Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

 

#83199

(PW) ·
| Do ulubionych
Taka tam sobotnia piekielność parkingowa.

Mieszkam w bloku, na osiedlu przy głównej ulicy małego miasta. Sobota 8-14, to czas zakupów jego mieszkańców oraz wszystkich okolicznych wiosek. Normalka.
Jak się idzie załatwić swoje sprawy, to gdzieś trzeba zostawić samochód. Miejsc do tego przeznaczonych jest mnóstwo. Nawet w okresie przed Wigilią nie ma problemu, żeby zaparkować.

Jest tylko jeden warunek postawiony kierowcom. Jak chcesz parkować w centrum, to musisz zapłacić. Obecna stawka to 1zł za półgodziny albo 1,5zł za godzinę. Kilka lat temu oczywiście kwoty te były niższe. Od początku wprowadzenia opłat powodowało to zabieranie miejsc parkingowych na osiedlach. Z upływem czasu zamontowano szlabany na pilota i problem mieszkańców się skończył.

Czasem tylko ktoś bez wyobraźni i wielkim ego zaparkuje pod szlabanem.

Dziś wracam sobie na piechotę do domu, wchodzę na osiedle i słyszę, że ktoś za mną krzyczy. Jakiś pan biegnie do mnie z torbą zakupów (logo jednego z droższych sklepów w okolicy) i pyta czy mam pilota do szlabanu. Powiedziałem, że mam. Prosi, żeby go wypuścić. Wjechał, bo było otwarte i teraz nie może się wydostać. Zapytałem czy szlaban i znak nie dały mu do myślenia. Odparł, że wjazd to się zamyka tylko na noc. Dodał oczywiście, że nigdzie blisko nie było miejsca do zaparkowania. Kłamał albo nie szukał, bo widziałem sporo wolnych miejsc. Wszystkie płatne, po złotówce za pół godziny.

Na tym rozmowa się skończyła i każdy poszedł w swoją stronę. Ja do domu, a on wsiadł do auta. Kilka minut pewnie postał zanim ktoś mu otworzył. Ja pilota miałem, ale w domu razem z kluczykami :D Nie powiedziałem, że mu otworzę.

parking

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 113 (119)

#83198

~hennessey ·
| Do ulubionych
Historia bardziej zabawna, niż piekielna.

Mam na osiedlu grupę dresów, żywcem wyjęci z Blok Ekipy Wojtas, Walu i Spejson. Nigdy nie miałem z nimi żadnych problemów, znamy się z widzenia od dawna, zawsze jak się mijamy to kulturalne powitanie, a czasem jakaś gadka szmatka. Ot, normalna relacja z sąsiadami.

Któregoś dnia mnie zaczepili i mówią z wyrzutem, że uważali mnie za spoko ziomka, a tymczasem okazałem się konfidentem. Zdziwiłem się, bo nie mam pojęcia komu i na kogo mógłbym donosić. Zapytałem, o co im chodzi, a oni wyjaśnili, że widzą mnie dość często jak chodzę na komisariat, więc na pewno po to, żeby na kogoś nadawać.

Prawda natomiast jest taka, że lubię sobie wypić, a na drugi dzień, jak chcę gdzieś pojechać samochodem, to idę na policję sprawdzić trzeźwość.

Myślałem przez chwilę, czy im powiedzieć. Z jednej strony dlaczego mam się przed nimi tłumaczyć, ale z drugiej skoro brzydzą się konfidenctwem, to i tak nikomu nie będą rozpowiadać. Powiedziałem. Wtedy jeden z dresów mówi do pozostałych:
- I co?! Mówiłem, że chleje i chodzi na alkomat, a wy się uparliście, że konfident!

Pośmialiśmy się, zbiliśmy piony i zgoda nadal trwa.

sąsiedzi dresy

Skomentuj (3) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 108 (132)

#83111

~Glorious ·
| Do ulubionych
Zawsze tutaj tylko czytałem i czytałem. Ale ostatnia sytuacja utwierdziła mnie w przekonaniu, że i ja się historią podzielę.

Jak nam wszystkim wiadomo zaczęła się akcja na naklejki i pluszaki w wiadomym "owadzim" sklepie jak to było już jakiś czas temu, tylko teraz "na słodko".
Gdy działo się to ostatnim razem to do mnie dochodziły tylko różne opowiadania, memy czy np. historie na piekielnych. Nigdy osobiście nie doświadczyłem tego szału czy może opętania aż do ostatniej soboty.

W piękny słoneczny dzień stoję z żoną w kolejce w wiadomym sklepie.

Za nami się powoli ustawia kilka osób przed nami jedna para, a przed nimi Pani Babcia [PB] prawdopodobnie z wnuczką kilkunastoletnią.
Rozpoczęcie kasowania produktów [PB] wyglądało jak każde inne aż do momentu gdy doszło do cytryn i kiwi (dla niewtajemniczonych istnieje chyba coś takiego, że jak się kupi co najmniej jedną cytrynę lub jedne kiwi to ma się dodatkowe naklejki - i tu jest tzw. pies pogrzebany "co najmniej").
Pani [K] dzielnie wykonywała swoje zadanie więc wzięła i postawiła 5 sztuk kiwi na wadze skasowała i tak samo uczyniła z cytrynami.
[PB] na chwilę zamarła i spytała dlaczego kasjerka tak zrobiła.
Wszyscy stanęli wryci również Pani [K] po czym stwierdziła, że normalnie skasowała. [PB] od razu zadała pytanie ile jej się za to należy naklejek. Padła odpowiedź (tu nie dosłyszałem), że 2. Na to [PB], że należy wycofać wszystkie kiwi i cytryny i skasować jeszcze raz każde osobno, bo wtedy będzie 10 naklejek.
Pani [K] patrząc na wydłużającą się kolejkę i niedowierzanie klientów oraz mój wielki uśmiech na twarzy z powodu takiego, że w końcu będę mógł zobaczyć to na własne oczy, zaczęła kasować cytryny i kiwi według wytycznych, aby zbędnie kłótnią nie wydłużać czasu.

Każda cytryna i kiwi sukcesywnie zostały skasowane osobno kiwi->waga->kod->następne i tak x10. Po czym padło oczywiste pytanie i oczywista odpowiedź, że niestety ale tylko 2 naklejki, ponieważ należą się za zakup, a nie za każdą kupioną.

Padły z kolejki od razu przytłumione hasła takie jak "nie wierzę...", "co za kobieta", "widzisz i nie grzmisz". Ja niekontrolowanie zacząłem się śmiać (w tym moja piekielność, tak przyznam się, ale to było silniejsze ode mnie). Szkoda mi było tylko tej wnuczki, która była już w takim wieku, że te naklejki na pewno nie dla niej lecz pewnie dla rodzeństwa, a [PB] zabrała na zakupy i teraz musi przeżywać ten koszmar zażenowania i wstydu z powodu chytrej [PB]. Stała ze spuszczoną głową i nie mówiła nic, czekając aż to się wszystko skończy.

Można by tu zakończyć, lecz koniec tej sytuacji rozbawił mnie do łez. [PB] po rozmowie z dwoma [K], które zgodnie potwierdziły swoją wersję, kazała wycofać swoje 4 cytryny i 4 kiwi bo jak nie ma naklejek, to ona nie potrzebuje. W głowie pokazał mi się zbiorowy obrazek tzw. facepalm z filmu Naga broń. Każdy stracił bezpowrotnie z 15 minut życia (Może mniej, ale czas wtedy spowolnił).

Nie wierzyłem póki nie zobaczyłem. Powiedzcie czy jest jeszcze dla nas nadzieja? Czy po prostu promocja w sklepie może tak ludziom zrobić pranie mózgu?

sklepy

Skomentuj (19) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 133 (163)

#83090

~niebieskakartka ·
| Do ulubionych
W nawiązaniu do historii o miejscach dla osób niepełnosprawnych i komentarzy do niej.

Mam kartę parkingową dla osób niepełnopsrawnych.

Absurdów związanych z tą kartą jest naprawdę sporo. I nie jest to nawet wina przepisów, tylko sami sobie gotujemy ten los.

Np. w ostatni weekend pojechaliśmy z mężem do dużej sieci meblowej słynącej też z klopsików w restauracji.
Na całym olbrzymim parkingu przed sklepem miejsc dla niepełnosprawnych było 0. Sieć przeprowadzała remont budynku i panowie fachowcy uznali, że niepełnosprawni to tacy gorsi ludzie i na ich miejscach rozłożyli sobie belki, narzędzia i remontowe śmieci. Miejsc zastępczych brak, informacji na stronie sklepu, że miejsc brak nie było.

Mam to szczęście, że na wózku nie jeżdżę, ale gdybym jeździła, to wyprawa na warszawski Targówek byłaby zmarnowaniem 2-3 godzin wolnego dnia. W przypadku zupełnego braku miejsc, osoba na wózku nie zaparkuje gdzieś indziej, bo nie otworzy drzwi. Prawda, że super?

Pisaliście, że z aut wysiadają tacy zdrowi ludzie. Tak, mam dwie ręce, dwie nogi. Jestem energiczna z charakteru, więc nawet jak noga mnie boli tak, że mam ochotę ryczeć, to idę, ruszam się szybko (żeby szybciej zakończyć mękę długiego spaceru). A ma prawo mnie boleć, bo od lat nie mam stawu biodrowego, tylko nogę wciśniętą w specjalnie ułożoną w tym celu inaczej miednicę. Noga jest jedynie nieco krótsza i tylko to widać. Ktoś chce się zamienić? Tak mam ja, ale po tych z protezą nogi, jak są w spodniach też nie widać i w wielu innych przypadkach też. Czy naprawdę musimy się wszystkim z tego tłumaczyć i poddawać nieustannemu osądowi piekielnych oceniaczy?

Inny przypadek: przyjeżdża gdzieś po mnie mąż. Jak zachowa się według was - piekielnych czytelników - przepisowo i nie stanie na miejscu dla osób niepełnosprawnych, wyciągając moją kartę - to po wyjściu z budynku mam do przejścia naprawdę dużo bólokroków, po których przychodzę do domu i tak sobie leżę i leżę by przestało boleć.

Wiem, wiem, powinnam zrezygnować z wychodzenia z domu, robienia zakupów w sklepach, przymierzania ciuszków, spotykania się ze znajomymi. No żeby z chorą nogą takie rzeczy robić? Bleee...

Moja ironia wynika z tego, że w wielu sprawach wydajecie osądy i prawicie mądrości życiowe. Nie wszystko jednak jest takie jak się wydaje na pierwszy rzut oka. Odpuścicie więc nieco i dajcie ludziom normalnie żyć.

Targówek

Skomentuj (44) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 157 (195)

#83080

~btk ·
| Do ulubionych
Nie pomogłem niepełnosprawnemu.
I czuję się z tym naprawdę wyśmienicie.

Ale od początku.

Nadzorowałem robotników wykonujących remont w moim domu rodzinnym. Miałem kilka dni wolnego, więc przyjeżdżałem codziennie na stare śmieci, pilnować prac i samemu robić drobne naprawy.

Koło 11-ej zrobiliśmy sobie przerwę, usiadłem na ławeczce przed blokiem i ze względu na panujące ostatnio upały, raczyłem się zimnym browarkiem. W drugim końcu podwórka dwóch panów trudniących się na co dzień eksploracją śmietników, rozpijało trunek wysokoprocentowy, a towarzyszył im mój "kolega" z dawnych czasów, poruszający się obecnie na wózku - Romeczek.

Po opróżnieniu butelki dwóch jegomościów udało się gdzieś, w tylko im znanym celu, pozostawiając tracącego już kontakt z rzeczywistością Romeczka samego.
Przed tym co wydarzy się za chwilę muszę opisać jak wygląda plac przed domem moich rodziców. Otóż jest on dwupoziomowy na górze betonowy skwer z ławkami a ok. 1,5m poniżej są trawniki. Wyższy poziom nie jest zabezpieczony barierkami. Na około jest tylko dosyć niski krawężnik.

Po chwilowej drzemce, Romuś gwałtownie się obudził i z całym pędem ruszył swoim wózkiem do tyłu. Na jego drodze pojawił się koniec skwerku więc szalona jazda na wstecznym zakończyła się krótkim lotem i efektownym upadkiem.
O tym że mój "przyjaciel" z dzieciństwa przeżył, poinformował mnie mix jęków i wulgaryzmów dochodzących zza krawędzi placu.
Miałem jeszcze pół piwa, więc nie śpieszyłem się z oględzinami w jakim stanie znajduje się Romuś.
Piwo dopite, chłopaki jeszcze nie dzwonią, więc pójdę popatrzę. Romuś przywitał mnie prośbą:

- Podnieś mnie k...o!

Tutaj muszę wspomnieć, że Romuś rozróżniał dwie kategorie "ludzie", czyli tacy jak on i k...y tzn. wszyscy inni. Odpowiedziałem mu żeby swojej mamusi nie wołał bo z tego co wiem ona od kilku lat nie żyje. Tego typu dialog trwał między nami jeszcze chwilę, po czym odszedłem zostawiając Romusia w promieniach południowego słońca.

Tak, wiem jestem bardzo złym człowiekiem, tym bardziej że Romuś to postać nieprzeciętna.
Poniżej przytoczę kilka faktów z jego życia i z historii naszej przyjaźni.

Był bokserem-amatorem. Stoczył wiele walk, a dostąpić zaszczytu zmierzenia się z mistrzem mógł każdy bez względu na wagę czy wiek. Miał tylko jeden warunek przeciwnik musiał być minimum 20 kg lżejszy.
Był zwolennikiem równouprawnienia kobiet - kilka też miało sposobność odbycia z nim z sparringu.
Pomagał obcym ludziom sprzątać mieszkania, głównie ze sprzętu RTV, AGD oraz zaśmiecającej szuflady biżuterii i gotówki.
Był nieprzeciętnym uczniem. Elitarne szkoły, do których uczęszczał tak bardzo bały się stracić takich jak on geniuszy, że instalowały w oknach kraty.

Ja byłem jego ulubionym kolegą. Latami służyłem mu jako worek treningowy. Dbał o moją kondycję, motywując do biegania nożem, cegłą, butelką i innymi ciekawymi gadżetami. Był też zwolennikiem medycyny naturalnej - kilka razy gdy trening sportów walki okazał się dla mnie zbyt intensywny i nie byłem już w stanie wstać, Romuś leczył mnie przy pomocy urynoterapii.
Lubił się dzielić, - zawsze jak spotkał mnie na podwórku dzielił się ze mną moimi rzeczami i moim kieszonkowym. Kiedy nie miałem nic wartościowego przy sobie, obiecywał, że zabierze mnie do piwnicy i wprowadzi w tajniki męsko-męskiej miłości.

O tym jak bardzo lokalna społeczność szanuje Romusia niech świadczy fakt, że gdy skończyliśmy ok. 17-ej robotę, Romuś leżał nadal w tym samym miejscu w którym go zostawiłem.

Skomentuj (3) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 107 (121)

#83196

(PW) ·
| Do ulubionych
Jestem bogata. Dzisiaj właśnie się o tym dowiedziałam, aczkolwiek żadnej zmiany stanu mojego konta nie zauważyłam...

Młoda dzisiaj przyszła do domu z informacją od swoich koleżanek, że ich mamy uważają, że ja jestem bogata. Pierwsza reakcja - totalne osłupienie, druga reakcja - niekontrolowany wybuch śmiechu, trzecia reakcja - skąd ten pomysł? No cóż, za ścisłość wyjaśnień nie ręczę, ponieważ wiem tyle, ile się dowiedziałam od Młodej, ona od swoich koleżanek, a one powiedziały jej to, co zasłyszały od swoich rodziców. Jestem bogata, bo:

1. Chodzę z psem do weterynarza. Otóż nie wiem, czy wiecie, ale psa się nie leczy. Jak mu coś dolega, to albo "samo przejdzie", albo zdechnie i wtedy się bierze następnego. A taki "drobiazg", jak czerwone i zapuchnięte oko u Kruszyny, to nie powód do wizyty u weterynarza, no chyba że nie wiem co robić z pieniędzmi... No comment.

2. Młoda chodzi na różne zajęcia pozalekcyjne - głównie sport i taniec. Owszem, w tym roku wybrała sobie dosyć drogie zajęcia, ale np. w zeszłym roku (szkolnym) uczęszczała na bardzo fajne zajęcia z baletu w domu kultury, które kosztowały mnie oszałamiające 25 zł. miesięcznie. Dlatego nie przemawia do mnie argument: "moje dziecko nigdzie nie chodzi, bo mnie na to nie stać".

3. Młoda dostaje kieszonkowe. W zawrotnej wysokości 10 zł. tygodniowo, tak po prostu, żeby nauczyła się gospodarować pieniędzmi. Ale nie, lepiej przy każdych zakupach w sklepie warczeć na dziecko: "czego znowu marudzisz, że coś chcesz, przecież wiesz, że nie mam pieniędzy!". Młoda nie marudzi, tylko sama sobie kupuje, jak wyda za szybko to nie ma i tyle w temacie.

4. Chodzimy do pizzerii. Różnie - czasem dwa razy w tygodniu, a czasem tylko raz w miesiącu, ale raczej jednak rzadziej niż częściej... Nieważne, to i tak rozpusta i marnotrawienie pieniędzy, kto to widział, do pizzerii chodzić, a co to, pizza z Biedronki gorsza? Żeby nie było, sama robię zakupy w Biedronce, ale pizzę lubię jeść, nie robić. Nawet jeśli "zrobienie" jej oznacza tylko włożenie na określony czas do piekarnika.

Tak więc (doskonale wiem, że nie zaczyna się zdania od "więc") drodzy Piekielni - jeśli chodzicie ze swoim zwierzęciem do weterynarza, wasze dziecko chodzi na jakieś dodatkowe zajęcia i dostaje kieszonkowe, a do tego jeszcze zdarza wam się czasem jadać na mieście - jesteście bogaci!

Skomentuj (40) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 136 (152)

#83188

(PW) ·
| Do ulubionych
Do tej pory słysząc powiedzenie "z rodzina dobrze wychodzi się tylko na zdjęciach" myślałam, że to kolejne pseudo śmieszne powiedzonko.
Jednak teraz uważam, że to święta prawda.

Otóż byłam z moim chłopakiem w zeszłą sobotę na weselu mojej kuzynki. Wesele jak to wesele - było, minęło.
Najlepsza "zabawa" okazało się, że dopiero przed nami. Po powrocie do domu zauważyliśmy, że mamy zarysowany i lekko pęknięty zderzak, ewidentnie ktoś podczas cofania w nas wjechał.

W poniedziałek widziałam się z ciotką, która również uczestniczyła w imprezie. Pytałam czy czegoś nie widziała itp. No niestety nic się nie dowiedziałam, twierdziła że zaparkowała daleko od nas i nie ma pojęcia kto może być winowajcą. Postanowiliśmy podjechać na salę weselną i spytać o monitoring. Przejrzeliśmy go i znaleźliśmy winowajcę.

Widać jak na tacy samochód, który wjechał w nasz zderzak, aż przesuwając przy tym auto. Kierowca wysiadł popatrzył i pojechał. Dodam że nasze auto wyróżniało się dosyć spośród obecnych samochodów, ponadto ktoś kto nas zna, doskonale wie kto jest właścicielem.

Kto się okazał sprawcą? Ano szanowna ciotka, która dzień wcześniej wyparła mi się w oczy, że to nie ona... Żal podkręciło jeszcze to, że miała czelność przychodzić do mnie z prośbą o pomoc w komputerowych sprawach, zawracając głowę przez pół dnia. Najlepsze jest to, że jest to moja własna matka chrzestna, świadek z mojego bierzmowania, najbliższa ciotka.

Nie mieści mi się głowę jak można być tak fałszywym, kłamać patrząc mi w oczy. Rozumiem, że zdarzyło się bo było ciemno, zaparowane szyby itp. Wszystko rozumiem, ale nie rozumiem jak można było uciec nie mówiąc głupiego przepraszam, a później kłamać w żywe oczy.

Co zrobilibyście na moim miejscu? Z jednej strony chciałabym jej dać nauczkę, ale jednak mam jakąś godność i nie chcę robić krzywych sytuacji w rodzinie.

rodzina

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 124 (134)

#83095

(PW) ·
| Do ulubionych
Pora na opisanie piekielnych innych nacji, tym razem padło na amerykańskich geniuszy.

Wybraliśmy się z żoną na wakacje do Stanów Zjednoczonych. Dwa tygodnie, trochę pozwiedzać i tak dalej. Nic wielkiego, taki kaprys.

Oczywiście wymagana w tym celu była wiza, więc załatwiliśmy w Polsce wszystkie formalności, otrzymaliśmy wizę turystyczną (ściślej to B-1/2) dla małżeństwa, bez problemu. Wsiedliśmy do samolotu i w drogę.

Muszę wspomnieć w tym miejscu, że mam nazwisko kończące się na -ski, żona postanowiła dodać moje do swojego, ma zatem dwuczłonowe. Inaczej mówiąc, ja nazywam się Janusz Kowalski, a żona to Grażyna Nowak-Kowalska.

Przylecieliśmy do USA. Wysiadamy z samolotu, kierujemy się do odprawy. Nadchodzi nasza kolej, okazujemy dokumenty...

... i po chwili zaczyna się cyrk.

Hamburger - Jesteście małżeństwem?
My - Tak.
H - Ale to niemożliwe.
My -???
H - Nazwiska się nie zgadzają.
My - Jak to się nie zgadzają?
H - Żona musi mieć takie same nazwisko jak mąż.
My - Przecież ma, drugi człon.
H - Nie kłamcie. Nazwiska się różnią, to oszustwo. Myśleliście, że się na to nabierzemy? Wiza też pewnie sfałszowana!

I tak dalej. Przy czym cała rozmowa odbywała się dość podniesionym tonem, ze strony amerykańskiej były dwie ciemnoskóre urzędniczki, a pewnie każdy z Was wie doskonale, jak potrafią takie kobiety hałasu narobić. Wystarczy byle jaki amerykański film obejrzeć, żeby zauważyć, jak umieją się drzeć i trajkotać bez przerwy na nabranie powietrza.

Poleciały groźby, policja, urząd antyimigracyjny, dożywotni zakaz wjazdu... w końcu po bezskutecznych próbach przekonywania żonie się ciśnienie podniosło, najpierw ryknęła na cały głos, że się mają zamknąć i odnosić się z szacunkiem, zażądała przyjścia ich przełożonego a potem wyjęła telefon i zadzwoniła do polskiej ambasady. Po dosłownie dwóch minutach rozmowy kogoś z drugiej strony z tym przełożonym sytuacja się zmieniła o 180 stopni... jeszcze nam ten człowiek oddelegował dwie osoby (inne, niż te dwie głupie baby) do pomocy z bagażami w ramach przeprosin.


Ale to jeszcze tylko połowa historii. Druga połowa dotyczy kolegi, z którym się wybraliśmy. On także miał swoje przeboje, choć dużo mniejsze z tymi samymi urzędniczkami, poszedł przed nami. Dlaczego miał przeboje? Bo ma dość specyficzne nazwisko. JUST.

jfk

Skomentuj (60) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 162 (178)

#83094

(PW) ·
| Do ulubionych
Będzie krótko o piekielności ogólnej. Mianowicie, rozchodzi się o ludzi, którzy przychodzą do banku/biura/urzędu/sklepu/wstaw cokolwiek, na 5 minut przed zamknięciem. W moim wypadku chodzi o bank. Czynne mamy do 18 i zawsze, każdego dnia, znajdzie się przynajmniej jedna osoba, która wlezie tuż przed zamknięciem i truje duszę przez pół godziny. A my musimy z taką osobą siedzieć. Ostatnio babka wlazła 2(!) minuty przed zamknięciem i siedziała prawie godzinę. Dlaczego? No bo, hehe, o tej porze kolejek nie ma, a co dla Was za różnica, te parę minut dłużej, hehe, posiedzieć.
Uważam, że dla takich ludzi czeka specjalne miejsce w piekle.

P.S.
Dla wyjaśnienia, od wyjścia ostatniego klienta, nasza praca trwa jeszcze z godzinę, zanim ostatecznie wyjdziemy z pracy.

Praca bank biuro

Skomentuj (43) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 169 (199)

#83087

(PW) ·
| Do ulubionych
Wracając z urlopu zajrzałam do skrzynki na listy - znalazłam tam stos ulotek i kilkudniowe awizo. Następnego dnia odwiedziłam więc osiedlową placówkę pocztową. No i się zaczęło:
- Następny!! (O-ho, już mi zapachniało PRL-em).
- Dzień dobry, przyszłam odebrać list (tu podsunęłam pani okienkowej awizo).
- Dokument!!

Pokazałam dowód osobisty. Pani sapie, dyszy, nie wiem - może klima siadła, a może klimakterium dopadło. W każdym razie ja czekam, a ta coraz bardziej czerwona wystukuje coś wskazującym palcem w klawiaturę, pomaga sobie językiem, woła Halinę z okienka obok, piszą razem, lecą na zaplecze, wracają, sprawdzają znowu... W końcu jest! Widzę kopertę z logiem mojego pracodawcy i swoim nazwiskiem.

- Podpisze! - okienkowa stuka paluchem w miejsce na kartce. Podpisałam. A ta zabrała kartkę i odwróciła się do komputera. Czekam. I czekam... Po minucie nieśmiało stukam w szybkę.
- Nie dostałam listu.
- Dostała!
- Nie dostałam.
- Dostała...
- Nie dostałam, tam leży! - pokazałam palcem upragnioną kopertę na stosie innych listów. Powoli zaczęło się we mnie gotować. U niej wreszcie coś zatrybiło.
- Dokum... - zaczęła znowu okienkowa. Oj tym razem nie dałam jej skończyć. Wsadziłam paluchy przez okienko, złapałam swój list i wyszłam trzaskając drzwiami w akompaniamencie jej wrzasków.
Piekło pocztowe.

Pratchett płakał jak czytał

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 125 (157)

Podziel się pozytywnymi historiami na
WSPANIALI.pl

Piekielni