Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

 

#88525

(PW) ·
| Do ulubionych
Taka sytuacja - wyjeżdżam autem z garażu podziemnego pod blokiem, a że podjazd jest dość stromy to nie mogę przygazować bo zahaczę zderzakiem o beton, więc prędkość tocząca.

Nagle przed maską zza krzaków wyskakuje pies, spory (wielkości labradora), bez smyczy, kagańca, właściciela nie widać, do momentu kiedy dojeżdżam do krawędzi jezdni.

Wtedy jakiś koleś się wynurza i zaczyna się do mnie pruć, że mam uważać na jego psa. Psa który nie słucha komend, biega luzem po osiedlu mieszkaniowym, gdzie jest sporo dzieci, innych psów, do tego auta na jezdni. Jak jego pchlarz wyskoczy na jezdnię i ktoś/coś go potrąci to też nie jego wina.

psy

Skomentuj Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 97 (99)

#88523

(PW) ·
| Do ulubionych
Niby dzięki kwarantannom, lockdownom i w ogóle Covidowi nasze urzędy wkroczyły w końcu w XXI wiek, co nie?

Chcąc załatwić pewną rzecz w urzędzie a spodziewając się zmian związanych ze stanem epidemiologicznym, czy jakkolwiek nazywa się to co teraz mamy, wszedłem na stronę internetową wyżej wspomnianego i odnalazłem sprawę, która mnie interesuje.

Są tam wymienione następujące sposoby rozpatrzenia sprawy:

1. poprzez portal epuap.gov.pl
2. poprzez podpis kwalifikowany
3. wysyłając wymagane dokumenty na podany adres placówki
4. składając komplet dokumentów osobiście w jednym z podanych miejsc (zwracam uwagę na zwrot osobiście bo cała procedura polega na wrzuceniu dokumentów do skrzynki stojącej w holu wejściowym placówki i nijak nikt nie sprawdza czy te papiery wrzucam ja, czy może robi to za mnie mama, babcia lub znajomy pan sąsiad Miecio - ale tutaj już się czepiam ;) ).

Pomyślawszy "Oho, w końcu coś załatwię nie wychodząc z domu" wstukałem adres w Edge'a (nauczony doświadczeniem z rządowymi stronami, które bardzo rzadko chcą współdziałać z Operą czy Firefoxem) i zalogowałem się do swojego portalu ePUAP.

O tym jak bardzo intuicyjne jest to narzędzie, i ile czasu zajęło mi dokopanie się do interesujących mnie materiałów już nie będę się rozpisywał, ale gdy w końcu udało mi się pokonać opór strony, na kreację której z pewnością poszły grube cebuliony z naszych podatków pojawiła się informacja, że dany urząd nie obsługuje danej sprawy poprzez portal ePUAP...

Szybkie sprawdzenie zawartości strony internetowej urzędu, oraz ustawień w ePUAPie potwierdziło tylko, że informacje w jednym źródle przeczą stanowi faktycznemu.

Pozostaje mi załatwić sprawę na sposób 3 lub 4 i zastanawia mnie tylko jedna rzecz. Jak w warunkach kiedy petent nie ma już żadnego kontaktu z urzędnikiem, mam przedstawić "oryginał zaświadczenia do wglądu"?

urzedy

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 114 (124)

#88508

~drajwer666 ·
| Do ulubionych
Na podstawie https://piekielni.pl/88494, 3 historie związane z kierowcami tzw. "TIR-ów" z własnego doświadczenia, zebrane w przeciągu kilku ostatnich miesięcy.

1. O ile dobrze pamiętam luty. Jadę autostradową obwodnicą Mińska Mazowieckiego. Warunki dobre, więc jadę te 140 km/h. Widzę w oddali ciężarówki jadące prawym pasem, więc kierunkowskaz, lusterko, i płynnie przejeżdżam na lewy. Kiedy już się zbliżałem ostatnia ciężarówka z kolumny wyjechała na lewy pas, przez co musiałem dosyć ostro hamować. Czekając aż pan i władca dróg wyprzedzi kolegę po fachu popatrzyłem uważnie w lusterka- nie jechało za mną nic! Wystarczyło, żeby kierowca ciężarówki poczekał 5-10 sekund i mógłby wyprzedzać bez stwarzania zagrożenia.
P.S. Był to "lulek" tandemem- osoby pracujące w branży transportowej będą wiedziały o co chodzi ;)

2. Sytuacja bardzo podobna do jednej z opisanych we wspomnianej na początku historii. Jakoś 3 miesiące temu jadę w porannych godzinach szczytu (jakoś przed 8:00). Teren zabudowany, można jechać 50, no ale komuś za szybko, więc jedzie 40, a za nim utworzył się sznur aut, bo duży ruch i nie ma miejsca do wyprzedzania. Osobiście tez mnie to drażniło, no ale co zrobić. Natomiast kierowca "TIRa" jadący za mną (oczywiście na zderzaku, bo po co zachowywać bezpieczną odległość) wyrażał swoją dezaprobatę poprzez mruganie mi po lusterkach "długimi". Co chciał tym uzyskać? Myślał, że przeskoczę, czy naoglądał się kina s-f i spodziewał się, że moje małe auto okaże się nagle jakimś transformerem, który pospycha z szosy wszystkie "zawalidrogi", a "King of the road" pojedzie komfortowo dalej?

3. Zeszły tydzień. DK 63, jadę z Sokołowa Podlaskiego do Siedlec. Mijam tablicę "koniec terenu zabudowanego", przede mną prosta droga, więc rozpędzam się do 90 km/h. Kierowca "TIRa", który stał na zatoczce autobusowej, uznał, że to jest dobry moment na włączenie się do ruchu. Nie musiałem co prawda ostro hamować, no ale wyhamował mnie gdzieś do 30-40 km/h. I analogicznie jak w mojej 1. historii- za mną nic nie jechało. Nawet kuźwa żaden rowerzysta! Poczekałby na tej zatoczce jeszcze te 10 sekund i bezpiecznie włączyłby się do ruchu. No ale najwidoczniej pan kierowca miał czas wyliczony co do sekundy, niczym w Formule 1, i było to nierealne.

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 119 (137)

#88526

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia z OLX.

Sprzedałam przedmiot na tym portalu. Nadałam wysyłką OLX. Paczka w doręczeniu. Czekam, czekam, a ona dalej w doręczeniu. Po 2 tygodniach piszę do InPost o co chodzi. Zero odpowiedzi. Piszę do OLX. Oni kontaktują się z InPost. Paczka nie wiadomo gdzie jest, zgubiła się. Zgłaszam reklamacje do InPost. W międzyczasie OLX zwraca pieniądze kupującej za przedmiot.
Dostaję odpowiedź z InPost, że paczka została dostarczona, a to był błąd systemu, że tyle wisiała zawieszona. Reklamacja odrzucona.
Piszę do OLX. Oni nic nie mogą. Mogę zgłosić reklamacje do InPost i napisać do kupującej żeby mi zapłaciła za przedmiot.

Droga w InPost już wykorzystana, a kupująca mnie zignorowała. Napisałam ponownie do OlX i czekam.
Przedmiot za 20 zł, a jakby to był telefon za 2 tysiące?

OLX

Skomentuj (17) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 133 (145)

#88477

(PW) ·
| Do ulubionych
Byłem wczoraj w pewnym dużym markecie aby zakupić moją ulubioną kawę. Ta natomiast wyłożona jest na najwyższej półce. Zwykle nie mam problemów aby ją dosięgnąć, ale dzisiaj pozostało tylko kilka opakowań upchanych na samym końcu półki. Udałem się więc w poszukiwaniu pracownika marketu coby mnie drabiną poratował.

Kilka alejek dalej zlokalizowałem młodego chłopaka (na oko 18-19 lat) ubranego w gustowną koszulę z logiem sklepu. Nie wyglądał na zajętego czymkolwiek ważnym, więc podszedłem do niego i zapytałem.

[Ja]: Dzień dobry, nie jestem w stanie dosięgnąć kawy, którą chcę kupić. Czy mógłby pan załatwić jakąś drabinę i pomóc mi ją sięgnąć?
[Pracownik]: A czy ja ci wyglądam na jakiegoś podawacza?

Już w tej chwili wiedziałem, że będzie ciekawie, ale zawsze w takich sytuacjach wychodzę z założenia, że zniżanie się do poziomu chamowatego rozmówcy daje efekt odwrotny od zamierzonego.

[J]: Wygląda mi pan na pracownika tego marketu, do tego niezajętego niczym szczególnie ważnym.
[P]: Ty chyba nie wiesz kim ja jestem?
[J]: Pracownikiem tego marketu? Poza tym według plakietki nazywa się pan...
[P]: Ty chyba serio nie wiesz kim ja jestem?
[J]: No dobrze, więc proszę mnie oświecić, kim pan jest?
[P]: Jestem synem kierownika tego marketu!

Tutaj musiałem się naprawdę bardzo postarać żeby nie wybuchnąć śmiechem. Koleś był tak zadowolony z siebie, że wyglądał jak przedszkolak chwalący się przed kumplem nową bajerancką zabawką.

[J]: To świetnie. Mnie jednak bardziej interesuje co z tą drabiną, bo prawdę mówiąc mam wielką ochotę na tą kawę.
[P]: Ty chyba mnie nie słuchasz. Nie mam zamiaru ci przynosić żadnej drabiny.
[J]: W takim razie udam się do kierownika. Może on znajdzie kogoś kto ma zamiar podać mi tą kawę. Przy okazji powiem mu jakiego ma pomocnego syna.
[P]: Ha i myślisz, że ci uwierzy?

I tu wchodzi ona, cała na biało... To znaczy ubrana w identyczną koszulę z logiem sklepu.

[Pracownica]: Jeśli ja potwierdzę to jak najbardziej uwierzy i raczej nie będzie za bardzo zadowolony.

W tym momencie chłopaczek zbladł, wycedził tylko "Nie odważysz się." i uciekł. W drodze do biura kierownictwa, pracownica potwierdziła, że chłopaczek rzeczywiście jest synem kierownika. Był to jego pierwszy dzień pracy, od rana wymigiwał się od wszystkich obowiązków i po prostu łaził sobie po sklepie bez celu. Reszta pracowników miała zamiar na koniec dnia opisać w jaki sposób synuś spędził cały dzień, ale po takiej akcji nie było potrzeby czekać.

Po zrelacjonowaniu całej sytuacji kierownikowi, synalek został wywołany przez mikrofon. Postawiony pod ścianą zaczął się wymigiwać twierdząc, że widzi mnie pierwszy raz na oczy. Przyznał się dopiero gdy kierownik stwierdził, że w takim razie sprawdzi monitoring.

Nie wiem niestety co się dalej działo z tym chłopaczkiem, ale facet wyglądał na nieźle wkurzonego zachowaniem syna. A ja natomiast wyszedłem z marketu z darmową kawą i bogatszy o bon podarunkowy.

Skomentuj (22) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 149 (177)

#88473

(PW) ·
| Do ulubionych
Jestem kierowca tzw. "tira".

Chciałem Wam podziękować za wszystkie komentarze z wyzwiskami i nie tylko, które sprawiły, że znienawidziłem kierowców kat. B. Zgodnie z waszym życzeniem podjąłem decyzję, że nie będę hamował przed idiotami w osobówkach, które mi zajeżdżają lub wymuszają. Chciałbym kolejno pozdrowić:

1. Kierowcę VW z Torunia, który wymusił mi pierwszeństwo i doprowadził do kolizji w Toruniu na skrzyżowaniu Szymańskiego i Skłodowskiej. Na kursie chyba zapomnieli nauczyć, że ja mam pierwszeństwo skręcając z Szymańskiego w prawo i nie mam obowiązku zajmować od razu prawego pasa ruchu, nie? A tam jest ciasno i nie skręcę w prawo nie zajmując lewego pasa.

2. Kierowcę Citroena Berlingo CW, który we Włocławku zajechał mi drogę na ul. Kruszyńskiej przed skrzyżowaniem z Al. Królowej Jadwigi. Pas ruchu, drogi kolego zajmujemy odpowiednio wcześniej, a nie na 10 m przed rozpoczęciem pasa do skrętu. Szkoda tylko, że mocniej nie oberwałeś, bo gdybym wiedział, że zwyzywasz mnie i moją rodzinę do 5 pokoleń wstecz rzucając ku***i i c****i to bym jeszcze gazu dodał. Mam nadzieję, że zęby masz całe, bo nikt mojej mamy nie będzie bezkarnie wyzywał od kobiet lekkich obyczajów.

3. Kierowcę BMW, który 3 razy nie zdołał mnie wyprzedzić na dk 62 miedzy Kruszwica, a Strzelnem i w zemście za nieułatwienie wyprzedzania próbował mnie wyhamować za rondem. Przykro mi biedaku, ze pożegnałeś się z prawem jazdy. Chętnie Cię udupie w sądzie na rozprawie. Mam nadzieję, ze przyjemnie się będzie wywalało kilkanaście tysięcy na naprawę auta. Pamiętaj, że nie będę ryzykował rozwalenia opon, bo jakiś furiat nie potrafi jechać przez 4 km za ciężarówką.

tir kolizja

Skomentuj (100) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 161 (183)

#88521

(PW) ·
| Do ulubionych
Przypomniała mi się historia z czasów przedcovidowych, kiedy normą były zajęcia w bibliotece dla dzieci w różnym wieku.

Akurat miałam spotkanie z grupą pierwszaków, które dotyczyło jednej z lektur. Dzieci lekturę miały przeczytaną i wstępnie omówioną na lekcji, więc przygotowałam quizy, krzyżówkę, jakieś warsztaty plastyczne w temacie omawianej książki.

Na koniec był test, sprawdzający wiedzę o przeczytanej lekturze, kilka ostatnich pytań było naprawdę trudnych. Po sprawdzeniu testów uroczyście ogłaszam wynik (oczywiście personalia zmyślam):

- Pierwsze miejsce zdobywa Amelka...
- Barańska! - przerywa radośnie nauczycielka.
Patrzę na nią skonsternowana.
- Amelka Nowak - mówię tryumfalnie, z szerokim uśmiechem szukając zwyciężczyni.
- Ale jak to Nowak, na pewno Nowak? Dobrze pani sprawdziła? - dopytuje nauczycielka, podczas, gdy dziewczynka wstaje, zmieszana i niepewna czy zasłużyła na nagrodę, czy jednak nie.
- Tak, na pewno, coś nie tak? - pytam już nieco wkurzona.
Pani nauczycielka nie odpowiedziała. Nagroda i dyplom wręczone, niesmak pozostał. Potem dowiedziałam się, że Amelka Barańska to prymuska i oczko w głowie nauczycielki, a Nowak jest przeciętną, niewyróżniającą się uczennicą. Ale to żaden powód do takiego zachowania – bądź co bądź – pedagoga...

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 206 (210)

#88510

(PW) ·
| Do ulubionych
Losowałem sobie dziś historie i trafiłem na taką o Kauflandzie i przypomniała mi się moja.

Stałem sobie w kolejce do kasy w wyżej wspomnianym markecie. Kasy otwarte 2 z 5. Akurat przy mojej stała druga pracownica i plotkowała sobie z kasjerką. Z widzenia kojarzę, że to również kasjerka. Kolejka długa jak sam sk..... patrzę na zegarek i stałem tak sobie 10 minut. Wiedziałem, że Kaufland ma gwarancję jakości i jeżeli nie wszystkie kasy były otwarte, a stałeś w kolejce dłużej niż 5 minut, to dostaniesz bon na 5 zł. Nigdy z tego nie korzystałem, bo cenię swój czas i wiem, że jak mają dużo takich, to mają nieprzyjemności. Jednak ta plotkująca pracownica stojąca obok kasy, zamiast kasowania w kolejnej skłoniła mnie do skorzystania z oferty.

Po skasowaniu udałem się do punktu info i mówię, że stałem zdecydowanie dłużej niż 5 minut i proszę o mój bon, a Pani informuje mnie, że się nie należy, bo mają sezon (wakacje) i wtedy to nie obowiązuje.
Przyjąłem do wiadomości i udałem się do auta. Tam sprawdziłem stronę internetową i nic na ten temat nie znalazłem.

Zadzwoniłem więc na infolinię i opisałem sytuację. Pani zdziwiona zapytała gdzie i kiedy to było. Odpowiedziałem, że 3 minuty temu tu i tu, i że chętnie poczekam, niech zadzwoni na punkt info i sobie z nimi pogada.
Po kilku minutach Pani z infolinii oddzwoniła, przeprosiła i zaoferowała bon o wartości bodajże 20 pln na przeprosiny. Z chęcią przyjąłem.
Także upominajcie się o swoje nawet jeśli to 5 złotych.

Ps: Jakby ktoś się czepił, że ja czepiam się pracownicy plotkującej z kasjerką, może miała przerwę, może i tak, ale wtedy powinna być w pokoju socjalnym i odpoczywać, a nie kłuć ludzi po oczach.

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 110 (124)

#88486

~kolizyjna ·
| Do ulubionych
Na fali historii o samochodach.

Ponad rok temu miałam kolizję. Jechałam autem po drodze osiedlowej, gdzie panuje reguła prawej dłoni. Dojechałam do skrzyżowania w kształcie litery "T", gdzie ja jechałam po "nóżce". O ile widoczność po mojej prawej stronie była dość dobra, tak po lewej już nie. Kierowcy jeżdżący "daszkiem" rzadko kiedy patrzą w tym miejscu na prawą stronę, której mają obowiązek ustąpić. Dlatego właśnie spojrzałam w prawo, lewo i znowu prawo. Droga była wolna, więc ruszyłam. Ledwie wjechałam na skrzyżowanie, a wyjechało auto z mojej lewej. Zderzyliśmy się. Szybko wyłączyłam silnik, pan zjechał na bok, poszłam upewnić się, że nic mu nie jest (inna sprawa, że pan w ogóle nie był zainteresowany, czy mnie coś się stało, wolał krzyczeć, że to moja wina). Jechał z maleńkim dzieckiem, na szczęście nic im się nie stało. Auto przeparkowałam, żeby nie zastawiać skrzyżowania.

Poszłam do pana i pytam, co teraz. Pan stwierdził, że to moja wina, no bo ON jechał. No nie, reguła prawej dłoni. Ale on dalej się upierał, że ja mu wyjechałam, on jechał, ja mam obowiązek mu ustąpić. Był to dla mnie ogromny stres, pierwsza kolizja, nie moje auto, więc zadzwoniłam do właścicielki, czyli mojej mamy. Zjawiła się szybko. Kierowca widząc, że pojawił się ktoś inny, dużo starszy ode mnie, którego nie łatwo będzie oszukać, stwierdził, że to była wina obustronna, bo on jednak nie popatrzył, a ja mu wyjechałam, chociaż on miał jechać, więc spiszmy oświadczenie że oboje ponosimy winę. Tu mama się wkurzyła, bo reguła prawej dłoni obowiązuje. Wezwała policję.

Czekaliśmy coś około godziny, ale ten czas minął mi jak pięć minut, z racji tego, że próbowałam się uspokoić. W końcu nadjechali, wysłuchali mojej wersji, wysłuchali wersji pana (wg której jechałam 60 km/h, chociaż na moje oko było na odwrót, bo tylko to tłumaczy, czemu go nie zauważyłam). Stwierdzili, że winę ponosi drugi kierowca. Pan próbował się kłócić, że powinni mi zabrać prawo jazdy, no bo ON jechał, a ja, okropna, nie ustąpiłam mu pierwszeństwa! Panowie policjanci wyśmiali pana kierowcę.

Nie jestem zawistną osobą, ale mam nadzieję, że pan dostał dość spory mandat. Może wtedy nauczy się jeździć ostrożniej. Gdyby trafiło na kogoś, kto jechałby szybciej, a fotelik dziecka byłby po stronie uderzenia, to wolę sobie nie wyobrazić, co by się stało.

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 90 (104)

#88518

(PW) ·
| Do ulubionych
Na początku lipca żaliłam się tutaj, że za płotem otworzyli mi knajpę, która w każdą sobotę urządza bardzo głośne imprezy. Oto kolejna aktualizacja.

Pod ostatnią historią jeden z komentujących praktycznie narysował mi tarczę na tyłku, podsyłając linki do lokalnego urzędu miasta, więc chyba każdy już skojarzył, że rzecz się dzieje w Konstantynowie Łódzkim. A klubokawiarnię nadal mamy tylko jedną.

Po tym jak „nieznani sprawcy” przeleźli przez mój płot od strony klubokawiarni i rozwalili mój sprzęt, a potem grozili, że mnie zaj*ią, następnego dnia wylądowałam na komendzie. Składanie zeznań trwało bite sześć godzin. Kiedy wróciłam do domu, odkryłam, że święta w tym roku przyszły wyjątkowo wcześnie, ponieważ na grupie „jesteśmy za knajpą x” toczy się w najlepsze dyskusja na temat zajść z poprzedniego wieczoru. Była mowa o ludziach, którzy zazdroszczą innym dobrej zabawy, więc włączają syreny. Dostałam nawet ksywkę „Strażak Sam”. A potem, kiedy ktoś spytał, co właściwie się stało, jakaś babka napisała „mieliśmy pokaz sprawnościowy ochrony”.

Kolejna gwiazdka z nieba spadła mi w postaci planu zagospodarowania przestrzennego. Przyznaję, nie wpadłam wcześniej na to, żeby go sprawdzić. Ale faktycznie, działka na której co tydzień są głośne imprezy, ma status terenu ochrony akustycznej. Fajnie, że ludzie, którzy niedawno sobie pobudowali domy na tym osiedlu, płacąc większe pieniądze za zieleń i ZAPEWNIONY PRAWEM LOKALNYM spokój, mogą teraz korzystać z tych dobrodziejstw przez aż sześć dni w tygodniu. Na fali totalnego wkur*enia, zaczęłam słać pisma do większości instytucji, które mi doradziliście.

Odzew był różny, w kilku przypadkach zwykła spychologia, w kolejnych nadal czekam na odpowiedź, w kilku „chwyciło”. Gdzieś po tygodniu odkryłam, że wywalili mnie z grupy „jesteśmy za knajpą x”, więc cokolwiek teraz tam o mnie piszą, już nie przeczytam. W sumie lepiej. Zaczęłam też zasypywać lokalną komendę pytaniami w sprawie interwencji dotyczących klubokawiarni. Dostałam odpowiedź, że poszło już pięć wniosków do sądu o ukaranie za zakłócanie spokoju i jeden wniosek do burmistrza o cofnięcie koncesji.

Potem nadeszła kolejna sobota z łomotem zza płotu (21.08). Korzystając z rad Piekielnych, dałam sobie spokój z klaksonami i po prostu czekałam, aż znowu przegną z głośnością i pierwszy raz w życiu wezwałam policję z powodu głośnej imprezy. Tak, można poczuć się staro. Rozmowa z policjantami nadaje się do jakiegoś programu o kartonowym państwie – zwyczajnie mi szkoda człowieka, który mówi mi, że nie wejdzie uciszyć kilkusetosobowej imprezy, bo ma rodzinę i nie chce skończyć wieczoru z nożem w żebrach, a posiłków też nie ma co wzywać, bo jest kilku funkcjonariuszy na cały powiat. Usłyszałam też przy okazji, że managerka klubokawiarni ich wyśmiała przy którejś tam interwencji, kiedy informowali ją o możliwości utraty koncesji na sprzedaż alkoholu – odparła ucieszona, że się nie martwi, bo burmistrz właśnie pije u niej piwo, więc raczej jej koncesji nie zabierze.

Udało mi się tyle wymóc, że funkcjonariusze zapewnili mnie, że wyślą kolejny wniosek do sądu – tym razem ode mnie, bo z poprzednimi nie miałam nic wspólnego. W kolejny wtorek zostałam wezwana na komendę w Konstantynowie Łódzkim, celem cholera wie jakim – bardzo miły pan policjant poprosił mnie, żebym mu wszystko jeszcze raz opisała. Odparłam, że zeznanie, które już zdążyłam złożyć, jest bardzo szczegółowe, potwierdzam wszystko i nie mam nic do dodania. Zagaiłam przy okazji o pokaz sprawnościowy ochrony i monitoring klubokawiarni. Rozczuliła mnie informacja, że wedle zeznań właściciela klubokawiarni, nie zatrudniają żadnej ochrony. Sami sprzedają bilety i sami pilnują porządku podczas imprez dla kilkuset osób. Jasne.

Tego samego dnia rozmawiałam ze swoją znajomą, która z racji zawodu, wie wszystko o wszystkich. Słyszała, że zamiast profesjonalnej ochrony, w klubokawiarni „pomagają” zaprzyjaźnieni „sympatycy” pewnej drużyny piłkarskiej. I że pilnują porządku z taką pedanterią, że kiedyś sympatyk innej drużyny piłkarskiej z imprezy wracał karetką. Celowo nie podaję nazwy klubu, bo nie chodzi o to, żeby szykanować klub, tylko pokazać patologię w działaniu klubokawiarni. Sprawa dla mnie o tyle przykra, że sama kibicuję tej samej drużynie, co ta „ochrona, której nie ma”, i od lat chodzę na mecze i mam szalik klubowy starszy niż to towarzystwo z knajpy. I niemal codziennie parkuję w pobliżu „mojego” stadionu. Ostatnio, o nietypowo wczesnej godzinie stało tam kilku „sympatyków” i wyraźnie na coś czekało. Nikomu nie życzę takiego strachu. To najprawdopodobniej były kompletnie przypadkowe łebki, ale po tym, jak inne łebki groziły, że mnie zaj*ią, moje poczucie bezpieczeństwa poleciało na wakacje i nie chce wrócić. Wszystko dzięki tej knajpie, a właściwie głupocie właścicieli.

W sobotę 28.08 klubokawiarnia była zamknięta. Oficjalnie z powodu zimna. Ale po mieście krążą plotki, że miała przyjść kontrola WIOŚu i dlatego dali sobie spokój.
W dniu 2.09, na terenie miasta zorganizowano spotkanie mieszkańców. Dotyczyło ono zupełnie innych spraw, niż hałas w klubokawiarni, ale poszłam tam, bo chciałam zapytać Burmistrza, czy w związku z otrzymaniem od komendanta policji wniosku o cofnięcie koncesji na sprzedaż alkoholu, zamierza tą koncesję cofnąć. Dostałam wymijającą odpowiedź, że wniosek komendanta policji był na tyle lakoniczny, że nie jest zrozumiałe, dlaczego właściwie należałoby podjąć taką decyzję, więc Burmistrz zdecydował o wysłaniu pisemnej prośby do komendanta o wyjaśnienie przyczyn złożenia wniosku. Posterunek policji jest niemal przez ścianę z Urzędem Miasta, ale to już ten moment, gdzie papier chroni du*ę lepiej niż żelazny blat, więc produkuje się go coraz więcej. Na tym spotkanie mogłoby się zakończyć, ale głos zabrała mama właściciela knajpy, która bardzo chciała wiedzieć, na czym właściwie polega mój problem z ich działalnością. Nie było miło.

Kiedy mówiłam, że ich prawo do działalności nie może naruszać mojego prawa do spokoju, zaczęła się śmiać. Kiedy mówiłam o wtargnięciu na moja posesję, zarzucała mi kłamstwo. Kiedy mówiłam o hałasie, pytała jakie mam na to dowody, a kiedy mówiłam o tym, że nie mają profesjonalnej ochrony do pilnowania porządku, stwierdziła, że ten klub nie potrzebuje ochrony, bo tam się bawią kulturalni ludzie. Acha.

W międzyczasie głos zabrała jakaś pani z załogi knajpy, która zarzuciła mi, że w ogóle nie próbowałam się z nimi skontaktować. O próbach kontaktu pisałam już dużo w poprzedniej historii, ale nawet kiedy zaczęłam je wyliczać, byłam wyśmiewana, bo nie przyszłam do nich porozmawiać, więc wedle ekipy nie warto mnie słuchać. Najlepszy był komentarz po przypomnieniu jak odzywali się na próby kontaktu przez Facebooka: „A skąd Pani wie, kto prowadzi naszą stronę na Facebooku?”. Cała ta pyskówka miała mniej więcej ten poziom żenady. Co by się zmieniło, gdybym w którąś sobotnią noc zapłaciła za wstęp i podeszła do baru ze skargą, że jest za głośno? Miałam taką absurdalną wizję barmanki, która na mój komunikat wyciąga głowę z akwarium i zdziwiona stwierdza „o kurcze, rzeczywiście!”, po czym wszyscy rzucają się do głośników, żeby ściszyć… Bo pamiętacie? Tylko o to mi chodziło – żeby ktoś to ściszył… Niestety wizja, choć kusząca, nie dojdzie do skutku, bo pani barmanka, jak reszta załogi klubokawiarni, nie biega z akwarium na głowie i doskonale słyszy głośną muzykę dookoła, ale zwyczajnie to ignoruje.

Dyskusji z obiema paniami przyglądała się załoga knajpy wraz ze sporą grupą zaprzyjaźnionych „sympatyków piłki nożnej”. Panowie bardzo radośnie przyjęli informację, że policja boi się wejść na teren knajpy, żeby uciszyć imprezę. Kiedy tak stałam i dyskutowałam z paniami o ich wizji świata, trudno było nie zastanawiać się, czy wrócę do domu cała i zdrowa. Znowu, nikomu nie życzę takich myśli.

Wymianę uprzejmości w końcu przerwał burmistrz, zalewając nas potokiem frazesów o sile dialogu i współpracy. A potem nastąpił gwóźdź programu, czyli apel o pomoc dla kilkumiesięcznego maluszka, który urodził się z tak poważną wadą serca, że pomóc może tylko operacja za granicą. Zaczęły się też podziękowania dla mamy właściciela klubokawiarni za pomoc w organizowaniu zbiórek i pikniku charytatywnego na rzecz dziecka. Pojawił się też ojciec tego chłopca, również wylewnie dziękując za pomoc klubokawiarni. Więc oto stoję sobie ja, „pieniaczka”, która „zazdrości ludziom dobrej zabawy” i mama właściciela klubokawiarni ze złotą grzywką zamiast aureoli. Taki „chwyt marketingowy” prawie jak z kabaretu.

Do domu wracałam mocno zdenerwowana i z poczuciem, że zostałam zmuszona do walki przeciw sporej grupie osób, która nie szanuje nikogo i niczego. A potem pół nocy zastanawiałam się, jak mogłam lepiej i bardziej błyskotliwie odpowiedzieć na te wszystkie pyskówki. Tylko właściwie po co? Przecież to nie debata, tu nie chodzi o argumenty, tylko o to, żeby mnie zakrzyczeć.
Co dalej? Ilekroć zaczynają podkręcać basy w nocy, dzwonię na policję. Potem przepycham się z lokalną komendą, żeby kogoś faktycznie przysłali na potwierdzenie mojego zgłoszenia. Raz odpuściłam przepychankę i kilka dni później dostałam informację, że funkcjonariusze nie stwierdzili hałasu, bo pojawili się na miejscu już po imprezie. Krew mnie zalała i od tej pory dodatkowo nagrywam te imprezy. Potem wysyłam zapytania, czy moje zgłoszenia zostały potwierdzone i czy w wyniku interwencji zostały wysłane wnioski o ukaranie za zakłócanie spokoju.

Najczęściej dostaję lakoniczne i dość wymijające odpowiedzi, ale chodzi głównie o to, żeby był ślad moich wniosków, bo wtedy nie da się tego zbyć notatką. Potem tułam się po komendach i składam kolejne zeznania, że było głośno. A potem znowu jest sobota i nie śpię, i dzwonię, i tak w kółko. Czekam aż Rada Miasta rozpatrzy, czyli pewnie odrzuci moją skargę na działania burmistrza. Czekam aż WIOŚ zmierzy, że jest za głośno. Czekam aż ruszą sprawy w sądzie. Czekam aż „sympatycy” faktycznie kogoś zaje*ą i wtedy knajpa zamknie się sama. Mam tylko nadzieję, ze to nie będę ja. Generalnie którejś sobotniej nocy przyszło mi do głowy, że rok wcześniej moim największym problemem był zarośnięty ogródek i że nie rozumiałam, jakim skarbem był spokój dookoła. Teraz czuję się osaczona obrzydliwym zachowaniem właścicieli knajpy i biernością instytucji, które miały chronić moje prawa.

Na koniec mały apel: Drodzy Piekielni, osobiście nie wierzę w dobre intencje właścicieli klubokawiarni, ale tragedia tego dziecka jest niestety prawdziwa. Jeżeli możecie, pomóżcie – choćby po to, żeby nikt więcej sobie tym dzieckiem nie wybielał wizerunku.
https://www.siepomaga.pl/serce-milosza

impreza u sąsiada

Skomentuj (31) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 202 (214)

Podziel się najśmieszniejszymi historiami na
ANONIMOWE.PL

Piekielni