Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

 

#87809

~muuuka ·
| Do ulubionych
Dostałam jakiś czas temu las w słoiku. Świetna sprawa, dba się o niego bardzo prosto: trzymać w jasnym miejscu, choć nie bezpośrednio na słońcu, obserwować, czy woda skrapla się na ściankach i w razie potrzeby albo otworzyć wieczko na 1-2 godziny, albo odrobinę podlać, jeśli przesadzi się z wietrzeniem. Ale najczęściej funkcjonuje to w zamkniętym obiegu. Fajnie, nie?

Gdyby to było takie proste, nie byłoby tej historii. Moja matka uparła się, że nie umiem się nimi zajmować i koniecznie trzeba to nieszczęsne wieczko zdjąć, bo biedne roślinki padną. Tak więc gdy tylko wyjdę z pokoju, ona wparowuje do niego i wieczko zdejmuje. Pół biedy było jakiś czas temu, kiedy po prostu odkładała je obok. Ale ostatnimi czasy chowa je gdzieś, albo wyrzuca do śmieci (na szczęście nie zdążyła ich wynieść), albo w ogóle bierze cały słój i odstawia na parapet w swoim pokoju, gdzie są bezpośrednio na słońcu. Dlaczego to wszystko? Bo jej koleżanka miała takie "roślinne ustrojstwo" i jej padło. Winę zrzuciła na pokrywkę, poza tym kto to widział, rośliny muszą być na świeżym powietrzu. Próba wytłumaczenia, jak działa fotosynteza i oddychanie na nic się nie zdaje. Jak do tego dodamy fakt, że mam 16 lat i dla niej jestem małolatą, co nic nie wie o życiu (nie przeczę, ale to nie powód, żeby odmawiać mi jakiekolwiek wiedzy), to otrzymujemy mieszankę dość oporną na jakiekolwiek argumenty.

Jestem wykończona. O ile wyjście do toalety czy żeby zjeść obiad nie skutkuje znaczącymi zmianami dla roślinek, o tyle boję się wyjść z domu na dłużej. Niby można podlać, ale nie mam pojęcia, ile tej wody utraciły. Dolewam na oko, na razie trzyma się nieźle. Nie mogę dorobić zamka do drzwi, bo są z takiego materiału, że by się zniszczyły. Rozważam oddanie do dziadków, od których dostałam słój, bo u nich na pewno będą miały dobre warunki. Dla większości z Was to pewnie pierdoła, ale dla mnie mocno uciążliwe. Zwłaszcza od teoretycznie najbliższej osoby.

rodzina

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 116 (122)

#87752

(PW) ·
| Do ulubionych
Czytam od dłuższego czasu Piekielnych i szczerze nie przypuszczałam, że i mnie najdzie ochota, żeby dzielić się tutaj piekielną historią. A jednak...

Jestem w ósmym miesiącu ciąży. O dziecko staraliśmy się długo, więc dwie kreski na teście bardzo nas ucieszyły. Czerpaliśmy ogrom radości przy kompletowaniu wyprawki, urządzaniu pokoju dziecięcego i dokształcaniu się w tematyce noworodkowej (szkoła rodzenia, literatura dla przyszłych rodziców, różne webinary). Czas przeszły jest tu użyty nie bez przyczyny, ponieważ uznaliśmy, że skoro pokoik i wyprawka są gotowe, a wiedza teoretyczna (w zakresie, który uznaliśmy za wystarczający) zdobyta to ostatnie półtora miesiąca przed porodem chcielibyśmy (ja i mąż) poświęcić tylko dla siebie (na zrealizowanie drobnych pasji, wspólne wyjścia na tyle, ile w pandemicznym czasie to możliwe, dokończenie rozpoczętych książek, naukę języka, itp.).

Wiadomo, po narodzinach młodego czasu na takie drobne przyjemności będzie jak na lekarstwo. Ten piękny plan udałoby nam się zrealizować, gdyby nie część naszych znajomych. Znacząca większość to rozumie. Wiadomo, że temat dziecka (czy naszego czy ich) przewinie się w rozmowie, jednak nie jest to temat dominujący. Dla nas to jest zupełnie zrozumiałe. Ciężko nam natomiast jest rozmawiać z częścią znajomych, dla których temat dziecka jest tematem numer 1 (99.9% to rozmowa o pieluchach, rozszerzaniu diety, ząbkowaniu, kolkach, itd. 0.01% to przywitanie). Ja rozumiem, że życie młodych rodziców jest skupione wokół potomka, ale czy serio inne tematy już nie istnieją? Próby zmiany tematu kończą się fiaskiem. Ostatnio dzwoniąc do koleżanki (oczywiście młodej mamy) z życzeniami nawet nie byłam w stanie tych życzeń dokończyć, bo przez godzinę słuchałam monologu o dziecku i tematach z nim związanych.

Oczywiście, przy okazji dostajemy 1519000 cennych rad, jesteśmy wypytywani o to, jaką butelkę kupiliśmy (i przy okazji czemu tą, a nie inną), jaki model wózka i cała masa innych pytań tego typu. Aby położyć temu kres, poinformowaliśmy "zafiksowanych" znajomych o tym, że na ten ostatni miesiąc przed porodem chcielibyśmy ograniczyć tematykę dziecięco-niemowlęcą, skupić się na sobie i że chętnie porozmawiamy na każdy inny temat- o przysłowiowym wszystkim i o niczym. Naiwnie myśleliśmy, że to zrozumieją. No niestety nie...

W oczach niektórych zostaliśmy dziwakami i okropnymi przyszłymi rodzicami, którzy najwyraźniej nie mają pojęcia o życiu z noworodkiem. Jedna znajoma uznała, że powinnam iść do psychologa, bo to poczatek depresji. Najbardziej jednak irytują mnie próby "wyłudzania" informacji czy zdjęć. Nie chcę wysłać zdjęcia ciążowego brzuszka - od razu dostaję wiadomość w stylu "ale dlaczego? Większość kobiet lubi pochwalić się brzuszkiem, jest z niego dumna, itd. ". No ok, może i jest... Ale nie ja. Grzecznie mówię, że nie lubię się fotografować w ciąży. Odpowiedź? Tak, zgadliście.. Ale dlaczego i dalsze doszukiwanie się jakiegoś spisku czy już sama nie wiem czego. Wiem, że jak mały pojawi się na świecie to będą pytania o zdjęcia, zacznie się porównywanie i powiem Wam szczerze, że jestem tym przerażona. Czy tak trudno jest zaakceptować naszą prośbę? Czy może to my jesteśmy w tym wszystkim dziwni i piekielni? Oceńcie sami.

Przyszlirodzice

Skomentuj (21) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 145 (161)

#87804

(PW) ·
| Do ulubionych
Jak wiadomo jestem nauczycielem. Jak też wiadomo, w warunkach pandemii uczę zdalnie. Jakie są tego efekty?

Już nie proszę uczniów, by włączali kamerki. Nie chcę oglądać sypialni z rozrzuconymi ciuchami, w tym również fragmentów bielizny walających się po krzesłach, rozgrzebanych łóżkach i podłodze. Jak również niekoniecznie mam ochotę na obserwowanie resztek śniadanka pochłanianych przez mojego rozmówcę (to nie on mówi niewyraźnie, to coś z mikrofonem).

Ale pojawiło się coś gorszego. Brak motywacji i niechęć do angażowania się. Wiadomo, że jak robię kartkówkę, czy sprawdzian, to rybki mają swobodny dostęp do swoich notatek i do podręcznika. A także do odmętów Internetu. Tego uniknąć się nie da. I co? I gucio.
Pytania (fizyka, szkoła podstawowa) stricte teoretyczne, w całym dziale tylko jeden wzór do ogarnięcia. Średnia ocen ze sprawdzianu 35% (a dzieciaki jeszcze rok temu były całkiem niezłe). Co robić, nie wiem. Pokazuję doświadczenia, daję linki do materiałów z YT, cuda wianki, a wszystko o kant doopy rozbić. Podejrzewam, że większość nawet nie robi notatek z zajęć. Tym bardziej, że próba poproszenia kogoś o odpowiedź, to ...cisza. "bo mnie wyrzuciło, bo kurierowi musiałam otworzyć, bo pies mi nasikał na dywan, bo ...wstaw cokolwiek".

Nie mam specjalnie żalu do swoich podopiecznych. Lubię ich i (chyba) oni lubią mnie. Ale jest kiepsko. Granica zmęczenia materiału jest coraz bliżej.
Wiem, kupa ludzi napisze, że po co te restrykcje, to głupie jest. Z poglądami nie mogę dyskutować. Ale, moja niewielka szkoła pracowała do tej pory offline z klasami I-III. Już nie pracuje. Dyrekcja, zastępca, sekretarka i kilku nauczycieli mają covida. Inni nauczyciele na kwarantannie. Pracować kim nie ma. Decyzją Sanepidu maluchy (wszystkie!) na kwarantannie. Cała szkoła na zdalnym.

Nie użalam się i nie skarżę. Sam wychodzę tylko do sklepu. Ale tak mi cholernie żal tych młodych ludzi. Zero kontaktów społecznych, tak ważnych w tym wieku, depresja i poczucie beznadziei związane z uwięzieniem w domu. A na horyzoncie jutrzenki nie widać, a raczej jedyne co można zobaczyć to bardzo czarne chmury.

Skomentuj (25) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 122 (126)

#87750

(PW) ·
| Do ulubionych
Wśród piekielnych osób na szczególne miejsce według mnie ostatnio zasłużyły osoby pracujące w Naczelnej Izbie Pielęgniarek i Położnych.

Naczelna Izba jest zachwycona, że wygrała proces z browarem, który produkuje piwo z wizerunkiem seksownie ubranej pielęgniarki, który to w ich mniemaniu godzi w dobre imię pielęgniarki.

Sądzę, że 99% pielęgniarek ma naprawdę wywalone na to, kto jakie piwo robi, z jakimi obrazkami (szczególnie, że widać że ten obrazek jest humorystyczny). Takimi bzdurami chyba przejmują się tylko panie przed emeryturą, pełniące zawody administracyjne i niemające pojęcia jak wygląda praca w szpitalu.

W dobre imię pielęgniarki bardziej uderza ciężkość pracy (głównie przez zbyt małą liczbą pielęgniarek), czy niska pensja w stosunku do odpowiedzialności związanej z pełnieniem tego zawodu. Chciałabym, żeby te problemy w pierwszej kolejności były rozwiązywane przez Izbę, na którą są potrącane składki z mojej pensji.

Praca pielęgniarki robi się na tyle coraz bardziej obciążająca, że zauważam u siebie cechy wypalenia zawodowego i coraz bardziej zastanawiam się nad całkowitą zmianą zawodu. Także wycofanie jakieś etykiety z jakiegoś piwa nie sprawi, że poczuję że zawód pielęgniarki jest bardziej szanowany i nie zachęci mnie to pozostania w tym zawodzie.

słuzba_zdrowia

Skomentuj (17) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 172 (182)

#87775

(PW) ·
| Do ulubionych
Życie pisze najdziwniejsze historie.

Kilka słów tytułem wstępu. Jesteśmy bardzo patchworkową rodziną. Ja i mój stary mówimy rożnymi językami, mamy odmienne kolory skóry, wywodzimy się z różnych religii. Mamy dużo dzieci, część dla których jestem macochą, część wspólnych biologicznych, a część wspólnych adoptowanych. Nie mieszkamy w Polsce, chociaż z Polską mamy dużo wspólnego biznesowo. Biologiczna mama moich pasierbów nie ma praw do dzieci po kilku mocnych wybrykach, ale ja nie jestem prawnym opiekunem tej dwójki. Mamy też dwa miejsca zamieszkania, mniejsze mieszkanie w centrum i dom za miastem na weekendy.

W mieszkaniu w centrum mamy pewną sąsiadkę, która bardzo się nudzi i uwielbia utrudniać nam życiem, ale ostatnio przeszła samą siebie.

W mieszkaniu postanowiliśmy zrobić remont, a że covid to i tak siedzimy głównie na wsi, idealny czas. Ekipa remont skończyła i razem z moim starym postanowiliśmy to mieszkanie ogarnąć.

Dzieciaki z moim ojcem na wsi, jedynie kot z nami w centrum. My po kilkunastu godzinach pracy wino na kanapie i Netflix. Ale od słowa do słowa, coś mnie stary zdenerwował, wyszłam zapalić na ogródek. Stojąc tam mówię do niego, on do mnie ze środka i tak gadamy może w nie najmilszym tonie, ale spokojnie. Rozmowa dotyczyła tego jakie auto powinniśmy kupić, każde z nam miało inny pomysł.

Po 10 minutach konflikt zakończony, wracamy do wina i Netflixa. Po kolejnych 10 minutach dzwonek do drzwi. Patrzymy na zegarek, pierwsza w nocy. Otwieramy, a tam czterech policjantów, którzy przyjechali do awantury domowej! Drzwi otworzył mój i tłumaczy, że nic się nie dzieje, o co chodzi.

I wtedy zrobiłam najgłupszą rzecz jaką mogłam, wstałam z kanapy i poszłam do policjantów. Otworzyłam puszkę Pandory. Patrzą na mnie, mówią że przemoc domowa, awantura, patologia, a że mieszkają tu dzieci, oni muszą wejść i sprawdzić, że ja mam się nie bać i oni mi pomogą, tylko muszę zeznawać. I teraz zdałam sobie sprawę jak wyglądam; twarz obdrapana, opuchnięta, siniaki na rękach, bo 3 dni wcześniej miałam wypadek samochodem, stąd wcześniejsza rozmowa o kupnie nowego.

No nic, zapraszamy ich do środka, myślimy, że wszystko się szybko wyjaśni. mówimy, że ja miałam wypadek, że tu remont kończymy, że dzieciaki z dziadkiem na wsi, przemocy nie ma, nigdy nie było.

W mieszkaniu dramat jeśli chodzi o porządek, my lekko podpici, ja zmasakrowana, dzieci nie ma, kot miauczy, że chce jeść. Po naradzie policjanci postanawiają wysłać drugi patrol do domu na wsi, żeby sprawdzić, czy dzieci są bezpieczne, ale nie pozwalają zadzwonić uprzedzić mojego ojca. Także pan przed 70tką, bez znajomości języka urzędowego, został odwiedzony teraz już o drugiej w nocy przez kolejnych czterech policjantów. Nic nie rozumiał, myślał, że coś nam się stało, bo policja nie pozwoliła do nas zadzwonić.

Nasza czwórka policjantów sprawdza, czy był wypadek komunikacyjny, kto uczestniczył, jakie były obrażenia, ja wypis ze szpitala mam w domu na wsi. Druga czwórka budzi dzieci i ogarnia, że mój ojciec jest 'spokrewniony' tylko z trójką, a dwójka to dzieci mojego z pierwszego małżeństwa. Mój mówi, że ma pełne prawa do dzieci, matka utraciła swoje (to bardzo niespotykany przypadek), natomiast na słowo nikt nikomu nie wierzy, dokumenty są gdzieś w domu na wsi. O odebraniu praw matce postanowił sąd w innym państwie, niż to gdzie mieszkamy, więc nie da się tego sprawdzić w systemie. Do domu na wsi przyjeżdża też opieka społeczna. Mój ojciec ma już 'stan przedzawałowy', więc wbrew jego woli policjanci wzywają karetkę (oczywiście dobrze zrobili).

Pada pomysł, żebyśmy teraz pojechali wszyscy do domu na wsi, ale ani ja ani mój nie możemy prowadzić, policja przyjechała normalnym autem, w szóstkę się nie zmieścimy. Przyjeżdża kolejnych dwóch policjantów suką. Więc jedziemy, 1h; czterech policjantów w Skodzie, dwóch w suce, my z kotem który cały czas płacze na pace.

Dojeżdżamy tam po trzeciej w nocy. Po domu kręci się czterech policjantów, dwie panie z opieki społecznej, piątka dzieci, dwóch sanitariuszy i mój ojciec w szlafroku próbujący oddychać (nie dał się bohater zabrać do szpitala, bo dzieciaki pojechałyby do swego rodzaju pogotowia opiekuńczego). Dojeżdżamy w kolejne 8 osób. Podczas interwencji w tym samym pomieszczeniu przebywa 17 dorosłych i 5 dzieci. Przypominam, że jesteśmy w środku pandemii.

Kolejne tłumaczenia, szukanie dokumentów, badanie alkomatem mojego ojca, inspekcja mieszkania i pytania dlaczego w zlewie są brudne naczynia, pytania w jakim celu adoptowaliśmy obce dzieci mając swoje. Dzieciaki przerażone, ojciec też, my chyba już tylko wk***ieni i zmęczeni. O szóstej rano udaje się wszystko wyjaśnić, ale wpis o interwencji jest, opieka społeczna będzie musiała sprawdzić jeszcze kilka razy, skonsultować ze szkołą, naszymi miejscami pracy, czy nie jesteśmy rodziną patologiczną. Ojciec jedzie na obserwację do szpitala (miał 'tylko' atak paniki połączony z astmą).

Podsumowanie: kilka tysięcy już wydane na prawnika rodzinnego, niezliczone godziny spędzone na rozwiązywaniu tego, stres i terapia dzieciaków, bo myślały, że opieka je zabierze (dwójka naszych maluchów to dzieci z domu dziecka, adoptowane już w starszym wieku) i szpital dziadka. Tylko kotu się podobało, że miał dużo ludzi do zaczepiania.

A wiecie dlaczego to wszystko? Ponieważ sąsiadka nie lubi jak staje na 'jej' miejscu przed blokiem. Pozwać jej nie możemy, bo twierdzi, że wezwała policję w dobrej wierze.

Europa Zachodnia

Skomentuj (27) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 170 (188)

#87766

(PW) ·
| Do ulubionych
Jakiś czas temu moja żona stwierdziła, że nasz związek jest na tyle dojrzały i mamy na tyle stabilną sytuację życiową, że przyszedł w końcu czas aby powiększyć naszą małą rodzinę. Tak więc razem usiedliśmy i rozpoczęliśmy poszukiwania kota do adopcji.

Tyle się mówi aby zamiast kupować zwierzęta, adoptować je i nie wspierać "pseudohodowli". Próbowaliśmy w sześciu fundacjach i po tej przeprawie stwierdzam, że pracują tam sami pierd***ci fanatycy.

Fundacja pierwsza, 3 miesięczny kotek, mieszanka dachowca i maine coona. Pani pytała dosłownie o wszystko. Niby pytania sensowne, typu "Jaką karmę planują Państwo kupować?", "Co Państwo zrobią z kotem w razie wyjazdu na wakacje?", itp. Ale było tego tyle, że byłem bliski zapytania się czy mój numer buta też będzie potrzebny. Spędziliśmy tam ponad godzinę i wysypaliśmy się na pytaniu o godziny naszej pracy. Wychodzi na to, że to, że oboje pracujemy 8 godzin dziennie kategorycznie skreśla nasze szanse na adopcję, gdyż koty potrzebują dużo uwagi. Nie, fakt, że pracuję w 99% zdalnie kompletnie nic nie zmienia.

Fundacja druga, 4 miesięczny dachowiec. Znowu milion pytań i znowu klops. Tym razem odpadliśmy na karmie. Pani stwierdziła, że karma X jest bardzo słabej jakości (zrobiłem research i według tego co znalazłem to jedna z lepszych karm) i ona poleca Y, ale o kocie możemy zapomnieć gdyż nie odda go ludziom, którzy w ogóle pomyśleli aby kupować takie świństwo.

Fundacja trzecia, półroczna mieszanka maine coona z czymś. Bardzo analogiczna sytuacja do fundacji drugiej. Jedyna różnica była taka, że po podaniu nazwy karmy Y (no co może jednak rzeczywiście lepsza) pani stwierdziła, że tylko karma Z (prawie 2 razy droższa od karmy Y). I znowu dupa.

Fundacja czwarta, półroczny dachowiec. Udało nam się wreszcie przebrnąć przez wszystkie pytania. I gdy już byliśmy pewni, że w końcu będziemy mieli upragnionego kota, pani stwierdziła, że teraz czas na inspekcję naszego domu. Prawdę mówiąc nie za bardzo uśmiechało nam się żeby jakaś obca baba łaziła nam po domu, ale czego się nie robi dla kota. Więc pani przyszła i spacerowała sobie po mieszkaniu i mruczała co jakiś czas pod nosem. Właziła dosłownie wszędzie. Po jakiś dwudziestu minutach stwierdziła "A zobaczę jeszcze podwórko". I znowu dupa, bo sąsiedzi mają psa. Labradora, największą psią fajtłapę jaką świat widział. Nie pomogło nawet to, że sąsiedzi poza nim mają jeszcze dwa koty. Nie i koniec.

Fundacja piąta, dachowiec, około 5 miesięcy. Znowu udało nam się przejść wszystkie pytania a i nawet nasz dom się pani spodobał. Odpadliśmy na tym, że jeszcze nie kupiliśmy całego osprzętu do obsługi kota. Kobieto ja powoli zaczynam wątpić czy my tego kota kiedyś w ogóle damy radę adoptować a ty twierdzisz, że powinienem już, teraz, natychmiast, na zapas nakupować te wszystkie miski drapaki i inne pierdy?

Fundacja szósta, 3 miesięczny maine coon. Znowu odpadliśmy na pytaniach. Tym razem pani nie spodobało się, że mamy w mieszkaniu kuchenkę indukcyjną. Bo kot może na nią wskoczyć gdy będzie rozgrzana...

W tym momencie mieliśmy dość. Kilka dni później wybraliśmy się do schroniska. Oprowadzała nas bardzo miła wolontariuszka i w trakcie rozmowy wymsknęło mi się, że jesteśmy tu bo 6 fundacji odrzuciło nasze próby adopcji kota. Wtedy ta stwierdziła, że w takim razie musi być coś na rzeczy. Ja i mój niewyparzony jęzor...

Ostatecznie kupiliśmy maine coona od hodowcy. Nie jest mi wstyd i nie żałuję.

Skomentuj (71) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 212 (226)

#87622

(PW) ·
| Do ulubionych
Miał być komentarz w dyskusji o "skrzywdzonych mizoginach (czy ogólnie mizantropach)", ale wyszło trochę za długo, a historia w międzyczasie zniknęła.

Prawie 16 lat temu moją pierwszą pracą w Irlandii była stewardessa w Ryanair. Warunki tragiczne, ale od czegoś trzeba zacząć. W tym czasie zaczęło tam pracę całkiem sporo Polaków - dziewczyny jako personel pokładowy, chłopaki "na rampie", czyli ładowanie bagaży, podstawianie schodów itp. Większość całkiem dobrze wykształcona i traktująca tę pracę jako zaczepienie się na początek, zanim miejscowi spojrzą na nas przychylniejszym okiem i uda nam się znaleźć pracę w zawodzie. Przyjaźniłyśmy się z chłopakami z rampy, nawet jakieś pojedyncze parki się potworzyły.

Wśród kolegów z rampy był również Krzysztof. Mój rówieśnik, absolwent prawa, małomówny, raczej introwertyczny, sprawiał wrażenie dojrzalszego i poważniejszego niż koledzy. Nie ukrywam, że wpadł mi wówczas w oko. Ja chyba jemu też, a przynajmniej byłam jedyną dziewczyną, z którą on rozmawiał (mam na myśli kurtuazyjny small talk, podczas kilkuminutowych przerw, czasem nawet rzucił jakimś komplementem).

Przecierpiawszy 6 miesięcy w Ryanair (tyle doświadczenia trzeba było mieć, żeby starać się o pracę w innych liniach), udało mi się na tym samym stanowisku w irlandzkich państwowych liniach. Nadal nie praca marzeń, gdyż nie wiązałam przyszłości z lataniem, ale bez porównania lepsze warunki pracy, jak i finansowe oraz możliwość rozwoju i kariery w ramach firmy. Kiedy złożyłam wypowiedzenie w Ryanair i wieść o moim odejściu się rozeszła, Krzysztof zaprosił mnie na drinka, żeby "uczcić mój sukces".

Spotkaliśmy się wieczorem w lokalnym barze. Krzysztof przyszedł wcześniej i przed moim przyjściem zdążył wypić 3 szklaneczki whiskey. Poopowiadaliśmy trochę o sobie, co robiliśmy w Polsce, jak znaleźliśmy się w Irlandii, jakie mamy plany życiowe itd. Opowiedziałam w kilku słowach, jakie mam plany (że zamierzam polatać jeszcze góra jakieś 2 lata, potem może miejscowi w końcu przekonają się, że Polak nadaje się nie tylko "na zmywak" i dopuszczą nas do pracy w wybranych przez nas zawodach, wówczas chciałabym spróbować w takiej, takiej i takiej branży), po czym Krzysztof wygłosił długi monolog z którego dowiedziałam się, że:

- Krzysztof jako absolwent prawa chce pracować w zawodzie. Marzeniem jest adwokatura, ale to pewnie nie od razu, bo na razie nie radzi sobie za bardzo z angielskim, więc w tej chwili chciałby pracować w więziennictwie, albo w ostateczności chociaż w policji. Już nawet próbował aplikować, ale go nie przyjęli, bo nie spełniał jakichś wymagań i brakowało mu jakichś kwalifikacji (już nie pamiętam, o chodziło dokładnie, ale było to coś, co przy włożeniu pewnego wysiłku spokojnie można było uzyskać). Ale on nie będzie tych kwalifikacji uzupełniał. Ma to w dupie. Skoro go nie chcą takiego, jaki jest, to on ma ich w dupie. W ogóle Irlandczycy są poje*ani. I on ich nienawidzi. I tego kraju. On nie widzi tu dla siebie przyszłości. Jeśli ktoś widzi dla siebie przyszłość w tym kraju, jest sprzedajną dziwką. A on nienawidzi sprzedajnych dziwek. Do Polski jednak nie wróci, bo tam nie zarobi tyle, co tu.

- Niech mi się broń boziu nie wydaje, że ja tu kiedykolwiek zrobię jakąś karierę. To nie jest kraj dla Polaków. Bo oni nas nienawidzą, nie mówią nam tego wprost, ale on wie, że nas nienawidzą. Ale on ich też. Całe życie będę rozdawać drinki w samolocie. I żeby mi się przypadkiem nie wydawało, że moja praca ma jakąkolwiek wartość. Nie ma żadnej. Jestem zwykłą kelnerką. Nikim. Śmieciem. Odpadem ludzkim. Zerem. Moje życie nie ma żadnej wartości. Podobnie jak życie innych Polek. Bo on ogólnie nienawidzi Polek.

- Jak wspomniałam nienawidzi Polek. Bo to sprzedajne dziwki. Wszystkie. Wszystkie dają dupy bogatym Irlandczykom za kasę. Tych, które zostały w Polsce nienawidzi trochę mniej, bo przynajmniej są porządne i ojczyzny nie zdradziły. Nie ma to jak Finki (całkiem sporo Finek pracowało w tym czasie w Ryanair). To dopiero kobiety. I one się szanują. Nie pójdą z byle kim (tu wspomniałam, że całkiem inny obrazek widziałam na firmowym Christmas party, gdzie upojone alkoholem fińskie koleżanki oddawały się w toaletach uciechom cielesnym z kolegami z rampy). Na pewno źle widziałam. Finki takie nie są. On kocha Finki. (Spytałam, dlaczego w takim razie nie umówi się z Finką). Bo nie ma odwagi. Takie piękne i szanujące się kobiety na pewno nie umówią się z Polakiem. Więc jemu pozostały tylko polskie dziwki.

W tym momencie uznałam, że wystarczy i pod jakimś pretekstem zakończyłam spotkanie. Rozumiem, że można być niezadowolonym ze swojego życia, ale przestań mnie typie do cholery obrażać. Podziękowałam za drinka i powiedziałam, że na mnie już czas. Na to Krzysztof:
- To teraz do mnie czy do ciebie?
- Nigdzie. Ja do siebie, ty do siebie. Nie chodzę do łóżka na pierwszej randce, poza tym przez ostatnie 30 minut non stop mnie obrażałeś. Na co w tym momencie liczysz?
- No pewnie. Polak ci śmierdzi. Z bogatym Irlandczykiem na pewno byś poszła. Typowa polska dziwka.

Tia... Na pewno przyczyną była narodowość i stan konta. Bycie zakompleksionym bucem, który wylewa frustracje, bo mu Irlandczycy na powitanie czerwonego dywanu nie rozłożyli i obraża rozmówcę, wyzywając od dziwek i śmieci, nie ma z tym nic wspólnego…

Kiedy 6 lat później opuszczałam Irlandię, Krzysztof, jako jeden z nielicznych Polaków z rampy, nadal miał tę samą pracę. Inni koledzy znaleźli w międzyczasie pracę w zawodzie, ona nadal przerzucał walizki. Nie zrobił nic w celu poprawienia swojej sytuacji. Ale założę się, że miał mnóstwo teorii, czyja to może być wina.

zagranica

Skomentuj (79) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 152 (176)

#87788

(PW) ·
| Do ulubionych
Postanowiłem sobie zrobić mały urlop i pojechać w odwiedziny do mojego rodzinnego miasta. Z dworca miał mnie odebrać mój kuzyn, ale niestety grypa żołądkowa skutecznie uniemożliwiła mu wykonanie tego zadania. Jako, że mieścina, w której się urodziłem nie jest żadną wielką metropolią i nie ma w niej Ubera, byłem skazany na (nie)łaskę taksówkarzy.

Dotoczyłem się z tobołami do pierwszej lepszej złotówy i dawaj jedziemy. Już przy samym wejściu do taksówki wąsisty pan zapytał: "A co Pana z wielkiego miasta sprowadza do naszej małej mieściny?". Nie miałem ochoty na żadne pogawędki podczas jazdy, więc rzuciłem jedynie zdawkowe "Interesy...". Jako, że był piątek, godzina około 11:00 i w moim rodzinnym domu nikogo nie było, a mój przyjazd był niespodzianką, to postanowiłem podjechać do małego biurowca, w którym znajduje się firma mojego taty.

Te dwie rzeczy najwyraźniej wystarczyły panu złotówie na wywnioskowanie, że bogaty byzmesmen z dużego miasta (ubieram się dość elegancko) przyjechał w ynteresach i nie zna miasta, więc przy pierwszym lepszym zakręcie dawaj w zupełnie innym kierunku.

Jeździliśmy sobie tak jakieś 40 minut. Miasto małe więc złotówiarz nieźle musiał się napocić aby przez przypadek nie pokazać mi dwa razy tych samych okolic. Już na miejscu wywiązał się następujący dialog:

[Ja]: No i jesteśmy. Wie Pan co, dawno mnie tutaj nie było i nieźle musieli nam to miasteczko rozkopać żeby dojechanie do miejsca oddalonego od dworca o jakieś 5 km wymagało lawirowania po całym mieście.

Tutaj mina mu już zrzedła, ale nadal szedł w zaparte.

[Złotówiarz]: Panie jakie lawirowanie? Ja na taksówce już 10 lat jeżdżę i to najlepsza droga. Szybciej Pan nie dojedziesz.

[J]: Nie rób Pan ze mnie idioty. Urodziłem się w tym mieście i Pan właśnie zapewnił mi wycieczkę po każdym możliwym zakamarku. Ile płacę?

[Z]: Mi tu wyszło 124 zł, ale mogę opuścić do 120.

[J]: Mówię o normalnej cenie dojazdu do punktu oddalonego o 5 km.

[Z]: Wyszło mi ponad 120 zł a i tak Panu na rękę idę...

[J]: W takim razie dzwonię do firmy, w której Pan pracuje.

[Z]: A se dzwoń...

W tym momencie wysiadłem z samochodu, a złotówiarz odjechał z piskiem opon razem z moimi bagażami. Numer boczny taksówki spisałem sobie już wcześniej, ale w tym momencie zapisałem na wszelki wypadek jeszcze numery rejestracyjne.

Krótką rozmowę telefoniczną i pięć minut później taksówkarz był znowu pod firmą mojego taty. Wytaszczył moje bagaże, pożegnał mnie niewyraźnym burknięciem oraz czymś o "uczciwym" zarobku i pojechał w siną dal. Nie zapłaciłem ani grosza.

Skomentuj (26) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 162 (184)

#87793

(PW) ·
| Do ulubionych
Ok. 20 lat temu kupiłem sobie kilkanaście koszul o typowo turystycznym fasonie, które noszę niemal wyłącznie w czasie urlopów. Bardzo je lubię, ale lata lecą i materiał zaczął się przecierać. Postanowiłem kupić nowe. I tu uwidocznił problem.

O ile wtedy można je było kupić w zwykłych sklepach odzieżowych, a nawet w supermarketach za naprawdę rozsądne pieniądze, o tyle teraz po przejrzeniu sklepów fizycznych i internetowych w Polsce i w Belgii stwierdziłem, że wszystko, co ma służyć turystom albo jest w kosmicznych cenach, albo zostało uszyte z szajsowatego plastiku. Niemniej jednak udało mi się wyczaić coś uszytego z bawełny za rozsądne pieniądze w sieciówce ze sprzętem i odzieżą sportową.

Co prawda twierdzą, że to dla myśliwych, ale co mi tam. Poczytałem opinie - w większości pozytywne, ale niektórzy twierdzą, że rozmiarówka jest dziwna, więc trzeba przymierzyć. Wg strony internetowej koszule są dostępne w sklepie położonym najbliżej mojego domu, więc wsiadłem w samochód i pojechałem. Odnalazłem dział myśliwski, który był dziwnie pusty, również poszukiwanego przeze mnie towaru na wieszakach nie było.

Złapałem pracownika, który powiedział, że ten towar jest w magazynie, do którego nikt w sklepie nie ma dostępu i się bardzo zdziwił, że ja się temu dziwię.

Belgia to nie miejsce stan umysłu.

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 127 (139)

#87776

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia o piekielnym gówniarzu za kółkiem i trochę piekielnej policji.

Dość krótko temu siedzę w domu, gdy dzwoni do mnie mój ojciec i mówi żebym mu przywiózł koło, narzędzia, podnośnik i klucz, bo miał wypadek i ma rozwalone koło. Przyjechałem, jego samochód stoi, policja również jest na miejscu za to drugiego samochodu nie było widać. Renówka uszkodzona dość konkretnie, bo rozwalone koło, cały wgnieciony przedni błotnik i uszkodzone oba drzwi z jednej strony.

Okazało się że gdy ojciec jechał do domu jakiś baran wyjechał z podporządkowanej i przywalił mu w bok po czym spierniczył w siną dal. Ojciec rozmawia z policją, która jednak nie kwapi się za bardzo do szukania sprawcy wypadku "No bo to raczej się nie ustali, no przecież nie wiadomo gdzie jest itd itp". No, tutaj ich piekielność bo owszem się dało, charakterystyczny samochód, uszkodzony, monitoring również jest a ojciec zapamiętał rejestrację i nie był tylko pewny czy ostatnie cyfry to były XY czy YX, czyli i tak możliwe są tylko 2 samochody. Policja w końcu dała się namówić na zaczęcie poszukiwań i o dziwo sprawca znalazł się w niecałe 40 minut.

Był to nieletni gówniarz w ortalionowym dresiku który pod nieobecność rodziców wziął sobie - rzecz jasna bez posiadania prawka - ich samochód i postanowił ruszyć w miasto. A ruszył z kopyta, wyjeżdżając z podporządkowanej na pełnym gazie chcąc się popisać w sumie nie wiadomo przed kim, bo jechał sam. A że przy tym nie raczył nawet spojrzeć czy na drodze z pierwszeństwem ktoś nie jedzie, to przywalił prosto w bok samochodu mojego ojca po czym spanikował i uciekł z miejsca zdarzenia. Gdy go złapano przyjechał z rodzicami - wtedy już odjeżdżałem żeby zabrać rozwalone koło i narzędzia, więc wiem tylko to co usłyszałem od ojca. Skończyło się na miejscu mandatem 1000 zł, lecz bardzo możliwe że będzie również sprawa w sądzie za jazdę bez prawka, wypadek i ucieczkę.

A wystarczyło nie być debilem i się nie popisywać.

droga

Skomentuj (5) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 138 (150)

Podziel się najśmieszniejszymi historiami na
ANONIMOWE.PL

Piekielni