Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

Top historii



#88314

(PW) ·
| Do ulubionych
Nieoficjalnie mam, a oficjalnie sprzedałem swój domek nad morzem.

Telefon od kuzyna: "Szembor słuchaj prośbę mam. Domu nad morzem na 2 tygodnie potrzebuję".

Niestety sprzedałem.


Kur.... a jak mogłeś. BIIIIIP

Oj rodzina

Rodzina

Skomentuj (34) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 165 (217)

#88358

(PW) ·
| Do ulubionych
Znajomy ma psa. Wielkie bydlę (to o psie a nie znajomym) - 50kg. Charakter - uosobienie miłości i spokoju.

Wyszli sobie na spacerek na podmiejskie tereny zielone. Piesek sobie dostojnie człapie kilka metrów od właściciela. Nagle znikąd pojawia się drugi piesek, ale nieco odmienny, typu hałaśliwy szczurek i podlatuje ujadając to tej góry mięsa. Olbrzym nawet się nie oglądając poniósł gicz i najszczał (bo ten strumień sikaniem nazwać nie sposób) na ujadacza.

Na to się materializuje Karyna i z mordą na właściciela. Ten na to spokojnie: "Jak chcesz, to ja mogę ciebie też".

I tak opuścił Karynę, która została z gębą roztwartą jak kontener na śmieci.

Psiarze

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 172 (208)

#88348

(PW) ·
| Do ulubionych
Mieszkam na patologicznym osiedlu. W zasadzie to w kamienicy na Północnej Pradze. Nienawidzę tej okolicy, ale dziś coś we mnie pękło.

Dlaczego więc tu mieszkam? Bo tanio, mam ten fart że rodzice dostali mieszkanie komunalne w wieczystą dzierżawę, oni się wynieśli i zostałem ja z moją (od niedawna) żoną. Płacę wyłącznie czynsz i media za całkiem spore mieszkanko, aby szybciej zaoszczędzić na jakiś wkład własny, stwierdziliśmy że zostaniemy aż uzbieramy. Wydaje się, że wygrałem los na loterii szczególnie w czasach Januszy biznesu i mieszkań na wynajem miesięcznie po 3k. Dlaczego nie jest nawet dobrze? Sąsiedztwo oraz administracja budynkiem.

1. Domofon nie działa od kiedy byłem w podstawówce. Ot po prostu się zepsuł któregoś dnia i lokalna patologia wyjęła zamek od domofonu i drzwi nie zamykały się wcale czyniąc drzwi nienaprawialnymi. Po jakimś czasie Pani z góry zorganizowała zrzutę, kupiła zamek gerdy zamontowała i kto chciał to mógł od niej odkupić kluczyk (sic!).

Nawet nie wiem kiedy, ale administracja wzięła to pod swoje skrzydła i naprawia ten nieszczęsny zamek a Sebixy i tak go rozwalają, bo łatwiej tak niż dorobić se ten je***y kluczyk, nie?

2. Zgłosiłem, że ktoś zajumał kratkę od kanalizacji z podwórka. Przyszedł majster od administracji wstawił w to miejsce kawałek dykty z dziurkami I stwierdził, że jest git.

3. Sąsiedztwo. Naprawdę nie rozumiem dlaczego w parze z niskim dochodem musi iść taka bieda umysłowa? Dla mnie wydaje się to nieskorelowane, sam jestem biedny (w końcu mieszkam tu) i staram się nie wadzić nikomu, segregować śmieci, sprzątać po psie, nie łapać kontaktu wzrokowego z tą patologią. Ale zasłużyli na parę osobnych punktów.

4. Spróbujmy postopniować. Na początku coś lekkiego, rodzina z parteru, starsze już małżeństwo. Piekielność raczej niska Pan puszcza swojego psa bez smyczy (wielki spasiony skundlony golden), który się go w ogóle nie słucha. W jego głosie jednak zawsze czuć to samo zdziwienie gdy okazuje się że ojej, jest agresywny i wcale nie przychodzi jak go zawołasz. Pan ma chyba jakieś problemy z pamięcią, bo za każdym razem jak widzi mnie czy żonę jak bierzemy naszego pieska na ręce gdy przechodzi to mówi z przekonaniem coś w stylu 'on nie gryzie', 'on się słucha'.

Pani z małżeństwa jako taka. Nie pracuje tylko siedzi w domu, gotuje tak że nie idzie wytrzymać zapachu i zawsze wietrzy mieszkanie potem z drzwiami na oścież, przez które wspomniany wcześniej pies zawsze wybiega i straszy (jeszcze nigdy nie ugryzł).

Najgorsze to, że oni mają dziecko. Nie mam absolutnie nic do niepełnosprawności, jednak nagromadzenie dolegliwości w tym jednym ciele i to co ta osoba robi całymi dniami totalnie sprawia, że jestem bardziej pro choice niż pro life. Nazwijmy ją Gosia. Gosia ma cukrzycę, Gosia przez to ma aparycję boomera z Left4Dead. Gosia ma w jakimś stopniu upośledzenie, którego nie jestem w stanie stwierdzić. Nie zawsze kojarzy twarze, zazwyczaj mówi jedną z trzech wyuczonych kwestii. Pochwali coś co masz, w stylu "ładny pies, ładne buty", powie "Trzeba sobie jakoś radzić" lub "Ciężko się wchodzi po schodach". Z żoną podśmiechujemy się, że jest NPCem. Wiadomo, że tak nie wolno, ale jest to cholernie trafne. Gosia jest biedna, Gosia nie chodziła do specjalnej szkoły. Cera Gosi jest pokryta wrzodami, pryszczami, chodzi wiecznie w tych samych ubraniach w tej samej czapeczce z daszkiem. "Chodzi", bo Gosia z aparycją boomera totalnie drepcze tak jak on szurając nóżkami i widać, że strasznie się przy tym męczy. Rodzice wysyłają Gosię aby całe dnie jeździła po mieście darmową komunikacją miejską i zbierała puszki ze śmieci. Niejednokrotnie widzieliśmy jak coś jadła ze śmieci.

5. Próg wyżej - na najwyższym piętrze, ponad nami mieszka Pani Fela. Babcia otwarcie nazywała ją "Felka pijaczka", gdyż jest jej to jedyne życiowe zajęcie. Otóż Pani Fela całe życie spędziła na zasiłku, a potem na rencie. Wychowała trójkę dzieci, które jak najszybciej się od niej wyprowadziły i została sama. Ma najbardziej przepity głos jaki słyszałem w życiu, a słyszałem ich sporo mieszkając tutaj. Felka, przez długi czas myśleliśmy że nie żyje, ale od niedawna częściej wpadam na nią jak się zatacza na to swoje nieszczęsne piętro najwyższe klnąc w pijackim amoku na wszystko. Polityka, pogoda, brak alkoholu, temat nie ma znaczenia zawsze się jakiś znajdzie.

6. Próg wyżej to dziwna sytuacja w mieszkaniu pode mną. Są to mieszkania komunalne, więc musi być przypisane do konkretnej rodziny, jednak od kiedy ze dwa lata temu się “ktoś wprowadził” to z żoną nie jesteśmy w stanie zidentyfikować kto tam rzeczywiście mieszka. Całkiem często widzimy jak wchodzi tam zgraja młodych byczków, wtedy wiadomo, że będzie puszczana muza. Czasem wchodzi jakiś Janusz z Grażką, czasem widać jakiś zjazd rodzinny, ciocia z gówniakami, jednak za każdym razem inna losowo wygenerowana patologia.

Skąd takie ostre słowa od razu? Ano jako nieszczęśliwy posiadacz mieszkania nad nimi cały czas słyszę głośne rozmowy, czasem jakieś bójki, czy głośniejsze beknięcia, jak oglądają mecz, odgłosy remontu czy właśnie muzę. Ich głos się niesie tak niesamowicie po ścianach, że jesteśmy z małżonką pewni, że nie mają mebli, ale za to mają cholernie dobry sprzęt audio, którego używają niezależnie od pory! Co tam sąsiad pracujesz z domu? Ja właśnie wstałem o 11 w ten piękny Wtorek i pozwól, że zapoznam Cię z pieśnią moich ludzi! Tu oczywiście standardowe patusiarskie uliczne rapsy na przemian z Disco Polo. Jednak czasem równie głośno, że aż dudni wszystko w moim mieszkanku lecą sobie hity rodem z festynu, coś w stylu parostatkiem w piękny rejs czy ruskie disco. Podejrzewam, że ktoś tutaj się bawi w najem krótkoterminowy I zrobił sobie piętro niżej gównianą melinę pomiędzy remontami, ale to akurat może się trafić w nowych blokach, historii o takim sąsiedztwie nie brakuje w internecie, nic nowego.

7. Kulminacja piekielności, patologia nad patologie. Na parterze, pod numerem jeden mieszka samotna matka. Nie mam pojęcia ile ona ma dzieci, niektóre się wyprowadziły, ale aktualnie mieszka ich tam chyba z siódemka. Totalnie to czego obawiamy się rozdając 500+ za każde dziecko. Paniusia jest tak brzydka, tak nieznośna, że zasługuje na osobny post. Mówimy na nią Syrena z uwagi na głos brzmiący jak syrena policyjna.

Oczywiście w pracy to nigdy nie była. Zawsze jak administracja coś u nas jednak naprawia to przypadkiem też u niej drzwi odmalują czy coś (wtf, jak?). Jej dzieci wątpię że umieją czytać, za to bardzo ładnie idzie im nauka przekleństw. Do szkoły nie chodzą, również trudzą się zbieraniem złomu i wyrywaniem okolicznych rowerów miejskich, które potem zostawiają albo na klatce, albo na podwórku! Oczywiście, że to zgłaszałem wielokrotnie, za każdy rower, który udało się odzyskać Veturilo daje piątaka, więc już nigdy nie będę musiał doładowywać swojego konta.

Strasznie mnie interesuje co oni robią z tymi, które znikają, ale nie udało się ich odzyskać. Mamy z żoną teorię, że je też złomują. I to jest super wizja na co idą nasze podatki swoją drogą. Teraz ktoś robił remont generalny z bloku na przeciwko i powywalał niewyobrażalną ilość śmieci na podwórko. Porozkładane meble, jakaś kanapa czy lodówki. Ta patologia się zadomowiła tam jak u siebie w domu. Przesiadują tam całe dnie, klną bawią się piłką I zaczepiają ludzi.

Jeśli istnieje jakąś instytucja zajmująca się tego typu patologią to ja chcę poznać nazwę, bo te dzieci robią się coraz większe i coraz bardziej sytuacja robi się nieciekawa. Te gówniaki straszą ludzi, wydzierają mordy I wyrywają listy ze skrzynek, Bóg jeden wie co następne przyjdzie im do głowy.
Ratunku.

Warszawka

Skomentuj (22) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 167 (201)

#88337

~NismoR34 ·
| Do ulubionych
Historia od kolegi, dodana za jego zgodą. Sytuacja miała miejsce mniej więcej rok temu. Kumpel pracował w jednym zakładzie produkcyjnym przez dobre 10 lat. W końcu postanowił odejść ze względu na zarobki. Uważam, że słusznie ponieważ nowo przyjęty pracownik dostawał na "dzień dobry" stawkę tylko o 200zł niższą niż on - wieloletni, rzetelny i znający swój fach człowiek.

Jak postanowił - tak zrobił i po kilku dniach od wysłania CV, już miał skierowanie na badania do międzynarodowego korpo produkcyjnego. Jedynym zgrzytem było to, że na początek istniała możliwość zatrudnienia tylko poprzez APT (Agencję Pracy Tymczasowej), ale za to z gwarancją przejścia bezpośrednio pod firmę po okresie 6 miesięcy. Wyglądało to tak, że umowę (o pracę oczywiście) dostaje się co miesiąc.

Zdążył popracować 4 miesiące, zero spóźnień, urlopów na żądanie, L4 czy innych nieobecności. Chodził też chętnie w nieobowiązkowe weekendy, kiedy było zapotrzebowanie, bo naprawdę dobrze płacili za takie dni i była to swoista motywacja dla pracownika.

W końcu nastał dzień, że gorzej się poczuł, gorączka go paliła, wziął przepustkę i po teleporadzie został skierowany na test COVID. Wynik pozytywny - więc z automatu kwarantanna i L4. Przeszedł chorobę dość ciężko, ale obyło się bez leczenia szpitalnego. Po 3 tygodniach wrócił do pracy. Przerobił 4 dni (bo tyle pozostało do końca miesiąca) i dowiedział się, że umowa nie zostanie mu przedłużona. Za długotrwałe L4.

I w tym momencie to jest właśnie ta piekielność. Kurde, człowiek rzeczywiście zachorował, nie symulował przecież, pracował bardzo dobrze, był sumienny i dokładny, a tu takie coś. Ktoś mi powie dlaczego? Oczywiście nie można winić APT, bo to nie od nich zależy komu przedłużyć umowę, tylko od kierownictwa w miejscu pracy. Podejrzewam, że Ukraińcy są tańsi dla pracodawcy i stąd taka decyzja. I jak wspominałem - wszystko wydarzyło się w międzynarodowej korporacji, mającej fabryki na całym świecie, a nie w jakimś Januszexie w Wygwizdowie Dolnym.

Oczywiście chłop bardzo szybko znalazł nową robotę, bo zakładów pracy w naszych okolicach nie brakuje. Ale nie omieszkał też na stronie z opiniami na temat danej firmy zamieścić swojej, tak ku przestrodze.

Skomentuj (19) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 182 (198)

#88353

~ares ·
| Do ulubionych
Remont za pasem, coś trzeba zrobić ze starymi meblami. No pierwszej jakości już nie są, ale posłużą jeszcze parę lat. W zestawie biurko, 3 szafy, komoda, witryna, stół. No to szybkie ogłoszenie na OLX "Oddam za darmo". Jedyny warunek, trzeba samemu odebrać. No i się zaczęło

1
P1 - pan wyślę pod adres X
Ja -tylko odbiór osobisty
P1 - ale mnie interesuje wysyłka, ja nie będę dymał na drugi koniec polski po stare meble!
J - bardziej się panu opłaci jednak "dymać" po te meble niż płacić za wysyłkę
P1 - ale w ogłoszeniu jest za darmo!

2
P2 -Dzień dobry, ja bym chciała te meble dla dziecka, podjadę jutro. Tylko pan mi powie jakie wymiary ma to łózko
J - przepraszam, ale oddaje tylko to co jest w opisie, łóżko zostaje u mnie
P2 - ale łóżko jest na zdjęciu więc wchodzi w zestaw
J - jak już mówiłem, w zestaw wchodzi to co w opisie, czyli biurko, 3 szafy, komoda, witryna, stół.
P2 - na co mi te meble bez łóżka? Odpalę panu 20zł i zabiorę jutro wszystko

Po tym telefonie zmieniłem zdjęcie oferty

3
P3 -pan przywiezie te meble do miejscowości Y
J - bardzo mi przykro, tylko odbiór osobisty wchodzi w grę + ta miejscowość jest 100km od mojego miejsca zamieszkania
P3 - no co panu zależy, wsadzi pan te meble do samochodu i mi przywiezie, stać pana

4
P4 - halo, pan ma meble do oddania?
J - tak, biurko, 3 szafy, komoda, witryna, stół, tylko odbiór osobisty
P4 - a co jeszcze pan ma?
J - nie rozumiem?
P4 - no bo ja potrzebuje lodówkę, nie ma pan jakiejś do oddania
J- nie
P4 - to ja zadzwonię za tydzień, coś pan znajdzie do tego czasu

5
Pan zadzwonił, dogadaliśmy się co do obioru, przyjechał, zabrał, flaszkę zostawił - no problem z głowy!
2 dni później te same meble wystawił na OLX za 700zł


Przy następnym remoncie wywalę wszystko na śmietnik...

OLX

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 158 (184)

#88359

(PW) ·
| Do ulubionych
Kolega pracował parę lat temu jako kierownik warsztatu na zajezdni MPK. Średnia wieku załogi 60+, posłuch miał słaby jako "gnojek co przyszedł i się rządzi".

Któregoś dnia zobaczył, że autobus który stał na stanowisku "do przeglądu" znaczy teren. Mechanika ni widu ni słychu - kolega podszedł więc, otworzył klapę silnika. Zobaczył, że silnik jest cały uwalany olejem - ewidentny wyciek. Zostawił więc otwartą klapę i poszedł zająć się czym innym.

Niedługo później patrzy - ten sam autobus stoi na stanowisku do wyjazdu, teren znaczy nadal. Znalazł mechanika. Pyta:
- Zrobił pan przegląd temu autobusowi?
- No zrobiłem.
- A nie zauważył pan czegoś dziwnego?
- Klapa od silnika była otwarta.
- No i?
- No i zamknąłem.

Skomentuj (2) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 172 (178)

#88346

(PW) ·
| Do ulubionych
Jestem kierownikiem projektu w pewnej firmie programistycznej. Jako że mój team pracuje nad aplikacją przeznaczoną na sprzedaż, to oprócz organizacją pracy i programowaniem, zajmuję się również pomocą przy sprzedaży (odpowiadam na pytania techniczne) i prowadzę szkolenia z obsługi programu. No i dzisiaj wpłynęła pierwsza skarga na mnie, według której jestem gburem, nie potrafię uruchomić własnego programu, nie dokończyłem szkolenia, a część która się odbyła była poprowadzona w sposób tragiczny. Ale może po kolei.

Tak jak mówiłem mój team pracuje nad programem, który może zostać wykorzystany w pewnej bardzo popularnej branży. Ze względu na specyfikę pracy jest to program sieciowy, który stoi sobie w serwerowni kontrahenta, a dostęp do niego odbywa się poprzez przeglądarkę internetową. Dodatkowo, mimo że strona działa bardzo dobrze na urządzeniach mobilnych, oferujemy, za dodatkową opłatą, aplikację mobilną, dzięki której obsługa programu jest jeszcze wygodniejsza.

Jakiś czas temu zgłosiła się do nas pani z małej, trzyosobowej firmy X z chęcią zakupu naszego programu. Nie zajmuję się jako tako etapem sprzedaży, ale jako że czasami muszę odpowiedzieć na jakieś pytanie, to jestem dołączony do korespondencji, w której udokumentowany jest cały proces sprzedaży. Stąd wiem, że pani wykupiła nasz program, pakiet oferujący montaż małej serwerowni i postawienie całego oprogramowania. Nie wykupiła jednak aplikacji mobilnej oraz obsługi technicznej serwerowni. Czyli jeśli wystąpi jakaś awaria i nie będzie ona związana stricte z aplikacją, a będzie dotyczyć serwera, to niestety pani będzie zobligowana do zapłaty za naszą interwencję.

Etap sprzedaży dobiegł końca, aplikacja stała już na serwerze kontrahenta, więc po naszej stronie pozostało jedynie przeprowadzenie szkolenia. Samo dogadanie terminu było już nieco piekielne, gdyż był on przesuwany cztery razy, ale w końcu się udało. Zalogowałem się do systemu i zacząłem szkolenie. Już po pięciu minutach zostałem zalany pytaniami. Część z nich należała do kategorii idiotycznych, np. "Co się stanie gdy na ten przycisk kliknę prawym przyciskiem myszy? Otworzy się menu przeglądarki. A na ten drugi? Również otworzy się menu przeglądarki. Aha... A jak na tamten? ...". Pozostałe pytania były sensowne, ale odpowiedź na nie miały się pojawić w dalszej części szkolenia. Poprosiłem więc o wstrzymanie się z pytaniami i wytłumaczyłem, że szkolenie jest zaplanowane tak, by po każdym module był czas na zadawanie pytań. Dało to jednak jedno wielkie zero i raz po raz ktoś wyskakiwał z pytaniem, na które za każdym razem odpowiedź brzmiała "Będę o tym mówił dosłownie za chwilę.".

Szkolenie szło ciężko, ale szło. Jednak jakoś w połowie szefowa firmy zadecydowała, że czas skończyć szkolenie, gdyż mają spotkanie z innym kontrahentem. Nie powiem zdziwiłem się, gdyż informowałem, że szkolenie potrwa minimum 4 godziny i nie otrzymałem prośby o rozbicie go na kilka dni. Zapytałem więc kiedy możemy kontynuować kurs obsługi programu. W odpowiedzi dowiedziałem się, że nie musimy kontynuować, resztę doczytają z dołączonej dokumentacji i od jutra startują z obsługą. Co z tego, że jeszcze nie dotarłem do dwóch najtrudniejszych tematów, ale jak chce tak ma. Odnotowałem ten fakt w w/w korespondencji i zapomniałem o sprawie.

Minęło kilka tygodni od szkolenia kiedy odebrałem telefon od szefowej firmy X z informacją, że system nie działa a oni muszą na już obsłużyć klienta. Wysłałem więc do techników zgłoszenie z priorytetem "Ludzie tutaj umierają" a zwrotnie otrzymałem pytanie czy umierają natychmiastowo czy może jednak powoli... To znaczy technicy przyjęli zgłoszenie i spróbowali się połączyć z serwerem kontrahenta zdalnie. Nie udało im się to jednak, więc jeden z nich załadował się do samochodu i pojechał sprawdzić co tam się dzieje. Okazało się, że geniusze w ramach oszczędności wyłączali na noc serwer, zapomnieli go rano włączyć i nie skojarzyli faktów. Pomijając głupotę tej sytuacji samo wyłącznie serwera na noc było piekielne, gdyż serwer jest ustawiony tak aby w nocy uruchamiać tak zwany EOD (end of day, przetwarzanie danych wykonywane w nocy aby nie obciążać serwera podczas normalnej pracy). I powiedziałbym o tym na szkoleniu, gdyby dano mi dokończyć plus było to opisane w dokumentacji, którą podobno mieli przeczytać.

Wyszło na to, że przez ponad tydzień pracowali na nieprzetworzonych danych, ich szczęście, że system jest w stanie sobie poradzić z takimi sytuacjami wstecz. Natomiast pani była szczerze zdziwiona, że była zmuszona zapłacić za naszą interwencję (koszty dojazdu plus jakieś grosze za wpięcie kabla).

Ogólnie system został napisany tak aby był jak najbardziej idiotoodporny, ale niestety nie wszystko jesteśmy w stanie przeskoczyć. Np. sytuację, w której trzeba podać datę odebrania pewnego pisma, tak aby system mógł zacząć liczyć odsetki od tej daty. Nie ma opcji aby system sam wiedział kiedy przyszło pismo, więc musi uwierzyć użytkownikowi na słowo. Jedyne zabezpieczenie jakie mogliśmy tutaj założyć to blokada wpisywania dat z przyszłości. Jakiś tydzień po zakończeniu szkolenia dostałem zgłoszenie, że system źle liczy odsetki. Zleciłem sprawdzenie tego jednemu z chłopaków i wyszło, że system liczy odsetki prawidłowo. Już się domyślałem o co chodzi, ale musiałem się upewnić. I miałem rację, okazało się, że przy wprowadzaniu tej akcji pracownicy nie wprowadzali daty otrzymania pisma, tylko zawsze wprowadzali datę dzisiejszą. Oczywiście na szkoleniu wspominałem jak działa ta akcja i był też wpis w dokumentacji. I znowu jako, że nie był to problem z systemem a po prostu błąd użytkownika musieli zapłacić za odpowiednie korekty, gdyż nie chcieli ich robić sami (co według mnie jest głupotą, bo korekta ogranicza się do wejścia na dany rejestr i zmianę daty na akcji co zajmuje trzy kliknięcia, natomiast abyśmy mogli zrobić korekty musieli nam w Excelu podesłać listę z ID rejestru i prawidłową datą).

Przez kolejne tygodnie byłem pewien, że nadal nie przeczytali dokumentacji, gdyż raz po raz pojawiały się pytania o sprawy, których nie zdążyłem wyłożyć na szkoleniu. Aż w końcu dość dosadnie poprosiłem o zapoznanie się z dokumentacją, gdyż w niej są odpowiedzi na ich wszystkie pytania. I tak sprowadziłem na siebie kolejną piekielność, gdyż w dokumentacji była wzmianka o aplikacji mobilnej, której przypominam nie wykupili.

Szefowa firmy zadzwoniła do mnie wczoraj i rozmowa wyglądała mniej więcej tak:

[Szefowa]: Witam, czytam waszą dokumentację i tutaj jest mowa o aplikacji mobilnej. Proszę mi powiedzieć jak używać tą aplikację, gdyż za dużo tutaj o niej nie pisze.
[Ja]: Aplikacja mobilna ma osobną dokumentację, ale...
[S]: To proszę o przesłanie jej i zainstalowanie nam tych aplikacji.
[J]: Nie mogę tego zrobić, gdyż nie zapł...
[S]: Co pan nie umie zainstalować własnej aplikacji?
[J]: To nie o to chodzi, że nie umiem tylko...
[S]: Wie pan co to jest jakaś kpina! Nie dość, że z tą waszą aplikacją są co chwile jakieś problemy, musimy płacić za każdą pierdołę, to jeszcze okazuje się, że nie dostaliśmy pełni systemu tylko jego część! Co pan myśli, że nie dowiedziałabym się o tym? Ja tak tego nie zostawię, niech pan się spodziewa kłopotów. Dużych kłopotów!

I w tym momencie rzuciła słuchawką. A jak tak się zastanawiam co ja robię ze swoim życiem. Po to właśnie zostałem programistą aby w pracy nie mieć żadnego kontaktu z klientami a w tym momencie ten kontakt to jakieś 30% wykonywanej przeze mnie pracy. Jak to życie potrafi spłatać figla.

Skomentuj (19) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 164 (170)

#88355

(PW) ·
| Do ulubionych
Nie lubię pisać historii, ale po przeczytaniu następnej historii Kierownika Pociągu, pt: "Kolejna wariatka złożyła na mnie skargę wyssaną z palca", opowiem o swoich doświadczeniach z PKP.

Półtora roku jeździłam 2 razy w tygodniu na trasie Warszawa-Kraków-Warszawa. Wyjątkowo koszmarne wspomnienia. Ok. 150 przejazdów i od tamtej pory unikam PKP jak tylko mogę. Oczywiście wcześniej też jeździłam, ale nie tak często i uważałam, że OK, problemy się zdarzają w każdej firmie, w PKP też.

1. Jeśli jeździć na tej trasie, to tylko Pendolino. Jest czysto, dość punktualnie i to chyba jedyny pociąg, w którym byłam traktowana jak klient a nie upierdliwy petent. Jeśli jest jakiś problem na trasie, Pendolino ma pierwszeństwo, reszta pociągów jest wstrzymywana. Tylko dwa razy się zdarzył problem, ale za to raz staliśmy w pociągu 4 godziny, w szczerym polu, bez żadnej informacji. Oczywiście wysiąść nie można było, konduktor przebiegł przez wagon tylko raz i nie chciał udzielić odpowiedzi. O tym, że spadła gałąź i jej usunięcie trwało tyle godzin dowiedzieliśmy się praktycznie przed odjazdem. A mało kto jedzie z Warszawy do Krakowa o 5 rano w sprawach prywatnych.

2. Pendolino niestety nie jeździło często (nie wiem, jak jest teraz) i w piątki wieczorem do Warszawy z Krakowa musiałam już wracać innymi. Praktycznie 50-60% było opóźnionych, a w zimie, to już w każdym tygodniu. Opóźnienia było oczywiście komunikowane, ale rzadko odpowiednio wcześniej. Na ogół tłum stał na peronie i PO zaplanowanej godzinie odjazdu pokazywał się komunikat, że pociąg jest opóźniony. Zawsze na zasadzie: "opóźnienie wynosi x minut, może ulec zmianie". I ulegało, po kilka razy. I nie wolno było zejść na dół do Galerii Krakowskiej, żeby się ogrzać albo kupić coś ciepłego do picia.

Raz zeszłam (bo kolejne opóźnienie miało wynosić 30 minut) i w tym czasie pociąg beż żadnej informacji przyjechał, zabrał tych, którzy stali na peronie i pojechał. Kiedy wróciłam, po peronie kręciła się grupka ludzi, zdezorientowanych jak ja. W informacji się dowiedziałam, że to moja wina, bo mam obowiązek czekać. Tę samą odpowiedź dostałam kiedy złożyłam oficjalną skargę. Swoją drogą, nie bardzo chce mi się wierzyć w jakieś wyjaśnienia składane przez Szanownego Kierownika Pociągu. Ja dostawałam odpowiedzi wyglądające jak generowane przez automat.

3. Pociągi z późniejszych godzin przyjeżdżające przed moim. Pierwszy raz to był chaos, ludzie biegali i próbowali się dowiedzieć, czy możemy takim wrócić do Warszawy, skoro nie ma naszego. Spytany konduktor powiedział tylko "nie" i poszedł dalej. Dosłownie w tym samym momencie rozległ się komunikat, że jednak możemy. Przy kolejnych razach już nie pytałam i po prostu wsiadałam. I oczywiście raz konduktor miał problem z tym, że mam bilet na inny pociąg. Bo zgodnie z regulaminem PKP można, ale TRZEBA MIEĆ ODPOWIEDNIE POŚWIADCZENIE. Cokolwiek to oznacza.

3. Notoryczne przestoje na stacji Warszawa Centralna (jeździłam do Wschodniej). Po kilkanaście minut, raz stałam pół godziny. Oczywiście nikt nie umiał odpowiedzieć, dlaczego i kiedy ruszymy (pociąg kończył bieg na Wschodniej). Raz tylko konduktor odpowiedział, że zaraz ruszamy... i staliśmy kolejne naście minut. W końcu sobie odpuściłam i zaczęłam wysiadać na Centralnej.

4. Klimatyzacja - w słowniku PKP jest to coś, czego absolutnie nikt nie umie obsłużyć i nie należy tego ruszać, nieważne, czy nie działa w ogóle w lecie, czy działa za bardzo i jest 15 stopni.

5. Wszystkie zapisy o odszkodowaniach w razie opóźnień można sobie w buty wsadzić. PKP zawsze znajdzie uzasadnienie, że to nie ich wina. Nie po to stworzyli tylu różnych przewoźników i spółek, żeby podróżnym płacić jakieś odszkodowania.

Ostatecznie zmieniłam pracę i był to idealny moment, bo był to środek wakacji, kiedy zaczęły się remonty i zamiast 2,5h jeździłam 4,5-5.

Dlatego kiedy czytam te sarkastyczne historie Kierownika Pociągu, jakich pieniaczy ciągle spotyka na swojej drodze, mimo najszczerszych chęci zrozumienia jego problemów, mam dziką ochotę nim potrząsnąć.

PKP

Skomentuj (26) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 133 (153)

#88352

(PW) ·
| Do ulubionych
Taka upierdliwa piekielność. Sam nie jestem rowerzystą i nie o nich dzisiaj mowa. Moja żona, woli rower od samochodu czy komunikacji miejskiej. Jeździ nim do pracy, na wycieczki, właściwie wszędzie. Zna przepisy ruchu drogowego i stara się być na bieżąco ze wszelkimi zmianami.

Jeśli to możliwe jeździ ścieżkami rowerowymi lub ulicą, raczej omija chodniki, chyba że nie ma wyboru.

Przez piekielnych alkoholików i śmieciarzy w przeciągu jednego miesiąca, musiałem 5 razy wymieniać dętkę w jej rowerze. Kupiłem nawet takie z płynem uszczelniającym. Niestety po najechaniu na tulipana, środek wymięka.

Myślałem, że może popełniam błąd przy montażu, więc raz zaniosłem koło do serwisu. Miły Pan potwierdził, że wszystko poprawnie zamontowane.

Dzięki patusom, w miesiąc, wydałem już 200 złotych na głupie dętki.

Nienawidzę śmieci, tych co je wywalają na ulicę i tych leżących na ulicy.

miasto

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 139 (149)

#88253

(PW) ·
| Do ulubionych
Pracuję jako spawacz... W firmie w której pracuję w tym roku zaczęło robić się dziwnie. Np. z wodą do picia...

Prawo pracy mówi o zapewnieniu napojów chłodzących w ilości zaspokajającej zapotrzebowanie pracownika i mają być ogólnie dostępne powyżej 28st C na stanowisku (praca wewnątrz).

Do tej pory spotykałem się, że firma zamawiała całe palety wody w butelkach i można było pić ile się chce. Teraz wysłali magazyniera do Biedronki by kupił oazisa i rozdał po zgrzewce (6x1,5l). Dostał nawet listę pracowników do odznaczania. To ma nam starczyć na następny tydzień.

Najbardziej rozczarowała mnie ilość. Niby zaleca się 2l dziennie. Ale to za mało.

Ostatnio na stanowisku miałem 35st C, do spawarki ciężko się dotknąć, a jak pospieszyłem się z próbą (wodna próba szczelności) to mi się zagotowało. 2 butelki każdy normalnie wypija, a 5-6 i koszula jak wyjęta bezpośrednio z pralki to kwestia samozaparcia i/lub głupoty...

Praca

Skomentuj (24) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 135 (143)

1