Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

 

#83333

(PW) ·
| Do ulubionych
O karmieniu piersią słów kilka.
Sama karmienie piersią bardzo popieram i moje dzieci również w ten sposób karmione. Pierwsze nauczone z oporami i po 3 tygodniach dopiero przestawione na pierś, drugie dzięki promotorce karmienia piersią nauczyło się szybciej. Owa promotorka zaprosiła mnie również do lokalnej grupy wsparcia, która okazał się być Grupą Matek Polek Karmiących Piersią, Rodzicielek Bliskości (nieuznających żadnych innych metod karmienia i wychowania).

W teorii w takich grupach chodzi o wsparcie, a w praktyce każdy kto ma choć odrobinę inne poglądy jest gorszy. I już sama ta kwestia jest tak naprawdę piekielna, ale nie o tym. Rzecz o tym, jak to osoby nie mające żadnej wiedzy na temat schorzeń podważają opinie lekarskie, powielając "jedynie słuszne" opinie o karmieniu piersią, zaczerpnięte z blogów, jakoby karmienie piersią było lekiem na całe zło.

1. "Dieta matki karmiącej nie istnieje" = "Matka karmiąca może jeść wszystko". To mój ulubiony mit :) Oczywiście, jeśli dziecko jest zdrowe to niech tam sobie mama je co jej pasuje. Problem się pojawia w momencie, kiedy dziecko ma EWIDENTNE objawy ze strony układu pokarmowego (wzdęcia, ulewania, niepokój, dziwne stolce). Panie Matki Polki Karmiące nadal twierdzą, że dieta matki karmiącej to bzdura, bo "kiszona kapusta nie fermentuje w jelitach maluszka i nie może mu zaszkodzić". Dziwna sprawa, że żadna z tych pań nie ma pojęcia, że właśnie kiszonki mają wpływ na produkcję histaminy i MOGĄ zaszkodzić, jeśli dziecko jest alergikiem. Ileż ja się naczytałam tego typu prześmiewczych tekstów, że matka jest zacofana, bo ma dietę, to nie jestem w stanie zliczyć. I nie zliczę, ile razy sugerowano matce, że dieta jest niepotrzebna, mimo zaleceń specjalisty. A już w ogóle sytuacja, kiedy matka musi zrezygnować z karmienia piersią, bo lekarz kazał ZAWSZE jest niedopuszczalna, a lekarz, który każe odstawić dziecko jest ZAWSZE niekompetentny (nawet jeśli to najlepszy w Polsce alergolog, zajmujący się naprawdę trudnymi przypadkami).

2. Dziecko musi jeść na żądanie. O ile przy mniejszych maluchach jest to zrozumiałe, o tyle wielu starszym dzieciom z refluksem karmienie na żądanie zwyczajnie szkodzi i pomagają większe odstępy, a nie karmienie non stop. Ale nie, tutaj się okazuje, że "mleczko łagodzi palenie przełyku i trzeba dawać częściej, żeby nie bolało". To nic, że powstaje błędne koło i z tego mleczka non stop są gorsze objawy. Mleczko ma być na żądanie.

3. Mleczko musi być w nocy na żądanie. Nieważne, że dziecko ma rok. Nie ważne, że matka ma ochotę z okna wyskoczyć. Nie ważne, że dziecku zdecydowanie szkodzi (patrz punkt 2). I nieważne, że kilku specjalistów zaleciło odstawienie karmień nocnych. Na takie argumenty usłyszysz: "Zmień lekarza" lub "Widać nie dojrzałaś do poświęceń, skoro swojego prawie rocznego dziecka nie chcesz karmić piersią w nocy na żądanie, czyli praktycznie non stop", bo "dziecko musi czuć mamę" i koniec.

4. Dziecko ma być karmione najlepiej do samoodstawienia. Wszystkie te, które mają dość nie nadają się na matki i szkodzą dzieciom. Bo "tych emocji nic nie zastąpi". Zamiast sensownych i praktycznych porad odnośnie łagodnego odstawienia mamy spektakl pt. "Czy naprawdę musisz odstawić?" i/lub "Nie odstawiaj".

5. Dziecko musi zasypiać z piersią w buzi i spać z rodzicami, aż samo będzie gotowe przejść do własnego łóżka. Kolejna idea w której nie ma półśrodków, nie ma kompromisów. Nie śpisz z maluchem (niezależnie od powodów) = nie popierasz idei rodzicielstwa bliskości = jesteś gorszą matką. Nie ma wymówek, tak ma być i koniec. A że dziecku szkodzi spanie z cyckiem to nieważne. Co więcej: jeśli nawet udało ci się nauczyć dziecko spać we własnym łóżeczku, a dziecku poprawiło się o 180 stopni (zdrowotnie i psychicznie) to jesteś czarną owcą, która stosuje "metody przemocowe". Tą metodą przemocową jest zabranie półtorarocznemu dziecku piersi na żądanie z ograniczeniem karmienia piersią do 2 razy na dzień.
6. Jako wisienka na torcie: żadna z pań nie ma pojęcia jakie robić badania dziecku, aby stwierdzić czy jest ok. Kalprotektyna - a co to? Inne badania niż morfologia niepotrzebne.
W tych doświadczeniach nie jestem osamotniona. Dokładnie te same teksty można wyczytać na wszystkich chyba tego typu grupach, co potwierdzają inna matki dzieci z alergiami. Skąd się bierze ta ignorancja, tego nie wiem. Wiem za to, że ozdrowiałam po wypisaniu się z tej grupy.

Ten tekst nie jest wyrazem sprzeciwu dla karmienia piersią. Ten tekst jest wyrazem sprzeciwu dla głupoty matek powtarzających wyczytane gdzieś "badania" i "dowody", i próbujące je zastosować w każdym przypadku, bez jakiejkolwiek analizy.

EDIT. Punkt 7. Muszę dodać, absolutny hit (w negatywnym znaczeniu) Dokarmianie mieszanką noworodka. Według Matek Karmiących Piersią dziecka nie można, absolutnie, pod żadnym pozorem dokarmić mlekiem sztucznym. Bo zaburzy laktację, oduczy odruchów i strata będzie niemal nie do odrobienia. A na pytania co robić, kiedy nie ma mleka słychać głosy, że Cudowna Matka Karmiąca Hafija pisze: "po cesarce laktacja może ruszyć w 7 dobie i przez ten czas nie należy podawać sztucznego mleka, bo to co jest (a raczej czego nie ma) wystarczy". Ja się pytam, "Że co, k...?". Dziecko ma 7 dni dostawać prawie pustego cycka z którego leci parę kropelek? Matka ma głodzić dziecko? Okazuje się, że takie porady o głodzeniu noworodka to norma. Doświadczone matki radzą przyszłym mamom, że "szpital nie ma prawa podać mieszanki bez twojej zgody", "możesz grozić sądem, jeśli będą ci chcieli dokarmiać dziecko" i inne tego typu rady. Nikt się nie martwi dzieckiem. Wszystkie się martwią laktacją.

Skomentuj (30) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 198 (220)

#83356

~Fleurlee ·
| Do ulubionych
A myślałam, że zapanowałam nad mężem...
Gwoli wyjaśnienia: mąż lubi praktykować brzydkie zwyczaje swojej mamy, łapówkarstwo dla służby zdrowia, nawet za prywatne wizyty.

Nie zgodziłam się na wręczanie prezencików, gdyż źle mnie w szpitalu potraktowano; z wyraźnymi zaleceniami neurologów dwóch wyśmiano, do domu odesłano.
Mąż się pochorował, poszedł prywatnie, prywatnie dostał przekaz na operację NFZ.

Jakiś czas temu pytam męża, gdzie brakującą gotówka do jasnej Anielki znikła. Dość spora gotówka. Najpierw wmawiał mi usilnie, że kiedyś jego mama nam pożyczyła i musiał jej zwrócić. Mówię, mężu nie kłam, bo nad rachunkami mam pieczę osobistą, za wszystko zawsze płacę. Jeśli będziesz kłamał, wezmę moją gotówkę na inne konto.

Gdzie wyparowała gotówka? Dla lekarza. Za operację.
Facepalm razy 500.
I pytam męża, jak mam wytłumaczyć teraz dzieciom, dwuletnim bliźniakom, że nie będą mieli nowych bucików i kurtek, bo tatuś dał pieniądze na głupoty.
Jakiś pomysł?
Tak btw. kupiłam oczywiście, ucięłam wydatki męża.

Skomentuj (22) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 174 (218)

#83330

(PW) ·
| Do ulubionych
Po przeczytaniu historii #83260 o biednej staruszce z jabłkami nieco podniosło mi się ciśnienie. Być może tamta pani rzeczywiście była biedna i nieszczęśliwa niezasłużenie, a być może była jak jedna z moich sąsiadek. Podzielę się z Wami historią o pani K.

Pani K. ma dość niską emeryturę, bo zaledwie 1240 zł z groszami. Do tego musi pomagać swojemu biednemu młodszemu synowi (MS), który ma córkę na studiach, drugą w liceum i ledwie wiąże koniec z końcem. Pani K. jest też bardzo towarzyska - lubi chodzić po wsi, przynosić ludziom drobne prezenty - a to kilka jabłek, to znów parę jajek. Dziwnym trafem te odwiedziny przypadały zwykle w porze śniadania/obiadu/kolacji i trwały tyle, ile podanie posiłku. Ale że sąsiadów sporo a ona taka biedna, to nikt jej nie będzie przecież żałował kromki chleba czy talerza zupy...Tym bardziej, że wypada się odwdzięczyć ze te kilka jabłek. Tak sobie to trwało kilka lat. W pewnym momencie ludzie jednak zaczęli coś podejrzewać, pani K. się plątała w swoich opowieściach, jak to starszy syn (SS), z którym mieszka, wyjechał i jej nie zostawił nic do jedzenia. Jaki to majątek na leki wydaje. Jaki to jej MS biedny, że mu musi pomagać.

A jak wygląda rzeczywistość? Pani K. ma dwóch synów i córkę. Córka za granicą dobrze zarabia. SS ma własną firmę, żona pracuje w Urzędzie Miasta na kierowniczym stanowisku. Młodszy syn też ma firmę, jego żona nie pracuje. Bieda w jego przypadku polega na tym, że starszy syn kupuje nowe auto z salonu co 5-7 lat, a młodszy może sobie na to pozwolić co 10. Obaj mają wybudowane piękne domy, ponad 200 m2 każdy. Pani K. czuję się w obowiązku wyrównać różnice między synami, tym bardziej, że starszy dostał 2 hektary ziemi po ojcu, a młodszy tylko około 200.000 zł na rozkręcenie firmy i budowę domu, jak się wyprowadzał(w latach 80-tych mąż pani K. jeździł na tzw. saksy plus miał ciepłą posadkę w kraju i się dorobił; syn rozkręcał firmę w latach 90-tych). W mentalności starszych ludzi na wsi ziemia jest dobrem nieocenionym i niespłaconym nigdy, niemniej jednak nasza bohaterka dzielnie podjęła się tego zadania. Aby osiągnąć swój cel pani K. 1200 zł co miesiąc oddaje MS, a sama żyje z "końcówki", czyli tych czterdziestu kilku złotych. Stołowała się u ludzi - do jednej sąsiadki poszła na śniadanie, do drugiej na obiad, do trzeciej na kolację... Zanim obeszła wszystkie, to się najadła. Opowiada ludziom, że nie jest w stanie sobie ugotować, bo jej się w głowie kręci (owszem, z powodu dobrowolnie podjętego postu), a niedobry SS i synowa jedzą na mieście i jej nie dadzą. A jednocześnie jest w stanie ukraść kwiatki z klombu innej sąsiadki i przekopać trawnik motyką, aby je posadzić pod domem syna. Wtedy zawroty głowy w cudowny sposób ustępują. Jest też w stanie wstać o piątej rano i czekać godzinę na samochód z piekarni, bo jak tam kupuje chleb, to jest o 20 gr taniej niż w sklepie, a jak się rozpłacze, to jej sprzedawca jeszcze jakąś bułkę dorzuci. W taki sam sposób wyłudza leki - jak ją boli głowa, to nie kupi sobie Apapu, tylko raz zajdzie do jednej sąsiadki, raz do drugiej... zawsze ktoś da.

Aby wyłudzić pomoc opowiada też niestworzone historie o tym, jak to synowa ją próbowała zamordować, jak ją szarpała, zepchnęła ze schodów. Na początku ludzie to łykali, bo miło jest posłuchać, że ten bogaty sąsiad to taki drań, co nad matką się znęca. Ale w pewnym momencie oskarżyła jedną z sąsiadek, że próbowała ją zabić... zupą. Tak. Zupą jarzynową. Bo pani M. dała jej talerz zupy, ale nie dała herbaty do popicia tejże zupy, a potem bezczelnie odebrała telefon i wyszła na korytarz. Pani K. jadła tak łapczywie, że zadławiła się kartoflem i gdyby mąż pani M. nie stuknął jej między łopatki, to by się udusiła. Pani K. doszła do wniosku, że gdyby miała herbatę i mogła tego kartofla popić, to by się nic nie stało, więc brak podania herbaty został uznany przez nią za próbę morderstwa. Nie omieszkała podzielić się tą sensacyjną wiadomością ze wszystkimi pozostałymi sąsiadami i znajomymi. Cel jest zawsze ten sam - wzbudzić poczucie winy w "krzywdzicielu", obudzić współczucie reszty sąsiadów, żeby jak najwięcej dla siebie zyskać.

Pani K. regularnie kradnie nam jabłka i śliwki z sadu, chociaż ma własny. Rodzice nic z tym nie robią, bo mamy kilkanaście drzewek i dla nas i tak wystarczy.
Innym razem jej SS poprosił moją mamę o zaopiekowanie się panią K podczas ich wakacyjnego wyjazdu, ponieważ pani K zachorowała, a oni mieli już opłacony hotel (chodziło o opiekę na jeden dzień, zanim przyjechał jej wnuk). Mama poszła do niej rano zrobić śniadanie i podać leki. Pani K. zażądała, aby mama jej przyniosła kiełbasy z naszego domu, bo ta w lodówce u SS jest zapakowana, więc szkoda ją otwierać... Mama odpowiedziała, że jak szkoda otwierać, to może w takim razie zje z samym masłem, bo ona też kiełbasy nie ma. Na takie dictum pani K. zmieniła zdanie i łaskawie pozwoliła otworzyć opakowanie.
Jak się domyślacie, ludzie przestali ja przyjmować i karmić. Niestety pani K. nadal uważa się za biedną i pokrzywdzoną staruszkę, której wszyscy powinni pomagać, bo musi spłacić syna. I ci sąsiedzi to tacy nieużyci i wredni, że się od niej na stare lata odwracają...

Wsi spokojna wsi wesoła..

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 177 (187)

#83350

(PW) ·
| Do ulubionych
Moja historia sprzed kilku lat. Nie mogłam sobie w tamtym czasie pozwolić na pracę inną niż dorywcza. Powodów było kilka, ale nie jest to ważne dla opowieści.

Zatrudniłam się w firmie inwentaryzacyjnej – pracowało się na noce licząc skanerem np. produkty w supermarketach. Ja takich inwentur miałam 3-6 w miesiącu. Dla firmy X pracowałam łącznie prawie pół roku. Od czerwca do września nie było problemów – pod koniec miesiąca wysyłałam swoją dyspozycyjność na następny miesiąc, oni po kilku dniach wysyłali mi grafik. W październiku nie dostałam maila zwrotnego. Zadzwoniłam do firmy, by wyjaśnić sytuację, zmieszana pani odpowiedziała mi, że w zasadzie nie wiadomo czemu nie dostałam maila, ale najprawdopodobniej do mojej dyspozycyjności nie udało się dopasować żadnego zlecenia. Wydało mi się to dziwne, ale wzruszyłam ramionami.

Po kilku dniach dostałam wiadomość, że jeżeli pracownicy chcą dalej pracować dla X, muszą mieć obowiązkowo książeczki sanepid. Bez tego dokumentu współpraca nie będzie kontynuowana, mamy też przyjechać do firmy podpisać nową umowę. Dla osób, które nie dostarczą badań do 30 października dzień 31 października jest dniem wypowiedzenia.

Książeczkę miałam już wcześniej wyrobioną, pojechałam więc do siedziby firmy, by mogli ją skserować i by podpisać papiery. Pani, która mnie obsługiwała poklikała w komputerze, po czym wyraźnie się zmieszała i powiedziała, że niestety nie mogę podpisać aneksu, bo ma „błędy w dokumentacji” i prosi, bym wróciła do domu. W przeciągu kilku dni ma wyjaśnić wszystko z przełożoną i do mnie zadzwonić. OK, trudno. Czekałam tydzień, pani nie zadzwoniła. W końcu dostałam telefon od innej pani z tej samej firmy, czy mam książeczkę sanepid i czy podpisuję umowę. Zbaraniałam. Odpowiedziałam, że tak, ale na październik nie dostałam grafiku i są jakieś błędy w mojej dokumentacji i nie mogłam podpisać dokumentu. Pani poklikała w komputerku, po czym powiedziała, że wyjaśni sytuację i szybciutko się pożegnała. Czekałam tydzień, nie zadzwoniła. Wkurzyłam się i napisałam kulturalnego acz stanowczego maila, że proszę o wyjaśnienie całej sytuacji. No i odpowiedź dostałam i zwaliła mnie z nóg.

Okazało się, że grafiku na październik nie dostałam, bo po prostu miałam za duży margines błędu w liczeniu i 1 października mnie „zwolniono”. A że umowa i tak mi się kończyła 31 października, to o wypowiedzeniu postanowiono mnie najwyraźniej nie informować. Był bałagan w dokumentach, dlatego do mnie wydzwaniano z propozycjami. Po sprawdzeniu mojego profilu w komputerze, pracownice były zmieszane, bo wyświetlała im się informacja, by tej umowy ze mną nie przedłużać, ale żadna nie miała odwagi mi tego uświadomić i wolały mnie zbyć, licząc, chyba że się domyślę.

Rozumiem, że się nie sprawdzałam, ale poważne potraktowanie należy się chyba każdemu.

inwentaryzacja

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 157 (167)

#83340

(PW) ·
| Do ulubionych
Mam koleżankę. Obie mamy dzieci w podobnym wieku, tak około roku. Na początku było super. Było z kim na spacer wyjść, do kogo buzię otworzyć jak mężowie w pracy. Wesprzeć się.

W połowie lata jej dziecko przestało spać. Do tej pory spało na spacerach, a nagle bum i nie chce. Koleżanka biega więc całymi dniami z drącym się dzieckiem i buja zawzięcie, żeby spało.

Mówiłam jej, że moje odkąd usiadło to na spacerach nie ma spania tylko zwiedzamy. Po prostu dziecko podrosło i śpi jak się wyciszy, tam gdzie jest mniej rzeczy do poznania.

Nie, jej dziecko śpi na spacerach. Obecnie jest mu po prostu niewygodnie, bo podrosło i trzeba zmienić wózek. Tych wózków przerobiła już z 5 i w każdym niewygodnie. Potem marudzi, że wózki takie drogie, że potem problem ze sprzedaniem. Pożyczyć ani kupić z drugiej ręki nie, bo wózek będzie wyprofilowany przez inne dziecko i jej dziecku będzie niewygodnie i nie będzie mogło spać.

Jej dziecko ma dwie drzemki i koniecznie musi mieć dwie drzemki, bo zawsze miało dwie drzemki. Dziecko musi mieć stały tryb dnia, żeby czuło się bezpiecznie. Ja jestem zlą matką, bo moje dziecko po urodzinach z dwóch drzemek zrobiło sobie jedną, a teraz to jeszcze godzinowo dopasowało się do innych dzieci. Jak ja mogłam do tego dopuścić.

Koleżanka nie może wrócić do pracy, bo jej dziecko nie śpi i nie będzie mu fundować stresu, że w żłobku nie będzie mogło spać na spacerach.

Dziecko jak to dziecko prędzej, czy później zaśnie, bo jest zmęczone. Tylko, że usypiane cały dzień raz zaśnie po jedzeniu, raz przed, raz jak koleżanka akurat wraca do domu, raz jak dopiero z niego wyjdzie, więc dziecko raz śpi 3h, raz 15 min. W związku z tym wieczorem raz zaśnie o 19 a innym razem o 22, więc rano raz wstaje bardzo wcześnie, a raz późno. Jak śpi nocy nie mam pojęcia, bo nie opowiada.

Proponowałam wizyty specjalistów skoro dziecko cierpi na bezsenność. Lekarze są źli, bo nierozumieją, że jej dziecko ma 2 drzemki i śpi na spacerach.

Jej też proponowałam wizytę u specjalisty :)

A ja jej nie rozumiem, bo moje dziecko nie ma takich problemów, bo wstaje 6-7, idzie do żłobka, tam śpi 12-14. W domu idzie spać ok. 20 i tak codziennie.

Madka

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 150 (174)

#83376

(PW) ·
| Do ulubionych
Mam znajomego. W zasadzie spoko gość, poza jednym "ale"...

Znajomy pracuje w niewielkiej firmie.

Firma zapewnia swoim pracownikom podstawowe artykuły spożywcze: kawę, herbatę (kilka rodzajów), cukier, mleko do kawy, wodę butelkowaną.

Znajomy regularnie bierze sobie do domu a to trochę kawy, a to kilkanaście torebek herbaty zielonej, bo żonie się skończyła, a to ze dwa kartony mleka...

Do tego zbiera po kabinach toaletowych zapasowe rolki papieru, czasem zaglądnie do kantorka, w którym trzymane są środki czystości i weźmie sobie spray do mebli albo płyn do podłóg.

Jest bardzo dumny ze swojej przedsiębiorczości.

Podkreśla, że nigdy nie wziął niczego, co przyniósł któryś ze współpracowników, resztę zapasów też "uszczupla", a nie "żeruje".

Uważa, że jak firmowe, to niczyje, więc to w żadnym wypadku kradzież nie jest...

Uprzedzając pytania: jest dobrym pracownikiem, z innymi pracownikami się dobrze dogaduje, więc wszyscy przymykają oko na ten jego proceder, dziwiąc się tylko, że gość wykształcony, zarabia dobrze (= stać go, żeby sobie to mleko czy kawę samemu kupić), a tak postępuje...

korpo cwaniactwo uwaga_zlodziej

Skomentuj (23) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 162 (166)

#83363

(PW) ·
| Do ulubionych
Właśnie się zorientowałam, że zostałam okradziona. I nawet nie jestem zła, czy wściekła, tylko taki niesmak i gorycz czuję.

Od zawsze mam w domu pojemniczek, do którego wrzucamy monety. Nie traktuję tego jak skarbonki, tylko jako podręczny zapas drobnej gotówki.
W kubeczku bywa różnie - raz 15, raz 50, zdarzyło się nawet, że uzbieraliśmy w ten sposób ponad stówę. Trzy dni temu nie wiem ile było w monetach, ale wyjątkowo był banknot 20 zł. Stoi sobie to ustrojstwo wierzchem na lodówce, ani jakoś specjalnie widoczne (na lodówce stoją jeszcze inne rzeczy) ani ukryte.

W bloku trwa wymiana pionów. Wzięłam urlop i siedzę grzecznie w pokoju, a oni działają w łazience i kuchni. Panowie fachowcy robili u nas w mieszkaniu jeden dzień, drugi, trzeciego poprawki. Dzisiaj zaglądam do pudełeczka, a tu niespodziewanka... Dwudziestu złotych w banknocie nie ma. Ile brakuje w monetach nie wiem. Ale dwie dychy któryś z panów fachowców przytulił.

Za rękę nie złapałam, monitoringu w mieszkaniu nie mamy, pozostał niesmak i nauczka na przyszłość żeby chować WSZYSTKO co stoi pod ręką, jak wpuszczam do mieszkania obcych.

Wyżaliłam się mojemu przez telefon, że taka sytuacja miała miejsce, usłyszałam w zamian (słusznie zresztą), że pieniędzy na widoku się nie zostawia. Racja, portfela nie zostawiłam, a o tym pudełeczku po prostu na co dzień nie myślę.
Niedroga, niesmaczna lekcja na przyszłość.

mieszkanie fachowcy kradzież

Skomentuj (21) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 124 (138)

#83351

(PW) ·
| Do ulubionych
Na wstępie - żeby nie było, żem cham i prostak i nie rozumiem kobiet w ciąży, że popieram tych, co ciążę traktują jak chorobę.

Nie. To naturalna kolej rzeczy, że kobieta chce się spełniać w roli matki. I za jaja wieszałbym tych, co "za ciążę" z roboty chcą wyrzucać. ALE...

Pewna pani, żołnierz, w ramach jakiejś takiej, dziewczęcej, niepohamowanej żądzy zemsty, namieszała w koncie użytkownika. Ponieważ miała takie uprawnienia - resetowała kilka razy dziennie hasła, zamieniała litery w loginie i inne takie chochlikowe zagrania. W skrócie - uniemożliwiało to jakąkolwiek pracę temu użytkownikowi. Żeby było ciekawiej, do tematu zaangażowała również swoją psiapsiółkę i działania wykonywały z konta tej drugiej. Cwana bestia.

A wszystko przez faceta, z którym jest obecnie prowodyrka, a wcześniej była ta, która jest na tapecie.

Sprawa się rypła, wszystko zostało w logach, więc łatwo administrator doszedł do tego, kto się zabawia. Ruszyła procedura, postępowanie wyjaśniające, zmierzające w prostej linii do dyscyplinarnego.

Ups... czas się ewakuować. Tak pomyślała młoda dama, która była narzędziem w rękach tej cwanej. Więc co? Zwolnienie lekarskie! Cóż, może i dobry sposób, ale na pewno nie na to, żeby sprawę wyciszyć. To i tak tylko odłożenie w czasie tego, co nieuniknione.

Po zakończeniu postępowania "góra" zdecydowała, że w ramach kary ta, co pozwoliła się tak wrobić, zostanie przeniesiona do innej jednostki. Niby ok, jest zbrodnia - jest kara, w zasadzie nawet adekwatna do przewinienia. Tylko że żeby przeniesienie doszło do skutku, ukarana musi je podpisać, czyli być w pracy. Ponieważ jednak nie w smak było młodej się przenosić, po konsultacji sprawy z rodziną młoda postanowiła zajść w ciążę. Ciąża zagrożona, musi leżeć, być pod stałą obserwacją, 9 miesięcy zwolnienia, potem macierzyński, wychowawczy. 2,5 roku jak w mordę strzelił!

Następnie druga ciąża, kolejne 2,5 roku w domu. W sumie, co najmniej, 5 lat. Pasuje, bo do wcześniejszej emerytury brakuje właśnie 5 lat...

A etat, który teraz jest zajęty, taki pozostanie tak długo, aż winna albo nie podpisze przeniesienia, albo nie odejdzie do cywila. I ktoś za nią pracę musi wykonywać.

Ciąża zagrożona, jestem burak, że się czepiam? Tylko że dziewczę śmiga po sklepach aż miło, samochód prowadzi, zakupy robi, na koncerty jeździ. Nawet zdjęcia na FB z jednego umieściła...

Skąd wiem, że drugie dziecko już jest w planach? Cały misterny plan opisała w smsach koledze, który siedzi w Warszawie i zajmuje sprawami kadrowymi.

Skomentuj (33) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 147 (157)

#83371

(PW) ·
| Do ulubionych
Urodziłam dziecko. Pojawiły się komplikacje, teoretycznie zagrażające mojemu życiu. Wróciłam do szpitala na kilka dni, a noworodek został z tatą i starszym rodzeństwem w domu. Do pomocy przyjechała teściowa. Stało się to akurat w terminie kiedy miała jechać do drugiego syna, pomóc przy jego dzieciach. Co zrobiła druga synowa?

Codziennie dzwoniła do teściowej z pretensjami, że ta nie przyjechała. Zadzwoniła nawet do mojego męża i nagadała mu że ten manipuluje swoją matka... wyjazd teściowej opóźnił się o całe 2 dni.

Życie

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 106 (114)

#83367

(PW) ·
| Do ulubionych
Kolejna praca wyjazdowa, nie dotarliśmy. Nasza podróż zakończyła się najechaniem na tył samochodu.
Taksówkarz wyskoczył do naszego kierowcy z mordą o tym jak jeździ, że prawie zabił jego pasażera. Upiększając swoje przemyślenia przepiękną łaciną kuchenną, że wzywa policję.
Nasz kierowca oaza spokoju, stwierdził, że dobrze, poczekamy na przyjazd radiowozu.

Wtedy taksówkarz zauważył kamerkę.
[Taksówkarz]: Może jednak dogadamy się?
[Nasz Kierowca] Nie ma możliwości, samochód służbowy, pan wzywa, czy ja mam zadzwonić?

Czemu zmiękła rurka panu taksiarzowi? My zapakowanym busem jechaliśmy przepisowo, zachowując odstęp przed samochodem poprzedzającym nas, pan taksówkarz wyprzedził nas na podwójnej ciągłej, wcisnął się pomiędzy nas, a że poprzedzający samochód zatrzymywał się przed przejściem, on zdążył wyhamować, my już nie i skończyliśmy podróż w jego kufrze. Jeszcze policjantom starał się tłumaczyć, że za szybko jechaliśmy, że przez telefon gadał nasz kierowca. Nagranie z kamerki nie potwierdziło tego, a za to do 6 punktów karnych za kolizję i 450 zł taksiarz dostał 200 zł i 5 pkt za wyprzedzanie na podwójnej ciągłej.

Mandaty przyjął, ale miał pretensje do nas, że mu pieniądze na życie odebraliśmy, nie będzie mógł zarabiać, bo samochód w naprawie i że patrzy się po lusterkach, że taksówka jedzie (uprzywilejowany pojazd?).

polski kierowca

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 169 (171)

Podziel się pozytywnymi historiami na
WSPANIALI.pl

Piekielni