Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

 

#83900

~MsciwyOdMalego ·
| Do ulubionych
Ja byłem piekielny, ale należało im się...

Było to prawie 30 lat temu. Jako około 12-letni dzieciak pojechałem z rodzicami do innego miasta, do rodziny. Spędziliśmy tam kilka dni. Na podwórku poznałem dwóch chłopaków w moim wieku, dzieci sąsiadów. Zaprosili mnie do siebie na działkę, która była nieopodal bloku i przedstawili mnie swoim rodzicom. W pewnym momencie postanowili się pobawić w okładanie mnie kijami. Ich rodzice widzieli to, ale nie reagowali.

Po kilku pierwszych uderzeniach powiedziałem "przestańcie", po kilku kolejnych przylutowałem jednemu w cymbał tak, że się przewrócił. Tutaj rodzice natychmiastowo zareagowali, a mianowicie ojciec, który złapał mnie za włosy i dosłownie wytargał mnie z tej działki, na odchodne dając kopa w tyłek. Po drodze darł się, że co ja sobie wyobrażam, i że jego chłopcy tylko się tak bawili.

Więc to tak, znaleźli sobie zabawkę do bicia, a gdy zabawka się zbuntowała to wyrzucili jak śmiecia. Było mi bardzo przykro, popłakałem się, ale postanowiłem że nie puszczę im tego płazem.

Poczekałem do wieczora, aż zaczęło się ściemniać, moi rodzice zawsze mieli liberalne podejście i mogłem wychodzić z domu nawet późno, oczywiście w granicach rozsądku. Udałem się więc na działkę i przeskoczyłem przez płot w takim miejscu, gdzie nikt nie mógł mnie zobaczyć. W tej okolicy i tak było mało ludzi.

Rodzina moich nowych, sadystycznych kolegów bardzo o swój ogródek dbała. Mieli oczko wodne z dnem wyłożonym jakimś gumolitem, tak by woda nie wsiąkała. Mieli jakieś rzeźby z kamieni (w sensie, że kamienie ułożone jeden na drugim), huśtawki ze sznurków i rabatki pełne pięknych kwiatów.

Altanka była zamknięta, ale składzik z narzędziami już nie. Wziąłem stamtąd kilka metalowych prętów i niczym oszczepami rzucając powbijałem je w dno oczka wodnego, z którego po chwili zaczęła spływać woda jak z wanny po wyjęciu korka. Wziąłem sekator i ściąłem huśtawki, sznurki dodatkowo poprzecinałem w kilku miejscach, tak by już nic nie dało się z nich zrobić. Kwiatki, co do jednego, wykosiłem tym samym kijem, którym jeden z patusów mnie bił. Na końcu potraktowałem kamienne rzeźby z kopa, tak jak mnie potraktował ojciec psychopatów. Wszystko to trwało zaledwie kilka minut, po czym opuściłem działkę równie niepostrzeżenie, jak się na nią dostałem.

Spodziewałem się, że będzie z tego nieziemska inba, ale o dziwo nie było. Albo rodzinka nie powiązała faktów, albo bali się robić aferę, wiedząc, że facet też może mieć przypał za pobicie dziecka, w sensie mnie.

Patrzyłem przez okno, jak próbują posprzątać swój już-nie-tak-piękny ogródek.

Patrzyłem i uśmiechałem się.

zli ludzie przemoc

Skomentuj (35) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 96 (182)
Lubię spacerować, szczególnie od kiedy mam małe dziecko i chodzenie z wózkiem to jedyna chwila spokoju. Nagminnie zdarzają się sytuacje, gdy idę sobie prosto, przekraczając kolejne uliczki, podczas gdy z naprzeciwka jadą samochody i żaden kierowca nie hańbi się używaniem migacza… Ot, patrząc mi prosto w oczy, zaczynają ni z tego ni z owego skręcać sobie na mnie (przepisowo przekraczającą uliczkę).

Oczywiście o klaksonie już pamiętają, bo przecież powinnam się była domyślić, że pragną skręcać i ustąpić im pierwszeństwa! Dzięki tym doświadczeniom jestem teraz szybsza niż najszybszy rewolwerowiec i nauczyłam się w przeciągu milisekundy wystawiać środkowy palec. :)

Oczywiście zaraz po brawurowej ucieczce na chodnik.

angielscy kierowcy

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 59 (89)

#84129

(PW) ·
| Do ulubionych
Słowo o działaniu agencji nieruchomości, bo gdzieś muszę wylać swoje frustracje.

Szukam mieszkania do kupienia we Wrocławiu. Na początku 2018 roku zleciłam szukanie pewnej agencji, na szczęście pobierającej tylko prowizję w przypadku kupienia mieszkania za ich pośrednictwem. Miałam konkretne wymagania, wiedziałam, że takich mieszkań na sprzedaż jest niewiele i od razu przy podpisywaniu umowy z agencją zaznaczyłam, że biorę pod uwagę, że może to długo potrwać, ale wymagań nie zmienię. Chodziło m.in. o konkretną ilość pokoi, wymagania co do minimalnego metrażu, konkretna okolica, balkon i oddzielna kuchnia, oczywiście także określony budżet i stan wymagający co najwyżej małego odświeżenia. Panowie potwierdzili, że może to potrwać, ale po zapewnieniu z mojej strony, że mi się nie spieszy podpisaliśmy umowę.

W ciągu pół roku agencja przysłała mi ok. 40 ofert, z czego JEDNA faktycznie spełniała wszystkie wymagania. Inne oferty to m.in:
- mieszkania o 10 m2 mniejsze niż minimalny metraż;
- o 50 tys. przekraczające mój budżet;
- na drugim końcu miasta;
- bez balkonu;
- po licytacji komorniczej, gdzie byli właściciele mieszkania nadal w nim mieszkają i na mocy wyroku sądu miałabym prawo wyrzucić ich dopiero, gdy gmina przyzna im lokal socjalny (dodam, że według słów agenta mieliby w tym czasie płacić wolnorynkowy czynsz, co wydawało mi się lekko dziwne, bo skąd ludzie mający prawa do mieszkania socjalnego mieliby pieniądze na wolnorynkowy czynsz za 3-pokojowe mieszkanie w dużym mieście? no więc wolnorynkowy czynsz według pana agenta to 500 zł zasądzone przez sąd);
- mieszkania zagrzybione, z instalacją elektryczną do wymiany, szczytowe w budynku z cieknącym dachem i jedno, które wyglądało jak klasyczna melina; syfu jaki tam panował i stanu w jakim były podłogi i ściany nie zapomnę chyba do końca życia.

Pisałam agentowi regularnie, że proszę o nieprzysyłanie ofert niespełniających podanych kryteriów, bo ja ich nawet nie biorę pod uwagę. Po kolejnym takim mailu dostałam listownie wypowiedzenie umowy z agencją, z uzasadnieniem, że z wysłanych kilkudziesięciu ofert nie wybrałam żadnego mieszkania. No to żegnam.

Zaczęłam szukać na własną rękę. Przetrzepywałam internet codziennie, wypatrując nowych ofert. Nagminnie powtarzająca się sytuacja - telefon na numer podany w ogłoszeniu i ten sam schemat rozmowy:
- Dzień dobry, dzwonię w sprawie mieszkania na ulicy X, czy oferta jest nadal aktualna?
- Niestety nie, mieszkanie zostało sprzedane dwa tygodnie temu (zdarzało się miesiąc temu, dwa miesiące, a nawet ROK temu - a ogłoszenie sprzed tygodnia), a czego pani szuka? Zapraszam do mnie do agencji, na pewno znajdę pani mieszkanie.
- Dziękuję, nie skorzystam, ale może warto, aby pościągali państwo ogłoszenia o tym mieszkaniu z portali, bo wprowadza ludzi w błąd.
- Ale my nie mamy na to wpływu.

Ogłoszeniodawca nie ma wpływu na to czy ogłoszenie jest na portalu? Serio?

Na koniec wybitne chamstwo jednego z agentów. Ten sam schemat rozmowy, po mojej uwadze, że ogłoszenie należałoby usunąć, pan pyta:
- A co? POŁASIŁA się pani na niską cenę?
- Pan chyba żartuje, jak na takie mieszkanie, cena była standardowa, co najwyżej o 5 tys. niższa niż porównywalne mieszkania.
- No to świetnie, bo ja mam podobne mieszkanie, w podobnej cenie.
- Tak? Proszę podać szczegóły.

Mieszkanie w ścisłym centrum (okolica, w której ja szukam jest ok.5 km od Rynku), o 40 tys. droższe, w dodatku okolica znana jako centrum spotkań wrocławskiej śmietanki towarzyskiej spod budki z piwem.

- Jedyne, co te mieszkania mają ze sobą wspólnego to liczba pokoi, cena i okolica są dla mnie nie do zaakceptowania, przykro mi, ale te oferty nie mają ze sobą nic wspólnego.
- No i od razu wiedziałem, że chodzi o pieniądze, jak pani nie stać, to naprawdę proszę głowy nie zawracać, ja mam poważnych klientów, inwestorów, którzy to mieszkanie wezmą z pocałowaniem ręki.

Witki opadają.

uslugi

Skomentuj (26) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 91 (103)

#84131

(PW) ·
| Do ulubionych
Podwójne standardy w mojej rodzinie.

Mam dwójkę starszego rodzeństwa - brata i siostrę. Oboje do niedawna w związkach małżeńskich, w obu przypadkach przyczyną rozwodu była zdrada współmałżonka.

Najpierw brat odkrył, że zdradza go żona. W oczekiwaniu na sprawę rozwodową cała moja rodzina trąbiła o tym, jaka to z mojej byłej już bratowej paskudna osoba (to jedno z łagodniejszych określeń), że zniszczyła mojemu bratu życie, że na pewno jej nowy facet ją zostawi i będzie błagała mojego brata o wybaczenie.

Minęło pół roku, brat po rozwodzie, próbuje jakoś stanąć na nogi, kiedy okazuje się, że mąż mojej siostry z dnia na dzień stwierdza, że moja siostra "już mu się znudziła", a na siłowni poznał młodszą i szczuplejszą dziewczynę. Chce rozwodu.

Czy również został potępiony przez moją rodzinę? Skąd. Co usłyszała moja siostra?

- Od matki: nie poświęcałaś mu czasu, ważna była dla ciebie tylko praca (siostra pracuje po 8h dziennie).
- Od wujka: trzeba było się za siebie wziąć, nic dziwnego, że nie chciał cię z tymi pryszczami (jest w trakcie terapii hormonalnej i to jeden ze skutków ubocznych).
- Od babci: widzisz, wnusiu, pewnie odszedł do innej, bo ona będzie gotowa dać mu dziecko (jak wspominałam, siostra leczy się hormonami, które przez najbliższe dwa lata uniemożliwiają jej zajście w ciążę).

Szkoda mi zarówno brata, jak i siostry. Ale na puentę po prostu zabrakło mi słów.

rodzina

Skomentuj (21) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 79 (89)

#84128

(PW) ·
| Do ulubionych
Zero we mnie człowieczeństwa i empatii.

Mam w pracy zmienniczkę. Znam ją tyle, co "cześć - cześć”. Kiedyś zamieniłyśmy może dwa zdania o pogodzie.

Problem z moją zmienniczką polega na tym, że notorycznie się ona spóźnia. W zasadzie nie było dnia, żeby przyszła o czasie. A waha się to od 15 minut do 30. Przychodzi, siada, ani be ani me, ani pocałuj mnie w dupę - bądź wdzięczna, że w ogóle przyszłam!

Z racji, że obiekt pusty stać nie może, za każdym razem muszę siedzieć i na nią czekać - tym samym dopisuję sobie czas oczekiwania do dnia pracy i zawsze informuję pracownika nade mną, że zmiennik się nie pojawił.

I tak sobie to trwało do zeszłego piątku. Otóż przyszła o czasie i z wielkim niezadowoleniem w głosie rzekła, że wstrętny konfident ze mnie, że w ogóle nie mam empatii do ludzi, no przecież to nie jej wina, że się spóźnia (może moja albo jej sąsiada?) i w ogóle to pożałuję.

Z racji, że unikam wchodzenia w durne dyskusje, olałam sprawę.

Od poniedziałku, wpływają na mnie anonimowe skargi. :) Za wiele sobie z tego nie robię, bo nie mam sobie nic do zarzucenia, a pan kiero i tak musi sprawdzać wszystko, co zostało zgłoszone.

Ciekawe, kiedy jej się znudzi?

zmiennik

Skomentuj (19) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 97 (107)

#84121

(PW) ·
| Do ulubionych
Osoby występujące w historii (imiona zmienione):
- Ewa
- Dorota
- Kasia.

Wszystkie pracują w jednej firmie, Ewa i Kasia na umowie o pracę, Dorota na UZ. Polityka firmy jest taka, że fundusze na kawę/herbatę należą się wyłącznie pracownikom na etacie. Kasia pija wodę, ale zgadza się na kupowanie kawy za jej przynależną kasę i oddaje ją Dorocie, która do niej "nie ma prawa".

Wszyscy byli zadowoleni.

Aż do czasu, kiedy Kasia odeszła z pracy. Z uprawnionych do funduszu kawowego, wynoszącego 12 zł/osobę/miesiąc pozostała Ewa, chętnych do picia Ewa i Dorota.

Tak, Dorota nadal żąda dzielenia się z nią kawą, nie przyjmując do wiadomości, że dotąd piła z dobrego serca Kasi. Za 12 zł wielkich ilości kupić się nie da, Ewa proponuje poczęstowanie w razie potrzeby ze swojej porcji, ale już nie nieograniczony niemal dostęp.

Kto jest zły i niekoleżeński? Ewa.

Dlaczego? Ponieważ nie dość, że nie chce oddawać kawy, to jeszcze kupuje tę, którą lubi ona sama, a nie Dorota.

Skomentuj (39) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 83 (121)

#70971

~rafik54321 ·
| Do ulubionych
Jako że do niedawna pracowałem jako wulkanizator, to od czasu do czasu zdarzały się ciekawe historie.

U nas można kupić używane opony.

Pewnego pięknego dnia przyjechał pan w Volvo... Zażyczył sobie 2 używane opony na tył, wybraliśmy, założyliśmy i cacy.

Kilka dni później wraca z awanturą, że mu przodem trzęsie, i że mamy mu zmienić przednie opony w ramach gwarancji, bo on u nas zmieniał.

Ja ze współpracownikiem tłumaczymy mu "Proszę pana, u nas wymieniał pan tylne opony, a nie przednie. A trzęsie panu przód…”.

Facet jednak był nieustępliwy i domagał się naprawy.

Stwierdziliśmy, że tylne opony założymy mu na przód, a przód na tył.

Klient, choć niepocieszony, już nie wrócił. XD

Skomentuj (2) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 59 (115)

#83896

(PW) ·
| Do ulubionych
"Owadzi" sklep.

Kupiłam kilka rzeczy na wyprzedaży. Okazało się, że 2 nie pasują, więc poszłam je zwrócić do sklepu. Oryginalne opakowanie, metki są i paragon zakupu też.

Kasjer informuje mnie, że towar z wyprzedaży nie podlega zwrotowi. Na moje pytanie - od kiedy? gdzie to jest napisane? dodaję też, że nikt mnie o tym nie poinformował, jak kupowałam - twierdził, że nie można i już. Poprosiłam o kierownika.

Przyszła pani i powtarza to, co kasjer. No to proszę o pisemną odmowę zwrotu. Nie otrzymuję jej, zamiast tego rozmawiam z kolejnym pracownikiem (nie spojrzałam na plakietkę ze stanowiskiem) i zostaję poinformowana, że nie ma zwrotów. Mogę zadzwonić na infolinię i jak oni powiedzą, że można, to wtedy mi przyjmą zwrot. Dodała jeszcze, że nie po to są wyprzedaże, żeby przyjmować zwroty.

Oczywiście zadzwoniłam na infolinię i poinformowano mnie, że towar z wyprzedaży również podlega zwrotom. Pani przyjęła też skargę na ten konkretny sklep.

Jako że mam kilka "owadzich" sklepów w okolicy, to poszłam do innego zwrócić towar. Zwrot przyjęto bez zająknięcia…

(Zanim poszłam do sklepu, sprawdziłam ich regulamin zwrotów i jakie warunki trzeba spełnić, żeby móc zwrócić towar).

Edit: Dobra wola sieci sklepów jest taka, że przyjmują zwroty, więc dana placówka sama działała wbrew polityce firmy...

owadzi sklep

Skomentuj (24) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 47 (95)

#83874

(PW) ·
| Do ulubionych
Mojego byłego szefa, M., opisywałem w kilku historiach, między innymi https://piekielni.pl/83841.

Generalnie mnie oszczędzał drobnych uszczypliwości, które znosić musieli mniej doświadczeni koledzy i koleżanki z zespołu, ale jedno spięcie się pojawiło, chyba testował, czy stulę uszy po sobie, czy będę walczył. Ale po kolei...

W jednej z historii o M. opisywałem spotkania dzienne, które u nas wprowadził. Na początku M. reklamował je jako dobre narzędzie do komunikowania spraw organizacyjnych i omawiania ich. Problem w tym, że szybko okazało się, iż to działa tylko w jedną stronę - jak M. chciał nas o czymś poinformować, czy wydać polecenie, to spotkania do tego służyły, jak mieliśmy pytania, to mówił, że nie ma teraz czasu, nie wie lub musi się zastanowić. Wiedzieliśmy, że wkrótce będziemy się przesiadać do innej części biurowca i często padały pytania o rozdział miejsc. M. zawsze mówił, że nie wie, ale w swoim czasie się dowiemy.

Dowiedzieliśmy się. Z maila. Mail zawierał rysunek z podziałem miejsc oraz dopisek, że "jeśli komuś nie podoba się miejsce, to może zgłosić się do niego z reklamacją, ale reklamacja nie zostanie i tak uwzględniona :)”.

W zespole zawrzało, bo szef był nielubiany, miał chamskie odzywki do niektórych osób (ale najlepiej, jak nikt nie słyszy lub na tyle niejednoznaczne, żeby nie dało się mu za wiele zarzucić), a do tego nie był pomocny, za to wymagający (od innych), sypiący złotymi myślami typu "nadgodziny to dla ciebie szansa na rozwój" czy "mnie to nie obchodzi, jak to zrobisz, ma być zrobione". Jedna osoba nawet stwierdziła, że "chciał zażartować, a znów wyszedł na chama".

Miejsce przydzielone mnie było od strony korytarza, daleko od okien, a ja mam wadę wzroku i przy słabym świetle widzę gorzej, szybciej męczą mi się też oczy. Dodam też, że mam dużą różnicę wad między oczami, więc noszę soczewki, gdyż okulary są niewskazane, różnica między szkłami nie powinna przekraczać 3 Dioptrii, jak różnicę 5D. Niemniej ze swoją wadą się nie kryję i nie raz była obiektem żartów.

Z racji tego, że przydzielone mi miejsce było kiepskie z punktu widzenia mojego wzroku, postanowiłem "złożyć reklamację". Napisałem więc maila do M. z prośbą o zmianę, wyłuszczając mu powody. W odpowiedzi dostałem maila, który podniósł mi ciśnienie. Zaczynał się od "decyzja została podjęta", pisanie w stronie biernej irytuje mnie wyjątkowo, bo decyzje się generalnie same nie podejmują i warto wskazać, kto jest za nią odpowiedzialny. Dalej szedł jakiś bełkot w stylu "2 miejsca temu miałeś jeszcze ciemniejsze miejsce, więc co narzekasz".

Odpisałem mniej więcej tak:
"Przez kogo została podjęta ta decyzja? Chętnie bym z tą osobą porozmawiał na temat zmiany miejsca. Co do tego umiejscowienia 2 miejsca temu, to faktycznie było tam gorzej i bolała mnie głowa, gdy tam siedziałem, a także pogłębiła mi się wada wzroku”.

Dzień później M. wezwał mnie do salki i próbował mnie opieprzyć:

[M]: Twoja komunikacja w sprawie podziału miejsc była nieodpowiednia. Siedzimy nie tak daleko od siebie, mogłeś podejść i pogadać.

[J]a: Ty mówisz o nieodpowiedniej komunikacji? Przy takim tekście o reklamacjach? Poza tym, to ty narzuciłeś taką formę komunikacji - mailową. Co najmniej 3 razy pytaliśmy cię na spotkaniach dziennych, jaki będzie rozdział miejsc, mówiłeś, że nie wiesz, mogłeś to pokazać na spotkaniu dziennym, ale wolałeś napisać, to tak też odpowiedziałem.

[M]: Stawiasz mnie w niezręcznej sytuacji, bo już zakomunikowałem miejsca, a teraz ty chcesz zmiany, twoja komunikacja była niewłaściwa, przeczytaj sobie jeszcze raz formę twojej wypowiedzi. Nie wiedziałem, że masz wadę wzroku, nie zgłaszałeś jej, więc nie uwzględniałem tego, a teraz twoja prośba mnie wkurzyła.

[J]: Pracujemy ze sobą tyle lat, ciężko mi uwierzyć, że nie wiedziałeś o mojej wadzie wzroku, o której nie raz i nie dwa mówiłem i niejednokrotnie z tego w zespole żartowaliśmy. A moja komunikacja była dostosowana formą do twojej, sam taką formę narzuciłeś, to ty wyjechałeś z nieuwzględnianiem reklamacji, to było takie "może wam się nie podobać, ale gówno z tym zrobicie”.

[M]: To był żart, widziałeś tam emotkę?

[J]: No cóż, jakoś zespół nie załapał żartu, byliśmy niezadowoleni, ktoś nawet stwierdził "chciał zażartować, a znów wyszedł na chama”.

[M]: Poza tym wyjeżdżasz teraz z wadą wzroku, z bólami głowy, ja myślę, że ta rzekoma wada wzroku to tylko pretekst, bo nie podoba ci się towarzystwo, w którym siedzisz. Ok, nie dałeś mi wyboru, pisząc o wadzie i bólach wzroku, muszę ci to miejsce przy oknie dać, ale postawiłeś mnie w głupiej sytuacji, bo muszę wysłać nową komunikację do zespołu. Od tego momentu nie chcę o tej sytuacji więcej słyszeć, nie chcę wracać do tematu.

[J]: Ok, dzięki za przemyślenie sprawy i zmianę miejsca, natomiast pozwolę sobie jeszcze do tematu wrócić. Mam dokumentację poświadczającą moją wadę sięgającą 15 lat wstecz i nie życzę sobie insynuacji, że na ten temat ściemniam, żeby coś ugrać.

Na tym temat powinien się zakończyć i może byłbym trochę zły na formę rozmowy, ale był ciąg dalszy. Następnego dnia koło 13 dostałem wezwanie do salki. M. stwierdził, że kwestia tego, co napisałem w mailu nie daje mu spokoju i nie powinienem był tego robić na piśmie, bo on ma teraz kłopot i go to wkurza, że stracił 5 godzin na grzebanie w tym. Otóż sprawdził moje badania i na wstępnych miałem informację o wadzie, a na okresowych (robione 2 miesiące przed sytuacją) już nie, więc on uznaje, że mi się poprawiło (tak, jasne - nagle po 3 latach siedzenia przy kompie, w tym przez rok prawie po ciemku), więc skoro ja twierdzę, że jest inaczej, to on mnie ponownie wysyła na badania. Powiedziałem, że raczej nielogiczne jest uważanie, że mi się poprawiło po pracy przy kompie, ale jak chce, to te badania zrobię. I wręczył mi skierowanie.

Oprócz tego na skrzynce czekała już na mnie korespondencja z dyrektorem działu (K., szefem M.) w kopii, informująca mnie, że miejsce przy oknie dostanę, że on nie był świadom mojej wady i w dokumentach tego nie ma, więc kieruje mnie na badania.

Badania robi się w godzinach pracy, więc skoro wolał mnie wysłać ponownie, żebym sterczał w poczekalni, zamiast robić coś pożytecznego, to jego wybór. Oprócz tego doczytałem przepisy i okazało się, że refundację można mieć też na soczewki, więc przy okazji załatwiłem stosowny kwit i wykupiłem szkła na koszt pracodawcy.

Dodawanie K. też było błędem. Ta sytuacja oraz kwestia ślubu (https://piekielni.pl/83842 oraz https://piekielni.pl/83844) sprawiły, że postanowiłem udać się do K. na rozmowę. Nie na jawną skargę, ale na swego rodzaju negocjacje. Miesiąc później kończyła mi się umowa. Obaw o przedłużenie nie miałem, byłem najbardziej doświadczonym specjalistą, dodatkowo zaangażowanym w ważny projekt, więc większy problem byłby dla nich, gdybym powiedział, że odchodzę niż dla mnie, gdyby mnie pożegnali. Generalnie przedłużenie umów wygląda u nas tak, że ostatniego dnia (mniej więcej) szef wzywa do salki i podsuwa umowę do podpisu, zwykle z jakąś podwyżką, która jest nienegocjowalna, bo umowa już jest przygotowana itd.

Budżetem płacowym dysponuje K., kierownicy i menedżerowie mają co najwyżej głos doradczy. Poszedłem więc do K. 3 tygodnie przed końcem umowy, ze 2 tygodnie po sytuacji z miejscami, z pytaniem, czy przewiduje dla mnie przyszłość w firmie, a jeśli tak, to z jakim zakresem obowiązków (mamy menedżera, a pod nim nie ma kierownika - czy jest szansa) i jaką stawką.

[K]: Tak, umowa będzie na czas nieokreślony, stawka X, co do kierownika, to M. uważa, że sam sobie poradzi w kierowaniu zespołem, więc nie przewidujemy.
[J]: Uważam, że dobrze pracuję, zrobiłem to, to i tamto, mam też możliwości w innym mieście, z którego pochodzi moja żona, więc myślałem raczej o stawce Y.

[K]: No cóż, umowa już jest w przygotowaniu, mój szef ją zatwierdził, mogę ci obiecać stawkę Y od nowego roku, gdy będę miał budżet na roczne podwyżki, a teraz chciałbym X.

[J]: Nie do końca podoba mi się obecna sytuacja w zespole, więc uważam, że już teraz powinienem dostać Y.

[K]: Spytam swojego szefa, czy się zgadza i dam ci znać, nic obiecać nie mogę.

Dzień później, rano, dostałem info, że będzie stawka Y. Czyli w sumie mogłem chyba chcieć jeszcze więcej.

2 i pół miesiąca później K. oznajmił nam, że M. rekrutował się wewnętrznie na inne stanowisko (menedżer do spraw projektów, bez zarządzania ludźmi) i dostaniemy nowego szefa - G., znanego nam gościa, bardzo fajnego kolegę, pracował u nas jako specjalista, odszedł do innego zespołu, żeby się rozwijać.

Nikt nie wierzył, że M. sam się rekrutował na to stanowisko, jego mina nie mówiła, że cieszy się ze zmiany, to raczej K. słyszał, jak źle się dzieje i mu zasugerował zmianę.

Myślę, że moja rozmowa z K. miała wpływ na to, co się stało, ale inni też przyłożyli rękę do tego. Ja poszedłem po podwyżkę, jedna koleżanka odeszła do innego działu i na rekrutacji wewnętrznej wprost powiedziała, że u nas nie chce już być, bo jest źle, inna koleżanka też się rekrutowała, ale chyba K. zatrzymał jej przejście.

G. też, odchodząc, powiedział jakiś czas wcześniej, że rozwój to jedno, ale pod M. nie chce już być.

Po pół roku męczarni byliśmy uratowani. Ale to niestety nie był koniec...

CDN.

Korpo

Skomentuj (3) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 58 (116)

#83869

(PW) ·
| Do ulubionych
O premierze Morawieckim...

Nie no, żartowałem z tym, aczkolwiek nie do końca.

Chodzi mi o tak zwaną "Niebieską Kartę” - czyli o przemoc w rodzinie.

Tak się składa, że jako agresor i nałogowy alkoholik mam założoną niebieską kartę przez... "prawdopodobnie" psycholog ze szkoły, w której uczy się moja córka. Piszę "prawdopodobnie panią psycholog", bo pani psycholog, według informacji udzielonej mi przez kuratorium dzień po założeniu mi niebieskiej karty przez szkołę, przestała pracować w tej szkole.

Nie będę pisał, żem niewinny, że skąd, że co za bzdury. Minęły 2 miesiące i ochłonąłem, aczkolwiek nie pozostawię tego bez mojej odpowiedzi. Ale chciałbym poruszyć tutaj kuriozum i totalną bzdurę, jaką jest cała ta procedura niebieskiej karty i sposób jej prowadzenia.

Wymienię w punktach:

1) Wizyta opieki społecznej - podjazd pod dom służbowym samochodem z napisem "opieka społeczna" - w pierwszym miesiącu były 3 razy, w godzinach od 9:30 do 11.30. W drugim 2 razy, w tych samych godzinach.

2) 3 razy wizyta pana dzielnicowego - oczywiście radiowozem - piątek do godziny 12-14, raz w sobotę, ok. 18-tej.

3) Raz wizyta kuratora sądowego, o 10:30, prywatnym samochodem.

Brzmi logicznie?

To co wspólnego z logiką ma sprawdzanie:
- opieka społeczna - czy dziecko ma BIURKO i WŁASNY pokój?
- dzielnicowy - liczył, ile jest pomieszczeń w domu,
- kurator sądowy - tu chyba nie mam zastrzeżeń, poza faktem, że był o 10:30.

Jak dla mnie logiczne, że PRZEMOC to jest wtedy, gdy biurka NIE MA. Czyli, jak dla mnie, to dziecko może być lane non stop, sikać pod siebie ze strachu przed agresorem, ale jak ma biurko, to gra muzyka i wszystko pasuje. I nieważne, że lekcje i tak odrabia przy kuchennym stole.

Dalej będzie jeszcze bardziej logicznie. Minęły 2 miesiące - w/w osoby rozmawiały tylko z moją żoną i to tylko dlatego, że akurat w tym okresie z powodu choroby była w domu. Tak to oboje z żoną pracujemy, a córka chodzi do szkoły - tak więc nie ma szans, byśmy byli w domu wcześniej niż przed 17-tą.

Do tej pory minęły 2 miesiące - i ze mną jako AGRESOREM nikt jeszcze nie rozmawiał. W podobnym przedziale czasu w Rwandzie wyrżnięto blisko 800 tys. osób.

Teraz wyjaśniam, bo otrzymałem pismo też ze szkoły, że cała ta sytuacja jest wynikiem ANONIMOWEGO DONOSU na mnie - i szkoła postanowiła to sprawdzić.

Tak więc, drodzy Piekielni, nie znacie dnia ani godziny, kiedy zostaniecie PATOLOGIĄ w oczach sąsiadów i lokalnego społeczeństwa, bo niemożliwością jest, by opieka społeczna i policja tak sobie bez powodu podjeżdżały i wchodziły do waszego domu bez podstawy.

A nie, przepraszam, jest podstawa - anonimowy donos. Z tego, co wiem, to z uwagi na spychologię urzędniczą taka sytuacja może potrwać minimum 12 miesięcy i nieważne, że żona pisemnie zaprzecza, że ja przesłałem epuapem pismo ze szkoły i moją dokumentację medyczną, gdzie jasno wynika, że nijak nie mogę być alkoholikiem. To trzeba SPRAWDZIĆ.

I nie da się tej karty wycofać, zamknąć - tzn. można zamknąć, gdy "ustanie przemoc w rodzinie". Innej możliwości procedura NK nie ma - chyba że się wyprowadzę albo zamkną mnie w więzieniu.

W tym kraju nawet mordercy mają prawo do adwokata. Tutaj adwokat nie ma uzasadnienia, bo AGRESOR nie jest podejrzanym, tylko to jest procedura SPRAWDZANIA. Tak orzekł nawet Trybunał Konstytucyjny.

Tak więc, opieko społeczna, policjo i wszyscy - przybywajcie, ale tylko w godzinach swojej pracy! Kiedy to agresor też jest w pracy. :)

Na koniec zapytam tylko: a gdzie jest ta faktyczna pomoc, gdyby naprawdę działa się krzywda dziecku?

Piszę tę piekielność teraz, bo do założenia NK uprawnieni są lekarze, szkoła, policja, opieka społeczna, a że PIS chciał wprowadzić zmiany w tej, przepraszam za ostre słowo, debilnej NK, to podniósł się hejt, że katotaliban chcą wprowadzić.

Tak tylko dodam - kto chce, ten znajdzie więcej informacji.

Przemoc psychiczna kwalifikuje się do założenia NK. Ograniczanie snu traktowane jest jako przemoc psychiczna - wystarczy, że dziecko powie w szkole jakiejś nawiedzonej kobiecie, że tata każe rano natychmiast wstawać do szkoły. No cóż, w tym przypadku... witaj w zespole, ty agresorze. Sprawdzimy i dziecko odbierzemy.

niebieska karta

Skomentuj (38) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 80 (186)

Podziel się najśmieszniejszymi historiami na
ANONIMOWE.PL

Piekielni