Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

 

#66501

(PW) ·
| Do ulubionych
Pracuję jako montażysta video. Montowałem już prawie wszystko: od materiałów reporterskich, przez polityczne debaty, po reklamówki. Nie jestem stale zatrudniony, a żyć jakoś trzeba, więc obecnie montuję wesela. Jest to o tyle fajne, że firma, dla której wykonuję owe zlecenia, robi naprawdę dobre materiały. Serio. Na kilka kamer, drony i flycamy w ofercie, więc ujęcia wychodzą czasami przepiękne.

Czasami.

Ja rozumiem, że ślub siostrzenicy/bratanka jest (jak się poszczęści) raz w życiu. Ja rozumiem, że jak ktoś kupi sobie kompaktową kamerę, to myśli, że jest drugim Januszem Kamińskim. Ale ludzie! Para Młoda wydała na realizację foto/video naprawdę duże pieniądze. Nie wchodźcie swoimi kompaktowymi aparacikami i kamerkami w kadr operatorom. Niektórych ujęć naprawdę nie da się powtórzyć, a każde ujęcie, na którym pojawia się "wujek Staszek z kamerą" jest do wyrzucenia. To jedno ujęcie mniej dla montażysty i tym samym jedno ładne ujęcie mniej w ostatecznej wersji materiału.

Dlatego zamiast nagrywać na swoje urządzenia jakieś zlepki całej uroczystości, których i tak nigdy nie obejrzycie, usiądźcie, bawcie się, a nagrywanie zostawcie ludziom, którzy mają za to zapłacone. :) W razie czego skopiowanie gotowego materiału od Pary Młodej nie jest jakimś dużym problemem. :)

wesele

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 156 (Głosów: 190)

#66463

(PW) ·
| Do ulubionych
Prowadzę małą firmę projektową, głównie wod-kan, ale także trochę hydrotechniki.
Niedawno zgłosił się do mnie klient kończący budowę pensjonatu. Potrzebował projekt przyłącza wodociągu i kanalizacji oraz "jeszcze taki drobiażdżek - zobaczy pan na miejscu".

Przyjeżdżam. Przyłącza to nie problem - długie (ponad 800m w linii prostej do sieci), ale bez niespodzianek. Ale za to "drobiażdżek" po prostu zwalił mnie z nóg:

W dolnej części ogromnej działki płynął malutki strumień, więc pan inwestor, żeby na czas budowy mieć wodę, sobie go spiętrzył. I to dość "konkretnie" - zalana powierzchnia to na oko jakieś 5-7 arów. Teraz potrzebuje projekt, żeby to zalegalizować. Mówię, uczciwie, że tego nie da się zalegalizować. Co więcej, moja znajomość tamecznych RDOŚ-u* I RZGW** wskazuje, że jeżeli "dzikie" spiętrzenie wyjdzie na jaw to pan - w najlepszym wypadku - zapłaci drakońską karę. Pan jednak się upiera, że "sprawa jest już omówiona w RZGW i Urzędzie Melioracji. Wszystko mi przyklapną, potrzebuję tylko projektu technicznego". Znam te instytucje, więc trudno mi w to uwierzyć, ale pan nie daje się przekonać. Chce projekt techniczny i już.

Dwa dni później mamy podpisać umowę. Pan przychodzi z prawnikiem i propozycją tekstu umowy. Objętość imponująca - 28 stron (zwykle podobne umowy to maks 6-7). Zaczynam czytać. Umowa skonstruowana jest na zasadzie zagadania - przepisane definicje wszelkich użytych zwrotów, treść "dygresyjna"- co kawałek odwołanie do dalszych lub wcześniejszych punktów. Dlatego czytanie idzie mi powoli, co niezmiernie irytuje pana inwestora "wszystko jest tak jak się umawialiśmy, a ja nie mam całego dnia". Ta nerwowość wzbudza moje podejrzenia. I faktycznie zasadne: z pokrętnej treści i piętrowych odwołań wynika nie tylko to, że warunkiem rozliczenia umowy jest uzyskanie pozwolenia wodnoprawnego oraz pozwolenia na budowę (na co jak już pisałem nie ma żadnych szans) ale także to, że biorę pełna odpowiedzialność, za już wykonaną samowolkę...

Pytam czy taka interpretacja jest właściwa i mówię, że na wszelki wypadek zadzwonię po mojego prawnika. Panowie bez słowa zbierają papiery i wychodzą.
Mam nadzieję, że nie znajdą naiwnej ofiary.

Podkarpacie

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 341 (Głosów: 355)

#66475

(PW) ·
| Do ulubionych
Sagi o skąpstwie część druga. :) Dla tych, którzy pierwszej części nie czytali: http://piekielni.pl/66444

1. Szeroko pojęty sprzęt BHP: jedna para gumowych rękawic na wszystkich pracowników i wolontariuszy "z doskoku", czyli od 4 do 8 osób. Dwie pary gumowych rękawic zakupiliśmy z własnych pieniędzy za zawrotne 1.49 euro i trzymamy w swoim pokoju.
Do tego coś, przez co zachodzę w głowę, jak hostel daje radę zaliczać kontrole BHP/sanitarne: BRAK APTECZKI. W całym hostelu nie ma ani jednej apteczki pierwszej pomocy.

2. Wspomniana już w komentarzach akcja z wybielaczem, kiedy to właściciel hostelu stwierdził, że nalanie stężonego chlorowego paskudztwa do steamera (zamiast detergentu) jest po prostu fenomenalnym pomysłem. Takim piekielnym połączeniem kazano nam czyścić fugi z grzyba w niewentylowanych łazienkach, oczywiście bez żadnego ostrzeżenia, czym zastąpiono detergent. Efekt: i ja, i mój chłopak się potruliśmy, u mnie poparzona śluzówka w nosie i krew lejąca się z kichawy jeszcze przez dwa dni. Jedna para spodni roboczych do wyrzucenia, przeżarło w jednym miejscu tak, że materiał się rwał. Maska z odpowiednimi filtrami kupiona za własne pieniądze (maska tego typu: http://g-ec2.images-amazon.com/images/G/01/th/3M/resp/6211._V395766850_.jpg) i trzymana u nas w pokoju.

3. Ciepła woda przez cały dzień? Toż to burżujstwo! Woda jest podgrzewana tylko na dwie godziny rano i dwie wieczorem. My dostajemy kociokwiku, bo sprzątaj tu człowieku bez ciepłej wody (kiedy odplamiamy pościele w stulitrowym zlewie, gotujemy wodę w czajnikach elektrycznych). Goście się zrażają, bo są przykuci do hostelu w określonych godzinach jeśli chcą się umyć albo pozmywać tłuste gary. Jechałeś dwanaście godzin samochodem, jedyne, o czym marzysz, to prysznic, ale przyjechałeś do hostelu po 19:30? Zapomnij o kąpieli, musisz czekać do rana. Jest to najczęściej zgłaszany problem w opiniach na portalach typu tripadvisor.

4. Kuchnia samoobsługowa, to brzmi zachęcająco! Rzeczywistość: na ponad 100 łóżek mamy w kuchni 16 szafek, z czego wszystkie zajęte przez rezydentów i obsługę. Do tego cztery takie malutkie, sześcienne lodówki (tego typu: http://chlodziarka.com.pl/photos/mala-lodowka-chlodziarka-bauknecht-a-ladna-2604051209.jpg). Zero zamrażalników. Jeden czajnik elektryczny (ciągle trzeba czekać, żeby sobie zrobić coś do picia), jedna mikrofalówka. Do gotowania mamy jeden piekarnik i jedną, czteropalnikową płytę grzewczą. Płyta grzewcza chyba pochodzi z epoki kamienia łupanego i rozgrzewa ją siedzący pod palnikiem jaskiniowiec krzeszący ogień, gdyż wodę na makaron gotuje się PRAWIE GODZINĘ. Teraz się już wycwaniliśmy, gotujemy wodę w czajniku elektrycznym i wlewamy do gara. ;) Płyty grzewcze były dwie (obie napędzane przez jaskiniowców z krzemieniami), ale jedna się zepsuła, a właścicielowi "nie opłaca się" jej naprawiać. Garnków, sztućców i naczyń w zasadzie "niet", każdy z rezydentów ma swoje, a ty, drogi gościu - kombinuj!

5. Jeszcze do niedawna WiFi było tylko w holu przy recepcji, ale hostel zbierał z tego powodu mnóstwo niepochlebnych opinii na portalach, więc właściciel wykosztował się na dwa routery. Dzięki temu mamy już internet w pokojach, chociaż na drugim piętrze bywa problem z zasięgiem.

Chcecie jeszcze, czy już przynudzam? :)

hostel zagranica

Skomentuj (32) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 235 (Głosów: 285)

#66482

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia zdarzyła się kilka lat temu. Kilka słów o kochanych sąsiadach.

Mieszkałam w bloku, na 3 piętrze. Niestety w mojej klatce średnia wieku to 60 lat, w dodatku ludzie, których głównym zajęciem jest monitorowanie osiedla i przesiadywanie na ławce w celu wspólnych ploteczek. To naprawdę bardzo upierdliwe staruszki. Przez pierwszy rok od przeprowadzki, na porządku dziennym było dzwonienie na policję chwilę po 22, bo pies szczeknął, więc na pewno awantura u nas. Funkcjonariusze często zastawali nas zaspanych - takie oto haniebne rzeczy się u nas działy. Każda nowa rodzina, która się wprowadzała przechodziła swoisty chrzest, ale to temat na osobną historię. Pomimo tego wszystkiego mama zawsze upominała mnie, że jak widzę sąsiadkę z ciężkimi torbami, to mam jej pomóc nieść, otwierać drzwi i ogólnie zachowywać pełną kulturę. Tak też robiłam.

Któregoś jesiennego wieczoru babcia wyszła do sklepu. Kiedy wracała i weszła już do klatki ktoś ją napadł, zanim zdążyła zapalić światło. Delikwent nie zrobił jej krzywdy, ale szarpał się z nią w celu kradzieży torebki oraz reklamówki z zakupami. Babcia krzyczała w nadziei, że któryś z sąsiadów wyjdzie na pomoc. Oczywiście tak się nie stało. Na szczęście w torebce znajdował się tylko portfel, którego zawartość to ok. 20 zł, ale nie o tym mowa. Następnego dnia zaczepiła mnie sąsiadka i wywiązał się mniej więcej taki dialog:

(S)ąsiadka: A co to się Twojej babci stało, bo słyszałam jak krzyczała wczoraj wieczorem na klatce?
(J)a: Ktoś ją napadł. A to słyszała Pani, że wzywa pomocy i nawet nie wyszła sprawdzić co się dzieje?
S: No tak, tak. Wiesz, myślałam, że ktoś sobie żarty robi. No i co to się tam wydarzyło?
J: Skoro myślała pani, że ktoś sobie robi żarty, to skąd Pani wie, że to akurat była moja babcia?
S: Pomińmy szczegóły, mów co tam się działo.

Opadły mi ręce. Odpowiedziałam sąsiadce jedynie tyle, że gwarantuję, że nie otrzyma ode mnie ani od mojej rodziny pomocy w razie gdyby coś się jej działo.

Wyprzedzając komentarze, że przecież starsza kobieta, bała się i tym podobne dodam, że wszelkie popijawy kilkunastoosobowych grupek szemranego towarzystwa spoza osiedla kończyły się wychodzeniem sąsiadki w piżamie, szlafroku, kapciach i robieniem awantury, niezależnie od pory dnia czy nocy, więc raczej należy do tych odważnych.

Skomentuj (5) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 274 (Głosów: 300)

#66480

(PW) ·
| Do ulubionych
O tym, jak do dobrego człowiek się szybko przyzwyczaja.

Miałem współlokatorkę. Wspólne mieszkanie szło całkiem nieźle, bez większych problemów. Do czasu.
Słowem wyjaśnienia, jeśli chodzi o sprzątanie, dzieliliśmy się obowiązkami. Jednak jeśli chodziło o zmywanie, po pewnym czasie pojawił się problem. Dużo gotowałem, a co za tym idzie, dużo naczyń pozostawało do umycia. Nie zawsze chciało mi się robić to od razu, więc przez chwilę stały w zlewie. W tym czasie współlokatorka zazwyczaj gotowała sobie, naczynia wstawiając do zlewu. Gdy przychodziłem pozmywać w końcu swoje rzeczy, czasem zmywałem również i jej. Ot, ja nic nie stracę jak poświęcę na to parę minut więcej, a przynajmniej będzie nieco czyściej w kuchni.

Jednak po pewnym czasie okazało się, że szanowna współlokatorka przestała w ogóle pojawiać się w pobliżu zlewu w celu innym niż pozostawienie tam kolejnego garnka, talerza, czy kubka po kawie. Postanowiłem od tego momentu zmywać na bieżąco i sprawdzić co się stanie. Było to w poniedziałek.
Stosik naczyń urósł sporo. W okolicach czwartku, współlokatorka stwierdziła, że tak być nie może. Wywiązał się dialog:

[W]: Jak tak siedzisz w domu, to mógłbyś trochę ogarnąć w tej kuchni. (Plan miałem tak ułożony, że 2 dni miałem wolne).
[Ja]: Ok, z tym że tam nie ma moich rzeczy do mycia.
[W]: No i co z tego? Syf jest, trzeba posprzątać.

Przytaczanie całej dyskusji nie ma sensu, gdyż przybrała ona postać pętli. Ostatecznie gary stały do piątku. A współlokatorka w ramach sankcji przestała się odzywać. Co niestety nie świadczy o tym, że miałem spokój - stała się dość hałaśliwa, ale to materiał na inną historię.

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 268 (Głosów: 282)

#66499

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia http://piekielni.pl/66482 użytkownika kuznia, skłoniła mnie do opisania mojego przypadku związanego z ignorowaniem krzyków przez sąsiadów.

Miałam wtedy 10 czy 11 lat. Z racji nieobecności w szkole, musiałam iść spisać lekcje. Jako, że koleżanka mieszkała na drugim końcu osiedla, musiałam iść do budki telefonicznej żeby zadzwonić (czasy kiedy komórki nie były tak powszechne jak dziś, a aparat telefoniczny mama pożyczyła koleżance).

Była to niedziela, godzina ok 12-ej. Wracając do domu, zauważyłam jak mężczyzna wchodzi do "mojej" klatki. Nie wiedziałam, że na mnie czeka. Złapał mnie na półpiętrze, chwycił za krocze i zaczął pytać się czy mieszka tu ktoś kto naprawia pralki. Zmroziło mnie i sparaliżowało. Pokiwałam przecząco głową, myśląc że da mi spokój. Ale nie, on trzymał mnie dalej i pytał czy może ktoś naprawia lodówki, kiedy też pokiwałam głową, stwierdził, że musi sprawdzić czy nie noszę pampersa..
Naprawdę nie wiedziałam co robić, dopiero kiedy ściągnął mi spodnie, majtki i pochylił do przodu, zaczęłam się niebotycznie drzeć, kiedy poczułam jego język wiadomo gdzie...

Mimo że była niedziela, godzina taka że większość lokatorów była w domu, nie wyszedł absolutnie nikt, mimo że było mnie słychać od parteru do czwartego piętra. Napastnik spłoszył się na szczęście i uciekł. Kiedy wbiegłam zapłakana do domu, mama już była w pogotowiu, kiedy dowiedziała się co się stało, wybiegła przed klatkę (swoją drogą wtedy sąsiedzi zaczęli nagle z psami wychodzić). Oczywiście nikt nic nie widział, mimo że podałam dokładnie w co był ubrany sprawca.
I tylko cieszę się, że wystraszyłam się na tyle, że zaczęłam krzyczeć, a napastnik nie był skończonym psychopatą i nie chciał mnie uciszyć, bo mogłoby się skończyć dużo gorzej.

Więc krzyki dziewczyny na nikogo nie podziałały, nikt się nie zainteresował co się dzieje, a nie daj Boże, puść głośniej muzykę...
Tak oto olewactwo sąsiadów może doprowadzić do tragedii.

sąsiedzi

Skomentuj (16) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 126 (Głosów: 198)
Jak wychować przyszłego "Polaka-cebulaka", czyli "mi się należy".

Miałam przyjemność przejażdżki pendolino. Wszystko byłoby ok, gdybym nie trafiła do wagonu nr 2, przeznaczonego m.in. dla matek z dziećmi. Dzieci dziećmi, fanką nie jestem, mieć nie zamierzam. Trafiłam do tegoż wagonu z przydziału, nie z wolnej woli.
Część drogi upłynęła pod znakiem wysłuchiwania wrzasków "tuuutuuu!", wieszania się na siedzeniu (dzieciak chwytał się zagłówka fotela przed swoim i zwisał), wpychania się dzieciaka do tych, którzy mieli pecha korzystać po drodze z laptopów (np. elegancki pan biznesmen, widać, że jedzie na jakieś spotkanie służbowe, a tu mu się wbija na kolana czterolatek uświniony czekoladowym batonikiem, którego jeszcze nie zjadł do końca). Jak się go rugowało od laptopa, to darł się przeraźliwie "baja! baaaaja!". Na opóźnionego nie wyglądał, na rozpieszczonego owszem.

Mamusia na zwracaną jej uwagę reagowała tak - "ona jest w przedziale przyjaznym dla matek z dziećmi, więc jej wolno, a Alanek musi się wybiegać". Pech (dla niej) chciał, że zaraz za wagonem nr 2 jest wagon nr 3, a w wagonie nr 3 przedział konduktorski. Ktoś zniecierpliwiony się pofatygował, konduktor przyszedł, powiedział parę słów przyciszonym głosem mamuśce i nastał spokój. Okazało się, że Alanek może się powstrzymać od latania po rozpędzonym momentami pociągu, mało tego - wyszło na jaw, że Alanek miał swój tablet, a na nim jakieś bajki, które potem oglądał (całe szczęście z podpiętymi słuchawkami) cichutki jak trusia. Matka nadęła się zaś jak dorodna pieczarka i tak siedziała aż do swojej stacji.

pendolino

Skomentuj (17) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 317 (Głosów: 375)

#66477

(PW) ·
| Do ulubionych
Szłam ja sobie wczoraj w godzinach szczytu główną ulicą miasta Bydgoszcz. Idę, idę i widzę dziewczynkę w wieku 10-12 lat, grającej na skrzypcach. Wystawiony futerał, napis: Zbieram na leczenie chorej koleżanki.
Jeśli na serio na to zbierała, cel miała jak najbardziej szlachetny, jeśli nie, to jej też się pewnie przyda kieszonkowe. Dziewczę zadbane, prosto ze szkoły, ot tak sobie stanęła by zarobić.
Sama grałam na skrzypcach i chodziłam do szkoły muzycznej. Dałam więc dziewczynce 2 zł. Ludzie patrzyli jak gra, każdy wyciągał jakieś drobne, czasem 50 gr, ale zawsze.

Aż przyszła pani A. Pani A przystanęła i mówi, że tu policja za chwilę przyjedzie. Dziecko zaczyna się pakować powoli, a ona na to, że nie żartuje i że zadzwoni na policję. Na to jeden starszy pan powiedział, że ładnie gra i by się nie pakowała, a pani powyzywała go od skur**eli a dziewczynkę od s*k.
Mogła przejść i nie zwracać uwagi. No ale boli, że ktoś zarobi te parę złotych nie?

P.S. Skrzypiec prawie nie było słychać, więc nie wiem co przeszkadzało pani A. I chociaż dziewczynka nie powinna tak robić, to bez przesady. Dużo ludzi pracuje na czarno choć wiem, że to nie jest wytłumaczenie.

P.S 2. Z mojej rozmowy z siostrą wynika, że dziewczyna zbierała na koleżankę, która zmarła w dziś w nocy tj 28 maja.

Skomentuj (47) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 233 (Głosów: 325)

#66473

(PW) ·
| Do ulubionych
Akcja dzieje się na przystanku autobusowym tuż obok wejścia do Metra. Stoję praktycznie pod wiatą, wokół mnie maksymalnie pięć osób. Każdy ma miejsce dla siebie, nikt nikomu nie przeszkadza. Ale żeby nie było mi zbyt dobrze, pojawia się ona - piekielna matka z dzieckiem w wózku.

Właściwie to najpierw pojawia się tępy, niespodziewany ból w nodze, po tym jak babsko wjechało we mnie swoim bolidem. Zszokowana nie reaguję, przecież każdemu się może zdarzyć. Po cichu liczę na jakieś przepraszam, lecz zamiast tego czuję jak ten piekielny wózek wjeżdża mi w nogę po raz drugi - tym razem jestem już pewna, że celowo.

[P]iekielna: Wy********j! (dalej wjeżdżając we mnie tym cholernym wózkiem tyle tylko, że z coraz większą siłą) Chcę się K*** dostać do tej je****j windy!
[A]tari: (po zrobieniu kroku w tył) Istnieje takie słowo jak przepraszam!
[P] Spier****j s**o !!

I poszła w kierunku windy, odwracając się jeszcze na chwilę, by pokazać mi środkowy palec.

A ja? cóż, wsiadłam do autobusu z nadzieją, że córka będzie miała więcej kultury niż mamusia.

przystanek autobusowy i piekielna mamusia

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 126 (Głosów: 210)

#66472

(PW) ·
| Do ulubionych
Kuzynka moja, a właściwie piąta woda po kisielu, ale mieszkająca po sąsiedzku dorobiła się potomka. Eryk, chłopiec całkiem ładny i mało przypominający wyglądem kartofla, czyli zupełna odwrotność swojej rodzicielki. Teraz będzie miał około 2 lat, a więc stawia już całkiem żwawe kroki, czasem upadnie na twarz, ale generalnie radzi sobie całkiem nieźle. Kuzynka moja razem z sobie podobnym mężem zaczęła wypuszczać Eryka na piesze wycieczki dookoła swojego domu, oczywiście ogrodzonego, jakżeby inaczej.

Zanim kuzyneczka dorobiła się potomka, który gospodarstwo po niej przejmie, miała "psa stróżującego". Ot, zwykły kundel, 24 h na dobę zamknięty w kojcu, dość spory i kojec, i pies. Psiak raczej spokojny, nigdy nie chciał zwiedzać miejscowości na własną ręk... łapę, z kojca nie uciekał, jak ktoś przechodził, to też nie chciał gardła rozerwać. Nawet ręki odgryźć nie chciał. Właściwie to łasił się, byleby go po głowie pomiziać. Pies na dzień dzisiejszy miałby 8 lat, ale niestety nie doczekał tego wieku.
Dlaczego?

Otóż, gdy Eryk zaczął wychodzić na piesze wyprawy dookoła domu, pod okiem któregoś z rodziców, to pies zaczął się oblizywać. Bo psy normalnie się nie oblizują, one oblizują się tylko, gdy chcą pozbawić życia niewinną istotkę, zwaną dzieckiem.
Pies oblizywał się znacznie za często, jak na normalnego psa, a więc na pewno chciał Eryczka pożreć na śniadanie. Albo obiad. Albo kolację.

I tak pies zakończył żywot, uśpiony przez weterynarza, któremu zostało powiedziane, że pies ucieka, rzuca się na kury, dusi kaczki, no i przede wszystkim czyha na życie Eryka.

Skomentuj (21) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 285 (Głosów: 353)

Podziel się pozytywnymi historiami na
WSPANIALI.pl

Piekielni