Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

 

#86799

(PW) ·
| Do ulubionych
Jestem operatorem koparki, tak słowem wstępu...

Obecnie pracujemy w miejscowości X na mazurach. Droga wąska częściowo prowadzi przez mały "lasek". Budowa oznaczona że są roboty drogowe i ograniczenia. Powiem wam, że nigdy nie spotkałem tylu agresywnych i piekielnych kierowców co tutaj. Są to w większości kierowcy z Warszawy/Gdańska i innych dużych (i mniejszych) miast których to mieszkańcy przyjeżdżają na wypoczynek.

Poniżej postaram się opisać typy tych "kierowców" :

1. Z drogi śledzie! - zazwyczaj jest to tylko kierowca lub cała wesoła rodzinka który dojeżdżając do budowy już z daleka gestykuluje jaki jest zadowolony z tego powodu. Dochodzi do tego mruganie światłami bądź trąbienie. Ostatnio przejeżdżając podszedł do nas kierowca samochodu z wielkim żalem że: Naszym zas***** obowiązkiem jest go puścić.

2. Śpieszy mi się! - tych kierowców jest najmniej (najczęściej kurierzy) ale zdarzają się i tacy, mimo wyżej wspomnianych oznaczeń o robotach i ograniczeniach prędkości Ci kierowcy lekceważą sobie owe ograniczenia i gnają jak opętani swoimi pojazdami, często mieszcząc się na styk między drzewami a sprzętem, nie wspominając nawet o ludziach którzy pracują poza sprzętem.

3. Może się zmieszczę! - ostatni typ jednak najbardziej upierdliwy. Kierowcy którzy próbują się przecisnąć przy drzewach czy nawet w luźniejszym miejscu przy sprzęcie w momencie gdy jest on "w ruchu".

Dla porównania, kierowcy z tej miejscowości czy okolicy potrafią się zatrzymać i poczekać minutę czy dwie do momentu swobodnego przejazdu.

Apel do tychże kierowców:

Dojeżdżając do takich robót, zwolnijcie, zachowajcie szczególną ostrożność bo nie wiecie co operator ma w planach i czy was widzi (w przeciwieństwie do was nie mamy takiego pola widzenia) czy pracownik fizyczny nie wyjdzie wam przed maskę bo was nie zauważy. A jeżeli jest taka potrzeba zatrzymajcie się i wytrzymajcie minutę czy dwie, przez ten czas nie zajmą wam miejsca na parkingu czy plaży. Koparka nie jest mega stabilna więc przeciskając się na styk możecie uszkodzić sobie samochód. Darujcie sobie mruganie i trąbienie bo go też nic nie da.

Miało być krótko ale niestety nie wyszło. Wszystkich którzy doczytali do końca pozdrawiam i życzę miłego dnia!

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 85 (103)

#86742

(PW) ·
| Do ulubionych
Ostrzegam przed internetową drogerią Horex, jeśli nie chcecie zostać oszukani tak jak ja.

Tytułem wstępu : Jestem włosomaniaczką - moja czupryna to dla mnie świętość, i z wielką radością testuję coraz to kolejne kosmetyki do jej upiększenia - a mam jeszcze większego bzika na jej punkcie od dnia napaści, opisanej jakiś czas temu wstecz (niewiele brakowało abym skończyła z łysym wygolonym plackiem na głowie, bo chirurg chciał mi zafundować strzyżenie w ramach szycia).

13.06.2020 złożyłam dość spore zamówienie i opłaciłam je z góry. Minął weekend, żadnej wiadomości od InPostu o wyruszeniu przesyłki w drogę na moje lube Pustki Cisowskie...

Po e-mailowym dopytaniu o moje zamówienie w dniu 17.06.2020 dowiedziałam się, że paczki będą nadawane od 22.06 ze względu na "awarię systemu".

Jak łatwo się domyślić, 22.06 także głucho i cicho na temat przesyłki. Telefon podany na stronie drogerii był wyłączony, poczta głosowa pełna.
Po przedyskutowaniu tematu z przyjaciółką postanowiłam przegrzebać facebookową stronę tego przybytku.

Co się okazało? Niektóre Panie czekają na swoje zamówienia od maja (tu już puściłam wiąchę godną parobka).

Udało mi się dzisiaj dodzwonić do tego bajzlu.
Dziewczę w słuchawce na pytanie o zwrot pieniędzy bądź wysłanie przesyłki nie jest w stanie określić logicznego terminu. Według niej mogę otrzymać pieniądze nawet za miesiąc.

Jak kiedyś pisałam - wcuurwiona Hermiona jest gorsza od wszelkich plag egipskich.

Kwota jest za poważna aby puścić to płazem.
Jeszcze dziś będę składać na komisariacie zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa (286 k.k)

Skomentuj (19) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 85 (99)

#86820

(PW) ·
| Do ulubionych
Paczka wysłana z paczkomatu 15.05.

26.05 telefon z firmy obsługującej paczkomat - paczka zaginęła, trzeba złożyć reklamację.

28.05 reklamacja przyjęta do realizacji przez formularz reklamacyjny. Załączone wszelkie wymagane informacje.

25.06 mail o tym, że nie mają wymaganych dokumentów, które muszę uzupełnić i które w większości były załączone do pierwszego formularza (no może poza szczegółem, że w formularzu wpisało się nr konta w odpowiednim miejscu, a na maila należało odesłać skan pisma z nr konta i własnoręcznym podpisem).
A w wymaganiach było m.in. "prosimy o dosłanie skanu rozmowy (jakikolwiek dokument, skan zamówienia )w której ustalone są szczegóły wartości i zawartości przesyłki oraz koszt nadania" czyli, np. muszę im udowodnić, ile im zapłaciłam.

2.07 wysłany przeze mnie mail z załącznikami i informacja, że daje im jeszcze 7 dni na to, żeby pieniądze znalazły się na moim koncie, inaczej sprawa zostanie skierowana do UOKiK.

7.07 mail od firmy obsługującej paczkomaty, w którym oni dają mi 7 dni na wysłanie uzupełnienia dokumentacji, której rzekomo nie dostali, w przeciwnym razie reklamacja zostanie odrzucona.

Czekam jeszcze 2 dni i wybieram się do UOKiK.
Ciąg dalszy zapewne nastąpi.

kurierzy

Skomentuj (5) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 50 (60)

#86825

(PW) ·
| Do ulubionych
Poczta, kochana poczta...

W skrzynce znalazłem (szok i niedowierzanie!) awizo. Spojrzałem, że na mnie, wsadziłem w kieszeń i na drugi dzień podreptałem do oddziału pocztowego.
Kolejka na pół godziny stania, jedno okienko czynne a w nim ONA - mistrzyni powolnej obsługi klienta. Kusi mnie wrócić kiedy indziej, jak będzie kto inny - ale jak już jestem to postoję.
Po niecałej pół godzinie jestem pierwszy w kolejce, macam się po kieszeniach - awiza brak. Musiało gdzieś wylecieć. No ale mam dowód, mam adres, co za problem.
No i okazuje się, że jest problem, bo pani przesyłki ani na moje nazwisko ani na mój adres nie ma w systemie. A jak nie ma w systemie to znaczy, że nie ma. A jak nie ma to nie wyda.
Wkurzony idę do domu, patrzę - leży sobie na trawniku pod blokiem moje awizo. No to drepczę z powrotem.
Tym razem kolejka na jedyne 15 minut. Daję pani awizo.
"A, to trzeba było mówić że nierejestrowana" - oznajmia pani, po czym odwraca się i z szuflady za sobą wyciąga moją przesyłkę.

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 71 (75)

#86817

~wielorodzinna ·
| Do ulubionych
Pochodzę z rodziny wielodzietnej, czasy jeszcze sprzed 500+ i innych dodatków. Po prostu mama chciała mieć dużą rodzinę, a ucierpieliśmy na tym wszyscy.

W domu była nas 7. Rodzice dobrze zarabiali i było ich stać nas utrzymać. Nie zmienia to faktu, że przy takiej ilości dzieci, trzeba było któreś poświęcić, aby zająć się młodszymi.
Pomiędzy mną, a moim najmłodszym bratem jest 18 lat różnicy. Mógłby być moim dzieckiem. Przez rok musiałam go niańczyć, a potem uciekłam na studia i już nie wróciłam.
Kontakt utrzymuję obecnie tylko z młodszą od siebie o 1,5 roku siostrą, która była ofiarą zachcianki matki o dużej rodzinie, tak samo jak ja. Dlatego, gdy też poszła na studia, zamieszkałyśmy razem i tak żyłyśmy niezależne od rodziców. Ludzie dziwili się, że nawet na święta nie przyjeżdżamy, ale my ich nienawidziłyśmy za zniszczenie naszego dzieciństwa.

Gdy koleżanki szły na urodziny, jechały na kolonie, my zostawałyśmy w domu, bo trzeba pomóc w opiece nad rodzeństwem. Zamiast chodzić na pierwsze randki, chodziłam z wózkiem. Czas na hobby? Moim było rysownie, które szybko się skończyło, bo młodsze dzieciaki zainteresowały się kredkami. U nas nie mogło być zamykanych pokoi, bo przecież nie można się izolować. I tak moje rysunki zostały zniszczone, kredki (które dostałam na urodziny od jednej z cioć, dość drogie wtedy) połamane. I oczywiście nieśmiertelne - podziel się, co ci to zaszkodzi, to twoje rodzeństwo.
Gdy inni wyprowadzali psy, albo mieli inne zwierzęta, moimi zwierzętami było rodzeństwo. Ja o psie, kocie, czy nawet rybkach mogłam pomarzyć, chociaż dałabym się za możliwość posiadania któregoś pokroić.

Czasem było tak, że wracałam ze szkoły, jedną ręką odrabiałam lekcje, a drugą pilnowałam, aby przedszkolne lub wczesnoszkolne rodzeństwo nie wpadło na jakiś durny pomysł, bo mama kładła spać najmłodsze dzieciaki. Potem mama wróciła na część etatu do pracy. Gotowanie, sprzątanie, przypilnowanie lekcji spadło na nas najstarsze, bo ojciec pracował czasem po 12 godzin i gdy przychodził do domu,jadł byle co i szedł spać.
Kiedyś, gdy byłam starsza i powiedziałam mu, że po co narobili tyle dzieci, skoro zająć się nimi nie potrafią, stwierdził, że to było marzenie matki, a on chciał maksymalnie 3, czyli na moim bracie Pawle by się skończyło.

I właśnie, bracia. Oczywiście to byli chłopcy, więc nie pomagali w domu. Oni mieli życie towarzyskie, a my miałyśmy jako kobiety, pomagać w domu, bo przecież jak chłopak będzie wyglądał z wózkiem albo z młodszym rodzeństwem na placu zabaw. Nawet talerzy nie musieli zmywać, czy wynosić śmieci, bo któraś dziewczyna to ma zrobić.

Tak, to było moje rodzeństwo. Rodzeństwo, na które obecnie patrzeć nie mogę, chociaż wiem, że to nie ich wina. Najmłodszego brata widziałam ostatni raz 4 lata temu. Jeśli minąłby mnie na ulicy, zapewne nie wiedziałabym, że to on.

Raz, po wyprowadzce, rozmawiałam z matką. Powiedziałam jej, że zabrała mi dzieciństwo i że czułam się samotna, zaniedbana. Że gdyby nie ciotki, które czasem przychodziły pomagać w lekcjach, na studiach może bym nie była. Powiedziała, że przecież ja lubiłam dzieci i się nimi zajmować.

Obecnie nie chcę mieć żadnych dzieci. Reaguję na nie alergicznie. Mój narzeczony na szczęście deklaruje to samo. Pozwala mi na nadrabianie dzieciństwa, zwiedzanie i korzystanie z życia. Smuci mnie jednak, gdy słyszę, że rodziny wielodzietne są super. Że ludzie mi zazdroszczą, że mam tyle osób które potencjalnie mnie wesprą.

Na wsparcie mogę liczyć od wspomnianej wcześniej siostry - Ani. Z resztą rodzeństwa jesteśmy co najwyżej znajomymi na fejsie. Nie znamy się, są obcymi dla mnie ludźmi. I nie chcę ich poznać. Najchętniej zapomniałabym o całym okresie mojego życia, które polegało na niańczeniu rodzeństwa.

Skomentuj (65) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 199 (231)

#86812

~Ley ·
| Do ulubionych
Gdy byłam nastolatką, moja matka miała prawdziwą manię na punkcie mojego trądziku. Jak sama twierdziła, ona miała paskudną twarz w tym wieku, dlatego chce, żebym ja miała lepiej. Jednak nie polegało to na kupowaniu odpowiednich specyfików, a... wyciskaniu pryszczy. Codziennie rano, po myciu zębów, miałam pokazać jej moją zapryszczoną facjatę, a ona usuwała te, które uznała, że są na to gotowe. Szczególnie uwzięła się na małe, czarne kropki (wybaczcie, do tej pory nie wiem, jak się one nazywają), które wyskakiwały nie tylko na nosie, ale też na policzkach.

Trwało to parę ładnych lat, aż zaczęłam się skuteczniej buntować (byłam naprawdę zahukaną osobą) i ojciec nie wziął sprawy w swoje ręce - zaprowadził mnie do kosmetyczki, ta do dermatologa. Twarz udało się uratować tylko częściowo, bo blizny mam do dzisiaj.

To nie cała piekielność. Te czarne kropki okazały się piegami. Były na tyle ciemne, że matce, osobie o słabym wzroku, pomyliły się z tymi tworami. Przez lata próbowała je usuwać...

rodzina

Skomentuj (1) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 88 (100)

#86813

(PW) ·
| Do ulubionych
Opowieść o dziurze.

Przy okazji ulewnych deszczy coś podmyło chodnik i zrobiła się tam dziura. Taka 50 cm na 50 cm i z 50 cm głębokości.

Poinformowałem opiekunów drogi o tej dziurze - co też nie było łatwe, bo okazało się, że droga tam biegnąca nie jest gminna. ani powiatowa tylko wojewódzka - myślałem, że coś się podzieje.

I nie myliłem się - po dwóch dniach stanął tam pachołek. Który jeszcze bardziej utrudniał przejście - bo to jedyne przejście przez drogę wojewódzką na drugą stronę w zasięgu ok. 2 km.

Ale, ale - nie będę marudził - po 3 dniach przyjechała ekipa, zasypała dziurę piaskiem i położyła nową kostkę.

Następnego dnie znów była burza. Piasek wymyty, dziura jeszcze większa.
Tym razem już nie musiałem dzwonić - po dwóch dniach ustawili pachołek, po pięciu - piasek, kostka i tak dalej.

Po wczorajszej ulewie dziura ma już jakieś półtora na półtora metra. Włazi na jezdnię i trawnik.
Ale co tam - znów piaskiem zasypiemy :)

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 80 (86)
Włożę kij w mrowisko.

Jestem w siódmym miesiącu ciąży. Ze względu na problemy z kręgosłupem, muszę być pod opieką neurochirurga, który ma zadecydować o formie porodu. Na nic się nie nastawiam. Wychodzę z założenia, że lekarz lepiej będzie wiedział, co będzie bezpieczniejsze dla mnie i dla dziecka. Kiedyś myślałam, że jeśli zdarzy mi się zajść w ciążę drugi raz, to oczywiście wolałabym rodzić naturalnie, ale wiadomo, w życiu różnie bywa i często oczekiwania zupełnie mijają się z rzeczywistością. Na tę chwilę zarówno neurochirurg, jak i ginekolog bardziej skłaniają się ku cesarskiemu cięciu. No i okej, są to lekarze, którzy znają mój stan zdrowia, ufam im (to naprawdę dobrzy lekarze), a konsultacja z innym ginekologiem tylko potwierdziła wcześniejsze opinie.

Cała piekielność polega na tym, że naprawdę sporo innych matek - zwolenniczek wyłącznie porodu siłami natury - uważa się za wystarczająco kompetentne, by podważać zalecenia lekarzy. Miałam w ostatnim czasie kilka takich sytuacji, w których jakaś znajoma czy ktoś z rodziny pytał o termin i formę porodu, a ja, niestety, mówiłam prawdę jak to u mnie wygląda. W odpowiedzi słyszałam np. "Nie daj się namówić na cesarkę! Lekarze to się nie znają w dzisiejszych czasach" albo "Mnie też bolały plecy i urodziłam naturalnie". Nie chce mi się każdemu tłumaczyć, że ból bólowi nierówny i ja nie jestem w stanie się nawet wypróżnić, bo czuję, jakby mi ktoś w plecy wbijał widły, a przespanie nocy graniczy z cudem, bo nie ma takiej pozycji, w której bólu bym nie czuła. I nie jest to wina mojej wagi, bo do tej pory przytyłam zaledwie 7 kg i naprawdę się pilnuję (liczę kcal w aplikacji), żeby nie przybierać gwałtownie na masie. Poza tym regularnie ćwiczę z hantlami i gumami (tak, mogę), więc to nie jest tak, że się nie staram walczyć z bólem.

Problem zaczął się właśnie po pierwszej ciąży, czyli 8 lat temu. Studiowałam wtedy w szkole wojskowej, a ginekolog, do którego chodziłam, przyjmował w szpitalu wojskowym. Jedyne badania, jakie mi zlecał, to morfologia i badanie moczu (serio, żadnej toxoplazmozy, różyczki, testu obciążenia glukozą, USG - nic). Rozszczep kręgosłupa (nie jest on w tej chwili moim jedynym problemem) w wywiadzie olał. Nie zalecił żadnych dodatkowych badań. Przytyłam ponad 20 kg i dla mojego kręgosłupa nie było to za dobre, jednak koszmar zaczął się właśnie po porodzie. Być może ten, kto miał choć raz w życiu rwę kulszową, jest w stanie sobie wyobrazić ten ból niemijający przez pierwsze pół roku. Później bolało mniej, ale regularnie. Mojemu obecnemu ginekologowi od razu zapaliła się czerwona lampka i wysłał mnie na dalszą diagnostykę.

Reasumując, zalecenie cesarskiego cięcia nie jest ani moją, ani lekarską fanaberią. A jednak na niektóre kobiety działa to jak płachta na byka. Do niedawna wydawało mi się, że takie historie można tylko przeczytać w internecie. Nie sądziłam, że i mnie spotka madkowy hejt.

ciąża

Skomentuj (44) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 119 (125)

#86804

(PW) ·
| Do ulubionych
Zapisałam się na studia podyplomowe "rozwijające i kwalifikacje zawodowe podnoszące". 3/4 tych studiów jest psu na budę, bo powiela to, czego już się sama nauczyłam albo nauczono mnie na studiach "przedyplomowych", 1/4 kursów to rzeczy faktycznie dla mnie nowe albo podane w nowy sposób, do którego pewnie sama bym nie doszła.
Jeden z pierdołowatych (dla mnie) przedmiotów wymagał wysłania pracy zaliczeniowej do prowadzącej, żeby go zdać. Pracę napisałam, wysłałam i czekałam na ocenę. Przedmiotu nie zaliczyłam, co ciekawe, w polu komentarzy do oceny (gdzie powinna znaleźć się adnotacja, co było nie tak) powitała mnie pustka.
Skrobnęłam mail do prowadzącej, który mogę streścić do postaci "WTF?". Odpowiedzi nie dostałam, za to pojawił się komentarz: nie oddano pracy zaliczeniowej. Cóż... Wysłałam kolejny mail, który tym razem przyjął postać "WTF do ch*ja pana, tu masz babo screen z potwierdzeniem, że tę pracę dostałaś, które mi sama napisałaś 6 tygodni temu!". Odpowiedzi znowu nie dostałam (no coś takiego), komentarz został zmieniony na "praca nie spełnia warunków zaliczenia". Komentarza merytorycznego - gdzie, wg zasad zaliczenia tego przedmiotu, powinnam mieć wypisane, dlaczego i w jakim stopniu praca jest spieprzona - brak.

Przestawiłam się z trybu "to nieporozumienie" na "to jest wał i to wał na moją szkodę, więc nie odpuszczę" i wywaliłam mail, którego do "WTF" streścić już się nie da, a który wysłałam do prowadzącej, kierownika studiów podyplomowych i dyrektora instytutu, przy którym studia są prowadzone. W mailu podniosłam kilka kwestii, które sprowadzają się do dwóch pytań:
1) Dlaczego prowadząca skłamała, że nie dostała pracy, skoro wcześniej potwierdziła, że dostała?
2) Dlaczego przedmiot wciąż mam niezaliczony, skoro to prowadząca naruszyła warunki zaliczenia przedstawione na początku semestru, mianowicie nie oceniając pracy we wskazanym terminie od oddania i nie podając merytorycznego uzasadnienia oceny niedostatecznej w momencie jej wystawienia, do czego była zobowiązana w myśl ustalonych przez samą siebie zasad? Warunki zaliczenia, swoją drogą, zerżnięte słowo w słowo z innego przedmiotu włącznie z literówką, są wiążące dla obu stron, zatem skoro nie doszło do formalnie poprawnej oceny mojej pracy, odrzucam krzywdzącą dla mnie ocenę merytoryczną i domagam się zaliczenia przedmiotu z powodu nierzetelnego wykonania obowiązków przez prowadzącą.

Po tygodniu bez zmiany oceny (ha, ha, ha) i odpowiedzi od którejkolwiek ze stron (hłe, hłe, hłe), czyli w poniedziałek, podreptałam do działu prawnego w Jaśnie Fyrmie, gdzie przy kawce i własnoręcznie upieczonym serniczku zgłosiłam problem, po czym Pani Prawnik, w imieniu partycypującego w kosztach studiów, czyli Fyrmy oraz moim wyrąbała wezwanie do złożenia wyjaśnień i zwrotu opłaty za ten semestr w kwocie proporcjonalnej do wymiaru tego przedmiotu wobec całego semestru, skoro wykonanie umowy świadczenia usług edukacyjnych na podyplomówce jest, w ocenie mojej i Fyrmy, nienależyte. Dodała też zapowiedź zgłoszenia sprawy do komisji dyscyplinarnej dla nauczycieli akademickich i MNiSW, że takie śmierdzące sprawki mają miejsce.

Dzisiaj ocena została zmieniona na trójkę. Komentarza - co za niespodzianka - brak. Ustosunkowania się do wezwania do zwrotu kasy też brak, podobnie jak choćby głupiego telefonu z instytutu z przeprosinami.
Upiekłam drożdżowe z truskawkami i jutro idę pozawracać głowę kobitkom z działu prawnego, bo z czystej złośliwości pociągnę to dalej.

Skomentuj (20) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 197 (219)

#86737

(PW) ·
| Do ulubionych
Nie to, żebym miała coś do stomatologów czy lekarzy. Choć ostatnio czekam na wizytę już ponad 3 tygodnie w miasteczku, w którym mieszkam od niedawna, sama nie wiem, może jakieś fatum mnie prześladuje.
Powód? Zapisałam się na wizytę przez znany chyba wszystkim portal do jednego z nich.
W dniu wizyty dostaję telefon z recepcji. Że muszą anulować wizytę, bo konsultacja - jedyna opcja do wyboru na portalu trwająca 30 minut- to tylko konsultacja online, o czym nie było mowy przy zapisywaniu się, co nawet zresztą później sprawdziłam. Pani recepcjonistka proponuje przełożenie terminu na za tydzień. Nie spieszy mi się, więc się zgadzam.

Za tydzień - oczywiście znów w dniu wizyty - dostaję telefon z gabinetu. Ta sama, sądząc po głosie, pani recepcjonistka przepraszając przekłada wizytę, bo lekarzowi coś wypadło. Proponuje mi wizytę w innym terminie. Postanawiam zrezygnować i poszukać innego lekarza, na którego nie będę musiała czekać kolejne dwa tygodnie.

Znajduję kolejną stomatolog, zapisuję się online. W dniu wizyty dzwoni do mnie. Mówi, że przekłada ją, bo zapisała w tym terminie kogoś innego przez telefon i nie sprawdziła sobie swoich zapisów internetowych. Żadnych przeprosin, nic. Za to prosi mnie, żebym tę wizytę na portalu internetowym odwołała, bo ona tego zrobić nie może. Tak się złożyło, że miałam wyjątkowe urwanie głowy tego dnia i zapomniałam odwołać wizyty, a po upływie jej czasu było to już niemożliwe.
Na następny dzień dzwonię do pani doktor, żeby potwierdzić nowy termin, skoro kalendarz zapisów internetowych jest traktowany po macoszemu. A pani doktor na to, że jak to, że ona mnie prosiła, żebym odwołała wizytę, że jak tak można i termin, na który znów się zapisałam oczywiście nie jest dostępny i ona może mnie ewentualnie zapisać na za tydzień.
Podziękowałam, szukam dalej, bo jej ton nie wróżył zbyt miłej atmosfery przy kolejnych wizytach.

Aż się boję co będzie przy kolejnym stomatologu, do którego się zapisałam, tym razem telefonicznie...
Co dziwne, w poprzednim mieście, w którym mieszkałam, nie miałam podobnych problemów.

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 47 (69)

Podziel się najśmieszniejszymi historiami na
ANONIMOWE.PL

Piekielni