Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

 

#86163

~Enen ·
| Do ulubionych
Tak mi się przypomniało. Będąc w gimnazjum dojeżdżałam autobusem do szkoły (ach uroki mieszkania na wsi). Autobus był oznaczony jako 'szkolny', jednak mógł z niego skorzystać każdy, oczywiście po zakupieniu biletu. Lata dojazdów zrobiły swoje i znało się prawie każdą twarz w otoczeniu.
Z racji posiadania młodszego rodzeństwa w postaci ukochanego braciszka, kojarzyłam też młodsze 'dzieciaki'.

Pewnego dnia jadąc z bratem zajęłam miejsce z tyłu. Po kolejnym przystanku zauważyłam zamieszanie na przodzie autobusu (moja natura zawsze sprowadza mnie do dziwnych sytuacji, jak mówi moja mama 'zawsze musisz być w niewłaściwym miejscu o niewłaściwej porze' :)).

Okazało się, iż na przystanku wsiadł pan kanar (celowo z małych liter). Po pewnym czasie kontroler zaczął się wydzierać na cały autobus. Mianowicie kanar darł się na chłopca w wieku około 7-8 lat (jak się później okazało, kolegę z klasy mojego brata). Straszył go policją, wysoką kara pieniężną, którą jak stwierdził rodzice chłopca będą spłacali latami (za co według tego osobnika mieliby wyrzucić chłopca z domu i dać mu zdychać), więzieniem oraz wyrzuceniem dziecka na środku 'pustkowia' jakim mogło się wydawać dla ośmiolatka otoczenie poza miastem. To wszytko z powodu braku biletu u chłopca. Podeszłam do kontrolera i po przepychance słownej oznajmiłam, że jest niepoważny i zadeklarowałam, iż zapłacę za bilet chłopca. Mały cały zapłakany i przerażony zaczął się uspokajać. Kontroler odpuścił i pod nosem narzekał na 'niewychowane gówniary'.

Dlaczego to piekielne? Ponieważ jak napisałam autobus posiadał oznaczenie 'szkolny', dzieci do lat 15/16 (tzn. do ukończenia gimnazjum) otrzymywały darmowe bilety od gminy. Warunek był prosty, trzeba było być zameldowanym w jakiejś wsi, przez którą przejeżdżał autobus. Co było głównym grzechem chłopca? Zapomniał biletu z domu, jednak okazał ważną legitymację, w której podany był adres zameldowania. Nie rozumiem dlaczego konieczne było posiadanie tego biletu przy sobie. Jednak było to jakiś czas temu i wiadomo wymóg to wymóg, ale czy ten pan nie mógł wyjaśnić tego chłopcu na spokojnie? Ewentualnie wystawić mandat jeśli już musiał (rodzice mogliby napisać odwołanie i ponieść tylko koszty manipulacyjne), a zamiast tego wybrał wyżycie się na dziecku.

Najbardziej boli fakt, że nikt nie reagował, a w autobusie również podróżowali ludzie wracający z pracy.

Rzecz, która dalej mnie zastanawia to: co chciał osiągnąć ten pan? Czy dało mu satysfakcję doprowadzenie do łez małego chłopca? Czy chwalił się potem kolegom po fachu swoim dokonaniem?
A to wszytko za bilet wart 2.50 zł.

komunikacja_miejska

Skomentuj (5) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 118 (128)

#86078

(PW) ·
| Do ulubionych
Moja znajoma pracuje na pogotowiu stomatologicznym jako asystentka i opowiedziała mi taką historię.

W dyżurce mają leki, które mogą od razu podać pacjentowi.
Pewnego dnia zgłosiła się do nich kobieta z silnym bólem i chyba krwotokiem.
Przyjęły kobietę, choć oczywiście swoje musiała odczekać, a koleżanka zaproponowała żeby od razu dać jej ten lek, który miał zostać jej przepisany, bo był w szafce z przeznaczeniem dla pacjentów.
Na co usłyszała "a niech się przejdzie do apteki, co babie będziemy ułatwiać".
Oczywiście to nie pierwsza jak się domyślam taka sytuacja, ale z początku pracy koleżanki, więc dobrze ją zapamiętała.

Skomentuj Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 81 (99)

#86076

(PW) ·
| Do ulubionych
Miał być komentarz do historii 86070, ale wyszła mi nowa historia.
Przypomniało mi się, jak sama miałam przeboje z konsulatem i widzę, że problem z umówieniem terminu jest międzynarodowy.

Placówka w Monachium. Jakieś trzy lata temu z kawałkiem musiałam potwierdzić profil zaufany, żeby złożyć wniosek online o wymianę dowodu osobistego (nowy odebrałabym przy najbliższej wizycie w Polsce). Wtedy mniej więcej wprowadzili system elektronicznej rejestracji (wcześniej jechało się po prostu do konsulatu, i po odstaniu w kolejce załatwiało sprawę).

Na głównej stronie konsulatu była informacja, że od któregoś tam dnia wizyty tylko po elektronicznym umówieniu terminu, jednak bez żadnej informacji, jak tej rejestracji dokonać. Przejrzałam całą stronę, klikając w każdy możliwy link, jednak nigdzie nie było opcji umówienia wizyty. Telefonu też nikt nie odbierał.

Wybrałam się zatem osobiście. Nie było w ogóle ludzi, więc ucieszyłam się, że załatwię sprawę od ręki. Radość była jednak przedwczesna. Pan w okienku poinformował mnie, że nic nie załatwię bez wcześniejszego umówienia terminu. Pytam się go, jak umówić ten termin, bo przejrzałam całą stronę konsulatu i nie było takiej opcji. Pan na to, że tego się nie robi na stronie konsulatu, tylko na innej stronie, adres której napisał mi na karteczce. Pytam jeszcze, dlaczego nigdzie nie ma tej informacji z adresem tej strony. Ależ jak to nie ma, przecież mi ją właśnie podał. Można przyjechać albo zadzwonić i oni podadzą adres strony. A czy skoro już tu jestem, mogę załatwić moją sprawę? Nie mogę - najpierw rejestracja. To czy mogę się teraz przez internet w telefonie zarejestrować na najbliższą możliwą godzinę i poczekać? Też nie, nie rejestrują na ten sam dzień.

No nic, wracam do domu, odpalam stronę do rejestracji, umawiam się na pasujący mi dzień. Muszę jeszcze wybrać opcję, czy jest to sprawa prawna, czy obywatelska. Na mój rozum, wymiana dowodu to zdecydowanie sprawa obywatelska, ale na wszelki wypadek wolę jeszcze skonsultować, żeby mieć pewność, że nie popełnię błędu. Dzwonię do konsulatu, tym razem odbiera jakaś pani i potwierdza moje przypuszczenia - zdecydowanie sprawa obywatelska.

Dzień wizyty w konsulacie. W środku mnóstwo ludzi umówionych na tę samą godzinę. Nadchodzi moja kolej, daję dokumenty pani w okienku i... zonk. Nic z tego, bo umówiłam się na wizytę w sprawie obywatelskiej, a przychodzę ze sprawą prawną. Ale jak to, przecież dzwoniłam, pytałam, powiedziano mi, że sprawa obywatelska. A no tak to. Ona wie, że normalnie profil zaufany i wymiana dowodu to sprawa obywatelska, ale w ich placówce jest inaczej i zalicza się do spraw prawnych. A że koleżanka powiedziała inaczej? Ona nie wie, ona nie ponosi odpowiedzialności za to, co mówią koleżanki. Do koleżanek mieć pretensje, a nie do niej. Pytam jeszcze, dlaczego nie może przyjąć mojego wniosku, skoro obydwie sprawy i tak załatwia się przy tym samym okienku u tej samej osoby. Nie może, bo takie procedury. Czyli powrót do domu, ponowna rejestracja i trzecia wizyta w konsulacie. Za trzecim razem na szczęście się udało.

A więc emigrancie, jeśli chcesz coś załatwić, to najpierw musisz wybrać się osobiście, żeby zdobyć adres strony, na której możesz umówić się na wizytę, zarejestrować się, wybrać się ponownie, odstać swoje w kolejce, jak to było przed wprowadzeniem systemu rejestracji, bo wszystkich i tak umawiają na tę samą godzinę i dopiero wtedy załatwisz swoją sprawę. Albo nie załatwisz, jeśli nie opanowałeś sztuki wróżenia z fusów i nie domyśliłeś się, pod jaką przypadkową kategorię podpada u nich twoja sprawa.

Nie wiem, czy był to tylko chwilowy chaos na krótko po wprowadzeniu systemu rejestracji, czy też utrzymuje się do tej pory. Od tamtego czasu nie miałam na szczęście potrzeby korzystania z konsulatu i nie musiałam się o tym przekonywać.

konsulat

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 91 (107)

#86067

(PW) ·
| Do ulubionych
W pierwszej klasie liceum miałam Kolegę, którego poznałam na koncercie. Pisaliśmy jakiś czas, a potem zaczęliśmy do siebie co weekend na przemian jeździć (miasta oddalone o 40 km). Spotkania były kumpelskie, pokazywaliśmy sobie swoje miasta nawzajem, graliśmy na gitarach (często z jeszcze jednym kolegą).

No, ale moja matka (znana już z paru opowieści tutaj - wszystkie w moim profilu) jak zwykle miała jakiś problem. Gdy Kolega przychodził do mnie, to nagle ona musiała koniecznie korzystać z komputera. Wywalała sprzed niego moją siostrę, bo ona MUSI. Ważne tu jest to, że siostry pokój był przechodni i dzieliła go z moim ściana z karton-gipsu, w której były drzwi. Idealnie tam słychać wszystko, co się działo w moim pokoju.

Podsłuchiwała nas (jak i innych moich gości), staraliśmy się więc spędzać czas głównie na mieście. Pewnego razu jednak było zimno i zostaliśmy w domu. Puściliśmy sobie film, żeby spędzić czas bez rozmów. Gdy Kolega już poszedł, matka od razu do mnie krzyczy "A PO CO TY GO ZAPRASZASZ JAK NAWET NIE ROZMAWIACIE, TYLKO CISZA W TWOIM POKOJU", tym samym przyznając się do podsłuchiwania.

Gdy miałam jechać do niego, też zawsze problemy. Udało się może 2-3 razy, a potem już mi nie pozwalała. Jej argumentem było "A BO SKĄD JA MOGĘ WIEDZIEĆ CZY TAM PAPIEROSÓW NIE PALICIE" i naciskała, żeby spotkania były u mnie albo wcale...

Oczywiście ciągle się pytała, czy to mój chłopak i czy mi się podoba. Ale to akurat robiła z KAŻDYM kolegą, z którym rozmawiałam. Chciała też wiedzieć o nim dosłownie WSZYSTKO, łącznie z imionami i zawodami rodziców. Nie wypytywałam go o takie rzeczy, to nie wiedziałam, ku wściekłości matki. Kazała mi się dowiedzieć.

Po tym, jak nie mogłam już do niego jeździć, on do mnie też nie jeździł i przez jakiś czas mieliśmy jeszcze kontakt internetowy, a potem umarł (kontakt, nie Kolega). To wywołało kolejną inbę mojej matki: "A CZEMU WY JUŻ SIĘ NIE SPOTYKACIE I NIE GADACIE? CO SIĘ STAŁO?" męczyła mnie o to cały czas.

3 miesiące później stalkowała go na FB i znalazła "satanizm" w polu "religia", wpisane dla beki (był ateistą, metalowcem). I tu się zaczęła jazda. W głowie matki milion bajek na jego temat, oczywiście powiązanych z jego rzekomym "satanizmem, składaniem ofiar i czarnymi mszami", na pewno coś mi zrobił, bo jest złym "szatanistom". I to jest MOJA WINA bo mogłam się z takimi ludźmi nie zadawać(!) i ona miała rację (xD), ale musi wiedzieć, co mi zrobił. NIC mi nie zrobił. Klasycznie uroiła sobie coś i mnie za to ochrzaniała, męczyła ten temat strasznie.

Kolega wiedział tylko o podsłuchiwaniu, o reszcie aż wstyd mi było (wtedy) opowiadać.

rodzina

Skomentuj (58) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 107 (127)

#86071

(PW) ·
| Do ulubionych
Jak dałem się wydymać lekarzom-naciągaczom z prywatnej kliniki.

Słowem wstępu, przez kilka lat mieszkałem w Anglii i mieszkałem sam. Poznałem kobietę, wróciliśmy do Polski, zamieszkaliśmy razem i wtedy moja kobieta odkryła, że jak śpię to się duszę. W skrócie - bezdechy nocne spowodowane ogromnie przerośniętymi migdałkami. Mieszkając samemu tego nie zauważyłem, dlatego rozwinęło się do tego stopnia.

Udałem się więc do laryngologa prywatnie, wybrałem takiego co był najbliżej. Myślałem, że po prostu da mi skierowanie do szpitala na usunięcie migdałków, ale nie. Zaczął mnie straszyć, że jak usunę to mogę mieć poważne problemy ze zdrowiem, choroby układu oddechowego i bardzo osłabioną odporność, że usuwanie to medyczne średniowiecze, że już tak się nie robi i w ogóle. Jednocześnie polecił mi klinikę, w której leczą bezdechy. Wizyta trwała 5 minut, pan lekarz (jak podejrzewam, naganiacz kierujący pacjentów do kliniki swoich kolegów) skasował 150 zł za polecenie mi kliniki swoich kolegów.

Udałem się do kliniki. Całe wnętrze oklejone dyplomami jakichś amerykańskich klinik i chyba też uczelni, jakie otrzymał tamtejszy główny lekarz, sugerujące, że on jak i jego klinika to światowy autorytet w dziedzinie laryngologii. Nie znam się, więc nie przeczę. Za wizytę 150 zł. Najpierw lekarka powtórzyła to samo co naganiacz, że broń boże nie wycinać. Potem powiedziała, że trzeba zrobić badanie nocne, które polega na założeniu na rękę urządzenia, które sprawdza czy podczas snu dochodzi do spadków ilości tlenu we krwi, co potwierdza lub wyklucza występowanie bezdechów. Nie wiem po co, skoro według słów mojej kobiety w nocy chrapałem jak niedźwiedź i się dusiłem przez sen, ale wtedy jakoś nie przyszło mi to do głowy i dałem się naciągnąć. Koszt badania - 200 zł. Po badaniu wizyta, kolejne 150 zł. Tu mała dygresja - po powrocie z Anglii miałem dużo pieniędzy i jakoś nie liczyłem się z tymi kosztami, chciałem mieć spokój z tymi bezdechami. Poza tym zapomniałem jakie są polskie realia. Po wizycie i analizie wyników badania, Sherlock Holmes laryngologii potwierdził, że faktycznie występują bezdechy. Następnie wysłał mnie na badanie endoskopowe... nosa, czy przegroda nie jest krzywa, bo to może powodować bezdechy. Dodam, że na żadnej z wizyt nawet nie zajrzeli mi do gardła na te nieszczęsne migdałki. Całkowicie je ignorowali, podobnie jak moje prośby. Zrobiłem to badanie nosa, 250 zł i stwierdzili, że przegroda jest prosta, tylko małżowiny nosowe za wąskie i trzeba je poszerzyć, bo to przez nos chrapię i się duszę, a nie przez migdałki. Robione jest to innowacyjną technologią radiową i kosztuje 2000 zł.

Tego było już dla mnie za wiele. Chciałem wyciąć migdałki, wyłożyłem już 700 zł i nic z tego nie mam. Poszukałem innej kliniki. Zwykłej, która zajmuje się chirurgią i ma laryngologa. Umówiłem się na wizytę, standardowo 150 zł, lekarz zajrzał do gardła i stwierdził, że trzeba ciąć, bo są ogromnie przerośnięte i nie spełniają swojej funkcji, tylko przeszkadzają. Ustaliliśmy z kliniką koszt, 3500 zł wraz z plastyką podniebienia żeby nie chrapać i w cenie dwie wizyty kontrolne po zabiegu. Termin za tydzień, jak tylko zrobię potrzebne badania przed zabiegiem w znieczuleniu ogólnym. Prywatny szpital, poważne podejście, godne traktowanie, no pełen luksus. Wyszedłem dzień po operacji, obyło się bez powikłań i zagoiło się pięknie. Było to 4 lata temu i póki co żadnych chorób ani negatywnych efektów.

Niemniej jednak 700 zł poszło się... wiecie co. Zastanawiam się jeszcze by ze mnie wydoili, gdybym nie zrezygnował z ich kliniki.

lekarze

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 90 (110)

#86162

(PW) ·
| Do ulubionych
Ty, który kierujesz samochodem i równocześnie piszesz smsy na telefonie lub przeglądasz internet. Piszę do Ciebie - mogłeś zabić matkę i dziecko.

Wracam z synem z przedszkola, to ostatnia prosta, ostatnie przejście przez ulicę. Dochodzimy do przejścia dla pieszych i akurat super nam się udało, że ani z prawej ani z lewej kompletnie nic nie jedzie. Nie zatrzymując się wchodzimy na jezdnię. Gdy już obydwoje jesteśmy w pełni na pasach (czyli jakieś dwa kroki od krawężnika) z naszej prawej strony wyjeżdża auto z zza zakrętu (od tej strony ulica biegnie po łuku i dopiero wychodząc z tego zakrętu widzi się przejście dla pieszych - wcześniej widok na ulicę jest zasłonięty). Nic niezwykłego, to się bardzo często zdarza, że gdy wchodzę na ulicę nie mam żadnego samochodu w zasięgu wzroku i po kilku krokach wyłania się auto, które oczywiście ustępuje mi pierwszeństwa.
Bez zatrzymania dalej idę, syn po mojej lewej równo ze mną. Wzrok mam utkwiony na końcu przejścia ale kątem oka widzę, że auto w ogóle nie zwalnia i jedzie z tą samą prędkością z jaką wyszło z łuku. Chwytam syna, zwalniam i w końcu zmuszona jestem całkowicie zatrzymać się na środku przejścia dla pieszych.

Młody mężczyzna, około trzydziestki, ma głowę spuszczoną i patrzy gdzieś na swoje nogi, jedna ręka na kierownicy. Tuż przed tym jak wjeżdża na przejście podnosi wzrok i z wielkim zdziwieniem patrzy na mnie. Miałam ochotę zapukać mu w szybę gdy mnie mijał, ale stwierdziłam, że nie będzie to dobry pomysł przy tej prędkości z jaką jechał. Zreflektował się już za przejściem dla pieszych i wcisnął hamulec. Myślałam, że całkiem się zatrzyma lub zjedzie na zatoczkę autobusową (jest zaraz za przejściem) ale jednak zmienił zdanie i pojechał dalej.

Apeluję - gdy kierujecie samochodem schowajcie telefon daleko poza swój zasięg!

telefony jedziesz_nie_pisz

Skomentuj (17) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 90 (102)

#86157

(PW) ·
| Do ulubionych
"Dlaczego moje dzieci nie dzwonią, nie odwiedzają mnie?!"

Moja matka zadzwoniła do mnie po długiej przerwie... Odebrałam, może coś się stało? Pod zadaniu zwyczajowych pytań "A co u was, a N. zdrowa?" zaraz zaczął się monolog. Bo ja jestem taka, śmaka, owaka. Bo powinnam być taka, taka i taka. A dziecko powinno być nauczone tego, tego i tego. I mama naprawdę nie rozumie, czemu nie dostosuję się wreszcie do jej rad. A poza tym przecież nic mi nie przeszkadza dbać o N. jak należy (czyt. tresować ją jak matka mnie), bo...

BO MAM TYLKO JEDNO DZIECKO.

Zatkało mnie, muszę przyznać i dalszego monologu słuchałam już bezwiednie, nawet nic z niego nie zapamiętałam. Po czym matka krzyknęła "A, skończmy już to!" i się rozłączyła.

A ja siedziałam i patrzyłam przed siebie, połykając łzy.

Trzy miesiące temu urodziłam i straciłam dziecko.

Minęło parę dni. Cały czas się zastanawiam, jak można coś takiego komukolwiek powiedzieć.

Chyba nie mam już matki.

Rodzina.

Skomentuj (31) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 132 (148)

#86047

~ktosia00 ·
| Do ulubionych
Technikum skończyłam parę lat temu, jednak do tej pory pamiętam jaką było gehenną.
A to wszystko dzięki zajęciom z matematyki.
Szanowny pan od matematyki był facetem koło pięćdziesiątki. Wszystko wiedział najlepiej, był nieomylny i najważniejszy.
Na lekcjach traktował nas jak debili i nie miał problemów by nam o tym powiedzieć.
Nie powiem, żebyśmy byli orłami matematyki, bo byliśmy klasą bardzo humanistyczną, a matematyka była dla nas jak drzazga w oku, jednak sposób w jaki pan X prowadził swoje zajęcia był absurdem.

Czasem dochodziło do sytuacji, że na lekcji zaczynaliśmy robić zadania z książki, podeszła pierwsza osoba - zrobiła, no to następna idzie załóżmy Anita.
Anita drobna nieśmiała blondynka, stoi i mówi, że nie wie... Facet ją tak zgnoił, że stała i płakała pod tą tablicą i stała tak do końca lekcji, bo gość stwierdził, że nie odejdzie póki nie zrobi przykładu.
Co do samego nauczania X nie tłumaczył kompletnie nic, całe zajęcia były na zasadzie "przeczytajcie stronę 20 w podręczniku i robimy". Średnio raz w tygodniu ktoś wychodził z lekcji z płaczem. Nasłuchaliśmy się, że jesteśmy głupi, że technikum to nie miejsce dla nas, że z taką wiedzą nawet rowów nie będziemy kopać...

Po którymś razie gospodarz klasy i ja (jako zastępca) poszliśmy do dyrektorki.
I wiecie co? Wyśmiała nas, bo "pan MAGISTER X to miły i szanowany człowiek, on nigdy by się tak nie zachował".
Okej, to nagraliśmy gościa.
Dowód obaliła tekstem "telefony są zakazane w szkole tak samo jak nagrywanie" i tak sytuacja trwała do matury.
Doszło do tego, że 1,5 miesiąca przed maturą dwadzieścia osób nie wiedziało czy jest klasyfikowanych, bo pan X oczywiście za zgłoszenie do pani dyrektor gnoił nas jeszcze bardziej.

Liceum 22 osoby skończyły z oceną dopuszczającą, a tylko jedna osoba nie zdała matury.
Z tego co wiem facet dalej uczy, a pani dyrektor dalej go kryje :) A mi po technikum został jedynie paniczny strach przed matematyką, która kojarzy mi się z ogromnym stresem.

Zachód polski

Skomentuj (29) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 99 (119)

#86041

~ProgramistaC ·
| Do ulubionych
Choć opowieści o piekielnościach związanych z firmami kurierskimi jest tu bardzo dużo, chciałbym dodać swoją.
Tytułem wprowadzenia. Pracuję w międzynarodowej korporacji, mającej swoje odziały w wielu państwach. Ze względu na przetasowania odział z Gdańska musi wysłać "paczkę" (kontener o wymiarach 1mx1mx1m i masie około 40kg) do oddziału w Monachium.

Sprawa dość pilna, bo w Monachium bez tego sprzętu ludzie w zasadzie nie są w stanie pracować. Wybrano DHL i na początku stycznia "paczka" wyruszyła. Po tygodniu została zwrócona do nadawcy. Podobno czegoś brakowało w papierach. Następnego dnia, po upewnieniu się, że wszystko potrzebne jest wypełnione/dołączone, paczka wyruszyła ponownie. Wkrótce była w dawnym RFN. W centrum przeładunkowym spędziła kilka dni i wyruszyła... w nieznane. Odnalazła się po kilku kolejnych dniach, w jednym z państw południa Europy. Po interwencji rozpoczęła odyseję, by po kilkunastu dniach znaleźć się z powrotem w centrum przeładunkowym z którego wyruszyła. Przeleżakowała tam kilka kolejnych dni i pojechała do Monachium. W tamtejszym oddziale spędziła około tygodnia. Dwa dni temu wyruszyła w podróż do (sic!) Gdańska, by dziś rano znów zameldować się u nadawcy. Podobno kurier nie był w stanie znaleźć odbiorcy!

Co ciekawe, adres odbiorcy był poprawny. Firma jest duża i powszechnie znana. Łatwa do wyszukania. W Monachium ma tylko jeden biurowiec, więc nie ma mowy o pomyłce. Codziennie odbiera od kurierów po kilka/kilkadziesiąt przesyłek. Również z DHL.
Odział Gdański wielokrotnie w przeszłości bez problemów przesyłał do Monachium różne rzeczy. Ciekawe dlaczego małe pudełka dochodzą, a w przypadku wielkiej paki nagle kurier ślepnie i nie jest w stanie odnaleźć 6-piętrowego budynku z wielkim logo?

kurierzy

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 89 (101)

#86037

(PW) ·
| Do ulubionych
W liceum byłam w klasie, w której na 29 chłopaków były tylko 2 dziewczyny. Jeśli zastanawiacie się, czy w takiej klasie łatwo jest płci żeńskiej, to odpowiadam - tak, bardzo łatwo i przyjemnie... ale tylko gdy dziewczyna jest ładna.

Ja nie byłam.
Szykan w moją stronę było dużo, te mniej wulgarne to "masz paskudny ryj", "zamieniłaś się z koniem na pyski", "ty pasztecie", "ej, Quasimodo!"

Wiedziałam jak wyglądam, mama nie pozwoliła mi się malować, miałam problemy z cerą, przetłuszczały mi się włosy, ubierać musiałam się prosto i skromnie. W tych latach (po 2000) licealistki malowały się, farbowały włosy, mogły chodzić ubrane w spódniczki przed kolano. Ja nie. To co one ukrywały pod makijażem, lub to co nim korygowały - ja nosiłam jak na tacy, na własnym, końskim pysku. Potrafiłam sobie wyobrazić, jak wyglądają bez całej tej maskarady i było mi lepiej, nawet do tego stopnia, że nie przejmowałam się docinkami. Aż do pierwszych Walentynek.

W chyba każdej szkole w ten dzień wystawiona jest skrzyneczka na liściki miłosne - w naszej również taka była. Pod koniec lekcji rozdawano kartki ze skrzynki. Otrzymałam ich 17 (podobno najwięcej z całej szkoły). Kiedy wręczał mi je walentynkowy kurier, po klasie rozniosło się "uuuuu" i oklaski. Nie otworzyłam ich na lekcji. Schowałam do plecaka i postanowiłam zobaczyć w domu. Coś w głębi mnie miało nadzieję, że to prawdziwe liściki, ale jasny umysł podpowiadał: 17 kartek? Dla ciebie końska mordo? To na pewno żart.
I to był żart. Otwierałam kartkę za kartką, coraz bardziej zrozpaczona. "Nikt cię nie kocha Quasimodo", "Przyjdź jutro w worku na głowie, bo nie mogę na ciebie patrzeć". Większość z kartek zawierała właśnie takie wyznania, niektóre były okraszone rysunkami obrazującymi seks - mój z mało lubianym chłopakiem z klasy.
Wiedziałam, że to chłopcy z klasy - kartki były jakimiś starymi pocztówkami ich rodziców, większość od Mariana B i Mariusza P. Chociaż dane osobowe zakryte były markerem, pod światło było doskonale widać, kto sobie ze mnie zażartował.
Schowałam kartki, trochę popłakałam i wróciłam do dziennej rutyny.

W kolejnym tygodniu okazało się, że wiele atrakcyjnych chłopaków z mojej szkoły otrzymało wyraz miłości ode mnie. Tu się klasa chociaż bardziej postarała, bo pismo było ładne, a kartki różowe.
Piekielne, prawda? Najpiekielniejsze dopiero nadeszło. Kartki znalazła moja matka. Spytała, co to jest, trzymając je w ręce. Powiedziałam. Spojrzała na mnie. Rzuciła je niedbale na biurko. Westchnęła i wyszła z pokoju. Nie pocieszyła, nie porozmawiała, nie zainterweniowała w szkole.
Do tematu nie wróciła.
A ja dalej byłam szykanowana.

liceum

Skomentuj (49) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 139 (169)

Podziel się najśmieszniejszymi historiami na
ANONIMOWE.PL

Piekielni