Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

 

#68027

Konto usunięte ·
| Do ulubionych
Mam psinę znajdę, Perełkę.

Przed wyjazdem na Lubelszczyznę okazało się, że młoda ma alergię na drób - czyt. wymiotuje i drapie się jak szalona, kiedy ktoś nieopatrznie poda jej kawałek mięsa z kurczaka/innego latającego ptactwa. Wszystkim znajomym oraz osobom z rodziny osiadłej w tym miejscu dało się przetłumaczyć, żeby w przypadku grilla/inszych spędów nie dawali mojemu psu takich specjałów, bo to może się źle skończyć.

Głupota uderzyła jednak z najmniej spodziewanej strony. Mój ojciec chrzestny (typowy gbur, prostak i cham), mieszkający tak jak my na Pomorzu, przyjechał w rodzinne strony na tydzień i od razu zaczął się szarogęsić.

Wczoraj przy okazji grilla podał młodej, pałętającej się po podwórku, kawał kurczęcego udka (mimo że znajomi taty i sam tato mu mówili "ona tego nie może jeść!”). Akurat wyszłam z domu, niosąc naręcze talerzy, kiedy zobaczyłam młodą, z lubością jedzącą kurczęce mięso. Aż mną zatelepało.

Odstawiłam kruchy ładunek w bezpieczne miejsce, pytając mega wqwiona 'KTO. JEJ. TO. DAŁ?!' i wyrywając, ile się dało z psiej mordki. Odezwał się mój ojciec chrzestny.

OC - Ja jej to dałem, czego krzyczysz?!
BC - Do stu diabłów, ona ma alergię na drób!
OC - Aaa tam, pierniczysz bzdury. Nic jej nie będzie! Alergia, phi (z głupawym uśmiechem).

Porwałam psa pod pachę i ruszyłam do domu, modląc się, żeby Perła nie rzygała. Nieskutecznie. Dwie godziny i dwa stosiki wymiocin później wsiadłam z młodą w auto, udając się do weterynarza.

Mała dostała 3 zastrzyki, a weterynarz nie mógł uwierzyć w głupotę idioty zwanego moim chrzestnym.

Skomentuj (21) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 148 (238)

#82940

(PW) ·
| Do ulubionych
Mieszkam i pracuję na niewielkim osiedlu domków jednorodzinnych.

Znamy się tu wszyscy, z niektórymi się lubimy, z innymi mniej, ale jakoś się mieszka.

Z racji tego, że w ciągu dnia jestem cały czas w domu lub w pracowni, kurierzy zostawiają u mnie paczki dla sąsiadów (oczywiście za ich zgodą). Funkcjonuje to od lat i większych problemów nigdy nie było. Ale… do dziś.

Jeden z sąsiadów jakiś czas temu dostał komplikującej życie wady postawy czyli klasycznej du*y na boku. Żona się dowiedziała, szybki rozwód, podział majątku itp. I tak zamiast miłej sąsiadki mamy różową Pati.

Pati jest głośna, pusta i denerwująca. Nie lubię jej i już, moje prawo.

Dziś wpadła do mojej pracowni jak burza z krzykiem. Że jestem idiotką, że przeze mnie jej kosmetyki się zepsuły, że będę jej zwracała koszty itp.

Szczerze mówiąc zatkało mnie na dość długo i dopiero po jakimś czasie skojarzyłam, o co chodzi tej różowej istocie.

Tydzień temu kurier jak zwykle zostawiał parę paczek u mnie i rzeczywiście miał coś dla niej. Nie odebrałam, bo po pierwsze nigdy mnie nie poprosiła o odbieranie paczek, a po drugie paczka była za pobraniem i to na kwotę około 500 zł.

Oni akurat byli na urlopie i teraz biedna Pati jest bez kosmetyków i to wszytko przeze mnie.

Wywaliłam idiotkę, bo nie mam ochoty przedzierać się przez jej tryby myślenia. Pogadam wieczorem z jej partnerem, bo facet kiedyś był rozsądny i może jej wytłumaczy. Ale ciśnienie mi podniosła skutecznie.

Edit:
Był wieczorem jej Misiaczek. Zaczął mi tłumaczyć, że jestem wrogo nastawiona do Pati, on wie, że jego ex to moja przyjaciółka, no ale mogłabym odebrać Pati paczkę.

Powiedziałam, owszem, mogłabym, jakby przyszła poprosić i zostawiła 500 zł. No i chyba Pati wpadła jak śliwka w kupę, bo Misiaczek oczy wytrzeszczył i zapytał "Ile?!!!".

Tak że hehe.

Sąsiadka

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 200 (204)

#82851

~Waciak ·
| Do ulubionych
Wiem, że w dzisiejszych czasach stylówka to dla niektórych ludzi sens istnienia…

… ale drogi rowerzysto/hipsterze, który zamocowałeś czerwoną lampkę z przodu swojego roweru, a białą z tyłu, po pierwsze stwarzasz zagrożenie na drodze, po drugie wyglądasz jak pajac.

komunikacja_miejska

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 86 (100)

#82859

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia o tym jak urząd (!!!)PRACY(!!!) utrudniał mi (!!!)PODJĘCIE PRACY(!!!).

Postaram się ograniczyć ilość faktów do niezbędnego minimum, aczkolwiek uprzedzam, że i tak wyjdzie stosunkowo długa opowieść.

Rok temu skończyłem studia. Jak to bywa, nie znalazłem przez ten czas pracy w zawodzie i tak, na pohybel swojej dumie, wędrowałem po magazynach, gdzie przyjmowali ludzi bez matury, a czasem nawet bez podstawówki.

Aż tu niedawno (tj. początek sierpnia 2018 - dla tych, co czytają długo po publikacji) pewna firma w moim rodzimym mieście zaoferowała się, że chętnie przyjmie mnie na staż, więc powiedzieli mi, że mam pójść z jakimś wnioskiem od nich do Urzędu Pracy, tym samym dając im znać, że chcą mnie przyjąć.

Problem nr 1)

Ale my (Urząd Pracy) mamy staże tylko dla facetów po 40-tce albo dla kobiet. Więc muszę albo kilkanaście lat siedzieć u starych na garnuszku (co jest, nie oszukujmy się, mało ciekawe) albo zmienić płeć (gdzie w Polsce w życiu na to hajsu nie uzbieram albo bym zadłużył się po uszy i w życiu nie zdołał tego spłacić).

Problem nr 2)

Ch*j nas to obchodzi, że ktoś chce pana zatrudnić. Musi się pan zarejestrować u nas jako bezrobotny (a po co niby przyszedłem?) [uprzedzając pytania, nie miałem potrzeby się rejestrować, bo od wygaśnięcia poprzedniej umowy minął dopiero tydzień, w trakcie którego szczęśliwie udało mi się znaleźć firmę od tego stażu].

Problem nr 3)

Dzwonię do pana, który chce mnie na staż. Daję babie w urzędzie tego pana do telefonu. Wszystko jej wyjaśnia, że według jego informacji obiecali mu opłacić staż ze swoich środków, nawet jak to będzie ze wskazaniem (czyli że przyślą konkretną osobę na ten staż). Babka "coś świta Schrödingera", czyli jemu, rozmawiając przez mój telefon, przyznaje rację, ale mi już wypiera się w żywe oczy, że nic takiego nie miało miejsca.

Problem nr 4)

Jak pracowałem w pewnej firmie (której - jak myślę - z wiadomych powodów nie wspomnę z "nazwiska"), w której - mówiąc wprost - pluli ludziom w twarz za to, że im się jeszcze chciało, dali mi wypowiedzenie (którego okres wynosił miesiąc) i pech chciał, że w ostatnim jego tygodniu wyszło mi jakieś uczulenie, więc musiałem wziąć L4. Mam świadomość, jak to musiało wyglądać z perspektywy pracodawcy, że akurat w ostatnim tygodniu wziąłem to zwolnienie. Urząd Pracy w swoim systemie miał jakiś błąd, że niby to L4 obejmowało okres już po byciu zwolnionym. I wymagali ode mnie, bym załatwił jakieś zaświadczenie z ZUS-u o tym, że ta sytuacja miała miejsce. Mimo że ich własny system pokazywał (ponoć) wszystko czarno na białym.

Problem nr 5)

Jak już tam siedziałem, stwierdziłem, że uzupełnię swoje dokumenty u nich o m.in. kurs na wózki widłowe, który przez ten rok zrobiłem (bo skoro już latałem po tych magazynach mimo studiów, to stwierdziłem, że parę groszy więcej za to uprawnienie raczej nie przeszkodzi). Dałem babce więc z rozpędu swój "Zestaw", którą to nazwą w kontekście pracy określam CV, list motywacyjny, referencje, wszystkie kursy itp. (a taki zestaw zawsze daję, zostawiając gdzieś CV) i babka mi mówi: "O! w 2010 zrobił pan kurs na kasę fiskalną, czemu pan nic nie mówił?", a ja na to: "Bo sami mnie na niego wysłaliście?”. Ale babce i tak to nie przeszkodziło twierdzić, że nie zamierzają mi dać tego stażu, bo "ja coś kombinuję”.

Koniec końców, po ponad 2 godzinach męczarni psychicznej, (chyba) się udało. Jutro (licząc od dnia, w którym to piszę) idę do tego pana od stażu z informacją, że, mimo perturbacji, niedługo możemy zacząć staż.

Niemniej, reasumując, wniosek z tej historii jest taki, jak wspomniałem na wstępie:

Urząd (!!!)PRACY(!!!) utrudniał mi (!!!)PODJĘCIE PRACY(!!!).

Urząd Pracy

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 56 (86)

#82852

(PW) ·
| Do ulubionych
Czemu Mareczek jest nielubiany (http://piekielni.pl/82845). Wklejam i wyjaśniam poszczególne.

- Nie biega co 15 minut na papierosa (niepalący).
Każdy magazynier z wyjątkiem Mareczka praktycznie co chwilę znika na fajkę. I tak co chwila przerwa, bo papierosek, była kawka, to papierosek, telefon, papierosek itd. Liczyłem kiedyś, iż każdy traci tak około 40 minut dziennie.

- Szanuje towar firmy.
Nie rzuca, ale układa. U niego nie ma upadku z widlaka. Jedyne co, poleciała mu paleta, to jej pęknięcie i utrata równowagi. A nie zbyt szybka jazda i drift widlakiem.

- Jego robota jest zawsze zrobiona i nie ma „opóźnień".
Jakoś nie ma problemu z odpaleniem wózka, znalezieniem towaru i innymi problemami typu drukarka nie wydrukowała.

- Papierologia jest zawsze ok.
Liczy każdą sztukę i dokładnie wypełnia papiery, aż przyjemnie się czyta.

- Praktycznie chorobowego i dni wolnych nie brał.
Nie bierze L4 tzw. kacowego ani nagłych dni na trzeźwienie.

Ogólnie inni magazynierzy wyglądają jak olewający przy nim.

A co do sugestii w komentarzu o kradzieże w firmie. Wprowadziliśmy cotygodniowy spis z natury. Wybieramy drobny kawałek magazynu i sprawdzamy, czy się zgadza z papierami. Odpowiada finansowo kierownik i ma on wyjaśnić, co się stało.

uslugi

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 90 (102)

#68024

~Miyabi ·
| Do ulubionych
Poniedziałki zazwyczaj są nieprzyjemne, ale mój wczorajszy poniedziałek był wyjątkowo paskudny.

Wracałam ze swojego miasta rodzinnego do Krakowa. Ponieważ miałam do pracy na 13, zdecydowałam się jechać busem rano o godz. 9, żeby spokojnie zdążyć dojechać do swojego mieszkania i iść do pracy. Wracałam z chłopakiem i, co ważne dla historii, kotem, zamkniętym w transporterze.

W niedzielę wieczorem przestudiowałam kilka stron różnych przewoźników, a zwłaszcza regulaminy, żeby sprawdzić, która firma zezwala na przewożenie zwierząt. Chciałam uniknąć podróży PKP, ponieważ jeden pociąg to był pośpieszny TLK z Kołobrzegu, więc spodziewałam się opóźnienia, a drugi osobowy był o 10.15 i miał być na 12.26 w Krakowie, więc nieco za późno, żebym zdążyła dojechać do mieszkania i iść do pracy.

Spośród kilku przewoźników wybrałam firmę ze Starachowic, których busami już podróżowałam kilka razy, w tym dwa razy z kotem. Zarezerwowałam bilet w niedzielę i w poniedziałek rano ruszyliśmy na ul. Żelazną, gdzie mają postój busy.

Jakie było moje zdziwienie, kiedy chciałam wsiąść, a kierowca oznajmił mi, że on nie pozwala wsiadać podróżnym ze zwierzętami! Zdębiałam i zapytałam, dlaczego, na co usłyszałam, że z kotami nie wolno.

Nadmienię, że kot zamknięty był w standardowej wielkości transporterze, takim, który swobodnie można trzymać na kolanach, a poza tym mieliśmy jedną walizkę, którą mój chłopak zdążył już schować do bagażnika z tyłu busa, a ja miałam mały plecak typu worek z podręcznymi rzeczami typu portfel, klucze, telefon itd., tak że nie był wypchany.

Przytoczyłam panu kierowcy regulamin, który znajduje się na stronie internetowej tego przewoźnika. Poniżej przytaczam punkty z regulaminu na ten temat:

"W autobusach ****** dopuszcza się przewożenie zwierząt domowych w rozumieniu przepisów o ochronie zwierząt. Zwierzęta powinny być przewożone na kolanach pasażera w specjalnych pojemnikach przeznaczonych do ich transportu lub, jeśli są to psy, powinny być przewożone na podłodze autobusu w kagańcach i na smyczy
Opłata za przewóz zwierząt równa jest cenie biletu z ulgą 25%. Wyjątek stanowią psy - przewodnicy towarzyszące osobom niewidomym oraz zwierzęta przewożone na kolanach pasażerów w specjalnych pojemnikach wymaganych do przewozu zwierząt (nie zajmujące
osobnego miejsca) lub w miejscach przeznaczonych do przewozu bagażu podręcznego, opłata za ich przewóz nie jest pobierana. Kierowca ma prawo odmówić przewozu zwierzęcia, jeżeli
zagraża to bezpieczeństwu pozostałych pasażerów".

Nie zacytowałam regulaminu kierowcy słowo w słowo, ale sens został zachowany. Kierowca najpierw próbował wmówić mi, że nie wolno w busach tej firmy przewozić zwierząt, a jak upierałam się, przytaczając regulamin, to zaczął wymyślać, że te busy nie są przystosowane do przewozu zwierząt. Tak jak wspominałam, transporter mojego kota jest standardowej wielkości, całą drogę trzymałabym go na kolanach, o czym wspomniałam kierowcy, a ponadto jak zajrzałam do busa, to był wypełniony może w 1/3, a Kielce to ostatni postój w drodze do Krakowa, więc już nikt by się nie dosiadł.

Dyskusja nic nie dała, więc poirytowana zabrałam bagaż i kota i poszliśmy na dworzec.

Pociąg, o którym wcześniej wspomniałam, TLK z Kołobrzegu, miał planowo odjeżdżać koło 9.30, niestety zgodnie z moimi przewidywaniami miał opóźnienie już 40 min. Pani z okienka zaproponowała, żebyśmy wstrzymali się z decyzją o kupnie biletu na TLK lub osobowy i poczekali w pobliżu, gdyby się coś zmieniło w kwestii opóźnienia, ona nas zawoła.

Opóźnienie zwiększyło się do ponad 50 min., więc kupiliśmy bilety na osobowy i wsiedliśmy do pociągu już bez większego problemu. Jedynym minusem było to, że były to pociągu starego typu, z plastikowymi, niewygodnymi siedzeniami, do których przykleja się skóra, jak się na nich siada w krótkich spodenkach, zwłaszcza w taką pogodę, jaką mamy ostatnio.

Do Krakowa dojechaliśmy na 12.30, ja się oczywiście spóźniłam do pracy.

Wniosek? Żeby zdążyć do pracy na 13, jadąc z miasta oddalonego raptem o jakieś 140 km od Krakowa, najlepiej, żebym wyjechała dzień wcześniej, bo z prywatnymi przewoźnikami i ich stosunkiem do regulaminu bywa różnie, a PKP serwuje nam spóźnienia, niezależnie od pory roku.

Jeżeli chodzi o busa, to napisałam skargę mailem do firmy, ciekawa jestem, czy i co odpiszą.

uslugi

Skomentuj (29) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 171 (263)

#82915

(PW) ·
| Do ulubionych
Szwagier od jakiegoś czasu mieszka na swoim, na wsi.

Ogólnie, oprócz małych przygód, można powiedzieć, że wiedzie sielskie życie. Chociaż czasami zdarzy się uciążliwa osoba, która, mimo że bezpośrednio nie sąsiaduje, może uprzykrzyć życie innym.

Pan z wielkiego miasta (jak sam mówi), stwierdził, że rów melioracyjny mu przeszkadza, bo wójt za rzadko zleca koszenie, a on kosiarką nie ma jak wjechać. Skoro przeszkadza, to postanowił sobie go zasypać.

O ile gdy nie pada nie widać problemu, to po ulewach okazało się, że zalane zostały niektóre działki, podwórza czy piwnice. Jak stwierdzili sąsiedzi-tubylcy, nigdy czegoś takiego nie było.

Winowajcę szybko znaleziono i wójt nakazał przywrócenie stanu pierwotnego. Nakazał, a pan ma to głęboko w d... Ostatnie gwałtowne opady pogorszyły tylko stan rzeczy i, o ile nie uda się wyegzekwować naprawy rowu, część osób odgraża się sprawami cywilnymi ze względu na poniesione koszta osuszania fundamentów czy zniszczonych przydomowych ogrodów.

wieś

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 154 (156)

#82835

~Nickzlitericyfr1 ·
| Do ulubionych
Będzie o polskiej służbie zdrowia.

Mój tata ma ciężko chore serce. Na chwilę obecną jest ono w 80% niewydolne, aczkolwiek nie kwalifikuje się jeszcze do przeszczepu. Od kilku lat ma wszczepiony kardiowerter.

W marcu trafił na kardiologię po tym, jak kardiowerter rozpoczął defibrylację. Tata był przytomny, ale dostał tak mocne strzały w serce, że praktycznie nim rzucało. Mama zadzwoniła po pogotowie, zabrali go do szpitala. Lekarze byli zieloni jak szczypiorek na wiosnę i stwierdzili, że przyczyną tego jest silny kaszel, który wynikał z zapalenia oskrzeli, na które tata wtedy się leczył. Sytuacja się uspokoiła, tata wrócił do domu.

Po kilku miesiącach znowu to się powtórzyło. Wylądował w tym samym szpitalu, tym razem postawili na niedobór potasu w organizmie. Wypisali go po kilku dniach, następnego z rana znowu było u nas pogotowie. Sytuacja była na tyle poważna, że tym razem zdecydowali się podać tacie leki nasenne i unormować sytuację defibrylatorem, a gdy wszystko się uspokoiło, przewieźli go do szpitala w Kielcach. Nadmienię jeszcze, że planowali mu zrobić koronografię serca, na którą miał być specjalnie sprowadzony z Kielc lekarz, gdyż oni nie potrafili jej przeprowadzić.

W Kielcach było wielkie zdziwienie - przecież to są częstoskurcze, dlaczego nikt nie zrobił ablacji? My oczy jak pińć złotych - a co to jest?

Dla niewtajemniczonych: zabieg, który polega na celowym uszkodzeniu tego fragmentu serca, na którym pojawiają się częstoskurcze - przynajmniej tak to zrozumieliśmy z licznych odwiedzin na Wikipedii i fachowych informacji od lekarzy, których normalna osoba nie jest w stanie zrozumieć.

Ablacja została przeprowadzona, trwała ok. 5h, podobnież się udała, aczkolwiek lekarz zaznaczył, że nie można być w 100% pewnym. Gdy tata wybudził się po zabiegu, pielęgniarka zagadała go: "i co, zabieg się nie udał, prawda?". Tata zdziwiony, no jak to, jak został poinformowany, że się udało? Pielęgniarka zrobiła zdziwiona minę i błyskawicznie się ulotniła. Tata stwierdził, że po prostu była niedoinformowana i tak myśleliśmy. Do czasu...

Po 3-4 dniach tata wrócił do domu, wszyscy się trochę uspokoiliśmy, aczkolwiek on brał dodatkowo leki na uspokojenie, ponieważ zwyczajnie się bał, że to wszystko się powtórzy. Minął niecały tydzień i obawy się potwierdziły.

Tym razem trafił na lekarza, który również chciał uspokoić sytuację za pomocą defibrylatora, ale był tym bardziej zdenerwowany od pacjenta. Gdy z mamą chciałyśmy poprosić o przewiezienie taty do Krakowa do specjalisty, ten sam lekarz nawet nas nie wysłuchał. Najpierw czekałyśmy, aż skończy prywatną rozmowę przez telefon, a potem stwierdził, że on to ma jednak pacjenta w stanie zagrożenia życia (co nam bardzo dosadnie powiedział) i on nie ma na to czasu. Wszedł na salę intensywnej terapii do taty i zamknął nam drzwi przed nosem, zanim zdążyłyśmy coś powiedzieć.

Cała sytuacja skończyła się na tym, że jutro postanowią, gdzie tatę przenieść i jak dalej leczyć.
Nie wiem, kto tu jest piekielny. Ja, bo skarżę się na lekarzy, którzy mimo wszystko ratują mu życie? Lekarze z naszej miejscowości, bo błądzą, nie wiedzą nic, nie potrafią rozmawiać z pacjentem i jego rodziną? Czy może lekarz z Kielc, który wiedział, że ablacja się nie udała, a mimo to wypisał pacjenta do domu i nakłamał jemu i rodzinie, że wszystko jest ok?

Oceńcie sami.

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 73 (93)

#82840

~ropuszysko ·
| Do ulubionych
Na fali historii o pchaniu się pod koła.

Niecałą godzinę temu wracałyśmy z mamą z działki. Mama za kierownicą, ja na miejscu pasażera, gdyż by prowadzić jestem jeszcze za młoda.

Podróż bez problemu, już szczęśliwie miałyśmy wjeżdżać przez szlaban na osiedle, gdy nagle...

I tu chwila na wyjaśnienie. Osiedle, na którym mieszkamy to jakby przedłużenie ulicy. Właściwa ulica zaś ostro skręca. Można ją porównać do T, gdzie połowa daszku jest oddzielona (osiedle), więc w jego środku znajduje się szlaban, a na przedłużeniu nóżki w górę znajduje się chodnik.

Tak więc wszystko fajnie, mamy już wjeżdżać przez szlaban, ja rzucam okiem na telefon i wtedy nagle mama daje po hamulcach. Co się okazało?

Otóż z chodnika, prosto pod koła, wjechało dwóch chłopaczków na rowerach. Mogli być najwyżej w moim wieku (nawet gimnazjum jeszcze nie skończyłam), zapylali na rowerach jak małe rakiety i gdzieś mieli resztę świata.

Dodam tylko, że kiedy zobaczyli nasz samochód, nie przejęli się tym zbytnio, każdy popisowo stanął jeszcze rowerem na tylnym kole, żeby potem bez cienia refleksji jechać dalej środkiem ulicy.

I w porządku, niby wewnętrzna, ale czy tylko mi się wydaje, że w głowie trzeba mieć siano, żeby tak po prostu wpadać na ulicę, na której jest pięć wyjazdów ze szlabanów/bram i jeden z garażu, a ruch naprawdę spory?

wjedzanie pod kola

Skomentuj (1) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 47 (75)

#82843

~Miodziusiowo ·
| Do ulubionych
Od tygodnia pracuje na „kasie” w sklepie. ;)

Póki co lepsze to niż siedzenie w domu, ale:

- Szkolenie BHP - godzina czytania segregatora wypełnionego po same brzegi.
- Szkolenie z kasy - stanie i patrzenie, co koleżanka z większym doświadczeniem tworzy, zero jakiegokolwiek tłumaczenia.
- Nieinformowanie o jakichkolwiek zmianach cen, kodach itp.
- Drugi dzień pracy: posadzenie człowieka, który nie ma pojęcia, co robi na kasę przy kolejce jak za komuny.

I dziwią się, że klienci są niezadowoleni z obsługi i czekają w kilometrowych kolejkach. Są klienci, którzy rozumieją i są tacy, co narzekają - wcale się nie dziwię.

Poznań

Skomentuj (5) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 35 (91)

Podziel się pozytywnymi historiami na
WSPANIALI.pl

Piekielni