Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

#76636

(PW) ·
| Do ulubionych
Kieruję przychodnią.
Od dwóch lat próbuję znaleźć ludzi do roboty i skomponować zgrany zespół. Podobno lekarzy w naszym kraju jest zbyt wielu... Znalazłem koleżankę, która dojeżdżała do pracy jakieś 120 kilometrów. Do mnie miałaby połowę tej odległości. Zadzwoniłem.

Podziękowała, zjawiła się u właściciela firmy. Podpisała umowę. Na trzy dni przed rozpoczęciem działań, zadzwoniła z informacją, że wynegocjowana stawka jest zbyt niska i nie przyjdzie. Kolejny wynalazek, amigo z podlaskiej wioski, nawet trochę popracował. Miał nieziemski napęd i pacjenci go lubili.

Niestety, pewnego dnia nie przyjechał. Bo pił. Potem już było tak: tydzień pracy, dwa tygodnie picia. Trzeba się było rozstać... Nawet nie wiem, czy skutecznie, bo do dzisiaj nie odebrał wypowiedzenia ani zaległej wypłaty. Ale musiała być impreza...

Następna w kolejce była Pani Doktor. Rozbawiła mnie od wejścia. Zachowywała się tak, jakby robiła nam nieziemską łaskę samym faktem wejścia w nasze skromne progi. Kilkakrotnie podkreślała, że ma tytuł specjalisty w tej dziedzinie i że osoby jej podobne to rzadkość...
W tym ostatnim jak raz miała rację, ale to akurat dobrze.

Bo po dwóch dniach pracy, wypełnionej odpowiadaniem przeze mnie na skargi pacjentów (uzasadnione), wyjechała do taty - ponoć chorego. Stamtąd słała właścicielowi (mnie uznała, słusznie zresztą, za skończonego chama i osobnika pozbawionego uczuć) łzawe opowieści, jak to tatuś ciężko się popsuł i że bez niej zejdzie niechybnie z tego padołu w kilka chwil. Wszystko pięknie, wzorowa postawa córczana, ale u nas nie miał kto pracować…

I nie było perspektyw na zmuszenie Pani Doktor do pracy, bo sama nie wiedziała, kiedy tatko szanowny przestanie wymagać fachowej opieki. Kolejne wypowiedzenie, kolejny foch.
Wreszcie, przebój sezonu.

Zatrudniliśmy lekarkę od dzieci. Z tytułami, doświadczeniem... Wyglądało bosko. Przez kilka tygodni. Bo tyle czasu załoga przychodni kryła jej wyskoki. Aż do czasu, kiedy dwoje rodziców przyszło na skargę. Okazało się, że Pani Doktor regularnie wychodzi z przychodni na co najmniej pół godziny przed zakończeniem pracy.

Co więcej, nie robi na niej wrażenia fakt, że ma zarejestrowanych dwoje czy troje małych pacjentów. Ona wychodzi, a oni niech przyjdą kiedy indziej. W czasie zebrania z załogą, ośmieliłem się zapytać, dlaczego skraca godziny przyjęć, bez naszej wiedzy i ignorując zasady pracy. Najpierw usłyszałem, że jeżeli nie wyjdzie pół godziny wcześniej, to potem stoi czterdzieści minut w straszliwym korku do wyjazdu z ulicy! Potem, że pacjenci są złośliwie rejestrowani akurat na wszystkie godziny jej pracy.

Przecież wiadomo, że musi odebrać synka z przedszkola, więc chyba można ją zrozumieć i płacić za puste godziny... Problem polega na tym, że naszemu miastu daleko do metropolii. W tak zwanych godzinach szczytu, korek obejmuje maksymalnie dwie zmiany świateł. W czterdzieści minut można je objechać dookoła, robiąc przystanki widokowe. Nie omieszkałem zatem tego powiedzieć, obalając mit o korkach godnych Tokio.

Zostałem nagrodzony wściekłą awanturą, a następnego dnia wypowiedzeniem Pani Doktor. Teraz pracują u nas młodzi lekarze. Pełni zapału, chętni, sympatyczni. Tylko boję się, ile czasu zajmie im metamorfoza w egzemplarze opisane wyżej...

słuzba_zdrowia

Skomentuj (26) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 296 (318)

Komentarze

Momencik, trwa ładowanie komentarzy   ładowanie…