Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

Top historii



#87263

(PW) ·
| Do ulubionych
Jestem gejem i kolejny raz chciałbym coś powiedzieć na temat ideologii LGBT i jej terrorystów, tzn. aktywistów.

Jakiś czas temu pojawiła się wiadomość, że aktywistka LGBT została wepchnięta pod tramwaj. Narracja była iście goebbelsowska - Polak, katolik, patriota, wepchnął aktywistkę pod tramwaj, bo chciał ją zamordować, ponieważ wszyscy Polacy to homofoby, a Polska to taki straszny kraj, że homoseksualiści boją się o swoje życie i tak dalej. Pisały o tym przede wszystkim antypolskie gadzinówki na czele z GW, ale też "normalne" media.

Tymczasem okazało się, że to fejk. Całkowicie zmyślona historia. Taka sytuacja nie miała miejsca. Żaden z motorniczych ZTM nie zgłosił takiego wypadku, ZTM sprawdził nagrania z kamer i nic takiego nie było, a do prokuratury ani na policję nie wpłynęło żadne zawiadomienie. Można o tym przeczytać na przykład tutaj, albo poszukać na własną rękę w google.

https://wpolityce.pl/spoleczenstwo/521855-fake-news-aktywistki-lgbt-ze-stop-bzdurom

Nie jest to pierwsza tego typu sytuacja. Jak aktywiści LGBT chcą pomagać homoseksualistom i zmieniać świat na lepsze, skoro ich orężem są kłamstwa, nienawiść, przemoc, wandalizm, terroryzm i bandytyzm? No, chyba że wcale im nie chodzi o dobro gejów i lesbijek, tylko o coś innego...

lgbt fake news

Skomentuj (65) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 156 (212)

#87405

(PW) ·
| Do ulubionych
Kupili ludzie mieszkanie w kamienicy w stanie wskazującym (na potrzebę remontu oczywiście).
Ponieważ firma, w której pracuje nie zajmuje się stricte pracami konserwatorskimi, a jedynie pospolitą wykończeniówką, to na rzeczy takie bardziej "och i ach" Inwestor znalazł sobie specjalistów.

I tak np my robimy nowe nadproża, szpachlowanie, malowanie, płytki itd. a od sztukaterii, historycznych parkietów i zabytkowych drzwi są specjaliści.
Właśnie: drzwi. W oryginale było 5 otworów drzwiowych, ale jeden zamurowaliśmy. Drzwi widać było, że wszystkie są od kompletu, ale każde tak naprawdę inne: były dwuskrzydłowe z szybkami, bez szybek, dwuskrzydłowe z szybkami i nadświetlem, jednoskrzydłowe pełne i jednoskrzydłowe z szybkami. Tzn. miały taki sam podział, opaski i płyciny, dlatego mówię, że od kompletu.
Więc przyszedł ten magik od drzwi, wszystkie je zabrał i miał powiesić na sam koniec budowy. W międzyczasie wyklarowała się Inwestorom koncepcja, żeby jeden otwór zamurować.

No i nadszedł ten długo wyczekiwany koniec budowy, gość drzwi przywiózł i daje mi do parafowania odbiór.
A ja stoję i patrze i coś mi nie gra.
- Panie, to nie są nasze drzwi! - wyklarowało mi się.
- Copanipier....sz - zapowietrzył się - Jak nie wasze jak wasze?
- No bo tu były jednoskrzydłowe z szybkami, a te tu są bez szybek! - a dobrze to zapamiętałam, bo gospodyni mi opowiadała, jak ona na tych szybkach powiesi koronkę i witrażowe aniołki i refleksy światła będą jej grały na ścianę o poranku, a ona będzie na to patrzeć pijąc kawę blablabla.
- Niemożliwe. Ja mam zapisane: Piekielna 66b. Odłożyłem sobie i to wasze drzwi są.
- Panie, ja panu mówię, że Pan mi nie te drzwi przywiózł. Z szybkami były, a są bez szybek. Nie podpiszę - oddaję mu protokół i fakturę, która miałam przekazać szefowi.
Gość się nadął i se poszedł. Do szefa.

Wrócił z szefem.
-?- spytał się skinieniem głowy, wzrokiem i wyrazem twarzy.
- Nie te drzwi mi przywiózł.
- Jak nie te drzwi! Pani, ja mam u siebie na warsztacie porządek! Zapisane było: Piekielna 66b - to Piekielna. Czyli to wasze drzwi! Widzi Pan: O! O! - tu wskazał na płyciny - takie jak wszystkie inne. Jeden komplet! - no z tym nie dało się dyskutować. Faktycznie był jeden komplet.
- Pewna jesteś, że tu były z szybkami? - spytał się Szef. Na szczęście miałam w laptopie zdjęcia ze stanu "sprzed" i tam wyraźnie było widać szybki.
Zapadła ciężka, pełna wyczekiwania cisza.
- Te, a to nie są te co my je zamurowali? - zapytał się pan Mareczek, który dotąd obserwował całe zajście z namysłem pijąc kawę z termosu.
- Aaaa
- No tak.
- No rzeczywiście... No tak. To te.
Znowu zapadło milczenie.
- To jak będzie?
- No ja bez Inwestora tych drzwi przyjąć nie mogę. A gdzie są te z szybkami?
- Na warsztacie niezrobione. Bo miałem zrobić 4 z 5, to żem zrobił...
- To czekaj Pan na Inwestora.
Inwestor przyjechał, stwierdził "nie dogadalimy się" i że mogą być bez szybek. Już mu zawisła ręka z długopisem nad protokołem gdy mnie tknęło.
- Panie, a zawieś Pan to na zawiasach.
- A po co? Tamte 90, te 90 - wszystko gra.
- To pan zawieś i zobaczymy czy gra - i nie zagrało. Na zawiasy weszło, ale drzwi się nie zamykają.
Inwestor: Drzwi muszą się zamykać.
Magik od drzwi: Panie, to ma 120 lat! Wiadomo, że nie będzie jak od igły.
I: Nie musi być, ale drzwi są od tego, żeby się zamykać.
Gościowi ręce opadły.
- Ale jak ja będą w tych zawiasach grzebał, to mogę opaskę rozwalić i co będzie? Czyja to będzie wina?- zapytał retorycznie rozkradając ręce.
Inwestor jednak się uparł, że drzwi mają się zamykać, a jak te się nie zamkną to mają przyjechać te z szybkami. Zrobione na zicher.
- A kto mi dwa razy za tą samą robotę i materiały zapłaci? - oburzył się magik od drzwi.
Pytanie zawisło w przestrzeni, pewnie przez to, że atmosfera tak zgęstniała. A ja kontemplowałam w ciszy to, że człowiekowi, który się zajmuje zawodowo drzwiami, trzeba tłumaczyć, że drzwi są od tego żeby się zamykać.
- Żeś pan spie...ł to pan zapie...aj - podsumował Mareczek.
- Panie, weź Pan łom i delikatnie te zawiasy podważ. Może się nagną... - znalazł rozwiązanie szef.
- A jak opaskę rozpie...lę?
- To pan spie... sprawę i będziesz naprawiał.
- Bo to trzeba z wyczuciem, jak z kobietą - podpowiedział Mareczek.

I się dało. Nawiasy się nagięły. Drzwi zostały powieszone. Zamykały się. Magik od drzwi podsuwa protokół.
- Rozfoliować - mówię.
- A po co rozfoliować? Widać przecież, że pomalowane? - bo skrzydła były zawinięte w taką przeźroczystą folię jak kanapki. Tak z grubsza widać było, że pomalowane.
- Proszę rozfoliować - gość ani drgnie.
Mareczek ofiarnie przestał podpierać framugę, wziął nożyk i rozfoliował.
- Niedomalowane- wskazałam miejsce, w którym spod śnieżnej bieli przebijało drewno.

Magik od drzwi wyglądał, jakby miał dostać apopleksji. Szef kazał wszystko obejrzeć. Okazało się, że wszystkie drzwi są niedomalowane.
- I ja mam to teraz, tu na zawiasach malować?
- A wolisz Pan to do domu brać czy wołać Inwestora?
-Przecież mówiłem, że to nie będzie jak spod igły. To 120 lat ma!
- Ale jeszcze raz pomalować Pan możesz.
- Maluj pan - dodał Mareczek.

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 198 (208)

#87413

(PW) ·
| Do ulubionych
Po przeczytaniu historii Misguided i dyskusji na temat portali randkowych przypomniała mi się tinderowa rozmowa z chyba najbardziej żenującym typem, na jakiego się w życiu natknęłam. Nazwijmy go Jochen.

Profil wyglądał zupełnie standardowo, ot ze dwie całkiem normalne fotki, parę zdań o sobie, parę informacji na temat hobby i że niedawno wrócił do Monachium po kilkuletnim służbowym pobycie w Nowej Zelandii.

Napisał pierwszy, któregoś przedpołudnia. Rozmowa zaczęła się całkiem zwyczajnie, kim jesteśmy, co robimy zawodowo, co lubimy robić w wolnym czasie, i tak dalej. Napisał mi dość dużo o sobie, chwalił się, że ma doktorat, pracuje w firmie, powiedzmy, biochemicznej, na stanowisku dyrektora generalnego do spraw czegoś tam, a do niedawna był na kontrakcie w Auckland, gdzie nawet piastował stanowisko wiceprezesa. No ogólnie, zdolny jest niesłychanie, najpiększe ma ubranie i w ogóle klękajcie narody.

Po kilkunastu wiadomościach Jochen przystąpił jednak do rzeczy. No, bo on nie po to się zalogował w tej aplikacji, żeby pisać o najnowszych filmach czy fajnych knajpach. Postawi sprawę jasno. On jest żonaty, z tym że żona właśnie urodziła dziecko, więc przez najbliższych kilka tygodni nici z seksu, a on ma swoje potrzeby, tak więc proponuje następującą rzecz. Mam się z nim spotkać za 15 minut w garażu podziemnym w centrum miasta, wsiąść do jego samochodu i zrobić mu tam loda. Jak to określił, "wiesz, jak taka tania k…a". I żebym koniecznie założyła pierścionek, który wygląda jak obrączka, bo chce sobie wyobrazić, że jestem mężatką, która zdradza z nim swojego męża. I w ogóle uj z tym, że jestem w tej chwili w pracy, mam się urwać, bo on ma ciśnienie.

Po przeczytaniu tego na chwilę zaniemówiłam, natomiast przyjemniaczek kontynuował. Żebym mu tylko zaraz nie pisała, że nie mam ochoty, czy że ja taka nie jestem. Bo on dobrze wie, że wszystkie baby to tanie dziwki, które marzą o tym, żeby mieć w ustach przyrodzenie ważnego, bogatego faceta, a on jest i ważny, i bogaty. I że pewnie będę miała jedyną w życiu okazję zrobić loda na siedzeniu Porsche Cayenne. I że wszystkie niby zgrywamy takie cnotki, a jakoś żadna mu jeszcze nie odmówiła.

Powstrzymałam początkową chęć zablokowania typa i stwierdziłam, że takie cudo zasługuje na więcej. Bo już nawet nie chodzi o wątpliwą strategię podrywu poprzez wyzywanie obcych kobiet od tanich dziwek, ale jakim sk…synem trzeba być, żeby zdradzać partnerkę tylko dlatego, że właśnie jest w połogu.

Postanowiłam zagrać w grę w "nie jesteś parszywy bucu taki anonimowy, jak ci się wydaje". No bo na dobrą sprawę, ilu niemieckich Jochenów ze stopniem doktora mogło pracować na stanowisku wiceprezesa na tak małym rynku, jakim jest Auckland? 30 sekund z wujkiem Google i miałam go na talerzu. Wszędzie miał publiczne konta, do tego na Tinderze zamieścił zdjęcie profilowe z LinkedIn. Dowiedziałam się, że nazywa się Jochen Richter, jest żonaty z Vanessą Richter (notabene przepiękną kobietą), z którą ma dwutygodniową córeczkę, a obecnie pracuje w firmie ABC, gdzie jego bezpośrednim przełożonym jest pan XYZ.

Odpisałam mu, że propozycją jest bardzo kusząca i może bym się nawet zgodziła (tia, jasne...), tylko nie wiem co na to Vanessa, gdyby dostała skriny tej rozmowy. Pan XYZ też pewnie nie byłby szczęśliwy, wiedząc, co jego podwładny robi w godzinach pracy.

Po chwili jego konto zniknęło... Jestem złym człowiekiem :)

Tinder

Skomentuj (26) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 170 (176)

#87389

(PW) ·
| Do ulubionych
Na specjalne życzenie czytelników kolejne libijskie migawki (kurczę, niedługo z tego książka chyba wyjdzie!). Tym razem o mieszkańcach Libii.

Generalnie Libia jest baaaardzo duża, a ludzi mieszka tam mało, i to głównie w miastach. Większość kraju, to pustynie żwirowe (serir), piaski i górki (na południu). W takich warunkach pomoc staje się imperatywem kategorycznym, niezależnie od koloru skóry.

Mkniemy limuzyną PF 125 przez serir. Asfalt (położony przez polski Dromex) więc zapieprzamy. Na asfalcie można, z racji temperatury, smażyć sadzone. Nagle paff i, jak mówią miejscowi, gumma kasura, czyli pora na zmianę koła. Pięćdziesiąt kilometrów dalej paff i już jesteśmy w czarnej d.... Zapasu nie ma, a na trzech kołach daleko nie zajedziemy. Ale bez paniki. Mieszkający w Libii Polak w takiej sytuacji otwiera bagażnik, wyjmuje turystyczny stoliczek, krzesełka, parasol (od słoneczka) i zamrożoną wodę w butelkach. I się siedzi i czeka, bo ruch jest niewielki. Po godzinie, bez żadnego machania zatrzymuje się przy nas dżip pełen nastolatków w skórzanych kurtkach. Oj, niedobrze. To ci najbardziej zindoktrynowani Kaddafim. Rozmowa jest krótka: Jaki macie problem? No, dwie gumy nam padły. Nie ma problemu, dawajcie koła, zawieziemy do gumiarza i naprawi. NB: najbliższy gumiarz, to na pewno około 50 km. Ryzykujemy i dajemy kapcie. Chłopaki wracają za dwie godziny, pomagają zmienić kapeć i nie chcą nawet kasy za rachunek od gumiarza. Też kiedyś komuś pomożesz. I odjechali.

Podobna podróż. Paliwa trochę mało (zapomniałem - po raz ostatni! - zatankować do pełna), ale na mapie figuruje miasteczko Mehilla (niektórzy znają je z opisów kampanii w Libii). Miasteczko! pięć namiotów na krzyż i zadupie wszechświata. Ale stary Arab mówi: niedaleko stąd jest szarika (czyli zakład) i mogą mieć paliwo. Jedziemy i rzeczywiście jest jakiś barak i alleluja, pompa paliwa. Barak otacza drut kolczasty, pompa jest na zewnątrz. Żona i dzieci w samochodzie, a ja idę się przywitać z mieszkańcami baraku. Czterech panów w dżellabach spożywa właśnie z dużej miednicy posiłek, wymieniamy przez kwadrans tradycyjne uprzejmości: kto, skąd, jak się masz, a jak się ma samochód, a jak tam żona i dzieci zanim przechodzę do meritum. W odpowiedzi: pompa (czyli bomba, bo w arabskim nie ma głoski p) jest tam, zatankuj sobie, ale zouza (żona) musi zostać w samochodzie (kwestia skalania przez obcą kobietę). Zatankowałem cały bak pod korek, chcę się uiścić i słyszę: O, Allah, nie weźmiemy żadnych pieniędzy. Trzeba pomagać bez nagrody. Inna sprawa, że w owych czasach na stacjach benzynowych cena była nie za litr, a za 10 litrów benzyny i była to równowartość paczki najtańszych fajek.

Jadę z Benghazi do Tobruku (z rodziną) i podczas tankowania w Al Marj Arab zwraca mi uwagę, że z autka coś kapie. I w rzeczy samej. Kapie woda. Krótki rzut oka - padła pompa wodna. Do Tobruku nie dojadę na pewno, na pewno też nie uda mi się wrócić do Benghazi, do mojego ulubionego mechanika zwanego pieszczotliwie (z racji postury) ziemniaczkiem. Czyli znowu d... Ale Arab mówi, że jego brat ma warsztat i do niego jakoś się na holu doczłapię. To make the long story short. Spędziliśmy w tym warsztacie około sześciu godzin, dożywiani pieczonymi kurczakami i bagietkami przez liczną arabską rodzinę. Warsztaciarz musiał jeździć po szrotach, coś tam przerabiać i dorabiać, ale pompę wymienił i znowu nasza fura była na chodzie. Zapłaciliśmy grosze w porównaniu do tego, co by nam zaśpiewał mechanik w Polsce.

I znowu gorzko słodka historyjka na koniec. W Libii każde uszkodzenie samochodu musiało być wpisywane do książki wozu (kutaib) po zgłoszeniu na policji drogowej. Mknąłem, jak zwykle rodzinnie, na inspekcję szkoły w Dernie (głupie 300 km od Benghazi) i na parkingu nad morzem przywaliłem w słupek. Lekko wygiąłem zderzak i błotnik. Zlekceważyłem to, jak się okazało niesłusznie.

Przy wjeździe do Derny, jak wszędzie, był posterunek policji z kontrolą drogową. Dałem ksero paszportu (tzw. dyplomatyczna dwójka - immunitet służbowy), prawo jazdy i książkę wozu. I tu pojawił się problem. W książce nie było wgiętego zderzaka, a w autku był. Więc szlaban, ale z drugiej strony ten paszport i służbowa podróż poświadczona przez miejscowy MSZ. Sytuacja stawała się powoli patowa. Policjanci gdzieś dzwonili, ale bez satysfakcjonujących wyników, próbowali do rozmowy zaprosić moją żonę (zouza zostaje w aucie, tylko mężczyźni!) i na horyzoncie rozwiązania nie było widać.

W końcu któryś z nich wpadł na pomysł: Masz bambini? No, mam. Siedzą już długo w aucie. To jak masz bambini i są zmęczone, to my cię puścimy. Bo bambini są najważniejsze. A tak w ogóle, to ty jesteś Polak, a u nas w szpitalu są polskie pielęgniarki i my je kochamy. Minutę później mknęliśmy do miasta, co koń wyskoczy. A mogło być różnie... Łącznie z noclegiem w celi, bo policja mogła robić, co chciała. Uratowały nas blondwłose bambini i polskie siostrzyczki ze szpitala w Dernie.

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 169 (175)

#87307

(PW) ·
| Do ulubionych
Będzie o dwóch skrajnych postawach. Zacznę od tej, która sprawiła, że ciągle się gotuję w środku.
Ale najpierw powiem coś o moich poglądach. Są one bardziej lewicowe niż prawicowe, w zasadzie to marzę o Polsce jak kraju, gdzie politycy nie będą zaglądać do naszych macic. Jestem za aborcją na życzenie, jednakże uważam, że kompromis, który mieliśmy w tej kwestii był dobrym układem w państwie takim jak nasze. Nie zaglądam też nikomu do łóżka - sama miewam dziewczyny. Nie jestem jednak ultra „lewakiem”. Przyjaźnie się też z wyborcami prawicy. Dyskutujemy o polityce, czasem się kłócimy, ale zawsze z szacunkiem. I tyle. Ale uważam, że piątkowy wyrok to jest ku*wa dramat.

Historia właściwa. Poznajcie pięknego chłopca prawicowca. Chłopiec jest, tak jak i ja, studentem trzeciego roku pewnej dziedziny politologii. Za chwilę być może obroni licencjat. Marzy o doktoracie, chce wykładać. Chłopiec ten nie słynie z inteligencji, co Jest trochę pocieszające. Jest też szowinistą, o czym kiedyś przekonałam się na własnej skórze. Ale dziś mnie zaskoczył. Cały dzień czekałam aż na swój błyskotliwy sposób wypowie się w temacie zakazu przerywania ciąży. I się doczekałam.
Otóż piękny chłopiec prawicowiec cynicznie, z uśmiechem na twarzy żartował z protestujących kobiet. Zatkało mnie, gość pierwszy raz w życiu nie dostał ode mnie odpowiedzi (generalnie zawsze wygrywam z nim dyskusje). Szacun dla koleżanek i kolegów, którzy jak jeden mąż włączyli mikrofony i powiedzieli co myślą. Ja nie byłam w stanie. I dla pani doktor, która wprost powiedziała co myśli o zaglądaniu polityków w kobiece pochwy.
Na kolejnych zajęciach ten sam koleś stwierdził, że jakaś tam umowa może być napisana w języku szwajcarskim, więc to tylko pokazuje poziom intelektualny typa.

Drugą skrajnością jest moja kuzynka. Osoba, jak krzyczy w social mediach, niebinarna. Chwaliła się tym, jak podczas marszu kobiet krzyczała, że „je*ie pały”. Słyszałam, że policjanci w naszym mieście zachowywali się dobrze, byli nawet mili. Wiem z relacji znajomych - sama nie mogłam niestety uczestniczyć. Szanowna kuzynka na pytanie czy każdy policjant wykonujący służbę zasługuje na takie zachowanie padła odpowiedz twierdząca „bo w Warszawie bili”.
Spróbowałam w drugą stronę. Zapytałam czy w takim razie jeśli spotkałam nieprzyjemną lesbijkę to czy też mogę „je*ać lgbt”. Według kuzynki nie mogę.
Kiedyś dyskutowałam z nią na temat wandalizmu na rożnego rodzaju demonstracjach - również lgbt. Dowiedziałam się, że w słusznej sprawie można zniszczyć mienie publiczne a nawet prywatne.

Ludzie! Czy naprawdę nie można inteligentnie i kulturalnie z szacunkiem i odrobiną empatii wyrażać swoich prawicowych poglądów?
Czy aktywiści LGBT zamiast odpychać od siebie ludzi nie mogą po prostu pokazać jacy jesteśmy fajni i sympatyczni? Że tworzymy normalne związki? Nie mogliby przestać nam szkodzić?

Moja najlepsza przyjaciółka mówiąc o swoich prawicowych poglądach nigdy mnie nie obraziła. Nie wiem czy ja jestem sympatyczna ale moje koleżanki są fajną parą. Szkoda, że nie każdy zna takich ludzi.

Uniwersytet

Skomentuj (21) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 144 (172)

#87427

(PW) ·
| Do ulubionych
Będzie o Honorowym Krwiodawstwie.

Najpierw będzie krótki wstęp. W Polsce krwiodawstwo wygląda tak, że jak krwiodawca odda krew to trafia ona do specjalnego banku krwi. Z tego banku krew jest przydzielana dla najbardziej potrzebujących w danym momencie. Czyli krwiodawca nie ma możliwości zdecydowania dla kogo jego krew zostanie przeznaczona.

Ale jest też coś takiego jak oddanie ze wskazaniem. Służy to do tego aby mobilizować nowych dawców. Czyli w skrócie gdy potrzebna jest krew dla babci to rodzinka i znajomi idą oddać krew i mówią dla kogo. W centrum krwiodawstwa zapisywane jest ilu dawców oddało dla konkretnej osoby - ale są to tylko statystki. Krew i tak idzie do banku krwi i zostanie przydzielona temu, kto jej najbardziej potrzebuje. Chodzi o to aby zmotywować do oddania ludzi, którzy normalnie dla obcej osoby by tego nie zrobili. I oczywiście większa ilość krwi w banku to większa szansa, że i babcia "się załapie". Jednak w przypadku gdyby przyjechali poszkodowani z wypadku i trzeba im było robić transfuzje ratującą życie to i tak oni mają pierwszeństwo np. przed osobą czekającą na planowany zabieg. Nieważne ile ta osoba nagromadziła ludzi, którzy oddali ze wskazaniem właśnie na nią.

Jestem honorowym krwiodawcą od 18 roku życia. Jakiś czas temu zapisałam się do grupy honorowych na fb. Zawsze fajnie wiedzieć kiedy są jakieś fajne akcje krwiodawstwa albo kto lepsze czekolady dostaje ;) I tu zaczyna się piekielność - codziennie są publikowane posty z apelem o oddanie krwi ze wskazaniem. Są to zawsze nowi członkowie, którzy starają się pomóc swoim bliskim w potrzebie. Tylko, że nie dociera do nich, że proszą o oddanie krwi ludzi którzy już to robią i w żaden sposób nie zwiększy to liczby jednostek krwi w banku. Nie ma znaczenia czy pójdę oddać krew ot tak czy powiem, że to dla Pani Zosi z Krakowa. Ja i tak pójdę to zrobić.

Codziennie tłumaczymy ludziom aby nie mobilizowali regularnych dawców bo oni i tak oddają ile mogą i więcej się z nich nie wyciśnie i żeby publikowali takie posty na lokalnym spotted czy wśród rodziny, tak aby nowe osoby zasiliły bank krwi. Jest to o tyle irytujące, że wtedy spotkamy się z bardzo negatywną postawą.

No bo jak to tacy honorowi i nie chcą pomóc? Co za chamidła z nich... przecież i tak oddają to co im szkodzi oddać "dla kogoś". Co z tego, że oddałam już tyle krwi, że mam wszystkie możliwe przywileje - jestem ta zła i niedobra bo nie oddam jeszcze dla kogoś konkretnego. A na pytanie ile autor postu oddał krwi w swoim życiu zazwyczaj nie można doczekać się odpowiedzi, albo "ale ja się boje igieł".

Wiem, że sami lekarze wprowadzają ludzi w błąd i czasami mówią, że jak nie zgromadzą kilku dawców to nie będzie zabiegu. I to też jest piekielne. Ale problem leży w tym, że krwi jest za mało. Potrzeba nowych regularnych dawców. A pisanie do grupy "starych wyjadaczy", którzy i tak oddają tak często jak mogą mija się z celem. I tak jak niewiedzę można zrozumieć, tak chamskie odzywki do ludzi, którzy cierpliwie codziennie tłumaczą to samo już nie.

Jednej kobiecie nawet rozpisałam łopatologicznie, że jak jej babcia będzie potrzebować 5 jednostek a bank jest pusty i tego dnia akurat przyjdzie 5 stałych dawców i oddadzą krew to to czy oddadzą ze wskazaniem czy nie, nie zmieni losy babci. Jeżeli będzie ktoś bardziej potrzebujący to on dostanie krew. Ale.. jeżeli przyjdzie krew oddać tych 5 stałych krwiodawców i 5 nowych, których udało się zmobilizować wśród znajomych i rodziny to wtedy babcia ma większe szanse na krew bo mamy już wtedy 10 jednostek krwi w banku. Myślicie, że dotarło? A skąd... Była obraza majestatu.

I tak na grupie jest codziennie. I nagle to ludzie, którzy oddają krew są tymi złymi bo łajdaki nie chcą oddać więcej dla babci, cioci czy sąsiada.

A tak na koniec zapraszam do oddania krwi :) Tylko ostrzegam, czekolada jest paskudna ;)

krwiodawstwo

Skomentuj (52) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 136 (144)

#87313

(PW) ·
| Do ulubionych
Wrzucę, bo mam wrażenie, że problem narasta i warto go nagłośnić. Chodzi o fejkowe sklepy internetowe, zwłaszcza handlujące odzieżą i obuwiem.

Kiedyś szukałam sukienki na wesele, przejrzałam też internet, no i zaczęło się: w Google Adds zwaliło się na mnie pełno reklam wystrzałowych i nietuzinkowych sukienek. Powiem szczerze, że w pierwszej chwili (jedna sukienka była naprawdę zachwycająca) rozważałam zakup, ale odstraszyło mnie to, że wysyłka miała być z zagranicy, a także dość wysoka cena. Potem poczytałam opinie o sklepie i cały czar prysł - strony z opiniami były pełne niezadowolonych klientów, którzy otrzymali towar niskiej jakości i nie mogli się skontaktować ze sklepem.

Od tego czasu, ilekroć szukam w internecie jakiegoś ciuszka, moje reklamy spersonalizowane są zalewane ofertami takich sklepów - ostatnio Coloryee i Airydress. Mają pewne cechy wspólne:

- ubrania najczęściej są w istocie niezwykłe, nietuzinkowe, przez co bardzo kuszą (ach te bluzy z motywami gór i lasu, kupowałabym jak Reksio szynkę... tylko kobieta to zrozumie :P);
- strona na język polski jest tłumaczona przez translator (żadna poważna marka tak nie zrobi);
- nie ma systemu ocen produktów lub czasami jest, ale ocen jest bardzo mało;
- ceny czasami są bardzo niskie, choć nie zawsze;
- nie ma podanego adresu do kontaktu albo jest, ale np. w Azji - w praktyce pisz na Berdyczów;
- częstym chwytem marketingowym jest gigantyczna promocja, która kończy się za kilka-kilkanaście godzin (żebyś przypadkiem, internauto, nie namyślał się za długo).

Możliwe, że dla starego wyjadacza internetów coś takiego śmierdzi kitem na kilometr, ale np. moja mama i ciocia, obie w sile wieku i rzadko korzystające z internetu, prawie się nabrały. Poza tym te strony są robione w miarę profesjonalnie i na pierwszy rzut oka nie różnią się tak bardzo od zwykłych sklepów.

Długą LISTĘ FEJKOWYCH SKLEPÓW można znaleźć tutaj:

https://www.legalniewsieci.pl/aktualnosci/podejrzane-sklepy-internetowe

Można też wpisać w Google nazwę sklepu z dopiskiem "opinie".

I na koniec ciekawostka. Najczęstszym problemem, który zgłaszają oszukani klienci, jest niska jakość towaru - nie wygląda on jak na zdjęciach. Jeśli naprawdę podoba nam się jakiś ciuszek, warto pod tym kątem przeszukać Aliexpress. Ja już dwa razy znalazłam to samo ubranie na Ali, ale w niższej cenie i albo opatrzone przez uczciwego chińskiego sprzedawcę zdjęciami "real photo", bez retuszu, albo takich zdjęć dostarczali kupujący (na Ali jest system ocen i można dodać zdjęcia). Zwykle odechciewa się kupować.

Przestrzeżcie swoje mamy i babcie.

sklepy_internetowe oszustwo

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 131 (137)

#87356

(PW) ·
| Do ulubionych
Witam,

Ostatnio pod Lidlem pakowałem zakupy do auta i słyszę kilka aut dalej "żebry". Domyślam się, ze zaraz mnie ktoś przyatakuje, ale jak pewnie większość z nas,już przywykłem do tych sytuacji.

Nie myliłem się. Podchodzi jakiś koleś, o dziwo miał maseczkę na twarzy i wywiązuje się dialog:

(P) - Dobry miałbym do Ciebie prośbę.
(Ja)- Ok, ale pieniędzy nie rozdaję.
(P) - Nie chce pieniędzy (aha jasne), potrzebuję karmy dla kota.
(Ja)- No niestety nie kupiłem.
(P) - No to dasz mi pieniądze, ja pójdę kupię, potem Ci resztę odniosę.

Tutaj następuje szybka analiza, koleś podchodzi do ludzi, którzy właśnie się zbierają po zakupach, nawet nie spojrzy na tych, którzy dopiero na nie przyjechali, ani tym bardziej nie poprosi kogoś już będącego w sklepie.

Szkoda mi czasu na dłuższe sprzeczki, trochę się poczułem urażony braniem za barana. Szybko skwitowałem po raz kolejny, że pieniędzy nie rozdaję i zająłem się kończeniem pakowania zakupów, dalszych komentarzy nie słuchałem.

Piszę aby się podzielić moim przemyśleniem o tym jakich to teraz sposobów nie wymyślą aby wyciągnąć pieniądze.

Łóć

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 91 (135)

#87392

(PW) ·
| Do ulubionych
Rok temu udało mi się załapać do fajnie płatnej pracy. Trochę poniżej średniej krajowej, 8 godzin dziennie, od poniedziałku do piątku.
Płatna jest podstawa plus akord, z tego względu wypłata co miesiąc różniła się od kilku do kilkunastu złotych.
W tym miesiącu jednak, gdy wypłata wpłynęła na konto, okazało się, że dostałam za dużo o dokładnie 1000 zł. Nie wiele myśląc, zadzwoniłam od razu do biura i wytłumaczyłam sytuację. Podziękowania od dyrekcji, pochwała, że nie każdy by się tak zachował i obietnica premii za szczerość w następnym miesiącu. Bajka.

Gdzie piekielność? Ano w rodzince, znajomych i niektórych współpracownikach, z którymi utrzymuję bliższe kontakty. Zostałam zalana wyrzutami, że dlaczego się przyznałam, że to ich pomyłka, na moją korzyść, że pewnie by się nawet nie doliczyli tego błędu.
Dla mnie nie ma to znaczenia, nie myli się tylko ten, co nic nie robi. Może i dla nich te 1000 zł nich nie znaczy bo obracają ogromem pieniędzy, może i by się nie doszukali bo firma zatrudnia ogrom osób i jest na rynku od kilku lat, ale ja nie mogłabym z czystym sumieniem korzystać z tych pieniędzy, między innymi mając wizję stracenia zaufania kierownictwa, bo jestem na dobrej drodze do uzyskania awansu.

Zresztą dla mnie nie było innej możliwości, niż poinformować o pomyłce. Jednak to co usłyszałam od znajomych, mocno mnie zdenerwowało.
Dodam jeszcze tylko, że kiedyś znalazłam na ulicy 50 złotych i było mi głupio je wziąć, jednak nikogo w pobliżu nie było, cóż zrobić, tylko się uśmiechnąć.

praca rodzinka pieniądze

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 119 (127)

#87416

(PW) ·
| Do ulubionych
Od kolegi z branży reklamowej.

Pewien Janusz biznesu zamówił 50 długopisów Parker z małym nadrukiem. Ok, długopis bo hurt 37 zł sztuka plus wykonanie nadruku 3 zł za sztukę bo raptem tylko nazwa. Równo 2000 zł.
Jednak po kilku dniach dzwoni, a bo pandemia i odwołali imprezę, gdzie chciał dawać długopisy i pyta o zwrot.
Ok, trudne czasy i kolega się zgadza odda za długopisy, ale trzeba minus 50 zł bo pracownik musi zmyć ten nadruk. Ok, on się zgadza.
Niby wszystko w porządku, ale uwaga. Wyszło podczas zmywania nadruku.
W każdym z oddanych długopisów był wkład Parkera (13,5zł cena), a teraz jest zwykły tego typu (ok 1 zł)
Sprawa zakończy się w sądzie, bo Janusz twierdzi jakie dostał takie oddał.

Janusz

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 114 (124)