Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

 

#83752

(PW) ·
| Do ulubionych
Właśnie wróciłam ze spektaklu w Teatrze Lalek. Była to propozycja rodzinna: zarówno dla dorosłych jak i dla dzieci. Tematyka świąteczna, więc stwierdziłam, że można miło spędzić czas.

Idąc na spektakl rodzinny byłam przygotowana, że małe dzieci mogą różnie się zachowywać: troszkę głośniej komentować, zapłakać itp. Zaskoczeniem byli rodzice/ opiekunowie.

1) Za mną siedział mężczyzna z małą dziewczyną, na oko miała 4-5 lat. Mężczyzna ciągle komentował spektakl, dopytywał czy dziecku się podoba i powtarzał kwestie aktorów. Było to uciążliwe, a wszelkie próby zwrócenia uwagi zbywał milczeniem i nie zwracał na nikogo uwagi.

2) Spektakl trwał 50 minut. Pomimo próśb obsługi, pewna matka ciągle dokarmiała swoje dziecko.

3) Dzieci głośno komentowały spektakl. Niektórzy rodzice uciszali je, inni głośno odpowiadali.

Choć sztuka była bardzo dobrze zrobiona, jestem zniesmaczona zachowaniem części publiczności. Wydawało mi się, że dzieci od małego powinno uczyć się prawidłowego zachowania. Ale jak widać, niektórzy rodzice/ opiekunowie sami nie nauczyli się kultury.

teatr rodzinna niedziela

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 107 (129)

#83746

(PW) ·
| Do ulubionych
25 listopada, prawie dwa tygodnie przed Mikołajkami, zamówiliśmy córce prezent z dziecięcego sklepu internetowego - sanki i inne duperele, przydatne roczniakom. Zamówienie skompletowano i przygotowano dzień później, a kolejnego dnia było już w drodze.

Nie przedłużając - na 6 grudnia jednak nie dotarło. Nie przyjechało też dzień, ani nawet tydzień później! Kiedy traciłam już nadzieję na to, że paczka dojdzie choćby przed świętami i kiedy cały szary śląski śnieg poszedł w diabły, do mych drzwi zadzwonił zadowolony kurier.

- Panie, miał pan być na Mikołaja, co ja teraz dziecku powiem? - zażartowałam.
- Proszę podpisać tu - powiedział wyciągając rozbity tablet - palcem. Podpisałam, jak kura pazurem. Wręczył mi paczkę, odwrócił się na pięcie i zaczął odchodzić rzucając przez ramię: - Sanki się zepsuły.

Mina mi zrzedła. Pomna wszystkich piekielnych historii dot. kurierów, reklamacji i przepychanek ze sklepami internetowymi, wściekając się w duchu na własną głupotę (nie sprawdziłam paczki przed podpisem) i bezczelność kuriera, zaczęłam drzeć gębę:

- Stop! Stop! - boso wybiegłam na klatkę schodową - Protokół szkody! Pana nazwisko! Skąd pan do cholery wie, co kupiłam?! Ja tego tak nie zostawię!
Popatrzył na mnie jak na wariatkę. Puknął się w czoło i powiedział:

- Mikołajowi! Że Mikołajowi się sanki popsuły!!

Panie kurierze! Przepraszam. To Piekielni mnie opętali.

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 115 (149)

#83696

(PW) ·
| Do ulubionych
Jak wielu z Was, byłem dotychczas tylko wiernym czytelnikiem. Jednak postanowiłem opisać Wam pewną sytuację, po której zastanawiam się, co stało się w dzisiejszych czasach z ludźmi.

Mieszkam od 7 lat Niemczech, przy samej granicy ze Szwajcarią, gdzie również pracuję. Ludzie są tam przeważnie radośnie i miłe nastawieni do życia i innych ludzi. Ale nie zawsze...

W sobotę podczas drogi do pracy, zatrzymałem się na stacji benzynowej, żeby kupić sobie kawę i fajki. Pani przy kasie, bardzo miła zresztą, podczas wbijania na kasę zauważyła, że ma awarię wszystkich dystrybutorów (wyskoczyła ikona serwisu przy każdym z nich). Jako, że znam się na elektryce, zaproponowałem, że rzucę okiem na bezpieczniki, podczas gdy Pani Kasjerka dzwoniła do szefa.

Wybaczcie, nie zliczę ile osób podjeżdżało na stację i robiło tej biednej kobiecie awanturę, że nie mogą zatankować samochodu. Jedni spokojnie, inni agresywnie. Jako klient tłumaczyłem im, że to nie jej wina, że takie rzeczy się zdarzają. Było to jak grochem o ścianę. Totalny brak zrozumienia. Ostatecznie nie udało mi się pomóc, a zestresowana Pani Kasjerka wezwała serwis i podziękowała mi za chęć pomocy oraz za wsparcie. Dla mnie był to naturalny odruch.

Jednak zastanawiam się, co się dzieje z ludźmi... Pozdrawiam Was serdecznie i życzę Wam, aby nigdy nie spotkała Was taka stresująca sytuacja.

Szwajcaria

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 90 (122)

#83723

~niemowdomnieteraz ·
| Do ulubionych
Pracuję w biurze kredytowym. Tak, sprzedaje pożyczki, te bankowe i te pozabankowe z kosmicznym RRSO. Biuro nie jest moje, jestem pracownikiem na etacie ze stałą wypłatą. Premia to tak naprawdę tylko i wyłącznie dobra wola mojego pracodawcy. W związku z tym nie wciskam ludziom na siłę pożyczek, typu: spłaci Pani poprzednią, a jeszcze Pani zostanie gotówki itd. Owszem, czasem dzwonię i proponuję, jeśli system pokaże jakąś ofertę dla klienta, ale nic na siłę.

Dlatego piekielni są dla mnie klienci, którzy najpierw sami zarzucą sobie pętlę na szyję, a potem przychodzą z pretensjami. Tak jak nasz stały klient, powiedzmy Jan.

Jan od prawie roku zgłasza się do nas po drobne pożyczki - a to 500 zł, a to 1500, a czasem i 3000. Okres spłat różnie - 12 m-cy, 24 a czasem tzw. chwilówki na miesiąc. Facet pracujący - zarabiający zgodnie z wyciągiem 2800, a rat miesięcznie ma już koło 3 tys. Żona nie pracuje. Jak żyje? Nie wiem. Ostatnio pojawił się znów, po kolejną pożyczkę 1500 zł, bo mu brakuję na spłatę rat. Grzecznie informuję Pana Jana, że niestety, ale na chwilę obecną nie mogę mu nic zaproponować, ponieważ posiada już aktywne produkty we wszystkim firmach pożyczkowych, które udzielają pożyczek na oświadczenie (wiadomo, można wtedy doliczyć jeszcze inne dochody typu 500+ czy praca w domu) i nikt mu kolejnej pożyczki nie udzieli, póki nie minie okres karencji.

No to Pan Jan chce pożyczkę na dokumenty. Ok, tylko że dokumenty pokazują dochód 2800 a wydatki ponad 3 tys. Brak zdolności. Ale Pan Jan musi mieć te pożyczkę, bo mu OBIECAŁAM, że dostanie. Ja już trochę wkur..., bo nigdy takich rzeczy bym nie obiecywała. I znów tłumaczę, że nie mogę Panu zaproponować takiego rozwiązania, bo brak zdolności itd.

No to facet zaczyna wrzeszczeć, że oszuści i złodzieje, bo najpierw dają pożyczki, a potem on nie ma z czego płacić! Kulturalnie poprosiłam o spokój, a jak nie pomogło to wyprosiłam Pana z biura, bo zaczął rzucać epitetami w moją stronę, na co sobie nigdy nie pozwolę.

Tylko nadal nie rozumiem: facet nabrał pożyczek ile się dało. Nikt go nie namawiał, a na pewno nie ja. Chciał to dostał, taka moja praca. Chyba po prostu myślał, że to będzie trwać wiecznie - każda wizyta=kasa na koncie. Takich ludzi jest masa. Sami narobią sobie długów (rozumiem, że czasem jest konieczność), a potem na mieście opowiadają jakie to biuro to oszuści, bo przez nich to teraz komornik na nich siedzi...

klienci

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 101 (117)

#70101

(PW) ·
| Do ulubionych
W zeszłym tygodniu, w przerwie między wykładami, musiałam podskoczyć do pracy podpisać rachunek do zlecenia. Będąc w biegu, szybko zerknęłam na rachunek i pogrubiona kwota wyglądała jak kwota netto, którą sama sobie wyliczyłam. No, może była niższa o kilka złotych, ale przecież księgową nie jestem i aż tak dobrze się na liczeniu wynagrodzenia nie znam. Jako że mi się to na pierwszy rzut oka zgadzało - sprawę lekko olałam.

Coś jednak mnie tknęło i następnego dnia rano, jak chowałam swoją kopię rachunku do segregatora, zerknęłam nieco dokładniej na rachunek... Okazało się, że pogrubiona kwota jest kwotą brutto, a nie netto i od kwoty, która faktycznie ma mi być wypłacona jest wyższa o 200 zł. W pracy sprawdzone skany, maile - no jak byk powinnam dostać 200 zł więcej, a że był to weekend, biuro zamknięte, to za dużo nie da się zrobić. W niedzielę został napisany mail do księgowości, żeby wyjaśnić, co jest nie tak.

Wczoraj dostaję telefon - biegiem podpisać nowy rachunek, księgowa się w tamtym pomyliła. No to lecę, sprawdzam nowy rachunek kilka razy - wszystko się zgadza - i podpisuję. Przy okazji dowiaduję się, że wypłaty dziś (czyli wczoraj) nie dostanę, bo:
- księgowa ten rachunek musi mieć w ręce, nie może być skan (co z tego, że do wczoraj mam na umowie zapisany termin płatności);
- może, MOŻE (!) przed świętami puści kolejne przelewy i wtedy dostanę swoją kasę;
- co z tego, że ona się pomyliła przy wyliczaniu wypłaty…;
- nie, nie może mi tej różnicy dosłać kolejnym przelewem lub z kolejną wypłatą.

I nikogo nie obchodzi, że idą święta, są większe wydatki, trzeba swoje opłaty uregulować... Przelew MOŻE wyjdzie przed świętami.

A do tego czasu będę zjadać tynk ze ścian, a do pracy chodzić 30 km pieszo, bo wody do auta nie wleję.

Skomentuj (16) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 140 (242)

#83753

(PW) ·
| Do ulubionych
Złożyłam wypowiedzenie na jeden numer z pewnej sieci, drugi numer miał zostać z niej przeniesiony miesiąc później.

Kiedy pierwszy numer wszedł w ostatni okres rozliczeniowy, operator wyłączył mi wszystkie usługi poza możliwością wykonywania połączeń.

Rozmowa z konsultantem infolinii:

- Dzień dobry, nazywam się tak i tak, dzwonię w sprawie mojego numeru, na którym mam zablokowaną możliwość wysyłania sms-ów i korzystania z internetu, mimo świeżego pakietu.
- Tak, zgadza się, jest blokada. Złożyła pani wypowiedzenie, prawda?
- Owszem, ale faktura jest opłacona, a do końca umowy został równy miesiąc.

Tu nastąpiła chwila ciszy, po czym usłyszałam pełne zaskoczenia "czyli mam pani włączyć te pakiety?".

Włączył.

Jednocześnie wycofał moje wypowiedzenie, nic mi o tym nie mówiąc. O fakcie dowiedziałam się kilka dni później, będąc w zupełnie innej sprawie w salonie, o mój numer zapytałam przy okazji.

Różowa sieć

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 146 (146)

#83620

(PW) ·
| Do ulubionych
Poczekalnia w ośrodku rehabilitacyjnym. Pomieszczenie o wielkości około 5x8 metrów. W środku siedzą rodzice czekający na swoje dzieci, które mają zajęcia.

Jeden tata pracuje na laptopie. Jedna mama grzebie w telefonie. Dwie mamy czytają książkę, jeden tata właśnie ją odłożył. Ja w słuchawkach, słucham audioteki, głośność na maksa, ale i tak niewiele słyszę. Dlaczego?

W jednym rogu siedzą dwie mamy, a w drugim, po przekątnej - tata. I rozmawiają. Głośno, bo przecież inaczej nie będą się słyszeć. Nikomu z nich nie przyjdzie do głowy, że jak usiądą bliżej siebie, to nie będą musieli krzyczeć.

I nikomu najwyraźniej nie przyjdzie do głowy, że swoim zachowaniem przeszkadzają innym rodzicom...

Skomentuj (20) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 85 (139)

#70086

Konto usunięte ·
| Do ulubionych
Jestem kasjerką w Tesco. Wczoraj miałam 'przyjemność' obsługiwać aż dwie osoby, których kultura i wychowanie pozostawiały wiele do życzenia.

1. Złoty puchar buractwa. Klient w wieku ok. 60+ wyłożył mi na taśmę kilka produktów firmy Bobovita, były to chyba obiadki/deserki w słoiczkach.

Kasuję mu ową strawę. Przychodzi moment zapłaty, podaję sumę do uregulowania, a on w wrzask 'CO K*RWA?! MIAŁA BYĆ PROMOCJA! X sztuk za x złotych! <jeb gazetką na kasę> NIEDOUCZONA PI*DO, JAK NIE UMIESZ OBSŁUGIWAĆ KASY, WY***DALAJ SPRZĄTAĆ ULICE! WIECZNIE TA SAMA BAJERA! OSZUSTKA JEDNA! KUP SOBIE OKULARY ŚLEPOTO, JAK NIE WIDZISZ!

Nie dając się sprowokować, zajrzałam do gazetki. Promocja była, ale od dnia następnego (dzisiejszego). Nie dało się tego przetłumaczyć krzykaczowi, dalej szedł w zaparte, że go okłamuję i wstrętnie okradam. Przyszła liderka kas i, po zapoznaniu się z sytuacją powiedziała, że nie jestem chodzącą encyklopedią promocji, a od ewentualnych wyjaśnień jest Punkt Obsługi Klienta. Burak się nadął i powiedziawszy, że p…doli ten sklep i te zakupy, wyszedł. Zostałam z transakcją do wycofania (kilka kliknięć dla lidera kas) i mega niesmakiem na twarzy.

2. Pani, która, nie mając pieniędzy na koncie w banku, usiłowała zrobić zakupy (transakcja na ok. 200 zł). Komunikaty 'transakcja odrzucona/ODMOWA' jasno świadczą, że ktoś nie ma pieniędzy na koncie, a karta wtedy jest bezużyteczna. Paniusia jednak szła w zaparte, że pieniądze ma, a mi doradziła z sarkastycznym uśmieszkiem, że powinnam się przekwalifikować i zostać sprzątaczką, skoro nie umiem obsługiwać kasy i terminala... Oczywiście, kolejna transakcja do wycofania i jeszcze większy niesmak dla mnie.


Ludzie, ogarnijcie się, kasjer to nie robot/worek treningowy do obrzucania wyzwiskami...

Skomentuj (40) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 202 (376)

#83611

(PW) ·
| Do ulubionych
Losuję, losuję i wylosowałam historię https://piekielni.pl/54610. No i mi się przypomniało, jak w tym roku, latem, to ja byłam tą babą z górnego piętra. :/ Wstyd mi jest bardzo…

Ale do rzeczy.

W historii, do której linkuję (jakby się komuś nie chciało klikać) mowa jest o babie, która swojego pieska wypuszcza na balkon, żeby się wysikał. A co piesek wysika, to ląduje na balkonie piętro niżej, u autorki tej historii.

Któregoś letniego popołudnia ktoś dzwoni do drzwi. Podchodzę, zerkam przez wizjer, rozpoznaję nową sąsiadkę. Wprowadzili się kilka miesięcy wcześniej, mieszkają pode mną.
- Dzień dobry, sąsiadko, czy mogłaby sąsiadka uważniej kwiatki na balkonie podlewać?
- Dzień dobry, ale ja nie mam kwiatków...
- No nie wiem, może pani balkon myła, no nie wiem, ale coś kapie od pani...
- Nie myłam balkonu, o co chodzi?
- No bo wie pani, siedzę sobie na balkonie, książkę czytam, a tu nagle coś leci, jakaś woda od pani z balkonu. Cały rękaw mi umoczyło, to przyszłam poprosić, żeby z uwagą pani kwiatki podlewała.
- Ale zaraz, zaraz, nie mam kwiatków, nie myłam teraz balkonu, na balkon tylko psy... - i tu mi się głos załamał, spojrzałam na sąsiadkę i zamilkłam w pół słowa. - Ja panią bardzo, bardzo, najserdeczniej przepraszam, ja nie miałam pojęcia, ja może za pranie zwrócę, jak mi głupio, ja nie miałam pojęcia… - i takim słowotokiem zalałam moją rozmówczynię.
- No trudno, już się stało, proszę tylko, żeby pani zwracała uwagę na to, co się dzieje, do widzenia.

I poszła. A ja ze wstydu się palę za każdym razem, jak ją widzę.
Tak, moja jedenastoletnia psina uznała, że nie ma sensu latać po schodach tylko na siku, skoro dwór dostępny na wyciągnięcie łapy. I lała na balkon. A że ja na balkon nie wychodzę, bo nie mam po co, to sobie te szczochy spokojniutko częściowo skapywały do sąsiadów, a częściowo wysychały.

Dobrze, że sąsiadka przyszła. Nie wiedziałabym nawet, że mój pies się załatwia na balkonie. Należał mi się słuszny opierdziel, ale go nie dostałam. Balkon jest zabezpieczony rulonami ze starych ręczników, gumowe dywaniki na sikanie rozłożone i prane regularnie, ani kropla sąsiadce od tego czasu nie spadła.

A z faktem, że moja staruszka leje na balkonie, już się pogodziłam.

Skomentuj (20) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 80 (128)

#83714

~czarnokocia ·
| Do ulubionych
Witajcie, chwilę się zastanawiałam czy opisać tę historię, ale stwierdziłam, że po upływie czasu wydaje się to nawet bardziej śmieszne niż piekielne, ale do rzeczy.

Studiowałam trzy lata w Krk, obroniłam licencjat, wszystko super, dyplomy do odbioru w okolicach września- taką informację dostaliśmy.

W między czasie stwierdziłam, że pora coś zmienić i wybrałam magisterkę w innym mieście. Ale do rekrutacji oczywiście potrzeba dyplom i suplement. Więc gdzieś w połowie września (w piątek- to ważne) dzwonię do swojego dziekanatu (D1) i pytam naszej opiekunki roku czy istnieje możliwość odebrania wcześniej wszystkich dokumentów, bo potrzeba do rekrutacji itd.
[D1]- Oczywiście, proszę tylko o nazwisko, sprawdzę czy już są gotowe dyplom z suplementem dla pani.
[Ja]- XY
[D1]- Z tego co widzę wszystko jest podpisane i można odbierać.
[J]- Fantastycznie, czyli właściwie można już jechać i dostać wszystko?
[D1]- Tak dla pewności niech pani będzie w poniedziałek.

Pełna szoku, że na naszej uczelni takie cuda i wszystko gotowe, odczekałam trochę- poniedziałek mi nie pasował za bardzo, więc wybrałam się we wtorek. Do Krakowa mam ponad 2,5h jazdy, więc nie była to krótka i szybka wycieczka.
Przychodzę pod swój dziekanat i mówię, że po dyplom.
[D1]- Ale ja się nie zajmuję dyplomami. Do pokoju 313 proszę, tam jest pani Małgosia od dyplomów
Idę do pani Małgosi:
[J]- Dzień dobry, ja w sprawie dyplomu. Chciałam odebrać go razem z suplementem.
[M]-(szuka teczki)- Ale ja tu nie mam pani teczki... Proszę iść do dziekanatu.
Idę znów:
[J]- Pani Małgosia powiedziała, że tutaj powinna być moja teczka z dyplomem.
[D1]- Aaaa no faktycznie, jest.
Z powrotem do pani Małgosi:
[M]- Ale tu nie ma dyplomu!
[J]- Jak to nie ma? To gdzie może być?
[M]- Ja nie wiem. W dziekanacie pytać.

[J]- Podobno mój dyplom się gdzieś tutaj może znajdować, bo nie ma go w teczce.
[D1]- Ale ja się nie zajmuję dyplomami, proszę iść do drugiego dziekanatu.

[J]- (ta sama formułka co ostatnio)
[D2]- Hmm, no wie pani, bo tutaj patrzę i pani nie ma gotowego dyplomu. Jeszcze nie podpisany jest przez panią dziekan i w ogóle... To nie dzisiaj do odbioru. Trzeba było wcześniej zadzwonić i się dopytać a nie tak bezsensownie jechać.
[J]- Proszę pani, dzwoniłam w piątek i powiedziano mi, że JUŻ jest gotowy, przyjeżdżam we wtorek i go nie ma?
[D2]- Ale to gdzie pani dzwoniła?
[J]- DO dziekanatu
[D2]- Ale to chyba nie do mnie. Trzeba było do mnie dzwonić.
[J]- ... W takim razie co mogę teraz zrobić? Bo nie mogę przyjechać w żaden inny dzień, więc dyplom muszę mieć dziś.
[D2]- Hmm, no pani dziekan ma dyżur niby dzisiaj, od 12:30... Ale czy przyjdzie to ja nie wiem.

Oczekiwanie na panią dziekan Wam pominę, bo najpierw się spóźniła, później zapomniała o mnie, a jej sekretarka mnie wyrzuciła jak chciałam zapytać o postęp w sprawie. W końcu po trzech godzinach, dosłownie 15 minut przed zamknięciem gabinetu pani Małgosi do wydawania dyplomów, udało się go dostać- z podpisem.

Idąc ostatni raz do dziekanatu nr 2, miła pani nie omieszkała wspomnieć, że mogłam jechać do domu, a nie czekać, bo to tak bez sensu, przecież mogłam zadzwonić i ona nie rozumie dlaczego tego nie zrobiłam.

(Dla wyjaśnienia- dziekanat nr 1 był "nasz", czyli dla licencjatu, wszystkie sprawy załatwialiśmy tam, więc nawet nie przyszło mi do głowy, żeby bezpodstawnie dzwonić do nr2, skoro był on przeznaczony dla magisterki)

studia uniwersytet cyrk

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 110 (122)

Podziel się pozytywnymi historiami na
WSPANIALI.pl

Piekielni