Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

 

#83344

(PW) ·
| Do ulubionych
Pokrótce opiszę Państwu zdarzenie z godziny 0:00 z dnia 14 października, dotyczy autobusu nocnego we Wrocławiu.

Na przystanek podjeżdża autobus 602 - dobiegam z walizką, sprawdzam nr autobusu - nadal 602. Ja zamierzam jechać 245, upewniam się w rozkładzie. Mija kilkanaście sekund - nagła zmiana na 245, kilka osób z przystanku dopiero wtedy szybko wsiada, próbuję zrobić to i ja wraz z walizką. Fakt - wsiadałam w momencie dzwonka, nie przeskoczę tak szybko stopnia z bagażem.

Stoję w potrzasku. Co robi kierowca? Otwiera drzwi na pół sekundy i zamyka ponownie. Na szczęście przytrzasnęła się tylko walizka i ramiona.
Niezwykle uprzejmie wygłoszony argument pana kierowcy: "Czekałem długo na przystanku, trzeba było wsiąść wcześniej". Cóż, wszyscy pasażerowie wsiedli w ostatniej chwili, bo dopiero wtedy nastąpiła zmiana numerka autobusu.

Nie wiem, czy pan mnie pomylił z żuliettą z racji tego, że tak mnie skwitował, faktycznie człowiek po długiej podróży i o 12 w nocy nie wygląda korzystnie. Mam wrażenie, że kierowca liczył, że nie zrozumiem jego komentarzy - pewnie myślał, że jestem z Ukrainy, jak dziewczyna która poprosiła go o uwolnienie mnie z uścisku drzwi.

Teraz tylko zastanawiam się, czy więcej winy jest po mojej stronie - mogłam wsiąść te kilka sekund wcześniej (mimo, że nie byłam pewna czy to ten autobus 245), czy też zrzucić to na zmęczenie kierowcy lub zwyczajne chamstwo. :)

komunikacja_miejska

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 81 (105)

#83380

(PW) ·
| Do ulubionych
Na fali RODO.

Leżę w szpitalu. Przy żadnym łóżku nie ma karty pacjenta, bo nie wolno. Obchód 2 razy dziennie, za każdym razem wyczytują nazwiska, omawiają problemy. Po 2 dniach wszystkie wiemy jakie kto nosi nazwisko i na co cierpi, imiona nigdy nie były publicznie wymienione.

Po 4 dniach przychodzi nowy lekarz i stając przy łóżku wyczytuje imię. Ja odruchowo (jako pierwsza) podaje nazwisko. A lekarz patrzy na mnie i cedzi "Jest RODO. Nie używamy nazwisk żeby nie zdradzać tożsamości".

Aha.

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 91 (113)

#83362

(PW) ·
| Do ulubionych
Kolega sprzedaje skuter. Niedziela rano, przyjechało dwóch panów na oglądanie.

Pan Kupujący i Pan Kierowca.
Pan Kupujący mocno narąbany. Nie po dwóch piwach, musiało być coś dużo więcej. Widać słychać i czuć. Kolega odmówił jazdy próbnej Kupującemu. Tamci się obrazili i wsiedli w samochód.
Sto metrów dalej przy zawracaniu na trzy wjechali tyłem/ bokiem do głębokiego rowu.

Wezwali lawetę. Laweciarz wezwał policję.

Obaj panowie mocno pijani. Żadnych dokumentów, żadnych pieniędzy, samochód kradziony, blachy zmienione.

pijani na drodze

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 126 (152)

#83379

(PW) ·
| Do ulubionych
Pracuję sobie w firmie przeprowadzkowo-sprzątającej.
Ostatnio dostaliśmy zlecenie. Nieduży dom, ok 45m, ogólnie ogarnąć, umyć okna, podłogi, kuchnie itp. Nic nadzwyczajnego.

Wchodzimy, a na płycie piekarnika leży sobie karteczka o takiej oto treści "Jeśli piekarnik nie będzie idealnie doczyszczony, to nie zapłacę!" Patrzymy po sobie i otwieramy ów piekarnik.

Byłam już na wielu przeprowadzkach i sprzątałam wiele dziwnych rzeczy, jak i brudnych maszyn i sprzętów kuchennych, ale to, jak wyglądał ten piekarnik, trudno opisać słowami. Był czarny jak święta ziemia, oblepiony tłuszczem właściwie z każdej strony, aż ścierka przywierała i nie chciała się odkleić, a resztki przypalonego jedzenia radośnie tańcowały w jego wnętrzu, aż dziw że nie zalęgło się tam żadne robactwo. Robota, robotą - zrobić trzeba. W sumie wymiecionego zwęglonego żarcia i całego tego syfu, było około kilograma, a szorowanie trwało dobrą godzinę, jeśli nie dłużej...

A myślałam, że spleśniałe kości od kurczaka w kuchennej szufladzie, to najpaskudniejsza rzecz, jaka mi się przytrafiła.

sprzątanie po przeprowadzkach

Skomentuj (52) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 115 (131)

#83386

(PW) ·
| Do ulubionych
Może bardziej śmieszne niż piekielne ale dla mnie piekielnie bardzo.

Jakiś czas temu byłam zmuszona odwiedzić urząd pracy czyli PUP.
Szukałam jakiegoś zajęcia w mieścinie, do której przeprowadziłam się za facetem. Niewiele ofert mi pasowało, miałam wówczas dość systemu trzyzmianowego i głowie myśl "zurkovvva skończyłaś wreszcie te głupie studia, znajdź sobie chociaż robotę w normalnych godzinach". Złożyło się tak, że zwalniała się jedna posada w pewnym urzędzie x, gdzie mogłabym robić coś związanego przynajmniej trochę z wyuczonym zawodem. Lepsze to na początek w nowym miejscu niż nic. Podreptałam więc do tego przybytku, od słowa do słowa okazało się, że praca jest, jakieś tam wymogi spełniam, tylko muszę być zarejestrowana w PUP-ie.
I teraz historia właściwa.

Zarejestrowałam się, siedzę przy okienku swojego "doradcy zawodowego" (kto miał tę [nie]przyjemność odwiedzić urząd pracy ten wie o co kaman). Pan przeprowadza tzw. profilowanie.
[Z]- ja
[PD]- Pan Doradca

[PD] Dlaczego zarejestrowała się pani w urzędzie pracy?
(Myślę - k**wa sama nie wiem).
[Z] Będę z panem szczera. Znalazłam pracę w urzędzie x, ale żeby ją dostać potrzebuję statusu bezrobotnego.
[PD] Czyli rejestruje się pani w urzędzie, żeby dostać pracę, tak?
(Oh wait, whaaat?)
[Z] No zgadza się, ale...
[PD] Czyli to urząd pracy ZNALAZŁ pani pracę, a nie pani.
Kurtyna.

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 99 (107)

#83385

(PW) ·
| Do ulubionych
Osoby, które szukały kiedyś pracy jako służba informacyjna, pewnie prędzej czy później natknęły się na firmę z siedzibą w Poznaniu, ale działającą też w innych miastach. Zasada jest prosta: robisz u nich kurs członka służb informacyjnych lub przesyłasz im papierek z potwierdzeniem, że kurs już zaliczyłeś, następnie podpisujesz umowę i zaczynają do ciebie spływać zlecenia, na które możesz się zapisać. W teorii super, można sobie dorobić w dowolnym momencie, nie trzeba mieć z góry ustalonego grafiku, nic tylko brać i korzystać. W marcu filia krakowska rekrutowała nowych pracowników, a ponieważ wspomniany kurs już mam, zdecydowałam się na przyjść na spotkanie informacyjne i zorientować się chociaż, jak to dokładnie działa.

Do tego momentu super. Spotkanie całkiem fajne, warunki jasne, bomba. Ustaliłam z prowadzącym, że wystarczy do nich wysłać maila z potwierdzeniem ukończenia kursu i poprosić o umowę, następnie ją podpisać i odesłać, a oni wpiszą mnie na listę. Skan zrobiony, mail wysłany... I tyle. Żadnego kontaktu z ich strony. Telefon do biura rekrutacyjnego jest, ale nikt nie odbiera. Znudziła mi się ta zabawa i olałam, odwidziało im się i trudno.

Zdążyłam już o firmie zapomnieć, ale okazuje się, że jednak mój mail gdzieś im w systemie figurował, bo w sierpniu odezwali się z ofertą współpracy. Dokładnie mówiąc: dostałam maila z informacją o nadchodzącym zleceniu. Takie zmiany, taka stawka, taki strój obowiązkowy, zapraszamy. A jak ktoś nie ma podpisanej umowy, to proszę pisać na maila, wyślemy. No dobra, w sumie co mi szkodzi - napisałam. Liczyłam, że za drugim razem tą umowę dostanę. Jak łatwo zgadnąć - nope.

Telefon w biurze rekrutacyjnym nie odpowiada, telefon w biurze głównym informuje mnie, że muszę zadzwonić w godzinach pracy i że pracują do 16 (była 14). Aha.

Całe szczęście nie zależało mi jakoś bardzo na tej pracy, ale jak ktoś na poważnie jej potrzebuje, to polecam szukanie gdzie indziej. Chyba, że macie za niskie ciśnienie ;)

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 56 (66)

#83373

(PW) ·
| Do ulubionych
Na mojej ulicy zaczęły pojawiać się śmieci na poboczu, worki w rowie. Ogólnie rzecz mówiąc, ktoś zrobił sobie śmietnik. Brat zauważył któregoś dnia "nowe w okolicy" auto, z którego te śmieci wyrzucano, zapamiętał numer, rysopis kierowcy. Do tego tata znalazł w śmieciach dokumenty firmy z sąsiedniego dużego miasta.

Sami sprzątać tego nie będziemy (mimo że śmieci należą do tego, u kogo leżą), zadzwoniłem do Dzielnicowego. Pan zjawił się po kilku dniach, zebrał dowody i zniknął. Po miesiącu i 3 moich ponagleniach, oznajmił mi że w firmie, której dokumenty znaleźliśmy nie pracuje nikt o takim rysopisie, ani nie ma nikt takiego auta (może numer rejestracji był pomylony, ale na której ulicy i pod czyim domem auto czasami parkowało, również ustaliliśmy).

Także nie ma kogo pociągnąć do odpowiedzialności, tzn. do sprzątania. Dziwnie się tak złożyło, że auto więcej się na naszej ulicy nie pojawiło, podobnie jak i nowe śmieci.

Być może taka osoba w tej firmie nie pracuje... tylko ktoś bliski, ale tego się już nie dowiemy.

śmieci

Skomentuj (5) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 105 (115)

#83384

(PW) ·
| Do ulubionych
Przypomniało mi się czytając historię o madce, której dziecko musi mieć dwie drzemki.

W lipcu jakoś mój facet poprosił mnie, czy nie chciałabym spotkać się z żoną jego kolegi, która to żona niedawno urodziła, są oboje na emigracji od niedawna, nikogo nie znają, może chciałabym się zaprzyjaźnić itp. Podobno potrzeba mi było babskiego towarzystwa ;P

Myślę sobie, że spoko. W końcu znajomi mojego faceta muszą być fajni, prawda? Nope.

Mój spotkał się z tym kolegą pod ich domem i poszli w sobie tylko znanym kierunku, mnie zostawiając, bo miałam wejść na górę na babskie ploty. Trochę już to było dziwne, ale dlaczego, to miałam się przekonać za kilka minut, jak już zadzwoniłam dzwonkiem do drzwi mieszkania.

Otworzyła mi dziewczyna i natychmiast pobiegła do dziecka, przepraszając w biegu i mówiąc, żebym się rozgościła. To, jaki smród mnie uderzył, to aż trudno opisać. Chciałam uciekać. Mieszanka zapachu brudnych pieluch, niewietrzonego mieszkania, środków czyszczących typu cif i domestos oraz przypalonego, jak się okazało, posiłku w kuchni.

No ale wchodzę i się "rozgaszczam", nie oceniajmy pochopnie.

Mieszkanie "lśni", bo rzeczywiście jest czyszczone, ale okna są wszystkie zamknięte. Dodatkowo, wszystkie palniki w kuchni były rozgrzane do maksimum, gdzieniegdzie widziałam małe grzejniki podłączone do prądu. Takie stare farelki, zapewne przywiezione z Polski. Były chyba trzy, każda w innym pokoju.

I ten ryk dziecka. To nie było płakanie, to było wręcz wycie połączone ze skomleniem. Widać było, że dzieciakowi coś jest. Jego matka, kiedy do niej podeszłam akurat go przewijała. Pod kocykiem. Mały miał dodatkowo czapkę na główce i coś co przypominało gruby sweterek.

Dziewczyna cały czas trajkotała przy tym niesamowicie. A że jej ciężko, że są tutaj od kilku miesięcy, że wszystko sama ogarnia (albo raczej nie ogarnia), że mały taki nieposłuszny bo ciągle płacze, że oczywiście powinnam umyć ręce zanim go wezmę, że musi pieluchy wywalać tylko dwa razy w tygodniu (nie mamy śmietników, materiał na osobną historię).

W międzyczasie cała spocona ledwo dzieciaka przewinęła, bo mały naprawdę wył i się wyrywał. Ja też cała spocona, patrzę na nią i na niego, szkoda mi się ich zrobiło. Chciałam sobie dać spokój, ale jak usłyszałam, że przecież w tym kraju to straszne mrozy panują (mieliśmy lipiec, upały po 40 stopni przez kilka tygodni), to nie wytrzymałam. Najpierw szukałam ukrytej kamery, potem pomyślałam że laska jest jakaś po prostu nienormalna. Ciągle się bała, że jej się synek przeziębi.

I tak biadoli i biadoli, ale na szczęście musiała pójść do toalety, więc postanowiłam wziąć małego na balkon. I wyobraźcie sobie, że dziecko ucichło momentalnie. I chyba ta nagła cisza spowodowała niepokój w uszach maDki, bo dość szybko przybiegła i jak na mnie nie ryknie, że co ja robię, że jej syna próbuję przeziębić! Kiedy mały znalazł się znowu w mieszkaniu, płacz zaczął się od nowa.

Pomyślałam, że nie będę uczestniczyć w tym cyrku ani chwili dłużej i zadzwoniłam do mojego faceta, aby przyszli z powrotem. Byli w ciągu 10 minut, bo siedzieli niedaleko w jakiejś knajpie.

Ja w tym czasie chłodno pożegnałam się z maDką i zeszłam na dół. Chciałam opowiedzieć chłopakom, ale mąż maDki przerwał mi mówiąc, że chyba wie o co chodzi. On sobie zupełnie z tym nie radzi i dochodzi do wniosku, że ona ma jakieś zmiany w mózgu po porodzie.
Szkoda się go nam zrobiło, ale w tej sytuacji nie wiedzieliśmy co mamy robić. Laska ewidentnie krzywdzi dziecko, ale go przecież nie bije ani nie głodzi. Za to prawie nie pozwala się ojcu zbliżać do dziecka, zanim się nie umyje, bo "przychodząc z pracy jest siedliskiem zarazków no i jest cały zimny". Musi się wygrzać pod prysznicem, żeby jak bierze dziecko na ręce, to przytulać go do ciepłego ciała. Inaczej się przeziębi. Dziecko, nie ojciec.

Widać było, że ojciec widzi problem, więc postanowiliśmy się nie wtrącać. Z tego co słyszałam później, mały trafił do szpitala. Ojciec nie wytrzymał i wypłakał się pielęgniarkom. Podobno coś w tej sprawie zrobiły, ale szczegółów nie znam.

Skomentuj (39) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 139 (145)

#83378

(PW) ·
| Do ulubionych
Jest sobie pewna strona w internecie, gdzie można wyrazić swoją opinię na temat firmy, którą się zna. Osoby zainteresowane zatrudnieniem w danej firmie mogą sobie poczytać. Oczywiście nie powinno być to kryterium decydujące o tym czy aplikować, ale daje pewne pojęcie.
Postanowiłam dodać tam opinię na temat firmy, w której byłam zatrudniona - dla zainteresowanych - opisywałam ich tutaj: #82861 i #82919.

Na wspomnianej wcześniej stronie opinię próbowałam dodać kilkukrotnie - za każdym razem była kasowana... Cóż - nie były to peany, ale takie rzeczy przyszły pracownik też może chcieć wiedzieć.

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 114 (116)

#83387

(PW) ·
| Do ulubionych
Mglisty poranek, niektórzy już czują weekend, byle szybciej do pracy, a potem jeszcze szybciej wyjść z niej.
Ulica nieco wąska, korek na tej ulicy w godzinach szczytu jest codzienną "radością" z podróżowania tą przelotówką, ale dzisiaj sięgnął prawie dwóch kilometrów.

Pierwsza myśl, że kolizja, wypadek, nawet jeśli sygnalizacja świetlna nawaliła na skrzyżowaniu to nie było tak zakorkowane. Po doturlaniu się do skrzyżowania okazało się, że pani samochód odmówił posłuszeństwa, sama nie miała siły zepchnąć go i czekała na lawetę. Korek wziął się stąd, że aby ją ominąć trzeba zjechać na przeciwny pas ruchu, a przy natężeniu ruchu jakie jest w tym miejscu jest to dość trudne. Do skrzyżowania od momentu zatoru jechałem ok 20 minut, nikt pani nie pomógł, dopiero ja i dwójka nastolatków zepchnęliśmy samochód na chodnik. Wracając do samochodu komentarz wymijającego kierowcy:

- Gdzie chu.u parkujesz. Życie utrudniasz kuta.e.

Człowiek chce być pomocny, to takie kwiatki go spotykają.

droga

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 126 (126)

Podziel się pozytywnymi historiami na
WSPANIALI.pl

Piekielni