Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

 

#85661

(PW) ·
| Do ulubionych
O przyjaźni damsko-męskiej. Historia rozpoczęła się kilka lat temu, podczas separacji z troskliwym misiem (historia #85632), jakoś niedługo po mojej drugiej operacji i rozprawie sądowej. Na jakiejś fejsbukowej grupie polonijnej poznałam Mareczka. Mareczek był właśnie w separacji z żoną, w trakcie walki o opiekę nad dzieckiem i chciał zasięgnąć informacji na temat procedur rozwodowych w Polsce i w Niemczech.

Jako że siedziałam w temacie, napisałam do niego, "powiedziałam, co wiedziałam" i wywiązała się rozmowa, która przebiegała tak miło i sympatycznie, że postanowiliśmy kontynuować ją osobiście. Popisaliśmy do siebie jeszcze przez kilka dni, aż doszłam w pełni do siebie i mogłam swobodnie wychodzić z domu, i umówiliśmy się na kolację.

Był to najlepszy wieczór, jaki spędziłam już od bardzo długiego czasu. Rozmawiało nam się świetnie, zresztą super było pogadać z kimś po polsku, Mareczek okazał się bardzo inteligentnym, przesympatycznym i bardzo zabawnym facetem. Od razu złapaliśmy wspólny język i zagadaliśmy się tak, że kiedy zamknięto restaurację, przenieśliśmy się do baru, a kiedy o 2 w nocy zamknięto bar, a my zorientowaliśmy się, że każdemu z nas uciekł ostatni pociąg do domu i musimy przesiedzieć do 5 rano na dworcu, nie przeszkadzało nam to w niczym, kontynuowaliśmy rozmowę.

Od tego wieczoru zaczęliśmy spędzać w swoim towarzystwie mnóstwo czasu. Oprócz aktualnie podobnej sytuacji życiowej łączyło nas podobne poczucie humoru, spojrzenie na życie, zainteresowania, graliśmy nawet na tych samych instrumentach, do tego on uwielbiał gotować, ja uwielbiam jeść, jednym słowem pełna sielanka. Była tylko jedna różnica. O ile ja traktowałam naszą znajomość w kategoriach wyłącznie koleżeńskich, on wydawał się liczyć na coś więcej. Tutaj hamowałam jego zapędy, jako że dla żadnego z nas naprawdę nie był to dobry moment na wchodzenie w nowy związek.

Za jakiś czas w przyszłości dlaczego nie, ale nie teraz. Nie, dopóki obydwoje nie uporamy się ze swoimi sprawami i nie pozamykamy poprzednich relacji. Do tego nie podobało mi się, w jaki sposób wypowiadał się o swojej (prawie) byłej żonie. Ok, czuł się skrzywdzony, toczyli wojnę, ja o swoim też się nie zawsze cenzuralnie wypowiadałam (złamane męskie przyrodzenia latały dość często), ale coś mi nie grało. Tych szmat i k…w było na mój gust za dużo. Albo musi dać sobie czas i uporać się z uczuciami, albo jest facetem, z którym można się przyjaźnić, ale lepiej nie wiązać, żeby uniknąć takich określeń pod moim adresem. Na obecną chwilę trudno powiedzieć, poczekamy, zobaczymy.

Mniej więcej w tym czasie podjęłam decyzję o rezygnacji z walki o wyrównanie dochodów oraz musiałam zacząć spłacać adwokata, na co nie starczało mi pensji, więc musiałam podjąć się dodatkowego zajęcia. Dostałam propozycję prowadzenia indywidualnych lekcji niemieckiego dla amerykańskich expatów (poziom podstawowy), z której chętnie skorzystałam. Ponieważ pierwszy raz udzielałam lekcji języka w tej konfiguracji, do każdych zajęć musiałam się przygotować, wyszukać materiały, napisać prezentację, wybrać ćwiczenia itd. Generalnie 2-3 godziny przygotowań do każdej lekcji. Dodatkowe zajęcie sprawiało mi przyjemność, pomagało domknąć budżet, ale znacznie ograniczało wolny czas.

W którąś niedzielę byłam umówiona z Mareczkiem. Mareczek miał pracować do 15, potem miał zadzwonić i mieliśmy się umówić na wieczór: zrobimy kolację, pogadamy, obejrzymy jakiś film. Około 14 zabrałam się za przygotowania do zajęć, mając plan popracowania do 18 i spotkania z Mareczkiem o tej godzinie. Ledwo usiadłam do komputera, dzwonek do drzwi. Mareczek. Dlaczego o tej porze, skoro byliśmy umówieni dopiero na wieczór? Bo się stęsknił i tak się nie mógł doczekać, że urwał się wcześniej z pracy i co sił w kołach przyjechał. A dlaczego się nie zapowiedział? Bo mi chciał niespodziankę zrobić, poza tym, on nie lubi tych pseudonowoczesnych zwyczajów, tego całego dzwonienia, anonsowania się i tak dalej, on to by chciał tak jak za dzieciaka, kiedy to się spontanicznie wsiadało na rower i jechało do kolegi.


Skomentowałam, że no cóż, czasy się od dzieciaka trochę zmieniły, mamy również jakby więcej na głowie oraz po to istnieją telefony, żeby z nich korzystać. No ale jak już jesteś, to wejdź. Usiedliśmy i doszło do wymiany zdań. Zaczęłam mu tłumaczyć, że miałam już w określony sposób zaplanowany dzień, przed spotkaniem z nim chciałam ogarnąć rzeczy do pracy, więc tak szczerze, ta jego niezapowiedziana wizyta trochę mi rozwaliła plany. Owszem, skoro już przyjechał, to spędzę z nim czas, ale plan musimy zmienić w ten sposób, że posiedzimy sobie teraz 2-3 godzinki, a potem on wróci do domu, a ja zabiorę do pracy. A na przyszłość prosiłabym jednak bez takich niespodzianek.

Mogę nie mieć czasu, może mnie nie być w domu, mogę mieć gości, a mogę też leżeć w wannie z maseczką na twarzy i zwyczajnie nie życzyć sobie odwiedzin. On, bardzo niezadowolony odparł, że nie widzi problemu. Jeśli nie będzie mnie w domu, to zadzwoni, że przyjechał i żebym wróciła, jeśli będę mieć gości, to się przyłączy i posiedzi z moimi gośćmi, jeśli nie będę mieć czasu, to go znajdę, ale jeśli będę siedzieć w wannie, to on tam "chętnie do mnie wskoczy hue hue". A poza tym to on uważa, że nie powinnam tyle pracować, bo on nie może patrzeć jak się zamęczam, mam sobie odpuścić te lekcje, po co mi tyle pieniędzy, jeśli będzie brakować na życie, to przecież mogę jeść u niego. On się chętnie mną zaopiekuje.

Może miał dobre zamiary, może faktycznie się stęsknił i chciał zrobić niespodziankę, może faktycznie się martwił, chciał pomóc, próbował znaleźć wyjście z sytuacji, ogólnie chciał dobrze, ale moje doświadczenia z poprzedniego związku spowodowały, że w głowie zaświeciły mi się czerwone światła i zaczęły głośno wyć syreny alarmowe.


Facet "zwala mi się niezapowiedziany na chatę", nie chce wyjść, nie przyjmuje do wiadomości słowa "nie" i próbuje mi narzucić, ile mi wolno pracować, zarabiać i jeść. A ja oczywiście po to się uwolniłam od jednego troskliwego misia, żeby się uzależnić finansowo od drugiego… Grzecznie, ale stanowczo wyjaśniłam, że nic z tego nie będzie.

Nie powiedziałam mu oczywiście, że wewnętrzna paranoja podpowiada mi, że istnieje teoretyczne prawdopodobieństwo, że może być psycholem, użyłam drugiego argumentu, że naprawdę nie czas na wchodzenie w związek, dla żadnego z nas. Nawet jeśli on uważa, że czuje się na to gotowy, to ja się nie czuję, a już szczególnie nie pod presją. Jedyne, co mogę mu na obecną chwilę zaoferować to przyjaźń, na nic więcej ma nie liczyć. A to i tak pod warunkiem, że będzie szanował moją przestrzeń i nie będzie mi narzucał swojej wizji, jak ma wyglądać moje życie. Więcej nie mogę mu w tej chwili zaoferować, bierze albo nie.

Mareczek najpierw spytał, ile jeszcze dokładnie tygodni, dni, godzin oraz minut potrzebuję, żeby być gotowa na związek z nim, a następnie użył mojego ulubionego argumentu, czyli, że gdyby był bogatym Niemcem, to na pewno nie miałabym takich oporów i że będąc Polakiem "nie jest wystarczająco dobrą partią dla księżniczki". Odpowiedziałam tylko, że albo rozmawiamy jak dorośli, albo drzwi są tam. Obraził się i wyszedł.

Przez tydzień się nie odzywał, po tygodniu zadzwonił i przeprosił za swoje zachowanie. Poniosło go, chyba od rozstania z żoną nie radzi sobie z emocjami, faktycznie, miałam rację, on też musi na razie dać sobie czas i pobyć sam ze sobą. Jeśli moja oferta nadal jest aktualna, on ją bardzo chętnie przyjmie. Oferta była aktualna. I muszę powiedzieć, że staliśmy się chodzącym dowodem na to, że bliska przyjaźń damsko-męska jest jak najbardziej możliwa. Spędzaliśmy ze sobą wolny czas, pomagaliśmy sobie we wszystkim, w każdej sytuacji mogliśmy na siebie liczyć, wspieraliśmy się w ciężkich chwilach, ale też jeździliśmy na wycieczki, chodziliśmy na koncerty i robili inne fajne rzeczy.

Nawet kiedy nadszedł czas, że każde z nas zaczęło chodzić na randki, opowiadaliśmy sobie wrażenia i udzielali nawzajem rad. I tak to trwało jakiś rok, półtora. Jedyną denerwującą cechą, którą u niego zauważyłam, było to, że był dość przewrażliwiony na swoim punkcie i czasami zdarzało mu się o coś obrazić, bez wyjaśnienia uciąć kontakt, po czym za jakiś tydzień-dwa zachowywać się, jakby nic się nie stało. Nie zdarzało się to często (góra 3 razy w ciągu półtora roku), więc nie przeszkadzało to jakoś specjalnie.

Nadszedł moment, kiedy obydwoje poznaliśmy "te jedyne" osoby i weszliśmy w związki. Tak się złożyło, że obydwa nasze związki na odległość. Mój facet mieszkał wówczas w swojej rodzinnej Szwecji, natomiast Edyta, dziewczyna Mareczka, mieszkała na północy Niemiec, pod duńską granicą i pracowała w Danii. Jako że w prawie każdy weekend albo odwiedzaliśmy swoich partnerów, albo oni odwiedzali nas, do tego każde z nas przechodziło ekscytację nowym związkiem, mieliśmy mniej czasu dla siebie nawzajem i relacja trochę się rozluźniła. Staraliśmy się jednak utrzymywać w miarę regularny kontakt.

Trzy miesiące później Mareczek zaskoczył mnie informacją, że Edyta się do niego wprowadza. Na moje pytanie, czy to aby trochę nie za szybko, odpowiedział, że ona też ponoć miała takie wątpliwości, ale on nie uznaje takiego "pie*dolenia się w tańcu", jakichś dojazdów, srazdów i dał jej wybór: albo się do niego przeprowadza i zamieszkują razem (on się nie przeprowadzi ze względu na dziecko), albo do widzenia (tu miałam deja vu, zupełnie jak mój były ze ślubem). Dziewczyna nie była pewna, jak sobie da radę ze znalezieniem pracy, bo co prawda zna biegle angielski i duński, ale niemieckiego ni huhu, a w jej pracy (wcześniej pracowała jako recepcjonistka oraz w obsłudze klienta) bez języka nie da rady.

Mareczek roztoczył przed nią wizję, jak to w Monachium praca leży na ulicy, wystarczy się tylko schylić, niemieckiego tez nie trzeb znać, z samym angielskim da radę, będzie dobrze. A w razie czego, on przecież zarabia i nie da jej zginąć, od tego przecież są partnerzy. Zasugerowałam mu jeszcze, że to jest poważna decyzja i nie powinien takich rzeczy na nikim wymuszać, ale stwierdził, że nic nie wymusił, ostateczną decyzję podjęli wspólnie. No i Edyta się przeprowadziła.

Po jej przeprowadzce okazało się, że rzeczywistość wcale nie była taka różowa, jak to Mareczek opowiadał. Pracy w zawodzie oczywiście nie znalazła, na sprzątanie czy wykładanie towaru na półki nie bardzo miała ochotę, ale za to urząd pracy przyznał jej zasiłek na rok oraz wysłał na intensywny kurs języka. Do tego dziewczyna zajmowała się hobbystycznie stylizacją paznokci (nie mogła się tym zająć "na pełny etat" ze względu na jakieś problemy zdrowotne), więc podłapała kilka klientek, żeby zarobić na swoje wydatki (większość kosztów życia wziął na siebie on) i jakoś im się to kręciło.

Za każdym razem, jak rozmawiałam z Mareczkiem, opowiadał, jaki jest szczęśliwy i że znalazł kobietę życia, że ma o kogo dbać, kogo rozpieszczać. Tylko przez długi czas nas sobie nie przedstawił. Nie wiem dlaczego. Poznałyśmy się dopiero pół roku po jej przeprowadzce. I szczerze mówiąc nie wiedziałam, co o niej myśleć. Nie odzywała się ani słowem, nie dało się z nią nawiązać kontaktu. Kiedy spotykaliśmy się w trójkę lub w czwórkę, potrafiła przesiedzieć cały wieczór w milczeniu.

Na zdane pytania odpowiadała półsłówkami. Mareczek jej z każdej strony nadskakiwał, ona siedziała jak głaz. Zaczęłam korzystać z jej usług "paznokciowych", stwierdziwszy, że dobry manicure nie jest zły (miała faktycznie talent), a niech sobie dziewczyna dorobi, ale nasze spotkania też ograniczały się do patrzenia na siebie w milczeniu lub monologów z mojej strony.

Ponieważ, mimo przyjaźni z Mareczkiem, cały czas miałam z tyłu głowy jego "wyskok" z początku znajomości, zastanawiałam się, na ile to milczenie wynika z charakteru i czy dziewczyna nie jest przypadkiem zastraszona. Próbowałam ją nawet wypytywać, kiedy byłyśmy same, czy wszystko na pewno jest w porządku, gdyby coś było nie tak, może mi śmiało powiedzieć, spróbuję pomóc, ale mnie zbywała, mówiąc, że nie rozumie o co mi chodzi, wszystko jest ok, Mareczek jest super facetem, a ona jest z nim bardzo szczęśliwa. No dobrze, chowam swoja paranoję do kieszeni, skoro jest ok, to nie będę się nieproszona wcinać w cudzy związek i doszukiwać w nim problemów, bo tylko namieszam i narobię sobie wrogów.

Po kilku miesiącach mój facet dostał ofertę bardzo dobrej pracy w Monachium i jako że byliśmy już razem dobrze ponad rok, podjęliśmy decyzję o wspólnym zamieszkaniu. On złożył wypowiedzeniem w pracy i zajęliśmy się tematem jego przeprowadzki (sprzedaż jego mieszkania, zorganizowanie miejsca u mnie na jego rzeczy, niekończące się dyskusje, co ma sprzedać, co zabrać, a co oddać/wyrzucić).

W ramach przygotowania mojego mieszkania, trzeba było odmalować pokój gościnny oraz kupić nowe meble, pasujące do tych, które on zabierał ze sobą. Opowiadaliśmy Mareczkowi o postępach, padło tez hasło, że kupujemy w IKEI tę dużą szafę PAX i będziemy musieli zamówić ekipę, która ją zmontuje, gdyż o ile z komodami poradzę sobie sama, to do szafy są potrzebne dwie osoby, a Gustav nie może przyjechać, gdyż będzie w tym czasie zajęty pakowaniem i sprzedażą mieszkania. Na to Mareczek zareagował słowami, że mamy nie wydawać bez sensu kasy, on nam to chętnie poskręca, pomaluje pokój, w ogóle wszystkim się zajmie, w końcu od tego są przyjaciele. My na to, że bardzo się oczywiście cieszymy, jesteśmy bardzo wdzięczni, ale czy jest pewien, bo to będzie naprawdę kupa roboty. Ależ oczywiście, nie ma żadnego problemu.

Ponieważ bardzo chcieliśmy się zrewanżować za przysługę, Mareczek zaproponował, żeby Gustav zaprosił go na kolację do pewnej restauracji, za którą on już od dawna wodził oczami, a zawsze miał pilniejsze wydatki. No nie ma sprawy. Stanęło na tym, że w najbliższą sobotę Mareczek i ja odwalamy robotę, a Gustav po przeprowadzce zaprasza nas na steki z wołowiny wagyu i dobre wino.

W sobotę, kiedy mieliśmy zająć się pokojem i szafą, Mareczek przyjechał dopiero o 15, bo coś tam. Jako że czas naglił, wzięliśmy się od razu do pracy, uwinęliśmy się z malowaniem, po czym zabraliśmy się za szafę. Przez półtorej godziny powyciągał części i śrubki z paczek, przestudiował instrukcję, wkręcił kilka śrubek i stwierdził, że musi iść, bo jest umówiony. Jak to? A co szafą? Przecież mieliśmy to dzisiaj zrobić, przecież byliśmy umówieni, przecież obiecał. On nie zdawał sobie sprawy, że to tyle roboty, wk…a go wkręcanie tych śrubek, ma dość, weźcie sobie ekipę z Ikei zamiast się nim wysługiwać.

No chwila kolego. Po pierwsze, do rozgrzebanej szafy już nam żadna ekipa nie przyjedzie, bo to się załatwia w momencie kupna, poza tym mieliśmy taki zamiar, to nas wyśmiałeś i uparłeś się, że zrobisz to sam. Zadeklarowałeś się, to dotrzymaj słowa i rób. No dobra, dzisiaj już co prawda musi jechać, ale ok, przyjedzie jutro i skończy. W niedzielę przyjechał sfochowany, nie odezwał się do mnie ani słowem, podłubał przy szafie, po czym stwierdził, że to pie*doli i wyszedł. Na szczęście korpus był postawiony, środek zrobiłam już sama, drzwi pomógł mi zawiesić sąsiad.

Mareczek przestał się odzywać. W międzyczasie widziałam się z Edytą (po skręcaniu mebli paznokcie wymagały reanimacji). Wydawała się być w bardziej towarzyskim nastroju niż dotychczas, pochwaliła się, że w końcu, po roku bezrobocia, udało jej się dostać pracę i to taką, jaka chciała. Wspomniała też, że Mareczek ma żal, że go wykorzystałam i potraktowałam jak darmową siłę roboczą. Do tego twierdzi, że on nic takiego nie proponował, wszyscy źle słyszeli, wymusiliśmy to na nim. Podsumowała to słowami: "sama wiesz, on ma trochę trudny charakter".

Tuż po przeprowadzce Gustava, Mareczkowi foch widocznie przeszedł, bo uradowany do nas zadzwonił, no jak tam po przeprowadzce, jak się szafa spisuje, kiedy na te kolację idziemy, jak to się nie odzywał, nie no zabiegany po prostu był, wcale nie był obrażony, wydaje się nam. Gustav stwierdził, że obiecał mu tę kolację, to chodźmy. Spotkaliśmy się, atmosfera jak dawniej, tzn. Mareczek tryska humorem, błyszczy elokwencją, zabawia towarzystwo, Edyta się nie odzywa.

Przez następny miesiąc-dwa widzieliśmy się w czwórkę jeszcze ze dwa razy, aż któregoś dnia zadzwonił do mnie Mareczek, zanosząc się płaczem. Czy możemy się spotkać, bardzo mnie w tej chwili potrzebuje. Miałam akurat wolne, więc pojechałam do niego. Wyglądał jak kupa nieszczęścia. Rozstali się z Edytą, wyprowadziła się. Powód? Zdradziła go, w dodatku wybrała tego drugiego, jakiegoś głupiego kundla. A on ją tak kochał, złamała mu życie. Tu popłynął stek wyzwisk pod jej adresem, że szmata, suka, on jej tak ufał, a ona tak się skundliła i tak dalej.

Trudno mi było tutaj zabrać stanowisko, nie znałam dziewczyny, nie nawiązałyśmy za bardzo kontaktu, nie wiem, co nią kierowało, czy szukała wrażeń, czy była nieszczęśliwa, czy w ogóle przyczyna rozstania nie była zupełnie inna, a Mareczek ściemnia. Kilka dni później Edyta w ogóle przysłała mi swoje nagie zdjęcia bez żadnego komentarza, co też mnie skołowało. Czy szukała atencji, czy wysyłała do kogoś innego i przez pomyłkę poszły do mnie, o co chodzi. Było mi zbyt niezręcznie ją na ten temat zagadać, ona tematu też nigdy nie poruszyła. Jedyne, co na razie mogłam zrobić, to pocieszać Mareczka i spróbować zorganizować mu czas, żeby zajął czymś myśli. Strasznie cierpiał i był mi go bardzo żal.

Po jakimś czasie Edyta napisała do mnie i spytała, czy nadal chciałabym przyjść do niej na manicure. Zgodziłam się, raz, że była w tym dobra, a dwa, może uda mi się poznać jej wersję, co tam się stało. Spotkałyśmy się i stanęła przede mną zupełnie inna dziewczyna.

Uśmiechnięta, rozgadana, szczęśliwa, jak nie ten człowiek. Wyglądała pięknie, rozkwitła. Usta się jej nie zamykały, jedyne, o czym nie chciała mówić, to o Mareczku. Zamknęła temat i nie chce do tego wracać. Parę rzeczy zaczęło mi się układać w całość, ale dziewczyna nie chce nic mówić, to nie będę cisnąć. Od tej pory spotykałyśmy się raz w miesiącu, robiła mi paznokcie, gadałyśmy o pupie Maryni. Głębszej więzi między nami jednak nie było, temat Mareczka też nie był poruszany.

Za to Mareczek powoli zaczynał się robić nie do wytrzymania. "Radykalizował się w poglądach" i zaczynał bić od niego coraz silniejszy incel vibe. Może nie do końca incel, bo powodzenie u kobiet jak najbardziej miał, ale zaczął pałać nienawiścią do całej płci przeciwnej i każdą jej przedstawicielkę karać za swoje życiowe niepowodzenia. Na przykład, umawiał się z dziewczynami, takimi naprawdę 9 lub 10/10 (a wybredny był bardzo), uwodził je, po jakimś czasie randkowania zapraszał do siebie, tam: kolacyjka, świece, wino, muzyka, lądowali w łóżku, po czym jak tylko pozbawił dziewczynę ubrań, wynajdywał jej szybko jakiś defekt (za mały biust, zbyt płaski tyłek, blizna po wyrostku, krzywy mały palec u nogi), po czym z obrzydzeniem w głosie je o tym informował i kazał natychmiast opuścić jego mieszkanie.

Na moje pytanie, "co ty odpier…", czym to tłumaczył? Bo szmaty musza znać swoje miejsce w hierarchii. Do tego zaczął toczyć jakąś wojenkę z byłą żoną, polegającą na tym że np.. Kiedy kupiła dziecku nowe buty, na co on nie wyraził zgody, próbował podać ją do sądu. Nas z kolei próbował przekonywać, że toksycznie na siebie oddziałujemy i powinniśmy się natychmiast rozstać, a w ogóle to związki są przereklamowane. Ponieważ próby przemówienia mu do rozsądku skutkowały jedynie fochem, ograniczyłam kontakt i zaczęłam wycofywać się z tej znajomości.

Jakoś przed zeszłorocznymi świętami (bodajże na początku grudnia), Mareczek zamówił sobie coś przez internet, jakiś śpiwór, taki z górnej półki. Ponieważ zamawiał z polskiego sklepu, musiał podać polski adres do wysyłki. Jako że sam nie wybierał się do Polski na święta, a ja tak, poinformował mnie, że wysłał na adres mojej mamy i czy ja byłabym tak miła i mu go przywiozła. Nie mógł spytać w momencie zamawiania, bo był środek nocy, dlatego informuje po fakcie. Skoro już zamówił, to mu przywiozę. Powiadomiłam mamę, paczka doszła.

W połowie grudnia dostałam od Mareczka wiadomość głosową, w której z dumą opowiadał, jak to Finanzamt (urząd podatkowy) niechcący przysłał list do Edyty na jego adres. "I jemu się ten list tak niechcący otworzył i niechcący przeczytał, że Edyta ma niedopłacony podatek za zeszły rok, po czym niechcący mu się podarł i wyrzucił na śmietnik. Ups, taka z niego niezdara, i przez to głupia suka nie zareaguje w terminie na pismo i będzie mieć na głowie komornika. Taki prezent gwiazdkowy od niego hue hue hue chrum".

Zagotowało się we mnie. Można mieć do kogoś żal z powodu złamanego serca, ale pewnych rzeczy się nie robi. Zadzwoniłam do Edyty i mówię, czego się dowiedziałam i żeby się szybko kontaktowała z Finanzamtem, a przede wszystkim dała im swój nowy adres. Ona na to, że o wszystkim wie, Finanzamt nowy adres ma od dawna, szybko zdał sobie sprawę z pomyłki i już się z nią skontaktował. A skoro widzi, że może mi zaufać, to czy możemy się spotkać, coś mi opowie.

I opowiedziała. I wyszło na to, że moje początkowe obawy względem Mareczka nie były jednak paranoją. Miałam pełną rację. Kiedy tylko przeprowadziła się do niego i okazało się, że jest bezrobotna i zależna od niego finansowo, zaczął ją gnoić. To, co zostawało jej z zasiłku po opłaceniu kursu językowego, musiała oddawać jemu w ramach dokładania się do czynszu i rachunków. Z tym że kwota, którą od niej pobierał, połowę czynszu i rachunków znacznie przewyższała (o czym dowiedziała się dopiero teraz ode mnie).

Paznokciami zaczęła sobie dorabiać, żeby w ogóle mieć co jeść, bo produktów Mareczka nie wolno jej było dotknąć. Podczas spotkań towarzyskich milczała, gdyż Mareczek kategorycznie zabronił jej rozmawiać z jego znajomymi, bo to "nie jej liga". Oprócz tego regularne wyzwiska, poniżanie, odcinanie internetu, zabieranie telefonu i ogólnie cały pakiet "psychol plus". Przechodziła mniej więcej to, co ja z moim byłym, z tym że była z znacznie gorszej sytuacji, gdyż była w obcym miejscu, bez pracy, bez znajomości języka, bez rodziny (rodziców już nie miała, a jej siostra mieszkała w Danii i miała swoje problemy), bez znajomych i jakiejkolwiek nadziei na wyrwanie się z tej sytuacji. Wtedy, kiedy ja wypytywałam ją, czy wszystko na pewno jest w porządku, nawet zbierała się w sobie, żeby mi opowiedzieć, co przechodzi, i poprosić o pomoc, ale doszła do wniosku, że ja w końcu jestem jego koleżanką, a nie jej i za bardzo się bała, że ja mu wszystko powiem, a on będzie się mścił, więc zdecydowała się udawać, że wszystko jest dobrze. Trochę więcej odwagi nabrała, kiedy dostała pracę i miała perspektywę niezależności finansowej.

A o co chodziło z ta zdradą i jak to Mareczek nazywał "skundleniem się"? O kundla właśnie, w dosłownym znaczeniu. Edyta miała psa. Takiego małego, słodkiego kundelka, miała go już ponad 10 lat i świata poza nim nie widziała. I Mareczek był zazdrosny. Do tego stopnia, że któregoś wieczoru, a właściwie nocy zażądał, że jako "dowód miłości" ona ma się tego psa pozbyć. I to nie oddać komuś czy do schroniska, ale teraz natychmiast wyrzucić na ulicę. Bo jaśnie pan żąda.

Tego było dla nie za dużo. Pierwszy raz w życiu mu odmówiła. On nie mógł tego przeżyć i w środku nocy na ulicę wyrzucił ją. Noc spędziła w samochodzie, potem udało jej się podnająć pokój u jakiegoś dawnego znajomego jej siostry, który przypadkiem okazał się mieszkać w okolicach Monachium i mieć spore mieszkanie. Mareczek z zemsty najpierw nie chciał oddać jej rzeczy, a potem włamał się jej na różne konta (poczta, Facebook itd.), pozmieniał hasła i porozsyłał do jej znajomych jej nagie fotki, które kiedyś (jeszcze w dobrych czasach) jej zrobił (no to już wszystko jasne, dlaczego je dostałam).

Na policję tego nie zgłaszała. Bo się wstydziła, poza tym chciała uniknąć potencjalnych kontaktów z Mareczkiem z sądzie. Przechwycenia jej listu też nie chce zgłaszać, zależy jej tylko na świętym spokoju i żeby zapomnieć o tym człowieku. Zresztą niedługo wyprowadza się z Monachium, nie chce tu mieszkać, nic jej tu dobrego nie spotkało, wraca do Danii i zaczyna nowe życie.

Kilka dni później musiałam podjechać do Mareczka zwrócić mu jakąś wkrętarkę czy coś (nie pamiętam już, co to było, w każdym razie było zbyt duże i ciężkie, żeby odesłać pocztą). Z obawy, że mogę stracić panowanie nad sobą, nie chciałam się z nim wdawać w dyskusję, chciałam oddać mu tylko to coś i wyjść. Jednak mnie ubiegł, pytając: "i jak, dostałaś moje nagranie? Fajnie ją załatwiłem, szmatę jedną hue hue". W tym momencie, jak to mówią, strzelił mnie jasny c…j.

Nastąpił wybuch w stylu Gesslerowej rzucającej garnkiem z okrzykiem "Czy ty jesteś k…a normalny?!!!" Wygarnęłam mu, ze rozmawiałam z Edytą, że o wszystkim wiem, jakie jej piekło urządził, że jest skończonym przyrodzeniem, a na koniec, że muszę go rozczarować, ale z jego nikczemnego planu nic nie wyjdzie, bo Finanzamt od razu zorientował się z pomyłką. On patrzył na mnie z coraz większym niedowierzaniem, w końcu wydusił, że jeszcze nikt go nigdy tak nie rozczarował. Myślał że się przyjaźnimy, a tu taka zdrada, taki nóż w plecy. Jak ja mogłam, taki doskonały plan mu zepsuć. Czyli nic do niego nie dociera, taki jest przekonany o swojej zaje*istości.

Dodałam jeszcze, że powinien się mocno stuknąć w czoło i zamiast się martwić niewyjściem planu, powinien się raczej modlić, żeby dziewczyna na policje nie poszła, bo to co jej zrobił jest nie tylko czystym sk…wysyństwem, ale również złamał kilka paragrafów (m.in. nielegalna eksmisja, włamanie się na konta, rozsyłanie nagich zdjęć, przechwycenie korespondencji urzędowej) i jak będzie miał sprawę karną, do tego była żona pozbawi go praw do dziecka, to mu dopiero plan nie wyjdzie. Jako że on tylko uparcie powtarzał, jak to go zdradziłam, wbiłam nóż na przemian w plecy lub w serce i ze nigdy mi tego nie wybaczy, stwierdziłam, że dalsza dyskusja nie ma sensu i wyszłam.

Minęły święta i Nowy Rok, nadszedł czas zbierać się z Polski z powrotem do Niemiec. Z Mareczkiem od ostatniej rozmowy nie mieliśmy kontaktu, i dobrze. Pakujemy się do samochodu, w tym momencie moja mama przypomina nam, że leży u niej pudło z tym nieszczęsnym śpiworem. Hehe, no tak, zapominałam… Szczerze mówiąc, miałam największą ochotę go tam po prostu zostawić i niech się Mareczek sam martwi, jak go odebrać i robi sobie wycieczkę.

Mój facet jednak mnie przekonał, żebyśmy po pierwsze nie wciągali mojej mamy w ten cały konflikt, bo on będzie jeszcze jej tyłek zawracał, a poza tym, może mu przyjść do głowy oskarżyć nas o kradzież, i po co nam to. Weźmy, dajmy mu i niech znika z naszego życia. Z tym że nie będziemy mu się narzucać, poczekamy, aż sam się skontaktuje.

Na kontakt od Mareczka nie trzeba było długo czekać. Ledwo wróciliśmy, przyszedł sms: "masz mi przywieźć moja własność do domu jutro punktualnie o 13". Na pewno, już biegnę. Może jeszcze frytki do tego. Nie odpowiedziałam. Następnego dnia o 13:30 przyszedł kolejny sms: "Nie rozumiesz po polsku? Wyraźnie zażądałem przywiezienia mi śpiwora o 13. Masz już pół godziny spóźnienia". Tym tonem nie będziemy rozmawiać, nie odpowiedziałam. Wieczorem Gustav zaproponował, że on mu odpisze. Napisał mniej więcej, że udało mu się mnie przekonać, żeby zabrać ten jego śpiwór z Polski i oszczędzić mu niepotrzebnych wyjazdów, ale widząc w jaki sposób on się z nami komunikuje i jak okazuje swoją wdzięczność za wyświadczoną mu grzeczność, bardzo żałuje swojej decyzji.

My nie mamy obowiązku niczego mu przywozić do domu, śpiwór może odebrać od nas z mieszkania. W najbliższy weekend proponujemy niedzielę po 17. Mareczek odpisał, że nie ma pojęcia, za co miałby okazywać jakąkolwiek wdzięczność "zdrajcom i kapusiom", ale przyjedzie w niedzielę po odbiór. Przyjechał, ja nawet nie wychodziłam z pokoju, bo nie miałam ochoty go oglądać, Gustav dał mu śpiwór i tak na wszelki wypadek kazał pokwitować odbiór.

Następnego dnia, kiedy wróciłam z pracy, Gustav z uśmiechem na ustach powiedział, że nie uwierzę, jaką wiadomość dostał właśnie od Mareczka. Pokaż. Wiadomość była po niemiecku, którym Gustav posługuje się słabo, więc może była to jakaś próba dowartościowania się, a brzmiała mniej więcej: "Drogi Gustavie, mówiłeś coś o okazywaniu wdzięczności. Pozwól zatem, że swoją wdzięczność okażę ci w ten sposób, że nie powiem ci, do czego twojej dziewczynie potrzebny jest związek z tobą. Podpowiem ci tylko, że nie mam tutaj mowy o żadnych uczuciach, a jedynie o cwaniactwie i wyrachowaniu.

Nie powiem ci również, że osoba, którą uważasz za partnerkę, jest naprawdę zwykłą k…ą, zresztą jak wszystkie Polki, której celem życia jest wyrwanie bogatego frajera, którego może wrobić w dziecko, a potem rzucić pracę i wieść wygodne życie na jego koszt. Ze swojej strony mogę tylko życzyć ci szczęścia, bo będzie ci bardzo potrzebne, a może raczej zdrowego rozsądku, bo widzę, że kompletnie go nie masz. Pozdrawiam, Mareczek". Wow, popłynął, naprawdę popłynął…

Patrzyłam z niedowierzaniem i spytałam Gustava, czy coś mu na to odpowiedział. On na to z jeszcze większym uśmiechem: "tak, zobacz co. Napisałem po szwedzku, niech teraz on się pomęczy z tłumaczeniem". Odpowiedź brzmiała: "Drogi Mareczku, żyję na tym świecie parę lat dłużej niż ty i myślę, że skoro do tej pory doskonale dawałem sobie radę bez twoich światłych rad, to będę sobie nadal świetnie radził bez nich. A jeśli chodzi o szczęście, to biorąc pod uwagę, co który z nas w życiu osiągnął, to raczej ja powinienem życzyć go tobie. Pozdrawiam serdecznie, Gustav". Mareczek chyba poradził sobie z tłumaczeniem, bo zaraz zablokował nas oboje. I tak zakończyła się nasza przyjaźń.

Postscriptum. Kilka miesięcy później, jadąc z pracy, zobaczyłam Mareczka idącego chodnikiem (mieszka niedaleko mojej pracy). Po eleganckim stroju i róży trzymanej w dłoni domyśliłam się, że idzie na randkę (czyt. polować na kolejną ofiarę).

Wcześniej tego dnia lał bardzo intensywny deszcz, a że jezdnia była z tym miejscu dość nierówna, powstały dość głębokie kałuże. I kiedy mijałam Mareczka, tak samo jak jemu niechcący otworzył się, przeczytał i podarł list, mnie się tak zupełnie niechcący wjechało z dużym impetem w kałużę, obryzgując go od stóp do głów brudną wodą. Ups, niezdara ze mnie…

zagranica

Skomentuj (73) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 263 (321)

#85692

(PW) ·
| Do ulubionych
Kurierzy, kurierzy… Sytuacja przypomniała mi się po przeczytaniu wczorajszej historii Pedrillo.

Ludzie denerwują się, kiedy kurier zamiast dostarczyć przesyłkę zostawia awizo. W mojej okolicy występuje jakby odwrotny proceder, równie, jeśli nie bardziej irytujący. DHL, będący częścią niemieckiej poczty, płaci kurierom od dostarczonej przesyłki (tak przynajmniej słyszałam od pracownicy poczty).

Paczka musi być dostarczona odbiorcy lub, w przypadku jego nieobecności, zostawiona u sąsiadów. Czyli jeśli kurier nie zastanie odbiorcy i zostawi awizo, a paczkę odstawi z powrotem na pocztę, nic z tego nie ma poza straconym czasem. Eliminuje to, co prawda, problem zostawiania awiz bez sprawdzania, czy odbiorca jest w domu, ale prowadzi niestety do patologii w drugą stronę. W przypadku niezastania adresata, kurier pokwitowanie odbioru podpisuje sam (nazwiskiem własnym lub adresata), a paczkę zostawia pod drzwiami.

W domkach pewnie się to sprawdza, w blokach już nie koniecznie. Bo jeszcze pół biedy, jeśli kurier zada sobie trud, wyniesie paczkę na twoje piętro i zostawi ci ją pod drzwiami do mieszkania, wówczas masz szansę, że kiedy wrócisz do domu, twoja paczka jeszcze tam będzie. Gorzej, jeśli kurier zostawi ją na ulicy przed drzwiami wejściowymi do budynku (bo tak robią, sama niejednokrotnie wnosiłam z ulicy do budynku paczki adresowane do sąsiadów), a ty po powrocie do domu już jej nie zastaniesz, bo się akurat jakiemuś przechodniowi spodobała. Śledzenie przesyłki online pokazuje, że doręczona do rąk własnych z pokwitowaniem odbioru i weź się teraz człowieku z nimi chandrycz i udowadniaj, że to nie twój podpis i że paczki naprawdę nie masz.

Taka sytuacja przydarzyła mi się kilka miesięcy po przeprowadzce do Niemiec. Razem z byłym coś zamówiliśmy, nie pamiętam już co. Widzę na stronie DHLu, że paczka dostarczona, ale ponieważ nie było nikogo w domu, zostawiona u sąsiadów. Tylko że nazwisko tego sąsiada nic mi nie mówiło. Po powrocie z pracy "przelecieliśmy" cały budynek, ale nigdzie nie widniało takie nazwisko (w Niemczech nie ma numerów mieszkań, nazwiska lokatorów są na domofonie).

Sprawdzamy w pobliskich punktach usługowych, paczki nigdzie nie ma. Idziemy na pocztę i zgłaszamy sytuację, Pracownica opowiedziała nam wówczas o "manewrze" z samodzielnym podpisywaniem pokwitowań, tłumacząc, że kurierzy słabo zarabiają, są przepracowani i tak dalej. Rozumiemy, ale nie zmienia to sytuacji, że miała nam być dostarczona paczka i jej nie ma. Wypełniliśmy formularz, złożyliśmy skargę. Po kilku miesiącach bezowocnego dopytywania o status reklamacji, w końcu machnęliśmy ręką i zapomnieliśmy o sprawie. Od tej pory wszystkie zakupy online robiłam z wysyłką do pracy.

Na przełomie 2016 i 2017, przez kilka miesięcy pracowałam w firmie, gdzie otrzymywanie prywatnych przesyłek na służbowy adres było zabronione, trzeba więc było zamawiać na domowy. Akurat tak się stało, że musiałam coś sobie zamówić (jakiś kosmetyk, bo mi się właśnie się kończył), a nie miałam w tym czasie możliwości pracy z domu. Ale nie ma przecież problemu, odbiorę sobie od sąsiadów czy z poczty. W piątek pojawia się informacja na stronie DHLu, że przesyłka dostarczona i zostawiona u sąsiadów. Podpisano: Backstuber. Nie mam takiego sąsiada, więc domyślam się, co się stało. Wracam do domu, paczki oczywiście nie ma. Idę na pocztę i proszę o nazwisko kuriera, który dzisiaj obsługiwał ten rejon. Pan Backstuber.

Mówię pani, że zgodnie z podpisanym kwitem odbioru, Pan Backstuber jest w posiadaniu mojej przesyłki i ja bardzo stanowczo domagam się od niego jej zwrotu w ciągu najbliższych 24 godzin. Proszę mu przekazać, że w przeciwnym razie, jako że składanie skarg u nich nie daje rezultatu, będę zmuszona zgłosić na policji kradzież/ przywłaszczenie (nie wiem pod jaki paragraf to podpada). Pani na to, że oczywiście, przekaże mu. Na pewno ktoś się będzie kontaktował.

W drodze do domu spotkałam moją polską sąsiadkę, która razem ze swoim partnerem przez kilka lat pracowała w DHL jako kurier. Opowiadam jej sytuację, ona na to, że tak, to samodzielne podpisywanie i rzucanie paczek gdzie bądź to jest plaga, jest to nielegalne, firma z tym walczy, ale kurierzy i tak to robią, bo nie chcą być stratni odnosząc niedostarczone paczki na pocztę.

Składanie skarg na poczcie jest bez sensu, bo nikt nic z nimi nie robi, ona mi radzi coś innego. Takim "szefem wszystkich szefów" dla kurierów z naszego rejonu jest niejaki pan Brzozowski. Nie jestem pewna, ale chyba nawet Polak z pochodzenia. Straszny uj i postach firmy. Ona mi da jego bezpośredni numer i jeśli chcę, żeby kuriera wylali z roboty, mogę do niego zadzwonić.

Następnego dnia obudził mnie dzwonek do drzwi. Otwieram, odwiedził mnie pan Backstuber z pytaniem, co ja za dziwne akcje odstawiam z jakąś paczką, którą on mi wczoraj osobiście zostawił przed domem. Ja na to, że już pomijając fakt, że nie miał prawa czegoś takiego zrobić, to są tyko jego słowa, według pokwitowania odbioru paczkę ma on i ja proszę o zwrot. Jeśli faktycznie gdzieś ją zostawił, to mógł mi ją chociaż pod drzwi zanieść, a nie zostawiać na ulicy. On najpierw zaczął się tłumaczyć, że dzwonił domofonem do różnych sąsiadów, nikt go rzekomo nie chciał wpuścić do budynku, to co on miał biedny zrobić.

Hmmm… Może na przykład zanieść na pocztę zgodnie z procedurą? On dalej, że na pocztę nie chciał nosić, bo raz, że nic by z tego nie miał, a dwa, potem na pewno miałabym do niego pretensje, że muszę po paczkę chodzić na pocztę. Mówię, że nie miałabym pretensji o konieczność chodzenia na pocztę, bo przebywają poza domem, liczę się z tym, że przesyłkę trzeba będzie stamtąd odebrać, natomiast, mam owszem pretensje i to chyba całkiem uzasadnione, że mojej paczki nie ma. Pan zrobił się dość agresywny, zaczął na mnie krzyczeć i wyzywać od oszustek i złodziejek, twierdząc, że paczkę na pewno mam, a teraz próbuję wyłudzić od niego jego ciężko zarobione pieniądze. Przerwałam mu, mówiąc, że tym tonem nie będziemy rozmawiać i jeżeli mnie natychmiast nie przeprosi i nie zaproponuje rozwiązania sytuacji, nie tylko zgłaszam na policji kradzież mojej własności, ale również dzwonię do Brzozowskiego i składam na niego skargę.

Na dźwięk nazwiska Brzozowski, pan przestał krzyczeć i spytał, skąd go znam. Odpowiedziałam, że to moja sprawa i ponowiłam pytanie, co proponuje w temacie mojej przesyłki. On spytał, ile kosztowała. Mówię, że akurat niedużo, około 30 euro, ale jako że nie jest to pierwsza taka sytuacja, tym razem nie odpuszczę, choćby dla zasady. Pan wyjął z portfela 30 euro, rzucił we mnie banknotami, burknął, że ma nadzieję, że jestem zadowolona i poszedł. Do Brzozowskiego nie dzwoniłam, nie będę chłopu niszczyć kariery, może jak wyskoczył z kasy, czegoś się nauczył.

Towar zamówiłam jeszcze raz, z dostawa w kolejny piątek. Tym razem byłam w domu i czekałam na przesyłkę. Czekam, czekam, kuriera nie ma. Schodzę po coś na dół, widzę, że przed blokiem leży moja paczka. Zanoszę ją do domu i sprawdzam śledzenie online. "Zostawione u sąsiadów", podpisano: Backstuber.

Żeby nie było. W pełni rozumiem, ze kurierzy pracują za minimalna stawkę, że maja normy niemożliwe do wyrobienia i że praca jest ciężka i niewdzięczna. Bardzo serdecznie im współczuję i nie zamieniłabym się z nimi nawet na 5 minut. Ale z drugiej strony...

Po pierwsze, ja te 30 euro, czy ile tam kosztowała przesyłka też muszę zarobić, samo mi z nieba nie spadło i nie widzę powodu, dla którego mam ponieść stratę, bo ktoś postanowił ułatwić sobie pracę idąc na skróty. Po drugie, wynagrodzenie i warunki pracy są sprawą między pracownikiem i pracodawcą. Pracownik zgodził się na nie, podpisując umowę o pracę.

Nie są one winą klienta, który zapłacił za usługę wg obowiązującego taryfikatora, ani nie powinny być jego problemem. I po trzecie, może jest to tendencyjny argument, ale naprawdę czasy robót przymusowych dawno się skończyły, nikt nie ma obowiązku pracować w konkretnym miejscu na konkretnym stanowisku, można poszukać pracy gdzie indziej. A może wówczas faktycznie, gdyby np. wszyscy pracownicy zagrozili odejściem z pracy, pracodawca wyciągnąłby wnioski.

P.S. Gdyby był tu ktoś z Monachium, kto miałby problemy z DHLem i chciał numer do tego "szefa", mogę podać jego prawdziwe nazwisko i nr telefonu na priv. Sama z nim co prawda nigdy nie rozmawiałam, ale skoro samo wspomnienie jego nazwiska przyniosło efekt, może się komuś przyda.

kurierzy

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 129 (157)

#85710

(PW) ·
| Do ulubionych
Jestem programistą.
Dwa lata pracowałem dla pewnej firmy. Nie była ona najlepsza na rynku, ale była blisko mojego domu, więc zgodziłem się dla nich pracować. To był chyba błąd :).

Początkowo było dobrze, ale w czerwcu zaczęły się schody. Zaproszono nas do przetargu na projekt (jestem B2B, mam firmę więc luzik - nie pierwszy raz dla nas). Przetarg wygraliśmy.

I się zaczęło.

W czerwcu powinniśmy otrzymać umowę do podpisania. Nie śpieszyło nam się, więc powiedziałem, że chwilę możemy zaczekać na umowę i ją podpiszemy tylko jeżeli będzie ok.

Po dwóch tygodniach zacząłem się martwić i pytać o umowę. Nic. Zbywano mnie przez kolejne tygodnie kiedy prosiłem o umowę do przetargu.

W końcu dostałem pismo "do natychmiastowego podpisania". W zeszłym tygodniu. Z terminem wykonania do końca grudnia. Z zakazem konkurencji, o którym nie było mowy, na trzy lata. Z zakazem pracy dla POTENCJALNYCH klientów firmy, która organizowała przetarg. Z karą umowną za niewywiązanie się z prac przed końcem grudnia, zerwanie umowy etc. w wysokości... 60% budżetu, którego nie określono.

Odmówiłem podpisania takiej umowy, bo czekaliśmy na nią kilka miesięcy, termin stał się nierealny, a wielkość budżetu zmieniała się z każdą rozmową (raz było 30 000, raz 85 000, a raz usłyszałem, że wzięto ponad 600 000 z UE na to). No właśnie - to kasa z UE, więc dodatkowe kontrole byłyby niemal pewne. Co więcej - umowa z datą wsteczną (z czerwca!), protokoły zdawcze modułów, które rzekomo napisałem od czerwca do grudnia (żadnego nie napisałem, więc przy kontroli miałbym prze...kichane) i tekst "przecież tego nikt nie sprawdzi".

Odmówiłem stanowczo podpisania tego. Usłyszałem, że muszę, bo umieszczono mnie jako zwycięzcę w czerwcu na stronie i nie można tego anulować inaczej niż przez podpisanie & zerwanie umowy. Jakby to był mój problem. Jednocześnie dano mi wypowiedzenie obecnej umowy z datą z czerwca.

Zarząd firmy jest bardzo zdziwiony, że spakowałem się i wyszedłem po rozmowie w tej sprawie i już nie przyszedłem do firmy (po co skoro nie mam umowy bo sami ją wypowiedzieli?).

PS. po podpisaniu takiej umowy stałbym się w pełni odpowiedzialny za jakąkolwiek dotację jaką wzięto na ten projekt jako wykonawca, oni byliby kryci, a ja mógłbym liczyć się nawet z wizytą smutnych panów w kominiarkach o 6 rano.

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 147 (163)

#85687

(PW) ·
| Do ulubionych
Coś o tak zwanym bezstresowym wychowaniu i jego efektach.

Zostałem przez rodziców wychowany tradycyjnie. Niczego mi nie brakowało w życiu, ale jak coś grubszego odwaliłem to byłem należycie - z perspektywy czasu sam tak stwierdzam - karany. Nie byłem, jak twierdzą niektórzy śmieszni ludzie, bity i katowany za to, że dostałem w szkole 5+ zamiast 6 albo urwałem się z ostatniej lekcji. Dostałem dosłownie kilka razy w życiu, gdy naprawdę przegiąłem pałę.

Raz na przykład jak miałem 12 lat i wszystkie dzieciaki z osiedla jeździły na rowerach składakach, jednemu rodzice kupili górala. Kolega wyśmiewał się ze mnie, że mam składaka, bo rodziców nie stać na górala. No to ja, niewiele myśląc, wziąłem patyka, zdzieliłem kilka razy kolegę, zabrałem jego rower, pojechałem za blok nad rzekę i urządziłem mu wodowanie. Potem wszystko potoczyło się szybko. Kolega do rodziców, jego rodzice do moich, oni do mnie z pytaniem czy to prawda, a ja że tak.

Dostałem od ojca takie manto kablem, że mało nie zemdlałem. Po wszystkim przyszła mama, przytuliła mnie i wytłumaczyła mi na spokojnie dlaczego nie wolno nikogo bić w innych okolicznościach niż samoobrona i dlaczego należy szanować cudzą własność. Zapamiętałem sobie na całe życie. Cudzą własność szanuję bardziej niż swoją, a konfliktów unikam, choć potrafię się bronić, bo trenuję sztuki walki. Rodziców kocham i nie żywię żadnych negatywnych uczuć.

Mam też o 10 lat młodszego brata. Został wychowany nowocześnie i bezstresowo, bo rodzice naoglądali, naczytali i nasłuchali się jakichś kocopołów. Nigdy nawet na niego nie krzyknęli. Moja akcja z rowerem to był pikuś przy jego wyczynach. Pierwszy raz naćpany dopalaczami przyszedł do domu w wieku 14 lat. Twierdził że koledzy w szkole mu dali. Rodzice urządzili z nim pogadankę.

Wpuścił jednym uchem, wypuścił drugim. Kary nie dostał żadnej. Pierwszy konflikt z prawem zaliczył w tym samym roku, policja go do domu przyprowadziła. Znów pogadanka, która odniosła oczywiście zerowy skutek. Pogadankami zajmowała się głównie mama. W moim przypadku odnosiły one skutek, gdyż były poprzedzone laniem od ojca, którego to lania w przypadku brata zabrakło.

Rodzice w akcie desperacji i bezsilności gdy brat znowu coś odwalał (ot, urwał z kopa lusterko w samochodzie sąsiada, bo kolega się z nim założył, że tego nie zrobi) zwracali się do mnie z prośbą:
- Jesteś starszy, mądrzejszy, wpłyń jakoś na brata!
Ja im na to:
- Pamiętasz, tato, co zrobiłeś jak wrzuciłem rower do rzeki? Pomogło? Pomogło!
W odpowiedzi słyszałem: "Oj tam, wtedy były inne czasy."
Nawet mi się nie chciało wdawać w polemikę, bo to jak grochem o ścianę.

Obecnie brat ma 21 lat, wykształcenie podstawowe, wyrok w zawieszeniu i dozór policyjny, a jedyna praca jaką wykonywał to praca społeczna, która była częścią wyroku. Mieszka póki co z rodzicami, choć jak tak dalej pójdzie to Ministerstwo Sprawiedliwości załatwi mu bezpłatny hotel z kratami w oknach na kilka lat.

Cóż, przynajmniej został wychowany nowocześnie i bezstresowo, bez bicia. Bo bicie dzieci jest złe!

bezstresowe wychowanie

Skomentuj (81) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 143 (223)

#85701

~blackhair ·
| Do ulubionych
Historia wydarzyła się wiele lat temu. Na studiach mieliśmy grupę znajomych, kilka osób które dobrze się znało, częściowo z jednego kierunku (nawet jednej grupy), częściowo ludzie którzy na pierwszym roku razem mieszkali w akademiku i jakoś te kontakty udało się utrzymać. Typowa grupa znajomych – jakieś wspólne imprezy, wyjazdy, nauka, przyjacielskie przysługi.

W pewnym momencie, kiedy w większości byliśmy na czwartym roku, a więc już parę lat się znaliśmy, w grupie pojawiły się jakieś spięcia, niedopowiedzenia, a jako osoba winna robienia zamieszania byłam wskazywana ja. Nie ukrywam, że byłam bardzo zdziwiona jak pierwsza osoba zgłosiła się do mnie z pretensjami, bo naprawdę ani nie jestem osobą konfliktową, ani nie lubię generować takich napiętych sytuacji (nie ukrywajmy - są tacy co uwielbiają rzucić granat, odsunąć się na bezpieczną odległość i patrzeć jak świat płonie).

Okazało się, że wszystko zaczęło się od koleżanki, powiedzmy XYZ.

XYZ miała taki zwyczaj, że dość często pożyczała drobne kwoty (drobne dla niej, jak ktoś studiuje i pracuje, to kwota rzędu 100-200 zł jest znacząca, a już na pewno była kilka lat temu). Miała ona jednak bardzo luźny stosunek do oddawania tej kasy, tzn. oddawała, ale w sumie w chwili kiedy jej to się podobało. No i tak trafiło, że pożyczyła kiedyś też ode mnie. Po jakimś czasie zapytałam ją czy planuje mi oddać pieniądze w tym miesiącu, bo czekają mnie większe wydatki. XYZ coś odburknęła, ale niedługo potem kasę oddała. No i wkrótce potem zaczęła się cała za przeproszeniem gównoburza.

Okazało się, że ja ją UPOKORZYŁAM prosząc o zwrot pieniędzy przy osobie trzeciej (naszej wspólnej koleżance, która ją doskonale znała, nie raz, nie dwa sama pożyczała).

Nie wiem do końca co ona naopowiadała pozostałym ludziom, bo nie wszystko do mnie dotarło, ale zaczęły się ode mnie odwracać, uważać za osobę wyrachowaną i interesowną. No mega miłe, po czterech latach znajomości, kiedy już myślisz, że ludzi znasz nikt nawet nie zapyta o twoją wersję. A XYZ nie negowała, że wisiała mi kasę, ona uważała tylko, że to ona ma prawo decydować kiedy mi ją łaskawie odda, a ja powinnam „stulić dziób jak jestem takim biedakiem” (autentyczny cytat z jej rozmowy na gg z jednym z niewielu ludzi, którzy zajęli moją stronę, sam mi pokazał).

Naprawdę, wiem jak się czuje wierzyciel w tym kraju, dłużnik może sobie decydować kiedy łaskawie odda pieniądze, a Ty nie masz nawet prawa zapytać, bo wielka ujma. Zresztą jak miała ze mną problem, to mogła wprost powiedzieć, nie cierpię tej metody pasywno-agresywnej manipulacji, kiedy o problemie mówisz WSZYSTKIM poza drugą stroną, a wobec tej osoby masz focha.

I tak z uwagi na kwotę rzędu 100 zł grupa się w zasadzie rozpadła. Z perspektywy czasu nie żałuję, chociaż przypłaciłam to wtedy sporymi nerwami, ale przynajmniej okazało się na kogo naprawdę mogę liczyć. Mam też z tego nauczkę na całe życie – jestem mega ostrożna w sprawach finansowych, w zasadzie nie pożyczam nikomu pieniędzy.

Skomentuj (3) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 113 (139)

#85700

(PW) ·
| Do ulubionych
Kurier pocztowy.

Zamówiłem kilka pierdół, łącznie nieco ponad 100 zł, więc nie majątek. Mała, czarna paczuszka...

… znaleziona wczoraj przez moją małżonkę po powrocie z pracy i ćwiczeń pod drzwiami domu. Furtkę zostawiliśmy otwartą, więc kurier wszedł, rzucił i poszedł.

Ma skubany szczęście, że po pierwsze mieszkamy w naprawdę spokojnej okolicy i nasi sąsiedzi nie są złodziejami, po drugie my jesteśmy uczciwi i nie postanowiłem odzyskać tej stówki za paczkę, zgłaszając zaginięcie.

kurierzy

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 80 (86)

#85611

(PW) ·
| Do ulubionych
Znowu wracam do szkoły w pojunkierskim pałacyku nad jeziorem.

Szkoła istniała zaledwie dwa lata, mój poprzednik oddalił się w nieznaną dal przed końcem roku szkolnego, a ja byłem młody i ambitny. Po uporządkowaniu zaszłości typu kreda, żarówki i węgiel zaksięgowanych jako środki trwałe i, na żądanie statystyki, policzeniu zbiorów jabłek w przyszkolnym sadzie w rozbiciu na gatunki i sposób wykorzystania, postanowiłem szkołę osadzić historycznie w istniejącym kontekście. W tym celu zwołałem Komitet Rodzicielski.

Historia pierwsza (uwaga, może być nieco... mało śmieszna jako całość). Zapytałem szanownych rodziców, czy w bliskiej okolicy nie ma jakichś pomniczków z przeszłości, kamieni pamiątkowych itp. Padła odpowiedź: "No tam za polem … jest taki pomniczek. Tam, wiedzą panie, jak ruskie przyszły, to tam młodą dziewczynę od tych tam, za drugim jeziorkiem, złapały i zamolestowały. To tam i pomniczek stoi". No nie były to jeszcze czasy na głośne wspominanie o takich tragediach. Co by na to gminny komitet przewodniej siły powiedział…

Historia druga. Szkoła była młoda, a ja ambitny i zamarzył mi się patron dla placówki. Informuję o tym komitet rodzicielski i silnie starszy gość (więc mógł pamiętać, co trzeba) mówi: "A derektorze, a tu, w lecie zwłaszcza, to przed wojną takie małe hitlersyny, znaczy gówniarze takie w sraczkowatych bluzkach przyjeżdżały. To dla nich taka szkoła chyba była. A ona podobnież admirała Canarisa (mówione przez C) była, to i po co zmieniać. A i niech zostanie, jak było". Tu opuściłem na chwilę szanowne zgromadzenie, bo nie mogłem pokazać, że łzy mi się z oczu sypią jak grochy. Ze śmiechu oczywiście. A komitet miałem fajny. Pomost nad jeziorem zbudowali i dzieciaki miały WF z pływaniem (już to widzę w dzisiejszych czasach) i rzepak uprawili na gruntach szkolnych (sprzedało się to potem i było trochę kasy dla szkoły).

Ech, było i nie wróci...

Skomentuj (16) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 70 (124)

#85587

(PW) ·
| Do ulubionych
W pewien wrześniowy weekend postanowiliśmy ze znajomymi wybrać się żeglarsko na nowy dla nas akwen - jezioro Drawsko. Niestety zarezerwowaliśmy jacht (twister 800n) z Przystani Sportów Wodnych w Czaplinku od pewnego "janusza".

W skrócie ujmując, po przyjeździe na miejsce okazało się, że jacht jest niezgodny z ogłoszeniem (rozbieżność z opisem i niektórymi zdjęciami). Z racji istniejących rozbieżności, przeciętnego stanu jachtu i podejścia wynajmującego postanowiłem stargować cenę (która była niemała, a za jacht w takim stanie/wyposażeniu tragicznie wysoka). Pan się wtedy zapowietrzył, zaczął krzyczeć i stwierdził, że ma mnie gdzieś, jedzie wypłacić 200 zł zaliczki, oddaje mi ją i mam spierdzielać. Czyli w piątek późnym popołudniem zostaliśmy bez jachtu. Na szczęście dzięki pomocy napotkanej w marinie Żeglarki (wielkie podziękowania) dostaliśmy namiar na Ośrodek Drawtur, skąd skierowano nas do Pana Sławka (Mistral czarter), który to akurat miał jeden wolny jacht. W obu powyższych miejscach zostaliśmy potraktowani bardzo życzliwie i profesjonalnie, mimo późnej już pory – polecam.

Dokładny opis sytuacji (bardzo długi).

WSTĘP (można pominąć)

Dla zobrazowania sytuacji zacznę od tego, że żegluję regularnie po śródlądziu i w miarę możliwości również po morzu. Poza tym jako były harcerz i student pływałem na jednostkach w naprawdę różnym stanie (albo jak kto woli - stadium rozkładu) - jeżeli byłem tego świadomy i/lub wiązało się to z niską ceną, to byłem w stanie zaakceptować wady i niedociągnięcia – byle było bezpiecznie. Poza tym w pełni rozumiem, że jacht na samym początku lub końcu sezonu może posiadać pewne usterki i nigdy się ich nie czepiałem. Posiadam także swoją w miarę spartańską mini żaglówkę otwartopokładową. Wyjazdy żeglarskie na jachty czarterowe obecnie traktuję więc głównie jako okazję do spotkania ze znajomymi (mieszkam poza moim rodzinnym miastem) - z racji tego jacht wybieram w taki sposób, aby był dla mnie jak najbardziej wygodny (głównie chodzi mi o jego "prowadzenie").

Ogłoszenia znalezione w internecie układam w kolejności od najfajniejszego do coraz mniej mi pasujących i następnie dzwonię po kolei, aż uda mi się zarezerwować jacht. Cena ma drugorzędne znaczenie – jestem w stanie zapłacić więcej za jacht, który "podchodzi" mi wyposażeniem. Znaleziony Twister 800N był praktycznie na szczycie mojej listy głównie ze względu na:
- sam jacht, który to wydawał mi się ciekawy
- "krzesełka" dla sternika na rufie
- mocny 8-konny silnik na pantografie (miałem kiedyś nieprzyjemny incydent związany z za małym silnikiem dobranym do większego jachtu, więc uważam, że mocy nigdy za dużo)
- ogłoszenie "prywatne" – mam negatywne wspomnienia współpracy z typowymi firmami czarterowymi i dotychczas odnosiłem wrażenie, że jachty z dużych firm są bardziej wyeksploatowane, dlatego z reguły brałem jachty od osób "prywatnych" i zawsze byłem mega zadowolony
- rozkład wnętrza.

OPIS WŁAŚCIWY

Rozmowa telefoniczna z właścicielem przebiegała wzorowo – za wrześniowy weekend (pt-nd) chciał 600 zł. Wpłaciłem 200 zł zaliczki. Okazało się, że z naszej winy w piątek możemy odebrać jacht dopiero ok. 17-18. Na miejscu przywitał mnie sympatyczny pan z "dużego BMW", jednak w trakcie pokazywania mi jachtu (zanim jeszcze zacząłem kręcić nosem) zaczął opowiadać:
- jak to mu się nie opłaca wynajmować tego jachtu (posiadał jeszcze restaurację, z której miał lepsze zyski)
- ile to zapłacił tapicerowi za wymianę wykładziny
- jacy to czasem nieporadni żeglarze się zdarzają; że gdy pływał, to on NIGDY nie zadzwonił do właściciela jachtu, tylko wszystkie napotkane usterki rozwiązywał samemu.
Ogólnie wszystko w podobnym tonie - włączył mu się taki "janusz".

Spokojnie słuchałem pana i rejestrowałem rozbieżności i ogólnie średni stan jachtu (np. odklejająca się podsufitka, pokrowiec na grot po przejściach i pokryty drapiącym włóknem szklanym, jakieś luźne wyłączniki, latający kran, pojedyncze niedziałające lampki, bałagan w bakiście – zawilgocone liny itp.). Zostałem poinformowany, że miecz się zacina, ale skrzynia mieczowa ma odkręconą górną deskę i wystarczy szarpać we wskazanym miejscu – owa deska była całkiem luźna i przy lekkim trąceniu spadła na podłogę (dla niewtajemniczonych skrzynia mieczowa robi jednocześnie za stolik w centralnej części jachtu i po jej "otworzeniu" widać w środku chlupiącą wodę). Informacja o rozdarciu grota, które "nie przeszkadza" i "nie pójdzie dalej" rzucona mimochodem. Oczywiście chciałem je zobaczyć - okazało się, że to rozdarcie blisko rogu topowego (ok. 30-40 cm od góry) w poziomie na całej długości od liku przedniego do tylnego. Rozumiem, że uszkodzenie mogło powstać niedawno, ale podejście faceta w przekazywaniu tej informacji zwaliło mnie z nóg. No i mógł tymczasowo załatać to chociaż np. taśmą do klejenia żagli.

Po zwróceniu uwagi, że silnik na jachcie ma 4 konie, a w ogłoszeniu był 8-konny, praktycznie wyśmiał mnie, twierdząc, że to niemożliwe, gdyż nigdy takowego nie posiadał. Miał wcześniej 6-konnego, ale niedawno mu się zepsuł i musiał założyć ten obecny.

Gdy pokazałem mu, że w ogłoszeniu jak byk napisane: "silnik Mercury 8KM”, zaczął się ze mnie trochę wyśmiewać, że na uj mi tak duży silnik, i ten, co jest, spokojnie daję radę. Wytłumaczyłem mu, że miałem kiedyś problem z za małym silnikiem oraz że skoro w ogłoszeniu było 8KM, to właśnie takiego silnika mam prawo oczekiwać na jachcie, gdyż właśnie między innymi z tego powodu wybrałem jego droższą od pozostałych ofertę. Gdy zapytałem się, czemu na rufie nie ma krzesełek dla sternika widocznych na zdjęciach w ogłoszeniu, zrobił zdziwioną minę. Po pokazaniu zdjęcia z jego ogłoszenia stwierdził krótko, że to przecież oczywiste, iż nie jest to zdjęcie jego jachtu (dla mnie nie było - szczególnie że większość pozostałych zdjęć przedstawiała wnętrze jachtu – najprawdopodobniej sprzed kilku lat). Do tego różnił się trochę rozkład osprzętu w kokpicie - np. na prawej burcie nie było żadnej knagi, więc szot foka trzeba byłoby trzymać cały czas w ręce.

No i mistrzostwo w postaci środków ratunkowych - wymiętolone kamizelki mające najlepsze lata za sobą i to w dodatku w ilości sztuk 7:
- kamizelki ratunkowe (z kołnierzami itp.) szt. 3
- kamizelki asekuracyjne "kajakowe" szt. 2
- kamizelki asekuracyjne "kajakowe" w rozmiarach bardzo dziecięcych szt. 2.

Oczywiście żadnego koła ratunkowego itp. Jacht opisany jako "bardzo wygodny, dla 6 do max 8 osób". Po zwróceniu uwagi na brak środków ratunkowych (mieliśmy pływać w 6 osób, wiec ktoś zostałby bez kamizelki) oraz ich niską jakość, pan zdziwiony zapytał, czy zamierzam w tym pływać (sic!). Cierpliwie mu wytłumaczyłem, że w razie złych warunków pogodowych jak najbardziej oraz że po prostu są one wymagane jako minimum bezpieczeństwa. Facet stwierdził, że w weekend będzie ładna pogoda i będą mi one niepotrzebne. Aby mnie przekonać, pokazywał mi nawet prognozę na telefonie i nie mógł zrozumieć, dlaczego upieram się, aby załatwił chociaż jedną dodatkową kamizelkę w normalnym rozmiarze. Przypominam, że akcja dzieje się na j. Drawsku, gdzie naprawdę może się rozwiać, a fala spokojnie może dojść do 50-70 cm. W końcu pożyczył od bosmana przystani kamizelkę ratunkową, która była w lepszym stanie niż te jachtowe. Przy okazji wywiązała się między nimi kłótnia – chyba o to, że kiedyś już pożyczał, a nie oddał.

Gdy otrzymałem kamizelkę, przechodzimy do rozliczenia. I tutaj spokojnie otwieram negocjacje, mówiąc, że ze względu na rozbieżności i stan jachtu nie zamierzam płacić pełnej kwoty. Facet najpierw tłumaczył, ze przecież zdjęcia ze środka się zgadzają i wynajął tapicera, który to położył nową wykładzinę. Gdy mimo to dalej oczekiwałem na jego propozycję, stwierdził, że nie zejdzie nawet złotówki i następnie zaczął na mnie krzyczeć, że on ma dość, że on to pier...oli, że jedzie po chajs, że oddaje mi zaliczkę i ma mnie gdzieś. Na moją uwagę, że chyba jest niepoważny, iż chce mnie zostawić w piątek o godzinie prawie 19 bez jachtu, wsiada w auto i odjeżdża, mieląc żwir kołami. Po chwili rzeczywiście wraca, wciska mi 200 zł i następuje między nami "wymiana poglądów", którą pozwolę sobie pominąć.

Już nawet pomijając stan jachtu, gdybym wiedział, że ma on takie wyposażenie, to wziąłbym inny z takim samym, ale jednocześnie w niższej cenie lub innymi zaletami. No i po prostu nie lubię być robionym w ch..a, więc oprócz pieniędzy, chodziło mi również o "sam fakt".

Na szczęście mimo pewnej dozy stresu i perspektywy nocowania w samochodach, sprawa ma swój szczęśliwy finał, gdyż jeszcze tego samego dnia udało się nam wsiąść na innego Twistera 800. Mimo iż właściciel przepraszał, że jacht jest nieprzygotowany (rzeczywiście wkładał przy nas akumulator) i nieposprzątany, to jego stan ogólny i czystość były znacznie lepsze niż tego poprzedniego – a cena de facto niższa.

Chciałbym jednocześnie jeszcze raz bardzo podziękować Żeglarce z czarterowanego Gandalfa oraz Panom z Drawtura oraz Misatrala za uratowanie naszego wyjazdu. Dodatkowo obydwaj Panowie nie próbowali w żaden sposób wykorzystać faktu, że jestem przyparty do muru - wręcz zastosowali względem mnie rabaty.

P.S. Przygodę wrzuciłem jako przestrogę na pewną faccebookową grupę żeglarską. W komentarzach odezwało się kilka osób, które także miały nieprzyjemne sytuacje z owym panem i jego jachtem - jednak z obawy o trudność zdobycia zastępczego jachtu i w efekcie popsucie wyjazdu, przystawały bez większego marudzenia na zaproponowane warunki. Odezwał się też jakiś pan, który stwierdził, że żadne ze zdjęć w ogłoszeniu nie przedstawia oferowanego w czarter jachtu.

jezioro

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 59 (89)

#85584

(PW) ·
| Do ulubionych
Kolejny dziwny przepis szkolny, a raczej jego brak, który zatruwa życie zapewne niejednemu uczniowi i nauczycielowi.

Wypuszczanie dziecka do toalety.

Ok… Niby wszystko w porządku, prawda? Nauczyciel zawsze pozwalał wyjść, tyle że kiedyś były inne czasy. Obecnie nieco bardziej strach wypuścić takiego ucznia. Mimo wszystko robi się to. O co chodzi? Otóż nie ma teoretycznie przepisu, który zabraniałby wypuszczenia dziecka do toalety. Mówię tu nawet o młodzieży. Jest jednak inny przepis, który trochę tę kwestię blokuje – Art. 6 Karty nauczyciela.

„Art. 6.Nauczyciel obowiązany jest:
1) rzetelnie realizować zadania związane powierzonym mu stanowiskiem oraz podstawowymi funkcjami szkoły: dydaktyczną, wychowawczą i opiekuńczą, w tym zadania związane z zapewnieniem bezpieczeństwa uczniom w czasie zajęć organizowanych przez szkołę”.

Co więcej, art. 160 Kodeksu Karnego:
„§1. Kto naraża człowieka na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia albo ciężkiego uszczerbku na zdrowiu, podlega karze pozbawienia wolności do lat 3.
§2.Jeżeli na sprawcy ciąży obowiązek opieki nad osobą narażoną na niebezpieczeństwo, podlega karze pozbawienia wolności od 3 miesięcy do lat 5.
§3.Jeżeli sprawca czynu określonego w §1 lub 2 działa nieumyślnie, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do roku”.

Oraz art. 120
„§1. Kto wbrew obowiązkowi troszczenia się o małoletniego poniżej lat 15 albo o osobę nieporadną ze względu na jej stan psychiczny lub fizyczny osobę tę porzuca, podlega karze pozbawienia wolności od 3 miesięcy do lat 5.
§2.Jeżeli następstwem czynu jest śmierć osoby określonej w §1, sprawca podlega karze pozbawienia wolności od lat 2 do 12”.

Sporo tego, jak na zwykłe wyjście do toalety. Jednak my mamy obowiązek dzieckiem się zająć, jeśli pozwolimy mu wyjść samemu, to nie sprawujemy nad nim opieki, którą sprawować powinniśmy, a dzieciaki są różne. Jeden pójdzie grzecznie do WC i wróci, a drugi wpadnie na pomysł pójścia sobie po bułkę do piekarni obok. Teraz wyobraźmy sobie, że śpieszy się, żeby nikt się nie zorientował, że nie poszedł do toalety, tylko gdzie indziej i, nieostrożnie przechodząc przez jezdnię, wpada pod samochód? Kto prawdopodobnie traci pracę, tuła się po sądach i może nawet idzie do więzienia? Nauczyciel. I co z tego, że w statucie jest zapis, że za ucznia samodzielnie opuszczającego teren szkoły nie odpowiada szkoła, skoro on był na lekcji, ma obecność, a nauczyciel pozwolił mu wyjść? Tłumacz się teraz.

Dzieci mniej na takie pomysły wpadają, nastolatkom ponoć się zdarza nawet iść wtedy na fajkę za szkołę. Przyłapie go policja/straż miejska i kto ma większe kłopoty? Tak, nauczyciel… Przecież obecność w dzienniku ma, to co tam robił? Jak tak sobie rozmawialiśmy o tym z innymi nauczycielami, doszliśmy do wniosku, że w sumie musielibyśmy brać ze sobą podczas lekcji całą klasę, żeby iść z jednym do WC. Co do przerw, to już jest inna sprawa.

Nasza szkoła była zamykana na czas trwania lekcji, co wcale nie znaczy, że jak się kogoś wypuściło na lekcji do toalety, to biegnąc po schodach, nie mógł złamać sobie nogi (nie mówiąc już o wypadku śmiertelnym, wszystko zależy od tego, jak spadnie, czy nie uderzy głową np. o schody itp., a dzieciaki biegają jak szalone). Na przerwach są dyżury i jest tam nauczyciel dyżurujący, który sprawuje opiekę i udzieli pierwszej pomocy, nawet jeśli dojdzie do wypadku (bo może do niego dojść, nie oszukujmy się, upilnowanie ponad 100 dzieci - powiedzmy, że tyle akurat jest na korytarzu, na boisku latem to mieliśmy grubo ponad 300 na 2 nauczycieli - jest zwyczajnie niemożliwe, ale ważne, że ktoś tam jest i być może zapobiegnie wypadkowi, tu upomni „nie biegaj!”, tu bójkę rozdzieli, ale co najważniejsze, jeśli coś już się stanie, to zareaguje i udzieli tej pierwszej pomocy, dodatkowo przy wypadkach sporządza się odpowiedni protokół, są procedury, wyjaśnianie itd. w zależności od zdarzenia). I niby moglibyśmy nie ryzykować, powiedzieć „była przerwa, trzeba było iść”…

Teraz wyobraźcie sobie, jak ogromny byłby hałas, gdybym nie wypuścił takiego dziecka do toalety i np. posiusiałoby się w majtki? Jego rodzice by mnie chyba… no. Wiadomo. Poza tym wstyd dla takiego dziecka i zapewne trauma.

Dodatkowo w moich szkołach (integracyjna i specjalna) było zwykle po 2 nauczycieli, to jeden z dzieckiem szedł. A w takich zwykłych? Nie wyobrażam sobie tego. Zdarzyło mi się też być samemu z dziećmi, bo jedna z pań np. była chora albo akurat odprowadziła inne dziecko do pedagoga. No i cóż mogę powiedzieć… Przyznam, pozwalałem wychodzić, toaleta była niedaleko, na tym samym piętrze, więc kazałem zostawić drzwi otwarte i zaglądałem, czy tam wszedł. Gorzej jak było dziecko, które trzeba było odprowadzić lub mu pomóc w toalecie, klasy nie zostawisz, wtedy zwykle kogoś prosiłem, zazwyczaj pedagoga. Jak pedagoga nie było, to miałem problem, bo nie mam prawa zostawić nawet na 5 minut dzieci pod opieką np. pani sprzątaczki. Za moich czasów, kiedy chodziłem do podstawówki, nie było to problemem. Przepisy się widocznie pozmieniały, bo jeśli pani sprzątaczka nie ma wykształcenia pedagogicznego, nie ma prawa przypilnować dzieci, nawet przez chwilę.

Gorzej, jak zapomniałem materiałów na lekcję z pokoju nauczycielskiego… I jak tu teraz po nie wrócić, jak dzieci są w klasie? Tyle że to już jest mój problem, a wyjście dziecka do toalety to trochę co innego…

Osobiście uważam, że przepisy powinny to w jakimś stopniu regulować, żeby potem nie dochodziło do sytuacji, w których się nauczyciel zastanawia, czy pozwolić uczniowi (nawet nastoletniemu) wyjść za potrzebą, czy nie, a z doświadczenia wiem, że dzieci, zajęte zabawą z rówieśnikami, zwyczajnie zapominają się załatwić i przypomina im się, jak wejdą do klasy.

EDIT: Historia nie ma na celu powiedzenia "co by było, gdyby". Autentycznie zdarzają się sytuacje, w których nauczyciel ponosi konsekwencje w wyniku wypuszczenia dziecka do toalety. Nie słyszałem jednak osobiście o wypadku śmiertelnym.

Szkoły

Skomentuj (32) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 58 (86)

#85691

~wspolpracownicywojownicy ·
| Do ulubionych
Praca na sekretariacie nie jest trudna. Nie wymaga zbyt dużej merytorycznej wiedzy. Do wysyłki listów ma się ubogi program poczty polskiej, do wpisywania faktur Excela, artykuły biurowe zamawia się z Makro. Telefonów niekoniecznie trzeba odbierać, bo robią to wszyscy, którzy akurat obok niego są. Na koniec miesiąca trzeba zrobić zestawienie poczty wychodzącej i wpisać zapłacone faktury. Co jakiś czas przyjdzie klient i trzeba zrobić jemu kawę.
Czy to jest duży zakres obowiązków?

Większość z was powie, że nie. I ja się z tym zgodzę, jednakże moja współpracownica uważa, że jest tego o wiele za dużo. Owszem, są takie dni, gdzie wysyłki poczty jest bardzo dużo - obsługujemy około 100 złożonych podmiotów i czasem przed Zgromadzeniem, trzeba zawiadomić wszystkich ich członków. Wtedy listów może być nawet 150, co powoduje, że dużo czasu marnuje się na drukowanie kopert, wkładanie do nich listów, a potem zaklejanie.
Wtedy zawsze mogła liczyć na moją pomoc, jednak ostatnimi czasy chyba się "zapomniała".

Niegdyś stanowisko moje [Asystentka Zarządu] było połączone ze stanowiskiem Sekretariatu. Jednak przez rozrost firmy zdecydowano się je rozdzielić i tak w lipcu zeszłego roku zatrudniono Sekretarkę [S]. Osoba, która wprowadziła Sekretarkę w jej obowiązki i wyjaśniła strukturę firmy, miała już wtedy stanowisko Asystentki Zarządu [AZ], na którym była do marca, a marcu zastąpiłam ją ja.

Poprzednia AZ uprzedziła mnie, że S. potrafi wykorzystywać ludzi. I często gdy zapoznawała mnie z obowiązkami, S. starała się ją odciągnąć, żeby popakowała z nią listy itd. AZ stwierdziła, że dała sobie wejść na głowę i częściowo przez to zmienia pracę. Ja jednak mam twardy charakter i potrafię powiedzieć NIE.

Tak sobie żyłyśmy z S. w miarę dobrych stosunkach - ja jej czasem pomogłam, czasem sama zrobiłam za nią jakąś rzecz np. wpisałam faktury, bo widziałam, że ma dużo pracy. Nawet tego nie zauważała i dopiero ją uświadamiałam, że zrobiłam coś za nią. Zawsze jej powtarzałam, że siedzę w drugim pokoju i nie widzę ile czego ma, jeśli do niej nie wejdę, ale ona ma do mnie przyjść jakby chciała pomocy - tak jak zresztą inne osoby z firmy.

Zgrzyt przyszedł kiedy poszłam na 1,5 tygodniowe L4. Mamy zasadę, że gdy jedna z nas jest na L4, bądź urlopie, druga przejmuje jej obowiązki. I tak, gdy ja wysyłałam listy zamiast S., tak ona nawet nie uruchomiła mojego maila przez co prawie przepadł nam termin rozprawy z obowiązkowym stawiennictwem.
Podobna sytuacja wystąpiła, gdy byłam na urlopie. Przejmowaliśmy nowy podmiot i trzeba było go wprowadzić do systemu. Wracam po 4 dniach odpoczynku i widzę 130 maili z tego właśnie podmiotu z danymi. Nic nie ruszone, a trzeba zaraz robić im rozliczenia.
Porozmawiałam z S. i co usłyszałam?
- Jestem zapracowana i nie mam czasu zajmować się jeszcze twoją durną skrzynką, a poza tym już wróciłaś, to możesz to zrobić.

Siadłam, ogarniałam maile do końca dnia i zostało mi ich jeszcze 20. Poinformowałam o tym Zarząd [kwestia nadgodzin] na co oni zareagowali zdziwieniem, ponieważ S. powiedziała, że wszystko ogarnia.

Od jakiegoś miesiąca S. zaczęła chodzić i mówić, że jej nie pomagam, że powinnam z nią robić listy, a nie siedzieć u siebie. Przestała nagle się odzywać, a jak się spytałam o co jej chodzi, jak typowa kobieta powiedziała, że o nic.
Nie jesteśmy w przedszkolu, aby bawić się w takie gierki. Nie chce się odzywać, niech się nie odzywa, byle swoje obowiązki wykonała prawidłowo.

Po czym kilka dni temu przychodzę do niej z pilnym listem do sądu. Mówię, że to musi wyjść dzisiaj i za potwierdzeniem odbioru.
- To pójdzie jutro, bo nie mam czasu i nikt mi nie pomaga.
- To jest sądówka, to ma to wyjść dzisiaj.
- Przyszła wielce Pani i mam jej robić to co ona każe! Żadnego listu ci nie wyślę.
- To ja mam sama iść na pocztę i go wysłać? To są twoje obowiązki, a nie moje.
- No właśnie, ty masz swoje obowiązki, ja swoje to mi się do moich nie wpier...

Byłam wściekła, widzieli to inni obecni w pokoju i znają mój charakter. Byłam o krok od zjechania jej z góry na dół, ale stwierdziłam, że mam swój pewien poziom, z którego nie chcę rezygnować. Poczekałam, zobaczyłam, że wpisała mój list na wysłane.
Następnego dnia podejmuję ostateczną próbę rozmowy przed pójściem do Szefów. Oczywiście S. nie wie o czym chce rozmawiać, bo to moje stanowisko było stworzone, żeby pomagać jej, a nie na odwrót i ona ma więcej pomocy od innych niż ode mnie, a to ja powinnam robić wysyłki. Skoro spór kompetencyjny według niej polegał na tym, że jeden z jej głównych obowiązków miałam wykonywać ja [co owszem, mam robić gdy ona jest na urlopie lub L4] poszłam do szefów i poprosiłam, aby porozmawiali z nami.

Powiedziałam im, że jak mogę to jej pomagam. Ale kilka razy jej odmówiłam - szczególnie gdy chciała zrzucić na mnie bardzo dużą wysyłkę. Za to ona cały czas mówiła o tym, że się nie wyrabia, że od nikogo nie ma wsparcia, że nikt nie uważa jej za ważną.
Szefowie jasno postawili sprawę - to ja jestem jej kierownikiem, a nie ona moim, więc ja mogę jej pomóc, tak jak wszyscy inni, ale nie będę za nią wykonywała obowiązków.

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 116 (130)

Podziel się najśmieszniejszymi historiami na
ANONIMOWE.PL

Piekielni