Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

 

#86796

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia o piekielnej dziewczynie, która napędziła strachu wielu osobom (w tym mnie). Pracowałam kiedyś w firmie wystawiającej się na targach branżowych, ale w dziale z tym niezwiązanym. W dziale „targowym” pracowała zaś Monika. Monika była kobietą po trzydziestce, naturalną blondynką, hojnie obdarzoną przez naturę a do tego dziewczyną miłą i pozbawioną asertywności, co często się na niej mściło, przede wszystkim pod postacią flirtujących z nią panów. Monika miała chłopaka/narzeczonego TT, który ją czasem z pracy odbierał, więc wszyscy go mniej więcej kojarzyliśmy.

Ze względu na zawirowania personalne w firmie na jedne targi musiałam pojechać razem z Moniką. Pojechałyśmy moim samochodem, osobno jechali koledzy z banerami i resztą wyposażenia stoiska. Podczas podróży Monika była bardzo rozmowna, opowiadała o TT, jak to on ją kontroluje, jaki jest przewrażliwiony, z nikim nie pozwala jej się spotykać, odbiera ją z pracy, by po drodze z nikim się nie spotkała itd. Słuchałam cierpliwie, nie żebym była psychologiem, poradziłam jej żeby przemyślała, czy chce być z takim facetem, skoro jej źle. Podczas targów Monika chętnie przyjmowała wszelkie zaproszenia na kawę od przedstawicieli innych firm, ogólnie na naszym stoisku rzadko ją widywałam. Nocą także udała się na miasto, w towarzystwie zapoznanych podczas targów panów. Nic mi do tego, ale zaczęłam rozumieć obiekcje TT.

Gdy wracałyśmy do domu, Monika uprosiła, wręcz wybłagała, żebym ją podwiozła do jej domu. Nie mieszkała z TT, ale bała się awantury z jego strony z powodu późniejszej godziny powrotu. Zgodziłam się, bo było już ciemno i nie chciałam, żeby coś się Monice przytrafiło. Wysadziłam ją pod domem, pomachałam do TT i wróciłam do siebie.

Kilka dni później Monika pojawiła się w pracy w mocnym makijażu i dużych, ciemnych okularach. Powiedziała, że podjęła decyzję o rozstaniu, czego TT dobrze nie przyjął. Skończyło się na szamotaninie, czego skutkiem były ślady na twarzy Moniki. Wyglądało to na uderzenie i podrapanie. Poradziliśmy jej trzymać się od TT z daleka, zgłosić napaść na policję i tyle. Niedługo potem zmieniłam pracę, Moniki więcej nie widziałam. Ot, biurowa znajomość.

Dwa lata później otrzymałam wezwanie na policję. Żadnego wyjaśnienia, w jakiej sprawie, tylko termin: mam się zgłosić i koniec. Przez telefon także niczego się nie dowiedziałam. Zrobiłam rachunek sumienia za dziesięć lat wstecz, sprawdziłam lokalizację owego posterunku i co widzę? Obok stoi szpital, w którym niedawno leczyłam pięcioletniego syna. Syn trafił do szpitala dwa razy w ciągu tygodnia z kontuzjami (raz to było zwichnięcie łokcia, raz skręcona kostka). Dziecko nad wyraz żywe, kontuzje na placu zabaw się zdarzają. Pierwsza myśl: szpital zgłosił na policję maltretowanie dziecka.

Wzięłam wolny dzień w pracy (posterunek policji był dosyć daleko od mojego miejsca zamieszkania), zabrałam dokumentację medyczną i z duszą na ramieniu pojechałam na posterunek. Na miejscu kraty, przydzielenie mi osoby towarzyszącej, czułam się jak morderca. Usiadłam za biurkiem gotowa tłumaczyć się z każdego zadrapania na ciele dziecka i wywiązał się następujący dialog.

Policjant (P): Czy zna pani Monikę X?
Ja (po dłuższej chwili potrzebnej na odnalezienie w pamięci biurowej znajomości): Pracowałyśmy razem dwa lata temu. A co się stało?
P: Monika X złożyła zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa przez jej męża. Chodzi o pobicie, znęcanie się, maltretowanie, przemoc fizyczną i psychiczną. Co pani wie w tej sprawie?
Ja: W sumie to nic nie wiem. Nie wiedziałam, że Monika wyszła za mąż.

Nastała dłuższa chwila ciszy. Policjant patrzy na mnie, ja na niego. Pomyślałam, że Monika wyszła za mąż za TT i prosi, bym opowiedziała o okolicznościach ich rozstania. Chociaż wiem, że moje słowa nie miały znaczenia, bo świadkiem napaści nie byłam a jedynie widziałam poszkodowaną Monikę, postanowiłam podzielić się tą historią z policjantem.

Opowiedziałam historię, policjant spisał, dał mi do podpisu. A tam… inne dane męża Moniki. Nie był to TT a zupełnie inny facet. Patrzę na ten protokół, patrzę na policjanta i zaczynam się nieporadnie tłumaczyć, że ja myślałam o kimś innym. Fakt, że policjant ani razu nie podał żadnych danych owego męża. Policjant skonsternowany, wykreślił wszystkie moje zeznania. Wpisał, że nic nie wiem, nie widziałam Moniki od dwóch lat, jej męża nigdy nie widziałam. I to podpisałam.

Po wszystkim policjant powiedział, że jestem już dwudziestą osobą, którą przesłuchują w tej sprawie i żaden ze świadków niczego nie wie. Wyszło na to, że Monika podała jako świadków ponad setkę osób. Przepisała swoją książkę adresową czy co? Przez takie Moniki policja nie zajmuje się ważniejszymi sprawami, ja straciłam dzień i przeżyłam spory stres. Lokalizacja posterunku oczywiście wynikała z miejsca zamieszkania Moniki. Pytanie: co Monika chciała osiągnąć?

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 86 (98)

#86778

~zdradzona ·
| Do ulubionych
Będzie o solidarności jajników.

Kilka lat temu rozstałam się z narzeczonym. Zdradził mnie, przyznał się, prosił o wybaczenie, ale nie byłam w stanie dać mu drugiej szansy, chociażby ze względu na to, że nie był to jednorazowy skok w bok, a romans, który skończył się, gdy kochanka dowiedziała się, że nic nie wiem, o tym, że się rozstaliśmy.

Kilka miesięcy później z moim byłym związała się moja przyjaciółka. Byłam w szoku, bo po naszym rozstaniu jechała na niego bardziej niż było to konieczne. Zapytałam jej czy nie pamięta, że facet mnie zdradził i bardzo skrzywdził. Powiedziała, że owszem, pamięta, ale gdy z nim pogadała to zrozumiała, że była to moja wina, bo go zaniedbywałam. Były rok później zaczął się znowu do mnie łasić, deklarując miłość po grób, wysłałam screeny tych rozmów wtedy już byłej przyjaciółce, sądząc, że przejrzy na oczy. Odpisała, że to to również moja wina, bo po rozstaniu nie powiedziałam mu, że już go nie kocham, a tym samym dałam nadzieję na powrót. Od tamtej pory nie wiem, co się u nich dzieje i lepiej mi z tym.

przyjaźnie i związki

Skomentuj (28) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 93 (117)

#86709

(PW) ·
| Do ulubionych
ZUS - temat rzeka. Szczególnie w obecnym okresie.
Narzeczony miał niewielki dług w ZUSie z racji nieopłacania składek w terminie (lub wcale), wraz z odsetkami. W między czasie przeszedł na etat, zawiesił działalność. Wierzytelność była rozłożona na raty, płacił w terminie, dłuższy czas nic się nie działo. Przyszła epidemia, stracił pracę i wystosował pismo do ZUS z prośbą o utrzymanie umowy ratalnej i odroczenie spłaty o 3 miesiące - miało to miejsce pod koniec marca. Po tygodniu odpowiedź odmowna - covid niczego nie usprawiedliwia, umowa zerwana. Ok, mówi się trudno - udało mu się znaleźć inną pracę, naruszyliśmy więc oszczędności i poszła spłata reszty zadłużenia (z myślą rychłego uzupełnienia braków na koncie). Wraz z potwierdzeniem przelewu wysłał również podanie o rozliczenie konta i oświadczenie o spłacie długu wraz z odsetkami w kwocie podanej przez ZUS w pierwszym piśmie. Było to w połowie kwietnia. I cisza. Cisza aż do początku czerwca, kiedy to otrzymał pismo (z data 01.06.20) przychylające się do jego prośby o utrzymanie umowy i odroczenie spłaty. Pojawiło się u nas lekkie wtf - przelew na złe konto, pismo zaginęło (mimo wysłania z opcja śledzenie) czy jaki inny czort. Temat został jednak chwilowo odroczony, z racji różnych zawirowań i braku czasu. Wczoraj przyszło kolejne pismo - konto zostało rozliczone a nadwyżka (!) będzie zwrócona na konto.
Niby jedna instytucja, a jak wiele sprzecznych stanowisk.

ZUS

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 53 (65)

#86705

~NieStraszMnie ·
| Do ulubionych
Nieświadomie piekielne i niebezpieczne zachowanie pasażerów w samochodzie - straszenie kierowcy. Przoduje w tym moja kobieta. Prawie udało mi się ją tego oduczyć, ale ostatnio znowu to się stało, więc postanowiłem opisać, także ku przestrodze.

Jadę z kobietą, akurat wracamy z urlopu, wjeżdżam na skrzyżowanie, a ona nagle w krzyk:
- AAAAAAAAAA!!!

Ja w ułamku sekundy milion myśli:

Co jest? Zaraz ktoś nas walnie z boku, bo go nie widziałem? Niemożliwe, patrzyłem.

Zaraz się zderzymy czołowo z tirem? Nie, przecież widzę.

Pieszy wbiegł na jezdnię? Nie.

Na chodniku ktoś celuje do nas z wyrzutni rakiet i zaraz strzeli? Nie.

Na środku skrzyżowania jest dziura jak w "Wojnie światów", ja jej nie widzę i zaraz w nią wpadniemy albo coś z niej wyskoczy? Tym bardziej nie.

Przez te ułamki sekund rozglądam się dookoła i czekam na uderzenie, którego zapowiedzią był ten wrzask. No bo co może spowodować taką reakcję pasażera, jeśli nie zbliżające się niebezpieczeństwo? Po upewnieniu się, że jest bezpiecznie (co też trwa ułamki sekund, bo bez tego nie wjechałbym na skrzyżowanie) pytam co się stało i słyszę:
- Zapomniałam kubek spakować.

Wcześniej zdarzało się tak częściej. Reakcje typu ŁIIIIIIII, AAAAAAAA, ŁAAAAAAAAAA, itd. wywoływane przez tak banalne rzeczy jak dostanie jakiegoś smsa, zobaczenie czegoś na ulicy, przeczytanie jakiegoś billboardu, zobaczenie fajnego samochodu, czy coś podobnego. Spoko, różnie ludzie reagują na różne rzeczy, ale straszenie kierowcy podczas jazdy to proszenie się o wypadek. Z ciekawości, to jeździł ktoś z was z kimś takim?

ruch drogowy pasażer

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 85 (101)

#86786

(PW) ·
| Do ulubionych
O pracownikach canal+.

Mam jedną umowę na tv satelitarną od Canal+. Z racji posiadania dwóch telewizorów, zdecydowałam się na zakup usługi multiroom. Dzwoniąc na infolinię, nie raz i nie dwa, pytając o koszty całej imprezy, każdy konsultant mi powtarzał, że opłata aktywacyjna za dekoder wyniesie 49 zł, i będzie doliczone 15 zł do rachunku za abonament i dzierżawę dekodera. Upewnialam się czy na pewno, na stronie nic nie ma napisanego, o kosztach dowiadywalam się z for internetowych, aczkolwiek też nie wszystko, bo strona odsyłała albo do punktu, albo na infolinię. Kiedy już miałam komplet informacji, zapakowałam dekoder w plecak i udałam się do punktu w celu podpisania umowy. Pani przedstawiła mi te same informacje co na infolinii, pytając czy wiem o opłacie aktywacyjnej w kwocie 49 zł, i doliczeniu 15 zł do rachunku. Tak, wiem, na infolinii mnie o tym poinformowano. Okazało się że dekoder niepotrzebnie brałam, bo jego wymiana nie będzie konieczna, więc Pani drukuje aneks. I pierwszy zgrzyt, gdyż opłatę miałam uiścić na miejscu, a wcześniej była mowa o tym, że będzie ona doliczone do rachunku.

Cóż, jestem przygotowana, nie ma sprawy, chociaż dobrze by było wcześniej o tym informować. Drugi zgrzyt, który doprowadził do awantury, kiedy Pani poinformowała mnie że całkowita kwota do zapłaty na już, to 148 zł. Ale dlaczego? No jak to, przecież 99 zł to opłata za aktywację usługi multiroom.
Kiedy powiedziałam że w takim razie rezygnuje, bo nikt mnie on tym nie poinformował, nawet Pani nie zająknęła się o tej drugiej opłacie, zaczęło się. Pani stwierdziła że ona tego cofnąć nie może, bo to jest już w systemie, a ja przecież mowilam że znam wszystkie koszty. Tak, wiedziałam o opłacie aktywacyjnej za dekoder, nikt mi nie wspominał o tej drugiej opłacie. Pani przestała być miła, a zaczęła być coraz bardziej chamska.
-P: Ale co Pani myśli, że ja za Panią zapłacę? Ja mam dzieci na utrzymaniu.
-J: proszę Pani, nie wymagam od Pani żeby Pani za mnie płaciła, tylko mówię że rezygnuje, bo nie jestem przygotowana na zapłacenie 150 zł.
-P: przecież mówiła Pani że zna koszty.
-J: tak, mówiłam że infolinia poinformowała mnie o jednej opłacie, z resztą o tej samej o której powiedziała mi Pani. Pani mówiąc o dodatkowych kosztach nie wspomniała o 99 zł, które trzeba zapłacić.

Generalnie rozmowa toczyła się w tym tonie jeszcze przez 5 minut. Pani uparcie twierdziła że nie może nic z tym.zrobic a ja muszę zapłacić. Nie, nie muszę. Niech Pani gdzieś dzwoni pisze ja sprzętu nie biorę i rezygnuje.
Wielce obrażona zadzwoniła chyba na infolinię, gdzie poinstruowano o tym, aby spisać oświadczenie i oni tego nie wprowadza.

I wiecie, tu nie chodzi o te 99 zł. Ale o fakt, że po to dzwoniłam wielokrotnie żeby się wszystkiego dowiedzieć, a nie robić z siebie debila. Dla mnie to wygląda tak, że nie powiemy klientowi całej prawdy, ale jak już podpisze umowę, to powiemy że nic się nie da z tym zrobić i jeleń będzie musiał zapłacić. Do tego doszło tak aroganckie zachowanie tej kobiety, że mało mnie nie rozerwalo z nerwów. Miała do mnie pretensje, że pracownicy infolinii błędnie mnie poinformowali. No tak, bo ja jako klient mam wszystko wiedzieć. No nie, wiem tyle, ile mi powiedzą pracownicy.
Kiedy powiedziałam że złożę na nią skargę, odparła żeby składała bo ona 2 tygodnie temu pochowala mamę. Bardzo mi przykro, ale jak nie jest w stanie normalnie funkcjonować w pracy niech weźmie urlop. Bo ja, gdybym tak potraktowała klienta u siebie w pracy, to teraz grzałabym krzesełko w pośredniaku.

A najlepsze jest to, że jak dzwoniłam do innego punktu sprzedaży, sytuacja była identyczna. Mowa o koszcie dekodera, ale o aktywacji multiroom ani słowa.
No robię ludzi w uja, jak nic.

Canal+

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 100 (112)

#86751

~Sfrustrowanaa ·
| Do ulubionych
Jestem sfrustrowana szukaniem pracy. Niedawno była tutaj podobna historia, więc trochę się powtórzę, ale po prostu męczy mnie obecna sytuacja, w której się znalazłam i moje życie ostatnio to sama piekielność.
Jestem na ostatnim roku studiów magisterskich. Niedługo obrona. Od prawie czterech lat pracowałam w jednej firmie - póki byłam jeszcze na licencjacie to na pół etatu, na studia magisterskie poszłam zaocznie, by pracować na cały. Używam tutaj sformułowania "etat" w sensie potocznym, bo de facto byłam na umowie zlecenie o praktyki studenckie, więc miałam elastyczne godziny i mogłam pracować "ile chciałam", ale pracowałam zwykle te 8h dziennie, czasem nawet dłużej. Tak więc doświadczenie zawodowe mam, nie robiłam jak wiele osób na studiach, że nigdzie nie pracowałam i potem zdziwienie, że firmy chcą pracowników z doświadczeniem, a ja go nie mam.

Miałam praktycznie obiecane, że po obronie dostanę umowę o pracę. Odkąd zaczęłam ostatni rok miałam to powtarzane. Dlatego skupiałam się głównie na rozwoju tych umiejętności, które były mi potrzebne w danej firmie. Niestety moje studia magisterskie okazały się żartem i niewiele mnie nauczyły. Nawet sami wykładowcy często powtarzali, że te studia są tylko dla papierka. Przedmiotów praktycznych mieliśmy bardzo mało, a część z nich była prowadzona na odwal się. Oczywiście wiadomo, że na studiach zaocznych więcej trzeba zrobić samemu, w domu, ale zdarzały się przedmioty, gdzie jedyną rolą "prowadzącego" było kazanie nam przygotować jakąś pracę zaliczeniową czy sprawozdanie w domu, bez ŻADNEGO wytłumaczenia czy pokazania jak np. używać dany program, musieliśmy to ogarnąć sami z tutoriali w Internecie. Zdarzył się nawet przedmiot, jeszcze na pierwszym roku, gdzie nie robiliśmy nic, tzn "zajęcia" polegały na small talku z prowadzącym np. o tym, że jego dziecko chce mieć hulajnogę. Gościu stwierdził, że to, co miał nas nauczyć i tak powinniśmy umieć po licencjacie i na koniec wstawił wszystkim 5. Denerwowało mnie, że tak mało wynoszę ze studiów, ale skoro pracowałam i tam się czegoś uczyłam to miałam nadzieję, że będzie dobrze tak czy siak.

No i oczywiście nie jest, bo jakby było, to bym tu nie pisała. W marcu nadszedł koronawirus. Na początku było ok, przeszliśmy na pracę zdalną, co było bardzo wygodne i myślałam o tym, jakie mam szczęście, że mam tę pracę i nie skończę jak inni, którzy ją potracili. Aż tu na koniec marca szef mnie poinformował, że z powodu cięcia kosztów wszyscy praktykanci w naszym (i paru innych) dziale mają mieć rozwiązane umowy. Tak po prostu, po tych wszystkich latach i po wszystkich obietnicach.

Byłam w szoku, ale praktycznie natychmiast po dowiedzeniu się o tym postanowiłam działać. Przygotowałam sobie CV, profil na LinkedIn i paru stronach do szukania pracy i zaczęłam poszukiwania nowej. Na początku starałam się wybierać głównie takie oferty, które najbardziej przypominały to, co robiłam w poprzedniej pracy. Czasem w formularzach było pytanie o oczekiwania finansowe, dawałam mniej-więcej takie, jakie miałam wcześniej.

Odzewu brak. Oferty wisiały dalej, a ja nie miałam żadnej odpowiedzi, ani pozytywnej, ani chociaż negatywnej, żebym wiedziała na czym stoi. Chłopak mi mówił, że może najpierw są zbierane jakieś bazy jak największej ilości kandydatów i żebym cierpliwie czekała.

Po miesiącu bez pracy, gdy nie miałam za co zapłacić rachunków i musiałam pożyczyć od chłopaka, zaczęłam trochę rozszerzać ilość firm do których aplikowałam. Już nie skupiałam się tylko na stanowisku podobnym do poprzedniego, ale szukałam szerzej. Na wszelki wypadek zaczęłam wpisywać też niższą oczekiwaną kwotę pieniężną. Dalej nic.

Aplikowałam dalej i dalej, jeszcze bardziej obniżyłam oczekiwania finansowe. W tym miesiącu w końcu ruszyło. Miałam trzy wstępne rozmowy. Na jednej odpadłam od razu. Po sprawdzeniu mojego angielskiego pani rekruterka powiedziała, że mówię za mało płynnie, oni potrzebują kogoś zaawansowanego do kontaktu z zagranicznym klientem. Co tam że w CV zaznaczyłam, że angielski mam tylko średnio zaawansowany.

Dwie pozostałe rozmowy poszły - wydawało mi się - nieźle. Zostałam poinformowana, że w ciągu tygodnia dostanę informację czy przeszłam do drugiego etapu czy nie. W obu firmach zapewniano mnie, że nawet jeśli nie przeszłam to dostanę odpowiedź. Nie dostałam, a od obu rozmów minęło już ponad 2 tygodnie.

Większość ofert na które aplikowałam wisi sobie dalej. Nawet te, na które wysyłałam CV już w kwietniu. Czyli od kwietnia nikogo nie znaleźli, ale do mnie się nie odezwali? Miłe uczucie... Człowiek się zastanawia co jest nie tak, skoro spełnia wszystkie wymagania, podane w ofercie, a nie otrzymuje nawet takiego zaproszenia na wstępną rozmowę. To skąd ma wiedzieć co ma poprawić?

Nie wiem co dalej robić. Myślałam o pójściu na jakieś kursy doszkalające, ale bez pensji mnie na nie nie stać, a już i tak się zadłużyłam. Podjąć pracy np. na kasie w markecie nie chcę, ponieważ leczę się na lęki społeczne i chociaż aktualnie jest całkiem dobrze to prawdopodobnie stres spowodowany obsługą dużej ilości nieznajomych jednego dnia wpłynąłby negatywnie na moją psychikę, a także na pracę (prawdopodobnie popełniałabym dużo błędów). Zastanawiam się nad pracą na jakimś magazynie. Siostra tak sobie dorabia, mówi, że fizycznie ciężko, ale psychicznie spokój. A ja potrzebuję psychicznego spokoju, bo obecnie chodzę ciągle znerwicowana i ciągle tylko myślę o pracy i pieniądzach.

Tylko szkoda, że po pięciu latach studiów i prawie czterech latach pracy w zawodzie będę prawdopodobnie zmuszona robić coś zupełnie innego, niż to, do czego się wyuczałam...

Łódź

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 46 (58)

#86752

~chory ·
| Do ulubionych
Korona, korona.
W ramach choroby muszę przyjmować zastrzyki podskórne co 2 tygodnie. Z pewnych względów nie mogę ich też wykonać samemu.
I o ile byłem w mieście rodzinnym, gdzie mam swojego lekarza od 15 lat - o tyle nie było problemu.
Problem zaczął się jak wróciłem na studia po izolacji. Nikt się nie chce podjąć wykonania. Dlaczego? Bo korona. Bo przyjmujemy tylko naszych pacjentów. Na pytanie czy można się zapisać do przychodni - nie. Dlaczego? Bo korona.
W innej przychodni zastrzyki wykonuje się tylko na zlecenie lekarza który pracuje w jednostce. Prośby od lekarza specjalisty ze szpitala nie przyjmą. A do lekarza w przychodni się nie dostaniesz - bo korona i tylko teleporady.

Siedzę i obdzwaniam kolejne przychodnie czując się jak pacjent drugiej kategorii. Mieszkam w województwie które nie zostało mocno dotknięte zachorowaniami. Ale jest korona - więc lecz się sam człowieku albo zdychaj pod płotem.

słuzba_zdrowia

Skomentuj (3) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 79 (87)

#54795

(PW) ·
| Do ulubionych
Sekretarka na zwolnieniu lekarskim, ktoś telefony w firmie odbierać jednak musi. Szef nie bardzo kwapił się, by ogarnąć kogoś na zastępstwo, umówiliśmy się więc, że każdego dnia funkcja ta przypadnie komuś innemu.

- Haloooo- wyrzuciłam z siebie po raz setny w ciągu trzech godzin, jednocześnie przeglądając wymagania przesłane przez jednego z klientów.
- Zastrzeżenia mam co do faktury - burknięcie pierwszej klasy, bez żadnych wstępnych głupot w stylu "dzień dobry, moje nazwisko....". - Przekręty jakieś!

Uwielbiam takich. Można spokojnie zadzwonić, przedstawić swoje wątpliwości, spróbować wyjaśnić? Nie. Od razu trzeba z mordą.

- Z szefem chcę rozmawiać. Natychmiast - do tego jeszcze baczność i prezentuj broń. Byłby komplet idealny.
- Niestety, szef jest w tej chwili nieobecny, proszę podać mi swoje nazwisko i numer faktury, co do której ma pan jakieś wątpliwości. Spróbujemy rozwiązać ten problem.
Podał, z oporami i docinkami, ale jednak.
- Poproszę o chwilę cierpliwości, muszę poszukać tych dokumentów - "w burdelu Hanki" dodałam do siebie w myślach i wyciszyłam mikrofon. Zaczęłam szybko przerzucać powpinane do wielkiego segregatora kartki, ciągle trzymając słuchawkę ramieniem.

- Synek, k*rwa, nie drzyj mi się! Nie dość, że rozmawiam z jakąś babą, nieogarniętą pipą, jeszcze Ty musisz mnie wk*rwiać?!

Dziękuję za komplement. Jest mi przemiło.

praca

Skomentuj (1) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 102 (118)

#86763

(PW) ·
| Do ulubionych
Piekielność może niewielka, ale powtarzająca się każdego dnia.

Biblioteki już niemal 2 miesiące temu otworzyły się dla czytelników. Jednak, jak we wszystkich miejscach publicznych, pojawiły się nowe zasady, między innymi przerwy na dezynfekcję w ustalonych godzinach. W tym czasie zamykamy drzwi, ponieważ serwis sprzątający jest co kilka dni i same dezynfekujemy klatkę schodową, poręcze itd.

Oczywiście kartki z informacją o przerwach i ich godzinach rozmieściłyśmy wszędzie. Na drzwiach, które zamykamy, również (na wysokości wzroku, czerwone dla lepszego efektu).
Drzwi, które zamykamy w tym czasie są stare, ciężkie i okratowane - blokujemy je kłódką, bo nie mają zamka na klucz. I nie ma dnia, żeby ktoś nie próbował na siłę wejść w godzinach dezynfekcji. Dzień w dzień słyszymy łomot nieszczęsnych drzwi (zablokowane kłódką nie są nieruchome) - i niektórym nie wystarczy pchnięcie, żeby sprawdzić. Szarpią przez dłuższą chwilę, zanim odpuszczą. Najpierw myślałyśmy, że tak będzie przez pierwszy tydzień, ludzie muszą się przyzwyczaić... Nic z tego. Od dwóch miesięcy po klatce schodowej niesie się huk, jakby wejście próbowała sforsować brygada antyterrorystów.

Czerwona kartka z informacją o godzinach przerw na dezynfekcję znajduje się na rzeczonych drzwiach, oprócz tego pojawiła się druga, z prośbą, żeby nie szarpać drzwi, jeśli są zamknięte.

A wydawałoby się, że ludzie, przychodzący do biblioteki potrafią czytać...

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 88 (102)

#86758

~kotekBonifacy ·
| Do ulubionych
O tym, jak pewna klasa X uczyła się biologii w drugim półroczu roku szkolnego 2019 - 2020.

Jest styczeń 2020 roku. Pierwsze półrocze dobiega końca, nauczyciele wystawiają ostatnie oceny. Pani Biolog zapowiada klasie X sprawdzian. Klasa X przytomnie zauważa, iż jest fizycznie niemożliwym, aby Pani Biolog zdążyła ocenić sprawdziany przed końcem pierwszego półrocza. W związku z powyższym, Pani Biolog ma zamiar wpisać oceny "na drugie półrocze". Klasa X pisze sprawdzian.

Marzec 2020 roku. Zapada decyzja o tymczasowym zamknięciu szkół. Sprawdziany klasy X nadal nieocenione. Nikt z klasy X nie ma żadnej oceny z biologii "na drugi semestr".

Od marca do maja 2020 Pani Biolog nie daje znaku życia. Zero kontaktu przez dziennik elektroniczny, którego cała szkoła (również Pani Biolog) używa od czasów przed pandemią. Zero wskazania jakiejkolwiek innej formy kontaktu - facebooka/SMSów/e-maili/gołębi pocztowych.

Wiem, co powiecie - "osoba starej daty, nie umie obsługiwać aplikacji". Po pierwsze, pozostali nauczyciele (równie "starej daty") jakoś prowadzą e-lekcje, przesyłają materiały. Też musieli się tego nauczyć. Tak trudno poprosić ich o pomoc? Zadzwonić i poprosić o wytłumaczenie krok po kroku? Pani Biolog nie była jakoś specjalnie nielubiana w gronie pedagogicznym. Po drugie pragnę zauważyć, że nikt nie przyjmuje wytłumaczenia "nie umiem obsługiwać aplikacji", gdy pada ono ze strony ucznia. Skąd to dziwne założenie, że uczeń, w przeciwieństwie do nauczyciela, nie potrzebuje nauki? I czy szkolnictwo nie powinno przypadkiem wychodzić z całkowicie przeciwnego założenia?

Maj 2020 roku. Pani Biolog "się budzi" i postanawia zorganizować lekcje online. Pierwsza próba nieudana, ponieważ zamiast podać uczniom wygenerowane hasło dostępu, Pani Biolog wymyśliła własne. (Hasła generowane przez system to bezsensowy ciąg liter i liczb. Hasło Pani Biolog to "klasaXbiologia".) Na uwagi, że hasło nie działa, oraz prośby o wysłanie właściwego - zero odzewu. Trzy następne lekcje udaje się zorganizować.

Uczniowie pytają, co że styczniowym sprawdzianem. Pani Biolog wykręca się od odpowiedzi.

Pani Biolog zadaje kartę pracy do samodzielnego zrobienia i odesłania. Uczniowie kartę robią i odsyłają. Pani Biolog ocenia kartę pracy dwa razy (wpisuje każdej osobie dwie identyczne oceny).

Czerwiec 2020 roku. Sukces! Pani Biolog oceniła sprawdziany!

I cyk, jest z czego wystawić oceny.

Pani Biolog ponownie przestaje dawać znaki życia - zero e-lekcji, zero odzewu na prośby o możliwość poprawy sprawdzianu.

Nic. Cisza.

Szkoła

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 74 (80)

Podziel się najśmieszniejszymi historiami na
ANONIMOWE.PL

Piekielni