Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

 

#91278

przez ~linea ·
| Do ulubionych
Opiszę wam pewną historię. Nie zdradzę, kim jestem dla bohaterów, bo chcę to opisać obiektywnie. Jestem ciekawa waszego zdania, kto tu był piekielny.

Na wsi mieszkali sobie Babcia i Dziadek. Mieli oni czwórkę dzieci: dwie córki i dwóch synów. Trójka wyprowadziła się do miast, a jeden syn, Antek, został na wsi, ożenił się i mieszkał w domu rodziców, podzielonym na pół.

Babcia i Dziadek niby mieli drobne gospodarstwo, ale raczej utrzymywali się z pracy gdzie indziej. Hodowanie drobiu czy królików traktowali trochę jak hobby. Antek chciał rozbudować gospodarstwo, gdyż rodzice posiadali trochę ziemi. Rodzice postanowili więc podarować tę ziemię jemu i jego żonie. Rolnictwo jednak nie szło im za bardzo, więc ziemia leżała odłogiem, a Antek i jego żona poszli do pracy.

Przez wiele lat cała rodzina: Babcia, Dziadek i wszystkie ich dzieci żyli ze sobą w zgodzie. Rodzeństwo, które układało sobie życie w miastach, ziemia podarowana Antkowi niespecjalnie interesowała. Wartość też przedstawiała niezbyt dużą, więc nikt nie miał pretensji.

W pewnym momencie Antek zaczął pić. Dziadek też pił, ale pieniądze do domu zawsze przynosił. Antek niestety nie - z czasem wszystko, co zarobił, przepijał. Po alkoholu był niezwykle miły i kochany, ale cóż po tym, skoro pieniędzy nie było. Żona, Kalina, sama musiała pracować na całą ich czwórkę (ona, Antek i dwójka dzieci). Kalina więc zaczęła nosić się z zamiarem zostawienia Antka i wyprowadzenia się z dziećmi do miasta. Dziadek i Babcia chcieli za wszelką cenę temu zapobiec - co by wstydu we wsi nie było. Zaproponowali więc przepisanie domu na Antka i Kalinę w zamian za dożywotnią opiekę. Sprawa została przedyskutowana z resztą rodzeństwa, które było przeciw. Mniejszym problemem była tu kwestia spadku, a tego, że nie mogli uwierzyć, że Antek i Kalina byliby chętni do opieki nad Babcią i Dziadkiem, a oni na pewno by się nie skarżyli. Babcia i Dziadek jednak postawili na swoim.

Lata mijały, Antek nadal pił, choć starał się coś tam jednak do domu przynosić. Kalina była coraz bardziej znerwicowana i wykończona. Gdy Dziadek miał 70 lat, nagle diagnoza - rak, ostatnie stadium. W ciągu pół roku - był człowiek, nie ma człowieka... Tu dodać trzeba, że cały czas pielęgnowała go Babcia, bo jak mówiła - przecież ma siłę, a dzieci pracują... Antek i Kalina nawet nie wozili Dziadka do lekarza, bo akurat praca, termin nie pasuje. Przyjeżdżały dzieci z miasta i ojca woziły.

W tym mniej więcej czasie dwójka dzieci Antka i Kaliny wyjechała na studia na drugi koniec Polski. Między Antkiem a Kaliną coraz częściej dochodziło do awantur, szczególnie że Antek ze względów zdrowotnych musiał przestać pić. Brak alkoholu mu doskwierał i szukał zaczepki albo u żony, albo u matki. Trwało to kilka miesięcy, aż się uspokoił. Jak się jednak okazało, małżeństwa nie udało się naprawić - Kalina odeszła do innego mężczyzny i wyprowadziła się.

Na wsi został więc Antek i Babcia. Żyli w zgodzie kilkanaście lat. Antek nie pił, pracował. Babcia jednak zaczęła mocno niedomagać, a on sobie z opieką ewidentnie nie radził. Konieczne było zaangażowanie reszty rodzeństwa. I tu nagle przypomniano sobie o Kalinie, która przecież nadal była właścicielką połowy domu, a jednocześnie była zobowiązana do opieki nad Babcią. Rodzeństwo Antka postanowiło się z nią rozmówić - albo wywiązuje się z obowiązku wobec Babci na spółkę z Antkiem, albo sprawę trzeba rozwiązać oficjalnie przed sądem.

Kalina niby przyjechała raz czy dwa na wieś do byłej teściowej, nieustannie wykłócając się z byłym mężem, że ona jest tylko synową i on powinien się matką opiekować. Babcia, niestety podobnie jak Dziadek, zmarła dość szybko. Na tyle, że umowy już nie dało się cofnąć i tak Kalina i Antek stali się jedynymi właścicielami domu.

Wspomniałam wyżej, że Antek chorował na skutek długotrwałego nadużywania alkoholu - finalnie dożył tylko 55 lat, odszedł 3 lata po Babci, a jego połowę domu odziedziczyły jego dzieci, Marta i Kamil.

Oboje ułożyli już sobie życie setki kilometrów od domu. Kalina również nie interesowała się domem na wsi. Postanowili dom sprzedać. Ponieważ był on w kiepskim stanie, a przyległa ziemia została już wcześniej przez Antka sprzedana, był wart jakieś 200 000 zł. Trzeba jednak dodać, że dom był miejscem spotkań dzieci i wnuków Babci za jej życia, w związku z czym jej dzieciom zależało na tym, aby dom nie został sprzedany i zaorany. Zaproponowali wykupienie go od Kaliny, Marty i Kamila, chcąc go odremontować i robić z niego swego rodzaju domek letniskowy i miejsce spotkań rodzinnych. Marta i Kamil nawet byli chętni się go pozbyć, Kalina niby też, ale twierdziła, że 200 000 zł to za mało. Obie strony zatrudniły rzeczoznawców, którzy dom wyceniali na między 180 a 250 tysięcy. Kalina więc zażądała kwoty z górnej granicy.

Rodzeństwo Antka negocjowało, wypominając jej, że dom w zasadzie fartem wpadł jej w ręce. Ona z kolei wyciągała argument, że przez lata męczyła się z Antkiem, dzieci sama musiała odchowywać, więc coś jej się teraz należy.

Ostatecznie umówili się na 220 000 zł. Sprzedaż doszła do skutku. Rodzeństwo ma poczucie krzywdy, że Kalina ich naciągnęła. Kalina ma im za złe, że wymienili bramę, zamki i ona już tam nie ma wstępu, nie jest zapraszana na rodzinne zjazdy, nawet gdy zapraszane są jej dzieci.

Patrząc na to z boku - w tej sprawie są sami przegrani...

Skomentuj (29) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 48 (58)

#91295

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Przyjaciel ma syna, lat 9. Jakiś miesiąc temu do klasy jego dzieciaka zawitał trener lokalnego klubu spadkowego z ekstraklasy, celem szukania talentów na przyszłe gwiazdy za które za kilka lat sprzedane za grube miliony będą grzały ławkę gdzieś w Europie.

W każdym razie młodemu piłka klei się do nogi jak młodemu Messiemu, ale jest szkopuł. Młody umie, ale woli od piłki robotykę i programowanie.

No ale trener (łowca talentów) nie odpuszcza. On widzi nowego Lewandowskiego.

Punkt kulminacyjny nastąpił w piątek. Klasa zaproszona na piknik piłkarski. Będą inne szkoły i dzieci pograją w piłkę.
Ale jako, że pogoda średnia niby ciepło, ale wiatr. Rodzice zapytali młodego czy woli iść tylko na ten piknik, bo lekcji brak czy woli już te dni na egzaminy 8-klasistów i zamiast w czwartek, wrócić w niedzielę od babci. Decyzja młodego BABCIA!

Dzień pikniku. Trener z mordą do wychowawczyni, że "on ma w d... całą klasę, gdzie jest ten młody?! Możecie się domyślić jaka jest teraz atmosfera w jego klasie.

Trener

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 50 (62)

#91296

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Dobra, jak ktoś zaczyna mieć wrażenie, że strach konserwę (tzn. Piekielnych) otworzyć, bo wszędzie Xynthia, to proszę nie czytać, ale nic nie poradzę na to, że kolejne przeczytane historie nasuwają mi skojarzenia, a dodatkowo mam wenę do pisania.

Tym razem historia o chłopcu, który ma talent do piłki nożnej, ale nie ma do tego zamiłowania przypomniała mi Manuelę (imię oczywiście zmyślone, ale prawdziwe równie pretensjonalne).

Manuela miała talent do tańca. Widziałam ją parę razy i serio, jej taniec zapierał dech, odbierał mowę i co tam jeszcze chcecie, był niezapomnianym przeżyciem artystycznym i pozostawiał widzów niemalże w ekstazie. Niestety, Manuela miała talent, ale "serca" do tańca już nie miała. Tzn. trochę inaczej - wychowywana przez matkę w przeświadczeniu, że jest najlepszą z najlepszych, gwiazdą na firmamencie i ósmym cudem świata, bardzo chętnie brała udział w różnych zawodach i konkursach tanecznych, gdzie zgarniała nagrody i należne jej hołdy. Oczywiście sam talent to za mało, więc Manuela naprawdę dużo czasu poświęcała na treningi.

Niestety, najlepszy nawet mistrz zawsze może trafić na kogoś lepszego od siebie, a Manuela trafiła na kilku takich "ktosiów". Na zawodach najwyższej już rangi okazało się, że więcej osób tańczy genialnie i zjawiskowo, nie weszła nawet do finału, co może jeszcze by przełknęła, ale przy okazji jej matka zrobiła koszmarną awanturę trenerce, że jak to tak, dlaczego Manueli tak słabo poszło? Awantura zakończyła się wypisaniem dziewczyny ze szkoły tańca, a ponieważ była to jedna z najlepszych szkół w Polsce, żadna inna nie wchodziła w grę. Manuela już nie tańczy...

Piekielność niech każdy "wydłubie" sobie z historii sam, ja dostrzegam kilka, ale dla mnie największą jest to, że już nigdy nie zobaczę, jak Manuela tańczy. Tak bardzo subiektywnie i pewnie nieadekwatnie do sytuacji, ale to moje odczucie.

talent

Skomentuj (3) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 75 (85)

#91247

przez ~Goscweselnykwietniowy ·
| Do ulubionych
Na Wielkanoc odbył się ślub moich przyjaciół. Wszystko grało i termin i pogoda się poprawiła. Goście przybyli licznie. O czym jest więc ta historia? O beznadziejnym DJ. Niestety jak to moi przyjaciele przy ostatniej kawie stwierdzili, będą od niego żądać zwrotu kosztów i nie wiedzą, czy nie skończy się to w sądzie.

W umowie mieli zapis na konkretnego DJ (korzystali z firmy założonej przez 3 osoby, wszystkie DJ). Im stylem pasował DJ lata 80-2000. Jednak DJ skręcił kostkę i za siebie przysłał innego ze składu, z zapewnieniem, że spełni on wymogi Państwa Młodych.

Jak się domyślacie, gdyby spełnił, to by tej rozmowy nie było. Zamówione były 3 piosenki integracyjne dla gości (znaliśmy się z Młodymi z różnych etapów życia, a osobiście niekoniecznie), rodziny było mało. Ja poradziłam Młodym Belgijkę na początek, aby się wszyscy poznali, oni sami chcieli macarenę i asereje. Żadna z nich nie poleciała, bo DJ wybrał własną zabawę do piosenki... Mój jest ten kawałek podłogi. Ustawił gości w dwóch rzędach i kazał powtarzać ruchy za sobą, przy wykrzykiwaniu "zmieniamy żaróweczki", "zamiatamy podłogę", "szorujemy pranie", "rozwieszamy pranie". Inne zabawy? Goście wymyślili sobie sami, bo DJ wymyślił rozdawanie medali. Za co? Za co co mu do głowy przyszło. Zaczęliśmy się bawić w kółeczku w wyciąganie liną na parkiet. DJ wręczył mojemu koledze medal za "najlepsze ciągnięcie liny". Innemu gościowi za najlepszy toast (który był przy jednym stoliku).

No i najgorsza rzecz. Piosenki. Ja zwykle umiem bawić się do prawie wszystkiego, ale nie trawię przerabiania znanych piosenek pod swoją wersję. Kojarzycie zmienione już "Daddy cool"? DJ stwierdził, że to za mało i musi dodać coś od siebie. Więc w fragmencie gdzie wjeżdżało właśnie "Daddy cool" remixował tak, że powstawało "da da dA dA DA DA dy co co co cooool". Starsze pokolenie co wyszło na parkiet, to z niego schodziło. Wraz z świadkami chcieliśmy uratować sytuację i prosiliśmy DJ o inny repertuar, bo na parkiecie z 80 gości, było 20. Powiedział nam, że na te piosenki ma licencję i żadnej innej nam nie puści. Zapytaliśmy o te integracyjne. Miał Greg Zorbę. Zawołaliśmy wszystkich na Greg Zorbę właśnie, ludzie w większości byli na parkiecie. Kończyła się właśnie dziwna przeróbka Swish Swish (chyba tak ta piosenka się nazywała o koszykówce) i wszyscy liczyli że wleci Greg Zorba. Wleciała za to elektroniczna interpretacja jakiejś piosenki Shakiry (bo Panna Młoda lubiła latynoskie rytmy). Widziałam już, że ludzie są zmieszani i zaczęli z parkietu schodzić. Greg Zorbę puścił gdy na parkiecie zostało z 15 osób.

Panna Młoda była już bardzo wkurzona. Pan Młody poszedł na interwencję i DJ obiecał poprawę, która trwała przez 1,5 h. Do oczepin. Oczepin w tradycyjnej formie nie było, były zimne ognie i wspomnienia Młodych - jak się poznali, co mają ze sobą wspólnego i potem szybki quiz dla gości na temat Młodych np. kto zadecydował o imieniu ich psa.

Po oczepinach zaplanowano ciepłą płytę. Gdy ludzie jeszcze jedli, DJ zaczął krzyczeć do mikrofonu, że zaprasza na parkiet, a następnie zaczął podbiegać do stolików młodszej części imprezy i zapraszać na parkiet słowami "to impreza, nie jadłodajnia!". Wyobraźcie sobie moją minę, gdy jestem w trakcie konsumpcji barszczu, a ktoś zaczyna mi się drżeć nad uchem.

Starsza część gości zaczęła opuszczać imprezę, DJ stwierdził, więc że pójdzie na całość. I od około 1 do 3:30 czułam się nie jak na weselu, a jak w katowickim energy. Padło nawet "rura, rura, rura musi..." O 3:30 DJ nagle skończył grać. Bez żadnego pożegnania, bez niczego. Zwykle gdy kończył się czas zespołu albo DJ żegnali się oni z gośćmi, a ten po prostu ubrał kurtkę i wyszedł, zostawiając wszystko jak stało, bo jak się dowiedzieliśmy, rano miała sprzęt odebrać ekipa. Od 3:30 goście sami stali się DJami bo mogliśmy podpiąć telefon do głośnika i tym sposobem zrobiliśmy playlistę na Spotify. Bawiliśmy się do niej do prawie 6 rano.

Inna piekielność DJ - przywiózł ze sobą walizkę gadżetów do przebrania. Myśleliśmy, że będzie to właśnie jakaś zabawa dla gości, w szczególności, że kilka akcesoriów nawiązywało do Jacksona, Queen, czy Dody, Maryli Rodowicz. Okazało się, że to DJ w ciągu imprezy się przebierał. Wiecie, bo to zabawne, chłop się za babę przebrał. Okazało się, że Młodzi nie byli o czymś takim w ogóle informowani.

Są na etapie dyskusji z całą firmą, bo z ich playlisty ustalonej z 1 DJ poleciały tylko 4 piosenki, brakowało ustalonych zabaw, a najważniejsze - goście więcej czasu siedzieli przy stołach niż na parkiecie. Tamten DJ zasłania się tym, że to jego styl i go podobno zaakceptowali (bo nie mieli wyjścia na chwilę przed weselem i zostali zapewnieni, że ma tą samą jakość co ich 1 DJ!). Ciekawa jestem jak to się skończy. Ma ktoś poradę jak reklamować takiego DJ?

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 104 (110)

#91277

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Byłem na weselu bez alkoholu i bawiłem się świetnie.

Zacznijmy jednak od początku...

Kolega zaprosił na wesele. Na miejscu okazało się, że impreza jest bez alkoholu. Z trzema innymi kolegami poprosiliśmy go na stronę i pytamy, co to ma być i dlaczego wcześniej nie powiedział. On na to, że jego żona i teściowie tak zdecydowali, a nie powiedział nam, bo wtedy byśmy nie przyszli.

Przyszlibyśmy, choćby przez wzgląd na szacunek do niego i wieloletnią znajomość. Szkoda tylko, że on nie okazał szacunku nam...

Wyszliśmy w czterech na papierosa, omówić sytuację i uradzić, co robimy. Widać było, że reszta gości jest podobnie zażenowana i rozczarowana jak my.

Jesteśmy w domu weselnym na wsi. Dookoła tylko inne wsie. Kolega jednak znalazł na mapach, że kilkaset metrów od nas jest wiejski bar. Tam skierowaliśmy nasze kroki.

Widok czterech obcych, wystrojonych facetów zdziwił barmana i kilku gości tego wspaniałego przybytku. Podając piwo, zapytał, skąd się tu wzięliśmy. Opisaliśmy sytuację, a on mówi, że jak jest nas tam więcej to serdecznie zaprasza.

- W sumie - pomyślałem - czemu nie?

Wysłałem kilka wiadomości i po krótkim czasie zaczęli się schodzić ludzie z wesela. W miarę wychylania kolejnych trunków, nawet nie zauważyłem jak kilku kolegów dogadało się z barmanem, który za odpowiednią opłatą zorganizował porządne jedzenie i nawet sprzęt grający z muzyką. Nie przesadzając, impreza przeniosła się niemal całkowicie do wiejskiego baru. Ludzie pili, jedli i tańczyli. Na weselu została tylko para młoda i ich najbliższe rodziny. Według relacji gości, którzy dołączyli do nas później, atmosfera tam przypominała bardziej stypę.

My zaś bawiliśmy się w najlepsze, zwłaszcza że dołączyły do nas miejscowe dziewczyny. Chłopaki zresztą też. Zrobiła się naprawdę duża impreza, która trwała prawie do świtu. Barman i właściciel lokalu (w jednej osobie) był szczególnie zadowolony, jako że zostawiliśmy u niego kupę pieniędzy.

Wszyscy szczęśliwi, wszyscy zadowoleni. No, prawie, bo kolega od tamtego czasu się do nas nie odzywa. Może to i dobrze?

wesele bez alkoholu

Skomentuj (73) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 129 (191)

#91279

przez ~irepo ·
| Do ulubionych
Na fali historii o kiepskiej obsłudze w restauracjach.

Tak się składa, że pochodzę z miejscowości będącej turystycznym hotspotem. I w sumie o turystach będzie.

Lokali gastronomicznych ci u nas dostatek. Logicznym jest, że te położone w centrum, przy ruchliwych ulicach są najdroższe.

Przykładowo jest sobie restauracja powiedzmy Elegancja. Lokal urządzony ładnie, karta bogata, ceny wysokie. Tajemnicą Poliszynela wśród lokalsów jest to, że jedzenie jest w znacznej mierze na bazie mrożonek, odgrzewane w mikrofalach i generalnie nie pierwszej świeżości. Ale knajpa pęka w szwach. I ma nawet całkiem niezłe opinie na googlach!

Jest też knajpa powiedzmy Rustykalna. Rustykalna jest położona w bocznej uliczce. Właściciel a zarazem szef kuchni jest prawdziwym pasjonatem, jedzenie jest świeże, potrawy sezonowe, składniki regionalne. Ceny podobne do Elegancji. Ocena w googlach nieco gorsze.

Zarzuty, które najczęściej czytam pod adresem Rustykalnej:
- drogo
- małe porcje
- Ubogie menu
W opozycji do tego Elegancja zachwalana jest za
- Duże porcje
- dużo potraw do wyboru
- Krótki czas oczekiwania

Jest jeszcze trzecia knajpa, powiedzmy, Domowa. Domowa to coś na wzór baru mlecznego, proste, dość smaczne, ale nie zachwycające jedzenie. Ceny dużo niższe niż w Elegancji i Rustykalnej. Wystrój z PRL, obsługa często nie nadąża z przecieraniem stolików, bo kelnerów jako takich nie ma, jest jedna pani od przyjmowania i wydania zamówień. Domowa nie cieszy się uznaniem wśród turystów, bo leży na uboczu, a jedzenie jak wszędzie - schabowy, mielony, pierogi, bigos...
Jednocześnie, z racji tego, że mam wielu znajomych pracujących w branży turystycznej i sama zresztą w niej pracuję, wiem, że turyści narzekają, bo w knajpach jest drogo i niesmacznie.
Generalnie coś w tym jest, bo większość najpopularniejszych restauracji jest na modłę Elegancji - wypasiony wystrój cieszący oko, byle jakie żarcie za miliony monet.

Ale gdzie piekielność turystów zapytacie? Zdarza się, że ktoś mnie spyta, gdzie warto zjeść, polecam np. Rustykalną (ale nie tylko, bo dobrych knajp jest sporo), najczęściej następuje szybki check w googlach - a nie, bo daleko (dosłownie 500m od mojego miejsca pracy w samym centrum), a bo drogo i mały wybór, oni idą do Elegancji. Ktoś zapyta, gdzie można tanio zjeść obiad, bo wszędzie tak drogo. Polecam domową. Następnego dnia słyszę, że nie wiedzą, czemu to polecam, bo żarcie takie sobie.

Podsumowując - są knajpy takie z średnim jedzeniem. Są knajpy drogie ze świetnym jedzeniem. I są knajpy drogie z kiepskim jedzeniem. I te cieszą się największą popularnością. Do tego trzeba dodać, że większość tych knajp należy do jakichś lokalnych szych - a to były burmistrz, a to żona radnego, a to córka dyrektora liceum - dziwny zbieg okoliczności, nie?

A potem czytam o moim ukochanym mieście, że nie ma po co jechać, bo drogo i beznadziejnie... Ale jedno jest konsekwencją drugiego. Stragany z chińszczyzną to też pokłosie tego, że turysta chętni płaci za kubek "made in China" 50zł bo jest na nim jakiś lokalny motyw. Albo wiatraczek za 15żł, bo dziecko chce. Nie byłoby popytu - nie byłoby podaży, podobnie te knajpy. Ludzie chcą sobie strzelić fotkę w ładnej knajpie, wejdą bo fajny wystrój, można wybrać spośród 100 dań, a że żarcie nie bardzo? No trudno, zjeść się da, można też rzucić paragon grozy do neta.

Niestety, nie ma knajp, a tym bardziej w turystycznych hotspotach, gdzie można zjeść dobrze, tanio i dużo, ale można znaleźć takie, gdzie można wybrać dwa z trzech, tylko trzeba przejść się poza główny deptak.

gastronomia

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 111 (139)

#91291

przez ~gepard ·
| Do ulubionych
Polaków znajomość języków obcych.

Z góry przepraszam jeśli ktoś poczuje się urażony tą historią, nie jest moim celem obrażanie kogokolwiek.

Jestem nauczycielką niemieckiego i niderlandzkiego. Miałam nawet epizod pracy w szkole, ale poziom patologii polskiego sytemu edukacji mnie przerósł. Obecnie udzielam jedynie prywatnych lekcji.

Gdy zgłasza się do mnie nowy uczeń podstawowym pytaniem jest, w jakim celu zapisuje się na lekcje, bo muszę dobrać metodę nauczania, zupełnie inaczej podchodzę do osób, które uczą się, aby móc się komunikować, a inaczej to osób, które muszą podciągnąć oceny w szkole.

Swój cel jako nauczyciela definiuję jako nauczenie ucznia komunikowania się w danym języku, ale w przypadku dzieci szkolnych najczęściej jest jednak ocena, więc tłuczemy ćwiczenia gramatyczne, słówka na pamięć - bo tego wymaga pani w szkole. Nad tym nie będę się zbytnio rozwozić, ale chcę powiedzieć, jakie są tego skutki.

Przykładowo zgłasza się do mnie chłopak, lat 20. Niemiecki w szkole miał, miał nawet 4 czy 5, ale jak pojechał na pół roku do pracy do Niemiec nic nie rozumiał i nie potrafił nawet zamówić jedzenia w knajpie. Uczę, pokazuje, że to nieistotne, że źle odmieni czasownik, przekręci słówko, ważne, żeby rozmawiać, nie bać się native speakerów, a reszta przyjdzie z czasem. Chłopak mi opowiada, że pani germanistka w szkole podczas wypowiedzi ustnych ciągle przerywała, poprawiała wymowę, krzyczała, że ktoś nie wykuł nieregularnej odmiany danego czasownika na pamięć. Chłopaka uczyłam pół roku. Potem znów wyjechał i znów wrócił do mnie podszlifować język. Gdy wrócił różnica była diametralna. Gadał. Gadał z błędami, niepoprawną wymową, ale swobodnie. Dzięki temu, że nie bał się już odezwać do Niemców dużo osłuchał się z językiem, zaczął więcej rozumieć. Poziom na spokojnie można uznać za komunikatywny, więc chwalę go. On mówi, że też już lepiej się czuje w rozmowach po niemiecku, ale ostatnio jakaś koleżanka z pracy, Polka, zaczęła się z niego śmiać, że robi potworne błędy i nie powinien w ogóle mówić, że ma jakikolwiek poziom języka, bo Niemcy na pewno go nie rozumieją. Polak Polakowi i tak dalej...

Inny przypadek. Przyszła do mnie 50-letnia kobieta, która od kilku lat pracuje w Niemczech i chce podszkolić język w przerwach w pracy (praca opiekunki, gdzie pracuje się non stop kilka tygodni, a potem kilka tygodni przerwy). Po krótkiej rozmowie mówię, że ogólnie uważam, że mówi dość dobrze i na tym poziomie możemy spokojnie pracować nad eliminacją błędów gramatycznych, bo komunikatywna jest i nie ma absolutnie problemu ze zrozumieniem jej wypowiedzi. Kobieta robi na mnie wielkie oczy, że była przekonana, że bełkocze i jej poziom jest zerowy. Pytam, u kogo pracuje. U starszego pana, który mówi tylko po niemiecku. Pytam, czy jest w stanie się z nim dogadać, mówi, że tak. Więc ja pytam jak może uważać, że jest na zerowym poziomie, skoro dogaduje się z native speakerem. A bo jej zmienniczka się z niej śmiała, że mówi jak upośledzona i od tej pory pani wstydziła się już w ogóle odzywać po niemiecku, mimo, że wcześniej chętnie gawędziła ze swoim podopiecznym.

Kolejna sprawa - akcent. Nie zrozumcie mnie źle. Oczywiście, że w miarę możliwości powinno się mówić z poprawnym akcentem, ale nie oszukujmy się, rodzimego akcentu ciężko jest się pozbyć, prawie zawsze zostaje pewna nuta obcego akcentu. I teraz - podczas gdy niektóre nacje robią ze swoją akcentu wręcz atut, bo brzmi egzotycznie, ciekawie, inaczej Polacy mają kompleks akcentu i dążą do wymowy bez akcentu. Czy to dobrze czy źle, nie oceniam, ale mam kolejnego ucznia, który poci się z nerwów podczas rozmowy, bo skupia się na tym, żeby nie było słychać jego polskiego akcentu to ręce mi opadają. Tłumaczę, że to nic, że słychać polski akcent, że tego nie da się kontrolować i jedyną metodą jest słuchanie i rozmawianie z native speakerami, można się wspomagać oglądając filmy w oryginalne, ale na pewno rozmyślanie podczas mówienia o akcencie nic nie da.

Pamiętam taką scenkę. Byłam w Niemczech jako opiekunka polskiej wycieczki. W grupie było kilka osób, które jakieś tam podstawy niemieckiego znały, więc zachęcałam je oczywiście do próby rozmów - chociażby samodzielnego zamówienia kawy czy zadania pytania na ulicy. Nie raz, gdy ktoś próbował, inni uczestniczy wycieczki natychmiast go wyśmiewali, bo mówił tak sztywno, z polskim akcentem i korygowali taką osobę. Muszę dodawać, że te same osoby nie potrafiły same kupić sobie pamiątki w sklepie tylko potrzebowały mojej asysty do zapytania o cenę? Również nagminnie spotykam się z tym, że ludzie uważają, że jeśli ktoś mówi ze złym akcentem to mówi źle i nie powinien się w ogóle odzywać. Kiedyś dawałam korki młodej dziewczynie, studentce, która opowiadała mi jaką to siarę przeżyła na wycieczce do Hiszpanii, bo jej koleżanka znając ledwo podstawy języka zagadywała do Hiszpanów, totalnie kalecząc język, zamiast po prostu mówić po angielsku.

Zadałam jej pytanie, które jednocześnie chciałam zadać czytelnikom w ramach pewnego podsumowania i refleksji.
Co czujecie, gdy na ulicy ktoś zagaduje Was kulawym polskim albo kiedy znajomy obcokrajowiec stara się mówić do Was po polsku? Czujecie ciarki żenady? Wyśmiewacie go? Pytacie po co w ogóle się odzywa, jak nie umie? Czy raczej robi Wam się miło, że ktoś przynajmniej zadaje sobie trud nauczenia się języka w tym czy innym stopniu i okazuje tym samym szacunek do kultury kraju, w którym przebywa?

Ja zdecydowanie to drugie, myślę, że większość ludzi też. Dlaczego więc tak chętnie Polacy ściągają własnym rodaków w dół, gdy usiłują robić to samo za granicą?

A jeszcze dodam, że ogólnie w porównaniu do innych nacji, z którymi mam regularny kontakt (Niemcy, Austriacy, Szwajcarzy, Holendrzy, Belgowie) Polacy mają potworne kompleksy i często umniejszają swoim kompetencjom. Niemiec powie, że ma duże doświadczenie i jest specjalistą, Polak powie, że miał już styczność z branżą coś tam potrafi. Holender nie będzie bał się ubiegać o posadę na stanowisku wymagających wyższych kompetencji niż ma, Polak będzie mierzył o stanowisko niżej niż by mógł, bojąc się, że sobie nie poradzi i spotka się krytyką.

Rozmawiam dużo z osobami pracującymi za granicą i odnoszę wrażenie, że wiele z nich woli pracować za niską pensję na niewymagającym stanowisku, bojąc się, że nikt nie weźmie ich na poważnie, gdy zaaplikują na wyższe stanowisko. Najbardziej w pamięci utkwił mi pracownik magazynowy z Niemiec, który mówił bardzo dobrze po niemiecku i pracowaliśmy tylko nad wyeliminowaniem lekkich niedociągnięć. Facet z dyplomem z ekonomii, bardzo dobrym niemieckim mówi mi, że przecież na specjalistycznym stanowisku i tak go nikt nie zatrudni... a to nie jedyny taki przypadek.

Mam nadzieję, że jednak zacznie się to zmieniać.

język obcy

Skomentuj (25) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 195 (203)

#91287

przez ~Bezkropki ·
| Do ulubionych
Też mi się coś przypomniało o mojej babci.

To były pewnie lata '90 i przyszła paczka od kogoś z rodziny czy znajomych, w której były lalki. Takie spore, siedzące, ładnie ubrane. Babcia je zabrała i położyła u siebie wysoko na szafie. Żebyśmy ich nie popsuli.

Tak naprawdę pierwszy raz miałam je w ręce jako dorosła osoba, już po śmierci babci.

Babcia zabawki

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 122 (134)

#91282

przez ~Atomowa56 ·
| Do ulubionych
Skoro już o dyskryminacji dzieci pojawiła się mowa, to dołożę do tego swoją cegiełkę.

Pokrótce, byłam wpadką. Rodzice mnie nie planowali, nie chcieli i odczułam to w ich zaangażowaniu w wychowaniu mnie, gdzie bardziej moim losem przejmowała się moja ciocia, mieszkająca dom obok, niż moi rodzice.

Precyzując, głodna nie chodziłam. Ubrana też byłam. Miałam nawet komórkę i laptopa. Dostawałam kieszonkowe w wysokości 5 zł tygodniowo. Według moich rodziców miało mi to zapewnić dobrą egzystencję. W prawdziwym życiu już od kilku lat nie mam z nimi kontaktu, bo zwyczajnie nie chcę i ich nie potrzebuję. Mieszkam za granicą, nie narzekam na obecny mój status.

Jednak moja starsza siostra i brat, chcą na mnie wymóc kontakt z rodzicami. I o ile z bratem mam jeszcze jakiś kontakt, napiszemy coś do siebie, zapytamy o zdrowie etc, tak siostra odzywa się do mnie tylko wtedy gdy coś ode mnie potrzebuje np. gościny albo pożyczki. Kiedyś chociaż siliła się na dwa zdania o przysłowiowej dupie Maryni, dzisiaj od razu wjeżdża z tym, że jedzie na wakacje i akurat w połowie trasy wypada moja miejscowość i chce u mnie spać. Dwa razy się na to nabrałam- teraz mówię że mnie nie ma i podaję adresy hotelu, który z ręką na sercu mogę polecić. Jej wcześniejsze wizyty polegały na tym, że chciała mieć śniadanie jak w hotelu, warunki jak w hotelu i jeszcze darmową taksówkę po moim mieście. Przy tym krytykowała wszystko co możliwe - od mojego jedzenia, po wystrój, czy mojego męża, będącego rodowitym mieszkańcem kraju mojej emigracji, bo nie mówi po polsku.

Wracając jednak do moich rodziców. Pomiędzy mną a starszym bratem jest 10 lat różnicy, a pomiędzy mną, a moja siostrą prawie 15. Z tego powodu cofnę się do tego co pamiętam już świadomie. Siostra poszła na studia, zrezygnowała z nich, bo zaszła w ciążę. Rodzice więc wyprawili jej Wielkie wesele, dali na wkład własny na mieszkanie, kupili rodzinne auto. Do tego wozili jej zakupy, opłacili lekcje przygotowujące do porodu. Mój brat studia skończył i przez ich cały okres za nie płacili mu rodzice. Zarówno siostra, jak i brat, dostawali nowe sprzęty (komórki, komputery czy rzeczy do hobby np. zestawy farb, pędzli i aparat cyfrowy dla siostry, a dla brata najpierw wszystko związane z piłką nożną, a potem udzielaniu się w bractwie rycerskim).

Każdy ich sukces był pokazywany w rodzinie, czy podnoszony, że są tacy mądrzy i ogarnięci. O mnie było tylko tyle, że się dobrze uczę. Nawet gdy dostałam się do etapu wojewódzkiego z konkursu z historii, powiedzieli, że to nic szczególnego, bo brat też się dostawał na takie zawody.

Sukcesy świętowała ze mną ciocia. Już będąc dorosłą dowiedziałam się, że rodzice chcieli oddać mnie na jej wychowanie, bo sami byli na to za starzy (nie mieli jeszcze 40 lat gdy się urodziłam). Ciocia przyznała mi jedno, że myślała, że zabierając mnie od rodziców i rodzeństwa zrobi mi krzywdę, ale po czasie stwierdziła, że to by było dobre dla nas wszystkich. Niestety w tamtym momencie miała długi, które zostawił jej mąż w spadku, żyła sama od 1 do 1, dopiero co pozbierała się po śmierci męża i na mnie nie miała nic poza czasem i uwagą.

Nie wchodząc w szczegóły, zawsze czułam się jak dodatkowy nadbagaż. Niby miałam wszystko, nawet pretensje o to, że późno wracam, ale brakowało mi w tym uczucia. Gdy miałam problemy, zbywano je, że to nie są jeszcze problemy, bo zobaczę jak będę dorosła.

Na półmetek nie poszłam, bo rodzice stwierdzili, że składka w wysokości 200 zł jest za duża. Jako jedyna osoba z naszego rocznika nie miałam co opowiadać. Gdy skończyłam 18 lat od razu poszłam do pracy dorywczej w sklepie z ciuchami, żeby zaoszczędzić na studniówkę. I dobrze, że to zrobiłam, bo rodzice uznali to za fanaberię. Moje rodzeństwo miało duże 18 ze znajomymi w lokalu, ja dostałam imprezę rodzinną na działce i pozwolenie na zaproszenie kilku znajomych. Potem rodzice wypominali mi, że moi znajomi zachowywali się niestosownie i cytujac "jak dzieci".

Wspomniałam o tym, że miałam telefon i laptopa. Dostałam je dlatego, że mój brat dostał nowe i mi swoje oddał. Laptop chodził na tyle źle, że pisanie wypracowań zajmowało mi sporo czasu, bo Word potrafił się kilka razy zaciąć.

Gdy wybrałam swoje przedmioty na maturę i kierunek studiów, zostałam przez rodziców skrytykowana, że po tym kierunku będę bezrobotna. Nie podobało im się to, że nie dostałam się do akademika, bo rodzice mieli za duże dochody. Musieli płacić mi więc za pokój. Po pierwszym roku dostałam stypendium naukowe i stwierdzili, że już mogę się sama utrzymać. Wynegocjowałam, że dadzą mi na pokój do licencjatu, a potem mam radzić sobie sama.

Na studiach poznałam męża, który przyjechał na wymianę. Oczywiście też nie spodobał się rodzicom, bo zamiast znaleźć sobie Polaka biorę jakiegoś obcokrajowca.

Ślub to były następne cyrki. Robiliśmy skromną uroczystość i na świadka poprosiłam moją ciocię. Moi rodzice nie chcieli przyjść, bo powinnam wziąć siostrę, z którą już wtedy nie miałam prawie kontaktu. Siostra oczywiście się nie pojawiła. Ciocia chciała zrezygnować, ale przekonałam ją, że to ją chcę mieć obok siebie w tym ważnym dla mnie dniu, bo tylko dzięki niej moje dzieciństwo było znośne.

I tak oto przychodzimy do dnia dzisiejszego. Rodzice nie wiedzą skąd u mnie żal, mimo że im mówiłam o tym. Liczyłam że może po moich słowach będą mieć refleksję na temat ich wychowania. Niestety według nich wszystko było dobrze, a mi się w dupie poprzewracało. Ocenili, że mnie przecież wspierali i dawali pieniądze. Spytałam się więc ich o prostą rzecz. Przy jakiej ulicy i jakiej miejscowości mieszkam? Podali zupełnie inny adres, mimo że mój im wysyłałam i ich do siebie zaprosiłam, aby spróbować naprawić relacje.

Za poradą terapeuty, ograniczyłam z nimi kontakt. Zaczęłam też zbierać dokumenty, aby w razie czego wybronić się od opieki nad nimi, czy alimentów. Nie będę zmieniać swojego życia dla kogoś, kto przez całe dzieciństwo dał mi jasno sygnał, że jestem kolejnym kołem u wozu. I pewnie dla części komentujących będę piekielna, bo podobnie jak moi rodzice, wyjdą z założenia, że skoro nie bili, nie molestowali i nie zamykali w komórce pod schodami, to byli super rodzicami. Moim rodzicem jest jednak ciocia, z którą do dzisiaj mam kontakt i regularnie zapraszam do mnie.

Rodzina

Skomentuj (36) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 179 (209)

#91267

przez ~Tesciowana102 ·
| Do ulubionych
Historia z głównej o teściowej, która nie chciała przyjechać na wigilię, a właściwie komentarze pod nią, zachęciły mnie do opisania mojej cud miód teściowej.

Mój mąż miał od zawsze trudne relacje z matką. Dopóki był od niej finansowo zależny, musiał zgadzać się z nią we wszystkim, bo nie znosiła ona sprzeciwu. Jednak gdy wybył na studia, starał się jej unikać, bo zwyczajnie nie dawał rady. Na początku naszego związku dziwiłam się, bo gdy byłam u nich na obiedzie, wydawała mi się taką miłą i uczynną kobietą. Dosłownie wszystko podawała mi pod nos, upewniała się, że niczego mi nie brakuje i zabroniła sobie pomagać, bo jestem gościem.

Na koniec dała mi ciasto i obiad na następny dzień, bo wiedziała, że przed nami długa droga do domu. Wieczorem zadzwoniła czy dojechaliśmy, bo się martwiła. Cud miód i orzeszki. Nie rozumiałam więc wtedy mojego lubego, dlaczego on się tak od niej odcina. Przekonałam się jednak o tym szybciej niż myślałam.

Pod pozorem dobrych rad, próbowała na mnie wymusić pewne zmiany. Tu delikatna uwaga o tym, że w niebieskim mi nie do twarzy, czy o pięknych nogach, które ukrywam pod spodniami, a powinnam nosić piękne suknie. Gdy powiedziałam, że nie lubię sukienek, powiedziała coś w stylu, że się jeszcze przekonam do bycia prawdziwą kobietą.

I takimi drobnymi krokami próbowała na nas wymuszać pewne rzeczy. Tu zaproszenie na rocznicę ślubu chrzestnej mojego lubego, bo przecież cioci tak zależy na naszej obecności. Co więcej teściowa już prezent kupiła, więc tylko oddamy jej pieniądze i przyjdziemy na gotowe. Odmówiliśmy udziału w tej uroczystości, bo jechaliśmy w tym terminie na wakacje. Uruchomił się w niej diabeł- wyzwała nas od niewdzięczników i antyspołecznych dzieci.

Teściowa jest też za pewną partią polityczną. My wręcz przeciwnie. Na ostatnich wyborach kazała nam głosować tak jak ona, bo my, cytując: Nic o świecie nie wiemy. Gdy usłyszała, że my głosujemy na swoich kandydatów, krzyknęła, że oni sprzedali już Polskę raz, a my jesteśmy gówniarzami i tego nie pamiętamy. Mamy 32 lata. Od tego czasu każda rozmowa kończy się wjazdem na politykę, nawet gdy rozmawiamy o pogodzie. Wysyła do nas fejknewsy, pokazując że tacy jak my niszczymy opinie na temat naszego kraju przez wybór takich polityków. Oczywiście publicznie mówi, że szanuje nasz wybór i ma nadzieję, że Państwo nas wesprze.

Wspomniałam o tym, że mamy 32 lata. Teściowa oczywiście próbowała wymusić na nas wnuki. Pod pozorem tego, że im dalej w las, tym bardziej będę zmęczona, tym większe ryzyko powikłań. Zapytaliśmy się jej więc jak sobie wyobraża dziecko, gdy co dopiero dostaliśmy kredyt i nasze oszczędności stopniały do zera. No jak? Odparła, że oszczędności nie są nam do niczego potrzebne, bo wszystko pokryje NFZ. W rodzinie mówi, że ona się tak o nas martwi, bo planujemy dzidziusia i ona tak by nam chciała pomóc z wychowaniem dziecka, ale robi się coraz słabsza i nie wie czy da radę (tylko przy kimś, w domu lata jak nakręcona).

Wspomniałam też, że mamy kredyt na mieszkanie. Niestety kosztowało nas 800 tysięcy. Teściowa, wraz z teściem, nie dali nam na to mieszkanie nic. Mieli do tego prawo. Jednak moi rodzice nie dość, że pożyczyli nam brakującą kwotę do wkładu własnego, to jeszcze kupili wyposażenie do sypialni, żebyśmy mieli na start, jako prezent od nich.

Teściowa publicznie płakała jak to ich nie stać na taką pomoc, a ja jestem z bogatej rodziny (mama emerytowana księgowa, tato pracuje na 1/2 etatu, bo jest częściowo niepełnosprawny) to moi rodzice sobie mogą pozwolić. Ludziom mówiła, że się cieszy, że kupiliśmy to mieszkanie, bo duże i przestronne, będzie miejsca na dwójkę dzieci (bo mamy 3 sypialnie). Jednocześnie gdy mieliśmy podpisać umowę, wyrzucała nam, że za 800 tysięcy to będziemy mieć w ich okolicy dom z działką, a oni sami dom postawili za 250 tysięcy i jest wypasiony, więc nie pożyczą nam na naszą zachciankę ani grosza. Dosłownie użyła tego sformułowania: zachcianka. Jakbyśmy mieli inne alternatywy mieszkania, mając pracę w mieście wojewódzkim, a oni dom na wsi z jednym sklepem i kanalizacją tylko w połowie wioski.

Ludzie widzą ją jako pogodną, kochaną i uczynną kobietę, która chce nam nieba przychylić. Gdy opowiadamy w rodzinie, że nas w ogóle nie wspiera tylko dużo mówi, część starszego pokolenia nie chce w to wierzyć i zarzuca nam roszczeniowość i brak szacunku do starszych. Jednocześnie uważa mojego lubego za złego syna, bo do matki nie przyjeżdża i nie dzwoni wystarczająco często. Jak to mówią, punkt widzenia zależy od punktu siedzenia.

rodzina

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 135 (151)

Podziel się najśmieszniejszymi historiami na
ANONIMOWE.PL

Piekielni