Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

 

#84806

(PW) ·
| Do ulubionych
Sporo lat temu, ale nie wieczność temu. Gimnazjum. Społeczne zresztą. Piekielni rodzice, bo co dzieci winne.

Ponieważ mieszkałem przez cztery lata w przepięknej stolicy bratanków, kilkakrotnie zorganizowałem swoim dzieciakom (z różnych klas) wyjazd do Budapesztu. Oczywiście nie przez biuro turystyczne - polowanie na okazje przelotu, znajomy hostel w centrum miasta, świadomość faktu, gdzie i niedrogo można zjeść, znajomość miasta. Dużo roboty, ale opłacalne.

Na przykład, żeby wówczas zarezerwować najtańsze bilety lotnicze dla 18 osób, trzeba było użyć dwóch osób jednocześnie klikających zamówienie (limit był 14 biletów). No nieważne - udawało się i wychodziło 750 złotych za pięć noclegów, przelot, żarełko i wstępy (a niektóre miejsca w Budapeszcie tanie nie są na przykład Sechenyi Furdo). Wszystko załatwione, bilety kupione, hostel czeka, szczegółowa kalkulacja przyjęta przez rodziców. Oczywiście warunki: dziecko musi mieć dowód albo paszport oraz komórkę z roamingiem. Lecimy. Na lotnisku, po odprawie, przed bramką do boardingu ZONK! Ta panienka nie poleci. Bo? Bo paszport nieważny od dwóch lat. Dowodu niet. Telefon do taty - będzie za czterdzieści minut. Odlot za dwadzieścia. Żaden z dwójki opiekunów (ja i koleżanka) zostać nie może, bo byłby to koniec bajki. Na szczęście kochana pani z personelu obiecała, że zaopiekuje się niedoszłą wycieczkowiczką i przekaże ją tacie. Niby nie wolno, ale jak trzeba...

Dobra. Jesteśmy na miejscu i zwiedzamy miasto. Każdy pacjent ma tygodniowy bilet na komunikacje i mapkę miasta. Miasto jest duże i tłoczne w centrum, więc przed każdą podróżą odprawa. Wsiadamy tu (nazwa w postaci pisanej, bo fonetycznie wygląda to inaczej), jedziemy iks przystanków, wysiadamy tu (nazwa). Jeśli, co nie daj Boże ktoś się zgubi, wraca na stację początkową i dzwoni do mnie. Poruszamy się w zwartej grupie i pilnujemy poleceń.
OK. Startujemy ze stacji metra przy dworcu kolejowym Nyugati.

Stacja duża, tłok, przecinają się dwie linie metra. Instruktaż odbyty, na wszelki wypadek co chwilę liczymy ilu nas jest. Wsiadamy, wysiadamy, liczymy i znowu ZONK! Nie ma Andrzejka. Bladość, spazmy i chwila refleksji. Ma mapkę, komórkę, wie skąd startowaliśmy, zaraz się znajdzie. Dzwonię. Brak odzewu. Wracam na Nyugati. Andrzejka brak. Robi się horror. Moja koleżanka już łka, mnie też nie jest do śmiechu (ZAWSZE odpowiedzialny jest kierownik imprezy). W desperacji jeżdżę po dwa, trzy przystanki do przodu i do tyłu obiema liniami.

Po trzech kwadransach Alleluja. Jest Andrzejek. Siedzi na pustym peronie na ławeczce w miejscu, gdzie bym się go raczej nie spodziewał. Dla kumatych jechaliśmy na Batthyani ter, a on był na Lehel ter. Oczywiście wylało się ze mnie wszystko, co mogło się wylać. Chłopię dostało cenzuralny op...l od góry do dołu. A potem jeszcze jeden, gdy okazało się, że nie wziął z Polski komórki. Bo? Bo sam nie wie. A dlaczego się zgubił? Bo papierek mu upadł, a szedł na końcu, a potem to już nas nie było.

Dobra. Wróciliśmy do Polski i w szkole zaprasza mnie szef. Człowiek kochany i rozumny. Tym razem nieco skrępowany. "Bo wiesz jotem, mama Andrzejka powiedziała, że to była dla syna tak straszna trauma (nie zagubienie się, ale mój op...l), że dramat, sajgon i niepowetowane straty psychiczne". I co teraz? I ona oczekuje, że Andrzejka na forum klasy przeprosisz.

I wiecie co drodzy czytelnicy? Przeprosiłem Andrzejka na forum klasy. Nie dlatego, żebym drżał o zatrudnienie, ale dlatego, że szef mnie o to poprosił. I była to ostatnia zorganizowana przeze mnie wycieczka.

Skomentuj (17) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 99 (107)

#84800

~Marcin6 ·
| Do ulubionych
Drodzy kierowcy TIR-ów.
Wielu z Was jest znakomitymi kierowcami w związku z tym mam prośbę. Przetłumaczcie swoim kolegom po fachu, którzy psują wam opinię aby nie traktowali drogi jak własności.
Dwa dni i dwie sytuacje:

20.06.
Autostrada A4 na odcinku w stronę Katowic, mniej więcej na wysokości Trzebini. Jadę autostradą tylko kilkanaście kilometrów, więc się nie ścigam z nikim. Od momentu wjazdu na autostradę na wysokości Krzeszowic ustawiłem się za TIR-em, włączyłem tempomat i w odległości ok. 50-60 metrów od niego poruszam się jego prędkością. Dojechał do mnie inny TIR. Najpierw poganianie mnie długimi światłami. Nie trawię tego typu zachowań lecz zignorowałem to. Kierowca postanowił mnie niemal najechać. W tylnej szybie widziałem światła i kawałek grilla więc był bardzo blisko.
Pan postanowił mnie wyprzedzić i zepchnąć na pas awaryjny po czym... jechał tempem ciężarówki przede mną. Postanowiłem wyprzedzić obie ciężarówki, aby nie wdawać się w przepychanki. Gdy rozpocząłem manewr, pan "kierowca", gdy byłem na wysokości 1/3 naczepy, postanowił mi zajechać drogę i zmusić do hamowania spychając mnie z lewego pasa na pobocze.

21.06.
Droga numer 7 miejscowość Zabierzów, kierunek Kraków. Teren zabudowany. Tempomat ustawiony. Na tempomacie 55 km/h. Dojeżdża mi do zderzaka "król szos". Długie światła i poganianie. Zwolniłem do ok 40 km/h, by dać do zrozumienia kierowcy, że jest trochę za blisko i nie ma tolerancji na poganianie. "Kierowca" uraczył mnie soczystym dźwiękiem klaksonu. A wszystko po to by... ok 4 kilometry dalej skręcić w lewo.

Drodzy "kierowcy" przypominam, że nie jesteście panami drogi i nie macie prawa innych przepychać, poganiać i zmuszać do łamania przepisów. Przypomnę również, że w terenie zabudowanym nie obowiązuje Was podniesienie prędkości.

Kraków

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 72 (78)

#84801

(PW) ·
| Do ulubionych
Myślałam, że historia o rąbniętej rodzince mojego ex narzeczonego (#84507) będzie ostatnią jaką o nich tu umieszczę. Jak widać - myliłam się. Ta rodzinka ma serio jakieś zwarcia w mózgu.

Wczoraj odebrałam połączenie od dzielnicowego, z którym mam dość dobre relacje. Dowiedziałam, się iż mój były narzeczony wczoraj rano (21.06.19) był u niego razem ze swoją mamusią i próbowali złożyć zawiadomienie, że nachodzę regularnie ową panią w jej miejscu pracy. Zostali wyproszeni, bo ich wypowiedzi dosłownie nie trzymały się kupy.

Wybuchnęłam śmiechem i powiedziałam, że w sklepie gdzie pracuje moja niedoszła świekra, byłam zaledwie trzy razy od momentu zerwania z jej synalkiem (ostatni raz pół roku temu), a i tak nie nawiązywałam kontaktu wzrokowego czy werbalnego z tą panią, bo zwyczajnie nie mamy sobie nic do powiedzenia. A poza tym mam chyba prawo przyjść do sklepu, w którym ta kobieta pracuje, bo w handlu nie ma miejsca na waśnie i spory "rodzinne", ma pracować i tyle, a jak jej się coś nie podoba, niech idzie sobie kląć na zaplecze i wróci po chwili.

Dzielnicowy przyznał mi rację. Powiedział, że jeżeli pojawią się na "moim" komisariacie jeszcze raz, po prostu będą się tłumaczyć przed wyższą instancją.

Brak mi słów. Jak bardzo trzeba być chorym z nienawiści aby robić takie coś?

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 51 (61)

#84799

(PW) ·
| Do ulubionych
Ku przestrodze. Motocykle są wszędzie. Stoję na światłach, przede mną taki mały kabriolecik peugeot, a w nim blondbiustwo.

Od tyłu prawym poboczem przeciska się motocyklista, niby norma. Zwalnia koło peugeota, pierwszego na światłach, nachyla się w stronę dziewczyny i... łapie torebkę leżąca zapewne na fotelu pasażera i mimo czerwonego światła. odjeżdża. No prawie. Nie wiem czy torebka była przypięta, czy dziewczyna złapała go za rękę, czy o coś zahaczył, grunt że motocykl pojechał, a motocyklista został. Maszyna wylądowała na środku skrzyżowania, szczęście, że nic nie jechało, a motocyklistę przechodnie spacyfikowali.

Jak to się zakończyło nie wiem, bo pojechałem pomijając miejsce zdarzenia, podejrzewam, że policja zajęła się sprawą. Motocykle są wszędzie!

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 67 (87)

#84789

(PW) ·
| Do ulubionych
Sporo tu jest o piekielnych pracodawcach, to trzeba dla równowagi o piekielnym pracowniku.

Korpo w wielkim mieście, potrzebny nowy człowiek do zespołu, bo roboty za dużo. Zatrudniliśmy Sebę, dobrze zapowiadał się, chociaż jak się później okazało miał tendencje do przyrastania telefonu do ręki. Ale nie to było największym problemem.

Seba przepracował parę miesięcy, aż pewnego dnia wysłał mi SMS-a, że jest chory i będzie na zwolnieniu do końca tygodnia. Zwolnienia nie widziałem, bo to już była epoka zwolnień elektronicznych, a kadry i płace prowadzi dla nas zewnętrzna firma, więc zwolnienia trafiają do nich, co oczywiście generuje opóźnienia w obiegu informacji.

Początek następnego tygodnia, SMS, że nadal jest chory i kolejne zwolnienie lekarskie. W tym czasie reszta zespołu trzaskała nadgodziny, bo roboty było bardzo dużo.

Kolejny tydzień, kolejny SMS. Kolejne zwolnienie. Zaczynam się zastanawiać na co się tak strasznie rozchorował. Aż przychodzi koniec tygodnia i do korpo wpada facet, przedstawia się jako ojciec Seby. Przyjechał aby dać mu pieniądze na fryzjera, bo rano obiecał, ale zapomniał.

Ja do niego, że przecież Seba od trzech tygodni na zwolnieniu lekarskim. Facet robi wielkie oczy, bo Seba był trzy tygodnie temu lekko przeziębiony, ale dawno wyzdrowiał, codziennie chodzi do pracy i wraca wieczorem bardzo zmęczony. Telefon do kadr i płac — żadne zwolnienie lekarskie nie przyszło. Ojciec Seby wrócił do domu z dysonansem poznawczym, a my zostaliśmy z wielkim wk*.*, ponieważ zamiast siedzieć po godzinach, można było już od dawna szukać kogoś na jego miejsce.

korpo

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 128 (132)

#84787

(PW) ·
| Do ulubionych
Wrzucona dosłownie przed chwilą historia o niepełnosprawnej, autystycznej dziewczynie przypomniała mi dziewczynkę, z którą zetknęłam się przez krótki czas w trakcie edukacji przedszkolnej mojej córki. Niech jej będzie Zuzia, bo prawdziwego imienia i tak nie pamiętam.

Zuzia zaczęła uczęszczać do przedszkola w wieku czterech lat i trafiła do grupy łączącej dzieci trzy i czteroletnie. Do tej samej grupy trafiła moja córka (jako, że jest z początku kwietnia, we wrześniu miała już prawie 3,5 roku, więc kontakt z czterolatkami ani jej, ani starszym dzieciom nie zaszkodził). Jak się dowiedziałam na oficjalnym rozpoczęciu roku, Zuzia do tej pory przebywała pod opieką babci i to babcia będzie ją przyprowadzać i odbierać. Babcia opisywała Zuzię jako dziecko grzeczne, wręcz idealne. "Jak sobie weźmie laleczkę, to może cały dzień z tą laleczką siedzieć, taka jest grzeczniutka."

Widzicie niepokojący objaw?

Zuzia przychodziła do przedszkola rano, brała laleczkę i siadała sobie w kąciku. I siedziała. Dzieci, jak to dzieci, bawiły się a to klockami, a to samochodzikami, Zuzia siedziała z laleczką.

Ale nie samą zabawą przedszkolak żyje, trzeba było prowadzić jakieś zajęcia edukacyjne - tańce, piosenki, rysowanie... Okazało się nagle, że wcale nie tak łatwo Zuzię z tego kąta wyciągnąć. Na szczęście jakoś tak polubiła moją córkę i przeważnie jej się udawało wciągnąć dziecko do zabawy.

Podobno perswazje przedszkolanek i tłumaczenie, że to wcale nie jest normalne, że dziecko siedzi w jednym miejscu cały dzień, nie odnosiły skutku. Babcia uparcie twierdziła, że to po prostu bardzo grzeczna dziewczynka, a rodziców nikt na oczy w tym okresie nie widział. Z drugiej strony - sama ograniczyłam się do zapytania starszej pani, czy nie niepokoi jej dziecko siedzące non stop i padła odpowiedź że nie, bo "tak się powinno grzeczne dziecko zachowywać".

Niestety, po roku wspólnej nauki straciłyśmy Zuzię z oczu, ona poszła grupę wyżej, moja została w tej samej grupie, realizując teraz już program dla czterolatków.

Dla mnie to było przerażające. Samo siedzenie w kącie cały dzień nie jest normalne u czteroletniego dziecka. Ale najgorsze jest to, że zamiast zachęcać ją do normalnej, dziecięcej aktywności, chwalono ją za "spokojne siedzenie", co utwierdzało ją w przekonaniu, że postępuje słusznie. Może trochę przesadzam, ale czy przedłużenie tego stanu rzeczy nie okaleczyłoby wręcz dziecka?

Dom

Skomentuj (17) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 80 (98)

#84785

(PW) ·
| Do ulubionych
Narzeczony dostał w spadku mieszkanie. Mieszkanie zbudowane i złożone z przedmiotów z okresu PRL, więc remont generalny odbyć się musiał. Po załatwieniu wszelkich formalności, zaczynamy.

Problem 1.
Znaleźć fachowca.

Wybraliśmy firmę X. Mieli zrobić wszystko. Umawiamy się z miesięcznym wyprzedzeniem, że z dniem Y zaczynamy. 2 dni przed zadzwoniła pani, że nie przyjadą, ot tak po prostu (chwała jej, że zadzwoniła).
No to siup, bierzemy jednak Januszex i spółka.
Januszex jak usłyszał słowo umowa, to od razu uciekł, nawet się nie żegnając. Januszex 3 zrobił podobnie. Januszex 2 prawie się zgodził, ale stwierdził, że nie godzi się na kontrolę pracy i w razie podejrzenia, kontrolę alkomatem (którego i tak nie mamy, ale dopisaliśmy, by potem nam się nie zataczali jak w relacji znajomych z ich remontu). "No ale to uwłacza godności człowieka, a poza tym 1 piwo czy małpka powoduje, że lepiej się myśli". Próbował negocjować, że jeśli nie godzimy się na picie, to żąda większej stawki, bo w Niemczech więcej płacą...

Problem 2.
Jak włamać się do mieszkania :)

Jakiś anonim wezwał policję, bo 2 młodych ludzi bez kominiarek w środku dnia otwiera mieszkanie za pomocą klucza (ba, swobodnie korzysta z balkonu), więc to na pewno uzbrojeni złodzieje.
Pierwszy raz w życiu siedziałam w kajdankach i byłam na komisariacie. Co więcej, nawet policja nie wierzyła, że nie jesteśmy złodziejami. Piekielnością dodatkową jest to, że przyjechały do nas 3 radiowozy (wszak 1 to za mało, a podatki są po to by je wydawać). Najpierw najbliższy patrol, który nas skuł (pozdrawiam gorąco za to, że chociaż nas nie postrzelili). Potem inteligencja - zrobili 3 zdjęcia do połowy spakowanych kartonów z ubraniami i trochę popisali. A 3 (mięśniaki) zabrali nas na komisariat, gdzie spędziliśmy jakieś 4 godz, aż potwierdzono, że to nasze mieszkanie. Przynajmniej przeprosili. Przygoda życia, ale nigdy więcej. Piekielnych sąsiadów też pozdrawiamy i obiecujemy, że jak tylko się dowiemy kto, to zemsta będzie również kosztowna...

Problem 3.
Ciotka.

Ciotka była stara i miała swoje umysłowe problemy (zbieractwo). W szafie pełno nowych (z metkami, zapakowanych) ubrań, góry książek, trochę kolekcjonerskich rzeczy (znaczki, szpule magnetofonowe wraz z odtwarzaczem, kilkadziesiąt "burd" z wykrojami, kilka albumów pocztówek etc). No to wszystko w kartony i niech sobie ktoś bierze za "dziękuję", bo żeby czekoladę w podziękowaniu kupić, to nawet nie marzyliśmy (ale wbrew pozorom dostaliśmy od kilku ludzi, po przepłynięciu oceanu "mistrzów biznesu").

Cytaty mistrzów biznesu:
- Jak z dowozem, to wezmę - miejscowość 150 km od nas (to po książki i 5 klaserów znaczków).
- Takie duże... (no przecież w ogłoszeniu było, że większość to rozm XXXL, zdjęcia były). Ja tu specjalnie przyjechałem, pani mi zwróci koszt dojazdu (Co, kurka wodna?!)
- A wysyłka będzie za darmo?
- Ja przyjadę po 12... (po 12 dalej nie ma i nie odbiera)
- Taki telewizor? (no wiem, że takich już nie ma, ale TV jednak działa, może komuś biedniejszemu się przyda). Ja myślałem, że to zdjęcie poglądowe (no przecież kto dziś czyta ogłoszenia).

Cały sprzęt, po który nikt nie przyszedł ze stosownym papierkiem, odwieźliśmy na punkt składowania. Tekst pracownika "Panie, to trzeba było wyrzucić na śmietnik po nocy albo j**nąć gdzieś w las, a nie tłuc się taki kawał, no i jeszcze ja muszę to dźwigać".

uslugi remont

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 103 (115)

#84786

(PW) ·
| Do ulubionych
Zaczęłam pracować jako opiekun osób niepełnosprawnych fizycznie i/lub upośledzonych umysłowo. Pod opieką są osoby i niewidome i autystyczne. Praca polega na przyjściu do czyjegoś domu i pomaganie w prostych czynnościach, lub opieka. Ludzi autystycznych jest sporo, kontakt z nimi jest różny. Część z nich trzeba powoli uczyć na nowo interakcji międzyludzkich. Co jest piekielne? Rodzice i część "domów opieki".
Poznałam jedną z naszych podopiecznych. Aktualnie samodzielnie mieszkająca kobieta, która ma 28 lat, a trafiła do nas jak miała 16.

Historia nieciekawa, jako dziecko autystyczne nie potrafiła wyrazić emocji, nikt jej nie potrafił, albo nie chciał zrozumieć, rodzice mają inne dzieci, którymi się zajmowali, a że nie potrafili do niej dotrzeć, ona schodziła na dalszy plan. Przez to większość okazywanych emocji było negatywna. Dziecko krzyczy, więc dostaje to, czego chce, aby "było cicho. Nim była starsza, tym krzyki i agresywne zachowanie było coraz większe, aż w końcu rodzice nie dawali rady. Ośrodki karały za złe zachowanie izolacją, albo przywiązywaniem pasami. W końcu trafiła na nas. Opiekunowie zaczęli ją uczyć, że jeżeli będzie się źle zachowywać, to nie dostanie żadnej uwagi, ani tego co chce (przeciwieństwo wcześniejszych przyzwyczajeń). Wspierali dobre zachowanie, ktoś w końcu pokazał jej jak można z kimś rozmawiać i spędzać czas.

Teraz potrafi się porozumiewać, potrafi powiedzieć co chce, czego nie chce. Nie jest agresywna. Wystarczyła cierpliwość i normalne podejście. Interakcja z nią, a nie obok niej. Dużo ludzi tego nie rozumie, a dodatkowo jeszcze można znaleźć ośrodki, w których gapienie się w telewizor jest jedyną "rozrywką". Nie ma żadnych interakcji z personelem poza podaniem posiłków i leków.

Nie wiem, co chcę osiągnąć tym wyznaniem, ale może ktoś pomyśli, o tym, że warto traktować normalnie ludzi niepełnosprawnych, a poświęcić więcej uwagi tym, którzy potrzebują jej więcej.

Szpitale i domy opieki

Skomentuj (2) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 73 (79)

#84782

(PW) ·
| Do ulubionych
"Bo w tym kraju nie ma pracy dla ludzi z moim wykształceniem..."

K. ma 30 lat.
Wykształcenie: wyższe, administracja.
Nie pracuje, mieszka z rodzicami.

Na studiach K. nie pracowała.

Po studiach zrobiła sobie rok wolnego (ale po prostu była przez ten roku w domu, nie żaden tam "gap year" żeby poznawać świat czy coś w tym stylu).

Po roku wolnego podjęła studia podyplomowe.

Studiów podyplomowych nie skończyła, bo w trakcie uznała, że to jednak nie dla niej.

Podjęła pracę w sklepie kosmetycznym w galerii handlowej. Co tydzień przesyłane były próbki kosmetyków. K. stwierdziła, że skoro stare jeszcze się nie skończyły, to po co stawiać na półkach nowe - i brała je sobie do domu. Chwaliła się swoją "przedsiębiorczością". Po okresie próbnym, ku jej wielkiemu zaskoczeniu, pożegnano się z nią bez żalu...

Po ok. pół roku bezowocnych poszukiwań kolejna praca w sklepie. Niestety, K. poznała chłopaka, i godziny otwarcia galerii - a co za tym idzie godziny pracy - jak sama mówiła, kolidowały jej z życiem uczuciowym. Zwolniła się.

Kolejne półtora roku "szukała" pracy w "zawodzie", narzekając, jakie te konkursy w urzędach poustawiane... (częściowo zapewne tak, ale też w większości wymagane jest doświadczenie, więc K. odpadała w przedbiegach).

Spotkała na grillu znajomego znajomych - który luźno rzucił, po wysłuchaniu historii o jej problemach ze znalezieniem pracy, że w firmie, w której pracuje (duże korpo, on jest tam jakimś kierownikiem czy coś w ten deseń) popyta, i da znać, jakby jakaś opcja pracy była. K. przyjęła to jako gwarancję zatrudnienia i kolejne pół roku (!) czekała, no bo przecież "obiecał"...

Wreszcie K. znalazła pracę w urzędzie... O zgrozo! Kazali jej jakąś ustawę przeczytać! Ona nie wie jak się tam cokolwiek robi! Jakieś zestawienie miała zrobić - excel, czym to się je?! I kierowniczka zła, niedobra, straszliwa, bo ją ochrzania za to, że źle coś robi.

No cóż, trzeba odejść z tej pracy. Po tygodniu (!).

Teraz K. szuka czegoś, jak sama mówi: "na stałe, czyli od razu umowa na czas nieokreślony - nie żadne tam zastępstwa czy okresy próbne, zgodnej z kierunkiem wykształcenia, ciekawej, inspirującej i oczywiście poniżej 3000 zł na rękę na początek to nie zaczyna".

No cóż, satysfakcjonująca praca - bezcenna, za wszystko inne zapłacisz master card (rodziców)...

praca_ubogaca workinghard ferdynandyzm

Skomentuj (55) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 131 (143)

#84607

(PW) ·
| Do ulubionych
Tym razem ja byłam piekielna.

Wyszłam do sklepu. Nie zawiązałam sznurówek, tylko wcisnęłam je pod stopę do buta, przez co strasznie mnie gniotły. Gdy mijałam swoje auto na parkingu pod blokiem stwierdziłam, że nie wytrzymam kolejnego kroku i oparłam się tyłkiem o maskę swojego auta, żeby poprawić sznurówki. Pan w samochodzie obok zobaczył, że opieram się o auto i zaczęła się krótka wymiana zdań.

[P]an: Dlaczego opiera się pani o czyjeś auto? Może właściciel sobie tego nie życzy?
[J]a: Właściciel nie ma nic przeciwko.
[P]: Na pewno ma, bo to jego własność. Proszę zabrać tyłek z samochodu.
[J]: Zaraz.
[P]: Bo pójdę po właściciela. (Ciekawe, bo auto stoi pod 10-piętrowym blokiem z 8 klatkami, niech szuka).
[J]: Powodzenia panu życzę.

Pan trzasnął swoimi drzwiami i chciał iść w stronę bloku, a ja w tym czasie wyjęłam kluczyki, otworzyłam auto i wsiadłam. Wyciągnęłam sobie gumy do żucia i obserwowałam reakcję pana sąsiada strażnika.

A pan sąsiad strażnik zrobił duże oczy i bez słowa wsiadł z powrotem do swojego auta. Zamknęłam auto i z zawiązanymi poprawnie butami poszłam na zakupy śmiejąc się sama z siebie.

Parking

Skomentuj (21) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 128 (178)

Podziel się najśmieszniejszymi historiami na
ANONIMOWE.PL

Piekielni