Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

 

#90083

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Należę na fb do pewnej feministycznej grupy. Zawsze chciałam myśleć, że chodzi o równość. Właśnie się przekonałam w jak ogromnym błędzie byłam.

Ostatnio oczy mi wyszły z orbit gdy przeczytałam post o tym jak to laska boi się urodzić syna, bo przecież wyda na świat kolejnego potencjalnego oprawcę.
Łamiąc regulamin zrobiłam screen i wysłałam mężowi.
Mąż niestety udostępnił go dalej.
Teraz zaczyna się cała piekielność.

Zostałam publicznie zlinczowana na grupie, wyzwana od najgorszych.
Że taka jak ja to pewnie popiera gwałcicieli itp.
Ciężko znoszę takie rzeczy, mąż napisał do jednej z adminek by zaprzestała linczu na mnie bo bardzo pogłębiło to moje stany depresyjne. Ta osoba zaczęła wrzucać na grupę screen tej rozmowy dosłownie śmiejąc się i mając wielka radochę, że ponoszę należytą karę za złamanie regulaminu.

Wniosek. Mogę tym osobom podziękować bo otworzyło mi to oczy, że organizacje tego typu są naprawdę bardzo szkodliwe.
Nie chodzi o żadną równość, a o totalny fanatyzm.

Polska

Skomentuj (83) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 103 (151)

#87742

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Znacie prawo Murphy'ego?
"Wszystko co może pójść źle, pójdzie źle".
Jakby istniało pierwsze moje prawo, brzmiałoby ono:
"Jeżeli ktoś ma jakiś wybór, na pewno nie wybierze ciebie".
Dzisiaj opowiem o tym, jak mój ojciec stwierdził, że jego nowa dziewczyna jest ważniejsza niż ja.

Rodzice się rozwiedli jak byłam nastolatką. Nie było to przyjemne, ale nie miałam problemów, by sobie z tym poradzić. Trochę bolało, bo kontakt z ojcem się ewidentnie pogorszył, ale jakoś sobie żyłam, akceptując nową rzeczywistość.
Rodzicom dość szybko wyjaśniłam, że nie mam nic przeciwko, by sobie znaleźli kogoś nowego, ale nie chcę w tym uczestniczyć. Nie miałam ochoty na wspólne obiadki czy wypady z obcą mi osobą, która czułaby się w obowiązku ze mną zaprzyjaźniać. Słowem - niech robą co chcą, ale nie chcę się w to mieszać.

Czas mijał, zaczęły się zbliżać święta. Zawsze je spędzamy najpierw u rodziny matki, potem ojca. Taka tradycja. Wtedy ojciec zaprosił mnie do siebie i powiedział, że chciałby na rodzinny obiad zabrać swoją nową dziewczynę. Kompletnie sobie tego nie wyobrażałam, bo o dziewczynie słyszałam pierwszy raz w życiu i nie chciałam nagle udawać, że jest częścią rodziny.
Powiedziałam ojcu, że będę się czuła przez to strasznie niekomfortowo i zaproponowałam, że może w tym roku święta po prostu spędzę z matką. Ten pomysł z kolei nie spodobał się ojcu i finalnie poszliśmy na układ. Skoro ja przyjeżdżam w pierwszy dzień świąt, niech wigilię spędzą razem, a potem się "wymienimy". Oboje się na to zgodziliśmy, czas leciał.

Tu muszę zaznaczyć, że od jednej rodziny do drugiej dzieli nas kilka ładnych godzin drogi, a w święta dojazd jest ograniczony. Muszę najpierw pociągiem przejechać kilka godzin do większego miasta, skąd zgarniał mnie ojciec.

Pierwszy dzień świąt. Wstaję rano, zbieram się, tłukę się jednym pociągiem, potem przesiadam do ojca. Jechaliśmy tak chwilę, aż w połowie drogi zatrzymaliśmy się na stacji. Zauważyłam, że ojciec miał lekko skwaszoną minę, więc czułam, że coś się święci. Wziął mnie na bok i zaczął:
- Wiesz, bo jest sprawa. Wiem, że się umawialiśmy inaczej, ale musisz wiedzieć, że dalej jest u rodziny moja dziewczyna. Uznałem, że byłaby samotna w święta, nie miała do kogo pojechać, więc zostaje.
Milusio. Nawet się nie wysilił, by mi to powiedzieć wcześniej. Tylko jakby to zrobił, nim kilka godzin tłukłam się pociągiem z walizkami, to na pewno bym nie przyjechała. Gdy ja wychodziłam z szoku, on kontynuował.
- No więc nie mogła zostać sama na święta. Ale jeżeli nie chcesz z nią spędzać czasu, mogę cię odwieźć zamiast tego do domu, albo nawet do rodziny matki.

Tutaj kompletnie mnie zatkało. Czułam, jakby mnie spoliczkował. Nie mógł zostawić swojej dziewczyny samej, ale bez mrugnięcia okiem był gotów mnie odwieźć do domu. I to wtedy, gdy cały pierwszy dzień świąt spędziłam, by tam dojechać.
Nasze mieszkanie było akurat niedaleko, więc jestem święcie przekonana, że bez mrugnięcia okiem by mnie tam zostawił. Bez względu na to, czy byłabym tam sama.
Nie wiem, czy naprawdę by mnie odwiózł do dziadków od strony mamy.
Podejrzewam, że nie, ale chciał dać mi złudzenie wyboru. Tak naprawdę zostałam jednak postawiona pod ścianą. Jakbym nie przyjechała, cała rodzina by się pytała, co się stało, czemu ojciec po kilku godzinach wrócił sam. I wstyd było mi wrócić do matki i przyznać się do sytuacji. Że po prostu mnie wystawił i wyrzucił.
A to wszystko dla dziewczyny, którą znał kilka miesięcy.

Wiedziałam, że wybór mam jeden, przełknęłam dumę i pojechałam, chociaż całą drogę wstrzymywałam łzy. Może ktoś stwierdzi, że to głupie, ale poczułam się dla niego kompletnie nieważna. Powiedział mi wprost, że dziewczyny, z którą jest kilka miesięcy, nie zostawi samej, więc mogę się z tym pogodzić, albo spadać.
Pamiętam, jak podczas obiadu świątecznego chciało mi się płakać.
Miałam ochotę wyjść i nawet spędzić święta sama. Ciężko było tego nie zauważyć, więc finalnie święta miałam zrujnowane ja, a ojciec z dziewczyną czuli się przy mnie bardzo niekomfortowo.

Wkrótce potem zerwali. Po jakimś czasie ojciec mi powiedział, że to w sumie z mojej winy, bo jego dziewczyna czuła się źle podczas świąt, że nie okazałam jej sympatii.
Cóż, jakoś nie jest mi przykro.

rodzina

Skomentuj (26) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 152 (180)

#90084

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Książki z biblioteki...
Wiadomo, że na ogół przechodzenie z rąk do rąk pozostawia na nich takie czy inne ślady, zwłaszcza jeśli chodzi o pozycje popularnonaukowe, gdzie często można się natknąć na czyjeś notatki, podkreślenia czy zakreślenia markerem. Cóż, taka ich uroda.

Jednak raz "udało mi się" trafić na prawdziwą piekielność. Było to w późnych latach 90., kiedy chodziłam do liceum. Potrzebowałam do czegoś "Historii literatury niemieckiej" - jakiś referat, zadanie na 6, już nie pamiętam.

Jakież było moje niemiłe zaskoczenie, kiedy stwierdziłam, że w egzemplarzu wypożyczonym z biblioteki miejskiej brakuje prawie całego rozdziału o Goethem. Najwyraźniej komuś było żal paru groszy na ksero albo nie chciało mu się robić notatek... Jak to mówiła moja śp. Babcia: "jo, a po mnie nikt".
Feler oczywiście zgłosiłam, a kompletną książkę na całe szczęście udało mi się pożyczyć od nauczycielki niemieckiego :)

biblioteka

Skomentuj (5) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 83 (85)

#87692

przez ~Margolcia123 ·
| Do ulubionych
Grażyną oszczędności człowiek się rodzi i Grażyna z człowieka nie wyjdzie.

Kasię poznałam w pracy, jest ode mnie kilka lat starsza, plus ma dużo wyższe stanowisko w pracy niż ja czyli więcej zarabia :) Kasia jest osobą skrajnie oszczędną, musiała wynieść to z domu, chociaż czasem pozwala sobie na jakieś szaleństwa na mieście typu pizza czy kawa. Do pracy obiad zawsze domowej roboty - skromny na maksa typu kasza z brokułem, nie maluje się, lubi chodzić po śmietnikach szukać skarbów - taki ma styl.

Kasia kupiła sobie samochód, ale chyba tylko po to, żeby stał grzecznie pod jej blokiem i aby przypadkiem za często go nie używała. Umówiłam się z nią kiedyś na kawę, ale strasznie się rozpadało. Wg mnie nie ma złej pogody, tylko źle ubrani ludzie, więc nie chciałyśmy odwoływać.

Akurat tak się złożyło, że kawiarnia była ok 600 m od mojego bloku, więc blisko. Kasia dzwoni do mnie z pytaniem czy nie przyjechałabym po nią swoim samochodem, bo taka pogoda, a ona rowerem jechać nie będzie. Oczywiście argument, który słyszałam tysiące razy - straszne korki na mieście itp (ale jak ja pojadę po nią i z powrotem do kawiarni to już korki magicznie znikną- taka logika). Mówię wymijająco, że jeszcze nie jechałam jej nowym autem, więc może odwrotna propozycja i ona po prostu przyjedzie po mnie. Była mega niezadowolona z takiego obrotu sprawy, mnie już też się odechciało, bo z jakiej racji mam po nią przyjeżdżać, skoro mam piechotą 5 min do miejsca umówienia.

Wyobraźcie sobie, że Pani Menedżer przyjechała do kawiarni rowerem z torbą foliową na głowie, płaszczu przeciwdeszczowym - wyglądała jak Pani Bezdomna, ale najważniejsze, że udało jej się oszczędzić te kilka złotych na benzynie i jej ukochane autko stoi nietknięte pod blokiem.

Skomentuj (25) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 164 (178)

#90088

przez ~mamuska95 ·
| Do ulubionych
Jestem młodą mamą i jestem mocno zirytowana dobrymi radami i ocenianiem praktycznie obcych ludzi w jednej konkretnej kwestii.
Moja córka od września chodzi do przedszkola. Wcześniej byłam na urlopie wychowawczym i pracowałam jedynie w weekendy i czasem wieczorami. W ciągu dnia zajmowałam się małą. W zasadzie nigdy nie chorowała, czasem zdarzyło się lekkie przeziębienie.

Przed urodzeniem dziecka nie przepadałam za spędzaniem czasu na dworze, ale słysząc o zaletach hartowania, starałam się od pierwszych dni małej spędzać z nią jak najwięcej czasu na dworze. I tak przez trzy lata, niezależnie od pogody (z wyjątkiem śnieżyc, ulew czy wichur) byłyśmy na dworze po 4-5 godzin. Fajnie nam się spędzało czas, szczególnie, że było to też w okresie obostrzeń, więc ciężko było się z kimś spotkać, iść na jakąś salę zabaw czy na jakieś spotkanie matek z dziećmi. Szybko zachęcałam córkę do aktywności fizycznej, wspinania się na drabinki, jeżdżenia na rowerku, zwracałam uwagę, aby małej nie było za gorąco, ubierałam na dwór podobnie jak siebie, biorąc ewentualnie dodatkowe swetry czy kocyki na wypadek, gdyby jednak zrobiło się chłodniej, starałam się , aby w jej diecie było jak najmniej przetworzonego jedzenia, gotuję prawie codziennie świeżo i zdrowo.

No i mała poszła do przedszkola. Chodzi w kratkę, co chwilę łapie jakieś infekcje, musiała już brać antybiotyki. Byłam na to przygotowana.

Ale nie byłam przygotowana na durne komentarze. Gdy mała pierwszy raz po ok tygodniu w przedszkolu, zachorowała zażartowałam z rozmowie z koleżanką (bezdzietną swoją drogą), że trzy lata bez chorób, a tu tydzień w przedszkolu i już gile po pas. Koleżanka zaczęła mnie pouczać, że nie zadbałam odpowiednio o to, aby małą zahartować, bo jej bratowa to codziennie z dziećmi na dwór wychodzi i dzieci nigdy nie są chore. Gdy powiedziałam, że ja też z małą codziennie wychodzę, to na chwilę ucichła, po czym stwierdziła, że widocznie źle to robię.

Innym razem pielęgniarka w przychodzi, gdy przyszłam z młodą drugi raz w ciągu miesiąca, zaczęła się na mnie wydzierać, że tak to się kończy jak rodzice tylko dzieci przez komputerem sadzają i zero odporności i powinnam się wstydzić, że przez mój brak odpowiedzialności znowu lekarka będzie po godzinach siedzieć. Kazałam pielęgniarce zachować durne komentarze dla siebie.
Koleżanka z pracy, gdy znów usłyszała, że mam chore dziecko, zaczęła dawać dobre rady, że dziecko trzeba hartować na dworze i zdrowo odżywiać. Odparłam sucho, że tak robię, na co ona parsknęła ironicznie, że "chyba nie bardzo", bo przecież mówiłam tydzień wcześniej, że w weekend byliśmy w pizzerii. Dla niej ro był dowód, że moje dziecko je same śmieci.

Zabawne są dla mnie mądrości moich dwóch znajomych - jedna mieszka w Niemczech, druga w Danii. Czasem zdarza mi się z nimi pogadać o dzieciaczkach, bo obie mają latorośle w wieku przedszkolnym. Obie zachwycają się tym, że w obu tych krajach nikt się z dziećmi nie cacka, od początku spędzanie czasu na dworze, lekkie ubrania i jakiekolwiek lekarstwa tylko jeśli to absolutnie konieczne. Obie wymądrzają się, że moje dziecko choruje, bo Polska to chory kraj, gdzie dzieci trzyma się tylko w domu opatulone w koce i przy katarze szprycuje antybiotykami. I oczywiście przytyki w moją stronę typu, że skoro byłam zbyt leniwa, żeby dziecko zahartować zimą to teraz mam ciągłe choróbska, a ich dzieci zdrowiutkie i nigdy nikt ich z przedszkola nie odesłał do domu.

Ok, tylko obie te koleżanki krytykując mnie pomijają kwestię, o której wspominały mi już kiedyś - w "ich" przedszkolach dzieci odsyła się do domu dopiero z wysoką gorączką lub gdy dosłownie przelewają się przez ręce, a nie z powodu lekkiego kaszlu czy katarku. Tymczasem w "moim" przedszkolu mała ledwo kichnie i już mam telefon, że mamy ją odebrać. Koleżanki same zachwycały się tym, że dzieci posyłają do przedszkola nawet z wściekłym kaszlem i nie ma problemu.

Powoli odechciewa mi się z kimkolwiek o tym rozmawiać. Szczególnie, że z kolei moja mama przegina w drugą stronę i zarzuca mi, że "załatwiam" małą ciągłymi spacerami na po zimnie i daje jej za mało jedzenia. Podobnie moja babcia, jak ją odwiedzamy to pierwsze co narzuca na małą jakieś koce i lamentuje, że taki mróz, a ona tylko w lekkim sweterku.

To moje pierwsze dziecko, uważam, że zrobiłam wszystko dobrze. Nie jestem zamknięta na rady od innych, ale przy kolejnym dziecku chyba zdam się na swoją intuicję, bo te wszystkie rady - i tak chyba są o dupę rozbić.

dzieci

Skomentuj (27) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 121 (133)

#89800

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Historia raczej z tych zabawnych. Wracałam wczoraj z uczelni tramwajem. Tłok taki, że sardynki z puszki zaczynają narzekać na brak przestrzeni życiowej, jednak ludzie raczej dostosowani już do warunków i na przystankach cała ta nieprzebrana masa wylewa się na zewnątrz, żeby wypuścić nieszczęśnika, który ściśnięty między szybą, a resztą towarzyszy niedoli gdzieś w głębi tramwaju, postanowił wysiąść.

I nagle rozlega się zirytowany głos "a może byś dziecko ustąpiła starszej kobiecie miejsca?! Co to na być, że młodzież siedzi, a emeryci muszą stać!:. Siedząca dziewczyna coś tam cicho wymamrotała, że nie widziała staruszki i już ustępuje. Ale jak tu wpuścić staruszkę, skoro pomiędzy pasażerów igły się nie wciśnie? Na szczęście tramwaj akurat podjechał na przystanek, więc to ludzkie morze zafalowało i babcia siedzi. Za chwilę znowu słychać znany już głos "a ty wysiadasz na politechnice? Nie, to mnie przepuść!" I kobieta hyc! Wcisnęła pod ramieniem pasażerki, pozbawiając jej rurki do trzymania. I zaraz do kolejnej osoby "a ty? Nie? No to przepuść!" Gdy już się tak przecisnęła niemal do drzwi to w końcu jej ktoś powiedział żeby się nie pchała, bo na przystanku i tak zostanie wypuszczona, a tylko zamieszanie robi. I nagle słychać na cały autobus "To nie dopuszczalne! Jaka ta młodzież jest bezczelna! Jestem emerytką i mi się należy przepuszczenie!"
Finalnie nie wysiadła na politechnice, tylko twardo stała blokując wyjście i nie reagując na prośby o przesunięcie. W końcu jej, emerytce, się należy!

komunikacja_miejska

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 105 (143)

#90087

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Niektórym lekarzom rodzinnym powinno się odebrać uprawnienia i wywalić na zbity ....!

Jak się wybiera internę, to niestety ze wszystkimi tego wadami i zaletami. Jak w każdym zresztą zawodzie.

W sobotę rano w domu zmarła kobieta od urodzenia głęboko upośledzona ruchowo. Ot, prawdopodobnie organizm odmówił posłuszeństwa lub była jakaś choroba niezdiagnozowana, bo ze względu na brak komunikatywności nie można było dowiedzieć się od niej, że coś ją boli.
Opiekowała się nią tylko starsza matka.

Wezwana karetka, stwierdzenie śmierci, ale kartę zgonu wystawić miał rodzinny. Być może w karetce byli tylko ratownicy.
Telefon do doktorka, a ten rzucił hasłem, że nie przyjedzie, bo to jest sobota, on jest po godzinach pracy i ma wolne.
Matka musiała wydzwonić z powiatowego miasta lekarza NiŚOM, a ten jakimś medycznym pojazdem dojechał dopiero po południu, bo miał pacjentów. Przez pół dnia pod domem zmarłej czekał patrol policji. Podobno taka jest procedura, nim lekarz poda przyczynę zgonu i można wezwać truponoszy z karawanem.

A nasz rodzinny miał to w głębokim odwłoku, bo jest weekend.
Już więcej empatii i odpowiedzialności mają weterynarze. Jak było trzeba dojechać w nagłym wypadku to nawet w czasie świąt w środku nocy nie odmawiali pomocy, a przez kilkanaście lat trochę się ich przewinęło przez moje podwórko.

Lekarz rodzinny

Skomentuj (73) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 151 (175)

#89755

przez ~Nauczycielkaprzedszkola ·
| Do ulubionych
Jestem nauczycielką w przedszkolu. Dodałam kiedyś tutaj historię, jak wygląda praca w przedszkolu. Dostałam wtedy komentarze, że to wina dyrekcji. I wiecie co? Mieliście rację. Dotarło to jednak do mnie w momencie, gdy znalazłam inną pracę. Dzisiaj chcę opisać, jak wyglądała praca z szanownymi dyrektorkami...

Zaczęło się już przy zatrudnianiu. Najpierw rozmowa kwalifikacyjna. Pytałam wcześniej, czy mam przygotować zajęcia dla dzieci - nie, one chcą tylko porozmawiać. Wytrzymały mnie ponad godzinę, ale było wszystko okej. Poprosiły, żebym poprowadziła zajęcia. Z racji tego, że w tym miesiącu już brałam urlop na pogrzeb prababci i nie chciałam brać kolejnego dnia, dyrektorka poszła mi na rękę i pozwoliła zrobić zajęcia o 15. Miały być bez konkretnego tematu, bardziej moje zabawy z dziećmi, niż coś dydaktycznego. Przygotowałam zabawy, które do tej pory świetnie sprawdzały mi się z dziećmi i poprowadziłam zajęcia, które, jak się okazało, wyszły w porządku. Podczas omawiania zajęć z dyrekcją usłyszałam od wicedyrektorki, nazwijmy ją X, że brakowało celów. Wyjaśniłam, że miałam tylko pobawić się z dziećmi, nic konkretnego, że chciały zobaczyć, jaki mam kontakt z dzieciakami. Dyrektorka, nazwijmy ją Y, przyznała mi rację. Wydaje się to mało znaczące, ale już wtedy powinna zaświecić mi się czerwona flaga... Ostatecznie umowę dostałam od marca do grudnia, z zaznaczeniem, że "na 100% dostanę później umowę" oraz "oni szukają jedynie ludzi na stałe, więc żeby nie okazało się, że zrezygnuję".
Jeszcze ważna informacja: moje pensum (czyli godziny w przedszkolu) to było 30 godzin. Rzadko kiedy jednak rzeczywiście tyle spędzałam w przedszkolu, głównie robiłam bezpłatne nadgodziny.

Kolejna "red flag" powinna się pojawić w momencie, gdy jedna nauczycielka, w formie żartu, zapytała, czy na rozmowie kwalifikacyjnej padło pytanie, czy zamierzam zajść w ciążę. Okazało się, że w ciągu kilku miesięcy 8 osób poszło na L4 związane z ciążą i kolejne dwie miały odejść w ciągu miesiąca. Przypadek? Może.

W pierwszym tygodniu pracy miałam mieć tylko poranne zmiany. W tym jeden piątek przypadł mi 7-12. Ucieszyłam się, bo musiałam jeszcze zdążyć na uczelnię, a jako że dojeżdżałam 90 km w jedną stronę pociągiem (które zresztą jeździły bardzo rzadko), to byłabym punkt 16 na uczelni. W czwartek o godzinie 14 dowiedziałam się, że jednak muszę być 8:30-15:00. Zgodziłam się, pod warunkiem, że będę mogła być 8:30-14:40, jako że musiałam dojechać jeszcze do szkoły. Trochę bolał mnie fakt, że ledwie zaczęłam pracę a już będę musiała wydać 200 zł na paliwo (moje auto okropnie dużo pali), ale trudno. W piątek czekałam, aż ktoś mnie zmieni. O 14:58 przyszła X, że mogę już pójść, skoro się śpieszę na uczelnię... Tak, wicedyrektorka stwierdziła, że 18 minut to nic, kiedy masz godzinę do zajęć oraz 90 km do przejechania w weekend, w trakcie korków.

W kwietniu zwolniono pomoc. Usłyszałam, że "źle się odnosi do dzieci". Zdziwiłam się, bo przy mnie naprawdę miała super podejście do nich, była miła. Dzieciaki ją lubiły i gdy miały gorszy humor, to właśnie ta pomoc je rozweselała. Zazdrościłam jej podejścia do dzieci. Miała też super kontakty z rodzicami. Stwierdziłam że co ja tam mogę wiedzieć - w końcu krótko pracuję, może serio mi się tylko wydawało (teraz jestem pewna, że nie wydawało, szczególnie, że było jeszcze kilka sytuacji, gdy wmawiano mi, że coś powiedziałam, a tak nie było).

Z początku było wszystko okej. Na tyle, że zatrudniła się tam moja koleżanka, nazwijmy ją A. Pod koniec kwietnia dostałam wychowawstwo (byłam, jak się okazało, trzecim nauczycielem w grupie trzylatków, bo co chwilę ktoś odchodził). Usłyszałam przy tym od Y, że jestem super nauczycielem, fajnie prowadzę zajęcia. X się zgodziła, powiedziała, że podoba im się, jak się odnoszę do dzieci. Pierwsze dni maja, moja koleżanka miała wypadek w pracy. Pech chciał, że ja w tym czasie dostałam rwy kulszowej. Koleżanka nie chodziła, więc poszła na L4, ja na ketonalu próbowałam pracować, chociaż co chwilę robiło mi się słabo z bólu. Oczywiście, przyszły zastępstwa, i tu się zrobił lekki problem.
Najpierw podpadłam jakimś żartem o bezpieczeństwie. X spojrzała na mnie wtedy jak na kosmitkę i ochrzaniła. Okej, nauczyłam się, żeby w pracy nie żartować.
Następnie dowiedziałam się, jakie przypadają mi zastępstwa. Najpierw na najbliższe dwa dni, czyli czwartek i piątek. W czwartek pracowałam 10-18, w piątek 9-18. Do tego w piątek była wycieczka. Pech chciał, że nikt nie pomyślał, że teatr to nie do końca dobre miejsce dla trzylatków. Przez większość spektaklu wychodziliśmy z dziećmi przed salę, bo płakały ze strachu. Dużo czasu spędziły nam na kolanach albo rękach. W dodatku nie spali, bo wycieczka akurat w porze, kiedy przypadało leżakowanie, więc grymasili i dużo płakali. Niektórzy nie chcieli zejść z rąk. Płakałam z bólu razem z nimi, kiedy niosłam dziecko na rękach i jednocześnie ciągnęłam węża, z którym się poruszaliśmy. Po pracy nie mogłam dojść do pociągu (a miałam 2 km), bo nie byłam w stanie się ruszać. Całą drogę do domu przepłakałam z bólu.
Jeśli spytacie, czemu nie poszłam na L4 - bo zaledwie dwa tygodnie wcześniej wróciłam z niego, gdzie wysiedziałam się półtora tygodnia na L4 z powodu covida. Nowe miejsce w pracy, więc nie chciałam pójść znowu na L4.
Ale zanim wróciłam do domu, Y przyszła ze zmianami na kolejny tydzień, jako że wciąż były zastępstwa. I tu małe wyjaśnienie: w ciągu tygodnia miałam góra dwie zmiany popołudniowe, i to było mi obiecane przez Y na rozmowie kwalifikacyjnej. W przyszłym tygodniu wypadała mi jedna popołudniówka. Dwie obstawiała inna nauczycielka, dwie moja koleżanka, co poszła na L4. Jakie było moje zdziwienie, gdy dowiedziałam się, że miałam cały tydzień drugie zmiany... Żeby było śmieszniej, dojeżdżałam tylko ja i moja koleżanka, reszta miała 5-20 min autem. Po południu nie miałyśmy czym wracać do domu, najczęściej czekałyśmy półtorej godziny i do domu zajeżdżałyśmy przed 22. Dyrekcja o tym wiedziała i, uprzedzając komentarze, nie wymagałyśmy z koleżanką specjalnego traktowania, dwie zmiany popołudniowe (tak jak było ustalane) były w porządku. Ale pięć - to przesada.
Zaprotestowałam. Powiedziałam, że nie przyjdę w jeden dzień na drugą zmianę, bo mam swoje załatwienia. Mogę być 7-14 (wg stałego grafiku miałam mieć wtedy 7-12). Usłyszałam, że to "za krótko". Przypominam: w przedszkolu miałam być 30 godzin. Każda zmiana w tym tygodniu miała być jednak po 7 godzin, czyli i tak bym wykraczała. Ten jeden dzień, kiedy zaprotestowałam przed drugą zmianą i powiedziałam, że mogę być i tak 7 godzin, usłyszałam, że 8 to jest minimum, ile powinnam być w pracy w przedszkolu*. Po wielu pretensjach jednak postawiłam na swoim.

I od tej pory zostałam wrogiem. Nagle okazywało się, że moje zajęcia są beznadziejne, dzieci mnie nie lubią i przypisywano mi słowa, których nie powiedziałam. Z początku, że groziłam dzieciom. Cóż, to nie były moje słowa, a nowej pomocy, która przyszła za zwolnioną kobietę. Wtedy jednak pomyślałam, że może coś ze mną jest nie tak, że może serio to powiedziałam i nie pamiętam - byłam jedynie pewna, że takie słowa padły też z ust pomocy.

Niektóre dzieci przeżyły gorzej kolejną zmianę nauczycieli. Jeden chłopiec gorzej spał i jadł. Matka zaczęła się o to burzyć, miała pretensje, że ja nie umiem zmusić jej dziecka do spania i jedzenia. Jednocześnie Y ochrzaniła mnie, że przecież powinnam już dawno porozmawiać z tą matką, skoro dziecko gorzej jadło! Ale skąd mogłam wiedzieć, że je gorzej, a nie że jest po prostu niejadkiem? Do dzisiaj tego nie wiem.

Ta sama matka doczepiła się do mnie, że nie umiem odpieluchować jej syna. Dziecko w domu nosiło pampersa, w przedszkolu nie. Jak dla mnie, załatwiał się naprawdę ładnie. Jedynie czasem zdarzało mu się popuścić na leżaku, podczas spania. Za każdym razem matka chodziła na mnie na skargę, że ja nie umiem nawet jej syna wysikać. Nie wiem co się działo w domu, ale musiało być grubo pod tym względem, bo ostatecznie dziecko nie chciało w ogóle sikać w przedszkolu. Musiałam go zagadywać, pokazywać mu coś za oknem, opowiadać przeróżne historie. W tym czasie ktoś inny (najczęściej pomoc) musiał się zajmować pozostałymi dziećmi, bo ja byłam skupiona na tym jednym. Doszło do tego, że byłam jedyną osobą, która była w stanie wysikać tego chłopca, chociaż i tak zdarzało mu się popuścić na leżaku, chociaż bardzo rzadko.
Najgorsza jest tutaj reakcja X i Y, głównie X. Za każdym razem, gdy dziecko się posiusiało, ja byłam wzywana na dywanik i ochrzaniana...

Jak wspomniałam, niektóre dzieciaki źle przyjęły kolejną zmianę nauczyciela, szczególnie gdy doszła jeszcze jedna nauczycielka, która wchodziła za mnie, gdy ja miałam drugie zmiany. Niektóre dzieci niechętnie zaczęły przychodzić do przedszkola. Czasem był to płacz, czasem tylko marudzenie. Wszystko to na ogół znikało do paru minut po przekroczeniu sali. Tyczyło się to dosłownie pięciu dzieci, przy czym jedno dość szybko zupełnie zmieniło nastawienie, do sali wchodziło szczęśliwe.
Kilku dzieciakom zmiana wyszła na dobre. Z zadowoleniem wchodziły, stały się bardziej otwarte, zaczęły coraz więcej mówić (w tym trójka dzieci z zaburzeniami). Dziecko autystyczne nagle chętnie brało udział w zajęciach, gdzie podobno wcześniej jak najdalej od reszty.
Ale żeby nie było za dobrze, bęcki za dzieci, które niechętnie wchodziły do sali, zbierałam ja. Bo jestem do bani nauczycielem i nie mam podejścia do dzieci. Ogólnie od maja słyszałam to bardzo często, ale nie było jakichś konkretnych przykładów.

W połowie maja zaczęliśmy robić próby z inną grupą do przedstawienia na zakończenie roku. Próby były codziennie. Wpływało to na dzieci tragicznie, bo nie dość, że potrafiły mieć godzinę dziennie zajęć dodatkowych, to jeszcze pół godziny zajęć ze mną (ja robiłam im 30 min, inni nauczyciele dużo dłuższe, rekordziści potrafili zrobić godzinę, gdzie trzylatki skupiają się tylko 15 min), a do tego godzina/półtorej próby. Nie raz nie mieli czasu na zabawę. Wszyscy nauczyciele dodatkowi (np. od angielskiego, rytmiki) mówili, że dzieci są przebodźcowane, że potrzebują przerwy. W efekcie ciężko było nad nimi zapanować, niechętnie brali udział w próbach (które zresztą odbywały się tuż przed ich spaniem, więc zmęczenie robiło też swoje), wysiedzieć 30 min na zajęciach to był koszmar, więc najczęściej skracałam je do 15/20 min.
Jeśli już o próbach mowa, kolejny bonus. Od czerwca wszyscy nauczyciele mieli być na próbach. Dla mnie to oznaczało, że nie raz 9:30 już byłam w pracy, bo nie miałam pociągu, a kończyłam o 18. W skrócie - wyjeżdżałam z domu o 7:30, wracałam o 22. Prób nie było tylko w te dni, gdzie wychowawczyni drugiej grupy miała popołudniowe zmiany, no bo ona nie będzie przyjeżdżać wcześniej, przecież ona ma swoje życie... Ta, ja i moja koleżanka, która też dojeżdżała, nie mamy. Możemy zmarnować całe dnie, a ona nie może przyjechać 30 min wcześniej do pracy.
I żeby nie było - nie skarżę się, że przez dojazdy cały dzień nie było mnie w domu. Chodzi mi tutaj o niesprawiedliwość, że każdy musiał dojeżdżać, z wyjątkiem tej jednej nauczycielki, która miała najbliżej.

Skoro o zajęciach była mowa... Jak już wspomniałam, notorycznie słyszałam, że jestem beznadziejną nauczycielką. W końcu stwierdziłam, że zrobię zajęcia idealne. Piękne pomoce, metoda story-line (czyli do dzieci zostały napisane listy), nagrody. Siedziałam nad tym całą noc. Pech chciał, że był to piątek, dzieci wymęczone całym tygodniem i próbami, w dodatku przebodźcowane. Gdy próbowałam zrobić im zajęcia, niektórzy zaczęli się bić, niektórzy bawić zabawkami, przedrzeźniać mnie. No dobra, nie chcą sami przyjść, to ich zaprowadzimy do koła. Wzięłam na ręce jedną dziewczynkę (boję się, żeby przypadkowo nie szarpnąć dziecka, więc zamiast wziąć za rękę to przenoszę), zaniosłam do koła. Wpadła w szał, zaczęła kopać, wrzeszczeć, płakać. Udało mi się zrobić zajęcia, ale dosłownie pięć minut, potem znowu rozbiegali się, bili.
Tutaj pokazałam swoje zmęczenie, bo nie dość, że nie spałam całą noc, stresowałam się zakończeniem roku, to jeszcze dawali mocno w kość. Weszła Y, a ja w tym momencie się rozpłakałam i poprosiłam, żeby przypilnowała dzieci, ja muszę na chwilę wyjść do łazienki. Wróciłam po dosłownie trzech minutach. Y dopytywała, co się stało. Opowiedziałam wszystko. Y pocieszyła, powiedziała także, że przyjdą razem z X jak dzieciaki trochę się pobawią, wtedy zrobię zajęcia od nowa i doradzą mi, co robić. Przyznaję, że trochę mi ulżyło.
To był jedyny raz, gdy dzieci tak się zachowywały. Gdy przyszły Y i X, dzieciaki siedziały cichutko, bo były osoby, które widywały raz na jakiś czas. Zajęcia przebiegły dobrze.
Usłyszałam później, że zrobiłam ładne pomoce, ale to tyle. Konkretnych uwag nie uzyskałam. Dostałam przykaz pokazywać scenariusze przed każdymi zajęciami. Nigdy do nich zastrzeżeń nie miały, ale wciąż powtarzały, że moje zajęcia są słabe, muszę wiele się nauczyć, nie mam żadnej wiedzy pedagogicznej. Nie potrafiły mi jednak nic doradzić ani wskazać, jak powinno być.

Kazały mi chodzić na zajęcia do innych nauczycieli. Jakoś tak wychodziło, że żeby przyjść na czyjeś zajęcia, musiałabym być już w pracy o 8:30, mając na np. 12 lub 13 i siedząc do 18. Cóż, trochę za duże byłoby to dla mnie obciążenie, więc na zajęciach byłam tylko jeden raz, i to nie stricte zajęcia dydaktyczne. Posiedziałam, poobserwowałam, poszłam do swojej sali, gdzie koleżanka przekazywała mi relację z całego dnia, abym wiedziała, na co zwrócić uwagę u dzieci, o czym rozmawiać z rodzicami. W międzyczasie przyszła Y. Naskoczyła na mnie, że marnuję czas, że powinnam siedzieć na zajęciach w sali obok i obserwować! Wyjaśniłam, że już tego dnia obserwowałam, a teraz koleżanka mi przekazuje zmianę, więc musimy porozmawiać. Ale nie, Y była uparta, powinnam siedzieć na zajęciach nie u nauczycielki, u której byłam, a u tej konkretnej!

Skoro już wspomniałam o tych dojazdach, to warto wspomnieć, że ja oraz koleżanka, która też dojeżdżała kawałek, miałyśmy najgorsze zmiany. Mówiąc najgorsze mam na myśli to, że jednego dnia 10 godzin, a drugiego 2 (reszta miała normalnie po 5/6 godzin, najczęściej się wymieniałyśmy - jednego dnia ja miałam 10, a druga koleżanka 2, a kolejnego dnia ja 2, a koleżanka 10, więc mogły to rozdzielić inaczej). W tym godziny rozpoczęcia i zakończenia pracy mocno odbiegały od naszego rozkładu pociągów. W pewnym momencie zaczęłam się zastanawiać, czy godzin nie ustalają nam tak, aby nie mieć pociągów (przy stałych, zwykłych godzinach nie miałyśmy problemu z dojazdami, tylko jak Y kombinowała z innymi zmianami, a kombinowała tylko z naszymi). Fakt, że nie raz jak kończyłyśmy pracę i śpieszyłyśmy się na pociąg nagle byłyśmy "pilnie" wzywane na dywanik, czekały aż będzie godzina odjazdu pociągu i wtedy nas wypuszczały, także był dla mnie podejrzliwy. Kiedyś kończyłam o 12, pociąg 14:30. Wychodziłam z pracy przed 14, żeby na spokojnie dojść na peron (miałam 2 km) i pogadać ze znajomymi ludźmi (z poprzedniej pracy, zresztą, bo większość tam dojeżdżała). Tego dnia był upał, więc siedziałam na sali z koleżanką. Po 12 przyszła Y, spytała, co ja tu robię. Mówię, że przed 14 wychodzę na pociąg, nie mam póki co czym wrócić, dopiero czternasta trzydzieści mam pociąg. Przed 14 miałam już wychodzić, gdy wpadła Y, że pilnie nas potrzebuje w swoim gabinecie. Co było takiego pilnego, to do dzisiaj nie wiem, bo były to "złote" rady, typu "jak szukacie pomysłów na poranne zajęcia to może jakieś zajęcia z piórkiem". Zagadywały nas o byle czym, powtarzały w kółko to samo. W końcu wybiła 14:30, a Y oznajmiła, że możemy iść. Efekt? Kolejna godzina czekania na pociąg, spóźnienie się do drugiej pracy. Takie coś było notoryczne.

Któregoś razu X zapytała mnie o coś związane z grafikiem. Pomyliły mi się dni, więc powiedziałam coś innego, zaraz jednak spojrzałam do grafiku i się poprawiłam. X postanowiła sprawdzić, czy na pewno wszystkie dni mamy tak samo. Nie mieliśmy. Wg jej grafiku w jeden dzień miałam być od 7 do 18. Tak, 11 godzin w pracy. W ten sam dzień była wycieczka z dzieciakami. Takie wycieczki są okropnie męczące - oczy dookoła głowy, spore zamieszanie, dźwiganie ciężkich rzeczy, bo trzeba wziąć wodę, drugie śniadanie, rzeczy dzieci na przebranie (dzieci nie miały plecaków, pomimo tego, że zasugerowałam to dyrekcji). Powiedziałam, że nie ma opcji, że będę tyle godzin w pracy, dla mnie to za dużo. Wiedziałam już wtedy, że w tym samym tygodniu podpiszę umowę z inną placówką i złożę wypowiedzenie, więc w sumie nie miałam nic do stracenia. X zaczęła na mnie wrzeszczeć, że jak ona jest wiele godzin w pracy to jest w porządku (pomijając fakt, że jej "wiele godzin w pracy" to bycie od 7 do 15, oraz że do pracy miała 20 minut autem, to jej pensja była jakieś dwa razy wyższa od mojej i nie była przy granicy minimalnej). Odpowiedziałam, że okej, ale ja za dzieci nie zamierzam odpowiadać, bo będąc na nogach od 4 i będąc po tej wycieczce, jest spora szansa, że o 17 po prostu przeoczę coś związanego z dzieciakami. Dostałam jeszcze większy ochrzan.

Nadeszła wycieczka, oznajmiłam wszystkim, że następnego dnia (piątek) idę podpisać umowę z innym przedszkolem, na miejscu, i składam wypowiedzenie. Nie wiem, czy to dotarło do X i Y i dlatego stało się jak stało, czy może były wnerwione, że postawiłam się z moimi godzinami pracy, ale w piątek, gdy szukałam wszędzie Y, żeby dać jej moje wypowiedzenie, nie mogłam jej znaleźć - ewidentnie mnie unikała. Zawołała mnie zupełnie później, gdy zajmowałam się dziećmi. Była tam też X. Y zaczęła od tego, że udzielili mi wiele wskazówek (nie wiem jakich), ale w sumie to rodzice się skarżą (ta matka, co jej syna nie umiałam odpieluchować), dzieci niechętnie chodzą do przedszkola (te pare, co ciężko przeżyły kolejną zmianę nauczyciela), więc mnie zwalniają, mam im podpisać wypowiedzenie. Mówię że fajnie, bo ja właśnie chciałam im także wręczyć wypowiedzenie. Mojego nie przyjęły, kazały podpisać ich. Nie chciało mi się kłócić, chciałam wrócić do pracy, więc podpisałam im je, zadowolona, że za dwa tygodnie będę je miała z głowy.

Jeszcze kilka rzeczy, o których wcześniej nie wspomniałam.

Dostałam zakaz rozmawiania z rodzicami o negatywnych rzeczach. Bo rodzice nie lubią, jak się im zwraca uwagę o dzieciach. Ja powinnam je tylko wychwalać. Bo wiecie, bijące się dzieci trzeba jeszcze pochwalić, że tak ładnie umieją kopnąć, zamiast im zwrócić uwagę.

Miałam także zakaz tłumaczenia dzieciom, dlaczego respektujemy zasady. Ja mogę jedynie z nimi rozmawiać. Dzieci przy tym nie mogą ponieść żadnych konsekwencji. Czyli hulaj dusza, piekła nie ma.

Na grupie miałam rodzinę Y. Dziecko agresywne wobec dorosłych (dzieciom krzywdy nie robił), gdy wpadł w szał bił bez opamiętania, nabił mi kilka siniaków. W szał wpadał bez większego powodu, wystarczyło, że ja mu nałożyłam pastę do zębów, a nie on, albo że nie pozwoliłam mu robić to, na co ma ochotę. Po kilku dniach z rzędu i braku reakcji rodziców, poszłam do X, jako że Y była na urlopie. Usłyszałam, że to dziecko jest kochane i przesadzam. Ta, siniak na moim ciele też był zmyślony. X powiedziała, że jeśli to się powtórzy, mam przyjść do niej. Kolejnego dnia ja miałam wolne, weszła za mnie koleżanka. Dziecko ją biło, bo wpadło w szał, więc poszła do X. X zbagatelizowała to. Następny dzień, powtórka z sytuacji, ale ze mną. X kazała zgłaszać, więc poszłam do niej. Dostałam ochrzan, że nie radzę sobie z dziećmi, że pewnie wszystko zmyślam. W takiej sytuacji pierwsze co powinnam zrobić, to rozmowa z rodzicami i skierowanie do poradni psychologiczno-pedagogicznej w celu badań pod kątem zaburzenia, więc zaproponowałam rozmowę z rodzicami i psychologa. Jednocześnie powiedziałam, że jako że mam zakaz rozmawiania z rodzicami o negatywnych rzeczach i ciągle słyszę, że nie umiem rozmawiać z rodzicami, to raczej nie jestem odpowiednią osobę do tej rozmowy. Tu rozległy się znowu wrzaski X. Bo kto niby ma rozmawiać z rodzicami?
Żeby było śmieszniej, przyszła do niego psycholog, spojrzała na mnie i powiedziała "ja go znam, on taki nie jest. Spróbuj sobie z nim żartować" i wyszła. Tak, bo jedyne o czym marzę, to o żartach, gdy jestem bita. Ostatecznie asystent nauczyciela do dzieci autystycznych (pedagog specjalny) dał mi radę, jak sobie radzić z takimi dzieciakami. Zadziałało.

Któregoś razu mieliśmy zbiorową grupę. Ten chłopak od Y został dłużej. Wpadł w szał akurat jak czytałam książkę wszystkim dzieciom. Czemu? Bo nie pozwoliłam mu rozmawiać. Szarpał mnie za włosy, drapał, próbował gryźć, kopał. Ogólnie atak należał do łagodnych, dość szybko go uspokoiłam. Chłopiec jedynie bardzo płakał, gdy próbowałam coś powiedzieć, wrzeszczał. Wybiła moja godzina zakończenia pracy, zapytałam po raz ostatni, czy chce porozmawiać. Prawie mnie uderzył. Ok, to idę. W tym momencie powiedział, że jest gotów na rozmowę, ale żebym tylko nie wychodziła. Porozmawiałam z nim, przytuliłam mocno. Musiałam iść na pociąg, więc powiedziałam, że idę. Chłopiec w ryk. Ani pomoc, ani drugi nauczyciel nie byli w stanie go niczym zająć. Bo "on chce tylko swoją panią". Z jednej strony pokazuje to przywiązanie dzieci do mnie, z drugiej, że rzeczywiście mogły tutaj być zaburzenia. Pomoc po wszystkim powiedziała mi, że to wyglądało strasznie (przypominam: to był lekki atak, bywały dużo gorsze). Poszła z tym do Y, ale ta to zignorowała. Zresztą wypowiedzenie dostałam niedługo po tej akcji.

Po złożeniu wypowiedzenia wciąż byłam wychowawcą, ale dyrekcja robiła wszystko, żeby mi dopiec. Głównie były to jakieś niemiłe odzywki. Wkurzyłam się, gdy pomimo wychowawstwa przerzucono mnie na inną grupę. Nie mogłam być z "moimi" dzieciakami. Moją grupę dostała inna nauczycielka, która była dla dzieci bardzo chamska, miała do nich beznadziejne podejście, ale X i Y ją uwielbiały.

Ciekawa była ewakuacja, gdy zadzwoniono, że jest bomba pod przedszkolem. Dzieci wyszły tuż przed przedszkole, prawie pod same drzwi, do słońca, bez wody. I tak chodziły pomiędzy służbami szukającymi bomby. Dyrekcja nie pomyślała o przeniesieniu dzieci do innego miejsca, przede wszystkim z daleka od budynku podejrzanego o bombę.

Kiedy X zmieniała mnie, zawsze musiałam liczyć dodatkowy czas, bo nigdy nie przychodziła tak, jak miała. Nie raz spóźniłam się na pociąg, bo tej się nie śpieszyło. Sytuacja nie działa się raz, że rzeczywiście przytrafiło się coś pilnego, a była to notoryczne.

Skoro o spóźnianiu na pociąg mowa, to podczas jednego dyżuru obstawiono mnie do końca. Przedszkole miało być szybciej zamknięte o dwie godziny. Z tym, że czwórka rodziców "zapomniała" odebrać dzieci... Przyszła X, pyta, jak sytuacja. Mówię, że właśnie będę dzwonić do rodziców. X życzyła miłego weekendu i poszła. Tak, mój weekend zaczął się wtedy świetnie. Jedna mama odebrała dziecko prawie godzinę po zamknięciu przedszkola. Spóźniłam się na dwa pociągi i czekałam ponad godzinę na kolejny. Reakcja X? "Aj no, przecież nic się nie stało...". Nie, przecież tylko moje plany poszły w p**du, a w dodatku siedziałam godzinę dłużej w pracy, w weekend, bezpłatnie.

Wspomniałam też kiedyś o zakończeniu roku. Wiecie, kto nagle dostał najwięcej pracy, żeby przygotować je? Ja. Musiałam zrobić dekoracje na sale, na okna, dyplomy. Reszta miała tylko dekoracje na sale, ewentualnie na ogród. Jeszcze dostałam ochrzan, że nie zrobiłam czegoś, czego nie miałam.
Przy wieszaniu dekoracji też było ciekawie. Y co chwilę zmieniała wizję, więc zajęło nam to trzy godziny więcej. A potem, kiedy wszyscy poszli do domu (była 20, o 6 mieliśmy być w pracy. Przy dojazdach oznaczało to powrót na 21/21:30 i pobudkę o 4), X kazała nam zostać i coś dodatkowo zrobić. Tylko nam. Oprócz tego Y zmieniła zdanie odnośnie dekoracji (znowu) więc musiałam w domu siedzieć i robić. W efekcie spałam dwie godziny, a po festynie w pracy jechałam jak na zabicie na uczelnie, po to, żeby wykładowczyni (mega fajna babka) kazała mi i koleżance pójść do domu, jako że prawie usnęłyśmy na zajęciach (nie były nudne, po prostu od dwóch tygodni spałyśmy po góra trzy godziny, do tego dochodził stres i nerwy).

Skoro o ochrzanach za coś, czego się nie zrobiło mowa, to tutaj też wtrącę swoje trzy grosze. Notorycznie dostawałam ochrzan za coś, co powiedziała/nie powiedziała oraz zrobiła/nie zrobiła moja koleżanka. Typu koleżanka nie powiedziała rodzicom, że dziecko mnie ugryzło - ja dostałam ochrzan. Koleżanka nie poszła sprawdzić co z dzieckiem, które było w przedszkolu w z pomocą - ja dostałam ochrzan. Nikt nie potrafił mi wyjaśnić, czemu akurat ja.

Z takich miłych sytuacji (nie dotyczących dyrekcji, bo z nimi mało co było przyjemne), to jeden chłopiec (nawet nie z mojej grupy) w dzień, kiedy odchodziłam, błagał mnie, żebym nie odchodziła.

Ostatecznie trafiłam do przedszkola kilkanaście minut autem ode mnie. Dyrekcja jest super, jak mi zwróciła uwagę, to jeszcze przeprosiła. Cały czas mam w głowie, że jestem "beznadziejnym nauczycielem", ale powoli z tym walczę. Fakt, że jestem prawie cały czas otoczona innymi nauczycielami lub pomocami, i nikt mi nie zwrócił uwagi, oprócz tego, żebym była surowsza dla dzieci, trochę mnie pociesza - bo może jednak nie jestem tak złym nauczycielem?
Byłam też obserwować zajęcia innych nauczycieli. Ich prostota była zadziwiająca - w tamtym przedszkolu takie coś by nie przeszło, a tutaj były uznawane za świetne zajęcia (i też prawda, że ja się super na nich bawiłam, razem z dzieciakami).

Mały bonus - od 30 czerwca do połowy sierpnia z tamtego przedszkola odeszło 6 osób, ale kolejne trzy powiedziały, że szukają nowej pracy, bo mają dość X i Y. Wygląda na to, że tylko dwie osoby nie zamierzają zmienić pracy - póki co.


Za wszelkie chaotyczne zdania przepraszam - nie pracuję tam od półtora miesiąca i wciąż mam podniesione ciśnienie, jak sobie przypomnę o tym miejscu.


*w przedszkolu powinnam być tyle godzin, co mam pensum, czyli 30. Oprócz tego powinnam poświęcić nie więcej niż 10 godzin tygodniowo na przygotowanie się do zajęć, zebrania, rozmowy z rodzicami, papierologię, wykonanie materiałów. W rzeczywistości nie raz siedziałam około 40 godzin w placówce, za darmo oczywiście, a oprócz tego miałam 40 godzin tygodniowo papierologii, przygotowania do zajęć, kontaktów z rodzicami. I nie, liczby nie są przesadzone, były momenty, gdzie wszystko na raz się kumulowało. Były też tygodnie, gdzie wyrabiałam się w tych 10 godzinach tygodniowo, ale rzadko.

Skomentuj (21) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 139 (153)

#90085

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Spotkałam niedawno znajomego z podstawówki, a spotkanie stało się okazją do rozmowy przy piwku, tudzież dwóch.

Ale zanim o tym, trochę wstępu.

Znajomy, nazwijmy go Rafał, w szkole jak to się mawia "orłem nie był". Mała miejscowość, rodzina z biedniejszych, ale nie jakaś patologia, matka przy dzieciach, ojciec w budowlance pracował, choć chyba bardziej okazjonalnie niż na stałe. Rafał przechodził z klasy do klasy, jak złapał jedynkę, to poprawił na trójkę, ogólnie oceny z tych niższych, ale stabilne. Ale od zawsze ciągnęło go do motoryzacji. Koło szkoły był warsztat, Rafał często tam chodził, podpatrywał, pytał, w wieku nastoletnim był pierwszym w klasie z własną motorynką, wiecznie coś przy niej kombinował, naprawiał. Poszedł do technikum mechanicznego, potem zaczął wyjeżdżać za granicę - typowe saksy, jakieś truskawki, ogórki, szparagi. W międzyczasie, jak wracał do Polski na miesiąc czy dwa, łapał fuchę we wspomnianym wcześniej warsztacie. I tak przez dobrych kilka lat, kasy trochę odłożył, wreszcie wrócił na stałe, założył własny warsztat.

Warsztat początkowo ot, garaż, jakiś podnośnik, ale dość szybko zyskał renomę, wiele osób na terenie już go kojarzyło z tego pierwszego warsztatu, stopniowo kupował nowy sprzęt, rozbudował budynek, teraz to już całkiem prężna firma, w której zatrudnia kilku pracowników i prowadzi staże dla uczniów ze swojego starego technikum.

Rafał w międzyczasie spiknął się z koleżanką z klasy - nazwijmy ją Marysia. Wpadli na siebie na wyjeździe, gdzieś na tych truskawkach czy szparagach, zaczęli ze sobą "chodzić", dziś są już dawno po ślubie.

Marysia pochodziła z miejscowości obok, jej sytuacja rodzinna była podobna, w szkole też podobnie - oceny typu dwójki, trójki, czasem jakaś czwórczyna. Poszła do szkoły fryzjerskiej czy kosmetycznej, po szkole trochę pracowała w lokalnym małym markecie, trochę jeździła za granicę, żeby dorobić. W końcu zajęła się tzw. "robieniem paznokci", początkowo jeździła po prostu po domach, ale niedawno otworzyła swój mały gabinet, zrobiła też kurs, zdała jakiś egzamin.

Rafał i Marysia mają dwóch synów, starszemu (10 lat) dajmy na imię Piotruś, młodszy w wieku przedszkolnym.

Ogólnie powodzi im się dobrze. Tak patrząc z zewnątrz, odnieśli sukces i w życiu prywatnym, i zawodowym. Finansowo raczej dobrze sobie radzą. Wybudowali ładny dom, stać ich na wyjazdy rodzinne co najmniej z dwa razy do roku, ich firmy cieszą się dobrą opinią w okolicy, w dodatku oboje w swojej pracy robią coś, co lubią, jako małżeństwo też wydają się szczęśliwi. No pewnie, że jakieś problemy na pewno mają, ale tak ogólnie - udało im się osiągnąć wg mnie więcej, niż wielu osobom, które w szkole miały same piątki.

Dlatego właśnie nie rozumiem, dlaczego Rafał tak przeżywa, że jego syn słabo sobie radzi w szkole. Załatwił mu kilku korepetytorów, z jego słów wynika, że chłopak ma prawie drugą szkołę w domu. Do tego zajęcia dodatkowe z dwóch języków i dowożenie go raz w tygodniu na basen. Skarży się też, że Piotrek, zamiast się uczyć, to najchętniej by przesiadywał całymi dniami z nim w warsztacie...

Nie mam pojęcia, co w tym złego - wg mnie powinien się cieszyć, że syn podziela jego zainteresowania i może w przyszłości pomoże mu rozwinąć firmę, a nie wywierać na chłopaku presję i cisnąć na piątki... On z kolei uparcie twierdzi, że chce synowi dać coś, czego sam nie miał...

rodzice szkoła ambicje

Skomentuj (26) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 126 (132)

#89692

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Na moim osiedlu jest LO. Na jego terenie działa szkoła nauki jazdy. W weekendy młodzi adepci razem z rodzicami ćwiczą manewry. Teren zamknięty, dwa place manewrowe. I co?

Ktoś non stop jak widzi wóz bez L na dachu wzywa policję. Dla policji zero zagrożenia bo uczy się i walnie najwyżej w pachołek. Ale nie... fotki szły. Nawet policja stawiała radiowóz drogówki i pomagała kursantom. Ale nie, telefon. Bo nie ma prawa jazdy i jedzie pojazdem bez L na dachu.
Dogadali się, że szkoła, i że na czas jazdy na placu dostają Lki.

Telefon z filmem: silnik pracuje 1 min i 10 sek, bo pani pierwszy raz w wozie próbuje ruszyć.
Straż Miejską wzywanie też już to w...a.

Ludzie trochę wyrozumiałości, oni się uczą.

Strażnicy

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 144 (154)

Podziel się najśmieszniejszymi historiami na
ANONIMOWE.PL

Piekielni