Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

Top historii



#91215

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Jakiś czas temu miałam dosyć poważny kryzys w związku. Na tyle poważny, że po jednej z kłótni postanowiłam spakować plecak i wrócić do rodziców.

Jaka była ich reakcja widząc zapłakaną córkę w drzwiach? Pocieszyli? Przytulili? Porozmawiali?

Otóż nie!

Z miejsca zaczęły się krzyki i pretensje, że po co kupiliśmy wspólnie dom, że tyle pieniędzy wydałam i pewnie ich nie odzyskam, że za mocno zaangażowałam się w remont wspólnego lokum. Wybuchła z tego kolejna awantura.

Koniec końców przenocowała mnie przyjaciółka.

związek rodzina

Skomentuj (23) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 109 (157)

#86511

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Takie trzy obrazki.

Lata osiemdziesiąte ubiegłego wieku. Mknę z rodziną z Augustowa do Warszawy Syreną 105 Lux. Wieczór, więc jak to późną jesienią ciemnawo, nad asfaltem lekka mgiełka. Na liczniku 95. Z tyłu dwójka małoletnich silnie, prowadzi koleżanka małżonka, a ja sobie przysypiam. Nagle wrzask hamulców (taki był efekt pełnego hamowania w skarpecie), straszny ból kolana, którym pieprznąłem o coś tam, gwałtowny poślizg i zmaza faceta tuż przed zderzakiem. Ja nie mogłem, przez kolano wysiąść, a facet narąbany jak fretka tłumaczy żonie " bo ja sobie tak szedłem boczkiem, boczkiem". A to był środek drogi. Żona po tym incydencie niechętnie prowadziła przez czas dłuższy.

Obrazek drugi. Późne lata dziewięćdziesiąte. Też pomykam tak zwaną beczką (W123) od strony Wizny do Osowca. Niskie słońce w oczy, więc na liczniku 50. Nagle po wyjściu z zakrętu coś mi mignęło na drodze. Na wszelki wypadek po hamulcach. I dobrze, bo na asfalcie leżał gość dosłownie zespolony z rowerem. Myślałem, że może jakiś, nie daj Boże, udar albo zawał, ale gościu mógłby samym swoim oddechem obsłużyć sporą elektrownię. Czyli gościa wraz z rowerem na pobocze i dalej jazda. A gdybym jechał dychę szybciej, albo rozmawiał w tym momencie z żoną?

Nie tak dawno temu. Jedziemy spokojnie mietkiem, ale innym, autostradą. Wieczór, więc ciemno, a i pogoda trochę deszczowa. Trzeba trzymać bezpieczny odstęp - dla mnie to około 200 m przy stówie na zegarze. Nagle ktoś mnie wyprzedza i wbija się w kufer samochodu jadącego przede mną, który hamował awaryjnie. Czemu? Bo narąbany pieszy postanowił przejść się autostradą (środkowym pasem!).

Trzy obrazki. Czas mija, a nic się nie zmienia.

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 138 (156)

#91210

przez ~Nierozumiem ·
| Do ulubionych
Na pewnym dość zaludnionym osiedlu w bardzo dużym mieście ludzie zgłosili, że przeszkadza im bicie dzwonów kościelnych o 21.37.. Jak ktoś nie kojarzy, godzina śmierci polskiego papieża.

Reakcja tzw wiernych? Atak! Atak na kościół! Jednej pani próbowano wytłumaczyć, że dzieci i tej porze śpią, że ludziom przeszkadza. Nic nie dociera.

Kontrargumenty? A rajdy nocne to wam nie przeszkadzają? A jakby był meczet, to też byście petycje pisali?

dzwony kościelne atak

Skomentuj (17) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 109 (129)

#91209

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Ostatnio mignęły mi gdzieś na Insta jakieś relacje o Januszach biznesu i korpoJanuszexach, które wypychają ludzi na działalność - w kontekście, że to patologia i zło. No co do zasady tak, ale... ale pomyślałam o swojej kuzynce, która wkrótce wbrew swoim przekonaniom do grona tych Januszy pewnie dołączy. Ale po kolei.

Kuzynka - ścieżka życia typowa dla millenialsa. Liceum, studia, na studiach jakieś dorywcze prace, na ostatnim roku staż i po stażu zatrudnienie w firmie, niedużej, ale z korpo-aspiracjami, no i zgodnie z kierunkiem wykształcenia kuzynki, więc ta, choć pieniądze były kiepskie, a staż to w ogóle bezpłatny, czuła się jakby Pana Boga za nogi złapała.

Minęło kilka lat. Kuzynka awansowała, co się nijak na kasę nie przekładało, ale za to dostała w końcu trzecią umowę o pracę, trzecią, czyli na czas nieokreślony, wymarzona mała stabilizacja. Na gruncie prywatnym zaręczyny, zaczęła powoli planować ślub. A tymczasem w firmie pojawił się nowy wiceprezes, z nowymi kropo-pomysłami. Jakimi? Np. stażyści byli ciągle nowi, zawsze staże bezpłatne, na 3 miesiące, niby z możliwością zatrudnienia, ale jakoś tak nigdy do tego nie dochodziło - ot, znalazł wice sposób na darmową siłę roboczą. Nowi pracownicy? Jak się ktoś pojawiał, to też kombinacje - śmieciówki, jak się nie dało, to np. 1/2 etatu a reszta "pod stołem", pojawiły się też pytania czy raczej sugestie żeby założyć działalność itd. To wszystko wprowadzało kiepską atmosferę, nowi stażyści/pracownicy byli zazdrośni o "starych", czyli tych na normalnych UoP, uważali to za "przywilej", zaczęły się jakieś wojny podjazdowe, a w dodatku praca często spadała na tych starszych, bo stażyści albo nowi pracownicy zaczęli postrzegać firmę jako miejsce przejściowe - do czasu znalezienia normalnej pracy - i dawać z siebie jak najwięcej nie zamierzali.

Kuzynka nie miała jakichś super przyjaciół w pracy, zwykłe znajomości, jak to w firmie, o ślubie jakoś się nie rozgadywała, ale i nie ukrywała tego faktu.

I zaczęły się komentarze, że po ślubie to pewnie od razu dziecko i tyle ją w firmie zobaczą.

Kuzynka faktycznie - na opcję dziecka była otwarta, choć niekoniecznie zaraz po ślubie. Koniec końców zaszła w ciążę jakoś rok po ślubie. Niestety, początek ciąży miała dość skomplikowany, dostała L4 - nie, że chciała, ale musiała ze względu na zdrowie swoje i dziecka. Wcześniej przez ileś lat pracy na l4 i to krótkim była może ze dwa razy. Z ciążą się unormowało, więc wróciła do pracy i ciągle słuchała komentarzy, że "takim to najlepiej", że "nogi rozłożyła i będzie za darmochę przez parę lat żyła", że "ledwo wyjmie, a już na L4 siedzi", że "teraz to się zacznie, zawsze dzieci, zwolnienia" itp. Kuzynkę to i wkurzało - bo do tej pory zawsze swoją robotę dobrze wykonywała, i stresowało, więc stwierdziła, że niech się wypchają, i na ostatnie miesiące ciąży faktycznie poszła na zwolnienie. Potem macierzyński, a potem okazało się, że nie ma gdzie wracać - niby zlikwidowano jej stanowisko pracy (a w praktyce - nazwano inaczej i przyjęto osobę już nie na UoP, więc dla firmy taniej).

Kuzynka to strasznie przeżyła, bardziej niż utratę pracy chyba poczucie, że ona była lojalna, a firma tak się zachowała. No i była w trudnym położeniu, bo młoda matka z małym dzieckiem nie jest na rynku pracy super pożądaną kandydatką.

Postanowiła więc zrobić to, o czym od dawna myślała i marzyła - założyć własny mały biznes. I założyła. Musiała zatrudnić pracowników. Postanowiła, że nigdy się nie zachowa wobec nich tak jak firma wobec niej.

Zatrudnia obecnie 1 studentkę, 1 osobę na pełen etat, 1 osobę na pół etatu i jest jedna osoba na zastępstwo za kobietę, która miała pełny etat, ale poszła na macierzyński. To minimum, żeby biznes mógł działać, a oczywiście kuzynka sama robi co może i często pracuje do późna czy nawet w weekendy. No i do brzegu.

Te osoby są na minimalnej. Po ostatnich podwyżkach same koszty typu płace, składki, czynsz, rachunki sięgają ponad 20-25 tys. miesięcznie. A ten biznes w dobrym miesiącu generuje max. 30 tys. - co nie jest w sumie mało, tysiak dziennie, ale w sumie kuzynka wyciąga dla siebie tyle co minimalna na rękę, przy pełnej odpowiedzialności i braku udogodnień typu urlop czy chorobowe. Pracownicy też za szczęśliwi nie są, no bo minimalna to jednak minimalna, nie żadne kokosy. Jak to się skończy? Pewnie założeniem działalności przez co najmniej dwóch pracowników, żeby dostawali więcej "na rękę" - tyle, że pomysł wyszedł od samych pracowników, jak im kuzynka powiedziała, że podwyżek dać nie może, bo zwyczajnie nie ma z czego.

I tym sposobem kuzynka dołączy do Januszy biznesu, choć wcale tego nie chce.

janusze biznesu uop biznes

Skomentuj (24) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 89 (119)

#91214

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Będzie krótko, bo aż nie wiem jak to skomentować. Opowieść z drugiej ręki, więc nie znam wszystkich szczegółów, ale wydaje się… absurdalna.
Koleżanka chyba właśnie została singielką. A o co poszło? O nazwisko. Koleżanka ma już na koncie kilka prac naukowych i w związku z tym postanowiła po ślubie zostać przy swoim nazwisku. Jej narzeczony odebrał to chyba jako zamach na jego męskość, bo postawił jej ultimatum, albo bierze jego i jego nazwisko, albo żadnego ślubu nie będzie. Na próby uspokojenia emocji i powrotu do dyskusji później, wyszedł trzaskając drzwiami i jeszcze nie wrócił.

Związki

Skomentuj (43) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 62 (88)

#91216

przez ~Anita96 ·
| Do ulubionych
Piekielna kuzynka, a może ja?

Wychodzę za mąż w sierpniu. Z racji tego, aby goście mogli się przygotować, oznajmiłam zaproszonym ten fakt już na początku roku. Teraz przechodzimy do formalności, czyli wręczania zaproszeń. Już w styczniu informowaliśmy, że wesele odbędzie się bez dzieci. Robimy małą uroczystość w restauracji, gdzie nie przewidujemy menu dziecięcego (restauracja go nie posiada normalnie, a i jej targetem nie są rodziny z dziećmi), a rozrywki tylko dla dorosłych (testing whisky, win). Zdecydowaliśmy się na taką formę z dwóch względów - większość sal z okolicy za sam najem liczyła sobie około 15 tysięcy. Do tego talerzyk 300 zł/os. Po naszym obliczeniu tradycyjnego wesela, wyszło nam, że zamykali byśmy się w kwocie blisko 60 tysięcy złotych. Znacznie przekraczało to nasz budżet. Drugim względem była nierówność w liczbie naszych gości. Narzeczony ma ogromną rodzinę (jego mama miała 4 rodzeństwa, ojciec 3). Wszyscy posiadali już dzieci, a nawet wnuki. Nie wszystkich też chcieliśmy mieć w tym dniu obok siebie, mimo że do najbliższej rodziny należą (np. wujek alkoholik mojego narzeczonego, który pobił jego ojca, bo nie chciał mu pożyczyć pieniędzy lub siostra teścia, która od początku nam źle życzy, bo nie spełniamy jako para jej standardów, czyli narzeczony mieszka w moim mieszkaniu, a ja pracuję, zamiast mieszkać u niego i być tradycyjna żona). Narzeczony nie ma mieszkania, ja moje odziedziczyłam po babci za dożywotnią opiekę nad nią.

Wydawać by się mogło, że większość gości zrozumiała nasze motywacje, czyli koszt wesela przy wariancie zapraszamy całe rodziny był dla nas nie do udźwignięcia i raczej są w stanie zorganizować opiekę nad dzieciakami nad ten czas, tym bardziej, że uroczystość zaplanowaliśmy od około 16 do 1 w nocy.

No i doszło do zapraszania mojej kuzynki- Lucyny. Lucyna ma trójkę pociech, ponownie wyszła za mąż,stąd 1 ma innego tatę niż reszta. Najstarszy ma 5 lat, najmłodsze ponad 2. Miałam z nią dość normalny kontakt, ale gdy usłyszała o moim weselu bez dzieci, jakby odpalił się jej demon. Najpierw powiedziała, że nie będzie problemu i zostawi dzieci u teściów, a gdy pojechaliśmy wręczyć zaproszenie, dosłownie skrzyczała nas, że wesele to impreza rodzinna i ona bez dzieci się nie ruszy. Próbowałam ją uświadomić, że źle by to wyglądało bo pozostałe osoby z dziećmi (czyli około 10 par) zgodziło się przyjść bez potomstwa, a więc postawiłbym ich w niekomfortowym położeniu, gdybym pozwoliła nagle na 3 maluchów.

Podkreśliłam charakter przyjęcia- nie jest to normalne wesele, bardziej kolacja z degustacją alkoholi i późniejszą zimną płytą z różnymi daniami (od tradycyjnych po wegańskie) ale żadne z nich to menu dziecięce. To, że sala nie ma miejsca na żaden kącik dla dzieci, czy nawet salki do przebrania, gdyby dzieciaczki się pobrudziły albo oblały.

Do Lucyny to nie dotarło. Wyrzuciła mi, że ja na jej drugie wesele byłam proszona i to nawet z "nim" (wskazała na narzeczonego). Nic dziwnego skoro jesteśmy w związku od 10 lat, gdzie podkreślałam jej, że nie muszę być zaproszona, a wystarczy mi potem kawa na mieście albo kolacja. Jednak kuzynka zdecydowała się na organizację wesela na ponad 120 osób. Pierwsze było skromne, więc drugie chciała na wypasie.

Zagroziła mi, że nie przyjdzie, a jak przyjdzie to cała jej rodzina, bo nikogo wykluczać nie będzie. Jeszcze raz poprosiłam o przemyślenie sprawy, bo nie chcę kłócić się o taką rzecz, która już ustalona była w styczniu i wtedy jej wersja była inna. Podkreśliłam, że jeśli nie może znaleźć opieki nad dziećmi, to możemy w późniejszym terminie pójść na kolację w miejsce dzieciolubne, abyśmy mieli czas dla siebie, a dzieci się nie nudziły. Odrzuciła tę propozycję, bo skoro my jesteśmy tak biedni, że nie stać nas na normalne wesele, to ona w półśrodki nie będzie się bawić.

Po raz ostatni podkreśliłam jej, że gdybyśmy mieli zapraszać wszystkie dzieci, to ich sama ilość wynosiła by około 20 osób, a praktycznie żadna z sal, z której mieliśmy oferty, nie przewidywała mniejszej ceny talerzyka lub była ona kwotą symboliczną mniejsza od normalnej (zwykle 20-40 zł mniej), za dziecko.

Dałam jej czas do namysłu i wyszłam, czując się bardzo źle. Szczególnie, gdyby powiedziała mi o tym w styczniu, to może wymyśliłabym jak pogodzić jej chęć bycia z dziećmi, z poszanowaniem całej reszty gości. Teraz postawiła mnie pod ścianą i dziwię się temu, bo zawsze miałyśmy dobre kontakty. Jest mi zwyczajnie przykro.

Skomentuj (19) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 53 (75)

1