Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

 

#87288

(PW) ·
| Do ulubionych
Znajoma prowadzi sklepik szkolny.
Po tym jak parę lat temu kazali jej wycofać słodycze, słodkie bułki itd - jakoś to przeżyła.
Na kanapkach też na swoje wychodziła.
Od 15-go dowiedziała się, że między dziesiątą, a dwunastą może obsługiwać tylko osoby powyżej 60 roku życia.
Nie skomentuję, bo musiałbym to zrobić wulgarnie.

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 111 (123)

#87195

(PW) ·
| Do ulubionych
Dwa światy, w odległości kilku km. Nie, to nie Korea Pn i Pd.
Historia opowiedziana na bieżąco, całość zdarzyła się na dniach.

W związku z złym stanem zdrowia dziewczyna dostaje od lekarza specjalisty pilne skierowanie do szpitala. Więc udaje się do miejskiego (tego, który ma "renomę" umieralni).
Pobadali, posłuchała wrzasków na pacjentów etc (tam Rodo to kiepski żart, nazwiska, dane, wyniki badań może tam poznać każdy choćby przechodzący przypadkiem), usłyszała, że specjalista się nie zna i ma się badać/leczyć w domu i sama, brak zagrożenia życia.

Wróciła do domu. Chwilę potem telefon do specjalisty (terminów oczywiście brak, w końcu za mało składek płacimy, logiczne...). Ten (naprawdę konkretny facet) solidnie zaskoczony wystawia drugie z zaleceniem "szybko i inny szpital".

Więc udaje się do Tropikalnego, po pracy, tylko zapytać o możliwość. Nie dochodzi, zasłabła przed. Natychmiastowa akcja, badania, zagrożenie życia etc. I... pełna kultura, spokój, poważna i kompetentna ekipa. Następna zmiana tak samo. Inny świat. Niestety łóżek brak (była jeszcze druga kwestia w związku z problematyczną sytuacją gdańskiego zakaźnego - możliwe, że przeniosą do Tropikalnego), ale proszą o następne skierowanie i kontakt celem umówienia się na badania i ewentualną operację (nie wiadomo czy będzie można - choć schorzenie śmiertelne, gdzie chory żyje dosłownie z dnia na dzień).
Polska służba zdrowia w pigułce...

Gdynia

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 115 (121)

#87191

(PW) ·
| Do ulubionych
Pierwszy raz widziałam jak mój mąż płacze. I to nie z radości.

Otóż od początku naszego narzeczeństwa były przeszkody natury rodzinnej. Znaczy ja pochodzę z bogatszej, wykształconej rodziny, a on z biedniejszej, za to bardzo religijnej. Tak czy inaczej, o ile rodzice pogodzili się z faktem, tak dalsza jego rodzina niekoniecznie.

Imieniny teściowej. Upiekłam tort, kupiliśmy bukiet róż i jakąś tam pościel. Przybyliśmy wcześniej, by zdążyć przed siostrą teściowej, bo kobieta zazdrosna i szczerze mnie nienawidzi, ale się nie udało.
Cioteńka dogryzała mi przy każdej okazji. Żadne prośby teścia, teściowej nie pomagały.

No wiecie, a to, że biedy Adaś musi na mnie tyle tyrać, bo jestem rozpieszczona (chociaż zarabia więcej od niego). A to, że naciągam go, bo teściowej bukiet róż się na nic nie nada, a to mój kaprys, kwiaty zwiędną i do kosza. "Tu się nie ma co pokazywać i błyszczeć kochana, kwiaty to oznaka próżności". A to, że domu prowadzić nie umiem. Że ona na Fejsie widziała, że po restauracjach Adaś musi chodzić, bo żona mu schabowego upiec nie potrafi. Że pewnie go zdradzam na tych Bahamach co to na nie wiecznie latam, a Adaś mi to musi fundować (tak, latam na konferencje i szkolenia z pracy i czasem zabieram męża - ostatni raz byłam w listopadzie, ale fakt wcześniej byłam z raz na 2 miesiące). A co gorsze nie mam jeszcze dziecka. Rok po ślubie nie mam dziecka, więc:

"Na pewno te tabletki brała, bezbożnica. Potem kalekie się urodzi i Adaś będzie musiał alimenty na ułomka płacić... Zobaczysz Adaś, kara boska spotka cię za to, żeś ty się z nią związał..."

W tym momencie zaczęłam się śmiać, a potem płakać. No w ciąży jestem, czasem mi się zdarza popłakać, czy wzruszyć nad kawałkiem liścia, nie jakoś spektakularnie, ale jednak. Poza mężem nikt nie wie, bo teściowie to strasznie nadopiekuńczy są, więc ciągle by wydzwaniali, no i żadnej pracy czy koni (tak, wciąż się wybieram na spacery konne). Moi z kolei każdego dnia gderali by, ze mam spory dom (z nimi), to się w kawalerce gnieżdżę i mam się natychmiast sprowadzić do nich (wiecie, typowa patologia z obu stron tylko skrajna).

Tak więc zostałam "opętaną przez szatana". Już Adam powinien brać rozwód, już teściowa powinna mnie wypędzić i jak w ogóle mogła pozwolić na ślub nasz. Po wygłoszeniu monologu, którego nikt nie mógł przerwać (a jakże, próbowali, tylko wzruszyłam się, że mąż i teść starał się mnie pocieszyć, więc zaczęłam ryczeć) ciotka zawinęła się i wyszła.

P.S Wiele razy prosiłam męża, by się nie przejmował tym, co ciotka gada i nie reagował na zaczepki (miałam kiedyś identycznego wujka, co dopiekał jak tylko mógł wszystkim, którym się lepiej wiodło - a to złodzieje, to tacy, to owacy). Ma swój dom, kochającą żonę i rodziców, a po mnie to zwisa i powiewa. Ciotka pogada, w końcu by się znudziła i tyle.

P.S.2 Musiałam teściom w końcu powiedzieć, że za 5 miesiąc zobaczą wnuka/wnuczkę. Teściowa od rana już 15 raz dzwoniła z przeprosinami za siostrę.

P.S.3 U mnie normalne jest, że każdą okazję się celebruje należycie. I rodzina jaka jest, taka jest. A że ciotka myśli, że chroni mojego męża, więc raczej się z tego należy cieszyć.

rodzina

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 128 (140)

#87162

~Francuzeczka ·
| Do ulubionych
Może to ja jestem złośliwa, piekielna i generalnie - czarownica ze mnie jak raczy twierdzić mój mąż (notabene dopiero 5lat po ślubie) , ale...oceńcie sami.

Przez bite 5 lat swoimi "doskonałymi" radami raczyła mnie zwłaszcza teściowa + reszta rodziny męża (uroki mieszkania razem).
A ja potulnie siedziałam cicho i nie kłóciłam się zbyt często.
Myślałam, że skoro idziemy na swoje to w końcu i mąż zacznie mi pomagać i faktycznie respektować moje zdanie w różnych kwestiach.

Przykład pierwszy: kafelki wybrałam do łazienki oczywiście brzydkie (wybierał je mąż) i w ogóle ja nie mam za grosz stylu. Ok.
Komentarz męża: Nie słuchaj, olej to.

Przykład drugi: kolory ścian też są dziwne, ten róż z sypialni to już w ogóle tandeta!
Komentarz męża: Nie słuchaj i nie zawracaj mi już tym głowy! Wiecznie wszystko ja muszę słuchać za kogoś!

Przykład trzeci: teściowa potrzebuje farby żeby pomalować pokój i chce od nas, bo mam zostało jeszcze ich na tyle, że wystarczy u niej na mały pokoik. Mąż bez uprzedzenia mnie zabiera farbę - himalajski cukier z sypialni - i daje ją mamusi, bo ona chciała dokładnie taki kolor i bardzo jej się podoba.
Komentarz mój: brak.

Przykład czwarty: wzmianka o wakacjach, mąż usilnie chce zabrać szanowną mamusię na wakacje z nami, bo przecież przyda nam się jej pomóc przy dzieciach!
Komentarz mój: nie zgadzam się, rok temu dzieci były mniejsze i wszystko sama ogarniałam i nie chce nic słyszeć.

Przykład piąty: chcemy jechać na wakacje, szukamy hotelu. Wybraliśmy. Dwa dni przed wyjazdem okazało się, że mąż mnie okłamał i zarezerwował hotel, który mi się nie podoba.
Komentarz mój: brak...

Przykład szósty: jest duszno w domu, teściowa potrzebuje nasz wentylator, mąż potulnie zanosi. Tłumaczę mu, nie zanoś, bo muszę uśpić dziecko przecież, a u nas w pokoju jest też duszno.
Komentarz męża: Ale z ciebie wredna małpa, ona tyle dla nas robi, a ty jej wszystkiego żałujesz! No i zaniósł.
I tak się zastanawiam faktycznie, czy to ja jestem taka zła, czy ktoś jest tutaj mamusi syneczkiem...

Mamisynek

Skomentuj (26) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 152 (170)

#87284

(PW) ·
| Do ulubionych
Koronawirus - moja historia.

W poniedziałek poczułem się źle. Osłabienie, lekki kaszel, gorączka 37,5 stopnia. Nic strasznego, co roku o tej porze mam przeziębienie, bywa gorzej. Gripex, syrop z cebuli, szlafrok i bambosze - i tak pracuję zdalnie, więc nie przeszkadza mi to zbytnio w funkcjonowaniu.

We wtorek w sumie bez zmian. Jest OK. Ale o piętnastej dostaję maila (tylko maila!) z przedszkola do którego chodzi moja córka, że jedna z opiekunek ma potwierdzonego covida. Tak, opiekunka z grupy mojej córki. Nie, sanepid nie wysłał rodzin dzieciaków na kwarantannę, nie zamknął placówki, jutro rano zapraszamy dzieciaczki jak zwykle.

W środę samopoczucie bez zmian, ale wiedząc że w przedszkolu był potwierdzony przypadek, robimy sobie dobrowolną izolację, biorę urlop w pracy, dzieci zostają w domu, ja cały poranek spędzam na telefonie z lekarzami. Do większości przychodni nie da się w ogóle dodzwonić. W kilku, gdzie odebrano słuchawkę, lekarze wprost mówią, że skierowania na test nie wystawią - mam tylko 2 z 4 objawów potrzebnych do skierowania na test (czy to nie miało być zmienione? Nie wiem, te rozporządzenia rządowe zmieniają się po 3 razy dziennie, już nikt nie wie jak należy postępować w danej sytuacji). W końcu dzwonię do ciotki, z którą rzadko utrzymuję kontakt, ale jest lekarzem w nieodległym mieście. Po znajomości wystawia mi skierowanie na test i tłumaczy, gdzie, jak i kiedy mam się udać na pobranie wymazu.
Tego samego dnia udaję się do punktu wymazowego o 15 (punkt czynny do 16). Spodziewałem się kolejki, a tam nikogo. Okazuje się że wymazu mi nie zrobią - mają limit 160 próbek na dzień, dziś go wykorzystali o 11 rano, haha. Nie wytrzymałem. Zrobiłem karczemną awanturę i w końcu pobrano ode mnie wymaz.

W czwartek czułem się gorzej. Gorączka wzrosła, pojawiły się bóle mięśni. Wyniku brak.

W piątek straciłem węch i smak. gorączka wzrasta do 38,8. Wyników brak.
W nocy zacząłem mieć duszności. Uczucie jakby ściśnięto mi klatkę piersiową pasami i nabranie powietrza wymaga niesamowitego wysiłku.

W sobotę rano już mi lepiej. W sumie dużo lepiej, duszności minęły, gorączka spadła, tylko jestem wyczerpany i nie czuję smaków/zapachów. Konsultacja telefoniczna z ciotką. Wyników brak. Jak sprawdza w systemie, to jeszcze nikt wysłany na wymaz we wtorek nie ma wyników (4 DNI PÓŹNIEJ!!!!). Dobrze, że u mnie dobrze.

I tak sobie żyję. Wyników brak, ja jestem na 100% pewny, że mam covida, na szczęście reszta domowników nie choruje. Nie jesteśmy na kwarantannie. Dzieciaki cały tydzień mogły chodzić do przedszkola i szkoły (nie chodziły). Żona mogła pójść do pracy (nie poszła - wzięła urlop, bo skoro zdrowa to L4 nie dostanie). Jutro mogę sobie normalnie pójść do kościoła na mszę albo na obiad do restauracji. Ale nie pójdę. Tylko się zastanawiam, czy test wykonany na próbce pobranej 4 dni temu będzie wiarygodny. Jak tak - to kwarantannę nam wlepią gdy już będę zdrowy...

Skomentuj (27) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 99 (105)

#87265

(PW) ·
| Do ulubionych
Tak, żeby się trochę odprężyć w tych ciężkich czasach trochę opowieści z arabskich 101 dni i nocy. Czyli Libia.
Jak kiedyś pisałem mieszkałem w tym (kiedyś pięknym) kraju przez trzy lata. Więc kilka migawek:

Środek dnia, centrum miasta. Idę sobie po hobzę, czyli chlebek do sklepiku na rogu i widzę taki obrazek: tata rodziny przelewa płynny gaz z dużej butli do mniejszej. Nad tym wszystkim mgła, bo skrapla się para wodna w powietrzu przy niskiej temperaturze. Wszystko obserwuje liczny tłumek progenitury również pochylony na butlą i tatusiem. Tatuś w trakcie przelewu żwawo pali papieroska. Że to wtedy nie pierdyknęło to cud boski. A ta duża butla to było 15 kg propanu pod ciśnieniem.

Trzypasmowa główna ulica Benghazi czyli Abd El Naser Street w godzinach szczytu. Ruch jak jasny piernik. Pod prąd pomyka na deskorolce tak na oko dwunastolatek. Kierowcy hamują i pobłażliwie się śmieją. Toż to tylko dzieciak.

Na rondzie ja, jak pan Bóg przykazał skręcam w prawo. Jadący za mną gość skręca w lewo. Czemu? Bo tak ma bliżej do zjazdu (90 stopni zamiast 270).

Autostrada. Gość wali pod prąd szybciej niż stówą. Czemu? Bo ma w ten sposób bliżej do zjazdu do swojego domku.

Też dwupasmówka. Jadą dwie furgonetki obok siebie, prędkość koło stówy (myśmy na nie mówili szara śmierć). Kierowca jednej podaje pasażerowi drugiej zapalonego papierosa. No, nie miał co biedaczek zapalić.

Widok z mojego balkonu na czwartym piętrze. Z Naser Street czasowy zakaz skrętu w prawo w kierunku hotelu Tibesti (podobno miał tam być Kaddafi). Stoi i pilnuje policja. Nagle wypasiony Merc jednak skręca z piskiem paska klinowego. Policjant mógłby odpalić z kałasza (po to tam stoi), ale zamiast tego łapie spory kamień i rzuca. I co najlepsze, trafia - totalna demolka świateł z jednej strony. Sprawiedliwości stało się zadość.

Muszę się dostać do Polski, a jest embargo na loty Libia/świat spowodowane zamachem na dyskotekę w Berlinie (albo Lockerbie - już nie pamiętam). Więc prom z Tripoli na Maltę, a dalej Warszawa via Wiedeń. Prom całkiem fajny i, co ważne, z polskimi kelnerkami. To znaczy staff kuchenny był silnie międzynarodowy, ale mój i sąsiedni stolik obsługiwały Polki. Z naszą kelnerką pożartowałem. Obśmialiśmy się jak norki i wtedy Arab z sąsiedniego stolika postanowił być macho i złapał panienkę jednocześnie za biust i za pupę. Nie, nie było żadnego plaskacza. Był tak solidny prosty na punkt, że gość zaliczył zgon druzgocąc po drodze nieco zastawy. Przy następnym posiłku jakoś się nie objawił, ale nasza kelnerka była na posterunku.

I ostatnia historyjka, już nie tak śmieszna. Kilka domów dalej był duży kompleks należący do Tajnej Służby Bezpieczeństwa (Muchabarat). Libijczycy przechodząc obok bledli. W nocy słychać było nad ranem strzały - podobno tak kończyli ci, którzy już wszystko powiedzieli. Pewnego razu zawitał tam polski konsul. Na bramce powitał go libijski kapitan i zapytał nienaganną polszczyzną: "czy pan wie, że po przejściu przez te drzwi pańska legitymacja dyplomatyczna traci ważność?" Konsul podał tyły.
Więcej historyjek na życzenie.

Skomentuj (21) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 115 (127)

#87274

(PW) ·
| Do ulubionych
COVID, pandemia, wiadomo. Nie mam żadnych zastrzeżeń do obostrzeń i do tego, że różne instytucje - także urzędy - funkcjonują nieco inaczej (i mniej dla mnie wygodnie) niż zwykle. Nawet jak niektóre środki czy procedury wydają się przesadzone czy nielogiczne, zakładam, że skoro nie jestem fachowcem (lekarzem, epidemiologiem etc.), to nie będę się mądrzył. Ale czasami bezsens i brak logiki po prostu mnie załamują…

Urząd Skarbowy w moim mieście (30 km od stolicy). Potrzebowałem pewnego papierka - w ubiegłym roku też go potrzebowałem, więc znałem procedurę: przychodzę, wypełniam odpowiedni formularz (żeby dostać papierek trzeba złożyć papierek, jakaś równowaga musi być w biurokracji…) i następnego dnia zgłaszam się po odbiór potrzebnego dokumentu.

No, ale to było w ubiegłym roku. Teraz jest pandemia. Teraz nie ma tak szybko. Urząd ma na wydanie papierka tydzień (papierek wymaga na oko 3 minut pracy pani z okienka: sprawdzenie obywatela po numerze PESEL, znalezienie odpowiedniej rubryczki w bazie danych, kliknięcie "drukuj", przybicie pieczątki i podpis).

Ale OK, nie spieszy mi się, może być za tydzień. Z ciekawości jednak pytam, dlaczego taki czas? Bo każdy złożony dokument zanim będzie "obsługiwany" spędza 48 godzin "w kwarantannie".

Czyli: nie daję papierka pani w okienku (bo w końcu cholera wie, czy nie jestem nosicielem…), tylko wrzucam go do specjalnej urny. Urna jest otwierana po dwóch dniach - i dopiero wtedy ktoś bierze ten mój papierek do ręki i zaczyna coś z nim robić.

No OK, rozumiem - urzędnicy też boja się o swoje (i swoich bliskich) zdrowie, nie mam zastrzeżeń. Ale…

Przychodzę do urzędu. Biorę z półki odpowiedni formularz, który umożliwi mi dostanie potrzebnego papierka. Wypełniam (własnym piórem), a potem pytam panią w okienku (z odległości kilku metrów), gdzie znajduje się ta urna, do której mam wrzucić formularz na te 48 godzin.

- A już pan wypełnił? To proszę mi pokazać, sprawdzę, czy wszystko jest dobrze, żeby nie musiał pan drugi raz przychodzić.

I… tak, właśnie tak. Podchodzę, DAJE PANI PAPIEREK DO RĘKI, ona go sprawdza, po czym oddaje mi, żebym wrzucił go na 48 godzin do specjalnej urny, w której przejdzie kwarantannę.

Ta-daammm!

Urzędy Pandemia

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 137 (143)

#87275

(PW) ·
| Do ulubionych
Szlag mnie trafi po prostu.

Dzwoni znajoma. - Dostałeś? - pyta.

- Ale co dostałem…? - odpowiadam zdezorientowany.

- No prezent urodzinowy…

Ha. Urodziny miałem w lipcu, ale znajoma byt wtedy daleko. A teraz jest bliżej i wysłała mi prezent. Symboliczny, ale miły. Za pośrednictwem Poczty Polskiej. I to był błąd.

- Kiedy wysłałaś? - pytam. Okazuje się, że koło 25 września. Czyli minęły lekko licząc trzy tygodnie. Znajoma mieszka w Warszawie. Ja mieszkam 30 km od Warszawy.

Zaraz, zaraz… A kiedy to ja ostatnio widziałem naszego listonosza? Jakoś dawno zdaje się?… Po chwili analizy okazuje się, że na pewno nie widziałem go od początku października. I faktycznie, od ponad dwóch tygodni w skrzynce nie było NIC. W codziennym zabieganiu jakoś o tym nie myślałem, ale kurczę: znajoma wysłała przesyłkę, ktoś inny też mówił, że coś mi wysłał, rachunek za gaz powinien już dawno przyjść. Szybka kwerenda wśród sąsiadów - rzeczywiście, oni też dawno nie widzieli listonosza i nic do skrzynek nie dostają.

Jadę na pocztę. Czekam w kolejce do okienka 20 minut (przede mną tylko trzy osoby, no ale jak to na poczcie: na sześć okienek czynne są dwa). Wreszcie jestem przy okienku i tłumaczę pani za szybką, o co chodzi.

- A tak! - odpowiada pani pogodnie i z uśmiechem, nie wyglądając na speszoną. - Bo wasz listonosz jest na zwolnieniu. Od trzech tygodni.

I co - od trzech tygodni NIKT nie rozwozi poczty na naszym osiedlu? Ano nikt. Ale nie ma żadnego zastępstwa? Ano nie ma. Ale mam się nie martwić, pani zaraz sprawdzi, czy coś do mnie przyszło. Pani bierze ode mnie dane i adres, idzie na zaplecze. Nie ma jej 10 minut. Wraca z grubym naręczem przesyłek. A wśród nich przesyłka od mojej znajomej, trzy listy, dwa zaległe rachunki (termin zapłaty jednego z nich minął tydzień temu) i - na deser - dwa ważne listy z ZUS.

Listy z ZUS dotyczą sprawy, którą powinienem (według nich) załatwić półtora tygodnia temu. I - z różnych powodów - wtedy zajęłoby mi to pewnie kwadrans w lokalnym oddziale, ale dziś już się nie da: termin minął, co oczywiście da się załatwić, ale muszę w tym celu pojechać do Warszawy, czyli stracić pół dnia.

Poczta Polska. Listonosz jest na zwolnieniu, więc ludzie przez TRZY TYGODNIE nie dostają korespondencji. Nikogo nie ma na zastępstwie, a poczta nie wpada nawet na to, żeby to w jakiś sposób ogłosić, żeby ci, co czekają na ważne przesyłki, wiedzieli, że mogą je odebrać sami. - No ale czym się pan martwi, przecież nic nie zginie, wszystko dojdzie, spokojnie!

Zamierzam oczywiście napisać skargę. I oczywiście mam pełną świadomość, że to nic nie da.

poczta

Skomentuj (22) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 133 (137)

#87212

~anuladamula ·
| Do ulubionych
Luźne skojarzenie z historią #87210

Mieszkałam swego czasu w Amsterdamie. Kumplowałam się tam z pewną dziewczyną, Mią. Ciężko mówić, że byłyśmy przyjaciółkami, ot koleżanki, spotykałyśmy raz na kilka tygodni da drinka.

Na kilka dni przed jednym z takich spotkań, Mia napisała do mnie, że właśnie dowiedziała się, że w tym tygodniu Amsterdamie jest jej znajomy z Polski i chciał się z nią spotkać w weekend i czy zapytała czy mam coś przeciwko spotkaniu w trójkę. Odpisałam, że spoko, czemu nie.

No i spotkaliśmy się w sobotę wieczorem, jedno piwko, drugie, trzecie... Michał, ten znajomy Mii, był naprawdę w porządku chłopakiem, gadaliśmy cały czas po angielsku starając się nie schodzić na tematy związane stricte z naszym krajem, aby Mia, czyli de facto organizatorka spotkania nie nudziła się. Atmosfera luźna, przyjemna, wydawało się, że wieczór dopiero się rozkręca. W przeciągu kilku minut nastrój Mii zmienił się o 180 stopni, nerwowo spoglądała na telefon, zamilkła . Zapytałam czy wszystko ok, odpowiedziała, że tak, ale niestety ona musi już iść. Chciałam być fair, więc powiedziałam, że ok, w takim razie ja też się zmywam i jedziemy razem do domu (mieszkałyśmy na tej samej ulicy). Mia zaprotestowała, że nie, Michał jest tylko do jutra, powinnam mu pokazać miasto i jego nocne życie, ona żałuje, że sama nie może, widzi, że dobrze się dogadujemy, więc nie chce nam psuć wieczoru.
Zostaliśmy więc z Michałem sami, oblecieliśmy jeszcze kilka knajp i ok. 2-3 w nocy rozeszliśmy się do domu.

Następnego dnia zadzwoniłam do Mii zapytać, czy wszystko ok, czy coś się stało, że tak nagle musiała iść. Nie odebrała. Napisałam wiadomość - odczytana, brak odpowiedzi. Przeczekałam cierpliwie kilka dni, po czym napisałam ponownie. W tym samym czasie napisał do mnie Michał, pytając czy wszystko ok z Mią, bo nie odzywa się do niego. Wiecie, zmartwiłam się. Mia miała różne dziwne znajomości, naprawdę bałam się, że stała się jej krzywda. Poszłam więc do niej do mieszkania. O dziwo, otworzyła od razu naskakując na mnie:

- Czego chcesz?
- Chciałam zobaczyć co się z tobą dzieje, bo się nie odzywasz ani do mnie ani do Michała.
- Aaaa, to tacy z was przyjaciele, że już wiesz, że do niego się nie odzywam?
- No, napisał do mnie, bo chyba się o ciebie martwi
- Jasne, jasne. Dobra, idź już sobie!
- A możesz mi powiedzieć o co chodzi?
- Jak to o co chodzi? Nie udawaj głupiej! Myślałam, że mi pomożesz jakoś poderwać Michała, a ty sama zaczęłaś go podrywać! Olewaliście mnie cały wieczór, tak, tak, rozumiem, oboje jesteście Polakami, to uważasz, że lepiej do niego pasujesz?
- Co? Pogięło cię? Nawet nie wiedziałam, że on ci się podoba, nie podrywałam go tylko byłam miła!
- Taka miła, że pewnie już mu dupy dałaś! Wszystkie Polki takie są!

Do Michała z kolei napisała z pretensją, że przyjechał do niej (nieprawda, bo przyjechał do kuzyna), a kompletnie ją olał na moją rzecz, nawet go nie obchodziło, że wyszła smutna, więc ona wali taką znajomość i cześć!

Co ciekawe, do mnie odezwała się kilka lat później, pytając czy dam jej lekcje rosyjskiego (!), bo ma chłopaka Rosjanina, ale on nie mówi ani po angielsku ani po niderlandzku, więc tak średnio się dogadują, ale ona się dla niego nauczy. Odpisałam, że ja jestem Polką i mówię po polsku, nie znam rosyjskiego. Odpisała:

- Aha, a to to nie jest ten sam język?

Amsterdam

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 78 (92)

#87210

(PW) ·
| Do ulubionych
Przypomniało mi się przy okazji wczorajszej dyskusji na temat "kosmitów" na portalach randkowych.

Historia zaczęła się ponad cztery lata temu (w tej chwili to będzie nawet prawie pięć), kiedy zaczęłam uczyć się szwedzkiego. Ponieważ uczyłam się sama, gramatykę, słownictwo, oraz umiejętność pisania udawało mi się dość szybko opanować, miałam natomiast ogromny problem z mówieniem i rozumieniem ze słuchu z racji braku kontaktu z żywym językiem. Jakieś oferty kursów znalazłam, ale niestety nie odpowiadały mi albo godziny, albo lokalizacja, albo poziom zaawansowania. Zresztą nie chciało mi się wydawać pieniędzy na coś, co mogę opanować sama, zależało mi, żeby od czasu do czasu móc z kimś w tym języku pogadać. Ponieważ byłam w tamtym czasie zalogowana na Tinderze, postanowiłam skorzystać z tego medium.
 
I tak poznalam Kimmiego. Kimmi pochodził z Malmö i akurat przez kilka dni przebywał służbowo w Monachium. Umówiliśmy się po pracy na spacer. Ponieważ świetnie nam się ze sobą rozmawiało, a kolega był bardzo sympatyczny (oraz sądząc po otwartości i gadatliwości bardzo nieskandynawski) po spacerze poszliśmy jeszcze na kolację, a potem na drinka i spędziliśmy bardzo miły wieczór. Przed jego wyjazdem zdążyliśmy się spotkać jeszcze raz. Czysto towarzysko, do niczego między nami nie doszło, po prostu dobrze się dogadywaliśmy i fajnie nam się spędzało razem czas (przynajmniej ja to tak widziałam).
 
Po jego wyjeździe utrzymywaliśmy kontakt, pisząc do siebie i co kilka dni rozmawiając na Skypie. W którymś momencie Kimmi poruszył temat mojego przyjazdu do jego kraju. On serdecznie zaprasza, mogę się zatrzymać u niego i tak dalej... Nocleg u w gruncie rzeczy obcego faceta nie wzbudzał mojego entuzjazmu, zwłaszcza że wiadomo, z czym to się z reguły wiąże, a jego owszem polubiłam, ale nie miałam ochoty iść z im do łóżka, zwłaszcza że sytuacja była na mój gust zbyt jednorazowa i nierokująca na przyszłość. Może dmuchałam na zimne, ale nie chciałam stawiać się później w niezręcznej sytuacji.
 
Zaproponowałam coś innego. Za kilka tygodni planowałam wyjazd z przyjaciółką do Sztokholmu, więc spytałam, czy nie chciałby się do nas przyłączyć. Wiem, że to daleko, więc absolutnie nie naciskam, ale gdyby miał ochotę, będę się bardzo cieszyć. Pomysł go zainteresował, kolega przemyślał temat i parę dni później potwierdził spotkanie w Sztokholmie.
 
Spędziliśmy w trójkę super weekend. Pozwiedzane, pobalowane (i to jak pobalowane), pogadane w miejscowym języku, pełen sukces. Po powrocie Kimmi stwierdził, że on też świetnie się z nami bawił i zaproponował, żebyśmy przyleciały w najbliższym czasie na weekend do Malmö/Kopenhagi. To znaczy w dzień zwiedzamy Kopenhagę (w Malmö nie ma specjalnie czego oglądać), a wieczorne balety oraz nocleg planujemy w Malmö, bo dużo taniej. Jeśli chodzi o nocleg, to mamy absolutnie nie przepłacać za hotel, on może albo przenocować nas u siebie w mieszkaniu (z tym że ma 2 pokoje, więc może być ciasno), albo druga opcja - w jego apartamentowcu są też małe apartamenty "gościnne", które mieszkańcy mogą rezerwować dla swoich gości za niewielką opłatą (to było chyba 60 euro za noc). Jako że byłyśmy w tamtym czasie zafascynowane serialem "Most nad Sundem" i perspektywa zobaczenia Malmö i Kopenhagi była bardzo atrakcyjna, zgodziłyśmy się od razu. Z noclegiem wybrałyśmy opcję numer 2, to zawsze swobodniej, jeśli rano chcesz przejść w majtkach do łazienki. Bilety zarezerwowane, miałyśmy lecieć za miesiąc.
 
Kimmi najpierw dopytywał o godziny naszych lotów, planował weekend, dokąd pójdziemy, co zobaczymy, pytał, co chcemy jeść i tak dalej, a nagle, jakieś 2 tygodnie przed planowanym spotkaniem jakby zamilkł. Normalnie wysyłał mi po kilka wiadomości dziennie, prowadząc narrację swojego dnia, przemyśleń i otaczającego świata, a nagle trzeba było czekać 2 lub 3 dni na odpowiedź od niego, a przychodzące wiadomości były coraz bardziej lakoniczne. Pomyślałam, że pewnie jest zajęty, więc dałam mu przestrzeń. Aż tu 2 dni przed wylotem przysłał mi wiadomość głosową:
 
"Słuchaj Crannerry, głupia sprawa, ja wiem, ze kupiłyście już bilety i miałyście pojutrze przyjechać, ale wiesz, ja sobie właśnie uświadomiłem, że od dłuższego czasu jestem w poważnym związku, w dodatku moja kobieta ze mną mieszka, więc musisz zrozumieć, że nie ma opcji, żebym nocował w swoim budynku 2 obce dziewczyny i spędzał z nimi czas. Nie robi się takich rzeczy, to nie jest fair wobec partnera. Rezerwację apartamentu spróbuję odwołać, jeśli się uda, to nie będziecie musiały mi zwracać kasy (- już widzę, jak zwracam mu kasę za nocleg, którego mnie w ostatniej chwili pozbawił -), a jeśli uda wam się znaleźć inny nocleg, to w sumie możecie przyjechać (- o łaskawco -), z tym że ja się z wami nie spotkam, bo to nie wypada".
 
Trochę mi opadły ręce. Ponad czterdziestolenni facet zapomina i przypomina sobie, że jest w związku, jak mu wygodnie. Ale już pomijając związek, zapraszać kogoś, a potem cofać zaproszenie w ostatniej chwili, kiedy ktoś poniósł już koszty związane z podróżą to nie jest żadna "głupia sprawa", tylko zwykłe sku*wysyństwo. Nie zdążyłam mu jednak nic odpowiedzieć, bo mnie zablokował. Odwaga cywilna level master...
 
Z koleżanką stwierdziłyśmy, że kij mu w oko, z wyjazdu nie rezygnujemy, umiemy sobie doskonale same czas zorganizować, a inny nocleg "nie za miliony" też udało się bez problemu znaleźć, mimo ostatniej chwili. Jakiś tydzień po naszym powrocie Kimmi mnie odblokował, napisał, że przeprasza, że trochę niezręcznie wyszło i że ma nadzieję, że mimo wszystko spędziłyśmy miło czas, po czym, nie czekając na odpowiedź, ponownie mnie zablokował.
 
Na tym w zasadzie mogłaby się historia zakończyć. Ale... Minęły cztery lata, w międzyczasie poznałam mojego partnera i ułożyłam sobie życie, o incydencie z Kimmim zdążyłam dawno zapomnieć. Nagle końcem lutego 2020, Kimmi przysłał mi długą wiadomość. Rozstał się z partnerką, jest obecnie sam, często o mnie myśli, bo nie ukrywa, wówczas spodobałam mu się jako kobieta, ma trochę wyrzuty sumienia, że głupio wyszło z tym przyjazdem i ma nadzieję, że rozumiem jego sytuację i nie mam do niego żalu. A w ogóle co u mnie słychać, bardzo jest ciekaw, co się u mnie przez te lata działo i liczy na odnowienie kontaktu. No i może na coś więcej niż tylko odnowienie kontaktu, bo nie ukrywa, że bardzo mu się podobam.
 
Odpowiedziałam coś ogólnikowo, że u mnie w porządku, nie omieszkałąm wspomnieć, że jestem od 4 lat w związku i w czerwcu biorę ślub, do tematu niedoszłej wizyty nie wracałam (bo szkoda "strzępić ryj", i tak nie zrosumie, co zrobił) i życzyłam mu wszystkiego dobrego. Na następne wiadomości już nie odpisałam. Dodał mnie do znajomych na fejsie, odrzuciłam zaproszenie.
 
Począkiem kwietnia Kimmi odezwał się ponownie, pytając, czy nadal jestem w związku i wysłał mi jakieś swoje przemyslenia okołocovidowe (do czego zmierza ten świat, kto by przypuszczał, że stanie się coś takiego, dokąd zmierzamy jako ludzkość, może to czas, żeby sie zatrzymać i zastanowić nad sobą i stanem świata). Nie odpisałam. W maju zaczął mnie obserwować na instagramie.
 
Na przełomie czerwca i lipca wypatrzył, że jestem w Szwecji, do tego w okolicach Malmö i ponownie do mnie napisał, proponując spotkanie. U siebie w domu. Z noclegiem. Motywując to "no bo sama rozumiesz, Covid i te sprawy, no chyba jesteś odpowiedzialna i nie będziesz mnie ciągnąć na miasto i narażać na zarażenie". Jako termin zaproponował piątek, czyli dzień w którym miałam brać ślub.

Odpisałam, że nie będę go nigdzie ciągnąć ani na nic narażać, do niego do domu też nie przyjadę. Po tym w jak nieelegancki sposób sam zakończył naszą znajomość, ja nie mam ochoty na jej odnawianie, a tym bardziej na intymną relację. A w piątek biorę ślub. Tak więc życzę mu wszystkiego dobrego, ale zakończmy to.

Przez 24 godziny nie było żadnej odpowiedzi, a potem się zaczęło. Przysłał mi szereg wiadomości o treści mniej więcej:

"Myślałem o naszym spotkaniu i doszedłem do wniosku, że to nie ma kompletnie sensu. Nie widzieliśmy się kilka lat, zresztą już wtedy nie mieliśmy ze sobą o czym rozmawiać, więc tym bardziej teraz. Więc spadaj i przestań do mnie wypisywać i mi się narzucać".w

Potem:
"A jeśli myślałaś, że zaciągniesz mnie do łóżka, to jesteś w błędzie. Mnie się podobają wyłącznie modelki, każda kobieta powyżej rozmiaru 30 to dla mnie wieloryb, więc nie masz czego szukać, nie dotknąłbym cię nawet kijem. Nie wiem na co liczyłaś, próbując wepchać mi się do domu i chcąc zostać na noc"

Słowo daję, takiego mechanizmu wyparcia, połączonego z projekcją nie powstydziłby się sam Freud.

Następnie przysłał mi skrin fejsbukowego profilu mojego męża ze słowami:
"To jest ten twój facet, prawda? Naciesz się końcówką tego związku, bo zobaczysz, jak cię kopnie w dupę, jak mu zaraz wyślę skriny naszych wiadomości i napiszę, jaką dziwkę sobie znalazł, która pcha się innym facetom do łóżka"

Nie napisał. A szkoda, mogło być zabawnie…

Kosmita z Tindera

Skomentuj (27) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 126 (144)

Podziel się najśmieszniejszymi historiami na
ANONIMOWE.PL

Piekielni