Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

 

#80977

Konto usunięte ·
| Do ulubionych
Bliska mi osoba walczy teraz z pracodawcą o wynagrodzenie za nadgodziny. Wycenili je na 50% ustawowego dodatku, bez 100% normalnego wynagrodzenia za każdą godzinę, co czyni pracę w nadgodzinach płatną jeszcze mniej niż zwykła praca.

To mi przypomniało historię sprzed kilku lat. Moja kuzynka pracowała u pewnego Janusza biznesu, władającego siecią aptek (przy czym słowo "władający" nie jest tu jakimś nadużyciem).
Wszyscy tam pracowali za minimalne, reszta "do koperty i pod stołem" co było nagminną praktyką w tamtych czasach w tej miejscowości. I chyba nadal jest.

Za nadgodziny szef nie za bardzo chciał płacić, każdy miał brać wolne.
I kiedyś się kuzynce nazbierało, stwierdziła, że weźmie sobie trzy dni, kierowniczka jej klepnęła, zrobili grafik bez niej na te dni.

Pierwszego dnia rano, kuzynka odsypia, jak to w wolne, dzwoni telefon - pani kierownik mówi, że szef jest i jej szuka i będzie dzwonił. Za chwilę rzeczywiście telefon od szefa z pytaniem: a czemu jej nie ma w pracy?
- Ale przecież wolne.
- A bo ja myślałem, że cię tylko do grafiku nie wpiszemy, ale i tak przyjdziesz...

Ostatecznie nie poszła, pracowała tam jeszcze jakiś czas, ale z tym szefem zawsze były jazdy, udawał głupszego niż jest i o wszystko trzeba z nim było walczyć. A to była jej pierwsza praca, pierwsze odebrane wolne i facet chyba myślał, że znalazł naiwną.

pracodawca

Skomentuj (5) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 139 (149)

#88770

(PW) ·
| Do ulubionych
Ostatnio przeczytałem na 9-gagu wrzutki o "złych informatykach" i stwierdziłem że podzielę się z wami historią z pracy.

Praca odbywa się w dużej sieci sklepów, klientami wewnętrznymi są osoby zarządzające placówkami lub ich pracownicy.

Sytuacja oczywiście w skrócie:

I - informatyk
k - klient wewnętrzny firmy

#piekielny informatyk 1
#"ten który uważa cię za de... niespełna rozumu"
#linia telefoniczna

K - Panie! Nie działa mi system
I - Dzień dobry, [ przedstawienie się ], z którego punktu państwo dzwonią? W czym problem, o co dokładnie chodzi, jaki system nie działa?
K - nic nie działa!
I - dobrze, proszę mi powiedzieć gdzie aktualnie pan/pani się znajduje
K - w punkcie
I - dobrze, co widzą państwo na monitorze?
K - tu nie ma monitora, mamy tylko komputer
I - dobrze, czy gdy wciskają państwo przycisk zasilania, coś na komputerze się pojawia? Czy widzą państwo coś na... komputerze?
K - on nie ma włącznika, zawsze gdy przychodzę działa, A dzisiaj nie działa.
I - zapewniam, że mają Państwo tak komputer jak i monitor, na obu tych urządzeniach znajduje się włącznik
K - Nie ma!
[?] - płacz dziecka
I - proszę przeczytać jaki mają Państwo model komputera
K - tu nie ma komputera!
I - przed chwilą był czy... komputer znikł?
K - ...nie ma mnie...
I - proszę?
K - nie ma mnie... w... punkcie mnie nie ma
I - dobrze proszę przekazać numer do pracownika znajdującego się w punkcie, oddzwonimy
K - ALE to to nie Polka, ona nic nie zrozumie!
I - rozumiem, proszę jednak o numer telefonu, skontaktujemy się i spróbujemy zrobić co w naszej mocy by zaradzić na ten problem
K - to kiedy będzie serwis!?
I - nie możemy wysłać serwisu nie wiedząc jaki jest problem
K - no nie działa!
I - rozumiem, przyjęliśmy zgłoszenie, będziemy się kontaktować, o rozwiązaniu zostanie pan/ pani poinformowany telefonicznie lub mailowo, jeśli problemu nie uda się rozwiązać do czasu pana/pani przyjazdu do firmy to proszę o kontakt telefoniczny bezpośrednio z miejsca zdarzenia. Dziękuję za rozmowę.

Rzeczywiście pracownica miała wschodni akcent, jednak weryfikacje przeprowadziła poniżej 1 minuty, problem był rozwiązany w ciągu 3 minut.

Podziękowano pracownicy za pomoc, pracownica zadowolona.

Telefon do K

I - Dzień dobry, problem został już rozwiązany, polegał na braku podłączenia komputera do sieci prądowej, w miejscu w którym powinien być podłączony komputer znaleziono ładowarkę telefoniczną marki Samsung, działanie punktu zostało wznowione, życzymy państwu miłego dnia.

K - pip pip pip - klient się rozłączył

Rzeczywisty czas rozmowy z klientem i jego próba zwodzenia informatyka, by zrobić i się nie narobić - czytaj "zrób mi to pan zdalnie albo wyślij serwis" ~15min

Zielone

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 122 (124)

#88771

~helenatrojanska ·
| Do ulubionych
Sytuacja bardzo dla mnie przykra. Czy piekielna - oceńcie sami.

Nie mam kontaktu z biologicznym ojcem. Moja mama od 25 lat jest w nieformalnym związku z innym mężczyzną, którego od dziecka traktowałam jak ojca.

Ojczym ma też trójkę dzieci z wcześniejszego związku, ale jego kontakty z nimi zawsze pozostawiały wiele do życzenia. Mieszkał z nami (mama, ja i młodsza siostra) i zawsze traktowaliśmy się jak rodzinę.

Na swoje dzieci płacił alimenty, ich matka mieszkała z nimi w innym mieście i prawie się nie widywali. Gdy te dzieci dorosły i skończył się obowiązek alimentacyjny, urwały z ojcem kontakt.

Dopiero niedawno (ojczym ma 65 lat, jego dzieci 40-45) przedstawiły mu nastoletnie wnuki i zaczęły go wciągać w życie "tamtej" rodziny. Ojczym przeszczęśliwy, często do nich jeździł na różne rodzinne uroczystości zawsze porządnie sypiąc pieniędzmi.

Trafił do szpitala na operację - odwiedzałyśmy go z mamą i siostrą. Z tamtej rodziny nikt się nie zjawił ani nie zadzwonił. Zaprosił ich na przyjęcie urodzinowe - nikt się nie zjawił. Na pogrzeb babci (mamy ojczyma) - nikt się nie zjawił. Gdy ciocia (siostra ojczyma) otrzymała diagnozę oznaczającą śmierć w przeciągu kilku miesięcy - nikogo z tamtej rodziny to nie obchodziło. My jeździliśmy z nią po lekarzach (ciocia nie miała dzieci), pielęgnowaliśmy w domu, towarzyszyliśmy jej cały czas w ostatnich tygodniach życia.

Babcia i ciocia zmarły w niewielkich odstępach czasu, ojczyma bardzo to podłamało. Jednocześnie odziedziczył po babci i cioci dom na wsi z dużym kawałkiem ziemi i mieszkanie w Opolu.

I to stało się wkrótce głównym tematem jego rozmów z "tamtą" rodziną. Jego dzieci miały już plany na to, jak to zagospodarować, sprzedać, wynająć, przerobić na pensjonat itd. Ojczym najpierw się wściekł, bo opłakiwał dwie bliskie osoby, a jego dzieci myślą tylko o pieniądzach. Ale oni powiedzieli, że chcą dla niego dobrze, żeby miał na emeryturę, jak się odpowiednio zainwestuje, to kapitał będzie rósł i w końcu mają do tego prawo, bo kiedyś to wszystko odziedziczą.

Wcześniej o tym nie myślałam. Ale ostatnimi czasy, zastanawiam się, czy to będzie ok? Że ludzie, którzy traktują ojczyma jak bankomat, a babcię i ciocię widzieli ledwie kilka razy w życiu, nagle wszystko odziedziczą? Mąż namawia, abyśmy z mamą i siostrą walczyły o swoje, bo bardziej jesteśmy jego rodziną niż oni. Mi jest głupio. Nie chcę się z nikim szarpać o pieniądze. Nie chcę się zachowywać, jakby zależało mi tylko na majątku ojczyma. Mama przybiera postawę "co ma być to będzie". Też nie chce wychodzić przed szereg. Ojczym milczy.

Wiem, że jeśli oni odziedziczą wszystko będziemy miały poczucie krzywdy. Z drugiej strony nie dla kasy tworzyłyśmy z nim rodzinę przez 25 lat. Z trzeciej zastanawiam się, jakby to świadczyło o podejściu ojczyma do nas, gdyby pozwolił im wszystko odziedziczyć.

Jest mi po prostu przykro.

rodzina

Skomentuj (31) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 105 (115)

#88780

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia z wczoraj. Dwie dość ruchliwe ulice, X i Y, połączone w wielu miejscach znacznie mniej ruchliwymi przecznicami.

Na przecznicy Q znajduje się podstawówka, przedszkole i liceum do którego chodzę. Od strony Y znajdują się głównie kamienice i bloki mieszkalne, później mamy liceum, które przez płot sąsiaduje z przedszkolem, jeszcze trochę kamienic, podstawówkę, mały biurowiec i ulicę X.

Większość klas u nas lekcje kończy o 14:30, więc mniej więcej wtedy z bram piekła wylewa się tłumek nastolatków zmierzających w stronę X (tam jest większość przystanków, na których wsiadamy/wysiadamy).

I dokładnie w tym momencie, z przedszkola wychodzi grupka kilkunastu maluchów, a za nimi jedna opiekunka. Rozbiegane maluchy gnają prosto na licealistów, w wyniku czego
a) część maluchów dosłownie na nich wpada
b) część z nas wycofuje się z powrotem do szkoły
c) kilka dzieciaków wybiega na ulicę, prosto pod rozpędzony samochód, bo oczywiście o barierkach odgradzających chodnik od ulicy możemy tylko pomarzyć.

Kierowca ledwo wyhamował, obyło się jedynie na strachu i kilku łzach.

A gdzie opiekunka? A opiekunka z nosem w telefonie, stojąca w drzwiach przedszkola...

szkoła

Skomentuj (2) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 54 (58)

#88781

(PW) ·
| Do ulubionych
Biurowe radio.
Pomieszczenie biurowe ok. 25 m kw. W nim 6 biurek ustawionych w dwie wyspy. Do tego szafy na dokumenty i inne graty. Jednym słowem ciasno, latem duszno. Przy biurkach sześć pań, wśród nich Biurowe Radio Piekielna Ania. Kobieta potrafiła nawijać 8 godzin. O teściowej, że ją obgaduje, o teściu, że pantofel, o bracie, że się nią wysługuje, o mężu, dzieciach... o czymkolwiek, byle w eterze nie było ciszy. Bite 8 godzin audycji na żywo o jej prywatnym życiu, o jej rodzinie. Pomijała chyba tylko kwestie pożycia z mężem, ale jedynie dlatego, że kierowniczka siedziała naprzeciwko niej i kobieta z tych konserwatywnych. Dzięki czemu reszcie pań zostało oszczędzone wysłuchiwanie pikantnych szczegółów. Nie, żeby w tym czasie nie pracowała. Podziwiałam podzielność uwagi :/

A ja, stażystka, zawalana codzienne robotą, z podejściem "jak cię widzą, tak cię piszą", starałam się ze wszystkim zdążyć (w tym czasie pani, której robotę odwalałam miała czas na kawy i plotki we wszystkich pokojach po kolei). Któregoś dnia dostałam do wprowadzenia do systemu - na już teraz natychmiast - 270 pojedynczych dokumentów. W trans wpadłam ok. 8 (po oklepaniu tychże dokumentów datownikiem). Ok. 11 skończyłam. Wtedy się wybudziłam z transu i usłyszałam za plecami takie zdanie wypowiedziane przez Anię: patrz ona znowu udaje, że nie słyszy, że o niej mówimy. I w ten sposób dowiedziałam się, że byłam tematem rozmów, chociaż byłam w tym samym pomieszczeniu, to nie słyszałam. Okazuje się, że można się wyłączyć nawet przy takiej trajkoczącej maszynce do gadania. A, żeby było weselej, w pokoju było radio węzeł, ale nie było włączane, bo zagłuszałoby Anię...

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 119 (135)

#88514

~Pedantka ·
| Do ulubionych
Piekielny współlokator.

Mam mieszkanie i zdecydowałam się wynająć jeden pokój. Chętny szybko się znalazł, jeszcze zanim zdążyłam wystawić jakiekolwiek ogłoszenie. Przeczuwałam kłopoty, ale liczyłam też na nowe doświadczenie i przede wszystkim dodatkowe pieniądze.

W tym momencie mieszkamy ze sobą już ponad pół roku i jest to osoba, której szczerze nie lubię i nie szanuję, a o to naprawdę trzeba się u mnie postarać.

Gość, którego na potrzeby tej historii nazwę Kordianem ma oczywiście swoje dobre strony. Płaci przed czasem, lubi zwierzęta, jest inteligentny i zna się na rzeczach, o których ja nie mam pojęcia.

I to by było na tyle z dobrych stron. Warto jeszcze wspomnieć, że ja naprawdę lubię porządek, nienawidzę klejącego się blatu w kuchni, obsranego kibla, błota na podłodze itp. Uważam, że to są rzeczy, które ogarnia się po sobie na bieżąco, a nie wtedy, kiedy jest "dzień sprzątania". Jak się domyślacie - Kordian tego nie robi.

Na początku starałam się być miła, ogarniałam po nim i nic nie mówiłam. Uznałam, że sam się zorientuje, że jego brudna szklanka (sprzed dwóch tygodni, z której wciąż korzystał!) nagle znalazła się w zmywarce, że napoczęty pomidor nagle leży na talerzyku w lodówce, a nie bezpośrednio na półce. To były pierdoły, ale kiedy po raz kolejny czyściłam szczotą obsrany kibel, stwierdziłam, że typ przegina. Jak wrócił z pracy, wymieniłam mu wszystkie rzeczy, które mi się nie podobają i poprosiłam, żeby je zmienił, bo jak zaznaczyłam na początku naszej umowy zależy mi bardziej na komforcie mieszkania i przyjaznej atmosferze, a nie na jego kasie z wynajmu. Kordian powiedział, że rozumie i że się postara, a ja mam mu mówić co jest nie tak. Zatem tak też zrobiłam. Jak kolejnego dnia zobaczyłam obsrany kibel i sos na ścianie, od razu mu o tym powiedziałam. A on ubrał się i wyszedł. Bez słowa. Zgłupiałam, ale stwierdziłam, że dam mu czas. Ja też nie jestem jakoś super taktowna, może się zawstydził?

Kordian wrócił po jakimś czasie, żeby ze mną "poważnie porozmawiać". On nie życzy sobie, żebym mówiła do niego takim tonem i w ogóle to przesadzam, nikt jeszcze nie umarł od brudnej toalety. Cały czas się tylko czepiam i wyładowuję na nim swoją frustrację. A to wszystko dlatego, że jestem zazdrosna, bo on zarabia więcej ode mnie! I w ogóle on sobie lepiej radzi w życiu niż ja!

I w tym momencie zaczęłam się śmiać, bo nie wiedziałam jak mam zareagować. To go tylko podjudziło do kolejnych komentarzy na temat mojego nieudanego życia i ukrywanego alkoholizmu :D
Bo wiecie on nigdy nie widział, jak piję alkohol, dlatego to jest alkoholizm ukryty! A raz na 100% wróciłam pijana wieczorem do domu, bo chichotałam - tak, wróciłam z imprezy. W tym momencie stwierdziłam, że z typem jest coś nie tak albo ma borderline, albo coś pokrewnego, ale psychiatrą nie jestem, nie będę mu stawiać diagnozy.

Pogodziłam się z tym, że nie mam w mieszkaniu tak czysto jak zawsze i starałam się nie wywoływać konfliktu. Jednakże z jego pokoju zaczęło trochę zalatywać, a mi takie zapachy przeszkadzają. Kordian od 6 miesięcy nie uprał sobie ręczników, ani nie zmienił sobie pościeli, mimo moich otwartych propozycji, że może to zrobić, zwolnię mu suszarkę. Poza tym zauważyłam, że jego żel do kąpieli jest w stanie nienaruszonym. Serio, taka sama ilość była w momencie jak się wprowadzał, zapytałam go o to, bo po pierwsze po cichu zaczęłam się bać, jaki syf może mi przynieść a po drugie ja nie owijam w bawełnę i jak coś mnie niepokoi to pytam. Okazuje się, że Kordian w ogóle nie używa kosmetyków, bo woli naturalność. Myje się samą wodą i to mu starcza. Na mój nos to mycie samą wodą nie wystarcza, a na moją wiedzę chemiczną sama woda nie zmyje zanieczyszczeń tłuszczowych. Jasne, będzie miał natłuszczoną skórę, ale czy warto odstraszać innych ludzi?

Właśnie, ludzie, to jest chyba mój największy problem z nim. Kordian jest osobą, która lubi sobie pogadać, prowadzić dyskusje, polemizować i tak dalej. Ja jestem osobą, która potrzebuje spokoju od ludzi i otwarcie mu o tym mówię, że na przykład dzisiaj chcę pobyć sama. Nie dociera. Włazi do mojej sypialni jak chce sobie pogadać, a jak próbuję go wygonić to się obraża, trzaska drzwiami i zaczyna odwalać dziwne rzeczy, na przykład wysyła mi długie wiadomości w trakcie pracy o tym, że nie wyniosłam śmieci albo zostawiłam coś na blacie, albo położyłam bluzę na kanapie, a jemu to przeszkadza tu i teraz! Co z tego, że jest w pracy, to ma być sprzątnięte jak wróci!

A jeśli powiem coś o tym, że w sumie to jest moje mieszkanie i jak mu się nie podoba, to niech spada, skutkują długim i męczącym fochem, zawiścią i głośną uwagą, że cały czas odczuwam potrzebę zaznaczenia swojego terytorium. To jest prymitywne i on mi płaci, więc to ja powinnam dopasować się do niego! W końcu on studiował psychologię przez rok, więc wie lepiej.

Najgorsze i najsmutniejsze jest to, że Kordian nie ma żadnych znajomych, nigdzie nie wychodzi, tylko praca-dom, czasem sklep na 5 minut. Pracujemy w podobnych godzinach, więc w mieszkaniu jesteśmy ciągle razem! Złapałam się na tym, że uciekam z własnego mieszkania. W weekendy jeżdżę do chłopaka lub rodziców, w tygodniu wychodzę ze znajomymi, żeby tylko nie siedzieć ze współlokatorem.

Ach zapomniałam jeszcze wspomnieć, że co miesiąc się wyprowadza, bo tak źle mu się ze mną mieszka, ale w ostatniej chwili rezygnuje, bo zaczynam pracować nad sobą i może jednak coś z tego będzie. A czasami, jak ma lepszy dzień, to jeszcze dodaje, że byłabym dobrą laską, gdybym nie była pedantką i nie wyżywała się na mężczyznach z powodu swoich niskich zarobków :D

Często czuję się jak w jakiejś toksycznej relacji związkowej. A czasem Kordian potrafi tak mną zakręcić, że już sama nie wiem czy to ja tutaj nie jestem piekielna. W końcu nigdy wcześniej nie miałam współlokatora.

Mimo wszystko Kordian wymęczył mnie psychicznie. Uważam go za toksycznego i bezczelnego człowieka, który nie umie żyć wśród innych ludzi. Pod koniec października wypowiadam mu umowę, trzymajcie kciuki, żebym go nie zabiła do tej pory.

wynajem

Skomentuj (26) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 141 (159)

#88779

(PW) ·
| Do ulubionych
Spotkaliście się kiedyś z syndromem nieomylności?

To znaczy: "ja wiem lepiej", "ja się nie mogę mylić", "co ty tam wiesz".
Syndrom nieomylności łączy się czasem z syndromem "lepszości" (wiem, wiem, nie ma takiego słowa): "mam lepszy samochód, lepiej wyposażony, bardziej markowe ciuchy, o takich markach to ty nawet nie słyszałeś, a już na pewno cię na nie nie stać, a jak tanio kupiłem, bo się dowiedziałem o promocji, widzisz sam, jak się wie to się ma..."

Syndrom taki dotyczy głównie, panów, aczkolwiek znam kilka takich pań...

Mam wrażenie, że potęguje się wraz z wiekiem :-)

No to do przykładów.
Wszystkie z poprzedniej pracy.

Zdarzyło mi się, jeszcze przed poprzednią pracą, wziąć udział w teleturnieju z wiedzy ogólnej. Odcinek wygrałam, aczkolwiek z kiepskim wynikiem (mieszkam w Anglii, na nagranie przyjechałam specjalnie do Polski).

Jakoś tak się złożyło, że parę osób, w tym T. odcinek zobaczyli na jakiś powtórkach. Większość osób zareagowała bardzo pozytywnie - gratulacje, pytania o nagrodę, o nagranie, czy i jak się uczyłam i takie tam ...

Ale nie T. Od T usłyszałam: "No całkiem ładnie, ale tak mi się wydaje, że można było jeszcze powalczyć".
Moja odpowiedź: Za tydzień eliminacje w Warszawie, jedź i mi pokaż jak się wygrywa...

Inny pan wszechwiedzący, R. zareagował inaczej. Przy każdej okazji zadawał jakieś szczegółowe pytania z różnych dziedzin nauki, które co dopiero sam sprawdził w Google i kręcił z politowaniem głową gdy niezmiennie odpowiadałam "nie wiem". Innymi słowy dowartościował się tym, że on wie coś, czego nie wie zwycięzca teleturnieju.

Świeżo po zrobieniu prawka, wiadomo, że człowiekowi parkowanie na zatłoczonym biurowym parkingu może jeszcze nie iść. I tak zdarzyło mi się parkować na dwa czy trzy zanim równo się zmieściłam w liniach. I znowu kolega T: "ja tu widzę materiał do poprawy". "A ja, kolego nie widzę twojego prawka, bo go jeszcze nie masz..."

Kupiłam nowe auto, czteroletnią corsę.
Rozmawiam z kolegą (L), a R siedzi z tyłu i słucha. Trochę się chwalę: - Podgrzewane siedzenia...
R (wcina się nieproszony) - Też mi atrakcja, ja już w poprzednim samochodzie miałem...
- Podgrzewana przednia szyba...
R: To takie gówno jak corsa ma podgrzewaną przednią szybę? Niemożliwe... Co innego moje Mitsubishi...
- Podgrzewana kierownica...
L: Tego to ci zazdroszczę, bo mi tak palce marzną w mojej vectrze...
R: Taka tam nic nie warta duperela, komu to nawet potrzebne, pewnie się nawet nie rozgrzeje w czasie podróży.
Ja: Czyli co? Akurat tego w twojej cytrynie nie ma?

Miesiąc później R zostaje przyłapany na próbie znalezienia na Wish podgrzewającej nakładki na kierownicę...

Na pewno rzuciło się Wam w oczy, że R opisał swoje auto jako Mitsubishi, a ja określiłam go Citroenem.
To był czuły punkt R.
Te modele są podobno identyczne, równią się tylko znaczkiem i paroma pierdółkami. R posiada Citroena, ale z uporem wartym lepszej sprawy twierdzi, że ma Mitsubishi. Tu R zgaszony został przez kolegę:
- Może i to jest to samo co Mitsubishi, ale jak będziesz sprzedawał, to zapłacą Ci za cytrynę...

Co w tym piekielnego:

Otóż takie osobniki nie dają się na ogół zamknąć, ani uciszyć. Pomyślcie sobie: 12 godzin przy kompie, przy wyszukiwaniu informacji na niezbyt czytelnych mikrofilmach, a tu ci taki jeden z drugim trajkoczą nad uchem... Im bardziej starasz się ignorować, tym głośniej mówią. I nie ma, że nie chcesz z nimi rozmawiać. Oni i tak będą gadać...
Nie da rady pogadać z nikim innym na tematy, które ciebie interesują, bo się wetną, zmienią temat i po pogawędce...
Że byli na takich i siakich wakacjach (a ty nie), że kupili sobie takie cuda, że telefon najnowocześniejszy, komputer to NASA się chowa...

I słuchaj tego człowieku, bo oni muszą mieć publiczność, a ty masz pecha, bo akurat koło nich cię posadzili na grafiku...

Dobrze, że projekt się skończył, i większość ludzi musiała znaleźć sobie inną robotę...

Skomentuj (19) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 130 (142)

#88772

(PW) ·
| Do ulubionych
Poczta Polska.

Ze względu na ilość piekielności, sama z jej usług już dawno nie korzystam. Natomiast mój tata potrzebował jeszcze jednego gwoździa do trumny, żeby zdecydować się na przekazywanie paczek w inne ręce.

Mianowicie, miał mi wysłać mój dyplom z uczelni. Uznał, że skoro czas nagli to najbezpieczniej wybrać opcję z Poczty Polskiej za ok. 50 zł - dostawa do rąk własnych już na drugi dzień. Okay.

W podanym przedziale godzinowym koczuję przy drzwiach, czekając na kuriera. Pozwalam sobie tylko na jedną krótką wycieczkę do toalety, ale słychać z niej dzwonek.

Czas mija, kuriera nie ma. Domofon milczy. Telefon milczy. W systemie śledzenia pojawiła się informacja, że paczka wraca do sortowni.

Pierwszy telefon na Pocztę Polską - pani widzi w systemie, że kurier nie mógł dziś dostarczyć paczki, możliwe że przez awarię samochodu. Paczka będzie jutro.

Podziękowałam, rozłączyłam się i coś mnie tknęło, że za taką cenę usługi wypadałoby złożyć reklamację.

Telefon do obsługi klienta - na hasło "reklamacja" pani się zjeżyła po drugiej stronie słuchawki i nagle okazało się, że w systemie to mają wpisane, że nikogo nie było pod wskazanym adresem. No kurka wodna...

Łaskawie zgodzili się dostarczyć paczkę na następny dzień.

Puentą jest nie stres, nie złość, nie bezsilność, nie wydanie dużej kwoty na nieadekwatną jakość usługi, ale pytanie zdziwionego kuriera:

- To pani tu mieszka? Na domofonie jest inne nazwisko.

Tak.

Na domofonie jest nazwisko osoby, od której wynajmuję mieszkanie.

Zatkało mnie na tyle, że już nie drążyłam ale chyba dobrze kombinuję, że kurier zobaczył inne nazwisko i nawet nie spróbował dostarczyć paczki?

poczta

Skomentuj (24) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 101 (101)

#88776

(PW) ·
| Do ulubionych
Kupiłam zmywarkę w znanym sklepie AGD - stara się zepsuła, więc chcąc nie chcąc, trzeba było wymienić ją na nowszy model.

Niestety, nowa zmywarka tak szybko jak ucieszyła, tak szybko też zdenerwowała. Pierwsze podłączenie, błąd poboru wody i brak chęci współpracy. Szlag człowieka trafia, bo już na dzień dobry czekaliśmy 11 dni na dostawę ze sklepu do domu. Dla osoby nienawidzącej mycia ręcznego jest to olbrzymi ból - kto tak ma, zrozumie.
Niedługo potem - zalana kuchnia, bo zmywarka mimo tego, że ogłaszała brak poboru wody, takową jednak jakimś cudem pobrała i z wielkim entuzjazmem wyrzygała z siebie na kafelki.

Zgłoszenie reklamacji pod warunkiem rękojmi zrobione po wielkich trudach.
Pani z infolinii twierdziła, że nie może to być rękojmia, ponieważ zmywarka została podłączona do wody, więc użyta. Nie była w stanie wyjaśnić, jak inaczej mieliśmy sprawdzić poprawność działania zmywarki. Według pani – samo podłączenie oznacza użycie i ona zgłoszenia rękojmi nie przyjmie. Jedynie zwykłe zgłoszenie reklamacyjne i w ciągu 14 dni rozpatrzą je albo pozytywnie albo negatywnie.
Tutaj pani przekonała mnie również, że są jednostki, które wybitnie nie nadają się do kontaktu z klientem. Sama pracuję w tej branży od siedmiu lat i nie wyobrażam sobie wzdychania, podnoszenia głosu oraz insynuacji dla klienta, że jest idiotą.
Ale każdy lubi coś innego.

Ostatecznie - po konsultacji z UOKiK (zgłupiałam trochę, onieśmieloną pewnością z jaką pani wypowiadała swoje racje) utwierdzającą mnie w przekonaniu, że jednak rękojmia musi zostać przyjęta, oraz ponownym połączeniu już z innym operatorem infolinii, reklamacja z ową rękojmią została przyjęta.
Zaznaczone w formularzu, że nie chcemy naprawy, tylko wymianę sprzętu.
Może to moje widzimisię, ale zapłaciłam za nowy sprzęt, to chcę nowy sprzęt...

5 dni po zgłoszeniu reklamacji, otrzymujemy telefon z serwisu - panowie chcą zamówić nam części do wymiany w zmywarce i przyjechać naprawić. Zajmie to około 2-3 tyg., bo części sprowadzą z zagranicy.
Dlaczego naprawa, nie rękojmia?
Bo sklep stwierdził, że minęło 14 dni od momentu zakupu, więc rękojmi oni nie uznają.

No piorun mnie strzelił.

Dla tych, co nie wiedzą - według Kodeksu Cywilnego, artykuł 568, sprzedawca jest obowiązany do rękojmi przez czas dwóch lat od momentu zakupu, jeśli jest to wada producenta.
Więc na bezczela i z pewnością siebie próbują oszukać swojego klienta i ostatecznie nie wiem, czy mają nadzieję, że się uda, czy czują się bezkarni, ale serwis szedł w zaparte że nic nie mogą zrobić innego po 14 dniach od momentu zakupu.
Pomijając fakt, że w momencie zgłoszenia było 13 dni od momentu zakupu.
Oraz, że sprzęt dostarczyli do nas zaledwie 2 dni przed zgłoszeniem reklamacji.
Pan z serwisu rozkłada ręce, bo to decyzja sklepu.

Ponowny telefon na infolinię.
Znowu pół godziny stracone przez czekanie w kolejce oraz wyjaśnianie sprawy z panem na infolinii - w odpowiedzi usłyszałam, że "dziwna sprawa".
Ostatecznie - znowu mamy czekać na telefon z serwisu.

Sprawa w toku.

reklamacja

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 103 (109)

#88774

(PW) ·
| Do ulubionych
Niemiecka obsługa klienta, odcinek nie wiem który.

Końcem września kupiliśmy bilety na wydarzenie kulturalne (teatr, opera, filharmonia). Spektakl planowo miał się odbyć w piątek, 26 listopada. Na biletach drobnym druczkiem było napisane, że są one bezzwrotne, jednak nie stanowiło to problemu, gdyż nie zamierzaliśmy rezygnować z udziału w imprezie.

Jako że od dzisiaj wprowadzono obostrzenia, które dotyczą również tego typu wydarzeń, weszłam na stronę organizatora, żeby zobaczyć, co dokładnie będzie wymagane - czy wystarczy samo szczepienie, czy wymagany jest również test, a jeśli tak, to który. Przeglądając różne zakładki, trafiłam między innymi na program, w którym ku swojemu zaskoczeniu znalazłam informację, że nasz spektakl został przeniesiony na 23 grudnia o godz. 20. Przejrzałam jeszcze skrzynkę mailową, żeby zobaczyć, czy może przeoczyłam powiadomienie o tej zmianie, ale nie, nigdzie ani śladu informacji. Tak więc dobrze, że akurat zajrzałam na stronę, bo inaczej w piątek pocałowalibyśmy klamkę.

Problem jednak polegał na tym, że 23 grudnia nie będzie nas w kraju. A nawet gdybyśmy byli, to spędzając święta w domu, dzień przed wigilią ma się wystarczająco dużo zajęć i na chodzenie do teatru czy opery nie bardzo ma się czas. Dzwonię więc do organizatora. Włącza się automatyczna sekretarka, która informuje, że w związku z obecną sytuacją, obsługa klienta pracuje w bardzo ograniczonym zakresie i proszą o telefon w innym terminie. Innych możliwości kontaktu brak. No świetnie.

Parę godzin później próbuje ponownie i tym razem sukces. Ktoś podnosi słuchawkę. Przedstawiam się i wyłuszczam problem. Zaczynam od pytania, dlaczego nie byli uprzejmi poinformować o zmianie terminu. Mają mój email, nr telefonu i adres pocztowy, więc mieli mnóstwo możliwości, żeby to zrobić.
- Ależ oczywiście, że informowaliśmy. Proszę sprawdzić skrzynkę mailową.
- Sprawdzałam, spam również i nic nie przyszło.
- Bo proszę pani, my tu mamy za dużo pracy i nie mamy czasu na takie bzdury.

Aha, czyli zmiana wersji, a do tego informowanie o zmianie terminu klientów, którzy zapłacili trzycyfrowe kwoty za bilety, pani uważa za bzdurę. Miło wiedzieć. Pytam w takim razie, co możemy zrobić z biletami, gdyż nowy termin wybitnie nam nie pasuje. Rozumiem, że bilety bezzwrotne, ale w tej sytuacji, skoro to oni zmienili warunki umowy, powinni jakoś wyjść klientom naprzeciw (jak to robią chociażby linie lotnicze). Nie oczekuję zwrotu gotówki, ale może chociaż voucher, który mogłabym wykorzystać w innym terminie lub przebukowanie biletów na inny spektakl. Pani się upiera, że nie ma opcji. Bilety są bezzwrotne i koniec, jeśli nowy termin nie pasuje, to nasz pech. Jej nie obchodzi, co robią linie lotnicze, regulamin jej instytucji stanowi inaczej. Bilety przepadają i już. Jedyne, co pani może zaproponować "w geście dobrej woli", to że wyśle nam bilety na nowy termin bez dodatkowych opłat. No to już byłby szczyt wszystkiego, żeby jeszcze pobierali dodatkowe opłaty za fakt, że sami przesunęli spektakl.

Znalezienie potencjalnego kupca na bilety nie wchodziło w grę, gdyż zostały wydane na konkretne nazwiska, a w tej chwili z powodu obostrzeń covidowych tożsamość klientów jest przy wejściu weryfikowana z dowodem osobistym. Ponieważ kwota była zbyt duża, żeby odpuścić, skorzystałam z ubezpieczenia prawnego, w ramach którego mam darmowe telefoniczne porady adwokackie. Dyżurujący adwokat potwierdził, że z prawnego punktu widzenia racja jest po mojej stronie. Jeżeli jedna strona zmienia warunki umowy, druga strona może bez ponoszenia dodatkowych kosztów od niej odstąpić. Instytucje mogą sobie pisać w regulaminach, co im się podoba, ale są to klauzule niedozwolone i jako takie nie mają żadnej mocy prawnej. Oprócz tego podał mi jeszcze paragrafy kodeksu cywilnego, na które mam się powołać.

Zadzwoniłam jeszcze raz do organizatora, odebrała ta sama pani, której powiedziałam, że po rozmowie z adwokatem pragnę poinformować, że na mocy paragrafu a b i c, i tak dalej, i czy się dogadamy, czy prawnik ma im to przysłać na piśmie. W tym momencie pani zmieniła ton i próbowała mnie przekonać, że na pewno ją źle zrozumiałam, ona nigdy nie mówiła, że bilety są bezzwrotne, tylko że nie są w stanie przebukować ich ze swojej strony na inny spektakl, ale anulować tamte bilety i odzyskać pieniądze jak najbardziej mogę, ależ oczywiście, nie ma żadnego problemu, ona już wysyła anulację i puszcza przelew.

I tak jest w większości przypadków. Bez uruchamiania prawnika, straszenia sądem, pozwami i kij wie czym jeszcze, w tym kraju nie da się wyegzekwować najprostszej rzeczy, która powinna być załatwiona "z automatu". Najpierw człowiek odbija się od ściany, dopiero po użyciu magicznego słowa "adwokat", dowiaduje się, że na pewno źle zrozumiał, a jeśli wcześniej dostał odpowiedź na piśmie, to wysłał ją "początkujący stażysta przez pomyłkę".

Monachium

Skomentuj (17) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 113 (127)

Podziel się najśmieszniejszymi historiami na
ANONIMOWE.PL

Piekielni