Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

 

#88642

(PW) ·
| Do ulubionych
Do poruszania się na co dzień korzystam z hulajnogi elektrycznej. Staram się jeździć zgodnie z przepisami, zwykle jeżdżę też wolniej, niż pozwalają możliwości techniczne hulajnogi (wolę być te kilka sekund później, niż doprowadzić do wypadku ;)).

Jeżdżę zwykle miejskimi ścieżkami rowerowymi. Zazwyczaj biegną tuż obok chodnika. Niestety spora część mieszkańców mojego miasta kompletnie nie widzi różnicy między jednym, a drugim: Normą jest wyprowadzanie na ścieżkach psów (zajmując całą rozpiętość ścieżki i chodnika, tj. właściciel jest na chodniku, a jego pies na drugiej krawędzi ścieżki), prowadzenie po nich wózków dziecięcych (ja wiem, że też ma koła - ale jednak to druga szybkiego ruchu...) czy bieganie nimi po ciemku bez żadnego oświetlenia. Raz np. zdarzyło mi się prawie wjechać w biegacza, który dosłownie wyłonił się z ciemności tuż przed moją hulajnogą - on z daleka mnie widział (jechałem z włączonym światłem), ale ja jego nie.

Dziś pojawiła się nowość: Ścieżką jechał motocykl - pod prąd (ścieżka podzielona jest na 2 pasy) i bez zamiaru skorygowania strony ścieżki. Facet jechał prosto na mnie i być może doszłoby do kolizji, gdybym nagle nie zjechał na bok.

Kawałek dalej swoje 5 groszy dołożyła pani z wózkiem dziecięcym - ni stąd, ni zowąd nagle zeszła z chodnika prosto pod koła hulajnogi. Udało mi się skręcić i w nią nie wjechać, ale nie wytrzymałem i zawołałem "to jest ścieżka rowerowa!". Pani nie zareagowała i dalej szła ścieżką, ale za to zaczęła mnie wyzywać stojąca niedaleko grupka meneli, niejako stając w obronie kobiety*.

I jak tu funkcjonować, gdy mało kto chce przestrzegać obowiązujące zasady?

*Dla dociekliwych, bo pewnie ktoś zapyta w komentarzu: "Jak jeździsz baranie? Kobietę z dzieckiem rozjedziesz" etc.

Skomentuj (22) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 142 (152)

#88558

(PW) ·
| Do ulubionych
Dokończenie historii o piekielnym kurierze, który sobie wpisał odmowę przyjęcia przesyłki. (Tak wiem, nieodbieranie telefonu to przestępstwo, którego nie da się usprawiedliwić. A zamawianie subskrypcji w firmach, które je wysyłają kurierem, a nie do paczkomatu, to zło i za każdym razem gdzieś smuci się mopsiak).

Zgodnie z sugestią infolinii napisałem reklamację do InPostu.

Odpowiedź stanowi jak następuje:

"Przepraszamy, ale reklamację może złożyć tylko nadawca przesyłki, więc spierrrr...."

Składam zatem reklamację na błędną informację z infolinii:

Odpowiedź:
"przepraszamy, ale reklamację może złożyć tylko nadawca przesyłki, więc albo niech on złoży, albo niech prześle zrzeczenie, a tymczasem spierrrrr..."

kurierzy

Skomentuj (3) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 91 (107)

#88427

~Mania8790 ·
| Do ulubionych
Czytam historie o problemach na klatkach schodowych i wrzucam swoją. Słuchajcie tego.

Wprowadzamy się, blok deweloperski, w brzuchu bombel, więc trochę martwi mnie wymiar tzw. "Wózkowni". Nie wiem, może ze 4 metry miała, była mniejsza od mojej łazienki, a łazienka miała 5,5 m. Na początku nie było problemu, bo mało ludzi jeszcze, a jak się wprowadzili to w sumie małych dzieci było bardzo mało jak na blok, do wózkowni wchodziły trzy wózki, a dwie sąsiadki z racji mieszkania na parterze brały pojazdy do domu.

Czas mija, wypadałoby zrobić wspólnotę, wybrać zarządcę itd. Ja i jeszcze jedna sąsiadka zwracamy uwagę sąsiadom, aby z wózkowni zabrać opony samochodowe i trzy torby słoików, bo to nie miejsce na takie rzeczy. Rzeczy znikają. Jakiś czas później dostajemy info od zarządcy, że będzie ustalanie regulaminu korzystania z wózkowni, oraz ma ona służyć również do przechowywania rowerów. Niby logiczne dość, odkąd pamiętam takie miejsca służyły do przechowywania wózków, rowerów, ale jak wspominałam wymiary były nieco małe.

Kilku sąsiadów się nie zgodziło, w tym ja, a dodam, bo to będzie ważne później, że bardzo dobrze wiem kto był przeciw, a kto za. Niestety nasze argumenty nie przekonały nikogo, że przecież u nas sami młodzi, zaraz pojawią się wózki, klatka szeroka i spokojnie można rowery przypinać do barierek (naprawdę szeroka i zarządca chciał się zgodzić na takie wyjście), przegraliśmy.

Miesiące lecą, coraz więcej sąsiadek w ciąży, coraz więcej wózków i... rowerów. Doszło do cichej wojny między niektórymi. Wózki były brudzone, były wsadzane śmieci do środka, parodia. Zaczęłam wózek nosić na 3 piętro. Kiedyś sąsiadka wydrukowała zdjęcie jakie zrobiła i powiesiła na klatce. Otwierając wózkownię zobaczyła, że na wózkach stały 3 rowery. Dla niektórych miarka się przebrała. Po kolejnym zebraniu powieszono jeden wieszak na rower. I to tyle.

Znowu minął, rok, dwa, miałam już kolejnego brzdąca, na tyle duży, ze jeździł w spacerówce, bardzo małej i poręcznej, do tego kupiłam rower i fotelik, żeby razem z nim jeździć. Oczywiście rower wstawiałam do wózkowni, bo tak stanowiło nasze prawo ;-) Sąsiedzi, którzy kilka lat wcześniej krzyczeli, że rowery maja mieć równe prawa jak wózki, teraz sami zostali rodzicami i jakoś tak zaczęli się krzywo patrzeć na mnie jak wstawiałam rower (zazwyczaj wieszałam na wieszak, a uwierzcie, że był to wyczyn), a do tego trzymałam tam też spacerówkę (wprawdzie złożoną). Nie ukrywam, ze czułam małą satysfakcję, ale sami tego chcieli.

Wojna trwała, nieco głośniejsza, bo na forum osiedlowym, no bo jak to tak wstawiać rowery do tak małej wózkowni? Regulamin, który sami ustalili nie pomógł. Któregoś dnia zaczepiło mnie kilku sąsiadów i słodko-pierdzącym głosem spytali pokazując na mój rower, czy wiem czyj to? Odpowiedziałam, że po co się głupio pytają skoro doskonale wiedzą. Zostałam zaatakowana, że oni miejsca nie mają, że jestem niemiła i chamska itd. Wskazałam tylko na punkt regulaminu i przypomniałam, że ja walczyłam o wózkownię tylko i wyłącznie dla wózków, że oni się nie zgodzili, ale teraz jak mają dzieci to udają głupich, w dodatku są hipokrytami. Wspomniałam jeszcze, że przecież mogą zmienić regulamin i wtedy się do niego dostosuję, a póki co trzymam to co mam prawo trzymać.

Cyrk na kółkach. Całe szczęście 2 miesiące później już nas tam nie było. Z tego co wiem od sąsiadki nadal trwają wojny, klatka zawalona wózkami i rowerami, a do wózkowni kto pierwszy ten lepszy.

Sasiedzi

Skomentuj (21) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 143 (161)

#88639

(PW) ·
| Do ulubionych
Moja przyjaciółka wynajmuje wraz ze swoim chłopakiem mieszkanie. Mieszkanie to parę miesięcy temu sprzedano nowemu właścicielowi, który zdecydował się najem kontynuować. Początkowo bez problemów, ale ostatnio wyszedł duży zgrzyt.

Dwa tygodnie temu moją przyjaciółkę odwiedziły Panie ze spółdzielni. Spytały się jej, czy ma wszystko w porządku z ogrzewaniem, bo były skargi i chciały potwierdzenia, że w lokalu nadal zamieszkują dwie osoby. Przyjaciółka zgodnie z prawdą, potwierdziła, że w mieszkaniu jest ona, chłopak i pies. Żadnej nowej osoby. Panie podziękowały i poszły do kolejnych sąsiadów.

W poniedziałek chłopak kumpeli dostał telefon od nowego właściciela z pretensjami, że dostał pismo od spółdzielni, mówiące o tym, że:
- na podstawie zużycia wody,
- informacji od sąsiadów,
- potwierdzenia od lokatorki,
w mieszkaniu mimo deklaracji zamieszkiwania przez jedną osobę, zamieszkują osoby dwie, a właściciel celowo zataił o tym wiadomość. Spółdzielnia zobowiązała go za uiszczenie opłat wyrównujących "drugą osobę" za okres od kiedy tym właścicielem się stał. Właściciel chciał to wyrównanie przerzucić na swoich najemców, bo to ich wina i nie powinni przyznawać się, że ktoś tu mieszka, i nie mają zużywać tyle wody.

Chłopak odparł, że oni wedle umowy mają wpisane dwie osoby, opłaty za czynsz i śmieci też właściciel pobierał od dwóch osób, więc to jego broszka, że oszukał spółdzielnię i ma teraz tego konsekwencje, bo poprzedni właściciel również deklarował zamieszkiwanie dwóch osób. Właściciel na to się rozłączył.

W piątek dostali wiadomość mailową, że on czeka już na czynsz, bo widzi, że nie ma jeszcze przelewu na koncie, a płatność mają do 20 każdego miesiąca. Odpisali mu, że w tym miesiącu 20 wypada w środę i tak jak zawsze, pieniądze będą u niego na czas. Zapytali za to ile jeszcze będą musieli czekać na wymianę pieca, którego wymianę zalecano podczas ostatniej kontroli, bo nie chcą już myć się po przepuszczeniu hektolitrów wody, aby uzyskać ciepłą (stąd też większe zużycie). Nie dostali odpowiedzi.

Po tym zajściu, zaczynają rozglądać się za czymś nowym.

Skomentuj (16) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 131 (139)

#88626

(PW) ·
| Do ulubionych
Dżentelmeni szos - jak my ich kochamy.

Wyobraź siebie w roli kierowcy. Jest w mieście główna droga biegnąca przez dzielnicę sypialnianą, jak to w takich miejscach bywa, przedostanie się przez główną na drugą stronę bywa ciężkie szczególnie w godzinach szczytu. Wyjazd z jednej strony osiedla ma to ułatwienie, że na skrzyżowaniu są światła, więc czekasz albo na zielone albo na strzałkę, żeby włączyć się do głównej.

Problem w tym, że po wjechaniu na główną skręcając w prawo po jakichś 15-20 metrach masz wyjazd na osiedle po drugiej stronie ulicy już bez sygnalizacji. W tym miejscu żeby zjechać z głównej musisz czekać aż ktoś z naprzeciwka cię puści jak nie ma luzu. Więc sytuacja właściwa, przed tobą jedzie typ, który chce się przedostać na drugą stronę głównej, wyjeżdża z osiedla ze światłami w prawo i po tych 15-20 metrach chce zjechać w podporządkowaną, włącza kierunek i czeka.

W końcu jakiś kierowca go puszcza, a ten zamiast jechać to przepuszcza auta, które chcą wyjechać z podporządkowanej na główną - wpuszcza jedno auto, drugie, trzecie, czwarte, więc kierowca, który stał na głównej z przeciwnego do twojego kierunku zaczyna się niecierpliwić i jak typo przed tobą nie jedzie, to tamten po prostu rusza.
Więc dalej czekamy aż znajdzie się kolejny kulturalny na głównej, który przepuści typa przed tobą. Czekamy, czekamy, w końcu jest, ktoś puszcza, a typo przed tobą co robi? Wpuszcza tych z podporządkowanej, a sam stoi. Tobie już żyłka strzela, więc trąbisz na typa, żeby wreszcie się ruszył, a ten zaciąga ręczy, wychodzi z auta i zaczyna się do ciebie rzucać.

Jeszcze rozumiem, żeby ci którzy z podporządkowanej chcieli skręcić w lewo i mieli do przecięcia jeden pas na głównej to ok, ale wszystkie auta dosłownie wszystkie skręcają w prawo, więc dużo łatwiej jest im się włączyć do ruchu tym bardziej że światła na skrzyżowaniu obok działają bez zarzutu, ale nie, typ będzie robił za dżentelmena szos i wpuszczał ludzi zamiast sam jechać.

kierowcy dżentelmeni_ szos generowanie_korków godziny_szczytu korki

Skomentuj (3) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 88 (96)

#88635

(PW) ·
| Do ulubionych
Kilka dni temu miałam do załatwienia pewną sprawę w pobliskiej Wsi. Wieś duża, spokojnie mogłaby uchodzić za miasteczko, dobrze skomunikowana z moim Miastem, więc w necie sprawdziłam sobie połączenia (PKS) i trasę, którą muszę przejść od przystanku we Wsi do miejsca docelowego.

Sprawę załatwiłam szybciej, niż planowałam, potuptałam znowu na przystanek z nadzieją, że będzie jeszcze jakieś wcześniejsze połączenie niż to, którym chciałam wracać. No niestety, wcześniej nic nie ma, czyli przyjdzie mi czekać prawie godzinę. Z Google Maps pamiętałam, że w pobliżu jest sklep typu supermarket, poszłam tam, poszwendałam się między półkami celem zabicia czasu, kupiłam jakiś drobiazg, po czym okazało się, że na tej jakże czasochłonnej czynności zeszło mi całe 10 minut.

Podjęłam decyzję - wracam taksówką. Ciemno, zimno, lekka mżawka, nie będę tu kwitła 45 minut. Telefon uprzejmie poinformował mnie, że jest bardzo głodny (3% baterii), ale co tam, na wykonanie jednego połączenia mi wystarczy, prawda? Otóż nieprawda...

Dzwonię do firmy taksówkarskiej (nazwijmy ją Cyferka, bo w numerze telefonu ma powtarzającą się cyfrę, dzięki czemu numer łatwo zapamiętać). Odbiera kobieta i opryskliwym tonem rzuca w słuchawkę (serio, była niemiła od pierwszego słowa, zanim jeszcze moje "zamówienie" okazało się dla niej problematyczne):

- Cyferka, słucham?

- Dobry wieczór, chciałam zamówić taksówkę do Wsi, samo centrum, pod sklep Supermarket.

- Adres!

- Proszę pani, nie znam Wsi, chcę się stąd wydostać, podaję pani najwidoczniejszy dla mnie punkt, który chyba łatwo znaleźć.

- Proszę mi podać ulicę!

No tak. Z Google Maps pamiętałam, że Wieś ma dwie takie większe ulice, ulica Piekielna przechodzi w którymś momencie w ulicę Diabelską, ale już za cholerę nie wiedziałam, czy jestem jeszcze na Piekielnej, czy już na Diabelskiej. Zresztą ta wiedza do niczego by mi się nie przydała, sama ulica to za mało, a serio, na ŻADNYM mijanym przeze mnie budynku nie było widocznego numeru. Wysiliłam maksymalnie szare komórki i złożyłam kolejną propozycję:

- To poproszę tę taksówkę pod Urząd Gminy we Wsi (mijałam po drodze tabliczkę ze strzałką i napisem URZĄD GMINY 300 m., pomyślałam, że zanim taksówka dojedzie, ja tam dojdę, urząd Gminy na pewno jest oznakowany tak, że tam trafię).

Pani coraz bardziej opryskliwym tonem:

- Myślę, że najlepiej będzie, jak się pani dowie, jaka to ulica.

Nie no, bo ja tak ze złośliwości jej nie podaję nazwy ulicy... Ciemno, zimno i pusto, nie ma się kogo spytać, w necie nie sprawdzę, bo mój telefon zaraz zdechnie, wkurzona jak cholera (bardziej tonem obrażonej księżniczki, który serwowała mi ta pani niż czymkolwiek innym), odpaliłam bez zastanowienia:

- A ja myślę, że najlepiej będzie, jak zadzwonię do innej firmy.

Pani rzuciła słuchawką.

Wróciłam na ten nieszczęsny przystanek (podczas rozmowy krążyłam po tym centrum Wsi, wypatrując tabliczki z nazwą ulicy, tabliczki z numerem na jakimkolwiek budynku, czegokolwiek, co by usatysfakcjonowało obrażoną panią), korzystając ze światła latarni wygrzebałam z torebki ulotkę innej firmy taksówkarskiej i zadzwoniłam, modląc się, aby telefon to jeszcze wytrzymał.

- Dobry wieczór, firma Super Taxi, w czym mogę pomóc?

Zdenerwowana całą tą sytuacją, zaczęłam rozmowę najgłupiej, jak się tylko dało, czyli informacją, że chcę zamówić taksówkę do Wsi, ale nie wiem, gdzie dokładnie jestem, a jako punkt orientacyjny podałam park, koło którego się znajdowałam. W słuchawce usłyszałam klikanie klawiatury komputera, po czym pani powiedziała:

- Ten park jest duży, znajduje się przy ulicy Piekielnej, potem Diabelskiej, czy mogłaby pani podać jeszcze jakieś informacje?

Oprzytomniałam, już zamierzałam zaproponować Supermarket, kiedy wpadła mi w oko restauracja po drugiej stronie ulicy:

- Restauracja Anielski Zakątek, będę czekać przed wejściem.

Znowu klikanie klawiatury, po czym usłyszałam:

- Ulica Diabelska 281, wysyłam taksówkę.

Można? Można.

P.S. Teraz dopiero mi przyszło do głowy, że mogłam wejść jeszcze raz do tego Supermarketu i zapytać ekspedientki o dokładny adres sklepu...

taxi

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 113 (119)

#88157

(PW) ·
| Do ulubionych
O czym my byśmy pisali, gdyby nie kurierzy...

W czwartek 3 czerwca, a może w piątek 4 czerwca została do mnie wysłana przesyłka. Subskrypcja, więc na datę wysyłki nie mam wpływu. Na wybór opcji przesyłki też nie - tylko kurier, dla tych, którzy uwielbiają wielbić ofiarę. Ale, że w poniedziałek wypadła mi delegacja - 300 km od domu, to myślę trudno, nie odbiorę w poniedziałek, to będzie próba dostarczenia we wtorek.

No i 7 czerwca kurier kontaktował się ze mną telefonicznie, ale... człowiek pracuje i na niewinne pogawędki nie ma czasu, nie każdy pije kawę 8 godzin, a po godzinach już nie atakuje się ludzi telefonami. Szanujmy się.
(EDIT dla potrafiących czytać inaczej - JA nie dzwonię po godzinach. Bo po 1. popołudnie jest na odpoczynek, po 2. dziwnym trafem ZAWSZE kurierzy pracują góra do 16, jak prosisz o przyjechanie po 18 na przykład).

We wtorek rano sprawdzam status przesyłki w apce, pusto i głucho. Bo warto dodać, że był to inPost i niech diabli wezmą szukanie aliasów.
Kurier zapewnił, iż nie otrzymał przesyłki tego dnia, więc może jutro będzie.
Jutro, czyli już dzisiaj, środa, 9 czerwca, zaglądam do apki, a tam...
07.06. 13:05 "Kolejna próba doręczenia"
07.06. 16:05 "Odmowa przyjęcia".

Grrrrrrrrrrr.
Wrrrrrrrrrrrrrrrrrr...
Jak mogła być kolejna próba doręczenia 7.06, skoro przesyłka została wydana tego samego dnia?
Oraz - skąd nagle odmowa przyjęcia po 2 dniach, skoro wcześniej jej nie było w systemie?
Współczuję pracownikom inPostu, że z powodu niskich pensji w nosie mają pracę, ale nie mam zamiaru z ich powodu ponosić strat finansowych, czasowych i innych.

Dzwonię na infolinię, czemu nie.
Rozmawiać udało mi się chyba z automatem, który miał nagrane 2 zdania:
"Jak już mówiłam, nie ma możliwości cofnięcia przesyłki, która wróciła do nadawcy".
"Jedynym sposobem jest napisanie reklamacji i ubieganie się o zwrot kosztów ponownej przesyłki".
A nie, przepraszam trzy, bo jeszcze:
"Już udzieliłam wszystkich odpowiedzi i jeśli nie ma nowych, to muszę się rozłączyć"

Serio? Poziom pomocy na infolinii jest żenujący. ŻENUJĄCY. Poraża głupota procedur i skryptów, a także niekompetencja, skoro nawet pomimo ewidentnej winy swojego pracownika klient stoi pod ścianą, pt. nie mamy pana płaszcza i pisz sobie na Bedryczów. Więcej, winy noszącej znamiona przestępstwa, ponieważ jakby nie patrzeć, było to poświadczenie nieprawdy, nie są w stanie naprawić swoich błędów i dokonać jakże skomplikowanego działania pt.
a) odnalezienie paczki w centrum dystrybucyjnym
b) przeklejenie etykietki i wysłanie paczki ponownie do klienta.

Informacja, że pani mnie przeprasza, ale to ja muszę tracić czas na pisanie reklamacji i użeranie się z infolinią naprawdę mnie nie satysfakcjonuje, tym bardziej, że czas i nerwy nie są w stanie zrekompensować te żałosne zwroty kosztów przesyłki, pewnie 12 zł. A co gorsza ta subskrypcja trwa jeszcze 5 miesięcy i pewnie będzie trzeba pisać takie same reklamacje co najmniej 5 razy.

Gratuluję, doprawdy geniuszom, którzy nie przewidzieli procedury dla upierdliwych klientów. I to doprawdy procedury wyżej opisanej w dwóch prostych podpunktach. DWÓCH.

Krew mnie zalewa.
Czas odpowiedzi na reklamację - 30 dni, bo czemu nie.
Już nawet znam odpowiedź.
"Wyrażamy ubolewanie...
Procedury zostały dochowane...
Kurier otrzymał stosowne pouczenie...
Wsadź se w buty 12 zł/Nie damy ci żałosnych 12 zł, bo to twoja wina, że nie warujesz w chałupie całymi dniami".

Amen.

kurierzy

Skomentuj (25) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 119 (123)

#88600

(PW) ·
| Do ulubionych
Jak pisałem w poprzedniej historii = pracuję na stacji paliw.

Na stacji znajduje się mnóstwo urządzeń, z których korzystają klienci: dystrybutory, ekspresy do kawy, odkurzacze, kompresory i tym podobne. O kompresorze będzie dzisiaj mowa.

Z nieważnych przyczyn uległ on awarii, była to usterka ciężka do namierzenia i usunięcia jeżeli nie wiedziało się gdzie jej szukać. Została na nim powieszona tabliczka "urządzenie nieczynne przepraszamy" i czekaliśmy na serwis.

Przychodzi [K]lient- Czemu kompresor nie działa, muszę koła dopompować.
[J]a- Nie wiemy czemu nie działa. Czekamy na serwis, przepraszam Pana za kłopot.
[K]- Nie rozumiesz? Muszę dopompować koła!
[J]- Rozumiem Pana ale nie mamy wpływu na awarię urządzeń.
[K]- G*wno jesteście nie stacja! W zeszłym miesiącu też tutaj byłem i też nie działał. P*erdolcie się!- I wyszedł.

A teraz małe wyjaśnienie: w zeszłym miesiącu przez 1 dzień faktycznie nie działał kompresor oraz cała reszta urządzeń na stacji ze względu na brak prądu w całej okolicy. Swoją drogą stacja była wtedy zamknięta a wjazd zablokowany pachołkami i żeby wjechać na jej teren klient musiał wjechać od strony wyjazdu czyli w zasadzie przejechać parę metrów pod prąd i zignorować znak B-2 "zakaz wjazdu".

Stacja paliw

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 152 (166)

#88630

(PW) ·
| Do ulubionych
"Jaka piękna katastrofa".

Robimy migrację Sharepointów z serwerów własnych firmy do chmury Microsoftu. Używamy do tego softu od zewnętrznej firmy. W ramach usługi, która nie wpłynie nadmiernie na użyszkodników, mamy bazę danych przekierowań, czyli kopiujemy dane, tworzymy przekierowanie ze źródła na kopię, kasujemy źródło i użyszkodnik, korzystając z zapisanych linków, jest automatycznie przenoszony do swojej zmigrowanej zawartości. Tyle teorii.

Dzisiaj od rana dostaliśmy kilka zgłoszeń, że przekierowania nie działają. Ktoś sprawdził, no i faktycznie - całą bazę danych na roocie region.firma.com zdmuchnęło. Amba fatima, baza danych była, a teraz bazy ni ma. Poszła prośba do ludzi z DBA, żeby przywrócili zawartość i zaczęliśmy badać co właściwie zaszło.

Po jakiś czasie jeden z inżynierów robiących migrację zadzwonił do mnie i rzecze: słuchaj, bo ja rano ustawiałem sobie soft migracyjny na nowym serwerze i wpisałem region.firma.com, ale wydawało mi się, że wpisałem źle i chciałem sobie skasować połączenie, ale nie wiedziałem, że opcja "rozłącz" jest schowana w rozwijanym menu u góry i zobaczyłem "skasuj permanentnie" po prawej i kliknąłem.

I tak oto jeden inżynier, jednym kliknięciem, wywalił całe root directory z serwera. Można by się go, rzecz jasna, czepiać, że powinien był być mądrzejszy, bardziej dociekliwy, albo po prostu zapytać bardziej doświadczonych kolegów. Ale można też stwierdzić, że autor oprogramowania do migracji mógł wpaść na to, żeby nie ukrywać przycisku "rozłącz". Albo chociaż dać jakieś świecące wszystkimi kolorami tęczy potwierdzenie czy NA PEWNO chcesz skasować zawartość z serwera. Nie, bo po co?

Ale ile radości nam to dostarczyło, to nasze :)

it oprogramowanie

Skomentuj (20) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 150 (164)

#88588

(PW) ·
| Do ulubionych
Facebook przypomniał mi sytuację sprzed 2 lat.

Pojechałyśmy z koleżanką i naszymi facetami na Oktoberfest, pojeździć na karuzelach.

Było już po 22, koleżanka i ja (panowie nie chcieli) kupiłyśmy bilety na atrakcję o nazwie Break Dance (można wygooglać) - takie coś, gdzie na kręcącej się platformie wirują takie jakby samochodziki. Już pierwszą piekielnością była fatalna obsługa, która zrezygnowała z systemu kolejkowego na rzecz "kto ma mocniejsze łokcie, ten lepszy" i na tę platformę wpuszczała znacznie większą liczbę osób niż było dostępnych miejsc, kompletnie ignorując fakt, że ludzie, chcąc dopaść samochodzik, jeszcze przed końcem poprzedniej rundy przepychali się i rzucali na kręcącą się jeszcze z dużą szybkością platformę Wydawało się kwestią czasu aż ktoś się w końcu przewróci, a maszyna wciągnie mu kończynę i przemieli na wołowe w kością.

Po przeczekaniu kilku kolejek walki o ogień (od rezygnacji powstrzymał nas tylko fakt, że bilety były bezzwrotne) udało nam się trafić na wolny samochodzik. Wsiadłyśmy i w tym momencie rzuciły się na nas dwie nastolatki. Takie góra 14-15 lat, czyli ponad 20 lat młodsze od nas. Podniosły wrzask, że mamy je wpuścić, bo im się należy, one chcą i one nie będą dłużej czekać, bo nie. Koleżanka zupełnie spokojnie im odpowiedziała, że byłyśmy pierwsze, też czekałyśmy i nie widzi powodu, dla którego miałybyśmy im nagle ustąpić, bo tak. Mają poczekać na swoją kolej jak wszyscy inni. Jedna dziewuszka zrozumiała, natomiast druga wpadła w jakąś furię i nadal wrzeszcząc rzuciła się z pazurami w kierunku twarzy koleżanki. Ta odepchnęła jej rękę, nadal spokojnie mówiąc, że jeśli tylko ją dotknie to wzywamy policję. Dziewczę chyba się wystraszyło, bo odstąpiło od ataku bezpośredniego, tylko jeszcze przez chwilę waliła w samochodzik pięściami.

Ponownie dopadły nas, kiedy po zakończeniu przejażdżki szliśmy dalej i zaczęły coś pyskować. Tym razem na szczęście bez prób przemocy fizycznej (może zdążyły się uspokoić, a może uznały, że przeciwko 4 osobom mają mniejsze szanse, kto wie). Odpowiedziałyśmy, że nie mamy zamiaru z nimi dyskutować, ale za to chętnie porozmawiamy sobie z ich rodzicami w obecności policji i urzędnika Jugendamtu (urząd do spraw dzieci i młodzieży), bo jest po 22 i ich, jako nieletnich, w ogóle nie ma prawa tu być. Uciekły.

Zastanawiałyśmy się, skąd się takie zachowanie bierze. Czy jest to kwestia kraju i jakichś innych norm wychowania? Czy też mamy takie czasy i rośnie nam pokolenie roszczeniowych gówniarzy, przekonanych, że wszystko im wolno i wszystko im się należy, a jak czegoś nie dostaną już natychmiast, to wpadają w furię? Pamiętam, kiedy sama byłam w tym wieku, w życiu nie przyszłoby mi do głowy rzucać się na kogoś z wrzaskiem i pięściami, a już zwłaszcza na na osoby w wieku moich rodziców…

Oktoberfest

Skomentuj (16) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 141 (161)

Podziel się najśmieszniejszymi historiami na
ANONIMOWE.PL

Piekielni