Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

 

#89298

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Jakiś czas temu znajomy wspominał o swoich sąsiadach i ich psiaku.

Rzeczeni sąsiedzi mieszkali w mieszkaniu o powierzchni nieprzekraczającej 40 metrów kwadratowych - dwa pokoje, kuchnia, łazienka, niewielki przedpokój, a do tego dwoje dorosłych, 5 dzieci i wspominany pies - młody owczarek niemiecki.

Obecność psiaka w tej klitce (czy tam mieszkaniu, jak kto woli) była fuzją fanaberii dzieciarni z bezdenną głupotą ich rodziców, bo przecież mały szczeniak nigdy nie urośnie, szczególnie tej rasy, prawda? ;)

Zwierzak nie znał pojęcia komfortu. Krótki spacer po miejskich betonach rano i jeszcze jeden wieczorem. Wiecznie na smyczy, wiecznie bez poczucia jakiejkolwiek wolności.

Oburzeni krzywdą zwierzątka postanowiliśmy zaoferować odebranie im tego stworzonka i zapewnienie mu godnych warunków. Znajomy zaczął więc dość stanowczo sugerować swoim sąsiadom, że to powoli podchodzi pod znęcanie się nad zwierzętami, zaoferował adopcję, i, o dziwo, dotarło.

Finalnie psiak trafił do nas, mając do dyspozycji mnóstwo wolnej przestrzeni i nowego przyjaciela (rówieśnika, również rocznego) który bardzo szybko go zaakceptował i pokochał, szczególnie, że tak samo, jak my, dość ciężko przeżył odejście poprzedniego psiaka, zabranego nam przez nowotwór.

Oba zwierzaki (i my) dostaliśmy, w pewnym sensie, nowe życie. Niestety przed nami wszystkimi nadal jeszcze bardzo długa droga. Owczarek, przez brak miejsca i konieczność sypiania w bardzo niekomfortowych warunkach, często w nienaturalnej wręcz pozycji, nabawił się problemów z kręgosłupem. Wychudzony i mający kłopoty z chodzeniem, bardzo powoli odzyskuje sprawność.

Ja ogólnie rozumiem, że psiak, to coś wspaniałego. To przyjaciel, kompan i świetny antydepresant, ale na Boga Ojca, jeśli nie masz warunków, to nie kupuj/nie adoptuj zwierza, słowem: nie krzywdź go!

zwierzyniec

Skomentuj (16) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 150 (174)

#89291

przez ~Pickup2021 ·
| Do ulubionych
Historia z piątku.
Wyszedłem z pracy i radosny pakuję się do samochodu - w końcu (jak to tymczasowy "słoik") mogę wrócić do rodzinnego domu.
Podchodzi kobieta - lat pi na drzwi 40 z niewielkim hakiem, normalnie czysto ubrana, prosi o pomoc, bo ona biedna, ma "horom curkie" i nie ma na rachunki.
Olałem sprawę, dając jej wskazówkę, aby radziła sobie sama.

Nie byłoby w tym nic piekielnego, poza drobnym faktem.

Baba "atakowała" tylko kierowców/pasażerów stojących przy nowych lub względnie nowych autach.
Do pana w wieku wczesnoemerytalnym wysiadającego z Golfa IV nawet nie podchodziła. Panią z kilkuletniego miastowego jeździdełka też olała.

Ot, cała historia.

PS. Nienawidzę takich osób. Jednak odrobina kultury jaką posiadam skutecznie odwodzi mnie od kazania babie spieprzać w podskokach do roboty, a nie usiłować naciągać ludzi na ulicy.

Po prostu Polska

Skomentuj (17) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 153 (163)

#89303

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Kolejny przykład cebulowego handlu - tym razem w przypadku jednośladów.

Sytuacja sprzed dekady.
Pojechałem oglądać motorower Jawa 50 Mustang w dość okazyjnej cenie 300zł (wtedy średnia cena takiego pojazdu wynosiła 1000-1200zł), ale była wada - motorower nie odpalał a właściciel nie wiedział dlaczego.

Dość częstą usterką tych pojazdów jest zapłon który potrafi się sam z siebie przestawić.

Przyjeżdżam, oglądam i proponuję sprzedawcy wyregulowanie zapłonu i próbę odpalenia. Jeśli odpali, biorę od ręki za 300zł.

Sprzedający się zgodził. Ustawiłem, odpalił. To co, piszemy umowę? No właśnie nie, bo nagle sprzedającemu cena się zmieniła na 1000zł.
Wywiązał się mniej więcej taki dialog:
- Dobrze, to biorę za te 300zł.
- Teraz to ja chcę 1000zł.
- Ale umawialiśmy się inaczej.
- Teraz to jest na chodzie.
- To jak ustawię zapłon żeby nie odpalił, to już na chodzie nie będzie. (w tym momencie przestawiłem zapłon). To teraz już nie odpala, 300zł.
- Teraz to wiem co mu jest, za mniej niż 1000 nie sprzedam.

Co to za logika umawiać się na daną cenę, a potem zmieniać zdanie?

sprzedający motor

Skomentuj (19) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 145 (155)

#89304

przez ~huhuhu ·
| Do ulubionych
Pracuję w zarządzaniu nieruchomościami. Mam pod opieką mały, dwupiętrowy biurowiec. Jakiś czas temu dozorca mnie zawiadomił, że pracownicy z drugiego piętra narzekają, że w kuchni nie ma miejsca na blatach, bo wszędzie stoją kuchenki mikrofalowe. Myślę - jak to? Przecież tam są tylko dwie mikrofale.

Przyjechałem i co zastałem? Oprócz naszych dwóch, na blatach stało jeszcze osiem innych, a na każdej naklejka z napisem: "Tylko dla pracowników firmy XYZ". Czyli prawie wszystkie firmy z piętra (a jest ich tam 12) przytargały swoje mikrofale. Jako że gniazdek w kuchni było mniej niż kuchenek, pracownicy popodłączali przedłużacze i listwy i pociągnęli je dookoła całej kuchni, żeby każdą mikrofalę można było podłączyć.

Pierwsza moja myśl po zobaczeniu tego - dlaczego nie korzystają z naszych? Może nie działają albo są brudne i nikt mi o tym nie powiedział? Sprawdziłem - działają i są czyste. Przyjechałem niezapowiedziany, więc odpada opcja by wyczyszczono je specjalnie na moją wizytę, więc czyszczone muszą być regularnie.

Na drzwiach wejściowych do budynku oraz w kuchni umieściłem informację, że proszę by prywatne mikrofale zabrać z kuchni i trzymać je w swoich biurach, a w kuchni korzystać z naszych kuchenek. Tę samą prośbę rozesłałem też mailem do wszystkich zainteresowanych.

Minął tydzień. Moja prośba została dokumentnie olana.

Jeśli nie prośbą, to groźbą. Rozwiesiłem kolejne kartki i rozesłałem kolejnego maila. Jeśli do dnia X (dałem im znów tydzień) mikrofale nie znikną z kuchni, to zostaną usunięte.

Minął kolejny tydzień, reakcji brak, więc czas na działanie. Osobiście i z niemałą satysfakcją wyniosłem wszystkie mikrofale i ułożyłem je obok śmietników, przy parkingu, tak by były widoczne. Nie odbierają u nas elektrośmieci, ale to nie problem, jako że wiedziałem co teraz się stanie. Do końca dnia wszyscy pozabierali swoje kuchenki spod śmietników do biur.

Nie można było tak od razu?

praca

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 178 (186)

#89287

przez ~Jaaaaaaaaaaaa ·
| Do ulubionych
Przeczytałam przed chwilą historię bialyoleander, w której poruszyła temat niegrzecznych dzieci i braku ich wychowywania przez niedobrą bratową.

Jestem matką takich niegrzecznych i niewychowanych dzieci. Maluchy mają 3 i 4 lata. Starszy nie mówi, ma problemy z komunikacją nie dostosowuje się do norm. Młodszy jest głośny, jest go wszędzie pełno. Ciężko ich obu opanować.

Obaj są diagnozowani w PPP. U starszego stwierdzono afazję u młodszego nadpobudliwość. Obaj reagują krzykiem, kiedy coś nie idzie po ich myśli. Ciężko się z nimi dogadać. Chodzę z nimi na przeróżne terapie, które dają efekty, ale nie natychmiastowe.
Na spacery wychodzę z nimi prowadząc ich na "smyczy", za co nieraz zostałam zjechana przez obcych i niestety też przez rodzinę. Jedzą często rękami mimo, że potrafią posługiwać się sztućcami. Wymagają ciągłej uwagi.

W oczach rodziny jestem wredną babą, bo nie reaguję na płacz/wymuszanie dzieci. Bo wymagam od nich samodzielnego ubrania się, co jest według prababci nienormalne, bo jestem od tego matką żeby dzieci ubierać. Nie dociera do większości ludzi, że mam zalecenia od terapeutów, których muszę się trzymać, żeby jakoś przetrwać i pomóc maluchom w opanowaniu wielu czynności i dostosowaniu się do życia.

Zawsze jestem złą bratową, synową, sąsiadką itp. bo nie słucham osób, które nie przebywają na dzień z moimi dziećmi i nie wiedzą co im dolega i przez co przechodzimy.

Jeśli zapraszam kogoś na wspólne wakacje to po to, żeby z tym kimś pobyć, nie po to, żeby robił za opiekuna do dzieci.

Następnym razem nim zaczniecie oceniać innych, upewnijcie się dlaczego zachowują się tak, a nie inaczej.

dziecko wychowanie

Skomentuj (32) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 144 (182)

#89300

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Zachciało mi się przeprowadzać, w związku z czym zaistniała potrzeba zakupu sterty mniej lub bardziej istotnych elementów wyposażenia. Ikea miała akurat jakieś promocje, więc naklikałam, wypełniłam koszyk i ustawiłam dostawę na adres nowego mieszkania (bo po co wozić ze starego jeszcze więcej rzeczy). 

Plan był dość prosty:
Poniedziałek: odbieram klucze do nowego lokum
Wtorek: przewożę wszystkie graty
Środa: zdaję poprzednie mieszkanie

Doszłam więc do dość oczywistego wniosku, że dostawę najlepiej ustawić na czwartek, kiedy temat mieszkań będzie już zamknięty a ja będę miała czas na siedzenie w domu i oczekiwanie na przesyłkę (bo przedział czasowy dla kuriera to bodajże 8 - 18). No ok, wszystko opłacone, potwierdzenie dotarło, można się skupić na innych rzeczach.

W weekend spakowałam większość pudeł, w poniedziałek planowałam odespać, ale nie było mi dane, bo z rana obudził mnie sms z radosną nowiną: dziś kurier dostarczy moją przesyłkę! Wspaniale, tylko jaką przesyłkę? Wyprowadzam się, więc nic nie zamawiałam, tylko ta Ikea. No więc sprawdzam i tak, jadą do mnie zakupy do mieszkania, którego nie zdążyłam jeszcze nawet odebrać. Ktoś w sklepie doszedł do wniosku, że przesyłkę zamówioną na czwartek należy nadać tydzień wcześniej, bo na pewno marzę, żeby ją odebrać w poniedziałek.

Finalnie wygrzebałam numer do kuriera i poprosiłam o późniejszą dostawę - całe szczęście nie robił problemów, paczka przyjechała w czwartek. Ale zamówiłam też meble (tym razem dostawa z wniesieniem) i zastanawiam się, czy nie potrzebuję przypadkiem tygodnia urlopu, żeby je odebrać.

ikea dostawa

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 135 (145)

#89299

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Jestem studentką ostatniego roku na PŁ i fanką polskiego morza.
Piekielność dotknęła mnie rok temu podczas wakacyjnego wyjazdu.
Ale od początku. Mam sprawdzoną miejscówkę, jeszcze jak jeździłam z rodzicami. Na górze mieszkają właściciele a dół domu to 2 pokoje i wspólna kuchnia i łazienka.
Rok temu wyskoczyłam z przyjaciółką na kilka dni w lipcu i niestety trafiłam na rodzinkę Janusz i Grażyna.

Janusz miał ewidentnie problem z alkoholem, ale i z zachowaniem.

Lodówka była wspólna, ale podział prosty po jednej półce w zamrażarce i po dwie w lodówce. No nie dla Janusza. Kupiłyśmy 2 Kadarki te po 1,5L bo w Stonce była promocja: kup 2 to taniej. Wstawione do lodówki i miały być na 2 wieczory. Niestety nie dotrwała do wieczora. Janusz wypił obie. W ciągu 2 godzin jak poszłyśmy na spacer po plaży.
Na szczęście po awanturze i interwencji właściciela oddał kasę. Tłumaczył, że Grażynka obiecała mu kupić, i się pomylił.

I sytuacja, gdzie po prostu zostali wyproszeni z kwatery.
Po plaży jak to człowiek w piachu i soli od morza, postanowiłam się wykąpać. Łazienka była na zasadzie półotwarta kabina bez zasłonki, WC i umywalka. Zatem myję głowę i jak to wtedy dużo nie słyszę, ale nagle...

Męski głos" Ale Cycki"

Otwieram oczy i widzę Janusza, widać pijany bo ledwo trafiał do klozetu. Ja w krzyk, a ten spoko niejedną widziałem, i chwiejnym krokiem odszedł.

Co się okazało? Nie zamknęłam drzwi?
Nie. Zamek był typu bezpiecznego. Więc można otworzyć od zewnątrz za pomocą śrubokręta. No a Januszowi chciało się siku. To co z tego, że zajęte.

Podsumowania nie będzie. Mam nadzieję że w tym roku nie będzie atrakcji.

wakacje nad polskim morzem

Skomentuj (35) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 181 (197)

#89265

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Bezczelność linii lotniczych nie przestaje mnie zadziwiać.

Wujostwo miało zabukowany lot na Cypr (pierwsze wakacje bez dzieci, złapane w okazyjnej cenie prawie rok wcześniej).

Na miesiąc przed wyjazdem dostają informację, że loty zostały zmienione i ich lot został przesunięty o dzień. Niby nie dużo, ale w przypadku zaplanowanego tip top wyjazdu i wycieczek psuje plany.

Jakie rozwiązania zaproponowały linie lotnicze? Ciotkostwo może zaakceptować zmianę (bez odszkodowania), wybrać inny termin (tydzień wcześniej/później) albo dostaną zwrot za bilety i mogą kupić inne (oczywiście okazyjne ceny za które bilety pierwotnie były kupowane już od dawna są czczą mrzonką).

Łaskawość ich nie zna granic.

Linie lotnicze

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 112 (134)

#89271

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Może będzie hejcik, może nie ale.

Chcieliśmy pomóc bieżeńcom z Ukrainy. Nie dało się przez gminę, bo- sam nie wiem czemu.

W końcu trafiła do nas rodzina - babuszka Luda (74) i dwóch nastoletnich byczków (17 i 18). Przemeblowaliśmy chałupę, oddaliśmy im dwa pokoje i jedną łazienkę, czyli pół domu. Na początku pieściliśmy ich jak mogliśmy, bo uchodźcy. Co prawda z centralnej Ukrainy (Winnica), no ale.

I tu zaczęły się problemy. Chłopaki miały pomalować płot u kontrahenta. Wzięli zaliczkę i zrezygnowali w połowie roboty, bo za ciężko i za mało płatne. Na szczęście ktoś im załatwił robotę przy produkcji kamizelek kuloodpornych w Warszawie. Przez siedem tygodni raz posprzątali dom. Luda nie ogarniała płyty indukcyjnej i mikrofali, więc nie gotowała. Chłopcy byli przyzwyczajeni do posiłków podawanych pod nosek i takie mieli. Luda siedziała i narzekała, bo skuczno. Oczywiście załatwiliśmy im Pesele i konta bankowe oraz zapomogi. Trzeba się było sporo najeździć.

Po tych siedmiu tygodniach dostali ultimatum - jeszcze tydzień, najwyżej dwa i idziecie na swoje. My też mamy swoje życie. I magicznie po dwóch dniach okazało się, że mają mieszkanie w Warszawie i pracę dla Ludmiły.
Teraz, bo mamy nadal sporo miejsca, chętnie będę przyjmował uchodźców, ale z zastrzeżeniem, że tydzień, maximum dwa tygodnie.

I tak. Smutno, ale okazuje się, że trzeba odróżniać osoby warte pomocy od pieczeniarzy, którzy kombinują wygodną miejscówkę na czas nieokreślony.

I jeszcze raz powtarzam. Jestem pełen szacunku i współczucia dla uchodźców, ale tych prawdziwych. I tym oddam nie pół domu, ale cały dom i całe swoje serce.

uchodźcy

Skomentuj (36) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 172 (200)

#89277

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Wkurzyłam się (delikatnie mówiąc) parę tygodni temu.

Chciałam sobie pojechać do parku (ten akurat jest dosyć daleko ode mnie – ok. 20 mil, więc oczywiście samochodem.
W pewnym momencie, zgodnie z przewidywaniem zresztą, autko zaczęło wołać jeść.

Zajechałam więc na najbliższą stację i ustawiłam się w kolejce.
10 stanowisk, ale tylko 8 z benzyną (na pozostałych dwóch tylko ropa dla HGV). 4 zajęte, ale pech chciał że wszystkie zajęte z wlewem po prawej (czyli mojej stronie). Wiem, że teoretycznie mogłabym chyba przeciągnąć rurę i zatankować z drugiej strony, ale bardzo tego robić nie lubię i jest to bardzo niewygodne i niezręczne, nie wiem czy wszystkie pompy na Shellu mają taką możliwość, więc zdecydowałam się poczekać, tym bardziej, że kolejki jako takiej nie było – tylko samochody tankowane już przy stanowiskach.

W pewnym momencie podjechała na stację grupa ok ośmiu, może dziesięciu motocyklistów, kilkoro z nich także by zatankować, a reszta chyba dla towarzystwa. Dwóch podjechało do lewego wlewu tam gdzie stałam – spoko, nie ma problemu, i tak czekam na prawy.

Problem pojawił się kiedy kierowca tankujący po prawej uiścił zapłatę, wrócił do samochodu i odjechał – wtedy momentalnie motocyklista czekający na kumpla zajął miejsce po prawej – ja zdążyłam tylko przekręcić kluczyk w stacyjce.

Rzadko mi się zdarza, bo tego nie lubię, ale zatrąbiłam.
Raczył się zapytać jaki mam problem, na moją odpowiedź, że się wpakował bez kolejki usłyszałam tylko znienawidzone „Sorry, mate” i wrócił do tankowania. Owszem, długo mu to nie zajęło, ale zawsze. Żeby było śmieszniej – miał inne lewe pompy wolne, z których mógł skorzystać, więc już totalne chamstwo z jego strony.

Nie zrobiłam nic więcej - obsługa stacji nie zareagowała, a poza tym, ich była cała grupa. Nie wiem co mogłabym zrobić w takiej sytuacji? Trąbić do upadłego? Podjechać bliżej i próbować onieśmielić?

Pierwszy raz odkąd jestem w Anglii zdarzyło mi się być świadkiem takiej bezczelności u tubylca.

Mam nadzieję, że ostatni

stacja paliw

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 133 (155)

Podziel się najśmieszniejszymi historiami na
ANONIMOWE.PL

Piekielni