Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

 

#86157

(PW) ·
| Do ulubionych
"Dlaczego moje dzieci nie dzwonią, nie odwiedzają mnie?!"

Moja matka zadzwoniła do mnie po długiej przerwie... Odebrałam, może coś się stało? Pod zadaniu zwyczajowych pytań "A co u was, a N. zdrowa?" zaraz zaczął się monolog. Bo ja jestem taka, śmaka, owaka. Bo powinnam być taka, taka i taka. A dziecko powinno być nauczone tego, tego i tego. I mama naprawdę nie rozumie, czemu nie dostosuję się wreszcie do jej rad. A poza tym przecież nic mi nie przeszkadza dbać o N. jak należy (czyt. tresować ją jak matka mnie), bo...

BO MAM TYLKO JEDNO DZIECKO.

Zatkało mnie, muszę przyznać i dalszego monologu słuchałam już bezwiednie, nawet nic z niego nie zapamiętałam. Po czym matka krzyknęła "A, skończmy już to!" i się rozłączyła.

A ja siedziałam i patrzyłam przed siebie, połykając łzy.

Trzy miesiące temu urodziłam i straciłam dziecko.

Minęło parę dni. Cały czas się zastanawiam, jak można coś takiego komukolwiek powiedzieć.

Chyba nie mam już matki.

Rodzina.

Skomentuj (20) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 84 (92)

#86047

~ktosia00 ·
| Do ulubionych
Technikum skończyłam parę lat temu, jednak do tej pory pamiętam jaką było gehenną.
A to wszystko dzięki zajęciom z matematyki.
Szanowny pan od matematyki był facetem koło pięćdziesiątki. Wszystko wiedział najlepiej, był nieomylny i najważniejszy.
Na lekcjach traktował nas jak debili i nie miał problemów by nam o tym powiedzieć.
Nie powiem, żebyśmy byli orłami matematyki, bo byliśmy klasą bardzo humanistyczną, a matematyka była dla nas jak drzazga w oku, jednak sposób w jaki pan X prowadził swoje zajęcia był absurdem.

Czasem dochodziło do sytuacji, że na lekcji zaczynaliśmy robić zadania z książki, podeszła pierwsza osoba - zrobiła, no to następna idzie załóżmy Anita.
Anita drobna nieśmiała blondynka, stoi i mówi, że nie wie... Facet ją tak zgnoił, że stała i płakała pod tą tablicą i stała tak do końca lekcji, bo gość stwierdził, że nie odejdzie póki nie zrobi przykładu.
Co do samego nauczania X nie tłumaczył kompletnie nic, całe zajęcia były na zasadzie "przeczytajcie stronę 20 w podręczniku i robimy". Średnio raz w tygodniu ktoś wychodził z lekcji z płaczem. Nasłuchaliśmy się, że jesteśmy głupi, że technikum to nie miejsce dla nas, że z taką wiedzą nawet rowów nie będziemy kopać...

Po którymś razie gospodarz klasy i ja (jako zastępca) poszliśmy do dyrektorki.
I wiecie co? Wyśmiała nas, bo "pan MAGISTER X to miły i szanowany człowiek, on nigdy by się tak nie zachował".
Okej, to nagraliśmy gościa.
Dowód obaliła tekstem "telefony są zakazane w szkole tak samo jak nagrywanie" i tak sytuacja trwała do matury.
Doszło do tego, że 1,5 miesiąca przed maturą dwadzieścia osób nie wiedziało czy jest klasyfikowanych, bo pan X oczywiście za zgłoszenie do pani dyrektor gnoił nas jeszcze bardziej.

Liceum 22 osoby skończyły z oceną dopuszczającą, a tylko jedna osoba nie zdała matury.
Z tego co wiem facet dalej uczy, a pani dyrektor dalej go kryje :) A mi po technikum został jedynie paniczny strach przed matematyką, która kojarzy mi się z ogromnym stresem.

Zachód polski

Skomentuj (29) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 76 (94)

#86041

~ProgramistaC ·
| Do ulubionych
Choć opowieści o piekielnościach związanych z firmami kurierskimi jest tu bardzo dużo, chciałbym dodać swoją.
Tytułem wprowadzenia. Pracuję w międzynarodowej korporacji, mającej swoje odziały w wielu państwach. Ze względu na przetasowania odział z Gdańska musi wysłać "paczkę" (kontener o wymiarach 1mx1mx1m i masie około 40kg) do oddziału w Monachium.

Sprawa dość pilna, bo w Monachium bez tego sprzętu ludzie w zasadzie nie są w stanie pracować. Wybrano DHL i na początku stycznia "paczka" wyruszyła. Po tygodniu została zwrócona do nadawcy. Podobno czegoś brakowało w papierach. Następnego dnia, po upewnieniu się, że wszystko potrzebne jest wypełnione/dołączone, paczka wyruszyła ponownie. Wkrótce była w dawnym RFN. W centrum przeładunkowym spędziła kilka dni i wyruszyła... w nieznane. Odnalazła się po kilku kolejnych dniach, w jednym z państw południa Europy. Po interwencji rozpoczęła odyseję, by po kilkunastu dniach znaleźć się z powrotem w centrum przeładunkowym z którego wyruszyła. Przeleżakowała tam kilka kolejnych dni i pojechała do Monachium. W tamtejszym oddziale spędziła około tygodnia. Dwa dni temu wyruszyła w podróż do (sic!) Gdańska, by dziś rano znów zameldować się u nadawcy. Podobno kurier nie był w stanie znaleźć odbiorcy!

Co ciekawe, adres odbiorcy był poprawny. Firma jest duża i powszechnie znana. Łatwa do wyszukania. W Monachium ma tylko jeden biurowiec, więc nie ma mowy o pomyłce. Codziennie odbiera od kurierów po kilka/kilkadziesiąt przesyłek. Również z DHL.
Odział Gdański wielokrotnie w przeszłości bez problemów przesyłał do Monachium różne rzeczy. Ciekawe dlaczego małe pudełka dochodzą, a w przypadku wielkiej paki nagle kurier ślepnie i nie jest w stanie odnaleźć 6-piętrowego budynku z wielkim logo?

kurierzy

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 71 (83)

#86037

(PW) ·
| Do ulubionych
W liceum byłam w klasie, w której na 29 chłopaków były tylko 2 dziewczyny. Jeśli zastanawiacie się, czy w takiej klasie łatwo jest płci żeńskiej, to odpowiadam - tak, bardzo łatwo i przyjemnie... ale tylko gdy dziewczyna jest ładna.

Ja nie byłam.
Szykan w moją stronę było dużo, te mniej wulgarne to "masz paskudny ryj", "zamieniłaś się z koniem na pyski", "ty pasztecie", "ej, Quasimodo!"

Wiedziałam jak wyglądam, mama nie pozwoliła mi się malować, miałam problemy z cerą, przetłuszczały mi się włosy, ubierać musiałam się prosto i skromnie. W tych latach (po 2000) licealistki malowały się, farbowały włosy, mogły chodzić ubrane w spódniczki przed kolano. Ja nie. To co one ukrywały pod makijażem, lub to co nim korygowały - ja nosiłam jak na tacy, na własnym, końskim pysku. Potrafiłam sobie wyobrazić, jak wyglądają bez całej tej maskarady i było mi lepiej, nawet do tego stopnia, że nie przejmowałam się docinkami. Aż do pierwszych Walentynek.

W chyba każdej szkole w ten dzień wystawiona jest skrzyneczka na liściki miłosne - w naszej również taka była. Pod koniec lekcji rozdawano kartki ze skrzynki. Otrzymałam ich 17 (podobno najwięcej z całej szkoły). Kiedy wręczał mi je walentynkowy kurier, po klasie rozniosło się "uuuuu" i oklaski. Nie otworzyłam ich na lekcji. Schowałam do plecaka i postanowiłam zobaczyć w domu. Coś w głębi mnie miało nadzieję, że to prawdziwe liściki, ale jasny umysł podpowiadał: 17 kartek? Dla ciebie końska mordo? To na pewno żart.
I to był żart. Otwierałam kartkę za kartką, coraz bardziej zrozpaczona. "Nikt cię nie kocha Quasimodo", "Przyjdź jutro w worku na głowie, bo nie mogę na ciebie patrzeć". Większość z kartek zawierała właśnie takie wyznania, niektóre były okraszone rysunkami obrazującymi seks - mój z mało lubianym chłopakiem z klasy.
Wiedziałam, że to chłopcy z klasy - kartki były jakimiś starymi pocztówkami ich rodziców, większość od Mariana B i Mariusza P. Chociaż dane osobowe zakryte były markerem, pod światło było doskonale widać, kto sobie ze mnie zażartował.
Schowałam kartki, trochę popłakałam i wróciłam do dziennej rutyny.

W kolejnym tygodniu okazało się, że wiele atrakcyjnych chłopaków z mojej szkoły otrzymało wyraz miłości ode mnie. Tu się klasa chociaż bardziej postarała, bo pismo było ładne, a kartki różowe.
Piekielne, prawda? Najpiekielniejsze dopiero nadeszło. Kartki znalazła moja matka. Spytała, co to jest, trzymając je w ręce. Powiedziałam. Spojrzała na mnie. Rzuciła je niedbale na biurko. Westchnęła i wyszła z pokoju. Nie pocieszyła, nie porozmawiała, nie zainterweniowała w szkole.
Do tematu nie wróciła.
A ja dalej byłam szykanowana.

liceum

Skomentuj (45) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 113 (143)

#86129

(PW) ·
| Do ulubionych
Jeszcze jedna reklamacyjna.

Facet postanowił odnowić dachy w swoim gospodarstwie, duże hale, około 3000 m2 jeden dach. Faktura na około 100 tys. PLN.

Mija rok i reklamacja, bo farba odpada z dachu. Nie mój produkt, ale jako hurtownik jestem tym pierwszym ogniwem przed producentem. Na miejscu okazuje się, że farba leci, aż miło. Tylko że moja trzyma się super do starej farby, a ta stara odpada.

Wykonawcy nie chciało się zrywać starej farby, to tylko umył dach i pojechał rozpuszczalnikową farbą. Nie wchodząc w szczegóły, efekt znamy.

Sprawa wylądowała w sądzie.

Malarz

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 112 (122)

#86004

(PW) ·
| Do ulubionych
Podczas czytania historii o piekielnych nauczycielach, przypomniała mi się pewna sprawa sprzed około dekady, gdy uczęszczałam jeszcze do gimnazjum.

Pewnego pięknego dnia moja klasa pisała sprawdzian. Nie jest istotne, z jakiego był on przedmiotu. Ważniejsze jest to, że przedmiotu tego uczyła dyrektorka mojej szkoły. Sprawdzian nie należał do specjalnie łatwych, ale jakoś przez niego cała klasa przebrnęła. Ciekawie zaczęło się pod koniec następnej lekcji. Gdy wychodziliśmy z klasy, podeszła do nas sekretarka i wezwała mnie oraz moją koleżankę do gabinetu dyrektorki. Patrzymy z koleżanką na siebie ze zdziwieniem i w drodze do gabinetu zastanawiamy się, o co może chodzić. Jedyne co nas wtedy łączyło i wyróżniało z całej klasy to to, że wspólnie uczęszczałyśmy na zajęcia pozalekcyjne, więc z myślą, że sprawa tyczy się tych zajęć, w miarę spokojne weszłyśmy do gabinetu.

Okazało się, że sprawa była nieco poważniejsza.

[D] - Dyrektorka
[K] - koleżanka
[J] – ja

(Dialogi wyglądały mniej więcej w ten sposób. Po tylu latach nie pamiętam dokładnych słów, ale przekaz zostaje bez zmian).

D – Dziewczynki, wezwałam was tutaj, bo wiem, że oszukiwałyście na dzisiejszym sprawdzianie.

My z koleżanką patrzymy na siebie w totalnym szoku i szczerze powiedziawszy, trochę przestraszone. Tu dyrektorka kładzie na biurku nasze sprawdziany i pokazuje na nie palcem.

D - Doskonale widzę, że te sprawdziany zostały wypełnione najpierw ołówkiem. Wiem, że wydrukowałyście je sobie w domu i wypełniłyście, a potem podmieniłyście w trakcie sprawdzianu.

(Dyrektorka każdy sprawdzian ze swojego przedmiotu kserowała ze specjalnej książki, więc sprawdziany podobno gdzieś w internecie można było znaleźć).

K - (Zawsze bardziej śmiała niż ja) Przepraszam, ale to nieprawda. Zresztą nawet gdybyśmy znalazły te sprawdziany w internecie, to nie wydrukowałoby nam takiego czarnego paska, który się pojawia, jak kseruje pani sprawdziany z książki.
J - Ja ogólnie dodam, że nie mam nawet drukarki w domu. Wszystko, czego do szkoły potrzebuję, drukuje mi mama w pracy.
D - Wy mi tu takich bzdur nie gadajcie! Widzę dokładnie, że tu najpierw było uzupełniane ołówkiem!

Tu dyrektorka teatralnie wyciągnęła gumkę i starła jakieś ślady ołówka z mojego sprawdzianu. Warto tutaj dodać, że w okresie podstawówki i wczesnego gimnazjum każdy sprawdzian wypełniałam w większości najpierw ołówkiem, a potem długopisem. Nawyk ten wyrobiła mi mama, która mówiła, że jak czegoś nie jestem pewna, to lepiej najpierw napisać ołówkiem i się zastanowić, niż potem kreślić i bazgrać po całym sprawdzianie. To właśnie powiedziałam dyrektorce. Cała sytuacja wtedy zaczynała być coraz bardziej absurdalna. My z jednej strony próbowałyśmy ją przekonać, raczej delikatnie, że jej oskarżenia się po prostu nie trzymają kupy, a z drugiej ona, niemal krzycząc, oskarżała nas o kłamstwo. Dopiero po kilkunastu minutach wypuściła nas na lekcję z prychnięciem.

D – No, tym razem udam, że wam wierzę. Niech wam już będzie.

Cała sprawa się na tym skończyła, ale jako że w całej mojej szkolnej karierze to była moja jedyna tego typu poważna sytuacja, to co się najadłam stresu, to moje.

szkoła

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 40 (76)

#86003

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia #85997 przypomniała mi, jak kupowałem przez internet długopis z ukrytą kamerą. Dość drogi gadżet, miał nagrywać dźwięk i obraz w jakości HD przez bodajże 2 godziny na 1 ładowaniu.

W rzeczywistości dźwięk brzmiał jak basowa, ocenzurowana wersja z telewizyjnych zwierzeń przestępców, do tego biały szum, jak w TV niełapiącym stacji. Obraz wyglądający, jakby ktoś zasłonił obiektyw grubą folią, spokojnie nadawał się do wysłania jako "udokumentowane duchy", bo widać jedynie rozmazane kształty.

Do tego włączał się raz na 10 prób, a przecież nie ma wyświetlacza, żeby sprawdzić, czy nagrywa. Dioda "sygnalizująca włączenie nagrywania" czasem migała, choć nagrywanie nie ruszało, a czasem w trakcie sobie mignęła, choć wg instrukcji nic takiego nie powinno mieć miejsca.

Skończyło się więc na kilku nagraniach mnie włączającego sprzęt, który sam wyłączał się po max 5 minutach.

Producent nie widział problemu, bo przecież nagrywa.

Aż dziwne, że da się tak spartaczyć robienie czegokolwiek. Czy to w ogóle możliwe, żeby produkt był poniżej jakichkolwiek standardów w wielu kategoriach, przypadkiem?

sklepy_internetowe

Skomentuj (2) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 53 (73)

#85999

(PW) ·
| Do ulubionych
Dnia pewnego wybrałam się na wizytę kontrolną do ginekologa. Po zebraniu wywiadu pani doktor poprosiła o rozebranie się do badania. Tutaj warto zaznaczyć, że wyglądam dość ''alternatywnie'' - niecodzienny kolor włosów i tatuaże.

Kiedy wróciłam do gabinetu rozebrana od pasa w dół, doktorka rzuciła z histerią, patrząc na moje wytatuowane udo: ''matko! przecież dziecko się będzie pani bało! no znienawidzi panią!''.

W tamtej chwili byłam dość nieśmiałą dziewczyną, więc zamiast odpowiedzieć jej coś do słuchu, jedynie potulnie wpełzłam na fotel, ale dziś zareagowałabym już inaczej.

P.S. Przepowiednia nie spełniła się, (żadne) dziecko się nie boi. :)

luxmed

Skomentuj (16) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 41 (83)

#86142

(PW) ·
| Do ulubionych
Idioci na drodze... Temat rzeka, a raczej Amazonka, a nie jakaś tam zwykła rzeczka.

Godzina w okolicy 7:50, więc wszyscy się spieszyli do pracy. Na moim pasie koparka, a z przeciwka kilka samochodów. W kolejce do wyprzedzenia koparki byłam czwarta, przede mną pani w Fiacie 500 - malutkie autko, którego zza samochodów, a tym bardziej zza koparki, raczej nie widać.

Kierowca pierwszy za koparką wrzucił kierunek i lekko się wychylił zza koparki, żeby widzieć, czy może rozpocząć manewr. Ja ze swojej dalszej perspektywy nie widziałam nic, więc pani przede mną raczej też nie.

Pani nie zwróciła większej uwagi na fakt, że kierowca na początku przygotowuje się do wykonania manewru ani na fakt, że dostawczak z przeciwka za chwilę zrówna się z koparką. Wrzuciła swój kierunek i pewnie wyjechała na przeciwny pas.

Całe szczęście, że kierowca dostawczaka zdążył skręcić na chodnik i nie staranować Fiata. A Pani w Fiacie? Pojechała dalej, nawet się nie zatrzymując.

P.S. Kierowca dostawczaka tylko machnął ręką, odkrzyknął do kierowcy koparki, że wszystko w porządku i pełno debili na drogach, a potem pojechał dalej w swoją stronę.

kierowcy samochody przepisy

Skomentuj Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 84 (88)

#85980

~Enemene ·
| Do ulubionych
Kurierka, Niemcy, Zagłębie Ruhry.

Ostatnia sytuacja. Dzwoni domofonem kurier, że ma przesyłkę. Okej, to zapraszam na górę. No ale on ma dwie paczki. I super, nadal zapraszam. Ale to paczki z częściami do auta. No wiem, ponownie ZAPRASZAM NA GÓRĘ.

No tak, tylko po co on ma je nieść na górę, jak auto jest przecież na dworze?

kurierzy

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 65 (85)

Podziel się najśmieszniejszymi historiami na
ANONIMOWE.PL

Piekielni