Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

 

#84445

(PW) ·
| Do ulubionych
Trafiliśmy ostatnio w pracy na ciekawego inwestora. Zbudował on dom o powierzchni około 400 m^2 i zatrudnił nas do położenia instalacji elektrycznej w tym też nagłośnienia, które miało być dosłownie wszędzie. Łącznie położyliśmy niemal kilometr kabli głośnikowych, gdzie najdłuższe odcinki zawędrowały na taras.

Ostatnio przyjeżdżając na budowę zauważyliśmy, że ktoś poucinał kable znajdujące się na tarasie, jednak osoba ta nie ukradła wszystkich X metrów znajdujących się na zewnątrz, tylko z każdego odcinka po około 1-2 metry. Połowę udało się zrobić bez konieczności ponownego układania kabli, a drugą połowę trzeba było zaczynać od nowa.

Nie wiem czy ktoś zrobił to na złość czy zwyczajnie potrzebował kabla, więc ukradł. Dla nas to dodatkowa robota i metry materiału, którego nie wykorzystamy w najbliższym czasie, bo temat nagłośnienia był już zamknięty, a wystarczyło przyjść i się zapytać, byśmy oddali takie krótkie odcinki za darmo jak ktoś potrzebował, my tego i tak nie wykorzystamy, a składować nie ma sensu. Więc jak nikt nie zabierze, to lądują do śmieci.

praca

Skomentuj (3) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 91 (99)

#84444

(PW) ·
| Do ulubionych
Bardzo często zdarza mi się parkować w dość specyficznym miejscu - wąska uliczka z miejscami parkingowymi po obu stronach, odcinek między skrzyżowaniem a wyjazdem z osiedla, jakieś 50 m. Dlaczego właśnie tam? Bo za wyjazdem z osiedla stoi znak informujący, że ulica jest jednokierunkowa w kierunku przeciwnym od wspomnianego skrzyżowania (natomiast przy wylocie na skrzyżowanie, przy przejściu dla pieszych, znaki są ustawione w obie strony, co w dość oczywisty sposób powinno wskazywać, że ten krótki odcinek ma dwa kierunki).

Tak więc stając za znakiem, nie miałabym dowolności wyjazdu - aż do wylotu uliczki nie ma żadnej możliwości skrętu, jedynie wjazdy na posesje. Ze względu na swoją lokalizację, ulica ta często się korkuje i zdarza się, że na tym jednokierunkowym odcinku, który normalnie przejeżdża się w 2-3 min, stoi się - dosłownie stoi - i godzinę.

Problem leży w tym, że ludzie, którzy przeszli kurs, zdali egzamin na prawo jazdy i siadają za kierownicę, nie znają się na znakach.

Normalnie wyjechać udaje mi się może raz na kilka dni. W pozostałe muszę mierzyć się z ludźmi, którym wydaje się, że jak ulica jest jednokierunkowa na jakimś fragmencie, to jest taka cała. Nie zliczę, ile razy musiałam się wykłócać, ile razy byłam przyblokowana (na tym odcinku jest dość wąsko, ale zawsze przed wyjazdem staję tak, żeby najpierw przepuścić samochody jadące w drugą stronę, które już w uliczkę wjechały - po drodze jest wjazd na parking pewnego urzędu, dzięki któremu samochody mogą się swobodnie wyminąć), bo uliczni szeryfowie musieli mi dać nauczkę, ile razy zostałam zwyzywana, jak często dowiaduję się, że nie umiem jeździć.

Raz, dosłownie RAZ, zdarzyło mi się, że kobieta, której wydawało się, że jadę pod prąd, po wskazaniu na odpowiednie znaki z uśmiechem przeprosiła i przyznała mi rację. Czasem zdarza się, że rację przyznają, ale z wielką urazą. Zazwyczaj nawet mimo wskazania na znaki, dalej obstają przy swoim. I nie zdarza się to tylko mnie, wiele razy byłam świadkiem, jak inni kierowcy wyjeżdżający w ten sposób byli wyzywani, zwykle staram się stanąć w ich obronie, ale powoli przestaje mi się chcieć mierzyć z tą indolencją intelektualną, brakiem pokory, chamstwem i zadufaniem...

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 38 (50)

#84438

~Vanilla ·
| Do ulubionych
Należę do osób raczej skrytych, zamkniętych w sobie i długo mi zajmuje przekonanie się do kogoś. Za to kiedy już zbliżę się, jestem gotowa wiele poświęcić w imię tej znajomości. Niestety, przez to często daję się wykorzystywać, a zdaję sobie sprawę z tego dopiero wtedy, gdy całkowicie tracę kontakt z moimi byłymi znajomymi.

Co ważne dla tej historii - moi rodzice dość dobrze zarabiają. Nie są może milionerami, ale standard życia mamy dość wysoki. Na tyle, by pozwolić sobie na ładne mieszkanie, wakacje za granicą, a ja nigdy nie miałam problemów z pieniędzmi na imprezę, czy kino. Co finalnie też wychodziło na moją niekorzyść.
Kilka historii z ludźmi, którzy przewinęli się przez moje życie i byli mi bardzo bliscy.

1. Imprezy.
Czy to halloween, czy sylwester, czy po prostu jakieś spotkanie towarzyskie, zawsze u mnie. Nie przeszkadzało mi to, rodzice się zgadzali. Kupowałam jedzenie i picie. W 90% przypadkach, moi goście nie przynosili nic, a potem narzekali, że kupiłam za mało. Przychodzili na gotowe, bawili się, a nad ranem nie chcieli nawet pomóc przy sprzątaniu. Jak sugerowałam, że mogliby, nagle wszyscy bardzo się spieszyli na autobus. Czasami udawało mi się poprosić ich o wyniesienie śmieci.
Całość sprzątałam sama.

Kilka razy spotkałam się z tym, że któryś z moich znajomych po prostu chciał urządzić w moim domu swoją imprezę. Nie mówił tego wprost, ale intencja była dość jasna. Najpierw pytał czy może robię imprezę z okazji x, a jeżeli mówiłam, że mogę, to nagle pytał, czy może przyprowadzić grupkę swoich kolegów, których być może kiedyś tam widziałam. Nie jedną osobę, czy nawet dwie. Pięć, albo sześć. Kiedy odmawiałam, następowała obraza i sam znajomy też nie przychodził. Jestem pewna, że gdybym się zgodziła, znajomi znajomego nie kwapiliby się do kupienia jedzenia, czy posprzątania po imprezie.

Raz przed imprezą napisałam na stronie wydarzenia, że jeżeli chcą zamówić pizzę, to niech przyniosą gotówkę, żeby było wygodniej się rozliczać. Jeden znajomy, który nawet nie planował przyjść, był oburzony, że oczekuję, że na imprezie sami będą musieli kupować sobie jedzenie, bo od tego jest gospodarz.
Jakoś nie było mi szkoda, że nie przyszedł.

Za alkoholem raczej nie przepadam. Czasami piję, gdy ktoś mnie poczęstuję, ale sama raczej nieczęsto kupuję cokolwiek. Na jednej imprezie, jakoś zaraz po 18, kupiłam kilka piw kierując się opiniami znajomych. Większość zostało, więc cała impreza zabrała je sobie do domu. Nawet nie zapytali, po prostu zaczęli pakować je do toreb. Było to o tyle niefajne, że kupowałam to za pieniądze rodziców, a nie swoje, więc oni mogli to wypić.

2. Wakacje.
Mam to szczęście, że moja rodzina ma niewielki domek w górach, gdzie co roku jeżdżę na wakacje. Gdy miałam te 15-16 lat, zdecydowałam się jeździć tam ze znajomymi. A chociaż spędziłam tam z nimi świetny czas, to kilka sytuacji co roku podnosiło mi ciśnienie.

Wszystko organizowałam sama. Począwszy od daty, po bilety dla wszystkich. Większość musiałam prosić po kilka razy, żeby w ogóle mi powiedzieli pasującą im datę. Finalnie i tak trzeba było to kilka razy przekładać, bo ktoś rzucił jakiś dzień na odczepnego, a potem się okazało, że jednak nie może.
Prosiłam ich, żeby ściągnęli muzykę, filmy (w domku nie ma internetu), czy wzięli jakieś gry. Nikt nie poczuwał się do tego, żeby mi jakkolwiek pomóc, więc wszystko organizowałam sama. Później tylko słyszałam, że "ojeeeny, szkoda, że nie mamy żadnych fajnych filmów, albo muzyki", bo nie ściągnęłam akurat tego, co oni by chcieli.

Za domek nie musieliśmy płacić, ale żeby było fair w stosunku do rodzinki, zbierałam od każdego trochę kasy, żeby chociażby zwrócić za prąd, wodę, gaz no i czas, gdy domek nie był wynajmowany innym. Ogólnie za cały tydzień płaciliśmy tyle, ile kosztowałby jeden dzień w takim domku. Cen dokładnych nie pamiętam, ale to było jakieś 20 zł od osoby. Reakcja?
- W sensie, że od wszystkich chcesz te x złotych łącznie, czy każdy ma tyle płacić? Co? Czemu tak drogo? Za taką cenę to moglibyśmy wynająć coś znacznie lepszego.
I chociaż tego typu tekst usłyszałam może ze 2 razy, to jednak nie było to miłe, bo starałam się być fair w stosunku do rodziny i kolegów, a ci i tak tego nie doceniali.

Nigdy nie usłyszałam nic w rodzaju: "dziękuję", czy: "ale fajnie, że możemy spędzić tu tydzień". Nigdy. Za to praktycznie co roku słyszałam:
- Szkoda, że ten domek nie jest bezpośrednio przy jeziorze (mieliśmy do przejścia raptem 5 minut).
- Słabo, że dookoła mieszkają inni ludzie. Fajnie byłoby, gdybyśmy byli tu sami.
- Fajniej byłoby, gdybyś miała ten domek gdzieś nad morzem, a nie tutaj. No bo w sumie w górach niewiele jest do roboty...
I może tutaj przesadzam, ale słyszałam to praktycznie za każdym razem i zwyczajnie było mi przykro. Bo starałam się jak mogłam, a ciągle miałam wrażenie, że wszystko jest źle. Do tego stopnia, że potrafiłam poczuć się winna, kiedy zaczęli stawiać koło nas nowy domek, chociaż sama nie miałam na to wszystko wpływu.

3. Zachłanność.
Były momenty, gdy naprawdę się zastanawiałam, czy przyjaciele lubią mnie za to, jaka jestem, czy za to, ile mam. W sumie częściowo to się łączy z poprzednimi punktami, ale dodam tutaj jeszcze kilka punktów.

Wyjścia na miasto.
Wiadomo, zdarzają się w każdej grupie. Często chodziliśmy po centrum, czy do parków, czy do galerii, po prostu, żeby się powłóczyć. Kiedy szliśmy na pizzę, czy do maca, często ktoś zapominał portfela, czy karty, a gdy oferowałam pomoc, obiecywali oddać.
Po kilku próbach odpuszczałam. Nie będę przecież się kłócić o kilka złotych.

Gdy mnie odwiedzali, często padało nieśmiertelne pytanie, czy mam coś konkretnego do jedzenia. Prośby były różne, zwykle konkretne chipsy, czy napój gazowany. Jeżeli nie miałam, szliśmy to kupić. Oczywiście kupował "gospodarz".

Znajoma miała kłopoty finansowe i pożyczyłam jej większą kwotę pieniędzy z własnych oszczędności. Wychodziła na prostą kilka lat, w międzyczasie kupując masę niepotrzebnych rzeczy, chodząc na imprezy etc. O pieniądze doprosiłam się po kilku latach, gdy właściwie nie miałyśmy już prawie kontaktu.

Próbowałam zorganizować spotkanie, bo jakoś kontakt zaczął nam się psuć, ale wiecznie coś komuś nie pasowało, bo zły termin, bo inne plany, bo jest zajęty/a. Wyjechałam za granicę i napisałam, że kupiłam im pamiątki. Spotkanie udało się zorganizować w przeciągu godziny. Od tamtego czasu więcej się nie widzieliśmy.

I pewnie powiecie, że sama jestem sobie winna i pozwalałam się wykorzystywać. Częściowo tak i teraz jestem tego świadoma, chociaż dalej mi się to zdarza. A to wszystko przez to, że z tymi ludźmi przeżyłam naprawdę masę wspaniałych chwil, długo byli moimi przyjaciółmi i nie chciałam się z nimi kłócić o pieniądze, czy to, że czasami przez nich było mi przykro. Wolałam się cieszyć dobrymi chwilami.
Tylko jakoś tak... momentami miałam wątpliwości, czy naprawdę warto...

znajomi

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 119 (149)

#84431

~wrednyczlowiek ·
| Do ulubionych
O starszych paniach w autobusach było już wiele historii, ale jako, że dzisiejszy dzień mnie nie rozpieszczał, postanowiłam sama się nieco wyżyć.

Z samego rana, już zmęczona i wkurzona, bo solidnie zaspałam, czekałam na przystanku na autobus. Jeden przyjechał za wcześnie, drugi się spóźniał, standard.
Ledwo usiadłam, zobaczyłam starszą panią, która stała przy mnie. Rozejrzałam się, gdzie mogłabym usiąść, gdy puszczę ją na moje miejsce, ale zauważyłam, że za mną było kilka wolnych krzeseł, w tym jedno przylegające bezpośrednio do mojego, więc pani stała tuż przy nim. Stwierdziłam więc, że po prostu jedzie przystanek, czy dwa i nie chce siadać, więc zostałam na swoim miejscu.

Ale nie. Gdy tylko miejsce przede mną się zwolniło, starsza pani 1 zaczęła rozmawiać ze starszą panią 2. Temat? Oczywiście, że młodzież taka niewychowana, ze nikt miejsca nie ustąpi, że trzeba PROSIĆ o ustąpienie, a tak to wszyscy wpatrzeni w telefony i UDAJĄ, że nie widzą.

To nic, że miejsce za mną było wolne, a kilka rzędów dalej też spokojnie można by usiąść. A jeżeli pani przeszkadzało siedzenie tyłem, czy bokiem, to można powiedzieć. Nie, po co. Lepiej narzekać, jaka to młodzież niewychowana, że ośmiela się siedzieć, zamiast zrywać się z miejsca, gdy stanie obok ktoś starszy, bez względu na to, ile dookoła jest miejsc wolnych.

Wytrzymałam kilka minut i pochyliłam się w stronę pań, zwracając się do nich z uprzejmym uśmiechem.
- Przepraszam, ale tuż za mną też było miejsce wolne, tam też spokojnie można usiąść.
Obie panie na pewno mnie słyszały, bo większość ludzi jakoś tak odwróciła się w moja stronę, ale żadna się nie odezwała.

Tylko jakoś tak zaczęły narzekać trochę ciszej :)

komunikacja_miejska

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 90 (96)

#84437

(PW) ·
| Do ulubionych
To co mi się przytrafiło jest bardziej śmieszne niż piekielne, ale... Zostałem wezwany na komendę w charakterze świadka. Nie miałem pojęcia, że przyczyną wezwania może być sytuacja sprzed kilku tygodni, o której szybko zapomniałem.

Na wstępie muszę zaznaczyć, że dodatkowym wyposażeniem mojego samochodu jest klakson pneumatyczny (takie baaardzo głośne trąbki ze sprężarką). Oczywiście sygnał dźwiękowy - podstawowy został niezmieniony, ot dodatkowy przycisk uruchamiający 3 trąbki. Jadę kiedyś dość ruchliwą drogą krajową, a na pasie obok kobieta zajęta pisaniem SMS-a, jedzie 30 na godzinę, wężykiem po całym pasie, w ręce telefon, drugą coś przy telefonie manipuluje, próbuje zmienić bieg, kierownicę łapie tylko na moment, aby nie zjechać z drogi... Użyłem mojej syreny. Pani się wystraszyła, podrzuciła i upuściła telefon, za późno złapała za kierownicę i wylądowała na poboczu, jak się później dowiedziałem uszkadzając swój samochód.

Na komendzie policjant poinformował mnie o powodzie wezwania i próbując zachować powagę, przeczytał mi zeznania "pokrzywdzonej":

"W dniu XXXXXX, prowadząc samochód XXXX, pisałam bardzo ważnego SMSa, kierowca samochodu jadącego sąsiednim pasem użył bardzo głośnego sygnału dźwiękowego na skutek czego doszło do zdarzenia drogowego....".

Pani zgłosiła sprawę i zgłosiła mnie jako sprawcę. Wezwana policja musiała sporządzić notatkę i wyjaśnić sprawę, która finał znajdzie prawdopodobnie w sądzie - aby dostać odszkodowanie z OC sprawcy. Pan policjant oczywiście spisał moje zeznania, iż tego dnia faktycznie miało miejsce takowe zdarzenie, tylko, że sygnał był standardowy, a ja trąbiłem na błąkającego się w okolicy drogi psa...

policja

Skomentuj (22) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 139 (169)

#84440

(PW) ·
| Do ulubionych
Zamówiłem sobie pewną rzecz z dostawą do Paczkomatu. Po stronie sprzedawcy wszystko w porządku, etykieta wygenerowana w niedzielę, paczka odebrana przez kuriera w poniedziałek.

Sprawdzam we wtorek rano status, a tu zonk - informacja, że przesyłka ponadgabarytowa i nie mieści się do paczkomatu. Zdarza się, w takim wypadku przekierują ją do któregoś z punktów zlokalizowanych w jakichś sklepach czy innych serwisach GSM. Ale mija cały wtorek, nie dostaję żadnego powiadomienia i zaczynam się martwić. W środę dalej radośnie wisi status o dużej przesyłce i nic dalej.

Ok, dzwonię na infolinię inPost, pani przez telefon mówi, że ona w sumie nie wie, dlaczego nie otrzymałem powiadomienia, ale paczka leży w takim a takim punkcie odbioru, proszę sobie podejść, podać 4 ostatnie cyfry listu przewozowego, numer telefonu i przesyłka zostanie wydana. Ok, zbieram się po południu, podaję te cyfry, a pan w punkcie mówi, że kod odbioru potrzebuję. Mówię, że pani w obsłudze klienta powiedziała, że wystarczy numer i te cyfry. Nie, nie wystarczy.

Dobra, dzwonię jeszcze raz na infolinię, jestem 57 w kolejce, ciśnienie 200/200, ale czekam cierpliwie. Jest! Dodzwoniłem się, tym razem pan po drugiej stronie. On nic w sumie nie wie, kodu mi nie poda, bo wg ich systemu paczki nie ma w tym sklepie. No magia, bo przesyłka nie dość, że znajduje się tam fizycznie, to sprzedawca również ma na tym ich paragoniku jej numer. Tłumaczę panu, że paczka jest, sam ją widziałem. Nie. Pan wie lepiej, paczka zaginęła, nikt nic nie wie. Mam czekać na sms z zaproszeniem do odbioru.

Miał ktoś podobny problem? Infolinia nic nie wie, na reklamację nie odpowiadają.

kurierzy

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 81 (89)

#84423

(PW) ·
| Do ulubionych
Jestem kierowcą tzw. "tira".

Szeryf drogowy - chyba każdy z uczestników ruchu drogowego spotkał się z takim określeniem. No ok, wiecie, że o czym będzie. Dzisiaj o blokowaniu drogi na zwężeniach, o tym jak traktowany jest w Polsce "suwak" i jedna sytuacja jak to wygląda w Niemczech.

1.
Autostrada A6, kierunek Świnoujście. Zbliżam się do rozjazdu na Szczecin - Dąbie. Widzę, że prawy pas stoi w korku (ok. 500-600 metrów korka). Włączam lewy kierunkowskaz i zjeżdżam na lewy pas (ten zwężony). Mijam kolejne samochody, kiedy to co robię nie spodobało się jemu. Przed maskę wyjeżdża mi Renault Kangoo (w szoku jestem, że nie BMW). No cóż, mocne hamowanie do zera i klakson. W pierwszej chwili myślę, że może facetowi znudziło się stanie w korku, ale nie. Kierowca dalej kontynuuje jazdę z taką samą prędkością. Ponawiam klakson i "błyskam" mu długimi (tam, wiem, jestem piekielny). Zero reakcji. Zatrzymuję pojazd, wysiadam i idę do niego. Niestety, on nie jest rozmowny. Zamyka się w kabinie. Wyciągam telefon i pokazuję mu, że jest nagrany i wracam do kabiny. Pozostali kierowcy, głownie zestawów, chwalą go na radiu.

2.
Autostrada A4, tymczasowe zwężenie przed bramkami w kierunku Opola. Zjeżdżam z autostrady A8 na A4. Za zakrętem jestem w szoku, bo na lewym pasie włączania 6 aut osobowych czeka w kolejce, aż ciężarowe je wpuszczą, stwarzając tym ogromne niebezpieczeństwo. Jadę pasem prawym, mijam auta osobowe i dopiero wtedy zmieniam pas na lewy. Obok mnie, po lewej stronie sznur ciężarówek. Jadę dalej, mam jeszcze ponad 500 m swojego pasa ruchu. Słyszę na radiu przekleństwa i wyzwiska od "kolegów z branży", że się wpierniczam, zamiast stać grzecznie ze wszystkimi w kolejce. Krótko odpowiadam, że prawo mi tego nie zabrania. Niestety, nie wszyscy tak uważają i pod koniec pasa ruchu jednak muszę się zatrzymać, bo 7! ciężarówek pod rząd nie chciało mnie wpuścić.

3.
Wjazd do Konina od strony Kalisza. Przebudowa mostu, ruch odbywał się jedną "nitką". Zwężenia prawego pasa. Ruchu standardowo na lewym pasie, korek jeszcze przed najbliższą sygnalizacją. Prawy pas pusty, więc z niego korzystam. Za światłami na łuku drogi "kolega" po fachu zajeżdża mi drogę i wyzywa od najgorszych. Opie*dalam go przez radio i informuję, ze nagranie z jego wyczynem trafi na policję (blefowałem) i do jego pracodawcy (wysłałem). Przeprosin się nie doczekałem, a inni mu wtórowali, że dobrze zrobił, bo "cwaniak" jedzie zamiast stać ze wszystkimi.

4.
Niemcy, autostrada nr 11 w kierunku Szczecina jeszcze przez zjazdem na Penkun. Jadę spokojnie do Polski, żeby się załadować. Wyprzedza mnie niemiecka policja na bombach. 4 km dalej, widzę, że pojazdy przede mną włączają światła awaryjne i zjeżdżają na pobocze. Robię to samo, bo już wiem, że jest zator, że coś się dzieje. Z informacji uzyskanych na radiu dowiedziałem się, że komuś pękły mocowania i towar spadł na jezdnię blokując ruch w obu kierunkach. Wszyscy grzecznie stoimy, nikt nie wykorzystuje korytarza życia, żeby zawrócić i jechać do najbliższego zjazdu. Wreszcie ruch został odblokowany, ale mamy informacje, że został puszczony lewym pasem. O dziwo, obydwa pasy idą równomiernie, żaden nie jest szybszy, nikt nie blokuje drogi. Dojeżdżam do zwężenia. Ciężarówka przede mną (Polak) zostaje wpuszczona przez osobówkę na niemieckich blachach, który potem również jedzie dalej. Kolejne auto osobowe (też Niemiec) jedzie na wysokości mojego zbiornika z paliwem. Widząc, że zgodnie z zasadami suwaka teraz jest moja kolej, kierowca puszcza spuszcza gaz i robi mi miejsce przed sobą. Zjechałem i podziękowałem.

Drodzy Rodacy? Czy naprawdę suwak jest tak skomplikowany? Czy musimy utrudniać sobie życie? Jak ktoś chce stać korku to proszę bardzo, ale niech umożliwi innym kierowcom prawidłową jazdę, a nie blokuje ruch.

A4 A8 Niemcy Kalisz

Skomentuj (27) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 67 (93)

#84408

~Stefan86 ·
| Do ulubionych
Tak sobie czytam historie o taksówkarzach i powiem Wam szczerze, że ja już od jakiegoś czasu ich bojkotuję i moje problemy się rozwiązały. A to raz jak z kolegami po paru głębszych wracaliśmy z pubu (bo nie chciało nam się spacerować), pan stwierdził, że za kurs należy mu się 120 PLN, gdzie na taryfie nocnej maksymalnie wyszłoby 40. A to innym razem gdzie droga do pracy z taksometrem z uczciwym taksówkarzem wychodzi około 65 PLN, panu wyszło ponad 90. Innym razem potrzebowałem paragon w trakcie delegacji, to się musiałem nasłuchać, a dlaczego tak, a po co to komu, więc musiałem się tłumaczyć, dlaczego potrzebny mi paragon.

Obecnie korzystam z usług UBER-a i powiem Wam szczerze, 1 raz zdarzył mi się nieuczciwy kierowca. Wracałem z wesela, byłem... zmęczony. Pan się przyznał, że jest taksówkarzem i że sobie dorabia, i zamiast przejechać 17 km do domu przewiózł mnie autostradą robiąc 68 km. Wyszło około 200 PLN a miało być 60. Jeden mail do UBER-a i zwrot 130 PLN w 2 dni.

Wsiadając do UBER-a czuję się bezpiecznie jako klient. Jest to wygodne, zawsze dostaję rachunek na mail, znam cenę przed przejazdem, płatność schodzi z karty, no luksus po prostu. I powiem Wam więcej, w nosie mam protest taksówkarzy, jak im nie pasuje, to niech zmienią pracę. I tak, wiem, kilku taksówkarzy psuje opinię wszystkim, ale ta usługa jest po prostu za droga w porównaniu do konkurencji, a jej jakość wypada w porównaniu raczej blado.

Warszawiakom życzę powodzenia, przyda Wam się, a wszystkich Was zachęcać będę do korzystania z alternatyw, bo to się zwyczajnie opłaca.

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 78 (90)

#84430

(PW) ·
| Do ulubionych
Czytając historie o dyskryminowaniu płci brzydkiej w szkołach ( https://piekielni.pl/81152 https://piekielni.pl/84416 ) przypomniała mi się sytuacja z liceum z odwrotnym wektorem.

W klasie o profilu ścisłym na 30 osób było dosłownie pół tuzina dziewczyn.

Mieliśmy nauczyciela, którego podejrzewaliśmy, że kiedyś jakaś kobieta w jego życiu solidnie mu dopiekła ponieważ na KAŻDEJ lekcji odpytywał dziewczyny, chłopaków nie niepokojąc. Męczyło to koleżanki i nie były zadowolone jednak jakoś to znosiły. Miarka się jednak przebrała gdy zaczął wystawiać oceny: w paru kolejnych lekcjach zadawał im hardcorowe pytania i wszystkie dostały za każdy razem po jedynce.

Wstrząsnęło to piątkowymi uczennicami; na najbliższej godzinie wychowawczej wręcz rzuciły się do wychowawcy ze skargą. Po krótkim śledztwie w dzienniku okazało się, że po jedynkach nie było śladu.
Jak się okazało nauczyciel wpisywał dziewczynom 'pały' dla fanu... Robił to ołówkiem aby zaraz po lekcji je zgumkować nic im jednak o tym nie mówiąc...

szkoła

Skomentuj (16) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 177 (197)

#84425

~12131415 ·
| Do ulubionych
Koleżanka z czasów studenckich popadła w duże tarapaty finansowe. Doszło do tego, że pracowała w Polsce na dwa etaty i nadal nie dawała rady spłacać zobowiązań na czas. Sugerowała, że pozostał jej tylko sznurek. Postanowiłam jej pomóc.

Mieszkam w Anglii od jakiegoś czasu. Ściągnęłam ją tutaj, załatwiłam pracę, wszystkie formalności, pozwoliłam zamieszkać na 3 miesiące za darmo w moim domu, żywiłam nie chcąc pieniędzy i pożyczałam na dojazdy do pracy.

Kłopoty zaczęły się w zasadzie już na samym początku. Liczyła, że będzie mogła pomieszkać u mnie przynajmniej pół roku.
Stopniowo stawała się coraz bardziej zuchwała. Komentowała złośliwie, jej wymagania rosły proporcjonalnie do mojej i męża frustracji.

Niestety załatwiłam jej pracę w firmie, w której pracuję.
Po drodze zdarzyło się jeszcze całe mnóstwo nieprzyjemnych sytuacji. Ostatnia jednak wyleczyła mnie z naiwności.

Pożyczyła równowartość połowy swojej wypłaty na urządzenie imprezy urodzinowej, na którą nie zostałam zaproszona. Pieniądze oddała 3 tyg. po terminie nawet nie mówiąc dziękuję.

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 180 (210)

Podziel się najśmieszniejszymi historiami na
ANONIMOWE.PL

Piekielni