Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

 

#84643

(PW) ·
| Do ulubionych
Wymiana jedynej windy w klatce dziesięciopiętrowego bloku.

Założenia:
1. Prace zaplanowane od 9 maja. Mieszkańcy są proszeni o uwzględnienie w swoich planach faktu, że od tego dnia winda nie będzie działać.
2. Mieszkańcy klatki będą mieli możliwość przejścia drugą klatką i strychem.
3. Zsyp na śmieci zostanie odcięty i wszystkie śmieci będą musiały zostać zniesione do kontenera na dole.

Realizacja:
1. Ponieważ mam syna na wózku i mieszkam na szóstym piętrze, zorganizowałam sobie pomoc do wyjścia z nim z domu. 10 maja winda jeszcze jeździ. Pani w spółdzielni: "No chyba nie oczekiwała pani, że prace rzeczywiście się rozpoczną 9 maja?!"
2. 13 maja, w poniedziałek, pani w spółdzielni zdziwiona, że nikt nam nie podał kodu do domofonu drugiej klatki. Ale ona nie wie jaki jest.
3. 13 maja nadal nie ma kontenera na śmieci przed klatką. Pani w spółdzielni zaskoczona, że nikt nam nie powiedział, że możemy korzystać ze zsypu. Przecież jak zsyp będzie miał być odcięty to oni nas poinformują.

Dzisiaj chciałam wyrzucić śmieci, a zsyp był zaspawany...

Skomentuj (19) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 138 (148)

#84612

~HannahSantanah ·
| Do ulubionych
Zobaczyłam właśnie w internecie zdjęcie jakiegoś zamówienia w restauracji i przypomniała mi się pewna historia.

Tak się złożyło, że wraz z moją znajomą mamy wspólnego znajomego dzieciaka - Kamila - lat 9. Koleżanka zna go, ponieważ sprzedaje w sklepie niedaleko szkoły tego chłopczyka, a ja znam go z lekcji gry na gitarze, których mu udzielam (poza tym to nieduża miejscowość i raczej większość ludzi kojarzy się przynajmniej z widzenia).

Kiedy dzieci przychodzą do mojego domu na lekcje, zawsze staram się je czymś poczęstować - jakiś soczek, woda i ciastka. To wszystko leży na stoliku w pokoju, w którym są lekcje.

Na pierwszą lekcję gry na gitarze Kamil przyszedł oczywiście z mamą, aby się troszkę ośmielić i mnie poznać. Kiedy mama chłopca weszła do pokoju nagle zrobiła się cała czerwona!

[M] On nie może jeść takich rzeczy jakie Pani tutaj ma! Proszę mu nic nie dawać, on będzie przynosił swoją wodę i jedzenie! Nie może jeść glutenu i laktozy, bo ma śmiertelne uczulenie!

Oczywiście zastosowałam się do poleceń mamy i nie częstowałam chłopca tymi zabójczymi ciastkami ani sokiem. Trochę mnie to śmieszyło, ponieważ wydawało mi się to jakąś głupią fanaberią. I nie myliłam się!
Kiedyś będąc na obiedzie z koleżanką przy wybieraniu pozycji z menu, przypomniała mi się ta historia, więc zaczęłam opowiadać jej o tej całej sytuacji. Koleżanka była bardzo zdziwiona, ponieważ praktycznie codziennie obsługuje tego chłopca. Zazwyczaj kupuje on przed szkołą małą colę, 7daysa (czasami drożdżówkę) i ulubionego batona czyli Knoppersa!

Wydaje mi się, że rodzice o niczym nie wiedzą i prawdopodobnie te pieniądze dostaje na jakieś inne artykuły, ale jak widać chłopiec po tych porcjach glutenu i laktozy ma się nadal całkiem nieźle i raczej o śmiertelnym uczuleniu nie ma tutaj mowy.

To tak a propos tych wszystkich nadgorliwych rodziców, których każdy chyba z nas codziennie spotyka.

P.S. Ta opowieść nie ma za cel obrażać ani wyśmiewać rodziców, którzy faktycznie dbają o swoje chore na celiakię dzieci.

Rodzice Gluten Laktoza

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 80 (98)
Czy wiecie na czym polega mutyzm wybiórczy (selektywny)?

W skrócie.

Jest to zaburzenie o charakterze psychologicznym, które dotyczy głównie dzieci. Niekiedy trwa także w dorosłym życiu.
Polega ono na tym, że w sytuacjach stresowych człowiek nie może mówić.
Po prostu stoi sparaliżowany strachem i nie może wypowiedzieć słowa.
W tym wypadku pojęcie "sytuacja stresowa" może oznaczać np. wizytę u lekarza, zakupy w sklepie, egzamin w szkole czy odwiedziny u sąsiadki.
Czyli sytuacje zupełnie normalne dla człowieka bez tego zaburzenia.

Dlaczego o tym piszę?

Otóż dlatego, że mój kolega cierpi właśnie na to zaburzenie. Jest mu podwójnie trudno z tym żyć, ponieważ jest dorosłym człowiekiem, bez rodziny, ani innych bliskich osób. Mieszka on w wielkim mieście z kilkoma uniwersytetami w tym Uniwersytetem Medycznym.

Tydzień temu kolega poszedł prywatnie do lekarza psychiatry, aby uzyskać skierowanie do psychologa.
Niestety w gabinecie nie mógł wypowiedzieć, ani słowa. Był bardzo zestresowany.
Pani doktor zamiast zaproponować alternatywny np. pisemny sposób komunikacji, bez zastanowienia wezwała pogotowie zapewne myśląc, że ma do czynienia ze świrem.
Karetka przyjechała pod gabinet lekarki i ratownicy zabrali kolegę do szpitala psychiatrycznego na postawie ustawy o zdrowiu psychicznym (czyli bez jego zgody), tylko dlatego, że kolega nie potrafił wydusić odpowiedzi na pytanie lekarki "po co przyszedł?".

Kolega spędził tam cztery dni. Przez trzy dni prosił personel oddziału o możliwość skontaktowania się ze swoim wujkiem w celu powiadomienia go, gdzie obecnie przebywa.

Pani pielęgniarka pracująca na oddziale obiecała, że zadzwoni. Później podczas obchodu kolega pyta się czy zadzwoniła. Ona, że próbowała, ale nie mogła się dodzwonić i zadzwoni ponownie później.
Więc za jakiś czas kolega ponownie się pyta, na co otrzymuje odpowiedź, że podał zły numer, co jest nieprawdą, bo kolega zna go na pamięć i bardzo często używa.

Pielęgniarka powiedziała, że może zadzwonić sam, ale dopiero jutro, bo na skorzystanie z telefonu musi wyrazić zgodę lekarz.
Następnego dnia kolega pyta się czy może zadzwonić do wujka.
Lekarz odpowiada, że nie, bo telefon jest schowany w depozycie i może jutro będzie mógł.

Trzeciego dnia w końcu ktoś z personelu przynosi telefon kolegi i udaje mu się skontaktować z wujkiem i powiadomić go gdzie jest.

Prosto po pracy wujek kolegi przychodzi do szpitala i chce rozmawiać z lekarzem. Otrzymuje odpowiedź, że w dniu dzisiejszym jest to niemożliwe, ponieważ lekarze pracują do 15:30, a było już po tej godzinie.

Nazajutrz rano wujek kolegi ponownie przychodzi do szpitala z dokumentami i po rozmowie z lekarzem, kolega zostaje wypuszczony na wolność.

Jeszcze jeden "kwiatek" z tego szpitala.
Na izbie przyjęć kolega podał numer do swojego zakładu pracy w celu powiadomienia, że przebywa w szpitalu.

Gdy został wypisany zadzwonił do swojego szefa i powiedział, że już go wypuścili.
Na co szef zdumiony oświadczył, że oni nic nie wiedzą o jego pobycie w szpitalu, że już mają pracownika na jego miejsce i że on może co najwyżej iść na urlop. Kolega umowę ma do czerwca.
Szef powiedział także, że jest wkurzony na kolegę, że przez prawie tydzień nie dał znaku życia.
Całkiem możliwe, że ta umowa nie zostanie przedłużona przez zaniedbanie personelu pracującego w szpitalu.

Ja się pytam.

- Jakim prawem w szpitalu przetrzymywali człowieka bez możliwości kontaktu z kimkolwiek?
- Czy lekarz, do którego zgłosił się kolega, nie powinien wykazać się wnikliwością i zaproponować formę pisemną skoro widział, że człowiek jest przerażony i nie może wypowiedzieć słowa?

I najważniejsze pytanie:

- Czy sąd został powiadomiony o hospitalizacji pacjenta na podstawie art 24 Ustawy o zdrowiu psychicznym?
W takim wypadku powiadomienie sądu, jest pierwszym obowiązkiem szpitala.

Mój chłopak, który jest prawnikiem stwierdził, że to było pozbawienie wolności.
Wychodzi na to, że w Polsce najłatwiej zamknąć człowieka w psychiatryku, pozbawiając go możliwości kontaktu z otoczeniem zamiast pomóc mu wypowiedzieć się w spokojnej atmosferze.

Dodam, że w na oddziale był zatrudniony psycholog, który rozmawiał z kolegą dwa razy. Kolega poinformował go, że cierpi na mutyzm.

Drodzy Państwo: gdzie my żyjemy, że takie rzeczy się dzieją?!

szpital psychiatryczny

Skomentuj (22) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 142 (182)

#84636

(PW) ·
| Do ulubionych
Czy mieliście kiedyś tak, że ktoś przystawił Wam do skroni broń i powiedział: "jak nie pojedziesz tramwajem linii X o godzinie YY:YY z przystanku ZZZ, zabiję ciebie i całą twoją rodzinę”?

Bo ja mam wrażenie, że ten problem dotyczy co najmniej połowy społeczeństwa.

Do tego, że na tramwaj, niezależnie od wartości jego spóźnienia, na przystanku ludzie biegną na czerwonych światłach, przedzierają się przez krzaki, kamienie, kilkupasmowe jezdnie w niedozwolonych miejscach... Powiedzmy, że można się przyzwyczaić po dziesiątym studenciaku, który wyrżnął się na twarz, przebiegając przez torowisko.
Ale okazuje się, że dla ludzi zdążyć na tramwaj to wartość wyższa niż życie własne i innych.

Stoję ostatnio na przystanku, który umieszczony jest tuż przed przejściem dla pieszych z sygnalizacją. Na przejściu światło czerwone, dla mnie sygnał otwarty, zaczynam ruszać i w tym momencie tuż przede mnie wbiega matka z dwójką dzieci - chłopca ok. 5-letniego ciągnie z całej siły za rękę, dziewczynka ok. 3-letnia próbuje dreptać za nimi.

Ta właśnie dziewczynka na widok czerwonego sygnału stanęła przed przejściem, jak zasłużony homo sapiens i zalała się łzami, widząc, jak jej matka wraz ze starszym bratem znikają daleko na przejściu i zostawiają ją zupełnie samą na ulicy w środku miasta.

Nie płacz dziecka oprzytomnił matkę, nie dzwonek ruszającego tramwaju, a dopiero spostrzeżenie, że nie zamierzam jej wpuścić. I dopiero wtedy zajarzyła, że brakuje jej jednego z dzieci. Łaskawie wróciła i zaczęła pocieszać płaczącą małą.

I tak mija kolejny dzień. Mam wrażenie, że im większe spóźnienie, tym więcej osób dobiega. Ryzykując nie tylko siebie, mając w nosie własne potomstwo. Nawet zwierzęta nie zachowują się w ten sposób.

Godzina jakaś 17:30, tak więc następny tramwaj w to samo miejsce i po tej samej trasie jechał 3 minuty po mnie.

komunikacja_miejska

Skomentuj (26) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 144 (154)

#84478

~Ziemniak12345 ·
| Do ulubionych
Piekielny pracodawca i - niestety - piekielny (choć głównie dla siebie samego) pracownik.

Mam Wujka. Wujek to najmilsza osoba, jaką kiedykolwiek poznałam i prawdopodobnie jedna z najmilszych na świecie. Rzadko się złości, nigdy nie krzyczy, pomaga wszystkim, jak może, ma złote serce... Wiele opisów można by tu jeszcze dodać.

Niestety, fakt, że Wujek jest najmilszy na świecie nie zawsze jest zaletą. Przede wszystkim jest zdecydowanie za bardzo ufny i naiwny oraz za mało asertywny. W połączeniu z innymi jego wadami (np. skłonnościami do pesymizmu) sprawia to, że Wujek od paru lat tkwi w bardzo nieprzyjemnej sytuacji.

Wujek mieszka sam - jego żona zmarła kilka lat temu, a syn, powiedzmy Bartek, mieszka za granicą i odwiedza ojca 2-3 razy na rok. Wujek jest też rencistą i nie ma zbyt wysokiego wykształcenia (jest po zawodówce i szczerze to nawet nie pamiętam, jaki ma zawód, ale chyba nigdy w nim nie pracował). Póki żona żyła, a Bartek był dzieckiem/nastolatkiem, Wujek nie chodził do pracy, tylko był "kurem domowym". Jednak po zmianie sytuacji życiowej musiał zacząć dorabiać. Pracę renciście bez wykształcenia i doświadczenia znaleźć ciężko, ale w końcu mu się udało i został stróżem na parkingu.

Praca Wujka wygląda tak: przychodzi na parking na godzinę 7 i siedzi 24h, po czym ma 48h wolnego. Praca jest na umowę zlecenie, a piekielności jest od groma.

Po pierwsze: stawka. Wujek robi normalnie pełny etat, jednak na umowie ma napisaną zupełnie inną ilość godzin (nie jestem pewna, ale chyba coś ok. 1/6 etatu), co w praktyce oznacza, że dostaje jakieś 2-3 zł netto za godzinę pracy. Wprawdzie sama praca nie jest bardzo ciężka, bo Wujek musi tylko od czasu do czasu wpuścić bądź wypuścić jakiegoś kierowcę i w związku z tym wypełnić parę papierków, ale jednak trzeba pamiętać, że musi być ponad 24h (bo jeszcze dojazdy) bez snu. Zresztą stawka 3 zł za godzinę za jakąkolwiek pracę to jest skandal.

Po drugie: jako że jest to umowa zlecenie, to Wujkowi nie przysługuje żadne wolne - urlopy, L4, nawet wolne święta. Po prostu ma co trzeci dzień w pracy być, a jeśli już naprawdę z jakiegoś powodu nie może, to ma się zamieniać z jakimiś innymi pracownikami. Niestety Wujek ma taki charakter, że "nie lubi przysparzać innym problemów", więc rzadko prosi kogoś o przyjście danego dnia za siebie. Wiele razy były sytuacje, że Wujek szedł do pracy przeziębiony, bo nie chciał się zamieniać. Oczywiście mówiłam mu, żeby po prostu NIE SZEDŁ, zadzwonił rano do szefa i powiedział, że jest chory i nie może - to w końcu szefa parking i szefa problem, żeby znaleźć jakieś zastępstwo. Ale Wujek nie chciał szefowi "sprawiać problemów", bo przecież "on nie da rady teraz kogoś znaleźć na zastępstwo".

Oczywiście jak Wujkowi akurat wypada praca w jakieś święta, to posłusznie idzie i pracuje, np. w Boże Narodzenie, zamiast próbować się z kimś zamienić (inni pracownicy nie mają takiego oporu, więc np. w zeszłym roku Wujek pracował 24.12., potem miał tylko jeden dzień przerwy i szedł z powrotem do pracy 26.12.) albo po prostu powiedzieć dostatecznie wcześnie, że bierze wolne i niech szef kogoś znajdzie...

Po trzecie: parę miesięcy temu gościu, który przychodził na zmianę po Wujku odszedł i na jego miejsce został zatrudniony ktoś inny, powiedzmy Stefan. Stefan dorabia jeszcze na innym parkingu, na którym godziny zmian są późniejsze, więc notorycznie przychodzi do pracy spóźniony, ok. 8-9, zamiast o 7. Wujek musi te dwie dodatkowe godziny siedzieć, oczywiście za darmo. Nie wyjdzie z pracy, dopóki Stefan się nie pojawi, bo "nie chce zrobić problemów szefowi" (parking teoretycznie ma być otwarty 24/7). Zaproponowałam, że skoro Stefan i tak ciągle przychodzi na 9, to niech Wujek, Stefan i trzecia pracująca osoba się dogadają i po prostu zmienią godzinę zmiany i przychodzą zawsze na 9 - Wujek odpowiedział na to "już o to pytałem, ale się nie zgadzają na zmianę" (!). Odparłam, żeby pogadał o tym z szefem i niech szef zainterweniuje - "On się do tego nie miesza, mamy sami ustalać".

Oprócz tych ogólnych piekielności w pracy dzieje się wiele pojedynczych piekielnych sytuacji, których było przez tych parę lat tak dużo, że ciężko by je było wszystkie opowiedzieć, więc przytoczę ostatnią: Wujek był w pracy w Lany Poniedziałek. We wtorek o 7, gdy miał wracać do domu, Stefana jak zwykle nie było. Minęło kilka godzin i Stefana dalej nie było, a Wujek siedział i czekał. W końcu zadzwonił do niego szef i poinformował, że Stefana w ogóle nie będzie na jego zmianie, bo się w Święta zatruł, i że Wujek ma zostać jeszcze dodatkowy dzień (wprawdzie w tym przypadku miał mieć za to płacone, ale przypominam, jak śmieszna jest tam stawka). Wujek musiał w sumie nie spać ponad 48h, w dodatku nie wziął ze sobą tyle jedzenia, by mu starczyło na dwie zmiany, a zamknąć parkingu na tych kilkanaście minut, by pójść do sklepu, nie chciał, żeby "nie robić problemów". Szef kupił i przywiózł mu jedzenie ok. 15 - Wujek kilka godzin siedział głodny, ale w rozmowie ze mną jeszcze mówił, że jaki to ten szef dobry, że mu kupił jedzenie za swoje pieniądze...

Jak widzicie, sytuacja jest ciężka, bo zarówno szef, jak i inni pracownicy, szczególnie Stefan, są przyzwyczajeni, że Wujek się nigdy nie stawia, zawsze robi, co się każe/prosi. Wujek czasem narzeka, że np. musiał znów siedzieć w pracy dłużej, ale zupełnie nic nie zamierza z tym robić.

Ja i Bartek próbowaliśmy znaleźć mu inną pracę. Jak tylko widzę jakieś oferty nadające się dla Wujka, to mu daję numery telefonów, radzę, by zadzwonił, zorientował się, ale Wujek nie chce zmieniać pracy, bo "nigdzie go nie przyjmą". W Boże Narodzenie Bartek zasiadł i znalazł w internecie dużo ofert podobnej pracy na parkingu, ale z lepszą stawką, na umowę o pracę itp. Większość z tych miejsc specjalnie szukała rencistów czy emerytów. Spisał Wujkowi telefony, polecił, by po Świętach Wujek podzwonił. Wujek twierdzi, że podzwonił i nigdzie go nie chcieli, ale my z Bartkiem uważamy, że wcale tego nie zrobił.

Zmusić go nie zmusimy, a też powoli odechciewa nam się próby pomocy Wujkowi, skoro napotykamy się na ścianę.

parking

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 53 (85)
Może uznacie, że to nieistotne, ale mnie to strasznie mierzi, dlatego postanowiłam zwrócić na to uwagę.

Wielkanocna Niedziela, Msza w kościele, nastolatek czytający czytanie kompletnie nie zwraca uwagi na interpunkcję. Czyta z błędami, przekręca słowa.

W zasadzie takie sytuacje mają miejsce na każdej mszy, w wielu kościołach.

Czy ta młodzież nie wie, jak akcentować kropki, przecinki, znaki zapytania w zdaniu?

Skomentuj (44) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 43 (103)

#84481

(PW) ·
| Do ulubionych
Wyrobienie paszportu.

Możliwość rejestracji online na stronie urzędu wojewódzkiego. Tylko teoretyczna, ponieważ nie ma podanych wolnych terminów. Wywiad zebrany po znajomych, trzeba się pojawić od 6 rano pod urzędem i odstać swoje, bo otwarcie o 8:15 i o tej porze już można nie dostać numerka. Przyjmowanych jest ok. 120 osób dziennie.

No cóż. Trzeba odżałować dzień urlopu, skoro o zarejestrowaniu się na dogodną godzinę można pomarzyć. Miesiąc oczekiwania na wyrobienie dokumentu. Nauczona doświadczeniem, od razu zaczęłam pilnować strony, kiedy pojawią się terminy dostępne do rejestracji online. W końcu po ok. tygodniu - jest. Niemal każdy dzień dostępny, dowolna godzina, cud miód orzeszki.

Dopóki się nie okazało, że z komputera w pracy nie jestem w stanie się wpisać - blokada captcha. Po powrocie do domu, trwało to może trzy godziny - brak terminów. Ani jednego. Podejrzewałam błąd strony, ok, kilka mogło zniknąć, ale tyle? Dwa miesiące po kilkadziesiąt dziennie?

Na drugi dzień po pracy wycieczka do urzędu, wyjaśnić, co i jak. Informacja - po pobraniu numerka, ale nie ma okienka specjalnie wyznaczonego, tylko kolejka jedna. To znaczy, że muszę przepuścić na oko sto osób siedzących w poczekalni, chociaż system kolejkowy twierdził, że do informacji jestem tylko ja jedna.

Na pewno nie, telefonicznie powinno być łatwiej. Było. Spędziłam zaledwie 30 minut słuchając "jesteś piąty w kolejce”, żeby dowiedzieć się, że numerów do rejestracji online nie ma na najbliższe dwa miesiące i trzeba standardowo odstać swoje od wczesnego rana, jak za poprzedniego ustroju po masło.

Biorąc kolejny dzień urlopu. Jakby był on z gumy.

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 37 (75)

#84639

(PW) ·
| Do ulubionych
Pewna ekspedientka przekroczyła wczoraj moją skalę sku&^%$#stwa.

Stałem w kolejce za 6-latkiem (sąsiad z bloku), który kupował chipsy. Podał towar i 5 zł w jednej monecie. Pani skasowała i powiedziała, że to wszystko, nie ma reszty. W tym momencie nie wytrzymałem:
- (J) Co pani robi? Przecież te chipsy kosztują 3.99 zł (wiem, bo sam je czasami kupuję). Proszę wydać dziecku resztę.
- (E) Eee, nie, podrożały ostatnio.
- (J) Naprawdę? To proszę wydać dziecku paragon, a później sprawdźmy jeszcze na półce.
- (E) Aaa, nieee, faktycznie, to z innej firmy podrożały. Pomyliło mi się.
- (J) W dalszym ciągu dziecko czeka na paragon (trochę oszołomione sytuacją, ale zna mnie, bo mam syna w tym samym wieku, więc praktycznie codziennie na placu zabaw się widzimy i znam się z jego rodzicami). Proszę mieć pewność, że sytuacja zostanie zgłoszona pracodawcy. Mam nadzieję, że kamera skierowana akurat na ladę jest dobrej jakości.

Prosiła mnie jeszcze, żebym tego nie robił, ona naprawdę się pomyliła i nikogo nie chciała oszukać.

Nie, właścicielka sklepu oraz rodzice dziecka o wszystkim dowiedzieli się niedługo później.

sklep

Skomentuj (32) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 215 (219)

#84465

(PW) ·
| Do ulubionych
Moje osiedle jest zabytkowe, z czasów międzywojennych, i jest na nim kilka oznaczeń LSR i strzałka, a więc schron przeciwlotniczy.

Dziś w nocy złapali 16-latka, jak zakreślał LSR gwiazdą Dawida i pisał obok „jeb.ć LSR, tylko *nazwa klubu piłkarskiego*”.

Nie ma co, prawdziwy kibic.

Kibic

Skomentuj (5) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 80 (112)

#84477

(PW) ·
| Do ulubionych
Pod moją ostatnią historią ktoś nie dowierzał, że studniówka mogła trwać tyle godzin. Przypomniało mi to trochę inną historię.

Parę lat temu, w czasach technikum, dorabiałam sobie w pewnej (już nieistniejącej) firmie cateringowej. Firma ta specjalizowała się w obsłudze dużych, plenerowych imprez. Dni miasta, imprezy firmowe itd. Piekielności była cała masa.

1. CZAS PRACY
Przykładowo dni miasta. Impreza w plenerze. Do postawienia namioty, cała kuchnia od podstaw, przygotowanie całego zaplecza gastronomicznego. Impreza liczona na 5-7 tys. ludzi. O ile namioty rozstawiane były dzień wcześniej, tak całą resztę trzeba było zrobić tego samego dnia. Więc cała obsługa zaczynała pracę o 7/8 rano, przygotowywała wszystko. Potem praca, przeważnie w upale, do późnych godzin nocnych. Jeśli taki festyn trwał oficjalnie do 1 w nocy, cała obsługa kończyła pracę po sprzątnięciu wszystkiego. Czyli koło 7/8 rano. Co daje nam 24h pracy, bez przerwy, bo nie było na to czasu.

2. HIGIENA
Pomijając fakt, że większość ludzi przy jedzeniu (serwowano wszystko - zapiekanki, hot-dogi, frytki itd.) pracowała bez żadnych badań i bez umowy w warunkach polowych, pod namiotami ciężko w ogóle mówić o jakiejkolwiek higienie.

Coś spadło na trawę? To nic, podmucha się i będzie. Szkoda zmarnować.

Umyć ręce? Gdzie? Przecież jesteśmy w plenerze, bez bieżącej wody. To nic, że przed chwilą byłeś w toi toiu, możesz na spokojnie nakładać gołymi rękami zapiekanki.

3. PRODUKTY
Po doświadczeniu z obsługi takich imprez, nigdy nie jem nic na takich festynach. Standardem jest samochód z chłodnią, tego wymaga sanepid. Ale nie przyjdzie sprawdzić, czy ktoś z tego korzysta, czy tylko stoi i ładnie wygląda. Normą było wyjęcie z chłodni np. kiełbasy na grilla, która potem leżała od samego rana do nocy pod namiotem, w upale. To nic, że obślizgła, brzydko pachnie. Przecież się wypiecze i będzie. Smacznego.

4. PIENIĄDZE
To było ładnych parę lat temu, ale za 24h pracy dostawaliśmy jakieś 200-230 zł, w zależności od humoru właściciela i utargu.

Firma, o której można napisać książkę, pracowałam tam, bo przyjmowali byle kogo i można było w szkole dorobić :D, na szczęście to była krótka przygoda. Nie mówię, że tak jest wszędzie, może dlatego firmę z hukiem zamknęli, ale życia mnie to nauczyło.

gastronomia

Skomentuj (3) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 59 (91)

Podziel się najśmieszniejszymi historiami na
ANONIMOWE.PL

Piekielni