Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

 

#82717

~Khajiit ·
| Do ulubionych
Policja.

Zdarza się, że człowiek napije się alkoholu, na drugi dzień chciałby gdzieś pojechać samochodem, ale nie jest pewien czy może. Policja, przy okazji każdej akcji przeciwko pijanym kierowcom, apeluje by w razie wątpliwości przyjść na komisariat i się zbadać alkomatem.

No to wziąłem kierowcę i jedziemy na komisariat, gdzie jest alkomat stacjonarny. Wchodzę - zepsuty.
Drugi komisariat - nie mają.
Trzeci komisariat - nie mają.
Napotkany po drodze patrol - nie mają.

Miasto średniej wielkości, komisariatów jeszcze co najmniej kilka, więc żeby nie jeździć bez sensu, zacząłem dzwonić. W kilku nie mieli, ale w jednym policjant doradził mi pojechać na izbę wytrzeźwień, bo tam na pewno mają. No to jedziemy.

Wchodzę, mówię o co chodzi, a facet mi mówi, że od roku bodajże 2016 nie wolno im badać ludzi alkomatem.

Cierpliwość mi się skończyła, więc olałem temat i choć byłem pewien, że jestem trzeźwy, wolałem nie ryzykować.

Pytanie brzmi, czy naprawdę nigdzie nie mają alkomatów, czy po prostu im się nie chce?

policja

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 81 (101)

#82716

(PW) ·
| Do ulubionych
Moi rodzice, dość starsi ludzie (oboje po 70-tce) mieszkają w odległej od mojego miejsca zamieszkania dzielnicy Warszawy. Pomimo zaawansowanej dorosłości jestem z nimi bardzo zżyta.

Wczoraj dzwonię do mamy, jak do dzień czy co drugi dzień, aby powiedzieć co słychać u mnie i synka i dowiedzieć się, co u nich. Rozmawiamy i słyszę pewne napięcie w głosie mamy. Pytam wiec wprost „Mamuś, co się dzieje?” I słyszę: „A bo wiesz, tu u nas chyba jakaś bomba czy coś takiego w śmietniku, bo przyjechała straż pożarna, mnóstwo policji, ogrodzili wszystko czerwoną taśmą i nikogo nie wpuszczają, nie wiadomo co się dzieje”.

Zaniepokoiłam się. Zaoferowałam się, że podjadę po nich i zabiorę ich do nas, ale mama mówi, że chyba na razie nie trzeba, jakby zarządzili ewakuację to zadzwoni itp.

Dzwonię po godzinie. Sytuacja bez zmian. Odpowiednie służby grzebią w zagrodzonym śmietniku. Pomyślałam, że to pewnie nie bomba, bo już byłaby ewakuacja. Zapewne (to straszne!) znaleźli zwłoki lub ich kawałki. Smutne.

Dzwonię po kolejnej godzinie. Straż już odjechała. Policja właśnie zbiera się do odjazdu pozostawiając taśmy ogradzające śmietnik.

Co się okazało? Ano, okazało się, że ktoś mądry (albo raczej „mundry”) pozbył się jakichś niebezpiecznych, chemicznych substancji, wyrzucając je po prostu do śmietnika - jeden śmietnik jest na kilka bloków (zatem osobnik nie do wyśledzenia). Ktoś inny – wyrzucając śmieci – poczuł dziwny zapach chemikaliów i zawiadomił służby.
Samą w sobie piekielnością jest wyrzucanie chemikaliów na osiedlowy śmietnik.

Ale piekielność właściwa kryje się poniżej:

Straż pożarna oświadczyła, że problem usunięcia chemikaliów (nie mogły wybuchnąć, ale stanowiły zagrożenie podczas wdychania ich oraz dotykania) stanowi problem administratora budynku. Wezwana na miejsce administratorka stwierdziła, że altanka śmietnikowa - stojąca opodal budynku - nie jest w jej jurysdykcji, ponieważ ona zawiaduje tylko samym blokiem i gruntem stricte pod nim. Grunt ten należy do spółdzielni. Spółdzielnia stwierdziła, że grunt pod altanką i sama altanka są w jurysdykcji dzielnicy. Dzielnica odżegnała się stwierdzając, że to grunt spółdzielni. Spółdzielnia odwołała się do własności miasta.

Czekamy na stwierdzenie własności tego kawałka terenu. Śmietnik jest wciąż ogrodzony, a te chemikalia wciąż się w nim znajdują.

I nie ma chętnych do przyznania się do własności tego kawałeczka terenu. Aż mnie kusi tam kiedyś zaparkować auto. Dopiero by się znalazło z 7 "właścicieli"...

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 99 (107)

#82708

(PW) ·
| Do ulubionych
W październiku podpisaliśmy umowę z "pomarańczą" na światłowód. Jako, że pierwsi w klatce to zrobiliśmy, należały nam się dodatkowe zniżki przez 1 rok trwania umowy. Dumnie nazwani byliśmy też "ambasadorami". Miesięczne opłaty za TV+internet 35zł. Przez pierwsze 2 może 3 miechy było ok. Opłata się zgadzała. W styczniu doliczono nam 20zł, bo podobno skończyła nam się promocja.

Złożyliśmy reklamację,otrzymaliśmy odpowiedź,że popełnili błąd, odliczą przy następnej fv, czyli powinniśmy ją otrzymać na kwotę 15zł. Kolejny miesiąc, sprawdzamy fv. Jak byk widnieje 35zł. Dzwonimy i się dowiadujemy,że odliczyli, bo przecież płacimy miesięcznie 55zł. Kolejna reklamacja. Pomogło do dnia dzisiejszego. Sprawdzam saldo końcowe na stronie i mam do zapłaty 55zł. Dzwonię z mega nerwem i dowiaduję się, że poprzednia reklamacja miała ważność do 15.07.2018.

Czy mi się to śni? Niech mnie ktoś uszczypnie....

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 99 (109)

#82668

(PW) ·
| Do ulubionych
Wypadek drogowy sprzed kilku dni (74-latek zawracał w niedozwolonym miejscu na jednojezdniowej drodze ekspresowej S1, czym doprowadził do zderzenia z ciężarówką, której kierowca zginął) przypomniał mi wydarzenie z tego tygodnia, którego byłem świadkiem.

Wjeżdżam do miasta powiatowego, teren zabudowany, jadę ok. 50 km/h i dojeżdżam do auta przede mną, które toczy się 30-40 km/h (obok ciąg pieszo-rowerowy za rowem i pasem zieleni, z drugiej strony szerokie na ok. 5 m pobocze przed posesjami, idealna pogoda, doskonała widoczność - żadnych powodów do tak wolnej jazdy).

W dodatku co chwilę hamuje niemal do zera i znów się rozpędza. Kilkaset metrów dalej są dwa ostre zakręty z ograniczeniem do 40 - jedzie 15-20 km/h. Kawałek dalej zatrzymuje się, aby minąć się z innym autem (droga na tyle szeroka, że dwie ciężarówki mijają się w miarę swobodnie). Coraz bardziej nabieram podejrzeń, że kierowca jest "dziabnięty". Dzwonię więc na policję, a tymczasem dojeżdżamy do skrzyżowania, gdzie główna droga "ucieka" w prawo. Kierowca jedzie na wprost nawet nie zwalniając - auto z jego prawej, mające pierwszeństwo, hamuje na styk. Jadę za delikwentem dalej: przez dobre 200-300 m facet jedzie lewym pasem jezdni. Teraz już jestem praktycznie pewien, że jest na bani. Cały czas na słuchawce, podaję jego położenie dyżurnemu. Jedziemy tak jeszcze ok. 2 km przez miasto, w tym czasie gościu:

1) wjeżdża w ślepą ulicę i próbuje z niej wyjechać na wprost, przez chodnik i pas zieleni, dopiero później zawraca;
2) kolejny raz wymusza pierwszeństwo;
3) jedzie 20 km/h na krajowej drodze;
4) zatrzymuje się i stoi dobre kilkadziesiąt sekund przez PUSTYM przejściem dla pieszych - nikogo w zasięgu wzroku;
5) zatrzymuje się i stoi dłuższą chwilę przed rondem, z którego wszyscy zjeżdżają (sygnalizując to) w drogę, z której on wjeżdża;
6) ZATRZYMUJE SIĘ NA RONDZIE!

Tuż po zjeździe z ronda pojawia się radiowóz, jedzie za nim i daje sygnał do zatrzymania. Zero reakcji. Radiowóz się z nim zrównuje, policjant przez otwarte okno macha "lizakiem". Dalej zero reakcji. Kierowca zatrzymuje się dopiero po zajechaniu mu drogi przez radiowóz. W zasadzie miałem już 100% pewności, że kierujący jest na grubej bani. Zjechałem na parking za nim i policją (tak mi polecił przez telefon dyżurny policji).

Co się okazało? Auto prowadził dziadek, na oko grubo po 80-tce. Okulary jak denka od słoików, prawie głuchy (policjant 3 razy prosił go o prawko, za ostatnim razem dosłownie krzyczał, żeby dziadek usłyszał). Stwierdził, że się "pogubił". Policjanci odpuścili, "bo przecież starszy człowiek". Super, brakowało centymetrów do kolizji, a jadąc lewym pasem mógł "zza pleców" zabić prawidłowo idącego pieszego (tam akurat nie ma chodników ani pobocza, tuż przy krawędzi asfaltu rosną drzewa).

Może w pewnym momencie trzeba jednak spojrzeć prawdzie w oczy, przyznać się samemu przed sobą, że wiek już nie ten i po prostu zaniechać prowadzenia auta? Państwo (obok dziadka jechała babcia) nie wyglądali na niezamożnych (porządnie ubrani, auto praktycznie nowe i na warszawskich numerach, stąd początkowo podejrzewałem, że to jakiś przedstawiciel handlowy, bo model popularny jako flotowy), więc raczej wynajęcie sobie jakiegoś transportu - jeśli pociąg czy autokar nie dla nich - nie powinno ich przerosnąć. Smaczku dodaje fakt, że tak "sprawny" kierowca wybrał się w trasę kilkusetkilometrową.

Skomentuj (26) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 115 (129)
Jak mówi stare przysłowie z siusiakiem i prądem nie ma żartów...
Patrząc na program 500+ oraz niezliczoną liczbę osób, które czytając trochę fora, stwierdzają iż zostaną bohaterami we własnym domu i samodzielnie elektrykę zrobią. Przecież to jest tylko parę kabelków a elektrycy to złodzieje i chcą zarobić kokosy na prostej robocie...
Tyle tytułem wstępu. Przejdźmy do historii właściwej:

Sobotni poranek, granice godziny 7-8 rano dzwoni telefon.
Pani dzwoni z ogłoszenia, szuka elektryka, który podłączy płytę indukcyjną.
Nie ma problemu, wstaję, szybki prysznic, śniadanie i w drogę.
Na miejscu okazuje się, że stara płyta "spaliła się bo była stara".
Nie podoba mi się to, bo indukcje mają to do siebie że nie psują się same z siebie.

Stara płyta już wyciągnięta, kable ucięte, lekko okopcona ściana potwierdza moje przypuszczenia - zamiast grubego kabla 5 x 2,5mm2 ktoś dał pewnie 1,5mm2 który stosuje się do oświetlenia...
Szybkie sprawdzenie puszki, do której trzeba się dopiąć z nowymi kablami i bingo - kabel 5 x 1,5mm2.
Zaczynam tłumaczyć że kabel jest za chudy i nowa płyta skończy jak stara, opowiadam o możliwości pożaru itp. natomiast Pani stwierdza że Sąsiadka ma tak samo i jakoś działa.

Próbuję w jakiś obrazowy sposób przedstawić sytuację, porównując do grubości liny holowniczej (gruba pociągnie samochód i nie strzeli, cieńsza wytrzyma lub nie). Pani zaczyna robić się czerwona, dzwoni po sąsiada, któremu opisuje sytuację i prosi aby zszedł zrobić porządek...
Robi się ciekawie.

Sąsiad, pijany jak ta lala tłumaczy mi zasady, normy i przepisy elektryczne, bo on czytał, on nawet pracował jako elektryk i zawsze się tak robiło.
Odpowiadam grzecznie, że owszem 30, 40, 50 lat temu gdy w domu najmocniejszym odbiornikiem była żarówka setka i czarno-biały telewizor...
Argumenty nie trafiają...
Czas kiepski, bo kilka dni do Świąt Bożego Narodzenia, a babeczka została bez płyty, bez piekarnika, a liczba domowników ok 10 osób.
Mówię, że możemy zrobić tak, że podłączę jej tą płytę, na moich grubszych przewodach, ale trzeba wykuć kabel, który idzie od skrzynki do płyty, zrobić osobny obwód i dopiero wtedy mogę dokonać wpisu do karty gwarancyjnej i termin to zaraz po nowym roku.
Dobrze, dobrze, byle by działało...

O sprawie zapomniałem, gdyż Pan emerytowany "elektryk" na koniec powiedział że on też ma gdzieś uprawnienia to jej wpis w karcie zrobi, ale żeby nie było poprawi...
Skąd więc teraz, po ponad pół roku przypominam sobie o tej Pani?

Dzwoniła, również w sobotę, również o 7 rano przypominając mi stanowczo, że przecież miał pan zrobić wpis do karty gwarancyjnej po nowym roku.
Tłumaczę, że wpis mogę zrobić po poprawieniu instalacji, gdyż tego wymagają przepisy ale i zdrowy rozsądek.
Przed rozłączeniem Pani wykrzyczała, że kolejny naciągacz co by całą instalację w domu wymienił najlepiej...

Krótkie podsumowanie:

Montując płytę indukcyjną z piekarnikiem zwróćmy uwagę, aby robiła to osoba z uprawnieniami elektrycznymi SEP - jest to warunek do realizacji gwarancji.
Jeśli ktoś ma jakąś żyłkę techniczną można rzucić okiem na kabel czy jest na nim napisane 5 x 2,5mm2, jak będzie 5 x 4mm2 też nie będzie źle, byle nie mniej.

Robiąc remont instalacji elektrycznej zadbajmy o to żeby skrzynka z zabezpieczeniami była w łatwo dostępnym miejscu (u Pani wyżej skrzynka była schowana w pawlaczu, przysypana toną ubrań. Żeby dostać się do pawlacza niezbędna była drabina). To nasze zdrowie i życie.
Żądajmy pokazania uprawnień elektrycznych od osób, którym zlecamy prace elektryczne...

Do tragedii niewiele potrzeba.
Nie wszystkim da się wytłumaczyć, że z siusiakiem i prądem nie ma żartów...

usługi elektryczne

Skomentuj (25) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 137 (149)
Fejsbuczek podrzucił mi wspomnienie, które pozwalam sobie tutaj przekopiować, cenzurując niektóre fragmenty, gwoli anonimowości osób zainteresowanych:

Dajcie trumnę, bo ja umrę!!! W 1/4 wakacji komu powinno zależeć na lekcjach z założenia mających podszkolić przed egzaminem poprawkowym? No, komu? Mnie, czy uczniowi? Ja chyba wydzielę w moim pamiętniku specjalny rozdział pt. "Niezwykłe przypadki korepetycyjne" dla takich jak dzisiejszy Kwiatek.

Akt1.
Chce się toto umówić na poniedziałek na 14:00. Mnie w poniedziałek wypada nieodwołalny wyjazd do Wielkiego Miasta, więc piszę na jej nr tel SMS-a, że nie poniedziałek - może sobota, albo wtorek... Zero odzewu, wiec zakładam, że zrezygnowała, tylko głupio jej powiedzieć. Zapominam.

Akt2. Wielkie Miasto. Poczekalnia u Lekarza Specjalisty. Godzina 14:10. Dzwoni! "Ja nie mogę znaleźć domu, niech po mnie ktoś wyjdzie". Objaśniam więc sytuację i mówię, że w wolnej chwili napiszę na jaki dzień (2 dni później) i godzinę możemy się umówić. Piszę jeszcze tego samego dnia. Zero odzewu.

Akt3. 2 dni później, rano. Profilaktycznie wysyłam SMS-a o treści: "Widzę, że zrezygnowałaś z lekcji, skoro do dzisiaj nie dostałam potwierdzenia?" Dziewczę pisze po 4 godzinach, kiedy to mam już zaplanowany dzień, że ona może dzisiaj. Ok, ale ja nie mogę. Umawiamy się na dzień następny, czyli na czwartek, na 15.

Akt 4. Około południa dzwoni, żeby potwierdzić lekcję. Ładnie, myślę :) Godzina 15:00 - koło domu kręci się jakiś samochód, ale nie zatrzymuje się, tylko robi 2 rundki i odjeżdża. Ona, nie ona? Zrezygnowała? Może wróci? Po akademickim kwadransie wysyłam informację z podziękowaniem za niedoszłą współpracę i aluzją co do niepoważnego podejścia. 15:22 - dzwoni! "Ja się spóźnię jakieś 15 minut" - "Słonko, ty już jesteś 22 minuty spóźniona, a to w sumie daje nam 37 minut spóźnienia." "Ale czy ja mogę przyjechać?" "Możesz, ale nie wiem, na ile opłaca ci się 23 minutowa lekcja." "Aha, w takim razie ja odwołuję lekcję, żeby nie było, że pani czekała" Że co? "Ja już czekam." "Aha. Do widzenia."

Noż k....

Poprawki

Skomentuj (19) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 129 (141)

#82650

(PW) ·
| Do ulubionych
Jak ja kocham papierologię i politykę mojej uczelni...
1,5 miesiąca załatwiania praktyk. Donoszenia papierów na uczelnię i do placówki, w której praktyki miały być, zaświadczenie o niekaralności, ubezpieczenia, polisy, druki, ksera...

Wszystko po to, by w umówionym terminie jechać 100km na uczelnię po ostatni podpis prodziekana i dowiedzieć się na miejscu, że musiał nagle wyjechać. Od poniedziałku miałam zaczynać. Ale co tam, studenci przecież "mają czas"...

Uczelnia parodia praktyki

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 135 (147)

#82635

(PW) ·
| Do ulubionych
Komunikacja miejska. Do tramwaju wchodzi dwóch kontrolerów. Sprawdzają bilety i w końcu jedna z kontrolerów dotarła do pana pechowca.

Jego bilet stracił ważność 2 minuty temu, kupił i skasował bilet 30-minutowy. Młoda kontrolerka dosyć przyjaźnie poprosiła o dowód i zaczęła rozmowę w stylu "2 minuty, taki pech", jakby dawała mu szansę jakoś się wytłumaczyć by uniknąć mandatu, w końcu to tylko 2 minuty. Facet podjął rozmowę w stylu: "no właśnie ku***, tylko 2 minuty, a to ku*** korki, je**** światła, nie przewidzisz ku***, a ja wysiadam na następnym ku***".

Kontrolerka krzywo patrzyła na te wszystkie wysypujące się z ust pasażera wulgaryzmy, ale chyba dała mu ostatnią szansę:
- To na następnym pan wysiada już?
- No tak ku***, 2 minuty do następnego i ku*** wysiadam, zawsze taki ku*** kupuję i na spokojnie jadę, a tu raz ku*** taki pech, a z pracy wracam z ku*** Y do X i akurat ku*** na was trafiam.

Mandat mimo protestów wypisany, na marginesie dodam, że tramwaj z Y do X według rozkładu jedzie 34 minuty.

komunikacja_miejska kanar bilet

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 75 (91)

#82603

~takanijaka ·
| Do ulubionych
Skoro była mowa o "produkcji kalek" #82550, to i ja dodam słówko, może dwa. Nie z punktu szkoły, ale na własne życzenie rodziców...

Otóż znam dwóch chłopaków (teraz już mężczyzn, bo 20 lat przekroczyli). Kuzynów, jedynaków, równolatków. Znam ich obydwu jakieś 12-13 lat. Zacznę od tego, gdy byli jeszcze dziećmi.

K1 to chłopak, będący pod opieką samotnego rodzica pracującego na 3 zmiany. Klucze do domu dostał jako 10-latek. Mikrofala, kuchenka gazowa, ostre noże - może zrobił coś wolniej, żeby się nie zranić, ale robił to sam. Swojego psa wyprowadzał i karmił sam. Robił też zakupy ze "słoiczka z drobnymi", jak widział, że czegoś pilnie potrzeba.

Od czasu do czasu jak tata był w delegacji, zostawał u dziadków czy u mnie i mojego M. Kompletnie bezproblemowy chłopak. Tylko nauka do głowy nie wchodziła mu jak należy, choć naprawdę się starał i potrafił ślęczeć nad książkami godzinami (a napiszę szczerze, że książki były beznadziejne i chwilami żałowałam, że nie miałam już swoich, albo lepiej - starszego kuzyna, bo były dużo lepsze i pod względem tłumaczenia i pod względem przykładów). W czasie pobytu u nas sam ścielił sobie łóżko. Jak coś stłukł, to spytał gdzie jest miotełka.

K2 to kompletne przeciwieństwo K1. Na jego osiemnastce śmieliśmy się, że w końcu będzie mógł sam używać noża... do masła. Wyobrażacie sobie 15-, 16-, 17- czy 18-letniego faceta, który na gościnie nie może sam sobie posmarować kromki chleba masłem? Tępym nożem?

Chleb smarowała zawsze jego mama. Naczynia sprzątała po nim zawsze jego mama. On nawet poproszony przez babcię o rozłożenie talerzy na stole nie mógł sam tego zrobić... Jego psa wyprowadzali rodzice i dziadkowie. Pokój zawsze posprzątany, ale nie przez niego.

Zdarzało się również, że spał u nas. Grać na kompie cały czas i w międzyczasie "zrób mi jeść" to była jego pasja. Niestety ja nie należę do klasy usługującej, więc jadł głównie chrupki, pizze i McDonalda, bo zawsze miał zbyt duże kieszonkowe (absolutnie na każdą okazję). Śmieci po tych niezwykłych posiłkach wynosił do kosza tylko pod groźbą wyłączenia kompa. Ale gdyby nie było kompa, to zawsze jest komórka. Zmiana hasła do wifi? Hasła na komputer? Ma znajomych, które je zhakują.

Raz musiałam oddać sprzęt do speca, bo nie dałam sobie rady z burdelem, który narobił, a wcale nie jestem głupia w te klocki. Jednak są rzeczy, których nie da się naprawić. Dlaczego komputer, którego K2 nie może używać nagle nie działa? Ha. Bo śrubki można odkręcić nożem, a w środku jest dysk i karta graficzna, które można zalać np. colą. Genialne.

Rodzice "dorzucili się" do naprawy. Kręcili nosem, bo przecież Kajuś2 nie mógł tego zrobić. No tak, sama specjalnie w czasie jego obecności zniszczałam nowy sprzęt, tracąc dane potrzebne na studia...

Minęło tych parę lat. Jak pisałam obydwaj mają już 20 lat za sobą. Obydwaj mieszkają nadal z rodzicami i studiują.

K1 mogę poprosić o popilnowanie mieszkania na czas wyjazdu. Zaopiekowanie się zwierzakami, odbiór listów, przewietrzenie... Wiem, że zrobi to, o co go proszę i nie będzie żadnych problemów.
To jest osoba, która zna magiczne słowa typu: "przepraszam", "wybacz, że wtrącę", "dziękuję", itp. Opanował też niesamowicie trudną umiejętność wynoszenia naczyń i ich mycia czy zanoszenie brudnych ubrań do kosza.

K2 to osoba, która coraz bardziej daje się we znaki swoim rodzicom. Nie sprząta pokoju (w ubiegłym tygodniu byliśmy u jego rodziców i nie dało się nie zauważyć tego syfu). Pies może się zesikać i w tym wytarzać o 8:00 i taki sam stan będzie o 16:00, gdy jego rodzice wrócą z pracy. Śmieci wyniesie idąc na imprezę... z wielką niechęcią, bo to śmierdzi. A i w ogóle nikt nie ma prawa wtrącać się do jego życia.

Spęd rodzinny, K1 pomaga, K2 wiecznie w telefonie. Na prośby czy groźby zero przejęcia. Daj jeść i spadaj. Moje "nie dostaniesz jeść" może by i podziałało, ale przecież jest reszta rodziny.

Przy każdej okazji słucham narzekania rodziców K2 na jego zachowanie. Czyżbym była medium? Czy nie mówiłam, że tak będzie? Tak, miałaś rację... bla bla bla. Ale co zrobić? Z mieszkania go nie wyrzucą, bo się uczy i jeszcze 25 lat nie skończył. Więc mówię: nie prać, nie dawać kieszonkowego... "Ale co ludzie powiedzą?"

Cóż.

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 147 (157)

#82610

~EnglishBulldog ·
| Do ulubionych
Wybieg dla psów - miejsce przez jednych psiarzy kochane, przez innych omijane szerokim łukiem.

Chodzimy na ten przybytek z moją Kluską dość regularnie od niespełna dwóch lat. Pies mój, pomimo tego, że do innych zwierząt ma stosunek mocno obojętny (podejdę, wąchnę i idę dalej) uwielbia na ten wybieg chadzać i nie raz "krótki spacer" okazywał się 2-godzinną wyprawą na wybieg, bo Lord każe to Matka musi...

Wiele mniej lub bardziej piekielnych sytuacji zdarzało nam się tam zastać. Dziś opiszę tylko jedną, bo poziom jej absurdu zaskoczył wszystkich obecnych na miejscu właścicieli i ich czworonogów.

Ciepłe popołudnie. Na wybiegu kilkanaście osób z przeróżnymi psami. W tym i ona - Madka dla swojego kilkuletniego syna i psa rasy shitzu. Ona zajmuje się psem, on lata jak poparzony po wybiegu machając kawałkiem sporej wielkości kołka. Kołkiem zainteresował się inny pies, niewielki, rasy słodki kundelek. Podbiegł do dzieciaka i próbował za niego złapać (kołek, nie chłopaczka). Chłopakowi to się nie spodobało i kiedy pies zacisnął zęby na drewnie, ten dość mocno nim szarpnął krzycząc, że to jego kij i czemu pies mu go wyrywa.

W tym momencie zareagowała właścicielka psa. Poprosiła madkę, aby wytłumaczyła dziecku, że nie wolno tak się szarpać z psem, bo może mu zrobić krzywdę (kołek w porównaniu z psem był naprawdę spory). Co usłyszała w odpowiedzi od Madki? Krzyki. Krzyki o to, że to jest nienormalne, żeby pies wyrywał dziecku z rąk kija, że ten pies jest niewychowany, że z takim psem nie powinno się wychodzić do ludzi, etc. Wszystkich w koło zatkało...

Właścicielkę psa tylko na chwilę, bo już za chwilę zaczęła tłumaczyć pani, że coś jej się chyba pomyliło - przyszła przecież na wybieg dla psów, nie plac zabaw dla dzieci i raczej ciężko wytłumaczyć psu, że jeśli ktoś macha kijkiem, to wcale nie oznacza zabawy w miejscu do zabawy z psem przeznaczonym. Dodatkowo, jeśli ktoś przychodzi z dzieckiem na wybieg dla psów, to raczej oczekiwane by było, aby dziecko zdawało sobie sprawę z tego, jak zachowywać się powinno w towarzystwie obcych zwierząt puszczonych luzem.

Nie jestem w stanie przytoczyć całej wymiany zdań. Dość powiedzieć, że krzyki trwały długo i nikt nie był w stanie wytłumaczyć madce braku logiki w jej rozumowaniu.

A na koniec? Na koniec, kiedy już cała trójka kierowała się do wyjścia, synalek machał (mniejszym już) kijkiem, a ich piesek skakał radośnie wkoło, starając się owy kijek złapać... Taki wychowany...

wybieg_dla_psów

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 120 (154)

Podziel się pozytywnymi historiami na
WSPANIALI.pl

Piekielni