Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

 

#86804

(PW) ·
| Do ulubionych
Zapisałam się na studia podyplomowe "rozwijające i kwalifikacje zawodowe podnoszące". 3/4 tych studiów jest psu na budę, bo powiela to, czego już się sama nauczyłam albo nauczono mnie na studiach "przedyplomowych", 1/4 kursów to rzeczy faktycznie dla mnie nowe albo podane w nowy sposób, do którego pewnie sama bym nie doszła.
Jeden z pierdołowatych (dla mnie) przedmiotów wymagał wysłania pracy zaliczeniowej do prowadzącej, żeby go zdać. Pracę napisałam, wysłałam i czekałam na ocenę. Przedmiotu nie zaliczyłam, co ciekawe, w polu komentarzy do oceny (gdzie powinna znaleźć się adnotacja, co było nie tak) powitała mnie pustka.
Skrobnęłam mail do prowadzącej, który mogę streścić do postaci "WTF?". Odpowiedzi nie dostałam, za to pojawił się komentarz: nie oddano pracy zaliczeniowej. Cóż... Wysłałam kolejny mail, który tym razem przyjął postać "WTF do ch*ja pana, tu masz babo screen z potwierdzeniem, że tę pracę dostałaś, które mi sama napisałaś 6 tygodni temu!". Odpowiedzi znowu nie dostałam (no coś takiego), komentarz został zmieniony na "praca nie spełnia warunków zaliczenia". Komentarza merytorycznego - gdzie, wg zasad zaliczenia tego przedmiotu, powinnam mieć wypisane, dlaczego i w jakim stopniu praca jest spieprzona - brak.

Przestawiłam się z trybu "to nieporozumienie" na "to jest wał i to wał na moją szkodę, więc nie odpuszczę" i wywaliłam mail, którego do "WTF" streścić już się nie da, a który wysłałam do prowadzącej, kierownika studiów podyplomowych i dyrektora instytutu, przy którym studia są prowadzone. W mailu podniosłam kilka kwestii, które sprowadzają się do dwóch pytań:
1) Dlaczego prowadząca skłamała, że nie dostała pracy, skoro wcześniej potwierdziła, że dostała?
2) Dlaczego przedmiot wciąż mam niezaliczony, skoro to prowadząca naruszyła warunki zaliczenia przedstawione na początku semestru, mianowicie nie oceniając pracy we wskazanym terminie od oddania i nie podając merytorycznego uzasadnienia oceny niedostatecznej w momencie jej wystawienia, do czego była zobowiązana w myśl ustalonych przez samą siebie zasad? Warunki zaliczenia, swoją drogą, zerżnięte słowo w słowo z innego przedmiotu włącznie z literówką, są wiążące dla obu stron, zatem skoro nie doszło do formalnie poprawnej oceny mojej pracy, odrzucam krzywdzącą dla mnie ocenę merytoryczną i domagam się zaliczenia przedmiotu z powodu nierzetelnego wykonania obowiązków przez prowadzącą.

Po tygodniu bez zmiany oceny (ha, ha, ha) i odpowiedzi od którejkolwiek ze stron (hłe, hłe, hłe), czyli w poniedziałek, podreptałam do działu prawnego w Jaśnie Fyrmie, gdzie przy kawce i własnoręcznie upieczonym serniczku zgłosiłam problem, po czym Pani Prawnik, w imieniu partycypującego w kosztach studiów, czyli Fyrmy oraz moim wyrąbała wezwanie do złożenia wyjaśnień i zwrotu opłaty za ten semestr w kwocie proporcjonalnej do wymiaru tego przedmiotu wobec całego semestru, skoro wykonanie umowy świadczenia usług edukacyjnych na podyplomówce jest, w ocenie mojej i Fyrmy, nienależyte. Dodała też zapowiedź zgłoszenia sprawy do komisji dyscyplinarnej dla nauczycieli akademickich i MNiSW, że takie śmierdzące sprawki mają miejsce.

Dzisiaj ocena została zmieniona na trójkę. Komentarza - co za niespodzianka - brak. Ustosunkowania się do wezwania do zwrotu kasy też brak, podobnie jak choćby głupiego telefonu z instytutu z przeprosinami.
Upiekłam drożdżowe z truskawkami i jutro idę pozawracać głowę kobitkom z działu prawnego, bo z czystej złośliwości pociągnę to dalej.

Skomentuj (19) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 173 (195)

#86737

(PW) ·
| Do ulubionych
Nie to, żebym miała coś do stomatologów czy lekarzy. Choć ostatnio czekam na wizytę już ponad 3 tygodnie w miasteczku, w którym mieszkam od niedawna, sama nie wiem, może jakieś fatum mnie prześladuje.
Powód? Zapisałam się na wizytę przez znany chyba wszystkim portal do jednego z nich.
W dniu wizyty dostaję telefon z recepcji. Że muszą anulować wizytę, bo konsultacja - jedyna opcja do wyboru na portalu trwająca 30 minut- to tylko konsultacja online, o czym nie było mowy przy zapisywaniu się, co nawet zresztą później sprawdziłam. Pani recepcjonistka proponuje przełożenie terminu na za tydzień. Nie spieszy mi się, więc się zgadzam.

Za tydzień - oczywiście znów w dniu wizyty - dostaję telefon z gabinetu. Ta sama, sądząc po głosie, pani recepcjonistka przepraszając przekłada wizytę, bo lekarzowi coś wypadło. Proponuje mi wizytę w innym terminie. Postanawiam zrezygnować i poszukać innego lekarza, na którego nie będę musiała czekać kolejne dwa tygodnie.

Znajduję kolejną stomatolog, zapisuję się online. W dniu wizyty dzwoni do mnie. Mówi, że przekłada ją, bo zapisała w tym terminie kogoś innego przez telefon i nie sprawdziła sobie swoich zapisów internetowych. Żadnych przeprosin, nic. Za to prosi mnie, żebym tę wizytę na portalu internetowym odwołała, bo ona tego zrobić nie może. Tak się złożyło, że miałam wyjątkowe urwanie głowy tego dnia i zapomniałam odwołać wizyty, a po upływie jej czasu było to już niemożliwe.
Na następny dzień dzwonię do pani doktor, żeby potwierdzić nowy termin, skoro kalendarz zapisów internetowych jest traktowany po macoszemu. A pani doktor na to, że jak to, że ona mnie prosiła, żebym odwołała wizytę, że jak tak można i termin, na który znów się zapisałam oczywiście nie jest dostępny i ona może mnie ewentualnie zapisać na za tydzień.
Podziękowałam, szukam dalej, bo jej ton nie wróżył zbyt miłej atmosfery przy kolejnych wizytach.

Aż się boję co będzie przy kolejnym stomatologu, do którego się zapisałam, tym razem telefonicznie...
Co dziwne, w poprzednim mieście, w którym mieszkałam, nie miałam podobnych problemów.

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 38 (60)

#86730

(PW) ·
| Do ulubionych
Jestem kierowcą tzw. "tira"

Dziś na cel obieram często spotykaną sytuację, która występuje przy sygnalizatorze S-2, tzw. "zielona strzałka" lub "skręt warunkowy". Kierowcy bardzo często traktują ją po prostu jak zielone światło. Dziś kilka niemiłych sytuacji i wszystkie napotkane w Toruniu.

1. Robiłem kurs ADR podstawowy (przewóz materiałów niebezpiecznych) w jednej szkole w Toruniu (kto zgadnie szkołę po opisie pobliskich dróg?). Kurs się skończył, wsiadłem w swoją toyotę i jadę do domu. Dojeżdżam do skrzyżowania Szosy Chełmińskiej z Czerwoną Drogą i ustawiam się na pasie do jazdy na wprost i lewoskrętu. Prawy pas jest tylko do skrętu w prawo i posiada sygnalizator S-2. Zatrzymuję się, bo świeci się czerwone światło, a dla pojazdów skręcających w prawo zapala się zielona strzałka. 10 osobówek zdążyło na niej przejechać, ale tylko jedna się całkowicie zatrzymała. 2 inne pojazdy lekko zwolniły, reszta potraktowała strzałkę jak zielone światło.

2. Te same skrzyżowanie co w pierwszym punkcie i również jadę prywatnym autem. Tym razem skręcam w prawo na czerwonym z zapaloną strzałką warunkową. Za mną na ogonie jedzie bmw. Dojeżdżam do świateł i zatrzymuję się. Z tyłu słyszę pisk hamulców i klakson. Nic sobie z tego nie robię. Upewniam się, że mogę jechać i skręcam. Rozpędzam auto, kiedy lewym wyprzedza mnie bmw, którego kierowca zajeżdża mi drogę i hamuje do zera, po czym rusza dalej. Trochę mi szkoda, że nie wysiadł do mnie, bo w końcu sprawdziłbym działanie gazu pieprzowego.

3. Jadę zestawem z Poznania do Brodnicy. Mam zezwolenie na wjazd do Torunia w godzinach zakazu dla ciężarówek i jadę przez miasto, bo nie opłaca się tego kawałka jechać autostradą. Za nowym mostem (gen. Elżbiety Zawadzkiej) zjeżdżam na rozwidleniu w prawo i zajmuję prawy pas w kierunku Olsztyna. Mam czerwone światło i zapaloną strzałkę warunkową. Zatrzymałem się przed sygnalizatorem i czekam, bo główną ulicą jazdą samochody. Z tyłu słyszę trąbienie. Nadal czekam, aż w końcu zapaliło się zielone światło i ruszyłem. Osobówka za mną od razu zjechała na lewy pas i wyprzedzając mnie jej kierowca użył ponownie klaksonu.

zielona strzałka toruń bmw

Skomentuj (17) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 39 (69)

#86717

(PW) ·
| Do ulubionych
Poszukiwania pracy w dobie koronawirusa.

Na początku trochę słów o mnie, aby moc zobrazować sobie sytuację. Jestem studentką studiów niestacjonarnych, pracowałam dotychczas dużo w obsłudze klienta i w biurze jako sekretarka. Ta ostatnia praca była moją najlepszą, ale niestety z uwagi na kryzys po prawie roku współpraca z wieloma pracownikami biura jak i mną się zakończyła. Chwilowe załamanie, ale działać trzeba i pracę nową znaleźć muszę.

Z uwagi na ciężką sytuację na rynku pracy nie wybrzydzam, wysyłam CV na różnorodne oferty, niekoniecznie związane z pracą, która by mnie interesowała, ale wciąż zbliżoną do mojego doświadczenia/kierunku studiów.

Przez prawie dwa miesiące wysłałam około 200 sztuk CV. Odzewu z tego było może 10%. Uprzedzając, CV nie wysyłam w Wordzie, nie mam maila harnas123, a numer telefonu podany jest do mnie, a nie do mojego faceta, bo i takie smaczki już widziałam. Rozumiem natomiast, że może być tyle kandydatów na jedno stanowisko, że ludzie po studiach oraz z większym wykształceniem mają przewagę i nikt nie musi się do mnie odzywać, natomiast mam wrażenie, że niektórzy pracodawcy zapraszają na rozmowy dla zabawy. Oto kilka przykładów z tego miesiąca:

1. Zaproszono mnie na rozmowę na stanowisko, które z opisu polegało na obsłudze reklamacji „przy biurku”. Na miejscu okazało się, że praca jest fizyczna i polega na przepakowywaniu towaru zwróconego tak, aby ponownie nadawał się do wysyłki. Najniższa krajowa, słaba lokalizacja, ale jestem w stanie się poświęcić. Rekruter pytał o moją ścieżkę zawodową, wykształcenie (czyli to, co mógł wyczytać z CV) i na tym się skończyło. Czekałam więc na telefon z jakąkolwiek odpowiedzią zwrotną, nie doczekałam się. Ale widzę, że firma już trzeci raz wrzuca to samo ogłoszenie, więc kogo oni szukają? Trzeba mieć 10 lat doświadczenia w przepakowywaniu paczek czy co?

2. Rozmowa o pracę, na której nie ukrywam, bardzo mi zależało, bo była tożsama z obejmowanym przeze mnie wcześniej stanowiskiem. Miejsce pracy znajduje się dość daleko za miastem, więc musiałam poświęcić dłuższy czas, aby tam dojechać. Na miejscu spotkała mnie chyba najdziwniejsza rozmowa w moim życiu. Pan prezes dosłownie w 3 minuty poinformował mnie na czym polega praca i nic więcej ode mnie nie chciał. Jako że mi zależało, próbowałam pociągnąć temat w ten sposób, że doskonale wiem „z czym to się je”, bo mam doświadczenie. Powiedziano mi, że się odezwą. Nie odezwali się, ale ofertę na to stanowisko wrzucili już drugi raz. Tylko w jakim celu było zapraszanie mnie na rozmowę, skoro poinformować mnie można było przez telefon o warunkach, a chyba odbiór mojej osoby się w żaden sposób nie zmienił, skoro o nic mnie nie zapytano?

3. Tutaj wysyłałam CV razem ze znajomą do pracy w znanej drogerii. Znajoma ma trochę inne doświadczenie, bardziej zbliżone do tego typu pracy. Nie oddzwoniono do żadnej z nas, ale oferta pracy jest wrzucana od nowa już od jakoś dwóch miesięcy. Czyli co, wysyłać trzeba na każde ogłoszenie do skutku i wybiorą najwytrwalszych?

4. Oddzwoniono do mnie i poinformowano o chęci przeprowadzenia ze mną rozmowy online. Godzina taka, że musiałam porzucić swoje obowiązki na rzecz tej rozmowy. Umówiłam się z panią na dany dzień, godzinę i czekałam na informację o tym, w jaki sposób się połączymy i na jakiej aplikacji zostanie rozmowa przeprowadzona. Kontakt się urwał, informacji nie dostałam.

5. Na koniec sytuacja, która powtórzyła się już 3 razy - dzwoni rekruter, pyta, czy mam obecnie czas na rozmowę telefoniczną. Zwykle proszę o kontakt o 13, bo wtedy mam możliwość swobodnej rozmowy. Rekruter z sympatią w głosie obiecuje oddzwonić o danej godzinie. O 13 nikt nie dzwoni i nie odbiera moich telefonów. Zrozumiałabym jednorazową taką sytuacje, może ktoś zdążył w przeciągu godziny znaleźć pracownika, ale żeby trzy razy kogoś po prostu olać...

Gdyby nie fakt, że znalazłam dorywczo pracę, to nie wiem za co bym żyła. Poszukiwania pracy trwają już drugi miesiąc, a coraz bardziej się do tego zniechęcam.

Polska

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 53 (65)

#86803

~smarkataSmarkula ·
| Do ulubionych
Z powodu lockdownu nagle zaczęłam dysponować dużą ilością wolnego czasu i, jak wiele innych osób, zrobiłam porządki w szafie. Niepotrzebnych rzeczy postanowiłam pozbyć się za pomocą apki przeznaczonej w sumie tylko do sprzedawania i kupowania ubrań.

Rzecz dzieje się za granicą, apka działa na zasadzie wrzucenia ogłoszenia z ceną, inni użytkownicy mogą od razu dokonać zakupu lub wysyłać propozycje cenowe, które mogę akceptować lub odrzucać. Zacznijmy od tego, że ciuchy sprzedawałam tanio, tak średnio powiedzmy po 3-5 E. Dostawałam świetne propozycje, jak sprzedanie za 20-30 centów, gdy propozycję odrzucałam, dostawałam często nieprzyjemne wiadomości, przykładowo takie:

- No heeej, 30 centów to za mało? A ile być chciała?
- Myślę, że z 3 euro mogę zejść na 2,5.
- Eee, to drogo...
- No trudno, pozdrawiam.
- A ja nie pozdrawiam, głupia krowo.

Jestem szczupła i uwielbiam ubrania luźno leżące typu oversize, takie workowate.
Jakaś kobieta zaproponowała odkupienie sporej części ciuchów, jeśli obniżę cenę o jakieś 20%. Zgodziłam się, żeby mieć już to wszystko z głowy.
Przy odbiorze zdziwiło mnie, bo kobieta była taka co najmniej na rozmiar 42/44, a wszystko, co sprzedawałam było 34/36. Nie chciałam się wcinać, kobieta zapłaciła i sobie poszła. Napisała do mnie potem, że chce prawie wszystko oddać, bo jest za małe. Napisałam, że przecież rozmiar podałam i sorry, ale od razu widać, że nosi ubrania 2-3 rozmiary większe, więc po co kupuje. Odpisała, że no tak, ale sugerowała się wymiarami w pasie i biuście i myślała, że będzie pasować, ale rękawy są za ciasne. odpisałam, że przecież chodzi o rzeczy typu oversize (jasno zaznaczone w każdym ogłoszeniu), więc mimo luźnej formy nadal przeznaczone dla osób noszących 34/36 i dla takich skrojone są rękawy. Baba wysłała mi na maksa chamskiego maila, że ją obrażam, ona nie jest gruba, a rzeczy są brzydkie i brudne i mam je sobie zabrać z powrotem. Nie chcąc się dalej szarpać napisałam, aby odwiozła rzeczy, to oddam jej kasę. To ją poirytowała jeszcze bardziej.

- Żarty czy co? Przyjedź se sama do mnie, jeszcze się będę do ciebie tłukła!
- Nie przyjadę, mi nie zależy na tym, żeby rzeczy zabrać z powrotem, tylko pani na oddaniu ich.
- Bezczelna jesteś, smarkulo, oddaj mi w takim razie przelewem.
- Nie.
- Zobaczymy.

Nic dalej się nie zadziało poza tym, że wystawiła mi opinię z jedną gwiazdką pisząc, że jestem chamska, ciuchy są źle skrojone i nazwałam ją grubaską.

zagranica

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 97 (119)

#86716

(PW) ·
| Do ulubionych
Opowiem historię o tym, jak rodzice potrafią szkodzić swoim dzieciom.

Mam przyjaciółkę, która ma dwóch starszych braci.

Najstarszy kilka lat temu wpadł z dziewczyną. Bywa. Obydwoje pracowali, wynajmowali mieszkanie, gdy dziewczyna była w ciąży, planowali kupno mieszkania. Po narodzinach synka nie było jednak tak kolorowo. Dziewczyna wpadła w depresję poporodową. Oczywiście jej chłopak próbował ją namawiać na terapię, wspierać. Jednak z czasem było coraz gorzej, zaczęły na światło dzienne pojawiać się choroby psychiczne (które prawdopodobnie odziedziczyła po swojej matce). Wszyscy polecali jej wizytę u psychologa, jednak ona za każdym razem obrażała się na każdego, bo przecież nie jest wariatką. Przestała troszczyć się o syna. W pewnym momencie zabrała swoje rzeczy, zostawiła syna samego w mieszkaniu. Od tego czasu najstarszy brat kontaktował się z nią kilka razy, jednak jego była dziewczyna nie chce wracać ani do niego, ani do dziecka, o którym w ogóle nie chce słyszeć.

Co na to rodzice chłopaka? Musi się z nią ożenić. Bo jak to tak, on samotny ojciec, bez ślubu. Uważają, że to wszystko stało się dlatego, że żyli w grzechu.

Młodszy syn jest gejem. Przyznał się swojej siostrze, przyznał się mi. Obecnie mieszka w większym mieście, wynajmuje mieszkanie ze swoim chłopakiem, z którym jest od dłuższego czasu.

Jego rodzice o tym nie wiedzą. Za każdym razem jak tylko pojawia się w mediach cokolwiek o LGBT, pół dnia gadają jacy to geje są źli, niszczą społeczeństwo. Uważają, że wszyscy geje to pedofile.

Najmłodsza z całej trójki, córka. Po ukończeniu liceum została na trochę w domu, bo nie miała pomysłu na siebie. W końcu wymyśliła - wyjedzie na studia prawnicze, nawet jakby miała zdawać maturę raz jeszcze. Myślała o wielkim mieście lub w ogóle wyjechaniu na studia za granicę. Jednak mimo to, została w domu. Czemu?

Rodzice powiedzieli jej, że się starzeją, a ona MUSI zostać w rodzinnym domu, aby się nimi zajmować. I nie, nie mieszkają na wsi w domu jednorodzinnym, gdzie trzeba przynieść wodę ze studni, aby było ciepło napalić, a sklepy nie są oddalone o kilka kilometrów. Mieszkają w bloku, gdzie w najbliższej okolicy (5 minut piechotą) mieszczą się trzy sklepy spożywcze i z chemią.

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 82 (110)

#86707

(PW) ·
| Do ulubionych
Może nie jest to piekielność dużego kalibru, ale irytująca jak cholera. Przeglądając stare historie, przypomniałam sobie jak ostatnio zadzwoniła do mnie wybitnie uparta konsultantka, ze wspaniałą, niesamowitą, jedyną w swoim rodzaju i najlepszą we wszechświecie i okolicach, ofertą ubezpieczenia mojej skromnej osoby. Akurat jakiś czas wcześniej zastanawialiśmy się z mężem nad kwestią rozszerzenia naszych dodatkowych ubezpieczeń, więc uznałam, że co mi tam, posłucham, a nuż coś ciekawego mi zaproponuje. Pani z entuzjazmem zaczęła wyliczać mi wszystkie korzyści, niestety dość szybko w toku rozmowy wyszło, że to co mi proponuje, to już mam, nawet odrobinę lepsze. W tym momencie moje zainteresowanie opadło drastycznie, w związku z czym usiłowałam zakończyć rozmowę.

Usiłowałam jest tu słowem najbliższym prawdzie, bo choć starałam się zrozumiale przekazać, że jej oferta mnie nie interesuje, więc żegnam, miłego dnia, to niewiele z tego wynikało. Niestety pani była najwyraźniej nieźle wyszkolona w te klocki (a ja tego dnia miałam widocznie jakiś niedobór asertywności, /no i byłam przed pierwszą kawą.../), bo skubana tak mi za każdym razem niepostrzeżenie wchodziła w zdanie, że za cholerę nie szło zakończyć tej rozmowy. W takich okolicznościach postanowiłam wykorzystać myk, który pozwala mi zazwyczaj bezproblemowo zakończyć rozmowę, dodatkowo uszczęśliwiając konsultanta (a nawet ze dwa razy zdarzyło mi się rzeczywiście zawrzeć w ten sposób jakąś umowę). Mam osobnego maila na wszelkie cudowne oferty, do zakładania kont na różnych nieistotnych portalach itp., więc zwykle kiedy albo oferta rzeczywiście mnie interesuje, albo kiedy trafię na mocno zdeterminowanego konsultanta, a chcę stosunkowo szybko zakończyć rozmowę, pytam, czy jest możliwość, żeby przesłali mi ogólne warunki na maila, ja sobie poczytam, i wtedy pogadamy. Zadałam to pytanie kobiecie, która do mnie dzwoniła. Podejrzewam, że chyba ją zaskoczyła tak szybka propozycja podania maila, bo wygadała się, a pociągnięta za język nie bardzo miała jak mi naściemniać prosto w ucho, i wyszło, że ona jak najbardziej, z dziką wręcz rozkoszą, prześle mi umowę. Ale zaraz, jaką umowę? "No bo ta oferta działa tak, że zgoda na wysłanie przez nas maila jest jednoznaczna z akceptacją warunków, ale pani się nie martwi, można zrezygnować w ciągu trzech dni od otrzymania maila, i wtedy płaci się tylko pierwszą ratę, a ochrona ubezpieczeniowa i tak trwa 30 dni od otrzymania maila. No to słucham, na jaki adres wysłać umowę?". Wypowiedziane na jednym oddechu. No nie, ja nie chcę żadnej umowy, ja chcę przeczytać, co ewentualnie miałoby się w tej umowie znaleźć. "Niestety, tak się nie da, ale pani się nie martwi, można zrezygnować (...)". Zapętliła się kobieta. Mówię, że w takim razie, to ja podziękuję, wdech, żeby się pożegnać, a tu litania od nowa "ale niech pani się zastanowi! Nie zależy pani na rodzinie? Bo nasze ubezpieczenie nie tylko pokrywa koszty leczenia takich chorób jak x, y i z, czego inne ubezpieczenia zazwyczaj nie zawierają (no patrz, a moje jakoś zawiera...), ale dodatkowo w przypadku pani śmierci, rodzinie wypłacana jest kwota x przy składce a lub kwota y przy składce b" itd. Kiedy zbliżała się do końca zdania (a przynajmniej tak mi się zdawało), zaczerpnęłam powietrza, żeby się z nią definitywnie pożegnać, ale skubana, na końcówce wydechu dorzuciła "a zdaje sobie pani sprawę, ile kosztuje dziś pogrzeb, i jaka jest wysokość zasiłku pogrzebowego?". No i mój wdech zużył się na odpowiedź, że owszem, zdaję sobie sprawę, jednak /wdech, i znowu mi się wcięła/...
I tak wyglądała cała rozmowa od momentu, w którym babka poczuła, że zainteresowany z początku klient wyślizguje jej się z rąk. Całości przysłuchiwał się mój mąż, bo akurat jechaliśmy samochodem, i po skończonej rozmowie powiedział mi, że w sumie osiem razy próbowałam kulturalnie zakończyć tę rozmowę. Tzn. próbowałam więcej, ale tyle razy zdążyłam dojść do słów "dziękuję, do usłyszenia/żegnam/do widzenia" czy tam innego zwyczajowego pożegnania. Bardzo nie lubię tak robić, ale babka była tak nachalna, że ostatecznie pożegnałam się wypluwając słowa w tempie karabinu maszynowego, nie dając jej dojść do słowa, i po prostu się rozłączyłam, nie słuchając tym razem co tam jeszcze ma do powiedzenia, bo oczywiście coś jeszcze mówiła, kiedy wciskałam czerwoną słuchawkę.

Kurczę, rozumiem, że taka praca, ale bez przesady. Kobieta była tak napastliwa, że gdyby to była rozmowa twarzą w twarz, a nie telefoniczna, to pewnie stałaby tak blisko mnie, że czułabym co jadła na śniadanie, i mówiąc do mnie prawie dotykałaby nosem mojej twarzy... Owszem, można próbować przekonać klienta, ale jak po 5 minutach rozmowy potencjalny klient już wie na pewno, że nie chce danego produktu, a na każdy kolejny argument odpowiada "rozumiem, jednak, jak już mówiłam, nie interesuje mnie ta oferta", to ciśnięcie go kolejne 48 minut (serio, sprawdziłam w wykazie połączeń...) jest już nie tylko piekielne, ale i zwyczajnie nierozsądne, bo w tym czasie mogłaby zadzwonić do kogoś, kto rzeczywiście chciałby coś od niej kupić, zamiast zawracać gitarę komuś, kto jeszcze się nie rozłączył tylko dlatego, że nie potrafi być chamem. Dawno już nie dzwonił do mnie tak uparty i upierdliwy wciskacz, zwykle po usłyszeniu odmowy dopytują, czy aby na pewno, i normalnie kończą rozmowę, nieraz nawet życzą miłego dnia, dlatego byłam przekonana, że takie praktyki jak tej pani, zakończyły się już dość dawno, a tu taki psikus. Jej sposób prowadzenia rozmowy to niemal idealna wizualizacja mojego pojęcia "agresywnego marketingu", bo przez 90% czasu czułam się normalnie atakowana jej wspaniałą ofertą, i po chwili miałam serdecznie dość ciągłego bronienia się...

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 34 (64)

#86691

(PW) ·
| Do ulubionych
W moim pierwszym liceum miałam nauczyciela, który co prawda uczył całkiem dobrze, tłumaczył zrozumiale i ogólnie na lekcjach nie było źle. W pierwszym semestrze pierwszej klasy wszyscy go polubiliśmy, bo wydawał się w porządku, w konfliktach na linii uczeń-inny nauczyciel zazwyczaj stawał po stronie ucznia (jeśli uczeń miał rację), a na zajęciach rzucał żartami, i ogólnie wprowadzał koleżeńską atmosferę, mimo że był koło pięćdziesiątki. Wymarzony nauczyciel, chciałoby się rzec...

Pan O. miał system oceniania semestralnego polegający na tym, że każda ocena miała swoją wagę, przy czym waga poszczególnych ocen mocno się różniła, bo np. sprawdzian miał wagę 100, kartkówka 30, a oceny za odpowiedzi ustne, aktywność, jakieś projekty itd. to był rozrzut między 1 a maksymalnie 10 (nie pamiętam dokładnej punktacji, ale proporcje są zachowane). Niestety sprawdziany u niego były cholernie trudne, do tego stopnia, że olimpijczycy z naszej szkoły, jeśli nie chodzili do niego na korepetycje, jechali na maksymalnie czwórkach na semestr, i to przy naprawdę intensywnej pracy, sporej wiedzy i aktywności na lekcjach graniczącej z upierdliwością i manią. Zwykli uczniowie ledwo prześlizgiwali się do kolejnej klasy.

Kiedy byłam w pierwszej klasie, komisa z matematyki miało 70% uczniów pierwszych klas, które uczył pan O. (w tym i ja, ale z różnych względów do niego nie podeszłam, po czym zmieniłam szkołę (w której okazało się, że materiał jednak mam opanowany na czwórki i piątki...), więc nie byłam bezpośrednim świadkiem późniejszych wydarzeń, ale znam relację z pierwszej ręki). Istniał niezawodny sposób na to, żeby mieć dobrą/lepszą ocenę z matematyki. Nawet dwa sposoby. Jednym była zwykła, ordynarna łapówka. Pan O. przyjmował od uczniów pieniądze i wiedzieli o tym praktycznie wszyscy uczniowie. Nie wiem, czy inni nauczyciele także wiedzieli, ale podejrzewam, że przynajmniej dyrekcja zdawała sobie z tego sprawę, bo kiedy dziewczyny z mojej klasy poszły na skargę na pana O., dyrektor je opieprzył i powiedział, że nie mają prawa oskarżać świetnego nauczyciela bez żadnych dowodów. Drugim sposobem były korepetycje. Ale nie jakiekolwiek, tylko u niego, ewentualnie u jego znajomej. Do niej najczęściej wysyłał chłopców i brzydsze uczennice, ładne dziewczęta wolał "uczyć" sam, choć gros z nich uciekało od niego do tej znajomej. Wtedy zdawały co prawda z klasy do klasy, ale już z niższą oceną niż gdy chodziły do niego. Bo pan O. bardzo cenił młode, jędrne ciała swoich uczennic, i nie ograniczał się bynajmniej do łapania za kolanko, o nie. Podobno, ale ile w tym prawdy nie wiem, kilka lat wcześniej musiał zasponsorować skrobankę jednej z uczennic.

Sytuacja była bardzo nieciekawa, ale okazało się, że trafiła kosa na kamień, mianowicie na moją klasę. Tak się złożyło, że dziewczyny z mojej klasy bardzo szybko się mocno zżyły (do dziś utrzymują ze sobą kontakt, świadkują sobie na ślubach, zostają chrzestnymi dzieci koleżanek z klasy itd.). W związku z tym dość szybko ustaliły, jak działa nasz pan "profesor", i równie szybko ustaliły, że nie zamierzają pozwalać na takie traktowanie. Miały trochę więcej możliwości niż dziewczyny z poprzednich roczników, bo w czasach mojego liceum telefon z dyktafonem nie był już bynajmniej fantastyką, a dziewczyna pochodząca z dość zamożnej rodziny miała też własną, niedużą kamerę. Po bezskutecznej skardze u dyrektora zrobiły prowokację. Udokumentowały na filmach i na dyktafonie propozycje pana O., "dobijanie targu", branie łapówek, a jedna poświęciła się i dała się dość intensywnie "zmacać", a zatrzymała pana "profesora" dopiero w momencie, kiedy sięgał już po prezerwatywę, tak że oglądający film dyrektor ani policjanci nie mieli żadnych wątpliwości, co zamierzał dalej pan O.

Skandal wybuchł w całej szkole, praktycznie każdego dnia zgłaszały się kolejne dziewczyny z innych klas, a nawet kilka absolwentek, gotowych zeznawać przeciw dawnemu nauczycielowi. Nie wiem jakim cudem, ale dyrekcji udało się jakoś nie dopuścić do tego, żeby sprawa wyszła poza mury szkoły, więc choć szukałam, to nie znalazłam żadnej prasowej wzmianki na ten temat, ani teraz, ani wtedy. Jedynie lokalna, osiedlowa gazeta wspomniała, że panu O. zostały postawione zarzuty za rzekome molestowanie i korupcję, ale nie znalazłam jej w wersji online, nie wiem nawet, czy jest nadal wydawana. Pan profesor poszedł na samoukaranie i to uratowało go przed odsiadką. Dostał wyrok w zawieszeniu, zakaz wykonywania zawodu nauczyciela, i ogólnie pracy z dziećmi i młodzieżą. Nie znam jego dalszych losów i niewiele mnie one obchodzą. A dziewczyny z mojej klasy, słusznie moim zdaniem, są z siebie dumne, że wyrwały tego chwasta z systemu edukacji.

Zastanawia mnie tylko jak to możliwe, że dopiero moja klasa była na tyle zdeterminowana, żeby skutecznie dobrać się mu do tyłka. Bo facet uczył w tej szkole dobrych kilkanaście lat, wcześniej w innych placówkach, najwcześniejsze jego ofiary same już miały wtedy dzieci w podstawówkach i gimnazjach, a za chwilę w liceach... Moim koleżankom niby było łatwiej coś z nim zrobić, bo po pierwsze od początku cała klasa trzymała wspólny front (chłopcy dokumentowali łapówki), po drugie miały, że tak powiem, odpowiednie zaplecze techniczne, a dodatkowo wsparcie w rodzicach - ojciec jednej był policjantem, innej prokuratorem, a kolejna miała rodziców psychologów, ale serio? Nikt wcześniej nawet nie próbował? Jest to dla mnie niepojęte.

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 102 (138)

#86809

(PW) ·
| Do ulubionych
Jestem kierowcą tzw. "tira"

Ostatnio często ładowałem się w poniedziałek z zakładzie "Sokołów" w Osie koło Świecia. Żeby tam dojechać, musiałem jechać drogą wojewódzką nr 239 do strony Świecia. Historii byłoby kilka, ale wszystkie są podobne więc opiszę jedną, która była najbardziej piekielna.


Jadę spokojnie tą drogą, na prędkościomierzu 60 km/h, bo droga ciasna, dziurawa ibez wyznaczonych pasów ruchu. Jadę środkiem drogi, ale zbliżam się do prawej krawędzi, bo naprzeciwka jedzie osobowy. Słyszę jak o dach naczepy ocierają się liście drzew i łamią pojedyncze gałązki. Wyminęliśmy się z osobówką, zjeżdżam ponownie na środek jezdni. W lewym lusterku ukazuje mi się auto osobowe, ale je ignoruję. Nie zamierzam mu zjeżdżać do prawej, bo jest ciasno i istnieje ryzyko kolizji podczas wyprzedzania przy najechaniu na dziurę. Kierowcy się nie podoba brak mojej reakcji, podjeżdża mi pod samą naczepę i krótko trąbi. Dalej go olewam. Ponownie zbliżam się do prawej krawędzi, bo z naprzeciwka jedzie osobowy. Wymijamy się i natychmiast odbijam do środka, bo wiem, ze ten z tyłu zaraz będzie chciał się wciskać. Kierowca ponownie pokazuje się w lusterku i błyska drogowymi. Idiota zaczyna podnosić mi ciśnienie. Po kilku sekundach pajac już nie mruga. Włącza drogowe i jedzie, oślepiając mnie w lewym lusterku i cały czas trąbi. Wkurzam się i chwilowo depnąłem hamulec. Podziałało tylko tyle, że się oddalił ode mnie i wyłączył drogowe (zapadał zmierzch i mnie już oślepiał). Jechaliśmy tak z 10 km, bo zbliżałem się do miejsca załadunku. Kiedy skręcałem, kierowca mnie wyprzedził i ponownie zatrąbił.

Czy rzeczywiście warto jest ryzykować takie wyprzedzaniu? Kierowcy biorą pod uwagę tylko zaoszczędzone 10 minut przez wyprzedzenie większego czy też 2h czekania na policję w wyniku kolizji?

wyprzedzanie

Skomentuj (64) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 65 (103)

#86801

(PW) ·
| Do ulubionych
Kilka dni temu mój teść dostał szału po zobaczeniu swojego auta. Wyszedł rano z bloku, podchodzi do samochodu, a tu zbita przednia lewa lampa, wgnieciony zderzak, i przerysowany kawałek lewego nadkola. Ewidentnie ktoś wkomponował się w niego czymś sporym, wykręcając na przyblokowym parkingu, i zmył się z miejsca zdarzenia bez słowa.

Teść wkurzony tym bardziej, że jest taksówkarzem, i ledwo co kupił ten samochód do pracy. Miał go od kilku dni, dopiero skończył załatwiać wszystkie formalności, przełożył sprzęt z poprzedniego auta, a tego ranka chciał założyć koguta, i zacząć pierwszy dzień pracy nowym nabytkiem. Krew wartka, i spieniona go zalała, zadzwonił z "radosną" nowiną do mojego męża. Mąż kazał mu przejść się po sąsiadach z pytaniem, czy ktoś coś widział.

Trochę uspokoił teścia niepełnosprawny sąsiad z parteru, który widział całe zajście będąc na balkonie. Teść usłyszał, że auto przyozdobił mu kierowca busa pewnej dużej i znanej firmy kurierskiej, który po szybkim rzuceniu okiem na wyrządzone szkody ... wsiadł do swojego samochodu i odjechał. Sąsiad usiłował go zatrzymać krzykiem, ale niewiele zdziałał. Jednak zdążył cyknąć telefonem fotkę odjeżdżającego busa. To jeszcze nie dawało gwarancji pociągnięcia sprawcy do odpowiedzialności, ale pozwalało przynajmniej żywić nadzieję na jego znalezienie - wszak firma raczej powinna wiedzieć, gdzie w danym momencie był ich kierowca, na zdjęciu widać było rejestrację, a sąsiad dodatkowo opisał mniej więcej jak facet wyglądał.

Po uzyskaniu tych informacji od sąsiada, teść ponownie zadzwonił do mojego męża, poradzić się jak tę sprawę ugryźć, i zdecydować co, i jak dalej robić.
I nagle - cud!
Na parking podjechał sprawca zamieszania. Nie zbyt skruszony, raczej naburmuszony, bo to szef, do którego zadzwonił na wszelki wypadek się wyspowiadać, nakazał mu natychmiast wracać na miejsce, znaleźć właściciela, przeprosić, i wybłagać spisanie oświadczenia, zamiast wzywania policji. Chłopak miał szczęście, bo teść tak się ucieszył z tego, że facet wrócił, że nie robił mu problemów, i odwołał wezwany już patrol. Spisali oświadczenie, teść naprawił auto z oc sprawcy, wczoraj odebrał je z warsztatu, więc sprawa zakończyła się dla niego pomyślnie (nie licząc spodziewanych problemów, i niższej wartości pojazdu przy przyszłej sprzedaży...)

Tak się tylko zastanawiam - o czym myślał ten gość uciekając z parkingu? Naprwdę sądził, że nikt go nie będzie szukał, a jeśli tak, to że go nie znajdą? Uszkodził komuś nie najtańsze auto, jadąc wybitnie charakterystycznym, służbowym samochodem, najprawdopodobniej wyposażonym w urządzenie zapisujące przejechaną trasę, o takiej godzinie, że choć to zadupie, to jednak w koło kręciło się sporo ludzi, dodatkowo tuż pod oknami, więc na bank ktoś to musiał widzieć (i jak wynika z historii - widział), i odjechał goniony krzykiem sąsiada. Poza tym w okolicy są conajmniej trzy kamery monitoringu okolicznych sklepów, i przynajmniej jedna miejska. A popołudniu do teścia zapukał inny sąsiad, z nagraniem całego zdarzenia, zrzuconym na kartę SD, bo jego auto, wyposażone w kamerkę z czujnikiem ruchu, stało obok, i wszystko się pięknie nagrało... Co dodatkowo mnie dziwi, bo na nagraniu widać, że gość obczajając okolicę, spojrzał prosto w obiektyw kamery, doskonale widocznej za przednią szybą, zaklął szpetnie, i szybko wsiadł do swojego samochodu (jak wrócił, to stanął tak, że kamera się nie włączyła, dlatego sąsiad nie wiedział, że sprawa się już wyjaśniła, i przyniósł nagranie). I już wyobrażam sobie poziom zdenerwowania teścia, gdyby szef chłopaka jednak nie kazał mu wrócić na miejsce, tylko musielibyśmy się kopać, żeby uznano winę kuriera (niby nie powinno to być trudne, przy takich dowodach, ale ile niepotrzebnych nerwów by wygenerowało, to wolę nawet nie myśleć). A nawet pomijając to wszystko - gdzie się podziała zwykła przyzwoitość?...

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 98 (104)

Podziel się najśmieszniejszymi historiami na
ANONIMOWE.PL

Piekielni