Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

 

#84282

(PW) ·
| Do ulubionych
Mieszkanie obok wynajmowała para. Włoch i Hiszpanka. Sympatyczni, do pogadania od czasu do czasu, zawsze uśmiechnięci.

Niestety, wszystko co dobre szybko się kończy i para znalazła mieszkanie w innej części miasta (tuż obok miejsca zatrudnienia).

Przez dwa tygodnie mieszkanie stało puste, aż pewnego wieczoru zapukała do mnie właścicielka owego M, że znalazła nowych lokatorów i na wszelki wypadek zostawia mi swój numer telefonu, gdyby coś się działo.

Niestety działo się. Drugiej nocy chłopcy zrobili imprezę. Mieszkam w starym, solidnym budownictwie z cegły, a ściany mają po 50 do 80 cm grubości, podobnie jak stropy. U mnie w mieszkaniu wszystko było słychać doskonale. Stwierdziłem, że jedną parapetówkę przeżyję.

W okolicach świąt chłopaki znaleźli sobie z kolegami rozrywkę w postaci wyrzucania petard za okno i nie były to pchełki lecz wielkie hukowe naboje, przyprawiające chyba wszystkich wokół o palpitacje serca. Wezwałem policję, która rozpędziła imprezę i nastał błogi spokój.

Nie na długo...

Wybieram się na spacer. Nakładam buty w przedpokoju i słyszę, jak coś obiło mi się o drzwi do mieszkania. Zerkam przez wizjer i widzę kawałek męskiego łba.

Pomyślałem, że może sąsiad po drugiej stronie zasłabł i rozłożył mi się na drzwiach, więc szybko je otworzyłem i na ułamek sekundy zbaraniałem kompletnie.

Jeden z łepków z oczami jak spodki, nieprzytomny od alkoholu sikał mi pod drzwiami!

Ręka wyskoczyła mi sama i przyrąbałem chłopcu dość konkretnie.
Był w takim stanie upojenia, że nie wiedział zupełnie, co się dzieje ani gdzie jest. Zatoczył się jeszcze trochę i nie chowając przyrodzenia do sporni poczłapał do mieszkania.

Po dwóch godzinach przyjechała wezwana przeze mnie właścicielka mieszkania (btw, naprawdę sympatyczna i fajna dziewczyna), z wypowiedzeniem umowy dla tych gnojków. Dostali 24 godziny na spakowanie się i wyprowadzkę (wynajem okazjonalny, gdzie niedotrzymanie warunków umowy skutkować może natychmiastowym zerwaniem kontraktu).

Wyprowadzili się rzeczywiście następnego dnia.
Mieszkanie doprowadzili do stanu ruiny. Czuć było mocz, a parkiet zniszczyli tak, że już nie dało się go uratować.

Czekam na nowych sąsiadów z coraz większym zaciekawieniem...

usługi wynajem

Skomentuj (2) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 105 (113)

#84285

(PW) ·
| Do ulubionych
Jest w moim mieście weterynarz. Nazwijmy go Łukasz. Ma około 50 lat. W jego przychodni często można spotkać jego ojca – jest to starszy pan, ok. 75 lat. Nazwijmy go Marek.

Pan Marek w ciągu kilku ostatnich lat stracił córkę z powodu raka a w niedługim odstępie czasu również żonę. Został mu na świecie tylko syn. Łukasz widząc ojca popadającego w depresję poprosił go o pomoc w przychodni.

Wydaje mi się, że wszyscy na tym skorzystali – starszy pan odżył, ma kontakt z ludźmi, czuje się potrzebny. Nie siedzi całymi dniami sam w domu. Klienci Łukasza zadowoleni – starszy pan otworzy drzwi, pomoże wnieść transporter z kotem czy psem, zaproponuje wodę w gorący dzień zarówno psu jak i właścicielowi, odbiera telefon gdy Łukasz nie może, powie ile trzeba czekać na weta jeśli ten akurat jest zajęty.

Łukasz jest o ojca spokojny, poza tym nie musi zatrudniać sekretarki czy pomocy. Obsługa klientów idzie sprawniej niż wtedy gdy był sam w przychodni.

Mogłoby się wydawać że wszyscy są z takiej sytuacji zadowoleni. Otóż nie – znalazła się jedna klientka, której obecność starszego pana przeszkadza. Stwierdziła, że ona płaci i wymaga i nie życzy sobie, by starszy pan otwierał drzwi do gabinetu w którym weterynarz bada jej kota. Bo ona boi się, że jej kiciuś zestresowany wizytą u weterynarza ucieknie przez uchylone przez starszego pana drzwi.

Gdy starszy pan wyszedł zamknęła za nim drzwi gabinetu na klucz. Zrobiła weterynarzowi awanturę, bo starszy pan chciał o coś spytać i otworzył drzwi.

Ja wiem, że jej obawy nie były pozbawione racji, ale można to ująć w taki sposób, by nie urazić kogoś kto chce tylko czuć się potrzebny. Wystarczy trochę empatii i zrozumienia dla obu panów.

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 99 (103)

#84243

(PW) ·
| Do ulubionych
Przez wiele lat pasożytowałam... ale po przeczytaniu wpisu #84238 i na mnie przyszła kolej.

W tej historii Użytkowniczka słusznie zauważa, że przecież można sprawdzić ile naprawdę pracują nauczyciele. Ależ oczywiście, że można... tylko, że nauczyciele są pracownikami budżetówki zatem dla rządzących jest to całkowicie nieopłacalne.

Pozwólcie, że wyjaśnię to opisowo. Dla uproszczenia posłużę się przykładem Sprzedawcy z Biedronki, Lidla czy innego tego typu sklepu o dużej powierzchni.

Wszyscy wiemy, że Pracownicy w takich miejscach są "od wszystkiego": muszą wyłożyć towar na półki, zająć się piecami, w których pieką dla nas pyszne bułeczki, posprzątać rozsypany towar, umyć podłogi, usiąść na kasie (kiedy klientów dużo a rąk do pracy mało) i zrobić wiele innych rzeczy, o których my, klienci, nie mamy pojęcia bo ich, po prostu, nie widzimy.

I teraz wyobraźcie sobie, że taki Pracownik jest zatrudniany na zasadzie: 20 godzin pracy: wykonywanie zadań kasjera za stawkę XXX. Tylko w jego obowiązkach widnieje zapis, że wprawdzie jest zatrudniony jako kasjer na 20 godzin ALE jego tygodniowy wymiar pracy wynosi 40 godzin (nadal za tę samą stawkę XXX). I teraz wyobraźcie sobie wszyscy pracujący w wymiarze 40 godzinnym jakie pole do nadużyć ze strony kierownictwa to rodzi.

Jeszcze bardziej obrazowo: Pani Ania zatrudniona wg powyższych zasad siedzi na kasie 20 godzin. Po tym czasie zadowolona kończy pracę i chce iść do domu. Ale przychodzi pan Kierownik i mówi do niej: "Pani Aniu trzeba pozmywać podłogi". Pani Ania na to: "Ale panie kierowniku, ja skończyłam swoje 20 godzin i nie miałam nawet jednej przerwy". A pan Kierownik: :"Ale pani Aniu, o czym my mówimy. Ma Pani wpisany 40 godzinny tydzień pracy? Ma Pani. W związku z tym, z powodu braków kadrowych, wyznaczam Pani dodatkowe zadanie. ma Pani pozmywać podłogi". I co robi pani Ania? No zmywa te podłogi. Przez godzinę, dwie, dwadzieścia, trzydzieści... wstaw dowolną wartość. Dlaczego? Bo te 20 godzin na kasie to JEDYNY czas pracy, który pani Ani się liczy. Wszelkie dodatkowe zadania zlecone przez pana kierownika czy wykonane przez nią po to, żeby swoją pracę w ogóle mogła wykonywać, są nieewidencjonowane w żaden sposób. Wykonuje je "w ramach 40 godzinnego tygodnia pracy" i dostaje za nie wciąż te same pieniądze. A zbuntować się nie może. No bo jak udowodni, że przepracowała więcej? No nie udowodni. I to jest strasznie piekielne.

Tak właśnie wygląda praca nauczyciela, który niby ma 18 godzin przy tablicy ale 40 godzinny tydzień pracy. Bez żadnej ewidencji. Co oznacza, że dyrekcja może mu zlecić wykonanie dowolnego zadania zasłaniając się przepisami. I, wierzcie mi, większość dyrektorów skwapliwie z tego korzysta.

Kilka lat temu w łódzkich szkołach przeprowadzono pilotażowy program ewidencjonowania czasu pracy nauczycieli. Wyniki były zaskakujące (dla rządzących i społeczeństwa bo nie dla nauczycieli). Okazało się, że nauczyciel średnio poświęca 43 godziny tygodniowo na wykonywanie swojej pracy. Średnio. Czyli uwzględniono czas pracy polonistów, matematyków czy nauczycieli języków obcych, którzy mają tony sprawdzania, oraz nauczycieli przedmiotów artystycznych, wychowania fizycznego, religii itp, którzy prac pisemnych mają znacznie mniej albo wcale.

Uwzględniono czas pracy nauczycieli, którzy jeżdżą na wycieczki, promują szkołę, piszą i koordynują projekty unijne, przygotowują akademie i przedstawienia, prowadzą kółka zainteresowań i zajęcia wyrównawcze itd. itp., oraz tych, którzy po przeprowadzeniu 5 lekcji wychodzą do domu. I mimo wszystko wyszło ponad 40 godzin!

Czy wprowadzono ewidencję czasu pracy nauczycieli? No jak widzimy nie. Dlaczego? Bo byłoby to dla rządzących całkowicie nieopłacalne. Bo są poloniści, którzy pracują 60 godzin w tygodniu i matematycy, którzy pracują 50. Za darmo. W ramach "misji" i 40 godzinnego tygodnia pracy. A ewidencja czasu pracy ukróciłaby tę patologię. Tylko tym, którzy pracują więcej trzeba by było zapłacić. A obawiam się, że pieniędzy "zaoszczędzonych" na "leniwcach" mogłoby dla nich nie wystarczyć.

Co w tym piekielnego? Piekielne jest szczucie Społeczeństwa na nauczycieli. No nieroby. 18 godzin, 2 miesiące wakacji, tyle wolnego. Bo przecież każdy z nas w szkole był i widział. Ale widział tylko część pracy swoich, często nielubianych, nauczycieli. Czasem lepszą, czasem gorszą, czasem całkiem beznadziejną. A nie widział wszystkiego dookoła. Wszystkiego, czego "w ramach 40 godzinnego" tygodnia pracy się od nas wymaga. Ja też nie będę o tym pisać, bo i tak zrobiło się ciut przydługo.

Kończąc ten długawy wywód. Tak, jestem nauczycielką i o niczym innym nie marzę, jak o tym, żeby pracować 40 godzin tygodniowo. Za godziwe pieniądze. I żebym nie musiała wysłuchiwać jak straszną zakałą społeczeństwa jestem. Bo jest to strasznie przykre dla kogoś kto kocha tę pracę i robi wszystko, żeby wykonywać ją jak najlepiej. Pozdrawiam serdecznie.

Skomentuj (49) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 166 (214)

#84273

(PW) ·
| Do ulubionych
Będzie o WC w pracy i hipokryzji.

Pracuję w korpo. Czy typowym, nie wiem. Firma duża, zasady typowe korpo, ale atmosfera jak w rodzinie. Lubimy się, szanujemy. Chociaż co do ostatniego pewna nie jestem, patrząc na damskie toalety.

Ja naprawdę nie rozumiem co w tych WC musi się wydarzać, że laski zostawiają po sobie taki syf... walający się po podłodze papier toaletowy, podpaski czy tampony leżące na ziemi obok śmietnika (te nigdy nie są przepełnione).
Jednak to co mnie najbardziej brzydzi to regularnie obsrane dwie konkretne kabiny. Dzieje się do regularnie. Są one kilka razy w tygodniu tydzień w tydzień obsrane z góry na dół, łącznie z deską niekiedy. Ale nie że jakiś ślad którego można nie zauważyć, tylko cała porcelana "ozdobiona" rozwolnieniem, tak jakby ktoś w ogóle nie trudził się spłukiwaniem. To ohydne.

Były wywieszane kartki na drzwiach, pisane wiadomości do wszystkich na komunikatorze. To nic nie dało. Kibel wciąż regularnie jest obsrany z góry na dół...
Co ciekawe w męskim nigdy nie zastałam takiej sytuacji. N I G D Y ! Zresztą... nie tylko w tym konkretnym korpo w damskich toaletach taki widok.

A gdzie hipokryzja? Wszystkie laski wyfiokowane z góry na dół. Make up, paznokietki i rzęsy. Wszystkie psioczą na nieopuszczanie deski przez facetów w domu. A same zostawiają po sobie regularnie taki gnój...
I żeby nie było. Żaden ze mnie francuski piesek, nic co ludzkie nie jest mi obce, ale bez przesady... Dziewczyny co z wami..?

Korpo

Skomentuj (22) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 113 (127)

#84268

~Kierman454 ·
| Do ulubionych
W mediach coraz częściej mówi się o brakach kadrowych wśród kierowców komunikacji miejskiej. Skutkiem są często odwołane kursy, albo brak możliwości dogadania się z kierowcą w języku polskim. Nie pomogą nawet piękne plakaty zachęcające do podjęcia tej pracy, jeżeli pracownika dalej będzie się traktować jak śmiecia. Opowiem na moim przykładzie.

Raz w roku w mojej firmie przyznaje się tzw. "premię roczną". Otrzymują ją pracownicy, którzy w ciągu roku nie podpadli w żaden sposób czyli np. nie mieli skarg, ani nie spowodowali kolizji bądź nie poszli na dłuższe zwolnienie lekarskie. Kwota niemała, bo aż 1000zł. Przez 3 lata z rzędu dostawałem taką premię. W tym roku jak się domyślacie nie dostałem nic.

Poszedłem do kierownika aby sprawę wyjaśnić. Kierownik wyjaśnił mi, że powodem nieprzyznania mi premii była skarga od jednego z podróżnych.

W całej mojej "karierze" dostałem jedną jedyną skargę. Autobus, którym miałem jechać, nie zatrzymał się na przystanku, na którym czekali na niego pasażerowie. No właśnie miałem. Tego dnia dyspozytor skierował mnie na inną trasę w zastępstwie za kolegę, któremu w drodze do pracy zepsuł się samochód. A tym autobusem, którym miałem planowo jechać, pojechał kto inny i zapewne to on pominął przystanek. Napisałem to w wyjaśnieniu i zapomniałem o sprawie.

Opowiedziałem o tym kierownikowi.
- W systemie jest, że na pana była skarga. Poza tym limit pieniędzy na premie został wyczerpany. Ta premia jest premią uznaniową.
Następnego dnia złożyłem wypowiedzenie.

komunikacja_miejska

Skomentuj (5) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 143 (149)

#84265

~Belladonna94 ·
| Do ulubionych
Autentycznie jestem wściekła na biurokrację, biurokratów, znieczulicę społeczną i cały przybytek szumnie zwany ZUS.

Mój ojciec, człowiek schorowany, przez lekceważenie lekarza internisty, brak odpowiednich badań, skierowań i leków został potraktowany na komisji ZUS-owskiej jak złodziej i naciągacz.

Jest po operacji serca, ma niedowład prawej ręki, chore biodra, których nie chcą mu zoperować ze względu na serce, które po prostu tego nie wytrzyma. Szanowna komisja najpierw zaigrała sobie z wyznaczeniem terminu, ustalając go na trzy dni później od doręczenia pisma, więc ojciec musiał z matką jechać pociągami, autobusami i tramwajami przez cały dzień, ponad 200km od zamieszkania. Później nie raczyli, a może przede wszystkim, nie raczyli zapoznać się z jego dokumentacją medyczną przed badaniem. Z miejsca nazwali go naciągaczem i oszustem. O co ta batalia?

O rentę. Śmieszną rentę, przyznawaną zawsze na rok. Czy człowiek z chorym sercem i biodrami wyzdrowieje w rok bez operacji, której nie może mieć? We wszystkich dokumentacjach są opinie niezależnych lekarzy, wyniki badań.

Szanowni łapówkarze, mój ojciec nie jest oszustem, ciężko pracował na kopalni jako górnik na poziomie 800m, własnymi rękami smarowałam mu rany na barkach, szykowałam kanapki do pracy. Często, by utrzymywać naszą dużą rodzinę, pracował jeszcze na budowach. A teraz musi się kłócić o grosz, który należy mu się jak psu buda.

Gardzę wami. Siedzicie na swoich krzesełkach, obżeracie się za nasze podatki, a chorych traktujecie jak gorszych od siebie i pozbawiacie środków do życia "bo tak"...

Skomentuj (23) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 101 (127)

#84238

(PW) ·
| Do ulubionych
Piekielny pomysł?

Zapewne włożę kij w mrowisko, ale...

W kontekście planowanego strajku nauczycieli szeroko dyskutowana jest ilość godzin, jakie przepracowują.

Jedni zauważają, że pełny etat w szkole, czyli 18 godzin tygodniowo, to strasznie mało, zwłaszcza w kontekście normalnego, 40-godzinnego tygodnia pracy.

Inni (nauczyciele?) argumentują, że te 18 godzin to tak naprawdę wcale nie 18 godzin, bo trzeba przygotować się do lekcji, uzupełnić dzienniki, przygotować sprawdziany, poprawić sprawdziany itd.

Niektórzy dodają nawet, że jakby zliczyć czas spędzony na powyższym, to nauczyciele pracują o wiele dłużej niż przeciętny etatowiec.

Ale moje pytanie brzmi: jak to naprawdę jest z tym czasem i jak to sprawdzić?

Czy nie powinno być tak, że owszem, etat "lekcyjny" nauczyciela niech wynosi 18 godzin, ale pozostałe 22 godziny niech spędzają w szkole? Przecież są laptopy/pracownie komputerowe/biblioteki i nie widzę powodu, dla którego nauczyciel nie mógłby przygotowywać się do lekcji, poprawiać sprawdzianów itd. w szkole.

Wtedy łatwo byłoby zweryfikować, ile faktycznie czasu na tym spędzają.

Byłoby to też korzystne dla nauczycieli, bo po prostu wyrabiali by normę godzinową i szli sobie do domu.

szkoła nauczyciele strajk

Skomentuj (92) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 133 (185)

#84266

~saps ·
| Do ulubionych
Historia o babce, która weszła bez pardonu podczas dość intymnego badania, przypomniała mi perypetie mojego kuzyna.

Michał, bo tak mu na imię, wykończył sobie piętro w domu rodziców. Wydał na to sporo pieniędzy, ale efekt jest naprawdę świetny, każdemu chyba się podoba. Podobał się też pewnej znajomej cioci. Kuzyn przezywa ją (oczywiście nie w jej obecności) "ciocia Wikipedia". Kobieta podobno wybitnie ciekawska i wścibska, wszystko musi wiedzieć. "Samochód nowy kupiliście. Ile zapłaciliście?" "Zmieniłeś Michałku pracę? Ile będziesz w nowej zarabiał?".

Przyjechała do cioci, kiedy tynkarze byli akurat na etapie przycierania gipsów (chyba każdy wie, czym to pachnie). Nie było mowy - "Chodź Michał, pokażesz mi te swoje remonty!". Kuzyn kilkukrotnie jej tłumaczył, że teraz można tam jedynie zobaczyć tuman kurzu i on sam na górę nie chodzi, bo majstrowie zakleili od środka drzwi folią, żeby jak najmniej tego syfu rozchodziło się po domu. Podobno aż ją skręcało. Jak szła do toalety, to kuzyn tylko zerkał, czy nie będzie próbowała wymknąć się na górę :). Oczywiście cała litania pytań z cyklu co, jak, za ile? I co jakiś czas ponowne naleganie, żeby ją zaprowadzić, pokazać, i od nowa tłumaczenia, że syf itd.

Historia właściwa: Kuzyn już mieszkał na tym swoim piętrze. "Ciocia Wikipedia" oczywiście wyczekiwała kiedy można będzie obejrzeć efekt końcowy i zjawiła się niemal od razu. Obejrzała, pochwaliła, że bardzo ładnie, oczywiście wypytała po kolei co ile kosztowało. Kilka dni później kuzyn wyszedł spod prysznica, goli się i nagle słyszy jakieś głosy na korytarzu, lecz nie mógł przypasować ich do nikogo z domowników. Przepasał się ręcznikiem i wystawił głowę przez uchylone drzwi łazienki.

Kogo widzi? Jak już się zapewne domyślacie - Ciocię Wikipedię, z jakąś inną, zupełnie obcą mu kobietą. "O dzień dobry Michałku. Właśnie szwagierkę swoją przyprowadziłam, żeby pokazać jak ładnie tu sobie urządziłeś..." Zanim zdążyła kontynuować swój wywód, w Michale coś pękło i wydarł się na nią "Czy pani jest normalna?!" Tu podobno nastąpiło wielkie zaskoczenie ze strony wspomnianej już "C.W.". "No ale o co ci chodzi?!". "Wchodzi Pani jak do siebie, albo jak do knajpy jakiejś. Ni dzwonka, ni pukania. przecież ja tu mogłem właśnie z gołą "fujarką" na wierzchu latać, albo w samych gaciach leżeć na kanapie. Chyba jakieś podstawy kultury obowiązują?!" Następnie wyprosił zszokowane wizytatorki za drzwi i mówi, że był tak wściekły, że gdyby nie dobre wychowanie i wpajanie od najmłodszych lat, że "dziewczynki to nawet kwiatkiem nie można uderzyć", to Ciocia Wikipedia na kopach by wyleciała.

Po zejściu na dół niechciane wizytatorki spotkały ciocię, czyli Michała mamę. Wikipedia naskarżyła się na niego, że tak je potraktował. Ciocia w pierwszej chwili nie wiedziała o co dokładnie chodzi, i przeprosiła je za Michała. Później, gdy usłyszała od niego jak cała sytuacja wyglądała, to żałowała, że jeszcze dodatkowo koleżanki nie ochrzaniła. Jak się okazało, przed całym zajściem nie widziała się one. Nie było nic na zasadzie "To idźcie tam do Michała, on jest u siebie, oprowadzi was." Po prostu prosto z samochodu, bez pukania czy dzwonienia weszły jak do siebie. Gdzie jakaś podstawowa kultura?

Michał jak już opowiada to z perspektywy czasu, to śmieje się, że przynajmniej nauczyły go zamykać drzwi od środka.

dom

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 128 (138)

#84269

(PW) ·
| Do ulubionych
Sporo ostatnio chodzę po mieszkaniach do remontu - jako wsparcie techniczne i głos rozsądku. I po którymś obejrzanym naszła mnie refleksja. A właściwie refleksja i obserwacja.

Refleksja jest taka, że ogłoszenia kłamią. Np. jest napisane, że w kamienicy gaz jest, a naprawdę jest w drodze. Nie że go właśnie robią w tej kamienicy, tylko że ten gaz jest w ulicy przy której kamienica stoi. Pod asfaltem. "Jak pan chce se podłączyć to se proszę zrobić przyłącz." Albo jest napisane "dwa pokoje" i faktycznie mieszkanie ma dwa pokoje - bez kuchni, łazienki i przedpokoju. Boki zrywać.

Obserwacja jest natomiast inna. Po wielu amerykańskich filmach miałam takie - błędne jak się okazuje - wyobrażenie, że agent nieruchomości robi wszystko, by nieruchomość sprzedać. Np. umawiać się będzie tylko popołudniu, bo wtedy wpada słońce przez okno pod optymalnym kątem, a działający za rogiem tartak jest po godzinach pracy. Albo rozpyla zapach pierników w aerozolu, żeby pokreślić "domowy" charakter miejsca, rozkładając równocześnie świeże kwiaty w wazonie.
Albo przynajmniej, że pomalują ściany na biało, żeby nie było widać satanistycznego graffiti.

No więc nie. Zamówienie sprzątaczki, żeby przynajmniej śmieci wyniosła czy wywietrzenie mieszkania to zabiegi niespotykane.
Z resztą śmieci - śmieciami. Żeby butelki po piwie czy ślady po bezdomnych wynieśli. Te organiczne.
Albo przynajmniej butem strącili martwe gołębie z balkonu. Nie mówię jakimś zamaszystym kompem, ale tak w ogóle...
Stan lokali "do remontu" woła o pomstę do nieba i nie dziwię się, że historyczne centrum pustoszeje w tym kontekście.
Chyba, że to taka specyfika rynku lokalnego.

Skomentuj (16) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 117 (123)

#84267

(PW) ·
| Do ulubionych
Będzie o damskich toaletach i będzie obrzydliwie. Nie odwiedzam męskich toalet, a w firmie nie ma koedukacyjnych, więc mogę opisać tylko niezapomniane wrażenia z damskich przybytków.

Drogie Panie, wszystkie jesteście wykształcone, pięknie ubrane, wyfiokowane i w ogóle fą fą fą... ale to co dzieje się w damskiej toalecie to masakra.
W toaletach są szczotki i odświeżacze powietrza – nie gryzą! Chyba zrozumiałe jest, że każdy człowiek ma potrzeby, ale cała reszta nie musi później tego oglądać.

Już pal licho, że wrzucacie do kosza niedomknięte podpaski i tampony, ale dzisiejsza sytuacja – krew na toalecie i umazana nią ściana!!! No serio? Ja nie wiem, co tam się stało, nie było w firmie słychać o tym, aby ktoś zemdlał lub miał jakiś wypadek, więc chyba trochę tam można było ogarnąć.

Na dodatek, firma postanowiła w toaletach zostawić kilka kosmetyków dla Pań – taki bonusik. Chyba nie muszę pisać, że niewiele z tego zostało.

To jest po prostu przykre i beznadziejne zarazem. Nie szanujecie siebie, koleżanek i Pań sprzątających!

Toalety

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 91 (111)

Podziel się najśmieszniejszymi historiami na
ANONIMOWE.PL

Piekielni