Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

 

#85936

(PW) ·
| Do ulubionych
Jako że wczorajsza historia o pracy w IP dobrze się przyjęła, serwuję kolejną. Na pewno nie wszyscy czytali, więc przekleję istotne wprowadzenie (słowo w słowo, kto przeczytał, może pominąć).

Tytułem wstępu kilka zdań o okolicznościach (może rozwlekłych jak na to, co chcę teraz opisać, ale to raczej pierwsza historia z wielu). Jestem lekarzem. Zdarza mi się dyżurować w Izbie Przyjęć powiatowego szpitala, przy czym część pacjentów jest "szpitalna" (a to dostał zawału, a to zarobił w zęby i wymaga szycia i RTG, żeby zobaczyć, czy nie połamał nosa albo i zatok), część przychodzi jako NiŚPL (Nocna i Świąteczna Pomoc Lekarska), bo np. mamy sobotni wieczór, a jego boli gardło i gorączkuje do 40 stopni - a więc taki rodzinny po godzinach. Na jedne i drugie przypadki jeden lekarz.

Pacjenci czekają na badanie na korytarzu, nagłe przypadki wchodzą na „wewnętrzny” korytarz, w którym stoją biurka moje i pielęgniarek, są dwa pokoje badań/leżenia w ramach obserwacji - po badaniu decyduję, kto może wrócić na korytarz i tam czekać na wypis, kto wymaga leżenia w którymś z pokojów, kogo chcę poobserwować, ale może siedzieć, dla tego jest wewnętrzny korytarz.

Nie tak daleko (mniej niż godzina drogi) jest duży szpital w Większym Mieście, wielospecjalistyczny, z SOR-em "z prawdziwego zdarzenia" (specjalista medycyny ratunkowej, kilkanaście łóżek - u nas dwa; konsultacje rozlicznych specjalistów, w tym np. neurochirurg czy chirurg dziecięcy - u nas internista, ginekolog, pediatra, anestezjolog i chirurg ogólny; liczny personel, w tym dwóch lekarzy i kilku ratowników - u nas ja i dwie/trzy pielęgniarki; radiolog - u nas zdjęcie do oceny przeze mnie, gdzie wiadomo, bez wykształcenia kierunkowego jest szansa, że coś nietypowego przeoczę, a na wyniki TK czekamy ok. 3 godzin, bo obraz leci do innego miasta do oceny tam).

W szpitalu w WM działa prężnie system triage, polegający z grubsza na tym, że o kolejności przyjęcia decyduje stan pacjenta, a nie „o której przyszedł”, a więc gdy ktoś przyjdzie z katarkiem, jest całkiem realna szansa, że posiedzi sobie z 6-8 godzin, zanim lekarz znajdzie dla niego czas. U nas triage nie ma, przynajmniej oficjalnie, bo nieoficjalnie staram się na bieżąco monitorować, kto z czym się rejestruje, by wyłapać tych, którzy potrzebują pomocy pilniej. Ok, to tyle, jeśli idzie o wstęp.

I teraz właściwa historia.

Przyjeżdża pan z córeczką lat bodaj 11 (w każdym razie poniżej 12 – więc część leków odpada). Bo córeczka złamała sobie rękę. Dziewczyny zbierają podstawowy wywiad przy rejestracji, ja akurat obok nich wypisuję innego pacjenta, więc słyszę.

- Co się stało?
- Córka chyba złamała rękę.
- W jaki sposób?
- Grali mecz w Większym Mieście w halówkę, potknęła się, no i chyba złamanie, tam byli ratownicy, to unieruchomili jej, no i przyjeżdżamy.
- Dlaczego tutaj? Przecież w WM jest duży szpital.
- Ale tutaj się krócej czeka.

Mnie się ciśnienie podnosi, bo jestem akurat między potencjalnym zawałem, zapaleniem płuc i udarem i tęsknie myślę o drugim lekarzu. Zerkam tylko na unieruchomienie – faktycznie chyba ratownicy, bo założone profesjonalnie. Pytam dziecko, czy boli, nie aż tak bardzo, zresztą już coś dostała od tamtych ratowników, więc nie podaję żadnych leków, odsyłam na korytarz. Zlecam RTG.

Godzinę później mama (dojechała w międzyczasie) dopytuje się, czy pamiętam o jej dziecku. Owszem, pamiętam, ale musi czekać na swoją kolej, to nie jest stan zagrożenia życia. Ale to JEST DZIECKO. Powtarzam mamie, że DZIECKO (w myślach dodaję za Solejukową z Rancza „toż przecie widzę, że nie jeleń”) ma czekać na swoją kolej. Ale ono cierpi. No ma może złamaną rękę (wynik RTG - w sensie samo zdjęcie do oceny przeze mnie - już jest, ale jeszcze go nie widziałam), to może i cierpi, ale dostało od ratowników środki przeciwbólowe, nie można tego co godzinę serwować, bo właśnie to jest dziecko, dawki maksymalne są niższe niż u dorosłych, a i rodzajów nie tak wiele. Mama z fochem wraca na korytarz.

Pół godziny później (wiwat, pani nie ma zawału! ból ustąpił, EKG nadal bez typowych dla zawału zmian, enzymy sercowe we krwi prawidłowe, będziemy wypisywać) tym razem tata pyta, ile jeszcze będą czekać. Siląc się na uprzejmy uśmiech, odpowiadam, że skoro przyjechali z WM, bo tutaj czas oczekiwania jest krótszy, to niech jeszcze wytrzymają, bo i tak nie czekają tyle, ile potrafi się czekać w WM. Tata mówi, że to jest skandal, żeby DZIECKO tyle czekało i wychodzi.

Po chwili zapraszam dziecko (faktycznie, ma złamaną rękę). Wypisuję receptę, skierowanie do poradni chirurgicznej, by ktoś tam ocenił sprawę za kilka dni. Na „do widzenia” słyszę od rodziców, że skoro badanie dziecka i wypisanie mu papierów (karta informacyjna, recepta, skierowanie) zajęło 10 minut, to czy naprawdę nie mogłam go przyjąć wcześniej? Na pytanie zwrotne, czy uważają, że są ważniejsi od innych pacjentów „na 10 minut” z choćby 40-stopniową gorączką i czy miałam może odpuścić sobie przyglądanie się EKG u potencjalnego zawałowca, nie dostałam odpowiedzi.

I od razu zaznaczę – ja nie neguję, że dziecko ze złamaną ręką może cierpieć i że to jest stan wymagający pojawienia się w szpitalu. Ale poważnie pojechać do szpitala w innym powiecie, mając jeden z dużo większą obsadą pod nosem i jeszcze taka postawa?

Skomentuj (35) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 131 (141)

#85893

(PW) ·
| Do ulubionych
W moim poprzednim miejscu pracy panował zwyczaj zrzucania się na prezenty dla pracowników na konkretne okazje - głównie na narodziny nowego potomstwa lub odejście z firmy (o ile było one planowane). Kiedy dołączyłam do ekipy, w krótkim czasie odbywały się zrzutki dla trzech pracowników, których nie znałam, wzięłam w nich jednak udział. Przecież te dziesięć złotych tu czy tam mnie nie zbawi.

I tak się to toczyło, ktoś odchodził, ktoś się rozmnażał, aż w końcu przyszedł czas i na mnie. Dostałam lepszą ofertę, czas wypowiedzenia dwa tygodnie. Muszę przyznać że z pewną niecierpliwością czekałam na ten dzień, w końcu kto nie lubi dostawać upominków. ;) Nadszedł ten dzień, koniec dnia pracy, żegnam się ze wszystkimi, dziękując za wspólny czas i jest! Zostaje wręczone mi pudło. Ciężkie. Zaglądam, a tam... Karton mleka.

Mleka, które dostaliśmy za darmo od jednego z klientów, mleka, które od tygodni stało w kuchni i mogliśmy z niego korzystać aż do przepicia. Nawet nie czekolada za 3zł, nawet nie głupia różyczka z kwiaciarni obok. Karton. Mleka. Z kuchni. Szczerze? Miałam ochotę zostawić to na biurku i wyjść, postanowiłam jednak rozdać to w jadłodzielni potrzebującym.

Nie zrozumcie mnie źle - gdyby był to zabawny dowcip, nawiązanie do śmiesznej anegdotki, gdyby ktoś poszedł do sklepu i kupił mi to mleko, nie miałabym nic przeciwko, jednak był to zwyczajnie niechciany towar, który i tak mogłam sobie wziąć, jako że mieliśmy tego nadmiar. Jak głupia przebębniłam z pewnością ponad stówę na zrzutki dla osób, których często nie znałam, nie wchodziłam w konflikty, socjalizowałam się i brałam udział w codziennym i popracowym życiu firmy, a oni nie mogli się zdobyć nawet na głupią czekoladę.

marketing

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 138 (150)

#85873

~Zycienakredycie ·
| Do ulubionych
Młodzi jesteśmy, rodzina z dwójką dzieci. Przez lata mieszkaliśmy z rodziną męża, ale to nie jest dobre rozwiązanie dla rodziny, więc kupiliśmy mieszkanie w bloku. Na kilka rzutów, bo bywaliśmy tam i oglądaliśmy nie raz, wydawało nam się, że jest dobrze. Oczywiście do remontu, więc cena też była w miarę atrakcyjna - ale to, co ujrzeliśmy po kupnie, przeszło nasze najśmielsze oczekiwania.
Postanowiliśmy spędzić Sylwestra na swoim, dzieci zostawiliśmy z babciami i jeden wieczór luzu.

1. Potworny smród sików. To było straszne. W dużym pokoju taki smród, że można było się udusić.

2. Brud. Wszechobecny brud, syf i nie mam pojęcia, jak poprzedni "właściciele" tam mieszkali z malutkim dzieckiem. Nie jestem pedantką i też czasem nie zdążę uprzątnąć na błysk, ale to było coś strasznego. W kranie chlew, brudne naczynia. Wszystkie półki, meble tak usyfione, jakby nigdy nie widziały ścierki.

3. W łazience dramat. Wieczorem wypełzła taka ilość rybików, jakiej nigdy jeszcze na oczy nie widziałam. Były wszędzie...

4. W komodzie pod umywalką w łazience również syf. Ciekawostka, czym maluje się młoda dziewczyna? Pędzel do makijażu, żyletki, chusteczki higieniczne i na to dwie warstwy włosów, nie chcę wiedzieć, jakiego pochodzenia, nota bene w prysznicu to samo.

5. Zostawili materac. Spleśniały i śmierdzący.

6. Co do drzwi w domu. Wiecie, po co są? Bo oni chyba nie wiedzieli. Dziury od pięści w obu łazienkach.

No i smaczek w trakcie remontu już. Po zerwaniu paneli w dużym pokoju ukazała się wielka plama do połowy pokoju sików. Plama na linoleum. I pod linoleum, i pod kolejnym linoleum. Od sąsiadki dowiedzieliśmy się, co to za ludzie byli...

Co do komentarzy w stylu czy nie widzieliśmy tego przed kupnem. Nie. Mieszkanie było wywietrzone i z wierzchu ogarnięte, dziury w drzwiach były, to prawda, ale cena też była ok jak na to, co widzieliśmy.

Nie chcę wywołać gównoburzy, pragnę uświadomić, jakimi brudasami są ludzie. To przeszło moje pojęcie.

Kupionemieszkanie

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 85 (137)

#85958

(PW) ·
| Do ulubionych
W mojej gminie podrożał wywóz śmieci. O 100%. Ale to mała piekielność. Jednocześnie z podwyżką zniknęła z harmonogramu pozycja "wywóz gabarytów", który był raz w roku. Odbywało się to tak, że jechał samochód i zbierał wystawione graty - pralki, meblościanki, materace i różne inne szpeje, które zalegały w domu.

W zamian (podobno) w każdą sobotę będzie można ten gabaryt wywieźć w oznaczone miejsce i oddać. Podobno zmiana mniej kosztowna niż ten jeden przejazd. Punkt zbiórki jest jeden na całą rozległą gminę. Piszę "podobno", bo takiej informacji nie ma nigdzie oficjalnie podanej.

Cóż, do punktu zbiórki mam jakieś 20 km, a nie mieszkam na obrzeżach gminy. Żeby wywieźć jakiegoś grata, muszę zapłacić przyjazd transportu do mnie załadunek, transport do punktu zbiórki i wyładunek. Ja zapłacę. Ale nie zrobi tego każdy i znowu w lesie będą "kwitły" stare kible, umywalki, pralki i kanapy. A tak fajnie czysto w lesie się zrobiło...

Wywóz śmieci

Skomentuj (19) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 116 (122)

#85931

(PW) ·
| Do ulubionych
Przy ograniczonej widoczności normalny kierowca redukuje prędkość, debil za kierownicą nic sobie nie robi z warunków panujących wokół.

Wczorajszy wyjazd do wypadku. Noc, gęsta mgła, widoczność na ok. 30 m. Pan nie zauważył zbliżającego się auta i wymusił pierwszeństwo. Po dojeździe na miejsce (byliśmy na zabezpieczeniu rejonu) rozstawiamy się zgodnie z procedurą(auto na skos, dojazd dla karetki).

Auto cały czas stoi na "błyskach", ja zaś wchodzę na dach w celu rozstawienia masztu oświetleniowego. W momencie gdy ustawiam odpowiednio najaśnice, słyszę pisk hamowania. Zdążyłem się tylko chwycić masztu, gdy w nasze auto uderzyło audi z czterema młodymi chłopakami w środku.

I tak nam przybywa poszkodowanych na wypadku drogowym.

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 154 (160)

#85952

(PW) ·
| Do ulubionych
Przypomniała mi się historia z mojej ostatniej wizyty u ginekologa. Umówiłam się na odpowiednią godzinę, tak, aby w razie jakiejś obsuwy nie spóźnić się do pracy. Przybyłam do poczekalni i pytam się zgromadzonych Pań, która na którą godzinę. Okazało się, że już na starcie wizyty obsunięte są o jakieś 30 minut. Nie przeszkadzało mi to jednak, miałam dużo czasu w zapasie.

Niestety, jakąś chwilę po tym, jak wyszła jedna pacjentka z gabinetu, położna przyprowadziła jedną kobietę w ciąży, potem kolejną i kolejną, które były wpuszczane bez kolejki.

Do pracy spóźniłam się około 15 minut.

Rozumiem, że kobieta w ciąży ma pierwszeństwo wejścia do gabinetu, nie musi się wcześniej zapisywać, jednak czemu kobieta, która czekała na wizytę miesiąc albo więcej, ustalała grafik w pracy, musi siedzieć i czekać i liczyć, że żadna ciężarna nie przyjdzie? Rozumiem, gdyby było zagrożenie ciąży, albo jakieś lekkie komplikacje, jednak z tego co słyszałam to wszystkie kobiety przychodziły na rutynową kontrolę, więc też mogłyby czekać chwilę, aby pani ginekolog przyjmowała na zmianę, raz zapisaną wcześniej kobietę, a raz ciężarną.

słuzba_zdrowia

Skomentuj (35) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 170 (182)

#85890

Konto usunięte ·
| Do ulubionych
Może to drobiazg i "problemy pierwszego świata", ale będąc dzisiaj w pewnym dyskoncie, jedna starsza pani zarąbała mi wózek sklepowy. Ot tak, totalnie z czapy. Podszedłem pod stoisko z pieczywem, wziąłem chleb i włożyłem go do sklepowej maszynki do krojenia chleba. Kiedy już chciałem odłożyć pokrojony chleb do wózka, okazało się, że ten zniknął.

W środku miałem żeton zamiast monety, więc na początku odpuściłem i wziąłem kolejny wózek, ale co babsko miało w głowie, to nie wiem. Robiąc zakupy przyuważyłem Panią co sobie wzięła mój wózek. Łatwo było zauważyć, bo miałem o tyle charakterystyczny żeton, że był z pewnego marketu budowlanego, a emerytki w takich miejscach raczej zakupów nie robią. Ale jak wspomniałem, machnąłem ręką.

Jednak kiedy stałem przy kasie, tak się złożyło, że stała akurat za mną. Wtedy coś mnie tchnęło i postanowiłem, że po zrobieniu zakupów, jak się z nią minę przy stojaku dla wózków, to zwrócę jej uwagę, chcąc wiedzieć co miała na myśli.

Usłyszałem tylko typowe starcze biadolenie, że o braku kultury wśród młodzieży (nie wiedziałem, że 30-latek to młodzież) i że "co ja sobie myślę" i cały stos tego typu bezeceństw.

Jak wspomniałem na początku, może i zalatuje to "problemami pierwszego świata", ale zastanawia mnie co ta babcia miała w głowie. Sama zrobiła coś dyskusyjnego i jeszcze miała pretensje.

sklepy

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 126 (148)

#85889

(PW) ·
| Do ulubionych
Zamówiłam paczkę. Czekam. Czekam, dodam że w domu. Wiecie, jak to jest, czekasz w oknie i każdy dostawczak budzi nadzieję. Wtem, dostaję sms i oczy wyłażą mi na wierzch. Kurier był, mnie nie było, a paczka w punkcie pickup do odbioru na zapomnianym przez Boga końcu miasta. Myślę sobie, co do cholery?

Dzwonię. DPD potwierdza. Mnie nie było, kurier był, paczka w punkcie i... Wszystko jest zgodne z ich regulaminem.
Pytam, jak kłamstwo jawne może być zgodne z regulaminem? Ano, może.

A tak ogólnie to kurier DPD nie musi w ogóle wam paczki dostarczyć. Może ją wrzucić do punktu pickup jaki uzna za stosowny i to jest uwaga: próba doręczenia.
Pan z infolinii zlał mnie ciepłym moczem, z ich strony wszystko dobrze. Co z tym zrobię, moja brocha. On może wysłać jedynie zapytanie, czy mogą mi tą paczkę przerzucić bliżej.
Po cholerę w ogóle adres podawałam, nie wiem...
Na paczce mi zależało, więc ją odebrałam. Ale ostrzegam przed DPD, bo w ich regulaminie wcale wam paczki dostarczyć nie muszą do drzwi.

Kurier dpd

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 112 (122)

#85871

(PW) ·
| Do ulubionych
Tu autorka wpisu: https://piekielni.pl/85821

Opowiem jedną z wielu piekielnych sytuacji z dzieciństwa.

Miałam 10-11 lat. Cudem zostałam puszczona do koleżanki z klasy (rzadko mi na to pozwalano). Na zewnątrz było w miarę ciepło, więc zostawiłam kurtkę u koleżanki na wieszaku, zaraz przy drzwiach wejściowych. Poszłyśmy rysować kredą po chodniku i ogólnie bawić się na świeżym powietrzu. Kiedy musiałam już się zbierać, to założyłam kurtkę i poszłam do domu.

Nic nie jadłam, miałam ochotę na słodkie, toteż zaraz po powrocie do domu poprosiłam o kawałek czekolady, który dostałam. Tuż przed tym umyłam ręce.

Wcinam sobie spokojnie, kiedy nagle drzwi do mojego pokoju otwierają się z hukiem, a matka krzyczy jednym ciągiem:
- PALIŁAŚ PAPIEROSY PALIŁAŚ PRZYZNAJ SIĘ CAŁA KURTKA ŚMIERDZI PALIŁAŚ DAJ POWĄCHAĆ RĘKĘ PALIŁAŚ CHUCHNIJ.
No więc daje jej rękę, całą w czekoladzie, i chucham, zapachem czekolady. I tu się zaczyna...

- UMYŁAŚ RĘCE ŻEBY NIE BYŁO CZUĆ I TEŻ DLATEGO OD RAZU POPROSIŁAŚ O CZEKOLADĘ HURR PALIŁAŚ PRZYZNAJ SIĘ DURR - monolog oczywiście był dłuższy, zapętlony i bardziej agresywny, jednak szkoda mi znaków.
W skrócie zostałam niesłusznie oskarżona o palenie, miałam się przyznać i dostać jakąś karę, ja się wypierałam i tak w kółko, aż usłyszałam, że tylko winny się tłumaczy.

Oczywiście poza "śmierdzącą kurtką" dowodów żadnych. Tłumaczenia, że chodziłam bez kurtki i może ktoś inny palił w pomieszczeniu, gdzie się ona znajdowała, było zupełnie zbyte. TA JASNE BEZ KURTKI NA DWÓR NIE WYMYŚLAJ ZIMNO JEST.

Później było przesłuchanie kto był z nami itd. i po dłuższej rozmowie ostatecznie stanęło na tym, że niby 13-letni brat koleżanki jest palaczem i chodził za nami (nie paląc!), dlatego moja kurtka śmierdziała (XD). To wymyśliła matka jako wytłumaczenie, gdy się dowiedziała po wywiadzie, że brat koleżanki przez chwilę z nami faktycznie był. A ja potwierdziłam jej wersję, aby uniknąć kary. WTF.

Nadal nie wiem co o tym myśleć.

Podobnych sytuacji było więcej. Fałszywe oskarżenia bardzo mnie stresowały, nigdy nie wiedziałam, kiedy matka coś sobie ubzdura i mnie za to ukarze.

rodzina

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 114 (134)

#85942

(PW) ·
| Do ulubionych
Administrator wysłał zapytanie do biur projektowych - dokumentacja na wycięcie dwóch okien w piwnicy kamienicy.
Ponieważ żaden szanujący się człowiek nie da wyceny bez obadania wcześniej terenu, wybrałam się zobaczyć czy nie ma tam jakiejś miny.
I była.

Po pierwsze nie kamienica, tylko piętrowy budynek wielorodzinny z lat 50. Co to za różnica? Ano w technologii wykonania ścian i stropów. W XIX wiecznej kamienicy będą łukowe, ceglane albo odcinkowe na belkach z wypełnieniem z cegły, a tu mamy żelbetowy strop z przyzwoitym wieńcem. Poza tym ściana fundamentowa w XIX w była ceglana, a u trzeba sprawdzić, czy nie jest żelbetowa.

Ale to wszystko nic. Budynek po pełnej termomodernizacji, z tym zabójcą ścian istniejących, czyli tynkiem mozaikowym na strefie przyziemia.
Tynk mozaikowy ma to do siebie, że nie przepuszcza wilgoci a jak się go chce pozbyć, to schodzi zwykle z połową cegły pod spodem. Dlatego też wszyscy kładą go na grzyba, a potem są w ciężkim szoku, że jest jeszcze gorzej.
Na dodatek wszystkie okna piwniczne śliczne, plastikowe i zamknięte.

Przychodzi przewodniczący wspólnoty i pytam się: czy są pewni, że chcą te okna. Bo to zniszczy cześć zrobionej elewacji.
Ale jak to: zniszczy?
No bo - panie - okno musi mieć nadproże. To nie jest tak, że się dziurę w ścianie robi, wstawia okno i już. Nie, nie, nie. To panie, trzeba zrobić nadproże.
Można kupić prefabrykowane, ale to jest (panie) taka belka na 20 cm minimum. I to się panie, najpierw zakuwa wnękę z jednej strony, na połowę ściany i wstawia się to naroże. A to nadproże musi wystawać poza otwór okienny na boki, co najmniej kilkanaście cm - żeby się opierać na murze. I jak to zwiąże, to robimy to samo z drugiej strony. A jak one nie są prefabrykowane tylko robione na miejscu, to na każdą stronę 2 tygodnie.
I dopiero potem na koniec można wycinać dziurę na okno. A nawet jak macie jeszcze trochę tego (tfu) tynku mozaikowego, to będzie widać gdzie było to nadproże wstawiane. Odznaczać się na murze będzie.

A to nie można - pani- taka piłą tarczową na pilota, taką samojezdną przyjechać, dociąć i tak w ogóle wstawić w tą dziurę okno?
No, legalnie nie. A jak tak pan zrobi, to ściana może pękać. Nie od razu, ale z czasem...
No to my chyba zrezygnujemy. Ale co my zrobimy, co my zrobimy...
Ale z czym co zrobicie?
Bo tam w piwnicy grzyb się pojawił, wilgoć, pleśnieją nawet półki i śmierdzi.
To otwierajcie okna przestrzał.
Ale wszystkie okna są do piwnic prywatnych, a te dwa miały być na końcach korytarza części wspólnej. Ludzie nie chcą mieć w swoich piwnicach otwartych okien, bo im wrzucają butelki. A ostatnio jakoś tak zaczęło kisnąć bardziej i szybciej...
Od kiedy zrobiliście elewację?
Tak, od wtedy.
To tłumacze związek między tynkiem mozaikowym, zamkniętymi oknami i ideę czerpni i wyrzutni powietrza.
Pan wygląda jakby go piorun strzelił.
Dlaczego administracja nam nie powiedziała? Dlaczego nam nie doradzili? Dlaczego nie odradzili tego tynku? Dlaczego nam nie powiedzieli, jak wygląda robienie okien? Czy oni tam fachowców nie mają?

Z poczuciem rozgoryczenia i oszukania pan zdeklarował zarzucenie koncepcji wycinania tych okien. Samojezdną piłą tarczowa nią pilota.
Coś czuję, że nie mam duszy rekinki (rekinicy?) biznesu.

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 127 (137)

Podziel się najśmieszniejszymi historiami na
ANONIMOWE.PL

Piekielni