Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

 

#87804

(PW) ·
| Do ulubionych
Jak wiadomo jestem nauczycielem. Jak też wiadomo, w warunkach pandemii uczę zdalnie. Jakie są tego efekty?

Już nie proszę uczniów, by włączali kamerki. Nie chcę oglądać sypialni z rozrzuconymi ciuchami, w tym również fragmentów bielizny walających się po krzesłach, rozgrzebanych łóżkach i podłodze. Jak również niekoniecznie mam ochotę na obserwowanie resztek śniadanka pochłanianych przez mojego rozmówcę (to nie on mówi niewyraźnie, to coś z mikrofonem).

Ale pojawiło się coś gorszego. Brak motywacji i niechęć do angażowania się. Wiadomo, że jak robię kartkówkę, czy sprawdzian, to rybki mają swobodny dostęp do swoich notatek i do podręcznika. A także do odmętów Internetu. Tego uniknąć się nie da. I co? I gucio.
Pytania (fizyka, szkoła podstawowa) stricte teoretyczne, w całym dziale tylko jeden wzór do ogarnięcia. Średnia ocen ze sprawdzianu 35% (a dzieciaki jeszcze rok temu były całkiem niezłe). Co robić, nie wiem. Pokazuję doświadczenia, daję linki do materiałów z YT, cuda wianki, a wszystko o kant doopy rozbić. Podejrzewam, że większość nawet nie robi notatek z zajęć. Tym bardziej, że próba poproszenia kogoś o odpowiedź, to ...cisza. "bo mnie wyrzuciło, bo kurierowi musiałam otworzyć, bo pies mi nasikał na dywan, bo ...wstaw cokolwiek".

Nie mam specjalnie żalu do swoich podopiecznych. Lubię ich i (chyba) oni lubią mnie. Ale jest kiepsko. Granica zmęczenia materiału jest coraz bliżej.
Wiem, kupa ludzi napisze, że po co te restrykcje, to głupie jest. Z poglądami nie mogę dyskutować. Ale, moja niewielka szkoła pracowała do tej pory offline z klasami I-III. Już nie pracuje. Dyrekcja, zastępca, sekretarka i kilku nauczycieli mają covida. Inni nauczyciele na kwarantannie. Pracować kim nie ma. Decyzją Sanepidu maluchy (wszystkie!) na kwarantannie. Cała szkoła na zdalnym.

Nie użalam się i nie skarżę. Sam wychodzę tylko do sklepu. Ale tak mi cholernie żal tych młodych ludzi. Zero kontaktów społecznych, tak ważnych w tym wieku, depresja i poczucie beznadziei związane z uwięzieniem w domu. A na horyzoncie jutrzenki nie widać, a raczej jedyne co można zobaczyć to bardzo czarne chmury.

Skomentuj (16) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 93 (93)

#87750

(PW) ·
| Do ulubionych
Wśród piekielnych osób na szczególne miejsce według mnie ostatnio zasłużyły osoby pracujące w Naczelnej Izbie Pielęgniarek i Położnych.

Naczelna Izba jest zachwycona, że wygrała proces z browarem, który produkuje piwo z wizerunkiem seksownie ubranej pielęgniarki, który to w ich mniemaniu godzi w dobre imię pielęgniarki.

Sądzę, że 99% pielęgniarek ma naprawdę wywalone na to, kto jakie piwo robi, z jakimi obrazkami (szczególnie, że widać że ten obrazek jest humorystyczny). Takimi bzdurami chyba przejmują się tylko panie przed emeryturą, pełniące zawody administracyjne i niemające pojęcia jak wygląda praca w szpitalu.

W dobre imię pielęgniarki bardziej uderza ciężkość pracy (głównie przez zbyt małą liczbą pielęgniarek), czy niska pensja w stosunku do odpowiedzialności związanej z pełnieniem tego zawodu. Chciałabym, żeby te problemy w pierwszej kolejności były rozwiązywane przez Izbę, na którą są potrącane składki z mojej pensji.

Praca pielęgniarki robi się na tyle coraz bardziej obciążająca, że zauważam u siebie cechy wypalenia zawodowego i coraz bardziej zastanawiam się nad całkowitą zmianą zawodu. Także wycofanie jakieś etykiety z jakiegoś piwa nie sprawi, że poczuję że zawód pielęgniarki jest bardziej szanowany i nie zachęci mnie to pozostania w tym zawodzie.

słuzba_zdrowia

Skomentuj (17) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 155 (163)

#87775

(PW) ·
| Do ulubionych
Życie pisze najdziwniejsze historie.

Kilka słów tytułem wstępu. Jesteśmy bardzo patchworkową rodziną. Ja i mój stary mówimy rożnymi językami, mamy odmienne kolory skóry, wywodzimy się z różnych religii. Mamy dużo dzieci, część dla których jestem macochą, część wspólnych biologicznych, a część wspólnych adoptowanych. Nie mieszkamy w Polsce, chociaż z Polską mamy dużo wspólnego biznesowo. Biologiczna mama moich pasierbów nie ma praw do dzieci po kilku mocnych wybrykach, ale ja nie jestem prawnym opiekunem tej dwójki. Mamy też dwa miejsca zamieszkania, mniejsze mieszkanie w centrum i dom za miastem na weekendy.

W mieszkaniu w centrum mamy pewną sąsiadkę, która bardzo się nudzi i uwielbia utrudniać nam życiem, ale ostatnio przeszła samą siebie.

W mieszkaniu postanowiliśmy zrobić remont, a że covid to i tak siedzimy głównie na wsi, idealny czas. Ekipa remont skończyła i razem z moim starym postanowiliśmy to mieszkanie ogarnąć.

Dzieciaki z moim ojcem na wsi, jedynie kot z nami w centrum. My po kilkunastu godzinach pracy wino na kanapie i Netflix. Ale od słowa do słowa, coś mnie stary zdenerwował, wyszłam zapalić na ogródek. Stojąc tam mówię do niego, on do mnie ze środka i tak gadamy może w nie najmilszym tonie, ale spokojnie. Rozmowa dotyczyła tego jakie auto powinniśmy kupić, każde z nam miało inny pomysł.

Po 10 minutach konflikt zakończony, wracamy do wina i Netflixa. Po kolejnych 10 minutach dzwonek do drzwi. Patrzymy na zegarek, pierwsza w nocy. Otwieramy, a tam czterech policjantów, którzy przyjechali do awantury domowej! Drzwi otworzył mój i tłumaczy, że nic się nie dzieje, o co chodzi.

I wtedy zrobiłam najgłupszą rzecz jaką mogłam, wstałam z kanapy i poszłam do policjantów. Otworzyłam puszkę Pandory. Patrzą na mnie, mówią że przemoc domowa, awantura, patologia, a że mieszkają tu dzieci, oni muszą wejść i sprawdzić, że ja mam się nie bać i oni mi pomogą, tylko muszę zeznawać. I teraz zdałam sobie sprawę jak wyglądam; twarz obdrapana, opuchnięta, siniaki na rękach, bo 3 dni wcześniej miałam wypadek samochodem, stąd wcześniejsza rozmowa o kupnie nowego.

No nic, zapraszamy ich do środka, myślimy, że wszystko się szybko wyjaśni. mówimy, że ja miałam wypadek, że tu remont kończymy, że dzieciaki z dziadkiem na wsi, przemocy nie ma, nigdy nie było.

W mieszkaniu dramat jeśli chodzi o porządek, my lekko podpici, ja zmasakrowana, dzieci nie ma, kot miauczy, że chce jeść. Po naradzie policjanci postanawiają wysłać drugi patrol do domu na wsi, żeby sprawdzić, czy dzieci są bezpieczne, ale nie pozwalają zadzwonić uprzedzić mojego ojca. Także pan przed 70tką, bez znajomości języka urzędowego, został odwiedzony teraz już o drugiej w nocy przez kolejnych czterech policjantów. Nic nie rozumiał, myślał, że coś nam się stało, bo policja nie pozwoliła do nas zadzwonić.

Nasza czwórka policjantów sprawdza, czy był wypadek komunikacyjny, kto uczestniczył, jakie były obrażenia, ja wypis ze szpitala mam w domu na wsi. Druga czwórka budzi dzieci i ogarnia, że mój ojciec jest 'spokrewniony' tylko z trójką, a dwójka to dzieci mojego z pierwszego małżeństwa. Mój mówi, że ma pełne prawa do dzieci, matka utraciła swoje (to bardzo niespotykany przypadek), natomiast na słowo nikt nikomu nie wierzy, dokumenty są gdzieś w domu na wsi. O odebraniu praw matce postanowił sąd w innym państwie, niż to gdzie mieszkamy, więc nie da się tego sprawdzić w systemie. Do domu na wsi przyjeżdża też opieka społeczna. Mój ojciec ma już 'stan przedzawałowy', więc wbrew jego woli policjanci wzywają karetkę (oczywiście dobrze zrobili).

Pada pomysł, żebyśmy teraz pojechali wszyscy do domu na wsi, ale ani ja ani mój nie możemy prowadzić, policja przyjechała normalnym autem, w szóstkę się nie zmieścimy. Przyjeżdża kolejnych dwóch policjantów suką. Więc jedziemy, 1h; czterech policjantów w Skodzie, dwóch w suce, my z kotem który cały czas płacze na pace.

Dojeżdżamy tam po trzeciej w nocy. Po domu kręci się czterech policjantów, dwie panie z opieki społecznej, piątka dzieci, dwóch sanitariuszy i mój ojciec w szlafroku próbujący oddychać (nie dał się bohater zabrać do szpitala, bo dzieciaki pojechałyby do swego rodzaju pogotowia opiekuńczego). Dojeżdżamy w kolejne 8 osób. Podczas interwencji w tym samym pomieszczeniu przebywa 17 dorosłych i 5 dzieci. Przypominam, że jesteśmy w środku pandemii.

Kolejne tłumaczenia, szukanie dokumentów, badanie alkomatem mojego ojca, inspekcja mieszkania i pytania dlaczego w zlewie są brudne naczynia, pytania w jakim celu adoptowaliśmy obce dzieci mając swoje. Dzieciaki przerażone, ojciec też, my chyba już tylko wk***ieni i zmęczeni. O szóstej rano udaje się wszystko wyjaśnić, ale wpis o interwencji jest, opieka społeczna będzie musiała sprawdzić jeszcze kilka razy, skonsultować ze szkołą, naszymi miejscami pracy, czy nie jesteśmy rodziną patologiczną. Ojciec jedzie na obserwację do szpitala (miał 'tylko' atak paniki połączony z astmą).

Podsumowanie: kilka tysięcy już wydane na prawnika rodzinnego, niezliczone godziny spędzone na rozwiązywaniu tego, stres i terapia dzieciaków, bo myślały, że opieka je zabierze (dwójka naszych maluchów to dzieci z domu dziecka, adoptowane już w starszym wieku) i szpital dziadka. Tylko kotu się podobało, że miał dużo ludzi do zaczepiania.

A wiecie dlaczego to wszystko? Ponieważ sąsiadka nie lubi jak staje na 'jej' miejscu przed blokiem. Pozwać jej nie możemy, bo twierdzi, że wezwała policję w dobrej wierze.

Europa Zachodnia

Skomentuj (27) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 161 (179)

#87766

(PW) ·
| Do ulubionych
Jakiś czas temu moja żona stwierdziła, że nasz związek jest na tyle dojrzały i mamy na tyle stabilną sytuację życiową, że przyszedł w końcu czas aby powiększyć naszą małą rodzinę. Tak więc razem usiedliśmy i rozpoczęliśmy poszukiwania kota do adopcji.

Tyle się mówi aby zamiast kupować zwierzęta, adoptować je i nie wspierać "pseudohodowli". Próbowaliśmy w sześciu fundacjach i po tej przeprawie stwierdzam, że pracują tam sami pierd***ci fanatycy.

Fundacja pierwsza, 3 miesięczny kotek, mieszanka dachowca i maine coona. Pani pytała dosłownie o wszystko. Niby pytania sensowne, typu "Jaką karmę planują Państwo kupować?", "Co Państwo zrobią z kotem w razie wyjazdu na wakacje?", itp. Ale było tego tyle, że byłem bliski zapytania się czy mój numer buta też będzie potrzebny. Spędziliśmy tam ponad godzinę i wysypaliśmy się na pytaniu o godziny naszej pracy. Wychodzi na to, że to, że oboje pracujemy 8 godzin dziennie kategorycznie skreśla nasze szanse na adopcję, gdyż koty potrzebują dużo uwagi. Nie, fakt, że pracuję w 99% zdalnie kompletnie nic nie zmienia.

Fundacja druga, 4 miesięczny dachowiec. Znowu milion pytań i znowu klops. Tym razem odpadliśmy na karmie. Pani stwierdziła, że karma X jest bardzo słabej jakości (zrobiłem research i według tego co znalazłem to jedna z lepszych karm) i ona poleca Y, ale o kocie możemy zapomnieć gdyż nie odda go ludziom, którzy w ogóle pomyśleli aby kupować takie świństwo.

Fundacja trzecia, półroczna mieszanka maine coona z czymś. Bardzo analogiczna sytuacja do fundacji drugiej. Jedyna różnica była taka, że po podaniu nazwy karmy Y (no co może jednak rzeczywiście lepsza) pani stwierdziła, że tylko karma Z (prawie 2 razy droższa od karmy Y). I znowu dupa.

Fundacja czwarta, półroczny dachowiec. Udało nam się wreszcie przebrnąć przez wszystkie pytania. I gdy już byliśmy pewni, że w końcu będziemy mieli upragnionego kota, pani stwierdziła, że teraz czas na inspekcję naszego domu. Prawdę mówiąc nie za bardzo uśmiechało nam się żeby jakaś obca baba łaziła nam po domu, ale czego się nie robi dla kota. Więc pani przyszła i spacerowała sobie po mieszkaniu i mruczała co jakiś czas pod nosem. Właziła dosłownie wszędzie. Po jakiś dwudziestu minutach stwierdziła "A zobaczę jeszcze podwórko". I znowu dupa, bo sąsiedzi mają psa. Labradora, największą psią fajtłapę jaką świat widział. Nie pomogło nawet to, że sąsiedzi poza nim mają jeszcze dwa koty. Nie i koniec.

Fundacja piąta, dachowiec, około 5 miesięcy. Znowu udało nam się przejść wszystkie pytania a i nawet nasz dom się pani spodobał. Odpadliśmy na tym, że jeszcze nie kupiliśmy całego osprzętu do obsługi kota. Kobieto ja powoli zaczynam wątpić czy my tego kota kiedyś w ogóle damy radę adoptować a ty twierdzisz, że powinienem już, teraz, natychmiast, na zapas nakupować te wszystkie miski drapaki i inne pierdy?

Fundacja szósta, 3 miesięczny maine coon. Znowu odpadliśmy na pytaniach. Tym razem pani nie spodobało się, że mamy w mieszkaniu kuchenkę indukcyjną. Bo kot może na nią wskoczyć gdy będzie rozgrzana...

W tym momencie mieliśmy dość. Kilka dni później wybraliśmy się do schroniska. Oprowadzała nas bardzo miła wolontariuszka i w trakcie rozmowy wymsknęło mi się, że jesteśmy tu bo 6 fundacji odrzuciło nasze próby adopcji kota. Wtedy ta stwierdziła, że w takim razie musi być coś na rzeczy. Ja i mój niewyparzony jęzor...

Ostatecznie kupiliśmy maine coona od hodowcy. Nie jest mi wstyd i nie żałuję.

Skomentuj (71) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 206 (220)

#87622

(PW) ·
| Do ulubionych
Miał być komentarz w dyskusji o "skrzywdzonych mizoginach (czy ogólnie mizantropach)", ale wyszło trochę za długo, a historia w międzyczasie zniknęła.

Prawie 16 lat temu moją pierwszą pracą w Irlandii była stewardessa w Ryanair. Warunki tragiczne, ale od czegoś trzeba zacząć. W tym czasie zaczęło tam pracę całkiem sporo Polaków - dziewczyny jako personel pokładowy, chłopaki "na rampie", czyli ładowanie bagaży, podstawianie schodów itp. Większość całkiem dobrze wykształcona i traktująca tę pracę jako zaczepienie się na początek, zanim miejscowi spojrzą na nas przychylniejszym okiem i uda nam się znaleźć pracę w zawodzie. Przyjaźniłyśmy się z chłopakami z rampy, nawet jakieś pojedyncze parki się potworzyły.

Wśród kolegów z rampy był również Krzysztof. Mój rówieśnik, absolwent prawa, małomówny, raczej introwertyczny, sprawiał wrażenie dojrzalszego i poważniejszego niż koledzy. Nie ukrywam, że wpadł mi wówczas w oko. Ja chyba jemu też, a przynajmniej byłam jedyną dziewczyną, z którą on rozmawiał (mam na myśli kurtuazyjny small talk, podczas kilkuminutowych przerw, czasem nawet rzucił jakimś komplementem).

Przecierpiawszy 6 miesięcy w Ryanair (tyle doświadczenia trzeba było mieć, żeby starać się o pracę w innych liniach), udało mi się na tym samym stanowisku w irlandzkich państwowych liniach. Nadal nie praca marzeń, gdyż nie wiązałam przyszłości z lataniem, ale bez porównania lepsze warunki pracy, jak i finansowe oraz możliwość rozwoju i kariery w ramach firmy. Kiedy złożyłam wypowiedzenie w Ryanair i wieść o moim odejściu się rozeszła, Krzysztof zaprosił mnie na drinka, żeby "uczcić mój sukces".

Spotkaliśmy się wieczorem w lokalnym barze. Krzysztof przyszedł wcześniej i przed moim przyjściem zdążył wypić 3 szklaneczki whiskey. Poopowiadaliśmy trochę o sobie, co robiliśmy w Polsce, jak znaleźliśmy się w Irlandii, jakie mamy plany życiowe itd. Opowiedziałam w kilku słowach, jakie mam plany (że zamierzam polatać jeszcze góra jakieś 2 lata, potem może miejscowi w końcu przekonają się, że Polak nadaje się nie tylko "na zmywak" i dopuszczą nas do pracy w wybranych przez nas zawodach, wówczas chciałabym spróbować w takiej, takiej i takiej branży), po czym Krzysztof wygłosił długi monolog z którego dowiedziałam się, że:

- Krzysztof jako absolwent prawa chce pracować w zawodzie. Marzeniem jest adwokatura, ale to pewnie nie od razu, bo na razie nie radzi sobie za bardzo z angielskim, więc w tej chwili chciałby pracować w więziennictwie, albo w ostateczności chociaż w policji. Już nawet próbował aplikować, ale go nie przyjęli, bo nie spełniał jakichś wymagań i brakowało mu jakichś kwalifikacji (już nie pamiętam, o chodziło dokładnie, ale było to coś, co przy włożeniu pewnego wysiłku spokojnie można było uzyskać). Ale on nie będzie tych kwalifikacji uzupełniał. Ma to w dupie. Skoro go nie chcą takiego, jaki jest, to on ma ich w dupie. W ogóle Irlandczycy są poje*ani. I on ich nienawidzi. I tego kraju. On nie widzi tu dla siebie przyszłości. Jeśli ktoś widzi dla siebie przyszłość w tym kraju, jest sprzedajną dziwką. A on nienawidzi sprzedajnych dziwek. Do Polski jednak nie wróci, bo tam nie zarobi tyle, co tu.

- Niech mi się broń boziu nie wydaje, że ja tu kiedykolwiek zrobię jakąś karierę. To nie jest kraj dla Polaków. Bo oni nas nienawidzą, nie mówią nam tego wprost, ale on wie, że nas nienawidzą. Ale on ich też. Całe życie będę rozdawać drinki w samolocie. I żeby mi się przypadkiem nie wydawało, że moja praca ma jakąkolwiek wartość. Nie ma żadnej. Jestem zwykłą kelnerką. Nikim. Śmieciem. Odpadem ludzkim. Zerem. Moje życie nie ma żadnej wartości. Podobnie jak życie innych Polek. Bo on ogólnie nienawidzi Polek.

- Jak wspomniałam nienawidzi Polek. Bo to sprzedajne dziwki. Wszystkie. Wszystkie dają dupy bogatym Irlandczykom za kasę. Tych, które zostały w Polsce nienawidzi trochę mniej, bo przynajmniej są porządne i ojczyzny nie zdradziły. Nie ma to jak Finki (całkiem sporo Finek pracowało w tym czasie w Ryanair). To dopiero kobiety. I one się szanują. Nie pójdą z byle kim (tu wspomniałam, że całkiem inny obrazek widziałam na firmowym Christmas party, gdzie upojone alkoholem fińskie koleżanki oddawały się w toaletach uciechom cielesnym z kolegami z rampy). Na pewno źle widziałam. Finki takie nie są. On kocha Finki. (Spytałam, dlaczego w takim razie nie umówi się z Finką). Bo nie ma odwagi. Takie piękne i szanujące się kobiety na pewno nie umówią się z Polakiem. Więc jemu pozostały tylko polskie dziwki.

W tym momencie uznałam, że wystarczy i pod jakimś pretekstem zakończyłam spotkanie. Rozumiem, że można być niezadowolonym ze swojego życia, ale przestań mnie typie do cholery obrażać. Podziękowałam za drinka i powiedziałam, że na mnie już czas. Na to Krzysztof:
- To teraz do mnie czy do ciebie?
- Nigdzie. Ja do siebie, ty do siebie. Nie chodzę do łóżka na pierwszej randce, poza tym przez ostatnie 30 minut non stop mnie obrażałeś. Na co w tym momencie liczysz?
- No pewnie. Polak ci śmierdzi. Z bogatym Irlandczykiem na pewno byś poszła. Typowa polska dziwka.

Tia... Na pewno przyczyną była narodowość i stan konta. Bycie zakompleksionym bucem, który wylewa frustracje, bo mu Irlandczycy na powitanie czerwonego dywanu nie rozłożyli i obraża rozmówcę, wyzywając od dziwek i śmieci, nie ma z tym nic wspólnego…

Kiedy 6 lat później opuszczałam Irlandię, Krzysztof, jako jeden z nielicznych Polaków z rampy, nadal miał tę samą pracę. Inni koledzy znaleźli w międzyczasie pracę w zawodzie, ona nadal przerzucał walizki. Nie zrobił nic w celu poprawienia swojej sytuacji. Ale założę się, że miał mnóstwo teorii, czyja to może być wina.

zagranica

Skomentuj (79) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 147 (171)

#87788

(PW) ·
| Do ulubionych
Postanowiłem sobie zrobić mały urlop i pojechać w odwiedziny do mojego rodzinnego miasta. Z dworca miał mnie odebrać mój kuzyn, ale niestety grypa żołądkowa skutecznie uniemożliwiła mu wykonanie tego zadania. Jako, że mieścina, w której się urodziłem nie jest żadną wielką metropolią i nie ma w niej Ubera, byłem skazany na (nie)łaskę taksówkarzy.

Dotoczyłem się z tobołami do pierwszej lepszej złotówy i dawaj jedziemy. Już przy samym wejściu do taksówki wąsisty pan zapytał: "A co Pana z wielkiego miasta sprowadza do naszej małej mieściny?". Nie miałem ochoty na żadne pogawędki podczas jazdy, więc rzuciłem jedynie zdawkowe "Interesy...". Jako, że był piątek, godzina około 11:00 i w moim rodzinnym domu nikogo nie było, a mój przyjazd był niespodzianką, to postanowiłem podjechać do małego biurowca, w którym znajduje się firma mojego taty.

Te dwie rzeczy najwyraźniej wystarczyły panu złotówie na wywnioskowanie, że bogaty byzmesmen z dużego miasta (ubieram się dość elegancko) przyjechał w ynteresach i nie zna miasta, więc przy pierwszym lepszym zakręcie dawaj w zupełnie innym kierunku.

Jeździliśmy sobie tak jakieś 40 minut. Miasto małe więc złotówiarz nieźle musiał się napocić aby przez przypadek nie pokazać mi dwa razy tych samych okolic. Już na miejscu wywiązał się następujący dialog:

[Ja]: No i jesteśmy. Wie Pan co, dawno mnie tutaj nie było i nieźle musieli nam to miasteczko rozkopać żeby dojechanie do miejsca oddalonego od dworca o jakieś 5 km wymagało lawirowania po całym mieście.

Tutaj mina mu już zrzedła, ale nadal szedł w zaparte.

[Złotówiarz]: Panie jakie lawirowanie? Ja na taksówce już 10 lat jeżdżę i to najlepsza droga. Szybciej Pan nie dojedziesz.

[J]: Nie rób Pan ze mnie idioty. Urodziłem się w tym mieście i Pan właśnie zapewnił mi wycieczkę po każdym możliwym zakamarku. Ile płacę?

[Z]: Mi tu wyszło 124 zł, ale mogę opuścić do 120.

[J]: Mówię o normalnej cenie dojazdu do punktu oddalonego o 5 km.

[Z]: Wyszło mi ponad 120 zł a i tak Panu na rękę idę...

[J]: W takim razie dzwonię do firmy, w której Pan pracuje.

[Z]: A se dzwoń...

W tym momencie wysiadłem z samochodu, a złotówiarz odjechał z piskiem opon razem z moimi bagażami. Numer boczny taksówki spisałem sobie już wcześniej, ale w tym momencie zapisałem na wszelki wypadek jeszcze numery rejestracyjne.

Krótką rozmowę telefoniczną i pięć minut później taksówkarz był znowu pod firmą mojego taty. Wytaszczył moje bagaże, pożegnał mnie niewyraźnym burknięciem oraz czymś o "uczciwym" zarobku i pojechał w siną dal. Nie zapłaciłem ani grosza.

Skomentuj (26) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 161 (183)

#87793

(PW) ·
| Do ulubionych
Ok. 20 lat temu kupiłem sobie kilkanaście koszul o typowo turystycznym fasonie, które noszę niemal wyłącznie w czasie urlopów. Bardzo je lubię, ale lata lecą i materiał zaczął się przecierać. Postanowiłem kupić nowe. I tu uwidocznił problem.

O ile wtedy można je było kupić w zwykłych sklepach odzieżowych, a nawet w supermarketach za naprawdę rozsądne pieniądze, o tyle teraz po przejrzeniu sklepów fizycznych i internetowych w Polsce i w Belgii stwierdziłem, że wszystko, co ma służyć turystom albo jest w kosmicznych cenach, albo zostało uszyte z szajsowatego plastiku. Niemniej jednak udało mi się wyczaić coś uszytego z bawełny za rozsądne pieniądze w sieciówce ze sprzętem i odzieżą sportową.

Co prawda twierdzą, że to dla myśliwych, ale co mi tam. Poczytałem opinie - w większości pozytywne, ale niektórzy twierdzą, że rozmiarówka jest dziwna, więc trzeba przymierzyć. Wg strony internetowej koszule są dostępne w sklepie położonym najbliżej mojego domu, więc wsiadłem w samochód i pojechałem. Odnalazłem dział myśliwski, który był dziwnie pusty, również poszukiwanego przeze mnie towaru na wieszakach nie było.

Złapałem pracownika, który powiedział, że ten towar jest w magazynie, do którego nikt w sklepie nie ma dostępu i się bardzo zdziwił, że ja się temu dziwię.

Belgia to nie miejsce stan umysłu.

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 124 (136)

#87776

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia o piekielnym gówniarzu za kółkiem i trochę piekielnej policji.

Dość krótko temu siedzę w domu, gdy dzwoni do mnie mój ojciec i mówi żebym mu przywiózł koło, narzędzia, podnośnik i klucz, bo miał wypadek i ma rozwalone koło. Przyjechałem, jego samochód stoi, policja również jest na miejscu za to drugiego samochodu nie było widać. Renówka uszkodzona dość konkretnie, bo rozwalone koło, cały wgnieciony przedni błotnik i uszkodzone oba drzwi z jednej strony.

Okazało się że gdy ojciec jechał do domu jakiś baran wyjechał z podporządkowanej i przywalił mu w bok po czym spierniczył w siną dal. Ojciec rozmawia z policją, która jednak nie kwapi się za bardzo do szukania sprawcy wypadku "No bo to raczej się nie ustali, no przecież nie wiadomo gdzie jest itd itp". No, tutaj ich piekielność bo owszem się dało, charakterystyczny samochód, uszkodzony, monitoring również jest a ojciec zapamiętał rejestrację i nie był tylko pewny czy ostatnie cyfry to były XY czy YX, czyli i tak możliwe są tylko 2 samochody. Policja w końcu dała się namówić na zaczęcie poszukiwań i o dziwo sprawca znalazł się w niecałe 40 minut.

Był to nieletni gówniarz w ortalionowym dresiku który pod nieobecność rodziców wziął sobie - rzecz jasna bez posiadania prawka - ich samochód i postanowił ruszyć w miasto. A ruszył z kopyta, wyjeżdżając z podporządkowanej na pełnym gazie chcąc się popisać w sumie nie wiadomo przed kim, bo jechał sam. A że przy tym nie raczył nawet spojrzeć czy na drodze z pierwszeństwem ktoś nie jedzie, to przywalił prosto w bok samochodu mojego ojca po czym spanikował i uciekł z miejsca zdarzenia. Gdy go złapano przyjechał z rodzicami - wtedy już odjeżdżałem żeby zabrać rozwalone koło i narzędzia, więc wiem tylko to co usłyszałem od ojca. Skończyło się na miejscu mandatem 1000 zł, lecz bardzo możliwe że będzie również sprawa w sądzie za jazdę bez prawka, wypadek i ucieczkę.

A wystarczyło nie być debilem i się nie popisywać.

droga

Skomentuj (5) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 138 (150)

#87787

(PW) ·
| Do ulubionych
Jesienią zeszłego roku wynajęłam mieszkanie. To moje drugie mieszkanie, wcześniej wynajmowałam po znajomości i jedyne co było dla mnie ważne to ciśnienie wody w łazience oraz układ mieszkania a także lokalizacja. Nie znam się jeszcze na wszystkim i nie wiedziałam co poza tym sprawdzić, ale na niektóre rzeczy, które wyszły w trakcie wynajmu chyba najbardziej wprawiony najemca by nie wpadł. Mieszkanie, które wynajęłam na pierwszy rzut oka okazało się być świetne.

Po niewielkim remoncie (wcześniej w mieszkaniu było biuro męża właścicielki), z najtańszymi, choć nowymi meblami i z wyremontowane po taniości, np. z niewymienionymi parapetami i framugami, starymi drzwiami wejściowymi, ale z tym wszystkim można przecież żyć. Mimo to mieszkanie było ładne, miałam blisko do pracy i mogłam wynająć ze zwierzętami więc podpisałam umowę na rok. I to był mój błąd.

Już przy podpisywaniu umowy wyszły dwie nieścisłości. W ogłoszeniu było napisane, że do mieszkania przynależy miejsce postojowe, ale właścicielka nie wie gdzie ono jest („gdzieś tam dalej”) więc umowa o nim nie wspomina. A 48 metrów zadeklarowane w ogłoszeniu okazuje się być tak naprawdę 44,1 metrami. Niby drobnostka, więc zdecydowałam się podpisać umowę.

Pierwszy większy zgrzyt nastąpił przy przeprowadzce. Odsuwając zasłonę cały karnisz spadł ze ściany. Okazało się, że wszystkie karnisze zamontowane są na jeden kołek zamiast 3. Właścicielka po 3 tygodniach podesłała „fachowca”. Fachowiec robił dwa podejścia do zamontowania 4 karniszy bo zabrakło mu kołków. A jego pierwszym pytaniem było to, czy wystarczy mi jak dołoży wszędzie po jednej śrubce... takich bubli powychodziło więcej. Klamki w drzwiach zostały zamontowane na 1 z 5 śrubek. Reling na zasłonę prysznicową również na 1, więc po prostu jej nie używam, a śrubki w klamkach domontowałam sama zamiast tracić kolejne tygodnie na dopominanie się. Im dłużej tu mieszkam tym więcej bubli wychodzi.

Listwy przypodłogowe okazały się być plastikowe i odpadają przy każdym uderzeniu odkurzaczem, kanapa po pierwszym weekendzie „puściła” i jej oparcie odchyla się do tyłu (więc podłożyłam pod spód jakiś klocek), a odpływ w prysznicu jest niezabezpieczony i może spowodować zalanie sąsiadów. Właścicielka chciała, żebym samodzielnie użyła silikonu i się tym zajęła, ale odmówiłam, bo się na tym nie znam, więc odpływ jaki był taki jest do dziś. Moim błędem było to, że nie zwróciłam uwagi na kaloryfery.

Na 44 metrach są tylko 3 wąskie kaloryfery i w mieszkaniu jest po prostu zimno pomimo opłat w wysokości ok. 700 złotych za miesiąc. Jeszcze jeden kaloryfer powinien być w łazience, ale od listopada nie pojawił się nikt, kto miałby go zamontować, a ja złośliwie zastanawiam się czy nie zgłosić samowolnego zdjęcia kaloryfera do administracji budynku. Nie wspomnę już o tym co „miało być”. Miała być szafka w łazience, miały być rolety, miały być cokoły pod szafkami w kuchni. Oczywiście niczego się nie doczekałam.

To małe piekielności, które staram się ignorować. Są jednak dwie większe, które skutecznie napsuły mi krwi. Pierwsza jest już na szczęście załatwiona, ale zajęło to prawie dwa miesiące. Otóż okazało się, że drzwi balkonowe są nieszczelne. Pisałam do właścicielki w tej sprawie średnio co drugi dzień ale ona zawsze znajdowała jakąś wymówkę. Wreszcie przyszła z jakimś fachowcem, który wytłumaczył jej, że obejma drzwi jest pęknięta i trzeba ją wymienić. Właścicielka upierała się, że wystarczy coś przestawić (przesunąć jakąś zapadkę) i wszystko będzie dobrze. Na szczęście po godzinie tłumaczeń udało się fachowcowi ją przekonać. Dwa tygodnie później przybył inny fachowiec, tym razem spec od okien. Taki stary dziadzio. Miło mi się z nim rozmawiało i chyba dziadzio również poczuł do mnie sympatię, bo zdradził mi, że właścicielka chciała, by udowodnił, że to ja zepsułam okno. Na szczęście byłam na tyle przytomna, by zawrzeć ten fakt w protokole zdawczo-odbiorczym mieszkania, ale ten fakt udowodnił mi, że kobiecie nie należy ufać.

Ostatnia piekielność jest bezpośrednim powodem powstania tej historyjki. Otóż w umowie jest zapis, że „Lokal ten wraz z prawem do korzystania z pomieszczenia gospodarczego nr 4 stanowi przedmiot najmu, w dalszej części umowy zwany jest Lokalem”, a potem, że „Wynajmujący oddaje w najem Lokal składający się z dwóch pokoi, aneksu kuchennego, przedpokoju, łazienki razem z toaletą”. Właścicielka interpretuje ten zapis w taki sposób, że nie należy mi się dostęp do piwnicy i ignoruje zupełnie pierwszy z zacytowanych fragmentów. Od 4 miesięcy proszę ją o udostępnienie mi piwnicy z zerowym skutkiem.

Najpierw próbowała mnie okłamać mówiąc, że nie ma klucza do wejścia do piwnic, a administracja budynku też go nie ma, więc nie może go dorobić. Wkurzona zadzwoniłam sama do administracji, a pani się bardzo zdziwiła, powiedziała że wystarczy przecież tylko napisać maila. W końcu dorobiłam klucz od sąsiada, a kiedy poinformowałam o tym właścicielkę zaczęła ona dictum o tym, że piwnica nie jest przedmiotem umowy. Wcześniej oczywiście mówiła, że jak tylko będzie miała klucz to udostępni mi piwnicę.

Przestała odpisywać na maile i smsy, wysyła tylko rachunki i nic więcej. Jestem w kropce, bo od 4 miesięcy płacę czynsz za coś, za co nie mam dostępu, a kobieta ma mnie gdzieś. Zastanawiam się czy nie przestać płacić czynszu dopóki nie udostępni mi piwnicy, ale nie chcę żeby wypowiedziała mi z tego powodu umowę, bo nie mam teraz psychicznie przestrzeni na kolejną przeprowadzkę. Drugie rozwiązanie na jakie wpadłam to zerwanie kłódki i samodzielnie opróżnienie piwnicy z jej śmieci, oczywiście po poprzednim pisemnym wezwaniu do jej opróżnienia. Innych pomysłów nie mam, natomiast wiem jedno: trafiłam na piekielną właścicielkę-oszustkę i nie mogę się już doczekać aż będę miała zdolność kredytową i pójdę na swoje. Umowy też na pewno nie przedłużę, co więcej nie zamierzam zapłacić ostatniego czynszu, bo wiem że kaucji od tej oszustki nie odzyskam. Moja smutna refleksja jest taka, że nie ważne czy człowiek jest uczciwy, zawsze trafi na złych ludzi wokół siebie i bez złamania prawa nie będzie mógł nic z tym zrobić.

Skomentuj (17) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 104 (124)

#72029

~krzysiu ·
| Do ulubionych
Kilka miesięcy temu otrzymałem mnóstwo telefonów z jednej z firm zajmujących się szybkimi pożyczkami.

Dzwoniący byli bardzo natrętni, dzwonili miedzy 7 rano a 11 wieczorem czasem kilka razy w ciągu jednego dnia, różne osoby. Pytałem wtedy znajomą, która tam kiedyś pracowała dlaczego oni do mnie dzwonią. Odpowiedziała, że musiałem zostawić im swój numer telefonu pytając o warunki pożyczki, albo wręcz korzystać z ich usług. Wykluczyłem jednak obie możliwości.

Rozwiązanie nasunęło mi się później. Otóż pół roku wcześniej szukając pracy, wysłałem swoje CV również do tej firmy. Cóż... takiego wykorzystania moich danych osobowych się nie spodziewałem.

uslugi

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 141 (149)

Podziel się najśmieszniejszymi historiami na
ANONIMOWE.PL

Piekielni