Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

 

#89534

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Długo wyczekiwany urlop i pierwsza moja historia na portalu, po wielu latach czytania. Dla chcących bez wprowadzenia, zapraszam do drugiego akapitu.

Jestem właśnie z narzeczonym na wycieczce w północnych Włoszech. Organizowałam sama. Wybór miejsca i rezerwacja przez booking.com. Nie wszędzie są oferowane śniadania, więc trochę prowiantu w postaci zupek chińskich, konserw i pieczywa zabraliśmy ze sobą. Główny cel zaoszczędzić pieniądze, ale też czas (aktualnie 25 min pieszo do doliny do sklepu, a potem trzeba z powrotem wczołgać się na górę). Jutro mieliśmy jechać do nowej lokalizacji przy wielkiej górze, obok jeziora Garda. Jazda tam 5h, czteroma środkami komunikacji publicznej.

W planie wjazd na górę, kilka godzin chodzenia, zjazd, zwiedzanie miasteczka. Potem jedna noc i powrót 5h. Pogoda dopisuje, niestety za bardzo. Na jutro zapowiadają 37 stopni Celsjusza. Nie ma szans abym chodziła po górach w takiej temperaturze. Ze smutkiem i bólem portfela anulowaliśmy hotel. Jednak dzień trzeba jakoś zagospodarować. Postawiliśmy na Mediolan. Tam nie byliśmy, na Alpy niskie się już napatrzeliśmy, więc jedziemy się bawić.

I tutaj piekielność się pojawia. Na wstępie na moim bookingu nie mogłam nic zarezerwować, odrzucało na ostatnim etapie potwierdzenia rezerwacji. Pani na infolinii nie była w stanie mi pomóc, sprawdziła tylko, że od ich strony konto nie ma żadnych problemów. Kazała się z bankiem kontaktować. Irytujące, ale do przeżycia. Temat zarzucony, facet odpalił swój booking. Znalazł jakiś prywatny, tani pokój blisko stacji kolejowej i metra -to co nas najbardziej interesowało. Właściciel obiektu napisał na Whatsapp zapytanie kiedy się zjawimy -standard, dał dokładne instrukcje jak dotrzeć - miło, kontakt do angielskojęzycznej osoby, która nam przekaże klucze -fajnie.

I na końcu regulamin. Oprócz standardowych, nie palić, nie imprezować itp: zabrania się jedzenia wieprzowiny, picia alkoholu, chodzenia w butach (nakaz chodzenia w klapkach). Oj zjeżyło mi się wszystko, bo ktoś mi narzuca jakieś obyczaje religijne. Może jeszcze mam burkę założyć? I mnie jeszcze ukamienują bo z facetem bez ślubu będę tam nocować? Czaicie? We Włoszech nie mogę się napić lampki włoskiego wina i zjeść kanapki z włoską szynką!? No dobra, z polską konserwą turystyczną, ale ten sam poziom piekielności.

Byłam, w muzułmańskich krajach, i tam tak prawa nie "gnębiły" mnie jako turystki, jak w wyzwolonym Mediolanie. I rozumiem, że ktoś może nie chcieć czegokolwiek w swoim obiekcie. Ale nie można tak robić, dawać jakiś regulamin po potwierdzeniu rezerwacji i zapłacie, gdzie już nie można rezerwacji anulować. Zadzwoniłam do booking i zgłosiłam problem. Napisali maila do właściciela, że to nie ok. Jutro przed zameldowaniem w obiekcie mam do bookingu jeszcze zadzwonić i dowiedzieć czy jest odpowiedź właściciela obiektu.

I nie chodzi o to, że nie wytrzymam dnia bez wieprzowiny i alko. Chodzi o zasadę. Jak chcą wprowadzać regulamin, niech będzie widoczny na booking. Mam zaplanowany jutro rano posiłek i puszek nie chcę nosić więcej niż muszę. Nie chcę być zmuszana aby iść jeść na ulicę, zamiast spokojnie zjeść na balkonie czy w pokoju (szczególnie, że muszę brać leki rano po posiłku). Nie chcę być ograniczona czyjąś religią, jeżeli nie łamię prawa danego kraju.

Dodatkowa piekielność na deser: jedyny numer na infolinię bookingu (dla gościa, a nie wynajmującego obiekt) znalazłam na brytyjski numer. Co przy godzinnym załatwianiu sprawy trochę kosztowało.

zagranica

Skomentuj (51) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 120 (152)

#89537

przez ~zoix ·
| Do ulubionych
Pracuję na parkingu strzeżonym.

Generalnie podczas parkowania wśród innych pojazdów jest zasada, że jeśli drzwi auta otwierają się na maksa to stoisz zbyt szeroko. Ważne jest też ustawienie auta równo bo każde inne po nim będzie powielać krzywiznę.

Wjeżdża pan i w planach widzę ma chęć ustawienia się tyłem - spoko. Wjechał, poprawia, poprawia znowu, trzeci raz, piąty... sugeruję wjechanie przodem - obraza majestatu.
Stoi. Za szeroko. Wiem już co się za chwilę stanie i w duchu przeklinam dzień.
Baaardzo sympatycznie i delikatnie proszę by stanął trochę bliżej auta obok.

- To jak mają pasażerowie wysiąść?!
- Mogą to zrobić zanim pan zaparkuje (pomijam że miejsca jest dość a z prawej strony nikt jeszcze nie zaparkował)

Pan "poprawia" kolejne trzy razy i nie zważając na instrukcje staje tragicznie. Na moją prośbę o oględziny zaczyna się tyrada jego oraz pasażerów po czym na szczęście wszyscy odjeżdżają obrażeni.


Na parkingu mamy pracowniczego toitoia. Nie udostępniamy go gościom z uwagi na syf jaki notorycznie zostawiają (do metra wysokości wszystko osikane, ściany umazane gównem, błoto i śmieci). Najciekawsze pytania po odmowie z jego korzystania:
- ale ja tylko siku
- to gdzie mam się wysrać? (M60l)
- ale to tylko dziecko (cytując klasyka to jego gówno jest mniej gówniane niż moje?)
- to ja pod ogrodzeniem się wysikam (na pewno, a ja pod twoim domem)
- ale ja tylko zobaczyć chciałem (że co?)
Oczywiście nie można po prostu powiedzieć ludziom "nieczynny" albo wywiesić znaku (a jest i to duży). Trzeba ich niańczyć i wielce ubolewać nad sytuacją by nie narazić się na ich gniew.
Wskazanie pięknej toalety w lokalu 100m dalej lub toitoi na placu 300m dalej to za mało - oni chcą tu i teraz.

Zawsze staram się być sympatyczny, odpowiadam na pytania o drogę czy turystyczne atrakcje, doradzam gdzie dobrze i tanio zjeść i która opłata za parkowanie jest najbardziej korzystna.

Niestety dla niektórych to za mało.

Parking strzeżony wylęgarnia buców.

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 124 (142)

#89540

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Jak mój pracodawca narobił sobie problemów…

We Francji, istnieją dwa ubezpieczenia zdrowotne: podstawowe, opłacane ze składek jak w Polsce, które pokrywa 70% kosztów wizyty u lekarza, badań, lekarstw na receptę itd. oraz dodatkowe - Mutuelle - które, w dużym uproszczeniu, pokrywa pozostałe 30% kosztów oraz częściowo lub całkowicie to, czego podstawowe ubezpieczenie nie pokrywa, np. wizyty u psychologa, wyższe honoraria u dentystów, okulistów itp.

Od kilku lat, jednym z obowiązków pracodawców każdej branży jest zapewnienie Mutuelle pracownikom, co pozwala też na posiadanie lepszego pakietu niż gdyby wykupiło się Mutuelle samemu. Pracodawca, który nie wywiązuje się z tego obowiązku może trafić przed sąd i słono za to zapłacić.

Od lutego, czyli od momentu zatrudnienia, chodziłam za moimi przełożonymi i prosiłam o przesłanie mi papierów do ubezpieczenia - mailowo, telefonicznie, przez smsy, osobiście, przy świadkach i bez świadków. Najpierw powiedziano mi, że nikt nie korzysta z Mutuelle, która obejmuje naszą teatralną branżę, bo wszyscy są podpięci pod Mutuelle małżonków. Fajnie, tylko ja nie mam małżonka… Owszem, mogłabym podpiąć się pod ubezpieczenie mojego partnera, ale łatwiej, szybciej i bezpieczniej jest ogarnąć własne ubezpieczenie, tym bardziej, że już z tej konkretnej Mutuelle korzystałam w innej pracy i wiem, że jest bardzo dobra.

Potem mydlono mi oczy, że tak, już jutro zadzwonią i dowiedzą się jak mnie podpiąć, bo dawno tego nie robili, nie wiedzą, gdzie wysłać… bla bla bla… Dokumentów nie zobaczyłam do tej pory, ale z mojej pensji znika co miesiąc 106€ na opłatę ubezpieczenia.

W maju dorobiłam się turbo zapalenia oskrzeli. Dwie wizyty u lekarza i dwie wizyty w aptece kosztowały mnie łącznie 50€. Oceńcie sami czy to dużo czy to mało. Mogłam uniknąć tych kosztów, gdyby nie opieszałość pracodawcy.

Pod koniec czerwca z kolei, wylądowałam na ostrym dyżurze z kolką nerkową. Potem jeszcze musiałam wykupić leki w aptece, zrobić tomografię, badanie krwi, iść do urologa i ponownie do apteki. Mam jeszcze jedną tomografię do zrobienia i kolejną wizytę u urologa… Czekam wciąż na fakturę ze szpitala, ale na chwilę obecną mój kamień nerkowy kosztował mnie około 100€, co również mogło zostać pokryte przez Mutuelle, gdybym ją miała.
Zbieram więc wszystkie faktury i zastanawiam się czy być jeszcze miła dla mojego pracodawcy wysyłając mu kopie faktur z prośbą o zwrot kosztów czy może od razu skierować kroki do sądu pracy, który rozpatruje takie przypadki w przyspieszonym tempie.

Praca

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 160 (166)

#89536

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Małe miasteczko, 30 km od Warszawy. Ciche osiedle na obrzeżach (domki jednorodzinne, segmenty). Długa, stosunkowo prosta ulica będąca "osią" całego osiedla i biegnąca kawałek dalej. Ruch niewielki.

Kilka lat temu ulica została pięknie wyremontowana i przebudowana. Asfalt gładki jak pupa niemowlęcia, elegancki chodnik, ścieżka rowerowa… Cud-miód.

Ponieważ przestrzeń dla niezmotoryzowanych po obu stronach ulicy nie jest bardzo szeroka, projektanci zdecydowali się na rozwiązanie, które nie przeszłoby w dużym mieście, ale w takim miejscu jest bardzo wygodne: po jednej stronie ulicy biegnie chodnik, po drugiej - ścieżka rowerowa.

Chodnik jest wyłożony elegancką, czerwonawą kostką. Na każdym skrzyżowaniu z boczną uliczką stoi znak drogowy "droga dla pieszych" (C-16). A jakby ktoś miał wątpliwości - na kostce co 20-30 metrów namalowany jest biały piktogram przedstawiający pieszych.

Ścieżka rowerowa jest wyasfaltowana. Na każdym skrzyżowaniu z boczną uliczką stoi znak drogowy "droga dla rowerów" (C-13). A jakby ktoś miał wątpliwości - na asfalcie co 20-30 metrów namalowany jest biały piktogram przedstawiający rower.

No, DO JASNEJ CHOLERY, trzeba być niewidomym, żeby tego nie zauważyć - albo mieć IQ ostrygi, żeby się pomylić.

I co? I d...

CODZIENNIE jeżdżąc tą drogą albo chodząc nią na spacer z psem widzę rowerzystów jadących chodnikiem. I CODZIENNIE widzę pieszych - rodziców z dziećmi, panie z wózeczkami, spacerowiczów z kijkami od nordic walkingu - radośnie tuptających po ścieżce rowerowej.

- Czy pan wie, że idzie ścieżką rowerową?
- Panie, nie chce mi się na drugą stronę przechodzić.

- Dlaczego pani jedzie rowerem po chodniku?
- Co się pan czepia, przecież nikogo nie przejadę.

Ech

Chodniki / ścieżki rowerowe

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 147 (161)

#89516

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Piekielni rodzice.

Moje stosunki z rodzicami zazwyczaj były dobre, dość mocno się poprawiły po tym jak się wyprowadziłam, więc przez pewien czas były bardzo dobre. Wszystko co dobre skończyło się w chwili, gdy przedstawiłam im kandydata na zięcia.

Mój narzeczony jest pracowity, kochający, miły taki cud, miód i orzeszki. Marzy o ustatkowaniu się, o dzieciach, ma dobrą, stabilną pracę. Idealny zięć co nie? Jednak nie. Ma jedną cechę (choć nie wiem czy można to nazwać cechą) która w mniemaniu moich rodziców sprawia, że zawsze będzie tym najgorszym. Jest 15 lat ode mnie starszy.

Pewnie zaraz sypnie się fala hejtu na mnie, ale ja go kocham. To nie była miłość jak w bajkach od pierwszego wejrzenia. Stopniowo się poznawaliśmy. Najpierw jako współpracownicy (inne działy), potem znajomi i przyjaciele. Wspaniale się nam rozmawiało i przebywało w swoim towarzystwie, aż w końcu przyszło uczucie. Na początku walczyłam z tym co czuję, jednak uczucie wygrało.

Rozumiem moich rodziców, że się boją, że on chce mnie wykorzystać itp. Jednak od chwili ich zapoznania minął rok, a oni nadal przy każdej mojej wizycie, lub telefonie pokazują jak bardzo go nie akceptują. My powoli planujemy ślub, a ja się zastanawiam czy na weselu będzie mi dane zatańczyć z tatą i usłyszeć gratulacje od mamy.

związek

Skomentuj (20) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 133 (167)

#89533

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Kontynuacja historii: https://piekielni.pl/89399

Tym razem w roli piekielnych ZUS.

Wyżej wymieniona instytucja przysłała mi wyliczenie świadczenia. Jednak coś nie dawało mi spokoju - po przeanalizowaniu ich "wyliczeń" wyszło mi, że nie uwzględnili blisko 2 lat pracy.

Prosta sprawa - szukam świadectwa pracy i jazda do oddziału pisać odwołanie. To było jakieś dwa miesiące temu.

Ostatnio otrzymałem ich decyzję, w której przyznali mi rację.
Jednak to byłoby zbyt piękne, gdyby sprawa się na tym skończyła. Przeczytałem pismo pomny na ostatnią sytuację- tym razem w uwzględnionym czasie pracy wpisali mi zdecydowanie za niskie zarobki (pracowałem wtedy na UoP z narzuconym przez państwo "sztywnym" uposażeniem, więc miałem proste liczenie). Nie powiem, trochę się zirytowałem.

Powtórka z rozrywki.
Pani była niezadowolona, że mam jakieś pretensje.
Zrobiła się zdecydowanie milsza gdy sama przeliczyła czas i wypłaty.
Decyzję, czy może raczej korektę mam (podobno) otrzymać trochę szybciej niż w ciągu 2 miesięcy.

W moim przypadku ZUS zaoszczędziłby niewiele - może lekko ponad tysiąc zł w skali roku.

Teraz się zastanawiam, jakby to wyglądało w skali kraju.

ZUS

Skomentuj (2) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 128 (136)

#89527

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Podczas przeglądania fejsa zauważyłam kilka artykułów odnośnie zwierząt. Przyznaję, obecnie boję się dużych psów luzem, a jeśli jakiś jest na tyle słodki, zaczepia mnie sam i chciałabym go pogłaskać to zawsze pytam właściciela czy mogę i czy ewentualnie czegoś nie lubi by go nie zirytować.

Dzieciakiem będąc miałam na jednym podwórku sąsiada, który miał Rotwailera (jak źle napisałam to wybaczcie) i nieduży ogródek w którym psi potwór siedział.

Wielokrotnie pies przeskakiwał przez płotek i atakował bawiące się dzieci. Na szczęście od ogródka do naszego placyku było na tyle daleko, że w sumie zawsze udawało się nam wskoczyć na tyle wysoko by być bezpiecznymi bądź uciec do klatki. Po kilku takich incydentach potwór miał założony kaganiec jak siedział w ogródku. Jednak i tak musiało się w końcu trafić. Nie wiem kiedy, nie wiem jak potwór przeskoczył przez płotek i rzucił mi się prosto na plecy, bezpośrednio do karku. Chwała, że miał ten kaganiec.

Drugą sytuację miałam niedawno. Wychodzę z klatki i idzie sobie (P)aniusia z jakimś kundlem który od razu podlatuje i obnaża zęby.
Ja - zabierze go pani.
P - wola go i pies odchodzi
Ruszam do samochodu a pies znowu zęby i cały nastroszony. Znowu proszę by go zabrała, pies już tym razem nic.
Ja - rusz kobieto ten tyłek i zapnij tego psa na smycz bo sprzedam kopniaka najpierw jemu, a potem Tobie byś rozum znalazła.

Da się? Da.
Nienawidzę psów chodzących bez smyczy, gadania że nie zaatakuje. To TYLKO zwierzę, które różnie może zareagować na różne bodźce.

Chociażby psu sąsiada załącza się mały agresor jak ktoś ma szczotkę do zamiatania w rękach.

Psy

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 64 (94)

#89531

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Poniedziałkowe popołudnie, stanowisko check-in na lotnisku w Kopenhadze. Staliśmy w kolejce do odprawy, przed nami była jeszcze jedna osoba. Naszą uwagę przykuła scenka przy stanowisku obok. Niemiecka pasażerka próbowała się odprawić, pracownik lotniska jej na to nie pozwalał, ze względu na "różne nazwiska w dokumentach tożsamości i podróży".

Okazało się, że pani miała na nazwisko Bloß (Bloss), w dowodzie osobistym z pisownią przez ß, a na karcie pokładowej przez ss, w związku z czym pracownik odmawiał jej odprawy. Bliska płaczu kobieta próbowała tłumaczyć, że ß to niemiecka litera, którą można zapisać jako ss (tak samo jak umlauty można zapisać jako ae, oe czy ue), że w dokumentach ma taką pisownię, gdyż tak ma w akcie urodzenia i nie może tego samowolnie zmienić, natomiast system rezerwacji nie przyjmował niemieckich liter i musiała wpisać przez ss, ale to nadal to samo nazwisko. Że zawsze tak dokonywała rezerwacji i nigdy nie było problemu.

Jak grochem o ścianę. Pracownik upierał się, że on nigdy o takiej literze nie słyszał, że jego zdaniem nazwisko w jej dowodzie to "BLOB" i on jej nie przepuści. Ona swoje, on swoje. Przy czym racja była zdecydowanie po stronie pasażerki, czego pracownik z jakichś przyczyn nie przyjmował do wiadomości.

Nie wiem, jak się skończyło, bo kiedy skończyliśmy się odprawiać, dzwonili dopiero po jakiegoś supervisora, żeby przyszedł i rozstrzygnął spór. Nie wiem również, czy przyczyną problemu była aż taka niekompetencja pracownika, czy może overbooking ze strony linii i próba pozbycia się nadmiarowych pasażerów pod byle pretekstem, ale mam nadzieję, że kobiecie udało się dotrzeć na swój lot.

Lotnisko

Skomentuj (19) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 152 (162)

#89526

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Kontynuacja https://piekielni.pl/89458 .

Mama złożyła w banku reklamację na pobrane opłaty - za powtórne wydanie karty, za brak transakcji kartą, za coś tam jeszcze. Zażyczyła sobie dostać odpowiedź na maila - nie ma takiej możliwości, można wysłać SMSem. OK.

SMSa ani maila do dziś ni widu ni słychu, za to jest przelew przychodzący na koncie.

Parę dni później - telefon. Pan dzwoni z ankietą o satysfakcji klienta z obsługi. Moja matka pierwsze co to opisała nieszczęśnikowi całą sytuację. Ankieter wysłuchał i odpalił skrypt:

- W skali od 0 do 10 jak bardzo jest pani zadowolona z usług banku?
- Zero.
- Ale dlaczego?
- Przed chwilą panu powiedziałam.
- Rozumiem. W skali od 0 do 10 jak prawdopodobne jest że poleci pani nasz bank rodzinie i znajomym?
- Zero.
- Ale dlaczego?
- Przed chwilą powiedziałam!

...

Przy piątym pytaniu "dlaczego" moją matkę szlag trafił i się rozłączyła.

bank klient

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 162 (178)

#89529

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Od paru lat zawsze przy urodzinach czy innej okazji, wymagającej zamówienia tortu, zamawiałam je u Pani Wiesi - starszej pani, która na zamówienie piecze torty i ciasta, oprócz tego robi pierogi, krokiety, itp. Wszystko robi przepyszne, bardzo estetycznie podane i, jak na Monachium, w bardzo przystępnych cenach.

Postanowiłam zamówić u niej również makaroniki na moje zeszło weekendowe wesele. Jakieś dwa miesiące temu, spytałam, czy będzie taka możliwość i poprosiłam o wycenę. Pani Wiesia odpowiedziała, że oczywiście, bardzo chętnie, zaproponowała, że skoro na wesele, to ona mi jeszcze ciast napiecze (tu musiałam niestety podziękować ze względu na konieczność transportu do Szwecji) i podała mi cenę 30€ za 100 sztuk. Spytałam, czy jest tego pewna. Wychodzi 30 centów za sztukę (w cukierniach są po 2€), więc coś podejrzanie za tanio. Poprosiłam, żeby to przemyślała, bo jednak zależy mi na dobrej jakości składnikach. Stwierdziła, że faktycznie, nie przemyślała tego, bo w sumie makaroniki piecze dopiero od niedawna i nie bardzo wie, jak je wycenić. Przekalkuluje sobie i za parę dni się odezwie.

Po tygodniu napisała, że wychodzi jej 60€ za całość, już z dowozem do domu i czy mi pasuje. Odpowiedziałam, że mnie jak najbardziej, ale, ponownie, czy jest pewna, że jej się to opłaci, bo ta cena jest nadal bardzo niska (spodziewałam się około 100-120€, co i tak wynosiłoby połowę tego, ile zapłaciłabym w komercyjnej cukierni) i nie wiem, czy pokryje nawet koszt samych składników. Pani Wiesia zapewniła mnie, że wszystko sobie dokładnie wyliczyła i wyjdzie na swoje. No skoro tak mówi, to nie będę się z nią kłócić. Dogadałyśmy jeszcze szczegóły i zamówienie złożone.

W zeszłą środę Pani Wiesia razem z mężem przywieźli mi zamówione makaroniki. Odebrałam, zachwyciłam się, jak pięknie zrobione i wręczyłam jej uzgodnioną kwotę. Ku mojemu zaskoczeniu usłyszałam:
- Ostatni raz cokolwiek dla pani robię! Narobiłam się za psie pieniądze, jeszcze w taki upał i nic z tego nie mam. Bezczelnie wykorzystuje pani ludzi!

Odpowiadam, że chwileczkę, taką cenę mi sama podała, upierała się, że wystarczy, to o co jej teraz chodzi. Jeżeli faktycznie źle skalkulowała koszt i wyszło więcej, to niech mi poda realną cenę, to jej chętnie dopłacę różnicę.

Pani Wiesia wzruszyła tylko ramionami, za to wtrącił się jej mąż, że "mam sobie te pieniądze w dupę wsadzić, oni się więcej nie dadzą wykorzystywać oszustom". Odwrócili się i poszli.

No to nie będę wykorzystywać babiny i więcej u niej niczego zamawiać

Pani torciara

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 179 (195)

Podziel się najśmieszniejszymi historiami na
ANONIMOWE.PL

Piekielni