresat, odbiorca, tytuł pisma, treść i na dole podpis (użycie papieru firmowego mile widziane),
- auto firmowe z głupiej przyzwoitości warto umyć po użyciu i wyrzucić z niego śmieci (ważne szczególnie jak są tam resztki jedzenia) przed odstawieniem go na firmowy parking, przed dłuższą pauzą we firmie,
- w samolocie przesadnie się nie upijać,
- potrafić wpłacić pieniądze na konto,
- znać numer 112 w razie problemów,
- że istnieje coś takiego jak dyscyplinarka, którą wręcza się na podstawie twardych dowodów i pozew do sądu powoduje tylko zrobienie z siebie większego idioty,

Tak się kończy zatrudnienie najlepszego kandydata zaraz po szkole kierunkowej.

...opowiadała przy piwie znajoma rekruterka z jednej z firm, z którymi współpracowałem. I uczciwie stwierdziła, dobrych albo nie ma w tym kraju, albo mają pracę i nie szukają zmiany. Na każde stanowisko dostają 30-50 CV, niektóre z błędami ortograficznymi z selfiaczkami z dziubkiem, brak formatowania dokumentu, w ogóle pliki otwarte worda, które każdy może sobie pozmieniać, zamiast pdf. Rekrutacja trwa już kilkanaście miesięcy, branża spożywcza, kasa dobra, grubo powyżej średniej krajowej - fakt niższa niż w oddziale UK ale na pierwsze stanowisko kierownicze jest ok, a po 6 msc przewidziany awans. Nie ułatwia konkurencyjny HR-UK, który ma dostęp do bazy CV i wyławia co lepszych za kasę UK-level do UK. Drenaż trwa.

rekrutacja UK

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 22 (50)

Podziel się najśmieszniejszymi historiami na
ANONIMOWE.PL

Piekielni