Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

Top historii



#88944

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Z serii po przeczytaniu historii #88942 miałem dodać komentarz, ale wyszło zbyt długo, więc publikuje jako oddzielną historię.

Oraz do tej pory tylko czytałem historie i tylko je komentowałem, ale nadszedł czas i na mnie ;).

Jak wspomniałem w komentarzu #88942 również nie pochodzę z zamożnej rodziny. Pracował tylko tato, mama zajmowała się mną i moimi dwiema siostrami. Tak więc pięcioosobowa rodzina utrzymywała się z jednej pensji robotnika. Nie przelewało się, ale nigdy głodni, brudni czy w dziurawych ubraniach nie chodziliśmy.

Pieniądze na komitety czy xero zawsze były wpłacane, bo raz, że korzystaliśmy z tego, a dwa to były czasy, kiedy wytykano palcami tych, co nie płacą.

Szkołę jakoś udało się skończyć i zacząłem prace, też fizyczną jak mój tato. Jestem ślusarzem narzędziowym i obecnie zarabiam troszkę powyżej średniej krajowej (nie chwalę się, ale to zaraz będzie dosyć istotne). Od kilku lat, a dokładniej od czasu jak PiS wygrał wybory i zaczęło się to całe rozdawnictwo, trafia mnie szlag.

Pieniądze są rozdawane na lewo i prawo, głównie na patologię, która ma IQ na poziomie pantofelka i myśli, że te pieniądze są od PiSu. Cały czas słychać o wprowadzanych bonach wakacyjnych, tarczach anty covidowych i pierdyliardach innych świadczeń by ci, co są leniwi dostali pieniądze.

Nieraz słyszałem o historiach gdzie ktoś nie chciał podjąć pracy bo mu się nie opłaca, bo jak się zatrudni to straci dodatki. Mało tego, niektórzy co pracują nie biorą nadgodzin żeby przypadkiem nie zarobić za dużo, bo też są stratni. A wiecie, o co mam taki wielki ból czterech liter? Bo w 18-letnim stażu pracy jedyny socjal, jaki pobierałem to zasiłek dla bezrobotnych. Za pierwszym razem przez 3 miesiące za drugim miesiąc.

Zarabiam dosyć dobrze i boli mnie to, że nawet nie dostanę głupiego bonu na wakacje, w końcu to ja i takie osoby to sponsorujemy.

Coraz bardziej czuje się jak bankomat, jak to wygląda z waszej strony?

PolskiŁad

Skomentuj (45) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 272 (296)

#88948

przez ~Totalnyszal ·
| Do ulubionych
Podobno pracę zmienia się najczęściej nie dla pieniędzy, a dla nowego szefa. Wcześniej to stwierdzenie mnie bawiło, ale zaczynam się przekonywać co do jego prawidłowości.

Pracuje w zespole X, który jest zespołem czysto projektowym. W dodatku pracujemy w sposób niezależny od siebie. Ja mam swoje projekty, kolega swoje etc. Moi kontrahenci mają swoje oczekiwania co do mojej pracy, które mogą być zupełnie inne niż oczekiwania kontrahentów kolegi.

Dotychczas było tak, że sama regulowałam sobie pracę. Przykładowo w zwykły dzień przychodziłam na 7;30, ale gdy wiedziałam że mam spotkanie z kontrahentem o 17 i będzie trwało godzinę, przychodziłam na 9, aby nie robić nadgodzin.

Szef zespołu sam sugerował nam taki tryb pracy i sam tak pracował. Ale się zwolnił i w jego miejsce przesłali kogoś z centrali. Dajmy na to Janka.

Janek bardzo lubi kontrolę. Uważa że jeśli nie ma nas w biurze, to się lenimy. Wymusił więc na nas pracę w sztywnych ramach 9-17. A że nie bardzo mieliśmy się do kogo odwołać, pozostało nam albo się przystosować albo zwolnić. Czasy były niezbyt pewne, więc zostaliśmy.

W moim przypadku te godziny stały się przekleństwem. Nie miałam tygodnia bez nadgodzin, bo do Janka nie docierało, że mam spotkania o 7 rano i powinnam szybciej wyjść, tylko twierdził że mam przyjść na spotkanie i na 8h do pracy.

Finalnie cały zespół dostał ochrzan za nadgodziny. Zakazano nam umawiania spotkań poza czasem pracy. I tak musiałam moim super kontrahentom mówić, że przykro mi, ale musimy znaleźć termin pomiędzy 9-17. Tymczasem duża część z nich pracowała do 15 lub zadaniowo. Oczywiście kontrahenci zaczęli marudzić na dostępność "do nas", a więc Janek pozwolił nam na branie nadgodzin, jednak nie więcej niż 3 w tygodniu.

I wiem jak to strasznie głupio brzmi. I wiem że powinnam rzucić to w cholerę. I planuję jak to zrobić.
Wstępnie prywatnie uprzedzam kontrahentów o tym, że planuje zniknąć i jeśli będą chcieli to mnie znajdą, bo ja przy tej organizacji mieć wytrzymam. Praca sztywno 8h nie jest w moim stylu.
Na szczęście moja umowa jest zwykła uop bez klauzul o podbieraniu klientów, więc ryzyko pozwu jest małe.

Będę tą piekielną, która ukradnie firmie klientów. I jestem gotowa na tego konsekwencje, bo wolę mieć dobre zdanie w środowisku, niż kombinować z czasem pracy.

firma korpo

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 186 (202)

#88935

przez ~PKK ·
| Do ulubionych
Wiedzieliście, że osoby śpieszące się do pracy, uprawnione są do zatrzymywania się w poprzek parkingu i zostawiana auta z włączonym silnikiem, aby maksymalnie skrócić czas potrzebny do odjechania po zakupie bułek?
Bo na przykład ja nie wiedziałem, ale dzięki pewnemu bardzo niekulturalnemu panu, dowiedziałem się dzisiaj tego.

Katowice

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 182 (196)

#88951

przez ~niechodzewchodakach ·
| Do ulubionych
Wiem, że ten wpisz pewnie wywoła falę przeróżnych komentarzy, ale cóż... Musze, bo się uduszę.

Od lat mieszkam zagranicą, konkretnie w Holandii. Tu urodziłam dwójkę dzieci, które karmiłam piersią. Nie jestem osobą szczującą cycem, ale jak dziecko chciało jeść w miejscu publicznym to je karmiłam - możliwe dyskretnie, możliwe w ustronnym miejscu.

Widziałam jak inne kobiety bez ceregieli wyciągały piersi i po prostu dzieci karmiły, bez żadnego zakrywania się pieluszkami, bez szukania ustronnych miejsc. Nie mam nic przeciwko, ale dla mnie to jednak intymna czynność, wolałam to robić możliwe bez świadków. Od kiedy tam mieszkam - nieważne jak byłam ubrana - komentarze na temat mojego ciała od obcych facetów były ogromną rzadkością i zawsze budziły niesmak wśród narażonych na ich wysłuchiwanie.

Wakacje 2021. Przyjechaliśmy do teściów, którzy mieszkają w nadmorskiej miejscowości. Tu mąż ma znajomych z czasów szkolnych. Kilka razy umówiliśmy się z nimi na wspólny plażing czy piwko wieczorem. Spotykaliśmy między innymi z pewnym małżeństwem, powiedzmy Aneta i Kuba. Siedzimy sobie kiedyś po południu przy piwku w knajpie. Niedaleko nas para z niemowlakiem. Kobieta w pewnym momencie wyjęła pierś z bluzki do karmienia (taka ze szparą, aby wyjąć sutka) i zaczęła karmić dziecko. Piersi praktycznie nie było widać - no chyba, że ktoś się usilnie wgapiał. Aneta i Kuba zamilkli na dłuższy moment rzucając matce zimne spojrzenia, po czym Aneta skomentowała:

- Że tej babie tak nie wstyd cycem świecić w restauracji.
Kuba jej zawtórował:
- No, mogłaby to wymię schować, już nie ma gdzie dzieciaka karmić tylko w knajpie.

Usiłowaliśmy rozluźnić atmosferę, wspominając, że w Holandii to zupełnie normalnie i nikt nie zwraca uwagi - licząc, że zrozumieją sugestię, aby przestali się gapić. Nie zrozumieli. Nadal wgapiali się kobietę i niemiło komentowali - do momentu, aż mój mąż w dość ostrych słowach kazał im przestać odstawiać wiochę i skupić się na rozmowie z nami. W odpowiedzi zarzucili mi, że zdurniał w tej Holandii, tam są inne zwyczaje, rozpusta, chamstwo, brak zasad.

Wyśmiali, że tam muzułmanki chodzą pozakrywane od stóp do głów nawet w lecie i przecież to nie jest normalne tak zakrywać kobiece ciało. Zapytałam więc ironicznie, jaki jest dopuszczalnych strój i co można odkryć, a co nie, skoro kawałek cycka razi tak, że gadają o tym pół godziny i tak samo bolą ich zakryte chustą włosy.

Innym razem siedzieliśmy w barze przy plaży. Niedaleko siedziała grupa młodych kobiet w letnich strojach - zwiewne sukienki, kuse szorty, bluzeczki z dekoltem. Jedna z nich miała obfity biust i niestety to naraziło ją na niemiłe spotkanie z podpitym januszem, który w niewybrednych słowach prawił jej "komplementy". Dziewczynie było wyraźnie głupio, więc jej koleżanki pogoniły faceta.

Aneta znów z oburzeniem skomentowała:
- Ubierze się taka jak do burdelu, a potem zdziwiona, że faceci komentują. Wiadomo, że wywala takie cyce na wierzch, żeby się faceci gapili.
Znów zawtórował jej Kuba:
- No, ja znałem takie, dupę i cycki wszędzie pokazują, a potem płaczą, że molestowanie, bo facet je zagadał czy się popatrzył.
Zwróciłam Anecie uwagę, że my jesteśmy ubrane bardzo podobnie - bo to normalny strój w lecie. Aneta złośliwie stwierdziła:

- Ale kochana, co ty porównujesz, ja tak cyca nie wywalam (jakbym chciała być złośliwa, to bym powiedziała, że dlatego, że go nie ma, hehe), no a Ty, no wybacz, ale za bardzo uwagi nie zwracasz.

To było nasze ostatnie spotkanie z nimi. Trochę opieprzyłam męża, że marnuje nasz czas na spotkania z takimi ludźmi, stwierdził, że naprawdę zmienili się od czasów, gdy miał z nimi regularny kontakt. Przy tym miał niezły ubaw, bo za każdym razem, jak Anety nie było w pobliżu jej mąż zdecydowanie delektował się widokami, które tak brzydziły jego żonę. Na zasadzie:
- Patrz stary, jakie piersi, piersiątka, cyce, balony, cycusie - i wtedy nawet dzieciak przyczepiony do "wymiona" mu nie przeszkadzał.

Hipokryzja mocno?

nad morzem

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 157 (181)

#88880

przez ~Danerys11 ·
| Do ulubionych
Będzie o covidzie, bo tyle się naczytałam, że muszę i ja wtrącić swoją historię.

Krótki zarys sytuacji: miałam nawracające zapalenia uszu, zatok, migreny, uporczywy katar i ogromne bóle gardła. Wiadomo, zdiagnozowanie trwa, zwłaszcza gdy robisz to na NFZ. Od września do grudnia byłam zaledwie 2 tygodnie zdrowa. Cały czas tabletki, antybiotyki. Z tomografu zatok wyszło wszystko wyraźnie, zostałam zakwalifikowana do operacji korekty przegrody nosa i termin prędki, bo za półtorej miesiąca.

Ale wracając do meritum. W czasie gdy chorowałam to jednak nie zawsze znalazł się budżet by iść do lekarza internisty prywatnie, więc chodziłam na NFZ. I jak myślicie, co ten lekarz dobrze zrobił? Czy kiedykolwiek mnie wyleczył, pomógł?
Nie. Za to mogę całą stronę zapełnić tym ile razy skierował mnie na test na koronawirusa.

Co zadzwoniłam prosząc o pomoc / przyjechałam do przychodni to systematycznie nakładał na mnie kwarantannę i kierował na testy. Dwa dni przerwy i kolejny test. I kolejny.
Każdy był oczywiście negatywny a znając moje dolegliwości lekarz oczywiście nigdy nie uznał by zapisać mi jakiekolwiek lek, który mi pomoże.

Do laryngologa czas oczekiwania to dwa tygodnie, w ciągu których albo miałam remisję choroby albo gorączkowałam i brałam tabletkę żeby tylko przyjść na wizytę. W aptekach zostawiałam prawdziwe fortuny.

I tak się zdarzyło, że po operacji miałam komplikacje, dostałam kolejny antybiotyk i maści z antybiotykiem i straciłam węch.
Najpierw jednak węch stracił mój mąż, dokładnie tydzień wcześniej.

Zdawałam sobie świetnie z tego sprawę, że to covid. Nie pojechaliśmy na wigilię do rodzin, żeby ich nie narażać. Nie zadzwoniłam do lekarza, nie chciałam kolejnej kwarantanny.
I nie, nigdzie z domu nie wychodziłam.

Możecie uznać to za piekielne, ale zrobiłam to, co uważałam za słuszne. Po operacji przegrody nosa, krwawieniach itp. po prostu bałam się badania, że mogą mi nawet coś uszkodzić grzebiąc tymi patykami.

Nienawidzę tej chorej nagonki lekarzy pierwszego kontaktu w związku z pandemią. Mają czarno na białym na co chorujesz, mają wynik negatywny a i tak co rusz obejmują cię kwarantanną i nie robią nic innego.

Może jakaś kontrola by się im przydała...?

Nfz

Skomentuj (25) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 152 (180)

#88892

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Jeśli chcecie przeczytać i zrozumieć poniższą historię to bardzo serdecznie proszę, przeczytajcie najpierw tą:

https://piekielni.pl/82367

Tam jest cały początek a nie bardzo umiem ją sensownie streścić. Jeśli nie chcecie czytać, to pomińcie obecną, bo stanowi ona jej ciąg dalszy.

Parę tygodni temu Jan poczuł się bardzo źle. Jedna z córek (z wykształceniem medycznym), jak tylko przyszła odwiedzić tatę, natychmiast zadecydowała o przewiezieniu go do szpitala.

Jan lekko ścisnął rękę córki i wyszeptał cichutko:
- Asiu, ja już z tego szpitala nie wrócę...

Córka, widząc stan ojca i słysząc jego słowa czym prędzej pobiegła do matki - Anny. Błagała ją o pogodzenie się z ojcem.
Anna spojrzała na córkę spod oka i odrzekła twardo
- Nigdy w życiu!

Córka nie traciła już czasu. Czym prędzej zawiozła tatę do szpitala w pobliskim mieście.

Jan miał dobre przeczucie. Dwa dni później umarł cichutko nad ranem.

Pogrzeb.

Zawiadomiona przez Joasię Aldona postanowiła, że jedynego brata pożegna i na pogrzeb pojedzie. Bała się, oczywiście, jakiś wtrętów ze strony bratowej, ale to jej nie powstrzymało. Jedyny brat, pożegna go godnie. Pojechała.

W kościele trzymała się z daleka. Jednak, gdy podeszła z wieńcem do ołtarza, aby złożyć go u trumny, wypatrzyła ją Anna. Co zrobiła?

Rzuciła się bratowej na szyję.

-Och Aldonko kochana! Moja siostrzyczko! (?) Ach tak dawno u nas nie byłaś, kochana moja, co się stało, czasu dla rodziny nie miałaś??

Aldona stała sztywno, osłupiała, na oczach rodziny i prawie całej miejscowości (Jan był bardzo lubianą i zasłużoną osobą w miejscowości - prawie wszyscy mieszkańcy przyszli na pogrzeb).

Obłuda bratowej odebrała jej mowę.

Ciąg dalszy miał miejsce na cmentarzu. Padał deszcz. Firma pogrzebowa ustawiła rodzaj wielkiej wiaty dla najbliższej rodziny wokół wykopanego grobu. W centrum wiaty znajdowała się trumna i - oczywiście - Anna. Anna urządziła przedstawienie wielkiej klasy. Szlochała wniebogłosy, ale bez jednej łzy. Każdy z żałobników, jak tradycja nakazuje, podchodził do wdowy i składał jej kondolencje. Anna słaniała się na nogach i lamentowała tak, że ptaki z okolicznych drzew się podrywały do lotu. Tak, jak wspomniałam, nie uroniła jednak ani jednej łzy. Na koniec urządziła przedstawienie z rzucaniem się na trumnę męża.

Po pogrzebie stypa - zamówiony z cateringu obiad dla gości przybyłych z dalszych stron. Aldona poszła. Chciała porozmawiać z bratankami. I znów łzawa scena z „och kochana moja, jak ja cię dawno nie widziałam (ciekawe, czemu). No teraz to już musisz przyjechać do mnie, pogadamy jak siostry(?).

Nie pogadały.

Anna przeżyła męża o zaledwie 2 miesiące.

Wiem, o zmarłych dobrze, albo wcale.

Ale ten teatralny płacz na pogrzebie męża. Męża, z którym pożegnania się i wybaczenia sobie wszystkiego odmówiła tak stanowczo. I to rzucanie się na szyję bratowej, którą wcześniej odsądzało się o czci i wiary, bo (wracamy do wcześniejszej historii) mieszkanie...

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 155 (171)

#88907

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Będzie o służbie zdrowia w pandemii...
Od kilkunastu lat choruję przewlekle. Wiąże, się to z koniecznością wizyt u lekarzy. Podczas zaostrzenia te wizyty niestety są częstsze.

Pech chciał, że znalazłam się teraz w sytuacji, w której jestem częstym bywalcem poradni.
Wczoraj byłam u kontroli, bo mam od kilku miesięcy stan zapalny, nie do końca wiadomo od czego. Dawki leków zwiększone, wyniki zrobione i stawiam się wczoraj do kontroli. Pani doktor po przeanalizowaniu wyników mówi mi, że kwalifikuję się na oddział, ale covid, więc nie ma przyjęć... Nie może mi dać rozszerzonych badań bo jeden z markerów mam w normie i system nie pozwala jej na rozszerzoną diagnostykę...

Witamy w Polsce. Polaku jak chcesz się leczyć to tylko prywatnie lub emigruj za granicę.

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 150 (168)

#88953

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Historia, którą przypomniało mi stwierdzenie w komentarzach "przecież jest z czego brać!"

Przełom lat `80 i `90. Byłem w podstawówce. Nie było w domu za bogato, ale wszystkie przybory szkolne były. Między innymi piękny, gruby blok rysunkowy na plastykę, taki z kartkami po których można i kredką, i farbką, i tuszem. Kartek było dość na wszystkie lekcje plastyki w roku, a nawet niemal dwa razy tyle żebym miał zapas na pomyłki. No duma i radość!

Niestety pani od plastyki wymyśliła, że skoro szkoła jest w biednej dzielnicy, to "ci co mają dają tym co nie mają!". Próbowałem dyskutować ale usłyszałem jaki jestem skąpy i niewychowany. Jak to się skończyło? Bardzo szybko bloków nie miało ponad pół klasy. Po co mieli nosić własne i tracić kartki jak mogli dostawać kartki? Ja byłem za grzeczny żeby tak kombinować więc mój blok skończył się w październiku. Moja rodzicielka oznajmiła, że skoro pani od plastyki wprowadziła takie zasady to ja mam teraz brać od kolegów i tyle, nie kupi i już, kupiła mi dość na cały rok.

Na następnej plastyce bloku nie miał już nikt. I komu pani od plastyki zrobiła awanturę i wpisała uwagi? Dzieciakom które pasożytowały od początku? Nie! Mi i kilkorgu kolegom, którzy kartki mieliśmy najdłużej! I wezwała naszych rodziców do szkoły.

Nie wiem jak przebiegło spotkanie rodziców z nauczycielką, ale na następnej plastyce dostaliśmy od nauczycielki nowe bloki, nie takie fajne jak miałem ale całkiem ok, i zasada "ci co mają dają tym co nie mają" została odwołana. Przeprosin, oczywiście, zabrakło.

Wisienka na torcie - po odwołaniu tej zasady okazało się, że wszystkie dzieciaki mogą mieć własny blok rysunkowy.

podstawówka

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 153 (163)

#88949

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Długo myślałam jak nazwać pierwszą historię, i nazwę ją "Wypalona Temida".

Wczoraj chciałam coś załatwić w sądzie, więc potuptałam do danego wydziału celem odbębnienia sprawy. Pani w sekretariacie tegoż sprawiała wrażenie obrażonej na cały świat, dyszała, jęczała i sapała boleśnie gdy poprosiłam ją o kserokopię wyroku, ponieważ potrzebowałam jej do celów, które tu raczej nie są istotne. List z odpisem do mnie nie dotarł a minął ponad miesiąc od rozprawy.

Jednak to nie jest jeszcze aż tak piekielne.
Myślałam, że pęknę ze śmiechu, gdy usiłowała wyprosić mnie z sekretariatu, bo:

- "nie może się skupić gdy stoję naprzeciwko niej"
- "jakim cudem list mógł nie dotrzeć, wydziwiam, przeszkadzam jej tylko, ona ma tu poważniejsze sprawy"

Dyskretnie odpaliłam nagrywanie w telefonie, nagrałam jej jęki i stęki niezadowolenia w formie dwuminutowego filmiku, który dziś wypalony pięknie na płytce i załączony do odpowiedniego pisma ze skargą został przedłożony do Prezesa Sądu.

Coś czuję, że zostanę tam persona non grata, ale takie zachowanie jest mocno uwłaczające.

sąd

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 142 (156)

#88928

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Tyle się mówi o kulturze jazdy i przepisach drogowych, żeby nie wymuszać, nie zajeżdżać, prawda?

Dziś spotkała mnie bardzo fajna sytuacja w Płocku

DK62, kieruje się z obrzeży na obwodnicę i muszę się zatrzymać. Koparka naprawiająca znak drogowy blokuje mój pas. Dodatkowo pech, że to tuż za skrzyżowaniem, które po stronie koparki ma wysepkę. Mogę ją ominąć, ale wymaga to zjazdu na przeciwny pas ruchu.

Cóż, czekam, bo ruch z przeciwnej strony spory, a nikt nie przepuszcza (spoko, maja pierwszeństwo). W międzyczasie z bocznej uliczki podjeżdża kilka osobówek. Żadnej nie przepuszczam (stoję przed skrzyżowaniem oczekując na możliwość ominięcia koparki), ale skoro duży stoi, to można się wpieprzyć, prawda?

Jedna osobówka po drugiej wciska się na siłę. Mniejsze auta mieszczą się miedzy wysepka, a koparką, większe czekają na lukę, którą notabene mógłbym wykorzystać ja. Za mną robi się zator na kilkaset metrów. Dobra, tak się nie będziemy bawić, bo będę stał do śmierci. Skoro osobowe mi wymuszają, blokuję skrzyżowanie. Wjeżdżam na nie. Z boku osobowe na mnie trąbi, że go zablokowałem (serio? A kto ma pierwszeństwo?).

I tak stoję na skrzyżowaniu i czekam na lukę. W końcu się znajduje, omijam i jadę dalej. Jak widać w Polsce niektórzy zmuszają innych do łamania przepisów, bo inaczej nigdy się człowiek z miejsca nie ruszy!

Dla przypomnienia. Fakt, że zestaw stoi przed skrzyżowaniem nie oznacza, ze zrzeka się z pierwszeństwa. Myśleć za kierownicą, bo inaczej nigdy w naszym kraju nie będzie lepiej.

rondo

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 124 (154)