Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

 

#89954

przez ~panizlumpeksu ·
| Do ulubionych
Znów kilka sytuacji ze sklepu z odzieżą używaną.

Dziś będzie o kradzieżach. Ludzie u nas kradli, kradną i pewnie kraść będą. Od pewnego czasu wyłapywanie złodziejaszków ułatwia kamera, ale nie mamy pracownika, który zajmuje się ciągłą obserwacją monitoringu, więc niektóre kradzieże udaje się wyłapać dopiero po czasie, a czasem wcale.

Czasem jednak kamery się przydają.

Na sklepie mamy regał z butami, gdzie stoją pojedyncze buty, a po buta do pary trzeba się zgłosić do kasy.
Ostatnio w dzień wyprzedaży - czyli wszystko po 5zł - do kasy podeszła klientka z pięknym skórzanym kozakiem i poprosiła o drugiego buta. Aż się zdziwiłam, że but przeleżał cały tydzień i nikt się nim nie zainteresował. Podałam pani buta do pary, ale z zaplecza przyszła koleżanka i poprosiła, abym zaczekała i zwróciła się do klientki:

- Pani tego buta przed chwilą z torby wyjęła.

Klientka oczywiście oburzyła się, że oszczerstwo, kłamstwo, ona szefowej się poskarży i natychmiast mamy jej sprzedać buty za 5zł!

Dla wyjaśnienia - kobieta najprawdopodobniej w dniu dostawy lub niedługo potem ukradła pojedynczego buta (para wyceniona była na 50zł), po czym wróciła w dniu wyprzedaży z butem w torbie, aby udawać, że wzięła go z regału i kupić za 5zł.

Pomysłowość ludzka nie zna granic, prawda?

Inna, równie pomysłowa klientka przyszła z dużym plecakiem i od razu zameldowała mi przy kasie, że ma przy sobie plecak. Trochę dziwne, bo nie wymagamy żadnego meldowania toreb, plecaków itd, ale wyjaśniła, że ma w nim ciuchy na wyjazd i nie chce być oskarżona o kradzież.
Jakiś czas później pani chciała wyjść niczego nie kupując, ale znów zatrzymała ją koleżanka i zapytała czy pani pokaże zawartość plecaka i odda rzeczy czy dzwonić na policję. Pani jak niepyszna poszła z koleżanką na zaplecze i wypakowała zawartość plecaka i wyszła zmieszana.

Koleżanka zauważyła na kamerze jak pani wchodzi do przymierzalni ze stertą ciuchów, następnie wychodzi z niej bez niczego. Koleżanka skontrolowała przymierzalnię, gdzie leżała sterta starych szmat (nawet nie ciuchy, tylko jakieś stare prześcieradła i ręczniki). Wypakowała nam zawartość plecaka w przymierzalni, a schowała tam nasze ciuchy.

A najbardziej swoją bezczelnością zaskoczyła mnie klientka, która, jak widać było na kamerze, zdjęła kurtkę z wieszaka, oderwała metkę, nałożyła na siebie i chciała wyjść. Potem kłóciła się, że to jej kurtka, nie ma żadnej metki, a my się czepiamy. Gdy wspomniałyśmy o monitoringu, przyczepiła się, że nam nie wolno mieć kamer i jej nagrywać bez jej zgody. Zwróciłam uwagę, że na drzwiach jest informacja, że sklep jest monitorowany. Kobieta wykłócała się, że aby ją monitorować przez kamerę sklepową potrzebujemy jej pisemnej zgody i ona nas pozwie.

U nas niezmiennie - bardzo wesoło.

lumpeks

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 107 (107)

#89816

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Mam sąsiadkę, która mnie mocno wkurzyła.

Mały rys sytuacyjny: Mieszkanie, które zamieszkuję jest prawną własnością moich rodziców, którzy również w tym samym mieście posiadają dom jednorodzinny. Dom rodzinny zazwyczaj odwiedzam w weekend.

Wracam z pracy (coś koło wtorku) i na klatce dopada mnie sąsiadka. Mówi coś o uchwale i petycji do podpisania (warto zaznaczyć, że sąsiadka owa jest emerytką, która we wszystkim widzi próbę wyłudzenia od niej pieniędzy), że ona się nie zgadza na takie warunki bo to złodziejstwo itp. Jednocześnie mówiąc mi abym podpisała jej petycje, że zgadzamy się na remont ale nie takim kosztem (nota bene cena za remont w uchwale nie byłą wygórowana, ale inflacja i cała reszta robi swoje). Zmęczona po całym dniu odpowiadam, że mój podpis i tak nie ma mocy prawnej. I na odczepne zgadzam się zanieść petycje rodzicom, a że tym razem jadę do nich w niedzielę, to w sobotę wieczorem sąsiadka ma przyjść i mi owo pisemko zostawić.

Sobota. Wróciłam do domu o 17:40 (aż specjalnie sprawdziłam na gogle timeline). Dobija już 22:00, sąsiadki jak nie było tak nie ma. Myślę, że może zdążyła już zgromadzić interesująca ją liczbę podpisów, albo ktoś jej wytłumaczył, że w ten sposób nigdy remont się nie odbędzie.

Niedziela. Źle się czuję. Robię test i wynik pozytywny. Zostaję w domu.

Poniedziałek. Pracuje zdalnie, siedzę z milionem posmarkanych chusteczek i słucham przepychanki na spotkaniu pomiędzy naszym PM a PM firmy która ma dla nas coś wykonać. Słyszę jakieś nieśmiałe pukanie do drzwi. Drzwi mam mocne więc nawet jakbym krzyczała nic nie byłoby słychać na korytarzu ( sprawdziłam to już przy docinaniu blatu do kuchni, przy zamkniętych drzwiach nie było nic słychać na klatce). Uchylam delikatnie drzwi, a tam sąsiadka (S) od razu.
(S) - Dlaczego nie było cię w sobotę w domu?!
(J) - Wieczorem byłam. Proszę się nie...
(S) - Umawiałyśmy się że będziesz, a Ciebie nie było!!
(J) – Proszę się nie zbliżać, mam covid, nie chce Pani zarazić.
(S) – Bezczelna jesteś! Powinnaś od razu przez drzwi krzyczeć! W sobotę Cię nie było pukałam. Mam na to świadków!
(J) - Po 18 byłam. Do widzenia. – Zamknęłam drzwi

Jak pisałam wcześniej mam solidne, dźwiękoszczelne drzwi. Jeżeli pukała tak jak teraz to mając włączony telewizor lub drzemiąc nie byłabym w stanie tego usłyszeć. Przy drzwiach znajduje się dzwonek, który mogłaby nacisnąć, lub też posiada ona mój numer telefonu (mieszka dokładnie pode mną, więc na wypadek zalania).

Oceńcie sami kto był piekielny.

Skomentuj (16) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 120 (126)

#89797

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Niewiele brakowało, a rozjechałabym dziś psa...

Wracałam z córką ze szkoły. Piękna pogoda, nie spieszyło nam się, za nami nikt nie jechał*, więc utrzymywałam prędkość około 60km/h pomimo terenu niezabudowanego. Gdzieś przed nami był motocyklista, który jechał chyba z podobną prędkością, bo odległość między nami pozostawała w miarę stała.

Gdy motocyklista wjechał w teren zabudowany z terenu warsztatu samochodowego po mojej lewej wybiegł pies. Duży, w typie goldena, lekko rudawy. Wybiegł, poszczekał na motor i STANĄŁ NA ŚRODKU PASA, CENTRALNIE PRZED MOJĄ MASKĄ. Wciąż szczekając w stronę, w którą oddalił się motocyklista.

Oczywiście zwolniłam, gdy tylko go zobaczyłam, potem zatrzymałam się i zatrąbiłam. Na psie nie zrobiło to wrażenia, tyle tylko, że odwrócił się w moją stronę. Z warsztatu wyszła jakaś kobieta, zawołała go, co nie przyniosło rezultatu, więc musiała go złapać. A ja stałam na środku pasa i nie miałam odwagi ruszyć, póki nie zobaczyłam zwierza bezpiecznego na podjeździe.

A teraz uruchommy wyobraźnię... Gdybym od razu po opuszczeniu terenu zabudowanego rozpędziła się do 90 km/h? Na odległości tych 2 km dogoniłabym motocyklistę, ale nie zdążyłabym go wyprzedzić przed wjechaniem w teren zabudowany. Musiałabym oczywiście zwolnić, ale byłabym tuż za nim. A pies wyskoczyłby mi praktycznie pod koła.

*Gdyby ktoś za nami był, jechałabym 90, żeby go nie blokować.

Skomentuj (2) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 105 (111)

#89953

przez ~elementarnezasadywychowania ·
| Do ulubionych
Abstrahując od pandemii, paniki i teorii spiskowych: jak kaszlesz, to wypada zasłonić usta.
Ze zwykłej przyzwoitości.

A jak jesteś umówiony na wizytę z powodu swojego kaszlu na konkretną godzinę, to przychodzisz pięć minut wcześniej, a nie pięćdziesiąt minut wcześniej, żeby okaszleć i opluć każdą jedną osobę, która ma wątpliwe szczęście czekać na tej samej poczekalni lekarskiej, co ty.

I nie, nie jestem adwokatem maseczkozy czy entuzjastą lockdownów - po prostu jeszcze w latach 80. ubiegłego wieku babcia mi powiedziała, że przy kaszlnięciu usta się zasłania.
Dla mnie to elementarne zasady dobrego wychowania.

słuzba_zdrowia

Skomentuj (24) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 170 (182)

#89952

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Niektórzy powiadają, że Łódź to stan umysłu. Być może. Z całą pewnością Łódź jest miastem rozkopów. Nie mnie oceniać czy to dobrze, czy źle - faktem jest, że obecnie urzędująca pani prezydent dużo remontuje w mieście. Faktem jest również, że logika przeprowadzania tych remontów jest mocno dyskusyjna. Poruszanie się autem po mieście jest udręką. Na to wszystko ktoś, kto chyba nigdy w Łodzi nie był, wymyślił organizację szczytu OBWE. W związku z tym od dwóch dni mamy policję na każdym skrzyżowaniu, przejazdy korpusu dyplomatycznego w konwoju policji i takie tam atrakcje. Ja mam to szczęście, że do pracy dostarcza mnie komunikacja miejska, door-to-door, i to bardzo sprawnie. I otóż dziś z okien tramwaju miałam okazję zaobserwować taką sytuację:

Tzw. trasa W-Z - wiedzie z zachodu na wschód miasta, łączy - przez centrum - dwa ogromne osiedla. Trzy lub cztery pasy ruchu w każdą stronę, w środku wydzielone torowisko tramwajowe. Godzina ok. 7:30, więc ruch spory, trzeba swoje odstać na światłach, ale nie ma jakichś przesadnych korków. Stoimy wszyscy zatem czekając na zielone i pojawia się konwój - dwa radiowozy, w środku jakiś (zapewne) dyplomata w limuzynie. Kierowcy pięknie, zgodnie z zaleceniami, utworzyli korytarz życia, żeby kolumnę przepuścić - lewy pas zjechał na swoje lewo, reszta na prawo - byłam naprawdę zaskoczona, jak sprawnie im to poszło. Ale państwo policjanci ani myśleli z tego skorzystać - bo oni chcieli przejechać prawą stroną! I się na lewo ruszać nie będą. Bo nie i już. No to poczekali na następną zmianę świateł. Chyba. Bo tramwaj przejechał jak zmieniło się światło. Oni zostali przyspawani do prawego pasa.

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 119 (133)

#89942

przez ~malarudafruzia ·
| Do ulubionych
Przedstawiam Wam dziś smutną historię trzech pokoleń pewnej rodziny.

Na studiach miałam koleżankę, Alicję. Ogólnie sympatyczna dziewczyna, ale zniechęcała do siebie ludzi przez wysokie, wręcz chorobliwe ambicje i wymądrzanie się. Alicja była dość uzdolniona, ciężko jednak byłoby nazwać ją wybitną. A taka usiłowała być. Chodziła na wszelkie możliwe uczelniane kółka zainteresowań i zajęcia nieobowiązkowe. Ze wszystko chciała mieć 5, usiłowała zaskarbić sobie sympatię każdego wykładowcy. W grupie kolegów z roku często pouczała kolegów. Nigdy nie potrafiła przyjąć do wiadomości, że może nie mieć racji. O ile na pierwszym roku jeszcze radziła sobie bardzo dobrze i faktycznie z prawie wszystkiego miała piątki, tak później z powodu natłoku zajęć i do tego podjęcia kolejnego kierunku studiów, jej oceny zaczęły spadać.

Alicja potrafiła płakać po zdanym egzaminie, bo dostała tylko 4, a nie 5. Często wykłócała się z prowadzącymi domagając się zmiany oceny. Do tego zaczęła uchodzić za samolubną i egocentryczną. Przykładowo przez jakiś czas prowadziła taką wydziałową, czy raczej kierunkową gazetkę. Z początku robiła to z innym studentem ze starszego roku, ale chłopak zrezygnował, bo twierdził, że z Alicją nie da się dogadać. Alicja sobie z tym zadaniem nie radziła, teksty było często pisane po łebkach, nie stosowała się do wskazówek opiekunki gazetki i w końcu została poproszona o ustąpienie z funkcji. W zemście usiłowała doprowadzić do tego, aby gazetkę w ogóle przestano wydawać.
Innym razem zdawała egzamin ustny z koleżanką z grupy. Gdy koleżanka dostała lepszą ocenę niż ona domagała się powtórki egzaminu dla obydwu z nich, bo niby koleżanka zostawała łatwiejsze pytania.

Alicja nie miała zbyt wielu znajomych na uczelni, większość traktowała ją jak wyniosłą, ale niegroźną dziwaczkę. Wydaje mi się, że byłam chyba jej najbliższą koleżanką. Alicja też pochodziła z miasta, w którym studiowałyśmy i w przeciwieństwie do innych "tubylców" na uczelni nigdy nie wspominała i nie spotykała się z żadnymi znajomymi z liceum czy w ogóle poznanych poza studiami.

Kiedyś Alicja mi się zwierzyła, że wie, że jej ambicje są niezrozumiałe dla innych studentów, ale ona to wyniosła z domu rodzinnego. Autentycznie zrobiło mi się jej żal.
Rodzice Alicji, których notabene poznałam, mieli jeszcze drugie dziecko, które zmarło w wieku kilku miesięcy. Starali się jeszcze później o kolejne, ale nigdy się to nie udało. Została im więc jedna jedyna Alicja. Alicja od wieku żłobkowego chodziła do na dodatkowy angielski, a potem zajęć było tylko więcej i więcej. Z takich, które pamiętam - do czasu pójścia do szkoły zaliczyła już balet, pianino i lekcje śpiewu. Na większość tych zajęć uczęszczała równolegle.

Alicja w podstawówce chodziła bodajże na 4 czy 5 dodatkowych zajęć - kontynuowała balet, doszło jeszcze kółko teatralne, karate, niemiecki, a pianino zamieniła na skrzypce. Nie miała praktycznie żadnych relacji z rówieśnikami, poza znajomymi z zajęć, ale ich też widywała raz czy dwa razy w tygodniu i to tylko na zajęciach. Na dalszych etapach edukacji jedynie zmieniła kierunki zajęć, większość kontynuowała 2-3 lata, a później zmieniała na coś innego. Praktycznie każdy dzień tygodnia miała dodatkowe zajęcia, czasami nawet 2 albo 3.
Nie powiem, trochę jej do pewnego momentu tej opowieści zazdrościłam. Sama pochodzę z dość ubogiej małomiasteczkowej rodziny. Gdy byłam dzieckiem, w latach 90. i 00. szałem były jakiekolwiek zajęcia dodatkowe w świetlicy, a i tak na większość nie mogłam uczęszczać, bo moich rodziców nie było stać nawet na zapłacenie symbolicznej kwoty. Myślałam, ze to fajnie, że mogła wszystkiego spróbować i zapytałam, co najbardziej lubiła.

Odpowiedziała sucho:
- No nie wiem, tak lubić LUBIĆ to raczej niczego. Ale widzisz jak te zajęcia wzmocniły mój charakter, wiem, że zawsze trzeba piąć się do przodu po sukces.
Zapytałam, jakie sukcesy udało jej się odnieść - naprawdę to było z mojej strony niewinne pytanie, myślałam, że pochwali się medalami czy jakimiś wyróżnieniami.
Alicja znów zdziwiła się tym pytaniem
- Ale co masz na myśli? Jakie sukcesy
- No jakieś zwycięstwa w turniejach czy konkursach czy coś takiego
- Ale ty jesteś pasywno-agresywna!
- Słucham?
- No tak, co? Próbujesz mi wytknąć, że nie mam sukcesów?
- Przecież tylko zapytałam!
- Nie każdy sukces da się zmierzyć medalem! Ale jeśli chcesz już wiedzieć to w liceum wygrałam miejską olimpiadę z niemieckiego!

No właśnie. Na podstawie wygranej tej olimpiady Alicja domagała się zwolnienia z obligatoryjnych zajęć z niemieckiego. Gdy lektorka jej powiedziała, że takim dyplom nie jest podstawą do zwolnienia z lektoratu, Alicja była głęboko oburzona. Końcem końców miała problemy z zaliczeniem semestru z lektoratu. Tłumaczyła, że za długo czasu już minęło i nie pamięta języka i właśnie dlatego bez sensu jest, że musi znowu zdawać to, czego już już raz się nauczyła.

Po licencjacie Alicja nie dostała się na prestiżową specjalizację magisterką. Pisała odwołania, jednak na próżno - miejsc było ledwie dla 10 najlepszych osób z roku. Zmierziło mnie wtedy, że Alicja powiedziała, że po otrzymaniu wiadomości o tym, że się nie dostała, myślała o samobójstwie.

Jeszcze na studiach nasz kontakt się rozluźnił, a po studiach całkowicie zaniknął.
Jednakże ostatnio spotkałam Alicję na mieście i od słowa do słowa umówiłyśmy się na kawę.

Alicja sama jest mamą. Ma 5-letnią córkę. Bardzo przykro słuchało mi się jej opowieści o dziecku. Ogólnie zaczęła od tego, że dziecka w sumie nie planowała i nie za bardzo chciała, ale stwierdziła, że jednak przed 30-stką musi mieć. Dlaczego musi? Bo prawie wszystkie jej znajome już miały. No więc Alicja ma uroczą 5-letnią jedynaczkę.

I tak mała:
- w wieku 3 miesięcy chodziła już z mamą na basen. Alicja nie przepada za chlapaniem się w wodzie, ale tu były jedyne zajęcia dla niemowlaków, jakie znalazła.
- Gdy miała rok zaczęła chodzić na angielski i niemiecki równocześnie. Alicja próbowała zapisać ją też na rytmikę i gimnastykę, ale nie było grup dla tak małych dzieci (oburzające!)
Potem z biegiem czasu zapisywała małą na kolejne zajęcia, jak tylko młoda kwalifikowała się już wiekowo - rytmika, akrobatyka, szachy i nadal angielski i niemiecki. Teraz z niecierpliwością czeka aż mała skończy sześć lat, bo od takiego wieku dopiero jakakolwiek szkoła przyjmuje na karate (albo inną dyscyplinę sportu walki, nie pamiętam).

Sporo mówiła o tym, że irytuje ją, że młoda na zajęcia nie chce chodzić, często płacze i nawet już nauczyciele z tych grup mówili Alicji, że udział jej córki w niektórych zajęciach nie ma sensu, bo mała kompletnie nic z nich nie wynosi, jest smutna i niezaangażowana. No, ale co oni wiedzą! Alicja też tak miała w dzieciństwie, ale dobrze jej to zrobiło. I jej córka jej kiedyś podziękuje!

Strasznie mnie to zmierziło. Sama nie mam dzieci, ale nawet mi się serce krajało na wyobrażenie małej dziewczynki ciągniętej codziennie wołami na nielubiane zajęcia. Zasugerowałam Alicji, aby wybrała z małą może 1 czy 2 zajęcia, które dziecko lubi. Alicja zaśmiała się i powiedziała:
- Jakbym ją zapytała to by powiedziała, że lalce zupę ugotować albo włosy rozczesać! No takich kursów chyba nie ma! A poza tym nie mądrzyj się tak! Jak będziesz miała dzieci to zobaczysz. Ja mam ją jedną i będę w nią inwestować ile się da!

W tym wszystkim ciężko było porozmawiać o innych rzeczach, ale Alicja jest też niezadowolona z pracy i z męża. W pracy nie doceniają jej wielu talentów, a jej mąż to ciapa i nieudacznik. I po tym stwierdzeniu zapytała, czy teraz rozumiem, dlaczego tak ważny jest dla niej rozwój córki.

Powiem szczerze - nie.

dzieci

Skomentuj (24) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 172 (186)

#89944

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Zainspirowana historią https://piekielni.pl/89940.

Młoda ma problemy z kolanami. Dużo ćwiczy (akrobatyka sportowa i taniec), więc na takie rzeczy jestem wyczulona, staram się dojść przyczyny i przeciwdziałać.

Podejście pierwsze, ortopeda (NFZ). Diagnoza - bóle wzrostowe, spotęgowane intensywnymi treningami. Zalecenia - objawowo środki przeciwbólowe, zimne okłady na bolące kolana.

Podejście drugie, fizjoterapeuta (prywatnie, za milion monet). USG kolan robił długo i dokładnie, stwierdził kilka mikrourazów (niegroźnych i do samoistnego wyleczenia), zalecił serię zabiegów oraz pokazał ćwiczenia, które Młoda może wykonywać sama w domu, aby zrelaksować mięśnie po intensywnym wysiłku. Zabiegi o tyle pomogły, że przyniosły ulgę, ból nie ustąpił, ale stał się znośny. Niestety, zabiegi tanie nie były, więc w związku z tym:

Podejście trzecie, ortopeda (nadal na NFZ). Już przy pierwszej wizycie był niemiły, przy drugiej prawie że nakrzyczał "mówiłem, że to bóle wzrostowe, jak ma niski próg bólu, to niech nie uprawia sportu!". Aha...

Podejście czwarte, fizjoterapeuta. No dobra, nie konkretnie o kolana nam chodziło, tylko Młoda na treningu mocno kontuzjowała sobie plecy (ma dosyć słabe "gięcie", a przez wygłupy z koleżanką za mocno się wygięła do tyłu), plecy zostały "naprawione" od strzału plus zalecenia, jakich ćwiczeń przez najbliższe dni unikać. Przy okazji nieśmiało wspomniałam, że kolana nadal bolą, na co otrzymałam sugestię kolejnych zabiegów.

No cóż, mocno zacisnęłam zęby, za to szeroko otworzyłam portfel, bo zabiegi faktycznie pomagały. I tak to funkcjonowało aż do czasu, kiedy Młoda zgłosiła mi inny rodzaj bólu w kolanie (tym razem tylko jednym) - bardziej ostry i dokuczliwy. Do fizjoterapeuty było szybciej - dzwonię, umawiam się, idę za dzień-dwa i płacę, to najpierw było:

Podejście piąte, fizjoterapeuta. Kolejne USG, stwierdzono lekkie pęknięcie rzepki, Młoda dostała cała listę przeciwskazań plus oczywiście propozycję kolejnej serii mocno specjalistycznych zabiegów. Po dwóch tygodniach doczekałam się na ortopedę na NFZ, czyli:

Podejście szóste, ortopeda. Szybkościowe USG kolana, diagnoza - nic tam nie ma. Żadnego urazu, pęknięcia, nic! No sorry, nie ma takiej możliwości, żeby przez dwa tygodnie wyleczyło się na tyle, aby specjalista nie zauważył, że tam BYŁO jakieś pęknięcie. No dobra, z wielką łaską wystawił skierowanie na rezonans magnetyczny, bo "w USG to nie wszystko wychodzi". Termin mamy początkiem stycznia.

A ja się tak zastanawiam - jestem zwykłym, szarym człowiekiem bez żadnej wiedzy medycznej. I jak, do cholery, mam się zorientować, kto ma rację? Jest uraz (pęknięcie rzepki), czy nie ma urazu? No chyba od tego mamy specjalistów! Z jednej strony fizjoterapeuta zarabia na tych zabiegach (pomijając fakt, że i tak Młoda na nie chodziła), więc może "wmawiać chorobę". Ale z drugiej strony dla mnie ból jest sygnałem, że jednak w organizmie dzieje się coś złego.

Uprzedzając pytania - lekarz ortopeda dziecięcy jest w naszym mieście JEDEN. Owszem, mogę iść z Młodą prywatnie, ale nie uważam, żeby lekarzom z chwilą przekroczenia progów swojego prywatnego gabinetu przybywało wiedzy i doświadczenia, czyli prościej rzecz ujmując - do pierwszego-lepszego to mogę się zgodzić na NFZ, no bo wyboru nie mam, ale jak idę i płacę, to chcę DOBREGO lekarza. I też namiary na takiego dobrego, sprawdzonego, zachwalanego dostałam, tylko terminy do niego (podkreślam - prywatnie!) są niebotycznie odległe, pięć razy bym zdążyła na NFZ pójść.

Prywatna klinika, do której chodzę z Młodą do fizjoterapeuty, też nie została wzięta z księżyca, została mi polecona, ma bardzo dobre opinie i milion zadowolonych klientów. Niestety, ortopedy "na stanie" nie mają.

A propozycja, żeby Młoda przez jakiś czas zaprzestała treningów, byłyby przez nią potraktowana jak propozycja, żeby przez jakiś czas przestała oddychać. Tak że tego.

Pointy nie będzie.

zdrowie

Skomentuj (28) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 106 (134)

#89951

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Historia o tym, jak pewna firma okradła legalnie klientów.

Nie wiem czy w Polsce się o tym mówi, bo brytyjska firma Made.com chyba nie funkcjonowała na polskim rynku. Funkcjonowała za to na rynku brytyjskim, francuskim i w kilku innych zachodnioeuropejskich krajach. W skrócie, Made.com proponował meble, oświetlenie oraz inne przedmioty dekoracyjne w cenach trochę wyższych niż, na przykład, Ikea, ale i lepszej jakości, i dzięki temu cieszył się dosyć dobrą reputacją. Jedyny minus - meble były robione na zamówienie, więc i czas oczekiwania na dostawę dłuższy niż w innych sklepach (nawet do 3-4 miesięcy). Kiedy zaczęłam rozglądać się za nową kanapą, zdecydowana większość osób, z którymi o tym rozmawiałam, polecała mi Made.

Mój przypadek jednak nie jest jeszcze najgorszy...
Otóż Made.com od pewnego czasu borykał się z, dobrze ukrywanymi, problemami finansowymi - bo wojna na Ukrainie, inflacja, Covid i wszystkie inne plagi egipskie. Zamiast zwinąć interes dyskretnie i uczciwie, firma zrobiła sporą akcję promocyjną na początku października przyciągając klientów obniżkami cen, po czym ogłosiła upadłość pod koniec tego samego miesiąca. Innymi słowy: firma, wiedząc, że lada dzień zamknie interes, sprzedała towar i tym samym zebrała kasę, wiedząc, że klienci nigdy go nie dostaną, a i odzyskać pieniądze będzie im trudno. Rekordzista wydał u nich prawie 10 tysięcy euro.

To jednak nie wszystko, bo są klienci, którzy złożyli zamówienia wcześniej i którzy też nie zobaczą ani mebli ani swoich pieniędzy. Niektórzy czekają na realizację zamówienia z lutego. Inni czekają na dostawę, ale firma transportowa odmawia dostawy towaru, bo Made nie zapłacił za ich usługi. Jeszcze inni odesłali wadliwy towar kilka miesięcy temu i do tej pory nie dostali zwrotu pieniędzy.
Ja mam to szczęście w nieszczęściu, że kanapę dostałam w maju, ale po niecałych dwóch miesiącach jeden z podłokietników po prostu się złamał. Złożyłam reklamację, więc zaproponowano mi zwrot pieniędzy lub wymianę kanapy na nową. Wybrałam tę drugą opcję, ale nowej kanapy oczywiście nie dostanę. Podłokietnik naprawię jakoś sama.

Jeśli zaś chodzi o próby odzyskania pieniędzy, to póki co tylko PayPal rozpatruje pozytywnie wnioski o zwrot wpłaconej kwoty. Niektóre banki czasami też zwracają pieniądze po dostarczeniu bardziej obszernych wyjaśnień, ale jeśli płatność została zrealizowana ponad 120 dni wcześniej, to odpowiedź jest negatywna. Z kolei firma oferująca płatność na raty odmawia wszystkim jak leci, uzasadniając swoją decyzję tym, że nie dostali informacji o anulacji zamówienia ze strony Made. Tyle, że takiej informacji nigdy nie dostaną.

Wisienką na torcie w tej historii, jest pani adwokat, która obiecała na facebookowej grupie wspólny pozew i bicie się o odszkodowania do ostatniej kropli krwi. Jej honorarium to 10% od wartości każdego zamówienia, a koniec końców jej pomoc ograniczyła się póki co do rady by wszyscy wysłali list polecony do Made. Listy pozostały bez odpowiedzi, bo nie ma już na nie kto odpowiedzieć.
PWC, który został wyznaczony na likwidatora administracyjnego firmy Made, wydał kilka dni temu oświadczenie, że klienci mogą co najwyżej liczyć na zwrot 1.6% kwoty zamówienia, a to i tak nic pewnego. Wiadomo, że są rzeczy ważne i ważniejsze, a klient jak ten wrzód na tyłku jest najmniej ważny...

Made.com

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 127 (133)

#89936

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Ostatnio pojawiła się tutaj historia o faworyzowaniu dzieci nauczycieli. Osobiście spotkałam się z faworyzowaniem dziecka pani woźnej.

Słowem wstępu:
Urodziłam się i spędziłam pierwsze lata mojego życia w Warszawie, ale, kiedy miałam 9 lat, moja rodzina postanowiła przenieść się do średniego miasta, niegdyś włókienniczego, oddalonego około 60 km od stolicy ze względu na pracę mojego ojczyma. Tam skończyłam podstawówkę i poszłam do gimnazjum.
Szkoła podstawowa minęła mi bez większych atrakcji - chodziły do niej głównie dzieciaki z mojej dzielnicy, bo podstawówek w mieście było sporo, udało mi się nawiązać przyjaźnie, które trwają do dziś. Gimnazjum, jedno z dwóch państwowych na całe miasto, zrzeszało z kolei dzieciaki z innych dzielnic.

Byłam wtedy normalną, przeciętną wręcz, nastolatką - ani grubą, ani chudą, ubraną tak jak wszyscy inni. Nie podkreślałam nigdy, że „pochodzę ze stolicy” ani nie wywyższałam się w inny sposób. Jedyne, co mogło ewentualnie mnie wyróżniać na tle klasy, to to, że chodziłam na zajęcia plastyczne i kółko teatralne do Młodzieżowego Domu Kultury (zajęcia, które kosztowały zawrotne 20 zł za cały rok szkolny) i wolałam słuchać rocka niż popularnego wówczas hip-hopu. Nie byłam jednak jedyną osobą w klasie, która uczęszczała na dodatkowe zajęcia artystyczne czy która słuchała innej muzyki niż wszyscy. Nie identyfikowałam się również z „metalami” czy innymi subkulturami.

Z jakiegoś jednak powodu, jeden chłopak z mojej klasy, Szymon, postawił sobie za punkt honoru uprzykrzyć mi życie jak najbardziej się da. W ten sposób, od początku drugiej klasy regularnie byłam wyzywana od krów (bo okres dojrzewania zrobił swoje i, niesamowite!, urosły mi piersi jak kilku innym dziewczynom z klasy), znajdowałam w plecaku czy przyklejone do ławki papierki po Milce (bo, hehe, krowa ma wymiona, a ja mam cycki, więc pewnie jak bym się schyliła jak ta krowa na obrazku to szorowałabym nimi po podłodze - tak, takie teksty też się zdarzały), byłam wyśmiewana jeśli pomyliłam się zapytana o coś przez nauczyciela, a na wycieczkach szkolnych Szymon i jego banda, bo udało mu się zbuntować kilkoro innych uczniów przeciwko mnie, krążyli wokół mnie żeby tylko podstawić mi nogę, popchnąć czy w inny sposób uprzykrzyć życie.
Nauczyciele nie reagowali, mimo moich skarg. Koleżanki, które stawały też w mojej obronie, polecały ignorować, więc tak też robiłam.
Siłą rzeczy, ciągłe nękanie praktycznie zniszczyło moją pewność siebie, miałam coraz częściej niezbyt pozytywne myśli, bałam się chodzić do szkoły i zaczęłam coraz częściej opuszczać lekcje. W końcu moja mama wyciągnęła ze mnie, co się dzieje i cała grupa, która mnie nękała wyładowała na dywaniku u wychowawczyni.
Wychowawczyni kazała im jedynie mnie przeprosić i przestać w ogóle się do mnie odzywać.

Przez jakiś czas był spokój, po czym Szymon znowu zaczął bawić się moim kosztem. Tym razem twierdził, że jestem gruba. Potrafił zagrodzić mi drogę na schodach czy korytarzu i wydrzeć się prosto mi w twarz „Gruba!”, albo usiąść za mną podczas jakiegoś apelu i macać ewentualne fałdki jakie mogły mi się zrobić po bokach kiedy siedziałam zgarbiona. Nauczyciele nadal nie reagowali, więc Szymon czuł się bezkarny.
Doszło do tego, że Szymon i jego banda, podczas jednej z przerw, wykradli z mojego plecaka list, który miałam wysłać do mojego korespondencyjnego znajomego (tak, to te czasy, kiedy jeszcze pisało się listy), skopiowali go i rozdali te kopie innym uczniom. Chyba nie muszę mówić jaka to była tragedia dla 15-latki, która przeżywa pierwszą miłość i zwierza się z niej w liście... Byłam w połowie 3 klasy gimnazjum, ostatnia prosta, ale nie widziałam jak mogłabym zostać w tej szkole. Nie dałabym rady psychicznie, więc zmieniłam szkołę i wróciłam do Warszawy.

Niedługo przed tym, jak Szymon ukradł i skopiował mój list, wylosowałam go na Mikołajki. Nikt nie chciał się ze mną zamienić, więc postanowiłam odwdzięczyć się wtedy za te półtora roku piekła i kupiłam mu ramkę z przyklejonym w środku papierosem i napisem „Zbić w razie pilnej potrzeby”. Może nie był to najmilszy prezent, ale nie uważam żeby był też jakiś bardzo chamski w stosunku do tego, co on mi zrobił.
Mama Szymona pracowała jako woźna w tym gimnazjum. Kiedy odkryła, co jej synuś dostał na Mikołajki, zrobiła karczemną awanturę. Cała klasa musiała wtedy wypełnić ankietę czy jest zadowolona z prezentu, a ja dostałam srogą uwagę i obniżoną ocenę z zachowania. Zrozumiałam wtedy dlaczego czuł się tak bezkarny i dlaczego nikt nigdy nie ukarał go za prześladowanie mnie. Szymon nigdy nie miał obniżonej oceny z zachowania ani uwagi, mimo moich skarg i skargi mojej mamy. Pani woźna najwyraźniej miała większą siłę przebicia.

Kilka lat temu, kiedy Facebook zaproponował mi Szymona jako potencjalnego znajomego, wysłałam mu wiadomość, żeby dowiedzieć się o co właściwie mu chodziło i dlaczego uwziął się akurat na mnie. Wiadomość nie była agresywna, po prostu „pogadajmy jak dorośli, którymi już jesteśmy”. Nie dostałam odpowiedzi.

Gimnazjum prześladowanie

Skomentuj (28) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 111 (129)

#89840

przez ~lazania ·
| Do ulubionych
O ludziach tworzących sobie problemy z tyłka.

Od pewnego czasu sąsiadka przestała mi odpowiadać na "dzień dobry". Nie ukrywam, miałam to w sumie gdzieś, domyślając się, że pewnie znalazła sobie jakiś powód do tego, żeby mnie nienawidzić, ludzie są dziwni, nie? No, ale jak dziś ostentacyjnie nie przytrzymała mi drzwi, tylko patrzyła jak zatrzaskują mi się przed nosem, to zwróciłam jej uwagę, że przecież wie, że mieszkam w tej samej klatce i nie zbawiłoby jej przytrzymanie mi tych drzwi. Sąsiadka prychnęła, że myślała, że ja do takich detali jak kultura osobista nie przywiązuje wagi, więc nie wytrzymałam i zapytałam jej what the f*ck?

Jakiś czas temu wychodziłam z domu i bardzo spieszyłam się na autobus na uczelnię. Sprintem leciałam prze klatkę schodową, na ostatniej prostej trafiłam na sąsiadkę, która wlokła się na górę z dzieciakiem za rękę, psem na smyczy i jeszcze zakupami w ręce, więc oczywiście zajmowała całą szerokość schodów. Spodziewałam się, że przesunie się z całym wyposażeniem w bok, abym mogła przejść, ale oczywiście nic takiego się nie stało, a ja nie mając czasu czekać, aż się ruszy, po prostu koło niej przebiegłam.
I jej zdaniem był to rażący brak kultury z mojej strony, a w sumie to chamstwo, bo nie dość, że trąciłam niby jej dziecko to nawet nie przeprosiłam. W sumie sytuacji nie pamiętam, aż tak dobrze, ale raczej za trącenie bym przeprosiła, ale jak wspomniałam - cholernie mi się nie spieszyło, mogłam nie zauważyć. W odpowiedzi zwróciłam jej uwagę, że skoro widziała, że mi się spieszy to też mogła się przesunąć zamiast kazać mi czekać, aż łaskawie doczłapie się na pół piętro. Ona skwitowała to, żebym następnym razem sobie wcześniej z domu wyszła.
I tym samym nawet sąsiedzkiej kurtuazji między nami nie będzie, bo oczywiście sąsiadka uważa, że jej zachowanie jest normalne, a moje chamskie.

Jak napisałam - problem z tyłka.

sąsiedzi

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 134 (142)

Podziel się najśmieszniejszymi historiami na
ANONIMOWE.PL

Piekielni