Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

 

#84614

(PW) ·
| Do ulubionych
Dorywczo pracuję jako tłumacz. Trafił niedawno do mnie klient z krótkim, 5-stronicowym dokumentem do tłumaczenia.

W tłumaczeniach pisemnych standardem jest płacenie za stronę maszynopisu, tj. 1800 znaków ze spacjami. Zaliczka wpłacona, dokument zrobiony, przesyłam Klientowi skan że znakiem wodnym i deklaruję: "9000 znaków ze spacjami, X złotych za 1800 znaków, należy się kwota Y". Na kolejny dzień dostaję przelew, w którym brakuje około 15% kwoty. Dzwonię do Klienta - i słyszę, że on policzył sobie i wyszła mu taka kwota jak przelał. Jak liczył? Oczywiście znaki bez spacji. Nie szło wytłumaczyć "prośbą ni groźbą", że umowa na start była inna. "Spacja to jest nic, a on za nic płacić nie będzie". Cóż... Jak tak rozmawiamy... Odesłałem dokument z usuniętymi wszystkimi spacjami...

Brakujące 15% kwoty trafiło wieczorem na moje konto, bez zadawania dodatkowych pytań - a Klient dostał swój właściwy dokument.

Freelancing

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 160 (162)
Zgodnie z wykształceniem i pasją (botanika ze specjalizacją toksykologia roślin), dorabiam sobie produkcją naturalnych kosmetyków dla krewnych i znajomych królika.

Niektóre rośliny hoduję sama, niektóre zbieram po łąkach, lasach, czy innych ugorach z dala od cywilizacji. Suszę sama, maceraty robię sama, wyciągi również, po zrobieniu testuję na sobie - wiecie, takie cuda - wianki lepione w chacie z patyków na końcu świata ;) Żeby nie było - rachunki wystawiam. Na zasadzie działalności nierejestrowanej.

Tak, jak wszyscy znajomi i rodzina rozumieją wszystkie zasady, które nie tylko radośnie wypisuję na "etykietach", ale również przypominam werbalnie, tak znajomi znajomych - miewają z tym problemy.

Dzwoni do mnie pani - z polecenia, oczywiście, bo jej znajoma przestawiła się na kosmetyki ode mnie, skóra cudo, a kasa niewielka. Prosi o zrobienie płynu do demakijażu na rumianku. I ona chce całość rumiankową. Rumiankowy wyciąg, rumiankowy macerat.... Zwykle moim "klientom" dobieram kosmetyki sama na podstawie ankiety lub zwyczajnego pogapienia się na interface ;) Proponuję więc pani wypełnienie takowej ankiety, ona nie chce, wie doskonale, co jej potrzebne. No dobrze, ale rumianek bywa alergenem... proszę panią o zrobienie testu, tj zaparzenie 3 torebek rumianku w 250 ml wody i mycie w czymś takim twarzy przez 3 dni. Pani nie potrzebuje, ona używa szamponu i kremu z rumiankiem. Nooo.....nie.

Tłumaczę, że stężenie wyciągu z rumianku w kremach i szamponach jest na tyle małe, że jej organizm nawet tego nie zauważy, do tego istnieją odmiany rumianku i produkty hipoalergiczne, które nie zawierają alergenu (anthecutolidu), a ja stosuję odmiany "zwykłe".

Pani opornie, bo opornie, zgadza się. 3 dni później pisze mi w smsie, że wszystko ok, skóra cud malina, uczulenia na rumianek nie ma, mam robić tak, jak ona sobie życzy.
Obiekcje jeszcze miałam, ale zadzwoniła do mnie polecająca mnie znajoma. Mam robić, koleżanka jej jest ogarnięta, była kiedyś kosmetyczką. Opornie, bo opornie, ale zrobiłam zgodnie z życzeniem pani, kasę zainkasowałam, produkt wysłałam. Niecałe 2 tygodnie później odbieram od pani telefon.

Jestem partaczką, oszustką, coś zrypałam i ją wysypało. Ja przerażona, pierwszy raz coś takiego mi się zdarzyło, dopytuję o warunki przechowywania, stan butelki po dostarczeniu, wyniki testu alergicznego (może coś przeoczyła) i słyszę "no, kur.a mówiłam, że kremu i szamponu używam z rumiankiem i nic mi nie było, dopiero po twoim barachle mnie wysypało". Jak łatwo się domyśleć pani testu nie zrobiła, ona jest kosmetyczką, jak ją uczyli to o anthecutolidzie nic nie mówili, wymyśliłam sobie, żeby jej na złość zrobić. No brawo.


Drugą tak uroczą sytuację miałam z dziewczęciem lat 18, koleżanką mojej bratanicy. Bo Młodej wszystkie syfy poznikały w tydzień i nowe się nie pojawiają, dziewczę chce takie samo cudo. Ta, dla odmiany, wypełniła ankietę, dobrałam skład, wyceniłam, cała wymiana wiadomości z nią wyglądała rozsądnie, więc zainkasowałam należność, wysłałam. Miesiąc później dzwoni do mnie zapłakana bratanica, bo koleżanka oskarża o oszustwo ją i mnie. Preparat jej się zepsuł. Nie lubię niedomówień, dzwonię do dziewczęcia. Ponieważ kosmetyki są naprawdę naturalne, konserwuję je wyłącznie alkoholem etylowym w dość niskim stężeniu (faza wodna) oraz odpowiednimi olejkami eterycznymi (faza olejowa) i zaznaczam, że mają być trzymane w ciemności i w temperaturze poniżej 25C.

Wtedy daję gwarancję na 3 m-ce (na tyle starcza również buteleczka 100 ml). Dziewczę trzymało kosmetyk na oknie w łazience, bo....okno od północy i tam słońce nie świeci. Jakoś nie mogło do niej dotrzeć, że sama zafundowała sobie szybsze psucie się "cuda".

Co najlepsze, biorę za to opłaty symboliczne (za płyn dwufazowy 100 ml liczę sobie 30 zł, co daje około 10 zł "zarobku", za balsamy biorę więcej, ale zarobek w tych samych granicach), całą zarobioną na tym procederze kasę wydaję na kolejne eksperymenty. Oleje tłoczone na zimno tanie nie są, a kombinuję z lnianym, macadamią, pestkami winogron i czym tylko sklep będzie bogaty.

Doszłam do etapu, na którym 3 osoby przestawiły się z kosmetyków vichy na "moje" i jadą na nich od roku, różnicę zauważając jedynie in plus. Z czasem chciałabym otworzyć działalność w tym kierunku, ale koszta, jakie krzyknął mi sanepid są dość...potężne. Ja natomiast nie wiem jeszcze wszystkiego i chcę się douczyć. Ale chyba jednak pozostanę przy rodzinie i bliskich znajomych, choćby miało mi to dłużej zająć, bo jeśli osoby z polecenia nie rozumieją najprostszych instrukcji, to nie mają dla mnie wartości edukacyjnej (poza tempem psucia się kosmetyku wystawionego na światło oraz szybkością wystąpienia reakcji alergicznej), a tylko psują krew.

P.S. Butelki, w których robię kosmetyki są szklane i sterylne. Sterylne są również wszystkie narzędzia, których do tego używam, więc mam absolutną pewność, co do przyczyn szybszego psucia się preparatu.

Skomentuj (21) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 84 (92)

#84625

(PW) ·
| Do ulubionych
Sprzedaję na olx książki. Kilka serii. Odezwała się do mnie kobieta zainteresowana jedną z nich. W tytule ogłoszenia nazwa serii, autor i ilość książek, na zdjęciu wszystkie książki, a w treści:

9 książek, 3 tomy po angielsku
Stan bdb
Wysyłka 17 zł
Nie wysyłam za pobraniem.

Pani bardzo zainteresowana, wybrała jeszcze inną serię, szybko zrobiła przelew. Szykując dla niej paczkę znalazłam jeszcze dwie książki z pierwszej serii, które nie były zamieszczone w ogłoszeniu, zrobiłam zdjęcie (tytuły po angielsku) i spytałam czy też chce - chciała. Szybki przelew, szybka wysyłka, wszystko pięknie. Do czasu...

Dwa dni później dostaję wiadomość o treści:

Przesyłka dotarła. Szkoda,że nie uprzedziła mnie Pani,ze aż 5 pozycji jest w języku angielskim - to nie było uczciwe :(

No cóż, jak ktoś kupuje książki, to zakładam, że umie czytać.

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 62 (64)

#84611

(PW) ·
| Do ulubionych
Odbiegając od tematyki madek, babć w poczekalniach i rowerzystów, no dobra od tych ostatnich tak strasznie nie odbiegam, chciałam się podzielić z Wami moją historią dotycząca naszego wymiaru sprawiedliwości.

We wrześniu zeszłego roku skradziono mi rower spod sklepu. Był on przypięty do stojaka na rowery, w zasięgu wzroku sklepowej kamery. Sprawa została zgłoszona na policję, której trzeba przyznać, że trochę się postarali i ruszyli zabezpieczyć nagranie ze sklepu jeszcze tego samego dnia.

Już pierwszą piekielnością był fakt, że zewsząd to ja byłam obwiniana o to, że rower został skradziony. Nie złodziej tylko właściciel. Wiecie teksty typu "pewnie za cienka linka była", "kto to widział do sklepu na rowerze jeździć" itp.

Po jakichś dwóch miesiącach otrzymałam pismo w którym poinformowano mnie, że złodziej został ujęty podczas próby kradzieży kolejnego roweru. Łącznie przypisano mu 7 kradzieży rowerów, 2 razy pomoc w zdobyciu roweru z lombardu za niską cenę, wiedząc, że pochodzi on z kradzieży oraz jedną próbę kradzieży roweru. Złodziej przyznał się do winy, zgodził się zwrócić właścicielom pieniądze, jednak zakwestionował wartość wszystkich skradzionych rowerów. Niestety łupów przy nim nie znaleziono, jak twierdzi, sprzedał je do lombardu i nie pamięta którego.

Piekielnoscią drugą jest fakt wyceny rowerów przez biegłego sądowego. Mój rower miał zaledwie 3 miesiące, niewiele używany bo pogoda nie dopisywała, właściwie więc nówka sztuka, niewiele mógł stracić na wartości. Ponadto był doposażony w dodatkowy osprzęt oraz została wymieniona korba, z najtańszego plastiku na egzemplarz za 400 zł, co oczywiście było zgłoszone w momencie wnoszenia sprawy na policję oraz potwierdzone paragonami. Poczałkowa cena roweru to 1000 zł. Niestety jego wartość została wyceniona na 700zł. Jak zapytałam skąd taka wartość, policjant prowadzący tę sprawę powiedział mi, że biegły nie widział roweru, więc musiał ocenić model katalogowo. Moje zapewnienia o wymianie korby, wyposażeniu roweru w lampki, licznik itp. były tu na nic. Pokrzywdzony nie jest wiarygodny.

Od decyzji mogłam się odwołać i powołać innego biegłego, który być może podwyższyłby wartość mojego roweru, jednak nadal nie wierzę, że złodziej zwróci mi te pieniądze i nie chciałam dokładać sobie kolejnych kosztów.

Sprawa trwała w najlepsze, co jakiś czas dreptałam na pocztę odebrać pismo, a to z prokuratury, a to z sądu. Aż w zeszłym tygodniu przesłano mi prawomocny wyrok i tu po raz kolejny trafił mnie szlag.

Facetowi przypisano 10 czynów karalnych, każdy zagrożony karą więzienia od x do y miesięcy pozbawienia wolności. Akurat w naszym przypadku sąd zasądził naszemu złodziejowi po 3 za każdy, co daje nam łącznie 30 miesiecy. Niestety w dalszej części przeczytałam, że sąd zdecydował, iż wyrok skróci (nie pamiętam jak to się fachowo nazywa) do 10 miesięcy oraz zawiesi na okres próby trzech lat.
A to jeszcze nie było najgorsze. Na samym końcu sąd zwolnił złodzieja z kosztów postępowania, obciążając nimi skarb państwa. Tak, że nic tylko kraść w tym kraju. Konsekwencje praktycznie żadne.

Z poczuciem beznadziei czekam, aż upłynie ostateczny termin wypłaty mojej rekompensaty. Zastanawiam się jakie środki będę mogła podjąć, by wydusić z niego te pieniądze. W to, że 20 latek z wykształceniem niepełnym gimnazjalnym, będący wciąż na utrzymaniu rodziców mi je tak po prostu wypłaci, nie wierzę.

Jeszcze taka wisienka na torcie. Wszędzie trąbi się o RODO, a ja przez te kilka miesięcy dostaję pisma z sądu zawierające masę danych osobowych zarówno złodzieja jak i wszystkich pokrzywdzonych.

Wrocław

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 112 (126)

#84615

(PW) ·
| Do ulubionych
Spotkałem dziś na tyle nieodpowiedzialnego strażnika lewego pasa, że mogło się to skończyć dość poważnie, a w najgorszym razie tragicznie...

Długa prosta, niegdyś trasa przelotowa przez miasto. Dwupasmówka bez rozdzielonych kierunków, zakończona zwężeniem i rondem, do którego zmierzałem. Co więcej tablica o sugerowanym ruchu na "Suwak" wisiała tam na długo przed pierwszymi plotkami o obowiązku...

Dojeżdżam lewym pasem, a tam jak to w godzinach szczytu kolejka, parę samochodów za wysepkę. Przede mną czarny passat, a na prawym TIR (ciężarówka z naczepą). Przed passatem pusto to już liczę, że przyspieszy i zatrzyma się dopiero na zwężce... Gość jest w połowie naczepy i TIR coś dziwnie się zachowuje. Powoli zmienia pas, czym spycha passata. Kierowca ucieka na pas dla przeciwnego kierunku. Co więcej wydawało mi się, że TIR przez chwilę go tam trzymał (zwolnił, oby mi się wydawało) i już do samego ronda blokował obydwa pasy. Na szczęście chwilowo nic nie jechało...

Wpuściłem biedaka w passacie i sam wcisnąłem się na prawy pas. Przez chwilę miałem ochotę zblokować TIR-a na lewym, ale nie dość, że niewiele mu brakowało do jazdy okrakiem, to przede mną jechał ktoś bardziej bojaźliwy...

P.S. Niedawno zamknęli jeden z dwóch mostów (remont). Więc ruch się robi ciut "Dziwny"... Jest więcej korków, robią się w dotychczas nietypowych miejscach, a ludziom chyba ze szczęścia odbija (widać na Facebooku)... Wróżę więcej tym podobnych historii...

Lewy pas

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 44 (52)

#84610

(PW) ·
| Do ulubionych
Pierwszy raz na żywo to zobaczyłam.
Samochody stoją na czerwonym, podjeżdża motocyklista i jednym zgrabnym ruchem urywa lusterko w granatowym focusie (chyba).
Do tej pory to tylko na YouTube takie coś widziałam.

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 52 (60)

#84604

(PW) ·
| Do ulubionych
Witajcie, od lat byłem biernym czytelnikiem, ale w końcu zebrałem się w sobie by podzielić się swoimi historiami. Zacznę może od najbardziej piekielnej osoby, która mi się w życiu przytrafiła, czyli sąsiada. A jakże, nie mogło być inaczej.

Słowem wprowadzenia były to czasy studenckie, czyli dobre pięć-sześć lat temu. Stara ekipa mieszkaniowa się rozpadła, więc wynająłem kawalerkę w dogodnej lokalizacji. Niski czynsz, blisko do uczelni i na miasto, spokojna okolica, normalnie cud-miód i orzeszki... do czasu. Wszystko za sprawą jednego sąsiada, który początkowo nie zdradzał żadnych symptomów piekielności. Mieszkał bezpośrednio pod nami, niby wyglądał jak typowy Sebastian, ale nie robił żadnych problemów, wręcz przeciwnie, był nawet uprzejmy.

No, ale urodziła mu się córka i wtedy wszystko się zmieniło. Jak to z niemowlętami bywa, ona płacze co chwilę, a tobie już brakuje pomysłów co teraz nie pasuje. Sebastian w próbie zracjonalizowania owego fenomenu stwierdził, że to musi być przez tych studentów z góry. Wszyscy wokół mieszkali tu od dawna, często od urodzenia, więc dla dresika z instynktem terytorialnym, kandydatura na kozła ofiarnego była oczywista.

Jak przyszedł pierwszy raz z pretensjami to był zaskakująco spokojny. Ot powiedział, że ma małe dziecko i mu płacze, bo jest za głośno. Trochę się zdziwiłem, bo za bardzo nie miałem jak i czym mu hałasować, nawet telewizora nie było, który mógłby za głośno słuchać. Spytałem więc co to za kakofonia. On stwierdził, że jakby kto szafę trzydrzwiową przesuwał. Tutaj kompletnie zbaraniałem, bo nawet jakbyśmy chcieli to nie mielibyśmy czego przestawić, zwłaszcza w takich gabarytach. Nasza stancja jeśli chodziło o wyposażenie to oferowała absolutne minimum. Nawet chciałem pokazać, ale Sebastian uwierzył na słowo. Stwierdziliśmy więc, że to nie mogę być ja, ale postaram się zwracać uwagę i rozeszliśmy się w poczuciu wzajemnego konsensusu. Nawet sprawiłem wykładzinę pod biurko coby fotele mniej szurały przy przesuwaniu.

I teraz rodzą się dwa pytania: Gdzie ta piekielność i skąd wiem, że to na pewno nie ja? Śpieszę z wyjaśnieniami. Wszystko zrozumiecie jak opowiem o jego drugiej "interwencji" jakiś tydzień później. Mieszkanie od 10:00 stało puste, wróciłem z uczelni jakoś po 20:00. Nawet nie zdążyłem się rozebrać, a ten dzwoni do drzwi (do tej pory się zastanawiam czy on miał takie szczęście, że mnie trafił akurat jak wróciłem, odbijał się od klamki aż do skutku czy może czatował w oknie aż kto w końcu wróci). Otwieram mu więc w kurtce i pytam o co chodzi. On, że jest głośno, a ma być cicho. Grzecznie tłumaczę, że to nie mogłem być ja, bo przez cały dzień nikogo było i ledwo co wróciłem, widać zresztą. G... go to obchodzi, ma być cisza i ch...!

Miły Sebastian się skończył, odpalił się tryb bojowy. Przychodził aperiodycznie. Raz stawił się tydzień po poprzednim podejściu, raz miałem miesiąc spokoju aż prawie o nim zapominałem. Niemniej zawsze wyglądało to z grubsza tak samo: Do ch... ma być k... cisza, bo jest hałas jakby kto w szafę trzydrzwiową napier... i g... mnie obchodzi, że nawet jej nie masz! W końcu przestałem wariatowi otwierać. To zaczął krzyczeć za mną jak się mijaliśmy na chodniku.

Zaczęło się robić naprawdę niemiło, ale jakoś znosiłem go relatywnie długo, sam nie wiem dlaczego. Aż w końcu miarka się przebrała. Było gdzieś po 23:00, ja już leżę w łóżku i przeglądam Piekielnych na telefonie aż ten nie zaczął się dobijać. Ja ani nie myślę otwierać, ale typ nie daje za wygraną, więc "no dobra, niech mu już będzie, wysłucham standardowej wiązanki i pójdę spać, bo tak to będzie mi do rana napieprzać". Otwieram, a ten z krzykiem, że "Ty k.., ty ch..., masz być k... cicho, bo jak ci w...lę to zgubisz wszystkie zęby, ty k..., ty ch...!" - i poszedł.

Nie no, tego było już za wiele. Ani wyzwisk, ani gróźb karalnych znosić nie będę. Z samego rana uderzyłem do administratora. Miły, starszy Pan, ale niestety mało pomocny. Jedynie pokiwał głową i powiedział, że faktycznie z Sebastianem są problemy i nie jestem pierwszy lokatorem, z którym szedł na noże. No nic, spróbuję u najemniczyni. Pani Wiesia, kochana kobieta. Wzięła syna i przyjechała tak szybko jak się dało. Najpierw do nas, wysłuchała dokładnie o co poszło, a potem prosto do Sebastiana. Zbeształa go jak sralucha, aż słów mu zabrakło, a potem... załatwiła eksmisję w trybie pilnym. Jak się okazało, właściciel jego mieszkania był jej dobrym znajomym i równie w porządku facetem co ona, więc jak tylko się dowiedział co się wyprawia to stwierdził, że patologii pod swoim dachem tolerować nie będzie.

PS. Czy to koniec? Na dłuższy tak, ale była runda druga, którą opiszę w drugiej części jeśli wyrazicie zainteresowanie.
PPS. Wszelkie imiona rzecz jasna zostały zmienione.

blok mieszkanie osiedle kamienica

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 114 (132)
Na każdym kroku słyszę, że dzieci bez przerwy chorują. Z jednej strony ok, na pewno więcej niż dorośli, kiedyś muszą nabyć odporność, ale z drugiej strony...

W żłobku mojego dziecka na ogrzewaniu nie oszczędzają. Zimą, żeby ubrać/rozebrać dziecko w szatni sama musiałam się rozebrać, żeby się nie ugotować. Całą zimę moje dziecko było jedyne biegające na krótki rękaw (bluza w szatni w razie czego). W sumie do tej pory jest jednym z niewielu tak ubranych.

Ostatnio byliśmy w sali zabaw. Moje dziecko t-shirt, szorty i całe mokre, zdarzały się dzieciaki nie tylko w długich spodniach, ale i bluzkach z długim rękawem. Na wielką salę 1 szatnia i 1 suszarka. Kolejek do nich nie było.

Wczoraj byliśmy na placu zabaw. Fakt, pół dnia lało, ale jak przestało i wyszło słońce, to mieliśmy ok 25 stopni. Plac zabaw jest zamykany tylko dla mieszkańców osiedla, także odpada opcja, że ktoś przyszedł nie wiadomo skąd nieodpowiednio ubrany. Na placu ani jednego rodzica w długim rękawie. Większość biegających dzieci podobnie, ale kilka kwiatków w kurtach i czapkach było. Moją uwagę zwrócił chłopiec w grubej polarowej bluzie. Czerwony, cały mokry. Akurat bawił się koło mojego dziecka, gdy przyszła matka zdjąć mu tę bluzę. Myślałam, że padnę jak pod spodem miał jeszcze jeden długi rękaw.

I na koniec z rodzinnego podwórka. Moja siostra ma 2 przedszkolaków. Jak do niej przychodzimy, to nie da się wytrzymać. Bez względu na porę roku gorąco jest przeokropnie. Okna nie można otworzyć, bo przecież dzieci. Jej dzieci zawsze są w domu na długi rękaw, poza środkiem lata kiedy wszyscy chodzą "prawie nago". Spotykamy się raz na kilka miesięcy mimo, że mieszkamy dość blisko, bo jej dzieci wiecznie chore.

Skomentuj (34) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 96 (106)

#84603

(PW) ·
| Do ulubionych
Poczta Polska SA.

Moja firma ma podpisaną umowę z pocztą na nadawanie przesyłek poprzez e-nadawcę, tj. pełne dane wpisuję ja, koperty z kodem drukuję ja, płatność na fakturę, która przychodzi po zakończeniu miesiąca. Pani w okienku musi ten kod zeskanować tylko, co zabiera jej sekundę. Przy 10 listach sekund dziesięć. Chyba, że jest bardziej ślamazarna to może dwadzieścia. Super.

Mniej super jest gdy urząd pocztowy, który odwiedzam, najczęściej jest czarny od ludzi, z ogonkiem na godzinę stania. Moje listy na sekund 10 mogłyby teoretycznie być podane w okienku, jeśli są opłacone i do zeskanowania, ale nie. Naczelniczka tejże poczty stwierdziła, że woli bezsensownie wydłużać kolejkę, bo jej się niby klienci burzą, że ktoś ma poza kolejnością. 4 na 5 pań obsługujących tych listów ne przyjmuje. Jednej, najsprawniejszej, nie tylko nie robi to różnicy, ale wręcz zachęca do zostawiania listów u niej.

Nie znam sytuacji w każdym urzędzie, znam kilka z nich, gdzie korzystanie z e-nadawcy pozwala na ominięcie kolejki. Dzięki temu sprawniej jest rozładowywany ruch, a klient chętniej wejdzie tam, gdzie jest ludzi mniej.

poczta

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 64 (74)

#84587

(PW) ·
| Do ulubionych
Zwykle tylko czytam, ale po roku od tamtego zdarzenia i odejścia mojej mamy, chyba doszłam do siebie na tyle, żeby się tym podzielić.

Mama prawie trzy lata chorowała na POChP (dla niewtajemniczonych Przewlekła Obturacyjna Choroba Płuc, leczyć można tylko poprzez łagodzenie objawów lub ograniczenie do minimum wszelakich infekcji w domu). Zakupiliśmy wszelkie niezbędne przyrządy, typu inhalator do leków, kondensator tlenu, "krokodylka" do mierzenia saturacji (poziomu tlenu we krwi, tak upraszczając). Niestety raz na 2-3 miesiące infekcja i karetką na SOR, plus doszły jeszcze duże problemy z jelitami, niedożywienie (bo zarazili ją w szpitalu pewnym świństwem), skończyło się na wadze ok 30kg przy wzroście 165cm. Ale to pomijam, nawet fakt wożenia jej mimo innych zaleceń lekarzy nadal na ten sam SOR.

Sytuacja właściwa. Stan rano kiepski, saturacja na poziomie ok 92 (przy ok 80 już jest zagrożenie życia), ale leki w inhalatorze i tlen troszkę poprawiły stan. Lekarz i przychodnia zawiadomione, stację karetek mamy jakieś 800m od domu, wszystko pod kontrolą.

Niestety w ciągu godziny stan się zmienił na tragiczny, saturacja z poziomu 80 spadła na łeb na szyję do 40% i w dół, karetka w drodze z pełnym opisem choroby i obecnego stanu, przyjechali o dziwo w kilka minut (tu jednak pełen szacun, bo zdarzało się czekać po 45 minut do pacjentki z problemami z oddechem).

A teraz sedno sprawy: Dlaczego wzywa się karetkę P (podstawową) do pacjentki prawie bez oddechu, wiedząc w czym problem, a potem czeka radośnie prawie godzinę na karetkę specjalistyczną, bo ratownicy nic nie mogą zrobić (rozumiem), a moja mama się dusi i godzinę po dotarciu do szpitala odchodzi...

Rozumiem ratowników, mam kilku wśród znajomych, ale dlaczego będąc poinformowanym o chorobie płuc pacjenta i stanie zagrażającym życiu, dyspozytor wysyła tylko zespół podstawowy...

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 91 (109)

Podziel się najśmieszniejszymi historiami na
ANONIMOWE.PL

Piekielni