Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

 

#85184

~hubkjj ·
| Do ulubionych
Nie wiem, czy ktoś tu się ze mną zgodzi, czy też zostanę zbiorowo znienawidzony, jednak postanowiłem podzielić się moją opinią oraz konsternacją, która ogarnia mnie niemal za każdym razem, gdy podróżuję transportem publicznym.

Otóż nie rozumiem, dlaczego na młodych osobach, które podróżują środkami komunikacji miejskiej, ciąży nieustanna presja, by ustępowały miejsca starszym? Jestem w stanie pojąć do pewnego stopnia kwestie grzeczności i „wychowania”, których wiele osób używa jako argumentów za ustępowaniem siedzenia. Jednak niezmiennie nie uważam, by owo „dobre wychowanie” miało powodować, że odbierane jest mi prawo do wygodnego transportu, za który zapłaciłem.

Skoro płacę za bilet tak samo, jak starsza pani (a jeśli nie jestem studentem, to nawet więcej, ponieważ emeryci w przeciwieństwie do mnie mogą liczyć na ulgi), to z jakiego racjonalnego powodu miałbym rezygnować z siedzenia podczas podróży? Rządzi tutaj prawo: „kto pierwszy, ten lepszy”, dlaczego więc, jadąc dobre 40 minut z punktu A do punktu B, po drodze mam rezygnować z mojego miejsca na rzecz innego pasażera, który jedzie przykładowo zaledwie dwa przystanki?

Jestem zdania, że jeśli starsze osoby nie są na tyle sprawne, by przemieszczać się transportem publicznym, to najzwyczajniej w świecie… nie powinny tego robić! To już poboczna kwestia, że ich bliscy na to pozwalają, zamiast zapewnić im odpowiednią opiekę oraz dopasowany do stanu zdrowia sposób podróży.

Inna sprawa, że empatia i grzeczność ulatują jak gaz z piwa, kiedy starsza pani stoi nad Tobą i stuka Cię torebką po głowie, głośno chrząkając i ostentacyjnie WYMAGAJĄC, byś ustąpił jej miejsca.

Bynajmniej takie zachowanie nie wskazuje na mniejszą sprawność fizyczną – ruch, tupet i bezczelność są tutaj doskonale opanowane.

Zmierzam więc do meritum – marzy mi się, abyśmy nie oceniali tych, którzy miejsca nie ustępują. Krew zalewa mnie za każdym razem, gdy widzę potępiające spojrzenia wymierzone w kierunku młodych pasażerów. Korzystają w takiej sytuacji ze swoich przywilejów i mają do tego pełne prawo, pamiętajmy o tym.

Skomentuj (27) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 72 (174)

#74740

(PW) ·
| Do ulubionych
Czy wiecie, kim są cichociemni?

To tacy kierowcy, którzy poruszają się nocą nieoświetlonymi pojazdami po drogach publicznych. Widziałem kiedyś takiego na Ukrainie. Nocą, samochodem, bez świateł.

Widać jednak dotarło do nas i dzisiaj na takiego wpadłem. Traktorzysta.

cichociemny na drodze

Skomentuj (16) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 59 (111)

#84947

~Lilka98765 ·
| Do ulubionych
Historia będzie o mojej szwagierce i jej głupocie, jeśli można tak to nazwać.

Mieszkamy za granicą, szwagierka Amelia przyjechała ponad 5 lat temu na wakacje, a została do teraz. Razem z nią przyjechały dzieci - syn Eryk, wtedy lat 8 i córka Gabrysia, lat 3. Szwagierka przyjeżdżając nie znała języka i jak stwierdziła, na tych kilka tygodni jej niepotrzebny. Niestety w dzień wyjazdu oznajmiła nam, że zostaje na dłużej, bo tu się łatwiej żyje. Swoją drogą to ciekawy wniosek jak na kogoś, kto mieszkał 4 tygodnie na cudzy koszt i poza własną przyjemnością nie musiał się martwić o nic.

Pracę znalazła, jako sprzątaczka, na szczęście legalną. W pracy znajomość języka nie była jej potrzebna, bo pracowała w polskim zespole. Wszelkiej maści sprawy urzędowe pomagaliśmy załatwić jej my lub nowi znajomi. Do dnia dzisiejszego szwagierka nie potrafi się porozumiewać z tubylcami. Ma dwójkę dzieci w wieku szkolnym, a na wszelkie wywiadówki chodzi z tłumaczem, któremu musi płacić, bo ani my, ani znajomi już jej nie pomagamy. Za dużo tego było i każdy miał dość.

Ostatnie wydarzenie przebiło wszystko. Siedzę sobie spokojnie w domu z racji choroby i nagle słyszę mój telefon. Dobra znajoma pracująca w banku dzwoni i pyta, czy mogłabym przyjść do nich na chwilę, bo jest afera. Cóż było robić, ubrałam się i poszłam. Na miejscu się okazało, że Amelia dostała pismo z banku i postanowiła pokazać, jaka jest samodzielna, więc poszła tam razem z córką (obecnie 8 lat) w roli tłumacza. Kiedy przyszłam, krzyczała na Gabrysię, że jest tępa i do niczego się nie nadaje, skoro nawet paru prostych słów nie potrafi przetłumaczyć. Nie powiem, zagotowało się we mnie, bo co dziecko winne, że ma matkę idiotkę, która, mieszkając ponad 5 lat za granicą, nie potrafiła się nauczyć języka. Szwagierka nasłuchała się najpierw ode mnie, a później od mojego męża, że sama jest tępa, nieodpowiedzialna i tak na dobrą sprawę już dawno powinna nauczyć się języka, a jak nie chce, to niech do Polski wraca, bo chociaż tam nie będzie dzieci wykorzystywać.

Nic do niej nie dotarło, no, prawie nic, bo teraz jak ma coś ważnego do załatwienia, to bierze Eryka gdyż jest starszy i więcej potrafi.

rodzina zagranica

Skomentuj (5) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 52 (78)

#84957

(PW) ·
| Do ulubionych
Ostatnio spotkało mnie coś dziwnego.

Na początku dodam, że jestem w ciąży, jest to dopiero drugi miesiąc, więc początki, z partnerem bardzo się cieszymy, ale jest to nasze pierwsze dziecko, więc troszkę też jesteśmy zagubieni.

Postanowiłam pójść do ginekologa, sprawdzić, co i jak.

Do wizyty skłoniły mnie opinie na znanylekarz.pl - chociaż widziałam kilka nieprzychylnych komentarzy, postanowiłam spróbować. Już na wejściu, u pani w recepcji, poczułam się nieswojo, gdyż była ona dość specyficzna.

Przesłuchiwała inna kobietę w ciąży na tyle głośno, że wszyscy to słyszeli. Widziałam, że kobieta czuła się niekomfortowo, mówiła cicho, ale pani recepcjonistka mówiła na tyle głośno i wyraźnie, że nietrudno było się domyślić, o co chodzi. Nadeszła moja kolej.

Kobieta przede mną zostawiła na blacie jakieś ulotki o ciąży i macierzyństwie, kiedy pani na recepcji to zobaczyła i upewniła się, że to nie moje, powiedziała: „Ciele, głupie ciele, ciele zapomniało”. Byłam w szoku. Jak kobieta może tak powiedzieć o pacjentce do innej.

Pani recepcjonistka też na wejściu mi powiedziała, że będzie to wizyta prywatna, bo nie jestem ubezpieczona, Kiedy powiedziałam, że przychodzę na NFZ i obejmuje mnie ustawa ochrony kobiet w ciąży (nie jestem ubezpieczona, wróciłam z NL i nie zdążyłam się ubezpieczyć jeszcze w Polsce), pani z łaską podała mi oświadczenie, które powinnam wypisać.

Po moim wejściu do gabinetu, pani doktor pozwoliła wejść narzeczonemu, ale dopiero, jak przewróciła oczami i powiedziała: „Noo, skoro państwo sobie życzyyyciee”. Po chwili zaczęła zadawać pytania, które, kiedy jeszcze nie zdążyłam odpowiedzieć, ponawiała. Byłam dość zdezorientowana, nie spodziewałam się takiego niemiłego wywiadu. Pani doktor powiedziała, że mam się zarejestrować jako bezrobotna, bo dla niej to jest problem rozliczać mnie osobno, na moją odpowiedź, że dla mnie problemem jest się zarejestrować, tylko się zaśmiała (powiedziałam tak, bo była dla mnie bardzo opryskliwa).

Badanie przepłynęło szybko i sprawnie, pani doktor pokazała pęcherzyk i powiedziała, że ciąży jeszcze nie ma i na tym koniec. Chociaż przez sekundę powiedziała, że coś widzi, po czym wyłączyła monitor. Rzuciła mi jeszcze na koniec przez biurko moje badanie, co całkowicie mnie zmroziło. Było to lekceważące, niemiłe i bardzo nieprofesjonalne. Nie wiem, czy pani doktor zachowuje się tak wobec wszystkich pacjentek (mam nadzieję, że nie) czy po prostu była zła, że nie udało jej się złapać mnie na wizytę prywatną. I nie chodzi mi tutaj o to, żeby komuś zaszkodzić, może zarówno pani doktor, jak i pani Krysia na recepcji miały zły dzień... Nie wiem.

Zagłębiłam się w temat i podpytałam na miejscowym forum o tę lekarkę. Okazało się, że dziewczyny wybiegają z płaczem z jej gabinetu, potrafi powiedzieć pacjentce, że ona widzi tylko 3 paluszki u rąk, wyłączyć monitor i uśmiechając się, dodać: „Ale i tak je będziesz kochała”. Jedna dziewczyna powiedziała, że na wstępie usłyszała: „nooo, zobaczymy, czy ten płód w ogóle jeszcze żyje...”. O pani w recepcji również pojawiły się komentarze typu: „mówi na tyle głośno, że chyba zapomniała o czymś takim jak RODO”, „wyzwała dziewczynę od biedaczek, bo ta nie miała pieniędzy na wizytę prywatną, a zależało jej na czasie” lub „skomentowała dzwoniący u niej na biurku telefon: co to za [email protected] znowu dzwoni”.

Nie wiem, czy pani doktor już się wypaliła, czy czuje się tak ważna, że znęca się nad młodymi kobietami w ciąży, komentarz na znanylekarz już wystawiłam, ale chciałabym to jeszcze gdzieś zgłosić, pytanie, gdzie?

Lekarze słuzba_zdrowia

Skomentuj (25) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 65 (117)

#85151

(PW) ·
| Do ulubionych
Stało się, dopadła mnie maDka p0lka.

Pojechaliśmy z małżonką zwiedzać obiekty architektury obronnej, czyli mniej lub bardziej zrujnowane zamki. Pod znakomitą większością z nich są parkingi, płatne lub nie. Zajechaliśmy na jeden z nich, wjeżdżając za SUV-em BMW z przyczepionymi rowerami.

BMW minęło wolne miejsce parkingowe i zatrzymało się kawałek dalej. I stoi, zero migaczy, światła wstecznego, nikt nie wysiada - ot, stoi. No to wjechałem na miejsce, zgasiłem silnik, jeszcze złapaliśmy po łyczku wody, po czym, kiedy wysiadłem, czekała już na mnie niezbyt sympatyczna pani, która zaczęła mnie z góry na dół opieprzać, że zajęliśmy ICH miejsce, że przecież WIDAĆ, że chcieli tu zaparkować, że to jest OCZYWISTE, że chcieli najpierw dzieciaki z samochodu wypakować, i że to jest w ogóle totalne chamstwo z mojej strony.

No cóż, właśnie problem polegał na tym, że nie było widać. Pani jeszcze ponarzekała, ja w międzyczasie zapłaciłem za parking osobie zbierającej opłaty (ciesząc się po cichu, że te opłaty zbierają - miałem pewność, że nikt mi lusterka nie urwie...) i po prostu poszliśmy zwiedzać.

madka parking

Skomentuj (5) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 114 (120)

#74762

(PW) ·
| Do ulubionych
Ktoś sprzedaje auto za prawie 200.000 PLN na allegro. W ogłoszeniu kilka zdjęć, w tym masakrycznie nieostre zdjęcie wnętrza. Tak nieostre, że nie widać zegarów, przycisków, nie wiadomo, jak autko wyposażone. Właściwie widać tylko, że kierownica z lewej i automatyczna skrzynia biegów (a może nie).

Treść ogłoszenia:
"Sprz. ałdi, stan jak na zdj, więcej info na tel. XXX-XXX-XXX".

Tak się zastanawiam, co sprzedający ciekawego zrobił w czasie, który zaoszczędził na napisaniu ogłoszenia.

analfabeci są wśród nas

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 79 (141)

#84953

(PW) ·
| Do ulubionych
Jestem przez pewną osobę postrzegana jako tzw. 'feministka' (nie był to komplement, ale cóż :p), bo nie wyobrażam sobie siedzieć w domu, sprzątać, gotować i czekać, aż chłop mi fundnie wakacje, a do szczęścia zamiast dziecka wystarczy mi póki co kot. No i fajnie - chociaż swój feminizm widzę raczej w kategorii bycia kobietą świadomą (przeważnie) swojej wartości, samodzielną, w miarę zaradną i pracującą na własny rachunek, a jednocześnie uważam, że kobieta nie jest mężczyzną i na odwrót - lodówki na moje szóste piętro sama nie wniosę. Nie trzeba się zgadzać z tą definicją, ale będzie o (ultra)feminizmie w pracy.

Pracuję w miejscu, gdzie obowiązuje dress code. Dla pań są to pracownicze spódnice/sukienki plus manicure, makijaż i obcasy. Panowie również mają wyglądać schludnie.

Mam w pracy koleżankę, która na każdym kroku krytykuje te zasady. Twierdzi, że to dyskryminacja, że ona musi się malować, a koledzy nie mają wymogu np. noszenia szpilek. A mnie trafia szlag, jak to słyszę, bo dziewczyna doskonale wiedziała, gdzie się zatrudnia - mnie już na rozmowie kwalifikacyjnej poinformowano o tych zasadach. Takie argumenty do pani feministki nie docierają i wciąż robi wokół siebie szum.

Dla mnie cholernie głupi jest ten tok myślenia, bo do każdego miejsca pracy przypisany jest inny styl ubierania się. Przecież do pracy w magazynie nie pójdę w garsonce pasującej do biura, prawda?

Ja też nie żyłam na początku w przyjaźni z wysokimi obcasami, a już na pewno miałam wrogie stosunki z rajstopami (brrr!), ale kiedy się zatrudniałam, uważałam, że wypłata wyższa niż ta mityczna 'średnia krajowa' jest warta poświęceń.

Irytuje mnie, że takie osoby czynią słowo 'feminizm' obelgą, przecież nikt nie broni mojej koleżance znalezienia pracy, w której będą panować inne zasady. Jestem pewna, że gdyby koleżanka zatrudniła się w kopalni czy też postanowiła zostać spawaczem, nikt nie wymagałby od niej noszenia spódnicy.

EDIT: Nie sprecyzowałam, jak wygląda męski strój. Jest on dosyć mocno wieczorowy i obejmuje białą koszulę i "lakierki" na nogach, kierownicy noszą garnitury. Moja koleżanka chciałaby im ufundować szpilki i makijaż, co do którego też nie ma dużych wymogów. U mnie można po prostu przejechać usta szminką i już jest makijaż, to samo się tyczy paznokci - bezbarwny lakier też się liczy. Może w głównych "działach", gdzie kontakt z klientem jest większy, są też większe wymagania, niemniej jednak uważam, że wiedziałam, gdzie się zatrudniam i nie ma co narzekać na makijaż.

EDIT2: Poprzez mocno wieczorowy strój mam na myśli pełen "mundurek". Nie chcę opisywać dokładnie, jakie to są ubrania, bo pracuję w specyficznym lokalu. Kobiety mają identyczne stroje, jak mężczyźni, tylko zamiast spodni noszą spódnice. Sukienki są dla "damskich" działów (a to dopiero jest dyskryminacja!).

Feminizm w pracy

Skomentuj (54) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 54 (116)

#84940

~leoslawa ·
| Do ulubionych
Piekielnymi będą tu "osobniki" z rodziny mojego partnera.

Zacznę od początku.

Z przyczyn prywatnych dość szybko zamieszkałam z T. Zamieszkaliśmy w mieszkaniu jego mamy, która pracowała za granicą. Oczywiście zapytaliśmy ją o zgodę, nie miała z tym żadnego problemu.

Mieszkałam tam tylko 2 miesiące.

Nie dało się znieść obecności siostry, która dzień w dzień przychodziła na kawkę o 7-8 rano i siedziała do południa, bo uważała, że to jej rodzinny dom i ma prawo przychodzić, kiedy chce.

Nie odpowiadał mi układ wstawania codziennie o 7, aby jaśnie pani zrobić kawę i z nią siedzieć, więc oznajmiłam mojemu T, że będę chciała wynająć sobie pokój (jeszcze nie pracowałam, tylko się uczyłam i nie było mnie stać na wynajęcie mieszkania). Mój T zaproponował, że chętnie wyprowadzi się ze mną od swojej mamy i wynajmiemy mieszkanie wspólnie.

Pierwszy dzień po naszej wyprowadzce to był istny horror. Na zmianę siostry T i jego brat wydzwaniali do niego, że ma mnie zostawić i wracać do mamy, że ja jestem zła, niedobra. Wiele wylanych łez, awantury.

Kilka miesięcy później wyprowadziliśmy się do innego miasta, aby T miał bliżej do pracy, bo dojazdy go męczyły. To również nie spodobało się siostrzyczce. Kazała mu zostać w mieście i dojeżdżać do pracy 100 km w jedną stronę, bo ona chce go codziennie widywać.

Aktualnie jest zapraszany sam, czy to na kawę, czy chrzciny, urodziny i wszelkie inne uroczystości, mnie traktują jak powietrze i tak już trzeci rok.

W życiu nie zrobiłam im nic złego, dbam o ich brata, jak umiem najlepiej.

Tak piekielnych ludzi nigdy na swojej drodze nie spotkałam.

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 85 (123)

#85152

~JemSzyszki ·
| Do ulubionych
Na początku dwa fakty o mnie.

1. W zamierzchłych, podstawówkowo-gimnazjalnych czasach, byłam w harcerstwie. Z drużyny odeszłam z kilku powodów, jednym z nich była drużynowa, u której byłam przyboczną (czyli "prawą ręką", chociaż z mniejszymi uprawnieniami). Babsko przejawiało cały szereg piekielnych cech i, patrząc z perspektywy czasu, dziwię się sobie i innym, że tyle tam wytrzymali.

2. Lubię haftować, czasem daję rodzinie i przyjaciołom obrazek tak stworzony jako prezent. Niedawno moja przyjaciółka, którą poznałam w harcerstwie, miała urodziny, dałam jej własnoręcznie wyszyty krzyż harcerski wielkości ok. 15 x 15 cm.

Z miesiąc temu ktoś się dobijał do mnie z nieznanego mi numeru. Dwa pierwsze połączenia zignorowałam, trzecie odebrałam, bo może faktycznie ważne? W słuchawce damski, zachrypnięty głos zaczyna trajkotać, że jaka szkoda, że się tak dawno nie widziałyśmy, ona słyszała, że umiem szyć i czy czegoś bym dla niej nie zrobiła. Po chwili szoku odzyskałam głos.

[J]a: Moment, kto właściwie mówi?
[K]obieta: Jak to, nie poznajesz mnie? Tu twoja druhna Karolina!

A, czyli moja "ukochana" drużynowa. Będzie zabawnie.

[J]: A, to ty. No cześć. Mówiłaś, że czegoś chcesz ode mnie?
[K]: Tak tak, bo Weronika [moja przyjaciółka] mówiła, że jej wyhaftowałaś taki piękny krzyż harcerski. I ona mi dała numer do ciebie. Nie chciałabyś zrobić takiego do harcówki?
[J]: W sumie bym mogła [sentyment mimo wszystko pozostał], jakiej wielkości byś chciała?
[K]: Tak z 50 x 50 cm.
[J]: zamilkłam, powoli analizując, co usłyszałam, będąc przekonaną, że coś jej się pomyliło.
[K]: Aaa, i jeszcze znaczek zucha byś mogła dołożyć, takiej wielkości [tych, co się nie orientują, co to, zapraszam do Googla].
[J]: Ale zdajesz sobie sprawę z tego, że to wiele miesięcy pracy? Koszt też duży: nici to pewnie ponad 100 zł wyjdą, ramy kilkadziesiąt, do tego moja praca, niech nawet będzie 10 zł/h... No, kilka stów będzie na pewno.

Jak możecie się domyślić, rozpętała mi piekło. Że jestem niewdzięczna, jak tak mogę swoją drużynową traktować [ehe, nie jestem w drużynie od lat], mam się odwdzięczyć za lata pracy i cierpliwości wobec mnie. Nie chciało mi się kłócić, więc po prostu się rozłączyłam i zablokowałam numer, a do przyjaciółki napisałam, żeby nie dawała nikomu mojego numeru bez mojej zgody.

Kilka dni później Weronika napisała do mnie z przeprosinami. Mówiła, że numer dała w dobrej wierze, nie sądziła, że tak to wyjdzie. Karolina podobno pluła wściekłością jeszcze przez wiele dni. Zostałam "przyboczną wyklętą", ale jakoś mi nie szkoda.

harcerstwo szycie

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 132 (140)

#74814

Konto usunięte ·
| Do ulubionych
Pracuję w hotelu, miejscu, gdzie przewija się sporo (może nie jakieś dzikie tłumy, ale sporo) ludzi. A wiadomo - gdzie ludzie, tam sytuacje różne - śmieszne, straszne i smutne. Dzisiaj kilka typów Gości Hotelowych:

Stały Gość(SG): Dzień dobry, chciałbym zarezerwować pokój na dzień XX.
RECEPCJA(R): Oczywiście, nie ma problemu.
SG: Świetnie, ile to będzie kosztować?
R: Cena wynosi XX.
SG: Uuu, trochę drogo, a nie możnaby jakiegoś rabatu dla stałego klienta?
R: Niestety nie mogę już obniżyć ceny.
SG: No trudno, a proszę mi powiedzieć - jaki to jest adres i jak do was dojechać?

Stały Gość II (SGII):
SGII: Dzień dobry, chciałbym zarezerwować pokój na dzień XX.
R: Niestety nie posiadamy w tym dniu wolnego pokoju.
SG II: Ale jak to? Jestem państwa stałym gościem, proszę o rezerwację.
R: Nie mamy fizycznie dostępnego pokoju w tym terminie.
SG II: Ale jestem państwa stałym gościem…

Włosi/Francuzi/Hiszpanie:
Zero angielskiego, o polskim nie wspominając. Próbują dowiedzieć się bardzo różnych rzeczy, czasami dość prostych, ale ze względu na barierę językową niemożliwych do zrealizowania.

Anglicy/Irlandczycy:
Piwo i wódka. Na umór, a potem wrzaski, śpiewy, rzyganie i spanie, gdzie popadnie. Raz jeden z takich delikwentów usnął, oparty o poręcz schodów, wymiotując z drugiego piętra i brudząc schody i ściany do parteru.

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 116 (178)

Podziel się najśmieszniejszymi historiami na
ANONIMOWE.PL

Piekielni