Historia o tym jak rodzina potrafi zatruć życie i rozwalić małżeństwo.
Nie mam już rodzeństwa jestem sam, rodzice odeszli zbyt szybko a z żoną zaraz się rozwodzę.
Historia będzie miała mocny nacisk na pasożytnictwo siostry mojej żony. (Uważam ją za pasożyta nieroba i zła kobietę)
Wszystko zaczęło się kiedy wyprowadziliśmy się z mieszkania po moich rodzicach do nowego domu (mieszkanie było moje jeszcze przed ślubem i nigdy nie była jego współwłaścicielem)
Zorganizowaliśmy parapetówkę na którą zaprosiliśmy znajomych rodziców mojej żony i jej siostrę z mężem (facet nieudacznik, w żadnej pracy nie utrzymał się dłużej niż pół roku. Dałem mu kiedyś pracę u mnie w autokomisie to nie przychodził) i od tego momentu zaczęły się JAJA.
Na parapetówce matka żony podeszła z jej siostrą i zaczęły wypytywać o stare mieszkanie.
-a to wasze stare mieszkanie to teraz puste stoi to może Dorotka (imię zmienione celowo) z mężem i dziećmi się tam wprowadzi ? Będzie im wygodniej a wam i tak nie potrzebne.
- yyy ..... (Byłem skołowany taka bezpośredniością) Niee ... Raczej nie... Mam inne plany na to mieszkanie
-Mhmmmm no to myślę że plany możesz zmienić ale to Twoja żona ci już wytłumaczy.
Ojciec żony też próbował mnie namówić żeby uwaga dać im tam mieszkać bo ja nie zbiednieje.... Serio ?
Ten temat poruszyła żona kiedy wieczorem byliśmy w łóżku. Próbowała mnie namówić i przekonać żeby wynająć jej siostrze mieszkanie za opłacanie czynszu .... Jednym słowem mieszkanie po rodzicach w którym się wychowywałem i jedyne co mi po nich zostało miałem tak po prostu oddać siostrze żony bo mają ciężko. Bo tam są 4 pokoje a oni mają tylko 2. Bo Dorotka nie ma pracy a nie będzie tyrać jak wół w fabryce przy taśmie albo innym sklepie. Dorotka zawsze była biedna i poszkodowana i zawsze trzeba było jej pomagać. Nie zgodziłem się i powiedziałem że moja decyzja jest ostateczna.
Jakiś czas później robiliśmy grill u nas w domu więc zaprosiliśmy rodzinę żony. Stoję przy grillu, podchodzi teściu i dalej co ja zrobię z tym mieszkaniem bo Dorotka bo dzieci bo ten jej to fleja i pracy nie może dobrej znaleźć bo co ja zrobię i po co mam czynsz płacić jak oni mogą opłacać i tam mieszkać. Powiedziałem mu po raz kolejny że nie będę tam nikogo wpuszczać i nikt mnie nie przekona bo to mieszkanie to moja polisa na przyszłość.... Oburzył się i poszedł. Kiedy skończyłem grillować usiadłem do stołu żeby zjeść i szwagier fleja uraczył mnie tekstem że coś za słabo kiełbasy przypiekam i cienko grilluje bo tak się nie powinno tego robić...
-To zaproś mnie na grilla do was to pokażesz mi jak to się robi.... Albo idź połóż sobie kiełbaskę na grillu i bardziej dopiecz. Atmosfera była sztywna bo Dorotka cały czas narzekała na ceny mieszkań i że nie ma nic większego i ciasno im na ich wynajmowanym mieszkaniu. Tak minął grill w sztywnej atmosferze.... Na koniec okazało się że samochód im się zepsuł i nie mieli jak wrócić do domu.... Z racji tego że mieli małe dziecko a ja skruszony odpowiednia dawka substancji wyskokowej dałem im kluczyki od samochodu z firmy (mam autokomis to jeżdżę ciągle czymś innym) a ich samochód wziąłem do naprawy. To zawsze oferowałem rodzinie że samochody naprawiałem za cenę części.
Pożałowałem tej decyzji kilka dni później kiedy to szwagier fleja wpakował się w tył dostawczaka prosto w rampę. Nie usłyszałem żadnego przepraszam ani nic jeszcze zwrócił mi uwagę że kto normalny zakłada opony wielosezonowe do takiego auta.
-Wrzucisz to sobie w koszta co ?
Wtedy się coś we mnie zagotowało wróciłem do domu żeby to powiedzieć żonie która powiedziała mi że to przecież nic wielkiego i że ważne że nic mu się nie stało, to tylko samochód
Postanowiłem wszystkim uciąć jakiekolwiek przysługi jakie ode mnie mieli.
Żona coraz bardziej naciskała żebym pozwolił im mieszkać w starym mieszkaniu więc powiedziałem po moim trupie i że są mi winni za rozwalony samochód. I tutaj żona się obraziła.
Tak mijały kolejne tygodnie i sytuację których wolę nie przytaczać bo to czysta patologia i kryminał, przestępstwa też były popełnione :) nie przeze mnie. I to doprowadziło do momentu kiedy żona postanowiła się ze mną rozwieść za namową swoich rodziców.
Jej rodzice oraz siostra wmówili jej że po rozwodzie dostanie moje stare mieszkanie połowę komisu oraz nasz dom. Byłem w szoku kiedy powiedziała o rozwodzie, była 100% pewna że go chce więc co miałem zrobić...... Zgodziłem się. Poszedłem do prawnika żeby się dowiedzieć na czym stoję i okazało się że mieszkanie i komis są moim majątkiem osobistym (nie wiedziałem o tym i o tych kruczkach prawnych)
Kiedy ta cała reszta się o tym dowiedziała to wpadli w absolutna furię a żona nie chciała się już rozwodzić. Ale skoro już sprawa poszła tak daleko to czekam na to co wydarzy się w sądzie. Bo ja rodzinnym sponsorem nie mam zamiaru być
Nie mam już rodzeństwa jestem sam, rodzice odeszli zbyt szybko a z żoną zaraz się rozwodzę.
Historia będzie miała mocny nacisk na pasożytnictwo siostry mojej żony. (Uważam ją za pasożyta nieroba i zła kobietę)
Wszystko zaczęło się kiedy wyprowadziliśmy się z mieszkania po moich rodzicach do nowego domu (mieszkanie było moje jeszcze przed ślubem i nigdy nie była jego współwłaścicielem)
Zorganizowaliśmy parapetówkę na którą zaprosiliśmy znajomych rodziców mojej żony i jej siostrę z mężem (facet nieudacznik, w żadnej pracy nie utrzymał się dłużej niż pół roku. Dałem mu kiedyś pracę u mnie w autokomisie to nie przychodził) i od tego momentu zaczęły się JAJA.
Na parapetówce matka żony podeszła z jej siostrą i zaczęły wypytywać o stare mieszkanie.
-a to wasze stare mieszkanie to teraz puste stoi to może Dorotka (imię zmienione celowo) z mężem i dziećmi się tam wprowadzi ? Będzie im wygodniej a wam i tak nie potrzebne.
- yyy ..... (Byłem skołowany taka bezpośredniością) Niee ... Raczej nie... Mam inne plany na to mieszkanie
-Mhmmmm no to myślę że plany możesz zmienić ale to Twoja żona ci już wytłumaczy.
Ojciec żony też próbował mnie namówić żeby uwaga dać im tam mieszkać bo ja nie zbiednieje.... Serio ?
Ten temat poruszyła żona kiedy wieczorem byliśmy w łóżku. Próbowała mnie namówić i przekonać żeby wynająć jej siostrze mieszkanie za opłacanie czynszu .... Jednym słowem mieszkanie po rodzicach w którym się wychowywałem i jedyne co mi po nich zostało miałem tak po prostu oddać siostrze żony bo mają ciężko. Bo tam są 4 pokoje a oni mają tylko 2. Bo Dorotka nie ma pracy a nie będzie tyrać jak wół w fabryce przy taśmie albo innym sklepie. Dorotka zawsze była biedna i poszkodowana i zawsze trzeba było jej pomagać. Nie zgodziłem się i powiedziałem że moja decyzja jest ostateczna.
Jakiś czas później robiliśmy grill u nas w domu więc zaprosiliśmy rodzinę żony. Stoję przy grillu, podchodzi teściu i dalej co ja zrobię z tym mieszkaniem bo Dorotka bo dzieci bo ten jej to fleja i pracy nie może dobrej znaleźć bo co ja zrobię i po co mam czynsz płacić jak oni mogą opłacać i tam mieszkać. Powiedziałem mu po raz kolejny że nie będę tam nikogo wpuszczać i nikt mnie nie przekona bo to mieszkanie to moja polisa na przyszłość.... Oburzył się i poszedł. Kiedy skończyłem grillować usiadłem do stołu żeby zjeść i szwagier fleja uraczył mnie tekstem że coś za słabo kiełbasy przypiekam i cienko grilluje bo tak się nie powinno tego robić...
-To zaproś mnie na grilla do was to pokażesz mi jak to się robi.... Albo idź połóż sobie kiełbaskę na grillu i bardziej dopiecz. Atmosfera była sztywna bo Dorotka cały czas narzekała na ceny mieszkań i że nie ma nic większego i ciasno im na ich wynajmowanym mieszkaniu. Tak minął grill w sztywnej atmosferze.... Na koniec okazało się że samochód im się zepsuł i nie mieli jak wrócić do domu.... Z racji tego że mieli małe dziecko a ja skruszony odpowiednia dawka substancji wyskokowej dałem im kluczyki od samochodu z firmy (mam autokomis to jeżdżę ciągle czymś innym) a ich samochód wziąłem do naprawy. To zawsze oferowałem rodzinie że samochody naprawiałem za cenę części.
Pożałowałem tej decyzji kilka dni później kiedy to szwagier fleja wpakował się w tył dostawczaka prosto w rampę. Nie usłyszałem żadnego przepraszam ani nic jeszcze zwrócił mi uwagę że kto normalny zakłada opony wielosezonowe do takiego auta.
-Wrzucisz to sobie w koszta co ?
Wtedy się coś we mnie zagotowało wróciłem do domu żeby to powiedzieć żonie która powiedziała mi że to przecież nic wielkiego i że ważne że nic mu się nie stało, to tylko samochód
Postanowiłem wszystkim uciąć jakiekolwiek przysługi jakie ode mnie mieli.
Żona coraz bardziej naciskała żebym pozwolił im mieszkać w starym mieszkaniu więc powiedziałem po moim trupie i że są mi winni za rozwalony samochód. I tutaj żona się obraziła.
Tak mijały kolejne tygodnie i sytuację których wolę nie przytaczać bo to czysta patologia i kryminał, przestępstwa też były popełnione :) nie przeze mnie. I to doprowadziło do momentu kiedy żona postanowiła się ze mną rozwieść za namową swoich rodziców.
Jej rodzice oraz siostra wmówili jej że po rozwodzie dostanie moje stare mieszkanie połowę komisu oraz nasz dom. Byłem w szoku kiedy powiedziała o rozwodzie, była 100% pewna że go chce więc co miałem zrobić...... Zgodziłem się. Poszedłem do prawnika żeby się dowiedzieć na czym stoję i okazało się że mieszkanie i komis są moim majątkiem osobistym (nie wiedziałem o tym i o tych kruczkach prawnych)
Kiedy ta cała reszta się o tym dowiedziała to wpadli w absolutna furię a żona nie chciała się już rozwodzić. Ale skoro już sprawa poszła tak daleko to czekam na to co wydarzy się w sądzie. Bo ja rodzinnym sponsorem nie mam zamiaru być
Kuj-pom
Ocena:
104
(114)
Historia sprzed kilku dni. Piekielny jest (chyba…?) pewien producent samochodów… Albo może ogólna tendencja do tego, żeby wszystko było wyłącznie elektroniczne i cyfrowe.
Sąsiad mieszkający na sąsiedniej uliczce - gość dosyć zamożny - ma samochód klasy premium znanej marki. Auto naprawdę fajne, kupione bodaj dwa lata temu, czyli jak nowe.
Ale, jak wiadomo, nowym samochodom też się zdarzają awarie…
Poranek, zimno. Wracam ze spaceru z psem i widzę sąsiada, który siedzi w swoim pięknym aucie i rozpaczliwie macha do mnie rękami. Zdziwiłem się troche, podchodzę… Co się okazało?
Sąsiad właśnie ruszał swoim autem spod domu - był dosłownie kilka metrów od własnej bramy - kiedy nagle, kompletnie niespodziewanie, samochód zgasł. Pstryk - i już: silnik się wyłączył, zgasły wszystkie lampki, martwa cisza. Okazało się później, że urwał się (albo został przegryziony przez kunę…) jakiś pojedynczy przewód i sytuacja była taka, jakby akumulator został odłączony.
No OK, zdarza się, awaria, jak awaria, powiecie, co w tym piekielnego…?
No to posłuchajcie.
Sąsiad siedział w samochodzie pół godziny, czekając, aż ktoś będzie przechodził i mu pomoże. Dlaczego? Dlatego, że trzymał nogę na hamulcu, żeby auto się nie stoczyło (bo uliczka idzie pod górę - minimalnie, ale wystarczająco).
Samochód z automatyczną skrzynią biegów, więc nie było opcji "wrzuć bieg, to stanie". Co, że powinien przełączyć w tryb parkowania (czy jak to się tam fachowo w automatach nazywa)? No więc nie mógł, bo "akumulator był odłączony", a przełączanie położeń automatycznej skrzyni biegów w tym modelu jest wyłącznie elektroniczne (nie ma "wajchy", jest tylko taki cyfrowy przełącznik, który przy braku prądu oczywiście nie działał.
No to przecież hamulec ręczny, prawda? Otóż też nie: w tym samochodzie nie ma takiego hamulca ręcznego, jaki znamy z większości normalnych aut, czyli wajchy po prawej stronie kierowcy, która można mechanicznie "zaciągnąć". Jest wyłącznie przycisk, który uruchamia blokadę kół. Który, oczywiście, nie reaguje przy braku prądu.
Jedyne, co działało, to normalny, nożny hamulec, który (na szczęście) działał tradycyjnie - co prawda nie działało wspomaganie hamowania, ale dociśnięcie pedała z całej siły sprawiło, że samochód stał. I dobrze, bo inaczej sąsiad miałby do wyboru albo stoczyć się do tyłu po prostej, na samochody zaparkowane przy prostopadłej uliczce (skrzyżowanie T), albo skręcić i walnąć w murek własnej posesji.
Pod płotem stała sterta cegieł po jakimś remoncie, podłożyłem jedną pod tylne koło - i dopiero wtedy sąsiad, spocony jak mysz, wysiadł z auta, które następnie razem przepchnęliśmy na trawnik, a potem podstawiliśmy cegły pod wszystkie cztery koła.
Gdyby samochód "padł" kiedy stał, ze skrzynią biegów w trybie postojowym - to by po prostu stał. Ale że padł nagle, w czasie jazdy… No właśnie. Trochę to jednak paranoja - i nauczka, żeby nie kupować samochodów be mechanicznego hamulca ręcznego…
Sąsiad mieszkający na sąsiedniej uliczce - gość dosyć zamożny - ma samochód klasy premium znanej marki. Auto naprawdę fajne, kupione bodaj dwa lata temu, czyli jak nowe.
Ale, jak wiadomo, nowym samochodom też się zdarzają awarie…
Poranek, zimno. Wracam ze spaceru z psem i widzę sąsiada, który siedzi w swoim pięknym aucie i rozpaczliwie macha do mnie rękami. Zdziwiłem się troche, podchodzę… Co się okazało?
Sąsiad właśnie ruszał swoim autem spod domu - był dosłownie kilka metrów od własnej bramy - kiedy nagle, kompletnie niespodziewanie, samochód zgasł. Pstryk - i już: silnik się wyłączył, zgasły wszystkie lampki, martwa cisza. Okazało się później, że urwał się (albo został przegryziony przez kunę…) jakiś pojedynczy przewód i sytuacja była taka, jakby akumulator został odłączony.
No OK, zdarza się, awaria, jak awaria, powiecie, co w tym piekielnego…?
No to posłuchajcie.
Sąsiad siedział w samochodzie pół godziny, czekając, aż ktoś będzie przechodził i mu pomoże. Dlaczego? Dlatego, że trzymał nogę na hamulcu, żeby auto się nie stoczyło (bo uliczka idzie pod górę - minimalnie, ale wystarczająco).
Samochód z automatyczną skrzynią biegów, więc nie było opcji "wrzuć bieg, to stanie". Co, że powinien przełączyć w tryb parkowania (czy jak to się tam fachowo w automatach nazywa)? No więc nie mógł, bo "akumulator był odłączony", a przełączanie położeń automatycznej skrzyni biegów w tym modelu jest wyłącznie elektroniczne (nie ma "wajchy", jest tylko taki cyfrowy przełącznik, który przy braku prądu oczywiście nie działał.
No to przecież hamulec ręczny, prawda? Otóż też nie: w tym samochodzie nie ma takiego hamulca ręcznego, jaki znamy z większości normalnych aut, czyli wajchy po prawej stronie kierowcy, która można mechanicznie "zaciągnąć". Jest wyłącznie przycisk, który uruchamia blokadę kół. Który, oczywiście, nie reaguje przy braku prądu.
Jedyne, co działało, to normalny, nożny hamulec, który (na szczęście) działał tradycyjnie - co prawda nie działało wspomaganie hamowania, ale dociśnięcie pedała z całej siły sprawiło, że samochód stał. I dobrze, bo inaczej sąsiad miałby do wyboru albo stoczyć się do tyłu po prostej, na samochody zaparkowane przy prostopadłej uliczce (skrzyżowanie T), albo skręcić i walnąć w murek własnej posesji.
Pod płotem stała sterta cegieł po jakimś remoncie, podłożyłem jedną pod tylne koło - i dopiero wtedy sąsiad, spocony jak mysz, wysiadł z auta, które następnie razem przepchnęliśmy na trawnik, a potem podstawiliśmy cegły pod wszystkie cztery koła.
Gdyby samochód "padł" kiedy stał, ze skrzynią biegów w trybie postojowym - to by po prostu stał. Ale że padł nagle, w czasie jazdy… No właśnie. Trochę to jednak paranoja - i nauczka, żeby nie kupować samochodów be mechanicznego hamulca ręcznego…
motoryzacja
Ocena:
108
(114)
Wczorajszy pociąg do Warszawy. Zatłoczony do granic możliwości. Mnóstwo ludzi bez miejsca siedzącego, stojących lub siedzących w korytarzach. I on jeden, też bez wykupionego miejsca, pouczający wszystkich co mają robić.
Ja kupiłam bilet wcześniej z rezerwacją. Wyprosiłam osobę, która zajęła moja miejsce. Pan napadł na mnie, że skoro jestem młoda (mam 60 lat i pogruchotany kręgosłup, on góra 50 i bardzo żywotny) to mogę sobie postać 3 godziny, mimo że wcześniej wykupiłam miejscówkę i za nią zapłaciłam. Kazałam mu sp***lać.
Zaczepiał wszystkich w pociągu, każdy mówił mu to samo. Przy wysiadaniu na centralnej pchał się bezczelnie na ludzi, który byli wcześniej przy drzwiach. Zawołałam do nich:" przepuście tego chama, bo gotów nas stratować". Przepuścili, bo większość ludzi jest normalna. I nie będzie się szarpać z debilem.
Ja kupiłam bilet wcześniej z rezerwacją. Wyprosiłam osobę, która zajęła moja miejsce. Pan napadł na mnie, że skoro jestem młoda (mam 60 lat i pogruchotany kręgosłup, on góra 50 i bardzo żywotny) to mogę sobie postać 3 godziny, mimo że wcześniej wykupiłam miejscówkę i za nią zapłaciłam. Kazałam mu sp***lać.
Zaczepiał wszystkich w pociągu, każdy mówił mu to samo. Przy wysiadaniu na centralnej pchał się bezczelnie na ludzi, który byli wcześniej przy drzwiach. Zawołałam do nich:" przepuście tego chama, bo gotów nas stratować". Przepuścili, bo większość ludzi jest normalna. I nie będzie się szarpać z debilem.
Włocławek
Ocena:
123
(135)
Byłem dziś z synem w Mazowieckim Centrum Stomatologii w Warszawie (mamy tam "swojego" dentystę od 8 lat, kiedy syn miał wypadek na rowerze i konieczna była ratunkowa operacja).
Wizyta kontrolna, wszystko gra, "odbudowany" ząb jest w porządku, ale lekarz zaproponował, żeby umówić się na wizytę do ortodonty, żeby sprawdzić czy nie da się trochę poprawić zgryzu, co zmniejszyłoby ryzyko uszkodzenia tego "odbudowanego". Wada zgryzu minimalna, normalnie - jak przyznał lekarz - nie miałoby to sensu, ale w tej sytuacji może warto sprawdzić (przy czym od razu powiedział, że ortodonta może uznać że nic z tym nie ma sensu robić). Czyli na razie tylko konsultacja.
OK, po wyjściu z gabinetu idę zatem do rejestracji. Pani patrzy w komputer i mówi, że owszem, może nas zapisać, ale tylko "prywatnie" (płatnie), nie na NFZ.
Zaraz, ale dlaczego? Przecież do 18 roku życia konsultacje u ortodonty są na NFZ?
Tak, ale najbliższy wolny termin na NFZ mamy na przyszły rok. A wtedy pański syn będzie już pełnoletni (18. urodziny w czerwcu). Czyli albo mogę zapisać na za rok, wizyta płatna, 250 zł. Albo na za miesiąc, wizyta płatna, 250 zł.
No żesz…
Wizyta kontrolna, wszystko gra, "odbudowany" ząb jest w porządku, ale lekarz zaproponował, żeby umówić się na wizytę do ortodonty, żeby sprawdzić czy nie da się trochę poprawić zgryzu, co zmniejszyłoby ryzyko uszkodzenia tego "odbudowanego". Wada zgryzu minimalna, normalnie - jak przyznał lekarz - nie miałoby to sensu, ale w tej sytuacji może warto sprawdzić (przy czym od razu powiedział, że ortodonta może uznać że nic z tym nie ma sensu robić). Czyli na razie tylko konsultacja.
OK, po wyjściu z gabinetu idę zatem do rejestracji. Pani patrzy w komputer i mówi, że owszem, może nas zapisać, ale tylko "prywatnie" (płatnie), nie na NFZ.
Zaraz, ale dlaczego? Przecież do 18 roku życia konsultacje u ortodonty są na NFZ?
Tak, ale najbliższy wolny termin na NFZ mamy na przyszły rok. A wtedy pański syn będzie już pełnoletni (18. urodziny w czerwcu). Czyli albo mogę zapisać na za rok, wizyta płatna, 250 zł. Albo na za miesiąc, wizyta płatna, 250 zł.
No żesz…
ortodonta służba zdrowia
Ocena:
97
(107)
Będzie krótko.
Zarząd stwierdził, że zbyt dużo czasu marnujemy w toalecie, więc założył kontrolę dostępu z odczytami wejść i wyjść do biura i na produkcję. Następnie na koniec miesiąca Grażynka z księgowości i zasobów ludzkich, wysłała informację, że przekroczono czas przerw, stąd prosi się o poprawę pod rygorem konsekwencji w przyszłości.
Poszło zapytanie do Inspekcji Pracy czy takie coś jest legalne.
Zarząd stwierdził, że zbyt dużo czasu marnujemy w toalecie, więc założył kontrolę dostępu z odczytami wejść i wyjść do biura i na produkcję. Następnie na koniec miesiąca Grażynka z księgowości i zasobów ludzkich, wysłała informację, że przekroczono czas przerw, stąd prosi się o poprawę pod rygorem konsekwencji w przyszłości.
Poszło zapytanie do Inspekcji Pracy czy takie coś jest legalne.
praca przerwa toaleta
Ocena:
107
(117)
Historia https://piekielni.pl/92598 mi przypomniała zdarzenie sprzed paru lat.
Miejsce akcji - post-PRLowski blok z wielkiej płyty. Właścicielka mieszkania na ostatnim piętrze umiera.
Osoba z rodziny dziedzicząca to mieszkanie mieszka za granicą. Przyjeżdża trochę ogarnąć, wyjeżdża po jakimś czasie zostawiając uchylone drzwi balkonowe, żeby się przewietrzyło.
Po paru miesiącach nadchodzi zima. Z zimą nadchodzi mróz. Drzwi balkonowe jak były uchylone tak są. Administracja nie reaguje. Właściciel ma to gdzieś, nie będzie zza granicy jechał, żeby balkon zamknąć. Sąsiadom przemarzają ściany i pojawia się grzyb.
Szczęściem na wiosnę mieszkanie zostaje sprzedane.
Miejsce akcji - post-PRLowski blok z wielkiej płyty. Właścicielka mieszkania na ostatnim piętrze umiera.
Osoba z rodziny dziedzicząca to mieszkanie mieszka za granicą. Przyjeżdża trochę ogarnąć, wyjeżdża po jakimś czasie zostawiając uchylone drzwi balkonowe, żeby się przewietrzyło.
Po paru miesiącach nadchodzi zima. Z zimą nadchodzi mróz. Drzwi balkonowe jak były uchylone tak są. Administracja nie reaguje. Właściciel ma to gdzieś, nie będzie zza granicy jechał, żeby balkon zamknąć. Sąsiadom przemarzają ściany i pojawia się grzyb.
Szczęściem na wiosnę mieszkanie zostaje sprzedane.
blok sąsiad
Ocena:
121
(129)
Fikcyjna ochrona gatunku objętego ochroną.
Jaka jest pogoda za oknem każdy widzi, opisywać nie trzeba. Piątek popołudniu. Znajdujemy na ulicy osiedlowej wychudzonego ptaka, gatunek chroniony, w kraju mamy mniej niż 500 gniazdujących par. Faktem jest, że tego ptaka nie powinno być o tej porze w Polsce. Zabieramy do ciepłego pomieszczenia, myślimy co dalej.
Od rana ofensywa telefoniczna. Zaczynam od znajomej, której partner jest leśnikiem. Dowiedziałam się, że niepotrzebnie zabierałam do domu. GATUNEK CHRONIONY... Tak sobie myślę, skoro źle, że zabrałam, to po jakiego muchomora były tworzone ośrodki rehabilitacji dzikich zwierząt? Chyba tylko, żeby ktoś zgarniał kasę za ich istnienie. Trudno. Myślę dalej. Nie mamy straży miejskiej, do urzędu miasta nie ma po co dzwonić.
Zaczynam od regionalnego parku krajobrazowego, przy którym teoretycznie jest ośrodek rehabilitacji dzikich zwierząt, który powinien ode mnie ptaka przejąć. Dzwonię na stacjonarny, ale to sobota, wiadomo. Telefon dzwoni w pustym pokoju, a moje naiwne nadzieje, że mają przekierowanie na jakąś komórkę na sytuacje weekendowe się rozwiewa. Dzwonię do lokalnego stowarzyszenia zajmującego się dzikimi ptakami, ale nie tym gatunkiem, w nadziei, że może mieć kontakt do ośrodka. Pan miał i podał komórkę. Dzwonię, nie odebrał. Napisałam sms, dodałam zdjęcie ptaka. Nic. Szukam dalej.
Znalazłam jakieś stowarzyszenie, co prawa jakieś 60 km na północ od mnie, ale w razie czego jestem gotowa ptaka zawieźć, jeśli tylko ktoś zdecyduje się nim zająć. Odzywa się ktoś, ale jest poza domem, będzie dopiero w niedzielę wieczorem. Ale dostałam namiar do kolejnej osoby, też jakieś 60 km na zachód. Pani nie mogła przyjąć ptaka z powodu braku miejsca, ale udzieliła mi pomocnych wskazówek jak postępować. W międzyczasie udaliśmy się do najbliższego weterynarza, ale pan nie miał doświadczenia z takim ptakiem i nie wiedział co robić. Niestety wieczorem ptak padł. Nie przyjmował pokarmu, był osowiały, nie miało mu się na życie. To był młody, zeszłoroczny osobnik.
Szkoda, bo to jest rzadki ptak. Jestem zafascynowana obserwacją dzikich ptaków od dziecka i kilka razy udało mi się takiego ptaka widzieć w naturze. Bardzo mnie wkurza ta fikcja ochrony, tylko od poniedziałku do piątku 7:30-15:30, i to też nie zawsze działa. Rąbać lasy na potęgę można, za każdej władzy. Pomagać zwierzętom, którym zabiera się siedliska nie ma komu.
Jaka jest pogoda za oknem każdy widzi, opisywać nie trzeba. Piątek popołudniu. Znajdujemy na ulicy osiedlowej wychudzonego ptaka, gatunek chroniony, w kraju mamy mniej niż 500 gniazdujących par. Faktem jest, że tego ptaka nie powinno być o tej porze w Polsce. Zabieramy do ciepłego pomieszczenia, myślimy co dalej.
Od rana ofensywa telefoniczna. Zaczynam od znajomej, której partner jest leśnikiem. Dowiedziałam się, że niepotrzebnie zabierałam do domu. GATUNEK CHRONIONY... Tak sobie myślę, skoro źle, że zabrałam, to po jakiego muchomora były tworzone ośrodki rehabilitacji dzikich zwierząt? Chyba tylko, żeby ktoś zgarniał kasę za ich istnienie. Trudno. Myślę dalej. Nie mamy straży miejskiej, do urzędu miasta nie ma po co dzwonić.
Zaczynam od regionalnego parku krajobrazowego, przy którym teoretycznie jest ośrodek rehabilitacji dzikich zwierząt, który powinien ode mnie ptaka przejąć. Dzwonię na stacjonarny, ale to sobota, wiadomo. Telefon dzwoni w pustym pokoju, a moje naiwne nadzieje, że mają przekierowanie na jakąś komórkę na sytuacje weekendowe się rozwiewa. Dzwonię do lokalnego stowarzyszenia zajmującego się dzikimi ptakami, ale nie tym gatunkiem, w nadziei, że może mieć kontakt do ośrodka. Pan miał i podał komórkę. Dzwonię, nie odebrał. Napisałam sms, dodałam zdjęcie ptaka. Nic. Szukam dalej.
Znalazłam jakieś stowarzyszenie, co prawa jakieś 60 km na północ od mnie, ale w razie czego jestem gotowa ptaka zawieźć, jeśli tylko ktoś zdecyduje się nim zająć. Odzywa się ktoś, ale jest poza domem, będzie dopiero w niedzielę wieczorem. Ale dostałam namiar do kolejnej osoby, też jakieś 60 km na zachód. Pani nie mogła przyjąć ptaka z powodu braku miejsca, ale udzieliła mi pomocnych wskazówek jak postępować. W międzyczasie udaliśmy się do najbliższego weterynarza, ale pan nie miał doświadczenia z takim ptakiem i nie wiedział co robić. Niestety wieczorem ptak padł. Nie przyjmował pokarmu, był osowiały, nie miało mu się na życie. To był młody, zeszłoroczny osobnik.
Szkoda, bo to jest rzadki ptak. Jestem zafascynowana obserwacją dzikich ptaków od dziecka i kilka razy udało mi się takiego ptaka widzieć w naturze. Bardzo mnie wkurza ta fikcja ochrony, tylko od poniedziałku do piątku 7:30-15:30, i to też nie zawsze działa. Rąbać lasy na potęgę można, za każdej władzy. Pomagać zwierzętom, którym zabiera się siedliska nie ma komu.
W teorii.
Ocena:
72
(86)
O odwiecznym konflikcie weganie kontra mięsożerni...
Od wielu wielu lat mamy swoją paczkę znajomych, wychowaliśmy się na jednym podwórku, nasze połówki przychodziły i odchodziły, az w końcu trzy pary zostały małżeństwami, obecnie już z dziećmi w wieku 5-10 lat, a także był ten jeden Wieczny Singiel, któremu imię dam Paweł, a jego narzeczona to Paulina-weganka.
Cała nasza paczka, czyli 4 pary, mieszkamy dość blisko od siebie, mamy tak ok 10-20 km do swoich domów, widujemy się naprawdę często, mamy też swoje "święta", m.in. Halloween, Sylwester, powitanie wakacji, obchodzimy się też jedne urodziny od wszystkich i z tej okazji wyjeżdżamy gdzieś na city break na kilka dni w okolicach wiosny - słowem: sporo czasu spędzamy razem, choć nie zawsze wszyscy są obecni.
Od zawsze wspólne imprezy były "składkowe", czyli każdy coś przynosił do jedzenia i picia, coś na słodko, coś dla dzieci. Przyzwyczajona do naszej weganki przygotowywałam jej też coś extra. Choć ona nigdy nic nie robiła, ani tez oni nas do siebie nie zapraszali (tłumacząc się mieszkaniem w małym mieszkaniu nawet bez stołu).
Rok temu pojechaliśmy do domku weganki na Mazury, piękna okolica, jezioro, słoneczko. To był dom jej rodziców i nic od nas nie chcieli, jedynie prosili, aby pomalować ściany i porobić drobne naprawy. Całość zajęła nam półtora dnia, a resztę mieliśmy już dla siebie.
Oczywiście wcześniej na grupie uzgodniłyśmy, co zabrać do jedzenia, gdzie podjedziemy na zakupy itd. Tym razem żadna z nas nie przygotowała nic wegańskiego.
Podobnie na Halloween czy sylwestra.
Paulina siedziała głodna z nosem w telefonie i kombinowała, co by zjeść. Bo dodatkowo ona samochodem nie jeździ, a nikt nie chciał lub nie mógł z nią specjalnie gdzieś podjechać.
Paulina się kompletnie przestała odzywać. W sylwka próbowałam wypytać, o co chodzi, a ona na to, ze ją trochę głowa z głodu boli. Więc pytam, co sobie przyniosła do jedzenia. A ona, że nic, że zawsze czekało.
Więc delikatnie zapytałam, dlaczego ona nigdy nie poczuła się do tego, żeby coś zrobić, coś przywieźć ze sobą, pochwalić się czymś pysznym wegańskim.
A ona na to, że przecież wegańsko nikt tutaj nie je...
Więc się zgodziłam i powiedziałam, ze nikt nie je i już tak nikt nie gotuje...
Czy to piekielne ze strony gospodyni nie dopasowywać swoich dań pod gościa przy składkowej imprezce?
Od wielu wielu lat mamy swoją paczkę znajomych, wychowaliśmy się na jednym podwórku, nasze połówki przychodziły i odchodziły, az w końcu trzy pary zostały małżeństwami, obecnie już z dziećmi w wieku 5-10 lat, a także był ten jeden Wieczny Singiel, któremu imię dam Paweł, a jego narzeczona to Paulina-weganka.
Cała nasza paczka, czyli 4 pary, mieszkamy dość blisko od siebie, mamy tak ok 10-20 km do swoich domów, widujemy się naprawdę często, mamy też swoje "święta", m.in. Halloween, Sylwester, powitanie wakacji, obchodzimy się też jedne urodziny od wszystkich i z tej okazji wyjeżdżamy gdzieś na city break na kilka dni w okolicach wiosny - słowem: sporo czasu spędzamy razem, choć nie zawsze wszyscy są obecni.
Od zawsze wspólne imprezy były "składkowe", czyli każdy coś przynosił do jedzenia i picia, coś na słodko, coś dla dzieci. Przyzwyczajona do naszej weganki przygotowywałam jej też coś extra. Choć ona nigdy nic nie robiła, ani tez oni nas do siebie nie zapraszali (tłumacząc się mieszkaniem w małym mieszkaniu nawet bez stołu).
Rok temu pojechaliśmy do domku weganki na Mazury, piękna okolica, jezioro, słoneczko. To był dom jej rodziców i nic od nas nie chcieli, jedynie prosili, aby pomalować ściany i porobić drobne naprawy. Całość zajęła nam półtora dnia, a resztę mieliśmy już dla siebie.
Oczywiście wcześniej na grupie uzgodniłyśmy, co zabrać do jedzenia, gdzie podjedziemy na zakupy itd. Tym razem żadna z nas nie przygotowała nic wegańskiego.
Podobnie na Halloween czy sylwestra.
Paulina siedziała głodna z nosem w telefonie i kombinowała, co by zjeść. Bo dodatkowo ona samochodem nie jeździ, a nikt nie chciał lub nie mógł z nią specjalnie gdzieś podjechać.
Paulina się kompletnie przestała odzywać. W sylwka próbowałam wypytać, o co chodzi, a ona na to, ze ją trochę głowa z głodu boli. Więc pytam, co sobie przyniosła do jedzenia. A ona, że nic, że zawsze czekało.
Więc delikatnie zapytałam, dlaczego ona nigdy nie poczuła się do tego, żeby coś zrobić, coś przywieźć ze sobą, pochwalić się czymś pysznym wegańskim.
A ona na to, że przecież wegańsko nikt tutaj nie je...
Więc się zgodziłam i powiedziałam, ze nikt nie je i już tak nikt nie gotuje...
Czy to piekielne ze strony gospodyni nie dopasowywać swoich dań pod gościa przy składkowej imprezce?
Ocena:
109
(125)
Historia w poczekalni przypomniała mi informacje, jakie kilka lat temu otrzymałam od MOPS-u odnośnie właśnie pomocy podopiecznym w wykupieniu leków.
Otóż podobno wyjątkowych sytuacjach (przy czym nikt nie doprecyzował, na czym by miała polegać "wyjątkowość" sytuacji) MOPS może pomóc w wykupieniu recepty na - UWAGA, UWAGA!!! - leki ratujące życie. Uprzejmie informuję, że nie ma czegoś takiego, jak "leki ratujące życie". Tzn. nie ma żadnej grupy leków tak określanych, każdy lek może być tym ratującym życie, nawet aspiryna zażyta w odpowiednim momencie. Albo zwykłe wapno.
No dobra, ale przyjmijmy za dobrą monetę to określenie, może mieli je w jakiś swoich wewnętrznych wytycznych. Tak na logikę, człowiek potrzebujący "leków ratujących życie" raczej jest w nienajlepszym stanie fizycznym, skoro już trzeba "ratować życie", nie? I cóż taka osoba ma zrobić, żeby uzyskać z MOPS-u pieniądze?
Hmm, no po pierwsze do lekarza po poradę i receptę. Potem zapewne taka osoba uda się do MOPS-u, gdzie poinformują ją, że ma przynieść wycenę tych leków - zabijcie mnie, ale nie pamiętam, czy zwykła wycena z pieczątką apteki by wystarczyła, czy chcieli fakturę pro forma, ale to w sumie nieistotne. Z tą wyceną/fakturą z powrotem do MOPSU, jak szczęście dopisze, to się zdąży jeszcze tego samego dnia, jak nie, to na drugi dzień. Pani socjalna obejrzy i zaakceptuje (albo nie, ale ja przedstawiam tutaj optymistyczny scenariusz). Wydaje decyzję i też nie wiem, czy w trybie natychmiastowym, czy np. trzeba po nią przyjść za kilka dni. Z tą decyzją należy udać się do kasy po pieniądze (to było ładnych parę lat temu, pieniądze tylko w kasie), która jest otwarta dwie godziny dziennie.
No i potem już można iść i wykupić leki. Delikatnie podkreślam, wszystko to ma zrobić osoba będąca w takim stanie, że potrzebuje "leków ratujących życie".
Fajnie, nie?
Otóż podobno wyjątkowych sytuacjach (przy czym nikt nie doprecyzował, na czym by miała polegać "wyjątkowość" sytuacji) MOPS może pomóc w wykupieniu recepty na - UWAGA, UWAGA!!! - leki ratujące życie. Uprzejmie informuję, że nie ma czegoś takiego, jak "leki ratujące życie". Tzn. nie ma żadnej grupy leków tak określanych, każdy lek może być tym ratującym życie, nawet aspiryna zażyta w odpowiednim momencie. Albo zwykłe wapno.
No dobra, ale przyjmijmy za dobrą monetę to określenie, może mieli je w jakiś swoich wewnętrznych wytycznych. Tak na logikę, człowiek potrzebujący "leków ratujących życie" raczej jest w nienajlepszym stanie fizycznym, skoro już trzeba "ratować życie", nie? I cóż taka osoba ma zrobić, żeby uzyskać z MOPS-u pieniądze?
Hmm, no po pierwsze do lekarza po poradę i receptę. Potem zapewne taka osoba uda się do MOPS-u, gdzie poinformują ją, że ma przynieść wycenę tych leków - zabijcie mnie, ale nie pamiętam, czy zwykła wycena z pieczątką apteki by wystarczyła, czy chcieli fakturę pro forma, ale to w sumie nieistotne. Z tą wyceną/fakturą z powrotem do MOPSU, jak szczęście dopisze, to się zdąży jeszcze tego samego dnia, jak nie, to na drugi dzień. Pani socjalna obejrzy i zaakceptuje (albo nie, ale ja przedstawiam tutaj optymistyczny scenariusz). Wydaje decyzję i też nie wiem, czy w trybie natychmiastowym, czy np. trzeba po nią przyjść za kilka dni. Z tą decyzją należy udać się do kasy po pieniądze (to było ładnych parę lat temu, pieniądze tylko w kasie), która jest otwarta dwie godziny dziennie.
No i potem już można iść i wykupić leki. Delikatnie podkreślam, wszystko to ma zrobić osoba będąca w takim stanie, że potrzebuje "leków ratujących życie".
Fajnie, nie?
MOPS
Ocena:
116
(124)
Jestem asystentką osoby niepełnosprawnej. Codziennie mogłabym tu pisać sążniste historie, jednak dzisiaj to już po prostu muszę.
Osoba, którą się opiekuję podlega pod pomoc społeczną, bo po prostu jest upiornie biedna. Otrzymuje stamtąd różne świadczenia pozwalające jej na opłacenie rachunków oraz moją asystencję. Tym razem zaproponowano jej opłacenie niezbędnych leków. Trzeba było poprosić lekarza rodzinnego o receptę a potem iść z nią do apteki i dostać wycenę, wg której MOPR przygotowałby finansowanie.
Poszłam do pobliskiej apteki, gdzie zostałam poinformowana, że oni takiej wyceny nie prowadzą. Ok, poszłam do innej, gdzie z kolei okazało się, że recepta nie obejmowała wszystkich zamówionych leków. Oni nie widzieli żadnego problemu z wyceną.
Następnego dnia postanowiłam wyjaśnić sprawę recepty, wróciłam do pierwszej apteki sprawdzić, czy to oni coś namieszali, czy przychodnia. Akurat zadzwoniła wtedy pani z MOPR, więc przy okazji poinformowałam ją, że nie wszystkie apteki udostępniają taką wycenę. Pani się zdziwiła i lekko zbulgotała, określając to jako bzdurę, bezsens i widzimisię personelu, któremu nie chce się po prostu kliknąć. Aptekarka to słyszała, ale poinformowała mnie, że oni z MOPR nie współpracują. Cóż, zadzwoniłam tam i ponownie usłyszałam, że to jakiś bezsens, bo każdy pacjent ma prawo otrzymać wycenę i żadna współpraca nie jest do tego potrzebna.
Wtedy nadąsana pani magister dała mi ten świstek, komentując w czym problem: otóż jeden z leków może występować w różnych cenach. Ona ma go za 99 zł a inna apteka może mieć np. za 50 zł. I w tym tkwi problem.
Zdziwko chapło.
Dlaczego to problem? Bo MOPR da dofinansowanie na wyższą cenę, a pacjentka być może kupi sobie taniej. I co się stanie z tą różnicą? Kto to rozliczy?
Zdziwko nie puściło.
Pani farmaceutka wytłumaczyła, że ona jest stratna w takiej sytuacji.
JAK?
Bo to przecież z jej podatków idzie. Ona zaś w takim procederze nie zamierza uczestniczyć. Nie omieszkałam zadzwonić do MOPR, żeby zapytać, co oni na takie machloje i wyłudzenia.
Żal mi tej pani, bo chyba nie tylko ręce i nogi ale nos, włosy i biust jej opadł, niemniej wyjaśniła, że oni są świadomi zmienności cen leków i czasem coś wychodzi taniej, czasem drożej od pierwotnej wyceny. Podziękowałam babie z okienka za troskę o racjonalne wydatkowanie pieniędzy podatników oraz wyraziłam swoje obrzydzenie jej małostkowością. Wiecie, ona po prostu brzydziła się klientami MOPRU uważając ich za marnotrawców publicznych pieniędzy.
Nie wiedziała jednak, że pacjentka ta kiedyś była zamożną osobą, płacącą absurdalne podatki, prowadzącą działalność charytatywną, świadczącą wolontariat w hospicjum. Prowadziła też badania naukowe nad nowoczesną diagnostyką nowotworów. Wtedy bardzo chętnie przyjmowano od niej pieniądze na leczenie i rehabilitację. Niestety musiała się poddać ratującemu życie leczeniu. Nie miała zbiórki, zapłaciła sama a potem została bez pracy i oszczędności.
I jakaś &%^**^$ żałuje jej 50 zł z podatków.
Osoba, którą się opiekuję podlega pod pomoc społeczną, bo po prostu jest upiornie biedna. Otrzymuje stamtąd różne świadczenia pozwalające jej na opłacenie rachunków oraz moją asystencję. Tym razem zaproponowano jej opłacenie niezbędnych leków. Trzeba było poprosić lekarza rodzinnego o receptę a potem iść z nią do apteki i dostać wycenę, wg której MOPR przygotowałby finansowanie.
Poszłam do pobliskiej apteki, gdzie zostałam poinformowana, że oni takiej wyceny nie prowadzą. Ok, poszłam do innej, gdzie z kolei okazało się, że recepta nie obejmowała wszystkich zamówionych leków. Oni nie widzieli żadnego problemu z wyceną.
Następnego dnia postanowiłam wyjaśnić sprawę recepty, wróciłam do pierwszej apteki sprawdzić, czy to oni coś namieszali, czy przychodnia. Akurat zadzwoniła wtedy pani z MOPR, więc przy okazji poinformowałam ją, że nie wszystkie apteki udostępniają taką wycenę. Pani się zdziwiła i lekko zbulgotała, określając to jako bzdurę, bezsens i widzimisię personelu, któremu nie chce się po prostu kliknąć. Aptekarka to słyszała, ale poinformowała mnie, że oni z MOPR nie współpracują. Cóż, zadzwoniłam tam i ponownie usłyszałam, że to jakiś bezsens, bo każdy pacjent ma prawo otrzymać wycenę i żadna współpraca nie jest do tego potrzebna.
Wtedy nadąsana pani magister dała mi ten świstek, komentując w czym problem: otóż jeden z leków może występować w różnych cenach. Ona ma go za 99 zł a inna apteka może mieć np. za 50 zł. I w tym tkwi problem.
Zdziwko chapło.
Dlaczego to problem? Bo MOPR da dofinansowanie na wyższą cenę, a pacjentka być może kupi sobie taniej. I co się stanie z tą różnicą? Kto to rozliczy?
Zdziwko nie puściło.
Pani farmaceutka wytłumaczyła, że ona jest stratna w takiej sytuacji.
JAK?
Bo to przecież z jej podatków idzie. Ona zaś w takim procederze nie zamierza uczestniczyć. Nie omieszkałam zadzwonić do MOPR, żeby zapytać, co oni na takie machloje i wyłudzenia.
Żal mi tej pani, bo chyba nie tylko ręce i nogi ale nos, włosy i biust jej opadł, niemniej wyjaśniła, że oni są świadomi zmienności cen leków i czasem coś wychodzi taniej, czasem drożej od pierwotnej wyceny. Podziękowałam babie z okienka za troskę o racjonalne wydatkowanie pieniędzy podatników oraz wyraziłam swoje obrzydzenie jej małostkowością. Wiecie, ona po prostu brzydziła się klientami MOPRU uważając ich za marnotrawców publicznych pieniędzy.
Nie wiedziała jednak, że pacjentka ta kiedyś była zamożną osobą, płacącą absurdalne podatki, prowadzącą działalność charytatywną, świadczącą wolontariat w hospicjum. Prowadziła też badania naukowe nad nowoczesną diagnostyką nowotworów. Wtedy bardzo chętnie przyjmowano od niej pieniądze na leczenie i rehabilitację. Niestety musiała się poddać ratującemu życie leczeniu. Nie miała zbiórki, zapłaciła sama a potem została bez pracy i oszczędności.
I jakaś &%^**^$ żałuje jej 50 zł z podatków.
słuzba_zdrowia
Ocena:
136
(144)
janhalb