Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

 

#87427

(PW) ·
| Do ulubionych
Będzie o Honorowym Krwiodawstwie.

Najpierw będzie krótki wstęp. W Polsce krwiodawstwo wygląda tak, że jak krwiodawca odda krew to trafia ona do specjalnego banku krwi. Z tego banku krew jest przydzielana dla najbardziej potrzebujących w danym momencie. Czyli krwiodawca nie ma możliwości zdecydowania dla kogo jego krew zostanie przeznaczona.

Ale jest też coś takiego jak oddanie ze wskazaniem. Służy to do tego aby mobilizować nowych dawców. Czyli w skrócie gdy potrzebna jest krew dla babci to rodzinka i znajomi idą oddać krew i mówią dla kogo. W centrum krwiodawstwa zapisywane jest ilu dawców oddało dla konkretnej osoby - ale są to tylko statystki. Krew i tak idzie do banku krwi i zostanie przydzielona temu, kto jej najbardziej potrzebuje. Chodzi o to aby zmotywować do oddania ludzi, którzy normalnie dla obcej osoby by tego nie zrobili. I oczywiście większa ilość krwi w banku to większa szansa, że i babcia "się załapie". Jednak w przypadku gdyby przyjechali poszkodowani z wypadku i trzeba im było robić transfuzje ratującą życie to i tak oni mają pierwszeństwo np. przed osobą czekającą na planowany zabieg. Nieważne ile ta osoba nagromadziła ludzi, którzy oddali ze wskazaniem właśnie na nią.

Jestem honorowym krwiodawcą od 18 roku życia. Jakiś czas temu zapisałam się do grupy honorowych na fb. Zawsze fajnie wiedzieć kiedy są jakieś fajne akcje krwiodawstwa albo kto lepsze czekolady dostaje ;) I tu zaczyna się piekielność - codziennie są publikowane posty z apelem o oddanie krwi ze wskazaniem. Są to zawsze nowi członkowie, którzy starają się pomóc swoim bliskim w potrzebie. Tylko, że nie dociera do nich, że proszą o oddanie krwi ludzi którzy już to robią i w żaden sposób nie zwiększy to liczby jednostek krwi w banku. Nie ma znaczenia czy pójdę oddać krew ot tak czy powiem, że to dla Pani Zosi z Krakowa. Ja i tak pójdę to zrobić.

Codziennie tłumaczymy ludziom aby nie mobilizowali regularnych dawców bo oni i tak oddają ile mogą i więcej się z nich nie wyciśnie i żeby publikowali takie posty na lokalnym spotted czy wśród rodziny, tak aby nowe osoby zasiliły bank krwi. Jest to o tyle irytujące, że wtedy spotkamy się z bardzo negatywną postawą.

No bo jak to tacy honorowi i nie chcą pomóc? Co za chamidła z nich... przecież i tak oddają to co im szkodzi oddać "dla kogoś". Co z tego, że oddałam już tyle krwi, że mam wszystkie możliwe przywileje - jestem ta zła i niedobra bo nie oddam jeszcze dla kogoś konkretnego. A na pytanie ile autor postu oddał krwi w swoim życiu zazwyczaj nie można doczekać się odpowiedzi, albo "ale ja się boje igieł".

Wiem, że sami lekarze wprowadzają ludzi w błąd i czasami mówią, że jak nie zgromadzą kilku dawców to nie będzie zabiegu. I to też jest piekielne. Ale problem leży w tym, że krwi jest za mało. Potrzeba nowych regularnych dawców. A pisanie do grupy "starych wyjadaczy", którzy i tak oddają tak często jak mogą mija się z celem. I tak jak niewiedzę można zrozumieć, tak chamskie odzywki do ludzi, którzy cierpliwie codziennie tłumaczą to samo już nie.

Jednej kobiecie nawet rozpisałam łopatologicznie, że jak jej babcia będzie potrzebować 5 jednostek a bank jest pusty i tego dnia akurat przyjdzie 5 stałych dawców i oddadzą krew to to czy oddadzą ze wskazaniem czy nie, nie zmieni losy babci. Jeżeli będzie ktoś bardziej potrzebujący to on dostanie krew. Ale.. jeżeli przyjdzie krew oddać tych 5 stałych krwiodawców i 5 nowych, których udało się zmobilizować wśród znajomych i rodziny to wtedy babcia ma większe szanse na krew bo mamy już wtedy 10 jednostek krwi w banku. Myślicie, że dotarło? A skąd... Była obraza majestatu.

I tak na grupie jest codziennie. I nagle to ludzie, którzy oddają krew są tymi złymi bo łajdaki nie chcą oddać więcej dla babci, cioci czy sąsiada.

A tak na koniec zapraszam do oddania krwi :) Tylko ostrzegam, czekolada jest paskudna ;)

krwiodawstwo

Skomentuj (52) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 139 (147)

#87382

(PW) ·
| Do ulubionych
Wróciła nauka zdalna, już grupy dyskusyjne i internety się grzeją.

Znajoma, sekretarka w szkole mówi, że o ile pierwsze dni powrotu do nauki zdalnej były w miarę spokojne to później rodzice/opiekunowie dostali jakiejś wścieklizny.

Jeszcze nie ma godziny 8, czyli rozpoczęcia pracy, a już telefony dzwonią jak oszalałe, i tak przez sporą część dnia, chociaż może nie z takim natężeniem. O co chodzi? A no przede wszystkim o to, że nauczyciel prowadzi lekcje on line, ale niekoniecznie ze szkoły, lecz z domu, czyli nie jest w pracy.

Rodzicom nie odpowiada też to, że nauczyciel chce, by dzieci miały włączone kamerki, bo po co ma widzieć co dziecko ma w pokoju, albo by inne dzieci widziały co ma w nim.

Nauczyciel widziany był na mieście w godzinach pracy afera, nieważne, że na zwolnieniu lekarskim

Piekielność? Frustracje?

nauka zdalna

Skomentuj (17) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 86 (94)

#87379

(PW) ·
| Do ulubionych
Moja kuzynka przez kilka lat pracowała na Bardzo Prowincjonalnej Uczelni. Lubiła tę pracę, a że ambicji bycia Wielkim Naukowcem nie miała, to była zadowolona z tego, że pensję przelewa jej PWSZ, a nie UJ, UAM albo inny U-Boot. Do czasu.

Z 2-3 lata temu została wezwana do swojego dziekana, który poinformował ją, że rektor kazał zlikwidować 3 etaty na wydziale i tak się składa, że kierownik jej zakładu idzie na zasłużoną emeryturę, jedna koleżanka-adiunkt po obecnym urlopie macierzyńskim planuje rozpocząć wychowawczy, druga koleżanka-adiunkt chce przejść po powrocie ze swojego czwartego już macierzyńskiego do innego zakładu, a moja kuzynka - jako jedyna pozostała pracownica tej komórki i przy okazji, ostatnia asystentka na wydziale - przysłuży się uczelni, poświęcając swój etat, bo on będzie jednym z tych trzech likwidowanych, a zakład zostanie rozwiązany, skoro pracowników fizycznie niet. Jeśli byłaby zainteresowana prowadzeniem zajęć, to mogą z nią podpisać zlecenie, ale ze wszystkimi prawami pracowniczymi (przede wszystkim dostępem do biblioteki) się wtedy żegna, to chyba jest dla niej oczywiste.

Dlaczego to właśnie etat kuzynki idzie pod nóż? "Bo pani pracuje najkrócej, nie opublikowała jeszcze książki i ma pani najmniejszy dorobek naukowy, dlatego pani jest tylko asystentem, a asystentów już nie potrzebujemy".

Tutaj kuzynka odezwała się - jak ją znam, to wcale nie nieśmiało - że przez ostatnie 3 lata ciągnęła pracę swoją, dwóch wiecznie zaporodówkowanych adiunktek i niemal wiecznie chorego kierownika zakładu, więc to chyba oczywiste, że robiąc zajęcia za 3 a w porywach 4 osoby, na pisanie książki i prowadzenie jakichś rozległych badań nie miała ani sił, ani czasu, sam doktorat kończyła na oparach adrenaliny.

Przypomniała też, że w zasadzie aktywność naukowa zakładu przez te lata w lwiej części należała do niej, bo kierownik z racji wieku i kulawego zdrowia, ograniczał się do udziału tylko w konferencjach organizowanych przez tę uczelnię i uniwersytet w Nieodległym Mieście, gdzie ma drugi etat, a po innych ośrodkach z referatami jeździła kuzynka. Kuzynka też napisała 3/4 afiliowanych przy zakładzie publikacji w ostatnich latach.

"Nooo tak, jak tak pani stawia sprawę, to proszę iść do sądu pracy, he he he. Mamy czerwiec, umowę ma pani do 30 września i tak, wiemy, że miała pani obiecany awans na adiunkta od przyszłego roku, ale na szczęście dla nas nie ma pani promesy na piśmie i proszę się cieszyć, że mówimy pani o tym wszystkim przed pani urlopem, bo moglibyśmy nie mówić i zwyczajnie nie rozpisać we wrześniu konkursu, życzymy miłego wypoczynku."

Kuzynka rzeczywiście oddała sprawę do sądu (wyroku w pierwszej instancji jeszcze nie ma i w sądzie nie ukrywają, że do końca przyszłego roku raczej nie będzie) i poszła uczyć do szkoły "niewyższej", bo sąd sądem, a żyć z czegoś trzeba i brak drugiej wypłaty w jej domu boleśnie by odczuto. W ten sposób wylądowała w dużym zespole podstawówka-liceum-technikum-zawodówka.

Ponieważ mamy pandemię i sezon jesiennogrypowy, w molochu kuzynki pojawiło się tsunami zwolnień lekarskich. Szkoła pewien czas temu miała olbrzymi i długotrwały problem ze znalezieniem nauczyciela, który pociągnąłby klasy rozszerzone z jednego przedmiotu i wściekli rodzice zmusili dyrekcję do pokrycia kosztów korepetytora dla klasy, a teraz - kiedy takiej fizyki nie ma kto prowadzić, bo wszyscy fizycy chorzy już od miesiąca - dyrekcja postanowiła się ratować przed powtórką z rozrywki i odgórnie przydzielać zastępstwa tym nielicznym pracownikom, którzy jeszcze nie zachorowali.

Kuzynka zadzwoniła do mnie koło południa i pół płacząc, pół śmiejąc się zapoznała mnie z nowymi "pracowniczymi planami lekcji" w swoim zespole ogólnokrzywdzącym:
- muzyki będzie uczyć jedna matematyczka, która za dziecka skończyła szkołę muzyczną I stopnia (nauczycieli muzyki w województwie kuzynki szuka kilkanaście placówek),
- rysunek projektowy dla technikum przejmie nauczycielka plastyki z podstawówki,
- informatyką zajmie się bibliotekarz szkolny,
- biologią podzielą się chemicy (i to jest w tym wszystkim jedyne sensowne), ale nie bardzo chcą, bo są zarobieni - szkoła ma półtora-etatowy wakat dla nauczycieli chemii jeszcze sprzed wakacji,
- kuzynka dowiedziała się dzisiaj rano od pana dyrektora, że jej została przydzielona rozszerzona fizyka w technikum i jutro zaczyna "swoje nowe zajęcia". Dlaczego akurat ona? Bo nikt inny nie chciał, a ona zrobiła dopiero pierwszy stopień awansu, więc niech nie marudzi, to tylko kilka tygodni zastępstw.

Moja kuzynka jest rusycystką.

Kiedy już się wyśmiałam i zapytałam, co planuje z tym fantem zrobić, odpowiedziała, że najpewniej da uczniom jakiś rosyjski podręcznik fizyki w pdfie i będzie powtarzać "perevesti, bystreje!".

szkoła

Skomentuj (23) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 80 (98)

#87356

(PW) ·
| Do ulubionych
Witam,

Ostatnio pod Lidlem pakowałem zakupy do auta i słyszę kilka aut dalej "żebry". Domyślam się, ze zaraz mnie ktoś przyatakuje, ale jak pewnie większość z nas,już przywykłem do tych sytuacji.

Nie myliłem się. Podchodzi jakiś koleś, o dziwo miał maseczkę na twarzy i wywiązuje się dialog:

(P) - Dobry miałbym do Ciebie prośbę.
(Ja)- Ok, ale pieniędzy nie rozdaję.
(P) - Nie chce pieniędzy (aha jasne), potrzebuję karmy dla kota.
(Ja)- No niestety nie kupiłem.
(P) - No to dasz mi pieniądze, ja pójdę kupię, potem Ci resztę odniosę.

Tutaj następuje szybka analiza, koleś podchodzi do ludzi, którzy właśnie się zbierają po zakupach, nawet nie spojrzy na tych, którzy dopiero na nie przyjechali, ani tym bardziej nie poprosi kogoś już będącego w sklepie.

Szkoda mi czasu na dłuższe sprzeczki, trochę się poczułem urażony braniem za barana. Szybko skwitowałem po raz kolejny, że pieniędzy nie rozdaję i zająłem się kończeniem pakowania zakupów, dalszych komentarzy nie słuchałem.

Piszę aby się podzielić moim przemyśleniem o tym jakich to teraz sposobów nie wymyślą aby wyciągnąć pieniądze.

Łóć

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 92 (136)

#87424

~Workinggirl ·
| Do ulubionych
Trochę się zastanawiałam, czy powinnam dodawać tu swoją historię, bo patrząc na obecną sytuację gospodarczą mam naprawdę świetne warunki: praca zdalna, firma nie tylko nie cierpi, ale i pozyskała nowych klientów (taka specyficzna branża), pewne zatrudnienie.

Tylko że jeden z naszych dotychczasowych klientów się spiekielił. Wie, że pracujemy poza biurem i w związku z tym wymaga natychmiastowego odpisywania na maile - nie ważna godzina i dzień tygodnia. Dzwoni też o najróżniejszych porach, hitem na wideokonferencji zespołu było pokazywania przez kolegę telefonu, gdzie połączenie przychodzące od piekielnego zostało zarejestrowane o 12:07 w niedzielę, podczas gdy od zawsze pracujemy od poniedziałku do piątku przez 8 godzin dziennie.

Piekielny jest obecnie w trakcie drugiej rundy po zespole (jednego klienta prowadzi u nas jeden pracownik), ale góra stwierdziła, że będziemy mogli wypowiedzieć mu umowę dopiero po trzecim "przejściu" przez wszystkich asystentów - czyli że kierownik zespołu musi trzykrotnie naście razy po zapoznaniu się ze stanowiskami stron (podwładny i klient) oraz zebranymi przez nie materiałami, wydać decyzję o zmianie asystenta prowadzącego, na którą piekielny się zgodzi (jak nie, to rozwiązuje się umowę). Wszystko to w sytuacji, w której wszyscy mamy nadgodziny i trwa rekrutacja, żeby odciążył nas dodatkowy pracownik.

Praca dom

Skomentuj (16) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 98 (108)

#87313

(PW) ·
| Do ulubionych
Wrzucę, bo mam wrażenie, że problem narasta i warto go nagłośnić. Chodzi o fejkowe sklepy internetowe, zwłaszcza handlujące odzieżą i obuwiem.

Kiedyś szukałam sukienki na wesele, przejrzałam też internet, no i zaczęło się: w Google Adds zwaliło się na mnie pełno reklam wystrzałowych i nietuzinkowych sukienek. Powiem szczerze, że w pierwszej chwili (jedna sukienka była naprawdę zachwycająca) rozważałam zakup, ale odstraszyło mnie to, że wysyłka miała być z zagranicy, a także dość wysoka cena. Potem poczytałam opinie o sklepie i cały czar prysł - strony z opiniami były pełne niezadowolonych klientów, którzy otrzymali towar niskiej jakości i nie mogli się skontaktować ze sklepem.

Od tego czasu, ilekroć szukam w internecie jakiegoś ciuszka, moje reklamy spersonalizowane są zalewane ofertami takich sklepów - ostatnio Coloryee i Airydress. Mają pewne cechy wspólne:

- ubrania najczęściej są w istocie niezwykłe, nietuzinkowe, przez co bardzo kuszą (ach te bluzy z motywami gór i lasu, kupowałabym jak Reksio szynkę... tylko kobieta to zrozumie :P);
- strona na język polski jest tłumaczona przez translator (żadna poważna marka tak nie zrobi);
- nie ma systemu ocen produktów lub czasami jest, ale ocen jest bardzo mało;
- ceny czasami są bardzo niskie, choć nie zawsze;
- nie ma podanego adresu do kontaktu albo jest, ale np. w Azji - w praktyce pisz na Berdyczów;
- częstym chwytem marketingowym jest gigantyczna promocja, która kończy się za kilka-kilkanaście godzin (żebyś przypadkiem, internauto, nie namyślał się za długo).

Możliwe, że dla starego wyjadacza internetów coś takiego śmierdzi kitem na kilometr, ale np. moja mama i ciocia, obie w sile wieku i rzadko korzystające z internetu, prawie się nabrały. Poza tym te strony są robione w miarę profesjonalnie i na pierwszy rzut oka nie różnią się tak bardzo od zwykłych sklepów.

Długą LISTĘ FEJKOWYCH SKLEPÓW można znaleźć tutaj:

https://www.legalniewsieci.pl/aktualnosci/podejrzane-sklepy-internetowe

Można też wpisać w Google nazwę sklepu z dopiskiem "opinie".

I na koniec ciekawostka. Najczęstszym problemem, który zgłaszają oszukani klienci, jest niska jakość towaru - nie wygląda on jak na zdjęciach. Jeśli naprawdę podoba nam się jakiś ciuszek, warto pod tym kątem przeszukać Aliexpress. Ja już dwa razy znalazłam to samo ubranie na Ali, ale w niższej cenie i albo opatrzone przez uczciwego chińskiego sprzedawcę zdjęciami "real photo", bez retuszu, albo takich zdjęć dostarczali kupujący (na Ali jest system ocen i można dodać zdjęcia). Zwykle odechciewa się kupować.

Przestrzeżcie swoje mamy i babcie.

sklepy_internetowe oszustwo

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 131 (137)

#87307

(PW) ·
| Do ulubionych
Będzie o dwóch skrajnych postawach. Zacznę od tej, która sprawiła, że ciągle się gotuję w środku.
Ale najpierw powiem coś o moich poglądach. Są one bardziej lewicowe niż prawicowe, w zasadzie to marzę o Polsce jak kraju, gdzie politycy nie będą zaglądać do naszych macic. Jestem za aborcją na życzenie, jednakże uważam, że kompromis, który mieliśmy w tej kwestii był dobrym układem w państwie takim jak nasze. Nie zaglądam też nikomu do łóżka - sama miewam dziewczyny. Nie jestem jednak ultra „lewakiem”. Przyjaźnie się też z wyborcami prawicy. Dyskutujemy o polityce, czasem się kłócimy, ale zawsze z szacunkiem. I tyle. Ale uważam, że piątkowy wyrok to jest ku*wa dramat.

Historia właściwa. Poznajcie pięknego chłopca prawicowca. Chłopiec jest, tak jak i ja, studentem trzeciego roku pewnej dziedziny politologii. Za chwilę być może obroni licencjat. Marzy o doktoracie, chce wykładać. Chłopiec ten nie słynie z inteligencji, co Jest trochę pocieszające. Jest też szowinistą, o czym kiedyś przekonałam się na własnej skórze. Ale dziś mnie zaskoczył. Cały dzień czekałam aż na swój błyskotliwy sposób wypowie się w temacie zakazu przerywania ciąży. I się doczekałam.
Otóż piękny chłopiec prawicowiec cynicznie, z uśmiechem na twarzy żartował z protestujących kobiet. Zatkało mnie, gość pierwszy raz w życiu nie dostał ode mnie odpowiedzi (generalnie zawsze wygrywam z nim dyskusje). Szacun dla koleżanek i kolegów, którzy jak jeden mąż włączyli mikrofony i powiedzieli co myślą. Ja nie byłam w stanie. I dla pani doktor, która wprost powiedziała co myśli o zaglądaniu polityków w kobiece pochwy.
Na kolejnych zajęciach ten sam koleś stwierdził, że jakaś tam umowa może być napisana w języku szwajcarskim, więc to tylko pokazuje poziom intelektualny typa.

Drugą skrajnością jest moja kuzynka. Osoba, jak krzyczy w social mediach, niebinarna. Chwaliła się tym, jak podczas marszu kobiet krzyczała, że „je*ie pały”. Słyszałam, że policjanci w naszym mieście zachowywali się dobrze, byli nawet mili. Wiem z relacji znajomych - sama nie mogłam niestety uczestniczyć. Szanowna kuzynka na pytanie czy każdy policjant wykonujący służbę zasługuje na takie zachowanie padła odpowiedz twierdząca „bo w Warszawie bili”.
Spróbowałam w drugą stronę. Zapytałam czy w takim razie jeśli spotkałam nieprzyjemną lesbijkę to czy też mogę „je*ać lgbt”. Według kuzynki nie mogę.
Kiedyś dyskutowałam z nią na temat wandalizmu na rożnego rodzaju demonstracjach - również lgbt. Dowiedziałam się, że w słusznej sprawie można zniszczyć mienie publiczne a nawet prywatne.

Ludzie! Czy naprawdę nie można inteligentnie i kulturalnie z szacunkiem i odrobiną empatii wyrażać swoich prawicowych poglądów?
Czy aktywiści LGBT zamiast odpychać od siebie ludzi nie mogą po prostu pokazać jacy jesteśmy fajni i sympatyczni? Że tworzymy normalne związki? Nie mogliby przestać nam szkodzić?

Moja najlepsza przyjaciółka mówiąc o swoich prawicowych poglądach nigdy mnie nie obraziła. Nie wiem czy ja jestem sympatyczna ale moje koleżanki są fajną parą. Szkoda, że nie każdy zna takich ludzi.

Uniwersytet

Skomentuj (21) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 144 (172)

#87263

(PW) ·
| Do ulubionych
Jestem gejem i kolejny raz chciałbym coś powiedzieć na temat ideologii LGBT i jej terrorystów, tzn. aktywistów.

Jakiś czas temu pojawiła się wiadomość, że aktywistka LGBT została wepchnięta pod tramwaj. Narracja była iście goebbelsowska - Polak, katolik, patriota, wepchnął aktywistkę pod tramwaj, bo chciał ją zamordować, ponieważ wszyscy Polacy to homofoby, a Polska to taki straszny kraj, że homoseksualiści boją się o swoje życie i tak dalej. Pisały o tym przede wszystkim antypolskie gadzinówki na czele z GW, ale też "normalne" media.

Tymczasem okazało się, że to fejk. Całkowicie zmyślona historia. Taka sytuacja nie miała miejsca. Żaden z motorniczych ZTM nie zgłosił takiego wypadku, ZTM sprawdził nagrania z kamer i nic takiego nie było, a do prokuratury ani na policję nie wpłynęło żadne zawiadomienie. Można o tym przeczytać na przykład tutaj, albo poszukać na własną rękę w google.

https://wpolityce.pl/spoleczenstwo/521855-fake-news-aktywistki-lgbt-ze-stop-bzdurom

Nie jest to pierwsza tego typu sytuacja. Jak aktywiści LGBT chcą pomagać homoseksualistom i zmieniać świat na lepsze, skoro ich orężem są kłamstwa, nienawiść, przemoc, wandalizm, terroryzm i bandytyzm? No, chyba że wcale im nie chodzi o dobro gejów i lesbijek, tylko o coś innego...

lgbt fake news

Skomentuj (65) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 156 (212)

#87416

(PW) ·
| Do ulubionych
Od kolegi z branży reklamowej.

Pewien Janusz biznesu zamówił 50 długopisów Parker z małym nadrukiem. Ok, długopis bo hurt 37 zł sztuka plus wykonanie nadruku 3 zł za sztukę bo raptem tylko nazwa. Równo 2000 zł.
Jednak po kilku dniach dzwoni, a bo pandemia i odwołali imprezę, gdzie chciał dawać długopisy i pyta o zwrot.
Ok, trudne czasy i kolega się zgadza odda za długopisy, ale trzeba minus 50 zł bo pracownik musi zmyć ten nadruk. Ok, on się zgadza.
Niby wszystko w porządku, ale uwaga. Wyszło podczas zmywania nadruku.
W każdym z oddanych długopisów był wkład Parkera (13,5zł cena), a teraz jest zwykły tego typu (ok 1 zł)
Sprawa zakończy się w sądzie, bo Janusz twierdzi jakie dostał takie oddał.

Janusz

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 114 (124)

#87413

(PW) ·
| Do ulubionych
Po przeczytaniu historii Misguided i dyskusji na temat portali randkowych przypomniała mi się tinderowa rozmowa z chyba najbardziej żenującym typem, na jakiego się w życiu natknęłam. Nazwijmy go Jochen.

Profil wyglądał zupełnie standardowo, ot ze dwie całkiem normalne fotki, parę zdań o sobie, parę informacji na temat hobby i że niedawno wrócił do Monachium po kilkuletnim służbowym pobycie w Nowej Zelandii.

Napisał pierwszy, któregoś przedpołudnia. Rozmowa zaczęła się całkiem zwyczajnie, kim jesteśmy, co robimy zawodowo, co lubimy robić w wolnym czasie, i tak dalej. Napisał mi dość dużo o sobie, chwalił się, że ma doktorat, pracuje w firmie, powiedzmy, biochemicznej, na stanowisku dyrektora generalnego do spraw czegoś tam, a do niedawna był na kontrakcie w Auckland, gdzie nawet piastował stanowisko wiceprezesa. No ogólnie, zdolny jest niesłychanie, najpiększe ma ubranie i w ogóle klękajcie narody.

Po kilkunastu wiadomościach Jochen przystąpił jednak do rzeczy. No, bo on nie po to się zalogował w tej aplikacji, żeby pisać o najnowszych filmach czy fajnych knajpach. Postawi sprawę jasno. On jest żonaty, z tym że żona właśnie urodziła dziecko, więc przez najbliższych kilka tygodni nici z seksu, a on ma swoje potrzeby, tak więc proponuje następującą rzecz. Mam się z nim spotkać za 15 minut w garażu podziemnym w centrum miasta, wsiąść do jego samochodu i zrobić mu tam loda. Jak to określił, "wiesz, jak taka tania k…a". I żebym koniecznie założyła pierścionek, który wygląda jak obrączka, bo chce sobie wyobrazić, że jestem mężatką, która zdradza z nim swojego męża. I w ogóle uj z tym, że jestem w tej chwili w pracy, mam się urwać, bo on ma ciśnienie.

Po przeczytaniu tego na chwilę zaniemówiłam, natomiast przyjemniaczek kontynuował. Żebym mu tylko zaraz nie pisała, że nie mam ochoty, czy że ja taka nie jestem. Bo on dobrze wie, że wszystkie baby to tanie dziwki, które marzą o tym, żeby mieć w ustach przyrodzenie ważnego, bogatego faceta, a on jest i ważny, i bogaty. I że pewnie będę miała jedyną w życiu okazję zrobić loda na siedzeniu Porsche Cayenne. I że wszystkie niby zgrywamy takie cnotki, a jakoś żadna mu jeszcze nie odmówiła.

Powstrzymałam początkową chęć zablokowania typa i stwierdziłam, że takie cudo zasługuje na więcej. Bo już nawet nie chodzi o wątpliwą strategię podrywu poprzez wyzywanie obcych kobiet od tanich dziwek, ale jakim sk…synem trzeba być, żeby zdradzać partnerkę tylko dlatego, że właśnie jest w połogu.

Postanowiłam zagrać w grę w "nie jesteś parszywy bucu taki anonimowy, jak ci się wydaje". No bo na dobrą sprawę, ilu niemieckich Jochenów ze stopniem doktora mogło pracować na stanowisku wiceprezesa na tak małym rynku, jakim jest Auckland? 30 sekund z wujkiem Google i miałam go na talerzu. Wszędzie miał publiczne konta, do tego na Tinderze zamieścił zdjęcie profilowe z LinkedIn. Dowiedziałam się, że nazywa się Jochen Richter, jest żonaty z Vanessą Richter (notabene przepiękną kobietą), z którą ma dwutygodniową córeczkę, a obecnie pracuje w firmie ABC, gdzie jego bezpośrednim przełożonym jest pan XYZ.

Odpisałam mu, że propozycją jest bardzo kusząca i może bym się nawet zgodziła (tia, jasne...), tylko nie wiem co na to Vanessa, gdyby dostała skriny tej rozmowy. Pan XYZ też pewnie nie byłby szczęśliwy, wiedząc, co jego podwładny robi w godzinach pracy.

Po chwili jego konto zniknęło... Jestem złym człowiekiem :)

Tinder

Skomentuj (26) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 171 (177)

Podziel się najśmieszniejszymi historiami na
ANONIMOWE.PL

Piekielni