Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

 

#82706

(PW) ·
| Do ulubionych
Słyszeliście o metodzie na wnuczka? Teraz jest metoda na babcię.

Wchodzę do apteki, przede mną starsza Pani. Zauważyła, że weszłam, mówi do Pani za ladą, że "nieee, to mnie nie stać, pani obsłuży tę panią, ja się jeszcze namyślę, ale mam tydzień do emerytury, a 30 zł, muszę jakoś przeżyć".

Zrobiło mi się przykro, zastanawiałam się nawet nad pomocą starszej Pani, może mogłabym chociaż coś wykupić? Ostatecznie rezygnuję, bo sama nie mam za dużo pieniędzy, a możliwe, że niedługo czekają mnie spore wydatki. Kupuję swoje rzeczy, starsza Pani w kącie chlipie, ale w końcu wychodzi.

Pani za ladą mówi mi, że nie ma mi być przykro, bo ta Pani wcale źle nie żyje i jest krętaczem jakich mało. Średnio co dwa dni pojawia się w aptece i cały czas ma "tydzień do emerytury". Jak nikogo w aptece nie ma, to potrafi stać, kręcić i wybierać jakieś suplementy, kręcić nosem, wymieniać, a to nie, a tamto się nie podoba, to za drogie, to jednak niepotrzebne – aż ktoś wejdzie, wtedy robi numer "mnie nie stać, mam 30 zł do emerytury, a jeszcze tydzień czasu!". Ludzie miękną i kupują jakieś suplementy (więc wcale nie jakieś potrzebne leki!), nierzadko na trzycyfrową kwotę. Ot, czasem wpadnie coś za 10 zł, czasem za 20, a czasem trafi się ktoś z wyjątkowo wypchanym portfelem (albo wyjątkowo miękkim sercem) i nakupuje rzeczy za ponad 100 zł.

Zabronić kupować babci nie mogą, bo te suplementy są bez recepty, co z tymi tabletkami i syropkami wszystkimi robi, nie wiadomo. Farmaceuci starają się ostrzegać przed przedsiębiorczą babcią, ale podobno ma już na to gotową odpowiedź: "pani kochana, coś się pani pomyliło, ja tu miesiąc temu byłam ostatnio, może mnie z kimś pani myli, teraz wszyscy emeryci biedę klepią" i podobne teksty.

Nawet nie wiem, jak to skomentować.

Apteka

Skomentuj (16) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 138 (144)

#82575

(PW) ·
| Do ulubionych
Czytając http://piekielni.pl/81388 - jakbym czytała o pewnej dermatolog sprzed 11 lat z Wrocławia.
W pewnym momencie pojawił się u mnie łupież, ale taki, że nie do przetrwania. Nic nie pomagało. Kasa w dłoń i do dermatologa. Pańcia siedząc po drugiej stronie biurka udzieliła mi jakże "pomocnej" porady - mam iść do apteki i kupić sobie kolejno próbki/saszetki i eksperymentować - któryś powinien zadziałać. Lekarz zalecił, wykonane. Niestety, żaden ze specyfików nie dał rady, a raczej stan się pogarszał.

Jakiś czas później udało mi się dostać do fachowca, pani doktor OBEJRZAŁA skórę, zaleciła kurację lekami - odpowiednimi preparatami i udało się.

słuzba_zdrowia

Skomentuj (3) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 104 (120)

#82573

(PW) ·
| Do ulubionych
Przed 10 stycznia tego roku omyłkowo zapłaciłem podatek za wynajem mieszkania w podwójnej wysokości, nie mając o tym zielonego pojęcia. Kwota 2 x 42,50 była wpłacona w kasie Urzędu Skarbowego - Warszawa Praga.

W połowie maja 2018 dostałem wezwanie do tegoż Urzędu o skorygowanie PIT-u.
W trakcie wizyty w tym Urzędzie, zostałem poinformowany o mojej pomyłce i pouczony o konieczności złożenia korygującego PIT-u.
Napisałem i dostałem potwierdzenie prośby do Dyrektora Urzędu o zwrot nadpłaconego podatku w wysokości 42,50 zł wraz z ustawowymi odsetkami.

Pod koniec czerwca tego roku znalazłem w mojej skrzynce pocztowej awizo o oczekującej przesyłce poleconej/przekazu - zaznaczenie było bardzo niewyraźne.
W placówce pocztowej oczekiwał na mnie przekaz pocztowy z Urzędu Skarbowego warszawa Praga na kwotę 33,50.
Odsetki ustawowe + 9 złotych zaginęły w otchłaniach biurokratycznego potwora.

Gdybym to ja był winien, to Urząd by poczekał wystarczająco długo, żeby finansowo zgnoić mnie na maksimum.
A tak mogę się tylko cieszyć, że dostałem aż taki wysoki zwrot.

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 139 (163)
Pociągnę trochę falę historii o psach, jakoś mnie to natchnęło do opowiedzenia tu własnej i założenia konta po dłuższym czasie bycia bierną obserwatorką ;)

Zawsze chciałam mieć psa, co więcej - zawsze interesowałam się psami i moja wiedza o nich jest trochę większa niż przeciętnego Kowalskiego. Prawie dwa lata temu wyjechaliśmy z narzeczonym za granicę, urządziliśmy się tu fajnie i dobrze nam się żyje, nie planujemy wracać do Polski. Ja pracuję z domu, narzeczony od 7 do 15.

Kilka miesięcy temu stwierdziliśmy, że skoro mamy już ustabilizowane życie, wszystko idzie gładko to czas na pieska. Oboje bardzo chcemy, mi zależy by wziąć ze schroniska, najlepiej takiego, który w tym schronisku jest już dłuższy czas i ciężko mu znaleźć dom. Szybki research w internecie - są schroniska które umożliwiają adopcję za granicę, jest nawet wzruszający filmik jak to państwo adoptowali pieska do Anglii, także pełni nadziei szukamy "naszego" psa.

Znaleźliśmy, dzwonimy - wszystko super, dopóki pani nie usłyszała, że za granicę. Na stronie tego schroniska jak byk widnieje informacja, że adopcję za granicę są możliwe, ale widocznie tylko dla wybranych. Nie zrażamy się, szukamy dalej.

Po dwóch miesiącach takich poszukiwań pozostało nam jedynie kupić psa z hodowli albo zgarnąć z ulicy, bo pomimo, że stanowilibyśmy idealny dom dla psa, który siedzi już kilka lat za kratami, nie będzie nam to dane...

Może Wy mi podpowiecie bo ja nie potrafię tego zrozumieć - proponowałam wolontariuszom, że będę się kontaktować na Skype często, by mogli psa zobaczyć, że porozmawiam z właścicielem mieszkania i jeśli się zgodzi to udostępnię im kontakt do niego w razie gdybym przestała odpowiadać na ich próby kontaktu, że przyjedziemy kilka razy na spotkania zapoznawcze zanim weźmiemy psa, moglibyśmy też przyjechać po adopcji z psem, by mogli zobaczyć w jakim jest stanie. Rozumiem, że jednak za granicą to nie to samo co w Polsce i nie mogą przyjechać mnie sprawdzić, ale szczerze?

Dzwoniłam do schroniska, które jest znane z tego, że dają psy każdemu kto przyjdzie, bez sprawdzania domu przed czy po adopcji. Nieraz dodają zdjęcia na fanpejdż, na zdjęciach psy i ich nowe rodziny, często w komentarzach ludzie piszą, że tego a tego pana to trzeba sprawdzić, bo oni go znają i raczej pies poszedł na łańcuch. I nigdy nikt nie został sprawdzony, kilka nowych domów odwiedzała policja i psy były odbierane interwencyjnie, ale nie dzięki schronisku, a dzięki ludziom.

Rozumiem troskę o te zwierzęta, ale kurcze, nie zależało mi na psie, który będzie wyglądał jak rasowy i za darmo. Chciałam zwykłego kundelka, mógł być stary i chory bo stać nas na opiekę nad takim, a ja chciałam zrobić coś dobrego.

Uprzedzając komentarze, chciałam psa z polskiego schroniska, bo porównując sytuację z Polski z krajem, w którym mieszkam to niebo a ziemia. Koleżanka stąd nie chciała mi uwierzyć jak pokazywałam jej dane statystyczne dotyczące ilości bezdomnych zwierząt u nas. Najbliższe nam schronisko jest oddalone o prawie 200 km, jest to bardziej fundacja niż schronisko, w którym tym psom jest dobrze.
Ostatecznie zdecydowaliśmy się na psa z hodowli. Tylko tak jakoś przykro.

Dla tych, którzy nie zauważyli piekielności - po co podawać informację jakoby adopcje za granicę były realizowane, skoro nie są?

Skomentuj (34) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 126 (144)

#82560

(PW) ·
| Do ulubionych
W jednej z dzielnic mojego rodzinnego miasta otworzono kebab. Jedyny w promieniu jakichś 30km; zresztą - tu są dwie pizzerie na krzyż i jedna restauracja, w której można mieć pewność, że po zjedzeniu czegokolwiek innego niż pizza nie umrzemy.

Akurat wracaliśmy z moim P. z większych zakupów, a że po drodze, to postanowiliśmy zatrzymać się w nowym lokalu; raczej nie często spożywamy tego typu jedzenie, no ale raz na jakiś czas czemu nie.
Lokal dość mały, obsługa w postaci starszej kobiety za barem i kucharz o nieco ciemniejszej karnacji. Zamówiliśmy, usiedliśmy przy stoliku i czekamy.
W pewnym momencie wszedł [ch]łopak - na moje oko jakieś 17-18 lat. Przywitał się i spytał [p]ani za barem, dlaczego nie można zamówić jedzenia z dowozem do domu, mimo, iż mają to w swojej ofercie.

p - Aa... bo wiesz, jeszcze kierowcy nie znaleźliśmy. Szukamy.
(Żadnego ogłoszenia na ten temat przy wejściu nie widziałam; strony internetowej nie posiadają).
ch - Tak? To świetnie! Bo wie pani, ja w tym roku maturę pisałem i szukam czegoś dorywczo na wakacje. Mam prawo jazdy na auto, w tamtym roku rozwoziłem pizzę z XYZ.
p - To poczekaj, zawołam [sz]efa.

Przychodzi szef. Język polski kulał mocno, ale można było zrozumieć sens całej rozmowy (w swojej historii dialog napiszę dla Was już "normalnie" ;) ).

sz - Dzień dobry. O co chodzi?
ch - Dzień dobry. Podobno szukają państwo kogoś do rozwożenia jedzenia. Mam prawo jazdy, jestem już pełnoletni i szukam pracy na wakacje.
sz - A masz swoje auto?
ch - Mam... niewielkie ale mam. A to wy nie posiadacie własnego?
sz - Jeszcze nie. No dobra, mógłbyś pracować od poniedziałku do soboty, niedziela wolna. I jak chcesz to jeden dzień w tygodniu możesz też mieć wolny.
ch - Wspaniale. A jak z umową? O dzieło czy zlecenie? Jakie macie stawki? I ile dostawałbym na paliwo?
sz - (Wzmiankę o umowie przemilczał) No jak się będziesz starał, to 5zł za godzinę. I po co ci na paliwo? Przecież masz auto.

Mi opadło wszystko, P. też. W obawie przed jakimś napluciem do jedzenia, nie odezwaliśmy się ani słowem. Za to chłopak zachował się moim zdaniem dobrze - zaśmiał się szefowi prosto w twarz, popukał w czoło i wyszedł, na odchodne oświadczając, że tania siła robocza go nie interesuje i że za takie stawki to raczej długo tutaj nie pociągną.
Pewnie i tak znajdzie się jakiś "jeleń".

A kebab mocno średni ;)

praca dorywcza gastronomia młodzież

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 107 (123)

#82641

(PW) ·
| Do ulubionych
Szpital wojskowy na szaserów.
Oddział ortopedii i traumatologi.
Zlikwidowano wszystkie miejsca siedzące na korytarzu.
Żeby pacjenci nie siedzieli.
Pani z nogą w gipsie i o kulach, z dokumentami w zębach kica pod gabinetem.
Dała radę przysiąść na parapecie.

słuzba_zdrowia

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 220 (248)

#82637

(PW) ·
| Do ulubionych
Będzie o służbie zdrowia. I będzie dość długo. Historia sprzed 4 lat.
Słowem wstępu i w celu wyeliminowania ewentualnego posądzania mnie o roszczeniowość i nieznajomość realiów: mam bardzo duży szacunek dla pracy całego personelu służby zdrowia. Moja mama od 1979 roku jest pielęgniarką, od 1998 roku pracowała na dwa etaty, od 2010 pracuje na trzy etaty: w szpitalu wojewódzkim, w prywatnej klinice i w pogotowiu (o czym już było w moich historiach) - zajmuje się najcięższymi przypadkami-wcześniakami, taki OIT/OIOM dla dopiero co urodzonych dzieciaków. Wiem, jak ciężko pracują pielęgniarki, wiem, że często są na nogach 36h/48h i wiem, że często nie jest winą pielęgniarek, że ze zmęczenia powiedzą coś niemiłym tonem lub w nerwach.

Ale to, co mnie spotkało w jednym z warszawskich szpitali, a wcześniej w wielu przychodniach, zanim znaleziono przyczynę mojego stanu (nie)zdrowia, przechodzi najśmielsze oczekiwania.

Zaczęło się w październiku - zabolał mnie brzuch. To nie był jakiś duży ból - raczej skłaniałam się ku temu, że dostanę tydzień wcześniej okres, zdarza się, wzięłam prochy i tak jechałam kilka dni. Okresu nie dostałam, ale ból był mniejszy, przyzwyczaiłam się i funkcjonowałam w miarę normalnie. Po kilkunastu dniach od pierwszego bólu dostałam tego okresu - okres minął, ból był nadal.

Poszłam do gina, bo myślałam, że coś jest nie tak od strony "kobiecej" - powiedział, że nic niepokojącego nie ma, przebadał mnie (usg, cytologia, badania krwi) - wszytko było okej.

Mijały kolejne tygodnie, a ten ból był nadal - poszłam do rodzinnego - dała skierowanie na badania ogólne krwi, skierowanie do gastrologa - badania okej, gastrolog na "pilne" - też nic niewykryte.

"Jest Pani zdrowa, może kiepsko Pani je? Może się Pani uderzyła? Może stres" - tak! Stres - sama sobie uświadomiłam, że miałam kiepskie miesiące ostatnio - trochę problemów rodzinnych, wypadek w najbliższej rodzinie, sporo pracy, nagła ciąża siostry. Gastrolog dał mi L4, wzięłam, tydzień przeleżałam w domu i ten ból nie mijał, a wydawało mi się na przestrzeni miesięcy, że nie mija, że w zasadzie boli mnie wciąż, każdego dnia.

Po nowym roku moja lekarz rodzinna i pielęgniarki już zaczęły mnie posądzać o to, że symuluję lub mam problemy psychiczne. W zasadzie usprawiedliwione chyba, bo badania miałam dobre, a wciąż skarżyłam się na ból brzucha.

Na początku lutego zastępowałam koleżankę w sekretariacie i pamiętam, jak na krześle siedziałam skulona w kłębek, z podciągniętymi nogami, bo inaczej nie dałam rady wysiedzieć. Żołądek już tak sobie rozwaliłam przeciwbólowymi, że miałam potworne zaparcia, które tylko potęgowały moje samopoczucie. Miałam podwyższoną temperaturę, byłam potwornie zmęczona.

Tego dnia moja dyrektorka kazała mi zwolnić się z pracy i bezwzględnie iść do lekarza, bo jak powiedziała "tak źle to Pani jeszcze nigdy nie wyglądała".
Nadal nic.

Wzięłam dwa dni urlopu na żądanie i myślałam, że odpocznę, wezmę coś nasennego, wyśpię się i jakoś to będzie - wrócę z siłami do pracy.
Uprzedzając Wasze pytania - mieszkałam wtedy z dala od najbliższej rodziny. Z resztą i tak nikt by się mną nie dał rady zająć: moja mama była bardzo chora i brat się nią zajmował, siostra była w zagrożonej ciąży. Musiałam sobie radzić, a że jestem osobą, która nie powie, jeśli naprawdę nie ma potrzeby i nie lubi zwalać swoich problemów innym - nie mówiłam nikomu prócz lekarzy i pielęgniarek.

Przy kolejnej wizycie u rodzinnego, lekarka zaproponowała mi konsultację z chirurgiem. Że to już ostatnia opcja wg niej i że naprawdę, jeśli on nic nie zauważy, położy mnie do szpitala by mnie przebadali od stóp do głowy, bo ona już nic nie może mi dać prócz silniejszych przeciwbólowych.

Poszłam tego samego dnia do chirurga (uprzedzając wątpliwości - miałam wtedy pakiet medyczny w sieciówce na E... i tylko dlatego mogłam sobie pozwolić na to, by robić te wszystkie badania, usg itp. pewnie w państwowej przychodni byłoby ciężko, albo musiałabym płacić mnóstwo pieniędzy).

Chirurg kazał mi się położyć, odsłonić brzuch, nacisnął w dwóch miejscach, skuliłam się w kłębek z bólu - zapytał mnie tylko czy ktoś jest ze mną lub może po mnie przyjechać czy pielęgniarki mają załatwiać transport do szpitala - wyrostek. Zdziwiłam się jego diagnozą, bo byłam przekonana, ze wyrostek boli nagle i silnie, a nie miesiącami, próbowałam go przekonać, że jednak to nie to i że boli mnie od października. Powiedział mi, ze mam odruch jakiś tam i że prawdopodobnie jest zapalenie otrzewnej i trzeba operować.

Zadzwoniłam po mojego kumpla - zabrał mnie na SOR, gdzie ze skierowaniem z ostrym brzuchem czekaliśmy od 19 do 5:30 rano. Ja w tym czasie przeszłam konsultację z: lekarzem dyżurującym na izbie przyjęć, ginekologiem, ortopedą, gastrologiem, trzema studentami medycyny na praktykach, chirurgiem, a mój kumpel usłyszał w międzyczasie sugestię by mnie zabrać do psychiatry lub od razu na leczenie do szpitala, bo jestem uzależniona od przeciwbólowych - gdyby to był wyrostek to przecież nie trwałoby to tyle czasu.

Ostatecznie przyjęli mnie na oddział. Pamiętam, jakim wybawieniem dla mnie było to, że sanitariusz podjechał z wózkiem i powiedział, że nie ma potrzeby bym się męczyła idąc na salę i że mnie zawiezie. Nawet jak teraz, po latach o tym myślę, to jestem mu ogromnie wdzięczna, bo był tej nocy jedyną osobą, która okazała mi trochę ludzkich uczuć.

Na sali podłączyli mi kroplówkę i spałam kilka godzin. Gdy się obudziłam było po 18, przyszedł lekarz, zrobił wywiad, powiedział, że mam nic nie jeść i nie pić i jak kolejka operacji minie i będzie wolna sala, to mnie wezmą.
Wzięli mnie jakoś po południu następnego dnia. Do tego czasu stałam się wykończona, miałam gorączkę, nudności, nie mogłam spać - przyszła pielęgniarka, która rzuciła mi, że mam się rozebrać, przykryć prześcieradłem i czekać na łóżku, które wprowadziła na salę. Nie byłam w stanie się sama rozebrać, wstać z łóżka. Przyszła po chwili, a ja dałam radę tylko siedzieć na łóżku. Pamiętam, że pomogła mi wtedy kobieta, która była ze mną na sali, zdjęła mi piżamę i jakimś cudem pomogła się dostać na łóżko, pielęgniarka tylko patrzyła i czekała.

Z sali operacyjnej pamiętam dwóch wesołych lekarzy, który mi kazali liczyć od 1 do 10 i śmieli się, że mistrzowie nie zasypiają po 10 i liczą raz jeszcze. Doliczyłam do trzech. Tyle pamiętam.

Obudziłam się jakoś w nocy, dosłownie na kilkadziesiąt sekund, miałam żółtą kołdrę - pomyślałam - o, jak fajnie, kołdra w żółte kwiatki, nie wiedziałam, ze w szpitalu mają takie - i usnęłam. Okazało się, że to nie kołdra ma żółte kwiatki. To ja wymiotowałam żółcią, ale nie ogarnęłam tego.
Jak weszła pielęgniarka rano rzuciła tylko - "było wołać o miskę, a nie zapaskudzić łóżko. Teraz będzie Pani w tym spać, salowe zmienią pościel wieczorem". I tak cały dzień leżałam w swoich wymiocinach, aż nie przyszedł kumpel i nie zdjął ze mnie tej kołdry i nie posprzątał przy łóżku - ja sama nie byłam w stanie. Nadal czułam się okropnie, miałam dreszcze, gorączkę, wymiotowałam. Przez opieszałość (tak powiedziała mi jedna z lekarek) i brak wystarczająco wcześnie diagnozy - miałam zapalenie otrzewnej.

I ten stan utrzymywał się kolejne kilka dni, a gdy tylko czułam się na tyle okej, że mogłam przejść sama z łóżka do toalety, wypisałam się na własne żądanie, bo nie mogłam już wytrzymać. Kiedy mogłam w końcu jeść-pielęgniarki powiedziały mi, że mam sobie sama ogarnąć catering, bo w szpitalu to takich rarytasów nie mają by mnie karmić (mam celiakię, o czym informowałam na izbie przyjęć, gdy mnie przyjmowano na oddział). Na szczęście ratowali mnie trochę znajomi, którzy coś podrzucali i na zmianę przychodzili mi pomóc w szpitalu.

Pielęgniarki i salowe mnie nie cierpiały i wciąż dawały mi o tym znać. Np. poprzez to, że przez pierwsze dni, kiedy nie dałam rady wstawać, dawały mi "kaczkę" dwa razy dziennie, nie sprzątając jej, póki nie zrobił tego ktoś z moich znajomych; kiedy wymiotowałam w nocy, nie dostawałam miski, więc wymiotowałam na podłogę lub na pościel, bo nie byłam w stanie ruszyć się z łóżka - później przychodziły i mówiły: "przyjdzie ktoś do pani, to posprząta, jak się napaskudziło, trzeba samemu sprzątać". Lekarze reagowali podobnie: "zwymiotowała Pani, trudno, posprząta pani jak się pani lepiej poczuje".

Po pobycie tam byłam koszmarnie upokorzona, czułam się jak śmieć, a byłam naprawdę chora - a co dopiero mają powiedzieć osoby, które naprawdę nie mają nikogo, zupełnie nikogo, a trafiają do takiego szpitala?

słuzba_zdrowia

Skomentuj (31) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 204 (226)

#82553

(PW) ·
| Do ulubionych
Co ważne dla historii - jestem psiarą i kociarą :) Z dystansem do siebie. Od lat zajmuję się adopcjami, użerając się z ludźmi i jakby na to nie patrzeć ze zwierzakami. "Użerając" w humorystycznym znaczeniu.
Mam 2 duże psy i mieszkam w bloku. Śledząc piekielnych od lat wiem, że ktoś będzie pewnie chciał omówić ten temat, ale to może kiedy indziej.
Psy w typie ras, nie rasowe. Adoptowane. Papierów z FCI nie mają więc w sumie kundle.

Jeden wielki słodki i puchaty z wyglądu. W rzeczywistości katowany "za szczeniaka", niepewny siebie, reaktywny. Czuje się niepewnie w towarzystwie obcych, nie lubi dzieci. Nigdy nikogo nie zaatakował, dzieci unika, w wyjątkowo niekomfortowej sytuacji pokaże bezdźwięcznie garnitur zębów. Drugi pies a w sumie to suka - "rasa" potencjalnie uważana za groźną ( pomijam bezsens gadki o rasach agresywnych). Kula miłości - uwielbia dzieci, ludzi, gdyby mogła wyłudzałaby przytulanki od każdego napotkanego człowieka na spacerze.

No tak - gdyby mogła. Nie pozwalam na to. To moje psy. Jestem ich opiekunem NIE właścicielem. Pies nie jest rzeczą. Nie życzę sobie, żeby cudze dzieci wieszały się na szyi mojemu psu kiedy MADKA gapi się w telefon. Zdaję sobie sprawę że to tylko pies i tylko dziecko.

Po co o tym piszę? Bo takich sytuacji jest mnóstwo. Psy na osiedlu prowadzam zawsze na smyczy lub na smyczy i w kagańcu. Chodzę bokami, unikam miejsc gdzie bawią się dzieci. Rozumiem, że miejsce po psiej kupie nie musi być mega super dla bawiącego się dziecka. Ja nie jestem fanką dzieci. Czasami drażnią mnie, denerwują. Uszy mi puchną, kiedy się drą. Sama mieć nie będę, ale cudze jak najbardziej. :) ALE rozumiem, że to dzieci, każdy z nas tak miał. I rozumiem, że mamy tych dzieci niekoniecznie muszą życzyć sobie obecności dużych czy małych psów nawet na smyczy w towarzystwie swoich pociech. I rozumiem, że szczekanie moich psów może kogoś drażnić. Staram się nie wchodzić innym w drogę. Z psami spaceruję tam gdzie nikomu nie przeszkadzają. Na długi spacer wywożę je raz dziennie w niedalekie okolice, gdzie mogą pohasać bez smyczy - zgodnie z prawem u nas obowiązującym.

Tylko że szkoda że to nie działa w dwie strony. Wiele matek czy ojców nie zdaje sobie sprawy z tego, że na widok ich bachora biegnącego w wrzaskiem w stronę mojego psa nie umrę z radości. Piszę bachora - wiem, że to nie wina dziecka, jak zostało wychowane. Dla mnie dzieciaki niesłuchające, rozwydrzone, drące się o nic to bachory.

I pełne zdziwienie, kiedy drę się żeby zabrać dziecko. " Ale ono chciało pogłaskać". Kiedyś się wysilałam żeby tłumaczyć. Że nie wolno, że trzeba zapytać, że pies może ugryźć, warknąć czy nawet przyjazny pies może skoczyć i po prostu przypadkiem przewrócić a dziecko walnie głową o beton i nieszczęście gotowe.

Teraz mówię tylko że pies ma zakaźną chorobę skóry czy czego tam i działa 300 x lepiej. :)
Przestało mi się chcieć tłumaczyć, co znaczy żółta wstążka na smyczy.
Ku wyjaśnieniu - nie jestem przeciwna dzieciom - cudze nawet lubię i czasami się zajmę. :) Jednak dziecko pewnych rzeczy nie rozumie, myśleć musi rodzić. A kiedy z winy rodzica dojdzie do tragicznej sytuacji to dziecka żal a i tak zapłaci pies.

Skomentuj (31) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 140 (188)
Pamiętacie Ukraińców z #82342?

Wczoraj pokazali cały ogrom piekielności.
Próbowali wyr@#$@ć nowego kasjera na 50 zł.

Wczoraj, godzina 21:10. Cieszyłam się, że niedługo fajrant. W myślach byłam już jedną nogą w pociągu SKM.

Nagle moje idylliczne rozmyślania przerwały jakieś wrzaski. Odwróciłam się i zobaczyłam słynną parkę. Darli się na Młodego, że wydał im za mało. Młody, czyli Piotrek pracuje z nami pięć dni. To był jego trzeci raz za kasą.

Jako, że wczoraj przypadła mi zaszczytna funkcja piastowania nadzoru POK, zadzwoniłam od razu do kasy centralnej, poinformować przełożoną, że mamy dymy na sklepie. W międzyczasie poproszona o wydrukowanie raportu kasowego, zrobiłam to i zakazałam wydawania jakiejkolwiek reszty.

Po przyjściu rozliczającej zostałam jej asystentką ds. liczenia kasy - ona liczyła grube pieniądze, ja babrałam się w bilonie. Po podliczeniu wyszło nam, że nowy nie ma żadnej wielkiej superaty, i powinien wydać cwaniakom dwadzieścia kilka złotych.

Oczywiście spotkało się to z krzykami niezadowolenia i żądaniem wydania więcej.
Ochroniarz stojący przy nas po prostu nie wytrzymał. Jest rygorystyczny, ale wczoraj dosłownie wyszedł z siebie.

Warknął w kierunku uroczej parki "Zamknąć się, zabrać resztę i nie pokazywać się tu więcej!
Mamy państwa dosyć!".

Podziałało. Z ciężkimi fochami wypisanymi na cwaniackich gębach zabrali się i poszli. Młody trząsł się jak osika i dziękował mi za interwencję.

Mam nadzieję, że więcej nie spotkamy tych ludzi.

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 179 (213)

#82597

(PW) ·
| Do ulubionych
Pan dzisiaj w nocy po 4 godzinach pracy stwierdził, że za ciężko ma na swoim stanowisku pracy i powiedział kierownikowi, że idzie do domu.

Pan z Ukrainy miał stanowisko, które dla nas, pracowników Polaków nie jest dostępne już od ponad roku, bo mamy za duże kwalifikacje by pracować na tym stanowisku (czytaj: jest stanowiskiem gdzie przy rotacji, co godzinę odpoczywało się). Na czym polegała praca? Skaner w rękę i skanujesz ok 100-120 paczek na godzinę, możesz siedzieć, możesz stać. Skanujesz, zielone światełko, maszyna sama zwalnia paczkę ze stanowiska, czerwone światełko guzik wciskasz i pudełko zjeżdża do weryfikacji, czasami trzeba wstać i poprawić pudełko, bo te zatrzymało się przy wylocie z sortera. Praca "lajtowa", ale oczywiście zarezerwowana nie dla nas.

Może by to nie irytowało gdyby nie różnica w zarobkach, bo taki pan na start ma więcej niż osoba na etacie z wieloletnim stażem, a później zdziwienie, że pracownicy odchodzą by zarabiać więcej. Tych oczywiście oczernia się, bo przez nich ci, którzy zostają mają ciężej, bo muszą nadzorować więcej stanowisk obsadzonych przez "świeżaków", którzy często "nie panimaju" nawet jak dobrze wytłumaczysz, przy tobie dobrze robią, a gdy zostawisz ich puszczają buble. Tłumaczysz się kierownikowi, że robił dobrze, ten się pyta Ukraińca, ten swoje nieśmiertelne "nie panimaju". Chyba wytłumaczenie lvl ekspert, bo za chwilę...

Gromy spadają na ciebie, bo ty ich nadzorujesz.
Oczywiście jest chęć pomocy, dyrekcji, przedstawicieli rady zakładowej, związku zawodowego, oni pracują nad rozwiązaniem problemu. Rozwiązują od prawie roku. Póki co, skutecznie to rozwiązało umowy ok 20 osób pracujących na etacie.

praca

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 167 (203)

Podziel się pozytywnymi historiami na
WSPANIALI.pl

Piekielni