Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

Top historii



#88020

Konto usunięte ·
| Do ulubionych
Przepraszam, jeśli historia okaże się niespójna albo pojawią się w niej błędy - traktuję ten wpis jako formę terapii, ale jestem potwornie zdołowana i chciałabym wyrzucić z siebie wszystko, co się we mnie kłębi więc nie gwarantuję wysokiej jakości wpisu... Jeśli komuś na tym zależy, niech po prostu ominie.

W moim życiu dominowały te gorsze dni- zdążyłam się przyzwyczaić, że szczęście nigdy nie trwa wiecznie. Przetrwałam nieszczęśliwe dzieciństwo, w 5-tym roku życia samobójstwo popełnił mój ukochany wujek porzucony przez żonę, gdy miałam lat 7 zmarł mój ojciec, od śmierci wujka nadużywający alkoholu.

Od tamtego czasu moja matka nie umiejąca poradzić sobie z życiem wypełniła moje swoim nałogiem alkoholowym i kolejnymi partnerami, przy czym nie potrafiła pozostać im wierna co skutkowało awanturami, libacjami, kolejnymi partnerami...

Dziadkowie, którzy starali się bym wyrosła na ludzi odeszli gdy miałam lat 14, miesiąc po miesiącu. Przeżyłam to bardzo ciężko, ale życie toczyło się dalej. Moja matka staczała się coraz niżej, by po uzyskaniu przeze mnie pełnoletności sięgnąć zupełnej patologii - do pracy udawała się pijana, wracała i sprowadzała coraz to nowych facetów, choć oficjalnie przebywała w związku z jednym z nich - było mi go żal, ale był świadom tego, co się dzieje - chyba nikt na moim osiedlu nie miał złudzeń, jak wygląda prowadzenie się mojej matki.

Ja w międzyczasie przechodziłam własne dramaty - pierwszą wielką miłość, która okazała się totalną pomyłką, bo chłopak którego pokochałam miał narzeczoną ale mimo to umawiał się ze mną, później po pozbieraniu się poważny związek, w którym również byłam oszukiwana, a chłopak umawiał się z koleżanką z pracy- mimo, że na spotkania rodzinne i ze znajomymi zabierał mnie...

Wtedy poznałam mojego obecnego męża. Miałam 20 lat, nie był zupełnie w moim typie, ale miałam dość zawodów - szukałam kogoś, komu mogłabym zaufać. Zapewniał mnie o miłości, miał mi nieba przychylić - postanowiłam dać mu szansę. Jego rodziców irytowało szybkie tempo naszego związku, denerwowali się gdy zabierał mnie do siebie - postanowiliśmy więc zamieszkać razem, po ledwie miesiącu znajomości. Zarabialiśmy niewiele, niewiele też wiedzieliśmy o samodzielnym życiu - uczyliśmy się stopniowo, wiele razy brakowało nam do pierwszego mimo, że to ja byłam tą rozsądniejszą, która nigdy nie mogła liczyć na nikogo- ale powoli wychodziliśmy na prostą.

Po roku wzięliśmy ślub cywilny.
Kupiliśmy mieszkanie za odstępne w kamienicy i psa, o którym mój mąż marzył od dzieciństwa, ale nigdy nie dostał. Czułam się szczęśliwa, mimo że żyliśmy na 30m w starym budownictwie, ale mieliśmy siebie i psa, którego pokochaliśmy, stabilne prace- żyliśmy spokojnie.

Dostawaliśmy też awanse w pracy. W pewnym momencie nasza stopa życia wzrosła, stać nas było, żeby wyjść na imprezę, kupić sobie nowe rzeczy, wyjechać na wakacje czy coś odłożyć - można było w końcu odetchnąć. Mój mąż zaczął przebąkiwać o kupnie domu, na co nie chciałam się zgodzić, bo nadal nie uważałam że nas stać.

W końcu uległam namowom i kupiliśmy dom. Mój mąż zarówno domem, jak i psem zajmował się tyle o ile. Ciężko było namówić go na spacer, nagle mycie okien stało się wyłącznie moim problemem. Mąż uwielbiał zapraszać gości, nie mając ochoty ani przygotowywać jedzenia, ani sprzątać codziennego bałaganu. W międzyczasie mój awans wiązał się z podjęciem studiów zaocznych, więc prawie każdy weekend zaczęła wypełniać szkoła.
Czułam się wykończona - fizycznie, psychicznie, ale wciąż starałam się, żeby mój mąż nie odczuwał tego nadmiernie. Gotowałam, sprzątałam, robiłam zakupy - starałam się też być kochanką, przyjaciółką, chodziliśmy do znajomych, jeśli miałam zajęcia, odbierałam go ze spotkań na które jeździł sam, dawałam z siebie tyle, ile byłam w stanie.

W pewnym momencie miałam wrażenie, że coś przestaje działać... Gdy coś opowiadałam, miałam wrażenie, że nie słucha. On też już coraz rzadziej mówił i pisał do mnie w sprawach innych, niż codziennych. Kładłam to na karb napięcia - wzrósł mu zakres obowiązków, napięcie, ciągłe nadgodziny i moje ciągłe zajęcia powodowały, że starałam się przeczekać gorszy moment. W końcu przeżyliśmy razem 10 lat, więc czemu mielibyśmy nie dać rady z przejściowymi kłopotami...? Tyle razy słyszałam, że jestem kochana, że czułam się bezpiecznie.

Trzy tygodnie temu usłyszałam, że ma wrażenie, że żyjemy obok siebie, że jest tym zmęczony i nie wie, czy chce to ciągnąć.
Zrobiłam rachunek sumienia. Od jego poprzedniej delegacji tylko ja się w związku starałam. Tylko ja próbowałam naginać moje różnice charakteru, żeby dać mu codzienny komfort- trzymałam mój introwertyzm na wodzy, starałam się choć kawałkiem dzielić jego pasje, szukać czegoś, co dawałoby radość nam obojgu. Postanowiłam, że spróbuję mocniej - przecież 10-letni związek jest wart każdego wysiłku, prawda?

Dziś dowiedziałam się, że już dłużej nie może. Weekend spędziliśmy u teściów. Codziennie wychodził na kilka godzin, teściowa płakała bo czuła, że coś jest nie tak, ja czułam, że jest źle ale ciągle chciałam wierzyć w mojego męża. Dziś oznajmił, że to koniec - w końcu dowiedziałam się, że zdradzał mnie. Myślę, że długo dłużej niż te trzy niepewne tygodnie, gdy nadal trzymał mnie we złudzeniach. Być może od delegacji pół roku temu, ale nie miałam już siły dopytywać.

Łaskawie oznajmił, że nie muszę się wyprowadzać z wspólnego domu. On jedynie prosi, bym nie robiła "szumu" w naszej wspólnej pracy (nowa ukochana też tam pracuje). Nawet zostawił mnie, bym mogła odzyskać spokój i pojechał do cioci.
A ja zastanawiam się, jak to możliwe, że uważając się za w miarę inteligentną osobę, straciłam najlepsze 10 lat mojego życia na kogoś takiego?

Jestem martwa w środku i nie wiem, jak mam dalej żyć jeśli jedyny człowiek, któremu ufałam skrzywdził mnie tak bardzo.

Małżeństwo

Skomentuj (46) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 171 (205)

#82185

~Dave85 ·
| Do ulubionych
Sytuacja będzie dotyczyć śmiecenia.

Jestem osobą palącą papierosy (niestety), ale nie toleruję rzucania kiepów, gdzie popadnie. Jak idę ulicą, to wolę zgasić o chodnik i trzymać w ręce niedopałek, po czym wrzucić go do najbliższego kosza na śmieci, niż "pstryknąć" go w bok tak, jak to czyni większość palaczy.

W swoim mieszkaniu nie palę, tylko wychodzę na balkon "puścić dymka". Zawsze gaszę go w popielniczce i potem ją opróżniam do kosza na śmieci.

Teraz przejdziemy do sedna. Mianowicie - palący sąsiedzi. Mój blok jest niski (4 piętra), lecz długi (kilkanaście klatek), więc widać doskonale balkony sąsiadów. Każdy, kto pali, wyrzuca pety na trawnik pod okno. W***wia mnie to niesamowicie. Czy tak ciężko jest zachować nieco kultury i zutylizować tego peta w inny sposób? Ba, mało tego, ostatnio mi przed oczami poleciała cała zawartość popielniczki. Jak zobaczę to jeszcze raz, obiecuję - dowiem się, z którego to piętra leci i wysypię idiocie zawartość swojej popielniczki pod drzwi.

Już nawet ludzie niesprzątający po swoich psach mnie tak nie irytują. Psia kupa szybko ulegnie biodegradacji, a te pety będą tam leżeć długi czas (nie wiem, ile czasu to się rozkłada, ale pewnie długo).

Tak że widok z okna jest ładny - trawa, drzewka i wszędobylskie "petunie", mieniące się pomarańczowym filtrem, qrwa jego mać. Tak ciężko jest zgasić niedopałek i wyrzucić do kosza? Jak widać tak. Mam ochotę kupić im po prostu popielniczki. Ale co ja mogę, skoro teren pod oknami jest własnością miasta i za zwrócenie uwagi podejrzewam, że zostałbym raczej wyśmiany.

śląsk

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 172 (194)

#88019

(PW) ·
| Do ulubionych
Opowiem Wam o mojej piekielnie oszczędnej mamie. Jeśli Wam się spodoba, opiszę więcej historii.

Moja mama ma coś w rodzaju ukrytego zbieractwa związanego z żywnością. W niewielkim domu jest czysto i schludnie, gość nic nie zauważy, jednak my (jej dorosłe dzieci, które się wyprowadziły) wiemy:
-że niektóre otwarte przyprawy są zbite na kamień i straciły termin 5 lat temu,
-że w ładnych słoikach w szafce przez pół roku razem z kaszą manną siedziały robaki, bo trzeba rybom do stawu zanieść,
-że robiąc nalewki mama ściąga pleśń z zalanych owoców i dalej je szykuje,
-że w lodówce jest specjalna półka na podpsute wędliny, które po kawałku można dawać podwórkowym kotom (!),
-że lodówka jest pełna, ale zwykle nie ma co zjeść, zamrażalnik i duża zamrażarka są wypełnione po brzegi od kilku lat tym samym jedzeniem,
-że dziś na obiad jest mięso po terminie (jedną z paczek otworzyłam 3 dni temu i od razu wywaliłam) porządnie umyte i przyprawione w bajerancki, azjatycki sposób, by aromat zwalić na imbir i mleko kokosowe.

Co się zepsuje, można jeszcze zjeść. Czego się nie da, można dać kotom, czego koty nie zjedzą (a jedzą praktycznie wszystko), wydziobią ptaki. I nie, skrajnej biedy nie ma. Po prostu szkoda wyrzucić jedzenie, którego kupią za dużo, zaplanują a potem są zbyt zmęczeni i nie ma gdzie zamrozić, by się nie zepsuło.

A jak się przyjedzie w odwiedziny, to z lodówki prawie zawsze daje padliną.

Skomentuj (22) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 177 (185)

#88024

(PW) ·
| Do ulubionych
W odniesieniu do historii o poczcie. Mam powiadomienie o awizo. Jak listonosz wklepie je w system to dostaje SMS. Godz 8 rano SMS awizo... WTF myślę, ale jestem cały dzień w domu. A listonosz chodzi tak około 13-tej.

To 12:30 schodzę do skrzynki i czekam. Po ok 40 minutach jest listonosz i zbladł na mój widok. Pytam go czy coś do mnie. Bo dostałem info o awizie.

On nic nie ma. Szybki telefon na pocztę i okazało się, że przesyłka jest awizowana, bo Listonosz nikogo nie zastał.

Mówię że stoję twarzą twarz z listonoszem i cud list polecony słownie jedna kartka w kopercie jest na poczcie.

Tak, poszła skarga.

Poczta

Skomentuj (16) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 130 (146)

#88029

(PW) ·
| Do ulubionych
Pracuję w branży rolno-ogrodniczej w UK.

Podobno na Wyspach Brytyjskich teraz ciężko o pracę. Ludzie potracili zatrudnienie w związku z pandemią, niektórzy z powodu Brexitu. No właśnie - podobno...

Od pewnego czasu zakład, w którym pracuję poszukuje dwóch pracowników. Jednego na sezon, a drugiego na stałe. Nie muszą mieć wykształcenia kierunkowego (chętnie przyuczymy), wymagana jest siła fizyczna i zainteresowanie ogrodnictwem i hodowlą roślin. Płaca powyżej minimum + premie. Wystawiliśmy ogłoszenia na miejscowych portalach oraz korzystamy z pomocy agencji pracy. I co? I jajco!

Oto jakie "kwiatuszki" nam się do tej pory trafiły:

1. Pakistańczyk, imienia nie zdążyliśmy poznać. Popracował łącznie trzy dni, podczas których głównie zajmował się łażeniem za wszystkimi, pracującymi w zakładzie kobietami. Doniczek (plastikowych lekkich) nie przyniesie, bo go palec boli, ziemi w workach nie przywiezie (na specjalnym wózku), bo nie lubi. Robotę rzucił, bo za ciężka.

2. Portugalczyk Luciano. Jego główną bolączką było to, że główną przełożoną była kobieta, a on poleceń od kobiety przyjmował nie będzie, bo to uwłaczające. Po tygodniu przestał się pojawiać.

3. Polak, pan Miecio. Sympatyczny, nie dało się go nie lubić. Może trochę za często wygłaszał teorie, że skoro jestem Polką i pracuję na dobrym stanowisku, to znaczy, że musiałam się dobrze z szefostwem (szefem?) "ustawić". Kariera pana Miecia skończyła się w momencie gdy pewnego dnia, przybył do pracy nawalony jak messershmitt.

4. Kolejny Polak, typowy Seba. Również uważał, że musiałam dobrze "dać się ustawić", bo to przecież niemożliwe, żeby Polka wśród Anglików pracowała i była traktowana na równi z nimi. Podczas pracy głównie narzekał, że reszta chłopaków go strasznie gnębi (buntowali się gdy co chwila robił sobie przerwę na fajka). Przestał się pojawiać gdyż zwinęła go policja, podobno był poszukiwany w Polsce. Szef się cieszył, że nie zwinęli go z pracy, bo wieś miałaby o czym gadać na całe lata.

5. Anglik Luis. Myśleliśmy, że w końcu dobrze trafiliśmy. Sympatyczny, ciężko pracujący, można było z nim pożartować. Sielanka skończyła się gdy poczynił w moim kierunku pewne awanse, dostał kosza, więc obraził się i z dnia na dzień, bez uprzedzenia przestał przychodzić do pracy.

Zaczęliśmy już robić rankingi najdziwniejszych kandydatów, a ja nie mogę się doczekać kto przybędzie na tydzień próbny w poniedziałek. Jak to klasyk mawiał "W tym kraju nie ma pracy dla ludzi z moim wykształceniem"...

Skomentuj (22) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 140 (146)

#88028

(PW) ·
| Do ulubionych
Od miesięcy poluję na książkę, której nie ma nigdzie. Wydawca nie przekazał egzemplarzy obowiązkowych (to podobno była norma na początku lat dziewięćdziesiątych), allegro, antykwariaty, biblioteki uniwersyteckie o tym tytule nie słyszały.

Wydawnictwo od dawna nie istnieje, nakład był malutki. Sama dowiedziałam się o istnieniu tej pozycji, kiedy przypadkiem znalazłam urwaną okładkę i kilkanaście kartek – i od tamtej pory poświęciłam bardzo dużo czasu i pieniędzy, żeby ją gdzieś znaleźć.

Udało mi się po obdzwonieniu kilkuset miejsc, które nie miały katalogów w internecie – jest, znalazł się egzemplarz w bibliotece wiejskiej na kompletnym zadupiu. Zadzwoniłam tam (mogą śmiało iść w zawody z sekretariatami sądów, jeśli chodzi o nieodbieranie) i zapytałam o możliwość zrobienia mi, za opłatą, skanów albo ksera i przesłania ich do mnie, bo tego po prostu nigdzie bliżej nie ma – nie robią w pandemii takich rzeczy.

Zapytałam o wypożyczenie międzybiblioteczne – nie robią w pandemii takich rzeczy. Jeśli tak bardzo potrzebuję, to mogę skorzystać na miejscu. Czyli 400 kilometrów ode mnie. Mówię, jaka jest sytuacja – nie, nie ma mowy, jak musi, to ma przyjechać.

Tak rozmawiałam po Wielkanocy.

Po majówce odżałowałam jeden dzień z urlopu, czyli wczoraj, wsiadłam przed świtem w samochód (bo to takie serce cywilizacji, że nawet PKS tam już nie istnieje) i pojechałam. Wcześniej jeszcze upewniłam się, czy pracują – tak, pracują, można wejść i korzystać z książek. Trudno, jak mus, to mus, jadę.

Dojechałam na miejsce i nie wiem, jakim cudem nie zrobiłam krzywdy tej babie na miejscu. Naprawdę nie wiem. Rozmawiałam z tą samą kobietą, co za pierwszym razem – nikt inny tam nie pracuje, już sprawdziłam. Przypomniałam się, że ja to ja, że dzwoniłam i pytałam o tę książkę i że chciałabym ją dostać do ręki, to sobie zrobię zdjęcia.

Usłyszałam, że we wtorek – czyli tego samego dnia, kiedy zapowiedziałam, że przyjadę - tę książkę „wycofano” – czyli ona wycofała – ze zbiorów, bo nikt się nią nie interesował przez dekady. „Co za przypadek, że akurat dzisiaj pani przychodzi i o nią pyta.” Mówię jej, że przecież dzwoniłam w kwietniu, dzwoniłam we wtorek i pytałam, czy są otwarci – ona nie pamięta, przecież nie nagrywa każdego telefonu. Szkoda, że ja też nie nagrywałam.

Na koniec jeszcze pożyczyła mi szerokiej drogi powrotnej. Z wrednym uśmieszkiem. Bo miastowej trzeba dowalić, żeby się nosem osr*ła.

To był taki poziom perfidii, że nawet moje standardy przekroczył.

Skomentuj (33) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 134 (138)

#73187

(PW) ·
| Do ulubionych
Mąż postanowił wybrać się do dentysty na kontrolę. Mamy świetnego lekarza, który ma tylko jedną wadę - przyjmuje na drugim końcu miasta. Ale na naszym osiedlu powstał nowy gabinet - blisko, wygodnie, pełna profeska, "komputerowe znieczulenie", nowiutki sprzęt.

Najpierw dokładny wywiad, darmowe szkolenie ze szczotkowania zębów (tak, całe życie robiliśmy to źle), potem panoramiczne prześwietlenie i diagnoza - jeden ząb do natychmiastowego leczenia kanałowego, potem konieczna będzie koronka, kolejne cztery zęby z ubytkami. Pierwszy ząb zatruty, termin leczenia pozostałych ustalony. Oboje byliśmy zaskoczeni - mężowi geny dały pancerne szkliwo, próchnica się go nie ima, więc skąd tyle do łatania? I jeszcze te koszty - sama koronka to 1400 zł. Chłop pomarudził, ale dał się namówić na wyprawę do naszego dentysty. A nuż zaproponuje inne rozwiązanie? I jest trochę tańszy, więc przy takiej liczbie ubytków opłaca się poświęcić czas na dojazd.

Efekt? Dentysta obejrzał zęby, obejrzał prześwietlenie, jeszcze raz zęby i... "ale ja tu nie widzę dla siebie nic do roboty!". Dokończył kanałówkę, koronki nie trzeba, wystarczy wyższa i bardziej odporna plomba, 200 zł, pozostałe zęby są zdrowe. Następna kontrola za rok.

dentysta

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 125 (133)

#73220

(PW) ·
| Do ulubionych
Piekielni sąsiedzi - temat-rzeka, zgadza się?
Uciążliwe remonty - historii można wymieniać na pęczki, prawda?
Ale jeden taki zza ściany przeszedł sam siebie.

Włączanie odkurzacza o północy to pikuś.
Szlifowanie gładzi i co chwila siarczyście rzucone przekleństwo (tak, głośno i bez względu na porę doby) wysiada przy tym, czego ostatnio dokonał.

To, że remont trwa od lutego tego roku - też do przejścia.

Dziś w nocy, gdy nikt nie widział, na balkonie wytrzepał... pył ze zbiornika odkurzacza budowlanego. Zaprószając balkony sąsiadów. Niektórzy mieli pranie. Inni trzymali na nich rowery. Mają i małe dzieci.

Dostał ultimatum. Ma posprzątać samemu. Albo wynająć ekipę.

(Równie dobrze mógł rozsypać gips czy cement, i tak by nabrudził).

DZICZ po prostu dzicz...

Skomentuj (2) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 125 (131)

#88026

(PW) ·
| Do ulubionych
Tak w temacie kupoworków - dla niewtajemniczonych są to worki służące do tego by zebrać to co pieseł lub suczeł z siebie wydali.

Taka sprzed paru dni opowiastka...

Idę sobie. Bezzwierzowo.

I widzę, że kobieta w wieku 20-25 obsrywa swoim DUŻYM psem trawnik.
Chce odejść zostawiając niespodziankę z 3/4 kilo.

Zwykle się nie wtrącam, ale nie wyrobiłem.

Podchodzę z torebką: "To na psią kupę, a jakby Pani brakowało to ma Pani jeszcze dwie. Jutro mogę więcej przynieść."

I teraz to co piekielne:
ALE JA TEGO DO RĘKI NIE WEZMĘ!

Usiłowałem jej wytłumaczyć, że jak ma na ręku kupoworek, to kupy nie dotyka.

Kto takim ludziom sprzedał psa...

Skomentuj (17) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 114 (124)

#88005

~estec ·
| Do ulubionych
Na podstawie: https://piekielni.pl/87993

Na podstawie swoich życiowych doświadczeń uważam, że nabijanie się z ludzi otyłych (o ile nie są otyli nie ze swojej winy, tylko np. z powodu choroby czy terapii hormonalnych) nie jest takie do końca złe.

W gimnazjum miałem nadwagę. Do pracy nad swoją sylwetką zmotywowały mnie drwiny kolegów podczas przebierania się w szatni przed w-fem i teksty w stylu: "Bartuś ma lepsze cycki niż połowa dziewczyn z klasy hue hue".

Wziąłem się za siebie i do technikum poszedłem już z może nie rewelacyjną, ale dobrą, nieco umięśnioną sylwetką. Nie było drwin kolegów, koleżanki patrzyły inaczej. Przyzwoitą sylwetkę trzymałem do końca studiów. Potem nadszedł kolejny kryzys- po studiach dostałem prace biurową, kupiłem swoje auto. Na studiach dojeżdżałem autobusami i robiłem ok. 5 km. dziennie (z domu na przystanek, z przystanku na uczelnię, i w drugą stronę). Siedzący tryb życia i brak ruchu zrobiły swoje- upasłem się.

Opamiętałem się dopiero kiedy obejrzałem zdjęcia z wypadu na Mazury. Od września poszedłem na odpowiadające mi zajęcia sportowe, zwróciłem większą uwagę na to, co jem, i znowu wypracowałem przyzwoitą sylwetkę.

Od tamtej pory staram się kontrolować swoje odbicie w lustrze. Doceniam to, kiedy bez zadyszki wchodzę na drugie piętro, lub bez problemu kupuję ciuchy. Kiedy widzę, że jest coś nie tak, to mówię sobie: "Bartuś, mniej fast foodów, więcej ruchu"

I tu dochodzimy do sedna- najbardziej drażnią mnie głosy mamy i ciotek "Przecież jesteś szczupły..."
- Bartuś, tak mało zjadłeś, zjedz jeszcze.
- Nie dziękuję, już się najadałem.
- No jedz, przecież szczupły...
I głos mojej mamy z boku: "On i w domu tak mało je..."

Czyli co, skoro jestem szczupły (chociaż moim zdaniem nie jestem- po prostu nie mam nadwagi) to mam jeść tyle, aby się upaść, a potem męczyć ze zrzuceniem dodatkowych kilogramów? Niestety- kilogramy idą łatwo tylko w jedną stronę, wiem cos o tym.

Najbardziej drażni mnie z tą gadką jedna ciocia, i już nie raz miałem na końcu języka "To co, mam się spaść jak Mariusz (jej syn) i potem narzekać, że mnie kręgosłup boli?"
Mariusz ma znaczną nadwagę i od 2 czy 3 lat co jakiś czas narzeka na ból kręgosłupa. Niby próbuje się odchudzać, ale jest to dosyć komiczne. Na przykład: Mariusz ogranicza węglowodany, więc nie je chleba. To nic, że zje na kolację cały garnek bigosu- ważne, że bez chleba. A potem siądzie przed tv z browarkiem w ręku.

Tak więc zgadzam się z koleżanką opisującą historię wspomnianą na początku- sylwetka to bardzo drażliwy temat.

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 86 (118)