Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

 

#87647

(PW) ·
| Do ulubionych
Na fali dzieci, ciąż i wychowania.

Moja mama ma koleżankę-sąsiadkę, która często do niej przychodzi, więc i ja co jakiś czas ją widywałam.

Kiedy byłam w pierwszej ciąży, wiadomo, przeżywałam, martwiłam się, czy wszystko będzie dobrze, czytałam poradniki, radość mieszała się z paniką, ogólnie gorączka pierwszego dziecka. Chętnie też rozmawiałam z innymi na temat swojego stanu i przyszłego macierzyństwa, cieszyło mnie, kiedy ktoś się moją ciążą interesował, zadawał pytania, udzielał rad czy dzielił się wspomnieniami ze swojej ciąży.
No chyba że była to ta sąsiadka. Dlaczego? Kilka przykładów.

- No, jak Ci tam ciąża przebiega? Lekarz coś mówił?

- Na badaniach wszystko w porządku, wygląda na to, że dziecko urodzi się zdrowe i silne – odpowiadam z uśmiechem.

- A to nigdy nie wiadomo. Mojej kuzynce też tak lekarz do samego końca mówił, że wszystko w porządku, a dziecko urodziło się ciężko chore, do dziś niepełnosprawne.

- A jak się czujesz w tej ciąży?

- Ogólnie dobrze, tylko strasznie szybko się męczę i trochę mnie plecy bolą.

- Córka mojej koleżanki też tak miała. Potem w czasie porodu wpadła w śpiączkę i już się nie obudziła.

- A zachcianki jakieś masz?

- Ogólnie nie jest źle, trochę bardziej mnie ciągnie do słodyczy i jogurtów, za to na kiełbasę patrzeć nie mogę.

- O, sąsiadka też taka miała, dokładnie tak samo, i potem urodziła martwe dziecko!

I podobne mądrości co spotkanie. Było dość irytujące, jednak na szczęście nie przejmowałam się tym jakoś szczególnie, bo kobieta była, jest i do śmierci będzie, cóż, specyficzna. :-)

dziecko ciąża

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 116 (120)

#87646

(PW) ·
| Do ulubionych
Kilka miesięcy temu zostałam matką. Historie może nie są bardzo piekielne, ale gdy na co dzień ktoś spotyka się z krytyką to mogą dotknąć i irytować.

1. Syn od kiedy skończył mniej więcej tydzień to codziennie był na spacerze, oczywiście jeśli nie padało. Urodził się pod koniec maja, było ciepło, więc nie widziałam sensu w zakładaniu mu czapki do gondoli, skoro tak czy siak był z każdej strony zakryty przez wózek. Kilkadziesiąt razy OBCE osoby były wręcz oburzone, że jak to tak, dziecko jest bez czapeczki. Za którymś razem odpowiedziałam, że 500+ przepiłam i na kupno czapeczki nie było już pieniędzy. Teraz ta kobieta nie odzywa się do mnie. ;)

2. Pytania o to, jak rodziłam i jak karmię. Moim zdaniem na takie tematy mogę rozmawiać z bliskimi osobami, a nie z połową osiedla, ale widocznie starsze panie miały inne zdanie na ten temat. Po którymś pytaniu "karmisz?" już miałam dość i odpowiedziałam, że nie, głodzę go.
3. Podobno dobre rady. Okej, jestem niedoświadczona, jest to moje pierwsze dziecko, więc sporo rzeczy nie wiem. Ale wtedy pytam się mamie, koleżance, która ma dziecko czy pielęgniarce, bo tak się złożyło, że mam ją w bliskim gronie. Naprawdę nie jest fajne słuchać od obcych "porad". Mimo wszystko jest to moje dziecko, więc ja będę decydować, jak jest ubrane, jak go karmie i czy jest przykryty kocem.

4. Zabobony. Ile ja się ich nasłuchałam w ciąży i po porodzie to nie zliczę. Raz kobieta, którą kojarzę z widzenia podbiegła do wózka, spojrzała i wręcz nakrzyczała na mnie, że czemu nie mam na budzie czerwonej wstążki i medalika! Odpowiedziałam jej, że to niegrzeczne podchodzić do wózka jak do swojego i dziwne, że wierzy w zabobony, skoro co niedzielę chodzi do kościoła.

5. Pytania o kolejne dziecko. Skoro jest syn, to teraz córka by się przydała, albo drugi syn, żeby mogli się razem bawić. To nic, że nie byłoby nas stać na drugie dziecko. Fakt, miałoby co jeść i w co je ubrać, ale w przyszłości dodatkowe, płatne zajęcia już by odpadały. A może akurat mój syn chciałby chodzić na lekcje gry na jakimś instrumencie? I co, miałabym mu odmówić, bo jest dwójka dzieci i nie ma pieniędzy?

6. Robienie dzieci dla 500+.
Zdecydowaliśmy się na dziecko świadomie, jest nas na nie stać i gdyby wycofali ten dodatek to poziom życia nasz i naszego dziecka by się nie zmienił. Przed ciążą pracowałam, jak trochę dziecko podrośnie to chcę wrócić do pracy. Szkoda, że przez wiecznie bezrobotnych i żyjących na koszt państwa ludzi normalne rodziny są postrzegane jako darmozjady. Bo skoro pobieram 500+ to przecież na pewno nie będę nigdy pracować, w domu walają się puste butelki po wódce i pety.

Mogłabym pisać tak cały dzień, ale główne tematy już poruszyłam. Proszę Was, zanim powiecie coś z wyżej wymienionych to zastanówcie się. Dajcie żyć, nie oceniajcie z góry. :)

dziecko

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 97 (111)

#87641

(PW) ·
| Do ulubionych
W czasie pandemii byłam zmuszona znaleźć sobie nocleg w pewnej kwaterze prywatnej, tak trochę "na lewo".
Jest to niedrogi nocleg, mieszczący się po prostu mieszkaniu w bloku, a że jest ono blisko punktu, do którego muszę się dostać, jest to mi bardzo na rękę.

Niestety w terminie, w którym najbardziej pasowało mi przyjechać do tego miasta, które musiałam odwiedzić, mieszkanie było już zajęte, specjalnie przełożyłam, więc sprawę, którą mam do załatwienia na inny dzień.

Zadzwoniłam, upewniłam się czy jest wolne, zarezerwowałam, wszystko jak by się wydawało załatwione.
Aż tu nagle, dzień przed planowanym noclegiem dostaje telefon.
Po głosie pani, która wynajmuje kwaterę, już wyczułam, że coś jest nie tak i niestety nie myliłam się.
Okazało się, że państwo, którzy aktualnie tam przebywają chcą koniecznie przedłużyć pobyt (raczej dla własnego widzimisię niż ważnych spraw, gdyż była to niedziela, a mnie pasowało przyjechać właśnie wtedy, bo w poniedziałek rano musiałam być na miejscu - samochodu nie posiadam w chwili obecnej). I tak państwo ci wyprosili właścicielkę żeby do mnie zadzwoniła i odmówiła mi zakwaterowania, mimo tego, że byłam pierwsza.

Zaproponowała mi więc nocleg na przedmieściach w zamian.
Nie zgodziłam się, argumentując to tym, że nie jestem zmotoryzowana i wiązałoby się to dla mnie z o wiele dłuższym dojazdem do punktu, na którym mi zależy, o ile w ogóle byłby możliwy na poranną godzinę.
Pani, powiedziała, że w takim razie musi to przemyśleć i się odezwie.
Ok, zgodziłam się, bo jakie miałam w tym momencie wyjście, skoro moje tłumaczenia, że przyjazd ten jest dla mnie bardzo ważny nie wystarczały.

W końcu dostałam wiadomość o treści - "przykro mi, rezerwacja nie może być aktualna, zapraszamy w innym terminie".
Całe szczęście na szybko udało mi się znaleźć inną kwaterę.
A na inny termin już się raczej nie zdecyduję, szczególnie, że byłam tam stałą klientką od kilku miesięcy, a nie gościem, który miał przyjechać pierwszy raz.

Skomentuj (1) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 131 (139)

#87600

(PW) ·
| Do ulubionych
Będzie o operatorach tym razem.

Moi dziadkowie od niepamiętnych czasów mieli sobie numer telefonu stacjonarnego w TP. Jak weszła era komórek, i każdy zaczął ją posiadać, jeszcze w znienawidzonej przez TP, a potem pomarańczkę, sieci spod znaku fioletowego kleksa, to już hiszpański owoc postanowił się zemścić. Po zmianie nazwy operatora, dziadkowie zaczęli dostawać kosmiczne rachunki, jako, że babcia ma słabość do dłuuugich codziennych rozmów telefonicznych z wnukami. Normalny abonament wynosił ok 40 zł, a tu nagle rachunki urosly magicznie w czterokrotność tej kwoty. Pierwszego miesiąca dziadek pogadał, ale zapłacił. Drugiego też. W trzecim miesiącu cierpliwość dziadka się wyczerpała i dostaliśmy zadanie bojowe znalezienia sensownej oferty stacjonarnej u fioletowego kleksa. Oferta oczywiście się znalazła, 30 zł abonamentu, telefon stacjonarny za złotówkę, a w abonamencie nielimitowane połączenia w sieci, a do innych 300 minut co miesiąc. Dziadek się zastanawiał może z 10 minut, a następnie czym prędzej pognał do salonu i numer przeniósł. I tu zaczyna się cyrk...

Otóż pomarańczka stwierdziła, że będzie robić kolosalne problemy z oddaniem klienta. Najpierw 2 tygodnie przed końcem okresu wypowiedzenia wyłączyła na głucho telefon dziadków. Pomijając tutaj kilkanaście wizyt w salonach i telefonów na infolinię pomarańczowych. Potem przysłali jeszcze 2 faktury, na łącznie 8 dych (potem je anulowali, ale doszło do straszenia UOKiKiem, prawnikami, sądem, ministrem i wszystkimi świętymi, aby to nastąpiło). W końcu udało się numer przenieść, i od 10 lat dziadkowie pod skrzydłami kleksa płacą co umowę niższy abonament i dostają więcej niż mieli.

2 lata temu do dziadka zapukali panowie monterzy z pomarańczki, w celu zabrania przewodu i gniazda telefonicznego. Mina panów monterów, jak im dziadzio wręczył pudełko z kablem i gniazdkiem, wymontowane w 2010 roku... Bezcenna.

Skomentuj (19) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 107 (121)

#85820

(PW) ·
| Do ulubionych
Idę dziś do sklepu motoryzacyjnego po zamówiona część. Miasto małe, w całym mieście części tej brak, stad zamówiłam. Bez samochodu jak bez ręki, bo na wiosce małej mieszkam, do najbliższej komunikacji 10km.

W sklepie Pan mnie informuje, że padł im system (wczoraj) i nie może mi wydrukować paragonu. Nic strasznego - wezmę na fakturę "imienna" na mój NIP.
Nie - system przepuszcza tylko faktury na NIP figurujący w CEIDG, a działalności nie posiadam, ot, zwykły ze mnie konsument.

OK... Proponuję wystawienie faktury 'imiennej' ręcznie. NIE.
Już mniej ok, ale proponuję sprzedaż na podstawie druku 'kasa przyjęła' NIE.

Żeby oszczędzić zbędnych drobiazgów: telefon do jednego kierownika - 'mamy takie procedury, się nie da się' , telefon do wyższego kierownika - 'mamy takie procedury nie da się nie da'.

Już potężnie podku***na mówię, że wy macie procedury a ja mam prawo do transakcji. Podałam dwa rozwiązania, tj. faktura ręcznie wystawiona lub druk KP. Jeśli nie pasuje, to piszę maila w tej chwili do Inspekcji Handlu ze zgłoszeniem odmowy dokonania transakcji.

W międzyczasie dowiaduję się, że nie rozumieją mojego zdenerwowania i roszczeniowości. Odpowiadam, że zapewniam, zabawa z IH nie jest moim hobby, ale jeszcze mniej podnieca mnie jeżdżenie bez hamulców z tyłu z jednej strony.

Stoję sobie w sklepie i w telefonie e-mail piszę. Sfotografowałam sobie kartkę z informacja o tym, kto przetwarza moje dane, żeby mieć nazwę, nip i w tym przypadku krs firmy.

Podchodzę do pana, z którym rozmawiałam wcześniej, i który to wydzwaniał do tych kierowników, pokazuję mu e-mail.

-Proszę sprawdzić, czy mój opis zgadza się z tym, co zaszło i jest zgodny z prawda.

Pan czyta i odpowiada:
- Nie jest zgodny z prawda ponieważ te dane są nieprawidłowe, bo zmienił się właściciel i teraz działamy...
Przerwałam mu:
- Chce mi pan jeszcze powiedzieć, że moje dane są przetwarzane przez inny podmiot niż jestem o tym informowana?!

I cud się stał. Pan wymyślił, że zadzwoni do kolegi z innego sklepu, 500m dalej, sprzeda mu owa część na fakturę, pojedzie i mu ja da, a ja pojadę i kupię od tamtego pana, bo on nie ma awarii.

Po godzinie część uzyskałam.

Ale czy naprawdę nie można było wydać mi faktury ręcznie wypisanej? Czy naprawdę musiałam zagrozić IH i ruszeniem RODO, żeby stał się cud przerzucenia części o 500m?

Sami oceńcie.

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 146 (178)

#87561

(PW) ·
| Do ulubionych
Kontynuacja historii https://piekielni.pl/87557

Streszczając: zamówiłam ubrania ze znanej sieciówki. Paczka zamiast paczkomatem miała do mnie dotrzeć kurierem i to na mój stary adres "bo taki mają w systemie". Co z tego, że przy zamówieniu podawałam nowy. Stary adres to drugi koniec miasta (30 km). Kurier nie widzi problemu, sklep stwierdził, że oni mają taką politykę. Jedyne co mogłam zrobić to przekierować paczkę do najbliższego dla mnie punktu. Niestety sortownia z paczką nie obsługuje mojego rejonu, więc zamiast 30 km mam tylko 24 do odebrania paczki.

I kontynuacja.

Dzisiaj paczka miała zostać doręczona do punktu odbioru, który ja wybrałam. Tylko, że nie została.

Chwilę temu dostałam smsa, że była nieudana próba doręczenia na adres (i tu mój stary adres), a po chwili, że paczka wylądowała w Żabce obok starego mieszkania (między wybranym przeze mnie punktem odbioru, a Żabką jest około 10 km różnicy).

Zadzwoniłam na infolinię, powiedzieli, że informacja ta nie przeszła przez system więc dostawa była na wskazany adres. A obecnie nic nie mogą z tym zrobić, więc mam jechać po paczkę tam gdzie ją zostawili.

Fajnie tak, możesz sobie zmienić miejsce dostawy, ale tylko na papierku, bo ich system tego nie uwzględnia.

Skomentuj (1) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 98 (104)

#87631

(PW) ·
| Do ulubionych
Teściowo, teściowo ty ...

No właśnie będzie krótko ale piekielnie.

Pół roku po traumatycznym rozpadzie 17sto letniego małżeństwa miałam coś do załatwienia w rodzinnym mieście i przy okazji spotkałam się z jeszcze nie byłymi teściami ( rozwód był 3 miesiące później ).

Po krótkiej wymianie grzecznościowych informacji, teściowie wywalili propozycję życia: "Nie mogłabyś przymknąć oka na te jego wybryki ? Poszalałby jeszcze z rok i usiadłby na d..ie".

Zapytałam tylko: "Czy gdybym była waszą córką a nie synową, też w ten sposób byście to chcieli załatwić? Pewnie nie, bo pamiętam, jak mnie mój tata zobaczył miesiąc po rozstaniu lżejszą o 12 kilo rozpłakał się na ten żałosny widok i był to jedyny raz w kiedy widziałam tatę płaczącego".

To było ostatnie spotkanie z byłymi teściami i chciałam tylko dodać, że wcześniej drobne piekielności im się zdarzały, ale stosunki mieliśmy więcej niż poprawne.

Przypuszczam więc że dotarło do nich że synuś poszaleje a potem zostanie z ręką w nocniku.

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 149 (177)

#87617

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia #87598 o pomocnych urzędach i piekielnych petentach przypomniała mi moje przejścia z urzędami, ponieważ równowaga musi być, to tym razem nie petenci byli piekielni.

Gdy byłem jeszcze na studiach, były wtedy wybory. W mieście w którym studiowałem, dopisałem się na te jedne wybory do spisu wyborców, bo akurat na ten weekend chyba nie mogłem wrócić do domu czy coś w ten deseń.

Po studiach wróciłem do miasta rodzinnego, przeleciały kolejne wybory, na których już głosowałem normalnie.

Wszystko ładnie i pięknie, ale to są Piekielni, czyż nie?

Przy następnych wyborach (chyba parlamentarnych) poinformowano mnie w komisji wyborczej, że nie ma mnie na liście wyborców.
Na szczęście pani dowodząca komisją wyborczą (kierowniczka? nie wiem jak się nazywa to stanowisko) zadzwoniła do centrali wojewódzkiej i się zaczęła dowiadywać.

Otóż okazuje się, że byłem dopisany do rejestru wyborców w mieście, w którym studiowałem.
I tak właśnie nie mogłem spełnić swojego obywatelskiego obowiązku.

Już samo to, że zostałem ni z gruchy ni z pietruchy przypisany do rejestru wyborców w innym mieście na nie wiadomo jakich podstawach było piekielne, ale ja postanowiłem to odkręcić!

Zatem wziąłem wolne w pracy (bo przecież, żeby obywatelom było łatwiej, urzędy działają w godzinach pracy większości normalnych zmian w zakładach pracy) i wyruszyłem do lokalnego urzędu miasta - wydziału spraw obywatelskich i meldunkowych czy czegoś w tym rodzaju.

Po odstaniu swojego w kolejce do pokoju, do którego mnie skierowano na informacji wchodzę i zaczynam wyłuszczać swoje żale.

Pani urzędniczka owszem, była miła, ale stwierdziła, że taką sprawę to załatwić można tylko w miejscu, w którym jestem dopisany do rejestru wyborców.

Zatem po wybraniu kolejnego dnia wolnego wyruszyłem z samego rana do wspomnianego wyżej miasta, aby uderzyć do urzędu miasta i u miłego pana w okienku dowiedzieć się, że oni nie są w stanie tego załatwić, bo takie rzeczy załatwia się w lokalnym urzędzie gdzie docelowo ma się głosować - czyli w miejscu skąd przybywam.

Zły, bo przecież dzień wolny można poświęcić na coś przyjemniejszego niż latanie po urzędach w miastach wojewódzkich, a i biletów międzymiastowych przecież za darmo na rogach ulic nie rozdają.

Zatem, uzbrojony w nowo nabytą wiedzę, wracam do punktu początkowego do pani numer 1 (tak, zdążyłem jeszcze tego samego dnia), która mnie informuje, że w sumie ona nie wie, ona się nie zna, i ona tak właściwie się tym nie zajmuje, ale w sumie koleżanka na drugim końcu korytarza jest związana z wyborami i ona się tym może zajmie.

Co sobie w tym momencie pomyślałem, to sobie pomyślałem, ale poszedłem na drugi koniec korytarza obchodząc dodatkowo całość naokoło, bo pośrodku tegoż korytarza jest wydzielona część, przez którą nie można przejść.

Ostatecznie miła pani z tajnego pokoju okazała się odpowiednią osobą. Potrzebowała jedynie mojego oświadczenia, a wszystko zostało rozwiązane elektronicznie i nie musiałem nigdzie chodzić ani jeździć.

Cóż, jak następnym razem mnie przeksięguje gdzieś o zgrozo na drugi koniec Polski, to przynajmniej wiem, co robić.

urzędy

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 107 (129)

#87623

(PW) ·
| Do ulubionych
Wiecie, kto właśnie się na mnie oburzył i mnie ofukał za to, że poprosiłam o założenie maseczki w sklepie?

Farmaceutka/technik farmacji z apteki dwa lokale dalej.

"My w aptece nikomu nie zwracamy uwagi, a wy się w monopolu będziecie czepiać!"
...

sklepy

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 155 (165)

#87619

(PW) ·
| Do ulubionych
Już dawno nie pisałam o szefie Januszu. Nie było powodu, przez ostatnie prawie pół roku w pracy była wręcz sielanka i zero głupich pomysłów. Do czasu.

Za miesiąc przeprowadzamy się do innego biura. Janusz do tej pory nie wspominał nic na temat organizacji przeprowadzki, więc myślałam, że temat ogarnął sobie we własnym zakresie.

Od kwietnia zeszłego roku pracuję zdalnie, w ograniczonym wymiarze godzin, w biurze pojawiam się średnio raz na 2 tygodnie, więc nie jestem ze wszystkim na bieżąco i pewne sprawy dzieją się poza mną.

W ramach pomocy przedsiębiorcom państwo płaci pozostałą część mojej pensji, a Januszowi w zasadzie nie wolno mnie w tym czasie zwolnić.

Ale jednak nie. Najpierw zapytał mnie, czy, skoro niedawno się przeprowadzałam do nowego mieszkania, mam może namiary na jakieś godne polecenia firmy przeprowadzkowe. I jeśli tak, to czy mogłabym pozbierać od nich oferty i ogólnie zająć się tematem, bo mu się przypomniało, że w sumie czas nagli.

Rzeczy do przewiezienia byłoby około 40 metrów sześciennych. Oprócz mebli biurowych i sprzętu IT, również czasopisma, których wyjdzie jakieś 60-80 kartonów oraz fortepian. Przedwojenny, zabytkowy, po ojcu czy nawet dziadku Janusza, który Janusz z jakichś przyczyn trzyma w biurze.

Ze względu na ten ostatni, firma przeprowadzkowa musi posiadać odpowiedni sprzęt, uprawnienia oraz stosowne ubezpieczenie w razie, gdyby fortepian uległ uszkodzeniu.

Udało mi się znaleźć trzy firmy spełniające te warunki i dysponujące jeszcze wolnymi terminami końcem lutego - tę, która zajmowała się moją przeprowadzką i dwie inne polecane przez wszystkich wokół.

Ze wszystkimi trzema umówiłam się na oglądanie, co jest do zabrania, na zeszłą środę - odpowiednio na 9, 10 i 11. Terminy uzgodnione z Januszem, wszystko mu pasowało, ja też miałam wtedy przyjechać do biura. Nadeszła środa rano, przyjechałam ja, przyjechał pierwszy pan przeprowadzkowy, za to Janusz nie przyjechał.

Do tego zamknął obydwa biura na klucz i nie mieliśmy jak dostać się do środka. Swój elektroniczny klucz musiałam już w kwietniu pożyczyć facetowi, któremu na czas mojej pracy zdalnej Janusz podnajął moje miejsce parkingowe w garażu podziemnym.

Dzwoniłam do niego kilkakrotnie, za każdym razem mówił, że już jedzie. Przyjechał dopiero po 12. Bo zimno, śnieg padał i nie chciało mu się wstawać. Całe szczęście, że biura mają szklane drzwi więc co nieco było widać i dało się mniej więcej oszacować, jak dużo będzie do zabrania.

Końcem tygodnia dostałam wyceny - od każdej firmy mniej więcej tyle samo - około 1400 euro. Cena bardzo przyzwoita, przyznam, że nawet sporo mniej niż się spodziewałam (obstawiałam około 2000), zwłaszcza że z powodu zamkniętych sklepów nie mamy jak kupić własnych kartonów i musi je nam udostępnić firma przeprowadzkowa, co znacznie podbija cenę. Propozycje wraz z moimi komentarzami wysłałam Januszowi.

Janusz dzwoni.
- Cran, dzięki za oferty, ale to chyba jakiś żart.
- W sensie, że tak tanio? Wszystkie firmy są z polecenia, mają świetne opinie, wszystkie potrzebne uprawnienia i …
- Nie, właśnie strasznie drogo. Ja tyle nie dam za przewiezienie paru rzeczy
- Jakiej ceny się spodziewałeś?
- No Michael (facet, który podnajmował od nas jedno biuro) zapłacił swojej firmie przeprowadzkowej 300 euro
- Ale Michael miał jedno biurko, jedno krzesło i dwie małe szafki, prawie puste. I tak dużo zapłacił. U nas same kartony będą kosztować prawie 300 euro, do tego twój fortepian to kolejne 400. 7 stówek za resztę to nie jest wygórowana cena
- Kartony powinni nam dać za darmo. Moja propozycja to 300 euro plus referencje
- Janusz, żadna licencjonowana firma nie zrobi ci przeprowadzki za wpis w cv. Znam mniej więcej realia rynku i taniej zrobią ci to najwyżej czarnoroby bez uprawnień, bez wystawiania rachunku i bez ubezpieczenia. Coś się stanie lub coś ci ukradną - twoje ryzyko.
- Nie, takich to nie. Musi być legalnie. To ja poszukam sam.

I stanęło na tym, że sam będzie szukał. Pobawię się teraz w szklaną kulę i spróbuję przewidzieć, co się stanie w najbliższych tygodniach.

O ile Janusz w ogóle się za to zabierze, nikogo nie znajdzie za taką cenę. Na tydzień, góra dwa przed przeprowadzką zorientuje się, że nie ma nikogo i postanowi jednak przeboleć te 1400 euro. Żadna z tych firm nie będzie mieć już jednak wolnego terminu (są dobrzy i niedrodzy, więc są rozchwytywani, a koniec miesiąca to zawsze czas przeprowadzek, do tego ze względu na obostrzenia i zakaz kontaktów nie można sobie przeprowadzki zorganizować prywatnie, więc firmy maja urwanie głowy) i zacznie się szukanie na gwałt kogokolwiek.

Ostatecznie albo znajdzie kogoś, ale zapłaci dwa razy tyle, albo nie znajdzie i do zapłacenia dojdzie mu jeszcze czynsz za dodatkowy miesiąc w starym biurze, bo nie zdąży się wyprowadzić na czas.

EDIT: Update z ostatniej chwili. Janusz wykminił, że jednak nie będzie płacił firmie przeprowadzkowej, a przeprowadzkę ogarnie mu jego Junior z kolegami (o Juniorze pisałam już w poprzednich historiach). No cóż, pozostaje mi tylko udać się po popcorn. Przynieść komuś?

przeprowadzka

Skomentuj (19) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 180 (186)

Podziel się najśmieszniejszymi historiami na
ANONIMOWE.PL

Piekielni