Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

 

#68030

(PW) ·
| Do ulubionych
O tym, jak właściciel mieszkania uważa mnie za idiotę.

Tydzień temu w mieszkaniu, które wynajmuję wraz z kumplem, zdarzył się wypadek. Nie z naszej winy – od razu zaznaczam. Pogoda w Liverpoolu dopisywała, było gorąco i bezwietrznie, więc postanowiliśmy od samego rana ruszyć trochę poodpoczywać, a po południu obejrzeć mecz w pubie. Oczywiście niczego nie można być pewnym, dlatego też uchyliliśmy lekko okno i o godzinie 11 wyruszyliśmy z domu.

Jakie było zdziwienie mojego kumpla, kiedy po powrocie z meczu zauważył, że u niego w pokoju okno postanowiło wyskoczyć i zwisało na jednym zawiasie, stwarzając niebezpieczeństwo (mieszkamy na piątym piętrze w bloku w centrum), a wszystkiemu winien perfidny wiatr, który uaktywnił się w czasie, kiedy nie było nas w domu i spowodował szkodę.

Szybki telefon na straż pożarną, żeby przyjechali, bo my nie damy rady tego okna jakoś zabezpieczyć sami, a w międzyczasie próbujemy się skontaktować z zarządcą budynku na emergency number podany na klatce. Była niedziela, ale z reguły po to są numery alarmowe, żeby pomoc uzyskać. Nasza pomoc została jednak przekazana automatycznej sekretarce i od tej pory cisza. Na szczęście strażacy wykazali się zrozumieniem i szybko zareagowali, zabezpieczając okno przed wypadnięciem. Niestety, wciąż pozostała kwestia szpary, jaka powstała po wypadnięciu zawiasu, co mogło powodować dostawanie się wody do mieszkania podczas deszczu.

Szybki email do właściciela, od którego wynajmujemy mieszkanie, wraz z opisem sytuacji, naszym działaniem ratunkowym, wizytą straży oraz zdjęciami, dokumentującymi wszystko.

Odpowiedź przychodzi na następny dzień w poniedziałek - by ktoś był w domu, bo przyjdzie „szpeczjalista” do naprawy. No nic, dzwonię do swojego szefa, mówię mu, jaka sytuacja i biorę dzień wolny. Mija godzina, dwie, pięć, cały dzień, a kontaktu od speca nie ma. Lekko podenerwowany stratą wolnego dnia, piszę do landlorda z zapytaniem, o co chodzi, bo przecież sytuacja awaryjna, okno jest co prawda zabezpieczone, no ale co, jeśli pogoda się spsuje (a o to nietrudno w tej części UK), i że się boimy, że nie dość, że to okno mogłoby kogoś zabić, to do tego w razie deszczu może nam zalać mieszkanie, a nie chcemy dodatkowych problemów.

Odpowiedź dostałem dopiero w środę, że landlord kontaktował się ze specem, ale nie dostał jeszcze odpowiedzi. No ok, jest ciepło, jakoś damy radę. Ale w piątek już zrobiło się pochmurno i od samego rana lało, więc na szybko musieliśmy zatkać szparę ręcznikami i czymkolwiek się dało. Nie obyło się bez kolejnego maila do landlorda, już niezbyt miłego, z pytaniem, co ze specem, bo to już piąty dzień, a sytuacja kryzysowa. Odpowiedź, jaką dostałem, dosłownie zwaliła mnie z nóg.

Otóż landlord stwierdził, że mamy kategorycznie NIE OTWIERAĆ TEGO OKNA, BO STWORZYMY ZAGROŻENIE! No dzięki, Kapitanie Oczywistość, nie wiedziałem tego przez ostatnie dni, biorąc pod uwagę, że okno jest tak zabezpieczone, że nie da się go ruszyć, co zresztą widać było na zdjęciu. Sarkastycznie odpowiedziałem, że dziękuję za radę, ale jestem na tyle dużym facetem, że znam obsługę okien. Dodałem, że piąty dzień czekam na odpowiedź od „szpeca” i w końcu udało mi się dostać jego bezpośredni numer. Zatem telefon i umawiamy się na poniedziałek na 3.30 po południu, musiałem znów zerwać się z pracy.

Nie zdziwiło mnie wcale, kiedy w poniedziałek przed 3.30 najpierw dostaję telefon, że „szpec” się spóźni, żeby potem w ogóle nie dać mi znać, że nie przyjdzie. Wkurzony na maksa, bo straciłem przez niego dwie godziny, które muszę odrobić w pracy, napisałem siarczystego maila do agencji, od której wynająłem mieszkanie z opisem całej historii, włączając w to landlorda.

Clue programu – odpowiedź landlorda z wczoraj. To my mamy ponieść koszt naprawy okna, bo on uważa, że to stało się przez nasze zaniedbanie. I uważa to na podstawie maili i zdjęć, bo przecież ciężko jest pojawić się na kontroli, jak się jest w Dubaju. Jestem właśnie na etapie przeglądania umowy i nie popuszczę mu, choćbym miał sprawę skierować do kancelarii prawnej. Szanse na to, że coś ugramy, mamy naprawdę duże.

A „szpec” pojawił się wczoraj bez zapowiedzi. Popatrzył na okno i po trzech minutach stwierdził, że zawiasy nadają się do wymiany. Niewiarygodne...

mieszkanie w UK

Skomentuj (25) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 105 (231)

#82896

(PW) ·
| Do ulubionych
Od kilku lat pracuję jako niania. Zazwyczaj opiekuję się jednym dzieckiem (lub rodzeństwem) na cały etat, jeśli mam czas i siłę, to zajmuję się jeszcze dodatkowo jakimś maluchem.

Przy pełnoetatowej opiece staram się zawsze mieć podpisaną umowę, szczególnie że do niedawna umowy dla niań były współfinansowane przez państwo. Rodzice wypłacali tylko pensję dla niani, niania odprowadzała podatek, wszystkie składki były płacone z budżetu państwa (teraz działa to na innych warunkach).

W swojej pracy zazwyczaj trafiam na bardzo miłych ludzi, opiekuję się dzieckiem przez rok/dwa – do czasu pójścia malucha do przedszkola. Chcę Wam jednak opowiedzieć o pewnej rodzinie, u której wytrzymałam tylko 1,5 miesiąca, a z perspektywy czasu sama się sobie dziwię, że dałam radę tak długo znosić to, co tam się działo.

Bohaterami historii są Piekielna Mamusia [PM], jej mąż i ich synek – mały miał wtedy 2 lata. Opiekowałam się nim od początku lipca do połowy sierpnia.

Na rozmowie kwalifikacyjnej wszystko było dobrze, podobnie na kilku spotkaniach w czerwcu, kiedy to mieliśmy sprawdzić, czy się dogadujemy (ja z rodzicami i ja z dzieckiem). Piekielności pojawiły się dopiero, kiedy zaczęłam tam pracę na dobre.

1. Umowa.

Od początku mówiłam, że chcę podpisać umowę, bo zależy mi na składkach, na ubezpieczeniu itp. W czerwcu widzieliśmy się kilka razy, decyzja o zatrudnieniu miała dopiero zapaść, więc nie ponaglałam. Ale w lipcu przypominałam już codziennie, że pora podpisać umowę.

PM najpierw mnie trochę zbywała, bo ona musi poczytać, jak ta umowa działa (wyjaśniałam jej to wcześniej dokładnie już kilka razy), musi zobaczyć, kiedy będzie miała czas jechać do ZUS-u zawieźć dokumenty (wymagało to jednej wizyty, a przez pierwsze dni PM codziennie „pracowała z domu” - przynajmniej połowę czasu spędzała na zakupach/zabawie z dzieckiem/wypytywaniu mnie o moje życie prywatne).

Ostatecznie PM zebrała się na odwagę i powiedziała mi, że jej się ten cały pomysł z umową nie podoba, no bo po co mi ona? Na pewno jak tylko podpiszemy umowę, to ja pójdę na zwolnienie i tyle mnie będą widzieć. Powinnam założyć własną działalność, przez pierwsze dwa lata jest niski ZUS, to i ubezpieczenie będę miała! Aha.

Ostatecznie umowę z bólem serca ze mną podpisała, w zasadzie nawet nie ona, tylko jej mąż.

2. Posiłki dla dziecka.

Wyobraźcie sobie, że dwuletnie dziecko nie było nauczone gryźć jedzenia (nawet kilkumiesięczne niemowlę gryzie biszkopty, banana, jabłuszko). Mały dostawał wszystko zblendowane, chociaż miał komplet zębów, a gryźć ogólnie umiał, bo gryzł zabawki, mnie też mu się zdarzyło „kąsać”.

Odpowiedzialność za nauczenie dziecka jedzenia pokarmów stałych została przerzucona na mnie (efekty moich starań były marne, bo skoro mały nigdy gryźć nie musiał, to w wieku dwóch lat nie zamierzał się nagle uczyć czegoś, co było dla niego mniej wygodne niż jedzenie papek).

W kwestii jedzenia przerażające było dla mnie też to, że mały musiał dostawać posiłek co około godzinę, „bo będzie głodny”. Oczywiście dziecko najedzone po śniadaniu nie chciało godzinę później jeść kisielu, ale poleceniem od PM było, żeby „jakoś go przekonać”, a jak nie chce, to zmusić, żeby zjadł chociaż trochę. To, że dziecko pluło, uciekało, a czasem nawet zaczynało płakać nie miało znaczenia... Godziny posiłków i ilość tego, co mały zjadł musiały być zapisane w kalendarzu.

3. Spacery.

Był ciepły lipiec, temperatura około 8.00 rano wynosiła jakieś 21-22 stopnie, oczywiście z upływem dnia było coraz cieplej. Mały miał zawsze chodzić w chustce pod szyją, a jeśli wiało (ciepły letni wiatr), to dodatkowo w bluzie/kurtce. Zawsze w długich spodniach (może dwa razy mogłam mu założyć krótkie spodenki na dwór).

Inna sprawa, że na podwórko nie wychodziliśmy zbyt często, bo zawsze było za ciepło/za zimno/za słonecznie/za wietrznie. Pewnie siedzieliśmy wtedy w domu? Ależ skąd! Dziecko musi chodzić na spacery, bo to zdrowe, więc rowerek biegowy pod pachę i na spacer prosto do garażu podziemnego!

Długość spaceru musiała być zapisywana w kalendarzu.

4. Rozwój mowy.

Kiedy zaczęłam pracę u tej rodziny, chłopiec znał może ze trzy słowa, na pewno było to „mama” i jeszcze dwa inne. PM pewnego dnia wymyśliła, że jako niania mam obowiązek nauczyć jej dziecko mówić! Okej, dużo do niego mówię, pokazuję mu różne rzeczy, w końcu załapie i zacznie mówić, jakieś nieśmiałe próby już były. Ale nie! Bo tak to nie ma prawa zadziałać! Mam uczyć małego dokładnie pięciu nowych słów dziennie! Po powrocie PM z pracy była odpytka i oczywiście mały nie uczył się słów tak szybko, jak PM by sobie życzyła, za co ochrzan zbierałam ja (dzisiaj wiem, że jeśli dziecko nie gryzie i nie żuje pokarmu, to zazwyczaj prowadzi to do problemów z rozwojem mowy, ale wtedy nie łączyłam tych dwóch faktów).

5. Zaufanie do niani.

Większość dzieci płacze, kiedy rodzice wychodzą do pracy, a one muszą zostać z nianią (nawet jeśli swoją nianię lubią). Z doświadczenia wiem, że trwa to czasem kilka dni, czasem kilka tygodni, ale mija. Ale żeby minęło, podejście rodziców musi być zdrowe.

Tymczasem PM codziennie przed wyjściem żegnała się z synkiem tak, jakby miała go nie widzieć przez miesiąc (to jeszcze jestem w stanie zrozumieć, chociaż tłumaczyłam jej, że szybkie pożegnania sprawdzą się lepiej).

Ale nie wiecie jak wkurzające i bolesne jest, kiedy codziennie dziecko zaczyna płakać, bo wie, że mama wychodzi na wiele godzin, a matka zaczyna go wypytywać o to, czy niania je bije, czy na nie krzyczy itp. PM wymagała świadomej odpowiedzi od dwulatka, który potrafił tylko losowo kiwnąć głową. Jak czasem kiwnął twierdząco na jej pytania o bicie i krzyczenie, to dostawałam ochrzan, że ona przeze mnie nie może iść do pracy, bo musi mnie pilnować (często zostawała w takich sytuacjach w domu i pracowała z sypialni).

6. Rozpraszanie dziecka.

Kiedy PM zostawała w domu, ciągle przeszkadzała nam w zabawie. Mały chciał budować z klocków? No to budowaliśmy. Chciał robić coś innego? To robiliśmy to. Nie wiedział czego chce? Podsuwałam mu pomysły, aż coś mu się spodobało.

Kiedy dziecko się czymś zainteresuje, potrafi się bawić przez dłuższy czas. Uczy się skupienia na danej czynności i tak dalej. Ale PM potrafiła co 10-15 minut przychodzić do nas i sprzątać małemu sprzed nosa to, czym właśnie się zajmował i zmuszała go, żeby zajął się czymś innym, bo ona chce, żeby jej syn był wszechstronnie uzdolniony! No i oczywiście ochrzan dla mnie, że źle się zajmuję dzieckiem.

Był taki czas, że małemu spodobało się rysowanie, więc spędziliśmy jakieś trzy czy cztery dni z rzędu na rysowaniu (nie całe, po prostu co jakiś czas mały wracał do kredek, rysował kilka minut i zajmował się czymś innym). Mama dostała obrazki, wszystko super. Pewnego dnia mały pokazuje na kartki, bo chce malować, ale nie ma kredek. Szukamy, szukamy. No nie ma. Okazało się, że PM je schowała, bo mały za bardzo polubił rysowanie i nie rozwija się w innych dziedzinach.

7. Czas pracy.

Byłyśmy umówione, że generalnie moje godziny pracy to 7.00-17.00, ale może się zdarzyć przesunięcie o godzinę, wtedy PM da mi znać wcześniej. Okazało się, że w praktyce oznacza to tyle, że o pierwszej w nocy budzi mnie SMS od PM, że mam być godzinę wcześniej w pracy (coś takiego zdarzało się czasem nawet dwa razy w tygodniu).

Ale i tak hitem jest dla mnie taka sytuacja: jestem po 10 godzinach pracy, zbieram się do wyjścia, a PM pyta, czy przyjdę za godzinę i zostanę z małym jeszcze na cztery godziny, bo ona się z kimś umówiła. Była oburzona, że się nie zgodziłam, poszła do drugiego pokoju do męża i mówi do niego „Nie możemy iść razem, bo Rudut się nie zgadza zostać z małym. I co my mamy teraz zrobić?! Powiedziała, że jak ma pracować czternaście godzin, to mogłam ją chociaż uprzedzić!”. No tak, niewdzięczna ja popsułam jej plany na wieczór...

A wyjście z pracy wcale nie oznaczało końca pracy! Telefony przestałam odbierać, jak zobaczyłam, z jakimi bzdurami PM do mnie wydzwania, ale potrafiła bombardować mnie SMS-ami w stylu „nie ma nożyczek, gdzie je dałaś?”, „mały ma bąbel od ugryzienia komara, czemu go nie pilnowałaś?” itp.

Zostałam nawet oskarżona o przywłaszczenie takiego elementu z rzepem, który przyczepia się do kasku rowerowego. Jasne, kolekcjonuję takie rzeczy... Rzep znalazł się kilka dni później u męża PM w kieszeni, bo odpiął małemu, jak byli na spacerze i o tym zapomniał.

Mąż PM był raczej biernym obserwatorem tego wszystkiego. Jemu też się obrywało, nieraz mnie przepraszał za zachowanie PM. Tylko dziecka mi w tym wszystkim szkoda.

Sytuacje, które opisałam, to kropla w morzu (a przypominam, że pracowałam tam tylko przez 1,5 miesiąca). Jeśli będziecie chcieli więcej, to chętnie opiszę.

niania

Skomentuj (16) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 214 (224)

#82865

(PW) ·
| Do ulubionych
Zabieranie dzieci do pracy przez rodziców generalnie uważam za dobry pomysł, o ile warunki na to pozwalają i latorośl nikomu nie przeszkadza. Dziecko ciekawe świata, zobaczy coś ciekawego, przekona się, jak rodzic sprawia, że w domu są pieniążki.

No, chyba że jesteś weterynarzem. Nadzorującym ubój w rzeźni.

Irlandia. Wpadam wczoraj przed zakończeniem zmiany rzeźników (czyszczę miejsce po uboju) i widzę jednego z dochtorów, jak prowadzi na halę swojego smyka, na oko 9-10 lat. Rzeźnicy wciąż nie skończyli.

Bez szczegółów, ale mówiąc szczerze, sam trochę żałowałem, że przyszedłem przed czasem (mało roboty mieli, podobno) i musiałem na to patrzeć.

A młody? Niech się uczy!

Skomentuj (33) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 56 (104)

#82863

(PW) ·
| Do ulubionych
Piekielności dostarczyć może wiele rzeczy. Nawet coś tak prozaicznego, jak brak posiadania rodziny / bycie singlem.

Singlem byłam przez wiele lat i nie przeszkadzało mi to wcale. Nie dążyłam też na siłę do zmiany swojego stanu związkowego. :-)

Niestety, ewidentnie przeszkadzało to innym ludziom i wręcz prowadziło do sytuacji, że czasem czułam się dyskryminowana. Oto przykłady rozmów i sytuacji, jakie przytrafiły mi się na przestrzeni ostatnich kilkunastu lat.

1. "To jak to tak? To ty miłości nie uprawiasz? To może idź do klubu, to sobie kogoś znajdziesz?”.
Nie, dziękuję, nie skorzystam. :-)

2. "- Co robiłaś na wolnym?" - Byłam w kinie. "- A z kim?"  - Sama. Bardzo chciałam zobaczyć film taki i owaki. "- Jak to sama? Przecież do kina chodzi się z kimś”.
Innymi słowy popełniałam regularnie jakieś straszne faux pas przez chodzenie do kina samotnie.
Single, pamiętajcie: premiery kinowe to nie dla was, wy musicie czekać na DVD!

3. "- Słuchaj, ja wiem, że miałaś mieć wolny weekend, ale do X przyjeżdża rodzina męża, a tobie to i tak wszystko jedno, prawda?" - No niekoniecznie,  zapłaciłam już za wycieczkę i kupiłam bilet dokądś tam, na coś tam. "- No nie bądź taka samolubna. Sama zrozumiesz, jak to jest, jak już będziesz miała rodzinę”.

4. " - Y musi dzisiaj wcześniej wyjść, bo wyjątkowo odbiera dzieci z przedszkola, to zostaniesz za niego na recepcji." - Niestety, mam wizytę u lekarza / okulisty / lekcję jazdy / cokolwiek innego, nie dam rady. "- No ale on musi odebrać dzieci. Zrozumiesz, jak będziesz mieć własne”.

5. "- Nowa pracownica nie może pracować w soboty, bo ma dzieci, to powiedzieliśmy, że nie ma problemu, bo ty nikogo nie masz. To będziesz mieć wolne w niedziele i czwartki." - Wolałabym dwa dni po rząd, to może chociaż niedziele i poniedziałki? "- Nie da rady, bo ona nie może robić egzaminów, a w poniedziałek mamy egzaminy”.

6. "- Słuchaj,  Z właśnie rzuciła dziewczyna, to może się z nim umówisz?"  - Sorry, ale ja go nawet nie lubię. " - Nie powinnaś wybrzydzać, bo na zawsze zostaniesz singlem”.
No cóż, w tym przypadku to lepsze nic niż taki, zawsze trochę poplamiony i nie do końca świeży, rydz. ;-)

7. "- Kuzyn męża mojej siostry przyjeżdża na weekend i chciałby się trochę zabawić. To mogę cię z nim umówić, jak chcesz." - Dziękuję,  ale mam już plany na weekend. "- Jakie ty możesz mieć plany, przecież ty nikogo nie masz!”.

Czasami naprawdę można się było poczuć jak człowiek gorszego sortu...

Ale jak już się taki jeden przypałętał i związek się stworzył, to podobno w pracy jedna laska  (młoda, ładna, zgrabna, zawsze "zrobiona") wręcz płakała, że ona dostanie depresji, bo taka gruba i nieupacykowana Gosh znalazła sobie faceta "na stałe", a ona nie może i wszystkie związki się jej sypią po tygodniu czy dwóch...

Ludziom nie dogodzisz. :-) Zawsze im coś będzie przeszkadzać.

Skomentuj (35) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 157 (181)

#82858

~Dimetyloformamid ·
| Do ulubionych
Historyjka sprzed ładnych kilku lat, z czasów, gdy nasi wspaniali "pracodajcy" jeszcze nie narzekali na "brak rąk do pracy", ale już narzekali na "brak fachowców".

Nie będę wchodził w szczegóły moich kwalifikacji i napiszę tylko, że były solidne - wyższe wykształcenie, biegły angielski (słownictwo branżowe), konkretne umiejętności, doświadczenie, szkolenia itd. Nie byłem mega-fachowcem, ale zdecydowanie powyżej średniej (o tym, że to nie jest moje widzimisie - patrz koniec). Sytuacja w mojej branży była trudna - stosunkowo mało firm i duży zalew niedoświadczonych absolwentów. Moja osobista sytuacja była taka, że byłem bezrobotnym z oszczędnościami na "x" miesięcy skromnego życia, jeszcze nie zdesperowanym, ale bardzo zdeterminowanym, aby jak najszybciej znaleźć pracę.

Szukałem jej już ładny kawałek czasu i pocztą pantoflową dowiedziałem się, że pewna firma rzekomo szukała fachowca/ów od pewnych rzeczy, które bardzo dobrze pokrywały się z moimi kwalifikacjami. Z pewnym trudem, ale udało mi się znaleźć ich adres e-mail, wysłałem maila przedstawiającego moją osobę oraz CV i LM. Zwyczajem wielu polskich firm, nie dostałem nawet potwierdzenia odbioru, nie mówiąc już o odpowiedzi. Ale to nic dziwnego, przecież każdy z nas wie, jak drogie są znaczki na e-maile, nie?...

Tym bardziej byłem więc zdziwiony, gdy kilka tygodni później pewnego ranka odezwał się mój telefon - sam Jego Ekscelencja Pan Prezes wzywał mnie na przesłuchanie! Bo nie nazwę "zaproszeniem na rozmowę" tekstu, że mam się tego samego dnia i to w dodatku "byle szybko" zjawić w siedzibie firmy, oddalonej od mojego miejsca zamieszkania o trzycyfrową liczbę kilometrów... (Z perspektywy czasu wiem, że nie powinienem zgodzić się na takie traktowanie - oraz że moja uległość mogła być przyczyną tego, czego doświadczyłem na tej rozmowie).

Jest dobre połączenie PKS i docieram do firmy w rozsądnym czasie.

Rozmowa ma miejsce w gabinecie Jego Ekscelencji Pana Prezesa i obecny był na niej także Jaśniewielmożny Pan Kierownik. Jego Ekscelencja Pan Prezes otworzył rozmowę typową nawijką pełną bzdur o "dynamicznym rozwoju" i tym, jakie to oni mają fantastyczne plany na "byznesa" itd. itp. Jedyne, czego się z tego dowiedziałem, to że sprzęt za ciężkie setki tysięcy już jest w firmie i on "na gwałt" potrzebuje fachowca, bo reszta pracowników to ludzie z co najwyżej dwoma latami doświadczenia w pracy po studiach (i to tylko w ich firmie - bo zatrudniali tylko świeżaków po studiach) i nikt z nich nie potrafi tego wdrożyć do użytku (producent robi tylko instalacje i podstawowe szkolenie).

Moja kolej - poprosili mnie, abym opowiedział, co potrafię. Zacząłem opowiadać i... Jego Ekscelencja Pan Prezes co trzy-cztery zdania wtrącał mi się nie z pytaniami, ale z tekstami typu np. "to przecież trudne", "to jest bardzo trudne", "to mało kto potrafi", "tego nikt nie potrafi", "a niech pan nie opowiada". Jaśniewielmożny Pan Kierownik nieśmiało zadał mi dwa-trzy podstawowe pytania, na które bez problemu odpowiedziałem. Przy okazji wtrąciłem także, że wdrożenia tego typu sprzętu to moja specjalność.

Jego Ekscelencji Panu Prezesowi chyba się nie spodobało, że nie dałem się zgnoić oraz odpowiedziałem na wszystkie pytania (a oni nie potrafią mi zadać lepszych), więc rzucił mi w twarz tekstem - "NIECH PAN NIE MÓWI, ŻE COŚ POTRAFI, BO _MY_ _WIEMY_ _LEPIEJ_, ŻE PAN _NIC_ NIE POTRAF". Jego Ekscelencja Pan Prezes nie poprzestał na tym tekście i uznał, że koniecznie mi musi udowodnić, że czegoś nie umiem. Co jest najłatwiej zrobić? Oczywiście - zacząć pytać o rzeczy spoza mojego zakresu wykształcenia, specjalizacji, doświadczenia. Och, ten tryumf w jego oczach, gdy powiedziałem, że się na czymś nie znam!... Rozłożył ręce, uśmiechnął się fałszywie i powiedział - "no cóż, skoro pan NIC nie potrafi, to mogę zaoferować co najwyżej staż i przeszkolenie".

Bardzo łatwo byłoby mi tu napisać, że na przykład wybuchnąłem śmiechem albo powiedziałem mu, co myślę o jego ofercie z użyciem określeń, których nie ma w słowniku ludzi kulturalnych. Zamiast tego po prostu wstałem, podziękowałem za zainteresowanie, pożegnałem się kulturalnie, wyszedłem i nie oglądałem za siebie.

W drodze do domu uznałem, że moje poszukiwania pracy trwały już wystarczająco długo, a cały ten czas szukałem jej tylko w Polsce, więc MACOCHA-ojczyzna dostała już wystarczające fory i nadszedł czas szukać pracy także poza krajem. Przetłumaczyłem CV na angielski i, ciągle mieszkając w Polsce, zacząłem wysyłać je do ciekawych firm za granicą oraz odpowiadać na pasujące mi ogłoszenia na zagranicznych portalach rekrutacyjnych.

Pracę w mojej branży za granicą znalazłem o wiele szybciej, łatwiej i przyjemniej niż w Polsce. Tak dla porównania - komentarz na temat moich kwalifikacji, jaki usłyszałem podczas rozmowy za granicą: "masz dobre wykształcenie, ciekawe doświadczenie oraz dużą wiedzę i szeroki zakres umiejętności". Ofertę pracy dostałem tydzień po rozmowie - pełny etat, umowa na stałe, stanowisko i zarobki takie same, jak miejscowi o podobnych kwalifikacjach.

"Cześć i dzięki za ryby!”.

praca rekrutacja firmy Janusze_biznesu

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 114 (138)

#68027

Konto usunięte ·
| Do ulubionych
Mam psinę znajdę, Perełkę.

Przed wyjazdem na Lubelszczyznę okazało się, że młoda ma alergię na drób - czyt. wymiotuje i drapie się jak szalona, kiedy ktoś nieopatrznie poda jej kawałek mięsa z kurczaka/innego latającego ptactwa. Wszystkim znajomym oraz osobom z rodziny osiadłej w tym miejscu dało się przetłumaczyć, żeby w przypadku grilla/inszych spędów nie dawali mojemu psu takich specjałów, bo to może się źle skończyć.

Głupota uderzyła jednak z najmniej spodziewanej strony. Mój ojciec chrzestny (typowy gbur, prostak i cham), mieszkający tak jak my na Pomorzu, przyjechał w rodzinne strony na tydzień i od razu zaczął się szarogęsić.

Wczoraj przy okazji grilla podał młodej, pałętającej się po podwórku, kawał kurczęcego udka (mimo że znajomi taty i sam tato mu mówili "ona tego nie może jeść!”). Akurat wyszłam z domu, niosąc naręcze talerzy, kiedy zobaczyłam młodą, z lubością jedzącą kurczęce mięso. Aż mną zatelepało.

Odstawiłam kruchy ładunek w bezpieczne miejsce, pytając mega wqwiona 'KTO. JEJ. TO. DAŁ?!' i wyrywając, ile się dało z psiej mordki. Odezwał się mój ojciec chrzestny.

OC - Ja jej to dałem, czego krzyczysz?!
BC - Do stu diabłów, ona ma alergię na drób!
OC - Aaa tam, pierniczysz bzdury. Nic jej nie będzie! Alergia, phi (z głupawym uśmiechem).

Porwałam psa pod pachę i ruszyłam do domu, modląc się, żeby Perła nie rzygała. Nieskutecznie. Dwie godziny i dwa stosiki wymiocin później wsiadłam z młodą w auto, udając się do weterynarza.

Mała dostała 3 zastrzyki, a weterynarz nie mógł uwierzyć w głupotę idioty zwanego moim chrzestnym.

Skomentuj (30) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 215 (313)

#82940

(PW) ·
| Do ulubionych
Mieszkam i pracuję na niewielkim osiedlu domków jednorodzinnych.

Znamy się tu wszyscy, z niektórymi się lubimy, z innymi mniej, ale jakoś się mieszka.

Z racji tego, że w ciągu dnia jestem cały czas w domu lub w pracowni, kurierzy zostawiają u mnie paczki dla sąsiadów (oczywiście za ich zgodą). Funkcjonuje to od lat i większych problemów nigdy nie było. Ale… do dziś.

Jeden z sąsiadów jakiś czas temu dostał komplikującej życie wady postawy czyli klasycznej du*y na boku. Żona się dowiedziała, szybki rozwód, podział majątku itp. I tak zamiast miłej sąsiadki mamy różową Pati.

Pati jest głośna, pusta i denerwująca. Nie lubię jej i już, moje prawo.

Dziś wpadła do mojej pracowni jak burza z krzykiem. Że jestem idiotką, że przeze mnie jej kosmetyki się zepsuły, że będę jej zwracała koszty itp.

Szczerze mówiąc zatkało mnie na dość długo i dopiero po jakimś czasie skojarzyłam, o co chodzi tej różowej istocie.

Tydzień temu kurier jak zwykle zostawiał parę paczek u mnie i rzeczywiście miał coś dla niej. Nie odebrałam, bo po pierwsze nigdy mnie nie poprosiła o odbieranie paczek, a po drugie paczka była za pobraniem i to na kwotę około 500 zł.

Oni akurat byli na urlopie i teraz biedna Pati jest bez kosmetyków i to wszytko przeze mnie.

Wywaliłam idiotkę, bo nie mam ochoty przedzierać się przez jej tryby myślenia. Pogadam wieczorem z jej partnerem, bo facet kiedyś był rozsądny i może jej wytłumaczy. Ale ciśnienie mi podniosła skutecznie.

Edit:
Był wieczorem jej Misiaczek. Zaczął mi tłumaczyć, że jestem wrogo nastawiona do Pati, on wie, że jego ex to moja przyjaciółka, no ale mogłabym odebrać Pati paczkę.

Powiedziałam, owszem, mogłabym, jakby przyszła poprosić i zostawiła 500 zł. No i chyba Pati wpadła jak śliwka w kupę, bo Misiaczek oczy wytrzeszczył i zapytał "Ile?!!!".

Tak że hehe.

Sąsiadka

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 262 (268)

#82851

~Waciak ·
| Do ulubionych
Wiem, że w dzisiejszych czasach stylówka to dla niektórych ludzi sens istnienia…

… ale drogi rowerzysto/hipsterze, który zamocowałeś czerwoną lampkę z przodu swojego roweru, a białą z tyłu, po pierwsze stwarzasz zagrożenie na drodze, po drugie wyglądasz jak pajac.

komunikacja_miejska

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 125 (143)

#82859

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia o tym jak urząd (!!!)PRACY(!!!) utrudniał mi (!!!)PODJĘCIE PRACY(!!!).

Postaram się ograniczyć ilość faktów do niezbędnego minimum, aczkolwiek uprzedzam, że i tak wyjdzie stosunkowo długa opowieść.

Rok temu skończyłem studia. Jak to bywa, nie znalazłem przez ten czas pracy w zawodzie i tak, na pohybel swojej dumie, wędrowałem po magazynach, gdzie przyjmowali ludzi bez matury, a czasem nawet bez podstawówki.

Aż tu niedawno (tj. początek sierpnia 2018 - dla tych, co czytają długo po publikacji) pewna firma w moim rodzimym mieście zaoferowała się, że chętnie przyjmie mnie na staż, więc powiedzieli mi, że mam pójść z jakimś wnioskiem od nich do Urzędu Pracy, tym samym dając im znać, że chcą mnie przyjąć.

Problem nr 1)

Ale my (Urząd Pracy) mamy staże tylko dla facetów po 40-tce albo dla kobiet. Więc muszę albo kilkanaście lat siedzieć u starych na garnuszku (co jest, nie oszukujmy się, mało ciekawe) albo zmienić płeć (gdzie w Polsce w życiu na to hajsu nie uzbieram albo bym zadłużył się po uszy i w życiu nie zdołał tego spłacić).

Problem nr 2)

Ch*j nas to obchodzi, że ktoś chce pana zatrudnić. Musi się pan zarejestrować u nas jako bezrobotny (a po co niby przyszedłem?) [uprzedzając pytania, nie miałem potrzeby się rejestrować, bo od wygaśnięcia poprzedniej umowy minął dopiero tydzień, w trakcie którego szczęśliwie udało mi się znaleźć firmę od tego stażu].

Problem nr 3)

Dzwonię do pana, który chce mnie na staż. Daję babie w urzędzie tego pana do telefonu. Wszystko jej wyjaśnia, że według jego informacji obiecali mu opłacić staż ze swoich środków, nawet jak to będzie ze wskazaniem (czyli że przyślą konkretną osobę na ten staż). Babka "coś świta Schrödingera", czyli jemu, rozmawiając przez mój telefon, przyznaje rację, ale mi już wypiera się w żywe oczy, że nic takiego nie miało miejsca.

Problem nr 4)

Jak pracowałem w pewnej firmie (której - jak myślę - z wiadomych powodów nie wspomnę z "nazwiska"), w której - mówiąc wprost - pluli ludziom w twarz za to, że im się jeszcze chciało, dali mi wypowiedzenie (którego okres wynosił miesiąc) i pech chciał, że w ostatnim jego tygodniu wyszło mi jakieś uczulenie, więc musiałem wziąć L4. Mam świadomość, jak to musiało wyglądać z perspektywy pracodawcy, że akurat w ostatnim tygodniu wziąłem to zwolnienie. Urząd Pracy w swoim systemie miał jakiś błąd, że niby to L4 obejmowało okres już po byciu zwolnionym. I wymagali ode mnie, bym załatwił jakieś zaświadczenie z ZUS-u o tym, że ta sytuacja miała miejsce. Mimo że ich własny system pokazywał (ponoć) wszystko czarno na białym.

Problem nr 5)

Jak już tam siedziałem, stwierdziłem, że uzupełnię swoje dokumenty u nich o m.in. kurs na wózki widłowe, który przez ten rok zrobiłem (bo skoro już latałem po tych magazynach mimo studiów, to stwierdziłem, że parę groszy więcej za to uprawnienie raczej nie przeszkodzi). Dałem babce więc z rozpędu swój "Zestaw", którą to nazwą w kontekście pracy określam CV, list motywacyjny, referencje, wszystkie kursy itp. (a taki zestaw zawsze daję, zostawiając gdzieś CV) i babka mi mówi: "O! w 2010 zrobił pan kurs na kasę fiskalną, czemu pan nic nie mówił?", a ja na to: "Bo sami mnie na niego wysłaliście?”. Ale babce i tak to nie przeszkodziło twierdzić, że nie zamierzają mi dać tego stażu, bo "ja coś kombinuję”.

Koniec końców, po ponad 2 godzinach męczarni psychicznej, (chyba) się udało. Jutro (licząc od dnia, w którym to piszę) idę do tego pana od stażu z informacją, że, mimo perturbacji, niedługo możemy zacząć staż.

Niemniej, reasumując, wniosek z tej historii jest taki, jak wspomniałem na wstępie:

Urząd (!!!)PRACY(!!!) utrudniał mi (!!!)PODJĘCIE PRACY(!!!).

Urząd Pracy

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 74 (120)

#82852

(PW) ·
| Do ulubionych
Czemu Mareczek jest nielubiany (http://piekielni.pl/82845). Wklejam i wyjaśniam poszczególne.

- Nie biega co 15 minut na papierosa (niepalący).
Każdy magazynier z wyjątkiem Mareczka praktycznie co chwilę znika na fajkę. I tak co chwila przerwa, bo papierosek, była kawka, to papierosek, telefon, papierosek itd. Liczyłem kiedyś, iż każdy traci tak około 40 minut dziennie.

- Szanuje towar firmy.
Nie rzuca, ale układa. U niego nie ma upadku z widlaka. Jedyne co, poleciała mu paleta, to jej pęknięcie i utrata równowagi. A nie zbyt szybka jazda i drift widlakiem.

- Jego robota jest zawsze zrobiona i nie ma „opóźnień".
Jakoś nie ma problemu z odpaleniem wózka, znalezieniem towaru i innymi problemami typu drukarka nie wydrukowała.

- Papierologia jest zawsze ok.
Liczy każdą sztukę i dokładnie wypełnia papiery, aż przyjemnie się czyta.

- Praktycznie chorobowego i dni wolnych nie brał.
Nie bierze L4 tzw. kacowego ani nagłych dni na trzeźwienie.

Ogólnie inni magazynierzy wyglądają jak olewający przy nim.

A co do sugestii w komentarzu o kradzieże w firmie. Wprowadziliśmy cotygodniowy spis z natury. Wybieramy drobny kawałek magazynu i sprawdzamy, czy się zgadza z papierami. Odpowiada finansowo kierownik i ma on wyjaśnić, co się stało.

uslugi

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 114 (130)

Podziel się pozytywnymi historiami na
WSPANIALI.pl

Piekielni