Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

Poczekalnia

Tutaj trafiają wszystkie historie zgłoszone przez użytkowników - od was zależy, które z nich nie trafią na stronę główną, a którym się może poszczęścić. Ostateczny wybór należy do moderatorów.
poczekalnia

#79394

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Witam. Będzie trochę długo i mam nadzieję, że zrozumiecie mnie.
Od poniedziałku przebywam na dwutygodniowym urlopie (ten termin podałem na początku roku i ponad miesiąc temu wypisałem wniosek i kierownik podpisał go). Od wczoraj telefony z firmy abym przerwał urlop i przyszedł do pracy bo nie zdążą z zamówieniami, a jeden temat do tej pory tylko ja ogarniałem. Mówię, że się zastanowię bo mam remont i dodatkowo złapałem mocne przeziębienie, a w przyszłym tygodniu wyjeżdżam za granicę i chce się ze wszystkim wyrobić. Powiedziałem, że dam znać czy przyjadę. Od kolegi z pracy dowiedziałem się, że kierownictwo już powiedziało, że przyjdę i przygotowują robotę tak aby mogła iść dalej, że wszystko zrobię. Tak w 3-4 godziny miałem zrobić coś co normalnie z 16 by zajęło.
Dzwonię, że jednak nie dam rady bo rozkłada mnie coraz bardziej i nie dam rady jechać samochodem. Dodaję, że po co do mnie dzwonią skoro i tak nie jestem wartościowym pracownikiem. Zastępca kierownika zapowietrza się i coś tam mruczy pod nosem.
A skąd wzięło się to że nie jestem wartościowym pracownikiem? Oto historia właściwa:
Jest koniec czerwca poprzedniego roku. Dostaję propozycję pracy z innej firmy i warunki mi odpowiadają (jedyny minus to dojazd około 1godz w jedna stronę ale to służbowym busem z kilkoma osobami).
Informuję kierownika o ofercie i czy jest szansa na jakąś podwyżkę u nas i ogólnie jak widzą moją osobę w firmie. Słyszę jedynie, że podwyżki kiedyś będą bo wiedzą, że jestem za słabo opłacony. Tylko to że kiedyś nie ma konkretnej daty. Czekać bez sensu nie zamierzam.
Następnego dnia złożyłem wypowiedzenie ( 3 miesiące wypowiedzenia po okresie jaki już przepracowałem w firmie).
Nagle i prezes czas na rozmowę znalazł i wezwał mnie razem z kierownikiem do siebie. Pytają czy jest szansa żebym został. Ja mówię, że jest ale muszą mnie warunki zadowolić i ogólnie jaką maja wizję na temat mojej osoby.
Dostałem propozycję trochę wyższa niż miałbym w nowej pracy i wizja mnie zadowala więc mówię, że muszę to przemyśleć i w ciągu kilku dni dam odpowiedź. Jednak podwyżka rozłożona miała być na dwie raty. Część od lipca a druga część od stycznia tego roku. Zgodziłem się na to bo w sumie i tak miałem wyjść na tym lepiej.
Podwyżkę (pierwszą część) dostałem i zaczęło się dziać coś w kierunku mojego rozwoju. Nastał nowy rok i czekam na kolejną podwyżkę zgodnie z umową. Ja ze swojej strony wywiązałem się i rozwinąłem dodatkowo szkoląc się samemu i pogłębiając wiedzę. Wypytuje co z tą podwyżką. Usłyszałem, że budżet nieustalony na nowy rok i mam czekać, że prezes o tym pamięta. Historia powtarza się tak do końca maja. Na początku czerwca w firmie były podwyżki dla każdego (liczone od maja). Dostałem podwyżkę taką jak wszyscy ale nadal brakuje około 300zł na rękę do tego co miałem obiecane.
Uderzam do prezesa co z tym co ustalaliśmy rok temu. Nie pamiętał o tym w ogóle. Po sprawdzeniu sobie już przypomniał ale stwierdził, że gdy da mi podwyżkę to pasuje też jednej osobie co wykonuję bardzo podobną pracę do mojej. No i ogólnie z jego rozmowy wyszło że nie zasługuje na podwyżkę i nie jestem wartościowym pracownikiem (oczywiście nie powiedział tego wprost tylko dokładnie to innymi - dyplomatycznymi słowami). Stwierdziłem skoro tak to od tego czasu wykonuję tylko swoje obowiązki nic poza to i jak nadarzy się kolejna okazja to już uciekam stąd.
Nagle gdy grunt się pali nowemu kierownikowi i jego zastępcy to dzwonią żeby w trakcie urlopu przyjść do pracy i okazuje się, że jestem wartościowy. Ale jak zapytałem co z tą kasą co miałem dostać to tak łatwo nie będzie i dopiero porozmawiają o tym ale żebym przyszedł bo trzeba już.
Kto był bardziej piekielny?? Firma czy ja??

praca szef podwyżki

Skomentuj Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 1 (1)
poczekalnia

#79391

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Na fali opowieści o madkach, moja będzie o babuni.
Posiadam ja psa, mieszankę owczarka niemieckiego z owczarkiem kaukaskim. Jak się można domyślić, wygląda dość pokaźnie, ale wytresowane toto i łagodne (chyba że każe mu się inaczej). Ogólnie posiadanie psa, który swoim wyglądem jednocześnie przeraża i wzbudza podziw generuje wiele piekielności. Dziś opiszę tylko jedną, może później uda mi się więcej.

Wracaliśmy sobie ze spaceru polną drogą na obrzeżach miasta, domów raczej nie uświadczysz. Szliśmy poboczem, Simba grzecznie na smyczy (to ważne). Wtem słyszę za sobą wrzask ZŁAŹ Z DROGI! Odwracam się i widzę panią na oko 50-60 lat z kilkuletnią dziewczynką jadące rowerami. Rozejrzałam się dookoła, na drodze tylko my, mimo wszystko pani nie zareagowała kiedy na nią spojrzałam, więc uznałam, że to jednak nie do mnie.

Kontynuujemy spacer, [K]obieta z dzieckiem już w mniejszej odległości i jak nie wrzaśnie (naprawdę, darła się z taką agresją jak bym jej rodzinę siekierą wycięła):

[K] NO POWIEDZIAŁAM ZABIERAJ TEGO KUNDLA Z DROGI!

Okej, czyli to do mnie. Mimo wszystko upewniam się spokojnie:

[J]a Czy pani mówi do mnie?
[K] A do kogo jak nie do ciebie! (24 wiosny na karku mam, chyba jednak nie wypada już walić na ty do nieznanej osoby...)
[J] Przecież idę poboczem.
[K] Ale nie widzisz, że jadę Z WNUCZKĄ?! Masz zejść z drogi powiedziałam!
[J] Myślę, że wnuczka ma wystarczająco dużo miejsca, żeby przejechać obok nas. W niczym nie przeszkadzamy.
[K] Ona się boi psów i masz zejść z drogi jak ona jedzie! (WTF?)
[J] Gdzie mam zejść? W krzaki? Niech pani z wnuczką przejedzie drugą stroną i po problemie, pies się nawet nie zainteresuje.
[K] Powiedziałam Ci zejdź, ślepa jesteś, że jedzie DZIECKO?! Ja psów też nie lubię! (tu już mnie szlag trafił)
[J] A ja nie lubię bachorów, więc niech pani sobie wybierze inną trasę.

Odwróciłam się i kontynuowałam spacer. Baba najpierw się zapowietrzyła, po czym zjechała na to cholerne pobocze i mówi do wnuczki:

[K] Dżesiczka zjedź na bok, bo ta KRETYNKA NIE ROZUMIE, ŻE TY JEDZIESZ.

Nie powstrzymałam się, parsknęłam śmiechem :))

dzieci babcia pies

Skomentuj Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 30 (40)
poczekalnia
Wiek, płeć, zatrudnienie nie ma większego znaczenia w tej historii.
Dzień z mojego życia:
Pobudka rano, wstaję i szykuję się do pracy. Wychodzę z domu. Na klatce schodowej odór papierosowy. Schodzę po schodach i lokalizuję źródło. Starsza kobieta pod oknem uchylonym. Pytam się jej czy nie może palić u siebie w mieszkaniu - nie, bo nie będzie sobie smrodzić. Pytam, czy w takim razie może smrodzić na klatce schodowej, która należy do nas wszystkich, także tych, którzy nie palą. A co mi to przeszkadza, przecież już wychodzę - A no to, że przechodzę przez jej dymek i wdycham to świństwo a nie mam na to ochoty. Proszę ją by zaprzestała tych czynności, bo smród roznosi się po całym bloku (3 piętra) a na dodatek brudzi popiołem i petami. A kto jej zabroni? Ano administracja wywiesiła kartkę o zakazie i prośbie o informowaniu o zdarzeniach, a wiem że mieszka pod takim numerem. Ona ma to w nosie, nic jej nie udowodnią i nic nie zrobią... i ma niestety rację. (nie raz i nie dwa zgłaszane).

Ale nic, idę dalej. Stoję na przystanku czekając na tramwaj. Podjeżdża i wsiadam. Znajduję sobie miejsce stojące (wygodne, swobodnie, mało ludzi) i jadę. Na następnym przystanku wsiada Pan, elegancki itp, staje obok mnie a mnie zaczyna dusić - tak od niego fajkami szło, że nie da się tego opisać. Za nim babka z wózkiem. No nic, zmieniam miejsce na jakieś inne, a facet za mną, co prawda nie aż tak blisko ale no. Nosz kurrrrr... Dobra, jadę dalej, kij z nim. nos w rękaw i damy radę.

okej, dojechałam do pracy, siadam przy biurku. Podchodzą do mnie pracownicy z dokumentami do wpisania. Jeden, drugi i nagle bach, trzeci z papierosem. Grzecznie proszę o wyjście, bo z papierosami proszę nie wchodzić tutaj. Wyszedł. Za chwilę wchodzi i zionie odorem papierosowym. Po prostu szkoda słów. Raz nie zawsze jak to się mówi, więc nic się nie dzieje. Ale potem kolejni i znowu z papieroskiem. W zakładzie zakaz palenia ale nikt sobie nic z tego nie robi. Prosiłam kierownika - nic, prosiłam dyrekcję - nic. Trudno, wytrzymam jeszcze trochę. Przecież to tylko 8h...

Fajrant. Idę na przystanek. Pada deszcz, więc chowam się pod daszkiem przystanku (chodnik, na środku daszek - bez ścianek wiaty). Podjeżdża tramwaj, wysiada babka z torbami - znowu starsza kobieta. Staje pod daszkiem, zakupy kładzie na ławeczce. Czekam na swój tramwaj i nagle czuję - znowu kur* te papierosy. Patrzę i nie wierzę. 2m ode mnie babeczka stojąc na przystanku pod daszkiem popala. Podchodzę i grzecznie proszę o zaprzestanie, ponieważ na przystankach jest zakaz palenia - jak Ci to przeszkadza to się odsuń - pytam gdzie, może ona niech się odsunie - nie, bo pada. Inni czekający mnie popierają - babka nic nie robi, w nosie nas ma. Eh.

Nadjeżdża tramwaj i wracam do domu. Po drodze tylko jeszcze przejście przez ulicę. Widzę gościa, który pali, odsuwam się na tyle ile mogę, staję od strony wiatru. Co robi facet? Przesuwa się bliżej i z drugiej strony. Dym radośnie mnie owiewa... Kaszlę wymownie - patrzy, uśmiecha się i rusza. Zapaliło się zielone. Mogę wejść na klatkę, gdzie śmierdzi papierosami, pety walają się pod oknem i wejść do mieszkania, które nie jest na tyle szczelne (drzwi w sensie), żeby nie przesiąknąć tym dymem.

Może wyjść na spacer i zostawić otwarte okna? Przestało padać. Przejdę się do sklepu. Przede mną chodnikiem idzie wesoło facet. Pali, dym leci do tyłu na mnie. Omijam go. Idę przed nim zadowolona, że już nie śmierdzi. Nagle znowu to samo. Małolata z petem w ustach. Nosz ja pier***. Do sklepu prawie dobiegam, żeby wyminąć tych trucicieli. Wychodząc ze sklepu wstrzymuję oddech i biegiem do domu. Jajko się stłukło ale co tam...

I teraz powiedzcie mi - gdzie tu przepisy? Czemu nic nie mogę zrobić z tym, że ludzie wokół trują mnie tym paskudztwem? Jakbym chciała to sama bym paliła. Nienawidzę tego. Codziennie to samo. Jak z tym walczyć?

życie papierosy palacze

Skomentuj (37) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 26 (120)
poczekalnia

#79384

~ZHDK ·
| było | Do ulubionych
Metaxa dodała historię o honorowych krwiodawcach. Podobnie jak ona, jestem zasłużonym krwiodawcą i mam jeszcze gorsze doświadczenia...

W mojej przychodni odznaka i legitymacja honorowana nie jest "bo są inni chorzy". Na moje stwierdzenie, że przecież pierwszeństwo jest zapisane ustawowo pani stwierdziła, że "mogę sama tłumaczyć wszystkim chorym dlaczego mi się należy wejście poza kolejką".

Kiedy próbowałam zapisać się do bardzo obleganego ortopedy w szpitalu rejestratorka również stwierdziła, że nie może mnie zapisać. Po prostu nie i tyle ALE... mogę iść pod drzwi, próbować wbić do lekarza między pacjentami i jak pan doktor się zgodzi to wtedy będę mogła odbyć wizytę. Nawet nie próbowałam, bo już raz u tegoż lekarza byłam i wiem, że pacjenci potrafią własnym ciałem bronić dostępu osobom bez numerka...

Podejście na rehabilitację: "Nie ma miejsc. Skończył się kontrakt na ten kwartał, następne zapisy dopiero za miesiąc." Moja legitymacja znów bezużyteczna.

Ostatnio byłam u dermatologa. Po zabiegu pani doktor zaprasza za 3 tygodnie, żeby sprawdzić, czy goi się jak trzeba. Idę do rejestracji "Ale terminy są na wrzesień". Kolejny raz demonstruję legitymację "Ale co ja pani poradzę jak terminy są na wrzesień". Pomogła dopiero kartka od pani doktor z odpowiednią adnotacją.

Chcę zaznaczyć, że nie jestem roszczeniowa. Jeśli wizyta nie jest pilna, mogę poczekać. Ale skoro jako krwiodawca mam przywilej omijania kolejki do lekarza to chciałabym móc z niego przynajmniej w pilnych sytuacjach korzystać. Zwłaszcza, że poza tym niewiele nam krwiodawcom przysługuje. Czekolada, wolny dzień w pracy (o ile pracujesz na etacie, przy zleceniu się nie należy). Darmowe autobusy w niektórych miastach dopiero po oddaniu 20 litrów krwi. I tyle...

Skomentuj (3) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 20 (36)
poczekalnia

#79383

~Nehelenia ·
| było | Do ulubionych
Ostrzegam, że najsmaczniej to nie będzie.
Byłam dziś na tzw. badaniach diagnostycznych lub szerzej znanych "wynikach".
Zjawiłam się krótko przed otwarciem rejestracji, dzięki czemu byłam druga w kolejce. Przede mną tylko pani na ok. 60-70 lat.
Rejestracja się otwiera, pielęgniarka przyjmuje skierowania i oznacza odpowiednio poszczególne badania krwi, moczu, kału etc.
Pani przede mną (dalej nazywana (K)obietą) przekazuje swoje skierowanie. Wyciąga także bardzo ostrożnie, niczym niezabezpieczony pojemnik z moczem. Wywiązuje się dialog pomiędzy nią, a (P)ielęgniarką.
P: Nie ma pani zapisanego badania na mocz, ale kosztuje ono X zł, możemy je wykonać.
K: Ojeej...a myślałam, że mam. To temu przyniosłam pojemniczek.
P: Jak mówię, kosztuje ono te kilka złotych. Chce je pani wykonać?
K: A to taak złociuchna, tak.
P (sięgając po pojemnik z moczem): Ale jest on nie zakręcony, proszę go zakręcić by zabezpieczyć przed badaniem.
K: O, a to musi być zakręcone tak? Bo ja nie wiedziałam (!!!) Dobrze, to już zakręcam. Tak mocno, tak? Żeby to kolorowe (wieczko) nie było luźne, tak?
P: Tak.
Do tego momentu historia nie jest w żaden sposób piekielna, prawda?
Piekielność nastąpiła kilka sekund później.
Pani zamiast zakręcić ów pojemnik, sięgnęła do torebki po portfel i zamaszystym ruchem ręki strąciła ten pojemnik, którego nieduża część rozlała się na blat okienka, podłogę (dzięki refleksowi, nie padłam ofiarą rozprysku). Jednak prawdziwą ofiarą była pielęgniarka. Ze względu na brak szyby zabezpieczającej, zawartość sterylnego opakowania znalazła się na dokumentacji, twarzy, włosach i kitlu pani pielęgniarki.
Wszyscy zamarli w szoku, sama pielęgniarka była sparaliżowana szokiem lub gniewem. Wtem odzywa się winowajczyni.
K: Ojeej...przepraszam. To jak pani teraz przeprowadzi badanie z sikami?
Ton głosu, jakby upuściła długopis. Wyciąga zwykłe chusteczki higieniczne i zaczyna przecierać blat z którego skapywał mocz. Pani nieśpiesznie schowała chusteczkę zużytą chusteczkę i pomaszerowała w stronę gabinetu zabiegowego, jakby nic się nie stało.

Historia ma też drugą piekielność:
Kobieta opowiedziała tę historię pielęgniarce, która wykonywała zabieg podsumowując to co się stało słowami: Ale ta pani w rejestracji taka nieprzyjemna. Przeprosiłam, a ona była zła. Kto tu u was pracuje, żeby być taką niemiłą dla pacjentów. I jeszcze wstała i wyszła taka wściekła! Pani, kto to widział?"
Myślę, że oblanie moczem kwalifikuje się pod coś znacznie więcej niż bycie "niemiłym".
Mam tylko nadzieję, że Pani Pielęgniarka mogła skorzystać z prysznica i przyborów toaletowych oraz, że miała w co się przebrać. Albo, że puścili ją do domu.

Przychodnia

Skomentuj (3) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 70 (70)
poczekalnia
Metaxa dodała historię o traktowaniu Honorowych Krwiodawców jako zło konieczne. Całkowicie się z nią zgadzam.

Również posiadam legitymację Zasłużonego Krwiodawcy. Teoretycznie mogę dzięki niej korzystać z opieki medycznej poza kolejnością. Ustawa niestety nie precyzuje co oznacza "poza kolejnością" więc jest różnie interpretowana...

Gdy miałam złamaną nogę chodziłam na kontrolę do postkomunistycznego przybytku do ortopedy. Kiedy przyszłam po raz pierwszy, musiałam pójść do rejestracji założyć kartę. Okienko jedno, kolejka na 20 osób. Ja z gipsem i o kulach, ale stoję jak wszyscy. Kilka dziewczyn w zaawansowanej ciąży też było. Zapytałam w końcu rejestratorkę czy skoro ludzie w gipsie lub w ciąży nie są uprzywilejowani to może chociaż honorowi krwiodawcy są przyjmowani poza kolejnością. Odparła, że nie, przy zapisie owszem, mogę dostać wcześniejszy termin wizyty, ale w kolejce mam stać jak inni.

Kolejna przychodnia, w szpitalu, kolejny ortopeda. Bardzo oblegany, więc terminy na przyszły rok (był maj). Pokazuję legitymację i co słyszę od rejestratorki? "Ale nie da się, ja pani nie zapiszę, bo jak to tak?". Tłumaczę jak, ale nie, ona nie da rady mnie nigdzie dopisać (ale córkę sąsiadki i siostrę szwagra zawsze da radę wcisnąć) i ewentualnie mogę iść do lekarza w godzinach, gdy przyjmuje (środek dnia, więc musiałabym wziąć wolne w pracy), próbować wbić do gabinetu poza kolejnością (już to widzę...) zapytać doktora, czy mnie przyjmie i jak się zgodzi to ok... Odpuściłam, zapisałam się do innego.

U dermatologa po zabiegu miałam się stawić za 3 tygodnie. Idę do rejestracji, mówię, że potrzebuję wizytę w tym terminie. "Ale nie ma, terminy na wrzesień". Mówię, że to po zabiegu, żeby sprawdzić, czy się dobrze goi - nic. No to sięgam po ostateczny argument, że jestem ZHDK, babka jest nieprzejednana - ona nie ma terminu, więc się nie da, nie zapisze mnie wcześniej, niż we wrześniu. Co ciekawe, gdy wróciłam do gabinetu i poprosiłam dermatologa o wypisanie kwitu, że potrzebuję tę wizytę teraz, a nie we wrześniu, miejsce magicznie się znalazło (czyli jednak się da...).

Próba zapisu na rehabilitację: nie ma miejsc. Co z tego, że mam legitymację i pierwszeństwo, im się skończył kontrakt z NFZ na to półrocze i mnie nie zapiszą. Zapisy za miesiąc. Moje skierowanie straci ważność, trudno. NIE DA SIĘ.

To "nie da się" słyszę ciągle. Choć nie zawsze. W niektórych gabinetach jestem dopisywana pomiędzy pacjentami lub znajduje się wolne miejsce za 2-3 dni. Jeśli mogę poczekać, czekam, zapisuję się na odległy termin.

Krwiodawcy nie mają zbyt wielu przywilejów. Czekolada, wolny dzień (tylko, jeśli masz umowę o pracę), darmowe autobusy dla weteranów, którzy oddali 20 litrów.

Ja chciałabym tylko korzystać z przywileju, który mi się podobno należy. Tak jest zapisane w ustawie. A jak będzie naprawdę, dowiaduję się i tak od rejestratorek. Jak się spodobam, albo mają dobry dzień to zapiszą. A jak nie to NIE DA SIĘ.

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 25 (49)
poczekalnia

#79387

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Polska to dziwny kraj...
Chyba tylko tutaj przepisy wywołują więcej zamieszania, niż porządku.
Chyba tylko tutaj żyją ludkowie o tak bogatej wyobraźni, że - mimo wszystko - dają radę.
Zgodnie z kompletnie nieznanymi mi normami, każdy produkt zagramaniczyny sprzedawany w polskich sklepach, musi mieć opis w języku naszych ojców, zawierający jasno i treściwie sformułowane jego zastosowanie, skład i sposób użycia.
Pojechaliśmy po zakupy do centrum poniekąd handlowego.
Jednym z artykułów pierwszej potrzeby okazała się być karma dla naszej psicy.
Psica młoda, nawet ją lubimy, toteż poszliśmy kupować do renomowanego sklepu - wszystko trzy razy drożej, ale w końcu się znają, byle czego nie sprzedadzą.
Wybraliśmy karmę w cenie mirry, idziemy do kasy. Po drodze, z okazji kolejki, miałem czas poczytać przylepioną na kolorowym opakowaniu, szarą jak nasza rzeczywistość, kartkę. A tam stoi:
"Pokarm dla ryb egzotycznych"...
Myślę sobie: wziąłem coś z półki obok może. Ale nie - na opakowaniu oryginalnym piękny piechol i kolorowe chrupki...
To czytam dalej.
A dalej występuje szczegółowy opis gatunków rybek, które powinny to cudo żreć... I skład, rzeczywiście mocno robaczany.
Jak sobie wyobraziłem labradora, któremu za ryjkiem rosną skrzela i przenosi swój habitat do oczka wodnego, ruszyłem z niepokojem wyjaśnić kwestię dziwnego opisu.
Nieco znudzona pani przy kasie wyjaśniła, że nie mają wpływu na brednie, które producent czy importer naklejają i że psica jest bezpieczna. Uff...
Minęło niewiele czasu.
Na świat przyszła nasza córuś malutka.
Dostałem polecenie zakupu jednorazowych mat na przewijak, w określonym rozmiarze.
Jadę do centrum - bo gdzie indziej?
Nie chciało mi się stać w kolejce do apteki, wypełnionej głównie paniami w wieku węgla brunatnego, bo stosy recept w ich rączkach nie wyglądały zachęcająco.
Poszedłem więc na halę. I dalej szukać podkładów.
Z grubsza wiedziałem, jak toto wygląda. Odnalazłem dział, na końcu półki była jedna jedyna paczka z towarem, o który się rozchodziło. Na okładce uśmiechnięty bobas fikał tłustymi nóżkami, leżąc na wymarzonej macie jednorazowej.
Biorę, zanim naród wykupi.
Z nawyku, czytam znajomą szarą naklejkę.
I zdębiałem.
Otóż, według wielce dowcipnego tłumacza z języka francuskiego, stałem się posiadaczem... "wkładek higienicznych dla kobiet dotkniętych problemem nietrzymania moczu" !
Wyobrażacie sobie?
Ja, niestety, sobie wyobraziłem.
Nieszczęsną niewiastę, która - nie dość, że dotknięta nietrzymaniem - musi kilka razy dziennie zwijać w ogromny kłąb matę rozmiaru 60x90 cm, następnie montować to sobie w okolicach bikini i jeszcze jakoś się poruszać...
Po czymś takim, ani chybi będzie dotknięta jeszcze obustronną przepukliną i zwichnięciem bioder...
Polska to dziwny kraj...

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 38 (92)
poczekalnia
Parę dni temu mama z psem odbierała mnie z dworca. W oczekiwaniu na pociąg stała na końcu peronu. Dwa perony dalej lazły trzy Karyny, dwójka dzieci i amstaf - co dla historii ma takie znaczenie, że mój pies amstafów nie lubi, boi się, ma przykre doświadczenia. Karyny przez tory przelazły na peron, na którym stała mama, i jedno z dzieci na widok mojego psa postanowiło, że pieski się przywitają. Wzięło amstafa i idzie.
[M]ama: - Proszę nie podchodzić z psem, mój pies się boi amstafów.
[K]aryna: - Ale mój piesek jest spokojny!
[M]: - Ale mój się boi tej rasy, jest koniec peronu, dalej nie odejdę, mogłaby pani nie podchodzić po prostu?
[K]: - ALE MOJA CÓRECZKA BĘDZIE NIEZADOWOLONA...
Na takie meritum moja mama stwierdziła rzeczowo, że ma w dupie córeczkę i osłaniając zestresowanego psa wyminęła Karynę, której komentarzy już na szczęście zabrakło :)

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 96 (118)
poczekalnia

#79377

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Wspomnienie z urlopu parę lat temu. Wakacje "zwiedzaniowe". Po kilku dniach w stolicy, inne punkty programu postanowiliśmy zaliczyć wynajętym samochodem. Najszybciej, a przy 4 osobach niewiele drożej niż komunikacja publiczna.

Samochód zarezerwowany przez internet. Jakieś małe autko z dołu cennika, $30 za dobę. Pracownik wypożyczalni daje papiery do podpisania, chce tylko wziąć pieniądze i szybko życzyć nam szerokiej drogi.
Bardzo krzywi się, jak chcę obejść auto dookoła i dokładnie zanotować w protokole wszystkie rysy i obtarcia (których było sporo, mimo że auto miało 2 czy 3 lata). Zapewnia że nie ma sensu, że oni nie patrzą na takie drobnostki przy zwrocie. Praktycznie wyśmiewa mnie, jak robię dokładne zdjęcia samochodu przy odbiorze.

Kilka dni później oddajemy wóz (to chyba była Fiesta) w stanie niepogorszonym, a pracownik (ten sam!) ze smutną miną mówi, że będzie trzeba potrącić z kaucji, bo porysowany błotnik.

Dość mocno zdziwił się, jak mu pokazałam swoją kopię protokołu i powiedziałam, że mam też zdjęcia, że ta rysa dokładnie tutaj była. Chyba był przyzwyczajony, że większość turystów tego protokołu nie wypełnia dokładnie...

wypożyczalniasamochodów

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 147 (147)
poczekalnia

#79374

~Bartender77PL ·
| było | Do ulubionych
Historia będzie o wyjeździe na wakacje Na Kretę z biura podróży "It". Wczasy zawsze się kojarzą z odpoczynkiem, relaksem,korzystaniem z uroków natury lub z wycieczkami za granicę. My wybraliśmy ten ostatni wariant, pobiegliśmy w podskokach do biura podróży, zapłaciliśmy 2400 od os, formuła all inclusive, hotel wyglądał fajnie no to lecimy. W samolocie dostaliśmy miejsca z przodu, obok siedziały 4 parki z małymi dziećmi, więc cały lot był umilany darciem się wniebogłosy tych przemiłych, ślicznych maluchów. Dziecko to dziecko rozumiem że płakać musi. Dolecieliśmy, dojechaliśmy do hotelu. Hotel był usytuowany na ogromnej górze pod którą nie chcą podjeżdżać autobusy, więc jak ktoś lubi spacery pod górę po asfalcie w pełnym słońcu z walizką to jest hotel dla niego. Do plaży która jest zdatna do kąpieli jest ok 1,5km na piechotę bo nic tam nie jeździ. Kuchnia straszna ! niejadalna ! Byliśmy już w Grecji w hotelu o tym samym standardzie i mamy porównanie. Zaraz po wejściu do naszego pokoju żonie została w ręce klamka od drzwi od łazienki.... nieźle się zaczęło, co prawda przyszedł dość szybko jakiś majster i naprawił klamkę zaraz po tym jak zszedłem z nią do recepcji i pomachałem klamką recepcjoniście przed twarzą. Przy basenie ze słona woda natryski dla chętnych aby się opłukać ze słonej wody, SŁONĄ WODĄ z natrysku. Napoje z dystrybutora SŁONE, tego nie dało się pić ! Formuła all inclusive to 4 najtańsze flaszki w lodówce (z czego 3 anyżówki) i słone napoje z dystrybutora i lej sobie człowieku, zapomnij o jakiejkolwiek obsłudze. Pan barman przychodzi owszem po godzinie 19.00 i stoi za barem robiąc drinki za które musisz zapłacić. Formuła all inclusive to w tym hotelu totalne nieporozumienie. Przy basenie smród ze stojących nieopodal kubłów ze śmieciami i szamba, byliśmy tam rok temu z żona i to była najgorsza wycieczka w naszym życiu ! hotel to "Semiram..." łatwo znaleźć. Teraz z żoną się śmiejemy z tej wycieczki i tego koszmarnego hotelu, ale będąc tam na miejscu nie było nam do śmiechu. Zaznaczam że naprawdę nie jesteśmy wymagający, chcieliśmy tylko aby hotel był taki jak w jego opisie.... Jedyne co było na plus to sprawna klimatyzacja, poza jednym wieczorem kiedy...uwaga...tadaam... nie było prądu w hotelu, działało jedynie oświetlenie by było na agregacie który wydawał "cudowny" efekt akustyczny.
Tak się zastanawiam, czy to coś złego że płacąc niemałe pieniądze chcielibyśmy otrzymać to za co zapłaciliśmy ? Biuro podróży "It" przesłało nam po powrocie maila z zapytaniem jak udały się nasze wakacje...serio... wtedy to ja byłem piekielny... wtedy dopiero puściły mi wszelkie hamulce i aż wstyd się przyznać ale nigdy wcześniej w tak barwny sposób nie używałem słów na "CH", "K" przeplatanych naprzemiennie debilami i idiotami. Morał z tego "Uważajcie na hotele drodzy przyjaciele".

zagranica

Skomentuj (20) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 16 (80)

Podziel się pozytywnymi historiami na
WSPANIALI.pl

Piekielni