Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

Poczekalnia

Tutaj trafiają wszystkie historie zgłoszone przez użytkowników - od was zależy, które z nich nie trafią na stronę główną, a którym się może poszczęścić. Ostateczny wybór należy do moderatorów.
poczekalnia

#82468

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Historia miała miejsce w zeszłym roku. O moim ojcu będzie.

W ramach krótkiego wstępu opis owego smalca alfa. Rodziciel mój to typowy Janusz (choć imię nosi inne, na potrzeby historii Januszem pozostanie). Pił nawet zanim założył moją rodzinę, jeśli wierzyć słowom matki, złotej kobiety, a po pijaku bił nas wszystkich równo, co sam pamiętam. Fałszywy, złośliwy, za cel zyciowy, poza piciem piwa i dojeniem pieniędzy od wszystkich wokół, obrał sobie bycie lepszym od innych. Wielki, masywny, silny, bez hamulców, w bezpośrednim starciu i po pijaku w zasadzie zabójczy. Ot, typ który większość Piekielnych zna z innych historii, więc nie ma co wchodzić w dalsze szczegóły.

Istotnym dla historii jest fakt że, jak to stuprocentowy przedstawiciel swojego prymitywnego podgatunku, któremu w żyłach płynie 40% roztwór testosteronu, ojciec mój szczerze nienawidzi i gardzi wszelakiej maści 'pe***ami*. Jego największym strachem jest idea posiadania takowego w rodzinie.

Mam na ci też brata młodszego, harpagan to był i łobuz, ale w końcu trafiła kosa na kamień. Spotkał dziewoję swojego życia, córki się dorobił, uspokoił i okazał się być bardzo dobrym mężem i ojcem, mieszkajacym w domu teściów. W owym czasie curuchna jego miała dwa lata i była małą, żeńską kopią tatusia.

Historia właściwa.

Razu pewnego wybierał się Pillster wraz z rodziną W odwiedziny do nowego brata, w składzie (P)illster, (J)anusz, mama za kierownicą i siostra. (J), jak to zawsze zreszta, zatankował przed wyjazdem, i to bynajmniej nie samochód, pomimo że prosiliśmy żeby odpuścił ten jeden raz. Na nic się to wszystko zdało, bo mu ciągle było mało, nie dziw więc że do (M)łodego jechaliśmy W grobowym nastroju, przeczuwając bliskie kłopoty.

Gdy dojechaliśmy pod dom naszym rydwanem (którym był należący do mnie Fiat Punto), radość rodziny (M) z naszego przybycia nieco przygasła, jako że (J) nieco już chwiejnie wyszedł z wozu żeby się żarliwie przywitać.

U teściów kielonka sobie nie żałował, nie dziw więc że zaczął szukać zaczepki. Napięcie rosło, wkrótce za cel obrał sobie mnie, jako samotnego dwudziestoparolatka, wciąż bez widoków na 'wnuki dla niego'. Doszło do niewielkiej pyskówki, na której widok (M) zerwał się i wybiegł z domu.

Przyznaję, poniosło mnie. Widząc jednak jak (M) rejteruje, przywołałem się do porządku i w tę pędy pobiegłem za nim by go przeprosić ze dałem się podpuścić. Odszedł kawałek by ochłonąć, więc znalazłem to po dobrej chwili i za występek swój haniebny serdecznie przeprosiłem. (M) zrozumiał, przybiliśmy piatkę, wymieniliśmy niedźwiadka i ruszyliśmy w stronę domu.

Miło, co? No chyba nie bardzo.

Pod domem spotkaliśmy oko cyklonu - (J) awanturujacego się za trzech, wykrzykującego coś o 'ptakach sr***cych do własnego gniazda' i tak dalej. Nikt generalnie nie wiedział co ten parafian znowu wymyślił. Teść (M) pomógł to zapakować do auta, przy okazji mówiąc że (J) nie ma do nich wstępu (słowa nie dotrzymal, co mnie mocno zmartwiło). Tak czy tak, odjechaliśmy w stronę zachodzącego Słońca, zostawiając za sobą wyziewy zarówno benzyny, jak i etanolu.

Pół godziny później dotarliśmy do miasta stołecznego i stanęliśmy na parkingu na krótki postój. I wtedy (J) zaczął mi robić wyrzuty, wciąż nie mówiąc o co. Jak się po chwili okazało, jako wzorowy ojciec był głęboko zawiedziony tym że bracia, dzieci jego kochane, skarby najdroższe, skaczą sobie do gardeł.

Padło wtedy zdanie, którego chyba nie zapomnę chyba do końca życia - mianowicie (J) zagroził że jak zobaczy takie coś jeszcze raz to, cytat, 'naśle na mnie swoich pe***ów żeby mnie wyr***ali'.

Chwilę po tym, jak zrujnował ostatnie resztki szacunku jakie do niego mialem, matka zdołała mu wyjaśnić że pobiegłem za (M) to przeprosić, a nie spuścić mu łomot, jak (J) wydedukował. Ja siedziałem sztywny, patrząc i słuchając jak El Testosteroni popłakał się ze wzruszenia, chwaląc moją wzorową postawę. Trochę po czasie.

Boję się ponownego spotkania. Naprawdę boję sie tego że gdy znów zobaczę (J), nie wytrzymam i zrobię użytek z lekcji krav magi, których udzielił mi mój chłopak, z którym zamieszkałej po wyprowadzać do UK. Tatuś na pewno zadowolony nie będzie.

Przepraszam za błędy. Klepane ze smartfona.

Skomentuj (2) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: -4 (6)
poczekalnia

#82466

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Jestem w ciąży i mi się należy. Wiem że wałkowane wielokrotnie, ale...
Aktualnie sama jestem w ciąży. Już końcówka. Mam prawo i korzystam z pierwszeństwa do lekarzy. Ot czasami w życiu można pokorzystac.
Ostatnio przeczytałam na grupie mam jak to jedna z nich była oburzona i wylewała swoje żale ponieważ trafiła z mężem na izbę przyjęć do szpitala i nie chcieli ich przyjąć bez kolejki mimo że ona już w 9 miesiącu ciąży.
Nie, nie ona była pacjentką.
Pacjentem byl jej mąż i miał być przyjęty na planowany zabieg.

Izba przyjęć

Skomentuj (1) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 26 (26)
poczekalnia
Na spacer z dzieckiem przy obecnych temperaturach wychodzę po 16, ale czasami muszę coś załatwić w ciagu dnia. W opisywanej historii samochod zaprakowany ok. 5min piechotą od miejsca docelowego, wiec dziecko w wózek i idę.

Droga prowadziła przy bloku, przed blokiem park, po drugiej stronie szkoła, place zabaw, ogólnie masa ludzi.

Nagle z balkonu wychyla się stary facet i drze się na cały głos:
- Ludzie pomocy, dziecko udusi, ugotuje, a sama prawie naga idzie

Ludzie się gapią, a ten się tylko nakręca. Udałam, że gościa nie słyszę, sprawdziłam czy z dzieckiem wszystko ok i poszłam w akompaniamencie wyzwisk. Stwierdziłam, ze nikomu nie będę udowadniać, że nie jestem słoniem.

Dziecko ciągnęłam tyłem do słońca (ja miałam je w oczy), z postawioną dużą budką, żeby cień padał też na nóżki. Maluch ubrany w cienkie, bawełniane, luźne ubranko na krótki rękaw i krótkie spodenki z gołymi stópkami. Posmarowany kremem z filtrem i z bidonem z wodą w rączkach. Ja prawie naga w zwykłej koszulce na krótki rękaw i shortach do połowy uda, normanie dzi$&#a;.

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 20 (32)
poczekalnia

#82464

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Nasz listonosz wczoraj przeszedł samego siebie.
Godzina 10 i dzwoni domofon. Zdziwienie kto to o tej porze, bo listonosz chodzi około 13 ale słyszę w słuchawce "POCZTA!!!". Do drzwi nikt nie puka, czyli do nas pewnie nic nie ma.
Po południu wychodzimy z dziećmi na plac zabaw i przy okazji patrzymy do skrzynki. A tam co? Reklama, cztery (!) listy z banku (dwa do męża i dwa do mnie) i awizo. Nosz kur.... skoro otworzyłam mu drzwi znaczy, że jestem w domu! A skoro nie wszedł na to drugie piętro to znaczy, że albo zwyczajnie mu się nie chciało fatygować albo już na poczcie założył, że nikogo nie będzie w domu i tego listu nie wziął ze sobą. Rozumiem, że tak robią jeśli paczka jest większa i jest obawa, że nie zmieści się do skrzynki. Ale akurat ten polecony to była maciupeńka koperta, a pozostałe listy które wrzucił do skrzynki były 3 razy większe i 10x grubsze.
Dodam, że w 90% przypadków to ja otwieram listonoszom drzwi od klatki, bo chociaż zarząd podał poczcie indywidualny kod dla listonoszy i kurierów żeby nie musieli dzwonić po mieszkaniach, to oni oczywiście mają to w nosie i dopiero ja - przedostatnie mieszkanie - najczęściej wpuszczam łaskawie do skrzynki.

Ps gdyby ktoś sugerował wypełnienie zgody na wrzucanie listów poleconych do skrzynki bez podpisu - dla bezpieczeństwa wolimy tego nie robić. Co jakiś czas tworzy się jakaś czarna dziura która wsysa nasze listy i mniejsze paczki i te nigdy do nas nie docierają. A czasami są to ważne pisma (jak np wczorajsze) na które mamy czas odpowiedzieć np do tygodnia czasu od odebrania.

poczta listonosze

Skomentuj (5) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 27 (35)
poczekalnia
Obecnie mój pracodawca zmaga się z gigantycznymi problemami w dziale obsługi klienta, którego zresztą jestem częścią. Wyobraź sobie - kupujesz coś przez internet z dostawą do domu, nie od byle Janusza co założył biznes w garażu, a gigantycznej, międzynarodowej korporacji. Nie przychodzi, nie wysłano ci żadnej informacji o tym, że paczka została nadana. Dzwonisz. Automatycznie odtwarzana wiadomość mówi ci, że jesteś w kolejce. Czekasz, słuchasz mocno skompresowanego jazzu w międzyczasie. Czekasz 20 minut, 40 minut... Po 60 minutach 59 sekundach automatycznie połączenie zostaje zakończone.

Szlag cię trafia, piszesz maila. Dostajesz odpowiedź po 5 (!) dniach, ewidentne "kopiuj - wklej". Cierpliwie odpowiadasz, wyłuszczając dokładnie w czym tkwi twój problem. Dostajesz inną "kopiujwklejkę", tym razem jeszcze bardziej niedbałą, z takimi smaczkami, jak ">>TU WSTAW NUMER TELEFONU<<" czy "dziękujemy za zakupy w naszym sklepie w >>MIASTO<<". Śmiech pusty cię bierze, idziesz na media społecznościowe. Nie spodziewasz się już cudów, i zresztą dobrze - obsługa ta sama, ale za to z emotkami i memami.

Idziesz do sklepu tej firmy. Miła pani chce ci pomóc, ale niestety ona się nie zajmuje zamówieniami internetowymi, więc odsyła cię do działu obsługi klienta. Udaje ci się w końcu dodzwonić. Nie będziesz chyba najmilszą osobą na świecie po tej całej "przygodzie", prawda?

Mamy tysiące zamówień dziennie z różnych marek, jedno z największych centrów dystrybucyjnych w kraju, za to miejsc w naszym biurze jest około 70. Razem z kierownictwem, logistyką, panną z zasobów ludzkich, działem korespondencji listowej, działem kontroli jakości, obsługa klienta zajmuje mniej niż połowę miejsca. Jest nas za mało, mamy "targety" do wyrobienia, dlatego korzystniej nam wyprodukować bezsensowne odpowiedzi i uznać za skończone sprawy które dalekie są od skończenia, zamiast poprawnie wykonać naszą pracę - firma przecież nagradza premiami za ilość, a w tej ilości nie jest w stanie wyłapać miernej jakości. Tak samo, niestety, z kłamaniem: "jutro ktoś oddzwoni". O, nikt nie oddzwonił. No cóż, dzwoń do nas jeszcze raz, posłuchaj skompresowanego jazzu przez godzinę...

Powiem szczerze, że wstyd mi w tej firmie pracować. Gdyby mnie - jako klienta - ktoś tak potraktował, chyba bym się podpalił pod siedzibą ze złości. Serio, miałem pomysły na zmiany, przez miesiące zgłaszałem do kierownictwa wszelkiej maści tuziny usprawnień i wytykałem problemy zawczasu zanim eskalowały do średniej wielkości katastrof. Nikt za bardzo się nie przejął - ani poprawieniem sytuacji, ani zapobieganiem dodatkowych problemów.

Koniec końców odpowiedzialność poniosę ja, bo to ja będę wysłuchiwać darcia się klientów, którzy w praktyce "wtopili" nawet i tysiące złotych. A ja serio chcę im pomóc. Co jednak po moich chęciach, jeśli mój pracodawca chce, żeby mój kontakt z pojedynczym klientem był jak najkrótszy, zamiast jak najbardziej efektywny? Ja nie mam obsługiwać klientów, moim zadaniem jest posiadanie średniego czasu rozmów poniżej ustalonej normy.

call_center

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 37 (47)
poczekalnia

#82457

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Zdarzyło mi się zapomnieć hasła do pewnej aplikacji, której akurat na gwałt potrzebowałam. Próbowałam zresetować je sama, aczkolwiek żadne tokeny nie dochodziły na mojego maila. Dzwonię więc do service desku o pomoc. Pani, po zweryfikowaniu moich danych, tłumaczy mi, że nie może zmienić hasla, ale aktywowała mi moje konto, tak abym mogła użyć swojego starego hasła. Aha, ale jak mam użyć swojego starego hasła, jak to właśnie tego hasła zapomniałam?Logika. Jednak zaraz po telefonie token przyszedł. Nieaktywny.
Jak żyć?

service desk hasło

Skomentuj (2) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 6 (28)
poczekalnia

#82459

~Belzebub6969 ·
| było | Do ulubionych
Hej, chciałbym opisać pewną sytuację która wydarzyła się około 2 lata temu.

Historia może nie będzie jakoś porywająca ale do rzeczy. Leciałem na wakacje do Bułgarii. Czekając już w samolocie na wylot, weszła Ona, kobieta na oko 130kg z małym niemowlakiem. Przeciskała się przez fotele do toalety jak słoń przez skład porcelany, ale weszła. I po jakiś 5 minutach rozbrzmiewa głos Kapitana " Osoba paląca w toalecie zostanie ukarana, i opuści pokład "*. Okazało się że to właśnie była ta Pani.


Piekielnosć oceńcie sami.

*- Nie pamiętam jak było dokładnie aczkolwiek sens zachowany

PS. Najbardziej szkoda mi tego niemowlaka

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 6 (44)
poczekalnia

#82461

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Od roku pracuję w zakładzie jako Informatyk (wiecie IT support, ten komputerowy majster co naprawia PC-ty pracownikom, nazywajcie jak chceta).

Moim obowiązkiem jest pilnować by komputery w zakładzie działały jak należy także rozwiązuje problemy z nawigacjami, komórkami itp. a także zajmuję się wysyłaniem zepsutej elektroniki do serwisów.

O ile z samą robotą, szefostwem czy współpracownikami nie mam problemu (są w porządku).

To piekielne są serwisy gwarancyjne. Czasami naprawa idzie sprawnie i sprawa zamknięta. Jednak często się zdarza, że:
- Wysyłam do serwisu sprzęt
- Po 14 dniach odsyłają spowrotem bez otwarcia nawet opakowania z notą "Nie wykryto usterki"
- Sprzęt nadal ma usterke
- Wysyłam znowu.
- W końcu ktoś łaskawie rzuci okiem i wychodzi, że trzeba wymieniać sprzęt lub część.
- Wraca do nas sprawny sprzęt.

Przynajmniej to nie my płacimy za wysyłanie wadliwego sprzętu do serwisów, a pakowanie tego badziewia w coraz to wymyślniejsze opakowania wykorzystując wcześniej zachomikowane kartony, pudła i folie bąbelkowe to bardzo relaksujące zajęcie.

It zakład serwis

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 60 (72)
poczekalnia

#82460

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Czytając o piekielnościach rodzinnych przypomniała się pewna historia sprzed kilku już lat...

Tło wydarzeń: z moją partnerką (obecnie żoną) wynajmowaliśmy mieszkanie, które zajął komornik, bo właściciel nie spłacał kredytu i w pośpiechu musieliśmy je opuścić. Na domiar złego, w czasie przeprowadzki, poważnie skręciłem nogę w kostce. Generalnie taki okres w życiu, co to wszystko pod górkę, wiatr w oczy, kotwica w plecy i tak dalej. Chcąc - nie chcąc wylądowaliśmy u moich rodziców na blisko 2 miesiące. Był to czas kiedy moja o 10 lat młodsza siostra miała studniówkę...

Jako, że lata już z nimi nie mieszkałem to atmosfera napięta. Dość napisać, że z rodziną widujemy się jedynie, kiedy czegoś potrzebujemy (oni ode mnie lub odwrotnie). Zero telefonów czy jakiegokolwiek kontaktu, ale do rzeczy....

Moi rodziciele to pracoholicy. Tacy rasowi. Więc wszystko jest załatwiane na zasadzie "jest jeszcze dużo czasu", a potem pobudka z ręką w nocku z okrzykiem "o kurde nie zdążymy". Nie inaczej było z szykowaniem mojej siostry na studniówkę. Matka obiecywała zakupy, fryzjera, kosmetyczkę. Czyli taki komplet spod hasła "must have" dla dziewuchy na takie wydarzenie.

Zakupy. W tym na szczęście nie uczestniczyłem, ale w dniu zakupów awantura za awanturą leciała. Matka gustu generalnie nie ma za grosz, a posłuchać innych też nie chce. Dramat siostry okrutny. Kiecka jeszcze w miarę, ale reszta....albo nie ma w ogóle jak torebki (zdaniem matki mogła zabrać rzeczy w plecak jak potrzebowała czegoś) lub dobrane jak dla 50letniej dewoty, która idzie na lokalne zebranie miłośniczek kotów jedynie dla kawy z wkładką. Generalnie żal patrzeć na zebrany zestaw. Kolejna awantura z mojej winy (wedle matki), bo czepiam się bezpodstawnie i podjudzam, choć siostra ze łzami w oczach wróciła z zakupów. No nic - poszły wymienić buty. Wróciły. Matka zła, siostra happy. Buty zdecydowanie ładniejsze i wygodniejsze, a nawet nieznacznie tańsze. Jest niewielka torebka z wyprzedaży, która wyglądała jak robiona w komplecie do sukienki więc ogólnie bajlando. Się udało, choć zanim wyszły ponownie, to kłótnia trójstronna (ja siostra i matka) trwała dobrą godzinę.

Pozostały jeszcze dwa tygodnie na załatwienie fryzjera itp. Jak na warunki stolicy w tym okresie, to z czasem krucho. Moja partnerka (obecna żona) już od kilku dni przypomina, że ma znajomą, która to ogarnie, tylko trzeba dać jej znać wcześniej i pytanie czy ma to robić? Nie, no jakże by to tak? Przecież matka powiedziała, że załatwi. A jak mówi, ze zrobi - to mówi i nie trzeba jej o tym przypominać co kilka dni. Przypomniała sobie dzień przed studniówką. Oczywiście nigdzie nie ma terminów. Jakieś proste strzyżenie da się wcisnąć, ale nie kreację studniówkową. Efekt? Awantura i łzy. Dramat. I kolejna awantura.

Po krótkiej naradzie z żoną bierzemy moją siostrę pod pachy i idziemy (no ja to kuśtykałem akurat) do lapka i oglądamy tutoriale na necie. Damy radę. Fryzura znaleziona fest, makijaż też. Kilka godzin pracy i będzie git. Następnego dnia, już od rana siostra wystraszona, moja żona zestresowana, a trza zakasać rękawy, bo czas nagli. Dziewuchy poszły robić swoje. A ja przez tych kilka godzin awanturowałem się z matką. Czemu? Bo to moja wina, że ona niczego nie załatwiła. Że fryzura śmieszna i niepoważna, a w ogóle to będzie wyglądać jak wamp (?), że ludzie będą ją wytykać palcami i tak dalej.

Efekt przeszedł nasze najśmielsze oczekiwania. Siostra wyszła z uśmiechem, a wróciła przeszczęśliwa następnego dnia. Pokazała nam potem zdjęcia i filmy - wszystkie dziewuchy robione na jedno kolano, a ona jedna z kokardką (ala serduszko) z włosów i świetnie zrobiony makijaż, który podkreślał jej dziewczęcy urok, a nie robił z niej na siłę "księżniczki". Był też konkurs odnośnie motywu przewodniego imprezy, który wygrała, co jednak świadczy o tym, że nasza piekielna matka-pracoholiczka nie miała racji...także koniec końców wyszło świetnie, ale co się nerwów najedliśmy to nasze, bo niewiele zabrakło, aby siostra nigdzie nie poszła...

rodzina studniówka

Skomentuj (30) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 89 (107)
poczekalnia

#82456

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Jakiś czas temu napisałem historię #82159, która została bardzo ciepło przyjęta. Aby zamknąć ten temat napiszę tylko, że nie pracuję już w tej firmie. Miecio strasznie się wkurzył po przeczytaniu historii na piekielnych i większość swych sił pożytkował na odkrycie sprawcy. Jednak my (nawet juniorzy) byliśmy nieugięci niczym Luke Jackson :) Od jednego z chłopaków, który został w firmie dowiedziałem się, że od naszego odejścia deadline goni deadline a liczba fuckup'ów jest niewyobrażalna. Dostałem też około dziesięciu maili od szefostwa abym łaskawie wrócił. No i mam nową robotę...

Ale ta historia nie będzie stricte o mojej nowej pracy, która swoją drogą jest całkiem znośna, no i co najważniejsze lepiej płatna :). Zamiast tego, nie mając nawet trzydziestki na karku, ponarzekam sobie na dzisiejszą młodzież. A dokładniej na zespół jaki został mi przydzielony. Zacznijmy jednak od początku, czyli przedstawienia mojego nowego stanowiska.

Firma, w której pracuję posiada kilka systemów, z których jeden był zawieszony przez kilka lat. Tak się złożyło, że zaistniała potrzeba wznowienia jego eksploatacji. Niestety okazało się, że system jest dość przestarzały i w firmie nie uchował się choćby jeden osobnik, który by coś konkretnego wiedział w tym temacie. Zapomnijcie też o jakiejkolwiek dokumentacji (te tajemne manuskrypty zaginęły w czasie i przestrzeni wieki temu). Do ujarzmienia tej starożytnej bestii zatrudniono właśnie mnie. Do pomocy otrzymałem Długiego, moją prawą rękę, architekta systemów informatycznych level over 9000, oraz grupkę dziesięciu juniorów (wszyscy albo w czasie studiów niestacjonarnych albo zaraz po nich).

Na całe szczęście cały system, mimo, że nikt z niego nie korzystał, stał sobie gdzieś tam na serwerze. Dzięki temu ominęło nas odtwarzanie bazy i reszty serwerowego badziewia. Od razu zabraliśmy się do testowania, analizowania kodu, tworzenia dokumentacji i planowania ewentualnych zmian. Zanim jednak rozpocznę właściwą część historii opiszę warunki pracy juniorków. To była ich pierwsza praca w IT (niektórzy z nich zbierali w wakacje jakieś szparagi czy truskawki, itp.), wszyscy byli po, lub w trakcie studiów inżynierskich, dostali umowę na okres próbny na 2 miesiące, z zapewnieniem, że po jego zaliczeniu otrzymają umowę na czas nieokreślony, pensję równą 3100 zł na rękę z zapewnieniem o podwyżce do minimum 4000 zł po okresie próbnym. Jakbym ja dostał takie warunki w pierwszej pracy to chyba bym się urwa posrał ze szczęścia (przynajmniej w Polsce :D). W takim razie jak wygląda ich praca?

Wszyscy siedzimy w jednym pokoju. Do wszelkich zadań tworze zgłoszenia w Jira i Redmine (wymagania firmy), a następnie informuje zainteresowanych mailem oraz ustnie. Poza tym na samym początku współpracy zapewniłem ich, że z każdym problemem mają przychodzić od razu do mnie. Gdy następnego dnia po stworzeniu zgłoszenia pytam ich o postępy w pracy, zwykle słyszę: "Eee to wysyłałeś mi coś? Myślałem, że mam wolne.", "Maila nie włączałem.", "Ale ja nie wiem jak to zrobić...", "Co?". Mając zgłoszenie i maila jestem rozliczony ze swojej pracy. I tak robię więcej niż powinienem, gdyż przy każdym zgłoszeniu staram się rozeznać jako tako w temacie i wysyłam rozpiskę z listą plików, które mogą mieć związek ze sprawą, oraz jakieś wskazówki.

W analizie systemu współpracujemy z innymi działami firmy. W końcu skąd biedny informatyk może mieć wiedzę o prawie, biznesie czy składzie zupek chińskich? Dlatego bardzo często wysyłam chłopaków aby poszli do innego działu i dopytali co i jak. Najczęściej wracają po paru minutach z tekstem "Nie mają teraz czasu". Zrozumiałe, firma musi jakoś działać, nikt nie rzuci wszystkiego aby wspomóc biednych programistów. Jednak odkryłem, że w znaczącej ilości przypadku delikwent nie dotarł nawet do danego działu by zadać pytanie... W takich przypadkach proszę zainteresowany dział o maila, że ten juniorek, tego dnia nie pojawił się po taką informację.

Firmie bardzo zależy na tym systemie dlatego mają zaplanowane dla nas już kilka szkoleń. Aktualnie jesteśmy po jednym z nich. Przedstawiane były ciekawe i co najważniejsze przydatne zagadnienia. Za tydzień ma się odbyć test, od którego zależy czy otrzymamy certyfikat. Natomiast otrzymanie certyfikatu zaważy na przedłużeniu pracy juniorków... Oj nie za ciekawie widzę przyszłość większości z nich w firmie. Juniory podczas szkolenia wesoło bawili się telefonami komentując raz po raz: "O MUJ BORZE, nie muszą pracować!". Inni odsypiali lub komentowali wczorajsze melo. Itp. Tylko jeden słuchał i notował...

...I tylko ten jeden dobrze wywiązywał się ze swojej pracy. I to właśnie on będzie miał przedłużoną umowę. Poza tym chce zatrzymać jednego z nierobów. Chłopak jest leniem, ale ma łeb do programowania jak jasna cholera. Będę go musiał tylko mocno przycisnąć. Reszta wyleci na zbity pysk. Ale oczywiście w tym kraju nie ma dobrze płatnej pracy dla ludzi z moim wykształceniem :)

Ale, ale dlaczego wspomniałem o Długim? Jednym z jego zadań było właśnie nadzorowanie pracy mojej i Juniorów. Chyba nie muszę mówić kto niedługo dostanie podwyżkę :)

dział IT

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 71 (83)

Podziel się pozytywnymi historiami na
WSPANIALI.pl

Piekielni