Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

 

#83877

~Urtica ·
| Do ulubionych
Wśród starych historii przeczytałam o pracowniku działu pomocy technicznej w telewizji kablowej.

Zmuszona byłam jakiś czas temu zwrócić się do takiego punktu z niedziałającym internetem. Telefon, zgłaszam awarię, miły pan zadaje standardowe pytania ("czy próbowałam zresetować modem?", "czy kable na pewno są podłączone?”, "jakie diody świecą na modemie?"), po czym zapadła decyzja o przysłaniu do mnie technika, coby usterkę naprawić i internet w moim domu przywrócić.

15 min. od mojego telefonu do drzwi puka młody chłopak (ok. 18-19 lat; brawo za czas). Sprawdza, czy kable dobrze podłączone, resetuje modem, sprawdza, czy na komputerze wszystko dobrze podłączone, słowem: robi wszystko to, na co sama wpadłam, zanim zadzwoniłam, ale to akurat nie jest piekielne, rozumiem, że klienci są różni i musi to sprawdzić. Ale przez kolejne 20 min. bawi się w odłączanie-podłączanie Wi-Fi w laptopie (a może jednak zaskoczy?), po czym z bardzo poważną miną oświadcza mi, że to jakaś grubsza sprawa i on sobie z tym nie poradzi...

Jakieś pół godziny po wyjściu chłopaka przyszedł kierownik działu. Naprawienie problemu zajęło mu jakieś 5 min.

Moje pytanie brzmi: dlaczego ktoś taki pracuje w dziale pomocy technicznej?

Telewizja kablowa

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 49 (105)

#70798

(PW) ·
| Do ulubionych
Odkąd tylko spotykam się z chłopakiem w jego mieszkaniu, tak na 95% spotkań winda nie działa. Jest to blok ogólnie wysoki, 10 pięter. Owszem, może dla młodych, zdrowych osób to nie jest problem wchodzić po schodach na kolejne piętra, ale w przypadku gdy człowiek jest zmęczony po pracy albo schorowany, to jednak jest to sporym problemem.

Za przykład można wziąć chociażby babcię mojego chłopaka. Ma problemy ze stawami i ze wzrokiem, niestety dość często musi odwiedzać lekarzy, nie zawsze da się załatwić wizytę domową. Gdy winda nie działa, ona nie ma fizycznej możliwości, żeby z piątego piętra dostać się poza blok do auta, bo ma niesprawne nogi. I niestety niedziałająca winda jest tu bardzo piekielna, bo jest to dość wysoka kobieta, przez co i nie najlżejsza, ciężko ją przenieść na dół schodami.

Poza tym w bloku mieszka dużo osób pracujących fizycznie, proszę sobie tylko wyobrazić ich zdenerwowanie tym, że wina znów nie działa i choć ledwo stoją ze zmęczenia, muszą iść te piętra w górę, zamiast przejechać windą.

Ogólnie jakby tak zliczyć wszystkie dni w roku, w które winda działa i nie działa, to: winda działa może jakiś miesiąc w roku, około dwóch tygodni w roku jest naprawiana, a przez resztę roku nie działa.

A firma, która windę założyła i powinna serwisować, ma gdzieś wszystkie zgłoszenia i naprawy robią na odpierdziel. Co zrobić w takim przypadku, kiedy telefon do serwisu skutkuje tym, że za każdym razem wypowiadana jest jedna formułka "już ktoś jedzie”, a potrafi nie dojechać nawet i 2 tygodnie?

uslugi Otis winda blok

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 85 (137)

#83730

~inger ·
| Do ulubionych
Zakład pracy w UK. Jedna z pracownic przyszła tak pijana, że miała problemy z wysławianiem się. Badanie alkomatem wykazało ponad 2 promile. Została dyscyplinarnie zwolniona.

W normalnym kraju byłby to koniec historii, no ale wtedy nie pisałbym o tym tutaj.

Zastosowała bowiem najskuteczniejszą możliwą obronę - oskarżyła kierownika, który ją złapał pijaną, o molestowanie i napuściła na zakład sforę jakichś aktywistek z kolorowymi włosami, które agresją słowną i fizyczną (zaczęły demolować biuro) zakrzyczały dyrektora i wymusiły na nim, by przyjął ją z powrotem.

Efekty:

1. Baba dalej "pracuje" - przychodzi pijana i śmieje się kierownikom w twarz.
2. Kierownicy boją się odezwać do jakiejkolwiek kobiety. Niektóre z nich to wykorzystują, np. wychodząc na papierosa kilka razy w ciągu godziny (można raz na dwie godziny), olewając pracę i łamiąc zasady BHP.
3. Kierownik, który złapał pijaną, został zwolniony z pracy i toczy się przeciwko niemu postępowanie.

Jedynym pozytywnym aspektem jest to, że w całym zakładzie jest monitoring i nagrania powinny wystarczyć, by facetowi dali spokój. Choć znając tutejsze sądy, nie byłbym taki pewien.

Nowoczesna, postępowa Europa. Tak trzymać.

praca

Skomentuj (35) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 67 (183)

#83735

(PW) ·
| Do ulubionych
Dokładnie dwa lata temu odebrałam klucze od domu i mogłam się zacząć przeprowadzać "na swoje”. I przypomniała mi się dzisiaj taka trochę śmieszna, a z dalszej perspektywy trochę żałosna, historyjka.

Byłam wtedy "happily single", co nie przeszkadzało mi od czasu do czasu korzystać z portali randkowych w celu znalezienia tego jedynego.

W ten sposób, kilka lat wcześniej, poznałam Henia.

Sporo rozmawialiśmy przez telefon, poszliśmy nawet na randkę, ale nic nie zaiskrzyło.

Utrzymywaliśmy jednak kontakt, jakieś tam życzenia świąteczne, niezobowiązujące rozmowy, Henio skorzystał też z mojej znajomości angielskiego i umiejętności pisania formalnych listów do instytucji państwowych, za co odwdzięczył się zaproszeniem na pizzę.

Szczerze mówiąc, miałam wrażenie, że Henio "trzyma mnie w rezerwie", jakby mu nic innego nie wyszło. :-) Nie przeszkadzało mi to - ja nie trzymałam go nawet w rezerwie, po prostu uważałam za znajomego.

I w końcu odebrałam klucze do własnych czterech kątów, czym nie omieszkałam się pochwalić na Facebooku.

Parę tygodni później zaczęłam się również spotykać z K, z którym jestem do dzisiaj.

I tak pewnego dnia, bodajże w styczniu, może lutym, zadzwonił Henio. Zwyczajowa gadka-szmatka, co słychać, itp. itd., jak również gratulacje z powodu kupna domu. I żartobliwe pytanie: "To co, jak masz już dom i samochód, to teraz ci pewnie faceta do szczęścia brakuje?”.

Miałam wrażenie, że właśnie zostałam awansowana z rezerwy do ekstraklasy, niestety nie na długo...
"Tak, ale już nad tym pracuję, za pół godziny idę do kina z K, spotykamy się od jakiegoś czasu”.

Po tym moim zdaniu Henio szybko się pożegnał i od tamtej pory nie odzywał. Nawet na życzenia świąteczne nie odpowiedział...

Tak więc, panie i panowie: trzymanie kandydata na drugą połówkę w rezerwie przez dwa czy trzy lata nie popłaca... Deklarujcie się szybciej, to unikniecie rozczarowania...

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 57 (149)

#70770

~Korposzczurka ·
| Do ulubionych
Jakieś 9 lat temu byłam u dentysty z ubytkiem w górnej lewej 7 (pierwszy ubytek w życiu). Dentysta podumał i stwierdził, że do robienia są wszystkie zęby od 5-7. Przeraziło mnie to (miałam 13 lat), ale podobno próchnica zbierała żniwo. Zgodziłam się zrobić je wszystkie i tak chodziłam co tydzień przez kilka miesięcy na prywatne leczenie. Kiedy zostały do zrobienia już ostatnie dwie dolne 7, rozwiercił je, czymś wypełnił i oznajmił, że najlepiej byłoby je wyrwać, bo mam ciasną szczękę. Tydzień później nie pracował już w gabinecie. O zębach zapomniałam, nie bolało.

Sytuacja obecna. W nocy obudził mnie ból zęba. Górnej 6 (tej już zrobionej) i dolnej 7 (rozkopanej). Telefon do losowo wybranej dentystki i chodu.

Dentystka złapała się za głowę, widząc stan dolnej 7. Wyraziła nawet swoją opinię "kto pani tak spier***ił?”. Na całe szczęście 7 udało się uratować i naprawić przez kanałowe, a 6 bolała tylko dlatego, że miały wspólny "pień nerwowy". Dentystka stwierdziła też, że najprawdopodobniej miałam niepotrzebnie wierconą resztę zębów, tylko dla kasy tamtego dentysty.

I tu pytanie: jaką gnidą trzeba być żeby przerażonej wizją ekspansji próchnicy nastolatce niepotrzebnie rozkopać 12 zębów dla hajsu?

dentysta stomatologia słuzba_zdrowia zęby

Skomentuj (22) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 99 (177)

#83913

(PW) ·
| Do ulubionych
Parking pod sklepem w niewielkiej, górskiej miejscowości.

Wracamy z zakupów do samochodu i widzimy, że do samochodu obok zapakowuje się właśnie rodzinka - mężczyzna, kobieta, dziecko i starsza pani. Ponieważ miejsca zbyt wiele nie było, czekamy, aż tamci będą już w środku swojego pojazdu - nie chcemy się cisnąć. W pewnym momencie słyszę jednak charakterystyczne stuknięcie - zwabiona odgłosem, widzę, że drzwi od ich zielonej terenówki uderzyły w naszego żółtego Kangura. Zwracam się więc do kobiety, która te drzwi otworzyła:
- Proszę uważać, uderzyła pani w nasz samochód.

Wtedy rozpętało się piekło.

Pani spojrzała na mnie wzrokiem bazyliszka i zaczęła wykrzykiwać:
- Co pani? Ja uderzyłam? Nie uderzyłam! Co pani opowiada?!

Poleciał słowotok w tym tonie. Podeszłam do miejsca uderzenia i oszacowałam straty - nic wielkiego się nie stało, odprysk lakieru, ale wyraźnie został zielony ślad na naszym żółtym.

- Proszę zobaczyć tutaj, są ślady.

Ale babeczka już się rozkręciła, do tego starsza kobieta zaczęła biadolić z tylnego siedzenia samochodu. Dziecko się schowało. Mężczyzna cały czas milczał, kobieta wykrzykiwała dalej:

- Jak pani śmie tak kłamać! Nic nie uderzyłam! Co za ludzie, co za ludzie!

I tak dalej, sama się nakręcała. Po chwilowej, raczej bezproduktywnej dyskusji stwierdziłyśmy z mamą, że nie ma sensu się denerwować, więc wsiadłyśmy do samochodu i odjechałyśmy. Kobieta dalej coś tam wykrzykiwała i gestykulowała.

A wystarczyłoby powiedzieć "przepraszam"...

parking sklepy samochody

Skomentuj (17) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 91 (115)

#83724

(PW) ·
| Do ulubionych
Przychodnia lekarza rodzinnego. Godzina trzynasta, w rejestracji dzwoni telefon. Po głosie sądząc, mężczyzna w średnim wieku.

- Dobry, do doktor Iksińskiej chciałem.
Rejestratorka sprawdza w komputerze.
- Zapraszam na godz. szesnastą.
- Tak późnooo? Pani, to już ciemno będzie, ja się boję po zmroku chodzić!

1. Teraz, kiedy to piszę, jest właśnie szesnasta, za oknem dopiero szarówka.
2. Pan zadzwonił po południu i dostał termin na za trzy godziny, szczerze mówiąc i tak miał sporo szczęścia, bo chętnych jest tylu, że nieraz po godzinie-dwóch brak miejsc.
3. Jest zima... Zmierzch zapada szybko. Nic, tylko wywiesić ogłoszenie: W trosce o Państwa komfort i bezpieczeństwo, pacjenci przyjmowani będą wyłącznie do zapadnięcia zmroku.

A potem zdziwienie, że ludziom mającym tzw. pierwszy kontakt z klientem czasami brakuje cierpliwości.

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 61 (139)

#70789

~zlo1989 ·
| Do ulubionych
Allegro.

Zakupiłam ramkę maskującą do radia samochodowego. Zakup konieczny, ponieważ seryjne radia w Punciakach II były specyficznie wielkie. ;)

Przy wymianie okazało się, że maskownica zupełnie nie pasuje do deski rozdzielczej, nie da się jej zamontować i wyrzucić co najwyżej można - kwota nieduża, połaszczyłam się i zamówiłam chińszczyznę, mam karę. Poszukam oryginału na szrocie.

Z racji braku odpowiedzi ze strony sprzedającego i ewidentnego wciskania ludziom bubli wystawiłam jednak komentarz neutralny, opisując rzetelnie, co się stało.

Co dziś czeka na mnie w skrzynce?

Treść komentarza:
"Oczywiście że nie pasuje bo cały problem jest w Pani aucie ale skoro woli Pani wystawić krzywdzące komentarze za Pani niewiedzę niż zapytać co jest problemem i dlaczego ramka nie pasuje.odradzam i od nas NEGATYW " (zachowana pisownia oryginalna).

Miło. ;)

sklepy_internetowe

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 91 (153)

#83717

Konto usunięte ·
| Do ulubionych
Historia o piekielnej dziewczynie, jednakże ja również pod koniec historii jestem piekielna (wstyd mi, ale emocje wzięły górę).

Pracuję w centrum dystrybucji, skąd wysyłamy zamówienia składane online (od biżuterii po ubrania czy nawet wazony i inne duperele).

Moja praca polega na tym, aby na samym już końcu realizowania zamówienia sprawdzić, czy aby na pewno wysyłamy to, co klient zamówił, czy jest to w dobrym stanie bez uszkodzeń i czy dane klienta się zgadzają z tymi przez niego podanymi, po czym wysyłam już do transportu na ekspedycję, jeśli wszystko się zgadza. Jeśli się nie zgadza, to przesyłkę cofam i poprawiam ewentualne błędy.

Nielubianą przeze mnie stroną mojej funkcji jest to, że szef wymaga, abym robiła zdjęcia błędnie zrealizowanych zamówień oraz wysyłała mu te zdjęcia, aby mógł zweryfikować, kto robi najwiecej błędów i jakie błędy najczęściej się powtarzają.

Przyszła do nas do pracy młoda dziewczyna, widać, że przyjechała na chwilę i nie zależy jej na tej pracy, ale chciała sobie dorobić.

Błędy robiła tragiczne (wysłała złote łańcuszki w niezaklejonych kopertach (towar wart od kilkuset do kilku tys. zł), nie adresowała paczek i wysyłała po prostu goły kartonik bez odbiorcy, adresu, no nic i zawsze te paczki były cofane z ekspedycji do nas).

Wiele razy próbowałam z nią rozmawiać, mówiłam jej otwarcie, że szef kazał mi wysyłać zdjęcia takich perełek, jednakże tego nie robię, a proszę ją, aby bardziej zwracała uwagę, bo jak on kiedyś zobaczy na własne oczy, to obie będziemy miały problem - ja za to, że nie wychwyciłam błędu, a ona, że naraża firmę na straty.

Tak to moje tłumaczenie i poprawianie jej błędów trwało 3 miesiące.

Po tych 3 miesiącach ciągłych próśb o skupienie, o to, aby się postarała, i ciągłego krycia jej przed szefem, aby nie straciła pracy, dowiedziałam się, że przychodzę do niej i mowię, co robi źle, bo jej nie lubię, bo ona dobrze pracuje, a ja się na nią uwzięłam, żeby się dowartościować.

W tym momencie ja stałam się piekielna, nie poprawiłam jej kolejnego błędu. Poprosiłam szefa, aby on sprawdził jedną paczkę i wytłumaczył pracownikom, dlaczego szkła się nie wrzuca po prostu do kartonu, żeby sobie latało luzem i nie zakleja taśmą bez żadnego zabezpieczenia w środku.

A on sprawdził - na wstępie, kto to zamówienie robił. Tyle ją widziałam.

Piekielnie czuję się, ponieważ, mimo że wykonałam swoją pracę, czuję się, jakbym na nią doniosła. Mimo że nie powiedziałam, iż konkretnie ona źle pracuje, ona nie zabezpiecza delikatnych artykułów, mimo że wie, iż musimy to robić, czuję się źle, bo wiedziałam, że ona straci pracę - nasz szef nie trzyma ludzi, którzy nie wyznają zasady „wyślę paczkę tak spakowaną, jak sam chciałbym dostać, będąc klientem”.

Skomentuj (16) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 52 (134)

#83905

(PW) ·
| Do ulubionych
Najpóźniej w marcu muszę pojechać do pewnego dalekiego państwa w celach prywatnych. Do tego państwa potrzebna mi wiza – inaczej mnie nie wpuszczą. W grudniu skompletowałam wniosek wizowy oraz niezbędne załączniki zgodnie z informacjami zawartymi na stronie ambasady. Bardzo lakoniczne te informacje były, dlatego wcześniej mailowo dopytywałam u nich o szczegóły, których nie byłam pewna. Najważniejszym dokumentem przedkładanym w ambasadzie jest tzw. LOI (Letter of Invitation) – zaproszenie do przyjazdu do danego kraju wystawione przez osobę do tego upoważnioną.

Drogi do uzyskania takiego LOI są zazwyczaj dwie – albo wystawia je agencja turystyczna z danego kraju (biuro podróży), u którego wykupiło się wycieczkę do tego kraju na własną rękę (a nie przez żadne z naszych krajowych biur podróży) albo takie zaproszenie można uzyskać od osoby prywatnej. Jednak sprawa wygląda tak, że nie wszystkie kraje uznają zaproszenia wystawiane przez osoby prywatne. Na stronie ambasady interesującego mnie kraju żadnej informacji o tym, czy akceptują LOI od prywatnej osoby, była tylko skąpa informacja, że trzeba przedłożyć LOI.

No to upewniałam się też mailowo u samej ambasady, czy mogę mieć list z zaproszeniem od osoby prywatnej, a nie od agencji turystycznej (no bo jadę w sprawach stricte prywatnych, a nie na wycieczkę i nie zamierzam takowej wykupywać za miliony monet specjalnie tylko po to, by dostać LOI od agencji) i jeśli tak, to co powinien taki list zawierać. Odpisali, znajomy z tego kraju przeze mnie został też poinformowany i napisał LOI zgodnie ze wskazówkami od ambasady. List pocztą przyszedł, biorę pozostałe flepy i jadę do ambasady we wspomnianym już grudniu…

W ambasadzie odesłali mnie z kwitkiem mówiąc, że zaproszenia w takiej formie (od osoby prywatnej) nie akceptują. Krew się gotuję. Mówię, o czym poinformowali mnie w mailach i nawet je pokazuję. A oni na to, że nie akceptują i koniec. Wtedy proszę o rozmowę z osobą, która odpisywała na moje maile. Przychodzi babka, stawiam ją przed „faktem dokonanym”, miny im wszystkim więdną i szybko zmieniają wersję – zaproszenie od osoby prywatnej jednak jest akceptowane, ale ono musi być skierowane DO NICH, czyli do ambasady. Wtf? Zaproszenie kierowane do ambasady? Czyli że niby znajomy ma zaprosić ambasadę... do czego? Do wystawienia mi wizy? Czy którykolwiek z szarych obywateli świata może się równać z ambasadorem i ZAPRASZAĆ go do wystawienia komuś wizy? Śmiech na sali. Informuje ich o tym oraz pokazuję na tablecie maila od nich samych z wytycznymi, jak ma taki LOI od prywatnej osoby wyglądać.

Nie było w nich mowy o tym, co mi teraz face to face mówili. Dla pewności sprawdziłam też przy nich ich stronę internetową, ale i tam bez zmian, nic w międzyczasie się nie zmieniło. Na ścianie w poczekalni znalazłam też plakat o tym, co należy złożyć przy ubieganiu się o wizę. Proszę więc stanowczo, żeby w takiej sytuacji przyjęli dokumenty, bo spełniają wymagania i nie mają aktualnie podstaw, by ich nie przyjąć. Byli uparci, nie przyjęli. Wkurzyłam się, bo do Warszawy mam bardzo daleko z mojego miejsca zamieszkania, bilet nawet w jedną stronę jest cholernie drogi, do tego dochodzi bezzwrotna opłata za wizę, która też tania nie jest, a wychodzi na to, że przyjechałam na daremnie, bo oni mają jakieś swoje widzimisie. Po ok. godzinie dyskusji nie chciałam się z nimi dłużej kłócić, więc poprosiłam o pisemną, oficjalną informację na miejscu o tym, że LOI od osoby prywatnej jest akceptowany i tak i tak ma wyglądać.

Tu już im się coś nie podobało, nie chcieli się zgodzić, ale nie odpuściłam, dlatego finalnie napisali mi co chciałam, ktoś ważny (przynajmniej taką mam nadzieję) walnął pieczątkę, podpisał się. Biorę to i czytam, że LOI od osoby prywatnej musi być właściwie wystosowaną przez tę osobę prośbą do ambasadora, by dał wizę dla mnie i kilka innych informacji. Dobra, mam to na papierze, więc idę działać. W domu coś mnie tknęło i sprawdziłam stronę ambasady i co widzę...?

Uaktualnioną zakładkę o składaniu wniosków wizowych.
Z czterech lakonicznych podpunktów zrobiło się (uwaga) - jedenaście bardzo szczegółowych. Dopisali też wiele innych, nowych dokumentów koniecznych do przedłożenia wraz z wnioskiem wizowym. Czytając te wymogi pomyślałam sobie, że chyba postanowili zrobić ludziom (a zwłaszcza mnie po tej akcji) na złość i utrudnić procedurę uzyskiwania wizy jak tylko się da, bo z tego uaktualnionego opisu procedury wizowej wynika, że jakieś 95% składanych wniosków będzie do odstrzału z marszu - tak podnieśli poprzeczkę. Strasznie ciężko będzie spełnić te ich nowe wymogi, a zwłaszcza uzyskać kilka z tych nowo dopisanych dokumentów niezbędnych do przedłożenia.

Ale nic to, działam. Nie mogę się doczekać kolejnej wizyty u nich.

wiza wniosek LOI ambasada

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 175 (193)

Podziel się pozytywnymi historiami na
WSPANIALI.pl

Piekielni