Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

 

#82683

(PW) ·
| Do ulubionych
Ochrona danych w praktyce.

Szpital, przyjęcie (P)acjenta na oddział.
Starszy człowiek na wózku, siedzi poniżej blatu konsoli (R)ejestratorki.
Mówi cicho i raczej niedosłyszy.

R - (głośno i wyraźnie) Czy pan nazywa się Jan Kowalski?
P - Tak nazywam się ... (Raczej cicho)
R - Wpisuje Jan Kowalski, czy adres zamieszkania to...?
P - Tak, to mój adres (cichutko).
R - Wpisuje, adres zamieszkania... (powtarza)...

Czyli następuje cała seria pytań, głośno i wyraźnie, potem cichutkie odpowiedzi od pacjenta, następnie powtórzenie głośno i wyraźnie przez rejestratorkę. Wszystkie pytania obejmują adres, numer telefonu, nazwisko, łącznie z pytaniem czy pacjent mieszka sam czy z kimś. Następnie pytanie o osobę kontaktową łącznie z numerem telefonu, a potem następuje wywiad na temat stanu zdrowia czy przebyte choroby. itd.

Wszystko głośno i wyraźnie, stojąc obok i słuchając można się dowiedzieć o człowieku prawie wszystkiego.

słuzba_zdrowia

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 130 (140)

#82680

(PW) ·
| Do ulubionych
Piekielny taksówkarz?

Pisząc poprzednią historię o ostrym dyżurze, przypomniałam sobie, że nie tylko pacjentka była piekielna tamtego dnia. Wiadomo przecież, że jak coś idzie źle, to po całości.

Kolka nerkowa pojawiła się nad ranem i w ciągu kilku godzin przybrała na sile, dlatego postanowiłyśmy z mamą jechać na ostry dyżur. Mama zadzwoniła po taksówkę jednej z najbardziej znanych (i najdroższych) warszawskich korporacji, która nie cieszy się najlepszą opinią, ale ma za to łatwy do zapamiętania numer.

Czarny, wypucowany mercedes podjechał. Kierowca słowem się nie odezwał. Wsiadłyśmy, podałyśmy cel naszej podróży - Szpital Praski - i ruszyliśmy. Ja zielona z bólu, mama zaniepokojona moim stanem.
Podróż spod mojego domu do szpitala trwa zazwyczaj 10-15 minut. Chyba, że wpadnie się w korek...

Nie wiem czy kierowca nie znał zbyt dobrze Warszawy (nie miał GPS), czy kurs okazał się dla niego na tyle nieatrakcyjny, że postanowił sobie na nim dorobić najwięcej jak się da (a może taka jest polityka firmy?). W każdym razie, postanowił pojechać przez ulicę Radzymińską, która w porannych godzinach szczytu była wtedy koszmarem każdego kierowcy, mimo że miał do wyboru dwie inne, dużo lepiej przejezdne trasy dojazdowe.
Wtedy, bo było to 10 lat temu, przed przebudową trasy W-Z (pomnik Czterech Śpiących, Trzech Pijanych stał jeszcze na swoim miejscu), kiedy skrzyżowanie przy Dworcu Wileńskim było jednym z najgorszych w Warszawie, a stacja drugiej linii metra w tamtym miejscu była dopiero w planach.

Jak możecie się domyślić, utknęliśmy w korku. Mimo próśb by skręcić w inną ulicę i ominąć korek, bo w końcu nie jechaliśmy na wycieczkę, a do szpitala, kierowca nadal pchał się w tą nieszczęsną Radzymińską. Czas mijał. Ja, coraz bardziej zielona z bólu, poczułam, że robi mi się niedobrze. Opcje były dwie: albo mój pusty żołądek miał dość ciągłego ruszania i hamowania, albo ból był tak silny, że przyprawiał mnie o mdłości. W tym drugim przypadku, zazwyczaj kończyło się to pawiem. Powiedziałam wtedy do mamy: "Zaraz się porzygam".

I nie musiałam dwa razy powtarzać. Kierowca chyba wyobraził sobie armagedon jaki mogłabym spowodować na jego skórzanych tapicerkach. Nagle jakoś udało mu się wybrnąć z korku i dowieźć mnie pod szpital w ekspresowym tempie. A mógł tak od razu... Być może już kwadrans wcześniej złapałby bardziej lukratywny kurs, bo przed szpitalem chętnych nie brakowało...

taksówkarz

Skomentuj (3) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 115 (127)

#82543

~Myinniludzie ·
| Do ulubionych
Jadę samochodem przez centrum miasta, wolniutko bo ograniczenie do 40. Na pasach stoją ludzie z rowerami, więc się zatrzymuję, a oni zamiast przejść na drugą stronę, wsiadają i jadą drogą przede mną tempem mocno spacerowym.

Po chwili takiej jazdy chcę ich wyprzedzić, kierunek, druga wolna to jadę. Kiedy jestem już równo z ostatnim Panem, ten zaczyna wyprzedzać panie przed nim. Nie rozejrzał się i nie wiem co miał w głowie. Wjechał mi w drzwi pasażera choć byłam na drugim pasie. Odbił się od samochodu i się przewrócił.

Zatrzymałam się, by sprawdzić czy nic mu się nie stało. Podniósł się i wyskoczył do mnie z modą. Krzyczał i w pewnym momencie złapał mnie za ramię i zaczął mną potrząsać. Nie myślałam, wywinęłam się i uderzyłam go w twarz. Stracił trochę rezonu, a ja wsiadłam do samochodu i odjechałam.

Rowerzysci tfu! Jego mać !

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 140 (166)

#82538

(PW) ·
| Do ulubionych
Pracuję w punkcie ksero. Punkt jak punkt, każdy kiedyś jakiś odwiedził - kolejki, duży ruch, szybkie kopie, sporo ludzi... właśnie ludzi. Kto pracował w usługach ten wie, a kto nie, to powinien spróbować chociaż przez miesiąc.

Do rzeczy.
Historii nazbierało się już sporo, jak kiedyś znowu mi ciśnienie skoczy to dodam więcej.

Przyszedł Pan "artysta", kserować jakieś stare ilustracje z książki, zwykłe czarno-białe ksero:
"a to nie ma głębi";
"tu za ciemne";
"tu za jasne";
"kontrast się rozmył";
"tutaj normalnie jest pociągnięcie pędzlem, czemu go już nie widać na kopii";
"da się coś z tym zrobić?";
"ja wiem że to jest kopia kopii, ale co można zrobić żeby przybliżyć to do oryginału?".

Gadka w tym stylu trwała już 15 minut, a w międzyczasie maile/telefony/ inni klienci (tak jestem w punkcie sama)
"jak Pani sądzi, które lepsze?".
W tym momencie nie wytrzymałam i powiedziałam, że nie mam zdania w tej kwestii.

- TO PO CO PANI TU SIEDZI!? JAK TO NIE MA PANI ZDANIA!? PO TO PANI TU JEST ŻEBY TO ZROBIĆ DOBRZE TAK JAK TRZEBA, PANI JEST BEZCZELNA, TOŻ TO SKANDAL" - i w ten ton kolejne kilka minut.

Wyszedł ode mnie po pół godzinie, zostawiając zawrotną kwotę 1,20 zł.

Dodam tylko, że ten Pan już u nas był i już robiłam mu kiedyś podobne ilustracje... wtedy też wszystko ładnie wytłumaczyłam co jak i dlaczego...

uslugi

Skomentuj (3) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 78 (94)

#82536

(PW) ·
| Do ulubionych
Stojąc wczoraj w metrze i czekając na wagonik, mimochodem zerknąłem na pewną uradowaną niewiastę wpisującą w telefonie status na FB. Niby nic i w sumie nieładnie tak komuś zaglądać przez ramię do prywatnych telefonów, no ale stało się.

Uradowana rozpoczęła wpis od słów:
"Potwierdzone jestem "Panią licentjatkom". Po czym skasowała i wpisała kolejne:
"Potwierdzone jestem Panią licencjatką".
"Potwierdzone jestem Panią licencjat".
"Potwierdzone jestem Pani licencjat".
Gdy wagoniki wtaczały się na stację skasowała szybko całość i wpisała"
"OBRONIŁAM xD".

komunikacja_miejska

Skomentuj (16) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 156 (194)

#82540

(PW) ·
| Do ulubionych
O przeroście formy nad treścią czyli: "jestem bogata i macie mi służyć".

Jakoś tak się składa, że w życiu spotykałam tylko żeńskie jednostki wspomnianego powyżej typu, choć nie mam wątpliwości, że męskie zapewne też istnieją.

1. Recepcja LUX MED.

Wyszłam z synkiem od pediatry z zaleceniem zapisania się na kolejną wizytę. Podchodzę zatem do recepcji i czekam na swoją kolejkę. Przede mną jedna osoba – ONA. Obwieszona złotem, wystrojona jak szczur na otwarcie kanału, na szpilkach dorównujących poziomowi jej ego. Siada i żąda. Nie ma możliwości wyznaczenia terminu badania jej dziecka w żądanym przez nią terminie. „Ale jak to? Czy pani wie, jakiej wysokości abonament ja płacę? Ja płacę i ja wymagam!”. I tak dalej w ten deseń. Sytuacja rozwija się, dziewczyna w rejestracji dwoi się i troi, Złotobiżuteryjna nakręca się coraz mocniej, grozi kierownikiem, dyrektorem (mniemam, że tej placówki) swoim mężem („pani nie wie, kim on jest!”). Nade wszystko nienawidzę wyżywania się na Bogu ducha winnych istotach, które nie mają możliwości się bronić w danej chwili (kasjerki, pracownicy handlu i usług czy właśnie recepcjonistki-rejestratorki). Widzę, że dziewczynie w recepcji zaczynają drżeć ręce i usta, i nie wytrzymuję. Powiedziałam babsku krótko:
- Ta pani nie może powiedzieć, co o pani myśli, ale ja mogę!
I powiedziałam. Do dziś czekam na obiecany mi proces sądowy, bo mąż Złotej jest „znanym, warszawskim prawnikiem! I ona już mnie urządzi!”

2. Wyjazd dzieci na Zieloną Szkołę.

Zbiórka o 5:45 rano, wyjazd o 6:00. Daleka droga, stąd wczesna godzina. Pojawiam się z synem 5:40, autokar podstawiony, większość dzieci już jest, nauczyciele również. O 6:00 wszystko gotowe do wyjazdu. Bagaże zapakowane, dzieci wycałowane i pousadzane w autokarze już radośnie zaczynają wyciągać komórki. Odjazd! Ale ale! Nie! Brak jednej dziewczynki. Trzeba czekać. Może korek? (O 6 rano? No, jeśli spoza miasta, to może i tak). Generalnie: o 6:40 podjeżdża LEXUS NX i wysiada z niego Księżniczka (nie mam na myśli dziecka!). Powolutku, z namaszczeniem, Księżniczka wyciąga jeden po drugim pakuneczki córki i obie dostojnie suną do autokaru z minami takimi, jakby oczekiwały podziękowań i oklasków, że raczyły się pojawić (nie mam nic do dziecka, żeby nie było! Mała nie jest, moim zdaniem, niczemu winna). Księżniczka całuje córeczkę, macha na pożegnanie i sunie z powrotem do swojego Sokoła Millenium. Ani przepraszam, ani dziękuję, ani kukuryku. Ot, nasze szczęście, że raczyła się pojawić.

3. Lekcja WF w szkole podstawowej.

Lekcja WF, jaka jest, każdy wie. Dzieci biegają, skaczą, robią przewroty itp. Zakaz jakichkolwiek naszyjników, wiszących kolczyków (tak, tak, i w podstawówce się zdarzają) i tym podobnych elementów biżuterii, które mogą wyrządzić dziecku krzywdę podczas aktywności fizycznej. Mało tego, o zgrozo! I zegarki trzeba zdejmować i deponować u nauczyciela. I pewnego dnia u pana dyrektora pojawia się oburzona Królowa-Matka. Ale jak to? Jakim prawem jakiś „niedoważony wygibasiorek” czyli nauczyciel WF śmie żądać od jej Córeczki zdejmowania złota na lekcję! Dziecko nosi złote kolczyki niemal do ramion (też bym takie chciała! No, ale ja już na WF daaaawno nie chodzę), złoty naszyjnik i pięć pierścionków. I ten (tu wstawcie dowolny epitet, najbardziej obelżywy, jakie znacie) nakazuje jej Córeczce zdjęcie tego na czas lekcji WF! A jak zginie! A pan wie, ile to kosztowało?! Pan w pół roku tyle nie zarabia!

Na argument, że podczas ćwiczeń kolczyki mogą porozrywać małej uszy, a naszyjnik może ją zwyczajnie udusić, Królowa miała jeden argument:
- To wy odpowiadacie za bezpieczeństwo mojego dziecka w waszej szkole!

Bogactwo ach bogactwo

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 125 (145)

#82537

(PW) ·
| Do ulubionych
Jestem właścicielką owczarka niemieckiego, 40 kg samych mięśni, przy czym jest straszną ciapą.
Kocha wszystkie zwierzęta, małe i duże, koty, psy, wiewiórki, małe dzieci i ogólnie gdy widzi kogoś lub coś, od razu macha ogonem, piszczy, wysyła sygnały zachęcające do zabawy.

Z jednym wyjątkiem jakim jest Malamut mojej koleżanki o wdzięcznym imieniu "Chmurka".
Otóż kiedy Chmurka jest w pobliżu, mój pies zmienia się w żądnego krwi potwora. Sierść zjeżona do tego stopnia, że sprawia wrażenie 3 razy większego, wszystkie zęby obnażone, ślina kapiąca z pyska i do tego wyrywa się jak szalony.

Na nic próby zaprzyjaźnienia piesków, jakiegokolwiek oswajania ich ze sobą, nic nie pomaga. Chmurka nigdy nic mu nie zrobił, to też taki typ "ciapy" wszystkich lubi i wszystkich wita machaniem ogona.

W końcu z racji, że mieszkamy na tym samym osiedlu ustaliłyśmy sobie godziny spacerów, tak by każdemu pasowały i póki trzymamy się grafiku wszystko jest w porządku.

Jednak, któregoś razu wróciłam wcześniej z pracy i musiałam psa wyprowadzić natychmiast, sama jechałam do lekarza na umówioną wizytę, chłopak do późna na nadgodzinach no nie zostawię go z pełnym pęcherzem na kolejne 3 godziny.

Jak tylko wyszłam na ulicę, za nami pojawiła się jakaś babka z pieskiem - kundelkiem do kolan, który agresywnie wyrywał się w naszym kierunku. Mój - zaciekawiony, przystawał bez przerwy, oglądał się, próbował poznać nowego "kolegę" na co mu nie pozwalałam.
Pani nic sobie z sytuacji nie robiła, dalej szła twardo za nami, mimo, że jej potwór coraz zacieklej się wyrywał, szczekał, warczał. Taki spacer to żadna przyjemność w dodatku śpieszyło mi się, postanowiłam więc zejść na bok na mały skwerek i zaczekać aż nas wyminą, żeby w spokoju kontynuować spacer.

Zatrzymałam się, a babka skręciła i lezie prosto na nas! Potwór się wyrywa, kłapie zębami, ja próbuję swojego odciągnąć poza zasięg, a ona podchodzi coraz bliżej.

(Piekielna)- O, jaki on ładny! Niech się zaprzyjaźnią!
(Ja)- Zabieraj go, co ty ślepa jesteś, on się mojemu do gardła rzuca!
P- Oj, przecież nic mu nie zrobi! On ma traumę, bo go kiedyś duży pies pogryzł, ale twój taki kochany, na pewno się zaprzyjaźnią!

Sytuacja beznadziejna, co ja się odsunę, to babka coraz bliżej podchodzi, ja swojego zasłaniam, coby go kundel nie pogryzł, mój się próbuje wychylić i zaprzyjaźnić, kundel coraz bardziej podjarany, ogólnie masakra. Z tyłu za mną płot, z boku krzaki, ogólnie ślepy kąt. Już w głowie miałam plan po prostu skopać kundla i utorować sobie drogę na zewnątrz, bo na babkę, żadne krzyki nie pomagały.

Nagle z tyłu za sobą usłyszałam warkot prosto wyjęty z najgorszych koszmarów. Mój kochany piesek, ta puchata kulka pełna miłości i zrozumienia, zaczęła warczeć jak bestia z piekieł. Przypominam 40 kg mięśni, które nagle zaczęło warczeć, szczęka mogąca bez trudu zmiażdżyć rękę człowieka, futro zjeżone na całym ciele, sama się trochę wystraszyłam tego widoku, chociaż psa znam od szczeniaka i wiem, że krzywdy nigdy by mi nie zrobił.

Babka we wrzask, nawet kundel spuścił z tonu, schował ogon pod siebie i zaczął się wycofywać. Piekielna chwyciła go na ręce i zaczęła uciekać wrzeszcząc coś o psich mordercach, policji i schronisku.

Ja w szoku, nie wiem co się dzieje ale ulga ogromna. I nagle usłyszałam tylko:
- A to czasem nie moja godzina na spacer?

Chmurka. Na spacerze. Walcząc z babką nie zauważyłam, że idą, za to mój pies zareagował tak jak zwykle w ich obecności :)

Gdyby nie oni, to mogłoby się skończyć dużo gorzej, a tak piekielna z psem uciekli gdzie pieprz rośnie myśląc, że to na nich warczy moja ciapa.

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 104 (124)
Kto piekielnych czytuje, prędzej czy później na własnej skórze to odczuje...

Sytuacja miała miejsce na początku tego roku w Krakowie.
Jako, że mój poprzedni pracodawca postanowił że rozstaniemy się z dnia na dzień (z zachowaniem 3 miesięcznego wynagrodzenia, więc mogłem szukać na spokojnie innego zajęcia), a lubię dłubać w ścianach, uprawnienia elektryczne mam no to szukam...

Pominę wysłanych dziesiątki CV w charakterze elektryka, gdyż większość która oddzwaniała, proponowała najniższą krajową lub minimalną krajową i kilka stówek na lewo...
Zacząłem poszukiwania klientów prywatnych, którzy mają problemy z instalacją elektryczną i szukają osoby/firmy, która pomoże im ten problem rozwiązać.
Dodałem ogłoszenia na olxie, gumtree i tym podobnych serwisach.
Odezwało się kilka konkretnych osób:

1) Pan Cwaniak - wie pan tu trzeba szybko instalacje położyć, ja zrobię podłogę i resztę i tylko taki drobny problem jest, ale to na miejscu panu pokaże.
Pojechałem na miejsce - drobnym problemem okazało się pociągnięcie kabla z piwnicy na 4 piętro korytem wspólnoty. W sumie nie problem...
Mówię Panu Cwaniakowi, że wystarczy pismo napisać do wspólnoty to udostępnią koryto i można działać. Tu zaczęły się schody, gdyż Pan Cwaniak jak się okazuje wziął na siebie cały remont mieszkania i zostały mu 3-4 dni...
Wszedłem do mieszkania, a tam pusto, gołe ściany, nic nieruszone.

Mówi, że jakbym się dobrze zorganizował to za 20h zdążę, a potem on sobie resztę zrobi.
Pomyślałem ekspres = extra kasa - biorę.
Pytam o proponowane wynagrodzenie i tu odpowiedź zwaliła mnie z nóg.

Wie pan, też pan robi po ludziach to pan wie, że materiał się oszczędza, to materiał pan ma, żeby było uczciwie proponuję 500 zł.
Myślałem że to żart w pierwszej chwili i mówię, że chyba zabrakło mu jednego zera na końcu za wykonanie ekspresu w 60m2 z własnym materiałem. Pan był jednak nadal (nie)poważny.
Podziękowałem za ofertę życia...
Wydzwaniał jeszcze przez kilka godzin, podnosząc honorarium do 800 zł. ostatecznie z jego stratą. Nie uległem :)

2) Pani korpo - potrzebuję tu gniazdko przenieść, tam zmienić włącznik tu trochę przesunąć. Wie pan tak na godzinkę roboty. Płacę 300 zł.
No to cyk do zielonej strzały i jadę oglądać.
Mieszkanie nowe, dopiero co oddane. Pani chce przesuwać gniazdka, ale tak żeby nie przeszkadzać ekipie, która wykańcza... Mówię, że muszę wyłączyć obwód gniazdek w pokoju gdzie mają być robione zmiany, nie ma szans inaczej. No dobra, dobra. Pani materiału nie ma, chociaż zapewniała że ma.
No to lecę do samochodu, pod hurtownią pani telefonicznie pyta o cenę.
Zgodnie z umową 300 zł, "ok to ja jeszcze dam panu znać".
Chwilę później "wie pan co, jednak nie, rezygnuję".

Tu zapaliła mi się lampka. Dwa razy już straciłem mnóstwo czasu i paliwa objeżdżając cały Kraków i nic z tego nie mam...
No nic, trzeba wypytać o szczegóły przez telefon i wstępnie zaproponować kwotę, żeby zaoszczędzić sobie czasu.

Kolejne osoby dzwoniące pytać o wymianę całej instalacji w 50m2.
Standardowo mówię ok. tydzień czasu (poniedziałek - piątek). Cena ok 3500 zł. Paaanie co tak dużo? Przecież kable nie kosztują dużo!
Przecież "somsiad" ma 2 bezpieczniki, a pan chce jakieś obwody jakieś różnicowoprądowe zabezpieczenia, a idź ty naciągaczu...

Dla zobrazowania sytuacji. Gdy chcemy wymienić kompletną instalację elektryczną trzeba wymienić wszystko od A do Z.
Począwszy od kabla który z klatki wchodzi do mieszkania, zrobić nową skrzynkę z zabezpieczeniami, obwodami itd a od skrzynki do wszystkich gniazdek, oprawek oświetleniowych i włączników.
Zróbmy sobie kosztorys:
- 100m kabla do gniazdek: 500 zł (brutto).
- 100m kabla oświetleniowego : 300 zł (brutto).
- zabezpieczenia nadprądowe (tzw bezpieczniki): ok 300 zł.
- zabezpieczenia różnicowoprądowe (tzw różnicówki): ok 500 zł.
- gipsy, szpachle, kołki na żyrandole, kratki do wyrównania ścian: ok 150 zł.
- koszty przejazdów dom - klient: ok 150 zł.

Więc mniej więcej materiał + paliwo dla mieszkania 50m2 to ok: 1900 -2000 zł.
Do tego trzeba doliczyć osprzęt czyli gniazdka, włączniki. Tu klienci mają różne dziwne pomysły i raz to kosztuje 300zł a raz 1200 zł...

Uważam, że 300 zł za dzień pracy x 5 to uczciwa stawka, biorąc pod uwagę że trzeba zrobić przebicie z klatki do mieszkania (pismo do spółdzielni/zarządcy, ogłoszenie na klatce itd), wszędzie trzeba zrobić bruzdy (kanały pod kable), zamontować i połączyć skrzynkę, napisać pismo do Zakładu Energetycznego o zgodę na rozplombowanie licznika itd.

Końcowo muszę wszystko spiąć ze sobą, wykonać wszystkie pomiary, napisać protokół z prac, napisać pismo do Zakładu Energetycznego o ponowne zaplombowanie licznika i zaprosić na audyt instalacji.
To wszystko oczywiście podpisuję swoimi uprawnieniami, więc jeśli kogoś porazi/zabije prąd, od razu wiedzą do kogo mają przyjść...

Dlatego radziłbym się zastanowić czy aby na pewno oszczędzanie na elektryku to dobry pomysł.
Z tego 1500 zł które zarobię na czysto muszę odprowadzić podatek i ZUS, i nie zostaje taka dniówka jakby się wydawało na początku....

Patrząc na to, że była to zima niewiele osób decydowało się na grubsze roboty elektryczne trzeba się było brać za to co jest...
Znalazł mnie pan, który stwierdził, że ma kumpla elektryka, tylko jemu uprawnienia wygasły ale zna się.
Chodzi tylko o to, że on by wziął ode mnie materiał, resztę zrobi sam tylko skrzynki z bezpiecznikami nie podłączy bo kolega zapomniał...
- Hmm, ok, ale nie podpisuję się pod tą instalacją swoimi uprawnieniami.
- Nie no właśnie o to chodzi żeby się pan podpisał, a my sobie tu zrobimy.
- Nie ma szans - wizja prokuratora , nie nie.
- Dobrze, to my zrobimy, a pan sprawdzi my pogipsujemy, a pan sobie skrzyneczkę.
- Ok, sprawdzę jakie kable dali, czy wszystko jest ok.

Nadszedł umówiony dzień. Przyjeżdżam na szybką robotę (5h max).
Okazuje się jednak, że panowie nie wiedzieli co robią, więc dla pewności każde gniazdko, każdy włącznik, każda oprawa świetlna ma swój osobny przewód i tona kabli czekająca na podłączenie w skrzynce...
Siedziałem dobre 9h, udało się połączyć żeby miało to ręce i nogi i zaczyna się lament.
- Paanie, bo za materiał pan chciał 8 stówek, a ja widziałem że w Internetach można za 5 kupić.
- Bo pan chce za samo połączenie skrzynki 1000 zł., a inni robią za 150 zł.

Schodzę z drabiny i mówię, że dla mnie nie jest to problem.
Umówiliśmy się na konkretną kwotę (mamy umowę) i jeśli nie chcą zapłacić, to wyciągam kable i zdejmuje skrzynkę.
Szybka odpowiedź ze stoickim spokojem z mojej strony wprowadziła konsternację.
- No dobrze, zapłacimy tak jak było umówione...

Historii jest dużo więcej, jak się spodobają będę sukcesywnie dodawał :)

Kraków elektryka

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 182 (192)

#82607

(PW) ·
| Do ulubionych
Oo tym, co się wyprawia u nas na RODosie*

Niedawno nabyliśmy starą, bardzo zaniedbaną działkę.
Od dekady nikt tam nie bywał, więc możecie sobie wyobrazić - istna dżungla drzew, krzewów i oczywiście chwastów, otoczona niskim płotkiem (może 1,5m wysokości).

Zaczęliśmy więc swoje poletko doprowadzać do ładu - kosić trawę, przycinać drzewka, pielęgnować i porządkować.
Wywołało to OGROMNE zainteresowanie całej społeczności. Nie tylko nasi bezpośredni sąsiedzi, ale ludzie z odległych czasem pół godziny spaceru działek, zaczęli "walić drzwiami i oknami" na pielgrzymkę celem sprawdzenia co, kto, po co i za ile? Nasz płot zaczął przypominać prawdziwy "żywo-płot" złożony z ludzi :D

Jak to latem, w upały - zaczęliśmy po uprzątnięciu bajzlu korzystać na poważnie - robić pikniki, grille, wystawiać basen do pochlapania się wodą.
Razem z naszą aktywnością uaktywniły się Lokalne Strażniczki Moralności.
Chodziły one na skargę do Zarządu, że nienormalni zboczeńcy [mąż w kąpielówkach, ja w bieliźnie, dzieci znajomych wg. wieku - albo w kostiumach albo w pieluszce etc.] urzędują na tej działce i że one będą dzwonić po policję.
To podnieśliśmy płotek, zamontowaliśmy pasujące do otoczenia osłonki z wikliny. Płotek 1,5m, a osłonka około 1,8m.

Na takie podłe postępowanie LSM poszły na skargę, że to nie poligon, żeby się grodzić, że osłonki mamy zdjąć natentychmiast, bo regulamin!!! Że brzydko! Że jak tak można się nie integrować - chamy!

A przy płocie dalej wystają godzinami i japę drą, że one zadzwonią po mops i policję, bo zboczeńcy demoralizują dzieci.
Przy płocie, przy którym obecnie muszą stawać na palcach, albo podkładać sobie polne kamienie, żeby nas widzieć.

*dla niezorientowanych RODos to taka czuła nazwa dla ogródków działkowych (ROD, Rodzinne Ogrody Działkowe).

działki ROD babcia-wizjerek sami zboczeńcy szalone staruszki

Skomentuj (29) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 158 (170)

#82534

(PW) ·
| Do ulubionych
Jedna z wczorajszych klientek obsługiwanych przeze mnie zdecydowanie zasłużyła na tytuł Miss Absurdu i Głupoty.

W Carrefourze warzywa ważone są na stoisku, po czym na woreczek nakleja się etykietę z kodem kreskowym. Dla zapominalskich jest też waga przy kasie nr 1.

Klientka miała na woreczkach z wybranym towarem mnóstwo losowych etykiet więc zapytałam:

- Przepraszam, ale co to ma być?

Doczekałam się odpowiedzi:

- Pani zeskanuje byle co, kto się dopatrzy?

No chyba nie. Wzięłam z szuflady przykasowej rolkę nowych woreczków, przepakowałam wszystko i zważyłam poprawnie.

Największy smaczek trafił się jednak na koniec.
Miała przy sobie kartę płatniczą z męskim imieniem. Procedura nakazuje w takim wypadku poprosić o dokument, by porównać dane.

Pani stwierdziła, że ona dokumentów nie ma, a jak chcę to ona poda mi numer domowy, abym potwierdziła u jej męża, iż dał jej tą kartę.

Całą sytuację widział i słyszał ochroniarz stojący w pobliżu mojej kasy.
Popatrzyliśmy po sobie z minami "ja @#&@&#, co za głupia baba".

Po interwencji kierownika dyżurnego i ochrony, paragon anulowano, a panią pouczono aby nosiła dokumenty.

Jak można być tak durnym?

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 150 (178)

Podziel się pozytywnymi historiami na
WSPANIALI.pl

Piekielni