Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

 

#87152

(PW) ·
| Do ulubionych
Kilka lat temu wyjechałem pracować do Anglii. Ci którzy byli wiedzą, że początki do ciekawych nie należą. Później znalazłem dobrą pracę, mieszkanie wynajęte wspólnie z grupą nowo poznanych osób. Pomimo pracy fizycznej, która do lekkich nie należała, bardzo dobrze wspominam ten okres.

Starałem się przyjeżdżać do Polski dwa razy w roku, spotkać z rodziną i znajomymi. Ci widzieli we mnie tylko kogoś kto pracuje na zachodzie, kto kilka razy w roku lata samolotem itp.
Jednemu znajomemu również zachciało się w takiego życia i postanowił, że do mnie dołączy. Wytłumaczyłem mu, że pracuję fizycznie na magazynie w nocy, czasem, muszę weekend zahaczyć, a Anglia to bardzo drogie miejsce do życia i trzeba uważać na co się pieniądze wydaje. Ok, on rozumie, ale w Polsce nie da się żyć, a on chce wyjechać.
Z racji tego, że zawsze dobrze się dogadywaliśmy w końcu dałem się przekonać. Wynająłem małe mieszkanie, skontaktowałem się z pośrednikiem pracy, u którego sam zaczynałem, obiecali, że jak znajomy się pojawi to coś się dla niego znajdzie.
Znajomy dotarł do Anglii i początki układały się bardzo dobrze, ale jak to bywa sytuacja szybko uległa zmianie, bo:

- On nie zarabia tyle co ja. Pracował przez pośrednika, kilka godzin tu, kilka tam, co skutkowało niższą wypłatą.

- On też chce wydawać kasę na co tylko ma ochotę (użyto stwierdzenia, że sram kasą). Sam nie potrafił rozsądnie dysponować pieniędzmi i miał pretensje, że kupiłem sobie nowy zestaw audio, a tego, że nie wychodzę do barów i biorę ekstra weekendy w pracy już nie zarejestrował.

- On nie chce pracować na magazynie (praca przez pośrednika) on chce w biurze. No spoko, załatwiłem mu coś na początek, teraz radź sobie sam dalej, nikt się nie obrazi. Nie, to ja mam mu tej pracy poszukać, bo on nie wie gdzie szukać.

- Zakupy do domu. On pracuje, a ja siedzę w domu to mam robić zakupy. To, że odsypiam nockę nie docierało. On wraca o 18 i jest zmęczony, a ja cały dzień w domu siedzę. Zakupy robiłem, ale w końcu zaczęło mnie to drażnić i zacząłem kupować tylko dla siebie.

- Gotowanie, on jest zmęczony po pracy, a ja w domu cały dzień siedzę.

- Sprzątanie, patrz wyżej.

- Zdzieram z niego pieniądze, koszt mieszkania i rachunków 50/50, ale ja zarabiam więcej więc...

- On nie ma na nic pieniędzy, po pierwszej wypłacie kupił bilety lotnicze dla swojej dziewczyny. Niestety, nie skonsultował tego z nią, a ona w tym czasie nie mogła iść na urlop, więc bilety trzeba było przebukować, za duże pieniądze. Ale to ja z niego pieniądze zdzieram.

- Jak mogę jechać do Polski na święta przy takich cenach biletów? Swoje bilety kupiłem z kilku miesięcznym wyprzedzeniem, on zorientował się tydzień przed świętami, że chce jechać i wielkie zdziwienie, że bilety są po £700. Ale przecież to moja wina.

- Dziewczyna w końcu go odwiedziła, on do pracy (bo przecież urlopu nie będzie brał), ona w tym czasie mieszkanie posprząta i obiad ugotuje. Po pracy zamiast zająć się dziewczyną szedł spać, więc dziennie razem spędzali 1-2h. Dziewczyna była trochę bardziej ogarnięta w życiu i na wyjazd dostał kosza. Też moja wina, bo jakbym robił zakupy, gotował i sprzątał za wszystkich to wszystko byłoby w porządku.

Miałem już tego wszystkiego dość, powiedziałem gościowi, że tak być nie może i będzie musiał poszukać własnego lokum, a ja stwierdziłem, że jakiś czas po mieszkam sam. Spoko, poszuka sobie jakiegoś pokoju i tak będzie lepiej bo tutaj za drogo, a ja po nim nie sprzątam. Umówiliśmy się, że ma 2 miesiące.

Po jakimś czasie usłyszałem rozmowę telefoniczną między nim, a jego kuzynem, dogadywali szczegóły przyjazdu jego kuzyna do Anglii. Spytałem czy ogarnął już jakiś pokój albo mieszkanie dla nich. Ależ skąd. Kuzyn przyjeżdża mieszkać do nas, a później się zobaczy. Czy planował mi powiedzieć, że ktoś ma się do mojego mieszkania wprowadzić (umowa wynajmu była tylko na mnie)? Tak, planował mi coś wspomnieć, jak kuzyn już będzie na miejscu. Aha, a kiedy miałby tu być? Za 3 dni.

Wtedy znajomy musiał w trybie ekspresowym wyprowadzić się z mieszkania.

Anglia

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 186 (194)

#87046

(PW) ·
| Do ulubionych
Miał być komentarz do historii 87039, wyszłoby jednak za długo.

Po pierwsze: to niesamowite, że każdy, kto popiera powrót dzieci do szkół jest nazywany pisowskim trollem. Czyżby nikt na tym portalu dzieci nie posiadał i nie pracował? Jeśli tak, to przepraszam, bo pozostałym osobom, zwłaszcza rodzicom dzieci z klas 0-3 robi różnicę, czy ich dzieci mogą iść do szkoły, czy nie. Sami bowiem muszą/chcą pracować. Chyba, że tu są sami przedstawiciele "suwerenów", wtedy ok.

Dwa: z powodu głupiej, sorry człowieku, wzmianki o zarobkach nauczycieli zostały zminusowane naprawdę życiowe przemyślenia odnośnie ludzi, którzy sami robią zakupy, wyjeżdżają na wakacje, używają komunikacji (albo przynajmniej tankują samochód), korzystają z samolotów i jakoś wszyscy ci sprzedawcy, stewardesy, kelnerzy itd. wcale nie narażają życia w czasie pracy. Groźne jest tylko nauczanie w szkole. Ciekawy przykład dwulicowości i obłudy.

Trzy: rozumiem, że osoby, które się nie zgadzają z otwarciem szkół, mają jakieś własne, genialne przemyślenia, jak młodzież ma ukończyć edukację w sensownym terminie, bo jak mi ktoś powie, że 7-latków da się nauczyć czytania zdalnie, to je... ekhem... spadnę z krzesła ze śmiechu. A wyniki matur - cóż, to już wina systemu i braku samodzielności. Sama słyszałam o nauczycielach, którzy w LO dyktują dzieciakom notatki do zeszytu np. z wiersza.

Cztery: Czy ktoś ma zamiar płacić rodzicom za to, że wykonują pracę nauczycieli? Bo skoro i tak odwalają ich pracę bez "epidemii", nierzadko muszą wysyłać dzieci na korepetycje, bo w każdej szkole się trafi co najmniej jeden matematyk, germanista czy anglistka bez pojęcia i umiejętności tłumaczenia, a teraz jeszcze w ogóle zostali nagle nauczycielami, to skoro nie mogą wykonywać własnej pracy, będą otrzymywać dodatki "nauczycielskie".

szkoła

Skomentuj (32) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 169 (187)

#87037

~Ciamajda ·
| Do ulubionych
Z góry przepraszam, polskiego uczyłam się od rodziny i czytając książki w języku polskim.

Będąc latem w Tatrach, wywróciłam się jak ciamajda i nie byłam w stanie iść dalej. Zdarza się.
TOPR wezwany, ratownicy na miejscu, kontuzje usztywnione.
Po ponownym wezwaniu helikoptera, który się oddalił na czas opatrywania, podeszła pewna turystka i pyta "Czy zdążę jeszcze dzisiaj wejść na Giewont?".
W tym czasie helikopter musiał utrzymać dystans, poczekać aż turystka się oddali na bezpieczną odległość, zanim mógł nas zebrać, wrócić do szpitala i lecieć dalej do kolejnych wezwań. A musiało się gdzieś spieszyć, bo ponownie wystartował jak tylko zostałam przekazana dalej.

Wystarczyłoby aby dotarła do kolejnego schroniska na szlaku gdzie mogła zadać to pytanie, albo samodzielnie oceniła sytuacje biorąc pod uwagę godzinę i pogodę.

góry

Skomentuj (5) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 120 (140)

#87038

~taksiezastanawiam ·
| Do ulubionych
Było ostatnio kilka historii o powrocie do szkół i lekcjach online. I tak się zastanawiam jak to będzie teraz wyglądać. Znajomi mają piątkę dzieci (zanim będą głupie komentarze to wszystkie chciane i planowane). Aktualnie są w trakcie budowy domu, i z tego powodu mieszkają w dwupokojowym mieszkaniu. Dzieci po kolei to 4 klasa, 3 klasa, 2 klasa, 4 latka i najmłodsze 8 miesięcy. Już w ostatnich miesiącach był problem gdy dzieci miały lekcje równocześnie. Jedno siedziało w jednym pokoju, drugie w drugim, a trzecie w kuchni.

A ona z najmłodszymi kursowała między tą trójką. 4-latka wiadomo, że za długo spokojna nie będzie. Niemowlakowi też nie powie, że ma przestać płakać bo rodzeństwo ma lekcje. A już nie raz słyszała od nauczycieli, że ma uciszyć dziecko bo nie można lekcji prowadzić. Nie wspominając, że z kuchni trzeba jednak korzystać, a jest mała i jak dziecko tam siedzi z komputerem to już ciężko tam wejść.

Na tę chwilę już zastanawiają się jak mają to zrobić w razie ponownego zdalnego nauczania. A że prędzej czy później, będzie to oczywiste. W okolicy nie mają rodziny żeby w razie czego można było któreś dziecko tam wysłać. Mają chodzić po znajomych i pytać kto będzie miał czas i chęci żeby tego te dzieci mogły u kogoś być w czasie zajęć? Nie wspominając, że koleżanka też pracuje przy komputerze (jest tłumaczem) i też musi mieć czas żeby to robić. Może siedzieć w nocy, ale wtedy w ciągu dnia nie będzie w stanie się dziećmi zajmować.

I tak myślę, ilu ludzi ma taki problem. Bo nie chodzi o to, że dziecko nie ma na czym mieć lekcji online, tylko po prostu nie ma miejsca. Jak posadzi w jednym pokoju dwójkę, to sobie nawzajem przeszkadzają. A najmłodsze dzieci też muszą gdzieś przebywać, nie wyrzuci ich na korytarz.

Skomentuj (36) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 138 (146)

#87124

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia https://piekielni.pl/87113 o tym, że ludzie nie piszą skarg na kurierów bojąc się, że ci będą się potem mścić, przypomniała mi moje przeboje z pewnym kurierem.

Uprzedzam, będzie długo.

Sytuacja pierwsza:
Czekałam na bardzo pilną przesyłkę (były w niej elementy, których potrzebowałam do przygotowania produktu, który następnego dnia musiałam wysłać klientce).
Ponieważ sprawa nagląca, nie ruszyłam się z domu nawet na minutę, żeby na pewno nie przegapić przyjazdu kuriera. Godzina 17:45 dostaję maila, że kurier nikogo nie zastał i zostawił przesyłkę w punkcie odbioru.

Nosz kur... Dzwonię na infolinię, tam przemiła pani sprawdza, gdzie jest ten punkt odbioru (okazało się, że bardzo blisko, gdyby kurier zadzwonił, powiedział, że nie da rady do mnie przyjść, ale punkt jest tu i tu, to w ogóle nie byłoby problemu, no ale to trzeba by umieć zachować się jak dorosły człowiek), że jest otwarty do 18. (ups...), ale poda mi numer telefonu, może właściciel zgodzi się zaczekać z zamknięciem. Zadzwoniłam, właściciel faktycznie zgodził się zaczekać, przesyłkę na szczęście odebrałam.

Po czym wylewając z siebie wściekłość za całą tę sytuację wysmarowałam skargę na kuriera, napisałam również do sklepu, z którego było zamówienie, opisując całą sytuacją i prosząc, żeby również napisali do firmy kurierskiej, bo wiadomo, że takiego dużego klienta potraktują inaczej niż szarą Kowalską. Zapewnili, że tak zrobią, kilka miesięcy później zrezygnowali z usług tej firmy (wątpię oczywiście żeby z tego powodu, chociaż kto wie).

Sytuacja druga:
Kilka miesięcy później, jakoś tuż przed połową grudnia zabrakło mi opakowań. Sezon świąteczny w pełni, stacjonarnie nigdzie takich opakowań nie kupię, więc problem spory. Szybko złożyłam zamówienie w hurtowni, dodając błagalnego maila, że sprawa jest szalenie pilna i byłabym bardzo wdzięczna za szybką realizację.

Firma stanęła na wysokości zadania, zaraz nadali paczkę (tu jeszcze warto wspomnieć, że o ile nie poprosi się wcześniej o proformę to domyślnie zawsze wysyłają paczki za pobraniem, nie informując nawet o tym, że paczka już wyszła - przy pierwszym zamówieniu stamtąd też miałam z tego powodu niezłe przeboje).

Żyję zasadniczo bezgotówkowo, więc wyjęłam z bankomatu potrzebną kwotę i czekam na kuriera jak na zbawienie. Kurier przyjeżdża, przychodzi do płacenia i ups - inny domownik przez pomyłkę zgarnął moją odłożoną gotówkę. Kurier nie zgodził się zaczekać aż pójdę do bankomatu - trudno, jego prawo, na szczęście będzie przecież jeszcze jedna próba dostarczenia.
Następnego dnia czekam, czekam...

Po czym dzwoni do mnie pani z hurtowni pytając, co się stało, że odesłałam przesyłkę. Ja klasyczny (i stosowny do pory roku ;)) karpik, od słowa do słowa okazało się, że kurier zamiast podjąć drugą próbę dostarczenia wstukał w system, że odbiorca odmówił przyjęcia paczki.

Na szczęście zamawiam w tej hurtowni od lat i nigdy nie odstawiłam im takiego numeru, dlatego zadzwonili sprawę wyjaśnić. Koniec końców udało się paczkę zawrócić, kiedy kurier stanął z nią pod drzwiami zapytałam go czemu skłamał, że odmówiłam poprzednio przyjęcia.

Facet wyparł się, że cokolwiek takiego miało miejsce (na dokumentach paczki stało jak wół, że odbiorca odmówił przyjęcia, więc kurier po prostu skłamał mi w żywe oczy).

Kolejna soczysta skarga poszła (swoją drogą kompletnie nie rozumiem, co facet chciał osiągnąć, myślał że nie zauważę, że przesyłka się zdematerializowała gdzieś po drodze?).
Plus z tej sytuacji był taki, że raz na zawsze nauczyłam się, że zapas materiałów wszelakich robi się najpóźniej w listopadzie.

Sytuacja trzecia:
Znowu kilka, albo kilkanaście miesięcy później (po tych wcześniejszych akcjach unikałam wysyłki tą firmą jak mogłam). Czekam na paczkę, dostaję informację, że została zostawiona w punkcie (oczywiście bez próby dostarczenia do domu). Paczka wielka i ciężka, więc chociaż punkt blisko nie widzi mi się targać tej paki samodzielnie.

Pomna na wcześniejsze problemy nawet nie spróbowałam się skontaktować z kurierem, tylko od razu wysmarowałam skargę, przywołując w niej wcześniejsze problemy oraz pisząc, że nie po to opłacam dostawę do domu, żeby potem samej targać paczki. Następnego dnia w drzwiach staje kurier i...

Okazało się, że to nowy kurier był (nie powiem, zrobiło mi się głupio), i że jego przemiły poprzednik powiedział mu, że pod tym adresem nigdy nikogo nie ma i żeby od razu zostawiał przesyłki w punkcie (rozumiem, że facet do mnie pewnie sympatią nie pałał, ale żeby nowego kolegę wsadzać od razu na minę to naprawdę fajnie z jego strony).

Wyjaśniłam, że to bzdura, że rano owszem, może się akurat trafić, że nikogo nie będzie jak pójdziemy po zakupy, ale po godzinie 13 nie ma opcji, żeby kogoś nie było.

Od tego czasu nowy kurier zawsze przychodzi po 13. i problemy z tą firmą kurierską się skończyły ;)

kurierzy GLS

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 94 (98)

#87141

~Wnerwiona ·
| Do ulubionych
Czas na zmiany...

Jest rok 2020, czas koronawirusa. Z racji tego przychodnia lekarska, z usług której korzystałam od wielu lat i do której zapisałam syna, została zamknięta w marcu. I jest zamknięta do dziś. Można uzyskać poradę telefonicznie, w ten sam sposób można uzyskać e-receptę.

Pod warunkiem, że się do nich dodzwoni... Jest godzina 13.25, od godziny 9.00 rano wiszę na telefonie do rejestracji, bo synowi kończą się leki, które bierze codziennie. Bezskutecznie - albo sygnał jest zajęty, albo po prostu nikt nie odbiera. W pustym, pozbawionym pacjentów ośrodku, który teoretycznie jest czynny od 7 do 18.

I tak jest codziennie, dodzwonienie się do nich graniczy z cudem. A do ośrodka iść nie można, bo i tak się nic nie załatwi, bo nie wpuszczają...

Tabletki, które bierze Potomek, nie są środkami ratującymi życie, Młody jest alergikiem i zwyczajnie ułatwiają mu funkcjonowanie.
Ale co mają powiedzieć osoby, które np. biorą leki na serce?!

A żeby było weselej - w naszym mieście (ok. 15 tys. mieszkańców) są trzy poradnie, które działają z wprowadzonymi obostrzeniami, w okolicznym miasteczkach też ośrodki przyjmują pacjentów, tylko ta jedna jest z jakiegoś powodu i zamknięta i odcięta.

słuzba_zdrowia

Skomentuj (3) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 64 (72)

#68959

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia zaczęła się mniej więcej 3 lata temu, kiedy to poznaliśmy, jak się później okazało, przyszłą małżonkę naszego "przyjaciela". Dziewczyna wydawała się naprawdę spoko, była w podobnym wieku do mnie, miała dwoje dzieci tak jak ja, też w zbliżonym wieku do moich "aniołków".

Jednak po pewnym czasie z jej strony zaczęły nadchodzić piekielne sytuacje :/

Pierwsza z nich wydarzyła się podczas naszej rozmowy.

[ja] [k]oleżanka

[k]- Wiesz, jestem w ciąży.
[ja] - No to chyba super nie? Ale w sumie jak to? Przecież zarzekałaś się, że nie chcesz już więcej dzieci.
[k] - No tak, ale się nie wysikałam.
[ja] - Co? Jak to? Nie czaję....
[k] - No nie wysikałam się. Nie rozumiesz?!?!
[ja] - Nie... (myślę sobie wtf? może nie słuchałam i ominęłam ważny wątek z jej wypowiedzi???)
[k] - No bo nigdy się nie zabezpieczaliśmy i po każdym zbliżeniu szłam się wysikać, więc nie zachodziłam w ciążę. Tym razem nie poszłam i zaszłam.

W tym momencie zrobiła mi się chyba jakaś zwara w mózgu, przeżyłam szok i niedowierzanie. Nie mam pojęcia kto bardziej piekielny ona czy jej mąż, który w wieku 31 lat wierzył, że takie coś ochroni ich przed nieplanowanym rodzicielstwem.

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 120 (128)

#68942

(PW) ·
| Do ulubionych
Jako iż zaczęłam już opisywać piekielności związane z byłą pracą, to czemu by nie wspomnieć jeszcze kilku?

Firma produkująca kosmetyki w której pracowałam miała kilka kontraktów z poważnymi, dużymi firmami farmaceutycznymi. Co za tym idzie, część ich wyrobów medycznych, typu kremy, szampony, emulsje i olejki było produkowane u nas na miejscu.

W pewnym momencie dostaliśmy duży zwrot towaru od firmy, po odleżeniu kilku miesięcy na magazynie krem zaczął się rozwarstwiać, z opakowań wyciekała woda i na pojemniczku krystalizował się mocznik.

Do tej pory nie wiadomo, czy winę ponosiła produkcja czy osoby dozujące produkt do opakowań, a może po prostu opakowania nie były sterylnie przechowywane. Tak czy siak kierownictwo całą winę zwalało na dozujących, bo nie dozowali produktu idealnie w sam środek pojemnika, tylko odrobinę na boku - w innym przypadku towar wychlapywał na boki i brudził całe opakowanie.

Pewnego poranka kiedy kończyliśmy pracę kierowniczka naskoczyła na mnie, że to moja wina, że to ja tak dozowałam że potwierdziły to trzy osoby, bo widzieli to na własne oczy!

Gdzie piekielność? Pewnie w tym, że przez cały mój okres zatrudnienia w tej firmie produkt ten był dozowany jeden raz, przez dwa dni. A ja akurat byłam wtedy na pogrzebie na drugim końcu Polski. Przez trzy dni nie było mnie w pracy.
Kierowniczce nie dało się tego przetłumaczyć, bo przecież troje jej zaufanych, wieloletnich pracowników stwierdziło, że to ja bo mnie widzieli.

Dobrze chociaż, że prezes miał więcej oleju w głowie niż kierowniczka i docierały do niego normalne argumenty. Bo ona chciała mi wlepić za to karę finansową - a zwrot zamówienia był ogromny, kilkadziesiąt palet towaru, na każdej palecie jakieś 4500 kremów.

Każdy krem w pudełku, które nie nadawało się do ponownego użycia i zmarnowane etykiety produktu. Jak nic, pracowałabym za to za pół darmo przez rok, albo i dłużej.

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 118 (126)

#87108

~Bednar ·
| Do ulubionych
Przy wejściu do pobliskiego cmentarza stoi budka ze zniczami, wkładami do nich, sztucznymi kwiatami.

Prowadzi ją starsze małżeństwo, jak sami przyznają- bardziej dla rozrywki niż dla pieniędzy. Kokosów nie zarabiają, ale dzieci wyprowadziły się do większego miasta, zaglądają tylko na święta i niedzielne obiady, więc państwo nie chcą się nudzić w domu.

Sam mam z nimi dobry kontakt, ponieważ są na prawdę sympatyczni, i tak ostatnio podczas zakupu wkładów powiedzieli mi, że ludzie mają do nich pretensje... o kradzieże na cmentarzu.

Tak- powiedzieli mi, że regularnie słyszą pretensje w stylu "Taki drogi znicz mi zginął! A państwo siedzą tu w tej budce i nic nie pilnują!" Nie wiem czego ludzie oczekują- że będą siedzieć w tej budzie 24h na dobę i szperać każdemu w torbach, co wniósł, a co wynosi z cmentarza? Albo, że któreś z nich będzie ukradkiem obserwować każdego, kto odwiedza groby, czy przypadkiem czegoś nie zabiera (przy okazji trzeba by prowadzić rejestr, kto się opiekuje jakimi grobami i co na nich ma).

Powiedzieli mi, że owszem, zdarza się, że ktoś przyjdzie i kulturalnie zapyta, czy przypadkiem nie rzuciło im się w oczy, aby ktoś wynosił taką wiązankę czy taki znicz, bo jeszcze wczoraj było, a dzisiaj już nie ma, ale są to sporadyczne przypadki. Najczęściej padają pretensje jak wyżej.

Co ludzie mają w głowach?

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 146 (156)

#87065

(PW) ·
| Do ulubionych
https://piekielni.pl/87058

Podobnie mnie rok temu też chciano wkręcić. Pewna niby sieć była chętna kupować mój produkt i miał być w ich opakowaniach (taka marka własna). Niby ok zysk był niewielki ale miał być stały. Ale mój prawnik co każdą umowę przegląda znalazł jedno sprytnie sformułowane zdanie. Niby o zakazie konkurencji, ale w sumie miałbym zakaz zaopatrywania sklepów w całym tamtejszym województwie. I dla 3 sklepów nie mógłbym nic wysyłać do 60ciu klientów.

Edit

Zapis brzmiał Wykonawca nie będzie konkurował z XXX poprzez jakiekolwiek działania handlowe na danym terenie województwa. Czyli defacto zakazuje mi mojej własnej sprzedaży do moich klientów bo mogli by brać produkt od nich

Umowy

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 92 (110)

Podziel się najśmieszniejszymi historiami na
ANONIMOWE.PL

Piekielni