Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

 

#92534

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Dawno mnie tu nie było. Widać moje życie stało się oazą spokoju. Do czasu... Do czasu, aż w przypływie nie wiem czego, udaliśmy się do siedliska zła, czyli do Majalandu. Młodsza zapragnęła takiego prezentu na urodziny. Na szczęście jest po sezonie, do większości atrakcji nie było w ogóle kolejek lub były minimalne, np. jeden przejazd. Wyjątkiem był mały rollercoaster, gdzie trzeba było postać z 10 minut.

Akcja właściwa: Stoimy całą rodziną 2+2 w kolejce, gdy przepycha się ona - WSZECHMATKA z 2 bombelków w wieku 6-8 lat. Przed nami były jeszcze 2 nastolatki. Baba się przepycha na chama, bez słowa. Więc pytam - z jakiej racji? BO ONA MA DZIECI Z ORZECZENIEM. Celowo capsem, bo tak to mniej więcej brzmiało. Zapewne telepatycznie mamy to zgadnąć. Nastolatki też się odważyły i zauważyły, że baba je przepycha, więc też zaprotestowały, że wszyscy stoją tak samo. Pytam dalej - ale hola, hola, a po czym to można poznać, każdy może tak powiedzieć. Łaskawie pokazała, że dzieci mają opaski w innym kolorze. Oczywiście nic mi to nie mówiło, ale dobra, skoro obsługa ją przepuściła... Poszła i zniknęła nam z oczu.

Pociąg ruszył, więc i my przeszliśmy do bramek. Okazało się, że oczywiście stanęła obok nas, bo już się jej nie udało nikogo wypchnąć z wagonika. I tu mały szkic sytuacyjny - do każdego 2-osobowego wagonika jest jedna bramka. Stajesz przy bramce i wsiadasz w swój wagonik. My potrzebowaliśmy 2 wagoników, baba też, ale zajęła tylko jedną bramkę...
Pociąg przyjechał, wsiadamy do swojego wagonika, tam dalej te nastolatki - do swojego, a baba - między nami - w kropce. Bo okazało się, że potrzebuje 2 wagoników, a zajęła 1 bramkę.
Ewidentnie obrała sobie mnie na ofiarę i zaczęła się domagać od obsługi, żeby skłoniła nas do ustąpienia jej.

Spokojnie, ale uparcie dawaliśmy odpowiedź, że
a) już się raz przed nas wepchnęła,
b) nie mam żadnego obowiązku jej ustępować
c) nie wzrusza mnie powoływanie się na orzeczenie dzieci, bo to nie mój problem. Ostatecznie obsługa kogoś przeprosiła i baba pojechała.

No i dobrze, może wśród piekielnych jestem też ja, bo mi się nie uśmiechało przepuszczanie paniusi z fochami, ale niech mi ktoś wyjaśni jedną prostą rzecz: Jakie orzeczenie powoduje, że te same dzieci nie mogą postać w kolejce (właściwie, bo co? nogi miały zdrowe), ale za to mogą jechać rollercoasterem, gdzie są narażone na stres, przeciążenia itd.?

majaland

Skomentuj (17) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 110 (116)

#92493

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Najpierw obrazek:

Odcinek drogi liczący jakieś dwa kilometry, w okolicy niewielkiego miasteczka, między dwiema wsiami. Droga biegnie przez las (jest poza terenem zabudowanym), ale wzdłuż niej gmina zbudowała chodnik. Być może z powodu tego chodnika na całej długości drogi stoją znaki ograniczenia prędkości do 50 km/h - czyli jak w obszarze zabudowanym. Na moje oko to lekka przesada (droga jest prosta, żadnych ostrych zakrętów, żadnych nietypowych skrzyżowań, żadnych domów - a w dodatku jest ten chodnik dla pieszych) - no ale OK, jest ograniczenie, rozumiem. Ponieważ (przypomnę) jesteśmy poza terenem zabudowanym, znak ograniczenia do 50 stoi za każdym skrzyżowaniem z drogą poprzeczną (są trzy takie skrzyżowania na tym odcinku).

Na końcu dwukilometrowego odcinka droga "wpada" do kolejnej wioski w taki sposób, że jest dość ciasny "ślepy" zakręt. Więc przed ty zakrętem jest znak ograniczenia do 30. I to akurat zdecydowanie ma sens. Ale…

Ale jakieś 50 metrów przed tym zakrętem jest ostatnie z trzech wymienionych skrzyżowań. Więc zaraz za skrzyżowaniem stoi "przypominający" znak ograniczenia do 50, a dokładnie 9 metrów za nim (sprawdziłem) - znak ograniczenia do 30.

Kompletny bezsens: jaki ma sens taka "znakoza"? Czy po przejechaniu skrzyżowania mogę jechać 50, ale 9 metrów dalej mam zwolnić do 30? Idiotyzm - powinien od razu za skrzyżowaniem być znak ograniczenia do 30.

Ale to nie koniec. Ostatnio na tym zakręcie zaczęły się jakieś małe roboty drogowe. Więc za znakami 50 i 30, po kolejnych dziecięciu metrach, postawili trzeci znak. Tym razem z ograniczeniem do 40.

Czyli na odcinku łącznie +/- 20 metrów stoją TRZY znaki: najpierw ograniczenie do 50, kilka metrów dalej - już do 30, ale po kolejnych kilku metrach - do 40.

Nie mówiąc już o tym, że z powodu robót drogowych sugerują kierowcom ZWIĘKSZENIE prędkości (z 30 do 40).

Bezmyślność panów drogowców sprawia, że ręce opadają.

Ne da się tu niestety wrzucić zdjęcia, ale wrzuciłem w chmurę, można zobaczyć:

https://mega.nz/file/04MWxAhI#Dh_IIeRgASZ7I8d8Mm26Ogjonhc_6BqslCY1IdBSq5M

Oznaczenia dróg

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 117 (129)

#92332

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Kilkuaktowa historia o piekielności apteki sieciowej.

Drobne wprowadzenie z poprzedniej historii:
Moja mama ze względu na chorobę musiała brać silne przeciwbóle w tabletkach oraz w plastrach i z tego powodu chodziła do poradni leczenia bólu. Lekarz tam przyjmujący pisze ręcznie recepty, a jego charakter pisma jest tragiczny a nawet gorzej, przez co farmaceuci z kilkudziesięcioletnim stażem mieli problem z jego rozczytaniem i potrafił też źle wypisać receptę. Przy tego typu lekach apteka wpisuje to w specjalny zeszyt a recepta musi się zgadzać dokładnie i nie może być sytuacji, że farmaceuta wie jakie są dawki leku i opakowania więc się domyśla, że chodzi np. o dawkę 400 mikrogramów, 2 razy dziennie, 2 opakowania po 56 sztuk, czyli dawka 800 dziennie razem do wydania 44800.

AKT I:
Farmaceutki w aptece blisko naszego domu wyrozumiałe, więc widząc jak mamie się chce ryczeć, bo wie, że leków nie dostanie a chodzi o naprawdę silne, zaproponowały, że zamówią lek, bo i tak nie ma go na stanie a my jutro doniesiemy poprawioną receptę, bo do zamówienia recepta nie jest potrzebna więc nawet nam na rękę. Przez kilka miesięcy robiliśmy tak, że jeśli recepta była źle wypisana to zamawiały panie leki, a my ogarnialiśmy poprawioną receptę na następny dzień. My zadowoleni, bo była pewność, że lek będzie, a farmaceutki mają dobrą opinię, bo było nie było, pomagają w ten sposób. Podobnie było w aptece tej sieci w galerii, w której wówczas pracowałem, obsługa mnie znała i wiedzieli o jakie leki i w jakich ilościach chodzi więc często widząc mnie w kolejce tylko pokazali 4 palce, ja kiwnąłem głową, że tak a farmaceuta kciuk w górę, że ok a następnego dnia odbierałem medykamenty.

Gdyby tak było ciągle to nie pisałbym tej historii tutaj. W tej pierwszej aptece paniom się nagle odwidziało i w żywe oczy kłamały, że nie, tak nie wolno, nigdy tak nie robiły, one muszą mieć receptę etc. Tam, gdzie pracowałem (przypominam, ta sama sieć) problemu nie robili i byli zdziwieni, że ich koleżanki zmieniają zdanie. W związku z tym leki zamawialiśmy tam, gdzie pracowałem, bez żadnego problemu.

AKT II:
W piątek po oddaniu osocza poszedłem do swojej lekarz rodzinnej z prośbą o wypisanie recepty na żelazo ze zniżką dla krwiodawcy. Pani Doktor tabletki wypisała, uprawnienie na receptę naniosła a ja udałem się do apteki je zakupić uzbrojony w legitymację ZHDK i zamówić mamy opatrunki. Panie farmaceutki debatowały kilka minut nad moją receptą, a na moje pytanie czy coś nie tak z receptą nie odpowiedziały (przychodnia kilkaset metrów dalej co widać na recepcie po adresie przychodni, po drodze do domu więc jeśli coś nie tak to idę i proszę o poprawienie recepty). W końcu wydały mi tabletki z paragonem na 0.00 zł a mamy opatrunki do odbioru jutro, bo na zamówienie, co mnie nie dziwi, wiadomo, że nie mają wszystkich rodzajów wszystkich produktów. Dzień później, czyli sobota, idę po zamówione opatrunki.

Farmaceutka z wczoraj mnie zaprasza do swojej kasy i tako rzecze:
[F]: Jest problem z pana receptą, bo lekarka napisała na 100% a nie na bezpłatne dla ZHDK. Teraz trzeba poprawić, bo mamy tylko kilka dni na naprawienie tego.
[J]: To najwcześniej w poniedziałek, bo dzisiaj lekarki nie ma
[F]: Dobrze, ale to trzeba załatwić
[J]: No ok. A mamy opatrunki?
[F]: Nie mogę ich wprowadzić do systemu, bo nie mam karty produktu założonej a tym się zajmują w Warszawie a nikt tam już nie pracuje dzisiaj.
[J]: To co mam teraz zrobić?
[F]: A potrzebne to panu tak pilnie?
[J]: No, dobrze byłoby je mieć a też nie chcę chodzić 10 razy po to.
[F]: No to mogę panu dać jeden, pan zostawi pieniądze i nabiję całość w poniedziałek jak pan z tą receptą na żelazo przyjdzie
[J]: (lekko już podirytowany, bo to nie jest pierwsza taka sytuacja z nimi, a te opatrunki regularnie u nich zamawiam) Czyli mam w poniedziałek znowu przyjść to może już będzie w systemie?
[F]: No tak a ja panu dzisiaj jeden dam tak nieoficjalnie a nabiję, jak załatwi pan z tym żelazem
No cóż, dała ten jeden więc jedno na plus. W drodze do domu poszedłem do przychodni, wyłuszczyłem sprawę i w poniedziałek ma dzwonić Doktor.

AKT III:
Lekarka nie zadzwoniła, ale dostałem kod recepty na żelazo. Dzwonię więc do apteki. Raz nikt nie odbiera i włącza się w końcu „abonent nie może odebrać”. Dzwonię drugi raz, w końcu ktoś odebrał. Mówię o co chodzi, ale pani nic nie wie, nie rozumie, zawoła kierowniczkę. Kierowniczka też nic nie wie, nie rozumie. Mówię, że oddzwonię za chwilę, bo jestem w pracy i mam klientkę. Dzwonię po niecałych 5 minutach, 3 razy nikt nie odbiera więc stwierdzam, że to nie ja potrzebuję tej recepty więc mam to gdzieś. We wtorek idę po mamy opatrunki. Czekam 5 minut aż w końcu któraś z pań zobaczy kolejkę do kas. Podchodzi farmaceutka ta co wyżej. Opatrunki nabiła a recepta wg niej dalej źle, pokazuje mi, że odpłatność 100% i uprawnienie ZK a powinno być odpłatność B. Już mocniej poirytowany, ale nic nie mówię o tym pytam co teraz i otrzymuję odpowiedź „musi lekarka poprawić”. Dobra dusza jestem i po drodze mam tę przychodnię więc wchodzę i mówię w recepcji co i jak. „Pani Doktor jest w gabinecie”. Streszczając całą nadprogramową wizytę: w systemie recept nie da się tego żelaza inaczej wypisać niż na 100% i dopisać uprawnienie ZK, bo ten środek nie jest refundowany a to, że jest darmowy wynika z Ustawy tak jak leki dla seniorów, odpłatność 100% i uprawnienie S więc lek darmowy. Pokazała mi nawet w systemie jak to wygląda na przykładzie tego żelaza i innego leku. Stwierdza, że się tam po pracy przejdzie, skoro panie nie wiedzą co mają zrobić a po co mają mnie męczyć i ścigać o to. Mówię jej, że to nie powinien być mój problem a tym bardziej jej, bo w końcu przeszło na 0.00 zł, skoro paragon taki wydrukowało, ale Pani Doktor chyba tam poszła faktycznie albo apteka to olała lub było za późno, bo nie dzwonili do mnie więcej.

Mnie tylko w tej sytuacji z żelazem zastanawia jedno: gdyby nie mamy opatrunki ja do teraz nie miałbym potrzeby iść do apteki więc by nie miały opcji mi o tym problemie powiedzieć a na recepcie nie ma nr telefonu pacjenta. Co by apteka zrobiła gdybym się po to nie zjawił? A z opatrunkami zastanawia mnie jakim cudem nie mają karty produktu skoro zamawiają ten produkt i wydają go regularnie od kilku miesięcy?

apteka

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 115 (131)

#92530

przez (PW) ·
| Do ulubionych
W pobliżu mojego miejsca zamieszkania jest duży park ciągnący się przez obszar ładnych paru hektarów i przechodzący w las. Jest to więc bardzo częste miejsce spacerów mieszkańców, ale też organizowania imprez i wydarzeń kulturalnych.

Pewnego słonecznego dnia na jednej z polanek, dość znana w mojej miejscowości trenerka zwierząt, urządziła niewielki pokaz połączony z możliwością przeprowadzona treningu swojego psa. Jak dla mnie wszystko wyglądało bardzo profesjonalnie, psy na smyczach, w kagańcach, przy właścicielach. Przechodziłam niedaleko i obserwowałam jak pokaz przerywa przypadkowy pies, który dobiegł do zgromadzenia, ewidentnie próbując zapoznać się z innymi psami. Trenerka zarządziła przerwę i poleciła brak reakcji na przypadkowego gościa.

Tymczasem pies nadal biegał luzem pomiędzy poszczególnymi uczestnikami, nie miał ani kagańca i nic nie wskazywał by zerwał się ze smyczy. Trwało to jakiś czas, stanowczo za długo, a uczestnicy spotkania spokojnie czekali. Właścicielkami okazały się dwie kobiety stojące w pewnej odległości na ścieżce, gdzie akurat przechodziłam. Najpierw przyglądały się sytuacji, nie podejmując żadnego działania, pomimo że pies (bez smyczy i kagańca) ewidentnie zakłócał zajęcia. Komentarz jednej z ich przebił jednak wszystko gdy zwróciła się od koleżanki - "Zabierz może "imię psa", bezczelnie robią takie zgromadzenia, ktoś powinien ich zamknąć". Tak, ich biegającemu luzem psu przeszkadzały zajęcia w publicznym parku.

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 116 (128)

#92515

przez ~MarynarzMaly ·
| Do ulubionych
Na fali historii o absurdzie w państwowych instytucjach.

Już prawie rok temu zaaplikowałam do dużej, międzynarodowej firmy o pracę. Długo nie było odzewu, tak że pogodziłam się, że nie są mną zainteresowani i znalazłam inną pracę. Po 4 miesiącach dostałam odpowiedź, że jednak by mnie chcieli w tej dużej firmie, ale od grudnia, i do października mam dostarczyć wszystkie wymagane dokumenty. Ustalanie czego dokładnie duża firma ode mnie potrzebuje zajęło parę miesięcy, ale koniec końców, pod koniec sierpnia wszystko im wysłałam i tylko czekałam na potwierdzenie, że wszystko jest w porządku.

Po półtora miesiąca dowiedziałam się, że coś im się tam nie podoba ale w sumie to może będzie w porządku, muszą się skonsultować z wewnętrznymi działami. Co jakiś czas dostawałam wiadomość, czy mogę im coś wyjaśnić, ale żadnych dodatkowych dokumentów nie chcieli.

Od prawie dwóch miesięcy była cisza, a ustalona data rozpoczęcia zatrudnienia zbliża się wielkimi krokami. Wysłałam parę maili, dopytując co się dzieje, bo jakby nie patrzeć w obecnej pracy też mnie jakiś okres wypowiedzenia obowiązuje. Zero odpowiedzi, tak że uznałam, że się najwyraźniej rozmyślili i nie chciało im się mnie poinformować.

Właśnie dostałam wiadomość, w pretensjonalnym tonie, że oni chcieliby ode mnie jakieś załączniki i czemu jeszcze ich nie mają? A no nie mają ich bo kazali mi nic nie wyrabiać póki nie potwierdzą czego dokładnie potrzebują. Ale oczywiście moja wina, że się nie domyśliłam co w końcu ustalili.

Dodatkowy smaczek? Rok temu kiedy aplikowałam, złożyłam aplikację na pozycję kadeta oficerskiego. Od czasu aplikacji zdążyłam już awansować na oficera w mojej obecnej firmie a w tym tempie myślę, że będę już kapitanem zanim tamci się zdecydują czy nadaję się żeby pływać jako kadet w ich ekskluzywnej firmie.

praca proces rekrutacja

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 136 (144)

#92526

przez ~NiewolnikKomuny ·
| Do ulubionych
Dalszy znajomy mieszka USA, konkretniej na osiedlu domków szeregowych rządzonym przez wspólnotę mieszkaniową (czy raczej jej hamerykański odpowiednik). Ostatnio gadaliśmy i od słowa do słowa temat zszedł na zasady ustalone przez ową wspólnotę.

1) Śmieciarka przyjeżdża po wory ze śmieciami o 8:00, więc wory należy wystawić do 7:00. Zaspałeś, zachorowałeś czy cokolwiek i wystawiłeś śmieci po 7:00, ale przed 8:00 (więc i tak zostały zabrane)? Mandat. I nie, nie można śmieci wystawić dzień wcześniej wieczorem, bo w nocy "przyjdą zwierzęta i porozwłóczą".

2) Jeśli pada śnieg, to do 9:00 masz odśnieżyć chodnik przy domu. Nie ma znaczenia, że niegrzeczny śnieg nie chce przestać padać o 9:00. W domu jest kobieta w połogu z noworodkiem, a ojciec nie zdąży do 9:00, bo musi wrócić z nocnej zmiany? Ich problem, sąsiadka ma aż 49 lat, a jakoś daje radę odśnieżyć o 6:00 za pomocą nastoletniego syna. Mandat.

3) Ozdoby świąteczne mają być zdjęte dzień po świętach. Czyli w praktyce poświęć wieczór bożonarodzeniowy na ściąganie lampek, żeby się z tym wyrobić do rana, bo inaczej mandat.
A nie można po prostu wcale nie dekorować domu, jak to taki problem? Otóż... nie można, bo "wszyscy dekorują i jeden nieozdobiony dom będzie odstawał". Na pytanie co jakby na osiedlu mieszkał ktoś, kto Bożego Narodzenia nie obchodzi, znajomy się dowiedział, że tu jest porządne chrześcijańskie sąsiedztwo i ateistą-innowiercą to można se być poza tymże osiedlem.

4) Jak przychodzą dzieci na Halloween, masz OBOWIĄZEK dać im cukierki. Lata ci po domu nowy pies/kot/papużka i nie chcesz co chwila otwierać drzwi, bo boisz się, że ucieknie? Twój problem, bawisz się w Halloween albo mandat. Jak znajomy zapytał czy wspólnota chociaż odda mu kasę za zakup słodyczy, to się dowiedział, że nie ma takiej opcji, bo to jest porządne osiedle, a nie jakaś dzielnica biedoty, żeby potrzebować takich komunistycznych rzeczy.

5) Pod twoim domem nie mogą parkować "nieznane pojazdy", bo to TY dostaniesz mandat. Chcesz parkować własne auto, to wyspowiadaj się wspólnocie jaką masz rejestrację. Chcesz zaprosić gości z własnym autem spoza osiedla? Twój problem. Chcesz zamówić pizzę na dowóz, a rozwoziciel gdzieś stanąć musi? Twój problem. Chcesz coś zamówić kurierem? Twój problem.

6) Jak już o tym mowa: kurier nie może zostawić ci paczki na ganku, jak nie ma cię w domu. A czemu to przeszkadza WSPÓLNOCIE? Bo obce auta wożące jakieś paczki to "mogą być terroryści i/lub handlarze narkotyków"!

7) Osoby spoza wspólnoty nie mogą zostawać na noc w domach. Obojętne czy masz kochankę czy zaprosiłeś rodzinę zza oceanu, to wszystko na pewno tylko wymówki terrorysty-handlarza narkotyków. Mandat.

8) Nie możesz trzymać w domu psa należącego do jednej z konkretnych ras, bo mandat. I żeby choć lista ras była ułożona np. wg. klucza "na tym osiedlu nie wspieramy namnażania psów, które są upośledzonymi przez człowieka kalekami", a nie wg. klucza "komuś, kto tę listę pisał dana rasa się nie podoba"...
(A reszta przepisów o psach jest nawet sensowna: pies ma mieć obrożę z adresówką, musi być na smyczy poza ogrodzonym podwórkiem + ma mieć aktualną książeczkę szczepień. Tym bardziej dziwi to kuriozum.)

9) Trawnik przed domem ma być zadbany, nie ma prawa być placków gołej ziemi, bo mandat. Chcesz zrobić rabatkę kwietną, ale złośliwe rośliny nie kiełkują w 5 sekund? Mandat.

10) Zrobiłeś imprezę na basenie we własnym ogródku? Mandat za spożywanie alkoholu. Impreza była bezalkoholowa? Ale lemoniada w puszkach z daleka wygląda jak piwo i rozpijasz biedne dzieci sąsiadów!

11) Żona pocałowała znajomego w czoło na do widzenia, kiedy wychodził do pracy, więc oboje stali w progu domu. Mandat za "nieprzyzwoite zachowanie w miejscu publicznym, gdzie mogły je widzieć dzieci".

Ladies and Gentelments, The Land of Freedom!

USA

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 104 (116)

#92518

przez (PW) ·
| Do ulubionych
O wykluczeniu społecznym.

W gminie, w której mieszkam doszło do skażenia wody, zdatna tylko do celów sanitarnych. Informacja pocztą pantoflową na grupie facebookowej i na stronie peko. Żadnej kartki w drzwiach, alertu RCB czy informacji na tablicy. Co z tymi, którzy nie korzystają z internetu?

Piekielność druga. Woda w beczkowozach w godzinach 12-15 w jednym konkretnym miejscu. Co z tymi, którzy nie mogą dźwigać? Ja sobie poradzę i pewnie pomogę innym, ale nie tak to powinno wyglądać moim zdaniem.

PS: Dwa tygodnie po wystąpieniu problemu, dziś otrzymaliśmy alert RCB. Czyli jednak się da tyle, że pewnie procedury nie nadążają.

procedury

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 151 (163)

#92528

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Część numer 3 epopei z Panem Dyrektorem.

Poprzednie części:
#1 https://piekielni.pl/92119
#2 https://piekielni.pl/92324


Zostałem zaproszony na rozmowy w celu wymiany całego systemu, nie tylko ja ale też dwie inne firmy (o których wiem). Co ciekawe nasze firmy są firmami małymi mającymi po kilku pracowników, natomiast najwięksi tegoż rynku zostali pominięci.

Tutaj musze wyjaśnić jak działa ta nisza mojej branży w której się obracam. Na rynku jest 2 bardzo dużych graczy, ogarniających naprawdę duże projekty, po kilka na raz takich projektów. Jest jedna firma średnia która próbuje aspirować do tego "Big 2" biorąca jeden duży projekt i reszta mniejszych i jest kilka firm takich jak moja które świadczą głównie usługę przeglądową i pomniejszy serwis oraz przebudowy już istniejących systemów których Ci więksi nie chcą brać, bądź projekty małe czy tam średnie. Dodatkowo te najmniejsze firmy takie jak moja bardzo często są podwykonawcami tych większych. Osobiście moja firma jest tez podwykonawcą jednej firmy z "Big 2" jak to nazywamy między sobą.


W gwoli przypomnienia. Pan dyrektor miał kontrolę z odpowiednich służb i te służby stwierdziły uchybienia, które ma naprawić przez rok po kontroli. Ten czas zbliża się nieubłaganie.

A teraz do historii. Dostałem telefon od Pana Dyrektora jakoś pod koniec miesiąca, żeby już jak najszybciej przyjechać z nową ofertą, bo oni są zainteresowani, rozumie że minął już czas ważności starej oferty, na pewno uda nam się porozumieć. Odpowiadam krótko że w sumie nie jestem jakoś mocno zainteresowany współpracą i nie wiem czy jest sens przyjeżdżać i takie tam. Pan Dyrektor wszedł mi trochę na ambicję, podłechtał moje ego mówiąc że mam bardzo dobre rekomendacje i jest to duża szansa dla mojej firmy.

Tutaj muszę powiedzieć, że ta przebudowa to jest duża szansa dla firmy i dla mnie osobiście. Projekt mogę zaliczyć do projektów dużych bądź średnio dużych, a druga sprawa kosztownych.

Dobra za bardzo dryfuje.

Wybrałem się na to spotkanie, z aktualną ofertą. Dodatkowo zabrałem ze sobą przykładowy draft umowy który zawieram z klientami jak robię takie przebudowy/instalacje.

[D]yrektor - Dzień dobry, witam Panie Nyord zapraszam zapraszam.
[J]a - Dzień dobry, czego Pan od nas oczekuje?
[D] - Mamy budżet tylko musimy to wykonać, najlepiej jak najszybciej, pokaże Pan ofertę. Okej, okej mieścimy się w budżecie, myślę że możemy nawet za chwile podpisać umowę o współpracy.
Tutaj z mojej twarzy na pewno widać zdziwienie.
[J] - Panie Dyrektorze, jak to umowę, tak od ręki? Jaką umowę przede wszystkim, ja przywiozłem przykładowy draft umowy ale to jeszcze sporo uzgodnień nam jest potrzebnych.
[D] - Ale my mamy przygotowaną umowę, Pan podpisze i będziemy działać.
[J] - Nie podpiszę czegoś, czego nie przeczytałem. Pokaże Pan tą umowę.
[D] - Toż to jest 60stron!
[J] - Jak nie mogę tego zrobić tutaj to poproszę o kopię, przeczytam u siebie i dam znać. Czytam dosyć szybko wiec nie zajmie to długo.
[D] - Ehhh no dobrze proszę, zaprowadzę Pana do konferencyjnego a sam zajmę się swoimi sprawami.

Teraz kwiatki z umowy.
1. Nieprzekraczalny czas wykonania inwestycji tj. 28.02.2026, za każdy tydzień zwłoki naliczane jest 2% od pełnej kwoty zamówienia.
2. Prace inwestycyjne nie mogą kolidować z pracą zakładu i mają być wykonywane poza godzinami pracy zakładu. (Zakład pracuje na dwie zmiany czyli musimy pracować w nocy)
3. Wypłata 100% wynagrodzenia za wykonaną pracę występuje po 180 dniach od protokołu końcowego oraz prawidłowo wystawionej faktury.
4. Zleceniodawca nie przewiduje udostępniania pomieszczeń zleceniobiorcy w celach magazynowych.

To takie najbardziej istotne.

ad. 1 Termin nierealny do zrealizowania z powodu przede wszystkim czasu oczekiwania na towar (część dostanę od ręki, ale najbardziej kosztowne rzeczy są pod zamówienie i trzeba na to czekać), świąt i sylwestra (wydłuża dostawę), końca roku (część elementów już jest nie dostępna i będzie dopiero w połowie stycznia). Kary są normalną częścią umowy, jednak przy tym czasie i tej skali wątpię żeby ktokolwiek się połasił na tą inwestycję.

ad. 2 Zakład pracuje od 6:00 do 22:00, fizycznie pracę zaczniemy najwcześniej 22:15, a musimy skończyć po 5:00, bo jeszcze musimy wszystko posprzątać.

ad. 3 Standardem są umowy z wypłatą ratalną, np. 30% przed inwestycją na materiały, 30% w trakcie i 40% na końcu (procenty są ruchome i transzy może być więcej)

ad. 4 Jeżeli bym się zdecydował na tą inwestycję to muszę zamówić kilka ton rur stalowych, gdzie to mam trzymać? Blaszak wynająć? Zazwyczaj zamawiający udostępnia jakąś halę, część magazynu na składowanie elementów, tutaj nie ma takiej możliwości.

Grzecznie podziękowałem Panu Dyrektorowi za współpracę i się pożegnałem życząc powodzenia w szukaniu jelenia który mu to zrobi z ich umową.

PS. Skąd wiem że 3 firmy (o których wiem) dostały zaproszenie? Bo z dwóch firm dostałem pytanie czy ewentualnie im pomogę i sam o to pytałem vice versa. Na spotkaniu z dyrektorem byłem jako pierwszy, tego samego dnia tylko po południu była druga firma, a trzecia jak usłyszała co on chce to zrezygnowała z wyjazdu. Co do firm z "Big 2" i tej średniej, wiem że nie pytali tej firmy z którą ja współpracuje oraz tej średniej bo tam mam kolegę.

Czas ucieka a Pan Dyrektor dalej bez wykonawcy.

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 143 (149)

#92527

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Z cyklu: Bareja by tego nie wymyślił.

Wg naszego 'kochanego' NFZ człowiek ma tylko zęby przednie gdyż, cytuję: "Leczenie kanałowe: Refundowane jest wyłącznie dla zębów przednich (od jedynki do trójki)."
Pozostałe zęby są fanaberią człowieka i jako takie nie podlegają refundacji przy leczeniu kanałowym.
Ciekawe jak się zachowa MZ kiedy zacznę płacić składkę zdrowotną w wysokości 33% obowiązującej... no bo jak leczą tylko 1/3 zębów dlaczego mam płacić całość?

P.S. Pozostałe zęby są leczone tylko na ubytkach.

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 102 (108)

#92517

przez ~RitaMarino ·
| Do ulubionych
Moja mama ma osobowość narcystyczną. Razem z moimi siostrami dzieciństwo miałyśmy ciężkie, głównie z uwagi na jej przemoc psychiczną, karanie ciszą i nastawianie nas przeciwko sobie.

Za każdym razem gdy coś się działo w rodzinie, co jej nie dotyczyło bezpośrednio, to zawsze starała się być w centrum uwagi. Gdy zdradzała naszego ojca, to z siebie zrobiła ofiarę, a z niego okropnego człowieka, który to on zdradził ją wcześniej. Dodam że nigdy takiej sytuacji nie było i tata był spokojnym człowiekiem, którego interesowały wyłącznie praca i dom.

Oczywiście rozwiedli się, a mama z ówczesnym kochankiem zaczęła pomieszkiwać raz u niego a raz u nas w domu. Z biegiem czasu jednak przenieśli się do niego i tu zaczęły trochę dziać się cyrki. Moje siostry gdy zakładały rodziny były zdane głównie na siebie. Gdy najbardziej potrzebowałyśmy jej - była zajęta sobą i swoim kochankiem. Po jakimś czasie wzięli ślub, żadnej z nas na nim nie było.

Z biegiem czasu nauczyłyśmy się radzić sobie bez niej i każdej z nas jakoś się układało. Za każdym razem gdy już było dobrze i czułam stabilizację, wracała znów i robiła bajzel. Znów się człowiek pozbierał i znów zaczynało się od nowa. I tak w kółko. Jak wspominałam, nasza mama uwielbia być w centrum uwagi i uwielbia robić z siebie ofiarę. Nie potrafiła nawet pozwolić mi cieszyć się przygotowaniami do ślubu. Umówiłam jej makijaż i fryzjera w tym samym miejscu co i sobie, przy czym powiedziałam jej że wszystkie koszty biorę na siebie. Zmieniła zdanie raz, że jednak nie chce. Uznałam że nie będę jej męczyć, bo wiem że nie lubi się malować. Jakiś czas później gdy z nią rozmawiałam, stwierdziła że jednak skorzysta. Więc po raz kolejny zmieniałam ustalenia z makijażystką i fryzjerką. Powtarzałam jej wielokrotnie że miesiąc przed weselem musimy podać listę gości, bo wszystko jest organizowane w sali weselnej i właścicielka musi zaplanować wszystko.

Nie podobało jej się to, że musi się określić, bo jak stwierdziła "przecież są sytuacje losowe" albo "nie wiadomo jak to będzie". W międzyczasie pokłóciła się ze swoim drugim mężem i stwierdziła że zrobi mu karę i go nie weźmie, pech jednak chciał że musiałam podać już listę gości. Pytałam jej trzy razy czy jest pewna, cały czas utrzymywała że tak. Jednak tydzień później znów odezwała się z informacją, że ona jednak nie chce ani makijażu ani fryzjera, a na salę nie przyjdzie, tylko do kościoła. Zapytałam co się nagle stało, stwierdziła że ona nie chce aby ktokolwiek się do niej dokładał i że jak ja to sobie wyobrażam że ona ma przyjść sama bez męża. Zapytałam - czy nie przeszło jej przez myśl, że gdy powiedziała mi, że przychodzi sama, to że jego nie będzie, stwierdziła że - ale jak my to sobie wyobrażamy że każdy przyjdzie z kimś a ona sama.

Robiła problem o błogosławieństwo przed ślubem. Szalę goryczy przelał fakt, że oczerniała mnie i mojego męża do sióstr i jej mężów. Mówiła naprawdę niestworzone rzeczy, do tego stopnia, że gdy to usłyszałam byłam naprawdę wściekła. Mówiła, że to nasza wina, że jej mąż nie idzie, bo nie wpisaliśmy go na listę gości, że dla mojego męża liczy się wyłącznie jego rodzina bo ma pieniądze, że ona nie lubi do nas przyjeżdżać bo źle się u nas czuję. A to tylko czubek góry lodowej. To że gadała na mnie to jedno, ale nie mogłam przeżyć faktu, że zaczęła mówić na mojego męża, od którego miała wiele pomocy, i w żaden sposób nie wypowiedział się o niej źle.

Napisałam do niej litanie, aby wyprostować wszystko i nie pozostawić jej żadnych wątpliwości. Poprosiłam żeby nie fatygowała się ani na błogosławieństwo, ani do kościoła. Od tamtej pory nie rozmawiamy ze sobą i chyba pierwszy raz od dłuższego czasu czuję ulgę.

Kujawsko-pomorskie

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 141 (163)

Podziel się najśmieszniejszymi historiami na
ANONIMOWE.PL

Piekielni