Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

 

#89548

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Ostatnimi czasy Facebook dość często podrzuca mi linki do różnych zbiórek na rzecz zwierząt. Czasem z ciekawości tam zaglądam. I dochodzę do wniosku, że takie zbiórki to jedna wielka piekielność.

Organizowane często przez jakieś dziwne, nieznane szerzej fundacje, bez rozliczeń co zostało zrobione za zebrane pieniądze, bez informacji o dalszym losie zwierzaka, którego dotyczy zbiórka. Szczerze to wcale się nie dziwię, że te zbiórki w większości tak słabo idą. Rozumiem, że bezdomnym zwierzętom trzeba pomóc. Wyłapać z ulic, wysterylizować czy wykastrować, zaszczepić i poszukać dobrego domu. Ale nie ogarniam zbiórek na konia z rakiem kości, czy chorego neurologicznie, mającego problem z trzymaniem moczu kota. Leczenie tych zwierząt kosztuje ciężkie tysiące złotych, a większość z nich nie ma szans na adopcję. Po co je leczyć? By dożyły swoich lat w schronisku? Czy nie lepiej je humanitarnie uśpić?

Oglądałam kiedyś amerykański serial dokumentalny "Policja dla zwierząt". Ratowano tam zwierzęta naprawdę skrajnie złych warunków, ale po wstępnych badaniach były usypiane zwierzaki, których leczenie było zbyt kosztowne, które były agresywne, lub z innych przyczyn nie było szans na adopcję. I tak powinno być. A u nas, psy czy koty trzyma się latami w schroniskach, zupełnie nie wiem po co. Pomijając koszty, to przecież takie zwierzę cierpi, jest mu zwyczajnie źle w tym kojcu czy klatce.

Drugi temat: wykup koni przeznaczonych na ubój. Jeszcze mi się nie zdarzyło zobaczyć relacji z dalszych losów uratowanego na skutek udanej zbiorki konia. Skąd mam mieć pewność, że fundacje w ogóle wykupują te zwierzęta?

Uważam że o zwierzęta należy dbać, nie wolno ich krzywdzić i należy im zapewnić możliwie dobre warunki, ale takie zbiórki to dla mnie wyłudzanie kasy i często przedłużanie cierpienia nieuleczalnie chorych zwierzaków, bo może uda się zebrać kasę. A jak się nie uda zebrać pełnej kwoty i zwierzę nie przeżyje to przecież nie trzeba kasy zwracać czysty zysk.

schronisko dla zwierząt

Skomentuj (33) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 160 (202)

#89589

przez ~wczasowiczka ·
| Do ulubionych
Dziękuję za ciepłe przyjęcie mojej poprzedniej historii.

Zgodnie z zapowiedzią wrzucam koleją historię z cyklu "Piekielni wczasowicze".

Kilka lat temu, gdy nasz pierworodny miał ledwie parę miesięcy pojechaliśmy na wakacje nad jezioro. Wynajęliśmy domek w ośrodku, który dysponował własną plażą. Dla nas super, bo w razie czego dziecko można komfortowo przebrać czy nakarmić w domku, a nie szukać gdzieś na plaży dogodnego miejsca. Ośrodek ten reklamował się szumnie jako idealny dla rodzin z dziećmi, wszystko było urządzone pod rodziny z dziećmi. W dodatku do najbliższej cywilizacji czyli wioski z jednym sklepem było dobre 5km, czyli bez auta ciężko. Przyjechaliśmy przed sezonem licząc na mniejszy tłok i większy spokój.

Na miejscu spotkaliśmy się niestety z podwójną piekielnością.

Wspominałam w poprzedniej historii, że w tym roku naszymi sąsiadami byli robotnicy, na których nie można było narzekać. W tej historii jednak było zupełnie inaczej.

Jeden z domków wynajmowało trzech panów robotników. Pierwszego dnia uprzejme dzień dobry i kurtuazyjna wymiana zdań, panowanie wydawali się bardzo mili. Niestety, już pierwszego wieczoru dali się poznać jako bardzo rozrywkowi. O 18:00 powrót do domku z pracy, jeszcze w ubraniach roboczych "robili" jedną flaszkę, a potem to już hulaj dusza, piekła nie ma. Nie, piekielnością nie jest to, że pili. Piekielnością jest to, że od 18:00 do mniej więcej 22:00 raczeni byliśmy wrzaskami w łacinie podwórkowej, disco polo z telefonu oraz czasami (szczególnie jeden pan się w tym lubował) streszczeniem całego życiorysu z barwnym narzekaniem na ciężary życia wygłaszanym przez telefon jakiemuś "Ziutkowi" albo "Mariuszkowi" do którego pan miał akurat pretensje.

Właścicielka naszą skargę zbyła mówiąc, że cisza nocna zaczyna się o 22:00. Rozumiem, ale chyba jednak jakieś zasady współżycia społecznego obowiązują i to, że cisza nocna jest od 22:00 nie znaczy, że można w pozostałych godzinach wydzierać się w wniebogłosy i robić sobie koncerty disco-polo na tarasie. Dopiero gdy po trzech dniach powiedzieliśmy, że chcemy opuścić ośrodek i żądamy zwrotu pieniędzy, właścicielka się otrząsnęła i zwróciła panom uwagę. Co ciekawe, panowie wylecieli z domku. Bo jak widać inni się nie patyczkowali, tak jak my, bo ktoś z sąsiedniego ośrodka po prostu zadzwonił na policję i takiego wstydu właścicielka ośrodka nie zdzierżyła i panów pogoniła.

Wspomniałam wyżej o prywatnej plaży ośrodka. No właśnie. Pogoda dopisywała jak na koniec maja, więc na plaży spędzaliśmy dużą część dnia. Jakoś w połowie naszego pobytu do ośrodka zawitali maturzyści, sztuk ok.20. Młodzież się bawi, trzeba przyznać, że starali się być kulturalni i choć wieczorami bywali głośno to suma summarum zachowywali się całkiem ok.

Wielu innych wczasowiczów w ośrodku nie było, toteż najczęściej na plaży byliśmy tylko my i grupka młodzieży. Niestety, do naszych uszu zaczęły dochodzić rzucane niby mimochodem uwagi, że znowu przesiadujemy na plaży, nigdy nie ma tam luzu. Z początku myśleliśmy, że coś źle rozumiemy, może to nie o nas, ale z czasem już było wiadomo, że tak, to z nami mają problem, a konkretnie z tym, że muszą z nami dzielić plażę. Zastanawialiśmy się, w czym im przeszkadzamy, bo siedzimy daleko od siebie, w paradę sobie nie wchodzimy, dzieciak nie wyje.

Któregoś dnia wieczorem poszłam sama na plażę pogapić się na wodę. Przyuważyły mnie dwie maturzystki, podeszły do mnie i zaczęły niby uprzejmą rozmowę, skąd jesteśmy, na ile przyjechaliśmy i w końcu kiedy wyjeżdżamy. Po tej pseudouprzejmej wymianie zdań w końcu walnęły prostu z mostu, że cieszą się, że wyjeżdżamy za dwa dni, bo chociaż im kilka dni spokoju zostanie. W tym momencie zauważyłam, że dziewczyny są po prostu pijane. Zaczęły mi się żalić, że jak rezerwowali domki to właścicielka im w powiedziała, że w tym terminie jest zawsze niewiele rezerwacji więc pewnie będą sami i są bardzo niepocieszni tym, że jesteśmy tam my. Spytałam więc, w czym im przeszkadzamy.

Dziewczyny odpowiedziały, że oni chcieli się pobawić, pokąpać nago, zrobić imprezki wieczorem, a tak to muszą się hamować, bo jesteśmy my. I to wszystko tonem jakby opowiadały o tym, jak irytujące jest to, że przed randką z super ciachem nagle wyskoczył im pryszcz na czole. Przytakiwałam im z ironicznym zrozumieniem i życzyłam udanej zabawy po tym, jak już wyjedziemy.

Z jednej strony - no miło, że biorą wzgląd na sąsiadów. Z drugiej - nie wiem, czy złośliwe uwagi wobec obcych osób spowodowane złością, że jest inaczej niż sobie wyobrażali, są na miejscu. No i poza tym, być może są lepsze miejsca na szalone rozpoczęcie najdłuższych wakacji w życiu niż ośrodek reklamujący się jako "idealny dla rodzin z dziećmi" po środku niczego.

Trochę jednak wspominam tą sytuację z rozrzewnieniem, jak pomyślę, że dziewczyny akurat u mnie szukały pocieszenia w ich nieszczęściu ;)

ośrodek wczasowy

Skomentuj (1) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 114 (144)

#89681

przez ~mkgbl ·
| Do ulubionych
Rok temu grzecznie zaparkowałam moje auto na parkingu i poszłam do domu. Po paru godzinach musiałam wyjść z mieszkania na korepetycje. Ledwie spojrzałam na auto, a zobaczyłam, że jest coś nie tak z przodem. Daruję sobie szczegółowe opisy, ponieważ nie mam pojęcia, jak konkretnie nazywają się te części, więc to, co było widoczne i umiem nazwać: auto było mocno porysowane po stronie od drzwi kierowcy, między maską a resztą auta była dość spora szpara. Poszłam na korepetycje, mocno zdenerwowana. Po godzinie zadzwoniłam na policję, że ktoś uszkodził mi pojazd. Przez telefon usłyszałam, że mam sama przyjechać.

Szybki telefon do mamy, za ile będzie. Co prawda, pełnoletnia byłam już od paru lat, ale wolałam, żeby pojechała ze mną. Odpowiedziała, że za chwilę, więc poczekałam, w międzyczasie dopytując sąsiadów, czy nie widzieli zdarzenia. W końcu jeden sypnął, że "on nic nie widział, ale widziała to sąsiadka z klatki obok i spisała rejestrację". Podziękowałam za pomoc i poszłam szukać sąsiadki. Jej syn powiedział, że nie ma mamy w domu.

Dojechała w międzyczasie moja mama. Próbuję otworzyć drzwi, a tu zonk, nie da się. Dzwonię znowu na policję. Wysyłają patrol. Poczekałam na nich około 40 min, przyjechali, zobaczyli obrażenia auta. Próbowaliśmy się jeszcze dodzwonić do sąsiadki, ale dalej nie było jej w domu. Ostatecznie musiałam wrócić do domu pracować zdalnie, mama miała zostać i poczekać, aż policjanci wypiszą dla mnie kartkę. Z opowieści mamy wiem, że akurat zjawiła się sąsiadka, podała policjantom kolor, nazwę auta i rejestrację. Policja pojechała pod wskazany adres.

Okazało się, że sprawcą była młodziutka dziewczyna, świeżo zdała prawo jazdy, rodzicom się nie przyznała o tym, że uderzyła w czyjeś auto i uciekła. Policji natomiast od razu powiedziała, że to była ona. Policjanci spisali co było potrzebne, żebym mogła zgłosić się do ubezpieczyciela o odszkodowanie. Matka dziewczyny dała policjantom swój numer z prośbą, aby przekazali go mnie, a ja mojej mamie (tak, wiem, dziwne). Jako że ja wciąż pracowałam i nie mogłam wyjść z domu, mama zeszła po tę kartkę.

W końcu skończyłam pracować, wychodzę z pokoju, a moja mama mówi mi tylko, że policjanci przekazali numer do mamy tej dziewczyny, bo prosiła o kontakt. Zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć, mama zadzwoniła. I tu zaczynają się cyrki.

Mama sprawczyni stwierdziła, że ja muszę pójść na rękę jej córce, bo ona młoda, bo każdemu może się zdarzyć, i mam nie podawać, że ona uciekła z miejsca stłuczki. Bo inaczej jej córeczka będzie musiała oddać te pieniądze, a ona biedna studentka, no przecież moja mama na bank ją rozumie... A one przecież mi odpalą coś dodatkowo! Mama ją zrozumiała, powiedziała, że porozmawia ze mną, jako że ja decyduję, w końcu to moje auto. Ta kobieta tak na nią wpłynęła, że usiłowała mnie przekonać, żebym nie zgłaszała, że młoda uciekła.

Jasno powiedziałam, że nie ma takiej opcji. Dziewczyna uciekła, nie zostawiła nawet karteczki ze swoim numerem telefonu, a gdyby nie sąsiadka, to ja płaciłabym kilka tysięcy za naprawę (ostatecznie, o ile dobrze pamiętam, naprawa wyniosła jakoś ponad 2000). I że nie przejmowała się, czy ja będę mieć na naprawę, więc czemu ja mam się przejąć, że będą musieli oddać pieniądze. Mama trochę się upierała, ja twardo stałam przy swoim. W końcu coś ją tknęło i zadzwoniła do jednego z policjantów, którzy zajmowali się tą stłuczką (podałam nr mamy na wypadek, gdybym właśnie przez pracę nie mogła zejść po tę karteczkę, więc mamie się wyświetlił i mogła oddzwonić). Policjant powiedział, że to wyszłoby na jaw, jako że jest notatka policyjna, oraz że ja wtedy odpowiem karnie, za fałszowanie dokumentów (lub jakoś tak, dokładnie nie pamiętam).

Mama oddzwoniła do tej babki, powiedziała, że nie ma opcji. Babka jeszcze trochę się rzucała, mama powiedziała, że ja karnie za to odpowiem, ale do kobiety nie docierało. W końcu mama się rozłączyła.

I tu powinien być koniec sprawy. Ta, fajnie by było.

Minął dzień lub dwa, już nie pamiętam. Siedzę w biurze w pracy, nagle dzwoni mama, że ta kobieta dzwoniła do niej i wręcz błagała o spotkanie. Przypadała mi wtedy dwunastogodzinna zmiana, ale zwolniłam się i wróciłam razem z mamą do domu (pracowałyśmy w wojewódzkim mieście, a mieszkałyśmy w dużo mniejszym. Mama już kończyła pracę, ja miałam jeszcze dwie godziny). W międzyczasie mama opowiedziała mi, że kobieta dzwoniła, aby zobaczyć auto (czekałam na przyjazd rzeczoznawcy, więc auto stało na parkingu) i chciała to zrobić najlepiej o godzinie 16:00. Mama jasno odpowiedziała, że nie ma takiej opcji, że może koło 20:00, jak wrócimy z pracy. Kobieta wściekała się, że już będzie ciemno (okolice października), ona nic nie będzie widzieć, ale ostatecznie zgodziła się.

Gdy dojechałyśmy na parking, kobieta już była, co więcej ze swoją mamą. Trochę mnie to zdziwiło, bo ewidentnie ta kobieta była starsza od mojej mamy, ale w porządku, w końcu ja też na policję chciałam jechać ze swoją mamą. Ważne - obie widziały, jakim autem przyjechałyśmy i gdzie zaparkowałyśmy. Wysiadamy, kobieta przedstawiła się mojej mamie, moje "dobry wieczór" zignorowała całkowicie. W ogóle przez cały czas próbowała nie zwracać na mnie uwagi, dopiero jak ją wytrąciłam z równowagi. Cokolwiek powiedziałam, to traktowała to jak powietrze i zwracała się do mojej mamy, gdzie moja mama powtarzała jej to, co ja.

Kobieta najpierw obejrzała auto, ale że było ciemno, to wątpię że coś więcej zobaczyła, jedynie to co rzeczywiście mocno się rzucało w oczy, czyli to, co sama na początku opisałam. Stwierdziła, że przecież tutaj nic takiego się nie dzieje, więc o co całe te zamieszanie? Mówię, że halo, drzwi jeszcze. Oczywiście, moja mama musiała jej to powtórzyć, ale może zaoszczędzę tego typu opisów. Nie miałam przy sobie kluczyków, więc nie było szansy na spróbowanie otworzenia drzwi, ale kobieta stwierdziła, że nic im nie jest, no przecież wyglądają normalnie. Po przyjrzeniu się było widać, że odstawały, więc pokazałam to, no ale kobieta stwierdziła, że ona nic nie widzi, że to tylko wymysły.

Jak już obejrzała auto, wróciła do tematu podania informacji, że jej córka została na miejscu stłuczki. Mama dyplomatycznie powiedziała, że nie, że to karalne. Ja wtrącałam się, ale kobieta mnie ignorowała. Po kolejnym "macie nie podawać, że moja córka uciekła", wkurzyłam się i zapytałam, z jakiej okazji miałabym to niby robić. Że gdyby nie osoba trzecia, to ja pokrywałabym koszty, więc dlaczego mam się martwić jej córką? Jej córka nie martwiła się mną. Poza tym skoro jest dorosła, to powinna ponosić odpowiedzialność za swoje czyny, a nie kazać innym ponosić odpowiedzialność karną, bo ona ma takie życzenie. Jasno też oznajmiłam, że skoro to moje auto, to żeby zaczęła rozmawiać ze mną, a nie z mamą, ponieważ jedyną osobą, która może coś zadecydować, jestem ja. Kobieta wydarła się na mnie, że pewnie ja też kiedyś miałam stłuczkę. Odpowiedziałam, że tak, ale nie była z mojej winy (gościu wymusił mi pierwszeństwo, było to zresztą rok wcześniej, i autem mamy). Kobieta stwierdziła, że nieważne, że powinnam w takim razie rozumieć jej córkę, a tak w ogóle to ja na pewno nie mam długo prawa jazdy, więc co się odzywam. Pyskata jestem, więc odpowiedziałam, że jednak dłużej od jej córki i że nikomu w auto nie uderzyłam. I że o ile każdemu może się to zdarzyć, to w takich sytuacjach należy zachować się jak człowiek i zostawić numer telefonu, a nie zawalić i mieć pretensje do innych.

Kobieta zapowietrzyła się, ale za chwilę znowu to samo - mam nie podawać, że jej córka uciekła, ona mi zapłaci. Już mocno wkurzona, uśmiechnęłam się i odpowiedziałam, że zapłaci ubezpieczycielowi, i to nie tylko za naprawę, ale także za auto zastępcze, które miałam mieć dostarczone pod dom do dwóch godzin. Grzecznie pożegnałam się i poszłam z mamą do domu. Kobieta mówiąc do widzenia, nawet na mnie nie spojrzała, podała rękę mojej mamie i poszła.

Następnego dnia miałam wolne, podobnie jak mama. Miałam załatwienia na mieście, więc wyszłam rano z domu. Żeby dojść na przystanek autobusowy, musiałam przejść przez parking, akurat w miejscu, gdzie stało auto mamy. Okazało się, że opona była przebita. Mama w nic nie wjechała, wieczorem była opona cała, więc było to dziwne. Wysłałam tylko mamie smsa. Nie mogliśmy sobie poradzić ze zdjęciem koła, więc zadzwoniliśmy po mechanika, żeby pomógł. Przy okazji poprosiliśmy go, żeby przyglądnął się oponie. Okazało się, że była dziurka prawdopodobnie od śrubokrętu. Prawdopodobnie matka sprawczyni postanowiła się zemścić.

parking

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 129 (161)

#89634

przez (PW) ·
| Do ulubionych
W kraju w którym mieszkam (Włochy) istnieje taki stereotyp kobiety z Rosji, Polski, Ukrainy, według którego kobiety z tych krajów przyjeżdżają tu nie do pracy ale by znaleźć bogatego męża. Według tego stereotypu są one wyrachowane i łase na pieniądze. Mam nadzieję, że stereotyp powoli wygasa, jest on jednak szkodliwy. Jednak stereotypy nie biorą się znikąd, a w każdej bajce jest ziarnko prawdy.

Jest sobie para, dla której pracuję. Nazwijmy ich Anna i Mario. On - Włoch 50 lat, ona - Rosjanka, może 35 lat. Nogi do nieba, blond włosy, tipsy długie na metr. Poznali się ok 12 lat temu. Czyli ona ledwie 22-23 lata, on dobrze po 30stce (prawie 40).
Ona szybko owija go sobie wokół palca. Jemu imponuje, że interesuje się nim młoda ładna dziewczyna, jej imponuje jego portfel i hojność. Facet nie żałuje na zachcianki i prezenty. Posiada on sporą willę, którą przerobił na Bed & Breakfast i z tego żyje. Zarabiają na tym nieźle i wkrótce kupują mieszkanie, które również przerabiają na Bed&Breakfast. Potem kolejne, ciut mniejsze... Niestety zaczyna się era covida i jeden z trzech Bed&Breakfast muszą zamknąć. Pozostałe 2 jakoś działają, choć dochody są sporo mniejsze.

Mario orientuje się, że mogliby oszczędzić na firmie sprzątającej gdyby sami sprzątali pokoje na wynajem. Anna nie ma zamiaru brudzić sobie rąk, więc Mario sam przez jakiś czas daje radę. Anna woli Spa, paznokcie, solarium i siłownię niż pracę. Mario nie nalega. Kiedy kończy się gorszy okres związany z covidem, znowu zaczyna lepiej zarabiać i najmuje firmę sprzątającą (w której pracuję ja), która ogarnia Bed&Breakfast. Zaczyna zdawać sobie sprawę, że na żonę nie ma co liczyć w przypadku innych problemów. Pomału oddala się od niej i z jej relacji (nie jestem pewna czy to prawda) zdradza ją.
Zastanawiam się kto tu jest piekielny. Ona żerując na bogatym mężu, on zdradzając? Według mnie oboje są piekielni, na swój sposób. Oboje wiedzieli na co się piszą. Jakby to powiedział znajomy - widziały gały co brały.

Kolejna piekielność - Mario zachował się w porządku, zostawiając Annie jeden Bed&Breakfast w samym centrum, przynoszący niezłe zyski. Jak na 9 lat małżeństwa, Anna jest ustawiona na resztę życia. Mimo to Anna wiesza na nim psy i próbuje ugrać więcej.

Jeszcze jedna piekielność. Od kiedy się rozwiedli widzę, że Mario inaczej się do mnie odnosi, nie jest chamski, wręcz przeciwnie - wydaje mi się że próbuje mnie podrywać. Szkoda byłoby mi rzucać tę pracę bo jest świetnym pracodawcą. Zastanawiam się jednak w jakim to zmierza kierunku. Coraz częściej słyszę od niego jaka to jestem pracowita, że mu imponuje, że sama się utrzymuję nie oczekując niczego za darmo, coraz częściej niby przypadkiem wpada kiedy jestem w pracy u niego, daje napiwki. Przyznam, że trochę zaczyna mnie krępować ta sytuacja.

Na początku mojego pobytu we Włoszech nie rozumiałam zdziwienia niektórych gdy mówiłam, że nie mam chłopaka ani męża, mieszkam sama i sama się utrzymuję. Taki styl życia mi pasuje na chwilę obecną. Teraz widzę skąd te pytania i niektóre komentarze. Niestety stereotypy nie biorą się znikąd.

Skomentuj (43) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 140 (152)

#89697

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Piekielna trenerka część II.

Każdy, kto ma "trenujące" dziecko, zgodzi się z tym, że obecność na treningu to podstawa. Owszem, czasem można odpuścić, dziecko nie robot i potrzebuje odskoczni od rutyny, ale jak za często słyszysz "a mogę dzisiaj nie iść na trening?", to chyba sport to nie jest to, co twoje dziecko chce robić. Ale jest jedna ewentualność, kiedy trening opuszczamy bez dyskusji, mianowicie kiedy dziecko jest chore, to chyba oczywiste, prawda? Otóż nie dla wszystkich, a na pewno nie dla piekielnej trenerki.

Po raz pierwszy spotkałam się z opcją "chora, nie chora, na treningu ma być!", kiedy Młodą dopadło jakieś zatrucie pokarmowe, dokładnie w autobusie, którym jechała na trening. Ledwie zdążyła wyskoczyć na przystanku, unikając "przyozdobienia' autobusu zawartością swojego żołądka, do domu wracała etapami wyznaczanymi aktywnością przewodu pokarmowego (czyli: podróż -> pospieszna "wysiadka" -> wymioty -> dalsza podróż -> czytaj od początku). Młoda zawiadomiła mnie (byłam w pracy), ja zawiadomiłam trenerkę, co usłyszałam? "No przecież powinna przyjść, ja tu mam jakieś kropelki na żołądek, to bym jej dała!".

Druga sytuacja - przychodzę po Młodą odebrać ją z treningu i widzę mamę jednej z jej koleżanek z klubu. Grzecznie się przywitałam, zaglądam na salę treningową (szklane drzwi) i widzę Olę (czyli córkę tej pani), siedzącą w kącie sali, ubraną w dres (dzieciaki ćwiczą w koszulkach i krótkich spodenkach), która najwyraźniej w świecie ma dreszcze i wygląda bardzo nieszczególnie. Z wielkim WTF? na twarzy odwracam się do jej mamy, no co ta z głębokim westchnieniem wyjaśnia, że Ola jest chora, była z nią u lekarza, a ponieważ godzina i trasa powrotu od lekarza zbiegała się z godziną rozpoczęcia treningu, postanowiły od razu wejść i wyjaśnić trenerce, dlaczego Oli nie będzie. Niestety, trenerka kazała Oli zostać. "Zawsze coś tam poćwiczy!"...

Trzecia - znowu przychodzę po Młodą, była wtedy w młodszej grupie, one kończyły trening, starsza grupa zaczynała. Wchodzi dziewczynka ze starszej grupy. O kulach. Z zabandażowaną nogą. Nie, nie złamanie, nie wiem czy skręcenie, czy zwichnięcie, czy inna kontuzja. Reakcja trenerki? Piekielna awantura "co ty sobie myślisz, przez twoją nogę dziewczyny będą teraz minimum miesiąc do tyłu z treningami, jak to nie przyjdziesz, to tylko noga, dasz radę!". To, że zaraz za nią weszła jej matka, w niczym nie pomogło, matka usłyszała dokładnie to samo (wcale nie grzeczniejszym tonem), dziewczyna ma przychodzić na treningi i już!

Nauczona doświadczeniem, kiedy z kolei Młoda miała drobną kontuzję nogi (naprawdę drobiazg, już nawet nie pamiętam teraz, co tam dokładnie było, ale jednak kilka dni mocno kulała), nawet nie próbowałam iść razem z nią na trening "pokazać" trenerce, dlaczego nie może przyjść, tylko napisałam sms-a z wyjaśnieniem. 15 min. po rozpoczęciu treningu telefon od trenerki, dlaczego Młodej nie ma??? Grzecznie wyjaśniam, że z powodu urazu nogi (kolano? kostka? nie pamiętam...) nie jest w stanie ćwiczyć, a poza tym napisałam sms-a. Oj tam, oj tam, jaki uraz! Chodzi? No chodzi, ale mocno kuleje... No to jak chodzi, to na trening! Postawiłam się, nie zgodziłam się, trenerka miała focha na Młodą przez miesiąc.

Od dawna wiadomo, że trening podczas choroby (osłabienie organizmu) przynosi więcej szkody, niż pożytku, trening z kontuzją to w ogóle jakiś absurd. Niestety, piekielna trenerka ma własne zdanie na ten temat.

akrobatyka_sportowa

Skomentuj (24) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 114 (122)

#89668

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Powiedzmy, że poszukuję pracy.
W związku z tym założyłem konto na pracuj i wysłałem z 20 cv.
Portal wysyła oczywiście przy okazji całą masę spamu i dziwnych wiadomości, miedzy innymi: dostarczono, otworzono, rozpatruje etc.

I teraz zastanawia mnie po co w ogóle pracodawcy korzystają z tego, skoro na 20 wysłanych cv przez tydzień otrzymałem 20 powiadomień, że dostarczono i jedno, że ktoś otworzył...

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 92 (108)

#89728

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Czy można parkować na pasie zieleni? Nie można, chyba, że...
Odwiedziny u szwagra na "wsi", ktoś wezwał Policję, bo samochód zaparkował na pasie zieleni. Największy problem dla kogoś - samochód na "obcych" blachach.

Policja przyjechała, skoro stoi przed posesją to zadzwonili. Dowiedzieli się, że to mój samochód. Luźna rozmowa, bo oni nie widzą tutaj wykroczenia, więc odstąpili od interwencji, pomimo, że samochód stał na pasie zieleni, ale już na prywatnym terenie.

Szwagier stwierdził, że nie raz tak sam parkuje i nigdy problemu nie było, ale dobrze sąsiedzi czuwają.

Wieś

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 102 (116)

#89693

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Przypomniały mi się praktyki pewnej firmy, które mogę określić chyba tylko jako "chiński chłyt marketingoły".

Dobre parę lat temu kupiłem wąż prysznicowy firmy D. Na opakowaniu polska flaga, napis "Polski producent" i drugi - "10 lat gwarancji". Trochę mi mina zrzedła, gdy po przyniesieniu do domu doczytałem drobny druczek - "Made in PRC". No ale dobra, konkurencyjne węże też były chińskie.

Wąż działał przez 5 lat po czym zaczął cieknąć. Kupiłem nowy, innej firmy i w innym sklepie. Ale zanim wyrzuciłem ten cieknący przegrzebałem teczkę z gwarancjami i znalazłem zarówno paragon jak i ten nieszczęsny kartonik z napisami "10 lat gwarancji", "Polski producent" i "Made in PRC". Wrzuciłem całość do bagażnika, pojeździło parę tygodni aż w końcu było mi po drodze do marketu budowlanego, gdzie toto nabyłem.

No i tu wychodzi ile jest warte te 10 lat gwarancji: sklep ma cokolwiek do tego przez 2 lata, po tym czasie wchodzi gwarancja producenta. A więc musiałbym na własny koszt odsyłać wąż do producenta, a ten odda mi pieniądze (bez kosztów wysyłki), przyśle nowy wąż lub spuści mnie na drzewo.

Wąż kosztował 35 zł. Wysyłka kosztowałaby mnie z dychę jak nie lepiej. Stwierdziłem, że szkoda zachodu i wyrzuciłem całość do śmieci.

Pokieruj wodą

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 87 (101)

#89653

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Piekielna trenerka.

Tak mnie dzisiaj wzięło na pisanie, a o trenerce to chyba cała seria będzie ;)

W jednej czy dwóch historiach wspominałam o tym, że trenerka mojej córki jest piekielna i zawsze były komentarze, że niby dlaczego. Owszem, zapytanie w pełni uzasadnione, bo opisywałam piekielność innych osób i z historii nie to wynikało. Ale przyszedł czas i na trenerkę.

Z tym, że trener ustala pewne zasady, każdy na pewno się zgodzi. Jedną z zasad naszej trenerki jest "nie poprawiamy!!!". Już wyjaśniam:

Czasem nie wyjdzie jakaś figura, no zdarza się. Jeśli jest to jedna z podstawowych, dziewczyny tracą 1 pkt. Jeden "cały", duży punkt, co w sytuacji, kiedy o miejscu decydują dziesiętne, a czasem nawet setne punktu, to jest bardzo dużo. Wyjścia są dwa - albo "poprawiają" (tzn. robią ten element jeszcze raz), albo lecą dalej z układem. Przy "poprawce" można odzyskać 0,5 pkt, ale to i tak nie daje jakiegoś liczącego się miejsca, trenerka kategorycznie zakazuje poprawiania, mówiąc "skiepściłyście, na następnych zawodach ma być lepiej!".

Zawody z maja albo czerwca, nie pamiętam już. Bardzo dobra dwójka dziewcząt, układ wykonany perfekcyjnie i nagle pech - "górnej" nie wyszła najprostsza z możliwych figur, przerzut bokiem (dla niewtajemniczonych - najzwyklejsza "gwiazda"). Po zejściu z planszy obie* zebrały ochrzan od trenerki "trzeba było poprawić!!!". Aha, telepatycznie miały wyczuć, że akurat teraz, wyjątkowo, nie obowiązuje zasada "nie poprawiamy"...

*po wejściu zawodniczek na planszę trenerka nie ma już prawa nic pomagać, podpowiadać, decydować, za jakąkolwiek ingerencję trenera jest dyskwalifikacja, więc to "dolna" rządzi na planszy - czy to pomylone kroki układu, czy cokolwiek innego, "dolna" decyduje, co mają zrobić.

akrobatyka_sportowa

Skomentuj Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 84 (102)

#89740

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Byłam dziś na grzybobraniu w lesie w towarzystwie moich psów. Oboje grzecznie na smyczach. Zauważyłam, że moją Xene coś mocno zainteresowało. Spojrzałam, a 3-4 m przed nami przeciął piękny dorodny jeleń. Za nim biegł swoich krótkich łapkach mały biały terierowaty piesek w ładnych szeleczkach. Próbowałam go zawołać, ale zupełnie mnie zignorował, ponieważ byłam z psami, to już nie szłam za nimi, żeby nie stresować jelenia jeszcze bardziej. Więc poszłam dalej, po tym, jak uszłam dobre 2-3 km zobaczyłam stojąca kobietę ze smyczą w na szyi i papierosem w ręku.
Kiedy poprosiłam, żeby, zawołała swojego psa powiedziała coś w stylu:

K: Spokojnie, mojego Puszka tu nie ma. Poszedł się wybiegać.
Kolor smyczy pasował do szelek, więc zapytałam:
J: Taki mały biały w typie teriera?
K: Tak.
J: Wybieguje się 3 km stąd goniąc wielkiego jelenia. Jeśli go dogoni i jeleń zacznie się bronić to nie będzie co zbierać z pieska.
Kobiecie zrzedła mina.
K: Gdzie go Pani widziała?
Opisałam punkty orientacyjne, po których do tego miejsca można trafić, powiedziałam, w którą stronę pobiegł jeleń. Ogłoszeń o zaginięciu na grupach nie widziałam, więc chyba się znalazł.

Jak to było? "Mały piesek nic nie zrobi"

Apel: ludzie myślcie jak nie o dzikich zwierzętach, to chociaż o bezpieczeństwie własnych zwierząt.

#las #zwierzeta #bezmyślni ludzie

Skomentuj (3) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 125 (139)

Podziel się najśmieszniejszymi historiami na
ANONIMOWE.PL

Piekielni