Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

Poczekalnia

Tutaj trafiają wszystkie historie zgłoszone przez użytkowników - od was zależy, które z nich nie trafią na stronę główną, a którym się może poszczęścić. Ostateczny wybór należy do moderatorów.
poczekalnia

#78381

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Witam. Dzisiaj z treningów.

Z racji tego, że walczyć wręcz lubię tak samo jak strzelać z łuku, czasami chodzę na treningi sympatyków* z moim [Z]najomym, który jest ich trenerem. Głównie pilnuję bezpieczeństwa, ale raz czy dwa zdarza mi się strzelać lekkimi łukami.

Treningi prowadzimy na boisku szkolnym. Dostaliśmy zgodę od dyrektora pod warunkiem, że będą odbywać się tylko w soboty i zadbamy o bezpieczeństwo. Jak z terminami nie ma problemów to z bezpieczeństwem co innego, nieważne jak zabezpieczysz, ktoś i tak zrobi głupotę. No, po tym wstępie opiszę parę wydarzeń.



I.
Często mamy widzów. Ot, dzieciak ewentualnie tata (jeśli przyszły matki to tylko za namową dziatwy) zobaczy jak strzelamy i przyjdzie popatrzeć. Nie przeszkadza nam to, dopóki goście nie przekroczą taśmy, która jest obwiązana dookoła pola. Zazwyczaj rodzic pilnuję dziecka lub zapyta czy można podejść bliżej.

Nic jednak nie przebije Ojca Roku. Przyszedł z dzieckiem 3 może 4 letnim, stoi w oddaleniu od taśmy więc nam nie przeszkadza. Robimy przerwę, Ojciec podchodzi z dzieckiem i zadaje klasyczne pytania co robimy, dlaczego, czy fajne itp. Z nagle patrzy - dzieciaka nie ma. Odwracamy się w stronę słomianki nabitej strzałami , a tam dzieciak siedzi z tyłu i ciągnie za podpory. Słomianka się chwieje, dzieciak szarpie mocniej. Z krótki sprint, ciągnie słomiankę do siebie i bierze dzieciaka. Ojciec nie widzi nic złego, "Michałek chciał się tylko pobawić". Szkoda, że ta zabawa mogła w najlepszym wypadku kosztować oko.

II.
Czasem ktoś z młodych przyprowadza kolegę, bo on ciekawy, chciał spróbować lub on umie. Na początku zapoznajemy takich z BHP, poprawnym naciągiem i dajemy łuki do wybrania.

Raz przyszedł [D]elikwent. Z łuku "szczylo" jak to ujął, na turniejach był. Ok, BHP pokazane, naciąg sam umie, łuk wybrał 18** i dajesz. Poszła 1 seria, 2 i widzimy, że D coś umie. Z ucieszony, może kolejny łucznik do drużyny bo tych jak na lekarstwo u nas. Robimy przerwę, idę wyjmować strzały, parę na ziemi to się schyliłem. I nagle świst. Wstałem, spojrzałem na słomiankę i widzę, że na wysokości kręgosłupa wbita strzała. Słabo przed oczami, odwracam się, a Z biegnie bordowy do D który naciąga kolejną strzałę. D wywalony na kopach z wilczym biletem, młodzi jak kogoś przyprowadzą to robimy test.

III.
Mój faworyt jeśli chodzi o głupotę. Nie było to u sympatyków Przyszedłem pewnego razu, widzę nową twarz, pytam kolegi kogo przyniosło. "Odzysk***, sprawdzamy czy się nadaje". Dobra, przyglądam się mu uważnie bo z odzysku zawsze coś odwalą. Nie minęła godzina, stoi odzysk z łukiem, strzałą i mówi - Gramy w odważnego! I posyła strzałę w górę. Powiem tak, debil ma szczęście, że stał pod drzewem i wbił strzałę w gałąź. Czasami jesteśmy wyrozumiali dla tych co zagrażają sobie i po rekonwalescencji wracają, ale taki idiota nie ma prawa dotykać nawet noża do masła. Po spacyfikowaniu poinformowaliśmy policję, ona go zabrała, daliśmy zeznania i więcej go nie widzieliśmy.

A teraz gwoli wyjaśnienia:
* - Sympatykami nazywamy ludzi przed 18 rokiem, którzy są zainteresowani dołączeniem do drużyny lub po prostu strzelaniem.

** - Siła naciągu łuku. Sympatycy mają maksymalnie 15, chyba że ktoś dobrze ogarnia to wtedy dostaje maks 20.

*** - Z odzysku czyli wywalony z innej drużyny nam podobnej. Z odzysku mamy kilku bardzo dobrze rokujących ludzi wywalonych za jednorazowe błędy.

Szkoła Trening

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 54 (Głosów: 58)
poczekalnia

#78380

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Było kilka historii na temat pytań dotyczących aukcji internetowych. Od tego tygodnia zapewne samemu będę je zadawał i to wcale nie dlatego, że nie chce mi się czytać treści aukcji.

Z racji iż mamy piękną pogodę to na poprzednią sobotę i niedzielę zaplanowałem pewien wyjazd turystyczny. Abym mógł go odbyć potrzebowałem pewnej rzeczy dla siebie i dziewczyny. We wtorek wieczorem zamówiłem ją na allegro (koszt 200zł). W aukcji wypisane dostępne rozmiary i jak byk zaznaczone wysyłka kurierem w ciągu 24h, sprzedający 12lat na allegro, 100% pozytywnych komentarzy - ogólnie wszystko wyglądało profesjonalnie. Asekuracyjnie w mailu zaznaczyłem, że zależy mi na szybkiej wysyłce. Gdy w piątek nie było ani przesyłki, ani żadnej informacji trochę się przestraszyłem. Po telefonie do sprzedawcy okazało się, że przedmiot jeszcze nie został wysłany gdyż skończyły im się zamówione prze zemnie rozmiary i dopiero rozładowują dostawę. Ogólnie rozmowa z owym Panem to osobna historia - np. musiałem mu tłumaczyć czemu wymagam od niego wysyłki w ciągu 24h (albo chociaż informacji o opóźnieniu).

Domyślam się, że właśnie tego typu sytuacje powodują telefony i emalie o rzeczy które dokładnie na aukcjach są opisane.

Ciekawostka: właśnie od sprzedającego dostałem e-mail z prośbą o anulowanie negatywnego komentarza gdzie jako uzasadnienie znajduje się tylko: "Czy również mamy wystawić negatyw?"

allegro

Skomentuj (3) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 52 (Głosów: 58)
poczekalnia
Ostatnio sprzątając w szafie znalazłam swoje stare dyplomy z podstawówki za udział w konkursie recytatorskim i ogarnęła mnie gorycz nawet po tylu latach. Ale po kolei.
Kochałam wiersze od zawsze a mama uczyła mnie jak je poprawnie wymawiać, akcentować, kiedy robić pauzy. Lubiłam to i bawiło mnie to. Dlatego konkurs recytatorski był dla mnie zwieńczeniem moich zainteresowań.
Brałam udział w konkursie co roku w podstawówce i co roku go wygrywałam. Zasady były proste, ma być wypowiedziane bezbłędnie, wiersz miał mieć przynajmniej określoną liczbę słów oraz wiersz nie może się powtarzać. Panie zapisywały co roku jakie były wiersze i nie można ich było recytować na następny rok.
To była czwarta albo piąta klasa podstawówki.Tamtego razu nauczycielki nagięły zasady bo przecież to one je tworzą. Wszystkie dzieci wtedy wyrecytowały swoje wiersze i nastąpiło czekanie. Potem wystąpiła jeszcze jedna dziewczynka po czym nastąpił zawód nie tylko mój ale i wszystkich dzieci. Dziewczynka powiedziała (to nie było recytowanie) wiersz, który ja recytowałam rok wcześniej i pomyliła się trzy razy. I oczywiście wygrała.
Nie wiem czy potraficie sobie wyobrazić rozczarowanie jakie nam wtedy towarzyszyło. Ja płakałam ale poszłam się kłócić dlaczego wygrała ona skoro inne dzieci wypadły o niebo lepiej. Pewnie nie uwierzycie ale nie chodziło mi o wygraną. Sama twierdziłam, że przynajmniej dwoje wypadło lepiej niż ja. Chodziło mi o zasady bo rodzice mówili, że zasad i obietnic się nie łamie. Nie zapomniałam tego co mi wtedy nauczycielka powiedziała.
Owa dziewczynka była siostrzenicą, którejś nauczycielki no i żeby jej nie było smutno to ona dostanie pierwsze miejsce, a ja drugie.
Odebrałam wtedy dyplom tak rozżalona jak tylko może być dziecko. Kwiatów, które miałam dać nauczycielom nie dałam tylko zabrałam do domu i dałam mamie. Płakałam wtedy cały dzień przy niej. Nie poszła się kłócić, stwierdziła, że z (tu poleciało trochę epitetów) nie ma sensu.
Na następny rok konkurs się nie odbył. Nikt nie chciał iść, w tym i ja. Nauczycielki nie rozumiały dlaczego nie ma chętnych.

szkoła

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 78 (Głosów: 92)
poczekalnia
Czytając historie o sprzęcie komputerowym, przypomniała mi się moja, gdy potrzebowałam na szybko kupić ładowarkę.
Pracuję zdalnie kilka godzin w sobotę i traf chciał, że gdy zabrałam się do pracy, bateria mi się rozładowała. Wniosek prosty, trzeba podłączyć do ładowania. Gdy tylko ładowarka połączyła kontakt i komputer, poszło przepięcie, kończące życie mojej ładowarki.
Chcąc, nie chcąc, musiałam się wybrać jak najszybciej do sklepu, by kupić nową. Mój wybór padł na Arkadię, ponieważ są tam trzy większe sklepy.
Swoje pierwsze kroki skierowałam do sklepu z "rtv" w nazwie, ponieważ tam kupowałam sprzęt. Tutaj chciałabym od razu zaznaczyć, że nie znam się na komputerach, a moja wiedza jest bardzo podstawowa.
Miałam jednak szczęście, od razu zobaczyłam dokładnie ten sam model laptopa (nie należał do najtańszych, ale nie piszę tego, by się chwalić, tylko jako wytłumaczenie reakcji sprzedawcy).
Podeszłam do niego i od razu pojawił się sprzedawca. Miałam wrażenie, że musi mieć jakiś teleport, ponieważ jeszcze chwilę temu, nikogo w pobliżu nie było.

Przytoczę mniej więcej dialog, jaki nastąpił:
- Dzień dobry, chciałabym ładowarkę do tego laptopa.
- A.. To musi pani przyjść z ładowarką, bo tak nie wiem, jaką pani potrzebuje.
- Dokładnie do tego modelu.- wskazałam dłonią laptop.
- To i tak musi pani przyjść z ładowarką.

No nic, na wszelki wypadek zrobiłam zdjęcie plakietki, jaki to model i wyszłam ze sklepu, planując poszukać szczęścia gdzie indziej, ponieważ nie uśmiechało mi się wracać do domu po ładowarkę.

Kolejnym miejscem był właśnie kompuszkodnik.
Podeszłam grzecznie do lady i przedstawiłam swój problem, pokazałam zdjęcie plakietki z modelem laptopa.
- Na czwartek będzie. - usłyszałam.
- Mi jest potrzebna dziś..
- To może weźmie pani uniwersalną na dziś, a na czwartek zamówimy oryginalną? - zaproponował sprzedawca.
Pewnie bym się zgodziła, gdyby nie to, że mam w domu jedną uniwersalną ładowarkę i za nic nie chciała mi ładować.
- Mam taką samą i nie działa.
- Musiała pani coś źle zrobić. To co, zamawiamy?

Cóż miałam zrobić? Po prostu pożegnałam się i wyszłam ze sklepu, udając się do tego z nazwą planety.
Od razu udało mi się wypatrzeć miłego pana, który miał nazwę firmy, z której miałam laptopa, na koszulce.
Pan zobaczył zdjęcie, przeczytał jaki model. Przeprosił, bo nie mieli takiej na stanie, ale podeszliśmy do laptopów z wystawy, bym mogła zrobić zdjęcie napisów na ładowarce, bo może znajdą ładowarkę o takich parametrach w innym sklepie.

Nie pozostało mi nic innego, jak posiadając wreszcie dane ładowarki, wrócić do pierwszego sklepu.

Tym razem trafiłam na innego sprzedawce i jemu nie mam nic absolutnie do zarzucenia. Zdjęcia ładowarki nie chciał nawet oglądać, sprawdził w internecie, jaka ładowarka będzie pasować z uniwersalnych i taką mi dał.

Wiem, że moja wina, bo nie pomyślałam, by wziąć ładowarkę, ale sprzedawca mógł chociaż trochę postarać się pomóc, a nie stracić zainteresowanie, gdy okazało się, że "oglądam" laptop, nie dlatego, by go kupić.

sklepy

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 21 (Głosów: 51)
poczekalnia
Przypomniała mi się moja przygoda z siecią kompuszkodnika. Przez 3 miesiące pracowałem jako sprzedawca (młodszy doradca klienta) w jednym z salonów. Piekielności było bardzo dużo, a ich kumulacja to powód odejścia z tej firmy.

1. Każdy sprzedawca przechodzi szkolenie, które oficjalnie ma mu pomóc w sprawnej obsłudze klienta. W rzeczywistości jest to pranie mózgu, w celu zwiększenia sprzedaży oraz zabicia poczucia winy z powodu manipulacji klientami.
Wchodzisz do sklepu z założeniem, że chcesz kupić laptopa za 2000zł. Wychodzisz z laptopem za 2500zł, akcesoriami, ubezpieczeniem i to wszystko na raty. Ostatecznie wydasz 3500zł. To jest efekt szkoleń i polityki firmy.
Sprzedawca zada Ci ogólne pytanie o cel wizyty lub zagai coś na temat komputera, który właśnie oglądasz. Kilka pytań o to do czego komputer potrzebny, dla kogo, jakie masz wymagania. Chwilę zastanowienia i padnie jedna lub dwie propozycje super komputera dla ciebie. Według tego co jest na szkoleniu oraz twojemu mniemaniu, sprzedawca wybrał sprzęt który ma w pełni spełniać twoje oczekiwania. Sprzedawca ma jednak jeszcze swoje kryteria wyboru – punkty tzw. „sezamki”. Sprzęt z największą marżą ma większą ilość „sezamków”, które oczywiście przekładają się na wypłatę. Firma nastawiona jest na crossselling, czyli sprzedaż łączoną. Każdy sprzedawca dąży do tego, żeby wcisnąć klientowi jak najwięcej akcesoriów oraz usług dodatkowych. Zwiększa to ilość przyznawanych „sezamków”.
Efekt jest wiadomy. Pracownik poleci komputer na którym najwięcej zarobi. Lepiej też mu się opłaca sprzedać laptopa za 2000 z kilkoma akcesoriami i ubezpieczeniem niż „golasa” za 4000 który ma mało „sezamków”.
Dobry sprzedawca wykorzysta słowa klienta do sprzedania dodatkowych akcesoriów. Zwróćcie uwagę jak kiedyś usłyszycie w sklepie „powiedział pan, że często przenosi komputer, konieczne jest kupienie torby”. Po takich słowach klient nie może się wycofać, bo faktycznie mówił, że będzie nosić komputer. Przestanie zastanawiać się czy ta torba jest mu potrzebna tylko pójdzie ze sprzedawcą do półki i wybierze kolor swojej nowej super torby.
„Wspominał Pan o korzystaniu z Internetu. Jeżeli nie chce pan ochronić przed przykrymi konsekwencjami i robić bezpiecznie transakcje w Internecie to trzeba kupić program antywirusowy”. Ręka sprzedawcy od razu wędruje do półki z programem, który daje najwięcej „sezamków”.

2. Ubezpieczenie, czyli gwarancja rozszerzona. Kupując komputer za 3000 dla dziecka 10-15 lat można rozważyć ubezpieczenie od uszkodzeń mechanicznych. Dopłacasz 500zł i nie musisz się przejmować, że twoja pociecha coś zepsuje. Dla sprzedawcy każde takie ubezpieczenie to duża prowizja (około 3% od wartości sprzętu). Doradca nie przejmuje się tym czy komuś faktycznie ta usługa jest potrzebna. Ubezpieczenie jest proponowane i wciskane każdemu.
3. Przygotowanie komputera do pracy. Jeżeli już wpadniesz w sidła sprzedawcy to będzie chciał wycisnąć ile się da. Jako dobry i uczynny sprzedawca zaproponuje, że przygotuje twój nowy nabytek do pracy. Powie, że ta operacja jest długa, może coś pójść nie tak, może być trudne, itp. Oczywiście wspomni, że to kosztuje 100zł, ale dzięki temu oszczędzisz mnóstwo czasu, nerwów i energii. Przyjdziesz do domu, włączysz komputer i już wszystko będzie gotowe. Jeżeli się nie zgodzisz na taką sumę to od razu cena spadnie do 20-40zł lub złotówki.
Powiedzmy sobie szczerze, że takie pierwsze uruchomienie komputera jest podobne jak pierwsze włączenie smartphona. Wybierasz język, klikasz kilka razy „dalej” i tyle. Kreator jest przygotowany dla osoby, która nie ma większego pojęcia o komputerach. Dla sprzedawcy to oczywiście dodatkowy zarobek i punkty (dla usług nazywają się „jeżyki”).

4. Jeżeli komuś wydaje się, że „takie psycho sztuczki na mnie nie działają” jest raczej w błędzie. Wybrałem dla klienta komputer, ale jedyny dostępny egzemplarz był na wystawie. Oczywiście pan powiedział, że nie chce z wystawy i koniecznie ma być na dziś. Wykorzystując wcześniejsze szkolenia powiedziałem, że taki sprzęt jest lepszy. Został już wcześniej podłączony, sprawdzony i mamy pewność, że wszystko z nim w porządku. Taki z pudełka może okazać się uszkodzony i będzie trzeba go od razu reklamować.
Po tym wydarzeniu było mi zwyczajnie wstyd tego co zrobiłem. Przekonałem się wtedy, że psychologię można bardzo perfidnie wykorzystać przeciwko innym ludziom. 1800 netto podstawy + prowizja ponad 1000zł netto dla osoby, która pracuje 3 miesiąc to bardzo dobra zachęta do naciągania klientów. Ja spasowałem.

Przy zakupie komputera, szczególnie pierwszego, akcesoria i program antywirusowy oczywiście się przydają i dobrze je mieć. Lepiej jednak zastanowić się na spokojnie w domu czego potrzebujemy. Nie liczcie na szczere porady sprzedawców. To tyczy się oczywiście innych sieci sklepów.
Taka polityka firmy i szkolenia dają efekt – sprzedawca (w sumie to trzech ich było) w kompuszkodniku miał mnie w zupełnym poważaniu jak chciałem kupić kartę podarunkową. Bardzo się zainteresował klientem, który oglądał laptopy.

sklepy

Skomentuj (19) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 40 (Głosów: 68)
poczekalnia
Będzie bardzo długo o sklepie ze sprzętem komputerowym (a w zasadzie ogromnej sieciówce), który prowadzi również serwis tychże sprzętów, znajdującym się w galerii handlowej w centrum Warszawy. Nazwijmy go kompuszkodnik.
W zeszłą sobotę koło 20 podczas korzystania z laptopa nagle ekran przygasł mi o jeden ton, jak się dzieje w przypadku, gdy sprzęt się nie ładuje. Problem w tym, że ładowarka była podłączona. Wyjęłam ją, włożyłam z powrotem, podłączyłam zasilacz do innych gniazdek - nie działa. Studiuję informatykę, więc bez laptopa (zwłaszcza miesiąc przed końcem semestru) jestem jak bez ręki. Sprzęt do plecaka i w drogę do najbliższego sklepu, który o tej porze był jeszcze otwarty, niestety był to kompuszkodnik.
Weszłam do środka, poinformowałam pracownika co i jak (problem polegał na tym, że bolec, który powinien być w laptopie został w ładowarce) i wywiązała się między nami taka rozmowa:
Pan1: Ale to się pani wcale nie opłaca... To już lepiej kupić nowego laptopa.
Pan2 (wychodzi z zaplecza), nazwijmy go Rafał: Co się stało?
P1: Podejmiesz się wymiany gniazda ładowania? (Rafał ogląda zasilacz i komputer)
R: Tak, mogę to zrobić, tylko nie wiem czy mamy takie gniazda. Zamówienia dostajemy raz na tydzień, we wtorki, więc jeśli taka część nie znalazła się w tym na najbliższy wtorek, to mogę je zamówić i dojdzie w następny. Także laptop będzie do odbioru w tę lub kolejną środę.
Ja: Ile to będzie kosztować?
R: Maksymalnie do 150 - 200zł (dziękuję panu numer 1 za złotą radę kupna nowego komputera, faktycznie, dużo bardziej się opłaca).
Podpisaliśmy papiery, wszystko umówione, wracam do domu.
W środę po powrocie z uczelni nie dostałam jeszcze żadnej informacji odnośnie losów mojego komputera, więc zadzwoniłam do serwisu. Rozmowa wyglądała mniej więcej tak:
Ja: Nazywam się tak i tak, w sobotę oddałam do państwa serwisu laptopa model taki i taki, chciałabym się dowiedzieć, czy dziś będę go mogła odebrać.
Pan: Ja nie wiem... A jaki to laptop?
J: Taki i taki.
P: I co w nim było do zrobienia?
J: Gniazdo zasilania do wymiany.
P: No to będzie gotowy na kiedy tam kolega pani powiedział.
J: Czyli dziś lub za tydzień, więc nie ma szans że będzie na dziś?
P: No ja nie wiem, chyba nie.
Po krótkiej rozmowie zdążyłam się zorientować, że średnio się z panem dogadam, a że do złotej galerii mam wcale nie tak daleko, to postanowiłam się tam wybrać osobiście. Tu wywiązał się kolejny ciekawy dialog:
J: Nazywam się tak i tak i chcę się dowiedzieć, czy mogę odebrać dziś takiego i takiego laptopa. Dzwoniłam do państwa, ale rozmawiałam z niekompetentną osobą, która nie była mi w stanie odpowiedzieć na to pytanie.
P1: To ze mną pani rozmawiała. Zaraz zawołam kolegę.
Pan Rafał wyjaśnił mi, że część już zamówił w poniedziałek, ale nie od nich z magazynu, bo takiej nie mają, więc przesyłka powinna być do końca tygodnia, tak jak laptop do odbioru.
W piątek dzwoniono do mnie z numeru sklepu, ale kiedy po 2 minutach próbowałam się tam dodzwonić nikt nie odbierał. Korzystając z ładnej pogody wybrałam się do galerii po raz kolejny. Okazało się, że laptopa do odbioru nie ma, bo nie ma części i pan dzwonił, żeby mnie o tym poinformować. Mówił że już na pewno będzie na poniedziałek lub wtorek, więc laptop do odbioru max środa.
We wtorek po południu trochę się już niecierpliwiłam z powodu braku informacji, więc próbowałam dodzwonić się do sklepu. Po 2,5 minuty słuchania wyjątkowo irytującej muzyki usłyszałam komunikat, że niestety wszyscy konsultanci w danym sklepie są zajęci, więc mogę połączyć się z infolinią (co by mi nijak nie pomogło). Próbowałam 3 razy, więc w sumie 7,5 minuty dzwonienia. Pomyślałam, że może warto by było spróbować z innego numeru z góry skazując się na porażkę... Telefon odebrano po kilku sekundach. Pracownik, który odebrał przekazał telefon panu Rafałowi i rozmowa między nami wyglądała mniej więcej tak:
J: Jak wygląda sprawa z laptopem?
R: Wie pani co, no ta część gdzieś zaginęła, nie wiem gdzie ona jest, ale jeszcze do nas nie dotarła.
J: Ale to jest pana sprawa i pana problem. Moją częścią umowy jest zapłacenie panu za usługę, pan ma tę usługę wykonać w danym terminie i nie interesuje mnie jak.
R: No tak, ale ona zaginęła.
J: Czyli rozumiem, że według pana powinnam napisać list do dziekana przepraszając, że nie oddam zadania semestralnego, ale to wszystko dlatego że jakiś pan Rafał z kompuszkodnika nie umie sprowadzić części do mojego laptopa i trzyma go u siebie od ponad tygodnia? Powinniście mieć państwo jakieś komputery zastępcze dla klientów, którzy tyle czekają. To jest po prostu żenujące i niepoważne.
R: Niestety nie mamy żadnych takich sprzętów.
(Tutaj jeszcze podobna wymiana zdań)
R: Wie pani co, ja pani udostępnię mojego prywatnego laptopa, proszę jutro przyjść koło południa. (Jakoś średnio mi się chciało wierzyć no ale dobrze, zawsze jest to jakiś ratunek)
Tego samego dnia po 20 dzwoni do mnie pan Rafał.
R: Ja otworzyłem tego pani laptopa i okazuje się, że to gniazdo jest w środku przylutowane do płyty głównej.
J: No tak i co w związku z tym?
R: Ja tego pani nie zrobię.
J: ... Słucham? Trzymał pan tego laptopa przez ponad tydzień i dopiero go pan rozkręcił?
R: No tak bo my nie rozkręcamy sprzętu tak od razu, żeby nie leżał (nie żeby nie można było go złożyć z powrotem...) i poza tym ja nie mam tutaj w salonie lutownicy, więc tego nie zrobię, ale mogę polecić pani inny serwis.
Pojechałam do sklepu odebrać laptopa, panowie pod nosem się uśmiechali na mój widok, pan Rafał udawał, że nie wie kim jestem, ale wystarczyło zmierzyć go wzrokiem i nagle wróciła mu pamięć. Wywiązała się między nami dość nieprzyjemna wymiana zdań. Poza tym poinformował mnie, że zadzwonił do wyżej wspomnianego serwisu i dowiedział się tam, że jeśli dostarczę im laptopa do południa to będzie gotowy na wieczór.
Wczoraj z rana pojechałam pod wskazany adres, wyjaśniłam sytuację, zostawiłam komputer. Po dwóch godzinach pan z serwisu do mnie zadzwonił z informacją, że mój laptop jest na tyle nowy, że producent nie sprzedaje jeszcze części i to gniazdo jest nie do dostania. Nie ma więc opcji, że pan Rafał je zamówił, bo po prostu nie ma jak. Także najprawdopodobniej zapomniał o sytuacji i przypomniałam mu dopiero w środę, kiedy to chcąc załagodzić sytuację powiedział, że część jest już zamówiona. Próbując zamówić gniazdo zorientował się, że go nigdzie nie ma, więc wymyślił, że najlepiej będzie mnie zwodzić jeszcze przez prawie tydzień i mówić, że przesyłka zginęła. Żenujące jest również nieodbieranie ode mnie telefonu, no dziecinada.
Pan z serwisu poinformował mnie też, co w tej sytuacji możemy zrobić, trochę wzrosną koszta i czas wykonania usługi, ale jest to do zrobienia.
Zastanawia mnie co w tej sytuacji mogę jeszcze zrobić, bo sprawa jest świeża. Myślę nad ponowną wycieczką do kompuszkodnika i rozmową z kierownikiem.

kompuszkodnik

Skomentuj (43) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 57 (Głosów: 111)
poczekalnia
Dzwoni do mnie pracownica, że ma problem z terminalem, dodatkowo błąd wyskoczył podczas transakcji kartą i ona nie wie, czy pieniądze zostały pobrane, czy nie. Ok, będę niedługo na miejscu, sprawdzimy, co się stało.
Na raporcie karty wyszło, że o tej godzinie, kiedy wystąpiła awaria, transakcja przeszła. Klientka zapłaciła dwa razy: kartą i gotówką.
Pracownica poprosiła klientkę o numer telefonu w razie, gdyby ta transakcja przeszła, żeby móc zwrócić pieniądze. Dlatego też po sprawdzeniu raportów zadzwoniłam do owej pani, aby poinformować, że pieniądze przeszły i co dalej możemy z tym zrobić.

JA: Dzień dobry, z tej strony Mornigstar, sklep X, dzwonię w sprawie transakcji kartą, wyskoczył wtedy błąd, jednak na raporcie wyszło, że pieniądze zostały pobrane z pani konta.
KLIENTKA: Dobry... No czas najwyższy.
J: Proszę pani, mamy trzy opcje do wyboru. Zwrot na kartę, zwrot gotówki lub może pani zadzwonić do swojego banku i poinformować, żeby anulowano tą transakcję.
K: Ale na zwrot musiałabym przyjść...
J: Niestety wiąże się to z pani obecnością w naszym sklepie. Zwrot na kartę jest możliwy tylko w przeciągu dwóch dni od transakcji. Potem nie mam takiej możliwości na kasie i zostanie opcja zwrotu gotówki. Myślę, że najszybciej będzie jednak zadzwonić do banku, nie będzie musiała pani jeździć też po całym mieście.
K: Aha. Czyli tylko to mi pani proponuje?
J: Nie do końca rozumiem...
K: No co mi pani może jeszcze zaproponować?!
J: Sugeruję, aby zadzwonić do banku...
K: (wrzask) ALE MI SIĘ NIE CHCE!
J: Przepraszam... Ale czy pani mówi zupełnie poważnie?
K: (dalej krzyczy) Oczywiście!

Rozłączyłam się. Wydukałam jedynie "do widzenia" i się zwyczajnie rozłączyłam. Wryło mnie w ziemię.

A kwota? Pani się wciąż nie pokazała po swoje siedem złotych, a mija już miesiąc od tego wydarzenia.

sklepy

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 118 (Głosów: 144)
poczekalnia
Nie przepadam za dziećmi, szczególnie tymi rozwydrzonymi, ale ogólnie wypracowałam sobie na nie jakąś tam tolerancję i tak sobie z tym żyję. Jednak znajdzie się czasem taki stuprocentowy pomiot diabła, który ową tolerancję poważnie nadszarpnie.
Sytuacja sprzed chwili. Jak wynika z moich poprzednich historii, pracuję w sklepie. Do środka wchodzi Pani z dwoma synami. Wiek na oko 3 i 6 lat. Starszy grzecznie stoi przy mamie i pomaga jej wybierać kolor lakieru do paznokci. Młodszy, cóż... po czymś takim, mam ochotę podwiązać sobie jajowody.
1. Młody lata po sklepie jak mała małpa i łapie losowe rzeczy w łapki po czym z radością rzucaa je na podłogę. Matka nie reaguje.
2. Mały szatan znajduje przejście i ładuje mi się za ladę. Grzecznie zwracam uwagę, że tutaj nie można wchodzić. Mały łapie za losowy szampon do włosów, wywala na podłogę i ucieka. Matka nadal nie reaguje.
3. Obesraniec staje na palcach i próbuje przewrócić wielką szklaną gablotę stojącą na ladzie. Tracę cierpliwość i mówię mu żeby przestał, bo zbije szybę i zrobi sobie krzywdę. Zwracam się też do Matki. Mamusia zwraca uwagę obsrańcowi, na co on strzela focha.
4. Mały łapie za klamkę drzwi i zwracając się do mnie mówi, że nigdy już tu nie wróci, bo go wku*wiam. Matka lekko się rumieni, ale znów nie reaguje.
5. Obesraniec wlatuje ponownie do sklepu, zdejmuje majty i z pindolem na wierzchu oznajmia, że chce mu się sikać. Matka każe starszemu pójść z małym na dwór i pomóc się wysikać. Wracają z dworu podejrzanie szybko.
6. Obesraniec biega po sklepie i rozsypuje wszelkie ulotki i materiały reklamowe, które leżą w zasięgu jego małych łapek. Moje ciśnienie jest na krytycznym poziomie. Matka wreszcie decyduje się na kolor lakieru i kilka innych pierdół.
7. Rodzinka wychodzi ze sklepu, Pani ze starszym grzecznie się żegnają, młody wrzeszczy, że on chce już iść z tego je*anego sklepu.
8 Finał: wiedziona dziwnym przeczuciem, wychodzę ze sklepu. Patrzę na ścianę tuż obok drzwi wejściowych, a tam piękna żółta plama po sikaniu.
Chyba nie będzie podsumowania, bo muszę wypić melisę albo od razu setę.

sklep kosmetyczny

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 127 (Głosów: 165)
poczekalnia

#78369

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Przeczytałem historie o "znieczulicy" i jak to nikt nie pomógł dziewczynie którą zaczepiał jakiś obleśny typ i przypomniała mi się pewna historia sprzed wielu lat (z tego powodu relacja może zawierać błędy).

Znajomy wracał późno do domu i usłyszał krzyki (mieszkał w dość podejrzanej okolicy). Ponieważ był duży, silny i umiał się bić, a do tego był młody (więc był też głupi i narwany) postanowił sprawdzić co się dzieje. Z większej odległości widzi trzech facetów którzy szarpią/przytrzymują jakąś dziewczyne która potwornie się wydziera. Znajomy skalkulował, goście go na razie nie zauważyli, więc postanowił zaryzykować. Ale nie na tyle, żeby się z typami cackać, jego akcja była szybka i bardzo brutalna, bo każdego z nich musiał obezwładnić raz i trwale (wbrew temu co pokazują na filmach, w otwartej walce z trzema osobami miałby marne szanse). Udało się. Napastnicy leżą, dziewczyna korzystając z zamieszania uciekła i tylko kumpel stoi. Goście, jak mówiłem, leżą i za bardzo się nie ruszają. Kolega spanikował, zadzwonił po pogotowie (ostatecznie nie chciał ich przecież pozabijać).

Dostał wyrok w zawieszeniu (obrażenia okazały się bardzo poważne). Sąd nie dał wiary w obronę dziewczyny (której nie udało się znaleźć), a skończyło się na zawiasach tylko dlatego, że goście już mieli zatargi z policją no i było ich trzech.

Można zapytać po co dzwonił po karetkę (to dzięki temu go łatwo namierzyli). No ok, ale gdyby tam umarli, policja mogłaby się serio wziąć do roboty i jakby go znaleźli uwaliłby sobie właściwie całe życie. Może coś by wskórał gdyby dziewczyna nie uciekła, ale interesowało ją wyłącznie jej własne dobro, a nie kogoś kto postanowił ryzykować, zeby ją ratować). W każdym razie, znajomy ma od tego czasu uczulenie na gadanie o "znieczulicy". Jemu jak się wpakował w kłopoty ratując czyjąś dupę nikt pomóc nie chciał.

Skomentuj (20) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 109 (Głosów: 131)
poczekalnia

#78362

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Jest to historia o moim bracie, który jest chyba najbardziej nieodpowiedzialną osobą na świecie. Ma on 21 lat, ale czasem odnoszę wrażenie, że ma tak z dziesięć lat mniej i cierpi na brak empatii.

Dla tej historii ważne jest też to, że mój brat to taki typowy Seba co na ważny egzamin zakłada galowy dres, wychowała go ulica a po dzielni wozi się golfem (cóż, co śmieszne jeździ golfem).

Sama jestem od niego o rok starsza a odkąd skończyłam liceum sytuacja w domu zmusiła mnie do pracy i studiowania w trybie zaocznym. Również dwa lata temu wyprowadzilam się i ogólnie jestem już samodzielna. Ale parę miesięcy temu musiałam wrócić do rodzinnego domu, aby zająć się matką i babcia.

Moja mama parę lat temu zachorowała na raka. Wyrok : złośliwy. Długie leczenie, wielomiesięczny pobyt w szpitalu. Ogółem ciężka sytuacja dla kogoś przed maturą. Mój brat już wtedy zachowywał się nieodpowiedzialnie. Zostawiał wszystko na mojej głowie. Od prowadzenia domu do całodobowej niemalże opieki nad mamą. Nie pomagał mi z niczym, bo on jeszcze jest w zawodówce (!! Ja w trzeciej liceum), nie zarabia i ogólnie nie ma czasu na nic, bo jest wiecznie zmęczony. A jak już pomógł w czymś, to przez miesiąc potrafił się wykręcać, że przecież on wtedy i wtedy zrobił COŚ więc o co ci k*wa chodzi.

Tyle tytułem wstępu.

Lecz parę miesięcy temu okazało się, że i babcia ma raka. Nieoperacyjny guz w dwunastnicy. A tydzień później... mama ma przerzuty do kręgosłupa. Sądziłam, że brat się otrząśnie, ale nie. Olewał to jeszcze bardziej. Znikał z domu na całe dnie, podkradał mi pieniądze, bo przecież nadal nie pracuje ani już się nie uczy. Najważniejsi byli kolesie i jego dziewczyna. A chora matka i babcia już nie. One były na drugim planie.

Jakoś do tej pory dawałam sobie radę, miałam go gdzieś, pomagał mi mój jeszcze nie do końca ojczym, który nie raz usiłował rozmawiać z bratem. Bez skutku. Mój brat nie szanuje nikogo, oprócz swoich kolesi.
Tak, dawalam radę, aż do niedawna. Bylam wtedy w delegacji w innym mieście oddalonym o 300 km od mojego rodzinnego domu. Aż tu dostaję telefon, że matka ma wysoką gorączkę, traci przytomność i że on nie wie co ma zrobić. Babcia jest w szpitalu, ojczym ma nocke a on jest z nią sam w domu. On nie wie, siora pomuszzzz. Kazalam dzwonić po karetkę. Matkę zabrali do szpitala.

Nagle dostaję kolejny telefon od niego, że mam natychmiast wracać, bo ktoś musi zostać z mamą, a on nie może, bo jutro idzie z tą swoją gdzieś tam, juz nie pamietam gdzie. I on nie może. Ja dostaję szału, jak mam przyjechać, przecież zajmie mi to kilka godzin by wrócić. O co go to obchodzi? On nie zostanie.

Ostatecznie ściągnęłam ojczyma, przyjechał a brat dostał po mor**ie od niego i na tym miało się skończyć. No właśnie nie. Brat nadal wszystko olewa, gorzej, teraz przyjeżdża do domu, aby się wyspać i ograbic lodówkę. Nie ma go przez większość dnia. A ja mam na głowie dom, dwie ciężko chore osoby, prace i jeszcze studia, obronę. Z bratem nie wiemy co zrobić, nic do niego nie dociera. Ani ostre słowa ani ostry wpie*iel. Ręce opadają.

Skomentuj (30) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 137 (Głosów: 155)

Podziel się pozytywnymi historiami na
WSPANIALI.pl

Piekielni