Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Logowanie
X  
Login:
Hasło:
 
  Nie masz konta? Zarejestruj się
Zapomniałeś hasła? Odzyskaj hasło
Nie dostałeś linku aktywacyjnego? Wyślij go ponownie
 

Poczekalnia

Tutaj trafiają wszystkie historie zgłoszone przez użytkowników - od was zależy, które z nich nie trafią na stronę główną, a którym się może poszczęścić. Ostateczny wybór należy do moderatorów.
poczekalnia
18 maja 2012, 10:25 przez Tito (PW) | było | Do ulubionych
A propos ginekologów i ich niekompetencji.

Jako, że pracuje w branży medycznej wysłałem swoje Szczęście życiowe na wyniki krwi kontrolne,
bo przyjmuje tabletki hormonalne. Warto też zbadać tarczyce, bo miała takie epizody osłabienia i kilka rzeczy, które mogłoby wskazywać na niedoczynność tarczycy. Trochę się jej przytyło. Czyli może to być np skutek uboczny tabletek anty lub objaw niedoczynności.

Zasugerowałem wykonanie badań u lekarza rodzinnego, dałem rozpiskę co jest potrzebne, a potem wizytę u ginekologa i może zmianę tabletek na inne? Może tamte lepiej przypasują?

Wyniki wszystkie wyszły w porządku.
Ku mojemu zdziwieniu jak wyszła od ginekologa mówi do mnie, że ma subkliniczną niedoczynność tarczycy i dostała na to leki. A w jej przypadku jak stosuje hormony to ma zupełnie inne normy.

No nic, ginekologiem nie jestem, podrapałem się po głowie, dziewczyna kupiła tabletki, ale poleciłem jej na razie ich nie przyjmować. W ruch poszły książki medyczne, znajome położne i ginekolodzy czy endokrynolodzy. Każdy stuka się w głowę i mówi, że pierwsze słyszy.

Ja mam dwie koncepcje:
1) Szaman jest kompletnym debilem i nie zna się na tym co robi.
2) Jeśli przyjmowała by leki na niedoczynność tarczycy mogła by sobie wywołać nadczynność, przy której się chudnie. Wtedy nie chciałaby zmiany tabletek hormonalnych na inne. Czyżby magiczne historie rodem z telewizji, że korzyści przy przepisywaniu konkretnych leków? Może tych na niedoczynność tarczycy?

Szczerze mówiąc liczę na to, że wariant pierwszy jest prawdziwy. Wole takie działanie z głupoty niż z premedytacją.

Oczywiście to była ostatnia wizyta u szamana. Niedługo spróbujemy u kogoś innego.
Nie będę pisał nazwiska. Jednak sprawdźcie swoich lekarzy na portalu o znanych lekarzach. O tym szamanie sporo komentarzy na temat leczenie wyimaginowenej niedoczynności.

Ja wyłapałem na samym początku szkodliwe leczenie, bo się tego uczyłem. Tylko co ma zrobić osoba, która się na tym nie zna i z założenia ufa swojemu lekarzowi?

Gabinet szamana "ginekologa"

Skomentuj (2) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 10 (Głosów: 18)
poczekalnia
18 maja 2012, 9:08 przez Werbena (PW) | było | Do ulubionych
Już rozumiem, dlaczego tak mało ludzi zgadza się świadczyć w sprawach sądowych.
Przed I rokiem studiów - czyli niemal
9 lat temu - byłam świadkiem przestępstwa, jedynym, jak się później okazało. Złożyłam zeznania na policji, w prokuraturze, dostałam wezwanie na rozprawę.
Rozprawa odroczona, oskarżony się nie stawił. 2 tygodnie później kolejna, oskarżyciel posiłkowy się nie stawił. 3 tygodnie później kolejna, odroczona, sędzina dzień wcześniej poszła na L4. 2 tygodnie później sąd ogłosił przerwę, zanim złożyłam zeznania. I tak się to toczyło, przez 9 lat byłam wzywana na rozprawy i nie miałam możliwości złożenia zeznań.
Póki mieszkałam w Krakowie, póty nie przeszkadzało mi to aż tak bardzo, ale po przeprowadzce do Warszawy wezwania co 3, 4 tygodnie, jeżdżenie do Krakowa i dowiadywanie się, że znowu mam wracać do domu - brak prokuratora, obrońcy, oskarżyciela posiłkowego, oskarżonego, sędziego, kogokolwiek, pęknięta rura, zaginięcie akt itd. - stało się wyjątkowo irytujące. Wniosek o przesłuchanie przez sąd w Warszawie został odrzucony, bo narusza prawa stron do zadawania mi pytań.
Kiedy zachorowałam, stwierdziłam, że mam tego dosyć. Napisałam do sądu, że sytuacja jest kuriozalna, naraża mnie na koszty, nieprzyjemności, a w obecnych okolicznościach przyrody, biorąc pod uwagę tempo postępowania najpewniej zejdę, zanim zdołam opowiedzieć się przed obliczem jaśnie sędziny. Załączyłam zaświadczenie od lekarza, wrzuciłam do koperty i wysłałam.
O dziwo, doczekałam się reakcji. Od tamtej pory wezwania zaczęły przychodzić równo co 2 tygodnie. A ja równo co 2 tygodnie odsyłałam zaświadczenia o kolejnych badaniach, chemioterapii, hospitalizacji. I tak się to kręciło do wczorajszej rozprawy. Na którą zostałam doprowadzona siłą.
Sąd uznał, że to JA opóźniam postępowanie sądowe i wydał nakaz doprowadzenia mnie przez policję. Z Warszawy do Krakowa. Żeby było śmieszniej, panowie czarni zabrali mnie właśnie ze szpitala - mimo protestów lekarzy, w tym mojego onkologa. Ale nie to było najgorsze.
Niestety, zabrali mnie SAMĄ. Nie zgodzili się, żeby jechał ze mną mąż albo brat. Nie ma mowy, nawet oświadczenie ordynatora, że w obecnym stanie nie powinnam pozostawać bez opieki nie zmieniło ich nastawienia. Bardzo, bardzo niechętnego, a w drodze postarałam się, żeby było jeszcze gorsze, skoro oni nie chcą być ludzcy, to ja też nie muszę.
Udało się zawiadomić moją krakowską rodzinę, żeby zajęli się mną na miejscu, mąż jechał za policjantami przez całą drogę. A co jest smaczkiem całej sytuacji?
Sędzina na L4, dziecko jej zachorowało. Rozprawa odroczona.

polskie sądy

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 135 (Głosów: 141)
poczekalnia
18 maja 2012, 8:35 przez aelreda (PW) | było | Do ulubionych
Może byłam piekielna ale piekielnego popędziłam.

Parę dni temu wybrałam się do większego marketu w celu uzupełnienia rzeczy dla mojego
małego syna.
Wracając targałam dużą pakę pampersów.
Skręciłam w mniej uczęszczaną ulicę, idę sobie spokojnie chodnikiem, gdy gdzieś w połowie zatrzymuje się koło mnie samochód, myślę sobie może ktoś o drogę będzie pytał.

Szyba zjeżdża, okazując właściciela samochodu, niezbyt urodziwego 40latka.

- Przepraszam, mam do pani pytanie.
- Tak słucham (silę się na uśmiech, obładowana jestem plecy bolą, nie chce mi się z człowiekiem gadać)
- Ja pani zapłacę a pani ze mną pojedzie na bzykanko?
.
.
..
...

WTF???

- Przepraszam, bo nie dosłyszałam???
- Tak lala jak Ty chyba potrzebuje porządnego wyru***nia? Taki tyłeczek, tyle klapsów (mówiąc to oblizywał się po wargach, a ja miałam ochotę zwrócić zawartość wszystkich posiłków z ostatniego tygodnia)
- To co jedziesz ze mną bym Cię mógł uszczęśliwić?
- Ekhm...pan kpi czy o drogę pyta?
- No maleńka nie daj się długo prosić, taki kąseczek..
- Wie pan co? Niech pan wypier***a do domu, weźmie sobie tasak odrąbie wacka i zje na obiad. Smacznego i żegnam!


Może mam ładną buźkę, ale figury ni hu hu, raczej kwalifikującej się do nadwagi, więc się tak zastanawiam...
na pampersy faceta poderwałam?

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 19 (Głosów: 77)
poczekalnia
18 maja 2012, 2:03 przez Bamu (PW) | było | Do ulubionych
Naprzeciw uczelni znajduje się sklep z owadem w logo. Pod sklepem często przesiadują drobne pijaczki popijając "Gumisiowy sok z gumijagód". Czasami zaczepiają zacną brać studencką o przysłowiowe "50gr" do piwa lub wina - przynajmniej zawsze uczciwie mówią. Student wiadomo człek dobrotliwy, rozumie co to znaczy mieć ochotę, a nie mieć za co, więc często dorzuca owe "50gr". Dzisiejsza sytuacja była nieco inna...

Pijaczek Wojtek zaczepił pewnego faceta o "50gr". Facet powiedział, że gdy spakuje zakupy do auta to będzie mógł wziąć jego wózek. Wojtek istota "inteligentna" pomyślał: w wózku 1zł lub 2zł, po czym dostał uśmiechu od ucha do ucha (dosłownie od ucha do ucha bo zębów nie ma i jest w stanie tak się uśmiechnąć). Odprowadza koszyk do "zajezdni" i nagle krzyk!... Drze się, wyzywa od najgorszych, grozi pięściami i leci w stronę samochodu faceta. Ten zdążył już wsiąść i chce odjechać, ale Wojtek wskoczył mu na maskę i próbuje wyrwać wycieraczki. Komiczną sytuację opanowali dopiero dzielni ochroniarze ze sklepu...

W wózku zamiast monety był plastikowy żeton.

Tak się tylko zastanawiam kto był bardziej Piekielny: Wojtek niszcząc wycieraczki samochodu i urywając boczne lusterko czy facet, próbujący oszukać poczciwego konesera "Gumisiowego soku"?

sklepy

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 68 (Głosów: 92)
poczekalnia
18 maja 2012, 1:44 przez andrejewna (PW) | było | Do ulubionych
Mam przyjaciela bardzo bliskiego. W związku z tym zazwyczaj nasze osobiste sprawy nie wychodzą poza naszą dwójkę. Jednak dręczy mnie to bardzo, bo chciałabym mu pomóc, a dochowując tajemnic przed wszystkimi nie mam się kogo poradzić. Mam więc nadzieję, że wpisując tu historię anonimowo doczekam się jakiejś rady z Waszej strony. Jest długa, mam nadzieję, że jednak przeczytacie.

Parę lat temu, kiedy się poznaliśmy, przyjaciel mój mieszkał z rodzicami i wspólnie z nimi prowadził interesy. Choć mógł się wyprowadzić już wcześniej, został, gdyż mama jego była słabego zdrowia, ojciec alkoholik nie kwapił się do opieki nad nią, zaś brat za granicą prowadził swój byt z żoną i dziećmi, i nijak nie miał możliwości wspierać reszty rodziny, choćby finansowo, nie mówiąc już o obecności. Przyjaciel mój, poza swoją pracą, zajmował się księgowością i dostawą do sklepu rodziców. Jako że mieszkali razem, mógł z zarobionych pieniędzy co nieco odkładać i tak przez dziesięć lat od uzyskania pełnoletności uzbierała się dwucyfrowa sumka na koncie. I wtedy nastąpiła równia pochyła.
Sklepik zaczął podupadać - jak po deszczu w okolicy pojawiły się markety, różne ropuchy i inne sieciowe obiekty, które reklamując się w telewizji, skutecznie odbiły klientów. Decyzję podejmował jakiś rok czasu, ale gdy ostatnie kilka miesięcy musiał do interesu dokładać, postanowił sklep zamknąć mając zgodę obojga rodziców.
W tym miejscu wkracza piekielna postać tej historii - ojciec alkoholik.
Wpływy finansowe skurczyły się znacznie, więc yntelygentny ten człowiek wpadł na "świetny" pomysł. I tak, kilkanaście miesięcy po upadku interesu, mój przyjaciel ze łzami w oczach mówi, że na wciąż zarejestrowaną firmę ojciec jego wziął kredyt i postanowił go nie spłacić. Jak mu się to udało? Ano pieczątki firmowe z zamkniętego sklepu powędrowały w pudełku do ich wspólnego mieszkania, zaś ojciec nie widział nic sprzecznego z prawem w podrobieniu podpisu syna i żony. Jako, że mieszkanie należało do obojga rodziców, przyjaciel spłacił kredyt ze swoich oszczędności, gdyż bał się, że mama zostanie bez dachu nad głową, bo poza tym lokalem nie posiadali nic wartego w oczach komornika.
W międzyczasie, gdy nasza przyjaźń się umacniała, wyznał, że ojciec zawsze pił, przed założeniem interesu czasem nie było co do garnka włożyć i dlatego poszedł do pracy, rezygnując ze studiów. Przemoc domowa również była obecna - nie fizyczna, ale psychiczna. Ojciec potrafił godzinami sączyć truciznę w ich uszy. Często bywał agresywny i czasem ze strachu wzywano policję, ale ta nie podejmowała żadnych kroków, bo stary miał "znajomości", a że nikogo nie pobił, to jaka to szkoda, że popił? Co więcej był oskarżony o spowodowanie wypadku po pijaku, ale od lat wyrok w tej sprawie nie zapadł, ponieważ jest on "chronicznie cierpiący i chory na wszystko co możliwe", więc do sądu stawić się nie może. Nawet sfałszował list, rzekomo pisany przez swojego syna, w którym była prośba, by "dali mu spokój". Po tych wyznaniach i kolejnych, częściowo za moją namową, przyjaciel postanowił się usamodzielnić. Nic jednak z tego nie wyszło, bo mama jego zachorowała na raka i w takich okolicznościach nie chciał jej zostawiać samej.
Przyjaciel mój stawał na głowie, jeździł z nią po całej Polsce wyszukując specjalistów i w końcu znalazł ośrodek, gdzie przeprowadzono operację. Niestety, mama mojego przyjaciela odeszła.
Po jej śmierci ojciec podjął decyzję o abstynencji i poprosił swoją matkę, by z nimi zamieszkała. Jak się później okazało, zamieszkała z nimi nie z chęci wsparcia czy opieki, ale dlatego, iż stary namówił ją na sprzedaż domu. Bo pieniądze były potrzebne. I - jakżeby inaczej - spłacił nimi swoje długi, bo kolejnych zdążył narobić. I znów przyjaciel mój wracał do domu wiedziony lękiem - tym razem o swoją babcię, bo ojciec nie pił raptem dwa miesiące, by potem znów się znaleźć w ciągu.
Jednak coś jakby się zmieniło, pojawiła się nadzieja. Odwiedził ich brat przyjaciela i razem postawili ojcu ultimatum - albo idzie na leczenie, albo oni się postarają, by doprowadził go na nie sąd. Przerwa tym razem trwała miesięcy kilka, ale widząc, że jeden syn nie ma już sił walczyć, zaś drugi wrócił za granicę, ojciec postanowił wrócić do starych nawyków. Czara się przelała, gdy próbował wziąć kolejny kredyt na firmę. Bystra pani bankier połapała się jednak w oszustwie i poinformowała drugiego właściciela. Mój przyjaciel postanowił definitywnie skończyć z ojcem. Wyrejestrował również firmę.
Sielanka by trwała, ale piekielnemu widać bardzo brakowało pomysłów na legalne zdobycie funduszy, więc wyciął kolejny numer. Konsekwencje były porażające.
Przyjaciel mój pracował w kilku ośrodkach badań opinii społecznej. Dodatkowo zarejestrowany był o ogólnokrajowym rejestrze ankieterów (nie wiem jaką ma oficjalną nazwę). Pracował ciężko, wytrwale i dzięki temu miał "dobre" stawki. Ojciec jego postanowił to wykorzystać. Wyszperał skądś numer do zleceniodawcy i podając się za swojego syna wziął całkiem sporo zleceń, podając jednak swój numer konta. Niechętny był jednak do pracy i sprawa szybko wyszła na jaw.
Niestety, mój przyjaciel nie miał jak udowodnić, że to nie on zlecenia spaprał, firma nie chciała się przyznać do błędu. Nawet prawnicy mięli ręce związane. Przyjaciel stracił pracę i został wykreślony z rejestru. A co za tym idzie - pozostałe ośrodki zerwały z nim współpracę.
Z trudem znalazł pracę (wszak studia porzucił lata temu) i zaczął funkcjonować od nowa. Kiedy zaczął mieć pewne dochody, sprzedał stary samochód i kupił nowy - jego praca wymagała dobrego środka transportu. Kredyt spłacał regularnie, choć z trudem, gdyż przyszły czasy kryzysu, więc rozciągnął go do granic możliwości i spłacał sumy niewielkie. Praca nie pozwoliła mu jednak nic odłożyć.
Wtem jak grom z jasnego nieba spadła na niego wiadomość - ojciec postanowił się ożenić. Sprzedał mieszkanie za okrągłą sumę stu tysięcy, kupił nowe i postanowił wspaniałomyślnie obdarzyć syna oszałamiającą sumą kilku tysięcy, w ramach rekompensaty za wcześniejsze utracenie oszczędności życia. Był to wszakże ułamek tamtej kwoty, ale przyjaciel zgodził się, bo wpłacając pieniądze do banku, mógłby całkowicie pozbyć się kredytu. Radość tym większa, że ojciec trzeźwy. Pewnie w oczach nowej wybranki życia dobrze chciał wypaść. Rozstali się w poczuciu obopólnej zgody.
Ale gdybym wtedy wiedziała co będzie dalej!
W zeszłym tygodniu przyjaciel dostał informację, że bank zabierze samochód. Kredyt nie został spłacony. Na pytanie dlaczego ojciec mu nie powiedział, że jednak się rozmyślił i postanowił nie płacić, ten, z rozbrajającą szczerością odpalił, że mu zabrakło! Powód - nieznany. Pewnie wesele, na którym mojego przyjaciela nie było...
Obecnie mój przyjaciel nie ma domu, sypia to u znajomych, to u rodziny, nie ma oszczędności (czasem dyskretnie doładowuję mu telefon, bo nie stać go nawet na te parę złotych, by telefon był aktywny), a zaraz nie będzie mieć samochodu, żeby móc w ten sposób zarabiać na jedzenie.
A co do piekielnego ojca, który ograbił swojego syna do ostatniego grosza - życzę mu, żeby spłonął w piekle.

Bo co innego można zrobić?...

rodzina

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 92 (Głosów: 116)
poczekalnia
18 maja 2012, 1:22 przez Alkoholic (PW) | było | Do ulubionych
Moja pierwsza wiec sory za dlugosc ,ale bedzie piekielnie

Jakis czas temu pracowalem w Irlandii jako mlodszy ksiegowy w "mafii
paliwowej". Komputer na ktorym mialem "przyjemnosc" pracowac to istny antyk (win xp wieszal sie przy otwartym popularnym programie biurowym i jednoczesnie otwartej przegladarce). Trafila sie okazja kupna uzywanego komputera (+monitor ,drukarka ,skaner i inne akcesoria) w bardzo atrakcyjnej cenie(250 eu), komus zalezalo na szybkiej kasie ,ale nie wnikam ;). I teraz historia wlasciwa.

Glowna ksiegowa absolutnie niechciala o tym slyszec wiec sprytnie zadzwonilem do wlasciciela firmy, ktory na poczatku nie mogl uwierzyc ze tak tanio i stalo sie, dostalem najlepszego kompa w biurze :). Syf niesamowity, musialem postawic softa, ale ze na stanie nie mieli zadnego dodatkowego oprogramowania, poprosilem o jego zakupienie, a na ten czas (przeciez musze jakos pracowac)
wgralem polska wersje (jedyna jaka posiadalem). Z kupnem im sie nie spieszylo ,chociaz ostrzegalem przed powaznymi finansowymi konsekwencjami. Po miesiacu poinformowalem o promocji, oprogramowanie + pakiet biurowy 100 euro = na firme to grosze. Niestety niedoczekalem sie mimo przypominania praktycznie co tydzien i po 8 miesaicach (a pracowalem tam ponad 3 lata) zostalem zwolniony (cale szczescie). Gdzie tu piekielnosc zapytacie...

Spotkalem wczoraj "kolezanke" z pracy (ja 26 ona 56 lat), ktora powiedziala mi ,ze tydzien temu w firmie byla kontrola, jak sie zapewne domyslacie po sprawdzeniu legalnosci systemow (i odkryciu nielegala) dobrali sie do wszystkiego. Okazalo sie ze na KAZDYM komputerze znalazlo sie po kilka programow uzywanych niezgodnie z prawem. Kolezanka oczywiscie przypomniala im moje slowa, wlasciciel sie wsciekl, szefowa ksiegowosci dostala pisemna nagane, komputery zabrane (cala ksiegowosc stoi w miejscu) do oszacowania skali przestepstwa, a tym samym wysokosci kary.

A wystarczylo glupie 100 euro ...

usługi

Skomentuj (1) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 42 (Głosów: 70)
poczekalnia
18 maja 2012, 1:21 przez Mahon (PW) | było | Do ulubionych
Długo będzie i niewesoło.

M. mieszkał tylko z ojcem. Jego matka zmarła wcześnie, a ojciec po jej śmierci się rozpił.
O M. dbała tylko sąsiadka, taka ukochana, przyszywana ciocia. Troszczyła się o niego jak o własne dziecko.

M. od zawsze był zafascynowany kapłaństwem. Marzył, że zostanie księdzem. Najpierw na pagórku na dworze odprawiał msze. Potem zaczął służyć jako ministrant. I mówił z takim nabożnym namaszczeniem w głosie, jak niektórzy księża. Zawsze i o wszystkim. Cichy, grzeczny, może trochę dziwny, ale nie sprawiał nigdy problemów.

Dorastając, zaczął spełniać swoje marzenie. Dziewczyny go nie interesowały. Wyjechał do sąsiedniego miasta do seminarium. Przyjeżdżał tu czasami. Stopniowo się zmieniał. Na msze już nie chodził. Kochana ciocia została zdegradowana do roli pralni. Po prostu żądał prania, rzucał rzeczy i wychodził.

Przychodził coraz częściej do całodobowego sklepu, w którym wtedy pracowałam. Prosił tym namaszczonym głosem o zielone LM, jakieś piwo. Odmieniał na niezliczone sposoby słowo "k...wa" i prezentował resztę swego bogatego zasobu wyrazów nieparlamentarnych. Próbował się ze mną umówić.

I dzielił się różnymi refleksjami. Chcą go z seminarium wyrzucić, te męskie narządy płciowe. Ale, kobieta lekkich obyczajów, genitalia męskie z tym. Bo on tak w ogóle to chce dziewczynę znaleźć, a jak nie znajdzie, to zostanie księdzem. Tak, jak wszyscy chcieli...

M. miał 23 lata, gdy zdarzyła się tragedia. Jego ojciec, pijany, zasnął na torach. Pociąg uciął mu nogi.

Mężczyzna przeżył taki szok, że przestał pić. Wyszedł ze szpitala, na wózku, z kikutami powyżej kolan. Jeździł czasem sam po mieście i rozmawiał sobie z ludźmi. I był szczęśliwy. Nieraz mówił, że mimo wszystko, cieszy się, że żyje. Że nigdy już nie ruszy alkoholu, bo przez ten alkohol tyle nieszczęść...

Ojciec wyraźnie zawadzał M. Syn musiał tutaj wrócić na jakiś czas i się nim zajmować, bo ciotka już stara, nie dałaby rady. To wrócił. Niechętnie. Teraz miał inne marzenie:
-No, żeby w końcu ten ch...j zdechł, bym się nie musiał zajmować dziadem. W d...pie go mam, ale muszę się opiekować. A tak to bym miał po nim dom, tylko sprzedać i wypier...lać stąd na zawsze.

Oddał w końcu ojca do ośrodka opieki. Nie odwiedzał go już. Ojciec wkrótce zmarł. A M. zniknął. Podobno wyrzucili go z seminarium i zaczął pić. Czasami go spotykałam w sąsiednim mieście, jak wychodził na ulicę z różnych nieciekawych rejonów...

Z kapłana w gibona. Ot, piekielna przemiana.

Skomentuj (3) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 30 (Głosów: 82)
poczekalnia
17 maja 2012, 23:14 przez Hermetyczna (PW) | było | Do ulubionych
Podeszła do mnie kobieta z dzieckiem na rękach przeprosiła, że w ogóle mnie zaczepia i podała mi 2 kartki. Jedna okazała się być ulotką o nowotworze ((tych miała kilka w ręku), a druga jakimś pismem urzędowym.. w sumie tylko zerknęłam (były jakieś adresy, pieczątki, i ogólny układ tekstu wyglądał wiarygodnie)pani wyjaśniła, że to wezwanie do zapłaty ( czy coś w tym rodzaju w sumie nie zrozumiałam). W końcu zaczęła mówić, że jej dziecko jest chore, zbiera na operację i jeśli mam taką możliwość to, żebym ją wspomogła.
A, że ja, dziecko ufne i nie umiejące obojętnie przejść kiedy ktoś prosi mnie o pomoc, wyjęłam portfel. Przypomniało mi się, że z papierkowych mam jedynie 100zł, więc od razu otworzyłam, tą część gdzie mam drobne.. tam w sumie też nieciekawie, więc postanowiłam się upewnić czy aby na pewno nie mam 10zł. Tak jak myslałam na początku, nie było, więc wracam do drobnych.. Kobieta widząc to wypaliła:
- Ale poproszę o papierkowe...
Coś jeszcze mówiła, ale po tych słowach, az się we mnie zagotowało i ręka się rwała, żeby jej przywalić.. Portfel zamknęłam, schowałam do torebki i powiedziałam:
- Gdyby pani rzeczywiście potrzebowała, to każdy grosz by się dla pani liczył i nie mówiłaby mi pani jakie pieniądze mam dać.

I odeszłam. I nie wiem co zrobię, jak ktoś znowu poprosi mnie o pomoc...

Skomentuj (3) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 113 (Głosów: 129)
poczekalnia
17 maja 2012, 22:39 przez shane (PW) | było | Do ulubionych
Do poprzedniej historii wdał się dość duży błąd, nie mogłam edytować, więc wrzucam raz jeszcze.


Luby od niedawna pracuje na
Orlenie, kilka dni temu został wysłany na ′szkolenie′ na inną, dużo większą stację. Do domu wrócił roześmiany jak nigdy i opowiedział mi historię, która mu się przydarzyła.

[L]uby
[K]lient

Na stację podjeżdża pan, tankuje za 50,03zł. Przy kasie podaje mojemu mężczyźnie 50zł w banknocie.

[L] - Poproszę jeszcze 3 grosze.
[K] - Jak to 3 grosze mam Ci dać jeszcze?!
[L] - Zatankował pan za 50 złotych i 3 grosze
[K] - Ja wczoraj zostawiłem u was 6 groszy za dużo! Wy okradacie ludzi! Ja z kierownikiem chcę!
[L] - Bardzo przepraszam za kłopot, ale nie rozdajemy paliwa za darmo.
[K] - (rzucił na ladę 5 groszy) Już tu do was nie przyjadę! Wy okradacie ludzi!
[L] - Dziękuję, zapraszam ponownie.

Klient wyszedł obrażony, odjechał. Chwilę później na sklep wchodzi kierowniczka i mówi do mojego faceta:

Słuchaj, nie przejmuj się, ten koleś tankuje tu kilka razy w tygodniu, zawsze zalewa te kilka groszy więcej, a później się wykłóca, że specjalnie tak są dystrybutory ustawione.


Ręce opadają.

Jelenia Góra / Mysłakowice

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 29 (Głosów: 103)
poczekalnia
17 maja 2012, 22:35 przez niesmiertelnosc (PW) | było | Do ulubionych
Jadąc wczoraj autobusem usłyszałam krótki dialog matki z córką, który sprawił, że do teraz nie mogę się otrząsnąć z szoku.

Córka- na oko 16 lat, matka- szacuję, że lekko po 30stce. Obydwie widać, ze fanki solarium, nakładania makijażu szpachlą, strasznie tandetne.

[C]órcia zaryczana cała, chowa twarz w dłoniach, trzęsie się cała. [Ma]tka siedzi z surowym wyrazem twarzy i powtarza co chwilę: "Nie becz ku*wa!".
Po chwili dialog:
[C]: ale co ja teraz zrobię?! nie mogę być w ciąży! Ku*wa, dziewczyny mówiły, że nie zaciążę za pierwszym razem...
[M] (zupełnie obojętnie, jakby to było wyrwanie zęba): jak to co? Normalnie weźmiemy i WYSKROBIEMY.

Po prostu brak mi słów...

komunikacja_miejska

Skomentuj (19) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 71 (Głosów: 143)

Podziel się pozytywnymi historiami na
WSPANIALI.pl

Piekielni