Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

 

#87149

(PW) ·
| Do ulubionych
Jakiś czas temu pojawiła się historia, w której autor opisywał perypetie związane z próbą umiejscowienia ślubu zawartego na Bali. No cóż, właśnie się przekonałam, że wcale nie trzeba latać na egzotyczną wyspę, żeby rozbić się o niekompatybilne procedury.

Kiedy podjęliśmy decyzję o zalegalizowaniu związku, też zamarzył nam się ślub na plaży, jednak ze względu na chęć spędzenia tego dnia w gronie bliskich nam osób oraz w celu uniknięcia potencjalnych komplikacji urzędowych zrezygnowaliśmy z równikowego słońca i ciepłego, turkusowego morza na rzecz białego piasku nad Bałtykiem i wybraliśmy rodzimy kraj męża.

Wybór w dużej części podyktowany był też tym, że Szwecja nie wymaga jakiejś skomplikowanej papierologii. Aby wziąć tam ślub należy przedstawić dowód osobisty oraz jakikolwiek dokument potwierdzający wolny stan cywilny, co ważne, wystawiony przez kraj zamieszkania (nie kraj pochodzenia). W naszym wypadku wystarczyło zaświadczenie o zameldowaniu wystawione przez lokalny urząd meldunkowy, na którym był podany również stan cywilny. Koszt uzyskania dokumentu - 10 euro za 2 sztuki, czas spędzony w urzędzie - 5 min, koszt ślubu cywilnego w Szwecji - okrągłe zero, kraj uznaje, że takie rzeczy należą się obywatelowi jak psu buda i nie pobiera żadnych opłat skarbowych.

Dla porównania, gdybyśmy zdecydowali się na Polskę lub Niemcy, sprawy byłyby bardziej skomplikowane. Wymagane byłoby wówczas zaświadczenie o zdolności prawnej (braku przeciwskazań) do wstąpienia w związek małżeński, wystawione przez USC w kraju pochodzenia każdego z nas (plus w Polsce byłoby dodatkowo konieczne angażowanie tłumacza przysięgłego na czas ceremonii).

Problem polegałby na tym, że Szwecja nie wystawia takiego zaświadczenia obywatelom mieszkającym poza jej granicami. Mogłaby je wystawić tylko na podstawie identycznego zaświadczenia wystawionego przez urząd w kraju zamieszkania, którego Niemcy mu nie wystawią, gdyż nie jest ich obywatelem.

To znaczy w ostateczności mogliby wystawić, ale tylko na podstawie identycznego zaświadczenia wystawionego przez urząd w kraju pochodzenia, czyli Szwecji (która go nie wystawi, bo on tam nie mieszka), a więc bujaj się chłopie od Annasza do Kajfasza, ale marne szanse, że ktoś zaproponuje wyście z impasu. Tak więc Szwecja była niejako oczywistym wyborem.

Procedura ze ślubem cywilnym wygląda tak. W Szwecji nie ma USC, organizacją papierów zajmuje się skarbówka (Skatteverket). Samego ślubu udziela prywatny Mistrz Ceremonii (przypomina to polski ślub humanistyczny, tyle że ma moc prawną). Mniej więcej 3-4 miesiące przed ślubem należy stawić się w skarbówce osobiście i przedstawić wymagane dokumenty (o których pisałam wyżej). Kilka tygodni później przychodzi tzw. licencja, ważna 4 miesiące, którą w dniu ślubu należy dać Mistrzowi Ceremonii, on ją później podpisuje i wysyła do Skatteverket (Mistrz Ceremonii ma bodajże status urzędnika, tylko nie jest formalnie zatrudniony przez żadną instytucję).

Ze względu na wybuch epidemii i związane z tym ograniczenia, naszą uroczystość musieliśmy przesunąć na przyszły rok (perypetie z tym związane opisałam już w innej historii). Żeby nie tracić jednak licencji i uniknąć korowodu związanego z wyrabianiem nowej, umówiliśmy się z Mistrzem Ceremonii (nazwę ją Ingrid), że przyjedziemy cichaczem w tym roku, podpiszemy papiery, a resztę ceremonii zrobimy w przyszłym roku. Tak też zrobiliśmy, dokumenty podpisane początkiem lipca, po czym nadszedł czas, żeby umiejscowić dokument w polskich księgach Stanu Cywilnego. I zaczęła się zabawa.

W konsulacie poinformowano mnie, jaki dokumenty będę musiała złożyć: odpis aktu ślubu, odpisy aktów urodzenia mój i męża, dowód opłaty skarbowej (50 euro, cenią się) i chyba kopie dowodów tożsamości. Pierwszy problem - Skatteverket nie wystawi odpisu aktu urodzenia oraz aktu ślubu, gdyż takie dokumenty w Szwecji nie istnieją. Jedyne, co mogą wystawić, to wyciąg z bazy danych dotyczący mojego męża, gdzie znajdą się jego dane osobowe, informacje na temat urodzenia, rodziców, oraz faktu, że wziął ślub.

Jeśli chodzi o mnie, to będzie tam figurowało moje imię i nazwisko. I nic więcej, bo jako że nigdy nie mieszkałam w Szwecji, nie mam ich numeru podatkowego i nie figuruję w ich bazie danych. Nie mogą odnotować również faktu, biorąc ślub przyjęłam nazwisko męża. Wpiszą tylko dotychczasowe i już. Dobra wiadomość w tym wszystkim jest taka, że dokument mogą wystawić w wersji dwujęzycznej szwedzko-polskiej. Przynajmniej odpadnie problem z tłumaczeniem. Poprosiliśmy jeszcze o wersję szwedzko-niemiecką, żeby przedstawić w urzędzie meldunkowym w miejscu zamieszkania (jest to konieczne do zmiany klas podatkowych). Druga dobra wiadomość: koszt dokumentów - zero.

Kontaktuję się ponownie z konsulatem, tłumaczę, jak wygląda sytuacja i pytam, co teraz. Trafiłam na bardzo miłą i pomocną panią. Tak, ona wie, że w Szwecji nie ma takich dokumentów, niech przyślą, co mogą przysłać, ona prześle to do USC w moim mieście w Polsce i wytłumaczy, co i jak. Jeśli chodzi o zmianę nazwiska, to muszę tylko wypełnić załączony formularz z deklaracją, zapłacić drugie 50 euro (cenią się), wszystko zeskanować, wysłać jej mailem i chyba powinno być ok.

W połowie lipca przyszły dokumenty. Zeskanowałam, wysłałam pani w konsulacie i czekam na odpowiedź. Po jakichś 2 tygodniach dzwonię i pytam o status sprawy.
- No jak to jaki jest status? Na razie żaden, bo cały czas czekamy na oryginały dokumentów, które miała pani przysłać pocztą.
- Nikt nic o tym nie wspomniał. Mówiła pani tylko o skanach.
- A to widocznie zapomniałam. To proszę szybciutko dosłać oryginały.

Dosłałam szybko oryginały i czekam na rozwój wypadków. W połowie sierpnia dzwoni pani z konsulatu. Jest problem. A w zasadzie dwa problemy. USC w moim rodzinnym mieście odrzucił moje papiery z dwóch powodów. Raz, otrzymany wyciąg z bazy danych Skatteverket ma tytuł w stylu "w celu przedstawienia jako odpowiednik aktu ślubu", w związku z czym potrzebny będzie jeszcze jeden dokument, dokładnie ten sam wyciąg z tymi samymi informacjami, tylko z tytułem "w celu przedstawienia jako odpowiednik aktu urodzenia" (czyli Skatteverket musi nam przysłać jeszcze raz dokładnie to samo, tylko pod inną nazwą), a dwa, w dokumencie widnieje data ślubu, natomiast nie ma żadnej informacji na temat miejsca jego zawarcia. Muszą nam przysłać ten dokument jeszcze raz, uzupełniony o tę informację.

Telefon do Skatteverket - dokument pod innym tytułem przyślą nam od ręki, ale z tym drugim jest problem. Informacji o miejscu zawarcia ślubu nie zamieszcza się w szwedzkich dokumentach i nie mają możliwości prawnej zrobienia tego. Nie i już. Przysłali nam tę odpowiedź również mailem, po angielsku, żebyśmy mieli to na piśmie.

Ponowny kontakt z konsulatem, mówię, czego dowiedziałam się w Skateverket i pytam, co teraz. Oni mi nie pomogą. Musi być informacja na temat miejsca ślubu i już. Bez tego sprawa nie ruszy. Nieważne, że Skatteverket nie może wpisać tej informacji, mamy coś wykombinować i koniec (Annasz i Kajfasz pozdrawiają serdecznie). W tym momencie przyszło mi coś do głowy, pomyślałam o Ingrid. Pytam, czy zaakceptują informację na piśmie od urzędnika, który udzielał nam ślubu. Pani na to, że być może tak, proszę przysłać i oni zobaczą.

Telefon do Ingrid. Nie ma problemu, zaraz przyśle nam mail po angielsku z informacją, gdzie i kiedy odbył się ślub. Gdyby to nie wystarczyło, może nam wystawić taki symboliczny akt ślubu, mający wartość pamiątkową (dyplom, który wygląda jak te, które otrzymuje się na zakończenie przedszkola lub wygrawszy konkurs recytatorski), który również będzie zawierał te informacje, podpisy jej i świadków i tak dalej. Z tym że to dopiero we wrześniu, jak wróci z urlopu.

Wysłaliśmy brakujący dokument ze Skatteverket oraz mail od Ingrid do konsulatu, konsulat przesłał dalej. USC odmówił, gdyż mail nie jest dokumentem urzędowym i nie mogą go zaakceptować jako dowodu, gdzie odbył się ślub. Mamy przysłać ten dyplom, jego podobno mają zaakceptować. Dla mnie trochę absurdalne, że mail od urzędnika nie jest wystarczającym dowodem, a dyplomik zrobiony w Paincie jest, ale nie muszę wszystkiego rozumieć.

Dostaliśmy dyplom, dzisiaj go wysłałam, dołączając pismo, w którym bardzo grzecznie urzędowym językiem wytłumaczyłam, że choćbym się zes*ała, to nic innego już nie jestem w stanie im dostarczyć. I czekam na decyzję, bo na razie jestem żoną i nie jestem oraz nie wiem, jak się nazywam.

W międzyczasie mąż poszedł do lokalnego urzędu meldunkowego ze szwedzko-niemieckim dokumentem, żeby nas zarejestrować jako małżeństwo. Dokument został odrzucony w całości, gdyż nie spełnia niemieckich standardów. Niemiecki urząd nie akceptuje wyciągu z bazy danych, ma być klasyczny akt ślubu. A że Szwecja ich nie wystawia, to nie ich problem.

Tak śledzę, czym zajmuje się Parlament Europejski i rozumiem, że krzywizna bananów ważna rzecz, ale może by tak pomyśleć o jakimś ujednoliceniu przepisów i dokumentów USC w ramach Unii?

USC

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 101 (121)

#87163

~GrubaSwinia ·
| Do ulubionych
Historia sprzed prawie 20 lat, którą niestety do dziś pamiętam aż za dobrze.

Na wstępie powiem, że jako dziecko miałam nadwagę. Przyczyna tej nadwagi to materiał na osobną historię. Mimo nadprogramowych kilogramów zawsze lubiłam sport, byłam ruchliwa i uwielbiałam wszelkie sporty zespołowe i chyba to mnie uchroniło przed otyłością. W piątej klasie rodzice zapisali mnie do jakiegoś klubu sportowego na koszykówkę. Treningi odbywały się w szkole popołudniami, drużyny mieszane, chłopaki i dziewczyny razem, mieli też jakąś swoją ligę i jeździliśmy czasem na mecze z zespołami z innych szkół.

Kiedyś byliśmy na meczu wyjazdowym. Drużyna przeciwna była zdecydowanie gorsza i prowadziliśmy pod koniec jakąś ogromną przewagą punktów, niech będzie 60:10. Miałam w tym spory wkład, bo byłam jednym z lepszych graczy w drużynie.Właśnie w końcowej fazie meczu "publiczność" tamtej drużyny, czyli ich rezerwowi i kilkoro uczniów robiących za widzów zaczęło głośno skandować "Tłusta krowa! Tłusta krowa!".

Ponieważ wyróżniałam się na tle innych dzieci tuszą nie miałam wątpliwości, że chodzi o mnie...
No cóż, dzieci, jak dzieci, wredne i pewnie nie zastanawiały się, że to zachowanie bardzo niemiłe i niesportowe...

Gorsze, że ich trener podpowiadał im coraz to nowe hasła typu "Gruba świnia" "wielki wieloryb" i zachęcał do głośnego skandowania. Rodzice, którzy towarzyszyli graczom drużyny przeciwnej, zaśmiewali się w głos i głośno się cieszyli, że "dzieci takie sprytne i taki sobie doping wymyśliły". Dopiero, gdy nasz trener zwrócił tamtemu uwagę, przestali, wyraźnie zadowoleni z siebie, że udało im się dowalić "grubej świni".

szkoła

Skomentuj (3) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 110 (122)

#87146

~Jednorazowa ·
| Do ulubionych
Zachorowałam, zdarza się, katar, kaszel, do pracy nie mogę iść ze względu na jej specyfikę. Postanowiłam udać się do lekarza po poradę i zwolnienie. A raczej zadzwonić, bo przychodnia pacjentów nie przyjmuje.

Ośrodek jest czynny od 8 do 12, więc dzwoniłam nieustannie od samego otwarcia, oczywiście bezskutecznie. Po 11 zdenerwowałam się na tyle, że wsiadłam w samochód i pojechałam pod przychodnię. Kolejka na pięć osób, wszyscy w maseczkach i odstępach, lekarz stoi za drzwiami ze słuchawką przy uchu, po stronie zewnętrznej zamontowany głośnik. I tak się badamy - ludzie opisują objawy, lekarz odchodzi, przychodzi po chwili z numerem recepty, którą podaje z zachowaniem dużego dystansu, w maseczce, przyłbicy, rękawiczkach i fartuchu.

Przychodzi moja kolej, opisuję objawy. Lekarz prosi mnie o szerokie otwarcie buzi. Zagłada mi do gardła. Przez drzwi. Ludzie w kolejce za mną wybuchają śmiechem. Dostaję zwolnienie i koniecznie antybiotyk, bo to gardło takie strasznie czerwone i podrażnione! Nie odezwałam się słowem, podziękowałam za L4, antybiotyku nie wykupiłam. Gardło mnie wcale nie boli.

Nie chcę już chorować, nie mam szans na diagnozę, normalną rozmowę z lekarzem, osłuchanie płuc. Bo nie mam koronawirusa.

Skomentuj (3) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 75 (89)

#87148

(PW) ·
| Do ulubionych
Grzybobranie i prawo własności

Czołem koleżanki i koledzy. Dawno mnie tu nie było, bo jakoś szczęśliwie omijały mnie piekielne sytuacje.
Do dzisiaj...

Pojechałem sobie na działkę skosić tam trawę.
Działka z domkiem letniskowym, garażem, szopami, ogrodzeniem - raczej proste do wyobrażenia.
Z zewnątrz wygląda na trochę zaniedbaną, bo szczerze mówiąc - jest. Nie mamy za dużo czasu w tygodniu pojechać tam chociaż na parę godzin - działka jest oddalona od mojego i rodziców domu o około 30-40 km.
Ważne dla historii - działka leży na obrzeżu bardzo dużego lasu.


Mniejsza o to.
Skończyłem kosić. Łażę sobie jeszcze oglądając, czy aby wszystko jest pozamykane, czy czegoś nie zostawiłem i widzę gościa, łażącego po sadzie. Obok niego gówniak lat około 10.

Cel wizyty widoczny na pierwszy rzut oka - wiaderka, nożyk, czujne rozglądanie się pod nogi.

Idę w ich kierunku zapytać się grzecznie, czego i po jaką cholerę łażą po moim. Patrzę jak dzielnie dzieciak przeskakuje przez ogrodzenie.

Wtedy gościa się pytam tak:
"Panie, jakby się pan czuł, jakbym tak panu wpieprzył się do mieszkania bez pytania i łaził jak po swoim?"
"Ale o co chodzi?"
"O to chodzi że łazi pan po cudzej własności. Mojej własności. Ogrodzenie nie jest do dekoracji"
I w tym momencie jego logika mnie po prostu rozje***ła:
"Ale ja nie wiem kim pan jest. Nie wiem czy pan jest właścicielem"
Noż kra mać. Gadam z idiotą.
"Czego pan łazisz po moim?!!!Wyp***alaj mi stąd!!"
No i polazł. Ale jeszcze było słychać,że pulta się pod nosem.

Dlatego miałbym prośbę do wszystkich grzybiarzy - ja rozumiem że bardzo chce się znaleźć wszystkie możliwe do zebrania grzyby, ale szanujmy przy tym podstawowe prawa własności.
Krótko mówiąc - Jeśli jest ogrodzone to nie właźcie na cudze.
Dziękuję.

działka dacza grzyby 2020

Skomentuj (30) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 108 (116)

#87165

~srodziemnomorskanimfa ·
| Do ulubionych
Historie użytkowniczki Xynthii o jej byłym i walce o alimenty przypomina mi moje dzieciństwo.

Rodzice rozwiedli się, gdy miałam 7 lat i najpierw opiszę swoje wspomnienia.

Na początku wszystko było ładnie i pięknie, z tatą widywałam się prawie co weekend, a czasem nawet w dni powszednie. Nigdy mi niczego nie brakowało, mama też pracowała, więc byłam niemalże takim stereotypowym dzieckiem rozwiedzionych rodziców, które obie strony rozpieszczają.

Po kilku latach częstość spotkań zaczęła systematycznie maleć, w dodatku ojciec zrobił się dla mnie opryskliwy, zaczął mnie wręcz na różne sposoby poniżać, np. darł się na środku sklepu
- Głupia jakaś jesteś?
I to tylko dlatego, że jego zdaniem wiązałam za długo buta. Albo gdy poprosiłam w kinie o popcorn wybuchnął:

- Ty chyba sobie żartujesz, taka gruba i jeszcze popcorn będziesz żreć?

Tak, zaczęłam dorastać i zaokrągliłam się tu i ówdzie. W oczach ojca byłam spasiona.

Część wakacji spędzałam z ojcem. Wakacje między podstawówką a gimnazjum do dziś wspominam jako najgorsze w życiu. Pojechałam z ojcem za 2 tygodnie nad Bałtyk. Ojciec jedyne co chciał robić to pić piwo w barze lub siedzieć na plaży. Zero względu na mnie i na to, że chciałam robić coś innego. Im bardziej domagałam się rozrywek, tym bardziej ojciec stawał się dla mnie chamski. Im bardziej stawał się dla mnie chamski, tym bardziej płakałam i zamykałam się w sobie. Skończyło się tym, że wróciliśmy tydzień wcześniej, bo nie mogliśmy ze sobą wytrzymać.

Od tej pory spotkania z ojcem stały się raczej sporadyczne. Zaczęłyśmy mieć z mamą kłopoty finansowe. Mama wzięła dodatkową pracę na sobotę, żebym jak najmniej to odczuła. Tak było całymi latami, aż nie skończyłam 18 lat i sama nie poszłam do dorywczej pracy, aby odciążyć mamę. Na tamten moment nie widziałam już ojca od jakichś 4 lat i nie miałam pojęcia, co się u niego dzieje. Wcześniej kilka razy próbowałam dzwonić, ale nigdy nie odbierał i mi również przestało zależeć.

Gdy wybierałam się na studia na poważnie brałam pod uwagę studia zaoczne, aby móc pracować gdzieś na cały etat. Obgadałam to z mamą i wtedy w końcu udało mi się ją zmusić, aby powiedziała jaka naprawdę jest nasza sytuacja, co z alimentami i gdzie w ogóle jest ojciec?

Więc od początku oczami mojej mamy...

Rodzice po rozwodzie umówili się na dobrowolne alimenty, 500zł miesięcznie. Ojciec przez kilka lat płacił bez problemu, nawet czasem pytał czy nie trzeba mi czegoś kupić, np. butów na zimę czy czegoś do szkoły. W pewnym momencie przelewy zaczęły pojawiać się nieregularnie i w różnych kwotach. Raz 500zł, raz nic, raz 100zł, znowu nic przez 2 miesiące, a potem 200zł. Ojciec miał różne wymówki, ciężki miesiąc, musiał pralkę kupić, auto naprawić, szef nie wypłacił...

w końcu mama poszła z tym do sądu. Sąd na podstawie zarobków obydwojga stwierdził, że wyważoną i rozsądną kwotą będzie 600zł. Ojciec się wściekł, przez jakiś czas płacił grzecznie co miesiąc, za to wyładowywał swoją frustrację na mnie...

Po pamiętnych wakacjach powiedział mamie, że ma mnie dość, jestem wstrętnym, niewychowanym bachorem i w ogóle jestem gorsza niż... córki jego nowej dziewczyny. Tak, tym sposobem mama dowiedziała się, że od jakichś dwóch lat ojciec miał nową partnerkę, która miała dwie córki.

Krótko po tym ojciec zniknął z powierzchni Ziemi, nie odzywał się ani do mnie ani do mamy, nie płacił alimentów. Jego rodzice twierdzili, że nie wiedzą, co się z nim dzieje, gdzie przebywa. Sąd nie był w stanie ustalić miejsca pobytu ani ściągnąć zaległych alimentów. Mamie była wypłacana zaliczka alimentacyjna.

No cóż, na studia poszłam dzienne, dorabiałam nadal w weekendy. Mama wyszła ponownie za mąż. Skończyłam studia, poszłam do pracy, zaczęłam planować własny ślub.
Dostałam zaproszenie na Facebooku od nikogo innego, jak mojego własnego ojca. Nie przyjęłam, choć się nad tym zastanawiałam. Jednocześnie dostałam od niego wiadomość mniej więcej tej treści:

- Cześć, córeczko, słyszałem, że wychodzisz za mąż! Cieszę się, pewnie zastanawiasz się, gdzie wysłać mi zaproszenie. Wyślij proszę na adres dziadków.
- Nie zapraszam cię
- Córciu, mieliśmy swoje ciężkie czasy, ale jestem twoim tatą, nie zapominaj o tym.
- Już dawno zapomniałam, daj mi spokój.
- Widzisz, i pewnie wielce zdziwiona jesteś, że nie chciałem mieć z tobą nic wspólnego, a taka wredna jesteś!

Po tym incydencie skontaktowałam się z dziadkami, żeby się dowiedzieć, czy to oni poinformowali ojca o moim ślubie, oczywiście okazało się, że tak. W końcu przyznali, że wiedzą, że on od lat siedzi z nową rodziną w Belgii. Podali mi nawet adres, namawiając do odwiedzenia go!

Popukałam się tylko znacząco w czoło.

ojciec

Skomentuj (29) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 151 (157)

#87128

(PW) ·
| Do ulubionych
Żebyście nie myśleli, że przy COVIDzie tylko polska służba zdrowia wywala się na pysk - rzecz dzieje się w Londynie.

Znajomy kupił sobie na ebayu magiczny przyrząd do czyszczenia uszu. Magiczny przyrząd działał tak super, że woskowinę wepchnął głębiej czopując ucho dokumentnie. Po opierdzielu od żony i córki znajomy wyrzucił przyrząd do śmieci, a potem zadzwonił do przychodni w celu umówienia wizyty na odetkanie ucha. O dziwo wizyta umówiona na następny dzień na 8 rano.

Punkt ósma stawił się w przychodni. Rejestratorka wysłała go pod gabinet zabiegowy i kazała czekać.

O godzinie 10 rejestratorka przyszła i przeprosiła, że pielęgniarki jeszcze nie ma. Kazała czekać dalej.

O godzinie 12 okazało się, że pielęgniarki jednak dzisiaj nie będzie. Lekarz daje jedynie konsultacje telefoniczne. Proszę iść prywatnie.

Prywatnie za ładnych kilka funtów zarówno lekarz i pielęgniarka (już inni i gdzie indziej) byli i ucho odetkali.

Skomentuj (1) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 72 (74)

#69036

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia ze szwagrem i jego kobietą w roli głównej.

W momencie gdy miała wprowadzić się do nas nowa lokatorka, szwagier obiecał zakup "swoich" garnków (były tylko nasze 2) i sztućców (mieliśmy po 3 sztuki). Idzie mu to bardzo opornie, nadal mamy 3 widelce w domu.

Ostatnio był ze swoją lubą u rodziców (moich teściów) i dostali od nich patelnię. Nie byłoby w tym nic dziwnego gdyby to nie była nasza patelnia.

Którą wyrzuciliśmy.

Rok temu gdy wyprowadzaliśmy się od teściów.

Wwa

Skomentuj (3) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 109 (119)

#69063

(PW) ·
| Do ulubionych
Od kilku lat pracuję jako ochroniarz, najpierw bez licencji, teraz jako tzw "kwalifikowany", odpowiednik danej licencji Pracownika Ochrony Fizycznej. Pracowałem ochraniając sklepy, mecze, koncerty i wszelakiej maści imprezy, niemal cały przekrój, do wyboru, do koloru. Jaka ta praca jest, nietrudno się domyślić, piekielności znajdzie się sporo. Dzisiaj historia ze sklepu, na którym pracowałem na samym początku mojej "kariery" w ochronie.

1 września kilka lat temu, początek roku szkolnego, masa dzieciaków z pobliskiego gimnazjum przychodzi na zakupy. Około godziny 10 na sklep wszedł "dresiaczek", lat około 15, biała koszula i spodnie od dresu (!), chód jakby arbuzy nosił pod pachami. Przeszedł się po sklepie, popatrzył po kamerach - oho, myślę sobie, będzie "strzał". Nie pomyliłem się - chłopaczek podszedł do nieczynnej kasy, wziął 11 woreczków gumy do żucia i kilka batonów, po czym wyszedł przez kasę kierując się do wyjścia. Miał pecha, już na niego czekałem.

Młody próbował się wyłgać, że niby po pieniądze do kolegi przed sklepem szedł, próbował się przepchnąć do wyjścia, ale ostatecznie poszedł w miarę grzecznie na zaplecze. Towar wartości ponad 60zł - cóż, 10 złotych bym jeszcze darował, zabrał dzieciakowi towar i puścił, ale przy tej kwocie nie wchodziło to już w grę ze względu na procedury. Telefon na 112, wezwana policja.

Chłopak błagał mnie żebym nie wzywał mundurowych, zaklinał się, że to pierwszy raz, że chciał sprzedać to kolegom w szkole, bo na książki nie ma. Nie podziałało, chociaż zrobiło mi się go trochę żal. Postanowił zmienić taktykę - wyciągnął z kieszeni 50zł (a przed chwilą taki biedny był, całe współczucie momentalnie ze mnie uszło...), proponując mi kasę w zamian za puszczenie go. Gdyby mój śmiech mógł zabijać, chłopak padłby trupem.

Przyjechali mundurowi, protokół przekazania podpisali, wyszli przez zaplecze. Nie wiedzieli, że jest tam kamera monitoringu... Puścili go zaraz po zamknięciu drzwi - bez sprawdzenia danych, bez chociażby pogadanki o możliwych konsekwencjach takich czynów, bez telefonu do rodziców. Taaa...

Chłopak wrócił po kilku minutach, jeszcze "szerszy" w barach, po czym stwierdził, że zostawił odtwarzacz mp3 na zapleczu (nie miał nawet takowego gdy na moją prośbę wyciągnął wszystko co miał w kieszeniach) i mam mu go oddać, bo inaczej zadzwoni po policję i mnie pozwie do sądu, przy okazji wyzywając mnie. Wyśmiałem go i za kołnierz wyprowadziłem ze sklepu.

"Niebiescy" totalnie olali sprawę, a dzieciak tylko utwierdził się w poczuciu całkowitej bezkarności za niewłaściwe czyny. Oby jak najmniej takich policjantów... I takich dzieciaków.

Ochrona

Skomentuj (1) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 144 (150)

#87138

(PW) ·
| Do ulubionych
Od klienta wykonującego remont elewacji.

Żyje sobie na pewnej wsi dwóch rolników. Mają po kilkunasto-hektarowe pola, mniej więcej po sąsiedztwie. Żyli w zgodzie, aż do czasu informacji o tym, iż przez pole jednego z nich przejdzie autostrada.

Ten w skowronkach, bo raz, że odszkodowanie, a dwa w umowie proponują mu, że przez 20 lat dzierżawią teren, a on dostaje część od zapłaty za kilometr od każdego pojazdu, (niech to będzie nawet 0.2 grosza to w miesiącu jedzie naprawdę dużo pojazdów), a potem teren przechodzi na własność autostrady.
Ten już rozpowiada jakimi to Mercedesami się będzie woził itd...

Ale los chciał inaczej.

Badania geologiczne wykazały jakieś cieki wodne i autostrada na nich mogłaby być problematyczna, a przygotowanie takiego terenu 4 krotnie droższe i nie dające gwarancji.

To przesunęli drogę o kilkaset metrów na działkę sąsiada.
Autostrada powstała i jest użytkowana. A sąsiad co miał mieć PEWNY ZYSK walczył w sądach o odszkodowanie, ale nie dostał, bo ziemię ma dalej i może użytkować nawet nie musi szukać dojazdu, bo mieszka po tej samej stronie drogi.

No to mści się na sąsiedzie.

Pozywał do sądu, oskarżał o łapownictwo. A że nic nie dało to regularnie niszczy mu coś w gospodarstwie. Obecnie cały bok stodoły jest pomalowany wyzwiskami.

Niby są sprawy w sądzie, ale ten ma wyroki w du*e.

sąsiedzi

Skomentuj (5) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 119 (131)

#87114

(PW) ·
| Do ulubionych
Mamy nakaz noszenia maseczek w zamkniętych przestrzeniach np. w galeriach handlowych.

Pracuję w jednej z takich galerii i co któryś klient oczywiście maseczki nie ma. Dużo ostatnio słyszałam o tym, że sanepid bądź policja nakładają mandaty na sklepy, w których są obsługiwani klienci bez maseczek. Niektórzy co prawda mówią, że nie mają takiego prawa, ale wolę nie ryzykować - proszę swoich klientów o nakładanie maseczek na twarz.

Od każdego słyszę, że nie mają, przepraszają, twierdzą, że skoro mam pleksę to oni maski mieć nie muszą, albo mój hit - pan stwierdził, że jest anty-zasadowy. Jestem nieugięta - informuję, że w punkcie obsługi muszą zasłaniać usta i nos. I praktycznie każdy kiedy usłyszy tę informację odwraca się na pięcie i odchodzi obrażony.

Od kwietnia jest nakaz zasłaniania nosa i ust, czy ludzie naprawdę nie mogą brać ze sobą tej maseczki jak wychodzą z domu? Już mnie to po prostu męczy. Większość nosi i nie narzeka, ale oczywiście zawsze się ktoś, kto ma wszystko gdzieś. A potem będzie płacz i lament, bo dostałem mandat...

Covid

Skomentuj (27) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 86 (106)

Podziel się najśmieszniejszymi historiami na
ANONIMOWE.PL

Piekielni