Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

 

#85571

(PW) ·
| Do ulubionych
Znów pisze do Was były nauczyciel w szkołach specjalnych i integracyjnych, pokazując piekielne rodzaje rodziców. Przypominam, że znaczna większość rodziców jest naprawdę ok, ale zdarzają się przypadki takie jak opisane tutaj. Zaznaczam ponownie, że płeć dziecka dobierana jest losowo, a szczegóły mogące doprowadzić do rozpoznania rodziny nie zostaną opisane.

1. Rodzic „zapomniałem poinformować” [ZP].

ZP to jest po prostu plaga. Rozmawiając z nauczycielami ze zwykłych szkół, nie tylko podstawowych, ale też ówczesnych gimnazjalnych i ponadgimnazjalnych, dowiedziałem się, że tam również wiele rzeczy jest tajone specjalnie (bo wstyd?) lub też rodzice „zapomnieli poinformować”. Pozwolę sobie dodać, że nam NIE WOLNO wystawić dziecku diagnozy, dlatego też często pytamy rodziców, czy dziecko jest chore na to a na to. Normalnie w szkole, w której pracowałem rodzic wypełniał ankietę, w której opisywał niektóre rzeczy, np. alergie i inne choroby dziecka (nie tylko te, przez które trafiły do szkoły specjalnej, np. Zespół Downa).

Przykład pierwszy: Dziecko jest bardzo senne. Patrzymy do karty, no nic, co mogłoby to powodować. Może się teraz jakoś rozchorował? Gorączki nie ma, obserwujemy, pytamy co mu jest, ale nie dało się dogadać (coś w stylu „spać mi sieee chceee…”), ale nas to dalej niepokoi, chyba doświadczenie robi swoje, dzwonimy do rodzica… I co? Dziecko ma cukrzycę! NIKT nam nie powiedział. Jeszcze rodzic miał pretensje, że nie wiemy, przecież to od razu widać! Tak…

Przykład drugi: Dziecko zapisane na obiady. Zjadło i nie minęło wiele czasu, jak nam puchnie i czerwone się robi. Zaglądamy do karty – nic. Znowu telefon do rodzica. „Bo on/a ma alergię na X! On/a NIE MOŻE jeść X!!!” I zgadnijcie do kogo pretensje? No do nas, nie do siebie, że nie wpisał/a nic w rubryce „alergie”. Poza tym był/a przekonany/a, że NA PEWNO nam o tym mówił/a.

2. Rodzic śpieszący się [Ś] – tj. nie mający na nic czasu.

To nie tak, że ten typ rodzica nie kocha swojego dziecka. Wszystko wokół dziecka jest zrobione. No właśnie, wszystko jest zrobione, ale przez rodzica. Zakładanie kurtki? Za dużo czasu ci zajmie, chodź, bo obiad muszę robić! I zakłada dziecku i kurtkę, i czapkę, i szalik, i buciki.

Raz mnie wręcz krew zalewała, ponieważ z pewnych dość ważnych powodów wezwałem rodzica do szkoły (nie będę przytaczał przykładu, by nie doszło do rozpoznania dziecka, dodam tylko, że chodziło o wypadek). Rodzice wysłali do szkoły…

… szesnastoletniego starszego brata, który nie mógł być w pewnych sprawach decyzyjny. Wydzwaniam więc do rodziców, jadąc z dzieckiem w karetce jako opiekun, ale rodzice mnie informują, że oni NIE MAJĄ CZASU. Noż…! Dziecko ma wypadek, nie wiadomo, czy nie będzie trzeba wyrazić zgody na jakiś zabieg, mi nie wolno, a oni NIE MAJĄ CZASU! Nasza dyrektorka, dla której dobro dziecka zawsze było najważniejsze, ładnie powiedziawszy zjechała ich od góry do dołu i w końcu jedno z nich zmieniło mnie w szpitalu. Ile się nerwów najadłem, to moje, a to były moje pierwsze tygodnie pracy.

Inny przykład:
Ja: Pani/e Ś, muszę porozmawiać o niepokojącym zachowaniu pana/i syn…-
Ś: Nie dzisiaj! Dzisiaj nie mam czasu! – i już go/jej nie ma… Czasu nie znalazł/a.

Kolejny przykład: Dziecko dostało zatrucia pokarmowego. Dzwonię do rodzica, aby odebrał dziecko ze szkoły. Oczywiście, zaraz ktoś podjedzie, tak mnie zapewniono. Mija jedna godzina… Druga… Dzwonię co jakiś czas, ale nikt nie odbiera. Po trzech godzinach siedzenia, w sumie koczowania w toalecie razem z dzieckiem, przychodzi rodzic i oczywiście „Nie miałem czasu”. A ja już się zastanawiałem, czy karetki nie wzywać... (co do wzywania karetki przez szkołę, przepisy są dość zagmatwane, może kiedyś opiszę).

Inny przykład: Wchodzę do klasy, patrzę, siedzi dziecko, wyraźna gorączka, przysypia na ławce, zakatarzone, kaszle, tona smarków powycieranych w rękawy. Krótka rozmowa z dzieckiem, dziecko wydaje Ś, że kazali mu tu przyjść NA ANTYBIOTYKU. Staram się powstrzymać, żeby tych rodziców nie op… nie nakrzyczeć na nich i dzwonię. „Panie, ja do pracy musiałem iść, z kim ja miałem dziecko zostawić?!”. Tak, świetny pomysł, dziecko, które powinno leżeć w łóżku przyprowadzić do szkoły, niech pozaraża pozostałe i przy okazji pomęczy się na ławce, zamiast odpoczywać w domu. Chciałbym tutaj też przypomnieć, że rodzicom przysługuje aż 60 dni w roku opieki nad chorym dzieckiem (do skończenia przez dziecko 14 lat). Dobrze, że była to szkoła integracyjna i było nas dwóch, to jedna pani z dzieckiem siedziała, a ja lekcje prowadziłem (pielęgniarka od 9:00). Oczywiście do czasu przyjazdu jednego z rodziców, bo dyrektorka znów zadziałała.

Swoją drogą niepoważni ludzie.

Szkoły

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 108 (114)

#85411

(PW) ·
| Do ulubionych
Mój kumpel miał dziewczynę. Byli ze sobą długo, pewnie ze trzy-cztery lata. Zamarzyło mu się w końcu złapać oddech i pojechać na wakacje, no ale że jest zajętym człowiekiem, długie wakacje w ciepłych krajach odpadają, wymyślił sobie więc, że pojadą chociaż na weekend do Wrocławia.

No i wszystko fajnie, hotel zabukowany, podróż zaplanowana, ale traf chciał, że na ostatnią chwilę wypadła jego dziewczynie możliwość pojechania na zagraniczny staż ze szkoły. Wcześniej się nie załapała, ale była na liście rezerwowej, ktoś wypadł, no i jedzie. Niestety zgrało się to z ich wyjazdem.

Kumpel zmartwiony, bo już zapłacił, a tu dupa. W końcu dogadali się, że niech jedzie sam, najwyżej kiedy indziej wybiorą się razem. No i wszystko byłoby okej, gdyby nie to, że, korzystając z okazji, chciał zabrać kogoś jeszcze. No i ich związek nie przetrwał tej próby. Dziewczyna rzuciła go, bo stwierdziła, że pod jej nieobecność będzie ją zdradzał z tą osobą. No bo chciał zabrać ze sobą inną dziewczynę.

Powiecie moi mili, co w tym dziwnego? Historia, jakich wiele. Wszystko byłoby cacy, gdyby nie to, że tą drugą dziewczyną była... Jego rodzona siostra. XDXD

Wycieczka

Skomentuj (44) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 91 (141)

#85404

(PW) ·
| Do ulubionych
Dzisiaj będzie historia mojego kolegi. Kolega jest zawodowym wojskowym, jeżdżącym swego czasu na misje "stabilizacyjne" na bliski wschód. Historię opowiadał już po powrocie.

Otóż, jak wiadomo, stacjonowali tam sobie razem z Amerykanami. Na samym początku po przyjeździe zostali zapoznani z współtowarzyszami w boju, między innymi z żeńskim oddziałem strzelców, dowodzonym przez pewną panią kapitan. Kilka dni później zdarzyło się z karabinami w łapie bronić obozu przed nacierającymi z dzikim wrzaskiem uzbrojonymi miejscowymi. W pewnym momencie wystawił się zza górki wspomniany oddział żeński z wymierzonymi w miejscowych lufami.

Ich jakby piorun strzelił, stanęli w miejscu, ocenili sytuację, obrócili się na pięcie i tylko kurz po nich został... Kolega oraz jego oddział w szoku.

Jako że kolega należy raczej do tych bardziej dociekliwych, udał się do rzeczonej dowódczyni, dowiedzieć się, o co chodzi. Otóż z miejscowymi to jest tak, że ich nie może zabić kobieta, bo inaczej nie pójdą do ichniego raju... i 72 dziewice pójdą... na zakupy. ;P

zagranica

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 99 (149)

#85401

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia https://piekielni.pl/85169 przypomniała mi o historiach opowiadanych przez moją mamę. Działo się to notorycznie, na przestrzeni wielu lat, począwszy od wczesnych lat 90. do roku 2015, kiedy to moja mama przeszła na emeryturę.

Do rzeczy. Mama pracowała w sklepie, w którym można było kupić tzw. "mydło i powidło", czyli kosmetyki, chemię gospodarczą, wyposażenie domu, ubrania, a także zabawki. Niektóre matki, przychodzące tam z dziećmi, kazały dzieciom zostać w części z zabawkami, żeby one mogły spokojnie zrobić zakupy. Jak nietrudno przewidzieć, zdecydowana większość dzieci prosiła o jakąś wypatrzoną zabawkę. Niektórzy rodzice kupowali jakiś drobiazg bez namysłu, inni odmawiali i dzieci przyjmowały to do wiadomości lub nie.

Najgorsze jednak były przypadki, w których dziecko przechodziło od grzecznych próśb, przez płacz i krzyk aż po histerię i wyzywanie rodziców od głupich albo i gorzej - i rodzice dopiero wtedy kupowali zabawkę.

Nie mam dzieci, więc może nie mam prawa głosu w sprawie wychowania, ale czy nie jest piekielnym dawanie dziecku nagrody za złe zachowanie i obrażanie rodziców? Bo czym innym, jeśli nie właśnie tym, jest kupowanie zabawki, nie na skutek początkowej prośby, ale późniejszych wyzwisk?

sklepy; wychowanie

Skomentuj (2) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 79 (117)

#85580

(PW) ·
| Do ulubionych
Opowiem Wam dzisiaj historię, która sama w sobie może nie jest zbyt piekielna, ale tego typu sytuacji jest coraz więcej i postępujący trend coraz mniej mi się podoba.

Wczoraj mój mąż zajechał na stację benzynową w celu zatankowania swojego samochodu służbowego. Mąż pracuje w branży, która wymaga dyspozycyjności 365 dni w roku. Klient nasz Pan. Z tego powodu tankował samochód w stroju roboczym. Kierując się do kasy, zaczepił go Ukrainiec w średnim wieku, mówiąc coś do niego w swoim języku. Później okazało się, że pomylił mojego męża z pracownikiem i chciał aby zatankował mu samochód. Małżonek nie posługuje się językiem ukraińskim, więc grzecznie odpowiedział Panu Ukraińcowi magiczne zaklęcie "NIEPANIMAJU", po czym skierował się w stronę kasy.

Pan Ukrainiec poczuł się wyjątkowo zlekceważony. Złapał mojego męża za rękę i wydarł się na niego jak na osobę niższej kategorii. Sytuacja mogłaby skończyć się źle gdyby nie szybka interwencja pracownika stacji, który uspokoił wściekłego Ukraińca. Pan furiat nie widział w swoim zachowaniu nic złego nawet kiedy w końcu dotarło do niego, że mój mąż nie jest pracownikiem stacji. Bez słowa wsiadł do samochodu i pojechał. Pracownik stacji powiedział, że Ukraińca zdenerwował brak znajomości języka ukraińskiego przez mojego męża, którego uznał za pracownika. Poczuł się tym faktem wyjątkowo urażony wychodząc z założenia, że skoro w Polsce przebywa tak wielu Ukraińców, to każdy Polak powinien ich język znać.

Uprzedzając wszelkie komentarze zarzucające mi uprzedzenia względem Ukraińców, chcę oświadczyć, że nie ani ja ani mój mąż nie jesteśmy uprzedzeni do Ukraińców. Oboje jesteśmy uprzedzeni do chamstwa, bezczelności i braku kultury, niezależnie kto się ich dopuszcza. Osobiście uważam, że to skandal aby jakikolwiek imigrant nieznający języka polskiego, wymagał od Polaków aby znali jego mowę.

Stacja benzynowa

Skomentuj (17) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 191 (215)

#85452

(PW) ·
| Do ulubionych
Wiele tu historii o piekielnych taksówkarzach, moja będzie o piekielnym panu z Ubera.

Ostania niedziela.
Syn został zaproszony na urodziny do pewnego miejsca rozrywki w Piasecznie. W tamtą stronę podwiózł znajomy, a w powrotną, jako że autko mam w naprawie, został Uber.
Zamawiam. Informacja, że kierowca przyjedzie za 8 minut. Dla mnie świetnie, ponieważ miałam do zrobienia pewną pracę i trochę się śpieszyłam.

Czekam, czekam... coś długo to trwa, więc sprawdzam. Widzę, że kierowca ominął skręt - zdarza się, miejsce nie jest dobrze oznakowane - i jedzie w stronę Warszawy. Nic to, myślę, na skrzyżowaniu zawróci i będzie ok. Nie zawraca. Ani na najbliższym, ani następnym. Aplikacja pokazuje coraz to inny czas: 10, 12, 15, 22 min. do przyjazdu kierowcy. Zaczynam się trochę niepokoić, bo czas ucieka, a bateria w telefonie na wyczerpaniu. Za chwilę dostaję wiadomość "odmovi zakaz". No nie, tak się bawić nie będziemy. "Jak nie może Pan przyjechać, proszę anulować przejazd". Chwila ciszy, patrzę na apkę, a Pan Uber już przy lotnisku! I za moment wiadomość w "ja ne mogu odmovi zakaz".

Zeźlił mnie, weszłam na Bolta (mając już 2% baterii), na szczęście tu dostałam info, że kierowca będzie za 3 minuty. I tak raczej było, bo chociaż godziny już nie mogłam sprawdzić (rozładowany telefon), to Bolt był za kilka chwil.
Po dojechaniu na miejsce podłączyłam telefon i zajęłam się pracą. Potem sprawdziłam - miałam 4 nieodebrane połączenia z nieznanego numeru, wszystkie w odstępie minuty. Domyśliłam się, że to Pan Uber, ale - szczerze - miałam to w nosie.

Dziś, zamawiając synowi Ubera, zajrzałam z ciekawości w swoje przejazdy i co widzę?
Wczorajszy przejazd anulowany, spoko. Ale zaraz... Jak byk stoi, że Pan Uber jechał/wiózł mnie z Dworcowej na Puławską? Zajęło mu to 17 minut(?) i naliczono mi 8 zł(?!).
Szybka reklamacja i natychmiastowy powrót środków na konto (a raczej na apkę, do wykorzystania na następny przejazd), więc niby ok, ale tak się zastanawiam: jeśliby kierowca tylko anulował przejazd, to nie powinno mi ściągnąć kasy z karty. Skoro opłata się naliczyła, to zełgał, łobuz, że przyjechał, a mnie nie było. Nieładnie.

uber

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 125 (139)

#85402

(PW) ·
| Do ulubionych
Pracowałem swego czasu w pokaźnym korpo. Choć nie pracuję tam już z 5 lat, czasem wciąż pocztą pantoflową docierają do mnie wieści...

Za moich czasów co roku dla wszystkich była premia świąteczna rzędu 100-300zł w bonach, w zależności od stanowiska i stażu.
W zeszłym roku przed świętami przyszedł mail, że zamiast premii będzie prezent. Z prezentu można zrezygnować, w zamian za to kwota będąca równowartością tegoż, będzie przekazana na cel charytatywny.
Prezentem tym jest...

KUBEK TERMICZNY!!!

Śmiejemy się, że ci, którzy z niego nie zrezygnowali powinni dostać kubek z nadrukiem "NIECZUŁY SKUR***".

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 108 (126)

#85396

(PW) ·
| Do ulubionych
Polska, Podlaska rzeczywistość.

Białystok, osiedle Pieczurki, wychodzę z psem na spacer, dochodzę do lasu, ale nie mogę wejść - na ścieżce stoi 10 lokalnych pijaków, którzy głośno i wulgarnie piją. Wielokrotnie byli i są zgłaszani na policję, czasami spisywani ale bez zmian - terroryzują osiedle.

Wracam w stronę domu, na ulicy sąsiad ma suczkę z cieczką - pod bramą krąży 5 agresywnych psów - walczą ze sobą i też próbują atakować mojego psa, ale uciekamy.

Dwa domy dalej z komina wali taki czarny, straszny dym, że aż dech zapiera i łzawią oczy, ale pod domem stoi Toyota Prius, a na dachu panele słoneczne.

No k***wa...

Białystok

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 139 (175)

#85550

(PW) ·
| Do ulubionych
Sieciówka odzieżowa w kraju angielskojęzycznym (zaznaczam, żeby się nikt nie dziwił, że rozmowa na "ty"). Wypatrzyłam fajną spódnicę, ale wisi wysoko i nie dosięgnę, żeby sprawdzić dostępne rozmiary. Szukam jakiegoś pracownika, trafiła się młoda dziewczyna, pytam:

- Dzień dobry, czy jest ta spódnica w rozmiarze 38?
- Jest tylko to, co tam wisi.
- Rozumiem, ale nie dosięgnę, żeby zdjąć i zobaczyć metki, czy mogłabyś mi pomóc?
- Ale przecież ja nie jestem od ciebie wyższa, to jak mam to zrobić?

Odwróciła się i zaczęła układać ubrania.

Machnęłam ręką, aż tak mi potrzebna ta kiecka nie była, ale zawsze mi się wydawało, że w sklepach mają schodki, drabinę czy jakiś podest do zdejmowania towaru z góry.

Aż się zastanawiam kto to tam powiesił. Chyba że mają specjalnego wysokiego pracownika do zadań specjalnych, ale akurat miał wolne. Kto wie.

sklepy

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 175 (183)

#85398

(PW) ·
| Do ulubionych
"Zagotowało się" we mnie wczoraj i muszę to z siebie wyrzucić. Byłam z Młodą na zawodach i jak to na zawodach - oczekiwanie, nerwówka, rodzice wychodzą na papierosa, gadają, czekając na start swojego dziecka, potem na wyniki. Rozmawiałam z mamą pewnej dziewczynki - bardzo utalentowane dziecko, pół roku młodsza od mojej Młodej, a startuje już w kategorii o klasę wyżej, oprócz talentu dużo pracy w to wkłada, sukcesy odnosi jak najbardziej zasłużenie. I jej mama żaliła się na problemy z trenerką, że nie idą treningi tak, jak trzeba, że nie wiadomo, co z następnymi zawodami, że miała przejść jeszcze klasę wyżej, a tu chyba nic z tego, jak to tak, córka ma już 9 lat i zaraz będzie ZA STARA!

Nie, to nie ona jest tutaj piekielna. Piekielni są wszyscy ci, którym udało się jej wmówić, że dziewięciolatka (bardzo zdolna, podkreślam!) może być na coś za stara! Ja też jakiś czas temu dałam sobie wkręcić, że Młoda jest "za stara" (będzie następna historia), więc rozumiem presję, ale do jasnej chole*y, nie zgadzajmy się na wmawianie nam, że dzieci są na cokolwiek za stare.

Parę przykładów:

1. Bardzo specyficzny sport - gimnastyka artystyczna. Pięciolatki startują w zawodach, jeśli zapiszesz siedmio-, ośmiolatkę na zajęcia, to trafi do rekreacji, bo jest za stara.

2. Szkoły tańca - grupy początkujące są dla dzieci w przedziale wiekowym 4-7 lat, ewentualnie 7-11 (przy tańcach wymagających większej sprawności i koordynacji ruchowej). Masz nastoletnie dziecko, które chciałoby rozpocząć przygodę z tańcem? Jest za stare!

3. Szkoły językowe - za późno zorientowałeś się, że twoje dziecko nie radzi sobie z językiem obcym w szkole (ewentualnie chcesz, aby zaczęło się uczyć jeszcze jednego)? "Przykro nam, na tym poziomie zaawansowania prowadzimy tylko zajęcia dla maluchów..." - czyli twoje dziecko jest za stare!

Ja się nie zgadzam! Nie zgadzam się na taki "wyścig szczurów", do którego są wciągane nawet dzieci - zacznij teraz, jak najwcześniej, bo później nie zdążysz, będzie za późno! Nigdy nie jest za późno. A dziecko ma prawo do bycia dzieckiem, do wolnego czasu, zabawy, a nawet po prostu do "nicnierobienia" bez obawy, że nie zdąży, coś zaprzepaści, czegoś nie osiągnie. Bez biegania z jednych zajęć dodatkowych na drugie, bez presji "musisz, bo będziesz nikim".

Młoda ma prawie 10 lat. Raz dałam się nabrać, że jest "za stara" i nigdy więcej. Ona ma całe życie przed sobą, a ja postaram się dopilnować, żeby nie dała sobie wmówić, że dla niej już na coś za późno.

współczesny_świat

Skomentuj (20) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 171 (209)

Podziel się najśmieszniejszymi historiami na
ANONIMOWE.PL

Piekielni