Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

 

#70966

(PW) ·
| Do ulubionych
Nie jest to odosobniona sytuacja, a ostatnio przydarzyło mi się to dzisiaj.

Całkiem sporo sprzedaję i kupuję przez internet. Nie zawsze trafiam, więc potem sprzedaję dalej, żeby nie być stratna przy odsyłaniu.

Sytuacja z wczoraj. Dzwoni telefon. Akurat nie słyszałam, więc napisałam sms. Odpisała, co ją interesuje i czy dzisiaj może to około 16 zobaczyć. Odpisałam „dobrze, zapraszam”.

Dzisiaj około 14 dzwoniła, żeby potwierdzić, że ona na pewno będzie o tej 16, jak się umawiałyśmy i będzie dzwonić jak będzie w okolicy.

Godzina 16 - nic. Godzina 17 - nic. Godzina 18 - nic.

Godzina 19 - ona jednak rezygnuje z zakupu i pozdrawia.

Ludzie, szanujmy swój czas. Jeśli rezygnujecie, to napiszcie od razu, a nie parę godzin później albo wcale.

Umawianie się z kimś jest zobowiązaniem dla obu stron.

internet

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 120 (172)

#83931

(PW) ·
| Do ulubionych
Mieszkamy od lat w domku jednorodzinnym z niewielkim ogródkiem od strony ulicy. Po naszej stronie niewysokiego płotu jest krótki chodniczek, schody i wydzielone miejsce na śmietnik (dostępne dla śmieciarzy z zewnątrz).

Jako że w domu są dwa (duże) psy i dwa (głodne) koty, często zamawiamy karmę w dużych worach. Oczywiście większość dostarczeń odbywa się przed południem, gdy wszyscy są w pracy, ale jako że karma delikatna nie jest, to nie robi nam problemu, żeby kurier po prostu zostawił paczkę po naszej stronie płotu. Jakoś do tej pory dla kilkudziesięciu kurierów, którzy się przewinęli, nie było żadnym problemem ogarnięcie, że mogą paczkę z karmą przełożyć górą przez płot i zostawić nam na schodach lub nawet na ziemi. Aż do wczoraj.

Nowy kurier postanowił, że najwygodniej będzie mu paczkę z karmą i żwirkiem za 200 zł postawić obok śmietnika. Wsród pudeł do wywiezienia. W dniu wywozu śmieci.

Oczywiście po powrocie z pracy żadnej paczki już nie zastaliśmy.

Reklamacja poszła.

kurierzy

Skomentuj (5) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 110 (114)

#83765

(PW) ·
| Do ulubionych
Taka drobna piekielnostka związana z organizacją taksówek.

Jak wiadomo, student medycyny nie je ani nie śpi, ino się uczy i zdaje koła (albo i nie).

Oczywiście człowiek najlepiej myśli z rana, więc, idąc tym torem myślenia, drodzy profesorowie postanowili zorganizować nam kolokwium o szóstej rano. Na drugim końcu miasta. Gdzie kursuje jeden autobus na godzinę. Niby można nim jechać, ale na miejsce przyjeżdża na styk, a kawałek trzeba jeszcze dojść. Lepiej nie ryzykować.

Zważywszy na fakt, że nie bardzo uśmiechało się wstawać jeszcze wcześniej, żeby czekać na miejscu od piątej, to Brzeginka jako sprytne i kasiaste stworzenie postanowiła wykosztować się na taksówkę. Jako istota przezorna, dla pewności wykręciła odpowiedni numer i zaklepała przejazd dzień wcześniej. (Swoją drogą, pani dyspozytorka chyba miała aspiracje zatrudnić się w dziekanacie, bo podejście do petenta miała identyczne, co panie tam pracujące).

Nic to! Wybiła godzina zero i Brzeginka dostaje SMS-a, że rydwan już czeka. Dwie minuty później stoi przed bramą, patrzy w lewo, patrzy w prawo, no i nie ma! Bierze poprawkę na to, że jest stworzeniem ślepym, co to nie widzi stojących prawie że pod nosem rzeczy, więc się jeszcze raz rozgląda. Nadal niet. W takim razie sięgamy po telefon i dzwonimy!

- Taksówki - wymamrotane pod nosem tak, że ledwo można zrozumieć.
- Dzień dobry, właśnie dostałam SMS-a, że czeka na mnie taksówka, ale jej nie widzę.
- Adres!
- Taki a taki.
- Chwila! Sprawdzam!
(Brzeginka nerwowo drepta w miejscu i rozważa, czy dopuszczą ją do poprawy, jeśli się nie stawi na kole).
- No przecież pani jedzie tą taksówką! - oburzenie w głosie było wręcz namacalne.
- Nie jadę? - Brzeginka nieśmiało wtrąca.
- Ewentualnie mogę zamówić kolejną taksówkę.
- Dobrze, a za ile będzie?
- Do ośmiu minut - i trzask słuchawki.

Po minutach sześciu faktycznie podjeżdża taksówka, a szczęśliwa Brzeginka dojeżdża szczęśliwie na kolokwium.

To jednak nie koniec!

Po wyjściu z sali Brzeginka włącza telefon i co widzi? Nieodebrane połączenie i SMS-a z pytaniem, gdzież to ona zaginęła, bo taksówka na nią czeka...

uslugi

Skomentuj (17) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 52 (114)

#70881

(PW) ·
| Do ulubionych
Z wykształcenia jestem, powiedzmy, dla przykładu, księgową. Od jakiegoś czasu szukam stażu, dajmy na to, w biurze rachunkowym.

Niestety, Urząd Pracy nie posiada funduszy na organizowanie nowych staży. Ale spokojna głowa! Mamy dla pani dwa inne, proszę się zastanowić.

1. Gastronomia - od poniedziałku do soboty - 50 km od miejsca mojego zamieszkania. Jak dobrze, to prawie zarobię na sam dojazd. Hmm, kuszące.

2. Sklep ogrodniczy, na stanowisku "przerzucacz worków z ziemią do kwiatów", jak dobrze, to nawet trochę handlu uda się liznąć.

Powiedzcie mi, czy naprawdę na takie stanowiska potrzebne są staże? Czy to tylko kombinatorstwo pracodawców, szukanie taniej siły roboczej?

No i oczywiście marnotrawienie przez Urząd pieniędzy, za które osoby wykształcone mogłyby zdobyć doświadczenie.

Ja się nie dziwię, że ludzie uciekają na zachód, aż się za nimi kurzy. Serce się kraje, bo nasz kraj taki piękny, wywalczony, odzyskany przez bohaterów.

Niszczony przez urzędników i kombinatorów.

Skomentuj (23) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 127 (203)

#83928

(PW) ·
| Do ulubionych
Cenzura w internecie. Na dosyć śmieszną skalę, ale jednak.

Facebook. Forum osiedlowe. Pojawiło się pytanie o salon fryzjerski na naszym osiedlu, w którym byłam raz i usługę wykonano mi fatalnie. Napisałam, że nie polecam i wstawiłam zdjęcie włosów po.

Po paru minutach dostałam prośbę od administratora grupy i w dodatku jakiegoś działacza samorządowego z prośbą o usuniecie zdjęcia. Zapytałam, czy w takim razie dozwolone są tylko pochlebne komentarze i jeżeli tak, to jaki jest sens pytania o opinię, dodałam też, że to chyba nie te czasy, żeby stosować cenzurę. Pomyślałam sobie jednak, że w sumie mogę wstawić to samo zdjęcie, ale "ocenzurowane". Niestety nie było mi to dane, bo najpierw administrator wyłączył możliwość komentowania, a chwilę później i sam post zniknął.

A myślałam, że mamy wolność wypowiedzi, zwłaszcza odpowiadania, jeżeli ktoś pyta. No cóż, myliłam się...

Skomentuj (20) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 155 (157)

#70898

(PW) ·
| Do ulubionych
Dziś mam finał sprawy sprzed tygodnia.

Ujawniłem wtedy pasażera bez biletu. Dzieciak 13 lat, podał dane, ale coś mi nie pasowało. Niby legitymacja w domu, ale telefon także? No i numeru do rodziców też nie pamięta.

Ale coś... Za szybko i łatwo podał dane.

Co się okazało, policja odwiozła chłopaka do domu i zastała go tam razem z jego rodzicami. Otóż jeden nielubiany kolega z klasy był zawsze podawany, jak kogoś złapali i jakoś przechodziło, bo takiego młodziaka spisuje się przeważnie na gębę, ale nie zawsze.

Efekt.

Na jego konto zostaje zapisanych 17 mandatów za jazdę bez biletu, gdyż on wpadł, choć tłumaczy, że inni z klasy też podawali.

Każdy mandat 200 zł.

komunikacja_miejska

Skomentuj (41) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 152 (234)

#70862

(PW) ·
| Do ulubionych
Piekielna kierowniczka. Polka.

W zespole były 3 panie koło 50 lat, Angielki, szef kuchni Anglik i ja. Z racji tego, że ja też byłam z Polski, byłam gnębiona najbardziej. Żeby nie było, że mnie faworyzuje. Poza tym jestem cichą i nieśmiałą osobą i nie umiem się postawić.

Nasza kochana kierowniczka przychodząc do pracy, nigdy nie mówiła „dzień dobry”, nie uśmiechała się, nie pytała, czy wszystko ok.

Od progu same narzekania typu „a dlaczego to leży tu, a nie tam, a dlaczego stoicie i gadacie, a dlaczego się śmiejecie, a dlaczego światło się pali, a dlaczego tak mało ludzi…”. Potrafiła tak cały dzień. Wszystko zawsze było źle. Za wolno, za szybko, nie tak, nie to.

Stanęłaś na sekundę, żeby odsapnąć, znaczy, że się nudzisz i za karę na zmywak. Za głośno się zaśmiejesz, znaczy, że w pracy jest za luźna atmosfera, za karę na zmywak. Do łazienki tylko na przerwie, czyli raz na całych 8 godzin dziennie. Bunt? Na zmywak.

Tolerowałam to 3 miesiące, aż coś we mnie pękło.

Poszłam do niej i powiedziałam, że odchodzę za dwa tygodnie, ponieważ nie odpowiadają mi warunki pracy. Co usłyszałam? „Od jutra już nie przychodź”.

Od kilku miesięcy pracuję w kawiarni, tylko i wyłącznie z Anglikami i mam święty spokój, luźną atmosferę i normalnych przełożonych.

gastronomia

Skomentuj (29) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 91 (187)

#83767

(PW) ·
| Do ulubionych
Na początku grudnia zaczął się armagedon. Zarząd dróg w moim mieście na cel wziął parking wzdłuż bloku, w którym mieszkam. Rozwalili go celem naprawy. W efekcie miejsca do parkowania stały się bezcenne. W ciągu dwóch tygodni miałem z tego powodu dwa zatargi.

Na czas remontu wypadło mi sporo delegacji i musiałem gdzieś zaparkować służbowy samochód. Postanowiłem postawić go na placyku, gdzie mam wykupiony garaż. Postawiłem go tak, aby nikomu nie zastawić wjazdu do garażu.

Przeszkadzało to Paniusi, właścicielce sąsiedniego garażu, bo ona nie miała gdzie postawić swojego trzeciego auta. Pierwsze w garażu, drugim zastawiała wjazd do innego garażu na skraju placu. Karteczka za szybą. Ponieważ nie zamierzałem przestawiać auta, to wezwała Straż Miejską. Przyjechali, pokiwali głowami, teren prywatny, ja nie zastawiam nikomu wjazdu, więc sobie poszli.

Kobiecina kazała więc firmie ochroniarskiej zlokalizować właściciela auta i, jak nie zgodzi się na przestawienie, odholować. Nie wiem, czy im w ogóle wolno i na jakiej podstawie, ale problem sam się rozwiązał, bo pojechałem na delegację.

Los się zemścił. Byłem przekonany, że ta Pani ma zgodę właścicielki garażu, który zastawia, na codzienne zastawianie jej wjazdu. Okazało się, że nie. Właścicielka zastawionego garażu wywiesiła napis z prośbą, aby nie zastawiać jej garażu, ale Paniusia to olała. Więc Straż Miejska znowu się pojawiła…

Innego razu nie znalazłem miejsca nawet na tym placyku, więc postanowiłem postawić auto w niedalekiej uliczce. Ulica ta jest otoczona domkami jednorodzinnymi. Postawiłem obok pięciu innych aut, tak, aby nikomu nie wadzić. O, jakaż pomyłka.

Rano przychodzę po auto, otwieram bagażnik i szukam w paczce kabla. W tym momencie słyszę, jak jakiś dziadek leci wiązanką. Naprawdę ostrą. Rozejrzałem się, na kogo on tak się wydziera i z lekkim zdziwieniem zauważyłem, że to do mnie gość startuje.

Nie chcąc się zniżyć do jego poziomu, zapytałem, o co mu chodzi. Otóż wg niego zatarasowałem mu wjazd.

Patrzę na gościa, który dalej "miło" mnie linczuje, patrzę na jego dom, stojący po przeciwnej stronie drogi, dwupasmowej, gdzie auta jadące z przeciwka nie muszą się zatrzymywać, aby przepuścić, patrzę na moje auto częściowo na chodniku i nie ogarniam tej kuwety. Jakim to niby cudem temu dziadowi zastawiłem wjazd. :)

Widząc, że mnie nie przekonał, zaczął się odgrażać, że naśle policję. Złożyłem gratulacje pomysłowi z nadzieją, że go ukarzą za nieuzasadnione wezwanie - stałem z dala od skrzyżowania, w miejscu, gdzie nie ma żadnego zakazu postoju, nie tarasując nikomu wjazdu. To wywołało w nim jeszcze większą frustrację i nadal szczekał na mnie zza swojego płotu. Przypominało to te małe pieski, które szczekają zza płotu, ale przy zbliżeniu się tchórzliwie uciekają.

Wydawało mi się, że mogę spokojnie się spakować i odjechać, gdy z drugiej strony ulicy przyszły posiłki. Drugi dziad pojawił się i kategorycznie zakazał mi parkowania przy jego posesji. Gdy zapytałem, dlaczego nie mogę, to usłyszałem, że zniszczyłem mu płot. Niby jak? Przecież między moim autem a jego płotem jest ponad pół metra, a, parkując, nawet nie dotknąłem jego płotu. Dziad stwierdził, że stojąc na chodniku, powoduję osiadanie płotu. Nie bardzo wiem, jak to miałoby się objawiać, ale cierpliwość mi się kończyła i odesłałem go do wykonawcy płotu lub chodnika, bo to oni spartolili robotę.

Na szczęście jest koniec roku i delegacje się skończyły. Armagedon się rozkręca dalej. Po tym jak rozwalili parking, to wpadli na pomysł, że rozwalą również ulicę - więc będzie jeszcze mniej miejsc do parkowania. W styczniu zapewne będą kolejne wojny.

P.S. Mogłem z garażu wyciągnąć swoje auto i wstawić służbowe, ale to niczego nie zmienia. Nadal jest jedno auto za dużo, które gdzieś muszę zaparkować.

ulica

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 62 (104)

#70909

Konto usunięte ·
| Do ulubionych
Wpadłam do Hebe po podkład, kosmetyk ciężki do znalezienia ze względu na karnację świeżego trupa. Chodzę, testuję, trzymam się tego, co powtarzają wizażystki - na szyi testuję, nie na dłoni czy nadgarstku, wiadomo, skóra nie jest jednolita, a twarz dostosowuje się do szyi, żeby maski nie było.

Stoję przy szafie, wklepuję któryś z kolei za żółty fluid, podchodzi do mnie ekspedientka, sądząc po przytroczonym w pasie pasku z pędzlami lokalna makijażystka.

- Ale proszę pani, proszę pani! - ton miała taki pobłażliwo-potępiajacy, uśmiech też, no jakby do dziecka mówiła. - Podkładów nie testujemy na szyi! - patrzy na mnie tymi swoimi wielkimi oczami, po czym bierze tester z półki, mnie za rękę i dawaj smaruje mi skórę produktem o odcieniu pomarańczki.

Nie lubię, jak mnie ktoś dotyka bez mojej zgody, a takie nagłe zachowania powodują, że momentalnie truchleję.

I osmarowała mnie trzema.

- O, no i teraz sobie pani do buzi rączkę przyłoży, zobaczy, tak wygodniej! - i suszy zęby.

No i przyłożyłam rękę do twarzy.

- Ooo i leciutko (leciutko?! odcienie alabastru i pomarańczu to leciutka różnica?!) się pani opali nawet, bo pani taka blada, a jeszcze zimę mamy, to już w ogóle...

Jak już ogarnęłam, co się wokół mnie dzieje, to odpowiedziałam zwięźle, co myślę.

- Proszę pani, nie prosiłam o pomoc, sama wiem, co jest dla mnie dobre, a poza tym ja lubię swoją skórę. Do widzenia.

Chyba powinno się trochę bardziej uważać przy zatrudnianiu na to, czy dana osoba w ogóle wie, co robi... Bo mogła się trafić naiwna dziewczyna, co takiej by zaufała.

hehehehebe

Skomentuj (38) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 154 (252)

#83912

(PW) ·
| Do ulubionych
Czytając na głównej historię o pociągu i pasażerach, przypomniała mi się własna. To było dawno, przełom lata i jesieni 2017.

Zawodowo zajmuję się zwierzętami, ale że ''piniondza'' nigdy za wiele (w moim przypadku jest raczej niewiele), opiekuję się dziećmi - bardzo je lubię i po prostu kocham z nimi przebywać.

Dzieci dziećmi, ale potrafią być piekielne przez swoich piekielnych rodziców.

Zdarzenie pamiętam jak dziś - pisałam wtedy z przyjaciółką, nie wierzyłam własnym oczom. Do rzeczy.

Siedzę w przedziale jednego z pociągów TLK relacji Warszawa-Piła. Chora byłam, ciepły sweterek, kocyk, ciepłe papucie (zmieniam buty w toalecie, trochę godności i szacunku do współpasażerów mam i choć moje buty pachną bratkami muskanymi pierdem jednorożca, to nie każdy musi chcieć patrzeć na giry).

Wsiadła też jakaś kobitka, nazwijmy roboczo Kobitką (K). Na jednej ze stacji wsiedli też: Madka (M) i Tateł (T) + Dziecko (Brajanek - B). Brajanek około lat 3.

Od momentu wejścia zamieszanie i lament M. Jestem cierpliwa, każdy może mieć zły dzień, a dzieci często dokazują.

ALE SĄ GRANICE PRZYZWOITOŚCI NAWET DLA MATEK Z DZIEĆMI.

Mieli dwie ogromne torby podróżne plus ze 3 małe plecaki - na fotele, nie swoje, a fotele koło K. Ta spojrzała, ale ok, może wsadzą na miejsce na bagaże. Nie, torby leżą dalej. Mam to gdzieś, czuję się, jakbym umierała, więc pochlipię w chusteczkę i mi przejdzie. Wypiję może dodatkowy fervexik.

B strasznie krzyczał, latał po całym przedziale, dosłownie, otwierał drzwi do przedziału i niezbyt cicho zamykał. Rodzice na to nic. T to w ogóle nic się nie odezwał, nie wiem do tej pory, czy on umie mówić. Kobitka spojrzała znaczącym wzrokiem na Madkę. Nie dziwię się, ja też powoli miałam dość. Ale przecież to nie jest wina dziecka, tylko rodziców do jasnej ciasnej.

M stwierdziła, że B pewnie jest głodny, więc DA MU CYCA. Tak, 3-letniemu dziecku. Oznajmiła: ''Mamusia da cycusia''. Jakby tego było mało, zdjęła bluzkę i stanik i do połowy naga (zapewniam, że nie było na co patrzeć) karmiła 3-latka ''cycusiem''.

Ja tam nie mam problemu z nagością, wisi mi to, szczerze mówiąc, jednak bardzo nie lubię, gdy ktoś postępuje w ten sposób, można się trochę zakryć. Ale po co.

Ciąg dalszy jest smrodliwie piekielny. I nie chodzi o smród, opiekując się dziećmi przywykłam do pieluch, nie przeszkadza mi to, ale na litość... Są w pociągu też inni pasażerowie!!!

Madka bierze Brajanka i kładzie go na fotelach, by przewinąć pieluchę. B na bank 3 lata skończył. Zrobił kupę. Pielucha nie wędruje do kosza lub torebki M, tylko obok Kobitki pod sam nos. Kobitka nie wytrzymała i (w sumie się nie dziwię) wrzasnęła: ''NO CHYBA CIE PO****O!!!’', tym samym rzucając zasraną pieluchą prosto na dekolt (już na szczęście ubrany w bluzkę) Madki. M zszokowana zaczęła krzyczeć, że zawoła konduktora, i że ona ma tu prawo, bo ma małe dziecko - i reszta rzeczy, które tak naprawdę były absolutnie nieadekwatne. Ból mojej głowy narastał.

W KOŃCU SIĘ ODEZWAŁAM.

Ja: Proszę pani, pani naprawdę chyba nie wie, jak się zachować w pociągu. Nie dość, że pani dziecko się drze, to jeszcze pani je tu przewija, masakra (nie pamiętam dokładnie słów, ale żadnego przekleństwa tam na bank nie było; będąc chorą, ciężko mi było cokolwiek powiedzieć).

Madka zaczęła i na mnie się drzeć (Tateł dalej cisza, wpatrzony w okno na korytarzu), że ja to chyba dzieci nie lubię, że dziecku się ustępuje itp.
Na co ja, że zajmuję się dziećmi i żadne nie jest tak rozpieszczone i rozwydrzone jak jej Brajanek. To się jeszcze bardziej oburzyła, powiedziałam, że jestem chora i nie mam zamiaru jej słuchać.

Tak wściekła jeszcze nie była, kazała mi się wynosić, bo zarażę jej dziecko.

Kobitka-pasażerka nie wytrzymała, wskazała jej dość stanowczo (no dobra, k*** się posypały :P ) miejsce z przedziałem dla matek z dziećmi i ''poprosiła panią, aby udała się we wskazane miejsce, inaczej zawoła konduktora''.

Ja też nie wytrzymałam. Powiedziałam to samo, a do tego powiedziałam jej, co sądzę o tym jej wychowaniu i upublicznianiu siebie w całej okazałości.

Po wizycie konduktora jaśniepaństwo wyszli. Obrażeni, grożąc skargą, a mi pozwem za próbę zarażenia ich dziecka grypą lub ebolą, jak to stwierdziła Madka. Oczywiście Tateł nic nie powiedział, wszystko mówiła Madka. Konduktorowi też się oberwało.

Zastanawiam się, jakim trzeba być człowiekiem, żeby uważać siebie i tylko siebie za świętą krowę.

kolej komunikacja podróż pociąg

Skomentuj (22) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 146 (188)

Podziel się pozytywnymi historiami na
WSPANIALI.pl

Piekielni