Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

 

#84111

(PW) ·
| Do ulubionych
Miałem ja sobie firmę, założoną jeszcze w czasie kopalni bitcoinów (czyli jakieś 1,5 roku temu). Założyłem ją, bo chciałem aby cała ta akcja była legalna.

Po pewnym czasie okazało się, że to nie jest opłacalne ani trochę. 300zł płatność ZUS (mimo że pracuję, odprowadzam składki zdrowotne, ale okazuje się, że jak mam własną działalność to choruję podwójnie).

Firma została zawieszona i wisiała sobie tak ok roku, w końcu stwierdziłem że działalności nie będę wznawiał ponieważ ten biznes (bitcoinowy) się nie opłaca, a jak na razie nie planuję innych aktywności które mogłyby wymagać działalności.

Jak doradził mój drugi doradca podatkowy (pierwszy tylko namieszał w papierach, na szczęście nie chciał za to kasy) należałoby firmę zamknąć, on wszystko przyszykuje, VATy PITy i inne papiery, nie wiem, nie znam się na tym.

Wszystko zostało wysłane do urzędu lub też zaniesione. Nie wiem czemu niektórych papierków nie dało się wysłać przez internet tudzież musiałem je osobiście zanieść. Niby wszystko fajnie, ale po miesiącu od zgłoszenia zamknięcia działalności dostaję list od urzędu skarbowego.

W tym liście informacja o tym że czegoś brakuje, ale jednocześnie tego nie brakuje bo nie. Mój doradca podatkowy nie wiedział o co im chodzi także zadzwonił w moim imieniu do urzędu skarbowego. Pierwsza pani, która odebrała telefon nie wiedziała o co chodzi ale za to znała kogoś kto też nie wie (ach te facebookowe memy). Obiecała że pogada, dowie się i oddzwoni.

Oddzwoniła i powiedziała, że przełączy mojego doradcę z drugą panią, która coś tam wie (tylko że nie). Chodziło o dokument stwierdzający, że nie posiadam żadnych materiałów zakupionych bez VAT, za które musiałbym zapłacić (VAT się musi zgadzać) lecz w jakichś tam konkretnych warunkach tego dokumentu nie trzeba dostarczać (nie pamiętam warunków, nie zmienia to faktu, że dokument można dostarczyć aby już mieli to u siebie, zamiast znowu mnie ciągnąć do urzędu). Chwilkę się tam przepychali no bo jak to tak, daje pan coś czego nie trzeba ale można. Swoją drogą nie mam pojęcia jak ta pani obsługiwała telefon, bo raz było dobrze słychać, a raz za cicho. Doszli do wniosku że nie ma ustawy, która reguluje mój przypadek.

Nie mam nic co bym musiał oddać do urzędu i to udowadniam, natomiast według ustawy nie muszę tego udowadniać, ale oni po jakimś czasie i tak by chcieli żebym to udowodnił. Dobre.

Najlepsze natomiast jest to, że kobieta która własnoręcznie podpisała się na papierze, który dostałem z urzędu, nie miała zielonego pojęcia o co mi chodzi. Jak interpretować ten dokument i w ogóle czego on dotyczy. Dopiero po dłuższej rozmowie udało się wywnioskować o co chodzi.

To jak to tak? Pani podpisała własnym nazwiskiem dokument, którego nawet nie przeczytała? Urząd skarbowy nie przestanie mnie zadziwiać. Mam jeszcze jedną historię odnośnie tej placówki, nieco krótszą ale to później...

Pozdrawiam wszystkich urzędników tego organu administracji.

Pierwszy Urząd Skarbowy w Bydgoszczy

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 61 (75)

#84110

(PW) ·
| Do ulubionych
O tym jak wraz z koleżanką ze sklepu obok, zostałyśmy nietolerancyjnymi w stosunku do osób niepełnosprawnych świniami.

W wakacje pracuję w sklepie mojego taty - nad morzem. Mieścina jest mała i na pewno bezpieczniejsza i spokojniejsza od na przykład Mielna, więc dużo tu rodzin z dzieciakami, dużo też osób niepełnosprawnych właśnie.

Pewnego dnia wchodzi [P]ani, a wraz z nią dziewczyna (córka? wnuczka?). Wyglądała na około 20 lat, ewidentnie na coś chora. Na początku było okej, dziewczę coś tam sobie patrzyło między półkami, głównie zainteresowana zabawkami. [P] przegląda ubrania. W sklepie dość sporo osób, więc tak naprawdę po zwyczajowym "dzień dobry" nie zajmowałam się nimi zbytnio.

A potem [P] stwierdziła, że chce wyjść. Woła więc dziewczynę, żeby zostawiła zabawkę, wrócą później i tak dalej. Ale ona nie chciała wyjść. Zaczęła wrzeszczeć, uciekać, chować się za innymi klientami i ostatecznie drzeć się, że nie pójdzie, bo [P] ją bije.* Ewidentnie, [P] nie mogła sobie poradzić z dziewczyną, a klienci, cóż, zaczęli wychodzić. Ja nie powiedziałam nic, pozwoliłam [P] samej się tym zająć. Ostatecznie wyszły, dziewczę się trochę uspokoiło.

Dosłownie trzy metry dalej od mojego sklepu stoi wielki biały namiot. Asortyment względnie podobny, ceny również (u nas taniej ;)), ale okazało się, że [P] wraz z dziewczyną postanowiły wejść i tam. No i rozpętało się prawdziwe piekło.

Wrzaski tej dziewczyny słyszałam nawet u siebie, ale przecież nie mogłam zostawić sobie sklepu i iść zobaczyć, co się dzieje. Jak miałam przerwę poszłam do znajomej zapytać, co się stało.

Otóż, według relacji koleżanki, dziewczyna już od początku sprawiała problemy - otwierała zabawki, wyzywała przechodzących obok niej ludzi od debili, kiedy jeden z pracowników namiotu poprosił ją, żeby nie otwierała zabawek, ta kazała mu spier*alać. Koleżanka zlokalizowała, więc [P] i kulturalnie poprosiła ją o opuszczenie sklepu, bo dziewczyna niszczy towar i zachowuje się nieodpowiednio. [P] się wręcz zapowietrzyła i oczywiście zaczęła wymyślać jak to jest niedopuszczalne, że ona to zgłosi. Koleżanka w prostych żołnierskich słowach wyjaśniła jej, że albo zabiera dziewczynę i więcej nie wraca, albo płaci za każdą otwartą przez nią zabawkę, którą trzeba było później sprzedać za niższą cenę, bo towar uszkodzony** - a było tego trochę, z tego, co znajoma mówiła dziewczę przeżarło się przez jakieś dziesięć opakowań.

[P] woła dziewczynę. Dziewczyna to samo, co przedtem - krzyczy, ucieka, chowa się, mówi, że [P] ją bije. Ostatecznie wychodzą.
Trzy dni później wracają do mnie - i akurat była u mnie znajoma z namiotu obok. [P] jak ją zobaczyła to aż poczerwieniała na twarzy, a dziewczyna spokojnie zaczęła otwierać zabawki.
[J]a: Proszę nie otwierać glutów.***
[P]: Słyszałaś panią! Zostaw!
[D]: A spier*alaj!

Poprosiłam je o wyjście. Kolejny raz ta sama scena. Pani wydziera się, że jesteśmy nietolerancyjne i wyrzucamy je ze sklepu tylko dlatego, że dziewczyna chora. Ona to zgłosi gdzieś!!

Otóż nie. Nie wygląda to tak. Ja sama nie mam nic do osób niepełnosprawnych i jestem w stosunku do nich dość przyjacielska (kiedyś przyszła pani z dziewczynką z porażeniem mózgowym - ja pomagałam pani wybrać stanik, a dziewczynka bardzo mocno mnie tuliła przez cały ten czas). Tu chodzi o to, że jeśli już się gdzieś wychodzi to powinno się zadbać, by owa osoba niepełnosprawna nie robiła kłopotów. Bo jak koleżanka ma wyjaśnić szefowi, że musi 10 opakowań glutów sprzedać niżej, bo otwierająca je dziewczyna nie reagowała na prośby? W godzinach szczytu, a w takich właśnie przychodziła [P], jeden klient potrafi narobić zakupów za 200 - 300 złotych.

Powiedzcie mi, Piekielni, kto był w błędzie? Ja i koleżanka czy [P]?

*dziewczę miało krótkie spodenki i koszulkę na ramiączkach, żadnych siniaków widać nie było, a [P] wyglądała jakby słyszała takie teksty średnio kilka razy dziennie.
** chodzi tu o wszelkiego rodzaju gluty i slime'y bardzo popularne tamtego sezonu, ale cholerstwo łapie kurz niemal od razu po otwarciu. Lekkie zabrudzenie i klienci już targują się o niższą cenę.
*** no wiecie, takie dla dzieciaków, lepkie, kolorowe, trochę śmierdzi.

sklep osoba niepełnosprawna morze

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 44 (60)

#83970

(PW) ·
| Do ulubionych
Trafiłem na historię 83646 dotyczącą niedowidzącego kierowcy i znam podobny, albo bardziej piekielny przypadek.

Jest sobie mężczyzna, w podeszłym już wieku, który w młodości uległ wypadkowi w pracy, efektem którego jest znaczna utrata wzroku. Posiada II grupę inwalidzką i należy do Polskiego Związku Niewidomych. Był czas kiedy nosił okulary takie jak Stępień z 13-go Posterunku. Ale czasy się zmieniają i nastała era powszechnej dostępności szkieł kontaktowych. Jako że od grubych i ciężkich szkieł w okularach nos zaczął mu się deformować lekarz zalecił mu stosowanie szkieł kontaktowych. Ale niestety nie produkuje się szkieł o potrzebnej korekcji, więc nosi szkła kontaktowe o maksymalnej korekcji i do tego okulary, takie o już "normalnym" wyglądzie.

I ten pan postanowił zrobić prawo jazdy. Wydawałoby się. że to absurd, ale w naszej polskiej ojczyźnie jakoś nie. Badania lekarskie przeszedł bez problemu, bo lekarz nie spytał czy oprócz okularów ma jeszcze szkła kontaktowe (chyba nawet nie wiedział ze tak można). Kursy pozaliczał, zdał egzaminy i kupił samochód. Oczywiście zaraz złożył dokumenty o plakietkę dla niepełnosprawnych i też ją otrzymał, bo nikt z komisji nie zapytał czy to on jest kierowcą. I jeździ. Całe szczęście że jest świadomy swoich dysfunkcji i jeździ tylko wtedy gdy jest ładna pogoda, bo wtedy widzi dobrze, ale i tak niewiele bo:
- jak jest blisko, to woli rowerem,
- jak cel podróży jest blisko przystanku komunikacji zbiorowej, to z niej korzysta, bo jako inwalida ma zniżki i samochodem się nie opłaca.

Najgorzej jest jak wyjedzie za dobrej pogody, a w trakcie podróży zacznie padać. Wtedy światła mijanych samochodów odbijają się od mokrej nawierzchni i tak go oślepiają, że nic nie widzi. Raz mu się zdarzyło wracając do domu 15 km jechać prawie godzinę.
Czy nasz system badania kierowców/kandydatów na kierowców nie jest piekielny????

PS.
Znam też faceta, który mając zeza takiego, że nie dało się mu spojrzeć prosto w oczy został kierowcą zawodowym i kilkanaście lat jeździł tzw. TIR-ami.

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 60 (92)

#84067

(PW) ·
| Do ulubionych
Przeczytałem historię o utracie dziecka i niezrozumieniu żałoby, którym wykazała się znajoma pytając po kilku miesiącach kiedy następne dziecko. Uważam, ze historia jak najbardziej piekielna, ale również w komentarzu zaznaczyłem, że w moim odczuciu, kobieta ta chciała dobrze - uznała to za formę 'pocieszenia'. I zostałem odżegnany od czci i wiary...

Opowiem historię, o której moi 'nowi znajomi' - czyli ludzie, których spotkałem już po moim wyjeździe z ojczyzny, nie wiedzą i nawet się nie mogą, mam nadzieję domyślać. Niebawem rocznica rocznicy...

W marcu 2014 roku postanowiliśmy z Miłością Mojego Życia wybrać się na narty. 'Byliśmy' w 3-cim miesiącu ciąży, ale po konsultacji z lekarzem - żadnych przeciwwskazań, tylko uważać trochę bardziej niż zwykle. Dla bezpieczeństwa - MMŻ miała karnet kupowany tylko na ośle łączki.

Spędziliśmy jeden z najlepszych urlopów w życiu - nie pokłóciliśmy się ani razu przez blisko 2 tygodnie (a zdarzało nam się kłócić 3 razy dziennie). Gdy zobaczyłem MMŻ zjeżdżającą na tej oślej łączce w otoczeniu dzieci, wyobrażałem sobie siebie za 4 lata, jak szukam takich maleńkich nart, kasku. I uśmiecham się pod nosem, patrząc jak mój syn niezdarnie, po ojcu, próbuje chwycić się orczyka i jak z duszą na ramieniu patrzę na jego każdy jego upadek.

3 dni przed wyjazdem zaproponowałem, że pojedziemy do sąsiedniego państwa - mieliśmy hotel bardzo blisko granicy, a wyczytałem, że w sąsiednim państwie można znaleźć znacznie lepsze stoki i widoki są podobno niesamowite. To była nasza pierwsza kłótnia - MMŻ nie chciała jechać. Bo jej było dobrze, bo podróż 2 godziny w jedną stronę, że będziemy zmęczeni. Skończyło się tym, że MMŻ miała się wybrać taksówką na zakupy do Większego Miasta 30 km od hotelu, a ja o 5 rano wyjechałem do sąsiedniego państwa.

Kto był na nartach wie, że jak zjeżdżasz, to telefonu nie słyszysz... A jak jesteś na dole, to biegniesz na górę i telefonu z kieszeni wyciągać się nie opłaca, bo zanim zdejmiesz te wielkie mokre rękawice, kurtkę i spodnie to już ci kolejka przejdzie. Telefon sprawdziłem po około 4 godzinach zjeżdżania - około 12, jak szedłem na obiad. Miałem 20 nieodebranych połączeń od MMŻ. Nogi się pode mną ugięły, próbowałem oddzwonić. Kilka razy. Nie odbierała, więc praktycznie pobiegłem do auta i bez zastanowienia postanowiłem wrócić do hotelu, próbując dzwonić co jakiś czas do MMŻ.

Gdy dojechałem na miejsce już wiedziałem, że 'coś' się stało - recepcjonista w hotelu zaprosił mnie do takiego małego pomieszczenia za recepcją. Powiedział, że MMŻ poprosiła rano o zamówienie taksówki, że taksówkarz dzwonił chwilę po wyjeździe, że szpital, że MMŻ... niewiele pamiętam z tej rozmowy, odpłynąłem, nie wiedziałem co się dzieje. Po chwili zacząłem myśleć o tym, co się mogło stać - myślałem o poronieniu... Zamówioną taksówką pojechałem do szpitala w Większym Mieście. Zajęło mi 40 minut znalezienie kogokolwiek, kto mógłby mi udzielić jakiejkolwiek informacji, wtedy wydawało mi się, że ja całe lata chodzę po tych korytarzach, że czuję jak mi włosy siwieją ze zmartwienia.

MMŻ nie lubiła siedzieć na tylnym siedzeniu. Po prostu nie lubiła. Jadąca za szybko osbówka wypadła ze swojego pasa na zakręcie, prosto w taksówkę, którą jechała MMŻ. Kierowcy osbówki ani taksówkarzowi nic poważnego się nie stało - poza ogólnym szokiem i siniakami. MMŻ zginęła na miejscu. Ratownicy próbowali dzwonić z jej numeru na numer, który miała zapisany jako ICE, ale jej 'ICE' zamiast spędzać z nią czas wolał szusować w sąsiednim kraju. Bo widoki były piękne. I na góry i na życie...

Ja do swojej żałoby potrzebowałem kopa. Najpierw to była praca, z której prawie nie wychodziłem, później doszła siłownia. Ale nic mnie bardziej nie doprowadzało do szału niż ludzie chodzący na paluszkach, żeby mnie nie urazić. Miałem ochotę krzyczeć na każdego, który chciał być wrażliwy i miły...

Żałoba

Skomentuj (22) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 78 (128)

#84108

(PW) ·
| Do ulubionych
Pewna sytuacja spieprzyła mi cały wieczór.

Spotkałem się z moją żoną po jej pracy (około 20), planowaliśmy skoczyć na piwo czy drinka. Niestety miejsc w okolicznych restauracjach nie było. Więc szybko jedzenie w galerii handlowej.
Wychodzimy i widzimy dziwnie zachowujące się nastolatki, nagle wbiegają na przejście dla pieszych lub na ulicę. Cieszą się jak nie wiadomo co. Przebiegły na nasza stronę ulicy i myśleliśmy, że, ok, taki wiek.

Niestety okazało się, że kupiły sobie gdzieś kauczuk i nim rzucały po jednym z największych w szczecinie skrzyżowań.
Wciągu około 15 minut wbiegły 15 razy pod samochody.
Samochód nie odczuje tej kulki, jednak kierowca potrącający 12 czy 15 letnią dziewczynkę już tak.

Najpierw chciałem podejść i sam im przywalić, by wiedziały jak wyglądają obrażenia po wypadku. Jednak zdecydowałem, że zadzwonię pod 112.

Standardowa gadka, co/gdzie/kiedy/nazwisko.
Ok, wysyłam patrol.

Poczekałem jeszcze 20 minut, dalej sobie grały, przejechały 3 radiolki i 2 samochody SM.

Skoro 112 nie działa, to ostrzegłem kierowców przez fb grupa suszą szczecin.

Co mogłem więcej zrobić, tak by nie mieć postępowania o molestowanie/napaść na nieletniego?

Piekielnym jest to, że gdy ktoś jedną z tych głupich dziewczyn potrąci, to będzie miał problemy/wyrok oraz samosąd społeczny.
Nikt z tego się nie otrząśnie, czy to rodzina dziewczynek, czy kierowca i jego rodzina.

policja droga

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 108 (118)

#84102

(PW) ·
| Do ulubionych
Kolejka do wyciągu.
Wolne miejsca na kanapie, wolne miejsca w gondoli:
- Chłopaki wsiadajcie.
- Ale my jesteśmy razem.
i odjeżdżają 2,3 miejsca puste, bo oni są razem.
- Hej dziewczyny, wsiadajcie.
- Hihihi, hohoho, my musimy razem.
i odjeżdżają 2,3 miejsca puste, bo one muszą razem.
- Wsiadajcie państwo, nie blokujcie.
- Ale my musimy razem, jesteśmy z dzieckiem.
Aha, rozumiem. Ale zaraz, zaraz. Gdzie ten maluch? Gwałtu rety, zgubił się? Nie widzę dziecka przecież. Po chwili orientuję się, że dziecko, to ten na oko 17-18 letni drab z brodą jak talib i jakimś bohomazem wydziaranym nad uchem.
I tak za każdym przejazdem: bo oni muszą razem.

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 110 (130)

#84092

(PW) ·
| Do ulubionych
Wstęp - jakby ktoś nie czytał wcześniejszych historii.
Jestem stary facet, z brodą i siwiejącymi włosami.
Waga 85, wzrost 173 (bo to może być ważne).

Po kontuzji ręki postanowiłem pójść na siłownię i odbudować. Bloki na dowodzenie i odwodzenie, jeśli to kogoś interesuje.

Spokojnie sobie zaczynam po rozgrzewce...
Na luzie, serie po 30 i przerwa, bo nie chcę przeciążyć.

I nagle wokół mnie zebrało się - nie wiem co - sfora?
Dwóch ABS-ów, 4 istoty płci żeńskiej, które chodzą na siłownię nie wiem po co, po sweet-focię?
I komentują każde moje ćwiczenie.
Poczułem się niekomfortowo.

Ruszyłem się do obsługi lub "trenerów personalnych" - jak lubią się ostatnio nazywać.
Mówię jaki jest problem.
Nie, nie zwrócą mi za karnet, a w ogóle (to usłyszałem) "po ch@j przylazłeś?".

Czyli co? Mam stary dziadyga poradzić sobie z tymi byczkami? Przecież zbiorą mnie w najbliższej uliczce i rozsmarują po ścianach.

Dobra, niech będzie podstęp - rzuciłem "Widzicie panowie, że mam rękę niesprawną, ale może sprawdzimy się na nogi"
(podstęp polegał na tym, że przez 3 lata tańczyłem w AZS-ie, więc 4000 godzin "palce-pięta" potrafią nogi wyrobić)

Pierwszy odpadł przy 150, drugi przy 165 (pełen jestem podziwu, starał się). Dociągnąłem do 185.
Jakby wiedział, że swą lubą, która waży 150 kilo podnoszę razem ze swoją wagą, to może wcześniej by odpuścił.

I tego co dłużej wytrwał zapytałem: "To już OK, i mogę tu przychodzić?"
Myślę, że było to mądrzejsze niż pytać tfu... trenerów.

Generalnie rzecz jest o tym, że łatwiej przekonać dwóch ABS-ów, niż ludzi, którzy w celu pilnowania porządku są zatrudnieni.

Skomentuj (23) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 135 (149)

#83974

~Pablo1973 ·
| Do ulubionych
Mieszkam na Podlasiu, w mieście kiedyś wojewódzkim a teraz powiatowym ;).
Mowa będzie o rowerzystach, a konkretnie o młodych imb...ach.

Nie wiem gdzie macie mózgi i wyobraźnię, ale jazda na bicyklu bez używania rąk, za to świetne w międzyczasie obsługiwanie smartfona do bezpiecznych nie należy.
I właśnie o takim mądrali będzie opowieść. Dodam od razu że to żaden fejk, byłem razem kolegą świadkiem kolizji.

Ale do rzeczy.
Kobiecina zjeżdżała z głównej ulicy na osiedlową. Pech chciał, że przecinała ją ścieżka rowerowa. Dziecię pruło rowerkiem, ale jak miało zobaczyć auto jak przecież w międzyczasie trzeba fb sprawdzić albo zwyczajnie popisać SMS. No i stało się - przywalił kobiecie w lewe przednie koło z takim impetem że stalowy rumak został, za to pacholę przejechało się po masce wozu.
Myślicie że się przejął? O nie, odnalazł tylko "kontakt z mózgiem" (czyt. smartfon czyli ostatnia jego szara komórka) i pojechał dalej. Dodam tylko że kobieta wyszła z pojazdu sprawdzić czy nic mu nie jest, ale tylko machnął ręką i pojechał dalej.

I dlatego jestem za zabraniem cyklistom głupiego przepisu o pierwszeństwie. A na miejscu Policji wlepiałbym mandaty jeden za drugim i walczył z tym, bo dla mnie to już patologia tacy ekwilibryści na rowerach.

ulica

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 109 (133)

#84105

(PW) ·
| Do ulubionych
Jakiś czas temu szef poprosił mnie bym jechał z nim na jedną z imprez branżowych jako jego kierowca. W zamian miałem mieć następny dzień wolny, więc z oferty skorzystałem. Na miejscu ja sobie usiadłem grzecznie przy barze i zamawiałem drinki bezalkoholowe, podczas gdy szef załatwiał interesy. Przy okazji poznałem kilku prezesów różnych firm, w tym niektórych bardzo dużych.

Gdzie piekielność? W zachowaniu tych prezesów. Od chamskich i wręcz wulgarnych prób podrywania kelnerek, które po 2 godzinach bały się wychodzić zza baru, po wszczynanie bójek za byle szturchnięcie. Przy okazji rozszerzyłem zasób słownictwa swojej łaciny podwórkowej. Bawiąc się często z "hołotą" widziałem bardziej kulturalne zachowanie niż tych ludzi "na poziomie".

prezesi

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 103 (117)

#84100

(PW) ·
| Do ulubionych
Piekielna walentynkowa historia mojego kuzyna.
Kuzyn zaczął spotykać się z dziewczyną w liceum, razem zamieszkali po wyjeździe na studia i wszystko wskazywało na to, że w najbliższej przyszłości się pobiorą i będą "żyć długo i szczęśliwie". W życiu jednak tak pięknie jest rzadko. Prawdziwie piekielne jest to, w jaki sposób zakończył się ich ponad pięcioletni związek.

Od początku oboje stwierdzili, że nie obchodzą walentynek, bo to święto komercji, a oni kochają się tak bardzo, że nie potrzebują do tych kiczowatych okoliczności. No i wszystko byłoby w porządku, gdyby na ostatnim roku studiów dziewczyna nie stwierdziła, że (skoro oni we dwoje nie obchodzą walentynek) to pójdzie na imprezę antywalentynkową do znajomych. Oboje doszli do wniosku, że pójdzie tam sama, bo po pierwsze będą tam sami single [edit, bo widzę z komentarzy, że niezrozumiale napisałam: na imprezie raczej niemile widziane by były pary], po drugie to głównie jej znajomi (z jej kierunku), a po trzecie on jest zajęty kończeniem jakiegoś tam projektu do pracy. Nie byli parą w typie papużek nierozłączek, więc takie wyjście było dla obojga czymś normalnym. Kuzyn myślał, że oboje są na tyle dojrzali, że to nic niezwykłego.

Szczegóły tego, co działo się na imprezie, dotarły do niego z drugiej ręki (przez znajomych znajomych). Mianowicie, dziewczyna się upiła i rzucała niedwuznaczne sugestie (i sygnały niewerbalne), że chętnie przespałaby się z dowolnym z obecnych kawalerów. Kuzyn nie dowiedział się od znajomych nic więcej, dziewczyna nie wspomniała ani słowem, by działo się cokolwiek podobnego, więc stwierdził on, że to tylko plotki i nawet jeśli jest w nich ziarno prawdy, to nie ma co się przejmować. Ufał jej, tak jak powinno się ufać komuś, z kim jest się w stałym związku.

Żył sobie w słodkiej nieświadomości jeszcze cztery miesiące.
Po ostatniej sesji i obronie prac dyplomowych, chciał zaplanować last minute wakacje - nagrodę dla nich obojga za skończenie studiów (do opłacenia tych wakacji dołożyli się znacząco jego rodzice). Kiedy zapytał ją gdzie by chciała wyjechać, ona odpowiedziała, że już ma plany na wakacje... i na resztę życia.

Oświadczyła, że teraz wyjeżdża na dwa tygodnie ze swoim nowym facetem, którego poznała na walentynkach, i w tym czasie kuzyn ma spakować wszystkie jej rzeczy, które zabierze po powrocie.
Zakończyła słowami, które wryły mu się w pamięć "Nie rób z tego tragedii, przecież wiadomo było, że to było tylko na czas studiów".
No cóż, nikt nie przypuszczał, że ich związek był "tylko na czas studiów", bo przez te kilka lat stała się już częścią rodziny dzięki relatywnie częstym wizytom na rodzinnych uroczystościach.

Po długich i trudnych rozmowach z nią i ze znajomymi, kuzyn dowiedział się, że romans jego dziewczyny zaczął się na tej nieszczęsnej imprezie walentynkowej, kiedy zaciągnęła jednego z obecnych tam kolesi do sypialni. Potem umawiali się na randki tak, jakby ona w ogóle nie była w związku, a znajomi myśleli, że kuzyn jest tego świadomy i mieszka razem z nią tylko na zasadzie współlokatorstwa, żeby nie robić ani jej ani sobie problemów przed końcem studiów.

Skomentuj (27) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 126 (146)

Podziel się najśmieszniejszymi historiami na
ANONIMOWE.PL

Piekielni