Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

Top historii



#87764

(PW) ·
| Do ulubionych
Dziś będzie historia o Basi. Taką Basię nietrudno spotkać, każde miasteczko ma taką Basię.

Historia Basi zaczyna się od jej mamy. Koniec lat 60, mama Basi urodziła córeczkę. Niestety córeczka urodziła się chora. Rodzina kazała pozbyć się córeczki, bo wstyd takie (tu wstaw niepoprawny epitet) trzymać.

Mama Basi tupnęła nogą, zabrała się z Basią do innego miasteczka i zaczęła tu życie. Zapytacie gdzie tata Basi? Nie chciał mieć z Basią ani jej (tu wstaw niepoprawny epitet) nic wspólnego, bo to na pewno od matki strony Basia chora jest.
Basia fizyczne rozwijała się prawidłowo, ale psychicznie została dzieckiem, takim 12-15 lat.

Lata leciały, mama Basi pracowała w lokalnym sklepiku, Basia chodziła na warsztaty. Mama uczyła Basię życia: jak się ubrać, zrobić śniadanie, umyć, zadbać o siebie. Tak sobie rodzinka ich żyła. Aż nadszedł czas i mama Basi umarła. Basia została sama. Została jej przydzielona opiekunka, która odwiedzała ją co jakiś czas, dbała by Basia miała coś w lodówce, przyjmowała leki. Kto zdecydował, że 35 letnia kobieta z umysłem 10 latki może mieszkać sama - nie wiem. Kto został jej prawnym opiekunem - nie wiem. Sąsiedzi pomagali Basi jak mogli, w końcu zawsze żyli w zgodzie.

Basia na warsztaty już nie chodziła, za to szukała kolegów na osiedlu. Znalazła, pod lokalnym spożywczakiem.
Koledzy Basi nie czekali długo by zostać dla niej kimś więcej. Basia kochała ich wszystkich i z nimi wszystkimi. Basia zaszła w ciążę, nie wiadomo z kim. Dopiero wtedy zaczął się nią interesować ktoś więcej niż tylko koledzy i opiekunka. Badania wykazały, że Basi dziecko też będzie chore. I zaczęło się poszukiwanie kto się zajmie Basią, kto się zajmie jej dzieckiem. To tak naprawdę opieka nad dwójką dzieci... Nie żeby pomóc jej, tylko aby "pozbyć się problemu".

Nasz rząd ma mnóstwo ustaw aby ochronić życie przed narodzeniem. Później aby się zaopiekować tym życiem to już nie ma komu.
Historia Basi kończy się w domu opieki, za pomocą sąsiadów, opiekunki - była zrzutka, mieszkanie mamy Basi sprzedane, pomoc lokalnych przedsiębiorców. Pieniędzy wystarczy aby Basia miała opiekę do końca życia, ale co będzie z jej dzieckiem?

Miasteczko

Skomentuj (29) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 202 (220)

#87741

~ICoMamZrobic ·
| Do ulubionych
Od początku: dzielę dom z teściami - oni mieszkają na parterze, my na piętrze ale mamy osobne wejścia i nie wchodzimy sobie w drogę; mam dwuletnią córkę i obecnie jestem w zagrożonej ciąży i muszę leżeć plackiem, a mąż pracuje w systemie 2 tygodnie delegacja tydzień w domu.

Ze względu na mój stan opiekę nad córką przejęła teściowa i to był duuuży błąd...
Po dwóch tygodniach dziecko, które korzystało z nocnika i tylko w nocy miało założoną pieluchę latało w niej na okrągło. Mąż wrócił - przejął Młodą, a że nie zakładał jej pieluchy (zresztą dlaczego skoro dziecko sygnalizuje potrzeby fizjologiczne) mamy posikaną kanapę, fotele, dywan i masę pluszaków.

Młoda ma swoją plastikową zastawę, z której potrafi, a raczej potrafiła korzystać i od dawna siedziała już normalnie razem z nami przy stole... Znowu zaczęła bawić się jedzeniem i rozwala wszystko w promieniu 1,5 m.
Dotąd potrafiła bawić się sama tak, że mogłam wszystko zrobić, a teraz Luby nie może wyjść spokojnie do toalety...

Do porodu jeszcze 4 miesiące, a ja do tego czasu chyba osiwieję.

Skomentuj (43) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 168 (180)

#87778

(PW) ·
| Do ulubionych
Interesy ze znajomymi, temat rzeka... do której najlepiej nie wchodzić ;)

Mam znajomego, nazwijmy go na potrzeby tej historii Zbyszek. Zbyszek jakiś czas temu zaczął własną działalność, w branży dość drogiej i takiej, że jak ktoś potrzebuje takiej usługi, to potrzebuje, bo na własną rękę nie da się tego załatwić.

Zbyszek znajomym zawsze szedł na rękę i naprawdę działał "po kosztach", wiem z własnego doświadczenia.

Ale też przeżył wysyp "znajomych", co to sobie przypomnieli o tej znajomości, jak potrzebowali usług Zbyszka. Był i kumpel z przedszkola, i "znajoma", co to jej ciotka i matka Zbyszka do jednej podstawówki chodziły, ale hitem okazał się "szwagier Piotrusia".

Z opowieści Zbyszka wynika, że skontaktował się z nim gość, i od razu, bardzo familiarnym tonem, tłumaczy, że "ja od Piotrusia, pamiętasz chyba Piotrusia?" (no Zbyszek ni ch*ja, nie pamiętał), "Piotruś chodził z Tobą do jednej szkoły, dwie klasy wyżej, no i miał siostrę, i ona wyszła za mąż i jej mąż ma brata i to właśnie ja, szwagier Piotrusia jestem".

Po wytłumaczeniu tej jakże prostej relacji wyjaśnił, co potrzebuje i zaczął nawijkę, jak to teraz ciężko wszystkim, oj ciężko, i że trzeba się wspierać, znajomi powinni się wspierać, prawda?

Zbyszka zirytował ten przymilno-roszczeniowy ton "szwagra", i postanowił go... troszkę strollować.

Zatem ochoczo przytaknął, że tak, czasy ciężkie, znajomi powinni się wspierać, ba! jacy znajomi, wręcz przyjaciele, bo kto, jak nie przyjaciel?! I dodał, że cieszy się i naprawdę docenia, że "szwagier" podchodzi do tego właśnie w ten sposób. Po czym podał normalną cenę za usługę, której potrzebował "szwagier", i zapytał, to ile w górę idziemy? Bo wiadomo, znajomi powinni się wspierać, no ale tak konkretniej, to jak bardzo "szwagier" chciałby go wesprzeć?

"Szwagier Piotrusia" tymczasem strzelił przysłowiowego karpia, wymamrotał coś, że "musi skonsultować" i tyle go Zbyszku widział... i nici z tak wspaniale zapowiadającej się "przyjaźni"...

znajomi biznes

Skomentuj (5) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 156 (162)

#87739

~tops ·
| Do ulubionych
Czytając historię https://piekielni.pl/87719 przypomniałem sobie swoją katechetkę z liceum.

W liceum miałem wychowanie do życia w rodzinie. Przez jakiś czas zajęcia te mieliśmy z panią seksuolog. Kobieta z dużą wiedzą, którą umiała przekazać, przez co wszyscy chętnie uczestniczyli w tych zajęciach.

Po jakimś czasie odeszła jednak na L4 z powodu ciąży, a zastąpiła ją katechetka. Przykład wiedzy tej drugiej: "Najlepsza metoda antykoncepcji to szklanka zimnej wody. Jak nachodzi ochota, to usiąść, wypić szklankę zimnej wody, i poczekać aż emocje opadną." Przypominam- mówiła to nie ludziom po 50-tym roku życia, z 30-to letnim stażem małżeństwa, tylko młodzieży licealnej, której buzowały hormony.

O ile ta historia ma charakter nieco satyryczny, to teraz opowiem o największej piekielności katechetki, jaką pamiętam. Na jednej z lekcji religii zaczęła wywód, że dzieci, które nie wychowują się w katolickich rodzinach nie są nic warte, bo wyrosną na złych ludzi. Nie pamiętam dokładnie jej słów, ale taki był ogólny sens. Zwłaszcza "jechała" po dzieciach, które wychowują się bez ojców.

Po kilku minutach tej powiastki zgłosiła się Kasia, która- jak się później dowiedziałem- była takim dzieckiem. Jej ojciec porzucił rodzinę, kiedy Kasia była malutka, i dorastała tylko z mamą i babcią. Kasia powiedziała słowa w stylu: "Czyli zdaniem siostry (katechetka była zakonnicą, chociaż chodziła bez habitu) to nic, że ja jestem najlepszą uczennicą w klasie, i jedną z najlepszych w szkole, bo skoro wychowuję się bez ojca, to nic ze mnie nie będzie? To nic, że się uczę i pomagam mamie przy domu, a nie ćpam i puszczam się po dyskotekach, bo i tak jestem spisana na straty, tak?"

Po tych słowach siostra spaliła buraka, i dosyć nieporadnie próbowała wytłumaczyć się ze swoich słów, po czym szybko zmieniła temat.

szkoła

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 141 (157)

#87763

(PW) ·
| Do ulubionych
Jestem kierowca..., a niech będzie, dziś bez znaku rozpoznawczego :D

Proszę wytłumaczcie mi, dlaczego niektórzy to robią. Nie wiem jak Was, ale mnie to cholernie irytuje jak osobowe mnie wyprzedza tylko po to, żeby 500 metrów dalej hamować cały ruch, bo on skręca w lewo/prawo.

1. DK 62 z Kruszwicy na Radziejów. Przed niewielką wioską wyprzedza mnie osobowe. Wszystko legalnie. Auto wyprzedziło, a 200 m dalej kierowca hamuje. Redukuje prędkość zastanawiając się o co mu chodzi i nagle błysk prawego kierunkowskazu. Kierowca sygnalizuje skręt w prawo. Wyhamowuje mnie do 30 km/h, żeby skręcić. Kiedy mnie wyprzedzał nikogo za mną nie było. Nie mógł sobie odpuścić wiedząc, ze będzie skręcał?

2. DK 15 z Inowrocławia na Toruń. Wracałem już na bazę. Linia podwójna ciągła, ale kierowcy bmw się strasznie spieszy, bo musi koniecznie mnie wyprzedzić na 2 zakrętach (kij z tym, że miał jakaś widoczność). Kilkaset metrów za zakrętami powtórka z sytuacji. Tym razem bmw skręca w lewo. Muszę zatrzymać zestaw, a za mną nic nie jechało.

3. Rekordzista. Sytuacja chyba nawet nie opisana, bo jej nie znalazłem w spisie, ale już nie ma sensu tego robić, bo tylko powielę temat. Jeśli dobrze pamiętam jedno z rond w Oświęcimiu. Jestem załadowany cennymi lekami. Ze względu na typ ładunku, mam zamontowane czujniki przeciążeń i wstrząsu (za mocne przeciążenie/wstrząs mogło spowodować zepsucie leków) i z tego powodu mam nakaz jazdy zgodnie z przepisami. Osobowe audi wymusza mi na rondzie (hamulec w podłogę mimo niewielkiej prędkości, auto staje "dęba". Zjechał tym samym zjazdem co ja. Chciałem go nawet gdzieś zatrzymać, ale okazało się oczywiście, że 200 m dalej skręcić w osiedlowa uliczkę z tonażem. Po dojeździe do miejsca docelowego okazuje się, że ładunek jest do wyrzucenia. Porównanie zapisu z czujników i rejestratora jazdy wykazuje, że do zniszczenia ładunku przyczynił się kierowca audi. Sprawa poszła do sądu.

tir

Skomentuj (48) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 144 (154)

#87629

~grycek ·
| Do ulubionych
Dziewczyna powiedziała mi wczoraj o pewnym aktorze, który założył zbiórkę internetową na pogrzeb matki, bo teatry pozamykane, on nie ma pracy, zapożyczony już jest itd.

Dzisiaj zgłębiłem temat. Nie chcę podawać tu nazwiska, bo nie wiem czy można, ale kto zechce to namierzy bez problemu. Aktor ma nazwisko na literę "Cz", jego nazwisko to też nazwa ptaka. Pewien stand-uper śmiał się, że skończyli to samo liceum, i określił go "To ten ty, co w "Chłopaki nie płaczą" krzyczał "na uj mi ten kaktus?!".

A teraz kilka faktów o sprawie.
Aktor narzeka, że odwołano mu 148 spektakli i od 10 miesięcy jest bez dochodów. Jest zadłużony i nie ma już skąd pożyczać pieniędzy. Na pogrzeb matki, która zmarła na nowotwór płuc, potrzebował 12 tysięcy. Nie jest to młodziutki aktor, który dopiero co zaczynał, tylko 59 letni facet, który grał w naprawdę wielu filmach serialach, a chyba nawet teledyskach (jak odnajdziecie go, i sprawdzicie, to sami się przekonacie w ilu projektach go widzieliście).

Rozumiecie? Dorosły, pełnosprawny facet przez 10 miesięcy zapożyczał się i czekał, że może w obecnej sytuacji z dnia na dzień wszystko się odwróci. Teraz żebrze (bo moim zdaniem tak trzeba to nazwać) o pieniądze na pogrzeb matki. Matki, która nie zmarła nagle, tylko chorowała na nowotwór, więc można było jakoś się przygotować, w zależności od tego, ile czasu trwała choroba.

Jest to dla mnie niepojęte, że przez te 10 miesięcy, nie pomyślał "kurczę, dopóki znów nie będę mógł zarabiać na aktorstwie, to trzeba pójść do jakiejś roboty, aby na chleb zarobić", tylko siedział na tyłku i się zapożyczał. Jestem w stanie zrozumieć, że pomimo tylu lat pracy, nie był w stanie odłożyć jakiejś konkretnej sumy pieniędzy, bo miał jakieś zobowiązania, no ale nie rozumiem faktu zapożyczania się i potem proszenia obcych ludzi o pieniądze na pogrzeb matki.

Ktoś może powiedzieć "Aa, bo aktorowi wstyd iść pracować do fabryki styropianu, czy na stację paliw..." A nie wstyd mu żebrać? Tym bardziej, że kwota 12 tysięcy może nie jest mała, ale nie jest też i zawrotna- facet w jego wieku powinien być w stanie zorganizować takie pieniądze bez proszenia o nie obcych ludzi.

Kolega ze studiów mieszkał kiedyś z jednym artystą i potem powtarzał, że są to ludzie, których trzeba za rączkę przez życie przeprowadzić, bo są całkowicie niezaradni życiowo. Z perspektywy czasu w 100% się zgadzam.

telewizja

Skomentuj (63) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 125 (153)

#87771

(PW) ·
| Do ulubionych
Dzwoni telefon. Numer nieznany. Odbieram i słyszę... muzyczkę i hasło "Proszę czekać na połączenie".

Więc nie czekam, rozłączam się.

Kwadrans później, ten sam numer. Ta sama historia. Rozłączam się.

Mija pół godziny - ten sam numer. Odbieram już lekko zirytowany, zakładając, że jeśli sytuacja się powtórzy, to dodam numer do czarnej listy i z głowy. Ale nie, tym razem odzywa się jakaś pani. Przedstawia się, mówi, że jest z firmy Blablabla i (z wyraźną pretensją w głosie) mówi, że dzwoni PO RAZ TRZECI, a ja się rozłączam.

- Proszę pani, poprzednio nie słyszałem pani, tylko muzyczkę i informację, że mam czekać na połączenie...

- NO WŁAŚNIE! To dlaczego pan nie czekał?! (serio?)

- A dlaczego miałem czekać? - włącza mi się "trzy piekielny". - Skoro to pani dzwoni, to znaczy, że pani ma do mnie sprawę, więc nie widzę powodu, żebym to ja miał czekać na połączenie. Jak będę chciał posłuchać muzyki to włączę sobie coś z własnej kolekcji.

- Ale ja mam dla pana znakomitą ofertę!

Podziękowałem.

Drodzy telemarketerzy - rozumiem, że taką macie pracę, staram się zawsze być dla Was uprzejmy i kulturalny, jeśli oferta mnie nie interesuje, to mówię o tym grzecznie. Ale, do licha, minimum kultury i zachowania form: jeśli ty WY do mnie dzwonicie, to nie ja mam "czekać na połączenie".

Telemarketerzy.

Skomentuj (17) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 135 (141)

#87642

(PW) ·
| Do ulubionych
Jestem za tym, aby starsze osoby miały co rok testy sprawdzające czy mogą prowadzić samochód.

Sytuacja sprzed chwili.

Skrzyżowanie. Stanęłam na jednym z dwóch pasów do skrętu w lewo. Przede mną stał dziadek, a na lewym pasie nie za duża beemka. Zaświeciły się światła, ruszyliśmy. Dziadek jednak na łuku zjechał z prawego pasa na lewy. Nie wiem czy nie widział pasów (mimo, że tam są bardzo dobrze widoczne). Dosłownie o kilka centymetrów zajechał drogę beemce. Gościu w beemce od razu zaczął trąbić na dziadka, ale dziadek jakby nie słyszał jechał sobie swoim tempem (30km/h) dalej. Ja już miałam z prawej wyprzedzić dziadka, ale on zmienił zdanie i bez sygnalizacji wjechał na mój pas, ponownie dosłownie centymetry dzieliły, by we mnie wjechał.

Druga sytuacja z jesieni.

Droga 3 pasmowa. Na skrzyżowaniach prawy pas był do jazdy prosto i w prawo, lewy do jazdy prosto i w lewo. Ja jechałam środkowym, który był tylko do jazdy prosto. Akurat mijałam jedno skrzyżowanie - światło zielone, po prawej i po lewej wszyscy stoją, po prawej czekają, aż ludzie przejdą przez pasy, a po lewej aż przejadą wszyscy z na przeciwka, aby skręcić w lewo. Na lewym pasie jednak stał samochód, który jak tylko ja przejeżdżałam obok niego, postanowił bez sygnalizowania wjechać na pas, którym jechałam. Oczywiście hamulec do podłogi, zatrąbiłam. Chwilę później gdy staliśmy w korku, zobaczyłam, że samochód, który mi wyjechał prowadził dziadek.

Starsze osoby często mają wolniejszą reakcję w porównaniu z młodymi osobami. Dodatkowo mogą także mieć. problemy ze wzrokiem, do których się nie przyznają. Po sytuacji drugiej kupiłam sobie kamerkę samochodową, abym nie miała problemów z wybronieniem się, że to ja jechałam prawidłowo.

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 118 (126)

#87735

(PW) ·
| Do ulubionych
O tym, jak zrobić krzywdę swojemu dziecku.

Cofnijmy się do początku lat dwutysięcznych.
Chodziłam wtedy do początkowych klas podstawówki i mieszkałam w zupełnie innej miejscowości.
Dom dzieliliśmy z babcią, która często się mną zajmowała ze względu na pracujących rodziców.

Bunia lubiła odwiedzać swoich znajomych, zwłaszcza pewną starszą parę mieszkającą niedaleko nas.
Państwo P. mieli jedyną córkę Marysię.
Marysia zbliżała się już do czterdziestki, ale umysł miała na poziomie dwulatka. Chorowała na zespół Downa, była mocno opóźniona w rozwoju, nie mówiła, a swoje potrzeby wyrażała piskiem. Po za tym miała inne dolegliwości, o których nie mówiło się głośno.

W domu prawie wszystko było pod kluczem, szklanki i talerze były plastikowe by nie zrobiła sobie albo komuś krzywdy.
Jak byłam dzieckiem to Marysia mnie przerażała, bo nie rozumiałam jej zachowania. Przed każdą wizytą w domu P. błagałam babcię, aby tam nie iść.

Z biegiem lat dostrzegłam, że Marysia wcale głupia nie była. Rozumiała proste komunikaty, jak przychodzili goście to czekała przed szafką z naczyniami by zabrać plastikową zastawę i ułożyć na stole. Jak przychodziłyśmy to przynosiła mi swoje pluszaki. Takich przebłysków było oczywiście więcej, ale tylko to najbardziej utkwiło mi w pamięci.

Marysia nigdy nie opuszczała domu rodziców, nie uczęszczała do żadnej szkoły specjalnej, czy na jakieś warsztaty. Nie miała kontaktu z rówieśnikami, była skazana tylko na towarzystwo swoje i rodziców. Nie licząc mojej buni, nikt ich za często nie odwiedzał.

Gdy jakiś czas później w miejscowości mojej babci otworzono świetlicę dla osób z podobnymi schorzeniami, to Marysia dostała zaproszenie na zajęcia. Opieka Społeczna chciała, aby rodzice mieli chociaż kilka godzin spokoju i trochę odpoczęli, zwłaszcza że obydwoje zbliżali się już do siedemdziesiątki.

Dziewczyna miałaby zapewnioną opiekę, dojazd, wyżywienie i kontakt z innymi. Nie zostałaby im zabrana czy coś. Państwo P. nie musieliby za to płacić.
Rodzice dziewczyny nie zgodzili się. Bali się że ktoś może wyrządzić krzywdę ich dziecku. Twierdzili, że to właśnie oni znają jej potrzeby najlepiej.

Wtedy dostali propozycję, aby jeden z rodziców uczestniczył w zajęciach. Opieka społeczna wychodziła z założenia, że Marysia lepiej zaaklimatyzuje się mając przy sobie mamę lub tatę. Poza tym rodzice zobaczyliby, że ich dziecko nie doświadcza niczego złego.
Wtedy także odmówili, tłumacząc się takimi samymi argumentami. Również z tego powodu nie zapisali córki do szkoły specjalnej, gdy ta była jeszcze dzieckiem.

W taki oto sposób zaprzepaścili jej szansę na trochę normalniejsze życie.

Kilka lat po tym jak wyprowadziliśmy się z domu babci zmarł tata Marysi, a jakiś czas później jej mama.
Dziewczyna została zabrana do jakiegoś ośrodka i słuch po niej zaginął. Od tego czasu minęło ponad dziesięć lat, nawet nie wiem czy Marysia nadal żyje.
Szczerze mówiąc, to bardzo mi jej szkoda.

Kto był bardziej piekielny? Rodzice, czy Opieka Społeczna która nie zareagowała w odpowiedni sposób?

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 111 (115)

#87768

~zawiedziona ·
| Do ulubionych
Studiuję na szanowanej polskiej uczelni technicznej. Właśnie mija mi trzeci semestr. Jako, że nie jest to moje pierwsze podejście (wróciłam do studiów po kilku latach pracy i zgromadzeniu pewnej wiedzy), czuję się coraz bardziej zażenowana poziomem nauki - w szczególności zdalnej.

Przypadki z tego semestru, które w szczególny sposób zapadły mi w pamięć:
- Pan wykładowca, który ma problem z opanowaniem np. udostępniania plików przez teams. No, nie da się. Na zajęciach niedzielnych ewidentnie z godziny na godzinę język zaczyna mu się plątać coraz bardziej. Poszukiwanie długopisu, okraszone wzdychaniem i chrząkaniem, zabierają 15 minut zajęć. Na 99% weekend ubarwiony zostaje napojem z prądem.

Na zaliczeniu - pytania z błędnymi odpowiedziami, po zwróceniu uwagi dowiadujemy się, że pytania są od kolegów i pan ich w sumie nie sprawdził, więc nie wie czy odpowiedzi są na pewno ok. Aha.

Kolejna pani - zajęcia zaczyna od zachwalania, jak to nas rozumie i chciałaby, żebyśmy nie siedzieli nad projektami dla niej poza godzinami zajęć, bo przecież pracujemy. Cud miód i orzeszki. Po czym przesyła nam polecenie do zadania, które już na pierwszy rzut oka wygląda nam na co najmniej 50% bardziej pracochłonne, niż mamy czasu do dyspozycji. Do tego brakuje nam baaardzo dużo danych. No tak z połowy, żeby cokolwiek zacząć opracowywać.

Na każde pytanie słyszymy odpowiedź "Bądźcie kreatywni!". Brzmi to trochę słabo, robimy projekt czy piszemy bajki? Próbujemy lepić chatki z ... nooo, ekstrementów, zajęcia się kończą. Na kolejne Pani widocznie przeczytała własne polecenie, i wraca z nieco konkretniejszymi wytycznymi. Część pracy z pierwszych zajęć idzie się kochać, zaczynamy od zera. Powoli ustalamy kształt, jaki praca ma uzyskać.

Okazuje się, że podobne zadanie robiliśmy wcześniej - uznajemy więc, że możemy wykorzystać formatki, które wykonaliśmy w poprzednim semestrze do zbliżonych kwestii, żeby nie tracić już czasu na graficzne rozwiązania, a poświęcić się analizie możliwych wariantów. Oczywiście wszystkie te rozmowy prowadzone na forum, w obecności prowadzącej. W międzyczasie okazuje się, że mimo że zadanie jest bardzo rozbudowane to dostaniemy jeszcze kolejne, bo jedno to jednak za mało.

Nadchodzi termin oddania pierwszych prac. Trzy tygodnie oczekujemy na sprawdzenie, po tym czasie większość prac niezaliczonych. Pani zarzuciła plagiat, ponieważ prace są na tej samej formatce. Nieważne, że rozwiązania różnią się i samo ich naniesienie to więcej godzin niż przewiduje program.

Niedawno dostaliśmy informację odnośnie drugiego zadania. Też jest do poprawy. Oddawaliśmy je 3 tygodnie temu, okazało się, że mimo nadzorowania prac "na bieżąco" nie spełniają wymagań. Na poprawę mamy 2 dni. To termin raczej ostateczny, bo kończy się sesja poprawkowa. W środku tygodnia. Studenci zaoczni, pracujący na różne zmiany, na projekt, który wymaga pozyskania danych na miejscu z konkretnego miejsca, niekoniecznie pracy i opracowania ich.

Jestem przybita tym, na jakich wykładowców trafiam.

Uczelnia

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 97 (105)

1