Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

 

#86629

(PW) ·
| Do ulubionych
Chciałam zrobić dobry uczynek, a wyszło jak zawsze...

Sytuacja mieszkaniowa w Monachium wyglada dość nieciekawie. Popyt znacznie przewyższa podaż, mieszkań jest za mało i są bardzo drogie. Do tego obowiązuje zasada, że aby wynająć mieszkanie, trzeba zarabiać trzykrotność czynszu. Czynsz za kawalerkę wynosi w tej chwili około 1000€, czyli łatwo policzyć, że samotna osoba, chcąca mieć jakiś dach nad głową powinna zarabiać co najmniej 3000€ na rękę, podczas gdy średnia krajowa wynosi 1900€. Z kolei dogadanie się w więcej osób nie zawsze wchodzi w grę, ze względu na bardzo restrykcyjne prawo meldunkowe dotyczące wymaganej liczby metrów kwadratowych na osobę. Ogólnie wesoło nie jest. Często zdarza się, że lokatorzy zwalniający mieszkanie życzą sobie 1000€ lub więcej „odstępnego” od chętnych, których polecą na swoje miejsce.

Jako że udało nam się wreszcie nabyć coś własnego i będziemy zwalniać mieszkanie, w którym mieszkałam od początku pobytu w Monachium, postanowiłam ułatwić życie i właścicielce mieszkania, oszczędzając jej poszukiwań nowego lokatora, i jakiemuś rodakowi szukającemu dachu nad głową. Mieszkanie spore, prawie 80m2, czynsz bardzo niski - ja płacę od 2011 roku 1000€ miesięcznie, właścicielka chce go podnieść raptem o 200€ (mieszkanie tej wielkości kosztuje prawie 2000€).

Zamieściłam ogłoszenie na grupie polonijnej, opisując dokładnie wymagania właścicielki odnośnie potencjalnego lokatora:
- para lub rodzina, ew. osoba samotna (żadnych grup przyjaciół)
- Wymagane zaświadczenie, że nie figuruje się w rejestrze dłużników
- Łączny dochód netto w wysokości minimum 3600 w przypadku pary (rodziny) lub 3000 u osoby samotnej - trzeba przedstawić 3 ostatnie odcinki pensji lub kopię umowy o pracę

Z mojej strony jedyną prośbą było, żeby za jakąś symboliczną kwotę odkupić ode mnie kilka rzeczy w mieszkaniu, typu lodówka (w mieszkaniu była w pełni wyposażona kuchnia, tylko lodówkę musiałam dokupić własną), lampa w łazience czy szafka zamontowana pod umywalką.

Zgłosiło się kilkudziesięciu chętnych. Większość z nich ograniczyła się do wydania mi polecenia, że to ja mam dzwonić do nich (które zignorowałam), kilkanaście osób zadzwoniło same lub przysłało wiadomości. Niestety ani jedna osoba nie spełniała warunków. Przytoczę co ciekawsze:

1. Para, on zarabia 1200€, ona bezrobotna. Pytam, jak sobie wyobrażają opłacanie czynszu i rachunków. Odpowiedź: a tam, coś się huehue zakombinuje. Zresztą ona jest w ciąży, to nie można ich wyrzucić nawet jak nie będą płacić.
2. Małżeństwo, obydwoje nieźle zarabiają, pracują tu od 12 lat, ale na czarno. Na odpowiedź, że niestety nic z tego, bo musza być w stanie udokumentować dochody, spytali, czy nie mogłabym czegoś naściemniać właścicielce, bo przecież mamy obowiązek sobie pomagać
3. Małżeństwo. Obydwoje na własnej działalności, zarobki pasują. Ona by ewentualnie wzięła, ale pod warunkiem, że jej dorzucę „komplet prac na sprzątaniu”, najchętniej „bez rachunku” (czyt. na czarno). Na mój komentarz, że niestety nie dysponuję czymś takim, odpowiedziała, że mam przestać się wywyższać, bo „bynajmniej ona wie, że wszystkie Polki sprzatają”, a ja złośliwie nie chcę jej oddać pracy.
4. Ta była najlepsza. Ona pracuje, ale na czarno, więc nie może wziąć umowy na siebie. Umowa będzie na znajomego, który ma działalność, ale on będzie tam tylko fikcyjnie zameldowany, bo mieszka w Szwajcarii. Pomieszkiwać z nią za to będzie jej facet, którego z kolei nie można tam zameldować, bo jest ścigany listem gończym i musi się ukrywać.

Już pominę, jakim trzeba być debilem, żeby informować obcą osobę na piśmie lub nagrywając wiadomości głosowe o wałkach, które się kręci, przestawiając się z imienia i nazwiska i podając dane kontaktowe... Ale, kiedy wszystkim odmówiłam, grzecznie tłumacząc z jakich powodów, dowiedziałam się, że:
- Inne nacje sobie pomagają, a tu jak zwykle Polak Polakowi wilkiem
- „Dopłynęło gówno do brzegu i robi falę” (WTF?)
- Niedługo przyjdzie kryzys, mieszkania będą za darmo i takie cwaniary to oni na taczkach wywiozą
- Za to, że próbuję się na rodakach dorabiać (nie wiem niby jak), to za okupacji to by mi... - tu nastąpiła cała litania, co by mnie spotkało.

Przez znajomych znajomych skontaktowała się ze mną para Chorwatów. Obydwoje legalnie zatrudnieni, zarobki przyzwoite, sympatyczni. Przyszli obejrzeć mieszkanie, przynieśli komplet wymaganych dokumentów. Wezmą z pocałowaniem ręki.

Grupa polonijna

Skomentuj (19) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 104 (114)

#86622

~Odrin ·
| Do ulubionych
Absurdalna (przynajmniej dla mnie) sytuacja z dzisiaj.

Mała dziewczynka (5-6) lat jedzie sobie rowerkiem. "Jedzie" to trochę za dużo powiedziane - ewidentnie jeszcze nie potrafi. Co chwila się chwieje i odpycha nogami.
"Jedzie" ulicą...
POD PRĄD!!!

I nie - nie jest to jakaś osiedlowa uliczka, tylko główna droga dojazdowa do kilku zakładów pracy. Na tym akurat odcinku ograniczenie do 40, ale ruch praktycznie ciągły.

Wrocław Żerniki

Skomentuj (3) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 93 (97)

#86621

~matrioszka123 ·
| Do ulubionych
Przeczytałam tu ostatnio wyznanie chłopaka, który mieszkał w rodzicami w jednym pokoju. Miałam w domu podobną sytuację.

Mieszkałam z rodzicami w dużym, poniemieckim domu na obrzeżach miasta. Dom ogromny, osiem pokoi, a mimo to dzieliłam jeden pokój z dwoma siostrami. Jeden pokój służył mojej matce za pracownię krawiecką. Moja matka nie była jednak krawcową, a urzędniczką, a krawiectwem zajmowała się niby hobbystycznie. Nigdy nie widziałam, aby spędzała tam czas, wchodziła tylko, żeby powrzucać tam ciuchy pozbierane po sąsiadach, które miała potem przerabiać. W drugim pokoju ojciec miał swoje zabawki, jakieś stare wędki, narzędzia resztki farb po remontach, wszystko pootwierane przeterminowane kilka lat. Trzeci pokój służył za składzik na jakieś stare gazety, podręczniki szkolne, zabawki. Nie dość, że mieli dość własnych śmieci, to jeszcze ciągle brali nowe od sąsiadów, bo całe osiedle (przypominające wieś) wiedziało, że moi rodzice zbierają takie graty i ciągle coś im znosili zamiast wyrzucić. W czwartym pokoju stały stare meble. Żadne antyki, okropne PRLowskie meble, często zniszczone, poobrgryzane przez psy, podrapane przez koty, połamane albo niekompletne. Rodzice się tego nie pozbywali, bo zawsze mówili, że na pewno się komuś przyda. Kiedyś próbowali nawet oddać to jakiejś rodzinie, u której był pożar. Ludzie przyszli, obejrzeli i wyszli zniesmaczeni. Piąty pokój służył rodzicom za sypialnię, w szóstym mieszkała babcia. Siódmy był niby salonem, tak zwany duży pokój. Nie dało się tam siedzieć, bo ojciec, który większość życia był bezrobotny spędzał tam całe dnie przed telewizorem i ciągle nas stamtąd wyrzucał. Rodzice trzymają te wszystkie graty do tej pory, jak kiedyś próbowałam im przemówić do rozsądku, aby coś powyrzucali, to się na mnie wydarli, że dobre rzeczy chcę wyrzucać zamiast zrobić z nich użytek.

Obecnie także naszą sypialnię przerobili na graciarnię, zaczęli, gdy jeszcze tam mieszkałam wstawiając mi ciągle jakieś rupiecie, które nie pomieściły się w innych pokojach. W domu cuchnie tak, że jak przychodzę z wizytą, odzwyczajona od tego smrodu dostaję odruchów wymiotnych. Do tego rodzice za każdym razem, gdy słyszą, że ktoś się przeprowadza albo robi remont chodzą tam i zbierają kolejne graty.

dom

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 95 (99)

#74085

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia z czasów młodości, kiedy miałem lat 15-16 i jechałem ze znajomymi chłopaka mojej mamy i nią na Węgry.

Wybraliśmy się do Egeru, gdzie przez dwa tygodnie mieliśmy przyjemność zwiedzać minaret, parę zabytków i różne ciekawe rzeczy, aż nasze kroki skierowaliśmy ku akwaparkowi.

Podchodzimy do kasy i zonk, znajomi węgierskiego niet, angielskiego niet, niemieckiego niet, tylko parę słów po rosyjsku.
Chłopak mamy coś tam węgierski liznął, mama francuski, więc próbują podejść i pogadać z panią w okienku, ale kolega chłopaka mamy (typowy janusz z wąsem, tylko chudy jak szczapa i w tamtym czasie jeszcze nie łysiejący) odpycha ich i mówi że mają się NIE WTRĄCAĆ! Bo "on to załatwi".

"Załatwienie" według janusza polegało na wymachiwaniu rękami i coraz bardziej powolnym wymawianiu polskich słów "karnet tygodniowy" jak najbliżej okienka.
Kolejka dłuższa i dłuższa, a ten robił z siebie i przy okazji z nas idiotów, słychać za nami pomruk niezadowolenia.

Nie wytrzymałem, podszedłem i powiedziałem płynnym angielskim o co nam chodzi. Co zrobił janusz?
Odpychał mnie od okienka kiedy mówiłem.
Potem przez cały tydzień musiałem wysłuchiwać jęków janusza, że "gó*niarze się wymądrzają", głupich docinek i uwag na poziomie 6 klasy szkoły podstawowej i jego zapewnień, że gdybym "nie wparował mu w sam środek(sic!)rozmowy, to dostalibyśmy te karnety wcześniej, bo on już nawiązał z babą nić porozumienia", co chwilę zadawał pytanie tytułując mnie ironicznie "lingwistą", "a jak jest po angielsku to, a to". Gdy nie uzyskiwał odpowiedzi, jęczał że "No, taki z ciebie lingwista jak z koziej du*y trąba".
Mama zwracała mu nieraz uwagę, miał ją gdzieś. Poprosiła swojego faceta o ogarnięcie janusza, bo to w końcu jego znajomi. Mimo próśb mamy, jej facet nie przemówił do rozumu swemu koledze do końca wyprawy.

Z wiadomych przyczyn, mama ze swoim znajomym kontakt zerwała.

wycieczka na Węgry

Skomentuj (2) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 116 (130)

#86617

(PW) ·
| Do ulubionych
Od bardzo długiego czasu mam komórkę w różowej sieci. Rok temu, ze względu na całkiem przyjemną ofertę (większy internet w tej samej cenie, plus nowy flagowiec jednego z producentów, który wyszedł miesiąc wcześniej), przedłużyłam umowę z siecią pół roku przed jej zakończeniem.

Miesiąc później dzwoni do mnie nieznany numer. Zmieniałam wtedy pracę, rozsyłałam CV, więc telefon odebrałam. Niestety zamiast rekrutera w słuchawce usłyszałam Panią, która przedstawiła się jako konsultantka różowej sieci.

P: Jako że niedługo kończy się Pani umowa, mam dla Pani do zaproponowania wspaniałą ofertę, idealnie przystosowaną do Pani wymagań.

Ja: Dziękuję bardzo, ale miesiąc temu przedłużyłam umowę w punkcie sprzedaży państwa sieci. Dostałam to co chciałam więc wątpię, aby mogła Pani zaproponować coś lepszego.

P: Ale to można podpisać jeszcze raz, z małymi zmianami w umowie! Tak jak mówiłam, oferta jest spersonalizowana tylko dla Pani! Do zaproponowania mam 10 GB internetu.

J: Gdyby oferta była spersonalizowana, to wiedziałaby Pani, że mam na chwilę obecną 20 GB internetu, powiększone miesiąc temu z 15.

P: To w takim razie mam dla Pani tablet za złotówkę.

J: Nie dziękuję, nie potrzebuję tabletu, korzystam z komórki, a tablet by się mi kurzył.

P: Ale to jest tablet! Wszyscy chcą mieć tablety.

J: Jak widać jestem wyjątkiem.

P: W takim razie mam dla Pani taką ofertę, że Pani nie odmówi. Komórka, Huawei P20, prawie najnowszy model, z dopłatą 100 zł i powiększeniem abonamentu o 20 zł.

J: Gdyby oferta była przygotowana pode mnie, to wiedziałaby Pani, że miesiąc temu w tej samej kwocie abonamentu, co do tej pory miałam, z dopłatą 100 zł dostałam komórkę Huawei P30 Pro, czyli to ten najnowszy model, który wyszedł dwa miesiące temu. Dziękuję, mam jednak lepszą komórkę za niższą cenę.

P: To ja w takim razie nie mam nic więcej dla Pani do zaoferowania.

No cóż, a nie mówiłam?

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 116 (122)

#86623

(PW) ·
| Do ulubionych
Jakiś czas temu, jeszcze w czasach przed pandemią, wróciłam wyjątkowo zmęczona z pracy. Posnułam się chwilę bez celu po mieszkaniu, a potem stwierdziłam, że nie ma się co męczyć i mimo wczesnej godziny (około 20:20) idę spać.
Zasnęłam snem kamiennym od razu po przyłożeniu głowy do poduszki, kiedy ze snu wybudziły mnie wibracje telefonu. Nieprzytomna spojrzałam na zegarek (20:50), po czym na telefon - dzwonił numer nieznany, ale z racji na przyzwoitą jeszcze godzinę stwierdziłam, że odbiorę, może coś się gdzieś stało?

[Ja, bardzo zaspanym głosem] Halo?
[Kobieta, słychać że bardzo zdenerwowana] Dobry wieczór. Bo pani właśnie dzwoniła do mojego narzeczonego i ja oddzwaniam, o co chodzi?
[J] Dobry wieczór, to pomyłka.
[K] Żadna pomyłka, dzwoniła pani.
[J] Proszę pani, ja to już właściwie śpię... do nikogo nie dzwoniłam, na pewno pomyliła pani cyferki.
I tu nagle zmiana zachowania o 180 stopni.
[K] COOO? CHCESZ MI WMÓWIĆ, ŻE W OGÓLE DO NIEGO NIE DZWONIŁAŚ, TAK? KIM JESTEŚ, CZEGO OD NIEGO CHCESZ? ZOSTAW GO W SPOKOJU!!!

W tym momencie przeszła mi przez głowę myśl, żeby się po prostu rozłączyć, ale kto wie, może kobieta wydzwaniała by dalej, a numeru nieznanego nie da się przecież dodać do blokowanych kontaktów.
Mówię więc dalej, mega spokojnie, bo jednak mózg jeszcze w fazie snu:

[J] Proszę pani, to naprawdę jest jakaś pomyłka.
[K] ŻADNA POMYŁKA! KIM JESTEŚ? CZEGO OD NIEGO CHCESZ, ZOSTAW GO W SPOKOJU!!

No, jak nic zdarta płyta..

[J] Ale kim właściwie jest pani narzeczony?

Tu zbiłam krzykaczkę na chwilę z pantałyku... Zamilkła na jakieś pełne 5 sekund, po czym na nowo, kim jesteś, czego od niego chcesz, zostaw go w spokoju itd.

Uznałam, że się jednak nie dogadamy, więc jak skończyła krzyczeć powiedziałam tylko pełnym politowania głosem "Dobranoc" i odłożyłam słuchawkę.

Oczywiście, po takiej sytuacji nie mogłam usnąć i serio nie mogę zrozumieć kilku rzeczy.
1. Jak bardzo chorobliwie zazdrosna jest ta kobieta, że wydzwania z krzykami do obcej osoby? Było przed 21, to jeszcze normalna godzina na telefony, mogła dzwonić chociażby koleżanka z pracy.
2. Nawet jeśli facet faktycznie ją zdradzał, to czy zrobienie awantury obcej babie serio coś tu zmieni? Zdradził z jedną, to zdradzi z drugą, telefony do tych kobiet w niczym tu nie pomogą.

Mój stoicki spokój chyba przekonał panią do ponownego spojrzenia na numer, który dzwonił do narzeczonego, bo na szczęście drugi raz już nie zadzwoniła.

Chciałam się tylko wyspać, a dostałam opier*dol za niewinność..

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 60 (76)

#74075

(PW) ·
| Do ulubionych
Konwersacja ze ścianą jest chyba bardziej owocna, niż z moją szefową.

Pracuję w hotelu. Głównie na nocną zmianę. Grafik, zwłaszcza w moim przypadku to raczej luźna inspiracja. W związku z tym praktycznie co weekend pracuję, a w tygodniu zazwyczaj jestem na telefon. Jeżeli nie ja pracuję w nocy, to pracuje szefowa.

To, czy pracuję w danym dniu na nockę zależy od: ruchu/kłopotliwości gości/fazy księżyca.

Praca w takim systemie jest już wystarczająco piekielna, ale dzisiaj do białej gorączki doprowadziło mnie coś innego

Przekazanie zmiany. Ja pracowałam wczoraj na popołudnie, szefowa na nockę.
- To co, Serenity, będę w razie czego jutro do ciebie dzwonić.
- Dobrze, tylko prosiłabym o telefon do 19:00, bo idę do kina.

Wyłączyłam telefon o 19:30 i poszłam rozkoszować się filmem. Z kina wyszłam o 21:50 i co? 8 połączeń, wszystkie od szefowej i wiadomość na poczcie głosowej (po jakiego grzyba?)

Wszystkie połączenia krótko po godzinie 20:00.

PS.: Pewnie napiszę jeszcze o pewnej rozmowie, która ze strony szefowej rozpoczęła się dramatycznym "Dlaczego ty Serenity mnie tak nienawidzisz?", w której też wspominałam o tym, żeby dzwoniła wcześniej.

EDIT: Oddzwoniłam do niej zaraz po wyjściu z kina. Dzwoniła po to, abym przyszła do pracy.

hotel szef

Skomentuj (2) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 112 (122)

#74064

(PW) ·
| Do ulubionych
Jakiś czas temu, siedząc sobie spokojnie w autobusie i jadąc do szkoły, spotkała mnie klasyczna kontrola biletów. W tym miejscu muszę dodać, że jestem osobą niepełnosprawną uczącą się, a przepisy ZKM Gdynia mówią o przejazdach bezpłatnych dla takich osób (oczywiście z dokumentem poświadczającym). Więc nie przerywając lektury zeszytu, podałem kontrolerowi moją legitymację osoby niepełnosprawnej, spodziewając się tak jak zawsze (jeżdżę komunikacją miejską bardzo często i długo, nigdy nie miałem żadnego problemu) szybkiego spojrzenia i dalszego szukania "ofiary". Jednak, tą właśnie "ofiarą" miałem stać się ja. Kontroler poprosił dodatkowo o legitymację szkolną, którą oczywiście mu okazałem. Studiował obie przez dobre 2 minuty, aż w końcu zawołał kolegę żeby pomógł mu rozpracować te "czary". Jest to, jak by nie patrzeć rzadka sytuacja i nie wszyscy kontrolerzy dokładnie wiedzą o co chodzi. Stali tak i stali czytając jakieś druczki, aż w końcu oznajmili mi, że moja legitymacja nie uprawnia do przejazdów bezpłatnych. Ja zdziwiony, proszę ich, żeby wysiedli razem ze mną na moim przystanku koło szkoły. Wysiedli i dopiero wtedy się zaczęło.

Najechali na mnie oboje (oni około 35-40 lat, ja - 17), że mam nie ten numer na legitymacji szkolnej i od razu, bez wyjaśnień zaczęli mówić o kwotach mandatu. Dopiero wtedy dowiedziałem się, że na legitymacji szkolnej musi być zaznaczone numerem na odwrocie, że jestem uczniem niepełnosprawnym. Przy nich sprawdziłem przepisy na stronie internetowej ZKMu, a tam rzeczywiście - numer uprawniający inny niż ten widniejący na mojej legitymacji. Nieważne było to, że przecież posiadam osobną legitymację, która potwierdza moją niepełnosprawność, co już dla mnie jest głupotą. Zbity z tropu, pomyślałem, że może jednak naprawdę nie należą mi się te wszystkie ulgi i przez tyle lat jeździłem "na gapę". Dostałem możliwość uiszczenia opłaty dodatkowej na miejscu, która obniżyła cenę mandatu ze 126 zł na 90 zł. Dla kieszeni przeciętnego licealisty te 30 zł to jednak całkiem sporo, więc zdecydowałem się zapłacić na miejscu. Kwitek dostałem, panowie wsiedli do nadjeżdżającego trolejbusu, a ja przez to wszystko grubo spóźniony poszedłem do szkoły. Cały dzień w szkole ten mandat nie dawał mi spokoju i zaraz jak skończyłem lekcje, udałem się do siedziby ZKM w Gdyni, która zresztą znajduje się na tej samej ulicy. Wyjaśniłem całą sytuację i okazało się, że co? - ano szkoła wydała mi złą legitymację na początku września. Na podstawie orzeczenia o niepełnosprawności powinienem dostać tę "drugą" legitymację z innym numerem na odwrocie.

Bogatszy o tę wiedzę, od razu wróciłem się do szkoły i poszedłem porozmawiać w sekretariacie. Pani sekretarka była bardzo zdziwiona moją sprawą, ale jeszcze bardziej tym, jak mogła źle wydać mi legitymację na początku roku. Przyznała, że musiało to być niedopatrzenie z ich strony i od razu obiecała wydanie nowej, już poprawnej legitymacji na drugi dzień. Jednak w szkole wyszła na jaw jeszcze jedna niespodzianka, tym razem ze strony ZKMu. Sprawdzając przepisy z panią sekretarką, zauważyła ona, że numer, który tam widnieje został już dawno wycofany przez MEN i zastąpiony nowym. W takim razie, nie było tak naprawdę fizycznej możliwości, abym posiadał ten numer na legitymacji, ponieważ szkoły już go nie wydają (czyli po prostu ZKM miał błąd w swoich przepisach). Ja po tym wszystkim już trochę uspokojony, odebrałem nową legitymację z poprawnym numerem następnego dnia i od razu wziąłem się za pisanie odwołania. Do odwołania dołączyłem ksera wszystkich moich legitymacji, poinformowałem o pomyłce ze strony szkoły oraz zaznaczyłem błąd w przepisach prosząc o natychmiastową korektę. Czas oczekiwania na odpowiedź miał się zamknąć w przeciągu jednego miesiąca.

Po miesiącu bez jednego dnia, dostałem listownie odpowiedź, w której szanowna Pani Naczelnik wyjaśniła, że brak jest podstaw do anulowania mojego mandatu. Napisano, że nie mogą zmienić przepisów, ponieważ najpierw musi zajść zmiana w zapisie Uchwały Rady Miasta, że jeśli posiadałem jedynie legitymację osoby niepełnosprawnej to należy mi się przejazd ulgowy, a jeśli z poprawną legitymacją szkolną to bezpłatny (??? nie rozumiem czym się różnią zapisy w obu legitymacjach), oraz że "legitymację dla ucznia niepełnosprawnego (uprawniającą do przejazdów bezpłatnych) wyrobiłem dopiero po nałożeniu opłaty dodatkowej". Nie wzięli w ogóle pod uwagę widocznego błędu szkoły, która od razu się do tego przyznała (bez tego przecież nie wyrobiliby mi nowej legitymacji).

komunikacja_miejska

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 104 (112)

#86619

(PW) ·
| Do ulubionych
Słowo wstępu - pracuje w siedzibie firmy, Biuro Obsługi Klienta znajduje się pod innym adresem, zresztą obecnie jest zamknięte ze względu na epidemię. Informacja o tym jest widoczna na stronie.

Akcja z dzisiaj:
Wchodzi mi babka na recepcje, na oko 60+ na recepcje. Dopiero co wywaliła z ust papierosa, maska oczywiście zdjęta, staje mniej niż metr ode mnie.
Ona chce załatwić x. No cóż x może załatwić obecnie internetowo. Oho, to się nie spodobało więc od razu z mordą.

Ona chce gadać z "naczelnikiem", oszukaliśmy ją, ona teraz na miejscu załatwi i bez tego nie wyjdzie.
Oczywiście nie słucha, że tu tego się załatwić nie da, nakręca się dalej i nie daje mi dojść do słowa, bo "ona nie jest głupia", "zna swoje prawa" i "umie czytać" (wyraźnie nie).

3 razy muszę ją prosić, żeby raczyła chociaż maskę nałożyć jeśli zamierza na mnie wrzeszczeć.
Skoro najwyraźniej nie zamierza słuchać co się do niej mówi (kilkukrotnie próbowałam ją poinformować gdzie jest POK oraz, że jest zamknięty, ani razu nie dała mi dokończyć) informuje, że jeśli nie opuści budynku, to zostanie z niego usunięta. To się wściekła jeszcze bardziej. Pozwie nas o miliony, zniszczy nas, przez nas straci taaaaaaaaką inwestycje, ona tyle inwestowała, a teraz ją zagraniczne (?) złodzieje okradają! Już teraz mam dawać numer prezesa i swoje nazwisko, ona nas wszystkich pozwie!

Numeru nie dałam, nazwiska też, wrzeszczała, że mam jej potwierdzenie napisać, że była, to jej napisałam adres POKu i tyle. Oczywiście zarzekała się, że nigdzie nie było napisane, że to nie tu, a kiedy na komórce otworzyłam stronę i jej pokazałam zdanie czarno na białym to się tylko nadeła i wyszła. W sumie ciekawe czy na miejsce pojedzie i się od drzwi odbije... Ostatecznie z czytaniem jak widać słabo, a dokończyć zdania mi nie dała.

Recepcja

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 115 (141)

#86600

~Chrystepaniedopomusz ·
| Do ulubionych
Nienawidzę żebractwa.
Nie żebractwa typu osiedlowy menel żebrający o 2 złote, bo to akurat zupełnie inna bajka, a dorośli,pracujący ludzie.

Od dziecka mama uczyła mnie odkładania pieniędzy. Chciałam uzbierać na wymarzone, buty? Kieszonkowe, kasa z urodzin, przypadkowe drobniaki lądowały w skarbonce. Zbierałam je tak długo,aż miałam pełną kwotę.
Podobnie robię w dorosłym życiu (chociaż kieszonkowe zamieniło się na wypłatę), bo nie ma nic za darmo. I nie oczekuję od nikogo,że jak nie mam pełnej kwoty na dany produkt to ktoś machnie ręką i powie "Masz Pani, za darmo".

To chyba logiczne,że jeśli na coś cię nie stać to tego nie kupujesz? (Mówię tu tylko o kupowaniu czegoś płacąc kartą/gotówką)

TO DLACZEGO DO JASNEJ CHOLERY DZIEŃ W DZIEŃ PRZYNAJMNIEJ 10 OSÓB PRÓBUJE SIĘ ZE MNĄ TARGOWAĆ?

Pracuję w sklepie, w którym mamy coś takiego jak karta stałego klienta, którą założyć możemy od progu 500 zł (wydanych na raz). Karta daje nam przede wszystkim rabat. Wszystko co nie łapie się na próg rabatowane nie będzie.
"Pani opuści 50 zł, nikt się nie dowie",
"Dorzuci pani tam jeszcze coś fajnego i może wezmę".
Przepraszam bardzo, ale ja nie idę do sklepu rtv agd i jeśli mnie nie stać na telewizor to nie proponuję sprzedawcy worka gruzu i dywanu w zamian za telewizor.

Odpowiedź odmowną ludzie przyjmują różnie. Niewielka część kiwa głową i mówi "trudno" jednocześnie będąc już naburmuszonym.
Kolejni marnują mój czas na przepychanki typu "dam 100"( rzecz NOWA kosztuje 250) przez pół godziny.

I ostatnio mój ulubieniec.
Kupował buty, koszt 399 zł.

[Piekielny]: Opuści pani taką stówkę? Ciężkie czasy są...
[Ja]: Niestety, nie. Rabat otrzymuje się dopiero przy założeniu karty stałego klienta, na rachunek na ponad 500 zł.

Piekielny prycha niezadowolony, zrobił się czerwony ze złości, rzucał, a to pudełkiem, a to portfelem, a to siatką.
Znika po chwili i rzuca we mnie rękawicą.

[P]: Teraz jest ponad 500.

Po pierwsze ludzie,jak się zachować nie potraficie,to zamknijcie się w piwnicy u mamusi, a nie wychodzicie w miejsca publiczne.

Po drugie - rozumiem, że ciężkie czasy, tylko ten głąb ma tak? Kupujący buty za 4 stówy? (Notabene buty, które jeśli cię nie stać, to nie musisz kupować, bo nie są do chodzenia i można się z tym wstrzymać). Ja, dokładając od siebie stówę z mojej wypłaty do jego butów już nie miałabym ciężkiej sytuacji?

Po trzecie - ja nie mam absolutnie nikomu za złe, że pyta się o rabat. Tylko właśnie, zapyta i po uzyskaniu informacji przyjmuje ją do wiadomości, a nie żebra jak żul pod sklepem monopolowym!

Sklep

Skomentuj (28) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 175 (199)

Podziel się najśmieszniejszymi historiami na
ANONIMOWE.PL

Piekielni