Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

 

#87934

(PW) ·
| Do ulubionych
Bardzo wcześnie rano na moich oczach facet potknął się i przewrócił - dość widowiskowo. Niestety, oprócz wątpliwej efektowności upadek miał też niewątpliwie nieprzyjemne skutki dla gościa, bo zanim doszłam do niego (dzieliło nas jakieś 50-60 metrów), nie podniósł się z chodnika, ale zdążył zrobić się różowofioletowy na twarzy i zaczął jęczeć z bólu. Oceniłam sytuację w trymiga - facet przytomny, trzeźwy, kontaktuje, noga puchnie od podudzia do kostki, gość ma czucie w stopie, ale próba poruszenia palcami albo całą stopą boli go tak, że kwiczy, ból zdecydowanie ocenia na 10. Dzwonię pod 112.

Pierwsze starcie - operatorka każe mi jednoznacznie określić, czy mam pewność, że facet złamał nogę. Mówię kobiecie, że nie mam rentgena w oczach, ale wszystko na to wskazuje, włącznie z tym, że w ciągu kilku minut kończyna napuchła tak, że nie jestem w stanie odsłonić stawów, bo dotyk i podciąganie spodni za bardzo faceta bolą (jako, że natura obdarzyła mnie wyjątkowo kapryśnym mięśniem brzuchatym i niejeden raz miałam ostrą przeczulicę urazową, to wiedziałam już po pierwszej próbie, żeby nie zmuszać go do tego tego na siłę).

Najwyraźniej odpowiedź pani nie zadowoliła, bo zapytała, czy jestem pewna, że ten facet potrzebuje przyjazdu karetki - zupełnie jakbym na sam koniec mówienia jej, że gość cierpi miała powiedzieć "wie pani co, jednak nie, poradzi sobie sam, dziękuję za przyjemną rozmowę, miłego dnia". Ale byłam pewna, więc zostałam przełączona do dyspozytorni pogotowia.

Odczekałam swoje i kolejnej kobiecie powtarzam to samo - facet się przewrócił, gwałtowny, znaczny, bolesny obrzęk nogi obejmujący kolano i kostkę, gość ewidentnie cierpi, przytomny, trzeźwy, nie daje się dotknąć z bólu.

Usłyszałam, że skoro nie ma otwartego złamania, to nie ma zagrożenia życia i karetka nie przyjedzie.

Tu już mi nerwy zaczęły puszczać, bo sterczałam przy facecie dobry kwadrans, nie było nawet 6 rano, zimno, a gość na pierwszy rzut oka potrzebuje kogoś, kto go bezpiecznie zawiezie na urazówkę. Warknęłam do telefonu, że jestem ciekawa, jak dyspozytorka wyobraża sobie inną pomoc w takiej sytuacji - mam wezwać taksówkę albo sama zawieźć faceta na SOR, albo IŚĆ I ZNALEŹĆ JAKIEGOŚ SĄSIADA...

Wyplułam z siebie - jadowitym i ciężkim tonem - że to, co ona proponuje, czyli amatorski transport człowieka z oczywistym poważnym urazem nogi stoi w sprzeczności z podstawowymi założeniami traumatologii i nawet najgłupszy chirurg nie będzie miał wątpliwości, że facet potrzebuje profesjonalnego zabezpieczenia w drodze do szpitala, a nie kuśtykania do taksówki. Dodatkowo - może nie jestem drobną dziewuszką, ale gość na oko ważył o połowę więcej niż ja, czyli był zdecydowanie poza moją ligą udźwigową.

[Dyspozytorka] Pani jest opryskliwa i agresywna, proszę przestać odzywać się do mnie w taki sposób! Proszę nie rzucać słowami, których znaczenia nawet pani nie zna!
[Ja] A pani jest ewidentnie niekompetentna i opóźnia udzielenie poszkodowanemu pomocy, jeszcze dzisiaj zapis tej rozmowy trafi do każdej możliwej instytucji kontrolnej, dobrze, że to wszystko nagrywam!

Kobieta wyraźnie spuściła z tonu:
- Jest pandemia, karetki jeżdżą do naprawdę pilnych przypadków, ratować ludziom życie, a pani nawet nie wie, co dokładnie się stało...

[Ja] Wiem dość, żeby stwierdzić, że ten człowiek potrzebuje natychmiastowej pomocy fachowców. Może pani wysłać ratowników z deską ortopedyczną albo udowadniać mediom i przełożonym, że telepatycznie sprawdziła pani, że naprawdę nie było takiej potrzeby, a jeśli transport na własną rękę spowoduje jakieś komplikacje w leczeniu, to dodatkowo tłumaczyć się sądowi.

Stanęło na tym, że karetka jednak została wysłana - ale z olbrzymim fochem pouczono mnie o tym, że jeśli okaże się, że jest zbędna, to będę musiała zapłacić grzywnę.

W międzyczasie facet zdołał zadzwonić do żony i powiedzieć jej, że się przewrócił, że złamał nogę, że nie może wstać, że ja dzwonię po pogotowie i żeby do nas przyszła. Zanim pojawiła się ona albo kareta z dyskoteką, noga spuchła mu tak, że nogawka była napięta jak balon. Stwierdziłam, że nie ma na co czekać, wyłowiłam z torebki nożyczki do paznokci i wyjaśniłam gostkowi, że nie widzę innego wyjścia, że zostawienie nogi w za ciasnym ubraniu jest groźniejsze niż przypadkowe przesunięcie jej o kilka centymetrów, owszem, będzie go bardzo bolało, póki nie skończę, ale potem od razu poczuje ulgę - i zabrałam się za rozcinanie mu portek.

Byłam mniej więcej w połowie nogawki, kiedy pojawiła się jego żona i zaczęła piłować na mnie japę, że co ja wyrabiam, czy ja mam pojęcie, ile te spodnie kosztowały, po co ja mu niszczę ubrania - BĘDĘ ODDAWAĆ PIENIĄDZE. Gdyby ten mężczyzna jej błyskawicznie nie uspokoił, to nie wiem, czy nie skończyłoby się rękoczynami. Na szczęście przeszło jej zupełnie, kiedy zobaczyła stan jego nogi i nie protestowała, kiedy zabrałam się za rozcinanie sznurówek i niszczenie buta, żeby uwolnić stopę.

Na ratowników jeszcze trochę poczekaliśmy i dobrze, bo przynajmniej spadła mi adrenalina po kłótniach. Przyjechali, załadowali gościa na deskę, słowem nie zająknęli się, że wezwani niepotrzebnie, za to potwierdzili, że owszem, w takim stanie facet nie powinien być wożony taryfami, bo sprawa jest paskudna już na pierwszy rzut oka ("Wie pani, wytyczne chirurgów i innych lekarzy to niby są, ale jakbyśmy mieli jeździć do każdego przypadku z takich wytycznych, od ortopedów, pediatrów, nawet okulistów, to by nas musiało być kilka razy więcej w tym kraju, więc nas nie wysyłają, pani swoje wie, że trzeba profesjonalnego transportu i ma pani rację, ale nas po prostu jest za mało...") i zabrali delikwenta na urazówkę, a ja - wreszcie - poszłam w swoją stronę, myśląc o tym, że chce człowiek dobrze, próbuje pomóc, a musi straszyć sądem i mało w ryj nie dostanie, bo spodnie były drogie...

Skomentuj (26) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 152 (158)

#87930

~TakaFrancuskaX ·
| Do ulubionych
O służbie zdrowia w dwóch aktach...
Moja mama przez 10 ostatnich lat mieszkała w Szkocji, pracując na zobowiązania pozostałe po upadłym biznesie. Od wielu lat choruje na cukrzycę, która zaatakowała jej oczy. Nie jestem medykiem, ale generalnie chodzi o jakąś plamkę, która jak się rozleje to mama będzie niewidoma. Żeby temu zapobiec podaje się pacjentowi co 2 miesiące zastrzyki do oka. One nie leczą, ale wstrzymują rozwój choroby. Bywały okresy lepsze i gorsze, ale generalnie zastrzyki są skuteczne, dzięki temu moja mama jeszcze widzi. Bierze te zastrzyki od około 8 lat. Koszt 1 to około 1800 zł (potrzeba 2, po 1 na oko) W UK są normalnie refundowane.

Akt 1. Mama wraca do Polski, ma nadzieję, że już na stałe. Idzie do kliniki okulistycznej, aby zobaczyć czy może kontynuować leczenie. Niestety nie jest to możliwe w Polsce, te zastrzyki nie są refundowane. Czasami można się załapać na unijny program, ale to tylko 2 rocznie przysługują.

W poczekalni mama spotyka młodego chłopaka, z tym samym schorzeniem, który potrzebuje tych samych zastrzyków. Rodziny nie stać na wydanie 3600 co dwa miesiące. Składając się udaje im się kupić 1 co pół roku. W efekcie młody chłopak na 1 oko nie widzi. Na drugie jeszcze widzi, ale coraz słabiej, bo lek powinno się przyjmować co 2 miesiące.

I co w tym piekielnego? Ano ten lek, brany regularnie i przy wcześnie zdiagnozowanym schorzeniu pozwoliłby chłopakowi normalnie żyć, funkcjonować, rozwijać się, pracować i płacić podatki. Jednakże przez brak dostępu do nowych i skutecznych metod leczenia powikłań cukrzycy, państwo skazuje młodego człowieka na rentę. Tu już nawet nie chodzi o moją mamę, która ma lat 61, więc już pracować nie będzie. Ale o tego młodego człowieka, który mógłby żyć normalnie. A tak jedynie głodowa renta mu zostanie.

Akt 2. W badaniu moczu wyszło ponad 2,2k jednostek cukru. Norma to brak cukru w moczu. Pomimo moich i ojca ostrzeżeń, że do doktora [Z] się nie chodzi.. bo to cham prostak i ogólnie konował, mama właśnie do niego chodzi jako lekarza pierwszego kontaktu. Lekarz jest naprawdę bezczelny, pacjenta ma w dupie, a jak się za chwilę okaże, jest także konowałem i prawo wykonywania zawodu znalazł chyba w chipsach.

Doktor [Z] skierował mamę na dodatkowe padania. Krew i usg nerek. Badania wyszły w zasadzie porwanie, żadnych zmian. Wszystko w normie. Dr [Z] ogląda wyniki...
[Z] No proszę Pani, tu będzie transplantacja nerki.
[M] Ale jak to Panie Doktorze ? Przecież na wynikach pisze, że wszystko w normie... tylko ten cukier w moczu
[Z] Bo widzi pani.. tak to już jest... Jak pani kupuje stary samochód, to też się pani wydaje, że jest porządku, a dopiero w środku okazuje się ze stary grat. Pani musi mieć jak najszybciej przeszczepione nerki.

Mama cała zestresowana, ale stwierdziła, że pójdzie jeszcze skonsultować się z innym lekarzem. Tym razem trafiła się jakaś młoda lekarka. Która najpierw odesłała mamę do domu po wszystkie leki jakie zażywa, bo bez tego ona nie będzie w stanie poprawnie zdiagnozować. Obejrzała te leki...
[L] No tak... Pani bierze Lek X na cukrzycę. To lek "nowej generacji". On reguluje poziom cukru we krwi wydalając jego nadmiar z moczem ....

Chyba nie muszę komentować dalej...

słuzba_zdrowia lekarze

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 150 (162)

#87932

(PW) ·
| Do ulubionych
Jako, że tematem aktualnie gorącym jest stan naszej "służby zdrowia" mała piekielność, która mnie osobiście spotkała. Miałem mieć operację neurochirurgiczną, czekam w kolejce pięć lat, w zeszłym roku z powodu wybuchu pandemii przełożona na ten rok, w tym roku odłożona na jak to określono na czas po Covidzie. Rozumiem, że jest ciężko, ale rozwalił mnie komentarz ordynatora: "Panie Ratman idź pan na rentę jak normalny Polak, a nie pan dupę zawracasz, że chcesz pan dociągnąć do emerytury pracując". Normalnie brakło mi słów.

słuzba_zdrowia

Skomentuj Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 145 (151)

#87931

~cito ·
| Do ulubionych
Kuzynka rozstała się z chłopakiem i wróciła do domu rodzinnego. Od razu zaczęła poszukiwania pracy. Natrafiła na ogłoszenie z pobliskiego baru z pizzą, kebabem itp. Wysłała CV, zadzwonili, poszła na rozmowę. Wszystko ładnie, pięknie, aż przyszło do podpisania umowy.

Kuzynka czyta, a tam kwota wynagrodzenia o 300 złotych niższa niż ta ustalona podczas rozmowy kwalifikacyjnej. Mówi o tym właścicielce, a ta zaczyna (niemal płacząc przy tym) opowiadać, że lockdown, że ciężka sytuacja, że tylko na wynos, obroty mniejsze. Kuzynka na to, że ok, ale dlaczego nie powiedziała tego podczas rozmowy kwalifikacyjnej, tylko podała wyższą kwotę wynagrodzenia. "Grażyna biznesu" odpowiedziała z rozbrajającą szczerością: "No bo gdybym podała prawdziwą kwotę to by Pani nie przyszła do pracy..."

Kuzynka i tak nie przyszła. Potem się zastanawiała, czy dobrze zrobiła, bo czasy są jakie są. Wujek powiedział jej, że jeśli chcieli ją "wydymać" zanim na dobrą sprawę zaczęła pracować, to aż strach pomyśleć co by było dalej. Dodał, że z głodu nie pozwolą jej z ciocią umrzeć, i że jak ma dorabiać u jakichś cwaniaków to lepiej niech siedzi w domu i szuka czegoś lepszego.
Ogłoszenie podobno nadal "wisi".

grażyna gastronomii

Skomentuj (2) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 157 (163)

#87927

(PW) ·
| Do ulubionych
Trzecia fala się rozkręciła, a więc markety budowlane zamknięte...
No nie do końca, bo sprzedaż internetowa hula, aż miło. Wydawanie towaru pod sklepem na bieżąco, a jak ktoś wie czego potrzebuje, to też kupi. I nie mnie oceniać, czy to decyzja dobra, czy zła.
Obsługa wygląda tak, że w drzwiach jest okno informacyjne i klienci przy nim składają ewentualne reklamacje, zwroty i zamówienia. I przychodzi klient, facet na oko koło 40 lat. I próbuje się władować z całym biurkiem do środka, nie reaguje na prośby koleżanki, dopiero wizja wezwania ochrony zatrzymuje go w miejscu. Na pytanie co takiego pilnego potrzebuje, odpowiada ,że musi koniecznie wejść na sklep - teraz, zaraz. No dobrze, ale co potrzeba? A no w sumie to nic, chciał sobie kolory pooglądać, bo przydałoby mu się pomalować kuchnię...

market budowlany

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 114 (130)

#87929

(PW) ·
| Do ulubionych
Mam nieco podobną historię co Marljena, w temacie przywłaszczania windy.

Mam psa, staruszka, który ma problemy ze stawami, w związku z czym absolutnie nie może chodzić po schodach. Waży niecałe 40 kilogramów, więc nie jestem w stanie nosić go 3 razy dziennie w tą i z powrotem na czwarte piętro. Pozostaje jedyna opcja - winda.

Niestety, przeszkadza to sąsiadce z siódmego piętra, właścicielce kota. Wystosowała do mnie żądanie, by z psem hopsać po schodach, gdyż jej kot wyczuwa zapach psa w windzie i nie chce nią jeździć ze stresu. Odparłam, że winda jest dla wszystkich mieszkańców i nie widzę powodu, dla którego miałabym jej nie używać, z psem czy bez.

- Więc pani nie interesuje, że biedny kotek się stresuje i że mamy z nim problem?!
- No nie, szczerze mówiąc. Wszyscy mają prawo korzystać z windy.
- Ale my tu zamieszkaliśmy pierwsi, mamy więc większe prawo!

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 188 (196)

#87928

(PW) ·
| Do ulubionych
Sytuacja sprzed kilku lat.

Na skrzynki mailowe wszystkich liceów w mieście wpływa informacja, że w jednym z nich została podłożona bomba. Ewakuacja rozpoczęta, ewakuowano w sumie 6 szkół. Na miejscu wszystkie służby - straż pożarna, policja, saperzy, pogotowie. Budynki ogrodzone, utworzone bezpieczne strefy na wypadek faktycznego wybuchu.

Przyjeżdża telewizja.

I Pan reporter wpada na pomysł, żeby nakręcić reportaż w środku ewakuowanego budynku. Próbuje sforsować taśmę policyjną kilka razy, ale za każdym razem zostaje zawrócony przez służby. I nie dociera, że może być niebezpieczeństwo. Zaczyna się awantura najpierw ze strażakami, później z policją. W pewnym momencie wyrwał się blokującemu go policjantowi i wbiegł do budynku prosto na policyjnego sapera, który akurat wynosił jakiś pakunek. Na szczęście to nie była bomba.

A pan reporter skończył w policyjnym areszcie.

Skomentuj (1) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 153 (161)

#87879

(PW) ·
| Do ulubionych
Drodzy Piekielni.

Nie jest to historia na plusowanie czy minusowanie, chciałem Wam tylko zostawić wiadomość.

Jak wiadomo - większość ludzi to idioci.
Jak również wiadomo - większość ludzi uważa, że większość ludzi to idioci.

Niemniej jednak czytając Wasze historie, mam wrażenie, że większość z Was to ostatni bastion zdrowego rozsądku społeczeństwa.

Czytam historie o rodzinie, która nie akceptuje tego, że chłopak związał się z kobietą z dzieckiem - "a co ich to obchodzi?"

Czytam historię o pasażerach, którym motorniczy zamyka drzwi przed nosem - no cóż, ja jak jadę bądź przechodzę obok autobusu/tramwaju to przytrzymam drzwi jak widzę, że ktoś biegnie.

Czytam historie o roszczeniowych ludziach, którzy za darmo wezmą, ale tylko z dostawą pod dom i pocałunkiem w d***.

To jest niesamowite, jak społeczeństwo głupieje z roku na rok. Zapewne większość z Was również tak uważa. Na marginesie, jeżeli nie oglądaliście filmu "Idiokracja", to polecam. Miała to być komedia...

Swoją droga, ciekaw jestem co by wyszły, gdyby oddzielić takich pustaków od istot rozumnych. Naprawdę mam już dość oglądania śmieci pozostawionych przed altaną śmietnikową, źle posegregowanych śmieci (papier w szkle itp) czy kup po psach pozostawionych na trawniku. Nawet jakimś murem. Oddzielić się od takich pasożytów i niechlujów jak najmocniej.

Na koniec życzę Wam siły, aby zaakceptować to, czego zmienić nie możecie. Odwagi, aby zmienić to, co zmienić możecie. No i oczywiście mądrości, aby odróżnić jedno od drugiego.

Pozdrawiam Was serdecznie!

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 182 (238)

#87925

(PW) ·
| Do ulubionych
Zostało mi 10 minut przerwy w pracy. Akurat siedziałam z koleżanką przy stole i kończyłyśmy posiłek.

Koleżanka ma dość trudny charakter i sposób bycia, jest też dość emocjonalna i nerwowa. W radzeniu sobie z codziennym stresem pomagają jej filmiki na youtubie, które są w sumie do tego przeznaczone. Dla nie obeznanych: czyszczenie dywanów, sprzątanie domu, usuwanie zaskórników ze skóry, ASMR itp. Są to filmiki mające miliony wyświetleń, a oglądanie ich daje jakąś taką dziwną satysfakcję ;)

Koleżanka spojrzała na zegarek i powiedziała, że w sumie dla spokoju obejrzałaby sobie właśnie taki filmik teraz, ale on ma 15 minut a za 10 musimy być już gotowe do pracy. Zasugerowałam obejrzenie kawałka filmiku, ale NIE! bo to nie będzie to samo i jeśli ona nie obejrzy do końca to ją zestresuje jeszcze bardziej!

No cóż, nie mi to oceniać co tam jej w głowie siedzi, ważne że jest dobrym pracownikiem. Ale dialog który nastąpił wtedy, trochę mnie wbił w ziemię.

Ja: może po prostu obejrzyj z podwójną prędkością?
K: jak to z podwójną?
Ja: no włącz filmik i niech się odtwarza dwa razy szybciej? Pokażę Ci gdzie, jeśli nie znasz tej funkcji.
K: bardzo śmieszne, przecież to nie znaczy że filmik będzie trwał krócej?
Ja: No nie, ale jego oglądanie już tak, a zobaczysz go do końca, tak jak chciałaś.
K: Bardzo śmieszne! Nie wkręcaj mnie, jeśli filmik trwa 15 minut, to jego obejrzenie trwa 15 minut!
Ja: No tak, ale jeśli sobie przyśpieszysz dwukrotnie..
K: przestań proszę Cię, po prostu przestań!

W tym momencie zabrakło mi argumentów, minęły kolejne minuty w czasie których koleżanka mogła już dawno ten filmik zacząć oglądać. Zamiast tego podniosła głos, wstała, szybkim krokiem oddaliła się od stolika, a oczy pozostałych osób na sali wbiły się we mnie.


Dowiedziałam się potem, że jestem bardzo słabym żartownisiem i na szczęście ona się nie dała mi wkręcić.

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 141 (165)

#87922

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia https://piekielni.pl/87902 przypomniała mi, jak kupowałem mojego pierwszego smartfona - coś koło roku 2014.

Telefon kupiłem na Allegro. Przesyłka pocztą do pracy.

Minął tydzień, ani telefonu ani awizo. Proszę sprzedającego o numer przesyłki. Według trackingu paczka leży sobie w urzędzie pocztowym X.

Pojechałem więc. Odstałem swoje, mówię pani w okienku, że mam informację, że czeka na mnie przesyłka nadana na adres Piekielna 666, podaję numer przesyłki. Na co pani:

- A co ta przesyłka robi u nas? Przecież Piekielną obsługuje poczta Y. Od nas listonosz nawet awizo nie nosi na Piekielną.
- A skąd ja mam to wiedzieć co ona robi u was?
- A faktycznie. Skąd pan ma to wiedzieć. To dobrze że pan przyszedł, bo by wróciła do nadawcy.

poczta

Skomentuj (3) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 102 (106)

Podziel się najśmieszniejszymi historiami na
ANONIMOWE.PL

Piekielni