Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

 

#86817

~wielorodzinna ·
| Do ulubionych
Pochodzę z rodziny wielodzietnej, czasy jeszcze sprzed 500+ i innych dodatków. Po prostu mama chciała mieć dużą rodzinę, a ucierpieliśmy na tym wszyscy.

W domu była nas 7. Rodzice dobrze zarabiali i było ich stać nas utrzymać. Nie zmienia to faktu, że przy takiej ilości dzieci, trzeba było któreś poświęcić, aby zająć się młodszymi.
Pomiędzy mną, a moim najmłodszym bratem jest 18 lat różnicy. Mógłby być moim dzieckiem. Przez rok musiałam go niańczyć, a potem uciekłam na studia i już nie wróciłam.
Kontakt utrzymuję obecnie tylko z młodszą od siebie o 1,5 roku siostrą, która była ofiarą zachcianki matki o dużej rodzinie, tak samo jak ja. Dlatego, gdy też poszła na studia, zamieszkałyśmy razem i tak żyłyśmy niezależne od rodziców. Ludzie dziwili się, że nawet na święta nie przyjeżdżamy, ale my ich nienawidziłyśmy za zniszczenie naszego dzieciństwa.

Gdy koleżanki szły na urodziny, jechały na kolonie, my zostawałyśmy w domu, bo trzeba pomóc w opiece nad rodzeństwem. Zamiast chodzić na pierwsze randki, chodziłam z wózkiem. Czas na hobby? Moim było rysownie, które szybko się skończyło, bo młodsze dzieciaki zainteresowały się kredkami. U nas nie mogło być zamykanych pokoi, bo przecież nie można się izolować. I tak moje rysunki zostały zniszczone, kredki (które dostałam na urodziny od jednej z cioć, dość drogie wtedy) połamane. I oczywiście nieśmiertelne - podziel się, co ci to zaszkodzi, to twoje rodzeństwo.
Gdy inni wyprowadzali psy, albo mieli inne zwierzęta, moimi zwierzętami było rodzeństwo. Ja o psie, kocie, czy nawet rybkach mogłam pomarzyć, chociaż dałabym się za możliwość posiadania któregoś pokroić.

Czasem było tak, że wracałam ze szkoły, jedną ręką odrabiałam lekcje, a drugą pilnowałam, aby przedszkolne lub wczesnoszkolne rodzeństwo nie wpadło na jakiś durny pomysł, bo mama kładła spać najmłodsze dzieciaki. Potem mama wróciła na część etatu do pracy. Gotowanie, sprzątanie, przypilnowanie lekcji spadło na nas najstarsze, bo ojciec pracował czasem po 12 godzin i gdy przychodził do domu,jadł byle co i szedł spać.
Kiedyś, gdy byłam starsza i powiedziałam mu, że po co narobili tyle dzieci, skoro zająć się nimi nie potrafią, stwierdził, że to było marzenie matki, a on chciał maksymalnie 3, czyli na moim bracie Pawle by się skończyło.

I właśnie, bracia. Oczywiście to byli chłopcy, więc nie pomagali w domu. Oni mieli życie towarzyskie, a my miałyśmy jako kobiety, pomagać w domu, bo przecież jak chłopak będzie wyglądał z wózkiem albo z młodszym rodzeństwem na placu zabaw. Nawet talerzy nie musieli zmywać, czy wynosić śmieci, bo któraś dziewczyna to ma zrobić.

Tak, to było moje rodzeństwo. Rodzeństwo, na które obecnie patrzeć nie mogę, chociaż wiem, że to nie ich wina. Najmłodszego brata widziałam ostatni raz 4 lata temu. Jeśli minąłby mnie na ulicy, zapewne nie wiedziałabym, że to on.

Raz, po wyprowadzce, rozmawiałam z matką. Powiedziałam jej, że zabrała mi dzieciństwo i że czułam się samotna, zaniedbana. Że gdyby nie ciotki, które czasem przychodziły pomagać w lekcjach, na studiach może bym nie była. Powiedziała, że przecież ja lubiłam dzieci i się nimi zajmować.

Obecnie nie chcę mieć żadnych dzieci. Reaguję na nie alergicznie. Mój narzeczony na szczęście deklaruje to samo. Pozwala mi na nadrabianie dzieciństwa, zwiedzanie i korzystanie z życia. Smuci mnie jednak, gdy słyszę, że rodziny wielodzietne są super. Że ludzie mi zazdroszczą, że mam tyle osób które potencjalnie mnie wesprą.

Na wsparcie mogę liczyć od wspomnianej wcześniej siostry - Ani. Z resztą rodzeństwa jesteśmy co najwyżej znajomymi na fejsie. Nie znamy się, są obcymi dla mnie ludźmi. I nie chcę ich poznać. Najchętniej zapomniałabym o całym okresie mojego życia, które polegało na niańczeniu rodzeństwa.

Skomentuj (44) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 159 (191)

#86812

~Ley ·
| Do ulubionych
Gdy byłam nastolatką, moja matka miała prawdziwą manię na punkcie mojego trądziku. Jak sama twierdziła, ona miała paskudną twarz w tym wieku, dlatego chce, żebym ja miała lepiej. Jednak nie polegało to na kupowaniu odpowiednich specyfików, a... wyciskaniu pryszczy. Codziennie rano, po myciu zębów, miałam pokazać jej moją zapryszczoną facjatę, a ona usuwała te, które uznała, że są na to gotowe. Szczególnie uwzięła się na małe, czarne kropki (wybaczcie, do tej pory nie wiem, jak się one nazywają), które wyskakiwały nie tylko na nosie, ale też na policzkach.

Trwało to parę ładnych lat, aż zaczęłam się skuteczniej buntować (byłam naprawdę zahukaną osobą) i ojciec nie wziął sprawy w swoje ręce - zaprowadził mnie do kosmetyczki, ta do dermatologa. Twarz udało się uratować tylko częściowo, bo blizny mam do dzisiaj.

To nie cała piekielność. Te czarne kropki okazały się piegami. Były na tyle ciemne, że matce, osobie o słabym wzroku, pomyliły się z tymi tworami. Przez lata próbowała je usuwać...

rodzina

Skomentuj (1) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 72 (84)

#86813

(PW) ·
| Do ulubionych
Opowieść o dziurze.

Przy okazji ulewnych deszczy coś podmyło chodnik i zrobiła się tam dziura. Taka 50 cm na 50 cm i z 50 cm głębokości.

Poinformowałem opiekunów drogi o tej dziurze - co też nie było łatwe, bo okazało się, że droga tam biegnąca nie jest gminna. ani powiatowa tylko wojewódzka - myślałem, że coś się podzieje.

I nie myliłem się - po dwóch dniach stanął tam pachołek. Który jeszcze bardziej utrudniał przejście - bo to jedyne przejście przez drogę wojewódzką na drugą stronę w zasięgu ok. 2 km.

Ale, ale - nie będę marudził - po 3 dniach przyjechała ekipa, zasypała dziurę piaskiem i położyła nową kostkę.

Następnego dnie znów była burza. Piasek wymyty, dziura jeszcze większa.
Tym razem już nie musiałem dzwonić - po dwóch dniach ustawili pachołek, po pięciu - piasek, kostka i tak dalej.

Po wczorajszej ulewie dziura ma już jakieś półtora na półtora metra. Włazi na jezdnię i trawnik.
Ale co tam - znów piaskiem zasypiemy :)

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 68 (74)
Włożę kij w mrowisko.

Jestem w siódmym miesiącu ciąży. Ze względu na problemy z kręgosłupem, muszę być pod opieką neurochirurga, który ma zadecydować o formie porodu. Na nic się nie nastawiam. Wychodzę z założenia, że lekarz lepiej będzie wiedział, co będzie bezpieczniejsze dla mnie i dla dziecka. Kiedyś myślałam, że jeśli zdarzy mi się zajść w ciążę drugi raz, to oczywiście wolałabym rodzić naturalnie, ale wiadomo, w życiu różnie bywa i często oczekiwania zupełnie mijają się z rzeczywistością. Na tę chwilę zarówno neurochirurg, jak i ginekolog bardziej skłaniają się ku cesarskiemu cięciu. No i okej, są to lekarze, którzy znają mój stan zdrowia, ufam im (to naprawdę dobrzy lekarze), a konsultacja z innym ginekologiem tylko potwierdziła wcześniejsze opinie.

Cała piekielność polega na tym, że naprawdę sporo innych matek - zwolenniczek wyłącznie porodu siłami natury - uważa się za wystarczająco kompetentne, by podważać zalecenia lekarzy. Miałam w ostatnim czasie kilka takich sytuacji, w których jakaś znajoma czy ktoś z rodziny pytał o termin i formę porodu, a ja, niestety, mówiłam prawdę jak to u mnie wygląda. W odpowiedzi słyszałam np. "Nie daj się namówić na cesarkę! Lekarze to się nie znają w dzisiejszych czasach" albo "Mnie też bolały plecy i urodziłam naturalnie". Nie chce mi się każdemu tłumaczyć, że ból bólowi nierówny i ja nie jestem w stanie się nawet wypróżnić, bo czuję, jakby mi ktoś w plecy wbijał widły, a przespanie nocy graniczy z cudem, bo nie ma takiej pozycji, w której bólu bym nie czuła. I nie jest to wina mojej wagi, bo do tej pory przytyłam zaledwie 7 kg i naprawdę się pilnuję (liczę kcal w aplikacji), żeby nie przybierać gwałtownie na masie. Poza tym regularnie ćwiczę z hantlami i gumami (tak, mogę), więc to nie jest tak, że się nie staram walczyć z bólem.

Problem zaczął się właśnie po pierwszej ciąży, czyli 8 lat temu. Studiowałam wtedy w szkole wojskowej, a ginekolog, do którego chodziłam, przyjmował w szpitalu wojskowym. Jedyne badania, jakie mi zlecał, to morfologia i badanie moczu (serio, żadnej toxoplazmozy, różyczki, testu obciążenia glukozą, USG - nic). Rozszczep kręgosłupa (nie jest on w tej chwili moim jedynym problemem) w wywiadzie olał. Nie zalecił żadnych dodatkowych badań. Przytyłam ponad 20 kg i dla mojego kręgosłupa nie było to za dobre, jednak koszmar zaczął się właśnie po porodzie. Być może ten, kto miał choć raz w życiu rwę kulszową, jest w stanie sobie wyobrazić ten ból niemijający przez pierwsze pół roku. Później bolało mniej, ale regularnie. Mojemu obecnemu ginekologowi od razu zapaliła się czerwona lampka i wysłał mnie na dalszą diagnostykę.

Reasumując, zalecenie cesarskiego cięcia nie jest ani moją, ani lekarską fanaberią. A jednak na niektóre kobiety działa to jak płachta na byka. Do niedawna wydawało mi się, że takie historie można tylko przeczytać w internecie. Nie sądziłam, że i mnie spotka madkowy hejt.

ciąża

Skomentuj (43) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 103 (109)

#86804

(PW) ·
| Do ulubionych
Zapisałam się na studia podyplomowe "rozwijające i kwalifikacje zawodowe podnoszące". 3/4 tych studiów jest psu na budę, bo powiela to, czego już się sama nauczyłam albo nauczono mnie na studiach "przedyplomowych", 1/4 kursów to rzeczy faktycznie dla mnie nowe albo podane w nowy sposób, do którego pewnie sama bym nie doszła.
Jeden z pierdołowatych (dla mnie) przedmiotów wymagał wysłania pracy zaliczeniowej do prowadzącej, żeby go zdać. Pracę napisałam, wysłałam i czekałam na ocenę. Przedmiotu nie zaliczyłam, co ciekawe, w polu komentarzy do oceny (gdzie powinna znaleźć się adnotacja, co było nie tak) powitała mnie pustka.
Skrobnęłam mail do prowadzącej, który mogę streścić do postaci "WTF?". Odpowiedzi nie dostałam, za to pojawił się komentarz: nie oddano pracy zaliczeniowej. Cóż... Wysłałam kolejny mail, który tym razem przyjął postać "WTF do ch*ja pana, tu masz babo screen z potwierdzeniem, że tę pracę dostałaś, które mi sama napisałaś 6 tygodni temu!". Odpowiedzi znowu nie dostałam (no coś takiego), komentarz został zmieniony na "praca nie spełnia warunków zaliczenia". Komentarza merytorycznego - gdzie, wg zasad zaliczenia tego przedmiotu, powinnam mieć wypisane, dlaczego i w jakim stopniu praca jest spieprzona - brak.

Przestawiłam się z trybu "to nieporozumienie" na "to jest wał i to wał na moją szkodę, więc nie odpuszczę" i wywaliłam mail, którego do "WTF" streścić już się nie da, a który wysłałam do prowadzącej, kierownika studiów podyplomowych i dyrektora instytutu, przy którym studia są prowadzone. W mailu podniosłam kilka kwestii, które sprowadzają się do dwóch pytań:
1) Dlaczego prowadząca skłamała, że nie dostała pracy, skoro wcześniej potwierdziła, że dostała?
2) Dlaczego przedmiot wciąż mam niezaliczony, skoro to prowadząca naruszyła warunki zaliczenia przedstawione na początku semestru, mianowicie nie oceniając pracy we wskazanym terminie od oddania i nie podając merytorycznego uzasadnienia oceny niedostatecznej w momencie jej wystawienia, do czego była zobowiązana w myśl ustalonych przez samą siebie zasad? Warunki zaliczenia, swoją drogą, zerżnięte słowo w słowo z innego przedmiotu włącznie z literówką, są wiążące dla obu stron, zatem skoro nie doszło do formalnie poprawnej oceny mojej pracy, odrzucam krzywdzącą dla mnie ocenę merytoryczną i domagam się zaliczenia przedmiotu z powodu nierzetelnego wykonania obowiązków przez prowadzącą.

Po tygodniu bez zmiany oceny (ha, ha, ha) i odpowiedzi od którejkolwiek ze stron (hłe, hłe, hłe), czyli w poniedziałek, podreptałam do działu prawnego w Jaśnie Fyrmie, gdzie przy kawce i własnoręcznie upieczonym serniczku zgłosiłam problem, po czym Pani Prawnik, w imieniu partycypującego w kosztach studiów, czyli Fyrmy oraz moim wyrąbała wezwanie do złożenia wyjaśnień i zwrotu opłaty za ten semestr w kwocie proporcjonalnej do wymiaru tego przedmiotu wobec całego semestru, skoro wykonanie umowy świadczenia usług edukacyjnych na podyplomówce jest, w ocenie mojej i Fyrmy, nienależyte. Dodała też zapowiedź zgłoszenia sprawy do komisji dyscyplinarnej dla nauczycieli akademickich i MNiSW, że takie śmierdzące sprawki mają miejsce.

Dzisiaj ocena została zmieniona na trójkę. Komentarza - co za niespodzianka - brak. Ustosunkowania się do wezwania do zwrotu kasy też brak, podobnie jak choćby głupiego telefonu z instytutu z przeprosinami.
Upiekłam drożdżowe z truskawkami i jutro idę pozawracać głowę kobitkom z działu prawnego, bo z czystej złośliwości pociągnę to dalej.

Skomentuj (20) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 193 (215)

#86737

(PW) ·
| Do ulubionych
Nie to, żebym miała coś do stomatologów czy lekarzy. Choć ostatnio czekam na wizytę już ponad 3 tygodnie w miasteczku, w którym mieszkam od niedawna, sama nie wiem, może jakieś fatum mnie prześladuje.
Powód? Zapisałam się na wizytę przez znany chyba wszystkim portal do jednego z nich.
W dniu wizyty dostaję telefon z recepcji. Że muszą anulować wizytę, bo konsultacja - jedyna opcja do wyboru na portalu trwająca 30 minut- to tylko konsultacja online, o czym nie było mowy przy zapisywaniu się, co nawet zresztą później sprawdziłam. Pani recepcjonistka proponuje przełożenie terminu na za tydzień. Nie spieszy mi się, więc się zgadzam.

Za tydzień - oczywiście znów w dniu wizyty - dostaję telefon z gabinetu. Ta sama, sądząc po głosie, pani recepcjonistka przepraszając przekłada wizytę, bo lekarzowi coś wypadło. Proponuje mi wizytę w innym terminie. Postanawiam zrezygnować i poszukać innego lekarza, na którego nie będę musiała czekać kolejne dwa tygodnie.

Znajduję kolejną stomatolog, zapisuję się online. W dniu wizyty dzwoni do mnie. Mówi, że przekłada ją, bo zapisała w tym terminie kogoś innego przez telefon i nie sprawdziła sobie swoich zapisów internetowych. Żadnych przeprosin, nic. Za to prosi mnie, żebym tę wizytę na portalu internetowym odwołała, bo ona tego zrobić nie może. Tak się złożyło, że miałam wyjątkowe urwanie głowy tego dnia i zapomniałam odwołać wizyty, a po upływie jej czasu było to już niemożliwe.
Na następny dzień dzwonię do pani doktor, żeby potwierdzić nowy termin, skoro kalendarz zapisów internetowych jest traktowany po macoszemu. A pani doktor na to, że jak to, że ona mnie prosiła, żebym odwołała wizytę, że jak tak można i termin, na który znów się zapisałam oczywiście nie jest dostępny i ona może mnie ewentualnie zapisać na za tydzień.
Podziękowałam, szukam dalej, bo jej ton nie wróżył zbyt miłej atmosfery przy kolejnych wizytach.

Aż się boję co będzie przy kolejnym stomatologu, do którego się zapisałam, tym razem telefonicznie...
Co dziwne, w poprzednim mieście, w którym mieszkałam, nie miałam podobnych problemów.

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 44 (66)

#86730

(PW) ·
| Do ulubionych
Jestem kierowcą tzw. "tira"

Dziś na cel obieram często spotykaną sytuację, która występuje przy sygnalizatorze S-2, tzw. "zielona strzałka" lub "skręt warunkowy". Kierowcy bardzo często traktują ją po prostu jak zielone światło. Dziś kilka niemiłych sytuacji i wszystkie napotkane w Toruniu.

1. Robiłem kurs ADR podstawowy (przewóz materiałów niebezpiecznych) w jednej szkole w Toruniu (kto zgadnie szkołę po opisie pobliskich dróg?). Kurs się skończył, wsiadłem w swoją toyotę i jadę do domu. Dojeżdżam do skrzyżowania Szosy Chełmińskiej z Czerwoną Drogą i ustawiam się na pasie do jazdy na wprost i lewoskrętu. Prawy pas jest tylko do skrętu w prawo i posiada sygnalizator S-2. Zatrzymuję się, bo świeci się czerwone światło, a dla pojazdów skręcających w prawo zapala się zielona strzałka. 10 osobówek zdążyło na niej przejechać, ale tylko jedna się całkowicie zatrzymała. 2 inne pojazdy lekko zwolniły, reszta potraktowała strzałkę jak zielone światło.

2. Te same skrzyżowanie co w pierwszym punkcie i również jadę prywatnym autem. Tym razem skręcam w prawo na czerwonym z zapaloną strzałką warunkową. Za mną na ogonie jedzie bmw. Dojeżdżam do świateł i zatrzymuję się. Z tyłu słyszę pisk hamulców i klakson. Nic sobie z tego nie robię. Upewniam się, że mogę jechać i skręcam. Rozpędzam auto, kiedy lewym wyprzedza mnie bmw, którego kierowca zajeżdża mi drogę i hamuje do zera, po czym rusza dalej. Trochę mi szkoda, że nie wysiadł do mnie, bo w końcu sprawdziłbym działanie gazu pieprzowego.

3. Jadę zestawem z Poznania do Brodnicy. Mam zezwolenie na wjazd do Torunia w godzinach zakazu dla ciężarówek i jadę przez miasto, bo nie opłaca się tego kawałka jechać autostradą. Za nowym mostem (gen. Elżbiety Zawadzkiej) zjeżdżam na rozwidleniu w prawo i zajmuję prawy pas w kierunku Olsztyna. Mam czerwone światło i zapaloną strzałkę warunkową. Zatrzymałem się przed sygnalizatorem i czekam, bo główną ulicą jazdą samochody. Z tyłu słyszę trąbienie. Nadal czekam, aż w końcu zapaliło się zielone światło i ruszyłem. Osobówka za mną od razu zjechała na lewy pas i wyprzedzając mnie jej kierowca użył ponownie klaksonu.

zielona strzałka toruń bmw

Skomentuj (17) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 43 (75)

#86717

(PW) ·
| Do ulubionych
Poszukiwania pracy w dobie koronawirusa.

Na początku trochę słów o mnie, aby moc zobrazować sobie sytuację. Jestem studentką studiów niestacjonarnych, pracowałam dotychczas dużo w obsłudze klienta i w biurze jako sekretarka. Ta ostatnia praca była moją najlepszą, ale niestety z uwagi na kryzys po prawie roku współpraca z wieloma pracownikami biura jak i mną się zakończyła. Chwilowe załamanie, ale działać trzeba i pracę nową znaleźć muszę.

Z uwagi na ciężką sytuację na rynku pracy nie wybrzydzam, wysyłam CV na różnorodne oferty, niekoniecznie związane z pracą, która by mnie interesowała, ale wciąż zbliżoną do mojego doświadczenia/kierunku studiów.

Przez prawie dwa miesiące wysłałam około 200 sztuk CV. Odzewu z tego było może 10%. Uprzedzając, CV nie wysyłam w Wordzie, nie mam maila harnas123, a numer telefonu podany jest do mnie, a nie do mojego faceta, bo i takie smaczki już widziałam. Rozumiem natomiast, że może być tyle kandydatów na jedno stanowisko, że ludzie po studiach oraz z większym wykształceniem mają przewagę i nikt nie musi się do mnie odzywać, natomiast mam wrażenie, że niektórzy pracodawcy zapraszają na rozmowy dla zabawy. Oto kilka przykładów z tego miesiąca:

1. Zaproszono mnie na rozmowę na stanowisko, które z opisu polegało na obsłudze reklamacji „przy biurku”. Na miejscu okazało się, że praca jest fizyczna i polega na przepakowywaniu towaru zwróconego tak, aby ponownie nadawał się do wysyłki. Najniższa krajowa, słaba lokalizacja, ale jestem w stanie się poświęcić. Rekruter pytał o moją ścieżkę zawodową, wykształcenie (czyli to, co mógł wyczytać z CV) i na tym się skończyło. Czekałam więc na telefon z jakąkolwiek odpowiedzią zwrotną, nie doczekałam się. Ale widzę, że firma już trzeci raz wrzuca to samo ogłoszenie, więc kogo oni szukają? Trzeba mieć 10 lat doświadczenia w przepakowywaniu paczek czy co?

2. Rozmowa o pracę, na której nie ukrywam, bardzo mi zależało, bo była tożsama z obejmowanym przeze mnie wcześniej stanowiskiem. Miejsce pracy znajduje się dość daleko za miastem, więc musiałam poświęcić dłuższy czas, aby tam dojechać. Na miejscu spotkała mnie chyba najdziwniejsza rozmowa w moim życiu. Pan prezes dosłownie w 3 minuty poinformował mnie na czym polega praca i nic więcej ode mnie nie chciał. Jako że mi zależało, próbowałam pociągnąć temat w ten sposób, że doskonale wiem „z czym to się je”, bo mam doświadczenie. Powiedziano mi, że się odezwą. Nie odezwali się, ale ofertę na to stanowisko wrzucili już drugi raz. Tylko w jakim celu było zapraszanie mnie na rozmowę, skoro poinformować mnie można było przez telefon o warunkach, a chyba odbiór mojej osoby się w żaden sposób nie zmienił, skoro o nic mnie nie zapytano?

3. Tutaj wysyłałam CV razem ze znajomą do pracy w znanej drogerii. Znajoma ma trochę inne doświadczenie, bardziej zbliżone do tego typu pracy. Nie oddzwoniono do żadnej z nas, ale oferta pracy jest wrzucana od nowa już od jakoś dwóch miesięcy. Czyli co, wysyłać trzeba na każde ogłoszenie do skutku i wybiorą najwytrwalszych?

4. Oddzwoniono do mnie i poinformowano o chęci przeprowadzenia ze mną rozmowy online. Godzina taka, że musiałam porzucić swoje obowiązki na rzecz tej rozmowy. Umówiłam się z panią na dany dzień, godzinę i czekałam na informację o tym, w jaki sposób się połączymy i na jakiej aplikacji zostanie rozmowa przeprowadzona. Kontakt się urwał, informacji nie dostałam.

5. Na koniec sytuacja, która powtórzyła się już 3 razy - dzwoni rekruter, pyta, czy mam obecnie czas na rozmowę telefoniczną. Zwykle proszę o kontakt o 13, bo wtedy mam możliwość swobodnej rozmowy. Rekruter z sympatią w głosie obiecuje oddzwonić o danej godzinie. O 13 nikt nie dzwoni i nie odbiera moich telefonów. Zrozumiałabym jednorazową taką sytuacje, może ktoś zdążył w przeciągu godziny znaleźć pracownika, ale żeby trzy razy kogoś po prostu olać...

Gdyby nie fakt, że znalazłam dorywczo pracę, to nie wiem za co bym żyła. Poszukiwania pracy trwają już drugi miesiąc, a coraz bardziej się do tego zniechęcam.

Polska

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 57 (71)

#86803

~smarkataSmarkula ·
| Do ulubionych
Z powodu lockdownu nagle zaczęłam dysponować dużą ilością wolnego czasu i, jak wiele innych osób, zrobiłam porządki w szafie. Niepotrzebnych rzeczy postanowiłam pozbyć się za pomocą apki przeznaczonej w sumie tylko do sprzedawania i kupowania ubrań.

Rzecz dzieje się za granicą, apka działa na zasadzie wrzucenia ogłoszenia z ceną, inni użytkownicy mogą od razu dokonać zakupu lub wysyłać propozycje cenowe, które mogę akceptować lub odrzucać. Zacznijmy od tego, że ciuchy sprzedawałam tanio, tak średnio powiedzmy po 3-5 E. Dostawałam świetne propozycje, jak sprzedanie za 20-30 centów, gdy propozycję odrzucałam, dostawałam często nieprzyjemne wiadomości, przykładowo takie:

- No heeej, 30 centów to za mało? A ile być chciała?
- Myślę, że z 3 euro mogę zejść na 2,5.
- Eee, to drogo...
- No trudno, pozdrawiam.
- A ja nie pozdrawiam, głupia krowo.

Jestem szczupła i uwielbiam ubrania luźno leżące typu oversize, takie workowate.
Jakaś kobieta zaproponowała odkupienie sporej części ciuchów, jeśli obniżę cenę o jakieś 20%. Zgodziłam się, żeby mieć już to wszystko z głowy.
Przy odbiorze zdziwiło mnie, bo kobieta była taka co najmniej na rozmiar 42/44, a wszystko, co sprzedawałam było 34/36. Nie chciałam się wcinać, kobieta zapłaciła i sobie poszła. Napisała do mnie potem, że chce prawie wszystko oddać, bo jest za małe. Napisałam, że przecież rozmiar podałam i sorry, ale od razu widać, że nosi ubrania 2-3 rozmiary większe, więc po co kupuje. Odpisała, że no tak, ale sugerowała się wymiarami w pasie i biuście i myślała, że będzie pasować, ale rękawy są za ciasne. odpisałam, że przecież chodzi o rzeczy typu oversize (jasno zaznaczone w każdym ogłoszeniu), więc mimo luźnej formy nadal przeznaczone dla osób noszących 34/36 i dla takich skrojone są rękawy. Baba wysłała mi na maksa chamskiego maila, że ją obrażam, ona nie jest gruba, a rzeczy są brzydkie i brudne i mam je sobie zabrać z powrotem. Nie chcąc się dalej szarpać napisałam, aby odwiozła rzeczy, to oddam jej kasę. To ją poirytowała jeszcze bardziej.

- Żarty czy co? Przyjedź se sama do mnie, jeszcze się będę do ciebie tłukła!
- Nie przyjadę, mi nie zależy na tym, żeby rzeczy zabrać z powrotem, tylko pani na oddaniu ich.
- Bezczelna jesteś, smarkulo, oddaj mi w takim razie przelewem.
- Nie.
- Zobaczymy.

Nic dalej się nie zadziało poza tym, że wystawiła mi opinię z jedną gwiazdką pisząc, że jestem chamska, ciuchy są źle skrojone i nazwałam ją grubaską.

zagranica

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 101 (123)

#86716

(PW) ·
| Do ulubionych
Opowiem historię o tym, jak rodzice potrafią szkodzić swoim dzieciom.

Mam przyjaciółkę, która ma dwóch starszych braci.

Najstarszy kilka lat temu wpadł z dziewczyną. Bywa. Obydwoje pracowali, wynajmowali mieszkanie, gdy dziewczyna była w ciąży, planowali kupno mieszkania. Po narodzinach synka nie było jednak tak kolorowo. Dziewczyna wpadła w depresję poporodową. Oczywiście jej chłopak próbował ją namawiać na terapię, wspierać. Jednak z czasem było coraz gorzej, zaczęły na światło dzienne pojawiać się choroby psychiczne (które prawdopodobnie odziedziczyła po swojej matce). Wszyscy polecali jej wizytę u psychologa, jednak ona za każdym razem obrażała się na każdego, bo przecież nie jest wariatką. Przestała troszczyć się o syna. W pewnym momencie zabrała swoje rzeczy, zostawiła syna samego w mieszkaniu. Od tego czasu najstarszy brat kontaktował się z nią kilka razy, jednak jego była dziewczyna nie chce wracać ani do niego, ani do dziecka, o którym w ogóle nie chce słyszeć.

Co na to rodzice chłopaka? Musi się z nią ożenić. Bo jak to tak, on samotny ojciec, bez ślubu. Uważają, że to wszystko stało się dlatego, że żyli w grzechu.

Młodszy syn jest gejem. Przyznał się swojej siostrze, przyznał się mi. Obecnie mieszka w większym mieście, wynajmuje mieszkanie ze swoim chłopakiem, z którym jest od dłuższego czasu.

Jego rodzice o tym nie wiedzą. Za każdym razem jak tylko pojawia się w mediach cokolwiek o LGBT, pół dnia gadają jacy to geje są źli, niszczą społeczeństwo. Uważają, że wszyscy geje to pedofile.

Najmłodsza z całej trójki, córka. Po ukończeniu liceum została na trochę w domu, bo nie miała pomysłu na siebie. W końcu wymyśliła - wyjedzie na studia prawnicze, nawet jakby miała zdawać maturę raz jeszcze. Myślała o wielkim mieście lub w ogóle wyjechaniu na studia za granicę. Jednak mimo to, została w domu. Czemu?

Rodzice powiedzieli jej, że się starzeją, a ona MUSI zostać w rodzinnym domu, aby się nimi zajmować. I nie, nie mieszkają na wsi w domu jednorodzinnym, gdzie trzeba przynieść wodę ze studni, aby było ciepło napalić, a sklepy nie są oddalone o kilka kilometrów. Mieszkają w bloku, gdzie w najbliższej okolicy (5 minut piechotą) mieszczą się trzy sklepy spożywcze i z chemią.

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 86 (114)

Podziel się najśmieszniejszymi historiami na
ANONIMOWE.PL

Piekielni