Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

 

#87279

(PW) ·
| Do ulubionych
Rozmowa o pracę w salonie masażu. Starałam się o stanowisko recepcjonistki.

Właścicielka sieci już na samym początku poinformowała kandydatki, że najważniejsze jest dla niej zadowolenie klienta. Zaznaczyła, że praca jest wymagająca i jeśli recepcjonistka zadzwoni rano z informacją, że jest chora, to bez dyskusji zostanie wyrzucona. Pominę, że praktyka niezgodna z prawem. Pominę, że w razie np. silnego zatrucia obsługiwanie klientów jest po prostu niewykonalne. Rzecz działa się niedawno, w okresie pandemii, czyli w czasie, kiedy ignorowanie objawów choroby może być dla "zadowolonego klienta" po prostu niebezpieczne.

Kolejna czerwona lampka. Jedna z dziewczyn spytała, czy w czasie pracy przysługuje przerwa na obiad. Okazało się, że osobno wyznaczonej przerwy nie ma a zjeść można w czasie, kiedy jest mały ruch. Nie wiem jak w tym przypadku (bo cały czas podkreślano, że to BARDZO trudna i wymagająca praca). Wiem jednak, że taki tryb się zdarza.

Sama kiedyś tak pracowałam i wychodziłam na tym korzystnie. Zaniepokoiło mnie jednak, że pytanie wyraźnie zirytowało właścicielkę. Rozgadała się, że czas wolny powinien wystarczyć, że nigdy nie było takiej potrzeby (dziewczyna kilka razy próbowała wtrącić, że tylko spytała i rozumie) a na koniec dodała "mamy ciężki czas, nikt nie będzie zamykał salonu dlatego, że pani chce mieć przerwę".

Czas na wisienkę na torcie - rozmowa na osobności. Przytaczam wybrane fragmenty. Od razu zaznaczam - jestem świadoma, że miałam prawo przerwać rozmowę w dowolnym momencie.

- Ile ma pani lat?
- 27
- Aha. Czyli dojrzała dziewczynka. Gdzie pani mieszka?
- W dzielnicy takiej a takiej.
- To dobrze, nawet blisko. A pani mieszka w tym mieście od urodzenia?
- Zgadza się.
- Pani rodzice też?
- Rodzice też.
- W ogóle wszyscy stąd? Dziadkowie też tu mieszkają?
- Obecnie wszyscy mieszkają tutaj.
- A z kim pani mieszka? Z rodzicami? Czy ma pani może męża i dzieci?
- Nie mam dzieci, mieszkam z chłopakiem.
- A czym się chłopak zajmuje?
- (odpowiedziałam)
- Rozumiem. Ale na pewno nie ma pani jakiejś rodziny w innych częściach Polski? Chodzi mi o to, czy nie okaże się, że będzie pani gdzieś do nich jeździć?

Rozmowa o samej pracy zaczęła się dopiero po tym wstępie. Dla ciekawskich - posadę dostałam. Nie przyjęłam.

recepcja

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 111 (111)

#87218

(PW) ·
| Do ulubionych
Tym razem historia zza kierownicy, nie zza zadajnika jazdy.

Stoję przed skrzyżowaniem na czerwonym świetle na pasie do jazdy prosto. Obok mnie, na pasie wyłącznie do jazdy w prawo, zatrzymuje się najpierw jedno auto, za nim zaraz następne.
Zapala się warunkowa zielona strzałka do skrętu w prawo.
Auta po mojej prawej stoją.

Na przejściu nie ma nikogo, do skrzyżowania kawałek, a auta stoją.

Zerkam na pierwsze auto. Kierowca w całości pochłonięty przez swój telefon. Prycham z dezaprobatą, no bo co zrobić. I wtedy moją uwagę przykuwa drugie auto, bo przecież dlaczego jego kierowca jeszcze nie trąbi?

On też był zajęty telefonem.

Moje zakorkowane miasto takie piękne

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 59 (75)

#69540

Konto usunięte ·
| Do ulubionych
Niedzielny wieczór, siedzę sobie z farbą na głowie i maseczką na twarzy, szyk pełną gębą, gdy nagle dzwoni telefon.

Dzwoniła pani w sprawie pracy na stanowisku recepcjonistki w hotelu. Podziękowałam jej grzecznie i mówię, że nie szukam pracy bo już mam zajęcie.
"Ale jak to pani znalazła inną pracę? To nie jest pani zainteresowana pracą w naszym hotelu???"

No tak, jakoś tak się zdarzyło że po 4 latach (bo tyle mniej więcej upłynęło od wysłania im CV) udało mi się pracę znaleźć.

Skąd oni w ogóle to CV wygrzebali?

praca

Skomentuj (1) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 86 (90)

#69524

(PW) ·
| Do ulubionych
Wchodzi do sklepu Pan, staje przede mną, przed ladą i na mnie patrzy... świdruje wzrokiem, pytam co podać, cisza. Myślę sobie: oho, będzie ciekawie. Skoro się nie odzywa, to ja też milczę i sobie patrzymy. Nagle ryknął tak, że aż podskoczyłam:

- Wiśniówkę!!!
- Oczywiście, setkę, dwusetkę, pół litra?
- Litr!
- Nalewka wiśniowa czy wódka?
- Pani sobie chyba ze mnie żartuje!
- Jakże bym śmiała, pytam czego Pan sobie życzy.

Pokazuje paluchem na wino marki wino, w litrowej plastikowej butelce. Podaję.

- 5.49 zł, poproszę.
- Pani sobie ze mnie kpi!
- Nie rozumiem?
- Ja nie jestem byle kim żeby w plastiku pić, w szkle sobie życzę!

Ostentacyjnie dorzucił 50 gr, a wychodząc odgrażał się, że on sobie nie pozwoli, napisze na mnie skargę...

6:30, niedziela...

sklepy

Skomentuj (1) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 95 (101)

#87272

~thegirlnextdooor ·
| Do ulubionych
Miałam się nie udzielać w tym temacie, ale ostatnie dyskusje o wychowaniu dzieci przywołały pewne wspomnienia i dorzucę coś od siebie.
Zacznę od tego, że pochodzę z zupełnie normalnej rodziny, mama nauczycielka, ojciec przedsiębiorca, brat, siostra, duże, ładne mieszkanie, dwa niezłe samochody, my zawsze grzeczni, mili, uśmiechnięci.

Tak nas widziało otoczenie. Ja sama o sobie nigdy nie myślałam w kategoriach dziecka z patologii, ofiary przemocy domowej czy czegoś w tym stylu. Przecież to dotyczy tylko nizin społecznych...

Jedno z moich pierwszych wspomnień - miałam 3, może 4 lata. Rodzice wrócili z zakupów i nie przynieśli mi czegoś tam, co sobie wymyśliłam. Naburmuszyłam się, tupnęłam nogą i popłakałam. Ojciec zdjął twardego kapcia, dał klapsa. Nie pomogło, płakałam jeszcze bardziej. Więc poprawił mi tym kapciem w twarz. To pierwsze wspomnienie. Według słów mojej starszej siostry ojciec stosował na mnie kary cielesne od kiedy miałam niecały rok. Do kiedy? Praktycznie do mojej wyprowadzki z domu po maturze. Jeszcze w klasie maturalnej zdarzało mi się dostać "liścia", bo nałożyłam ojcu za mało ziemniaków na talerz albo odezwałam się nie tak jak trzeba. Ale najgorsze wspomnienie mam z czasów, gdy byłam z gimnazjum. Na jakimś spotkaniu rodzinnym ojciec kłamał na mój temat (wymyślał sobie jak to nie rozrabiam w szkole - nie wiem, po co to robił, nigdy nie miałam problemów w szkole, chyba po prostu chciał sobie na coś ponarzekać). Zaprotestowałam wtedy mówiąc, że przecież to nieprawda. Ojciec zamilkł, po czym powiedział tylko:

- Jak ja mówię, że tak jest, to tak jest. Jak śmiesz temu zaprzeczać? - Po czym zamachnął się i wymierzył mi taki "policzek", że z krzesła spadłam. Przy stole zapanowała cisza, babcia do mnie podleciała zbierać mnie z podłogi. Cisza panowała, dopóki wujek nie powiedział:

- No i dobrze, i tak trzeba z gówniarzami. - i nagle wszyscy przy stole zaczęli mu wtórować...

Moja siostra też obrywała, ale mniej. Była bardziej potulna i ojciec w ogóle miał do niej słabość. Brat obrywał trzy razy gorzej niż ja, buntował się, od kiedy skończył 14-15 lat wdawał się z ojcem w regularne bójki. Ale jakimś dziwnym trafem ci dwaj mieli poza tym dobry kontakt, gdy brat założył własną rodzinę mówił nawet, że rozumie ojca, że tak trzeba było i nie ma pretensji. Próbował nawet takich metod na własnych dzieciach, aż żona nie postawiła go przez ultimatum - terapia i zaprzestanie przemocy albo rozwód.

Obecnie sama mam swoje dzieci. Te gadki o tym, że jak będę miała swoje dzieci to zrozumiem... Nic nie rozumiem. Tym bardziej nie rozumiem, jak można bić własne dziecko, doprowadzać je do stanu, w którym boi odezwać się do matki czy ojca, bo może to skutkować niespodziewanym ciosem. Nie biję swoich dzieci, nie krzyczę na nie, chcę, aby wiedziały, że ze wszystkim mogą do mnie przyjść i opowiedzieć i nigdy nie spotka je z mojej strony żadna krzywda. Mężowi powiedziałam na wstępie znajomości, że nigdy, przenigdy nie zaakceptuję żadnej agresji w stosunku do dzieci, ani fizycznej, ani słownej (wyzwiska i groźby mojego ojca były chyba nawet gorsze niż same ciosy).

Sporadycznie widuję z rodzicami. Wiecie co jest najlepsze? Mój ojciec jest przekonany, że odwalił kawał świetnej roboty wychowawczej. Do dziś pomstując na dzisiejsze "bachory" wychwala się, jak to jemu żadne z jego dzieci nigdy nie śmiało zapyskować, bo on miał szacunek i autorytet, a dzisiejsi rodzice cackają się z gówniarzerią. Kilka minut później narzeka, że dzieciaki niewdzięczne, bo rzadko odwiedzają i wnuków coś nie pokazują. Między jednym a drugim nie widzi żadnego związku...

ojciec

Skomentuj (26) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 180 (186)

#87276

~Kacper235 ·
| Do ulubionych
Ostatnio wróciłem do rodzinnej miejscowości i spotkałem dawnego znajomego, którego nie widziałem od czasów studiów. Stąd historia o Tomku i jego ojcu.
Według swojej rodziny Tomek jest niewdzięcznikiem i niemalże potworem, który nawet nie ukrywa niechęci wobec ojca. Bo przecież ojciec całe życie na niego ciężko pracował, a ten tylko pieniądze ciągnął a teraz do ojca nawet nie zadzwoni.

Z Tomkiem znam się od podstawówki, ale dopiero dużo później zaczął otwarcie mówić o całej sprawie. Chyba też dopiero na studiach zrozumiał, że to nie tak ma wyglądać rodzina.

Ojciec od małego miał go kompletnie gdzieś. Wspomnienia z dzieciństwa to głównie wrzaski bo mu przeszkadzało, że się zbyt głośno bawi i zagłusza telewizor. Za nastolatka i później jedyny moment kiedy się do niego zwracał to z krzykiem, kiedy chciał coś wytknąć lub skrytykować. Ojciec autentycznie nigdy nie zapytał co u niego. Mogę z całą pewnością stwierdzić, że gdyby nie matka nie miałby bladego pojęcia na temat tego kim jest jego syn i co u niego słychać. Nigdy nie zadzwonił. Argument reszty rodziny to tylko "a ty dlaczego nie zadzwonisz?".

Teraz miałby dzwonić, po dwudziestu latach? Sam jestem ojcem i wiem, że to nie dziecko ma budować relację - to należy do mnie. Jeśli ja nie zbuduję tego od początku to nic już później z tego nie będzie. Ale chyba tylko ja to tak widzę. Że nie ważne czy dam dziecku dodatkową stówę kieszonkowego, dużo ważniejsze jest to czy poświęcę mu czas i uwagę.

Niestety większość rodzin nadal funkcjonuje na takich zasadach jak ojciec Tomka - zakładają rodzinę i robią dzieci bo takie są oczekiwania społeczeństwa. A to, że mają je kompletnie gdzieś nie jest istotne. Jest mi szkoda wszystkich tych dzieciaków. Mój ojciec też ciężko pracował, ale zawsze znalazł czas, żeby pojechać razem na ryby czy pograć w kosza. A u Tomka skoro w domu nie było przemocy fizycznej to wszystko jest cacy. Przemoc psychiczna nie istnieje.

Pamiętam go za dzieciaka, jaki był zamknięty w sobie i nieśmiały. Całe szczęście, że się z tego wyrwał, że wyjechał na studia i zaczął odzyskiwać wiarę w siebie, ale ile jest dzieciaków, którym się to nie udaje?

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 101 (113)

#87294

(PW) ·
| Do ulubionych
Uczę angielskiego. Czasami online ale bywa też, że dojeżdżam do uczniów na korepetycje i to co się dzieje obecnie w edukacji zaczyna mnie przerażać. Rządzący tego najwyraźniej nie dostrzegają, lecz z mojej pozycji widać to doskonale. I winy nie ponosi za to wirus, lecz to co wyrabiają ludzie pod wpływem paranoi i niepewności.

Widzieliście kiedyś psychicznie "wypalone" dziecko? Ja tak. Ostatnio widuje takie nieszczęsne istoty coraz częściej. Żeby nie przedłużać wyznania podam tylko jeden przykład, ale coraz więcej moich uczniów zachowuje się właśnie tak, zwłaszcza tych młodszych:

Oto 12-letnia dziewczynka, w szkole jest prymuską, najlepszą z prawie wszystkich przedmiotów. Marysia - imię zmienione - zawsze lubiła angielski, miała do niego smykałkę i chętnie go ze mną powtarzała, coraz lepiej jej też wychodziły konwersacje.

Do czasu. Obecnie widzę u niej zastój, tkwimy w tym samym miejscu ze słówkami i gramatyką. bo mała nie ma ochoty na nic. Nie ma siły na rozmowy. Korepetycje mamy w piątki po południu i widać po niej ogromne znużenie po całym tygodniu, takie którego wcześniej nie obserwowałem. Owszem, bywała zmęczona, ale nigdy do takiego stopnia. Jak mówi - nie daje rady psychicznie co przekłada się na ogólne wyczerpanie organizmu. W szkole codziennie kartkówki, czasami po dwie a nawet więcej, dochodzące do kilkunastu tygodniowo.

Ogromna ilość materiału. Każdy nauczyciel robi co może, aby przerobić cały rok szkolny w jeden miesiąc lub szybciej "bo nie wiadomo kiedy nas znowu zamkną więc trzeba się spieszyć, bo online nie przekażemy wszystkiego". Wieczne sprawdziany, wpychanie w uczniów takiej ilości wiedzy, że potem dzieci są wręcz otępiałe od nadmiaru informacji. Matka Marysi twierdzi, że jej dziecko nie ma ochoty chodzić do szkoły chociaż zawsze jej sprawiało to przyjemność. W weekendy śpi po 10-12 godzin na dobę. Traci chęć do życia i raz po raz musi brać zwolnienia z lekcji żeby złapać oddech... ale te lekcje oczywiście trzeba kiedyś odrobić.

Nie jestem w rządzie i nie wiem jak COVID wpływa na działanie ministrów, urzędników, sekretarek itp. Ale wiem jak to co się dzieje na górze działa na naszych najmłodszych. Aż serce mnie boli kiedy kolejne dziecko niemalże ze łzami błaga mnie abym nie zadawał mu pracy domowej - nie z lenistwa czy braku chęci do nauki (uczę od lat i potrafię wyczuć lesera, odróżnić go od naprawdę wykończonego ucznia), lecz dlatego, że nie będzie w stanie jej odrobić i prawidłowo zrozumieć, bo po prostu nie ma na to czasu, bo jest zawalone zadaniami, nauką i klasówkami. Ja to widzę, rodzice to widzą, niektórzy nauczyciele pewnie też... i co, zmienia się coś? Chyba tylko na gorsze. I to nie wirus jest tu sprawcą, tylko my sami.

szkoła

Skomentuj (30) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 92 (102)

#87296

(PW) ·
| Do ulubionych
Wylądowałam wczoraj na dywaniku u szefostwa i choć całą sprawę oplakatowano hasłami o dyskryminacji religijnej, wykluczeniu kulturowym i bezmyślnej podłości, to zdaje się, że tym razem poprawność polityczna ustąpi poprawności zdroworozsądkowej.

Wydaje mi się, że w wielu zakładach pracy istnieje zwyczaj zostawiania we wspólnej kuchni jakiegoś poczęstunku, kiedy obchodzi się imieniny/urodziny/awans/z jakiejś innej okazji. U mnie okazja nadarzyła się w weekend, więc wczoraj rano przytachałam do pracy wielgachną blachę babeczek i zostawiłam w socjalnym ku pospólnemu obżarstwu z kartką "Jedzcie ze mną cukier, bo jest powód, Ursueal". Kilka godzin później wszyscy pracownicy działu dostali wiadomość od jakiejś laski, którą kojarzę wyłącznie z kwartalnych nasiadówek (nie mój zespół, nawet na tym samym piętrze nie pracuje, więc nie wiem, co ona robiła w naszej kuchni), utrzymaną w tonie "bardzo mi się nudzi, więc się doj*bię". Cytuję wiernie:

"Kochani Koledzy, czy widzieliście talerz przepysznie wyglądających ciastek w kuchni na trzecim piętrze? Wspaniałe, prawda? Na pewno są wyśmienite! Niestety, nie mogłam się poczęstować, ponieważ z powodu BEZMYŚLNOŚCI osoby, która je tam zostawiła nie wiem, czy wolno mi je jeść. Z radością i ogromną wdzięcznością skosztowałabym tych muffinek, gdybym tylko wiedziała, czy przygotowano je w koszernej kuchni. A gdyby zjadł to ktoś, kto jest uczulony na jakiś składnik? To BARDZO PRZYKRE, że wciąż są wśród nas ludzie, którzy nie przejmują się specjalną sytuacją swoich kolegów z pracy. Zostawienie informacji nie boli! APELUJĘ O ELEMENTARNĄ PRZYZWOITOŚĆ I MYŚLENIE! Z ciepłymi pozdrowieniami, zatroskana koleżanka" - słowa wypisane wersalikami dodatkowo były czerwone. A co, trzeba się upewnić, że wszyscy zauważą.

Wykazałam się brakiem elementarnej przyzwoitości i odpisałam - również do wszystkich - bardzo prosto:
"Zatroskana koleżanko, piekłam pół nocy, więc odpowiadam krótko: JAK CI SIĘ COŚ NIE PODOBA, TO NIE ŻRYJ CUDZEGO. Nie pozdrawiam, Ursueal".

Zostało to przez Zatroskaną Koleżankę uznane za atak na tle religijnym i sprawa skończyła się u Wyższych Władz Firmowych, które same powiedziały zapłakanej zwolenniczce koszernej kuchni, że jeśli naprawdę jest ortodoksyjną Żydówką, jak zaczęła podkreślać, to niech do cholery wyjaśni, dlaczego w sobotę robiła sobie w pracy kawę z ekspresu, skoro był szabas, bo jej obecne lamenty i ogólny sposób postępowania nie sklejają się w spójną historyjkę, a linia obrony "chciałam tylko zwrócić uwagę na brak wrażliwości" nie spotkała się ze zrozumieniem ani szefów bezpośrednich, ani - później - wyższych niż bezpośrednich. No cóż, peszek.

Mnie zapytano tylko, czy musiałam używać niegrzecznych sformułowań, ale zadowolono się moją odpowiedzią, że przez taki mur absurdu miękkie pociski raczej się nie przebiją...

Skomentuj (24) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 145 (151)

#87291

(PW) ·
| Do ulubionych
Znajoma policjantka opowiedziała mi, że w szkołach prowadzi zajęcia profilaktyczne z zasad bezpiecznego poruszania się po drodze. Zarówno rowerem, jak i po przejściach dla pieszych czy poza terenem zabudowanym, Dzieci doskonale odpowiadały na pytania, pochwaliła ich znajomość przepisów, na koniec takich zajęć rozdała gadżety w postaci odblasków, co nawet w terenie zabudowanym się przydaje, zwłaszcza gdy pada deszcz a piesi ubrani są przeważnie na ciemno są słabo widoczni. I na tym kończą się pozytywy tej historii.
Bo o ile dzieci zdają się wyedukowane to wracając po zajęciach pod tą szkołą prawie potrąciła wybiegającą zza samochodów matkę z dzieckiem. Która, nie dość, że wybiegała zza samochodu zaparkowanego na chodniku, robiła to w miejscu niedozwolonym (tak, wiem, nawet w miejscu dozwolonym nie przebiega się przez jezdnię) to pakując się niemal pod koła radiowozu stwierdziła "usprawiedliwiając się", że jest spóźniona bo szkoła jakieś durne zajęcia dodatkowe sobie wymyśliła, a ona nie ma całego dnia (zajęcia "Warto powracać bezpiecznie"). Dała tej kobiecie mandat, ale ma nadzieję, że mimo tego, że rodzic zrobił jak zrobił, dziecko będzie miało więcej oleju w głowie i nie będzie tak bez refleksyjnie przebiegało przez jezdnię.

Ulica

Skomentuj (2) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 89 (91)

#87278

(PW) ·
| Do ulubionych
Walka z pandemią z punktu widzenia restauratora.

Pokrótce? Boli mnie głupota i egocentryzm innych ludzi.
Nie dość, że poświęcam się, ściągam różne płyny, maseczki oraz rękawiczki i robię cuda na kiju, by pilnować dezynfekcji stolików?
Widocznie nie dość, bo bóstwo/natura/los(niepotrzebne skreślić) stwierdziły, że mam się jeszcze użerać z wszelakiej maści foliarzami, fanatykami teorii spiskowych itp.

Nie ma dnia, by do restauracji nie chciał wejść ktoś bez maseczki. Obsługa ma nakazane przypominać, przestrzegać. Prawie zawsze się kończy awanturą i wezwaniem mnie z biura, jeśli jestem na miejscu. Razem z obsługą wysłuchuję nielogiczności zakładania i zdejmowania maski, skoro "on i tak zaraz zacznie jeść", wyzywania mnie od "psów systemu", "covidian", "koronaparanoików" i wiele innych określeń w tym stylu.
Nie ja to wymyśliłem, takie jest prawo.
Gdy to powiem ja lub ktokolwiek z obsługi-już mamy wykład od domorosłego, pryszczatego, "Wielkiego Pana Znaffcy Prafa" który skończył Uniwersytet Kanapowy na kursie googlowanie terminów z przyspieszoną znajomością filmików z żółtymi napisami. A po półgodzinnym dukaniu jakiśtam paragrafów zdziwiony jeden z drugim, że dalej nas to nie rusza.
Samą policję wzywaliśmy z dwa razy w tym miesiącu. Raz facet potulnie mandat przyjął, raz jakiś sebix pseudopatriota zaczął wyzywać stróżów prawa i skończyło się wyniesieniem w kajdankach.

Naprawdę tak trudno zrozumieć, że to nie ja sobie wymyślam cuda z kosmosu, tylko są obostrzenia, których muszę przestrzegać? Serio jednej królowej z drugą korona z głowy spadnie jak na te 5 minut założą, jak to określają "kaganiec"/"namordnik"/"szmatę"?
To ja muszę zapewnić przestrzeganie prawa pod moim dachem, bo to moja restauracja, raczej wątpię czy ze swojej kieszeni wyłożysz jeden z drugim ewentualną grzywnę nałożoną na mnie przez sanepid.
Zrozum wielki fanatyku walki z wiatrakami-to ja mam problem jak ktoś cię zobaczy bez maseczki u mnie, nie ty. Ale oczywiście ciebie to nie obchodzi. Ciebie obchodzi tylko twoja własna du*a i nikt inny. Przecież jakby było inaczej, założyłbyś maskę bez scen.

O ile taki cyrk, jak głupek robi z siebie głupka jest zabawny raz na jakiś czas, tak teraz jest już nudny.
Znów mnie wzywają, bo tym razem jakaś karyna z dziećmi robi problemy...
Mam dość.

gastronomia koronawirus

Skomentuj (23) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 145 (167)

Podziel się najśmieszniejszymi historiami na
ANONIMOWE.PL

Piekielni