Od października zeszłego roku w rodzinie mojego męża zapanowały „foszki”.
Na początku zeszłego roku po rodzinie rozeszła się informacja, że Zosia, córka Agaty (kuzynki mojego męża) zmienia stan cywilny. Młodzi robią wielkie wesele! Cała rodzina jest zaproszona! Mąż ma naprawę liczną rodzinę od strony nieżyjącej mamy. Utrzymujemy z nimi regularny kontakt. W maju były rozdawane zaproszenia, ale niestety my nie otrzymaliśmy. No cóż, tak bywa. Zaproszenie otrzymał mój teść, stąd wiedzieliśmy, że ślub i przyjęcie weselne odbędzie się październiku w Elblągu (ok. 60 km od Gdańska). Podobno dla seniorów miał być podstawiony minibus, żeby nie mieli problemów z dojazdem (większość rodziny mieszka w Trójmieście).
Szczerze mówiąc byliśmy trochę rozczarowani, bo nie otrzymaliśmy nawet zawiadomienia o ślubie. Z kuzynką spotkaliśmy się przez ten czas ze 2-3 razy; chętnie opowiadała o przygotowaniach. Widzieliśmy się nawet na uroczystości rodzinnej z Zosią i jej narzeczonym; pogratulowaliśmy im nadchodzącego wydarzenia.
Stwierdziliśmy z mężem, że nie jedziemy na ślub: skoro Młodzi nas nie zawiadomili to raczej nie jesteśmy chętnie widziani. Podpytaliśmy wśród rodziny i okazało się, że Zosia zaprosiła rodzeństwo swoich dziadków, ze dwie ciotki, mojego teścia i tyle. Impreza na ok. 40 osób. Ich sprawa. Pytaliśmy teścia, jak dotrze do Elbląga, czy będzie korzystał z obiecanego minibusa, czy mamy go zawieźć, ale stwierdził, że jedzie swoim samochodem już w piątek, bo w Elblągu mieszka jego znajomy, którego żona na weekend wyjeżdża z siostrą, więc panowie powspominają stare dzieje, może na ryby jeszcze pójdą, przenocuje u niego, zaliczy ślub i wesele, i wróci w niedzielę lub poniedziałek. Ze swoje strony kupiliśmy kupony i zdrapki za ok. 200 zł, do tego kartka z życzeniami. Podpisaliśmy kartkę, zapakowaliśmy wszystko i poprosiliśmy teścia o przekazanie Młodym. Dzień przed ślubem, w piątek po pracy wyjechaliśmy sobie z synem na weekend do Łeby.
W sobotę rano do mojego męża zadzwoniła ciotka Bożena z zapytaniem, o której jedziemy na ślub i czy możemy ją i jej męża zabrać. Mąż powiedział, że my nie jedziemy i zapytał, czemu nie jadą minibusem. Okazało się, że obiecany transport nie odbędzie się i Agata powiedziała, że na pewno my będziemy jechać, więc spokojnie ich zabierzemy. I co ona teraz ma zrobić?
Mąż zadzwonił do Agaty, że my nie jedziemy na ślub, więc niech nie udziela informacji, że kogoś zabierzemy. Agata się zapowietrzyła: jak to nas nie będzie?! Przecież ona już powiedziała ciotce Bożenie i Grażynie, że my je zabierzemy. To jest bardzo egoistyczne z naszej strony! A poza tym, czy to jest jakiś kiepski żart?! Nawet na ślubie nas nie będzie?! Mąż powiedział, że nie dostaliśmy zawiadomienia ani zaproszenia, więc nie wybieramy się a prezent dla Młodych przekazujemy przez tatę. To ostanie bardzo uspokoiło Agatę. Zapytała, jak jedzie teść, czy może on zabrać ciotki. Nie, bo już jest w Elblągu.
Koniec końców syn ciotki Bożeny zawiózł seniorów do Elbląga. Pytał Agatę, o której kończy się wesele, to przyjedzie po rodziców i ciotkę. Podobno padła odpowiedź, że wesele będzie trwało do rana.
Wesele, a właściwie przyjęcie weselne, zakończyło się o 19:00. Państwo Młodzi wyszli, rodzice Młodych również i na sali zostali zdezorientowani goście. Obsługa zaczęła opróżniać salę. Ciotka Bożena próbowała dodzwonić się do Agaty, czy to już koniec, ale telefon był wyłączony. Zadzwoniła po syna. Goście od strony Pana Młodego pytali, czy ktoś z gości Panny Młodej ma miejsce w samochodzie, żeby ich zabrać. Teść zadzwonił do kolegi, że już po imprezie; poszli sobie „na miasto”.
Wiem, że ktoś z rodziny szybciutko zorganizował transport minibusem z Elbląga do Gdańska. Płacili goście.
Z ciotkami spotkaliśmy się na cmentarzu i jak to jedna stwierdziła: "gdybym wiedziała, że to jest tylko obiad weselny to w życiu nie dałabym tyle w kopertę". Druga powiedziała, że zadzwoniła do Agaty i jej wygarnęła, że skoro obiecała im jeszcze w czwartek transport to tak się nie robi! Po co jeszcze kłamała, że to jest wesele do białego rana?
Kilka osób niezaproszonych na ślub/wesele kupiło Młodym niewielkie drobiazgi: wino, zdrapki, voucher i tutaj się okazało, że Młodzi byli bardzo zaskoczeni, bo liczyli na PIENIĄŻKI. To już wiemy od Agaty, która wyżaliła się wspólnemu znajomemu, że liczyli na więcej pieniędzy z prezentów.
Życzenia świąteczne mąż złożył kuzynce telefonicznie. Podobno jest bardzo zaskoczona, że nas nie było na ślubie, bo liczyła na nas. Na pytanie, czemu nie otrzymaliśmy nawet zawiadomienia powiedziała, że przecież w tak bliskiej rodzinie takie zawiadomienia nie są konieczne. I jest jej bardzo nieprzyjemnie, że ciotki i kuzynostwo ma do niej pretensje. No wyszło, jak wyszło.
Na początku zeszłego roku po rodzinie rozeszła się informacja, że Zosia, córka Agaty (kuzynki mojego męża) zmienia stan cywilny. Młodzi robią wielkie wesele! Cała rodzina jest zaproszona! Mąż ma naprawę liczną rodzinę od strony nieżyjącej mamy. Utrzymujemy z nimi regularny kontakt. W maju były rozdawane zaproszenia, ale niestety my nie otrzymaliśmy. No cóż, tak bywa. Zaproszenie otrzymał mój teść, stąd wiedzieliśmy, że ślub i przyjęcie weselne odbędzie się październiku w Elblągu (ok. 60 km od Gdańska). Podobno dla seniorów miał być podstawiony minibus, żeby nie mieli problemów z dojazdem (większość rodziny mieszka w Trójmieście).
Szczerze mówiąc byliśmy trochę rozczarowani, bo nie otrzymaliśmy nawet zawiadomienia o ślubie. Z kuzynką spotkaliśmy się przez ten czas ze 2-3 razy; chętnie opowiadała o przygotowaniach. Widzieliśmy się nawet na uroczystości rodzinnej z Zosią i jej narzeczonym; pogratulowaliśmy im nadchodzącego wydarzenia.
Stwierdziliśmy z mężem, że nie jedziemy na ślub: skoro Młodzi nas nie zawiadomili to raczej nie jesteśmy chętnie widziani. Podpytaliśmy wśród rodziny i okazało się, że Zosia zaprosiła rodzeństwo swoich dziadków, ze dwie ciotki, mojego teścia i tyle. Impreza na ok. 40 osób. Ich sprawa. Pytaliśmy teścia, jak dotrze do Elbląga, czy będzie korzystał z obiecanego minibusa, czy mamy go zawieźć, ale stwierdził, że jedzie swoim samochodem już w piątek, bo w Elblągu mieszka jego znajomy, którego żona na weekend wyjeżdża z siostrą, więc panowie powspominają stare dzieje, może na ryby jeszcze pójdą, przenocuje u niego, zaliczy ślub i wesele, i wróci w niedzielę lub poniedziałek. Ze swoje strony kupiliśmy kupony i zdrapki za ok. 200 zł, do tego kartka z życzeniami. Podpisaliśmy kartkę, zapakowaliśmy wszystko i poprosiliśmy teścia o przekazanie Młodym. Dzień przed ślubem, w piątek po pracy wyjechaliśmy sobie z synem na weekend do Łeby.
W sobotę rano do mojego męża zadzwoniła ciotka Bożena z zapytaniem, o której jedziemy na ślub i czy możemy ją i jej męża zabrać. Mąż powiedział, że my nie jedziemy i zapytał, czemu nie jadą minibusem. Okazało się, że obiecany transport nie odbędzie się i Agata powiedziała, że na pewno my będziemy jechać, więc spokojnie ich zabierzemy. I co ona teraz ma zrobić?
Mąż zadzwonił do Agaty, że my nie jedziemy na ślub, więc niech nie udziela informacji, że kogoś zabierzemy. Agata się zapowietrzyła: jak to nas nie będzie?! Przecież ona już powiedziała ciotce Bożenie i Grażynie, że my je zabierzemy. To jest bardzo egoistyczne z naszej strony! A poza tym, czy to jest jakiś kiepski żart?! Nawet na ślubie nas nie będzie?! Mąż powiedział, że nie dostaliśmy zawiadomienia ani zaproszenia, więc nie wybieramy się a prezent dla Młodych przekazujemy przez tatę. To ostanie bardzo uspokoiło Agatę. Zapytała, jak jedzie teść, czy może on zabrać ciotki. Nie, bo już jest w Elblągu.
Koniec końców syn ciotki Bożeny zawiózł seniorów do Elbląga. Pytał Agatę, o której kończy się wesele, to przyjedzie po rodziców i ciotkę. Podobno padła odpowiedź, że wesele będzie trwało do rana.
Wesele, a właściwie przyjęcie weselne, zakończyło się o 19:00. Państwo Młodzi wyszli, rodzice Młodych również i na sali zostali zdezorientowani goście. Obsługa zaczęła opróżniać salę. Ciotka Bożena próbowała dodzwonić się do Agaty, czy to już koniec, ale telefon był wyłączony. Zadzwoniła po syna. Goście od strony Pana Młodego pytali, czy ktoś z gości Panny Młodej ma miejsce w samochodzie, żeby ich zabrać. Teść zadzwonił do kolegi, że już po imprezie; poszli sobie „na miasto”.
Wiem, że ktoś z rodziny szybciutko zorganizował transport minibusem z Elbląga do Gdańska. Płacili goście.
Z ciotkami spotkaliśmy się na cmentarzu i jak to jedna stwierdziła: "gdybym wiedziała, że to jest tylko obiad weselny to w życiu nie dałabym tyle w kopertę". Druga powiedziała, że zadzwoniła do Agaty i jej wygarnęła, że skoro obiecała im jeszcze w czwartek transport to tak się nie robi! Po co jeszcze kłamała, że to jest wesele do białego rana?
Kilka osób niezaproszonych na ślub/wesele kupiło Młodym niewielkie drobiazgi: wino, zdrapki, voucher i tutaj się okazało, że Młodzi byli bardzo zaskoczeni, bo liczyli na PIENIĄŻKI. To już wiemy od Agaty, która wyżaliła się wspólnemu znajomemu, że liczyli na więcej pieniędzy z prezentów.
Życzenia świąteczne mąż złożył kuzynce telefonicznie. Podobno jest bardzo zaskoczona, że nas nie było na ślubie, bo liczyła na nas. Na pytanie, czemu nie otrzymaliśmy nawet zawiadomienia powiedziała, że przecież w tak bliskiej rodzinie takie zawiadomienia nie są konieczne. I jest jej bardzo nieprzyjemnie, że ciotki i kuzynostwo ma do niej pretensje. No wyszło, jak wyszło.
ślub wesele
Ocena:
72
(76)
Historia Sikoreczki https://piekielni.pl/92472 skłoniła mnie do opisania zachowania mojej sąsiadki.
MOPR i administracja ją znają bo już co najmniej 2 razy opróżniali jej mieszkanie ze wszystkich śmieci które tam naniosła z okolicznych śmietników, cała okolica ją zna z tego powodu oraz tego, że dokarmia bezdomne koty (nie tylko ona, inna sąsiadka współpracująca z fundacją pomagającą kotom zapytała czy mogą z partnerem postawić budkę dla nich na moim podwórku a tym które tam nie przychodzą dają jedzenie przez płot jednego z warsztatów, w ten sposób okoliczne psy nie wyjedzą tych smakołyków), ale rzuca im jedzenie na uliczkach przed innymi domami albo obok aut. Tak samo dokarmia gołębie za co już dostawała mandaty, bo robiła to nagminnie na miejskim terenie. Na sugestię sąsiadów, żeby przynajmniej nie rzucała tego jedzenia ptakom pod czyjeś auta odpowiada, że „chyba im się nudzi i nie mają innych problemów.”
Ma ona psa, szczuropodobne coś w typie chihuahuy. Rzuca się toto na wszystko i wszystkich. Niejednokrotnie rzucał się na mnie albo na mojego psa. Idąc kiedyś do pracy mijam posesję sąsiadki, furtka zamknięta, psa nie widać ani nie słychać. Odchodzę dobre 200 metrów po drodze skręcając. Nagle czuję szarpanie za spodnie a to w/w coś mnie szarpie. Sąsiadka niespiesznym krokiem podchodzi i łaskawie go zabiera. Na moją sugestię, że mogłaby psa pilnować odpowiedziała, że on nie jest agresywny (serio? Pies, który przebiegł taki dystans i to jeszcze za róg ulicy nie jest agresywny?). Sytuacja taka zdarzyła się nie tylko mi.
Gdy jeszcze byłem kanarem, siedzimy z kolegą w autobusie na pętli i czekamy na odjazd. Wchodzi w/w sąsiadka ze swoim psem. Ja ich ignoruję kompletnie, a gdy przechodzili koło mnie pies rzucił się na mnie i znowu próbował ugryźć. Na sugestie moje, kolegi i kierowcy o obowiązku zakładania kagańca psu w autobusie powiedziała, że takich nie produkują i że sami mamy sobie założyć a tak w ogóle to ja też mam psa. Na kolejnym przystanku została w kilku słowach wyproszona z autobusu przez nas trzech razem z kierowcą. Opierała się, ale w końcu wyszła. Powinniśmy wezwać Policję, jeśli nie chce opuścić pojazdu, ale nie chcieliśmy robić problemu kierowcy, który zaraz kończył pracę i uznaliśmy, że 4 km spaceru będą wystarczającą karą, bo był to ostatni autobus na tej trasie a nocny tamtędy nie jeździ. Nie chciałem się kłócić i liczyłem naiwnie, że to ją czegoś nauczy więc nie zgłaszałem tego na SM ani Policję ani nie prosiłem o zabezpieczenie monitoringu. Całej okolicy opowiedziała jaki to ja jestem zły, okrutny i podły, ale jakoś nikt nie stanął po jej stronie, ciekawe, dlaczego.
W ostatnią niedzielę wychodziłem z domu a ona grzebała w swoim śmietniku. Pies mnie zobaczył z daleka i znowu się na mnie rzucił a ona nie trzymała smyczy (oczywiście wcale nie był agresywny). Znowu niespiesznym krokiem podeszła i powoli go złapała. Na moją sugestię, że może wypadałoby powiedzieć jakieś przepraszam pozostała głucha milczała, a jak powiedziałem, że głupoty pieprzyć do ludzi to potrafi to powiedziała, że mojej mamie powiedziała prawdę. A powiedziała jej, że nasz pies się na nią rzucił i ją przewrócił. Miała na myśli sytuację, gdy po 3 nad ranem grzebała w naszym śmietniku a nasz pies w ciemności jej nie rozpoznał a zobaczył kogoś obcego na swoim terenie i wyczuł pewnie chihuahuę który rzucał się na niego i na mnie wiele razy, więc stanął w obronie swojego terytorium i swojego pana. Nikomu się krzywda nie stała, ale oczywiście jej pies jako jedyny nie jest agresywny tylko wszystkie inne. W niedzielę czara goryczy się przelała i zgłosiłem sprawę do SM, dzielnicowego, administracji i OTOZ, bo ta kobieta nie powinna mieć psa albo przynajmniej ktoś ją powinien najpierw nauczyć jak się psem opiekować a szkoda, żeby ktoś kiedyś psa uszkodził za to, że ma durną właścicielkę. Mało tego, pies prawdopodobnie nie był nigdy zaszczepiony, ale to może być plotka choć prawdopodobna.
MOPR i administracja ją znają bo już co najmniej 2 razy opróżniali jej mieszkanie ze wszystkich śmieci które tam naniosła z okolicznych śmietników, cała okolica ją zna z tego powodu oraz tego, że dokarmia bezdomne koty (nie tylko ona, inna sąsiadka współpracująca z fundacją pomagającą kotom zapytała czy mogą z partnerem postawić budkę dla nich na moim podwórku a tym które tam nie przychodzą dają jedzenie przez płot jednego z warsztatów, w ten sposób okoliczne psy nie wyjedzą tych smakołyków), ale rzuca im jedzenie na uliczkach przed innymi domami albo obok aut. Tak samo dokarmia gołębie za co już dostawała mandaty, bo robiła to nagminnie na miejskim terenie. Na sugestię sąsiadów, żeby przynajmniej nie rzucała tego jedzenia ptakom pod czyjeś auta odpowiada, że „chyba im się nudzi i nie mają innych problemów.”
Ma ona psa, szczuropodobne coś w typie chihuahuy. Rzuca się toto na wszystko i wszystkich. Niejednokrotnie rzucał się na mnie albo na mojego psa. Idąc kiedyś do pracy mijam posesję sąsiadki, furtka zamknięta, psa nie widać ani nie słychać. Odchodzę dobre 200 metrów po drodze skręcając. Nagle czuję szarpanie za spodnie a to w/w coś mnie szarpie. Sąsiadka niespiesznym krokiem podchodzi i łaskawie go zabiera. Na moją sugestię, że mogłaby psa pilnować odpowiedziała, że on nie jest agresywny (serio? Pies, który przebiegł taki dystans i to jeszcze za róg ulicy nie jest agresywny?). Sytuacja taka zdarzyła się nie tylko mi.
Gdy jeszcze byłem kanarem, siedzimy z kolegą w autobusie na pętli i czekamy na odjazd. Wchodzi w/w sąsiadka ze swoim psem. Ja ich ignoruję kompletnie, a gdy przechodzili koło mnie pies rzucił się na mnie i znowu próbował ugryźć. Na sugestie moje, kolegi i kierowcy o obowiązku zakładania kagańca psu w autobusie powiedziała, że takich nie produkują i że sami mamy sobie założyć a tak w ogóle to ja też mam psa. Na kolejnym przystanku została w kilku słowach wyproszona z autobusu przez nas trzech razem z kierowcą. Opierała się, ale w końcu wyszła. Powinniśmy wezwać Policję, jeśli nie chce opuścić pojazdu, ale nie chcieliśmy robić problemu kierowcy, który zaraz kończył pracę i uznaliśmy, że 4 km spaceru będą wystarczającą karą, bo był to ostatni autobus na tej trasie a nocny tamtędy nie jeździ. Nie chciałem się kłócić i liczyłem naiwnie, że to ją czegoś nauczy więc nie zgłaszałem tego na SM ani Policję ani nie prosiłem o zabezpieczenie monitoringu. Całej okolicy opowiedziała jaki to ja jestem zły, okrutny i podły, ale jakoś nikt nie stanął po jej stronie, ciekawe, dlaczego.
W ostatnią niedzielę wychodziłem z domu a ona grzebała w swoim śmietniku. Pies mnie zobaczył z daleka i znowu się na mnie rzucił a ona nie trzymała smyczy (oczywiście wcale nie był agresywny). Znowu niespiesznym krokiem podeszła i powoli go złapała. Na moją sugestię, że może wypadałoby powiedzieć jakieś przepraszam pozostała głucha milczała, a jak powiedziałem, że głupoty pieprzyć do ludzi to potrafi to powiedziała, że mojej mamie powiedziała prawdę. A powiedziała jej, że nasz pies się na nią rzucił i ją przewrócił. Miała na myśli sytuację, gdy po 3 nad ranem grzebała w naszym śmietniku a nasz pies w ciemności jej nie rozpoznał a zobaczył kogoś obcego na swoim terenie i wyczuł pewnie chihuahuę który rzucał się na niego i na mnie wiele razy, więc stanął w obronie swojego terytorium i swojego pana. Nikomu się krzywda nie stała, ale oczywiście jej pies jako jedyny nie jest agresywny tylko wszystkie inne. W niedzielę czara goryczy się przelała i zgłosiłem sprawę do SM, dzielnicowego, administracji i OTOZ, bo ta kobieta nie powinna mieć psa albo przynajmniej ktoś ją powinien najpierw nauczyć jak się psem opiekować a szkoda, żeby ktoś kiedyś psa uszkodził za to, że ma durną właścicielkę. Mało tego, pies prawdopodobnie nie był nigdy zaszczepiony, ale to może być plotka choć prawdopodobna.
sąsiedzi pies
Ocena:
118
(132)
Nie wiem, kto piekielny, moja znajoma czy producent leku...
Znajoma jest chora, zażywa antybiotyk, zadzwoniłam do niej, żeby zapytać, czy czegoś nie potrzebuje, ale też tak ogólnie pogadać, jeśli ma na to siłę. Chyba dobrze trafiłam, bo momentalnie zalała mnie potokiem słów, aby się pożalić:
"Słuchaj, Xynthia, nie wiem co to dokładnie było, ale to było okropne! Wzięłam rano antybiotyk i po chwili poczułam, jak potwornie swędzi mnie całe ciało! Zanim się zorientowałam, już zdążyłam z całej siły drapać się po głowie i po ramionach, nawet wnętrze ust mnie swędziało, zwłaszcza podniebienie. Cała byłam swędzeniem - silnym, nie do opanowania, nie myślałam, tylko poleciałam do łazienki, żeby się szczotką do włosów podrapać po plecach, bo czułam, że zaraz zwariuję! I dobrze, że tam poszłam, bo w momencie, bez żadnego ostrzeżenia złapały mnie wymioty. Mówię ci, nawet klapy od kibla nie zdążyłam podnieść, rzygałam do umywalki, dobrze że samą wodą... Nie biorę więcej tego antybiotyku!".
Z lekka się zdziwiłam, bo antybiotyk brała od dobrych kilku dni, w sumie już "na końcówce" była i teraz nagle taka reakcja alergiczna? Ponieważ znajomą lubię, a zachodzące wokół mnie zjawiska lubię rozumieć, zaczęłam dopytywać.
Co jadłaś? No wiesz, że ja rano mało co jem, ale żeby nie brać leku na pusty żołądek, to zjadłam kromkę chleba z masłem. Czym popiłaś lek? No wodą, nie jestem idiotką. Aha, i tą wodę potem wyrzygałaś? No nie, wody to było ze dwa łyki, żeby antybiotyk przełknąć, wyrzygałam cały tonic, który wcześniej wypiłam. Ile wcześniej??? No chwilę wcześniej...
Dobra, jesteśmy w domu. Tonik zawiera chininę. Wujek Google po wpisaniu odpowiedniego zapytania radośnie informuje, że tak, chinina w połączeniu z antybiotykiem może wywołać reakcję alergiczną.
Wygooglałam też antybiotyk, który brała i wśród środków, z którymi nie należy go łączyć, bo mogą wystąpić nieciekawe reakcje, NIE MA chininy. Piekielny producent? Czy też raczej znajoma, która przed zażyciem leku powinna sprawdzić, czy może np. zjeść odsmażane ziemniaczki, bo nie wiadomo jak to się skoreluje?
Po wymiotach (czyli po pozbyciu się chininy z organizmu) swędzenie ustąpiło. W sumie to i tak miała szczęście, reakcja alergiczna, choć gwałtowna i dla niej uciążliwa, była dość łagodna.
Znajoma jest chora, zażywa antybiotyk, zadzwoniłam do niej, żeby zapytać, czy czegoś nie potrzebuje, ale też tak ogólnie pogadać, jeśli ma na to siłę. Chyba dobrze trafiłam, bo momentalnie zalała mnie potokiem słów, aby się pożalić:
"Słuchaj, Xynthia, nie wiem co to dokładnie było, ale to było okropne! Wzięłam rano antybiotyk i po chwili poczułam, jak potwornie swędzi mnie całe ciało! Zanim się zorientowałam, już zdążyłam z całej siły drapać się po głowie i po ramionach, nawet wnętrze ust mnie swędziało, zwłaszcza podniebienie. Cała byłam swędzeniem - silnym, nie do opanowania, nie myślałam, tylko poleciałam do łazienki, żeby się szczotką do włosów podrapać po plecach, bo czułam, że zaraz zwariuję! I dobrze, że tam poszłam, bo w momencie, bez żadnego ostrzeżenia złapały mnie wymioty. Mówię ci, nawet klapy od kibla nie zdążyłam podnieść, rzygałam do umywalki, dobrze że samą wodą... Nie biorę więcej tego antybiotyku!".
Z lekka się zdziwiłam, bo antybiotyk brała od dobrych kilku dni, w sumie już "na końcówce" była i teraz nagle taka reakcja alergiczna? Ponieważ znajomą lubię, a zachodzące wokół mnie zjawiska lubię rozumieć, zaczęłam dopytywać.
Co jadłaś? No wiesz, że ja rano mało co jem, ale żeby nie brać leku na pusty żołądek, to zjadłam kromkę chleba z masłem. Czym popiłaś lek? No wodą, nie jestem idiotką. Aha, i tą wodę potem wyrzygałaś? No nie, wody to było ze dwa łyki, żeby antybiotyk przełknąć, wyrzygałam cały tonic, który wcześniej wypiłam. Ile wcześniej??? No chwilę wcześniej...
Dobra, jesteśmy w domu. Tonik zawiera chininę. Wujek Google po wpisaniu odpowiedniego zapytania radośnie informuje, że tak, chinina w połączeniu z antybiotykiem może wywołać reakcję alergiczną.
Wygooglałam też antybiotyk, który brała i wśród środków, z którymi nie należy go łączyć, bo mogą wystąpić nieciekawe reakcje, NIE MA chininy. Piekielny producent? Czy też raczej znajoma, która przed zażyciem leku powinna sprawdzić, czy może np. zjeść odsmażane ziemniaczki, bo nie wiadomo jak to się skoreluje?
Po wymiotach (czyli po pozbyciu się chininy z organizmu) swędzenie ustąpiło. W sumie to i tak miała szczęście, reakcja alergiczna, choć gwałtowna i dla niej uciążliwa, była dość łagodna.
producenci_leków
Ocena:
104
(112)
Historia o tym jak rodzina potrafi zatruć życie i rozwalić małżeństwo.
Nie mam już rodzeństwa jestem sam, rodzice odeszli zbyt szybko a z żoną zaraz się rozwodzę.
Historia będzie miała mocny nacisk na pasożytnictwo siostry mojej żony. (Uważam ją za pasożyta nieroba i zła kobietę)
Wszystko zaczęło się kiedy wyprowadziliśmy się z mieszkania po moich rodzicach do nowego domu (mieszkanie było moje jeszcze przed ślubem i nigdy nie była jego współwłaścicielem)
Zorganizowaliśmy parapetówkę na którą zaprosiliśmy znajomych rodziców mojej żony i jej siostrę z mężem (facet nieudacznik, w żadnej pracy nie utrzymał się dłużej niż pół roku. Dałem mu kiedyś pracę u mnie w autokomisie to nie przychodził) i od tego momentu zaczęły się JAJA.
Na parapetówce matka żony podeszła z jej siostrą i zaczęły wypytywać o stare mieszkanie.
-a to wasze stare mieszkanie to teraz puste stoi to może Dorotka (imię zmienione celowo) z mężem i dziećmi się tam wprowadzi ? Będzie im wygodniej a wam i tak nie potrzebne.
- yyy ..... (Byłem skołowany taka bezpośredniością) Niee ... Raczej nie... Mam inne plany na to mieszkanie
-Mhmmmm no to myślę że plany możesz zmienić ale to Twoja żona ci już wytłumaczy.
Ojciec żony też próbował mnie namówić żeby uwaga dać im tam mieszkać bo ja nie zbiednieje.... Serio ?
Ten temat poruszyła żona kiedy wieczorem byliśmy w łóżku. Próbowała mnie namówić i przekonać żeby wynająć jej siostrze mieszkanie za opłacanie czynszu .... Jednym słowem mieszkanie po rodzicach w którym się wychowywałem i jedyne co mi po nich zostało miałem tak po prostu oddać siostrze żony bo mają ciężko. Bo tam są 4 pokoje a oni mają tylko 2. Bo Dorotka nie ma pracy a nie będzie tyrać jak wół w fabryce przy taśmie albo innym sklepie. Dorotka zawsze była biedna i poszkodowana i zawsze trzeba było jej pomagać. Nie zgodziłem się i powiedziałem że moja decyzja jest ostateczna.
Jakiś czas później robiliśmy grill u nas w domu więc zaprosiliśmy rodzinę żony. Stoję przy grillu, podchodzi teściu i dalej co ja zrobię z tym mieszkaniem bo Dorotka bo dzieci bo ten jej to fleja i pracy nie może dobrej znaleźć bo co ja zrobię i po co mam czynsz płacić jak oni mogą opłacać i tam mieszkać. Powiedziałem mu po raz kolejny że nie będę tam nikogo wpuszczać i nikt mnie nie przekona bo to mieszkanie to moja polisa na przyszłość.... Oburzył się i poszedł. Kiedy skończyłem grillować usiadłem do stołu żeby zjeść i szwagier fleja uraczył mnie tekstem że coś za słabo kiełbasy przypiekam i cienko grilluje bo tak się nie powinno tego robić...
-To zaproś mnie na grilla do was to pokażesz mi jak to się robi.... Albo idź połóż sobie kiełbaskę na grillu i bardziej dopiecz. Atmosfera była sztywna bo Dorotka cały czas narzekała na ceny mieszkań i że nie ma nic większego i ciasno im na ich wynajmowanym mieszkaniu. Tak minął grill w sztywnej atmosferze.... Na koniec okazało się że samochód im się zepsuł i nie mieli jak wrócić do domu.... Z racji tego że mieli małe dziecko a ja skruszony odpowiednia dawka substancji wyskokowej dałem im kluczyki od samochodu z firmy (mam autokomis to jeżdżę ciągle czymś innym) a ich samochód wziąłem do naprawy. To zawsze oferowałem rodzinie że samochody naprawiałem za cenę części.
Pożałowałem tej decyzji kilka dni później kiedy to szwagier fleja wpakował się w tył dostawczaka prosto w rampę. Nie usłyszałem żadnego przepraszam ani nic jeszcze zwrócił mi uwagę że kto normalny zakłada opony wielosezonowe do takiego auta.
-Wrzucisz to sobie w koszta co ?
Wtedy się coś we mnie zagotowało wróciłem do domu żeby to powiedzieć żonie która powiedziała mi że to przecież nic wielkiego i że ważne że nic mu się nie stało, to tylko samochód
Postanowiłem wszystkim uciąć jakiekolwiek przysługi jakie ode mnie mieli.
Żona coraz bardziej naciskała żebym pozwolił im mieszkać w starym mieszkaniu więc powiedziałem po moim trupie i że są mi winni za rozwalony samochód. I tutaj żona się obraziła.
Tak mijały kolejne tygodnie i sytuację których wolę nie przytaczać bo to czysta patologia i kryminał, przestępstwa też były popełnione :) nie przeze mnie. I to doprowadziło do momentu kiedy żona postanowiła się ze mną rozwieść za namową swoich rodziców.
Jej rodzice oraz siostra wmówili jej że po rozwodzie dostanie moje stare mieszkanie połowę komisu oraz nasz dom. Byłem w szoku kiedy powiedziała o rozwodzie, była 100% pewna że go chce więc co miałem zrobić...... Zgodziłem się. Poszedłem do prawnika żeby się dowiedzieć na czym stoję i okazało się że mieszkanie i komis są moim majątkiem osobistym (nie wiedziałem o tym i o tych kruczkach prawnych)
Kiedy ta cała reszta się o tym dowiedziała to wpadli w absolutna furię a żona nie chciała się już rozwodzić. Ale skoro już sprawa poszła tak daleko to czekam na to co wydarzy się w sądzie. Bo ja rodzinnym sponsorem nie mam zamiaru być
Nie mam już rodzeństwa jestem sam, rodzice odeszli zbyt szybko a z żoną zaraz się rozwodzę.
Historia będzie miała mocny nacisk na pasożytnictwo siostry mojej żony. (Uważam ją za pasożyta nieroba i zła kobietę)
Wszystko zaczęło się kiedy wyprowadziliśmy się z mieszkania po moich rodzicach do nowego domu (mieszkanie było moje jeszcze przed ślubem i nigdy nie była jego współwłaścicielem)
Zorganizowaliśmy parapetówkę na którą zaprosiliśmy znajomych rodziców mojej żony i jej siostrę z mężem (facet nieudacznik, w żadnej pracy nie utrzymał się dłużej niż pół roku. Dałem mu kiedyś pracę u mnie w autokomisie to nie przychodził) i od tego momentu zaczęły się JAJA.
Na parapetówce matka żony podeszła z jej siostrą i zaczęły wypytywać o stare mieszkanie.
-a to wasze stare mieszkanie to teraz puste stoi to może Dorotka (imię zmienione celowo) z mężem i dziećmi się tam wprowadzi ? Będzie im wygodniej a wam i tak nie potrzebne.
- yyy ..... (Byłem skołowany taka bezpośredniością) Niee ... Raczej nie... Mam inne plany na to mieszkanie
-Mhmmmm no to myślę że plany możesz zmienić ale to Twoja żona ci już wytłumaczy.
Ojciec żony też próbował mnie namówić żeby uwaga dać im tam mieszkać bo ja nie zbiednieje.... Serio ?
Ten temat poruszyła żona kiedy wieczorem byliśmy w łóżku. Próbowała mnie namówić i przekonać żeby wynająć jej siostrze mieszkanie za opłacanie czynszu .... Jednym słowem mieszkanie po rodzicach w którym się wychowywałem i jedyne co mi po nich zostało miałem tak po prostu oddać siostrze żony bo mają ciężko. Bo tam są 4 pokoje a oni mają tylko 2. Bo Dorotka nie ma pracy a nie będzie tyrać jak wół w fabryce przy taśmie albo innym sklepie. Dorotka zawsze była biedna i poszkodowana i zawsze trzeba było jej pomagać. Nie zgodziłem się i powiedziałem że moja decyzja jest ostateczna.
Jakiś czas później robiliśmy grill u nas w domu więc zaprosiliśmy rodzinę żony. Stoję przy grillu, podchodzi teściu i dalej co ja zrobię z tym mieszkaniem bo Dorotka bo dzieci bo ten jej to fleja i pracy nie może dobrej znaleźć bo co ja zrobię i po co mam czynsz płacić jak oni mogą opłacać i tam mieszkać. Powiedziałem mu po raz kolejny że nie będę tam nikogo wpuszczać i nikt mnie nie przekona bo to mieszkanie to moja polisa na przyszłość.... Oburzył się i poszedł. Kiedy skończyłem grillować usiadłem do stołu żeby zjeść i szwagier fleja uraczył mnie tekstem że coś za słabo kiełbasy przypiekam i cienko grilluje bo tak się nie powinno tego robić...
-To zaproś mnie na grilla do was to pokażesz mi jak to się robi.... Albo idź połóż sobie kiełbaskę na grillu i bardziej dopiecz. Atmosfera była sztywna bo Dorotka cały czas narzekała na ceny mieszkań i że nie ma nic większego i ciasno im na ich wynajmowanym mieszkaniu. Tak minął grill w sztywnej atmosferze.... Na koniec okazało się że samochód im się zepsuł i nie mieli jak wrócić do domu.... Z racji tego że mieli małe dziecko a ja skruszony odpowiednia dawka substancji wyskokowej dałem im kluczyki od samochodu z firmy (mam autokomis to jeżdżę ciągle czymś innym) a ich samochód wziąłem do naprawy. To zawsze oferowałem rodzinie że samochody naprawiałem za cenę części.
Pożałowałem tej decyzji kilka dni później kiedy to szwagier fleja wpakował się w tył dostawczaka prosto w rampę. Nie usłyszałem żadnego przepraszam ani nic jeszcze zwrócił mi uwagę że kto normalny zakłada opony wielosezonowe do takiego auta.
-Wrzucisz to sobie w koszta co ?
Wtedy się coś we mnie zagotowało wróciłem do domu żeby to powiedzieć żonie która powiedziała mi że to przecież nic wielkiego i że ważne że nic mu się nie stało, to tylko samochód
Postanowiłem wszystkim uciąć jakiekolwiek przysługi jakie ode mnie mieli.
Żona coraz bardziej naciskała żebym pozwolił im mieszkać w starym mieszkaniu więc powiedziałem po moim trupie i że są mi winni za rozwalony samochód. I tutaj żona się obraziła.
Tak mijały kolejne tygodnie i sytuację których wolę nie przytaczać bo to czysta patologia i kryminał, przestępstwa też były popełnione :) nie przeze mnie. I to doprowadziło do momentu kiedy żona postanowiła się ze mną rozwieść za namową swoich rodziców.
Jej rodzice oraz siostra wmówili jej że po rozwodzie dostanie moje stare mieszkanie połowę komisu oraz nasz dom. Byłem w szoku kiedy powiedziała o rozwodzie, była 100% pewna że go chce więc co miałem zrobić...... Zgodziłem się. Poszedłem do prawnika żeby się dowiedzieć na czym stoję i okazało się że mieszkanie i komis są moim majątkiem osobistym (nie wiedziałem o tym i o tych kruczkach prawnych)
Kiedy ta cała reszta się o tym dowiedziała to wpadli w absolutna furię a żona nie chciała się już rozwodzić. Ale skoro już sprawa poszła tak daleko to czekam na to co wydarzy się w sądzie. Bo ja rodzinnym sponsorem nie mam zamiaru być
Kuj-pom
Ocena:
153
(165)
Historia sprzed kilku dni. Piekielny jest (chyba…?) pewien producent samochodów… Albo może ogólna tendencja do tego, żeby wszystko było wyłącznie elektroniczne i cyfrowe.
Sąsiad mieszkający na sąsiedniej uliczce - gość dosyć zamożny - ma samochód klasy premium znanej marki. Auto naprawdę fajne, kupione bodaj dwa lata temu, czyli jak nowe.
Ale, jak wiadomo, nowym samochodom też się zdarzają awarie…
Poranek, zimno. Wracam ze spaceru z psem i widzę sąsiada, który siedzi w swoim pięknym aucie i rozpaczliwie macha do mnie rękami. Zdziwiłem się troche, podchodzę… Co się okazało?
Sąsiad właśnie ruszał swoim autem spod domu - był dosłownie kilka metrów od własnej bramy - kiedy nagle, kompletnie niespodziewanie, samochód zgasł. Pstryk - i już: silnik się wyłączył, zgasły wszystkie lampki, martwa cisza. Okazało się później, że urwał się (albo został przegryziony przez kunę…) jakiś pojedynczy przewód i sytuacja była taka, jakby akumulator został odłączony.
No OK, zdarza się, awaria, jak awaria, powiecie, co w tym piekielnego…?
No to posłuchajcie.
Sąsiad siedział w samochodzie pół godziny, czekając, aż ktoś będzie przechodził i mu pomoże. Dlaczego? Dlatego, że trzymał nogę na hamulcu, żeby auto się nie stoczyło (bo uliczka idzie pod górę - minimalnie, ale wystarczająco).
Samochód z automatyczną skrzynią biegów, więc nie było opcji "wrzuć bieg, to stanie". Co, że powinien przełączyć w tryb parkowania (czy jak to się tam fachowo w automatach nazywa)? No więc nie mógł, bo "akumulator był odłączony", a przełączanie położeń automatycznej skrzyni biegów w tym modelu jest wyłącznie elektroniczne (nie ma "wajchy", jest tylko taki cyfrowy przełącznik, który przy braku prądu oczywiście nie działał.
No to przecież hamulec ręczny, prawda? Otóż też nie: w tym samochodzie nie ma takiego hamulca ręcznego, jaki znamy z większości normalnych aut, czyli wajchy po prawej stronie kierowcy, która można mechanicznie "zaciągnąć". Jest wyłącznie przycisk, który uruchamia blokadę kół. Który, oczywiście, nie reaguje przy braku prądu.
Jedyne, co działało, to normalny, nożny hamulec, który (na szczęście) działał tradycyjnie - co prawda nie działało wspomaganie hamowania, ale dociśnięcie pedała z całej siły sprawiło, że samochód stał. I dobrze, bo inaczej sąsiad miałby do wyboru albo stoczyć się do tyłu po prostej, na samochody zaparkowane przy prostopadłej uliczce (skrzyżowanie T), albo skręcić i walnąć w murek własnej posesji.
Pod płotem stała sterta cegieł po jakimś remoncie, podłożyłem jedną pod tylne koło - i dopiero wtedy sąsiad, spocony jak mysz, wysiadł z auta, które następnie razem przepchnęliśmy na trawnik, a potem podstawiliśmy cegły pod wszystkie cztery koła.
Gdyby samochód "padł" kiedy stał, ze skrzynią biegów w trybie postojowym - to by po prostu stał. Ale że padł nagle, w czasie jazdy… No właśnie. Trochę to jednak paranoja - i nauczka, żeby nie kupować samochodów be mechanicznego hamulca ręcznego…
Sąsiad mieszkający na sąsiedniej uliczce - gość dosyć zamożny - ma samochód klasy premium znanej marki. Auto naprawdę fajne, kupione bodaj dwa lata temu, czyli jak nowe.
Ale, jak wiadomo, nowym samochodom też się zdarzają awarie…
Poranek, zimno. Wracam ze spaceru z psem i widzę sąsiada, który siedzi w swoim pięknym aucie i rozpaczliwie macha do mnie rękami. Zdziwiłem się troche, podchodzę… Co się okazało?
Sąsiad właśnie ruszał swoim autem spod domu - był dosłownie kilka metrów od własnej bramy - kiedy nagle, kompletnie niespodziewanie, samochód zgasł. Pstryk - i już: silnik się wyłączył, zgasły wszystkie lampki, martwa cisza. Okazało się później, że urwał się (albo został przegryziony przez kunę…) jakiś pojedynczy przewód i sytuacja była taka, jakby akumulator został odłączony.
No OK, zdarza się, awaria, jak awaria, powiecie, co w tym piekielnego…?
No to posłuchajcie.
Sąsiad siedział w samochodzie pół godziny, czekając, aż ktoś będzie przechodził i mu pomoże. Dlaczego? Dlatego, że trzymał nogę na hamulcu, żeby auto się nie stoczyło (bo uliczka idzie pod górę - minimalnie, ale wystarczająco).
Samochód z automatyczną skrzynią biegów, więc nie było opcji "wrzuć bieg, to stanie". Co, że powinien przełączyć w tryb parkowania (czy jak to się tam fachowo w automatach nazywa)? No więc nie mógł, bo "akumulator był odłączony", a przełączanie położeń automatycznej skrzyni biegów w tym modelu jest wyłącznie elektroniczne (nie ma "wajchy", jest tylko taki cyfrowy przełącznik, który przy braku prądu oczywiście nie działał.
No to przecież hamulec ręczny, prawda? Otóż też nie: w tym samochodzie nie ma takiego hamulca ręcznego, jaki znamy z większości normalnych aut, czyli wajchy po prawej stronie kierowcy, która można mechanicznie "zaciągnąć". Jest wyłącznie przycisk, który uruchamia blokadę kół. Który, oczywiście, nie reaguje przy braku prądu.
Jedyne, co działało, to normalny, nożny hamulec, który (na szczęście) działał tradycyjnie - co prawda nie działało wspomaganie hamowania, ale dociśnięcie pedała z całej siły sprawiło, że samochód stał. I dobrze, bo inaczej sąsiad miałby do wyboru albo stoczyć się do tyłu po prostej, na samochody zaparkowane przy prostopadłej uliczce (skrzyżowanie T), albo skręcić i walnąć w murek własnej posesji.
Pod płotem stała sterta cegieł po jakimś remoncie, podłożyłem jedną pod tylne koło - i dopiero wtedy sąsiad, spocony jak mysz, wysiadł z auta, które następnie razem przepchnęliśmy na trawnik, a potem podstawiliśmy cegły pod wszystkie cztery koła.
Gdyby samochód "padł" kiedy stał, ze skrzynią biegów w trybie postojowym - to by po prostu stał. Ale że padł nagle, w czasie jazdy… No właśnie. Trochę to jednak paranoja - i nauczka, żeby nie kupować samochodów be mechanicznego hamulca ręcznego…
motoryzacja
Ocena:
124
(130)
Wczorajszy pociąg do Warszawy. Zatłoczony do granic możliwości. Mnóstwo ludzi bez miejsca siedzącego, stojących lub siedzących w korytarzach. I on jeden, też bez wykupionego miejsca, pouczający wszystkich co mają robić.
Ja kupiłam bilet wcześniej z rezerwacją. Wyprosiłam osobę, która zajęła moja miejsce. Pan napadł na mnie, że skoro jestem młoda (mam 60 lat i pogruchotany kręgosłup, on góra 50 i bardzo żywotny) to mogę sobie postać 3 godziny, mimo że wcześniej wykupiłam miejscówkę i za nią zapłaciłam. Kazałam mu sp***lać.
Zaczepiał wszystkich w pociągu, każdy mówił mu to samo. Przy wysiadaniu na centralnej pchał się bezczelnie na ludzi, który byli wcześniej przy drzwiach. Zawołałam do nich:" przepuście tego chama, bo gotów nas stratować". Przepuścili, bo większość ludzi jest normalna. I nie będzie się szarpać z debilem.
Ja kupiłam bilet wcześniej z rezerwacją. Wyprosiłam osobę, która zajęła moja miejsce. Pan napadł na mnie, że skoro jestem młoda (mam 60 lat i pogruchotany kręgosłup, on góra 50 i bardzo żywotny) to mogę sobie postać 3 godziny, mimo że wcześniej wykupiłam miejscówkę i za nią zapłaciłam. Kazałam mu sp***lać.
Zaczepiał wszystkich w pociągu, każdy mówił mu to samo. Przy wysiadaniu na centralnej pchał się bezczelnie na ludzi, który byli wcześniej przy drzwiach. Zawołałam do nich:" przepuście tego chama, bo gotów nas stratować". Przepuścili, bo większość ludzi jest normalna. I nie będzie się szarpać z debilem.
Włocławek
Ocena:
129
(141)
Byłem dziś z synem w Mazowieckim Centrum Stomatologii w Warszawie (mamy tam "swojego" dentystę od 8 lat, kiedy syn miał wypadek na rowerze i konieczna była ratunkowa operacja).
Wizyta kontrolna, wszystko gra, "odbudowany" ząb jest w porządku, ale lekarz zaproponował, żeby umówić się na wizytę do ortodonty, żeby sprawdzić czy nie da się trochę poprawić zgryzu, co zmniejszyłoby ryzyko uszkodzenia tego "odbudowanego". Wada zgryzu minimalna, normalnie - jak przyznał lekarz - nie miałoby to sensu, ale w tej sytuacji może warto sprawdzić (przy czym od razu powiedział, że ortodonta może uznać że nic z tym nie ma sensu robić). Czyli na razie tylko konsultacja.
OK, po wyjściu z gabinetu idę zatem do rejestracji. Pani patrzy w komputer i mówi, że owszem, może nas zapisać, ale tylko "prywatnie" (płatnie), nie na NFZ.
Zaraz, ale dlaczego? Przecież do 18 roku życia konsultacje u ortodonty są na NFZ?
Tak, ale najbliższy wolny termin na NFZ mamy na przyszły rok. A wtedy pański syn będzie już pełnoletni (18. urodziny w czerwcu). Czyli albo mogę zapisać na za rok, wizyta płatna, 250 zł. Albo na za miesiąc, wizyta płatna, 250 zł.
No żesz…
Wizyta kontrolna, wszystko gra, "odbudowany" ząb jest w porządku, ale lekarz zaproponował, żeby umówić się na wizytę do ortodonty, żeby sprawdzić czy nie da się trochę poprawić zgryzu, co zmniejszyłoby ryzyko uszkodzenia tego "odbudowanego". Wada zgryzu minimalna, normalnie - jak przyznał lekarz - nie miałoby to sensu, ale w tej sytuacji może warto sprawdzić (przy czym od razu powiedział, że ortodonta może uznać że nic z tym nie ma sensu robić). Czyli na razie tylko konsultacja.
OK, po wyjściu z gabinetu idę zatem do rejestracji. Pani patrzy w komputer i mówi, że owszem, może nas zapisać, ale tylko "prywatnie" (płatnie), nie na NFZ.
Zaraz, ale dlaczego? Przecież do 18 roku życia konsultacje u ortodonty są na NFZ?
Tak, ale najbliższy wolny termin na NFZ mamy na przyszły rok. A wtedy pański syn będzie już pełnoletni (18. urodziny w czerwcu). Czyli albo mogę zapisać na za rok, wizyta płatna, 250 zł. Albo na za miesiąc, wizyta płatna, 250 zł.
No żesz…
ortodonta służba zdrowia
Ocena:
103
(115)
Będzie krótko.
Zarząd stwierdził, że zbyt dużo czasu marnujemy w toalecie, więc założył kontrolę dostępu z odczytami wejść i wyjść do biura i na produkcję. Następnie na koniec miesiąca Grażynka z księgowości i zasobów ludzkich, wysłała informację, że przekroczono czas przerw, stąd prosi się o poprawę pod rygorem konsekwencji w przyszłości.
Poszło zapytanie do Inspekcji Pracy czy takie coś jest legalne.
Zarząd stwierdził, że zbyt dużo czasu marnujemy w toalecie, więc założył kontrolę dostępu z odczytami wejść i wyjść do biura i na produkcję. Następnie na koniec miesiąca Grażynka z księgowości i zasobów ludzkich, wysłała informację, że przekroczono czas przerw, stąd prosi się o poprawę pod rygorem konsekwencji w przyszłości.
Poszło zapytanie do Inspekcji Pracy czy takie coś jest legalne.
praca przerwa toaleta
Ocena:
114
(124)
Historia https://piekielni.pl/92598 mi przypomniała zdarzenie sprzed paru lat.
Miejsce akcji - post-PRLowski blok z wielkiej płyty. Właścicielka mieszkania na ostatnim piętrze umiera.
Osoba z rodziny dziedzicząca to mieszkanie mieszka za granicą. Przyjeżdża trochę ogarnąć, wyjeżdża po jakimś czasie zostawiając uchylone drzwi balkonowe, żeby się przewietrzyło.
Po paru miesiącach nadchodzi zima. Z zimą nadchodzi mróz. Drzwi balkonowe jak były uchylone tak są. Administracja nie reaguje. Właściciel ma to gdzieś, nie będzie zza granicy jechał, żeby balkon zamknąć. Sąsiadom przemarzają ściany i pojawia się grzyb.
Szczęściem na wiosnę mieszkanie zostaje sprzedane.
Miejsce akcji - post-PRLowski blok z wielkiej płyty. Właścicielka mieszkania na ostatnim piętrze umiera.
Osoba z rodziny dziedzicząca to mieszkanie mieszka za granicą. Przyjeżdża trochę ogarnąć, wyjeżdża po jakimś czasie zostawiając uchylone drzwi balkonowe, żeby się przewietrzyło.
Po paru miesiącach nadchodzi zima. Z zimą nadchodzi mróz. Drzwi balkonowe jak były uchylone tak są. Administracja nie reaguje. Właściciel ma to gdzieś, nie będzie zza granicy jechał, żeby balkon zamknąć. Sąsiadom przemarzają ściany i pojawia się grzyb.
Szczęściem na wiosnę mieszkanie zostaje sprzedane.
blok sąsiad
Ocena:
124
(132)
Fikcyjna ochrona gatunku objętego ochroną.
Jaka jest pogoda za oknem każdy widzi, opisywać nie trzeba. Piątek popołudniu. Znajdujemy na ulicy osiedlowej wychudzonego ptaka, gatunek chroniony, w kraju mamy mniej niż 500 gniazdujących par. Faktem jest, że tego ptaka nie powinno być o tej porze w Polsce. Zabieramy do ciepłego pomieszczenia, myślimy co dalej.
Od rana ofensywa telefoniczna. Zaczynam od znajomej, której partner jest leśnikiem. Dowiedziałam się, że niepotrzebnie zabierałam do domu. GATUNEK CHRONIONY... Tak sobie myślę, skoro źle, że zabrałam, to po jakiego muchomora były tworzone ośrodki rehabilitacji dzikich zwierząt? Chyba tylko, żeby ktoś zgarniał kasę za ich istnienie. Trudno. Myślę dalej. Nie mamy straży miejskiej, do urzędu miasta nie ma po co dzwonić.
Zaczynam od regionalnego parku krajobrazowego, przy którym teoretycznie jest ośrodek rehabilitacji dzikich zwierząt, który powinien ode mnie ptaka przejąć. Dzwonię na stacjonarny, ale to sobota, wiadomo. Telefon dzwoni w pustym pokoju, a moje naiwne nadzieje, że mają przekierowanie na jakąś komórkę na sytuacje weekendowe się rozwiewa. Dzwonię do lokalnego stowarzyszenia zajmującego się dzikimi ptakami, ale nie tym gatunkiem, w nadziei, że może mieć kontakt do ośrodka. Pan miał i podał komórkę. Dzwonię, nie odebrał. Napisałam sms, dodałam zdjęcie ptaka. Nic. Szukam dalej.
Znalazłam jakieś stowarzyszenie, co prawa jakieś 60 km na północ od mnie, ale w razie czego jestem gotowa ptaka zawieźć, jeśli tylko ktoś zdecyduje się nim zająć. Odzywa się ktoś, ale jest poza domem, będzie dopiero w niedzielę wieczorem. Ale dostałam namiar do kolejnej osoby, też jakieś 60 km na zachód. Pani nie mogła przyjąć ptaka z powodu braku miejsca, ale udzieliła mi pomocnych wskazówek jak postępować. W międzyczasie udaliśmy się do najbliższego weterynarza, ale pan nie miał doświadczenia z takim ptakiem i nie wiedział co robić. Niestety wieczorem ptak padł. Nie przyjmował pokarmu, był osowiały, nie miało mu się na życie. To był młody, zeszłoroczny osobnik.
Szkoda, bo to jest rzadki ptak. Jestem zafascynowana obserwacją dzikich ptaków od dziecka i kilka razy udało mi się takiego ptaka widzieć w naturze. Bardzo mnie wkurza ta fikcja ochrony, tylko od poniedziałku do piątku 7:30-15:30, i to też nie zawsze działa. Rąbać lasy na potęgę można, za każdej władzy. Pomagać zwierzętom, którym zabiera się siedliska nie ma komu.
Jaka jest pogoda za oknem każdy widzi, opisywać nie trzeba. Piątek popołudniu. Znajdujemy na ulicy osiedlowej wychudzonego ptaka, gatunek chroniony, w kraju mamy mniej niż 500 gniazdujących par. Faktem jest, że tego ptaka nie powinno być o tej porze w Polsce. Zabieramy do ciepłego pomieszczenia, myślimy co dalej.
Od rana ofensywa telefoniczna. Zaczynam od znajomej, której partner jest leśnikiem. Dowiedziałam się, że niepotrzebnie zabierałam do domu. GATUNEK CHRONIONY... Tak sobie myślę, skoro źle, że zabrałam, to po jakiego muchomora były tworzone ośrodki rehabilitacji dzikich zwierząt? Chyba tylko, żeby ktoś zgarniał kasę za ich istnienie. Trudno. Myślę dalej. Nie mamy straży miejskiej, do urzędu miasta nie ma po co dzwonić.
Zaczynam od regionalnego parku krajobrazowego, przy którym teoretycznie jest ośrodek rehabilitacji dzikich zwierząt, który powinien ode mnie ptaka przejąć. Dzwonię na stacjonarny, ale to sobota, wiadomo. Telefon dzwoni w pustym pokoju, a moje naiwne nadzieje, że mają przekierowanie na jakąś komórkę na sytuacje weekendowe się rozwiewa. Dzwonię do lokalnego stowarzyszenia zajmującego się dzikimi ptakami, ale nie tym gatunkiem, w nadziei, że może mieć kontakt do ośrodka. Pan miał i podał komórkę. Dzwonię, nie odebrał. Napisałam sms, dodałam zdjęcie ptaka. Nic. Szukam dalej.
Znalazłam jakieś stowarzyszenie, co prawa jakieś 60 km na północ od mnie, ale w razie czego jestem gotowa ptaka zawieźć, jeśli tylko ktoś zdecyduje się nim zająć. Odzywa się ktoś, ale jest poza domem, będzie dopiero w niedzielę wieczorem. Ale dostałam namiar do kolejnej osoby, też jakieś 60 km na zachód. Pani nie mogła przyjąć ptaka z powodu braku miejsca, ale udzieliła mi pomocnych wskazówek jak postępować. W międzyczasie udaliśmy się do najbliższego weterynarza, ale pan nie miał doświadczenia z takim ptakiem i nie wiedział co robić. Niestety wieczorem ptak padł. Nie przyjmował pokarmu, był osowiały, nie miało mu się na życie. To był młody, zeszłoroczny osobnik.
Szkoda, bo to jest rzadki ptak. Jestem zafascynowana obserwacją dzikich ptaków od dziecka i kilka razy udało mi się takiego ptaka widzieć w naturze. Bardzo mnie wkurza ta fikcja ochrony, tylko od poniedziałku do piątku 7:30-15:30, i to też nie zawsze działa. Rąbać lasy na potęgę można, za każdej władzy. Pomagać zwierzętom, którym zabiera się siedliska nie ma komu.
W teorii.
Ocena:
76
(90)
Kacek3city