Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

 

#66458

(PW) ·
| Do ulubionych
Z pamiętnika glazurnika #6.

Państwo umawiają się na oględziny i wycenę, przez telefon wypytują o poprzednie prace i podają maila, na którego wysyłam zdjęcia z poprzednich robót. Standard.

Państwo planują położenie płytek w łazience. Właściwie to raczej ogromny pokój kąpielowy, z podwójną umywalką, bidetem, prysznicem. Państwo planują wstawić tam jeszcze maszynę do ćwiczeń, tzw. "atlasa".

Państwo czytali w necie o układaniu glazury (i bardzo dobrze) i chcą, żeby tak położyć płytki, żeby nie trzeba było ich przycinać. Bo czytali, że takie ułożenie to trudna sztuka i "najwyższy stopień wtajemniczenia". Fajnie, tylko takie "pomysły" realizuje się na poziomie projektu, wielkość pomieszczeń musi być co oczywiste wielokrotnością wielkości płytek. Dosyć to trudne, ale możliwe.

Dodatkowy problem to płytki, które państwo już kupili. Na podłogę 60x60 cm a na ścianę 50x25 cm.

Trudno ułożyć płytki o długości 60 cm w pokoju o długości 7 metrów bez cięcia. Próbuję to wytłumaczyć. Do państwa jakoś nie dociera, że 700 cm nie dzieli się bez reszty przez 60. Rozkładam więc 11 płytek, żeby państwo sami zobaczyli. Wow, zrozumieli. Proponuję zrobić więc "fałszywą" ścianę, żeby tylko całe płytki były na podłodze. Nie, pani się nie zgadza, bo zmniejszy się powierzchnia pomieszczenia. No cóż, to samo jest z sufitem, łazienka ma 260 cm, więc jest ten sam problem, ale państwo nie zgadza się na sufit podwieszany i mam "coś wymyśleć".

No cóż, rozumiem, że nie każdy jest ekspertem w układaniu płytek, ale chyba tak prostą rzecz jak zmierzenie długości pomieszczenia i podzielenie przez długość płytki nie jest jakoś skomplikowane.

Odmówiłem, stwierdzając, że mam zbyt małe doświadczenie i nie podejmę się tak "skomplikowanego" zlecenia. No i się zaczęło. Zostałem zwyzywany od partaczy, którzy obiecują nie wiadomo co, a później nie potrafią tego zrobić (???), potem dostało się wszystkim poprzednim glazurnikom, którzy także nie podjęli się "czegoś wymyśleć", potem zaczęli marudzić, że wszyscy porządni fachowcy chyba wyjechali za granicę...

No cóż, zabrałem się do domu, za to za parę dni spotkałem się w składzie budowlanym z kumplem, który ma firmę budowlaną i między innymi jego pracownicy układają płytki.

Wiecie co powiedział jak mnie zobaczył?
- Nie uwierzysz jakich niedawno debili spotkałem...

Tak, jemu też się od Państwa dostało :)

uslugi

Skomentuj (17) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 415 (Głosów: 425)
Udało mi się znaleźć pracę. Nie jest to praca marzeń, ale nie mam tendencji do wybrzydzania, a warunki i przełożeni wydają się być w porządku, więc od dwóch tygodni uczestniczę w (trwającym łącznie 3 tygodnie) szkoleniu.

Moje miasto nie jest metropolią, ofert pracy jak na lekarstwo, a bezrobocie niestety nie spada. W związku z tym oprócz mnie na szkoleniu jest 8 innych osób i właśnie o tychże osobach będzie moja historia.
Jako wyjaśnienie dodam, że w naszej dziewięcioosobowej grupce tylko 2 panie są po 30-stce i posiadają już swoje rodziny, w tym dzieci. Pozostałe osoby (łącznie ze mną) to studenci chcący dorobić przez wakacje, a jak będzie się dało połączyć grafik ze studiami w październiku, to będziemy zainteresowani przedłużeniem współpracy.

1. Pierwszy dzień szkolenia, dużo uśmiechów, zapoznawanie się z innymi uczestnikami szkolenia i kadrą, sympatyczna atmosfera. Do momentu, aż rozmowa z główną (P)rzełożoną zeszła na temat ustalania grafiku. Zaczęło się od niewinnego pytania 'co porabiacie w wolnym czasie?', na które prawie zapieniła się jedna z uczestniczek szkolenia, nazwijmy ją (B).

(B): Ja to mam małe dziecko, dlatego sobie nie wyobrażam przychodzenia do pracy przed 10 rano. A wychodzić muszę najpóźniej o 16, bo do 16:30 jest czynny żłobek, a ja muszę zdążyć przecież syna odebrać.
(P): Rozumiem, ale przecież na rozmowie wstępnej zostałaś poinformowana, że praca jest w systemie zmianowym, są również zmiany od 15 do 21 wieczorem. Poproszę cię później o zapisanie preferencji, w jakich godzinach możesz pracować, ale pomyśl również o tym, czy będziesz mogła zorganizować od czasu do czasu zastępstwo przy opiece nad dzieckiem. A czemu możesz pracować dopiero od 10 rano? Żłobki są otwierane dużo wcześniej.
(B): Ja nie mam możliwości zorganizowania żadnego zastępstwa, nie ma mi kto z dzieckiem zostać! A poza tym nie będę dzieciaka zwlekać z łóżka o 6 nad ranem, bo mały jest, musi się wysypiać przecież!

W międzyczasie (B) rzucała jeszcze uwagami na temat dyskryminacji matek na rynku pracy i tego, że nie będzie spędzała calutkich dni w pracy, bo przecież dziecko potrzebuje obecności matki w domu.
Moje wrażenia z tej sytuacji? Cóż, może młoda i głupia jestem jeszcze, ale na rozmowie kwalifikacyjnej mieliśmy naprawdę dokładnie wyjaśniony system zmian, a skoro (B) się na to zgodziła, to kompletnie nie rozumiałam jej późniejszych pretensji.

2. Szkolenie wygląda tak, że codziennie jest prowadzone przez innego trenera, który wyjaśnia nam 'swoją' działkę i przekazuje nam wiedzę z zakresu, za który jest odpowiedzialny. Na wstępie zostaliśmy poinformowani, że przerwy planowe są co 2 godziny, ale do toalety można wychodzić bez wcześniejszego zapytania. Dodatkowo w trakcie szkolenia można jeść, więc jeśli ktoś zgłodnieje nie musi prosić o pozwolenie, ani wychodzić z sali. Jednym słowem, luzik.

(B) wraz z drugą 'panią po 30-stce' miauczą o przerwę praktycznie co godzinę. Obydwie nie palą, jeść przy ludziach się nie wstydzą, ale przerwę chcą koniecznie TERAZ, bo im potrzebna. To nic, że reszta grupy robi notatki, a one przeszkadzają. Oczywiście do zawodzeń o przerwę dochodzą anegdotki o ich dzieciach, a nawet o działkach, gęsiach i innych pasjonujących sprawach, którymi koniecznie chcą się podzielić. W związku z tym szkolenie się opóźnia. Pod koniec każdego dnia wywiązuje się mniej więcej taka dyskusja między (T)renerem, a (B) i jej koleżanką:

(B): Czy moglibyśmy dzisiaj skończyć szkolenie wcześniej? Tak z pół godzinki chociaż, bo i tak się już sporo dziś nauczyliśmy...
(T): Ale zostało nam do przerobienia jeszcze sporo materiału, jutro już nie będzie powtórki, bo będziecie mieć szkolenie z innego działu. Możemy nie robić przerwy, to może uda nam się nadgonić i puszczę was parę minut wcześniej.
(B): Ale jak 'nie robić przerwy'? Przerwa musi być, odpocząć trzeba chociaż chwilę, kawę wypić.
(T): Kawę możecie wypić tutaj. Im dłużej rozmawiamy o przerwie, tym mniej mamy na nią czasu, więc wróćmy do tematu.
(B): O jeeeeezu, ile można się uczyć...

Swoją drogą, nikt poza tymi dwiema paniami tak o przerwę nie walczył. Materiał trudny, branża coś w rodzaju doradztwa medycznego, odpowiedzialność spora, więc większości zależało, żeby naprawdę dobrze zrozumieć nasze obowiązki, a nie tylko odbębnić i iść do domu.

3. Mój faworyt.
Drugiego dnia szkolenia, czyli już po spotkaniu z kierowniczką, na którym powiedziane było że umowę o pracę można dostać po miesiącu pracy, (B) i jej koleżaneczka podczas przerwy zaciekle o czymś dyskutują, zaaferowane jakby w totka wygrały. Zaciekawiona pytam, o czym rozmawiają:

(B): A bo my tu z Kasią dobry plan mamy! Przepracujemy ten miesiąc, ja dzieciaka do matki zawiozę, żebym nie musiała ze zmianami kombinować, Kasi mąż niedługo na urlop idzie, to jej maluchów będzie pilnował, więc też dyspozycyjna będzie i jak już dostaniemy umowę na czas nieokreślony, to od razu na chorobowe idziemy. A co! Minimum trzy miesiące przesiedzimy, niech nam płaci firma, jak taka bogata i tyle ludzi zatrudnia. A jak się będzie dało, to i dłużej się pobyczymy na zwolnieniu, ja i tak nie mam zamiaru tu pracować, ze staruchami i inwalidami się użerać codziennie, to nie na moje nerwy jest!

Generalnie nie wiedziałam jak zareagować i w momencie pożałowałam, że wdałam się w dyskusję i to na własne życzenie. Prawnikiem nie jestem, pojęcia nie mam czy na umowie na czas nieokreślony taki manewr jest w ogóle możliwy, ale porządnie mnie ich podejście rozzłościło. Nie dość, że przeszkadzają przyuczać się do pracy osobom którym zależy, to jeszcze nie mają oporów przed mówieniem praktycznie obcej osobie o planach okradania firmy nie tylko z pieniędzy, ale i z czasu, jaki im poświęca. A w dodatku wystawiają piękne świadectwo innym mamom, które poszukują pracy i są odprawiane z kwitkiem.
Mam nadzieję, że pracy nie dostaną, bo na ostatni dzień szkolenia zaplanowany jest test, który ma sprawdzać, czego się nauczyliśmy i czy można nam powierzyć obowiązki. Dlatego też każdy pilnie robi notatki i zadaje tysiące pytań, by jak najlepiej się przygotować nie tylko do testu, ale i do pracy. Każdy poza Szanownymi Mamusiami...

praca

Skomentuj (25) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 405 (Głosów: 463)
Historie sądowe ciąg dalszy.
Dzisiaj "DORĘCZANIE" cz. 1.

Wiem, nie brzmi zbyt piekielnie, ale skala problemu i konsekwencje piekielności nierzetelnych doręczeń w ostatnim czasie, warte są opisania na tym portalu. W 2014 roku nastało nowe
Inpost. No i się zaczęło.

Najpierw celem wyjaśnienia. Poczta sądowa, jak się zapewne domyślacie, to nie widokówka z wakacji. Z doręczeniami wiążą się daleko idące skutki, zwłaszcza w przypadku gdy adresat takiej korespondencji w rzeczywistości nie odbiera. Mówię tu przede wszystkim o doręczeniu zastępczym, charakterystycznym i dla postępowania cywilnego i dla karnego. W wielkim skrócie doręczenie takie zakłada, że osoba odpowiedzialna nie powinna unikać odpowiedzialności (karnej lub cywilnej) ignorując pisma wysyłane z instytucji państwowych i tym samym przedłużając postępowanie, narażając innych uczestników i strony na koszty, aż do przedawnienia.

Jeżeli więc doręczyciel pozostawi w odpowiednich odstępach czasu dwa awiza, umożliwiając adresatowi
faktyczne odebranie korespondencji, uznaje się, że taka przesyłka została doręczona ze wszystkimi tego konsekwencjami, łącznie z rozpoczęciem biegu terminu do składania odwołań czy ustosunkowania się do pisma zawartego w przesyłce itp.

Sami chyba rozumiecie, że są to poważne skutki, zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt, że przesyłka wraz z całą zawartością zwracana jest do sądu. Na takiej kopercie odnotowywane są daty - pierwszego awizowania, drugiego awizowania (musi być to co najmniej ósmy dzień od pierwszego), zwrotu przesyłki do sądu (także co najmniej ósmy dzień od drugiego awizowania) - a także przyczyna niedoręczenia.
Z założenia, jeżeli ktoś stwierdził, że najwłaściwszym jest zignorowanie pism sądu, to sam jest sobie winny wszelkich wynikłych z tego konsekwencji. (celowo nie będę opisywać sytuacji, w których brak odebrania przesyłki wynika z nieaktualnego adresu, czy przyczyn losowych - bo to temat bardzo rozległy, no i zupełnie inne procedury).

Każda osoba jednak w mojej ocenie musi dostać realną szansę na odbiór takiej przesyłki, co jest zależne od zaufania do doręczyciela i informacji ujawnianych przez niego na kopercie.
Poprzedniemu doręczycielowi Poczcie Polskiej zdarzały się wpadki, w tym nawet sfałszowanie podpisu na zwrotce przez któregoś listonosza, nieprawidłowe daty awizowania, przetrzymywanie nieodebranej poczty, ale nigdy na taką skalę i w tak zastraszających ilościach jak w przypadku nowego doręczyciela.
Co tu dużo mówić, rola ta go ewidentnie przerosła.

Po tym przydługim wstępie największe wpadki DORĘCZYCIELA (reszta w osobnym poście):

1. Udawanie, że małe miejscowości nie istnieją.
Jeżeli tylko kurier uzna, że to zbyt daleko od jego trasy lub miasta wojewódzkiego, lepiej napisać na kopercie "miejscowość o wskazanej nazwie nie istnieje" - wyobraźcie sobie taki numer z np. Piasecznem. Koperta z taką notatką potrafi do nas wrócić po 2 miesiącach od wysłania, a ludzie czekają.

2. Adnotacja "adres niepełny" - w znaczeniu brak numeru mieszkania.
Rozumiem gdy jest to kilkopiętrowy blok, kamienica, ale domek jednorodzinny? Prawdziwą walkę stoczyłam o biurowce, gdzie firmy zajmują pokoje, a nie mieszkania. Przesyłkę zostawia się zazwyczaj u portiera jako osoby uprawnionej do odbioru poczty. Zazwyczaj jednak przed wejściem do budynku znajduje się lista firm i zajmowanych przez nich pomieszczeń. Łatwiej jednak takiej przesyłki wcale nie zabierać z sortowni, zakładając, że numer budynku jest niewystarczający i możliwości odszukania pokoju wykraczają poza kompetencje i możliwości kuriera.

3. "Budynek wyburzony" - z tym, że przejeżdżam obok niego codziennie w drodze do pracy. W końcu doręczyłam tam pismo sama, zajęło mi to 2 minuty.

3. Pozostawianie przesyłek sądowych wszędzie byle nie w skrzynce na listy.
Oczywiście "piekielni" pełni są tego typu opowiadań, więc tylko doświadczenia z mojego środowiska:
- pokrywa kubła na śmieci (przed kancelarią prawniczą gdzie była wtedy sekretarka);
- pismo dosłownie wyrwane z pyska podwórkowego kundelka - nie potrafię sobie wyobrazić co do tego doprowadziło i jak wyglądał po tym spotkaniu kurier.

5. Fałszowanie podpisów.
To historia, która objęła swoim zasięgiem kilka wydziałów małego sądu na południu Polski. Do sądu przesyłane były zwrotne potwierdzenia odbioru - te podpisane, wskazujące na odebranie przesyłki osobiście lub przez domownika. Miejsce na podpis zawiera małe pouczenie o konieczności podpisania się pełnym nazwiskiem, tymczasem pracownica sądu, a moja koleżanka ze studiów, w trakcie oceny poprawności doręczeń w jej sprawach zauważyła, że ktoś podpisał się tylko mało czytelną parafką. Akta odłożone na bok. Po kilku godzinach, kolejna zwrotka, co ciekawe podpisana bardzo podobną parafką. Koleżanka wszczęła mini dochodzenie, okazało się że tak podpisane zwrotki pojawiły się na co najmniej 10 innych zwrotkach - tylko w tym rzucie poczty.
Przeglądając akta spraw na biegu, a nawet zakończonych okazało się, że identyczna parafka pojawia się na kolejnych kilku zwrotkach (wcześniej najwyraźniej tego nie zauważono, bo było to na mniejszą skalę). Kurier najwyraźniej uznał, że tak zaoszczędzi trochę czasu, nie musząc jeździć do kilku adresatów. Dziwi mnie tylko to, że posłużył się niemal identycznym symbolem mającym zastąpić parafkę.
Sprawa jest obecnie wyjaśniana, a skutki fałszywych doręczeń odkręcane wszelkimi możliwymi sposobami. Nie ma to jak uczciwy doręczyciel.

6. Fałszowanie dat doręczeń i pozostawiania awizo.
Najczęściej to drugie awizo nie jest zostawiane - to ponoć standard.

7. Dlaczego w zasadzie powyższe mnie nie dziwi.
Warunki zatrudnienia, w spółce doręczyciela są mówiąc najgrzeczniej - dalekie od ideału. Powierzanie tak ważnych przesyłek osobom zatrudnianym na łatwo rozwiązywalne umowy zlecenia, za minimalne wynagrodzenie, często bez zwrotów za paliwo jest nieporozumieniem. Razi mnie brak szkolenia, albo krótki wykład, który w żadnym stopniu nie uświadamia kurierów jakie skutki może mieć nieprawidłowe doręczenie, ale co gorsze tworzenie pozorów skutecznego doręczenia. Ponadto rejony działań poszczególnych kurierów odpowiadają często rejonowi pracy 4-5 listonoszy. Nie pomaga też nieznajomość rejonu, przydzielanego osobom zatrudnianym spoza miasta. Ci uczciwi, dobrze zorganizowani, zarzynają się w tej pracy po kilku miesiącach. Rotacja jest gigantyczna, porzucenie pracy wiąże się często z porzuceniem przesyłek w lesie, czy na śmietniku.

Kolejne perełki z postępowań Spółki doręczającej oraz jej pracowników wrzucę niedługo.

sąd

Skomentuj (23) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 167 (Głosów: 221)

#66415

(PW) ·
| Do ulubionych
Udzielam się na kilku forach internetowych z bezpłatnymi poradami prawnymi - mnóstwo ludzi woli jednak znaleźć mój adres e-mail w internecie i bezpośrednio zadać pytanie na maila, czasami maile są bardziej lub mniej "roszczeniowe". Jeden z nich dosłownie mnie powalił :)

Spróbuję zacytować treść:
"Rozumiem, że udziela pani darmowych porad prawnych.
W takim razie proszę o przygotowanie opracowania dotyczącego różnic pomiędzy postępowaniem administracyjnym a postępowaniem uregulowanym w Ordynacji podatkowej, ze szczególnym uwzględnieniem ...." - i tu następowało dość obszerne wyliczenie, termin na poniedziałek (była sobota wieczór).

Nawet nie wspomnę o tym, że mail nie zaczynał się od jakiegoś "dzień dobry", ani nie kończył słowami dziękuję, lub pocałuj mnie w pewną część ciała :)

studenci

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 343 (Głosów: 365)

#66443

(PW) ·
| Do ulubionych
Mój chłopak kupił sobie nowy samochód. Samochód kosztował sporo, kupę kasy poszło. Połowę dał on, połowę dołożyli rodzice. Mieszka na małej wsi. Zastanawiam się jak ludzie wszystkiego zazdroszczą.

Jego tata był w sklepie. Kupował bułki na śniadanie. Sprzedawczyni zapytała się czy coś jeszcze on opowiedział, że nie. Jakieś babsko w kolejce skomentowało to krótko:
- Kupili nowy samochód, to teraz suche bułki będą wpierda*ać.

wies

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 216 (Głosów: 326)

#66439

(PW) ·
| Do ulubionych
Czytając o wynajmowaniu pokoju, stancji itp., przypomniała mi się moja historia.

Lat temu 5 znalazłam pracę w mieście oddalonym od mojej miejscowości o jakieś 50 km, z związku z czym postanowiłam wynająć pokój, coby na dojazdy czasu i kasy nie tracić. Pokoje znalazłam dwa.

Pierwszy. W bloku, malutki, ciasny, u starszej Pani. Meble wczesne rokokoko. No ale tani i do pracy blisko. I co?
- A pani pracuje czy uczy się?
- Praca. Piątek, świątek i niedziela.
- A to nie, ja chcę uczennicę, żeby na weekendy wyjeżdżała.
Ok, spoko, ale mogła o tym w ogłoszeniu wspomnieć.

No nic, pokój nr. 2.
Duży dom, bliźniak, jedna część zamieszkana przez właścicieli, druga na wynajem, parter i piętro. Wszystko ładnie, zaklepane, na cały dom tylko ja i student. No to git. I tu się zaczyna.

Był to listopad, zimno się zrobiło, ale ogrzewania niet, bo "coś nam się w ustawieniach poprzestawiało". Zakaz dogrzewania się farelkami i innymi tego typu sprzętami. Nabawiłam się takiego przeziębienia, że dwa miesiące do siebie dochodziłam.
Poza mną i studentem okazało się, że cały parter wynajmują robotnicy budowlańcy. Wspólna kuchnia i łazienka. Moje żarcie w magiczny sposób znikało z lodówek, szafek. "Ktoś" używał moich naczyń i nawet ich nie zmył. W łazience mniej więcej ok, ale niezbyt miałam ochotę używać wspólnego prysznica.
Nie widziałam żeby pani właścicielka tam kiedykolwiek przyszła z miotłą, więc sama starałam się to jakoś ogarnąć.

Wytrzymałam miesiąc. Kiedy poszłam zawiadomić, że się wynoszę, pani była rozczarowana, bo "ktoś tam w końcu sprzątał".
No dzięki.

wynajem pokoju

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 190 (Głosów: 250)

#66438

(PW) ·
| Do ulubionych
Koleżanka jest w ciąży i do niedawna pracowała na umowę zlecenie. Powiedziała o ciąży pracodawcy, pogratulował jej, a następnego dnia zwolnił. Na pytanie dlaczego, odpowiedział, że koleżanka nie będzie mogła dźwigać ciężkich rzeczy.

Koleżanka oczy ze zdumienia przeciera... pracowała jako lektorka j. niemieckiego i największym ciężarem jaki dźwigała był podręcznik i teczka z kserówkami!

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 299 (Głosów: 351)

#66418

(PW) ·
| Do ulubionych
Koszmar poporodowy, czyli straszne warunki na położnictwie.
Generalnie zacznę od tego,że nie jestem jakąś paniusią i naprawdę wiele mogę znieść, ale to co dzieje się po porodzie, na położnictwie to był koszmar mojego życia.
Już nie chodzi o jedzenie podawane w szpitalu, naprawdę zniosę tą jedną szynkę na pięć kromek chleba, bo mam rodzinę która mnie wspiera i codziennie przynosiła mi coś do jedzenia. Ale o ludzką życzliwość, o życzliwość położnych.

Zacznę od koleżanki, która leżała obok mnie po cesarce. Dziewczyna nie mogła się podnieść, gdy poprosiła położną o rękę to usłyszała, że kręgosłup ma tylko jeden i ma sobie radzić sama.
Wspaniała pani kucharka która rzuciła mi zupę na stół tak, że prawie ochlapała mi dziecko wrzątkiem. Łapanie dziecka zamiast pod główkę to za rączki przez panie położne, były w codziennej normie i majtanie dzieckiem jak lalką. Córeczka zakrztusiła mi się pokarmem, wezwałam alarm, to dostałam opierdziel za to, że zakłócam ich spokój. Ich zdaniem powinnam zostawić dziecko w wózeczku i pójść po nie. Tak... zostawić krztuszące się dziecko samo i iść po położną...
Ciągły brak mydła w pokoju i papieru w toalecie to norma. Panie sprzątające spytały mnie czy potrzebuję zmiany pościeli, poprosiłam o zmianę poduszki. Poszewki na poduszki nie mają. Bardzo wysokie łóżka z których trzeba było dosłownie zeskakiwać, po cesarskim cięciu jest to dosłownie niemożliwe.

Panie położne kazały mi dokarmiać dziecko mlekiem modyfikowanym. Kiedy poprosiłam o radę jak podgrzać mleko i jaką temperaturę powinno mieć, usłyszałam że sama mam sobie radzić. Branie rozgrzanego dziecka pod zimną wodę w kranie, to norma. Ogromna radość pań położnych, kiedy ktoś sobie z czymś nie radził, była na porządku dziennym. Jeśli jest się samemu w pokoju, a masz silną potrzebę pójścia do łazienki, to żadna położna nie zostanie z twoim dzieckiem nawet na sekundę, więc sikaj pod siebie.

Mogłabym opisywać i opisywać... Ktoś z was miał również tego typu doświadczenia szpitalne?

szpital

Skomentuj (75) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 119 (Głosów: 327)

#66440

(PW) ·
| Do ulubionych
Pracuję w salonie Pewnej Sieci Komórkowej. Przyszedł Pan z rezygnacją z numeru. Standardowym naszym pytaniem w takim momencie jest dlaczego rezygnuje.

[P] Mam najniższą rentę, jak zapłacę za telefon nie mam za co jeść. To był numer syna. Zginął.

Cisza jaka zapadła sprawiła, że słyszałam jak rosną mi włosy. Smutne to, że w Polsce ludzie nadal żyją na skraju nędzy.

uslugi

Skomentuj (33) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 290 (Głosów: 390)

#66444

(PW) ·
| Do ulubionych
Piekielny hostel raz jeszcze. Dzisiaj z trochę innej strony - czyli jak sprzątać, żeby nie wydawać pieniędzy (według właściciela tegoż przybytku). Tutaj muszę zaznaczyć, że właściciel biedny nie jest, a jedynie skąpy, że aż piszczy.


1. Zarządzono wielkie mycie okien (hostel składa się z trzech pięter, co daje 43 pokoje gościnne + pomieszczenia gospodarcze, w tym dwie kuchnie). Do mycia dostaliśmy: wodę z denaturatem i octem, dwie miniaturowe gąbki kuchenne, tak wyświechtane, że podarły się na kawałki po przetarciu trzech okien, oraz stos gazet do wycierania. Gazet wyciągniętych z kosza na śmieci w holu, spomiędzy puszek po coli, opakowań po słodyczach i skórek z banana.

2. Sprzątanie w pokojach. Cytując midsommar: "Gąbka? To kosztuje!". Sprzątaliśmy więc wszystko (zaczynając od lustra, poprzez umywalkę, brodzik prysznica i kibel, kończąc na podłodze) użytymi przez gości ręcznikami i środkiem antybakteryjnym marki Tesco. Środek się kończy? Nie szkodzi - dolewamy 2/3 butelki wody i lecimy dalej, w końcu jakiś tam procent środka aktywnego jeszcze zawiera. Z muszli klozetowej cuchnie tak, że można się przewrócić? Domestos kosztuje, więc bierzemy "ciężki" wybielacz (thick bleach) i jedziemy, jedziemy! Co z tego, że potem w łazience można się potruć oparami chloru. Wybielacz się po jakimś czasie skończył, więc obecnie lejemy toalety pozostawioną przez gości niedopitą colą i spłukujemy.
"A ręczniki?" spytacie. A ręczniki po wytarciu podłogi szły sobie do prania, wysuszenia i siup na łóżka dla gości...

3. Jak łatwo się domyślić, ręczniki po pewnym czasie były już tak zajechane, że żadne odplamianie nie dawało rady. Zaczęło się więc codzienne zgłaszanie do właściciela, że nie mamy co dawać na łóżka (musieliśmy zebrać wszystkie brudne ręczniki z pokojów, wyprać, wysuszyć i dopiero wtedy mieliśmy co dawać). Dochodziło do takich akcji, że ręczniki ciągle mokre, a goście już nam zieją w kark, że nie mają ręczników - cóż zrobić, szły wtedy te niedoprane, które układaliśmy tak, żeby jak najmniej było widać plamy na pierwszy rzut oka. Dopiero, kiedy właściciel zobaczył, że na portalach bookingowych (rezerwacyjnych?) oceny czystości lecą na łeb na szyję, przestraszył się i kupił nam 30 nowiutkich, puchatych ręczników. Kosztowało go to całe 100 euro (przy braniu hurtem jest promocja, 3 ręczniki za 10 euro), a ja ucieszyłam się jak dziecko. ;) Do czyszczenia natomiast dostaliśmy kilka pościeli i prześcieradeł, których nie dało się już odratować, z łaskawym prikazem "możecie sobie pociąć na szmaty".


To tylko kilka przykładów galopującego skąpstwa naszego włodarza, starczyłoby ich jeszcze na dobre dwie historie. Jeśli jeszcze was nie zanudziłam, to opiszę pozostałe "genialne" sposoby oszczędzania. :)

hostel zagranica

Skomentuj (30) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 418 (Głosów: 456)

Podziel się pozytywnymi historiami na
WSPANIALI.pl

Piekielni