Poczekalnia
Tutaj trafiają wszystkie historie zgłoszone przez użytkowników - od was zależy, które z nich nie trafią na stronę główną, a którym się może poszczęścić. Ostateczny wybór należy do moderatorów.
poczekalnia
Skomentuj (5)
Pobierz ten tekst w formie obrazka
Przełom lat 80/90. W tym okresie był duży problem z częściami do samochodów z zachodu, jedynie gdzie były dostępne to w autoryzowanych serwisach przy salonach samochodowych.
Nie mając wyjścia ojciec wraz z kolegą pojechali do serwisu BMW. Po oddaniu auta zostali zaproszeni na kawę do salonu, gdzie stały tylko dwa auta. Gadają z pracownikiem[P], gdy wchodzi pan rolnik[R] wygląd oczywiście roboczy gumofilce na nogach. Chodzi, ogląda ogólnie nikt na niego uwagi nie zwraca.
[R] Panie kochany ile za to auto?
[P] Po co się pan pyta skoro i tak pana nie stać
Rolnik nic nie odpowiedział, ogląda dalej. Staje przy drugim otwiera drzwi, wchodzi do środka.
Pracownik biegnąc do niego: Panie niech pan wysiada kto to będzie sprzątać.
[R] To ile za nie chcecie 10 tyś dolarów?
[P] Nie stać pana po co pan ciągle pyta?
[R] to ja chce, najlepiej na teraz.
Po czym schyla się wyciąga plik banknotów z jednego gumofilca, a potem z drugiego i z uśmiechem na twarzy : Starczy ?
Pracownik karpik na twarzy poszedł po kierownika i transakcja dobiegła końca.
Pozory często mylą.
Nie mając wyjścia ojciec wraz z kolegą pojechali do serwisu BMW. Po oddaniu auta zostali zaproszeni na kawę do salonu, gdzie stały tylko dwa auta. Gadają z pracownikiem[P], gdy wchodzi pan rolnik[R] wygląd oczywiście roboczy gumofilce na nogach. Chodzi, ogląda ogólnie nikt na niego uwagi nie zwraca.
[R] Panie kochany ile za to auto?
[P] Po co się pan pyta skoro i tak pana nie stać
Rolnik nic nie odpowiedział, ogląda dalej. Staje przy drugim otwiera drzwi, wchodzi do środka.
Pracownik biegnąc do niego: Panie niech pan wysiada kto to będzie sprzątać.
[R] To ile za nie chcecie 10 tyś dolarów?
[P] Nie stać pana po co pan ciągle pyta?
[R] to ja chce, najlepiej na teraz.
Po czym schyla się wyciąga plik banknotów z jednego gumofilca, a potem z drugiego i z uśmiechem na twarzy : Starczy ?
Pracownik karpik na twarzy poszedł po kierownika i transakcja dobiegła końca.
Pozory często mylą.
Salon samochodowy
Ocena:
10
(Głosów:
38)
poczekalnia
Skomentuj (0)
Pobierz ten tekst w formie obrazka
Sprzed chwili:
Odbieram telefon:
[Telefon] Dzień dobry, tu XX z Telekomunikacji Polskiej, czy możemy porozmawiać na temat internetu?
[Ja] Wie Pan co, nie ma to sensu, bo niedawno podpisaliśmy umowę na dwa lata
[T} {piip piip piip piip} - odłożona słuchawka
Odbieram telefon:
[Telefon] Dzień dobry, tu XX z Telekomunikacji Polskiej, czy możemy porozmawiać na temat internetu?
[Ja] Wie Pan co, nie ma to sensu, bo niedawno podpisaliśmy umowę na dwa lata
[T} {piip piip piip piip} - odłożona słuchawka
Telekomuna
Ocena:
1
(Głosów:
25)
poczekalnia
Skomentuj (1)
Pobierz ten tekst w formie obrazka
W temacie piekielnych sąsiadów, chociaż muszę przyznać, że i nieco piekielności było też po mojej stronie.
Kilka miesięcy temu organizowałem wieczór kawalerski, w sobotnie słonecznie popołudnie, czerwcową porą. Tak, to już jest potencjalne zarzewie konfliktu. Z tym że plan był taki: od 18 do 20.30 bawimy się w mieszkaniu,potem ruszamy do miasta na dalszą część imprezy. Zresztą głośne imprezy nigdy wcześniej nie miały miejsca,więc nikt nie widział problemu.
Wiadomym jest, że na takich imprezach nie pije się tylko soków owocowych, więc po godzinie było już dosyć głośno. Kulminacja nastąpiła ok. godz. 19.30, kiedy 10 chłopa stało na balkonie i krzyczało "Pokaż d..ę". Nawet sąsiedzi z okolicznych bloków słuchali. Ale ok, o 20.30 zmyliśmy się z mieszkania, nastała błoga cisza i spokój. Muszę dodać, że wychodziłem jako ostatni, zamykałem mieszkanie, sprawdzałem czy nikt nie nabrudził na klatce schodowej. Wszystko grało.
Wracając do mieszkania ok. 5 nad ranem zauważyłem na parterze i pierwszym piętrze dwa piękne kwiatki rzygowinkowe -znaczy ktoś nie doniósł do domu. Nie byłem to ja, nie był to żaden z moich gości - na tym samym piętrze mieszkają studenci, podobnie piętro wyżej. Pomyślałem - nie tylko u mnie była impreza.
Ale oczywiści, dzielne sąsiadki w liczbie trzech, słuchaczki popularnego radia, stwierdziły jednogłośnie, że te rzygi to sprawka tych, u których było najgłośniej. Oczywiście bez żadnej rozmowy ze mną, czy też próby zweryfikowania zdarzeń pobiegły ze skargą do spółdzielni. Najlepsza była sąsiadka z parteru: stwierdziła, że to na pewno ja zabrudziłem klatkę ok. 23, bo podobno wtedy zauważono zabrudzenia. Schowałem się,jej zdaniem, do mieszkania i nie otwierałem jak walili do drzwi. Ponadto obrażaliśmy Polskę i Polaków, bo według niej (jest trochę przygłucha) krzyczeliśmy "Polska w du.ę". I że do Prezydenta napisze, że takimi faszystami jesteśmy.
Hmm..Rozumiem, że mogło być na naszej imprezie trochę ciszej, ale w końcu był to jednostkowy incydent. Ponadto była to sobota, godziny od 18 do 20.30, a więc grubo przed ciszą nocną, zaś przez całą noc panowała absolutna cisza (mieszkanie było puste). Sobotni odpoczynek innych nie został zatem nadmiernie zakłócony. Zastanawiam się, jak można robić komuś syf wśród innych mieszkańców i w spółdzielni, bez żadnej weryfikacji, czy choćby jednego pytania: czy to moi goście zabrudzili klatkę?
Gdybym ponosił odpowiedzialność za tę sytuację, z pewnością posprzątałbym wszystko jeszcze przed wyjściem do miasta. Tak jednak nie było, więc drodzy sąsiedzi- więcej wyrozumiałości i wstrzemięźliwości w ferowaniu wyroków.
PS. Dodam, że dwa dni później babsztyle opieprzyły faceta robiącego remont, za to że wiercił ok. 9.00 w dzień powszedni, argumentując aferę tym, że seriali nie mogą oglądać:)
Kilka miesięcy temu organizowałem wieczór kawalerski, w sobotnie słonecznie popołudnie, czerwcową porą. Tak, to już jest potencjalne zarzewie konfliktu. Z tym że plan był taki: od 18 do 20.30 bawimy się w mieszkaniu,potem ruszamy do miasta na dalszą część imprezy. Zresztą głośne imprezy nigdy wcześniej nie miały miejsca,więc nikt nie widział problemu.
Wiadomym jest, że na takich imprezach nie pije się tylko soków owocowych, więc po godzinie było już dosyć głośno. Kulminacja nastąpiła ok. godz. 19.30, kiedy 10 chłopa stało na balkonie i krzyczało "Pokaż d..ę". Nawet sąsiedzi z okolicznych bloków słuchali. Ale ok, o 20.30 zmyliśmy się z mieszkania, nastała błoga cisza i spokój. Muszę dodać, że wychodziłem jako ostatni, zamykałem mieszkanie, sprawdzałem czy nikt nie nabrudził na klatce schodowej. Wszystko grało.
Wracając do mieszkania ok. 5 nad ranem zauważyłem na parterze i pierwszym piętrze dwa piękne kwiatki rzygowinkowe -znaczy ktoś nie doniósł do domu. Nie byłem to ja, nie był to żaden z moich gości - na tym samym piętrze mieszkają studenci, podobnie piętro wyżej. Pomyślałem - nie tylko u mnie była impreza.
Ale oczywiści, dzielne sąsiadki w liczbie trzech, słuchaczki popularnego radia, stwierdziły jednogłośnie, że te rzygi to sprawka tych, u których było najgłośniej. Oczywiście bez żadnej rozmowy ze mną, czy też próby zweryfikowania zdarzeń pobiegły ze skargą do spółdzielni. Najlepsza była sąsiadka z parteru: stwierdziła, że to na pewno ja zabrudziłem klatkę ok. 23, bo podobno wtedy zauważono zabrudzenia. Schowałem się,jej zdaniem, do mieszkania i nie otwierałem jak walili do drzwi. Ponadto obrażaliśmy Polskę i Polaków, bo według niej (jest trochę przygłucha) krzyczeliśmy "Polska w du.ę". I że do Prezydenta napisze, że takimi faszystami jesteśmy.
Hmm..Rozumiem, że mogło być na naszej imprezie trochę ciszej, ale w końcu był to jednostkowy incydent. Ponadto była to sobota, godziny od 18 do 20.30, a więc grubo przed ciszą nocną, zaś przez całą noc panowała absolutna cisza (mieszkanie było puste). Sobotni odpoczynek innych nie został zatem nadmiernie zakłócony. Zastanawiam się, jak można robić komuś syf wśród innych mieszkańców i w spółdzielni, bez żadnej weryfikacji, czy choćby jednego pytania: czy to moi goście zabrudzili klatkę?
Gdybym ponosił odpowiedzialność za tę sytuację, z pewnością posprzątałbym wszystko jeszcze przed wyjściem do miasta. Tak jednak nie było, więc drodzy sąsiedzi- więcej wyrozumiałości i wstrzemięźliwości w ferowaniu wyroków.
PS. Dodam, że dwa dni później babsztyle opieprzyły faceta robiącego remont, za to że wiercił ok. 9.00 w dzień powszedni, argumentując aferę tym, że seriali nie mogą oglądać:)
wieczór kawalerski
Ocena:
17
(Głosów:
29)
poczekalnia
Skomentuj (3)
Pobierz ten tekst w formie obrazka
Nawiązując do historii heartless404 o piekielnych policjantach z miejscowości G. Dzięki tym samym panom jedenz miejscowych pijaczków (przepraszam za określenie) ma nieruchome środkowe palce... Gdy kttóregoś razu pokazał im co o nich myśli wywieżli go do wspomnianego przez heartless404 lasu, pobili, a środkowe palce połamali tak, że nawet lekarz stwierdził iż jest nieduża szansa na odzyskanie w nich aprawności.
Komu on biedny w takiej sytuacji miał się pożalić? Policji? Żeby mu szczękę unieruchomili tym razem?
Komu on biedny w takiej sytuacji miał się pożalić? Policji? Żeby mu szczękę unieruchomili tym razem?
policja
Ocena:
33
(Głosów:
45)
poczekalnia
Skomentuj (2)
Pobierz ten tekst w formie obrazka
Zainspirowana (bla bla) opowieściami o tym, że wykładowcy nie patrzą treść oddawanych prac, dodam swoją, przeciwną.
Wieki temu, kiedy studiowałam sobie na politechnice, na pierwszym semestrze mieliśmy przedmiot, szumnie nazywany informatyką. Szczyt techniki- większość programów pisaliśmy ręcznie na kartkach, część w zaawansowanym języku programowania, jakim był Turbo C.
Kumpel miał spore problemy z załapaniem o co chodzi w tym języku a mieliśmy oddać jakieś zadanie na zaliczenie.
Umówił się więc ze swoim kolegą na poćwiczenie i wytłumaczenie jak krowie na rowie jak się w tym ustrojstwie programuje. Niestety kumplowi trudno było zrozumieć to co mu się tłumaczy, więc jego kolega podał dosadny przykład i napisał mu komendę
printf("Naskocz mi na pale")*
Zadziałało, kumpel, wydawałoby się, załapał o co chodzi, więc na bazie tego programu zrobili zadanie na zaliczenie. Oczywiście, zapomnieli o tej nieszczęsnej komendzie.
Przyszedł czas zajęć, prowadząca zajęcia sprawdza zadania. I nagle jak się nie wydrze na kumpla co on jej tu wypisuje.
Ćwiczeń kolega nie zaliczył do 9 semestru...
Fun fact: 10 semestr, siedzimy w bufecie na wydziale, obok siedzą młodziaki z I roku. Nagle słyszymy, jak opowiadają sobie historyjkę tego naszego kumpla. Oczywiście, pochwalił się, ze to o nim. Żebyście widzieli ich miny...
*Dla tych co nie są dinozaurami i nie mają pojęcia co oznacza ta komenda: zwraca ona po kompilacji tekst, który został ujęty w nawiasie.
Wieki temu, kiedy studiowałam sobie na politechnice, na pierwszym semestrze mieliśmy przedmiot, szumnie nazywany informatyką. Szczyt techniki- większość programów pisaliśmy ręcznie na kartkach, część w zaawansowanym języku programowania, jakim był Turbo C.
Kumpel miał spore problemy z załapaniem o co chodzi w tym języku a mieliśmy oddać jakieś zadanie na zaliczenie.
Umówił się więc ze swoim kolegą na poćwiczenie i wytłumaczenie jak krowie na rowie jak się w tym ustrojstwie programuje. Niestety kumplowi trudno było zrozumieć to co mu się tłumaczy, więc jego kolega podał dosadny przykład i napisał mu komendę
printf("Naskocz mi na pale")*
Zadziałało, kumpel, wydawałoby się, załapał o co chodzi, więc na bazie tego programu zrobili zadanie na zaliczenie. Oczywiście, zapomnieli o tej nieszczęsnej komendzie.
Przyszedł czas zajęć, prowadząca zajęcia sprawdza zadania. I nagle jak się nie wydrze na kumpla co on jej tu wypisuje.
Ćwiczeń kolega nie zaliczył do 9 semestru...
Fun fact: 10 semestr, siedzimy w bufecie na wydziale, obok siedzą młodziaki z I roku. Nagle słyszymy, jak opowiadają sobie historyjkę tego naszego kumpla. Oczywiście, pochwalił się, ze to o nim. Żebyście widzieli ich miny...
*Dla tych co nie są dinozaurami i nie mają pojęcia co oznacza ta komenda: zwraca ona po kompilacji tekst, który został ujęty w nawiasie.
Ocena:
40
(Głosów:
48)
poczekalnia
Skomentuj (0)
Pobierz ten tekst w formie obrazka
Historia btusa http://piekielni.pl/25472 przypomniała mi historię opowiedzianą przez kolegę.
Skończył on wielce prestiżową ;) i już nieistniejącą uczelnię o nazwie "Zachodniopomorska Szkoła Businessu".
Były to czasy, gdy Internet był w Polsce towarem deficytowym a skaner kosztował kupę kasy.
Na jakiśtam przedmiot dostali na zaliczenie pracę do napisania na ponad 100 stron. Pisane w parach. Powszechnie było wiadomo, że wykładowcy prac tych raczej nie będzie się chciało czytać.
Dwóm studentom nie chciało się klepać tyle "dla sztuki". Napisali więc spis treści i wstęp na jakieś 2 strony. Jako resztę pracy dołączyli... zeskanowany program telewizyjny z kilku tygodni. Oczywiście ciągłym tekstem, z podziałem na rozdziały, akapity itp.
Dostali z pracy 4.
Po obronieniu magisterki poszli do owego wykładowcy z tą pracą i kazali mu zobaczyć, co ocenił na 4. Kazał im wypier**lać i więcej mu się na oczy nie pokazywać :)
Od tego czasu ponoć zaczął przywiązywać większą uwagę do tego, co ocenia.
Choć biorąc pod uwagę, że był to profesor wykładający na codzień na PWR i historię wspomnianą we wstępie, możliwe, że już mu się znowu nie chce :).
Skończył on wielce prestiżową ;) i już nieistniejącą uczelnię o nazwie "Zachodniopomorska Szkoła Businessu".
Były to czasy, gdy Internet był w Polsce towarem deficytowym a skaner kosztował kupę kasy.
Na jakiśtam przedmiot dostali na zaliczenie pracę do napisania na ponad 100 stron. Pisane w parach. Powszechnie było wiadomo, że wykładowcy prac tych raczej nie będzie się chciało czytać.
Dwóm studentom nie chciało się klepać tyle "dla sztuki". Napisali więc spis treści i wstęp na jakieś 2 strony. Jako resztę pracy dołączyli... zeskanowany program telewizyjny z kilku tygodni. Oczywiście ciągłym tekstem, z podziałem na rozdziały, akapity itp.
Dostali z pracy 4.
Po obronieniu magisterki poszli do owego wykładowcy z tą pracą i kazali mu zobaczyć, co ocenił na 4. Kazał im wypier**lać i więcej mu się na oczy nie pokazywać :)
Od tego czasu ponoć zaczął przywiązywać większą uwagę do tego, co ocenia.
Choć biorąc pod uwagę, że był to profesor wykładający na codzień na PWR i historię wspomnianą we wstępie, możliwe, że już mu się znowu nie chce :).
Ocena:
69
(Głosów:
81)
poczekalnia
Skomentuj (0)
Pobierz ten tekst w formie obrazka
Dawno, dawno temu, kiedy komputery o mocy obliczeniowej dzisiejszej taniej komórki zajmowały wielkie, klimatyzowane hale był sobie w pewnym mieście ośrodek ZETO, wyposażony w wysokiej klasy komputer ODRA 1304.
ODRA - jak przystało na komputery owej epoki - uwodzicielsko migała lampkami na szafie z procesorem, raz na jakiś czas uruchamiała czytniki kart i drukarki, a przede wszystkim dziarsko kręciła w różne strony talerzami przewijaków. A jako że taśmy do różnych zadań są różne, co jakiś czas drukowała na konsoli operatora żądanie włożenia taśmy takiej to a takiej.
W związku z tym istniał specjalny etat pracownika - bibliotekarza taśm, do zadań którego należało podejście do przewijaka X, zdjęcie taśmy, zapakowanie do pudełka, zaniesienie do magazynu taśm, wzięcie taśmy numer Y, podejście do przewijaka i założenie owej taśmy na talerze.
Pewnego dnia zgłosiła się młoda ładna blondi na stanowisko bibliotekarza. Ubrana raczej skąpo, głównym atutem blondi były całkiem niezłe nogi prezentujące się okazale spod krótkiej spódniczki. Pan kierownik oprowadził blondi po hali, pokazał co i jak i wysłał do domu informując, że pracę zaczyna od dnia następnego. Przy okazji nadmienił, że do pracy powinna przyjść w spodniach.
Następnego dnia blondi zgłosiła się do pracy... ale oczywiście gdzie jej jakiś kierownik będzie mówił jak się ma ubierać, pewnie kompleksy ma albo co, więc przyszła w owej spódniczce.
I teraz nie wiem, kto okazał się bardziej piekielny.
Blondi - która chciała na złość samcowi w postaci kierownika zrobić?
Kierownik - który stwierdził że jak się do pracy ubrała tak może pracować i nie pozwolił jej pójść się przebrać?
Operatorzy ODRY - którzy stwierdzili że klima coś słabo działa i trzeba podkręcić na maksa?
Nasza ekipa konserwatorów - która normalnie halę ODRY omijała szerokim łukiem, a tego dnia wszyscy się zebrali aby zdiagnozować uszkodzenie ręcznej dziurkarki (która stała uszkodzona od miesiąca i nikomu się nie chciało do niej podchodzić)?
Czy nasz szef - który po dwóch godzinach niewidzenia pracowników tam gdzie powinno się ich widzieć przyszedł i pogonił nas do właściwej roboty sam przez dłuższy czas pozostając na hali?
Dla niezorientowanych co w tym piekielnego:
a) o ile taśmę można przenieść w jednej ręce, do nałożenia jej na przewijak potrzeba obu, a talerze znajdują się mniej więcej na wysokości twarzy;
b) hala ODRY jest klimatyzowana, a nadmuchy (dość dużej mocy) są umieszczone w podłodze.
Niestety, następnego dnia blondi przyszła już w spodniach, co zaowocowało dalszym przestojem owej dziurkarki na hali ODRY...
ODRA - jak przystało na komputery owej epoki - uwodzicielsko migała lampkami na szafie z procesorem, raz na jakiś czas uruchamiała czytniki kart i drukarki, a przede wszystkim dziarsko kręciła w różne strony talerzami przewijaków. A jako że taśmy do różnych zadań są różne, co jakiś czas drukowała na konsoli operatora żądanie włożenia taśmy takiej to a takiej.
W związku z tym istniał specjalny etat pracownika - bibliotekarza taśm, do zadań którego należało podejście do przewijaka X, zdjęcie taśmy, zapakowanie do pudełka, zaniesienie do magazynu taśm, wzięcie taśmy numer Y, podejście do przewijaka i założenie owej taśmy na talerze.
Pewnego dnia zgłosiła się młoda ładna blondi na stanowisko bibliotekarza. Ubrana raczej skąpo, głównym atutem blondi były całkiem niezłe nogi prezentujące się okazale spod krótkiej spódniczki. Pan kierownik oprowadził blondi po hali, pokazał co i jak i wysłał do domu informując, że pracę zaczyna od dnia następnego. Przy okazji nadmienił, że do pracy powinna przyjść w spodniach.
Następnego dnia blondi zgłosiła się do pracy... ale oczywiście gdzie jej jakiś kierownik będzie mówił jak się ma ubierać, pewnie kompleksy ma albo co, więc przyszła w owej spódniczce.
I teraz nie wiem, kto okazał się bardziej piekielny.
Blondi - która chciała na złość samcowi w postaci kierownika zrobić?
Kierownik - który stwierdził że jak się do pracy ubrała tak może pracować i nie pozwolił jej pójść się przebrać?
Operatorzy ODRY - którzy stwierdzili że klima coś słabo działa i trzeba podkręcić na maksa?
Nasza ekipa konserwatorów - która normalnie halę ODRY omijała szerokim łukiem, a tego dnia wszyscy się zebrali aby zdiagnozować uszkodzenie ręcznej dziurkarki (która stała uszkodzona od miesiąca i nikomu się nie chciało do niej podchodzić)?
Czy nasz szef - który po dwóch godzinach niewidzenia pracowników tam gdzie powinno się ich widzieć przyszedł i pogonił nas do właściwej roboty sam przez dłuższy czas pozostając na hali?
Dla niezorientowanych co w tym piekielnego:
a) o ile taśmę można przenieść w jednej ręce, do nałożenia jej na przewijak potrzeba obu, a talerze znajdują się mniej więcej na wysokości twarzy;
b) hala ODRY jest klimatyzowana, a nadmuchy (dość dużej mocy) są umieszczone w podłodze.
Niestety, następnego dnia blondi przyszła już w spodniach, co zaowocowało dalszym przestojem owej dziurkarki na hali ODRY...
Ocena:
81
(Głosów:
89)
poczekalnia
Skomentuj (3)
Pobierz ten tekst w formie obrazka
Trochę o absurdzie biurokratycznym:
Spaliła nam się w pracy żarówka w kiblu. Zdarza się, nie?
A więc kto ma to wymienić? My nie mamy żarówek na stanie, z własnej kieszeni kupować nie będziemy - grosze, ale chodzi o zasadę. Portier nie ma takich uprawnień ani żarówek na stanie. Sprzątaczka podobnie. Należy dzwonić do zarządcy budynku.
Pan zarządca poprosił o zgłoszenie mu tego w systemie. Nie, nie może zostawić nam paru żarówek na zapas. Zgłoszenie przepalonej żarówki nie jest pilne więc wymieni jak będzie w okolicy.
Operacja wymiany żarówki trwała miesiąc, bo parę razy mu się zapomniało.
Tydzień temu spaliła się druga żarówka.
Spaliła nam się w pracy żarówka w kiblu. Zdarza się, nie?
A więc kto ma to wymienić? My nie mamy żarówek na stanie, z własnej kieszeni kupować nie będziemy - grosze, ale chodzi o zasadę. Portier nie ma takich uprawnień ani żarówek na stanie. Sprzątaczka podobnie. Należy dzwonić do zarządcy budynku.
Pan zarządca poprosił o zgłoszenie mu tego w systemie. Nie, nie może zostawić nam paru żarówek na zapas. Zgłoszenie przepalonej żarówki nie jest pilne więc wymieni jak będzie w okolicy.
Operacja wymiany żarówki trwała miesiąc, bo parę razy mu się zapomniało.
Tydzień temu spaliła się druga żarówka.
Ocena:
94
(Głosów:
100)
poczekalnia
Skomentuj (0)
Pobierz ten tekst w formie obrazka
Z rządowych okopów, które zwane są biureczkami za którymi kawkę piją urzędnicy.
Krąży w sieci zdjęcie z jakiegoś warsztatu samochodowego ze wspaniałym cennikiem w stylu: jak patrzy się na pracę mechanika to dopłata 50%, jak komentuje pracę mechanika to dopłaca 100% itd.
Zastanawiam się czasami czy nie zrobić takiego cennika w urzędzie. Tylko z odpłatnościami byłby problem.
Długawo będzie.
Jakiś czas temu budowano w mieście i okolicach nową kanalizację. Jak taka budowa przebiega to większość z nas wie. Najpierw papirusy, projekty, pozwolenia, zgody, przetargi, w sumie kilka kartonów dokumentów. W wypadku gdy rury mają zostać podłączone nie tylko do wysokości ulicy i chodnika a bezpośrednio do budynku mieszkalnego potrzebne są zgody mieszkańców na wejście na teren posesji i chwilowe udostępnienie terenu. Każdy z mieszkańców musi też zaakceptować projekt podłączenia. Chodzą więc urzędnicy albo projektanci od drzwi do drzwi pokazują projekt, tłumaczą co i jak a mieszkańcy podpisują się pod projektem, że się z nim zapoznali i nie mają nic przeciwko.
Budowa kanalizacji w toku. Zostało do zrealizowania jakieś 30% projektu, gdy do mojego pokoju wpada Pani z rozwichrzonym włosem, wściekłością w oczach i pretensjami w głosie. (dialogi w większości prawdziwe, takiej szopki się nie zapomina):
P- Pani, J- Ja, K –Kolega:
-P – Gdzie ten Ch*** od kanalizy.
- J – Jeżeli chodzi Pani o Pana X, to 4 pokoje dalej, pod numerem 40.
Pani w odpowiedzi walnęła drzwiami i pobiegła dalej. Chyba nie zauważyła na drzwiach napisu Wydział XXX, który ma z budownictwem tyle wspólnego, że jest tylko na tym samym piętrze. Z drugiej strony nie zauważyła też, że aby dostać się do mojego pokoju przeszła obok 6 –u par drzwi z napisem „Wydział budownictwa i ….”. Z ciekawości wychyliłam głowę na korytarz a tam istne pandemonium. Pani dotarła do mojego kolegi i z biegu zaczęła krzyczeć:
- P- Kto pana uczył budować. Takie niedoróbki. Taki bajzel. Ja chcę odszkodowania.
- K- Ale o co chodzi dokładnie.
- P – Jak wy tą kanalizację kładziecie, ja się na tym znam a to co robicie to się nadaje do TVN-u. Wy mi za wszystko zapłacicie.
- K- Ale o którą część kanalizacji chodzi.
- P – Mieszkam w Y i dzisiaj do mojego ogródka weszli robotnicy i zaczęli kopać i jak tak można ludziom ogródek skalny rozkopywać. Ja was zaskarżę.
- K – Proszę Pani, kopane jest tak żeby jak najszybciej podłączyć kanalizację i jak najmniej terenu naruszyć przy okazji, u Pani są betonowe podjazdy i jedyne miejsce na rury to ogródek. Robotnicy po zakończonych pracach wszystko naprawią.
- P – Ale tak nie może być. Ja tak nie chcę. Niech oni te rury położą na wierzchu, a nie ruszają mojego ogródka.
-K- Proszę Pani, nie ma możliwości żeby rury pozostawić na wierzchu. Przecież widziała pani plany i się pod nimi podpisała. Trzeba było wtedy powiedzieć, że nie życzy Pani sobie ingerencji w ogródek, znaleźlibyśmy może inne rozwianie. Teraz jest już za późno i goni nas czas. Musimy ukończyć budowę w określonym terminie.
- P- Ale ja nie życzę sobie rozkopywania mojego ogrodu.
- K – Proszę pani, albo kopiemy według projektu, albo omijamy pani posesję a Pani na własny koszt zrobi podłączenie.
- P – Ja tego tak nie zostawię, ja was zaskarżę.
Łup drzwiami i odfrunęła w kierunku gabinetu Naczelnego Wodza. Ja w tym czasie pytam się kolegi o co właściwie chodziło a on na to, że Pani ma frontową część ogrodu wylaną betonem i tylko pasek ogrodu od domu do bramy o szerokości 3 metrów nadaje się żeby pod nim kopać i kłaść rury. Dodatkowo przebiegałyby one prawie w linii prostej od domu do ulicy i nie trzeba byłoby rujnować podjazdów. Ale Pani ma inną wizję architektoniczną i ona wie lepiej, że rury na wierzchu nie będą jej przeszkadzać. A ogródek skalny to kilka kamieni i parę kwiatków niczym skwerki przy przejściach dla pieszych, pilnowane jak by to był ogródek zen.
Jak się to skończyło? A no Naczelny Wódz przemówił Pani do rozumu. Widziała projekt, a no widziała. Podpisała projekt, a no podpisała. Wie jaki jest koszt samodzielnego podłączenia kanalizacji, a no nie wie. Jak jej powiedział to ją lekko przytkało i trochę stonowała. Po godzinie tłumaczenia nie miała już nic do powiedzenia. Kanalizę podłączono, robotnicy wykopali, położyli, zakopali, poprawili. Nic nie widać, że była jakaś ingerencja w krajobraz.
Krzyki Pani od kamieni i kanalizy na wierzchu wspominamy do dnia dzisiejszego.
Krąży w sieci zdjęcie z jakiegoś warsztatu samochodowego ze wspaniałym cennikiem w stylu: jak patrzy się na pracę mechanika to dopłata 50%, jak komentuje pracę mechanika to dopłaca 100% itd.
Zastanawiam się czasami czy nie zrobić takiego cennika w urzędzie. Tylko z odpłatnościami byłby problem.
Długawo będzie.
Jakiś czas temu budowano w mieście i okolicach nową kanalizację. Jak taka budowa przebiega to większość z nas wie. Najpierw papirusy, projekty, pozwolenia, zgody, przetargi, w sumie kilka kartonów dokumentów. W wypadku gdy rury mają zostać podłączone nie tylko do wysokości ulicy i chodnika a bezpośrednio do budynku mieszkalnego potrzebne są zgody mieszkańców na wejście na teren posesji i chwilowe udostępnienie terenu. Każdy z mieszkańców musi też zaakceptować projekt podłączenia. Chodzą więc urzędnicy albo projektanci od drzwi do drzwi pokazują projekt, tłumaczą co i jak a mieszkańcy podpisują się pod projektem, że się z nim zapoznali i nie mają nic przeciwko.
Budowa kanalizacji w toku. Zostało do zrealizowania jakieś 30% projektu, gdy do mojego pokoju wpada Pani z rozwichrzonym włosem, wściekłością w oczach i pretensjami w głosie. (dialogi w większości prawdziwe, takiej szopki się nie zapomina):
P- Pani, J- Ja, K –Kolega:
-P – Gdzie ten Ch*** od kanalizy.
- J – Jeżeli chodzi Pani o Pana X, to 4 pokoje dalej, pod numerem 40.
Pani w odpowiedzi walnęła drzwiami i pobiegła dalej. Chyba nie zauważyła na drzwiach napisu Wydział XXX, który ma z budownictwem tyle wspólnego, że jest tylko na tym samym piętrze. Z drugiej strony nie zauważyła też, że aby dostać się do mojego pokoju przeszła obok 6 –u par drzwi z napisem „Wydział budownictwa i ….”. Z ciekawości wychyliłam głowę na korytarz a tam istne pandemonium. Pani dotarła do mojego kolegi i z biegu zaczęła krzyczeć:
- P- Kto pana uczył budować. Takie niedoróbki. Taki bajzel. Ja chcę odszkodowania.
- K- Ale o co chodzi dokładnie.
- P – Jak wy tą kanalizację kładziecie, ja się na tym znam a to co robicie to się nadaje do TVN-u. Wy mi za wszystko zapłacicie.
- K- Ale o którą część kanalizacji chodzi.
- P – Mieszkam w Y i dzisiaj do mojego ogródka weszli robotnicy i zaczęli kopać i jak tak można ludziom ogródek skalny rozkopywać. Ja was zaskarżę.
- K – Proszę Pani, kopane jest tak żeby jak najszybciej podłączyć kanalizację i jak najmniej terenu naruszyć przy okazji, u Pani są betonowe podjazdy i jedyne miejsce na rury to ogródek. Robotnicy po zakończonych pracach wszystko naprawią.
- P – Ale tak nie może być. Ja tak nie chcę. Niech oni te rury położą na wierzchu, a nie ruszają mojego ogródka.
-K- Proszę Pani, nie ma możliwości żeby rury pozostawić na wierzchu. Przecież widziała pani plany i się pod nimi podpisała. Trzeba było wtedy powiedzieć, że nie życzy Pani sobie ingerencji w ogródek, znaleźlibyśmy może inne rozwianie. Teraz jest już za późno i goni nas czas. Musimy ukończyć budowę w określonym terminie.
- P- Ale ja nie życzę sobie rozkopywania mojego ogrodu.
- K – Proszę pani, albo kopiemy według projektu, albo omijamy pani posesję a Pani na własny koszt zrobi podłączenie.
- P – Ja tego tak nie zostawię, ja was zaskarżę.
Łup drzwiami i odfrunęła w kierunku gabinetu Naczelnego Wodza. Ja w tym czasie pytam się kolegi o co właściwie chodziło a on na to, że Pani ma frontową część ogrodu wylaną betonem i tylko pasek ogrodu od domu do bramy o szerokości 3 metrów nadaje się żeby pod nim kopać i kłaść rury. Dodatkowo przebiegałyby one prawie w linii prostej od domu do ulicy i nie trzeba byłoby rujnować podjazdów. Ale Pani ma inną wizję architektoniczną i ona wie lepiej, że rury na wierzchu nie będą jej przeszkadzać. A ogródek skalny to kilka kamieni i parę kwiatków niczym skwerki przy przejściach dla pieszych, pilnowane jak by to był ogródek zen.
Jak się to skończyło? A no Naczelny Wódz przemówił Pani do rozumu. Widziała projekt, a no widziała. Podpisała projekt, a no podpisała. Wie jaki jest koszt samodzielnego podłączenia kanalizacji, a no nie wie. Jak jej powiedział to ją lekko przytkało i trochę stonowała. Po godzinie tłumaczenia nie miała już nic do powiedzenia. Kanalizę podłączono, robotnicy wykopali, położyli, zakopali, poprawili. Nic nie widać, że była jakaś ingerencja w krajobraz.
Krzyki Pani od kamieni i kanalizy na wierzchu wspominamy do dnia dzisiejszego.
Z pamiętnika młodego urzędnika
Ocena:
64
(Głosów:
70)
poczekalnia
Skomentuj (1)
Pobierz ten tekst w formie obrazka
Jak już pisałam kilka razy: jestem w ciąży. Dopiero piąty miesiąc, ale brzuch mam taki, że z wzdęciami tego nie pomyli. Spod płaszcza, owszem, nie widać, ale żaden sweter mojego stanu nie zamaskuje.
Pewnego dnia wracałam z zajęć na uczelni, organizm pilnie domagał się jedzenia, więc wstąpiłam do najbliższego supermarketu po soczek i bułkę. Nie czułam się najlepiej, choć również nie fatalnie, więc rozpięłam płaszcz i po cichu liczyłam, że może ktoś mnie w kolejce przepuści.
Gdy szłam do kasy i byłam dosłownie dwa kroki przed końcem kolejki minęłam dziewczynę, która jeszcze coś brała z regału. Taką zwykłą, na oko ze 25 lat. Popatrzyła na mnie, popatrzyła na mój brzuch, odepchnęła mnie i wepchnęła się przede mnie w kolejkę. Z jakichś powodów nawet nie próbowałam jej pytać czy mnie przepuści. A przed nami wisiał sobie plakat akcji "Więcej życzliwości dla kobiet w ciąży".
Pewnego dnia wracałam z zajęć na uczelni, organizm pilnie domagał się jedzenia, więc wstąpiłam do najbliższego supermarketu po soczek i bułkę. Nie czułam się najlepiej, choć również nie fatalnie, więc rozpięłam płaszcz i po cichu liczyłam, że może ktoś mnie w kolejce przepuści.
Gdy szłam do kasy i byłam dosłownie dwa kroki przed końcem kolejki minęłam dziewczynę, która jeszcze coś brała z regału. Taką zwykłą, na oko ze 25 lat. Popatrzyła na mnie, popatrzyła na mój brzuch, odepchnęła mnie i wepchnęła się przede mnie w kolejkę. Z jakichś powodów nawet nie próbowałam jej pytać czy mnie przepuści. A przed nami wisiał sobie plakat akcji "Więcej życzliwości dla kobiet w ciąży".
sklepy
Ocena:
41
(Głosów:
77)
Podziel się pozytywnymi historiami na
WSPANIALI.pl
WSPANIALI.pl
