Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

 

#86336

(PW) ·
| Do ulubionych
Koronawirus to plaga naszych czasów, ale złośliwość i bezczelność sąsiadów, nienawiść do osób niepełnosprawnych to choroba cywilizacyjna.

Mało się uzewnętrzniam, jednak już brak mi sił na bezkarność i złośliwość sąsiadów z góry na pierwszym piętrze. Zakupiliśmy z mężem mieszkanie w bloku Brzozowy Zakątek w Ostrowie Wielkopolskim dla moich rodziców i rodzeństwa. Moje siostry - to bliźniaczki, lat 25 z porażeniem mózgowym, urodziły się w 7 miesiącu ciąży, jedna jest niewidoma, druga z porażeniem mózgowym nie mówi i nie chodzi.

We wrześniu 2018 roku udało nam się namówić rodziców na przeprowadzę z Jeleniej Góry do Ostrowa Wielkopolskiego, do zakupionego przez nas mieszkania z ogródkiem na parterze, by Gosia miała łatwy dostęp do zieleni i by rodzice nie wnosili wózka inwalidzkiego, bo wcześniej mieszkali na pierwszym piętrze.

Problem nasz i rodziców zaczął się w maju 2019 roku przez wyrzucanie niedopałków papierosów na nasz ogródek, przez sąsiadów z góry nad nami, następnie było zgłoszenie do MOPSu o nie właściwą opiekę i hałasy ze strony nie mówiącej Gosi. Kontrola z MOPSu nie widziała nie prawidłowości, przydzielili nam jeszcze pomoc dla osób niepełnosprawnych w ramach programu Opieka Wytchnieniowa. Jednak to sąsiadów nie usatysfakcjonowało i nadal wyrzucano nam niedopałki papierosów.

We wrześniu 2019 roku, aby załagodzić konflikt wyciszyliśmy sufit w którym przebywa Małgosia specjalną gąbką akustyczną 5 cm, zmieniliśmy jej leki, mimo że nie ma choroby psychicznej czy ADHD, kilka razy na dzień wydaje jakiś dźwięk, gdy cieszy się do piosenki z muzyki, do zabawki, ma emocje i żyje.

Założyliśmy kamery - atrapy, aby odstraszały, jednak kiedy sąsiedzi dowiedzieli się, że nie działają, to od 13 marca 2020 roku wyrzucają nam codziennie 1 śmieć by wyładować swój stres, agresję, złośliwość. Wszystko zbiegło się z epidemią koronawirusa. Wyrzucają nam: watę, patyczki do ucha, chusteczki, opakowania po słodyczach, kapsle plastikowe, wieczko od słoika, chipsy na pranie..

Czujemy się bezsilni i upokarzani. Wywieszane prośby o "nie śmiecenie na korytarzu" nie przynoszą efektu. Są złośliwi, bo w styczniu umorzono złożone przez nich postępowanie na policji o hałas w naszym mieszkaniu.

Podłość ludzka nie zna granic, zwłaszcza osób które nie dotknął problem zdrowotności, niepełnosprawności, finansowy, głodowy... Nasz problem - to gnębienie psychiczne na co nie może nic zrobić prawnik, spółdzielnia, chyba że policja jak zbierze dowody, jednak cała sytuacja nasiliła się w czasie koronawirusa.

W całej sprawie chodzi o święty spokój, spokojne życie na emeryturze z dziećmi niepełnosprawnymi, by budzić się we własnym mieszkaniu i nie czuć się osaczonym przez śmieci, kontrole, donosy, złość. Inny sąsiedzi są za nami, niestety tylko Państwo spod nr 14 nie.. i problem toczy się dalej od roku.

Jest problem, nasze uczucia i siła powoli znika, mówi się o tolerancji dla niepełnosprawnych ; NIE OCENIAJ - ZROZUM, mówi się o nieprzerywaniu, ciąży, mówi się o siłowniach dla niepełnosprawnych, o zasiłkach...
PYTAM SIĘ PO CO?
- jeżeli my obywatele nie umiemy żyć z osobami niepełnosprawnymi;
- jeśli nie szanuje się rodziców wzorowo i z poświęceniem wychowujących dzieci niepełnosprawne;
- nie ma dla dzieci niepełnosprawnych wystarczających środków na rehabilitacje, na wizytę u specjalisty/ okulisty czeka się 3 miesiące i więcej;
- jeżeli sąsiedzi cię dyskryminują i nie można tego zaprzestać?

Czasem w naszych czasach nie chodzi o zbiórki pieniędzy, ale o spokój i normalne życie "nienormalnych dzieci"...

Skomentuj (21) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 132 (160)

#86324

(PW) ·
| Do ulubionych
Dziś będzie o kurierach.

Moi rodzice mieszkają w dziczy. Dosłownie. Las, droga polna, najbliżsi sąsiedzi kilometr od domu, żadnej ważnej drogi dojazdowej między większymi miastami w okolicy nie ma. Spokój, cisza, brak samochodów, idealne miejsce dla mnie, niestety nie dla kurierów.

Rok temu przedłużałam umowę w sieci komórkowej, wybrałam komórkę, której nie było na stanie. Pani obiecała przesłać telefon kurierem. Jako adres dostawy podałam dom rodzinny, bo ze względu na święta, miałam być przez dłuższy czas tam obecna. Gdy nadszedł czas dostawy, zadzwonił do mnie kurier, który stwierdził, że to niby jego rejon, ale jego kolega mieszka po sąsiedzku więc przesyłkę przekazuje jemu. Kilka razy już tak robiliśmy, zawsze wszystko było OK. Tym razem czekałam, jednak paczki nie dostałam. Zadzwoniłam z powrotem do kuriera, z pytaniem czy mógłby podać mi numer kolegi, albo dowiedzieć się chociaż od niego jak stoi z dostawą. Niestety, kurier zareagował agresywnie, stwierdził, że nie może mi podać numeru i nie będzie dzwonił do kolegi, bo to nie jego sprawa, po czym się rozłączył.

Czekałam dalej na przesyłkę, monitorując informacje o paczce w internecie. W pewnym momencie pojawił się status "błędny adres". Zadzwoniłam na infolinię. Miła Pani powiedziała, że zaznaczyła że adres jest poprawny i powinnam tego samego dnia, najpóźniej następnego rano dostać przesyłkę. Takie rozwiązanie mi pasowało, bo miałam spędzić jeszcze 2 dni w domu, a 3 dnia z samego rana wyjechać.

Oczywiście przesyłka nie dotarła do mnie ani tego samego dnia, ani następnego. Ponownie zadzwoniłam na infolinię. Tym razem nie trafiłam na miłą panią, ponieważ gdy wytłumaczyłam sprawę pani od razu stwierdziła, że na pewno to ja źle podałam adres. Skoro dwa razy kurier zaznaczył, że adres jest błędny to znaczy, że jest. Podałam ponownie adres, który zgadzał się z tym na paczce. Pani chciała mnie przekonać, że na pewno coś pomieszałam, zły numer domu, brak numeru mieszkania (skoro to dom jednorodzinny to nie ma numeru mieszkania). W końcu przyznała, że nawet jeżeli już, to najszybciej następnego dnia bym mogła dostać przesyłkę, bo kurierzy już wyjechali z baz. Po czym zaznaczyła, że i tak mało prawdopodobne abym tą paczkę dostała na ten adres.

Zdenerwowałam się, pojechałam do miasta gdzie znajduje się baza na moją okolicę. 2 godziny drogi w dwie strony i byłam z powrotem.

Czemu mi się to teraz przypomniało?

Zamawiałam prezent dla mojej mamy na imieniny. Paczkę miała dostarczyć ta sama firma kurierska. Oczywiście co zobaczyłam w dniu kiedy miała być dostawa? Informację "Błędny adres".

Jedyne logiczne wyjaśnienie? W momencie gdy wpisze się adres domu w GPS i Mapy Google pokazuje się odosobniony dom, daleko od większych miast. Widocznie od razu widzą, że jest to dzicz i nie chcą jechać z jedną paczką kilku dodatkowych kilometrów.

kurierzy

Skomentuj Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 111 (121)

#86384

(PW) ·
| Do ulubionych
Wszyscy wiemy, jak jest. Zagrożenie. Epidemia. Koronawirus. Media nieustannie donoszą o kolejnych przypadkach zarażenia. Rząd wydaje coraz bardziej rygorystyczne zalecenia dla obywateli, żeby chociaż częściowo opóźnić szerzenie się epidemii. Wszyscy mówią tylko o jednym - o tym, jak jest i kiedy to się skończy.

W tym koronawirusowym szaleństwie chciałam zwrócić Waszą uwagę na dramatyczną sytuację setek tysięcy polskich przedsiębiorców. Na pewno dotarły już do Was informacje o tym, jak bardzo zagrożona jest nasza gospodarka, o całej tej tarczy antykryzysowej, zwolnieniach, niepewności, ale czy znacie blisko kogoś, kto powiedziałby Wam, jak jest naprawdę? No, to ja spróbuję opowiedzieć Wam, jak to wygląda z mojej perspektywy.

Jestem młodą kobietą, przedsiębiorcą. Od kilku lat prowadzę działalność kosmetyczną w centrum jednego z dużych polskich miast. Jakiś czas temu zdecydowałam się na wynajem większego lokalu i zatrudnienie kilku kosmetyczek. Inwestycja była duża. Władowałam w nią całe swoje oszczędności, a w pierwszych miesiącach wszystkie zyski inwestowałam dalej, żeby zapewnić sobie i pracownicom jak najlepsze warunki, a klientkom - jak najwyższy poziom usług i jak najszerszą ofertę. Inwestowałam w sprzęty, produkty, szkolenia. Wychodziłam z założenia, że uczciwym będzie (mimo że to nie jest standard w branży) zaproponowanie dziewczynom umów o pracę, bo sama pracowałam kiedyś na śmieciówkach i wiem, jakie to było dla mnie trudne, kiedy się rozchorowałam i dostawałam przez to niższą wypłatę. Pracowało nam się świetnie. Nasz salon cieszył się bardzo dobrą opinią, grafiki były pełne. Klientki chwaliły miejsce, jakość usług i atmosferę. Aż tu nagle... Pojawił się kochany koronawirus :)

1 kwietnia weszło rozporządzenie, zakazujące salonom kosmetycznym pracy. Totalnie się z nim zgadzam, sama zamknęłam salon już wcześniej. To wyjątkowa sytuacja i kroki zapobiegające szerzeniu się epidemii są jak najbardziej na miejscu, ale... No właśnie, musi być jakieś ale. Mianowicie - właściciele takich biznesów jak mój (a także całej branży hotelarskiej, turystycznej, gastronomicznej i tak dalej) z dnia na dzień zostali pozbawieni środków do życia. Mało tego - duża część popadła w długi! Czemu? Ano temu, że obroty są zerowe, a koszty - w większości przypadków - dalej są takie same albo ciutkę niższe. Niektóre miasta zwolniły przedsiębiorców z płacenia czynszów za lokale i to jest fantastyczna, realna pomoc. Niektórzy właściciele nieruchomości obniżyli czynsze. Większość jednak płaci nadal tyle samo (w przedziale od 1000 do nawet 10 000 zł, a są i droższe). Trzeba utrzymać zarówno lokal, jak i pracowników. Zatrudnienie na umowie o pracę na najniższej krajowej (2600 zł brutto) to koszt miesięczny dla pracodawcy 3 132,48 zł. Jeśli takich osób zatrudniamy na przykład 3, kosztują nas już ok. 9400 zł. Do tego koszt księgowości (u mnie w ostatnim czasie to były faktury na ok. 340 zł/m-c), ochrony, odbioru odpadów, systemu rezerwacji on-line, ubezpieczenia i masy innych rzeczy, których z reguły nie da się zawiesić, bo te firmy też mają swoje zobowiązania. Inwestycje zostały już poniesione - badania wstępne, szkolenia, wdrożenia. Planując zatrudnienie, bierzemy pod uwagę również zwolnienia lekarskie, płatne urlopy, koszty amortyzacji sprzętów. Wiele rzeczy musimy przewidzieć, ale nikt, kompletnie NIKT nie był w stanie przewidzieć takiej sytuacji, jaką mamy obecnie.

Gdyby w normalnym trybie pracy jedna z moich pracownic wylądowała na L4 i musiałabym jej za nie zapłacić, nie byłoby problemu. Często pracowałam w salonie po 10 godzin i dłużej, kiedy była taka potrzeba, mimo że miałam mnóstwo innych obowiązków poza osobistym wykonywaniem usług. Jeśli byłabym w tej chwili zmuszona tak pracować, żeby zapłacić komuś na zwolnieniu lekarskim, nie byłoby problemu. Brałam to pod uwagę, zatrudniając. Tylko że... Ja NIE MOGĘ pracować. Salon NIE MOŻE pracować. Nie przynosi ŻADNYCH ZYSKÓW. Co w takiej sytuacji...?

Jest oczywiście tarcza antykryzysowa, ale:
- pomoc nie należy się wszystkim (mi akurat przysługuje zwolnienie z ZUS-u i, być może, jednorazowa zapomoga w kwocie 2080 zł),
- dodzwonienie się do ZUS-u z jakimkolwiek pytaniem graniczy z cudem (wczoraj byłam 800 w kolejce),
- nawet jeśli w tej chwili złożymy wniosek, nie mamy pojęcia, kiedy dostaniemy ewentualna pomoc.

Realnie rzecz ujmując - póki co nie mamy nic (poza obietnicami). Tak, tak, moja mama też myślała, że to, co mówią w wiadomościach, działa i pomaga. Jeszcze nikomu nie pomogło ;)

Zakładam, że część z Was (która dotarła do tego miejsca mojego wywodu ;)) ma w głowie taki a nie inny obraz polskiego przedsiębiorcy. Mnie też jeszcze parę lat temu właściciel firmy kojarzył się z dużym brzuchem, drogim samochodem i brakiem empatii. Byłam zdania, że skoro biznes prosperuje i przynosi tysiące przychodu miesięcznie, to przedsiębiorca powinien być na tyle mądry, żeby te pieniądze sobie odłożyć i trzymać na czarną godzinę. W swoich poglądach szłam jeszcze dalej - skoro biznesy nie funkcjonują, powinno się je zamknąć. Tylko że rzeczywistość wygląda inaczej.

Większość biznesów ma naprawdę duże koszty. U niektórych to 5000, u innych 50 000 miesięcznie. W miarę wzrostu kosztów, zmieniają się również obroty, ale wcale nie jest powiedziane, że firma, której miesięczne przychody wynoszą 1 000 000, zarabia więcej, niż freelancer, który miesięcznie wystawia faktury na 10 000 zł. Może się tak zdarzyć, że obie te firmy zarobią dla swojego właściciela taką samą kwotę, bo prace się przeciągnęły/pracownicy poszli na L4/nie sprzyjała pogoda/klienci się wysypali/wstaw cokolwiek. Prowadzenie firmy to ogromne ryzyko, a dopiero teraz - w obliczu epidemii - widzimy, jak duże.

Znam wielu przedsiębiorców. Wszyscy (poza właścicielami e-sklepów) notują teraz olbrzymie straty. Sama mam miesięcznie ponad 10 000 zł kosztów i 3 pracownice na utrzymaniu (L4, za które płacę, bo na L4 wcześniej nie były). Podjęłam już decyzję o zamknięciu biznesu. Obowiązuje mnie 3-miesięczny okres wypowiedzenia umowy najmu lokalu, więc to następne 10 000 zł kosztów. Moje oszczędności skończyły się już w tamtym miesiącu. Próbuję sprzedać samochód, ale kto teraz go kupi? Producent maseczek? (Jeśli znacie jakiegoś, dajcie namiar ;))

Moja sytuacja nie jest jednak najgorsza. Znam dziewczyny, które zatrudniały po 10-20 osób, a ich czynsze za najem są kilka razy wyższe niż mój. Jak sobie radzić? Kredyty? A skąd mieć pewność, że za 2-3-4 miesiące wrócimy do normy i że kobiety dalej będą chciały korzystać z usług salonów kosmetycznych? To jednak dobro luksusowe i jeśli kryzys się pogłębi, może nie być ich na to stać.

Koronawirus jest piekielny, ale w takiej sytuacji równie piekielni okazują się (niestety) pracownicy. W momencie zagrożenia większość zaczyna myśleć wyłącznie o własnym tyłku, nie widząc dramatu pracodawców. Sypią się L4, oczekiwania, roszczenia. W Internecie pełno artykułów o prawach pracowniczych. A skąd na to wszystko brać pieniądze...? Nie brakuje też tekstów o tym, jak to pracodawcy nie wywiązali się ze swoich obowiązków, bo wysłali na przymusowy urlop albo na pracę zdalną, nie zapewniając odpowiedniego sprzętu czy czegoś tam. Ludzie, puknijcie się w głowę! Wasi pracodawcy stają na rzęsach, żeby utrzymać Wasze stanowiska pracy! Przydałaby się odrobina lojalności i zrozumienia. Weźcie pod uwagę, że przedsiębiorca to taki sam człowiek, jak Wy i nie wyczaruje nagle pieniędzy, skoro biznes nie prosperuje. Nie rozumiem, dlaczego w takiej chwili niektórzy uznają, że to, co im się należy, jest ważniejsze niż wszystko inne. Co ma zrobić przedsiębiorca? Wziąć kredyt na Wasze L4? Spróbujcie postawić się w sytuacji pracodawcy i zastanowić 2 razy, zanim zażądacie respektowania swoich praw. Jesteśmy w koszmarnej sytuacji. Wszyscy jedziemy na jednym wózku. Jeśli jesteście w stanie pomóc firmom, w których pracujecie - pomóżcie. Może Wasz szef potrzebuje pomocy w dystrybucji towarów z magazynu wśród Waszych znajomych, może zamiast L4 możecie dogadać się inaczej. Rozmawiajcie, pytajcie, angażujcie się. Nie pozwólcie, żeby epidemia uwydatniła najgorsze z cech Waszego charakteru.

W dniach 30-31.03.20 zamknięto i zawieszono 16 700 działalności w Polsce. To 16 700 dramatów ludzi, którzy są w większości w strasznej sytuacji finansowej. Każda z tych historii to tysiące wyrzeczeń, poświęceń, stresu i łez. Mnóstwo ludzi zostało bez pracy z dylematem, co robić dalej. Ja myślę o przebranżowieniu. Od 2 tygodni siedzę nad nowym tematem, który (mam nadzieję) za niedługo stanie się moim zawodem. Podchodzę do sprawy elastycznie i wiem, że sobie poradzę (chociaż chce mi się płakać na myśl o zamknięciu biznesu, w który włożyłam całe swoje serce). Zamknę działalność i pójdę na etat, jak tylko sytuacja się uspokoi. Jednocześnie wspominam czas, kiedy byłam pracownikiem na UoP i wiem, że nie zniosłabym teraz myśli o narażaniu kogoś na utrzymywanie mnie w imię "praw pracowniczych". Czy po epidemii podejście pracowników się zmieni...? Jak ta piekielna sytuacja wpłynie na nasz rynek pracy?

Było chaotycznie i z lekką goryczą, ale tak właśnie się czuję. Zostawiam Was z refleksją.

uslugi

Skomentuj (56) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 218 (234)

#86342

~Krzych ·
| Do ulubionych
Jestem kierowcą autobusu

Miałem wczoraj zmianę popołudniową. Z powodu epidemii, po godzinach szczytu woziłem praktycznie powietrze. Któryś z pasażerów zapomniał ze sobą zabrać reklamówki z jedzeniem. W środku z tego co pobieżnie spojrzałem, było w niej kilka bułek, kilka plastrów szynki, słoik ogórków konserwowych i śledzie w śmietanie. W związku z obecną sytuacją dostaliśmy zakaz przyjmowania jakichkolwiek rzeczy znalezionych, ani przenoszenia ich do kabiny. Więc ta torba jeździła ze mną od pętli do pętli.

Niedługo przed końcem zmiany zauważyłem siedzących na końcu autobusu dwóch bezdomnych. Gdy dojechałem do pętli zamiast ich zwyczajowo wygonić, powiedziałem o stojącej w przedniej części torbie.

Podziękowaniom z ich strony nie było końca. Byli tak szczęśliwi jak dziecko, które otrzymało prezent od św. Mikołaja. Wrócili na koniec i od razu wzięli się za konsumpcję.

Gdy skończyłem ostatni kurs, poszedłem sprawdzić czy nikt nie został na pojeździe. O ile bezdomnych już nie było to postanowili w podziękowaniu zostawić dla mnie niespodziankę.

Poza rozpakowanymi reklamówkami zastałem rozlany na podłodze słoik z do połowy wyjedzonymi ogórkami, oraz siedzenia z rozsmarowaną po śledziach śmietaną.

Tylko szkoda mi ekipy sprzątającej, która musiała potem to czyścić.

komunikacja_miejska

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 120 (132)

#86309

~chory ·
| Do ulubionych
Niewydolność służby zdrowia. Temat piekielny, obecny jeszcze przed pandemią. Ale cóż, jak ludzie mawiają, trzeba mieć zdrowie, żeby chorować.

Wszystko zaczęło się w wakacje. Krótkie bóle głowy, nic niepokojącego; przyzwyczaiłem się. Jednak cichy głosik w głowie mówił "jak się zbadasz to nic strasznego się nie stanie". Więc poszedłem do neurologa.

Pierwsza piekielność: kazał zrobić EEG, potem bez patrzenia na opis wyniku stwierdził, że jestem zdrowy. Na zająknięcie się, że bóle głowy dalej występują stwierdził, że APAP jest tani. Ok. No i tak się człowiek męczył od sierpnia do grudnia aż stwierdził, że czas wydać pieniądze na wizytę prywatną.

Rezonans głowy też prywatnie. No ale przynajmniej coś wyszło. Jakieś zmiany demielinizacyjne. No to czas na dalszą diagnostykę.

I tutaj dochodzimy do momentu niewydolności służby zdrowia. Wszystko działo się na przestrzeni od grudnia do lutego. Jestem umówiony na wizytę do lekarza chorób zakaźnych, na maj. Niestety, wizyta została odwołana, prywatnie też nie ma szans, bo wszystko odwołane. A choroba jakaś jest, tylko jeszcze mnie nie zdiagnozowali. Miałem termin do szpitala na badania, na czerwiec. Ale też nie wiadomo co i jak, zapewne też odwołają. Chciałem zbadać krew, też prywatnie, też nie można póki co. A choroba nie czeka. Zauważyłem u siebie już pewne objawy, które jasno wskazują na SM. Tylko choroba nie zaczeka, będzie postępować.

I niech nikt nie myśli, że ja mam pretensje do służby zdrowia, co to, to nie. Do ludzi w niej pracujących mam ogromny szacunek za to co robią teraz i co robili zanim wirus zawładnął salony. Mam żal do władzy, że woli dać 2 miliardy na propagandę zamiast na leczenie. Idealnie pokazali jak bardzo nie nadają się do rządzenia. Myślę, że w obecnej sytuacji te pieniądze to i tak by było mało. A ile jest osób o wiele bardziej potrzebujących ode mnie? Z nowotworami, chorobami immunologicznymi, czymkolwiek co wymaga natychmiastowej pomocy?

Ta sytuacja pokaże jak bardzo niewydolna jest nasza gospodarka i jak bardzo źle zarządzane były pieniądze Nas wszystkich.

Zdrowia Wam wszystkim życzę, bo trzeba mieć zdrowie, żeby chorować.

NFZ

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 122 (142)

#86310

(PW) ·
| Do ulubionych
Dziecka mojego nigdy nie wychowywałam w karnym posłuszeństwie, że na każde żądanie ma być w gotowości wykonywania poleceń, co nie znaczy, że na prośbę o pomoc, czy wykonanie czegoś zapiera się rękami i nogami. Wie, że ma prawo odmówić, jeżeli czynność mu nie pasuje, przełożyć w czasie, albo po prostu, jak to pełnoletni nastolatek - zbuntować się, bo tak. Jednak większość próśb o pomoc w domu jest rozpatrywana pozytywnie. Wyjątkiem jest praca na ogrodzie - nie znosi tego.

Mój tata mieszka w domu obok, niby osobno, ale mamy wspólny ogród, którym głównie zajmuje się on i mój mąż. Raczej nie jednocześnie, każdy robi to w czasie i na odcinku odpowiadającym jemu samemu. Współistniejemy tak od jakichś 18 lat, więc żadnych nowości.

Pod nieobecność moją i męża do naszego domu wpada dziadek z propozycją nie odrzucenia:
- Chodź, pozbierasz liście.
- Nie, teraz wyjątkowo mi się nie chce.
próbował jeszcze namawiać, nie prosił o pomoc, że jemu jest potrzebne wsparcie, bardziej namawiał po prostu do opuszczenia domu i przewietrzenia się. W końcu stwierdził, że daje 10 minut i wyszedł.
Po jakimś czasie przyszedł znów i gdy zobaczył swoje wnuczę w tym samym miejscu, w którym je zostawił, zaczął wykrzykiwać:
- nie chcę cię znać, nie odzywaj się do mnie, nie będę ci mówił dzień dobry - i znów wyszedł.
Po takiej zachęcie, wiadomo, że nikt nie zerwie się polecieć grabić liście, szczególnie w tak nastawionym towarzystwie, więc trzecie wejście skończyło trzaśnięciem przez dziadka w bezpieczniki prądu, niezbyt miłą wymianą zdań.

Taka zwykła scena z życia, ale dziadek obraził się. I na moją i mojego męża sugestię, że przeprosiny nie są tym, czego powinien oczekiwać, obraził się również na nas i oznajmił, że czeka na przeprosiny od nas wszystkich, bo został upokorzony.
Na próby załagodzenia konfliktu z najmłodszej strony, odpowiedział, że przeprosiny nie są szczere i ich nie przyjmie.
Właśnie mija miesiąc od awantury i nadal nie rozmawiamy.

dom rodzinny

Skomentuj (34) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 128 (148)

#86380

(PW) ·
| Do ulubionych
Wirus szaleje, a człowiek zdaje sobie sprawę, że ma zbyt wiele wolnego czasu i nie wie co ma ze sobą zrobić. Kilka dni temu, podczas porannej khmm... toalety, wpadłem na genialny pomysł jak produktywnie spędzić czas wolny i przy okazji trochę zarobić. Postanowiłem zostać korepetytorem informatyki (poziom matury rozszerzonej i egzaminu technicznego, a w przypadku programowania i baz danych nawet do poziomu magisterki) i matematyki (poziom matury podstawowej). Kilka godzin później już wiedziałem co zrobić żeby skarbówka się nie doczepiła i byłem gotowy do szukania wychowanków. Pokornie jednak postanowiłem przetestować swoją wiedzę. Wykonałem kilka udostępnionych matur z matematyki oraz informatyki i testów na technika informatyki, z wcześniejszych lat. Uśrednione wyniki na poziomie 95% upewniły mnie, że dam radę.

Znalazłem kilkanaście grup na facebook'u oraz kilka forów tematycznych i zostawiłem ogłoszenia. Pierwszego dnia miałem już 6 chętnych (1 matematyka, 2 informatyka w liceum, 2 informatyka w technikum i 1 programowanie na poziomie licencjatu). Umówiłem wszystkich, na krótką rozmowę na skype, aby dowiedzieć się czego dokładnie mam ich uczyć, ustalić stawkę za jedną lekcję i umówić się na pierwsze "spotkanie". Po tym etapie przygotowałem sobie wszystkie niezbędne programy, odnalazłem stary tablet graficzny, który kupiłem w porywie marzenia o byciu grafikiem (idealnie się sprawdzał na studiach do robienia notatek) i odświeżyłem sobie wymaganą wiedzę.

No i trafiła mi się piątka półgłówków. Serio, nie chcę nikogo obrazić i rozumiem, że pomocy korepetytorów szukają głównie osoby mające problemy z nauką, no ale... Sami ocenicie.

Może ktoś spostrzegawczy zauważył, że mówiłem na początku o 6 chętnych, a później o 5 półgłówkach. Trafiła mi się jedna perełka, w przypadku której piekielność jest trochę inna.

Chłopak 4 klasa technikum. Średnia 4.5, gdyby wziąć tylko przedmioty techniczne (poza programowaniem) średnia 6.0. Ocena z programowania 2 na szynach. Chłopak sam nie wie co robi źle. Na pierwszej lekcji pokazał mi programy, które pisał do szkoły i ich oceny. Na początku nie miałem pojęcia do czego mógł dowalić się nauczyciel. Kod nie był idealny, ale przewyższał on poziom ucznia technikum. A co najważniejsze zwracał prawidłowe wyniki i był w miarę dobrze zabezpieczony przed błędami (tylko w jednym z pięciu programów jakie mi pokazał znalazłem małą lukę). Powiedziałem mu, zgodnie z prawdą, że nie mam pojęcia dlaczego dostaje tak niskie oceny i zaproponowałem by zapytał o to nauczyciela.

Zadzwonił do mnie z odpowiedzią dzień później i wytłumaczenie zwaliło mnie z nóg. Jego nauczyciel stwierdził, że zmienne mogą mieć tylko postać kolejnych liter alfabetu... Tłumacząc osobom nieznającym programowania. Zmienna to taki pojemnik, w którym można przechować dowolną wartość. Łatwo to przyrównać do niewiadomych w matematyce. Zwykle na poziomie liceum w równaniach są dwie, trzy lub maksymalnie cztery niewiadome. Tak samo jest w programowaniu. W programach na poziomie technikum jest maksymalnie kilka zmiennych. Ale w normalnym programowaniu jest tych zmiennych od kilkuset do kilku tysięcy, w zależności od wielkości programu. Wyobrażanie sobie ogarnąć co się kryje pod niewiadomą x wiedząc, że niewiadome nazywasz kolejno od a? To niemożliwe... Nie lepiej przy takiej ilości niewiadomych nazwać je tak by nazwa odzwierciedlała zawartość jaką zawiera? Np. wysokosTrojkataTegoITego. Chłopaka odpytałem ze wszystkiego co mi przyszło akurat do głowy i upewniłem, że z taką wiedzą nie będzie miał problemów ani z maturą ani z egzaminem technicznym. Poza tym zaproponowałem mu naukę ponad program szkolny za przysłowiowe 5 złotych na piwo.

A teraz przejdźmy do półgłówków. Tutaj mam nadzieję będzie krócej.

1. Dziewczyna z trzeciej klasy liceum ma problem z równaniami. Zaczynam od równania z jedną niewiadomą: 2x - 10 = 10. Dziewczyna głupieje. Pytam się, więc ile jest 2 * 10 - 10, aby ją naprowadzić. Jej odpowiedź to 2, bo najpierw się odejmuje i dodaje, poza tym co to za pytanie jak mam ją uczyć jak mam znaleźć x, a nie jakieś przedszkole tu urządzam. Przy próbie wytłumaczenie kolejności wykonywania działań i tego, że podałem jej rozwiązanie na tacy, w kamerce pojawia się matka... W skrócie: Miałeś córce wytłumaczyć jak znaleźć x i y, a tu jest tylko x, a potem już w ogóle x nie ma i mówisz, że to rozwiązanie. I nie pouczaj mojej córki jak rozwiązywać zadania bo ona jest w LICEUM. ROZUMIESZ! LICEUM! Spoko :D

2. Osobników z liceum opiszę zbiorczo, bo identyczny przypadek. Oboje mieli problem z Office Access (taka pseudo baza danych dostarczana z pakietem Office, w większości szkół uczniowie mają do niej bezpłatny dostęp). W rozmowie wstępnej poprosiłem aby zainstalowali na swoich komputerach ten program, a jeśli szkoła go nie udostępnia, pobrali tymczasowo testową wersję (podałem link). Oboje odpadli na tym zadaniu, ale pewnie Fifę daliby radę scrackować...

3. Drugi rodzynek z technikum informatycznego. Miał problem z językiem binarnym. Okazało się, że nie ma pojęcia ile jest 2 do potęgi 0 oraz 2 do potęgi 1. Na pytanie ile jest 2 do potęgi 2 odpowiedział mi 8. Osobom nie wiedzącym czym jest system binarny, nie będę tłumaczył czym on jest bo zbyt długo by to zajęło, jednak wspomnę tylko tyle, że w tych obliczeniach znajomość potęgowania (i to tylko liczby 2), jest niestety wymagana. Czy to aż tak wiele?

4. No i nasz student. Na rozmowie wstępnej powiedział, że ma problem z pracą inżynierską, którą pisze w C++. Na pierwszej lekcji okazało się, że myślał, że napiszę ją za niego.

W drugiej turze trafiło mi się trzech w miarę ogarniętych uczniów i naprawdę dziwię się jak dobrze radzę sobie w roli nauczyciela :) Niestety pierwszy rzut to była tragedia. Poza pierwszym chłopakiem, którego ostatecznie postanowiłem uczyć rzeczy ponadprogramowych i to bezpłatnie. Mam nadzieje, że po egzaminach zgodzi się przyjąć pozycję juniora w mojej firmie :)

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 131 (143)

#86379

~Kierman454 ·
| Do ulubionych
Jestem kierowcą autobusu.
1 kwietnia wprowadzono ostrzejsze zasady dotyczące walki z koronawirusem. Jedna z nich dotyczyła zakazu zgromadzeń. Dla opornych nieprzestrzegających zasad przewidziano kary nawet do 30 tysięcy zł.

Wiele osób posłuchało apeli i pozostało w domach. Ja niestety nie mogłem. Ktoś musi do pracy dowieźć tych, co tak jak ja nie mogą pracować zdalnie.

Podczas postoju na pętli zauważyłem siedzących pod wiatą czterech obywateli świata zwanych inaczej żulami. Panowie nie dość, że łamali przepisy dotyczące kwarantanny, to jeszcze ostentacyjnie popijali sobie piwo.

Nie chciałem osobiście narażać się na kontakt, więc wyjąłem telefon i zadzwoniłem po straż miejską, opisując całą sytuację. Miła pani po drugiej stronie słuchawki poinformowała mnie, że zaraz wyśle załogę.

Wykonałem kurs od pętli do pętli. Zajęło mi to prawie 1,5h. Żule jak siedzieli wcześniej, tak siedzieli nadal. Tylko już nie czterech lecz pięciu. W pewnym momencie najwyraźniej skończył im się alkohol, bo przez nikogo niepokojeni wsiedli całą gromadą do autobusu stojącego przede mną, i odjechali w poszukiwaniu dalszych przygód.

komunikacja_miejska

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 112 (118)

#86377

(PW) ·
| Do ulubionych
Właśnie współlokatorka opowiedziała mi co się stało gdy jej dziewczyna wyszła z domu do sklepu.

Jakiś kretyn bo inaczej tego nazwać nie można jeździ po okolicy w samochodzie i pluje na ludzi przez otwarte okno.

Z ciekawości poszukałem trochę informacji na ten temat. Okazuje się, że ludzie plują na krzesła w tramwajach lub nawet kaszlą bezpośrednio na ludzi w komunikacji.

Nie ma to jak terroryzm podczas pandemii. Dla uściślenia to nie Polska. To UK. Tutaj brak jakiejkolwiek wyobraźni to norma.

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 104 (116)

#86376

(PW) ·
| Do ulubionych
Krótka historia o roszczeniowości pracowników w dobie kryzysu.

Pracuję w dużym korpo. Skomputeryzowanym. Ponad połowa pracowników od zawsze wyposażona z laptopy, wiele osób z uprawnieniami do okazjonalnej pracy z domu, pracownicy "słuchawkowi" obowiązkowo w biurze, bez możliwości brania sprzętu do domu.

I tu pojawia się COVID-19. Firma w mniej niż miesiąc implementuje rozwiązania software'owe umożliwiające wysłanie "słuchawkowych" do domu, wydaje dodatkowe monitory dla tych, którzy już mieli laptopy, generalnie w momencie, w którym rząd sugeruje telepracę, my jesteśmy już w 60% implementacji, do połowy kolejnego tygodnia praktycznie cała firma siedzi w domu.

No i tu zaczyna się marudzenie.

- Ale mnie się źle pracuje z domu, tu mi dzieci krzyczą!
- No dobrze, mam laptopa i ekran, ale skoro nie mam biurka i wygodnego krzesła, to czy można powiedzieć, że firma zapewniła mi godne stanowisko do pracy?
- No przecież firma nie może oczekiwać ode mnie takiego samego poziomu wydajności, co w biurze..

Większość tego typu tekstów została ucięta bardzo krótko - praca z domu jest ZALECENIEM, nie obowiązkiem. Jak komuś się nie podoba, to może przyjechać do biura, jest otwarte. Co nie zmienia faktu, że nasza firma ogarnęła sprawę modelowo, nadszarpnęliśmy dla pracowników finanse i łańcuchy dostaw (bo był potrzebny dodatkowy sprzęt), a każdy widzi tylko koniuszek własnego nosa i odrobinę ograniczoną wygodę, bo zamiast fotela za 1000 zł siedzi na krześle w kuchni...

pracownicy

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 131 (141)

Podziel się najśmieszniejszymi historiami na
ANONIMOWE.PL

Piekielni