Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

 

#86652

(PW) ·
| Do ulubionych
Piekielność systemu? Prawa? A może po prostu ludzi? Nie wiem oceńcie sami.

Znajomi jakieś 5 lat temu adoptowali 4-letniego chłopca. Chłopiec ten, jak zresztą większość dzieci obecne zakwalifikowanych do adopcji, został matce zabrany w czasie kolejnej libacji alkoholowej (ojciec oczywiście nieznany). Wyobraźcie sobie 4-latka, który ledwo, co chodzi i nie mówi. Dzieciak przeszedł przez piekło. Znajomi przez kolejne piekło, próbując naprawić psychikę dziecka. Ciągła rehabilitacja (mały miał problemy z prawidłowym napięciem mięśniowym) i wizyty u psychologa przyniosły rezultaty. Jasiek już tylko niewiele odstaje od swoich rówieśników.

Zapytacie, czy to ta piekiełka historia? Odpowiedź brzmi nie – to tylko wprowadzenie.

Kilka dni temu, znajoma znalazła Jaśka na facebooku. I nie, to nie było konto dziecka, o którym ona nie wiedziała. To były stare zdjęcia jeszcze sprzed adopcji umieszczone na jednej z grup dotyczących zaginionych dzieci. Oczywiście pod spodem opis jak to biedna matka szuka swojego zaginionego syna. No i cała masa wspierających komentarzy i sporo udostępnień.

I tu zaczyna się największa piekielność. Dla tych, co nie wiedzą – po adopcji dziecko dostaje nowy akt urodzenia i nowy numer pesel. Wszystkie stare dane zostają utajnione i nikt nie ma do nich dostępu. Jedyny wyjątek to adoptowane dziecko po skończeniu 18 roku życia, (jeśli chciałoby szukać rodziny biologicznej).
Znajoma zgłaszała post na facebooku – oczywiście post nie narusza standardów.
Do adminów grupy nie pisze z obawy przed przekazaniem jej danych matce biologicznej.
Ośrodek adopcyjny i dyrektorka domu dziecka umywają ręce – tzn. nie wiedzą, co zrobić i odsyłają na policję.
A na policji zaproponowali, aby znajoma złożyła sprawę cywilną, ale wtedy zarówno jej dane jak i dane dziecka trafią do akt i pozna je matka biologiczna.

Znajoma jest załamana i nie wie, co zrobić. Boi się, że ktoś zobaczy ją i Jaśka, napisze do tamtej kobiety, a ona zacznie ich nachodzić, lub spróbuje odebrać siłą jej syna. Dodatkowo znajoma boi się o psychikę dziecka. Chłopiec wie, że urodziła go inna mama, która niestety nie mogła się nim zająć. Boi się, co pomyśli dziecko na wieść, że pierwsza mama go szuka. Czy będzie chciał do niej wrócić? A co jeśli będzie miał pretensje, że obecna mama nie powiedziała mu, że ta pierwsza go szukała?
Jednym słowem, sytuacja jest patowa. Tym bardziej, że nie wiadomo, z jakich powodów biologiczna matka szuka dziecka. Czy faktycznie, weszła na dobrą drogę i chce naprawić wcześniejsze zaniedbania? A może szuka dodatkowego „źródła” dochodu.

Jednak niezależnie od powodów postępowanie matki biologicznej jest wbrew prawu – została pozbawiona praw rodzicielskich nie bez powodu. W sądzie nikt jej nie udostępni nowych danych dziecka. Ale grup na facebooku nikt nie kontroluje.

[EDIT]
Po zgłoszeniu sprawy z nowo utworzonego konta (wraz z informacją dlaczego z nowo utworzonego), admini zdjęli post z grupy. Teraz znajoma martwi się, czy na innych grupach niebiologiczna matka nie spróbuje. Albo jeśli się faktycznie zmieniła i jest mocno zdeterminowana to czy nie spróbuje inaczej.

Adopcja MatkaBiologiczna Facebook Policja

Skomentuj (17) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 111 (115)
Witajcie, czytałam wiele lat i zauważyłam, że da się na Piekielnych dostać poradę. Otóż z powodu obecnie panującego stanu epidemii siedzę w rodzinnym domu z mamą i trzema psami. Na co dzień mieszkam w innym mieście, ale jako, że szefostwo zarządziło pracę zdalną, obie pracujemy w tej samej firmie tylko w innych oddziałach, w dodatku nasze stanowiska są powiązane, spakowałam walizki i dawaj do domku. Zawsze to raźniej. Tylko, że tak było tylko na początku. Teraz mam ochotę rzucić to wszystko i wracać do siebie.

Otóż odkąd siedzę w domu, moja mama potrafi tylko narzekać i wymagać. Obie pracujemy tyle samo godzin, mamy podobne obowiązki, nasze służbowe laptopy stoją naprzeciw siebie w salonie gdzie siedzimy większość dnia. Więc dlaczego to ja MUSZĘ wstać dzień w dzień o 6, nakarmić psy, wyjść z nimi, potem zrobić kawę, śniadanie. Jak mama wstaje to zaloguje się na system i wychodzi na godzinę na taras na fajkę w między czasie rzucając mi teksty typu "taraz trzeba zamieść, pranie zrobić, łazienkę umyć, zupę bym dziś zjadła". Sama odkąd jestem tylko raz w tygodniu sprząta kuchnię klnąc na mnie że takiej prostej rzeczy nie potrafię. Resztę pomieszczeń i odkurzanie oczywiście na mojej głowie. Dołóżmy do tego obiad gotowany codziennie, wychodzenie z psami, karmienie ich i jazdę na rowerze do sklepu albo do paczkomatu bo mama znów coś zamówiła. Jej samochód stoi trzeci miesiąc z garażu i nie ma mowy żeby się ruszyła. Jak bardzo trzeba po coś jechać samochodem to przeciąga sprawę do weekendu kiedy ojciec wraca z pracy w innym mieście.

Jest jeszcze jedna kwestia a mianowicie psy, kocham je, owszem, ale nigdy nie spędzałam z nimi dużo czasu, zostały wzięte że schronisk/fundacji kiedy ja byłam jeszcze na studiach w innym mieście. Psy mają problemy, i ktoś mógłby pomyśleć, że mając je 8-9 lat moi rodzice coś z tym zrobią ale nie. Największy był kiedyś głodzony i teraz ma obsesję na punkcie jedzenia, ma nadwagę, rzuca się innym psom do misek, ludziom do talerzy, raz mnie ugryzł bo chciałam drugiemu psu dać kawałek jabłka. Ale jako, że pies najstarszy i generalnie stary to wolno mu wszystko, bo "on się już i tak nie nauczy".

Drugim problemem jest suka, najmniejsza że wszystkich, średnia wiekiem (nie mamy stuprocentowej pewności ile lat mają psy). Otóż ma ona ataki paniki, niegdyś reagowała tylko na fajerwerki i wielkie burze, teraz zaczyna się trząść i ślinić na nieco większy wiary i z każdym rokiem tylko ten stan się pogarsza. Rodzice a zwłaszcza mama ignoruje moje rady o psim behawioryście, tabletkach na uspokojenie i tym podobnych bo " jak nie wieje to przecież sunia jest jak aniołek". Tylko że pogodę w Polsce mamy ostatnio dość wietrzną i burzową co za tym idzie suka szaleje prawie codziennie, zwłaszcza w nocy. I tutaj kolejny geniusz mojej mamy, ona się musi wyspać bo ma rano do pracy więc ja mam nie spać i czuwać żeby suka nic nie zniszczyła/ nie zbliżała się w swoim szale do mamy 8 innych psów i tak jest od trzech miesięcy. W weekendy ojciec lituje się nade mną i sam przejmuję wartę w razie potrzeby, ale przecież on też musi kiedyś wypocząć. Mama problemu oczywiście nie widzi.
I te sytuację odbijają się na mojej pracy, ledwo się wyrabiam bo ciągle coś trzeba zrobić, chodzę niewyspana, a moja mama tylko się oburza, że się obijam i ona jakoś się wyrabia. Poradźcie co robić jeśli ktoś był w podobnej sytuacji. Jak dotrzeć do rodzicielki aby zrozumiała, że nie mogę robić wszystkiego sama.

PS Zanim przyjechałam, wiem, że mama była sama póki tata i czasem ja nie przyjeżdżaliśmy na weekendy, tylko, że wtedy dom był sprzątany w sobotę, a nie jak teraz co drugi dzień i nie robiła rzeczy typu umycie tarasu, wyplewienie ogródka, umycie auta i tym podobne, bo sama nie dałaby rady. Ja według niej jako osoba młoda (a mam na karku ponad 3 dyszki) nie powinnam mieć problemu robić to sama. Najbardziej mi szkoda psów, bo przestała w ogóle zwracać na nie uwagi, nieważne czy mają co jeść, czy jest woda w misce. Dopiero jak wieczorem idzie spać to na moment je poprzytula i tyle.

Wybaczcie za nieco chaotyczne wyznanie, ale zwyczajnie nie daję już rady.

PS 2 Zapomniałam dodać w historii, że pomysł z moją chwilową przeprowadzką to był wspólny pomysł moich rodziców. I tak ze względu na pracę widywałam się z mamą często, na zebraniach w jej oddziale. Jak zaczęły się obostrzenia to sami stwierdzili że zamiast jeździć co tydzień lepiej i wygodniej będzie jak z nimi zamieszkam. Dodam że oprócz opłacania swojego lokum, dokładam się do rachunków tutaj, jeżdżę na zakupy. Nie jestem darmozjadem, zwłaszcza, że w domu rodzinnym nadal mam swój pokój w którym jest sporo moich rzeczy, więc to nie tak, że łażę za mamą krok w krok czy coś.

Skomentuj (37) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 98 (116)

#86609

(PW) ·
| Do ulubionych
Nakazy zasłaniania nosa i ust, oraz dezynfekcji rąk i używania rękawiczek w sklepach są już od jakiegoś czasu. I jak widzę ludzie mają tego dość. Maseczki noszą żeby nie dostać mandatu, a dezynfekcja i rękawiczki to jakaś kpina...

Bywam ostatnio w 3 sklepach, Kaufland, Biedronka i Brico (mała Castorama na czerwono). W spożywczych podobna sytuacja. Ludzie w sporej części olewają zakaz. "Brudnymi" rękami nakładają warzywa, owoce czy pieczywo. W Biedronce czasami brakuje rękawiczek, to dają woreczki z oznaczeniami, że to niby na ręce. Obsługa ma wszystko w d... i nikt niczym się nie przejmuje...

Tylko w Brico przy wejściu zawsze siedzi ktoś kto liczy ludzi i nakazuje dezynfekować ręce... Co więcej zwykle trafia mi się ten sam "Sierżant Idealista", który karze zdejmować własne rękawiczki i dezynfekować ręce. Potrafi ganiać ludzi po sklepie i ściągać do punktu dezynfekcji.

I sam już nie wiem. Nawet gdy nie ma pandemii nakładanie pieczywa gołymi rękami uchodzi za nieeleganckie i nietaktowne, a znowu na składzie remontowo-budowlanym środki wydaja mi się grubo przesadzone...

covid w mieście

Skomentuj (16) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 67 (77)

#86582

~Paula1226 ·
| Do ulubionych
Mam piekielnego kuzyna, który uwielbia się czepiać wszystkiego. Wszyscy mają wszystko gorsze od niego, tylko on ma wszystko idealne.
Zarówno on jak i ja mamy auta, wiadomo nic nadzwyczajnego. Pewnego razu, podwoziłam go gdzieś, I mój kuzyn zaczął oto taką rozmowę:
- Nie wiem Paula, gdzie miałaś głowę kupując to auto...
- Dlaczego?
- Nie dość, że przepłaciłaś, to jeszcze takie wybrałaś. Jakbyś ze mną pojechała, to kupiłabyś auto jak marzenie i w jakimś fajnym kolorze, a nie złapałaś pierwszy lepszy i w dodatku 'czorny'.
- Dziękuję Kamil, kupiłam takie auto jakie mi się podobało, mnie nie przeszkadza, że auto jest 'czorne'. Dla mnie ważne jest to, że działa bez zarzutu.

Po chwili jazdy, mój piekielny kuzyn zaczął wymyślać, że coś się dzieje z moim autem.
- Tłucze ci się coś z tyłu, to łożyska będą. Na bank łożyska albo zawieszenie.
Po czym za chwilę, znów zaczął, że mi auto za głośno pracuje, na pewno coś z silnikiem.
Po dojechaniu na miejsce, obszedł auto w około i pokazując mi ślady użytkowania typu rysy. Kurcze, samochód nie wygląda jakby nim ktoś po krzakach jeździł, ale wiadomo że auto z 2009 roku ma swoją historię i nie będzie idealny bez żadnych śladów.

Ale mimo wszystko, postanowiłam oddać auto do mechanika, żeby sprawdził mi czy wszystko jest w porządku. Zwłaszcza, że zbliżał mi się przegląd i zależało mi na tym aby auto przeszło. Mechanik nie znalazł nic, zwłaszcza, że kilka istotnych rzeczy jeszcze przed zakupieniem auta przeze mnie było wymienione. Zapewnił mnie, że auto na 100% przejdzie przegląd. Co więcej to co się tłukło z tyłu, była to źle założona półka w bagażniku. Co na to mój piekielny kuzyn?
- Pff... do niego auto dałaś na sprawdzenie? Przecież on to się nie zna na robocie. Mi przy wykręcaniu 'czegoś' (nie pamiętam nazwy dokładnie) urwał śruby. Na pewno auto Ci nie przejdzie przeglądu.
Nadszedł dzień przeglądu. Auto jak najbardziej przegląd przeszedł.
Mój kuzyn, wzruszył tylko ramionami twierdząc, że: "no to chyba dobrze, że Ci przeszedł nie?" już nawet tego nie komentowałam.
Mój kuzyn, ma samochód w pięknym, jasnym kolorze. Ale co z tego? W aucie wymieniał sprzęgło, tarcze hamulcowe, rozrząd (kupił bez zrobionego), a na sam koniec, w trakcie jazdy skrzynia biegów odmówiła posłuszeństwa... Więc czy nie lepiej kupić auto droższe ale dobrze utrzymane niż dokładać?

Co więcej, zgadnijcie kto mu wszystko naprawiał? Tak, ten sam mechanik, który mi sprawdzał samochód i o którym mój kuzyn wypowiadał się nie pochlebnie. Na moje pytanie dlaczego zaprowadził do 'dziadowskiego' mechanika, mój Piekielny kuzyn stwierdził, że przecież on nic takiego nie mówił a zresztą, nie będzie jeździł za mechanikami gdzieś daleko, gdzie skasują go dwa razy tyle...
Nie rozumiem takiego podejścia do życia. Czy to przemawia przez niego zazdrość, czy chłopak jest nie dowartościowany?

Piekielny kuzyn

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 116 (144)

#86635

(PW) ·
| Do ulubionych
Świeża historia opowiedziana przez kolegę i zamieszczona za jego zgodą.

Po poluzowaniu obostrzeń i względnym uspokojeniu sytuacji na rynku dóbr i usług, kolega otworzył na nowo swój biznes. Szukał osoby do pracy na recepcji, bo poprzednia odeszła, a zaraz potem wybuchła pandemia.

Wymagania na to stanowisko praktycznie zerowe, praca prosta i bezstresowa, bo i firma mała. Przyszła Karyna. Wprawdzie nie tak się nazywała, ale to imię ją dobrze opisuje i tak ją nazwał kolega.

Szpachla na twarzy aż się kruszy, różowe włosy, tipsy tak na oko 3 centymetry długości i we wszystkich kolorach tęczy, kolczyk w nosie, a ubrana jakby spod latarni właśnie wyszła. No, ale mówią, że nie wolno oceniać ludzi po wyglądzie, więc kolega zadaje kilka standardowych pytań.

W CV stało tak:
Wykształcenie - liceum, ale bez matury.
Wiek - 21 lat.
Doświadczenie - modelka na instagramie.
Umiejętności - modeling i fotografia.

Niewiele to koledze mówiło, oprócz tego, że Karyna robi sobie zdjęcia, wrzuca je na insta i z jakiegoś powodu nazywa to pracą, więc pyta:
- Gdzie pani wcześniej pracowała?
- Zajmowałam się modelingiem na instagramie.
- Dlaczego chce pani u nas pracować?
- Tata mi kazał poszukać normalnej pracy, w której będą mi płacić.
Tu mała dygresja - kolega stwierdził w rozmowie ze mną, że ta odpowiedź podobała mu się bardziej niż te wszystkie bzdety o rozwoju osobistym i samorealizacji poprzez siedzenie na recepcji albo pakowanie paczek w magazynie, które słyszy na ogół od kandydatów.
- Rozumiem - mówi kolega - a jakie ma pani umiejętności?
- Jestem modelką na instagramie.
- Pytałem, co pani potrafi robić.
- Potrafię fotografować i obrabiać zdjęcia, ale mogę robić wszystko i szybko się uczę.
- Czy oprócz zawodu modelki na instagramie wykonywała pani jakąś inną pracę? Odbyła pani jakieś praktyki, staż?
- Nie.

Praca na recepcji, zwłaszcza w niewielkiej firmie jak u kolegi, nie jest jakaś bardzo skomplikowana. Mimo takiej a nie innej aparycji i totalnego oderwania od rzeczywistości, kolega nie chciał jej skreślać. Mówił mi: "A nuż dziewczyna się ogarnie, porobi trochę, pozna jak praca wygląda, złapie kontakt z rzeczywistością, potem pójdzie do jakiejś większej firmy, rozwinie się zawodowo i wyjdzie na ludzi." No więc kolega pyta:
- Jakie są pani oczekiwania finansowe?
Karyna na to:
- 6000 zł na rękę na początek byłoby ok.

Kolega mówił, że w duchu pękał ze śmiechu, ale zachował profesjonalizm i nawet nie pytając skąd wzięła taką kwotę, powiedział słynne:
- Zadzwonimy do pani.

Mówił mi, że jak nie będzie lepszych kandydatów, to zadzwoni do niej, zaproponuje jej realną stawkę, a jak się zgodzi to ją zatrudni.

praca karyna

Skomentuj (47) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 132 (226)

#67105

(PW) ·
| Do ulubionych
Pracuję nad nową szatą graficzną pewnej strony internetowej. Klient kilka dni temu zażyczył sobie kolorystykę w odcieniach szarości, czerni i bieli. Prostą, czytelną, trochę futurystyczną.
Bardzo proszę - klient każe, grafik musi, zrobiłam.

Dostałam właśnie maila:
"Witam. Wszystko jest w porządku, ale chciałbym jeszcze, żeby nagłówek miał taki ładny kolor letniej ciszy przed burzą. Pozdrawiam."

Może to pytanie będzie mało kobiece, ale... jaki to jest kolor?

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 110 (126)

#73623

Konto usunięte ·
| Do ulubionych
Historia nie tyle piekielna, co dosyć śmieszna.

Niedawno zamówiłem pokaźną ilość magnesów neodymowych, z racji kosztów poprosiłem o wysłanie poczną polską.
Dla tych co nie wiedzą, magnesy neodymowe to jedne z najmocniejszych znanych ludzkości magnesów stałych. Spodziewałem się, że hurtownia jakoś zabezpieczy, albo chociaż oznaczy paczkę, ale zamiast tego przy odbiorze nasłuchałem się opowieści, jak od poczty, po dostawczak przesyłka sprawiała problemy.

Listonosz przyznał, że nie miał takiej schizy z przesyłką od roku, a siłował się dobre 5 minut zanim odczepił paczkę od drzwi pojazdu.
:)

magnesy neodymowe poczta

Skomentuj (3) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 130 (146)

#86616

~JackTheDaniels ·
| Do ulubionych
Zainspirowany kilkoma ostatnimi historiami o psach, chciałem dodać coś od siebie.

Mój ojciec zapragnął kiedyś przygarnąć psa. Nikt w domu oprócz niego nie był zachwycony tym pomysłem, mama pracowała i zajmowała się domem i ostatnie, czego potrzebowała to kolejny obowiązek na głowie, ja od kiedy ugryzł mnie pies babci panicznie się ich bałem i omijałem szerokim łukiem, a siostra wtedy jakieś 6 lat. Ojciec skamlał, że będzie się zajmował pieskiem, w końcu przekabacił mamę, bo miał problemy ze zdrowiem i lekarz zalecał spacery, do których ojciec bez psa nie miał motywacji.

Wzięliśmy takiego burka ze schroniska. Siostra w ryk, bo ojciec naobiecywał jej pudelka czy inną puchatą przytulankę, aby wstawiła się za pomysłem u mamy. Ja na początku schodziłem psu z drogi, ale całe szczęście był łagodny i z czasem polubiliśmy się.

Oczywiście, skończyło się tak jak przewidywałem, po pewnym czasie ojciec marudził, że chodzi do pracy i nie ma czasu rano wychodzić z psem. Spadło to na mnie. Po południu też psa wyprowadzałem ja, chyba, że miałem dłużej lekcje to przychodziła babcia i zabierała go na spacer razem ze swoim psem. Wieczorem ojciec był zbyt zmęczony po pracy i wychodził może na 5 min, więc mama się zlitowała i przejęła wieczorne spacery.

Ojciec wychodził z psem dosłownie raz w tygodniu, w niedzielę rano, gadał o tym kilka dni, jak to sobie z naszym burkiem pójdzie na długi spacer. Wracał mniej więcej po wypaleniu dwóch papierosów pod blokiem. Nawet jak w sobotę czy niedzielę po południu szliśmy całą rodziną na spacer to ojciec się wyłamywał, jeszcze dodając, że w końcu chce mieć od
nas trochę spokoju.

Pies dożył u nas spokojnej starości i nie żałuję, że go mieliśmy, ale nie wiem , jak można być tak nieodpowiedzialnym jak mój ojciec i w wieku ponad 40 lat zachować się jak dziecko.

psy

Skomentuj Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 105 (117)

#86644

(PW) ·
| Do ulubionych
Pod historią użytkowniczki @paniczniebojesieciemnosci wspomniałam, że miałam podobne doświadczenia z moją przyjaciółką (teraz już byłą). W sumie dalej się wściekam, ale już bardziej "na zimno", więc spróbuję nakreślić sytuację.

Jak już niektórzy użytkownicy zdążyli zauważyć, mieszkamy z mężem w Anglii i m.in. pracujemy z końmi. Przez ostatnie 5 lat współpracowaliśmy z moją przyjaciółką(P), która prowadzi szkołę jazdy konnej i organizuje pokazy jeździeckie.
Mieliśmy wzloty i upadki, ale ogólnie była to współpraca oparta na wzajemnym szacunku i zrozumieniu. Uzupełnialiśmy się.

Jakiś rok temu ówczesny właściciel posesji, na której znajdowała się stajnia wynajmowana przez P, wypowiedział jej umowę najmu. Przeżyliśmy kilka nerwowych tygodni, ale jakimś dziwnym trafem P znalazła inwestora, dzięki któremu zdołała wynająć nową stajnię i to w dosyć snobistycznym otoczeniu. Ośrodek stał się korpostajnią, z działem kadr, księgowością i innymi bajerami. Jednocześnie zaproponowała mojemu mężowi pracę, a także all inclusive dla naszych koni. Ja w dalszym ciągu pracowałam z nią jako "wolny strzelec". Sielsko, anielsko, luz, blues, w niebie same dziury.

Aż jakieś 2-3 miesiące temu zaczęło się robić...dziwnie. Zatrudnione zostały dwie dodatkowe dziewczyny, które miały podobne zakresy obowiązków co mój mąż. Po jakimś czasie mąż zauważył, że jego lista obowiązków zaczęła się znacząco wydłużać, przy niezmienionych godzinach pracy i pensji oraz P zaczęła mieć uwagi co do jego pracy. Nie jest on ideałem, ale swoje obowiązki wykonywał sumiennie oraz ma trzydziestoletnie doświadczenie w prowadzeniu takich ośrodków. Zatrudnione panienki, jak je widziałam, to głównie siedziały i chichotały z P, spełniając głównie funkcję wielbicielek. Zaczęliśmy więc zwracać baczniejszą uwagę na to co się dzieje w stajni. Mieliśmy takie nieodparte wrażenie, że zaczęliśmy P przeszkadzać.

Po czym spadła bomba. P zaprosiła mnie i męża na rozmowę z nią i inwestorem. Niespecjalnie wiedzieliśmy o co chodzi, ale najpierw inwestor zaczął nas objeżdżać o próbę zdyskredytowania ośrodka (what???), po czym P oskarżyła moją drugą połowę o niedopełnienie obowiązków, m.in. o znaczące błędy w karmieniu. Zarzuty kompletnie niepoparte niczym konkretnym. Niestety tu popełniłam błąd, gdyż w świętym oburzeniu stanowczo zwróciłam jej uwagę, że jako menadżer całego przybytku, to ona ustaliła dawki żywieniowe, które wiszą jak byk, na tablicy w paszarni i sama je kontrolowała np. nie pozwoliła zwiększyć dawek zwierzętom, które tego potrzebowały, gdyż "żarcie i siano kosztuje".
W skrócie - P chciała oczernić nas przed swoim "dojnym krowem" i zwalić na mojego męża, swoją niekompetencję.

Od tamtej chwili stałam się persona non grata i wykluczono mnie z dalszego życia ośrodka. W związku z tym zdecydowaliśmy się zabrać nasze konie, żebym po prostu nie musiała tam bywać. P odebrała to bardzo ambicjonalnie i zdecydowała się w tym momencie "renegocjować" kontrakt mojego męża, czyt. obniżyć mu godziny. Mąż stwierdził, że nie będzie się tak bawił i złożył wypowiedzenie.

Zostało to odebrane źle. Na tyle źle, że tydzień temu spadła kolejna bomba, mianowicie P zdecydowała się wstrzymać mężowi zaległą pensję. Niestety nasze wiadomości do działu kadr były ignorowane, a połączenia odrzucane, więc zdecydowaliśmy się wystosować do nich oficjalne pismo, że jeżeli do następnego tygodnia sytuacja z pensją nie zostanie rozwiązana, to przekazujemy sprawę do HMRC (urząd od podatków i innych takich) oraz do związku zawodowego groomów. Nagle w trybie ekspress, tego samego dnia pieniądze znalazły się na naszym koncie, dostaliśmy też wiadomość od księgowej. Jako powód tego całego bajzlu podano to, że rzekomo nie posprzątaliśmy po sobie odchodząc (bzdura na kiju) i ona nam przecież wysłała wcześniej maila z zasadami zdania boksów (kolejna bzdura).

Na obecną chwilę mąż czeka na papierkologię, ostatnią część wypłaty i wypłatę nadgodzin, a kontakt z kadrami i księgową znowu się urwał. Coś czuję, że będzie wesoło.

P.S. Właśnie dostaliśmy wiadomość, że odejmują mężowi £30 od ostatniej części wypłaty za rzekomy "bajzel, który zostawiliśmy". Nie potrafią jednak wyjaśnić na czym oparli tą "wycenę". Nie mają też na to dowodów.

P.S.2. Z dobrych rzeczy: Jak to się mówi, P właśnie "ch** strzelił", gdyż nasz nowy sąsiad (ten z historii o dziwnym sąsiedzie), otworzył dla naszych koni swoją prywatną stajnię :D

c.d.n.

zagranica

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 83 (89)

#86638

(PW) ·
| Do ulubionych
Dawno, dawno temu, kiedy dzieci jeszcze chodziły do szkoły...

No dobra, kilka miesięcy temu Młoda tuż po wyjściu ze szkoły zadzwoniła do mnie z płaczem. Z nieskładnej opowieści, gęsto przerywanej pochlipywaniem wywnioskowałam, że na WF-ie zdarzył się wypadek i teraz bardzo ją boli ręka. No cóż, zanim dojechała do domu, zdążyłam już zadzwonić do poradni (chciałam umówić ją do lekarza), gdzie uzyskałam informację, że z czymś takim to od razu do Poradni Chirurgicznej, bo roentgen jest tutaj niezbędny.

Młoda wróciła ze szkoły, więc pojechałyśmy, a ja wysłuchałam całej historii tego nieszczęsnego wypadku. Otóż na WF-ie grali w piłkę, a raczej bardziej wygłupiali się w pogoni za piłką, Młoda biegła, ktoś ją podciął, przewróciła się, ktoś jeszcze się przewrócił na nią, obok przebiegał chłopiec, który w tym całym zamieszaniu nadepnął jej na rękę - nie miała jak jej cofnąć, mimo, że go widziała. Ręka (dłoń) spuchnięta i obolała, a rozpacz Młodej miała swoje źródło nie tyle w bólu, co w fakcie, że: "ale ja mam dzisiaj trening!!!". No nie, kochanie, nie masz dzisiaj żadnego treningu, a z następnymi to zobaczymy, co będzie...

Teraz piszę o tym już bez emocji, ale wtedy naprawdę byłam przejęta i zdenerwowana, dlatego też ledwie zarejestrowałam fakt, że Młoda dała mi jakieś druczki z informacją: "To ze szkoły, jak będziemy u lekarza, to ma to wypełnić". Wcisnęłam świstki do torebki (mam tam taki specjalny zeszyt na przechowywanie "papierków"), siedząc potem w poczekalni przejrzałam je pobieżnie. Aha, zwolnienie ze szkoły i zwolnienie z części lub całości zajęć WF-u. Dobra, zobaczymy co wykaże prześwietlenie i co powie lekarz.

Po odczekaniu w kolejce wyszłyśmy z Poradni Chirurgicznej w dobrych humorach - Młoda ma chyba kości ze stali, bo to nie pierwszy przypadek, kiedy powinna mieć coś złamane albo pęknięte (jednego z tych wydarzeń byłam świadkiem, jako pięciolatka wsadziła palce między drzwi i futrynę i zamknęła te drzwi...), ale jak zwykle - kości całe, nie naruszone, po prostu silne stłuczenie, okładać Altacetem. Jedyny minus tej sytuacji - tego dnia nie poszła na trening.

Tak, wiem, wszyscy się zastanawiają gdzie tutaj piekielność? Ano już mówię - otóż w tych nieszczęsnych druczkach ze szkoły. Dzisiaj właśnie robiłam gruntowne porządki w torebce i dopiero teraz je dokładnie przestudiowałam. Jeden był zwolnieniem ze szkoły na skutek odniesionej kontuzji, drugi zwolnieniem z zajęć WF-u. Oba zawierały sformułowanie (cytuję): "...na skutek wypadku, do którego doszło POZA TERENEM SZKOŁY" (podkreślenie Caps Lockiem moje).

No nie. Do jasnej cholery, nie! Bo nie dość, że na terenie szkoły, to jeszcze w dodatku na lekcji, pod opieką nauczyciela! Żeby nie było niejasności - nie mam pretensji o sam wypadek. To są dzieci i to był WF, przedmiot raczej mocno osadzony w aktywności fizycznej i na pewno nie wyobrażam sobie, że np. dzieci stoją w kółeczku i grzecznie rzucają do siebie piłką... "Dobry" WF to taki, gdzie dzieciaki m.in. wariują, szaleją, zmęczą się i ja rozumiem, że jakiś drobny wypadek może się zdarzyć. Ale wciskanie zestresowanemu rodzicowi druczku, że do wypadku doszło "poza terenem szkoły" uważam po prostu za chamstwo. Albo cwaniactwo - bo może nie zauważy, da do wypisania lekarzowi i już mamy problem z głowy.

Najbardziej wkurza mnie to, że teraz już nic z tym nie mogę zrobić. Żaden z tych druczków nie był mi potrzebny, ani zwolnienie ze szkoły, ani zwolnienie z WF-u, a teraz, po takim czasie, dochodzenie tego, dlaczego dostałam świstki o takim, anie innym brzmieniu, byłoby po prostu niepoważne.

P.S. Dopuszczałam opcję, że była to po prostu pomyłka, ale druczki były dwa - jeden dał jej pan od WF-u, drugi wychowawczyni. Jedna osoba mogła się pomylić, ale dwie?

szkoła

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 132 (140)

Podziel się najśmieszniejszymi historiami na
ANONIMOWE.PL

Piekielni