Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

Top historii



#86710

~Rozezlona ·
| Do ulubionych
Jeszcze do niedawna byłam szczęśliwą mieszkanką osiedla domków jednorodzinnych. Osiedle to ma już prawie dekadę, ale dopiero na jesieni ubiegłego roku zabudowana została przedostatnia działka, na moje nieszczęście ta trzy domy od mojej. Na początku budowy byłam zadowolona, że ktoś wreszcie pozbył się perzu, który chyba magicznie wylewał się na okoliczne ogródki, takie tego były ilości. Wśród mieszkańców osiedla byłam jedną z pionierek, więc kurz i hałas z budowy nie robiły na mnie wrażenia. Do domu wprowadziło się małżeństwo z maluchem w wózku. Z nowymi sąsiadami widywałam się rzadko, kłanialiśmy się sobie, raz czy dwa dłużej rozmawialiśmy. Ogólnie całkiem poprawne sąsiedzkie stosunki. I wtedy nastał covid, a ja zaczęłam pracować z domu. A kiedy zrobiło się cieplej - z ogrodu.

I tak pewnego pięknego dnia odkryłam, że za połamane rośliny w moim ogrodzie wcale nie odpowiada żaden gruby kocur, tylko dziecko sąsiadki. Gwoli ścisłości, mam ogrodzenie i zamykam bramę, tylko ogrodzenie jest nietypowe - nie jakieś nowatorskie, po prostu w prostokątne przęsło wpisane są różnego rozmiaru prostokąty, z których część na siebie zachodzi. Przestraszyłam się, bo mam różne trujące rośliny i studnię głębinową, która czasami jest zakryta, a czasami nie. Wzięłam dziecko na ręce i poszłam odnieść rodzicom. Sąsiadkę spotkałam dopiero w jej ogródku. Wcale nie była zdziwiona, że jej dziecko było u mnie. Stwierdziła, że lubi tam chodzić. Powiedziałam, że nie życzę sobie takich wizyt, a ona na to, że dopóki Marcinek będzie mógł przejść przez ogrodzenie, to przechodził będzie. Połamanych roślin słowem nie skomentowała. Nie dotarło do niej, że dziecko może się u mnie czymś zatruć lub wpaść do studni. Kazała mi ją zamykać. Ona mi. Koniec stosunków dobrosąsiedzkich.

Okolice domu

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 131 (143)

#86711

(PW) ·
| Do ulubionych
Od niedawna jestem "wieśniarą", czyli mieszkanką jednej z wsi polskich na południu naszego pięknego kraju.
Jako że to wieś w pełnym tego słowa znaczeniu, gdzie psy szczekają, koguty pieją, traktory jeżdżą, a gnój śmie... no, pachnie inaczej ;) to i ja postanowiłam trzymać sobie jakieś przydatne zwierzątka.
Stanęło na kurach. W końcu wiejskie jajka są najlepsze, prawda?

No to trzeba przyszłym pracownicom jakieś lokum postawić. Z czego najłatwiej? Ano - zawyrokował mąż - z palet. Jak zawyrokował, to zaczął szukać dostawców z bliskiej okolicy, by marzenie małżonki o staniu się prawdziwą wieśniarą spełnić.
Znalazł bardzo szybko i bardzo blisko pana, który miał akurat taką ilość palet, jakiej potrzeba do postawienia "kuratorium". Data i godzina oraz cena umówiona. Cudownie!
W wyznaczonym czasie czekamy. Czekamy. Czekamy.

Jako że już pan od palet ma lekkie (godzinne) opóźnienie, mąż łapie za telefon i dzwoni. Może jakiś problem w trasie, coś niespodziewanego się stało? Telefon, niestety, po drugiej stronie nie został odebrany. SMSy oraz e-maile również. I to nie tylko w tym dniu - zupełnie zostaliśmy olani.
No nic. Na szczęście straciliśmy tylko czas.
Kolejne przypadki były podobne. Mimo wcześniejszych potwierdzeń, że na pewno przyjedzie jeden z drugim z zamówionym towarem, to znikali po drodze, niczym w czarnej dziurze. Aż zaczęliśmy podejrzewać, że ktoś te karawany kupieckie napada i rabuje wiezione do nas dobra.
Pomijam tych, którzy wystawiali ogłoszenia, ale nie zamierzali się w ogóle kontaktować z potencjalnym nabywcą. Ani za pomocą wiadomości, e-maili, SMSów, ani nie odbierali połączeń. A takich też było sporo.
Po trzech miesiącach takiego bujania się z "byznesmenami" w końcu trafiłam na solidnego przedsiębiorcę, który uczciwie podał cenę za towar i za transport. Nie bał się rozmawiać przez telefon, odpisywał na SMSy i wiadomości. A w kontakcie osobistym okazał się być bardzo sympatycznym człowiekiem.
Ba! Jeszcze nam pomógł te palety z auta wypakować!

I tak się zastanawiam: po kiego grzyba takie to to wystawia ogłoszenia, reklamuje się wszem i wobec, kiedy później ma klienta w du...żym poważaniu? Rozumiem, że mogą się zdarzyć różne nieprzewidziane sytuacje, tylko czemu nie powiadamia się o tym klienta? To taki trend ostatnimi czasy? Tak napisali w podręczniku do prowadzenia biznesu? Bo opisywane traktowanie jest nagminne i to w różnych dziedzinach życia gospodarczego.
I nie, nie jest to problem po naszej stronie, bo zawsze jesteśmy wyrozumiali i nigdy nie przyjmujemy roszczeniowej postawy, bo płacę, więc wymagam.

Ach! I Hit Tygodnia!
Po tym jak już rozładowaliśmy auto z palet, zapłaciliśmy i pożegnaliśmy naszego dostawcę, odezwał się pan opisywany na samiutkim początku. On ma te palety i może łaskawie do nas przyjechać. Na wieść, że już mamy palety i to na podwórku, pan się oburzył, że jak to tak? Przecież to z nim się umawialiśmy! No tak... Tylko to było trzy miesiące temu :P

uslugi

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 115 (125)

#86706

(PW) ·
| Do ulubionych
W temacie psów biegających bez smyczy było już mnóstwo historii. Tak samo jak w temacie ludzi, którym wydaje się, że mogą sobie głaskać czyjegoś psa, bo ładny, bo słodki, bo tak... Ja mam historię "spinającą" oba te tematy.

Wracam sobie z pracy - a więc zmęczona, ale nadal pozytywnie nastawiona do świata - i widzę, ze z naprzeciwka idzie sobie pani z psem. Piękny. Wielki. Czarny (na moje oko, nowofunland). Psies na mój widok energicznie wprawił w ruch swój ogon i obrał kurs zbieżny z moim. Uśmiechnęłam się na ten widok, ale nie zareagowałam. Jako właścicielka psa wiem, że wszelkie interakcje z psem są dozwolone za zgodą jego właściciela, więc moja uwaga była podzielona pomiędzy przepiękne, czarne psisko i jego panią. Co do pani mam mieszane odczucia, bo owszem, uważnie obserwowała swojego psa (bez smyczy), ale tylko na tym poprzestała.

Piękne, czarne psisko podbiegło do mnie, trącając mnie pyskiem w jednoznacznym komunikacie "głaszcz!!!". Oczywiście, że pogłaskałam, wyczochrałam za uszami, opowiadając przy tym dyrdymały typu "no piękny, piękny psies z ciebie, a za uszkiem lubisz? a pod gardziołkiem?" Niestety, sielankę przerwała pani, z wielkim oburzeniem reagując na fakt głaskania jej psa:

- No jak tak można? Co pani się wydaje, że pies to jakieś dobro wspólne, że można go głaskać bez pytania? Ja sobie nie życzę, proszę mi nie demoralizować (???) psa!

Zmęczona po pracy, nie zareagowałam od razu. W sumie to dość długą chwilę wysłuchiwałam, że pies to pies (wstrząsające!), a nie zabawka do głaskania, coś o braku empatii (taaak, bardzo skrzywdziłam psiesa czochrając go za uchem...) i niezrozumieniu potrzeb (nie wiem czyich, bo pani nie sprecyzowała). Kiedy wróciły mi już zdolności logicznego myślenia, zwróciłam pani uwagę, że cała interakcja została zainicjowana przez jej psa, na co uzyskałam nonszalancką odpowiedź:

- No tak, bo on tak reaguje na ludzi, podbiega i domaga się głaskania.

Na moją uwagę, że ja z kolei tak reaguję na psy, które domagają się głaskania, pani prychnęła pogardliwie i wypuściła jadowitą (w jej mniemaniu) strzałę:

- Ale pani powinna być mądrzejsza od psa!

Spokojnie odpowiedziałam:

- Może i powinnam, ale nie odczuwam takiej potrzeby. Wystarczy mi, że jestem mądrzejsza od pani, bo ja też mam psa, i jak nie chcę, żeby ktoś ją głaskał, to po prostu nie pozwalam jej podbiegać do obcych ludzi.

Pani przez moment wyglądała, jakby powietrze nagle stało się bardzo trujące, ja musiałam już iść (autobus nie poczeka), psies dostał jeszcze kilka "głasków".

Kto bardziej piekielny?

w_drodze_do_domu

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 112 (118)

#54795

(PW) ·
| Do ulubionych
Sekretarka na zwolnieniu lekarskim, ktoś telefony w firmie odbierać jednak musi. Szef nie bardzo kwapił się, by ogarnąć kogoś na zastępstwo, umówiliśmy się więc, że każdego dnia funkcja ta przypadnie komuś innemu.

- Haloooo- wyrzuciłam z siebie po raz setny w ciągu trzech godzin, jednocześnie przeglądając wymagania przesłane przez jednego z klientów.
- Zastrzeżenia mam co do faktury - burknięcie pierwszej klasy, bez żadnych wstępnych głupot w stylu "dzień dobry, moje nazwisko....". - Przekręty jakieś!

Uwielbiam takich. Można spokojnie zadzwonić, przedstawić swoje wątpliwości, spróbować wyjaśnić? Nie. Od razu trzeba z mordą.

- Z szefem chcę rozmawiać. Natychmiast - do tego jeszcze baczność i prezentuj broń. Byłby komplet idealny.
- Niestety, szef jest w tej chwili nieobecny, proszę podać mi swoje nazwisko i numer faktury, co do której ma pan jakieś wątpliwości. Spróbujemy rozwiązać ten problem.
Podał, z oporami i docinkami, ale jednak.
- Poproszę o chwilę cierpliwości, muszę poszukać tych dokumentów - "w burdelu Hanki" dodałam do siebie w myślach i wyciszyłam mikrofon. Zaczęłam szybko przerzucać powpinane do wielkiego segregatora kartki, ciągle trzymając słuchawkę ramieniem.

- Synek, k*rwa, nie drzyj mi się! Nie dość, że rozmawiam z jakąś babą, nieogarniętą pipą, jeszcze Ty musisz mnie wk*rwiać?!

Dziękuję za komplement. Jest mi przemiło.

praca

Skomentuj (1) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 100 (116)

#86778

~zdradzona ·
| Do ulubionych
Będzie o solidarności jajników.

Kilka lat temu rozstałam się z narzeczonym. Zdradził mnie, przyznał się, prosił o wybaczenie, ale nie byłam w stanie dać mu drugiej szansy, chociażby ze względu na to, że nie był to jednorazowy skok w bok, a romans, który skończył się, gdy kochanka dowiedziała się, że nic nie wiem, o tym, że się rozstaliśmy.

Kilka miesięcy później z moim byłym związała się moja przyjaciółka. Byłam w szoku, bo po naszym rozstaniu jechała na niego bardziej niż było to konieczne. Zapytałam jej czy nie pamięta, że facet mnie zdradził i bardzo skrzywdził. Powiedziała, że owszem, pamięta, ale gdy z nim pogadała to zrozumiała, że była to moja wina, bo go zaniedbywałam. Były rok później zaczął się znowu do mnie łasić, deklarując miłość po grób, wysłałam screeny tych rozmów wtedy już byłej przyjaciółce, sądząc, że przejrzy na oczy. Odpisała, że to to również moja wina, bo po rozstaniu nie powiedziałam mu, że już go nie kocham, a tym samym dałam nadzieję na powrót. Od tamtej pory nie wiem, co się u nich dzieje i lepiej mi z tym.

przyjaźnie i związki

Skomentuj (28) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 88 (112)

#86786

(PW) ·
| Do ulubionych
O pracownikach canal+.

Mam jedną umowę na tv satelitarną od Canal+. Z racji posiadania dwóch telewizorów, zdecydowałam się na zakup usługi multiroom. Dzwoniąc na infolinię, nie raz i nie dwa, pytając o koszty całej imprezy, każdy konsultant mi powtarzał, że opłata aktywacyjna za dekoder wyniesie 49 zł, i będzie doliczone 15 zł do rachunku za abonament i dzierżawę dekodera. Upewnialam się czy na pewno, na stronie nic nie ma napisanego, o kosztach dowiadywalam się z for internetowych, aczkolwiek też nie wszystko, bo strona odsyłała albo do punktu, albo na infolinię. Kiedy już miałam komplet informacji, zapakowałam dekoder w plecak i udałam się do punktu w celu podpisania umowy. Pani przedstawiła mi te same informacje co na infolinii, pytając czy wiem o opłacie aktywacyjnej w kwocie 49 zł, i doliczeniu 15 zł do rachunku. Tak, wiem, na infolinii mnie o tym poinformowano. Okazało się że dekoder niepotrzebnie brałam, bo jego wymiana nie będzie konieczna, więc Pani drukuje aneks. I pierwszy zgrzyt, gdyż opłatę miałam uiścić na miejscu, a wcześniej była mowa o tym, że będzie ona doliczone do rachunku.

Cóż, jestem przygotowana, nie ma sprawy, chociaż dobrze by było wcześniej o tym informować. Drugi zgrzyt, który doprowadził do awantury, kiedy Pani poinformowała mnie że całkowita kwota do zapłaty na już, to 148 zł. Ale dlaczego? No jak to, przecież 99 zł to opłata za aktywację usługi multiroom.
Kiedy powiedziałam że w takim razie rezygnuje, bo nikt mnie on tym nie poinformował, nawet Pani nie zająknęła się o tej drugiej opłacie, zaczęło się. Pani stwierdziła że ona tego cofnąć nie może, bo to jest już w systemie, a ja przecież mowilam że znam wszystkie koszty. Tak, wiedziałam o opłacie aktywacyjnej za dekoder, nikt mi nie wspominał o tej drugiej opłacie. Pani przestała być miła, a zaczęła być coraz bardziej chamska.
-P: Ale co Pani myśli, że ja za Panią zapłacę? Ja mam dzieci na utrzymaniu.
-J: proszę Pani, nie wymagam od Pani żeby Pani za mnie płaciła, tylko mówię że rezygnuje, bo nie jestem przygotowana na zapłacenie 150 zł.
-P: przecież mówiła Pani że zna koszty.
-J: tak, mówiłam że infolinia poinformowała mnie o jednej opłacie, z resztą o tej samej o której powiedziała mi Pani. Pani mówiąc o dodatkowych kosztach nie wspomniała o 99 zł, które trzeba zapłacić.

Generalnie rozmowa toczyła się w tym tonie jeszcze przez 5 minut. Pani uparcie twierdziła że nie może nic z tym.zrobic a ja muszę zapłacić. Nie, nie muszę. Niech Pani gdzieś dzwoni pisze ja sprzętu nie biorę i rezygnuje.
Wielce obrażona zadzwoniła chyba na infolinię, gdzie poinstruowano o tym, aby spisać oświadczenie i oni tego nie wprowadza.

I wiecie, tu nie chodzi o te 99 zł. Ale o fakt, że po to dzwoniłam wielokrotnie żeby się wszystkiego dowiedzieć, a nie robić z siebie debila. Dla mnie to wygląda tak, że nie powiemy klientowi całej prawdy, ale jak już podpisze umowę, to powiemy że nic się nie da z tym zrobić i jeleń będzie musiał zapłacić. Do tego doszło tak aroganckie zachowanie tej kobiety, że mało mnie nie rozerwalo z nerwów. Miała do mnie pretensje, że pracownicy infolinii błędnie mnie poinformowali. No tak, bo ja jako klient mam wszystko wiedzieć. No nie, wiem tyle, ile mi powiedzą pracownicy.
Kiedy powiedziałam że złożę na nią skargę, odparła żeby składała bo ona 2 tygodnie temu pochowala mamę. Bardzo mi przykro, ale jak nie jest w stanie normalnie funkcjonować w pracy niech weźmie urlop. Bo ja, gdybym tak potraktowała klienta u siebie w pracy, to teraz grzałabym krzesełko w pośredniaku.

A najlepsze jest to, że jak dzwoniłam do innego punktu sprzedaży, sytuacja była identyczna. Mowa o koszcie dekodera, ale o aktywacji multiroom ani słowa.
No robię ludzi w uja, jak nic.

Canal+

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 99 (111)

#86784

(PW) ·
| Do ulubionych
Powódź.

Pompujemy 4 pompami wodę na drugą stronę drogi wojewódzkiej bo przepust pod nią jest częściowo zablokowany i nie nadąża odprowadzać wody. Żeby nie blokować całkiem ruchu razem z policją zrobiliśmy "wahadełko" i puszczamy ruch przez mostki przejazdowe (https://cn.strefa998.pl/283-large_default/mostek-52-75-110-75-52-drewniany.jpg)

Tylko że niektórzy "kierofcy" usilnie się starali je ominąć nie zważając na to że w ten sposób psują nam pompy. Ale hitem pompowania był facet, który potraktował nasze mostki jako "hopkę" i wjechał na nie z prędkością ok. 60 km/h. Potem był bardzo zdziwiony i zły bo poszła mu miska olejowa.

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 107 (109)

#86714

~Cienia ·
| Do ulubionych
Przypomniały mi się stare czasy, kiedy pracowałam jako opiekunka osób starszych u naszych zachodnich sąsiadów. Zaczęłam tak pracować jakieś 10 lat i trwało to ok. pięciu lat. Ogólnie dość lubiłam tę pracę, ale zdarzyły się też niefajne sytuacje i te które najbardziej utkwiły mi w pamięci postanowiłam tu opisać.

Zacznę od tego, że pracowałam przez polska agencję i często wina za piekielne sytuacje leżała właśnie po stronie agencji.

1. Agencja miała kartoteki pacjentów, czy raczej klientów, gdzie opisane było, czy osoba wymagająca opieki jest zdrowa na umyśle oraz fizycznie, czy opieka ma być całodobowa czy tylko dzienna oraz jaki jest zakres obowiązków opiekunki. Nie mam wykształcenia medycznego, więc mogłam opiekować się tylko osobami, które takiej opieki nie wymagały. Do pierwszego miejsca pracy wysłano mnie z informacją, że jest to starszy pan, samodzielny fizycznie, potrzebujący bardziej kogoś w rodzaju gosposi. W to mi graj. Niestety, po przyjeździe na miejsce okazało się, że jest pan leżący, przyjmujący wiele specjalistycznych leków, wymagający podawania basenu, a najlepiej zakładanie cewnika. Pracownica agencji, która pojechała ze mną do rodziny pana celem zapoznania, nie potrafiła przyjąć do wiadomości, że nie pisałam się na takie rzeczy. Nie dlatego, że uwłaczało to mojej godności, tylko dlatego, że po prostu bałam się, że zrobię temu panu krzywdę, nie znam się na lekach, a spis był naprawdę długi, przy czym za mało lub za duża dawka mogła pana zabić. Rodzinie zostało powiedziane, że jestem wykwalifikowaną pielęgniarką i z tego co zrozumiałam, byli wściekli, że agencja nie ma żadnych dokumentów na potwierdzenie moich kwalifikacji i ostatecznie (na szczęście) nie zgodzili się oddać mi pana pod opiekę. Przesiedziałam wtedy ponad tydzień na jakiejś kwaterze czekając, aż agencja znajdzie mi inną pracę.
2. Wysłano mnie do starszego małżeństwa. Pan wymagał pomocy w korzystaniu z toalety, kąpieli i jedzeniu, a żona już nie dawała rady. Zakres obowiązków zawierał wyłącznie opiekę nad panem, ewentualnie też dotrzymywanie mu towarzystwa. Słabo mówiłam po niemiecku, ale oczywiście chciałam się uczyć, więc na rękę mi było częste rozmawianie z państwem. Niestety, szybko okazało się, że żona pacjenta uważała, że skoro mam trochę wolnego czasu, gdy pan akurat oglądał telewizję lub spał, to powinnam sprzątać, gotować, prać i tak dalej. Głupio mi było odmówić, szczególnie, że naprawdę miałam sporo wolnego czasu, ale w pewnym momencie złapałam się na tym, że zaczynam o 6 rano, gdy pan się budził i do 21, gdy szedł spać nie mam w sumie nawet pół godziny dla siebie. Zadzwoniłam do mojej opiekunki w agencji, ponieważ nie czułam językowo na siłach przedstawić pani swój punkt widzenia. Opiekunka pocmokała przez telefon, obiecała porozmawiać z klientką i kazała nie robić nic poza zakres określonych obowiązków. Kilka godzin później starsza pani zaczęła się na mnie wydzierać i szarpać, nie do końca zrozumiałam, co, ale na pewno było coś o telefonie, lenistwie i polskiej szmacie. Nie mogła się ze mną dogadać, więc szarpnęła mnie za rękę do mojego pokoju, pokazała walizkę i otworzyła szafę z ubraniami. Czyli mam się pakować. Ponownie zadzwoniłam do agencji i podałam klientkę pośredniczce do telefonu. Po chwili baba oddała mi telefon, pośredniczka kazała się spakować i iść do hotelu, a następnego dnia miał mnie odebrać kierowca. Zapytałam się, gdzie mam iść do hotelu, skoro jestem na wsi i no niestety, nie ma tu żadnych hoteli. Pośredniczka podumała chwilę, spytała czy nie mogę iść spać do sąsiadów?! Oczywiście nie wchodziło to w grę, więc końcem końców pojechałam taksówką do najbliższego miasteczka i tam spędziłam noc. Co ciekawe, rozmawiając o tej akcji z pośredniczką dowiedziałam się, że klientka w sumie mówiła, że mile widziana będzie pomoc w domu, ale nie spodziewała się, że aż w takim zakresie.
3. Oddelegowano mnie do samotnego starszego pana, na początku nie było żadnych problemów, pan był co prawda już trochę otępiały, ale generalnie dogadywaliśmy się. Robiłam oczywiście też zakupy, a z pieniędzy na nie co tydzień rozliczałam się z córką pacjenta. Po pewnym czasie ta właśnie córka zaczęła mi zwracać uwagę na to, że za dużo wydaję, co mnie zdziwiło, bo kupowałam to, czego życzył sobie pan, zbierałam paragony, sobie też nie kupowałam nic specjalnego, jadłam to samo, co pacjent. Córka zaczęła robić mi wyrzuty, że kupuję jedzenie lepszych marek, a nie tych najtańszych. Tłumaczyłam, że pan nie chce tych tanich, ale ona kompletnie to olała. W kolejnych tygodniu kupiłam tańsze produkty, pacjent był niezadowolony, odmawiał jedzenia, wściekał się. Po kolejnej rozmowie z córką dowiedziałam się, że jestem darmozjadem, bo sobie kupuje markowe szyneczki na jej koszt, a powinnam się cieszyć, że w ogóle dostaje jeść i nie muszę się żywić na własny koszt. Pacjent był przy tym obecny i zaczął się z nią kłócić, że nie będzie jeść taniego chłamu z dyskontu. Do tej pory pamiętam, że wydarła się na niego, że najchętniej to by rozwalił całe pieniądze na żarcie, a powinien oszczędzać i myśleć o tym, aby coś po sobie zostawić. Popracowałam tam jeszcze kilka tygodni, potem córka poprosiła o zmianę opiekunki i z ciężkim sercem zostawiłam pana.

4. Moje ostatnie miejsce pracy było w większym mieście i miałam zajmować się małżeństwem. Piekielność polegała na tym, że oboje byli już niesprawni, za to bardzo wymagający i ciężko było mi ogarnąć opiekę nad obojgiem. Już po kilku tygodniach wiedziałam, że nie dam rady na dłuższą metę i dałam znać agencji, że chciałabym zmienić miejsce pracy. Dowiedziała się o tym wnuczka państwa, która załatwiała sprawę z agencją. Ustaliliśmy razem, że zostanę do końca miesiąca. Niestety, wnuczka wiedząc, że i tak wyjadę przestała przychodzić w weekendy (oficjalnie weekendy miałam wolne, bo państwem zajmowała się wtedy właśnie wnuczka - w praktyce i tak jej pomagałam, bo narzekała, że dziadkowie są tacy uciążliwi). Na koniec powiedziała mi, że jest rozczarowana, bo tyle dobrego słyszała o polskich opiekunkach,a tu już czwarta z kolei odchodzi po kilku tygodniach. Zwróciłam jej uwagę, że zarówno stan dziadków, jak i zakres obowiązków jest po prostu ciężki do ogarnięcia dla jednej osoby i chyba widzi to, przychodząc w weekendy. Stwierdziła, że owszem, ale ona to robi dobrowolnie, a ja jestem w pracy, więc nie powinnam narzekać na pracę od świtu do nocy, pielęgnację dwójki niepełnosprawnych osób, sprzątanie, gotowanie, zakupy, zabawianie państwa czytaniem gazet i książek, no bo przecież my w tej Polsce jesteśmy przyzwyczajeni do ciężkiej pracy.

Ale żeby nie było - miałam mnóstwo ciepłych i miłych pacjentów, których do tej pory dobrze wspominam, tylko nie wiem, dlaczego niektórym wydaje się, że opiekunka to jakiś prywatny niewolnik.

zagranica

Skomentuj (5) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 102 (106)

#86763

(PW) ·
| Do ulubionych
Piekielność może niewielka, ale powtarzająca się każdego dnia.

Biblioteki już niemal 2 miesiące temu otworzyły się dla czytelników. Jednak, jak we wszystkich miejscach publicznych, pojawiły się nowe zasady, między innymi przerwy na dezynfekcję w ustalonych godzinach. W tym czasie zamykamy drzwi, ponieważ serwis sprzątający jest co kilka dni i same dezynfekujemy klatkę schodową, poręcze itd.

Oczywiście kartki z informacją o przerwach i ich godzinach rozmieściłyśmy wszędzie. Na drzwiach, które zamykamy, również (na wysokości wzroku, czerwone dla lepszego efektu).
Drzwi, które zamykamy w tym czasie są stare, ciężkie i okratowane - blokujemy je kłódką, bo nie mają zamka na klucz. I nie ma dnia, żeby ktoś nie próbował na siłę wejść w godzinach dezynfekcji. Dzień w dzień słyszymy łomot nieszczęsnych drzwi (zablokowane kłódką nie są nieruchome) - i niektórym nie wystarczy pchnięcie, żeby sprawdzić. Szarpią przez dłuższą chwilę, zanim odpuszczą. Najpierw myślałyśmy, że tak będzie przez pierwszy tydzień, ludzie muszą się przyzwyczaić... Nic z tego. Od dwóch miesięcy po klatce schodowej niesie się huk, jakby wejście próbowała sforsować brygada antyterrorystów.

Czerwona kartka z informacją o godzinach przerw na dezynfekcję znajduje się na rzeczonych drzwiach, oprócz tego pojawiła się druga, z prośbą, żeby nie szarpać drzwi, jeśli są zamknięte.

A wydawałoby się, że ludzie, przychodzący do biblioteki potrafią czytać...

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 87 (101)

#86705

~NieStraszMnie ·
| Do ulubionych
Nieświadomie piekielne i niebezpieczne zachowanie pasażerów w samochodzie - straszenie kierowcy. Przoduje w tym moja kobieta. Prawie udało mi się ją tego oduczyć, ale ostatnio znowu to się stało, więc postanowiłem opisać, także ku przestrodze.

Jadę z kobietą, akurat wracamy z urlopu, wjeżdżam na skrzyżowanie, a ona nagle w krzyk:
- AAAAAAAAAA!!!

Ja w ułamku sekundy milion myśli:

Co jest? Zaraz ktoś nas walnie z boku, bo go nie widziałem? Niemożliwe, patrzyłem.

Zaraz się zderzymy czołowo z tirem? Nie, przecież widzę.

Pieszy wbiegł na jezdnię? Nie.

Na chodniku ktoś celuje do nas z wyrzutni rakiet i zaraz strzeli? Nie.

Na środku skrzyżowania jest dziura jak w "Wojnie światów", ja jej nie widzę i zaraz w nią wpadniemy albo coś z niej wyskoczy? Tym bardziej nie.

Przez te ułamki sekund rozglądam się dookoła i czekam na uderzenie, którego zapowiedzią był ten wrzask. No bo co może spowodować taką reakcję pasażera, jeśli nie zbliżające się niebezpieczeństwo? Po upewnieniu się, że jest bezpiecznie (co też trwa ułamki sekund, bo bez tego nie wjechałbym na skrzyżowanie) pytam co się stało i słyszę:
- Zapomniałam kubek spakować.

Wcześniej zdarzało się tak częściej. Reakcje typu ŁIIIIIIII, AAAAAAAA, ŁAAAAAAAAAA, itd. wywoływane przez tak banalne rzeczy jak dostanie jakiegoś smsa, zobaczenie czegoś na ulicy, przeczytanie jakiegoś billboardu, zobaczenie fajnego samochodu, czy coś podobnego. Spoko, różnie ludzie reagują na różne rzeczy, ale straszenie kierowcy podczas jazdy to proszenie się o wypadek. Z ciekawości, to jeździł ktoś z was z kimś takim?

ruch drogowy pasażer

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 82 (98)