Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

 

Fejsbuczek podrzucił mi wspomnienie, które pozwalam sobie tutaj przekopiować, cenzurując niektóre fragmenty, gwoli anonimowości osób zainteresowanych:

Dajcie trumnę, bo ja umrę!!! W 1/4 wakacji komu powinno zależeć na lekcjach z założenia mających podszkolić przed egzaminem poprawkowym? No, komu? Mnie, czy uczniowi? Ja chyba wydzielę w moim pamiętniku specjalny rozdział pt. "Niezwykłe przypadki korepetycyjne" dla takich jak dzisiejszy Kwiatek.

Akt1.
Chce się toto umówić na poniedziałek na 14:00. Mnie w poniedziałek wypada nieodwołalny wyjazd do Wielkiego Miasta, więc piszę na jej nr tel SMS-a, że nie poniedziałek - może sobota, albo wtorek... Zero odzewu, wiec zakładam, że zrezygnowała, tylko głupio jej powiedzieć. Zapominam.

Akt2. Wielkie Miasto. Poczekalnia u Lekarza Specjalisty. Godzina 14:10. Dzwoni! "Ja nie mogę znaleźć domu, niech po mnie ktoś wyjdzie". Objaśniam więc sytuację i mówię, że w wolnej chwili napiszę na jaki dzień (2 dni później) i godzinę możemy się umówić. Piszę jeszcze tego samego dnia. Zero odzewu.

Akt3. 2 dni później, rano. Profilaktycznie wysyłam SMS-a o treści: "Widzę, że zrezygnowałaś z lekcji, skoro do dzisiaj nie dostałam potwierdzenia?" Dziewczę pisze po 4 godzinach, kiedy to mam już zaplanowany dzień, że ona może dzisiaj. Ok, ale ja nie mogę. Umawiamy się na dzień następny, czyli na czwartek, na 15.

Akt 4. Około południa dzwoni, żeby potwierdzić lekcję. Ładnie, myślę :) Godzina 15:00 - koło domu kręci się jakiś samochód, ale nie zatrzymuje się, tylko robi 2 rundki i odjeżdża. Ona, nie ona? Zrezygnowała? Może wróci? Po akademickim kwadransie wysyłam informację z podziękowaniem za niedoszłą współpracę i aluzją co do niepoważnego podejścia. 15:22 - dzwoni! "Ja się spóźnię jakieś 15 minut" - "Słonko, ty już jesteś 22 minuty spóźniona, a to w sumie daje nam 37 minut spóźnienia." "Ale czy ja mogę przyjechać?" "Możesz, ale nie wiem, na ile opłaca ci się 23 minutowa lekcja." "Aha, w takim razie ja odwołuję lekcję, żeby nie było, że pani czekała" Że co? "Ja już czekam." "Aha. Do widzenia."

Noż k....

Poprawki

Skomentuj (19) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 102 (110)

#82650

(PW) ·
| Do ulubionych
Jak ja kocham papierologię i politykę mojej uczelni...
1,5 miesiąca załatwiania praktyk. Donoszenia papierów na uczelnię i do placówki, w której praktyki miały być, zaświadczenie o niekaralności, ubezpieczenia, polisy, druki, ksera...

Wszystko po to, by w umówionym terminie jechać 100km na uczelnię po ostatni podpis prodziekana i dowiedzieć się na miejscu, że musiał nagle wyjechać. Od poniedziałku miałam zaczynać. Ale co tam, studenci przecież "mają czas"...

Uczelnia parodia praktyki

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 112 (124)

#82635

(PW) ·
| Do ulubionych
Komunikacja miejska. Do tramwaju wchodzi dwóch kontrolerów. Sprawdzają bilety i w końcu jedna z kontrolerów dotarła do pana pechowca.

Jego bilet stracił ważność 2 minuty temu, kupił i skasował bilet 30-minutowy. Młoda kontrolerka dosyć przyjaźnie poprosiła o dowód i zaczęła rozmowę w stylu "2 minuty, taki pech", jakby dawała mu szansę jakoś się wytłumaczyć by uniknąć mandatu, w końcu to tylko 2 minuty. Facet podjął rozmowę w stylu: "no właśnie ku***, tylko 2 minuty, a to ku*** korki, je**** światła, nie przewidzisz ku***, a ja wysiadam na następnym ku***".

Kontrolerka krzywo patrzyła na te wszystkie wysypujące się z ust pasażera wulgaryzmy, ale chyba dała mu ostatnią szansę:
- To na następnym pan wysiada już?
- No tak ku***, 2 minuty do następnego i ku*** wysiadam, zawsze taki ku*** kupuję i na spokojnie jadę, a tu raz ku*** taki pech, a z pracy wracam z ku*** Y do X i akurat ku*** na was trafiam.

Mandat mimo protestów wypisany, na marginesie dodam, że tramwaj z Y do X według rozkładu jedzie 34 minuty.

komunikacja_miejska kanar bilet

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 58 (74)

#82603

~takanijaka ·
| Do ulubionych
Skoro była mowa o "produkcji kalek" #82550, to i ja dodam słówko, może dwa. Nie z punktu szkoły, ale na własne życzenie rodziców...

Otóż znam dwóch chłopaków (teraz już mężczyzn, bo 20 lat przekroczyli). Kuzynów, jedynaków, równolatków. Znam ich obydwu jakieś 12-13 lat. Zacznę od tego, gdy byli jeszcze dziećmi.

K1 to chłopak, będący pod opieką samotnego rodzica pracującego na 3 zmiany. Klucze do domu dostał jako 10-latek. Mikrofala, kuchenka gazowa, ostre noże - może zrobił coś wolniej, żeby się nie zranić, ale robił to sam. Swojego psa wyprowadzał i karmił sam. Robił też zakupy ze "słoiczka z drobnymi", jak widział, że czegoś pilnie potrzeba.

Od czasu do czasu jak tata był w delegacji, zostawał u dziadków czy u mnie i mojego M. Kompletnie bezproblemowy chłopak. Tylko nauka do głowy nie wchodziła mu jak należy, choć naprawdę się starał i potrafił ślęczeć nad książkami godzinami (a napiszę szczerze, że książki były beznadziejne i chwilami żałowałam, że nie miałam już swoich, albo lepiej - starszego kuzyna, bo były dużo lepsze i pod względem tłumaczenia i pod względem przykładów). W czasie pobytu u nas sam ścielił sobie łóżko. Jak coś stłukł, to spytał gdzie jest miotełka.

K2 to kompletne przeciwieństwo K1. Na jego osiemnastce śmieliśmy się, że w końcu będzie mógł sam używać noża... do masła. Wyobrażacie sobie 15-, 16-, 17- czy 18-letniego faceta, który na gościnie nie może sam sobie posmarować kromki chleba masłem? Tępym nożem?

Chleb smarowała zawsze jego mama. Naczynia sprzątała po nim zawsze jego mama. On nawet poproszony przez babcię o rozłożenie talerzy na stole nie mógł sam tego zrobić... Jego psa wyprowadzali rodzice i dziadkowie. Pokój zawsze posprzątany, ale nie przez niego.

Zdarzało się również, że spał u nas. Grać na kompie cały czas i w międzyczasie "zrób mi jeść" to była jego pasja. Niestety ja nie należę do klasy usługującej, więc jadł głównie chrupki, pizze i McDonalda, bo zawsze miał zbyt duże kieszonkowe (absolutnie na każdą okazję). Śmieci po tych niezwykłych posiłkach wynosił do kosza tylko pod groźbą wyłączenia kompa. Ale gdyby nie było kompa, to zawsze jest komórka. Zmiana hasła do wifi? Hasła na komputer? Ma znajomych, które je zhakują.

Raz musiałam oddać sprzęt do speca, bo nie dałam sobie rady z burdelem, który narobił, a wcale nie jestem głupia w te klocki. Jednak są rzeczy, których nie da się naprawić. Dlaczego komputer, którego K2 nie może używać nagle nie działa? Ha. Bo śrubki można odkręcić nożem, a w środku jest dysk i karta graficzna, które można zalać np. colą. Genialne.

Rodzice "dorzucili się" do naprawy. Kręcili nosem, bo przecież Kajuś2 nie mógł tego zrobić. No tak, sama specjalnie w czasie jego obecności zniszczałam nowy sprzęt, tracąc dane potrzebne na studia...

Minęło tych parę lat. Jak pisałam obydwaj mają już 20 lat za sobą. Obydwaj mieszkają nadal z rodzicami i studiują.

K1 mogę poprosić o popilnowanie mieszkania na czas wyjazdu. Zaopiekowanie się zwierzakami, odbiór listów, przewietrzenie... Wiem, że zrobi to, o co go proszę i nie będzie żadnych problemów.
To jest osoba, która zna magiczne słowa typu: "przepraszam", "wybacz, że wtrącę", "dziękuję", itp. Opanował też niesamowicie trudną umiejętność wynoszenia naczyń i ich mycia czy zanoszenie brudnych ubrań do kosza.

K2 to osoba, która coraz bardziej daje się we znaki swoim rodzicom. Nie sprząta pokoju (w ubiegłym tygodniu byliśmy u jego rodziców i nie dało się nie zauważyć tego syfu). Pies może się zesikać i w tym wytarzać o 8:00 i taki sam stan będzie o 16:00, gdy jego rodzice wrócą z pracy. Śmieci wyniesie idąc na imprezę... z wielką niechęcią, bo to śmierdzi. A i w ogóle nikt nie ma prawa wtrącać się do jego życia.

Spęd rodzinny, K1 pomaga, K2 wiecznie w telefonie. Na prośby czy groźby zero przejęcia. Daj jeść i spadaj. Moje "nie dostaniesz jeść" może by i podziałało, ale przecież jest reszta rodziny.

Przy każdej okazji słucham narzekania rodziców K2 na jego zachowanie. Czyżbym była medium? Czy nie mówiłam, że tak będzie? Tak, miałaś rację... bla bla bla. Ale co zrobić? Z mieszkania go nie wyrzucą, bo się uczy i jeszcze 25 lat nie skończył. Więc mówię: nie prać, nie dawać kieszonkowego... "Ale co ludzie powiedzą?"

Cóż.

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 128 (138)

#82610

~EnglishBulldog ·
| Do ulubionych
Wybieg dla psów - miejsce przez jednych psiarzy kochane, przez innych omijane szerokim łukiem.

Chodzimy na ten przybytek z moją Kluską dość regularnie od niespełna dwóch lat. Pies mój, pomimo tego, że do innych zwierząt ma stosunek mocno obojętny (podejdę, wąchnę i idę dalej) uwielbia na ten wybieg chadzać i nie raz "krótki spacer" okazywał się 2-godzinną wyprawą na wybieg, bo Lord każe to Matka musi...

Wiele mniej lub bardziej piekielnych sytuacji zdarzało nam się tam zastać. Dziś opiszę tylko jedną, bo poziom jej absurdu zaskoczył wszystkich obecnych na miejscu właścicieli i ich czworonogów.

Ciepłe popołudnie. Na wybiegu kilkanaście osób z przeróżnymi psami. W tym i ona - Madka dla swojego kilkuletniego syna i psa rasy shitzu. Ona zajmuje się psem, on lata jak poparzony po wybiegu machając kawałkiem sporej wielkości kołka. Kołkiem zainteresował się inny pies, niewielki, rasy słodki kundelek. Podbiegł do dzieciaka i próbował za niego złapać (kołek, nie chłopaczka). Chłopakowi to się nie spodobało i kiedy pies zacisnął zęby na drewnie, ten dość mocno nim szarpnął krzycząc, że to jego kij i czemu pies mu go wyrywa.

W tym momencie zareagowała właścicielka psa. Poprosiła madkę, aby wytłumaczyła dziecku, że nie wolno tak się szarpać z psem, bo może mu zrobić krzywdę (kołek w porównaniu z psem był naprawdę spory). Co usłyszała w odpowiedzi od Madki? Krzyki. Krzyki o to, że to jest nienormalne, żeby pies wyrywał dziecku z rąk kija, że ten pies jest niewychowany, że z takim psem nie powinno się wychodzić do ludzi, etc. Wszystkich w koło zatkało...

Właścicielkę psa tylko na chwilę, bo już za chwilę zaczęła tłumaczyć pani, że coś jej się chyba pomyliło - przyszła przecież na wybieg dla psów, nie plac zabaw dla dzieci i raczej ciężko wytłumaczyć psu, że jeśli ktoś macha kijkiem, to wcale nie oznacza zabawy w miejscu do zabawy z psem przeznaczonym. Dodatkowo, jeśli ktoś przychodzi z dzieckiem na wybieg dla psów, to raczej oczekiwane by było, aby dziecko zdawało sobie sprawę z tego, jak zachowywać się powinno w towarzystwie obcych zwierząt puszczonych luzem.

Nie jestem w stanie przytoczyć całej wymiany zdań. Dość powiedzieć, że krzyki trwały długo i nikt nie był w stanie wytłumaczyć madce braku logiki w jej rozumowaniu.

A na koniec? Na koniec, kiedy już cała trójka kierowała się do wyjścia, synalek machał (mniejszym już) kijkiem, a ich piesek skakał radośnie wkoło, starając się owy kijek złapać... Taki wychowany...

wybieg_dla_psów

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 109 (143)

#82618

(PW) ·
| Do ulubionych
W kontrze do hasła "kierowco uważaj na motocyklistę":

Pewna część motocyklistów uważa się za grupę kierowców szczególnie uprzywilejowanych na drogach. Jadę dziś, dobrze mi znaną, jedną z krętych mazurskich dróg. Jeździ tu również dużo motocykli (piękne okolice, ładna pogoda itp.). Część z nich, jest równorzędnym uczestnikiem ruchu, część, taka którą opiszę, ryzykuje życie własne i innych, pytanie w jakim celu - pozostawiam otwarte.

Dziś, sobota 7 lipca ad 2018, droga kręta, pagórki, laski, jezdnia wąska, bez pobocza, widoczność na łukach zerowa, strach wyprzedzić rowerzystę. Za mną grupa motocyklistów łamiąca wszystkie możliwe na tym odcinku przepisy: jadą zwartą grupą, jedni obok drugich, maksymalnie przy osi jedni, na łukach przekraczając linie, nawet ciągłe, przekraczają ograniczenia prędkości (tu bym się mocno nie czepiała, nie tylko im się zdarza) i, tu klu, wisienka na torcie: wyprzedzają grupą, na ostrych zakrętach, na podwójnej ciągłej.

Jak każdy kierowca, mając na względzie hasło tytułowe, nie spuszczam oczu z lusterek. Jednej grupce się udało, drugiej też. Rusza trzecia w momencie w którym, ja i kierowca przede mną zwalniamy do obowiązujących tu 50 km/h ze znanego nam powodu - słabej widoczności na esowatym byłym przejeździe kolejowym. Panom i Paniom motocyklistom w to graj, rozpoczęli wyprzedzanie.

I tu moim kobiecym oczom ukazuje się widok: motocyklista dodaje gazu do dechy, wyprzedza mnie, samochód przede mną i wyjeżdża z łuku prosto na jadącą ciężarówkę. Wszyscy hamulce w podłogę, ja nie bardzo bo mam uprzywilejowaną grupę za sobą. Brak pobocza, kierowca przede mną zygzakiem, trudno ocenić co jego mózg w tym momencie wymyślił.

Na szczęście (o ile można to tak nazwać), motocyklista kładąc motocykl wjechał do płytkiego rowu, zaliczył niewielki fikołek i w niedługim czasie podniósł się.

Zaparkowanie samochodu by udzielić pomocy - prawie niemożliwe, jednak mój suw daje radę zaliczyć najbliższy rów. Wybiegam. Za mną zatrzymuje się pozostała grupa, z której 1 (słownie jeden) zdejmuje kask i równolegle ze mną biegnie do kolegi. Oceniamy sytuację, poszkodowany odmawia pomocy (twierdzi, że się nic nie stało). Wracam do siebie. Cała trzęsąca dzwonię pod cudowny numer 112 zgłaszając zajście.

I tu piekielność nr 2: dowiaduję się, że jeśli nikomu nic się nie stało, to nie jest to wypadek, tylko zdarzenie i mogą je zgłosić tylko poszkodowani. No pewnie, niech szaleją na drogach, niech, łamią przepisy, niech zagrażają innym, jak się sami nie zgłoszą, to po co coś robić!

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 106 (124)

#82726

(PW) ·
| Do ulubionych
Ponad rok temu brałam udział w projekcie unijnym oferującym różnorakie kursy. Projekt był koordynowany przez 2 fundacje (dla uproszczenia F1 i F2). Po kursie gwarantowano nam staż.
Niektóre kwiatki:

- Po zgłoszeniu się do F1 zostałam wysłana na szkolenie do F2, poprzedzone rozmową kwalifikacyjną. Miałam mieć gwarantowane miejsce na kursie, jednak po rozmowie dostałam maila kopiuj-wklej, że się jednak nie dostałam, zachowają moje cv - blabla. Koordynatorka z F1 stwierdziła, że to pomyłka.

- Na warsztatach poprzedzających kurs, udostępniono nam bufet z kawą, herbatą, były nawet ciastka i obiady. Pierwszego dnia kursu wieczorem otrzymaliśmy reprymendę od pani z F2, że jakim prawem zużywamy herbatę i kawę, przecież to nie dla nas...

- Po kursie otrzymaliśmy certyfikaty, jednak bez jakichkolwiek podpisów, pieczątek potwierdzających cokolwiek z F1 i F2 (można powiedzieć, pomyłka, ale i w identycznej sytuacji było 15 osób i każda z nich musiała podpisem potwierdzić odbiór tego certyfikatu).

- Miał być staż, pani z F1 zapewniała, że maksymalnie do początku lipca - zeszłego roku. Stażu nie widziałam do dziś. Niektóre osoby z grupy dostały propozycję odbycia stażu na stanowisku nie mającym nic wspólnego z kursem
- pani koordynatorka wysłała cv wszystkich 15 osób do jednej z firm, w której pracowała jej znajoma - na rozmowie mieliśmy mówić, że jesteśmy przez tę znajomą poleceni (nawet nie wiedzieliśmy, jak dziewczyna wygląda). Firma ma taką politykę, że za polecenie znajomego wypłaca 1000zł, jeśli osoba utrzyma się określony czas w firmie, kolejne 3000zł za osobę. Pani z F1 utrzymywała, że "nie o pieniądze tu chodzi", tylko by nas umieścić w prestiżowej firmie.

- Tu już złożyliśmy skargę do Urzędu Marszałkowskiego, który dysponował pieniędzmi na projekt, jednak nie stwierdzono uchybień.

- Niedawno z F2 odezwali się z możliwością przystąpienia do prestiżowego egzaminu, niezwiązanego z moim kursem, ale wysyłali materiały - pomyślałam - co mi tam. 3 razy zmieniany termin egzaminu, na który zaproszenie dostał również kolega. Kolega ów otrzymywał od F2 informację, że termin, na który byłam zapisana ja, nie istnieje.

- W końcu wypisałam się z tej całej farsy. Dziś miał odbyć się egzamin, dzwoni do mnie babeczka z F2 z pytaniem, czemu nie przyszłam. Oczywiście nikt z F1, gdzie składałam rezygnację, jej nie powiadomił.
Projekt ma coraz to nowsze edycje, polegające chyba tylko na wyciąganiu kasy z Unii...

projekty_unijne fundacje chaos

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 83 (99)

#82623

(PW) ·
| Do ulubionych
Szukam pracy na etat. Już zdrowie osoby, nad którą sprawowałam opiekę przez ostatnie kilkanaście miesięcy się poprawiło, a praca na własnej działalności mi nie do końca leży, więc rozpoczęłam poszukiwania.

Generalnie wysyłałam aplikacje przez najpopularniejszy chyba portal z ogłoszeniami, zawsze na rekrutacje jawne. Starałam się pamiętać jak najwięcej o firmie, do której aplikowałam, coby dzwoniący w południe rekruter nie zaskoczył mnie jakimś pytaniem o firmę przy pierwszej rozmowie weryfikującej.

I tak jakoś na początku czerwca trafiło, zaaplikowałam do dużej firmy deweloperskiej, na stanowisko, gdzie naprawdę chciałabym pracować, a które w ogłoszeniu brzmiało naprawdę jak strzał w 10 jeśli chodzi o zakres obowiązków. Ale nie łudziłam się, że wypali, ot wysłałam i starałam się zapomnieć, by nie robić sobie nadziei.

Po kilku godzinach wyskoczyło mi powiadomienie, że pracodawca otworzył CV, do końca dnia już byłam umówiona na rozmowę telefoniczną z rekruterką kolejnego dnia.
Na tym etapie nie ma co opowiadać, by nie przedłużać. Złapałyśmy kontakt, postanowiła, że mnie rekomenduje menadżerowi odpowiedzialnemu za tę rekrutację.

Z menadżerem hr oraz kierownikiem działu, w którym miałabym pracować, także złapaliśmy nić porozumienia i naprawdę spoko się gadało. Powiedzieli, że dadzą znać w ciągu 3 tygodni - długo, więc myślałam, że nic z tego i mi podziękują, bo jednak nie spełniłam ich wymagań. Bywa.
Zadzwonili jeszcze tego samego dnia po południu pytając jak moje wrażenia i że ich wrażenia są tak pozytywne, że chcą mnie rekomendować dyrektorowi do zatrudnienia, ale muszę się jeszcze z nim spotkać na rozmowę.

Kolejnego dnia umówiła mnie asystentka dyrektora na rozmowę. Pięć dni czekania na ostatni etap rekrutacji poświęciłam na doszlifowaniu wiedzy o firmie, autoprezentacji i czytaniu poradników. Naprawdę zależało mi na tej pracy, czułam, że to to, co chcę robić w życiu.

Przyszedł dzień rozmowy, czułam się super przygotowana. Do gabinetu dyrektora weszłam punktualnie. Rozmowa miała być formalnością, i rzeczywiście, nie czułam spięcia. Pytania standardowe, trochę opowieści o firmie, trochę o oczekiwaniach. Pytania do mnie o moje oczekiwania i kilka wyrywkowych pytań o CV.
Czułam, że dosłownie milimetry mnie dzielą od sukcesu.

Pewnie się już domyślacie, że nie dostałam tej pracy.

Dlaczego?
Cytuję: Jakbyś mnie wpuściła po tego drinka, to byś tę pracę miała. Widzisz, czasem trzeba ustąpić, nigdy nie wiesz, na kogo trafisz w życiu.

Nie wiedziałam o co chodzi - byłam przekonana, że coś się facetowi pochrzaniło, więc dopytałam:
- Ale o jaką sytuację Panu chodzi - spotkałam się kiedyś z Panem?

Okazało się, że tak. W kwietniu byłam w klubie ze starymi kumpelami ze studiów i czekałyśmy chyba 20 minut w kolejce po drinka. I gdy miała przyjść nasza kolej, czterech kolesi wje*** się przed nas z tekstem mniej więcej: "panienki, wy poczekacie, macie czas, a my tu biznesy szybko załatwiamy, nie kręćcie nosem tylko nas wpuśćcie".
Pamiętam, że powiedziałam wtedy dokładnie: "wypie**** na koniec kolejki - a biznesy załatwiaj na trzeźwo". Niekulturalnie, wiem.

Konsekwencje poniesione. Mimo wszystko, mam satysfakcję, że nie pozwoliłam mu się wepchnąć w tym barze.

bar praca

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 146 (172)

#82622

(PW) ·
| Do ulubionych
Mieszkanie "na pokoju" za granicą, odsłona czwarta, najbardziej piekielna i chyba najbardziej obrzydliwa (chociaż jedna z kolejnych będzie dzielnie stawać w szranki o palmę pierszenstwa).

Od moich hinduskich landlordów przyszło mi się wyprowadzić w lutym 2009 roku.
Po prostu uznali, że wynajem na pokoje im się nie opłaca, a po tym jak uświadomiłyśmy im nielegalność  prawie podwójnego podniesienia czynszu stwierdzili, że mamy się wszystkie wyprowadzić, bo oni sprzedają dom.

Ja akurat dostałam pracę w innym mieście, więc tam też postanowiłam szukać. 
Same poszukiwania mogłyby stanowić temat na osobną historię, ale czas wypowiedzenia się kurczył, więc zrobiło się podbramkowo.

I znalazłam: ogromy dom wiktoriański, szeregówka druga w rzędzie, w domu narożnym elegancka restauracja. W domu łącznie 17 pokoi na czterech kondygnacjach, każda kondygnacja z własną łazienką i kuchnią.
Pokój w podpiwniczeniu, ale ogromny - żeby nie skłamać - ze 25 m2. Z mebli tylko łóżko i jakiś stół, ale reszta miała być dowieziona w ciągu dwóch - trzech tygodni. 
Na dodatek przystępna cena. Żyć nie umierać.
Jedynymi mankamentami wydawały się brak światła - małe okienko oraz obecność korków do całego domu w pokoju.
Ale nie mogło być tak pięknie.
 
Pierwszy zgrzyt - uszkodzony zamek w drzwiach. Przywiozłam pierwszą partię rzeczy, a tu guzik - nie da rady zamknąć drzwi. Naprawione po kilku dniach.

Drugi zgrzyt meble, a raczej ich brak - po paru tygodniach dowieziona szafa, najprawdopodobniej z wystawki, bez szyny na ubrania i niższa ode mnie.
"To nie możesz sobie w niej zamontować jakiegoś sznurka?" - usłyszałam na moje protesty. Ale po paru codziennych telefonach i nękaniu landlorda doczekałam się całkiem nowej szafy i komody.

Trzeci zgrzyt - ogrzewanie. Centralne zakręcone ("bo przecież nie będę dogrzewał korytarzy"), w pokoju wstawiony grzejnik olejowy, który zepsuł się po kilku tygodniach. Landlord odmówił kupienia nowego, ale jak ja kupiłam sobie farelkę, to zaprotestował, twierdząc, że zjada za dużo prądu. Nowy grzejnik, który mi dostarczył mógłby się z łatwością schować w mojej torbie zakupowej, nie dawał rady ogrzać tak dużego pokoju, co niestety spowodowało grzyba.

Kolejny zgrzyt, jeden z gorszych to te nieszczęsne korki.
Policzcie sami: 17 pokoi = co najmniej tyle samo grzejników, czajników, komputerów, telewizorów i nie wiadomo co jeszcze i bezpieczniki pamiętające chyba drugą wojnę światową. Wywalało je regularnie. Często w nocy. Nie wiecie ile razy miałam telefon od landlorda o drugiej nad ranem, żebym włączyła korki. Awanturę jaką mi zrobił jak zaczęłam telefon wyłączać na noc, pamiętam do dziś. W końcu, za namową znajomego prawnika, wysłałam mu list z rachunkiem za usługę włączania bezpieczników. Drogo się wyceniłam bo na £200 od okazji :-) Przestał dzwonić, za to zaczął mówić innym lokatorom, żeby przychodzili i pukali, bo jestem w pokoju. Kiedy nie otwierałam, wysłał swojego "administratora" z kluczem, by ten wszedł do mnie do pokoju. Na szczęście miałam klucz w drzwiach, więc wejść nie dał rady.
Podczas niecałego roku pobytu tam nabawiłam się ataków paniki, fobii społecznej i trudności z zasypianiem.

Ponadto okazało się, że kuchenka ma niepodłączony piekarnik, a z lodówki regularnie znika jedzenie. Ponadto nikt w kuchni nie sprzątał, więc blaty lepiły się niesamowicie. Jak chciałam sobie wstawić lodówkę do pokoju, to powiedział, że podwyższy mi czynsz bo większe zużycie prądu.

Na domiar złego, pozostali lokatorzy to, wbrew zapewnieniem, nie byli studenci, ale imigranci, nie rozumiejący angielskiego, a do higieny mający stosunek ambiwalentny. Idąc do łazienki brałam ze sobą butelkę domestosa w sprayu i paczkę chusteczek antybakteryjnych i wszystko dokładnie szorowałam, zanim skorzystałam z jakichkolwiek urządzeń.
Śmieci walające się po korytarzach, albo wręcz podrzucane pod moje drzwi (bo widzieli, że jako jedyna je wynoszę).

Czarę goryczy przelało jednak co innego:
szczury i karaluchy. Wspominałam restaurację w domu obok? Szczury stołowały się w jej śmietnikach, a zamieszkały u nas w domu, tym bardziej, że landlord ograniczył się do rozstawienia paru zardzewiałych pułapek i kilku takich śmiesznych pudełek na owady, które problemu bynajmniej nie rozwiązały.

Akurat przeprowadzał się do nowego domu mój jeden znajomy z pracy i razem ze swoją dziewczyną i jej siostrą szukali jeszcze jednego lokatora, by zmniejszyć koszta. Zaproponowali pokój mi, a ja z wdzięcznością przyjęłam zaproszenie do wspólnego zamieszkania. 
Dopiero później okazało się, że nie bardzo miałam być za co wdzięczna, ale to następna historia...
Landlord próbował jeszcze sztuczki z nie oddaniem depozytu, ale to też się jakoś udało załatwić...

Mieszkałam tam aż tyle czasu, bo nie miałam kiedy poszukać czegoś innego. Często pracowałam sześć dni w tygodniu, po dwanaście i więcej godzin, bo firma się rozkręcała i trzeba było rozpisywać programy, projekty itd. Wieczorem, około jedenastej wracałam do domu, by na dziewiątą być znowu w pracy. Byłam wykończona, a dzień wolny na ogół przesypiałam z bólem głowy. To chyba był najgorszy rok w moim życiu.

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 139 (155)

#82606

(PW) ·
| Do ulubionych
Czytając ostatnio historie dotyczące matek z dziećmi i ich prawami, przypomniałam sobie swoją sprzed kilku miesięcy. Może nie jest dla wszystkich piekielna, ale dla rodziców podróżujących komunikacją publiczną i mających jako tako wyobraźnię - jak najbardziej tak.

Słowem wstępu - mam takiego małego człowieczka, rodzaju męskiego. W czasie gdy jeszcze ćwiczył wszelkie sztuki walki w moim brzuchu, nigdy nie upominałam się o przepuszczanie w kolejce, nie zajmowałam specjalnie przeznaczonych miejsc ani nic z typu "jestem w ciąży to mi się należy". Ale do rzeczy...

Mały mój osobnik podróżuje w wózku, a zdarza się że musimy czasami skorzystać z transportu publicznego, autobus i czasami pociąg. W autobusach dla wózka jest przeznaczone specjalne, oznaczone miejsce. Jak nigdy nie mam problemu żeby tam przycupnąć tak raz mnie krew zalała.

Wsiadam do autobusu, co ważne dla historii, całkiem luźnego, kieruję się na miejscówkę dla wózka. Stoi tam sobie wesoło Paniusia, na oko blisko 40.
Ja (J), Paniusia (P).

(J): Przepraszam, może pani się przesunąć?
(P): Nie
(J): Ale to jest miejsce dla wózka...?
(P): Mało jest miejsca? Nigdzie się nie przesunę.
(J): ...Yyy... ale to miejsce przeznaczone dla wózków.
(P): Bez przesady, dużo miejsca jest, ja nigdzie nie idę, mi tu dobrze, nie będziesz mi mówić gdzie mam stać!

Zgotowało się we mnie, ale zaparkowałam możliwie najbezpieczniej jak się da, klnąc siarczyście babę pod nosem...

I teraz wyobraźcie sobie taką sytuację. Przed autobusem samochód gwałtownie hamuje, autobus też i albo wjedzie w tyłek auta albo nie... siła hamowania jest tak duża, że wózek mimo hamulca i asekuracji mojej się przewraca. Jadąc tyłem, dzieciak na bank wypada, leci głową prosto na siedzenia albo i ludzi, jadąc przodem do kierunku jazdy (co nie powinno mieć miejsca), wbija się w pasy i pałąk przy wózku albo i gorzej. Tak czy tak obrażenia poważne, a tylko dlatego, że idiotka bez wyobraźni nie chce się przesunąć...

Także proszę was obywatele, kiedy widzicie rodzica z wózkiem, zróbcie miejsce żeby dziecko bezpiecznie postawić przy tej ściance, nigdy nie wiadomo co się wydarzy...
A wracając do Paniusi, przejechała 2 przystanki odkąd wsiadłam... Tak się oburzała na 2 przystanki?? Złośliwość ludzka nie zna granic:/

PS. Wiem że może przesadzam, bo wypadków z udziałem autobusów jest mniej, ale lepiej dmuchać na zimne i dbać o wzajemne bezpieczeństwo.

komunikacja_miejska

Skomentuj (20) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 141 (173)

Podziel się pozytywnymi historiami na
WSPANIALI.pl

Piekielni