Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

 

#85630

~leszcz ·
| Do ulubionych
O skrajnie niebezpiecznym kryciu współpracowników.

Jestem na studiach. Ćwiczenia z jednego przedmiotu prowadzi... no, najprawdopodobniej alkoholik. I to nie byle jakiego kalibru. Podczas zajęć, które trwają około 3 godzin zegarowych, wychodzi z sali 3-4 razy, prawdopodobnie po to, żeby pociągnąć z flaszki. Ma problem z utrzymaniem równowagi, wyraźnym mówieniem, otwarciem torby na laptopa, połączeniem go do rzutnika, uruchomieniem prezentacji. Potrafi przysnąć na kilka minut. Kolokwiów nie robi, czasem kogoś zapyta, ale z tematu zupełnie niepowiązanego z tym obecnie przerabianym. Wiem od koleżanki z roku wyżej, że ten problem jest z nim od dawna. Rok temu jeszcze się w miarę ogarniał, ale z biegiem czasu staczał się coraz bardziej. Pół biedy, że ćwiczenia te są czysto teoretyczne, nie brakuje u mnie na kierunku zajęć laboratoryjnych, gdzie stanowiłby bezpośrednie zagrożenie.

Nie zliczę, ile już odbyliśmy wycieczek do adiunkta dydaktycznego katedry, prodziekana i prorektora do spraw studentów. Wszędzie otrzymywaliśmy tę samą odpowiedź: Porozmawiamy z nim. Jeździ do pracy i z pracy samochodem, wezwaliśmy nawet policję, żeby przebadała go alkomatem (jesteśmy jego ostatnią grupą tego dnia) - chyba nie przyjechali. Rozważamy kontakt z jakimiś mediami, żeby wysłali kogoś młodo wyglądającego, żeby nagrał materiał - jest spora szansa, że nie zauważy innego studenta, w razie czego powszechną praktyką jest odrabianie zajęć z inną grupą.

Opadają nam nie tylko ręce, ale wszystko, co tylko może. Facet naraża życie swoje i innych, nie wywiązuje się z obowiązków zawodowych, a inni go kryją. Nie chcą kłopotów? Nie chce im się? Ma znajomości? Nie wiem. Mam nadzieję, że będzie ogarnięty, zanim stanie się tragedia.

studia alkoholik

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 99 (109)

#85623

(PW) ·
| Do ulubionych
Według Dantego Alighieri piekło ma 9 kręgów, ale obserwując tutejsze historie można powiedzieć, że jest ich o wiele więcej. Tacy na przykład piekielni szefowie, zasługują na całe oddzielne piętro.

Mój szef, starszy Irlandczyk, jest człowiekiem, którego nie potrafię zrozumieć. W jednej chwili zachowuje się jak dobry ojciec, który stara się naprowadzić swoje dzieci na właściwą drogę i czegoś nauczyć, a w następnej jest upierdliwy i z pretensjami, że czegoś jeszcze nie ogarniamy.
Nasz sklep zajmujący się sprzedażą balonów i dekoracji na przyjęcia jest dość rozbudowany. Sprzedajemy na Amazonie, EBay oraz naszej stronie internetowej co sprawia, że mamy bardzo napięty grafik.

Piekielność No.1: Ale dlaczego to jeszcze nie jest zrobione?

Jak w każdym sklepie trzeba dzielić sprawy na pilne i takie, które mogą poczekać. Pierwszeństwo zawsze mają zamówienia, a potem w wolnej chwili zajmujemy się aktualizacjami strony internetowej, a na samym końcu organizacją miejsca pracy. Niestety nasz szef ma w zwyczaju przyjść do nas i mimo, że robimy coś pilnego zlecić nam tuzin innych rzeczy, które zwyczajnie mogą chwilę poczekać. I teraz mamy dylemat: rzucić wszystko i robić jego polecenia, po czym narazić się na gniew pana szefa, dlaczego nasze standardowe obowiązki nie są zrobione, albo robić swoje, a jego polecenia nieco później i narazić się na gniew pana szefa, dlaczego jego polecenia nie ją jeszcze wykonane. W obu przypadkach efekt jest ten sam. Staram się z tym walczyć mówiąc, że muszę skończyć najpierw coś innego, ale jestem w tym osamotniona. Współpracownicy wolą skulić uszy, a ja mam już dość.

Piekielność No.1A: Ale dlaczego to jeszcze nie jest zrobione? Ja tylko wam utrudniam pracę.

Mamy w sklepie stół. Duży. Pakujemy na nim zamówienia, albo jeśli jest duże, to tam odkładamy jego elementy. Niestety często nasz szef przynosi nam dostawę do naszego sklepu, otwiera pudło, wyrzuca połowę zawartości blokując nam blat, spojrzy na dwie paczki balonów, po czym pójdzie i zostawi, a my nie mamy czasu przeliczyć i roznieść dostawy, więc musimy sprzątnąć stół i wrzucić wszystko do pudła. Niestety często kolejność, w jakiej dostawca pakował pudło jest identyczna jak ta, która figuruje na fakturze. Po takiej akcji sprawdzenie wszystkiego zajmuje o wiele więcej czasu. I oczywiście pada stałe zdanie: Co? Ale dlaczego to jeszcze nie jest zrobione? Niestety na swoje błędy i nasze próby wyjaśnienia co się dzieje jest głuchy i ślepy.

Piekielność No.2: Ty to zrób.

Nie wiem czy to objaw lenistwa, czy coś innego, ale mój szef potrafi zadzwonić ze swojego biura na wewnętrzny telefon u nas w sklepie po to, żeby zmienić coś w opisie produktu. Ot, wypatrzył jakiś błąd, albo chce coś zmienić, na przykład cenę. Szef doskonale wie jak zrobić to samemu, ale nie. Lepiej zadzwonić do nas i dwie minuty tłumaczyć o co mu chodzi, a tłumaczy dość pokrętnie, zamiast samemu poklikać przez mniej niż 30 sekund. Oczywiście ta rzecz ma być wykonana od razu.

Piekielność No.3: Nie, trzeba to wszystko zmienić.

W naszym sklepie mamy 6 wielkich regałów podzielonych na mniejsze półeczki, 64 na każdym regale. Składujemy tam worki z lateksowymi balonami, ale że mamy mało miejsca, to musimy nie raz upychać po dwa rozmiary z dwóch kolorów w jednej komórce. Kiedy powstała ta sekcja balony według zaleceń szefa zostały posortowane alfabetycznie. Każde miejsce trzeba było opatrzyć nalepką z kodem, rozmiarem, kolorem i producentem, a każdą z nich trzeba było przygotować samodzielnie.

Niestety po pół roku szef stwierdził, że JEMU jest niewygodnie (gdzie zamówienia robi rzadko) i wszystko trzeba przerobić. Stanęło na tym, że dalej będzie alfabetycznie, ale wszystkie odcienie na przykład różowego czy niebieskiego mają być koło siebie. Mamy na przykład kolor Wild Berry (dzika jagoda), który jest dość ciemnym różowym, ale nie ma być pod B ani pod W tylko pod P jak Pink, przy czym również w sekcji kolorów różowych ma być zachowany porządek alfabetyczny, czyli koniecznie ma być Pink, Berry, Rose. Teraz wyobraźcie sobie, że co pół roku musimy przekładać około 1000 różnych produktów i robić kolejne 1000 naklejek, bo szefowi jest niewygodnie. Całe szczęście udało się wyperswadować dziwaczny układ bez konkretnej logiki, gdzie podstawowe kolory znajdują się w środkowych rzędach, bo są bardziej popularne i w ten sposób będą łatwiejsze do zabrania. To akurat trochę rozumiem, bo byłyby w zasięgu ręki i nie trzeba skakać po drabinkach, ale byłoby to bardzo mylące.
Najciekawsze jest moment, kiedy my mamy jakiś pomysł co do organizacji, jemu się nie podoba, a za dwa tygodnie wyskakuje z tym samym pomysłem przypisując sobie jego autorstwo.

Piekielność No.4 Oni tak mają i tak ma być.

Czasami dyskusje są jak kopanie się z koniem. Szef miał okazję kilka razy być w magazynie jednego z naszych dostawców i usilnie stara się ich kopiować porównując nas z nimi: a bo oni mają więcej produktów, a pracowników tyle samo i idzie im to sprawniej, a bo oni mają wszystko w pudełkach, nawet pomysł z ułożeniem podstawowych kolorów w środkowych rzędach chciał wziąć od nich. O organizacji naszej strony internetowej już nie wspominając.

Piekielność No.5: Jak to nie pamiętasz?

W pracy żyjemy na szybkich obrotach, mamy swoje domy i rodziny, o których też musimy myśleć, więc można powiedzieć, że po wykonaniu zadania i wyjściu z pracy następuje w mózgu reset. W końcu dochodzi do momentu, gdzie u szefa następuje obraza majestatu, bo jak to nie pamiętamy czy wysłaliśmy jakąś rzecz 3 tygodnie temu do jednego z ponad 100 klientów. Tak się składa, że szef ma dokładny wgląd do zamówień złożonych na stronie i wystawionych faktur, gdzie również jest szczegółowa rozpiska co i w jakiej ilości było wysłane. No ale kto by poświęcił 5 minut na sprawdzenie. Lepiej zapytać pracownika. Który musi przerwać swoje obowiązki, żeby to zrobić. Dodam tylko, że kiedy my prosimy na przykład o zamówienie dla nas materiałów biurowych i to kilka razy, to zawsze jakoś zapomina.

Piekielność No.6: Dziękuję? A co to za słowo?

Kiedy mnie zatrudniał dostałam się na stanowisko asystenta sklepowego. Moim obowiązkiem była przede wszystkim sprzedaż i to co się z nią wiąże. W między czasie obowiązków doszło, co jest zrozumiałe, w końcu sklep się rozwija. Obecnie zajmuję się też przygotowywaniem dekoracji balonowych, jak bukiety z balonów dla prywatnych osób, ale też jako jedyna w sklepie robię za nauczyciela dla osób, które chcą taki biznes otworzyć. Moim zadaniem jest wyjaśnić im podstawy i pokazać jak przygotować najprostsze dekoracje. Oprócz tego tylko ja jestem w stanie obsługiwać maszynę, która wykrawa litery lub loga w winylu, które potem można nakleić na balonach i oczywiście to ja muszę tłumaczyć zainteresowanym jak to robić, mając nad sobą szefa, który próbuje dyskretnie mnie poganiać. W tym samym czasie moje standardowe obowiązki cierpią i zamiast dziękuję (w końcu nie mam takich obowiązków w umowie) słyszę tylko zdanie z punktu pierwszego: a dlaczego to jest jeszcze nie zrobione. Niestety brak zwykłego dziękuję, pojawia się również w następnym puncie.

Piekielność No.7: Halo, ja dzwonię.

Mam coś na kształt pamięci fotograficznej i jestem w stanie niemal idealnie podać lokalizację każdego produktu, ponieważ to głównie ja jestem zawsze oddelegowana do wszystkich zmian z punktu no.3. Na moje nieszczęście wiąże się to z telefonami po pracy, bo szef nie potrafi czegoś znaleźć, a w związku z tym następuje litania, jak to jemu niewygodnie, jak nic znaleźć nie można i trzeba poprzekładać, po czym po prostu się rozłącza.

Na początku grudnia zeszłego roku zdarzył mi się wypadek samochodowy. Pijany kierowca wyjechał mi na czołowe i mimo próby uniku skasował mi auto. Całą noc spędziłam w szpitalu nie mogąc się ruszyć (całe szczęście nic nie miałam połamanego, jedynie bardzo mocno nadwyrężyło mi to wszystkie mięśnie i inne tkanki dookoła kręgosłupa, miałam potłuczone kolana oraz posiniaczoną klatkę piersiową. Skutki tego odczuwam nadal, zwłaszcza kiedy muszę nosić ciężkie pakunki w pracy). Jako, że rankiem byłam nadal roztrzęsiona poprosiłam męża, aby poinformował szefa o moim wypadku i o tym, że na kilka tygodni co najmniej jestem wyłączona z życia. Mąż grzecznie przekazał, szef przyjął do wiadomości, po czym następnego dnia zadzwonił dopytując, kiedy wracam do pracy. I tak co parę dni przez cały grudzień, odpuścił dopiero po nowym roku, a żeby było ciekawiej nie dzwonił do mnie, tylko do mojego męża.

Chyba nadchodzi czas, żeby to rzucić mając na względzie własne zdrowie psychiczne. Może mam o sobie wysokie mniemanie, ale ciekawa jestem kto i jak szybko będzie w stanie ogarnąć to co robiłam, jeśli odejdę. W sumie nie jeśli, bardziej kiedy.

sklepy_internetowe

Skomentuj (3) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 91 (95)

#85603

~MojeZale ·
| Do ulubionych
Nie trawię mojej bratowej - toleruję ją tylko ze względu na brata i bratanków.

Dzieli nas 10 lat i to ja jestem starsza. Obie mamy dzieci: ona dwoje (chłopczyk lat 3, dziewczynka 1,5 roku,) ja syna lat 5.

Tydzień temu synek obchodził urodziny, a że brat jest chrzestnym Jasia, zaprosiłam ich na takie mini urodziny - nic specjalnego dla dzieci tort i soczek, a dla nas dodatkowo kawka.

No i przyjechali oczywiście spóźnieni ponad godzinę (mieszkamy w tym samym mieście tylko na dwóch jego końcach), gdyż biedna Kasia zmieniała swoją stylizację 3 razy, bo jej się z ubraniami dzieci "gryzły" - przeżyłam.

Krytykę kącika zabaw, tortu (bo sama upiekłam), napojów, zastawy, wystroju domu i wszystkiego co wpadło jej w oko - przeżyłam, zacisnęłam zęby i przeżyłam. Ale tego jak przy składaniu życzeń powiedziała mojemu dziecku, że ono nie ma urodzin tylko wydobyciny to mnie ..uj jasny na miejscu strzelił i w krótkich żołnierskich słowach kazałam jej "wyjść w podskokach i nie pokazywać mi się na oczy".

Powiecie, że jestem przewrażliwiona i to również mogłam przeżyć ale nie, nie mogłam.
Coś we mnie pękło...
Na każdym rodzinnym spotkaniu słucham jej przytyków w moją stronę:
* że moja ciąża to nie ciąża;
* że nie jestem prawdziwą matką;
* że cesarka to nie poród;
* że Jaś przez "to" jest "inny i nigdy nie będzie normalny";
* że prawdziwa matka karmi piersią;
* że prawdziwa kobieta rodzi naturalnie i nie ma tylko jednego dziecka.

A ja czuję się i jestem prawdziwą matką, i kocham swoje dziecko najbardziej na świecie - tak jak inne matki kochają swoje dzieci...
Tak, miałam cesarkę, ale tylko dlatego, że po prawie 20 godzinach znoszenia skurczy ktg pokazało, że z małym jest źle i jeśli mnie nie pokroją, to on tego nie przeżyje. Sama straciłam tyle krwi, że lekarze ledwo mnie odratowali. Ostatnie co pamiętam z sali operacyjnej to to, jak pielęgniarka podawała anestezjologowi moje ciśnienie 80/50, a potem tylko ciemność.

Kolejnego dziecka mieć już nie mogę mimo, że bardzo bym chciała, a ona doskonale o tym wie i za każdym razem perfidnie to wykorzystuje.

Urodziny ciąża cesarka

Skomentuj (40) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 126 (138)

#85593

~pracownicarestauracji ·
| Do ulubionych
Na wakacje tego roku, pierwszy raz zostałam w Polsce. Wcześniejsze spędzałam u sąsiadów z rejestracją "DE" i tam zarabiałam na studia. Niestety w tym roku musiałam zmienić plany, co wiązało się z tym, że podjęłam pracę w restauracji "U Grażynki i Janusza".

Janusza widziałam może raz albo dwa, gdy miał przywieźć towar w zastępstwie naszego dowoziciela. Za to Grażynka całe dnie spędzała w restauracji. Czy to dobrze, czy nie zależało od jej humoru. Czasem potrafiła zrobić pracownikowi kawę, a czasem go okrzyczeć, że wazon na stole krzywo stoi.

Ten wpis powstał głównie przez Grażynkę. Na początku wakacji informowałam ją, że studiuję zaocznie, więc od października do grudnia, nie będę mogła przychodzić w weekendy (było jeszcze to w trakcie rozmowy o pracę). Umowę podpisałyśmy na czas określony od lipca do końca roku właśnie.
Tak się złożyło, że pierwszy zjazd miałam dopiero w drugi weekend października, więc zgodziłam się przyjść na 1 weekend do pracy.

Zaznaczyłam, że to będzie pierwsza i ostatnia taka sytuacja. Jednak Grażynka zapamiętała sobie to inaczej.

W październiku wpisała mnie na jeszcze jedną sobotę, po czym przeprosiła "bo zapomniała". W listopadzie zobaczyłam, że jestem wpisana we wszystkie weekendy jakie są.
Poszłam wyjaśnić sprawę.

- Pani Grażynko, dlaczego jestem wpisana we wszystkie weekendy? Wie Pani, że mam studia i nie mogę przyjść.
- No tak, ale są dwa weekendy wolne od studiów, bo przecież zajęć na pewno nie macie 1 listopada i 9 i 10. Możesz więc przyjść.
- 1 listopada jest owszem wolny, ale weekend przed 11 mam zjazd.
- Pewnie kłamiesz.

I dalej rozmowa w podobnym tonie. Ja mówię, że nie mogę, ona twierdzi, że mogę (chyba dodatkowo pracuje w dziekanacie, że mi plan ustawia). Rozmowa skończyła się moim wyjściem i zerwaniem umowy, które wysłałam zaraz po dojściu do domu, ponieważ padł argument:

"Inne dziewczyny przychodzą w weekendy i ONA NIE BĘDZIE MNIE FAWORYZOWAŁA, bo co ona powie Paniom na kuchni, gdy nie będą chciały pracować w weekendy i święta i pozostałym kelnerkom, a to, że mam umowę zlecenie nie zwalnia mnie z obowiązku świadczenia pracy w godzinach przez nią wskazanych, więc albo pracuję jak reszta*, albo mogę w tej chwili wyjść".

* reszta pracuje na umowie o pracę, ma wpisany pełny etat. Ze mną jako studentką podpisała zlecenie, żeby mnie nie ubezpieczać.

restauracja

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 87 (97)

#85629

~brzoskwinia ·
| Do ulubionych
Może to ja jestem tu piekielna hipochondryczka, albo jednak po prostu czegoś nie rozumiem.

Posprzeczałam się ostatnio z mężem, który twierdzi, że robię z niego debila.
Próbowałam mu wyjaśnić moje racje, ale w gruncie rzeczy rozumiem też jego argumenty.

O co poszło?

Mąż wiele lat palił papierosy. Rzucił jakieś dwa lata temu. Od niemal roku wiemy o jego zespole metabolicznym. Leczymy. Reagujemy. Wiemy, że musimy z tym żyć, ale trzeba pilnować by coś gorszego nie wyszło.

Sama mam nieprzyjemne historie z lekarzami. Potrafili mnie miesiącami trzymać na oddziale dziecięcej ortopedii oczekując na "mięsne" łapówki. Kto pamięta lata 80-te, ten wie jak było.
Zaufania do nich więc nie mam.

Ostatnio mężowi wyrósł pod mostkiem guzek. Taki twardy, nieprzesuwający się, całkiem spory. Wcześniej go nie miał, a teraz ma. Zauważyłam miesiąc temu. Wystraszyłam się. Mojego męża nie jest łatwo namówić na wizytę lekarską, ale po kilku tygodniach mi się udało.

Dziś poszedł.
Wizyta trwała 2 minuty. 140 PLN w plecy. Diagnoza :wyrostek mieczykowaty. Lekarz męża wyśmiał.

Nie żałuję wydanych pieniędzy. Za święty spokój trzeba czasem też zapłacić.
Mąż jest jednak na mnie zły, bo go upokarzam.

Ja rozumiem, że lekarz przyjmuje setki pacjentów, że taki wyrostek nie robi na nim żadnego wrażenia, bo widział ich wiele. Nie ma jednak prawa, tym bardziej, że wizyta jest prywatna i nikomu kolejki od miesięcy nie zajmuje, z pacjenta się nabijać. Ma powiedzieć zwyczajnie: to wyrostek taki i taki, nic poważnego, proszę się nie przejmować, a nie stosować jakąś swoją dziwną punktację za powagę choroby. Pełna profeska dla tych co z rakiem, reszta to robaki zajmujące czas?

Oczywiście przed wizytą sprawdzałam w Google co to może być. Na grafice (bo samej mi się wydawało, że to może być ten wyrostek) wyskakiwały tylko grafiki szkieletu z zaznaczonym punktem, gdzie taki wyrostek jest. Zresztą, do jasnej ciasnej, ja nie jestem lekarzem, skąd mam wiedzieć co to jest, jak wygląda?

A potem jak pójdzie się z czymś naprawdę poważnym to się usłyszy: dlaczego Pan/Pani wcześniej nie przyszedł, nie przyszła?
Bałem się/bałam się, że Pan doktor mnie wyśmieje...

słuzba_zdrowia

Skomentuj (20) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 129 (143)

#85631

~decybel ·
| Do ulubionych
Historia w temacie zazdrości sprzed kilku lat.

Siedzimy na weselu kolegi, przy jednym stole paczka znajomych z osobami towarzyszącymi. Widzę, że ówczesna żona jednego z kolegów jest na niego zła. Siedzieli centralnie na przeciwko, więc zagaduję z uśmiechem:

- Ola, co się stało?
- Bo on się z tamta blondyną obcałowywał?
- Z którą?
- (tu Ola pokazała na puste krzesło obok mnie)
- Z Mileną?
- Tak!
Roześmiałem się.
- No daj spokój!

Otóż Milena to narzeczona naszego znajomego. Cmoknęli się z Darkiem na pożegnanie w policzek. Nie, nie odbyło się to gdzieś na uboczu, w cztery oczy, gdzie przypadkiem ktoś zobaczył. We czwórkę spotkali się na korytarzu i się pożegnali. Olce foch przeszedł gdzieś po 2 godzinach. 2 godziny wesela spieprzyła i sobie i Darkowi.

Kiedy indziej Darek opowiadał mi taką historię:
Zabrał listy ze skrzynki w bloku. Okazało się, że przez przypadek w ich skrzynce znalazł się list do sąsiadki. Podobno atrakcyjna babka, wysportowana. Darek położył ten list na szafce w przedpokoju, aby wychodząc podrzucić go do skrzynki albo bezpośrednio adresatce lub komuś z jej domowników. Oczywiście zanim to zrobił list zauważyła Olka i zrobiła mu awanturę, posądzając go o romans z wspomnianą sąsiadką. W pewnym momencie kłótni Darek nie wytrzymał i krzyknął "Skoro nie wierzysz w moją wierność, to chociaż w inteligencję uwierz- myślisz, że gdyby coś między nami było, to położyłbym ten list na wierzchu?"

Nie przypadkowo użyłem na początku sformułowania "ówczesna żona" - rok temu się rozwiedli, bo małżeństwo to nie miało sensu. Olka potrafiła robić awantury nawet o to, że Darek siedzi przy laptopie, zamiast spędzać z nią czas. Siedział, ponieważ handlował pewnym towarem na OLX, aby dorobić parę groszy do domowego budżetu, gdyż tylko on zarabiał na cały dom. Olka siedziała na bezrobociu, czekając na ofertę pracy w stylu "Służbowy samochód, praca po 4 h dziennie 5 dni w tygodniu, pensja powyżej 3000 netto", nie mając przy tym prawie żadnych kwalifikacji, nie licząc licencjatu zrobionego na Wyższej Szkole Zarządzania i Wszystkiego Najlepszego.

zazdrość

Skomentuj (3) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 133 (143)

#85624

(PW) ·
| Do ulubionych
Pochorowało mi się. Bardzo. A że choroba z grupy 'chorób duszy', to - na pierwszy rzut oka - nic po mnie nie widać. Chodzę, gadam, nawet się śmieję, a że w duszy w tym czasie szarpią się tysiące demonów- to wiem tylko ja (i terapeuta).

Za to komentarze niektórych... Sama nie wiem.

Ciotka - A to nie możesz mówić, że ci coś innego? Bo wiesz, no choroby psychiczne, trochę wstyd... no ja mojej siostrze powiedziałam, że z kręgosłupem masz problemy i dlatego w domu siedzisz, wiesz, bo później będą gadać... (pomijam fakt ze moja matka głupio ciotce wygadała 'w tajemnicy', po kiego diabła ona przekazuje dalej? co to kogo obchodzi? nienawidzę plotkar!)

'Znajomi' - a ty to pielęgniarką jesteś, wiesz co mówić lekarzowi żeby ci wolne dał, dobrze tak w domu siedzieć... - NIE, NIE DOBRZE. Wolałbym chodzić na 5 dyżurów w tygodniu, a nie czuć tego co czuję, nie walczyć z demonami. Ale niech będzie. Leniwa jestem i tyle.

Pierwsza 'terapeutka' - to ja cię zapiszę na takie spotkania z grupami wsparcia, będziesz mogła się wygadać - po tym, jak przez 20 minut jej tłumaczyłam, że spotkanie większej ilości ludzi, dodatkowo jeszcze takich których nie znam, powoduje u mnie ataki paniki do 'odcięcia' włącznie (czyli tracę przytomność). I tak, oznacza to również, że sama nie wychodzę z domu i zakupów tez nie robię w ciągu dnia (nawet nie wiecie jak ciche i uspokajające są markety o 4-5 rano, albo kolo północy).

O poradach typu 'ogarnij się' albo 'znajdź sobie coś do roboty' - to nie wspomnę. Niby są akcje społeczne uświadamiające o chorobach psychicznych, ale większość społeczeństwa (jeszcze) nie ogarnia.

Powoli wychodzę z tego. Mam świetnego terapeutę, podjęłam kilka absorbujących hobby, ale jeszcze daleka droga przede mną. Dzięki bogom mój mąż jest moją opoką i wsparciem, tylko dzięki niemu jeszcze żyję.

Naprawdę, pomóżmy ludziom z problemami psychicznymi - myślmy co do nich (i o nich) mówimy. I jak. Bo bardzo łatwo jest zniszczyć kruchą równowagę głupim tekstem, a odbudowanie jej czasem trwa dwa razy tyle.

piekło w mojej głowie

Skomentuj (16) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 114 (126)

#85556

(PW) ·
| Do ulubionych
Kolejne piekielne rodzaje rodziców, z którymi dane mi było spotkać się w byłej już pracy. Przypominam, że znaczna większość rodziców jest naprawdę ok, ale zdarzają się przypadki takie jak opisane tutaj. Zaznaczam ponownie, że płeć dziecka dobierana jest losowo, a szczegóły mogące doprowadzić do rozpoznania rodziny nie zostaną opisane.

1. Rodzic niekochający [NK]
Niestety, zdarza się, że rodzice naprawdę nie kochają swojego dziecka. Miałem przykład takich NK w szkole specjalnej, w której pracowałem. To taka typowa odwrotność rodziców kochających, których już zdarzyło mi się opisać. No i cóż... NK, o których tu mowa, nie stosują przemocy fizycznej (choć się zdarza, ale moim zdaniem to już jakaś osobna kategoria, więc tych tutaj nie uwzględniam), ci o których mówię okazują wyraźną niechęć do swojego dziecka, którego niejednokrotnie się wstydzą, nie wykazują jednak oznak typowej przemocy.

Zdarzały się lekkie szarpnięcia, czy nieprzyjemny ton głosu, ale za to się nie zgłasza rodziców. Np. Jeden z ojców odbierając syna od nas ze szkoły często dość mocno (ale nie robiąc krzywdy) ciągnął go za sobą niejednokrotnie komentując w stylu "no chodźże! Czemu mnie Bóg pokarał się z Tobą użerać!? Jakbym nie mógł mieć normalnego dziecka?!". Tyle, że nawet chore dzieci często doskonale to rozumieją... Nie rozumieją jedynie tego, dlaczego rodzic go nie kocha. A potem widzi taką matkę, która przytula swoje dziecko, a jego kolegę ze szkoły i wytłumacz mu, dlaczego u niego w domu nie jest tak samo? Upominani NK często twierdzą, że np. "on i tak nic nie rozumie". Co ciekawe zdarza się i tak, że jedno z rodziców jest rodzicem przesadnie kochającym, a drugie niekochającym.

Co szczególnie przykre, nie wiem czy tak jest też w innych placówkach, ale w mojej starej szkole było naprawdę wiele (w porównaniu do matek dzieci zdrowych) samotnych matek, których mężowie uznali, że nie chcą dziecka kaleki/chorego/przynoszącego wstyd, lub nie są gotowi na to, by zostać ojcem takiego dziecka ani na tak wielki obowiązek i cóż... Odchodzili. Żadne alimenty nie wynagrodzą ilości pracy, jaką trzeba poświęcić zdrowemu dziecku, nie mówiąc już o chorym.

2. Rodzic niewychowujący [NW] czyli „Zrobicie to za mnie”.
Ten typ to wręcz plaga. Ile razy słyszałem „Jak dobrze, że wakacje się już skończyły, trochę sobie od niego/niej odpocznę!” Ile razy słyszałem (nawet z ust własnej ciotki!) Czekaj, pójdzie do szkoły, to go wychowają. No nie, jest część rzeczy, które powinni zrobić rodzice! I tak jak wspominałem, pracowałem w szkole specjalnej, zdarzało się, że dzieciaki nie umiały się same podetrzeć (niektóre z przyczyn fizycznych, czy umysłowych nie były w stanie się tego nauczyć), ale no ludzie, znaczna część z nich okazała się na tyle sprawna, że u nas nauczyły podcierać się prawie od razu. Ile razy słyszałem „Pan jest nauczycielem, to PANA obowiązek go tego nauczyć”. I w ten oto sposób uczyłem dzieci np. Posługiwania się sztućcami, wiązania butów, czy nawet otwierania rzeczy zapakowanych w folie (rodzice instruowali „idź do pana/pani to Ci otworzy). Przypominam, to nie przedszkole, to szkoła.

Wielu rodziców wymagało też od nas nauczenia swoich dzieci podstawowych zasad wychowania. „Proszę pana, dzieci go nie lubią w grupie, nie mam pojęcia, dlaczego…”. Dziecko bije inne dzieci, nie potrafi się dzielić, a nawet kradnie jedzenie z talerzy dzieci obok, bo „one mają większego kotleta” (były obiady w szkole). Naprawdę dużo pracy włożyliśmy w to, by to dziecko potrafiło funkcjonować w grupie. Co gorsza próby rozmowy z rodzicem kończyły się na stwierdzeniach, że ja na pewno kłamię, bo on w domu tak nie robi, tylko inne dzieci bez powodu się na niego uwzięły (I tak, ja wierzę, że on w domu może takich rzeczy nie robić. W domu nie ma kolegów, którym trzeba zaimponować). Rodzice też często mówią swojemu dziecku, że jemu się wszystko należy i że jest ono najważniejsze na świecie. Poniekąd to rozumiem, ale nie kończy się to dobrze, gdy taki jedynak trafi do szkoły. Wtedy nagle uderza w niego, że stał się członkiem grupy, a nie „najważniejszą osobą w tej grupie” i że to on musi się dostosować do zasad, a nie zasady do niego. Nie zgadniecie ile razy spotkało się w jednej grupie dwóch czy nawet trzech takich. To dopiero była wojna!

Niekiedy nie jest to typowy „wy zrobicie to za mnie”. NW zdarza się często w przypadku „ale on jest chory…”. Innymi słowy rodzice rozpieszczając dziecko do granic możliwości próbują... wynagrodzić(?) mu chorobę. Miałem przypadek dziewczynki, rozpuszczone to to aż strach. Kompletnie niesamodzielna, niewychowana, potrafiła nakrzyczeć na matkę, opluć ją, uderzyć. Ale matka jej nie upomni, bo ona biedna jest chora... albo i czasem dodają, że nie rozumie.

Guzik prawda, większość rozumie, ona też rozumiała. Jak każde dziecko, chore czy zdrowe, coś jej się nie podoba reaguje agresją, a rodzic zamiast to przystopować i ukrócić nim będzie za późno „przyjmuje to na klatę”, bo ona biedna jest chora. Byłem opluty, pogryziony i pobity przez nią wiele razy zanim udało nam się ją chociaż częściowo z tego wyprowadzić. Niestety, nawet jeśli po czasie potrafiła zachować się wobec nas, swoich rodziców nadal biła i nadal na nich pluła. Dlaczego? Bo wiedziała, że może. No i mogła, konsekwencji przecież nie było. Ba, nikt jej nawet nie tłumaczył, że nie może, to może (Niestety nasze próby reagowania na to kończyły się protestami rodziców, nic nie mogliśmy wskórać w tej kwestii).

I pozwolę sobie tutaj przypomnieć, że szkoła jest w pierwszej kolejności od tego, by uczyć. Wychowywać powinni rodzice, szkoła może w tym ewentualnie pomóc, nie powinna jednak robić tego za rodziców.

szkoły

Skomentuj (21) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 85 (91)

#85625

(PW) ·
| Do ulubionych
Robię sobie na boku inwentaryzację budynku mieszkalnego. W stanie wskazującym (na potrzebę remontu).

Chodzi ze mną Pani Administrator, żeby wszyscy lokatorzy mnie wpuścili, bo to w większość starsi ludzi i się boją, a własnego administratora znają.

No i opowiada mi ta Pani Administrator:
- A ta z 13 nas nie wpuści, bo z nią jesteśmy w konflikcie prawnym.
- ? - wykazałam zainteresowanie wyrazem mej twarzy, przez znaczące podniesienie lewej brwi.
- Bo ona chce sprzedać mieszkanie.
- Za to jeszcze palców nie obcinają.
- Nie, ale jest taki myk: ona nie ma własnościowego tylko 3% udziału w kamienicy. To jest jakieś 7m. Wywalczyła sądownie wskazanie jej lokalu mieszkalnego...
- ...a, że nie ma siedmiometrowych, dostała większy - dokończyłam. Klasyka tematu.
- Dokładnie. 35. Pokój, z kuchnią i łazienką. Wyremontowała i nagle ja widzę ten lokal na Piekiełko-Nieruchomości. LOKAL, a nie 3% udziału w nieruchomości! Z rzutem, piwnicą itd. No to ja tam dzwonię i mówię, że to nie tak.
- A Pan Leszek z Piekiełko-Nieruchomości co na tą rewelację?
- A Pan Leszek, że on tu tylko sprząta / nie wiem / nie znam się / zarobiony jestem i wystawia ogłoszenie jak mu klient przyniósł. Jak się kupujący doczyta u Notariusza to zobaczy, że kupuje 3%, a nie mieszkanie.
- Ale w ogłoszeniu jest cena od metra za 35m?
- A owszem. I jeszcze doliczyła do tych metrów antresole za pół ceny. Więc jako administrator wezwaliśmy ją do wyjaśnienia, ale ona jest w Niemczech, a na mieszkaniu jest jej córka. A Piekiełko-Nieruchomości ogłoszenia nie zdejmie, ręce umywa.
- Jak nic skończy się w sądzie.
- A najbardziej jest wkurfiające pani Talu, że tu jest 15 właścicieli i każdy po kolei zadzwonił jak widział to ogłoszenie, a teraz dzwoni co chwilę, żeby być poinformowanym na bieżąco.

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 134 (138)

#85618

(PW) ·
| Do ulubionych
Czytając historię #85592 Astora, przypomniała się historia mojej żony.

Żona ma koleżankę, na potrzeby historii niech będzie (F).
Notoryczne spóźnianie się o godzinę, półtora na spotkania organizowane przez paczkę znajomych żony to norma. Tłumaczenia były zawsze:
- młody zachorował,
- szef kazał dłużej zostać, itp.
Ale ostatnio (F) przeszła samą siebie. Organizowała swoje urodziny, nieważne które. Zamówiła stolik w luksusowej knajpce, zaproszone były 4 koleżanki, w tym moja żona.
I zgadnijcie co. Nie, nie spóźniła się...

W ogóle nie przyszła...

P.S. Tłumaczenie jak zawsze idiotyczne - zapomniała, mimo że dzień wcześniej wszystko potwierdzała.

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 104 (112)

Podziel się najśmieszniejszymi historiami na
ANONIMOWE.PL

Piekielni