Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

Top historii



#85549

~Takajednazbiura ·
| Do ulubionych
Do opisania historii K. zbierałam się już kilka razy, ale jak dotąd zawsze w odruchu litości i dobrego serca kasowałam je tuż przed dodaniem (a mogłabym już całkiem sporą ilość dodać). Tym razem taryfy ulgowej nie będzie.

Razem z dwiema dziewczynami wynajmuję lokal pod prowadzoną działalność biurową. Trzy pokoje (vel gabinety) i części wspólne: korytarz, łazienka z WC (w tym kabina prysznicowa). Budynek z lat 50., może 60. XX wieku, położony w centrum miasta.

Ale do brzegu. Razem ze mną lokale wynajmuje A. oraz K., jesteśmy w jednym wieku (lat 30+, więc powinno się zdawać, że poważnie podchodzimy do pewnych rzeczy), wspólnie robiłyśmy aplikację, więc już wcześniej się znałyśmy (co się okaże w historii- niewystarczająco). O ile nie mam żadnych zastrzeżeń do A., to jeśli chodzi o K. mogę powiedzieć tyle- fleja, brudas, a w dodatku dwie lewe ręce i obie przyrosły do tej części ciała, gdzie plecy tracą swoją szlachetną nazwę.

Na początku stwierdziłyśmy, że będziemy sprzątać części wspólne każda po kolei, bez ustalania grafika. Najwyżej, w skrajnych przypadkach, raz i drugi posprząta jedna, ale potem druga odpracuje swoją kolejkę. Szybko okazało się, że taki system nie działa- ja oraz A. sprzątałyśmy, natomiast K. tłumaczyła: "ojej, zapomniałam, to moja kolejka była, posprzątam następnym razem" albo "trzeba było mi przypomnieć" (przy czym ja uważam, że dorosłym i poważnym ludziom nie trzeba przypominać o zachowaniu porządku oraz o tym, że obok toalety stoi szczotka specjalnie po to, żeby usuwać brązowe smugi po swojej obecności w tym przybytku, o czym zdaje się, że K. chyba nie wiedziała).

W oczekiwaniu na jej kolejkę toaleta bywała niesprzątana nawet przez miesiąc... A co ważne, rury w centrum są stare, woda twarda, a niemyta toaleta szybko zachodzi grubą warstwą kamienia i pojawiają się rdzawe smugi (być może te smugi to efekt czegoś w spłuczce, nie mam pojęcia dokładnie; faktem jest, że jak się myje co 1-1,5 tygodnia to idzie to ogarnąć, ale jak się sprząta rzadziej, to trzeba się namęczyć, żeby to wyszorować, o efektach "estetycznych" i higienicznych niesprzątania nie wspomnę, podobnie jak o odczuwanym przez nas wstydzie, gdy z toalety korzystali klienci).

Z A. poszłyśmy po rozum do głowy i ustaliłyśmy, że skoro rok ma 12 miesięcy, nas jest 3, to każda będzie miała swoje 4 miesiące dyżurów (co ważne- nie pod rząd, ale np. styczeń, kwiecień, lipiec, październik). K. zgodziła się, stwierdziła, że to uczciwy i jasny podział, nawet wydrukowała rozpiskę kto ma kiedy dyżur i powiesiła od wewnętrznej strony drzwiczek w szafce w łazience.

Okazało się, że system sprawdzał się tylko przez... 2 miesiące, kiedy dyżur miałyśmy ja i A. Nadszedł marzec, dyżur K., minął pierwszy, drugi tydzień i nic. W trzecim tygodniu: "ojej, to mój dyżur! dobra, posprzątam w środę!". Minęła środa, czwartek, piątek, w sumie skończył się cały marzec- niesprzątnięte, muszla toaletowa zarośnięta na grubo kamieniem, pod nogami na podłodze w korytarzu trzeszczy piach. Kwiecień znowu był mój, ale... ja nie miałam zamiaru użerać się z tym syfem, zwróciłam K. uwagę, że jej dyżur minął, w toalecie jest taki chlew, że nawet kible publiczne wyglądają lepiej, i ma to ogarnąć, bo przez cały miesiąc palcem nie tknęła. Naburmuszona łaskawie wzięła się do roboty.

I tak to sobie leciało- ja i A. sprzątałyśmy sumiennie, przychodził czas dyżuru K. i znowu była lipa. K. stwierdziła, że przecież wystarczy sprzątnąć raz na miesiąc ("bo przecież ile się z tego korzysta?") i będzie dobrze, przy czym zdarzało się, że nawet raz w miesiącu królewna nie zakasała rękawów i nie zamiotła nawet podłogi.

Bo "nie mam czasu" (mi sprzątanie małej ubikacji i niewielkiego korytarza nigdy nie zajmowało więcej niż 25 minut), "jestem taka zmęczona", "nie spałam całą noc, bo stresowałam się sprawą". Ostatni jej dyżur wypadał w październiku (w międzyczasie doszło do lekkich roszad w grafiku), pod koniec października obudziła się, że to był jej miesiąc, ale ona od razu w poniedziałek po Wszystkich Świętych posprząta. Z A. postawiłyśmy jej ultimatum- albo faktycznie tak zrobi, albo zamawiamy kogoś do sprzątania, a K. poniesie koszty.

No cóż, nie posprzątała, chyba nawet zapomniała o swojej deklaracji, a pani sprzątaczka umówiona na jutro.

porządki biuro

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 146 (168)

#85567

~dwEFeffWFEAW ·
| Do ulubionych
O tym, jak kobieca zazdrość przybiera formę szaleństwa.

Mam 29 lat, jestem po dwóch długich związkach. Nigdy nie znałam hasła do Facebooka mojego chłopaka, nie przeglądałam jego rozmów ani nie sprawdzałam telefonu. Uważam, że każdy ma prawo do prywatności, a jego przyjaciele z pewnością nie chcieliby bym o wszystkich ich sekretach wiedziała.
Wyznaję zasadę pełnego zaufania, nie wpadałam więc w furię na wieść, że moja połówka ma koleżanki w pracy, czy czasem z jakąś pogada na fb. No ale chyba jestem wyjątkiem, i to jest straszne.

Chciałabym opisać trzy sytuacje, w których zostałam zwyzywana i grożono mi pobiciem. Za każdym razem powodem była rozmowa na Facebooku z facetem, ale od początku:

1. Jest 2015 r. Odbywam staż w Urzędzie Wojewódzkim, szukam pokoju do wynajęcia. Odpowiadam na ogłoszenie na gumtree pewnego chłopaka, okazuje się że on także ma staż w urzędzie, więc umawiamy się, że po pracy jedziemy jego autem (którym zawsze dojeżdżał tam) na stancję.
Na tamtą chwilę mieszkało trzech chłopaków. Powiedziałam (po oględzinach), że muszę się zastanowić, wieczorem napisałam smsa do tego samego chłopaka, że dam mu odpowiedź w poniedziałek, on na to, że teraz wraca do rodziców na weekend i że OK, poczeka. Odpisałam mu tylko by jechał bezpiecznie i życzyłam miłego weekendu.

W niedzielę pisze do mnie jakaś dziewczyna, każe mi się odpie*dolić od jej chłopaka, bo mi ręce połamie. Dodaje, że wie gdzie pracuję, i że cudzych facetów mi się zachciewa. Odpisałam coś w stylu "z wariatkami nie rozmawiam", po czym wysłałam wiadomość do chłopaka, że chyba jednak pokoju nie wynajmę, bo jego panna nie zachowuje się do końca normalnie. Nawet mi nie odpisał.

2. Przeżyłam cudowne chwile w akademiku, wielu ludzi się porozjeżdżało po świecie, człowiek ma sentyment i czasem fajnie jest się odnaleźć i porozmawiać. Miałam kumpla, Olka. Mieszkał w akademiku obok i czasem spotykaliśmy się w większym gronie.
Nigdy nic romantycznego mnie z nim nie łączyło, a nasza rozmowa była w stylu "a pamiętasz tamtą imprezę" albo "a co u x słychać?". Nie rozmawialiśmy długo, może to były jakieś trzy rozmowy w półrocza, nie trwające dłużej niż kilkanaście minut.

No i pewnego dnia, po ostatniej rozmowie napisała do mnie Z JEGO KONTA dziewczyna, pytając czemu dopie*dalam się do jej chłopaka, żebym sobie znalazła swojego. Grozi, że weźmie kilka koleżanek i pojedzie do mnie, bo chyba nie rozumiem, że od zajętych facetów trzeba się trzymać z daleka. Zaczęła pisać do moich znajomych na fb, aby podali jej mój adres!
Furiatce pogroziłam policją, po czym ją zablokowałam, Olek odpisał mi tylko, że jego ukochana jest zazdrosna i że lepiej abyśmy nie mieli ze sobą kontaktu.

3. Kumpel mojego brata jest 5 lat starszy ode mnie, ma żonę i dziecko. Kiedyś spotkaliśmy się z dwa razy (czasy kiedy chodziłam do liceum, oboje byliśmy singlami) nie zaiskrzyło, z mojej strony niczego nie poczułam, kontakt się urwał na lata.

Kiedyś zaczęliśmy być "znajomymi na Facebooku". On lajkował moje fotki, po czasie zaczął pytać co u mnie słychać, czy jestem u rodziców, kiedy pójdziemy na piwko. Zbywałam go często, nie widziałam potrzeby umawiania się z nim, z mojej strony odpowiedzi były lakoniczne i neutralne, to on raczej zachowywał się jak świnia wobec swojej małżonki.

Napisała do mnie jakiś miesiąc temu, zarzucając mi że rozbijam rodzinę i że zachciało mi się cudzych mężów. Zapytałam się jej, czy czytała nasze rozmowy i że to on próbował się ze mną umawiać, ja zawsze odmawiałam, więc dlaczego ma do mnie pretensje? Odpowiedziała, że jestem winna przez sam fakt, że mu odpisuje...


I wisienka na torcie - moja była "psiapsióła". Zapytałam się jej o zdanie odnośnie utrzymywania kontaktów z koleżankami przez zajętego faceta. Dodam, że dziewczyna z tych narcystycznych, które uważają ze co drugi facet na nie leci, wydawać by się mogło że jest więc pewna siebie i nie czuje przesadnej zazdrości. Cóż... odpowiedziała, że jeśli facet jest w związku, to koleżanki idą na bok, bo są potencjalnymi rywalkami. I nie wiem, czy to ze mną jest coś nie tak, czy wszyscy wokół są szaleni??

zWIĄZKI

Skomentuj (21) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 135 (151)

#85603

~MojeZale ·
| Do ulubionych
Nie trawię mojej bratowej - toleruję ją tylko ze względu na brata i bratanków.

Dzieli nas 10 lat i to ja jestem starsza. Obie mamy dzieci: ona dwoje (chłopczyk lat 3, dziewczynka 1,5 roku,) ja syna lat 5.

Tydzień temu synek obchodził urodziny, a że brat jest chrzestnym Jasia, zaprosiłam ich na takie mini urodziny - nic specjalnego dla dzieci tort i soczek, a dla nas dodatkowo kawka.

No i przyjechali oczywiście spóźnieni ponad godzinę (mieszkamy w tym samym mieście tylko na dwóch jego końcach), gdyż biedna Kasia zmieniała swoją stylizację 3 razy, bo jej się z ubraniami dzieci "gryzły" - przeżyłam.

Krytykę kącika zabaw, tortu (bo sama upiekłam), napojów, zastawy, wystroju domu i wszystkiego co wpadło jej w oko - przeżyłam, zacisnęłam zęby i przeżyłam. Ale tego jak przy składaniu życzeń powiedziała mojemu dziecku, że ono nie ma urodzin tylko wydobyciny to mnie ..uj jasny na miejscu strzelił i w krótkich żołnierskich słowach kazałam jej "wyjść w podskokach i nie pokazywać mi się na oczy".

Powiecie, że jestem przewrażliwiona i to również mogłam przeżyć ale nie, nie mogłam.
Coś we mnie pękło...
Na każdym rodzinnym spotkaniu słucham jej przytyków w moją stronę:
* że moja ciąża to nie ciąża;
* że nie jestem prawdziwą matką;
* że cesarka to nie poród;
* że Jaś przez "to" jest "inny i nigdy nie będzie normalny";
* że prawdziwa matka karmi piersią;
* że prawdziwa kobieta rodzi naturalnie i nie ma tylko jednego dziecka.

A ja czuję się i jestem prawdziwą matką, i kocham swoje dziecko najbardziej na świecie - tak jak inne matki kochają swoje dzieci...
Tak, miałam cesarkę, ale tylko dlatego, że po prawie 20 godzinach znoszenia skurczy ktg pokazało, że z małym jest źle i jeśli mnie nie pokroją, to on tego nie przeżyje. Sama straciłam tyle krwi, że lekarze ledwo mnie odratowali. Ostatnie co pamiętam z sali operacyjnej to to, jak pielęgniarka podawała anestezjologowi moje ciśnienie 80/50, a potem tylko ciemność.

Kolejnego dziecka mieć już nie mogę mimo, że bardzo bym chciała, a ona doskonale o tym wie i za każdym razem perfidnie to wykorzystuje.

Urodziny ciąża cesarka

Skomentuj (41) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 136 (148)

#85629

~brzoskwinia ·
| Do ulubionych
Może to ja jestem tu piekielna hipochondryczka, albo jednak po prostu czegoś nie rozumiem.

Posprzeczałam się ostatnio z mężem, który twierdzi, że robię z niego debila.
Próbowałam mu wyjaśnić moje racje, ale w gruncie rzeczy rozumiem też jego argumenty.

O co poszło?

Mąż wiele lat palił papierosy. Rzucił jakieś dwa lata temu. Od niemal roku wiemy o jego zespole metabolicznym. Leczymy. Reagujemy. Wiemy, że musimy z tym żyć, ale trzeba pilnować by coś gorszego nie wyszło.

Sama mam nieprzyjemne historie z lekarzami. Potrafili mnie miesiącami trzymać na oddziale dziecięcej ortopedii oczekując na "mięsne" łapówki. Kto pamięta lata 80-te, ten wie jak było.
Zaufania do nich więc nie mam.

Ostatnio mężowi wyrósł pod mostkiem guzek. Taki twardy, nieprzesuwający się, całkiem spory. Wcześniej go nie miał, a teraz ma. Zauważyłam miesiąc temu. Wystraszyłam się. Mojego męża nie jest łatwo namówić na wizytę lekarską, ale po kilku tygodniach mi się udało.

Dziś poszedł.
Wizyta trwała 2 minuty. 140 PLN w plecy. Diagnoza :wyrostek mieczykowaty. Lekarz męża wyśmiał.

Nie żałuję wydanych pieniędzy. Za święty spokój trzeba czasem też zapłacić.
Mąż jest jednak na mnie zły, bo go upokarzam.

Ja rozumiem, że lekarz przyjmuje setki pacjentów, że taki wyrostek nie robi na nim żadnego wrażenia, bo widział ich wiele. Nie ma jednak prawa, tym bardziej, że wizyta jest prywatna i nikomu kolejki od miesięcy nie zajmuje, z pacjenta się nabijać. Ma powiedzieć zwyczajnie: to wyrostek taki i taki, nic poważnego, proszę się nie przejmować, a nie stosować jakąś swoją dziwną punktację za powagę choroby. Pełna profeska dla tych co z rakiem, reszta to robaki zajmujące czas?

Oczywiście przed wizytą sprawdzałam w Google co to może być. Na grafice (bo samej mi się wydawało, że to może być ten wyrostek) wyskakiwały tylko grafiki szkieletu z zaznaczonym punktem, gdzie taki wyrostek jest. Zresztą, do jasnej ciasnej, ja nie jestem lekarzem, skąd mam wiedzieć co to jest, jak wygląda?

A potem jak pójdzie się z czymś naprawdę poważnym to się usłyszy: dlaczego Pan/Pani wcześniej nie przyszedł, nie przyszła?
Bałem się/bałam się, że Pan doktor mnie wyśmieje...

słuzba_zdrowia

Skomentuj (21) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 132 (146)

#85631

~decybel ·
| Do ulubionych
Historia w temacie zazdrości sprzed kilku lat.

Siedzimy na weselu kolegi, przy jednym stole paczka znajomych z osobami towarzyszącymi. Widzę, że ówczesna żona jednego z kolegów jest na niego zła. Siedzieli centralnie na przeciwko, więc zagaduję z uśmiechem:

- Ola, co się stało?
- Bo on się z tamta blondyną obcałowywał?
- Z którą?
- (tu Ola pokazała na puste krzesło obok mnie)
- Z Mileną?
- Tak!
Roześmiałem się.
- No daj spokój!

Otóż Milena to narzeczona naszego znajomego. Cmoknęli się z Darkiem na pożegnanie w policzek. Nie, nie odbyło się to gdzieś na uboczu, w cztery oczy, gdzie przypadkiem ktoś zobaczył. We czwórkę spotkali się na korytarzu i się pożegnali. Olce foch przeszedł gdzieś po 2 godzinach. 2 godziny wesela spieprzyła i sobie i Darkowi.

Kiedy indziej Darek opowiadał mi taką historię:
Zabrał listy ze skrzynki w bloku. Okazało się, że przez przypadek w ich skrzynce znalazł się list do sąsiadki. Podobno atrakcyjna babka, wysportowana. Darek położył ten list na szafce w przedpokoju, aby wychodząc podrzucić go do skrzynki albo bezpośrednio adresatce lub komuś z jej domowników. Oczywiście zanim to zrobił list zauważyła Olka i zrobiła mu awanturę, posądzając go o romans z wspomnianą sąsiadką. W pewnym momencie kłótni Darek nie wytrzymał i krzyknął "Skoro nie wierzysz w moją wierność, to chociaż w inteligencję uwierz- myślisz, że gdyby coś między nami było, to położyłbym ten list na wierzchu?"

Nie przypadkowo użyłem na początku sformułowania "ówczesna żona" - rok temu się rozwiedli, bo małżeństwo to nie miało sensu. Olka potrafiła robić awantury nawet o to, że Darek siedzi przy laptopie, zamiast spędzać z nią czas. Siedział, ponieważ handlował pewnym towarem na OLX, aby dorobić parę groszy do domowego budżetu, gdyż tylko on zarabiał na cały dom. Olka siedziała na bezrobociu, czekając na ofertę pracy w stylu "Służbowy samochód, praca po 4 h dziennie 5 dni w tygodniu, pensja powyżej 3000 netto", nie mając przy tym prawie żadnych kwalifikacji, nie licząc licencjatu zrobionego na Wyższej Szkole Zarządzania i Wszystkiego Najlepszego.

zazdrość

Skomentuj (3) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 136 (146)

#85582

(PW) ·
| Do ulubionych
Czytając opinie o niektórych porodówkach i personelu tam pracującym, człowiek dochodzi do wniosku, że już chyba lepiej urodzić w lesie, wśród niedźwiedzi. Ostatnio miałam okazję się przekonać, jak wygląda to w moim mieście i skąd się biorą niektóre krytyczne komentarze.

Gdy trafiłam do szpitala przed porodem, zostałam podłączona do ktg z trzema innymi paniami. Wszystkie przebywały na patologii ciąży już dłuższy czas. Jak się z kimś leży na sali przez prawie godzinę, to chcąc nie chcąc podejmuje się jakąś rozmowę. I tak usłyszałam jak to panie są bardzo niezadowolone z oddziału, z lekarzy, z jedzenia, a najbardziej z samego faktu, że muszą tam w ogóle być.

Pierwsza i chyba najbardziej gadatliwa, spędziła już tam 3 tygodnie, do terminu został jej miesiąc i bardzo się boi, że będzie musiała zostać do końca, a oni nic z nią nie robią, tylko codziennie jakieś bezsensowne badania. Oczywiście powiedziała to w zupełnie inny sposób, wplatając w co drugie słowo jakieś przekleństwo. Pierwsze co mi przyszło do głowy, to że chyba tak całkiem bez powodu to nie jest i jednak z ciążą coś musi być nie tak. Na co dziewczyna tak najnormalniej w świecie mi odpowiada, że ją to wszystko wkurza bo ona pali papierosy, a oni jej zabraniają, w dodatku nie ma jej kto przywieźć fajek i WŁAŚNIE DLATEGO ma za wysokie ciśnienie i musi tu być. Nie dlatego, że pali, nie dlatego, że coś złego się dzieje. To ewidentnie wina wszystkich innych, tylko nie jej. Zatkało mnie tak, że przez cały ten jej monolog i pełne poparcia słowa jej koleżanek, nie odezwałam się słowem.

Druga jest wściekła bo też chciałaby już pójść do domu, a że ma ciążę na podtrzymaniu, to jej każą leżeć. Trzeciej też coś dolega, już nawet nie zarejestrowałam co, ale wszystkie je łączyło oburzenie na lekarzy i położne, którzy je pouczali i każą im za karę tu być. Każda z nich była święcie przekonana o swojej racji. Na pytanie dlaczego w takim razie nie wypiszą się na własne żądanie, skoro tak bardzo nic im nie jest, powiedziały, że wtedy będą się na nich mścić przy porodzie. Bo już teraz złe i niedobre położne są bardzo niemiłe dla nich. Jakoś w ogóle się nie zdziwiłam, bo sama nie miałam ochoty być dla nich miła. Normalne kobiety martwią się o siebie, o swoje dzieci, o to czy uda się szczęśliwie urodzić. One się martwią o to, kiedy zapalą i o to, że muszą być podłączone do ktg, kiedy w telewizji leci ich ulubiony program.

Podczas porodu owszem jedna z położnych nie miała zbyt dużo empatii, za to całą resztę personelu wspominam bardzo dobrze. Moje koleżanki, które też ostatnio rodziły, również były zadowolone. Na szczęście po urodzeniu trafiłam na salę z normalną dziewczyną i mam nadzieję, że jednak większość rodzących prezentuje wyższy poziom intelektualny. Nie warto jednak kierować się opiniami w internecie, bo jak widać, to każdy kij ma dwa końce.

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 123 (145)

#85555

~Arnodlczarny ·
| Do ulubionych
Rozstałem się ze swoją kobietą. Uczucie po prostu wygasło, od dłuższego czasu żyliśmy obok siebie, zamiast razem i w końcu zadecydowaliśmy o pożegnaniu. Większość naszych wspólnych znajomych przyjęła to ze zdziwieniem, bo byliśmy w ich oczach zgraną parą, bo nie było między nami ani kłótni, ani fochów.

Paradoksalnie, gdy pomiędzy mną, a moją eks, wszystko jest w porządku, tak znajomi chyba celowo próbują zrobić z tego rozstania problem.
Teatralnie informują mnie o tym, że na urodzinach X będzie też moja była i na odwrót. Sugerują, że rozstanie było winą jednej ze stron. Już parę razy wysłuchałem, że pewnie znalazła sobie faceta na boku. Gdy przychodzi do wspólnych wyjść zawsze próbują nas odseparować i usadzić tak, abyśmy byli po dwóch krańcach stołu. A gdy ze sobą rozmawiamy, spokojnie jak dorośli, zaczynają uważać, że się zejdziemy.

Myślałem, że są to dorośli ludzie-wszyscy skończyliśmy 25 lat i mają świadomość, że nie każde rozstanie to ból, walka i niefajne akcje. Czasem po prostu uczucie się kończy i zostaje znajomość, którą można utrzymać bez względu na przeszłość, bo emocje wygasły już dawno.

Skomentuj (2) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 122 (142)

#85625

(PW) ·
| Do ulubionych
Robię sobie na boku inwentaryzację budynku mieszkalnego. W stanie wskazującym (na potrzebę remontu).

Chodzi ze mną Pani Administrator, żeby wszyscy lokatorzy mnie wpuścili, bo to w większość starsi ludzi i się boją, a własnego administratora znają.

No i opowiada mi ta Pani Administrator:
- A ta z 13 nas nie wpuści, bo z nią jesteśmy w konflikcie prawnym.
- ? - wykazałam zainteresowanie wyrazem mej twarzy, przez znaczące podniesienie lewej brwi.
- Bo ona chce sprzedać mieszkanie.
- Za to jeszcze palców nie obcinają.
- Nie, ale jest taki myk: ona nie ma własnościowego tylko 3% udziału w kamienicy. To jest jakieś 7m. Wywalczyła sądownie wskazanie jej lokalu mieszkalnego...
- ...a, że nie ma siedmiometrowych, dostała większy - dokończyłam. Klasyka tematu.
- Dokładnie. 35. Pokój, z kuchnią i łazienką. Wyremontowała i nagle ja widzę ten lokal na Piekiełko-Nieruchomości. LOKAL, a nie 3% udziału w nieruchomości! Z rzutem, piwnicą itd. No to ja tam dzwonię i mówię, że to nie tak.
- A Pan Leszek z Piekiełko-Nieruchomości co na tą rewelację?
- A Pan Leszek, że on tu tylko sprząta / nie wiem / nie znam się / zarobiony jestem i wystawia ogłoszenie jak mu klient przyniósł. Jak się kupujący doczyta u Notariusza to zobaczy, że kupuje 3%, a nie mieszkanie.
- Ale w ogłoszeniu jest cena od metra za 35m?
- A owszem. I jeszcze doliczyła do tych metrów antresole za pół ceny. Więc jako administrator wezwaliśmy ją do wyjaśnienia, ale ona jest w Niemczech, a na mieszkaniu jest jej córka. A Piekiełko-Nieruchomości ogłoszenia nie zdejmie, ręce umywa.
- Jak nic skończy się w sądzie.
- A najbardziej jest wkurfiające pani Talu, że tu jest 15 właścicieli i każdy po kolei zadzwonił jak widział to ogłoszenie, a teraz dzwoni co chwilę, żeby być poinformowanym na bieżąco.

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 137 (141)

#85613

(PW) ·
| Do ulubionych
Będzie krótki apel do kierowców z uwagi na dzisiejszą sytuację, która skłoniła mnie do napisania tego tekstu.

Droga krajowa, prędkość dopuszczalna 90 km/h, prosty odcinek, nawierzchnia sucha, południe, dobra przejrzystość powietrza.

Jadę zgodnie z przepisami, tuż przede mną jedzie jeden pojazd, za mną kilka. Jeden z mocno zniecierpliwionych kierowców jadących za mną w Oplu Astra rozpoczyna manewr wyprzedzania, wyprzedza mnie, a następnie próbuje to zrobić z kolejnym pojazdem. Tymczasem "Janusz" jadący przede mną nie odpuszcza i dociska pedał gazu uniemożliwiając kierującemu wyprzedzenie go.

Z naprzeciwka w szybkim tempie zbliża się rozpędzone BMW i mknie prosto na czołówkę. Nie wiem czy mężczyzna, który wyprzedzał zgrzał się, ale mi obserwatorowi na widok tego zdarzenia było gorąco. Do kolizji finalnie nie doszło, bo kierujący Astrą wydusił całą moc z auta i z powodzeniem zdążył opuścić przeciwny pas, choć w niewielkiej odległości od nadjeżdżającego BMW. Od bycia świadkiem tragedii dzieliły mnie sekundy.

Jakby tego było mało sytuacja powtórzyła się około dwie godziny później, na innej już drodze z udziałem innych uczestników. Tam też kierujący uniknęli zderzenia.

Moja prośba i apel do kierowców:
Wyprzedzanie jest jednym z najbardziej niebezpiecznych manewrów na drodze. Jeśli jakiś pojazd rozpoczął wyprzedzanie Was, zdejmijcie nogę z gazu i pozwólcie mu go wykonać jak najszybciej, by powrócił na właściwy pas jezdni. Prawdopodobnie zaraz zniknie Wam z oczu, bo pogna dalej, ale być może dzięki prostej czynności uratujecie nawet kilka istnień ludzkich.

#nadrodze #kierowcy

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 112 (130)

#85624

(PW) ·
| Do ulubionych
Pochorowało mi się. Bardzo. A że choroba z grupy 'chorób duszy', to - na pierwszy rzut oka - nic po mnie nie widać. Chodzę, gadam, nawet się śmieję, a że w duszy w tym czasie szarpią się tysiące demonów- to wiem tylko ja (i terapeuta).

Za to komentarze niektórych... Sama nie wiem.

Ciotka - A to nie możesz mówić, że ci coś innego? Bo wiesz, no choroby psychiczne, trochę wstyd... no ja mojej siostrze powiedziałam, że z kręgosłupem masz problemy i dlatego w domu siedzisz, wiesz, bo później będą gadać... (pomijam fakt ze moja matka głupio ciotce wygadała 'w tajemnicy', po kiego diabła ona przekazuje dalej? co to kogo obchodzi? nienawidzę plotkar!)

'Znajomi' - a ty to pielęgniarką jesteś, wiesz co mówić lekarzowi żeby ci wolne dał, dobrze tak w domu siedzieć... - NIE, NIE DOBRZE. Wolałbym chodzić na 5 dyżurów w tygodniu, a nie czuć tego co czuję, nie walczyć z demonami. Ale niech będzie. Leniwa jestem i tyle.

Pierwsza 'terapeutka' - to ja cię zapiszę na takie spotkania z grupami wsparcia, będziesz mogła się wygadać - po tym, jak przez 20 minut jej tłumaczyłam, że spotkanie większej ilości ludzi, dodatkowo jeszcze takich których nie znam, powoduje u mnie ataki paniki do 'odcięcia' włącznie (czyli tracę przytomność). I tak, oznacza to również, że sama nie wychodzę z domu i zakupów tez nie robię w ciągu dnia (nawet nie wiecie jak ciche i uspokajające są markety o 4-5 rano, albo kolo północy).

O poradach typu 'ogarnij się' albo 'znajdź sobie coś do roboty' - to nie wspomnę. Niby są akcje społeczne uświadamiające o chorobach psychicznych, ale większość społeczeństwa (jeszcze) nie ogarnia.

Powoli wychodzę z tego. Mam świetnego terapeutę, podjęłam kilka absorbujących hobby, ale jeszcze daleka droga przede mną. Dzięki bogom mój mąż jest moją opoką i wsparciem, tylko dzięki niemu jeszcze żyję.

Naprawdę, pomóżmy ludziom z problemami psychicznymi - myślmy co do nich (i o nich) mówimy. I jak. Bo bardzo łatwo jest zniszczyć kruchą równowagę głupim tekstem, a odbudowanie jej czasem trwa dwa razy tyle.

piekło w mojej głowie

Skomentuj (16) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 116 (128)