Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

 

#86657

~karlica ·
| Do ulubionych
W małżeństwo w ramach posagu wniosłam kota, a mój mąż psa. W dodatku mamy od całkiem niedawna dziecko. Według moich teściów to chora sytuacja i od narodzin dziecka ciągle próbują nas namówić na pozbycie się zwierząt i to nie przez oddanie komuś z przyjaciół czy rodziny, a uśpienie albo wywalenie do lasu. Bo kto to widział zwierzęta i dziecko.

Dziś teść przylazł do nas niezapowiedziany i zastał nasze mieszkanie w nieładzie. Zaczął wygrażać się, że naśle na nas opiekę społeczną, bo w kociej kuwecie leżała kupa, a na podłodze sierść psa, bo nie zdążyłam rano poodkurzać. Jego zdaniem mam nawalone w głowie, bo to oczywiste, że w domu z dzieckiem nie ma miejsca na zwierzęta. Jak dla mnie to na pewno nie ma w nim miejsca na moich teściów!

teściowie

Skomentuj (22) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 134 (146)

#86615

~studentejuczelni ·
| Do ulubionych
Studia medyczne, kolos z wiodącego przedmiotu na roku w formie on-line.

40 pytań, a na każde pytanie przeznaczona 1 minuta.
Ile słów miało jedno z pytań?
218.
Pozostałe pytania wcale nie lepsze.
Studenci skarżą się na długość poleceń.

Zbliża się egzamin. Co robi katedra?
Obcina czas na pytanie o 10 sekund.

:')

studia

Skomentuj (21) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 137 (147)

#86618

~karmelowa ·
| Do ulubionych
Medycyna to trudny kierunek studiów, nikt chyba nie zaprzeczy. Miałam koleżankę, nazwijmy ją Matylda. Uczyła się właśnie na pewnym uniwersytecie medycznym i afiszowała się tym przy każdej okazji, doprowadzając wszystkich do szału. Można powiedzieć, że była taką stereotypową studentką prawa. Przykłady?

1. Materiał.

Podczas spotkania w kawiarni Matylda powiedziała:

— Wiesz, karmelowa, ciągle muszę się uczyć. Bez przerwy. Jutro mam egzamin, muszę wkuć A, B, C i D, jest tego strasznie dużo...

— Współczuję. Pewnie zaraz po spotkaniu idziesz się uczyć?

— No co ty, przecież umówiłam się jeszcze z Markiem, a potem idę do kina na seans nocny. Nie mam ochoty się tego uczyć.

Rozmawiałyśmy dalej przez chwilę, po czym Matylda znowu zaczęła:

— Strasznie ciężko jest na medycynie. Już się nie wyrabiam. Nie mam czasu na życie towarzyskie.

Czyli cały czas nudziła o tym, ile to musi pracować, ale wziąć się do tego już nie...

2. Najgorzej.

Najgorzej miała zawsze Matylda. Gdy ktoś na jej narzekania o ilości nauki przed sesją odpowiadał coś w stylu "Rozumiem cię, też muszę dużo wkuć", od razu zaczynały się opowieści o tym, że my nie wiemy, co to znaczy mieć naprawdę dużo do nauki. Wszystkie kierunki dla niej były banalne w porównaniu do medycyny. Zgadzam się, większość z nich faktycznie jest łatwiejsza, ale dla Matyldy byliśmy idiotami w porównaniu do przyszłych lekarzy.

3. Plebs.

Po drugim roku stwierdziła, że właściwe to ona nie ma co się zadawać z takim plebsem jak my (czyli znajomymi z klasy w podstawówce i gimnazjum, którzy nie poszli na medycynę). Postanowiła się wyprowadzić z mieszkania (mieszkałam razem z Matyldą i trzema koleżankami).

I co się okazało? Nasza przyszła lekarka wyleciała z uczelni na trzecim roku. Postanowiła rozpocząć studia na kierunku X, czyli moim. Nie zdała.

uniwersytet_medyczny

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 127 (141)
Przez dłuższy czas popularny był w internecie mem inspirowany cytatem pewnego bohatera z serialu The Office "There’s too many people on this Earth. We need a new plague" (w skrótowym tłumaczeniu, że przydałaby się nowa plaga).

No i się, kurka wodna, internauci w końcu doprosili.

I w obecnej sytuacji wyszedł na jaw pewien zasadniczy problem takiegoż to "rozwiązania": w praktyce, selekcja naturalna nie zrobi nam tej przysługi pozbycia się idiotów, bo niestety, za ich głupotę najczęściej cierpią inni.

Ogólna zasada w przypadku używania maseczek jest prosta - bardziej niż mnie, chroni ona (potencjalnie) innych przede mną. Maseczki (tudzież chustki, szale, kominy, czy cokolwiek) należy nosić w miejscach publicznych dla dobra ogółu. Jasne? No, najwyraźniej nie za bardzo.

Nie liczyłam, ale tak na oko to przynajmniej 3/4 społeczeństwa masek nie nosi. Czy to na ulicy, czy na przystanku, czy w komunikacji miejskiej. Niektórzy nie mają ich wcale, inni mają, ale tylko zawieszone na szyi, chyba na wypadek, gdyby ich do sklepu wpuścić nie chcieli. I tak, zaliczam tu też te wszystkie osoby, które zakrywają usta, ale nosa już nie - nie kłopoczcie się, w takim przypadku można już całkiem sobie odpuścić, bo maseczka i tak nie spełni swojej roli. Ten konkretny przypadek dotyczy nawet ekspedientek w sklepach spożywczych, między innymi pakujących wędliny! A dlaczego masek nie noszą? Bo niewygodnie, bo gorąco, bo brzydko wygląda, bo źle się oddycha, bo uszy bolą.

Tak, ja rozumiem, że zasłanianie twarzy nie jest szczytem komfortu, że w lecie może być gorąco. Ale, jeśli tak robisz, pomyśl - czy Twoja wygoda naprawdę jest ważniejsza od życia innych ludzi?

A to, że w maseczce gorzej się oddycha? Ja mam astmę, wolno mi w ogóle nie zasłaniać twarzy. A mimo to robię to zawsze, gdy opuszczam mieszkanie. Można? Można. Nie powiem, żeby było to szczególnie przyjemne, ale nie jest to bardzo uciążliwe. Tym bardziej osobie ze zdrowymi płucami noszenie maseczki nie powinno sprawiać kłopotu. A osobom z płucami wyniszczonymi przez papierochy? No cóż, sami się prosiliście, teraz siedzieć cicho i twarz zasłaniać.

No właśnie, papierochy... Bardzo uczęszczany chodnik w centrum miasta to NAJLEPSZE miejsce na zdjęcie maski, by zapalić śmierdziucha. Co tam bezpieczeństwo innych ludzi? Nałóg najważniejszy!

Od dzisiaj reżim sanitarny został jeszcze bardziej poluzowany. Na powietrzu nie ma już obowiązku nosić masek. ALE! Pod warunkiem zachowania bezpiecznej odległości. Czyli podczas przemieszczania się często uczęszczanymi chodnikami w godzinach szczytu twarz powinno się zasłonić, bo wtedy nie ma szans na utrzymanie bezpiecznego dystansu. A czy ktokolwiek będzie się do tego stosował? Ja planuję, ale wiem, że będę w znacznej mniejszości, bo dla dużej części populacji złagodzenie reżimu oznaczać będzie hulaj dusza! Pełną wolność od tego wynalazku szatana, jakim są maseczki ochronne.

I tak się zastanawiam... Czy to po prostu głupota? Nieumiejętność zrozumienia potencjalnych konsekwencji? Czy może zwykła ludzka złośliwość, nieposzanowanie życia drugiego człowieka - mi raczej nic nie będzie, a innych mam w d****?

[EDIT] Widzę, że duża część czytelników Piekielnych się ze mną nie zgadza. I ok, dostanie się na główną nie jest szczytem moich priorytetów życiowych :) A Wam wszystkim, którzy nie uważają tego za piekielne, życzę, abyście Wy i Wasi bliscy byli zdrowi i przetrwali tą pandemię bez większych zmartwień niż jakaś internautka narzekająca na brak odpowiedzialności społecznej - życzę, aby nikt z Was z powodu osób łamiących reżim sanitarny nie cierpiał.

ludzie_po_prostu_ludzie

Skomentuj (90) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 176 (218)

#86655

(PW) ·
| Do ulubionych
Jestem kierowcą tzw. "tira".

Ronda, ronda i jeszcze raz ronda. Nie pierwszy raz przekonałem się, że spora część polskich kierowców w ogóle nie myśli za kierownicą, bo widok ciężarówki działa na nich jak płachta na byka. Dziś 2 z 20 sytuacji, które ostatnio mnie spotkały, bo nie ma sensu opisywać podobnych zdarzeń, a dotyczą czegoś, co kierowcy osobowych nazywają "specjalnym działaniem, żeby wkurzyć".

1. Leszno, wjazd od "starej piątki", obecnie DW 309. Dojeżdżam do pierwszego ronda. 100 m przed rondem zjeżdżam częściowo na lewy pas (miałem 2 do dyspozycji, nikomu nie zajechałem drogi), żeby nie zahaczyć oponami naczepy o krawężnik. Zatrzymuję się przed rondem, żeby przepuścić auta. Stoję i widzę bmw, które próbuje się pchać z lewej strony, byleby mnie ominąć. Kierowca dojechał do wysokości siodła, musiał się zatrzymać i trąbi na mnie, że mu "blokuję" przejazd. W tym momencie na rondzie zrobiło się pusto, bo powoli ruszyłem, żeby nie zahaczyć o pajaca. Kierowca pojechał za mną i wyprzedzając mnie ponownie zatrąbił.

2. Kalisz, DK 25, wjeżdżam od strony Konina. Przed którymś rondem zjeżdżam połową auta na lewy pas. Zwalniam przed rondem i słyszę klakson kierowców, którym nie podoba się mój manewr. Nie pozdrawiam również barana na motocyklu, który w tym momencie podjechał z mojej prawej strony. Masz szczęście, ze Cię zauważyłem, bo zostałaby z Ciebie mokra plama.

Uszanujcie, że musimy czasem pokombinować jak bezpiecznie wjechać na rondo czy skręcić w prawo. Nie robimy tego, żeby uprzykrzyć komuś życie, a nie możemy ryzykować przebicia/wystrzału opony o krawężnik, żeby osobowe na wariata nas wyprzedzały na rondzie.

tir rondo kalisz konin

Skomentuj (16) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 87 (97)

#86613

(PW) ·
| Do ulubionych
Powie mi ktoś, o co się kurka, rozchodzi z ponadtroskliwymi mamusiami?
I nie mam tu, niestety, na myśli współczesnej "madki".

Mieszkam obecnie z moim partnerem u jego rodzicielki. Kobieta generalnie pozytywna, choć widać, że brak partnera życiowego rekompensuje sobie, rozpieszczając ponad 30 letniego syna. Synek w tym momencie staje się odrobinę niepełnosprawny społecznie, przez to, że kochana mamusia podtyka mu wszystko pod nos.
Posprząta kuwetę jego kotów, choć logicznym jest, że to jego obowiązek i jak amen w pacierzu powinien codziennie to sam ogarniać.
Śniadanie do łóżka? Pewnie. Śmieci wynieść z sypialni? Już mamusia leci. Pranie? Ależ nie ma problemu! Nie przeszkadzaj sobie w grze!

Zaciskam zęby, bo to nie mój dom, a chwilowo nie mam się gdzie przenieść, chociaż jak tak dalej pójdzie, to będę musiała się za czymś rozejrzeć, bo to nie jedyne piekielności z jej strony.

Chatka na teściowej nożce

Skomentuj (24) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 114 (122)
Nie miałam piekielnej sytuacji, nie spotkałam piekielnej babci w autobusie ani Sebixa w ciemnej uliczce.
Co było piekielne? Życie. Życie i obecna sytuacja. Może niektórzy pamiętają z poprzednich historii, mieszkam w Szkocji. Moja siostra również.

Trzy tygodnie temu zmarła nagle moja mama. Po histerycznym przeanalizowaniu możliwości dotarło do nas, że nie damy rady dojechać na pogrzeb.
Tak, oglądałyśmy pogrzeb mamy przez messenger (dzięki kuzynce). To było straszne. Ani my nie mogłyśmy się pożegnać jak należy, ani ona nie miała obok żadnego ze swoich dzieci.
Nie byłam z mamą wyjątkowo blisko ale...to piekielne...
Ps. Dla wścibskich, nie zmarła na koronawirusa.

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 106 (118)

#86577

~bialyoleander ·
| Do ulubionych
Chciałam wam opisać najbardziej piekielną osobę jaką znam, czyli mojego brata, który zniszczył mi dzieciństwo i młodość.

Mam brata i siostrę, matka wychowywała nas samotnie, ojca pijaka wywaliła jak byłam malutka, później pamiętam tylko kilka spotkań z nim i jego zapijaczoną gębą. Jak miałam 5 lat całkowicie ulotnił się z naszego życia. Matka dużo pracowała, pomagała jej moja babcia, która była sama nieco sfisiowana i generalnie byliśmy zostawieni sami sobie. Mi i siostrze brak ojca szczególnie nie doskwierał, za to brat miał pretensje do matki, że wywaliła ojca na zbity pysk, często spędzał z ojcem czas, gdy ten postanowił uciec do innego miasta, chciał nawet jechać z nim, ale staruszek chyba przestraszył się, że będzie miał krnąbrnego nastolatka na karku i wyprowadził się nie zostawiając nowego adresu.

Od tego czasu brat się staczał, narkotyki, pijaństwo, koledzy bandziory. Ciągle przyprowadzała go policja, robił w domu awantury, próbował bić matkę i babcię. Jak tych nie było w pobliżu wyżywał się na mnie i na siostrze. Pamiętam na przykład jak walnął mnie z pięści w brzuch lub uderzył moją głową o ścianę. Głową mojej siostry rozwalił lustro w łazience, kiedyś popchnął ją tak, że przeleciała przez całe mieszkanie i siła uderzenia otworzyła drzwi wejściowe do mieszkania, tak, że wylądowała na korytarzu. Terror psychiczny taki jak na przykład zabieranie plecaka z książkami, zabieranie kluczy, żebyśmy nie mogły wyjść do szkoły lub niszczenie ubrań i sprzętów, był na porządku dziennym.

Policja przyjeżdżała, przez jakiś nie skutkowało to niczym, mówili matce, że mogą go przetrącić, żeby mu się odechciało, a sąd załatwi kuratora. Matka oczywiście nie chciała dać go skrzywdzić, a kuratora bała się jak diabeł święconej wody. Policja łagodziła sprawę doraźnie i odjeżdżała.
Sytuacja zmieniła się gdy mój brat pobił babcię tak, że zabrało ją pogotowie. Sprawą zainteresowała się prokuratura i brat w wieku lat 16 stanął przed sądem i został skazany na poprawczak.
Podczas 2 lat w poprawczaku przeszedł przemianę duchową, stał się świętszy od papieża, wrócił przeprosił mnie, mamę, siostrę, babcię, niemal płakał przepraszając. Matka kazała nam mu wybaczyć, żeby mógł zacząć nowe życie ze spokojnym sumieniem.
Świętojebliwość braciszka trwała do pierwszych kłopotów ze znalezieniem pracy po szkole. Maturę zdał kiepsko, na studia się nie wybierał, do pracy żadnej się nie nadawał. Matka odmówiła dawania kasy na piwko i fajki i awantury zaczęły się od nowa. Nie, aż takie jak przed odsiadką, ale w domu zrobiło się wesoło. Gdy znowu próbował nas potraktować pięściami, matka poszła po rozum do głowy i wywaliła go za drzwi, jak niegdyś ojczulka.
Obecnie brat ma ponad 40 lat, ja niewiele mniej. Założył rodzinę, ma dzieci, żonę. Nie wnikam jak jest u nich w domu, mamy sporadyczny kontakt.

Ale nadal podczas tych spotkań napływają mi łzy do oczu. Dlatego, że podczas, gdy ja nie mogę myśleć o swoim dzieciństwie bez wspomnienia strachu, bólu i widoku mojej siostry wylatującej przez drzwi oraz babci osłaniającej się rękami przed jego ciosami, on potrafi się z tego śmiać. Śmieje się, bo był młody, głupi i zagubiony. Do dziś ma do matki pretensje, że wywaliła najpierw ojca, a potem jego z domu. Uważa, że gdyby wiecznie pijany ojciec z nami mieszkał, bylibyśmy wielką, szczęśliwą rodziną. Raz przy okazji jakichś świąt to bydlę śmiało się przy stole z tego jak ryczałam, bo groził, że spali mi podręczniki i zeszyty szkolne i przykładał zapalniczkę do twarzy. On się śmiał z tego w głos, jakby opowiadał najzabawniejszy kawał na świecie. Nie wytrzymałam, uderzyłam go w twarz i wygarnęłam, że jest moim najgorszym koszmarem i zniszczył mi pół życia. Prychnął tylko, że jest stuknięta i jak mogę to rozpamiętywać po 20 latach.

Ja tego nie rozpamiętuję, to mnie prześladuje. Do dziś reaguję panicznie, gdy mój mąż mówi, że naszemu synowi przydało by się lanie. Zaczynam wtedy układać w głowie plan, co zrobię, jeśli faktycznie kiedyś podniesie na niego rękę. Wiem, że to tylko gadanie, ale setki razy widziałam w głowie, jak uderza jego głową o ścianę lub coś gorszego.
Jestem skrzywiona psychicznie przez mojego brata i nikt mi nie odda tych lat.

rodzina

Skomentuj (29) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 149 (177)

#86652

(PW) ·
| Do ulubionych
Piekielność systemu? Prawa? A może po prostu ludzi? Nie wiem oceńcie sami.

Znajomi jakieś 5 lat temu adoptowali 4-letniego chłopca. Chłopiec ten, jak zresztą większość dzieci obecne zakwalifikowanych do adopcji, został matce zabrany w czasie kolejnej libacji alkoholowej (ojciec oczywiście nieznany). Wyobraźcie sobie 4-latka, który ledwo, co chodzi i nie mówi. Dzieciak przeszedł przez piekło. Znajomi przez kolejne piekło, próbując naprawić psychikę dziecka. Ciągła rehabilitacja (mały miał problemy z prawidłowym napięciem mięśniowym) i wizyty u psychologa przyniosły rezultaty. Jasiek już tylko niewiele odstaje od swoich rówieśników.

Zapytacie, czy to ta piekiełka historia? Odpowiedź brzmi nie – to tylko wprowadzenie.

Kilka dni temu, znajoma znalazła Jaśka na facebooku. I nie, to nie było konto dziecka, o którym ona nie wiedziała. To były stare zdjęcia jeszcze sprzed adopcji umieszczone na jednej z grup dotyczących zaginionych dzieci. Oczywiście pod spodem opis jak to biedna matka szuka swojego zaginionego syna. No i cała masa wspierających komentarzy i sporo udostępnień.

I tu zaczyna się największa piekielność. Dla tych, co nie wiedzą – po adopcji dziecko dostaje nowy akt urodzenia i nowy numer pesel. Wszystkie stare dane zostają utajnione i nikt nie ma do nich dostępu. Jedyny wyjątek to adoptowane dziecko po skończeniu 18 roku życia, (jeśli chciałoby szukać rodziny biologicznej).
Znajoma zgłaszała post na facebooku – oczywiście post nie narusza standardów.
Do adminów grupy nie pisze z obawy przed przekazaniem jej danych matce biologicznej.
Ośrodek adopcyjny i dyrektorka domu dziecka umywają ręce – tzn. nie wiedzą, co zrobić i odsyłają na policję.
A na policji zaproponowali, aby znajoma złożyła sprawę cywilną, ale wtedy zarówno jej dane jak i dane dziecka trafią do akt i pozna je matka biologiczna.

Znajoma jest załamana i nie wie, co zrobić. Boi się, że ktoś zobaczy ją i Jaśka, napisze do tamtej kobiety, a ona zacznie ich nachodzić, lub spróbuje odebrać siłą jej syna. Dodatkowo znajoma boi się o psychikę dziecka. Chłopiec wie, że urodziła go inna mama, która niestety nie mogła się nim zająć. Boi się, co pomyśli dziecko na wieść, że pierwsza mama go szuka. Czy będzie chciał do niej wrócić? A co jeśli będzie miał pretensje, że obecna mama nie powiedziała mu, że ta pierwsza go szukała?
Jednym słowem, sytuacja jest patowa. Tym bardziej, że nie wiadomo, z jakich powodów biologiczna matka szuka dziecka. Czy faktycznie, weszła na dobrą drogę i chce naprawić wcześniejsze zaniedbania? A może szuka dodatkowego „źródła” dochodu.

Jednak niezależnie od powodów postępowanie matki biologicznej jest wbrew prawu – została pozbawiona praw rodzicielskich nie bez powodu. W sądzie nikt jej nie udostępni nowych danych dziecka. Ale grup na facebooku nikt nie kontroluje.

[EDIT]
Po zgłoszeniu sprawy z nowo utworzonego konta (wraz z informacją dlaczego z nowo utworzonego), admini zdjęli post z grupy. Teraz znajoma martwi się, czy na innych grupach niebiologiczna matka nie spróbuje. Albo jeśli się faktycznie zmieniła i jest mocno zdeterminowana to czy nie spróbuje inaczej.

Adopcja MatkaBiologiczna Facebook Policja

Skomentuj (26) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 157 (163)
Witajcie, czytałam wiele lat i zauważyłam, że da się na Piekielnych dostać poradę. Otóż z powodu obecnie panującego stanu epidemii siedzę w rodzinnym domu z mamą i trzema psami. Na co dzień mieszkam w innym mieście, ale jako, że szefostwo zarządziło pracę zdalną, obie pracujemy w tej samej firmie tylko w innych oddziałach, w dodatku nasze stanowiska są powiązane, spakowałam walizki i dawaj do domku. Zawsze to raźniej. Tylko, że tak było tylko na początku. Teraz mam ochotę rzucić to wszystko i wracać do siebie.

Otóż odkąd siedzę w domu, moja mama potrafi tylko narzekać i wymagać. Obie pracujemy tyle samo godzin, mamy podobne obowiązki, nasze służbowe laptopy stoją naprzeciw siebie w salonie gdzie siedzimy większość dnia. Więc dlaczego to ja MUSZĘ wstać dzień w dzień o 6, nakarmić psy, wyjść z nimi, potem zrobić kawę, śniadanie. Jak mama wstaje to zaloguje się na system i wychodzi na godzinę na taras na fajkę w między czasie rzucając mi teksty typu "taraz trzeba zamieść, pranie zrobić, łazienkę umyć, zupę bym dziś zjadła". Sama odkąd jestem tylko raz w tygodniu sprząta kuchnię klnąc na mnie że takiej prostej rzeczy nie potrafię. Resztę pomieszczeń i odkurzanie oczywiście na mojej głowie. Dołóżmy do tego obiad gotowany codziennie, wychodzenie z psami, karmienie ich i jazdę na rowerze do sklepu albo do paczkomatu bo mama znów coś zamówiła. Jej samochód stoi trzeci miesiąc z garażu i nie ma mowy żeby się ruszyła. Jak bardzo trzeba po coś jechać samochodem to przeciąga sprawę do weekendu kiedy ojciec wraca z pracy w innym mieście.

Jest jeszcze jedna kwestia a mianowicie psy, kocham je, owszem, ale nigdy nie spędzałam z nimi dużo czasu, zostały wzięte że schronisk/fundacji kiedy ja byłam jeszcze na studiach w innym mieście. Psy mają problemy, i ktoś mógłby pomyśleć, że mając je 8-9 lat moi rodzice coś z tym zrobią ale nie. Największy był kiedyś głodzony i teraz ma obsesję na punkcie jedzenia, ma nadwagę, rzuca się innym psom do misek, ludziom do talerzy, raz mnie ugryzł bo chciałam drugiemu psu dać kawałek jabłka. Ale jako, że pies najstarszy i generalnie stary to wolno mu wszystko, bo "on się już i tak nie nauczy".

Drugim problemem jest suka, najmniejsza że wszystkich, średnia wiekiem (nie mamy stuprocentowej pewności ile lat mają psy). Otóż ma ona ataki paniki, niegdyś reagowała tylko na fajerwerki i wielkie burze, teraz zaczyna się trząść i ślinić na nieco większy wiary i z każdym rokiem tylko ten stan się pogarsza. Rodzice a zwłaszcza mama ignoruje moje rady o psim behawioryście, tabletkach na uspokojenie i tym podobnych bo " jak nie wieje to przecież sunia jest jak aniołek". Tylko że pogodę w Polsce mamy ostatnio dość wietrzną i burzową co za tym idzie suka szaleje prawie codziennie, zwłaszcza w nocy. I tutaj kolejny geniusz mojej mamy, ona się musi wyspać bo ma rano do pracy więc ja mam nie spać i czuwać żeby suka nic nie zniszczyła/ nie zbliżała się w swoim szale do mamy 8 innych psów i tak jest od trzech miesięcy. W weekendy ojciec lituje się nade mną i sam przejmuję wartę w razie potrzeby, ale przecież on też musi kiedyś wypocząć. Mama problemu oczywiście nie widzi.
I te sytuację odbijają się na mojej pracy, ledwo się wyrabiam bo ciągle coś trzeba zrobić, chodzę niewyspana, a moja mama tylko się oburza, że się obijam i ona jakoś się wyrabia. Poradźcie co robić jeśli ktoś był w podobnej sytuacji. Jak dotrzeć do rodzicielki aby zrozumiała, że nie mogę robić wszystkiego sama.

PS Zanim przyjechałam, wiem, że mama była sama póki tata i czasem ja nie przyjeżdżaliśmy na weekendy, tylko, że wtedy dom był sprzątany w sobotę, a nie jak teraz co drugi dzień i nie robiła rzeczy typu umycie tarasu, wyplewienie ogródka, umycie auta i tym podobne, bo sama nie dałaby rady. Ja według niej jako osoba młoda (a mam na karku ponad 3 dyszki) nie powinnam mieć problemu robić to sama. Najbardziej mi szkoda psów, bo przestała w ogóle zwracać na nie uwagi, nieważne czy mają co jeść, czy jest woda w misce. Dopiero jak wieczorem idzie spać to na moment je poprzytula i tyle.

Wybaczcie za nieco chaotyczne wyznanie, ale zwyczajnie nie daję już rady.

PS 2 Zapomniałam dodać w historii, że pomysł z moją chwilową przeprowadzką to był wspólny pomysł moich rodziców. I tak ze względu na pracę widywałam się z mamą często, na zebraniach w jej oddziale. Jak zaczęły się obostrzenia to sami stwierdzili że zamiast jeździć co tydzień lepiej i wygodniej będzie jak z nimi zamieszkam. Dodam że oprócz opłacania swojego lokum, dokładam się do rachunków tutaj, jeżdżę na zakupy. Nie jestem darmozjadem, zwłaszcza, że w domu rodzinnym nadal mam swój pokój w którym jest sporo moich rzeczy, więc to nie tak, że łażę za mamą krok w krok czy coś.

Skomentuj (39) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 109 (127)

Podziel się najśmieszniejszymi historiami na
ANONIMOWE.PL

Piekielni