Dobra, miałam tego nie wrzucać... Ale historia w poczekalni... (dalej wiesz, co chcę napisać).
W miejscowości na tyle bliskiej od mojego miasta, żeby to się znalazło na naszym portalu informacyjnym, pies pogryzł dziecko. Może ktoś skojarzy (jak nie, to żaden problem), czterolatek pogryziony przez buldoga francuskiego.
Jako "psiara" - właścicielka i miłośniczka psów i tak stanowczo protestuję przeciwko zrzucaniu winy na dziecko bądź jego opiekunów! Od razu mówię, nie byłam świadkiem, informacje czerpałam z kilku postów i artykułów, z których przynajmniej dwa rzetelnie opisywały przebieg sytuacji.
"Ha, ha, ha, jak buldog francuski mógłby aż tak dotkliwie kogoś pogryźć, mam takiego psa, to jakaś ściema!". No fajnie, że masz buldożka francuskiego. Zdajesz sobie sprawę, że mimo wielu lat modyfikacji w hodowli nadal masz BULDOGA? Psa o ogromnej sile zacisku szczęk? Owszem, skrócenie kufy na pewno ten zacisk nieco zminimalizowało, ale to nadal buldog. Tak samo jak york nadal jest terierem, a nie maskotką do noszenia w torebce.
"Pies nie zaatakuje bez przyczyny". Owszem. Znasz swojego psa na tyle, żeby wiedzieć, co może być powodem do ataku? Tutaj dziecko siedziało na trawniku, bawiło się. Może wykonało gest przez psa odebrany jako agresja w jego stronę. Może sięgnął po zabawkę, którą chwile wcześniej pies dostrzegł jako "porzuconą" i uznał za "swoją"? Może zrobiło cokolwiek innego, dla ludzi normalnego, przez psa odebranego jako zagrożenie/atak?
"Pies powinien być na smyczy!". Powinien. Tylko że był. Na smyczy typu flexi, która daje zerową kontrolę nad psem. Nie będę się rozwodzić nad tym typem smyczy, powiem krótko - BMW to nie jest złe auto, tylko trzeba pamiętać, że posiada kierunkowskazy. Flexi to nie jest zła smycz, tylko trzeba pamiętać, ze posiada BLOKADĘ. Jednego i drugiego UŻYWAMY. Tak na marginesie - pies nie musi być na smyczy. Pies ma być pod kontrolą właściciela. Ja osobiście mam większe zaufanie do psa, który na komendę "noga" idzie grzecznie przy nodze właściciela nawet jak mu się stado kotów przespaceruje pod nosem, niż do psa na smyczy flexi bez włączonej blokady, który na pierwszy-lepszy bodziec odskakuje na dwa metry - co zrobicie, jeśli prosto pod jadący samochód???
"Co zrobiło to dziecko, że pies go pogryzł?". Wiecie co? G*wno. Cokolwiek by nie zrobiło, wina jest właściciela psa. Mam psa małej, "słodkiej" rasy. I po ostatnim spacerze, kiedy dopadło mnie stado dzieciaków, nie pozwalam psa brać na ręce. Owszem, sunia zadowolona i zachwycona, że jest głaskana i przytulana, lizała dzieciaki po twarzach, ale co, jeśli któryś ją mocniej ściśnie? To szczeniak, na zagrożenie/ból zareaguje ząbkami, może ugryźć w tą twarz, którą przed chwilą lizała... To JA jestem dorosłą osobą i właścicielką psa i to JA mam nie dopuścić do takich sytuacji. Nawet jeśli otrzymam łatkę "tej wrednej pani, co nie pozwala słodziaka brać na ręce".
Wydaje mi się, że brakuje zrozumienia z obu stron. Od właścicieli psów, że NIGDY nie poznasz swojego psa tak na 100%, czy nie zareaguje niewłaściwie w jakiejś sytuacji, jak i od dzieci i ich rodziców, że np. ciągnięcie psa za ogon lub "przytulanie" z całej siły to nie jest dobry pomysł...
Szanujmy się nawzajem. Starajmy się zrozumieć. I naprawdę będzie się nam lepiej żyło.
P.S. Sytuacja będąca podstawą historii zakończyła się odnalezieniem właściciela psa (uciekł z miejsca zdarzenia). Niestety, za późno, aby uchronić dziecko przed przyjęciem szczepionek p/wściekliźnie - pies okazał się szczepiony. Grozi mu (właścicielowi, nie psu) do trzech lat pozbawienia wolności. Psu zapewne grozi uśpienie, o czym nikt nie wspomina. Bo ma debila, nie właściciela...
W miejscowości na tyle bliskiej od mojego miasta, żeby to się znalazło na naszym portalu informacyjnym, pies pogryzł dziecko. Może ktoś skojarzy (jak nie, to żaden problem), czterolatek pogryziony przez buldoga francuskiego.
Jako "psiara" - właścicielka i miłośniczka psów i tak stanowczo protestuję przeciwko zrzucaniu winy na dziecko bądź jego opiekunów! Od razu mówię, nie byłam świadkiem, informacje czerpałam z kilku postów i artykułów, z których przynajmniej dwa rzetelnie opisywały przebieg sytuacji.
"Ha, ha, ha, jak buldog francuski mógłby aż tak dotkliwie kogoś pogryźć, mam takiego psa, to jakaś ściema!". No fajnie, że masz buldożka francuskiego. Zdajesz sobie sprawę, że mimo wielu lat modyfikacji w hodowli nadal masz BULDOGA? Psa o ogromnej sile zacisku szczęk? Owszem, skrócenie kufy na pewno ten zacisk nieco zminimalizowało, ale to nadal buldog. Tak samo jak york nadal jest terierem, a nie maskotką do noszenia w torebce.
"Pies nie zaatakuje bez przyczyny". Owszem. Znasz swojego psa na tyle, żeby wiedzieć, co może być powodem do ataku? Tutaj dziecko siedziało na trawniku, bawiło się. Może wykonało gest przez psa odebrany jako agresja w jego stronę. Może sięgnął po zabawkę, którą chwile wcześniej pies dostrzegł jako "porzuconą" i uznał za "swoją"? Może zrobiło cokolwiek innego, dla ludzi normalnego, przez psa odebranego jako zagrożenie/atak?
"Pies powinien być na smyczy!". Powinien. Tylko że był. Na smyczy typu flexi, która daje zerową kontrolę nad psem. Nie będę się rozwodzić nad tym typem smyczy, powiem krótko - BMW to nie jest złe auto, tylko trzeba pamiętać, że posiada kierunkowskazy. Flexi to nie jest zła smycz, tylko trzeba pamiętać, ze posiada BLOKADĘ. Jednego i drugiego UŻYWAMY. Tak na marginesie - pies nie musi być na smyczy. Pies ma być pod kontrolą właściciela. Ja osobiście mam większe zaufanie do psa, który na komendę "noga" idzie grzecznie przy nodze właściciela nawet jak mu się stado kotów przespaceruje pod nosem, niż do psa na smyczy flexi bez włączonej blokady, który na pierwszy-lepszy bodziec odskakuje na dwa metry - co zrobicie, jeśli prosto pod jadący samochód???
"Co zrobiło to dziecko, że pies go pogryzł?". Wiecie co? G*wno. Cokolwiek by nie zrobiło, wina jest właściciela psa. Mam psa małej, "słodkiej" rasy. I po ostatnim spacerze, kiedy dopadło mnie stado dzieciaków, nie pozwalam psa brać na ręce. Owszem, sunia zadowolona i zachwycona, że jest głaskana i przytulana, lizała dzieciaki po twarzach, ale co, jeśli któryś ją mocniej ściśnie? To szczeniak, na zagrożenie/ból zareaguje ząbkami, może ugryźć w tą twarz, którą przed chwilą lizała... To JA jestem dorosłą osobą i właścicielką psa i to JA mam nie dopuścić do takich sytuacji. Nawet jeśli otrzymam łatkę "tej wrednej pani, co nie pozwala słodziaka brać na ręce".
Wydaje mi się, że brakuje zrozumienia z obu stron. Od właścicieli psów, że NIGDY nie poznasz swojego psa tak na 100%, czy nie zareaguje niewłaściwie w jakiejś sytuacji, jak i od dzieci i ich rodziców, że np. ciągnięcie psa za ogon lub "przytulanie" z całej siły to nie jest dobry pomysł...
Szanujmy się nawzajem. Starajmy się zrozumieć. I naprawdę będzie się nam lepiej żyło.
P.S. Sytuacja będąca podstawą historii zakończyła się odnalezieniem właściciela psa (uciekł z miejsca zdarzenia). Niestety, za późno, aby uchronić dziecko przed przyjęciem szczepionek p/wściekliźnie - pies okazał się szczepiony. Grozi mu (właścicielowi, nie psu) do trzech lat pozbawienia wolności. Psu zapewne grozi uśpienie, o czym nikt nie wspomina. Bo ma debila, nie właściciela...
miejsce_publiczne
Ocena:
137
(157)
Ostatnio, z uwagi na kontuzję kolana, na długich trasach, częściej niż samochodem poruszam się pociągiem. Przyznam, że polubiłem już komfort podróży, bardzo podoba mi się rachunek ekonomiczny. Pamiętam PKP sprzed 20-30 lat, gdy po dłuższej podróży całe ubranie i bagaż śmierdziały niemożebnie. Teraz jest czysto, i komfortowo. Ale do niektórych rzeczy, które burzą dobre wrażenie chyba nie jestem w stanie się przyzwyczaić.
Historii jest kilka, pewnie coś jeszcze wrzucę. Dzisiaj "gorąca" z zakupu biletów.
Jutro muszę pojechać do miasta X. Startuję bladym świtem, przesiadam się w stolicy i przed południem jestem na miejscu u klienta. Razem ze mną na spotkanie jedzie mój współpracownik. Tylko, że on startuje ze stolicy. Próbuję kupić bilety. Warszawa-X bez problemu. Wybrane miejsce. Kupiona miejscówka. Teraz próbuję kupić bilet: Wielkie Miasto - Warszawa - X i posadzić swoje 4 litery obok współpracownika.
Pierwsza próba. W aplikacji wybieram miejsce w pierwszym pociągu, w drugim pociągu wpisuję miejsce na którym chcę siedzieć (sprawdziłem, jest wolne). Aplikacja przydziela mi miejscówkę na drugim końcu pociągu z Warszawy do X.
Druga próba. Olewam wybór miejsca w pierwszym pociągu. W drugim wpisuję miejsce obok którego chcę siedzieć. Wrzuca mi miejscówkę wagon bliżej niż poprzednio.
Odczekuję godzinę w nadziei że coś się poprzestawia w ustawieniach. Sytuacja się powtarza. Systemowi nie udaje się trafić nawet w okolice wagonu, w którym chcę jechać.
Ok. Trzecia próba. Zakup 2 oddzielnych biletów. Jeden do Warszawy, drugi z Warszawy do X. Hurrra. Do zrobienia. Tylko tym sposobem moja podróż jest prawie 100% droższa.
Na przyszłość będę mądrzejszy i najpierw kupię bilet łączony i do niego dopasuję bilet na krótszy odcinek.
Zadziwiające, że przy takim stopniu informatyzacji, wybór miejsca w pociągu wymaga takich kombinacji. Z technicznego punktu widzenia, nie powinno być różnicy, czy wybieram miejsce w jednym, czy 5 pociągach. Powinienem mieć określony czas na sfinalizowanie transakcji i tyle. PKP daje złudzenie możliwości wyboru miejsca, po czym stwierdza, że wie lepiej gdzie cię usadzić :)
Historii jest kilka, pewnie coś jeszcze wrzucę. Dzisiaj "gorąca" z zakupu biletów.
Jutro muszę pojechać do miasta X. Startuję bladym świtem, przesiadam się w stolicy i przed południem jestem na miejscu u klienta. Razem ze mną na spotkanie jedzie mój współpracownik. Tylko, że on startuje ze stolicy. Próbuję kupić bilety. Warszawa-X bez problemu. Wybrane miejsce. Kupiona miejscówka. Teraz próbuję kupić bilet: Wielkie Miasto - Warszawa - X i posadzić swoje 4 litery obok współpracownika.
Pierwsza próba. W aplikacji wybieram miejsce w pierwszym pociągu, w drugim pociągu wpisuję miejsce na którym chcę siedzieć (sprawdziłem, jest wolne). Aplikacja przydziela mi miejscówkę na drugim końcu pociągu z Warszawy do X.
Druga próba. Olewam wybór miejsca w pierwszym pociągu. W drugim wpisuję miejsce obok którego chcę siedzieć. Wrzuca mi miejscówkę wagon bliżej niż poprzednio.
Odczekuję godzinę w nadziei że coś się poprzestawia w ustawieniach. Sytuacja się powtarza. Systemowi nie udaje się trafić nawet w okolice wagonu, w którym chcę jechać.
Ok. Trzecia próba. Zakup 2 oddzielnych biletów. Jeden do Warszawy, drugi z Warszawy do X. Hurrra. Do zrobienia. Tylko tym sposobem moja podróż jest prawie 100% droższa.
Na przyszłość będę mądrzejszy i najpierw kupię bilet łączony i do niego dopasuję bilet na krótszy odcinek.
Zadziwiające, że przy takim stopniu informatyzacji, wybór miejsca w pociągu wymaga takich kombinacji. Z technicznego punktu widzenia, nie powinno być różnicy, czy wybieram miejsce w jednym, czy 5 pociągach. Powinienem mieć określony czas na sfinalizowanie transakcji i tyle. PKP daje złudzenie możliwości wyboru miejsca, po czym stwierdza, że wie lepiej gdzie cię usadzić :)
PKP
Ocena:
128
(146)
Nie mogę spać, myślę o wielu rzeczach i przypomniała mi się jedna sytuacja z czasów studenckich.
Wynajmowałem wtedy pokój na piętrze kamienicy/domu jednorodzinnego. Jak kogoś interesuje to można sprawdzić ulice Warszawską w Dęblinie. Wzdłuż niej ciągną się właśnie takie domki i od strony Warszawskiej, na parterze często są lokale usługowe. Podejrzewam, że zazwyczaj dół pełni rolę miejsca pracy a piętro mieszkania.
Tam gdzie ja wynajmowałem partner zajmowała rodzina właściciela mieszkania, a ja na swoje piętro mogłem się dostać po schodach od strony podwórka. Krótko mówiąc miałem oddzielne wejście do mieszkania.
Mimowolnie zwróciłem uwagę, że schody zostały wyłożone identycznymi płytkami co łazienka. Pewnie wykorzystali to co wtedy zostało po niedawnym remoncie. A właściciel chwalił się, że dużo rzeczy w mieszkaniu robił sam. No okej. Nie przejąłem się tym zbytnio aż do pierwszego śniegu. Łazienkowe płytki były zupełnie nieprzystosowane do warunków atmosferycznych i widowiskowo wyrżnąłem na cztery litery. Nie wiem jakim cudem przez wszystkie lata studiów nic na tych schodach sobie nie połamałem. A ślizgałem się na nich bardziej niż na lodowisku.
W okresie zimowym powrót do mieszkania za każdym razem wiązał się z kurczowym trzymaniem poręczy.
Wynajmowałem wtedy pokój na piętrze kamienicy/domu jednorodzinnego. Jak kogoś interesuje to można sprawdzić ulice Warszawską w Dęblinie. Wzdłuż niej ciągną się właśnie takie domki i od strony Warszawskiej, na parterze często są lokale usługowe. Podejrzewam, że zazwyczaj dół pełni rolę miejsca pracy a piętro mieszkania.
Tam gdzie ja wynajmowałem partner zajmowała rodzina właściciela mieszkania, a ja na swoje piętro mogłem się dostać po schodach od strony podwórka. Krótko mówiąc miałem oddzielne wejście do mieszkania.
Mimowolnie zwróciłem uwagę, że schody zostały wyłożone identycznymi płytkami co łazienka. Pewnie wykorzystali to co wtedy zostało po niedawnym remoncie. A właściciel chwalił się, że dużo rzeczy w mieszkaniu robił sam. No okej. Nie przejąłem się tym zbytnio aż do pierwszego śniegu. Łazienkowe płytki były zupełnie nieprzystosowane do warunków atmosferycznych i widowiskowo wyrżnąłem na cztery litery. Nie wiem jakim cudem przez wszystkie lata studiów nic na tych schodach sobie nie połamałem. A ślizgałem się na nich bardziej niż na lodowisku.
W okresie zimowym powrót do mieszkania za każdym razem wiązał się z kurczowym trzymaniem poręczy.
Wynajem
Ocena:
87
(93)
Piekielna jest dla mnie sytuacja.
Wrocław, dawna Galeria Arkady idzie do rozbiórki. W jej miejsce nowy kompleks biurowo, handlowo, usługowy.
Brzmi znajomo? Kto był ten wie, że Galeria Arkady to właśnie kompleks biurowo, handlowo usługowy. Dość spory, dość nowy.
Dotychczasowa galeria funkcjonowała zaledwie 17 lat. Rozbiórka pochłonie niezliczone ilości energii, gruzu, który zostanie wywieziony aby gdzieś leżeć, ogromną ilość paliwa do ciężarówek, zużycia dróg przez owe ciężarówki, ludzkiej pracy... i wszystko po to, żeby w tym miejscu zbudować coś w zasadzie podobnego.
A Ty "polaku szaraku" segreguj odpady na milion frakcji, zbieraj butelki i ograniczaj plastik bo ekologia.
Czy tylko ja czuję się robiony w balona?
Wrocław, dawna Galeria Arkady idzie do rozbiórki. W jej miejsce nowy kompleks biurowo, handlowo, usługowy.
Brzmi znajomo? Kto był ten wie, że Galeria Arkady to właśnie kompleks biurowo, handlowo usługowy. Dość spory, dość nowy.
Dotychczasowa galeria funkcjonowała zaledwie 17 lat. Rozbiórka pochłonie niezliczone ilości energii, gruzu, który zostanie wywieziony aby gdzieś leżeć, ogromną ilość paliwa do ciężarówek, zużycia dróg przez owe ciężarówki, ludzkiej pracy... i wszystko po to, żeby w tym miejscu zbudować coś w zasadzie podobnego.
A Ty "polaku szaraku" segreguj odpady na milion frakcji, zbieraj butelki i ograniczaj plastik bo ekologia.
Czy tylko ja czuję się robiony w balona?
Arkady Wrocławskie
Ocena:
113
(123)
Nadmorska miejscowość. Domki do wynajęcia. Za dobę coś koło 450 zł.
Na miejscu okazuje się że na domek przysługuje 1 worek na śmieci oraz 1 rolka papieru na okres tygodnia dla 4 osób. Więcej we własnym zakresie. Abstrahując od ceny, bo to wychodzi max 1 zł za obie rzeczy w liczbie 2, to jadąc na wakacje nie mam ochoty myśleć o tym, że jak mi się kończy papier muszę lecieć do sklepu.
W tym roku to był nasz drugi pobyt nad polskim morzem i wcześniej nikt nie robił problemu z zapewnieniem dodatkowego wyposażenia.
Trochę jeździmy i nigdy nam się za granicą nie zdarzyło, żeby brakło tak podstawowych rzeczy, a tutaj nawet na naszą prośbę usłyszeliśmy, że papier i worki we własnym zakresie.
No żenujące i nie wrócimy do tego miejsca.
Na miejscu okazuje się że na domek przysługuje 1 worek na śmieci oraz 1 rolka papieru na okres tygodnia dla 4 osób. Więcej we własnym zakresie. Abstrahując od ceny, bo to wychodzi max 1 zł za obie rzeczy w liczbie 2, to jadąc na wakacje nie mam ochoty myśleć o tym, że jak mi się kończy papier muszę lecieć do sklepu.
W tym roku to był nasz drugi pobyt nad polskim morzem i wcześniej nikt nie robił problemu z zapewnieniem dodatkowego wyposażenia.
Trochę jeździmy i nigdy nam się za granicą nie zdarzyło, żeby brakło tak podstawowych rzeczy, a tutaj nawet na naszą prośbę usłyszeliśmy, że papier i worki we własnym zakresie.
No żenujące i nie wrócimy do tego miejsca.
nadmorskie domki
Ocena:
161
(183)
W przerwie między Świętami, a Sylwestrem spotkałem się z kumplami na piwie. Organizatorem spotkania był kolega Jacek, który ponad 10 lat temu wyemigrował do wielkiego miasta położonego w innej części naszego kraju. Jacek przyjeżdża do naszego miasteczka sporadycznie, ale nadal interesuje go co się u nas dzieje.
No i tym razem zainteresował się chodnikiem, który położono na jednej z ulic, po to by po pewnym czasie go rozebrać. To wywołało dyskusję o inwestycjach lokalnych władz. Zaczęło się wspominanie słynnego kieleckiego lustra i czerwonej rzeźby w Busku o czym było głośno we wszystkich mediach. Ktoś dorzucił temat warszawskiej toalety w cenie mieszkania, a ktoś inny jakiegoś przystanku za „miliony monet”. Jacek uraczył nas natomiast opowieścią, o której jakoś nikt z nas w mediach nie przeczytał, być może dlatego, że „inwestycja” była rozciągnięta w czasie.
Zanim przejdę do opowieści Jacka, kilka słów wyjaśnienia. Od momentu przeprowadzki do wspomnianego wielkiego miasta, Jacek cały czas pracuje w tej samej firmie. Firma jest zlokalizowana w centrum miasta, w biurowcu stojącym przy dużym placu. Plac jest otoczony samymi biurowcami i hotelami. W bocznych uliczkach sytuacja wygląda podobnie. Pierwsze domy mieszkalne są oddalone od placu spory kawałek. W momencie podjęcia pracy w ww. firmie, plac pełnił rolę parkingu, z wytyczonymi miejscami, przedzielonymi rosnącymi starymi drzewami, dającymi cień.
Czas na przedstawienie opowieści Jacka. Pozwoliłem sobie zrobić to w aktach.
Akt I – wycięto drzewa, powiększając parking o jakieś +/- 30 miejsc.
Akt II – zlikwidowano parking, a na jego miejsce powstał park z placem zabaw dla dzieci. Park podobno piękny, plac zabaw wypasiony, granitowe alejki, śliczne ławeczki, ale za to bez drzew. W lecie patelnia. Żadnych dzieci Jacek tam nie widział, gdyż jak pisałem wokół placu same biura i hotele. Generalnie park cieszył się powodzeniem wśród meneli i bezdomnych, którzy upodobali sobie ławeczki do spania.
Akt III – w parku postawiono drzewa. Postawiono, nie posadzono. Podobno spore, w olbrzymich donicach. Na placu zabaw czasami pojawiały się dzieci z pobliskiego przedszkola. Reszta bez zmian, czyli królestwo meneli i bezdomnych.
Akt IV – zlikwidowano park. Rozpoczęto budowę parkingu… tyle, że podziemnego.
Akt V – po zakończeniu budowy parkingu, pozostał spory teren do zagospodarowania, do którego nawieziono ziemię, wyrównano i obsiano. Jacek i jego współpracownicy byli bardzo zainteresowani, co tam zasiano i prześcigali się w domysłach, wśród których dominowały różnego rodzaju kwiatki. Teren był codziennie pieczołowicie podlewany i po pewnym czasie wzeszły na nim jakieś trudne do zidentyfikowania chwasty. Towarzystwo Jacka uznało, że to chyba tzw. łąka kwietna, ale generalnie kwiatów tam było jak na lekarstwo. Skończyło się podlewanie, zaczęły letnie upały i wszystko co tam rosło uschło.
Akt VI – we wrześniu Jacek wrócił z urlopu i przed biurem zastał koparki likwidujące ww. łąkę, czy co to w ogóle było. Po pewnym czasie pojawiły się ekipy budowlane i rozpoczęto jakieś prace. Któryś z kolegów Jacka podpytał się robotników, co tu będzie i dowiedział się, że park. Ok, współpracownicy Jacka wyszli z założenia, że nastąpi powrót zlikwidowanego parku, opisanego w akcie II i III. Ale ktoś był dociekliwy i wygooglał, że a i owszem park, ale zupełnie inny, według nowego projektu.
Dodam, że wydarzenia opisywane w poszczególnych aktach, za wyjątkiem „łąki”, która funkcjonowała 4 miesiące, dzieli odstęp czasu od 1 roku do dwóch lat.
No i tym razem zainteresował się chodnikiem, który położono na jednej z ulic, po to by po pewnym czasie go rozebrać. To wywołało dyskusję o inwestycjach lokalnych władz. Zaczęło się wspominanie słynnego kieleckiego lustra i czerwonej rzeźby w Busku o czym było głośno we wszystkich mediach. Ktoś dorzucił temat warszawskiej toalety w cenie mieszkania, a ktoś inny jakiegoś przystanku za „miliony monet”. Jacek uraczył nas natomiast opowieścią, o której jakoś nikt z nas w mediach nie przeczytał, być może dlatego, że „inwestycja” była rozciągnięta w czasie.
Zanim przejdę do opowieści Jacka, kilka słów wyjaśnienia. Od momentu przeprowadzki do wspomnianego wielkiego miasta, Jacek cały czas pracuje w tej samej firmie. Firma jest zlokalizowana w centrum miasta, w biurowcu stojącym przy dużym placu. Plac jest otoczony samymi biurowcami i hotelami. W bocznych uliczkach sytuacja wygląda podobnie. Pierwsze domy mieszkalne są oddalone od placu spory kawałek. W momencie podjęcia pracy w ww. firmie, plac pełnił rolę parkingu, z wytyczonymi miejscami, przedzielonymi rosnącymi starymi drzewami, dającymi cień.
Czas na przedstawienie opowieści Jacka. Pozwoliłem sobie zrobić to w aktach.
Akt I – wycięto drzewa, powiększając parking o jakieś +/- 30 miejsc.
Akt II – zlikwidowano parking, a na jego miejsce powstał park z placem zabaw dla dzieci. Park podobno piękny, plac zabaw wypasiony, granitowe alejki, śliczne ławeczki, ale za to bez drzew. W lecie patelnia. Żadnych dzieci Jacek tam nie widział, gdyż jak pisałem wokół placu same biura i hotele. Generalnie park cieszył się powodzeniem wśród meneli i bezdomnych, którzy upodobali sobie ławeczki do spania.
Akt III – w parku postawiono drzewa. Postawiono, nie posadzono. Podobno spore, w olbrzymich donicach. Na placu zabaw czasami pojawiały się dzieci z pobliskiego przedszkola. Reszta bez zmian, czyli królestwo meneli i bezdomnych.
Akt IV – zlikwidowano park. Rozpoczęto budowę parkingu… tyle, że podziemnego.
Akt V – po zakończeniu budowy parkingu, pozostał spory teren do zagospodarowania, do którego nawieziono ziemię, wyrównano i obsiano. Jacek i jego współpracownicy byli bardzo zainteresowani, co tam zasiano i prześcigali się w domysłach, wśród których dominowały różnego rodzaju kwiatki. Teren był codziennie pieczołowicie podlewany i po pewnym czasie wzeszły na nim jakieś trudne do zidentyfikowania chwasty. Towarzystwo Jacka uznało, że to chyba tzw. łąka kwietna, ale generalnie kwiatów tam było jak na lekarstwo. Skończyło się podlewanie, zaczęły letnie upały i wszystko co tam rosło uschło.
Akt VI – we wrześniu Jacek wrócił z urlopu i przed biurem zastał koparki likwidujące ww. łąkę, czy co to w ogóle było. Po pewnym czasie pojawiły się ekipy budowlane i rozpoczęto jakieś prace. Któryś z kolegów Jacka podpytał się robotników, co tu będzie i dowiedział się, że park. Ok, współpracownicy Jacka wyszli z założenia, że nastąpi powrót zlikwidowanego parku, opisanego w akcie II i III. Ale ktoś był dociekliwy i wygooglał, że a i owszem park, ale zupełnie inny, według nowego projektu.
Dodam, że wydarzenia opisywane w poszczególnych aktach, za wyjątkiem „łąki”, która funkcjonowała 4 miesiące, dzieli odstęp czasu od 1 roku do dwóch lat.
inwestycje
Ocena:
114
(122)
Pisałam już 2 albo 3 historię związane z pracą w cukiernictwie. Ta będzie ostatnią.
Minęło w sumie 5 lat odkąd zaczęłam, szkoliłam się na własny koszt. Umiem sporo, jak każdy mam swoje mocne i słabe strony w tym zawodzie. Większości umiejętności, takie 95% procent nie używam, nie pokazuje, nie wchylam się. Mówi się, że jak koń dobrze ciągnie to mu się dorzuca, 100% racji. Nie płacą mi na tyle dobrze, aby robić więcej niż wymagane minimum. Wcześniej robiłam i jedynie problemów z zdrowiem się dorobiłam.
Złożyłam wypowiedzenie. Odchodzę z tego chorego zawodu. Większość firm jedyne co oferuje to niska płaca, mobbing, nierówność i dyskryminacja, nie uwzględnianie kodeksu pracy, ani wgl żadnych ludzkich odruchów. Chamstwo i buractwo. Jeśli jest ktoś, kto chce iść w tym kierunku to pamiętajcie: albo swoje, albo nic.
Zawód piękny, tylko ludzie kur**y...
Z mojej miłości do zawodu nie zostało nic.
Minęło w sumie 5 lat odkąd zaczęłam, szkoliłam się na własny koszt. Umiem sporo, jak każdy mam swoje mocne i słabe strony w tym zawodzie. Większości umiejętności, takie 95% procent nie używam, nie pokazuje, nie wchylam się. Mówi się, że jak koń dobrze ciągnie to mu się dorzuca, 100% racji. Nie płacą mi na tyle dobrze, aby robić więcej niż wymagane minimum. Wcześniej robiłam i jedynie problemów z zdrowiem się dorobiłam.
Złożyłam wypowiedzenie. Odchodzę z tego chorego zawodu. Większość firm jedyne co oferuje to niska płaca, mobbing, nierówność i dyskryminacja, nie uwzględnianie kodeksu pracy, ani wgl żadnych ludzkich odruchów. Chamstwo i buractwo. Jeśli jest ktoś, kto chce iść w tym kierunku to pamiętajcie: albo swoje, albo nic.
Zawód piękny, tylko ludzie kur**y...
Z mojej miłości do zawodu nie zostało nic.
Śląsk
Ocena:
103
(119)
Znowu Pawlak jedzie do Opola, znowu pociągiem.
Ku mojemu zdziwieniu pociąg pełny, zarówno pierwsza jak i druga klasa.
Bilet kupiony bez gwarancji miejsca siedzącego, ale w Krakowie o 8.30 jest parę miejsc w Warsie. Siadam przy stoliku zamawiam herbatę i jajecznicę. W Katowicach wsiada rodzinka 4+4. Przy moim stoliku są 2 miejsca wolne i ojciec z synem je zajmują.
Po jakimś czasie, a jadę do Opola zamawiam drugą herbatę i ciastko - naturalnie odchodząc od stolika i dając na fotel swój plecak. Odwracam się i mamusia już zajmuje moje miejsce i patrzy się głupkowatym wzrokiem.
- Ja na to, że to moje miejsce i chce zjeść swój posiłek, a wasza 4 siedzi i nawet przez ten czas nic nie zamówiła.
Interweniowali stewardzi Warsu i poprosili o opuszczenie stolika przez całą trójkę z piekielnej rodzinki, która nawet nie udawała że coś konsumuje.
To wszystko, chciałem po prostu się wyzbyć tego co mnie spotkało. Aha, mam 33 lata więc ani młody ani stary ze mnie gość.
Ku mojemu zdziwieniu pociąg pełny, zarówno pierwsza jak i druga klasa.
Bilet kupiony bez gwarancji miejsca siedzącego, ale w Krakowie o 8.30 jest parę miejsc w Warsie. Siadam przy stoliku zamawiam herbatę i jajecznicę. W Katowicach wsiada rodzinka 4+4. Przy moim stoliku są 2 miejsca wolne i ojciec z synem je zajmują.
Po jakimś czasie, a jadę do Opola zamawiam drugą herbatę i ciastko - naturalnie odchodząc od stolika i dając na fotel swój plecak. Odwracam się i mamusia już zajmuje moje miejsce i patrzy się głupkowatym wzrokiem.
- Ja na to, że to moje miejsce i chce zjeść swój posiłek, a wasza 4 siedzi i nawet przez ten czas nic nie zamówiła.
Interweniowali stewardzi Warsu i poprosili o opuszczenie stolika przez całą trójkę z piekielnej rodzinki, która nawet nie udawała że coś konsumuje.
To wszystko, chciałem po prostu się wyzbyć tego co mnie spotkało. Aha, mam 33 lata więc ani młody ani stary ze mnie gość.
Pociąg InterCity
Ocena:
97
(107)
Kilka miesięcy temu moja żona była w ciąży. Niestety, na początku drugiego trymestru okazało się, że dziecko nie żyje. Dostała skierowanie do szpitala, na wywołanie poronienia. Podjęliśmy decyzję, że jeśli się uda, to chcemy dziecko pochować. Nie znaliśmy jeszcze nawet płci, było za wcześnie na ocenę w USG, ale dla nas było to już nasze dziecko i myśl, że miałoby trafić na śmietnik była przerażająca.
Nie będzie to historia o znieczulicy szpitalnej, bo akurat oddział zachował się fenomenalnie. Nawet opieka psychologiczna była. Część ciała dziecka została wysłana do specjalnej firmy określającej płeć z badania genetycznego - wtedy do pochówku było konieczne określenie płci, teraz już chyba nie jest to wymagane. Po kilku dniach dostaliśmy dokument, chłopiec. Jeździłem do urzędów załatwiać co trzeba, co nie było proste, bo najwyraźniej idea martwego urodzenia w umysłach pan zza biurka nie istnieje. Rozmowa z księdzem odnośnie pochówku poszła dość gładko... Aż nastał dzień ustaleń z firmą pogrzebową.
Sama firma zachowała się bardzo w porządku. Piekielnym był facet, który wparował w połowie rozmowy do zakładu. Widok, który zastał był dość sugestywny: dwoje osób ubranych na czarno, żona z oczami mokrymi od łez, ja się jako tako trzymam, ale zdecydowanie nie mamy min jak na wakacjach życia. A on się pyta, bez żadnego dzień dobry, czy może sobie grób zarezerwować. Pracownica mówi, żeby zaczekał na zewnątrz, bo jak widzi jest zajęta. On jakby tego nie usłyszał i zaczyna perorować, jaki musi być zaradny, bo baba go zostawiła, zabrała wszystko, nikt o niego nie dba, kto wie kiedy kopnie w kalendarz (miał ma oko 50 lat, ale mocno zaniedbany, brzuszek, tego typu rzeczy). Ale po chwili zaczyna się śmiać, że pije więcej od kumpli, a oni nie żyją, a on dalej tak.
Miałem ochotę mu przywalić. Autentycznie wziąć za fraki, wynieść na zewnątrz i przywalić tym pustym łbem w ścianę. Nie zdążyłem, żona słabym głosem powiedziała, żeby zaliczył szybki zwrot w przeciwnym kierunku (tylko krócej), bo chowamy nasze dziecko i nie ma siły użerać się z idiotami. Do gościa coś chyba dotarło, bo wyszedł, ale stwierdził, że przy takiej obsłudze zakład pogrzebowy klientów nie znajdzie.
Cóż, dobrze, że miałem przy sobie leki uspokajające, bo żona rozklejała się jeszcze bardziej. Pracownica zakładu też bardzo w porządku się zachowała, zaoferowała herbatę, przeprosiła, choć przecież nie miała za co. Syna pochowaliśmy. A następnym razem jak będzie tak absurdalna sytuacja nie będę się zastanawiał i wytłumaczę ręcznie - tu zawaliłem z szoku.
Nie będzie to historia o znieczulicy szpitalnej, bo akurat oddział zachował się fenomenalnie. Nawet opieka psychologiczna była. Część ciała dziecka została wysłana do specjalnej firmy określającej płeć z badania genetycznego - wtedy do pochówku było konieczne określenie płci, teraz już chyba nie jest to wymagane. Po kilku dniach dostaliśmy dokument, chłopiec. Jeździłem do urzędów załatwiać co trzeba, co nie było proste, bo najwyraźniej idea martwego urodzenia w umysłach pan zza biurka nie istnieje. Rozmowa z księdzem odnośnie pochówku poszła dość gładko... Aż nastał dzień ustaleń z firmą pogrzebową.
Sama firma zachowała się bardzo w porządku. Piekielnym był facet, który wparował w połowie rozmowy do zakładu. Widok, który zastał był dość sugestywny: dwoje osób ubranych na czarno, żona z oczami mokrymi od łez, ja się jako tako trzymam, ale zdecydowanie nie mamy min jak na wakacjach życia. A on się pyta, bez żadnego dzień dobry, czy może sobie grób zarezerwować. Pracownica mówi, żeby zaczekał na zewnątrz, bo jak widzi jest zajęta. On jakby tego nie usłyszał i zaczyna perorować, jaki musi być zaradny, bo baba go zostawiła, zabrała wszystko, nikt o niego nie dba, kto wie kiedy kopnie w kalendarz (miał ma oko 50 lat, ale mocno zaniedbany, brzuszek, tego typu rzeczy). Ale po chwili zaczyna się śmiać, że pije więcej od kumpli, a oni nie żyją, a on dalej tak.
Miałem ochotę mu przywalić. Autentycznie wziąć za fraki, wynieść na zewnątrz i przywalić tym pustym łbem w ścianę. Nie zdążyłem, żona słabym głosem powiedziała, żeby zaliczył szybki zwrot w przeciwnym kierunku (tylko krócej), bo chowamy nasze dziecko i nie ma siły użerać się z idiotami. Do gościa coś chyba dotarło, bo wyszedł, ale stwierdził, że przy takiej obsłudze zakład pogrzebowy klientów nie znajdzie.
Cóż, dobrze, że miałem przy sobie leki uspokajające, bo żona rozklejała się jeszcze bardziej. Pracownica zakładu też bardzo w porządku się zachowała, zaoferowała herbatę, przeprosiła, choć przecież nie miała za co. Syna pochowaliśmy. A następnym razem jak będzie tak absurdalna sytuacja nie będę się zastanawiał i wytłumaczę ręcznie - tu zawaliłem z szoku.
Pogrzeb
Ocena:
133
(143)
Wracałem od znajomych z miasta, było już późno - ok 23:30. Do domu miałem blisko, jakieś 10 km. Jadę spokojnie samochodem, wyjeżdżam z osiedla na główną drogę, a za mną cały czas jedzie jakieś inne auto.
Gdy tylko wyjechaliśmy na główną drogę, to kierowca samochodu jadącego za mną podjechał mi na zderzak. Podjechał tak blisko, że w lusterku wstecznym widziałem tylko jego szybę, a w bocznych ledwie tył jego auta. Kierowca zaczął mrugać długimi światłami i trąbić na mnie. Nie wiem czemu miało to służyć skoro poruszałem się 60 km/h na ograniczeniu do 50. Zjechałem do prawej krawędzi, żeby mu zrobić więcej miejsca jakby mnie postanowił wyprzedzić ale nie! Siedział mi na zderzaku. Dojechaliśmy w końcu do skrzyżowania z drogą krajową i sygnalizacja świetlną. Oboje skręcaliśmy w lewo, a manewr ten można wykonać z dwóch różnych pasów. Ja ustawiłem się na prawym, a tamten drugi na lewym pasie do skrętu. Stanąłem w taki sposób, żebyśmy nie mogli na siebie wzajemnie spojrzeć, bo ostatnie czego potrzebowałem to sprowokować go jeszcze wzrokiem. Światła nawet nie zmieniły się jeszcze zupełnie na zielone, a delikwent ruszył ile tylko mocy w aucie. Ja na spokojnie włączyłem się na drogę krajową (dwupasmowa) i jechałem dalej. Myślałem, ze tutaj problem się już skończył.
Otóż nie. Kierowca tego drugiego samochodu jechał na tyle szybko, że następne światła zatrzymały go na czerwonym, a są tam kamery rejestrujące przejazd, więc musiał się zatrzymać. Ja jadąc powoli dojechałem do skrzyżowania jak światła zaczęły się zmieniać, więc nawet nie zwalniając, zmieniłem pas na lewy (drugi już wtedy stał na prawym) i mając ok 80 kmh przejechałem przez skrzyżowanie mijając tego drugiego. Wiedziałem, że za 1 km będą kolejne światła, na których skręcam w prawo, więc dałem prawy kierunkowskaz i spojrzałem w lusterko, a tam już na mnie czekał drugi kierowca.
Przyspieszył czym prędzej i zablokował mi prawy pas. Zwolniłem więc, żeby schować się za nim, ale ten również zwolnił. Zwolniliśmy tak oboje do 40 km/h (na szczęście o tej porze było w miarę pusto). To przyspieszyłem - on też. Już wtedy wiedziałem, że on mi nie da zjechać na prawy pas, więc dałem ostro po hamulcach. On również to zrobił. W tym momencie zredukowałem biegi i wcisnąłem gaz do dechy. On zrobił to samo. Mój zjazd niestety minąłem, ale na szczęście światła były zielone. Drugi kierowca twardo jedzie tuż obok mnie, żeby mi pas zablokować. Do następnych świateł i zjazdu jest jakieś 600 metrów. Zbliżając się do skrzyżowania miałem około 170 km/h. Na całe szczęście na prawym pasie jechała ciężarówka i drugi kierowca musiał odpuścić. Zdążyłem zmienić pas na zjazdowy i wyhamować do bezpiecznej prędkości.
To nie koniec. Drugi kierowca pojechał za mną i postanowił, że zrobi mi powtórkę z rozrywki. Jadę znów 60 km/h na 50, a on siedzi mi znów na zderzaku i trąbi i mruga. Po chwili mnie wyprzedza. Wiedziałem, że będzie chciał mi zablokować drogę albo zahamować, więc postanowiłem go oszukać. Włączyłem prawy kierunkowskaz, bo akurat za chwilę jest zjazd w boczną drogę i zacząłem zwalniać. Drugi kierowca chyba uznał, że w tym momencie nie ma już co wojować i odpuścił. Dał gaz do dechy i odjechał. Ja już w spokoju wróciłem do domu.
Nie rozumiem zupełnie dlaczego ten drugi tak się zachował, bo ani razu nie zajechałem mu drogi i nie wymusiłem. Wiem, że każdy mógł zareagować w podobnej sytuacji inaczej i nie twierdzę, że zrobiłem co mogłem najlepszego, ale tak wtedy oceniłem sytuację i tak ją rozwiązałem. Jestem przezrażomy takim zachowaniem na drodze.
Gdy tylko wyjechaliśmy na główną drogę, to kierowca samochodu jadącego za mną podjechał mi na zderzak. Podjechał tak blisko, że w lusterku wstecznym widziałem tylko jego szybę, a w bocznych ledwie tył jego auta. Kierowca zaczął mrugać długimi światłami i trąbić na mnie. Nie wiem czemu miało to służyć skoro poruszałem się 60 km/h na ograniczeniu do 50. Zjechałem do prawej krawędzi, żeby mu zrobić więcej miejsca jakby mnie postanowił wyprzedzić ale nie! Siedział mi na zderzaku. Dojechaliśmy w końcu do skrzyżowania z drogą krajową i sygnalizacja świetlną. Oboje skręcaliśmy w lewo, a manewr ten można wykonać z dwóch różnych pasów. Ja ustawiłem się na prawym, a tamten drugi na lewym pasie do skrętu. Stanąłem w taki sposób, żebyśmy nie mogli na siebie wzajemnie spojrzeć, bo ostatnie czego potrzebowałem to sprowokować go jeszcze wzrokiem. Światła nawet nie zmieniły się jeszcze zupełnie na zielone, a delikwent ruszył ile tylko mocy w aucie. Ja na spokojnie włączyłem się na drogę krajową (dwupasmowa) i jechałem dalej. Myślałem, ze tutaj problem się już skończył.
Otóż nie. Kierowca tego drugiego samochodu jechał na tyle szybko, że następne światła zatrzymały go na czerwonym, a są tam kamery rejestrujące przejazd, więc musiał się zatrzymać. Ja jadąc powoli dojechałem do skrzyżowania jak światła zaczęły się zmieniać, więc nawet nie zwalniając, zmieniłem pas na lewy (drugi już wtedy stał na prawym) i mając ok 80 kmh przejechałem przez skrzyżowanie mijając tego drugiego. Wiedziałem, że za 1 km będą kolejne światła, na których skręcam w prawo, więc dałem prawy kierunkowskaz i spojrzałem w lusterko, a tam już na mnie czekał drugi kierowca.
Przyspieszył czym prędzej i zablokował mi prawy pas. Zwolniłem więc, żeby schować się za nim, ale ten również zwolnił. Zwolniliśmy tak oboje do 40 km/h (na szczęście o tej porze było w miarę pusto). To przyspieszyłem - on też. Już wtedy wiedziałem, że on mi nie da zjechać na prawy pas, więc dałem ostro po hamulcach. On również to zrobił. W tym momencie zredukowałem biegi i wcisnąłem gaz do dechy. On zrobił to samo. Mój zjazd niestety minąłem, ale na szczęście światła były zielone. Drugi kierowca twardo jedzie tuż obok mnie, żeby mi pas zablokować. Do następnych świateł i zjazdu jest jakieś 600 metrów. Zbliżając się do skrzyżowania miałem około 170 km/h. Na całe szczęście na prawym pasie jechała ciężarówka i drugi kierowca musiał odpuścić. Zdążyłem zmienić pas na zjazdowy i wyhamować do bezpiecznej prędkości.
To nie koniec. Drugi kierowca pojechał za mną i postanowił, że zrobi mi powtórkę z rozrywki. Jadę znów 60 km/h na 50, a on siedzi mi znów na zderzaku i trąbi i mruga. Po chwili mnie wyprzedza. Wiedziałem, że będzie chciał mi zablokować drogę albo zahamować, więc postanowiłem go oszukać. Włączyłem prawy kierunkowskaz, bo akurat za chwilę jest zjazd w boczną drogę i zacząłem zwalniać. Drugi kierowca chyba uznał, że w tym momencie nie ma już co wojować i odpuścił. Dał gaz do dechy i odjechał. Ja już w spokoju wróciłem do domu.
Nie rozumiem zupełnie dlaczego ten drugi tak się zachował, bo ani razu nie zajechałem mu drogi i nie wymusiłem. Wiem, że każdy mógł zareagować w podobnej sytuacji inaczej i nie twierdzę, że zrobiłem co mogłem najlepszego, ale tak wtedy oceniłem sytuację i tak ją rozwiązałem. Jestem przezrażomy takim zachowaniem na drodze.
Samochody
Ocena:
116
(126)
z_lasu