Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

 

#89940

przez ~ljlkkh ·
| Do ulubionych
Kojarzycie takich mechaników samochodowych, którzy wciskają klientowi kit, że ma w aucie mnóstwo rzeczy do naprawy i to na już, bo jak nie, to auto mu się całkiem posypie? Ja ostatnio trafiłem na dwoje takich dentystów. Co ciekawe, oboje w Warszawie.

Mieszkam gdzieś tam, a służbowo spędzam w Warszawie łącznie 1/4 roku. Zęby robię u swojej zaufanej dentystki u mnie w mieście, już od dobrych 15 lat. Pani ta jest świetna i ma taką renomę, że trzeba się umawiać z naprawdę dużym wyprzedzeniem. Kto robił zęby, ten wie, że dobry dentysta to skarb, a w tym zawodzie nie brakuje naciągaczy.

W zeszłym roku, akurat będąc w Warszawie, zauważyłem ubytek w zębie i wiedząc, że u siebie będę dopiero za kilka tygodni, postanowiłem iść tutaj do dentysty. Poradziłem się znajomego i poszedłem do podobno dobrej dentystki. Na dzień dobry dowiedziałem się, że mam 11 rzeczy do zrobienia, z czego 8 pilnie, bo jak nie, to będzie kanałowe albo rwanie, bo jest tragicznie. Zdziwiłem się i trochę przestraszyłem, że kupę kasy wydam. Zrobiła mi dwa zęby, wybuliłem srogo i już obliczam ile jeszcze wybulę.

Przyszedł czas powrotu do mojego miasta, więc umówiłem się do swojej dentystki zrobić kolejne zęby. Pani zagląda i mówi, że widzi tu tylko jedną rzecz do zrobienia i na upartego jeszcze jedną, ale to już nie tak pilnie. Powiedziałem, że dentystka w Warszawie mówiła, że mam 11 rzeczy do zrobienia, a obecnie 9, bo dwie zrobiła. Pani się uśmiechnęła i powiedziała, żebym więcej tam nie chodził.

W zeszłym tygodniu znów musiałem wybrać się do dentysty w Warszawie, tym razem do innego, może dla odmiany trafi się uczciwy. Niestety. Zajrzał do gęby i od razu zaczyna wyliczać, że do zrobienia jest, to, to, to, tamto i sramto. 7 rzeczy naliczył.

Miałem ochotę mu nawrzucać i wygarnąć, że jest naciągaczem i nie różni niczym od pospolitego janusza cwaniaczka, ale co by to dało? Powiedziałem tylko, że jednak nie skorzystam z jego usług i wyszedłem.

dentysta

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 101 (105)

#89908

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Dlaczego kobiety są takie złośliwe dla innych kobiet?

Jestem w 8 miesiącu ciąży, czuję się dobrze, wszystko z małym w porządku. Nie mam problemów z żylakami, opuchlizną. Zawsze byłam drobną osobą i ciąża tego nie zmieniła, wyglądam tylko jakbym połknęła wielkiego arbuza. Za zgodą lekarza mogę wciąż pracować. Chcę pracować, chcę mieć kontakt z ludźmi, a nie zamykać się w domu bo ciąża.

Co usłyszałam od "koleżanek" w pracy?
- "no nie powinnaś pracować w ciąży, bo przez ciebie my, które chodzimy na zwolnienie w ciąży wyglądamy źle w oczach innych";
- "ty już nie chodzisz, a się toczysz";
- "ale jesteś wielka";
- "czekaj, teraz na koniec cię rozepchnie, zobaczysz przytyjesz 30 kg";
- "ale zaraz spuchniesz";
- "ale z ciebie grubasek";
- "ale masz brzucha".

Niby głupoty, ale w ciąży przy burzy hormonów takie teksty mogą siąść na głowę. Czasami robi mi się przykro od takich komentarzy, tym bardziej, że mówią je kobiety, które były w ciąży.
Nigdy by mi do głowy nie przyszło, aby kierować uszczypliwości w stronę ciężarnej, a nawet po prostu kobiety. Jeśli nie mam nic miłego do powiedzenia to się po prostu nie odzywam.

Dla porównania od Panów nigdy nie słyszałam komentarza odnośnie mojej wagi czy gabarytów. Wręcz przeciwnie, jeśli temat schodzi na moją ciążę to zawsze jest pozytywny. I tak zachowują się nie tylko ci, którzy mają żony i dzieci, również kawalerowie, którzy nie mieli praktyki obycia z ciężarną.

- "ślicznie wyglądasz";
- "super, że się dobrze czujecie i możesz funkcjonować jak przed ciążą";
- "wyglądasz jakbyś tylko arbuzika połknęła";
- "promiejesz w ciąży";
Co odważniejsi zapytają czy mogą dotknąć brzucha.

Baby są naprawdę jakieś inne...

Skomentuj (50) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 85 (119)

#89514

przez ~Stranger88 ·
| Do ulubionych
Pracuję w zakładzie diagnostyki obrazowej.
Pacjentów szpitalnych na badania przyprowadzają sanitariusze - i o jednym z nich będzie ta historia.

Z facetem nie było problemów przez dłuższy czas. Niestety z jakiegoś powodu zaczął pić, co odbijało się na jego pracy.
Przykład - zaczął mylić pacjentów. Szczęśliwie dla nich technicy pytają się o imię i nazwisko przed wykonaniem badania. Sanitariusz został pouczony. Mogłoby się wydawać, że sprawa załatwiona.
Okazało się, że to był dopiero początek.
Facet przychodził/przyjeżdżał z pacjentem nawalony jak szpadel. Były telefony do ordynatora oddziały, gdzie pracował - oczywiście nic nie zostało zrobione. Od innych sanitariuszy dowiedzieliśmy się po fakcie, że grzał wódę w pracy. Ich rozmowy z nim nic nie dawały.
Potem w zakładzie zaczęły "wychodzić" nam za szybko płyny dezynfekcyjne (to były czasy jeszcze przedpandemiczne, kiedy zużycie było mniejsze). Tak, facet chlał te specyfiki.

Jednak hitem była inna sytuacja, którą powtarzamy młodszym kolegom jako anegdotę. Sanitariusz miał przyjechać z pacjentem na zdjęcie rtg. Więc przyjechał z łóżkiem. Pustym.

Popracował później jeszcze kilka-kilkanaście miesięcy. Musiał potem odstawić jeszcze jakąś akcję (o której nie wiem), bo przestał się pojawiać w pracy.

Jak to w życiu bywa podzielił los każdego pijaka i zachlał się na śmierć.

szpital sanitariusz

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 103 (113)

#89938

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Dzieci w przestrzeni publicznej... było o tym już sporo historii, ale dodam kolejną.

Umówiłam się na kawę z dawno niewidzianą znajomą, nazwijmy ją Magda.

Magda wyjechała do innego miasta, kontakt miałyśmy sporadyczny, głównie przez messenger, ale akurat na weekend miała przyjechać do rodzinnego miasta, do którego ja też się wybierałam, zaproponowała kawę, pomyślałam - czemu nie.

Magda ma córkę, 3-letnią. Zapytała, czy mam coś przeciwko, że będzie z nią. Nie miałam nic przeciwko, umówiłyśmy się na wczesne popołudnie, w lokalu, który miał nawet mały kącik zabaw dla dzieci, (stolik, kredki, kilka maskotek itp.), więc czemu nie.

Córka Magdy okazała się, hmmm... jak to mówią, "żywym srebrem", choć pewnie ktoś mniej wrażliwy mógłby ja nazwać wręcz "niewychowanym bachorem".

Kącikiem zabaw zainteresowała się na jakieś 5 minut. Po pomazaniu kilku kartek papieru zaczęła rozrzucać kredki, rzucać maskotkami. Podbiegała do Magdy, próbując wdrapać się jej na kolana, po czym odbiegała - między stolikami. Podbiegła do wystawy, gdzie za szybą były różne słodkości i zaczęła w nią uderzać pięścią, krzycząc na cały głos "chcę to, chcę, chcę, CHCĘĘĘĘĘĘĘĘĘĘĘĘĘĘ!".

Na ogół nie wtrącam się do cudzych dzieci, ale wszystko ma granice i wstyd mi było, bo Magda kompletnie nie reagowała na to, co robiła mała, więc zasugerowałam jej, żeby zwróciła jej uwagę, bo no przecież to może przeszkadzać innym i jest na tyle duża, że nie powinna się tak zachowywać.

Magda odparła, że ona nie chce, by córka ulegała "społecznym stereotypom", a normy i zakazy niszczą "naturalną kreatywność" dziecka i że dla niej najważniejsze, by córka była "po prostu sobą", "wyrażała emocje" i "zachowywała się tak, jak jej każe jej wewnętrzne ja".

Moja uwaga, że jest jeszcze coś takiego jak wychowanie i że ignorowanie dziecka i jego potrzeb wg mnie wcale nie wpływa budująco na psychikę spotkała się z kolejną tyradą, jak to tzw. "dobre wychowanie" przyczyniło się do depresji (?!) i ogólnie stworzenia nieszczęśliwych, niezgodnych ze swoim "wewnętrznym ja" ludzi.

W tej sytuacji moje "wewnętrzne ja" nakazało mi wypić resztę kawy jednym haustem i zakończyć spotkanie pod zmyślonym naprędce pretekstem...

dzieci kawiarnia wychowanie

Skomentuj (22) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 106 (116)

#89927

przez ~Sora ·
| Do ulubionych
Listopadowy poranek, ok 7.00. Wracam do domu z zakupami (zero żarcia w lodówce) i na na samym środku ścieżki rowerowej, widzę coś co wygląda jak zwinięty w kłębek kot. Zaniepokojona, przyspieszam, i ku mojej uldze okazuje się, że to nie był kot, a duży kawałek betonu, który ktoś położył centralnie na ścieżce rowerowej, aby przeszkadzało rowerzystom. Co ważne, tego kawałka betonu nie było na ścieżce godzinę wcześniej, gdy szłam po zakupy.

Jak na****ne we łbie musi mieć ktoś, kto przytaszczył taki kawał (ważący pewnie z dobre 20 - 30 kg), tylko po to aby powalić go na ścieżce rowerowej? Mogło to nie tylko spowodować wypadek, ale utrudniało życie wszystkim - rowerzyści albo zjeżdżali na chodnik albo objeżdżali ten kawałek.

Gdansk

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 96 (104)

#89918

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Tak się chciałam tylko wyżalić.
Moja matka jest osobą z natury dość trudną z charakteru, choćby dlatego, że wprost uwielbia ona wtrącać się w moje sprawy.
I nie chodzi tu o zwykłą troskę, ale kontrolowanie mojego życia od A do Z.
Choć na całe szczęście jej na to nie pozwalam, jednak od czasu do czasu i tak daje mi popalić.

Pech chciał, że część rzeczy trzymam w domu rodzinnym, czyli tam gdzie ona mieszka.
Zostawiłam tam m.in. spódnicę, która co prawda lekko wyblakła, ale dla mnie ma wartość mocno sentymentalną z pewnych powodów.
Jestem osobą, która dość mocno przywiązuje wagę do tego typu przedmiotów.

W ten weekend przyjechałam do domu i co się okazało?
Że zniknęła ona w tajemniczych okolicznościach.
Najpierw matula zapierała się rękami i nogami, że jej nie wyrzucała, ani nikomu nie oddała, ale przełożyła w któreś miejsce.
Dopiero później przyznała, że ją... wyrzuciła. Bo już jej się nie podobała (sic!).
Niestety nie mogłam tego przewidzieć, bo choć lubi ona zaglądać w moje szuflady, do tej pory niczego jeszcze nie wyrzuciła.
Ciekawe tylko ile jeszcze rzeczy zginęło, o których nie wiem...

Skomentuj (17) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 93 (107)

#89933

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Ależ piekielna potrafi być siła stereotypów i uprzedzeń!

Takie pobieranie krwi. Większość z Was przechodzi to raz czy tam kilka razy w roku i specjalnie nie zawraca sobie tym głowy. Ja jednak przechodzę to trochę inaczej.

W telegraficznym skrócie – nie mam żył. To znaczy nie, nie do końca, one gdzieś tam są, ukryte w fałdach mojej nader okazałej osoby, ale są jakieś takie cienkie, niewydarzone a ponadto ukryte na tyle głęboko, że zwykłe pobieranie krwi w moim przypadku urasta do rangi średniowiecznych tortur doprowadzając niemal do łez mniej doświadczone pielęgniarki (ja już się przyzwyczaiłam).

Scenariusz, niezależnie od tego czy jest to przychodnia państwowa czy prywatna, wygląda zawsze tak samo.

Rozpoczyna się grzebaniem igłą w czymś, co jest w zagięciu łokcia i wygląda jak żyła, ale nią chyba jednak nie jest. Po bezskutecznym grzebaniu w jednej następuje – równie bezskuteczna - próba grzebania w drugiej. Jak pielęgniarka jest wytrwała to i za trzecim razem się załapie na prace wykopaliskowe.

Potem następuje próba pobrania krwi z przedramienia, między zgięciem łokciowym, a nadgarstkiem, a na końcu uwieńczona powodzeniem i ogromnym siniakiem próba pobrania krwi z wierzchu dłoni.

I tak to się odbywało, póki nie nadeszła chwila zmiany pracy. Na lepszą, dużo, dużo lepszą.

Do nowej pracy, wiadomo, będą potrzebna badania.

Postanowiłam pójść zupełnie prywatnie ot tak, dla siebie samej, sprawdzić ten cukier i cholesterol, z którymi już jakiś czas temu zaczęły się problemy, bom baba duża i w sobie.

Naprzeciw mojego domu znajdowała się maleńka placówka określona szyldem „Analizy laboratoryjne”. Udałam się tam zatem. Ustawiłam się przed przybytkiem na 5 minut przed deklarowaną godziną rozpoczęcia jej pracy. Po dwóch minutach nadeszła zasuszona staruszka. Wielkim kluczem otworzyła przybytek i wmaszerowała do środka, gestem zachęcając mnie do podążenia za sobą.

Wmaszerowałam zatem, odwiesiłam płaszczyk na przeznaczone dla niego miejsce i zasiadłam na miejscu dla petenta za wielkim, wyglądającym na dębowe, biurkiem.

Po jego drugiej stronie zasiadła owa starsza pani. Powoli otworzyła wielką księgę, z namaszczeniem wpisała do niej moje imię i nazwisko, nazwę badania oraz kwotę, która się za badanie należała. Potem pobrała ode mnie gotówkę, włożyła do szuflady i wydała resztę.

Ufnie zasiadłam na krzesełku w poczekalni oczekując na przyjście pielęgniarki, która - jak zawsze - pogrzebie mi igłą w zagięciu mojego łokcia, podenerwuje się, zejdzie na przedramię, a potem pobierze mi krew z wierzchu dłoni, pozostawiając na pamiątkę ogromny siniak.

Jakież było moje zdziwienie i przerażenie, gdy staruszka - skrupulatnie zapisawszy wszystko w wielkiej księdze - podniosła się, założyła biały fartuch, zbliżyła się do umywalki, umyła starannie ręce, naciągnęła na nie jednorazowe rękawiczki, ujęła w dłonie igłę i... zaprosiła mnie na stanowisko do pobierania krwi!

Moja pierwsza myśl – uciekać! Skoro młode, sprawne pielęgniarki wykładały się na moich niedostępnych żyłach, to ta starsza pani mnie po prostu zmasakruje!

Na ucieczkę było jednak za późno.

Usiadłam, gdzie miałam usiąść, łapę wystawiłam, pani założyła opaskę uciskową, ręką popracowałam...

I... I co powiecie? Starsza pani wbiła mi bezbłędnie igłę w zagięcie łokcia, dokładnie tam, gdzie nigdy przedtem (i nigdy potem) nie było żył!

Pobrała, co miała pobrać.

Szkoda, że ten punkt już został zlikwidowany. Pewnie pani przeszła na zasłużoną emeryturę, Żałuję...

Skomentuj (39) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 118 (128)

#89926

przez ~oburzona ·
| Do ulubionych
Wiem, że to nie może nie końca dobre miejsce na takie wpisy, ale uważam, że piekielna jest postawa części społeczeństwa na temat ostatnio głośnej sprawy matki mieszkającej z małym dzieckiem w namiocie. Czytając artykuły na temat zwróciłam uwagę na dwie informacje. Dziecko było ubrane w koszulkę z krótkim rękawem i siedziało z trójką dorosłych ludzi z zadymionym od papierochów namiocie.

Jestem w szoku jak wiele osób użala się nad madkoosobą. Tak, pewnie nie mieszkała w namiocie z czystej fanaberii. Tak, nie zabiła dziecka (co za argument), tylko trzymała przy sobie. I za to należy jej się gloryfikacja? Nie wierzę w to, że normalna matka trzyma małe dziecko na mrozie w letniej odzieży, nawet jeśli zrządzeniem losu stała się bezdomna. Na papierosy były pieniądze, a na kurtkę z lumpeksu za parę złotych już nie?
A ludzie rzucają się, bo "nikt nie pomógł". A czy szukała pomocy? Z najnowszych informacji wywnioskowałam, że nawet już po odebraniu jej dziecka trzeba było ją nakłaniać do łaskawego przyjęcia pomocy.

Żeby nie był to jedynie taki wywód, przedstawiam analogiczną historię sprzed parunastu lat z mojej rodzinnej wsi.

Na wsi mieszkała z rodzicami niejaka Ania. Bieda u nich w domu aż piszczała. Ania po szkole nie robiła nic, czasem dorobiła coś u sąsiadów na gospodarce, ale pomysłu na życie nie miała. Rodzice załamywali ręce i gonili ją do roboty, bo sami byli biedni, a tu jeszcze dorosła córka siedzi na utrzymaniu. Ania mając 19 czy 20 lat zaszła w ciążę z miejscowym oprychem. Rodzice już totalnie załamani, ale mimo "wstydu na całą wieś" powiedzieli Ani, że dziecko pomogą odchować, a jak podrośnie to Ania musi swoje życie przemyśleć, żeby kompletnie się nie pogubić. Warunkiem było zerwanie znajomości z opryszkiem (znanym zresztą z tego, że i wypić, i przyłożyć, i narobić dzieciaków lubi). Nie, bo oni się kochają.

Tak więc Ania jeszcze w ciąży wprowadziła się do lubego, który mieszkał w walącej się melinie bez prądu i bieżącej wody. Ania w ciąży chodziła po wsi posiniaczona, często po nocach łaziła po wsi, jak luby akurat za dużo wypił i kazał jej się wynosić. Dziecko urodziła i nawet opowiadała jak to luby pod wpływem ojcostwa zmienił się o 180 stopni.

Zmiana chyba długo nie trwała, bo gdy dziecko miało ledwie kilka tygodni sąsiedzi zaczęli znowu słyszeć awantury, wrzaski, a teraz dodatkowo - płacz dziecka. Wieś jak wieś - nic na policję nie dzwonił, ale doniósł rodzicom Ani, którzy zawiadomili opiekę społeczną. Mówili jasno - córka zrobiła, jak chciała, jest dorosła, ale na krzywdę wnuka się nie godzą. Opieka zrobiła najazd na melinę, zastali syf, brud, zimno, smród, pijanego lubego i przestraszoną Anię. Dziecko zabrano do pogotowia opiekuńczego. Ania oczywiście chodziła po wsi i płakała, że jej rodzice życie niszczą, że syna jej odebrali przez nich i dla niej już nie żyją.

Brat i bratowa Ani zostali dla dziecka rodziną zastępczą. A Ania? Dziecko od tej pory miała gdzieś. Jakiś czas lała jeszcze krokodyle łzy, a potem nawet nie odwiedziła. Została jeszcze jakiś czas z lubym, który w końcu ją wywalił na zbity pysk. Nie wiadomo dokąd się wyniosła, jej rodzice mówią, że raz na rok jej się przypomni o dziecku. Odwiedza, a gdy dziecko traktuje ją słusznie jak obcą osobę, wychodzi obrażona jak dziecko. Sprawa o odebranie praw rodzicielskich w trakcie.

Tak, że mówcie co chcecie - normalna matka nawet w ciężkiej życiowej sytuacji myśli przede wszystkim o dobru dziecka i zrobi wszystko, żeby nie cierpiało, a nie będzie się nad nim znęcać (tak, bo siedzenie z lekko ubranym dzieckiem na mrozie albo narażanie go na mieszkanie z katem jest znęcaniem się), a nie jojczyć, że nikt jej nie pomógł - wcale tej pomocy nie szukając.

patologiczne matki

Skomentuj (40) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 155 (165)

#89915

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Mój operator komórkowy od kilku tygodni dąży do tego, bym w końcu przeszła do konkurencji.

Obecny numer telefonu mam od prawie 10 lat. Wcześniej u tego samego operatora miałam też pakiet internet/telewizja/stacjonarny, ale mój partner znalazł ofertę bardziej przystosowaną do naszych potrzeb u swojego operatora, więc niecały rok temu rozwiązałam umowę.
Do tej pory, i przez wszystkie te lata, Obsługa Klienta kontaktowała się ze mną bardzo sporadycznie sama z siebie. Raczej to ja inicjowałam kontakt.

Jednak od kilku tygodni, mam wrażenie, że operator skumał się z wyłudzaczami danych i innymi oszustami, bo dostaję kilka telefonów tygodniowo z ofertą na nowy światłowód, nową linię i inne gadżety. Dla równowagi fałszywe ubezpieczenia zdrowotne, ocieplenie domu za 1€ i próby wyczyszczenia mojego konta z kasy na szkolenia ustały.

Tydzień temu, w poniedziałek, odebrałam jedno z połączeń.
Po drugiej stronie, młodzieniec mówi do mnie: „Dzień dobry Pani. Widzę, że ma Pani u nas abonament na telefon komórkowy, ale nie ma Pani umowy na światłowód. Dlaczego?”
No, nie powiem... trochę mnie zaskoczył tą bezpośredniością.
Odpowiadam mu: „Ponieważ miałam u Was internet przez kilka dobrych lat, ale rozwiązałam umowę prawie rok temu, bo znalazłam lepszą ofertę gdzie indziej”.
Młodzieniec: Czyli niedługo kończy się Pani tam umowa jak już prawie rok minął, to może wrócić Pani do nas!
Ja: No, ale nie chcę do Was wrócić póki co, bo jestem zadowolona z obecnej usługi.
Młodzieniec chyba stracił nadzieję na premię albo przestraszył się, że go ze stażu wywalą, bo szybko się pożegnał i rozłączył.

Niestety, to nie koniec, bądź co bądź, uporczywych telefonów z różnych numerów. Dzisiaj (kolejny poniedziałek), widzę podczas zebrania, że znowu jakiś nieznany numer się dobija. Odrzuciłam połączenie myśląc, że jak to coś ważnego, to dzwoniący zostawi mi wiadomość. No nie... Numer zadzwonił drugi raz, a po kolejnym odrzuceniu, trzeci. W internecie zero informacji o tym, do kogo numer należy, więc jak zadzwonił po raz czwarty godzinę później, to odebrałam.

Facet po drugiej stronie przedstawił się jako mój operator i chciałby przedstawić mi nową ofertę na światłowód.
Odpowiedziałam mu od razu, ale spokojnie, że nie jestem zainteresowana i nie rozumiem dlaczego nie jest to odnotowane na moim koncie skoro mają taką informację od tygodnia, a poza tym chyba trochę przesadzają z telefonami, bo to już 4 połączenie, które otrzymałam w ciągu półtorej godziny. Rozumiem, że pewnie system sam wybiera numer, ale bez przesady.
Facet stracił mocno pewność siebie i zaczął mnie zapewniać, że więcej nie zadzwonią. Najwyraźniej system nie zapisuje ile razy nagabuje się klienta...

Zobaczymy czy dotrzymają słowa.
W każdym razie, ja raczej przeniosę numer do konkurencji jak tylko moje zobowiązanie wobec tej sieci wygaśnie pod koniec stycznia.

Operator komórkowy

Skomentuj (5) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 98 (106)

#89932

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Zainspirowana historiami Panów uciekających prawie sprzed samego ołtarza postanowiłam podzielić się swoją historią sprzed kilku lat.

Pan G. pojawił się w moim życiu jakiś czas po bardzo długim i niespodziewanie zakończonym związku. Od początku złapaliśmy wspólne flow: dużo wspólnych zainteresowań, jeszcze więcej takich, którymi siebie nawzajem zaraziliśmy.
Ja pokochałam dzięki niemu góry i zaczęłam tańczyć.
Pana G. natomiast zafascynowała moja miłość do wszelakiego czynnego sportu i długo go nie było trzeba namawiać, żeby zaczął mi towarzyszyć na siłowni, rowerze, kajaku i co tam sobie jeszcze wymyślałam.
Ciągle też powtarzał mi, że dzięki temu wyglądam świetnie, moja sylwetka bardzo mu się podobała.

Gdzie więc jego piekielność?
(to taki maciupeńki wycinek tego, co usłyszałam przez kilka tygodni).

Wszystko było jak w love story do momentu wspólnego zamieszkania.

Bo:
1. "ja nie miałem pojęcia, że ty tyle czasu potrzebujesz na te swoje siłownie (3 x w tygodniu po 1,5h). Ciągle cię nie ma w domu. Wracam zmęczony z pracy i muszę sobie jeszcze odgrzewać obiad" (ugotowany przeze mnie dzień wcześniej).
2. "sprzątałaś 4 godziny, a i tak jest brudno".
3. "twoja praca to nie praca, jest za lekka".
4. "za dużo pieniędzy wydajesz na siebie" (MOICH PIENIĘDZY, oczywiście płaciłam połowę rachunków, a wszystkie domowe zakupy robiłam ja...).
5. "zadzwoń do mojej mamy i zapytaj jak robić te kotlety".
6. i coś, co sprawiło, że po kilku tygodniach uciekłam (nie sprzed ołtarza, ale z jego domu):
"nie pojedziesz na 2-dniowe szkolenie z pracy, bo nie wypada, żeby kobieta spędzała noc poza domem"...

Także dziewczyny (i Panowie również), naprawdę poznacie kogoś dopiero, kiedy z nim zamieszkacie :)

Skomentuj (25) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 121 (127)

Podziel się najśmieszniejszymi historiami na
ANONIMOWE.PL

Piekielni