Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

 

#84834

(PW) ·
| Do ulubionych
Dzisiaj trochę o tym jak być leniem i marudzić, że w tym kraju nie można do niczego dojść.

Mam kolegę, dorosły facet, mieszkający w jednym z miast wojewódzkich. Niestety stało się tak, że gdy miał 19 lat wpadł ze swoją dziewczyną. Zdarza się, nie można się załamywać tylko trzeba iść dalej. Poród wyznaczony był na jesień, latem kolega i jego dziewczyna kończyli szkołę, więc nie musieli myśleć jak pogodzić szkołę z wychowaniem dziecka. Mieli wielkie plany, że kolega pójdzie po szkole od razu do pracy, zamieszkają razem, dziewczyna będzie chodzić do szkoły policealnej w weekendy, w tygodniu wychowywać dziecko, rodzice jednej jak i drugiej strony obiecali pomoc. Idealnie, prawda?

Niestety plany okazały się tylko pomysłami, gdyż kolega po skończeniu szkoły musiał zrobić sobie wakacje, bo musiał odpocząć. Gdy dziewczyna zaczęła mówić mu o pracy, zaczął się na nią denerwować, że ona jest z nim tylko dla pieniędzy, bo wymaga tylko tego od niego. Tłumaczyłam mu, wyjaśniałam, że niedługo będą mieli dziecko, że potrzebuje tyle rzeczy dla niego, a one mało nie kosztują, że potem będzie jeszcze gorzej. Kolega ciągle uważał, że jakoś to będzie. Oczywiście był zadowolony i dumny, że będzie miał dziecko, że wychowa je lepiej niż on był wychowany.

Oczywiście do porodu nie pracował, rzeczy dla dziecka kupili rodzice, dostali od znajomych w spadku po ich dzieciach. Po porodzie kolega zadowolony, ma syna, będzie się nim zajmował, opiekował, będzie idealnie. Zaczął już coś myśleć o pracy. Niestety idealnie przestało być, gdy zobaczył, że dziecko wymaga poświęcenia prawie całego swojego czasu. Żalił mi się, ze jest zmęczony, że jego dziewczyna jest zmęczona, że gdy do niej przychodzi (mieszkali oddzielnie), to ona nie chce spędzać z nim czasu tylko mówi, że chce odpocząć. Miał pretensje, że musi się zajmować synem, gdy ona wychodziła na zajęcia, bo miał fajniejsze rzeczy do robienia (spotykanie się ze znajomymi). Tak jak zawsze w takich sytuacjach, para ze sobą nie wytrzymała, on zarzucał jej, że ona go zdradza, bo stała się bardziej oschła w stosunku do niego, ona chciała aby chociaż trochę jej pomógł, odciążył ją, albo chociaż pracował.

Od tych wydarzeń minął rok. Kolega dalej nie pracuje, dalej uważa, że to była wina dziewczyny. Mieszka z rodzicami, całymi dniami pije ze znajomymi. Ostatnio zaczęłam wspominać o zmianie pracy, bo za mało ambitna, nie mogę się rozwijać i fajnie by było trochę więcej zarabiać. Kolega stwierdził, że przecież mam, całkiem dobrze płatną i on by wszystko oddał za to aby tyle samo co ja zarabiać. Wysłałam mu więc ogłoszenie z McDonalda z jego miasta, gdzie szukają pracowników, gdzie w ogłoszeniu podano taką samą stawkę godzinową jaką ja mam w swojej pracy. Kolega oczywiście mnie wyśmiał, bo on w McDonaldzie pracować przecież nie będzie. Oprócz tego miał pretensje, że państwo zrobiło go w konia, bo okazało się, że gdy pójdzie do pracy, będzie musiał spłacić wszystkie alimenty, których nie dawał od narodzin dziecka.

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 80 (86)

#84805

(PW) ·
| Do ulubionych
Kiedyś rozmawialiśmy ze znajomymi na temat specjalnych miejsc parkingowych dla osób z dziećmi.
Wielokrotnie zostało zaobserwowane zachowanie zgoła... nie wiem, naganne!?

Ludzie parkują tam chyba z przyzwyczajenia lub po prostu nie załapali idei tych miejscówek i używają ich bez względu na wiek swoich pociech.
Dzieci chodzące/biegające, często (tak na oko) 7-10 lat, więc żadnych wózków czy nosidełek.

Ale dziś jedna pani troszkę się zagalopowała.
Samochodzik wielkości Hyundai i10, wysiada pani, a dzieci miały troszkę problemów.... żeby się "wydłubać".
Dwóch brodatych facetów w wieku (znowu na oko) 18-20 lat.

Po prostu zajechali jak do siebie i poszli do sklepu.
Ot tak, bo mogą.

Miejsce parkingowe.

Skomentuj (34) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 81 (91)

#84779

(PW) ·
| Do ulubionych
Uwaga, będzie mocno obrzydliwie. Ale niestety jak to z siebie wyrzucę, zrobi mi się lepiej.

Z partnerem mamy w zwyczaju kupować mięso dziś na dziś, ewentualnie na dzień następny.

Zaplanowaliśmy sobie kurczaka a'la KFC, więc po krótkiej debacie zakupiliśmy po prostu całego kuraka, bo ten lubi piersi, tamta nogi...

Kurak po przyniesieniu do domu został umyty i podzielony na porcje. Jeden kawałek bardzo mi nie pasował, zdawał się bardziej ugotowany niż surowy, poza tym ten konkretny kawałek wydzielał silny zapach, a pozostałe było normalnie czuć jak to drób trzymany w plastikowej torebce w upał.

Odcięłam więc ten fragment (był to ten luźny kawałek pod jedną z piersi) i wrzuciłam do kosza na kuchenne odpadki (mamy kosz, do którego wrzucamy wszelkie rzeczy niegdyś jadalne, nawet resztki z talerzy, ponieważ wyrzucamy to potem kurom) z myślą, że gdy będę szła to wyrzucić, smyrgnę ten kawałek psu.

Może nie do końca higienicznie postąpiłam, ale poszłam wyrzucić te śmieci dopiero dwie godziny później.

Zawartość kosza sama się poruszała, połowy rzeczonego kawałka już nie było, a z reszty radośnie wypełzały białe robale...

Są dwie możliwości. Pierwsza, mniej prawdopodobna, zakłada że robactwo było w koszu wcześniej, ale nie było tam nic, co mogłoby służyć za pożywkę dla larw much, które żywią się przecież białkiem. Owocówki tak, w końcu wrzucamy tam obierki, ale nie muchy. Poza tym zauważyłabym je wcześniej.

Druga - że ten kawałek, który mi się nie podobał był swego rodzaju gniazdem, i że póki mięso miało niską temperaturę, robactwo było w stanie hibernacji. W koszu się ogrzało, więc...

Nie pobiegniemy teraz do sklepu po zwrot, bo jak im to udowodnimy?

Najgorsze, że już narobiłam sobie apetytu, a reszta kurczaka się marynuje. I nie pomoże tłumaczenie sobie, że te robaki mogły być w koszu, bo wciąż mam przed oczami ten dziwny, zbyt twardy i rozpadający się na włókna kawałek...

Trudno określić

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 66 (88)

#84747

~okropna ·
| Do ulubionych
Moja bratowa i brat, po 6 latach po ślubie, wreszcie spodziewają się potomka. Super. Niestety, po raz kolejny jestem okropną siostrą i odmówiłam bycia chrzestną. 6 lat temu zostałam okropną siostrą, bo odmówiłam bycia świadkową na ich ślubie. Wróć, nie odmówiłam - nie mogłam zostać świadkową, z tej prostej przyczyny, że wypisałam się z KK 8 lat temu (apostazja) - o czym zarówno brat, jak i bratowa i cała rodzina doskonale wiedzą. Oczywiście, według mojej bratowej zrobiłam to specjalnie, im na złość. Foch z przytupem i histeria.

Podobno w niektórych kościołach można zostać świadkiem/świadkową, nawet jeśli się nie jest katoliczką (tak słyszałam) - jaki tego sens, to nie wiem.
Zadeklarowałam, że ja się dzieckiem zaopiekuję w razie czego (no bo po to się podobno wybiera rodziców chrzestnych). I nawet że kasiorkę będę na urodziny i inne okoliczności dawać.
Nie. Jestem okropna i tyle.
Cóż. Dobrze mi z tym.

rodzina

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 74 (112)

#84826

(PW) ·
| Do ulubionych
Dostąpiłam dzisiaj zaszczytu poznania nowego sąsiada.

Na początek krótkie wprowadzenie. Mieszkam i pracuję w rejonie rolniczo - hodowlanym. Jakieś dwa miesiące temu, po wielu perturbacjach, ktoś kupił największy dom we wsi. Posesja full wypas, z krytym basenem, zabytkowym kompleksem parkowym i dwoma domkami dla pracowników.
Jeśli do wsi wprowadza się ktoś nowy, to do dobrego tonu należy pojawienie się w miejscowym pubie i przywitanie z mieszkańcami. Tak się nie stało, nikt tych ludzi nie widział, więc zaczęto plotkować, a że my ze stajni jesteśmy bezpośrednimi i najbliższymi sąsiadami (z kompleksu parkowego prowadzi do stajni ścieżka z furtką), to mieszkańcy uderzali do nas z pytaniami.

Dotychczas nie miałam nic do powiedzenia na temat nowych lokatorów, aż do dzisiaj...

Piękny ranek z typu "parno i duszno", godzina 7 z minutami, odpalam "dmuchawkę", taką do liści. Plac wewnętrzny jest duży, więc zamiast zamiatać, "przedmuchuję" farfocle, siano i inne śmieci w jeden kąt, a potem zmiatam. Oszczędność czasu i energii. W oddali słyszę jak sąsiad z naprzeciwka popyla ciągnikiem po polu. Myślami ogólnie jestem gdzie indziej.

Kątem oka zobaczyłam idącego w moim kierunku faceta, krzyczącego coś do mnie i machającego łapami. Gościu miał na sobie szlafrok, a na nogach papucie i był bardzo wzburzony. Z grzeczności wyłączyłam "dmuchawkę" i powiedziałam standardowe "dzień dobry, w czym mogę pomóc?". Pan grzeczny nie był. Podniesionym głosem zaczął zasypywać mnie lawiną pretensji, że co ja sobie wyobrażam hałasować o tak nieludzkiej porze, że nie po to kupował dom letniskowy(!) na wsi, żeby mieć hałasy pod oknem, "że śmierdzi", "że kupa", że rodzina nie może spać, jeść, bawić się, itp, itd. Ogólnie wpadał w coraz większy słowotok.

W międzyczasie, ciągnikiem podjechał do stajni drugi sąsiad z naszą opróżnioną już przyczepą do gnoju. Wyskoczył z pojazdu, z entuzjastycznym "dzień dobry, jak się macie". Traktor oczywiście narobił hałasu, od przyczepy swojsko "jechało", a sąsiad był w roboczym, "utytłanym" ubraniu. Nasz nowy ziemianin zapowietrzył się, krzyknął, że pójdzie na policję i nas wszystkich pozwie. Odwrócił się na pięcie i zwiał do siebie.

Popatrzyliśmy na siebie skonfundowani, sąsiad parsknął śmiechem. Pomyślałam sobie, że ja to w sumie aż tak nie plotkuję, ale sąsiad co wieczór jest w pubie, więc nasz "nowy" będzie miał stosowną opinię wśród ogółu.

Podsumowując:
Co trzeba mieć w głowie, żeby kupować dom letniskowy w samym sercu rolniczego południa, gdzie 95% ludzi o godzinie 6 rano jest już dawno po śniadaniu.
Życzę gościowi udanej wizyty na policji, posterunek w miasteczku jest czynny co drugi dzień, do 12tej.
Tak, w sumie wszyscy byliśmy piekielni.

P.S. Dobrze, że "pan na włościach" nie zauważył jak w zeszłym tygodniu sąsiadowi zwiały krowy i ganialiśmy je po stajni i padokach :D

Anglia rolnictwo

Skomentuj (37) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 121 (143)

#84820

(PW) ·
| Do ulubionych
Może nie jest to jakieś bardzo piekielne, ale dość irytujące.

Znajoma potrzebuje zatrudnić kogoś do swojego sklepu. Oprócz ogłoszeń na kilku portalach, wystawiła też jedno na lokalnym spotted na Facebooku. Na końcu ogłoszenia nr telefonu, e-mail i bardzo czytelna informacja, że osoby zainteresowane proszone są o wysłanie CV na podany e-mail.

Jeszcze tego samego dnia po opublikowaniu, pod postem było mnóstwo komentarzy o treści Priv, priv, zainteresowana, priv. Czy tak trudno doczytać treść do końca? Czy może ludzie oczekują, że potencjalny pracodawca będzie pisał do każdego zainteresowanego i osobiście prosił, żeby dana osoba raczyła złożyć swoje CV? Rozumiem, że ktoś może mieć jeszcze jakieś dodatkowe pytania i chciałby skontaktować się z autorem ogłoszenia, bo na spotted nie wiadomo, kto poprosił o publikację postu, ale po to chyba jest nr telefonu.

Skomentuj (20) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 78 (86)

#84819

(PW) ·
| Do ulubionych
Pan awanturował się, że jego żona jest ciężko chora i niepełnosprawna i wchodzi bez kolejki.

W Centrum Onkologii.

Edit dla nierozumiejących:
O ewentualnym przyjęciu poza kolejnością decyduje lekarz lub rejestracja na podstawie dokumentów, ale jak już ktoś trafia do COI na chemioterapię, to znaczy że jest w ciężkim stanie, a orzeczenia o niepełnosprawności sądząc po wózkach inwalidzkich, kulach, aparatach z tlenem, brakach rąk i nóg itp., to miała pewnie z połowa. Przyjęcia poza kolejnością są więc naprawdę wyjątkowe.

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 78 (96)

#84777

(PW) ·
| Do ulubionych
Będzie krótko i treściwie.

Środa, trasa w okolicach wiejskich, teren zabudowany ale tylko z nazwy - wszyscy jadą 80-90. Z naprzeciwka jadący samochód wrzuca lewy kierunkowskaz, będzie zjeżdżał z drogi przecinając przeciwny pas ruchu. Zatrzymuje się i czeka na wolne, przejeżdżam obok niego ja i kilka innych samochodów.
Wtem słyszę mały huk po czym większy huk i jeszcze kilka mniejszych.

Co się okazuje - Pan skręcający, stał na już skręconych do zjazdu kołach. Jadący za nim nie ogarnął swojej prędkości czy przysnął - tak czy inaczej lekko go puknął w tył. Ale to lekko wystarczyło, żeby samochód potoczył się 2-3 metry do przodu. Idealnie pod zestaw ciężarowy. Pana skręcającego rzuciło na pobocze, dachował i skończył na drzewie. Trup jeden bo jechał sam, tyle szczęścia w tym wszystkim.

Sobota, ta sama trasa, miejsce trochę inne. Scenariusz ten sam. Kubek w kubek to samo. Z jedną różnicą - z naprzeciwka nic nie jechało. Ale mogło jechać. Gdyby jechało, byłby kolejny trup.

I w związku z tym mój mały apel: koła skręcajcie dopiero jak już zaczniecie skręcać. Nie wcześniej. I nieważne czy na trasie, w mieście, na zwrotce czy gdziekolwiek. Jeśli się da, stójcie na prostych. Bo wtedy cierpi kufer i duma, ale życie zachowane. Przypadków wjechania w tyłek są tysiące, zdarza się, każdy rozumie. Ale nie ma potrzeby robić z tego wypadków śmiertelnych - naprawdę.

droga krajowa

Skomentuj (30) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 95 (129)

#84788

(PW) ·
| Do ulubionych
Sezon letni w gastro. Niby co roku to samo, a jednak co roku wydaje mi się, że poziom głupoty i bezczelności wśród klientów rośnie.

1. Niecierpliwi.

W lecie średnio co drugi klient uważa, że jest jakiś wyjątkowy i cała uwaga kelnera powinna się skupić na nim. W związku z tym, gdy za długo czeka:

- Pstryka palcami ze zirytowaną miną.
- Macha wściekle rękami i nie mam tu na myśli prostych gestów mających zwrócić uwagę kelnera, a naprawdę dzikie machanie łapami, jakby osy odganiał.
- Łapie kelnera za ramię. Najczęściej gdy ten ma w rękach sterty brudnych talerzy, gorące jedzenie, tablet pełen szklanek. Bo to, że w takich okolicznościach nie podchodzę do ciebie przyjąć zamówienia, to na pewno czysta złośliwość i nie ma nic wspólnego z tym, że nie jestem w stanie nawet tego zamówienia zapisać.
- Po 2 minutach od usadzenia tyłka, widząc, że wszystkie stoliki są zajęte i kelnerzy uwijają się w pocie czoła głośno komentują, że siedzą już od pół godziny i nikt do nich nie podszedł. Mam ochotę wtedy zapytać czy serio nie znudziło im się jeszcze siedzenie tam od pół godziny o suchym pysku.

- W "gorsze" dni informujemy klientów jeszcze przed zamówieniem, że na jedzenie trzeba będzie ok. godziny poczekać. Większość ze zrozumieniem kiwa głowami, zamawia, a po 15 minutach zaczyna się awanturować, bo oni muszą zaraz iść, bo stolik koło nich już dostał (bo zamówił wcześniej?), bo tamci już dostali, a zamówili po nich. Tłumacz koniowi, że przyrządzenie prostej sałatki trwa krócej niż usmażenie steka "well done".

2. To mój stolik!

W bardziej nerwowe dni stawiamy na tarasie napis z prośbą o poczekanie na wskazanie stolika. Pal sześć, że połowa to ignoruje. Gorzej, że potrafią w dwójkę zająć stolik dla 5/6 osób, lub usiąść przy stoliku z wielkim szyldem "rezerwacja". Na prośbę o zmianę stolika z wymienionych przyczyn, reagują histerią, bo im się ten stolik podoba i oni będą tu siedzieć i już! Po krótkiej dyskusji wstają wściekli komentując:

- Chodź, skoro nas tu nie chcą!

No, w tym jednym macie rację.

3. Brudasy.

Zmora. Nie będę czarować, przodują tu rodzice w bombelkami. Ja naprawdę nie chcę sprzątać ze stołu zasmarkanych czy zakrwawionych chusteczek, bo czyjeś słoneczko ma katar lub się skaleczyło, nie mam obowiązku sprzątać pustych słoiczków czy opakowań po ciastkach. To, że jakiś bombel ma dopiero 3/4 lata nie znaczy, że może pluć jedzeniem na stół i krzesła. Aha, stół w restauracji to nie śmietnik, na który można wywalić wszystkie śmieci, które nosi się ze sobą cały dzień po mieście, bo oczywiście na starówce 2 milionowego miasta brak koszów na śmieci.

Moim hitem była trójka pań z dwójką niemowlaków w wózkach. Pomijam, że z 3 pań tylko jedna była łaskawa cokolwiek zamówić. Pozostała dwójka raczyła się bardzo dyskretnie wodą z supermarketu. Panie umilały sobie czas dokarmiając chlebkiem to bombelki, to gołębie. Oczywiście 80% chlebka lądowało pod stołem, pod którym też finalnie wylądowały worki po chlebku. Gdy pani zapłaciła za kawę, wręczyłam im zmiotkę oraz szufelkę i poprosiłam o posprzątanie syfu, i zabranie swoich śmieci. Szok i niedowierzanie, one madki, klijętki, moim zasranym obowiązkiem jest po nich posprzątać. Yyyyy... nie?

Przy innym stoliku jakaś bombelina zabawia się wyciągając z kufla ze sztućcami serwetki, drąc je na strzępy i rzucając na ziemię. Rodzice przyklaskują. Zwracam uwagę, że to nie zabawka i raz, że serwetki też nas kosztują (a mamy serwetki takie jakby luksusowe), a dwa ktoś to będzie musiał posprzątać i pytam retorycznie, kto ich zdaniem ma to zrobić. Pan lustruje mnie zimnym wzrokiem, na chwilę zatrzymuje się na wysokości zaokrąglonego, z racji ciąży, brzucha, po czym wypala:

- Ciąża to nie choroba!

Owszem, ciąża to nie choroba, ale pomijając, że faktycznie nie na rękę mi się schylać, to i moi nieciężarni koledzy, nie mają obowiązku sprzątać syfu po waszym dzieciaku.

4. Madki i ojdzowie.

W nawiązaniu do punktu wyżej - czyli toksyczne zachowania tzw. rodziców.

Daj swojemu kilkumiesięcznemu bomblowi ćwiczyć raczkowanie/pierwsze koślawe kroki na tarasie restauracyjnym wyłożonym kostką brukową w środku wielkiego miasta. Hurr durr, bo bombel się zranił kamykiem lub kawałkiem szkła.

Zastaw przejście wózkiem. Na prośbę o przestawienie wózka - hurr durr, bo matka i ona wie najlepiej, gdzie ma stać wózek.

Zamów danie spoza karty dla bombelka. Hurr durr, bo nikt jej nie poinformował, że trzeba będzie za to danie zapłacić, skoro nie ma go w karcie, a przecież to dla dziecka.

Nie ma frytek i nuggetsów? Jak to nie? JAK TO NIE? TO CO BOMBELEK MA ZJEŚĆ?

Jedzenia nie ma w przeciągu 3 minut na stole? Przecież oni są z dziećmi!Co z tego, że przed nimi jest w kuchni kolejka zamówień! Oni są z dziećmi!

5. "Bogacze".

Bogacz charakteryzuje się tym, że każdym swoim gestem i słowem podkreśla swoje bogactwo, jednocześnie wykazuje się wyjątkowym januszostwem w wydawaniu piniędzy.

Najlepszy przykład - parka, którą miałam nieprzyjemność obsługiwać parę dni temu. Dystyngowani Austriacy w wieku średnio-zaawansowanym. Ona prosi o kartę win i polecenie dobrego białego wina. Po dłuższej chwili decyduje się na butelkę wina za bagatela 50€, jednak najpierw tylko kieliszek, potem MOŻE całą butelkę. No niestety, tego wina nie serwujemy na kieliszki tylko butelki. Z obrażoną miną zamawia kieliszek najtańszego wina i oczywiście karafkę wody w kranu do tego. On zamawia małą porcję zupy.

Raczą się winem z jednego kieliszka i wodą z kranu. Do zupy serwuję chleb, ok 3-4 kromek. Pani, z racji tego, że własnego posiłku nie zamówiła, dojada się mężowskim chlebem. Za chwilę proszą o doniesienie chleba i masło do tego - oczywiście tonem, jakby moim psim obowiązkiem było domyślić się, że potrzebują wincyj chleba i masło. Oczywiście dodatkowo zamówiony, dość bogaty koszyk pieczywa i masło znalazły się na rachunku. Luuuudzie, usłyszelibyście te oburzone krzyki, jak ja śmiałam to policzyć, im się suta porcja chleba i masła do porcji zupki 200ml należy jak psu buda, w Austrii by ich nigdy coś takiego nie spotkało. Cóż, trzeba było zostać w Austrii.

Kolejny przykład - rodzina turystów, najprawdopodobniej Rosjan. Żonka odstawiona jak stróż w Boże Ciało, mężuś w samych markowych ciuchach, obwieszony złotem jak choinka. Córcie z wyrazem permanentnego niezadowolenia i znudzenia na twarzy, w stroju sugerującym, że zaraz po obiedzie idą do pracy. Pod latarnię.
Milion pytań, totalny brak zrozumienia odpowiedzi, dyskusje po rosyjsku przyciszonych głosem i w końcu ostentacyjne zamknięcie kart i:

- Cztery szklanki wody w kranu, a potem zobaczymy.

Informuję, że wodę z kranu podajemy tylko do zamówionego posiłku. Wściekłe opuszczenie stolika bez słowa, za to zrzucając wszystko, co możliwe na ziemię.

6. "Bo u nas..."

Kocham, uwielbiam te teksty. Szczególnie jeśli chodzi o porównywanie cen.

- Ale mała porcja! U nas w Grajdołku Większym za taką cenę dostalibyśmy obiad dla całej rodziny.

Wierzę. Ale nie jesteśmy w Grajdołku Większym, tylko w centrum jednego z największych miast w kraju, gdzie i czynsz za lokal i pensje dla pracowników kosztują więcej niż na wsi, gdzie psy dupami szczekają.

A to dopiero czerwiec...

gastronomia

Skomentuj (82) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 157 (217)

#84793

(PW) ·
| Do ulubionych
Podziemny garaż małej galerii w mieście stołecznym.

Wjeżdżam powoli samochodem do garażu podziemnego na poziom -2, aby po chwili skręcić na rampę i wjechać na poziom -1.
To znaczy taki miałam zamiar, dopóki dwóch gnojków w wieku do 10 lat, nie wyjechało mi przed maskę na hulajnogach. Po otrąbieniu pojechali dalej w górę rampy.

Naprawdę ostatnią rzeczą, o jakiej marzę jest pójście do więzienia przez to, że ktoś nie umie wychować swoich dzieci.

Galeria hulajnoga

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 104 (124)

Podziel się najśmieszniejszymi historiami na
ANONIMOWE.PL

Piekielni