Miałem ja kiedyś znajomą, nazwijmy ją X.
Znajoma ta studiowała ze mną na roku. Z początku wiele osób ją lubiło, bo dla każdego była bardzo miła, jednak szybko okazało się, że uwielbia wręcz opowiadać ludziom, jak inni ich obgadują. Niby zaleta, jeśli jednak nikt nic nie mówił, to wymyślała. Dochodziło więc do sytuacji, kiedy jednej osobie nagadała, że ktoś opowiada o niej bzdury, ta osoba, słysząc to, piekliła się na "winną" rozpowiadania kłamstw, a uczynna X donosiła tamtej wszystkie inwektywy, skrzętnie pomijając przyczynę ich wypowiadania.
Udało jej się skłócić wiele osób z naszej 20-osobowej grupy, nim sprawa wyszła na jaw, gdy ktoś w końcu postanowił wyjaśnić sprawy twarzą w twarz. Jak nietrudno się domyślić, z dnia na dzień X zyskała opinię kłamliwej intrygantki.
Było jej to bardzo nie na rękę, gdyż nieszczególnie lubiła się uczyć, lubiła za to dostawać pomoc od innych. Od jednej osoby sprawozdanie, od innej odpowiedzi na nadchodzące kolokwium, a wszystko natychmiast dystrybuowała reszcie. co z tego, że z 20 osób tylko 3 umiały zrobić zadanie? Nawet by się tym podzieliły i pomogły, ale X zgłaszała się od razu do każdego, umawiała "jak napiszesz to wyślij mi od razu pliska, bo chciałabym się tego nauczyć jeszcze" i w efekcie wiele osób było jej coś winnych.
Oczywiście darmowa pomoc skończyła się wraz z rozpowiadanymi pogłoskami, gdy nikt nie chciał utrzymywać z nią kontaktu.
Od tego czasu nie była przygotowana niemal z niczego. Winne były oczywiście te osoby, które zapytała o pomoc i jej odmówiły. Nie zdała kolokwium, bo kolega opracował wszystkie możliwe pytania i jej nie chciał podesłać. Nie ma sprawozdania, bo osoby z którymi je robiła wykonały same tylko najtrudniejsze zadania, ośmielając się zostawić ją z częścią pracy.
Lubiłem i dalej lubię pomagać innym, tłumaczenie zagadnienia, które sam rozumiem, sprawia mi frajdę, toteż zdarzało mi się pomóc jej z czymś (pardon, zrobić za nią). Przestałem, gdy w miarę zwiększającego się wsparcia, rosły oczekiwania względem mnie.
Potrafiła na przykład awanturować się przy innych, że nie powiedziałem jej o kolokwium. Z 20 osób na zajęciach było 17, jedną z nieobecnych była ona. Termin zapowiedziano na dwa tygodnie później, ale jak się z nikim nie utrzymuje kontaktów, to mogłaby mieć i rok, żeby się nie dowiedzieć. Byłem więc winny tego, że się nie nauczyła. Byłem też winny, że na poprawie dostała kolejną dwóję, bo pytania inne, a ja, jako że mam kontakt z grupą, mogłem jej załatwić wszystkie wersje po 1 terminie.
X nie radziła sobie do tego stopnia, że nie zdała, jednak niezrażona, dalej wypisywała do mnie będąc rok niżej, bo przecież miałem już jej zajęcia. Gdy groziło jej ponowne niezdanie tego samego przedmiotu, siadłem z nią, ulegając namowom, żeby ją nauczyć. Znudzona odpuściła po godzinie, a gdy oblała i dostała ostatnią szansę, proponowała mi... różne rzeczy, żebym znowu z nią siedział i głosił kazania, których nie zamierzała słuchać.
Oburzyła się, gdy oferta zabrania jej wieczorem do kina, a potem hotelu, została grzecznie odrzucona. W ramach zemsty rozpowiadała potem wspólnym znajomym, że to ja proponowałem spotkanie, na szczęście nikt jej nie wierzył, za to uprzejmie doniesiono mi o tym.
Kilkakrotnie przełykała urażoną dumę i żebrała o gotowce, jednak po akcji z rozpowiadaniem iż chciałem się z nią przespać, nawet nie odpisywałem.
Zaraz przed kwarantanną, pisała egzamin (poprawkę z poprzedniego semestru, którego wciąż nie zdała), kolejny termin miała mieć zdalnie. Oczywiście zaczęły do mnie napływać prośby i żądania pomocy. nie pomogłem, nie wysłałem też notatek, za to moja dziewczyna pokazała mi wiadomości od X, w których ta opisywała, jak to ją zdradzam i wklejając pocięte fragmenty rozmów.
Cóż. Po pokazaniu całej konwersacji dostałem opiernicz, że nie mówiłem od razu, co tamta do mnie wypisuje, ona zaś całkowicie zamknęła sobie dostęp do materiałów z wyższego roku, bo, o ile ja od dawna jej nie wyręczałem, tak niektórym zdarzało się zlitować. Moja druga połówka, która jest ze mną na roku, pokazała jednak reszcie, co tamta usiłowała zrobić i w efekcie wszyscy odmówili pomocy. Inne grupy też są poza jej zasięgiem, bo zwyczajnie nie zna nikogo spoza mojej, a jej obecni koledzy z roku zostali już dawno uprzedzeni, z kim będą mieć do czynienia.
X dalej uważa, że grupa się na nią uwzięła i dlatego nie zdała, ja zaś uwziąłem się najbardziej i przeze mnie nikt nie chce jej pomóc.
Mimo tego, jestem pewien, że jeśli teraz zda, to przy kolejnej sesji znowu będzie do mnie wypisywać, bo w końcu nieraz jej pomogłem, a to zobowiązuje ;).
Znajoma ta studiowała ze mną na roku. Z początku wiele osób ją lubiło, bo dla każdego była bardzo miła, jednak szybko okazało się, że uwielbia wręcz opowiadać ludziom, jak inni ich obgadują. Niby zaleta, jeśli jednak nikt nic nie mówił, to wymyślała. Dochodziło więc do sytuacji, kiedy jednej osobie nagadała, że ktoś opowiada o niej bzdury, ta osoba, słysząc to, piekliła się na "winną" rozpowiadania kłamstw, a uczynna X donosiła tamtej wszystkie inwektywy, skrzętnie pomijając przyczynę ich wypowiadania.
Udało jej się skłócić wiele osób z naszej 20-osobowej grupy, nim sprawa wyszła na jaw, gdy ktoś w końcu postanowił wyjaśnić sprawy twarzą w twarz. Jak nietrudno się domyślić, z dnia na dzień X zyskała opinię kłamliwej intrygantki.
Było jej to bardzo nie na rękę, gdyż nieszczególnie lubiła się uczyć, lubiła za to dostawać pomoc od innych. Od jednej osoby sprawozdanie, od innej odpowiedzi na nadchodzące kolokwium, a wszystko natychmiast dystrybuowała reszcie. co z tego, że z 20 osób tylko 3 umiały zrobić zadanie? Nawet by się tym podzieliły i pomogły, ale X zgłaszała się od razu do każdego, umawiała "jak napiszesz to wyślij mi od razu pliska, bo chciałabym się tego nauczyć jeszcze" i w efekcie wiele osób było jej coś winnych.
Oczywiście darmowa pomoc skończyła się wraz z rozpowiadanymi pogłoskami, gdy nikt nie chciał utrzymywać z nią kontaktu.
Od tego czasu nie była przygotowana niemal z niczego. Winne były oczywiście te osoby, które zapytała o pomoc i jej odmówiły. Nie zdała kolokwium, bo kolega opracował wszystkie możliwe pytania i jej nie chciał podesłać. Nie ma sprawozdania, bo osoby z którymi je robiła wykonały same tylko najtrudniejsze zadania, ośmielając się zostawić ją z częścią pracy.
Lubiłem i dalej lubię pomagać innym, tłumaczenie zagadnienia, które sam rozumiem, sprawia mi frajdę, toteż zdarzało mi się pomóc jej z czymś (pardon, zrobić za nią). Przestałem, gdy w miarę zwiększającego się wsparcia, rosły oczekiwania względem mnie.
Potrafiła na przykład awanturować się przy innych, że nie powiedziałem jej o kolokwium. Z 20 osób na zajęciach było 17, jedną z nieobecnych była ona. Termin zapowiedziano na dwa tygodnie później, ale jak się z nikim nie utrzymuje kontaktów, to mogłaby mieć i rok, żeby się nie dowiedzieć. Byłem więc winny tego, że się nie nauczyła. Byłem też winny, że na poprawie dostała kolejną dwóję, bo pytania inne, a ja, jako że mam kontakt z grupą, mogłem jej załatwić wszystkie wersje po 1 terminie.
X nie radziła sobie do tego stopnia, że nie zdała, jednak niezrażona, dalej wypisywała do mnie będąc rok niżej, bo przecież miałem już jej zajęcia. Gdy groziło jej ponowne niezdanie tego samego przedmiotu, siadłem z nią, ulegając namowom, żeby ją nauczyć. Znudzona odpuściła po godzinie, a gdy oblała i dostała ostatnią szansę, proponowała mi... różne rzeczy, żebym znowu z nią siedział i głosił kazania, których nie zamierzała słuchać.
Oburzyła się, gdy oferta zabrania jej wieczorem do kina, a potem hotelu, została grzecznie odrzucona. W ramach zemsty rozpowiadała potem wspólnym znajomym, że to ja proponowałem spotkanie, na szczęście nikt jej nie wierzył, za to uprzejmie doniesiono mi o tym.
Kilkakrotnie przełykała urażoną dumę i żebrała o gotowce, jednak po akcji z rozpowiadaniem iż chciałem się z nią przespać, nawet nie odpisywałem.
Zaraz przed kwarantanną, pisała egzamin (poprawkę z poprzedniego semestru, którego wciąż nie zdała), kolejny termin miała mieć zdalnie. Oczywiście zaczęły do mnie napływać prośby i żądania pomocy. nie pomogłem, nie wysłałem też notatek, za to moja dziewczyna pokazała mi wiadomości od X, w których ta opisywała, jak to ją zdradzam i wklejając pocięte fragmenty rozmów.
Cóż. Po pokazaniu całej konwersacji dostałem opiernicz, że nie mówiłem od razu, co tamta do mnie wypisuje, ona zaś całkowicie zamknęła sobie dostęp do materiałów z wyższego roku, bo, o ile ja od dawna jej nie wyręczałem, tak niektórym zdarzało się zlitować. Moja druga połówka, która jest ze mną na roku, pokazała jednak reszcie, co tamta usiłowała zrobić i w efekcie wszyscy odmówili pomocy. Inne grupy też są poza jej zasięgiem, bo zwyczajnie nie zna nikogo spoza mojej, a jej obecni koledzy z roku zostali już dawno uprzedzeni, z kim będą mieć do czynienia.
X dalej uważa, że grupa się na nią uwzięła i dlatego nie zdała, ja zaś uwziąłem się najbardziej i przeze mnie nikt nie chce jej pomóc.
Mimo tego, jestem pewien, że jeśli teraz zda, to przy kolejnej sesji znowu będzie do mnie wypisywać, bo w końcu nieraz jej pomogłem, a to zobowiązuje ;).
Ocena:
120
(152)
Takie trzy obrazki.
Lata osiemdziesiąte ubiegłego wieku. Mknę z rodziną z Augustowa do Warszawy Syreną 105 Lux. Wieczór, więc jak to późną jesienią ciemnawo, nad asfaltem lekka mgiełka. Na liczniku 95. Z tyłu dwójka małoletnich silnie, prowadzi koleżanka małżonka, a ja sobie przysypiam. Nagle wrzask hamulców (taki był efekt pełnego hamowania w skarpecie), straszny ból kolana, którym pieprznąłem o coś tam, gwałtowny poślizg i zmaza faceta tuż przed zderzakiem. Ja nie mogłem, przez kolano wysiąść, a facet narąbany jak fretka tłumaczy żonie " bo ja sobie tak szedłem boczkiem, boczkiem". A to był środek drogi. Żona po tym incydencie niechętnie prowadziła przez czas dłuższy.
Obrazek drugi. Późne lata dziewięćdziesiąte. Też pomykam tak zwaną beczką (W123) od strony Wizny do Osowca. Niskie słońce w oczy, więc na liczniku 50. Nagle po wyjściu z zakrętu coś mi mignęło na drodze. Na wszelki wypadek po hamulcach. I dobrze, bo na asfalcie leżał gość dosłownie zespolony z rowerem. Myślałem, że może jakiś, nie daj Boże, udar albo zawał, ale gościu mógłby samym swoim oddechem obsłużyć sporą elektrownię. Czyli gościa wraz z rowerem na pobocze i dalej jazda. A gdybym jechał dychę szybciej, albo rozmawiał w tym momencie z żoną?
Nie tak dawno temu. Jedziemy spokojnie mietkiem, ale innym, autostradą. Wieczór, więc ciemno, a i pogoda trochę deszczowa. Trzeba trzymać bezpieczny odstęp - dla mnie to około 200 m przy stówie na zegarze. Nagle ktoś mnie wyprzedza i wbija się w kufer samochodu jadącego przede mną, który hamował awaryjnie. Czemu? Bo narąbany pieszy postanowił przejść się autostradą (środkowym pasem!).
Trzy obrazki. Czas mija, a nic się nie zmienia.
Lata osiemdziesiąte ubiegłego wieku. Mknę z rodziną z Augustowa do Warszawy Syreną 105 Lux. Wieczór, więc jak to późną jesienią ciemnawo, nad asfaltem lekka mgiełka. Na liczniku 95. Z tyłu dwójka małoletnich silnie, prowadzi koleżanka małżonka, a ja sobie przysypiam. Nagle wrzask hamulców (taki był efekt pełnego hamowania w skarpecie), straszny ból kolana, którym pieprznąłem o coś tam, gwałtowny poślizg i zmaza faceta tuż przed zderzakiem. Ja nie mogłem, przez kolano wysiąść, a facet narąbany jak fretka tłumaczy żonie " bo ja sobie tak szedłem boczkiem, boczkiem". A to był środek drogi. Żona po tym incydencie niechętnie prowadziła przez czas dłuższy.
Obrazek drugi. Późne lata dziewięćdziesiąte. Też pomykam tak zwaną beczką (W123) od strony Wizny do Osowca. Niskie słońce w oczy, więc na liczniku 50. Nagle po wyjściu z zakrętu coś mi mignęło na drodze. Na wszelki wypadek po hamulcach. I dobrze, bo na asfalcie leżał gość dosłownie zespolony z rowerem. Myślałem, że może jakiś, nie daj Boże, udar albo zawał, ale gościu mógłby samym swoim oddechem obsłużyć sporą elektrownię. Czyli gościa wraz z rowerem na pobocze i dalej jazda. A gdybym jechał dychę szybciej, albo rozmawiał w tym momencie z żoną?
Nie tak dawno temu. Jedziemy spokojnie mietkiem, ale innym, autostradą. Wieczór, więc ciemno, a i pogoda trochę deszczowa. Trzeba trzymać bezpieczny odstęp - dla mnie to około 200 m przy stówie na zegarze. Nagle ktoś mnie wyprzedza i wbija się w kufer samochodu jadącego przede mną, który hamował awaryjnie. Czemu? Bo narąbany pieszy postanowił przejść się autostradą (środkowym pasem!).
Trzy obrazki. Czas mija, a nic się nie zmienia.
Ocena:
137
(151)
Po części ze względu na plany kupna nieruchomości, po części, rzecz jasna, z innych względów, rok temu podjęliśmy z moim partnerem decyzję o zalegalizowaniu naszego związku (niby papierek szczęścia nie gwarantuje, jednak sporo spraw ułatwia). Nie mając ochoty na wielki spęd, zdecydowaliśmy się na kameralną uroczystość w towarzystwie naprawdę najbliższych osób: rodzice, świadkowie, rodzeństwo, najbliższe kuzynostwo, z którym utrzymujemy bliskie kontakty oraz kilkoro bliskich przyjaciół. Łącznie wyszło 30 osób.
Ze względu na malownicze okoliczności przyrody, sporą liczbę miejscowych gości oraz, co najważniejsze, niezwykle przyjazne i nieskomplikowane procedury urzędowe, wybór lokalizacji padł na ojczyznę mojego partnera. Znalezienie odpowiedniego lokalu okazało się jednak nie być takie proste. Ponieważ marzyła nam się ceremonia plenerowa, wybór hotelu był bardzo ograniczony (tutaj mały wtręt: w Szwecji ślub cywilny wygląda mniej więcej jak w Polsce ślub humanistyczny - udziela go mistrz ceremonii, para młoda decyduje o miejscu i przebiegu uroczystości; jedyną różnicą jest to, że w Szwecji taki ślub ma moc prawną. Ślub w urzędzie nie jest, z tego co mi wiadomo, możliwy; chcąc wziąć ślub, para młoda musi sobie zorganizować jakąś miejscówkę) - hotel musiał dysponować ogrodem lub prywatną plażą, dodatkowo musiał wyrazić zgodę, żeby ceremonia odbyła się na ich terenie. Dodatkową przeszkodę stanowił fakt, że będzie nas tak mało. Większość hoteli pozwalała na organizację ślubu i przyjęcia weselnego dopiero w przypadku co najmniej setki gości, co oczywiście w pełni rozumiem, jednak nie ułatwiało nam to poszukiwań.
W końcu się udało. Znaleźliśmy bardzo ładny hotel w idealnej lokalizacji, z pięknym ogrodem i prywatną plażą. Wymarzony przez nas termin na czerwiec 2020 był dostępny, nie było najmniejszego problemu z organizacją ślubu i przyjęcia na 30 osób, mogliśmy dostać hotelową restaurację na wyłączność, cena jak na Skandynawię też przystępna. Dodatkowym atutem była obecność konsultantki ślubnej, która zdjęłaby nam z głowy całą logistykę, a której usługi, podobnie jak organizacja ceremonii, sprzęt audio, tort, kwiaty oraz wszystkie dekoracje były już wliczone w cenę "talerzyka". Końcem czerwca zeszłego roku pojechaliśmy tam zobaczyć hotel na własne oczy, spotkać się konsultantką (nazwijmy ją Stella) i uzgodnić szczegóły.
Na żywo miejsce okazało się być jeszcze ładniejsze niż na zdjęciach, Stella z kolei okazała się być nie tylko niezwykle kompetentna, ale również bardzo sympatyczna. Obejrzeliśmy obiekt i uzgodniliśmy co i jak, a po powrocie zachwyceni podpisaliśmy umowę i mogliśmy zacząć przygotowania. Zaliczkę w wysokości 50% ceny imprezy mieliśmy wpłacić 3 miesiące przed ślubem, kiedy będziemy już znać liczbę gości.
Wszystko szło jak z płatka, ślub praktycznie organizował się sam, aż sama byłam zdziwiona jak bezproblemowo wszystko przebiega. Końcem lutego byliśmy jeszcze w Szwecji złożyć dokumenty, dogadać ostatnie szczegóły ze Stellą, zamówić tort, kwiaty i tak dalej.
Początkiem marca Europę ogarnęła epidemia i sprawy się skomplikowały. Na początku mieliśmy jeszcze nadzieję, że do czerwca może być po wszystkim (w Niemczech w tym czasie było chyba kilkadziesiąt przypadków, w Polsce dopiero 1), ale na wszelki wypadek napisaliśmy do Stelli, czy ewentualnie w razie czego byłaby możliwość przeniesienia ślubu na inny termin. Odpowiedź przyszła jak zwykle błyskawicznie. Ależ oczywiście, nie będzie najmniejszego problemu. Nie przesuwalibyśmy przecież ze względu na nasze widzimisię, sytuacja jest bezprecedensowa, jeżeli tylko podejmiemy decyzję, że chcemy zmienić termin na inny miesiąc lub na przyszły rok, albo w ogóle odwołać, mamy dać znać, oni nam we wszystkim pójdą na rękę i nie poniesiemy z tego tytułu żadnych dodatkowych kosztów.
Uspokojeni tym zapewnieniem, w połowie marca wpłaciliśmy zaliczkę.
Pod koniec marca było już wiadomo, że do czerwca epidemia się nie skończy i musimy zmienić datę ślubu. Napisaliśmy do Stelli, pytając, jak wyglądają wolne terminy we wrześniu, gdyż na czerwcowy termin zdecydowanie nie ma szans. Tym razem nie dostaliśmy odpowiedzi. Próbowaliśmy skontaktować się z nią telefonicznie, jednak nigdy nie byłą dostępna, kazano nam pisać maile. Żaden inny pracownik hotelu nie był w stanie nam pomóc, gdyż ślubami zajmuje się wyłącznie Stella. Pisać maile i czekać na odpowiedź. W końcu w połowie kwietnia przyszła odpowiedź. Że przeprasza, ze dopiero teraz, ale zabiegana była i że przykro jej, ale niestety na ten rok nie ma już wolnych terminów. Jeśli chcemy, może nam coś zorganizować 1 sierpnia, ale poza tym nie.
Trochę się zdziwiliśmy, w końcu niedawno pisała, że nie będzie problemu z przełożeniem na inny termin w tym roku, a tu nagle okazuje się, że jednak nie ma nic dostępnego, ale w sumie nie szkodzi. Zanim doczekaliśmy się na tę odpowiedź, sytuacja zdążyła zmienić się na tyle, że nawet wrześniowy termin stał się mało realny i doszliśmy do wniosku, że bezpieczniej będzie przełożyć na przyszły rok. Spytaliśmy, jak wygląda dostępność terminów późną wiosną/latem 2021 zaczęliśmy czekać na odpowiedź.
Odpowiedź nadeszła w piątek, 1 maja. Że ponownie przeprasza, że dopiero teraz i tak dalej, oraz że rozmawiała o naszej sytuacji z managerem restauracji i podjęli decyzję, że… takiego wała! Nie możemy zmienić terminu na dotychczasowych warunkach, bo im się to nie opłaca. Odwołać możemy, ale będzie się to wiązało ze stratą zaliczki. Tak, jest świadoma tego, że niedawno napisała nam coś zupełnie innego, ale to już nieaktualne. A tak w ogóle to musi nam się przyznać, że rok temu nie powiedziała nam całej prawdy. Normalnie nie zgadzają się na imprezy dla tak małej liczby uczestników, gdyż jest to dla nich żaden biznes, ale z wybraną przez nas datą tak się szczęśliwie złożyło, że mieli mieć w tym czasie inną dużą imprezę w sali balowej, uczestnicy której zarezerwowali prawie wszystkie pokoje, tak że w hotelu miało w tym czasie nie być żadnych innych gości, tylko oni i my, więc nie było problemu, żeby udostępnić nam na cały wieczór restaurację. Wie, że nie było to do końca uczciwe z jej strony, że to przed nami zataiła, ale tak jakoś wyszło. Tak więc od początku nie było mowy o możliwości jakiejkolwiek zmiany terminu, zaproponowała to, żeby być miła, licząc, że do tego nie dojdzie, ale skoro doszło, musi się wycofać ze złożonej wcześniej deklaracji.
Jeżeli chcemy przenieść naszą imprezę na przyszły rok, ustalenia z tego roku absolutnie nie wchodzą w grę, gdyż była to wyjątkowa sytuacja. Nie możemy dostać restauracji na wyłączność, gdyż nie opłaca im się jej zamknąć dla innych gości na imprezę dla zaledwie 30 osób, a dzieląc ją z innymi gośćmi będziemy im przeszkadzać. Mogą nam zaproponować dwa wyjścia. Opcja 1: rezerwacja stolików w restauracji w godzinach 18-20. Czyli żadnego blokowania stolików przez cały wieczór, do tego żadnego zwracania na siebie uwagi w postaci strojów ślubnych czy toastów. Przyjść normalnie ubrani, zjeść kolację i wypad (już widzę, jak ciągnę ludzi przez pół Europy i odstawiam im coś takiego). Opcja 2: Impreza w sali balowej, z tym że musimy zapłacić za 100 talerzyków oraz 100 miejsc noclegowych w hotelu (czyli kwota, za którą można kupić nowego SUVa), bo oni muszą wyjść na swoje. Nie muszę chyba dodawać, że ani jedna, ani druga opcja nie wchodziła dla nas w grę.
Zadzwoniwszy do hotelu, dowiedzieliśmy się, że Stella ma być w pracy we wtorek po południu. Zadzwonimy, będziemy dyskutować i zobaczymy, co z tego wyjdzie.
Żeby nie było, w pełni rozumiem, że hotel musi wyjść na swoje i nie oczekuję, że będą specjalnie dla mnie zmieniać swoją politykę i ponosić straty. Ale oferowane warunki jest to coś, o czym klienta należy poinformować od początku i niech on zdecyduje, czy chce podjąć ryzyko, a nie ściemniać, obiecując gruszki na wierzbie, byle wyciągnąć zaliczkę, a potem napisać "sorry gregory, kłamałem, walcie się".
UPDATE z niedzieli 3 maja: albo pracownicy tego hotelu czytają Piekielnych, albo zadziałała telepatia. Dzisiaj dostaliśmy mail. Hotel najmocniej przeprasza za zaistniałą sytuację. Doszło ponoć do nieporozumienia między Stellą a właścicielką - właścicielka cisnęła na profit, nie zdając sobie sprawy, co zostało nam obiecane, Stella w nerwach napisała do nas mail i wyszło, co wyszło. W każdym razie zaproponowali nam termin na końcówkę maja 2021, dostaniemy restaurację na wyłączność, tak jak zostało nam obiecane, wszystkie ustalenia pozostają bez zmian, dodatkowo w ramach przeprosin zostawiają dla nas tegoroczne ceny, a nasi goście będą mieli nieograniczony dostęp do hotelowego spa. Wspaniałomyślnie się zgodziliśmy ;).
Ze względu na malownicze okoliczności przyrody, sporą liczbę miejscowych gości oraz, co najważniejsze, niezwykle przyjazne i nieskomplikowane procedury urzędowe, wybór lokalizacji padł na ojczyznę mojego partnera. Znalezienie odpowiedniego lokalu okazało się jednak nie być takie proste. Ponieważ marzyła nam się ceremonia plenerowa, wybór hotelu był bardzo ograniczony (tutaj mały wtręt: w Szwecji ślub cywilny wygląda mniej więcej jak w Polsce ślub humanistyczny - udziela go mistrz ceremonii, para młoda decyduje o miejscu i przebiegu uroczystości; jedyną różnicą jest to, że w Szwecji taki ślub ma moc prawną. Ślub w urzędzie nie jest, z tego co mi wiadomo, możliwy; chcąc wziąć ślub, para młoda musi sobie zorganizować jakąś miejscówkę) - hotel musiał dysponować ogrodem lub prywatną plażą, dodatkowo musiał wyrazić zgodę, żeby ceremonia odbyła się na ich terenie. Dodatkową przeszkodę stanowił fakt, że będzie nas tak mało. Większość hoteli pozwalała na organizację ślubu i przyjęcia weselnego dopiero w przypadku co najmniej setki gości, co oczywiście w pełni rozumiem, jednak nie ułatwiało nam to poszukiwań.
W końcu się udało. Znaleźliśmy bardzo ładny hotel w idealnej lokalizacji, z pięknym ogrodem i prywatną plażą. Wymarzony przez nas termin na czerwiec 2020 był dostępny, nie było najmniejszego problemu z organizacją ślubu i przyjęcia na 30 osób, mogliśmy dostać hotelową restaurację na wyłączność, cena jak na Skandynawię też przystępna. Dodatkowym atutem była obecność konsultantki ślubnej, która zdjęłaby nam z głowy całą logistykę, a której usługi, podobnie jak organizacja ceremonii, sprzęt audio, tort, kwiaty oraz wszystkie dekoracje były już wliczone w cenę "talerzyka". Końcem czerwca zeszłego roku pojechaliśmy tam zobaczyć hotel na własne oczy, spotkać się konsultantką (nazwijmy ją Stella) i uzgodnić szczegóły.
Na żywo miejsce okazało się być jeszcze ładniejsze niż na zdjęciach, Stella z kolei okazała się być nie tylko niezwykle kompetentna, ale również bardzo sympatyczna. Obejrzeliśmy obiekt i uzgodniliśmy co i jak, a po powrocie zachwyceni podpisaliśmy umowę i mogliśmy zacząć przygotowania. Zaliczkę w wysokości 50% ceny imprezy mieliśmy wpłacić 3 miesiące przed ślubem, kiedy będziemy już znać liczbę gości.
Wszystko szło jak z płatka, ślub praktycznie organizował się sam, aż sama byłam zdziwiona jak bezproblemowo wszystko przebiega. Końcem lutego byliśmy jeszcze w Szwecji złożyć dokumenty, dogadać ostatnie szczegóły ze Stellą, zamówić tort, kwiaty i tak dalej.
Początkiem marca Europę ogarnęła epidemia i sprawy się skomplikowały. Na początku mieliśmy jeszcze nadzieję, że do czerwca może być po wszystkim (w Niemczech w tym czasie było chyba kilkadziesiąt przypadków, w Polsce dopiero 1), ale na wszelki wypadek napisaliśmy do Stelli, czy ewentualnie w razie czego byłaby możliwość przeniesienia ślubu na inny termin. Odpowiedź przyszła jak zwykle błyskawicznie. Ależ oczywiście, nie będzie najmniejszego problemu. Nie przesuwalibyśmy przecież ze względu na nasze widzimisię, sytuacja jest bezprecedensowa, jeżeli tylko podejmiemy decyzję, że chcemy zmienić termin na inny miesiąc lub na przyszły rok, albo w ogóle odwołać, mamy dać znać, oni nam we wszystkim pójdą na rękę i nie poniesiemy z tego tytułu żadnych dodatkowych kosztów.
Uspokojeni tym zapewnieniem, w połowie marca wpłaciliśmy zaliczkę.
Pod koniec marca było już wiadomo, że do czerwca epidemia się nie skończy i musimy zmienić datę ślubu. Napisaliśmy do Stelli, pytając, jak wyglądają wolne terminy we wrześniu, gdyż na czerwcowy termin zdecydowanie nie ma szans. Tym razem nie dostaliśmy odpowiedzi. Próbowaliśmy skontaktować się z nią telefonicznie, jednak nigdy nie byłą dostępna, kazano nam pisać maile. Żaden inny pracownik hotelu nie był w stanie nam pomóc, gdyż ślubami zajmuje się wyłącznie Stella. Pisać maile i czekać na odpowiedź. W końcu w połowie kwietnia przyszła odpowiedź. Że przeprasza, ze dopiero teraz, ale zabiegana była i że przykro jej, ale niestety na ten rok nie ma już wolnych terminów. Jeśli chcemy, może nam coś zorganizować 1 sierpnia, ale poza tym nie.
Trochę się zdziwiliśmy, w końcu niedawno pisała, że nie będzie problemu z przełożeniem na inny termin w tym roku, a tu nagle okazuje się, że jednak nie ma nic dostępnego, ale w sumie nie szkodzi. Zanim doczekaliśmy się na tę odpowiedź, sytuacja zdążyła zmienić się na tyle, że nawet wrześniowy termin stał się mało realny i doszliśmy do wniosku, że bezpieczniej będzie przełożyć na przyszły rok. Spytaliśmy, jak wygląda dostępność terminów późną wiosną/latem 2021 zaczęliśmy czekać na odpowiedź.
Odpowiedź nadeszła w piątek, 1 maja. Że ponownie przeprasza, że dopiero teraz i tak dalej, oraz że rozmawiała o naszej sytuacji z managerem restauracji i podjęli decyzję, że… takiego wała! Nie możemy zmienić terminu na dotychczasowych warunkach, bo im się to nie opłaca. Odwołać możemy, ale będzie się to wiązało ze stratą zaliczki. Tak, jest świadoma tego, że niedawno napisała nam coś zupełnie innego, ale to już nieaktualne. A tak w ogóle to musi nam się przyznać, że rok temu nie powiedziała nam całej prawdy. Normalnie nie zgadzają się na imprezy dla tak małej liczby uczestników, gdyż jest to dla nich żaden biznes, ale z wybraną przez nas datą tak się szczęśliwie złożyło, że mieli mieć w tym czasie inną dużą imprezę w sali balowej, uczestnicy której zarezerwowali prawie wszystkie pokoje, tak że w hotelu miało w tym czasie nie być żadnych innych gości, tylko oni i my, więc nie było problemu, żeby udostępnić nam na cały wieczór restaurację. Wie, że nie było to do końca uczciwe z jej strony, że to przed nami zataiła, ale tak jakoś wyszło. Tak więc od początku nie było mowy o możliwości jakiejkolwiek zmiany terminu, zaproponowała to, żeby być miła, licząc, że do tego nie dojdzie, ale skoro doszło, musi się wycofać ze złożonej wcześniej deklaracji.
Jeżeli chcemy przenieść naszą imprezę na przyszły rok, ustalenia z tego roku absolutnie nie wchodzą w grę, gdyż była to wyjątkowa sytuacja. Nie możemy dostać restauracji na wyłączność, gdyż nie opłaca im się jej zamknąć dla innych gości na imprezę dla zaledwie 30 osób, a dzieląc ją z innymi gośćmi będziemy im przeszkadzać. Mogą nam zaproponować dwa wyjścia. Opcja 1: rezerwacja stolików w restauracji w godzinach 18-20. Czyli żadnego blokowania stolików przez cały wieczór, do tego żadnego zwracania na siebie uwagi w postaci strojów ślubnych czy toastów. Przyjść normalnie ubrani, zjeść kolację i wypad (już widzę, jak ciągnę ludzi przez pół Europy i odstawiam im coś takiego). Opcja 2: Impreza w sali balowej, z tym że musimy zapłacić za 100 talerzyków oraz 100 miejsc noclegowych w hotelu (czyli kwota, za którą można kupić nowego SUVa), bo oni muszą wyjść na swoje. Nie muszę chyba dodawać, że ani jedna, ani druga opcja nie wchodziła dla nas w grę.
Zadzwoniwszy do hotelu, dowiedzieliśmy się, że Stella ma być w pracy we wtorek po południu. Zadzwonimy, będziemy dyskutować i zobaczymy, co z tego wyjdzie.
Żeby nie było, w pełni rozumiem, że hotel musi wyjść na swoje i nie oczekuję, że będą specjalnie dla mnie zmieniać swoją politykę i ponosić straty. Ale oferowane warunki jest to coś, o czym klienta należy poinformować od początku i niech on zdecyduje, czy chce podjąć ryzyko, a nie ściemniać, obiecując gruszki na wierzbie, byle wyciągnąć zaliczkę, a potem napisać "sorry gregory, kłamałem, walcie się".
UPDATE z niedzieli 3 maja: albo pracownicy tego hotelu czytają Piekielnych, albo zadziałała telepatia. Dzisiaj dostaliśmy mail. Hotel najmocniej przeprasza za zaistniałą sytuację. Doszło ponoć do nieporozumienia między Stellą a właścicielką - właścicielka cisnęła na profit, nie zdając sobie sprawy, co zostało nam obiecane, Stella w nerwach napisała do nas mail i wyszło, co wyszło. W każdym razie zaproponowali nam termin na końcówkę maja 2021, dostaniemy restaurację na wyłączność, tak jak zostało nam obiecane, wszystkie ustalenia pozostają bez zmian, dodatkowo w ramach przeprosin zostawiają dla nas tegoroczne ceny, a nasi goście będą mieli nieograniczony dostęp do hotelowego spa. Wspaniałomyślnie się zgodziliśmy ;).
Skania
Ocena:
144
(160)
Jak angielska pani chciała zgnoić polskiego niewolnika.
Na początku pobytu w Anglii mieszkałem w norze nazywanej pokojem, w piętrowym mieszkaniu, razem z ośmioma innymi osobami, głównie Polakami. Standard nory odpowiadał cenie, czy raczej cena standardowi, znaczy jedno i drugie było najniższe możliwe, ale o to chodziło na początek, żeby jak najszybciej się ustabilizować finansowo i przeprowadzić do pojedynczego mieszkania o normalnym standardzie.
Zasady w takiej norze są proste, a najważniejsza jest taka, że każdy sprząta po sobie i tylko po sobie. Jak ktoś posprząta po kimś, a tamten już nigdy nie kiwnie palcem, wiedząc, że zrobi to za niego ktoś inny.
Do nory, w której mieszkałem, przychodziła od czasu do czasu znajoma właściciela, w sumie to nie wiem po co, ale nie mój interes. Zjadłem obiad, myję po sobie gary, skończyłem, a ona do mnie:
- A tego czemu nie umyłeś? - pokazując na stertę naczyń przy zlewie.
- Bo to nie moje.
- No ale możesz umyć!
- Nie będę sprzątał po innych.
- Ale tu mieszkasz!
- A ty tu nie mieszkasz, więc przestań się wtrącać w cudze sprawy.
Nastąpił klasyczny foch, ale się zamknęła. Jak wyszła to obecni przy tej sytuacji współlokatorzy mnie zaczęli straszyć:
- Ona pójdzie na skargę do właściciela! Wywali cię!
- Ojej i co ja teraz zrobię? Może przeniosę się do jednej z podobnych nor, za taką samą albo niższą cenę, których w okolicy jest mnóstwo?
Właściciel, tak jak się spodziewałem, przy najbliższym odbieraniu pieniędzy nawet słowem o tej sytuacji nie wspomniał.
Na początku pobytu w Anglii mieszkałem w norze nazywanej pokojem, w piętrowym mieszkaniu, razem z ośmioma innymi osobami, głównie Polakami. Standard nory odpowiadał cenie, czy raczej cena standardowi, znaczy jedno i drugie było najniższe możliwe, ale o to chodziło na początek, żeby jak najszybciej się ustabilizować finansowo i przeprowadzić do pojedynczego mieszkania o normalnym standardzie.
Zasady w takiej norze są proste, a najważniejsza jest taka, że każdy sprząta po sobie i tylko po sobie. Jak ktoś posprząta po kimś, a tamten już nigdy nie kiwnie palcem, wiedząc, że zrobi to za niego ktoś inny.
Do nory, w której mieszkałem, przychodziła od czasu do czasu znajoma właściciela, w sumie to nie wiem po co, ale nie mój interes. Zjadłem obiad, myję po sobie gary, skończyłem, a ona do mnie:
- A tego czemu nie umyłeś? - pokazując na stertę naczyń przy zlewie.
- Bo to nie moje.
- No ale możesz umyć!
- Nie będę sprzątał po innych.
- Ale tu mieszkasz!
- A ty tu nie mieszkasz, więc przestań się wtrącać w cudze sprawy.
Nastąpił klasyczny foch, ale się zamknęła. Jak wyszła to obecni przy tej sytuacji współlokatorzy mnie zaczęli straszyć:
- Ona pójdzie na skargę do właściciela! Wywali cię!
- Ojej i co ja teraz zrobię? Może przeniosę się do jednej z podobnych nor, za taką samą albo niższą cenę, których w okolicy jest mnóstwo?
Właściciel, tak jak się spodziewałem, przy najbliższym odbieraniu pieniędzy nawet słowem o tej sytuacji nie wspomniał.
anglia emigracja
Ocena:
104
(126)
Ostatnio przypomniała mi się historia sprzed paru lat.
Piekielna ona nie jest, ale myślę, że zasługuje by tu się znaleźć.
Jechałem szeroką drogą w terenie niezabudowanym, ulica pusta więc przekroczyłem dozwoloną prędkość dosyć znacznie, miałem na liczniku coś powyżej 130km/h. W końcu w oddali zauważyłem, że zza billboardu wyłonił się policjant z lizakiem, noż kurrr.... moja wina, wiem.
Jak się zatrzymałem to standard, czy wie pan ile jechał, to nie autostrada, czy znaku nie widziałem itd. Poprosił o dokumenty, to mu dałem taki mały portfel/pokrowiec na same tylko dokumenty. Poszedł do radiowozu, zniknął na chwilę, po czym wrócił, udzielił mi pouczenia, zrobił krótki wykład i oddał portfel z dokumentami. Odjechałem w szoku, że nie skończyło się mandatem, a za to kilka stów by wlepił.
Tak jadę sobie i jadę przepisowo i rozmyślam o sytuacji aż mnie olśniło, miałem tam w portfelu wsadzone 50 zł w kieszonkę koło prawa jazdy. Zatrzymałem się na poboczu i zajrzałem do środka, kasy nie było. Nie wiedziałem czy się śmiać czy płakać.
Piekielna ona nie jest, ale myślę, że zasługuje by tu się znaleźć.
Jechałem szeroką drogą w terenie niezabudowanym, ulica pusta więc przekroczyłem dozwoloną prędkość dosyć znacznie, miałem na liczniku coś powyżej 130km/h. W końcu w oddali zauważyłem, że zza billboardu wyłonił się policjant z lizakiem, noż kurrr.... moja wina, wiem.
Jak się zatrzymałem to standard, czy wie pan ile jechał, to nie autostrada, czy znaku nie widziałem itd. Poprosił o dokumenty, to mu dałem taki mały portfel/pokrowiec na same tylko dokumenty. Poszedł do radiowozu, zniknął na chwilę, po czym wrócił, udzielił mi pouczenia, zrobił krótki wykład i oddał portfel z dokumentami. Odjechałem w szoku, że nie skończyło się mandatem, a za to kilka stów by wlepił.
Tak jadę sobie i jadę przepisowo i rozmyślam o sytuacji aż mnie olśniło, miałem tam w portfelu wsadzone 50 zł w kieszonkę koło prawa jazdy. Zatrzymałem się na poboczu i zajrzałem do środka, kasy nie było. Nie wiedziałem czy się śmiać czy płakać.
policja
Ocena:
117
(137)
Kilka słów o hodowli psów w Polsce.
Dobrą dekadę temu maczałem palce w hodowli psów rasowych. Hodowla zarejestrowana w Związku Kynologicznym w Polsce (ZKWP), zgodna z FCI, z wystawami, itd. Psy rasy raczej większej.
Co cechuje psa rodowodowego? Po pierwsze cechy rasy, to oczywiste. Po drugie zdrowie - ZKWP wymaga badań rodziców w kierunku chorób typowych dla danej rasy. Po trzecie pochodzenie rodziców - pojechali na wystawy, pokazali się z najlepszej strony, dostali nagrody - porządna, psia rodzina, nie jakieś tam chowańce.
Jak to wygląda w praktyce?
1. Hodowla rodowodowa.
a) Nie można męczyć suki - zakaz więcej, niż jednego miotu rocznie. Tak, żeby suka sobie co drugą cieczkę odpoczęła. Ale jeśli hodowcy pasuje zrobić miot jesienią, a potem drugi wiosną, to już spoko.
b) Rodowód musi być, porządni rodzice. Ale skoro suka nie chce zajść z kawalerem nr 1, to pokryjmy jeszcze kawalerem numer 2, 3, 4, 5, 6, 7, i 8. Któryś w końcu tryśnie tak, ze suka zajdzie. A jak zajdzie z 3 naraz - to co, ktoś pozna? Każdy tej samej rasy przecież. Wiem o co najmniej jednej hodowli w Polsce, która tak robi i się z tym w towarzystwie nie kryje. Oczywiście w metryczce najlepszy ojciec. No bo przecież krył, kto udowodni, że krył ślepakami?
c) Badania - trzeba je mieć. Ale można lekarzowi dać w łapę, a na wypadek kontroli złożyć znajomej, młodej hodowczyni świetną propozycję i po prostu przekazać problematyczne suki w zamian za zyski z miotów. Gorzej, jak ktoś tej młodej hodowczyni da cynk, że przekazana suka ma sfałszowane papiery, a hodowczyni potwierdzi to u weterynarza. No trudno, straty finansowe wpisane w ryzyko...
2. Hodowle "dzikie" - jeśli zniechęciłem Was, drodzy czytelnicy, do kupienia psa rodowodowego, to przepraszam, nie chciałem - tak naprawdę to nadal jest dobry wybór. Równie dobrym wyborem jest kompletny kundel ze schroniska. Ale najgorszy jest pies z hodowli udającej porządną. Czemu? Ano temu, że kilka lat temu ZKWP zaczął lobbować za ukróceniem "pseudohodowli". Czyli takich niezrzeszonych w ZKWP i FCI. Tylko niestety, lobbował słabo, bo ustawa przeszła, ale obejmuje "organizacje kynologiczne", a nie ZKWP z nazwy. Co zrobiły dzikie hodowle? Zrzeszyły się w organizacjach kynologicznych. Teraz każdy ma metrykę, rodowód, rasowe psy i regulacje (lub ich brak). ZKWP nadal ma swoje poważne regulacje, ale to są dla hodowców koszty - wystawy i szanowanie zdrowia psów swoje kosztuje, a skoro można mieć psa z rodowodem za 4k PLN i za 500PLN, to rachunek dla ludzi nie znających realiów jest dość prosty ;)
To, że suka rodziła w stodole na sianie trzeci miot w tym roku dla nabywcy szczeniąt nie jest widoczne. Nikt normalny nie pokazuje kojca - w poważnej hodowli też. Suka przyjęłaby to bardzo źle. Szczeniak wygląda dobrze, może wymagać odrobaczenia.
Czy trzeba kupować z legalnej hodowli i płacić krocie, skoro tam też kręcą wałki? W sumie... tak, bo tam choć odrobinę szanują matki tych szczeniąt. Ale równie dobrze można wziąć znajdkę ze schroniska. Też będzie Was kochać.
Dobrą dekadę temu maczałem palce w hodowli psów rasowych. Hodowla zarejestrowana w Związku Kynologicznym w Polsce (ZKWP), zgodna z FCI, z wystawami, itd. Psy rasy raczej większej.
Co cechuje psa rodowodowego? Po pierwsze cechy rasy, to oczywiste. Po drugie zdrowie - ZKWP wymaga badań rodziców w kierunku chorób typowych dla danej rasy. Po trzecie pochodzenie rodziców - pojechali na wystawy, pokazali się z najlepszej strony, dostali nagrody - porządna, psia rodzina, nie jakieś tam chowańce.
Jak to wygląda w praktyce?
1. Hodowla rodowodowa.
a) Nie można męczyć suki - zakaz więcej, niż jednego miotu rocznie. Tak, żeby suka sobie co drugą cieczkę odpoczęła. Ale jeśli hodowcy pasuje zrobić miot jesienią, a potem drugi wiosną, to już spoko.
b) Rodowód musi być, porządni rodzice. Ale skoro suka nie chce zajść z kawalerem nr 1, to pokryjmy jeszcze kawalerem numer 2, 3, 4, 5, 6, 7, i 8. Któryś w końcu tryśnie tak, ze suka zajdzie. A jak zajdzie z 3 naraz - to co, ktoś pozna? Każdy tej samej rasy przecież. Wiem o co najmniej jednej hodowli w Polsce, która tak robi i się z tym w towarzystwie nie kryje. Oczywiście w metryczce najlepszy ojciec. No bo przecież krył, kto udowodni, że krył ślepakami?
c) Badania - trzeba je mieć. Ale można lekarzowi dać w łapę, a na wypadek kontroli złożyć znajomej, młodej hodowczyni świetną propozycję i po prostu przekazać problematyczne suki w zamian za zyski z miotów. Gorzej, jak ktoś tej młodej hodowczyni da cynk, że przekazana suka ma sfałszowane papiery, a hodowczyni potwierdzi to u weterynarza. No trudno, straty finansowe wpisane w ryzyko...
2. Hodowle "dzikie" - jeśli zniechęciłem Was, drodzy czytelnicy, do kupienia psa rodowodowego, to przepraszam, nie chciałem - tak naprawdę to nadal jest dobry wybór. Równie dobrym wyborem jest kompletny kundel ze schroniska. Ale najgorszy jest pies z hodowli udającej porządną. Czemu? Ano temu, że kilka lat temu ZKWP zaczął lobbować za ukróceniem "pseudohodowli". Czyli takich niezrzeszonych w ZKWP i FCI. Tylko niestety, lobbował słabo, bo ustawa przeszła, ale obejmuje "organizacje kynologiczne", a nie ZKWP z nazwy. Co zrobiły dzikie hodowle? Zrzeszyły się w organizacjach kynologicznych. Teraz każdy ma metrykę, rodowód, rasowe psy i regulacje (lub ich brak). ZKWP nadal ma swoje poważne regulacje, ale to są dla hodowców koszty - wystawy i szanowanie zdrowia psów swoje kosztuje, a skoro można mieć psa z rodowodem za 4k PLN i za 500PLN, to rachunek dla ludzi nie znających realiów jest dość prosty ;)
To, że suka rodziła w stodole na sianie trzeci miot w tym roku dla nabywcy szczeniąt nie jest widoczne. Nikt normalny nie pokazuje kojca - w poważnej hodowli też. Suka przyjęłaby to bardzo źle. Szczeniak wygląda dobrze, może wymagać odrobaczenia.
Czy trzeba kupować z legalnej hodowli i płacić krocie, skoro tam też kręcą wałki? W sumie... tak, bo tam choć odrobinę szanują matki tych szczeniąt. Ale równie dobrze można wziąć znajdkę ze schroniska. Też będzie Was kochać.
hodowle psy schroniska
Ocena:
126
(140)
Pracuję w ZUSie i piszę do wszystkich mały apel.
Proszę was, nie wyżywajcie się na nas za obecną sytuację, nie walcie w drzwi, żeby wam otworzono, nie filmujcie nas przez szyby, nie krzyczcie wyzwisk, nie wylewajcie pomyj w internecie, jak to nic nie robimy i "gramy w pasjansa całe dnie".
Jesteśmy na pierwszej linii obsługi tzw. "tarczy" i naprawdę ludzie starają się od rana do wieczora, by sprawnie to wszystko szło i byście mogli otrzymać należne wsparcie.
Naprawdę to nie my ustalamy przepisy, Zakład ma za zadanie tylko wcielić je w życie.
Skrzynie na dokumenty powstawały z koszy na śmieci i kartonów, byście mogli jak najszybciej z nich skorzystać, a nie dlatego, że robimy wam na złość.
Infolinia jest przeciążona, bo nigdy nie dzwoniło naraz tyle osób, a ludzi "na słuchawkę" brakuje. Pracujemy zmianowo, przepisy i wytyczne zmieniają się z godziny na godzinę i nieraz sposób, w jaki obsługiwaliśmy wnioski po 2 godzinach już jest nieaktualny.
W ciężkich czasach wspierajmy się, zamiast tworzyć kolejne podziały.
Proszę was, nie wyżywajcie się na nas za obecną sytuację, nie walcie w drzwi, żeby wam otworzono, nie filmujcie nas przez szyby, nie krzyczcie wyzwisk, nie wylewajcie pomyj w internecie, jak to nic nie robimy i "gramy w pasjansa całe dnie".
Jesteśmy na pierwszej linii obsługi tzw. "tarczy" i naprawdę ludzie starają się od rana do wieczora, by sprawnie to wszystko szło i byście mogli otrzymać należne wsparcie.
Naprawdę to nie my ustalamy przepisy, Zakład ma za zadanie tylko wcielić je w życie.
Skrzynie na dokumenty powstawały z koszy na śmieci i kartonów, byście mogli jak najszybciej z nich skorzystać, a nie dlatego, że robimy wam na złość.
Infolinia jest przeciążona, bo nigdy nie dzwoniło naraz tyle osób, a ludzi "na słuchawkę" brakuje. Pracujemy zmianowo, przepisy i wytyczne zmieniają się z godziny na godzinę i nieraz sposób, w jaki obsługiwaliśmy wnioski po 2 godzinach już jest nieaktualny.
W ciężkich czasach wspierajmy się, zamiast tworzyć kolejne podziały.
zus
Ocena:
121
(137)
Dziś będzie o obowiązku noszenia maseczek w miejscu publicznym oraz rękawiczek w sklepach.
Sytuacja z początków koronawirusa w Polsce. Jadę prawie pustym autobusem, do którego na jednym przystanku wsiada starszy pan. Ma na sobie maseczkę, szkoda tylko, że opuszczoną pod brodę. Ale pomyślałam, że może jak zajmie miejsce to założy maseczkę normalnie. O ja naiwna. Pan zaczął kaszleć, tak porządnie, że nie można byłoby go pomylić z gruźlikiem. Kaszle tak przez 5 minut, przestaje, zakłada normalnie maseczkę na usta i nos.
Sytuacja z wczoraj. Zaszłam do sklepu, zrobić tygodniowe zapasy. Razem ze mną weszła Pani, dosyć młoda, po trzydziestce. Miała założoną maseczkę na usta, tylko. Nos miała okryty. Dobrze, że chociaż miała rękawiczki, chociaż i ich przy płaceniu się pozbyła, bo ciężko jej było wyjąć kartę.
Wracam ze sklepu, jako że pogoda wczoraj była przepiękna widziałam po drodze dużo rodzin z dziećmi na spacerach. Po blokiem zobaczyłam tatusia trzema synami. Najmłodszy miał z 3-4 lata, jednak dwa pozostali mieli bliżej do 10 albo ponad. Tatuś miał maseczkę idealnie założoną, pilnował dzieci, które były bez maseczek.
Pomijając to, czy dzięki maseczkom się nie zarazimy, trwa właśnie nieprzyjemny okres dla alergików. Sama kicham, trochę kaszlę od końcówki lutego, bo jestem uczulona na pyłki. Jednak sama nie wiem, czy to wina alergii czy mam wirusa, który przechodzi łagodnie. Aż tak ciężko jest zastosować się do zaleceń, aby w razie czego nie zarażać innych?
Sytuacja z początków koronawirusa w Polsce. Jadę prawie pustym autobusem, do którego na jednym przystanku wsiada starszy pan. Ma na sobie maseczkę, szkoda tylko, że opuszczoną pod brodę. Ale pomyślałam, że może jak zajmie miejsce to założy maseczkę normalnie. O ja naiwna. Pan zaczął kaszleć, tak porządnie, że nie można byłoby go pomylić z gruźlikiem. Kaszle tak przez 5 minut, przestaje, zakłada normalnie maseczkę na usta i nos.
Sytuacja z wczoraj. Zaszłam do sklepu, zrobić tygodniowe zapasy. Razem ze mną weszła Pani, dosyć młoda, po trzydziestce. Miała założoną maseczkę na usta, tylko. Nos miała okryty. Dobrze, że chociaż miała rękawiczki, chociaż i ich przy płaceniu się pozbyła, bo ciężko jej było wyjąć kartę.
Wracam ze sklepu, jako że pogoda wczoraj była przepiękna widziałam po drodze dużo rodzin z dziećmi na spacerach. Po blokiem zobaczyłam tatusia trzema synami. Najmłodszy miał z 3-4 lata, jednak dwa pozostali mieli bliżej do 10 albo ponad. Tatuś miał maseczkę idealnie założoną, pilnował dzieci, które były bez maseczek.
Pomijając to, czy dzięki maseczkom się nie zarazimy, trwa właśnie nieprzyjemny okres dla alergików. Sama kicham, trochę kaszlę od końcówki lutego, bo jestem uczulona na pyłki. Jednak sama nie wiem, czy to wina alergii czy mam wirusa, który przechodzi łagodnie. Aż tak ciężko jest zastosować się do zaleceń, aby w razie czego nie zarażać innych?
Ocena:
97
(105)
Trzy historie o tym, jak trzeba kogoś op*****lić i postraszyć prawnikiem by dopiąć swego.
1. Naprawa szkody w aucie leasingowanym;
Szkoda zgłoszona w styczniu. Do marca każdy telefon skutkował tekstem "przekażemy to dalej", "nadaliśmy wysoki priorytet", "pana bezpośrednia opiekunka floty jest na urlopie/chorobowym/ma szkolenie/jest na lunchu". W końcu żyłka pękła, zagroziliśmy zerwaniem umowy ubezpieczenia z ich winy i oświadczyliśmy, że kolejny telefon wykona do nich prawnik. Co się okazało? W ciągu tygodnia udało się otrzymać kontakt nie tylko od ubezpieczyciela, ale i bezpośrednio z warsztatu, auto zostało odstawione, wydano zastępcze, a szkoda ma być naprawiona na dniach. Sprawa ruszyła dopiero po wspomnieniu drogi prawnej, miłe i cierpliwe upomnienia nic nie dawały. Omijajcie Arval szerokim łukiem.
2. Zamówienie ze sklepu online. Pasmanteria, wybrałam 4 towary, przesyłka paczkomatem. W odebranej paczce brak połowy zamówienia, wina ewidentnie po stronie sklepu, bo paczka była za mała, by zmieścić tam całość. Ktoś zwyczajnie nie dopakował towaru. Dzwonię raz. Drugi. Któregoś dnia odbieram telefon od magazyniera/kogośtam z InPostu, że sklep nadał mi brakujący towar na ten sam numer paczki co poprzednia przesyłka, więc muszą ją cofnąć do nadawcy (jak?!). Dzwonię więc do sklepu i informuję, że znowu coś pomieszali. Znowu słyszę "dobrze dziś wyślemy". Mija kolejny tydzień. W końcu dzwonię wściekła szósty raz wyłuszczając sprawę, wspominając UOKiK, Boga i wszystkich Świętych oraz prawnika i oświadczam, że jeśli dziś nie dostanę potwierdzenia nadania paczki, to pociągnę sprawę dalej dla czystej zasady. Bam! Tego samego dnia paczka u kuriera, dzień później dostarczona. Sklep Pinsola - nie polecam.
3. Zamówienie z Allegro. Opłacone, nadane dnia kolejnego opcją Pocztex48. Usługa z nazwy trwająca 48 godzin ciągnie się już 8 dni. Pani na infolinii poinformowała nas że te 48 jest umowne, bo czas dostarczenia to "plus minus 3 dni" - AHA. Poinstruowano nas jak złożyć reklamację. Co ważne: telefonowaliśmy o 10.18, rozmowa trwała do 10.28, o 10.31 zmienił się status przesyłki na "przekazane kurierowi". Przypadek? Poczta Polska.
1. Naprawa szkody w aucie leasingowanym;
Szkoda zgłoszona w styczniu. Do marca każdy telefon skutkował tekstem "przekażemy to dalej", "nadaliśmy wysoki priorytet", "pana bezpośrednia opiekunka floty jest na urlopie/chorobowym/ma szkolenie/jest na lunchu". W końcu żyłka pękła, zagroziliśmy zerwaniem umowy ubezpieczenia z ich winy i oświadczyliśmy, że kolejny telefon wykona do nich prawnik. Co się okazało? W ciągu tygodnia udało się otrzymać kontakt nie tylko od ubezpieczyciela, ale i bezpośrednio z warsztatu, auto zostało odstawione, wydano zastępcze, a szkoda ma być naprawiona na dniach. Sprawa ruszyła dopiero po wspomnieniu drogi prawnej, miłe i cierpliwe upomnienia nic nie dawały. Omijajcie Arval szerokim łukiem.
2. Zamówienie ze sklepu online. Pasmanteria, wybrałam 4 towary, przesyłka paczkomatem. W odebranej paczce brak połowy zamówienia, wina ewidentnie po stronie sklepu, bo paczka była za mała, by zmieścić tam całość. Ktoś zwyczajnie nie dopakował towaru. Dzwonię raz. Drugi. Któregoś dnia odbieram telefon od magazyniera/kogośtam z InPostu, że sklep nadał mi brakujący towar na ten sam numer paczki co poprzednia przesyłka, więc muszą ją cofnąć do nadawcy (jak?!). Dzwonię więc do sklepu i informuję, że znowu coś pomieszali. Znowu słyszę "dobrze dziś wyślemy". Mija kolejny tydzień. W końcu dzwonię wściekła szósty raz wyłuszczając sprawę, wspominając UOKiK, Boga i wszystkich Świętych oraz prawnika i oświadczam, że jeśli dziś nie dostanę potwierdzenia nadania paczki, to pociągnę sprawę dalej dla czystej zasady. Bam! Tego samego dnia paczka u kuriera, dzień później dostarczona. Sklep Pinsola - nie polecam.
3. Zamówienie z Allegro. Opłacone, nadane dnia kolejnego opcją Pocztex48. Usługa z nazwy trwająca 48 godzin ciągnie się już 8 dni. Pani na infolinii poinformowała nas że te 48 jest umowne, bo czas dostarczenia to "plus minus 3 dni" - AHA. Poinstruowano nas jak złożyć reklamację. Co ważne: telefonowaliśmy o 10.18, rozmowa trwała do 10.28, o 10.31 zmienił się status przesyłki na "przekazane kurierowi". Przypadek? Poczta Polska.
dostawcy
Ocena:
120
(136)
Czytałam na Piekielnych często historie o toksycznych rodzicach, myślę, że i moja będzie tu pasować.
Jestem jedynaczką i pochodzę z dość zamożnej rodziny. Jest to o tyle ważne, że większość moich znajomych uważa, że miałam w życiu lepiej i łatwiej niż cała reszta świata. Z mojej perspektywy wygląda to trochę inaczej. Mogłabym opisać całą masę historii o tym, jak zachowanie mojej matki pozbawiało mnie na każdym etapie życia aż do matury znajomych i sympatii otoczenia, ale dziś chciałam się skupić na jednym konkretnym aspekcie.
Z rodzicami mieszaliśmy pod miastem w domu jednorodzinnym, do szkoły zawsze chodziłam w mieście, rodzice mnie zawozili i przyjeżdżali po mnie, nie tylko do szkoły, ale też na wszelkie zajęcia pozalekcyjne i spotkania towarzyskie. Do 18stki jechałam komunikacją miejską może ze 3 razy w życiu. Przed maturą planując studia pomyślałam, że czas najwyższy jakoś wyrwać się spod pantofla rodziców, czy raczej matki, bo mój ojciec był piekielny jedynie w swojej bierności wobec poczynań matki. Zagadałam więc z nimi temat, powiedziałam, że chcę się wyprowadzić do mieszkania do miasta, a raczej pokoju w dzielonym mieszkaniu. Byłam gotowa pójść do pracy i sobie na utrzymanie zarobić, nawet jeśli oznaczałoby to studia zaoczne i pracę na kasie albo mopie. Spodziewałam się różnej reakcji ze strony matki, ale co wtedy wydało mi się dziwne, zareagowała spokojnie, pochwaliła chęć usamodzielnienia się i powiedziała, że wrócimy do tematu po zdanych egzaminach maturalnych.
Faktycznie gdy było już po maturach rodzice zabrali mnie do miasta pod pretekstem obejrzenia mieszkań na wynajem. Byłam wściekła, bo miałam nadzieję, że w tym jednym dadzą mi wolną rękę, ale oczywiście nie chcąc im sprawiać przykrości pojechałam z nimi.
Zabrali mnie do dwupokojowego mieszkania w centrum, agentka zachwalała okolicę, sąsiedztwo i stylowy wystrój, a ja już wiedziałam, że czynsz musi być kosmiczny jak na studenckie możliwości i to kolejny sposób moich rodziców na trzymanie mnie na smyczy. Rzeczywistość okazała się być jeszcze gorsza - moi rodzice w momencie, gdy pokazywali mi mieszkanie byli już pod podpisaniu umowy kupna. Z entuzjazmem oznajmili, że kupili mi mieszkanie jako prezent na dobry start w dorosłe życie.
Większość z Was pewnie nie zrozumie, w czym problem i stwierdzi, że jestem rozwydrzoną niewdzięcznicą. Ale ja chciałam tylko jednego - odrobiny wolności i swobody, a całe życie czułam na karku oddech rodziców. I co miałam zrobić w tej sytuacji? Nie przyjąć mieszkania? Okazać niewdzięczność?
Miałam tylko nadzieję, że moja matka faktycznie mówi poważnie, że to prezent na dobry start w samodzielność, a nie kolejny sposób na kontrolowanie mnie i biadolenie, ile to ona dla mnie poświęciła.
Niestety, wyszło jak zwykle. Przez cały okres studiów mieszkanie było argumentem w każdej kłótni. Matka wyrzucała mi między innymi
- że nie ukończyłam studiów w terminie, mimo, że kupiła mi mieszkanie
- że nie miałam średniej 5.0, mimo, że kupiła mi mieszkanie
- że po studiach nadal nie mam narzeczonego, mimo, że kupiła mi mieszkanie (akurat tu po prostu przemilczałam jej, że się od dawna z kimś spotykam - niech to najlepiej świadczy o tym, jak świetny miałyśmy kontakt)
- że mam nadwagę, mimo, że kupiła mi mieszkanie
- że moje koleżanki z roku są ładniejsze, mimo, że kupiła mi mieszkanie
- i sto innych pretensji
Kilkakrotnie w trakcie studiów chciałam się wyprowadzić z mieszkania i iść w cholerę. Po każdej takiej rozmowie matka wpadała w histerię, szlochała, że wbijam jej nóż serce, że ona tak się starała, takie piękne mieszkanie, dla jedynej kochanej córeczki, a córka okazuje się żmiją...
Na studiach poznałam mojego męża i niedługo po obronie dyplomu postanowiliśmy wziąć ślub. Wesele i cyrki związane z zapoznaniem rodziny mojego męża to materiał na osobną historię, więc póki co pominę milczeniem, aby nie przedłużać.
Mąż wiedząc o moich perypetiach z mieszkaniem od razu zaznaczył, że chce, abyśmy po ślubie kupili własne, a to oddali moim rodzicom. Byłam oczywiście za, ale matka znów mnie "udobruchała" argumentując, żebyśmy odkładali póki możemy, będzie mniejszy kredyt, gdzie się spieszyć, póki dzieci nie ma... Mąż nalegał, ale z drugiej stronie właśnie mieliśmy w planach otwarcie własnej działalności gospodarczej i po szczerej, jak sądziłam, rozmowie z moimi rodzicami postanowiliśmy na razie zostać w mieszkaniu.
Firma się rozkręcała i w zasadzie w najgorszym możliwym momencie podjęliśmy decyzję o wyprowadzce póki co na wynajem. Dlaczego? Moja matka zachowała się jak zwykle i ciągle, wyrzucała nam, że:
- ona kupiła mieszkanie, a rodzice mojego męża nie dali podobnej kwoty w prezencie ślubnym (typowa klasa średnia z bloku, w dodatku mają 4 dzieci, a nie jak moi rodzice tylko jedno - i tak byli hojni na wesele)
- mój mąż nie pomagał mojemu ojcu w remoncie domu (mój mąż nie ma pojęcia o remontach, a ojciec robił remont raczej dla rozrywki niż z potrzeby)
- nie zatrudniliśmy córki jej koleżanki w naszej firmie - co z tego, że firma ledwo na siebie zarabiała póki co, a dziewczyna nie miała pojęcia i branży i nawet nie wiem, co miałaby robić
- Nie zaprosiliśmy jej koleżanek na wesele - nie znam tych kobiet
- Nie spędzamy z nimi każdych świąt - spędzamy co drugie, przy czym święta u moich rodziców to krótki wspólny posiłek z jednego dania, opowieści matki o jej pracy i telewizor chodzący non stop w tle.
I oczywiście zawsze pojawia się koronny argument - "mimo, że kupiłam WAM mieszkanie"
Decyzję o wyprowadzce podjęliśmy po kolejnej sprzeczce z matką, podczas której zaczęła poniżać mojego męża nazywając go nieudacznikiem i patologią.
Tego samego dnia zaczęliśmy szukać mieszkania na wynajem (zerowa zdolność kredytowa ze względu na raczkującą firmę), tydzień później spakowaliśmy cały dobytek, przeprowadziliśmy się, a klucze do świętego mieszkania mojej matki wrzuciliśmy do skrzynki na listy moich rodziców.
Od tego pory mamy jedynie sporadyczny kontakt z moimi rodzicami. Jest nam finansowo dość ciężko, ale dajemy radę, jest coraz lepiej, a ja chyba pierwszy raz w życiu jestem naprawdę szczęśliwa. Żałuję tylko jednego, że przez tyle lat nie potrafiłam odciąć pępowiny i pójść naprawdę na swoje.
Matka jest oczywiście obrażona, mieszkanie stoi puste, z tego co mówi ojciec, nawet nie próbują go wynająć, bo matka jest przekonana, że lada moment wrócimy z podkulonymi ogonami. Niedoczekanie.
Jestem jedynaczką i pochodzę z dość zamożnej rodziny. Jest to o tyle ważne, że większość moich znajomych uważa, że miałam w życiu lepiej i łatwiej niż cała reszta świata. Z mojej perspektywy wygląda to trochę inaczej. Mogłabym opisać całą masę historii o tym, jak zachowanie mojej matki pozbawiało mnie na każdym etapie życia aż do matury znajomych i sympatii otoczenia, ale dziś chciałam się skupić na jednym konkretnym aspekcie.
Z rodzicami mieszaliśmy pod miastem w domu jednorodzinnym, do szkoły zawsze chodziłam w mieście, rodzice mnie zawozili i przyjeżdżali po mnie, nie tylko do szkoły, ale też na wszelkie zajęcia pozalekcyjne i spotkania towarzyskie. Do 18stki jechałam komunikacją miejską może ze 3 razy w życiu. Przed maturą planując studia pomyślałam, że czas najwyższy jakoś wyrwać się spod pantofla rodziców, czy raczej matki, bo mój ojciec był piekielny jedynie w swojej bierności wobec poczynań matki. Zagadałam więc z nimi temat, powiedziałam, że chcę się wyprowadzić do mieszkania do miasta, a raczej pokoju w dzielonym mieszkaniu. Byłam gotowa pójść do pracy i sobie na utrzymanie zarobić, nawet jeśli oznaczałoby to studia zaoczne i pracę na kasie albo mopie. Spodziewałam się różnej reakcji ze strony matki, ale co wtedy wydało mi się dziwne, zareagowała spokojnie, pochwaliła chęć usamodzielnienia się i powiedziała, że wrócimy do tematu po zdanych egzaminach maturalnych.
Faktycznie gdy było już po maturach rodzice zabrali mnie do miasta pod pretekstem obejrzenia mieszkań na wynajem. Byłam wściekła, bo miałam nadzieję, że w tym jednym dadzą mi wolną rękę, ale oczywiście nie chcąc im sprawiać przykrości pojechałam z nimi.
Zabrali mnie do dwupokojowego mieszkania w centrum, agentka zachwalała okolicę, sąsiedztwo i stylowy wystrój, a ja już wiedziałam, że czynsz musi być kosmiczny jak na studenckie możliwości i to kolejny sposób moich rodziców na trzymanie mnie na smyczy. Rzeczywistość okazała się być jeszcze gorsza - moi rodzice w momencie, gdy pokazywali mi mieszkanie byli już pod podpisaniu umowy kupna. Z entuzjazmem oznajmili, że kupili mi mieszkanie jako prezent na dobry start w dorosłe życie.
Większość z Was pewnie nie zrozumie, w czym problem i stwierdzi, że jestem rozwydrzoną niewdzięcznicą. Ale ja chciałam tylko jednego - odrobiny wolności i swobody, a całe życie czułam na karku oddech rodziców. I co miałam zrobić w tej sytuacji? Nie przyjąć mieszkania? Okazać niewdzięczność?
Miałam tylko nadzieję, że moja matka faktycznie mówi poważnie, że to prezent na dobry start w samodzielność, a nie kolejny sposób na kontrolowanie mnie i biadolenie, ile to ona dla mnie poświęciła.
Niestety, wyszło jak zwykle. Przez cały okres studiów mieszkanie było argumentem w każdej kłótni. Matka wyrzucała mi między innymi
- że nie ukończyłam studiów w terminie, mimo, że kupiła mi mieszkanie
- że nie miałam średniej 5.0, mimo, że kupiła mi mieszkanie
- że po studiach nadal nie mam narzeczonego, mimo, że kupiła mi mieszkanie (akurat tu po prostu przemilczałam jej, że się od dawna z kimś spotykam - niech to najlepiej świadczy o tym, jak świetny miałyśmy kontakt)
- że mam nadwagę, mimo, że kupiła mi mieszkanie
- że moje koleżanki z roku są ładniejsze, mimo, że kupiła mi mieszkanie
- i sto innych pretensji
Kilkakrotnie w trakcie studiów chciałam się wyprowadzić z mieszkania i iść w cholerę. Po każdej takiej rozmowie matka wpadała w histerię, szlochała, że wbijam jej nóż serce, że ona tak się starała, takie piękne mieszkanie, dla jedynej kochanej córeczki, a córka okazuje się żmiją...
Na studiach poznałam mojego męża i niedługo po obronie dyplomu postanowiliśmy wziąć ślub. Wesele i cyrki związane z zapoznaniem rodziny mojego męża to materiał na osobną historię, więc póki co pominę milczeniem, aby nie przedłużać.
Mąż wiedząc o moich perypetiach z mieszkaniem od razu zaznaczył, że chce, abyśmy po ślubie kupili własne, a to oddali moim rodzicom. Byłam oczywiście za, ale matka znów mnie "udobruchała" argumentując, żebyśmy odkładali póki możemy, będzie mniejszy kredyt, gdzie się spieszyć, póki dzieci nie ma... Mąż nalegał, ale z drugiej stronie właśnie mieliśmy w planach otwarcie własnej działalności gospodarczej i po szczerej, jak sądziłam, rozmowie z moimi rodzicami postanowiliśmy na razie zostać w mieszkaniu.
Firma się rozkręcała i w zasadzie w najgorszym możliwym momencie podjęliśmy decyzję o wyprowadzce póki co na wynajem. Dlaczego? Moja matka zachowała się jak zwykle i ciągle, wyrzucała nam, że:
- ona kupiła mieszkanie, a rodzice mojego męża nie dali podobnej kwoty w prezencie ślubnym (typowa klasa średnia z bloku, w dodatku mają 4 dzieci, a nie jak moi rodzice tylko jedno - i tak byli hojni na wesele)
- mój mąż nie pomagał mojemu ojcu w remoncie domu (mój mąż nie ma pojęcia o remontach, a ojciec robił remont raczej dla rozrywki niż z potrzeby)
- nie zatrudniliśmy córki jej koleżanki w naszej firmie - co z tego, że firma ledwo na siebie zarabiała póki co, a dziewczyna nie miała pojęcia i branży i nawet nie wiem, co miałaby robić
- Nie zaprosiliśmy jej koleżanek na wesele - nie znam tych kobiet
- Nie spędzamy z nimi każdych świąt - spędzamy co drugie, przy czym święta u moich rodziców to krótki wspólny posiłek z jednego dania, opowieści matki o jej pracy i telewizor chodzący non stop w tle.
I oczywiście zawsze pojawia się koronny argument - "mimo, że kupiłam WAM mieszkanie"
Decyzję o wyprowadzce podjęliśmy po kolejnej sprzeczce z matką, podczas której zaczęła poniżać mojego męża nazywając go nieudacznikiem i patologią.
Tego samego dnia zaczęliśmy szukać mieszkania na wynajem (zerowa zdolność kredytowa ze względu na raczkującą firmę), tydzień później spakowaliśmy cały dobytek, przeprowadziliśmy się, a klucze do świętego mieszkania mojej matki wrzuciliśmy do skrzynki na listy moich rodziców.
Od tego pory mamy jedynie sporadyczny kontakt z moimi rodzicami. Jest nam finansowo dość ciężko, ale dajemy radę, jest coraz lepiej, a ja chyba pierwszy raz w życiu jestem naprawdę szczęśliwa. Żałuję tylko jednego, że przez tyle lat nie potrafiłam odciąć pępowiny i pójść naprawdę na swoje.
Matka jest oczywiście obrażona, mieszkanie stoi puste, z tego co mówi ojciec, nawet nie próbują go wynająć, bo matka jest przekonana, że lada moment wrócimy z podkulonymi ogonami. Niedoczekanie.
rodzice matka
Ocena:
185
(205)
Ichigo1221