Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

 

#88208

(PW) ·
| Do ulubionych
Podczas przerwy losowałam sobie historie i natrafiłam na jedną o kradzieżach w pracy. To przypomniało mi moją. Szczegóły mogły zatrzeć się w pamięci, ale sama historia wydarzyła się naprawdę :-)

Pracowałam wtedy w domu opieki. Pewnego razu szefowa kuchni zaczęła zgłaszać zwiększone zapotrzebowanie na niektóre artykuły spożywcze. Po jakimś czasie stalo się to regułą – zaczęło być zużywane więcej jedzenia, pomimo że stan ososbowy domu wcale się nie zmienił.

Pierwsze podejrzenia padły na nocną zmianę – że niby sobie podjadamy z zapasów przeznaczonych dla rezydentów. Ale kawę czy herbatę zawsze mogliśmy sobie zrobić (ja i tak nosiłam własną kawę, bo firmowa wykrzywiała gębę), a od jednego czy dwóch tostów nie ginie zawartość lodówki i zamrażarki.

Jakiś czas to trwało, wszyscy po kolei byli podejrzani, szef rozważał założenie kamer w pomieszczeniach ogólnie dostępnych, aż pewnego dnia, jedną z przełożonych na dniówce zastanowiło dlaczego jedna z pomocy kuchennych, wyrzucając worki ze śmieciami, zostawia niektóre obok kontenerów, a nie wrzuca do środka. Wyrzucała śmieci zawsze na krótko przed pójściem do domu.
Linda poszła sprawdzić worki i zamiast śmieci znalazła w nich pełnowartościowe produkty: pieczywo, paczki wędlin, warzywa, dżemy, puszki, mrożone frytki czy rybę.

Okazało się, że pomoc kuchenna (imienia nie pamiętam) wynosiła worki, stawiała pod koszami, a później, wychodząc do domu wrzucała do samochodu, który stał zaparkowany obok śmietników.
Proceder trwał kilka tygodni, i nigdy nie ustalono dokładnie, jak długo oraz ile dokładnie jadzenia wyniosła tamta dziewczyna.
Z tego co pamiętam, to po prostu wyrzucono ją z pracy, a policji nie wzywano.

Szef przeprosił nas wszystkich za podejrzenia, a tosty z dżemem wróciły do jadłospisu nocnej zmiany, ale już nikt się o nie nie czepiał…

Skomentuj (1) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 98 (98)

#79091

(PW) ·
| Do ulubionych
Kupiłam ledwo wczoraj rower. Nie taki z najniższej półki, tylko już naciągnęłam budżet na 2800 zł.

Rower zostawiłam w piwnicy, w pomieszczeniu na rowery, przypięty do stojaka.

Dziś przed południem zeszłam do piwnicznej pralni i hałasy przez uchylone drzwi od pomieszczenia na jednoślady pokusiły mnie, by tam zajrzeć. A tu jegomość, pochylony nad moim rowerem, mocuje się z łańcuchem, którym przypięłam swój nowy dobytek.

Gospodarz naszego budynku ma swoją kanciapkę w piwnicy. Szybko go zawołałam na pomoc (gość był tak skupiony na blokadzie do roweru, że mnie nie spostrzegł). We dwójkę ujęliśmy sprawcę, a że stawiał opór, to został powalony na ziemię i gospodarz aż na nim usiadł. Wezwałam policję, a ten wariat przy policjantach twierdził, że rower jest jego, że to pomyłka.

Klucz w moim posiadaniu, który pasował do blokady od roweru, plus świeży rachunek z wczoraj na moje nazwisko wraz z wydrukowanym numerem seryjnym wytłoczonym na ramie rozwiały wszelkie wątpliwości.

Złodziejem był nowy sąsiad.

Od gospodarza dowiedziałam się, że poinformuje spółdzielnię mieszkaniową jak najszybciej się da i poprosił policję o zawiadomienie zarządcy budynku o przestępstwie, które wydarzyło się na jego terenie. Godzinę później dostałam telefon od administracji spółdzielni, żebym w tygodniu zjawiła się na rozmowę do sporządzenia raportu (plus świstek od policji) i na mój wniosek mogą mu wypowiedzieć umowę najmu mieszkania ze skutkiem natychmiastowym. Chętnie skorzystam z propozycji, bo nie chcę mieć złodziei w bloku i chcę czuć się bezpiecznie.

Tak więc kosztem roweru za 2800 zł, który pewnie by złodziej opchnął za 1800-2000 zł nie dość, że nic nie zyskał (kradzież udaremniona) i będzie miał sprawę karną w sądzie, to jeszcze wyląduje na bruku.

Chciwość i lenistwo nie zawsze się opłaca. A zemsta będzie bardziej dotkliwa.

Zlodziejaszek

Skomentuj (3) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 192 (200)

#88203

(PW) ·
| Do ulubionych
Czasami odnoszę wrażenie, że Szwecja to stan umysłu ;) Nie wiem, czy piekielne (dla nas tak), ale na pewno absurdalne, niezrozumiałe i irytujące.

Dowiedzieliśmy się, że po raz kolejny musimy przesunąć naszą ceremonię ślubną na następny rok. Termin, przeniesiony z zeszłego roku, mieliśmy wyznaczony na koniec lipca (to znaczy pierwotnie na maj, ale zimą doszliśmy do wniosku, że to dziadostwo się do maja nie skończy i przesunęliśmy na koniec lipca).

Na wiosnę, kiedy inne państwa europejskie zaczęły się otwierać, Szwecja postanowiła się zamknąć albo, jeśli zamknięcie nastąpiło wcześniej, postanowiła się nie otwierać. Przynajmniej w zakresie restauracji, gdyż szkoły, które stanowiły główne źródło zakażeń, otwarte pozostały cały czas. W każdym razie, początkiem maja skontaktowała się z nami nasza wedding plannerka Stella, mówiąc, że póki co, nie wygląda to dobrze. Przy obowiązujących obostrzeniach nasza uroczystość nie będzie możliwa. Ale żebyśmy się na razie wstrzymali z jakimikolwiek decyzjami, gdyż w czerwcu mają zostać ogłoszone wytyczne na temat luzowania obostrzeń na lato. Tak więc trzymaliśmy kciuki i czekaliśmy na czerwiec.

Nadszedł czerwiec i zapadły decyzje. Może podejmował je ktoś tak dużo mądrzejszy ode mnie, że ja nie jestem w stanie pojąć ich moim ograniczonym rozumem, ale wygląda to tak:

- Gdybyśmy chcieli zorganizować festiwal muzyczny, wolno nam zaprosić 1000 osób (obcych osób), bo tam nie ma wirusa i jest bezpiecznie

- Gdybyśmy chcieli zorganizować imprezę publiczną, wewnątrz lokalu wolno nam mieć 50 gości (obcych osób), a na zewnątrz, w ogrodzie nawet 500 obcych osób - nie ma wirusa i jest bezpiecznie

- Gdybyśmy chcieli pójść z naszymi gośćmi na "normalny" obiad do restauracji, która będzie otwarta dla innych gości z zewnątrz i nie mamy wpływu na to, kto tam wchodzi - da się zrobić, nie ma wirusa, jest bezpiecznie. Ale tylko do 22:30, po tej godzinie wirus nadciąga, robi się niebezpiecznie i trzeba kończyć imprezę.

- Ale że chcemy zorganizować dla naszej trzydziestki najbliższej rodziny i przyjaciół prywatną uroczystość w lokalu wynajętym na wyłączność, gdzie nikt z zewnątrz nie będzie miał wstępu, to już sprawa wygląda inaczej. Tam szaleje wirus i jest niebezpiecznie, więc nie wolno. Może nas być najwyżej ośmioro (w dwóch czteroosobowych grupach), gdyż powyżej tej liczby stwarzamy zagrożenie epidemiczne.

Może ktoś mądrzejszy ode mnie jest w stanie mi tę logikę wytłumaczyć. Ja nie kumam.

Szwecja

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 142 (162)
Często kupuję coś na Allegro. W większości przypadków zakupy są bezproblemowe, ostatnio jednak trafiłem na przypadek szczególnie problematyczny.

Partnerka zamówiła słuchawki pewnej znanej marki na A. Według oferty: wysyłka z terenu Polski, do paczkomatu- standard. Co ważne- od osoby prywatnej. Kupuję.

Przez kilka pierwszych dni po zakupie nie dostała żadnej informacji zwrotnej na temat wysyłki. Założyliśmy spór na Allegro- cisza. Zatem dzwonimy na numer podany w ofercie. Odbiera chłopak, który chyba nie do końca jest w temacie. Powiedział, że nie zajmuje się wysyłką i zaraz prześle numer. Rozłączył się, nim zdążyliśmy cokolwiek powiedzieć.

Po jakimś czasie podesłał numer- brytyjski. No nie, nie będziemy zużywać środków na rozmowy zagraniczne, by dowiedzieć się, czy kupiony towar został w ogóle wysłany. Tak też napisaliśmy w SMS- po chwili informacja, że ok, zadzwoni. Poprosiliśmy jeszcze, by odpisał w sporze. Po kilku godzinach pojawiła się informacja, że towar został wysłany z... Wielkiej Brytanii. Do tego nie dysponują numerek przysyłki, ale dostanę go pewnie od InPostu. Ok, czekamy.

Po kilku dniach przesyłki dalej nie ma. Napisaliśmy ponownie w sporze. Po jakimś czasie pojawia się odpowiedź, że sprzedawca nadał przesyłkę tego dnia. Aha, dopiero teraz. Dopiero po tygodniu. Tym razem podesłał jednak numer i odnośnik do usługi Royal Mail.

Przesyłka podobno nadana była wcześniej, a do tego sprzedawca wysłał ją pocztą. Próba wyjaśnienia tego skończyła się zwyzywaniem partnerki łamaną polszczyzną przez sprzedawcę i brakiem jakichkolwiek informacji. Pytamy w sporze o pomoc Allegro - kazali się uspokoić... Obydwu stronom (wszystkie odpowiedzi partnerki były wyważone i konkretne, pan pisał natomiast łamaną polszczyzną, stosował wyzwiska i ogólnie był wulgarny) oraz zaczekać, czy przesyłka w ogóle dojdzie. Że nadana z opóźnieniem i zza granicy (wbrew ofercie)? Z jakiegoś powodu nie było to problemem.

Czekamy dalej. Przesyłka przychodzi do Polski i zostaje przekazana Poczcie Polskiej. Dzwonimy do InPostu- nie wiedzą nic o takiej przesyłce, nie współpracują z Royal Mail. Dzwonimy na Pocztę- pani na infolinii potwierdziła, że przesyłka przyjdzie jako zwykły list, nie zostanie przekazana InPostowi oraz nie można jej przekierować. Tak, sprzedawca nadał zwykły list na adres paczkomatu.

Piszemy ponownie w sporze. Sprzedawca kompletnie olał sprawę, a Allegro kazało zaczekać. Nawet zadzwoniliśmy na ich infolinię- pani sugerowała, że Allegro środki zwróci dopiero, gdy przesyłka dojdzie z powrotem do Anglii do sprzedawcy. Oczywiście zakładając, że nikt nie odbierze jej w budynku, przy którym znajduje się paczkomat (na który to zaadresowana została przesyłka). Daje to kolejne 1,5 do 2 tygodni czekania.

Po 1,5 tygodnia od zakupu nadal czekamy na przesyłkę. Wiemy już, że na pewno nie przyjdzie na nasz adres. Została ponadto nadana zza granicy. Allegro nie widzi w tym najmniejszego problemu i zabiega o dobro sprzedającego. Sprzedającego, który rzucał bluzgami, wysłał towar w sposób niezgodny z ofertą oraz na niewłaściwy adres.

Mamy tylko nadzieję, że ktoś nie odbierze w naszym imieniu przesyłki wartej blisko 900PLN. Mam przeczucie, że sprzedawca i Allegro mogą ją uznać za dostarczoną, bo przecież ktoś ją może odbierze.

Co poradzilibyście w tej sytuacji?

EDIT: Opłaciło się pisać wiadomości do Allegro (tj. bezpośrednio do działu bezpieczeństwa, zamiast tylko w sporze). Odpisali właśnie, że przesłali sprzedawcy "ostateczne upomnienie" i zapewnili o zabezpieczeniu środków. Wyznaczyli także znacznie krótszy termin rozstrzygnięcia sprawy, w najbliższą środę.

Allegro

Skomentuj (19) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 133 (141)

#88197

(PW) ·
| Do ulubionych
Zainspirowana ostatnimi komentarzami w Internecie na temat seksizmu na uczelniach (kto nie wie, o co chodzi:https://krytykapolityczna.pl/kraj/paulina-januszewska-seksizm-na-polskich-uczelniach/) postanowiłam opisać dwa przypadki z moich czasów studenckich. Co ciekawe nie będą one dotyczyły wykładowców (chociaż zdarzali się Janusze z wąsem i komentarzami, jak to teraz jakieś lepsze gumy robią, bo za ich czasów to wszystkie z V roku już z brzuchami chodziły hehehe) a szanownych pań wykładowczyń.

Słowem wstępu- jestem starą panną, trudno tak wyszło, na studiach byłam "ciut młodszą" starą panną, ale jako jedyna bez faceta w gronie samych bab (tak specyfika pedagogiki przedszkolnej i wczesnoszkolnej) stanowiłam pewien ewenement.
1. Sytuacja: Na zaliczenie pewnego przedmiotu u Pani Doktor mieliśmy za zadanie dostarczyć zdjęcie rodziny, wraz z opisem, jakie fazy życia rodziny oni przedstawiają. Swoją drogą przedstawione przez Panią Doktor fazy rodziny były specyficzne np. rozmowa o posiadaniu potomstwa i wspólne zamieszkanie jako element należący do fazy "młodego małżeństwa".
Dobra, no to biorę na tapet zdjęcie z 50 rocznicy ślubu dziadków i po kolei rozpisuję fazy i dynamikę poszczególnych małżeństw/rodzin.

Przychodzi dzień oddania przez Panią Doktor prac:
- Pani ma 3 za niewywiązanie się w pełni z tematu.
- Co konkretnie pominęłam?
- To miało być zdjęcie rodziny. A to nie jest Pani rodzina!
Tutaj przyznaję lekko mnie zatkało, więc PD kontynuowała:
- Sama Pani napisała, że babcia i dziadek to rodzice Pani ojczyma- czyli nie rodzina! Nie mówiąc już o opisywaniu takiej patologii jak DINK-sy*!

W tym miejscu próbowałam coś wtrącić, ale już następne zdanie kompletnie mnie powaliło:
- Powinna Pani tak jak większość koleżanek wysłać zdjęcie swoje z narzeczonym i opisać narzeczeństwo jako pierwszą fazę małżeństwa! Dlaczego Pani tak nie zrobiła?
- Bo nie mam narzeczonego? - wiem, że nie powinnam się babie tłumaczyć, ale naprawdę zgłupiałam.
- To niech Pani nakłoni chłopaka do jak najszybszych oświadczyn, wóz albo przewóz!
- Nie mam też chłopaka?
Spojrzała na mnie pogardliwie i prychnęła, żebym poprosiła którąś z koleżanek to będą tak miłe i mnie może z kimś wyswatają, po czym przeszła do wychwalania jednej z moich koleżanek, która była już po ślubie, jaką to miała piękną suknię.

2. Sytuacja- zajęcia z Panią Doktorantką. Zajęcia w większości polegały na tym, że Pani puszczała nam film lub prezentację, zaś sama pisała na laptopie. Pewnego pięknego razu, na koniec zajęć rozdała nam ankiety, na temat związków- bo ona pisze doktorat o szczęściu w związkach i potrzebuje do badań.

Wszystkie dziewczyny wzięły się za wypełnianie ankiety, a ja siedzę i gapię się w tę kartkę. Mogłam co prawda zacząć zmyślać, ale coś mnie podkusiło, żeby zapytać: A co jeśli ktoś nie jest w związku?
- Ojej, to wie Pani co, można opisać swój poprzedni.
- Ale tutaj są pytania na przykład o plany na przyszłość czy seks, co jeśli ktoś nie ma takich doświadczeń?
Tutaj poparło mnie kilka dziewczyn, które wiem, że chciały czekać do ślubu (same się tym chwaliły).

Pani Doktorantka lekko się zasępiła:
- To proszę napisać, jak sobie to Panie wyobrażają!
Dziewczyny grzecznie wróciły do ankiet, ja nadal siedzę i myślę. Nagle Panią Doktorantkę coś olśniło:
- Spokojnie- zwrot bezpośrednio do mnie- co prawda skupiam się w badaniach na normalnych parach, ale jak Pani jest lesbijką to może też w sumie opisać siebie!

Tutaj już nastąpiło przegięcie, więc oświadczyłam tylko, że zajęcia skończyły się 10 minut temu, uzupełnienie tej ankiety nie widnieje w sylabusie jako konieczne do zaliczenia przedmiotu i wyszłam.

*DINK- double income, no kids, małżeństwo/para bez dzieci, jak w tym przypadku, moja kuzynka i jej partner.

PS. Wiem, że powinnam prawdopodobnie zgłosić te sytuacje gdzieś wyżej (a może nie, a może nie były tak piekielne, jak myślę?), ale to byłoby słowo przeciwko słowu. Moje koleżanki z grupy na pewno nie stanęłyby po mojej stronie: a) żeby nie mieć nieprzyjemności, b) one naprawdę w większości uwielbiały zajęcia z tymi paniami m.in. za dyskusję, jak zmusić chłopaka do oświadczyn, bo jak to tak, koniec licencjatu i nic?

studia

Skomentuj (17) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 136 (152)

#88202

(PW) ·
| Do ulubionych
A myślałam że się zmieniła. Aż tu naraz nóż w plecy.

Ostatnio niepokoiła mnie coraz bliższa zażyłość mojego męża z moja siostrą. To jego zapytała, czy będzie mogła się u nas kąpać gdy mieli problemy z wanną, to jego pierwszego poinformowała o swojej ciąży... Wiem, że nie powinnam była tego robić, ale nie bardzo mając inne wyjście, żeby upewnić się, czy to nie idzie za daleko postanowiłam wziąć jego telefon i zajrzeć do ich korespondencji.

Dowiedziałam się, że obgadują mnie za plecami. Oczywiście w negatywnym kontekście.
Moja siostra krytykuje moje metody wychowawcze i podejście do dzieci. Oczywiście sama ich nie posiada.
Moja siostra buntuje mojego męża przeciwko mnie. Jak nie zrobi tego co chcesz odetnij jej internet... Jak nie zrobi tego co chcesz to (tu wstaw dowolną rzecz która mnie zdenerwuje)...
Wypytuje mojego syna czy mama dobrze się nim zajmuje...
Wtrąca się w nasze relacje i prywatne życie...

Powiedzcie mi co jest gorsze - to że ja przejrzałam sobie ich rozmowy, czy to jak oni obgadywali mnie za plecami, a moja siostra buntowała mi męża, wypytywała dziecko i wtrącała się w nasze życie?

Skomentuj (44) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 154 (174)

#88192

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia numer #88159 a w zasadzie komentarze pod nią, zwłaszcza ten o obsesji ekspedientek w sklepach Sephory, przypomniały mi moją własną historię, początkowo zamierzałam dodać ją tam, w komentarzu, ale uświadomiłam sobie, że przecież mogę ją wpisać jako osobną (BTW to będzie moja pierwsza historia tutaj).

Zdarzenie pochodzi z czasów, kiedy coś takiego jak polar było jeszcze nowością znaną tylko w kręgach różnych włóczykijów, trekkingowców czy wspinaczy. Ale kto raz coś polarowego na siebie włożył - zakochiwał się w tej tkaninie, bo genialnie się sprawdzała czy to na wycieczce czy na ścianie.

Uskładałam więc sobie (to wtedy nie były tanie rzeczy) na fajną polarową kurtkę z Alpinusa. Łapacz śniegu w rękawie, dupochron, kaptur z daszkiem, idealna na wszelkie warunki, nic więc dziwnego, że chodziłam w niej w piątek, świątek i niedzielę, choć trudno jej fason uznać za szczyt elegancji.

Do tego nie noszę torebek, wolę plecaki. I jakby tego było mało, mam w nosie, co ludzie powiedzą, przywiązuję się do rzeczy, które mi dobrze służą, w eleganckie ciuchy wskakuję tylko kiedy naprawdę muszę, na przykład w czasach studenckich - na egzamin, a na co dzień chodziłam na sportowo.

Tak "wystrojona", w polarowej kurtce i z przewieszonym przez ramię sfatygowanym plecakiem pełnym książek i zeszytów (wiadomo, wykłady, ćwiczenia, biblioteka) wracając z uczelni weszłam sobie pewnego dnia do samoobsługowej drogerii-AGD, nie wiem, jak to nazwać, to były czasy przed-Sephorowe i przed-galeriowe, ba, nawet przed-Rossmanowe i w takiej drogerii można było nabyć zarówno kosmetyki, jak i zastawę stołową albo sitko, tłuczek czy deseczkę do krojenia.

Chodzę więc sobie między półkami, szukając czegoś ładnego na prezent dla mamy z okazji zbliżających się jej urodzin i nie mając pomysłu czy bardziej by się jej spodobał płyn do kąpieli czy może fajny talerzyk, wazonik itp., (kosmetyki wolała kupować sobie sama) i nawet nie będąc pewna czy w tym akurat sklepie znajdę prezent, bardziej szukałam inspiracji.

Snuję się, oglądam i nagle usłyszałam słowo "ukraść", które wyrwało mnie z zamyślenia. Dotarło do mnie, że ekspedientki oddzielone ode mnie regałem, naradzają się zduszonym szeptem czy powinny kogoś wyprosić czy tylko obserwować.

A potem złowiłam bazyliszkowy wzrok jednej z ekspedientek, która stanęła w alejce i ostentacyjnie pilnowała sitek, tłuczków i wyciskarek do cytryny, na które mogłaby się połaszczyć osoba odziana w kurtkę, za którą tych sitek mogłaby pewnie mieć ze sto i z plecakiem wspinaczkowym wartym drugie tyle :)

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 139 (153)

#79074

(PW) ·
| Do ulubionych
Normalnie jak w dowcipie o zajączku, niedźwiedziu i kolejce do sklepu. Historia zasłyszana od pana od serwisowania drukarek.

Pewnego dnia pan serwisant został wezwany do kancelarii komornika sądowego celem naprawy działającej tam kserokopiarki. Przyszedł, zapukał do drzwi. Ubrany był normalnie, skromnie, bez żadnego służbowego uniformu.

Zza drzwi wychyliła się sekretarka i, nawet nie dając mu powiedzieć "dzień dobry”, wygłosiła tyradę, że interesantów o tej godzinie Pan Komornik nie przyjmuje, że długi trzeba było płacić zanim sprawa trafiła do komornika, żeby grzecznie przyjść o godzinie wyznaczonej, a teraz zjeżdżać jej z oczu.

Wzruszył ramionami, powiedział:
- Zjeżdżać, to zjeżdżam. To w końcu wasz problem, że wam ksero nie działa.

I poszedł. Ignorując przeprosiny i próby zatrzymania go przez sekretarkę.

komornik

Skomentuj (5) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 156 (166)

#88198

(PW) ·
| Do ulubionych
Jestem motorniczym.

Na przystanku początkowym wsiada do mojego tramwaju mama z dzieckiem (na oko sześciolatek). Ku mojej niewątpliwej uciesze zajmują miejsca zaraz za moją kabiną. Dlaczego ku uciesze? Dlatego, że dzieciak był z tych hodowanych, nie wychowywanych. Cały czas krzyczał, wymuszał coś, wył, darł się... No cała plejada uroczych dźwięków. Do tego piekielna matka zaczęła bardzo głośno rozmawiać przez telefon, na dodatek nie szczędziła łaciny podwórkowej.

Po paru przystankach, gdy uznałam, że no nie wyczymie, trzeba zwrócić pani uwagę, wyręczyła mnie inna pasażerka.
- Odłóż k**wa ten telefon jeb***ta k**wo, bachorem się k**wa zainteresuj!
- A co się k**wa wtrącasz?! I uważaj na słowa sz**to, jak ty się k**wa wyrażasz przy dziecku?!

taki tam folklor lokalny

Skomentuj (1) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 103 (111)

#88201

(PW) ·
| Do ulubionych
Właśnie przyjechała śmieciarka odebrać odpady. Dzisiaj odbierają worki, w inny dzień zmieszane, w jeszcze inny segregowane w kubłach.

Miałem wystawione worki z posegregowanymi odpadami, oraz osobne kilka worków z zielonym, po weekendowym karczowaniu ogrodu.

Śmieciarka podjechała mi tyłem pod płot, więc miałem idealny widok na to, co się działo. A działo się to, że sympatycznie wyglądający pracownik firmy odbierającej odpady złapał worki, wrzucił je w gardziel pojazdu, jeden na drugi, i poszedł dalej. Nie było żadnego ustawiania do której komory ma lecieć, zielone poszły razem z plastikiem i szkłem.

I tylko co tydzień, kiedy szykuję nowe worki do segregacji odpadów, pytam sam siebie, czy ja na pewno jestem normalny.

śmieciarze

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 65 (77)

Podziel się najśmieszniejszymi historiami na
ANONIMOWE.PL

Piekielni