Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

 

#85735

(PW) ·
| Do ulubionych
Przychodzi paniusia(p) z synem na pływalnię.
- Poproszę jeden bilet ulgowy dla syna, ja nie wchodzę.
- Ile lat ma syn?* - pyta kasjerka(k).
(p) - 14 lat.
(k) - Jest pisemna zgoda na samodzielne wejście?
(p) - Tak, wypełniliśmy już. - wypowiedziane tonem bardzo pewnym siebie, co może sugerować "ja nic nie muszę wypełniać, wchodzę i już".
(k) - OK, informuję, że w razie gdyby coś się stało, mamy pani zgodę na wstęp dziecka.
(p) - Słyszysz? (do syna) Pani nie może tak mówić, że coś się stanie! Kto Panią tu w ogóle zatrudnił?
(k) - (lekko zdezorientowana) - Noo... Moja pani kierownik.
(p) - Ale zatrudniła...
(k) - Jeśli ma pani jakieś uwagi, zawsze może pani to zgłosić...
(p) - A zgłoszę, żeby pani wiedziała. I niech pani nie będzie taka do przodu wygadana, bo pani z tyłu braknie!
I poszła, a syn na basen. Ehh, życzliwość...

*W regulaminie pływalni istnieje zapis, że dziecko do 13 roku życia musi być pod opieką dorosłego opiekuna (opiekun również musi kupić bilet i wejść z dzieckiem), a powyżej tego wieku może wejść samo na basen, ale za pisemną zgodą rodziców.

Basen

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 82 (92)

#85718

(PW) ·
| Do ulubionych
Jestem maszynistą u jednego z przewoźników osobowych na polskiej kolei (nie chcę zdradzać u którego) i przez kilka ostatnich lat spotkałem się z kilkoma przypadkami bezmyślności niektórych pasażerów.

1. Piątek, godziny późno popołudniowe, pociąg 1 rusza ze stacji początkowej w mieście A i poza wieloma mniejszymi przystankami jedzie przez duże stacje kolejowe B,C aż do miasta D. 15 minut po nim jedzie pociąg 2 tylko do stacji C. W mieście A i B są wyższe uczelnie, więc studentów mrowie. Oczywiście pociąg 1 wypchany po brzegi tak, że nawet ja miałem problem dostać się do kabiny, ale dalej ludzie próbują pchać się do środka. Przychodzi kobieta z dzieckiem w wózku i ona musi dostać się do miasta D, ale nawet nie ma jak wejść, a kolejne połączenie dowiezie ją dopiero 3 godziny później. Nikt oczywiście miejsca zrobić nie chce. Dwa-trzy przystanki dalej (wciąż jesteśmy w obrębie jednego miasta) połowa składu wolna.

2. Jadę składem, do którego kabiny można dostać się tylko od przedziału pasażerskiego. Drzwi mają przyciemnioną szybę tylko na wysokości pierś-głowa. Pasażerów wielu nie ma, większość siedzeń wolna. Na jednej ze stacji mamy kilka minut postoju więc korzystając z okazji idę za potrzebą. Otwieram drzwi i czuję, że coś nimi przygniotłem po drugiej stronie. Patrzę, a na ziemi leży powyginany teraz wieniec pogrzebowy, a obok niego siedzi K(obieta).
K. (wściekła) Co Pan robi?! Zniszczył Pan mój wieniec na pogrzeb!
Ja. To ja się pytam dlaczego postawiła go Pani pod drzwiami zamiast na półce nad Pani głową?
K. (już bardziej pokorna, bo chyba od razu dotarło) A bo ja nie wiedziałam, że ktoś tam w środku jest.
Nie wiem czy się za dużo science-fiction naoglądała i myślała, że w tym kraju pociągi same się prowadzą? Później oczywiście napisała na mnie skargę, ale, że pojazd miał wewnętrzny monitoring, to nic jej to nie dało.

3. Młodzież uzależniona od smartphone'ów. Późny wieczór, jadę po torze lewym, bo prawy zamknięty ze względu na remont torów. Zbliżam się do słabo oświetlonego przystanku, na prędkościomierzu coś około 50km/h. Zauważam siedzącą na skraju peronu dziewczynę z nogami wywieszonymi nad torami. Zwalniam i liczę na to, że zaraz się dziewczę zorientuje. Ta dalej siedzi wpatrzona w telefon. W końcu zatrzymuję jakieś 2 metry od niej (jakbym jechał szybciej i jej nie zauważył to by ją wciągnęło pod pociąg), dalej zero reakcji. No to w końcu po prostu zatrąbiłem jej tak, że podskoczyła, upuściła telefon na torowisko i musiała po niego zejść. Kiedy wspięła się z powrotem na peron mogłem dopiero wjechać poprawnie w peron i otworzyć drzwi dla pasażerów. Dziewczę przyszło po chwili do kierownika by przeprosić za nieuwagę. Telefon przetrwał upadek.

4. Na koniec szczyt wszystkiego. Pociąg dość mocno przepełniony, ale tragedii nie ma, tylko miejsc siedzących już brak. Na jednym z przystanków widzę - wsiada para z wózkiem dziecięcym na którym siedzi ich dwulatek (na oko, bo się nie znam). Ruszamy dalej, kierownik pociągu gdzieś z tyłu ogarnia pasażerów. Kolejny przystanek za kilka minut jazdy a na liczniku mam już ponad 100km/h. Za sobą za drzwiami do kabiny słyszę wyraźny dziecięcy płacz. Drzwi się otwierają, płacz się nasila.
M(adka): Patrz kochanie, a tu Pan maszynista prowadzi ten pociąg, prawda, że fajnie?
I siadają obok mnie na fotelu pomocnika. Mnie zamurowało, bo nie wiem co się odpie...janiepawla.
Ja. Co Pani tu robi?! Tu nie wolno wchodzić!
M. A bo tam nie ma gdzie usiąść i ja chciałam z Piotrusiem gdzieś usiąść bo muszę go nakarmić. (cytat dosłowny).

W tym momencie kobieta sadza syna na kolanach i autentycznie wywala cyca na wierzch. Nie mogąc skupić się na jeździe zatrzymałem pociąg jeszcze przed przystankiem, dyżurnemu zgłosiłem, że mam problem z pasażerem i zawołałem kierownika do kabiny. Razem z nim wyrzuciliśmy (nie dosłownie) ją z kabiny. Później powiedziałem kierownikowi co się wydarzyło i kazałem dowiedzieć się gdzie wysiadają i wezwać policję na najbliższą dużą stację. Policji przekazaliśmy co się stało, kilku pasażerów, którzy siedzieli za kabiną potwierdziło to. Po wszystkim Pani dostała mandat za stwarzanie zagrożenia w ruchu lądowym i drugi za spowodowanie opóźnienia pociągu. W tym wszystkim szkoda tylko jej męża, bo akurat on był w porządku i widać było, że mu wstyd za żonę.

Pasażerowie

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 117 (127)

#85708

~Mimi01 ·
| Do ulubionych
Proszę pomóżcie mi zdecydować czy ostatnia sytuacja podchodzi pod bycie madkom/tatełem, czy po prostu skończonym kretynem.

Wracam sobie spokojnie autem z zakupów, godzina 19, pada deszcz, ciemno, ślisko (bo liście leżą).
Jadę między blokami, spokojnie 40/45 km/h, bo jak wspomniałam ślisko momentami bywa - wyjeżdżam poza blokowisko teraz tylko z prawej strony chodnik garaże i z lewej las i nagle dziecko idące na skraju chodnika wbiega na ulicę - ja muszę odbić w lewo (na szczęście nic nie jechało tak blisko żebym w to wjechała, ani nie wpadłam w poślizg), a tatuś czy mamusia (osoba była cała na czarno i w kapturze) idzie spokojnie, a nawet obraca głowę w przeciwnym kierunku - NIC SIĘ PRZECIEŻ NIE STAŁO.

Czy się zatrzymałam? Nie, byłam na tyle wściekła i zestresowana, ze chciałam tylko wrócić do domu i ochłonąć (pierwsza taka moja sytuacja na drodze).
Czemu, pożal się boże, rodzice nie trzymają dzieci za rękę, dziecko było naprawdę małe i nie utrzymywało jakoś perfekcyjnie równowagi, a kiedy już dziecko wbiega na jednię, rodzic zamiast rzucić się w stronę dziecka, odwraca głowę?
(Obstawiam, że był to rodzic, bo cały czas przed sytuacją szli razem).

Ulica jezdnia droga miasto

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 82 (88)

#85702

~qubeqq32 ·
| Do ulubionych
Ostatnia historia z poczekalni o współpracownikach, przypomniała mi moje przeżycia w mojej drugiej pracy.

Wówczas pracowałam jako księgowa wspólnot mieszkaniowych w firmie, która nimi zarządzała. Nasz dział składał się z 5 osób, z czego dwie były nazwane Kierownik Działu Księgowego oraz Z-ca Działu Księgowego. Tak naprawdę każda nas robiła to samo, ale ze względu na strukturę firmy ktoś musiał być kierownikiem. Jednak były to osoby z tak dużymi kompleksami, że trzeba było je tytułować i tak, zamiast jak do wszystkich, mówić do nich po imieniu, trzeba było dodawać "PANI".

Kierownik Działu Księgowego prowadziła również kadry. Miała pod swoją opieką 4 wspólnoty, firmę oraz kadry. Oznaczało to jednak, że ten ostatni element, najważniejszy dla pracowników, był przez nią zlewany. Wolała uzupełniać tabelki, które mogła zrobić później, niż zająć się ważnymi sprawami, wymagającymi trochę wysiłku i myślenia.
Nieinformowanie o urlopie jaki pozostał, opóźnienia w wysyłce opieki do ZUS-u, a nawet gdy zdarzył się wypadek w pracy, wysłała go dopiero na koniec miesiąca, gdzie sam wypadek zdarzył się na początku miesiąca. Mężczyzna został wysłany na L4, podejrzewano wstrząs mózgu i przez jej opieszałość, został praktycznie bez środków do życia, bo świadczenie z ZUS-u przyszło dopiero w następnym miesiącu, z następną wypłatą.

Z-ca Kierownika Działu Księgowego była kobietą, która najprawdopodobniej nie lubiła swojego życia rodzinnego. Wiem z jej opowieści, że jej małżeństwo było spowodowane ciążą. Mąż cały czas jest w delegacjach, ona ma pod opieką dwójkę dzieci, które i tak 90% czasu spędzają u dziadków. Za to gdy tylko Z-ca wchodziła do biura, wszyscy wiedzieli co się działo u niej i u jej dzieciaków, bo przez pierwsze 30 minut pracy wisiała na prywatnym telefonie ze swoją mamą. Potem obowiązkowo trzeba było zrobić drugą kawę i wyjść na fajkę. Ludzie próbowali się do niej dodzwonić, wskazywali błędy w naliczeniach i odczytach liczników, na co ona reagowała "Boże, ale ci ludzie mają problemy, co to im za różnica te 200 zł w tą czy w tą".

Co je łączyło z bohaterką wyżej wymienionej historii? Brak czasu. Na każde pytanie odpowiadały "Nie mam teraz czasu/Robię teraz bardzo ważną rzecz, daj mi spokój/ Powinnaś zrobić to sama/ Jak Ci ludzie z innych działów mogą się nas pytać teraz o zapłacone faktury, jak jest 10 i trzeba tyle rzeczy zrobić". Były tak zapracowane, że według nich nikt inny w firmie nie pracował. Same dźwigały księgowość, administrację, aktualizację danych osobowych, a cała reszta chyba w tym czasie siedziała i rozmawiała.
Bardzo lubiły też zrzucać zadania na inne osoby. Od początku uprzedzono mnie, abym nie dała się nabrać na ich sztuczki, bo będę robiła za nie wszystko. Ale byłam młoda, naiwna i chciałam się im przypodobać, więc ściągnęłam im wyciągi, przygotowałam dokumenty do windykacji.

I tym sposobem sprawiłam, że zamiast robić moje rzeczy, które były pilne, robiłam rzeczy dla nich. A gdy w końcu powiedziałam nie - były bardzo, ale to bardzo zdziwione moją bezczelnością, bo przecież nie nadaję się do niczego innego niż takie proste rzeczy, ponieważ mam za słabe doświadczenie.

Sytuacja stała się tak napięta, że w końcu złożyłam wypowiedzenie. Nie miałam od nikogo wsparcia, a one dwie były w firmie ustawione i nikt nie mógł im podskoczyć. Zapewne wiedziały zbyt dużo o przekrętach, niedoróbkach firmy, bo mimo skarg osób z zewnątrz i z innych działów, nadal tam pracowały, a i chyba nawet pracują, ponieważ ich nazwiska nadal wiszą na stronie.

praca

Skomentuj Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 74 (94)

#85732

~Marek987 ·
| Do ulubionych
Może to jest "narzekanie na wysokim poziomie", bo mieszkam w kraju gdzie służba zdrowia jest niezła, ale opowiem.

Duży, renomowany szpital. Przyszedłem z problemem, który z początku wyglądał na prostą infekcję, ale po 4 próbach leczenia antybiotykami stwierdzono, że to co innego, zrobiono jeszcze biopsję i posłano mnie z wynikami na reumatologię.

Dostałem kroplówkę z kortyzonem, trochę pomogło, po 3 dniach wypis i zalecenie kortyzonu w tabletkach z planem redukcji dawki. Plus zalecenie, żeby dodać drugi lek, gdyby nie pomagało.

Gdzie piekielność? Ten drugi lek. Ani lekarz specjalista od którego przyszedłem, ani mój lekarz domowy mi go nie da, bo to specjalistyczny lek, który może dać tylko reumatolog. Terminy do reumatologów są za 2 miesiące, a ja potrzebuję tego leku teraz.

Jedyna możliwość to chyba ta, żeby lekarz skierował mnie jeszcze raz w trybie pilnym do szpitala.

słuzba_zdrowia

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 89 (99)

#85698

~Vadera67 ·
| Do ulubionych
Ja nie wiem.
Ja się może nie znam.
Po wykonaniu zdjęcia aparatem rentgena otrzymujesz informację, że najstarszy, najspokojniejszy kot w Twoim stadzie ma złamaną z przemieszczeniem lewą tylną łapkę, kwalifikującą się do skomplikowanej operacji. (Kot niewychodzący, większość dnia spędza w szufladzie, nie potrącił jej samochód. Nigdy się chyba nie dowiem jak ona to zrobiła).

Idzie dostać białej gorączki, bo co tu zrobić jak straszą śrubami, płytkami, Bóg jeden wie czym jeszcze i że już, natychmiast, zaraz, bo agonia i śmierć. Przygotowują na ogromne koszty, ty masz w portfelu konflikt ekonomiczno seksualny*, ale jak wchodzi w grę życie ukochanego zwierzaka, to nawet i wysrasz potrzebną kwotę. To nic.
Pędzisz na złamanie karku do <postaram się to powiedzieć, a nie zwymiotować> ""zaprzyjaźnionej"" kliniki o nazwie "Tygrysek" na Sokratesa 5 w Warszawie, ażeby dowiedzieć się od asystentów w recepcji, że pan doktor będzie o szesnastej, może zerknąć na zdjęcie i ewentualnie podjąć się interwencji. Pan doktor zerka na zdjęcie, kontaktuje się o dziewiętnastej (ty już w myślach z tego stresu pół litra obaliłeś/łaś) przez asystenta (bo co on będzie z plebsem rozmawiał). Mówisz temuż o swym porftelowym konflikcie. W sensie: no nie masz tysiąca złotych, ale ile masz. No trzysta. No dobra, to asystent zapyta doktora czy można hmm... w takiej proporcji podzielić płatność. A co od doktora słyszysz? No nie Ty, tylko pan asystent, bo nie miało to być przeznaczone dla Twych kmiecich uszu. "Za trzysta to niech spieprza, sześćset najmniej" No panika, bo znając możliwości swego finansowego układu pokarmowego, to akurat tylu nie wysrasz. Krótka piłka. Kotka swoje lata już ma, 91 na kocie, operacji najpewniej nie przeżyje, a jak ma tylko łykać prochy i cierpieć z bólu to lepiej... no. Uśpić.

Udajesz się cały we łzach do kliniki obok siebie, czujesz się jak morderca. Naraz jednak na ziemię zstępuję anioł.
No nie, aż tak to może nie. Pani doktor, nazwijmy ją Dolittle - House, (bo od zwierząt, hehe, i o takiej samej lasce, hehe) pyta wpierw czy kotka bardzo cierpi. No trudno powiedzieć, bo jest na środku przeciwbólowym. Je, miauczy, mruczy. Nawet wydala. Chodzi normalnie tylko jej ta łapka jakoś dynda. Zalecenie: absolutnie żadnej operacji, bo jej nie przeżyje. Ograniczyć przestrzeń, niech leży. Karmić normalnie, ewentualnie wzbogacić dietę o żelatynę. Dawać leki przeciwbólowe, po dwóch tygodniach powoli odstawić i obserwować zachowanie. Jak się będzie polepszać to cud miód i orzeszki. Nie przytoczę fachowego wykładu, ale zasadniczo kot się sam "zrespi". Nie będzie już tak zwinna, jednak poradzi sobie na trzech łapkach. Generalnie samo się zrośnie, tylko żeby nie bolało. A jak już nie będzie żadnej nadziei, będzie miauczeć z bólu i wydawać ostatnie tchnienie - usypiamy. Na to zawsze będzie czas.

Reasumując: uratowaliśmy dziś jedno kocie istnienie. Albo przedłużyliśmy je o co najmniej miesiąc. Jak przyjdzie mi do głowy jakaś puenta to zamieszczę. Na razie sił mi brak, a kotu to już na pewno.
Pozdrawiam, oceniajmy lub nie. Ja z siebie spuszczam stres niczym wodę w kiblu. Zobaczymy co będzie, Amen.

*konflikt ekonomiczno seksualny: zaglądasz do portfela a tam ch.j.

Warszawa

Skomentuj (25) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 163 (197)

#85696

~kreatywnynick ·
| Do ulubionych
Od dłuższego czasu czytam Piekielnych, ale tym razem chciałem się podzielić jakąś własną, krótką, i może nawet piekielną (to już sami oceńcie) historyjką.

Rzecz dzieje się na Teneryfie, miałem wtedy urlop i byłem tamże na wczasach. Zatrzymałem się w jakimś tam hotelu, akurat serwowano obiad. Całość była w formie stołu szwedzkiego, przy stoiskach krzątali się kucharze i wszystko robili na widoku, by jedzenie było świeże.

Podchodzę do któregoś stoiska i po hiszpańsku witam kucharza. Wesoło odpowiedział, ucieszony że ktoś go w ogóle zauważył i zaczynamy krótką, miłą wymianę zdań mieszając angielski i hiszpański. Gdy pyta mnie o pochodzenie, mówię że jestem z Polski, i nie byłoby problemu, gdyby wtedy do rozmowy nie przyłączyła się jakaś nalana Niemka w rozmiarze XXL. Na wieść skąd jestem zaczęła krzyknęła coś w stylu "Polacy kradną od Niemiec!" I zaczęła opowiadać na cały głos na ten temat oszołomionemu kuchcikowi. Ja stałem z opadniętą koparą, bo średnio rozumiałem jak bezczelną osobą była ta kobieta, wcinając się w dialog i ni z gruszki ni z pietruszki pierdzieląc coś o kradzieżach, których Polacy dokonują w Niemczech. Po dobrej minucie ów niewiasta nałożyła sobie ponad pół pizzy ze stoiska i odeszła, zanim zdążyłem pozbierać szczękę z podłogi.

Niezbyt obchodzi mnie to, czy miała rację czy nie, w politykę się nie bawię, ale takiej alegorii tupetu na dwóch nogach dawno nie spotkałem.

zagranica

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 101 (137)

#85666

(PW) ·
| Do ulubionych
Jak co roku pod koniec roku w jednej z firm, z którą mam podpisane kontrakty ma kontrolę z firmy matki (USA) odbywa się kontrola finansowa. Przyjechał znajomek, taki z maila i wideokonferencji, ale zawsze mieliśmy dobry kontakt, to po pracy idziemy na miasto. Trójmiasto piękne, więc łazimy sobie i tu nagle, salon VW, a to wchodzimy, kolega w USAju zawsze VW, bo rodzice jeździli Beatlem i ogórem, bo to akurat pokolenie dzieci kwiatów... no to dawaj doradcę sprzedażowego/handlowca, jak tam ich nazywają.

Zaznaczam, nie zawracaliśmy mu gitary, twardo powiedzieliśmy, że chcemy porównać ceny konkretnego modelu, bo Amerykanin akurat zamówił sobie u siebie w NY i tak się zastanawia ile to u nas kosztuje, bo pewnie tańsze i to sporo... tak... no więc.

Patrząc na pewne różnice, np. w Stanach zamówił koła 19, u nas były dostępne 18", oczywiście w "R" na przodzie, 2.0 benzynka, DSG... części wspólne, pełna skóra, 4 strefy klimy, grzanie dupy - pełna opcja łącznie z remote start. I nawet jak doliczył placement fee w USA, to różnica wyszła... 65 000 PLN (brutto) na korzyść USA. Przyjmując pewne zaokrąglenia i zakładając różnice w tym samym roku modelowym i pewne oczywiste różnice, wynikające ze specyfiki rynku... gdyby to nawet było 40000 PLN.

Człowiek z salonu wyszedł w ciężkim szoku. A ja, nie wiedziałem szczerze co mam mu powiedzieć. Oczywiście nikt tu nie ma pretensji do marki, taka polityka firmy.

Jeszcze tylko kilka miesięcy... :D

zagranica salon samochodowy.

Skomentuj (17) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 95 (113)

#85730

(PW) ·
| Do ulubionych
Widok śmiesznie poprzycinanych drzew przy liniach wysokiego napięcia przypomniał mi zdarzenie sprzed wielu lat, kiedy to byłam jeszcze młoda i... No, w liceum byłam.

Zdarzyło się, że po silnych wiatrach, topola rosnąca niedaleko domu mojej babci straciła gałąź. Gałąź spadła na linię elektryczną. Wiatr wieje, gałęzią buja, iskry lecą - mało bezpieczna sytuacja.

Babcia pobiegła natychmiast do sąsiadów z naprzeciwka, ponieważ był to jedyny w promieniu chyba 2 km dom z internetem (takie czasy...), by ogarnęli numer na pogotowie energetyczne, to babcia zadzwoni, żeby coś z tym zrobili.

Za chwilę wróciła i jak nie zacznie sobaczyć...

Sąsiad niczego nie będzie szukał, babcia przesadza, nic się nie stanie, generalnie ma on wywalone na całą sytuację.

Babcia po upuszczeniu pary z zaworów, przypięła się do telefonu stacjonarnego i po kilku połączeniach uzyskała numer na pogotowie energetyczne. Panowie obiecali przyjechać jak tylko będą mogli, dużo wezwań mają - normalne przy wietrznej pogodzie. Adres zapisali, mamy czekać i dzwonić, jakby się sytuacja pogorszyła, np zerwałoby linię.

No to czekamy, świeczki przygotowane na wszelki wypadek, ale tak w sumie to już prawie zapomnieliśmy o całej sytuacji (obowiązek spełniony, to po co drążyć temat?) gdy rozległo się pukanie, a właściwie walenie do drzwi. Ale walenie takie, jakby co najmniej pożar wybuchł.

Otwieram, w drzwiach stoi spanikowany, blady jak śmierć sąsiad z karteczką i praktycznie krzyczy, żeby natychmiast dzwonić, że on już ma numer, natychmiast niech przyjadą i coś zrobią, bo ta gałąź nie może tak na drutach leżeć! BO MU ŚWIATŁO W DOMU ZACZĘŁO MIGAĆ!!!

Aha. Wtedy na nic więcej się nie zdobyłam. Babcia natomiast, w mało cenzuralnych słowach wyjaśniła sąsiadowi gdzie i jak głęboko może sobie teraz ten numer wsadzić i że skoro on nie był łaskaw poszukać, gdy prosiła, to teraz na pewno nie będziemy dzwonić na jego rozkaz. Dodała jeszcze, że u nas nie miga i w związku z tym ma wywalone na całą sytuację. I zamknęła mu drzwi przed nosem.

- Singri, ale ty mu nie mówiłaś, że już wezwałam pogotowie? - spytała mnie jeszcze.
- Nie...
- I dobrze, jak się posra ze strachu to może się czegoś nauczy.

Wieś rodzinna

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 132 (144)

#85650

~fdassdf ·
| Do ulubionych
Uwaga, jeżeli zaginę w tajemniczych okolicznościach to wiedzcie, że to nie był przypadek :)

A tak na serio, trochę się boję.
Otóż zamieściłam na gumowym drzewie ogłoszenie o szukaniu przede mnie pokoju. Tak wiem, sama też szukam, dzwonię, wypytuję, piszę do ludzi. Po prostu czasem ktoś szuka lokatora na swoje miejsce, bo w umowie ma zawarte, że jeśli chce wcześniej wypowiedzieć umowę (bo wyjeżdża, znalazł pracę na drugim końcu miasta itd) musi kogoś na swoje miejsce znaleźć.

No i napisało do mnie kilka osób, w tym jakiś facet na whatsapp, który powiedział że ma raka złośliwego, został mu miesiąc i przepisze na mnie mieszkanie, bo widzi że jestem potrzebująca. Oczywiście nie chciał podać swojego imienia, nazwiska ani adresu tegoż mieszkania, więc zapewne to troll. No ale nie o nim tu mowa...

Napisał facet że ma mieszkanie, podał tylko wymiary pokoju, odpisałam więc, że proszę o szczegóły. Po chwili mam wiadomość, że w mieszkaniu jest też kuchnia, szybki internet i łazienka... A jak się dogadamy, to opłaty obniży do zera.
Zapytał też o mój wiek i zdjęcie. Zirytowało mnie to, bo już zdarzało się, że jakiś idiota szukał panienki do seksu, w zamian za możliwość mieszkania za free. Opisałam więc coś w stylu "proszę iść na dz**ki, a nie składać takich propozycji porządnym kobietom, żegnam).
Pan się wkurzył, bo po minucie odpisał "uważaj na słowa, chyba nie wiesz z kim rozmawiasz". Ja jak to ja, napisałam "I vice versa, takie propozycje podpadają zapewne pod jakiś paragraf, proszę dać mi spokój". Dopiero później mnie oświeciło, by wpisać jego imię i nazwisko oraz miejscowość, w której prawdopodobnie mieszka (a przynajmniej tam wynajmuje pokój) w wujka Google. Jeśli się nie pomyliłam, facet jest członkiem Izby Radców Prawnych.

Czy mam się już pakować i jechać pod zmienionymi personaliami na Kubę? ;)

miasto spotkań

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 122 (136)

Podziel się najśmieszniejszymi historiami na
ANONIMOWE.PL

Piekielni