Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

 

#86380

(PW) ·
| Do ulubionych
Wirus szaleje, a człowiek zdaje sobie sprawę, że ma zbyt wiele wolnego czasu i nie wie co ma ze sobą zrobić. Kilka dni temu, podczas porannej khmm... toalety, wpadłem na genialny pomysł jak produktywnie spędzić czas wolny i przy okazji trochę zarobić. Postanowiłem zostać korepetytorem informatyki (poziom matury rozszerzonej i egzaminu technicznego, a w przypadku programowania i baz danych nawet do poziomu magisterki) i matematyki (poziom matury podstawowej). Kilka godzin później już wiedziałem co zrobić żeby skarbówka się nie doczepiła i byłem gotowy do szukania wychowanków. Pokornie jednak postanowiłem przetestować swoją wiedzę. Wykonałem kilka udostępnionych matur z matematyki oraz informatyki i testów na technika informatyki, z wcześniejszych lat. Uśrednione wyniki na poziomie 95% upewniły mnie, że dam radę.

Znalazłem kilkanaście grup na facebook'u oraz kilka forów tematycznych i zostawiłem ogłoszenia. Pierwszego dnia miałem już 6 chętnych (1 matematyka, 2 informatyka w liceum, 2 informatyka w technikum i 1 programowanie na poziomie licencjatu). Umówiłem wszystkich, na krótką rozmowę na skype, aby dowiedzieć się czego dokładnie mam ich uczyć, ustalić stawkę za jedną lekcję i umówić się na pierwsze "spotkanie". Po tym etapie przygotowałem sobie wszystkie niezbędne programy, odnalazłem stary tablet graficzny, który kupiłem w porywie marzenia o byciu grafikiem (idealnie się sprawdzał na studiach do robienia notatek) i odświeżyłem sobie wymaganą wiedzę.

No i trafiła mi się piątka półgłówków. Serio, nie chcę nikogo obrazić i rozumiem, że pomocy korepetytorów szukają głównie osoby mające problemy z nauką, no ale... Sami ocenicie.

Może ktoś spostrzegawczy zauważył, że mówiłem na początku o 6 chętnych, a później o 5 półgłówkach. Trafiła mi się jedna perełka, w przypadku której piekielność jest trochę inna.

Chłopak 4 klasa technikum. Średnia 4.5, gdyby wziąć tylko przedmioty techniczne (poza programowaniem) średnia 6.0. Ocena z programowania 2 na szynach. Chłopak sam nie wie co robi źle. Na pierwszej lekcji pokazał mi programy, które pisał do szkoły i ich oceny. Na początku nie miałem pojęcia do czego mógł dowalić się nauczyciel. Kod nie był idealny, ale przewyższał on poziom ucznia technikum. A co najważniejsze zwracał prawidłowe wyniki i był w miarę dobrze zabezpieczony przed błędami (tylko w jednym z pięciu programów jakie mi pokazał znalazłem małą lukę). Powiedziałem mu, zgodnie z prawdą, że nie mam pojęcia dlaczego dostaje tak niskie oceny i zaproponowałem by zapytał o to nauczyciela.

Zadzwonił do mnie z odpowiedzią dzień później i wytłumaczenie zwaliło mnie z nóg. Jego nauczyciel stwierdził, że zmienne mogą mieć tylko postać kolejnych liter alfabetu... Tłumacząc osobom nieznającym programowania. Zmienna to taki pojemnik, w którym można przechować dowolną wartość. Łatwo to przyrównać do niewiadomych w matematyce. Zwykle na poziomie liceum w równaniach są dwie, trzy lub maksymalnie cztery niewiadome. Tak samo jest w programowaniu. W programach na poziomie technikum jest maksymalnie kilka zmiennych. Ale w normalnym programowaniu jest tych zmiennych od kilkuset do kilku tysięcy, w zależności od wielkości programu. Wyobrażanie sobie ogarnąć co się kryje pod niewiadomą x wiedząc, że niewiadome nazywasz kolejno od a? To niemożliwe... Nie lepiej przy takiej ilości niewiadomych nazwać je tak by nazwa odzwierciedlała zawartość jaką zawiera? Np. wysokosTrojkataTegoITego. Chłopaka odpytałem ze wszystkiego co mi przyszło akurat do głowy i upewniłem, że z taką wiedzą nie będzie miał problemów ani z maturą ani z egzaminem technicznym. Poza tym zaproponowałem mu naukę ponad program szkolny za przysłowiowe 5 złotych na piwo.

A teraz przejdźmy do półgłówków. Tutaj mam nadzieję będzie krócej.

1. Dziewczyna z trzeciej klasy liceum ma problem z równaniami. Zaczynam od równania z jedną niewiadomą: 2x - 10 = 10. Dziewczyna głupieje. Pytam się, więc ile jest 2 * 10 - 10, aby ją naprowadzić. Jej odpowiedź to 2, bo najpierw się odejmuje i dodaje, poza tym co to za pytanie jak mam ją uczyć jak mam znaleźć x, a nie jakieś przedszkole tu urządzam. Przy próbie wytłumaczenie kolejności wykonywania działań i tego, że podałem jej rozwiązanie na tacy, w kamerce pojawia się matka... W skrócie: Miałeś córce wytłumaczyć jak znaleźć x i y, a tu jest tylko x, a potem już w ogóle x nie ma i mówisz, że to rozwiązanie. I nie pouczaj mojej córki jak rozwiązywać zadania bo ona jest w LICEUM. ROZUMIESZ! LICEUM! Spoko :D

2. Osobników z liceum opiszę zbiorczo, bo identyczny przypadek. Oboje mieli problem z Office Access (taka pseudo baza danych dostarczana z pakietem Office, w większości szkół uczniowie mają do niej bezpłatny dostęp). W rozmowie wstępnej poprosiłem aby zainstalowali na swoich komputerach ten program, a jeśli szkoła go nie udostępnia, pobrali tymczasowo testową wersję (podałem link). Oboje odpadli na tym zadaniu, ale pewnie Fifę daliby radę scrackować...

3. Drugi rodzynek z technikum informatycznego. Miał problem z językiem binarnym. Okazało się, że nie ma pojęcia ile jest 2 do potęgi 0 oraz 2 do potęgi 1. Na pytanie ile jest 2 do potęgi 2 odpowiedział mi 8. Osobom nie wiedzącym czym jest system binarny, nie będę tłumaczył czym on jest bo zbyt długo by to zajęło, jednak wspomnę tylko tyle, że w tych obliczeniach znajomość potęgowania (i to tylko liczby 2), jest niestety wymagana. Czy to aż tak wiele?

4. No i nasz student. Na rozmowie wstępnej powiedział, że ma problem z pracą inżynierską, którą pisze w C++. Na pierwszej lekcji okazało się, że myślał, że napiszę ją za niego.

W drugiej turze trafiło mi się trzech w miarę ogarniętych uczniów i naprawdę dziwię się jak dobrze radzę sobie w roli nauczyciela :) Niestety pierwszy rzut to była tragedia. Poza pierwszym chłopakiem, którego ostatecznie postanowiłem uczyć rzeczy ponadprogramowych i to bezpłatnie. Mam nadzieje, że po egzaminach zgodzi się przyjąć pozycję juniora w mojej firmie :)

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 123 (135)

#86379

~Kierman454 ·
| Do ulubionych
Jestem kierowcą autobusu.
1 kwietnia wprowadzono ostrzejsze zasady dotyczące walki z koronawirusem. Jedna z nich dotyczyła zakazu zgromadzeń. Dla opornych nieprzestrzegających zasad przewidziano kary nawet do 30 tysięcy zł.

Wiele osób posłuchało apeli i pozostało w domach. Ja niestety nie mogłem. Ktoś musi do pracy dowieźć tych, co tak jak ja nie mogą pracować zdalnie.

Podczas postoju na pętli zauważyłem siedzących pod wiatą czterech obywateli świata zwanych inaczej żulami. Panowie nie dość, że łamali przepisy dotyczące kwarantanny, to jeszcze ostentacyjnie popijali sobie piwo.

Nie chciałem osobiście narażać się na kontakt, więc wyjąłem telefon i zadzwoniłem po straż miejską, opisując całą sytuację. Miła pani po drugiej stronie słuchawki poinformowała mnie, że zaraz wyśle załogę.

Wykonałem kurs od pętli do pętli. Zajęło mi to prawie 1,5h. Żule jak siedzieli wcześniej, tak siedzieli nadal. Tylko już nie czterech lecz pięciu. W pewnym momencie najwyraźniej skończył im się alkohol, bo przez nikogo niepokojeni wsiedli całą gromadą do autobusu stojącego przede mną, i odjechali w poszukiwaniu dalszych przygód.

komunikacja_miejska

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 106 (112)

#86377

(PW) ·
| Do ulubionych
Właśnie współlokatorka opowiedziała mi co się stało gdy jej dziewczyna wyszła z domu do sklepu.

Jakiś kretyn bo inaczej tego nazwać nie można jeździ po okolicy w samochodzie i pluje na ludzi przez otwarte okno.

Z ciekawości poszukałem trochę informacji na ten temat. Okazuje się, że ludzie plują na krzesła w tramwajach lub nawet kaszlą bezpośrednio na ludzi w komunikacji.

Nie ma to jak terroryzm podczas pandemii. Dla uściślenia to nie Polska. To UK. Tutaj brak jakiejkolwiek wyobraźni to norma.

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 98 (110)

#86376

(PW) ·
| Do ulubionych
Krótka historia o roszczeniowości pracowników w dobie kryzysu.

Pracuję w dużym korpo. Skomputeryzowanym. Ponad połowa pracowników od zawsze wyposażona z laptopy, wiele osób z uprawnieniami do okazjonalnej pracy z domu, pracownicy "słuchawkowi" obowiązkowo w biurze, bez możliwości brania sprzętu do domu.

I tu pojawia się COVID-19. Firma w mniej niż miesiąc implementuje rozwiązania software'owe umożliwiające wysłanie "słuchawkowych" do domu, wydaje dodatkowe monitory dla tych, którzy już mieli laptopy, generalnie w momencie, w którym rząd sugeruje telepracę, my jesteśmy już w 60% implementacji, do połowy kolejnego tygodnia praktycznie cała firma siedzi w domu.

No i tu zaczyna się marudzenie.

- Ale mnie się źle pracuje z domu, tu mi dzieci krzyczą!
- No dobrze, mam laptopa i ekran, ale skoro nie mam biurka i wygodnego krzesła, to czy można powiedzieć, że firma zapewniła mi godne stanowisko do pracy?
- No przecież firma nie może oczekiwać ode mnie takiego samego poziomu wydajności, co w biurze..

Większość tego typu tekstów została ucięta bardzo krótko - praca z domu jest ZALECENIEM, nie obowiązkiem. Jak komuś się nie podoba, to może przyjechać do biura, jest otwarte. Co nie zmienia faktu, że nasza firma ogarnęła sprawę modelowo, nadszarpnęliśmy dla pracowników finanse i łańcuchy dostaw (bo był potrzebny dodatkowy sprzęt), a każdy widzi tylko koniuszek własnego nosa i odrobinę ograniczoną wygodę, bo zamiast fotela za 1000 zł siedzi na krześle w kuchni...

pracownicy

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 127 (133)

#86370

(PW) ·
| Do ulubionych
Jestem na kwarantannie, aktualnie dzień szósty.

Dużo zamawiam. Zawsze proszę sprzedającego, żeby napisał o kwarantannie na paczce i w uwagach zamieścił prośbę o zostawienie paczki pod drzwiami. Tak się zawsze działo, paczki czekały na wycieraczce, ogólnie bez problemów.

Dzisiaj oczekiwałam na paczkę. Dzwoni kurier, jest pod klatką, mam zejść. Proszę, żeby wszedł na górę i zostawił paczkę pod drzwiami. Kurier, że nie może, mają zakaz wchodzenia do klatki, mam zejść. Tłumaczę znowu, że nie mogę, bo kwarantanna. Nie, mam zejść. Jak kwarantanna, to tym bardziej on nie może wejść do środka (klatka schodowa na 20 mieszkań). Mam zejść i wziąć paczkę od niego na dole. Pan żadnego absurdu w tym nie widział.

Ostatecznie paczkę zostawił przed wejściem do klatki, na co się zresztą nie zgodziłam. Na szczęście, kilka godzin później wciąż tam leżała, kiedy mąż wracał z pracy.

(Tak, mój mąż chodzi do pracy. Na kwarantannie jestem tylko ja, jego decyzja administracyjna nie objęła. Nie może więc przestać chodzić do pracy, nie ma podstaw, żeby wziąć wolne, a szef mu nie dał urlopu lub pracy z domu, mimo iż wie o mojej kwarantannie).

Skomentuj (37) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 127 (139)

#86311

(PW) ·
| Do ulubionych
Czytając kilka ostatnich wpisów o szukaniu mieszkań przypomniała mi się jeszcze jedna piekielność, a nawet wręcz lekka głupota z czasów gdy sam szukałem mieszkania.

Szukaliśmy z dziewczyną mieszkania, dwupokojowe, najlepiej układ salon + sypialnia. W mieście gdzie szukaliśmy ceny najmu takich mieszkań za miesiąc, to około 1400-1700zł. Większość wynajmujących zaznacza, że woli mieszkanie wynająć studentom, część nawet zaznacza, że obchodzi ich wynajem tylko i wyłącznie studentom. Piekielność zaczyna się gdy wgłębimy się w sposób podpisania umowy. Często spotykaliśmy się z takimi wariantami jak: czynsz za pierwszy miesiąc z góry (co jest akurat normalne) + kaucja równa dwóm miesięcznym czynszom + jednorazowa opłata dla biura pośredniczącego w wysokości jednego czynszu. Czasami dodatkowo jeszcze wymagany najem okazjonalny z opłatą za notariusza (200-300zł) przerzuconą na studentów.

I w taki sposób wynajmujący, który zaznacza że chce wynająć tylko i wyłącznie studentom zakłada, że będą oni mieli na start wyłożyć równowartość 4 czynszów, co równa się około 6 tysiącom złotych.

najem

Skomentuj (43) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 111 (123)

#86307

(PW) ·
| Do ulubionych
Na szybko od kolegi.
Klient zamówił gadżety na targi. Suma 39000 zł.
Targi odwołano bo koronawirus.
Mail:
"W związku z anulacją targów, odsyłamy kupione artykuły i czekamy na zwrot do xx.yy".

W umowie jest: po wykonaniu - zapłata, bez zwrotu, jeśli inny niż reklamacyjny.

Big firma

Skomentuj (22) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 106 (110)

#86300

(PW) ·
| Do ulubionych
Gdyby Dante pisał swoją "Boską Komedię" w dzisiejszych czasach, w jednym ze swoich kręgów piekielnych umieściłby na pewno call center. W takiej pracy wszystko potrafi być piekielne: klienci, przełożeni, procedury, współpracownicy, ba, sam system pracy jest jakby wyjęty z czeluści piekielnych.

Moja pierwsza "poważna" praca, byłam młodziutka i jeszcze nieświadoma tego, że rekruter oddzwaniający w 2 godziny po wysłaniu CV, nie wróży nic dobrego :P No, chyba że w CV ktoś napisze, że robienie nadgodzin to jego hobby i kategorycznie nie zgadza się na wolne weekendy.

Praca w firmie outsourcingowej, projekt związany z pewną dużą siecią komórkową. Sprzedażówka, czyli po ludzku mówiąc, wciskanie super wspaniałej wyjątkowej oferty przez telefon. O ile w innych miejscach, w których pracowałam później, oprócz piekielności było też kilka jasnych stron, tak tutaj wszystko było belzebubiaste :P

1.Umowa. Oczywiście, zlecenie. Śmieszna stawka, nawet jak na tamte czasy. Miałam to nieszczęście, że umowę podpisywałam za pośrednictwem agencji. Co oznaczało stawkę godzinową niższą o złotówkę (w stosunku do osób zatrudnionych bezpośrednio przez firmę) i lojalkę na 3 miesiące. Czyli głupia ja, robiłam tam 3 miechy, bo inaczej musiałabym zwrócić pracodawcy koszty szkolenia. Z tego co pamiętam, było to 500 PLN.

2.Szkolenie wstępne. Lwia jego część to było korporacyjne pranie mózgu. Już po godzinie, każdy nowy pracownik miał w głowie wizję złotych rolexów, limuzyn z szoferem, willi w Miami i ogólne poczucie, że ta firma, jest jak twój drugi dom. Hura.
Część szumnie nazwana "szkoleniem technicznym" polegała na wręczeniu nam kiepskiej jakości kserówek z danymi technicznymi i rysunkami poszczególnych modeli telefonów i notebooków, które sieć komórkowa miała wówczas w ofercie. Więcej czasu poświęcono na naukę zbijania obiekcji ofia... klienta i udawanie, że świetnie się znasz na proponowanym przez ciebie sprzęcie.
Zapewniono nas też, że nasz pierwszy dzień na słuchawkach będzie dniem testowym, a wiec nikt nas nie będzie oceniał, będziemy mogli się oswoić z procedurami itp. Super. Dzień testowy w praktyce okazał się jedną godziną. Ja rozumiem, że czas jest względny, ale żeby aż tak?

3.Wykonywanie połączeń. Pracownicy nie dzwonili do klientów. Robił to program. Po przyjściu do pracy, trzeba się było zalogować i od tego momentu komputer non stop wykonywał automatyczne połączenia. Co wykluczało jakiekolwiek rozmowy z współpracownikami. Wyobraźcie sobie, że siedzicie tak kilka godzin ze słuchawkami na uszach i nie możecie się nawet odezwać do współpracownika, napić się czy szybko czegoś zjeść, bo w każdej chwili klient po drugiej stronie może odebrać telefon.

4.Przerwy. Wyliczone co do minuty. Na każdą godzinę pracy przysługiwało 5 minut przerwy, plus 15 minut obiadowej. I to nie było tak, że można było sobie pójść na 5 minut przerwy na siusiu. O nie. Na przerwę nie można było wychodzić częściej, niż co 2 godziny. Na 10 minut. Albo 15, na obiad. Jeśli komuś zachciało się takich bezeceństw jak 20 minut przerwy obiadowej, trzeba było zgłosić to przełożonemu przed rozpoczęciem pracy. Na każdej przerwie dylemat: wypić szybko kawę, wyjść na papierosa czy iść do toalety? A może spróbować coś zjeść? Hmm.

5.Czas pracy. Były 2 zmiany. Powiedzmy, że ranna zmiana 8-16, a popołudniowa 13-21. Wyglądało to tak, że albo się było zatrudnionym na rano albo na popo. Podczas szkolenia i rozmów kwalifikacyjnych uspokajano nas, że każdy pracownik ma prawo do jednej dowolnej zmiany w tygodniu. Czyli jak zazwyczaj pracujesz na popo, to możesz zgłosić, że chcesz w piątek iść na rano. Fajnie? Otóż nie, bo Ranne Ptaszki nie mogły pracować w poniedziałki na popo, a Dzieci Nocy nie mogły pracować na rano w piątki. Taki tam szczegół, o którym poinformował mnie święcie oburzony przełożony, kiedy wyraziłam zakazane prośby grafikowe.

6.Wynagrodzenie. Wspominałam, że było śmiechu warte. Ale żeby jeszcze firma mogła zaoszczędzić na frajerach, którzy zgodzili się dla nich pracować, wprowadziła bardzo ciekawy system naliczania godzin pracy. Z jednej strony, był program do wykonywania połączeń, gdzie było dokładnie wyszczególnione ile minut prowadziło się rozmowy, ile trwała przerwa obiadowa, techniczna czy szkolenie. Ale to nie wystarczało. Pracownicy mieli dostęp do specjalnego programu, gdzie trzeba było wpisywać bardzo dokładnie, co się robiło w konkretnych przedziałach czasowych. Np. 8:00-9:30 praca, 9:30-9:45 szkolenie z technik sprzedaży, 9:45-10:00 praca, 10:00-10:15 przerwa. Trzeba było się co jakiś czas logować ponownie do systemu, żeby zobaczyć, czy przełożony zatwierdził, to co wprowadziłeś. Jeśli coś było nie zatwierdzone, to trzeba było w czasie swojej przerwy/przed pracą/po pracy pójść sprawę wyjaśnić z przełożonym i od nowa wprowadzić właściwą informację. Jeśli się z tym spóźniłeś, pieniądze za niezatwierdzony czas pracy dostawałeś w kolejnym miesiącu.

Ale! To nie koniec atrakcji związanych z cudownym systemem. Jeśli przekroczyło się czas swoich przerw o DOSŁOWNIE 3 minuty w ciągu dnia, przełożony nakazywał pracownikowi wpisanie w system, że przez kwadrans miałeś nieodpłatną przerwę. Czyli za każde 3 minuty spóźnienia lub przekroczonej przerwy (przecież czas to pieniądz), odejmowano kilka złotych z wypłaty.

CDN.

call_center

Skomentuj (5) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 90 (98)

#86368

~m2929 ·
| Do ulubionych
Zdaję sobie sprawę, że Polacy nigdy nie byli mądrym narodem. Jednak to, co usłyszałem dzisiaj od koleżanki, która pracuje w klinice weterynaryjnej, przebiło wszystko.

Opowiedziała mi o dwóch przypadkach, które miały miejsce w przeciągu ostatniego tygodnia:
- Facet przyszedł do kliniki z prośbą o uśpienie 4-letniego ZDROWEGO owczarka, bo bał się, że pies zarazi go koronawirusem.
- Kobieta przyszła z psem, niby na wizytę, po czym porzuciła zwierzę w lecznicy i uciekła.

Ludzie, czy Wy powariowaliście? Ze strachu przed jednym z setki wirusów oddajecie swoich podopiecznych, a co więcej, jesteście nawet w stanie odebrać im życie? Oczywiście weterynarze nie mogą dokonywać eutanazji, jeśli nie ma ku niej podstaw, zatem żadne zwierzę nie ucierpi... A nie, przepraszam, żadne zwierzę nie ucierpi z ręki weterynarza, a to co robią ludzie z psami i kotami na własnych podwórkach to aż strach pomyśleć.
Apeluję do wszystkich właścicieli zwierząt: Wasze pupile nie roznoszą choroby. Mycie ręce po kontakcie ze zwierzęciem i tyle. Nie bądźcie katami na litość boską!

lecznica zwierząt

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 62 (98)

#86367

~kuurier ·
| Do ulubionych
Moje życie kuriera nigdy nie było usłane różami, ale w ostatnim czasie to już całkowicie się spieprzyło. Nie dość, że nie mam możliwości zachować się odpowiedzialnie i urządzić sobie home office jak większość z Was, to ludzie zaczęli mnie traktować jeszcze gorzej, niż wcześniej. Można? Otóż można, moi kochani Rodacy.

Większość klientów dzwoni do mnie i prosi, żebym zwyczajnie zostawiał im paczki pod drzwiami. Nie mam z tym problemu, cieszy mnie to, bo dzięki temu też mam rzadszy kontakt z innymi i naturalnie spada ryzyko złapania tego koronawirusa. Problem pojawia się, gdy ktoś takiej prośby nie złoży. Jako kurier, mam obowiązek przekazać klientowi paczkę, zatem w takiej sytuacji dzwonię i czekam, aż odbiorca otworzy i podaję mu pudełko. No i otwiera taki durny Polak, po czym robi ostentacyjnie zniesmaczoną minę i wielkie oczy i... trzaska drzwiami. Tak. A potem wrzeszczy zza drzwi, dlaczego nie zostawiłem kartonu i nie uciekłem. Raz jakiś facet otworzył mi w masce gazowej. Pewna kobieta rzuciła we mnie chusteczkami antybakteryjnymi.

Ja wiem, że mamy zachować się odpowiedzialnie i uważać bardziej niż zwykle, ale serio? Tak ciężko napisać smsa z prośbą o bezkontaktową dostawę? Że też nawet w takim okresie ludziom chce się szukać wrzawy i problemu.
Nie pozdrawiam, nieszczęśliwy kurier.

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 83 (99)

Podziel się najśmieszniejszymi historiami na
ANONIMOWE.PL

Piekielni