Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

 

#85135

~Rike ·
| Do ulubionych
Parę słów o tym, dlaczego na przyjęcie na SOR czeka się godzinami.

Studiuję medycynę, jestem po 2 roku i w związku z tym mam obowiązek zaliczenia tygodniowych praktyk na karetce lub na SORze. Wybrałam drugą opcję. Większość czasu spędziłam na tzw. triagu, czyli "sortowni" pacjentów - stwierdza się, w jak bardzo poważnym są stanie i jak szybko trzeba ich przyjąć. Ci przywożeni karetkami mają zawsze pierwszeństwo przed tymi, którzy przychodzą "z dworu", chyba że jest bardzo poważna sytuacja, typu krew się leje i trzeba szyć na już. Ale do rzeczy.

1. Bezdomni. Nie wiem, jakie są statystyki na SOR-ach, ale u nas w ciągu 5 dni przewinęło się, lekko licząc, 15 bezdomnych w różnym stanie sponiewierania. Wszyscy przywiezieni karetkami, zdecydowana większość pijanych w sztok. Część wymagała szycia, bo rozbili sobie najczęściej głowę, część znaleziono już nieprzytomnych i zadzwoniono po pogotowie. Po fakcie okazywało się, że nic im nie jest. Wiem, że zdarza się, że taki delikwent choruje np. na cukrzycę i naprawdę potrzebuje natychmiastowej pomocy, ale uwierzcie - większość z nich powinna wylądować na izbie wytrzeźwień. O smrodzie nie wspominając.

2. Sprytni, albo ci, którym się wydaje, że tacy są. Częściowo pokrywają się w poprzednią grupą, choć nie zawsze. Chorują przewlekle, najczęściej na serce. Nie idą do lekarza pierwszego kontaktu (najczęściej nie mają ubezpieczenia, a SOR ma obowiązek i przyjąć w zagrożeniu życia nawet, gdy nie są ubezpieczeni), tylko oni sami albo ktoś znajomy wzywa karetkę. Podają kołatanie serca, ból w klatce, zawroty głowy, intensywne pocenie się - generalnie coś, co wygląda na zawał lub coś podobnego. Lądują sobie w szpitalu, gdzie dostają leki... I są wypisywani, bo do hospitalizacji się nie kwalifikują. Wszystko przebił facet, którzy przyjechał z walizeczką (wielkościowo taką, która wchodzi jako bagaż podręczny do samolotu), z okularami przeciwsłonecznymi, bo go lampy rażą, i z kocem, bo mu zimno. Łgał w żywe oczy, że nigdy go karetka nie zabierała, co upadło bardzo szybko, po wpisaniu jego danych do systemu komputerowego. Pielęgniarka zrugała go z góry do dołu, bo okazało się, że zjawia się średnio raz w tygodniu od dwóch miesięcy.

3. "Umierający". Ludzie, którzy przychodzili z ulicy, bo "źle się poczuli/strzyka im coś w barku, a wy macie im pomóc i to natychmiast". Pielęgniarki są na to przygotowane, ulotki z rozpiską nocnej i świątecznej pomocy medycznej. Na początku spokojnie informują, że to nie jest stan zagrożenia zdrowia lub życia, w związku z tym czas oczekiwania wyniesie kilka godzin, a w tych a tych miejscach otrzymają ją szybciej. Najczęściej następuje obraza majestatu, bo jak to, moja boląca kostka to poważne zagrożenie życia, ja mogę zostać kaleką, i jak coś mi się stanie, to was pozwę! Naprawdę, takich delikwentów było kilku dziennie. Po którymś już nawet mi przestało się podnosić ciśnienie.

4. Umierający, ale czekający. Niektórzy tak bardzo wzbraniają się przed wezwaniem karetki, gdy coś im się naprawdę złego dzieje, że trafiają do szpitala, gdy jest bardzo źle. Przykład? Kobieta koło 30, z całym wachlarzem chorób od skrajnej otyłości, przez cukrzycę i nadciśnienie na hemoroidach skończywszy, od tygodnia nie oddawała moczu. Tygodnia! Nie chciała iść do rodzinnego, w końcu mąż wezwał na wizytę domową. Lekarz wezwał pogotowie, ona odmówiła jazdy, więc musieli ją zostawić. Na szczęście dzień później zmiękła i zgodziła się jechać. Losy nieznane. Przez takie uparte czekanie wszystko trwa dłużej, bo pozbierać pacjenta "do kupy" w takim stanie jest o wiele trudniej i dłużej, niż w miarę jeszcze funkcjonującego.

Ludzie, uwierzcie. My naprawdę chcemy wam pomóc. Ale wy też musicie dać sobie pomóc. Wiem, że system ochrony zdrowia mamy niewydolny, że wiele można poprawić. Ale jak nie będziecie mieli choć odrobiny oleju w głowie i chęci współpracy, to nic z tego nie wyjdzie.

słuzba_zdrowia

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 66 (70)

#85134

(PW) ·
| Do ulubionych
Jestem fotografem, prócz sesji indywidualnych czasem wykonuję też małe zlecenia na chrzty. I własnie o takiej imprezie będzie krótka historia.

Klienci zamawiający zdjęcia byli spoko, cała uroczystość, kościół i sala również - ujęcia wyszły doskonale. Wkurzyła mnie rodzina klientów.
Staram się na takich uroczystościach zrobić zdjęcia wszystkim gościom. Tak by była pamiątka dla każdego. Jak w kościele mogą nastąpić z tym problemy to na sali problemów nie ma. Tu wykonałem zdjęcia wszystkim gościom.

Już dwa dni po uroczystości siostra klientki wyskoczyła z telefonem do mnie pytając kiedy będą zdjęcia. Odpowiedziałem grzecznie, że to musi potrwać, bo jeszcze do tych zdjęć nie usiadłem, a sama obróbka też potrwa i dodałem, że i tak zdjęć nie mogę jej wysłać bo nie z nią podpisywałem umowę.

Zrozumiała, ale nie na długo, następnego dnia "nawrzucała" mi wysyłając dwa SMS-y pisząc w nich, że ona jest na tych zdjęciach i mam obowiązek jej wysłać kopie. Odpowiedziałem, że nie ma takiego obowiązku i zdjęcia otrzyma od swojej siostry później.

Był spokój do czasu przekazania zdjęć zamawiającym. Dzień później telefonowały do mnie zarówno wspomniana wcześniej siostra klientki jak i jedna z babć ochrzczonej. Obu paniom ponownie tłumaczyłem, że nie z nimi podpisywałem umowę na wykonanie zdjęć i nie wyślę im zdjęć. Po zdjęcia muszą zgłosić się do rodziców dziecka czyli formalnie do zamawiających usługę.

Babcia powiedziała, że ciężko jej będzie czekać aż oni ją odwiedzą, ale zrozumiała. Natomiast siostra klientki już miła nie była, zażądała wydania kopii zdjęć, bo ma prawo do wizerunku i nie życzy sobie bym miał jej zdjęcia w domu. Dopowiedziałem jej tylko, że jak już posługuje się pojęciem prawa do wizerunku, to niech poczyta ustawę w całości ...i zgłosi się po zdjęcia do klientki.

Ja wiem, że goście są niecierpliwi, ale fotograf nie może przekazywać osobom trzecim utworów fotograficznych wbrew zapisom umowy z klientami.
Takich historii penie każdy fotograf będzie mógł przytoczyć na pęczki.

uslugi

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 80 (88)

#85102

(PW) ·
| Do ulubionych
Jestem opiekunką osób starszych. Obecnie nie pracuję w żadnym Domu Opieki, tylko w domach u podopiecznych.

Społeczeństwo nam się starzeje, w związku z tym jest coraz większe zapotrzebowanie na moją pracę. Ale niektórzy chyba nie ogarniają do końca, na czym polega praca opiekunki...

Najczęstszy przypadek - kontaktuje się ze mną rodzina, chcą opiekunkę dla mamy/cioci/babci. OK, jaki zakres obowiązków? "No wie pani, mama to w zasadzie jest całkiem samodzielna, ale towarzystwo by jej się przydało, tak całe dnie sama siedzi... Posiedzieć, porozmawiać, na spacer zabrać, książkę poczytać, bo u mamy już oczy słabe. To jak, może być?". Hmm... Państwo moje dane mają z pewnego portalu, gdzie podane są różne informacje, w tym moja stawka godzinowa. I na tym samym portalu jest milion ogłoszeń od studentów, oferujących "spacery, czytanie, organizację czasu wolnego" za dużo niższą stawkę. Delikatne zapytanie, dlaczego akurat ja, skutkuje odpowiedzią "no bo my chcemy PROFESJONALNĄ opiekunkę". Aha, to tak jakby na korepetycje dla ucznia podstawówki zatrudniać profesora renomowanego uniwersytetu, ale spoko, ich sprawa, ich pieniądze, skoro chcą...

Po dwóch-trzech wizytach u mamy/cioci/babci zazwyczaj zostaję poinformowana, że skoro i tak prawie nic nie robię (!!!), to mogłabym posprzątać. No nie, nie mogłabym. Żeby nie było - jeśli podaję podopiecznej obiad (śniadanie, kolację), to po tym posiłku sprzątam i zmywam. Jeśli coś jest rozlane, przewrócone, nabałaganione - posprzątam. Ale nie umyję wam okien czy podłogi, nie zrobię innych generalnych porządków, ani też nie będę latać po całym mieszkaniu ze ściereczką do kurzu, wypatrując najmniejszego pyłku.

"No ale mamusia to w sumie jest całkiem samodzielna, ona potrzebuje tylko pomocy w utrzymaniu porządku w mieszkaniu!". Serio? To proszę zatrudnić sprzątaczkę/gosposię, a nie opiekunkę. Mój zakres obowiązków jest całkiem spory, ale sprzątania i gotowania nie obejmuje. Tu następuje "obraza majestatu" - ja panią zatrudniam i ja pani mówię, co pani ma robić! No nie. Nie pracuję "prywatnie" (czytaj - "na czarno"), zatrudniacie mnie na umowę zlecenie, wy się rozliczacie z projektodawcą, a mnie płaci UE - tak, całkiem fajny projekt. Mam wyszczególniony w projekcie zakres obowiązków, a wszystko, co jest poza nimi, jest do załatwienia za pomocą magicznej formułki: "Pani Xynthio, czy mogłaby pani...?". Mogłabym. Dużo rzeczy mogłabym - poodkurzać, powiesić pranie, wynieść śmieci, zrobić zakupy. MOGĘ to zrobić, nie MUSZĘ. I często to robię, bo ręce mi od tego nie odpadną ani też korona mi z głowy nie zleci (mocno się trzyma!), a uprzejmością zyska się o wiele więcej niż chamskim "ja chcę, mi się należy!". Radzę się najpierw zorientować, co się należy, a potem się ciskać...

Podsumowując - na kilkanaście ofert typu "mama/ciocia/babcia potrzebuje tylko kogoś do towarzystwa", miałam JEDNO, gdzie faktycznie było to zgodne z prawdą. Fantastyczna starsza pani, dwie godziny z nią mijały jak z bicza strzelił, ona opowiadała mi o czasach swoje młodości, ja jej anegdotki ze swojego życia, jedyna "ciężka" praca to asekuracja jej przy kąpieli i obieranie ziemniaków na obiad - ręce miała powykręcane reumatyzmem, nie radziła z tym sobie.

Ciąg dalszy nastąpi, bo mylenie opiekunki ze sprzątaczką/gosposią, to nie jedyna piekielność.

opieka

Skomentuj (5) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 121 (127)

#85036

(PW) ·
| Do ulubionych
Do trzech lat pracuję w hurtowni oświetleniowo-elektrycznej. Praca dla mnie w sam raz, gdyż kontakt face-to-face z klientem (taki ze mnie masochista), a i branża, którą uwielbiam. Do dwóch lat współpracuję z pewną Panią Projektant. Współpraca świetna.

Dlaczego więc piszę? Ano pojawiła się kolejna Pani (tfu) projektant. Żebyście zrozumieli w czym rzecz, przedstawię szybko schemat działania z projektantką nr. 1. Designerska wysyła do mnie zestawienie lamp do wyceny, które dobrała dla klienta. Są to zazwyczaj co najmniej dwie propozycje na dany punkt oświetleniowy. Robię wycenę, wysyłam do niej, ona do klienta. Następnie przychodzi z rzeczonym do mnie i tu już służę typowo technicznym doradztwem typu "ta lampa da więcej światła". Następnie jest realizacja.


Tyle teorii. Nowa projektantką dziś wpadła i rzecze do mnie:

P: Poszukaj mi lampy. Ma mieć takie kijki czarne i frędzelki i wyglądać tak jak ja chce (no nie dosłownie, ale w tym klimacie).
Ja: OK, rozumiem... Czy może być coś takiego (pokazuję w katalogu).
P: Nie. Nie rozumiesz (ponownie ten sam opis).
Ja: No dobrze, mogę w wolnej chwili czegoś poszukać, ale wyślij mi, proszę na maila przykładowe zdjęcie, rysunek, czy cokolwiek, żebym wiedział czego szukać.
P: No jak w wolnej chwili? Teraz chcę.
Ja: W wolnej chwili, czyli nie prędzej jak za dwa dni. Jest koniec miesiąca. Fakturujemy instalatorów, mam otwarte 7 wycen inwestycyjnych i 2 projekty. Po prostu nie da rady szybciej niż za dwa dni.
Foch i wyjście.

I taka refleksja mnie nachodzi: po pierwsze - dlaczego niektórzy myślą, że wszyscy są na ich zawołanie i rzucą wszystko, żeby tylko mi dobrze zrobić? Po drugie - dlaczego miałbym robić za kogoś robotę? To nie ja jestem projektantem z wizją. Jeśli chodzi o lampy to smaku za grosz nie mam. Wiem, jaka jest lepsza fotometrycznie, czy jak zakombinować światłem żeby uzyskać dany efekt, ale w projekty wnętrz się pchać nie mam zamiaru.

Mam nadzieję że tekst zrozumiały. Jakby były jakieś nieścisłości do wyjaśnienia - odpowiem w komentarzach.

Praca

Skomentuj (27) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 80 (106)

#85126

(PW) ·
| Do ulubionych
Właśnie wróciłem z zakupów w sklepie z najsłynniejszym płazem w nazwie.

Pani, która raczyła mnie obsługiwać była właścicielką owego przybytku (wiem o tym,kiedyś się orientowałem). Jej stosunek do mnie przerósł jakiekolwiek wyobrażenia na temat obsługi klienta.Ale do rzeczy: wziąłem ze sobą tylko 10 zł i kupiłem dwie paczki czipsów oraz napój.

K - kajserka
J - ja

K: To będzie 12 zł.
J: Ale czipsy są dwie paczki za 4 zł.
K: Ale to obowiązuje od jutra. Musisz dokładniej ceny sprawdzać.

Nie cierpię, gdy nagle przechodzi się ze mną na Ty, zwłaszcza, że mam obrączkę na palcu i aż tak młodo nie wyglądam. Mimo to kontynuowałem:

J: To wezmę tylko jeden raz czipsy.
K: To po co przychodzisz na zakupy jak nie masz pieniędzy?!

O nie. Wpieniła mnie. Zanim odpowiedziałem, ona dodała:

K: Odnieś rzeczy,których nie kupujesz.

Po otrzymaniu reszty pożegnałem się, nie zabierając w/w rzeczy. Usłyszałem za sobą:

K: Miałeś odnieść to picie i czipsy!
J: Ja tu nie pracuję!

Kto był piekielny? Może ja tym, że nie odniosłem artykułów, z których zrezygnowałem, ale uwierzcie mi, kobieta mnie wkurzyła.

Pozdrawiam.

Płaz

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 83 (99)

#85121

(PW) ·
| Do ulubionych
Część trzecia piekielności w pracy opiekunki, czyli "ja wiem lepiej".

Drogie rodziny moich drogich podopiecznych! Ja wiem, że to wy znacie najlepiej mamę/ciocię/babcię, wiecie jakie ma potrzeby, nawyki, przyzwyczajenia itp. I dlatego wysłuchuję was uważnie, stosuję się do waszych wskazówek i w ogóle staram się, aby nasza współpraca przebiegała jak najlepiej i z jak najlepszym efektem dla seniora. Ale to ja mam wiedzę i umiejętności, za które mi zresztą płacicie, więc uszanujcie jeśli już nie mnie i nie mamę/ciocię/babcię, to przynajmniej te pieniądze, które na to poświęcacie.

W opiece nad osobą starszą ważne jest utrzymanie jej jak najdłużej w sprawności fizycznej. I potrzeba tu naprawdę sporo wyczucia, żeby określić, co podopieczny ma robić sam (bo jest w stanie, mimo że czasem nie chce), w czym pomóc, a w czym wyręczyć. "Przegięcie" w każdą stronę jest niewskazane, bo wyręczanie podopiecznego we wszystkim skutkuje bardzo szybką utratą tej reszty sprawności, która mu pozostała, ale upieranie się, że "mamusia sobie z tym radzi" niestety nie przywróci utraconej umiejętności...

Sytuacja nr 1 - pani po wylewie, leżąca, do kompleksowej opieki, ale lewa ręka sprawna. Oprócz normalnej toalety (zmiana pampersa, umycie) podaję jej również posiłki. No właśnie - podaję, nie karmię. Bo pani (powiedzmy) Maria tą lewą ręką sięgnie sobie jedzenie z talerza, zje spokojnie, w swoim tempie i tyle ile chce. Przychodzi jakaś kuzynka (potem mi zostało wyjaśnione, że "to taka daleka rodzina, co blisko mieszka"), przysuwa sobie krzesełko, siada koło pani Marii i ładuje jej te kawałki kanapek do ust... Na moją delikatną uwagę, że pani Maria umie sama jeść, dostaję odpowiedź: "No ale ta bidulka tak się z tym męczy, ja pomogę". Męczyła się raczej z przełknięciem tego wszystkiego, co jej kuzynka ładowała do ust, no ale ugryzłam się w język, kuzynka na szczęście więcej nie przyszła - w sensie wtedy, gdy ja tam byłam.

Tak, wiem, chciała dobrze. Biedna, schorowana pani Maria i ta niedobra opiekunka, której się pewnie pracować nie chce, więc każe jej samej jeść, zamiast ją nakarmić. Tylko że jeśli takiej osobie przestaniemy dostarczać bodźców, to bardzo szybko zamieni się w roślinkę. Ona leży całe dnie w jednej pozycji, obracana na boki tylko podczas mycia/zmiany pampersa, w pokoju cichutko gra radio i tyle. Kiedy przychodzę, rozmawiam z nią (a raczej mówię do niej) i tak, motywuję ją do tego, żeby jadła sama, skoro rękę ma sprawną.

Sytuacja nr 2, dokładnie odwrotna - pani ma coraz większe problemy z utrzymaniem moczu, to nie jest już "popuszczanie" paru kropli, potrafi oddać mocz w dowolnym momencie i nie zauważyć tego. "Ale mamusia nie potrzebuje pampersów, ona sobie radzi z chodzeniem do toalety! Jak popuszcza, to wystarczą wkładki/podpaski". Przepraszam bardzo, ale mamusia nie "popuszcza", mamusia już niestety sika w majtki nie zdając sobie z tego sprawy. "Jak mamusia była u mnie miesiąc temu, to przecież widziałam, że nie ma żadnych problemów z kontrolowaniem moczu". Miesiąc to bardzo dużo w przypadku starszej osoby, a regres jest nieunikniony. Pewne zmiany można powstrzymać, spowolnić, ale kiedy już nastąpią, nie da się ich odwrócić. Mamusia nie zacznie nagle z powrotem chodzić na ubikację tylko dlatego, że x razy posikała się w majtki i jest jej mokro. Nie, ona tego albo nie zauważy, albo nie skojarzy jednego z drugim.

A mnie szlag trafia, bo tu już nie chodzi o moją tzw. "robotę głupiego" - bo na dwie godziny spędzone u pani przebieram ją z mokrych ciuchów kilka razy, a kilkanaście dopytuję się, czy na pewno nie chce iść do toalety. Nie, ja skończę pracę i wyjdę, a pani zostanie z wkładką w majtkach i za chwilę będzie mokra. Jaki w tym sens?

Naprawdę, byłoby miło, gdyby rodziny podopiecznych rozumiały, że to co im sugeruję odnośnie mamy/cioci/babci jest podyktowane zarówno moim doświadczeniem, jak i po prostu troską o podopiecznego. Lubię moją pracę i lubię moich podopiecznych, naprawdę chcę dla nich jak najlepiej i dlatego z lekka absurdalne wydaje mi się, że o to "jak najlepiej" muszę się niemal wykłócać z rodzinami. "Bo ja wiem lepiej!".

opieka

Skomentuj (2) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 95 (101)

#85109

(PW) ·
| Do ulubionych
Opowieści z pracy na recepcji - część czwarta i przedostatnia.

Trochę z innej strony o tym jacy wspaniali, pełni kultury i pomysłów są pracownicy korpo.

Jednego dnia, pod koniec zmiany (godzina 18, może 19) przychodzi do mnie pan, znany z widzenia, znajomy dobrego znajomego i oznajmia, że ktoś mu ukradł portfel.
Oczywiście pełna seria pytań - gdzie, co, jak?
Okazało się, że pan wyszedł na lunch i portfel miał, jak wrócił portfela nie było, a miał tam wszystkie karty, dokumenty i też kartę do pracy. Grzecznie poprosił, żeby sprawdzić czy przypadkiem nie wypadł mu portfel gdzieś w budynku i ktoś nie zabrał "bo u nas tyle Ukrainek pracuje jako sprzątaczki" (cytat).

Chłopaki z ochrony sprawdzili nagrania, w godzinach kiedy pan wyszedł na lunch w ogóle go nie znaleźli w podanym miejscu (podał złą godzinę), żadnego portfela nie widzieli, szefowa sprzątaczek przeprowadziła swoje śledztwo - portfela nie ma.

Następnego dnia pan się zgłosił po kartę jednodniową, poprosił jeszcze raz o przejrzenie nagrań, bo mu się przypomniało kiedy, o której i którędy łaził i sprawdził też czy nie zostawił portfela tam gdzie się w lunch zaopatrywał. Wynik poszukiwań - negatywny. Owszem pana na nagraniu znaleźliśmy, jednak nie widać nigdzie żeby gubił portfel.

Po południu widzę że pan się zbliża do recepcji, więc informuję że niestety, ale nic nie znaleźliśmy, że portfel miał (bo wchodził do budynku na kartę w tymże portfelu) i na pewno mu nie wypadł.

Co się okazało?
Portfel się znalazł. Dzień wcześniej koleżanka z biurka obok - dorosła kobieta z dwójką dzieci, zabrała mu portfel z biurka gdy odszedł od stanowiska pracy i schowała do swojej szuflady. Dla żartu. Też dla żartu poszła sobie do domu i nikomu nie powiedziała o tym świetnym żarcie.

No beka w uj, nie?

Na koniec - nie robiliśmy śledztwa, czy ta pani chciała ukraść ten portfel, a "żart" to była wymówka gdy zaczęło się robić zamieszanie, czy rzeczywiście to był żart. Na pewno wiem, że w efekcie gość musiał zablokować wszystkie karty i dokumenty i mam nadzieję, że to pomysłowa koleżanka pokryła wszystkie koszty odkręcania tego.

uslugi recepcja korporacje

Skomentuj (3) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 103 (109)

#85058

(PW) ·
| Do ulubionych
Tym razem krótko o służbie zdrowia, a raczej o piekielnym adepcie medycyny.

Z nieistotnych dla historii powodów trafiłem na kilka dni do szpitala i tam zacząłem mieć tak zwane przerwy w optyce - po prostu na minutkę przestawałem widzieć na jedno oko (powód hospitalizacji nie był związany z oczkami). Zgłosiłem komu trzeba, rankiem konsultacja okulistyczna. Chwila oczekiwania i przyjmuje mnie młody i z pozoru sympatyczny pan w białym fartuchu. Chwila medycznych czarów z towarzyszeniem aparatury i pytanie: "Gdzie się leczy?" Ja: "Nooo, nigdzie". Odpowiedź: "To oślepnie, bo ma jaskrę".

Kopara opadła mi z łoskotem na marmury i usłyszałem jeszcze tradycyjne: "Następny"! Przybity nieco wypełzłem na zewnątrz i do tej pory nie wiem, na czym polega tak zwana opieka lekarska. I tyle.
PS. Było to kilka lat temu. Nadal mam jaskrę, ale w sumie jest stabilnie. Jak na razie nie oślepłem.

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 60 (74)

#85124

(PW) ·
| Do ulubionych
Byłam z pięcioletnim synem w muzeum ewolucji. Nie jakimś wybitnym, ale uważam, że jednak jakieś standardy zachowania w takim miejscu obowiązują. Przed wejściem mu wytłumaczyłam, że w muzeum nie wolno krzyczeć ani biegać. W środku mówił do mnie szeptem.

Zaraz po nas weszła rodzina z dwójką dzieci. Starsze miało jakieś 8-10 lat, a młodsze - na oko 2.
Starszy syn latał od gabloty do gabloty i krzyczał: o, tata, patrz! Zobacz! Ale fajne! Tata! Nie byłam w stanie swojemu synowi niczego powiedzieć o wystawie, bo sama nie słyszałam własnych słów.
Młodszy syn walił rękami w szybę.
Rodzice najwyraźniej nie uważali, że nie jest to zachowanie nieodpowiednie w muzeum, bo w ogóle nie reagowali.

Jak się odwróciłam do rodziców, żeby zwrócić im uwagę, to młodszy akurat przygrzał w coś głową i zaczął strasznie płakać, ale rodzice musieli chyba zauważyć, że coś jest nie tak, bo ojciec zwrócił się do starszego ze słowami "wiesz, tu chyba nie można tak głośno się zachowywać".

No chyba faktycznie nie można. Szkoda tylko, że sam na to nie wpadł.

Skomentuj (3) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 94 (102)

#85104

(PW) ·
| Do ulubionych
Mam dobrą koleżankę, fajna dziewczyna, miła, choć dosyć cicha i łagodna, ona z kolei ma męża o którym można by było książkę na piekielnych napisać.

Aby jak najlepiej przybliżyć jego postać, to niestety ale modne ostatnio memy o Januszach nosaczach, oddają jego charakter w 99% (włącznie z tym, że jeździ starym Passatem). Przy piwie jest głośny, ignoruje resztę, opowiada żenujące historie, albo puszcza muzykę, którą lubi tylko on. Jak to się stało, że są razem to nie wiem i wolę się nie wtrącać, jeśli dobrze im ze sobą, to mi pozostaje tylko go unikać.

Ostatni raz widzieliśmy się przypadkowo na mieście i opowiedział jak to nasz wspólny kolega Wojtek go urządził. Zainteresowaliśmy się co takiego on mu zrobił, tym bardziej, że Janusz na twarzy poobijany, warga rozcięta, ogólnie wyglądał nieciekawie.

Janusz poprosił Wojtka, żeby mu pomógł wynieść szafę do piwnicy, a po wszystkim usiedli tam i wypili parę piw. Po tym Januszowi było mało więc wyjął flaszkę i namawiał kolegę, żeby ją też wypili, ale Wojtek po kieliszku, zostawił go w tej piwnicy. No więc cóż miał biedny począć, dokończył ledwie napoczętą butelkę i spróbował wrócić do domu, ale spadł ze schodów i się poobijał.

Według Janusza cała ta historia to wina Wojtka, bo co to za kolega, co drugiego zostawia. Na pytanie po co wypijał resztę alkoholu, nie umie odpowiedzieć, ale to też wina Wojtka. Jego żona solidarnie sprawy nie komentuje, a sam 'winny' urwał z nim kontakt, podając numer psychiatry. Oburzony Janusz szukał u nas poparcia, ale cóż... nie znalazł.

Skomentuj Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 86 (98)

Podziel się najśmieszniejszymi historiami na
ANONIMOWE.PL

Piekielni