Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

 

#87313

(PW) ·
| Do ulubionych
Wrzucę, bo mam wrażenie, że problem narasta i warto go nagłośnić. Chodzi o fejkowe sklepy internetowe, zwłaszcza handlujące odzieżą i obuwiem.

Kiedyś szukałam sukienki na wesele, przejrzałam też internet, no i zaczęło się: w Google Adds zwaliło się na mnie pełno reklam wystrzałowych i nietuzinkowych sukienek. Powiem szczerze, że w pierwszej chwili (jedna sukienka była naprawdę zachwycająca) rozważałam zakup, ale odstraszyło mnie to, że wysyłka miała być z zagranicy, a także dość wysoka cena. Potem poczytałam opinie o sklepie i cały czar prysł - strony z opiniami były pełne niezadowolonych klientów, którzy otrzymali towar niskiej jakości i nie mogli się skontaktować ze sklepem.

Od tego czasu, ilekroć szukam w internecie jakiegoś ciuszka, moje reklamy spersonalizowane są zalewane ofertami takich sklepów - ostatnio Coloryee i Airydress. Mają pewne cechy wspólne:

- ubrania najczęściej są w istocie niezwykłe, nietuzinkowe, przez co bardzo kuszą (ach te bluzy z motywami gór i lasu, kupowałabym jak Reksio szynkę... tylko kobieta to zrozumie :P);
- strona na język polski jest tłumaczona przez translator (żadna poważna marka tak nie zrobi);
- nie ma systemu ocen produktów lub czasami jest, ale ocen jest bardzo mało;
- ceny czasami są bardzo niskie, choć nie zawsze;
- nie ma podanego adresu do kontaktu albo jest, ale np. w Azji - w praktyce pisz na Berdyczów;
- częstym chwytem marketingowym jest gigantyczna promocja, która kończy się za kilka-kilkanaście godzin (żebyś przypadkiem, internauto, nie namyślał się za długo).

Możliwe, że dla starego wyjadacza internetów coś takiego śmierdzi kitem na kilometr, ale np. moja mama i ciocia, obie w sile wieku i rzadko korzystające z internetu, prawie się nabrały. Poza tym te strony są robione w miarę profesjonalnie i na pierwszy rzut oka nie różnią się tak bardzo od zwykłych sklepów.

Długą LISTĘ FEJKOWYCH SKLEPÓW można znaleźć tutaj:

https://www.legalniewsieci.pl/aktualnosci/podejrzane-sklepy-internetowe

Można też wpisać w Google nazwę sklepu z dopiskiem "opinie".

I na koniec ciekawostka. Najczęstszym problemem, który zgłaszają oszukani klienci, jest niska jakość towaru - nie wygląda on jak na zdjęciach. Jeśli naprawdę podoba nam się jakiś ciuszek, warto pod tym kątem przeszukać Aliexpress. Ja już dwa razy znalazłam to samo ubranie na Ali, ale w niższej cenie i albo opatrzone przez uczciwego chińskiego sprzedawcę zdjęciami "real photo", bez retuszu, albo takich zdjęć dostarczali kupujący (na Ali jest system ocen i można dodać zdjęcia). Zwykle odechciewa się kupować.

Przestrzeżcie swoje mamy i babcie.

sklepy_internetowe oszustwo

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 107 (113)

#87416

(PW) ·
| Do ulubionych
Od kolegi z branży reklamowej.

Pewien Janusz biznesu zamówił 50 długopisów Parker z małym nadrukiem. Ok, długopis bo hurt 37 zł sztuka plus wykonanie nadruku 3 zł za sztukę bo raptem tylko nazwa. Równo 2000 zł.
Jednak po kilku dniach dzwoni, a bo pandemia i odwołali imprezę, gdzie chciał dawać długopisy i pyta o zwrot.
Ok, trudne czasy i kolega się zgadza odda za długopisy, ale trzeba minus 50 zł bo pracownik musi zmyć ten nadruk. Ok, on się zgadza.
Niby wszystko w porządku, ale uwaga. Wyszło podczas zmywania nadruku.
W każdym z oddanych długopisów był wkład Parkera (13,5zł cena), a teraz jest zwykły tego typu (ok 1 zł)
Sprawa zakończy się w sądzie, bo Janusz twierdzi jakie dostał takie oddał.

Janusz

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 101 (111)

#87413

(PW) ·
| Do ulubionych
Po przeczytaniu historii Misguided i dyskusji na temat portali randkowych przypomniała mi się tinderowa rozmowa z chyba najbardziej żenującym typem, na jakiego się w życiu natknęłam. Nazwijmy go Jochen.

Profil wyglądał zupełnie standardowo, ot ze dwie całkiem normalne fotki, parę zdań o sobie, parę informacji na temat hobby i że niedawno wrócił do Monachium po kilkuletnim służbowym pobycie w Nowej Zelandii.

Napisał pierwszy, któregoś przedpołudnia. Rozmowa zaczęła się całkiem zwyczajnie, kim jesteśmy, co robimy zawodowo, co lubimy robić w wolnym czasie, i tak dalej. Napisał mi dość dużo o sobie, chwalił się, że ma doktorat, pracuje w firmie, powiedzmy, biochemicznej, na stanowisku dyrektora generalnego do spraw czegoś tam, a do niedawna był na kontrakcie w Auckland, gdzie nawet piastował stanowisko wiceprezesa. No ogólnie, zdolny jest niesłychanie, najpiększe ma ubranie i w ogóle klękajcie narody.

Po kilkunastu wiadomościach Jochen przystąpił jednak do rzeczy. No, bo on nie po to się zalogował w tej aplikacji, żeby pisać o najnowszych filmach czy fajnych knajpach. Postawi sprawę jasno. On jest żonaty, z tym że żona właśnie urodziła dziecko, więc przez najbliższych kilka tygodni nici z seksu, a on ma swoje potrzeby, tak więc proponuje następującą rzecz. Mam się z nim spotkać za 15 minut w garażu podziemnym w centrum miasta, wsiąść do jego samochodu i zrobić mu tam loda. Jak to określił, "wiesz, jak taka tania k…a". I żebym koniecznie założyła pierścionek, który wygląda jak obrączka, bo chce sobie wyobrazić, że jestem mężatką, która zdradza z nim swojego męża. I w ogóle uj z tym, że jestem w tej chwili w pracy, mam się urwać, bo on ma ciśnienie.

Po przeczytaniu tego na chwilę zaniemówiłam, natomiast przyjemniaczek kontynuował. Żebym mu tylko zaraz nie pisała, że nie mam ochoty, czy że ja taka nie jestem. Bo on dobrze wie, że wszystkie baby to tanie dziwki, które marzą o tym, żeby mieć w ustach przyrodzenie ważnego, bogatego faceta, a on jest i ważny, i bogaty. I że pewnie będę miała jedyną w życiu okazję zrobić loda na siedzeniu Porsche Cayenne. I że wszystkie niby zgrywamy takie cnotki, a jakoś żadna mu jeszcze nie odmówiła.

Powstrzymałam początkową chęć zablokowania typa i stwierdziłam, że takie cudo zasługuje na więcej. Bo już nawet nie chodzi o wątpliwą strategię podrywu poprzez wyzywanie obcych kobiet od tanich dziwek, ale jakim sk…synem trzeba być, żeby zdradzać partnerkę tylko dlatego, że właśnie jest w połogu.

Postanowiłam zagrać w grę w "nie jesteś parszywy bucu taki anonimowy, jak ci się wydaje". No bo na dobrą sprawę, ilu niemieckich Jochenów ze stopniem doktora mogło pracować na stanowisku wiceprezesa na tak małym rynku, jakim jest Auckland? 30 sekund z wujkiem Google i miałam go na talerzu. Wszędzie miał publiczne konta, do tego na Tinderze zamieścił zdjęcie profilowe z LinkedIn. Dowiedziałam się, że nazywa się Jochen Richter, jest żonaty z Vanessą Richter (notabene przepiękną kobietą), z którą ma dwutygodniową córeczkę, a obecnie pracuje w firmie ABC, gdzie jego bezpośrednim przełożonym jest pan XYZ.

Odpisałam mu, że propozycją jest bardzo kusząca i może bym się nawet zgodziła (tia, jasne...), tylko nie wiem co na to Vanessa, gdyby dostała skriny tej rozmowy. Pan XYZ też pewnie nie byłby szczęśliwy, wiedząc, co jego podwładny robi w godzinach pracy.

Po chwili jego konto zniknęło... Jestem złym człowiekiem :)

Tinder

Skomentuj (26) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 150 (156)

#87406

(PW) ·
| Do ulubionych
Jak wiele osób ostatnimi czasy, szef mojego ojca postanowił zamknąć firmę. Zdarza się.

Ale z załogą postanowił rozstać się "oszczędnie", czyli wlepiając wszystkim rozwiązanie umowy za porozumieniem stron. Ale tak cichaczem, na zasadzie "słuchaj, podjadę wieczorem, dam ci wymówienie, podpiszesz mi i no w sumie tyle, bo biznes siadł". Praktycznie cała załoga podpisała mu to bez czytania, mój ojciec też by to zrobił, gdyby matka przytomnie nie zaczęła zadawać pytań.

Ojciec zadzwonił do koleżanek, zapytał co dostały, no i po krótkiej dyskusji z konsultantką z PIP stwierdził, że odmówi podpisania. Szef aktualnie jest na etapie "agresywnych negocjacji", czyli "uważaj, bo jeszcze ci znajdę coś do roboty, przy sprzątaniu albo noszeniu ciężkich rzeczy" - no ale nie wziął biedaczek pod uwagę, że umowa o pracę jest na stanowisko, które ze sprzątaniem i noszeniem nie ma za wiele wspólnego.

Tak czy inaczej, wychodzi na to, że z całej załogi tylko mój ojciec dostanie 3 miesiące odprawy i wypłacony urlop - cała reszta się tej przyjemności pozbawiła podpisując papier podsunięty pod nos. Co prawda planują jechać do szefa i robić burdę, ale jakoś nie wróżę sukcesów :)

Także, drodzy Piekielni, czytajcie co podpisujecie ;)

praca

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 103 (109)

#87392

(PW) ·
| Do ulubionych
Rok temu udało mi się załapać do fajnie płatnej pracy. Trochę poniżej średniej krajowej, 8 godzin dziennie, od poniedziałku do piątku.
Płatna jest podstawa plus akord, z tego względu wypłata co miesiąc różniła się od kilku do kilkunastu złotych.
W tym miesiącu jednak, gdy wypłata wpłynęła na konto, okazało się, że dostałam za dużo o dokładnie 1000 zł. Nie wiele myśląc, zadzwoniłam od razu do biura i wytłumaczyłam sytuację. Podziękowania od dyrekcji, pochwała, że nie każdy by się tak zachował i obietnica premii za szczerość w następnym miesiącu. Bajka.

Gdzie piekielność? Ano w rodzince, znajomych i niektórych współpracownikach, z którymi utrzymuję bliższe kontakty. Zostałam zalana wyrzutami, że dlaczego się przyznałam, że to ich pomyłka, na moją korzyść, że pewnie by się nawet nie doliczyli tego błędu.
Dla mnie nie ma to znaczenia, nie myli się tylko ten, co nic nie robi. Może i dla nich te 1000 zł nich nie znaczy bo obracają ogromem pieniędzy, może i by się nie doszukali bo firma zatrudnia ogrom osób i jest na rynku od kilku lat, ale ja nie mogłabym z czystym sumieniem korzystać z tych pieniędzy, między innymi mając wizję stracenia zaufania kierownictwa, bo jestem na dobrej drodze do uzyskania awansu.

Zresztą dla mnie nie było innej możliwości, niż poinformować o pomyłce. Jednak to co usłyszałam od znajomych, mocno mnie zdenerwowało.
Dodam jeszcze tylko, że kiedyś znalazłam na ulicy 50 złotych i było mi głupio je wziąć, jednak nikogo w pobliżu nie było, cóż zrobić, tylko się uśmiechnąć.

praca rodzinka pieniądze

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 108 (116)

#87405

(PW) ·
| Do ulubionych
Kupili ludzie mieszkanie w kamienicy w stanie wskazującym (na potrzebę remontu oczywiście).
Ponieważ firma, w której pracuje nie zajmuje się stricte pracami konserwatorskimi, a jedynie pospolitą wykończeniówką, to na rzeczy takie bardziej "och i ach" Inwestor znalazł sobie specjalistów.

I tak np my robimy nowe nadproża, szpachlowanie, malowanie, płytki itd. a od sztukaterii, historycznych parkietów i zabytkowych drzwi są specjaliści.
Właśnie: drzwi. W oryginale było 5 otworów drzwiowych, ale jeden zamurowaliśmy. Drzwi widać było, że wszystkie są od kompletu, ale każde tak naprawdę inne: były dwuskrzydłowe z szybkami, bez szybek, dwuskrzydłowe z szybkami i nadświetlem, jednoskrzydłowe pełne i jednoskrzydłowe z szybkami. Tzn. miały taki sam podział, opaski i płyciny, dlatego mówię, że od kompletu.
Więc przyszedł ten magik od drzwi, wszystkie je zabrał i miał powiesić na sam koniec budowy. W międzyczasie wyklarowała się Inwestorom koncepcja, żeby jeden otwór zamurować.

No i nadszedł ten długo wyczekiwany koniec budowy, gość drzwi przywiózł i daje mi do parafowania odbiór.
A ja stoję i patrze i coś mi nie gra.
- Panie, to nie są nasze drzwi! - wyklarowało mi się.
- Copanipier....sz - zapowietrzył się - Jak nie wasze jak wasze?
- No bo tu były jednoskrzydłowe z szybkami, a te tu są bez szybek! - a dobrze to zapamiętałam, bo gospodyni mi opowiadała, jak ona na tych szybkach powiesi koronkę i witrażowe aniołki i refleksy światła będą jej grały na ścianę o poranku, a ona będzie na to patrzeć pijąc kawę blablabla.
- Niemożliwe. Ja mam zapisane: Piekielna 66b. Odłożyłem sobie i to wasze drzwi są.
- Panie, ja panu mówię, że Pan mi nie te drzwi przywiózł. Z szybkami były, a są bez szybek. Nie podpiszę - oddaję mu protokół i fakturę, która miałam przekazać szefowi.
Gość się nadął i se poszedł. Do szefa.

Wrócił z szefem.
-?- spytał się skinieniem głowy, wzrokiem i wyrazem twarzy.
- Nie te drzwi mi przywiózł.
- Jak nie te drzwi! Pani, ja mam u siebie na warsztacie porządek! Zapisane było: Piekielna 66b - to Piekielna. Czyli to wasze drzwi! Widzi Pan: O! O! - tu wskazał na płyciny - takie jak wszystkie inne. Jeden komplet! - no z tym nie dało się dyskutować. Faktycznie był jeden komplet.
- Pewna jesteś, że tu były z szybkami? - spytał się Szef. Na szczęście miałam w laptopie zdjęcia ze stanu "sprzed" i tam wyraźnie było widać szybki.
Zapadła ciężka, pełna wyczekiwania cisza.
- Te, a to nie są te co my je zamurowali? - zapytał się pan Mareczek, który dotąd obserwował całe zajście z namysłem pijąc kawę z termosu.
- Aaaa
- No tak.
- No rzeczywiście... No tak. To te.
Znowu zapadło milczenie.
- To jak będzie?
- No ja bez Inwestora tych drzwi przyjąć nie mogę. A gdzie są te z szybkami?
- Na warsztacie niezrobione. Bo miałem zrobić 4 z 5, to żem zrobił...
- To czekaj Pan na Inwestora.
Inwestor przyjechał, stwierdził "nie dogadalimy się" i że mogą być bez szybek. Już mu zawisła ręka z długopisem nad protokołem gdy mnie tknęło.
- Panie, a zawieś Pan to na zawiasach.
- A po co? Tamte 90, te 90 - wszystko gra.
- To pan zawieś i zobaczymy czy gra - i nie zagrało. Na zawiasy weszło, ale drzwi się nie zamykają.
Inwestor: Drzwi muszą się zamykać.
Magik od drzwi: Panie, to ma 120 lat! Wiadomo, że nie będzie jak od igły.
I: Nie musi być, ale drzwi są od tego, żeby się zamykać.
Gościowi ręce opadły.
- Ale jak ja będą w tych zawiasach grzebał, to mogę opaskę rozwalić i co będzie? Czyja to będzie wina?- zapytał retorycznie rozkradając ręce.
Inwestor jednak się uparł, że drzwi mają się zamykać, a jak te się nie zamkną to mają przyjechać te z szybkami. Zrobione na zicher.
- A kto mi dwa razy za tą samą robotę i materiały zapłaci? - oburzył się magik od drzwi.
Pytanie zawisło w przestrzeni, pewnie przez to, że atmosfera tak zgęstniała. A ja kontemplowałam w ciszy to, że człowiekowi, który się zajmuje zawodowo drzwiami, trzeba tłumaczyć, że drzwi są od tego żeby się zamykać.
- Żeś pan spie...ł to pan zapie...aj - podsumował Mareczek.
- Panie, weź Pan łom i delikatnie te zawiasy podważ. Może się nagną... - znalazł rozwiązanie szef.
- A jak opaskę rozpie...lę?
- To pan spie... sprawę i będziesz naprawiał.
- Bo to trzeba z wyczuciem, jak z kobietą - podpowiedział Mareczek.

I się dało. Nawiasy się nagięły. Drzwi zostały powieszone. Zamykały się. Magik od drzwi podsuwa protokół.
- Rozfoliować - mówię.
- A po co rozfoliować? Widać przecież, że pomalowane? - bo skrzydła były zawinięte w taką przeźroczystą folię jak kanapki. Tak z grubsza widać było, że pomalowane.
- Proszę rozfoliować - gość ani drgnie.
Mareczek ofiarnie przestał podpierać framugę, wziął nożyk i rozfoliował.
- Niedomalowane- wskazałam miejsce, w którym spod śnieżnej bieli przebijało drewno.

Magik od drzwi wyglądał, jakby miał dostać apopleksji. Szef kazał wszystko obejrzeć. Okazało się, że wszystkie drzwi są niedomalowane.
- I ja mam to teraz, tu na zawiasach malować?
- A wolisz Pan to do domu brać czy wołać Inwestora?
-Przecież mówiłem, że to nie będzie jak spod igły. To 120 lat ma!
- Ale jeszcze raz pomalować Pan możesz.
- Maluj pan - dodał Mareczek.

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 190 (200)

#87389

(PW) ·
| Do ulubionych
Na specjalne życzenie czytelników kolejne libijskie migawki (kurczę, niedługo z tego książka chyba wyjdzie!). Tym razem o mieszkańcach Libii.

Generalnie Libia jest baaaardzo duża, a ludzi mieszka tam mało, i to głównie w miastach. Większość kraju, to pustynie żwirowe (serir), piaski i górki (na południu). W takich warunkach pomoc staje się imperatywem kategorycznym, niezależnie od koloru skóry.

Mkniemy limuzyną PF 125 przez serir. Asfalt (położony przez polski Dromex) więc zapieprzamy. Na asfalcie można, z racji temperatury, smażyć sadzone. Nagle paff i, jak mówią miejscowi, gumma kasura, czyli pora na zmianę koła. Pięćdziesiąt kilometrów dalej paff i już jesteśmy w czarnej d.... Zapasu nie ma, a na trzech kołach daleko nie zajedziemy. Ale bez paniki. Mieszkający w Libii Polak w takiej sytuacji otwiera bagażnik, wyjmuje turystyczny stoliczek, krzesełka, parasol (od słoneczka) i zamrożoną wodę w butelkach. I się siedzi i czeka, bo ruch jest niewielki. Po godzinie, bez żadnego machania zatrzymuje się przy nas dżip pełen nastolatków w skórzanych kurtkach. Oj, niedobrze. To ci najbardziej zindoktrynowani Kaddafim. Rozmowa jest krótka: Jaki macie problem? No, dwie gumy nam padły. Nie ma problemu, dawajcie koła, zawieziemy do gumiarza i naprawi. NB: najbliższy gumiarz, to na pewno około 50 km. Ryzykujemy i dajemy kapcie. Chłopaki wracają za dwie godziny, pomagają zmienić kapeć i nie chcą nawet kasy za rachunek od gumiarza. Też kiedyś komuś pomożesz. I odjechali.

Podobna podróż. Paliwa trochę mało (zapomniałem - po raz ostatni! - zatankować do pełna), ale na mapie figuruje miasteczko Mehilla (niektórzy znają je z opisów kampanii w Libii). Miasteczko! pięć namiotów na krzyż i zadupie wszechświata. Ale stary Arab mówi: niedaleko stąd jest szarika (czyli zakład) i mogą mieć paliwo. Jedziemy i rzeczywiście jest jakiś barak i alleluja, pompa paliwa. Barak otacza drut kolczasty, pompa jest na zewnątrz. Żona i dzieci w samochodzie, a ja idę się przywitać z mieszkańcami baraku. Czterech panów w dżellabach spożywa właśnie z dużej miednicy posiłek, wymieniamy przez kwadrans tradycyjne uprzejmości: kto, skąd, jak się masz, a jak się ma samochód, a jak tam żona i dzieci zanim przechodzę do meritum. W odpowiedzi: pompa (czyli bomba, bo w arabskim nie ma głoski p) jest tam, zatankuj sobie, ale zouza (żona) musi zostać w samochodzie (kwestia skalania przez obcą kobietę). Zatankowałem cały bak pod korek, chcę się uiścić i słyszę: O, Allah, nie weźmiemy żadnych pieniędzy. Trzeba pomagać bez nagrody. Inna sprawa, że w owych czasach na stacjach benzynowych cena była nie za litr, a za 10 litrów benzyny i była to równowartość paczki najtańszych fajek.

Jadę z Benghazi do Tobruku (z rodziną) i podczas tankowania w Al Marj Arab zwraca mi uwagę, że z autka coś kapie. I w rzeczy samej. Kapie woda. Krótki rzut oka - padła pompa wodna. Do Tobruku nie dojadę na pewno, na pewno też nie uda mi się wrócić do Benghazi, do mojego ulubionego mechanika zwanego pieszczotliwie (z racji postury) ziemniaczkiem. Czyli znowu d... Ale Arab mówi, że jego brat ma warsztat i do niego jakoś się na holu doczłapię. To make the long story short. Spędziliśmy w tym warsztacie około sześciu godzin, dożywiani pieczonymi kurczakami i bagietkami przez liczną arabską rodzinę. Warsztaciarz musiał jeździć po szrotach, coś tam przerabiać i dorabiać, ale pompę wymienił i znowu nasza fura była na chodzie. Zapłaciliśmy grosze w porównaniu do tego, co by nam zaśpiewał mechanik w Polsce.

I znowu gorzko słodka historyjka na koniec. W Libii każde uszkodzenie samochodu musiało być wpisywane do książki wozu (kutaib) po zgłoszeniu na policji drogowej. Mknąłem, jak zwykle rodzinnie, na inspekcję szkoły w Dernie (głupie 300 km od Benghazi) i na parkingu nad morzem przywaliłem w słupek. Lekko wygiąłem zderzak i błotnik. Zlekceważyłem to, jak się okazało niesłusznie.

Przy wjeździe do Derny, jak wszędzie, był posterunek policji z kontrolą drogową. Dałem ksero paszportu (tzw. dyplomatyczna dwójka - immunitet służbowy), prawo jazdy i książkę wozu. I tu pojawił się problem. W książce nie było wgiętego zderzaka, a w autku był. Więc szlaban, ale z drugiej strony ten paszport i służbowa podróż poświadczona przez miejscowy MSZ. Sytuacja stawała się powoli patowa. Policjanci gdzieś dzwonili, ale bez satysfakcjonujących wyników, próbowali do rozmowy zaprosić moją żonę (zouza zostaje w aucie, tylko mężczyźni!) i na horyzoncie rozwiązania nie było widać.

W końcu któryś z nich wpadł na pomysł: Masz bambini? No, mam. Siedzą już długo w aucie. To jak masz bambini i są zmęczone, to my cię puścimy. Bo bambini są najważniejsze. A tak w ogóle, to ty jesteś Polak, a u nas w szpitalu są polskie pielęgniarki i my je kochamy. Minutę później mknęliśmy do miasta, co koń wyskoczy. A mogło być różnie... Łącznie z noclegiem w celi, bo policja mogła robić, co chciała. Uratowały nas blondwłose bambini i polskie siostrzyczki ze szpitala w Dernie.

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 163 (169)

#87409

~corkarybaka ·
| Do ulubionych
Podzielę się z Wami starą historią, która będzie również czymś w rodzaju ostrzeżenia, choć w tych czasach może już nie do końca aktualnego.

Ponad 15 lat temu, gdy modne były internetowe czaty i komunikator GG , mając 13 lat chętnie poznawałam ludzi z całej Polski właśnie w internecie. Poznałam tam też chłopaka, Mateusza, mieszkającego kilkaset kilometrów ode mnie. Czatowaliśmy jak szaleni, miał 15 lat, pochodził z trudnej rodziny, często rozmawialiśmy o jego problemach, ja również zwierzałam się ze swoich życiowych problemików. Rozmowy nabierały rumieńców i powoli czułam, że się w nim zakochuje. Dodam, że mając te 13 lat nie miałam w realnym świecie do kogo dzioba otworzyć. Byłam gruba, zafascynowana subkulturą metalową. Dla rówieśników idealne powody, aby zakwalifikować mnie jako dziwaczkę, z którą nie warto się zadawać. Rodzice byli ok, ale byli zajęci pracą i nie bardzo starali się zagłębić w moje problemy i uczucia. Brat, typowy hiphopowy Seba, siostra klasowa gwiazda, która wstydziła się, że chodziła ze mną do jednej szkoły.

Mateusz mnie rozumiał, również był "metalem", również nie znajdował zrozumienia ze strony rodziny. Wymieniliśmy się zdjęciami - pierwszy raz ktoś powiedział mi, że jestem piękna. On - przystojniak w długich włosach, skórzanej kurtce... mój książę... Wtedy sądziłam, że po prostu wygląda dojrzale. Dziś sądzę, że na tym zdjęciu był facet co najmniej 25-letni. Gadaliśmy przez telefon... Głos dorosłego faceta... Ale wierzyłam mu we wszystko. Mateusz obiecywał przyjechać mnie odwiedzić, czekaliśmy na dobry moment. Dodam, że wtedy nasze rozmowy miały już charakter lekko erotyczny... Nakręcałam sie na to coraz bardziej, gdy powiedział, że zapłaci za hotel, abyśmy mogli pobyć sami byłam pewna, że chcę z nim przeżyć mój pierwszy raz.

Nie wiem, jak do tego doszło, że o znajomości powiedziałam mamie, oczywiście pomijając pikantne szczegóły. Mama przyjęła to sceptycznie, ale widząc moją samotność zgodziła się na odwiedziny Mateusza, pod warunkiem, że ona go pozna, ale cały czas spędzimy u nas w domu. Mateusz się na to nie zgodził, używając jakichś bzdurnych argumentów. Tak bardzo zależało mi na spotkaniu, że go okłamałam, obiecałam, że odbiorę go z dworca sama i pójdziemy do hotelu miałam nadzieję, że gdy już przyjedzie to przecież nie ucieknie przed moją mamą...

W dzień przyjazdu pojawiłam się z mamą na dworcu, czekałyśmy na peronie na pociąg z Katowic. Wypatrywałam wśród pasażerów długowłosego 15-latka.... Nie pojawił się... Dostrzegłam za to mężczyznę co najmniej 30-letniego, z twarzy podobnego do mojego Mateusza, ubranego jednak zupełnie normalnie, w innej fryzurze. Kręcił się po peronie i ciągle patrzył w moją stronę, ale ostatecznie poszedł z swoją stronę. Mateusz więcej się do mnie nie odezwał i zablokował na GG. Możecie sobie wyobrazić, że czułam się jakby świat się zawalił.

Dziś trochę się śmieje z tej "miłości", a z drugiej strony rozmyślam od czego uchroniła mnie chwila szczerości z mamą...

Kochani, uważajcie z kim rozmawiacie w necie... Czatów i GG już nie ma, świadomość większa, ale niebezpieczeństw nadal wiele...

internet

Skomentuj (56) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 132 (154)

#87353

(PW) ·
| Do ulubionych
Ogłoszono dziś kolejne obostrzenia. Powiedzcie mi proszę, co mam zrobić bo na prawdę nie mam pojęcia. Napisze trzy krótkie historie, bo po usłyszeniu dzisiejszych obostrzeń się załamałam.

1) Jestem samotną matką, dzieciaki mają 7 i 9 lat. Ich klasy zostają zamknięte. Podpowiedzcie mi, czy ja mam teraz rzucić pracę, żeby zostać z nimi w domu czy mam zabierać je ze sobą? Przez charakter mojej pracy, nie mogę wykonywać jej zdalnie, a pomimo nowych obostrzeń firma w której pracuje jest otwarta, bo te obostrzenia jej nie zamykają. Nawet jeśli dawali by zasiłki dla tych, którzy są w takiej sytuacji, to powiedzcie mi, na co to starczy? W pracy zarabiam bardzo dobrze, ale wydatki też idą z tym w parze, rachunki, kredyty i inne koszty, których w większości nie da się uciąć. Poza tym na pewno nie jestem jedynym przypadkiem w takiej sytuacji. W mieście w którym mieszkam nie mam też żadnej rodziny, czy znajomych, którym mogłabym dać dzieci pod opiekę.

2) Po ostatnim lockdownie, rząd miał kilka miesięcy, żeby wymyślić jakiś sensowny system zdalnej nauki. Co mają zrobić moi znajomi, mający trójkę dzieci, a których nie stać na laptopy, żeby każde dziecko mogło uczestniczyć w zajęciach? Pewnie ktoś zaraz napisze, że jak ich nie stać to trzeba było nie robić dzieci. Tylko, że na życie ich stać, na to żeby każde dziecko było najedzone i miało czyste ubrania. Nie stać ich na kupienie każdemu dziecku osobnego laptopa i przede wszystkim, żeby zapewnić każdemu osobne miejsce do nauki. Mają trzypokojowe mieszkanie, trójka dzieci na zdalnym nauczaniu i dwójka rodziców na zdalnej pracy.

3) Wiele osób ma nadzieję, że przedszkola i żłobki pozostaną otwarte. A powiedzcie mi, jakim cudem w moim mieście prawie wszystkie przedszkola publiczne są zamknięte (oprócz jednego) a w przedszkolach prywatnych nie było żadnego przypadku covida i pracują one nieprzerwanie od maja? Cud!

Skomentuj (92) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 101 (175)
PAMIĘTNIK COVIDOWY

Dzień zero (niedziela): Wieczorem lekki kaszel, myślę: standardowe jesienne przeziębienie.

Dzień 1: Lekki kaszel nadal jest, ale idę do pracy. Po południu zaczyna mnie „rozkładać”- czuję się lekko „połamana”, temperatura 37,3.

Dzień 2: Dla bezpieczeństwa ja i P. zostajemy w domu- gdyby to jednak był covid, żeby nikogo nie zarazić, choć na 99% obstawiam przeziębienie. Za „467” razem udaje mi się dodzwonić do przychodni, teleporada z lekarzem rodzinnym, L4 do końca tygodnia, P. ma home office.

Dzień 3-4: lekki kaszel powoli przechodzi, temperatura cały czas około 37, w kościach nie łamie więc to na bank przeziębienie.

Dzień 5 (piątek): Wieczorem tracę smak i węch… Informujemy osoby, które się z nami widziały (na szczęście tylko 3 szt.) o sytuacji i prosimy o pozostanie w domach („niedługo i tak pewnie zadzwoni do was sanepid z informacją o kwarantannie, no ale lepiej już teraz uważać”)

Dzień 6-7 (weekend): Czuję się dobrze, P. też, temperatura około 37, P. też (dzień 7) traci węch i smak. Próbujemy poruszyć niebo i ziemię (prywatne laboratoria i NFZ/sanepid), aby zrobić gdzieś test, choćby prywatnie („nie przyjmujemy, mamy za dużo chętnych z NFZ”) lub na NFZ (sanepid lokalny- nie odbiera, Główny Inspektor Sanitarny, infolinia ogólnokrajowa: „test tylko po skierowaniu od lekarza rodzinnego, proszę czekać do poniedziałku i dzwonić o teleporadę i skierowanie”). Czuję się dobrze, P. też,

Dzień 8 (poniedziałek): Za „758” razem udaje mi się dodzwonić do przychodni, umawiam teleporadę (sobie i P.), opisuję sytuację, lekarz: „nie dam skierowania na test bo nie ma gorączki powyżej 38. Awantura. Dostaję skierowanie. Teleporada dla P., skierowanie.

Dzień 9: Jedziemy razem na test- wymaz pobrany w tym samym momencie/dniu/godzinie.

Dzień 10: P. ma wynik pozytywny, na pacjent.gov.pl ma info o wyniku i izolacji. Mojego wyniku brak, mam na pacjent.gov.pl info o kwarantannie. P. informuje lekarza rodzinnego o pozytywnym wyniku testu, bo lekarz mimo wydania skierowania nie widzi tego w żadnym systemie. Instalujemy w telefonach aplikację „kwarantanna domowa”- moja od razu każe mi zrobić sobie fotkę, P. przez kilka godzin walczy o dostanie danych do logowania. Jego aplikacja nic od niego nie chce.

Dzień 11: Mam wynik pozytywny, kwarantanna na pacjent.gov.pl zmienia się w izolację (o dzień dłużej niż P., bo dzień później dostałam wynik). Informuję lekarza rodzinnego o pozytywnym wyniku testu, bo lekarz mimo wydania skierowania nie widzi tego w żadnym systemie. Nikt z sanepidu się z nami nie kontaktuje, więc i z 3 osobami, które miały z nami kontakt też nie.

Dzień 12-13: Nic się nie dzieje- czujemy się dobrze, zaczyna mi powoli wracać węch. Sanepid nie dzwoni, aplikacje milczą.
Dzień 13: Do P. dzwoni dzielnicowy, żeby wyszedł na balkon/do okna, bo chcą sprawdzić czy jest w domu. P. tłumaczy z której strony bloku mamy okno, dzielnicowy wysyła tam kolegę. Kolega nie potrafi znaleźć okna, później się gubi, dzielnicowy idzie szukać kolegi. Olewają temat, misja nieukończona, nie sprawdzili czy P. jest w domu.

Dzień 14-15: Nic się nie dzieje- czujemy się dobrze, P. zaczyna powoli wracać węch. Sanepid nie dzwoni, aplikacje milczą.

Dzień 16: Do P. dzwoni dzielnicowy, żeby wyszedł na balkon/do okna, bo chcą sprawdzić czy jest w domu. P. mówi, że jest w wannie- nieważne, proszę szybko wyjść na balkon! Wychodzi, tym razem go znaleźli, pełen sukces.

Dziś jest dzień 17, moim zdaniem już od paru dni jesteśmy niepotrzebnie uwięzieni w domu. 2 z 3 osób, z którymi się widzieliśmy miały test, oba testy negatywne, więc raczej już wtedy nie zarażaliśmy, bo spędziliśmy kilka godzin w jednym pomieszczeniu więc raczej by się zarazili.

P.s. 1: Koleżanka A. miała test, wyszedł negatywny. Po trzech dniach wydzwaniania i kilku rozmów m.in. z sanepidem w mieście A. w końcu ktoś zdejmuje z niej kwarantannę.

P.s. 2: Kolega D. miał test, wyszedł negatywny. Pd trzech dniach wydzwaniania do sanepidu w mieście B., który ciągle nie odbiera jest wkurzony, bo nadal ma kwarantannę (sprawdzała go policja już po wyniku testu) i nie może wyjść do pracy/sklepu.

P.s. 3: Koleżanka R. ma męża, mąż ma wynik pozytywny, objawy, ona z nim mieszka. Sanepid do nich nie dzwonił, ona nie ma kwarantanny, od ponad tygodnia próbuje się dodzwonić do przychodni (po teleporadę/L4) lub sanepidu (w ww. mieście B, który nigdy nie odbiera, aby założyli jej kwarantannę) a pracodawca codziennie dopytuje na jakiej podstawie nie przychodzi do pracy. W końcu po ponad tygodniu dostaje skierowanie na test (i kwarantannę) a do męża dzwoni sanepid, więc przy okazji pytają kiedy koledze D. (ten sam sanepid, to samo miasto) zniknie kwarantanna, bo przecież ma wynik negatywny. Sanepid odpowiada, że kwarantanna nie zniknie, ma na niej siedzieć 10 dni mimo wyniku negatywnego, bo nie ma podstawy prawnej/rozporządzenia itp. na podstawie którego można skrócić kwarantannę.

P.s. 4: Trzy godziny później kolega D. informuje nas, że jego kwarantanna uległa skróceniu...
Wszystko powoli zbliża się do końca, a ja już tęsknię za tym korowodem absurdów, którego Bareja by nawet nie wymyślił…

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 107 (137)

Podziel się najśmieszniejszymi historiami na
ANONIMOWE.PL

Piekielni