Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

 

#67978

(PW) ·
| Do ulubionych
Jarmark Dominikański w Gdańsku.

Wszędzie pełno ludzi, jak to na takich targach bywa. Na środku chodnika matka wystawia nocnik i sadza na nim 3-letnią dziewczynkę w wiadomym celu.

Nie muszę wspominać, że kawałek dalej był pusty plac, gdzie nikt nie chodzi i tam mogło dziecko załatwić swoją potrzebę? Ale nie! Trzeba na środku chodnika, żeby wszyscy widzieli, że jej dziecko z nocnika korzysta.

Szczerze? Byłam w szoku.

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 88 (208)

#82878

~exkelner ·
| Do ulubionych
Historia napisana pod wpływem inspiracji historią kelnera i piekielnego klienta zza zachodniej granicy.

Ja również dorabiałem sobie jako kelner na weselach, żeby zarobić na "kieliszek chleba" na studiach. Piekielności, jak to przy pracy z ludźmi (zwłaszcza w większości z ludźmi pod wpływem alkoholu), było sporo. W większości nic nadzwyczajnego, chamy wpuszczane na salony, którym wydawało się, że są nie wiadomo kim i mogą kelnera traktować gorzej niż bydło - historie, jakich na tym portalu wiele. Jednak jedna sytuacja utkwiła mi w pamięci.

Było już po oczepinach, czyli wiadomo - sporo gości już opuściło imprezę, a ci, co zostali w 80% byli już dobrze wstawieni. Przechodząc między stołami usłyszałem stanowczy głos koleżanki -kelnerki "puszczaj!". Odwracam się i moim oczom ukazuje się taki widok: facet ok. 40-tki, ze 120 kg wagi, koszula rozpięta do połowy, czerwony na twarzy (taki typowy Janusz, tylko bez wąsa) siedzi na krześle i przyciska do siebie jedną z kelnerek, która akurat coś zabierała ze stołu, mocno ściskając ją jedną dłonią za pupę. Dziewczyna próbuje się mu wyrwać: rzuca z powrotem na stół to, co zebrała, i odpycha się obiema rękami, jednak przy ok. 160 cm wzrostu i na oko 60 kg wagi nie jest w stanie poradzić sobie z tak rosłym napastnikiem. Niewiele myśląc, podbiegłem i sprzedałem gościowi "liścia" w twarz.

Zadziałało - puścił moją koleżankę, wstał i przyjął bojową pozę. Ja złapałem koleżankę, która, najprawdopodobniej pod wpływem szoku, nie ruszyła się o krok, za rękę i przestawiłem za siebie. Zanim jednak doszło do bójki, stanęli między nami jacyś goście weselni, znajdujący się akurat w pobliżu i zaczęli apelować o spokój. "Janusz" w tym momencie zaczął się wydzierać, że on chce natychmiast rozmawiać z właścicielem sali, i że on dzwoni na policję i zgłasza pobicie.

Ja odpowiedziałem mu na to, że bardzo dobrze, niech dzwoni. My również zadzwonimy i zgłosimy napaść seksualną. Facet odparł, że jaką napaść, że on tylko złapał kelnerkę, bo się potknęła i by się przewróciła (dobrą bajeczkę sobie wymyślił na poczekaniu). Ja mu na to, że na sali jest monitoring, więc policja nie będzie miała problemu z ustaleniem prawdy. Tu facet trochę zmiękł, ale nadal daleko było do tego, aby odpuścił.

Na szczęście rozwiązanie już nadciągało - w postaci małżonki "Janusza". Widząc, że coś się dzieje, zapytała mnie i koleżankę:
- A co państwo chcecie od mojego męża?!
- To pani mąż? - zapytała koleżanka, która odezwała się po raz pierwszy od momentu tego całego zajścia.
- Tak, a co?
- To niech pani da mu czasami potrzymać się za tyłek, to może nie będzie wtedy zmuszał do tego siłą obcych dziewczyn! - wykrzyczała do niej ze łzami w oczach.

Facet, widząc spojrzenie żony, zaczął krzyczeć, że sobie gówniara nazmyślała jakichś bajek. Koleżanka odparła na to:
- Jak pani chce, to może pójść ze mną do łazienki. Ścisnął mnie tak mocno, że na pewno zostały mi ślady (faktycznie, tydzień później opowiadała, że zostały jej nawet lekkie siniaki).

Żona podeszła do jakiejś kobiety siedzącej w pobliżu i, zwracając się do niej po imieniu, zapytała, czy widziała to i czy to wszystko prawda. Tamta kobieta, nie patrząc jej w oczy, pokiwała potwierdzająco głową, jakby chciała powiedzieć "tak, ale nie chcę się do tego mieszać". W tym momencie w małżonkę napastnika coś wstąpiło - zaczęła okładać męża tak, że mój "liść" to łaskotki w porównaniu z jej razami, mimo że nie był z niej wcale "kawał baby".

"Janusz" zasłonił głowę rękoma i siadł skulony na krześle. Żona, nie przestając go okładać, wydzierała się na niego, wyzywając go od najgorszych i obiecując mu co najmniej roczną abstynencję seksualną. ;) Wyglądało to tak komicznie, że siedzący nieopodal ludzie mało nie pospadali z krzeseł ze śmiechu. Jak małżonka już skończyła swój "występ", kazała facetowi zbierać się do domu.

Przechodząc obok, zwróciła się do koleżanki.
- Przepraszam panią najmocniej... Chociaż w sumie czemu ja mam panią przepraszać. Przeproś panią! - rozkazała mężowi, a ten posłusznie wydukał "przepraszam" (były to jego jedyne słowa od momentu ataku ze strony jego żony).

Kobieta potem jeszcze obiecała koleżance, że tak da popalić mężowi, że już nigdy czegoś takiego nie zrobi. Ja, patrząc na nią w tamtym momencie, absolutnie w to wierzyłem. Po tym wszystkim para opuściła salę, przy czym żona popychając "Janusza" przyspieszała tę procedurę.

Koleżance jeszcze przez resztę nocy trzęsły się ręce, ale dzielnie starała się wykonywać swoje obowiązki.

Jak przypomnę sobie coś jeszcze, to napiszę.

sala weselna

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 116 (122)

#82804

~Keiko ·
| Do ulubionych
Może niepiekielne, ale głupie strasznie.

Nudy w pracy, wszytko zrobione, więc każdy coś tam czyta, przegląda. Koleżanka czyta artykuł i chce sprawdzić słowo, którego nie zrozumiała.

Przez około półtora minuty próbuje skopiować słowo by wyszukać znaczenie u wujka Google. Totalnie jej to nie szło, albo zaznaczała pół słowa albo cały akapit. Złośliwość rzeczy martwych, ale ona walczy dzielnie.

W końcu wkurzona trzaska myszką i wrzeszczy:
- Jak mam to cholerne słowo znaleźć?!

Spokojnie odparłam, że może otworzyć nową kartę i słowo wpisać.

Oczy otworzyła do rozmiarów spodka i pyta:

-Ale jak? Tak ręcznie?

Padłam...

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 60 (104)

#82792

~zlodziejkasklepowa ·
| Do ulubionych
Widzę, że sporo komentarzy pod moją historią http://piekielni.pl/82767, więc chciałabym się odnieść do kilku z poruszonych tam kwestii. Mianowicie padł zarzut, że zamieściłam "instruktaż", że ktoś może spróbować naśladować itp. No nie. Nie może. To znaczy w sumie tak, proszę bardzo, niech sobie taki ktoś dobierze wspólnika i zechce to powtórzyć, no powodzenia życzę, bo będzie bardzo potrzebne...

Otóż większość towarów na sklepie ma alarm. Żeby cokolwiek wynieść, trzeba ten alarm zdjąć lub zneutralizować. Trzeba wiedzieć, gdzie szukać, jak zdjąć i jeszcze zrobić to szybko i sprawnie, bo ma się na to bardzo mało czasu. A ja nie kradłam JEDNEJ rzeczy, bo to się nie opłaca (o tym za chwilę), tylko kilka lub kilkanaście. Kawy, herbaty, czekoladki Merci, czekolady (to nawet nie na sztuki, tylko na pudła, w dużych marketach kiedyś, bo nie wiem jak teraz, cała pudła jeszcze nierozpakowanych czekolad były z tyłu półki za wystawionym towarem), gumy do życia (też "hurtowo"). To spożywka, z kosmetyków dezodoranty (najchętniej kulkowe, raz że "poręczniejsze" do wzięcia, a dwa, że jakoś lepiej schodziły), perfumy, płyny i balsamy po goleniu, tusze do rzęs. Każda z tych rzeczy ma alarm (z wyjątkiem czekolad i gum do życia), żeby z nimi wyjść, trzeba go zdjąć. "Opłacalna" dla mnie ilość kaw zaczynała się od 10 sztuk, dezodorantów od 20, perfumy to już w zależności od ceny, czasem wystarczyło kilka sztuk, ale z kolei perfumy potrafiły mieć nawet trzy alarmy, trzeba je znaleźć i zdjąć. Instrukcji "radzenia sobie" z alarmami nie będzie.

Jakby ktoś pytał, czemu taka "drobnica", dlaczego nie kradłam droższych rzeczy, to odpowiedź jest prosta - kradłam i droższe, ale rzadko, ponieważ "drobnicę" najłatwiej sprzedać. Czasami prosto ze sklepu szło się na najbliższy ryneczek (przypominam uprzejmie, były to czasy, kiedy nikt z handlujących na ryneczku nie miał kasy fiskalnej, a pojęcie faktury za towar też większości było obce) i tam się sprzedawało handlarzowi - za pół ceny. Każdy najczęściej już miał swojego "odbiorcę", a jak nie, to szło się od stoiska do stoiska, pytając, czy chce kawy/herbaty/czekolady... Reakcje handlarzy były dwie - albo pytali: "skąd pani to ma?", no cóż, wtedy idę dalej, albo: "ile pani tego ma?". Nie no, absolutnie nie domyślali się, że kradzione...

Drugą grupę odbiorców stanowili taksówkarze. Cóż, ryneczki po południu pustoszały, a ćpuny to raczej nocne stworzenia, nie raz późna godzina zastała mnie z torbą pełną fantów, nie zamierzałam czekać do rana. No to heja na najbliższy duży postój taksówek i grzecznie podchodzę od jednej taryfy do drugiej: "dobrą kawę mam, za pół ceny, chce pan?". Tak gdzieś 80% chciało, tylko próbowali się targować (handlarze na rynku nigdy). Ale też taksówkarze potrafili dać nam dobrze zarobić na droższych towarach. Drogich rzeczy nie opłacało się kraść, bo ryzyko duże, a prawdopodobieństwo sprzedania po dobrej cenie małe. No chyba że był konkretny kupiec... Np. takie od niechcenia pytanko: "a tylko kawy pani ma?". Najwłaściwsza odpowiedź w tym momencie to: "a co by pan potrzebował?".

Dużo rzeczy potrzebowali. Najczęściej markowe ciuchy, drogie alkohole, elektronikę, jednym z najbardziej absurdalnych zamówień była armatura łazienkowa - bo taką właśnie, jak była w sklepie XYZ, żona pana taksówkarza sobie wymarzyła, ale ona droga... Dostarczyłam. Drogie rzeczy kradnie się zupełnie inaczej i tu już najlepiej bez wspólnika - tylko by przeszkadzał. Jestem ja, zabezpieczenia sklepowe i TA rzecz. Tutaj w razie najmniejszej wątpliwości lepiej "odpuścić", bo najczęściej kosztowała powyżej 250 zł, stanowiących magiczną granicę między przestępstwem a wykroczeniem.

Jeszcze jedno małe wyjaśnienie - ktoś mi zarzucił w komentarzach, że wyśmiewam się z ochroniarzy i traktuję ich jak głupków. No na pewno nie! Jednym z najtrudniejszych do pokonania "zabezpieczeń" sklepowych jest DOBRY ochroniarz. I tak, bazowałam na tym, że często przepisy sklepu są bzdurne i mocno ich ograniczają - opisane w pierwszej historii wyjście ze sklepu "na bezczela" po kontroli nie udałoby mi się, gdyby ochroniarz miał prawo mnie przeszukać, choćby pobieżnie. A tak nie miał pewności, ja do końca "zgrywałam niewiniątko", w razie wezwania policji i braku ukradzionych rzeczy przy mnie miałby nieprzyjemności, więc mnie puścił. Przypuszczam, że nie do końca przekonany...

Dobry ochroniarz "ma czuja". Bo dobry złodziej sklepowy nigdy nie zachowuje się podejrzanie. Nie rozgląda się nerwowo, nie chowa po kątach, nie skręca w inną alejkę na widok ochroniarza. I też musi mieć ten "szósty zmysł", bo inaczej to lipa. Jak coś ci w duszy krzyczy - "wyjdź, zostaw to wszystko i wyjdź!!!", to tak robisz, nawet jeśli wszystko jest niby OK. Ja miałam raz sytuację, że wyszłam od razu. Wchodzę na sklep, biorę koszyk, skręcam między regały, a tam jest ON. Ochroniarz. Nie pamiętam już teraz, młody czy stary, gruby czy chudy, wysoki czy niski. Ale pamiętam, jak na mnie spojrzał - on WIEDZIAŁ. No cóż, ja z kolei wiedziałam, że on WIE, więc odłożyłam grzecznie koszyk i wyszłam ze sklepu. Nie dzisiaj, nie tutaj, szacuneczek panu, ja się z panem mierzyć nie będę.

A na koniec mój własny, prywatny patent. No dobra, nie twierdzę, ze tylko mój, potem "poszedł dalej", a i ktoś też mógł wpaść na ten pomysł niezależnie ode mnie. Podaję bez wyrzutów sumienia, bo już nie da się go zastosować, ta sieć sklepów wygląda teraz inaczej. Chodzi o kropkowanego owada, teraz wejście do sklepu jest podwójne, w tym sensie, że wchodzi się najpierw do przedsionka, a dopiero potem na sklep, poza tym ma oddzielne wejście i wyjście. No i drzwi automatyczne. W czasach, o których piszę, było już inne wejście, a inne wyjście (czasami po różnych stronach sklepu), różniły się klamką z odpowiedniej strony - wejściem nie dało się wyjść, wyjściem nie dało się wejść. No i wchodziło się bezpośrednio na sklep, bez żadnego przedsionka, praktycznie zaraz za drzwiami wejściowymi zaczynały się regały z towarem. Wystarczyło wejść, napakować towaru do reklamówki (och, jak ja kochałam sklepy bez alarmów), postawić ją przy drzwiach WEJŚCIOWYCH (wejścia nikt nie pilnował, bo i po co) i wyjść ze sklepu "na pusto". Potem już tylko z powrotem do wejścia, uchylam drzwi, sięgam reklamówkę, nawet nie wchodząc i oddalam się spokojnym krokiem. Teraz już się tak nie da, nie ma tak urządzonych sklepów, więc niech sobie to "idzie w eter".

Nie jestem z tego dumna. Ale nie będę tego podkreślała w każdym akapicie, bo historia stanie się "niezjadliwa". Ja wam po prostu opowiadam coś, co teraz już dla mnie samej jest piekielne.

P.S. Odnośnie firmy konsultingowej - fajna propozycja, ale mam dobrą pracę, która mnie satysfakcjonuje, więc nie widzę takiej potrzeby.

P.P.S. Wykształcenie mam średnie ogólnokształcące, wtedy i teraz, po wyjściu z nałogu poszłam na studia, ale nie ukończyłam.

sklepy

Skomentuj (43) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 56 (122)

#82788

(PW) ·
| Do ulubionych
O próbie wyłudzenia pieniędzy słów kilka...

Rzecz miała miejsce kilka godzin temu i do tej pory nie wierzę, że byłam świadkiem przekroczenia granic absurdu w taki sposób.

Razem z moją Rodzicielką i bratem wyjechaliśmy do jednej z nadmorskich miejscowości na Półwyspie Helskim, po którym ostatnio jeździ autobus o iście piekielnym numerze. Po kilku dniach sielanki, piekielność spotkała nas na parkingu nieopodal portu, kiedy wróciliśmy po nasz samochód.

Między samochodem mojej rodzicielki a samochodem obok stał Facet, a jego syn, zgięty wpół, namiętnie robił zdjęcia drzwi od strony kierowcy ich auta i od strony pasażera (moje miejsce) naszego auta. Kiedy Rodzicielka otworzyła samochód, facet wyskoczył do nas z krzykiem, że porysowaliśmy mu drzwi, że to skandal, że musi teraz do lakiernika jechać, że to koszta i że on już zadzwonił na policję. Spojrzałyśmy na drzwi, ale poza zaciekami z wody nic nie zauważyłyśmy. Wtedy syn pokazał nam ryskę - 7mm na 3mm - którą również wzięłyśmy za zaciek i zgodnie stwierdziłyśmy, że nikt przy zdrowych zmysłach nie zauważyłby tej rysy (szczególnie przy takim stopniu ubrudzenia samochodu).

Facet zaczął się wtedy usprawiedliwiać, że już tyle szkód miał i nie zgłaszał, że ma dość i teraz nikomu nie przepuści. Kilka godzin wcześniej dwa razy w odstępie kilku minut ktoś mu zarysował lusterko na jego własnych oczach i on już ma dosyć (tyle że jakoś nie dzwonił po policję, kiedy mógł sprawcę złapać za rękę - co ciekawsze, wersja wydarzeń różniła się w zależności od tego, kto ją opowiadał: Facet twierdził, że to jakieś dzieciaki zarysowały mu lusterko, z kolei żona mówiła o dwóch samochodach, które zahaczyły o lusterko, przejeżdżając).

Moja Rodzicielka - zapalony, wieloletni kierowca (mimo że nie wygląda na takiego) - poczęła oglądać drzwi, sprawdzać, czy faktycznie miałam szansę zarysować drzwi tamtego samochodu przy wysiadaniu (siedziałam właśnie od strony pasażera i tamtędy wysiadałam). Nijak rysa nie pasowała do wysokości drzwi naszego auta przy każdej możliwej kombinacji obciążenia.

Policja przyjechała, popatrzyła z politowaniem na rysę i pouczyła Faceta i moją Mamę, że jest to nieumyślne uszkodzenie mienia (o ile takie było), że Mama i Facet mają się dogadać i tyle z ich strony. Spisali, co mieli spisać i pojechali. Facet załamał się, słysząc, że żadne ubezpieczenie tego nie pokryje. Zaczął więc opowiadać Rodzicielce, jak to on nie zapłacił 2800 zł za naprawianie drzwi z wgnieceniem (przypominam, że tutaj chodziło o małą rysę, której pochodzenie nie było pewne). Potem stwierdził, że ma 12 lat gwarancji w serwisie na takie uszkodzenia, a w końcu zażądał 300 zł, na co ja parsknęłam śmiechem.

Owszem, nie mam prawa jazdy, dlatego też wcześniej nie uczestniczyłam w dyskusji. Jedyne co, to powiedziałam jasno, że drzwi nie zarysowałam. Jednak co nieco o samochodach wiem, dzięki własnym doświadczeniom i zmotoryzowanym znajomym czy eks. Potrafiłam więc ocenić głębokość rysy (podkładu nie było widać) i wiedziałam, że na takie uszkodzenia moi znajomi i partnerzy używali markerów do karoserii do nabycia za zawrotne 25-50 zł w marketach budowlanych. Nikt o zdrowych zmysłach nie leci do mechanika z taką ryską. Podzieliłam się tą informacją z Facetem i jego synem, przez co nasłuchałam się kilku podjazdów ad personam z ich strony. W kilku żołnierskich słowach usadziłam chłopaka, który, swoją drogą, mógłby być moim synem. Jak widać, szacunek wynosi się z domu.

Po kolejnej krótkiej wymianie opinii na temat tej rysy, Rodzicielka powiedziała Facetowi jasno, że ma iść z tym do sądu, bo ona nie będzie mu nic płacić, ale chętnie zobaczy monitoring z parkingu, żeby udowodnić mu, że nie obiłam mu tych drzwi. Nagle cała piekielna rodzinka schowała uszy po sobie, wsiadła do samochodu i pojechała w siną dal bez słowa.

Wątpię żeby Facet pojechał z tym do sądu, bo jestem pewna, że była to zwykła próba wyłudzenia. Dlaczego?

Cóż... Mam bardzo dobrą pamięć do detali. Mój mózg rejestruje różne rzeczy, ale nie wydobywa ich wtedy, kiedy trzeba. Jestem jednak pewna 3 rzeczy:
1. Nie otworzyłam drzwi na tyle szeroko, by dotknąć samochód obok. Żeby zarysować sąsiednie auto w ten sposób, musiałabym przyłożyć dużo więcej siły przy otwieraniu drzwi. Zapamiętałabym uderzenie.
2. Ten konkretny samochód nie stał tam, kiedy parkowaliśmy nasz. Zaparkowaliśmy obok czarnego samochodu typu Seat Leon, a nie obok ciemnoniebieskiego Opla Astry Twintop.
3. Facet był dziwnie dobrze przygotowany. W ręku miał notesik, w którym miał już zapisane kilka rejestracji i nazwisk. Do tego wersje wydarzeń jego i żony nie pokrywały się ze sobą. Być może myślał, że jak trafił na dosyć dobry samochód na warszawskich blachach (sam był ze Śląska i dobitnie powiedział, co sądzi o Warszawie), to właściciele od razu wyskoczą z kilku stówek, nie pytając o nic...

Urlop naciągacze

Skomentuj (26) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 32 (90)

#67953

(PW) ·
| Do ulubionych
Tu na razie jest ściernisko, ale będzie pogorzelisko...

Panowie X i Y są kuzynami. Mówiąc dość oględnie, nie przepadają za sobą. Powodem jest kilka hektarów pola, położonego tuż za płotem pana X.

Pan X uważa, że panu Y absolutnie nie należało się w spadku takie dobro.

Powód? Wcale nie to, że został pominięty, bo również odziedziczył identyczny areał. X uważa, że skoro Y nie może zająć się uprawą spadku, powinien oddać go X (za friko najlepiej).

Y mieszka i pracuje kilkadziesiąt kilometrów dalej. 4 ha pola to żaden dochód, a koszty uprawy przekraczają zyski. Pan Y postanowił więc oddać pole w dzierżawę panu Z.

Pan Z miał szczęście, że zdążył skosić zboże, bo oto nagle, przez dwie noce z rzędu, nieznany sprawca podpalał mu ściernisko*.

Szczęściem pan X czuwał te dwie noce z rzędu za płotem i na czas leciał gasić zarzewie większego pożaru. Wiadomo, potworne upały, wszystko wyschnięte na pieprz, do tego kupa słomy i tuż obok zabudowania pana X. Wszystko mogło pójść z dymkiem w kilkanaście minut.

Pan Z wezwał policję, niech sama szuka podpalacza, bo za domysły nikt nie odpowie.

Zapyta ktoś, gdzie tu piekielność, jeśli domniemany piroman palił słomę i przy okazji narażał swój dom?

Agencja Rozwoju i Modernizacji Rolnictwa zabiera dopłaty rolne za palenie ścierniska. Zabuliłby pan Z, bo to on uprawia pole. Panu Y płaci tylko za dzierżawę**.

*Prawdopodobnie podpalacz czekał na skoszenie zboża, bo niemożliwym byłoby jego ugaszenie bez udziału straży i sprzętu do oborywania pola. A domu jednak mu było szkoda.

**Agencja zabiera 3 % dopłat, a jeśli podpalenie się powtórzy, całość w danym roku. I akurat oni nie szukają prawdziwego winnego. W ubiegłym roku, w sąsiedniej gminie, dopłaty stracił sąsiad tego, który podpalał, mimo że ogień z pola podpalacza sam się przeniósł na pole poszkodowanego.

ściernisko

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 113 (205)

#82850

~Cosomnie ·
| Do ulubionych
Tytułem wstępu: mieszkam w miejscowości nadmorskiej, a że aktualnie mamy sezon, wpis będzie o piekielnych letnikach.

Największym problemem są ludzie załatwiający potrzeby fizjologiczne na naszej posesji. Pełen przekrój: dorośli, dzieci, młodzi, starzy, pijani i trzeźwi. Zostawienie choć na moment otwartej bramy sprawia, że mamy nieproszonych gości. Na prawo od nas bar z łazienką, na lewo również, ale 2 zł to dużo.

Drugą kwestią są śmieci, które notorycznie lądują u nas w ogródku. Niesiesz puszkę, "małpkę", papierki? To wrzuć je do kosza, a nie zostawiaj na plaży czy wyrzucaj komuś pod dom.

No i moje ulubione lampiony szczęścia. Nie wiem, czy ludzie są nieświadomi tego, że to zawsze gdzieś spada i że to nie wypala się do końca. Co roku z pola wyjmujemy dziesiątki takich z pola, kilka razy płonący spadł na podwórku. Od tego naprawdę potrafi spłonąć dom czy całe zbiory. Sytuacja jest patowa, bo nie ma przepisów zabraniających, plakaty informacyjne wywieszane przez gminę niewiele dają, a w przypadku pożaru nie ma winnych.

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 122 (130)

#82689

(PW) ·
| Do ulubionych
O fanatykach religijnych.

Czekając na nadjechanie mojego pociągu, siadłem sobie dzisiaj, razem ze swoją dziewczyną, na ławce w dworcowej poczekalni. Oprócz nas siedział tam jeden młody chłopak.

Po chwili zauważyłem, że na każdej ławce leżała kartka zapisana od góry do dołu tekstem, zawierającym wiele pogrubionych i podkreślonych fragmentów.

Gdy wziąłem jedną z tych kartek, okazało się, że jest to służąca chyba tylko szerzeniu nienawiści litania na temat "dlaczego osoby homoseksualne są dziećmi szatana". Pełna była cytatów z Biblii, mających rzekomo udowadniać, że są oni z natury zdeprawowani i robią to, co robią (w domyśle chyba gwałcą wszystko, co ma płeć zgodną z ich własną), bo są zaślepieni złem, a są zaślepieni złem, bo robią to, co robią.

Większość tych tekstów, co ciekawe, była w stylu "a oczy ich są ślepe na dzieła Pana, bo grzeszą”, czyli można by podpiąć pod cokolwiek, bo tylko 1 fragment wprost mówił, że o "sodomitów" w nim chodzi.

Całość podpisana "chrześcijanie".

Kartkę zgniotłem i wyrzuciłem do kosza, na co przyglądający mi się typek obecny przed nami podszedł do mnie, awanturując się, że "sprzyjam gejostwu, pozwalam na szerzenie się bluźnierstwa i pewnie sam jestem jednym z nich, że tak się boję słów prawdy".

Na jego nieszczęście miałem dziewczynę u boku, więc trzy kolejne osoby, które przyszły po nas nie miały zbyt długiego widowiska, jako że krzykaczowi brakło argumentów.

Jednym z przybyłych był ksiądz.

Wziął pierwszą z brzegu kartkę, przeczytał w milczeniu, zgniótł w kulkę i dał "chrześcijaninowi" ze słowami "a teraz pozbierasz pozostałe i wszystko wyrzucisz".

Kartki o pedofilach w Kościele prawdopodobnie już w druku.

komunikacja_miejska

Skomentuj (33) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 110 (200)

#82772

~wrotkaa ·
| Do ulubionych
W wieku prawie 30-stu lat postanowiłam nauczyć się jeździć na rolkach. Nigdy nie miałam ich na nogach, tak samo jak nigdy nie miałam na nogach łyżew, nart, a na rowerze jeżdżę tylko po równym terenie. Po prostu mocno boję się takich "ekstremalnych" sportów, boję się upadku, uszkodzeń ciała, szybkości - mam tak od dziecka. :) Dlatego zakup rolek był z jednej strony dla mnie wielkim wyjściem poza moją "comfort zone", a z drugiej wielką niewiadomą, bo chociaż byłam zdeterminowana, to nie chciałam inwestować w ten sport zbyt dużo, skoro ryzyko porzucenia po pierwszej próbie było wysokie.

Kupiłam więc najtańszy model dla dorosłych dostępny w popularnej sieci sklepów sportowych. Mój mąż ostatni raz rolki miał na nogach 16 lat temu, też nabył podobną parę na zasadzie towarzystwa i pokazania mi w praktyce, jak jeździć. No i się zaczęły piekielności...

1. Pierwsza lekcja odbyła się na asfaltowej, szerokiej, wiejskiej drodze, którą od czasu do czasu przejedzie jakiś rowerzysta albo przejdzie ktoś "z kijkami". Gibałam się na wszystkie strony, zaliczyłam trzy gleby, ale pod koniec udało mi się przejechać dwa metry bez wpadania w panikę. ;) I kiedy tak na wpół jechałam, na wpół toczyłam się, przejeżdżał rowerzysta, który uraczył mnie troskliwym "Naucz się jeździć, bo aż wstyd!" i popedałował dalej. Drogi panie rowerzysto, właśnie staram się nauczyć jeździć, dziękuję za troskę. ;)

2. Reakcja mojej rodziny. Jakoś specjalnie nie chwaliłam się rolkami, ale temat wyszedł i od razu usłyszałam, że: złamię sobie rękę, złamię sobie nogę, wybiję zęby, dostanę wstrząsu mózgu, umrę. Dzięki wielkie. No i najważniejszy argument - PO CO STAREJ BABIE ROLKI?! Część rodziny zgodnie stwierdziła, że ja i mój mąż mamy za dużo czasu, skoro kupiliśmy sobie rolki i uwaga - może lepiej sobie zróbmy dziecko, a nie na głupoty wydawać kasę i tracić czas. ;)

3. Mój mąż też początkowo okazał się niezbyt dobrym motywatorem. Rolki przymierzył w sklepie, zrobił rundkę po strefie testowej, mimo że lata nie miał ich na nogach, to wyglądał całkiem pewnie. Kupiliśmy rolki, wsiedliśmy do auta i wtedy wpadł w panikę. ;) Dowiedziałam się, że to strasznie niebezpieczne, że te kółka są znacznie szybsze niż te, których używał 16 lat temu, że po dwóch tygodniach może nauczę się stać na rolkach, że jedno z nas na pewno sobie coś złamie. Po tej godzinie byłam mega zestresowana, spocona i tak naładowana adrenaliną, że aż się trzęsłam ze strachu na samą myśl. Na szczęście po próbnej jeździe w domu mąż zmienił swoje nastawienie, ale i tak opieprz za straszenie mnie dostał. ;)

4. Po kilku lekcjach poczułam się pewniej i czasami zdarza się, że wybierzemy się do oddalonego od nas o 5 km miasteczka, gdzie w parku są fajne ścieżki do pojeżdżenia, jest też mały skate park. Oczywiście nie mamy wielkich wymagań od budżetowych rolek, ale jak nie ma ruchu na skate parku, to czasami podjadę kawałeczek (dosłownie kawałeczek) na rampę, żeby ćwiczyć zwroty, hamowanie, radzić sobie z kontrolą przy przyśpieszeniu. Dostałam za to opieprz od Pana Profesjonalnego Rolkarza, który był tak oburzony moimi tanimi rolkami, że specjalnie do mnie podjechał ze słowami "Gdzie k***a z takimi rolkami!?”, a potem starał się mi zrobić wykład o tym, że dobre rolki do rekreacji to minimum 700 złotych. Tylko go wyśmiałam.

Innym razem, kiedy na ławce przy skate parku zakładaliśmy z mężem rolki, przysiadł się jakiś inny rolkarz, zagadał i zapytał, co to za sprzęt. Jak usłyszał, skąd one są, to od razu zaczął nas pouczać, że źle, że nogi wykrzywimy, że kółka pogubimy, że łożyska beznadziejne, że plastik pęka i że KONIECZNIE MUSIMY zainwestować więcej! Odpowiedziałam mu, że chętnie przyjmę od niego pieniądze na nowe rolki, skoro koniecznie już i teraz muszę inwestować w dobry sprzęt po niecałym miesiącu posiadania rolek. Na to rolkarz tylko przybrał dziwny wyraz twarzy i już się do nas nie odzywał, a potem pojechał niepewnym krokiem uczyć się hamowania na parkowej ścieżce - taki ekspert był z niego. :)

I jeszcze poboczna piekielność:
Moja koleżanka, z racji tego, że ja podjęłam naukę jazdy na rolkach, postanowiła sobie kupić wrotki, bo zawsze chciała opanować jazdę na nich. Niestety, ale po trzech razach musiała się ich pozbyć, bo jej facet KATEGORYCZNIE zabronił jej jazdy. Dlaczego? Ciepło było, zarówno ja, jak i koleżanka miałyśmy spodenki, przemieszczałyśmy się powoli po wiejskim asfalcie, jej facet szedł za nami z psem. W pewnym momencie koleżanka straciła równowagę, chociaż doświadczenie w jeździe na rolkach miała, ale nie upadła, tylko podparła się rękami o asfalt i po chwili wróciła do pozycji wyjściowej. W domu facet jej zrobił megaawanturę, bo według niego ona specjalnie wypina tak tyłek, żeby sobie przygruchać jakiegoś kochanka (średnia wieku na naszej wsi to jakieś 60 lat...) i w ogóle zachowuje się jak prostytutka, a to wszystko moja wina, bo kto to widział tak wyginać się w spodenkach...

rolki park skate

Skomentuj (30) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 90 (118)

#82776

~JestemwscieklaIjuzniemoge ·
| Do ulubionych
Kupuję dom, a że jest tam kawałek pola, to musi na to wydać zgodę jakiś tam urząd rolny. Nieważne.

Sprawa zaczęła się w połowie czerwca. Agent nieruchomości nagadał mi, że do 10-15 lipca się wprowadzę. Spakowałam pudła... Czekałam... Nigdzie nie wyjeżdżałam… Rodzina, u której koczuję na kanapie zaczęła mnie już mieć dość... Nic się nie wydarzyło.

Zaczęłam już prosić właściciela domu, czy nie może mi po prostu dać kluczy, a na decyzję wtedy możemy sobie czekać i rok. Coś tam kręcił, że żonę spyta, a to, że rzeczy jeszcze nie zabrał (słownie dwóch rzeczy: stół i lodówka… zabierał je miesiąc). Zawsze miał oddzwonić, jak zapyta żonę lub zabierze rzeczy. Nigdy nie oddzwonił.

Tydzień temu agent nieruchomości powiedział, że już rozmawiał z tym urzędem, za dwa dni zakończą sprawę pozytywnie i za kilka dni dostanę list z potwierdzeniem, a w piątek możemy podpisywać. Super. Poprosiłam, żeby już zaklepał notariusza na piątek, żeby nie było potem, że nie ma terminu. Żaden problem.

Umówiłam kolegę do przeprowadzki na piątek i kogoś z rodziny na sobotę, wszystko dogadane, bardzo zajęci ludzie, ale pomogą. Nastrój pozytywny, bo wreszcie coś rusza i zbliża się finał.

W czwartek nadal nie było listu, agent nie umówił żadnego spotkania, nie odzywał się. Dzwonię do agenta i jestem już nie tak miła, jak przez ostatni miesiąc, bo mam tego serdecznie dosyć. Czy nie może i tak umówić tego spotkania, skoro list może przyjść dziś lub jutro, a i tak wiemy, że mamy zgodę? Nie wie. Czy nie może zapytać właściciela o klucze? Nie wie, może do niego zadzwoni.

Przez ten miesiąc byłam naprawdę zrelaksowana, jak na sytuację, ale no już nie mogę. Rodzina zaczyna wątpić, czy w ogóle ten dom istnieje, wszystkim się muszę tłumaczyć, pudła zajmują cały pokój. Cały lipiec i czerwiec nigdzie nie byłam na wakacjach, bo czekam!

Dzwonię więc sama do tego właściciela, czy może już po prostu dać te klucze, bo co mu szkodzi 3 dni w tę czy w tę. Mogę podjechać. Nie wie. Zapyta żony.

Dzwonię do tego całego urzędu. I co się okazało:

List polecony został wysłany 19.07 czyli 7 dni temu. Polecony! Pan w urzędzie mnie uspokoił, żebym dała im jeszcze parę dni, bo kilka razy już tak mieli, że polecony szedł 1,5 tygodnia. POCZTA POLSKA! Nigdy więcej, jeśli tylko będę miała alternatywę.

poczta nieruchomości

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 37 (101)

Podziel się pozytywnymi historiami na
WSPANIALI.pl

Piekielni