Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

Poczekalnia

Tutaj trafiają wszystkie historie zgłoszone przez użytkowników - od was zależy, które z nich nie trafią na stronę główną, a którym się może poszczęścić. Ostateczny wybór należy do moderatorów.
poczekalnia
Witam wszystkich. Historia będzie sprzed kilku miesięcy.

Słowem wstępu chciałam dodać, że jestem nauczycielką w przedszkolu/ zerówce, więc pracuję z dziećmi w przedziale wiekowym 3-6 lat.

Jako, że zima powoli zaczęła się wtedy kończyć, dyrekcja zdecydowała się szarpnąć i wywieźć te nasze małe kluski na wycieczkę. Żeby było ładnie, fajnie i nie za drogo wybraliśmy się kilkadziesiąt km za miasto do warzelni serów. W plan wycieczki wchodziło też zwiedzanie gospodarstwa, oglądanie maszyn rolniczych i poznawanie zwierząt.
Nic, jedziemy.
Miejscówka piękna, widoki zapierają smog w kichawie, a że dzieciaki typowe mieszczuchy to mało nie dostały apopleksji jak zobaczyły krowy przez okno. Tereny – typowa wieś poniemiecka, wysokie stodoły, wielkie po PGRowskie budynki przerobione na mieszkania czy jakiś sklepik. Słowem, dla naszych klusek, które w zatrważającej większości mają tablet za zwierzątko domowe, świat jak z bajki.
Ale gdyby wszystko było tak jak super, to historia nie trafiłaby na Piekielnych.
Przed wycieczką, każdy rodzic miał zadbać o zdrowie swojego dziecka, ponieważ dzieci chore nie mogły na tą wycieczkę pojechać. Dlaczego chyba łatwo się domyślić- po pierwsze, ze względu na sam fakt, że było to miejsce, w którym przygotowuje się produkty spożywcze, a po drugie ze względu na spotkanie ze zwierzętami. Każdy rodzić o wyprawie poinformowany był miesiąc wcześniej, a oddając nam dziecko w dniu wycieczki, musiał podpisać formularz, w którym potwierdzał jego stan zdrowia. Dziecko było chore? Niestety musiało zostać w domu.
I w tym miejscu chciałam prosić o oklaski dla dwójki rodziców. Oczywiście, zakatarzonych czy kaszlających maluchów było więcej, ale nie oczekiwaliśmy od nikogo cudów (bo i tak byśmy się nie doczekały). Ale dwójka rodziców tak daleko przegięła pałę, że aż kopara opada. W jednym wypadku chodziło o fizyczny stan dziecka w drugim raczej o zachowanie i podstawowe zasady człowieczeństwa.
1- Chłopiec, lat 3, pierwsza wycieczka. Na wcześniejsze maluch się bał jechać, bo nowy, pań jeszcze nie zna – ok. Maluch przełamał się, chce jechać. Super! No, ale nie do końca… Wycieczka, jak wspominałam kawał za miastem, ponad godzina autokarem w 1 stronę. Siedzimy jedziemy, maluch sobie coś tam plotkuje, wygląda przez okno, cieszy się. Jedna z pań zagaduje, że na wycieczkach fajnie jest, że mały już chyba będzie z nami na wszystkie jeździć itd., Na co malec, z rozbrajającą szczerością, mówi, że jeżeli na innych rodzice też będą czekać na miejscu to tak. My zonk, o co chodzi, czyżby rodzice wsiedli w samochód i spotkają nas na miejscu (chore na swój własny sposób, – bo bez informacji, ale cóż…)? Nie. Powiedzieli mu tak, żeby pojechał. Koleżanka 5 godzin nosiła go na miejscu na rękach, bo bał się zwierząt, trawy, nieba i robaków i tak w kółko macieju. Wyk w niebogłosy-, ale nie ma się, czemu dziwić, dziecko zostało oszukane i domagał się swojego.
2- W drugim przypadku sytuację da się opisać szybciej. Rodzice wysłali pięcioletnią dziewczynkę na wycieczkę. Z biegunką. W autobusie gdzie nie ma toalety.
I tak spędziliśmy sobie tą wycieczkę: oglądając produkcję serów, robiąc własne małe serki na warsztatach, spotykając zwierzęta (Psy! Pani downthedrain, psy tu są! Prawdziwe! I świnie! I krowy i kury!).
Aha, i słuchając wrzasków i tonąc w gównie.
Wiosna.

dzieci rodzice koszmar

Skomentuj Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 0 (0)
poczekalnia

#78917

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Historia nie moja, ale opisana za zgodą kolegi.

Dwa lata temu kolega wrócił z wyjazdowej pracy i zatrudnił się na stałe w jednej z firm w stolicy. Za stałym zatrudnieniem poszła decyzja o zakupie mieszkania. Kolega od początku zdecydował, że nie będzie kupował mieszkania w samej stolicy tylko w obrębie obszaru aglomeracyjnego. Jedynym warunkiem było to, że poza komunikacją autobusową ma być co najmniej pociąg. I o sprzedających będzie ta opowieść.

Mieszkanie nr 1:
Ładne, przestronne, nie wymagające remontu, a jedynie niewielkiego odświeżenia. Mankamentem jest to, że znajduje się na czwartym piętrze bez windy, ale cena przystępna, bierzemy. Dwa dni później dzwoni pan agent z informacją, że sprzedający nie odbiera telefonów i ogólnie nie wiadomo co się dzieje. Kolega podejmuje decyzję, ze w takim razie szukamy dalej, bo on nie będzie czekał aż sprzedający się odnajdzie. A powodem nieodbierania przez pana sprzedającego telefonu było to, że on za te pieniądze (190.000 zł) chciał kupić identyczne mieszkanie (ok. 50 m2) w Warszawie, oczywiście nic nie dokładając (dla osób nieznających cen mieszkań w Warszawie - koszt mieszkania 50 m2 to co najmniej 250-300 tys.).

Mieszkanie nr 2:
Trzy pokoje, ok. 45 m2, trzecie piętro bez windy. W mieszkaniu zalega kurz, żyrandol tak oblepiony pajęczynami, że trudno stwierdzić jaki ma kształt, szafy w zabudowie z powyrywanymi drzwiami. Werdykt: generalny remont, ale mieszkanie w porządku, niezły rozkład pomieszczeń, osobna kuchnia. I taka rozmowa:
- A ile pani zejdzie z ceny?
- Nic.
- Dziękuję, panie Krzysztofie (imię agenta) wychodzimy.

Mieszkanie nr 3:
Trzy pokoje, metraż pod 50 m2, też do wprowadzenia po odświeżeniu. Podoba się, więc kolega przechodzi do konkretów:
- Mogę zapłacić x-20.000 zł.
- Dobrze za tyle mogę sprzedać.
Kolega ucieszony, umawiają się do notariusza na podpisanie umowy i wpłacenie pieniędzy.
- Świetnie, a ile czasu po podpisaniu umowy pani potrzebuje żeby się wyprowadzić? (zwykle ten czas nie przekracza 1-2 tygodni, w ekstremalnym przypadku może się przedłużyć do miesiąca).
- No tak, 2-3 miesiące, ale pół roku byłoby najlepiej.
Tak, pani sprzedawała mieszkanie nie mając się gdzie wyprowadzić i zamierzała zacząć szukać dopiero po tym jak kupujący zapłaci całą kwotę. Podsumowując, kolega miałby mieszkanie z którym nie mógłby nic zrobić przez pół roku, a dodatkowo musiałby płacić za wynajem czegoś dopóki sprzedająca nie raczyłaby się wyprowadzić.

Mieszkanie nr 4:
Dwa pokoje, metraż mniejszy, 40 m2, do kapitalnego remontu. Wreszcie mieszkanie, które ostatecznie kupił, ale nie znalazłoby się na liście gdyby wszystko przebiegło gładko. I do teraz, a historię słyszałam niedługo po zakupie, zastanawiam się kto był bardziej piekielny - sprzedający czy agencja nieruchomości.

Właściciel przebywał za granicą, wszystkie formalności załatwiała na podstawie pełnomocnictw osoba z rodziny, pan przyjechał tylko podpisać umowę. Kolega od początku uprzedzał, że przelew będzie realizowany w części z zagranicznego banku (taki przelew może iść nawet kilka dni). Pan sprzedający nie ma z tym problemu, tak wie, że to wydłuży całą sprawę o kilka dni.

Wielki dzień, podpisanie umowy. Nie, pan sprzedający nie może podać swojego konta z Anglii, do umowy musi być podane polskie konto, bo urząd skarbowy, bo coś tam, coś tam. Kolega przypomina, że do konta powinno być subkonto walutowe żeby nie tracić na przewalutowywaniu. Pan sprzedawca potwierdza, że rozumie i zaciskając zęby wychodzi od notariusza i idzie do pierwszego z brzegu banku żeby założyć konto. Wrócił, konto do umowy wpisane. Kolega przypomina, że część płatności będzie realizowana w euro (pan wrócił z jednym numerem konta) Tak, nie ma problemu, w banku mu powiedzieli, że przelew zostanie przyjęty i nie będzie żadnych opłat (niemożliwe, ale kolega już się nie odzywa, bo sprzedający się coraz bardziej denerwuje). Notariusz przelicza po kursie NBP jaka to będzie kwota (dla tych co nie wiedzą, banki posługują się przy przewalutowywaniu przelewów kursem trochę innym). Po podpisaniu umowy kolega zleca obydwa przelewy i jedzie ze sprzedającym i agentami z agencji nieruchomości na przekazanie lokalu. Protokół podpisany, klucze wręczone.

Dopiero teraz zaczyna się piekielność. Pani, która była ze sprzedającym dzwoni rano do kolegi, że pieniędzy jeszcze nie ma. Kolega uprzejmie przypomina, że przelew został zlecony po południu więc dziś powinien być ten realizowany z Polski, na zagraniczny trzeba jeszcze poczekać. Ok, pani rozumie, rozłącza się.

Następnego dnia rano znów telefon, że pieniędzy nadal nie ma. Kolega już trochę mniej uprzejmie informuje panią, że po pierwsze nie jest stroną umowy, a po drugie on uprzedzał, że przelew zza granicy może iść nawet pięć dni. Pani jeszcze trochę marudzi, ale się rozłącza.

Dzień trzeci, znów telefon z samego rana. Że oni chcą wracać do Anglii, a pieniędzy nadal nie ma. Kolega się uprzejmie pyta z kim ma przyjemność, a potem informuje panią, że nic nie wie na temat umowy, którą rzekomo z nią podpisał. A ponadto uprzejmie przypomina, że przelew idzie do pięciu dni, a minęły dwa.

W dniu czwartym pani milczy.

Dzień piąty, telefon od pani, że kwota przelewu zza granicy jest niższa niż na umowie. Tak, bank przeliczył pieniądze po innym kursie i dodatkowo pobrał opłatę za tę operację. I oni chcą żeby kolega dopłacił różnicę. W tym momencie kolega już nie wytrzymał, powiedział, że z panią rozmawiać nie będzie bo nie jest stroną w umowie i się rozłączył. 15 minut później zadzwonił agent, któremu kolega dobitnie wytłumaczył, że ma dwóch świadków (asystentka i notariusz z jego firmy), którzy w każdym sądzie potwierdzą, że mówił o subkoncie i o tym, że przelew będzie realizowany w euro. Ponadto, ma na umowie zapisane że przelewa tyle i tyle zł a w nawiasie dopisek, że w euro jest to taka i taka kwota przeliczona po kursie NBP z dnia tego i tego. I na taką kwotę ma potwierdzenie przelewu ze swojego banku. A także, że jeśli ktoś jeszcze do niego zadzwoni w tej sprawie to zgłosi próbę wymuszenia. Dopiero wtedy wszyscy dali mu spokój i mógł zacząć remont, ale to temat na osobną historię.

agencja nieruchomości

Skomentuj (17) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 63 (73)
poczekalnia
Ostatnio do kilku bibliotek w moim mieście zakupiono po egzemplarzu niedawno wydanej książki autora, którego bardzo lubię. Przez serwis internetowy obsługujący wszystkie filie istnieje możliwość zrobienia rezerwacji, klikasz interesującą cię pozycję i dostajesz maila że jest do odbioru, proste. Ewentualnie dopisujesz się do kolejki, jeśli zainteresowanie jest duże.
W trzech filiach kolejka po tą książkę była już spora, 'czekałam' w niej od miesiąca. Kupiono jednak jeszcze jeden egzemplarz - w bibliotece, w której w czerwcu był remanent i zablokowana była tym samym możliwość zamawiania. Otwarcie było w ten poniedziałek, więc od soboty kilka razy dziennie sprawdzałam w serwisie żeby nie przegapić jak wcześniej :)
Udało się, więc cała w skowronkach idę książkę odebrać, nawet mimo braku tego maila do popołudnia powinni przecież wyrobić się ze zdjęciem jej z półki.
Przychodzę, pytam o rezerwację i słyszę:
- A no widzi pani, z tym zamówieniem jest taki problem... Wie pani, my zazwyczaj tak nie robimy, ale dziś tak się zdarzyło że zaraz z rana przyszła inna Pani i tak bardzo prosiła żeby jej pierwszej wypożyczyć, że nas przekonała. Obiecała że za tydzień odda, to pani poczeka na tego maila i przyjdzie za tydzień dobrze?

Może powinnam była czatować przed budynkiem od 9, moja wina. Mi pewnie zależało mniej.
A za mną w ciągu godziny ustawiły się w kolejce kolejne trzy osoby... cóż, może nie będzie trzymać jej miesiąc, bo tyle ma w praktyce czasu.

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 58 (76)
poczekalnia

#78914

~papaya77 ·
| było | Do ulubionych
Od 2 lat pracuję jako położna. Ot, skończyłam studia, ale że zdecydowałam się powrócić z wielkiego miasta do swojego jakże przyjemnego małego miasteczka, zatrudniłam się więc w pobliskim szpitalu.

Praca jak to praca. Uwielbiam te maluchy, więc jestem usatysfakcjonowana. Cieszę się też, że mogę pomóc mamom w tych pierwszych chwilach z dzieciaczkiem, że mogę być oparciem podczas porodu i przed nim. Niestety, moje koleżanki z pracy maja troszkę inne podejście. Może jest to spowodowane monotonnością w pracy, w końcu pracują w tym zawodzie kilkanaście lat, ale to nie usprawiedliwia ich zachowania!!

sytuacja 1:

Na porodówkę trafia 27-letnia pierworódka. Kobieta widać, że wystraszona, w końcu nie wie przez co będzie musiała przejść. Przy skurczach krzyczy wniebogłosy. Nic nie mówię, pozwalam się wywrzeszczeć, widocznie jej to pomaga, a ja od tego tu jestem, żeby pomóc i myśleć o jej komforcie, a nie o swoim. Ale widzę, że moja 50-letnia koleżanka po fachu już się robi purpurowa i wnet jak nie ryknie:
- Czy Ty sie k... dzisiaj zamkniesz czy nie??! drze tego ryja, jakby ją rozrywali!!

Kobieta pochlipuje wiec cichutko, ale przy skurczach znowu decybele w górę.
Koleżanka:
- hehe, trzeba było k... 9 m-cy wstecz myśleć, to byś się tera nie darła jak opetana...

Mało tego, kobieta jakoś sobie poradziła i po 55 min na świat przyszło maleństwo. No więc dalej zajmujemy się mamą, szycie itd.
Kobieta widać zmarnowana, a koleżanka po wszystkim:
- no to k... zbieraj dupe i na sale, nie bedzim Cie przeciez niesli nie?

sytuacja 2:

Na KTG trafia młodziutka pierworódka, słabe tętno dziecka, kobieta przestraszona płacze, a moja druga koleżanka po fachu z takim tekstem:
- i czego Pani ryczy? tera to niech Pani się modli, żeby dziecko żyło! Trzeba było przyjechac szybciej to by sie cos jeszcze moze dalo zrobic , a teraz to nie wiem!! Pani wina, niczyja inna!!

Takich sytuacji jest mnóstwo!! Wiele kobiet po prostu ucieka rodzić do sąsiedniej miejscowości, bo tutaj się boją! Nie rozumiem kompletnie tych starszych położnych, gdzie ich powołanie, chęć pomocy itd. Przecież wiedzą przez co te kobiety rodzące muszą przejśc, wiec nie wiem skad w nich tyle jadu.

Nie wstawiam tu calego dialogu, ale ja tych sytuacji nie przemilczam. Zwracam uwagę, tylko pomyślcie sami: ja, 28-letnia pracownica z 2-letnim stazem a one 50+ ze stazem kilkunastoletnim. Zgłaszałam też sprawę do ordynatora, to usłyszałam, że "one tak się droczą, przecież to nie na serio". Złożyłam juz podanie do szpitala w sąsiedniej miejscowości... Nie dam rady tak pracowac!

słuzba_zdrowia położne poród

Skomentuj (26) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 135 (137)
poczekalnia

#78913

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Wiele tu ostatnio historii o różnicach w wychowaniu młodszego i starszego rodzeństwa, więc dodam coś od siebie. Co powiecie na historię o różnicach w traktowaniu bliźniąt?

Gdy się rodziłam, z brzucha mamy wyskoczył za mną mój brat. No i fajnie. Ale...

1. "Bo to chłopak"
Ile razy słyszałam to zdanie.
- Dostawałam burę, gdy w trakcie zabawy pobrudziłam/ ubrania. Brat mógł biegać cały umorusany... Bo to chłopak, musi się w końcu wylatać (bawiliśmy się razem, razem też "lataliśmy", ale chyba, jako dziewczyna, miałam inny limit biegania i brudzenia).
- Z biegiem czasu lista moich obowiązków rosła. No i okej, każdy musi coś w domu robić. Każdy? No nie, bo mój bliźniak i rok starszy brat nie musieli. Oni wynosili śmieci (na zmianę). No bo to chłopcy, więc nie będą zmywać po obiedzie, ani myć podłogi.
- Ja szybiej musiałam wracać do domu. Bo bracia byli gdzieś razem. Nie wiadomo gdzie, ale przecież dwaj chłopcy mogą być na dworze dłużej, niż jedna dziewczynka. Nawet, jeśli ta dziewczynka bawiła się w domu koleżanki z naprzeciwka.

2. "Bo on jest młodszy"
To mój osobisty hit. Brat jest młodszy o 5 (słownie: PIĘĆ) minut, ale i tak w sytuacjach spornych musiałam mu ustępować. Brzmi jak kiepski żart, prawda?

3. "Bo ty musisz mu pomagać"
W tym przodowali nauczyciele. Bardzo żałuję, że musiałam chodzić do jednej klasy z moim bratem. Byłam dzieckiem, które dużo czytało i zawsze kończyło rok szkolny z wyróżnieniem. Mój bliźniak był moim przeciwieństwem- zawsze miał problemy z nauką i koncentracją. Nad zachowaniem też musiał pracować. Nauczyciele byli przyzwyczajeni do tego, że po oblanych przez brata sprawdzianach zatrzymywali mnie i pytali, dlaczego brat się nie przygotował. No nie wiem, może powinni jego zatrzymywać po lekcjach i jego pytać? Dodawali też, że jako osoba, która rozumie te wszystkie zagadnienia, powinnam usiąść z nim przed sprawdzianem i go nauczyć. Hmm... Myślałam, że to ich zadanie. Rodzice z nim siadali i próbowali wbić mu coś do głowy, bo ja odmawiałam współpracy. Nie chodzi o to, że nie chciałam mu pomóc. On po prostu mnie nie słuchał i irytowało mnie, że mi zależało bardziej, niż jemu.

4. Zadania domowe.
Znów- pytania nauczycieli, jak to jest, że ja mam lekcje zrobione, a on nie. Tak, pytania kierowane do mnie, nie do niego.
Gdy miał odrobione zadania, były to zadania odrobione z mamą (albo po prostu pod okiem mamy) lub perfidnie spisane ode mnie. Nawet wypracowania. Potem i mi się obrywało za "pracę grupową". Gdy miałam dość i mówiłam, jak było naprawdę, nauczycielka odpowiadała, że nie ma dowodów na ściąganie i może powinnam pomóc bratu pisać jego własne opowiadania, żeby nie spisywał moich. Spoko.

5. "Bo jak ty to zrobisz, to mama nic nie powie"
Gdy brat ze znajomymi chciał uciekać z lekcji, prosił mnie o to, bym poszła z nimi. Dlaczego? Bo wtedy mama się nie zdenerwuje, że znów był na wagarach... No i nauczycielka się nie zdenerwuje tak bardzo, jeśli wśród uciekinierów będą też dobrzy uczniowie. Raz nawet zabrali mój plecak poza teren szkoły... No nic, postanowiłam to zignorować i iść pod salę. Wtedy szybko oddali mi moje rzeczy- bali się, że będą mieć przez ten plecak kłopoty. :)
To samo z ogólnym rojbrowaniem, ale nigdy nie było tak, że mama "nic nie mówiła". Okej, bura była mniejsza, ale i tak największą jej "część" dostawałam ja, bo "powinnam być tą mądrzejszą".

6. Oceny
Coś, co za dzieciaka bolało mnie chyba najbardziej. Rodzice byli przyzwyczajeni do moich dobrych ocen, więc interesowali się jedynie postępami brata. Gdy mówiłam "Mamo! Dostałam 6 z matematyki", słyszałam w odpowiedzi "A [imię brata] ile dostał?" Po jakimś czasie zaczęłam mówić "Mamo [imię brata] dostał 2 z matematyki", ale nigdy nie doczekałam się pytania "A ty ile dostałaś?". Nigdy.

Może nie wydać się to wam piekielne, ale dla dzieciaka, którym byłam, na pewno było.

wychowanie

Skomentuj (16) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 159 (163)
poczekalnia

#78912

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Kolejny raz jestem za tym by przed zostaniem rodzicem przejść testy psychologiczne. Mimo że sama nie jestem "bezstresowo" wychowana. ;)
Pogoda ładna, wyciągnęłam dzisiaj motocykl coby odwiedzić rodziców. Z racji wszędzie rozkopanych ulic, stwierdziłam że pojadę przez rynek okrężną drogą. Do rynku schodzi się ze sporej góry spod ośrodka kultury. Pyrkam sobie niecałe 15/h i widzę. Po prawej stronie na chodniku (kilka metrów przede mną), pomiędzy ludźmi idącymi pod górę, pomyka (na takim autku od którego się odpycha nóżkami) mały chłopiec, góra 3 latka. Rodzica nie widzę, dziecko jedzie samo, kręcąc małą kierownicą na oślep. Biorę to pod uwagę, zwalniam do 5/h. No i stało się, młody zjechał z chodnika niemal prosto pod moje koła (chodniki były takie "spadziste"). Zatrzymałam się nawet nie gwałtownie, bo specjalnie zachowywałam odstęp. I w tym momencie zza pleców (po mojej lewej stronie) biegnie ojciec. Ojciec widocznie szedł chodnikiem po drugiej stronie. Usłyszałam tylko "jak kur@a jeździsz debilko! Moje dziecko tam jest! (dziecko jakaś obca kobieta wciągnęła na chodnik) zaraz ci ten motor rozpier@ole!"
No cóż, oceniam sytuację - koleś typowy "kark", właśnie dobiega do mnie, dookoła same starsze kobiety, więc zwiałam na dół. Kandydat na ojca roku.
Ja dzieciaka zauważyłam, ale ktoś kto jechałby jakimś większym autem czy busem mógłby go zwyczajnie potrącić.

Ojciec roku

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 93 (99)
poczekalnia
Nienawidzę marnowania jedzenia. Nienawidzę i tyle. Z różnych powodów – wpoiły mi to babcia, która przeżyła dwie wojny i mama, która z konieczności prowadziła dom bardzo oszczędnie. W końcu - gdy sama zaczęłam się utrzymywać – zobaczyłam, co ile kosztuje i ile czasu muszę na to pracować. Szacunku dla darów bożych uczę również swojego synka, od małego.

Razu jednego byłam w szkole podstawowej w godzinach popołudniowych. Siedziałam na ławeczce przed salą gimnastyczną i czekałam, aż synek skończy trening. Podeszła do mnie pani sprzątaczka i mówi ze zgrozą w głosie: „pani kochana, pani zobaczy, co te dzieci wyrzucają” i podsuwa mi reklamówkę. W reklamówce okrągłe kanapeczki, starannie owinięte każda osobno. Rozwijamy papier – bułeczka z szynką, sałatą, pomidorem, ogórkiem. Dodatki ładnie ułożone, całość świeżutka, mięciutka.

Sztuk 4.

Zabrakło mi słów.

Skomentuj (32) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 27 (107)
poczekalnia

#78910

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Historia o namawianiu do oddania krwi przypomniała mi podobną sprzed paru lat.

Wróciłam do domu z zagranicy, po paru dniach dostałam telefon od starej znajomej z liceum, że jakiś kuzyn sąsiada miał wypadek i potrzebna krew. Ja na prawdę wszystko zrozumiałam, rozmawiałam ze znajomą przez ponad pół godziny, ale ona za nic nie mogła zrozumieć, że przez ostatni rok byłam w Tajlandii (pobyt tam wyklucza z możliwości oddawania krwi na ok. pół roku), a mój chłopak kilka dni przed powrotem do Polski zrobił sobie tatuaż (co też wyklucza).
Siedziałam z telefonem przy uchu, tłumacząc że nie mogę oddać tej krwi, bo nawet gdybym to zrobiła, to mogło by to być zagrożenie dla tego chłopaka.

Na koniec oczywiście, usłyszałam, że myślała, że jestem inna i że mam nie zwracać się do niej z żadną prośbą, bo i tak mi nie pomoże.

Na szczęście i tak nie miałam tego w planach, bo przed jej telefonem nie kontaktowałyśmy się przez dobre kilka lat.

Na koniec dodam, że, uwaga, chłopak spadł z drabiny i złamał rękę. Zwykłe proste złamanie, nawet nie otwarte. Ręka w gipsie i chłop zdrowy. Ona gdy usłyszała, że miał jakiś wypadek, wszczęła alarm i obdzwaniała wszystkich znajomych bliższych i dalszych, że szybko trzeba oddać krew, bo on umiera!

Skomentuj Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 101 (105)
poczekalnia

#78908

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Będzie o tzn. "Uchodźcach" i komentarzach "Zagorzałych obrońców Polski".

Jak wiadomo w Polsce jest w większości podstawa przeciw przyjmowaniu muzułmańskich imigrantów, poniekąd sam jestem przeciwnikiem przyjmowania muzułmanów zwłaszcza tych z relokacji.

Jednak nic tak mnie nie draźni, jak komentarze "Obrońców Polski" typu:
-"%#/!^ brudasów
- precz z kozo€#!$÷€
- Hitler miał racje
- Niech hitler wypleni tych brudasów.

Te komentarze potem stają się pożywką dla promuzułmańskiej propagandy, że przeciwnicy przyjmowania muzułmanów to banda nienawistnych, nieokrzesanych rasistów.

Antyimigrancką postawe przecież można okazać w inteligentny i kulturalny sposób.

Skomentuj (50) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 51 (109)
poczekalnia

#78903

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Miał być komentarz do historii @TaDziewczyna o mizofonii (wstręcie do mlaskania, siorbania itp), ale wyszłoby trochę długo, więc wstawiam jako osobną historię.

Mizofonię miała (chorowała na nią?) moja mama, teraz cierpię również ja. Do informacji tych, którzy dalej nie dają wiary, że jest to poważna przypadłość opiszę historię z mojego dzieciństwa, która po latach wywołuje u mnie już tylko uśmiech, ale wtedy nie było tak wesoło ;)

Moi rodzice mieli kiedyś domek nad morzem, aby mnie, chorowitemu dziecku, pozwolić latem pooddychać jodem. Normalnym było, że często przyjeżdżali do nas w odwiedziny znajomi rodziców lub rodzina. I tak kiedyś wpadła do nas szwagierka mojej mamy z dwójką swoich pociech - chłopcem starszym ode mnie o 5 lat i dziewczynką starszą o 2 lata. W całej rodzinie byłam najmłodszym dzieckiem, drobną, zawsze spokojną blondyneczką. Niestety sprawiało to, że starsze kuzynostwo uwielbiało mnie prześladować, zabierać zabawki, przezywać, całe spektrum dziecięcego 'dokuczania'. Mój kuzyn wiedział również o mizofonii i przy każdej okazji starał się uprzykrzyć mi życie szerokim spektrum mlaskania. Jeśli działo się to podczas posiłków moja mama bardzo szybko przywoływała go do porządku, bo wiedziała, jaką jest to dla mnie torturą. Oczywiście ciotka kłóciła się z nią, bo przecież 'on się tylko droczy jak to dziecko'.
Pewnego pięknego popołudnia mama zostawiła nas samych z ciotką, nie pamiętam już dlaczego. Ciotka dała nam lizaki. Ja spokojnie jadłam swojego leżąc na leżaku, natomiast mój kuzyn nie mógł przepuścić takiej okazji - podbiegał do mnie, mlaskał mi tuż przy uchu i od razu odbiegał, żebym nie mogła go dorwać. I znowu. I znowu. Poprosiłam go, żeby przestał. Miał to w D. Poprosiłam ciotkę, żeby kazała mu przestać. Również miała to w D. W tym momencie cały mój spokój wyparował i kiedy kuzyn następnym razem mlasnął mi przy uchu, złapałam go za włosy i pociągnęłam na ziemię zanim zdążył uciec. Usiadłam na nim i okładałam go w takiej furii, że nawet ciotka nie była mnie w stanie z niego ściągnąć :D
Potem zaaferowana opowiedziała o wszystkim mojej mamie, że ja taki mały potwór, na żartach się nie znam, jak ona mnie wychowuje. Mama, mądra kobieta, obsztorcowała i ciotkę i kuzyna, po czym oni obrażeni spakowali się i wyjechali.
A ja do końca turnusu miałam wyrobioną pozycję wśród chłopaków z okolicznych domków. Byłam również jedyną dziewczynką, z którą chcieli się bawić :D

mizofonia

Skomentuj (26) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 113 (137)

Podziel się pozytywnymi historiami na
WSPANIALI.pl

Piekielni