Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

 

#85913

~nbbvvbb ·
| Do ulubionych
Przypomniała mi się taka historia z januszexu.

Po powrocie z emigracji pracowałem w magazynie i szukałem czegoś lepszego. Był to rok 2014, robota gówniana, ludzi traktowali jak śmieci. Nie było nawet ogrzewania, a zimą temperatura w środku była niższa niż na zewnątrz, aż zamarzł towar i to nie napoje, tylko chemia gospodarcza. Płaca też poniżej ludzkiej godności.

Teoretycznie praca 8 godzin, od poniedziałku do piątku. Praktycznie zostawało się po godzinach, bo stawka godzinowa tak niska, że pracując normalnie by się zarobiło niewiele. Oprócz tego zmuszali do przychodzenia w soboty i niedziele, co nie każdy chciał.

Pewnego razu, zimą właśnie, przed świętami, dyrektor zebrał wszystkich pracowników i zaczął pełne żalu i wyrzutów przemówienie, że nie chcemy zapierdzielać w weekendy i że on tego nie rozumie:
- Jak trzeba przyjść w niedzielę, to ja przychodzę!
Powiedział człowiek, który siedzi kilka godzin (8 nigdy nie siedział) w ciepłym biurze i zarabia lekko 10k miesięcznie do ludzi, którzy robią po 10-12 godzin w ujemnej temperaturze za 1800 zł miesięcznie. Został wyśmiany.

praca

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 165 (181)

#85929

(PW) ·
| Do ulubionych
Ktoś pod jakąś niedawną historią o relacjach rodzice - dziecko napisał, że jak się słyszy o biednych, samotnych, opuszczonych staruszkach, to zawsze zastanawia się nad tym, jak to wygląda "z drugiej strony".
Uważam, że w większości przypadków mamy relacje z innymi takie, jakie sobie zbudowaliśmy. I zawsze dwie strony biorą udział w tym budowaniu.
Przykład z dalszej rodziny. Byli sobie Ciocia i Wujek (C i W, upraszczając, to naprawdę dalsza rodzina, ale nie ma sensu wdawać się szczegółowo w koligacje rodzinne). Nie osądzam, ale nie zaliczyłabym C i W do najlepszych rodziców.

Najstarszą córkę przez kilka pierwszych lat wychowywała jej babcia - matka C, C jej nawet nie odwiedzała, wzięła dziewczynkę do siebie jak miała jakieś 5 czy 6 lat. Gdy córka dorosła, była wielka kłótnia (podobno o to, że córka z mężem pożyczyli C i W jakąś sumę pieniędzy, choć im się też nie przelewało, i po roku czy dwóch, jak C i W wymieniali sobie samochód na nowszy, a oni budowali dom, zażądali spłaty. C i W podobno byli oburzeni, że "ale jak to, mają oddać?!"), po kłótni całkowite zerwanie kontaktu, po jakichś 10 latach kontakty wznowiono - na zasadzie odwiedziny na pół godziny raz na rok czy dwa lata.

Średnia córka na etapie liceum wyjechała z domu, zamieszkała w internacie. Utrzymywała się - z tego co wiem - głównie z jakichś stypendiów naukowych, na studiach łączyła pracę z nauką. Podejście C i W: oni nie będą płacić za jakieś fanaberie, zwłaszcza dla dziewczyny (fanaberie = nauka).

Syn został u C i W (duży dom, praktycznie dało się zrobić oddzielne wejście/mieszkanie). Jego żona nie miała prawa wstępu do części domu C i W. Wnuczka również bez pozwolenia nie mogła nawet wejść do kuchni C i W, żeby napić się wody. Z tego co wiem, syn z żoną pokrywali całość opłat za energię, gaz, opał na zimę - bo C i W uważali, że skoro oni już dom wybudowali, a syn i żona "przyszli na gotowe", to niech przynajmniej płacą.

Jednak przyszła starość, a starość - zwłaszcza u C i W - nie radość. C zachorowała przewlekle, W też. Wymagają opieki.

Cała rodzina dalsza hur dur na dzieci C i W, że jak to rodzicami się nie zajmą.
Pomysły są najróżniejsze.
Że najstarsza córka powinna ich wziąć do siebie, przecież w domu mieszka!
Że średnia powinna przyjechać z tej "stolycy" i się chorymi matką, ojcem zająć.
Że żona syna powinna zrezygnować z pracy i się opiekować obojgiem, przecież "w jednym domu mieszkają".

Na moją, luźną dość sugestię, że C i W pobierają emerytury, wydatków nie mają oprócz żywności i leków żadnych, więc reszta zapewne wystarczyłaby na opłacenie opiekunki, hur dur, że jak to, obcy ludzie mieliby się opiekować, a trójkę dzieci mają!

Mają, ale mają też z nimi takie relacje, jakie całe życie budowali - czyli praktycznie żadne.

rodzina opieka starość

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 277 (287)

#85916

(PW) ·
| Do ulubionych
Jestem programistą. Pół roku temu temu trafiłem do pewnej firmy z polecenia współpracownika, którego poznałem w jeszcze innej firmie. Pensja super, ale już po pierwszym większym projekcie wiem, że muszę spierdzielać stamtąd gdzie pieprz rośnie.

System, którym się zajmuję jest dość duży i wiekowy, jednak widać, że przeszedł po drodze kilka poważnych refaktoryzacji. W skrócie umiarkowane spaghetti, nie jest źle. Moim głównym zadaniem jest łatanie ewentualnych błędów i tworzenie importów danych. System zasilany jest danymi wykazywanymi przez kontrahentów najczęściej w postaci plików Excel. Największym problemem jest to, że podczas takiego importu muszę przetłumaczyć logikę danych zawartych w pliku, na logikę naszego systemu. Niestety logika wyjaśniana jest przez kontrahenta na spotkaniach z biznesem, na które nie jestem zapraszany. I tutaj pierwszy zgrzyt...

Zawsze po takim spotkaniu dostaję dwa maile. Pseudo podsumowanie i korespondencję z kontrahentem, co w większości daje mi jedno wielkie nic. No może prawie nic, bo zawsze staram się z tych wypocin wycisnąć jak najwięcej niezbędnych danych. Natomiast wydobycie jakichkolwiek informacji od biznesu to droga przez mękę. Na odpowiedź mailową muszę czekać nawet kilkanaście dni. Dlatego najczęściej latam po całym biurze i "irytuję" wszystkich moimi "zbędnymi" pytaniami. Czasami wydaję mi się, że w ich przeświadczeniu po pół roku pracy powinienem być specjalistą w dziedzinach, którymi zajmuje się wszystkie jedenaście działów i znać ich strategię jak amen w pacierzu. Najgorsze, że nie mogę nic z tym zrobić, bo dział IT nie ma kierownika, tylko podlegamy pod głównego managera i w hierarchii korpo jestem tylko zwykłym szaraczkiem i gdzie mi tam do wielkiego byznes majster kierownika... Co prawda główny majster już kilkukrotnie upominał biznes na operatywkach (na które swoją drogą również nie jestem zapraszany), że powinni dostarczyć nam wszelkich niezbędnych danych. Taka nagana działa przez trzy, cztery dni i wracamy do szarej rzeczywistości. A najgorsze jest to, że zwykle kilka dni po pierwszym imporcie wyszukują jakąś nieprawidłowość, która wynika z tego, że nie przekazali mi jakiegoś, wbrew pozorom, istotnego szczegółu. I kto wtedy musi naprawiać odprawiając istną fekalioplastykę na danych?

Pytacie o analityka biznesowego? A no był taki ktoś i zwolnił się jakieś dwa tygodnie po tym jak zacząłem pracę. Jako główny powód zwolnienia podał (i tutaj cytat): "Prościej wycisnę jakąkolwiek informację od ściany za tobą niż od biznesu". Miał chłop świętą rację... Ps. Nadal szukają.

Drugi zgrzyt. Czasami wydaje mi się, że spychologia stosowana to najbardziej popularny kierunek studiów kończony przez pracowników polskich korporacji. Jednak w tej firmie pracują chyba sami doktorzy rehabilitowani w tej dziedzinie. Poza tym pierwszy raz widzę sytuację, w której wszystkie działy zmówiły się przeciw jednemu, IT. I nie dziwiłbym się gdyby ten system działał jakoś tragicznie źle, no ale kur... nie. W trakcie mojej pracy zdarzyły się cztery błędy, które wynikały stricte z ułomności systemu i na dodatek były marginalne, dotyczące małych wyjątków, których ktoś nie przewidział (lub nie został o nich poinformowany przez biznes). Natomiast w większości wynikają z debilizmu użyszkodników... Zabrzmiałem trochę jak zły programista z wybujałym ego, ale oto przykład:

Kontrahent wysyła nam listownie pisma dotyczące różnych spraw, które są rozróżniane unikalną sygnaturą. Pisma zawierają kwotę, którą należy dobić na sprawę i co ważne może ona przyjąć trzy określone wartości (np. 50, 100, 150 zł). Jaka kwota zostanie wykazana jest zależne tylko i wyłącznie od kontrahenta, nie ma zasady. Kolega usiadł i w pełnej współpracy z osobą, która będzie odpowiedzialna za wprowadzanie tych danych stworzył formularz:

a) w którym należy w pierwszej kolejności wpisać unikalny numer, a jeśli jest błędny (nie ma takiej sprawy w systemie) wywala wielki czerwony komunikat "TAKA SPRAWA NIE ISTNIEJE, UPEWNIJ SIĘ, ŻE NUMER JEST PRAWIDŁOWY I WPROWADŹ KWOTĘ JESZCZE RAZ!"

b) należy wybrać z listy rozwijanej kwotę podaną w piśmie (przypominam: 50, 100, 150 zł), gdzie domyślna była wartość 50 zł (i to zgodnie z założeniami od osoby, z którą współpracował)

Po kilku miesiącach, gdy dział analiz w końcu zdołał stworzyć raport analizujący te w kwoty, wykrył, że wszystkie wprowadzone do systemu kwoty są równe 50 zł, a i kilkuset brakowało. Okazało się, że osoba odpowiedzialna za wprowadzanie danych za nic miała sobie wielki czerwony komunikat i nie wybierała kwoty z listy rozwijanej, bo myślała, że system sobie poradzi. Ostateczny werdykt biznesu to, źle zabezpieczony formularz przez IT, nasz pracownik nie jest niczemu winien. Na szczęście szefu nie jest debilem.

Prawda jest taka, że powyższe anegdotki powinny mnie skłonić do ucieczki w siną dal, ale nie jedno przeżyłem w polskich firmach i oceniam te historie jako zdatne do przeżycia (no i ta wypłata :D). Jednak dzisiejsza sytuacja sprawiła, że w przerwach od pisania tej historii aktualizuję CV. Od miesiąca w firmie wrzało jak w ulu rozjuszonych szerszeni. Oczywiście wiedzieli o tym wszyscy poza IT. Pojawił się kontrahent, który miał mocno specyficzne wymagania, ale proponował miliony monet. Umowa została podpisana, krótko przed wigilią i obsługa miała zacząć się pod koniec stycznia. Czas realny na wykonanie zadania gdybyśmy zostali o tym fakcie poinformowani w dniu podpisania umowy, a najlepiej wcześniej, bo pełna specyfikacja była już znana w październiku. Jak dowiedzieliśmy się o nowym kontrahencie? Przyszedł do nas szefu nad szefami i pyta jak nam idzie, bo w biznesie praca wre... A my świecimy oczami, bo nipanimaju.

Okazało się, że biznes stwierdził, że mają tyle pracy z nowym projektem, że nie mają czasu nas informować, tym bardziej, że zwykle wyrabialiśmy się z importem w około tydzień. Szkoda, że nie pomyśleli, że skoro w normalnych projektach muszą jedynie pamiętać, że jest nowy kontrahent i należy po prostu kliknąć w nową ikonkę w systemie przy obsłudze, a tutaj jednak muszą się troszkę pomęczyć to ile roboty musi mieć IT.

Miałem ochotę kogoś zabić, ale przełknąłem. Do końca stycznia zostało dużo czasu, zdążymy zrobić importer. Zanim zaczną się dziać na sprawach jakieś akcje wymagające użycia bardziej wymagających funkcji systemu minie kilka tygodni. W tym czasie damy radę ogarnąć resztę.

Dzisiaj przyszedł do nas główny manager i poinformował, że w operatywce (na którą ku... nadal nie jestem zapraszany) brał udział główny zarząd i biznes stwierdził, że są gotowi do obsługi nowego kontrahenta, na co zarząd rzekł to obsługujcie od poniedziałku, na co ja rzekłem i główny manager rzekł i dwie z sześciu osób z mojego zespołu rzekły a niech obsługują - i rzuciliśmy papierami.

Skomentuj (20) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 214 (232)

#85953

(PW) ·
| Do ulubionych
Dwie historie, ci sami bohaterowie, ale opowieść z dwóch różnych perspektyw. Jako tło akcji proszę wyobrazić sobie hermetycznie zamkniętą społeczność polskiej wsi.

Historia życia Marzeny wg JEJ SŁÓW: najmłodsza z piątki rodzeństwa, obarczona wadą wrodzoną. Od dziecka o kulach, powykręcane stawy i kręgosłup. Zawsze wyszydzana, nikt jej nie bronił, własne rodzeństwo robiło jej paskudne dowcipy, nikt się nie będzie nad niedorajdą litował. Wyszła za mąż bez miłości - jej ojciec dogadał się z jej przyszłym mężem na temat połączenia gospodarstw i majątku.

Małżonek to zły człowiek: bił, pił, kradł, ona nieszczęśliwa z małym synkiem. Kilka lat po zawarciu małżeństwa Marzena poznaje Stanisława - on ponad 20 lat starszy od niej, dwoje dorosłych dzieci, Marzena jest prawie w ich wieku. Stanisław też jest nieszczęśliwy w swoim małżeństwie - żona pijaczka, nierobotna, zła kobieta.

Marzenę i Stanisława połączył romans, po niedługim czasie owocuje "wpadką". Piątka rodzeństwa Marzeny oraz jej rodzice wyrzekają się, wyganiają z domu, palą jej odzież i osobiste rzeczy. Jej synek razem z mężem zostają na gospodarstwie, mężowi w sumie ta zdrada wisi bo ma syna, gospodarstwo, pieniądze i nową babę gdzieś na boku. Marzena nie zostaje ujęta w testamencie ani spadku ziemi i gospodarstwa, nie może widywać się z synem, ma zakaz powrotu na wieś bo "pobijemy kaleką dziwkę".

Tymczasem Stanisław zostawia żonę, jego dorosłe dzieci go nienawidzą bo zdradził ich matkę i będzie miał bękarta. Marzena i Stanisław zaczynają nowe życie - ubogie, ale z miłością. Po pierwszym synku pojawia się drugie dziecko - dziewczynka, budują wspólne gniazdo i tak już żyją razem dosyć długo - Marzena obecnie zaraz ma 50 lat, Stanisław jest po 70-tce. Dzieci z pierwszych małżeństw utrzymują z nimi stały, choć chłodny kontakt ograniczający się do wymuszonych życzeń na urodziny/Święta itp. Ani Marzena ani Stanisław nie zabiegają specjalnie o kontakt z rodzinami.

A teraz historia życia Marzeny wg jednej z JEJ SIÓSTR: najmłodsza z piątki rodzeństwa. Od dziecka o kulach, powykręcane stawy i kręgosłup. Rozpieszczona, chamska, zadzierająca nosa. Konfabulant, manipulator, pyszałek. Za byle dowcip, byle krzywe spojrzenie potrafiła mścić się na różne sposoby. Rodzice ją faworyzowali, zawsze jej wierzyli - bo najmniejsza, bo kaleka. Już jako nastolatka powtarzała rodzeństwu, że rodzice przepiszą jej całą ziemię, a ona ich wyrzuci z domu i nie podzieli się gospodarstwem z rodzeństwem. Z czasem rodzice Marzeny orientują się jaki gagatek z niej wyrasta, gospodarstwo i ziemia idą do podziału na całe rodzeństwo, ujęty w spadku zostaje również świeżo upieczony mąż Marzeny. Ona w małżeństwie nudzi się, szuka przygód i wrażeń pod sklepem, okrada Męża, nie zajmuje się synkiem. Na rodzinę spada wieść o zdradzie, o dziecku "wpadce".

Marzena oznajmia, że jej mąż ma się pakować, że w domu zamieszka jej nowy partner. Mąż się nie zgadza (syn, gospodarstwo, świeżo wybudowana własnymi rękoma chałupa, a ona chce tu z nowym gachem mieszkać?), więc Marzena mówi że odchodzi i w dupie ma syna, męża, gospodarstwo. Mąż mówi droga wolna, ale powrotu już tu nie masz. Rodzice Marzeny z żalu do córki zmieniają testament - to co ona miała dostać zostaje przepisane na jej porzuconego synka. Rodzeństwo przestaje mieć z nią kontakt, bo nie wiadomo gdzie mieszka.

Od małego wiedziałem, że jestem ukochanym przez rodziców dzieckiem. Wiedziałem, że gdzieś tam mam przyrodnie rodzeństwo - syna mamy i dzieci taty, ale oni nie chcieli mnie znać tak samo jak dziadkowie i wujostwo. Mama mówiła, że nazywali mnie bękartem. Od małego karmiła mnie opowieścią, że miała trudne życie, że jej kalectwo i miłość do mojego taty sprawiły, że nie mam kontaktu z dziadkami i wujostwem, że nie mam jakiejś tam ziemi i jakiegoś tam majątku. Że oni byli poszkodowani przez własne rodziny, dlatego z nikim się nie widujemy. Zarzekali się, że w sumie mogę liczyć tylko na moją siostrę, z którą mam wspólną mamę Marzenę i tatę Stanisława, a na syna mamy i dzieci taty nie mam co liczyć.

Z wiekiem uświadomiłem sobie, że rośnie we mnie nienawiść do ludzi, którzy skrzywdzili, wygnali moją mamę. Nie znałem ich, jej rodzeństwa, dziadków, swojego rodzeństwa, ale i tak ich nienawidziłem. Dopiero po dwudziestu paru latach udało mi się usłyszeć historię z drugiej perspektywy, od ciotki, jednej z sióstr mamy. Zrozumiałem, że w życiu nic nie jest czarno-białe.

Zrozumiałem, że nie warto mieć złych myśli i karmić się złymi emocjami. Wybaczyłem wszystkim: wybaczyłem mamie, za to że podsycała we mnie gniew, który sama nosiła; wybaczyłem wujostwu, za to że nie chcieli mieć kontaktu z siostrą, która kalectwem usprawiedliwiała wszystkie swoje życiowe wybryki; wybaczyłem rodzeństwu przyrodniemu za to, że oni nie potrafią wybaczyć zdrady swojej mamy / swojego taty; w końcu wybaczyłem sobie - przestałem myśleć o sobie jako o bękarcie i zacząłem cieszyć się życiem.

Błędy mojej całej rodziny, ich cała chora historia nie są moim garbem. Ich nienawiść, żale, piekielne zachowania nie będą częścią mojej genealogii. Mam zostać za chwilę mężem i ojcem i ufam sobie, że będę dobrym mężem i ojcem, bo nie ciąży na mnie żadne piętno nieudanego dziecka, nieudanych rodziców.

wieś

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 157 (185)

#85923

(PW) ·
| Do ulubionych
Serdecznie chciałabym z tego miejsca pozdrowić pana kuriera, który pomimo najszczerszych chęci nie zastał nikogo w domu, w którym w tym czasie przebywały 4 osoby…

Było na tyle cicho, że usłyszałyśmy szmer wsadzanego pod drzwi awizo, niestety pukania szanownego pana już nam się usłyszeć nie udało. Żeby nie było tak standardowo, udało mi się jeszcze zobaczyć figurę oddalającego się pana przez dziurkę w drzwiach, więc w te pędy wybiegłam za jegomościem w ogromnej bluzie z dresu i kapciach w króliczki - udało mi się przykuć uwagę pana, ponieważ jak mnie tylko zobaczył to z lekka się przeraził, zwiał do samochodu z moją przesyłką pod pachą i w te pędy odjechał w sobie bliżej znanym kierunku (swoją drogą myślę iż można panu pogratulować jakiegoś nowo ustawionego rekordu na sprint na krótkim dystansie).

Ja wiem, że w stroju domowym to ze mnie Miss Polonia żadna, ale żeby aż tak?

kurierzy

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 140 (166)

#85936

(PW) ·
| Do ulubionych
Jako że wczorajsza historia o pracy w IP dobrze się przyjęła, serwuję kolejną. Na pewno nie wszyscy czytali, więc przekleję istotne wprowadzenie (słowo w słowo, kto przeczytał, może pominąć).

Tytułem wstępu kilka zdań o okolicznościach (może rozwlekłych jak na to, co chcę teraz opisać, ale to raczej pierwsza historia z wielu). Jestem lekarzem. Zdarza mi się dyżurować w Izbie Przyjęć powiatowego szpitala, przy czym część pacjentów jest "szpitalna" (a to dostał zawału, a to zarobił w zęby i wymaga szycia i RTG, żeby zobaczyć, czy nie połamał nosa albo i zatok), część przychodzi jako NiŚPL (Nocna i Świąteczna Pomoc Lekarska), bo np. mamy sobotni wieczór, a jego boli gardło i gorączkuje do 40 stopni - a więc taki rodzinny po godzinach. Na jedne i drugie przypadki jeden lekarz.

Pacjenci czekają na badanie na korytarzu, nagłe przypadki wchodzą na „wewnętrzny” korytarz, w którym stoją biurka moje i pielęgniarek, są dwa pokoje badań/leżenia w ramach obserwacji - po badaniu decyduję, kto może wrócić na korytarz i tam czekać na wypis, kto wymaga leżenia w którymś z pokojów, kogo chcę poobserwować, ale może siedzieć, dla tego jest wewnętrzny korytarz.

Nie tak daleko (mniej niż godzina drogi) jest duży szpital w Większym Mieście, wielospecjalistyczny, z SOR-em "z prawdziwego zdarzenia" (specjalista medycyny ratunkowej, kilkanaście łóżek - u nas dwa; konsultacje rozlicznych specjalistów, w tym np. neurochirurg czy chirurg dziecięcy - u nas internista, ginekolog, pediatra, anestezjolog i chirurg ogólny; liczny personel, w tym dwóch lekarzy i kilku ratowników - u nas ja i dwie/trzy pielęgniarki; radiolog - u nas zdjęcie do oceny przeze mnie, gdzie wiadomo, bez wykształcenia kierunkowego jest szansa, że coś nietypowego przeoczę, a na wyniki TK czekamy ok. 3 godzin, bo obraz leci do innego miasta do oceny tam).

W szpitalu w WM działa prężnie system triage, polegający z grubsza na tym, że o kolejności przyjęcia decyduje stan pacjenta, a nie „o której przyszedł”, a więc gdy ktoś przyjdzie z katarkiem, jest całkiem realna szansa, że posiedzi sobie z 6-8 godzin, zanim lekarz znajdzie dla niego czas. U nas triage nie ma, przynajmniej oficjalnie, bo nieoficjalnie staram się na bieżąco monitorować, kto z czym się rejestruje, by wyłapać tych, którzy potrzebują pomocy pilniej. Ok, to tyle, jeśli idzie o wstęp.

I teraz właściwa historia.

Przyjeżdża pan z córeczką lat bodaj 11 (w każdym razie poniżej 12 – więc część leków odpada). Bo córeczka złamała sobie rękę. Dziewczyny zbierają podstawowy wywiad przy rejestracji, ja akurat obok nich wypisuję innego pacjenta, więc słyszę.

- Co się stało?
- Córka chyba złamała rękę.
- W jaki sposób?
- Grali mecz w Większym Mieście w halówkę, potknęła się, no i chyba złamanie, tam byli ratownicy, to unieruchomili jej, no i przyjeżdżamy.
- Dlaczego tutaj? Przecież w WM jest duży szpital.
- Ale tutaj się krócej czeka.

Mnie się ciśnienie podnosi, bo jestem akurat między potencjalnym zawałem, zapaleniem płuc i udarem i tęsknie myślę o drugim lekarzu. Zerkam tylko na unieruchomienie – faktycznie chyba ratownicy, bo założone profesjonalnie. Pytam dziecko, czy boli, nie aż tak bardzo, zresztą już coś dostała od tamtych ratowników, więc nie podaję żadnych leków, odsyłam na korytarz. Zlecam RTG.

Godzinę później mama (dojechała w międzyczasie) dopytuje się, czy pamiętam o jej dziecku. Owszem, pamiętam, ale musi czekać na swoją kolej, to nie jest stan zagrożenia życia. Ale to JEST DZIECKO. Powtarzam mamie, że DZIECKO (w myślach dodaję za Solejukową z Rancza „toż przecie widzę, że nie jeleń”) ma czekać na swoją kolej. Ale ono cierpi. No ma może złamaną rękę (wynik RTG - w sensie samo zdjęcie do oceny przeze mnie - już jest, ale jeszcze go nie widziałam), to może i cierpi, ale dostało od ratowników środki przeciwbólowe, nie można tego co godzinę serwować, bo właśnie to jest dziecko, dawki maksymalne są niższe niż u dorosłych, a i rodzajów nie tak wiele. Mama z fochem wraca na korytarz.

Pół godziny później (wiwat, pani nie ma zawału! ból ustąpił, EKG nadal bez typowych dla zawału zmian, enzymy sercowe we krwi prawidłowe, będziemy wypisywać) tym razem tata pyta, ile jeszcze będą czekać. Siląc się na uprzejmy uśmiech, odpowiadam, że skoro przyjechali z WM, bo tutaj czas oczekiwania jest krótszy, to niech jeszcze wytrzymają, bo i tak nie czekają tyle, ile potrafi się czekać w WM. Tata mówi, że to jest skandal, żeby DZIECKO tyle czekało i wychodzi.

Po chwili zapraszam dziecko (faktycznie, ma złamaną rękę). Wypisuję receptę, skierowanie do poradni chirurgicznej, by ktoś tam ocenił sprawę za kilka dni. Na „do widzenia” słyszę od rodziców, że skoro badanie dziecka i wypisanie mu papierów (karta informacyjna, recepta, skierowanie) zajęło 10 minut, to czy naprawdę nie mogłam go przyjąć wcześniej? Na pytanie zwrotne, czy uważają, że są ważniejsi od innych pacjentów „na 10 minut” z choćby 40-stopniową gorączką i czy miałam może odpuścić sobie przyglądanie się EKG u potencjalnego zawałowca, nie dostałam odpowiedzi.

I od razu zaznaczę – ja nie neguję, że dziecko ze złamaną ręką może cierpieć i że to jest stan wymagający pojawienia się w szpitalu. Ale poważnie pojechać do szpitala w innym powiecie, mając jeden z dużo większą obsadą pod nosem i jeszcze taka postawa?

Skomentuj (35) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 202 (212)

#85893

(PW) ·
| Do ulubionych
W moim poprzednim miejscu pracy panował zwyczaj zrzucania się na prezenty dla pracowników na konkretne okazje - głównie na narodziny nowego potomstwa lub odejście z firmy (o ile było one planowane). Kiedy dołączyłam do ekipy, w krótkim czasie odbywały się zrzutki dla trzech pracowników, których nie znałam, wzięłam w nich jednak udział. Przecież te dziesięć złotych tu czy tam mnie nie zbawi.

I tak się to toczyło, ktoś odchodził, ktoś się rozmnażał, aż w końcu przyszedł czas i na mnie. Dostałam lepszą ofertę, czas wypowiedzenia dwa tygodnie. Muszę przyznać że z pewną niecierpliwością czekałam na ten dzień, w końcu kto nie lubi dostawać upominków. ;) Nadszedł ten dzień, koniec dnia pracy, żegnam się ze wszystkimi, dziękując za wspólny czas i jest! Zostaje wręczone mi pudło. Ciężkie. Zaglądam, a tam... Karton mleka.

Mleka, które dostaliśmy za darmo od jednego z klientów, mleka, które od tygodni stało w kuchni i mogliśmy z niego korzystać aż do przepicia. Nawet nie czekolada za 3zł, nawet nie głupia różyczka z kwiaciarni obok. Karton. Mleka. Z kuchni. Szczerze? Miałam ochotę zostawić to na biurku i wyjść, postanowiłam jednak rozdać to w jadłodzielni potrzebującym.

Nie zrozumcie mnie źle - gdyby był to zabawny dowcip, nawiązanie do śmiesznej anegdotki, gdyby ktoś poszedł do sklepu i kupił mi to mleko, nie miałabym nic przeciwko, jednak był to zwyczajnie niechciany towar, który i tak mogłam sobie wziąć, jako że mieliśmy tego nadmiar. Jak głupia przebębniłam z pewnością ponad stówę na zrzutki dla osób, których często nie znałam, nie wchodziłam w konflikty, socjalizowałam się i brałam udział w codziennym i popracowym życiu firmy, a oni nie mogli się zdobyć nawet na głupią czekoladę.

marketing

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 207 (219)

#85873

~Zycienakredycie ·
| Do ulubionych
Młodzi jesteśmy, rodzina z dwójką dzieci. Przez lata mieszkaliśmy z rodziną męża, ale to nie jest dobre rozwiązanie dla rodziny, więc kupiliśmy mieszkanie w bloku. Na kilka rzutów, bo bywaliśmy tam i oglądaliśmy nie raz, wydawało nam się, że jest dobrze. Oczywiście do remontu, więc cena też była w miarę atrakcyjna - ale to, co ujrzeliśmy po kupnie, przeszło nasze najśmielsze oczekiwania.
Postanowiliśmy spędzić Sylwestra na swoim, dzieci zostawiliśmy z babciami i jeden wieczór luzu.

1. Potworny smród sików. To było straszne. W dużym pokoju taki smród, że można było się udusić.

2. Brud. Wszechobecny brud, syf i nie mam pojęcia, jak poprzedni "właściciele" tam mieszkali z malutkim dzieckiem. Nie jestem pedantką i też czasem nie zdążę uprzątnąć na błysk, ale to było coś strasznego. W kranie chlew, brudne naczynia. Wszystkie półki, meble tak usyfione, jakby nigdy nie widziały ścierki.

3. W łazience dramat. Wieczorem wypełzła taka ilość rybików, jakiej nigdy jeszcze na oczy nie widziałam. Były wszędzie...

4. W komodzie pod umywalką w łazience również syf. Ciekawostka, czym maluje się młoda dziewczyna? Pędzel do makijażu, żyletki, chusteczki higieniczne i na to dwie warstwy włosów, nie chcę wiedzieć, jakiego pochodzenia, nota bene w prysznicu to samo.

5. Zostawili materac. Spleśniały i śmierdzący.

6. Co do drzwi w domu. Wiecie, po co są? Bo oni chyba nie wiedzieli. Dziury od pięści w obu łazienkach.

No i smaczek w trakcie remontu już. Po zerwaniu paneli w dużym pokoju ukazała się wielka plama do połowy pokoju sików. Plama na linoleum. I pod linoleum, i pod kolejnym linoleum. Od sąsiadki dowiedzieliśmy się, co to za ludzie byli...

Co do komentarzy w stylu czy nie widzieliśmy tego przed kupnem. Nie. Mieszkanie było wywietrzone i z wierzchu ogarnięte, dziury w drzwiach były, to prawda, ale cena też była ok jak na to, co widzieliśmy.

Nie chcę wywołać gównoburzy, pragnę uświadomić, jakimi brudasami są ludzie. To przeszło moje pojęcie.

Kupionemieszkanie

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 93 (147)

#85958

(PW) ·
| Do ulubionych
W mojej gminie podrożał wywóz śmieci. O 100%. Ale to mała piekielność. Jednocześnie z podwyżką zniknęła z harmonogramu pozycja "wywóz gabarytów", który był raz w roku. Odbywało się to tak, że jechał samochód i zbierał wystawione graty - pralki, meblościanki, materace i różne inne szpeje, które zalegały w domu.

W zamian (podobno) w każdą sobotę będzie można ten gabaryt wywieźć w oznaczone miejsce i oddać. Podobno zmiana mniej kosztowna niż ten jeden przejazd. Punkt zbiórki jest jeden na całą rozległą gminę. Piszę "podobno", bo takiej informacji nie ma nigdzie oficjalnie podanej.

Cóż, do punktu zbiórki mam jakieś 20 km, a nie mieszkam na obrzeżach gminy. Żeby wywieźć jakiegoś grata, muszę zapłacić przyjazd transportu do mnie załadunek, transport do punktu zbiórki i wyładunek. Ja zapłacę. Ale nie zrobi tego każdy i znowu w lesie będą "kwitły" stare kible, umywalki, pralki i kanapy. A tak fajnie czysto w lesie się zrobiło...

Wywóz śmieci

Skomentuj (19) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 133 (141)

#85931

(PW) ·
| Do ulubionych
Przy ograniczonej widoczności normalny kierowca redukuje prędkość, debil za kierownicą nic sobie nie robi z warunków panujących wokół.

Wczorajszy wyjazd do wypadku. Noc, gęsta mgła, widoczność na ok. 30 m. Pan nie zauważył zbliżającego się auta i wymusił pierwszeństwo. Po dojeździe na miejsce (byliśmy na zabezpieczeniu rejonu) rozstawiamy się zgodnie z procedurą(auto na skos, dojazd dla karetki).

Auto cały czas stoi na "błyskach", ja zaś wchodzę na dach w celu rozstawienia masztu oświetleniowego. W momencie gdy ustawiam odpowiednio najaśnice, słyszę pisk hamowania. Zdążyłem się tylko chwycić masztu, gdy w nasze auto uderzyło audi z czterema młodymi chłopakami w środku.

I tak nam przybywa poszkodowanych na wypadku drogowym.

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 214 (220)

Podziel się najśmieszniejszymi historiami na
ANONIMOWE.PL

Piekielni