Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

 

#87156

~Jungle ·
| Do ulubionych
O wizycie w przychodni specjalistycznej dla dziecka w czasie Covid.
Będzie krótko.
Renomowana i znana na cały kraj przychodnia w Warszawie.
Dzień wcześniej potwierdzają, że wizyta się odbędzie. 100km autem do przejechania.
Na miejscu do wypełnienia stos dokumentów.
I co dalej ... Pielęgniarka prowadzi do gabinetu. Pokazuje fotel gdzie usiąść z dzieckiem, dzwoni do lekarza i przekazuje słuchawkę w moje ręce.
Z szoku nawet nie skomentowałem. Abstrakcyjność sytuacji doszła do mnie jak już wracaliśmy do domu.

Przychodnia Warszawa

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 142 (152)

#87048

(PW) ·
| Do ulubionych
Jestem gejem. Zamieściłem tu niedawno wpis, w którym skrytykowałem zachowanie tak zwanych "aktywistów LGBT". Spora część użytkowników zaczęła pluć na mnie jadem, obrażać mnie i zarzucać mi, że nie jestem gejem i zmyślam. Wiadomo, szkoda z takimi rozmawiać.

Dzisiaj natknąłęm się na coś takiego: https://wpolityce.pl/spoleczenstwo/515047-gej-mocno-o-srodowisku-lgbtdestrukcyjne-chore-z-nienawisci

Wpis innego geja, na twitterze, w którym stwierdza mniej-więcej to samo co ja. Jemu też zarzucicie, że udaje geja i mówi nieprawdę?

Wygląda na to, że sympatycy ideologii LGBT mają jeszcze jedną negatywną cechę - na niewygodną prawdę reagują agresją.

ideologia lgbt

Skomentuj (56) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 188 (248)

#87042

~anulla89niemogesiezalogowac ·
| Do ulubionych
We wrześniu zeszłego roku byłam z córkami (starsza miała wtedy lat 11 a młodsza 9 m-cy) w pewnym sieciowym sklepie sportowym, w którym dość często zdarza nam się kupować, ale akurat w tym konkretnym punkcie byłyśmy po raz pierwszy. Zakupy nie duże, tylko dwie rzeczy, podchodzimy do kasy. Kasa ustawiona dość dziwnie, bo w praktyce da się do niej podejść z każdej strony, ale teoretycznie należy ją minąć, kierując się w stronę wyjścia ze sklepu, obrócić się o 90 stopni w prawo, i ustawić w kolejce, którą wyznacza regał stojący prostopadle do kasy. Nie ma tam żadnych taśm, wymalowanych ścieżek, czy innych naprowadzaczy, a jedyna informacja o kierunku kolejki znajduje się na boku wspomnianego regału, gdzie wisi kartka o treści "początek kolejki", którą zobaczyłam dopiero wychodząc. Przy kasie akurat nikogo nie było, a my przyszłyśmy z części sklepu znajdującej się tuż przy boku kasy. Podeszłyśmy do lady, wyciągnęłam w stronę kasjerki pierwszą rzecz, kiedy z mojej lewej (od "właściwej" strony kolejki) zmaterializowała się parka. Pan o szerokich barach, na oko miał ze 20-24 lata, i pani szczuplutka jak słomka, wyglądała na maks 22, zrobiona w kilku zapewne salonach urody, bo perfekcyjna niemal pod każdym względem. Niemal pod każdym, bo kultury jej zdecydowanie zabrakło. Podchodząc do kasy potrąciła moją starszą córkę, wepchnęła się między nią, mnie i ladę, popychając dodatkowo wózek w którym siedziała młodsza córka, i w momencie kiedy kasjerka złapała podawany przeze mnie przedmiot, zaczęła wyciągać produkty na takie wgłębienie przeznaczone do wyłożenia zakupów. Wywiązała się zatem krótka dyskusja (dialog jest pisany z pamięci, i kwestie dziewczyny trochę uładzone, bo pomijam ciamkanie gumą do żucia, wstawki typu "nie?", i wszystkie panie co mają krocze robocze)

Ja - Przepraszam, ale co pani robi? Pani (wskazując na kasjerkę) miała właśnie zacząć kasować nasze zakupy. I poroztrącała mi pani dzieci.

Dziewczyna- Byliśmy pierwsi. Kolejka jest tam. Czytać nie umiesz?

(My nieświadomie podeszłyśmy "nielegalnym skrótem", a państwo prawilną ścieżką koło regału, więc choć my o jakieś dwie sekundy później zaczęłyśmy iść do kasy, to znalazłyśmy się przy niej wcześniej)

Ja - Kiedy tu podeszłam żadnej kolejki nie było, a przy kasie jednak zdecydowanie byłam pierwsza. Poza tym wypadałoby chyba przeprosić dziecko za to popchnięcie?

Dziewczyna- Nie obchodzi mnie to, trzeba było iść do kasy jak człowiek, a nie cwaniaczyć. (zwracając się do kasjerki) Pani powie jej gdzie tu jest kolejka, bo jakaś nierozgarnięta. A jak dzieciak się nie potrafi odsunąć jak ktoś idzie, to już nie moja wina.

Kasjerka - Rzeczywiście kolejka zaczyna się tam.

Ja - (do kasjerki) Nie zauważyłam. Przydałoby się to jakoś lepiej oznaczyć, bo tu (wskazałam na całe widoczne otoczenie, jakieś dwa metry w każdą stronę) nigdzie tego nie widać. Swoją drogą jeśli tak bardzo tego przestrzegacie, to widząc klientów we "właściwej" kolejce mogła pani zwrócić mi uwagę. (Normalnie raczej nie czepiam się pracowników sklepów, ale kasjerka mnie trochę zirytowała, bo od samego początku miała podejście "załatwcie to sobie sami, ja przeczekam", a kiedy klientka zwróciła się bezpośrednio do niej, to nawet nie spróbowała przejąć inicjatywy, rozwiązać (w dowolny sposób) zaistniałej sytuacji, tylko ograniczyła się do obojętnego stwierdzenia faktu, bez żadnego działania zmierzającego do zakończenia tej wymiany zdań. Pracowałam w kilku sklepach, i kiedy klienci mi się zaczynali przepychać, albo kłócić, to zawsze zdecydowanie zajmowałam jakieś stanowisko, i mówiłam co, jak, i dlaczego zrobimy. A tu była postawa "róbcie co chcecie, mnie tu nie ma, zacznę kasować tego co wygra przepychankę". Wybaczcie, ale, przynajmniej wg. mnie, nie tak to powinno wyglądać, bo kasjer jest niejako "gospodarzem" w sklepie, i to on powinien rozwiązywać kwestie sporne przy kasie.) Zwracając się do dziewczyny dodałam: A pani mogła normalnie się odezwać, a nie wpadać w nas jak taran, i roztrącać dzieci z mottem "mi się należy". No ale kultury nie da się kupić u kosmetyczki ani w butiku...

Panienka zrobiła tylko "pfff...", zarzuciła czupryną, i odwróciła się do mnie plecami.

Odsunęłam się na bok, i zaczekałam aż kasjerka skończy ich obsługiwać. W trakcie kasowania panienka rzucała dość głośne teksty do swojego faceta i kasjerki, oraz niby skierowane w eter, ale w rzeczywistości do mnie. Usłyszałam m.in. "chamstwo w narodzie się szerzy, żeby nawet w głupią kolejkę się wpychać", "myśli, że jak z bachorami przyszła, to wszyscy będą czerwone dywany rozwijać", "jeszcze bezczelna będzie MI uwagę zwracać", "jak chwilę poczeka to się nie zesra, a może się na przyszłość nauczy", itd., nie pamiętam wszystkich jej mądrości, trwało to parę chwil, bo miała kilka rzeczy, z których trzeba było zdjąć zabezpieczenia. Klienci, którzy zdążyli podejść, i widzieli prawie całą akcję, mieli z niej niezły ubaw, niektórzy się trochę bulwersowali (młodsza córka jest strasznie pozytywnym, wiecznie uśmiechniętym dzieckiem, i natychmiast zdobywa serce każdego, kto się jej przyjrzy, więc ludzie z miejsca byli po naszej stronie, choć teoretycznie to rzeczywiście my źle podeszłyśmy do kasy...). Mi z minuty na minutę coraz bardziej chciało się śmiać, bo już dawno takie akcje przestały podnosić mi ciśnienie. Jest mi czasem tylko zwyczajnie szkoda ludzi, którzy muszą się z taką osobą stykać na co dzień. Jak np. faceta, który z nią był, bo z każdym kolejnym jej słowem robił się coraz bardziej czerwony, rzucał mi przepraszające spojrzenia, i nawet próbował ją delikatnie mitygować, ale niewiele mu z tego wychodziło.

Skończyli zakupy i zaczęli się pakować, ja podeszłam do kasy, zdążyłam zapłacić, schować zakupy, a oni nadal się pakowali. Mijając ich nie mogłam sobie darować, i rzuciłam do dziewczyny "tak się pani ciskała, tymczasem moje zakupy trwały krócej, niż cała ta durna przepychanka, którą pani zaczęła". Usłyszałam "spierda&$#j suko", ale nie miałam już zamiaru na to odpowiadać. Jednak dziewczyna chyba poczuła się dotknięta moją uwagą, bo wychodząc przyspieszyła, żeby mnie wyprzedzić i wyjść ze sklepu jako pierwsza. Tak się spieszyła, że aż powinęła jej się noga na obcasiku, wpadła na faceta wchodzącego do środka, odbiła się od niego, przez bramkę praktycznie wyleciała, i zatrzymała się na barierce galeryjki. Jak na złość bramki zapiszczały, a ochroniarz stojący przy wyjściu podszedł do niej i coś powiedział (nie słyszałam co, ale chyba chciał żeby okazała torbę). Ona zaczęła się już wykłócać, ale facet z którym była doszedł do niej w tym momencie, i krzyknął "No nie Karola! Znowu coś za$#!;łaś? Ty jesteś nienormalna! Weź już do mnie nie dzwoń.", i odszedł dwa kroki. Ochroniarz go zawrócił, chłopak szybko pokazał co ma w kieszeniach, i poszedł. W międzyczasie ja z dziewczynkami też opuściłam sklep, oddalając się od krzyków dziewczyny.

Natknęłam się na tego chłopaka czekając na windę. Najpierw wykonał ruch jakby chciał zawrócić, ale się przełamał, podszedł, i przeprosił za zachowanie dziewczyny, chociaż w sumie nawet nie musiał, bo ani to nie on zachowywał się w sklepie jak burak, ani nawet, jak twierdził, z dziewczyną go za wiele nie łączy. Jeśli zawinił, to chyba tylko tym, że nie potrafił jej poskromić. Chyba chciał się trochę wyżalić, bo dowiedziałam się, że przedstawiła ich sobie wspólna znajoma, i to było ich trzecie, i ostatnie spotkanie we dwoje. Za pierwszym razem nie był pewien, ale zdawało mu się, że ukradła coś w żabce, jednak zapytana zaprzeczyła. Za drugim razem "pochwaliła" się, że "wzięła sobie w promocji" jakiś tandetnu wisiorek, który ukradła specjalnie na randkę. Chłopak podobno powiedział jej wtedy, że on nie toleruje takiego zachowania, i jeśli dziewczyna chce kontynuować tę znajomość, to powinna zmienić nawyki. Jakiś czas się nie widzieli, a tego dnia zadzwoniła z pytaniem, czy pomoże jej w zakupach. Finał tej wyprawy przeczytaliście powyżej.

Abstrahując od tego, że dziewczyna jest zwyczajną złodziejką, to zastanawia mnie jaki ciąg myślowy doprowadził ją do wniosku "kradnę, więc zamiast nie zwracać na siebie uwagi, zrobię z siebie widowisko, kręcąc aferę przypadkowej osobie"?

A co do samego meritum afery - gdyby laska odezwała się jak człowiek cywilizowany, zamiast wpychać się na chama, to usłyszałaby pewnie "o, przepraszam, nie zauważyłam, już odchodzę", ale jak mi się ktoś po chamsku wbija przed nos, bez żadnego wytłumaczenia, to musi się liczyć co najmniej z tym, że zapytam co odwala, bo bezpowrotnie minęły już czasy kiedy w takiej sytuacji marudziłam tylko niezrozumiale pod nosem. Prawdopodobnie gdyby nie obecność dzieci, które jednak staram się wychowywać na kulturalnych ludzi, panienka usłyszała by kilka bardziej nieprzyjemnych słów, bo niestety zwykle na chamstwo działa tylko większe chamstwo, ale przy córkach się hamowałam, bo nie chcę żeby się musiały wstydzić za matkę.

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 152 (160)

#87053

(PW) ·
| Do ulubionych
Jestem kierowca tzw. "tira"

Znacie takie drogowe zasady jak "nie widzę, nie jadę"? Zastanawiam się, dlaczego jesteśmy tak ograniczeni umysłowo, że nie potrafimy tego zastosować i wyznajemy przy tym zasadę "ja jeszcze przeskoczę/zdążę".

Bardzo nieprzyjemna sytuacja. Wyjeżdżam po rozładunku z Legnicy, kieruję się dw 323 (dawniej dk3) w stronę ekspresowej S3. Przejeżdżam przez Rzeszotary. Tam na 2 zakrętach jest skrzyżowanie z sygnalizacją świetlną i od strony S3 jest przeszkoda, którą trzeba ominąć zjeżdżając na przeciwny pas. Przejeżdżam przez skrzyżowanie. Jestem widoczny dla innych kierowców, ale wszyscy wyznają zasadę "ja przeskoczę" i uparcie się pchają. Zostaję zmuszony do hamowania i włączam klakson. Ostatnie osobówki się chowają, kiedy widzę jego. Przecież on też musi jeszcze przeskoczyć. Wjeżdża, mimo, ze jestem już naprawdę blisko. Do mojego klaksonu dołączyły światła drogowe (zawsze tak robię, może mnie nie widzi?). Zostanę zmuszony do kompletnego zatrzymania zestawu ostrym hamowaniem, bo idiota nie umie poczekać 20 sekund, aż przejadą 3 pojazdy (za mną tylko 2 osobówki, zaskoczone moim ostrym hamowaniem. Na szczęście nie uderzyły). Kierowca nawet nie przeprosił, nagranie już trafiło na policję.

Naprawdę trzeba tak traktować ciężarówki? A co by było, gdybym wiózł ładunek podatny na przeciążenia? W tej chwili byłby tylko do utylizacji, a za straty zapłaci taki głupek z własnej kieszeni, bo żadne ubezpieczenie OC czy AC nie obejmuje takich sytuacji.

PS: opisałem najniebezpieczniejszą sytuację jaka mi się przydarzyła, bo cm dzieliły nas od kolizji, ale miałem takich dużo więcej.

tir = "ja zdążę" Legnica dw323 S3

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 115 (129)

#87152

(PW) ·
| Do ulubionych
Kilka lat temu wyjechałem pracować do Anglii. Ci którzy byli wiedzą, że początki do ciekawych nie należą. Później znalazłem dobrą pracę, mieszkanie wynajęte wspólnie z grupą nowo poznanych osób. Pomimo pracy fizycznej, która do lekkich nie należała, bardzo dobrze wspominam ten okres.

Starałem się przyjeżdżać do Polski dwa razy w roku, spotkać z rodziną i znajomymi. Ci widzieli we mnie tylko kogoś kto pracuje na zachodzie, kto kilka razy w roku lata samolotem itp.
Jednemu znajomemu również zachciało się w takiego życia i postanowił, że do mnie dołączy. Wytłumaczyłem mu, że pracuję fizycznie na magazynie w nocy, czasem, muszę weekend zahaczyć, a Anglia to bardzo drogie miejsce do życia i trzeba uważać na co się pieniądze wydaje. Ok, on rozumie, ale w Polsce nie da się żyć, a on chce wyjechać.
Z racji tego, że zawsze dobrze się dogadywaliśmy w końcu dałem się przekonać. Wynająłem małe mieszkanie, skontaktowałem się z pośrednikiem pracy, u którego sam zaczynałem, obiecali, że jak znajomy się pojawi to coś się dla niego znajdzie.
Znajomy dotarł do Anglii i początki układały się bardzo dobrze, ale jak to bywa sytuacja szybko uległa zmianie, bo:

- On nie zarabia tyle co ja. Pracował przez pośrednika, kilka godzin tu, kilka tam, co skutkowało niższą wypłatą.

- On też chce wydawać kasę na co tylko ma ochotę (użyto stwierdzenia, że sram kasą). Sam nie potrafił rozsądnie dysponować pieniędzmi i miał pretensje, że kupiłem sobie nowy zestaw audio, a tego, że nie wychodzę do barów i biorę ekstra weekendy w pracy już nie zarejestrował.

- On nie chce pracować na magazynie (praca przez pośrednika) on chce w biurze. No spoko, załatwiłem mu coś na początek, teraz radź sobie sam dalej, nikt się nie obrazi. Nie, to ja mam mu tej pracy poszukać, bo on nie wie gdzie szukać.

- Zakupy do domu. On pracuje, a ja siedzę w domu to mam robić zakupy. To, że odsypiam nockę nie docierało. On wraca o 18 i jest zmęczony, a ja cały dzień w domu siedzę. Zakupy robiłem, ale w końcu zaczęło mnie to drażnić i zacząłem kupować tylko dla siebie.

- Gotowanie, on jest zmęczony po pracy, a ja w domu cały dzień siedzę.

- Sprzątanie, patrz wyżej.

- Zdzieram z niego pieniądze, koszt mieszkania i rachunków 50/50, ale ja zarabiam więcej więc...

- On nie ma na nic pieniędzy, po pierwszej wypłacie kupił bilety lotnicze dla swojej dziewczyny. Niestety, nie skonsultował tego z nią, a ona w tym czasie nie mogła iść na urlop, więc bilety trzeba było przebukować, za duże pieniądze. Ale to ja z niego pieniądze zdzieram.

- Jak mogę jechać do Polski na święta przy takich cenach biletów? Swoje bilety kupiłem z kilku miesięcznym wyprzedzeniem, on zorientował się tydzień przed świętami, że chce jechać i wielkie zdziwienie, że bilety są po £700. Ale przecież to moja wina.

- Dziewczyna w końcu go odwiedziła, on do pracy (bo przecież urlopu nie będzie brał), ona w tym czasie mieszkanie posprząta i obiad ugotuje. Po pracy zamiast zająć się dziewczyną szedł spać, więc dziennie razem spędzali 1-2h. Dziewczyna była trochę bardziej ogarnięta w życiu i na wyjazd dostał kosza. Też moja wina, bo jakbym robił zakupy, gotował i sprzątał za wszystkich to wszystko byłoby w porządku.

Miałem już tego wszystkiego dość, powiedziałem gościowi, że tak być nie może i będzie musiał poszukać własnego lokum, a ja stwierdziłem, że jakiś czas po mieszkam sam. Spoko, poszuka sobie jakiegoś pokoju i tak będzie lepiej bo tutaj za drogo, a ja po nim nie sprzątam. Umówiliśmy się, że ma 2 miesiące.

Po jakimś czasie usłyszałem rozmowę telefoniczną między nim, a jego kuzynem, dogadywali szczegóły przyjazdu jego kuzyna do Anglii. Spytałem czy ogarnął już jakiś pokój albo mieszkanie dla nich. Ależ skąd. Kuzyn przyjeżdża mieszkać do nas, a później się zobaczy. Czy planował mi powiedzieć, że ktoś ma się do mojego mieszkania wprowadzić (umowa wynajmu była tylko na mnie)? Tak, planował mi coś wspomnieć, jak kuzyn już będzie na miejscu. Aha, a kiedy miałby tu być? Za 3 dni.

Wtedy znajomy musiał w trybie ekspresowym wyprowadzić się z mieszkania.

Anglia

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 195 (203)

#87046

(PW) ·
| Do ulubionych
Miał być komentarz do historii 87039, wyszłoby jednak za długo.

Po pierwsze: to niesamowite, że każdy, kto popiera powrót dzieci do szkół jest nazywany pisowskim trollem. Czyżby nikt na tym portalu dzieci nie posiadał i nie pracował? Jeśli tak, to przepraszam, bo pozostałym osobom, zwłaszcza rodzicom dzieci z klas 0-3 robi różnicę, czy ich dzieci mogą iść do szkoły, czy nie. Sami bowiem muszą/chcą pracować. Chyba, że tu są sami przedstawiciele "suwerenów", wtedy ok.

Dwa: z powodu głupiej, sorry człowieku, wzmianki o zarobkach nauczycieli zostały zminusowane naprawdę życiowe przemyślenia odnośnie ludzi, którzy sami robią zakupy, wyjeżdżają na wakacje, używają komunikacji (albo przynajmniej tankują samochód), korzystają z samolotów i jakoś wszyscy ci sprzedawcy, stewardesy, kelnerzy itd. wcale nie narażają życia w czasie pracy. Groźne jest tylko nauczanie w szkole. Ciekawy przykład dwulicowości i obłudy.

Trzy: rozumiem, że osoby, które się nie zgadzają z otwarciem szkół, mają jakieś własne, genialne przemyślenia, jak młodzież ma ukończyć edukację w sensownym terminie, bo jak mi ktoś powie, że 7-latków da się nauczyć czytania zdalnie, to je... ekhem... spadnę z krzesła ze śmiechu. A wyniki matur - cóż, to już wina systemu i braku samodzielności. Sama słyszałam o nauczycielach, którzy w LO dyktują dzieciakom notatki do zeszytu np. z wiersza.

Cztery: Czy ktoś ma zamiar płacić rodzicom za to, że wykonują pracę nauczycieli? Bo skoro i tak odwalają ich pracę bez "epidemii", nierzadko muszą wysyłać dzieci na korepetycje, bo w każdej szkole się trafi co najmniej jeden matematyk, germanista czy anglistka bez pojęcia i umiejętności tłumaczenia, a teraz jeszcze w ogóle zostali nagle nauczycielami, to skoro nie mogą wykonywać własnej pracy, będą otrzymywać dodatki "nauczycielskie".

szkoła

Skomentuj (33) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 174 (192)

#87037

~Ciamajda ·
| Do ulubionych
Z góry przepraszam, polskiego uczyłam się od rodziny i czytając książki w języku polskim.

Będąc latem w Tatrach, wywróciłam się jak ciamajda i nie byłam w stanie iść dalej. Zdarza się.
TOPR wezwany, ratownicy na miejscu, kontuzje usztywnione.
Po ponownym wezwaniu helikoptera, który się oddalił na czas opatrywania, podeszła pewna turystka i pyta "Czy zdążę jeszcze dzisiaj wejść na Giewont?".
W tym czasie helikopter musiał utrzymać dystans, poczekać aż turystka się oddali na bezpieczną odległość, zanim mógł nas zebrać, wrócić do szpitala i lecieć dalej do kolejnych wezwań. A musiało się gdzieś spieszyć, bo ponownie wystartował jak tylko zostałam przekazana dalej.

Wystarczyłoby aby dotarła do kolejnego schroniska na szlaku gdzie mogła zadać to pytanie, albo samodzielnie oceniła sytuacje biorąc pod uwagę godzinę i pogodę.

góry

Skomentuj (5) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 124 (144)

#87038

~taksiezastanawiam ·
| Do ulubionych
Było ostatnio kilka historii o powrocie do szkół i lekcjach online. I tak się zastanawiam jak to będzie teraz wyglądać. Znajomi mają piątkę dzieci (zanim będą głupie komentarze to wszystkie chciane i planowane). Aktualnie są w trakcie budowy domu, i z tego powodu mieszkają w dwupokojowym mieszkaniu. Dzieci po kolei to 4 klasa, 3 klasa, 2 klasa, 4 latka i najmłodsze 8 miesięcy. Już w ostatnich miesiącach był problem gdy dzieci miały lekcje równocześnie. Jedno siedziało w jednym pokoju, drugie w drugim, a trzecie w kuchni.

A ona z najmłodszymi kursowała między tą trójką. 4-latka wiadomo, że za długo spokojna nie będzie. Niemowlakowi też nie powie, że ma przestać płakać bo rodzeństwo ma lekcje. A już nie raz słyszała od nauczycieli, że ma uciszyć dziecko bo nie można lekcji prowadzić. Nie wspominając, że z kuchni trzeba jednak korzystać, a jest mała i jak dziecko tam siedzi z komputerem to już ciężko tam wejść.

Na tę chwilę już zastanawiają się jak mają to zrobić w razie ponownego zdalnego nauczania. A że prędzej czy później, będzie to oczywiste. W okolicy nie mają rodziny żeby w razie czego można było któreś dziecko tam wysłać. Mają chodzić po znajomych i pytać kto będzie miał czas i chęci żeby tego te dzieci mogły u kogoś być w czasie zajęć? Nie wspominając, że koleżanka też pracuje przy komputerze (jest tłumaczem) i też musi mieć czas żeby to robić. Może siedzieć w nocy, ale wtedy w ciągu dnia nie będzie w stanie się dziećmi zajmować.

I tak myślę, ilu ludzi ma taki problem. Bo nie chodzi o to, że dziecko nie ma na czym mieć lekcji online, tylko po prostu nie ma miejsca. Jak posadzi w jednym pokoju dwójkę, to sobie nawzajem przeszkadzają. A najmłodsze dzieci też muszą gdzieś przebywać, nie wyrzuci ich na korytarz.

Skomentuj (38) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 143 (151)

#87124

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia https://piekielni.pl/87113 o tym, że ludzie nie piszą skarg na kurierów bojąc się, że ci będą się potem mścić, przypomniała mi moje przeboje z pewnym kurierem.

Uprzedzam, będzie długo.

Sytuacja pierwsza:
Czekałam na bardzo pilną przesyłkę (były w niej elementy, których potrzebowałam do przygotowania produktu, który następnego dnia musiałam wysłać klientce).
Ponieważ sprawa nagląca, nie ruszyłam się z domu nawet na minutę, żeby na pewno nie przegapić przyjazdu kuriera. Godzina 17:45 dostaję maila, że kurier nikogo nie zastał i zostawił przesyłkę w punkcie odbioru.

Nosz kur... Dzwonię na infolinię, tam przemiła pani sprawdza, gdzie jest ten punkt odbioru (okazało się, że bardzo blisko, gdyby kurier zadzwonił, powiedział, że nie da rady do mnie przyjść, ale punkt jest tu i tu, to w ogóle nie byłoby problemu, no ale to trzeba by umieć zachować się jak dorosły człowiek), że jest otwarty do 18. (ups...), ale poda mi numer telefonu, może właściciel zgodzi się zaczekać z zamknięciem. Zadzwoniłam, właściciel faktycznie zgodził się zaczekać, przesyłkę na szczęście odebrałam.

Po czym wylewając z siebie wściekłość za całą tę sytuację wysmarowałam skargę na kuriera, napisałam również do sklepu, z którego było zamówienie, opisując całą sytuacją i prosząc, żeby również napisali do firmy kurierskiej, bo wiadomo, że takiego dużego klienta potraktują inaczej niż szarą Kowalską. Zapewnili, że tak zrobią, kilka miesięcy później zrezygnowali z usług tej firmy (wątpię oczywiście żeby z tego powodu, chociaż kto wie).

Sytuacja druga:
Kilka miesięcy później, jakoś tuż przed połową grudnia zabrakło mi opakowań. Sezon świąteczny w pełni, stacjonarnie nigdzie takich opakowań nie kupię, więc problem spory. Szybko złożyłam zamówienie w hurtowni, dodając błagalnego maila, że sprawa jest szalenie pilna i byłabym bardzo wdzięczna za szybką realizację.

Firma stanęła na wysokości zadania, zaraz nadali paczkę (tu jeszcze warto wspomnieć, że o ile nie poprosi się wcześniej o proformę to domyślnie zawsze wysyłają paczki za pobraniem, nie informując nawet o tym, że paczka już wyszła - przy pierwszym zamówieniu stamtąd też miałam z tego powodu niezłe przeboje).

Żyję zasadniczo bezgotówkowo, więc wyjęłam z bankomatu potrzebną kwotę i czekam na kuriera jak na zbawienie. Kurier przyjeżdża, przychodzi do płacenia i ups - inny domownik przez pomyłkę zgarnął moją odłożoną gotówkę. Kurier nie zgodził się zaczekać aż pójdę do bankomatu - trudno, jego prawo, na szczęście będzie przecież jeszcze jedna próba dostarczenia.
Następnego dnia czekam, czekam...

Po czym dzwoni do mnie pani z hurtowni pytając, co się stało, że odesłałam przesyłkę. Ja klasyczny (i stosowny do pory roku ;)) karpik, od słowa do słowa okazało się, że kurier zamiast podjąć drugą próbę dostarczenia wstukał w system, że odbiorca odmówił przyjęcia paczki.

Na szczęście zamawiam w tej hurtowni od lat i nigdy nie odstawiłam im takiego numeru, dlatego zadzwonili sprawę wyjaśnić. Koniec końców udało się paczkę zawrócić, kiedy kurier stanął z nią pod drzwiami zapytałam go czemu skłamał, że odmówiłam poprzednio przyjęcia.

Facet wyparł się, że cokolwiek takiego miało miejsce (na dokumentach paczki stało jak wół, że odbiorca odmówił przyjęcia, więc kurier po prostu skłamał mi w żywe oczy).

Kolejna soczysta skarga poszła (swoją drogą kompletnie nie rozumiem, co facet chciał osiągnąć, myślał że nie zauważę, że przesyłka się zdematerializowała gdzieś po drodze?).
Plus z tej sytuacji był taki, że raz na zawsze nauczyłam się, że zapas materiałów wszelakich robi się najpóźniej w listopadzie.

Sytuacja trzecia:
Znowu kilka, albo kilkanaście miesięcy później (po tych wcześniejszych akcjach unikałam wysyłki tą firmą jak mogłam). Czekam na paczkę, dostaję informację, że została zostawiona w punkcie (oczywiście bez próby dostarczenia do domu). Paczka wielka i ciężka, więc chociaż punkt blisko nie widzi mi się targać tej paki samodzielnie.

Pomna na wcześniejsze problemy nawet nie spróbowałam się skontaktować z kurierem, tylko od razu wysmarowałam skargę, przywołując w niej wcześniejsze problemy oraz pisząc, że nie po to opłacam dostawę do domu, żeby potem samej targać paczki. Następnego dnia w drzwiach staje kurier i...

Okazało się, że to nowy kurier był (nie powiem, zrobiło mi się głupio), i że jego przemiły poprzednik powiedział mu, że pod tym adresem nigdy nikogo nie ma i żeby od razu zostawiał przesyłki w punkcie (rozumiem, że facet do mnie pewnie sympatią nie pałał, ale żeby nowego kolegę wsadzać od razu na minę to naprawdę fajnie z jego strony).

Wyjaśniłam, że to bzdura, że rano owszem, może się akurat trafić, że nikogo nie będzie jak pójdziemy po zakupy, ale po godzinie 13 nie ma opcji, żeby kogoś nie było.

Od tego czasu nowy kurier zawsze przychodzi po 13. i problemy z tą firmą kurierską się skończyły ;)

kurierzy GLS

Skomentuj (5) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 97 (101)

#87141

~Wnerwiona ·
| Do ulubionych
Czas na zmiany...

Jest rok 2020, czas koronawirusa. Z racji tego przychodnia lekarska, z usług której korzystałam od wielu lat i do której zapisałam syna, została zamknięta w marcu. I jest zamknięta do dziś. Można uzyskać poradę telefonicznie, w ten sam sposób można uzyskać e-receptę.

Pod warunkiem, że się do nich dodzwoni... Jest godzina 13.25, od godziny 9.00 rano wiszę na telefonie do rejestracji, bo synowi kończą się leki, które bierze codziennie. Bezskutecznie - albo sygnał jest zajęty, albo po prostu nikt nie odbiera. W pustym, pozbawionym pacjentów ośrodku, który teoretycznie jest czynny od 7 do 18.

I tak jest codziennie, dodzwonienie się do nich graniczy z cudem. A do ośrodka iść nie można, bo i tak się nic nie załatwi, bo nie wpuszczają...

Tabletki, które bierze Potomek, nie są środkami ratującymi życie, Młody jest alergikiem i zwyczajnie ułatwiają mu funkcjonowanie.
Ale co mają powiedzieć osoby, które np. biorą leki na serce?!

A żeby było weselej - w naszym mieście (ok. 15 tys. mieszkańców) są trzy poradnie, które działają z wprowadzonymi obostrzeniami, w okolicznym miasteczkach też ośrodki przyjmują pacjentów, tylko ta jedna jest z jakiegoś powodu i zamknięta i odcięta.

słuzba_zdrowia

Skomentuj (3) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 67 (75)

Podziel się najśmieszniejszymi historiami na
ANONIMOWE.PL

Piekielni