Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

 

#87658

~tonyhawk ·
| Do ulubionych
Byłem ostatnio u koleżanki na kawie. Skarżyła się, że ma problem z drzwiami wejściowymi do mieszkania, a raczej z zamkami w nich.

Któregoś dnia nawet bała się, że nie zamknie mieszkania wychodząc z niego. Zerknąłem, lecz tak z "zewnątrz" nie było nic widać. Powiedziałem jej, że mogę jej odpowietrzyć grzejnik, czy wymienić gniazdko, ale rozkręcać zamka się nie podejmuję, bo nie znam się na tym.

Jeszcze gdyby to był zamek w drzwiach do sypialni, to spoko, w razie czego najwyżej nie mogłaby zamknąć drzwi przez jakiś czas, no ale drzwi wejściowe to już grubsza sprawa i najlepiej niech ogarnie jakiegoś ślusarza.

Zadzwoniła do administratorki bloku, i ta przysłała na drugi dzień takiego Pana "Złotą Rączkę"- chyba konserwator, bo kilka dni wcześniej ogarniał koleżance problem natury hydraulicznej.

Po wizycie w/w Pana koleżanka pisze do mnie, że 1200 złotych będzie kosztowała naprawa drzwi wejściowych. W pierwszej chwili upewniłem się, że nie pomyliła ilości zer. Napisałem jej, że to jakiś absurd, a ona, że to podobno jakiś nietypowy zamek. Na szybko wrzuciłem na wyszukiwarkę ile kosztują nowe drzwi wejściowe.

Okazało się, że za 1300-1400 można kupić nowe drzwi, i to nie jakieś "noł nejm", tylko znanego producenta. Wysłałem jej link i powiedziałem, że coś tu ewidentnie śmierdzi. Drzwi, które ma, zostały wstawione przez dewelopera, więc nie oszukiwałem się, że były jakieś super drogie. Poradziłem jej, żeby zasięgnęła języka innego speca.

Spytała, czy znam jakiegoś, bo ona nie. Obiecałem, że na drugi dzień popytam znajomych w pracy. Zanim do tego doszło koleżanka zdobyła już od swojego znajomego namiar na innego fachowca, a ten przyszedł, rozebrał zamek, przesmarował mechanizmy, złożył zamek. Policzył 70 złotych. Zamek działa teraz leciutko i bez problemów.

Zastanawiam się teraz, czy Pan "Złota Rączka" jest taki nieporadny, że nie wiedział, że da się to przesmarować zamiast wymieniać na nowe, czy taki cwany, że jak zobaczył samotną kobietę, która wykonuje zawód powszechnie uznawany za bardzo dochodowy (mógł o tym wiedzieć- to mały blok, a koleżanka jest tam znana, bo jest w zarządzie wspólnoty mieszkańców, czy czymś takim), to zwietrzył okazję do zarobku.

blok

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 69 (71)

#87654

~Elle994 ·
| Do ulubionych
No muszę dodać moje obiekcje w temacie rekrutujących do pracy. Fajnie się czyta wasze relacje, jacy to kandydaci są beznadziejni, ich CV takie zabawne...

Ale... wszystko ma też drugą stronę.

Od dziecka lat 12 z pasji zajmowałam się grafiką komputerową, mam naprawdę sporą wiedzę i umiejętności, więc jako 19latka próbowałam znaleźć pracę w tym kierunku.

Dodatkowo pracodawca miał ten plus, że uczyłam się weekendowo a ubezpieczał mnie nadal mój ojciec.

W CV wpisałam moje umiejętności, oraz znajomość języków obcych dwóch na poziomie komunikatywnym - angielski i francuski.
Zobaczyłam któregoś dnia wymarzoną dla mnie pracę w sklepie projektującym nadruki na koszulki. W ramach wyróżnienia się z tłumu zrobiłam nawet kilka własnych projektów, zastrzegając je swoim logo.

Byłam bardzo szczęśliwa, gdy zaproszono mnie na rozmowę o pracę. Przyszłam punktualnie w nienagannym stroju - biała koszula i czarna ołówkowa spódnica za kolano, czarne balerinki bez zbędnych ozdób. Makijaż codzienny, nie mam nigdzie tatuaży ani włosów w kolorze tęczy.

I już gdy tylko weszłam do środka to wiedziałam, że jestem skreślona. Przy komputerach siedziało dwóch brodatych panów, nie odpowiedzieli mi nawet dzień dobry i zapytali w jakiej sprawie przyszłam. Mówię, że na rozmowę o pracę. Szukali 10 min w "systemie" danych i znaleźli.

Zadali mi dwa pytania kompletnie z czapy wyjęte w stylu "kiedy planuje mieć dzieci" i czy na pewno sama zrobiłam te projekty, bo pierwszy raz widzą kobietę, która zajmuje się grafiką komputerową i w tak młodym wieku.

Pożegnali mnie słowami, że oddzwonią. Oczywiście nie oddzwonili.

Mija czas a ja widzę ich gorączkowe poszukiwania do pracy kogoś, kto się zna na grafice, bo nie wyrabiają. Ja w tym czasie wzięłam pracę w markecie na pół etatu, żeby mieć cokolwiek na swoje wydatki.

Pół roku później ich post na grupie o pracę na Facebooku z zażaleniem, że mają takie świetne warunki a nie potrafią nikogo normalnego znaleźć. Nawet do przyuczenia.

I zastanawiam się, co ze mną było nie tak, że wolą brać byle kogo, tylko nie osobę, która ma kompetencje?

A na poprawę humoru... Kiedyś byłam na prośbę taty wydrukować mu rysunek schematowy z elektryką i bardzo zależało mu, żeby go powiększyć, bo był naprawdę drobny.

Idę do tego czegoś - wybaczcie zapomniałam nazwy, po prostu punkt z drukowaniem i taki papierniczy ogólny. I tłumaczę pani obsługującej co mi potrzeba. I wyobraźcie sobie, że 15 min kłóciłam się z nią, że TAK, można powiększyć rysunek w komputerze i go wydrukować a jeżeli się nie zmieści to można go po prostu podzielić.

Powiedziała, że jestem bezczelna i głupia, no takich rzeczy jeszcze nikt nie wymyślił na świecie...

No cóż...to się nazywa odpowiedni człowiek na odpowiednim stanowisku. I tak, tam też kiedyś wysyłałam CV i wybrali tamtą panią.

Rekrutacja do pracy

Skomentuj (34) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 89 (101)

#71290

(PW) ·
| Do ulubionych
Piątek. Wieczór. Ciemno. Jedziemy z mężem samochodem. Jesteśmy kilka wiosek za Opolem. Droga nr 45 niedaleko zjazdu na autostradę. Fajne miejsce - prosta droga w świetnym stanie. Tylko pola wokół.

W ostatniej chwili mąż odbija autem w lewo, bo zauważa człowieka w ciemnej bluzie, który biegnie drogą, nie poboczem. Normalnie kaptur na głowie i ma wszystko gdzieś!

Jakieś 3 metry dalej wzdłuż całej drogi jest ścieżka - do chodzenia, biegania i jeżdżenia rowerem! Ale po co...

droga

Skomentuj Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 99 (111)

#71320

(PW) ·
| Do ulubionych
Będzie krótko.

Ostatnio, gdy byłam w McDonaldzie (nie miałam czasu na zjedzenie czegoś normalnego), zauważyłam, że pewnej pani wypadł portfel. Czekam - może się zorientuje o swojej zgubie. Zero reakcji. Wstaję, podnoszę portfel i podaję owej kobiecie. Ona na mnie z wrzaskiem, że jak to, że pewnie ukradłam jej z kieszeni. Naburmuszona wyszła z lokalu.

I bądź tu człowieku dobry.

Mak

Skomentuj Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 103 (109)

#87655

(PW) ·
| Do ulubionych
Poradnia Chirurgii Onkologicznej Szpitala Wojewódzkiego. Do odebrania wyniki po zabiegu. Ze względu na pracę nie mam specjalnie czasu na zaglądanie tam bez uprzedzenia, więc od 2 miesięcy próbowałam dodzwonić się do rejestracji, żeby ogarnąć temat odbioru. Bezskutecznie.

Dziś, z okazji wolnego dnia, pojechałam dowiedzieć się osobiście czy do odbioru wyników trzeba się rejestrować na wizytę.

Poczekalnia składa się z 3 przejściowych korytarzyków, każdy ma jakieś 15 metrów kwadratowych. W każdym mały tłumek ludzi w maseczkach opiera się o ściany obwieszone kartkami o zachowaniu odstępu itd.
Lekarzy przyjmujących w liczbie sztuk 2, w sąsiadujących ze sobą gabinetach. Pacjenci umówieni na konkretny dzień, bez godziny (lekarze przyjmują w godzinach 9-11, informacja na drzwiach), więc siedzą od rana. Wszyscy - wizyty kontrolne, drobne zabiegi itd. Człowiek na człowieku.

Przy okienku rejestracji awantura o zgubioną kartę pacjenta.
Kiedy przychodzi moja kolej wywiązuje się dialog:
J: dzień dobry, mam do odebrania wyniki zabiegu. Z listopada. Czy w tym celu muszę się rejestrować do lekarza?
R: Nie.
J: w takim razie poproszę, wyniki na nazwisko XYZ.
R: Ale to lekarz wydaje! Była pani zapisana na wizytę?!
J: No to o to właśnie pytam.
R (do drugiej rejestratorki): zarejestruj pacjentkę na normalną wizytę do doktora X.
R2: To będzie wizyta na maj...
R1: No to pisz!
J: Na maj? Pani żartuje?
R1: No może pani iść zapytać czy doktor wyda.

Poszłam. W końcu nawet udało mi się z kimś dogadać, że wejdę z nim i zapytam o możliwość wydania wyników, kolejkę miałam już zaklepaną. Lekarz się zgodził, poprosił, żebym powiedziała pani w okienku, że ma mnie na dziś dopisać.

J: Doktor zgodził się mnie przyjąć, prosił o dopisanie na dziś.
R: Numer karty!
J: Nie pamiętam.
R: Nie zarejestruję, zapisy tylko z numerem karty.
Tu już mi żyłka pękła.
J: Pamiętam nazwisko i numer PESEL, proszę zarejestrować po tych danych zgodnie z prośbą lekarza NA DZIŚ.

Z wielką łaską zapisała. Ogólny czas operacji odbioru wyników trwał lekko ponad 3 godziny.

Nie wydaje mi się, żeby organizacja w tym miejscu nie mogła wyglądać lepiej.
Chociażby przez zapisy na konkretne godziny, rozdzielenie zabiegów od wizyt kontrolnych, usprawnienie wydawania wyników (moja wizyta trwała 2 minuty). Zwłaszcza w czasach pandemii, kiedy tak bardzo kładzie się nacisk na reżim sanitarny.

Poradnia Chirurgii Onkologicznej

Skomentuj (20) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 95 (99)

#87634

(PW) ·
| Do ulubionych
Jest sobie rodzina.

Rodzice. Dwie córki - K. obecnie 40 i B. 38 lat. Obie zamężne, obie mają po jednym dziecku, obie pracują, B. ma mieszkanie, K. z mężem wybudowała dom. I syn, nazwijmy go Piotruś. Obecnie 30 lat.

Piotruś był wyczekanym i wychuchanym dzieckiem, podobno rodzice bardzo chcieli kolejne dziecko i marzyli o synu, a były jakieś problemy, więc jak urodził się Piotruś, to oszaleli z radości.

Córki poczuły się odstawione na boczny tor. Z jednej strony wiadomo, niemowlę/małe dziecko wymaga więcej czasu, ale z relacji K. i B. wynika, że to się utrzymywało cały czas.

Piotruś miał zawsze nowe zabawki, nowe ubrania, one musiały donaszać po kuzynkach i po sobie nawzajem. Jak Piotruś coś chciał, to było oczywiste, że to dostanie. Na wakacje one były wysyłane do dziadków lub upychane u ciotek/wujków, a rodzice z Piotrusiem jechali na dwa tygodnie nad morze, potem i za granicę (bo na wyjazd dla całej rodziny i atrakcje dla Piotrusia - aquaparki, wesołe miasteczka, lody itp. - nie było ich stać).

K. i B. dobrze się uczyły, Piotruś od początku był z nauką na bakier. Rodzice: "wiadomo, jak to chłopiec". Dla nich i tak był najlepszy, najmądrzejszy, naj!

K. i B. zdały maturę, poszły na studia, na studiach pracowały i miały stypendia naukowe, żeby się utrzymać (od rodziców dostawały okazjonalnie jakieś drobne pieniądze, ale utrzymać się musiały same), usamodzielniły się, znalazły pracę, założyły rodziny.

Piotruś nadal mieszkał z rodzicami. Maturę zdał ledwo ledwo. Na studia dzienne się nie dostał, więc może za rok... Za rok też się nie dostał, poszedł na jakieś zaoczne (płacili rodzice), czegoś tam nie zdał, wyrzucili go, zaczął następne, ale to "nie dla niego", i tak sobie "studiował" przez jakieś 5- 6 lat. O pracy w międzyczasie żadnej mowy nie było, bo przecież "Piotruś się uczy, studiuje!".

Jak w końcu okazało się, że z tych studiów to raczej nic nie będzie, podjęto próby pracy. Rodzice po znajomości załatwili mu jakiś staż, potem jakąś inną pracę, i jakąś kolejną.
Niestety, w żadnej Piotruś się nie utrzymał.

Bo on na 7 rano nie będzie do pracy jeździł, bo o której musiałby wstać?
Bo koledzy mu świnię podłożyli i są niemili.
Bo szef się na niego uwziął.
Bo on nie będzie za takie grosze pracował.
Brak doświadczenia jakiegokolwiek, brak wykształcenia i brak jakichkolwiek umiejętności lub chęci nauczenia się czegoś też nie bardzo się sprawdzały.

Tak więc Piotruś stał się człowiekiem, dla którego nie ma pracy, po prostu nie ma.

W międzyczasie sytuacja materialna rodziców się pogorszyła. Zakład, w którym pracował ojciec, został zlikwidowany. Mimo to ojciec znalazł pracę dorywczą, w ochronie, za jakieś nędzne grosze, ale lepsza taka praca niż żadna. Szkoda, że Piotruś nie podzielał tej opinii...

Niestety, ojcu się zmarło, zawał.

Emerytura matki nieduża, ledwo starczałaby na jedną osobę, a co dopiero na dwie.

Matka niedomaga, coraz bardziej. Mimo to cały czas koło Piotrusia się krząta: sprząta, pierze, gotuje, na zakupy chodzi, bo gdzieś Piotruś będzie ciężary dźwigał... Sama na jedzeniu oszczędza, "bo ona już stara, to jej wiele nie trzeba", ale dla Piotrusia zawsze są napoje kolorowe, chipsy, przekąski, bo przecież "on tak je lubi"...

K. i B. starały się matce pomóc, ale jak kilka razy dały pieniądze, to zamiast na poduszkę specjalną, której matka potrzebuje i tego typu rzeczy zostały wydane na... grę komputerową dla Piotrusia "bo tak o niej marzył!". Teraz K. i B. już nauczone doświadczeniem same kupują takie rzeczy i dają rzeczy, nie pieniądze.

Wiele razy próbowały rozmawiać, wcześniej z oboma rodzicami, teraz już tylko z matką, o tej sytuacji. Że tak nie może być. Że Piotruś musi w końcu zacząć pracować, bo za co kiedyś będzie żył?

I to jest rzecz, nad którą matka najwyraźniej też się zastanawia, bo ostatnio wpadła na "genialny" pomysł.

Przecież K. ma dom! Więc jak matki zabraknie, to Piotruś sprzeda mieszkanie (całe mieszkanie rodzice zapisali testamentami na Piotrusia), i wprowadzi się do K. Bo przecież on sam sobie nie poradzi! Bo jak to mężczyzna, i sam miałby sobie gotować, prać, no a K. i tak to przecież robi, dom ma duży, to co jej Piotruś będzie zawadzał?

K. była tak zaskoczona absurdalnością tego pomysłu, że najpierw nawet nie wiedziała jak zareagować, a potem wygarnęła matce, że co sobie wychowała, to ma.

Matka śmiertelnie się obraziła i oświadczyła, że nie zamierza rozmawiać z K. ani z B. dopóki te nie zmienią zdania (bo B. oczywiście poparła K.).

K. jest moją dobrą koleżanką i radziła się mnie, co robić. Nie bierze pod uwagę niańczenia Piotrusia przez następne kilkadziesiąt lat, ale boli ją brak kontaktu z matką...

A ja się zastanawiam, jak można być tak piekielnym rodzicem...

piekielni rodzice rodzina

Skomentuj (49) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 161 (169)

#87630

(PW) ·
| Do ulubionych
Dla tej historii ważne jest choć pobieżne poznanie bohaterów.

Mój były [S]zef. Maniak procedur, procesów i norm. W firmie są procedury na niemalże każdą czynność, które każdy pracownik musiał podpisać, każda kończyła się pogróżkami o konsekwencjach w wypadku niestosowania się.

Mój [K]olega, odpowiedzialny między innymi za sprzęt firmowy. W momencie, gdy dzieje się historia - na okresie wypowiedzenia.

[M]anager, który zraził do siebie cały zespół w ciągu dwóch tygodni od zatrudnienia. Był to najbardziej nielubiany człowiek w historii firmy.

Kolega postanowił na okresie wypowiedzenia zastosować strajk włoski stosując się w 100% do podpisanych przez siebie procedur. Los chciał, że Managerowi w tym czasie zepsuł się laptop.
Laptop został wysłany do serwisu. No ale serwis ma na naprawę 2 tygodnie, w tym czasie trzeba by zorganizować coś, na czym Manager mógłby pracować... I tak zrodziła się sytuacja, gdzie przychodzi szef do kolegi:

[S]: Daj [M] laptopa zastępczego.
[K]: Ale skąd mam go wziąć?
[S]: No z magazynu, jakiegoś starego...
[K]: Musiałbym przejść z nim procedurę X. Ale do tego muszę mu zabrać ze stanu stary, a że nie mam go fizycznie bo poszedł do serwisu to punkt Z tej procedury mi tego zabrania.
[S]: A to może na prywatnym laptopie mu skonfigurujesz dostępy...
[K]: Nie, bo jest to sprzeczne z procedurą Y.

Takich podejść z różnymi pomysłami szefu robił kilka przez parę dni, a kolega na każdy znajdował stosowną procedurę (napisaną przez szefa) zabraniającą mu wdrożenia danego pomysłu w życie. Liczył, że szef w końcu nie wytrzyma i każe pie* procedury i dać managerowi tego laptopa.
Nie doczekał się.
Szef wysłał managera na dwutygodniowy urlop.

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 117 (123)

#87625

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia tym razem nie moja, ale mojej siostry - nazwijmy ją Magdą.
Za studenckich czasów Magda wynajmowała pokój na stancji, podobnie zresztą jak ja, ale że wybrałyśmy studia w innych miastach, to nigdy w tym okresie życia razem nie mieszkałyśmy.
Przed podpisaniem umowy najmu, jak to zazwyczaj bywa wpłaciła kaucję równej wartości miesięcznej opłaty za pokój, co było zresztą zaznaczone w umowie.
Mieszkanie miało co prawda kilka drobnych usterek, które oczywiście wyszły już po podpisaniu umowy i nie można ich było zauważyć przy jej zawarciu, takich jak np. zepsuta mikrofalówka, jednak właścicielka obiecała szybko je naprawić.
Tak się jednak nie stało, ale, że były to takie raczej drobne usterki siostra aż tak bardzo się nimi nie przejmowała i często o to nie dopominała.

Pech chciał, że jej współlokatorka poznała w międzyczasie chłopaka, do którego zdecydowała się wprowadzić i tak Magda została sama na mieszkaniu.
Wiadomo, że wiązało się to automatycznie z większymi opłatami, postanowiła się, więc w końcu przeprowadzić (szczególnie, że był to martwy sezon na poszukiwania drugiego współlokatora), oczywiście z zachowaniem okresu wypowiedzenia w umowie.

I wszystko było pięknie i ładnie - do czasu rozliczenia się w właścicielką.
Okazało się, że mimo tego, że usterki były jej wcześniej zgłaszane zaraz przy wprowadzeniu się, udała głupią zwalając całą winę za nie na... Magdę. Bo na kogo, skoro drugiej współlokatorki już nie było, a we dwie może by i jej miały większą śmiałość napyskować.
Nie wiedziała jednak o jednym fakcie, a mianowicie, że moja siostra, choć bardzo młoda już wtedy nie dawała sobie łatwo w kaszę dmuchać.

Akurat w momencie przeprowadzki przyjechałam do siostry żeby pomóc jej przy przewożeniu rzeczy - ja jeździłam już samochodem, a ona jeszcze nie - i miałam szczęście (albo nieszczęście) przy tej rozmowie być.
W tym momencie, kiedy piekielna właścicielka odmówiła zwrócenia kaucji, Magda spytała:
- Hmm, a pani zgłaszała może najem do urzędu skarbowego? Bo nie wydaje mi się skoro przyjeżdża pani po pieniądze osobiście z innej miejscowości i nie odpowiada pani forma wpłacania ich na konto, choć ją proponowałam.
- Ale... Że co? Ty mi.... grozisz? Groźby są karalne! - mówiąc to piekielna właścicielka prawie się zagotowała.
- Tak się składa, że nie jest to groźba, bo ma pani obowiązek zgłosić wynajem mieszkania do urzędu skarbowego. Jeśli nie odda mi pani kaucji, przykro mi, ale będę musiała to zrobić za panią.

I takim to sposobem, w tym momencie kaucja została oddana bez słowa protestu.

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 110 (114)

#87649

~emme ·
| Do ulubionych
Kochana policja.

Piątek wieczór, koło 22, ja z chłopakiem na spacerze po mieście. W pewnym momencie najpierw słyszymy, potem widzimy faceta, który wrzeszczy niezrozumiałe poza przekleństwami słowa i chodzi tam i z powrotem, czasem przystaje i robi jakieś dziwne ruchy. Albo naćpany, albo chory psychicznie, albo oba. Licho wie. Nikogo nie zaczepia tylko dlatego, że wszyscy go wymijają z daleka, ale sytuacja niebezpieczna. Stwierdziliśmy, że przydałaby się policja.

Próba nr 1: osobiście. 100 m dalej stał radiowóz, w środku policjanci. Podeszliśmy, popukaliśmy w szybę, przedstawiliśmy sprawę. Stwierdzili, że to już nie ich rejon, bo po drugiej stronie głównej ulicy i mamy dzwonić. Fajnie.

Próba nr 2: chłopak dzwoni. Babka w słuchawce zapytała się o adres. Podał jej ulicę i punkty charakterystyczne, ale numeru nie da, bo facet się porusza, ale między powiedzmy 10 a 20. Nie, ona potrzebuje konkretnego adresu. Powiedział, że niech będzie 20. Babka chwilę podumała, powiedziała, że jednak nikogo nie wyśle, bo raz, że może już go tam nie być, a dwa, nie stanowi niebezpieczeństwa.

Próba nr 3: po kilkunastu minutach przechodzimy po drugiej stronie ulicy, niestety tym razem już "rzucał się" do przechodniów, co nieopatrznie nie obeszli go szerokim łukiem, wymachiwał czymś w ręce i wołał... trudno stwierdzić do końca, ale nie brzmiało to pokojowo. Tym razem zgłoszenie zostało przyjęte - czy skutecznie nie wiemy, bo wracaliśmy do domu.

Fajnie wiedzieć, że na panów niebieskich można liczyć :).

Uprzedzając komentarze: wiem, być może mają w wytycznych, że przyjeżdżają tylko do czynu już dokonanego. Ale naprawdę nie trzeba wielkiego wysilenia szarych komórek, żeby się domyślić, że coś może się stać złego - i przyjadą już do na ten przykład pobicia. A może to był ciężki epizod jakiejś choroby psychicznej i delikwent powinien trafić pod odpowiednią opiekę, by by sam sobie zrobił krzywdę?...

policja

Skomentuj (20) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 79 (87)

#87648

~Hagi ·
| Do ulubionych
Pojawiły się historie młodych mam to dodam też swoja. Na wstępie dodam, że mam 3 letniego i 2 miesięcznego syna, a piekielny jest maż który swoja nadopiekuńczością i troska mnie wykańcza. Każda z jego decyzji czy działania wydaje się rozsądna i odpowiedzialna, ale ilość takich sytuacji uniemożliwia normalne życie.

Syn do przedszkola chodził jesienią może z 4 tygodnie, ale potem zrezygnowaliśmy ze względu na zbliżające się narodziny dziecka i rekordowe liczby zakażeń. Teraz nie mogę doprosić się jego powrotu, bo “nie ma bezpośredniej potrzeby, przecież siedzisz w domu i nie ma co ryzykować choroby”. Jest w tym logika, ale nie bierze pod uwagę, że kontakt z rówieśnikami bardzo dużo dawał starszemu i teraz koszmarnie rozrabia, by zwrócić na siebie uwagę, a ja jestem wykończona, bo młody w nocy nie śpi i ciągle płacze.

Nie spotykamy się z żadnymi znajomymi, nigdzie nie wychodzimy, nawet do sklepu nie mogę wejść bo to ryzyko i po co maliznę narażać.
Codziennie musi być dwudaniowy obiad i owoce naszykowane, bo to takie ważne by dziecko się zdrowo odżywiało. Zamówić coś do domu to problem (nie finansowy- tu nas spokojnie stać na takie coś), ale ktoś musiałby przywieść a to wiadomo ryzyko.

Spacery są ok, ale z dala od ludzi- nie między blokami tylko najlepiej w pola, gdzie nikogo nie da się spotkać. Ja przez to nie mam nawet do kogo się odezwać. Maż też siedzi w domu, nie chodzi na żadne imprezy, ale pomagać kumplowi remontować mieszkanie chodzi i dodatkowe konsultacje telefoniczne są norma.

Mogłabym wymieniać i wymieniać, ale wspomnę tylko, że wnuka dziadkom musiałam pokazywać przez okno- wiadomo mogliby wirusa przynieść.

Dom

Skomentuj (33) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 72 (90)

Podziel się najśmieszniejszymi historiami na
ANONIMOWE.PL

Piekielni