Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

Top historii



#91381

przez ~shinebright ·
| Do ulubionych
Kolejne żale grubasa. Choć ja nie o dyskryminacji, o dobrych radach itd.

Mam ponad 30kg nadwagi. Czy jest mi z tym dobrze? Absolutnie nie. Czy staram się coś z tym zrobić? Tak. Czy dobrze mi to idzie? No nie bardzo...

Gdy 10 lat poznałam mojego męża miałam jakieś 10kg nadwagi, on zresztą też był lekko grubawy. Przez lata oboje raz tyliśmy, raz chudliśmy, czasem on był zdecydowanie gruby, ja miałam wagę w normie, czasem na odwrót.

2 lata temu zaszłam w ciążę, którą znosiłam bardzo źle. Trochę przytyłam, ale gorzej było z moją kondycją psychiczną. Fizycznie ciąża bardzo dała mi w kość, a to odbiło się na psychice. Wyobraźcie sobie przez kilka miesięcy z trudem wstawać z łóżka, czuć na przemian mdłości i potworny głód, bóle stawów, opuchnięte kończyny...

Po porodzie postanowiłam wziąć się za siebie. Niestety, karmienie piersią, niedosypianie oraz trochę poczucie samotności wpędziły mnie w obżarstwo.
Opamiętałam się dopiero, gdy dobiłam do 100kg. W tym samym czasie wróciłam do pracy, gdzie koleżanki mniej lub bardziej grzecznie komentowały moją metamorfozę.

Mąż wie, że źle mi z moją wagę, stara się wspierać, spędzać ze mną aktywnie czas, nie kupować niezdrowego jedzenia, którego staram się unikać. Zrzuciłam jak na razie 8kg, co mnie oczywiście nie satysfakcjonuje, ale dla mnie jest jakimś tam osiągnięciem.

No więc, co jest piekielne? Osoby mi raczej mało bliskie pozwalają sobie na komentarze na temat korelacji między moją wagą, a moim związkiem z mężem. Standardowe to:
- "weź się za siebie, bo cię mąż zostawi"
- "zrób coś ze sobą, bo cię zdradzi"
- "ja to bym się z taką figurą przed mężem nie rozebrała"
- "weź schudnij, bo wstyd, żeby taki przystojny facet taką żonę miał"
- "on się prędzej czy później zorientuje, że może mieć szczuplejszą"

To są komentarze od dalszych znajomych, koleżanek z pracy, dalszych krewnych. Zawsze od kobiet.

Nie wiem, jak moją figurę komentują koledzy mojego męża. Opowiedział mi tylko do jednej sytuacji, gdy jeden z jego kolegów zapytał się go, czy to desperacja, że nadal ze mną jest, bo kiedyś to nawet fajna laska byłam, ale teraz już nie ma na co patrzeć.

Mój mąż mało nie dał mu w ryj, a wszyscy inni mężczyźni obecni na spotkaniu zgodnie stwierdzili, że komentarz nie na miejscu.
Rozumiem, że można komuś doradzać, gdy ma się obawy co do jego zdrowia. Rozumiem, że ktoś może uważać, że jestem odrażająca i nie rozumieć jak mój mąż może mnie kochać. Ok. Ale dlaczego kobiety z jednej strony krzyczą, że są traktowane jak przedmioty i oceniane tylko po wyglądzie, a potem dają innym kobietom do zrozumienia, że ich jedyną wartością i cechą godną uwagi jest wygląd?

wygląd waga

Skomentuj (17) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 140 (148)

#91391

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Otaczają mnie idioci. Opiszę kilka piekielnych, denerwujących i uprzykrzających życie idiotyzmów.

1. Chodzę na basen, który mieści się w aquaparku. Mimo, że w danym momencie jest tam najwyżej kilkadziesiąt osób, a szafek w szatni kilkaset, to zawsze wszyscy są ściśnięci na kupie w szatni i przebieranie się to katorga. Idiotki w recepcji, widząc w kolejce powiedzmy 5 osób, które nie są jedną grupą, dają im szafki o numerach, 11, 12, 13, 14, 15, w efekcie czego wszyscy wchodzą jednocześnie do szatni i muszą przebierać się w tym samym miejscu, przeszkadzając sobie nawzajem. Chodzę tam od lat i przez cały ten czas nie przyszło do głowy tym australopitekom z recepcji, że widząc 5 osób niebędących grupą mogłyby im dać szafki o numerach, na przykład, 4, 28, 42, 69, 88. W efekcie czego, każda osoba będzie w innym miejscu i nie będą sobie nawzajem przeszkadzać.

2. Koło mojego bloku są śmietniki, a prowadzi do nich bardzo wąski chodnik. Jest tak wąski, że dwie osoby nie mogą się na nim minąć. Po obu stronach tego chodnika rosną krzaki. W ostatnich latach chaszcze te rozrosły się do takich rozmiarów, że zajęły prawie całą ścieżkę. Idąc do śmietnika, trzeba się przedzierać przez dżunglę jak Rambo. W pogodne letnie dni standardem jest tam zebranie twarzą kilku pajęczyn, a można złapać i kleszcza. Najlepiej jest po deszczu, bo w ogóle nie da się do śmietnika dostać, no chyba że chce się być całym mokrym. Administracja bloku regularnie kosi trawę, ale żadnemu z tych ćwierćmózgów nie przyszło do pustego łba, żeby wykarczować albo choćby przyciąć te krzaczory.

W sumie wystarczy, żeby nie było za długo. Pozostałe idiotyzmy opiszę osobno, zwłaszcza że co chwilę się na jakieś natykam.

idioci idiotyzmy debile debilizmy

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 98 (126)

#91376

przez ~Vivi2 ·
| Do ulubionych
Przypomniała mi się taka historia sprzed dwóch lat. Publikuję, bo może ktoś z użytkowników będzie wiedział o co w ogóle mogło chodzić.

Jechaliśmy z mężem i teściem do kina. Wzięliśmy Ubera. Pan Uber zatrzymał się przy parkingu. Otworzyłam drzwi i okazało się, że stanął trochę za blisko zaparkowanego tam samochodu. Drzwi lekko dotknęły tegoż samochodu, ale nie otwierałam ich gwałtownie, więc było to dosłownie tylko dotknięcie, nawet nie można tego nazwać uderzeniem.

Wysiadłam z samochodu i wtem wyskoczyli na mnie właściciele tamtego samochodu. Zaczęli krzyczeć na mnie i całą resztę osób, że im zarysowaliśmy auto i albo im zapłacimy kilkaset zł (chyba chcieli 500, ale nie pamiętam dobrze), albo wzywają policję.

Ja w szoku, pytam się, co niby zarysowałam. Pokazują mi na swoje auto, że o tu, jest rysa. Patrzę, żadnej rysy, samochód jakby dopiero wyszedł z salonu (przynajmniej w tym miejscu). A tamci dalej się awanturują, że rysa, że teraz muszą zalakierować CAŁE auto, że mamy płacić, albo wzywają policję.

Pan Uber chyba niespecjalnie rozumiał po polsku, więc stał, patrzył i w sumie nie wiem nawet, czy rozumiał, o co chodzi.

Gdyby nie to, że spieszyliśmy się do tego kina oraz, że byliśmy z teściem, który był wtedy w kryzysie psychicznym i nie chciałam, żeby musiał się teraz użerać z tą dziwną parą, to może bym nawet powiedziała, żeby dzwonili na tę policję i zobaczyła, co się stanie. Ale w zaistniałej sytuacji odpowiedziałam im tylko, że nie widzę żadnej rysy, nic im nie zapłacimy i niech dadzą nam spokój.

Babka wpadła wtedy chyba w jakiś szał, bo podbiła do mojego męża (nie wiem, czemu akurat nie do mnie) i zaczęła go szarpać, więc odetchnęłam ją, wzięłam męża i teścia pod ramię i wyprowadziłam ich z parkingu.

Kątem oka widziałam tylko, że pan Uber wsiadł z powrotem do samochodu i po prostu odjechał.

Potem jeszcze wygooglałam, że nawet gdybym faktycznie zrobiła im rysę, to odpowiedzialność w takim przypadku ponosi kierowca - co trochę nas wszystkich uspokoiło, a o sprawie prawie zapomniałam.

Jednak czasem mi się ta sytuacja przypomina i zastanawiam się, czy po prostu tamci ludzie myśleli, że złapią jelenia, który im da kilka stów? Czy serio coś sobie uroili, że mają rysę?

Parking pod kinem

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 91 (111)

#91384

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Dobra, znowu mi się przypomniało, tym razem po przeczytaniu pewnej dyskusji na FB.

W sumie to postać głównego "bohatera" tej historii zasługiwała by na kilka wpisów tutaj na Piekielnych, ale nie o to chodzi. Nie lubię go, nie mam ochoty go sobie przypominać, napiszę tylko to, co istotne dla historii.

Moja przyjaciółka ma dwie córki, każda ma inne nazwisko. Obie ma z tym samym indywiduum, tylko starsza ma nazwisko ojca, a młodsza już jej. Dlaczego? Otóż tak ją straszył, tak jej w pewnym momencie "wyprał" umysł, że uwierzyła, że on może jej odebrać dzieci. Niepracujący facet, którego głównym życiowym zajęciem było polegiwanie na kanapie, granie na Play Station i chodzenie na rozmowy o pracę (średnio raz na miesiąc), z których nic nie wynikało, bo "to praca nie dla niego", zdołał wmówić dorosłej, rozsądnej kobiecie, pracującej i zajmującej się domem, dzieckiem i nim, ze w razie czego to JEMU sąd przyzna opiekę nad dzieckiem. Z jednej strony była przekonana, że on ma rację i że gdyby chciał, to by jej zabrał dziecko, z drugiej coraz wyraźniej dostrzegała, że to facet, któremu nie powierzyłaby pod opiekę nawet rybek w akwarium, a co dopiero mówić o dzieciach.

Pod koniec 9-go miesiąca jej drugiej ciąży, Piotruś (imię zmyślone, ale tak mi do niego Piotruś Pan pasuje) postanowił wyjechać do pracy w Holandii. Oczywiście z tej pracy moja przyjaciółka musiała go ściągnąć, bo się "rozchorował" zaraz po przyjeździe, nie miał siły pracować, pieniędzy na powrót niet, więc mu wysłała kasę na powrót. Na szczęście to już była ostatnia rzecz, jaką dla niego zrobiła, bo kiedy go nie było, Agnieszka urodziła drugą córkę, jak najszybciej poszła do USC, gdzie zarejestrowała ją pod swoim nazwiskiem, jako ojca podając NN.

Sytuacja ze trzy lata później - Piotruś dziećmi się interesował średnio, np. kilka miesięcy cisza, po czym nagle przychodził, odwiedzał, zabierał na spacery i w ogóle kochający tatuś. Oczywiście przychodził, kiedy jemu pasowało, Agnieszka coraz mocniej zgrzytała zębami podczas jego wzmożonej "ojcowskiej" aktywności, ale w sumie godziła się na coś takiego tylko dla starszej córki, która w tamtym czasie w ojca była wpatrzona jak w obrazek (młodsza mało "tatusia" kojarzyła). Alimentów nie płacił (nadal nie pracował), więc Agnieszka częściowo z potrzeby podratowania finansów, a częściowo z chęci pomocy dawnemu koledze wynajęła mu jeden z dwóch pokoi w swoim mieszkaniu.

To był strzał w dziesiątkę, dawna luźna znajomość przekształciła się w solidną przyjaźń trwająca do dziś (nie, bez żadnych erotycznych czy romantycznych podtekstów, to była i jest autentyczna damsko-męska przyjaźń), ona mu wynajęła ten pokój dosłownie za grosze (które jednak mocno ja ratowały), on zagubiony i dopiero "wychodzący na prostą" po różnych życiowych zawirowaniach w razie potrzeby pomagał jej przy dzieciach i w różnych innych sprawach.

I teraz sytuacja, której nie widziałam, została mi opowiedziana i bardzo żałuje, ze mnie tam nie było.

Agnieszka była w pracy, dzieci w domu z przyjacielem (dobra, dajmy mu Marek na imię), kochający tatuś wysłał sms-a, że on zabiera dzieci na spacer. Musiał go chyba pisać idąc już po schodach, bo Agnieszka nie zdążyła zawiadomić Marka (gdyby zdążyła, pewnie by powiedziała, że Piotruś może wziąć dzieci). Niestety, kiedy jaśnie pan i władca zjawił się z informacją "biorę dzieci", Marek grzecznie mu odpowiedział, że sorry, ale on o tym nic nie wie, dzieci są pod jego opieką i może je wydać dopiero, jak dostanie takie info od Agnieszki. Piotruś wpadł w szał, ma być tak jak on chce, no i spróbował swojej najprostszej metody, czyli rozwiązania siłowego. Kurczę, tylko tym razem miał przed sobą nie kobietę, a sprawnego, wysportowanego faceta, który w dodatku właśnie zaczął się interesować różnymi sztukami walki (zostało mu to do tej pory, amatorsko bo amatorsko ale ma sukcesy na tym polu). Wymachiwanie łapkami przez Piotrusia nie zrobiło na Marku żadnego wrażenia, przez chwilę przytrzymywał go po prostu na odległość ramienia, potem znudzony tym wymachiwaniem i stekiem wyzwisk (z których "popychacz" było najdelikatniejszym), za pomocą celnego ciosu posłał go w róg przedpokoju.

Co zrobił wtedy Piotruś? No oczywiście jak typowy przedstawiciel ideologii CHwDP, zadzwonił po Policję, bo mnie tu biją i dzieci nie pozwalają wziąć! MOICH dzieci!!!

Patrol zjawił się dosyć szybko i wykazał się dużym rozsądkiem. Widząc ciskającego się, bluźniącego i ogólnie mocno niestabilnego "poszkodowanego" oraz spokojnego "agresora", kwestię "pobicia" zostawili na później, chcieli dojść o co w ogóle chodzi. No jak to o co, dzieci mi nie pozwala wziąć!

Na pytające spojrzenie policjantów Marek wyjaśnił, że Piotrusia pierwszy raz w życiu widzi na oczy, że na chwile obecną dzieci są pod jego opieką, owszem, zapewne to ojciec, bo starsza dziewczynka przywitała go okrzykiem "tata", ale i tak nie wyda dzieci bez potwierdzenia od ich matki, że ma to zrobić. Poza tym, wg jego informacji, córką Piotrusia jest tylko starsza dziewczynka.

Pytające spojrzenie policjantów zwróciło się teraz na Piotrusia. "To pana dzieci?" "Tak, to moje córki, chciałem je wziąć na spacer, a ten..." "Pytam, czy to pana dzieci?" "No tak" "Obie?" "No oficjalnie to tylko starsza, ale..." "Proszę pana, ale mnie interesuje tylko to, co jest oficjalnie. Czy obie dziewczynki są wg dokumentów pańskimi córkami?" "No nie, tylko starsza, ale..." "W takim razie sprawa jest prosta - jako ojciec ma pan pełne prawo do kontaktów z dzieckiem, zgłaszał pan trudności w egzekwowaniu tego prawa, jesteśmy tu i może pan zabrać na spacer czy co tam pan zaplanował wyłącznie swoją córkę. Czyli starszą dziewczynkę." "Albo biorę obie, albo żadnej!" "Zwracam panu uwagę, że wg dokumentów nie jest pan nikim bliskim dla młodszej dziewczynki. Na pewno nie pozwolimy panu jej zabrać, bo pan tak chce".

Piotrusiowi w tym momencie przypomniało się, że on przecież jest CHwDP całą gębą, pobluźnił jeszcze trochę w stylu "je*ane psy", ale poszedł, zanim policjanci wkurzyli się na tyle, żeby zacząć z tego wyciągać konsekwencje.

P.S. Agnieszka była na tyle rozsądna, że akty urodzenia dzieci miała w jakimś łatwo dostępnym miejscu, w którymś momencie tej afery Marek poszedł po nie i pokazał policjantom, bo tak na słowo to chyba niekoniecznie by uwierzyli.

A sprawy o "pobicie" Piotrusia Marek jakoś do tej pory się nie doczekał, mimo że ten się mocno tym odgrażał.

dom

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 76 (80)

1