Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

 

#69570

(PW) ·
| Do ulubionych
Jadę sobie autobusem jak zwykle, gdy nagle w drzwiach staje pewien [F]acet, koło niego obozuje grupka na oko przeciętnych "gimbusów" oraz jeden chyba odważniejszy (albo głupszy).

F - Czy tym autobusem dojadę na Plac Daszyńskiego?
G - Nie - odpowiada pięknie gimbusek.

No więc facet wysiada.

G - Ale my tak.

Potem kilku sekundowa pauza i rechot całej "bandy" oraz głosy typu - "dobre ku*wa, hahaha, ku*wa, ale mu przy*doliłeś, hahaha”.

Mnie to zwaliło z nóg. Po prostu żenujące.

komunikacja_miejska

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 152 (300)

#83536

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia o wszawicy w szkole przypomniała naszą historię o świerzbie. Córka chodziła do zerówki w szkole. Szkoła podstawowa o super opinii, fantastycznych wynikach w nauce itp. Dobrze się złożyło, to nasz rejon, byliśmy zadowoleni. Do czasu…

Piekielność 1:

Podczas zabawy kolega popchnął młodą i ta wpadła na samochodzik. Poślizgnęła się i wylądowała na podłodze. Bolała ją prawa ręka. Ręka spuchła, nie mogła nią ruszać. Pielęgniarka szkolna obejrzała rękę i zawyrokowała, że na pewno nie jest złamana. Poparła ją wychowawczyni. Rentgen w oczach! Tylko pozazdrościć daru! Tak na zaś zaaplikowała prymitywny opatrunek, wykonany z tektury i bandaża dzianego! Nikt nie powiadomił nas, rodziców, o urazie młodej.

Akurat tego dnia oboje mieliśmy dyżury do 19.00 i córkę ze szkoły odebrała babcia. Pani wspomniała mimochodem, co się stało i zapewniała, iż to tylko stłuczenie. Młoda płacze z bólu, ale to nic poważnego.

Babcia za telefon i zadzwoniła do męża, który był pielęgniarzem na izbie przyjęć. Szybka decyzja o przywiezieniu młodej do szpitala.

Traumatolog z genialnym podejściem do dzieci zbadał tę rękę i stwierdził, że to typowe złamanie typu "zielonej gałązki" obu kości przedramienia. Pro forma rtg tylko to potwierdziło. Bardzo się zdenerwował widząc tę nieszczęsną tekturkę... Ręka w gips na 6 tygodni. Do szkoły po kilku dniach, kiedy przestanie boleć.

Powiadomiłam szkołę, pani była w szoku, bo przecież złamanie tak nie wygląda?! Nie mam pojęcia, skąd posiadała takie doświadczenie.

Młoda wróciła do szkoły i zaczęła się piekielność 2.

Młoda dostała wysypki. Dla alergika to norma. Wysypka na całym tułowiu. Może od gipsu?

Jedziemy do lekarza. Znowu uczulenie. Przepisane leki antyhistaminowe, sterydowe maści, kremy klejące. Nic nie skutkuje. Młoda się drapie, bo swędzi. Coś małżonka tknęło i pogadał z kumpelą z pracy, która szefowała szpitalnym działem mikrobiologii. Zabrał ją do niej i ta zeskrobała próbkę skóry od młodej. Pod mikroskopem okazało się, że to świerzb! Jeszcze tego nie było!

Znowu do lekarza. Następne leki, tym razem do zaaplikowania dla nas wszystkich! Pranie z gotowaniem pościeli oraz bielizny co dzień, w styczniu. Było super. Oczywiście psychoza zaczęła działać. Wszystko swędziało.

Nie posyłaliśmy jej do szkoły, bo trzeba ją było wyleczyć. Jeden wyjątek stanowił bal przebierańców, na który czekała. Dobrze się złożyło, że odbywał się już po intensywnej kuracji. Zaczęłam rozmowę z wychowawczynią, czy nie zauważyła drapiących się dzieci i wyjaśniłam, dlaczego. A ta na mnie, że co ja sobie myślę, jest zima, dzieci noszą długie rękawy i ona nie będzie tym się zajmować! A poza tym w szkole jest wszawica od początku roku szkolnego!

Nikt nie pisnął słowem o wszawicy! Zero powiadomień, czy to na zebraniu, czy w pisemnych wiadomościach, przekazywanych dla rodziców przez wychowawczynię! A córka miała włosy do pasa...

Ręce opadły, a usta w karpik! Nasza współpraca ze szkołą do końca roku spadła do minimum. Minimum obecności i zaangażowania. Do pierwszej klasy młoda poszła już do innej szkoły. Nie sławnej, za to z dobrą opieką i zaangażowaniem nauczycieli.

P.S. Do końca noszenia gipsu stosowaliśmy specyfiki na świerzb. Tak, pod gipsem ten parazyt miał się dobrze. Skóra pokryta była tą niespecyficzną wysypką. Wytępiliśmy to szybko. To gówno nie żeruje tylko na dłoniach, teraz to wiem.

A sytuacja przy zdejmowaniu gipsu zasługuje na inną piekielną opowieść.

Skomentuj (19) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 79 (99)

#69442

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia sprzed kwadransa.

Wychodzę właśnie ze sklepu z robalem w nazwie, gdy podchodzi do mnie [F]acet i pyta:

[J] - Ja, [F] - Facet.

[F] - Przepraszam... Nie da pan może jakichś drobnych na żarcie?

Patrzę na niego krzywo, bo gość lekko po 40-stce, zadbany, czysty, ogolony i o pieniądze żebrze, no ale dobra:

[J] - Pieniędzy panu nie dam, ale mogę panu coś kupić do jedzenia.
[F] - No, bo ja tylko chlebek i masło chciałem jakieś.
[J] - Dobra, zobaczę, co da się zrobić. - mówię, i wchodzę z powrotem do sklepu, gdzie moja druga połówka nadal buszuje po półkach. Będąc na progu otwieranych automatycznie drzwi, słyszę:
[F] - A jak pan będzie chlebek kupował, to ten 7 ziaren...

No chyba nie, gościu, myślę sobie, pukając się w głowę. Poczekałem chwilę na lepszą połówkę, po czym ulotniliśmy się, żegnani niezbyt przyjemnymi spojrzeniami typa.

Dla niedoinformowanych - 400 g tego chleba (10 małych kromeczek) kosztuje około 3zł. Bochenek zwykłego, białego chleba, kosztuje poniżej 2zł.

A do tego chlebka to pewnie masło o obniżonej zawartości tłuszczu, mleko sojowe i wędlinkę bez glutaminianu sodu.

żebractwo lvl over 9000

Skomentuj (24) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 121 (235)

#83300

(PW) ·
| Do ulubionych
Dzisiaj moja matka przy wychodzeniu ze sklepu została napadnięta przez pracownice, które siłą próbowały ją zaciągnąć do biura, bo rzekomo widziały na monitoringu, jak chowa jakiś towar do kieszeni.

Szarpały moją matkę jak marionetkę, nie pozwoliły jej okazać zawartości kieszeni przed sklepem, szydziły, że one już znają takie cwaniary, co im "pod....lą" towar, a później wychodzą straty na 40 tysięcy.

Została wezwana Policja. Mama okazała zawartość kieszeni i torebki. Nie miała nic, co byłoby własnością tej speluny. W domu okazało się, że od szarpania ma naderwany kaptur kurtki i rozerwany zamek torebki.

Jakiś pomysł, co zrobić z takimi agresorkami? Mam ochotę się do nich przejść i powiedzieć im, co o nich myślę.

Mam sporo znajomych w bliskim sąsiedztwie tego sklepu i odpowiednia opinia na pewno pójdzie w eter.

Skomentuj (48) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 40 (136)

#83268

(PW) ·
| Do ulubionych
Pracuję w aptece. Wrzucam tu zbiór historii, które dodawałem na pewnej grupie na fb.

1. Kobieta chciała lek poprawiający zapach bąków i klocków męża.

2. Byłem lekko wredny dla pacjentki, ale ludzie czasem sami się proszą. Przyszła pani po ferovit w syropie. Problem w tym, że nie pasował jej smak (bananowy) i ona chce malinowy. Powiedziałem, że taki nie istnieje. Pani na to, że chce w takim razie zamówić smak malinowy. Powtarzam drugi raz, że nie mam możliwości i proponuję tabletki lub inny produkt. Pani dalej twierdzi, że syrop i tylko malinowy. Upór kobiety zszargał moje nerwy i powiedziałem, że jeśli chce malinowy, to proponuję zadzwonić do producenta, żeby jej wyprodukował. Do kobiety powoli zaczęło docierać i poszła niepocieszona skonsultować zakupy z kimś z rodziny. Nie wróciła.

3. Pewna kobieta przychodzi z ciśnieniomierzem i mówi, że coś z nim jest nie tak. Sprawdzam go i widzę, że nie był kupiony u nas, bo wejście na angielskie gniazdko. Stary jak świat, wadą był umierający częściowo wyświetlacz. Kobieta pyta mnie, czy potrafię to naprawić. Powiedziałem, że nie i poleciłem poszukać kogoś, kto naprawia rtv. Pacjentka wyszła oburzona, bo jej zdaniem skoro sprzedajemy, to powinniśmy umieć je naprawiać.

4. Opiekunka osoby starszej prosiła mnie o sprawdzenie, czy pewien lek to odpowiednik, bo w innej aptece zamienili bez informowania jej. Musiałem wystawić pismo dla tej starszej kobiety, że to jest odpowiednik.

5. Kolejna pacjentka przynosi receptę. Wbijam kody z recepty, a ona nagle "puściłam tajniaka, przyznaję się". Nie wiedziałem, co odpowiedzieć, tak mnie na początku zamurowało. Na szczęście miałem katar.

6. Kobieta przyszła z wyłuskanymi z listków do jakiegoś pojemniczka tabletkami. Chciała zwrotu pieniędzy, ponieważ na opakowaniu napisane „kapsułki twarde”, a są miękkie w dotyku.

7. Firma Adamed zmieniła grafikę na opakowaniach leków, w tym na pewnych kroplach do oczu. Pacjentka zobaczyła nowe opakowanie, po czym stwierdziła, że to nie jest to samo i pewnie to wina PiS. Poszła dalej szukać starego opakowania. Jakim cudem doszła do takiego wniosku, nie wiem. Ludzie już chyba mają mózgi wyprane polityką.

8. Pacjent poprosił o Voltaren max sport żel tabletki w żelkach.

9. Kobieta podaje koleżance karteczkę od lekarza z poziomem cukru i mówi, że chciałaby ten lek wykupić.

apteka

Skomentuj (33) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 46 (110)

#69496

~Truuman ·
| Do ulubionych
Każdy zapewne miał do czynienia z zamawianiem pizzy przez telefon.

W mojej małej miejscowości mamy galerię, w której stacjonuje pizzeria ze zwierzęciem w nazwie. Chodziliśmy tam zawsze, nie mieliśmy na co narzekać, bo naprawdę było dobrze. No, do wczoraj.

Zamawiałam z chłopakiem pizzę z dowozem. Nie pierwszy raz, więc problemów się nie spodziewałam. Jestem w stanie zrozumieć opóźnienie (półtorej godziny czekania), pani w słuchawce przeprosiła i powiedziała, że pizza już jedzie. Ok, czekamy.

No i jak w sumie idzie się domyślić, przywieźli nam inną. Znowu telefon, kobieta zdezorientowana, każe chwilę czekać, a sama odsuwa słuchawkę, niestety na tyle, że wszystko było słychać.

- Dzwoni jakaś, że pizzę dostała inną. Jestem pewna, że chciała taką, podwójny boczek, pewnie jakaś gruba świnia, hehe. Niech żre to, co ma.

Mi po drugiej stronie szczęka ucieka po podłodze. Po czym pani wróciła do mnie, powiedziała, że musiałam chcieć taką i to nie jej wina. Na stwierdzenie, że mam uczulenie na kukurydzę i nie chcę swojego żywota dokonać, jedząc ich pizzę, pani skwitowała tylko "ojej". Stwierdziłam, że na kolejną czekać nie będę, podziękowałam grzecznie i się rozłączyłam. Chłopak pizzę zjadł sam, mi pozostał niesmak i płatki z mlekiem na kolację.

gastronomia pizzeria

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 94 (212)

#83554

(PW) ·
| Do ulubionych
Kurierzy temat rzeka, ale wczoraj to osiągnęli nowy poziom.

To że kurierzy potrafią jechać pod prąd, po chodniku, po pasie zieleni czy gdzie bądź, póki im auto nie zawiśnie albo nie ugrzęźnie, to wie każdy, ale żeby wielką landarą zaparkować na środku ulicy, kiedy dosłownie 2 m dalej ma wolne duże miejsce postojowe?

I jeszcze się rzuca, że kierowcy trąbią? Zastawił auto tak, że nie było szans go ominąć, bo po obu stronach drogi były barierki albo budynki.

Geniusz.

kurierzy

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 86 (92)

#69555

(PW) ·
| Do ulubionych
Przypomniała mi się historia z dawnych czasów studenckich.

Dziewczyna kolegi dorabiała sobie czasem jako hostessa w klubach/na imprezach itp. Pewnego razu załatwiła nam wejściówki do modnego klubu, gdzie miała promować jakieś napoje (nie pamiętam już dokładnie co). Hostessy wyjątkowo dostały parę wejściówek, żeby rozreklamować klub wśród znajomych. Oczywiście jako biedni studenci chcieliśmy złapać trochę światowego życia i chętnie się wybraliśmy.

Jak szybko tam weszliśmy, tak szybko się ewakuowaliśmy. Dlaczego?

Jako że większość z nas była wolna, to postanowiliśmy nawiązać trochę nowych znajomości.
Niestety każda próba zagadania do jakiejś dziewczyny kończyła się tak samo. Po kilku miłych słowach na początku, byliśmy prowadzeni do baru, dziewczyna brała menu, pokazywała najdroższy drink w karcie i oznajmiała, że dalsza rozmowa jest możliwa tylko po postawieniu jej tego drinka.

Niestety żaden z nas miłości swojego życia tam nie spotkał. :P Skończyło się na domówce u któregoś znajomego.

Z relacji dziewczyny kolegi wynikało później, że zawsze znajdzie się kilku chętnych, którzy byli sprawdzani tak długo, aż dziewczę wybierało tego, który najwięcej może zaproponować.

Ot, takie nowoczesne Love Story. :D

modny klub w stolicy

Skomentuj (35) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 139 (255)

#83364

(PW) ·
| Do ulubionych
Stosowanie RODO w praktyce.

Byłem z wizytą w przychodni, dostałem numerek, siedzę, czekam. Otwierają się drzwi gabinetu i słychać: "zapraszam pana Stanisława". Podnosi się dwóch panów po siedemdziesiątce tak na oko. Obaj idą w kierunku gabinetu, a pani pielęgniarka niczym niezrażona wypala na cały korytarz: "zapraszam pana Stanisława z hemoroidami".

Już lepiej zorganizowano to w przychodni, w której pacjentom nadano ksywki superbohaterów i postaci literackich: "Batman", "Muminek" itd.

słuzba_zdrowia

Skomentuj (26) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 58 (130)

#83269

(PW) ·
| Do ulubionych
Na Piekielnych widziałam kilka historii na temat prób podjęcia się adopcji psa ze schroniska. Mówiąc krótko, były one mało zachęcające dla tych, którzy obecnie szukają zwierzaka. Ponieważ ostatnio zabraliśmy kolejnego (po śmierci ostatniego) pieska z tego typu przybytku, miałam okazję rozmawiać z dużą ilością wolontariuszy. Dzięki temu poznałam wiele piekielności ze strony adoptujących i trochę lepiej zrozumiałam procedury schronisk. Wierzcie mi, że ludzie potrafią być okrutni, jednocześnie zupełnie nie mając niczego złego na celu.

Dla ułatwienia zrozumienia historii napiszę, jak wygląda taka procedura w większości schronisk.

Najpierw wypisuje się ankietę przedadopcyjną, mającą na celu zrozumienie warunków mieszkalnych rodziny, wyłapanie stosunku danych ludzi do zwierząt. Następnie potencjalny adoptujący poznaje psa/kota. Przedostatnim stadium jest najczęściej wizyta w domu adoptującego - wolontariusze chcą sprawdzić warunki dla zwierzęcia. Na końcu następuje oczywiście zabranie psa i podpisania umowy.

Oto zestaw piekielnych (również potencjalnych) adoptujących.

1. Pies musi wyglądać.

Ludzie potrafią być niestety pyszałkowaci. Kiedy schroniska wstawiają na swoje facebookowe profile zdjęcia podopiecznych szukających domów, rasowe lub rasowo wyglądające psy zawsze dostają całą masę like’ów i komentarzy, każdy chce ich zdjęcia udostępniać u siebie na profilu. Kundelki, nawet te o niezwykłej urodzie, takich dobroci uświadczają o wiele mniej. Paradoksalnie, te "lajki" i udostępnienia dla psa rasowego znaczą bardzo niewiele - on i tak szybko znajdzie dom. Mieszaniec może siedzieć miesiącami, nawet latami w schronisku, a dla wielu będzie "niewidzialny". Ładny pies z problemami behawioralnymi jest z jakiegoś powodu lepszym kandydatem niż łagodny i kochający mocno burek.

2. Ten pies jest dla mnie najlepszy, bo mi się podoba.

Drugi punkt jest trochę związany z pierwszym, ale chodzi o coś innego. Mogę bowiem zrozumieć, że ktoś wymarzył sobie konkretnego psa, lub mającego spełniać konkretne funkcje, a rasa jest dobrym wyznacznikiem zachowań. Z tym że nie każdy pies jest tym, na co wygląda. Ludzie czasami w ogóle nie czytają opisów zwierzęcia przed wyrażeniem chęci jego adopcji.
Zobaczyłeś zdjęcie "roześmianego" sznaucera i zakochałeś się w jego kruczoczarnej, lśniącej sierści? Tu i teraz zabrałbyś tego przystojniaka do siebie? Szkoda, że w ankiecie przedadopcyjnej napisałeś, iż często nie ma cię w domu, a pies zmaga się obecnie z lękiem separacyjnym i w stresie demoluje mieszkanie.
Niestety niektóre zwierzęta ze schronisk są po przejściach i mogą zachowywać się irracjonalnie. Dlatego są podopieczni szukający konkretnego człowieka. Pół biedy, kiedy ktoś zrozumie i odpuści, ale niektórzy potrafią się zdenerwować i awanturować. Ostatecznie, jeśli ktoś przekona schronisko do siebie, a jednak w domu uzna psa za problem, zwierzę wróci do boksu. To w ostatecznym rozrachunku najgorsze, co może się wydarzyć.

3. Skoro o powrotach mowa...

Niektórzy potrafią zwracać zwierzaki z najgłupszych powodów. Dwa autentyki.

"Wynajmujący mieszkanie nie zgodził się na psa"...
W ankiecie przedadopcyjnej chyba każdego schroniska znajduje się pytanie "Czy mieszkanie należy do Państwa? Jeśli nie, to czy właściciel wyraża zgodę na zwierzęta?", ale nikt nie jest w stanie tego sprawdzić. Jak bardzo nieodpowiedzialnym trzeba być, żeby przejść wszystkie procedury i zdecydować się na psa, nie mając załatwionej tak podstawowej rzeczy?

"Pies plącze się między nogami"...
Tego chyba nie muszę komentować.

Dlaczego dla psa tak tragiczne jest wrócenie do schroniska?
To chyba oczywiste, ale zwierzę jest tam w większości samotne, pozbawione spacerów, karmione często słabej jakości karmą (cokolwiek ludzie dadzą), nie śpi za wiele, budzone hałasami z boksów obok. To naprawdę traumatyczne środowisko. Pies traci poczucie bezpieczeństwa, "fałszywa" adopcja tylko kręci mu dodatkowo w głowie.

4. Wszystko lepsze niż schronisko, prawda?

Otóż nie do końca. Na pewno lepsze jest schronisko przez konkretny okres czasu i adopcja, niż kilka adopcji po drodze. Jeśli wolontariusz ma silne podejrzenia, że pies może zostać zwrócony (lub co gorsza krzywdzony), to z pewnością będzie opierał się wydaniu zwierzęcia. Ktoś, kto został odrzucony będzie miał nadal możliwość pokazania, że może być dobrym opiekunem.

Czasami może nam się wydawać, że mamy dla pieska/kotka odpowiednie warunki, ale dla osoby posiadającej wiedzę o zwierzętach wygląda to inaczej, niż w naszych oczach.
Chcemy zaadoptować dużego psa, a mieszkamy w środku miasta. Po sprawdzeniu przez wolontariusza google maps okazuje się, że najbliższy fajny teren spacerowy znajduje się 40 minut od miejsca zamieszkania. Bądźmy realistami, pies będzie w takim miejscu najprawdopodobniej wyprowadzany w 90% na chodnikach, czasami zabierany gdzieś na pobieganie po lesie.

W mieszkaniu po kilku tygodniach oszaleje, a właściciel zdenerwowany zwróci psa, bo przecież był taki fajny i spokojny, a nagle niszczy meble i sika po kątach. A wtedy obudzenie, że schronisko nas oszukało! Zataiło złe nawyki psa!

Czasami z ankiety przedadopcyjnej możemy wywnioskować, że dana osoba nie zna się zbytnio na opiece nad zwierzęciem. Zapytana czym będzie karmić psa - chappi albo pedigree. Karmy zawierające małe ilości składników odżywczych, doprawiane cukrem i uzależniaczami. Niby w schronisku nie jest dużo lepiej, ale nie aż tak źle. Tam pies czasami dostanie trochę tej złej karmy, a trochę tej lepszej. Chociaż tutaj nie chodzi przecież o samo jedzenie, a co taka odpowiedź może znaczyć.

Może osoba adoptująca nie jest zbyt majętna, nie stać jej na lepsze jedzenie, a co za tym idzie, na leczenie. Może ktoś nie do końca przemyślał, ile może kosztować opieka weterynaryjna zwierzaka i w rzeczywistości nie jest gotowy wydać kilkuset złotych na wizyty.

5. Sprawa kojców.

Schroniska nie są skłonne oddawać psów do mieszkania w ogrodowym kojcu. Założenie jest takie, że pies przeżył już ogrom nieprzyjemności i z tego względu nie powinien być zmuszany na mieszkanie w zimnie. Nie sprzyja to jego socjalizacji. Rozumiem, dlaczego niektórzy chcieliby trzymać psy na zewnątrz, ale uważam tę schroniskową politykę za uzasadnioną. Niektóre psy są niezdolne do mieszkania w domu i czasami schronisko udziela możliwości adopcji do kojca. Tutaj wracamy jednak do punktu drugiego... Pan wymarzył sobie Rexa, delikatnego i bojaźliwego psa o wyglądzie rottweilera, a schronisko proponuje Burka, owczarko-wyżło-labradora - zahartowanego i silnego psa, który jednym machem ogona strąciłby w domu wszystkie książki z półki. Pan rezygnuje z adopcji, bo chce przerażającego psa, a kundel do tego imidżu nie pasuje.

Podsumuję kilkoma radami. Przed adopcją poczytaj o psach, pomyśl, co w twoim domu jest już przygotowane, a co nie. Staraj się zrobić obliczenia, aby stwierdzić, ile jesteś gotowy wydawać na zwierzę miesięcznie. Znajdź kilka miejsc trzymających pieski - poza schroniskami są też przytuliska i jest ich o wiele więcej niż myślisz. Pojedź tam (tego typu miejsca organizują w weekendy spacery), porozmawiaj z wolontariuszami i opowiedz im, czego szukasz. Oni na pewno pomogą ci dopasować odpowiedniego pieska do twoich warunków. Miej otwarte serce, każdy zwierzak jest piękny na swój własny sposób.

schroniska

Skomentuj (38) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 63 (139)

Podziel się pozytywnymi historiami na
WSPANIALI.pl

Piekielni