Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

 

#85078

~Lektor ·
| Do ulubionych
O dyskryminacji płciowej.

Duży ośrodek wypoczynkowy prawie nad morzem*.

W ośrodku w którym pracuję w jadalni są stanowiska z kilkoma ciepłymi daniami do wyboru, klienci podchodzą i mówią co chcą, a obsługa nakłada im jedzenie na talerze i podaje.

Przyjechała do ośrodka muzułmańska rodzina**, która oprócz tego, że zostawiała wszędzie bałagan, to zrobiła jeszcze pewną akcję. Otóż, powiedzieli dzieciom, by po jedzenie podchodzili tylko do kobiet, ponieważ to jest żeńskie zajęcie nakładać jedzenie i mężczyźni nie powinni się tym zajmować. (Rozmowę słyszał jeden z pracowników jedzących kolację.)
Informacja o tym dotarła do kierownika zmiany z pewnym opóźnieniem, ale jego reakcja była stanowcza.
Następnego dnia gości obsługiwali sami mężczyźni.

* - 30 minut spaceru do najbliższej plaży.
** - pomiędzy 20-30 osób, brat i jego dzieci, siostra i jej dzieci itd..

gastronomia

Skomentuj (21) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 125 (191)

#85206

(PW) ·
| Do ulubionych
W zasadzie to ten wpis jest bezosobowy. Piekielni jesteśmy chyba wszyscy jako naród. Panuje powszechna bezmyślność i bylejakość.
W czym rzecz? W wodzie.
Kilka obserwacji po kończącym się lecie.

Chlejemy na wodzie. Nie, nie pijemy, nie popijamy, nie raczymy się piwkiem. Chlejemy. Trzy dni spędziłem na Pilicy. Rzeka urokliwa, wypożyczalni kajaków masa. Dziennie mijało się 200-300 a może i więcej jednostek. Nie wiem czy na dziesięciu widziałem ludzi bez czegoś z procentami.

Ochlaj zaczyna się pięć minut po starcie, jak tylko uczestnicy złapią równowagę.
Potem spędziłem tydzień na Mazurach. Widać że jachty z wypożyczalni to już nie plebs na kajakach. Piwo, z rzadka. Na pokładzie króluje wóda. Wieczorne ognisko-wóda. Pobudka w południe-kac. Klina i na wodę. No i wtedy załącza się nieśmiertelność.

Mamy w dupie bezpieczeństwo bliskich. Połowa kajaków którą minąłem na rzece, miała na pokładzie dzieciaki. W zasadzie, to na linii mety, powinna stać policja z alkomatem i pracownik socjalny. Wydmuchasz - zabieramy dzieci od ręki. Bo debilu wziąłeś je w miejsce gdzie mogą się utopić na dziesięć różnych sposobów, a potem dałeś w palnik tak że na mecie zasnąłeś przy stole. Albo zasnęłaś, bo chlańsko tyczy obu płci.

Nieśmiertelność nad wodą. Skoki z pomostu na dwumetrowej głębi. Złamiesz sobie kręgosłup-twój problem. Ale czemu idioto skaczesz między pływających? Masz motorówkę? Wiem z wypożyczalni. Ale jesteś kozak i zakaz latania po kanale i robienia fali cie nie tyczy.


Kolejne grzechy nad wodą? Służby ratownicze. Gdzieś tu się przewijał przez piekielny ratownik- superman. Kupka prawda. Po tegorocznej obserwacji mam wrażenie że normalni już wyszli. Ze biorą do pracy kogo się da.
Kilkanaście razy obserwowałem jak wygląda rozpoczęcie pracy. Przychodzi ekipa na plażę. Rozstawiają stół, stołki, parasol. Efektownie wbijają bojki-pamelki w piach, wciągają flagę i gotowe.
Ani raz nie widziałem żeby przed otwarciem sprawdzili dno. A to zasrany obowiązek, bo ktoś mógł w nocy wrzucić do wody szkło, śmietnik albo cokolwiek innego.

Ani raz nie widziałem wyrzucenia rzutek rękawowych. A to trzeba robić co rano, góra co drugi dzień. Zwinięta rzutka, po tygodniu leżenia, albo zgniła, albo linka się odgniotła i donośność spada o połowę.

Raz to aż mnie zatkało. Zostawiłem ciuchy na plaży przed otwarciem i wypłynąłem kawałek dalej. Sprzątnęli moje ciuchy, położyli obok siebie. Spoko. Przyszedłem-odzyskałem. Gdzie piekielność? Jeśli ratownik znajdzie na otwarciu lub zamknięciu obiektu porzucone ciuchy - trzeba sprawdzić dno. Być może leżą tam zwłoki.

Co robi ekipa po rozstawieniu stanowiska? Nic. Raz nawet spróbowałem ich podpuścić. Jako że wcześnie rano, byłem jedynym pływającym. Widzieli że jestem. Zanurkowałem i zrobiłem statykę. Zniknąłem im z oczu na ponad cztery minuty. Nie zauważyli.
Parę lat temu za takie podpuszczenie zebrałem OPR od ekipy bo już mnie szukali w wodzie. Ci nie. Mają to w dupie.

No i niestety część z ratowników to ulańce. Czwarty krzyżyk na karku, ostatnia dziurka w pasku. Pływa i sapie, dyszy i dmucha. Po przepłynięciu 30m jest wycieńczony. Najczęściej stoi i się opala.


Dzień pracy? Robić i się nie narobić. Kij z tym że pijani skaczą z pomostu między ludzi. Ratownik nie zareaguje bo się boi. Ale, i tu się serdecznie uśmiałem - moja córka skoczyła z pomostu. Najpierw sprawdziła czy nikt tam nie pływa, a skok robiła pod moją opieką. I nagle się ratownik pojawił "tu nie wolno". A dziesięć metrów dalej - wolna amerykanka. Tak, jeśli jesteś pojedynczym trzeźwym rodzicem, znajdzie się i sam David Haselhoff. Jeśli jesteś dzieciakiem po browcu -możesz wszystko.
Na miejskim, opłaconym z budżetu miasta obiekcie ratownicy mają wszystko w życi. Jest tam monitoring, mogli by zgłaszać, ale to kłopot i papiery.

Jak skrócić nudny dzień w pracy? Zaczyna kapać, czerwona flaga, wygonić ludzi z wody i odpoczywać w aucie. Bo burza. Burza przyszła trzy godziny później. Przez ten czas coś sobie tam pokapywało.

Policja na wodzie? Jest. Pan na materacu może liczyć na reprymendę, jak wypił piwo - to na kontrolę i grzywnę. Ale gość co wypożyczył jacht za kilka stówek dziennie, może wszystko. Dlaczego? Bo policja miejscowa, mazurska. Jak zabronią ludziom chlać na wodzie, to ludzie pójdą gdzie indziej. A wtedy brat to ma knajpę zbankrutuje, i kuzyn z wypożyczalni też, i siostra instruktorka żeglarstwa też nie znajdzie klientów.
Kij z tym. Pijesz na motorówkę - niech ci ziemia lekką będzie, i twoim dzieciom też skoro je zabrałeś. Ale inni chcą żyć, więc patrol mógłby zdjąć takiego pacjenta z wody.
Nie nie mógłby.

I znowu wracamy do użytkowników. Jprd. Widziałem panią co zakopała zużytego pampersa w piachu na plaży. Widziałem ludzi co wyprowadzają psy rano na plażę, bo wtedy nikt nie widzi jak srają. Chyba tylko w Dąbrowie Górniczej patrole SM fatygują się w weekendy rano i wlepiają mandaty za pieski co się pałętają na kąpielisku.
Kupy na pomostach. Kupy w przebieralni. Zaszczany przewijak dla dzieci.
Normalnie trzeci świat.

Ciekawe czy kiedyś się ucywilizujemy.

woda

Skomentuj (29) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 158 (204)

#85203

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia z cyklu: na podniesienie ciśnienia z rana lepsza od kawy jest konfrontacja z łowcą siedzeń.

Wyjaśnienie: generalnie zaprowadzam dzieci do przedszkola na piechotę, ale raz na jakiś czas chcą podjechać autobusem 3 przystanki. Dzisiaj tak właśnie poprosili żebyśmy podjechali. Zgodziłam się, bo rok szkolny jeszcze nie zaczął się dzięki czemu nie ma korków i przejedziemy te trzy przystanki "gładko". Pod blokiem mamy pętlę i później nie ma wielu pasażerów więc w momencie jak wysiadamy to autobus (przegubowy) najczęściej jest w 2/3 pusty.

Historia właściwa: Autobus zatrzymuje się na drugim przystanku i wsiada starsza kobieta
- Tam jest naklejka, że ja mam prawo tu siedzieć. Dzieci nie mają prawa tu siedzieć.
- Tak, ma pani prawo tu siedzieć ale dzieci również mają takie same prawo. Ta sama naklejka pokazuje, że to jest również miejsce gdzie mogą siedzieć dzieci.
- (zaczyna się nakręcać) Tomojemiejscetylkojamogętusiedziećdziecimająstądzejść.
- Proszę pani, obok są puste miejsca, a my wysiadamy na najbliższym przystanku. Może pani usiąść....
- Nie, nie mogę! To moje miejsce i ja tu będę siedzieć!

Dzieci na jej słowa same przesuwają się i we trójkę mieszczą się na dwóch siedzeniach. W tym samym momencie autobus rusza, bo ostatnia osoba wsiadła i zamknęły się za nią drzwi.

- (pod nosem) niewychowane, niekulturalne bachory.... nikt ich nie nauczył jak się odzywać do starszych....
- Przepraszam, ale szacunek i kultura działają w obydwie strony....
- A czy ja gadam do ciebie?! Co ty - przekupka jesteś? Na targu się wychowałaś?
- Mruczy sobie pani pod nosem i obraża mnie i moje dzieci na co ja nie pozwolę...
- Widział ją jaka przekupka... zamknij gębę lepiej... niewychowane to... od pińcetplus we łbach się przewróciło... kto to widział żeby tyle pieniędzy dawniej dostawać.... nie szanują starszych ludzi....

Nie jestem w stanie przytoczyć całej naszej wymiany zdań, bo kobieta wypluwała z siebie przeróżne określenia z prędkością karabinu maszynowego i gdy ja zaczynałam mówić natychmiast starała się mnie przegadać, zagadać, zagłuszyć i prowadziła swoją jedyną i słuszną narrację. Po kilku próbach zacisnęłam zęby, bo nie miała sensu jakakolwiek dyskusja, a tak jak mówiłam - zaraz wysiadaliśmy.

Nie jeden, nie dwa, nie sto razy ustępowałam miejsca osobom starszym i ogólnie takim które potrzebowały usiąść. Tak samo bywały sytuacje, gdy prosiłam moje dzieci by przesiadły się. Tutaj tak samo poprosiłabym dzieci, aby usiadły obok gdyby ta kobieta powiedziała coś w stylu: czy dzieci mogłyby się przesiąść, bo np na to miejsce jest mi najłatwiej wejść i potem z niego zejść? Tylko tyle by wystarczyło i ani bym nie dyskutowała ani nawet nie zastanawiała się. Ale jak ktoś startuje z takimi tekstami i w taki sposób...

komunikacja_miejska

Skomentuj (19) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 106 (126)

#85159

(PW) ·
| Do ulubionych
Po dodaniu historii https://piekielni.pl/85157#comments i przeczytaniu komentarzy naszła mnie taka refleksja... Nikt nie jest od razu "specjalistą" od wychowywania psów, a niektórym potrzeba mocnego "kopa", aby sobie uświadomili, dlaczego tak istotne jest nauczenie psa reagowania na komendy.

W tej historii piekielna będę ja - młoda gówniara (19 lat) świeżo po maturze, natychmiast znalazłam pracę i wyprowadziłam się do chłopaka (wojna z matką od kilku lat). Mieszkanie też nie chłopaka, tylko jakiejś babcio-cioci, ale póki mieszkamy, mamy tylko płacić czynsz + opłaty (śmieszne kwoty), no to czego więcej chcieć?

No jak to czego, kogoś do "zaopiekowania się"! Na szczęście na dziecko się nie zdecydowaliśmy, ale pies jak najbardziej! Czystym przypadkiem, przyszedł kumpel i spytał, czy nie chcemy szczeniaczka. Mama rodowita foksterierka, problem w tym, że za chole*ę nie chciała powiedzieć, kto był tatusiem... (w tym miejscu duże gratulacje dla właścicieli, nie upilnować rasowej suni podczas cieczki!). Chcieliśmy. Pół-foksik dostał imię Pik (łatki miał w kształcie pika w kartach) i był chyba najbardziej rozpieszczonym psem na świecie. Wszystko mu było wolno, niczego go nie uczyliśmy i niczego od niego nie wymagaliśmy. No, prawie niczego. Mnie się nieco w domu nudziło (chłopak pracował dłużej niż ja), więc nauczyłam Pika reagowania na komendę STÓJ! Po prostu bawiło mnie to, jak po tej komendzie pies zatrzymywał się w miejscu, zawsze go za to nagradzałam, chwaliłam, bo to takie śmieszne było - ja krzyczę STÓJ, a pies staje jak wryty...

I ta jedna sytuacja, kiedy uświadomiłam sobie, że posiadanie psa to nie tylko przyjemność i zabawa. Gdzieś na mieście byliśmy, pies nie nauczony posłuszeństwa biegał, gdzie chciał (smycz? jaka smycz, Pik nie będzie chodził na smyczy, zresztą nie umiał, szarpał się jak nie wiem co na tym "świństwie") i do dzisiaj pamiętam widok psa biegnącego prosto na ulicę i samochodu, idealnie na "kursie kolizyjnym" z psem. Serce mi stanęło, zresztą wszystko mi stanęło, zamarło, co tam chcecie jeszcze, krzyknęłam STÓJ! tak, że chyba całe miasto mnie słyszało. Psa "wryło" w ziemię, a ja wtedy dobitnie zrozumiałam, dlaczego szkolenie psa i uczenie go posłuszeństwa jest takie ważne... Samochód minął go o centymetry.

Głupia dziewiętnastolatka bawiąca się w dorosłość. Pika nie we wszystkim udało mi się "naprostować", do końca był niesfornym i nieposłusznym psem, mimo że po tym zdarzeniu naprawdę dużo pracy włożyłam w jego wychowanie. Ale od tamtej pory już wiem, że jeśli kochasz psa, to wymagasz od niego pełnego posłuszeństwa - to była lekcja, której nigdy nie zapomnę.

duże_miasto

Skomentuj (3) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 106 (124)

#85115

(PW) ·
| Do ulubionych
Dobra. Od dłuższego czasu umilam sobie czas czytając piekielnych, ale i na mnie nadeszła kolej. Od razu mówię, że może być przydługo!

Pracuję w muzeum, chociaż nie takim standardowym, bo znajdującym się na statku. Pozwalamy ludziom na dużo, jednak wciąż pamiętając, że obiekty na wystawach to eksponaty. Muszę też zaznaczyć, że wyróżniam się nieco wyglądem (krótkie, kolorowe włosy). Tyle tematem wstępu, bo przez same wakacje zaczęłam dostrzegać pewne powtarzające się przypadki.

1. Przewodnicy
Jestem w stanie zrozumieć, że przeciętny człowiek nie zawsze zna historię danego obiektu, czy tym bardziej specjalistycznego nazewnictwa (żeglarstwo), ale kiedy jest się przewodnikiem, to chyba jednak wypadałoby znać chociażby podstawowe informacje? Nagminnie zdarza się, że z koleżankami słyszymy totalne bzdury, przekazywane nieświadomym ludziom. Mylenie nazw, dat czy nawet dopowiadanie sobie historii do eksponatów. O zwracaniu uwagi nawet nie ma co myśleć, bo przecież oni wiedzą lepiej.

2. Grupy
Niektóre są naprawdę przyjemne i ciekawe tego, co się do nich mówi. Z drugiej jednak strony są też te pełne rozwydrzonych dzieci, robiących to tylko im się podoba. A co na to opiekuni zapytacie? Cóż, najlepiej udawać, że wcale się nie jest z tą grupą.

3. Ignoranci
Ludzie kupujący bilety tak naprawdę nie wiedząc na co. Ostatnio podeszła do mnie starsza pani z wnuczką, pytając o której wypływamy. Na odpowiedź, że raczej nigdy, bo ten statek stoi tu od prawie czterdziestu lat nie zareagowała zbytnim entuzjazmem.

4. Janusze
Lato w pełni, upały nad morzem co drugi dzień są. Aż chce się rozłożyć na plaży, prawda? No oczywiście. Ale błagam, odwiedzanie muzeum na samych gaciach naprawdę nie jest niezbędne. Już parę razy miałam na sali starszych facetów bez koszulki, a nawet bez spodni. To jest naprawdę niesmaczne. Chociaż tutaj wina też leży po stronie załogi, wpuszczającej takich przyjemniaczków pod pokład. To też ten typ ludzi, który najczęściej rzuca tekstami typu "oho, pani kapitan siedzi". No szczyt komedii. Parę razy mi się też zdarzyło, że robili mi zdjęcia, nawet się z tym nie kryjąc.

5. Madki i Tateły, a jakże.
No tutaj to już w ogóle jest zabawa na całego.
Dzieci biegające po statku bez opieki? Norma. A potem jest panika i szukanie Karolka co drugi dzień, bo się gdzieś zawieruszył.
"Przecież jak chwilę posiedzi, to się tej ławce nic nie stanie". No. Super. Jak będę tak pozwalała siadać każdemu na stuletnie ławki, to z pewnością długo wytrzymają.

Hitem była rodzinka, która rozłożyła się w kącie na podłodze i zaczęła przewijać bombelka.

A dzisiaj zostałam także zwyzywana od klaunów i niewykształconych głupków. O co poszło? Otóż zwróciłam uwagę chłopakowi, który zrzucił kartkę z napisem, żeby nie siadać Na eksponatach I a jakże - usiadł sobie na ławce.
Ojciec od razu zaczął bronić syna wybitnymi argumentami pokroju "to po podłodze też chodzić nie mogę?"
Oraz zabójczym "kartka stała na stole, a nie na ławce, więc w czym problem". No tak, każdy logicznie myślący człowiek widząc napis "prosimy nie siadać Na eksponatach" wie, że odnosi się on do stołu, a nie ławki. Przynajmniej było śmiesznie.

To chyba tyle na dzisiaj. Może jeszcze kiedyś coś dorzucę, jeśli się oczywiście spodoba.

Muzeum

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 83 (107)

#85114

(PW) ·
| Do ulubionych
Często trafiałam tutaj na historie o piekielnych kierownikach. Teraz przyszła moja kolej...

Otóż od bardzo dawna szukałam jakieś pracy. Jestem po liceum i zrezygnowałam ze studiów, ale to historia na inny czas. Szukałam ponad rok jakieś pracy, ponieważ nikt nie chciał mnie zatrudnić ze względu na to, że miałam wypadek i jestem lekko niepełnosprawna.

Nikt nie chciał takiego problemu mieć na głowie. Rozdawałam wszędzie swoje CV, chodziłam na masę rozmów kwalifikacyjnych. Obiecali, że zadzwonią. Ale nic z tego, cisza...

No nic, nie poddawałam się. Miałam już wyrobić książeczkę sanepidowską i wstąpić do sklepu spożywczego, a tu nagle telefon. Odebrałam i mówią, że się dostałam.

Uszczęśliwiona poszłam zrobić odpowiednie badania, podpisać papiery i po tygodniu czasu poszłam do pracy na pół etatu, czyli pracowałam po 4 godziny. Mało, ale zawsze to coś niż siedzenie na tyłku. Poszłam pełna zapały do pracy pełna optymizmu. Koleżanki bardzo miłe i dużo mi pomagały.

Po 2 dniach nauczyłam się obsługiwać kasę fiskalną, przyjmować zamówienia. Wszystko pięknie, aż do momentu, kiedy nie przyszła ona, Piekielna Szefowa (zapomniałam wspomnieć, że rozmowę miałam innym sklepie tej samej marki i w tym samym mieście). Była na urlopie i wiedziała, że jestem już pracy. Kiedy ona przyszła, chciałam się pokazać od jak najlepszej strony, więc zaczęłam obsługiwać klientów. Ona stała za mną i patrzyła na moje ręce i czułam jej oddech na karku. Myślałam, że tak ma być, ale nie. Od tamtego czasu praca tam stała się koszmarem...

Cały czas na mnie warczała, krytykowała i wtrącała się w moje życie prywatne. Kiedy widziałam w grafiku, że tego i następnego dnia mam mieć z nią zmianę, to od razu zaczął brzuch mnie boleć. Koleżanki mówią, żebym się nie przejmowała, że jej to przejdzie. Minęły 3 miesiące i dalej bez zmian. Dzisiaj było gorzej...

Miałam rankę, więc wszystko ładnie posprzątałyśmy i przygotowałyśmy. Nastąpiła odpowiednia godzina i klienci zaczęli przychodzić do sklepu. Podeszła do nas pani i poprosiła o zmianę jakieś sukienki na większą. Więc zaczęłam przyszykowywać papiery, by je wypełnić i nadeszła Piekielna.

Zaczęła mi "delikatnie" mówić, że wszystko robię źle, że jestem beznadziejna i do niczego się nie nadaję. To mówiła przy klientce i koleżance. Koleżanka głowę zwiesiła i nic nie powiedziała, klientka zrobiła duże oczy ze zdumienia, a ja...po prostu się popłakałam. Po prostu nerwy mi nie wytrzymały. Możecie się śmiać, ale jestem delikatną osobą i przyjmuję każdą mocną krytykę mocno do serca i myślę cały czas o niej.

W końcu klientka nie wytrzymała i powiedziała, że Kierowniczka jest niemiła. Wielka Pani się zdumiała i powiedziała, że "robi to dla mojego własnego dobra". I wtedy padło to zdanie, które od samego rana chodzi mi po głowie:
- Ona jest ślepa i pracuje tu 3 miesiące. Jeszcze się nie nauczyła porządnie składać ciuchów, a bierze się za obsługę komputera.

I zaśmiała się na końcu, jakby powiedziała jakiś kawał. Cholernie śmieszny. Ja nie wytrzymałam psychicznie, rzuciłam wszystko na biurko i wybiegłam z miejsca pracy do toalety. Płakałam bite pół godziny, dopóki koleżanka z wielką łaską przyszła i powiedziała, że nie mam się niczym przejmować.

Dowiedziałam się, że nie chce przedłużyć mi umowy. I bardzo dobrze. Chcę się skupić na operacji i moim zdrowiu psychicznym.

Tą klientkę, co stanęła w mojej obronie, to szefowa innego sklepu, do którego składałam CV. Powiedziała, że jak tylko wydobrzeję po operacji i psychicznie, to chętnie mnie przyjmie.

Wiem, że to nie jest takie piekielne, ale musiałam się komuś wypisać. Po prostu ta dzisiejsza sytuacja bardzo mną wstrząsnęła.

sklepy

Skomentuj (5) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 108 (142)

#85283

(PW) ·
| Do ulubionych
Bardzo długo zastanawiałem się, czy to pisać. Wstrzymałem się na czas strajków i liczę na obiektywną ocenę sytuacji.

Pracowałem przez kilka lat w szkołach specjalnych z dziećmi chorymi umysłowo i/lub fizycznie, o tych pierwszych będzie tu głównie mowa.

Praca z takimi dziećmi zdecydowanie do łatwych nie należy. Słyszeliście pewnie, bądź też nie o sytuacji, gdzie 8-mio latek pobił dwie nauczycielki, było to mówione jakiś czas temu (można poszukać na Googlach). Cóż, w tego typu szkole, jak specjalna takie rzeczy zdarzają się często. Nie raz nie dwa dziecko wpadnie w szał, trzeba je uspokoić i zrobić wszystko, żeby nie skrzywdziło ani siebie, ani innych. Przytoczę jedną z sytuacji.

Dziecko ze schizofrenią (o ile dobrze pamiętam była to schizofrenia,) dostało ataku paniki, wiek 9 lat. Był to dość korpulentny chłopiec, w dodatku bardzo silny, dlatego nauczycielka zawołała mnie do pomocy, gdyż zwyczajnie nie umiała sobie z nim poradzić, a ten robił sobie krzywdę. Ja, jako jedyny mężczyzna w tej szkolne poza woźnym, dałem sobie radę, wziąłem go bezpiecznie lekko przez ramię i mocno trzymając, zaniosłem do kącika z materacami, gdzie rozpoczęliśmy uspokajanie go. Nie mogę tutaj dodać zdjęcia, ale gdzieś jeszcze je mam. Całe plecy przez to dziecko podrapane, tam, gdzie sięgnął. Do krwi.

W większości przypadków są to naprawdę fajne dzieci, z którymi można się mniej lub bardziej dogadać. Wyżej wymieniony chłopiec przeprosił mnie po fakcie. W tym momencie muszę dodać, że zaciskałem zawsze zęby i jakoś wytrzymywałem pogryzienia, podrapania i siniaki, ponieważ zdawałem sobie sprawę, że są to dzieci chore i nie mogą w pełni odpowiadać za swoje czyny. Idąc do szkoły specjalnej wiedziałem, na co się piszę, ale i tak niektóre sytuacje mnie zaskoczyły.

Było u nas w sumie dwoje dzieci, które można by nazwać "ciężkimi przypadkami", mimo że była to szkoła specjalna. Jeden miał bardzo poważny zespół downa i jeszcze jakieś choroby (ogólnie przy zespole downa jest bardzo wiele chorób), chłopak prawie wcale nie kontaktował, ale matka chciała, by przebywał z dziećmi. Głownie siedział, uderzał pięściami w biurko, coś porysował, nie mówił... Drugi za to był bardzo inteligentny. Również miał kilka chorób, nie będę przytaczał. Dziecko ostatecznie skończyło w zakładzie psychiatrycznym. Matka poddała się po tym, jak w napadzie szału próbował... (tego nie napiszę, uznałem, że rodzina mogłaby zostać rozpoznana, a tego nie chcę). Był wielkim kombinatorem. W szkole opowiadał, że matka się nad nim znęca i chce go zabić, w domu opowiadał to samo o nas matce, okradał dzieciaki i bardzo często używał przemocy.

Ale jak już mówiłem, wiedziałem, na co się piszę. Choć może nie spodziewałem się, że będzie aż tak... Mimo to wytrwałem kilka lat. Odszedłem dwa lata temu dla własnego zdrowia psychicznego. Jednak w zwykłej szkole publicznej nauczycielki nie spodziewają się czegoś takiego, a jednak takie dzieci się zdarzają. Dlaczego? Tu cytat dosłowny rodzica: "Bo nie będzie chodził do szkoły dla debili!" Tego typu piekielni rodzice posyłają do szkoły publicznej (i mają do tego prawo) często bardzo chore i powiedzmy sobie szczerze, niebezpieczne dzieci. Niestety także zdarza się, że rodzice celowo nie posyłają dziecka do specjalisty w celu wyrobienia orzeczenia, żeby w szkole nie robili problemów.

To jednak dla takiego nauczyciela tym gorzej, bo z orzeczeniem to by chociaż wiedział, jak ma pracować z danym dzieckiem. Taki nauczyciel w szkole podstawowej ma wykształcenie odpowiadające swojemu kierunkowi. Zazwyczaj nie ma typowych studiów dających uprawnienia do zajmowania się dziećmi chorymi. Większość z nich nie jest np. po oligofrenopedagogice i nie wie jak zajmować się dzieckiem z autyzmem, a żadne kursy nie zastąpią studiów.

Dodatkowo nie wiem, czy wiecie, ale np. autysta nie czuje się dobrze w pomieszczeniu, w którym jest dużo bodźców. Rodzice posiadający dzieci w wieku szkolnym na pewno wiedzą, jak wyglądają sale lekcyjne np. w klasach 1-3... Masa kolorów, obrazków, łańcuszków i innych takich, przez co autysta zwyczajnie się denerwuje. I teraz co, mając 25 dzieci w klasie, mamy zakazać dekorowania klasy, bo jeden się denerwuje? To co, pozostałe dzieci są teraz gorsze? I teraz powiedzmy sobie mamy autystę bez orzeczenia, bo "on jest przecież normalny!", więc nauczyciela wspomagającego też nie ma. Chłopiec ten wpada w szał, nauczycielka ma 25 dzieci do pilnowania, oraz jednego do uspokojenia, a że nigdy autysty wcześniej nie widziała, nie wie jak go uspokoić ani jak zareagować. Co teraz? Jak ona ma zapewnić niby bezpieczeństwo reszcie klasy, oraz temu jednemu? Nie może go wyprowadzić, bo nie może klasy zostawić samej. Pedagog nie zawsze jest w szkole, dyrektor nie zawsze jest w szkole, jak ma zadzwonić po kogokolwiek, kiedy musi dziecko w napadzie szału przytrzymać? Ale żeby broń Boże nie przytrzymała go za mocno! Bo niech tylko ślad zostanie, to jeszcze powiedzą, że biedny jest w szkole bity!

Ba, takiego to często inne dzieci nie lubią, ale jak to?! MOJEGO DZIECKA!? I przychodzi taki rodzic z pretensją, że inne dzieci się z nim nie bawią i nauczyciel ma z tym coś zrobić. Ale nawet najlepszy pedagog nie jest w stanie zmusić dzieci, żeby lubiły kogoś, kto je bije, kradnie im rzeczy, albo weźmie sobie ich gumkę do mazania, włoży do ust i wypluje do ich piórnika... (autentyk, często się dzieje u dzieci z zespołem downa).

Tak to moi drodzy wygląda. Szkoły specjalne są naprawdę wspaniale przystosowane do dzieci chorych. Są tam wykwalifikowane osoby, są nauczyciele wspomagający, którzy zajmą się dzieckiem, kiedy ma ono właśnie jakiś problem, a drugi nauczyciel nadal prowadzi resztę klasy. Ba, często jest więcej atrakcji, konkursów, ciekawych ludzi się zaprasza, jest masa zabawek, mniejsze grupy... Długo można by wymieniać.

Na koniec, jeśli ktoś dotrwał to z mojego doświadczenia dodam taką rzecz... Gdybym sam miał dziecko chore umysłowo, skonsultowałbym się ze specjalistą, czy moje dziecko poradzi sobie w zwykłej szkole i w zależności od tego wybrałbym odpowiednią placówkę. Jeśli miałbym dziecko chore fizycznie (tj. np. na wózku), posłałbym je do odpowiednio przystosowanej zwykłej podstawówki. Z doświadczenia wiem, że zdrowe dzieciaki chętnie opiekują się kolegami i koleżankami niepełnosprawnymi ruchowo.

szkoły

Skomentuj (19) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 152 (164)

#85280

(PW) ·
| Do ulubionych
Postaram się opowiedzieć najdokładniej jak się da.

Jadę samochodem, teren zabudowany, więc jadę 50. Kierowca ze mnie średni, więc jeżdżę ostrożnie i nie przekraczam prędkości. Skręcam w prawo, włączam kierunkowskaz, zwalniam do 15 na godzinę tuż przed samym zakrętem, skręcam, patrzę, a tu jakiś typ wyprzedza mnie na tym zakręcie (nie, nie jedzie dalej prosto, skręcił w prawo wjeżdżając na drugi pas i wyprzedza...), zajeżdża mi drogę i gwałtownie hamuje. Ja staje na środku zakrętu, koleś przystanął, po czym szybko dodał gazu i odjechał...

Czy to była jakaś próba wyłudzenia, czy co? Jakbym jechała szybciej i nie wyhamowała, walnęłabym mu w tył i wtedy ewidentnie moja wina, bo jak ja bez świadków i kamer udowodnię, że on mnie na zakręcie wyprzedzał...?

drogi

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 56 (62)

#85262

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia z banku.

Potrzebowałam przelać większą kwotę z konta w banku A na konto w banku B (oba konta na moje nazwisko, w tym samym kraju). Konta A używam zwykle do płatności "codziennych", wiec często, ale male kwoty - tu za kawę, tu za jakąś bułkę i karton mleka, bilet zbiorkomu itp - więc nie zdziwiłam się, że bank uznał transakcję za podejrzaną i zablokował do wyjaśnienia.

Zadzwoniłam na infolinię, odpowiedziałam na wszystkie pytania sprawdzające, przekierowano mnie do odpowiedniego działu, znowu odpowiedziałam na 20 pytań, w końcu miły pan pyta:
- A na co pani zamierza przeznaczyć te pieniądze?
- (Yyyych..)? Odpowiadam więc - Proszę pana, odpowiedziałam na wszystkie pytania weryfikujące: kiedy, gdzie i jakie kwoty ostatnio odprowadzałam z tego konta, nazwisko panieńskie praprababci i numer buta ciotecznej siostry, ale co was do licha obchodzi, na co planuje wydać moje własne pieniądze???
Pan się nieco speszył:
- No wie pani, takie mamy procedury, na wypadek gdyby ktoś panią zmuszał do podjęcia pieniędzy.
- W takim razie proszę podać podstawę do zadania takiego pytania.
- No takie mamy zasady, nie mogę odblokować przelewu, dopóki nie powie mi pani, na co zamierza pani przeznaczyć pieniądze.
- Proszę pana, odpowiedziałam na wszystkie pytania weryfikujące moją tożsamość i zapewniam, że nikt mnie tu pod pistoletem nie trzyma, chciałabym wypłacić moje pieniądze i przeznaczyć je na moje cele.
- Ale na co zamierza pani wydać taką kwotę?
I tak w koło Macieju, aż w końcu odparowałam:
- Na ludzkich rozmiarów kulę dla chomika!

Zgadnijcie, kto jutro musi się osobiście stawić w siedzibie banku z plikiem dokumentów, bo właśnie zablokowano jej konto i możliwość wykonywania jakichkolwiek transakcji...

Skomentuj (33) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 141 (165)

#85200

(PW) ·
| Do ulubionych
Gotuje się we mnie. Świeża sprawa, ale myślę, że warto się nią podzielić - ku przestrodze i szczególnie teraz, w samym środku sezonu przeprowadzkowego.
Może być nieco niesmacznie, więc proszę nie czytajcie podczas jedzenia.

Nieco ponad tydzień temu wprowadziliśmy się z mężem do wynajmowanego mieszkania, w jednym z większych miast w Polsce.

W ciągu pierwszego dnia po przewiezieniu rzeczy wszystko było fantastycznie - widok z okna i ciepłe słoneczko wpadające do wnętrza mieszkania. Rozpakowujemy się, trochę sprzątamy (nie było zbyt czysto, ale nie alarmująco).

Wieczorem wchodzę do kuchni i... coś mi śmignęło po blacie! Trochę mnie zmroziło, ale pomyślałam, że to może muszka przeleciała, mróweczka jakaś zaplątana z zakupami uwolniła się i szuka ucieczki. Zgasiłam żarówkę, odczekałam chwilę i włączyłam światło. Znowu coś przebiegło w okolicach zlewu i schowało się pod uszczelką.

Wtedy nie udało mi się odnaleźć uciekiniera, ale już na drugi dzień miałam wątpliwą przyjemność poznać stałych bywalców tego mieszkania...
Jak się pewnie już domyślacie, okazało się, że nasze wymarzone lokum zasiedlają także karaluchy, a raczej (po konsultacji ze specjalistą) prusaki.

Telefon do właścicieli - oni są zaskoczeni, jest im wstyd i mamy wezwać fachowców, a oni pokryją koszty. Znalazłam więc po godzinie poszukiwań wolnego specjalistę, który zgodził się przyjechać tego samego dnia i przeprowadził dezynsekcję (dla zainteresowanych: oprysk i żelowanie). Pan powiedział jednak, że to pomoże, ale tylko wtedy, kiedy pozbędziemy się wszelkich dróg migracji tych robali i jeśli wszyscy w naszym pionie także się o to zatroszczą.

Mąż pojechał więc po specjalistyczny sprzęt - akryl, silikon, taśmy, pistolety, lekką ręką wydał około 500 zł. Zrobiliśmy błąd, bo nie skonsultowaliśmy tego z właścicielami, ale zależało nam na czasie. Mieliśmy poczucie, że jak szybko tego nie uszczelnimy, to one znowu przyjdą, a bardzo chcieliśmy wreszcie poczuć się jak w domu (plus na odpowiedź właścicieli trzeba było długo czekać, nawet czasami bardzo długo).

Stwierdziliśmy też, że to idealny czas na poznanie sąsiadów. Z zebranych wywiadów dowiedzieliśmy się, że popełniliśmy ogromny błąd...

Żeby naszkicować sytuację - zamieszkaliśmy w centrum miasta, w bloku z windą i z zsypem. Jedna z sąsiadek powiedziała nam, że bezpośrednio "pod nami" mieszkają ludzie, żeby oddać ich szczegółowo - drugiej świeżości. Podobno z ich okien robaki migrują po elewacji do innych mieszkań. Dodatkowo ktoś z wyższego piętra ma pluskwy i nie wygląda na to, że zamierza się ich pozbyć.

Jedna z sąsiadek walczy z tym problemem od wielu lat, ale ciężko cokolwiek z tym na dłuższą metę zrobić.

Po takich rewelacjach stwierdziliśmy, że nie będziemy narażać siebie, naszego psa i naszych rzeczy na straty zdrowotne i materialne. Powiedzieliśmy właścicielom, że się wyprowadzamy. Oni zrozumieli, powiedzieli, że nie będą robić problemów.

Zapytacie więc - gdzie tu piekielność?

Zapłaciliśmy wynajętemu przez właścicieli agentowi 2.000 zł. Kolejne 2.000 zł kaucji mieliśmy otrzymać z powrotem, ale UWAGA - pomniejszone o czynsz i zużyte media. Właściciele stwierdzili, że jednak nie oddadzą nam też kosztów dezynsekcji, bo przecież się wyprowadzamy, a mieliśmy je sobie odliczyć od kolejnej opłaty.

Stwierdzili, że przecież oglądaliśmy mieszkanie wcześniej, więc mogliśmy sami wszystko sprawdzić, czyli to trochę nasza wina, że w mieszkaniu, które wybraliśmy są prusaki...

Warto wspomnieć, że po ściągnięciu dolnej listwy z mebli w kuchni, było aż grubo od starych pancerzyków, nieczystości i zdechłych przedstawicieli gatunku karaluchów.

Obecnie jesteśmy w trakcie wyprowadzki i zastanawiamy się jak nie zabrać tego paskudztwa ze sobą. Łącznie jesteśmy stratni jakieś 5 tys. złotych (2 tys. prowizja agenta, plus koszty przeprowadzki, pranie w pralni samoobsługowej absolutnie wszystkiego i próba kosztów zalepienia wszystkich dziur w całym mieszkaniu).

Nasza rada? Nie bójcie się zaglądać w każdą dziurę, kiedy oglądacie mieszkanie! Róbcie wcześniej wywiady z sąsiadami (zakładając, że ktoś się otwarcie przyzna do "niedogodności"). Zwracajcie uwagę na takie szczegóły, jak np. malutkie kropeczki w rogu blatu (nie, to nie są kupki much). Jeżeli w bloku, w którym chcecie zamieszkać jest zsyp - bardzo prawdopodobne, że ten problem tam występuje.

Mam nadzieję, że komuś (te bardzo długie gorzkie żale) na coś się przydadzą.

wynajem mieszkania

Skomentuj (27) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 124 (146)

Podziel się najśmieszniejszymi historiami na
ANONIMOWE.PL

Piekielni