Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

 

#80449

(PW) ·
| Do ulubionych
Pewien 5-gwiazdkowy hotel na M w centrum Warszawy. Nikt tam z agencji kelnerskiej nie chce pracować, ja poszłam na jedną zmianę, skusiłam się bo mi dopłacili ekstra, żebym się zgodziła. Słyszałam różne historie na temat tego hotelu. Smaczki po 8-godzinnej zmianie.

1. Usłyszałam od kierowniczki kilkakrotnie, że nie może na mnie patrzeć. Nie był to żart, po prostu czysta krytyka. Nie, nic nie zrobiłam, po prostu podobno wyglądałam na przestraszoną.

2. Kierowniczka stwierdziła, że jest w szoku, że agencje przekazują jej od pracowników, że nie podoba im się fakt, że wrzeszczy na nich i klnie, bo przecież to nie oznacza, że ona ich nienawidzi czy ma z nami jakiś problem, krzyczy i klnie dlatego, że praca jest stresująca, a przecież ona musi się wyładować.

3. Podczas pracy nie można było się napić wody, bo "zaplecze to nie stołówka" i szklankę wody mogliśmy wypić dopiero na 15-minutowej przerwie po 6 godzinach od zaczęcia zmiany. Przy pracy fizycznej, gdzie się biega z tacą i przebywa częściowo w gorącej kuchni czy zmywaku - mordęga.

4. Wrzeszczenie i krytykowanie za byle co było motywowane "wysokim standardem hotelu" i jak komuś się nie podoba, to znaczy, że się nie nadaje, bo owych standardów nie spełnia.

gastronomia

Skomentuj (5) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 90 (92)

#80398

(PW) ·
| Do ulubionych
10 października obchodzony był Dzień Zdrowia Psychicznego. Zastanawiałam się czy opisać moją historię, nadal nie jestem przekonana czy jest sens, ale może wśród Was jest osoba z podobnymi problemami.

Kiedy byłam dzieckiem w wieku podstawówkowym, wraz z rodzicami i rodzeństwem przeprowadziliśmy się do nowego domu. Wiązało się to ze zmianą szkoły. Rodzeństwo było na tyle młodsze, że praktycznie dopiero zaczynali swoją edukację, więc szybko się zaaklimatyzowali w nowym środowisku. Ja miałam problem. Jak to na wsiach bywa, większość dzieciaków znała się od przedszkola, a przynajmniej od zerówki. Doszła do nich "nowa" z jeszcze mniejszej wsi, niemodnie ubrana (rodziców nie było stać), z bzikiem na punkcie zwierząt (w pierwszym tygodniu szkoły przygarnęłam bezdomnego kota). Wiele było historii o maltretowaniu w szkole, więc nie będę opisywać kolejnej. Powiedziałam o tym rodzicom. Ojciec radził po chrześcijańsku nastawić drugi policzek. Mówił, że to tylko dzieciaki, zaraz im się znudzi i znajdą sobie inną ofiarę. Nie znaleźli. Chciałam się przenieść do równoległej klasy, ale ojciec nie wyraził zgody na takie "wydziwianie". To tak w ogromnym skrócie.

W punkcie 7 historii 79088 wspomniałam o molestowaniu. Nie powiedziałam o tym rodzicom od razu właśnie przez to, że olewali każdy problem, z jakim do nich przychodziłam. Po pierwszej rozmowie z psychologiem okazało się, że cierpię na depresję. Na kolejnej wizycie pojawił się psychiatra w celu przepisania mi odpowiednich leków. Nigdy nie zapomnę, jak ojciec wioząc mnie do lekarza powiedział: "Tylko się nikomu nie chwal, bo to nie jest powód do dumy".

Tak jak pisałam, po trzeciej wizycie rodzice doszli do wniosku, że więcej nie trzeba. Temat depresji nigdy nie powrócił, a ja żyłam ze świadomością, że to wstyd. Choroba wracała średnio co 2 lata, a każdy taki epizod trwał od kilku tygodni do kilku miesięcy. Nie szukałam nigdzie pomocy, bo to przecież wstyd. Z nikim o tym nie rozmawiałam, sama próbowałam sobie z tym radzić. Dopiero po zeszłorocznym epizodzie postanowiłam, że poszukam pomocy, bo tak się nie da na dłuższą metę żyć.

Codziennie zadaję sobie pytanie czy jestem dobrą matką. Nie chciałabym popełnić takich błędów, jakie popełnili moi rodzice, a przez które naprawdę było i jest mi ciężko. Uczucia wstydu, że mam problem, nie da się wymazać.

depresja

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 103 (145)

#80396

~MisiaIsia ·
| Do ulubionych
Do opisania tego, co spotkało mnie na porodówce, skłonił mnie wpis użytkowniczki Rossolek.

Wszystko dzieje się w krakowskim szpitalu, dokładnie rok temu, w 36 tyg. ciąży.

Tytułem wstępu: Ciąża przebiegała wzorcowo, ciśnienie książkowe, tylko waga szalała. Moja mała była bardzo ruchliwa, więc gdy w pewną niedzielę, nie czułam jej ruchów od rana, zaniepokoiłam się. Odprawiałam cuda na kiju, by ją trochę pobudzić, ale nie dało to większych rezultatów. Małżonek wieczorem podjął decyzję. Jedziemy na SOR, nie ma na co czekać.

1. Przyjęcie.
Rejestracja bardzo szybko i przejście do pań na wstępne rozpoznanie. Tu pojawiły się już pierwsze dopowiadania, że młoda (miałam 20 lat), że panikuje, że nie robiła wszystkiego jak powinna, ale ciśnienie troszkę za wysokie, to MOŻEMY zaprowadzić do ginekologa. Nie głaskać się tak po brzuchu, bo poród może wywołać!

2. Badanie.
Na badanie troszkę poczekaliśmy, ale to nie szkodzi. Badanie bardzo profesjonalne, delikatnie, nie mam zastrzeżeń. Znikome ilości wód płodowych, małe dziecko ok. 2 kg i skrócona szyjka macicy. Zostawiamy na patologii ciąży. Przejęły mnie pielęgniarki.
Jest godzina 22, pan mąż, niezwłocznie, ma opuścić teren szpitala. No trudno, buziak na pa pa, widzimy się rano.

3. Patologia ciąży (ok. godz. 24).
- My pani robiliśmy morfologię i badanie moczu?
- Nieee...
- No to szybciutko wstajemy. Jeszcze zmierzymy ciśnienie. Chce się pani sikać?

Ciśnienie na dwóch aparatach wskazało 170/100. Jeszcze raz badanie ginekologiczne i ok 1 w nocy zapada decyzja: Przechodzi pani na porodówkę. Proszę się zebrać z sali i idziemy. No to poszłam.

4. Porodówka.
Początek tam bardzo miły. Położna młoda, profesjonalna, rozmawia, stara się uspokoić jak się da.
Ja się rozsiadłam na fotelu, kroplówkę podpięli, ktg odpalone i słyszę serduszko mojego małego szkraba. Troszkę emocje opadły, pomiar ciśnienia daje wynik 210/120. Położna oczy jak pięć złotych, ja nie wiem o co chodzi, czuje się w miarę dobrze. Przychodzi badający mnie ginekolog szykujący się już do cesarki.
- Niestety, proszę pani czy zgadza się pani na cięcie cesarskie, ponieważ mamy 3.15 białka w moczu i stan przedrzucawkowy.

Tylko kiwnęłam głową. Podpisałam papiery, zadzwoniłam do męża i hejaaa...

Na sali z 15 osób. Mam się rozebrać do naga, mimo że lekarze (także studenci), to i tak wstyd jest. Anestezjolog mówi, że mam zdjąć obrączkę. Nie dam rady, od 4 miesięcy nie dam rady jej przesunąć nawet o milimetr. Napuchłam. Nie było tyle jeść. Ile waży? Ważę dużo 124 kg, przed ciążą było 100, ale przez ostatnie dwa miesiące bardzo puchłam, nie tyłam.

Zaczęły się dogadywania, o tym że nie patrzą kogo przyjmują, jak on ma mnie znieczulić, wzmianki o wielkości kosmosu, uśmieszki personelu, żarciki o otyłości itp.

Wyłączyłam się. Tylko płakałam. Potem pierwsze wkłucie, trzecie i za piątym zaskoczyło. Zasłonili, pokroili i o godz. 2:55 wyczekiwany płacz dziecka, 10 punktów. Ulżyło mi, pokazali mi małą na chwilkę i zabrali. Ja dalej płakałam. Było się tak nie spaść. Jak za dwa lata będzie ważyć mniej, to będzie cud.

Z następnego dnia nie pamiętam prawie nic. Wiem, że był mąż, rodzice i ktoś, jakaś kobieta, która następnego dnia zaczęła na mnie krzyczeć, gdyż dostałam spazmów, bo jako jedyna z siedmiu kobiet na sali pooperacyjnej nie dostałam dziecka, a ona była wczoraj i mi przecież mówiła, że z dzieckiem wszystko jest dobrze, tylko nie chce samo jeść. Tylko, że ja nie pamiętałam. Położna chciała albo nie chciała mnie uspokoić stwierdzeniem, że jak nie przestanę płakać, to w ogóle dziecka nie dostanę.

I tak trzy tygodnie w szpitalu. Ale to już byłoby za długo opisywać co się tam działo.

Podsumowując. Pierwsza ciąża, ja niedoświadczona, popełniałam różne błędy, szczególnie żywieniowe, ale człowiek uczy się na błędach. Mówią, że narodziny dziecka to magiczny moment, ale to nie ma nic wspólnego z magią. To cykl upokorzeń. Dopiero dziecko w dłoniach, to największy cud świata.

Porodówka

Skomentuj (45) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 159 (193)

#80395

(PW) ·
| Do ulubionych
Jak pisałem o rodzince - najlepiej na zdjęciu.

Moja prababcia miała czworo dzieci, także w tym momencie drzewo rodzinne dość mocno się rozgałęziło. Ale nie o tym będzie, ale o żądaniu kawalerki po mojej babci.
My mamy dom, natomiast Ciotunia jak ją nazwę, żyją całą czwórką w 2-pokojowym mieszkaniu.

No i gdy zmarło się mojej babci naturalnym było iż dziedziczy jej córka, a moja mama. W każdym razie zdecydowaliśmy, że zamieszkam w tych 25m2. W końcu co własne to własne, a i na uczelnie bliżej no i moja dziewczyna stwierdziła, że będzie większy komfort jak rodziców nie ma piętro niżej.

Niby prosto... No nie. Do akcji wkracza Ciotunia z Wujkiem, i stwierdzają, że to im się należy kawalerka. No bo przecież babcia była siostrą ich babci to mają większe prawa od dzieci zmarłej.
No bo oni męczą się w małym mieszkaniu i ich synek powinien je dostać.

Ale powiem najlepsze. Oni także odziedziczyli mieszkanie, ale je wynajmują, bo to pieniądz jest. I na 99% obstawiam, że to też by wynajęli.

rodzina

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 106 (136)

#80397

(PW) ·
| Do ulubionych
Jak pisałem - Ciotunia z Wujkiem to książkowi Janusz i Grażyna.

Oszczędności:
Z Ikei/Burger Kinga/KFC tam gdzie jest darmowa dolewka potrafią wynieść 5-litrową butlę Coli. Jak? W dużej torbie mają ją ukrytą i non stop kurs po kolejną porcję. W dni kiedy jest duży ruch nawet nie kupują kubka, mają swoje wielokrotnego użytku.
Cukier biorą z małych saszetek dodawanych do kaw. Chyba przez ostatnie 10 lat nie kupili 1kg cukru.

Zakupy. W jednym markecie jest tak iż warzywa owoce, mrożonki, i sypkie waży się samemu. Co robi Ciotunia?
Ryba czy krewetki waży, ale jako np. marchewka. Pomarańcze itd. jako ziemniaki. Potem do kasy samoobsługowej i niższe ceny mamy.

Jest jeszcze sporo przykładów ich pazerności.

rodzina

Skomentuj (23) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 113 (129)

#80391

(PW) ·
| Do ulubionych
Warszawa. Sobota. Popołudnie.

Szłam z przyjaciółmi do małego, osiedlowego sklepu. Przy wejściu zaczepiła mnie nastoletnia dziewczyna:

- Przepraszam, czy kupiłaby mi pani alkohol?
- Yyyy... a jesteś pełnoletnia?
- No... Nie.
- No właśnie.

Obsługa sklepu została poinformowana o tym zdarzeniu.

Warszawa nastolatka alkohol

Skomentuj (39) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 134 (194)

#80433

(PW) ·
| Do ulubionych
Na temat tego jak działa "wymiar" sprawiedliwości.

Jestem (jeszcze) biegłym sądowym z jakiej dziedziny nie istotne dla meritum sprawy.
Telefon z sądu - potrzebna opinia, bo laboratorium kryminalne ma terminy na 6 miesięcy do przodu, a chcą zwrócić już "rekwizyty" prawowitym właścicielom.

Opinia zrobiona - rachunek na 200 zł załączony w tym 20 zł za koszt wysyłki paczki.
I.. wg sądu ta opinia jest warta 100 zł, bo czasu na sporządzenie opinii się nie wlicza, czasu analizy się nie wlicza etc..
Można złożyć zażalenie na decyzję sądu - ale jest ono odpłatne 40 zł.

Pytanie - kiedy 100zł zapłacą - mój rekord 300zł po 3 latach od sporządzenia opinii - bo (podobno) Sądy Okręgowe płacą po zakończonych sprawach... jak nietrudno zgadnąć bez żadnych odsetek.

Wynagrodzenie biegłego to max 30 zł/h, gdzie spokojnie biorę 150zł/h za zlecenia wykonywane prywatnie.

Do końca grudnia jestem na liście biegłych - potem środkowym palcem dziękuję za taką "współpracę".
I jak w takim kraju wykonawcy mają walczyć przed sądami o swoje wynagrodzenia skoro same sądy okręgowe dymają swoich "podwykonawców"?

PS. Obrońca z urzędu za powiedzenie jednego zdania w sądzie bierze 300zł.
PS 2.
Przedstawione sytuacje nie dotyczą generalnie Sądów Rejonowych - te o dziwo płacą w przeciągu 2 tygodni od dostarczenia opinii.

sądy biegli sądowi

Skomentuj (30) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 93 (117)

#80389

(PW) ·
| Do ulubionych
Jestem nauczycielką przedszkolną, uczę angielskiego wszystkie grupy wiekowe (czyli dzieci od 3 do 6 lat). Poza tym jestem wychowawczynią jednej ze starszych grup. Lubię swoją pracę: dzieciaki chętnie uczestniczą w moich zajęciach, dyrekcja i inne nauczycielki są w porządku, w przedszkolu panuje przyjazna atmosfera. Ale gdyby było tak idealnie, nie byłoby tu tego wpisu.

Piekielnością są, oczywiście, rodzice. Przez pierwszy miesiąc pracy miałam ze wszystkimi raczej dobry kontakt, ale od pewnego czasu coraz częściej dochodzi do konfliktów. Opiszę kilka niemiłych sytuacji.

1. Niektórzy rodzice mają pretensje, że ich dzieci nie potrafią biegle mówić po angielsku. Przypominam: przedział wiekowy 3-6 lat. Słyszałam skargi, że nie uczę gramatyki, ale hitem był tatuś, który burzył się, że jego pięcioletnia córka nie potrafi mu przetłumaczyć z angielskiego na polski jakiegoś zwiastuna filmu z youtube'a.

2. Sytuacja odwrotna: zatroskani rodzice skarżą się, że ich dzieci są przytłoczone ogromem informacji. Bo jak wracają do domu, to opowiadają, że na angielskim śpiewają piosenki, uczą się słów i wypowiadania krótkich zdań. I chociaż dziecko wydaje się być zadowolone, rodzic twierdzi, że je męczę. W salach mamy telewizory i dostęp do internetu - kilkoro rodziców powiedziało, że najlepiej by było, gdybym po prostu puszczała im bajki, bo to są tylko dzieci, na naukę mają jeszcze czas.

3. I jedna z ciekawszych historii: pod koniec pracy siedziałam z kilkorgiem dzieci przy stoliku i kończyliśmy pracę plastyczną. Po jedno dziecko przyszła mama, wstałam od stolika, poszłam się przywitać i chwilę porozmawiać. Kilka dni później mamusia przyszła na skargę do dyrekcji, że w czasie pracy siedzę na tyłku zamiast stać przy drzwiach i witać się z rodzicami.

Historii mam jeszcze więcej, ale może opiszę je już innym razem.

przedszkole dzieci rodzice

Skomentuj (19) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 178 (194)

#80388

(PW) ·
| Do ulubionych
Ostatnio naczytałam się tu sporo historii związanych z bierzmowaniem i przypomniała mi się sytuacja sprzed około 2 lat.

Rzecz działa się w polskim kościele w Anglii. Razem z narzeczonym przyszliśmy na mszę i usiedliśmy jak zwykle w ławce na samym końcu kościoła, tuż przy wyjściu. Jakiś czas po rozpoczęciu mszy zaczęła się schodzić młodzież (głównie dziewczyny), na oko 16-letnia, czyli zapewne do bierzmowania. Jednak zamiast brać udział we mszy, dziewczyny rozsiadły się wygodnie na klęczniku i tak przegadały całą godzinę. Kompletnie ignorowały wszystko co się wokół nich działo - nie powiedziały żadnej wspólnej modlitwy, ani razu nie uklękły, a ich głośne rozmowy przeszkadzały wszystkim dookoła.

Ponieważ nie chcieliśmy robić zamieszania w trakcie mszy, po wszystkim poszliśmy do księdza, aby mu o tym powiedzieć.
W kancelarii zastaliśmy już kobietę z nastoletnią córką, która przyszła porozmawiać z księdzem w podobnej sprawie. Okazało się, że 'koleżanki' z grupy do bierzmowania dręczyły jej córkę do tego stopnia, że ta nie chciała już dłużej brać udziału w zajęciach. Kobieta nie chciała jednak podać żadnych nazwisk, z obawy przed zemstą na córce, więc ksiądz nie mógł wyciągnąć konsekwencji wobec konkretnych osób.

W następną niedzielę jedynie ogłosił, że od tej pory młodzież do bierzmowania ma siedzieć w pierwszych ławkach.
Przeraża mnie to, że taką młodzież dopuszcza się do bierzmowania...

kościół

Skomentuj (31) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 140 (188)

#80385

(PW) ·
| Do ulubionych
Dziś przed południem jechałem samochodem. W miejscu gdzie nie ma podstaw do tego ruch pojazdów mocno spowolnił. Jak się okazało winna temu była kobieta, która próbowała wstać z ulicy.
Minąłem kobietę i zatrzymałem się tuż za nią, włączyłem awaryjne.

Kobitka nie była pijana, rozbita głowa i szok, a także mocno podeszły wiek nie ułatwiał jej pozbierania się. W oczekiwaniu na karetkę, tak do 10 minut nikt się zbytnio nie przejął sytuacją, oprócz kierowcy, który zaoferował pomoc, że może być świadkiem i że widział jak mi nagle wyskoczyła przed maskę.
Panią karetka zabrała do szpitala.

Boli znieczulica, boli "oferta" świadkowania.

ulica

Skomentuj (22) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 77 (119)

Podziel się pozytywnymi historiami na
WSPANIALI.pl

Piekielni