Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

 

#87303

(PW) ·
| Do ulubionych
Od pierwszej fali pandemii robię babci zakupy.

Pochwaliła się Ona sąsiadom, i tak ostatecznie raz w tygodniu jeżdżę 40 km żeby zrobić zakupy dla babci i 3-4 starszych osób.

Zawsze poświęcam na to cały dzień. I wygląda to tak: przyjeżdżam, chodzę do tych osób po listę zakupów, biorę zaliczkę 100 zł, sprawdzam czy numer telefonu się zgadza, i jadę na zakupy. W trakcie zakupów jak czegoś nie ma, albo nie wiem z której firmy kupić np makaron, to dzwonię. Po wszystkim jadę zawieźć zakupy i się rozliczyć. Jak jest potrzeba, to wyjdę z psem na wybieg albo pomogę powiesić firankę.

Piekielności?

Nie ze strony tych starszych osób, bo Oni są wdzięczni że nie muszą dźwigać, tylko osób trzecich.
1. W sklepach: chodzę z listami po sklepie. Dzwonię żeby się dowiedzieć jakieś drobnostki. Jak najszybciej chcę zrobić zakupy, bo limity w klientach. I co słyszę? "Ludzie na zewnątrz stoją, a ta stoi i sobie przez telefon rozmawia". Starszy Pan, który mógł sobie przyjść w godzinach dla seniora. Mówię, że nie dla mnie więc wolę się zapytać co dokładnie kupić (nie wiem po co się odezwałam). I się dowiedziałam, że mogłam się wcześniej dowiedzieć.

2. Do każdej listy zakupów biorę osobny paragon. Łatwiej jest mi się wtedy rozliczyć z sąsiadami. I oczywiście pretensje innych klientów, że robię kolejkę. Kasjerki po czasie jak mnie widziały z torbami w wózku, to otwierały kolejną kasę. Jedna przyznała, że przyszła skarga od klienta, że nie zwracają uwagi, gdy jedna osoba robi zakupy na kilka paragonów.

3. Rodzina sąsiadów. Pewnego dnia w trakcie zakupów przyjechała wnuczka do Pani, której robiłam zakupy. Ale co mi do tego: przyniosłam zakupy, oddałam resztę i zapytałam, czy jeszcze w czymś pomóc. I tu się wtrąciła owa wnuczka: czemu tak drogo, a po co to i tamto kupiłam. Powiedziałam, że kupiłam to co było na liście zakupów. To pretensje: czemu starszej osobie kupiłam słodycze, czemu mleko 3.2 a nie 0.5% (3.2 było na liście). I pretensje o wszystko co kupiłam. Tej Pani szkoda, bo kiedyś się żaliła, że pomocy od rodziny nie dostaje, a jak przyjeżdżają, to tylko się przyczepiają o wszystko.

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 138 (148)

#87240

(PW) ·
| Do ulubionych
O klientach.

Jak ktoś napisał u mnie w komentarzu, że obsługa klienta leci na łeb na szyję.

Ano leci przez samych klientów.

Oto klika przykładów skarg.

-Kupiłem u was farbę, ale w sklepie xxx jest w promocji o 2 zł taniej- oddajcie różnicę.
-Kupiłam farbę, ale kolor mi się nie podoba- chcę zwrotu kasy.
(farba na ścianach)
-Rozpuszczalnik zmywacz trzeba dokupić? Powinny być w komplecie. ( Tak razem z pędzlami folią i malarzem)
-Farba wydziela nieprzyjemną woń
-Nie wyszło, bo kolega powiedział, że on robił tak a nie jak w instrukcji- oddajcie kasę.
-Kupiłem kostkę na podjazd i się rozlazła- oddajcie kasę. A przygotował Pan grunt? Nie, położyłem na trawnik.
-Zamówienie cement worki 25 kg koszt jednego 11 zł. Facet potrzebuje 15 worków czyli wychodzi 165 zł. Ok, proszę dowieźć tu i tu. Ok, to będzie 205 zł. To dojazd płatny przy takiej KWOCIE??? SKANDAL.

To tylko 1% co doświadczyłem i 99% od osób prywatnych, nigdy wykonawców.

Janusze

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 106 (124)

#87238

(PW) ·
| Do ulubionych
Będąc kiedyś w aptece udało mi się kupić opakowanie tabletek bez tabletek. W kupionym przeze mnie pudełku znajdował się fabrycznie zgrzany blister, ale nie było w nim ani jednej tabletki. Jako, że tabletki są mi niezbędne do normalnego funkcjonowania, nie mogłem od tak machnąć ręką. Wziąłem paragon i wio nazad do apteki.

Po odstaniu słusznej chwili, w końcu udało dobić mi się do okienka. Przywitała mnie stara prukwa (milszego określenia na tą panią nie jestem w stanie z siebie wyłuskać), której w kilku prostych słowach wyjaśniłem z czym przychodzę i pokazałem felerny blister. Całe moje tłumaczenie zostało skwitowane krótkim "No i...?". Nie powiem, na krótką chwilę zgasił mnie ten jakże wredny popis elokwencji, ale nie poddałem się i nadal będąc kulturalny próbowałem wyłożyć w czym tkwi problem.

[Ja]: No wie Pani, ja te leki potrzebuję i chciałbym wymienić...
[Stara Prukwa]: Ślepy czy niewidomy?! (tu wskazuje na kartkę z komunikatem) Leków się nie zwraca!
[J]: Ja nie chcę zwrócić leku tylko wymienić, przecież ewidentnie widać, że to wada produkcyjna i w opakowaniu nie ma ani jednej tabletki.
[SP]: A już ci! Ja was znam ćpuny! Wyłuskał sobie tabletki i teraz chce kolejne! Nic nie dostaniesz! Następny!
[J]: Może mi Pani łaskawie wytłumaczyć jaki cudem miałbym się naćpać lekami na XXX? (wolę nie podawać nazwy choroby, ale mogę was upewnić, że przedawkowanie tabletek skończyłoby się co najmniej wizytą na OIOM-ie a nie odlocie w krainę zapomnienia)
[SP]: Powiedziałam następny!
[J]: Jeśli Pani nie chcę ze mną rozmawiać poproszę z kierownikiem.
[SP]: Boże kolejny. Maryśka! Chodź tu bo kolejny się awanturuje!

Zanim przejdziemy do rozmowy z kierowniczką chciałbym jednak zwrócić uwagę na zachowanie osób starszych, które również były wtedy w aptece. Podczas rozmowy z prukwą ani jedna osoba nie stanęła po mojej stronie, za to co się nasłuchałem komentarzy to moje. "Ahh ta dzisiejsza młodzież...", "Grzeczniej do Pani chłystku!", "Jakby mój wnuk taki był to bym go za jaja powiesił!", "Bój się Boga! Marylka słyszysz ty to...?", ech szkoda strzępić... No.

Po rozmowie z panią kierownik, córką starej prukwy tak swoją drogą, bez problemu otrzymałem nowe opakowanie tabletek, przeprosiny i zniżkę na kolejne zakupy. Chwilę również sobie porozmawialiśmy i okazało się, że prukwa dołożyła się córce do interesu w zamian za możliwości pracy aż do emerytury przez co nie może (nie wypada) jej zwolnić. Poza tym mamuśka jest bardzo konserwatywna i pewne perturbacje dotyczące młodszego brata pani kierownik sprawiły, że każdy osobnik płci męskiej noszący długie włosy jest przez prukwę traktowany jak kupa gó... Niezbyt miło.

Ale o co chodzi? Otóż syn prukwy był przez lata wychowywany na idealnie ułożonego chrześcijanina, non stop w koszuli, najlepiej pod krawatem, tylko muzyka klasyczna i oczywiście musiał zostać lekarzem. W wieku 19 lat rozpoczął studia w Anglii, ale jak się później okazało nie na medycynie a jakiejś uczelni artystycznej. Przez okres studiów mieli ze sobą jedynie kontakt telefoniczny. Po pięciu latach wrócił do domu odmieniony. W długich włosach, skórzanej kurtce i dżinsach z dziurami, kolczykami, tatuażem i gitarą na plecach. Do tego papierosy zamienił na e-papierosy a schabowego na kuchnię wegetariańską. No i co najgorsze ogłosił, że jest ateistą. Prukwa syna wydziedziczyła ze słowami, że ten antychryst i ćpun nie zasługuję na bycie jej potomkiem.

I tak z historii o wrednej babie przechodzimy do historii jak nie wychowywać własnych dzieci.

A jeśli chodzi o panią kierownik to tak nam się miło rozmawiało, że mimo upływu kilku lat od tego zdarzenia do dzisiaj zdarza nam się wyskoczyć razem na kawę :)

*Żeby nie było, że jakaś obca kobieta od razu zaczęła mi opowiadać historię swojej rodziny. Pełną opowieść usłyszałem dopiero, na którymś z kolei spotkaniu z panią kierownik. Przy przeprosinach w aptece dowiedziałem się jedynie, że jej mama ma awersję do osób z długimi włosami.

Skomentuj (1) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 101 (113)

#87245

(PW) ·
| Do ulubionych
Dziecko z cukrzycą w szkole.

Część I
Przy małym dziecku bardzo ważna jest współpraca rodzica z nauczycielem. Ciągle telefony, mierzenie cukru u dziecka, ustalenie pory posiłków,itp.
Syn zachorował na cukrzycę typu 1 w wieku 3 lat i będąc jeszcze 3-latkiem poszedł do przedszkola. Najpierw spróbowaliśmy prywatnie,ze względu na niezbyt liczną grupę i dodatkową panią do pomocy. Na spotkaniu z panią dyrektor,wraz z mężem wyłuszczyliśmy nasze oczekiwania i plan działania. Poprosiliśmy o możliwość spotkania z nauczycielką (N) i pomocą nauczyciela,żeby móc przeprowadzić coś na kształt szkolenia przygotowawczego. Usłyszeliśmy,że nie ma problemu, wszystko ładnie pięknie.

Na spotkaniu z N nic nie było ładnie i pięknie. Dowiedziałam się,że z "takim" dzieckiem powinniśmy pójść do klasy integracyjnej, a najlepiej to załatwić nauczanie indywidualne i nie zawracać głowy biednej N.

Mimo to, przeprowadziliśmy szkolenie i syn z początkiem września, radośnie udał się do pierwszego przedszkola. Nie minął tydzień,a już dostałam polecenie udania się z synem do poradni psychologiczno- pedagogicznej, bo cytuję "zdarza mu się rozlewać zupę w trakcie jedzenia". Nie wiem,jak Wy
am,ale mnie zdarza się to po dziś dzień ;) W poradni byliśmy dla świętego spokoju, dostarczyliśmy karteczkę,że wszystko z Młodym ok.

Potem zaczęły się telefony grożące- N chciała wzywać karetkę za każdym razem,gdy syn miał podwyższony cukier. Próba przetłumaczenia N,że na tym polega istota cukrzycy- wahania cukru zawsze będą,my staramy się je ustawić tak,żeby były jak najbardziej zbliżone do glikemii zdrowego człowieka nic nie dawały. Potem zaczęły się telefony płaczliwe- N jest wykończona psychicznie i ciężko jest jej żyć ciągle z zegarkiem w ręku. Dodam, że większość spraw z Młodym ogarniała pomoc nauczyciela- młoda dziewczyna w trakcie studiów,która podeszła do sprawy ze stoickim spokojem.

Próbowaliśmy rozmów z dyrektorką - na chwilę było lepiej,potem znów zaczynały się próby szukania na siłę problemów u syna plus telefony grożące.

W międzyczasie dyrektorka zorganizowała profesjonalne szkolenie o cukrzycy dla całego grona pedagogicznego, na którym przedstawiono wszystkie najgorsze scenariusze - omdlenia, śpiączki, kwasicę ketonową. Po szkoleniu N zażądała, żeby jedno z rodziców uczestniczyło w zajęciach każdego dnia. Oboje z mężem pracowaliśmy,przy czym ja w trybie 12 godzin dziennie, potem 1 dzień wolnego. W sumie skończyło się na tym,że siedziałam pod drzwiami klasy w dni wolne, nierzadko bezpośrednio po nocce w pracy.

Po kilku miesiącach takich przepychanek, zauważyłam,że Młody coraz mniej entuzjastycznie chodzi do przedszkola. Mój prawie 4-latek smucił się,bo "jest kłopotem dla pani N". Okazało się też,że Młody w trakcie zajęć na zewnątrz miał nakaz siedzenia na czterech literach,kiedy dzieci hasały. "Żeby mu cukier nie spadł...".No żesz..
Kolejne interwencje u dyrektorki i kolejne żale N...

W międzyczasie czasie rozpoczęłam poszukiwania nowego przedszkola dla Młodego i z nowym rokiem szkolnym, pełni nadziei rozpoczęliśmy naukę w publicznym przybytku wiedzy. Ale to temat na oddzielną historię :)

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 82 (104)

#87299

(PW) ·
| Do ulubionych
Drogi miejski biegaczu!

Zapewne uprawiasz sport w trosce o własne zdrowie i chwała Ci za to.

Czy jednak byłbyś w stanie dopuścić do siebie myśl, że być może istnieje niewielka szansa, iż nie jesteś pępkiem świata?

Nie mówię o tym, abyś zwracał uwagę na bezpieczeństwo innych użytkowników chodnika. Nie mówię nawet o tym, abyś ich dostrzegał.

Zdaję sobie sprawę, że wobec wagi Twojego hobby mój powrót z pracy to pyłek nieważny, a pragnienie, abyś zszedł ze środka chodnika na jego jedną stronę i pozwolił mi przemknąć drugą stroną to bezczelna mrzonka.

Ale k*wa mać, jak już nic innego nie raczysz zrobić dla dobra swoich sąsiadów, to zainstaluj sobie chociaż pier*lony dzwoneczek na szyi, aby dać mi szansę na ucieczkę przed smarkami i śliną, które rozsiewasz sapiąc jak lokomotywa.

No chyba, że tak, jak pies obszczywający hydranty zdobywa respekt na dzielni, tak Ty znajdujesz dumę w obsmarkiwaniu jak największej liczby przechodniów.

Kraków

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 139 (165)

#87228

Konto usunięte ·
| Do ulubionych
Trochę o rodakach za granicą.

Po kilku miesiącach, kiedy to z mężem na obczyźnie wynajmowaliśmy pokój od pewnej polskiej rodziny (będącej materiałem na osobną historię), postanowiliśmy zamieszkać sami. Ogłoszenie o kawalerce znaleźliśmy na grupie zrzeszającej Polaków w naszej okolicy.

Przyjeżdżamy na miejsce, żeby obejrzeć wymarzone lokum. Koleś, który wstawił ogłoszenie mówi, że nie jest właścicielem, ale jeśli się zdecydujemy, to on zaraz zadzwoni i ów podjedzie z kontraktem. Tak też się stało. W oczekiwaniu na landlorda chłopak opowiada, jak się mieszka, przypomina, że czynsz tyle i tyle. No i kaucja w wysokości czynszu. Tylko że czynsz płacimy do właściciela, a kaucję do niego. On też wpłacał bezpośrednio do wcześniejszych lokatorów, a gdybyśmy się kiedyś wyprowadzali, to kolejni wpłacą nam.
Nie wiem, czy to z ekscytacji nowym miejscem czy co, ale nie zapaliła mi się w głowie żadna czerwona lampka. Pomyślałam, ok, może takie tu zwyczaje, może bez sensu, żeby ta kasa przechodziła przez konto właściciela, skoro tak będzie szybciej. Najważniejsze, że w końcu będziemy mieszkać sami.

Po 3 latach udało nam się zakupić własne mieszkanko. Chcąc kaucję odzyskać wszystko ładnie posprzątaliśmy i odmalowaliśmy, mimo że mieszkanie okazało się pleśniejącą dziurą. Pytaliśmy też właściciela, czy chce, żebyśmy znaleźli kogoś na nasze miejsce. Stwierdził, że jeśli nie mamy nikogo godnego polecenia, to nie ma co szukać na siłę.

Przy oddawaniu kluczy pytam, co z kaucją, czy mamy się spodziewać przelewu na konto, czy odda nam od razu w gotówce. Facet zrobił wielkie oczy, widzę, że nie ma pojęcia, o czym mówię. Zaczynam tłumaczyć, że płaciliśmy przecież poprzedniemu lokatorowi. Typ od razu poleciał po kontrakt i pokazuje, że w miejscu, gdzie należy wpisać kwotę kaucji jest pusto. Zamurowało mnie, a łzy stanęły mi w oczach.

Pomyślicie - nic piekielnego, wasza wina, że nie sprawdziliście dokładnie kontraktu. Owszem, też myślę, że zawiniliśmy. Ale każdy, kto szuka w Holandii mieszkania na wynajem, wie, jak jest ciężko o coś sensownego,więc w całym tym natłoku radości nawet mi przez myśl nie przeszło, że poprzedni lokator mógłby nas tak perfidnie oszukać. Dodatkowo nawet gdybyśmy chcieli dopytać właściciela to problemem była bariera językowa, gdyż wtedy po holendersku potrafiliśmy może powiedzieć "dzień dobry", a facet z kolei nie za dobrze mówił po angielsku.

Ale... Koniec końców oddał nam te pieniądze. Chyba widział, że nie kłamiemy i szkoda mu się nas zrobiło.
Od tamtej pory aż się gotuję, gdy widzę, że Polacy piszą o Holendrach, że nas nie szanują, wykorzystują i co tam jeszcze. Z moich doświadczeń wiem, że na obczyźnie to właśnie rodak będzie chciał cię oszukać, żeby tylko wzbogacić się o te kilka

Skomentuj (17) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 169 (197)

#87223

(PW) ·
| Do ulubionych
Sytuacja bardzo stara, bodajże z 2008 roku, sprowadzająca sie do klasycznego, wyświechtanego "kto tu był piekielny". Kłótnia ze znajomym, która w efekcie doprowadziła do zakończenia znajomości.

Mieszkałam wówczas w Irlandii. Szukałam używanego samochodu - żeby był mały, nie za drogi i w dobrym stanie. Kolega, nazwijmy Paddy, zaproponował swoją pomoc. Ja mam sobie przeglądać ogłoszenia i jak coś sensownego znajdę, dać mu znać, pojedzie ze mna obejrzeć i doradzić. Tak żeby mi nikt badziewia nie wcisnął.

Faktycznie, pojechał ze mną kilka razy, aż znalazłam pasujący samochód (w dobrym stanie technicznym, nie powypadkowy i nie kradziony), pomógł w zakupie, ja się mu oczywiście jakoś zrewanżowałam (juz w tej chwili nie pamiętam, czy w gotówce, czy gdzieś go zaprosiłam, czy coś kupiłam, dawno to było), wszystko gra.

Klika tygodni później Paddy dzwoni do mnie z pretensjami. Bo za którymś razem, jak wracał ze mną z oglądania samochodu, przekroczył dozwoloną prędkość, i to znacznie, i teraz przyszedł do niego mandat na prawie 200 euro. I jego zdaniem moim obowiązkiem jest ten mandat zapłacić, bo w końcu w mojej sprawie tam jechaliśmy i gdyby nie ja, w ogóle by go w tamtym miejscu nie było. Więc mam wyskoczyć z kasy, tu i teraz.

Może gdyby mniej roszczeniowo podszedł do tematu, nawet zaproponowałabym, że mu się do tego mandatu dołożę. Ale że bardzo nie podobało mi się takie stawianie sprawy, zareagowałam defensywnie i powiedziałam, że nie ma mowy. Jego mandaty nie są moim zmartwieniem. Owszem, wyświadczył mi przysługę i nie mam problemu ze zrekompensowaniem mu poświęconego czasu, wyjeżdżonej benzyny i tak dalej, ale to, ze jeździ jak wariat i nie patrzy na znaki, to już jego problem, a nie mój. O przekraczanie prędkości go nie prosiłam i nie zamierzam za to płacić. Jeśli mu się spieszyło, bądź nie miał czasu, zawsze mógł odmówić.

Kolega nie przyjmował moich argumentów, ja nie przyjmowałam jego, doszło do sprzeczki, on mnie nazwał pazerną egoistką, która wykorzystuje ludzi, ja jego naciągaczem i niniejszym zakończyła się znajomość.

Sytuacja ta przypomniała mi się całkiem niedawno, kiedy jechaliśmy z partnerem z Monachium do Salzburga. Po przekroczeniu granicy niemiecko-austriackiej można jechać albo autostradą, na którą trzeba wykupić winietę, albo za darmo droga krajową. Postanowiliśmy skorzystać z drugiej opcji - to raptem kilka kilometrów, więc nie traci się dużo czasu. Nie kupowaliśmy winiety. On prowadził, ja go pilotowałam. I w drodze powrotnej tak go wypilotowałam, że wyjeżdżając z Salzburga, wjechał prosto na autostradę, z której najbliższy zjazd był dopiero po niemieckiej stronie. Na szczęście okazało się, że w 2015 lub 16 zmieniły sie przepisy i winieta na odcinku między granicą i Salzburgiem nie obowiązuje, więc obyło się bez mandatu. Ale gdyby nie, to kto wówczas powinien ten mandat pokryć - kierowca czy pilot, który wpuścił go w maliny?

Mandat

Skomentuj (1) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 110 (118)

#87217

(PW) ·
| Do ulubionych
Piekielni ludzie. Nie za reakcję, ale za filmowanie.

Żona poszła do fryzjera, a ja czekam w wozie. Ogrzewanie postojowe działa, a ja od 3 rano na nogach i niby coś w tel oglądam ale odpłynąłem i sen.
Pukanie w szybę i drogówka. Bo był tel jak widzieli jak piję itd wyrzucam puszki po piwie.
Kontrola alkomatem i 0.00 i nic do Pana nie mamy.
Ale obok 2 łebków stoi i nagrywa.

Co chcieli uzyskać???

Tiktok

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 129 (161)

#87279

(PW) ·
| Do ulubionych
Rozmowa o pracę w salonie masażu. Starałam się o stanowisko recepcjonistki.

Właścicielka sieci już na samym początku poinformowała kandydatki, że najważniejsze jest dla niej zadowolenie klienta. Zaznaczyła, że praca jest wymagająca i jeśli recepcjonistka zadzwoni rano z informacją, że jest chora, to bez dyskusji zostanie wyrzucona. Pominę, że praktyka niezgodna z prawem. Pominę, że w razie np. silnego zatrucia obsługiwanie klientów jest po prostu niewykonalne. Rzecz działa się niedawno, w okresie pandemii, czyli w czasie, kiedy ignorowanie objawów choroby może być dla "zadowolonego klienta" po prostu niebezpieczne.

Kolejna czerwona lampka. Jedna z dziewczyn spytała, czy w czasie pracy przysługuje przerwa na obiad. Okazało się, że osobno wyznaczonej przerwy nie ma a zjeść można w czasie, kiedy jest mały ruch. Nie wiem jak w tym przypadku (bo cały czas podkreślano, że to BARDZO trudna i wymagająca praca). Wiem jednak, że taki tryb się zdarza.

Sama kiedyś tak pracowałam i wychodziłam na tym korzystnie. Zaniepokoiło mnie jednak, że pytanie wyraźnie zirytowało właścicielkę. Rozgadała się, że czas wolny powinien wystarczyć, że nigdy nie było takiej potrzeby (dziewczyna kilka razy próbowała wtrącić, że tylko spytała i rozumie) a na koniec dodała "mamy ciężki czas, nikt nie będzie zamykał salonu dlatego, że pani chce mieć przerwę".

Czas na wisienkę na torcie - rozmowa na osobności. Przytaczam wybrane fragmenty. Od razu zaznaczam - jestem świadoma, że miałam prawo przerwać rozmowę w dowolnym momencie.

- Ile ma pani lat?
- 27
- Aha. Czyli dojrzała dziewczynka. Gdzie pani mieszka?
- W dzielnicy takiej a takiej.
- To dobrze, nawet blisko. A pani mieszka w tym mieście od urodzenia?
- Zgadza się.
- Pani rodzice też?
- Rodzice też.
- W ogóle wszyscy stąd? Dziadkowie też tu mieszkają?
- Obecnie wszyscy mieszkają tutaj.
- A z kim pani mieszka? Z rodzicami? Czy ma pani może męża i dzieci?
- Nie mam dzieci, mieszkam z chłopakiem.
- A czym się chłopak zajmuje?
- (odpowiedziałam)
- Rozumiem. Ale na pewno nie ma pani jakiejś rodziny w innych częściach Polski? Chodzi mi o to, czy nie okaże się, że będzie pani gdzieś do nich jeździć?

Rozmowa o samej pracy zaczęła się dopiero po tym wstępie. Dla ciekawskich - posadę dostałam. Nie przyjęłam.

recepcja

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 130 (132)

#87218

(PW) ·
| Do ulubionych
Tym razem historia zza kierownicy, nie zza zadajnika jazdy.

Stoję przed skrzyżowaniem na czerwonym świetle na pasie do jazdy prosto. Obok mnie, na pasie wyłącznie do jazdy w prawo, zatrzymuje się najpierw jedno auto, za nim zaraz następne.
Zapala się warunkowa zielona strzałka do skrętu w prawo.
Auta po mojej prawej stoją.

Na przejściu nie ma nikogo, do skrzyżowania kawałek, a auta stoją.

Zerkam na pierwsze auto. Kierowca w całości pochłonięty przez swój telefon. Prycham z dezaprobatą, no bo co zrobić. I wtedy moją uwagę przykuwa drugie auto, bo przecież dlaczego jego kierowca jeszcze nie trąbi?

On też był zajęty telefonem.

Moje zakorkowane miasto takie piękne

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 76 (94)

Podziel się najśmieszniejszymi historiami na
ANONIMOWE.PL

Piekielni