Kiedyś wspominałem że prowadzę sklep/biuro z mojej branży, oprócz serwisów u klienta. Dzisiaj o problemach z parkowaniem.
W gwoli wyjaśnienia. Lokal znajduje się w budynku w którym jest x lokali, budynek jest długim prostokątem, a lokale układają się w literę J, cześć lokali ma wejście od zaplecza od drugiej strony. Mój lokal znajduje się na jednym z rogów wejście jest od frontu i drugie wejście z boku budynku jest wejściem pracowniczym/dla dostawców. Dodatkowo z jednej strony budynku jest duży parking na około 40-50 aut co ważne bezpłatny, jest to druga strona od mojego lokalu. Od drzwi frontowych idzie droga osiedlowa która jest około półtora metra niżej niż stoi budynek i wyżej przy drzwiach jest pieszy ciąg komunikacyjny. Natomiast od strony dostaw jest plac manewrowy dla dostawców i można dodatkowo wynająć sobie miejsce do dostawy bądź parkingu. Myślę że jest to już trochę jasne.
Wracając do historii.
Przy wynajmie lokalu nie pomyślałem od razu o wynajmie miejsca, dodatkowo w sumie nikt z sąsiadów tych miejsc nie wynajmował bo zakres usług w budynku był bardzo szeroki, od usług gastronomicznych poprzez sklepy, piekarnie, apteki czy biura projektowe i nie potrzebowali bo jest spory parking z drugiej strony. Mój lokal jest lokalem w sumie ostatnim z witryną przy ulicy, za mną jest już tylko biuro projektowe które jest już od strony tak zwanej dostaw w którym siedzi jeden facet. Od początku po wynajmie zauważyłem że tuż przy moich drzwiach do wejścia parkują auta, drzwi są dwu skrzydłowe, a samochód parkując praktycznie zasłaniał całe światło i przejście, przez co jeżeli miałem coś wnieść bądź wynieść zaczął robić się problem. Dodatkowo jest brak możliwości wyładowywania rzeczy od frontu z powodu różnicy poziomów między ulicą a lokalem, dodatkowo mamy jeszcze kawałek terenu zielonego i chodnik.
Zacząłem chodzić po lokalach ościennych i pytać czyj jest Mercedes blokujący wejście do mego lokalu. Nie otrzymałem odpowiedzi więc ruszyłem do Spółdzielni, która znajduje się obok i od której tenże lokal wynająłem. Okazało się, że Mercedes jest mieszkańca bloku który znajduje się za ulicą. Oczywiście danych mi nie podali bo RODO, polecili zostawić kartkę bo tenże człowiek dba o auto i dość mocno je obserwuje.
Zostawiłem kartkę. Na drugi dzień w drzwiach do lokalu miałem ja kartkę z napisem "SPIER*ALAJ", a Mercedes dalej znajduje się na tym samym miejscu. Wynająłem lokal a rzeczy taszczę uważając na to auto, bo zaraz będzie raban. Udałem się do spółdzielni i pytam czy jest możliwość wynajęcia miejsca przy lokalu, wyrysowaniu koperty i postawieniu tabliczki. W odpowiedzi usłyszałem że muszą to uzgodnić na radzie osiedla. Poczekam. Czekając na radę osiedla, od czasu do czasu udało mi się zaparkować na magicznym miejscu Mercedesa, to Pan po złości stawał mi na zderzaku żebym nie wyjechał (przede mną chodnik i schody do ulicy oraz pisał kartki "To moje miejsce", "Miejsce prywatne".
Po jakimś miesiącu, może dwóch, rada osiedla uchwaliła że można wynająć miejsce i wyrysować kopertę. Od razu poszedłem, zapłaciłem umówioną kwotę i Spółdzielnia napisała fajną kartkę "W związku z prowadzonymi pracami proszę o nie parkowanie w wyznaczonych miejscach w dniach" (też nie lubili tego Pana). Mercedes zniknął na tym miejscu pojawiła się koperta, oraz na ścianie tabliczka "Miejsce prywatne lokalu U-X i firmy Nyorda".
Facet przyszedł pokrzyczał, mówił coś o zafajdanych prywaciarzach, że on to miejsce sobie dawno upatrzył, że on z okna widzi swoje cacko (przegnity 20 letni Mercedes co ledwo palił), on tego tak nie zostawi. Poszedł do spółdzielni, usłyszał że miejsce jest wynajęte i jeżeli zaparkuje wynajmujący może wezwać lawetę na jego koszt i facet odpuścił. Myślałem że mamy happy end.
Aż przyszła zima, a jako że mieszkam na wschodzie naszego pięknego kraju, w tym roku mamy bardzo dużo śniegu to kopertę niestety zasypało, dodatkowo skuł ją lód. Wróciłem do pracy 7 stycznia i niestety znowu mamy do czynienia z Mercedesem na wynajętym miejscu. Tabliczki brak, zostały tylko dziury w ścianie. Jako że już wiedziałem co to za jegomość udałem się do niego do mieszkania i zadzwoniłem domofonem grzecznie prosząc o przepakowanie auta bo mam sporo dostaw, jest początek roku i nie bardzo mi się uśmiecha nosić albo od frontu albo nad jego autem. Tutaj odzywa się kobieta, że mąż wyjechał za granice kluczyki zabrał i wróci pewnie za pół roku, ona prawa jazdy nie ma, mamy impas.
Wezwana straż miejska nie może odholować auta bo auto ma ważne badania i ubezpieczenie i auto stoi prawidłowo zaparkowane bo nie blokuje wyjazdu. Mówię ze blokuje mi lokal, muszę wszystko nosić przez sklep. Na co straż: "a to ma Pan drugie wejście to my problemu nie widzimy". Zgłosiłem sprawę na Policję razem ze spółdzielnią, ale też oni nie mogą nic zrobić, bo nie ma właściciela, nie ma kluczyków, nie można odholować. Od 7 stycznia nie mogę korzystać z głównych drzwi magazynu, bo Pan sobie wymanił miejsce.
Obecnie więcej jestem w terenie ale w lutym mamy sporo zamówień i będzie trzeba nosić od frontu co nie bardzo mi się kalkuluje. Co mogę zrobić oprócz zerwania tablic? Trochę lipa, obok dwa lokale mają monitoring.
W gwoli wyjaśnienia. Lokal znajduje się w budynku w którym jest x lokali, budynek jest długim prostokątem, a lokale układają się w literę J, cześć lokali ma wejście od zaplecza od drugiej strony. Mój lokal znajduje się na jednym z rogów wejście jest od frontu i drugie wejście z boku budynku jest wejściem pracowniczym/dla dostawców. Dodatkowo z jednej strony budynku jest duży parking na około 40-50 aut co ważne bezpłatny, jest to druga strona od mojego lokalu. Od drzwi frontowych idzie droga osiedlowa która jest około półtora metra niżej niż stoi budynek i wyżej przy drzwiach jest pieszy ciąg komunikacyjny. Natomiast od strony dostaw jest plac manewrowy dla dostawców i można dodatkowo wynająć sobie miejsce do dostawy bądź parkingu. Myślę że jest to już trochę jasne.
Wracając do historii.
Przy wynajmie lokalu nie pomyślałem od razu o wynajmie miejsca, dodatkowo w sumie nikt z sąsiadów tych miejsc nie wynajmował bo zakres usług w budynku był bardzo szeroki, od usług gastronomicznych poprzez sklepy, piekarnie, apteki czy biura projektowe i nie potrzebowali bo jest spory parking z drugiej strony. Mój lokal jest lokalem w sumie ostatnim z witryną przy ulicy, za mną jest już tylko biuro projektowe które jest już od strony tak zwanej dostaw w którym siedzi jeden facet. Od początku po wynajmie zauważyłem że tuż przy moich drzwiach do wejścia parkują auta, drzwi są dwu skrzydłowe, a samochód parkując praktycznie zasłaniał całe światło i przejście, przez co jeżeli miałem coś wnieść bądź wynieść zaczął robić się problem. Dodatkowo jest brak możliwości wyładowywania rzeczy od frontu z powodu różnicy poziomów między ulicą a lokalem, dodatkowo mamy jeszcze kawałek terenu zielonego i chodnik.
Zacząłem chodzić po lokalach ościennych i pytać czyj jest Mercedes blokujący wejście do mego lokalu. Nie otrzymałem odpowiedzi więc ruszyłem do Spółdzielni, która znajduje się obok i od której tenże lokal wynająłem. Okazało się, że Mercedes jest mieszkańca bloku który znajduje się za ulicą. Oczywiście danych mi nie podali bo RODO, polecili zostawić kartkę bo tenże człowiek dba o auto i dość mocno je obserwuje.
Zostawiłem kartkę. Na drugi dzień w drzwiach do lokalu miałem ja kartkę z napisem "SPIER*ALAJ", a Mercedes dalej znajduje się na tym samym miejscu. Wynająłem lokal a rzeczy taszczę uważając na to auto, bo zaraz będzie raban. Udałem się do spółdzielni i pytam czy jest możliwość wynajęcia miejsca przy lokalu, wyrysowaniu koperty i postawieniu tabliczki. W odpowiedzi usłyszałem że muszą to uzgodnić na radzie osiedla. Poczekam. Czekając na radę osiedla, od czasu do czasu udało mi się zaparkować na magicznym miejscu Mercedesa, to Pan po złości stawał mi na zderzaku żebym nie wyjechał (przede mną chodnik i schody do ulicy oraz pisał kartki "To moje miejsce", "Miejsce prywatne".
Po jakimś miesiącu, może dwóch, rada osiedla uchwaliła że można wynająć miejsce i wyrysować kopertę. Od razu poszedłem, zapłaciłem umówioną kwotę i Spółdzielnia napisała fajną kartkę "W związku z prowadzonymi pracami proszę o nie parkowanie w wyznaczonych miejscach w dniach" (też nie lubili tego Pana). Mercedes zniknął na tym miejscu pojawiła się koperta, oraz na ścianie tabliczka "Miejsce prywatne lokalu U-X i firmy Nyorda".
Facet przyszedł pokrzyczał, mówił coś o zafajdanych prywaciarzach, że on to miejsce sobie dawno upatrzył, że on z okna widzi swoje cacko (przegnity 20 letni Mercedes co ledwo palił), on tego tak nie zostawi. Poszedł do spółdzielni, usłyszał że miejsce jest wynajęte i jeżeli zaparkuje wynajmujący może wezwać lawetę na jego koszt i facet odpuścił. Myślałem że mamy happy end.
Aż przyszła zima, a jako że mieszkam na wschodzie naszego pięknego kraju, w tym roku mamy bardzo dużo śniegu to kopertę niestety zasypało, dodatkowo skuł ją lód. Wróciłem do pracy 7 stycznia i niestety znowu mamy do czynienia z Mercedesem na wynajętym miejscu. Tabliczki brak, zostały tylko dziury w ścianie. Jako że już wiedziałem co to za jegomość udałem się do niego do mieszkania i zadzwoniłem domofonem grzecznie prosząc o przepakowanie auta bo mam sporo dostaw, jest początek roku i nie bardzo mi się uśmiecha nosić albo od frontu albo nad jego autem. Tutaj odzywa się kobieta, że mąż wyjechał za granice kluczyki zabrał i wróci pewnie za pół roku, ona prawa jazdy nie ma, mamy impas.
Wezwana straż miejska nie może odholować auta bo auto ma ważne badania i ubezpieczenie i auto stoi prawidłowo zaparkowane bo nie blokuje wyjazdu. Mówię ze blokuje mi lokal, muszę wszystko nosić przez sklep. Na co straż: "a to ma Pan drugie wejście to my problemu nie widzimy". Zgłosiłem sprawę na Policję razem ze spółdzielnią, ale też oni nie mogą nic zrobić, bo nie ma właściciela, nie ma kluczyków, nie można odholować. Od 7 stycznia nie mogę korzystać z głównych drzwi magazynu, bo Pan sobie wymanił miejsce.
Obecnie więcej jestem w terenie ale w lutym mamy sporo zamówień i będzie trzeba nosić od frontu co nie bardzo mi się kalkuluje. Co mogę zrobić oprócz zerwania tablic? Trochę lipa, obok dwa lokale mają monitoring.
parking firma
Ocena:
46
(48)
Koleżanka z pracy, nazwijmy ją Iwona, która bardzo mnie nie lubi, za to lubi podważać mój autorytet (jestem jej bezpośrednią przełożoną), miała problem z bardzo popularnym programem biurowym.
Nie mając w zasadzie innych opcji, poprosiła mnie o pomoc. Spojrzałam na jej komputer - zapytałam na czym polega problem i powiedziałam, że musi zrobić to i tamto, żeby ów problem rozwiązać.
Odpowiedziała "nie, to nie to, ani tamto, nie masz racji i to ani tamto nie pomoże, zrobię owo i siamto".
Jak owo i siamto nie zadziałało (bo zadziałać nie mogło), zapytała jeszcze jednej koleżanki i ta poradziła zrobić siamto i coś jeszcze (też nie zadziałało).
I znowu mnie się pyta: "to co ja mam zrobić?"
Spokojnie powtórzyłam "to i tamto", pokazałam paluchem gdzie i co ma kliknąć i cud - działa!
Gdyby nie fakt, że jestem jej przełożoną, i muszę świecić pozytywnym przykładem (polityka firmy), to już dawno przestałabym jej pomagać, bo to nie pierwszy taki numer.
Inny wybryk: Iwona nadzorowała projekt do którego wszyscy pracownicy mogli zgłaszać swoje pomysły i opinie. Zgłosiłam więc pomysł, który spotkał się z ogólnym uznaniem, i przeszedł jako finałowy. Iwona zapytała się (przy wszystkich), czy sama to wymyśliłam, czy też raczej ściągnęłam od kogoś - byle tylko wbić mi szpilę przy zespole.
Witki opadają, bo to nie jest ogólnie głupia dziewczyna, wręcz przeciwnie, jest zdolna i inteligentna i jakby poprawiła swoje zachowanie, to nie miałabym z nią najmniejszych problemów (poza okazyjną pomocą przy popularnym programie biurowym, oczywiście), a w tym momencie to najbardziej się cieszę jak jej nie ma w pracy.
Nie mając w zasadzie innych opcji, poprosiła mnie o pomoc. Spojrzałam na jej komputer - zapytałam na czym polega problem i powiedziałam, że musi zrobić to i tamto, żeby ów problem rozwiązać.
Odpowiedziała "nie, to nie to, ani tamto, nie masz racji i to ani tamto nie pomoże, zrobię owo i siamto".
Jak owo i siamto nie zadziałało (bo zadziałać nie mogło), zapytała jeszcze jednej koleżanki i ta poradziła zrobić siamto i coś jeszcze (też nie zadziałało).
I znowu mnie się pyta: "to co ja mam zrobić?"
Spokojnie powtórzyłam "to i tamto", pokazałam paluchem gdzie i co ma kliknąć i cud - działa!
Gdyby nie fakt, że jestem jej przełożoną, i muszę świecić pozytywnym przykładem (polityka firmy), to już dawno przestałabym jej pomagać, bo to nie pierwszy taki numer.
Inny wybryk: Iwona nadzorowała projekt do którego wszyscy pracownicy mogli zgłaszać swoje pomysły i opinie. Zgłosiłam więc pomysł, który spotkał się z ogólnym uznaniem, i przeszedł jako finałowy. Iwona zapytała się (przy wszystkich), czy sama to wymyśliłam, czy też raczej ściągnęłam od kogoś - byle tylko wbić mi szpilę przy zespole.
Witki opadają, bo to nie jest ogólnie głupia dziewczyna, wręcz przeciwnie, jest zdolna i inteligentna i jakby poprawiła swoje zachowanie, to nie miałabym z nią najmniejszych problemów (poza okazyjną pomocą przy popularnym programie biurowym, oczywiście), a w tym momencie to najbardziej się cieszę jak jej nie ma w pracy.
praca biuro
Ocena:
103
(115)
W nawiązaniu do historii https://piekielni.pl/92246
Autorka jak i większość komentujących podziela zdanie, że w przypadku pogryzienia kogoś przez psa to własciciel psa jest winny całej sytuacji.
I chciałem z tej okazji opisać sytuację z mojego domu. Posiadam psa mieszańca. 4 letnia suczka, która nigdy nikogo nie ugryzła. Zdecydowanie bardziej woli się oddalić, schować za mną lub przejść w inne miejsce z dala od niekomfortowych sytuacji. Pies jest u mnie w domu, w którym to posiada też własny duży kojec. To jej własne miejsce do odpoczynku, wyciszenia i snu. Kojec znajduje się na końcu domu w wolnej wnęce obok garderoby. Aby się tam dostać, trzeba przejść cały dom i przez moją sypialnię. Nikt tam nie ma potrzeby chodzić poza mną, żeby się przebrać. Głowny mój pokój to duża przestrzeń łączona z kuchnią z przodu domu. Gdy kogoś zapraszam lub ktoś chce przyjść do mnie to informuję o obecności psa oraz zasadach panujących w domu z tego powodu (zero dokarmiania, głaskania na siłę i podnoszenia psa).
Akcja właściwa: Moi znajomi z innej części Polski chcieli wpaść na kawę, bo akurat przyjechali na święta. O piesku i zasadach wiedzieli doskonale, a teraz wzięli że sobą jeszcze swoją 6 letnią córkę. Córka cały czas pchała się do psa, chciała głaskać, tulić i bawić się z nim. Na początku moja suczka była z trgo zadowolona, czas mijał wspaniale. Do momentu aż zobaczyłem, że zaczęła się już irytować. Uciekała pod stół, odchodziła czym dalej od córki znajomych, itd. Powiedziałem więc, że piesek jest zmęczony, trzeba dać mu spokój i zostawić samemu sobie. Podziałało na chwilę, bo po jakimś czasie córka znajomych znów mojego pieska zaczęła miętosić. Widząc, że nic innego nie pomoże - psa odprowadziłem do kojca, a młodej włączono bajki w TV, dostała kredki, lego i coś do jedzenia. Upomniałem, że piesek teraz śpi i nie wolno mu przeszkadzać.
Z jej rodzicami zacząłem dalej gadać o starych czasach. Podszedłem do kuchni przygotować coś więcej do jedzenia (byłem więc tyłem do wszystkich). Córka znajomych spytała czy może iść do toalety, a rodzice jej pozwolili. Minęła chwilą i usłyszeliśmy płacz ale niedobiegający z łazienki. Młoda po załatwieniu swoich potrzeb poszła do pieska. Drzwi z toalety mam w korytarzu z przodu domu i żeby przejść do pieska trzeba minąć duży otwarty pokój. Więc jej rodzice najpewniej albo nie chcieli albo nie zauważyli jak tą przeszła obok do mojej sypialni kiedy ją byłem w kuchni tyłem do nich. W każdym razie- pieska chciała znów wytarmosić, a ten że został zagoniony w róg to się zjeżył i chwycił jej dłoń w zęby. Nawet jej nie ugryzł tylko chwycił jej małą dłoń w zęby. Można to porówna do silnego uścisku dłoni, bo nawet ślad nie został.
I teraz moje pytanie - Czy to ją wciąż jestem winny całej sytuacji? Uważam, że absolutnie nie skoro zadbałem o bezpieczeństwo gości i mojego psa zamykając go w kojcu. To córka znajomych nie będąc pilnowaną przez rodziców po prostu przeszła przez cały dom, otworzyła kojec i wyciągnęła rękę do psa. Znajomi przeprosili, a córka wróciła do oglądania bajek.
Autorka jak i większość komentujących podziela zdanie, że w przypadku pogryzienia kogoś przez psa to własciciel psa jest winny całej sytuacji.
I chciałem z tej okazji opisać sytuację z mojego domu. Posiadam psa mieszańca. 4 letnia suczka, która nigdy nikogo nie ugryzła. Zdecydowanie bardziej woli się oddalić, schować za mną lub przejść w inne miejsce z dala od niekomfortowych sytuacji. Pies jest u mnie w domu, w którym to posiada też własny duży kojec. To jej własne miejsce do odpoczynku, wyciszenia i snu. Kojec znajduje się na końcu domu w wolnej wnęce obok garderoby. Aby się tam dostać, trzeba przejść cały dom i przez moją sypialnię. Nikt tam nie ma potrzeby chodzić poza mną, żeby się przebrać. Głowny mój pokój to duża przestrzeń łączona z kuchnią z przodu domu. Gdy kogoś zapraszam lub ktoś chce przyjść do mnie to informuję o obecności psa oraz zasadach panujących w domu z tego powodu (zero dokarmiania, głaskania na siłę i podnoszenia psa).
Akcja właściwa: Moi znajomi z innej części Polski chcieli wpaść na kawę, bo akurat przyjechali na święta. O piesku i zasadach wiedzieli doskonale, a teraz wzięli że sobą jeszcze swoją 6 letnią córkę. Córka cały czas pchała się do psa, chciała głaskać, tulić i bawić się z nim. Na początku moja suczka była z trgo zadowolona, czas mijał wspaniale. Do momentu aż zobaczyłem, że zaczęła się już irytować. Uciekała pod stół, odchodziła czym dalej od córki znajomych, itd. Powiedziałem więc, że piesek jest zmęczony, trzeba dać mu spokój i zostawić samemu sobie. Podziałało na chwilę, bo po jakimś czasie córka znajomych znów mojego pieska zaczęła miętosić. Widząc, że nic innego nie pomoże - psa odprowadziłem do kojca, a młodej włączono bajki w TV, dostała kredki, lego i coś do jedzenia. Upomniałem, że piesek teraz śpi i nie wolno mu przeszkadzać.
Z jej rodzicami zacząłem dalej gadać o starych czasach. Podszedłem do kuchni przygotować coś więcej do jedzenia (byłem więc tyłem do wszystkich). Córka znajomych spytała czy może iść do toalety, a rodzice jej pozwolili. Minęła chwilą i usłyszeliśmy płacz ale niedobiegający z łazienki. Młoda po załatwieniu swoich potrzeb poszła do pieska. Drzwi z toalety mam w korytarzu z przodu domu i żeby przejść do pieska trzeba minąć duży otwarty pokój. Więc jej rodzice najpewniej albo nie chcieli albo nie zauważyli jak tą przeszła obok do mojej sypialni kiedy ją byłem w kuchni tyłem do nich. W każdym razie- pieska chciała znów wytarmosić, a ten że został zagoniony w róg to się zjeżył i chwycił jej dłoń w zęby. Nawet jej nie ugryzł tylko chwycił jej małą dłoń w zęby. Można to porówna do silnego uścisku dłoni, bo nawet ślad nie został.
I teraz moje pytanie - Czy to ją wciąż jestem winny całej sytuacji? Uważam, że absolutnie nie skoro zadbałem o bezpieczeństwo gości i mojego psa zamykając go w kojcu. To córka znajomych nie będąc pilnowaną przez rodziców po prostu przeszła przez cały dom, otworzyła kojec i wyciągnęła rękę do psa. Znajomi przeprosili, a córka wróciła do oglądania bajek.
Pieski
Ocena:
125
(139)
Kolejna historia z mojego biura, tym razem nie o Kierowniku.
Oddelegowano mnie jakiś czas temu do wykonania zadania zupełnie niezwiązanego z moim stanowiskiem, doświadczeniem etc. Coś w czym byłem i nadal jestem zupełnie zielony. Ogólnie moja praca jest czysto operacyjna, a zadanie było marketingowe.
Było to ściśle związane z jedną aplikacją wokół której musiałem to zadanie wykonać. W każdym razie wszystko było bardzo mocno zależne od tej apki.
Siedziałem nad tym kilka miesięcy, uczyłem się narzędzi i tak dalej. Wielokrotnie zaczynałem od nowa, bo a to program w którym pracowałem wywalił pliki w kosmos, a to pojawiały się nowe wersje apki, które wpływały na wygląd całości/mojego zadania, a to musiałem czekać aż zewnętrzny developer aplikacji poprawi to i owo co nie raz trwało tygodniami...
Ostatnio w końcu przesłałem efekty mojej pracy do odpowiedniego działu. Managerka owego działu napisała mi na teamsach, że to co zrobiłem wygląda fatalnie i się nie nadaje a siedziałem nad tym miesiącami.
Nie ukrywam, że mnie to zirytowało. Napisałem długą wiadomość gdzie jasno wyraziłem się co myślę o całej tej sytuacji, że od początku komunikowałem żeby przekazać to zadanie komuś kto się na tym zna.
W odpowiedzi dostałem długą pokrzepiającą, wyrażającą zrozumienie wiadomość wygenerowaną przez Chat GPT. Było widać po pogrubieniach w tekście, wypunktowaniu i tych charakterystycznych myślnikach :)
Według mnie takie zachowanie jest uwłaczające i okazuje brak szacunku wobec rozmówcy.
Oddelegowano mnie jakiś czas temu do wykonania zadania zupełnie niezwiązanego z moim stanowiskiem, doświadczeniem etc. Coś w czym byłem i nadal jestem zupełnie zielony. Ogólnie moja praca jest czysto operacyjna, a zadanie było marketingowe.
Było to ściśle związane z jedną aplikacją wokół której musiałem to zadanie wykonać. W każdym razie wszystko było bardzo mocno zależne od tej apki.
Siedziałem nad tym kilka miesięcy, uczyłem się narzędzi i tak dalej. Wielokrotnie zaczynałem od nowa, bo a to program w którym pracowałem wywalił pliki w kosmos, a to pojawiały się nowe wersje apki, które wpływały na wygląd całości/mojego zadania, a to musiałem czekać aż zewnętrzny developer aplikacji poprawi to i owo co nie raz trwało tygodniami...
Ostatnio w końcu przesłałem efekty mojej pracy do odpowiedniego działu. Managerka owego działu napisała mi na teamsach, że to co zrobiłem wygląda fatalnie i się nie nadaje a siedziałem nad tym miesiącami.
Nie ukrywam, że mnie to zirytowało. Napisałem długą wiadomość gdzie jasno wyraziłem się co myślę o całej tej sytuacji, że od początku komunikowałem żeby przekazać to zadanie komuś kto się na tym zna.
W odpowiedzi dostałem długą pokrzepiającą, wyrażającą zrozumienie wiadomość wygenerowaną przez Chat GPT. Było widać po pogrubieniach w tekście, wypunktowaniu i tych charakterystycznych myślnikach :)
Według mnie takie zachowanie jest uwłaczające i okazuje brak szacunku wobec rozmówcy.
biuro
Ocena:
90
(94)
Dodam jeszcze jedną historię o psach, za zgodą znajomego.
Kilka lat temu znajomy wracał samochodem przez Polskę. Teren niezabudowany, po obu stronach pola, nieużytki i drzewa. Okres zimowy, śnieg, więc warunki drogowe nie były idealne, a godzina też już wieczorna. Nagle zobaczył ruch na poboczu, wcisnął hamulce, ale i tak z duża prędkością w coś uderzył. Zatrzymał się od razu na poboczu żeby ocenić szkody. Okazało się, że uderzył w dużego psa. Najprawdopodobniej owczarka podhalańskiego. Wtem na drogę wybiegła jakaś kobieta, okazało się, że właścicielka psa. Gdy zobaczyła co się stało chwilę wcześniej, to zaczęła histerycznie wrzeszczeć na mojego znajomego. Oszczędzę tutaj wymiany zdań pomiędzy moim znajomym, a tą kobietą.
Ważne jest, że właścicielka psa obwiniała o wszystko mojego znajomego, straszyła sądem, policją, znajomościami w urzędach, itd. Ostatecznie to znajomy wezwał policję. Ci przyjechali i dla nich jasnym było kto jest winny. Na początku chcieli to załatwić w sposób polubowny. Mandat, dogadywanie się, ale Pani o tym słyszeń nie chciała. Twierdziła, że to ona jest poszkodowana i to mój znajomy winny jest jej za psa zapłacić. Doszło z jej strony do rękoczynów, rzuciła się też na policjantów. Dopiero kajdanki na rękach mogły ją uspokoić. Sprawa ostatecznie zakończyła się w sądzie. Rozprawy łatwe nie były gdyż Pani faktycznie jakieś znajomości miała, a na rozprawach robiła przedstawienia grając największą pokrzywdzoną. Znajomy jednak wygrał i uzyskał pieniądze na remont samochodu (pęknął zderzak, chłodnica, reflektor i jakieś pierdoły).
Rozumiem, że emocjonalnie to strata psa jest znacznie cięższa do ogarnięcia niż popsuty samochód. Jednak puszczenie psa samopas i obwinianie innych o wyrządzone przez niego szkody to już piekielne.
Kilka lat temu znajomy wracał samochodem przez Polskę. Teren niezabudowany, po obu stronach pola, nieużytki i drzewa. Okres zimowy, śnieg, więc warunki drogowe nie były idealne, a godzina też już wieczorna. Nagle zobaczył ruch na poboczu, wcisnął hamulce, ale i tak z duża prędkością w coś uderzył. Zatrzymał się od razu na poboczu żeby ocenić szkody. Okazało się, że uderzył w dużego psa. Najprawdopodobniej owczarka podhalańskiego. Wtem na drogę wybiegła jakaś kobieta, okazało się, że właścicielka psa. Gdy zobaczyła co się stało chwilę wcześniej, to zaczęła histerycznie wrzeszczeć na mojego znajomego. Oszczędzę tutaj wymiany zdań pomiędzy moim znajomym, a tą kobietą.
Ważne jest, że właścicielka psa obwiniała o wszystko mojego znajomego, straszyła sądem, policją, znajomościami w urzędach, itd. Ostatecznie to znajomy wezwał policję. Ci przyjechali i dla nich jasnym było kto jest winny. Na początku chcieli to załatwić w sposób polubowny. Mandat, dogadywanie się, ale Pani o tym słyszeń nie chciała. Twierdziła, że to ona jest poszkodowana i to mój znajomy winny jest jej za psa zapłacić. Doszło z jej strony do rękoczynów, rzuciła się też na policjantów. Dopiero kajdanki na rękach mogły ją uspokoić. Sprawa ostatecznie zakończyła się w sądzie. Rozprawy łatwe nie były gdyż Pani faktycznie jakieś znajomości miała, a na rozprawach robiła przedstawienia grając największą pokrzywdzoną. Znajomy jednak wygrał i uzyskał pieniądze na remont samochodu (pęknął zderzak, chłodnica, reflektor i jakieś pierdoły).
Rozumiem, że emocjonalnie to strata psa jest znacznie cięższa do ogarnięcia niż popsuty samochód. Jednak puszczenie psa samopas i obwinianie innych o wyrządzone przez niego szkody to już piekielne.
Pies
Ocena:
81
(83)
Czuję, że będzie długo...
Zacznijmy od tego, że mam starszą siostrę, która jest lepiej wykształcona, ładniejsza i bogatsza ode mnie. Jestem z tym już pogodzona. Tak, zazdroszczę jej, ale równocześnie ją kocham i nie mam wobec niej żadnych pretensji, wyrzutów, roszczeń itd.
Siostra ma córkę, obecnie 10-letnią, której jestem chrzestną, ja z kolei mam dwójkę synów, 11 i 13 lat. Oczywiście, także w tym względzie się różnimy, bo ja zaciążyłam przypadkiem na początku studiów, przez co je przerwałam, moja siostra z kolei córkę urodziła jako mężatka z bardzo dobrą pracą.
W każdym razie życie potoczyło się jak się potoczyło, ja wyszłam za mąż za ówczesnego chłopaka, który też przerwał studia, z pomocą jego rodziców weszliśmy znienacka w dorosłe życie, gdzie plany i marzenia odkładaliśmy na później, aby założyć rodzinę.
Siostra, choć rzadko mówi to wprost, chyba patrzy na mnie z góry, a wręcz lekko mną pogardza, ale może to moje kompleksy.
W każdym razie siostra i szwagier bardzo dbali o córeczkę, która była ich wizytówką. Dosłownie. Marcia zawsze miała ślicznie ułożone włoski, śliczne beżowe sukieneczki w klasycznych fasonach, zawsze była grzeczna, cichutka, uprzejma. Utrzymuję z siostrą i chrześnicą dość bliski kontakt i dziewczynka zawsze była uśmiechnięta i zadowolona, a o swoich rodzicach zawsze mówiła jak bardzo ciepło i z entuzjazmem. I tak, tego też jej zazdrościłam, bo ja często ledwo ogarniałam, kłóciłam się z mężem, z dziećmi, gdy moi synowie podrośli zaczęły się pierwsze problemu w szkole i zastanawianie się, jaka katastrofa zaskoczy mnie następnego dnia.
W każdym razie Marta chodzi obecnie do prywatnej szkoły i można zaobserwować pewne zmiany w jej charakterze, bo coraz częściej dochodzi do konfliktów z jej rodzicami, dziewczynka nie przykłada się do nauki, chciałaby malować paznokcie itd.
Ostatnimi czasy Marta często do mnie dzwoniła, pytała czy może przyjechać i skarżyła mi się na rodziców, którzy "na nic jej nie pozwalają". Oczywiście, rozmawiałam na ten temat z siostrą, ale ona ma swoją perspektywę, którą też rozumiem.
Jest tylko jeden problem. Otóż Marta prosi mnie usilnie, aby mogła ze mną zamieszkać. Póki co o tym siostrze jeszcze nie mówiłam, tłumacząc Marcie, że jest pod opieką swoich rodziców i to nie jest takie proste, zwłaszcza, że nie ma na to za bardzo warunków. Marta jest nieugięta w swoich prośbach.
I chyba piekielna jestem ja. O ile oczywiście, nie cieszy mnie, że dochodzi do tak ekstremalnej sytuacji między moją siostrą a jej dzieckiem. Ale jednocześnie odczuwam pewną satysfakcję z tego, że chociaż raz w czymś siostrę "pobiłam", bo jej dziecko woli mnie od niej. Wiem, że to głupie, małostkowe, ale odczuwam złośliwą satysfakcję, gdy przypomina mi się, jak siostra dawała mi złote rady wychowawcze, za wzór stawiając swoją córkę, w której wychowanie zaangażowana była, wedle jej słów, z całą mocą.
No i najgorsze, że Marta ostatnio wspominała, choć niby w żartach, o ucieczce z domu. I wiem, że teraz to już muszę o tym siostrze powiedzieć. Boję się jednak, że nie zapanuje nad tonem, zabrzmię złośliwe i wtedy siostra zamiast zrozumieć powagę problemu, pomyśli, że jestem po prostu złośliwa.
Zacznijmy od tego, że mam starszą siostrę, która jest lepiej wykształcona, ładniejsza i bogatsza ode mnie. Jestem z tym już pogodzona. Tak, zazdroszczę jej, ale równocześnie ją kocham i nie mam wobec niej żadnych pretensji, wyrzutów, roszczeń itd.
Siostra ma córkę, obecnie 10-letnią, której jestem chrzestną, ja z kolei mam dwójkę synów, 11 i 13 lat. Oczywiście, także w tym względzie się różnimy, bo ja zaciążyłam przypadkiem na początku studiów, przez co je przerwałam, moja siostra z kolei córkę urodziła jako mężatka z bardzo dobrą pracą.
W każdym razie życie potoczyło się jak się potoczyło, ja wyszłam za mąż za ówczesnego chłopaka, który też przerwał studia, z pomocą jego rodziców weszliśmy znienacka w dorosłe życie, gdzie plany i marzenia odkładaliśmy na później, aby założyć rodzinę.
Siostra, choć rzadko mówi to wprost, chyba patrzy na mnie z góry, a wręcz lekko mną pogardza, ale może to moje kompleksy.
W każdym razie siostra i szwagier bardzo dbali o córeczkę, która była ich wizytówką. Dosłownie. Marcia zawsze miała ślicznie ułożone włoski, śliczne beżowe sukieneczki w klasycznych fasonach, zawsze była grzeczna, cichutka, uprzejma. Utrzymuję z siostrą i chrześnicą dość bliski kontakt i dziewczynka zawsze była uśmiechnięta i zadowolona, a o swoich rodzicach zawsze mówiła jak bardzo ciepło i z entuzjazmem. I tak, tego też jej zazdrościłam, bo ja często ledwo ogarniałam, kłóciłam się z mężem, z dziećmi, gdy moi synowie podrośli zaczęły się pierwsze problemu w szkole i zastanawianie się, jaka katastrofa zaskoczy mnie następnego dnia.
W każdym razie Marta chodzi obecnie do prywatnej szkoły i można zaobserwować pewne zmiany w jej charakterze, bo coraz częściej dochodzi do konfliktów z jej rodzicami, dziewczynka nie przykłada się do nauki, chciałaby malować paznokcie itd.
Ostatnimi czasy Marta często do mnie dzwoniła, pytała czy może przyjechać i skarżyła mi się na rodziców, którzy "na nic jej nie pozwalają". Oczywiście, rozmawiałam na ten temat z siostrą, ale ona ma swoją perspektywę, którą też rozumiem.
Jest tylko jeden problem. Otóż Marta prosi mnie usilnie, aby mogła ze mną zamieszkać. Póki co o tym siostrze jeszcze nie mówiłam, tłumacząc Marcie, że jest pod opieką swoich rodziców i to nie jest takie proste, zwłaszcza, że nie ma na to za bardzo warunków. Marta jest nieugięta w swoich prośbach.
I chyba piekielna jestem ja. O ile oczywiście, nie cieszy mnie, że dochodzi do tak ekstremalnej sytuacji między moją siostrą a jej dzieckiem. Ale jednocześnie odczuwam pewną satysfakcję z tego, że chociaż raz w czymś siostrę "pobiłam", bo jej dziecko woli mnie od niej. Wiem, że to głupie, małostkowe, ale odczuwam złośliwą satysfakcję, gdy przypomina mi się, jak siostra dawała mi złote rady wychowawcze, za wzór stawiając swoją córkę, w której wychowanie zaangażowana była, wedle jej słów, z całą mocą.
No i najgorsze, że Marta ostatnio wspominała, choć niby w żartach, o ucieczce z domu. I wiem, że teraz to już muszę o tym siostrze powiedzieć. Boję się jednak, że nie zapanuje nad tonem, zabrzmię złośliwe i wtedy siostra zamiast zrozumieć powagę problemu, pomyśli, że jestem po prostu złośliwa.
rodzina
Ocena:
140
(162)
Jak nie korzystać z AI w obsłudze klienta.
Mam starszego kota - kapryśnego i chorego, który musi być na specjalnej diecie i jego wrażliwe jelita tolerują jedną markę karmy. Zawsze staram się mieć jej spory zapas, bo nie kupię jej stacjonarnie, a karmienie go inną spowoduje rewolucje żołądkowe na długie tygodnie, bo i niestety na starość jelita zrobiły się wrażliwe.
Zamawiam karmę z Zooplusa do Inpostu i czekam. 3 (mamy piątek) dnia paczka wciąż ma taki sam status, co z dnia 1, że jest w centrum logistycznym. Z doświadczenia wiem, że to oznacza, że coś się uszkodziło i najlepiej, aby zadzwonił nadawca - ilekroć dzwoniłam w takiej sytuacji, na infolinii kazali dzwonić do nadającego (sprzedawcy), aby on się z nimi kontaktował. Więc tym razem, piszę wiadomość do sklepu o moim problemie.
Szybciutko, dostaję odpowiedź od AI - że im przykro, i najlepiej, jakbym sama zadzwoniła do Inpostu, a do nich odezwała się za 2 dni, jeśli paczka nie dojdzie.
Awaryjnie, zamawiam karmę na allegro, która dojdzie w poniedziałek, bo mam jeszcze zapas na parę dni, a do Zooplusu, piszę już dużo mniej uprzejmego maila. Puenty brak, tylko jakiś przykry posmak pozostał.
Mam starszego kota - kapryśnego i chorego, który musi być na specjalnej diecie i jego wrażliwe jelita tolerują jedną markę karmy. Zawsze staram się mieć jej spory zapas, bo nie kupię jej stacjonarnie, a karmienie go inną spowoduje rewolucje żołądkowe na długie tygodnie, bo i niestety na starość jelita zrobiły się wrażliwe.
Zamawiam karmę z Zooplusa do Inpostu i czekam. 3 (mamy piątek) dnia paczka wciąż ma taki sam status, co z dnia 1, że jest w centrum logistycznym. Z doświadczenia wiem, że to oznacza, że coś się uszkodziło i najlepiej, aby zadzwonił nadawca - ilekroć dzwoniłam w takiej sytuacji, na infolinii kazali dzwonić do nadającego (sprzedawcy), aby on się z nimi kontaktował. Więc tym razem, piszę wiadomość do sklepu o moim problemie.
Szybciutko, dostaję odpowiedź od AI - że im przykro, i najlepiej, jakbym sama zadzwoniła do Inpostu, a do nich odezwała się za 2 dni, jeśli paczka nie dojdzie.
Awaryjnie, zamawiam karmę na allegro, która dojdzie w poniedziałek, bo mam jeszcze zapas na parę dni, a do Zooplusu, piszę już dużo mniej uprzejmego maila. Puenty brak, tylko jakiś przykry posmak pozostał.
Zooplus
Ocena:
116
(132)
Krótka historia o odśnieżaniu. Kuzyn mojego kolegi pracuje w firmie zajmującej się wynajmem, skupem, sprzedażą, naprawami, przeróbkami itp. kamperów. Wynajmują też busy. Teren firmy spory, więc przez wiele lat zatrudniali jakiegoś emeryta do różnego rodzaju prac porządkowych. Ale facetowi posypało się zdrowie i odszedł. Na jego miejsce, miesiąc czy dwa temu, przyjęto nowego pracownika, także emeryta.
Teraz w całym kraju sypie śnieg, ale w opisywanym miejscu przestało i prognozy pogody nie zapowiadały dalszych opadów. Szef poprosił ww. nowego pracownika o odśnieżenie kamperów, a ten dziarsko zabrał się do roboty, z jakiegoś powodu zaczynając odśnieżanie od przednich szyb stojących w rzędzie kamperów. Kolejność czynności nie jest jednak ważna, ważne jest to że do odśnieżania użył… metalowej łopaty, którą wcześniej odśnieżał chodniki na terenie firmy. Zanim ktoś zorientował się co facet wyprawia, zdążył „odśnieżyć” siedem przednich szyb. Trzeba dodać, że w swoim kantorku miał różne szczotki, podesty, drabinki itp. sprzęt, którego mógł użyć.
Wezwany do firmy fachman od polerowania, wstępnie wycenił koszt usuwania zarysowań na ok. 8 tysięcy złotych, dodając jednak, że w przypadku dwóch szyb trzeba będzie liczyć się z ich wymianą.
Teraz w całym kraju sypie śnieg, ale w opisywanym miejscu przestało i prognozy pogody nie zapowiadały dalszych opadów. Szef poprosił ww. nowego pracownika o odśnieżenie kamperów, a ten dziarsko zabrał się do roboty, z jakiegoś powodu zaczynając odśnieżanie od przednich szyb stojących w rzędzie kamperów. Kolejność czynności nie jest jednak ważna, ważne jest to że do odśnieżania użył… metalowej łopaty, którą wcześniej odśnieżał chodniki na terenie firmy. Zanim ktoś zorientował się co facet wyprawia, zdążył „odśnieżyć” siedem przednich szyb. Trzeba dodać, że w swoim kantorku miał różne szczotki, podesty, drabinki itp. sprzęt, którego mógł użyć.
Wezwany do firmy fachman od polerowania, wstępnie wycenił koszt usuwania zarysowań na ok. 8 tysięcy złotych, dodając jednak, że w przypadku dwóch szyb trzeba będzie liczyć się z ich wymianą.
odśnieżanie
Ocena:
122
(128)
Jechałam wczoraj samochodem (jako pasażer) i zauważyłam na poboczu drogi potrąconego, ale żywego (ponieważ leżał z podniesioną główką i rozglądał się na boki) liska. Droga bardzo ruchliwa, za nami jechał tir - no nie ma się jak zatrzymać, poza tym co ja zrobię z potrąconym lisem? W obawie o pogryzienie ani go nie zaniosę do samochodu i nie zawiozę do weta, ani nie ściągnę go głębiej na łąki.
Dzwonię więc do wydziału środowiska naszego urzędu miasta w celu zgłoszenia tego nieszczęśnika - nikt nie odbiera. Zadzwoniłam więc do koleżanki, do wydziału komunalnego. Wydział komunalny się tym nie zajmuje, mam dzwonić na wydział środowiskowy. Mówię, że dzwonię, jednak nikt nie odbiera, no ale ok, będę próbować. Dzwonię po raz kolejny i kolejny - echo. Ponownie łączę się z koleżanką i proszę aby poszła to JEDNO wyżej piętro i zgłosiła tego lisa, bo nikt na 8 pracujących tam osób tam nie odbiera. Nie. Po prostu nie. Mam dzwonić do skutku.
W końcu dodzwoniłam się! Całkiem miła Pani informuje mnie, że koleżanki OD TYCH SPRAW nie ma i mam dzwonić potem, za jakieś 40-60 minut, a poza tym żywą zwierzyną na tej konkretnej drodze zajmuje się powiat. Myślałam że mnie popie..doli. Tłumaczę pani, że ten lis żyje i za godzinę to może już być rozjechany, więc proszę, niech poda mi ten numer do starostwa, bo mam tylko jedną rękę mobilną (wiozłam na kolanach tort i trzymałam talerz) i nie mam jak sama sobie wstukać w Google. Pani niechętnie zaczęła stukać w klawiaturę, coś tak sobie pomarudziła, ale podała mi numer do środowiska do powiatu.
Dzwonię. Odbierają. Niestety, oni się tym NIE zajmują. Nerwy mi puściły, zaczęłam podnosić głos żądając kompetentnej odpowiedzi KTO do cholery uratuje to biedne zwierzątko. Podali mi numer na Wydział Kryzysowy powiatu. Dzwonię. Cisza. Dzwonię drugi raz, potem trzeci i piąty. W międzyczasie jedną ręką wyszukałam inne numery na ten sam wydział. Nic, głucho.
Dzwonię ponownie na środowiskowy powiatu, tam odbiera jakiś pan i podaje mi jeszcze inny numer. Dzwonię. Odbiera wydział środowiskowy, ale inny dział. Oni się tym nie zajmują! No ku..ica mnie chwyciła. Nakrzyczałam, postraszyłam, pani mi podała kolejny numer, tym razem do sztabu kryzysowego.
Dzwonię, oni się tym nie zajmują, ale pan poda mi odpowiedni numer. Tu już głos mi się załamał, bo zwierzęta kocham i było mi ekstremalnie żal tego lisa, w głowie cały czas miałam jego biedny pyszczek i nawet zaczęłam się obwiniać, że jednak mogłam wrócić i jakoś go owinąć w polar i ściągnąć z drogi balansując między tirami.
Dobra. Dzwonię. Odbiera wydział bezpieczeństwa publicznego. Ja już mina typu -_-' bo po nazwie się domyślam, że to nie to i wiecie co? To było to. Pan sprawę przyjął, pocisnął dalej.
Sukces.
Po 4 h wracałam tamtędy i liska już nie było, ale tez nie było śladów krwi - więc albo go zabrali, albo jednak sam się usunął z drogi zanim został mokrą plamą.
Wiecie co mnie wkurzyło? Że ani w urzędzie miasta, ani w starostwie powiatowym nie pokierowano mnie od razu do właściwego biura, tylko musiałam wykonać wiele telefonów, których albo nikt nie odbierał, albo trafiałam źle, bo tak pokierował mnie inny urzędnik.
W sumie od pierwszego do ostatniego telefonu minęło 38 minut. 38 cennych minut dla uratowania życia (bądź godnej śmierci) tego lisa.
A koleżance, która czterech liter ruszyć nie mogła i paru kroków po schodach wykonać "elokwentnie" po wszystkim podziękowałam.
Dzwonię więc do wydziału środowiska naszego urzędu miasta w celu zgłoszenia tego nieszczęśnika - nikt nie odbiera. Zadzwoniłam więc do koleżanki, do wydziału komunalnego. Wydział komunalny się tym nie zajmuje, mam dzwonić na wydział środowiskowy. Mówię, że dzwonię, jednak nikt nie odbiera, no ale ok, będę próbować. Dzwonię po raz kolejny i kolejny - echo. Ponownie łączę się z koleżanką i proszę aby poszła to JEDNO wyżej piętro i zgłosiła tego lisa, bo nikt na 8 pracujących tam osób tam nie odbiera. Nie. Po prostu nie. Mam dzwonić do skutku.
W końcu dodzwoniłam się! Całkiem miła Pani informuje mnie, że koleżanki OD TYCH SPRAW nie ma i mam dzwonić potem, za jakieś 40-60 minut, a poza tym żywą zwierzyną na tej konkretnej drodze zajmuje się powiat. Myślałam że mnie popie..doli. Tłumaczę pani, że ten lis żyje i za godzinę to może już być rozjechany, więc proszę, niech poda mi ten numer do starostwa, bo mam tylko jedną rękę mobilną (wiozłam na kolanach tort i trzymałam talerz) i nie mam jak sama sobie wstukać w Google. Pani niechętnie zaczęła stukać w klawiaturę, coś tak sobie pomarudziła, ale podała mi numer do środowiska do powiatu.
Dzwonię. Odbierają. Niestety, oni się tym NIE zajmują. Nerwy mi puściły, zaczęłam podnosić głos żądając kompetentnej odpowiedzi KTO do cholery uratuje to biedne zwierzątko. Podali mi numer na Wydział Kryzysowy powiatu. Dzwonię. Cisza. Dzwonię drugi raz, potem trzeci i piąty. W międzyczasie jedną ręką wyszukałam inne numery na ten sam wydział. Nic, głucho.
Dzwonię ponownie na środowiskowy powiatu, tam odbiera jakiś pan i podaje mi jeszcze inny numer. Dzwonię. Odbiera wydział środowiskowy, ale inny dział. Oni się tym nie zajmują! No ku..ica mnie chwyciła. Nakrzyczałam, postraszyłam, pani mi podała kolejny numer, tym razem do sztabu kryzysowego.
Dzwonię, oni się tym nie zajmują, ale pan poda mi odpowiedni numer. Tu już głos mi się załamał, bo zwierzęta kocham i było mi ekstremalnie żal tego lisa, w głowie cały czas miałam jego biedny pyszczek i nawet zaczęłam się obwiniać, że jednak mogłam wrócić i jakoś go owinąć w polar i ściągnąć z drogi balansując między tirami.
Dobra. Dzwonię. Odbiera wydział bezpieczeństwa publicznego. Ja już mina typu -_-' bo po nazwie się domyślam, że to nie to i wiecie co? To było to. Pan sprawę przyjął, pocisnął dalej.
Sukces.
Po 4 h wracałam tamtędy i liska już nie było, ale tez nie było śladów krwi - więc albo go zabrali, albo jednak sam się usunął z drogi zanim został mokrą plamą.
Wiecie co mnie wkurzyło? Że ani w urzędzie miasta, ani w starostwie powiatowym nie pokierowano mnie od razu do właściwego biura, tylko musiałam wykonać wiele telefonów, których albo nikt nie odbierał, albo trafiałam źle, bo tak pokierował mnie inny urzędnik.
W sumie od pierwszego do ostatniego telefonu minęło 38 minut. 38 cennych minut dla uratowania życia (bądź godnej śmierci) tego lisa.
A koleżance, która czterech liter ruszyć nie mogła i paru kroków po schodach wykonać "elokwentnie" po wszystkim podziękowałam.
urząd urzędnik odpowiedzialność
Ocena:
158
(182)
Dobra, miałam tego nie wrzucać... Ale historia w poczekalni... (dalej wiesz, co chcę napisać).
W miejscowości na tyle bliskiej od mojego miasta, żeby to się znalazło na naszym portalu informacyjnym, pies pogryzł dziecko. Może ktoś skojarzy (jak nie, to żaden problem), czterolatek pogryziony przez buldoga francuskiego.
Jako "psiara" - właścicielka i miłośniczka psów i tak stanowczo protestuję przeciwko zrzucaniu winy na dziecko bądź jego opiekunów! Od razu mówię, nie byłam świadkiem, informacje czerpałam z kilku postów i artykułów, z których przynajmniej dwa rzetelnie opisywały przebieg sytuacji.
"Ha, ha, ha, jak buldog francuski mógłby aż tak dotkliwie kogoś pogryźć, mam takiego psa, to jakaś ściema!". No fajnie, że masz buldożka francuskiego. Zdajesz sobie sprawę, że mimo wielu lat modyfikacji w hodowli nadal masz BULDOGA? Psa o ogromnej sile zacisku szczęk? Owszem, skrócenie kufy na pewno ten zacisk nieco zminimalizowało, ale to nadal buldog. Tak samo jak york nadal jest terierem, a nie maskotką do noszenia w torebce.
"Pies nie zaatakuje bez przyczyny". Owszem. Znasz swojego psa na tyle, żeby wiedzieć, co może być powodem do ataku? Tutaj dziecko siedziało na trawniku, bawiło się. Może wykonało gest przez psa odebrany jako agresja w jego stronę. Może sięgnął po zabawkę, którą chwile wcześniej pies dostrzegł jako "porzuconą" i uznał za "swoją"? Może zrobiło cokolwiek innego, dla ludzi normalnego, przez psa odebranego jako zagrożenie/atak?
"Pies powinien być na smyczy!". Powinien. Tylko że był. Na smyczy typu flexi, która daje zerową kontrolę nad psem. Nie będę się rozwodzić nad tym typem smyczy, powiem krótko - BMW to nie jest złe auto, tylko trzeba pamiętać, że posiada kierunkowskazy. Flexi to nie jest zła smycz, tylko trzeba pamiętać, ze posiada BLOKADĘ. Jednego i drugiego UŻYWAMY. Tak na marginesie - pies nie musi być na smyczy. Pies ma być pod kontrolą właściciela. Ja osobiście mam większe zaufanie do psa, który na komendę "noga" idzie grzecznie przy nodze właściciela nawet jak mu się stado kotów przespaceruje pod nosem, niż do psa na smyczy flexi bez włączonej blokady, który na pierwszy-lepszy bodziec odskakuje na dwa metry - co zrobicie, jeśli prosto pod jadący samochód???
"Co zrobiło to dziecko, że pies go pogryzł?". Wiecie co? G*wno. Cokolwiek by nie zrobiło, wina jest właściciela psa. Mam psa małej, "słodkiej" rasy. I po ostatnim spacerze, kiedy dopadło mnie stado dzieciaków, nie pozwalam psa brać na ręce. Owszem, sunia zadowolona i zachwycona, że jest głaskana i przytulana, lizała dzieciaki po twarzach, ale co, jeśli któryś ją mocniej ściśnie? To szczeniak, na zagrożenie/ból zareaguje ząbkami, może ugryźć w tą twarz, którą przed chwilą lizała... To JA jestem dorosłą osobą i właścicielką psa i to JA mam nie dopuścić do takich sytuacji. Nawet jeśli otrzymam łatkę "tej wrednej pani, co nie pozwala słodziaka brać na ręce".
Wydaje mi się, że brakuje zrozumienia z obu stron. Od właścicieli psów, że NIGDY nie poznasz swojego psa tak na 100%, czy nie zareaguje niewłaściwie w jakiejś sytuacji, jak i od dzieci i ich rodziców, że np. ciągnięcie psa za ogon lub "przytulanie" z całej siły to nie jest dobry pomysł...
Szanujmy się nawzajem. Starajmy się zrozumieć. I naprawdę będzie się nam lepiej żyło.
P.S. Sytuacja będąca podstawą historii zakończyła się odnalezieniem właściciela psa (uciekł z miejsca zdarzenia). Niestety, za późno, aby uchronić dziecko przed przyjęciem szczepionek p/wściekliźnie - pies okazał się szczepiony. Grozi mu (właścicielowi, nie psu) do trzech lat pozbawienia wolności. Psu zapewne grozi uśpienie, o czym nikt nie wspomina. Bo ma debila, nie właściciela...
W miejscowości na tyle bliskiej od mojego miasta, żeby to się znalazło na naszym portalu informacyjnym, pies pogryzł dziecko. Może ktoś skojarzy (jak nie, to żaden problem), czterolatek pogryziony przez buldoga francuskiego.
Jako "psiara" - właścicielka i miłośniczka psów i tak stanowczo protestuję przeciwko zrzucaniu winy na dziecko bądź jego opiekunów! Od razu mówię, nie byłam świadkiem, informacje czerpałam z kilku postów i artykułów, z których przynajmniej dwa rzetelnie opisywały przebieg sytuacji.
"Ha, ha, ha, jak buldog francuski mógłby aż tak dotkliwie kogoś pogryźć, mam takiego psa, to jakaś ściema!". No fajnie, że masz buldożka francuskiego. Zdajesz sobie sprawę, że mimo wielu lat modyfikacji w hodowli nadal masz BULDOGA? Psa o ogromnej sile zacisku szczęk? Owszem, skrócenie kufy na pewno ten zacisk nieco zminimalizowało, ale to nadal buldog. Tak samo jak york nadal jest terierem, a nie maskotką do noszenia w torebce.
"Pies nie zaatakuje bez przyczyny". Owszem. Znasz swojego psa na tyle, żeby wiedzieć, co może być powodem do ataku? Tutaj dziecko siedziało na trawniku, bawiło się. Może wykonało gest przez psa odebrany jako agresja w jego stronę. Może sięgnął po zabawkę, którą chwile wcześniej pies dostrzegł jako "porzuconą" i uznał za "swoją"? Może zrobiło cokolwiek innego, dla ludzi normalnego, przez psa odebranego jako zagrożenie/atak?
"Pies powinien być na smyczy!". Powinien. Tylko że był. Na smyczy typu flexi, która daje zerową kontrolę nad psem. Nie będę się rozwodzić nad tym typem smyczy, powiem krótko - BMW to nie jest złe auto, tylko trzeba pamiętać, że posiada kierunkowskazy. Flexi to nie jest zła smycz, tylko trzeba pamiętać, ze posiada BLOKADĘ. Jednego i drugiego UŻYWAMY. Tak na marginesie - pies nie musi być na smyczy. Pies ma być pod kontrolą właściciela. Ja osobiście mam większe zaufanie do psa, który na komendę "noga" idzie grzecznie przy nodze właściciela nawet jak mu się stado kotów przespaceruje pod nosem, niż do psa na smyczy flexi bez włączonej blokady, który na pierwszy-lepszy bodziec odskakuje na dwa metry - co zrobicie, jeśli prosto pod jadący samochód???
"Co zrobiło to dziecko, że pies go pogryzł?". Wiecie co? G*wno. Cokolwiek by nie zrobiło, wina jest właściciela psa. Mam psa małej, "słodkiej" rasy. I po ostatnim spacerze, kiedy dopadło mnie stado dzieciaków, nie pozwalam psa brać na ręce. Owszem, sunia zadowolona i zachwycona, że jest głaskana i przytulana, lizała dzieciaki po twarzach, ale co, jeśli któryś ją mocniej ściśnie? To szczeniak, na zagrożenie/ból zareaguje ząbkami, może ugryźć w tą twarz, którą przed chwilą lizała... To JA jestem dorosłą osobą i właścicielką psa i to JA mam nie dopuścić do takich sytuacji. Nawet jeśli otrzymam łatkę "tej wrednej pani, co nie pozwala słodziaka brać na ręce".
Wydaje mi się, że brakuje zrozumienia z obu stron. Od właścicieli psów, że NIGDY nie poznasz swojego psa tak na 100%, czy nie zareaguje niewłaściwie w jakiejś sytuacji, jak i od dzieci i ich rodziców, że np. ciągnięcie psa za ogon lub "przytulanie" z całej siły to nie jest dobry pomysł...
Szanujmy się nawzajem. Starajmy się zrozumieć. I naprawdę będzie się nam lepiej żyło.
P.S. Sytuacja będąca podstawą historii zakończyła się odnalezieniem właściciela psa (uciekł z miejsca zdarzenia). Niestety, za późno, aby uchronić dziecko przed przyjęciem szczepionek p/wściekliźnie - pies okazał się szczepiony. Grozi mu (właścicielowi, nie psu) do trzech lat pozbawienia wolności. Psu zapewne grozi uśpienie, o czym nikt nie wspomina. Bo ma debila, nie właściciela...
miejsce_publiczne
Ocena:
162
(184)
Nyord