Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

 

#86638

(PW) ·
| Do ulubionych
Dawno, dawno temu, kiedy dzieci jeszcze chodziły do szkoły...

No dobra, kilka miesięcy temu Młoda tuż po wyjściu ze szkoły zadzwoniła do mnie z płaczem. Z nieskładnej opowieści, gęsto przerywanej pochlipywaniem wywnioskowałam, że na WF-ie zdarzył się wypadek i teraz bardzo ją boli ręka. No cóż, zanim dojechała do domu, zdążyłam już zadzwonić do poradni (chciałam umówić ją do lekarza), gdzie uzyskałam informację, że z czymś takim to od razu do Poradni Chirurgicznej, bo roentgen jest tutaj niezbędny.

Młoda wróciła ze szkoły, więc pojechałyśmy, a ja wysłuchałam całej historii tego nieszczęsnego wypadku. Otóż na WF-ie grali w piłkę, a raczej bardziej wygłupiali się w pogoni za piłką, Młoda biegła, ktoś ją podciął, przewróciła się, ktoś jeszcze się przewrócił na nią, obok przebiegał chłopiec, który w tym całym zamieszaniu nadepnął jej na rękę - nie miała jak jej cofnąć, mimo, że go widziała. Ręka (dłoń) spuchnięta i obolała, a rozpacz Młodej miała swoje źródło nie tyle w bólu, co w fakcie, że: "ale ja mam dzisiaj trening!!!". No nie, kochanie, nie masz dzisiaj żadnego treningu, a z następnymi to zobaczymy, co będzie...

Teraz piszę o tym już bez emocji, ale wtedy naprawdę byłam przejęta i zdenerwowana, dlatego też ledwie zarejestrowałam fakt, że Młoda dała mi jakieś druczki z informacją: "To ze szkoły, jak będziemy u lekarza, to ma to wypełnić". Wcisnęłam świstki do torebki (mam tam taki specjalny zeszyt na przechowywanie "papierków"), siedząc potem w poczekalni przejrzałam je pobieżnie. Aha, zwolnienie ze szkoły i zwolnienie z części lub całości zajęć WF-u. Dobra, zobaczymy co wykaże prześwietlenie i co powie lekarz.

Po odczekaniu w kolejce wyszłyśmy z Poradni Chirurgicznej w dobrych humorach - Młoda ma chyba kości ze stali, bo to nie pierwszy przypadek, kiedy powinna mieć coś złamane albo pęknięte (jednego z tych wydarzeń byłam świadkiem, jako pięciolatka wsadziła palce między drzwi i futrynę i zamknęła te drzwi...), ale jak zwykle - kości całe, nie naruszone, po prostu silne stłuczenie, okładać Altacetem. Jedyny minus tej sytuacji - tego dnia nie poszła na trening.

Tak, wiem, wszyscy się zastanawiają gdzie tutaj piekielność? Ano już mówię - otóż w tych nieszczęsnych druczkach ze szkoły. Dzisiaj właśnie robiłam gruntowne porządki w torebce i dopiero teraz je dokładnie przestudiowałam. Jeden był zwolnieniem ze szkoły na skutek odniesionej kontuzji, drugi zwolnieniem z zajęć WF-u. Oba zawierały sformułowanie (cytuję): "...na skutek wypadku, do którego doszło POZA TERENEM SZKOŁY" (podkreślenie Caps Lockiem moje).

No nie. Do jasnej cholery, nie! Bo nie dość, że na terenie szkoły, to jeszcze w dodatku na lekcji, pod opieką nauczyciela! Żeby nie było niejasności - nie mam pretensji o sam wypadek. To są dzieci i to był WF, przedmiot raczej mocno osadzony w aktywności fizycznej i na pewno nie wyobrażam sobie, że np. dzieci stoją w kółeczku i grzecznie rzucają do siebie piłką... "Dobry" WF to taki, gdzie dzieciaki m.in. wariują, szaleją, zmęczą się i ja rozumiem, że jakiś drobny wypadek może się zdarzyć. Ale wciskanie zestresowanemu rodzicowi druczku, że do wypadku doszło "poza terenem szkoły" uważam po prostu za chamstwo. Albo cwaniactwo - bo może nie zauważy, da do wypisania lekarzowi i już mamy problem z głowy.

Najbardziej wkurza mnie to, że teraz już nic z tym nie mogę zrobić. Żaden z tych druczków nie był mi potrzebny, ani zwolnienie ze szkoły, ani zwolnienie z WF-u, a teraz, po takim czasie, dochodzenie tego, dlaczego dostałam świstki o takim, anie innym brzmieniu, byłoby po prostu niepoważne.

P.S. Dopuszczałam opcję, że była to po prostu pomyłka, ale druczki były dwa - jeden dał jej pan od WF-u, drugi wychowawczyni. Jedna osoba mogła się pomylić, ale dwie?

szkoła

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 124 (132)

#86607

(PW) ·
| Do ulubionych
Niedaleko domu mojej ciotki mieszka pewna starsza pani, która znalazła świetny sposób, żeby się nie narobić. Otóż jest notorycznie ciężko chora i umierająca. Od wielu lat najcięższe ataki chorób pojawiały się dziwnym zbiegiem okoliczności w czasie, gdy na wsi jest najwięcej pracy (sianokosy, żniwa, zbieranie kartofli itd.). Zwykłych grypek, chrypek i bóli głowy było co nie miara. Początkowo sąsiedzi się nabierali i robili za nią. Teraz już się tylko śmieją. A poniżej cztery przykłady:

1. Panią Z. bardzo boli biodro. Nie może chodzić, nie może się schylać. Do sklepu szła podpierając się laską i kulejąc. Wieczorem tego samego dnia widziano ją jak szła z dwoma wiadrami wody (po ok 12 litrów każde) podlewać warzywa. Cudowne ozdrowienie. Niestety problem powraca co jakiś czas. I czasem biodro się zmienia. Zmiany bywają tak szybkie, że do sadu/sąsiadki/sklepu idzie kuśtykając na prawą nogę, a wraca kuśtykając na lewą.

2. Pani Z. miała marskość wątroby. Przez jakiś tydzień. Opowiadała o tym każdemu, napawała się współczuciem... Potem jedna z sąsiadek powiedziała jej, że słyszała, że to choroba alkoholików. Nagle okazało się, że wątroba jest jednak zdrowa, a problem stanowi... serce.

3. Pani Z. ma chore serce. Choroba objawiła się nagle, w tym samym czasie, gdy u mojej krewnej zdiagnozowano nadciśnienie. Pani Z. przyszła prosząc o tabletki, bo strasznie źle się czuje i nie da rady nic zrobić. Krewna nie chciała jej dawać nic ze swoich leków, ale tamta nalegała, wiec w końcu dała jej jakąś witaminę i powiedziała, że może dać jej tylko jedną tabletkę, bo to silny lek na receptę, lekarz jej przepisuje tylko jedno opakowanie na miesiąc i jeśli chce więcej to musi iść do lekarza. Pani Z. łyknęła tabletkę, 3 sekundy później stwierdziła, że to fantastyczny lek, bo już czuje się o niebo lepiej i jak sobie teraz ze trzy dni poleży, to już jej całkiem przejdzie...

4. Krewna spotkała na targu znajomą, która zapytała, co słychać u pani Z., bo ponoć ciężko chora jest. Ciotka nie wiedziała o co chodzi, więc wybrała się potem w odwiedziny. Zastała panią Z. leżącą na łóżku pod kocykiem i z okładem na głowie. Wnuczka zrobiła jej herbatę, na stoliku czekała już przygotowana sterta ciasteczek, w telewizorze jakiś serial czy teleturniej... Zapytała, co się stało. Pani Z. słabowitym głosem stwierdziła, że to przez ciśnienie. Otóż miała wysokie ciśnienie, ale z dobroci serca postanowiła zrobić pranie. No i jak dźwignęła miskę z praniem, to jej coś pyknęło w głowie i z tego ciśnienia jej mózg uszami wypłynął, przez co teraz jest chora. Nie muszę chyba dodawać, że również tym razem z końcem sianokosów nastąpiło cudowne ozdrowienie.

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 109 (119)

#86605

(PW) ·
| Do ulubionych
Spotkałem się dzisiaj z nowym wymiarem głupoty drogowej.

Droga w mieście, dwa pasy w jednym kierunku i przejście dla pieszych ze światłami. Widzę zielone, jadę lewym pasem, ale widzę też, że jadące kawałek przede mną prawym pasem czarne BMW zatrzymało się przed przejściem i próbuje przepuścić pieszego, który ma czerwone. Ja też się zatrzymałem, na wypadek jakby pieszy wszedł na pasy, ale pieszy (w przeciwieństwie do tamtego kierowcy) idiotą nie jest i zna przepisy, więc nie przechodzi, tylko czeka i nawet macha temu BMW, że ma jechać, bo zielone. Gdy zrównałem się z BMW i spojrzałem, wszystko stało się jasne. Za kierownicą blond karyna, więc prawo jazdy najpewniej zrobione na tylnej kanapie, a auto od ojca albo sponsora.

Strach pomyśleć co by było, jakby pieszy wszedł na te pasy, a zamiast mnie jechałby mniej uważny kierowca i się nie zatrzymał.

kierowcy

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 115 (169)

#86596

~Frustratka0505050 ·
| Do ulubionych
Wrrr! Denerwuje mnie moja sytuacja.
Otóż uczęszczam do trzeciej klasy technikum i w czerwcu zdaję egzamin potwierdzający kwalifikacje w zawodzie. W styczniu kolejny egzamin, potem tylko maturka i baj baj.

Co mnie denerwuje? Egzamin składa się z dwóch części, praktycznej i pisemnej. O ile do części pisemnej możemy jakoś w tych warunkach przygotować się sami i z pomocą nauczycieli online, możemy do bólu rozwiązywać testy w internecie, to z częścią praktyczną pojawia się pewien problem.
W mojej sytuacji, do egzaminu przygotowywana powinnam być w tym roku z dwóch praktycznych przedmiotów (zajęć praktycznych). Na egzaminie może być zadanie z jednego lub drugiego. A więc z jednego przedmiotu od początku roku przerabialiśmy zadania egzaminacyjne z minionych lat i spoko, może ogarnę. Ale z drugiego przedmiotu dopiero zaczęliśmy się przygotowywać do pierwszego zadania egzaminacyjnego, potem były wolne dni i wybuchła nasza kochana epidemia. Wcześniej przerabialiśmy coś w stylu podstawy programowej z tego przedmiotu (nie znam się na programach nauczania, ale to nie było coś, co pojawia się na egzaminach). No nie zdążyliśmy.

Wobec tego, zadania praktyczne możemy sobie porozwiązywać co najwyżej na kartkach i w wyobraźni. Najwięcej możemy się nauczyć, mając realny, fizyczny kontakt z tematem. Ten, kto miał szansę douczać się praktycznie poza szkołą w tych dziedzinach ma szczęście, bo ma większą szansę ogarnąć ten egzamin. Ale nie wszyscy mieli taką szansę. Niektórzy z moich kolegów są mocno zestresowani, a wręcz przerażeni, nawet ci zdolni. Ten poziom stresu nie pomoże nam na egzaminie.

Denerwuje mnie też sposób podawania informacji publicznych. Najczęściej wspominani są jedynie maturzyści i ósmoklasiści (którym to ósmoklasistom chyba na niewiele ten egzamin się przyda, jestem rocznikiem pogimnazjalnym i pamiętam, że te egzaminy nie znaczyły zbyt wiele, przynajmniej wtedy). Jeżeli coś jest wspominane o innych RÓWNIEŻ WAŻNYCH egzaminach, to jakby niechcący. A my, technika i zawodówki to co, pies? Aaa poprawki, mili państwo, kosztują i to każdorazowo. Straszą nas tym od pierwszej klasy. Nie to, żeby to była jakaś sprawa życia i śmierci, ale dla mnie ważna. Pozdrawiam wszystkich zdających jakiś egzamin teraz, na wariackich papierach.
Sfrustrowana uczennica.
Ps. Celowo nie podam zawodu.

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 106 (132)

#86626

(PW) ·
| Do ulubionych
Pracuję w mediach, a dokładniej w czymś w stylu telewizji internetowej. Moja praca powiązana jest z programami na żywo, współpracuję ze studiem nagraniowym, z plikami, które to studio wypuszcza, czy takimi, które w programach mają się pojawić.

W związku z koronawirusem w marcu wprowadzono w mojej firmie pracę zdalną. Większość firmy opustoszała, oczywiście nie mój dział. Zostaliśmy jednak z ograniczonymi siłami, przez wprowadzenie pracy na zmiany. W skrócie, gdy codziennie pracujemy w zespole np. 10 osobowym, tak ilość nasza została zmniejszona do 5. Szef jednak zapewnił, że zarząd o tym wie, dlatego zostali przy tylko najważniejszych i najbardziej popularnych programach, abyśmy mogli wyrobić się w tej pracy.

Ostatnio dostaliśmy maila od zarządu na temat pracy w tych trudnych czasach. Wychwalali osoby pracujące w biurze, a także i osoby pracujące zdalnie, bo po kilku miesiącach wyszło, że poziom pracy się nie obniżył. Dodatkowo zaznaczyli, aby nie pracować dłużej niż przepisowe 8 godzin dziennie, że trzeba mieć też czas dla siebie. Rozwinęli się na kilka linijek jak to praca nie jest najważniejsza, że zawsze coś może poczekać do dnia następnego. Cudowny zarząd prawda?

Może i dla ludzi pracujących zdalnie.

Od początkowych założeń po zmianach w pracy nie ma już śladu. Pojawiło się dużo, nowych programów, które musimy ogarnąć, często zostając po godzinach (które są do wiecznego nieoddania).

Co w tym piekielnego? Aby program mógł powstać, zarząd musi potwierdzić i wyrazić zgodę. Więc teraz zarząd dokłada nam pracy, przez co zamiast 8 godzin dziennie, pracujemy 10, a nawet 12, a przy okazji pisze jak to ważne jest, aby pracować według zasad i się nie przepracowywać.

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 122 (132)

#86591

(PW) ·
| Do ulubionych
Tym razem historia ze szkoły.

W gimnazjum pojechaliśmy na dwutygodniową wycieczkę nad morze. Na miejscu był do dyspozycji jeden pokój ośmioosobowy, a pozostałe były cztero, trzy i dwuosobowe. Przy wybieraniu pokojów zgłosiliśmy się z kolegami, że możemy zająć ten ośmioosobowy. Nie było sprzeciwu, wychowawczyni powiedziała ok, więc poszliśmy się rozpakowywać.

Godzinę później pukanie do drzwi. Przyszła wychowawczyni i mówi:
- Bo dziewczynki [tu wymieniła z imion ósemkę koleżanek) mówią, że bardzo chciałyby być razem w pokoju. Zwolnicie im ten pokój, co?
Wszyscy zgodnie zapytaliśmy z jakiej racji, zwłaszcza, że wcześniej nie były tym pokojem zainteresowane.
- No bądźcie koleżeńscy - mówi.
- To się nie nazywa koleżeństwo, tylko równi i równiejsi - zauważył jeden z kolegów. W odpowiedzi pani powiedziała mu, że jest bezczelny i będzie miał obniżoną ocenę z zachowania, a jak się nie przeniesiemy z tego pokoju to wszyscy będziemy mieć. Tu niektórzy wymiękli, inni uznali, że w sumie co nam szkodzi się przenieść i tak też sprzeciw się załamał i musieliśmy opuścić pokój. Zapakowaliśmy się i przenieśliśmy do dwóch czteroosobowych. W sumie i tak siedzieliśmy zawsze całą ekipą w jednym pokoju, oprócz snu oczywiście.

Minęły cztery dni. Kolejna wizyta pani wychowawczyni. Okazało się, że "dziewczynki" ciągle się kłócą i nie mogą już ze sobą wytrzymać. W związku z tym mamy wrócić do tamtego pokoju, a one się rozdzielą.

Jeden kolega otwarcie wybuchł śmiechem. Drugi powiedział, że tym razem nic z tego, bo już raz ustąpiliśmy i nie jesteśmy workami ziemniaków żeby nas rzucać z miejsca na miejsce. Wszyscy przyznaliśmy mu rację. Ze strony pani padły te same "argumenty" co wcześniej, czyli że mamy być koleżeńscy, jakby to miało cokolwiek wspólnego z koleżeńskością. Groźby obniżenia zachowania też nie pomogły. Pani zaczęła coraz silniej naciskać, więc mówię:

- Zaraz zadzwonię do ojca i powiem mu jak na wycieczce, za którą zapłacił, traktowany jest jego syn.
Koledzy mi zawtórowali, mówiąc, że zrobią to samo, a jeden uniósł do góry telefon i powiedział:
- Informuję panią, że nagrywam tę rozmowę.
Pani zrobiła się purpurowa, postała chwilę zbierając myśli, po czym wyszła, mówiąc, że nie potrafimy się zachować i psujemy wycieczkę całej klasie.
- Taa, my psujemy, bo to my od początku wycieczki się kłócimy i robimy problemy z niczego - rzucił za wychodzącą panią kolega.

Przez resztę wycieczki pani robiła co mogła by nam ją uprzykrzyć. Nasze pokoje były kontrolowane i przeszukiwane codziennie (inne raz czy dwa w ciągu całej wycieczki), do każdej atrakcji byliśmy ostatni, a jednego dnia jak byliśmy w parku narodowym i padał deszcz, to dziwnym trafem zabrakło dla nas jednorazowych płaszczy przeciwdeszczowych. Tylko dla nas.

Po powrocie z wycieczki pani nikomu zachowania nie obniżyła, ale przez jakiś czas jeszcze nam wypominała naszą "niekoleżeńskość".

PS: Oczywiście kolega blefował z tym nagrywaniem.

równi i równiejsi

Skomentuj (55) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 245 (269)

#86585

~barfly ·
| Do ulubionych
Największym debilem, jakiego poznałam w moim dotychczasowym życiu jest mój były szef. Pracowałam kilka lat temu w modnym pubie w mieście studenckim. Praca fajna, sama wtedy studiowałam, więc nocna praca mi odpowiadała, było wesoło i starczało na waciki. Szef nie pokazywał się tam za często, na zmianie zawsze był barman, kelnerka lub dwie i dwie osoby w kuchni.

Szczerze to nie wiem jakim cudem taki osioł jak mój szef dorobił się tak dobrze prosperującego biznesu, bo w czasach, kiedy tam pracowałam podkopywał tylko interes, a pracownicy latali potem i prostowali po nim.

Najlepszy przykład. Jak wspomniałam, miasto pełne studentów, blisko uniwersytetu, więc przychodziło mnóstwo studenciaków. Wiadomo, że nie jest to najbogatsza klientela, więc ciągnęło ich tam, gdzie było najtaniej czyli m.in. do nas. Szef stwierdził pewnego dnia, że nie chce, aby jego lokal był kojarzony z miejscem urzędowania głośnych studentów i chciałby mieć więcej zagranicznych turystów, biznesmenów itd. Co zrobił? Obniżył cenę piwa i shotów. Szok, bo studenci zaczęli pchać się do nas drzwiami i oknami. Nasza wina, że ich wpuszczamy.

W weekend czasem mieliśmy na zmianie ochroniarza. Nie był to typowy bramkarz, ale czasem rozglądał się na zewnątrz i nie wpuszczał niektórych. Koleś był naprawdę w porządku, unikał wpuszczania pijanych, szukających zaczepki itd. Zdarzyło się kiedyś, że nie wpuścił jakiegoś awanturnika, który zataczał się przed wejściem i darł gębę, że zna szefa, wszyscy wypier... bo teraz idę ja, wielki przyjaciel waszego szefa, rozkładajcie czerwony dywan. Ochroniarz grzecznie powiedział mu, że dziś do nas nie wejdzie. Typ okazał się faktycznie znajomym szefa i się poskarżył. Szef zwolnił ochroniarza z powodu braku szacunku.

Lokal aspirował jakiś czas do miana restauracji. Nie wiem, czy restauracją można nazwać miejsce, gdzie może co 50 klient zamawia coś do jedzenia. Może było by inaczej, gdyby jedzenie było choć trochę zjadliwe. Na kuchni pracowało dwóch Ukraińców, którzy podobno byli kucharzami, ale nie byli w stanie wykazać się swoimi zdolnościami, bo wszystko co serwowaliśmy to mrożonki z supermarketu i obleśne, najtańsze dania z mikrofalówki. Mieliśmy na nich jakoś 20-krotną przebitkę, ale co z tego, skoro nikt nie chciał tego zamawiać. Szef ciągle twierdził, że to wina kucharzy, bo gotować nie umieją. Gdy zaproponowali mu, żeby kupił im świeże produkty to zaczną gotować świeże potrawy i będzie można je sprzedawać nawet drożej, to się chwilę zastanowił. Zaczął przeliczać. Z jego wyliczeń wynikało, że schabowego z ziemniakami chciałby sprzedawać za 120zł, bo inaczej będzie zarabiał mniej niż na mrożonkach. To, że na mrożonkach nie zarabiał raczej nic, bo nikt ich nie zamawiał, nie było dla niego argumentem. Oczywiście pomysł upadł, a chłopaki jakiś czas później odeszli. Szef uznał, że przecież nie opłaca się w sumie zatrudniać kogoś, tylko jedzenie ma przygotowywać kelnerka lub barman. Nasze protesty, że nie będziemy się wyrabiać ze swoją robotą jeśli chociaż raz czy dwa razy w ciągu wieczoru będziemy musieli wejść do kuchni, wyśmiał słowami:

- No, no kochani, ale za co ja wam płacę? Wy to byście chcieli pieniądze za darmo!

Gdy już pracowałam tam jakiś czas, do pracy przyjęto nową kelnerkę, taką trochę fruzię, która szybko stała się naszą atrakcją. Typ słodkiej idiotki, która była wielbiona przez męską część publiki. Niestety, po jakimś czasie obróciło się to przeciwko niej, bo po tym jak kilku pajacom odmówiła podania telefonu i umówienia się na randkę, zaczęli się na nią skarżyć i wylewać szambo w internecie. Co na to szef:

- Ale ty durna jesteś! Umówiłabyś się z jednym czy drugim i byłby spokój, a może jeszcze byś się nażarła za darmo.

Dziewczyna sama się zwolniła.

Sama odeszłam z tej pracy, bo szef notorycznie zarzucał mi brak zaangażowania. Brak zaangażowania objawiał się tym, że z racji tego, że nie wypłacał kasy za nadgodziny, zamykaliśmy lokal zawsze punktualnie. Nie ma, że jeszcze jedno piwko. Wybija godzina zamknięcia, zapraszamy do wyjścia. Szef traktował to jak personalny afront. No, ale przecież nadgodzin nie wypłaci, bo po co płacić pracownikowi, jego przecież te 15min nie zbawi.

Lokal nadal jest, dobrze prosperuje, szef ten sam. Nie wiem, kto trzyma ten burdel w ryzach, ale szef powinien tej osobie gorąco podziękować.

gastronomia

Skomentuj (2) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 118 (126)

#86587

~Rike ·
| Do ulubionych
Część mojej rodziny pochodzi z Wielkopolski. Niedaleko "ich" wsi był dworek należący do niemieckiego arystokraty. Prababcia, jak wiele osób z okolicy, pracowała w nim. Babcia opowiadała, że ta rodzina była bardzo dobra dla służby, płaciła dużo, pomagała, jak ktoś się znalazł w trudnej sytuacji. Niestety, podczas wojny stracili majątek, wraz ze zmianą granic musieli się przeprowadzić.

Przenieśmy się znów w czasie, tym razem parę lat wstecz, do okolicy moich osiemnastych urodzin. Do babci w odwiedziny przyjechała jej siostra z córką, wnuczką i jej mężem. Choć teoretycznie jesteśmy z kuzynką jednym pokoleniem, to de facto nie do końca - zarówno tata, jak i ja urodziliśmy się, gdy nasze mamy miały ponad 30 lat, przez co różnica wiekowa między mną, a kuzynką to ponad 10 lat. Siedzimy przy herbatce i ciastu, miło rozmawiamy, ale widać, że goście chcą nam o czymś powiedzieć. Okazuje się, że kuzynka jest niepłodna, nie udało się też z adopcją dziecka. Podarowała mi pierścionek, a właściwie pierścień: złoty, z wielkim, przezroczystym kamieniem, na pierwszy rzut oka diamentem. Byłam w jeszcze głębszym szoku, gdy dowiedziałam się, że pierścionek ten siostra babci dostała od swojej matki, ta od niemieckiego arystokraty, gdy wyjeżdżał - chciał tak podziękować wieloletniej służącej. Kuzynka chciała dać go dziecku, ale skoro nie będzie go miała, to niech dostanę ja.

Prezent oczywiście przyjęłam. Był mocno za duży na moją dłoń, na dodatek zupełnie nie w moim stylu - o wiele bardziej wolę małe kamienie. Schowałam do szuflady, o sprawie praktycznie zapomniałam. Przypomniałam sobie jakiś czas temu, przy przeprowadzce. Zaniosłam do jubilera, żeby ocenił, co to właściwie jest za kamień, jaka próba złota, jaka wartość (nie chciałam sprzedawać, bardziej z ciekawości). I co się okazało? To wcale nie przedwojenna błyskotka, a złoto słabej próby, kamień to cyrkonia. Trochę nie wiedziałam, co o tym myśleć. Świadomie mnie oszukali? Pomylili się? Sprawę znów zostawiłam.

Pół roku temu brałam ślub. Zaprosiłam wielkopolską część rodziny, bo chociaż niemal nie utrzymuję z nimi kontaktu, to zawsze byli życzliwi. Podczas składania życzeń kuzynka podejrzanie przygląda się moim palcom. W końcu wypala:
[K] Jak mogłaś nie założyć pierścienia ode mnie, tylko jakieś marne świecidełko!
[J] Nie lubię dużej ilości biżuterii, mam obrączkę i zaręczynowy. O co ci chodzi?
[K] Przecież ten poniemiecki jest o wiele lepszy, niż to coś, co masz na ręku. Nie myślałam, że jesteś taką niewdzięcznicą, że będziesz go nosić jako zaręczynowego. Coś ten twój mężuś (tu mi brew drgnęła) się nie postarał.
[J] Noszę to, co mi się podoba. A męża mi nie obrażaj. Zresztą wiesz, że to wcale nie poniemieckie, a z bazaru? Mam ekspertyzę jubilera/
[K] się wyraźnie zapowietrzyła, wygląda na to, że była zaskoczona i nie spodziewała się takiego obrotu sprawy. Jej mąż wziął ją pod rękę i delikatnie odciągnął, mówiąc: Widzisz, a mówiłem, że się nie uda.

Dłuższą chwilę dochodziłam do siebie. Nie chciałam robić awantury, bo i po co. Mój tata przycisnął trochę córkę siostry swojej mamy i co się okazało? Wymyślili sobie, że wkupią się w łaski mojej rodziny. Fakt, że mamy to szczęście być raczej zamożni. Pomysł wyszedł od mojej kuzynki, jej matka to podchwyciła, mąż był sceptyczny, ale nie miał za wiele do gadania. Siostra babci ma demencję, nie skojarzyła więc faktów. A nam się skurczyła rodzina.

pierścionek ślub oszustwo

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 125 (145)

#86624

~chlopakZbloku ·
| Do ulubionych
Nigdy bym nie przypuszczał, że plan, który wymyśliliśmy sobie z żoną, aby zarobić na wymarzone mieszkanie, będzie materiałem na historię na Piekielnych.
Po ślubie zamieszkaliśmy w mieszkaniu po mojej babci należącym do moich rodziców. Nie chcieliśmy się na starcie zadłużać na lata, więc wymyśliliśmy sobie, że z oszczędności, zaciągając stosunkowo niewielki kredyt kupimy kawalerkę na wynajem, z której szybko spłacimy kredyt, po czym weźmiemy kolejny na docelowe mieszkanie i będziemy go spłacać nadal wynajmując kawalerkę. Kupiliśmy mieszkanko w centrum, wyremontowaliśmy, urządziliśmy przytulnie i szybko znaleźliśmy sympatycznych najemców. Sielanka? Skądże znowu. Od tego czasu kawalerka jest ciągle w centrum zainteresowania znajomych i rodziny.

1. Teściowie.

Moi teściowie są ludźmi sympatycznymi, acz prostymi. Ciągle podsuwają nam coraz to lepszych kandydatów na najemców. Najpierw jakiegoś sąsiada, Józka. Józek we wspomnieniach żony z dzieciństwa był osiedlowych pijaczkiem. Kilka lat temu zamieszkał z jakąś kobietą i ułożył świetny biznes plan - podnajął innym pijaczkom swoje mieszkanie socjalne. Kobieta niestety po jakimś czasie miała dość pijaństwa Józka i go pogoniła. Koledzy-pijaczki wbili mu nóż w plecy i ani myśleli wyprowadzić się z przytulnego gniazdka Józka. Sprawa się rypła i prawa do mieszkania zostały Józkowi odebrane. Od tego czasu pałęta się od kolegi do kolegi, bywa bezdomny, czasem pomieszka o jakiejś baby. Teściowie jako dobrzy przyjaciele Józka próbowali wrzucić go do naszej kawalerki. Przeszłość Józka, alkoholizm i brak stałego dochodu nie było dla nich żadną okolicznością niesprzyjającą temu rozwiązaniu. No bo Józek to prawie jak rodzina.
Innym razem ciotkę Jadźkę. Jadźka to taki rodzinny pasożyt. Całe życie wisiała na swoich, czasem gdzieś popracowała za grosze. Od czasu gdy jej rodzice zmarli i mieszkanie trzeba było sprzedać, mieszka u swojej siostry, która ma jej serdecznie dość. Jadźka dostaje jakieś tam zasiłki, do pracy przecież chwilę przed emeryturą już nie pójdzie, więc powinniśmy dać jej dożyć w godnych warunkach spokojnej starości. Charytatywnie oczywiście.

2. Rodzina.

No właśnie, dalsza i bliższa rodzina moja i żony. Często zdarza się, że ktoś z innej części Polski chce przyjechać do nas w odwiedziny. Taka na przykład moja kuzynka z mężem i dziećmi. Dzwoni, że chętnie by wpadli do naszego miasta spotkać się, pozwiedzać. Świetnie, informuję jednak, że mamy ograniczone możliwości akomodacji gości i musieliby zadowolić wersalką i ewentualnie jakimś dmuchanym materacem dla dzieci, poza tym dłuższa wizyta nie wchodzi w grę, bo oboje pracujemy i musieliby się dopasować do naszego rozkładu dnia. Kuzynka:

- Ale przecież nie musimy mieszkać u was w mieszkaniu, macie przecież tę kawalerkę.
- No mamy, ale wynajmujemy, ktoś tam mieszka.
- No, ale co z tego, to powiedzcie, żeby wyprowadzili się na ten tydzień, dwa, no może trzy.
- Chyba żartujesz, to dobrzy lokatorzy, nie powiem im z dnia na dzień, że mają się wynieść nawet na kilka dni.
- No wiesz, przecież rodziną jesteśmy...

Albo ciotka żony...

- No cześć, słuchaj, bo mój Michałek dostał się na studia i szuka jakiegoś mieszkanka.
- No to fajnie, możemy popytać wśród znajomych czy nie mają jakiegoś pokoju do wynajęcia
- Ale jak pokoju, on potrzebuje mieszkania!
- Oj, ciocia, no nie wiem, mieszkania tu są naprawdę drogie.
- No tak, ale wy przecież macie tę kawalerkę, to chyba może tam zamieszkać.
- No, ale my ją wynajmujemy, mamy fajnych lokatorów, poza tym to jest dość blisko centrum, więc dość drogo, można znaleźć dużo taniej.
- No tak, od obcych! Chyba po rodzinie to trochę byście opuścili.
- A ile byście mogli płacić?
- No z 500zł byśmy zapłacili!

Ciocia była w szoku, że nie przyjęliśmy tak szczodrej oferty.

3. Znajomi.

Znajomi nie próbują się szczególnie wkręcić nam w mieszkanie, choć zdarzało się, że pytali czy mieszkanie jest wolne i próbowali nakłonić do wynajęcia jakiemuś znajomemu poniżej ceny rynkowej. Gorzej, że co jeden to lepszy biznesmen i słyszymy dobre rady typu:

- Nie no, głupio zrobiliście, ja to bym... - to czemu tak nie zrobiłeś? Bo cudzą kasą łatwiej ryzykować?
- Bez sensu, bo co wynajmujecie, jak możecie sprzedać? - Bo nie po to kupowałem, żeby za chwilę sprzedać?
- A wiecie ile kasy byście zarobili jakbyście wynajmowali turystom? - A wiemy. Tylko, że nie mamy czasu ciągle się mieszkaniem zajmować i co kilka dni przyjmować nowych ludzi, o ryzyku zniszczeń i kradzieży nie wspominając.

Do tego dochodzi nastawienie niektórych znajomych, którzy sądzą, że skoro mamy mieszkanie, które wynajmujemy to jesteśmy cholernie bogaci. Kilkakrotnie ktoś próbował pożyczać od nas większe sumy pieniędzy argumentując, że na pewno nas stać, bo przecież mamy tę kawalerkę. No nie, nie mamy. Oboje mamy dobrą pracę i owszem, oszczędzamy, ale po pierwsze nadal mamy kredyt na głowie, po drugie oszczędzamy na przyszłość naszej rodziny, a nie na pożyczki dla znajomych.

4. Moi rodzice.

Na koniec niewielka piekielność w postaci nastawienia moich rodziców. Oczywiście, jestem im bardzo wdzięczny za udostępnienie babcinego mieszkania, chcemy się z niego jak najszybciej wyprowadzić z dwóch powodów. Po pierwsze chcę, aby moi rodzice mogli sobie mieszkanie wynająć i dorobić do niepewnej emerytury. Po drugie mieszkanie nie nadaje się dla nas na dłuższą metę. Niby duże, ale bardzo nieustawne, a do tego w dość nieciekawej dzielnicy i absolutnie nie chciałbym, aby moje dzieci idąc do szkoły musiały mijać miejscowych pijaczków w bramie, a na podwórku bawiły się roztrzaskanymi butelkami i zużytymi kondomami.
Moi rodzice kompletnie tego nie rozumieją, ciągle gdaczą, że po co nam inne mieszkanie, kredyty i inne bzdury. Jest mieszkanie jak ta lala, tu się ścianę postawi i mamy dodatkowy pokój, a bezpieczeństwo zapewnimy sobie drzwiami antywłamaniowymi.

A na koniec dodam, że wcale się tym dodatkowym dobrem nie chwaliliśmy na lewo i prawo. Wiedzieli nasi rodzice i kilkoro najbliższych przyjaciół. Niestety, nie nałożyliśmy na to klauzuli "ściśle poufne" i każdy czuł się chyba w obowiązku rozpowiedzieć wszystkim na około.

takie jedno miasto

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 145 (157)

#86565

(PW) ·
| Do ulubionych
Moje perypetie z właścicielem mieszkania, w którym wynajmowałam pokójb- piekielności jakich wiele, jednak krwi skutecznie mi napsuły.
Przypomniała mi się historia o tym, jak kiedyś, jeszcze za czasów studenckich szukałam pokoju do wynajęcia.
Co prawda studiowałam zaocznie, ale znalazłam też pracę i czułam dreszczyk emocji na myśl, że wreszcie pójdę "na swoje".
Mieszkanie, które znalazłam wydawało się w porządku, może meble trąciły trochę PRL-em, ale nowe panele, drzwi, wyremontowała łazienka i kuchnia. Za tą cenę nie ma co narzekać - pomyślałam.
Właściciel kontaktowy, miły, wszystko wydawało się być w porządku.

I było tak do pierwszej nocy spędzonej w moim pokoju. O ile wspomniane wyżej meble, pamiętające czasy Gierka mi nie przeszkadzały, o tyle wersalka, tym razem z epoki lat 90-tych okazała się być koszmarnie twarda. Na tyle, że budziłam się kilka razy w nocy. Nie wspomnę o innych małych, ale dość znaczących usterkach, jak np. zacinanie się kurka od prysznica, czy odpadające wieszaki, psująca się pralka, których nie dało się zauważyć na przy oglądaniu mieszkania.
Postanowiłam, więc nocować u mojego ówczesnego wtedy chłopaka i tak w rezultacie mieszkałam u niego przez parę dni.
Nie minął tydzień i dostaję telefon od właściciela. Że dlaczego wprowadziłam się, a nie mieszkam, że współlokatorki się niepokoją dlaczego mnie nie ma - których wcale nie znałam zresztą - i czy zamierzam tam wrócić.

Powiedziałam właścicielowi, że wrócić zamierzam, ale jednocześnie muszę wypowiedzieć z miesięcznym okresem wypowiedzenia, na co z niechęcią się zgodził.
Za kilka dni, choć nie upłynął jeszcze termin płatności czynszu - upływał 10-tego, dostaję pismo od właściciela, którym było wezwaniem do zapłaty, z groźbą zabrania kaucji na koszt poszukiwań nowej lokatorki i natychmiastowego wypowiedzenia mi pokoju. Oczywiście wszystko zapłaciłam w terminie, ale do tego czasu dostałam kilka telefonów od Pana Piekielnego z pretensjami dlaczego tak późno i gdzie w ogóle jestem, dlaczego się nie wprowadzam.

W końcu przyszedł czas urlopu i mojego wyjazdu w góry, o czym wspomniałam współlokatorkom. Miałam wyjechać na kilka dni, nie było mnie tydzień. Telefon od właściciela. Gdzie jestem, czy mam zamiar dalej tam mieszkać, czy zapłacę mu za kolejny czynsz, mimo że termin upływał za 2 tygodnie. Wspomniał też, że współlokatorki mówiły mu żeby wymienił zamki w drzwiach (sic!), bo mnie tam wiecznie nie ma.

Zbliżał się czas mojej wyprowadzki. Dwa telefony od piekielnego bohatera tej historii, czy na pewno chcę opuścić mieszkanie, mimo moich zapewnień.
Przy kolejnej zapłacie pretensje, że znów czekałam prawie do 10-tego i straszenie nieoddaniem mi kaucji.
W końcu w dniu przeprowadzki narzekanie, że wprowadziłam się na tak krótko, tak ciężko się ze mną skontaktować jak jestem w pracy- zawsze oddzwaniałam, czasem po kilku godzinach, ale jednak.

Na końcu komentarz, że pokojem zainteresowanych jest wielu chętnych na moje miejsce - w co nie chciało mi się wierzyć sądząc po tym ile czasu widniało w internecie.
Aż mi się przypomniały stare, dobre czasy, kiedy miałam naście lat i pilnowano mnie na koloniach...

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 103 (113)

Podziel się najśmieszniejszymi historiami na
ANONIMOWE.PL

Piekielni