Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

 

#89550

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Taka kolejna historyjka z mojego bogatego życiorysu.

Na przełomie wieków mieszkałem w Budapeszcie, a z racji stanowiska posługiwałem się tzw. brązowym paszportem MSZ (oczko niżej od granatowego, dyplomatycznego).

Tanich lotów naonczas nie było, więc raz na miesiąc brykałem do kraju i rodziny pociągiem (nocny Bathory). Pewnego razu okazało się, że przy podróży do Budapesztu będzie problem, bo MAV strajkuje (ichnie PKP) i dojeżdża tylko do ostatniej stacji po niewęgierskiej stronie - Nove Zamky. A ta dla większości podróżnych niespodziewanka pojawiała się tak między czwartą, a piątą rano.

Co było robić, zasięgnąłem informacji u znajomych z ambasady i uzbrojony w wiedzę zaległem w kuszetce. Upiornym i ciemnym porankiem wysiadłem w Novych Zamkach i zacząłem realizować przewidziany program. W tym momencie zainteresował mnie wyraźnie zdezorientowany gościu koło sześćdziesiątki klnący w kilku językach i nieco bezradny. Władał angielskim, więc zaoferowałem pomoc. Należało wziąć taxi do Komarna, przepłynąć promem do Komarom (po stronie węgierskiej) i autobusem z Komarom dojechać do Budapesztu.

Zapłaciłem (silnie wygórowaną) stawkę za taryfę, dojechaliśmy na prom, a tam była kontrola graniczna. Ja przeszedłem od razu, a mój towarzysz miał jakieś problemy i został. Obiecałem mu jednak, że poczekam po drugiej stronie Dunaju. I tak też się stało. Czekałem prawie trzy godziny, ale mój podopieczny w końcu się pojawił. Wypiliśmy dość obrzydliwą kawę i zapytałem, czy moja pomoc jeszcze mu jest potrzebna. Dowiedziałem się, że nie, po czym gościu wyjął komórkę i gdzieś zadzwonił. Na moje oko mówił po gruzińsku. I potem oświadczył: "Ty się zaopiekowałeś mną, to teraz ja się zaopiekuję tobą". Opieka w sumie była mi zbędna, bo dojazd autobusem do Budapesztu nie był wielkim problemem, ale o odmowie nie było mowy. Coś tam było o honorze itp.

Nie minęło wiele czasu jak pod kafejkę nadbrzeżną podjechał Jaguar z dwoma mięśniakami w szeleszczących dresach i złotych łańcuchach wielkości krowich powstrzymywaczy. Ale nie, nie pojechaliśmy od razu do stolicy. Najpierw w restauracji odbyło się śniadanko nie do przejedzenia. Potem zostałem odstawiony z honorami do domu. A na koniec dostałem wizytówkę na której był tylko numer telefonu z komentarzem: "dzwonisz, mówisz kim jesteś i jaki masz problem. Reszta, to już nasza sprawa".

Nigdy nie skorzystałem, ale jednak warto pomagać.

transport

Skomentuj (21) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 162 (176)

#89557

przez ~Klikaelita ·
| Do ulubionych
Z góry przepraszam za literówki- staram się je wszystkie wyłapać, ale na telefonie nie jest to takie proste.

Zatrudniłam się w nowym miejscu i pracuję tu od pół roku. Nie dogaduję się z moją bezpośrednią przełożoną, a prośba o pomoc u naszego dyrektora, skończyła się konfrontacją. Dyrektor wziął jej stronę, bo, jak się dowiedziałam potem od innego pracownika spoza działu, to on ją zabrał za sobą do tej firmy i wcześniej długo ze sobą współpracowali. Nie wiem czy zmienić pracę, czy zostać jeszcze w tej, bo 6 miesięcy wygląda kiepsko w CV (wcześniej miałam pracę na 2 lata i projekt, prowadzony przez 4 miesiące oraz kilka typowo studenckich prac).

Moja kierowniczka jest pracoholiczką i to najgorszego rodzaju. Pierwszy raz jest kierownikiem, przez co prosiła mnie o uwagi nt. naszej współpracy. Zauważyłam, że dużo zadań które na mnie zrzuca jest niedokładnych i brakuje mi informacji, aby wykonać je poprawnie np. przekazała mi stare dokumenty, po czym gdy zrobiłam całość zadania, przypomniało jej się, że najważniejszy dokument był aktualizowany i powinnam ująć jeszcze jego aktualizację.

Nie dostaję też żadnego pozytywnego feedbacku, a gdy coś zrobię źle, jestem wzywana na dywanik- ostatnio wezwała mnie na dywanik, bo znalazła błąd w nazwie w 10 stronicowym piśmie.
Powiedziałam jej o moich odczuciach, a ona obiecała że to zmieni i nie sądziła że tak to negatywnie odbieram.

Nic nie uległo poprawie. Zarzuciła mi, że nie ma zaufania do mnie abym robiła poważniejsze tematy i często powierza mi zadania poniżej moich kwalifikacji. Ostatnio kazała mi posprzątać szafę z rzeczami biurowymi, bo przez ten nieład ona nie może nic w niej znaleźć. Więc przez 5 godzin robiłam za sprzątaczkę, tylko po to, aby rano zobaczyć, że poukładane przeze mnie teczki, są już rozwalone, podobnie jak kolorowe kartki. Nie wiem czy to ona, czy inna osoba, ale taki brak poszanowania mojej pracy, bardzo mnie uderzył.

Dodatkowo ostatnio specjalnie zaczęła wysyłać mi zadania na koniec dnia. Pracuję do 15, a często zadanie na cito, dostaję ok. 14, co wymusza na mnie nadgodziny. Nie szanuje też mojej przerwy obiadowej. Nie mamy w budynku kuchni, więc jem przy biurku. Wtedy potrafi do mnie przyjść i kazać na już wydrukować jej dokumenty.

Wspomniałam, że jest pracoholiczką i wymaga tego samego poświęcenia ode mnie. Jestem już z młodszego pokolenia pracowników-urodziłam się w latach 90 i staram się zachować work and life balance. Mimo to nie miałam problemu, aby zostać dłużej gdy zdarzało się to sporadycznie. Teraz, o czym wspomniałam powyżej, zadania dostaję późno i muszę je wykonać na następny dzień. Kierowniczka nie widzi w tym problemu, bo, cytując: przecież ona też siedzi i to dłużej ode mnie, czasem do domu wraca o 21, a o 6 rano już jedzie do pracy.
Kiedyś niby żartem rzuciła mi, że w pracy to ona do toalety nie chodzi, bo nie ma na to czasu i to przydatna umiejętność, bo nie marnuje czasu. Rzuciła mi to, gdy poprosiłam o przerwę w naradach, abym mogła pójść siku.

Gdy byłam na urlopie wysyłała do mnie maile i smsy na prywatny telefon, abym jej powiedziała, gdzie zapisałam jakieś dokumenty albo na jakim etapie z nimi jestem. Gdy szłam na urlop wysłałam jej maila z linkami do zapisanych, gotowych do sprawdzenia projektów oraz informację o pozostałych, gdyby klient dzwonił z zapytaniem.

Już sama nie wiem co robić, bo dostaję nerwów na telefon od kierowniczki, że mam do niej podejść.

biuro

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 120 (130)

#89556

przez (PW) ·
| Do ulubionych
O dostępności, a raczej braku opieki psychiatrycznej w Polsce.

Sytuacja ze stycznia.

Córka kuzynki, lat 12, chciała popełnić samobójstwo. To znaczy - nie wiadomo, czy na pewno chciała, czy może chciała zwrócić na siebie uwagę, ale sytuacja wyglądała tak, że jej starsza siostra znalazła list pożegnalny, a jak przeszukali pokój, to również zgromadzone trochę tabletek - zwykłe przeciwbólowe, u kuzynki nikt niczego "mocniejszego" nie zażywa, w ilości, która pewnie by najwyżej wywołała jakieś zatrucie - no ale sam fakt, że gromadziła tabletki i ten list ich mega zaniepokoił.

Co zatem robić?

Psychiatra - w trybie pilnym, na NFZ, po podejrzeniu próby samobójczej dziecka - czas oczekiwania na wizytę: 2 lata.
Psychiatra prywatny, w trybie pilnym, po błagalnych prośbach o jak najszybszą wizytę i obdzwonieniu wszystkich w mieście i okolicy - termin na czerwiec.

Nieco wcześniej udało się umówić wizytę u psychologa, z tego co pamiętam, jakoś na marzec - oczywiście też prywatnie, ale psycholog ich "odesłał" do psychiatry - że w pierwszej kolejności trzeba zdiagnozować, czy nie ma jakichś zaburzeń.

Na szczęście kuzynka, jej mąż i starsza siostra pogadali z dziewczynką, okazało się, że coś tam w szkole było, wygląda na to, że sytuacja już jest w miarę ok - ale gdyby dziecko naprawdę chciało sobie zrobić krzywdę, to przez niemal pół roku rodzina pozostawiona byłaby sama sobie. A gdyby nie było pieniędzy na wizytę (200 zł za jedną), to 2 lata. To jest absurd!

Dodam, że kuzynka z rodziną mieszka w jednym z miast wojewódzkich w Polsce. Nie chcę sobie wyobrażać, jak wygląda dostępność opieki psychiatrycznej na terenach wiejskich czy w miasteczkach.

psychiatria kryzys polska

Skomentuj (19) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 145 (155)

#89552

przez (PW) ·
| Do ulubionych
O tym jak teściowa chciała mnie otruć.

Mój mąż zawsze miał dziwne relacje z rodzicami, u nich w domu panowała jakaś dziwna dynamika rodziny. Wiecznie ktoś się obrażał, nie rozmawiał z kimś przez miesiące, ktoś zawsze musiał ustępować i fruwać wokół jak satelita.

Byliśmy razem kilka lat, byliśmy już zaręczeni. Teściowa zaprosiła na obiad i generalnie abyśmy zostali na weekend. Zgodziliśmy się, myślałam że tak jak i my są zmęczeni ciągłymi nieporozumieniami i chcą po prostu się dogadać. Pojechaliśmy w piątek, jednak miałam w tym dniu wizytę u lekarza i musiałam ze wspólnego weekendu na chwilę do niego wyskoczyć. Trochę posiedziałam w poczekalni, bo malutkie opóźnienie, ale jestem, wróciłam. Okazało się, że wszyscy już po obiedzie.

Nie szkodzi, zrobię sobie coś na szybko "aby się czepnąć czegoś".
T: Ale ja zrobiłam specjalnie dla Ciebie zupę ogórkową!
J: Oj, nie trzeba było, dziękuję (jasna cholera, moja zmora z dzieciństwa... no trudno zjem jeśli ma to pomóc w naprawie relacji). To chętnie małą miseczkę zjem.
T: Ale ja specjalnie dla Ciebie ja zrobiłam z domowych ogórków, no zjedz.
J: Zjem, to taką miseczkę poproszę

Nalała mi po rant, no dobra jem, w smaku nawet spoko. Rozpływałam się jaka pyszna, że bardzo mi miło że specjalnie dla mnie zrobiła i takie tam. (W tym czasie mąż z ojcem coś tam w garażu dłubali). Tyle, zeżarłam, wieczór minął poszliśmy spać. W nocy obudził mnie potworny ból brzucha, w ostatniej chwili zdążyłam do łazienki, nie wiedziałam jak się w niej obrócić gdyż i górą i dołem się lało. Przyszedł mój mąż, znalazł miskę, pomógł mi się trochę ogarnąć, zaparzył ziółek i noc minęła nam wspólnie w toalecie. W sensie mi, on biedny dotrzymywał towarzystwa i parzył kolejne herbatki i pilnował abym się nie odwodniła.

Rano schodzimy na śniadanie. Ja spuchnięta, mało przytomna poprosiłam tylko o herbatę, bałam się cokolwiek zjeść. I się zaczęło:
Teść: Co? Całą noc z niedźwiedziami gadałaś? Hahahaha!
Teściowa: Hahahaha! Też słyszałam! Pewnie jakieś gówno wcześniej jedliście i się zatrułaś!
Mąż: Przestańcie, prawie się w nocy wykończyła. Wcześniej jedliśmy tylko śniadanie ale to nie to bo mi nie zaszkodziło.
Ja: To chyba ta wczorajsza zupa, bo nią wymiotowałam.
Teść: Jaka zupa?
Ja: No ta co Pani Ewa ugotowała wczoraj, ogórkowa
Teściowa nagle na twarzy czerwona. Teść podchodzi do lodówki a tam ani śladu po 5l garze zupy.
Teść: Nie ma żadnej zupy
Ja: No jak? Wczoraj cały garnek był, ten duży. Na obiad była.
Teść: Przecież były wczoraj ziemniaki ze schabowym
Maż: No tak, ja też jadłem ziemniaki
No tak, spóźniłam się i nie wiedziałam co reszta jadła na obiad.
Teść: To gdzie ta zupa?
Teściowa przyparta do muru: no bo ja ją wylałam, bo była już niedobra
Ja: przecież Pani ją wczoraj ugotowała i już była niedobra? Ktoś jeszcze jadł tą zupę?
Okazało się, że tylko ja.

Co Teściowa dodała do specjalnej zupy tylko dla mnie? Nie wiem. Weekend skończył się przy śniadaniu, po prostu wstaliśmy i wyszliśmy. Z doświadczenia wiemy, że jakiekolwiek kłótnie i tłumaczenie nic by nie dały. Przy wyjściu słyszałam tylko teściową jak mówiła do teścia: "dodałam tylko trochę, bez przesady". A ja jeszcze dwa dni dochodziłam do siebie i straciłam nadzieję, że zależy im na normalnych relacjach z nami.

Teściowie

Skomentuj (20) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 183 (195)

#89497

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Historia #89490 przywołała wspomnienia z pracy w korpo.

Swego czasu pracowałam na help desku, czyli tak zwanych "słuchawkach". Mój zespół obsługiwał pewną bardzo znaną międzynarodową firmę, która swoje placówki ma dosłownie w każdym kraju na świecie. Rozwiązywaliśmy problemy tylko pracowników tej firmy i co ważne - dotyczące wyłącznie służbowych spraw, służbowych telefonów/komputerów itp itd Było to bezwzględnie przestrzegane przez nas i mieliśmy procedury, które w pierwszych sekundach rozmowy pozwalały nam upewnić się, że dzwoni pracownik tej firmy, a nie ktoś kompletnie z zewnątrz - w żaden sposób nie związany z firmą.

Żeby się do nas dodzwonić, można było zrobić to ze stacjonarnych telefonów w siedzibie i wtedy numer wewnętrzny do nas był kuriozalnie łatwy do zapamiętania (90% telefonów wykonywali Amerykanie, więc to już wiele mówi) ale był też oczywiście pełny numer "zewnętrzny" pozwalający dodzwonić się do nas będąc poza siedzibą (to były czasy przed pandemią ale już wtedy było trochę osób, które pracowały zdalnie z domu lub po prostu były w "terenie").

W teorii numery do nas nie mogły być opublikowane nigdzie na stronach dostępnych poza wewnętrzną siecią i pracownicy mieli wbijane do głów, że NIE WOLNO im rozdawać telefonu do nas rodzinie i znajomym. To oczywiście teoria, bo w praktyce oczywiście robili to.

Możecie zapytać - ale po co mieliby podać numer telefonu komuś kto nie pracuje w tej firmie? A po to, żebyśmy za darmo naprawili komuś komputer albo przynajmniej zdiagnozowali problem i podali na tacy co należy zrobić.

Wspominałam, że pracownicy tej firmy mogli pracować zdalnie z domu i korzystali z tego. Jedni zabierali do domu swój służbowy laptop, a inni łączyli się ze swojego domowego komputera zdalnie do sprzętu w biurze. I oczywiście zdarzały się problemy - komputer nie działa/nie łączy się z siecią wewnętrzną firmy/ internet nie działa. No to telefon do nas. I tutaj nie chcę się rozpisywać (bo już i tak to zrobiłam) jakie kolejne kroki trzeba było podjąć ale generalnie - jeżeli sprzęt był "nasz" to sporo mogliśmy zrobić.

Jeżeli prywatny użytkownika no to nie mogliśmy go tknąć i jedyne co to była próba diagnozy na zasadzie - proszę kliknąć i mi powiedzieć jaki komunikat wyświetla się w tym miejscu/proszę wpisać taką i taką komendę i przeczytać informację zwrotną. Byliśmy zobowiązani kontraktem pomóc "naszemu człowiekowi" w usunięciu problemu, który uniemożliwiał mu pracę ale była jednak granica. Jeśli problem leżał w jego prywatnym sprzęcie lub sieci no to musi radzić sobie sam, bo my nie wiemy jaką ma konfigurację sprzętu i oczywiście nie mamy żadnego wpływu na jego dostawcę internetu.

Dawniej nasi przełożeni przymykali oko, gdy jednak podłączaliśmy się zdalnie do prywatnych komputerów i udawało nam się skutecznie naprawić problem (o ile to nie była kwestia po prostu dostawcy internetu), więc ludzie nauczyli się - John, masz problem ze swoim kompem? To masz tu numer do takich fajnych ludzi co "wejdą" do twojego kompa i wszystko naprawią. Tylko trochę musisz zbajerować, że pracujesz tam gdzie jak ale jak trafisz na świeżaka to pewnie nie będzie dopytywać o dane tylko zrobi o co go poprosisz.

I oczywiście zaczęło się robić zbyt dużo takich telefonów, a skoro to nie był pracownik to nie dostawaliśmy pieniędzy za taką sprawę. A wiadomo jak w korpo liczą się $$$

Wyszło mi już długo, więc w osobno opiszę jedną kuriozalną dla mnie sytuację związaną z ludźmi z zewnątrz, którzy teoretycznie nie powinni do nas się dobijać a jednak to robią.

call_center korpo

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 103 (141)

#89541

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Ciąg dalszy problemów z firmą DPD i nałożoną na dodatkową fakturą z paczkę.

Więc tak, po odwołaniu się dostałem odmowę i wciąż się upierali abym zapłacił, doszły groźby windykacyjne.

Zażądałem dowodów w formie oryginalnego raportu z przeprowadzonej weryfikacji paczki wraz ze zdjęciami.
Raport wyglądał tak "paczka numer ten i ten. Niezgodność" i koniec. Zero informacji co było niezgodne, kiedy wykryto i brak zdjęć.

Poinformowałem że taki raport nic nie wprowadza do sprawy i nie jest żadnym dowodem tym bardziej bez zdjęć. Po przeczytaniu komentarzy pod poprzednim postem poinformowałem ich że zgłosili się po 2 tygodniach od dostarczenia paczki. Więc punkt w którym dawałem paczkę do nadania już pewnie nie ma nagrania z monitoringu a odbiorca wyrzucił opakowanie. Więc nie mam możliwości się bronić ale skoro i oni nie mają jakichkolwiek dowodów na moją winę to znaczy że jestem nie winny "Póki ktoś nie udowodni komuś winy to ta osoba jest niewinna".

Odwołałem się ponownie. I po około 2 tygodniach dostałem informację że przyjmują reklamację i wysłali nową fakturę z korektą na 0 zł.

Kwota była niewielka bo ok 56 zł (czyli drugie tyle co zapłaciłem za wysyłkę) Ale jak będą co piątego naciągać na dodatkowe koszty to suma jest ogromna. Więc nie ma co się bać wezwań windykacyjnych (bo póki trwa reklamacja, to nie trzeba nic płacić) i trzeba walczyć o swoje :)

DPD

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 105 (123)

#89546

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Historia na dole o psie do oddania i problemami ze zgloszeniem i chęcią jej uratowania przypomniała mi moją własną, z ostatniego lata.

Na samym początku muszę zaznaczyć że sytuacja miała miejsce w Wielkiej Brytanii.

Rok temu, koniec sierpnia, bardzo późno w nocy (pewnie około pierwszej albo drugiej nad ranem) wracałam z pracy do domu - wyszłam z dworca i szłam pieszo (co ważne) do domu.
Po drodze zobaczyłam liska skulonego na drodze, widać było że potrącony przez samochód, ale oddychał.
Nie wiedziałam co robić ale nie byłabym w stanie ze sobą żyć jakbym go tak zostawiła, wiec podniosłam go, zostawiłam w bezpiecznym miejscu na lekko ogrodzonym trawniku i poszłam do domu szukać w internecie jakiegokolwiek numeru ratunkowego dla potrąconych dzikich zwierząt.
Wzięcie go do domu nie wchodziło w grę bo mieszkam w mieszkaniu z królikiem, więc nie mogłam przynieść do domu jego naturalnego wroga.

No i się zaczęło - RSPCA nie odbierało, fox rescue też nie - oni pracują tylko w dzień (co jest dosyć zaskakujące tym bardziej ze lisy to akurat są typowo nocne przecież), zadzwoniłam do kilku organizacji - nikt nie odbiera, facet z jakiejś organizacji typowo odpowiedzialnej za dzikie zwierzęta odebrał, ale wielce był zły że go obudziłam (serio, czasami można poznać po głosie że ktoś spał) i powiedział że akurat lisami to oni się nie zajmują.

Spędziłam dobrych kilka godzin dzwoniąc w różne miejsca, aż do rana. Wtedy go też odkrył sympatyczny pan z budowy za rogiem (poszłam sprawdzić czy ciągle tam jest, czy żyje itd) i tak sobie razem dzwoniliśmy, dodzwoniliśmy się mniej więcej w tym samym czasie - on do RSPCA, a ja do Fox rescue gdzie babka była chyba przekonana że to ja tego lisa potrąciłam.

Mniej więcej tak przebiegła nasza rozmowa:

Babka (bardzo pogardliwym tonem): trzeba było go wsadzić w samochód i zabrać do nocnego weterynarza, oni muszą przyjąć zwierzęta i nie musiałabyś nic płacić.
Ja: yyy... ja nie mam samochodu
Babka: trzeba było poprosić rodzinę albo znajomych
Ja: nie mam w tym kraju rodziny i niestety nie mam znajomych do których mogę zadzwonić w środku nocy żeby zabrali mnie z dzikim lisem do weterynarza
Babka (tutaj prawie padłam): trzeba było iść i zapukać do sąsiadów i ich poprosić o pomoc
Ja: Wprowadziłam się tutaj kilka tygodni temu, nie znam żadnych sąsiadów, jeśli zacznę w środku nocy pukać obcym ludziom do drzwi z chorym lisem i prosić o podwózkę to, bądźmy szczerzy, albo zadzwonią po policje albo po pogotowie i pomoc psychiatryczną. Może jednak to organizacja specjalizująca się w pomocy LISOM powinna mieć godziny operacyjne bardziej lisom przyjazne?

Pan z budowy w czasie tej rozmowy zorganizował pomoc i przyjechali 20 minut później i zabrali, jeszcze wtedy przynajmniej, żywego lisa do weterynarza. Mam nadzieję, że wszystko z nim ok i mam do tej pory straszny problem moralny czy w tej sytuacji lepiej go było zostawić na ulicy na pewną, ale szybką śmierć, czy faktycznie próbować pomóc. Kto wie?

zagranica

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 124 (132)

#89549

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Kiedyś zajmowałam się pośrednictwem pracy.
Niektóre oferty były dość irracjonalne, żeby nie powiedzieć śmieszne.

I tak na przykład, trafiłam na ogłoszenie dla pracowników ochrony. Brzmiało mniej więcej tak:
- zatrudnimy ochroniarza za 2,5 tys. zł brutto,
- wymagana: samodzielność, znajomość pakietu Office, komunikatywność i umiejętność nawiązywania kontaktów z ludźmi, sprawność fizyczna, bardzo dobra organizacja pracy własnej, umiejętności obsługi systemów jakichś tam jeszcze, doświadczenia w pracy na podobnym stanowisku co najmniej 1 rok, znajomość języka angielskiego w stopniu średniozaawansowanym, rzetelność, odpowiedzialność.

I... uwaga - mile widziane orzeczenie o niepełnosprawności!
A szczególnie orzeczenie umiarkowane lub znaczne, o niepełnosprawności intelektualnej, chorób psychicznych, padaczki, chorób narządów wzroku, chorób układu krążenia.

Z pewnością taka osoba będzie przy tym odpowiedzialna, rzetelna, komunikatywna, jak również będzie znała język obcy i różne programy komputerowe, a przy odznaczała się sprawnością fizyczną!

I żeby nie było, owszem, może tak być. Ale chyba oczywistym jest, że tego typu choroby mogą upośledzać sprawność intelektualną, lub fizyczną.

praca uop

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 128 (134)

#89534

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Długo wyczekiwany urlop i pierwsza moja historia na portalu, po wielu latach czytania. Dla chcących bez wprowadzenia, zapraszam do drugiego akapitu.

Jestem właśnie z narzeczonym na wycieczce w północnych Włoszech. Organizowałam sama. Wybór miejsca i rezerwacja przez booking.com. Nie wszędzie są oferowane śniadania, więc trochę prowiantu w postaci zupek chińskich, konserw i pieczywa zabraliśmy ze sobą. Główny cel zaoszczędzić pieniądze, ale też czas (aktualnie 25 min pieszo do doliny do sklepu, a potem trzeba z powrotem wczołgać się na górę). Jutro mieliśmy jechać do nowej lokalizacji przy wielkiej górze, obok jeziora Garda. Jazda tam 5h, czteroma środkami komunikacji publicznej.

W planie wjazd na górę, kilka godzin chodzenia, zjazd, zwiedzanie miasteczka. Potem jedna noc i powrót 5h. Pogoda dopisuje, niestety za bardzo. Na jutro zapowiadają 37 stopni Celsjusza. Nie ma szans abym chodziła po górach w takiej temperaturze. Ze smutkiem i bólem portfela anulowaliśmy hotel. Jednak dzień trzeba jakoś zagospodarować. Postawiliśmy na Mediolan. Tam nie byliśmy, na Alpy niskie się już napatrzeliśmy, więc jedziemy się bawić.

I tutaj piekielność się pojawia. Na wstępie na moim bookingu nie mogłam nic zarezerwować, odrzucało na ostatnim etapie potwierdzenia rezerwacji. Pani na infolinii nie była w stanie mi pomóc, sprawdziła tylko, że od ich strony konto nie ma żadnych problemów. Kazała się z bankiem kontaktować. Irytujące, ale do przeżycia. Temat zarzucony, facet odpalił swój booking. Znalazł jakiś prywatny, tani pokój blisko stacji kolejowej i metra -to co nas najbardziej interesowało. Właściciel obiektu napisał na Whatsapp zapytanie kiedy się zjawimy -standard, dał dokładne instrukcje jak dotrzeć - miło, kontakt do angielskojęzycznej osoby, która nam przekaże klucze -fajnie.

I na końcu regulamin. Oprócz standardowych, nie palić, nie imprezować itp: zabrania się jedzenia wieprzowiny, picia alkoholu, chodzenia w butach (nakaz chodzenia w klapkach). Oj zjeżyło mi się wszystko, bo ktoś mi narzuca jakieś obyczaje religijne. Może jeszcze mam burkę założyć? I mnie jeszcze ukamienują bo z facetem bez ślubu będę tam nocować? Czaicie? We Włoszech nie mogę się napić lampki włoskiego wina i zjeść kanapki z włoską szynką!? No dobra, z polską konserwą turystyczną, ale ten sam poziom piekielności.

Byłam, w muzułmańskich krajach, i tam tak prawa nie "gnębiły" mnie jako turystki, jak w wyzwolonym Mediolanie. I rozumiem, że ktoś może nie chcieć czegokolwiek w swoim obiekcie. Ale nie można tak robić, dawać jakiś regulamin po potwierdzeniu rezerwacji i zapłacie, gdzie już nie można rezerwacji anulować. Zadzwoniłam do booking i zgłosiłam problem. Napisali maila do właściciela, że to nie ok. Jutro przed zameldowaniem w obiekcie mam do bookingu jeszcze zadzwonić i dowiedzieć czy jest odpowiedź właściciela obiektu.

I nie chodzi o to, że nie wytrzymam dnia bez wieprzowiny i alko. Chodzi o zasadę. Jak chcą wprowadzać regulamin, niech będzie widoczny na booking. Mam zaplanowany jutro rano posiłek i puszek nie chcę nosić więcej niż muszę. Nie chcę być zmuszana aby iść jeść na ulicę, zamiast spokojnie zjeść na balkonie czy w pokoju (szczególnie, że muszę brać leki rano po posiłku). Nie chcę być ograniczona czyjąś religią, jeżeli nie łamię prawa danego kraju.

Dodatkowa piekielność na deser: jedyny numer na infolinię bookingu (dla gościa, a nie wynajmującego obiekt) znalazłam na brytyjski numer. Co przy godzinnym załatwianiu sprawy trochę kosztowało.

zagranica

Skomentuj (54) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 130 (164)

#89537

przez ~zoix ·
| Do ulubionych
Pracuję na parkingu strzeżonym.

Generalnie podczas parkowania wśród innych pojazdów jest zasada, że jeśli drzwi auta otwierają się na maksa to stoisz zbyt szeroko. Ważne jest też ustawienie auta równo bo każde inne po nim będzie powielać krzywiznę.

Wjeżdża pan i w planach widzę ma chęć ustawienia się tyłem - spoko. Wjechał, poprawia, poprawia znowu, trzeci raz, piąty... sugeruję wjechanie przodem - obraza majestatu.
Stoi. Za szeroko. Wiem już co się za chwilę stanie i w duchu przeklinam dzień.
Baaardzo sympatycznie i delikatnie proszę by stanął trochę bliżej auta obok.

- To jak mają pasażerowie wysiąść?!
- Mogą to zrobić zanim pan zaparkuje (pomijam że miejsca jest dość a z prawej strony nikt jeszcze nie zaparkował)

Pan "poprawia" kolejne trzy razy i nie zważając na instrukcje staje tragicznie. Na moją prośbę o oględziny zaczyna się tyrada jego oraz pasażerów po czym na szczęście wszyscy odjeżdżają obrażeni.


Na parkingu mamy pracowniczego toitoia. Nie udostępniamy go gościom z uwagi na syf jaki notorycznie zostawiają (do metra wysokości wszystko osikane, ściany umazane gównem, błoto i śmieci). Najciekawsze pytania po odmowie z jego korzystania:
- ale ja tylko siku
- to gdzie mam się wysrać? (M60l)
- ale to tylko dziecko (cytując klasyka to jego gówno jest mniej gówniane niż moje?)
- to ja pod ogrodzeniem się wysikam (na pewno, a ja pod twoim domem)
- ale ja tylko zobaczyć chciałem (że co?)
Oczywiście nie można po prostu powiedzieć ludziom "nieczynny" albo wywiesić znaku (a jest i to duży). Trzeba ich niańczyć i wielce ubolewać nad sytuacją by nie narazić się na ich gniew.
Wskazanie pięknej toalety w lokalu 100m dalej lub toitoi na placu 300m dalej to za mało - oni chcą tu i teraz.

Zawsze staram się być sympatyczny, odpowiadam na pytania o drogę czy turystyczne atrakcje, doradzam gdzie dobrze i tanio zjeść i która opłata za parkowanie jest najbardziej korzystna.

Niestety dla niektórych to za mało.

Parking strzeżony wylęgarnia buców.

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 142 (160)

Podziel się najśmieszniejszymi historiami na
ANONIMOWE.PL

Piekielni