Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

 

#85275

(PW) ·
| Do ulubionych
Wracam z pracy rowerem. Jechałam pasem dla rowerów, wytyczonym po prawej stronie jezdni. Po jakimś czasie pas rowerowy zanika, ale za kilkadziesiąt metrów pojawia się ścieżka rowerowa przy chodniku, po lewej stronie ulicy.

Postanowiłam, że jak tylko przejadą samochody z naprzeciwka, skręcę i zjadę na ścieżkę. Niestety nie zdążyłam. Gdy tylko minęło mnie ostatnie auto z przeciwka, uniosłam lewą rękę, sygnalizując chęć skrętu i w tym momencie zostałam w nią uderzona przez dostawczaka, który już teraz, natychmiast musiał mnie wyprzedzić. Nie wiem, co miał w głowie kierowca, na pewno nie przepis, mówiący o zachowaniu minimum metra odstępu przy wyprzedzaniu roweru.

Nic poważnego mi się nie stało, ale zastanawiam się ile centymetrów brakowało, żebym została potrącona - w końcu nawet nie wyciągnęłam ręki prostopadle, a nawet jeśli, moje ramię na pewno nie jest metrowej długości.
A mówią, że myślenie nie boli...

Skomentuj (27) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 72 (90)

#85167

(PW) ·
| Do ulubionych
Zamówiłam 4 rzeczy na Allegro. 3 z nich odesłałam wypełniając uprzednio formularz zwrotu. Po kilku dniach otrzymałam zwrot za 2 z 3 rzeczy. Najdroższa rzecz za ok. 50 zł. zniknęła. Sprzedawca uważa że to moja wina. Mimo, że to on odebrał przesyłkę i nie zgłosił kurierowi braków w towarze ani nie zgłosił reklamacji w ciągu 7 dni (sami tego od klientów wymagają inaczej reklamacja nie może być uznana). Zgłosiłam reklamację do przewoźnika, ale że było już po terminie 7 dni i nie ja byłam adresatem, to reklamację odrzucili.
Allegro standardowo proponuje e-sąd.

Ktoś ma pomysł co jeszcze można zrobić? Pierwszy raz mnie tak potraktowano. A może to standardowa procedura sklepu, który tak oszukuje klientów?!

allegro

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 67 (83)

#85094

(PW) ·
| Do ulubionych
Wszyscy kochamy kurierów, prawda? Telefony, pt. będę za 15 minut i przyjazd po godzinie, bo najpierw sobie przygotowuje grunt i unieruchamia ludzi, bo skoro kurier "już jedzie", to głupio wyjść.
Te paczki odsyłane od razu do punktów odbioru.
Te głupie pytania, pt. czy nie może zostawić u sąsiadów/w restauracji/czort wie gdzie...

Dlatego zamówiłem ostatnio odbiór w punkcie.
Czytam historię paczki - 16:09 kurier nie zastał nikogo pod wskazanym adresem.
Eeee???
Żabka była zamknięta? W piątek po południu.

Chyba dla sportu reklamację napiszę.

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 79 (109)

#85039

~mesh ·
| Do ulubionych
Kilka słów na temat trendu, popularnego w ostatnich latach. Mianowicie trendu "bez sensu zatrudniać pracownika, wrzucimy ogłoszenie na portal konkurencyjności i będziemy wybierać w ofertach jak ulęgałkach, będzie taniej, będzie pięknie". W to mi graj, zlecenia poza działalnością główną stanowią znaczny udział mojej (i współpracowników) pracy.

Generalnie zleceniodawcy dzielą się na tych, którym zależy i którym absolutnie nie zależy. Klient, który angażuje się choćby minimalnie w proces jest zadowolony zawsze. Od ponad dekady nie było ani jednego wyjątku. Jak ci zależy, to typowa procedura pozamerytoryczna wygląda mniej więcej tak: rozstrzygnięcie oferty -> doprecyzowanie wymagań (czytaj: na czym tak naprawdę nam zależy) -> weryfikacja dostarczonego produktu -> mały tuning (bo skoro wymagania były doprecyzowane, rozbieżności albo nie ma wcale, albo są kosmetyczne).

I tu dochodzimy do przykładów klientów, którym nie zależy.

Scenariusz 1.

Idzie oferta. Cisza. Nawet braku potwierdzenia otrzymania. Ostatecznie przetarg unieważniony. Z doświadczenia wiemy, że budżet na to zadania jest wyższy, niż oferta - chyba, że u potencjalnego klienta ktoś totalnie odpłynął. Co niczego nie zmienia - poniżej określonej marży nie robimy, bo to się kończy jak przy autostradach, falą bankructw. Czyli w praktyce za tydzień ogłoszenie pojawi się znowu. Pojawia się. Składamy to samo z ceną wyższą o kilka procent (zabawa w kotka i myszkę kosztuje czas, często trzeba ponownie poświadczać dokumenty, czas zarezerwowany na realizację może przełożyć się na odpuszczenie innego zlecenia). Niedoszły klient dzwoni z pretensjami, że jak więcej, skoro on spodziewał się mniej. Cóż, nasza oferta jest taka, a nie inna - kolejna też będzie wyższa. Zawsze można wybrać konkurencję, w końcu kryteria są jasne. Gwoli wyjaśnienia: bardzo często klienci wielokrotnie wystawiają to samo, bo oferent typu trzeciego za każdym razem obniża wartość oferty. Jakiego typu trzeciego, zapytacie? W mocno specjalistycznych zadaniach są z grubsza trzy typy ofert: realne, z ceną totalnie z kosmosu (a nuż są zdesperowani i się uda), i "my wam to zrobimy choćby poniżej kosztów". To skoro poniżej kosztów, to czemu nie za darmo? Efekt końcowy - jak nie ma oferentów typu trzeciego robimy my o te kilka % więcej. Jak są, często też robimy my - w kolejnej rundzie po rozwiązaniu totalnie nierealnej umowy z oferentem typu trzeciego.

Scenariusz 2.

"Przetarg" rozstrzygnięty. Opis zadania na jeden akapit, pasuje do niego (zmieniając zupełnie istotę zamówienia i dziedzinę, aby łatwiej zobrazować) i kajak, i Pancernik Potiomkin. Telefon do firmy, "wszystko jest w opisie zadania". Nie ma ryzyka, kajaki są tanie, startujemy, wygrywamy. Czas rozstrzygnięcia - 3 miesiące. Typowe zapytanie o kilka dość istotnych rzeczy, od razu. Cisza. Ponowienie zapytania za tydzień. Cisza. Kolejne. Kolejne. Mija miesiąc, czas robić, aby się wyrobić. Ok, oficjalny mail z tym, jak problemowe kwestie są przez nas interpretowane, i jak zostaną rozstrzygnięte. Z adnotacją, że traktujemy brak odpowiedzi oficjalnie wyznaczonym kanałem komunikacji jako akceptację i potem nie przyjmujemy zmian parametrów. Naturalnie, cisza. Kajaka robić nie będziemy, bo robiliśmy tego typu zleceń na pęczki, dodatkowo często występujemy po drugiej stronie barykady, więc w sumie wiemy, że chodzi o mały jacht. Tak też zrobimy (mimo, iż można było dostarczyć kajak, spełnić słabo postawione wymagania, skasować pieniądze i potem wklejać tylko w odpowiedzi opis zadania, jak nastąpią lamenty). Po kolejnym miesiącu efekt trafia do klienta, następuje miesiąc ciszy. I nagle zapomniany kanał komunikacji zaczyna funkcjonować w czasie rzeczywistym. "Nie podpiszemy protokołu odbioru, bo my myśleliśmy, że koło ratunkowe będzie w kolorze różowym". Nie, nie będzie. Są określone normy w tym zakresie. "A może zrobicie z tego luksusowy cruiser"? Chętnie, aneks do umowy, cena taka i taka. "A to nie, to może jednak samolot". Nie, startowaliśmy w przetargu na jacht. "No nie wiem, są tacy, co ten samolot robią". Owszem, są ludzie, którzy nie szanują swojego czasu i czasu innych - o oferentach typu trzeciego już było. Ale akurat kojarzymy zwycięzców innych zadań, ludzie standardowi, sprawni i z tych realistycznych, na pewno nie oni. Mija miesiąc. "To kiedy będzie"? Ano już było, czekamy na oficjalny protokół odbioru z uwagami lub bez, na etapie dostarczenia nie jesteśmy zainteresowani niczym, co nie wynika z oryginalnego opisu lub późniejszych (w tym przypadku nieistniejących) uzgodnień. Kolejny miesiąc ciszy. Ok, skoro nie są Państwo zainteresowani przyjęciem efektu zlecenia, to może inaczej - nie będziemy robić Państwu problemu, mamy możliwości zagospodarowania tego produktu dalej. Zatem nie będziemy Państwa pozywać mimo w 100% spełnionych warunków umowy, nie będziemy też startować w Państwa późniejszych przetargach, po prostu nie dojdzie do przeniesienia autorskich praw majątkowych. Dostarczonego produktu nie będą Państwo naturalnie mogli używać ani w całości ani części, proszę na bieżąco podesłać odstąpienie od umowy zgodnie z paragrafem, który umożliwia odstąpienie bez kar przy akceptacji drugiej strony. My to podpiszemy. Momentalnie przychodzi protokół odbioru. Znów, gwoli wyjaśnienia: klient już dawno "nieoficjalnie" z produktu korzysta, a najczęściej zlecenie jest w ramach projektu unijnego, więc dla nich najgorszy możliwy scenariusz to brak rozliczenia w ogóle.

Scenariusz 3.

Rozstrzygnięcie przetargu. Standardowe zapytanie. Odpowiedź: a to wszystko jedno, byle szybko. Ok, są dwie opcje. Albo całość przetargu jest tak zrobiona, że to zadanie jest potrzebne tylko do pokazania, że coś się formalnie zrobiło, a prawdziwa wartość i koszty zamówienia leżą zupełnie gdzie indziej. Bywa. Gorzej, że często bywa, bo ktoś w ogóle nie pomyślał i "tak wyszło". Opcja druga: jakiś Kowalski się naprzykrza, czegoś chce, do zarządu pisze, dla świętego spokoju to robimy. Ok, macie jakiś kontakt do Kowalskiego? Wychodzi, że Kowalski koniecznie od 3 lat potrzebuje wiosła, bo ma tylko jedno, ale zrobili mu z tego przetarg na jacht.

Skomentuj (3) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 84 (98)

#85261

(PW) ·
| Do ulubionych
Coś na temat planów brutalnej seksualizacji dzieci przez lekcje edukacji seksualnej. ;)

Mam 20 lat, więc nie działo się to w odległej przeszłości.
Przez zaburzenia hormonalne dostałam pierwszej miesiączki w wieku 10 lat. Wcześnie, bardzo wcześnie. Jednak byłam na ten fakt przygotowana od dłuższego czasu, rodzice może nie edukowali mnie do końca bezpośrednio w tych sprawach, ale podsuwali stosowną lekturę wykorzystując moją miłość do czytania.

Z powodu bólu nie poszłam w ten dzień do szkoły, a że był ze mnie mały kujon z doskonałą frekwencją, zostałam od razu zasypana przez koleżanki pytaniami o powód nieobecności na archaicznej w dzisiejszych czasach Naszej Klasie.

Jako dziecko niezwykle naiwne i prostolinijne odpisałam grzecznie, że dostałam pierwszą miesiączkę i nie mogłam iść przez nieznośny ból brzucha i ogólnie słabe samopoczucie. Myślałam wtedy, że to raczej sprawa całkiem normalna.

No cóż, po kilku niemiłych wiadomościach, że na pewno udaję, bo jedna z dziewcząt słyszała od babci, że tylko wysokie dziewczęta przedwcześnie dojrzewają a ja jestem niska, po kilku szyderach i pytaniach czy leci mi "niebieska krew" (pozdrawiam producentów reklam podpasek) o temacie zapomniałam.

Na drugi dzień w szkole, gdy wyszłam do toalety na długiej przerwie nie byłam świadoma tego, co czeka mnie po powrocie do klasy.

Otóż dziewczęta przeszukały mi plecak. Znalazły podpaski. Wyobrażacie sobie w wieku 10 lat wejść do klasy wśród salw śmiechu, widząc jak reszta rówieśników rzuca waszymi podpaskami po całej klasie śmiejąc się, że "chodzę jak z pampersem pewnie" i "coś mi leci z pi**y"?


Popłakałam się, wybiegłam z powrotem do toalety, zamknęłam drzwi i nawet nie myślałam o wyjściu. Co więcej, poczekałam aż przerwa się skończy i pobiegłam do domu, bałam się przyjść do szkoły przez kilka dni, byłam dodatkowo dość wrażliwym dzieckiem i wstyd zżerał mnie od środka.

Wiecie jak się to skończyło? Myślicie, że zapewne poważną rozmową z wychowawcą i pedagogiem? A gdzie tam, sprawa została zamieciona pod dywan, dostałam krótki komunikat, że mam się nie przejmować i im się znudzi i nie histeryzować. Każda głośna docinka przez najbliższy miesiąc była ignorowana zupełną ciszą przez każdego nauczyciela.

A rozmowa i była, owszem. Ale w trzeciej gimnazjum, gdzie już każda dziewczyna co najmniej od roku albo dwóch siedziała w temacie.

Dlatego do dnia dzisiejszego edukacja seksualna w szkołach jest dla mnie kluczową sprawą, ale obecną podstawę programową przemilczę. ;)

Mam jeszcze kilka historii w tym temacie, może z czasem również je opiszę.

Skomentuj (44) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 137 (153)

#85236

(PW) ·
| Do ulubionych
Nasze piękne państwo nie chce, aby młodzi, wykształceni ludzie tu żyli i pracowali. Robi wszystko, żeby nas zniechęcić. Dlaczego? Już tłumaczę.

Jestem tegorocznym absolwentem dobrej uczelni i bardzo ścisłego, trudnego i specjalistycznego kierunku. Niech wyznacznikiem będzie, że zaczęliśmy studia w 100 osób, a razem ze mną magistra obroniło 5. Tak, pięć. Rynek pracy wąski, ale też dziedzina się rozwija, miejsc pracy tylko przybywa - przynajmniej tak nam wmawiali jak studia zaczynaliśmy. Dopiero w maju jeden z profesorów stwierdził "to wy myślicie że będziecie pracować w zawodzie? hahaha!" Miło, ale ja nie traciłam nadziei, zwłaszcza, że wybrałam sobie najmniej popularny zawód z tej wąskiej dziedziny.

Sama jestem ambitna i pracowita i myślałam, że to wystarczy. Całe studia działałam i pracowałam. Niestety w zawodzie nie można bez mgr przed nazwiskiem i dokładnie tutaj zaczyna się to cudowne wsparcie i opieka naszego państwa.

Stażu i praktyki nie można załatwić, bo to niebezpieczne dla zdrowia. Uczelnia nie zapłaci za ubezpieczenie, student sam nie może sobie wykupić dodatkowego ubezpieczenia, uczelnia nie wypłaci wynagrodzenia, bo na tym kierunku nieprzewidziany jest staż.

Pracodawca? Usłyszał która uczelnia i stwierdził "a z nimi to się i tak dogadać nie da". Chcesz pominąć uczelnie w stażu/praktyce? Nie da się, bo pracodawca nie weźmie odpowiedzialności.

Więc mamy magistrów z zerowym doświadczeniem zawodowym. Ale okej, da się przełknąć, szukamy pracy po studiach. Żeby dostać pracę, musisz mieć doświadczenie, otwartą specjalizację i w ogóle być samodzielnym pracownikiem od 5 lat. Nie masz doświadczenia? To musisz mieć plecy!

Uczelnia mimo "biur kariery" i innych bzdet nie ma żadnego kontaktu z pracodawcami. Wiem, byłam pytałam, więc szukam na własną rękę.

Jeden z pracodawców stwierdził, że okej, może mnie wziąć na staż z urzędu pracy. To próbuję załatwić. Pomijam, że ja powinnam tylko iść do urzędu pracy i powiedzieć, że chce staż i gdzie, a ja przez ponad miesiąc latałam za tym jak kot z pęcherzem, wożąc dokumenty z miejsca na miejsce, prosząc, załatwiając, przyspieszając. Moje nerwy, mój czas, moje zaangażowanie, ale mój staż w zawodzie, więc warto.

Tylko najpewniej stażu nie dostanę. Pan z urzędu popatrzył na wniosek i powiedział, że na 90% stażu nie będzie. Dlaczego? Bo pracodawca nie może się określić, czy mnie zatrudni, bo wiek mi wychodzi z programu z unii, więc nie wiadomo czy kasa będzie na staż (zawrotne 1033 zł za etat!).

Nic tylko iść do korpo klepać, albo wyjechać z kraju. Bo u nas się nie da, chociaż chcesz i się starasz.

praca staż polska studenci absolwenci

Skomentuj (27) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 112 (144)

#85095

~kotekBonifacy ·
| Do ulubionych
Byłam na basenie.

Celem zrelaksowania się udałam się do basenu z leżankami masującymi. Bardzo się ucieszyłam, gdy zauważyłam, że kilka leżanek jest wolnych, ponieważ jest to bardzo oblegana atrakcja. Niestety moja radość nie trwała długo. Zaraz po mnie do basenu wpłynęła grupa dzieci w wieku 9 - 10 lat pod opieką dwóch czy trzech dorosłych. Dzieci urządziły konkurs chlapania na otoczenie i co chwila wiszczały (bo krzykiem tego nie nazwę) nawołując się wzajemnie.

Ja wiem, że to są tylko dzieci.

Ale może w takim razie powinny siedzieć w megawypasionym brodziku z sześcioma zjeżdżalniami i innymi atrakcjami wodnymi?

Ja wiem, że rodzice też chcą się zrelaksować.

Ale może w takim razie zrelaksują się w jacuzzi, które znajduje się tuż obok brodzika?

Ja wiem, że rodzice też mają prawo skorzystać z leżanek.

Ale może mogliby to robić naprzemiennie (jedno pilnuje dzieci w brodzku, drugie siedzi na leżance, po kilku seriach zamiana)?

Ja wiem, że rodzice chcą posiedzieć na leżankach RAZEM.

Ale może w takim razie pójdą na basen we dwoje, zostawiając dziecko pod opieką cioci/babci/sąsiadki/niani (ewentualnie, jeśli dziecko jest w miarę ogarnięte, to może zostać samo w domu)?

Ja rozumiem, że nie każdy chce/ma z kim zostawić dziecko.

Ale jeśli jesteś rodzicem to twoim psim obowiązkiem jest pilnowanie dziecka i/lub nauczenie go, jak ma się zachowywać, żeby nie przeszkadzać innym. Ja nikomu nie kazałam się rozmnażać.

I żeby było jasne - nie przeszkadzała mi obecność dzieci w basenie z leżankami, tylko ich zachowanie.

Skomentuj (5) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 159 (197)

#85249

(PW) ·
| Do ulubionych
Problemy ze znalezieniem praktyk, brak miejsca pracy po studiach... Niedawno była taka historia, nawet chyba, na głównej. Opowiem z perspektywy dalszej rodziny (spotykamy się na stypach i ślubach, mieszkają potwornie daleko). Na ostatnim weselichu brakowało jednego kuzyna. Chłopak mega ogarnięty. Mógłby mówić liczbami.

Historia właściwa:
Studiował na jednej z politechnik w PL. Konstruowali sobie maszyny, lepsze, gorsze, mniej lub bardziej udane. Oczywiście, brali udział w konkursach, także takich bardziej prestiżowych, u wujka Sama.

Na jednym z takich konkursów zajęli 2 albo 3 miejsce. Zbudowali coś fajnego, działało i budżet mieli ułamkowy w porównaniu z konkurencją. Co więcej sprzęt działał stabilnie. Cała wycieczka na konkurs Liczyła około 15 osób, włączając 2 opiekunów. Po konkursie zrobili sobie wycieczkę po kilku stanach i wrócili do "bazy" na 3 dni przed wylotem do PL. W przedostatnim dniu nawiedził ich "przedstawiciel najwyższych władz" - taki z możliwościami.

Miał przy sobie 13 teczek z gotowymi dokumentami niezbędnymi do emigracji. Powiedział, że jak nie chcą, to mogą nawet nie wyjeżdżać, wszystko jest załatwione. Mają zapewnione miejsce na studiach, na znanej uczelni, jaką wybiorą, ich decyzja. Mają zapewnione mieszkanie w trakcie studiów i gwarantują im pracę po studiach w dziedzinie, w jakiej najlepiej się czują.

4 osoby zostały - nie wróciły
11 osób wróciło po rzeczy
Nauczyciele wrócili ale mają wolny wjazd do wuja Sama jak chcą i kiedy chcą.

Nie, nie kupili ich, dali im poczucie bezpieczeństwa i szacunek do ich pracy.

zagranica studia szkoła usa

Skomentuj (23) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 179 (213)

#85078

~Lektor ·
| Do ulubionych
O dyskryminacji płciowej.

Duży ośrodek wypoczynkowy prawie nad morzem*.

W ośrodku w którym pracuję w jadalni są stanowiska z kilkoma ciepłymi daniami do wyboru, klienci podchodzą i mówią co chcą, a obsługa nakłada im jedzenie na talerze i podaje.

Przyjechała do ośrodka muzułmańska rodzina**, która oprócz tego, że zostawiała wszędzie bałagan, to zrobiła jeszcze pewną akcję. Otóż, powiedzieli dzieciom, by po jedzenie podchodzili tylko do kobiet, ponieważ to jest żeńskie zajęcie nakładać jedzenie i mężczyźni nie powinni się tym zajmować. (Rozmowę słyszał jeden z pracowników jedzących kolację.)
Informacja o tym dotarła do kierownika zmiany z pewnym opóźnieniem, ale jego reakcja była stanowcza.
Następnego dnia gości obsługiwali sami mężczyźni.

* - 30 minut spaceru do najbliższej plaży.
** - pomiędzy 20-30 osób, brat i jego dzieci, siostra i jej dzieci itd..

gastronomia

Skomentuj (19) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 138 (206)

#85206

(PW) ·
| Do ulubionych
W zasadzie to ten wpis jest bezosobowy. Piekielni jesteśmy chyba wszyscy jako naród. Panuje powszechna bezmyślność i bylejakość.
W czym rzecz? W wodzie.
Kilka obserwacji po kończącym się lecie.

Chlejemy na wodzie. Nie, nie pijemy, nie popijamy, nie raczymy się piwkiem. Chlejemy. Trzy dni spędziłem na Pilicy. Rzeka urokliwa, wypożyczalni kajaków masa. Dziennie mijało się 200-300 a może i więcej jednostek. Nie wiem czy na dziesięciu widziałem ludzi bez czegoś z procentami.

Ochlaj zaczyna się pięć minut po starcie, jak tylko uczestnicy złapią równowagę.
Potem spędziłem tydzień na Mazurach. Widać że jachty z wypożyczalni to już nie plebs na kajakach. Piwo, z rzadka. Na pokładzie króluje wóda. Wieczorne ognisko-wóda. Pobudka w południe-kac. Klina i na wodę. No i wtedy załącza się nieśmiertelność.

Mamy w dupie bezpieczeństwo bliskich. Połowa kajaków którą minąłem na rzece, miała na pokładzie dzieciaki. W zasadzie, to na linii mety, powinna stać policja z alkomatem i pracownik socjalny. Wydmuchasz - zabieramy dzieci od ręki. Bo debilu wziąłeś je w miejsce gdzie mogą się utopić na dziesięć różnych sposobów, a potem dałeś w palnik tak że na mecie zasnąłeś przy stole. Albo zasnęłaś, bo chlańsko tyczy obu płci.

Nieśmiertelność nad wodą. Skoki z pomostu na dwumetrowej głębi. Złamiesz sobie kręgosłup-twój problem. Ale czemu idioto skaczesz między pływających? Masz motorówkę? Wiem z wypożyczalni. Ale jesteś kozak i zakaz latania po kanale i robienia fali cie nie tyczy.


Kolejne grzechy nad wodą? Służby ratownicze. Gdzieś tu się przewijał przez piekielny ratownik- superman. Kupka prawda. Po tegorocznej obserwacji mam wrażenie że normalni już wyszli. Ze biorą do pracy kogo się da.
Kilkanaście razy obserwowałem jak wygląda rozpoczęcie pracy. Przychodzi ekipa na plażę. Rozstawiają stół, stołki, parasol. Efektownie wbijają bojki-pamelki w piach, wciągają flagę i gotowe.
Ani raz nie widziałem żeby przed otwarciem sprawdzili dno. A to zasrany obowiązek, bo ktoś mógł w nocy wrzucić do wody szkło, śmietnik albo cokolwiek innego.

Ani raz nie widziałem wyrzucenia rzutek rękawowych. A to trzeba robić co rano, góra co drugi dzień. Zwinięta rzutka, po tygodniu leżenia, albo zgniła, albo linka się odgniotła i donośność spada o połowę.

Raz to aż mnie zatkało. Zostawiłem ciuchy na plaży przed otwarciem i wypłynąłem kawałek dalej. Sprzątnęli moje ciuchy, położyli obok siebie. Spoko. Przyszedłem-odzyskałem. Gdzie piekielność? Jeśli ratownik znajdzie na otwarciu lub zamknięciu obiektu porzucone ciuchy - trzeba sprawdzić dno. Być może leżą tam zwłoki.

Co robi ekipa po rozstawieniu stanowiska? Nic. Raz nawet spróbowałem ich podpuścić. Jako że wcześnie rano, byłem jedynym pływającym. Widzieli że jestem. Zanurkowałem i zrobiłem statykę. Zniknąłem im z oczu na ponad cztery minuty. Nie zauważyli.
Parę lat temu za takie podpuszczenie zebrałem OPR od ekipy bo już mnie szukali w wodzie. Ci nie. Mają to w dupie.

No i niestety część z ratowników to ulańce. Czwarty krzyżyk na karku, ostatnia dziurka w pasku. Pływa i sapie, dyszy i dmucha. Po przepłynięciu 30m jest wycieńczony. Najczęściej stoi i się opala.


Dzień pracy? Robić i się nie narobić. Kij z tym że pijani skaczą z pomostu między ludzi. Ratownik nie zareaguje bo się boi. Ale, i tu się serdecznie uśmiałem - moja córka skoczyła z pomostu. Najpierw sprawdziła czy nikt tam nie pływa, a skok robiła pod moją opieką. I nagle się ratownik pojawił "tu nie wolno". A dziesięć metrów dalej - wolna amerykanka. Tak, jeśli jesteś pojedynczym trzeźwym rodzicem, znajdzie się i sam David Haselhoff. Jeśli jesteś dzieciakiem po browcu -możesz wszystko.
Na miejskim, opłaconym z budżetu miasta obiekcie ratownicy mają wszystko w życi. Jest tam monitoring, mogli by zgłaszać, ale to kłopot i papiery.

Jak skrócić nudny dzień w pracy? Zaczyna kapać, czerwona flaga, wygonić ludzi z wody i odpoczywać w aucie. Bo burza. Burza przyszła trzy godziny później. Przez ten czas coś sobie tam pokapywało.

Policja na wodzie? Jest. Pan na materacu może liczyć na reprymendę, jak wypił piwo - to na kontrolę i grzywnę. Ale gość co wypożyczył jacht za kilka stówek dziennie, może wszystko. Dlaczego? Bo policja miejscowa, mazurska. Jak zabronią ludziom chlać na wodzie, to ludzie pójdą gdzie indziej. A wtedy brat to ma knajpę zbankrutuje, i kuzyn z wypożyczalni też, i siostra instruktorka żeglarstwa też nie znajdzie klientów.
Kij z tym. Pijesz na motorówkę - niech ci ziemia lekką będzie, i twoim dzieciom też skoro je zabrałeś. Ale inni chcą żyć, więc patrol mógłby zdjąć takiego pacjenta z wody.
Nie nie mógłby.

I znowu wracamy do użytkowników. Jprd. Widziałem panią co zakopała zużytego pampersa w piachu na plaży. Widziałem ludzi co wyprowadzają psy rano na plażę, bo wtedy nikt nie widzi jak srają. Chyba tylko w Dąbrowie Górniczej patrole SM fatygują się w weekendy rano i wlepiają mandaty za pieski co się pałętają na kąpielisku.
Kupy na pomostach. Kupy w przebieralni. Zaszczany przewijak dla dzieci.
Normalnie trzeci świat.

Ciekawe czy kiedyś się ucywilizujemy.

woda

Skomentuj (29) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 175 (221)

Podziel się najśmieszniejszymi historiami na
ANONIMOWE.PL

Piekielni