Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

 

#81532

(PW) ·
| Do ulubionych
Dobrze, że klient ma czujnych sąsiadów, szkoda, że czujność wzmogła się po pięciu godzinach, jak skończyliśmy pracę.

Wchodzimy do bloku na parterze, otworzyły się drzwi i ciekawski pan pyta, po co my tu?

Zdawkowo odpowiedziałem, że do pracy, bez większych szczegółów. Nie, do niego nie szliśmy, udawaliśmy się 2 piętra wyżej, z 2 walizkami, kablami, dodatkowo jeszcze dwa kursy po sprzęt specjalistyczny.

Zlecenie wykonane, kursy z góry na dół ze sprzętem. Już mamy odjeżdżać, gdy na parking pod blokiem wjeżdża radiowóz na sygnale.

Po chwili pojawił się też ciekawski sąsiad i krzyczy do policjantów, wskazując na nas:
- To te włamywacze!

Trochę potrwało wyjaśnianie, spisywanie danych, zleceniodawca potwierdził, że pracowaliśmy u niego. Ogólnie strata czasu dla nas w związku ze sprawdzaniem wszelakich danych od pojazdu poprzez nasze osobiste.

Pytanie do pana, czemu wcześniej nie zadzwonił na policję? Bo chciał, by nas złapano z fantami.
Jak dla mnie to pan chyba za dużo naoglądał się seriali kryminalnych, bo o ile czujność niezła, to czas reakcji i logika to chyba w lesie.

Ursynów

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 98 (140)

#81498

(PW) ·
| Do ulubionych
Ciepło, deszcz, zimno, lód.

Kierowcy mają obowiązek odśnieżać i odladzać swoje pojazdy.

O ile z ogarnięciem osobówki specjalnego problemu nie ma (ale i ten lód z osobówki za dużej krzywdy nie zrobi), to usunięcie w Polsce lodu z ciężarówki jest prawie niemożliwe.

Na parkingach brak odpowiednich podestów, a zgodnie z prawem kierowca nie ma prawa wejść na 4-metrową ciężarówkę, żeby zrzucić z niej lód (jak spadnie, to ubezpieczyciel może robić problemy, że praca na wysokości bez uprawnień/zabezpieczeń), ale z drugiej strony kierowca ma obowiązek usunąć ten lód, a spadająca bryła może zabić. A wtedy oczywiście prokuratora nie będzie obchodzić, że nie było możliwości.

I kto jest piekielny ?

polskie drogi

Skomentuj (26) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 108 (132)

#81468

(PW) ·
| Do ulubionych
Jako że przez lata pracowałam w prywatnej przychodni lekarskiej, znam lekarzy i wysoko cenię ich fachowość. Zdaję sobie bowiem sprawę, jak ciężki i wymagający jest to zawód.

Jednocześnie całkowicie popieram konieczność likwidacji ZUS i NFZ. Zapewne podniesie się larum, że przecież ci cenieni przeze mnie lekarze stracą pracę, i że bez ubezpieczenia ludzie będą umierać na ulicy, ale mimo wszystko proszę czytających o próbę zrozumienia, w czym tkwi problem. A tkwi mianowicie w systemie, a nie w ludziach.

System wygląda tak: obywatel płaci pieniądze na ubezpieczenie, które później - rozdrobnione przez hordę urzędników państwowych - trafiają do szpitali. Z tych pieniędzy szpitale muszą opłacić personel, leki, budynki, narzędzia itd. Jako że pieniądze są po drodze rozdrobnione, nie całość składki trafia do zainteresowanych. Wniosek - twój lekarz leczy cię za mniejsze pieniądze, niż zapłaciłeś!

Druga sprawa: procedury szpitalne. Co szpital, to ciekawsze. W tym, do którego trafiłam lata temu, procedurą było TŁUMACZENIE się dyrektorowi szpitala z przepisywanych leków. Czyli lekarz, który ma wieloletnie doświadczenie nie może bez konsultacji z dyrektorem przeprowadzić leczenia farmakologicznego, które dla placówki jest potencjalnie zbyt kosztowne (przecież by nie starczyło na trzynastki dla zarządu...). Co z tego, że składkę masz opłaconą, że leki są na liście refundowanych? Nic. Dyrektor się nie zgadza, to kończysz tak jak ja. Czyli: dostajesz wypis po 10 dniach "leczenia" dożylnie ketonalem, w którym jest napisane, że "pacjentka jest w stanie DOBRYM", wracasz do domu, po dwóch godzinach dostajesz 40 st. gorączki, kopytkujesz do prywatnego lekarza, robisz mnóstwo badań, zostawiasz w aptece prawie pięćset złotych i przez miesiąc (za późno było na tygodniową kurację) codziennie łykasz lekarstwa i robisz sobie zastrzyki w brzuch. I żyjesz dalej, chociaż rekonwalescencja trwa pół roku.

Część z czytających uzna, że to wina lekarza prowadzącego w szpitalu. A ja już wiem, że nie (i to tylko dzięki znajomej pielęgniarce, która objaśniła mi, jak to wygląda od wewnątrz). Więc dalej będę popierać likwidację ZUS i NFZ, bo też już wiem, że pieniądze, które trafiają bezpośrednio z mojej kieszeni do lekarza mogą uratować zdrowie i życie. A te przelewane co miesiąc na konto "państwówki" niekoniecznie.

I tak, są prywatni ubezpieczyciele, którzy już dziś za ułamek składki na ZUS oferują dobry pakiet medyczny (z hospitalizacją włącznie), więc argumenty, że prywatna służba zdrowia nie może istnieć bez wsparcia państwa są bezzasadne.

A jeśli ktoś miałby się ubezpieczać dobrowolnie (bo przymus płacenia na ZUS po jego likwidacji by nie obowiązywał) i tego nie zrobił, to jego decyzja. W kwestii zdrowia trzeba być zawsze rozsądnym i samodzielnym, bo wbrew rządowym zapewnieniom, nikt poza nami samymi się tym nie przejmie.

Oczywiście zostaje kwestia rent i innych świadczeń, ale jeśli dziś co miesiąc oddajesz ponad tysiąc złotych na ZUS, to nie przekonasz mnie, że nie będzie cię stać na prywatne ubezpieczenie za mniej niż pięćset złotych, które gwarantuje wypłatę świadczenia (w przypadku ZUS jest to zależne od demografii i innych czynników, wobec czego od lat instytucja ta jest "ratowana" przez rządowe dotacje, czyli koleją porcję naszych pieniędzy, tym razem z podatków).

słuzba_zdrowia

Skomentuj (32) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 85 (135)

#81463

(PW) ·
| Do ulubionych
Kolejne dwie piekielne historie z udziałem mojej siostrzyczki, które wydarzyły się dzisiaj.

Jak już wspominałam, piekielna siostra nie okazuje szacunku nikomu.

Dzisiaj mój ojciec był świadkiem, jak siostrzyczka siłą wrzucała mi psa do pokoju, mimo mojego głośnego sprzeciwu.

Ojciec: Co ty robisz?
Piekielna siostrzyczka: Wkurzam Shatri!
O: Masz natychmiast przestać.
PS: Ale ja tak lubię ją wkurzać!
O: Lubisz jak ktoś ciebie wkurza? Chyba nie, bo to nie jest przyjemne.

PS z fochem, okropnie pyskując, uciekła do swojego pokoju. Po zwróceniu jej uwagi, by odzywała się do ojca z większym szacunkiem, zaczęła się ze mną porównywać. Kolejny raz dostałam dowód chorego wychowywania PS w wykonaniu mojej matki. Równość działa w jedną stronę - oczywiście zawsze na korzyść PS. Spróbuj się sprzeciwić, a dowiesz się, co twoja matka tak naprawdę o tobie myśli. Nie mam nic przeciwko równemu traktowaniu, jednak niech zacznie to działać w dwie strony.

Jakby tego było mało, najnowsza afera. Ktoś zostawił rolkę po papierze toaletowym na podłodze. PS tradycyjnie zaprzecza, bo przecież ona jest zawsze niewinna, mimo że to ona wymieniała papier. Ja, znając prawdę, mówię, że to PS zostawiła, bo przecież wymieniała rolkę. Nie potrafię dobrze opisać furii, w jaką to dziecko wpadło. Koniec końców pobiegła do mnie i z całej siły kopnęła. Tak, kopnęła. Zaraz obok mnie stała matka. Reakcja? "Przecież to tylko kopnięcie. O co ci chodzi?”. To tyle jeśli chodzi o karalność agresji w moim domu.

Ostatnio rozmawiałam na ten temat z ojcem. Stwierdził, że matka nie widzi problemu, bo jest taka sama jak jej najmłodsza córka. Coś w tym chyba jest.

Rodzina rodzeństwo siostra matka

Skomentuj (21) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 73 (137)

#81459

(PW) ·
| Do ulubionych
Ja rozumiem wszystko, no ale bez przesady.

Mam kota Gingera, rudego dachowca o podobno nieprzeciętnej urodzie. Byłam kilka dni temu u weta, musiałam skorzystać z transportu wiejsko-miejskiego - czyli rozlatującego się busa, w którym pasażerowie siedzą jeden na drugim. Mój transporter jest tak naprawdę torbą na zwierzaka, zamykaną z dwóch stron na zamek błyskawiczny.

W busie usiadłam bokiem na pojedynczym siedzeniu (tak było wygodniej z moim bagażem), transporter położyłam na kolana w taki sposób, że kot był widoczny przez "okienko". Mój nieprzyzwyczajony do podróży kocur trochę sobie pokrzykiwał, czym wywołał zainteresowanie współpasażerów, w tym siedzącego po drugiej stronie chłopca, który zaczął wypytywać mnie o zwierza. Trochę rozproszył moją uwagę i nie zauważyłam zachowania wymalowanej Karyny, która również bokiem siedziała przede mną. Zaalarmował mnie dopiero głośny syk Gingera.

Co się stało? Babsko otworzyło torbę i wepchnęło do środka łapę. Chciała "tylko pogłaskać, bo śliczny". Miała szczęście, że mój rudy do agresywnych nie należy, bo przysięgam, że jego poprzednik by ją pogryzł albo podrapał. Szkoda tylko, że moje już wcześniej zestresowane kotko nie wytrzymało i zrobiło kupę pod siebie. Śmierdziało niesamowicie przez resztę drogi. Mam nadzieję, że Karyna była zadowolona. Gorzej z nami - bo trzeba było tak pójść do weta i jeszcze do domu wrócić. Na szczęście kierowca w drodze powrotnej nas nie wyrzucił. W domu oczywiście kąpiel obowiązkowa - kolejny stres dla Rudego.

Ludzie, nie dotykajcie obcych zwierząt w podróży, nieważne jak ładne by nie były. Transporter nie jest naturalnym środowiskiem zwierzęcia, taki delikwent się stresuje i naprawdę nigdy nie wiadomo, jak zareaguje - mój kot jest bardzo otwarty, nie było problemów z jazdą w aucie, nie spodziewałam się tego cuchnącego "dramatu".

busy

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 98 (122)

#81525

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia opowiedziana dzisiaj przez kumpla w pracy.

Kończy mu się umowa na telefon. Udał się więc do salonu swojego operatora, by wybrać coś nowego. A że lubuje się w smartfonach, to szukał czegoś z wyższej półki. Co za tym idzie, w koszta zamierzał też wrzucić dodatkowe ubezpieczenie telefonu. By nie martwić się na przyszłość.

Typ umowy miał mniej więcej upatrzony. Nowy telefon również. Jego uwagę przykuła natomiast umowa dodatkowego ubezpieczenia. A dokładniej, odstępstwa w niej wymienione: kradzież, zalanie, uszkodzenie mechaniczne ciężkim przedmiotem (nie wiem, na jakiej podstawie mieliby to stwierdzać), uszkodzenia wynikające z przegrzania, zwarcia, bądź działania kwasów/zasad.

Krótko mówiąc, dodatkowe ubezpieczenie miało w zasadzie te same wykluczenia, co zwykła gwarancja producencka. A kosztowało 850zł.
Niestety kobitka w salonie nie potrafiła mu powiedzieć, co to dodatkowe ubezpieczenie obejmuje. Niemniej jednak, zanim kolega się zorientował w sytuacji, bardzo usilnie próbowała mu ten pakiet wcisnąć...

Skomentuj (24) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 152 (160)

#81477

(PW) ·
| Do ulubionych
Dziś to ja byłem piekielny, ale że zrobiłem to w celach edukacyjnych i dla szeroko rozumianego dobra ogółu – czuję się rozgrzeszony.

Byłem w Dużym Mieście. Załatwiłem co miałem załatwić i wracam do swojego Małego Miasteczka. Jadę, jadę, patrzę: stoją i suszą. W zwyczajowym miejscu, w zatoczce, tuż za knajpą. Nic to, jadę dalej. Dalej też stoją, pod wiaduktem, tam gdzie zwykle. Wyjeżdżam z DM nowoczesną wielopasmówką. Ciekawe czy w zatoczce na łuku przed McDonaldem będą suszyć? Są, jakżeby inaczej. To może oznaczać tylko jedno, zorganizowana akcja. A to z kolei oznacza, że gdy nowoczesna wielopasmówka zamieni się już w zwykłą drogę między miastami, tam też prawie na pewno będą stać.
Mają kilka punktów do wyboru, droga kręta, ale z prostymi odcinkami, na których można depnąć i boczne drogi, w których można zaparkować.

Jadę więc niemalże jak na egzaminie, za mną sznurek aut. Wyprzedzić mnie nie za bardzo można, bo do Dużego Miasta ciągnie sznur aut, ale zdarzają się większe przerwy. Zdaję sobie sprawę, że niektórzy kierowcy z tyłu nie kochają mnie. Zwłaszcza ten z Audi, któremu się ewidentnie spieszy. Wyjeżdża do środkowej linii, czai się, ale jakby się bał. Nie wyprzedza, nawet gdy ma wystarczająco dużo miejsca. Ale podjeżdża za to do samego zderzaka i mruga światłami. No cóż, własne pieniądze cenię bardziej niż jego czas. Jedziemy tak sobie kawałek, aż na łuku, za którym jest długa prosta widzę, że jest sporo miejsca do wyprzedzania. Zjechałem więc złośliwie do krawędzi drogi wjeżdżając na pobocze, dając mu tym samym prawie cały wolny pas. Audi już się nie czaiło, tylko wypruło do przodu jak dzikie. Co ciekawe, żaden z kierowców jadących za mną nie powtórzył tego manewru.

Tak, dobrze czujecie. Czwarty patrol stał jakieś trzysta - czterysta metrów dalej. Przy przystanku autobusowym. Już w głębi obszaru zabudowanego.

Skomentuj (37) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 127 (147)

#81476

(PW) ·
| Do ulubionych
Miał być komentarz do 81449, ale tradycyjnie za długo wyszło.

Małżonek mój ukochany miał kiedyś, jeszcze w kawalerskich czasach, mamę dopisaną do swojego konta bankowego. Ot tak, na wypadek gdyby mu się coś nagle stało. Mama zmarła, małżon zatargał do banku wszelkie wymagane papierki, aby dane mamy z konta i lokat usunąć. Zrobione, ok. I tak sobie to konto tam wisiało jako "kasa na czarną godzinę" bo my po ślubie założyliśmy wspólne konto, w innym banku. No i tak się złożyło, że skumulowały nam się większe wydatki i zaszła potrzeba sięgnięcia po tę "zapomnianą" kasę.

I się mąż w banku dowiedział, że konto zostało zablokowane. Dlaczego? Ano bo skończyła się ważność dowodu osobistego mojej teściowej. I odblokują dopiero, kiedy dostarczymy jej nowy dowód. No ale chwila, teściowa od 8 lat nie żyje.... papiery były dostarczone do banku... Nie szkodzi, ktoś zapomniał "odhaczyć" w systemie, ale to nie ma problemu, bo kiedy doniesiemy dowód teściowej, to oni odblokują konto.
No nie... nie doniesiemy, bo zmarłym nie wydają już dowodów. Poza tym cała papierkologia z naszej strony została załatwiona 8 lat wcześniej, to oni popełnili błąd, więc niech naprawią teraz.
Pani rozłożyła ręce i ona nie wie co ma zrobić, bo jak ona nie wklepie nowego dowodu, to system nic jej na tym koncie nie pozwoli zrobić. Więc mamy go dostarczyć i już.

Wymiana pism z bankiem trwała kilka miesięcy, w końcu odblokowali.

włoski bank pocztowy

Skomentuj (5) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 163 (167)

#81475

(PW) ·
| Do ulubionych
Klasyka na piekielnych, czyli jak nie traktować pracowników.

Pracowałam kiedyś na recepcji w siłowni. Tamta praca dużo mnie nauczyła i mogłabym widnieć na pop-upach: "pracodawcy jej nienawidzą - poznaj swoje prawa i obowiązki".

Co tydzień była tam przeprowadzana inwentaryzacja wewnętrzna produktów barowych, a raz w miesiącu wyniki były oficjalnie wpisywane w tabelę i wysyłane do Szefa Szefów.

Pech chciał, że w interesie starszych stażem pracowników leżało, aby na inwenturach nie wykazano żadnych braków. Brakuje kilku zgrzewek Coca-Coli? W tabeli wpisujemy: stan w systemie: 6, stan rzeczywisty... też 6. A co się będziemy, kierownictwo i tak rzadko przyjeżdża. Skutki takich działań są bardzo łatwe do przewidzenia - braki rzeczywiste się kumulują, a pracownicy innych działów widzą, że za "pożyczenie" butelki wody nikomu krzywda się nie dzieje. W ciągu jednego tygodnia zniknęło nam 5 zgrzewek półtoralitrowych wód. Czyżby ktoś wyniósł sobie w torbie pod naszym nosem 30 dużych butelek wody? Kamery w recepcji nie wychwyciły nic podejrzanego, ale niestety w magazynie już monitoringu nie było.

Na szczęście tak się złożyło, że nastąpiła wymiana pracowników. Załapałam się na wyższe stanowisko w tym samym dziale i miałam otrzymać zupełnie nową umowę do podpisania. W międzyczasie zaczęłam pełnić swoje obowiązki, przeprowadziłam rekrutację na recepcjonistów i, jako że zaczęłam mieć tam coś do gadania, to postanowiłam wziąć się za porządki w tym chorym systemie inwentaryzacyjnym. Sprzeciw był duży, co ciekawe głównie ze strony pracowników innych sektorów (czyżby ktoś się obawiał, że kradzież stanie się trudniejsza?).

Po podsumowaniu wszystkich braków, okazało się, że jesteśmy w plecy na jakieś 800 złotych netto. Przełożeni zostali o tym poinformowani, dowiedzieli się też o praktykach poprzedniego zespołu. Z mojej strony wyszła propozycja, aby ten brak był regularnie spłacany przez nadwyżkę kasową (w ciągu tygodnia potrafiło uzbierać się 20 złotych nadwyżki z zostawianej przez klientów reszty). "Tak, tak, bardzo dobrze, że nam o tym mówisz, my się zastanowimy, tak, wpiszcie koniecznie do raportów i tabel".

Dwa dni później otrzymuję telefon od Szefa Szefów:
SS: Musicie wyrównać braki.
Ja: Jak już wspominałam, spłacimy to z nadwyżki, tylko trochę to może potrwać.
SS: Nie może potrwać. Macie się złożyć całym zespołem, bo jesteście odpowiedzialni za barek.
Ja: Mam powiedzieć dziewczynie, która pracuje u nas od dwóch tygodni, że ma wpłacić 150 złotych na rzecz braków sprzed jej zatrudnienia?
SS: TAK, TRZEBA NAUCZYĆ SIĘ ODPOWIEDZIALNOŚCI.
Ja: Skoro o odpowiedzialności mowa, to nikt z nas nie ma podpisanej materialki, a jesteśmy zatrudnieni na umowie zlecenie i teoretycznie to wy musicie nam udowodnić nasze niedopilnowanie produktów.
SS: Nie strasz mnie, tylko załatw z recepcją sprawę pieniędzy. Do końca tygodnia to powinno zostać spłacone.

Dwie godziny później na skrzynkach całego kierownictwa wisiał mail z moim wypowiedzeniem. Ze skutkiem natychmiastowym.
SS: Schwa, przecież ty masz dwa tygodnie wypowiedzenia w umowie!
Ja: Jakiej umowie? :)

Uciekłam stamtąd w idealnym momencie. Okręt tonął, niedługo po mnie zwolniły się następne osoby. Podobno kierownictwo przyjeżdżało raz w tygodniu pokrzyczeć na biedne studentki, że są im dłużne kasę. Moja następczyni okazała się być kierownikiem-gestapo i przyczyniła się do kolejnych zwolnień. Ostatnio otrzymałam wiadomość od jedynej dziewczyny z czasów mojej kadencji, która jeszcze tam się ostała: "Schwa, nie chciałabyś do nas wrócić?".

No nie. Nie chciałabym.

sieć siłowni

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 133 (141)

#81469

(PW) ·
| Do ulubionych
Odważyłam się w końcu coś napisać, bo dotąd to tylko czytałam. Napiszę o moim koledze z pracy, może ktoś to przeczyta i zastanowi się.

Mój kolega jest informatykiem w niewielkiej firmie. Powiedzmy, że na imię ma Michał. Jest jednym z niewielu, którzy w tej firmie traktuje swoją pracę bardzo poważnie. Zresztą informatyka dla niego to także pasja. Michał nie jest "typowym informatycznym nudziarzem", nie przemęcza swoimi techno wytłumaczeniami, stara się raczej każdemu wytłumaczyć jak najprościej rozwiązanie problemu. Czasem zamięsi słownie, ale tylko jak ktoś okazuje skrajny przykład debilizmu. Nawet w dołujące dla wszystkich dni w pracy potrafi sypnąć jakimś żartem aby rozładować sytuację.

Jest też jedną z dwóch osób w firmie, która zawsze odbiera telefony na komórkę służbową po pracy. A telefonów służbowych mamy 8, tylko że nie wszyscy poczuwają się w sytuacjach awaryjnych do odbioru telefonu poza godzinami pracy.

Ostatnio jednak został zaskoczony przez niby swoją najlepszą koleżankę w pracy. Powiedzmy, że nazywa się ona Renata. Zadzwoniła ona, po godzinach pracy, z problemem dotyczącym oprogramowania, do którego Michał nie ma uprawnień. Michał uczciwie jej odpowiedział, że nie zna rozwiązania jej problemu, ale podał Renacie numer telefonu do serwisanta, który wdrażał to oprogramowanie w firmie. Tylko tyle mógł pomóc, a koleżanka powiedziała, że wystarczy.

Na drugi dzień Michał dostał potężną zjebkę od kierowniczki Renaty, iż źle doradza, a jak się nie zna, to lepiej żeby nie odbierał telefonów! Michał wytłumaczył kierowniczce jak to było i powiedział, że uważa sprawę za zakończoną. Powiedział też, że zastanowi się, jeśli takie sytuacje będą się powtarzać, czy po pracy odbierać telefony i chyba lepiej jakby ktoś mu maile wysłał jak będzie miał problem. Sprawa przycichła.

Michał, pragnąc ze swojej strony wyjaśnić sytuację, zadzwonił do serwisanta, którego numer podał Renacie i zapytał się jak to wyglądało. Z informacji, które uzyskał wyglądało, iż Renata popełniła kilka błędów przy wprowadzaniu danych do oprogramowania, ale powiedziała w rozmowie telefonicznej serwisantowi tylko o jednym. Do serwisanta dzwoniła też kierowniczka Renaty, gdy Renata nie mogła sobie poradzić mimo podpowiedzi serwisanta i zadzwoniła z żalem do swojej kierowniczki.

Po 2 dniach Michał przypadkiem usłyszał jak w pokoju socjalnym Renata żali się ile to miała niedogodności, że Michał jej nie pomógł. Że musiała zostać w pracy całe 30 minut dłużej. Michał wściekł się, ale nie dał po sobie znać, że to wie. Po tygodniu Renata słodko zwróciła się do Michała, czy nie mógłby jej pomóc. Na to Michał jej odpowiedział, że owszem ale najpierw musi zrobić to o czym zapomniała. Zdziwiona Renata zapytała się - O co chodzi? Na to Michał jej odpowiedział, że zapomniała choć powiedzieć jedno słowo - sorry - za to co się stało. Za to, że dzięki jej błędom dostał zjebke.

A co zrobiła Renata? Powiedziała choć słowo przepraszam? Nie! Rzuciła dokumentami, które miała w ręku, na podłogę w pokoju Michała i trzaskając drzwiami wyszła z fochem. Foch zresztą trwa już cały miesiąc. Kto był piekielny? Michał? Renata? Czy też wyścig szczurów, który dotarł niestety do naszej firmy?

czy warto pomagać?

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 136 (164)

Podziel się pozytywnymi historiami na
WSPANIALI.pl

Piekielni