Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

 

#84826

(PW) ·
| Do ulubionych
Dostąpiłam dzisiaj zaszczytu poznania nowego sąsiada.

Na początek krótkie wprowadzenie. Mieszkam i pracuję w rejonie rolniczo - hodowlanym. Jakieś dwa miesiące temu, po wielu perturbacjach, ktoś kupił największy dom we wsi. Posesja full wypas, z krytym basenem, zabytkowym kompleksem parkowym i dwoma domkami dla pracowników.
Jeśli do wsi wprowadza się ktoś nowy, to do dobrego tonu należy pojawienie się w miejscowym pubie i przywitanie z mieszkańcami. Tak się nie stało, nikt tych ludzi nie widział, więc zaczęto plotkować, a że my ze stajni jesteśmy bezpośrednimi i najbliższymi sąsiadami (z kompleksu parkowego prowadzi do stajni ścieżka z furtką), to mieszkańcy uderzali do nas z pytaniami.

Dotychczas nie miałam nic do powiedzenia na temat nowych lokatorów, aż do dzisiaj...

Piękny ranek z typu "parno i duszno", godzina 7 z minutami, odpalam "dmuchawkę", taką do liści. Plac wewnętrzny jest duży, więc zamiast zamiatać, "przedmuchuję" farfocle, siano i inne śmieci w jeden kąt, a potem zmiatam. Oszczędność czasu i energii. W oddali słyszę jak sąsiad z naprzeciwka popyla ciągnikiem po polu. Myślami ogólnie jestem gdzie indziej.

Kątem oka zobaczyłam idącego w moim kierunku faceta, krzyczącego coś do mnie i machającego łapami. Gościu miał na sobie szlafrok, a na nogach papucie i był bardzo wzburzony. Z grzeczności wyłączyłam "dmuchawkę" i powiedziałam standardowe "dzień dobry, w czym mogę pomóc?". Pan grzeczny nie był. Podniesionym głosem zaczął zasypywać mnie lawiną pretensji, że co ja sobie wyobrażam hałasować o tak nieludzkiej porze, że nie po to kupował dom letniskowy(!) na wsi, żeby mieć hałasy pod oknem, "że śmierdzi", "że kupa", że rodzina nie może spać, jeść, bawić się, itp, itd. Ogólnie wpadał w coraz większy słowotok.

W międzyczasie, ciągnikiem podjechał do stajni drugi sąsiad z naszą opróżnioną już przyczepą do gnoju. Wyskoczył z pojazdu, z entuzjastycznym "dzień dobry, jak się macie". Traktor oczywiście narobił hałasu, od przyczepy swojsko "jechało", a sąsiad był w roboczym, "utytłanym" ubraniu. Nasz nowy ziemianin zapowietrzył się, krzyknął, że pójdzie na policję i nas wszystkich pozwie. Odwrócił się na pięcie i zwiał do siebie.

Popatrzyliśmy na siebie skonfundowani, sąsiad parsknął śmiechem. Pomyślałam sobie, że ja to w sumie aż tak nie plotkuję, ale sąsiad co wieczór jest w pubie, więc nasz "nowy" będzie miał stosowną opinię wśród ogółu.

Podsumowując:
Co trzeba mieć w głowie, żeby kupować dom letniskowy w samym sercu rolniczego południa, gdzie 95% ludzi o godzinie 6 rano jest już dawno po śniadaniu.
Życzę gościowi udanej wizyty na policji, posterunek w miasteczku jest czynny co drugi dzień, do 12tej.
Tak, w sumie wszyscy byliśmy piekielni.

P.S. Dobrze, że "pan na włościach" nie zauważył jak w zeszłym tygodniu sąsiadowi zwiały krowy i ganialiśmy je po stajni i padokach :D

Anglia rolnictwo

Skomentuj (28) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 97 (119)

#84820

(PW) ·
| Do ulubionych
Może nie jest to jakieś bardzo piekielne, ale dość irytujące.

Znajoma potrzebuje zatrudnić kogoś do swojego sklepu. Oprócz ogłoszeń na kilku portalach, wystawiła też jedno na lokalnym spotted na Facebooku. Na końcu ogłoszenia nr telefonu, e-mail i bardzo czytelna informacja, że osoby zainteresowane proszone są o wysłanie CV na podany e-mail.

Jeszcze tego samego dnia po opublikowaniu, pod postem było mnóstwo komentarzy o treści Priv, priv, zainteresowana, priv. Czy tak trudno doczytać treść do końca? Czy może ludzie oczekują, że potencjalny pracodawca będzie pisał do każdego zainteresowanego i osobiście prosił, żeby dana osoba raczyła złożyć swoje CV? Rozumiem, że ktoś może mieć jeszcze jakieś dodatkowe pytania i chciałby skontaktować się z autorem ogłoszenia, bo na spotted nie wiadomo, kto poprosił o publikację postu, ale po to chyba jest nr telefonu.

Skomentuj (20) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 68 (74)

#84819

(PW) ·
| Do ulubionych
Pan awanturował się, że jego żona jest ciężko chora i niepełnosprawna i wchodzi bez kolejki.

W Centrum Onkologii.

Edit dla nierozumiejących:
O ewentualnym przyjęciu poza kolejnością decyduje lekarz lub rejestracja na podstawie dokumentów, ale jak już ktoś trafia do COI na chemioterapię, to znaczy że jest w ciężkim stanie, a orzeczenia o niepełnosprawności sądząc po wózkach inwalidzkich, kulach, aparatach z tlenem, brakach rąk i nóg itp., to miała pewnie z połowa. Przyjęcia poza kolejnością są więc naprawdę wyjątkowe.

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 65 (83)

#84777

(PW) ·
| Do ulubionych
Będzie krótko i treściwie.

Środa, trasa w okolicach wiejskich, teren zabudowany ale tylko z nazwy - wszyscy jadą 80-90. Z naprzeciwka jadący samochód wrzuca lewy kierunkowskaz, będzie zjeżdżał z drogi przecinając przeciwny pas ruchu. Zatrzymuje się i czeka na wolne, przejeżdżam obok niego ja i kilka innych samochodów.
Wtem słyszę mały huk po czym większy huk i jeszcze kilka mniejszych.

Co się okazuje - Pan skręcający, stał na już skręconych do zjazdu kołach. Jadący za nim nie ogarnął swojej prędkości czy przysnął - tak czy inaczej lekko go puknął w tył. Ale to lekko wystarczyło, żeby samochód potoczył się 2-3 metry do przodu. Idealnie pod zestaw ciężarowy. Pana skręcającego rzuciło na pobocze, dachował i skończył na drzewie. Trup jeden bo jechał sam, tyle szczęścia w tym wszystkim.

Sobota, ta sama trasa, miejsce trochę inne. Scenariusz ten sam. Kubek w kubek to samo. Z jedną różnicą - z naprzeciwka nic nie jechało. Ale mogło jechać. Gdyby jechało, byłby kolejny trup.

I w związku z tym mój mały apel: koła skręcajcie dopiero jak już zaczniecie skręcać. Nie wcześniej. I nieważne czy na trasie, w mieście, na zwrotce czy gdziekolwiek. Jeśli się da, stójcie na prostych. Bo wtedy cierpi kufer i duma, ale życie zachowane. Przypadków wjechania w tyłek są tysiące, zdarza się, każdy rozumie. Ale nie ma potrzeby robić z tego wypadków śmiertelnych - naprawdę.

droga krajowa

Skomentuj (29) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 86 (118)

#84788

(PW) ·
| Do ulubionych
Sezon letni w gastro. Niby co roku to samo, a jednak co roku wydaje mi się, że poziom głupoty i bezczelności wśród klientów rośnie.

1. Niecierpliwi.

W lecie średnio co drugi klient uważa, że jest jakiś wyjątkowy i cała uwaga kelnera powinna się skupić na nim. W związku z tym, gdy za długo czeka:

- Pstryka palcami ze zirytowaną miną.
- Macha wściekle rękami i nie mam tu na myśli prostych gestów mających zwrócić uwagę kelnera, a naprawdę dzikie machanie łapami, jakby osy odganiał.
- Łapie kelnera za ramię. Najczęściej gdy ten ma w rękach sterty brudnych talerzy, gorące jedzenie, tablet pełen szklanek. Bo to, że w takich okolicznościach nie podchodzę do ciebie przyjąć zamówienia, to na pewno czysta złośliwość i nie ma nic wspólnego z tym, że nie jestem w stanie nawet tego zamówienia zapisać.
- Po 2 minutach od usadzenia tyłka, widząc, że wszystkie stoliki są zajęte i kelnerzy uwijają się w pocie czoła głośno komentują, że siedzą już od pół godziny i nikt do nich nie podszedł. Mam ochotę wtedy zapytać czy serio nie znudziło im się jeszcze siedzenie tam od pół godziny o suchym pysku.

- W "gorsze" dni informujemy klientów jeszcze przed zamówieniem, że na jedzenie trzeba będzie ok. godziny poczekać. Większość ze zrozumieniem kiwa głowami, zamawia, a po 15 minutach zaczyna się awanturować, bo oni muszą zaraz iść, bo stolik koło nich już dostał (bo zamówił wcześniej?), bo tamci już dostali, a zamówili po nich. Tłumacz koniowi, że przyrządzenie prostej sałatki trwa krócej niż usmażenie steka "well done".

2. To mój stolik!

W bardziej nerwowe dni stawiamy na tarasie napis z prośbą o poczekanie na wskazanie stolika. Pal sześć, że połowa to ignoruje. Gorzej, że potrafią w dwójkę zająć stolik dla 5/6 osób, lub usiąść przy stoliku z wielkim szyldem "rezerwacja". Na prośbę o zmianę stolika z wymienionych przyczyn, reagują histerią, bo im się ten stolik podoba i oni będą tu siedzieć i już! Po krótkiej dyskusji wstają wściekli komentując:

- Chodź, skoro nas tu nie chcą!

No, w tym jednym macie rację.

3. Brudasy.

Zmora. Nie będę czarować, przodują tu rodzice w bombelkami. Ja naprawdę nie chcę sprzątać ze stołu zasmarkanych czy zakrwawionych chusteczek, bo czyjeś słoneczko ma katar lub się skaleczyło, nie mam obowiązku sprzątać pustych słoiczków czy opakowań po ciastkach. To, że jakiś bombel ma dopiero 3/4 lata nie znaczy, że może pluć jedzeniem na stół i krzesła. Aha, stół w restauracji to nie śmietnik, na który można wywalić wszystkie śmieci, które nosi się ze sobą cały dzień po mieście, bo oczywiście na starówce 2 milionowego miasta brak koszów na śmieci.

Moim hitem była trójka pań z dwójką niemowlaków w wózkach. Pomijam, że z 3 pań tylko jedna była łaskawa cokolwiek zamówić. Pozostała dwójka raczyła się bardzo dyskretnie wodą z supermarketu. Panie umilały sobie czas dokarmiając chlebkiem to bombelki, to gołębie. Oczywiście 80% chlebka lądowało pod stołem, pod którym też finalnie wylądowały worki po chlebku. Gdy pani zapłaciła za kawę, wręczyłam im zmiotkę oraz szufelkę i poprosiłam o posprzątanie syfu, i zabranie swoich śmieci. Szok i niedowierzanie, one madki, klijętki, moim zasranym obowiązkiem jest po nich posprzątać. Yyyyy... nie?

Przy innym stoliku jakaś bombelina zabawia się wyciągając z kufla ze sztućcami serwetki, drąc je na strzępy i rzucając na ziemię. Rodzice przyklaskują. Zwracam uwagę, że to nie zabawka i raz, że serwetki też nas kosztują (a mamy serwetki takie jakby luksusowe), a dwa ktoś to będzie musiał posprzątać i pytam retorycznie, kto ich zdaniem ma to zrobić. Pan lustruje mnie zimnym wzrokiem, na chwilę zatrzymuje się na wysokości zaokrąglonego, z racji ciąży, brzucha, po czym wypala:

- Ciąża to nie choroba!

Owszem, ciąża to nie choroba, ale pomijając, że faktycznie nie na rękę mi się schylać, to i moi nieciężarni koledzy, nie mają obowiązku sprzątać syfu po waszym dzieciaku.

4. Madki i ojdzowie.

W nawiązaniu do punktu wyżej - czyli toksyczne zachowania tzw. rodziców.

Daj swojemu kilkumiesięcznemu bomblowi ćwiczyć raczkowanie/pierwsze koślawe kroki na tarasie restauracyjnym wyłożonym kostką brukową w środku wielkiego miasta. Hurr durr, bo bombel się zranił kamykiem lub kawałkiem szkła.

Zastaw przejście wózkiem. Na prośbę o przestawienie wózka - hurr durr, bo matka i ona wie najlepiej, gdzie ma stać wózek.

Zamów danie spoza karty dla bombelka. Hurr durr, bo nikt jej nie poinformował, że trzeba będzie za to danie zapłacić, skoro nie ma go w karcie, a przecież to dla dziecka.

Nie ma frytek i nuggetsów? Jak to nie? JAK TO NIE? TO CO BOMBELEK MA ZJEŚĆ?

Jedzenia nie ma w przeciągu 3 minut na stole? Przecież oni są z dziećmi!Co z tego, że przed nimi jest w kuchni kolejka zamówień! Oni są z dziećmi!

5. "Bogacze".

Bogacz charakteryzuje się tym, że każdym swoim gestem i słowem podkreśla swoje bogactwo, jednocześnie wykazuje się wyjątkowym januszostwem w wydawaniu piniędzy.

Najlepszy przykład - parka, którą miałam nieprzyjemność obsługiwać parę dni temu. Dystyngowani Austriacy w wieku średnio-zaawansowanym. Ona prosi o kartę win i polecenie dobrego białego wina. Po dłuższej chwili decyduje się na butelkę wina za bagatela 50€, jednak najpierw tylko kieliszek, potem MOŻE całą butelkę. No niestety, tego wina nie serwujemy na kieliszki tylko butelki. Z obrażoną miną zamawia kieliszek najtańszego wina i oczywiście karafkę wody w kranu do tego. On zamawia małą porcję zupy.

Raczą się winem z jednego kieliszka i wodą z kranu. Do zupy serwuję chleb, ok 3-4 kromek. Pani, z racji tego, że własnego posiłku nie zamówiła, dojada się mężowskim chlebem. Za chwilę proszą o doniesienie chleba i masło do tego - oczywiście tonem, jakby moim psim obowiązkiem było domyślić się, że potrzebują wincyj chleba i masło. Oczywiście dodatkowo zamówiony, dość bogaty koszyk pieczywa i masło znalazły się na rachunku. Luuuudzie, usłyszelibyście te oburzone krzyki, jak ja śmiałam to policzyć, im się suta porcja chleba i masła do porcji zupki 200ml należy jak psu buda, w Austrii by ich nigdy coś takiego nie spotkało. Cóż, trzeba było zostać w Austrii.

Kolejny przykład - rodzina turystów, najprawdopodobniej Rosjan. Żonka odstawiona jak stróż w Boże Ciało, mężuś w samych markowych ciuchach, obwieszony złotem jak choinka. Córcie z wyrazem permanentnego niezadowolenia i znudzenia na twarzy, w stroju sugerującym, że zaraz po obiedzie idą do pracy. Pod latarnię.
Milion pytań, totalny brak zrozumienia odpowiedzi, dyskusje po rosyjsku przyciszonych głosem i w końcu ostentacyjne zamknięcie kart i:

- Cztery szklanki wody w kranu, a potem zobaczymy.

Informuję, że wodę z kranu podajemy tylko do zamówionego posiłku. Wściekłe opuszczenie stolika bez słowa, za to zrzucając wszystko, co możliwe na ziemię.

6. "Bo u nas..."

Kocham, uwielbiam te teksty. Szczególnie jeśli chodzi o porównywanie cen.

- Ale mała porcja! U nas w Grajdołku Większym za taką cenę dostalibyśmy obiad dla całej rodziny.

Wierzę. Ale nie jesteśmy w Grajdołku Większym, tylko w centrum jednego z największych miast w kraju, gdzie i czynsz za lokal i pensje dla pracowników kosztują więcej niż na wsi, gdzie psy dupami szczekają.

A to dopiero czerwiec...

gastronomia

Skomentuj (80) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 146 (204)

#84793

(PW) ·
| Do ulubionych
Podziemny garaż małej galerii w mieście stołecznym.

Wjeżdżam powoli samochodem do garażu podziemnego na poziom -2, aby po chwili skręcić na rampę i wjechać na poziom -1.
To znaczy taki miałam zamiar, dopóki dwóch gnojków w wieku do 10 lat, nie wyjechało mi przed maskę na hulajnogach. Po otrąbieniu pojechali dalej w górę rampy.

Naprawdę ostatnią rzeczą, o jakiej marzę jest pójście do więzienia przez to, że ktoś nie umie wychować swoich dzieci.

Galeria hulajnoga

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 96 (116)

#84794

(PW) ·
| Do ulubionych
Kolega potrącił pieszego. Wina pieszego i już wyjaśniam.

Lewoskręt i światła są tam tak ustawione, iż jak kierujący ma zielone, to piesi czerwone. I kolega skręca i tylko widzi jak biegacz olewa swoje czerwone, i biegnie wprost pod koła. Hamowanie, ale bum chłopak na masce. Policja, karetka.

Jest nagranie z kamerki. Sprawa poważniejsza, bo chłopak złamana noga (mimo iż była nieduża prędkość). Sprawa do wypadkowe i jest decyzja oficjalna - wina pieszego. Mijają 4 miesiące i pismo od "prawnika", w którym żąda 100.000 PLN za to, iż jego klient stracił pełną sprawność i nie biega jak kiedyś. Zaczynamy jak USA?

Prawnicy

Skomentuj (17) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 108 (130)

#84797

(PW) ·
| Do ulubionych
Jestem kierowcą, rowerzystą, pieszym - i niezależnie od przepisów prawa, które mnie obowiązują, jest coś jeszcze, o czym spora część społeczeństwa zapomina - myślenie.

Ciepło się zrobiło, więc spragnieni wiatru we włosach wyciągnęli swoje motocykle i inne pierdzikółki z garażów.

Miejsce: miasto, duże skrzyżowanie z oddzielnymi lewoskrętami z każdej strony, tory tramwajowe przez środek skrzyżowania wzdłuż i w poprzek, 3 pasy do jazdy na wprost z każdego kierunku.
Ja jadę samochodem, mam otwartą szybę od strony kierowcy.

Akcja właściwa: Godziny wieczorne, jako pierwsze auto stoję na skrzyżowaniu, na czerwonym świetle, na lewym pasie do jazdy na wprost. Obok mnie jest lewoskręt z oddzielną sygnalizacją.
Jestem nauczony, aby jeżdżąc lewym pasem być bliżej lewej krawędzi jezdni. W tym przypadku, dojeżdżając do świateł, przytuliłem się trochę do lewej - ot, trochę więcej wolnego po prawej stronie, aby rowerzysta czy motocyklista miał łatwiejszy przejazd.

W chwili, kiedy z czerwonego światła zmieniło się na żółte i zielone, po mojej LEWEJ stronie przelatuje, na centymetry, na pełnym gazie, głośny motocykl.
Prędkość, wg mnie, około 100-120km/h.
Ryk jaki usłyszałem gdy mnie mijał, a ja ruszałem, naprawdę mnie wystraszył. Pierwszy raz aż tak mną wstrząsnęło.

Dobre w tym wszystkim jest to, że mnie zmroziło, bo mogłem szarpnąć kierownicą....

Dogoniłem młodego gniewnego, zdziwionego że się na niego wydzieram. A wystarczy myśleć, jakie mogą być konsekwencje - w tym przypadku, przy tej prędkości i przy tym skrzyżowaniu, były trup na miejscu.

I teraz - co w tym piekielnego? Pół godziny później, wracałem w przeciwnym kierunku. On również... jechał z dziewczyną, wyprzedzając przez wysepki, lewoskręty i torowiska.

I taki apel z mojej strony - w każdej sytuacji, w której ktoś z waszych znajomych powoduje (nawet nieświadomie) zagrożenie, zwracajcie im uwagę.

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 51 (61)

#84806

(PW) ·
| Do ulubionych
Sporo lat temu, ale nie wieczność temu. Gimnazjum. Społeczne zresztą. Piekielni rodzice, bo co dzieci winne.

Ponieważ mieszkałem przez cztery lata w przepięknej stolicy bratanków, kilkakrotnie zorganizowałem swoim dzieciakom (z różnych klas) wyjazd do Budapesztu. Oczywiście nie przez biuro turystyczne - polowanie na okazje przelotu, znajomy hostel w centrum miasta, świadomość faktu, gdzie i niedrogo można zjeść, znajomość miasta. Dużo roboty, ale opłacalne.

Na przykład, żeby wówczas zarezerwować najtańsze bilety lotnicze dla 18 osób, trzeba było użyć dwóch osób jednocześnie klikających zamówienie (limit był 14 biletów). No nieważne - udawało się i wychodziło 750 złotych za pięć noclegów, przelot, żarełko i wstępy (a niektóre miejsca w Budapeszcie tanie nie są na przykład Sechenyi Furdo). Wszystko załatwione, bilety kupione, hostel czeka, szczegółowa kalkulacja przyjęta przez rodziców. Oczywiście warunki: dziecko musi mieć dowód albo paszport oraz komórkę z roamingiem. Lecimy. Na lotnisku, po odprawie, przed bramką do boardingu ZONK! Ta panienka nie poleci. Bo? Bo paszport nieważny od dwóch lat. Dowodu niet. Telefon do taty - będzie za czterdzieści minut. Odlot za dwadzieścia. Żaden z dwójki opiekunów (ja i koleżanka) zostać nie może, bo byłby to koniec bajki. Na szczęście kochana pani z personelu obiecała, że zaopiekuje się niedoszłą wycieczkowiczką i przekaże ją tacie. Niby nie wolno, ale jak trzeba...

Dobra. Jesteśmy na miejscu i zwiedzamy miasto. Każdy pacjent ma tygodniowy bilet na komunikacje i mapkę miasta. Miasto jest duże i tłoczne w centrum, więc przed każdą podróżą odprawa. Wsiadamy tu (nazwa w postaci pisanej, bo fonetycznie wygląda to inaczej), jedziemy iks przystanków, wysiadamy tu (nazwa). Jeśli, co nie daj Boże ktoś się zgubi, wraca na stację początkową i dzwoni do mnie. Poruszamy się w zwartej grupie i pilnujemy poleceń.
OK. Startujemy ze stacji metra przy dworcu kolejowym Nyugati.

Stacja duża, tłok, przecinają się dwie linie metra. Instruktaż odbyty, na wszelki wypadek co chwilę liczymy ilu nas jest. Wsiadamy, wysiadamy, liczymy i znowu ZONK! Nie ma Andrzejka. Bladość, spazmy i chwila refleksji. Ma mapkę, komórkę, wie skąd startowaliśmy, zaraz się znajdzie. Dzwonię. Brak odzewu. Wracam na Nyugati. Andrzejka brak. Robi się horror. Moja koleżanka już łka, mnie też nie jest do śmiechu (ZAWSZE odpowiedzialny jest kierownik imprezy). W desperacji jeżdżę po dwa, trzy przystanki do przodu i do tyłu obiema liniami.

Po trzech kwadransach Alleluja. Jest Andrzejek. Siedzi na pustym peronie na ławeczce w miejscu, gdzie bym się go raczej nie spodziewał. Dla kumatych jechaliśmy na Batthyani ter, a on był na Lehel ter. Oczywiście wylało się ze mnie wszystko, co mogło się wylać. Chłopię dostało cenzuralny op...l od góry do dołu. A potem jeszcze jeden, gdy okazało się, że nie wziął z Polski komórki. Bo? Bo sam nie wie. A dlaczego się zgubił? Bo papierek mu upadł, a szedł na końcu, a potem to już nas nie było.

Dobra. Wróciliśmy do Polski i w szkole zaprasza mnie szef. Człowiek kochany i rozumny. Tym razem nieco skrępowany. "Bo wiesz jotem, mama Andrzejka powiedziała, że to była dla syna tak straszna trauma (nie zagubienie się, ale mój op...l), że dramat, sajgon i niepowetowane straty psychiczne". I co teraz? I ona oczekuje, że Andrzejka na forum klasy przeprosisz.

I wiecie co drodzy czytelnicy? Przeprosiłem Andrzejka na forum klasy. Nie dlatego, żebym drżał o zatrudnienie, ale dlatego, że szef mnie o to poprosił. I była to ostatnia zorganizowana przeze mnie wycieczka.

Skomentuj (23) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 116 (128)

#84800

~Marcin6 ·
| Do ulubionych
Drodzy kierowcy TIR-ów.
Wielu z Was jest znakomitymi kierowcami w związku z tym mam prośbę. Przetłumaczcie swoim kolegom po fachu, którzy psują wam opinię aby nie traktowali drogi jak własności.
Dwa dni i dwie sytuacje:

20.06.
Autostrada A4 na odcinku w stronę Katowic, mniej więcej na wysokości Trzebini. Jadę autostradą tylko kilkanaście kilometrów, więc się nie ścigam z nikim. Od momentu wjazdu na autostradę na wysokości Krzeszowic ustawiłem się za TIR-em, włączyłem tempomat i w odległości ok. 50-60 metrów od niego poruszam się jego prędkością. Dojechał do mnie inny TIR. Najpierw poganianie mnie długimi światłami. Nie trawię tego typu zachowań lecz zignorowałem to. Kierowca postanowił mnie niemal najechać. W tylnej szybie widziałem światła i kawałek grilla więc był bardzo blisko.
Pan postanowił mnie wyprzedzić i zepchnąć na pas awaryjny po czym... jechał tempem ciężarówki przede mną. Postanowiłem wyprzedzić obie ciężarówki, aby nie wdawać się w przepychanki. Gdy rozpocząłem manewr, pan "kierowca", gdy byłem na wysokości 1/3 naczepy, postanowił mi zajechać drogę i zmusić do hamowania spychając mnie z lewego pasa na pobocze.

21.06.
Droga numer 7 miejscowość Zabierzów, kierunek Kraków. Teren zabudowany. Tempomat ustawiony. Na tempomacie 55 km/h. Dojeżdża mi do zderzaka "król szos". Długie światła i poganianie. Zwolniłem do ok 40 km/h, by dać do zrozumienia kierowcy, że jest trochę za blisko i nie ma tolerancji na poganianie. "Kierowca" uraczył mnie soczystym dźwiękiem klaksonu. A wszystko po to by... ok 4 kilometry dalej skręcić w lewo.

Drodzy "kierowcy" przypominam, że nie jesteście panami drogi i nie macie prawa innych przepychać, poganiać i zmuszać do łamania przepisów. Przypomnę również, że w terenie zabudowanym nie obowiązuje Was podniesienie prędkości.

Kraków

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 89 (97)

Podziel się najśmieszniejszymi historiami na
ANONIMOWE.PL

Piekielni