Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

 

#85318

(PW) ·
| Do ulubionych
Kolejna historia z dzieciństwa, tym razem o "zapominalskiej" ekspedientce i oskarżaniu mnie o złodziejstwo.

Mając lat około 7 czy 8, czasami chodziłem do lokalnego sklepu po jakieś lody czy zakupy dla rodziców. Pewnego razu ekspedientka mi zadała dziwne pytanie:
- Tutaj były takie samochody czekoladowe, wiesz o jakich mówię? - i wskazała na ladę.
Powiedziałem że wiem, że ostatnio tutaj było takie pudełko czekoladowych, na co ona odparła, że lepiej dla mnie żeby się szybko znalazły. Mały byłem, nie wiedziałem o co jej chodzi, więc po prostu kupiłem co miałem kupić i wróciłem do domu.

Po paru dniach moja mama zapytała się, czy brałem jakieś czekoladowe samochodziki ze sklepu, na co ja odpowiedziałem, że nie. Strasznie była wtedy wpieniona i od razu poszła do sklepu zrobić awanturę.
Co się okazało? Że pani ekspedientka każdemu jednemu klientowi rozpowiadała, że jestem złodziejem i ukradłem całe pudełko tych nieszczęsnych czekoladowych samochodzików. Rzekomo pod nosem obsługi i kamery. I moja mama zażądała żeby jej pokazać nagranie z monitoringu jak to rzekomo kradnę te czekoladki.

Przyjechał w tym celu właściciel, i co się okazało? Że pani ekspedientka wcześniej sprzedała komuś całe pudło tych samochodzików na jakąś imprezę i o tym "zapomniała". Za to nie zapomniała mnie i mojej rodziny oczerniać przed każdym kto wszedł do sklepu.

sklep

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 87 (93)

#85313

(PW) ·
| Do ulubionych
"Nie pomagasz, to chociaż nie przeszkadzaj, czyli PUPa w natarciu".

Poziom absurdu w tej instytucji godny byłby kolejnego filmu Barei, ale dzisiaj sytuacja przerosła mnie kompletnie.

Chadzam do tego przybytku od lekko ponad roku i regularnie słyszę "Dzień dobry, dla kogoś z pani wykształceniem ofert brak, do widzenia". Znalazłam sobie ostatnio pewien kurs, byłby to dla mnie dodatkowy atut przy szukaniu pracy. I tak:
- zapisałam się i zapłaciłam prywatnie;
- kurs trwa AŻ dwa dni (worek-środa);
- PUPa do tej pory nie zaoferowała mi NIC poza koniecznością regularnego stawiania się u nich.
I oto dzisiaj wywiązał się taki dialog. (P) - pani z PUPy:

(P) - Ale jak to pani się zapisała na kurs?? I to nie w weekend?
(J) - Nie rozumiem.
(P) - Pani nie może! Pani musi być dyspozycyjna! Jak ktoś da ofertę my zadzwonimy i pani musi przyjść. A jak pani będzie na kursie w godzinach pracy, to nie będzie miała jak przyjść!
(J) - ??? Proszę pani. SERIO?? DWA DNI??
(P) - Pani nie może sobie iść na żaden kurs, bo pani musi być dyspozycyjna!

Czyli: nie mogę iść na kurs, który mi pomoże znaleźć pracę, bo muszę czekać aż PUPa po raz kolejny poinformuje mnie, że u nich pracy dla mnie nie będzie. Ktoś to ogarnia?

PUPa

Skomentuj (28) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 116 (126)

#85251

~Olissm ·
| Do ulubionych
Pracuję w kinie. Oto kilka piekielności:

1. "Bo ty tylko tam oglądasz filmy".
Chciałabym. Niestety, na sale wchodzimy tylko wtedy, kiedy idziemy posprzątać, wypuścić ludzi oraz sprawdzić, czy film działa. Praca jako tako nie jest ciężka, ale czasem trzeba iść na kilka sal w jednym czasie. Fizycznie jest to niemożliwe, a więc trzeba biegać. W dodatku nie wolno nam siedzieć - co oznacza, że przez 6-12 godzin dziennie stoimy, z krótką przerwą na jedzenie. Cóż, idzie się zmęczyć. Nie wspominając o odpowiedzialności finansowej (różnice w kasie sami pokrywamy, chociaż na ogół nie mylimy się).

2. "A kiedy film się kończy?"
Podchodzi klient, ani "dzień dobry", ani "pocałuj mnie w dupę". Grzecznie się witam, a on od razu "a kiedy kończy się film?". Sal mamy sześć i na każdej są puszczane filmy. Dopiero po dłuższym wypytywaniu pan/pani mówią jaki film. Niestety, czytać w myślach nie umiem.

3. "Ja nie wiem".
Przychodzi pan/pani, pytają kiedy kończy się film, bo na dzieci czekają. Pytam o tytuł - nie wiedzą. O godzinę rozpoczęcia - nie wiedzą. O salę - nie wiedzą. Ale oni mogą opisać wygląd dzieci! Pomijając fakt, że wysyłając dzieci powinni wiedzieć na co idą, to niestety, ale nie jestem w stanie spamiętać kto jest na jakim filmie.

4. Własne jedzenie.
Jest zakaz wnoszenia swojego jedzenia na teren kina, co oznacza, że nie mogę wpuścić kogoś na salę ze swoim jedzeniem. Mamy miejsce do przechowywania takiego jedzenia, po seansie oddajemy. Jeśli ktoś jest miły, od razu informuję, że można wejść przed kino i schować do torebki lub nieprzezroczystej reklamówki, bo jeśli spakują przy mnie do torebki i wpuszczę ich albo nie spakują i wpuszczę, to ja będę mieć kłopoty (kamery). Jeśli ktoś jednak nie jest miły, milczę na ten temat. Większość bez słowa robi co mówię, ale:

A. Przychodzi pan z panią. Wymiana uprzejmości, mówię że nie można wejść z własnym jedzeniem. "O, jaka szkoda!". Informuję, że jeśli wyjdą przed kino i schowają do torebki, bez problemu wejdą. I państwo schowali, ale przy mnie, nie przed kinem, po czym obrazili się, bo ich nie wpuściłam z tym jedzeniem i musieli je zostawić.

B. Tutaj nawet nie informowałam, bo po moim "nie można", państwo zaczęli krzyczeć. Jak to nie mogą, ONI nie mogą?! Przecież inny pan/inna pani pozwalają! Oni zawsze wchodzą!
Tym razem nie weszli.

5. Sprzątanie sal.
Na każdej sali podstawiamy kosze na śmieci, których nie da się nie zauważyć. Można tam wrzucać opakowania po popcornie, coli, nachosach lub nawet swoje papierki. Wiem, że może niektórym się nakruszyć - normalne, też mi się zdarza, nikt nie wymaga sprzątania ich, po to jest obsługa. Ale nie rozumiem zostawiania po kilkanaście opakowań coli i popcornu na jednej sali...
Inne rzeczy, które można znaleźć sprzątając na sali: butelki po wódce, prezerwatywy. Oczywiście, rzucone na podłogę.

6. Dzieci.
Bieganie dzieci po korytarzu kina (śliska podłoga), wchodzenie butami na blat z jedzeniem (!), dotykanie ekranu, chodzenie brudnymi butami po siedzeniach - normalka. Rodzice nie zwracają uwagi. Czasem ignorują nawet nasze prośby o zwrócenie uwagi na dziecko, żeby im też się nie zdarzyła krzywda.

7. "Nic się nie da zrobić?”
Dwunastolatki przychodzące na horrory od 16 lat to normalka. Kino potem może mieć kłopoty, jeśli takie 12-latki wychodzą z płaczem z filmu, bo się boją ("jak mogliście sprzedać im bilety?!"), dlatego zawsze sprawdzamy legitymację. Większość przyjmuje to ze spokojem (informujemy, że jeśli przyjdą ich rodzice razem z nimi to bez problemu sprzedamy bilet), jednak kilka osób woli się wściekać, że oni przecież nie będą się bać! Pytania "no i co, nic nie da się zrobić?" również są na porządku dziennym.

Dla wielu pewnie to nic i to fakt, że są gorsze piekielności. Jednak każda taka sytuacja dla obsługi również nie jest przyjemna. Pomimo tego lubię swoją pracę.

Kino

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 65 (79)

#85025

(PW) ·
| Do ulubionych
Byłam dziś na pobraniu krwi i przypomniało mi się, dlaczego tego nie lubię. Nie przeszkadza mi kłucie, wiadomo że przyjemne nie jest, ale da się wytrzymać, nie przeraża też mnie widok mojej własnej krwi, pod warunkiem...

Ano pod warunkiem, że jest w probówce.

Cofnijmy się w czasie.

Byłam wtedy w 5 klasie podstawówki i poślizgnęłam się idąc do szkoły. Przy próbie podparcia złamałam rękę (było się, idiotko nie podpierać, a najlepiej podłożyć sobie poduszkę...).

Ponieważ był to rok 1996 (jeśli dobrze liczę), w lokalnej przychodni dowiedziałam się tylko, że ręka na pewno złamana, na pewno z przemieszczeniem (było to widać), ale oni nie mają w przychodni rentgena, wypiszą mi skierowanie do szpitala, polecają szpital przy Al. Jerozolimskich w Warszawie (było najbliżej), słynną Omegę.

Na miejsce dotarłam, zostałam wpisana na oddział (nie sama, zawiozła mnie ciotka, mama musiała zostać z moim rodzeństwem) i skierowano mnie do zabiegowego. Ważenie, mierzenie, wywiad i...

Pobranie krwi.

Nie pamiętam, czy pielęgniarki zakładały mi wtedy wenflon, czy pobierały za pomocą igły, ale nie w tym rzecz.

Opaska zaciskowa na ramię, zaciśnij pięść, nie patrz tutaj, dobrze, jeszcze jedną strzykawkę i już... O Jezu, a co to się dzieje?!?!?!

Pani pielęgniarka wyjęła strzykawkę z igły bez zdejmowania opaski, rozluźnienia pięści, bez niczego.

Siknęło zdrowo, tak na oko szklanka mojej krwi znalazła się nagle na podłodze.
Jeszcze zachowałam spokój, w końcu są ze mną trzy dorosłe baby, wykształcone pielęgniarki, wiedzą co robić w takich przypadkach?

I gdyby bodaj jedna z nich zachowała zimną krew i powiedziała mi na spokojnie "Tu masz wacik, uciśnij, wyjmę igłę, zdejmiemy opaskę..." pewnie bym to zapamiętała jako trochę zabawne wydarzenie. Ale usłyszałam mniej więcej coś takiego:

"Co to się dzieje, rany boskie, coś ty idiotko narobiła, puść, puść tę pięść, ale nie patrz, nie patrz dziecko!!! No zdejmij tę opaskę, co tak stoisz, rany boskie, olaboga!!!"

I to wspomnienie trzech rozpanikowanych bab, wlecze się za mną po wszystkich gabinetach zabiegowych... Trzy pielęgniarki, a nie umiały odpowiednio pobrać krwi ani zachować spokoju w sytuacji awaryjnej.

Może się to wydawać mało piekielne, ale jak się przekonałam sama będąc matką, dzieci chłoną wszystko, włącznie z reakcjami dorosłych. Więc skoro dorosły panikuje, to znaczy że ma powód, prawda?

szpital

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 83 (105)

#85308

(PW) ·
| Do ulubionych
Muszę... bo się uduszę...

Otóż uśmiechnęło się do nas szczęście i możemy wreszcie spełnić z Lubym marzenie o mieszkaniu na wsi. Do tego, by ono się jednak całkiem urzeczywistniło, potrzebujemy sprzedać mieszkanie nasze i teścia.
Z naszym problemu większego nie było: przyszli, pooglądali, rzekli "kupujem" i już.
U teścia nie było tak prosto. Oj, nie...

Znalazła się rodzinka z czterema bombelkami. Jako, że nie ulegamy stereotypom, potraktowaliśmy ich całkiem normalnie, a nawet nieco ulgowo (o czym w dalszej części opowieści), bo poczuliśmy z nimi więź, gdy mówili, że już kilka fajnych mieszkań im "uciekło". Nam też kilka pięknych domów sprzątnięto sprzed nosa...
No cóż...

Oni biorą na 100%, bo mieszkanie ładne, ustawne, balkon wielki, jak taras - no cud, miód i orzeszki. Pieniądze mają, jutro podpiszemy umowę przedwstępną, damy zadatek i potem tylko notariusza umówić. Wygląda pięknie?
Nie mogło jednak być tak różowo.

Na SMSy odpowiadali z ociąganiem, telefonów nie odbierali. Na pytania o konkrety (np. kiedy przyjdziecie podpisać umowę przedwstępną) odpowiadali mało konkretnie, a głównie mówili o tym, co teraz na działce robią.
Ogłoszenie zdjęte z "tablicy", ludzie, którzy byli też chętni - poodmawiani, a ci świrują. Z jutra zrobił się tydzień, z tygodnia dwa...

W tym czasie dowiedzieliśmy się, że rRodzinka chce się już wprowadzić do jednego z pokoi, bo oni się pomieszczą spokojnie i nie będą przeszkadzać, a my możemy pakować teścia (no jasne i gdzie go wyprowadzimy? Pod most?), a także poznaliśmy pełną szczegółów historię o tym, kto gdzie będzie spał, gdzie się wypróżniał i co robił w poszczególnych etapach życia w nowym miejscu.
Na nasze miłe, acz stanowcze odmowy wprowadzenia się przed zapłatą pełnej kwoty, jaką żądamy za mieszkanie, reagowali fuknięciami, bo przecież oni nie oszukają, wszystko zapłacą i w ogóle.

Najbardziej rozwalił mnie moment, gdy Madka chcąc sobie pomierzyć pokój, czy jej meble wejdą (w sumie nie wiem też po kiego grzyba to robiła, bo w ogłoszeniu był dołączony schemat z wymiarami i rozmieszczeniem poszczególnych pomieszczeń), trzymała kartkę w ręku z zapiskami. W pewnym momencie jeden z bombelków wyrwał jej tę kartkę i... zjadł... opad szczęki trwa nadal, choć było to prawie tydzień temu.

Postawiliśmy im w końcu ultimatum: do tego i tego dnia określają się, czy kupują mieszkanie, spotykamy się i podpisujemy umowę przedwstępną. Nie odpowiedzieli na SMSa, a telefon - tradycyjnie - nieodebrany.
No cóż... wyrozumiałość i współczucie, to jedno, a brak szacunku do innych i ich czasu, to drugie.
Ogłoszenie wróciło do Internetu.
Szybko znalazł się nowy nabywca, zdecydowany na zakup, już umawia notariusza, ma gotówkę, chce załatwienia rzeczy od ręki.
Rodzinka dostała krótką informację, że oferta nasza już jest nieaktualna, na którą zareagowała natychmiast (!) wysyłając gorączkowe SMS-y z prośbami, by jeszcze im dać czas, że oni już za chwilę do banku po kredyt idą... Teraz? No sorry, ale już za późno.

Nie wiem, gdzie oni się chowali, ale nie chcę znać tego miejsca.
I powiedzcie, jak można być takim wstręciuchem, żeby nie szanować czyjegoś czasu i mieć w nosie wszystkie prośby o ustosunkowanie się do wcześniej zawartej umowy ustnej? I żeby sprzedający się prosił o podpisanie umowy i zakończenie transakcji...?
Naprawdę, zaczynam tracić resztki wiary w to społeczeństwo...

mieszkanie bombelki madka kupno-sprzedaż

Skomentuj (26) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 126 (134)

#85186

~NiedoszlySpawaczFlustrat ·
| Do ulubionych
Wyjaśnicie mi to?

Mam 30 lat i nisko płatną pracę, za którą nie da się samodzielnie żyć, nie ma też żadnych szans na awans i podwyżkę w tych "usługach".
W tej sytuacji oszczędziłem więc pieniądze i zrobiłem kursy spawalnicze, alby podnieść kwalifikacje, zdobyć konkretny zawód, móc zacząć zarabiać i żyć.

Certyfikat odebrany, książeczka spawacza też, więc heja wysyłać podania po fabrykach!

I co? I KISZKA!

Wszędzie wymagane DOŚWIADCZENIE!

Podczas rozmów telefonicznych, słyszę tylko "mamy rekrutację, ale wymagamy doświadczenia"...

Wysyłam do wszelkich firm w swoim powiecie oraz sąsiednich. Wszędzie zero odpowiedzi (mimo aktualnych ogłoszeń.

W końcu jest! Fabryka 50 km dalej, zaprasza na dzień próbny!
Byłbym poza domem przez co najmniej jedenaście godzin, ale stawka taka, że warto i możliwość premii, podwyżek!

Dzisiaj na miejscu po kilku ściegach położonych słyszę, iż jest ok, ale ZA WOLNO!
Nie mam doświadczenia, więc mam wrócić za kilka miesięcy jak już go nabiorę...

Pytam się więc GDZIE?!

Czy nie ma w tym kraju możliwości, by bez znajomości iść do pracy jak nie jest się starych fachowcem?

Powiecie - idź na staż płatny z urzędu pracy.

Szukanie stażu zaliczyłem kilka lat temu.
Pracodawcy albo mieli to głęboko, bo nie chciało im się załatwiać formalności, albo wprost mówili, że nie zamierzając przyuczać, bo chcą DOŚWIADCZONEGO pracownika, ale ZA DARMO!
Odbyłem takich rozmów co najmniej kilkanaście.

Oferty stażów natomiast z urzędu były poronione, w stylu staż na stanowisku stróż nocny na parkingu, staż jako sprzedawca waty cukrowej.

Widocznie chyba w naszym kraju naprawdę pracodawcy są totalną rozwydrzoną patologią, skoro nawet gdy człowiek zrobi samodzielnie kursy za własne pieniądze, sam zapyta czy by nie ogarnąć tego jako staż, oni dalej mają to w kakaowym oku.

Właściwie skończyły mi się już firmy spawalnicze w zasięgu. Poszukiwania w moim powiecie oraz każdym sąsiednim zrobione, pozostało jakichś dwóch dziwnych prywaciarzy, którzy mają ogłoszenia wiszące od siedemdziesięciu dni i brak chętnych, oraz w opisie oferty zwroty w stylu "miłe wdziana osoba niepijąca, mogą być Ukraińcy, znajomość polskiego niewymagana", a im dłużej szukam, tym na pewno nie będę wypadał lepiej na żadnym "dniu próbnym"...

Nie wiem co teraz kombinować, może macie jakieś sensowne pomysły? Czyżby beż znajomości lub szczęścia, można podnosić kwalifikacje i kał z tego mieć?

Skomentuj (35) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 77 (99)

#85120

(PW) ·
| Do ulubionych
Ja już naprawdę nie wiem, czy to ze mną jest coś nie tak i to co mi się przytrafia jest powszechne i normalne, czy to ludzie wokół mnie powinni być na nowo wychowani.

Jestem w ciąży. 9 miesiąc, dwa tygodnie do terminu, najpierw idzie brzuch, potem ja, normalne w tym okresie. Mam akurat to szczęście, że znoszę to dosyć lekko i tylko czasem gdzieś poboli, zakłuje, żebym czasem nie zapomniała, że mam dziecko pod sercem. Stanie w długich kolejkach może nie należy do najprzyjemniejszych, bo obciążenie jest dosyć spore i po chwili nogi stają się obolałe i w głowie się trochę kręci, ale daję radę, jeszcze ani razu nie prosiłam o przepuszczenie. Jednak dobrze wiem, jak wiele jest kobiet, które nie dają rady i bardzo szybko robi im się słabo, kiedy postoją dłużej.

Z góry wszystkich bardzo proszę, żebyście nie pisali złośliwych komentarzy typu "jak się komuś robi słabo, to niech nie chodzi do sklepu, kto jej każe", albo "Karyna w ciąży to myśli, że jej wszystko wolno". W rzeczywistości, nie zawsze da się uniknąć wizyty w sklepie, a większość kobiet w ciąży, w tym ja, nie uważa się za pępek świata.

Przejdźmy w końcu do sedna. Napiszę tu o dwóch autentycznych sytuacjach, które wyprowadziły mnie całkowicie z równowagi. Wspomnę tylko, że strasznie mnie to śmieszy, kiedy staję w kolejce i wszyscy razem z kasjerką próbują ze wszystkich sił udawać, że mnie nie widzą :)

Pierwsza sytuacja w markecie. Kolejka spora, ale ludzie w kolejce, w tym ja, nie mają więcej niż 15 rzeczy, myślę sobie, szybko pójdzie. Za mną staje kobieta z córką, nie wydaje mi się, żeby którejś coś się działo złego, rozmawiają o swoich sprawach. Do moich uszu wpada jedno zdanie, brzmiące "ty idź jeszcze po wodę, a ja się postaram tu przejść na początek". Będzie ciekawie, pomyślałam. Sekundę po tym, poczułam rękę na ramieniu i słowa "ja mam TYLKO dwie rzeczy". No to ja patrzę na swoje mleko, bułki i czekoladę, z mindfuckiem na twarzy i jej odpowiadam "ja jestem TYLKO w ciąży i mam TYLKO trzy rzeczy". Kobieta stwierdziła chyba, że lepiej będzie to zignorować i pognała na początek kolejki. Ale jak lubię to nazywać, karma wraca, bo zaraz po tym otworzyli drugą kasę, do której dostałam się jako pierwsza, a jej córeczka z wodą musiała niestety stanąć za mną. Los chciał, że tak czy inaczej wyszłam wcześniej ze sklepu.

Druga sytuacja na poczcie. Miałam do odebrania awizo, w mojej placówce bierze się numerek i czeka z nim na swoją kolej. No to biorę numerek i czekam. Kolejka akurat na jedną osobę, więc pójdzie szybko. Aż tu wchodzi Pani Grażyna, która nie będzie brała numerka, bo ona ma do zapłacenia tylko wodę. Ona to szybko załatwi. Mówię do niej grzecznie, że awizo załatwia się jeszcze szybciej, a akurat dzisiaj nie czuję się zbyt dobrze i wolałabym Pani nie przypuszczać. Niby zrozumiała, ale efekt był taki, że swoim wielkim cielskiem utrudniała mi przejście do okienka, bo stanęła zaraz przede mną, a placówka jest dosyć ciasna przez multum regałów i półek z produktami. Na moje szczęście, Pani z poczty chyba usłyszała naszą krótką konwersację, bo kiedy Grażynka już biegła do okienka, ta kazała jej mnie przepuścić. Taka tam sprawiedliwość.

I teraz moje pytanie. W którym momencie prawo się zmieniło i teraz to kobiety w ciąży muszą przepuszczać innych ludzi w kolejce? I to ja jestem dziwna, czy ludzie wokół mnie?

Kolejki

Skomentuj (42) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 110 (144)

#85042

(PW) ·
| Do ulubionych
O przedstawicielu mistrzów intelektu, którzy na zgubę społeczeństwa są również rodzicami.

Wybrałam się do kina na nowego Króla Lwa w wersji z napisami, zakładając, że będzie mniej lub nawet w ogóle dla dzieci w wieku poniżej 8 lat (film oczywiście też dostępny w wersji z dubbingiem).

Siedzę, oglądam, wzruszam się itd. (w końcu to ukochany film z dzieciństwa). Niestety dużą przyjemność z oglądania odebrał mi siedzący bezpośrednio za mną "tateł", który postanowił do kina na film z napisami zabrać synka, który był w takim wieku, że jeszcze nie potrafił czytać. Więc pan inteligentny inaczej, przez cały seans czytał chłopcu te napisy. Owszem, szeptem bo szeptem, ale cóż, ja mam bardzo dobry słuch, do tego wyczulona jestem na dźwięki, które nie są standardowe dla danej sytuacji.

Zwróciłam mu uwagę, że do kina przychodzi się oglądać film, a nie czytać dziecku napisy i czy mógłby zamilknąć, bo mi przeszkadza w oglądaniu i dodałam, że jak dziecko nie umie czytać, to trzeba było iść na wersję z dubbingiem (film świeżo na ekranach, więc nie ma problemu z dostępnością, jeśli chodzi o godzinę seansu), to stwierdził, że jestem chamska. Aha, no jakoś to przeżyję, przynajmniej już do końca filmu miałam w miarę spokój.

Dalej nie rozumiem tylko jaką przyjemność miało mieć dziecko z oglądania filmu w takich warunkach? Mam tylko nadzieję, że chłopiec ucząc się jak zachowywać w kinie i innych miejscach publicznych, nie będzie wzorował się tylko na swoim "mądrym" tatusiu.

Kino ojciec tateł napisy

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 82 (108)

#85305

(PW) ·
| Do ulubionych
Z serii rozmowy kwalifikacyjne.

Wczorajsza rozmowa o pracę, sprawiła, że już całkowicie popieram obowiązek widełek finansowych na danym stanowisku podanym w ogłoszeniu o pracę.

W zeszłym tygodniu odebrałam telefon od kancelarii radców prawnych, gdzie zgłosiłam się na Asystenta Radcy. Zakres obowiązków podany w ogłoszeniu taki, że w rzeczywistości jest to całkowicie samodzielne stanowisko, jeśli wykluczyć zapis "bieżąca pomoc w sprawach zleconych przez mecenasa". Widełek finansowych nie chciano podać, przekazano mi jedynie, że są one zależne od doświadczenia, co powinno sprawić, że zaświeci mi się czerwona lampka. Ale cóż, nadzieja matką głupich, idziemy.

Odbieram nadgodziny w obecnej pracy, jadę na rozmowę. Wita mnie sekretarka, która prowadzi do pokoju mecenasów. Kobieta i mężczyzna - pomyślałam, dobry znak. Sama kancelaria wyposażona w komputery Apple'a, na biurku leży jeden z nowszych iPhonów.

Mecenasi otwierają moje CV. Podpytują się o doświadczenia, dziwią się, że pracę "w zawodzie" miałam od 2 roku studiów, pytają się skąd zmiana branży. Zachwycają się nad umiejętnościami. A to wspaniałe, a to jeszcze lepsze. A że kojarzę co to za twój Rolnicza Spółdzielnia Produkcyjna? Oni sami nie do końca to rozumieją, ale bardzo to się przyda! Pisanie umów najmu, dzierżawy-super! Umowy deweloperskie? Jeszcze lepiej, mało osób je kojarzy z punktu praktycznego.
Po czym przystępujemy do kwestii wynagrodzenia.

- Ile by chciała Pani zarabiać? - podaję konkretną kwotę, całkowicie dopasowaną do mojego doświadczenia i ich wymagań, które pokrywały się prawie w 100%.
- Wie Pani, my musimy mieć gwarancję, że wypracuje Pani dla nas zysk. Już mieliśmy osoby, które miały dużą wiedzę teoretyczną, ale praktycznej żadnej. - myślę sobie "oho, będzie ciekawie".
- Widzimy, że Pani ma doświadczenie i wie o czym Pani mówi, ale i tak musimy zastosować okres próbny, a po nim będziemy rozmawiać o podniesieniu stawki, proporcjonalnym do wypracowanych przez Panią zysków.
- Dobrze, a więc jaką kwotę przewidują Państwo na tym stanowisku na okresie próbnym i po.
- Możemy obecnie zaoferować minimalną krajową (1664 zł netto!), a po trzech miesiącach możemy porozmawiać o podwyżce w zależności od wypracowanych zysków.
- I jak rozumiem ta kwota to na cały etat?
- Takie obecnie mamy przewidywania.

Wbiło mnie to w fotel. W mieście, gdzie pokój wynajmuje się za około 800 zł+opłaty, oferować takie pieniądze za cały etat, było dla mnie śmieszne. Na początku mojej drogi zawodowej, kiedy byłam kompletnie zielona i wszystkiego trzeba było mnie uczyć, dostawałam więcej.

- W takim razie dziękuję za poświęcony mi czas, ale nie mogę przyjąć tej oferty. Obecnie zarabiam o wiele więcej i nie mogę zgodzić się na takie zarobki.
- Ale niech Pani to przemyśli, przedzwonimy do końca tygodnia i Pani da nam odpowiedź, bo my chcemy podjąć współpracę.

Wróciłam do domu z myślą, że zmarnowałam prawie godzinę życia, bez dojazdu, na rozmowie, gdzie szukano młodszego specjalisty z określoną, wąską wiedzą na stanowisko podpisane jako "asystent" za pieniądze dla praktykanta, bądź początkującej osoby.

I wiecie co jest najgorsze? Że jest to któraś rozmowa w moim życiu, gdzie oferowane wynagrodzenie w praktycznym aspekcie nie pozwalałoby na przeżycie w tym mieście - ba, nawet wegetować byłoby trudno.
Gdyby od razu w ogłoszeniu podano stawkę, nie marnowałabym swojego i potencjalnego pracodawcy czasu. Czasem rozmawiałam z kimś blisko godzinę, robiłam testy wiedzy, po to, aby dowiedzieć się, że oferowana stawka jest albo najniższą krajową albo niewiele od niej większa.

Szanowni Pracodawcy,
wiem, że jest wam też ciężko, a obecna polityka nie jest pro-przedsiębiorcza, ale oszczędźmy sobie fatygi i powiększcie to ogłoszenie chociaż o widełki kwotowe, które jesteście w stanie zaoferować.

praca

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 138 (144)

#85302

~irlandka ·
| Do ulubionych
Krótki wstęp:
Za młodu mieszkałam z rodzicami (X) w bliźniaku, w niewielkim miasteczku. Jedną część zajmowaliśmy my, a drugą moja babcia (mama taty). Gdy rodzice zbudowali własny dom, a nasze pół zostało puste, wszyscy zgodnie stwierdzili (tata, babcia i siostra taty, która jakieś udziały w działce ma), że dom będzie należał do mnie o ile na starość zajmę się babcią (babcię kocham najmocniej na świecie, no i walczyłam o ten dom jak lwica :D).
Z moim lubym wyjechaliśmy do Irlandii na pięć lat. Pięć lat żałowania sobie wszystkiego, nieodwiedzania kraju, byle każdy grosz zaoszczędzić.

Wróciliśmy do Polski. Czas na remont naszej połowy. Wszystko pięknie, wszyscy szczęśliwi. Poza paroma wyjątkami...

1. Piąta woda po kisielu. Rodzina, której nagle nie pamiętam, nagle chce odwiedzić babcię. "Zdzisiu nie martw się, nie będziemy miejsca zajmować. W połowie X przenocujemy". Babcia mówi, że nie bardzo, bo młodzi tam sobie robią. W tym czasie byliśmy na spływie kajakowym, a swoją część jak zawsze zamknęliśmy na klucz. Rodzina przyjechała, dobija się do nas. Szok i niedowierzanie, wszyscy wściekli. Bo jak to tak można traktować rodzinę?! Oni myśleli, że my ich spokojnie przenocujemy, a my takie cyrki robimy!
Cóż, nie sądzę, żeby ktoś chciał spać na gołym betonie, bo mebli niet, podłóg niet - początki remontu.

2. W tym miasteczku chodziłam do szkoły. I nagle od jednej życzliwej koleżanki dowiaduje się, że taki dom dostałam, tak mam fajnie, za darmo. Może i za darmo, ale jak kiedyś wspomniałam ile kosztuje remont (Remont generalny, podłogi krzywe, ściany krzywe, wszystko do roboty od podstaw). To usłyszałam "Pewnie w tej Irlandii ku*wić się musiałaś, żeby zdobyć tyle pieniędzy".

Także pamiętajcie Piekielni - nieważnie jak harujcie zawsze znajdzie się ktoś, kto wie lepiej.

P.S. Rodzinka doskonale wiedziała, że nas nie będzie i dom jest w stanie prawie, że surowym. Mimo to nie wynajęli pokoju w hotelu. Albo myśleli, że kłamiemy albo wyczarujemy im nocleg.

Skomentuj (3) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 93 (107)

Podziel się najśmieszniejszymi historiami na
ANONIMOWE.PL

Piekielni