Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

 

#85148

~KierownikIC ·
| Do ulubionych
Jestem kierownikiem pociągu.

Jechałem nocnym ekspresem z Warszawy do Gdyni. Jak to w wakacje, w pociągu było tłoczno. Tak tłoczno, że bilety w ostatnim wagonie skończyliśmy sprawdzać dopiero za Iławą. I właśnie w tym wagonie siedziała blond Karyna.

Karyna bilet miała, ale na pospieszny do Lublina. Była kompletnie zaskoczona, gdy jej o tym powiedziałem. I ja też, tym, że przez tyle czasu nie zorientowała się, że jedzie w złym kierunku. Sprawdziłem dla niej połączenie powrotne i, nawet nie wystawiając nowego biletu (który kosztowałby ją 143 zł), poszedłem dalej.

I Karyna napisała na mnie skargę.

Zażądała zwrotu pieniędzy za hotel (najbliższy pociąg był dopiero o 4 rano) oraz bilet powrotny ponieważ...

… zbyt późno przyszedłem sprawdzić jej bilet i ją poinformować

kolej

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 175 (183)

#74777

(PW) ·
| Do ulubionych
I znów korepetycje.

Trafił się Mamie chętny na korki w wakacje. Gagatek oblał ustny angielski, a co za tym idzie, nie zdał matury.

Teraz czas na piekielności:

1. Różnica oczekiwań. Na korki wysłał Gagatka ojciec, który liczy, że synalek zda poprawkę w sierpniu. Sam Gagatek chciałby zrobić sobie rok przerwy i potem podejść do poprawki.

2. Piekielność wynikająca z punktu pierwszego. Gagatek nie uczy się i nie odrabia prac domowych. Po co, skoro chce zdawać poprawkę za rok? A że tata wolałby, żeby chociaż spróbował w tym roku, to oj tam, oj tam.

3. Spóźnienia i odwoływanie. Gagatek jest spóźniony notorycznie, zdarza mu się nie przyjść, a nawet zadzwonić 5 minut po czasie (lub przed), że jednak nie przyjdzie, bo zaspał/zapomniał (umówiony jest na godzinę 10 rano).

4. Brak szacunku. Mama, chcąc zaradzić ciągłym spóźnieniom, zaproponowała, żeby przychodził na 11. Gagatek wolałby na 12. Nie ma opcji, mówi Mama. Przecież kiedyś trzeba zrobić zakupy, ugotować obiad, poza tym czasem chciałoby się gdzieś przy ładnej pogodzie pójść z młodszym dzieckiem, innymi słowy chciałoby się mieć trochę własnego życia. Ale jak to, mówi Gagatek, co pani szkodzi mnie wziąć na 12, i tak przecież siedzi pani w domu i nic nie robi. Komentarz zbędny.

5. 25 sierpnia Gagatek miał mieć swoją poprawkę. Mama jest na wakacjach od 20 do 28 sierpnia. Kilka dni przed jej wyjazdem Gagatek pyta, czy Mama nie poszłaby z nim na poprawkę. Mama przypomniała mu, że przecież wyjeżdża. Co na to Gagatek? "To nie może pani przyjechać na 25?" Tak, gnój chciał, żeby Mama przerwała lub skróciła wakacje, żeby odprowadzić go pod salę egzaminacyjną i potem poczekać, aż z niej wyjdzie! Został wyśmiany.

6. Ostatnia piekielność to jego ojciec. Niby sympatyczny, niby zatroskany o dobro syna, niby dobrze się z nim rozmawia, nie przejawia też typowych korepetycyjnych piekielności, jak obwinianie korepetytora o złe wyniki dziecka, płaci też na czas. Jednak jest jedna zasadnicza piekielność: pan oczekuje cudu. Mimo wielu rozmów o podejściu syna do nauki, nie jest w stanie pojąć, że 2 miesiące (jak odjąć wszystkie jego nieobecności, to najwyżej półtora miesiąca) to ciut za mało czasu, by wyrównać wieloletnie zaległości, przemóc blokadę przed mówieniem i pokonać lenistwo.

A najbardziej piekielne w tym wszystkim jest to, że Gagatek zwyczajnie marnuje czas swojej korepetytorki.

Skomentuj (16) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 85 (127)

#84928

(PW) ·
| Do ulubionych
Słyszeliście, co ostatnio wymyśliły feministki? Otóż uznały, że klimatyzacja jest seksistowska.

Sprawa rozbija się o to, że zły patriarchat ustawia klimatyzację tak, że uciśnionym kobietom jest zimno.

Jak tylko to zobaczyłem, to przypomniała mi się sytuacja z pracy. Otóż od kiedy tam pracuję, klimatyzacja nigdy nie była ruszana. Nawet nie wiem, na ile stopni jest ustawiona, ale jest tak, że jest przyjemna temperatura o każdej porze roku i wszystkim to najwidoczniej pasuje, bo nikt nigdy nie narzekał.

Do czasu.

Przyszła nowa. Pierwszy rzut oka wystarczył, by stwierdzić, że wojująca feministka. Czerwone włosy, wygolony bok głowy i kolczyki na całej twarzy. Od pierwszego dnia zaczęła się pruć o klimatyzację, że jej zimno. Na początku próbowała delikatnie:

- Ej, wam też tak strasznie zimno?
- Nie - odpowiadali wszyscy zgodnie.

Kiedy to nie działało, po jakimś czasie spróbowała bardziej stanowczo:

- Tu jest za zimno! Trzeba zwiększyć temperaturę, a najlepiej wyłączyć klimatyzację!

Wszyscy zgodnie odpowiedzieli, że tak jest dobrze i od kiedy tu są, to tak było i nigdy niczego nie zmieniali, bo nigdy nikomu temperatura nie przeszkadzała.

W odpowiedzi nas ofukała, ale na kilka dni się zamknęła z tym tematem. Po kilku dniach znowu:

- Zimno mi!!! Podkręćcie tę klimę!

Jeden kolega nie wytrzymał:

- Jak ci zimno, to się ubierz, a nie zmuszasz całe biuro, by się do ciebie dostosowało.
Na to feministka stwierdziła, że kolega ją terroryzuje i molestuje (serio!) i ona to zgłosi.

No i zgłosiła.

Nazajutrz przychodzi kierownik biura i pyta:

- Kto chce by podnieść temperaturę w biurze?

Feministka podniosła rękę.

- Kto chce, by zostało tak jak jest?

Wszyscy pozostali podnieśli ręce.

- No, to zostaje tak, jak jest - mówi kierownik, po czym dodaje, patrząc na sprawczynię całego zamieszania - a jak komuś zimno, to niech się ubierze.

klimatyzacja feministki seksizm

Skomentuj (22) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 121 (193)

#84917

(PW) ·
| Do ulubionych
Po przeczytaniu kilku historii o niewychowanych, rozwydrzonych dzieciach, przypomniała mi się moja dawna przyjaciółka Magda, a raczej jej stosunek do dzieci. Otóż Magda byłaby wręcz książkowym przykładem MADKI, gdyby nie to, że nie miała dzieci (i mam nadzieję, że nadal nie ma).

Już wyjaśniam.

Magda uwielbiała dzieci - od niemowlaków po nastolatki, bez różnicy, z każdym chętnie spędzała czas, każdym się potrafiła zaopiekować i lubiła to. Dzieci wzajemnie uwielbiały "ciocię Madzię", ale jakoś niewielu rodziców decydowało się zostawiać swoje pociechy pod opieką Magdy. Dlaczego?

Otóż Magda pozwalała dzieciom na WSZYSTKO. No dobra, powiedzmy, że prawie wszystko, bo nigdy żadne dziecko pod jej opieką nie doznało najmniejszego uszczerbku na zdrowiu, więc przypuszczam, że skakać z okna, bawić się nożami i zapałkami tudzież wkładać gwoździ do kontaktu raczej im nie pozwalała, ale wszystko spoza tej kategorii to już tak. Co mógł zastać rodzic w domu po zostawieniu dziecka pod opieką Magdy?

Ano:
- pięknie pokolorowaną kredkami lub co gorsza farbkami ścianę ("na kartce było za mało miejsca");
- rozsypane produkty sypkie w kuchni ("wysypało mi się trochę, a jej się to spodobało");
- otwarte drzwi od lodówki ("słuchaj, on jest po prostu zafascynowany tym, że tam się światełko świeci");
- powywalane wszystkie ciuchy z szafy ("bawiłyśmy się w przebieranki");
- ogólnie koszmarny bałagan ("ooo, już jesteś... właśnie mieliśmy sprzątać...").

Oprócz tego nigdy nie można było mieć pewności, o której dziecko pójdzie spać i co będzie jadło - mimo dokładnych wytycznych zostawianych Magdzie w tej kwestii. Nie, wróć, źle to ujęłam, raczej można było mieć pewność, że dziecko nie pójdzie spać o wyznaczonej godzinie i że nie zje tego, co zostało dla niego przygotowane, za to napcha się do wypęku słodyczami. Nie masz słodyczy w domu? Nic nie szkodzi, jak masz jajka i cukier, to "ciocia Madzia" zrobi twojemu dziecku kogel-mogel, bo ono nie chce przygotowanego wcześniej posiłku, chce coś słodkiego!

Nie pomagały prośby i tłumaczenia. Argumenty Magdy były zawsze takie same: "To tylko dziecko! Jak można mu żałować, jak można mu odmówić, jak można mu zabraniać? To przecież DZIECKO!!!".

No cóż, nikt się chyba nie dziwi, że Magda raczej rzadko miała okazję do opieki nad dziećmi, mimo posiadania sporej ilości "dzieciatych" znajomych. Ale czasem kogoś mocno "przycisnęło", opieka nad maluchem potrzebna nagle i "na już", a Magda nigdy nie odmawiała, wręcz z entuzjazmem przyjmowała propozycje zajęcia się Jasiem/Stasiem/Kasią/Basią.

W takiej właśnie podbramkowej sytuacji znalazła się kiedyś mama Emilki, dziewczynki w wieku ok. 3-4 lat. Emilka była bardzo żywym i psotnym dzieckiem, więc często słyszała od dorosłych, że jest małym urwiskiem i to zdanie sobie zapamiętała, no niestety niezbyt dokładnie... Oddana na jakieś dwie godzinki pd opiekę Magdzie, wymyśliła wyjście na spacer. Dziecko chce, Magda spełnia życzenie, idą na spacer. Przechodzą koło sklepu, Emilka chce do sklepu, no oczywiście, że wejdziemy. Emilka chce kupić milion rzeczy, oj, tu jest problem, u Magdy zawsze cienko z kasą... Jakoś zrozumiała (Emilka, nie Magda), ale jak nie ma zakupów, to jest zabawa! Zabawa polegała na bieganiu po sklepie i wrzeszczeniu na cały głos, Magda usiłowała przywołać Emilkę do porządku, co jej się oczywiście nie udawało (hmm... ciekawe dlaczego?), wreszcie zrozpaczona krzyknęła:

- Emilka! Dlaczego ty mnie w ogóle nie słuchasz?

Na co Emilka, wziąwszy się pod boki, odpowiedziała dumnie:

- Bo ja jestem małym ku*wiszkiem!

Całą tą sytuację opowiedziała mi Magda, zarzekając się na wszystko na świecie, że więcej do tego sklepu nie pójdzie. Niestety, nadal nie rozumiała prostej zależności pomiędzy zachowaniem Emilki a faktem, że wcześniej jej na wszystko pozwalała. "Przecież to tylko dziecko...".

sklep

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 81 (123)

#85098

~kuzyn ·
| Do ulubionych
Ok. 3 miesięcy temu zmarła moja babcia. Mieszkała z nami w jednym domu. Jakoś miesiąc po jej śmierci mama postanowiła zacząć robić porządki z jej rzeczami. Natrafiła podczas nich na umowę z banku o zawarcie lokaty, do której ja miałem upoważnienie na wypadek śmierci babci. Przyszła z tym do mnie i potwierdziłem, że faktycznie coś takiego miało miejsce, i że po śmierci babci przypomniałem sobie o tym, ale póki co nie miałem głowy, żeby wybrać się tym zająć.

Wziąłem te dokumenty od mamy, akt zgonu i wybrałem się do banku. Okazało się, że razem z odsetkami jest to dokładnie kwota 24 138 PLN. Mama zapytała mnie, co zamierzam zrobić z tymi pieniędzmi, czy może zmienię samochód, czy też wpłacę na konto. Ja postanowiłem, że podzielę tę kwotę na równych 5 części (tyle jest nas, wnucząt - ja, 3 kuzynów i kuzynka) i przekażę pozostałym mówiąc co i jak. Mama się zdziwiła, że nie zostawię tych pieniędzy sobie, bo z racji tego, że mieszkałem z babcią, to ja najbardziej odczułem jej problemy ze zdrowiem, w tym psychicznym, w ostatnich latach jej życia.

Ja jednak żartobliwie odpowiedziałem, że boję się, że babcia po nocach będzie mnie prześladować, jeśli nie podzielę się z pozostałymi wnuczkami. Zresztą sprawa mogłaby się wydać za jakiś czas i byłaby z tego tylko niepotrzebna draka.

Akurat nadarzyła się impreza rodzinna, na której była cała piątka. Zawołałem ich do swojego samochodu, powiedziałem, co i jak, skąd te pieniądze, pokazałem wydruk z banku, jaka to dokładnie kwota, żeby nie było wątpliwości. Następnie wręczyłem każdemu po kopercie, w której było po 4800. Zapytałem, czy chcą też tę końcówkę, 138 zł, dzielić, czy też może mam w naszym imieniu kupić babci jakiś ładny wieniec. Wszyscy zgodnie odpowiedzieli, żebym kupił wieniec. Każdy ucieszył się z takiego niespodziewanego zastrzyku gotówki i w miłej atmosferze się rozeszliśmy. No ale gdyby to był koniec, to nie byłoby tej historii tutaj.

Gdzieś po tygodniu wujek z ciocią (rodzice najstarszego kuzyna) przyjechali "na kawę". Siedzą, rozmawiają i widać, że chcą zacząć jakiś temat, ale nie wiedzą, jak. Odważył się w końcu wujek. Chodziło o te pieniądze. Zanim babcia wpłaciła na konto, do którego byłem upoważniony, upoważnienie tego typu, tylko w innym banku, miał ten wujek. W tamtym banku jednak babcię namówiono na jakąś lokatę inwestycyjną, na której straciła kilkaset złotych, więc obraziła się na tamten bank, zabrała pieniądze. Akurat ja ją wtedy podwoziłem, i zapytała mnie, gdzie polecam jej teraz ulokować te pieniądze. Poleciłem jej bank, w którym sam miałem lokatę i z usług którego byłem zadowolony. Zawiozłem ją i ona od razu mnie ze sobą zawołała, żeby napisać tym razem na mnie takie upoważnienie na wypadek śmierci.

Wujek przypomniał sobie, że na tej lokacie było jakoś ponad 30 tysięcy, kojarzyła mu się suma 36 tysięcy. Popatrzyli na mnie z ciocią w stylu: "No i gdzie jest reszta tych pieniędzy?".

Odpowiedziałem, że może i tak było, ale przecież w międzyczasie babcia postawiła nagrobek, miała wesele wnuka, komunię prawnuka, wnukowi i wnuczce dała "prezencik" na nowe mieszkania. Tu przeszli do ofensywy, że przecież cały czas pobierała emeryturę, więc kapitał powinien jej się uzupełniać. No cóż, emeryturę pobierała, nie była ona może głodowa, ale też nie były to kokosy, a babcia nie tuliła każdego grosza.

Jak przyjeżdżali prawnukowie, to zawsze wcisnęła "obrazek" (50-100 PLN). Urodziny, imieniny dzieci, wnuków, Boże Narodzenie - zawsze każdy dostał "kopertkę". Miała trochę oszczędności, o których wszystkie dzieci wiedziały i wiedziały gdzie są. Opłacali z nich stypę, księdza, grabarza itp.

Ciocia z wujkiem jednak nie ustępowali i dalej wysnuwali podejrzenia, że część tych pieniędzy zachowałem dla siebie, a tylko częścią się podzieliłem z pozostałymi. Przyniosłem im wydruk z banku (ten sam, który pokazywałem kuzynom), to stwierdzili, że na pewno podrobiłem go. Tu już nie wytrzymałem i po prostu wyprosiłem ich z domu, bo nie pozwolę, żeby mnie ktoś tak bezczelnie oskarżał pod moim dachem. Jak się okazało, z tą samą sprawą wylądowali u pozostałej dwójki rodzeństwa (w sumie babcia miała 4 dzieci - moja mama, 2 ciocie i 1 wujek).

Ciocia powiedziała, że nie wierzy w to, że ja bym coś takiego zrobił i odesłała ich z kwitkiem. Wujek może zrobiłby podobnie, ale wtrąciła się jego żona, a moja ciocia, która podłapała temat i dołączyła do grupy oskarżającej mnie o przywłaszczenie sobie gotówki po zmarłej babci. Ta sama ciocia poruszyła też w mojej obecności temat tych 138 złotych, za które mam kupić wieniec i powiedziała coś w stylu: "No ciekawe, czy tak zrobisz...".

Jako że już byłem mocno wnerwiony całą sytuacją, to odpowiedziałem w przypływie złości: "Wezmę za niego paragon i w zęby wetknę cioci tak głęboko, że d**ą wyjdzie!". Po tych słowach ciocia, obrażona, wyszła.

Najsmutniejsze jest to, że gdybym te pieniądze zostawił dla siebie, to najprawdopodobniej nie byłoby całej afery i kłótni.

rodzina

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 245 (249)

#74788

(PW) ·
| Do ulubionych
Jak to mój małżonek dentystę "oszukał".

Mój (U)kochany obdarzony jest mocnymi i zdrowymi zębami. Copółroczny przegląd paszczęki pod kątem ubytków (abstrahuję tutaj od ściągania kamienia) trwa z reguły kilkanaście minut i kończy się standardowo: "Zapraszam za 6 miesięcy". Kiedy więc mój ślubny stwierdził, że wróci dzisiaj później, bo idzie do dentysty, zdziwiłam się troszkę, bo był tam 2 tygodnie temu.

Mężulo wrócił uchachany, jakby w totka wygrał i zrelacjonował mi, co następuje. Przed 2 tygodniami dentysta dojrzał, że mój ślubny ma mały ubytek przy dziąśle, ale go nie załata, bo stwierdził stan zapalny tychże dziąseł. Dlatego przepisał mu specjalistyczny żel stomatologiczny i takąż płukankę, nakazał dziąsła traktować tymi specyfikami i dopiero po 14 dniach powrócić na plombowanie.

Mój (U)kochany poszedł wprawdzie do apteki, ale kiedy usłyszał, że żel i płukanka kosztują 100 zł, machnął ręka i stwierdził, że mu pasta i tradycyjny płyn do płukania wystarczą.

Dziś poszedł do swego stomatologa i, jak gdyby nigdy nic, rozdziawił paszczę do łatania. Dentysta cały zadowolony: "No, panie Blaueblume, widać, że pan pilnie kurował te dziąsła, ich stan jest już dobry, bardzo lubię takich obowiązkowych pacjentów" i bezproblemowo założył wypełnienie.

Kto był tu piekielny?

Dentysta, który zaaplikował niepotrzebne (dość drogie) specyfiki i chwalił nieegzystującą kurację, czy mój mąż, który olał zalecenia stomatologa?

dentysta/niepotrzebna kuracja

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 126 (174)

#84908

~lalal12 ·
| Do ulubionych
Historia o konfrontacji młodej pacjentki z „ochroną” zdrowia. Będzie długo.

NIEDZIELA.

Nagle słabe samopoczucie, wysokie ciśnienie i tętno. Nie pierwszy epizod, zatem czas się zbadać.

PONIEDZIAŁEK.

Od rana wizyta w przychodni. Lekarz zbiera wywiad, mierzy ciśnienie - podwyższone, zatem wysyła od razu na EKG i badania krwi. Pani pielęgniarka próbuje pobrać krew, nie udaje jej się, próbuje 3 razy – udało się! Wracam do lekarza, dostaję skierowanie do szpitala na badania. Nic konkretnego nie usłyszałam, a na moje pytanie, czy aby na pewno to EKG jest okej, bo ten fragment wygląda jak blok prawej odnogi, mówi, że jest to błąd zapisu.

Przyjeżdżam do szpitala, zmęczona, głodna. Nie przyjmą, bo na skierowaniu nie ma pieczątki poradni. Czad. Telefon do przychodni z prośbą o wystawienie nowego skierowania, angażuję chłopaka o przywiezienie mi go do szpitala. Okej, przyjeżdża, mogą mnie zbadać. Przyjęła mnie pani doktor, każe się rozebrać, w tym czasie wchodzi student, ani me ani be i zaczyna mnie dotykać … ekhm … badać. Moja tolerancja zaczyna powoli spadać. Babeczka zbiera wywiad i rozpisuje mi badania. Idę do poczekalni i czekam.

1 pielęgniarz na izbie i 4 pielęgniarki. EKG oczywiście robi mi pielęgniarz, bo przecież młoda dziewczyna, niech popatrzy. Wenflon założony, krew na badania pobrana. Muszę czekać na wyniki, bo bez testu ciążowego nie zrobią mi badań. No ok.

USG brzucha. Wchodzę do gabinetu, zimno jak pierun, zza biurka głos: „Pani się rozbierze, rozepnie spodnie i się położy”. Robię to, leżę, zaczyna mi się robić zimno, więc się ubieram. Lekarz się odwraca: „przecież kazałem odsłonić brzuch”. Odwraca się i dalej patrzy się w komputer. Dobra, nie odsłaniam, bo serio mi zimno. Po 5 minutach odwraca się do mnie i zaczyna się badanie. Jak rodzice nam mówią, że USG nie boli, to ch*ja prawda, bo ten z całą siłą jeździł mi głowicą po żebrach. USG jest ok, idziemy dalej.

Przyszły wyniki, nie jestem w ciąży! Idę na RTG klatki piersiowej. W poczekalni spotykam znajomego klienta. On miał umówione badanie z przychodni, więc musi czekać, bo najpierw pacjenci izbowi wchodzą. Przyszła moja kolej. Oczywiście w środku dwie panie technik i jeden pan technik. Kto szykuje mnie do zdjęcia? Oczywiście młodziutki pan technik, bo przecież młoda dziewczyna, niech sobie chłop popatrzy. No i sobie popatrzył, bo stałam do niego przodem z gołą klatą, ten patrzy mi się w oczy i się pyta, czy nie pójdziemy na kawę. Wcale nie czuję się skrępowana i zażenowana. Odpowiedziałam, że w tych okolicznościach, to trochę słabo. On na to: więc może na herbatkę chociaż…

Do zdjęcia było trzeba usunąć moje włosy z pleców, już wzięłam się za związywanie, ale nie, zrobi to ON – pan technik. Nawet nie zdążyłam nic zrobić ani powiedzieć, a on moje warkocze związał na supeł. Czad.

Zażenowana wychodzę i modlę się, by nie spotkać tego gościa nigdy więcej. Ale tutaj niespodzianka – zabierają mnie na tomografię głowy i kto mnie prowadzi? Pan technik! Tutaj już bez zbędnych komentarzy.

Wracam na izbę. O! Przyszły moje badania krwi z przychodni. Loguję się w elabie i co? Hemoliza – badanie niemożliwe do wykonania. Czyli poranne 3 kłucia w rękę poszły na marne, bo pani pielęgniarka przebiła żyłę i pobierała krew, która się wysączyła poza naczynie.

Konsultacja z kardiologiem. Oczywiście, „ojojoj, młoda dziewczyna, a tak wcześnie problemy z serduchem”. Wywiad zebrany, usg zrobione, przepisane betablokery. Nie położą mnie dzisiaj na oddziale, bo nie ma miejsc, a ja nie umieram. Wstępna diagnoza: napadowe migotanie przedsionków i nadciśnienie. Fajnie jak na 23-letni staż życiowy.

Pani doktor przy wypisie daje mi skierowanie do kliniki elektrokardiologii i poradni kardiologicznej. Następnego dnia mam iść wyznaczyć wizytę, ale dzisiaj już nie zdążę, bo sekretariat zamknięty.

Na Izbie spędziłam 8h. Wracam do domu i o 17 jem pierwszy posiłek. Biorę betabloker i idę spać.

WTOREK.

Rano załatwiłam sprawy urzędowe i wybrałam się do kliniki elektrokardiologii w celu wyznaczenia terminu na hospitalizację, by przeprowadzili badania. Pukam do drzwi, otwiera pani doktor zmęczona życiem. Mówi do mnie, że po co do nich przychodzę, to jest sprawa dla poradni. Mówię, że idę tam, gdzie mnie posyłają. Ona, że rozumie i pójdzie się jeszcze skonsultować z lekarzem dyżurującym. Wraca po chwili i mówi, że lekarz mi wszystko wyjaśni. Dr A. bierze moje skierowanie do poradni i pisze na nim, że na cito mam do zrobienia echo serca, holter ciśnieniowy 24h, holter EKG na 48h i próbę wysiłkową.

Schodzi ze mną do poradni i załatwia mi wizytę na kolejny dzień i mówi, że jutro mi zrobią wszystkie te badania. Szybka kalkulacja czasu – kurde, muszę odwołać kurs, na który się zapisałam, bo akurat wtedy będą musieli mi ściągnąć holter EKG. No trudno, zdrowie najważniejsze. Pani w okienku wyznacza mi wizytę na 10:00. Mam przyjść, wyciągnąć numerek i się zarejestrować. Wracam do kliniki elektrokardiologii odebrać swoje papiery i zapytać, czy odstawić betablokery przed badaniem – ODSTAWIĆ. Okej, wracam do domu, odwołuję kurs, tabletki nie biorę.

ŚRODA.

Przyjeżdżam o 9:45 do poradni. Ludzi tyle, jak na otwarciu Biedronki. Biorę numerek – 25 osób oczekujących. Oho, to czeka mnie długi dzień.
Mija 70 minut stania w kolejce. Wszystkie miejsca siedzące zajęte przez starszych ludzi i krzyczące dzieci. Stoję, serducho mi nawala jak cholera, bo duszno jak nie wiem w tej poczekalni. Mam numerek 86, teraz jest 81.

[Pani z okienka]: Numer 81 do poradni kardiologicznej! Kto ma numer 81?!
[Pan z kolejki]: Kto ma numer 81?!
[Inny pan z kolejki]: NIE DOCZEKAŁ! - hehehe, pośmialiśmy się, taki żarcik sytuacyjny, ale trochę w tym racji.

W końcu mój numerek! Rejestruję się, idę na EKG. Pani pielęgniarka zrobiła mi cudną malinkę na piersi. Na pytanie, czy musi tak mocno zasysać, odpowiada, że tak.

Idę do lekarza, 8 osób przede mną. Mama mówiła: „wchodzisz we wrony, kracz jak one”, zatem razem z paniami 75+ pilnowałyśmy kolejności wchodzenia ludzi do gabinetu. Mówię Wam, emocje jak na grzybobraniu, ale panie się cieszyły. W międzyczasie wychyla się jakiś doktor i krzyczy na korytarz:

[Doktor]: Ktoś jeszcze na echo przezprzełykowe?
[Korytarz]: …
[Doktor]: A może ktoś chce? Hehehe.
Pośmialiśmy się, ze mną na czele.

W końcu moja kolej! Wchodzę, Pan Dr B. pyta, z czym przychodzę, ojojoj, biedna młoda dziewczyna. Mierzy ciśnienie – wysokie.

Rozmowa:
[Ja]: Dr A. z oddziału powiedział, że to bez sensu, żebym kładła się do szpitala, że badania zrobicie mi tutaj.
[Dr B]: Powiem pani szczerze, że panią ku*wa zbyli. Ten dr A. to największy jełop na tamtym oddziale. Ciekawe, czy swoją córkę też tak leczy. Pani ma ewidentnie wszelkie wskazania, by położyć na oddziale, bo trzeba panią porządnie przebadać. Te badania, które on pani zlecił, by poradnia zrobiła, są u nas wykonywane bardzo rzadko. Formalnie pani to zajmie 4 lata, bo mogę pani wystawić jedno badanie na jednej wizycie, a termin wizyt jest raz na rok.
[J]: To co teraz mam zrobić? Wszystkie plany odwołane.
[B]: Daję pani skierowanie do kliniki elektrokardiologii (tam, gdzie chciałam się wyznaczyć wczoraj), zaniosę je sam osobiście, zrobię tam dym, bo jak pani sama tam pójdzie, to panią spławią ku*wa. Chorzy ludzie! Czeka pani teraz na telefon, a leki proszę brać dalej. Jak zadzwonią, to umówi się pani na hospitalizację. Tam pani na pewno zrobią echo przezprzełykowe (i po ch*j ja się z tego śmiałam?). W razie kolejnego napadu trzeba wezwać pogotowie lub udać się od razu na Izbę przyjęć, bo to stan zagrażający życiu.

Podsumowanie.

Żeby się zdiagnozować, przeszłam do teraz:
Przychodnia → Szpital → klinika elektrokardiologii → poradnia → klinika elektrokardiologii.

Wszędzie mówią, że „nie, nie, to nie do nas z tym, musi pani iść tu”, a dodatkowo młodą dziewczynę traktują jak mięso przerobowe. A potem dziwią się pracownicy, że ludzie na SOR przychodzą z byle czym i zajmują tylko miejsce. Spychologia na wysokim poziomie.

Ciąg dalszy nastąpi, bo czekam na telefon z oddziału.

ochrona_zdrowia nfz izba_przyjęć poradnia pacjent

Skomentuj (17) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 93 (143)

#84899

(PW) ·
| Do ulubionych
Ręce mi się trzęsą, jak to piszę, ale gdzieś się wyżalić trzeba.

Mam psa - kundel, znaleziony nad jeziorem w czasie majówki przywiązany do drzewa (ale nie o tym dzisiaj), suczka. Nazwijmy ją Bubla. Mała ma jakieś 10 miesięcy, jest zaszczepiona i zdrowa, ogólnie ma szczęśliwy dom i sama jest bardzo grzecznym i wdzięcznym psem.

Bubla boi się dzieci. Podejrzewam, że pewnie była przez parę tych stworków dręczona, bo na widok jakiegokolwiek z nich ucieka za mnie w te pędy, szczeka, piszczy, po prostu widać po niej, że jest przerażona.

Teraz do właściwej historii.

Poszłam dziś z Bublą do sklepu przy domu, po jakieś bułki i soczek. Bubla przywiązana jak zwykle do słupka w lekkiej odległości od sklepu, coby się wychodzącym ludziom niechcący nie zaplątała. Wzięłam sprawunki i, będąc przy kasie, słyszę szczekanie. No na bank Bubla.

Nie przejęłabym się tym specjalnie, w końcu to pies, może zauważył coś ciekawego, niech sobie poszczeka. Jednak chwilę później do szczekania doszły głośne, cienkie piski. Myślę sobie, coś jest nie tak. Zostawiłam zakupy na półeczce przy kasie i lecę.

Widok tego, co się działo, natychmiast podniósł mi ciśnienie ze 100 na 200.
Moja Bubla, przerażona, piszcząca, tuli się do słupka, nad nią chłopak, na oko 8-9-letni, próbuje ją głaskać, zaczepiać patykami itd. MaDka chłopaczka (jak się później okazało) stoi obok, uśmiecha się i gapi w telefon. Wywiązał się oczywiście dynamiczny dialog.

(J)a: Dziecko, zostaw mojego psa, nie widzisz, że jest przerażony?
(Ch)łopak: Ale ja lubię pieski, ona jest taka słodka!

I dalej jej macha patykiem przed nosem, a Bubla kuli się przy słupku.

J: Powiedziałam, odejdź! Ona nie lubi dzieci, zostaw ją!
Ch: Ale ja ją lubię!

W tym momencie wyciągnął rękę i złapał małą za obrożę, pewnie chcąc ją "uspokoić". Bubla wykręciła łeb i, jak każdy przerażony i doprowadzony do ostateczności pies, małego dziabnęła zębami (nie ugryzła, widziałam mniej więcej "ranę", tylko zadrapała zębami).

Nieziemski ryk, jakby się ziemia waliła. W tej chwili pani, która stała i szczerzyła się do telefonu, nagle się aktywowała, uświadamiając mnie, że jest matką chłopca.

(M)adka: TEN PIES JEST WŚCIEKŁY! JAK ON ŚMIAŁ! PARSZYWY KUNDEL, WIDZISZ, S*UKO, CO ZROBIŁA MOJEMU BRAJANKOWI?!!?
J: Przepraszam, proszę przestać drzeć się na mnie, pies zrobił to, co każdy mniej cierpliwy zrobiłby wcześniej.
M: Co ty mi tu p*****lisz, na policję zaraz zadzwonię, TY TRZYMASZ WŚCIEKŁEGO PSA spuszczonego ze smyczy!
J: Niech pani mnie posłucha, bo zaraz stracę cierpliwość. Pies jest na smyczy, przywiązany do słupa. Tłumaczyłam dziecku, że się boi, zresztą to po niej widać. Nie lubi dzieci i tyle.
M: Jak może nie lubić dzieci??!? Mojego synka każde zwierzę lubi! Ty go tak szmato wytresowałaś, pewnie sama nie masz dzieci, do uśpienia z tym kundlem i do sądu!
J: Owszem, nie mam dzieci i, patrząc na panią, uważam, że niektórzy też nie powinni.

Odwiązałam Bublę od słupka, wzięłam cały czas przerażoną na ręce i odeszłam, w akompaniamencie krzyków i wyzwisk Madki i płaczu dzieciaka.

Pointa?

No nie kupiłam tych bułek.

Skomentuj (17) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 97 (177)

#85149

(PW) ·
| Do ulubionych
Sklep monopolowy.

Stały klient się na mnie obraził. Taki niezbyt przyjemny typ. Co takiego strasznego zrobiłam? Zwróciłam mu uwagę, że wynoszenie towaru ze sklepu przed zapłatą nie jest mile widziane. Fakt, było ich dwoje, ona chciała coś jeszcze, a kiedy odeszłam od lady po to coś, on chwycił piwo z lady i wychodzi. Najwyraźniej powiedzenie "proszę tak nie robić" to bezczelność z mojej strony. Chyba trzeba było się drzeć "wracaj, złodzieju!", wtedy może by dotarło do faceta, co właśnie zrobił.

Teraz na zakupy przychodzi z kolegą i wysyła biedaka po swoje sprawunki, a sam czeka przed wejściem. Chyba mu się wydaje, że robi mi na złość, pozbawiając mnie swego wulgarnego towarzystwa. Oby dalej tak myślał. :)

sklepy

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 144 (150)

#85154

(PW) ·
| Do ulubionych
Początki tej historii mają swój start w okolicach grudnia poprzedniego roku. Złe samopoczucie, nieprzespane noce, ostry kaszel, duszności i ogólnie miałam się "nie bardzo".

Pierwsza wizyta - zwykłe przeziębienie, tabletki na gardło i temperaturę, nakaz tygodniowej kuracji.

Nie pomogło, wizyta druga - tym razem zmuszona byłam wybrać się na pogotowie z powodu nieczynnej przychodni. Krótki wywiad, osłuchanie, no niby coś tam jest, ale nie do końca, to ja dam na bakteryjne zapalenie zatok, bo to w sumie najbardziej pod to podchodzi, siedzieć w domu i się leczyć.

Nie pomogło, kolejna wizyta na pogotowiu z tego samego powodu, co poprzednia - lekarz inny. Przyjął, posłuchał, przebadał - no zapalenie oskrzeli, kolejna dawka leków i kolejne przymusowe wolne.

No nic, niby lepiej, ale tylko na chwilę. Duszności, kaszel i wszystko, co było od początku grudnia, tak dalej jest.

Kolejna wizyta, kolejny wyrok - zapalenie płuc! Bez żadnego RTG czy innych rzeczy związanych z tą chorobą.

Ucieszył mnie fakt, że nie musiałam zostać w szpitalu, ponieważ lekarz stwierdził, że zapalenie płuc nie jest już aż tak zagrażające życiu, jak kiedyś.
Zła diagnoza sprawiła, że zamiast zostać wyleczoną w grudniu, to powróciłam do świata żywych na początku lutego.

Chciałabym napisać, że w tamtej chwili uwolniłam się raz na zawsze od problemów z płucami, jednakże byłoby to kłamstwo. Mimo że dolegliwości w miarę ustały, to pozostała mi po tym pamiątka w postaci kaszlu i ogólnego nieprzyjemnego odczucia w gardle.

Pierwsza konsultacja - to na pewno powikłanie po zapaleniu płuc, nic nie będzie, ale na wszelki wypadek damy tabletki na zatoki (hę?) i wzmocnienie odporności.

Druga wizyta - może ma pani alergię? Zrobimy badania i zobaczymy, na razie proszę brać Zyrtec.

Alergii niet, więc szukamy dalej.

W międzyczasie zaczęło się niepokojące krwioplucie - może to astma? Zlecono RTG płuc, jednak ono również nic nie wykazało, dostałam leki na astmę.
Poszłam prywatnie do pulmonologa, jednak on niczego nie stwierdził, byłam u laryngologa - to na pewno migdałki. Do usunięcia! Ano, nie.

Niedawno objawy się nasiliły, poszłam do przychodni - lekarz nic nie słyszy, krew pewnie z gardła, bo podrażnienie, ona nic nie poradzi, leczyć się czymś na zapalenie gardła.

Wymusiłam skierowanie do szpitala, po dłuższych badaniach wykryto u mnie niewielkiego guzka, który jest bardzo mocno ukrwiony i zakrywa oskrzele, co powoduje całą dolegliwość. Musi zostać usunięty chirurgicznie, ponieważ z racji tego, że ciągle się powiększa, w przyszłości mógłby zająć całe płuco i zamiast wycięcia jego skrawka, zostałoby usunięte w całości.

Tak naprawdę to po części jestem sama sobie winna, ponieważ nie byłam asertywna wobec lekarzy, którzy bagatelizowali moje objawy, jednak ten cały cyrk mógł skończyć się w kwietniu, ja w chwili obecnej topiłabym się w pokoju, a nie w szpitalnym łóżku.

Przykre jest jednak to, że człowiek naprawdę może potrzebować pomocy, a lekarz pierwszego kontaktu i późniejsi "specjaliści" takim zachowaniem mogliby doprowadzić do czyjejś tragedii.

służba zdrowia

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 133 (175)

Podziel się najśmieszniejszymi historiami na
ANONIMOWE.PL

Piekielni