Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

 

#87808

(PW) ·
| Do ulubionych
Wychowałam się w patologicznej rodzinie. Ojciec był (a właściwie nadal jest) pijakiem. Nikt nic nigdy nie widział, nikt nie chciał mi pomóc. Wszyscy użalali się tylko nad nim, jaki to on biedny i chory i nad mamą, co z nim ma. Tak, jakby nie mogła odejść.

Po ukończeniu 18 roku życia wyprowadziłam się z domu rodzinnego, zamieszkałam z partnerem i przez 5 lat mieszkałam na drugim końcu Polski. Raz radziliśmy sobie lepiej, raz gorzej, ale miałam święty spokój. W końcu przyszedł covid.

Ja wcześniej pracowałam głównie w gastronomii, więc sporo ewentualnych miejsc pracy po prostu mi odpadło. Zaczęły się większe problemy finansowe. Zbiegło się to z namawianiem nas przez moją mamę i siostrę, żebyśmy zamieszkali w moim domu rodzinnym; kilka miesięcy wcześniej odszedł dziadek i cały dół domu stał pusty, a my płaciliśmy za wynajem za obecne mieszkanie.

Pełna obaw, bo pamiętałam co działo się w tym domu, gdy jeszcze tam mieszkałam, postanowiłam jednak na chwilę tam wrócić. Odetchnąć od płacenia za wynajem, stanąć trochę finansowo na nogi.
Przez dwa miesiące był jako taki względny spokój. Trudno było odnaleźć mi się ponownie wśród rodziny po kilku latach mieszkania osobno, ale powoli zaczęłam przyzwyczajać się do sytuacji.

Pewnego dnia, gdy byłam w łazience, usłyszałam jak mój, tfu, ojciec, siedząc w kotłowni, wyzywa mnie i partnera. Moja łazienka i kotłownia rodziny mieszkającej na górze domu mają wspólną ścianę i w łazience słychać absolutnie wszystko, co ktokolwiek mówi w kotłowni. Nie powiedziałam nic partnerowi, zignorowałam to, chociaż z doświadczenia wiedziałam, że zaraz zaczną się awantury.

Po południu słyszałam huki z mieszkania na górze, ale gdy pisałam do siostry twierdziła, że wszystko jest okej, nic się nie dzieje. Z godzinę później sama zadzwoniła do mojego partnera, czy może przyjść. Poszliśmy na górę, gdzie mój nawalony ojciec skakał z łapami do siostry. Partner podyskutował sobie z nim chwilę, a wtedy ten alkoholik stwierdził, że idzie do kotłowni odciąć piec, bo piec jest jego, a on się wyprowadza. Tak zaaferowany tym swoim pijackim amokiem spadł ze schodów.

Sytuacja miała miejsce około dwóch tygodni temu, kiedy leżał śnieg, było ślisko. Schody niebezpieczne, z imitacją barierki, której boję się bardziej niż samych schodów i staram trzymać się od niej z daleka, gdy już tam idę. Sama dwa razy (trzeźwa) wywróciłam się na tych schodach i po prostu zjechałam po nich na czterech literach. To nie problem z nich spaść trzeźwym, a co dopiero gdy ktoś ledwo się na nogach trzyma.

Wracając do tej konkretnej sytuacji. Pijak spadł ze schodów, przez chwilę razem z siostrą myślałyśmy, że nie żyje. Niestety, przeżył, a gdy się ocknął zadzwonił na policję twierdząc, że to mój partner go pobił i zepchnął. Mama i siostra natomiast wpadły w panikę i zadzwoniły po karetkę, która zabrała tego pijusa.

Tutaj dochodzimy do momentu, który jest dla mnie najbardziej piekielny i przez który ta sytuacja nadal mnie boli.
Gdy ja w wieku 15/16 lat dzwoniłam na policję, że ojciec nas bije mówiono mi, że to ja jestem agresywna, policja przyjeżdżała po kilku godzinach, albo wcale. Pani w słuchawce kilka razy była oburzona, że dzwonię już któryś raz. Natomiast gdy ten menel zadzwonił, że ktoś rzekomo zepchnął go ze schodów, policja była po 20 minutach. Tym pijakiem bardzo się przejęli i próbowali wmówić nam, że ktoś mu pomógł spaść z tych schodów.

Partner odezwał się w końcu do wielkiego pana policjanta (było ich dwóch, ale tylko ten jeden usilnie sugerował, że ktoś tego pijaka jednak zepchnął), że przecież dobrze wie, co się w tym domu dzieje od kilku lat, na co ten miał tylko argument, że nie przypomina sobie, żeby mojego partnera znał. Wzięli nasze dowody osobiste, każde z nas potwierdziło, że ten pijak spadł ze schodów sam.

W końcu policjant stwierdził, żebyśmy zadzwonili do szpitala zapytać się co z tym alkoholikiem (dokładnie użył słów: "z biednym, kochanym xyz") i był wielce zdziwiony, że nie obchodzi nas, co się z nim dzieje. Stwierdził, że to będzie dobrze wyglądać, jeżeli pojedziemy po niego do szpitala. Dodał też, żebym pojechała bez partnera, skoro ten pijak ma z nim problem.

Podsumowując: policjant, który nigdy mi nie pomógł, na którego właściwie mam alergię, stwierdził, żebym pojechała po alkoholika, który terroryzował mnie całe dzieciństwo, że mam sama pojechać po człowieka, który mnie bił, zamknąć się z nim w samochodzie i jeszcze odwieźć go do domu, żeby nadal rzucał się z łapami do mamy i siostry. Sugerował mi pojechanie po menela, który zadzwonił na policję twierdząc, że mój partner go pobił i zepchnął ze schodów.

Nie, nie pojechałam.

Ten pijak wrócił taksówką, za którą zapłaciła moja mama. Tak, ta sama, którą ten pijak wyzywał kilka godzin wcześniej po prostu zapłaciła za jego taksówkę.
Następnego dnia poszłam z siostrą na spacer do sklepu. W pewnym momencie doszła do wniosku, że ta cała sytuacja to jednak wina mojego partnera. Jakoś umknęło jej to, że sama po niego zadzwoniła, gdy ten pijak zaczął skakać do niej z łapami.
Wyjechaliśmy stamtąd kilka dni temu.

rodzina policja patoligia alkoholizm

Skomentuj (16) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 159 (167)

#87803

~Hassi ·
| Do ulubionych
Pierwsza technikum. Nowa szkoła, nowe twarze, nowa klasa.

Bardzo szybko znalazła się grupka sześciu "najmocniejszych" (nazwijmy ich X), reszta i pośmiewisko (O) (chłopak dość zapuszczony, skryty i totalnie bez pewności siebie). Wśród X był K (wydawało się, że to taki ich "niepisany lider"). X szybko zrobili sobie z O ofiarę.

Na początku niewinne żarciki, z czasem było gorzej. K potrafił się z kogoś ponabijać, ale raczej starał się, żeby wszyscy odbierali to jako żarty. Tak minęło kilka tygodni. Jednego dnia, przed lekcjami, X postanowili się pobawić. Ustawili się w korytarzu, przed klasą, otoczyli O i zaczęli go popychać między sobą. W tym momencie pod klasę podszedł K i zaskoczył wszystkich.

Nie przyłączył się do X, wszedł między nich i do pierwszego z brzegu powiedział "teraz mnie popchnij". Ów kolega chyba myślał, że to żarciki, ze strony K i go popchnął. K złapał go za szyję, spojrzał mu w oczy i po kilku sekundach po prostu rzucił nim o ścianę.

Od tamtej pory K odciął się od X i zaczął się kolegować z O, który przy nim nabrał trochę pewności siebie. Okazało się, że K, to taki człowiek, który lubi sobie pożartować z innych, ale i z siebie również, jednak zna granice i staje w obronie słabszych.

Do happy endu jednak było daleko. K rzucił szkołę w trzeciej klasie, po tym, jak ponownie stanął w czyjejś obronie - mianowicie osoby, którą wyśmiewała nauczycielka, że "wygląda jak małpa". Powiedział jej mniej więcej (tego dokładnie nie zapamiętałam) "Spójrz szmato na siebie. Wyśmiewasz chłopaka, bo masz jakieś je*ne kompleksy i wiesz, że ci się nie postawi?"
Po tych słowach skończył w pokoju nauczycielskim.

Po przedstawieniu wersji jego i nauczycielki, reszta nauczycieli stanęła po stronie nauczycielki, więc K, w swoim stylu, wypunktował wszystkich, nie szczędząc bluzgów, a następnie poszedł do sekretariatu odebrać swoje dokumenty i więcej w szkole się nie pojawił. Dalej nie do końca wiadomo jak było z K. Wiem, że miał wyrok za samosąd (zemścił się za pobicie jego kolegi). Następnych kilka lat żadnych wieści o nim nie było, ale dzisiaj widziałam go w towarzystwie jakiejś dziewczyny, przy fajnym samochodzie i mam nadzieję, że mu się wiedzie.

Większość osób zawsze na K wieszała psy, i pewnie według nich, to on byłby piekielny w tej historii, ale z mojej perspektywy, K, po prostu zawsze miał swoje racje i nie zważał na to, co mówi i robi, gdy ktoś przekraczał pewne granice.

Szkoła

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 116 (142)
Dlaczego uważam, że Inpost jest najgorszą firmą kurierską.
Historia w kilku częściach.

1.
Wysyłamy miesięcznie od 500 do 2000 paczek. Zdarzało się że dziennie było nawet 200-300 paczek. Gdy termin wysyłki był krótki (np. jak klient zamówił w środę coś, co musi do niego dotrzeć na piątek bo ma imprezę/ślub/cokolwiek w sobotę) to nadawaliśmy paczki w paczkomacie. Zdarzało się że jak zawoziliśmy paczki wieczorem to zapełnialiśmy 3-4 paczkomaty w okolicy. Po kilku takich dniach zadzwonił do nas kurier z prośbą, żeby zamawiać odbiór paczek z firmy, bo cytuję "mu się nie chce wyciągać ich z paczkomatu". No ok... jak tak chce, to zrobimy mu na rękę i będziemy wystawiać zlecenia na odbiór z siedziby firmy. Bajka, prawda? Gdyby tak było, nie pisałabym że to najgorsza firma kurierska.

- Zlecenie wystawione. Raz przyjechał. Potem już dzwonił, że nie ma miejsca na samochodzie, jest mu to nie po drodze, nie ma żadnych przesyłek do dostarczenia w okolicy, nie zdąży wrócić na bazę itp. No ale może nam zabrać te paczki jeżeli mu je zawieziemy pod paczkomat ABC. Będzie tam w godzinach od np. 16:00 do 16:15. Mamy być punktualnie, bo nie będzie czekać...
Po pierwsze, jakbym chciała zawieźć do paczkomatu, to nie wystawiałabym zlecenia na odbiór.
Po drugie, do paczkomatu mogę pojechać w dowolnym, pasującym mi czasie, a nie kiedy Pan kurier sobie zażyczy.
Po trzecie paczkomat ABC nie był najbliższym paczkomatem. Tylko takim oddalonym o 15 km w jedną stronę. Mamy 5 paczkomatów, które znajdują się bliżej.

2.
Pan kurier ponownie mimo wystawienia zlecenia odbioru paczek z firmy , dzwonił, żeby mu je zawieźć do paczkomatu. Tym razem był to najbliższy - 1,5km w jedną stronę. No ale teraz zaraz, już bo za chwilę go nie będzie. Mąż szybko zapakował paczki do auta i pojechał. W tym pośpiechu nie zabrał ze sobą telefonu. Pięć minut po tym jak odjechał, podjeżdża kurier. Pech chciał, że sąsiad zamówił paczkę za pobraniem i jednak musiał do nas dojechać. No i teraz problem, bo on chce paczki, które zabrał luby. Telefonu nie ma, nie mam jak się z nim skontaktować. Kurier odjechał z fochem do paczkomatu...

3.
Kurier widmo. Zlecenie wystawione we wtorek, więc w środę powinien odebrać paczki. W środę informacja, że był pod siedzibą firmy, ale nikogo nie było. (Sklep czynny całodobowo + mieszkamy nad sklepem, w tym dwie osoby na emeryturze, cały czas na miejscu)
W czwartek informacja, że nie było możliwości odbioru paczki (cokolwiek to znaczy)
W piątek informacja, że kurier był po paczkę, ale przesyłka była niegotowa. Na infolinii pytałam, która paczka była niby niegotowa, bo zlecenie na więcej niż na jedną paczkę... nie wiedzą. Pytałam też, na jaki adres mamy wysłać film z monitoringu z trzech ostatnich dni bo rzeczonego kuriera nie zarejestrowała żadna kamera... - Oni nie wiedzą, przyjmą zgłoszenie i ktoś się odezwie... zero odzewu ze strony Inpostu... Paczki nadal czekają okrojone o połowę, bo jak ktoś ma ślub w sobotę, to w poniedziałek nie będzie już mu potrzebne powinszowanie w grawerem, dedykacją i imionami nowożeńców...).
Musieliśmy zwracać pieniądze. A kuriera jak nie było tak nie ma... Małe wyjaśnienie, paczki, które są z opcją odbioru, nie można już nadać w paczkomacie więc nie mogliśmy ich zawieźć i nadać sami. Zmienić etykietę można ale to paczki allegro i już jest wygenerowany numer paczki i przesłany do odbiory, a nowa etykieta nie będzie się wyświetlać. Tu dochodzą też dodatkowe koszty - nowa etykieta - nowa paczka - ktoś musi zapłacić za nową wysyłkę.. Dodatkowo oczywiście... reklamacja nie przysługuje...

4. Po zgłoszeniu nieprawidłowości w odbiorze paczek z firmy i powróceniu do starej metody nadawania w paczkomacie, doczekaliśmy się:
- telefonu od kuriera z wiązanką łaciny i groźbami..
- nagminnym znikaniu paczek z paczkomatu

a) paczka pobranie na ok 400zł - paczka zaginęła, nie było jej w skrytce. Po wielu emailach i prośbach, po 10 dniach Inpost zarządził przeszukanie paczkomatu :) - Cud! Paczka się znalazła i jest w drodze do odbiorcy. Prosiliśmy, żeby paczka została nam zwrócona, bo klient jej już nie potrzebuje (w międzyczasie wysłaliśmy nową paczkę z towarem). W efekcie odbiorca nie przyjął paczki, bo dostał ją po 14 dniach (czyli 2 dni po dniu babci i dziadka - upominki z okazji tego właśnie święta zamówione przez przedszkole) i jest zwrot do adresata. Jesteśmy stratni o wartość towaru, koszt wysyłki i przesyłkę zwrotną. Piszemy reklamację - nieuznana bo Inpost podjął próbę dostarczenia paczki...

b)Informacja w systemie, że paczka nie miała etykiety - statystycznie 3-5 paczek dziennie - Na pytanie jak mogliśmy nadać paczkę bez etykiety, dowiedzieliśmy się, że zeskanowaliśmy kod, a po otwarciu skrytki, zerwaliśmy etykietę. Tylko, że każdą etykietę wkładamy do przylgi. Jej zerwanie jest niemożliwe i spowodowałoby zniszczenie całej paczki. Oczywiście reklamacja nie przysługuję, bo po tygodniu lub dwóch paczka magicznie się znajduje i jednak z etykietą.

-Zawartość paczki bardzo często przychodziła zniszczona - zalana, połamana itd. Hitem było połamane wieko od drewnianej skrzynki. Lite drzewo grubości 1,5cm. Jak tego dokonali? Nie mam pojęcia. Reklamacja nie uznana bo niby źle zabezpieczona zawartość paczki (kulka silikonowa, folia strecz i karton). Jak niby mamy ją lepiej zabezpieczyć? Na 100 paczek, 5 zawsze jest zniszczonych.

- przepakowywanie paczek przez Inpost. Wysyłamy skrzynki na wino. Jednego dnia nadaliśmy 10 takich paczek. Część klientów zamówiła po 1 skrzynce, inni po 2 lub więcej. Takie skrzynki wysyłamy w specjalnych pudełkach robionych pod wymiar. Po paru dniach pisze klient że zamiast dwóch dostał trzy skrzynki i jest niezadowolony z pakowania. Poprosiliśmy o zdjęcia. Skrzynki wrzucone luzem do folio-paku Inpostu. Nigdy nie korzystamy z takiego pakowania. Byliśmy stratni o tę dodatkową skrzynkę, nową skrzynkę, którą pilnie trzeba było dosłać na poprawny adres (skrzynka personalizowana, dedykacja, imiona i data... - nie do odratowania) i koszt nowej paczki. Reklamacja nie przysługuję, bo na sto procent nasza firma tak zapakowała paczkę i to nasz błąd. Tłumaczenia, zdjęcia.. nic nie pomogło

W ciągu roku składaliśmy wiele reklamacji i skarg.
Każda paczka jest teoretycznie ubezpieczona. Teoretycznie bo nigdy nie dostaliśmy żadnego zwrotu czy zadośćuczynienia. Jeszcze bezczelnie piszą, że odwołanie nie przysługuje.
Tracimy nie tylko finansowo, bo wszystkie nasze produkty są wykonywane pod klienta i nie możemy ich później odsprzedać. Traci na tym również reputacja naszej firmy. bo klienci nie dostają paczek na czas lub dostają uszkodzone.

kurierzy

Skomentuj (39) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 119 (145)

#87809

~muuuka ·
| Do ulubionych
Dostałam jakiś czas temu las w słoiku. Świetna sprawa, dba się o niego bardzo prosto: trzymać w jasnym miejscu, choć nie bezpośrednio na słońcu, obserwować, czy woda skrapla się na ściankach i w razie potrzeby albo otworzyć wieczko na 1-2 godziny, albo odrobinę podlać, jeśli przesadzi się z wietrzeniem. Ale najczęściej funkcjonuje to w zamkniętym obiegu. Fajnie, nie?

Gdyby to było takie proste, nie byłoby tej historii. Moja matka uparła się, że nie umiem się nimi zajmować i koniecznie trzeba to nieszczęsne wieczko zdjąć, bo biedne roślinki padną. Tak więc gdy tylko wyjdę z pokoju, ona wparowuje do niego i wieczko zdejmuje. Pół biedy było jakiś czas temu, kiedy po prostu odkładała je obok. Ale ostatnimi czasy chowa je gdzieś, albo wyrzuca do śmieci (na szczęście nie zdążyła ich wynieść), albo w ogóle bierze cały słój i odstawia na parapet w swoim pokoju, gdzie są bezpośrednio na słońcu. Dlaczego to wszystko? Bo jej koleżanka miała takie "roślinne ustrojstwo" i jej padło. Winę zrzuciła na pokrywkę, poza tym kto to widział, rośliny muszą być na świeżym powietrzu. Próba wytłumaczenia, jak działa fotosynteza i oddychanie na nic się nie zdaje. Jak do tego dodamy fakt, że mam 16 lat i dla niej jestem małolatą, co nic nie wie o życiu (nie przeczę, ale to nie powód, żeby odmawiać mi jakiekolwiek wiedzy), to otrzymujemy mieszankę dość oporną na jakiekolwiek argumenty.

Jestem wykończona. O ile wyjście do toalety czy żeby zjeść obiad nie skutkuje znaczącymi zmianami dla roślinek, o tyle boję się wyjść z domu na dłużej. Niby można podlać, ale nie mam pojęcia, ile tej wody utraciły. Dolewam na oko, na razie trzyma się nieźle. Nie mogę dorobić zamka do drzwi, bo są z takiego materiału, że by się zniszczyły. Rozważam oddanie do dziadków, od których dostałam słój, bo u nich na pewno będą miały dobre warunki. Dla większości z Was to pewnie pierdoła, ale dla mnie mocno uciążliwe. Zwłaszcza od teoretycznie najbliższej osoby.

rodzina

Skomentuj (22) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 140 (146)

#87752

(PW) ·
| Do ulubionych
Czytam od dłuższego czasu Piekielnych i szczerze nie przypuszczałam, że i mnie najdzie ochota, żeby dzielić się tutaj piekielną historią. A jednak...

Jestem w ósmym miesiącu ciąży. O dziecko staraliśmy się długo, więc dwie kreski na teście bardzo nas ucieszyły. Czerpaliśmy ogrom radości przy kompletowaniu wyprawki, urządzaniu pokoju dziecięcego i dokształcaniu się w tematyce noworodkowej (szkoła rodzenia, literatura dla przyszłych rodziców, różne webinary). Czas przeszły jest tu użyty nie bez przyczyny, ponieważ uznaliśmy, że skoro pokoik i wyprawka są gotowe, a wiedza teoretyczna (w zakresie, który uznaliśmy za wystarczający) zdobyta to ostatnie półtora miesiąca przed porodem chcielibyśmy (ja i mąż) poświęcić tylko dla siebie (na zrealizowanie drobnych pasji, wspólne wyjścia na tyle, ile w pandemicznym czasie to możliwe, dokończenie rozpoczętych książek, naukę języka, itp.).

Wiadomo, po narodzinach młodego czasu na takie drobne przyjemności będzie jak na lekarstwo. Ten piękny plan udałoby nam się zrealizować, gdyby nie część naszych znajomych. Znacząca większość to rozumie. Wiadomo, że temat dziecka (czy naszego czy ich) przewinie się w rozmowie, jednak nie jest to temat dominujący. Dla nas to jest zupełnie zrozumiałe. Ciężko nam natomiast jest rozmawiać z częścią znajomych, dla których temat dziecka jest tematem numer 1 (99.9% to rozmowa o pieluchach, rozszerzaniu diety, ząbkowaniu, kolkach, itd. 0.01% to przywitanie). Ja rozumiem, że życie młodych rodziców jest skupione wokół potomka, ale czy serio inne tematy już nie istnieją? Próby zmiany tematu kończą się fiaskiem. Ostatnio dzwoniąc do koleżanki (oczywiście młodej mamy) z życzeniami nawet nie byłam w stanie tych życzeń dokończyć, bo przez godzinę słuchałam monologu o dziecku i tematach z nim związanych.

Oczywiście, przy okazji dostajemy 1519000 cennych rad, jesteśmy wypytywani o to, jaką butelkę kupiliśmy (i przy okazji czemu tą, a nie inną), jaki model wózka i cała masa innych pytań tego typu. Aby położyć temu kres, poinformowaliśmy "zafiksowanych" znajomych o tym, że na ten ostatni miesiąc przed porodem chcielibyśmy ograniczyć tematykę dziecięco-niemowlęcą, skupić się na sobie i że chętnie porozmawiamy na każdy inny temat- o przysłowiowym wszystkim i o niczym. Naiwnie myśleliśmy, że to zrozumieją. No niestety nie...

W oczach niektórych zostaliśmy dziwakami i okropnymi przyszłymi rodzicami, którzy najwyraźniej nie mają pojęcia o życiu z noworodkiem. Jedna znajoma uznała, że powinnam iść do psychologa, bo to poczatek depresji. Najbardziej jednak irytują mnie próby "wyłudzania" informacji czy zdjęć. Nie chcę wysłać zdjęcia ciążowego brzuszka - od razu dostaję wiadomość w stylu "ale dlaczego? Większość kobiet lubi pochwalić się brzuszkiem, jest z niego dumna, itd. ". No ok, może i jest... Ale nie ja. Grzecznie mówię, że nie lubię się fotografować w ciąży. Odpowiedź? Tak, zgadliście.. Ale dlaczego i dalsze doszukiwanie się jakiegoś spisku czy już sama nie wiem czego. Wiem, że jak mały pojawi się na świecie to będą pytania o zdjęcia, zacznie się porównywanie i powiem Wam szczerze, że jestem tym przerażona. Czy tak trudno jest zaakceptować naszą prośbę? Czy może to my jesteśmy w tym wszystkim dziwni i piekielni? Oceńcie sami.

Przyszlirodzice

Skomentuj (21) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 151 (169)

#87804

(PW) ·
| Do ulubionych
Jak wiadomo jestem nauczycielem. Jak też wiadomo, w warunkach pandemii uczę zdalnie. Jakie są tego efekty?

Już nie proszę uczniów, by włączali kamerki. Nie chcę oglądać sypialni z rozrzuconymi ciuchami, w tym również fragmentów bielizny walających się po krzesłach, rozgrzebanych łóżkach i podłodze. Jak również niekoniecznie mam ochotę na obserwowanie resztek śniadanka pochłanianych przez mojego rozmówcę (to nie on mówi niewyraźnie, to coś z mikrofonem).

Ale pojawiło się coś gorszego. Brak motywacji i niechęć do angażowania się. Wiadomo, że jak robię kartkówkę, czy sprawdzian, to rybki mają swobodny dostęp do swoich notatek i do podręcznika. A także do odmętów Internetu. Tego uniknąć się nie da. I co? I gucio.
Pytania (fizyka, szkoła podstawowa) stricte teoretyczne, w całym dziale tylko jeden wzór do ogarnięcia. Średnia ocen ze sprawdzianu 35% (a dzieciaki jeszcze rok temu były całkiem niezłe). Co robić, nie wiem. Pokazuję doświadczenia, daję linki do materiałów z YT, cuda wianki, a wszystko o kant doopy rozbić. Podejrzewam, że większość nawet nie robi notatek z zajęć. Tym bardziej, że próba poproszenia kogoś o odpowiedź, to ...cisza. "bo mnie wyrzuciło, bo kurierowi musiałam otworzyć, bo pies mi nasikał na dywan, bo ...wstaw cokolwiek".

Nie mam specjalnie żalu do swoich podopiecznych. Lubię ich i (chyba) oni lubią mnie. Ale jest kiepsko. Granica zmęczenia materiału jest coraz bliżej.
Wiem, kupa ludzi napisze, że po co te restrykcje, to głupie jest. Z poglądami nie mogę dyskutować. Ale, moja niewielka szkoła pracowała do tej pory offline z klasami I-III. Już nie pracuje. Dyrekcja, zastępca, sekretarka i kilku nauczycieli mają covida. Inni nauczyciele na kwarantannie. Pracować kim nie ma. Decyzją Sanepidu maluchy (wszystkie!) na kwarantannie. Cała szkoła na zdalnym.

Nie użalam się i nie skarżę. Sam wychodzę tylko do sklepu. Ale tak mi cholernie żal tych młodych ludzi. Zero kontaktów społecznych, tak ważnych w tym wieku, depresja i poczucie beznadziei związane z uwięzieniem w domu. A na horyzoncie jutrzenki nie widać, a raczej jedyne co można zobaczyć to bardzo czarne chmury.

Skomentuj (26) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 129 (133)

#87750

(PW) ·
| Do ulubionych
Wśród piekielnych osób na szczególne miejsce według mnie ostatnio zasłużyły osoby pracujące w Naczelnej Izbie Pielęgniarek i Położnych.

Naczelna Izba jest zachwycona, że wygrała proces z browarem, który produkuje piwo z wizerunkiem seksownie ubranej pielęgniarki, który to w ich mniemaniu godzi w dobre imię pielęgniarki.

Sądzę, że 99% pielęgniarek ma naprawdę wywalone na to, kto jakie piwo robi, z jakimi obrazkami (szczególnie, że widać że ten obrazek jest humorystyczny). Takimi bzdurami chyba przejmują się tylko panie przed emeryturą, pełniące zawody administracyjne i niemające pojęcia jak wygląda praca w szpitalu.

W dobre imię pielęgniarki bardziej uderza ciężkość pracy (głównie przez zbyt małą liczbą pielęgniarek), czy niska pensja w stosunku do odpowiedzialności związanej z pełnieniem tego zawodu. Chciałabym, żeby te problemy w pierwszej kolejności były rozwiązywane przez Izbę, na którą są potrącane składki z mojej pensji.

Praca pielęgniarki robi się na tyle coraz bardziej obciążająca, że zauważam u siebie cechy wypalenia zawodowego i coraz bardziej zastanawiam się nad całkowitą zmianą zawodu. Także wycofanie jakieś etykiety z jakiegoś piwa nie sprawi, że poczuję że zawód pielęgniarki jest bardziej szanowany i nie zachęci mnie to pozostania w tym zawodzie.

słuzba_zdrowia

Skomentuj (17) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 173 (185)

#87775

(PW) ·
| Do ulubionych
Życie pisze najdziwniejsze historie.

Kilka słów tytułem wstępu. Jesteśmy bardzo patchworkową rodziną. Ja i mój stary mówimy rożnymi językami, mamy odmienne kolory skóry, wywodzimy się z różnych religii. Mamy dużo dzieci, część dla których jestem macochą, część wspólnych biologicznych, a część wspólnych adoptowanych. Nie mieszkamy w Polsce, chociaż z Polską mamy dużo wspólnego biznesowo. Biologiczna mama moich pasierbów nie ma praw do dzieci po kilku mocnych wybrykach, ale ja nie jestem prawnym opiekunem tej dwójki. Mamy też dwa miejsca zamieszkania, mniejsze mieszkanie w centrum i dom za miastem na weekendy.

W mieszkaniu w centrum mamy pewną sąsiadkę, która bardzo się nudzi i uwielbia utrudniać nam życiem, ale ostatnio przeszła samą siebie.

W mieszkaniu postanowiliśmy zrobić remont, a że covid to i tak siedzimy głównie na wsi, idealny czas. Ekipa remont skończyła i razem z moim starym postanowiliśmy to mieszkanie ogarnąć.

Dzieciaki z moim ojcem na wsi, jedynie kot z nami w centrum. My po kilkunastu godzinach pracy wino na kanapie i Netflix. Ale od słowa do słowa, coś mnie stary zdenerwował, wyszłam zapalić na ogródek. Stojąc tam mówię do niego, on do mnie ze środka i tak gadamy może w nie najmilszym tonie, ale spokojnie. Rozmowa dotyczyła tego jakie auto powinniśmy kupić, każde z nam miało inny pomysł.

Po 10 minutach konflikt zakończony, wracamy do wina i Netflixa. Po kolejnych 10 minutach dzwonek do drzwi. Patrzymy na zegarek, pierwsza w nocy. Otwieramy, a tam czterech policjantów, którzy przyjechali do awantury domowej! Drzwi otworzył mój i tłumaczy, że nic się nie dzieje, o co chodzi.

I wtedy zrobiłam najgłupszą rzecz jaką mogłam, wstałam z kanapy i poszłam do policjantów. Otworzyłam puszkę Pandory. Patrzą na mnie, mówią że przemoc domowa, awantura, patologia, a że mieszkają tu dzieci, oni muszą wejść i sprawdzić, że ja mam się nie bać i oni mi pomogą, tylko muszę zeznawać. I teraz zdałam sobie sprawę jak wyglądam; twarz obdrapana, opuchnięta, siniaki na rękach, bo 3 dni wcześniej miałam wypadek samochodem, stąd wcześniejsza rozmowa o kupnie nowego.

No nic, zapraszamy ich do środka, myślimy, że wszystko się szybko wyjaśni. mówimy, że ja miałam wypadek, że tu remont kończymy, że dzieciaki z dziadkiem na wsi, przemocy nie ma, nigdy nie było.

W mieszkaniu dramat jeśli chodzi o porządek, my lekko podpici, ja zmasakrowana, dzieci nie ma, kot miauczy, że chce jeść. Po naradzie policjanci postanawiają wysłać drugi patrol do domu na wsi, żeby sprawdzić, czy dzieci są bezpieczne, ale nie pozwalają zadzwonić uprzedzić mojego ojca. Także pan przed 70tką, bez znajomości języka urzędowego, został odwiedzony teraz już o drugiej w nocy przez kolejnych czterech policjantów. Nic nie rozumiał, myślał, że coś nam się stało, bo policja nie pozwoliła do nas zadzwonić.

Nasza czwórka policjantów sprawdza, czy był wypadek komunikacyjny, kto uczestniczył, jakie były obrażenia, ja wypis ze szpitala mam w domu na wsi. Druga czwórka budzi dzieci i ogarnia, że mój ojciec jest 'spokrewniony' tylko z trójką, a dwójka to dzieci mojego z pierwszego małżeństwa. Mój mówi, że ma pełne prawa do dzieci, matka utraciła swoje (to bardzo niespotykany przypadek), natomiast na słowo nikt nikomu nie wierzy, dokumenty są gdzieś w domu na wsi. O odebraniu praw matce postanowił sąd w innym państwie, niż to gdzie mieszkamy, więc nie da się tego sprawdzić w systemie. Do domu na wsi przyjeżdża też opieka społeczna. Mój ojciec ma już 'stan przedzawałowy', więc wbrew jego woli policjanci wzywają karetkę (oczywiście dobrze zrobili).

Pada pomysł, żebyśmy teraz pojechali wszyscy do domu na wsi, ale ani ja ani mój nie możemy prowadzić, policja przyjechała normalnym autem, w szóstkę się nie zmieścimy. Przyjeżdża kolejnych dwóch policjantów suką. Więc jedziemy, 1h; czterech policjantów w Skodzie, dwóch w suce, my z kotem który cały czas płacze na pace.

Dojeżdżamy tam po trzeciej w nocy. Po domu kręci się czterech policjantów, dwie panie z opieki społecznej, piątka dzieci, dwóch sanitariuszy i mój ojciec w szlafroku próbujący oddychać (nie dał się bohater zabrać do szpitala, bo dzieciaki pojechałyby do swego rodzaju pogotowia opiekuńczego). Dojeżdżamy w kolejne 8 osób. Podczas interwencji w tym samym pomieszczeniu przebywa 17 dorosłych i 5 dzieci. Przypominam, że jesteśmy w środku pandemii.

Kolejne tłumaczenia, szukanie dokumentów, badanie alkomatem mojego ojca, inspekcja mieszkania i pytania dlaczego w zlewie są brudne naczynia, pytania w jakim celu adoptowaliśmy obce dzieci mając swoje. Dzieciaki przerażone, ojciec też, my chyba już tylko wk***ieni i zmęczeni. O szóstej rano udaje się wszystko wyjaśnić, ale wpis o interwencji jest, opieka społeczna będzie musiała sprawdzić jeszcze kilka razy, skonsultować ze szkołą, naszymi miejscami pracy, czy nie jesteśmy rodziną patologiczną. Ojciec jedzie na obserwację do szpitala (miał 'tylko' atak paniki połączony z astmą).

Podsumowanie: kilka tysięcy już wydane na prawnika rodzinnego, niezliczone godziny spędzone na rozwiązywaniu tego, stres i terapia dzieciaków, bo myślały, że opieka je zabierze (dwójka naszych maluchów to dzieci z domu dziecka, adoptowane już w starszym wieku) i szpital dziadka. Tylko kotu się podobało, że miał dużo ludzi do zaczepiania.

A wiecie dlaczego to wszystko? Ponieważ sąsiadka nie lubi jak staje na 'jej' miejscu przed blokiem. Pozwać jej nie możemy, bo twierdzi, że wezwała policję w dobrej wierze.

Europa Zachodnia

Skomentuj (28) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 173 (191)

#87766

(PW) ·
| Do ulubionych
Jakiś czas temu moja żona stwierdziła, że nasz związek jest na tyle dojrzały i mamy na tyle stabilną sytuację życiową, że przyszedł w końcu czas aby powiększyć naszą małą rodzinę. Tak więc razem usiedliśmy i rozpoczęliśmy poszukiwania kota do adopcji.

Tyle się mówi aby zamiast kupować zwierzęta, adoptować je i nie wspierać "pseudohodowli". Próbowaliśmy w sześciu fundacjach i po tej przeprawie stwierdzam, że pracują tam sami pierd***ci fanatycy.

Fundacja pierwsza, 3 miesięczny kotek, mieszanka dachowca i maine coona. Pani pytała dosłownie o wszystko. Niby pytania sensowne, typu "Jaką karmę planują Państwo kupować?", "Co Państwo zrobią z kotem w razie wyjazdu na wakacje?", itp. Ale było tego tyle, że byłem bliski zapytania się czy mój numer buta też będzie potrzebny. Spędziliśmy tam ponad godzinę i wysypaliśmy się na pytaniu o godziny naszej pracy. Wychodzi na to, że to, że oboje pracujemy 8 godzin dziennie kategorycznie skreśla nasze szanse na adopcję, gdyż koty potrzebują dużo uwagi. Nie, fakt, że pracuję w 99% zdalnie kompletnie nic nie zmienia.

Fundacja druga, 4 miesięczny dachowiec. Znowu milion pytań i znowu klops. Tym razem odpadliśmy na karmie. Pani stwierdziła, że karma X jest bardzo słabej jakości (zrobiłem research i według tego co znalazłem to jedna z lepszych karm) i ona poleca Y, ale o kocie możemy zapomnieć gdyż nie odda go ludziom, którzy w ogóle pomyśleli aby kupować takie świństwo.

Fundacja trzecia, półroczna mieszanka maine coona z czymś. Bardzo analogiczna sytuacja do fundacji drugiej. Jedyna różnica była taka, że po podaniu nazwy karmy Y (no co może jednak rzeczywiście lepsza) pani stwierdziła, że tylko karma Z (prawie 2 razy droższa od karmy Y). I znowu dupa.

Fundacja czwarta, półroczny dachowiec. Udało nam się wreszcie przebrnąć przez wszystkie pytania. I gdy już byliśmy pewni, że w końcu będziemy mieli upragnionego kota, pani stwierdziła, że teraz czas na inspekcję naszego domu. Prawdę mówiąc nie za bardzo uśmiechało nam się żeby jakaś obca baba łaziła nam po domu, ale czego się nie robi dla kota. Więc pani przyszła i spacerowała sobie po mieszkaniu i mruczała co jakiś czas pod nosem. Właziła dosłownie wszędzie. Po jakiś dwudziestu minutach stwierdziła "A zobaczę jeszcze podwórko". I znowu dupa, bo sąsiedzi mają psa. Labradora, największą psią fajtłapę jaką świat widział. Nie pomogło nawet to, że sąsiedzi poza nim mają jeszcze dwa koty. Nie i koniec.

Fundacja piąta, dachowiec, około 5 miesięcy. Znowu udało nam się przejść wszystkie pytania a i nawet nasz dom się pani spodobał. Odpadliśmy na tym, że jeszcze nie kupiliśmy całego osprzętu do obsługi kota. Kobieto ja powoli zaczynam wątpić czy my tego kota kiedyś w ogóle damy radę adoptować a ty twierdzisz, że powinienem już, teraz, natychmiast, na zapas nakupować te wszystkie miski drapaki i inne pierdy?

Fundacja szósta, 3 miesięczny maine coon. Znowu odpadliśmy na pytaniach. Tym razem pani nie spodobało się, że mamy w mieszkaniu kuchenkę indukcyjną. Bo kot może na nią wskoczyć gdy będzie rozgrzana...

W tym momencie mieliśmy dość. Kilka dni później wybraliśmy się do schroniska. Oprowadzała nas bardzo miła wolontariuszka i w trakcie rozmowy wymsknęło mi się, że jesteśmy tu bo 6 fundacji odrzuciło nasze próby adopcji kota. Wtedy ta stwierdziła, że w takim razie musi być coś na rzeczy. Ja i mój niewyparzony jęzor...

Ostatecznie kupiliśmy maine coona od hodowcy. Nie jest mi wstyd i nie żałuję.

Skomentuj (71) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 213 (229)

#87622

(PW) ·
| Do ulubionych
Miał być komentarz w dyskusji o "skrzywdzonych mizoginach (czy ogólnie mizantropach)", ale wyszło trochę za długo, a historia w międzyczasie zniknęła.

Prawie 16 lat temu moją pierwszą pracą w Irlandii była stewardessa w Ryanair. Warunki tragiczne, ale od czegoś trzeba zacząć. W tym czasie zaczęło tam pracę całkiem sporo Polaków - dziewczyny jako personel pokładowy, chłopaki "na rampie", czyli ładowanie bagaży, podstawianie schodów itp. Większość całkiem dobrze wykształcona i traktująca tę pracę jako zaczepienie się na początek, zanim miejscowi spojrzą na nas przychylniejszym okiem i uda nam się znaleźć pracę w zawodzie. Przyjaźniłyśmy się z chłopakami z rampy, nawet jakieś pojedyncze parki się potworzyły.

Wśród kolegów z rampy był również Krzysztof. Mój rówieśnik, absolwent prawa, małomówny, raczej introwertyczny, sprawiał wrażenie dojrzalszego i poważniejszego niż koledzy. Nie ukrywam, że wpadł mi wówczas w oko. Ja chyba jemu też, a przynajmniej byłam jedyną dziewczyną, z którą on rozmawiał (mam na myśli kurtuazyjny small talk, podczas kilkuminutowych przerw, czasem nawet rzucił jakimś komplementem).

Przecierpiawszy 6 miesięcy w Ryanair (tyle doświadczenia trzeba było mieć, żeby starać się o pracę w innych liniach), udało mi się na tym samym stanowisku w irlandzkich państwowych liniach. Nadal nie praca marzeń, gdyż nie wiązałam przyszłości z lataniem, ale bez porównania lepsze warunki pracy, jak i finansowe oraz możliwość rozwoju i kariery w ramach firmy. Kiedy złożyłam wypowiedzenie w Ryanair i wieść o moim odejściu się rozeszła, Krzysztof zaprosił mnie na drinka, żeby "uczcić mój sukces".

Spotkaliśmy się wieczorem w lokalnym barze. Krzysztof przyszedł wcześniej i przed moim przyjściem zdążył wypić 3 szklaneczki whiskey. Poopowiadaliśmy trochę o sobie, co robiliśmy w Polsce, jak znaleźliśmy się w Irlandii, jakie mamy plany życiowe itd. Opowiedziałam w kilku słowach, jakie mam plany (że zamierzam polatać jeszcze góra jakieś 2 lata, potem może miejscowi w końcu przekonają się, że Polak nadaje się nie tylko "na zmywak" i dopuszczą nas do pracy w wybranych przez nas zawodach, wówczas chciałabym spróbować w takiej, takiej i takiej branży), po czym Krzysztof wygłosił długi monolog z którego dowiedziałam się, że:

- Krzysztof jako absolwent prawa chce pracować w zawodzie. Marzeniem jest adwokatura, ale to pewnie nie od razu, bo na razie nie radzi sobie za bardzo z angielskim, więc w tej chwili chciałby pracować w więziennictwie, albo w ostateczności chociaż w policji. Już nawet próbował aplikować, ale go nie przyjęli, bo nie spełniał jakichś wymagań i brakowało mu jakichś kwalifikacji (już nie pamiętam, o chodziło dokładnie, ale było to coś, co przy włożeniu pewnego wysiłku spokojnie można było uzyskać). Ale on nie będzie tych kwalifikacji uzupełniał. Ma to w dupie. Skoro go nie chcą takiego, jaki jest, to on ma ich w dupie. W ogóle Irlandczycy są poje*ani. I on ich nienawidzi. I tego kraju. On nie widzi tu dla siebie przyszłości. Jeśli ktoś widzi dla siebie przyszłość w tym kraju, jest sprzedajną dziwką. A on nienawidzi sprzedajnych dziwek. Do Polski jednak nie wróci, bo tam nie zarobi tyle, co tu.

- Niech mi się broń boziu nie wydaje, że ja tu kiedykolwiek zrobię jakąś karierę. To nie jest kraj dla Polaków. Bo oni nas nienawidzą, nie mówią nam tego wprost, ale on wie, że nas nienawidzą. Ale on ich też. Całe życie będę rozdawać drinki w samolocie. I żeby mi się przypadkiem nie wydawało, że moja praca ma jakąkolwiek wartość. Nie ma żadnej. Jestem zwykłą kelnerką. Nikim. Śmieciem. Odpadem ludzkim. Zerem. Moje życie nie ma żadnej wartości. Podobnie jak życie innych Polek. Bo on ogólnie nienawidzi Polek.

- Jak wspomniałam nienawidzi Polek. Bo to sprzedajne dziwki. Wszystkie. Wszystkie dają dupy bogatym Irlandczykom za kasę. Tych, które zostały w Polsce nienawidzi trochę mniej, bo przynajmniej są porządne i ojczyzny nie zdradziły. Nie ma to jak Finki (całkiem sporo Finek pracowało w tym czasie w Ryanair). To dopiero kobiety. I one się szanują. Nie pójdą z byle kim (tu wspomniałam, że całkiem inny obrazek widziałam na firmowym Christmas party, gdzie upojone alkoholem fińskie koleżanki oddawały się w toaletach uciechom cielesnym z kolegami z rampy). Na pewno źle widziałam. Finki takie nie są. On kocha Finki. (Spytałam, dlaczego w takim razie nie umówi się z Finką). Bo nie ma odwagi. Takie piękne i szanujące się kobiety na pewno nie umówią się z Polakiem. Więc jemu pozostały tylko polskie dziwki.

W tym momencie uznałam, że wystarczy i pod jakimś pretekstem zakończyłam spotkanie. Rozumiem, że można być niezadowolonym ze swojego życia, ale przestań mnie typie do cholery obrażać. Podziękowałam za drinka i powiedziałam, że na mnie już czas. Na to Krzysztof:
- To teraz do mnie czy do ciebie?
- Nigdzie. Ja do siebie, ty do siebie. Nie chodzę do łóżka na pierwszej randce, poza tym przez ostatnie 30 minut non stop mnie obrażałeś. Na co w tym momencie liczysz?
- No pewnie. Polak ci śmierdzi. Z bogatym Irlandczykiem na pewno byś poszła. Typowa polska dziwka.

Tia... Na pewno przyczyną była narodowość i stan konta. Bycie zakompleksionym bucem, który wylewa frustracje, bo mu Irlandczycy na powitanie czerwonego dywanu nie rozłożyli i obraża rozmówcę, wyzywając od dziwek i śmieci, nie ma z tym nic wspólnego…

Kiedy 6 lat później opuszczałam Irlandię, Krzysztof, jako jeden z nielicznych Polaków z rampy, nadal miał tę samą pracę. Inni koledzy znaleźli w międzyczasie pracę w zawodzie, ona nadal przerzucał walizki. Nie zrobił nic w celu poprawienia swojej sytuacji. Ale założę się, że miał mnóstwo teorii, czyja to może być wina.

zagranica

Skomentuj (79) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 154 (178)

Podziel się najśmieszniejszymi historiami na
ANONIMOWE.PL

Piekielni