Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

 

#85124

(PW) ·
| Do ulubionych
Byłam z pięcioletnim synem w muzeum ewolucji. Nie jakimś wybitnym, ale uważam, że jednak jakieś standardy zachowania w takim miejscu obowiązują. Przed wejściem mu wytłumaczyłam, że w muzeum nie wolno krzyczeć ani biegać. W środku mówił do mnie szeptem.

Zaraz po nas weszła rodzina z dwójką dzieci. Starsze miało jakieś 8-10 lat, a młodsze - na oko 2.
Starszy syn latał od gabloty do gabloty i krzyczał: o, tata, patrz! Zobacz! Ale fajne! Tata! Nie byłam w stanie swojemu synowi niczego powiedzieć o wystawie, bo sama nie słyszałam własnych słów.
Młodszy syn walił rękami w szybę.
Rodzice najwyraźniej nie uważali, że nie jest to zachowanie nieodpowiednie w muzeum, bo w ogóle nie reagowali.

Jak się odwróciłam do rodziców, żeby zwrócić im uwagę, to młodszy akurat przygrzał w coś głową i zaczął strasznie płakać, ale rodzice musieli chyba zauważyć, że coś jest nie tak, bo ojciec zwrócił się do starszego ze słowami "wiesz, tu chyba nie można tak głośno się zachowywać".

No chyba faktycznie nie można. Szkoda tylko, że sam na to nie wpadł.

Skomentuj (1) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 85 (93)

#85104

(PW) ·
| Do ulubionych
Mam dobrą koleżankę, fajna dziewczyna, miła, choć dosyć cicha i łagodna, ona z kolei ma męża o którym można by było książkę na piekielnych napisać.

Aby jak najlepiej przybliżyć jego postać, to niestety ale modne ostatnio memy o Januszach nosaczach, oddają jego charakter w 99% (włącznie z tym, że jeździ starym Passatem). Przy piwie jest głośny, ignoruje resztę, opowiada żenujące historie, albo puszcza muzykę, którą lubi tylko on. Jak to się stało, że są razem to nie wiem i wolę się nie wtrącać, jeśli dobrze im ze sobą, to mi pozostaje tylko go unikać.

Ostatni raz widzieliśmy się przypadkowo na mieście i opowiedział jak to nasz wspólny kolega Wojtek go urządził. Zainteresowaliśmy się co takiego on mu zrobił, tym bardziej, że Janusz na twarzy poobijany, warga rozcięta, ogólnie wyglądał nieciekawie.

Janusz poprosił Wojtka, żeby mu pomógł wynieść szafę do piwnicy, a po wszystkim usiedli tam i wypili parę piw. Po tym Januszowi było mało więc wyjął flaszkę i namawiał kolegę, żeby ją też wypili, ale Wojtek po kieliszku, zostawił go w tej piwnicy. No więc cóż miał biedny począć, dokończył ledwie napoczętą butelkę i spróbował wrócić do domu, ale spadł ze schodów i się poobijał.

Według Janusza cała ta historia to wina Wojtka, bo co to za kolega, co drugiego zostawia. Na pytanie po co wypijał resztę alkoholu, nie umie odpowiedzieć, ale to też wina Wojtka. Jego żona solidarnie sprawy nie komentuje, a sam 'winny' urwał z nim kontakt, podając numer psychiatry. Oburzony Janusz szukał u nas poparcia, ale cóż... nie znalazł.

Skomentuj Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 79 (89)

#85108

(PW) ·
| Do ulubionych
Pracuję w urzędzie miasta. Od paru lat mam "pod sobą" wiaty przystankowe. Uszkodzone ławki, wybite szyby, pomalowane ścianki zdarzają się kilka razy w miesiącu. Ustawowo, po każdym takim incydencie muszę sprawę zgłosić na policję.

Jakiś czas temu w mieście miała miejsce bójka - ktoś kogoś wkurzył, więc ten zdenerwowany ktoś z pomocą ziomków rzucił prowodyrem o wiatę, roztrzaskując szybę człowiekiem w drobny mak. Była karetka pogotowia, była również policja. Z tego co mi wiadomo od kolegi policjanta - który tego dnia znajdował się w miejscu zdarzenia, choć akurat miał urlop, panowie zostali spisani, a ten którym rzucano pojechał do szpitala.
Moim obowiązkiem, jak wyżej wspomniałam, było zgłoszenie zniszczenia mienia na policję, co tez niezwłocznie
uczyniłam.

Dziś otrzymałam pismo z organu ścigania:
"Postępowanie umorzono z powodu niewykrycia sprawcy czynu".

policja

Skomentuj (5) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 118 (122)

#85103

(PW) ·
| Do ulubionych
Mam dzisiaj natchnienie, będzie druga część. W pierwszej było mylenie opiekunki ze sprzątaczką/gosposią, teraz będzie wymaganie od opiekunki zdolności nadprzyrodzonych, a mianowicie umiejętności jasnowidzenia.

Ja wiem, że w domu u swojej mamy/cioci/babci czujecie się jak u siebie. I że dokładnie wiecie, gdzie co jest. Więc jeśli zatrudniacie opiekunkę, to poinformujcie ją o tym, do cholery!

Sytuacja nr 1 - przychodzę do podopiecznej na 4 godziny, zastaję karteczkę: "Przed wyjściem proszę dać mamie kisiel, jeśli nie będzie spała, bo ja będę późno, żeby nie była głodna". Nie ma problemu, tylko gdzie ten kisiel? Duża kuchnia, z milionem szafek i szafeczek, otworzyłam jedną, drugą - nie ma. Po dłuższym wahaniu otworzyłam trzecią, no nadal pudło, nie będę dalej grzebać, tym bardziej że w kuchennych szafkach były bardzo prywatne rzeczy, nie czuję się upoważniona do przeszukiwania czyjegoś mieszkania! Mama na szczęście spała, zostawiłam kartkę wyjaśniającą sytuację, otrzymałam informację zwrotną, gdzie szukać kisielku/budyniu (w szufladzie! nie wpadłabym na to...) i na przyszłość było OK.

Sytuacja nr 2 - tu już sprawa poważniejsza, bo chodziło o leki. Pierwsza wizyta, ustalenia, uzgodnienia, m.in.: "mamie trzeba podać leki". Wszystko rozumiem, pudełeczko z lekami na stole, rozpiska jak je podawać też, jaki może wystąpić problem? Ano taki, że kiedy przychodzę na drugi dzień, nie ma ani leków, ani rozpiski... Ponieważ pani leki wziąć musi, a ja absolutnie nie czuję się upoważniona do myszkowania po całym mieszkaniu w celu znalezienia ich, no to dzwonię/piszę sms-a (teraz już nie pamiętam). Odpowiedź - "No przecież leki są w barku w dużym pokoju, a rozpiska w trzeciej szufladzie od dołu, nie wie pani?". No nie wiem, skąd mam wiedzieć, jeśli nikt mi nie powiedział? "No ale one zawsze tam są!"... Aha...

Sytuacja nr 3 - znowu leki. Tutaj (do czasu) wszystko bez zarzutu, leki na stole, rozpiska tuż obok, przychodzę któregoś dnia i przygotowuję leki do podania. Jeden, drugi, trzeci... ups, nie ma kolejnego! Przeszukuję całe pudełko, no nie ma! "Wygooglałam" sobie ten lek, dosyć ważny, więc co mam robić? Telefon/sms do rodziny - "A nie, lekarz jej ten lek odstawił, nie trzeba go już podawać! No chyba jak go nie ma, to jest oczywiste, że nie trzeba podawać, prawda?". Nie. To nie jest oczywiste. Mogło po prostu skończyć się opakowanie danego leku, a nowe być w jakimkolwiek miejscu mieszkania. Oczywiste dla mnie byłoby wtedy, gdyby lek został wykreślony z rozpiski - a nie był!

Chyba powinnam zainwestować w szklaną kulę...

opieka

Skomentuj (5) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 118 (120)

#85009

(PW) ·
| Do ulubionych
Zatrudniałem 6 ludzi do mało wymagającej fizycznie i psychicznie pracy w Polsce południowo-wschodniej.

Warunki: minimalna krajowa na umowie o pracę za etat, bez żadnych bonusów, adekwatnie do wymagań stanowiska.

Chętnych było ok. 28.

Ok. 10 odpadło na etapie rozmów telefonicznych po tym, jak usłyszeli, że trzeba być trzeźwym w robocie.

18 przyszło na dzień próbny, 10 wpuściliśmy - reszta nietrzeźwa.

Z tych 10 za alkohol przez kolejny tydzień odpadło 7.

Zostało mi 3 asów, słownie: trzech.

Ok. 1/10 niewykwalifikowanych mężczyzn w wieku produkcyjnym we wspomnianym regionie nie ma problemu z alkoholizmem. Ok. 9/10 ten problem ma.

Nie wiem, czy tak trafiłem, czy tak to rzeczywiście wygląda, ale no: tragedia.

Skomentuj (49) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 135 (161)

#85092

(PW) ·
| Do ulubionych
Krótka historia z wakacji w Polsce.

Stałam sobie na przystanku i czekałam na autobus. Miałam wrażenie, że ludzie się na mnie dziwnie patrzą (chyba każdy wie, o co chodzi), więc postanowiłam sprawdzić swój makijaż, czy nic mi się nie rozmazało.

W tym celu wyciągnęłam puderniczkę z lusterkiem, otworzyłam ją, odwróciłam się, by dyskretnie sprawdzić, czy wszystko jest na swoim miejscu, uniosłam ją do poziomu twarzy i... jakaś dziewczyna wyrwała mi ją z ręki i uciekła.

Puder z MAC-a, za około 100 zł, zużyty w połowie.

Brak słów.

Chciwość?

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 132 (240)

#84881

~Hipox ·
| Do ulubionych
Kolejna opowieść o dyskryminacji.

Studiowałem na Szanowanym Uniwersytecie, na kierunku wybitnie zdominowanym przez płeć piękną - faceci stanowili może ułamek procenta (możliwe nawet, że byłem jedyny).

Jako osobnik płci męskiej, u wykładowców (też facetów) praktycznie zawsze dostawałem najniższą ocenę z zaliczeń/egzaminów, niezależnie od tego, jak dobrze byłem przygotowany.

W jednym z przedmiotów wybijałem się ponad koleżanki, czego nie dało się nie zauważyć. Przedmiot zakończony z oceną 3. Do dziś nie wiem, czemu panowie oceniali mnie tak negatywnie (choć trzeba przyznać, że nigdy mnie nie uwalili ;) ).

A teraz z drugiej strony: na jeden z egzaminów ustnych przeprowadzanych przez Panią Profesor przyszedłem totalnie nieprzygotowany. Połowa roku miała poprawki. Ja zaliczyłem na 4 - koleżanki z grupy, które odpowiadały śpiewająco na każde pytanie, otrzymały 2.

Do dziś zastanawiam się, gdzie w tym wszystkim jest logika.

Widocznie Szanowane Uczelnie mają swoje wewnętrzne prawa. ;).

Szanowana Uczelnia

Skomentuj (20) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 38 (100)

#84872

~kotekBonifacy ·
| Do ulubionych
Nastały letnie upały, toteż wydobyłam z czeluści swej szafy kostium kąpielowy i ruszam na basen.

Szybkie kupno biletów w kasie, pasek magnetyczny na rękę i hop do przebieralni.

Zwinięte w kulki paragony i zużyte chusteczki - no ok, pewnie wypadły komuś z kieszeni.

Porzucony grzebień - no ok, pewnie ktoś zostawił przypadkiem i teraz szuka.

Pół przebieralni wymazane jakimś wodoodpornym mazakiem. Nie wygląda to na dzieło małych dzieci, a raczej zagorzałych kibiców.

Dobra, nie ma co narzekać. Przechodzę przez natryski, aby dostać się na halę basenową.

Guma do żucia przylepiona do płytek pod prysznicem. Kosza na śmieci, co prawda, w pobliżu nie ma, ale na basen raczej nikt nie zabiera jedzenia, a jeśli już, to można je zostawić w szafce (zamykanej na ów pasek magnetyczny), która znajduje się przed natryskami, prawda?

Wreszcie hala basenowa. Ruszam w stronę głównego basenu.

Pół metra od brzegu - niespodzianka. Po podłodze wala się...

... spory kawałek dorodnego kalafiora.

basen

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 95 (131)

#85066

(PW) ·
| Do ulubionych
Przeczytałam właśnie tę historię: https://piekielni.pl/85063 i przypomniała mi się inna.

Kiedy dzieciak koleżanki skończył rok, a ona z mężem przeprowadzili się do większego mieszkania, postanowili przygarnąć psa. Oboje z mężem zawsze mieli jakieś zwierzęta w domu, po ślubie, gdy mieszkali w wynajmowanym mieszkaniu, właściciel nie zgadzał się na zwierzę, potem ciąża, opieka nad dzieckiem, remont nowego mieszkania, dlatego w tym okresie nie chcieli żadnych kolejnych zobowiązań, aż do czasu wyprowadzenia się na swoje.

Pojechali do schroniska, przygarnęli fajnego kundla (takiego średnich rozmiarów, już dorosłego), przyprowadzili do domu, wcześniej wyjaśnili dziecku (na ile tak małemu dziecku da się pewne rzeczy objaśnić), co i jak. No i super. A raczej super być powinno, bo któregoś razu, już po jakimś czasie od przyprowadzenia psa, dziecko w nocy dostało ataku duszności.

Pogotowie, leki przeciwalergiczne, sytuacja niby opanowana tymczasowo, ale w późniejszym okresie ataki się powtarzały. W międzyczasie wizyty u alergologa, podobno u takich małych dzieci nie robi się testów i nie przeprowadza odczulania, ale drogą eliminacji wyszło, że dzieciak najprawdopodobniej ma alergię na sierść psa.

Co było zrobić? Koleżanka i jej mąż postanowili, że muszą znaleźć nowy dom dla psa, a robili to z bólem serca, bo i oni się przywiązali do kundla, i on do nich. W rodzinie nikt nie miał możliwości przygarnięcia, znajomi nie chcieli, więc... wrzucili ogłoszenie na FB i ze wstydem poprosili jakąś fejsbukową grupę zwierzolubów o pomoc. Zależało im na znalezieniu dobrego domu, ale komentarze, które pojawiły się pod ogłoszeniem sprawiły, że przestałam się dziwić, dlaczego niektórzy wywożą zwierzaki do schroniska lub lasu. A były w stylu:

- Alergia to nie koniec świata, można odczulić dziecko i żyć dalej (i bardzo dużo komentarzy w stylu: mam alergię i zwierzę, więc nie dramatyzuj, że musi przyjeżdżać pogotowie, dziecku wyjdzie to na zdrowie).
- Jestem alergiczką i mam 3 koty, a moja córka alergiczka ma 2 psy. Wstydź się kobieto!
- Przygarnąć pieska łatwo, ale jak się pojawiły pierwsze problemy, to od razu wyrzucić. Nie dorosłaś do posiadania nawet kwiatka na parapecie, a co dopiero zwierzęcia.

Ostatecznie pies znalazł dom... w bloku po drugiej stronie ulicy. Ktoś znalazł ogłoszenie na FB, skontaktował się z koleżanką i od słowa do słowa wyszło, że mieszkają na tym samym osiedlu. Pies jest szczęśliwy, ma psią koleżankę w domu i wiedzie przyjemne psie życie.

psy zwierzęta

Skomentuj (74) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 133 (151)

#85091

~Niemalekko ·
| Do ulubionych
Moja mama - kobieta-skarb dla takiego drania jak ojciec.

Ojciec w zwyczaju ma "wylane" na mnie i młodszego brata. Jeszcze bardziej wylane ma na mamę, ta z kolei go kocha ponad życie.
Zawsze mówi, że ojciec to miłość jej życia i ma szczęście.
Pozwala mu dosłownie na wszystko, sama urabia ręce po łokcie, biorąc wszystkie nadgodziny, zajmując się domem, nami i wszystkim innym.

On nigdy jej nie pomagał - w niczym. Do tej pory pamiętam jak kiedyś zachciało mu się "pracować" i po trzech godzinach siedzenia w ochronie przy monitorach był tak zmęczony i wściekły, że resztę dnia spędził na kanapie, narzekając, jak on to ciężko pracuje. Co robi na co dzień? Nic. Nie pracuje co najmniej od siedmiu lat.

No, chyba że mowa o wydawaniu ciężko zarobionych przez mamę pieniędzy. Nosi markowe ciuchy, ma drogi zegarek, super samochód kupiony za kredyt (oczywiście kredyt na mamę). Dzień spędza śpiąc do południa, jedząc obiady w restauracjach (chodzi sam), potem jada obiad w domu, wychodzi na golfa, idzie sobie po zakupy, wraca łaskawie do domu i docina matce, manipulując jej humorem.

Wydaje się Wam, że jesteśmy zamożną rodziną? Nic bardziej mylnego. Ledwo wiążemy koniec z końcem. Gdyby nie dobra praca mamy, poszlibyśmy z torbami. Rachunki nigdy nie są płacone na czas i czasami brakuje jedzenia. 70% budżetu rodziny wydaje na siebie ojciec. Ma własną lodówkę na zamek w piwnicy.

Przez cały okres szkoły musiałam jak najszybciej wracać do domu, żeby zająć się bratem. Zostawał z bezrobotnym ojcem, który trzylatka zostawiał zamkniętego w pokoju albo salonie z zabawkami i butelką, przez sześć godzin go nawet nie karmił, nie wspominając o przewijaniu. Oglądał sobie telewizję, grał albo spał czy jadł i ignorował płacz własnego dziecka.

Co na to mama? Broniła go, jak zawsze. Nie da na ojca złego słowa powiedzieć, sama traktuje go jak jakiegoś boga. Wiem, że to jest toksyczna miłość z jej strony i cała jej rodzina się przez to odwróciła, bo sama jest ślepa i nie słucha nikogo.

Przez wiele lat wszyscy próbowali różnymi sposobami przemówić do niej, że ten człowiek ją wykorzystuje. Ale ona jest ślepa. Daje sobą pomiatać, jest szczęśliwa, kiedy oddaje mu wszystkie pieniądze, biega za nim bez przerwy i go rozpieszcza. Nas traktuje ogólnie dobrze i dba o nas - ale jeśli postawić dobro ojca na nasze, to on zawsze u niej wygrywa.

Kiedyś mama była w szpitalu na poważnym zabiegu. Spędziła tam kilkanaście dni. Razem z bratem musieliśmy go błagać, żeby zawiózł nas ją odwiedzić. Któregoś wieczoru było losowanie lotto. Do wygrania były 4 miliony. Mama kazała nam kupić kupony. Siedziałam z bratem w salonie kiedy czytali wyniki.

Nie, nie wygraliśmy, ale postanowiłam, że zrobię z brata jaja i będę udawała, że mamy wygraną. Zaczęłam krzyczeć, udawać, że płaczę, skakać i się drzeć. Brat próbował mi wyrwać kupony, żeby sprawdzić, a ja specjalnie trzymałam je w górze i darłam się, że wygraliśmy piątkę. Nagle coś mnie mocno uderzyło i poleciałam na szafkę. Ojciec wyrwał mi kupony i pyta przerażonego brata, co się stało. Kiedy dowiedział się, że wygraliśmy pieniądze, pobiegł bez słowa na górę. Nawet nie upewnił się, czy to prawda.

Byłam w takim szoku, że nie mogłam się ruszyć. Brat cały zaryczany. Czuję, jak coś ciepłego mi spływa po plecach. Rozcięłam sobie tył głowy o kąt szafki, na którą mnie przewrócił.

Z góry było słychać dziwne dźwięki. Nagle pojawia się ojciec z wielką walizką i po prostu bez słowa wychodzi z domu. Tak po prostu nas zostawił, krwawiącą piętnastoletnią córkę w ciężkim szoku i wyjącego siedmiolatka. Zapakowałam brata na bagażnik w rowerze i pojechaliśmy do dziadków, z którymi nie mieliśmy kontaktu od kilku lat (mieszkali 4 km dalej).

Potem działo się szybko, szpital, policja, pojechaliśmy do mamy. Zaczęła wrzeszczeć, że kłamię. Wymyśliłam sobie to wszystko. Chcę zniszczyć naszą rodzinę. Przez kolejny dzień było pełno dramatów. Zatrzymaliśmy się u dziadków. Ojciec nagle się pojawił i grał przykładnego męża. Wrócił w dniu, kiedy mamę przywieźli ze szpitala. Nie powiedział ani słowa. Tak jakby ta sytuacja nie miała miejsca. A ona przywitała go z otwartymi ramionami. Od trzech lat mieszkamy z bratem z dziadkami. Z ojcem nie mamy już wcale kontaktu, a matka nas odwiedza. Ani razu nie zapytała, czy nie chcemy wrócić. Nie chce słyszeć o żadnym leczeniu, a cała sytuacja dla niej nie istnieje.

Uważa, że ma wspaniałego męża i jest w szczęśliwym związku. Czy to jest ta słynna ślepa miłość czy głupota?

Skomentuj (17) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 253 (401)

Podziel się najśmieszniejszymi historiami na
ANONIMOWE.PL

Piekielni