Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

 

#87783

(PW) ·
| Do ulubionych
Sobota, przedpołudnie, niestety zdarzyła mi się stłuczka na parkingu.

Jechałem alejką i przydzwoniłem w samochód, który wychylił się z miejsca parkingowego. Czuję, że moja wina, bo skupiłem się na tym co dzieje się po lewej stronie, zamiast na tym co z przodu, 2-3 sekundy rozproszenia i puk.

Prędkość nie była duża, bo jechałem na jedynce. Rozumiem zdenerwowanie kierowcy samochodu, w który uderzyłem, rzucał epitetami. Na spokojnie mówię, że spisujemy oświadczenie, że moja wina i się rozjeżdżamy, bo po co Policję wzywać, tracić czas.

Niestety uparł się, że jestem pijany albo naćpany(fakt, po nocnej zmianie średnio wyglądałem), wzywa Policję. Że kolizja parkingowa, brak ofiar Policja się nie śpieszy. Pan straszy prawnikiem, że nie wypłacę się, co chwila gdzieś dzwoni. Pretensje, że spotkania biznesowe odwołać musi, że czas traci i za to też zapłacę.

Policja przyjechała prawie po godzinie, więc i tak w miarę szybko. Wysłuchała Pana. Gdy ja mówiłem, Pan ciągle się wtrącał. Alkomat nic nie wskazał.

W końcu propozycja mandatu 100 zł dla Pana, ponieważ nie zachował ostrożności i nie ustąpił pierwszeństwa wyjeżdżając z miejsca parkingowego.

Mandat oczywiście nie został przyjęty więc za jakiś czas czeka mnie sprawa w sądzie.

parking

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 155 (161)

#87777

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia @KwarcPL przypomniała mi moją własną "przygodę" z nieuczciwym taksiarzem.

Był to okres turystyczny (długi weekend majowy). Tak się złożyło, że zamawiałam kurs spod hotelu na dworzec autobusowy i miałam ze sobą małą walizkę. Taksiarz założył więc zapewne, że jestem turystką.

Trasa była krótka, niecałe 3 km, normalnie spacerkiem można się przejść. Zgodnie z cennikiem powinna kosztować jakieś max. 15 złotych.

Jakież było moje zdziwienie, gdy po przyjeździe na miejsce docelowe taksiarz zażądał... 35 zł!

No cóż, jak trzeba, to trzeba, zapłacę... tylko oczywiście poproszę paragon. A tu ups, paragonu nie ma! Bo panu taksiarzowi "zapomniało się" włączyć taksometr.

No to grzecznie mówię, że w takim razie mogę zapłacić 15 złotych, tyle ile powinna wynieść opłata za kurs.

Pan zaczął się pieklić, grozić policją... może założył, że śpieszę się na autobus i nie będę miała czasu czekać?

No cóż, przeliczył się, bo nie byłam turystką, doskonale znałam i stawki i odległość, po prostu musiałam pewną rzecz odebrać z hotelu od jednych znajomych i podać ją innemu znajomemu, który był w autobusie, a że rzecz niewielka, ale stosunkowo ciężka, stąd walizka (najłatwiej było tak zapakować i przewieźć) i taksa.

Zatem ochoczo przystałam na jego propozycję, niech wzywa policję, ja w międzyczasie zadzwonię jeszcze do jego korporacji, bo ich sprawa też może zainteresować...

Taksiarz zaczął mamrotać niecenzuralne słowa i cóż, zasugerował, żebym oddaliła się bez zapłaty i jak najszybciej.

Mógł normalnie zarobić, a chciał przycwaniakować.

taksiarz taxi

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 111 (113)

#87780

~Sora ·
| Do ulubionych
Historia Marcelki o córkach i maminsynku, przypomina mi własne przeboje.

Mam dwóch braci. Jeden 30 letni, wciąż mieszka z mamą. Drugi, prawie 40stka, pracuje i to jedyna jego zaleta, bo poza tym nadużywa alkoholu, żyje ponad stan i robi długi. To typ, który specjalnie pojedzie pociągiem bez biletu, dostanie mandat 200 zł, nie zapłaci go, i doprowadzi do tego, że dług (po doliczeniu komornika i kosztów sądowych) rozrośnie się do 1400 zł. Wtedy przybiegnie do mojej matki, która albo to spłaci, albo pożyczy mu hajs na spłatę. I tak to się kręci od lat.

Mój brat ciągle wynajmuje mieszkanie bo jest osobą, której nie można powierzyć większej sumy pieniędzy, np. na zakup własnego mieszkania, bo raczej te pieniądze się zmarnują - albo je przewali, albo nie spłacałby np. zobowiązań kredytowych. Jest jednak coraz starszy i fakt że nie ma czegoś własnego, widocznie martwi moją mamę. Nie może jednak mojemu bratu mieszkania kupić (bo pewnie nie spłacałby czynszu i spadłoby to na nią), a sama z nim mieszkać nie chce (awantury i pijaństwo).

Wiec moja mama wpadła na taki pomysł - zapisze mi pieniądze po swojej śmierci, za które ja kupie mieszkanie bratu i będę pilnowała, żeby opłacał czynsz. Bo wiecie, mało mam stresów w życiu, wiec potrzebny mi jeszcze jeden w postaci bycia opiekunko- strażniczką mojego brata, który prywatnie mnie nie znosi i cieszy się z każdego mojego niepowodzenia.

Gdy zasugerowałam mamie, ze chyba jej odbiło, zaczęły się płacze, histerie i szantaże emocjonalne. Ale najlepsza była odpowiedź na moje pytanie: "A mój młodszy brat nie może tego robić?" Mama: "On życiowo nie jest tak zaradny jak Ty".

Tak, ponieważ sobie radze, dowalmy mi problemów, żeby za dobrze nie było.

Rodzina

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 121 (125)

#87773

~gryf ·
| Do ulubionych
Około dwóch tygodni temu moja dziewczyna widziała się ze swoim znajomym.

Ten zaoferował jej kupno jego samochodu, bo akurat zmienia. Auto ogólnie warte uwagi- z polskiego salonu, jeden właściciel, zadbane. Znajomy powiedział: "67 tysięcy cenię, ale Tobie po znajomości oddam za 65." Dziewczyna chwilę się zastanawiała, jednak stwierdziła, że nie skorzysta z oferty, bo jest zadowolona z obecnego auta, a i ma w planach inne wydatki.

Dzisiaj dziewczyna dzwoni do mnie: "Pamiętasz jak Ci mówiłam, że Piekielny proponuje mi swoje auto, i że po znajomości za 65 mi odstąpi? Ogłosił je wczoraj na na OLX- cena 61900 do negocjacji..."

Od razu przypomniały mi się słowa mojego starszego brata: "Pamiętaj Młody- nikt Cię tak w wała nie zrobi jak ktoś, kogo znasz. Takiemu ufasz i on to może wykorzystać."

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 77 (87)

#87785

(PW) ·
| Do ulubionych
Gdy byłam w gimnazjum, to na terenie mojej szkoły postanowiono wybudować Orlik. Chyba każdy był zachwycony, bo nie trzeba by było jeździć do sąsiedniej miejscowości by pograć w piłkę na prawdziwym boisku. Wtedy komputery i internet nie były jeszcze tak popularne, więc dzieci częściej spędzały czas na zewnątrz.
Nasze betonowe boisko lata świetności miało już za sobą i nie nadawało się do użytku, jedynie służyło jako parking dla samochodów nauczycieli, więc tym bardziej cieszyliśmy się, że będzie w końcu gdzie grać.
Drugie, mniejsze boisko, które było trawiaste zostało przekształcone w ogródek, żeby szkoła ładnie się prezentowała.

Orlik wybudowany, uroczyste otwarcie odbyło się w towarzystwie lokalnych władz w tym starosty. Wszystko pięknie? No nie do końca...
Orlik był używany tylko od święta czyli na jakieś zawody i w dni otwarte szkoły. Na przerwach i przez większość roku był nieczynny. Dyrekcja twierdziła "Że się zniszczy" i postanowiła zamknąć go na cztery spusty. Na nic się zdały sprzeciwy rodziców.

Teraz do tej szkoły chodzą synowie mojego kuzyna. Przez te lata nic się nie zmieniło, z dyrekcją włącznie. Rodzice nie mogą doprosić się, aby lekcje WF odbywały się na Orliku. Dzieci przez cały rok kiszą się w ciasnej sali gimnastycznej, chociaż mają do dyspozycji całkiem dobre boisko.

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 128 (132)

#87782

(PW) ·
| Do ulubionych
Wiele się mówi o konieczności oszczędzania energii, o źródłach odnawialnych itd. Faktycznie, jak sfajczymy paliwa kopalne, to zostanie tylko rowerowe dynamko. Ale ja nie o tym.

Jak wiadomo z jednego moich postów w swoim czasie odwiedziłem Kazachstan. Wylądowałem w Astanie, pardon w Nursułtanie na lotnisku imienia Nazarbajewa. Fajne miasto - buduje się dużo i na bogato, aczkolwiek momentami całkowicie bez sensu. No, ale ich pieniądze, ich wola.
Wśród licznych ciekawych miejsc są tereny Expo 2017. Między innymi jest tam bardzo interesująca ekspozycja w kuli o średnicy ponad 100m. Na każdym z sześciu pięter stworzono centra informacyjne dotyczące oszczędzania energii i różnych możliwości jej pozyskania ze źródeł odnawialnych. Oczywiście nie odmówiliśmy sobie tej atrakcji. Było bardzo fajnie i ciekawie, dużo interaktywności i ogólnie na bardzo bogato. Nie jesteśmy z żoną nawiedzonymi ekologami, ale po obejrzeniu wystawy umocniła się nasza wiara w słuszność idei.

No, fajnie. Jak gdyby vis a vis kuli jest olbrzymie centrum handlowe. Powtarzam OLBRZYMIE! Cały parter zajmowało sztuczne lodowisko. Temperatura, jak to w lecie w Kazachstanie, oscylowała wokół 35 stopni, a do centrum nie prowadziły żadne drzwi - po prostu otwarta przestrzeń wychodząca na rozprażoną ulicę. I to tyle w kwestii oszczędzania energii. Spojrzeliśmy nawzajem na siebie lekko zdumionymi oczętami i stwierdziliśmy, że dotąd sądziliśmy, że pewnych granic absurdu przekroczyć się nie da. Byliśmy w błędzie.

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 112 (124)

#87778

(PW) ·
| Do ulubionych
Interesy ze znajomymi, temat rzeka... do której najlepiej nie wchodzić ;)

Mam znajomego, nazwijmy go na potrzeby tej historii Zbyszek. Zbyszek jakiś czas temu zaczął własną działalność, w branży dość drogiej i takiej, że jak ktoś potrzebuje takiej usługi, to potrzebuje, bo na własną rękę nie da się tego załatwić.

Zbyszek znajomym zawsze szedł na rękę i naprawdę działał "po kosztach", wiem z własnego doświadczenia.

Ale też przeżył wysyp "znajomych", co to sobie przypomnieli o tej znajomości, jak potrzebowali usług Zbyszka. Był i kumpel z przedszkola, i "znajoma", co to jej ciotka i matka Zbyszka do jednej podstawówki chodziły, ale hitem okazał się "szwagier Piotrusia".

Z opowieści Zbyszka wynika, że skontaktował się z nim gość, i od razu, bardzo familiarnym tonem, tłumaczy, że "ja od Piotrusia, pamiętasz chyba Piotrusia?" (no Zbyszek ni ch*ja, nie pamiętał), "Piotruś chodził z Tobą do jednej szkoły, dwie klasy wyżej, no i miał siostrę, i ona wyszła za mąż i jej mąż ma brata i to właśnie ja, szwagier Piotrusia jestem".

Po wytłumaczeniu tej jakże prostej relacji wyjaśnił, co potrzebuje i zaczął nawijkę, jak to teraz ciężko wszystkim, oj ciężko, i że trzeba się wspierać, znajomi powinni się wspierać, prawda?

Zbyszka zirytował ten przymilno-roszczeniowy ton "szwagra", i postanowił go... troszkę strollować.

Zatem ochoczo przytaknął, że tak, czasy ciężkie, znajomi powinni się wspierać, ba! jacy znajomi, wręcz przyjaciele, bo kto, jak nie przyjaciel?! I dodał, że cieszy się i naprawdę docenia, że "szwagier" podchodzi do tego właśnie w ten sposób. Po czym podał normalną cenę za usługę, której potrzebował "szwagier", i zapytał, to ile w górę idziemy? Bo wiadomo, znajomi powinni się wspierać, no ale tak konkretniej, to jak bardzo "szwagier" chciałby go wesprzeć?

"Szwagier Piotrusia" tymczasem strzelił przysłowiowego karpia, wymamrotał coś, że "musi skonsultować" i tyle go Zbyszku widział... i nici z tak wspaniale zapowiadającej się "przyjaźni"...

znajomi biznes

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 190 (198)

#87771

(PW) ·
| Do ulubionych
Dzwoni telefon. Numer nieznany. Odbieram i słyszę... muzyczkę i hasło "Proszę czekać na połączenie".

Więc nie czekam, rozłączam się.

Kwadrans później, ten sam numer. Ta sama historia. Rozłączam się.

Mija pół godziny - ten sam numer. Odbieram już lekko zirytowany, zakładając, że jeśli sytuacja się powtórzy, to dodam numer do czarnej listy i z głowy. Ale nie, tym razem odzywa się jakaś pani. Przedstawia się, mówi, że jest z firmy Blablabla i (z wyraźną pretensją w głosie) mówi, że dzwoni PO RAZ TRZECI, a ja się rozłączam.

- Proszę pani, poprzednio nie słyszałem pani, tylko muzyczkę i informację, że mam czekać na połączenie...

- NO WŁAŚNIE! To dlaczego pan nie czekał?! (serio?)

- A dlaczego miałem czekać? - włącza mi się "trzy piekielny". - Skoro to pani dzwoni, to znaczy, że pani ma do mnie sprawę, więc nie widzę powodu, żebym to ja miał czekać na połączenie. Jak będę chciał posłuchać muzyki to włączę sobie coś z własnej kolekcji.

- Ale ja mam dla pana znakomitą ofertę!

Podziękowałem.

Drodzy telemarketerzy - rozumiem, że taką macie pracę, staram się zawsze być dla Was uprzejmy i kulturalny, jeśli oferta mnie nie interesuje, to mówię o tym grzecznie. Ale, do licha, minimum kultury i zachowania form: jeśli ty WY do mnie dzwonicie, to nie ja mam "czekać na połączenie".

Telemarketerzy.

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 159 (165)

#87642

(PW) ·
| Do ulubionych
Jestem za tym, aby starsze osoby miały co rok testy sprawdzające czy mogą prowadzić samochód.

Sytuacja sprzed chwili.

Skrzyżowanie. Stanęłam na jednym z dwóch pasów do skrętu w lewo. Przede mną stał dziadek, a na lewym pasie nie za duża beemka. Zaświeciły się światła, ruszyliśmy. Dziadek jednak na łuku zjechał z prawego pasa na lewy. Nie wiem czy nie widział pasów (mimo, że tam są bardzo dobrze widoczne). Dosłownie o kilka centymetrów zajechał drogę beemce. Gościu w beemce od razu zaczął trąbić na dziadka, ale dziadek jakby nie słyszał jechał sobie swoim tempem (30km/h) dalej. Ja już miałam z prawej wyprzedzić dziadka, ale on zmienił zdanie i bez sygnalizacji wjechał na mój pas, ponownie dosłownie centymetry dzieliły, by we mnie wjechał.

Druga sytuacja z jesieni.

Droga 3 pasmowa. Na skrzyżowaniach prawy pas był do jazdy prosto i w prawo, lewy do jazdy prosto i w lewo. Ja jechałam środkowym, który był tylko do jazdy prosto. Akurat mijałam jedno skrzyżowanie - światło zielone, po prawej i po lewej wszyscy stoją, po prawej czekają, aż ludzie przejdą przez pasy, a po lewej aż przejadą wszyscy z na przeciwka, aby skręcić w lewo. Na lewym pasie jednak stał samochód, który jak tylko ja przejeżdżałam obok niego, postanowił bez sygnalizowania wjechać na pas, którym jechałam. Oczywiście hamulec do podłogi, zatrąbiłam. Chwilę później gdy staliśmy w korku, zobaczyłam, że samochód, który mi wyjechał prowadził dziadek.

Starsze osoby często mają wolniejszą reakcję w porównaniu z młodymi osobami. Dodatkowo mogą także mieć. problemy ze wzrokiem, do których się nie przyznają. Po sytuacji drugiej kupiłam sobie kamerkę samochodową, abym nie miała problemów z wybronieniem się, że to ja jechałam prawidłowo.

Skomentuj (16) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 133 (141)

#87768

~zawiedziona ·
| Do ulubionych
Studiuję na szanowanej polskiej uczelni technicznej. Właśnie mija mi trzeci semestr. Jako, że nie jest to moje pierwsze podejście (wróciłam do studiów po kilku latach pracy i zgromadzeniu pewnej wiedzy), czuję się coraz bardziej zażenowana poziomem nauki - w szczególności zdalnej.

Przypadki z tego semestru, które w szczególny sposób zapadły mi w pamięć:
- Pan wykładowca, który ma problem z opanowaniem np. udostępniania plików przez teams. No, nie da się. Na zajęciach niedzielnych ewidentnie z godziny na godzinę język zaczyna mu się plątać coraz bardziej. Poszukiwanie długopisu, okraszone wzdychaniem i chrząkaniem, zabierają 15 minut zajęć. Na 99% weekend ubarwiony zostaje napojem z prądem.

Na zaliczeniu - pytania z błędnymi odpowiedziami, po zwróceniu uwagi dowiadujemy się, że pytania są od kolegów i pan ich w sumie nie sprawdził, więc nie wie czy odpowiedzi są na pewno ok. Aha.

Kolejna pani - zajęcia zaczyna od zachwalania, jak to nas rozumie i chciałaby, żebyśmy nie siedzieli nad projektami dla niej poza godzinami zajęć, bo przecież pracujemy. Cud miód i orzeszki. Po czym przesyła nam polecenie do zadania, które już na pierwszy rzut oka wygląda nam na co najmniej 50% bardziej pracochłonne, niż mamy czasu do dyspozycji. Do tego brakuje nam baaardzo dużo danych. No tak z połowy, żeby cokolwiek zacząć opracowywać.

Na każde pytanie słyszymy odpowiedź "Bądźcie kreatywni!". Brzmi to trochę słabo, robimy projekt czy piszemy bajki? Próbujemy lepić chatki z ... nooo, ekstrementów, zajęcia się kończą. Na kolejne Pani widocznie przeczytała własne polecenie, i wraca z nieco konkretniejszymi wytycznymi. Część pracy z pierwszych zajęć idzie się kochać, zaczynamy od zera. Powoli ustalamy kształt, jaki praca ma uzyskać.

Okazuje się, że podobne zadanie robiliśmy wcześniej - uznajemy więc, że możemy wykorzystać formatki, które wykonaliśmy w poprzednim semestrze do zbliżonych kwestii, żeby nie tracić już czasu na graficzne rozwiązania, a poświęcić się analizie możliwych wariantów. Oczywiście wszystkie te rozmowy prowadzone na forum, w obecności prowadzącej. W międzyczasie okazuje się, że mimo że zadanie jest bardzo rozbudowane to dostaniemy jeszcze kolejne, bo jedno to jednak za mało.

Nadchodzi termin oddania pierwszych prac. Trzy tygodnie oczekujemy na sprawdzenie, po tym czasie większość prac niezaliczonych. Pani zarzuciła plagiat, ponieważ prace są na tej samej formatce. Nieważne, że rozwiązania różnią się i samo ich naniesienie to więcej godzin niż przewiduje program.

Niedawno dostaliśmy informację odnośnie drugiego zadania. Też jest do poprawy. Oddawaliśmy je 3 tygodnie temu, okazało się, że mimo nadzorowania prac "na bieżąco" nie spełniają wymagań. Na poprawę mamy 2 dni. To termin raczej ostateczny, bo kończy się sesja poprawkowa. W środku tygodnia. Studenci zaoczni, pracujący na różne zmiany, na projekt, który wymaga pozyskania danych na miejscu z konkretnego miejsca, niekoniecznie pracy i opracowania ich.

Jestem przybita tym, na jakich wykładowców trafiam.

Uczelnia

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 103 (111)

Podziel się najśmieszniejszymi historiami na
ANONIMOWE.PL

Piekielni