Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

Top historii



#90034

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Moja babcia od jakiegoś czasu skarżyła się na złe samopoczucie.
Mama umówiła ją do lekarza, ja miałam ją zawieźć do przychodni.
Podjeżdżam rano pod dom babci, ale ta stwierdziła, że nigdzie nie jedzie.
Dlaczego?

Bo w telewizji jest transmisja pogrzebu byłego papieża.

Tak, że ten...

Skomentuj (20) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 167 (177)

#89603

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Na fali historii hotelowych. Przed pandemią pojechałem z żoną na wypad all inclusive na półwysep iberyjski. Hotel super, wszystko opłacone, alkohol, jedzenie 24h dostępne, plaża prywatna plus wielki basen. No i niestety nasi rodacy. A teraz wyjaśnię. Hotel był niby jeden, ale podzielony na ekonomiczną i bardziej exclusive. Ok każdemu się należy. W każdym razie pokoje exclusive miały przydzielane leżaki na basenie. Tzn. były oznaczone i siadać mogli na nich goście z granatowymi bransoletami. A ich ilość była wystarczająca tzn. jest 100 gości VIP to jest 100 leżaków. No i...

Idę na basen i w naszej strefie pełno żółtych bransolet. Czyli goście Eco. Idzie się do obsługi i od razu wypraszają.

A gdzie piekielność? Na tych leżakach są piktogramy: przekreślona żółta bransoleta i zielony znaczek przy granatowej. Głupi się domyśli.

Piekielność druga. Te miejsca zajmowali głównie Polacy i inni Słowianie, i kłócili się jak dochodziła obsługa.

Piekielność nr 3, chyba największa. Zmiana statusu na basenie na granatowy to 5 euro na dzień.

Rodacy

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 151 (167)

#89610

przez ~AnneLise ·
| Do ulubionych
Wakacje olekskjuzmi. Pewnie bym o nich nie pisała, gdyby nie Szembor i jego historia z leżakami.

Pierwsze od czasów pandemii, więc chyba odwykłam, a i wcześniej wybierałam często B&B...

Basen, leżaki, wiadomo.
- Rezerwowanie leżaków wieczorem lub zgoła o 5 rano - było.
- Rezerwowanie po 5 leżaków dla 3-osobowej rodziny - zaliczone.

Ale pierwszy raz zobaczyłam coś, co mi się w pale nie mieściło, a mianowicie - prywatyzację publicznych leżaków. A wyglądało to tak, że część osób miała pokoje w głównym budynku, a część w bungalowach. A osoby z bungalowów miały bliżej do basenu. I co? Ano postanowiły sobie przenieść leżaki spod basenu na własne tarasy/do ogródków.
Hitem była rodzina, która miała chyba 6 leżaków, upchniętych jeden przy drugim, założonych dmuchanymi materacami, przy czym cały dzień ich nie było... Kolejny również... Obsługa? Zero reakcji i niemal zero obsługi, bo trudno było to zgłaszać barmanowi, a w recepcji na wszelki wypadek nagle udawali, że nie znają angielskiego ani niemieckiego.

Efekt? Na potężnym wkur*** sama przytachałam 2 leżaki nad basen. Chyba siłą woli, bo ważyło to świństwo nieźle (metalowe leżaki, nie lekki alu, ani plastik), zachęcając tym ewidentnie kolejne osoby do czynu, bo wkrótce "zapobiegliwym" zostały tylko 2.

I tylko szlag mnie trafił, jeszcze cięższy niż te leżaki, bo wieczorem z tarasu rozbrzmiewały gromkie śmiechy i jeszcze głośniejsze toasty, niestety - po polsku. Można się było domyślić. Bo kto inny mógłby na taki "genialny" pomysł wpaść.

wakacje

Skomentuj Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 154 (162)

#90037

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Kolega kupił w Listopadzie G-shocka. Wydał na ten model 1700 zł. Ok, stać go. Był na basenie i... zegarek zaparował.
No to reklamacja.
Po 2 tygodniach - sorry, zegarek WR200 nie należy poddawać wilgoci bo może się zepsuć.

Odpisał. Ale ma pisemną gwarancję z WR200.

Mija tydzień i odpowiedź. "Obecnie wysłana do Casio. Producent podaje ciśnienie statyczne, a nie dynamiczne. Czyli pływając przekracza się wytrzymałość zegarka".

Czeka na odpowiedź Casio.

Sklep internetowy

Skomentuj (32) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 148 (158)

#90067

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Byłam z mężem na weekend w Spa.
Były też one: dwie młode dorobkiewiczki; włosy spalony blond platyna, opięte jeansy i koszulki oraz wylewające się fałdy brzucha. Tego się nie da zapomnieć.
Byliśmy w jacuzzi na dworze, gdy przyszły i one już lekko chwiejnym krokiem.

W jacuzzi zrobiło się głośno i mniej przyjemnie... jedna ewidentnie zalecała się do mojego męża, ale nie ze mną takie zagrywki.
Mąż w śmiech (przy nich) na temat jak ludzie nie mają kultury, piją gdzie popadnie, są za głośni i zbyt nachalni do obcych ludzi. Ochoczo zaczęły dyskusję w tym temacie zaczynając się przechwalać, jakie z nich są panie szefowe firm spedycyjnych. No nie wyglądały na to, naprawdę nie. Zaczęły dzwonić (chociaż i z tym już miały problem) do obsługi hotelu, żeby przynieśli im piwo (bo drinek to za drogo, ale piwo jeszcze niewielka różnica w cenie w porównaniu do dyskontu, no i więcej przecież objętościowo niż takiego drinka).

W końcu obsługa przyniosła piwa, jedno, drugie , trzecie i czwarte. A one coraz bardziej rubaszne, coraz mniej kontroli nad sobą. Wyszliśmy z jacuzzi w międzyczasie i udaliśmy się do sauny, też tam przyszły wnosząc ze sobą odór potu i alkoholu.
Powiedziałam do męża, że mam dość tego i wyszliśmy. A obsługa przyzwala, niech chleją, niech śmierdzi.
Hotel w Brennej.

Sauna hotel spa

Skomentuj (25) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 130 (148)

#89576

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Piekielni dziadkowie.

Z racji wyjazdu mojej matki i braku możliwości trzymania naszej schroniskowej suczki przeze mnie lub przez mojego ojca, postanowiliśmy dogadać się z babcią i dziadkiem o opiekę nad staruszką. Szczęśliwie kochają psy, chociaż bardzo się wahałam nad oddaniem jej do nich, gdyż z ich psami zawsze były problemy zdrowotne. Alergie, nagle choroby, problemy z jedzeniem. Moja babcia uwielbia chodzić do weterynarza z każdą duperelą i wydawać pieniądze na zupełnie bezsensowne rzeczy. Przykładowo co miesiąc kupuje żelki antykleszczowe dla psów za ponad 100 złotych, gdzie 50 złotych wydałaby na środek w płynie do użycia zewnętrznego na cały sezon.

Suka w chwili obecnej spokojnie ma około 13 lat. Jest dość spora i masywna, w typie owczarka belgijskiego. Pół życia niestety spędziła w schronisku. To kolejna piekielność, bo ponoć oddawano ją trzykrotnie. Pierwszy raz - pies nie jest już słodkim szczeniaczkiem. Drugi raz - pies pazurkami rozszarpuje legowiska. Trzeci raz - pies zapolował na kurę. U nas rzeczywiście legowiska były w strzępach, ale wystarczyło ulepszyć je grubym kocem i pies nic nie psuł. Kochana sunia, oddała naszej rodzinie serce, a przy tym dzielnie broniła domu.

Z racji, że dziadkowie mieszkają pół Polski dalej, przez ostatnie dwa lata byłam u psa tylko 2 razy. We wrześniu już widać było, że pies ma problemy z chodzeniem. Prosiłam, żeby zostawiali psa na parterze, bo na piętro po stromych schodach ledwo co wtaczała swoje masywne ciało. Stwierdzili że oszalałam, bo suka uwielbia przecież spędzać z nimi czas w kuchni i salonie, więc oni pomagają jej w szelkach wchodzić i schodzić. Świetny pomysł starszych ludzi, zwłaszcza dziadka po operacji przepukliny brzusznej...
Suka generalnie zaczęła być już słaba, ale dawała sobie jeszcze radę. Troszkę nawet pobiegała, chociaż spacer po parku przez pół godziny już był męczący, a po odrobinie większym wysiłku kulała. Niestety biodra zaczynały uginać się pod nią znacząco. Na dodatek Dziadkowie skarżyli się na jej częste biegunki, przez co średnio raz w miesiącu bywali u weta. Dostała od niego całą gamę leków na stawy i jelita, oraz zalecenie jedzenia jogurtów probiotycznych. Po paru miesiącach okazało się, że biegunki ma... po lekach na stawy. Ostrzegłam dziadków, że niedługo suka będzie miała takie problemy starcze, że humanitarnie będzie ją uspać. Udawali, że nic nie słyszą.

Pies zaczął mieć problemy z jedzeniem. Z jogurtem trochę jadła, obecnie jest już na takim etapie, że potrafi dwa dni niemal nic nie jeść. Dziadkowie siedzą ponoć z nią i średnio co pół godziny wciskają jedzenie. Przez ostatnie pół roku, a nawet i więcej.
W grudniu przestały trzymać zwieracze. Obecnie nie trzyma kału ani trochę. Najczęściej załatwia się kiedy śpi. W czerwcu podczas krótkiego pobytu u dziadków 3 kupy były niekontrolowane, jedna kontrolowana.

Ale to nie jest jeszcze piekielne. Na podwórku biedaczka ledwo człapała, a gdy przystawała na chwilę, tylne łapy załamywały się dosłownie pod nią. Owszem, pobiegała kawałek wzdłuż płotu za rowerzystą, ale potem musiała na długo się położyć. W domu leżała praktycznie cały czas, nawet w ten sposób, że leżąc na brzuchu obydwie tylne nogi trzymała po boku. Przez całe życie leżała z nogami po jednej stronie tułowia. Generalnie pies ledwo chodzi, ma przebłyski lepszego samopoczucia, ale widać, że cierpi i nie potrafi utrzymać się na czterech łapach, bo po kilku sekundach dupa leci bezwładnie ku ziemi.

Kolejna rozmowa z dziadkami o eutanazji nic nie przyniosła. Obrazili się, że pies ma przecież u nich dobrze. Nie dociera do nich, że się męczy, że z jakiegoś powodu nie chce jeść i że będzie cierpieć coraz gorzej. Według mnie przeżyła u nas w zdrowiu piękne chwile, dożyła długiej starości jak na ciężką rasę i powinna odejść godnie, a nie srając pod siebie i nie mogąc utrzymać się na łapach.

W lipcu babcia zafundowała psu 4 godzinny zabieg u kosmetyczki - mycie futra i suszenie. Oczywiście przedłużyło się, bo pies nie mógł ustać i trzeba było wszystko robić na leżąco.
A dwa tygodnie temu dziadkowie pojechali z psem na wakacje w Ciechocinku. Usłyszałam przez telefon, że pies już nie trzyma moczu, "chodzi" w pieluszkach i źle znosi upały. Je jeszcze mniej. Zapewne już wygląda jak kościotrup obleczony skórą z siwą sierścią.

Jakieś porady? Dziadkowie są zaślepieni miłością do psa, który od miesięcy się męczy. Liczę na to, że umrze spokojnie we śnie jak najszybciej i ta patologiczna sytuacja się rozwiąże. Zastanawiałam się, czy nie uda mi się zabrać po prostu psa i pojechać do weterynarza, jednak obawiam się, że może się to nie udać. Dziadkowie nie odstępują jej praktycznie na krok... Podejrzewam, że może nawet dojść do rękoczynów ze strony babci, która ma wybuchowy charakter...

Skomentuj (23) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 124 (138)

#89585

przez ~MowDoMnieJeszcze ·
| Do ulubionych
Mieszkam w domu teściowej, wraz z mężem i synkiem. Wbrew pozorom mama męża nie jest teściową rodem z kawałów: uzupełniamy się pracami w domu, często rozmawiamy razem, ale jej główną wadą jest to, że mając 70 lat myśli, że ma co najmniej z 10 lat mniej. W związku z tym jej zachowania bywają nie zawsze adekwatne i przede wszystkim odpowiedzialne, jednak nie zawsze da sobie coś powiedzieć, zbywając czymś w rodzaju "O mnie się tam nie martw". Ale w końcu przyszła koza do woza.

Sąsiad obok mieszka w Warszawie i od czasu do czasu rekreacyjnie przyjeżdża do swojego rodzinnego domu. O tym, że na jego posesji prawdopodobnie gnieżdżą się szerszenie wspominaliśmy raz, drugi, jednak nigdzie gniazda nie znaleźli, a sami nie będą się tym parać, zresztą ich częściej nie ma niż są. OK - to zrozumiałe. Rano wspomniałam teściowej, że w nocy w pokoju naszego 3-latka grasowało około 5-ciu szerszeni, walka stoczona przeze mnie zakończyła się zwycięstwem, ale teściowej wspomniałam, że muszę chyba pogadać sama z sąsiadami i po prostu uprzedzić o tym, że być może przyjechałaby do nich straż. Teściowa nic nie powiedziała, ale najwyraźniej postanowiła zabawić się w herosa i bez poinformowania mnie poszła z gołymi rękami i grabiami załatwić szerszenie. Efekt był taki, że sama była pokąsana przez parę owadów, na dodatek część towarzystwa rozegnała na naszą posesję.

Ja wkurzona, że jak to ona sobie wyobrażała sama je zwalczyć, a jeszcze bez prawa jazdy ją nigdzie nie zawiozę, teściowa wzięła ze sobą wnuczkę i pojechały do przychodni po jakiś zastrzyk. Tym razem bez pytania się mąż zadzwonił po straż (fakt, mogliśmy to od razu zrobić, uniknęlibyśmy wszelkich nieporozumień, ale teściowa ciągle oponowała, że ona jeszcze pogada z tym Władkiem, że dziurę mu w tej chacie przecież zrobią) i po około kwadransie było już po wszystkim. Dostaliśmy tylko nakaz, by tego dnia młodego już nie wypuszczać, ze względu na rozpylenie substancji. Teściowa urażona, że nie uprzedziliśmy o powiadomieniu, nadal z obrzękniętymi rękami. Mam tylko nadzieję, że na przyszłość pójdzie po rozum do głowy i czasem posłucha trochę młodszych od siebie, ale myślę, że już wystarczająco siebie samą ukarała, choć i tak jeszcze biadoli, co powie Władek na tę dziurę w ścianie :)

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 125 (135)

#90036

przez ~KorpoMysza ·
| Do ulubionych
Koniec starego roku i początek nowego. Okres przyznawania premii za zeszły rok przypomniał mi jak to wyglądało w mojej poprzedniej pracy.

Moja szefowa była odpowiedzialna za trzy różne działy w firmie (łącznie około 50 osób). Były one powiązane ze sobą, ale każdy z nich miał swoje oddzielne procedury i wytyczne, które ze sobą kolidowały, np. w jednym z działów liczyło się obniżenie kosztów produkcji, co z kolei miało wpływ na terminowość, która była istotna dla innego z podległych jej działów itp. Podczas przyznawania tzw. zadań rocznych często były one powiązane właśnie z tymi wytycznymi co stwarzało duże problemy, żeby te cele osiągnąć. Jeżeli ktoś miał jakiś pomysł jak obniżyć koszty i szedł z tym do szefowej to przeważnie odbijał się od ściany, bo to spowoduje problemy w innych działach. Wydaje się, że pomysł żeby jedna osoba trzymała nad tym pieczę jest dobry, ale w praktyce wychodziło na to, że szefowa torpedowała każdy z pomysłów przez co ciężko było osiągnąć przyznawane zadania roczne, od których zależała premia.
Ja rozumiem, że pracując w korporacji powinno się patrzeć globalnie na różne procesy, a nie tylko na swój ogródek, ale w takim razie po co przyznawała nam cele, których nie dało się osiągnąć?

Kolejnym problemem był podział pieniędzy przyznawanych w ramach tych premii. Korporacja przeznaczała odgórnie konkretną kwotę na wszystkie trzy działy, które były potem dzielone na pracowników przez szefową według jej uznania (teoretycznie mogła dać więcej osobie, która nie wykonała swoich zadań rocznych niż osobie, która wykonała je w 100%). W tej kwocie zawierała się również jej własna premia, którą miała sobie "uczciwie" sama przyznać. Dodam jeszcze, że w jednym z działów pracowały jej trzy kuzynki (każda miała inne nazwisko po mężu, więc możliwe, że korporacja nie wiedziała, że są rodziną) oraz jedna przyjaciółka z dzieciństwa. Nikt oficjalnie tego nie udowodnił, ale były spore podejrzenia, że to one zgarniają największe premie niezależnie od swoich wyników. Czyli gdyby korporacja przyznała na wszystkich 50 pracowników łącznie 50 tysięcy, to zamiast rozdzielić je mniej więcej po równo, szefowa mogła przyznać sobie 10k, a swoim koleżankom i rodzinie po 5k i dopiero pozostałe pieniądze rozdzielić na resztę.

Niestety nigdy oficjalnie nam nikt nie powiedział ile pieniędzy dostawała szefowa do podziału, ale po rozmowach ze współpracownikami z mojego działu i innych działów niepodległych pod moją byłą szefową, można było zauważyć spore dysproporcje. Na szczęście zwolniłam się na początku pandemii i w mojej nowej firmie wiem przynajmniej, że premie przyznawane są uczciwie.

Korpo

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 120 (130)

1