Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

 

#85577

(PW) ·
| Do ulubionych
Myślę, że ostatnia porcja piekielnych rodziców. Przypominam, że znaczna większość rodziców jest naprawdę ok, ale zdarzają się przypadki takie jak opisane tutaj. Zaznaczam ponownie, że płeć dziecka dobierana jest losowo, a szczegóły mogące doprowadzić do rozpoznania rodziny nie zostaną opisane.

Rodzic „Mi się należy!” [MSN] bądź lubiący pokazywać swoją wyższość wobec nas.

Choć zdarza się to rzadko, bywają rodzice, którzy potrafią powiedzieć nauczycielowi prosto w twarz, że „żyje z jego podatków, więc ma robić to, co on chce, bo dzięki niemu ma pensję”. Mnie to osobiście nie spotkało, lecz koleżankę z pracy już tak, dlatego nie będę opisywał tej sytuacji. Zjawisko to przybrało na sile w trakcie protestów. Mnie już zdążyły one ominąć, wtedy już w szkolnictwie nie pracowałem, ale nadal utrzymuję czasem kontakt ze starymi koleżankami z pracy. Niektóre żądania rodziców bywają… Cóż, można by zrobić z nich skecze w kabaretach. Co ciekawe, zauważyłem, że atakowane słownie były częściej moje koleżanki, ja rzadziej. Mamy tu kilka przykładów „bo mi się należy”:

Jeden z rodziców zażyczył sobie, by do jego dziecka na wycieczce (do kina) był specjalny dodatkowy opiekun, taki wiecie, tylko i wyłącznie do dyspozycji jego dziecka. Nie przyjął odmowy z entuzjazmem (dodam, że nie było ku temu żadnych powodów, a ilość opiekunów na liczbę dzieci się zgadzała).

Rodzic, który zażądał, by jej/go dziecko nie spożywało żadnych cukrów (ten sam, co od jadłospisu kilka historii temu). Tylko wiecie… Bywało to problematyczne, np. gdy jedno z dzieci na urodziny przyniosło cukierki do szkoły. Teraz mu wytłumacz, dlaczego nie może poczęstować kolegi/koleżanki… Oraz tamtemu dziecku, czemu wszystkie inne dzieci jedzą, a ono nie może. Dodam, że medycznie nie było żadnych przeciwskazań do jedzenia przez dziecko cukru, wiem że jest niezdrowy, ale przesadne odcinanie dziecka od niego wcale nie jest dobre. Jak poczuje smak wolności, to może stracić nad tym panowanie.

Rodzic, który wymagał zakupu naprawdę drogich sprzętów pod niepełnosprawność swojego dziecka. Fakt, sprzęty te zdecydowanie ułatwiłyby dziecku naukę, ale nie były niezbędne, a szkoły za nic w świecie nie byłoby na to stać. Czasem mam wrażenie, że do niektórych nie dociera, że to nie jest tak, że szkoła dostaje pieniądze na wszystko, o co poprosi, ponownie powiem, sprzęt nie był niezbędny. Ileśmy się nasłuchali od tego MSN! Że powinniśmy się dostosować do jego dziecka, że złoży na nas skargę do kuratorium, że nas opiszą w gazetach, że nas opisze w Internecie itd. Ja też naprawdę bym chciał zapewnić każdemu dziecku wszystkie najlepsze sprzęty, ale tak się zwyczajnie nie da. Tyle że pretensje oczywiście gdzie? Do nas, bo my NA PEWNO nie chcemy mu pomóc.

MSN przyniósł leki do szkoły, dał je mnie i kazał podać swojemu dziecku. Nie mam takiego prawa, więc odesłałem MSN do pielęgniarki szkolnej i stanowczo odmówiłem podawania dziecku czegokolwiek. Teoretycznie zostałem upoważniony do tego (słownie) przez rodzica, ale praktycznie na piśmie tego nie mam i jeśli coś się stanie, to robię to na własne ryzyko. Poza tym szczerze mówiąc nie wiem, czy pielęgniarka szkolna mogła podać dziecku jakiś lek bez potwierdzenia lekarza, ale te przepisy nigdy mnie nie dotyczyły, więc się nie zagłębiałem. W każdym razie MSN nie posłuchał, zostawił mi leki i wyszedł. Wykonałem do niego kilka telefonów, których nie odebrał (najczęściej nie odbierają w takich sytuacjach, ciekawe dlaczego…?). Po konsultacji z dyrekcją i kolejnych nieodebranych telefonach leku nie podałem. Żebyście widzieli te pretensje… (dziecku się nic nie stało oczywiście).

Wiele było skarg na naprawdę błahe rzeczy. Np. nie otworzyłem picia dziecku (nawet nie poprosiło, przecież nie czytam mu w myślach), nie poszedłem z dzieckiem do toalety i zdarzył się „wypadek” (zawsze pytam, czy ktoś chce do toalety, czasem wręcz namawiam, jak widzę, że ktoś dawno nie był, ale naprawdę, ja się nie domyślę; „wypadek” ogarnąłem). Dziecko zgubiło zabawkę, w sumie nadal nie wiem, czemu pretensje były do mnie. Dziecko nie ma długopisu, ktoś mu ukradł! Itd… Itd… Ja też wszystkiego nie widzę, jestem tylko człowiekiem. Nie mogę pilnować każdego z dzieci, przez cały czas wlepiając w nie wzrok, bo to jest fizycznie niemożliwe. Jeśli zauważę, że coś jest nie tak, reaguję.

Już nie wspomnę o próbach przekupstwa typu „ja znam ludzi tu i tu, wy mi MACIE to zrobić/załatwić!!!”.

I jeszcze na koniec cytat posłany do mnie „Kim ty k**** d**** jesteś, żeby mi k**** mówić, że mam dziecko odebrać? Przyjadę kiedy k**** będę chciał!" <--- Rozmowa dotyczyła dziecka pozostawionego dzień wcześniej w świetlicy GODZINĘ po jej zamknięciu. Poinformowałem, że tym razem pani zdecydowała się poczekać, bo być może coś go zatrzymało, ale następnym razem dzwonimy po odpowiednie służby, bo mamy do tego prawo, a nawet powinniśmy, jeśli nikt dziecka nie odbierze. To, że pani poczekała, to była tylko i wyłącznie jej dobra wola. Nikt jej za tę nadprogramową opiekę nie zapłacił. Jak się domyślacie, zostałem całkowicie olany. Po trzykrotnym nieodebraniu dziecka na czas ze świetlicy, pan musiał odebrać je z policji. Potem już odbierała je matka. Zawsze na czas.

I taka mała deklaracja na koniec. Ja też popełniałem błędy. Najwięcej zdarzało się na praktykach, wynikało to nieraz z nieznajomości przepisów (których uczyłem się na bieżąco, na studiach jakoś na to czasu nie było…), nieraz z głupoty, czy (głównie na początku) zwyczajnej nieznajomości specyfiki zawodu. Na studiach uczą jedynie teorii, większości rzeczy człowiek uczył się w praktyce. Za swoje błędy ponosiłem konsekwencje, nie były to jednak nigdy aż tak poważne błędy, żeby komuś coś się stało itp. Nauczyciele to też ludzie. Tylko ludzie i też popełniają błędy. Może i nie powinni, ale lekarze też popełniają błędy, a nie powinni, elektrycy też, architekci też, kierowcy też i długo by można wymieniać. Piszę to dlatego, że nie uważam się za nieomylnego i nie chciałbym, aby ktoś tutaj odniósł takie wrażenie. Bywało, że np. powiedziałem coś nie tak i rodzice mieli pretensje, no zdarza się. Przy dzieciach trzeba bardzo ostrożnie dobierać słowa. Tylko że wtedy te pretensje były uzasadnione. W przypadkach opisanych powyżej uważam osobiście, że nie były.

Szkoły

Skomentuj (3) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 127 (133)

#85458

~7Cylindrow ·
| Do ulubionych
Jestem pasjonatem motoryzacji. Wot, takie przybrane hobby, które się wykształciło u mnie po zdaniu prawa jazdy. Lubię zarówno dbanie o samochody, jak i o motocykle, tak pod względem kosmetycznym, jak i mechanicznym. Sam posiadam siedmiocylindrowe stadko składające się z motocykla "125" i od niedawna 20-letniego BMW.

Wiem, że w komentarzach na pewno pojawi się "król komedii", który wspomni coś o kierunkowskazach.

No ale do rzeczy. Biorąc pod uwagę fakt, że ze względu na moje hobby spędzam dość sporo czasu za kierownicą i poruszając się wokół tematów posiadających koła, zebrało mi się kilka sytuacji, które wydają mi się zasługiwać na miejsce na tej stronie.

A więc odliczamy.

Numer 1 - podejście do motocyklistów. Od razu zaznaczam - nie każę nikomu uwielbiać wszystkich kierowców jednośladów. Jest wśród nas pewna część, która usilnie stara się złamać każdy przepis kodeksu drogowego, jaki istnieje. Nie oznacza to jednak, że należy usiłować zabójstwa każdej osoby, która czerpie przyjemność z jazdy pojazdem, któremu amputowano dwa koła i kabinę. Dlaczego o tym mówię? Jakiś czas temu, gdy jechałem w Gdańsku ulicą Grunwaldzką z przepisową prędkością prawym pasem, pewien kierowca uznał za swój obowiązek zatkanie mi rury wydechowej swoją tablicą rejestracyjną.

Nie zważał na fakt, że 2 pasy na nasze lewo były w tym momencie wolne. Nie. Jego powołaniem życiowym było, aby jego tablica rejestracyjna pełniła funkcję hamulca silnikowego. Chciałbym wiedzieć, co waćpan by uczynił, gdybym z jakiegoś powodu chociaż lekko odpuścił gaz.

Numer 2 - podejście do BMW.

Biało-niebieskie śmigiełko. "Freude am fahren". Wydachowane 316i.

Żadna marka w tym kraju nie budzi takich emocji. ŻADNA. Spróbujcie wejść na dowolny portal informacyjny, wpisać w wyszukiwanie "BMW" i znaleźć chociaż jedną informację o tej marce, która nie będzie mówiła o wypadku wskutek brawurowej jazdy.

Dlaczego o tym mówię? Ponieważ to podejście rzutuje na zachowania kierowców na drogach. Sam jeżdżę "Bawarskim Ekspresem" czyli E46 320Ci, które jest na dodatek czarne. Utrzymuję je w miarę możliwości w nienagannym stanie technicznym, a także wizualnym. Uwierzcie mi - całe "Freude am fahren" się ulatnia, gdy co chwila na światłach ktoś w Audi z 1.9 TDI po chipie z allegro robi przygazówki, próbując mnie sprowokować do porównywania długości przyrodzenia za pomocą koni mechanicznych, gdy ja chcę tylko dojechać spokojnie do domu. Nie wiem, dlaczego, ale ludzie, widząc czarne BMW, od razu wręcz głupieją. Zajeżdżanie drogi, wyprzedzanie odwetowe i oglądanie, jak to 316i, które nie posiada progów, próbuje nieskutecznie naśladować Kena Blocka to codzienność, jeśli posiadacie starszy samochód ze śmigiełkiem na masce. To bawi na początku, ale niech mi ktoś wytłumaczy, co ci ludzie mają na celu, bo mi kończą się pomysły.

Numer 3 - mechanicy.

Od razu chcę przeprosić wszystkich uczciwych mechaników. Nic do Was absolutnie nie mam. Chodzi mi o tę grupę, która stara się być cwańsza od klienta. W szczególności, gdy klient latami czytał literaturę fachową dotyczącą tej dziedziny.

Jakiś czas po zakupie "Ekspresu" zauważyłem stukanie z tyłu. Jako że zabawa w detektywa Colombo zakończyła się na stwierdzeniu, że gdy hamuję, to nie puka, a jak jadę po dziurach, to puka, stwierdziłem, że głównym podejrzanym jest luźny przewód hamulcowy. No dynda i stuka o nadwozie. Postanowiłem oddać samochód do warsztatu, aby się upewnili, że to właśnie to jest przyczyną, a po stwierdzeniu, że to nie przewód, zadzwonili z pytaniem, co dalej robimy.

Ok, kluczyki oddane, ja wracam do domu na piechotę. Następnego dnia odbieram telefon. Samochód do odbioru. Z przeświadczeniem, że podczas zostawiania go u nich ktoś mnie jednak słuchał, stwierdziłem "I co, tak jak mówiłem, przewód?".

Okazało się, że nie. I powiedzmy, że cena za naprawę nie była duża, jednak była całkowicie zbędna. Dlaczego? Bo nie był to przewód, a po prostu klocki hamulcowe latały luźno w zacisku. Rozumiem, że warsztat chciał usunąć usterkę, ale nie potrafię pojąć, dlaczego nie mogli zadzwonić z pytaniem, czy wymienić klocki, czy zostawić jak jest. Nie zgodziłbym się na wymianę ze względu na to, że zamierzałem i tak wymienić klocki z tarczami, do czego nie potrzebowałem mechanika. W tym momencie zapłaciłem za usługę, której całkowicie nie potrzebowałem, z takiego powodu, że mechanik stwierdził, że uszczęśliwi mnie na siłę.

Na razie to tyle, jeśli się spodoba, to znajdę kilka innych sytuacji utrzymych w tej tematyce. LwG.

www.7cylindrow.pl

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 56 (78)

#85463

(PW) ·
| Do ulubionych
Będzie o bardzo dawnych czasach, ale z niejakim odniesieniem do współczesności. Ciemna noc stanu wojennego, rok 1982. Mieszkam na wsi na Mazurach i uczę w szkole. Przychodzi pisemko, tak zwany bilecik. Mam się drugiego września stawić do jednostki w celu odbycia dwunastomiesięcznej służby wojskowej. Tak, kiedyś po studiach trzeba było odpękać rok w kamaszach w Szkole Podchorążych Rezerwy (taka wylęgarnia potencjalnych oficerów) w odróżnieniu od tak zwanego plebsu, który miał do wyboru tylko dwa latka lub (w przypadku pecha) trzy w marwoju lub u pancerniaków. Naonczas miałem dwoje dzieci silnie małoletnich czyli 4 miesiące oraz rok i pięć miesięcy. Żona oczywiście nie pracowała (macierzyński, wychowawczy itp). Trzeba było działać.

Krok pierwszy: do woja trafiłem tuż po potężnym ataku kolki nerkowej, więc idziemy w zdrówko. Zgłoszenie u lekarza w jednostce, ten w karcie wpisuje na czerwono KRÓTKA DROGA (czyli do natychmiastowego zwolnienia) i skierowanie do szpitala wojskowego. Tam teksty: bo zrobimy urografię, a od tego można umrzeć, to niech podchorąży przyzna, że dodał krwi z palca do próbki moczu i po sprawie. Wychodzę ze szpitala z diagnozą: skrzywienie przegrody nosowej nieznacznie upośledzające czynność ustroju (ale możemy ją podchorążemu wyprostować), kategoria A1, czyli komandos. Dobre było w tym, że unitarkę (tupanie do przysięgi po placu apelowym) odpracowałem w szpitalu, a salowe donosiły nam śliwowicę.

Krok drugi: dzieci i żona bez środków do życia (aż tak źle nie było, ale i nie luksusowo). No i bingo. Wezwanie z Wojewódzkiego Sztabu Wojskowego, żeby wyjaśnić sprawę. Po jakimś czasie przez swoje wtyczki (każdy jakieś miał w PRL) informacja - decyzja o zwolnieniu wysłana na początku marca do jednostki macierzystej. Ja już cały happy, wolność tuż, tuż, ale to przecież wojsko i tak pięknie być nie może.

Codzienne wizyty u zblatowanego pisarza kompanii (niepozorna, ale szalenie ważna funkcja) nic nie dawały. Zwolnienie w końcu przyszło. Dziesiątego czerwca udało się kwitom pokonać 60 kilometrów od sztabu do jednostki.

Jako obywatel wyzwolony z kamaszów, czyli już nie podwładny, zapytałem przy piffie swojego byłego przełożonego, jak to było możliwe. Odpowiedź była taka: zwolnienie zwolnieniem, a podchorąży te dziesięć miesięcy z dwunastu odpękać musiał. Przepisu takiego nie ma, a raczej taki uzus, żeby podchorąży nie pomyślał, że wojsko to gó...

A jaki jest związek z codziennością? No cóż, to przecież nasza codzienność w kontaktach z urzędami. Niech sobie petent nie myśli, że może być górą. A nawet jak myśli, że jest, to nie jest.

I tyle.

Skomentuj (25) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 73 (121)

#85442

(PW) ·
| Do ulubionych
Nasz narodowy bank uraczył mnie właśnie pokazem swojej "logiki".

Jeden z kodów, o który zostałem dzisiaj poproszony, nie był do końca czytelny. Drogą dedukcji wyszły mi 3 cyfry, które powinny pasować w tym miejscu. Skorzystałem więc z 3 prób i okazało się, że nie trafiłem. Skoro karta przestała być aktywna, zadzwoniłem na infolinię celem jej odblokowania. A teraz co ciekawego się działo.

1. Na początku zostałem poproszony o całą sekwencję danych sensytywnych celem weryfikacji.
2. Konsultant poinformował mnie, że po drugiej próbie powinienem zadzwonić na infolinię i poprosić o zablokowanie tego kodu.
3. Odblokowanie karty nie jest możliwe przez telefon za wyjątkiem kontaktu z infolinią poprzez skorzystania z uwierzytelniania w serwisie telefonicznym. By nadać hasło oczywiście potrzebna jest zdrapka.
4. Muszę wybrać się do oddziału, by to odblokować - ta informacja spowodowała, że para poszła mi uszami.

Co jest nie tak z tą logiką?
1. Bank wie o mnie wszystko włącznie z numerem buta, telefonem do psa sąsiadów i poborem prądu w piwnicy, ale nie jest w stanie w rozmowie stwierdzić mojej tożsamości.
2. Trzy razy wpisałeś zły kod? Masz przechlapane, jakbyś zrobił to dwa razy, to na pewno nie jesteś złodziejem i możesz spokojnie zadzwonić do nas, to zmienimy ci na inny kod.
3. Mamy dostęp do profilu zaufanego, ale z niego nie skorzystamy. Miałbyś za łatwo, a tak to przynajmniej zadbamy o twoją kondycję, fundując ci wycieczkę do oddziału.

Cóż, jak mi tego jutro nie odblokują zdalnie, to przyjdzie pora rozejrzeć się za innym bankiem, bez żalu z mojej strony.

Infolinia PKOBP

Skomentuj (20) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 70 (94)

#85543

(PW) ·
| Do ulubionych
O szukaniu pracy. Po historiach damsko-męskich (do tego tematu jeszcze wrócę) coś lżejszego i z innej beczki - rozmowy kwalifikacyjne.

Jakieś trzy lata temu z kawałkiem z całkiem sporym hukiem rozstałam się z pracodawcą (również temat na historię) i musiałam znaleźć nową pracę. Do tematu podeszłam optymistycznie. Monachium to miasto z prawie zerowym bezrobociem, nie pracuje praktycznie tylko ten, kto nie chce, swoje biura ma tu mnóstwo międzynarodowych koncernów, więc ofert pracy też jest od groma. Do tego non stop słyszy się, jak to pracodawcom ciężko jest znaleźć kompetentnych kandydatów. Jako że w poprzednim miejscu zarabiałam więcej niż bardzo dobrze, Urząd Pracy (zwany odtąd Arbeitsamtem) wyliczył mi całkiem przyzwoity zasiłek, do tego miałam oszczędności, miałam przez kilka miesięcy z czego żyć. Nie byłam w sytuacji, w której musiałabym przyjąć pierwszą lepszą ofertę, więc mogłam trochę poprzebierać i poczekać, aż trafi się coś fajnego.

W zawodzie, który wykonuję, jest spora rozpiętość zarobków. Zależnie od branży, kondycji finansowej firmy, siły przebicia kandydata, stopnia desperacji pracodawcy i paru innych czynników (niekoniecznie jednak wymagań pracodawcy czy doświadczenia kandydata) zarobki netto zaczynają się od, powiedzmy, 1500€ (co na monachijskie warunki jest bardzo niską pensją - dla porównania, wynajęcie kawalerki kosztuje ok. 900€ plus opłaty, dyskont spożywczy oferuje kasjerom bez żadnych kwalifikacji czy doświadczenia i ze słabą znajomością języka na dzień dobry jakieś 1600€, granicę ubóstwa ktoś kiedyś wyliczył na 1700€; kwoty dotyczą Monachium, w reszcie kraju wygląda to inaczej), a potrafią sięgać nawet ponad 4000€. Kwota mniej więcej w połowie tej stawki jest już godziwą zapłatą, biorąc pod uwagę wymagania, godziny pracy, odpowiedzialność i zakres obowiązków, zarazem pozwalającą samotnej osobie na spokojne życie bez trosk finansowych i odkładanie jakiejś kwoty na czarną godzinę. Tyle tytułem wstępu.

W ciągu niecałych 4 miesięcy odbyłam ponad 40 rozmów, część osobiście, część online lub telefonicznie. Czasami słyszałam magiczne słowo "overqualified", czyli politycznie poprawny odpowiednik "za stara do młodego, dynamicznego zespołu", czasami nie odpowiadała mi forma zatrudnienia (czasowa umowa lub przez zewnętrzną agencję), czasami ktoś inny był po prostu lepszy, czasami rozbiegały nam się oczekiwania finansowe. To ostatnie z reguły następowało w ten sposób, że odbywała się rozmowa na temat moich kompetencji, wszystko było cacy, ale jak tylko przeszliśmy do rozmowy na temat zarobków i podałam stawkę (też nieprzesadnie wygórowaną, w końcu to ja pukałam do ich drzwi, a nie oni do moich), potencjalny pracodawca nie mówił wprost, że mają inne widełki płacowe, tylko łapał się za głowę, wykrzykiwał niemiecki odpowiednik "ło paaaani tyyyle piniendzy" (dwie firmy, okazało się, nie oferowały w ogóle żadnego wynagrodzenia, tylko wpis w CV), po czym wygłaszał wykład na temat mojego skandalicznego braku wymaganego doświadczenia, wiedzy itd. No to nie traćmy sobie nawzajem czasu, do widzenia. Ostateczne znalazłam satysfakcjonującą mnie ofertę i pracuję tam do dzisiaj, chciałabym jednak przytoczyć kilka "kwiatków" z tego okresu, które szczególnie zapadły mi w pamięć. Subiektywny ranking, od najmniej do najbardziej piekielnego.

1. Jakiś rekruter. Rozmowa wstępna przez telefon. Rozmowa toczy się po niemiecku, w pewnym momencie pani pyta mnie o znajomość angielskiego. Mówię, że biegła. Czy mogę to jakoś udowodnić. Opowiadam, że kończyłam anglistykę, mieszkałam 7 lat w Irlandii, tam pracowałam na uczelni, dorabiałam sobie jako tłumacz m.in. na policji i w sądach, naprawdę znam język. Zresztą wszystko jest udokumentowane w portfolio, które im wysłałam. No tak, ale oni wymagają certyfikatu B1 (to jest poziom w miarę średniozaawansowany, który pozwala porozumieć się w prostych sprawach: opowiedzieć, co jest na obrazku, napisać prosty list itd.). Odpowiadam, że nigdy tego certyfikatu nie robiłam, nie miało to kompletnie sensu, jako że mam dyplom ukończenia studiów, który potwierdza znajomość języka na dużo wyższym poziomie niż certyfikaty ze szkół językowych. Nie, ma być ten konkretny certyfikat i koniec, inaczej musi mi wpisać brak znajomości języka. No to nie, dziękuję, do widzenia.

2. Dobry kolega pracował w dziale HR w pewnym koncernie i któregoś dnia poinformował mnie, że pracownica na stanowisku pasującym do mojego profilu idzie na urlop macierzyński, nie wie, czy wróci i szukają kogoś na jej miejsce. Mam mu przesłać swoje CV, on mnie poleci. Tak zrobiłam. Za kilka dni kolega mówi, że jednak nic z tego. Szef działu wymyślił sobie, że zaoszczędzi i zamiast zatrudniać nowego pracownika, stanowisko pokryje praktykantem. Kolega tłumaczył mu, że stanowisko jest pełnoetatowe, wymaga doświadczenia, konkretnych umiejętności i praktykant, który przyjdzie na kilka godzin, zwyczajnie sobie tam nie poradzi. Na co szef: "będzie musiał sobie poradzić albo nie zaliczy praktyk".

3. Koleżanka (Polka), pracująca na podobnym stanowisku do mojego, dała mi znać, że u niej w dziale jest wolne stanowisko, równoległe do jej. Pracownica poszła na macierzyński, z którego nie wróciła, nowego pracownika na razie nie znaleźli (mimo że podobno usilnie szukają), obydwa stanowiska obsadza póki co ona sama i powoli już nie daje rady, bo obowiązków przybywa, a doby nie. Pogada z szefem, da mu moje CV, zobaczymy. Efekt rozmowy był taki, że szef poinformował koleżankę, że nikogo na to stanowisko nie zamierzają szukać, bo szkoda im pieniędzy, a ją po to ściągali z oddziału w Warszawie, żeby zapie*dalała na dwa etaty, bo żaden Niemiec nie chciał tego robić. Bo na pojedynczy to oni sobie Niemca znajdą i nie muszą cudzoziemców zatrudniać. I że jak się jej nie podoba, to może wracać skąd przyjechała. Kilka miesięcy później koleżanka znalazła pracę gdzie indziej i, ku zdziwieniu szefa rasisty, złożyła wymówienie.

4. Tym razem oferta z LinkedIn. Duży azjatycki koncern elektroniczny. Wysyłam CV, jest odzew, zapraszają na rozmowę. Przechodzę jedną, drugą, trzecią, są zadowoleni, chcą mi złożyć ofertę. Pensja bardzo dobra, ja też jestem zadowolona. Umawiamy się na podpisanie umowy. Dzień przed umówionym terminem dostaję od nich telefon:
- No bo ten... teges... Właśnie zauważyliśmy, że przekalkulowaliśmy budżet i jednak nie możemy pani zaoferować tyle pieniędzy, ile obiecaliśmy. Musimy troszeczkę zmniejszyć stawkę.
- Co to znaczy troszeczkę? (oferta była ogólnie bardzo dobra, stawka też, więc jakieś 10% mogę zejść, nic mi nie będzie)
- Nooo... Ten... Errrmmm... Jakieś 50%.
- Ile?
- 50%. Stać nas, żeby zapłacić pani połowę umówionej kwoty. To jak? Decyduje się pani?
- No raczej nie.
- Ale dlaczego? Poświęciliśmy pani mnóstwo czasu
- No i co z tego? Ja wam też.
- Czyli nie chce pani?
- No raczej nie.

5. Duża stacja telewizyjna. Pracownicy przyjmowani głównie z polecenia. Pracował tam mój kolega i, standardowo, któregoś dnia pojawiła się informacja, że zwalnia się stanowisko, kolega spytał , czy jestem zainteresowana, no jak nie, jak tak, wysłałam mu CV, on przekazał dalej. Przez ponad miesiąc zero odzewu. Kolega zagadał do szefa HR, jak się sprawy mają - tak, tak, są zainteresowani, niedługo się odezwą. Po kolejnym miesiącu faktycznie zapraszają na rozmowę. Najpierw przez Skype z dziewczyną, która odchodzi ze stanowiska i jeśli dobrze pójdzie, to kolejną już osobiście z potencjalnym szefem i kimś z HR. Odbyłam rozmowę przez Skype któregoś dnia rano, dziewczyna nie bardzo wiedziała, jak tę rozmowę prowadzić i o co mnie pytać, skończyło się tym, że to ja prowadziłam rozmowę, ale dzięki temu dowiedziałam się wszystkiego, co mnie interesowało. Stanęło na tym, że dziewczyna pogada z szefem, przekaże mu swoją opinię i da znać w najbliższych dniach w sprawie ewentualnej kolejnej rozmowy. Już tego samego dnia po południu zadzwoniła, że szef jest zainteresowany i proponują rozmowę osobistą w przyszłym tygodniu. Bardzo się cieszę, uzgadniamy termin. Ona ma tylko jeszcze prośbę, żebym w ciągu najbliższych 30 minut dosłała jej CV z datami dziennymi mojego początku i końca zatrudnienia u wszystkich pracodawców (miałam wpisane tylko miesiące i lata) i gdyby gdzieś była kilkudniowa luka, proszą o informacje, co przez te dni robiłam. Nie wiem, po co im to, ale ok, mówię tylko, że nie ma mnie w tej chwili w domu, bo załatwiam pewne sprawy na mieście, wrócę wieczorem i przyślę wymagany dokument. Tak też zrobiłam.

Tydzień później przychodzę na rozmowę osobistą. Witają mnie pracownica i jej szef. Z HR nikt "nie był w stanie znaleźć czasu w tak krótkim terminie". Faktycznie, moje CV wpłynęło zaledwie 2,5 miesiąca temu, mogli nie zdążyć. Rozmowa przeszła gładko, moje kompetencje im pasują, mnie ich wymagania też, hajs się zgadza. Potencjalny szef zadał mi tylko jedno dziwne pytanie, tj. "czy mój obcy akcent nie będzie przeszkadzał mi w wykonywaniu obowiązków". Musiałam mieć dziwny wyraz twarzy, bo zaraz się z tego wycofał.

Po zakończeniu rozmowy pracownica poprosiła mnie, żebym jeszcze chwilę została, bo miała do mnie jeszcze parę spraw. W zasadzie dwie sprawy, które mocno ją rozczarowały. Na rozmowie zrobiłam bardzo dobre wrażenie, ale przez te sprawy ona ma teraz dysonans poznawczy i nie wie, co o tym myśleć. A więc, sprawa pierwsza. Widzi, że jestem dobrze ubrana, pomalowana, no pełna profeska, natomiast podczas rozmowy przez Skype moja twarz wyglądała na nieumalowaną, co zrobiło na niej nieprofesjonalne wrażenie. Wytłumaczyłam jej, na czym polega różnica między makijażem dziennym, a takim "do kamery" i że owszem, podczas tamtej rozmowy też miałam na sobie makijaż, z tym że nie teatralny i przez kamerkę Skype mogło nie być go widać (już pomijając fakt, że nie ubiegałam się o stanowisko prezentera, tylko o zdecydowanie biurowe, to myślałam, że dziewczyna, pracując w telewizji, wie takie rzeczy). Druga sprawa, tydzień temu ona wyraźnie prosiła przez telefon o przysłanie dokumentu w ciągu 30 min, a ja wysłałam dopiero wieczorem. Jej nie interesują moje tłumaczenia, że byłam poza domem, jej zdaniem miałam obowiązek być cały czas w domu i czekać na jej telefon, ona się czuje zlekceważona i przekaże to wyżej. Biorąc pod uwagę ich tempo reakcji, dostosowanie się do jej oczekiwań mogłoby oznaczać siedzenie kołkiem przez miesiąc lub dwa, nie wychodząc nawet ze śmieciami. I faktycznie, chyba przekazała wyżej swoje odczucia, bo już półtora miesiąca po tej rozmowie dostałam z HR maila kopiuj/wklej o treści "Drogi kandydacie, dziękujemy za zainteresowanie stanowiskiem nr 12345678. Niestety przesłałeś nam swoją aplikację zbyt późno i nie jesteśmy w stanie zaprosić Cię na rozmowę wstępną".

6. Na koniec dwie oferty z Arbeitsamtu. Sprawa z Arbeitsamtem ma się tak, że opłacają ubezpieczenie i wypłacają zasiłek, ale co miesiąc trzeba się stawiać na rozmowę z doradcą i zdawać mu relację z poszukiwań pracy. Arbeitsamt czasami przysyła również oferty, które ma w swojej bazie danych. Są to z reguły oferty Januszexów, które nigdzie indziej nie mogły znaleźć kandydata (lub nie wiedziały w jaki sposób mogą go szukać), więc ich atrakcyjność można sobie wyobrazić. Problem polega na tym, że jeśli Arbaitsamt przyśle jakąś ofertę, to trzeba aplikować, a jeśli firma zaprosi na rozmowę, trzeba na nią iść i niezależnie od jej przebiegu trzeba wysłuchać Johannesa biznesu do końca, nie można wyjść trzaskając drzwiami, bo jak się Johannes poskarży, można stracić świadczenia. Jeśli dostanie się propozycję pracy i się ją odrzuci, trzeba mieć solidne wytłumaczenie.

Oferta nr 1. Koncern elektroniczny. Pracownika szukają od ponad roku i potrzebują naprawdę na cito. Wymagania na 2 strony A4, w tym: znajomość czterech języków, z tego dwóch niszowych (angielski i niemiecki biegle, do tego komunikacyjnie polski lub słowacki oraz szwedzki lub duński), doświadczenie w pracy tłumacza, doświadczenie w tworzeniu stron internetowych, w organizacji eventów, biegła znajomość MS Sharepoint i doświadczenie jako administrator oraz kupa innych rzeczy. Opis stanowiska mi pasuje, składam papiery. I cisza. Mija miesiąc, drugi, zero odzewu. Dzwoni do nich mój doradca, że no jak to tak, szukacie w końcu kogoś czy nie, co to ma być. W końcu jest odzew. Mail od pana z HR, że zapraszają na rozmowę w przyszły poniedziałek. Potwierdzam, że będę. W czwartek wieczorem zmarł nagle mój dziadek, pogrzeb wyznaczony na niedzielę. Piszę maila do pana z HR, że proszę o przełożenie terminu rozmowy na inny termin z takiej i takiej przyczyny. W piątek dzwoni do mnie pan z HR, że o przełożeniu na późniejszy termin nie ma mowy, bo muszą w końcu obsadzić to stanowisko i im się spieszy, ale czy mogę dzisiaj, teraz, zaraz, natychmiast. Jego co prawda nie ma dzisiaj w biurze, ale jest pan szef i on odbędzie ze mną rozmowę. Właśnie wyruszyłam w podróż do Polski, ale że daleko jeszcze nie ujechałam, mogę się wrócić, odwiedzić ich biuro i odbyć rozmowę.

Dzwonię do tego pana szefa, mówię, że niedługo będę i uprzedzam, że jestem trochę nieodpowiednio ubrana, bo jednak w ośmiogodzinną podróż nie wybieram się z reguły w garsonce. On, że nie ma sprawy, rozumie sytuację, zresztą jest piątek i on sam dzisiaj przyszedł do pracy w dżinsach i t-shircie. Docieram na miejsce. Rozmowa przebiega standardowo, doświadczenie, umiejętności i tak dalej. Podoba mu się, chcemy panią, dogadajmy jeszcze tylko finanse. Podaję swoją stawkę. Reakcja: "Ło paaaanii tyyyle piniendzy". No dobrze, to ile państwo proponują przy tych wymaganiach? Nie chce powiedzieć, ale mówi, że za tyle, co ja chcę, to u nich pracuje dyrektor finansowy. Myślę sobie, że musi być to wyjątkowy marny dyrektor finansowy, skoro nie był w stanie do tej pory znaleźć lepszej pracy. Pan mówi, że musi sobie przemyśleć sprawę, ale swoją drogą to mam niesamowity tupet, że przychodzę na rozmowę w dżinsach i ośmielam się żądać pieniędzy, za które mogliby mieć Niemca (no bo wiadomo, rodowitego Niemca z biegłym polskim znajdzie na pstryknięcie palcami). Tydzień później dostaję kopiujwkleja od pana z HR, że bardzo im przykro, ale zanim dostali moją aplikację, zdążyli już obsadzić stanowisko, więc niestety nie są w stanie zaprosić mnie na wstępną rozmowę. Podczas następnego spotkanie z doradcą opowiadam mu sytuację, on robi facepalma i mówi, że z ciekawości zaraz zadzwoni do tej firmy i spyta, jakie zarobki faktycznie oferują. Około 1100€ na rękę. Czyli niemiecka płaca minimalna. To pewnie jeszcze długo bedą szukać.

7. I najlepsze na koniec. Również oferta z Arbeitsamtu. Jednoosobowa firma w osobie Pana Turka (nazwijmy go Ahmedem Biznesu), zajmująca się czymś tam związanym z ochroną przeciwpożarową, szuka pracownika i podobno mój profil pasuje. Nie wiem, co niby miałabym tam robić, ale Arbeitsamt każe, trzeba aplikować. Wysyłam papiery. Następnego dnia o 4:55 rano telefon. Ahmed Biznesu zaprasza na rozmowę. Tak, dzwoni o czwartej pięćdziesiąt kurła pięć. Serio. Jako że oferta z Arbeitsamtu, muszę iść. Umawiamy się na ten sam dzień, idę. Ahmed opowiada, że ta oferta, którą wysłał do Arbeitsamtu to pic na wodę, ochronę przeciwpożarową ogarnia sobie sam, ale potrzebna mu pomoc w innej kwestii. Ostatnio kupił sobie firmę zajmującą się wynajmem powierzchni biurowych i nie ma pojęcia, jak ją prowadzić, bo się na tym nie zna. Jest mu potrzebny ktoś, kto mu to poprowadzi i to niby miałabym być ja. Obowiązki to zawieranie umów z najemcami, rozwiązywanie ewentualnych problemów, dopilnowanie, że wszystko gra i tańczy, a Ahmedowi hajs się zgadza. Myślę, fizyka kwantowa to nie jest, dam radę, on się raczej nie będzie w nic wtrącał, będę mieć sporą autonomię, nie brzmi źle.

Ale gdyby było tak pięknie, nie byłoby tej historii. Ahmed kontynuował. On sobie opracuje biznes plan, ile w którym miesiącu chciałby na tym interesie zarobić, a jeśli kwota nie będzie się zgadzać z rzeczywistością, ja ponoszę za to odpowiedzialność finansową, czyli jeśli np. jakieś biuro będzie przez miesiąc stać puste, albo będzie potrzebna naprawa, która jest w gestii wynajmującego, albo w ogóle Ahmed przeszacuje potencjalny zysk, ja mam wyskoczyć z kasy, swojej prywatnej. I mam mu podpisać coś in blanco na poczet moich potencjalnych kar finansowych. W tym momencie miałam ochotę wstać i wyjść, ale że oferta z Arbeitsamt, muszę wysiedzieć do końca. Potem było coraz ciekawiej. Godziny pracy: Ahmed wstaje o 5 (zdążyłam zauważyć), więc od tej godziny muszę być do jego dyspozycji do momentu, aż wszyscy najemcy wieczorem opuszczą biura. Dress code: Ahmed słyszał oraz widział w filmach, że profesjonalne firmy wymagają od pracowników określonego stroju, więc jego oczekiwania są nastepujące: biała bluzka rozpięta pod szyją, wąska spódnica do kolan z rozcięciem na nodze, pończochy samonośne, bo rajstopy mogą się nieładnie odznaczać i wysokie szpilki (już się domyślam, jakiego rodzaju filmy Ahmed oglądał). Zanim rozpocznie ze mną współpracę, Ahmed chciałby zaprosić mnie na godziny próbne, żeby zobaczyć, jak będzie się nam pracowało. Pora? Może jakoś wieczorem, jak już nikogo nie będzie i nikt nie będzie zawracał głowy. Jakaś 21, 22? W stroju służbowym. Jest mi tam coraz bardziej niezręcznie, próbuję zakończyć rozmowę, chcę wyjść i nie wracać. Ahmed przechodzi do finalnych punktów. Umowa? Ale po co umowa, on jest człowiekiem honoru, jego słowo będzie dla mnie najlepszą umową. Zarobki: „Pani ma status osoby bezrobotnej, tak? To Arbeitsamt płaci pani składkę zdrowotną i wypłaca zasiłek. Ja pani coś tam jeszcze dorzucę od siebie i wszyscy będą zadowoleni”. W końcu rozmowa się zakończyła, mogę wyjść.

Ahmedowi wysyłam maila, że ja się jednak nie zdecyduję, poblokowałam go, gdzie się da, bo nalegał na współpracę, po czym dzwonię do Arbeitsamtu i przedstawiam im sytuację. Nie mogłam rozmawiać z moim doradcą, który był ogarniętym gościem, byłam zdana na jakiegoś łebka na infolinii. Opowiadam, co i jak, łebek nie widzi problemu. Ja kontynuuję, że odpowiedzialność finansowa, że dziwny dress code i jakieś nocne próbne godziny, że się typa boję, łebek nie widzi problemu. Przekonała go dopiero praca bez umowy na koszt Arbeitsamtu. No tu EWENTUALNIE mogą mi odpuścić i łaskawie się zgodzą, żebym tej oferty nie przyjmowała, ale naprawdę w drodze wyjątku. Potem mój doradca oddzwonił z przeprosinami i zapowiedział, że wyciągną wobec Ahmeda konsekwencje.

Post Scriptum. Jakieś półtora roku temu, kiedy już dawno pracowałam w mojej obecnej firmie, byłam z moim partnerem na grillu u jego szefa (pracownicy byli zaproszeni z rodzinami). Wywiązała się rozmowa na temat sytuacji na rynku pracy. Któraś żona zaczęła opowiadać, jak to strasznie ciężko jest znaleźć kandydata. Ona pracuje w HR w jakiejś firmie IT i szukają już od dawna kogoś na stanowisko podobne do mojego, i nie mogą znaleźć. Albo ludzie nie mają wymaganego doświadczenia, albo chcą za dużo zarabiać. No po prostu straszne rzeczy. Pytam, jakie zarobki proponują. Mówi, że niezłe - na rękę 1500€. Pytam ją, czy wie, że Aldi proponuje więcej na start kasjerom bez żadnego doświadczenia. Na co ona, że nie ma przymusu pracy w ich firmie i ona nikomu nie broni pracować w Aldi. Kilka miesięcy później spotkałyśmy się przy jakiejś innej okazji. Nadal szukali kandydata.

zagranica

Skomentuj (23) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 228 (238)

#85446

(PW) ·
| Do ulubionych
Rodzinka...

Jest dziewczyna, całe życie miała pod górę. Zwłaszcza od rodziny. Dwa razy żegnała się z życiem, ale udało się. Niedługo może dobije do 40-ki. Może...

Niedawno okazało się, że ma białaczkę. Rozpacz, łzy, załamanie. Tym bardziej, że od niedawna w końcu zaczęło się w życiu układać.

Przy diagnozie lekarz chciał wystawić receptę na dość skuteczny lek. Cena za miesiąc leczenia ok. 25 tys zł. Astronomiczna kwota, nie? Odmówiła. Nie stać jej. A NFZ nie refunduje. Ludzie jej życzliwi zorganizowali zbiórkę na znanym portalu od pomagania. Trwała ledwie kilka dni.

Dlaczego? Otóż rodzinka (najbliższa) zaczęła jej dowalać. Że kasa nie na zbiórkę, tylko na świeżo otwarty własny, wymarzony interes (kiedy otwierała firmę, nie wiedziała nic o chorobie; potem myślała, że złe samopoczucie to kwestia stresu i przemęczenia, bo pracuje nawet po 14 h, 7 dni w tygodniu), który zaczął już przynosić niewielki, ale zawsze dochód. Potem poszły w ślad plotki na ten temat... Zbiórki kasy już nie ma. Wykończona psychicznie, zażądała usunięcia. Wszystkim darczyńcom pieniądze zostały zwrócone. Lekarz daje jej max 10 lat. Przeszczep? Cóż, ma bardzo rzadką grupę krwi (0 Rh-, może ktoś akurat jest w DKMS?).

Dzięki "rodzince", a i naszemu rządowi, podjęła decyzję o zaprzestaniu walki o życie. Pierwszy raz się poddała.

Puenta? Nie ma. Czekamy.

Pomorze.

Skomentuj (28) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 99 (143)

#85443

(PW) ·
| Do ulubionych
Pytanie na dziś.

Skoro mamy tak niskie bezrobocie, to po co utrzymujemy Urzędy Pracy?

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 142 (214)

#85432

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia z czasów, kiedy pracowałam w firmie produkującej opakowania. Mój pracodawca wynajął firmę sprzątającą do utrzymania czystości w całym naszym zakładzie. Piekielności? Kilka było...

Najpierw firma sprzątająca zaczęła przysyłać nam młode dziewczyny, które dorabiały sobie na studiach. Panie miały do dyspozycji szatnię, ale, nie wiedzieć czemu, wolały przebierać się w sprężarkowni. Sprężarkownia to było małe pomieszczenie, do którego wchodziło się bezpośrednio z hali produkcyjnej, w którym stała wielka, przemysłowa sprężarka. Generowała ona tak dużo ciepła, że kierownik postanowił wystawić drzwi od tego pomieszczenia - gdyby były zamknięte, to sprężarka mogłaby się przegrzać, a samo otwieranie drzwi na oścież nic nie dawało, bo zawsze znalazł się ktoś, kto te drzwi zamykał (trzymaliśmy tam też środki czystości oraz wzory naszych produktów). I mimo wystawionych drzwi, dziewczyny nadal wolały przebierać się tam niż w szatni. Tak - rozbierały się do bielizny i zakładały ciuchy, w których sprzątały. Tak - pół produkcji mogło sobie oglądać, jak to robią.

Sama technika sprzątania też nie była dla nas do końca zrozumiała - standardem było, że 4 dziewczyny "sprzątały" jeden korytarz jednocześnie. To znaczy: jedna zamiatała, druga stała na końcu korytarza z szufelką i czekała na pierwszą, trzecia stała z drugą miotłą (chyba zapasową, bo nie zamiatała w tym czasie), a czwarta czekała z wiadrem z wodą i mopem. Sprzętu było więcej, więc mogły tak się podzielić zadaniami, żeby każda miała co robić.

Dziewczęta skupiały się bardzo na tym, żeby dobrze wyglądać i niezależnie od temperatury zawsze sprzątały w krótkich spodenkach. Bardzo krótkich spodenkach - takich, które nie zakrywają całych pośladków. Niektóre nosiły także bardzo głębokie dekolty - do tego jeszcze wrócę. Dziewczyny zawsze bardzo skupiały się też na tym, żeby odpowiednio prezentować sylwetkę - wyginały się i prężyły i widać było, że czasem bardziej skupiają się na odpowiednim kącie nachylenia i wypięcia niż na samym sprzątaniu. Może by to nikomu nie przeszkadzało, gdyby nie to, że część pracowników autentycznie nie mogła się skupić na pracy, kiedy sprzątaczki wchodziły do danego pomieszczenia. Czarę goryczy przelała sytuacja, w której jedna z dziewczyn o bardzo obfitym, ale bardzo oszczędnie zakrytym biuście nachyliła się nad biurkiem kierowniczki działu handlowego, żeby podnieść jej kosz na śmieci celem wymiany worka i... biust jej "wypadł" z dekoltu.

Po interwencji kierowniczki działu handlowego firma sprzątająca zaczęła przysyłać panie w wieku przedemerytalnym.

Nowa załoga ubierała i zachowywała się przyzwoicie, sprzątała też bardzo dobrze. Ogólnie wszyscy byliśmy bardzo zadowoleni i bardzo się z nowymi paniami polubiliśmy. Któregoś dnia koleżanka opowiedziała nam jednak, czego była świadkiem dzień prędzej. Jeśli jecie, to albo przestańcie czytać, albo jeść. Otóż po skończonej pracy poszła do kuchni umyć kubek. Akurat przy zlewie stała pani sprzątaczka i płukała ścierkę, którą zwykle myła blaty w kuchni (wiemy, bo do każdego zastosowania używały innych kolorów ścierek) - kiedy zorientowała się, że Marlena czeka, aż zwolni zlew, wyrwała jej kubek z ręki i mówi "Daj pani, ja umyję" i wstawiła go do zlewu. Marlena chciała się "wykłócać", że nie trzeba, że sama po sobie pozmywa, bo sprzątaczki i tak mają masę pracy, ale nie zdążyła się odezwać, a potem już nie była w stanie, bo sprzątaczka jak tylko wstawiła ten kubek do zlewu, to zdjęła swojego klapka i zaczęła go myć. W tym zlewie. Nad tym kubkiem. Przecierając tą ścierką.

Marlena następnego dnia przyniosła sobie nowy kubek, bo starego brzydziła się mimo wyparzenia.

sprzątanie

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 64 (130)

#85424

~Kochamkoty ·
| Do ulubionych
Aż chce się płakać...

Rok temu z moim mężczyzną postanowiliśmy wyjechać z Polski na Wyspy. Moja siostra tam mieszka, namawiała nas od jakiegoś czasu, nas w PL nic – prawie - nie trzymało.

Pomoc siostry bezcenna, ale niestety w Polsce zostaje nasz ukochany kot, Futro. Z bólem serca, ale na tamtą chwilę tylko takie rozwiązanie wchodziło w rachubę. Raz, że korzystamy z pokoju u siostry, która zwyczajnie zwierząt (i dzieci) nie lubi i nie akceptuje w swoim otoczeniu - a pomoc w postaci mieszkania za niemal darmo to naprawdę coś. Dwa, pójdziemy na swoje, jednak znalezienie domu, gdzie akceptuje się zwierzaki nie jest w UK taka prostą sprawą.

Futro poszło więc na czas nieokreślony do rodziców mojego Lubego. Dom z ogrodem, drugi kot, myszki w trawie - koci raj. Nam też jakoś lżej.

Telefony od rodziców, kot cudowny, raz na kilka dni zdjęcia, filmiki, wypaśne poduszeczki pod kaloryferem (spał w domu), jedzenie z górnej półki, cud, miód i orzeszki.

Mam na FB znajomą z miasta, która czynnie wspiera schronisko, co chwilę na tapecie ląduje jakieś zwierzątko z prośbą o adopcję, znalezione, porzucone. I patrzę - mój kot, no na bank mój, ma charakterystyczne kolory. Opis: potrącony przez auto, od kilku dni przebywa u weterynarza, po leczeniu do adopcji.

Szlag mnie trafił, telefony do rodziców i co w odpowiedzi? Bo bo on gdzieś poszedł, no nie wraca piąty dzień, no nie wpadli na pomysł, by zadzwonić do schroniska, przecież to kot - wróci, no w czym problem? Ano w tym, by zadzwonili do weterynarza, wyślemy kasę za leczenie i niech wraca do domu, my go wkrótce zabieramy do nas.

Kontakt ze znajomą był porażką. Po wiadomości „Słuchaj to mój kot” i opisie sytuacji, odpisała tylko: „Ja tylko zdjęcia daję, nie pośredniczę” i koniec kontaktu. Aha.

Kilka dni bez kontaktu i kolejny raz dowiaduję się, że koleżanka „sukces” odniosła, kot ma rehabilitację już w nowej rodzinie. Zagotować się ze wściekłości to mało, telefony aż do skutku. Odebrali. I?

Ano poszli weta, ale on kazał 1000 zł zapłacić, a to za dużo ich zdaniem, to nic, że MY mieliśmy kasę im wysłać. Więc Janusz z Grażyną wymyślili, że jak kot pójdzie do adopcji, to go wezmą za kilka złotych. Oczywiście nim się o adopcji dowiedzieli, to kot już przez innych zabrany (naprawdę ładny kocur, więc nie dziwota).

I już nie mam kota, a za tydzień się wprowadzamy do domu z ogrodem i zgodą na futrzaka- większa kaucja załatwiła sprawę.

Naprawdę mi przykro.

Skomentuj (46) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 115 (167)

#85571

(PW) ·
| Do ulubionych
Znów pisze do Was były nauczyciel w szkołach specjalnych i integracyjnych, pokazując piekielne rodzaje rodziców. Przypominam, że znaczna większość rodziców jest naprawdę ok, ale zdarzają się przypadki takie jak opisane tutaj. Zaznaczam ponownie, że płeć dziecka dobierana jest losowo, a szczegóły mogące doprowadzić do rozpoznania rodziny nie zostaną opisane.

1. Rodzic „zapomniałem poinformować” [ZP].

ZP to jest po prostu plaga. Rozmawiając z nauczycielami ze zwykłych szkół, nie tylko podstawowych, ale też ówczesnych gimnazjalnych i ponadgimnazjalnych, dowiedziałem się, że tam również wiele rzeczy jest tajone specjalnie (bo wstyd?) lub też rodzice „zapomnieli poinformować”. Pozwolę sobie dodać, że nam NIE WOLNO wystawić dziecku diagnozy, dlatego też często pytamy rodziców, czy dziecko jest chore na to a na to. Normalnie w szkole, w której pracowałem rodzic wypełniał ankietę, w której opisywał niektóre rzeczy, np. alergie i inne choroby dziecka (nie tylko te, przez które trafiły do szkoły specjalnej, np. Zespół Downa).

Przykład pierwszy: Dziecko jest bardzo senne. Patrzymy do karty, no nic, co mogłoby to powodować. Może się teraz jakoś rozchorował? Gorączki nie ma, obserwujemy, pytamy co mu jest, ale nie dało się dogadać (coś w stylu „spać mi sieee chceee…”), ale nas to dalej niepokoi, chyba doświadczenie robi swoje, dzwonimy do rodzica… I co? Dziecko ma cukrzycę! NIKT nam nie powiedział. Jeszcze rodzic miał pretensje, że nie wiemy, przecież to od razu widać! Tak…

Przykład drugi: Dziecko zapisane na obiady. Zjadło i nie minęło wiele czasu, jak nam puchnie i czerwone się robi. Zaglądamy do karty – nic. Znowu telefon do rodzica. „Bo on/a ma alergię na X! On/a NIE MOŻE jeść X!!!” I zgadnijcie do kogo pretensje? No do nas, nie do siebie, że nie wpisał/a nic w rubryce „alergie”. Poza tym był/a przekonany/a, że NA PEWNO nam o tym mówił/a.

2. Rodzic śpieszący się [Ś] – tj. nie mający na nic czasu.

To nie tak, że ten typ rodzica nie kocha swojego dziecka. Wszystko wokół dziecka jest zrobione. No właśnie, wszystko jest zrobione, ale przez rodzica. Zakładanie kurtki? Za dużo czasu ci zajmie, chodź, bo obiad muszę robić! I zakłada dziecku i kurtkę, i czapkę, i szalik, i buciki.

Raz mnie wręcz krew zalewała, ponieważ z pewnych dość ważnych powodów wezwałem rodzica do szkoły (nie będę przytaczał przykładu, by nie doszło do rozpoznania dziecka, dodam tylko, że chodziło o wypadek). Rodzice wysłali do szkoły…

… szesnastoletniego starszego brata, który nie mógł być w pewnych sprawach decyzyjny. Wydzwaniam więc do rodziców, jadąc z dzieckiem w karetce jako opiekun, ale rodzice mnie informują, że oni NIE MAJĄ CZASU. Noż…! Dziecko ma wypadek, nie wiadomo, czy nie będzie trzeba wyrazić zgody na jakiś zabieg, mi nie wolno, a oni NIE MAJĄ CZASU! Nasza dyrektorka, dla której dobro dziecka zawsze było najważniejsze, ładnie powiedziawszy zjechała ich od góry do dołu i w końcu jedno z nich zmieniło mnie w szpitalu. Ile się nerwów najadłem, to moje, a to były moje pierwsze tygodnie pracy.

Inny przykład:
Ja: Pani/e Ś, muszę porozmawiać o niepokojącym zachowaniu pana/i syn…-
Ś: Nie dzisiaj! Dzisiaj nie mam czasu! – i już go/jej nie ma… Czasu nie znalazł/a.

Kolejny przykład: Dziecko dostało zatrucia pokarmowego. Dzwonię do rodzica, aby odebrał dziecko ze szkoły. Oczywiście, zaraz ktoś podjedzie, tak mnie zapewniono. Mija jedna godzina… Druga… Dzwonię co jakiś czas, ale nikt nie odbiera. Po trzech godzinach siedzenia, w sumie koczowania w toalecie razem z dzieckiem, przychodzi rodzic i oczywiście „Nie miałem czasu”. A ja już się zastanawiałem, czy karetki nie wzywać... (co do wzywania karetki przez szkołę, przepisy są dość zagmatwane, może kiedyś opiszę).

Inny przykład: Wchodzę do klasy, patrzę, siedzi dziecko, wyraźna gorączka, przysypia na ławce, zakatarzone, kaszle, tona smarków powycieranych w rękawy. Krótka rozmowa z dzieckiem, dziecko wydaje Ś, że kazali mu tu przyjść NA ANTYBIOTYKU. Staram się powstrzymać, żeby tych rodziców nie op… nie nakrzyczeć na nich i dzwonię. „Panie, ja do pracy musiałem iść, z kim ja miałem dziecko zostawić?!”. Tak, świetny pomysł, dziecko, które powinno leżeć w łóżku przyprowadzić do szkoły, niech pozaraża pozostałe i przy okazji pomęczy się na ławce, zamiast odpoczywać w domu. Chciałbym tutaj też przypomnieć, że rodzicom przysługuje aż 60 dni w roku opieki nad chorym dzieckiem (do skończenia przez dziecko 14 lat). Dobrze, że była to szkoła integracyjna i było nas dwóch, to jedna pani z dzieckiem siedziała, a ja lekcje prowadziłem (pielęgniarka od 9:00). Oczywiście do czasu przyjazdu jednego z rodziców, bo dyrektorka znów zadziałała.

Swoją drogą niepoważni ludzie.

Szkoły

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 116 (122)

Podziel się najśmieszniejszymi historiami na
ANONIMOWE.PL

Piekielni