Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

 

#84976

(PW) ·
| Do ulubionych
Opowieści z pracy na recepcji - część pierwsza.

Pracowałam w budynku, w którym najważniejszą zasadą było, że każda osoba, która nie posiada swojej imiennej karty musi być wylegitymowana i zapisana. Każda. Codziennie. Zawsze. Nawet jeśli to był kurier, który przychodził codziennie o tej samej porze i nie było wyjątków.

Były osoby, które zawsze grzecznie się dopasowały. Te osoby wiedziały, że dyskusje są zbędne i zawsze pokazały dowód, cała procedura trwała 10 sekund. Były też oczywiście wyjątki.

Przedstawię wyjątki w postaci krótkich dialogów. [J]a i [P]iekielni.

1. Nie mam dokumentów.

[P]: Ja do tej i do tej firmy.
[J]: Dzień dobry, poproszę dokument ze zdjęciem.
[P]: Nie mam.
[J]: Niestety, bez tego nie może pan wejść na teren budynku.
[P]: Nie mam dokumentów, zapomniałem.
[J]: Niestety, bez pokazania dokumentu nie może Pan wejść.
[P]: O Jezu...
I dokument się znajduje.

2. Ukradli mi portfel.

[J]: Dzień dobry, dokument ze zdjęciem proszę.
[P]: Nie mam, ukradli mi portfel.
[J]: To w takim razie wystarczy zaświadczenie od policji o zgłoszeniu kradzieży (doświadczenie z innej sytuacji).
[P]: Co ty mi pie***...
I zawinięcie się z paczką przed budynek.

3. Nie muszę mieć dokumentów.

[J]: ...dokument ze zdjęciem.
[P]: Nie mam dowodu.
[J]: Może być inny dokument, na przykład prawo jazdy.
[P]: Nie mam.
[J]: Jeździ pan samochodem bez prawka?
[P]: Ja nie muszę mieć prawka.
Aha.

4. Nie masz prawa. Sytuacja, która zdarzała się średnio co drugi dzień.

[J]: ...dokument ze zdjęciem.
[P]: Nie masz prawa mnie legitymować.
Plask! Wydruk ustawy, która mówi, że mogę na stół (przygotowana przez powtarzające się sytuację).
[J]: Tutaj ma pan podstawę prawną oraz identyczną podstawę na legitymacji ochrony.
[P]: I tak nie masz prawa [i podaje dowód z miną osoby torturowanej].

5. Spieszę się.

[J]: ...dokument ze zdjęciem.
[P]: Nie mam, wpuść mnie, jak tylko na chwilę, spieszę się.
[J]: Niestety, żeby wejść do budynku musi pan zostać wpisany do systemu i zostać wylegitymowany.
[P]: Ale ja się spieszę, wpuść mnie.
[J]: Niestety nie mogę.
[P]: Dokumenty mam w samochodzie, spieszę się, no weź mnie wpuść.
[J]: Niestety nie mogę.
[P]: Ja już jestem spóźniony.
[J]: Niestety, mam swoje procedury, których muszę przestrzegać.
[P]: Ja prdl...
I dowód się znajdował zawsze. Efekt? 5 minut dyskusji zamiast 10 sekund procedury.

Niestety, nasza góra pilnowała każdego przypadku, kiedy ktoś nie został wylegitymowany (np. schodzili na recepcję, stawali gdzieś z boku i obserwowali przez godzinę, serio). Nie miałyśmy wyjścia, musiałyśmy być nieustępliwe, od tego zależała nasza praca.

Takie sytuacje jak opisane wyżej zdarzały się codziennie, kilka razy dziennie z większymi lub mniejszymi awanturami. Z naszej strony musiał być zawsze firmowy uśmiech, nawet jak ktoś nas wyzywał.

kurierzy recepcja ochrona

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 78 (84)

#84967

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia z tegorocznej wymiany na Słowacji.

Byłem w tym roku na Erasmusie na Słowacji w Trnavie, kiedyś opiszę jeszcze piekielności uniwersytetu, ale dziś o przeklętych ludziach z góry w akademiku.

Sam akademik był przyjemny, współlokator Słowak był 3-4 dni w tygodniu, więc można było sobie posiedzieć w ciszy i spokoju.
A raczej można by było, gdyby nie osobnicy z góry.

Nie mam nic przeciwko temu, że ktoś imprezuje, ale to co odwalali było przegięciem na całej linii - impreza do późna w nocy 2-3 razy w tygodniu, darcie ryja, wrzeszczenie w środku nocy z balkonu, wylewanie jakiejś wody i wyrzucanie śmieci na nasz balkon, skakanie po podłodze i budzenie ludzi. Zgłaszanie do administracji budynku dawało tyle co rzucanie kamieniami w czołg, a konkretne przegięcie to była całonocna impreza w niedzielę z muzyką tak głośną, że przychodzili do nich ludzie z drugiej strony budynku 8 pięter niżej prosząc żeby się uspokoili, bo chcą spać, a wielu musi rano wstawać na uczelnię. W odpowiedzi wszyscy, w tym ja słyszeli "odp*erdolcie się, my mamy prawo się bawić jak chcemy lamusy!" (wolne tłumaczenie ze słowackiego) i impreza trwała do samego rana.

Wtedy wpadłem na szatański pomysł. Po imprezie chcieli oczywiście odespać kaca, zapewne gdzieś do 3-ej po południu.
Zgadnijcie kto postanowił o 10-tej rano słuchać piosenek wojskowych podkręconych na cały regulator na dość potężnych głośnikach pożyczonych od współlokatora?

Metoda wychowawcza zaskakująco poskutkowała już po pierwszym razie, bo od tej pory gdy tylko puszczałem choćby marsz Battotai, Erikę czy O Mój Rozmarynie, to zawsze muzyka jak i wrzaski traciły na decybelach i natężeniu.

akademik

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 109 (113)

#84969

~Bajbaj ·
| Do ulubionych
Będzie o psach i ich właścicielach...

Mieszkam na osiedlu, gdzie jest bardzo wiele psów. Sama od niedawna jestem posiadaczką suczki, którą adoptowałam ze schroniska. Sunia waży ok. 26 kg, z wyglądu przypomina wilczaka czechosłowackiego, z usposobienia - łagodna pierdoła :) Tyle tytułem wstępu.

Teraz to co mnie irytuje i czasem odbiera przyjemność spacerów:

1. Psy wyprowadzane bez smyczy.
Miałam sytuację, gdzie dwa razy podczas jednego spaceru zostałyśmy zaatakowane przez tego samego psa (doga de bordeaux), który radośnie hasał bez smyczy i kompletnie nie reagował na wrzaski swojej pańci. Podobnie sytuacja ma się z yorkami i innymi malcami, którym się wydaje, że są wielkie i groźne. Zadziwia mnie głupota i brak wyobraźni ich właścicieli, bo dla dużego psa mogą być one co najwyżej przekąską. Niestety lub stety nie dla mojego, ponieważ prowadzę ja zawsze zapięta w szelki, na smyczy i w kagańcu... I nie dlatego, że jest groźna, tylko...

2. Tylko ludzie wyrzucają pod śmietnikami, a nawet na trawnikach jakieś ścierwo. Serio, czasem wygląda to tak, jakby ktoś z balkonu na trawnik przed blokiem wyrzucał kości albo inne ochłapy z obiadu... Pies idzie z nosem w trawie i chaps... Już pożarte, a w domu rewolucja żołądkowa.

3. Psie kupy. Zbieram, bo to dla mnie naturalne, że skoro stać mnie na psa, to na woreczki też, i nie jest dla mnie ujmą na honorze schylić się po psią dwójkę. Niestety chyba tylko ja tak myślę, bo stałe miejsca wyprowadzania psów wyglądają jak gówniane pola minowe. Pies potrafi narobić metr od kosza na psie kupy (gdzie są też torebki na odchody), a właściciel odchodzi sobie jakby nigdy nic... Ostatnio, gdy sprzątałam po mojej, zaczepił mnie przechodzień i zapytał po co to robię skoro inni nie sprzątają, po czym dodał, że powinnam im ten worek z zawartością zostawić na środku trawnika jako dowód, że ktoś tu jednak sprząta :)

W efekcie do straży miejskiej poszło pismo, o wzmożenie patroli i może to coś da. Chyba, że chęć spokojnego spaceru bez lęku, że zza bloku wyskoczy pies bez smyczy i bez lawirowania między odchodami to za dużo :)

Skomentuj (3) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 57 (63)

#84955

(PW) ·
| Do ulubionych
Tyle było/jest o rowerzystach, ze aż głupio mi pisać po raz kolejny. Sytuacja piekielna i zabawna jednocześnie.

Mieszkam w okolicy Częstochowy. Wakacje to czas wzmożonych pielgrzymek. Nowum są chyba te rowerowe. Kto zna jako tako Częstochowę, wie, że ulica Sobieskiego należy do dość niebezpiecznych dla rowerzystów. Ale równolegle do niej jest ścieżka rowerowa. Pięknie oznaczona.

Wybrałam się autem do Częstochowy coś załatwić i najprościej było mi jechać właśnie ulicą Sobieskiego. Tak mniej więcej w połowie długości, za pierwszymi światłami, Sobieskiego rozszerza się na trzy pasy w jednym kierunku i dwa w drugim. Trzy, z których jeden ma oznaczenie skręt w lewo, środkowy prosto, zewnętrzny prawy w prawo. Na ten do skrętu w lewo trzeba kilkanaście metrów przejechać środkowym. Przede mną popyla na rowerkach dwóch rowerzystów, w kamizelkach, siwe włosy wystają spod czapek, nogi ledwo kręcą... Otworzyłam okno i krzyknęłam, ze po lewej ścieżka rowerowa. Bez reakcji. Pewnie nie słyszeli.

Zwolniłam i jadę, bo muszę, za nimi. Chcę skręcić w lewo. Kierunkowskaz, odbicie, lewy pas, wszystko w tempie żółwim, bo ci rowerzyści. Skrzyżowanie, zielone, skręcam... wróć, po hamulcach, bo ze środkowego pasa startują rowerzyści aby skręcić.
Na kamizelkach mają wielkie napisy: EKSTREMALNA PIELGRZYMKA Z "X"...
No serio, jeśli z całej grupy tylko oni dojechali ;), to rzeczywiście EKSTREMALNA.

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 83 (89)

#84968

(PW) ·
| Do ulubionych
Od kiedy pracuję na budowie, to zrozumiałam, dlaczego wykonawcy tak nie lubią projektantów.

- Pani Talu, kolizja jest - rzekł kierownik brygady sanitarnych. Obecność kierownika elektryków już sugerowała z czym kolizja. Było to co najmniej niepokojące, bo prąd z wodą to kiepskie połączenie. Prawie tak kiepskie jak prąd z gazem.
- ?
- Gniazdka są za grzejnikami - wyjaśniono mi.

Odpalam więc dokumentację i faktycznie, kiedy nałoży się rysunki elektryki na sanitarne, to gniazdka elektryczne są w ścianie, a na ścianę przykręcony grzejnik.
Dzwonię wiec do przedstawiciela Inwestora, żeby dowiedzieć się czy mam przesunąć gniazdko, czy grzejnik, czy może zbudować tak jak narysowali (hłe, hłe, hłe).
- Proszę dzwonić do Projektanta - zapadł wyrok. A tu trzeba dodać, że Projektanta mamy wrednego z lekkim rysem histerii i dużą nutą oślego uporu.

To dzwonię.
Odebrał.
- ...bry.
- Dzień dobry, tu Tala Piekielna z HellBudu, budowa w Piekiełku. Mamy taki mały problem. Grzejniki nam wiszą na gnia...
- Chwila, chwila, chwila. Pani Talu, a czy pani się spytała czy mogę rozmawiać? - oto jest pytanie.
- Przepraszam - asekuracyjnie odrzekłam, choć skruchy było we mnie tyle co na Saharze lodu w lipcu - uznałam, że jak pan odbiera to może rozmawiać.
- Odbieram, bo jestem dobrze wychowany w przeciwieństwie do co poniektórych - ciekawe kogo - a wasz Szef - który, jak drodzy czytelnicy pamiętacie, nie bawi się w półśrodki - złożył na mnie pismo, że nie odbieram.
- Czy więc może pan rozmawiać?
- NIE - i yeb słuchawką.

Trzy wdechy. Jestem yebaną lilią na p...dolonym jeziorze spokoju.
Dzwonię do przedstawiciela Inwestora.

- Pan Projektant nie jest dostępny.
- To Pani maila mu wyśle i drugiego takiego samego do nas, informacyjnie. Ja już przypilnuję, żeby dzisiaj odpowiedział.

Wysyłam.
Na fajrant dostaje odpowiedź.
"Przesunąć gniazdka pół metra w górę".
Ani dzień dobry, ani nic. No ja to przynajmniej stosuję figury stylistyczne. Takie jak: "z poważaniem", pomimo że pewnych osób nie poważam.
Ale mniejsza o uprzejmości.
Telefon do Inwestora.

- No ale te gniazdka jak są nad grzejnikami pośrodku to to jest niewygodne w użytkowaniu - tłumaczę - Co oni na grzejniku czajnik na wodę postawią? Tam żadnych mebli przy tych gniazdkach i grzejnikach nie ma- odpowiedziało mi ciężkie westchnienie.
- Proszę przesunąć te gniazdka tak, żeby funkcjonalnie były do mebli. A ja już u Projektanta załatwię.

Dostaję do wiadomości maila między Projektantem, a Inwestorem. Tzn. odpowiedź Projektanta.
Sens maila jest mniej więcej taki: "tak ma być. Pokażcie mi przepis, że tak nie może być".
Mail od Inwestora do Nas, i do wiadomości do Projektanta: poprzesuwać gniazdka do sprzętów.
Projektant: Ja tego nie zatwierdzę.
Inwestor: To nie jest istotna zmiana projektowa, zrobimy jak uważamy (czyt. wal się).
Projektant: Proszę podać podstawę prawną.
Inwestor: To nie jest istotna zmiana projektowa. Poprzesuwać gniazdka do sprzętów.
Telefon od Projektanta do Mnie: Pani Talu - ani dzień dobry, ani czy mogę rozmawiać ani przepraszam... - Pani mi przygotuje rysunek zamienny na te gniazdka, żeby był do dokumentacji powykonawczej - ...ani czy mogę...

Prawdę mówiąc, to miałam mu ochotę powiedzieć, że jestem po pracy, nie mogę rozmawiać i rzucić mu telefon jako i on mnie rzucił.
Ale jestem lilią na jeziorze. Profesjonalistką, której byle kołek nie wyprowadzi z równowagi. Kwiatkiem jestem ezoterycznym ufra. Przechodzę z wdziękiem i lekkością nad problemami życia codziennego. Kto jak nie ja. Powtarzam sobie.
- Spytam się Szefa.
Szef: Narysuj mu to, bo jak ta sierota się za coś zabierze, to tak narysuje, że jeszcze tego budynku nie oddamy.
Noszcurfa.

Skomentuj (21) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 199 (209)

#84959

(PW) ·
| Do ulubionych
Zepsuł nam się wózek syna, już po okresie gwarancyjnym, więc trzeba kupić nowy. Najchętniej taki sam, ale to model sprzed trzech lat, więc może być ciężko.

Zadzwoniłam do dystrybutora, ten podał mi numery do kilku sklepów i udało się, znalazłam ostatnią sztukę gdzieś w czeluściach magazynu jakiegoś sklepu.
Wszystko dogadałam przez telefon, przesyłka pobraniowa, jeszcze tego samego dnia wyślą.

Następnego dnia dzwonią do mnie z tego sklepu i w tym samym czasie domofonem dzwoni kurier z paczką. Kuriera wpuściłam i dalej rozmawiam ze sklepem. Pani powiedziała, że "kurier się pomylił" i do mnie została wysłana paczka z łóżeczkiem, a mój wózek trafił do innego miasta. Więc kuriera przeprosiłam, paczki nie przyjęłam i czekam na rozwój wypadków.

Kolejnego dnia dostaję smsa, że paczka została wysłana, ale podana w wiadomości kwota pobraniowa jest o ponad 300 zł wyższa niż cena wózka. Dzwonię do sklepu, żeby wyjaśnić sytuację. Pani mówi, że "oj, przepraszam, to nie do pani miało być". Hmm... No dobrze, niby ok, ale zaczynam się trochę martwić.

Dzisiaj kurier przyniósł paczkę, na wszelki wypadek przy nim otwieram, ale wszystko jest ok. Pan mówi "Dziękuję, do widzenia". Ale zaraz, a nie chce pan pieniędzy? Kurier patrzy na mnie zdziwiony, dwa razy sprawdza czy na pewno, ale mówi, że nie...

Ale w tym sklepie muszą mieć niesamowity bałagan...

PS. Oczywiście skontaktuję się ze sklepem i zrobię przelew :)

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 147 (153)

#84960

(PW) ·
| Do ulubionych
Darowanemu koniowi w zęby się nie zagląda i tej zasady się trzymam, jeśli coś oddaję, oczekuję zwykłego dziękuję, jeśli coś dostaję, robię dokładnie to samo. Jednak naprawdę nie rozumiem, dlaczego niektórzy przekazują innym zwykłe śmieci.

Spodziewam się dziecka i rodzina czy znajomi, proponują rzeczy po swoich maluszkach. Uważam to za miłe i pomocne, i z chęcią z takiej pomocy korzystam.
Dalsza kuzynka, oddała mi dwie torby ciuszków. Super, podziękowałam, zaproponowałam jakąś kawę czy czekoladę, wyszło to całkowicie z jej inicjatywy, więc był to taki miły gest. Do czasu.

Oczywiście po jej wyjściu zabrałam się za przeglądanie tych prezentów i oniemiałam.
Większość rzeczy była zwyczajne podarta, dziurawa, uszkodzona. Powyciągane rajstopki, żółte od niedopranego moczu, dziurawe skarpetki, bucik bez pary czy zmęczone spodenki, rozdarte na kroku. Z dwóch pełnych toreb jedynie jedna kurteczka była ładna i nadawała się do użytku. Całą resztę po prostu wyrzuciłam do kosza, bo nie wiem do czego miałabym użyć jednej rękawiczki w dodatku z dziurą.

Teraz się tak zastanawiam, czy to złośliwość, czy może po prostu pomyliły jej się torby ze śmieciami.

Skomentuj (51) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 151 (161)

#84868

(PW) ·
| Do ulubionych
Polska, 21 wiek, starostwo powiatowe, duże miasto.

Podczas próby przerejestrowania samochodu z miasta na teren gminny zgłosiłem brak karty pojazdu.

Z uwagi na to musiałem udać się do urzędu miejskiego by tam dostać zaświadczenie, że takowa karta istniała i co było w niej zawarte. Starostwo nie było w stanie samemu tych informacji pozyskać.

Niby ok, ale:
- mamy systemy CEPIK i inne, w których są te dane;
- na dowodzie rejestracyjnym jest podany numer karty pojazdu;
- w karcie pojazdu są te same dane co w dowodzie rejestracyjnym i nic więcej.

No ale trzeba petentowi zapewnić spacer, niech się przewietrzy a przy okazji straci 17 PLN za wyrobienie zaświadczenia, które można było wyciągnąć w komputerze wpiętym do CEPIK'u.

A na dokładkę - urząd mając wydłużone godziny do 17, by ludzie pracujący mogli załatwić sprawy, nie może załatwić wymiany tablic, bo nie ma ludzi od tego, którzy by tak długo pracowali - więc zapraszają w godzinach mojej pracy bym powrócił do urzędu - ach ta logika, cyfryzacja i Państwo walczące z biurokracją :)

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 88 (112)

#84938

(PW) ·
| Do ulubionych
Wyjście do pracy w godzinach porannych. Spotykam sąsiada w windzie, gadamy, idziemy w kierunku swoich samochodów, wsiadamy.

Po chwili widzę, jak sąsiad wysiada i zaczyna przeklinać. Pytam, o co chodzi, a on: „Spójrz na moją przednią szybę”. Więc patrzę… i widzę na wysokości wzroku kierowcy popularną naklejkę (tą z karnym męskim narządem za męskonarządowe parkowanie).

Co w tym piekielnego? Otóż sąsiad zaparkował w sposób całkowicie poprawny, zgodny ze znakami oraz zwyczajem na naszym parkingu (auta z obu jego stron również, ale tylko on jeden miał naklejkę).

Dobrze, że za jakiś czas się przeprowadza, bo najwidoczniej komuś podpadł…

parking osiedlowy

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 104 (108)

#84946

Konto usunięte ·
| Do ulubionych
Tym razem osobą piekielną okazała się moja matka.

Nie wiem, jak można myszkować własnej córce po pokoju w czasie jej nieobecności i siać zniszczenie wśród jej rzeczy.

Bardzo nie lubię takich akcji i za każdym razem, kiedy wychodzę z domu, zastanawiam się, co tym razem będę miała poprzestawiane/zniszczone. Dochodziło nawet do przeliczania pieniędzy w moim portfelu i robienia mi krzyku o wydatki (z moich własnych pieniędzy!). Pomijam już jej namiętne sprzątanie z 'przypadkowo zrzuconym' laptopem w tle - matryca wzięła i poszła.

Dzisiejszego wieczoru ofiarą zniszczenia padły moje kolczyki (gwiazdki Swarovskiego), prezent pod choinkę od mego chłopa. Matka, nie wiadomo, jakim cudem, pouszkadzała w nich bigle.

Jak bardzo trzeba być perfidnym, żeby pytać najniewinniejszym tonem przy kolacji: 'NotableQ, a gdzie ty masz te kolczyki od X? Nie widziałam ich dawno.' Pobiegłam przynieść je z pokoju, otwieram pudełeczko, a na wyściółce obraz nędzy i rozpaczy - kamienie osobno, a bigle zmiażdżone niemal w pył leżą obok.

Zagotowało się we mnie, nie powiem, że nie. Delikwentka, przyciśnięta do ściany, wypierała się krzykiem dobre piętnaście minut, że to nie ona, że jej w ogóle nie było u mnie w pokoju. Dopiero kiedy zagroziłam powiadomieniem ojca oraz chłopa jedynego o tym, że ktoś tu ma lepkie rączki, przyznała się, że 'ona chciaaaała przymierzyć!'.

Zagotowało się we mnie drugi raz. Raz, że względy higieniczne, dwa, że wstrętnie mnie okłamywała. Raczej nie inaczej, bigle nie mają mocy samomiażdżenia się, a do tego jeżeli komuś coś psujemy, to przyznajemy się do tego i odkupujemy mu zepsutą rzecz/dajemy pieniądze na naprawę…

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 268 (400)

Podziel się najśmieszniejszymi historiami na
ANONIMOWE.PL

Piekielni