Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

 

#85439

(PW) ·
| Do ulubionych
Taka sytuacja...

Dziś wieczorem zadzwoniła do mnie osiedlowa znajoma "od spacerów z psami". Znajoma "ma" po sześćdziesiątce, a do tego (starszych ode mnie) córkę i zięcia, których również znam osobiście. Małżeństwo nie zamieszkuje ze znajomą, kupili sobie mieszkanie, ale niezbyt daleko.

No i ta znajoma pyta mnie, o której wychodzę z psem? A czy nie mogłabym wyjść wcześniej, bo ona dzisiaj musi wyjść wcześniej, gdyż ponieważ jutro rano też musi wyjść wcześniej, bo potem musi jechać, zająć się psem. Trochę mnie skołowała, ale wkrótce sprawa się wyjaśniła...

Otóż, jakieś cztery lata temu, córka znajomej natrafiła w internecie na dramatyczny apel właścicielki dużej, jedenastoletniej suki. Kobieta pisała, że w ciągu dwóch tygodni musi pilnie wyjechać z Polski, raczej na stałe, psa ze sobą zabrać nie może. Czeka na pilny kontakt z osobą, która zechciałaby adoptować zwierzaka, inaczej, niestety, suczka na stare lata trafi do schroniska.

Córka znajomej skontaktowała się pilnie, omówiono szczegóły, i tym sposobem Kudłata trafiła do rodziny zastępczej, odbywszy wcześniej wielogodzinną podróż.

Córka z zięciem pokochali suczkę bardzo, bo w ogóle kochają zwierzęta, a Kudłata też przywykła do nich szybko. Szybko też okazało się, że będzie musiała przywyknąć również do znajomej. Bo Kudłata bała się zostawać sama. A im skończył się urlop. A znajoma jest na emeryturze.

Początkowo zabierali sukę na weekendy, dni wolne, święta, urlopy, a potem, jakoś tak, "siłą przyzwyczajenia" Kudłata została u znajomej, jakby, na stałe.

Czas leciał, suka się starzała, zaczęła podupadać na zdrowiu, a - przede wszystkim - mieć problemy z motoryką. Znajoma nie dawała rady dźwigać jej, mimo uprzęży podtrzymującej zad.

No i tu się mamusia zbuntowała. Przeprowadziła z dziećmi konkretną rozmowę, w wyniku której Kudłata wróciła do adopcyjnych rodziców, tym bardziej, że - okazało się - jej strach przed samotnością minął. Weterynarz zaaplikował psinie jakieś skuteczne leki "na stawy", poczuła się lepiej, więc znajoma - od czasu do czasu - jeszcze ją na kilka dni zabierała.

Dlatego - odebrawszy telefon - pomyślałam, że znajoma "dostała" Kudłatą na weekend, tylko spacerować chce wcześniej, bo... no właśnie, bo rano jedzie zająć się psem??? O co tu chodzi???

Otóż chodziło o to, że znajoma ma w domu INNEGO czworonoga, konkretnie sukę husky. A skąd ją niby ma? A od córki i zięcia. A z jakiej przyczyny?

Ano z takiej, że małżeństwo, idąc sobie ulicą, napotkało jakąś panią na spacerze z psem. Z ową husky właśnie. A że suczka śliczna, to się zatrzymali, pomiziali zwierzątko, podrapali za uszkiem, pozachwycali, potem wpadli w gadkę z właścicielką, jak to zwykle wśród "psiarzy" bywa.

I tak, od słowa do słowa, wyszło na jaw, że pani ma wielki, wielki problem. Powinna jutro (znaczy dziś) jechać pilnie do Niemiec, do starej matki, lat 85, która choruje i trzeba się nią zająć. Tak ze cztery, pięć dni, no, maksymalnie tydzień. Ona widzi, że państwo tacy mili, że na pewno kochają zwierzęta, może by państwo zechcieli zająć się Luną przez ten czas...?

Państwo ZECHCIELI. Tak dalece, że jeszcze tego samego dnia (znaczy wczoraj) wieczorem przyprowadzili Lunę znajomej do domu. Razem z właścicielką. Kobieta przyniosła ze sobą trochę suchej karmy, jakiś kocyk, miski, zabawki... za to nie dała nawet grosza za opiekę z góry, oraz nie zostawiła adresu. Podziękowała pięknie i się ulotniła.

Córka z zięciem mają do kobiety jedynie nr telefonu i wiedzą "mniej więcej" gdzie mieszka. Tak że... znajoma dostała pod opiekę kolejnego psa, być może, na zawsze.

Suczka Luna podobno ma 8 lat, ale znajoma mówi, że zdecydowanie wygląda na więcej. Robi wrażenie bardzo miłej i mądrej.

A co z tym wcześniejszym spacerem? No, znajoma chciała dziś wyjść wcześniej z Luną, bo jutro wstaje raniutko, musi się wyszykować, ogarnąć psinę, zabrać potrzebne rzeczy i szorować do "młodych". Ponieważ musi się zająć obiema sukami naraz. Które się nie znają. W tym jedną niepełnosprawną, a drugą zupełnie obcą.

No cóż, powód jest bardzo istotny...

DZIECI WYJEŻDŻAJĄ NA GRILLA!!!

Ciąg dalszy nastąpi...

"usługi"

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 106 (122)

#85375

(PW) ·
| Do ulubionych
Dostałam ochrzan za to, że pomogłam wyładować staruszce zakupy z koszyka na taśmę.
Pani tak na oko jakieś 90 lat, chudziutka, ledwo się trzyma na nogach, stoi za mną (nie ustąpiłam miejsca, bo miałam tylko jedną wodę, a ona cały koszyk; poza tym spieszyłam się do dentystki). Widzę, że ledwo co sięga do tego koszyka, więc proponuję pomoc, pani się zgadza. Wykładam jej zakupy na taśmę.
Za staruszką stała jeszcze jedna [K]obieta.
[K]- Co ty robisz?! Staruszkę będziesz okradać?! Zostaw to!
ja- Ale ja tylko poma...
[K]-ZŁODZIEJKA! OCHRONA!

Mój poziom zażenowania podskoczył do 200. Ochrona przyszła, sytuacja wyjaśniona, ale i tak się głupio czułam.
Pewnie skończę w kryminale :D

sklep

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 73 (103)

#85232

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia o beztrosce i nieodpowiedzialności graniczącymi z głupotą.

Rodzina ze strony ojca ma predyspozycje do cukrzycy i nadciśnienia. Dotyczy to tak mojego taty, jak i jego brata.

Dopóki nie dzieje się nic poważniejszego, człowiek przymyka oko na te problemy. W przypadku mojego taty przymykanie oczu skończyło się na rozległych, nie gojących się miesiącami oparzeniach, których po prostu nie poczuł. Lekarze stwierdzili, że to jeden ze skutków cukrzycy. Od tamtego czasu zmieniła się dieta (chleb żytni w miejsce białego i generalnie eliminacja wszystkich produktów podnoszących cukier), zaczęły się regularne pomiary cukru i branie leków. Dodatkowo diety pilnuje mama. W efekcie poziom cukru we krwi jest trzymany w ryzach, na bezpiecznym poziomie, jedynie okazjonalnie skacze ponad normę (zazwyczaj w przypadku świąt).

Wujek miał podobną historię problemów: przebyty zawał oraz kilka pobytów w szpitalu spowodowanych cukrem przekraczającym normę kilkukrotnie! Lekarze mieli problem ze zbiciem poziomu glukozy. Czy wyciągnął z tego wnioski? Gdzie tam. Po każdej wizycie w szpitalu na kilka dni przerzucał się na chleb żytni, potem wracał do białego. Na nasze pytania, dlaczego tak robi, zgodnie z żoną twierdził, że taki bardziej im smakuje. Na tłusty czwartek usmażonych zostało 100 (!) pączków. Zniknęły w 3 dni. Normą było zjedzenie na obiad 20 pierogów ruskich. Na nasze delikatne sugestie, by nieco zmienić nawyki żywieniowe jego dzieci odpowiadały, że jakby im ktoś zakazywał jeść, to by nie dały rady. Cukier nie jest sprawdzany regularnie, zgodnie z zasadą: jak nie widzę, to nie mam czym się martwić. Leków również nie bierze regularnie. Taki styl życia oczywiście odbija się na zdrowiu. Wujek pomimo niecałych 60 lat nie jest w stanie pójść na krótki spacer, tak bolą go nogi. Na sugestię by pójść do lekarza, odpowiada, że jak nie chodzi to go nie bolą.

Podsumowując wujek wykańcza siebie przy całkowitej aprobacie rodziny. Tylko, że jeśli zejdzie z tego świata w ciągu kilku najbliższych lat, a najbliżsi będą zawodzić "Dlaczego Bóg zabrał go nam tak wcześnie?", to przysięgam, że parsknę śmiechem.

zdrowie

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 62 (80)

#85457

~BozeCoZaLudzie ·
| Do ulubionych
Może Wy mi powiecie o co chodzi bo mnie opadło wszystko łącznie z moimi małymi cyckami...

Napisał do mnie mój były, zwyzywał mnie od najgorszych, przeklął nie tak 7 a 10 pokoleń wstecz... Spytacie "dlaczego?", ano dlatego, że jakimś cudem (wie tylko najbliższa rodzina) dowiedział się, że tydzień temu urodziłam córkę i w jego mniemaniu zdradziłam go i dziecko nie jest jego.

No i powiecie "słusznie się chłopak wku.... poirytował" tylko sęk w tym, że rozstaliśmy się już dawno a ja od 2 lat jestem mężatką i dziecko jest mojego męża.

I teraz nie wiem czy śmiać się czy płakać.

Wariatkowo

Skomentuj (5) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 93 (109)

#85321

(PW) ·
| Do ulubionych
Trochę za szybko po poprzedniej historii, ale co tam :D

Dla odmiany o piekielnych mieszkankach Domu Samotnej Matki:

Było kilka jasnych zasad, których należało przestrzegać. Podstawową był zakaz palenia papierosów wewnątrz budynku.

OK, palące ogarnęły sobie palarnię pod altanką. Postawiły starą kanapę, potem doszły dwa fotele, które siostry zamierzały wyrzucić, bo już swoje lata miały. I niby wszystko dobrze, co?

Ano nie, bo mamusie miały w zwyczaju przesiadywać tam całymi godzinami, plotkując, kawkując i paląc faję za fają, a jedna wytypowana spędzała ten czas z siódemką dzieci. Pół biedy, jeśli padło na plac zabaw, ale zimą trzeba było siedzieć w bawialni i naprawdę było to uciążliwe.

Aha, byłam w ekipie jedyną niepalącą osobą... I miałam opinię tej, co się najlepiej dziećmi zajmie...

Gorzej, że absolutnie nie szło to w parze z wzajemnością. Gdy ja potrzebowałam, żeby mi się któraś zajęła córką, bo np mam dyżur do zrobienia, okazywało się że nikt nagle nie może. Najczęściej więc sprzątałam swoje z plączącym się pod nogami dzieckiem.

Oczywiście jak najbardziej miałam prawo odmówić. Mogłam np powiedzieć, i powiedziałam, "Nie, nie zostaję z całą czeredą, idźcie pojedynczo, albo w parach." (oczywiście już po tym, jak się przekonałam, że z moim dzieckiem prawie nigdy nie ma komu zostać) Ale i na to znalazł się sposób.

"Singri, to ja i K skoczymy na fajka, zerknij na nasze dzieciaki, OK?" "OK"

Za dziesięć minut.

"Co one tam tyle czasu robią, mi też chce się palić! Sin, popilnuj mojej, pójdę i zaraz je tu przyślę." "To ja pójdę z tobą." "I ja"

I właśnie się znowu dałam wmanewrować na co najmniej pół godziny. Jeśli akurat było zimno, bo latem to dłużej trwało... Nie zostawię dzieci bez opieki, bo jestem sama przeciwko piątce, a regulamin zabrania zostawiania dzieci samych.

Bywały gorsze sytuacje, np. osoba mająca danego dnia dyżur kuchenny między innymi sprzątała ze stołu po posiłkach. Zaraz po posiłkach, a nie dwie godziny po ich zjedzeniu.
Jemy kolację. E. podrywa się od stołu. "Sin, póki wszyscy jedzą, skoczę na szybką fajkę, popilnuj mi N." "Nie, pójdziesz jak sprzątnę po kolacji. Poproś kogo innego, albo mi pomóż, jak chcesz szybciej." "Oj tam, wszyscy jeszcze jedzą, trzymaj go!"

I sadza mi niemowlaka na kolana. Co, mam go zrzucić? Dobra, przeżyję...

A potem pół godziny nerwowego zerkania na drzwi wejściowe (wraca wreszcie?), drzwi na piętro (jak siostra zejdzie znowu mi się oberwie, nie uwierzy w tak bezczelną akcję) i na stopniowo pustoszejący stół. A jeszcze do tego zbliżała się godzina, kiedy powinnam kłaść dziecko spać.

Drugi aspekt to szacunek do rzeczy, które dostawałyśmy od sióstr. I o ile w poprzedniej historii psioczyłam na siostrę, że nie wydaje, o tyle po zastanowieniu przestałam jej się dziwić.
Taki np papier toaletowy. Każda kupuje sobie, trzyma w pokoju, nosi za każdym razem ze sobą rolkę. Nie ma papieru w magazynie? Ależ jest! Raz, jak mieli być jacyś goście, siostry wyłożyły po pół zgrzewki do każdej łazienki, i to takiego z wysokiej półki, kolorowy i zapachowy w dodatku (takim to byłoby mi szkoda d... wycierać, trzymałabym do smarkania :D). Nie minął dzień, a jedna rolka została przez jakieś dziecko rozwleczona po korytarzu, trzy wyłowiono z sedesu (wrzucone w całości), a reszta zniknęła nie wiadomo gdzie. I jeszcze na bezczela idą prosić o następny "bo się skończył". Dziesięć rolek! W jeden dzień! Nawet na taką czeredę to trochę dużo... Nigdy więcej nie doczekałam się "ośrodkowego" papieru. I wcale mnie to nie dziwi.

Kiedy indziej siostra przyniosła szampon "Bambino", po butelce na dziecko i jakieś żele pod prysznic, po butelce na mamę. Zaznaczyła, żebyśmy trzymały te kosmetyki w łazience "bo w normalnym domu trzyma się takie rzeczy w łazience i nikt nikomu nie podbiera". Jakby nie patrzeć racja. Na następny dzień w łazience stały dwie butelki, resztę dziewczyny zabrały do swoich pokoi. I w porządku, tylko że w mojej butelce po jednym dniu brakowało połowy zawartości. Tak jakby mamusie swoje zabrały, a mojego użyły "bo stoi". O nie, nie ma tak dobrze, też zabrałam.

Podejrzewam, że to właśnie takie akcje były przyczyną opisywanego w poprzedniej historii marynowania rzeczy w magazynie. Niestety, cierpiały na tym osoby naprawdę potrzebujące, bo jak już wcześniej wspominałam, jeśli nie miałam akurat pieniędzy a skończyły mi się pieluchy, to prędzej doczekałam się na kolejne alimenty niż na wydanie czegokolwiek z magazynu.

Kolejna kwestia, to przestrzeganie regulaminu.
Niby teoretycznie nie było zakazu spotykania się z facetami. Ba, miałam wrażenie, że siostry traktują to jak szansę na to, że kiedyś będziemy miały jednak pełną rodzinę i się nam ułoży. Ale niektóre z nas jednak ten zakaz miały. Na przykład K, której facet tak ją cudownie traktował, że miała palce krzywe od źle zrośniętych złamań, a i tak odwiedzała go w więzieniu. Za co siedział? Tak, za znęcanie się nad rodziną :D Miała zalecenie, by się z nim nie spotykała, by się od niego odcięła i albo spróbowała stanąć na własnych nogach (zalecane bardziej) albo rozejrzała się za kimś porządnym. K jednak wiedziała lepiej, twierdziła że gdy tylko dostanie mieszkanie komunalne z facetowi się skończy wyrok, to zamieszkają razem i stworzą szczęśliwą rodzinkę :D
Albo inna panna i jej kawaler. Pracował gdzieś tam, mniejsza gdzie. Przychodził do nas prosto z pracy. Panna podgrzewała mu co zostało z obiadu - generalnie nie wolno było nam karmić gości "domowym" jedzeniem, ale miski zupy nie będziemy przecież chłopakowi żałować... Przegięciem było dopiero robienie mu kanapek na następny dzień do pracy ze wspólnego chleba i konserw czy wędliny. Oraz to, jak spędzał u nas całe soboty i niedziele. Wprawdzie nie siadał z nami do stołu, ale panna wynosiła mu jedzenie do pokoju. Śniadanko, obiad i kolację. Co było sprzeczne z regulaminem. Pomimo wielokrotnych uwag zwracanych jej zarówno przez nas, jak i przez siostry, nie przestała do końca swego pobytu.

(Żeby nie było - dla mnie jest jasne, że facet który uderzył raz, uderzy ponownie, więc jeśli mężczyzna podnosi rękę oznacza to dla mnie koniec związku)

No i na koniec - kradzieże i generalnie luźny stosunek do czyjejś własności.
Np. akcja z moimi butami. Miałam następnego dnia ważną rozmowę, więc między innymi starannie wyczyściłam buty (późna jesień, spacery z dzieckiem...). Wieczorem przypomniałam sobie, że zostawiłam coś na werandzie, więc po to pobiegłam. Moje kozaczki były upaprane błotem po kostki. Pytam pań przy stole, komu to tak pilnie były potrzebne moje buty. Odzywa się R "A bo wiesz, jak się idzie do palarni to jest straszne błoto, a ja nie mam kozaków." "To w takim razie teraz mi je wyczyść." "Oj tam, umyłaś sobie raz, umyjesz drugi, masz też o co się rzucać."

I wtedy, jak w marnej komedii, za rogiem korytarza rozległ się głos siostry przełożonej "Nie, ty je umyjesz. Teraz, na moich oczach."

Haha. (siostra potrafiła być w porządku, jeśli coś naruszało jej zdaniem poczucie sprawiedliwości. Niestety, nie miała w zwyczaju dowiadywać się dokładnie wszystkiego, tylko było parę osób którym ufała i parę takich, którym nie ufała. Akurat miałam fuksa, że słyszała całą rozmowę.)

Kiedy indziej zostałam (tradycyjnie) poproszona o popilnowanie dzieci R i G (wliczając moją miałam pod opieką czworo dzieci) gdy one wyjdą na fajka. Dzieci mnie uwielbiały (z wzajemnością), więc ledwo weszłam do pokoju, zaczęły mnie szarpać w trzy różne strony. Zdążyłam tylko zdjąć okulary i poprosić R, żeby schowała je gdzieś wysoko, bo się o nie bałam, a sama naprawdę nie miałam jak się już ruszyć.
Pokotłowałam się chwilę z dzieciarnią po dywanie, zaśpiewaliśmy jakąś tam piosenkę i G wróciła, żeby mnie "zluzować". Sięgam po okulary (było miejsce, gdzie zawsze je kładłam gdy byłam w ich pokoju) - nie ma. Pytam G "Widziałaś moje bryle?" "Widziałam. R przyszła w nich do palarni" "ŻE CO?!"
Za chwilę R wróciła i oddała mi okulary z komentarzem "Olaboga, na chwilę wzięłam, masz się o co kłócić..."
Tak, zemściłam się :D idąc się kąpać, wiedząc że nie ma jej w pokoju, zajrzałam i skubnęłam jej szczoteczkę do zębów. Tak, G i K to widziały i tylko się śmiały. Oczywiście nie użyłam jej szczoteczki w żaden sposób, zmoczyłam tylko pod kranem i odniosłam. Z komentarzem "Oj, tylko na chwilę wzięłam". Podziałało :D

No i na koniec (ale teraz to już naprawdę koniec) najgorsze. Siostra nie wydaje rzeczy z magazynu? Ano nie wydaje. Co zrobić, żeby dziecko miało pieluchy, matka na papierosy i zamawianie pizzy (tak, niektóre na to wydawały alimenty!!!) i żeby jeszcze coś facetowi podrzucić (to jest już moim zdaniem szczyt - alimenty z funduszu, bo ojciec niewypłacalny, szły na papieroski i piwko dla tatusia! żebym nie widziała, to bym nie uwierzyła.)?

Ano w takiej sytuacji należy podpierniczyć kilka paczek pieluch z magazynu. Łatwo nie było to zorganizować, ale jakoś się udało. A żeby kradzież się nie wykryła, należy jak najszybciej sprzedać pieluchy współlokatorce z pokoju (nie, nie byłam aż taka głupia). Albo po prostu nagadać siostrze, że widziało się, jak wynosiłam te pieluchy (zaczęłam przyklejać do paczki z pieluchami paragon). W sumie można było oskarżyć mnie o kradzież, bo moje dziecko zawsze miało pieluchy, a ja nigdy prawie nie miałam pieniędzy (300 zł alimenty, 77 rodzinne... Paczka Dady ponad 30 zł, szły trzy paczki miesięcznie - spory wydatek. I faktycznie, na rzeczy tak niepotrzebne jak telefon czy słodycze nigdy nie miałam pieniędzy. 90% szło na potrzeby dziecka, 10% czy nawet mniej na papier toaletowy i mydło dla mnie).
Tak, niektóre osoby kradły na potęgę. Zaczęły się rewizje w pokojach i wzmożone patrzenie nam na ręce. Nie wiem, co było dalej, bo niedługo potem dostałam mieszkanie w rodzinnym mieście i mogłam opuścić ten "przybytek".

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 114 (148)

#85459

(PW) ·
| Do ulubionych
O nadal niezmierzonej głupocie ludzkiej...

Krótki zarys. Moja babcia ma 3 dzieci (2 córki i syna), z niewielką różnicą wieku między nimi, około 5 lat od najmłodszego do najstarszego. Dzieciom tym się różnie śpieszyło do posiadania dzieci, więc najstarszy wnuk miał już bodaj 13-14 lat, kiedy urodziła się najmłodsza wnuczka.

Wnukom też różnie wychodziło z małżeństwami i dziećmi. Traf chciał, że najstarszy wnuk, powiedzmy Robert, bardzo długo się starał wraz z żoną, ale po latach porażek i nieudanych in vitro w końcu adoptował dziecko, nazwijmy go Adaś.

Po kilku latach w ciążę zaszła żona innego wnuka, powiedzmy Karolka.

Matka tego Karolka, a żona jedynego syna mojej babci, chociaż pochodzi z dużego miasta, ma mentalność najgorszego zacofanego wsiura (z całym szacunkiem dla mieszkańców wsi) rodem z Rancza. No i ten tytan intelektu po urodzeniu się drugiego w kolejności wnuka, mówi do mojej babci:
- No, to nareszcie się doczekałaś prawnuka. No, jak się czujesz? No, prawda, że Wiktorek jest taki wspaniały, no ale pierworodny prawnuk, to trzeba będzie sypnąć kasą, hehehe.

Moja babcia:
- no jak pierworodny, jak przecież jest Adaś!

Ciotka - no chyba nie będziesz tej przybłędy liczyć, hehehee, no póki innych wnuków nie było, hehe, ale tylko Wiktorek jest prawdziwym prawnukiem babci.

rodzina

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 134 (140)

#85256

(PW) ·
| Do ulubionych
Czego ja ostatnio doświadczyłem, to do tej pory nie mogę uwierzyć. Siedzimy sobie na ławeczce w ogródku, miła atmosfera, popijamy piwko. Jestem ja, mój kumpel u którego jesteśmy, jego siostra z chłopakiem, i bohaterka akcji, siostra tego chłopaka. Z koleżankami.

Ogólnie mój znajomy ma nawet nie lekką nadwagę. Jednak wszyscy wiedzą że to z powodu choroby, bodajże to się nazywa insulinoodporność czy jakoś tak, nigdy nie wnikałem. No więc sielanka trwa, piwko się pije aż po jakimś czasie siostra chłopaka, dajmy jej powiedzmy na imię Kasia, zaczyna dawać niewybredne przytyki do wagi kolegi, nazwijmy Mateusz. Z początku nie zwracał na nią uwagi, ale zaczynała się coraz bardziej rozzuchwalać. On nie reagował, bo według niego nie chciał wyjść na dupka, że kłóci się z siostrą tego chłopaka, do tego gdy pierwszy raz się z nią widzi. No ale po pewnym czasie stało się to nie do wytrzymania, tym bardziej że dołączyły się do "zabawy" koleżanki Kasi. Dodajmy że ani siostra Mateusza, ani jej chłopak nie widzieli w tym nic złego.

Gdy już naprawdę to już nie były przytyki, tylko wyzwiska, zareagowałem. Kulturalnie zwróciłem jej uwagę że to co robi jest nieeleganckie. Zostałem zbyty hasłem "ale o co ci chodzi, przecież nic nie robię". Na jakiś czas pomogło, ale nie na długo.


Gdy już Kasia z koleżankami wróciły do obrażania Mateusza ze zdwojoną siłą, Mateusz nie wytrzymał. Powiedział jej kilka słów do słuchu, i zauważył że ona wyzywając go od grubasów sama wcale lepiej nie wygląda (dodajmy że nazwać się jej figury zgrabną nie dało, może nie była jakaś mocno gruba, ale na pewno nie kształtna. Powiedziałbym nawet, że "rozlana".) Impreza zatrzymała się w miejscu. Nagle jego siostra z chłopakiem, i koleżanki Kasi naskoczyli na niego, że jak może być takim chamem, przecież jej teraz będzie przykro, jak można wypominać komuś że jest gruby(!). I wyszło na to, że to on bezpardonowo zaatakował ją, a ona była niewinna. Tak to zostało przedstawione jego rodzicom.

Do tej pory nie mogę uwierzyć jak do tego doszło. To przechodzi moje wyobrażenie...

Impreza ogród

Skomentuj (46) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 111 (149)

#85259

(PW) ·
| Do ulubionych
Chciałam dziś poruszyć temat pewnej mentalności, w mojej rodzinie obecnej głównie w starszym pokoleniu.

Chodzi o narzekanie na "niedomyślność" pokolenia młodszego i to utrzymane w takim tonie, że można by uznać osoby "niedomyślne" za upośledzone umysłowo.

Niezależnie od tego co robiła moja babcia i co w tym czasie robiłam ja po ZAKOŃCZENIU pracy babcia zaczynała wygłaszać litanię: "Olaboga, tak się zmęczyłam, tak mnie plecy bolą, ale nikt, NIKT (znaczące spojrzenie na mnie) się nie domyśli, nie zastanowi, że tej babki coś długo nie ma, może by jej pomóc, ale nie, po co, dupę rozpłaszczyć i siedzieć... Nikt nie widzi, ile ja robię..."

I w ten deseń dopóki jej się nie znudziło. Prośby, żeby mówiła gdy idzie coś robić, gdy potrzebuje pomocy - nie, bo ja się powinnam DOMYŚLIĆ. No już lecę.

Kilka lat temu do kółka litaniowego dołączyła moja mama. Gdy dzwoni, co jakiś czas muszę wysłuchać, że moja siostra "To taka nieużyta jest, jeździ do miasta kilka razy w tygodniu, nigdy matki nie zapyta czy by się nie wybrała. Ja się prosić nie będę, łaski nie potrzebuję, ale jednak wypadałoby zaproponować, że mnie zabierze, bo to aż nieładnie wygląda..."

Raz podjęłam próbę interwencji. Zasugerowałam siostrze, żeby czasem mamę jednak na miasto zabrała. Najpierw siostra zrobiła mi awanturę, potem mama, a na końcu babcia. Od tamtej pory albo urywam rozmowy z mamą, albo (jeśli mam siłę) jednym uchem wpuszczam, a drugim wypuszczam.

I tak się zastanawiam - ja też mam teraz rodzinę. Nie oczekuję ani od Szczerbusia, ani od córki, że będą mi w czymkolwiek pomagać. Zaproponują - super. Ale to, że mi nie wyrywają ścierki z rąk nie oznacza, że mojej pracy nie widzą. Widzą że robię i widzą, że sobie radzę. To po co mają się napraszać, narzucać? A jeśli z jakiegoś powodu potrzebuję pomocy to istnieje taki magiczny środek, który nazywa się MOWA. Mówię "Skarbie, zbierz butelki do worka i posortuj te swoje ciuchy co je rzucałeś na podłogę." Czary-mary, zrobione! Poproszę, żeby skoczył do warzywnika po marchew/cebulę/pietruszkę/ziemniaki? Skoczy bez protestu. Czego więcej chcieć?

Oczywiście każdy ma swoje obowiązki. Szczerbus zaopatruje dom w opał, wykonuje cięższe pracę w polu, coś przestawi, pomaluje, przytarga cięższe zakupy (których mi nawet przed ciążą nie pozwalał dźwigać, a teraz to już w ogóle), dba o stan auta którym jeżdżę no i oczywiście pracuje zarobkowo - mało? Córka chodzi do szkoły, odrabia lekcje, dba (dobra, ma dbać) o porządek w pokoju - mało? Mają jeszcze patrzeć mi na ręce i DOMYŚLAĆ się, że w tym czy tamtym trzeba mi pomóc? Tym bardziej, że najczęściej wcale nie trzeba, nawet teraz, gdy mam prikaz się oszczędzać, daję ze wszystkim radę.

Takie oczekiwanie, że ktoś SIĘ DOMYŚLI jest moim zdaniem piekielne dla obydwu stron. Strona "poszkodowana" najczęściej się ciężko urobi i ma poczucie, że nikt jej pracy nie docenia, nie widzi jak jej ciężko. Strona "winna" dostaje w prezencie zupełnie niepotrzebne i nieuzasadnione poczucie winy, a także niższe poczucie własnej wartości...

Ja też miałam w domu rodzinnym obowiązki. Pierwszy i podstawowy to nauka i z tego się na ogół wywiązywałam. Pomoc rodzeństwu w lekcjach uważałam za coś absolutnie naturalnego. Zmywanie naczyń, sobotnie porządki, opieką nad rodzeństwem gdy mamy i babci nie było - może nie była to katorżnicza praca, ale moim zdaniem dla nastolatki wystarczająca. Ale nie, poza wykonywaniem "podstawowych obowiązków" trzeba jeszcze SIĘ DOMYŚLIĆ że skoro babcia trzy dni temu wspominała, że trzeba podlać maliny (wspominała że trzeba, nie kazała mi podlać, w dodatku jak się okazało w momencie tego wspominania byłam w szkole) to mam to wreszcie zrobić... Albo wysłuchać litanii, jaka to ja zła i niedobra i do tego jeszcze głupia...

Przeraża mnie perspektywa, że moja siostra, wciąż z nimi mieszkająca, może tym przesiąknąć i przelać to na własne dzieci.

Rodzina

Skomentuj (24) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 99 (131)

#85410

(PW) ·
| Do ulubionych
Pod wpływem historii o Kindze. Miał być komentarz, ale wyszła powieść.

Kończyłam właśnie ósmą klasę SP, nadszedł czas wyboru szkoły średniej.

Już w siódmej klasie wspominałam coś o zawodówce ogrodniczej (była w naszym mieście, a zawód nie taki zły) ale uświadomiono mi, że po zawodówce nie będę miała matury, a mama chce żebym poszła na studia! Ja mam się kształcić!
Dobra, brak matury i mnie odstraszył. No to może technikum krawieckie? Jest niedaleko, cztery stacje pociągiem... A to też mnie interesuje...
Jakie technikum, gdzie technikum! Ja na studia mam iść! Ja mam się kształcić!

Wykształcenie kierunkowe kazano mi wybić sobie z głowy, ogólniak i tylko ogólniak!

Człowiek młody był, głupi, uważał że rodzice wiedzą lepiej. Uległam.

No to jak ogólniak, to ja składam papiery do tego w naszym mieście (chodziłam do zespołu szkół, SP+LO). Nie będzie dojazdów, znam połowę kadry, pół mojej klasy tam idzie...

Nie, to musi być szkoła w Warszawie! Koniecznie! Ale mam wybrać taką, żeby mieć blisko do dworca.

Wywiad wśród kolegów, wertowanie pożyczonego informatora... Wytypowałam dwie szkoły, obie ogólnokształcące. Obie oferowały klasę matematyczno-informatyczną, którą wolałam od ogólnokształcącej. Z czego wolałam tę pierwszą, bo jak się okazało, szli tam wszyscy klasowi prymusi. (Tak, należałam do tego grona, stopnie nie stanowiły problemu)

Idę do mamy i mówię:

- Mamo, ja to się chyba zdecyduję na Hoffmanową.
- A to tam masz najbliżej? Pokaż plan!

Plan stolicy na stół, pokazuję:

- No zobacz, wysiądę na Śródmieściu, przejdę tędy, tu jest przejście podziemne i już jestem na właściwej ulicy. A szkoła jest tu.

Serio, droga była tak strasznie skomplikowana, że dziesięciolatek by ogarnął.

Mama się zastanawia, zastanawia i w te słowa rzecze:

- A koło mojej pracy też jest liceum. Żeromskiego. Gdzie to będzie?

Sprawdzam adres, pokazuję na planie.

- No! Do Żeromskiego bliżej będziesz miała! Tylko wyjdziesz z dworca i już będziesz! A tam to na pewno zabłądzisz!
- Ale do Hoffmanowej idą ludzie z mojej klasy, a do Żeromskiego nikt znajomy się nie wybiera...
- I dobrze! Mają na ciebie zły wpływ! Nauczyli cię matce się sprzeciwiać!

Wysunęłam ostatni argument:

- Chłopaki mówią, że w Żeromskim jest strasznie ciężko, klasa mat-inf ma ułożony autorski program i podobno połowa osób nie zdaje do drugiej klasy...

Mamie załączył się już tryb "ustawić gówniarę do pionu".

- ALE MNIE NIE INTERESUJE, CO MÓWIĄ TWOI KOLEDZY! ZŁOŻYSZ PAPIERY DO ŻEROMSKIEGO I TYLKO DO ŻEROMSKIEGO! BO JA TAK MÓWIĘ! NIE ZASZKODZI CI, JAK CIĘ TROCHĘ UTEMPERUJĄ! MATKI SIĘ TRZEBA SŁUCHAĆ!

Dobra, niech już będzie ten Żeromski...

W ten sposób, przez osobę, która nie zrobiła wcześniej ŻADNEGO wywiadu na temat szkoły do której posyła dziecko, dostałam się do liceum ogólnokształcącego, klasy matematyczno-informatycznej... Z rozszerzonym angielskim. W SP miałam niemiecki.
Program pod wszystkimi względami był wyśrubowany pod największe nastoletnie mózgi, przyzwyczajone do ciężkiej pracy. Mojemu mózgowi może niewiele brakowało, ale nigdy nie musiałam się uczyć. Wszystko łapałam w lot.

Teraz już nie było tak łatwo. Ciągłe problemy w szkole przełożyły się oczywiście na atmosferę w domu. Nagle stałam się czarną owcą, zakałą rodziny i powodem do wstydu.
Poprawka z angielskiego na koniec roku była tylko gwoździem do trumny.

Po zaliczonej poprawce przeniosłam się do innego liceum, już nie z pierwszej setki. Znów byłam wśród najlepszych, znów dawałam korepetycje słabszym uczniom. Mamie wciąż nie pasowało, ciągle mi wypominała, że w tamtej szkole nie dałam rady. Maturę zdałam z dobrym wynikiem, droga na studia otwarta...

Postudiowałam jeden semestr. Potem zmieniono zasady przyznawania świadczeń alimentacyjnych i okazało się, że alimenty na dorosłe dziecko uczące się (poniżej 26 roku życia) przysługują tylko wtedy, jeśli to dziecko jest niepełnosprawne. Tak, był taki okres, kiedy tak było.

I właśnie wtedy mama mi powiedziała, że jak mi się studiować zachciało, to mam się sama utrzymać i że są tacy, co łączą studia z pracą zawodową...

A mnie zabrakło już sił na pytanie: "Komu tu się studiów zachciało?"

Mogłam mieć zawód. Ogrodnik albo krawcowa, raczej krawcowa. Zły zawód? Mało przyszłościowy? A drogi na studia by mi to nie zamknęło...

Jak dla mnie zabrakło tutaj konfrontacji życzeń mojej mamy z rzeczywistością. Takiego "ale czy to się uda?". Coś sobie wymyśliła, a moim obowiązkiem było to spełnić. A jak nie dałam rady, to była oczywiście moja wina, no bo przecież nie jej!

Rodzina

Skomentuj (32) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 218 (248)

#85431

(PW) ·
| Do ulubionych
Sprzedałam przedmiot na allegro.

Właśnie dostałam negatyw ponieważ kupujący nie przeczytał opisu aukcji, nie przeczytał zasad zwrotu (które jako osoba prywatna mam inne niż przedsiębiorca), nie zapytał o kolor przedmiotu ani o jego wymiary.

Tt logika...

Edit: wymiarów nie podałam bo podałam dokładny model do którego przedmiot pasuje. kolor było wyraźnie widać na zdjęciu.

sklepy_internetowe

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 130 (156)

Podziel się najśmieszniejszymi historiami na
ANONIMOWE.PL

Piekielni