Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

 

#61055

(PW) ·
| Do ulubionych
O tym jak chciałam oddać fotelik samochodowy dla dziecka.

Fotelik praktycznie nówka-sztuka, mój młody w ogóle w nim nie siedział, bo kupiliśmy inny w zestawie z wózkiem. Dostałam go od kuzynki, która użyła go zaledwie kilka razy. Umieściłam lokalne ogłoszenie, dałam zdjęcia, opisałam.

Pierwszego dnia dostałam mnóstwo sms-ów i maili o treści "ten fotelik to aktualne?". I cisza.

Napisała do mnie dziewczyna, że u niej się nie przelewa i nie stać jej na kupno choćby używanego, więc z nieba jej spadłam. Odpisałam, że fotelik jest do odebrania tu i tu - obojętnie jaką porą. Spytałam się jej również czy spodziewa się chłopca, czy dziewczynki, bo mam wór ciuszków w świetnym stanie, niektóre nowe. Oczywiście do oddania. Doczekałam się odpowiedzi po 2 dniach: "a to nie mogłaby pani mi tego przywieźć do Wejherowa?" Tak kurde, już pędzę te 50 km... W ogłoszeniu jasno określone jest miejsce gdzie można fotelik odebrać. Więcej się nie odezwała.

Sms: "siema, ja w sprawie fotelika, podjedziesz z nim do centrum Gdańska?"

Ja: "przykro mi, ale w ogłoszeniu zaznaczyłam, że odbiór osobisty w moim miejscu zamieszkania, aktualnie nie jestem zmotoryzowana, wiec takie rozwiązanie nie wchodzi w grę. Pozdrawiam"

"przecież są autobusy!!!"

Oczywiście. Z dzieckiem pod pachą, z wózkiem i fotelikiem na doczepkę będę się wlokła autobusem w upale. Nie, dziękuję.

W swoich ogłoszeniach mam również telefon na sprzedaż, nic ciekawego-Samsung dotykowy, 3 lata ma, cena - 150 zł. Sms:
"odbiorę od ciebie fotelik, pozbędziesz się problemu, ale pod jednym warunkiem..."
Jak mam być szczera trochę mnie to zaintrygowało, więc odpisałam: "co to za warunek?".
Odpowiedź: "dasz mi tego Samsunga za 5 dych". Nie skorzystałam.

Aktualnie czekam (chyba naiwnie) od paru dni na jakieś odpowiedzi od ludzi, w tym od dwóch z mojej miejscowości. Jeśli do jutra skrzynka będzie pusta, po prostu poczekam aż mąż wróci z wyjazdu i zawieziemy fotelik i ciuszki do gopsu.

sprzedaż

Skomentuj (49) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 377 (Głosów: 397)

#60853

(PW) ·
| Do ulubionych
Pomyślałam, pomyślałam i przypomniałam sobie kilku klientów, przez których stwierdzam, że w jakimkolwiek handlu zwierzętami powinna zostać wprowadzona klauzula sumienia pozwalająca odmówić sprzedaży. W końcu, jeżeli "nietrzeźwym alkoholu nie sprzedajemy" to w przypadku zwierząt... oceńcie sami:

1. Znawca.
On - Jak bede chciał kupić tego wenża to pani mi go wyjmnie?
Ja - Oczywiście.
On - I nie boi sie pani?
Ja - Nie.
On - To ja kupie bo jednego już mam.
Ja - A z ciekawości, jakiego pan ma?
On - No takiego jak tu jest w klatce(?) (może szczegółów się czepiam, ale już lampka zaświtała, że posiadacz gada nie pomyliłby terrarium z klatką)
Ja - No ale ja o gatunek pytam.
On - No taki jak ten co tu siedzi, ja hodować bende to musze drugiego mieć.
Ja - Ale skoro pan uważa, że takiego ma, to pytam o nazwę gatunku, a w przypadku planów co do hodowli, muszę zapytać o płeć posiadanego już zwierzaka.
On - Troche miejszy bendzie wienc pewnie to samniec jest a ja mam samice.
Ja - Gatunek?
On - Taki sam. To pani wyjmnie go bo kupie.
Ja - Obawiam się, że nie wyjmę.
On - Czemu? Ja kupie!
Ja - Nie sądzę, zwierzę to nie zabawka - pooglądać można sobie przez szybę albo na Animal Planet, a z pana wypowiedzi wnioskuję nie tylko, że pan nie ma w domu zwierząt, ale i nie ma o nich zielonego pojęcia.
On - Ja sie znam! Ja jestem hodowcą!
Ja - Jakoś wątpię, skoro nie zna pan nawet gatunku zwierzęcia.

2. Kochany tatuś.
Tata z 2 rozwrzeszczanych szkrabów, na oko nie starszych niż 3-4 lata, króliczek wybrany, oprzyrządowanie zapakowane, kwota do zapłaty w trakcie odliczania... nagle olśnienie tatusia!
KT - W razie co to rozumiem, że można oddać.
Ja - Ale zaraz zaraz, po pierwsze to co oznacza "w razie co", a po drugie to dlaczego oddać? Sprzęt nowy, nie uszkodzony, przecież oglądał pan przed chwilą.
KT - No ale królik...
Ja - Co królik? Młody, zdrowy, sam pan z dziećmi wybierał.
KT - No ale wie pani jak to jest (pokazuje na szkraby) bo dzieciaki, bo kaprys, a jak się znudzi to kto będzie sprzątał? (?!) (wyjmuję zwierzaka z pudełka i zaczynam rozpakowywać zakupy). Co pani robi?
Ja - Odkładam wszystko na miejsce.
KT - Ale z jakiej racji? Przecież kupuję.
Ja - Nie kupuje pan, a to nie jest wypożyczalnia.
KT - No wiem, przecież płacę.
Ja - Już pan nie musi i zwierzaka też nie mam prawa panu sprzedać, skoro pan tak stawia sprawę, powtarzam - to nie wypożyczalnia! To żywe zwierzę, a nie zabawka, którą po zabawie można rzucić w kąt. Potrzebuje opieki i uwagi i nie nadaje się dla ludzi nieodpowiedzialnych.
KT - Ja na panią doniosę do kierownika!
Ja - Proszę bardzo - kierownik, pomijając fakt, że w przypadku zwierząt i niektórych produktów nie obowiązują zwroty, jak dowie się o pana pomyśle, sam wyprosi pana ze sklepu. Odpowiedzialni ludzie przed przyjęciem do domu nowego "mieszkańca", starają się poznać chociaż podstawy dotyczące utrzymania zwierzęcia, a jestem pewna, że pan takowych nawet nie próbował poczynić, bo wiedziałby pan, że królik to dodatkowa odpowiedzialność na następne 8 lat (minimum) a nie na kilka dni, żeby dzieci się pobawiły i znudziły.

3. Akwarysta specjalista (tym razem trafiło na kolegę).
3.1.
AS - Panie, rybki do akwarium!
K - ... (standardowy wywiad - jakie akwarium, jaka obsada, jakie warunki - by polecić odpowiednie gatunki)
AS - No takie (pokazuje gestem rozmiary mniej więcej standardu ok. 60 litrów), ryby różne, takie normalne, spokojne (wymienia przykładowe nazwy, choć dziw, że można wymienić 10 gatunków ryb z czego żadnego poprawnie), ze 40 jest...
K - Ale tak po prawdzie to już trochę przeludnienie (przerybienie?), będzie im ciasno i mogą zacząć walczyć o terytorium.
AS - Ale chociaż parę wybiorę, żeby kolory urozmaicić.
K - Tłumaczę panu, że za ciasno będzie.
AS - Co mi pan wciska! Pan mnie obraża, ja jestem doświadczonym akwarystą i wiem ile mogę mieć ryb! Ja mam akwarium już rok! (tu już jako świadek miałam problem, by nie wybuchnąć śmiechem, ale znając kolegę poczekałam na odpowiedź).
K - Oczywiście, ma pan rację. Czymże jest moje 27 lat posiadania akwarium (dodam, że ma w domu ponad 700 litrów), nauki, powodzenia w rozmnażaniu najbardziej wymagających gatunków ryb i roślin. Czuję się niegodzien obsługiwać tak doświadczonych i obeznanych akwarystów, bo moja wiedza jest niczym, w porównaniu z pańską.

3.2.
- Rybki do kuli poproszę.
K - Bardzo proszę, jaka kula?
- No spora (składa ręce w wanienkę, jakby chciała nabrać wody - rozmiar powalający, pewnie kieliszki do wódki ma w domu większe)
K - Wie pani, właściwie, to na jedną rybkę będzie już ciasno. (ale klient nasz pan) Proszę, tu są bojowniki, można sobie wybrać.
- Ale ja już tam sobie wybrałam (i pokazuje na akwarium z delikatnymi i wymagającymi pielęgniczkami).

3.3.
- Rybkę poproszę, o tą! (tak! nie TĄ w sensie TĄ ODMIANĘ, lecz TĄ w sensie TĄ KONKRETNĄ!, czyli 300 neonków w akwarium, a pan szanowny raczy pokazać, którą sobie upatrzył, ponieważ jest o 0,01 mm większa).
- Ale wie pan, że to stadna rybka, powinno być ich więcej, ponieważ bez stada stresują się, chowają, a w ostateczności mogą nawet paść bez przyczyny? (może i rybka za 2,50 ale jednak żywa istota)
- (myśli - poznałam po dymie uchodzącym uszami) Stadne pani mówi? To 3 poproszę.

4. Starsza pani.
SP - Poproszę papużkę i klatkę - takie śliczne tu macie, a ja miałam kiedyś taką i ona tak po domku latała i przychodziła i śpiewała... (bywają dni, kiedy ma się ochotę nieuprzejmie odpowiedzieć, gdzie się ma fakt, że ktoś kiedyś miał papużkę, ale cierpliwie słucham wywodów starszej pani, zanim łaskawie przejdzie do rzeczy i pokaże, co wybrała, zamiast blokować kolejkę, z której dochodzi już marudzenie, ileż to ludzie w kolejce muszą czekać)
Ja - Dobrze, proszę pani, którą papużkę złapać?
SP - Tą (nimfa - dorodny i pięknie ubarwiony samczyk)
Ja - A klateczka? (staram się unikać zdrobnień, ale jakoś jak się stoi za ladą to samo nieświadomie przychodzi, nawet koledze 2x większemu i szerszemu ode mnie).
SP - Ta jest piękna, kiedyś miałam podobną i taka papużka w niej mieszkała...
Ja - Ale (teraz jej przerwałam) zdaje pani sobie sprawę, że to klatka dla kanarka?
SP - No to co? piękna jest i do papużki też pasuje...
Ja - No właśnie nie pasuje. Kanarek to maleńki ptaszek, a te nimfy, choć już 3x większe, to jeszcze młode i urosną, zwłaszcza samce.
SP - No przecież dość duża, zmieści się w niej...
Ja - ... żeby siedzieć i nie móc się ruszyć, a ta nie jest egzystencja jaką lubią papugi. Ona musi mieć klatkę na tyle dużą, by móc rozłożyć skrzydła, nie mówiąc już o możliwości przefrunięcia się choć trochę. (pokazuję klatkę, która by się nadała, a tylko 10 zł różnicy, bo ta mała ze względu na kształt i materiał też nie była tania)
SP - No to będzie wychodzić na pokój i latać ja ta co miałam i co przychodziła i jadła z ręki...
Ja - Ile czasu ją pani oswajała, by mogła bez strachu latać i przychodzić i jeść z ręki?
SP - No kilka miesięcy.
Ja - I przez te kilka miesięcy papuga ma wegetować w za małej klatce bez możliwości ruchu, zanim oswoi się na tyle, by można było ją wypuszczać z klatki?
SP - Ona się szybko oswoi. Proszę zapakować.
Ja - Proszę bardzo.

Dla wyjaśnienia - zdzieranie gardła nie kosztuje, a im więcej się produkuję dla samego spokoju sumienia, tym większa szansa, że czasem coś dotrze do zakutego gara i w 1 na 10 przypadków jest szansa, że człowiek się ogarnie i zwierzak nie ucierpi. Dlatego zaproponowałam jeszcze na odchodne, że jakby jednak się zdecydowała, to zapraszam - wymienię klatkę na większą. I JEST! NA NASTĘPNY DZIEŃ POJAWIA SIĘ ŚWIATEŁKO W TUNELU!

SP - Nie stoi w kolejce, a informuje, że poczeka aż JA będę wolna (czyżby coś?) Dzień dobry, ja w sprawie tego, co pani mi wczoraj mówiła... (trochę zawstydzona, mówiąc do mnie liczy kafelki na podłodze, znaczy można się spodziewać sukcesu wychowawczego).
Ja - Słucham. Jak papużka się czuje?
SP - No bo wie pani, bo ja tą klatkę kupiłam, bo ona mi się tak podobała, taka ładna (...) ale ona tak siedzi na dole i się nie rusza i taka smutna i jeść nie chce, a pani tak tłumaczyła, że to za mała i mi się wydaje, że to o to chodzi i że myślę, że pani rację miała i ja nie wiem co teraz zrobić...
Ja - W sensie, że wymieniamy klatkę na tą większą?
SP - Bo jak się przyjrzę, to ta też nie jest wcale brzydka, a mój papużek by się lepiej poczuł... Tylko ja nie wiem, bo on już siedział w tamtej klatce i nie wiem co zrobić.
Ja - Wie pani, możemy się umówić, że zostawi pani pieniądze za klatkę jako zastaw, przełoży do niej papugę, a tamtą pani umyje i przyniesie a wtedy oddam pieniądze i wezmę tylko te 10 zł różnicy w cenie.
SP - Byłaby pani taka kochana? Jest pani wspaniała! (no cóż, bywam wredna, ale jednak jeśli chodzi o dobro zwierzaka, to budzi się we mnie siostra miłosierdzia).

Epilog bez happy endu: Z relacji kolegi dowiedziałam się, że pani, a jakże, małą klatkę przyniosła wypucowaną, wymieniła, odzyskała resztę pieniędzy, które jednak zaraz przeznaczyła na kupno papużki. Towarzystwo dla pierwszej zapytacie? Nie - nowa! No bo kto to słyszał zamykać okno przy próbie przełożenia nieoswojonego ptaka z jednej klatki do drugiej?

sklep zoologiczny

Skomentuj (83) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 373 (Głosów: 489)

#60803

(PW) ·
| Do ulubionych
O nadgorliwości ochroniarza.

Mam cukrzycę. Czasem po prostu muszę tak szybko jak to tylko możliwe, napić się czegoś słodkiego, przez co zawsze noszę przy sobie soczek z rurką. Jednak pewnego razu soczek nie wystarczył - poziom cukru leciał na łeb na szyję. Wszedłem zatem do pobliskiego sklepu pewnej sporej sieci delikatesów.

Wziąłem z półki Colę i idę do kasy. Kolejka. Czuję, że poziom nadal jest za niski i już nie mogę czekać. Odkręcam butelkę, biorę kilka porządnych łyków i odkładam na tą jeżdżącą ladę, żeby wiadomo było, że zaraz zapłacę. Już wiele razy tak robiłem i nikt nigdy nie robił z tego problemu.
Ale nie tym razem. Baczny obserwator w osobie ochroniarza (wieku nieco już sędziwego, więc chronić mógłby co najwyżej siebie przed agresywnym kotem) podchodzi do mnie z wrzaskiem:

O: Co pan robi? Nie zapłacił pan!
J: Ale zaraz zapłacę. Mam cukrzycę i musiałem się szybko napić. Proszę dać mi zapłacić i nie będzie problemu.
O: Teraz zapłacić? Już ja znam te wasze ćpuńskie sztuczki, pewnie na farta liczyłeś.

Trochę się zdziwiłem. Na ćpuna nie wyglądam, może co najwyżej wyglądałem mizernie z powodu niskiego cukru, ale ogólnie rzecz biorąc raczej nikt mnie z ćpunami nie kojarzy. Starałem się jak mogłem wytłumaczyć jakże uprzejmemu panu co i jak, jednak ten szedł w zaparte nazywając mnie złodziejem i narkomanem.

O: Zaczekaj tu, dzwonimy po policję.

I sam już nie wiem co robić. Nie chce mi się czekać na policję, a samemu staruszkowi bez problemu po prostu czmychnę, jednak za Colę nie zdążyłem zapłacić, a kasjerka już w tym momencie nie chciała ode mnie pieniędzy tylko sprawiedliwości. No nic, czekamy.
Na szczęście poziom już był jak należy, czułem się lepiej i czekanie na policję nie było tak męczące jak mogło. Ani tak długie, jak mogło.

Policjanci w liczbie dwóch zjawili się po dziesięciu minutach.
Po wysłuchaniu ochroniarza policjanci zmierzyli mnie wzrokiem. Nie pasowałem za bardzo do opisu kradnącego narkomana, dlatego zanim podjęli wobec mnie jakiekolwiek kroki, wysłuchali i mojej wersji. Kiedy opowiedziałem im co jak, spojrzeli po sobie jakby z zażenowaniem, potem rzucili w moją stronę:

P: Idź młody, szkoda twojego czasu.
J: Ale jeszcze za Colę nie zapłaciłem.
P: My to załatwimy, masz dzisiaj gratis.

Zanim wyszedłem, rzuciłem jeszcze okiem na ochroniarza. Chyba nie dowierzał, co się właśnie stało.

Skomentuj (33) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 534 (Głosów: 568)
Niedawno instytucja, w której pracuję, nabawiła się nowego budynku. Nie, że budynku - cudownego, nowoczesnego Centrum Sterowania Kosmosem. Na otwarcie o mało sam papież nie przyjechał. Wszystko tak nowoczesne, że aż strach - np. nie można otworzyć okien, bo taka super czytająca w myślach klima, to po co klamki przy oknach?

Budynek jest tak nowoczesny, że jego wnętrze ma własny mikroklimat, naśladujący pogodę panującą na zewnątrz.

Światło słoneczne zapewnia "J*ny przeszklony sufit". Na oknach są rolety, można się odciąć od świata zewnętrznego. Nawet działają. Natomiast przeszklonej połowy sufitu nie da się zasłonić i w letnie dni słońce nak*wia przezeń lumenami tak, że można robić sobie prześwietlenie ręki. Pracujemy w okularach przeciwsłonecznych, a i tak wszyscy wyglądamy jak słonie w jarzębinie.

Deszcz natomiast, zapewniają na zmianę klima (z której się elegancko leje) i sufit, który zaczął "popuszczać" przy pierwszej ulewie w historii Nowoczesnego Centrum.

Ale podłogi marmurowe są, żeby nikt nie mówił, że bida.

Centrum Wszechrzeczy

Skomentuj (23) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 473 (Głosów: 541)

#60841

(PW) ·
| Do ulubionych
Pewien facet trafił na SOR pobity. Dostał komplet badań, tomografię głowy, szycie łuku brwiowego, obserwację.
A właściwie powinien dostać obserwację, ponieważ zaraz po zaszyciu rany oddalił się, nie czekając nawet na wyniki tomografii.

Kilkanaście godzin później trafił do nas ponownie, tym razem z dużymi zaburzeniami świadomości. Znów badania, kolejne TK. Odesłany na operację krwiaka przymózgowego.

Nie byłoby w tym absolutnie nic piekielnego, gdyby nie fakt, że wpłynęło pisemko, że pan domaga się zadośćuczynienia, bo przecież wcześniej był u nas, nikt go nie uprzedził, że nie może się oddalić, a on miał krwiaka i mógł być niepoczytalny. I w ogóle to nasza wina, że on uciekł z SORu.

Nieścisłości były tylko dwie. W pierwszym badaniu krwiaka nie było (co nie wyklucza oczywiście, że dopiero narastał). A przy drugim pobycie pan miał rozwalone trochę więcej twarzy - znaczy, zaliczył kolejną bójkę pomiędzy badaniami.
Czyli prawdopodobnie krwiaka nabawił się mszcząc się za pierwsze pobicie.

Co nie przeszkadza mu pisać kolejnych zażaleń na odmowę wypłaty odszkodowania.

SOR

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 353 (Głosów: 405)

#60807

(PW) ·
| Do ulubionych
Sytuacja miała miejsce około roku temu w pewnym szpitalu.

Pacjentka w ciężkim stanie trafiła na intensywną terapię. Po wykonaniu badań potwierdziły się obawy lekarzy. Sepsa. Leczenie jednak poskutkowało, pacjentka przeżyła i miała się coraz lepiej, lecz po wszystkich koniecznych zabiegach naszła konieczność kolejna, mianowicie pacjentka była w śpiączce i nie można było jej w żadnym stopniu przemieszczać, ani też zmieniać jej pozycji. Musi leżeć jak leży przez dłuższy czas, ponieważ jest mocno wyczerpana. Niestety taka kolej rzeczy skutkuje odleżynami i nie było tym razem inaczej.

I chociaż jest to normalna sytuacja w przypadku takiego leczenia, to rodzina chorej, zamiast cieszyć się, że leczenie poskutkowało, podała szpital do sądu. Jakoby pracownicy celowo, czy też przez zaniedbanie byli winnymi kolejnych cierpień chorej. Nie chcieli w ogóle przyjąć do wiadomości, że walka z odleżynami mogła pacjentkę zabić.

Sąd po zapoznaniu ze sprawą przecierał oczy ze zdumienia, jednak prawdziwy pokaz rodzina chorej dała dopiero w sali sądowej. Otóż w dowód braku zaangażowania personelu szpitala stwierdzili:

R: Tam w tym szpitalu nikt się nią nie zajmował jak trzeba. Kiedy przychodziłam ją odwiedzić, to ona tam leżała ani nieuczesana, ani nieumalowana...

Najwyraźniej należy przemyśleć kwestię dofinansowania grzebieni i kosmetyków dla pacjentów w śpiączce, a lekarzy i pielęgniarki wysłać na kursy kosmetyczne.

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 415 (Głosów: 465)

#60810

(PW) ·
| Do ulubionych
Zostałam zaatakowana przez... gruz z nieba.

Pan Piekielny mieszka na trzecim piętrze i zamarzył mu się remont. Ja mam szczęście mieszkać pod Piekielnym lecz na parterze. Regularnie pod naszymi oknami panowie robotnicy organizują sobie parking i strefę wypoczynku, dlatego nawet okna nie można otworzyć. Tyle słowem wstępu.

Wychodzę sobie dzisiaj, zadowolona, bo akurat pod oknami czysto i nie muszę omijać robotników biegnąc po trawce tylko jak cywilizowany człowiek przejdę chodnikiem. Nie, nie przejdę. Nagle z okna Pana Piekielnego... wyleciał gruz. Potem drugi raz. I trzeci. Rąbnął na ziemię dosłownie w miejscu, w którym zaraz miałam się znajdować. Piekielny doszedł do wniosku, że co będzie biegać z trzeciego piętra i się męczyć jak może wywalić wszystko oknem?

Ja mogłam spojrzeć w górę, bo wiedziałam o remoncie. W życiu nie przyszłoby mi do głowy żeby cokolwiek oknem wywalać, tym bardziej, że mamy tam chodnik więc całkiem prawdopodobne, że ktoś będzie z niego korzystał. Ale mogłam spojrzeć. Tylko co w momencie gdyby przechodził ktoś nieświadomy poczynań sąsiada? Albo dziecko? Zabiłby go gruz lecący z trzeciego piętra.

Nie wiem, czy to brak wyobraźni, czy naprawdę wyższa forma lenistwa, żeby chociażby nie wyjrzeć zanim się ten gruz wywaliło.

gruz_z_nieba

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 390 (Głosów: 438)
Dzień rozpoczął się paskudnie. Skoro świt, zrywa mnie telefon z firmy, że w terenie jest awaria. Za oknem mżawka, na parkingu jakiś łoś zaparkował swoją karocę tak, że od strony kierowcy nie mogę wejść do samochodu. Po drodze samochód zaczyna paskudnie się zachowywać, na szczęście to tylko poluzowany przewód od intercoolera. Na trasie spotykam kilku samobójców, którzy pomimo deszczu udowadniają ze są "miszczami" prostej. Piątek trzynastego? Nie, zwykły dzień, a wszystko pod górkę.

Na miejscu, po przejechaniu 200km dowiaduję się, że w zasadzie to awarię usunęli, ale skoro już jestem to "niech sprawdzi" czujniki w maszynie. Maszyna wielka ale i ja niemały, gdzieś w zakamarkach, przy ciągle siąpiącym deszczu przygrzałem głową w gródź. Guz rośnie, krew się sączy, a plastra na włosy nie nakleję. Umyłem się, krew nie leci, to i wsiadam do samochodu by wrócić do domciu. No taki pechowy dzień, że aż jak rzadko nie mam ochoty na jazdę.

Deszcz pada w dalszym ciągu. Głowa boli. Wracałem bocznymi drogami coby miszczów ominąć. W szczerym polu widzę przystanek PKS, taki co to wioskę widać na horyzoncie, ale cywilizacja omija ją łukiem. Na przystanku brak wiaty, a przy zatoczce stoi jakaś zmoknięta sierota i macha coby ją zabrać. Jak już mam takiego pecha to choć komuś pomogę. Podjeżdżam do zatoczki i się zatrzymuję. Kobietka radośnie podbiega do drzwi, otwiera i radośnie woła - Jak dobrze, że się pan zatrzymał, ja do.... Zapala się lampka wewnętrzna i tu okrzyk radości się kończy, kobieta robi kwadratowe oczy wielkości kafli piecowych i gwałtownie umyka w pole.

Noż cholera, Adonis nie jestem ale bez przesady. Po chwili spoglądam w lusterko. Jaki widok ujrzała moja niedoszła autostopowiczka? Krew jednak dalej się sączyła, ja myśląc że to skutki deszczu dodatkowo wierzchem dłoni rozmazałem ją na twarzy, pół twarzy i dłoń na kierownicy we krwi a ja pewnie minę też miałem bardzo ponurą. Dojechałem do domu, prysznic i nawet do sklepu po chleb nie wyszedłem. Po co los prowokować, ten dzień nie należał do udanych.

Skomentuj (21) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 526 (Głosów: 634)
Papugi. Piękne, kolorowe, śpiewające, gadające domowe pupile. Każdy takiego by chciał.

Z papugami jest jednak kilka problemów.
Po pierwsze "papuga papudze nierówna". Gatunków jest sporo, a jak nietrudno się domyślić, każdy ma inne wymagania żywieniowe, lokalowe, inny charakter, skłonności, głos. No, jak to różne gatunki. Planując zakup trzeba się zastanowić nad możliwościami lokalowymi, finansowymi (wyżywienia papugi), tolerancją sąsiadów na krzyki.

Pisklaki można też karmić ręcznie albo pozwolić rodzicom to robić. Ręcznie karmione papugi lgną do ludzi, ale nie potrafią poradzić sobie w grupie ptaków, mogą nie wykazywać naturalnych zachowań społecznych. Z kolei karmione przez rodziców lepiej nadają się do hodowli w dużej grupie, a oswojenie ich może być prawdziwym wyzwaniem, choć nie jest niemożliwe.
Ponad to ptaki generalnie są dość lękliwe. Nawet, jeśli papuga ufa właścicielowi, to zdenerwować ją mogą goście i inne zwierzęta; może źle znosić podróże, bać się odkurzacza, głośnej muzyki itp. W miarę możliwości trzeba więc swoje zachowanie dostosować do pupila, a jeśli się nie ma warunków - po prostu go nie kupować.

Tego wszystkiego można się dowiedzieć po 2 minutach lektury z pierwszej lepszej strony poświęconej tej tematyce albo po prostu posłuchać hodowcy, do którego przyszło się kupić ptaka.

Co jednak robi pani Piekielna? (Baba w średnim wieku i podobno po studiach):

- Bo ja to bym chciała mieć takiego ptaszka co tak będzie za mną biegał i tak się do mnie tulił i będę go zabierać na spacery ze sobą.

Hodowcy trochę mina zrzedła, ale proponuje papużki wykarmione ręcznie i chętnie przychodzące na rękę.

- Ale tamte są ładniejsze, takie kolorowe!

- Tylko, że tamte są karmione przez rodziców i od dawna żyją w grupie. Oswajanie potrwa miesiące, a ptaszek i tak nie będzie się dawał tulić w dowolnej chwili, a jedynie wtedy, kiedy sam będzie chciał.

Baba pogderała, coś tam pokiwała głową. Dostała do łapy karteczkę z adresami, gdzie można się dowiedzieć więcej o hodowli i zdecydować na papugę.

Następnego dnia przyszła, rzekomo wzbogacona o nową wiedzę:

- No, to ja wezmę tą taką kolorową! Będę ją zabierać ze sobą na spacery i na plażę! I mam taki zdalnie sterowany samolocik, jak ją wypuszczę, to sobie będzie latać za tym samolocikiem i się bawić!"

Co w takiej sytuacji? Klauzula sumienia?

baba

Skomentuj (24) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 412 (Głosów: 476)

#60806

(PW) ·
| Do ulubionych
Szarlatani są coraz bardziej zmyślni. I, niestety, coraz trudniej się przed nimi uchronić. Dzisiaj dostałam na maila reklamę ostrzegającą przed Straszną Chorobą, na którą trzeba koniecznie kupić Niesamowity Preparat Usuwający Straszną Chorobę. Mail przestrzegający przed tym niesamowitym nieszczęściem rozsyłany jest przez międzynarodowego dystrybutora leków i suplementów, innymi słowy, grubą rybę w przemyśle farmaceutycznym. Przeanalizujmy go.

Reklama zaczyna z grubej rury:

"Kandydoza niszczy zdrowie ponad 70% ludzi."

Po pierwsze - czym jest kandydoza? Otóż to, jak mówi pubmed, dość rzadka w naszych stronach choroba grzybiczna, wywoływana przez grzyby z rodzaju Candida. Candida to grzyb, który normalnie występuje u 50-70% populacji, całkiem spokojnie i bezobjawowo siedząc sobie w różnych zakamarkach ludzkiego ciała, nie powodując absolutnie żadnych chorób. Czasami, bardzo rzadko, gdy zajdą do tego odpowiednie warunki (awitaminoza, osłabiona odporność organizmu) może powodować infekcje. Jak wygląda infekcja grzybiczna chyba nie muszę nikomu tłumaczyć - otóż infekcja Candidą objawia się podobnie jak większość chorób grzybicznych, czyli na konkretnym, zarażonym obszarze pojawiają się różne bolesne czy swędzące zmiany. Tak przedstawiają kandydozę opracowania.

Czy wobec tego według twórców reklamy 70% ma swędzące i nieprzyjemne zmiany grzybiczne? Cóż... eee... nie.

Dalej czytamy:

"Jej objawy to:
niestrawność i wzdęcia,
problemy z nadwagą,
alergie,
bóle i zawroty głowy,
pieczenie w przełyku, zgaga, żółty nalot na języku,
drażliwość,
depresja i złe samopoczucie,
brak energii,
bolesne miesiączki,
niedobór niektórych niezbędnych witamin,
bóle mięśni"

Porównajcie sobie tę listę do tego, co pisałam o objawach kandydozy na górze. Jakieś pytania? Cóż, może skądś to wzięli? Akurat tu odpowiedź jest prosta - trzeba wmówić jak największej grupie ludzi, że chorują na wymyśloną chorobę. Stąd mamy listę "objawów" składającą się ze schorzeń i uciążliwości tak powszechnych, że prawie każdy znajdzie coś dla siebie. Mamy więc niestrawność i zgagę, które mogą nas dopaść, gdy się przejemy. Wzdęcia, które są naturalną reakcją organizmu na nagromadzenie się w układzie pokarmowym gazu (co również jest całkiem normalne). Bolesne miesiączki, które niestety, zazwyczaj również są całkiem naturalnym zjawiskiem. A poza tym typowe objawy przepracowania czy niekorzystnego trybu życia - bóle mięśni, bóle głowy, nadwaga, brak energii.

To wszystko niby ma powodować grzyb. Podobny do tego, którego można złapać na basenie.

(Żeby było jeszcze ciekawiej, w niektórych przypadkach pomylono tu skutek z przyczyną - otyłość czy niedobór witamin mogą być PRZYCZYNĄ infekcji, a nie jej SKUTKIEM)

Dobra, idziemy dalej.

"Grzyby Candida namnażają się w naszym organizmie z powodu częstego stosowania antybiotyków, antykoncepcji, terapii hormonalnej, nieodpowiedniej diety."

Co ciekawe, to akurat jest (w większości) prawdą.

"Rozwiązanie jest jedno!"

WYWAL KASĘ!

"Pozbądź się kandydozy w 30 dni z programem 30 Days Candida Solution. GRATIS otrzymasz suplement Algae Power, który przyspieszy detoksykację organizmu i dostarczy cennych składników odżywczych."

Przerażona faktem, że mogę chorować na supergrzyba, od razu poszłam na stronę producenta Niesamowitego Środku (tylko 100zł za opakowanie). Co tam czytamy?

"Dwuetapowy program 30 Days Candida Solution to połączenie 2 produktów:
Symbiotic+ zawiera probiotyki i prebiotyki, które uniemożliwiają namnażanie się drobnoustrojów chorobotwórczych, a także pozytywnie wpływają na trawienie oraz układ odpornościowy.
Candilex zawiera naturalne składniki o udowodnionym działaniu przeciwgrzybicznym. Dzięki temu zapobiega rozwojowi Candida i w ten sposób eliminuje wszystkie objawy z nim związane."

Muszę wspominać, że kandydozę leczy się zazwyczaj miejscowo, a nie połykając podejrzane tabletki?

Dalej dowiadujemy się:

"Jak można samodzielnie wykryć obecność Candida?
Ułatwi Ci to prosty test. Rano, na czczo i przed umyciem zębów wypluj trochę śliny do szklanki z wodą, a następnie obserwuj, co się stanie. Jeśli po ok. 10-15 minutach ślina zacznie się rozwarstwiać lub opadać na dno, oznacza to, że w Twoim organizmie rozprzestrzeniły się grzyby Candida. Zdrowa, niezainfekowana nimi ślina pozostanie na powierzchni wody."

Ciekawa jestem, czy w podobny sposób można diagnozować raka. Zadanie dla czytelników - wyjaśnić, czemu ślina moczona 15 minut w wodzie może się rozwarstwiać czy opadać na dno. Hint: nie z powodu tego, że grzyb ma grubą dupę.

Dalej dowiadujemy się naprawdę ciekawych rzeczy - że Niszczące Supergrzyba glony zalecane jako suplement przy odgrzybianiu są bardzo zdrowe, bo zawierają chlorofil. Niestety nie wiem, na czym polega zdrowość chlorofilu w kontekście zjadania go - może po posiłku trzeba wsadzić sobie latarkę w gardło i trochę poświecić, aby zaczął działać?

Rozłożona na czynniki pierwsze reklama środka do odgrzybiania wydaje się głupawa... ale ilu ludzi nie ma pojęcia, czym objawia się kandydoza i da się przekonać? Zwłaszcza, że to nie pokątny spamik nie wiadomo skąd, tylko coś rozsyłanego przez wielką firmę, mającą w ofercie również sensowne suplementy, chwalącą się "współpracą z naukowcami" i certyfikatami.

Ja nie lubię być robiona w bambuko. Nawet tak nieudolnie. Niech sobie tego grzyba w dupę wsadzą i tam niech im powoduje zgagę i opadającą ślinę.

uslugi

Skomentuj (31) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 362 (Głosów: 468)

Podziel się pozytywnymi historiami na
WSPANIALI.pl

Piekielni