Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

 

#91355

przez ~M1S ·
| Do ulubionych
Muszę wylać swoje żale. Mam małą JDG (handel przez internet) w Łodzi i zatrudniałem pracowników 95-98 roczniki / średnia na zapakowanie jednej paczki: 1.5 minuty.

Zatrudniałem też pracowników 2004-2006 roczniki i średnia na zapakowanie paczki: 8 minut (ku*wa serio). To nie jest jednorazowy przypadek, przerobiłem już 4 osoby. Był jeden pracownik który robił to z prędkością 1.5 minuty i pracował u nas 2 lata na studiach, po nim poszukiwania kolejnego takiego to jak szukanie igły w stogu siana.

Jak im się mówi żeby pracowali normalnie to po 100 wypracowanych godzinach płaczą, że się dopiero uczą. Czaicie? Masz ekran na którym są przedmioty które ktoś kupił i uczą się 100 godzin wsadzić te przedmioty do kartonu i go zakleić.
Co do ludzi którzy się spłaczą: praca na start 40 zł / h netto bez żadnych umiejętności, pracownik ma klucze do magazynu i sam decyduje o godzinach pracy (przychodzi i wychodzi kiedy chce) itd. Nawet sam po X latach poszedłem pakować te paczki razem z pracownikami i zobaczyć czy serio jest tak ciężko, czy może na telefonach siedzą - ch*ja, po prostu takie ślimaki, że głowa mała.

Ps. Kiedyś ktoś mówił, że te młode pokolenie będzie wyznaczać standardy w zatrudnianiu i taki jest fakt: kiedyś potrzebowałem 3 pracowników do obsługi magazynu na 8h dziennie. Odkąd zaczęli przychodzić te roczniki młode i wymyślać, to tak zautomatyzowałem magazyn, że potrzebuje tylko jednego na zleceniówce na kilka h dziennie (ok.4)

Pokolenie Z

Skomentuj (36) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 114 (138)

#91352

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Rodzice mojego kolegi padli ofiarą oszustów. Stracili sporo pieniędzy, ale na całe szczęście nie przysłowiowe „oszczędności całego życia”. Oszukanych zostało kilkadziesiąt osób. W kwietniu sprawą zajęły się organy ścigania. Szczegóły tej sprawy, wbrew pozorom nie mają jednak znaczenia dla opisywanej przeze mnie historii.

W maju młodsza latorośl kolegi miała pierwszą komunię. Kolega zorganizował przyjęcie w lokalu i zaprosił na nie najbliższą, dość liczną rodzinę. Ponieważ jego rodzice bardzo przeżywali sprawę wspomnianego oszustwa, kolega obdzwonił rodzinę z grzeczną prośbą, aby w czasie przyjęcia nie poruszać tego tematu. Większość gości nie miała absolutnie żadnego problemu z dostosowaniem się do prośby kolegi, ale oczywiście znaleźli się tacy, którzy postanowili drążyć ten temat. I się zaczęło! A co, a jak, a dlaczego nie sprawdzili, nie skonfrontowali itp.? Po etapie pytań, zaczęły się komentarze. Co tu ukrywać, niezbyt miłe. Wyszło na to, ze rodzice kolegi są naiwni, głupi, dali się podejść jak dzieci, a tak w ogóle to wystarczyło sprawdzić/zrobić to i tamto i sprawy by nie było.

Jak łatwo się domyślić, ani rodzice kolegi, ani on sam komentarzami zachwyceni nie byli. Ale meritum sprawy sprowadza się do osób wiodących prym w komentowaniu. A byli to (imiona zmyślone):

1.Wujek Marian – „znawca” samochodów, od lat kupujący je wyłącznie po okazyjnej cenie i to tylko takie, którymi „Niemiec do kościoła jeździł”, a następnie ładujący w nie masę pieniędzy, przy czym ostatni jego zakup, dokonany na giełdzie, odjechał z tejże giełdy na dystans ok. 40 km i się rozkraczył.

2.Ciocia Halinka – która kilka lat temu przelała kilkaset dolarów na konto afrykańskiej księżniczki, w zamian za obietnicę otrzymania przelewu w wysokości kilku milionów dolarów.

3.Ciocia Jadzia – którą sąsiad uratował od oddania sporej kwoty pieniędzy bandytom oszukującym starsze osoby metodą na wnuczka/policjanta. Jadzia wracała już do domu z podjętymi w banku pieniędzmi. Po drodze spotkała sąsiada i zaczęła mu opowiadać o sytuacji, a tan błyskawicznie się zorientował co jest grane.

4.Wujek Staszek – który na licytacji komorniczej kupił dom z lokatorem na tzw. dożywociu, uznając że nie ma takiej rzeczy, której on nie załatwi, czyli że lokatora się pozbędzie. I tak, od wielu lat rodzina Staszka, mieszka pod jednym dachem z obcym facetem.

I to by było na tyle

rodzina

Skomentuj (1) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 135 (147)

#91354

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Kontynuacja historii #91270 plus więcej kwiatków z szukania pracy.

Firma nr 1 - Po prawie 3 tygodniach milczenia rekruter w końcu się zmaterializował. Przeprosił za brak kontaktu i umówił na rozmowę z tamtą panią, z którą miałabym pracować, na początek następnego tygodnia. Zapewnił przy tym, że jestem ich top kandydatem i że już się cieszą na potencjalną współpracę. Na rozmowie nikt się nie pojawił, rekruter znowu nie odbierał telefonu i nikt się już więcej nie odezwał. Pełna kultura i profeska.

Firma nr 2 - Po tym jak pani prezes na mnie nakrzyczała o mój zbyt długi okres wypowiedzenia, wycofałam się z procesu rekrutacji. Ale ich plan znalezienia pracownika, który może zacząć natychmiast chyba się nie powiódł, bo cały czas ponawiają ogłoszenie.

Firma nr 3 - koncern z branży ubezpieczeń. Rekruterka zadzwoniła do mnie, kiedy byłam w pracy i chciała umówić się na rozmowę video jeszcze w ten sam dzień. Odpowiedziałam, że nie ma sprawy, będę dostępna od 18, z tym że nie mam kiedy się do tej rozmowy przygotować, więc czy następny dzień nie byłby jednak lepszy. Odpowiedziała, że zależy im na czasie, a przygotowaniem mam się nie przejmować, to będzie wstępna rozmowa zapoznawcza, głównie na temat mojego doświadczenia. Podczas rozmowy rekruterka kazała mi wymienić spółki wchodzące w skład koncernu i opowiedzieć, czym się która zajmuje, przepytała mnie z danych liczbowych (na ilu rynkach europejskich forma jest obecna, ile prowadzi łącznie spraw i na jaką łączną kwotę, ilu ma klientów) i przedstawić, jak zmieniały się ich wyniki finansowe w ciągu ostatnich 5 lat, za każdym razem ignorując moje przypomnienie, że jak uprzedzałam, nie miałam kiedy się przygotować, bo dopiero wróciłam z pracy. Na koniec stwierdziła, że jest rozczarowana, że do rozmowy nie podeszłam poważnie, bo ona liczyła, że jednak znajdę czas, żeby poczytać na temat firmy. Oczywiście, bo w pracy, zwłaszcza takiej, gdzie cały czas ktoś patrzy mi na ręce i muszę się rozliczać nawet z wyjść do toalety, nie mam nic do roboty oraz mam doskonałe warunki, żeby szukać wyników finansowych innych firm. Nie przeszłam do kolejnego etapu.

Firma nr 4 - monachijski oddział dużego niemieckiego koncernu. Videorozmowa z HR i telefoniczna z panią, którą miałabym zastąpić na stanowisku wypadły bardzo dobrze i dostąpiłam zaszczytu osobistej rozmowy z szefem oddziału w siedzibie firmy. Na miejscu okazało się, że rozmowa odbędzie się jednak przez video, gdyż pan szef z racji piątku zdecydował się pracować z domu. Czyli tłukłam się przez pół miasta po nic. Bardzo szanują mój czas, nie ma co. Rozmowa trwała około 1,5 godziny. Pan zadał mi mnóstwo pytań, ja jemu też, pan cały czas robił notatki. Na koniec stwierdził, że chciałby porównać mój "takeaway" z tej rozmowy ze swoim, w związku z czym prosi, żebym do poniedziałku przysłała mu mail, w którym jak najdokładniej opiszę pytania i odpowiedzi, które padły podczas rozmowy. Czyli szczegółową transkrypcję półtoragodzinnej rozmowy. Pomijając fakt, że nie robiłam notatek i nie jestem w stanie odtworzyć z pamięci, co kto kiedy dokładnie powiedział, to napisanie kilkunastu stron tekstu będzie cholernie czasochłonne. Podzieliłam się z panem swoimi wątpliwościami, na co usłyszałam, że "przecież mam na to cały weekend, co mam zresztą innego do roboty". Tak, nie mam w swoim życiu ciekawszych zajęć niż wykonywanie bezsensownych zadań dla firmy, w której nawet nie pracuję. Poza tym, skoro tak szanują czas kandydatów, jak bardzo muszą szanować czas pracowników? Oczywiście żadnego maila nie wysłałam.

Firma nr 5 - startup, który stworzył aplikację mobilną dla przedsiębiorstw do analizy danych, trendów na rynku itp. Pomyślnie przeszłam rozmowy z rekruterką oraz Hiring Managerem i załapałam się na rozmowę z założycielem firmy. Zostałam pouczona, że warunkiem przystąpienia do tej rozmowy jest zapoznanie się z ich aplikacją. Miało to sens, zresztą aplikację ściągnęłam sobie już w ramach przygotowań do wstępnej rozmowy z rekruterką, problem tylko, że nie mogłam jej przetestować, gdyż dostęp wymaga wykupienia rocznej subskrypcji za 99,99€ miesięcznie. Wersji demo nie ma. Spytałam rekruterkę, w jaki sposób można to obejść, żebym mogła zapoznać się z aplikacją przed rozmową, na co usłyszałam, że nie można. Mam wykupić subskrypcję, bo "żeby pokazać, że mi zależy, czasami trzeba coś dać od siebie". Oczywiście, już pędzę dawać od siebie 1200€ za zaszczyt rozmowy z szefem. Wycofałam się z rekrutacji, niech szukają frajerów gdzie indziej.

Firma nr 6 - zewnętrzna rekruterka napisała do mnie na LinkedIn, przedstawiając mi ofertę swojego klienta. Ciekawa branża, międzynarodowa firma, anglojęzyczne stanowisko (czyli dokładnie to, czego szukam), firma mieści się, co prawda, dość daleko od mojego domu, ale praca jest w modelu hybrydowym - obecność w biurze wymagana jest 2, góra 3 dni w tygodniu. Brzmiało fajnie, wstępna rozmowa z rekruterką przebiegła pomyślnie, w dodatku pani okazała się Polką. Zarekomendowała mnie klientowi i wkrótce odezwał się Hiring Manager, zapraszając na rozmowę. Podczas tej rozmowy okazało się jednak, że stanowisko jest wyłącznie niemieckojęzyczne, dział, w którym pracowałabym, nie ma żadnych międzynarodowych kontaktów, a praca jest wyłącznie z biura. Dopiero po okresie próbnym, po wcześniejszym uzgodnieniu z przełożonym można ewentualnie pracować z domu, ale góra 1 dzień w miesiącu. Czyli kompletnie nie wchodzi dla mnie w grę. No cóż, dziękuję rodaczko, że mnie okłamałaś i zmarnowałaś czas nie tylko mój, ale i swojego klienta.

Firma nr 7 - Startup wchłonięty przez amerykański koncern, obecnie mający status firmy-córki z oddziałami w Niemczech i w Polsce. Ciekawa branża, anglojęzyczne stanowisko, niemiecki i polski jako dodatkowy atut, podlegałabym bezpośrednio prezesowi, praca w modelu hybrydowym, ale biuro też w dogodnej lokalizacji, finansowo pasuje. Cud, miód i orzeszki. CV złożyłam w kwietniu. Pod koniec kwietnia pomyślnie przeszłam pierwszy etap - rozmowę z rekruterem (wewnętrznym) - i zakwalifikowałam się do drugiego etapu - rozmowy z Hiring Mangerem. Ten etap (początkiem maja) również przeszłam pomyślnie i załapałam się do etapu trzeciego. Czyżby rozmowa z potencjalnym przełożonym? Jeszcze nie.

Najpierw z jakimś amerykańskim dyrektorem (w połowie maja). Rekomendacja z jego strony, awans do czwartego etapu. Też jeszcze nie z prezesem. Najpierw z jakąś pani dyrektor z polskiego oddziału (druga połowa maja). Sympatycznie porozmawiałyśmy sobie po polsku dokładnie o tym samym, co z Hiring Managerem i amerykańskim dyrektorem. Z jej strony rekomendacja. Po kilku dniach dostałam informację o awansie do kolejnego etapu (piątego) i zaproszenie na kolejną rozmowę. Czyżby z prezesem? Nie. Z niemieckim dyrektorem do spraw technicznych. Rozmowa odbyła się końcem maja. Niemiecki dyrektor do spraw technicznych poprosił mnie, żebym opowiedziała coś o sobie, po czym stwierdził, że za bardzo nie wie, o co ma mnie jeszcze pytać, ani co tam właściwie robi, bo zawodowo nie będziemy mieć ze sobą dużo wspólnego, gdyż on nadzoruje inżynierów, ale że podoba mu się to, co ode mnie usłyszał, przekaże swoją rekomendację i wyraził pewność, że następna rozmowa będzie już z prezesem.

Niebawem dostałam informację, że awansowałam do szóstego etapu i zaproszenie na rozmowę z… asystentką prezesa. W pierwszych dniach czerwca odbyłyśmy miłą pogawędkę, dokładnie o tym samym, co wszystkie poprzednie, asystentka zachwyciła się moją kandydaturą i zapewniła o swojej rekomendacji. Następnego dnia przyszło zaproszenie na etap siódmy i kolejną rozmowę. Tym razem niebiosa się otworzyły i w końcu dostąpiłam zaszczytu poznania mojego potencjalnego bezpośredniego przełożonego.

Rozmowa odbyła się w poniedziałek. Po raz siódmy streściłam swoją ścieżkę kariery, odpowiedziałam na te same pytania, które po drodze zadało mi już 6 osób i zanim sama zdążyłam spytać o cokolwiek, skończył nam się czas. Ale to nie szkodzi. Pan prezes był zachwycony i zaprosił mnie na kolejny etap (ósmy) - drugą część rozmowy z nim, tym razem osobiście, w siedzibie firmy, której jeszcze nie miałam okazji zobaczyć. I już nie będę mieć okazji, gdyż z firmy nr 8, do której niedawno wysłałam CV bez większych nadziei, wiedząc, że kandydatom z zewnątrz bardzo trudno jest się tam dostać, a z której ku mojemu zaskoczeniu bardzo szybko się odezwali i w zeszłym tygodniu przeprowadzili ze mną 2 rozmowy (przez video z kadrową i panią, która zwalnia stanowisko i osobiście z szefem), wczoraj dostałam ofertę pracy, którą z przyjemnością przyjęłam.

Firmy w Niemczech od dłuższego czasu borykają się z brakiem personelu. Narzekają na kryzys na rynku pracy, brak chętnych kandydatów i ciągnące się miesiącami rekrutacje. Widząc jednak, jaki cyrk odstawiają podczas tych rekrutacji, nie wróżę im szybkiego wyjścia z kryzysu. Ale na pewno najłatwiej jest powiedzieć, że „ludziom nie chce się pracować”.

Rekrutacja

Skomentuj (26) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 121 (131)

#91351

przez ~psiarz ·
| Do ulubionych
Co mają niektórzy ludzie zamiast mózgu?

Jestem psiarzem. Mieszkam w domku szeregowym na spokojnym osiedlu na obrzeżach miasta i dosłownie za płotem mam pole czy jak kto woli łąkę, a dalej kawałek lasu.
Często bywają u nas moi bratankowie - brat dorobił się czwórki dzieci, tak dla równowagi do mnie, bezdzietnego lambadziarza.
W każdym razie w ostatni weekend brat i bratowa podrzucili nam dwie najmłodsze pociechy, 3 i 6-latka.

Dzieciaki chętnie wychodzą ze mną lub z narzeczoną na spacery z psem. Większość psiarzy z okolicy kojarzę, wiem, z którymi pieskami mój się pobawi, wiem, których unikać. Dzieciaki zresztą już też psiarzy i pieski poznały, nawet wiedzą, które pieski wolno głaskać i się z nimi bawić, a które lepiej zostawić w spokoju.

Jest w okolicy taki jeden pies, owczarek szwajcarski. W sumie pies jak pies, nigdy nie widziałem, aby był agresywny, ale jego właściciele nie dopuszczają go do kontaktu z innymi psami, więc pewne powody mają, znam ich tylko z widzenia, więc powodów tych nie znam.

W każdym razie w ostatnią sobotę wziąłem rano starszego bratanka na spacer z psem. Spotkaliśmy paru innych psiarzy i tak sobie spacerujemy po tej łączce, psy się bawią, gadamy, no sielanka.

Młody miał ze sobą butelkę z wodą, a gdy ją opróżnił poszedł wyrzucić ją do jedynego w okolicy kosza przy ławce przy ścieżce prowadzącej do lasu. Może ze 100m dalej. Gdy był tak w połowie drogi, widzę, że z jednej ze leśnych ścieżynek wychodzi pani z wyżej wymienionym owczarkiem. Natychmiast gdy nas zobaczyła wzięła psa na smycz i zaczęła coś krzyczeć, ale nadal szła w naszą stronę. Nie słyszałem, co krzyczała, ale uznałem, że skoro idzie nadal w naszym kierunku, a pies jest na smyczy to cóż ja mogę? Razem z innymi psiarzami przywołaliśmy nasze psa i zapięliśmy na smycze, żeby nie doszło do interakcji.

Gdy kobieta znacznie skróciła dystans i gdzieś po drodze spotkała się z młodym, zaczęła coś do niego gadać. Dzieciak nic, wygląda na nieco zdezorientowanego, więc go zawołałem. Młody przybiegł i pytam, co pani od niego chciała. Ano pani zaczęła pouczać młodego, że jej pies nie nadaje się go głaskania. A czy młody pytał? No nie. Czy próbował głaskać? Nie, sam widziałem. Generalnie po prostu zrobił to po co poszedł, czyli wywalił butelkę do śmietnika.

Za chwilę kobieta się do nas zbliżyła i zaczęła agresywnym tonem pouczać tym razem mnie, że jej pies nadaje się do głaskania. Yyyy, ok? Mówię, że dobra, pani, o co chodzi, przecież nikt pani pasa głaskać nie chce. No tak, ale moje dziecko (no, niech będzie... wszystkie dzieci nasze są) szło w stronę jej psa i o ogóle to była niebezpieczna sytuacja, bo dziecko szło i ona myślała, że będzie chciał głaskać i w ogóle czemu ja tak puszczam dziecko samo, bo ona się przestraszyła, a poza tym dziecko jak ją zobaczyło to powinno od razu iść w drugą stronę, a skoro tego nie zrobiło to chyba oczywiste, że szło pogłaskać psa.

Nie wiem jaką miałem minę słuchając tej tyrady, ale naprawdę miałem w tym momencie niezły mindfuck. Zapytałem jej czy mam 6-latka na smyczy prowadzić, bo ona idzie z psem? Tu trochę chyba niepotrzebnie inna psiara naskoczyła na właścicielkę owczarka, że zawsze się czepia i ma do wszystkich pretensje (nie wiem, nie byłem świadkiem takiej sytuacji), pani się mocno odpaliła, że ona dużo w psa zainwestowała i chyba normalne, że jej na psie zależy i nie chce, żeby go inne psy gryzły. Dobra, już nie wiedziałem o co chodzi, ale zwróciłem jej tylko uwagę, że skoro tak się bała, że jej ktoś psa dotknie, to mogła iść ścieżką dosłownie kilkanaście metrów obok, przecież ma psa na smyczy, więc żadnej interakcji by nie było. A ona, że nie, bo jej już się ten pies zrywał ze smyczy i rzucał się na psy i ludzi, więc jakby poszła inną ścieżką to nic by nie dało.

I powiem Wam, że nawet po konsultacji z narzeczoną, nadal nie wiem o co zgarnęliśmy z młodym opiernicz i jaką logiką kieruje się tak kobieta.

psy

Skomentuj (2) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 140 (146)

#91356

przez ~Polakpotrafi ·
| Do ulubionych
Dostałem dziś upomnienie z administracji dotyczące poprawnego korzystania z balkonu.

Sprawdziłem stan faktyczny bo nie do końca rozumiałem o co chodzi. Porządek jest, elewacja nie uszkodzona, kwiatki rosną, dzień jak co dzień.

Zadzwoniłem więc do Administracji i dowiedziałem się że skargę złożyła sąsiadka. Niczym detektyw namierzyłem ową uprzejma osobę i co się okazało: problemem są kwiaty, które zasłaniają jej widok i ona nie wie co robię na balkonie

I teraz pytanie co z nią zrobić . Najchętniej pokazał bym jej gołe cztery litery na owym balkonie. Tylko czy warto?

blok sąsiadka balkon

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 128 (134)

#91337

przez ~June56 ·
| Do ulubionych
Odnośnie wpisu z głównej o teściowej i słowach użytkownika PasjonatPL o tym, że nikomu nie życzy takich przeżyć. Ja się też pod tym podpisuję, bo sama doświadczyłam tego na naszej skórze.

Mogłabym napisać całą epopeję i historię na kilka odcinków, ale i tak pewnie zrozumieją mnie tylko Ci, którzy z uroczą starszą Panią mieli już styczność.

1. Wtrącanie się do dziecka

Nasz syn już nie ma kontaktu z babcią. Jak tylko wyszły mu pierwsze zęby, babcia stwierdzała, że to nic takiego, że da mu czekoladę. Albo chipsy. Albo lizaki. Co z tego, że lekarz zalecał unikanie takich sztucznych cukrów do przynajmniej 2 roku życia. Babcia wie najlepiej, a ja jestem nienormalna.
Nasz syn przechodził fazę, że wyprawa do fryzjera wiązała się z dużym stresem, szarpaniem się na fotelu i nic, ale to nic nie pomagało. Zostawiliśmy mu więc dłuższe włosy. Babcia do niego: "Wyglądasz jak dziewczynka, co ty Ola, nie Aleksander jesteś? Dzieci się z ciebie nie śmieją?".

Gdy raz była u nas, kiedy ja miałam spotkanie z pracy, mimo że jej kazałam, aby nie puszczała dziecku telewizora, co usilnie wcześniej próbowała robić, zabrała go z stworzonego w gabinecie kącika zabaw, bo się nim zajmie. Co zrobiła? Puściła mu bajki. W tym czasie ona grała na telefonie. Nasz syn miał robić to na co ona miała ochotę, a dziecku, które skończyło 1,5 roku, nie zaprogramujesz, że teraz ma mieć ochotę na zabawę z babcią. Jej recepta? Chciała usadzić go na siłę np. przy klockach, albo stwierdzała, że jakby mu przylać, to by się nauczył normalnej zabawy.

Z racji tego, że mój mąż w tamtym czasie musiał wrócić z biura na trasę z racji choroby jednego z pracowników, był w domu obecny na weekendy i mimo tras krajowych, zdarzało się, że nie wracał do domu tego samego dnia. Co robiła teściowa? Dzwoniła do niego, że ja jej ZAKAZUJĘ normalnych kontaktów z wnukiem. A że syn reagował na jej obecność wręcz alergicznie, to zrobiłam co dla niego najlepsze i powiedziałam, że może do nas przychodzić na kawę, ale sama z nim nie zostanie. Mąż słyszał, że ja naszego syna głodzę, nie zajmuję się nim i już znał na tyle swoją matkę, że puszczał to mimo uszu i kazał mi się nie przejmować. A ja tylko trzęsłam się ze złości, gdy widziałam mamusię u drzwi.

2. Czystość

U niej zawsze jest perfekcyjnie czysto. Test białej rękawiczki przeszłaby bez problemu. Dlatego wyrzucała mi, że u mnie jest brudno, a jej syn nie powinien żyć w takich warunkach. Na moją uwagę, że jej syn ma dwie ręce i też może posprzątać, powiedziała, że on jest zmęczony po pracy, a ja NIC NIE ROBIĘ. Wytknęłam jej, że w przeciwieństwie do niej, pracuję i opiekuję się dzieckiem, gotuję, to dom nie będzie jak muzeum.

Na co krzyknęła na mnie, że ona też pracowała i 2 synów wychowała! Jak się domyślacie, jej praca to nie była praca etatowa, a dorywcza w opiece nad starszą sąsiadką do której miała tylko przyjść, posiedzieć i dać jej wody ewentualnie coś do jedzenia, bo sąsiadka była leżąca, ale całkiem sprawna umysłowo. Nawet jej pieluchy nie musiała zmieniać, bo od tego był dochodzący opiekun z mopsu.

3. Brak zajęcia i chęć zastąpienia synem ojca

Teściu utrzymywał całą rodzinę. Tajemnicą poliszynela było to, że pracuje tyle, bo nie chce siedzieć w domu, a gdy zapytaliśmy się go, dlaczego się nie rozwiedzie, odparł, że a co ona (teściowa) bez niego zrobi? Teść był tą osobą, która jeszcze nad nią panowała. Gdy jego zabrało, teściowa się uruchomiła na całego. Codzienne wizyty u nas, proszenie mojego męża, aby zawiózł ją do sklepu, bo ona sama nie udźwignie rzeczy. Narzekanie na drugiego syna, który ma ją w czterech literach (uciekł za granicę i tam ułożył sobie życie). Próby manipulacji moim mężem, że:
-ja się nie staram i o niego nie dbam, a tu u mamusi miałby tak miło
-po ciąży się spasłam i w trosce o MOJE zdrowie ona zaleca, abym mniej jadła. Ona może mi gotować ZDROWE rzeczy, a nie te moje świństwa (przytyłam aż 3 kilogramy!)
-chyba jestem niestabilna psychicznie, bo na nią krzyczę i wyrzucam z domu (owszem zdarzyło się, bo zobaczyłam jak mojemu synowi daje LANDRYNKĘ! i krzykiem było "CO TY ROBISZ?!", a wyrzucenie z domu polegało na tym, że miałam umówione swoje spotkania, a ona wpadła niezapowiedzianie)
-ona mojemu mężowi strasznie współczuje, że taką zołzę sobie wybrał. Może warto poszukać szczęścia gdzie indziej? Dziecko zawsze może odebrać. To hasło padało kilka razy, gdy mąż powiedział, że się trochę pokłóciliśmy (co jest normalne w życiu).

Do tego inne sugestie, że gdyby od rozwodu ograniczało go to, że nie ma gdzie mieszkać, to u niej pokój jest pusty. Potem, że ona już jest stara i potrzebuje wsparcia i najlepiej jakby ktoś z nią zamieszkał, bo jak kiedyś upadnie to nikt nie będzie wiedział, że umarła. No i podsumowanie- ona jest taka samotna, znajomych nie ma, bo wszystko dla ojca poświęciła, a ten umarł. Na uwagi, że jest klub seniora, a pod blokiem zbierają się starsze Panie na pogaduszki, stwierdziła, że ona potrzebuje mężczyzny.

4. Koniec kontaktów z mamuśką z mojej strony i zakaz wstępu do naszego mieszkania bez wyraźnego zaproszenia

Wparowała do mnie jak zwykle niezapowiedziana. Miała swój klucz- miało być na wszelki wypadek, a ona używała go, aby wchodzić jak do siebie. Ja leżałam ledwo żywa na kanapie, bo dostałam tak mocnego okresu, że dosłownie obijałam się o meble i leciałam na ketonalu. Nie chciałam aby coś podczas mojej niedyspozycji stało się dziecku. Przyjechał do mnie mój ojciec, który był już na emeryturze. On siedział z małym w pokoju, a ja leżałam i czekałam, aż zejdą ze mnie mdłości. Teściowa od razu wyskoczyła do mnie z krzykiem, że ona widzi, że tylko symuluję, żeby skupić na sobie uwagę! KAZAŁA MI zrobić sobie kawę, a gdy jej powiedziałam, że ma wyjść z mojego domu, bo dzisiaj nie mam na nią siły, wyzwała mnie od leniwych bab. Mój ojciec to usłyszał, zszedł z dzieckiem i chciał ją opanować. Jemu też się dostało, że wychował leniwe babsko. Kazał jej opuścić dom, gdy już z tego wszystkiego się popłakałam (i ból i kumulowane emocje). Powiedziała, że to dom jej syna. Na co odparłam, że nasz dom i syna obecnie nie ma, wiec może wrócić jak będzie. Tato kazał jej opuścić dom i wrócić jak ochłonie.

Zadzwoniła do mojego męża, mówiąc, że mój ojciec wyrzucił ją za szmaty z domu i prawie pobił, a wszystko widział wnuk. Że ja leżałam rozwalona na kanapie, oglądając telewizję. Była wręcz zapłakana tak mocno, że podobno nie mogła wydusić zdania. Mój mąż powiedział, że oddzwoni. Teściowa ma niestety takiego pecha, że zamontowaliśmy sobie 2 kamerki w domu. Jedna tak, aby widać było wejście i salon, druga w sypialni dziecka. Obie nagrywają dźwięk, obie mogą być "cofnięte". Mąż pooglądał sobie zdarzenie i zadzwonił do mamy, że jej wersja nie spina się z tym, co ma na obrazie. Dostał więc opiernicz, że nagrywamy ją bez jej zgody.

Mąż wtedy poprosił grzecznie, aby bez jego obecności nie przychodziła do mnie, bo już za dużo nawywijała. Padło wtedy, że dla niego najważniejsza jestem ja i syn, a nie jej komfort ciągłego siedzenia u nas i tego, abym jej usługiwała. Na co teściowa rzuciła, że dla mojego męża TO ONA POWINNA BYĆ NAJWAŻNIEJSZA, a nie małolata, bo ona go wychowała. Kazał jej iść na terapię i zająć się swoim życiem. Nawet zamówił wizytę u psychologa, na którą teściowa nie poszła, bo ona problemu z tym nie ma, a to my powinniśmy się iść leczyć.

Co więc teściowa o mnie mówi na mieście? Jestem niewdzięczna, przemocowa i wyżywam się na niej za swoje niepowodzenia w małżeństwie, a ona chciała nam tylko pomóc, bo wie jak młodym jest teraz ciężko. I robiła to całkowicie za darmo i z dobrej woli, a my ją wykorzystaliśmy i porzuciliśmy. Więc jak widzę komentarze o tym, że ktoś jest toksyczny, to często widzę to jak druga strona dobrze manipuluje.

rodzina teściowa

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 168 (182)

#91350

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Barszcz Sosnowskiego, wredne tałatajstwo.

Idąc z psem na popołudniowy spacer znalazłem podejrzane badyle w ilości sztuk kilka wystające z pobliskiego pola. Szybkie wygooglanie potwierdziło, że te badyle nie tylko są podejrzane, ale również groźne.

Jako dobry obywatel wyszukałem na googlach, żeby "zadzwonić pod ogólnopolski numer straży miejskiej" i to zrobiłem. Co usłyszałem?

Teren na którym znajduje się w/w roślinka jest poza granicami miasta (tak ze 100 metrów max na moje oko), więc to nie ich sprawa. Dzwoń pan do urzędu sąsiedniej gminy. (Dlaczego oni tego nie zrobią to w sumie nie wiem, ale pan przez telefon brzmiał jakbym mu przerwał bardzo ważną czynność konsumpcji pączka.)

Oczywiście po południu to wszystkie urzędy są pozamykane.


Następnego dnia dzwonię do UG, gdzie mnie przekierowano do działu ochrony środowiska (na szczęście automatycznie). Co usłyszałem?

Oni w sumie to już wiedzą o barszczu. Wyślą kogoś żeby zobaczył czy dalej tam to jest, i jak jest, to poinformują właściciela terenu, żeby "sobie to skosił" (z tego co wiem, to raczej nie powinno się barszczu Sosnowskiego kosić, należy go wypalić/wykopać).

I tak minął od tego czasu z tydzień. Barszcz dalej tam jest, już dość wysoki, sporo wystaje ponad pole. W sumie ładny, taki... nie za bezpieczny.

spychologia

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 134 (140)

#79074

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Normalnie jak w dowcipie o zajączku, niedźwiedziu i kolejce do sklepu. Historia zasłyszana od pana od serwisowania drukarek.

Pewnego dnia pan serwisant został wezwany do kancelarii komornika sądowego celem naprawy działającej tam kserokopiarki. Przyszedł, zapukał do drzwi. Ubrany był normalnie, skromnie, bez żadnego służbowego uniformu.

Zza drzwi wychyliła się sekretarka i, nawet nie dając mu powiedzieć "dzień dobry”, wygłosiła tyradę, że interesantów o tej godzinie Pan Komornik nie przyjmuje, że długi trzeba było płacić zanim sprawa trafiła do komornika, żeby grzecznie przyjść o godzinie wyznaczonej, a teraz zjeżdżać jej z oczu.

Wzruszył ramionami, powiedział:
- Zjeżdżać, to zjeżdżam. To w końcu wasz problem, że wam ksero nie działa.

I poszedł. Ignorując przeprosiny i próby zatrzymania go przez sekretarkę.

komornik

Skomentuj (5) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 165 (177)

#79091

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Kupiłam ledwo wczoraj rower. Nie taki z najniższej półki, tylko już naciągnęłam budżet na 2800 zł.

Rower zostawiłam w piwnicy, w pomieszczeniu na rowery, przypięty do stojaka.

Dziś przed południem zeszłam do piwnicznej pralni i hałasy przez uchylone drzwi od pomieszczenia na jednoślady pokusiły mnie, by tam zajrzeć. A tu jegomość, pochylony nad moim rowerem, mocuje się z łańcuchem, którym przypięłam swój nowy dobytek.

Gospodarz naszego budynku ma swoją kanciapkę w piwnicy. Szybko go zawołałam na pomoc (gość był tak skupiony na blokadzie do roweru, że mnie nie spostrzegł). We dwójkę ujęliśmy sprawcę, a że stawiał opór, to został powalony na ziemię i gospodarz aż na nim usiadł. Wezwałam policję, a ten wariat przy policjantach twierdził, że rower jest jego, że to pomyłka.

Klucz w moim posiadaniu, który pasował do blokady od roweru, plus świeży rachunek z wczoraj na moje nazwisko wraz z wydrukowanym numerem seryjnym wytłoczonym na ramie rozwiały wszelkie wątpliwości.

Złodziejem był nowy sąsiad.

Od gospodarza dowiedziałam się, że poinformuje spółdzielnię mieszkaniową jak najszybciej się da i poprosił policję o zawiadomienie zarządcy budynku o przestępstwie, które wydarzyło się na jego terenie. Godzinę później dostałam telefon od administracji spółdzielni, żebym w tygodniu zjawiła się na rozmowę do sporządzenia raportu (plus świstek od policji) i na mój wniosek mogą mu wypowiedzieć umowę najmu mieszkania ze skutkiem natychmiastowym. Chętnie skorzystam z propozycji, bo nie chcę mieć złodziei w bloku i chcę czuć się bezpiecznie.

Tak więc kosztem roweru za 2800 zł, który pewnie by złodziej opchnął za 1800-2000 zł nie dość, że nic nie zyskał (kradzież udaremniona) i będzie miał sprawę karną w sądzie, to jeszcze wyląduje na bruku.

Chciwość i lenistwo nie zawsze się opłaca. A zemsta będzie bardziej dotkliwa.

Zlodziejaszek

Skomentuj (5) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 171 (179)

#91347

przez ~Sralismazgalis ·
| Do ulubionych
Jakiś czas temu, a z 10 lat już będzie, pewna pani postanowiła mieć potomstwo. Nic dziwnego by w tym nie było gdyby nie to, że owa pani dobiegała sześćdziesiątki. Ale widocznie bardzo jej na dzieciach zależało, bo postawiła na swoim, zaszła w ciążę i urodziła bliźnięta.

Po porodzie sprawa zrobiła się głośna, bo nagle wyszło na jaw, że pani nie ma za co żyć i z czego dzieci utrzymać. Dysponuje, bowiem, jedynie bardzo cienką emeryturką. Co prawda - mówiła - dzieci są z wielkiej miłości, ale nazwiska ojca nie poda i o alimenty nie wystąpi.

W tej sytuacji znane pani środowisko zwarło poślady i jakąś tam pomoc finansową pani otrzymała, dokładnie nie wiadomo jaką. Temat przez pewien czas jeszcze szeroko omawiano, a potem, naturalną koleją rzeczy, sensacja wyhamowała. Nikogo już nie interesowała owa pani i jej bardzo nieletnie jeszcze dzieci.

Teraz, wysoką falą, temat powrócił. Okazało się, bowiem, że wczoraj "najstarsza mama w Polsce", w wieku niespełna siedemdziesięciu lat, pożegnała się z życiem, osierociwszy dziewięcioletnie bliźniaki. Dzieci na biegu umieszczono w placówce opiekuńczej, ponieważ nie ma nikogo, kto by mógł i chciał się nimi zająć. I tam już pewnie pozostaną aż do pełnoletności. Nie mając nikogo na świecie, prócz siebie. Ale dobre i to.

odpowiedzialne rodzicielstwo

Skomentuj (32) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 109 (121)

Podziel się najśmieszniejszymi historiami na
ANONIMOWE.PL

Piekielni