Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

 

#83385

(PW) ·
| Do ulubionych
Osoby, które szukały kiedyś pracy jako służba informacyjna, pewnie prędzej czy później natknęły się na firmę z siedzibą w Poznaniu, ale działającą też w innych miastach. Zasada jest prosta: robisz u nich kurs członka służb informacyjnych lub przesyłasz im papierek z potwierdzeniem, że kurs już zaliczyłeś, następnie podpisujesz umowę i zaczynają do ciebie spływać zlecenia, na które możesz się zapisać. W teorii super, można sobie dorobić w dowolnym momencie, nie trzeba mieć z góry ustalonego grafiku, nic tylko brać i korzystać. W marcu filia krakowska rekrutowała nowych pracowników, a ponieważ wspomniany kurs już mam, zdecydowałam się na przyjść na spotkanie informacyjne i zorientować się chociaż, jak to dokładnie działa.

Do tego momentu super. Spotkanie całkiem fajne, warunki jasne, bomba. Ustaliłam z prowadzącym, że wystarczy do nich wysłać maila z potwierdzeniem ukończenia kursu i poprosić o umowę, następnie ją podpisać i odesłać, a oni wpiszą mnie na listę. Skan zrobiony, mail wysłany... I tyle. Żadnego kontaktu z ich strony. Telefon do biura rekrutacyjnego jest, ale nikt nie odbiera. Znudziła mi się ta zabawa i olałam, odwidziało im się i trudno.

Zdążyłam już o firmie zapomnieć, ale okazuje się, że jednak mój mail gdzieś im w systemie figurował, bo w sierpniu odezwali się z ofertą współpracy. Dokładnie mówiąc: dostałam maila z informacją o nadchodzącym zleceniu. Takie zmiany, taka stawka, taki strój obowiązkowy, zapraszamy. A jak ktoś nie ma podpisanej umowy, to proszę pisać na maila, wyślemy. No dobra, w sumie co mi szkodzi - napisałam. Liczyłam, że za drugim razem tą umowę dostanę. Jak łatwo zgadnąć - nope.

Telefon w biurze rekrutacyjnym nie odpowiada, telefon w biurze głównym informuje mnie, że muszę zadzwonić w godzinach pracy i że pracują do 16 (była 14). Aha.

Całe szczęście nie zależało mi jakoś bardzo na tej pracy, ale jak ktoś na poważnie jej potrzebuje, to polecam szukanie gdzie indziej. Chyba, że macie za niskie ciśnienie ;)

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 52 (62)

#83373

(PW) ·
| Do ulubionych
Na mojej ulicy zaczęły pojawiać się śmieci na poboczu, worki w rowie. Ogólnie rzecz mówiąc, ktoś zrobił sobie śmietnik. Brat zauważył któregoś dnia "nowe w okolicy" auto, z którego te śmieci wyrzucano, zapamiętał numer, rysopis kierowcy. Do tego tata znalazł w śmieciach dokumenty firmy z sąsiedniego dużego miasta.

Sami sprzątać tego nie będziemy (mimo że śmieci należą do tego, u kogo leżą), zadzwoniłem do Dzielnicowego. Pan zjawił się po kilku dniach, zebrał dowody i zniknął. Po miesiącu i 3 moich ponagleniach, oznajmił mi że w firmie, której dokumenty znaleźliśmy nie pracuje nikt o takim rysopisie, ani nie ma nikt takiego auta (może numer rejestracji był pomylony, ale na której ulicy i pod czyim domem auto czasami parkowało, również ustaliliśmy).

Także nie ma kogo pociągnąć do odpowiedzialności, tzn. do sprzątania. Dziwnie się tak złożyło, że auto więcej się na naszej ulicy nie pojawiło, podobnie jak i nowe śmieci.

Być może taka osoba w tej firmie nie pracuje... tylko ktoś bliski, ale tego się już nie dowiemy.

śmieci

Skomentuj (5) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 96 (104)

#83384

(PW) ·
| Do ulubionych
Przypomniało mi się czytając historię o madce, której dziecko musi mieć dwie drzemki.

W lipcu jakoś mój facet poprosił mnie, czy nie chciałabym spotkać się z żoną jego kolegi, która to żona niedawno urodziła, są oboje na emigracji od niedawna, nikogo nie znają, może chciałabym się zaprzyjaźnić itp. Podobno potrzeba mi było babskiego towarzystwa ;P

Myślę sobie, że spoko. W końcu znajomi mojego faceta muszą być fajni, prawda? Nope.

Mój spotkał się z tym kolegą pod ich domem i poszli w sobie tylko znanym kierunku, mnie zostawiając, bo miałam wejść na górę na babskie ploty. Trochę już to było dziwne, ale dlaczego, to miałam się przekonać za kilka minut, jak już zadzwoniłam dzwonkiem do drzwi mieszkania.

Otworzyła mi dziewczyna i natychmiast pobiegła do dziecka, przepraszając w biegu i mówiąc, żebym się rozgościła. To, jaki smród mnie uderzył, to aż trudno opisać. Chciałam uciekać. Mieszanka zapachu brudnych pieluch, niewietrzonego mieszkania, środków czyszczących typu cif i domestos oraz przypalonego, jak się okazało, posiłku w kuchni.

No ale wchodzę i się "rozgaszczam", nie oceniajmy pochopnie.

Mieszkanie "lśni", bo rzeczywiście jest czyszczone, ale okna są wszystkie zamknięte. Dodatkowo, wszystkie palniki w kuchni były rozgrzane do maksimum, gdzieniegdzie widziałam małe grzejniki podłączone do prądu. Takie stare farelki, zapewne przywiezione z Polski. Były chyba trzy, każda w innym pokoju.

I ten ryk dziecka. To nie było płakanie, to było wręcz wycie połączone ze skomleniem. Widać było, że dzieciakowi coś jest. Jego matka, kiedy do niej podeszłam akurat go przewijała. Pod kocykiem. Mały miał dodatkowo czapkę na główce i coś co przypominało gruby sweterek.

Dziewczyna cały czas trajkotała przy tym niesamowicie. A że jej ciężko, że są tutaj od kilku miesięcy, że wszystko sama ogarnia (albo raczej nie ogarnia), że mały taki nieposłuszny bo ciągle płacze, że oczywiście powinnam umyć ręce zanim go wezmę, że musi pieluchy wywalać tylko dwa razy w tygodniu (nie mamy śmietników, materiał na osobną historię).

W międzyczasie cała spocona ledwo dzieciaka przewinęła, bo mały naprawdę wył i się wyrywał. Ja też cała spocona, patrzę na nią i na niego, szkoda mi się ich zrobiło. Chciałam sobie dać spokój, ale jak usłyszałam, że przecież w tym kraju to straszne mrozy panują (mieliśmy lipiec, upały po 40 stopni przez kilka tygodni), to nie wytrzymałam. Najpierw szukałam ukrytej kamery, potem pomyślałam że laska jest jakaś po prostu nienormalna. Ciągle się bała, że jej się synek przeziębi.

I tak biadoli i biadoli, ale na szczęście musiała pójść do toalety, więc postanowiłam wziąć małego na balkon. I wyobraźcie sobie, że dziecko ucichło momentalnie. I chyba ta nagła cisza spowodowała niepokój w uszach maDki, bo dość szybko przybiegła i jak na mnie nie ryknie, że co ja robię, że jej syna próbuję przeziębić! Kiedy mały znalazł się znowu w mieszkaniu, płacz zaczął się od nowa.

Pomyślałam, że nie będę uczestniczyć w tym cyrku ani chwili dłużej i zadzwoniłam do mojego faceta, aby przyszli z powrotem. Byli w ciągu 10 minut, bo siedzieli niedaleko w jakiejś knajpie.

Ja w tym czasie chłodno pożegnałam się z maDką i zeszłam na dół. Chciałam opowiedzieć chłopakom, ale mąż maDki przerwał mi mówiąc, że chyba wie o co chodzi. On sobie zupełnie z tym nie radzi i dochodzi do wniosku, że ona ma jakieś zmiany w mózgu po porodzie.
Szkoda się go nam zrobiło, ale w tej sytuacji nie wiedzieliśmy co mamy robić. Laska ewidentnie krzywdzi dziecko, ale go przecież nie bije ani nie głodzi. Za to prawie nie pozwala się ojcu zbliżać do dziecka, zanim się nie umyje, bo "przychodząc z pracy jest siedliskiem zarazków no i jest cały zimny". Musi się wygrzać pod prysznicem, żeby jak bierze dziecko na ręce, to przytulać go do ciepłego ciała. Inaczej się przeziębi. Dziecko, nie ojciec.

Widać było, że ojciec widzi problem, więc postanowiliśmy się nie wtrącać. Z tego co słyszałam później, mały trafił do szpitala. Ojciec nie wytrzymał i wypłakał się pielęgniarkom. Podobno coś w tej sprawie zrobiły, ale szczegółów nie znam.

Skomentuj (34) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 128 (134)

#83378

(PW) ·
| Do ulubionych
Jest sobie pewna strona w internecie, gdzie można wyrazić swoją opinię na temat firmy, którą się zna. Osoby zainteresowane zatrudnieniem w danej firmie mogą sobie poczytać. Oczywiście nie powinno być to kryterium decydujące o tym czy aplikować, ale daje pewne pojęcie.
Postanowiłam dodać tam opinię na temat firmy, w której byłam zatrudniona - dla zainteresowanych - opisywałam ich tutaj: #82861 i #82919.

Na wspomnianej wcześniej stronie opinię próbowałam dodać kilkukrotnie - za każdym razem była kasowana... Cóż - nie były to peany, ale takie rzeczy przyszły pracownik też może chcieć wiedzieć.

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 106 (108)

#83387

(PW) ·
| Do ulubionych
Mglisty poranek, niektórzy już czują weekend, byle szybciej do pracy, a potem jeszcze szybciej wyjść z niej.
Ulica nieco wąska, korek na tej ulicy w godzinach szczytu jest codzienną "radością" z podróżowania tą przelotówką, ale dzisiaj sięgnął prawie dwóch kilometrów.

Pierwsza myśl, że kolizja, wypadek, nawet jeśli sygnalizacja świetlna nawaliła na skrzyżowaniu to nie było tak zakorkowane. Po doturlaniu się do skrzyżowania okazało się, że pani samochód odmówił posłuszeństwa, sama nie miała siły zepchnąć go i czekała na lawetę. Korek wziął się stąd, że aby ją ominąć trzeba zjechać na przeciwny pas ruchu, a przy natężeniu ruchu jakie jest w tym miejscu jest to dość trudne. Do skrzyżowania od momentu zatoru jechałem ok 20 minut, nikt pani nie pomógł, dopiero ja i dwójka nastolatków zepchnęliśmy samochód na chodnik. Wracając do samochodu komentarz wymijającego kierowcy:

- Gdzie chu.u parkujesz. Życie utrudniasz kuta.e.

Człowiek chce być pomocny, to takie kwiatki go spotykają.

droga

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 115 (115)

#83333

(PW) ·
| Do ulubionych
O karmieniu piersią słów kilka.
Sama karmienie piersią bardzo popieram i moje dzieci również w ten sposób karmione. Pierwsze nauczone z oporami i po 3 tygodniach dopiero przestawione na pierś, drugie dzięki promotorce karmienia piersią nauczyło się szybciej. Owa promotorka zaprosiła mnie również do lokalnej grupy wsparcia, która okazał się być Grupą Matek Polek Karmiących Piersią, Rodzicielek Bliskości (nieuznających żadnych innych metod karmienia i wychowania).

W teorii w takich grupach chodzi o wsparcie, a w praktyce każdy kto ma choć odrobinę inne poglądy jest gorszy. I już sama ta kwestia jest tak naprawdę piekielna, ale nie o tym. Rzecz o tym, jak to osoby nie mające żadnej wiedzy na temat schorzeń podważają opinie lekarskie, powielając "jedynie słuszne" opinie o karmieniu piersią, zaczerpnięte z blogów, jakoby karmienie piersią było lekiem na całe zło.

1. "Dieta matki karmiącej nie istnieje" = "Matka karmiąca może jeść wszystko". To mój ulubiony mit :) Oczywiście, jeśli dziecko jest zdrowe to niech tam sobie mama je co jej pasuje. Problem się pojawia w momencie, kiedy dziecko ma EWIDENTNE objawy ze strony układu pokarmowego (wzdęcia, ulewania, niepokój, dziwne stolce). Panie Matki Polki Karmiące nadal twierdzą, że dieta matki karmiącej to bzdura, bo "kiszona kapusta nie fermentuje w jelitach maluszka i nie może mu zaszkodzić". Dziwna sprawa, że żadna z tych pań nie ma pojęcia, że właśnie kiszonki mają wpływ na produkcję histaminy i MOGĄ zaszkodzić, jeśli dziecko jest alergikiem. Ileż ja się naczytałam tego typu prześmiewczych tekstów, że matka jest zacofana, bo ma dietę, to nie jestem w stanie zliczyć. I nie zliczę, ile razy sugerowano matce, że dieta jest niepotrzebna, mimo zaleceń specjalisty. A już w ogóle sytuacja, kiedy matka musi zrezygnować z karmienia piersią, bo lekarz kazał ZAWSZE jest niedopuszczalna, a lekarz, który każe odstawić dziecko jest ZAWSZE niekompetentny (nawet jeśli to najlepszy w Polsce alergolog, zajmujący się naprawdę trudnymi przypadkami).

2. Dziecko musi jeść na żądanie. O ile przy mniejszych maluchach jest to zrozumiałe, o tyle wielu starszym dzieciom z refluksem karmienie na żądanie zwyczajnie szkodzi i pomagają większe odstępy, a nie karmienie non stop. Ale nie, tutaj się okazuje, że "mleczko łagodzi palenie przełyku i trzeba dawać częściej, żeby nie bolało". To nic, że powstaje błędne koło i z tego mleczka non stop są gorsze objawy. Mleczko ma być na żądanie.

3. Mleczko musi być w nocy na żądanie. Nieważne, że dziecko ma rok. Nie ważne, że matka ma ochotę z okna wyskoczyć. Nie ważne, że dziecku zdecydowanie szkodzi (patrz punkt 2). I nieważne, że kilku specjalistów zaleciło odstawienie karmień nocnych. Na takie argumenty usłyszysz: "Zmień lekarza" lub "Widać nie dojrzałaś do poświęceń, skoro swojego prawie rocznego dziecka nie chcesz karmić piersią w nocy na żądanie, czyli praktycznie non stop", bo "dziecko musi czuć mamę" i koniec.

4. Dziecko ma być karmione najlepiej do samoodstawienia. Wszystkie te, które mają dość nie nadają się na matki i szkodzą dzieciom. Bo "tych emocji nic nie zastąpi". Zamiast sensownych i praktycznych porad odnośnie łagodnego odstawienia mamy spektakl pt. "Czy naprawdę musisz odstawić?" i/lub "Nie odstawiaj".

5. Dziecko musi zasypiać z piersią w buzi i spać z rodzicami, aż samo będzie gotowe przejść do własnego łóżka. Kolejna idea w której nie ma półśrodków, nie ma kompromisów. Nie śpisz z maluchem (niezależnie od powodów) = nie popierasz idei rodzicielstwa bliskości = jesteś gorszą matką. Nie ma wymówek, tak ma być i koniec. A że dziecku szkodzi spanie z cyckiem to nieważne. Co więcej: jeśli nawet udało ci się nauczyć dziecko spać we własnym łóżeczku, a dziecku poprawiło się o 180 stopni (zdrowotnie i psychicznie) to jesteś czarną owcą, która stosuje "metody przemocowe". Tą metodą przemocową jest zabranie półtorarocznemu dziecku piersi na żądanie z ograniczeniem karmienia piersią do 2 razy na dzień.
6. Jako wisienka na torcie: żadna z pań nie ma pojęcia jakie robić badania dziecku, aby stwierdzić czy jest ok. Kalprotektyna - a co to? Inne badania niż morfologia niepotrzebne.
W tych doświadczeniach nie jestem osamotniona. Dokładnie te same teksty można wyczytać na wszystkich chyba tego typu grupach, co potwierdzają inna matki dzieci z alergiami. Skąd się bierze ta ignorancja, tego nie wiem. Wiem za to, że ozdrowiałam po wypisaniu się z tej grupy.

Ten tekst nie jest wyrazem sprzeciwu dla karmienia piersią. Ten tekst jest wyrazem sprzeciwu dla głupoty matek powtarzających wyczytane gdzieś "badania" i "dowody", i próbujące je zastosować w każdym przypadku, bez jakiejkolwiek analizy.

EDIT. Punkt 7. Muszę dodać, absolutny hit (w negatywnym znaczeniu) Dokarmianie mieszanką noworodka. Według Matek Karmiących Piersią dziecka nie można, absolutnie, pod żadnym pozorem dokarmić mlekiem sztucznym. Bo zaburzy laktację, oduczy odruchów i strata będzie niemal nie do odrobienia. A na pytania co robić, kiedy nie ma mleka słychać głosy, że Cudowna Matka Karmiąca Hafija pisze: "po cesarce laktacja może ruszyć w 7 dobie i przez ten czas nie należy podawać sztucznego mleka, bo to co jest (a raczej czego nie ma) wystarczy". Ja się pytam, "Że co, k...?". Dziecko ma 7 dni dostawać prawie pustego cycka z którego leci parę kropelek? Matka ma głodzić dziecko? Okazuje się, że takie porady o głodzeniu noworodka to norma. Doświadczone matki radzą przyszłym mamom, że "szpital nie ma prawa podać mieszanki bez twojej zgody", "możesz grozić sądem, jeśli będą ci chcieli dokarmiać dziecko" i inne tego typu rady. Nikt się nie martwi dzieckiem. Wszystkie się martwią laktacją.

Skomentuj (42) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 223 (251)

#83356

~Fleurlee ·
| Do ulubionych
A myślałam, że zapanowałam nad mężem...
Gwoli wyjaśnienia: mąż lubi praktykować brzydkie zwyczaje swojej mamy, łapówkarstwo dla służby zdrowia, nawet za prywatne wizyty.

Nie zgodziłam się na wręczanie prezencików, gdyż źle mnie w szpitalu potraktowano; z wyraźnymi zaleceniami neurologów dwóch wyśmiano, do domu odesłano.
Mąż się pochorował, poszedł prywatnie, prywatnie dostał przekaz na operację NFZ.

Jakiś czas temu pytam męża, gdzie brakującą gotówka do jasnej Anielki znikła. Dość spora gotówka. Najpierw wmawiał mi usilnie, że kiedyś jego mama nam pożyczyła i musiał jej zwrócić. Mówię, mężu nie kłam, bo nad rachunkami mam pieczę osobistą, za wszystko zawsze płacę. Jeśli będziesz kłamał, wezmę moją gotówkę na inne konto.

Gdzie wyparowała gotówka? Dla lekarza. Za operację.
Facepalm razy 500.
I pytam męża, jak mam wytłumaczyć teraz dzieciom, dwuletnim bliźniakom, że nie będą mieli nowych bucików i kurtek, bo tatuś dał pieniądze na głupoty.
Jakiś pomysł?
Tak btw. kupiłam oczywiście, ucięłam wydatki męża.

Skomentuj (26) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 182 (232)

#83330

(PW) ·
| Do ulubionych
Po przeczytaniu historii #83260 o biednej staruszce z jabłkami nieco podniosło mi się ciśnienie. Być może tamta pani rzeczywiście była biedna i nieszczęśliwa niezasłużenie, a być może była jak jedna z moich sąsiadek. Podzielę się z Wami historią o pani K.

Pani K. ma dość niską emeryturę, bo zaledwie 1240 zł z groszami. Do tego musi pomagać swojemu biednemu młodszemu synowi (MS), który ma córkę na studiach, drugą w liceum i ledwie wiąże koniec z końcem. Pani K. jest też bardzo towarzyska - lubi chodzić po wsi, przynosić ludziom drobne prezenty - a to kilka jabłek, to znów parę jajek. Dziwnym trafem te odwiedziny przypadały zwykle w porze śniadania/obiadu/kolacji i trwały tyle, ile podanie posiłku. Ale że sąsiadów sporo a ona taka biedna, to nikt jej nie będzie przecież żałował kromki chleba czy talerza zupy...Tym bardziej, że wypada się odwdzięczyć ze te kilka jabłek. Tak sobie to trwało kilka lat. W pewnym momencie ludzie jednak zaczęli coś podejrzewać, pani K. się plątała w swoich opowieściach, jak to starszy syn (SS), z którym mieszka, wyjechał i jej nie zostawił nic do jedzenia. Jaki to majątek na leki wydaje. Jaki to jej MS biedny, że mu musi pomagać.

A jak wygląda rzeczywistość? Pani K. ma dwóch synów i córkę. Córka za granicą dobrze zarabia. SS ma własną firmę, żona pracuje w Urzędzie Miasta na kierowniczym stanowisku. Młodszy syn też ma firmę, jego żona nie pracuje. Bieda w jego przypadku polega na tym, że starszy syn kupuje nowe auto z salonu co 5-7 lat, a młodszy może sobie na to pozwolić co 10. Obaj mają wybudowane piękne domy, ponad 200 m2 każdy. Pani K. czuję się w obowiązku wyrównać różnice między synami, tym bardziej, że starszy dostał 2 hektary ziemi po ojcu, a młodszy tylko około 200.000 zł na rozkręcenie firmy i budowę domu, jak się wyprowadzał(w latach 80-tych mąż pani K. jeździł na tzw. saksy plus miał ciepłą posadkę w kraju i się dorobił; syn rozkręcał firmę w latach 90-tych). W mentalności starszych ludzi na wsi ziemia jest dobrem nieocenionym i niespłaconym nigdy, niemniej jednak nasza bohaterka dzielnie podjęła się tego zadania. Aby osiągnąć swój cel pani K. 1200 zł co miesiąc oddaje MS, a sama żyje z "końcówki", czyli tych czterdziestu kilku złotych. Stołowała się u ludzi - do jednej sąsiadki poszła na śniadanie, do drugiej na obiad, do trzeciej na kolację... Zanim obeszła wszystkie, to się najadła. Opowiada ludziom, że nie jest w stanie sobie ugotować, bo jej się w głowie kręci (owszem, z powodu dobrowolnie podjętego postu), a niedobry SS i synowa jedzą na mieście i jej nie dadzą. A jednocześnie jest w stanie ukraść kwiatki z klombu innej sąsiadki i przekopać trawnik motyką, aby je posadzić pod domem syna. Wtedy zawroty głowy w cudowny sposób ustępują. Jest też w stanie wstać o piątej rano i czekać godzinę na samochód z piekarni, bo jak tam kupuje chleb, to jest o 20 gr taniej niż w sklepie, a jak się rozpłacze, to jej sprzedawca jeszcze jakąś bułkę dorzuci. W taki sam sposób wyłudza leki - jak ją boli głowa, to nie kupi sobie Apapu, tylko raz zajdzie do jednej sąsiadki, raz do drugiej... zawsze ktoś da.

Aby wyłudzić pomoc opowiada też niestworzone historie o tym, jak to synowa ją próbowała zamordować, jak ją szarpała, zepchnęła ze schodów. Na początku ludzie to łykali, bo miło jest posłuchać, że ten bogaty sąsiad to taki drań, co nad matką się znęca. Ale w pewnym momencie oskarżyła jedną z sąsiadek, że próbowała ją zabić... zupą. Tak. Zupą jarzynową. Bo pani M. dała jej talerz zupy, ale nie dała herbaty do popicia tejże zupy, a potem bezczelnie odebrała telefon i wyszła na korytarz. Pani K. jadła tak łapczywie, że zadławiła się kartoflem i gdyby mąż pani M. nie stuknął jej między łopatki, to by się udusiła. Pani K. doszła do wniosku, że gdyby miała herbatę i mogła tego kartofla popić, to by się nic nie stało, więc brak podania herbaty został uznany przez nią za próbę morderstwa. Nie omieszkała podzielić się tą sensacyjną wiadomością ze wszystkimi pozostałymi sąsiadami i znajomymi. Cel jest zawsze ten sam - wzbudzić poczucie winy w "krzywdzicielu", obudzić współczucie reszty sąsiadów, żeby jak najwięcej dla siebie zyskać.

Pani K. regularnie kradnie nam jabłka i śliwki z sadu, chociaż ma własny. Rodzice nic z tym nie robią, bo mamy kilkanaście drzewek i dla nas i tak wystarczy.
Innym razem jej SS poprosił moją mamę o zaopiekowanie się panią K podczas ich wakacyjnego wyjazdu, ponieważ pani K zachorowała, a oni mieli już opłacony hotel (chodziło o opiekę na jeden dzień, zanim przyjechał jej wnuk). Mama poszła do niej rano zrobić śniadanie i podać leki. Pani K. zażądała, aby mama jej przyniosła kiełbasy z naszego domu, bo ta w lodówce u SS jest zapakowana, więc szkoda ją otwierać... Mama odpowiedziała, że jak szkoda otwierać, to może w takim razie zje z samym masłem, bo ona też kiełbasy nie ma. Na takie dictum pani K. zmieniła zdanie i łaskawie pozwoliła otworzyć opakowanie.
Jak się domyślacie, ludzie przestali ja przyjmować i karmić. Niestety pani K. nadal uważa się za biedną i pokrzywdzoną staruszkę, której wszyscy powinni pomagać, bo musi spłacić syna. I ci sąsiedzi to tacy nieużyci i wredni, że się od niej na stare lata odwracają...

Wsi spokojna wsi wesoła..

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 193 (203)

#83350

(PW) ·
| Do ulubionych
Moja historia sprzed kilku lat. Nie mogłam sobie w tamtym czasie pozwolić na pracę inną niż dorywcza. Powodów było kilka, ale nie jest to ważne dla opowieści.

Zatrudniłam się w firmie inwentaryzacyjnej – pracowało się na noce licząc skanerem np. produkty w supermarketach. Ja takich inwentur miałam 3-6 w miesiącu. Dla firmy X pracowałam łącznie prawie pół roku. Od czerwca do września nie było problemów – pod koniec miesiąca wysyłałam swoją dyspozycyjność na następny miesiąc, oni po kilku dniach wysyłali mi grafik. W październiku nie dostałam maila zwrotnego. Zadzwoniłam do firmy, by wyjaśnić sytuację, zmieszana pani odpowiedziała mi, że w zasadzie nie wiadomo czemu nie dostałam maila, ale najprawdopodobniej do mojej dyspozycyjności nie udało się dopasować żadnego zlecenia. Wydało mi się to dziwne, ale wzruszyłam ramionami.

Po kilku dniach dostałam wiadomość, że jeżeli pracownicy chcą dalej pracować dla X, muszą mieć obowiązkowo książeczki sanepid. Bez tego dokumentu współpraca nie będzie kontynuowana, mamy też przyjechać do firmy podpisać nową umowę. Dla osób, które nie dostarczą badań do 30 października dzień 31 października jest dniem wypowiedzenia.

Książeczkę miałam już wcześniej wyrobioną, pojechałam więc do siedziby firmy, by mogli ją skserować i by podpisać papiery. Pani, która mnie obsługiwała poklikała w komputerze, po czym wyraźnie się zmieszała i powiedziała, że niestety nie mogę podpisać aneksu, bo ma „błędy w dokumentacji” i prosi, bym wróciła do domu. W przeciągu kilku dni ma wyjaśnić wszystko z przełożoną i do mnie zadzwonić. OK, trudno. Czekałam tydzień, pani nie zadzwoniła. W końcu dostałam telefon od innej pani z tej samej firmy, czy mam książeczkę sanepid i czy podpisuję umowę. Zbaraniałam. Odpowiedziałam, że tak, ale na październik nie dostałam grafiku i są jakieś błędy w mojej dokumentacji i nie mogłam podpisać dokumentu. Pani poklikała w komputerku, po czym powiedziała, że wyjaśni sytuację i szybciutko się pożegnała. Czekałam tydzień, nie zadzwoniła. Wkurzyłam się i napisałam kulturalnego acz stanowczego maila, że proszę o wyjaśnienie całej sytuacji. No i odpowiedź dostałam i zwaliła mnie z nóg.

Okazało się, że grafiku na październik nie dostałam, bo po prostu miałam za duży margines błędu w liczeniu i 1 października mnie „zwolniono”. A że umowa i tak mi się kończyła 31 października, to o wypowiedzeniu postanowiono mnie najwyraźniej nie informować. Był bałagan w dokumentach, dlatego do mnie wydzwaniano z propozycjami. Po sprawdzeniu mojego profilu w komputerze, pracownice były zmieszane, bo wyświetlała im się informacja, by tej umowy ze mną nie przedłużać, ale żadna nie miała odwagi mi tego uświadomić i wolały mnie zbyć, licząc, chyba że się domyślę.

Rozumiem, że się nie sprawdzałam, ale poważne potraktowanie należy się chyba każdemu.

inwentaryzacja

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 171 (183)

#83340

(PW) ·
| Do ulubionych
Mam koleżankę. Obie mamy dzieci w podobnym wieku, tak około roku. Na początku było super. Było z kim na spacer wyjść, do kogo buzię otworzyć jak mężowie w pracy. Wesprzeć się.

W połowie lata jej dziecko przestało spać. Do tej pory spało na spacerach, a nagle bum i nie chce. Koleżanka biega więc całymi dniami z drącym się dzieckiem i buja zawzięcie, żeby spało.

Mówiłam jej, że moje odkąd usiadło to na spacerach nie ma spania tylko zwiedzamy. Po prostu dziecko podrosło i śpi jak się wyciszy, tam gdzie jest mniej rzeczy do poznania.

Nie, jej dziecko śpi na spacerach. Obecnie jest mu po prostu niewygodnie, bo podrosło i trzeba zmienić wózek. Tych wózków przerobiła już z 5 i w każdym niewygodnie. Potem marudzi, że wózki takie drogie, że potem problem ze sprzedaniem. Pożyczyć ani kupić z drugiej ręki nie, bo wózek będzie wyprofilowany przez inne dziecko i jej dziecku będzie niewygodnie i nie będzie mogło spać.

Jej dziecko ma dwie drzemki i koniecznie musi mieć dwie drzemki, bo zawsze miało dwie drzemki. Dziecko musi mieć stały tryb dnia, żeby czuło się bezpiecznie. Ja jestem zlą matką, bo moje dziecko po urodzinach z dwóch drzemek zrobiło sobie jedną, a teraz to jeszcze godzinowo dopasowało się do innych dzieci. Jak ja mogłam do tego dopuścić.

Koleżanka nie może wrócić do pracy, bo jej dziecko nie śpi i nie będzie mu fundować stresu, że w żłobku nie będzie mogło spać na spacerach.

Dziecko jak to dziecko prędzej, czy później zaśnie, bo jest zmęczone. Tylko, że usypiane cały dzień raz zaśnie po jedzeniu, raz przed, raz jak koleżanka akurat wraca do domu, raz jak dopiero z niego wyjdzie, więc dziecko raz śpi 3h, raz 15 min. W związku z tym wieczorem raz zaśnie o 19 a innym razem o 22, więc rano raz wstaje bardzo wcześnie, a raz późno. Jak śpi nocy nie mam pojęcia, bo nie opowiada.

Proponowałam wizyty specjalistów skoro dziecko cierpi na bezsenność. Lekarze są źli, bo nierozumieją, że jej dziecko ma 2 drzemki i śpi na spacerach.

Jej też proponowałam wizytę u specjalisty :)

A ja jej nie rozumiem, bo moje dziecko nie ma takich problemów, bo wstaje 6-7, idzie do żłobka, tam śpi 12-14. W domu idzie spać ok. 20 i tak codziennie.

Madka

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 160 (184)

Podziel się pozytywnymi historiami na
WSPANIALI.pl

Piekielni