Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

 

#86343

(PW) ·
| Do ulubionych
Cholera jasna zaraz mnie strzeli.

Od rana od godziny 10 mieliśmy 6 wyjazdów do pożarów traw, normalnie ludzie poszaleli od tego Coronavirusa. Siedzą w domu, a że nie mają co robić to trawy podpalają.

Ostatnie dwa wyjazdy to jakby ktoś specjalnie szukał trudno dostępnych miejsc, żeby tam wypalić.

Wyjazd przedostatni był głęboko w pola, miejscami przez grząskie drogi. Wynikiem czego auto z PSP się zakopało i trzeba było je wyciągnąć ciągnikiem.

Ostatni(mam nadzieję) był także daleko w pola, co prawda po lepszych drogach, ale palił się też las samosiejka.

Zaczynam fantazjować o karze tortur dla trawowypalaczy.

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 167 (179)

#86305

(PW) ·
| Do ulubionych
Czas mamy, jaki mamy - wszędzie trąbią by TERAZ nie przychodzić bez potrzeby do przychodni, bo to tylko siedlisko chorób (ogólnie to zawsze jest to siedlisko chorób i nie powinno się bez powodu przychodzić).

Mały wstęp - aktualnie siedzę w domu na szkoleniu (z powodu pandemii zamiast tradycyjnego jest webinarium), samo szkolenie wymagane w ramach zrobienia specjalizacji, czekałem na nie dość sporo, więc nie mogłem przełożyć. To tak do ~15 a potem idę popołudniami do pracy jako Roślinny... Rodzinny na jakieś 2-3h, by wypisać recepty wcześniej zgłoszone przez pacjentów oraz by dawać telekonsultacje lekarskie - robię to po to, by odciążyć trochę kolegów po fachu oraz dlatego, że na jakichś 10 lekarzy stale pracujących w przychodni tylko ja i dwoje innych potrafi nasz system w miarę sprawnie obsługiwać - e-recepty znacząco utrudniły i wydłużyły pisanie ich w naszym systemie i (o ile nie wyrobi się odpowiedniej techniki) wypisanie JEDNEJ recepty zajmuje ~3min ..., gdzie rekordzistka miała 4 pełne recepty - 20 leków a normalnie na pacjenta przypadają 2 recepty.

I. Odn. recept - niektórzy ludzie nagle po 6-12 msc. przypomnieli sobie, że przyjmują jakieś leki. Albo proszą o leki na 4msc., gdzie poprzednie leki na 4msc. były wypisane miesiąc temu. Kompletnie mnie też załamują osoby, które w czasie wizyty receptowej (a więc tylko leki stałe na bazie dokumentacji POZ/AOS/wypisu ze szpitala), poza lekami do leczenia przewlekłego próbują mi wcisnąć (a nóż się uda!!) antybiotyki/maści sterydowe i ostatni hit pochodne chininy. :/ Albo oprócz leków prośby o przepisanie badań, albo od razu do specjalisty skierowanie, bo może się przyda.

II. Przyszedł Pan, bo potrzebuje pilnie!! na!! już!! zaświadczenia. Siedzę obłożony kartami pacjentów (w tym czasie ogarniam ze 30 osób), ale pytam się co tak mu pilnie potrzeba (jak się już naraził to, niech nie pójdzie to na marne). Pan mówi, że mamusia/teściowa jest ciężko chora (może nie przeżyje miesiąca!!), córeczka (jego żona) się nią opiekuje (i nie pracuje przez to) i potrzebuje na już zaświadczenia lekarskiego o stanie zdrowia dla zespołu orzekania o niepełnosprawności (i docelowo renty oraz dodatku 500+ na seniora).

Z rejestratorką tłumaczymy chłopu, że teraz to nie ma sensu tego robić bo:
a) trwa to ~20-30 min i muszę mieć wszystkie dokumenty (a pacjenci i rodzina NIE przynoszą ŻADNYCH zaświadczeń od specjalisty lub wypisu ze szpitala mimo moich usilnych próśb, a na bazie jego słów nic mu nie wypiszę);
b) żadne urzędy/ośrodki w moim mieście nie przyjmują teraz petentów;
c) czas jaki upływa od złożenia wniosku do wypłaty świadczeń to ok 3 msc;
d) moje zaświadczenie jest ważne tylko 30 dni.

Pan wielce obrażony wyszedł, że mu nie pomogłem, bo on przecież teraz był w MOPR i powiedzieli mu, że jakby teraz dostarczył to będą pieniądze za miesiąc - wielce wątpię.

Mała dygresja jeszcze - owe zaświadczenia (głównie chodzi mi o to 500+ dla seniora) NIE JEST w ramach świadczeń POZ i pacjent powinien za nie zapłacić - w mojej jednak przychodni lekarze uznali, że nie będziemy za to pobierać pieniędzy (inne przychodnie liczą po 50-100 zł od papiera).

Dygresja nr 2 - 500+ dla seniora jest TYLKO dla ludzi ze znacznym stopniem niepełnosprawności + wymagającym opieki osób drugich/trzecich (nie zliczę ile osób miałem, co same przyszły i KAZAŁY sobie wpisać, że wymagają opieki) + razem z emeryturą/rentą nie może przekroczyć o ile pamiętam 1600 zł.

III. Przychodzi Pan. Pan mało schludnie ubrany. U którego widać po zachowaniu i zapachu, że wziął sobie ostro do serca zalecenia od Ministra Zdrowia o odkażaniu alkoholem, ale nie poprzestał na zewnętrznym stosowaniu i uskuteczniał stosowanie wewnętrzne... bez przerwy od kilku dni ("Paaaanie doktorze, z ręką na sercu - tylko jedno piwko dzisiaj wypiłem"). Od 3tyg skarży się na katarek i stan podgorączkowy. I każe mi wypisać mu antybiotyk. Nie to, że antybiotyki + alkohol to bardzo złe połączenie (niektóre działają tak jak "wszywki") to tym bardziej przeziębienie nie jest wskazaniem do leczenia antybiotykiem. Zaleciłem powrót do domu, koniec z piciem i przyjście następnego dnia jak wytrzeźwieje... Gabinet wietrzyłem 30 min po jego wyjściu, ale przynajmniej katar mnie puścił (spokojnie to tylko przewlekły nieżyt nosa, ni to alergiczny, ni to infekcyjny.

IV. (Z zeszłego tygodnia tuż przed zaleconą kwarantanną, ale gdy już mówiono by nie chodzić do POZ bez powodu) Przychodzi Pani i prosi o lek na opryszczkę - na twarzy nie widzę, pytam się gdzie są zmiany (ginekologicznie nie badam ... jeszcze - choć coś Ministerstwo Zdrowia chciało ostatnio dołożyć rodzinnym elementy z zakresu ginekologii, dermatologii i chirurgii). Pani mówi, że nie, nie dla niej ten lek. Dla męża. On teraz jest w delegacji 100 km od domu. A w ogóle to już mu przeszło 2 dni temu. Bo była w weekend w aptece i dostała od zaprzyjaźnionego aptekarza opakowanie. I on ją prosił by doniosła receptę. A i w ogóle to ma być opakowanie z dawką 400 mg.

Nosz motyla noga:
a) Standardowo wdł. Charakterystyki Produktu Leczniczego i zaleceń daje się na zwykłą opryszczkę ten lek w dawce 200 mg 5xdz przez 5 dni. Nie 400 mg;
b) takie leczenie jest też dostępne w aptece bez recepty ("No ale jest drożej!");
c) Kara za nienależną refundację dla lekarza to 200 zł + to co NFZ dopłacił do leku + odsetki - a przypominają sobie dziady tuż przed przedawnieniem, więc odsetki są bardzo duże - BTW czemu karany jest lekarz, a nie osoba która się wzbogaciła (najczęściej okłamując lekarza, że ma w karcie/domu zaświadczenie uprawniające do refundacji)? Bo lekarza łatwiej zastraszyć i odebrać mu "przywilej" wypisywania leków z refundacją;
d) Za każdą receptę odpowiadam prawnie - bo to jest dokument urzędowy - jakby coś się jej mężowi stało (np uszkodził by mu ten lek wątrobę), to (z powodu jego osobistej vendetty) minister Ziobro i smutni panowie w stroju AT zapukaliby do moich drzwi nad ranem;
e) Aptekarz złamał prawo i nie będę go teraz ratował ryzykując moimi uprawnieniami i ryzykiem wywalenia do kosza 10-ciu lat nauki z mojego życiorysu.

Tak, jestem w wielu przypadkach służbistą. Pani wyszła bez recepty, obrażona.

Bonus:
14 luty - święto chorób umysłowych i epilepsji. Po dość spokojnym poranku (jak nigdy) dzwoni telefon. Rejestratorka przyjmuje zapotrzebowanie na wizytę domową - według numeracji to mieszkanie jakieś 200m od przychodni. Oddzwaniam na numer z historii choroby i odbiera tata pacjenta (dwudziestokilkulatka). Mówi, że synek od 4 dni nic nie je, jest osłabiony, pije tylko wodę. Skarży się też na ból gardła. Drążę temat i dowiaduję się, że wszystko zaczęło się od zerwania z dziewczyną, a i te leki przeciwbólowe (Paracetamol) to bierze w bardzo dużej ilości (8 tabletek dziennie - max dla wątroby w warunkach domowych, ale w połączeniu z alkoholem to już działa na nią mocno toksycznie).

Tłumaczę ojcu, że w takiej sytuacji wizyta domowa nie ma sensu (a ja nie mogę ot tak opuścić przychodni), że wezmę zaocznie wypiszę skierowanie do szpitala na oddział psychiatryczny, bo tu ewidentnie ma ciężką reakcję na stres (albo chce zrobić "samobójstwo" na pokaz, co by takim szantażem zmusić dziewczynę do powrotu) i trzeba zrobić podstawowe badania na szybko i pod STAŁĄ opieką zacząć leczenie.

Słyszę odpowiedź, że nie - "bo to będzie WSTYD!! Co ludzie powiedzą" (nosz kur...). Mam przyjść (nawet po pracy, zapłacę!) by synkowi dać kroplówkę na wzmocnienie (kroplówka u takiej osoby to wielce prawdopodobne zaburzenia rytmu serca, plus nie ma czegoś takiego jak kroplówka na wzmocnienie! To tylko woda z elektrolitami lub odrobiną glukozy).

Powtarzam 3x, że u syna nie ma problemu internistycznego, który magicznie zniknie jak tam pójdę, tylko problem natury psychicznej i potrzebuje on fachowej pomocy.

I dostaję dictum - mam TERAZ przyjść podać kroplówkę i osłuchać jego syna, albo on przyniesie syna do przychodni i położy mi go przed drzwiami gabinetu i zmusi siłą do zbadania syna.

o_O

Jedyne co powiedziałem to: Zapraszam, jestem do 18:00 (rozmowa trwała >30 min sumarycznie i początkowy luz zmienił się w chaos w poczekalni, więc nawet jeśli to już nie mogłem wyjść z przychodni). I tu nastąpiło rozłączenie telefonu.

Na szczęście nie spełnił gróźb, ale żeby nie było - to miałem nadzieję, że faktycznie przyjdą i wtedy może udało by mi się jakoś przekonać chłopaka, by jednak poszedł do szpitala.

Może kiedyś coś jeszcze napiszę jak coś ciekawego się zdarzy.

ochrona_zdrowia POZ

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 160 (182)

#86301

(PW) ·
| Do ulubionych
Ponieważ wyszło mi trochę długo, przy okazji opisywania mojej pierwszej pracy w call center, podzieliłam historię na dwie części. Oto część druga:).

Gwoli przypomnienia:

Praca w firmie outsourcingowej, projekt związany z pewną dużą siecią komórkową. Sprzedażówka, czyli po ludzku mówiąc, wciskanie super wspaniałej wyjątkowej oferty przez telefon. O ile w innych miejscach, w których pracowałam później, oprócz piekielności było też kilka jasnych stron, tak tutaj wszystko było belzebubiaste :P.

7. Ta oferta jest specjalnie skrojona dla klienta! Taaaak... Sieć komórkowa przekazywała firmie outsourcingowej bazę klientów, do których chcieli, żebyśmy zadzwonili. Oficjalnie nam wciskano, że są to klienci, dla których ta oferta jest korzystniejsza niż ich obecna. Ale my, jako pracownicy call center, nie mieliśmy żadnego dostępu do szczegółów umów. Dlatego nie byliśmy w stanie udzielić odpowiedzi na pytanie, kiedy kończy się umowa :). Widzieliśmy tylko imię i nazwisko klienta oraz numer kontaktowy. Tyle. Ale obowiązkowo musieliśmy mówić, że oferta, z którą dzwonimy, została indywidualnie przygotowana dla pana lub pani X :P. Jeden taki pan X mnie wyśmiał - proponowałam mu dodatkowy numer telefonu, a facet miał zarejestrowanych już 10 numerów na siebie.

8. Wyniki. Zawsze gdy ktoś odebrał telefon, automatycznie ładował się nam skrypt. Zaznaczaliśmy w nim odpowiedzi i reakcje klienta. Jeśli zaznaczyło się, że klient nie potrzebuje dodatkowego telefonu, skrypt pokazywał przykładowe argumenty, których powinniśmy użyć w rozmowie, żeby jednak wcisnąć bubla. Odnosiło się przy tym wrażenie, że ich wymyślaniem zajmowało się stado teletubisiów. "Pani nie potrzebuje telefonu, ale miło byłoby sprawić prezent sąsiadce, nie sądzi pani?", "Pana synek ma telefon na kartę, żeby nie nabił za dużego rachunku? Może czas na okazanie dziecku zaufania i przejść na abonament?" - rzecz działa się na tyle dawno, że sieci komórkowe jeszcze nie śniły o nielimitowanych smsach i minutach. Za przekroczenie limitu były naliczane dodatkowe opłaty.

Jeśli klient nie poczuł się przekonany, trzeba było zamknąć rekord - czyli zaznaczyć, że klient jest niezainteresowany. Jeśli się skusił - pokazywał się nam formularz zamówienia. Trzeba było walczyć o to, żeby nie zamknąć rekordu odmową. Wiele osób zaznaczało w systemie, że klient prosi o ponowny kontakt później, byleby nie zamykać rekordu. Dlaczego? Ano dlatego, że jeśli ktoś zamknął za dużo rekordów albo miał mniejszą sprzedaż niż inni w danym dniu, był odsyłany do domu. Przełożeni monitorowali wyniki na bieżąco i co godzinę typowali słabsze ogniwa. A przy umowie zleceniu odesłanie do domu = mniej godzin = mniejsza wypłata. Jak ktoś uparcie zamykał rekordy, mógł dostać nawet nakaz, żeby przez kilka dni nie przychodzić do pracy. Ot tak, żeby - tu cytat - "odpocząć, piwko wypić, obmyślić nowe strategie sprzedażowe".

9. Prowizje. We wspaniałej firmie pracowali ludzie, którzy byli gotowi zaprzedać duszę, godność i zwykłe poczucie przyzwoitości, za te niesamowite prowizje, które dostawało się za wciśnięcie droższego abonamentu emerytce. Pewnego razu zostałam oddelegowana na podszkolenie do "jednego z najlepszych sprzedawców" na projekcie. Miałam przysłuchiwać się, jak facet prowadzi rozmowę, żeby doprowadzić do sprzedaży. Facet cisnął mocno, był strasznie upierdliwy i nie odpuszczał, dopóki klient nie rzucił słuchawką. Dosłownie. Nigdy sam nie kończył rozmowy. Nie ważne, ile razy ktoś powiedział "nie", nieważne, czy była to emerytka, czy ktoś chciał się skonsultować z mężem/żoną albo był bezrobotny. Jak już ktoś trzasnął słuchawką, "najlepszy sprzedawca" z autentyczną furią rzucał "głupią s..ą" albo "w...ujem". I tu przechodzimy do tych zawrotnych sum, o które walczył tak zawzięcie "najlepszy sprzedawca".

Za wciśnięcie komuś dodatkowej umowy na 24 miesiące - opłaty miesięczne wahały się od 40 do 120 złociszy - dostawało się 10 ZŁOTYCH. Jednorazowo. Brutto. Dodam, że taki najlepszy sprzedawca był w stanie wcisnąć maksymalnie 2 takie umowy dziennie.

Były też mniejsze projekty, gdzie prowizje były mniejsze. Ponieważ nie szło mi najlepiej przy umowach (szybko się zorientowałam, że to kiepska oferta i przestałam się starać), zostałam przeniesiona na sprzedaż usług dodatkowych. I tutaj akurat trafiła się fajna oferta na pakiety internetowe. Tu szło mi bardzo dobrze, potrafiłam takich pakietów uruchomić 30-40 dziennie. Prowizja miała wynosić złotówkę brutto od pakietu.

I znów przed oczami stanęły mi te złote roleksy i willa w Miami... aż tu na koniec miesiąca nam powiedziano, że nie będzie prowizji z tego projektu. Czemu? Bo sprzedaż nam za łatwo idzie.

10. Ostatni punkt, mój osobisty ulubieniec :D. Szkolenia motywacyjne. Jeśli komuś nie szła sprzedaż, kierowano go na szkolenia motywacyjno-sprzedażowe. Dopuszczalne były 2-3 szkolenia w miesiącu, już nie pamiętam dokładnie. Przybierały one różną formę, mogło to być odsłuchiwanie rozmów lepszych wciskaczy kitu albo rozmowa z coachem, który opowiadał ci, że jesteś zaje...sty, firma jest zaje...sta i praca też jest zaje...sta. Ale. Jeśli głaskanie po głowie nie przyniosło rezultatów i nadal nie udawało ci się wyrobić normy, dostawałeś prikaz wybicia się na nieodpłatną przerwę i udanie się na "szkolenie". Które polegało na siedzeniu w sali konferencyjnej i gapieniu się w sufit, tak długo aż przełożony pozwolił wrócić ci do pracy.

Pewnego razu firma urządziła większe szkolenie motywacyjne - to był dzień przed Wigilią, nikomu nie szła za dobrze sprzedaż, bo ludzie albo telefonów nie odbierali albo rzucali słuchawką (człowiek sprząta, pierogi lepi, prezenty pakuje, a tu mu jakiś upierdliwiec próbuje wcisnąć super ofertę). Siedzieliśmy w sali w kilka osób, razem z jednym z przełożonych i panią trenerką. Wesoło sobie rozmawiali o tym, jaki kto ma telefon i ile to oni nie sprzedawali, kiedy byli takimi szeregowymi pracownikami jak my. Ostentacyjnie zastanawiali się, co trzeba zrobić, żeby nas rozruszać. Pan przełożony wymyślił, że powinnyśmy wykonać kilka ćwiczeń integrujących zespół. Kazał nam ustawić się w kręgu i złapać się za pośladki. W sensie, nie swoje własne pośladki. Mieliśmy złapać za tyłek osobę, która stała najbliżej. Stwierdził, że w ten sposób się zintegrujemy. Bardzo go oburzyło, iż absolutnie nikt nie chciał tego zrobić. Obrażony wykrzyczał, że to przecież polecenie służbowe było.

Przemęczyłam się tam do końca swojej lojalki i uciekłam, gdzie pieprz rośnie. Nigdy więcej nie poszłam w sprzedaż - jak tylko słyszałam termin "połączenia wychodzące", wybiegałam z rozmowy z krzykiem.

call_center

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 114 (130)

#86344

~k4s3 ·
| Do ulubionych
Historia z przed dekady, czasy szóstej klasy podstawówki.

Moja szkoła ogłosiła zbiórkę książek na jakiś szczytny cel. Mogły być nieco zniszczone, dedykacje również były dozwolone.

Nie, one nie były dla szkolnej biblioteki...


Dwa tygodnie po zbiórce odbył się etap powiatowy konkursu historycznego, który organizowała moja podstawówka. Dyrekcja postanowiła dać laureatom wspaniałe nagrody. Co to było? Oczywiście książki ze zbiórki. Ja otrzymałam egzemplarz "W pustyni i w puszczy" z dedykacją "Dla Oli od babci z okazji urodzin". Koleżanka z innej szkoły dostała podręcznik typu "Uczę się pisać i czytać" (przypominam, VI klasa).


Serdecznie pozdrawiam organizatorów konkursu, pozostawiliście uczestnikom niezapomniane wspomnienia.

szkoła podstawowa

Skomentuj (2) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 153 (161)

#86346

~Sklepikara ·
| Do ulubionych
Koronawirus a sklep spożywczy.

Nie będę przytaczać konkretnej sceny z życia. Chciałam tylko napisać, że jeżeli sklep wprowadza ograniczenie osób przebywających w jego murach to nie po to, żeby Tobie zrobić na złość. Tak więc wyzywanie, kłócenie i cwaniakowanie nie jest spoko. Miliony pytań, dlaczego, po co i na co też nie. Czekasz na swoją kolej, wchodzisz, robisz zakupy i wychodzisz. Tyle i tylko tyle. Nie ma znaczenia, czy jesteś prezesem, dyrektorem, czy też nie.

Nie dyskutuj, bo rozsiewasz więcej zarazków. Na mogile może i mogliby Ci napisać, że umarłeś, bohatersko wygrywając bitwę z kasjerką o wejście do sklepu jako dodatkowa osoba, ale czy warto? Może dla Ciebie bitwa o Twój honor jako klienta to dużo i jesteś gotów poświęcić swoje życie.

Jednak tu nie chodzi tylko o Twoje życie. Pomyśl czasem nie tylko o sobie.

Sklep spożywczy.

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 86 (114)

#86337

(PW) ·
| Do ulubionych
Mieszkam za granicą. Liczba zachorowań koronawirusowych dziennie sięga ponad 1000.

W firmie męża ostatnio pojawiła się informacja, że żona jednego z pracowników jest chora, wynik pozytywny.

Co zrobił szef? Zakazał pracownikowi mówić komukolwiek i oczywiście kazał normalnie do pracy przychodzić! Oczywiście wydało się przez przypadek, żony chłopaków znają się prywatnie i czasem zaglądają do siebie na kawę. W chwili, kiedy się wydało, pracodawca zwołał zebranie i poinformował pracowników, że z tym koronawirusem to był żart i nikt nie jest chory. Pracujemy normalnie.

No cóż, jakoś nie jestem pewna, że to był żart, rozmawiałam z żoną kolegi...

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 82 (92)

#86291

(PW) ·
| Do ulubionych
Chciałbym podzielić się sposobem traktowania sprzedawców w związku z panującą epidemią przez portal Allegro.

Każdy ze sprzedawców dostał od Allegro wytyczne i plakat do wydrukowania z zasadami postępowania w tym trudnym czasie.
Do najważniejszych należą:
- Dbanie o ciągłą sprzedaż i uzupełnianie stanów magazynowych.
- Monitorowanie czasów dostaw towarów do klientów.
- Ciągła informacja dla klienta, jeżeli przesyłka się opóźni.
I tak punktów prawie 10.

Dbać o uzupełnianie stanów w sytuacji, kiedy z dnia na dzień nie wiemy, jak rozwija się sytuacja, to żądanie oderwane od obecnych realiów. Rzeczywistość, w której nie mamy pewności, że kurier dojedzie po paczki, a poczta skraca godziny pracy, jest dzisiaj normą.

Jak to wykonać i jakie prawa ma sprzedawca, nie napisano. Generalnie sprzedawca nie może zachorować. Paczki ma pakować nawet wbrew zdrowemu rozsądkowi, zakaz poruszania się musi zignorować. Bo najważniejsza jest PROWIZJA!!! Prowizja sięgająca w niektórych kategoriach 30%! I to jest jedyny cel, jaki Allegro przekazuje w związku z obecną sytuacją.

Nikt w tym portalu w obecnej chwili nie zrobił nic. Nie ma żadnej ogólnej informacji na stronie głównej, że w obecnej sytuacji nie można być pewnym dostawy w 24h. Żaden sprzedawca nie może zawiesić sprzedaży natychmiast z przyczyn losowych - a w czasach pandemii zdarzyć się może wszystko. Jeżeli sprzedawca zachoruje i nie udzieli w regulaminowym czasie odpowiedzi w dyskusji z klientem, Dzbany z Allegro zablokują mu konto.

Cóż, dawno było wiadomo, iż rozum i pazerność nigdy nie idą w parze, a w przypadku Allegro rozum już dawno poszedł w przeciwną stronę. I kiedy wydawało się, że w prowizjach, opłatach i braku szacunku dla sprzedawcy Allegro już sięga dna, to oni w tym czasie w tym dnie jeszcze odwiert zrobili.

Pozdrawiamy wszystkich kupujących na Allegro. I nie zapominajcie, że do 30% płaconej przez was ceny to prowizja pobierana przez Allegro.

sklepy_internetowe

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 50 (88)

#86293

~kotekBonifacy ·
| Do ulubionych
Jakiś czas temu przeczytałam starą historię (#26220) o człowieku ze skomplikowaną osobowością.

Chyba miałam wątpliwą przyjemność poznać przeznaczoną mu drugą połówkę.

Dziewczynę na potrzeby historii nazwijmy Karoliną. Karolina co mniej więcej 3 miesiące rozpoczynała nową "fazę" osobowości.

Faza 1: Otaku
Kiedy ją poznałam, Karolina była zakręcona na punkcie wszystkiego, co japońskie - anime, mangi, sushi, tradycyjne japońskie stroje, japońskie znaczki - dosłownie wszystko. Planowała nawet studiować japonistykę. Wyglądało to niegroźnie - każdy przecież ma jakiegoś "konika". Co prawda zdarzało się, że zasiedziała się nad anime czy mangą do trzeciej w nocy, a następnego dnia narzekała, że jest niewyspana, ale mówi się trudno.

Faza 2: Emo
Ni z tego, ni z owego Karolina dosłownie z dnia na dzień stała się emo. Naturalnie czarne włosy zaczesała w zasłaniającą pół twarzy grzywkę. Pojawiły się teksty o bezsensie istnienia i braku chęci do życia. Pojawiły się historyjki o nieudanych próbach samobójczych (dziecko z podstawówki było w stanie wytłumaczyć, dlaczego opisywane przez Karolinę zdarzenia są fizycznie niemożliwe). Pojawiły się teksty o nieustannej chęci podcięcia sobie żył. Pojawiły się narzekania na beznadziejnego terapeutę i własną aspołeczność (aspołeczna Karolina miała więcej znajomych niż nieaspołaczna ja - mam na myśli rzecz jasna prawdziwych, nie internetowych znajomych).

Kiedy Karolina zorientowała się, że otoczenie, zamiast zamartwiać się stanem jej delikatnej psychiki, podśmiewa się z niej za jej plecami, postanowiła...

Faza 3: Trans
… zmienić orientację. Kazała wszystkim używać męskiego odpowiednika swojego imienia. Puszczał(a) plotki o tym, która dziewczyna mu/jej się podoba. Ścięła włosy na krótką, chłopięcą fryzurę. Planowała operację zmiany płci. Po jakimś czasie, gdy "Karol" przestał mu/jej się podobać, kazała wszystkim używać internetowej ksywki. Pojawiły się historyjki o jej/jego dziewczynie/chłopaku mieszkającym/ej w Niemczech (czy i w jaki sposób Niemcy uczą się o bitwie pod Grunwaldem oraz o drugiej wojnie światowej nie dowiedziałam się do dziś, pomimo usilnych próśb). Pojawiło się obwiązywanie klatki piersiowej celem ukrycia piersi.

Potem nastąpiło rozluźnienie kontaktu spowodowane dłuższą przerwą świąteczną, a po przerwie...

Faza 4: Wege
… Karolina stała się wegetarianką. Wojującą wegetarianką. Każdy, kto znalazł się w zasięgu jej wzroku z kabanosem czy pasztetem, musiał liczyć się z kazaniem na temat brutalnego mordowania zwierzątek. Karolina strzelała focha, gdy na stołówce były dania mięsne - propozycja "zjedz ziemniaki i surówkę, a mięso zostaw" spotkała się oburzeniem - przecież zdradliwy mięsny tłuszcz zdążył już dotknąć warzyw I CO TERAZ? Kolega częstował mieszanką krakowską z okazji urodzin czy imienin - Karolina strzela focha - przecież żelatyna jest z kości świni, ona nie może tego zjeść! Jak kolega mógł o niej nie pomyśleć!

Po jakimś czasie Karolina zaczęła obrażać się na każdego, kogo "przyłapała" na jedzeniu mięsa, co w krótkim czasie sprawiło, że nie miała się do kogo odzywać. Otoczenie nie rozpaczało, toteż Karolina postanowiła zmienić taktykę.

Faza 5: Ateizm
Taktykę zmieniła wraz z religią. Zaczęła wyśmiewać się z chrześcijan, czyli z większości swojego otoczenia. Nie docierało do niej, że najprostszych porównań, których ksiądz używa w kazaniu na mszy dla dzieci, nie należy rozumieć dosłownie. Nie dało się z nią normalnie porozmawiać na temat wiary i ateizmu - "wy jesteście głupi ciemnogród i tyle" było dla niej koronnym argumentem. Zapytana, dlaczego, pomimo deklarowanego ateizmu, grzecznie chodzi co niedzielę do kościoła, odpowiedziała "no bo co by rodzina powiedziała".

Faza 6: Metal
Ateizm postanowiła rozwinąć, zostając metalem. Nigdzie się nie ruszała bez słuchawek oraz czarnej koszulki i od czasu do czasu widowiskowo trzepała głową. Każda muzyka inna niż heavy metal to według niej fekalia. Chwaliła się, że puszcza/gra swoją muzykę na pełny regulator ku rozpaczy dwóch sąsiadek - katechetek.

Obecnie nie mam z Karoliną kontaktu. Nie wiem, gdzie jest, co robi. Może wyrosła na szarego Kowalskiego? ;)

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 46 (98)

#86340

(PW) ·
| Do ulubionych
Ludzka głupota często powoduje pożary.

Facet wyniósł popiół za dom. Przy dzisiejszym wietrze wysypał go i poszedł do domu. Pół godziny później pali się jego łąka i przylegający do niej las.

A wystarczyło zalać popiół wodą, żeby temu wszystkiemu zapobiec.

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 103 (107)

#86316

~Mapunh ·
| Do ulubionych
Stan epidemii, wszystkie serwisy informacyjne apelują o pozostanie w domach, ograniczenie wychodzenia na zewnątrz, unikanie ludzi, lekcje odwołane.
Uzbierało mi się trochę śmieci, wyrzucić trzeba, wracając zaglądam do skrzynki, a tam list od proboszcza z zaproszeniem na rekolekcje i wyznaczonymi godzinami i klasami które mają w nich uczestniczyć.
Nie wiem już czy to pazerność (na rekolekcjach taca jest zbierana), czy zwykła bezmyślność kieruje tym kościołem ale ludzie mam nadzieję przejrzą wreszcie na oczy i "docenią" troskę duszpasterzy.
Jak można być tak oderwanym od rzeczywistości, jeśli jeszcze miałem jakieś złudzenia co do kleru to właśnie ten list uświadomił mi że zarazę mamy od ponad tysiąca lat, a kościół z Bogiem i miłością bliźniego już dawno nie ma nic wspólnego.

ksieza

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 131 (167)

Podziel się najśmieszniejszymi historiami na
ANONIMOWE.PL

Piekielni