Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

 

#86929

~Untermensch ·
| Do ulubionych
Sytuacja sprzed kilku lat.

Spędzaliśmy wczasy w miejscowości turystycznej w północno-zachodniej Polsce. Były nas 3 rodziny, razem 10 osób. Poszliśmy pewnego wieczoru do restauracji coś zjeść, był to wczesny wieczór i do zamknięcia było jeszcze lekko kilka godzin. Wchodzimy, chcemy zamówić, ale pani nam mówi, że już nie da rady, bo kuchnia zamknięta i kucharz poszedł do domu. Dziwne, no ale trudno, podziękowaliśmy i wyszliśmy. W drzwiach minęliśmy się z grupą Niemców, liczebnie mniej - więcej taką jak my.

Poszliśmy jeszcze do sklepu, a jakieś pół godziny później wracaliśmy obok tej restauracji i przez szybę było wyraźnie widać jak Niemcy siedzą przy stolikach i jedzą.

Najwyraźniej na dźwięk języka niemieckiego i wizję sowitego napiwku w euro, zamknięta kuchnia magicznie się otworzyła, a kucharz teleportował się z domu do kuchni, tylko po to by ugotować Niemcom dobre jedzonko.

restauracja

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 129 (151)

#86930

(PW) ·
| Do ulubionych
Z kim przestajesz, takim się stajesz. Coś w tym jest, choć nie zdajemy sobie często sprawy, że stajemy się podobni do ludzi, z którymi przybywamy. Dzisiaj będzie właśnie o tym.
Wiolkę poznałam w pracy - nie żebym miała coś do tego imienia, ale muszę ją jakoś nazwać na potrzeby historii.
Obie byłyśmy wtedy na półrocznej umowie i jedna z nas miała zostać na stałe.

Na początku wydała mi się przesympatyczną, wygadaną, po prostu fajną dziewczyna, przy tym bardzo towarzyską i charyzmatyczną.
A, że sama nie mam aż takiej łatwości w nawiązywaniu kontaktów i przyjaciół zaledwie paru, a ona jak by się mogło wydawać całe mnóstwo, bardzo mi to imponowało.
I tak zakumplowałyśmy się. Na początku czerpałam radość z tej przyjaźni, miło spędzałyśmy razem czas, wychodziłyśmy razem na miasto.

Wiolka miała kiedyś byłego, który rzucił ją w dość chamski sposób. Bardzo to przeżywała, mimo że minęło od tego czasu kilka miesięcy. Okazało się, że miała stany depresyjne. Szkoda mi jej było, próbowałam jej wesprzeć, doradzić.

Prace sobie totalnie olewała, chodziła ciągle na zwolnienia. Ale i tak liczyła, że to ona zostanie. Z dumą opowiadała jaka jest sprytna, że kombinuje i się nie stara, a i tak ma znajomości, więc ją zatrudnią. Ja robiłam swoje, byłam solidna i dość pilnie pracowałam, nie bumelowałam, nie chodziłam na zwolnienia, nie spóźniałam się do pracy. Co koleżance było nie bardzo w smak, bo pewnie zdawała sobie sprawę z tego, że źle to wypada na jej tle.

W końcu rozmowy o jej byłym facecie przybrały na sile, opowiadała bez przerwy tylko o nim, o swojej depresji, o myślach samobójczych, o chodzeniu do psychiatry. O tym, że jeśli nie zostanie w pracy, to coś sobie zrobi.
Pocieszałam ją, próbowałam doradzić, jednak żadnej mojej rady, żeby o tym facecie zapomnieć nie brała sobie do serca.

Z czasem zaczęło mi to coraz bardziej ciążyć, powoli sama stawałam się taka jak ona, smutna i zdołowana.
Łapałam się sama na pesymistycznym myśleniu.
Pod koniec umowy Wiolka poszła na kolejne zwolnienie. Twierdziła, że nie daje sobie rady ze sobą. Ja pracowałam, a ona wydzwaniała, pisała po 20, 30 wiadomości w ciągu dnia.
Odpisywałam, że nie mam czasu i oddzwonię po pracy. Nie rozumiała tego.

W końcu przyszedł czas decyzji komu przedłużą umowę. Wybrali mnie. Kilka dni później usłyszałam plotki na swój temat, że zostawiłam Wiolkę samą w dołku psychicznym i przeze mnie nie będzie mieć pracy. Już więcej się do mnie nie odezwała.

Nie mamy już kontaktu od kilku miesięcy. Co wyszło mi na dobre, bo wyraźnie odżyłam.
Jedyne co pozytywnego wynikło z tej znajomości, to to, że zrozumiałam jak wielki ludzie z naszego otoczenia mają na nas wpływ i jak bardzo potrafią nami manipulować.

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 131 (145)
Końcem grudnia zeszłego roku popełniłam zbrodnię, a mianowicie kupiłam lampę w sklepie na literę O, rymującym się z jednym z bohaterów Star Wars.
Lampa wytrzymała do maja. Plastikowe elementy przy kloszach pękły pod wpływem temperatury. Nie pozwoliłam by klosze niebezpiecznie dyndały tylko i wyłącznie na kablach.O nie!

Na drugi dzień wraz z lubym odkręciliśmy nieszczęsną lampę i radośnie potuptałam do sklepu.
Na miejscu podeszłam do odpowiedniego stanowiska. Wyjaśniłam w czym rzecz. Że pękł plastik, że niebezpieczne itp, itd. Babka oglądnęła dokładnie paragon po czym stwierdziła, że ona nie wie jak ma to wpisać! Woła koleżankę. Ta twierdzi, że produkt nie podlega reklamacji. Bo tak. Co z tego że miałam pudełko, lampę i paragon.

Po bezsensownej wymianie zdań proszę, by zawołały kierownika. Ten przychodzi z wielkim fochem i od razu marudzi, że jest zajęty, że mu cztery litery zawracamy. Łaskawie wklepuje w komputer, zabiera moje świecidło z komentarzem: "Zobaczymy czy to na pewno z winy producenta he he".

W sklepie spędziłam grubo ponad godzinę. Na rozpatrzenie czekałam miesiąc. Dostałam telefon, że reklamacja uznana i lampa idzie do naprawy. A to całe rozpatrywanie miało to trwać tylko dwa tygodnie. Machnęłam ręką, bo myślałam, że już z górki. Kolejny miesiąc naprawiali moją nieszczęsną lampę.

Wczoraj wróciła do mnie poklejona na szybko i byle jak. Strach w takim stanie wywiesić ją na sufit.
Nie zostawię tego tak...

Obi w choya was zrobi

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 121 (133)

#86926

(PW) ·
| Do ulubionych
To co się wydarzyło w ciągu ostatnich 3 dni przerosło mnie doszczętnie.

W sobotę wieczór stwierdziliśmy z chłopakiem, że jedziemy na burgery na kolację, a idąc do samochodu przy okazji wyrzucimy śmieci. Pozbyliśmy się worka, a tu nagle uwagę partnera zwrócił ruch pod kontenerami. Okazało się, że po naszej altance śmietnikowej biega sobie udomowiony szczur (widać to od razu po wyglądzie) i wyjada resztki skąd się da.

Chłopak poleciał po jakiś pojemnik, kocyk i pomidora na przynętę, a ja w międzyczasie zaczęłam szukać pomocy na znanych mi grupach facebookowych, pytałam, czy może ktoś przyjechać i pomóc w łapance, bo szczur nie jest zbyt chętny do współpracy.

Ostatecznie jednak przy pomocy przekupstwa udało się szczura złapać (w zasadzie sam wszedł na rękę). Odwołaliśmy alarm i zaczęliśmy szukać maluchowi domu stałego.

Dzisiaj (wtorek, wieczór) chłopak wychodząc z domu znalazł pod blokiem dwa przerażone szczury w malusiej, obskurnej, brudnej, śmierdzącej klatce, z niewłaściwą ściółką (trociny wymieszane z sianem i jakimś plastikowym pogryzionym workiem), z obgryzionymi do cna kolbami kukurydzy. Na dnie pełno kup, ewidentnie klatka nie była sprzątana od dawna.

Dopiero po jakieś godzinie skojarzyłam fakty, że kiedy szukałam wsparcia na grupach na fb podałam adres gdzie potrzebna jest pomoc i ktoś prawdopodobnie wykorzystał moją głupotę - zostawił szczury, bo wiedział, że jest jedna taka debilka, która nie przejdzie obojętnie obok potrzebującego zwierzaka.

Jakim trzeba być potworem, jaką gnidą, żeby zrobić coś takiego bezbronnym stworzeniom? Narazić je na takie warunki (syf, brak odpowiedniego jedzenia i przestrzeni do życia), a potem beztrosko podrzucić komuś innemu, pozbywając się problemu? Zostawić na dworze, w nieosłoniętym miejscu, wystawionym na wiatr i deszcz...

Po prostu brak mi słów.

Gdańsk

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 150 (172)

#86950

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia może nie piekielna, bardziej śmieszna, może trochę głupia/żałosna, ale opiszę.

Raz w miesiącu w moim mieście odbywa się targ staroci. Jak mam chwilę to zawsze się na niego wybieram, bo można znaleźć ciekawe rzeczy.

Tak było i tym razem. Przechadzając się między straganami znalazłam pana sprzedającego porcelanowe filiżanki. Oprócz mnie przy stoisku stał tylko jeden facet, który oglądał filiżanki, które akurat bardzo mi się spodobały.
Tamten facet pooglądał, popatrzył, zapytał o cenę i sobie poszedł do innego straganu. No cóż, korzystając z okazji i tego, że filiżanki bardzo mi się spodobały, to je po prostu kupiłam.

Idę dalej oglądać, z moim łupem w torbie, gdy czuję puknięcie w ramię. Nic to myślę, dużo ludzi, pewnie przez przypadek ktoś mnie puknął. Ale za chwilę słyszę:
- Przepraszam bardzo, ale dlaczego pani kupiła MOJE filiżanki?
Ja lekka konsternacja bo o ch... chodzi. Odwracam się, a tam facet, który przede mną oglądał filiżanki.

Nie będę tu przytaczać całego dialogu, albo raczej monologu owego pana, ale głównie to było „Dlaczego pani kupiła te filiżanki? Ja je oglądałem i chciałem kupić. Pani powinna mi je teraz odsprzedać, a najlepiej oddać, bo są moje i ja je miałem kupić”. Udało mi się wtrącić, że przecież, tylko obejrzał i sobie poszedł, ale jakbym mówiła do ściany. Postanowiłam sobie nie psuć nerwów, popukałam się w czoło i po prostu poszłam w swoją stronę. Ale za plecami jeszcze słyszałam, że „on tak tego nie zostawi i jeszcze będę musiała mu oddać te filiżanki, bo one są jego”.

Cóż kochani, pamiętajcie żeby nigdy w takich miejscach nie kupować rzeczy, które wcześniej ktoś oglądał. Bo jak oglądał to znaczy, że już są jego.

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 116 (128)

#86879

(PW) ·
| Do ulubionych
Piekielna byłam po części ja.. ale to przez to, że nie potrafię się odezwać kiedy trzeba... a wystarczyło nagrać telefonem.

W moim bloku mieszkają głownie starsi ludzie. W mojej klatce na 12 mieszkań chyba 4 tylko zamieszkałe są przez młodych, reszta to staruszkowie 80+. Jednakże, nie oni są piekielni, wręcz przeciwnie, tworzymy całkiem zgraną, chętną do wzajemnej pomocy społeczność.

Najlepszy kontakt mam z sąsiadką z piętra. Pani 89 lat, ze sporymi problemami z poruszaniem się. Od 3 lat czeka na miejsce w domu opieki i doczekać się nie może. Na co dzień chodzi o balkoniku ale ostatnio jest jej o wiele trudniej.

Pani w zeszłą środę upadła w mieszkaniu nabijając sobie guza wielkości pomarańczy. Karetka przyjechała, zabrali na badania odwieźli obolała z powrotem. W piątek upadła ponownie nabijając sobie guza z drugiej strony. Jednakże nikogo już tym razem nie wzywała. Cała obolała od tygodnia prawie nie śpi. ruszyć jej trudno, bo głowa bardzo boli. Do tego chyba sobie coś w szyi nadwyrężyła, bo ma bardzo ograniczone ruchy. No i tak starała się przetrwać weekend.

Widziałam Panią w sobotę no i poza guzami i lekkim zasinieniem w tym miejscu wyglądała ok.

Dziś o 4 w nocy zadzwoniła do mnie, że jej jednak gorzej i już nie wytrzyma. Boli, mdli, kręci w głowie na zmianę do tego ciężej się oddycha (to ostatnie to możliwe że atak paniki). Zadzwoniła sama po pogotowie, ale potrzebowała wsparcia. Jak ją zobaczyłam to się przeraziłam, Pani miała CAŁĄ twarz fioletową.. okolice oczu wręcz bordowe. Wyglądała jakby ją ktoś pobił.

I tu zaczyna się piekielność całej sytuacji.
Przyjechali sanitariusze, wyraźnie za karę. Jeden szczególnie niemiły, opryskliwy wręcz momentami chamski...
- No i teraz sobie teraz przypomniała że Panią boli?? Nie mogła Pani już czekać do rana?
- Niech się Pani zamknie.. ludzie śpią.. no niech się Pani zamknie.

Sąsiadka mówiła mu, że musi zabrać torbę do szpitala, bo nie będzie miał potem kto jej przywieźć. Cała rodzina pojechała na urlopy i jest sama. Komorki nie posiada, nie będzie miała nawet jak powiadomić.

- A to niech sobie pani to nosi jak musi.. ja nie jestem od tego (ostatecznie drugi sanitariusz pomógł).

[S] No to wstaje Pani i idziemy.
[B] Ale ja mam problemy z poruszaniem i o kuli chodzę, a teraz mi ciężej, wszystko mnie boli po tych upadkach.
[S] To kule niech sobie Pani weźmie.. idziemy... szybciej ...jest 5 rano...

Panowie zaparkowali karetkę tak w połowie bloku.
[B] Ojej jak daleko ja chyba nie dojdę.. Czy może Pan podjechać bliżej?
[S] Dojdzie Pani... niech się pani ruszy... To niedaleko.. no szybciej jest 5 rano.

Nie kwapił się aby zabrać panią pod ramie, ciągle popędzał, podnosił głos. W końcu zrobił to drugi sanitariusz, który do tej pory niósł torbę. Aby pomóc staruszce, poprosił kolegę aby to on te torbę wziął na chwilę. No wziął, ale jeszcze bardziej zaczął komentować, że on tragarzem nie jest.

Osobiście byłam zdegustowana. Ale tak jak mówię, za mało miałam jaj, do tego 4 w nocy, wyrwana z łóżka po nieprzespanym weekendzie.

słuzba_zdrowia

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 127 (135)
Muszę się podzielić, bo poziom absurdu i bezmyślności, którego byłam dziś świadkiem mnie powalił.

Jechałam samochodem przez centrum miasta, ruch był duży, droga miała po dwa pasy w każdą stronę. Przede mną, środkiem mojego pasa jechała rowerzystka.
Jechała, uwaga uwaga: lewym pasem.

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 96 (102)

#86855

(PW) ·
| Do ulubionych
Natrafiłam ostatnio na kilka postów na fb dotyczących tej samej tematyki. Poczytałam, powzdychałam nad głupotą ludzką, a potem zaczęłam czytać komentarze... No i okazało się, że to, co jest dla mnie oczywiste, dla wielu osób podlega dyskusji. Otóż mnożą się artykuły odnośnie kota, który został nielegalnie zakupiony, jest w rękach prywatnych, według wyroku sądowego powinien zostać przekazany do zoo, ale jego właściciel robi z tego szopkę i opowiada, jaki to jest biedny, bo państwo chce zabrać mu zwierzątko domowe.

No i jeszcze mały szczegół: kotek jest dorosłą pumą.

Żyjemy w dobie internetu, z dostępem do książek, opinii ekspertów, z możliwością korzystania z własnej wiedzy na temat dużych kotów. Mimo tego wciąż podnoszą się głosy, że puma powinna zostać z właścicielem. Dziki kot, który co prawda wychowywał się z człowiekiem, ale wciąż jest pumą, wciąż ma instynkt, pazury i masę przewyższającą niejednego dorosłego człowieka.

Może nie wszyscy rozumieją różnicę między udomowieniem, a oswojeniem, więc wyjaśnię: udomowione zwierzęta żyją z człowiekiem od wieków czy wręcz tysiącleci, a więc są przyzwyczajone do traktowania go jako członka stada, ew. jako pewien dodatek, łatwo je przyzwyczajać do ludzi, można je szkolić i trzymać w domu. Zwierzęciem udomowionym jest na przykład pies - jeśli takiego odpowiednio wychować, to raczej nie będzie niebezpieczny dla człowieka. Są wyjątki, jasne, ale zwykle wypadki są winą człowieka (który np. wziął trudnego do ułożenia psa i olał szkolenie go). A co z pumą? Otóż puma, jak inne dzikie zwierzęta, może być oswojona – była wychowywana z człowiekiem, a więc jest do niego przyzwyczajona. To nie oznacza, że straciła naturalne instynkty albo że nagle potrzebuje tego człowieka do szczęścia. Co więcej, trzymanie takich zwierząt w domu jest po prostu ogromnym ryzykiem – ataki zwierząt udomowionych zdarzają się, ale są rzadkością, natomiast kupowanie dzikich kotów „na kanapę” stało się ostatnimi czasy plagą, która zaowocowała ogromną liczbą wypadków.

W Polsce nie jest to jeszcze aż takie popularne, zwłaszcza że prawnie nie można tego robić, ale w innych krajach wiele osób kupuje sobie urocze lwy czy tygryski do własnego ogrodu, z których spora część w pewnym momencie przypomina sobie o swojej naturze i zaczyna być zagrożeniem, czasem wręcz zabija ludzi, którym wydaje się, że to taka miła maskotka. Pierwszy lepszy przykład: w zeszłym roku w Czechach nielegalny hodowca lwów został zagryziony przez własne zwierzątko w jego zagrodzie. W jednym z postów na fb ktoś opisywał inny przypadek, kiedy lwica trzymana w domowej hodowli uciekła i zabiła niewinną dziewczynę. Co więcej – nikt nic nie zrobił i ten sam kot zaatakował ponownie dwa lata później...

Jest wiele argumentów w tej sprawie, ale jeśli chodzi o argument „bo oni tak żyją od lat i wszystko jest świetnie”, to jest on po prostu durny. Faceta mi nie szkoda, kupił nielegalnie zwierzę żeby na nim zarabiać, a teraz ucieka przed wyrokiem sądowym. Puma nie jest udomowiona, a więc raczej się nie przyzwyczaiła i prawdopodobnie lepiej by jej było na wolności, a skoro została pozbawiona takiej szansy, to w zoo czy rezerwacie, gdzie nie stanowiłaby też zagrożenia. Do człowieka przywiązują się psy czy konie, nie dzikie koty.

Są też kontrowersje dotyczące ogrodu zoologicznego, który miał przejąć pumę – nie chcę w to wchodzić, nie znam aż tak sytuacji. To samo tyczy się tego, czy kot ma dobre warunki – wiele źródeł wskazuje, że nie, bo prezentowany przez właściciela i jego fanów wybieg jest niezamieszkany od lat, odkąd kot został wpakowany do klatki i wywieziony, żeby nie znalazła go policja. Ale jeśli chodzi o sam fakt, że dziki kot mieszka u prywatnej osoby, która nie jest ekspertem i jeszcze upiera się, że puma nie jest dla nikogo zagrożeniem, jest dla mnie mega piekielny.

Skomentuj (49) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 117 (153)

#86848

~ekopredator ·
| Do ulubionych
Na fali piekielnych wyborów...

Miejsce akcji - miejscowość po Poznaniem, słynna na całą Polskę, bo stąd pochodziła pierwsza ofiara koronawirusa. Nie dalej jak 2 tygodnie temu zamknięto tutaj całe przedszkole, bo jedno z dzieci jest zakażone...

Godz. 14.

Wchodzę do lokalu wyborczego, na twarzy maseczka, w ręku dowód, w drugiej ręce niemowlak.
Wchodzę... i aż mnie zatkało. Siedzi sobie komisja, na stołach papiery, obok przyłbice i maseczki...
Żadna z osób w komisji wyborczej nie miała na swojej twarzy żadnego zabezpieczenia.
Ja: - Dlaczego nie mają Państwo na sobie maseczek?!
Zastępca Przewodniczącego: - Bo my jesteśmy zdrowi, nie mamy koronawirusa, zresztą, pani dziecko też nie ma maseczki, może nas zarazić, więc o co chodzi? (wyraźny atak w głosie).
Ja: - Ale przecież to jest Państwa obowiązek. Jeśli ktoś zobowiązuje się do pracy w komisji wyborczej, to chyba rozumie, że będzie musiał siedzieć w maseczce lub przyłbicy cały dzień. Poza tym przepisy mówią, że małe dzieci nie muszą mieć maseczek.

Zastępca Przewodniczącego uśmiecha się pod nosem z politowaniem "o co tej babie chodzi".

Ja: - Kto z Państwa jest Przewodniczącym Komisji?
Zastępca Przewodniczącego: - Właśnie wyszedł do sklepu, zaraz wróci.

W tym momencie wchodzi Przewodniczący Komisji Wyborczej z siatami w ręku (aparycja leśnego dziadka), bez maseczki, a jakże. Na pytanie o brak maseczek i swoja odpowiedzialność odpowiada:

Przewodniczący Komisji - Ale proszę pani, oni dbają o przestrzeganie zasad higieny, każdy z nich ma rodzinę. Sami ponoszą ryzyko zakażenia, bo odwiedza nas w czasie wyborów co najmniej 700 osób. Przecież członkowie komisji też mogą się zarazić. A poza tym panie siedzą tutaj od 4.30, no mogły zapomnieć założyć ze zmęczenia...
Ja - (tak... jasne, wszyscy zapomnieli, biedactwa) Ja mam maseczkę, inni wyborcy również. Państwa nonszalancki stosunek do kwestii epidemii i maseczek mnie przeraża. Czy wy zapomnieliście, że jest tutaj kilkadziesiąt rodzin na kwarantannie?
Przewodniczący Komisji: - Ja panią przepraszam. Skoro to pani tak bardzo przeszkadza, to my założymy maseczki...

W tym momencie komisja zakłada maseczki na twarze (miny mówiły: rąbnięta baba wierzy w epidemię, nikomu to nie przeszkadzało, a ta się przyczepiła), a ja żałuję, że nie zrobiłam zdjęć.
Ja - Dopiero teraz...?

Po powrocie do domu zadzwoniłam do Krajowego Biura Wyborczego w Poznaniu - pani się nie przejęła, powiedziała, że zadzwoni tam i przypomni.
Szczerze żałuję, że nie pomyślałam o telefonie na Policję i do sanepidu. Głupota członków komisji byłaby słynna na całą Polskę. Chociaż kto wie, może już w tym tygodniu wszyscy dowiemy się o nowym ognisku koronawirusa pod Poznaniem...

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 99 (115)

#86774

(PW) ·
| Do ulubionych
O tym jak najprostsze rozwiązania bywają skuteczne.

Sytuacja działa się w szkole. Byliśmy zgraną klasą bez konfliktów. Po podstawówce poszliśmy wszyscy razem do gimnazjum jako ta sama klasa, ponieważ obie szkoły znajdowały się w jednym budynku. Dodatkowo do naszej klasy doszło kilka nowych osób z zewnątrz i to będzie historia o jednej z nich.

Przyszedł chłopak. Widać było, że patus. Jego ulubioną zabawą było dręczenie innych. Zabierał nam różne rzeczy (długopis, piórnik, cały plecak) tylko po to, by wyrzucić do śmietnika robiąc danej osobie na złość. Podkładał nogi, zaczepiał, pluł, a jego popisową akcją było podbieganie do niczego nieświadomej osoby od tyłu i kopanie w dupę. Zaczepki słowne i wyzwiska były normą. Gdy ktoś próbował się bronić, patus leciał do pani z krzykiem, że tamten go bije.

Nauczyciele z wychowawczynią na czele najpierw próbowali go naprostować, ale gdy w dzienniku brakowało mu już miejsca na uwagi, wszelkiego rodzaju apele, upomnienia, nagany i prośby do rodziców ze strony nauczycieli nic nie pomogły, a on siedział więcej czasu u szkolnej pedagog na pogadankach niż na lekcjach, nauczyciele odpuścili. Mówili nam tylko, że musimy jakoś to znosić, bo on jest chory. Nie mam pojęcia na co, chyba na patologię.

Pod koniec pierwszej klasy, razem z trzema kolegami uznaliśmy, że trzeba coś z tym zrobić, bo inaczej przez kolejne dwa lata będziemy musieli to znosić. Przydybaliśmy go więc w ubikacji, dostał kilka cepów na twarz, po czym zrobiliśmy mu tak zwanego szuwara, czyli wsadziliśmy głowę do muszli klozetowej i spuściliśmy wodę. Na odchodne dostał kopa w dupę, takiego jakie on przez prawie cały rok szkolny serwował nam. Konsekwencji się nie obawialiśmy, bo nie było żadnych świadków, a patus zalazł za skórę wszystkim, więc praktycznie każdy mógł to zrobić. W słowa patusa natomiast nie wierzył już nikt.

Po tej akcji mieliśmy spokój już do końca szkoły. My czterej mieliśmy spokój, bo pozostałych dalej zaczepiał, a z roku na rok świrował pawiana coraz bardziej.

Ciekawe co teraz robi. Może siedzi w więzieniu.

szkoła zachowanie

Skomentuj (21) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 113 (161)

Podziel się najśmieszniejszymi historiami na
ANONIMOWE.PL

Piekielni