Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

 

#80098

(PW) ·
| Do ulubionych
Zapewne temat oklepany biorąc pod uwagę świeżaki/lidlaki, ale nawet teraz, a minęły dwa dni, nie wiem co powiedzieć.

Pewna sieć sklepów spożywczych ma akcję marketingową. Za określoną liczbę wydanych złotówek dostajesz naklejki, które potem możesz wymienić na nagrody. Jeszcze jakiś miesiąc temu naklejki dostawało się luzem - jeden rodzaj na nagrodę X, drugi - na nagrodę Y. Teraz sieć zmieniła zasady i oprócz naklejek na nagrody daje też jakieś naklejki ze zwierzątkami. Wszystko zapakowane w papierową saszetkę.

Jako, że sklep jakiś wielki nie jest, sprzedawczynie znają większość ludzi przynajmniej z widzenia. A ponieważ byłam tam po raz pierwszy od zmiany, sprzedawczyni poinformowała mnie, że te naklejki to dla dzieci. Ok, myślę - nie mam własnych dzieci, ale w rodzinie coś tam się pęta to oddam, może się spodoba, może nie. Nie moja sprawa.

Odchodzę od kasy, pakuję zakupy i czuję jak ktoś mnie stuka w ramię. Odwracam się, a tam matrona 60+, która do mnie wyskakuje z tekstem:
- Ja cię znam, ty nie masz dzieci. Oddawaj te naklejki.

O, kochana tak się bawić nie będziemy.
- Mam - odpowiadam grzecznie i spokojnie.
- Nie masz. Bo ty to zboczona jesteś. Dwie kobiety pod jednym dachem to niemoralne jest.
- No i co? - już mniej grzecznie i z większym naciskiem na poszczególne słowa.
- W piekle się spalisz. Nierządnica.
- Przynajmniej JA mam trochę zabawy w domu. A pani?

Dobrze, że panowie budowlańcy stojący w kolejce zaczęli się śmiać, bo chyba by się pani na mnie z łapami rzuciła.

I tak się zastanawiam tylko co pani miała w głowie żeby obcą osobę zaczepiać.

sklepy

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 93 (113)

#80030

(PW) ·
| Do ulubionych
Jestem kontrolerem biletów.

Razem z Władkiem umówiliśmy się, że ja zacznę sprawdzać autobus od przodu, a Władek od tyłu. Po zakończonej kontroli zauważyłem, że w tylnej części autobusu siedzi dwóch łysych jegomościów popijających piwko i rzucających przekleństwami na prawo i lewo.
- Władek sprawdzałeś ich? - zapytałem swojego współpracownika.
- Chyba głupi jesteś! - odpowiedział Władek.

Przyznam że tym stwierdzeniem trochę mnie zagotował. Nie dziwię się potem, że przez takich ludzi jak Władek pasażerowie mówią, że dresów i pijaków to omijamy, a spisujemy tylko tych uczciwych. Postanowiłem więc zainterweniować. Podszedłem do jegomościów i poprosiłem ich o bilety, których oczywiście nie mieli. Władek tymczasem usiadł kilka metrów dalej, w bezpiecznej odległości.

Po odbyciu krótkiej pouczającej rozmowy panowie zdecydowali się, że karę za przejazd bez biletu zapłacą na miejscu.
Gdy tylko wyciągnęli gotówkę, nagle obok mnie zmaterializował się Władek. Zaczął dawać mi wyraźne sygnały, że chciałby abym się z nim podzielił, ponieważ z każdej opłaty na miejscu mamy pewną premię. Normalnie sam bym go zawołał aby mógł wypisać jednego z panów, tak jak to kontrolerzy mają w zwyczaju w przypadku ujawnienia więcej niż jednej osoby. Lecz za to jak się zachował stwierdziłem, że należy się mu figa z makiem i sam wypisałem obu panów.

Po wyjściu z autobusu Władek śmiertelnie się na mnie obraził. Do końca zmiany się do mnie nie odezwał i stwierdził, że już nigdy więcej nie będzie ze mną współpracował.

komunikacja_miejska

Skomentuj (19) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 157 (165)

#79997

(PW) ·
| Do ulubionych
Będzie o piekielnych mamuśkach ;)

Słowem wstępu, pracuję w pasmanterii, rozrzut wiekowy klientów jest ogromny, często też przychodzą mamy z dziećmi. Dość istotne jest to, że sklep w dużej części jest samoobsługowy. Tzn. można po nim swobodnie chodzić, dotknąć towaru, spokojnie obejrzeć.

Nie jestem przesadna, dzieci też chodzą, oglądają, biorą do rączek. Ale w momencie gdy zaczynają coś niebezpiecznie wyginać, próbują oderwać części albo rzucają, grzecznie zwracam im uwagę. Naprawdę grzecznie, bez podnoszenia głosu, w delikatnych słowach. Często niestety mamusia wychodzi wtedy z pociechą obrażona, bo odważyłam się zwrócić uwagę jej dziecku. No właśnie, JEJ DZIECKU. Jak śmiałam...
Ale była pewna sytuacja, która przebiła wszystko:

Wchodzi pani, z dzieckiem jeszcze w wózku, spacerówce.
Pani kieruje się z wózkiem w stronę regału z włóczkami. No fakt, jesień, czas pomyśleć o ciepłym szaliku, a może i czapce.

Kątem oka obserwuję klientkę. Wkrótce obserwowałam tę sytuację już dwoma oczami, szeroko otwartymi. Pani wybiera włóczkę i od niechcenia losowo podaje którąś dziecku. Dziecko szarpie, szarpie i trach, rozrywa banderolę wokół włóczki. Dziecko zaczyna marudzić i popłakiwać. Matka odbiera mu zmaltretowaną włóczkę i byle jak upycha na półkę. Po czym podaje mu następną, dzięki czemu znów jest cicho. [Dla tych, którzy nie wiedzą: motek włóczki jest owinięty papierową banderolą (jak kabanosy, no wiecie ;) ) dzięki czemu nie rozwija się, zachowuje swój kształt. W dodatku są na owej banderoli ważne informacje o gramaturze, ilości metrów, składzie itd.]

Pomimo wewnętrznego osłupienia mobilizuję się, podchodzę i pytam:
- Przepraszam, co pani robi? - (nadal jestem w szoku)
- Włóczkę wybieram. - odpowiada najnormalniej w świecie, podając dziecku kolejną włóczkę i odbierając drugą zniszczoną. Długo nie czekać i następuje kolejne rozerwanie.
- Tak ale... Pani dziecko niszczy banderole. Tak nie można - mówię spokojnie.
Kobieta spojrzała na mnie jak na wariatkę:
- Przecież on się tu nudzi, muszę go czymś zająć! - no teraz to ja osłupiałam. Ale zbieram się szybko:
- Rozumiem, że pani zaraz te wszystkie zniszczone włóczki kupi - mówię stanowczo.

Nie... Nie zamierzała ich kupić. Wyszła obrażona, krzycząc, że jestem niemiła, sklep jest nieprzyjazny dzieciom, i ona tu więcej nie przyjdzie.
Mam tylko nadzieję, że dotrzyma słowa.

piekielne_mamusie matki sklepy

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 146 (154)

#79998

(PW) ·
| Do ulubionych
W zestawie survivalowym każdej osoby mieszkającej w wielkiej płycie jest wiertarka udarowa. Mam więc na stanie takową.

Przychodzi kuzyn i rzecze:
- Pożycz wiertarkę.
- A po co ci?
- Bo muszę otwór w ścianie wywiercić - osoba mało czujna zakończyłaby wymianę zdań na tym fascynującym etapie. Ale że wiertarka jest - że tak powiem - Nasza ale nie Moja, postanowiłam pociągnąć temat.
- W jakiej ścianie?
- W garażu - trzeba tu dodać, że kuzyn posiada garaż przytulony do górki(bo u nas wszędzie są górki) solidnym murem oporowym.
- A udaru potrzebujesz, żeby wiercić w tym murze oporowym, tak?
- No tak. Chce se półki powiesić.
- Zrób se samonośne. Spalisz wiertarkę. Ten mur ma takie parametry, że się nie wwiercisz.
- Na samonośne idzie więcej materiału.
-A na dziury w murze oporowym więcej wiertarek - kuzyn pobuczał, pofuczał i poszedł.

Na następnym obiedzie rodzinnym wyszło, że wujek został pozbawiony w ciągu tygodnia dwóch wiertarek. Jednej konwencjonalnej, drugiej z udarem - a po pociągnięciu tematu wyszło, że doszło do tego przed rozmową ze mną.
Ludzie powinni uczyć się na błędach :/

Skomentuj (25) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 143 (155)

#79963

(PW) ·
| Do ulubionych
Frustracja frustracją pogania...

Pracuje w Płatnościach Przez internet na Zielonej Wyspie.

Wstęp:

Jak to w korpo, na samym początku było nam powiedziane, że dbamy o rozwój pracowników i były nam przedstawione same superlatywy firmy. Muszę przyznać, że zapowiadało się naprawdę nieźle. Aczkolwiek, na podobnej pozycji w innych firmach kasa jest trochę lepsza, więc wynagrodzić miały nam to: darmowy parking, pakiet medyczny (od którego muszę odprowadzać podatek), dofinansowanie do stołówki, darmowa siłownia itd. plus pakiet edukacyjny. I ten ostatni będzie kluczowy w tej sprawie.

Od samego początku wyraziłem zainteresowanie, aby zdobyć dodatkowe kwalifikacje. Musiałem oczywiście spełnić określone kryteria - między innymi pracować określoną ilość czasu w firmie oraz moje statystyki musiały co najmniej spełniać tzw. "target". Wszelkie wymogi spełniłem i to z nawiązką.

Co do szkolenia, to na zrobienie dyplomu potrzeba było dziewięć miesięcy, prowadziła je firma zewnętrzna i zajęcia głównie odbywały się u nas w firmie w godzinach pracy oraz kilka egzaminów "na wyjeździe", ale z jakiegoś powodu tego zaprzestano (kilka miesięcy po dołączeniu do zespołu, ci którzy zaliczyli pozytywnie poprzedni "rzut" odbierali swoje dyplomy). Finansowo wyglądało to tak, że trzeba było zapłacić z góry, a po otrzymaniu dyplomu i podpisaniu cyrografu na 12 miesięcy (że nie odejdzie się z firmy) zwracano pełne koszta.

Kiedy już pracowałem na tyle długo, że mogłem skorzystać z pakietu edukacyjnego, zacząłem drążyć temat z moim bezpośrednim przełożonym. Dowiedziałem się, że w najbliższym czasie - czyli w tym roku (a pytałem w styczniu) - nie planuje się rozpoczęcia doszkalania, a co więcej budżet nie jest jeszcze ustalony(?!).

Sytuacja właściwa:

W marcu mieliśmy spotkanie z nową szefową departamentu. Korzystając z okazji, na forum publicznym zapytałem ją czego możemy się spodziewać w tej kwestii. O dziwo nastąpiła szybka reakcja z jej strony - została spisana lista chętnych (17 osób). W sumie w kilka miesięcy tylko tyle zostało zrobione, więc jako człowiek ambitny próbowałem ugryźć ten temat w inny sposób i udało się (prawie).

Okazało się, że istnieje opcja refundowanego samodzielnego kształcenia - czy to kurs, dyplom, czy też studia. Dodatkowo, oprócz finansowych korzyści można dostać kilka dni płatnego urlopu przed egzaminami. Brzmi fajnie. Podanie złożone. Odpowiedź:

"No bo wychodzi na to, że jest aż sześć osób, które się o to ubiega i możemy sfinansować to tylko dla dwóch."

Może popełniłem błąd, bo teraz będę tym, który powiedział głośno co myśli (co raczej nie jest mile widziane w korpo, powinno się mówić, że wszystko jest super):

- dwie osoby na departament, to jest dwie osoby na ponad sto dwadzieścia osób, dwie osoby na sześć "teamów", czyli jedna osoba na jedną lokalizację (na Zielonej Wyspie są dwie),
- czy to jest jakiś żart, że na podnoszenie kwalifikacji pracowników przeznaczono na ten mijający już rok tylko około trzy tysiące euro,
- wyniki firmy są jawne, więc wiem ile było przychodu i zysku. Sam inwestuje w akcje firmy i wiem jak przez ostatnie pół roku poszły do góry,
- inny, pokrewny departament zaakceptował wszystkim ich podania. Ja rozumiem, że oni są w hierarchii wyżej i dla nich to jest też potrzebne, ale nie rozumiem dlaczego to my mamy być zepchnięci na bok. Ponadto zarabiają na tyle więcej (a tylko jeden szczebel kariery wyżej), że dla nich to jak splunąć,
- jakim cudem z siedemnastu osób zrobiło się sześć (tu rozumiem to tak, że z siedemnastu osób, które pierwotnie wyraziły chęć na grupowe szkolenie tylko sześć aplikowało indywidualnie, ale reszta prosiła mnie, żebym im dał znać czy moja aplikacja przeszła, bo oni wtedy też swoją aplikację złożą). Chodzi o to, że nasi zwierzchnicy wiedzieli, że jest zainteresowanie, a teraz będzie zapewne jeszcze większe, bo tak się składa, że w przyszły piątek mamy pogadankę o rodzajach kursów i jakie kwalifikacje się z tym wiążą,
- moje statystyki od zawsze były na najwyższym poziomie, więc teraz może okazać się tak, że ktoś o nieco niższych osiągnięciach, nawet już nie chodzi o to że od moich, ale od kogoś innego nawet, bo wszyscy, którzy aplikowali spełniają warunki dostaną szansę, (pewnie będzie jakieś losowanie z kapelusza, co już kiedyś w podobnej sprawie miało miejsce),
- na mojej pozycji osiągnąłem już praktycznie wszystko co można, chciałbym iść gdzieś dalej, wyżej i te kwalifikacje byłyby solidną (aczkolwiek nie niezbędną) podstawą do awansu,
- jak mogę teraz traktować firmę poważnie, skoro to ma działać tylko w jedną stronę,
- wiem, że jestem tylko numerkiem, ale po co zatrudniać ludzi z zewnątrz skoro jest wielu, którzy wiedzą jak ta firma działa i odnajdują się w klimacie, a co najważniejsze znają ludzi z którymi pracują i wiedzą "do kogo, po co i dlaczego".

I najważniejsze:

Pomijając moje statystyki, staż i możliwości. Pomijając to, że czuję się najzwyczajniej w świecie niedoceniany, a zdobyłem kilka "nagród" w tym jedną znaczącą. Kryteria wszelkie spełniłem, podałem motywację, która okazała się zasadna i zgodnie z zasadami panującymi w firmie (niższa płaca - bogaty pakiet) powinno należeć mi się to jak psu buda. Ponadto przestudiowałem zasady korzystania z tego programu, nie ma w nim mowy o budżecie departamentu - zasady są międzynarodowe.

Wszytko powyżej powiedziałem mojej bezpośredniej przełożonej w cztery oczy, bez świadków.

Wynik:

W trakcie wyrażania mojej opinii przerywała mi, a na końcowy komentarz - zaśmiała się... Tylko nie bardzo wiem dlaczego, skoro w sumie jedziemy "na tym samym wózku".

Nic z tego (póki co) nie wynikło, ale jest mi najzwyczajniej w świecie przykro, jestem sfrustrowany, a potrafię znieść wiele. Jak inaczej mógłbym na to zareagować?

Dodam tylko, że nie jest to jedynie mój punkt widzenia. Nie chodzi o pieniądze, które musiałbym zapłacić za ten kurs tylko o to jak zostałem/zostaliśmy potraktowani.

Edit:

Dzięki za komentarze.

Nie wydaje mi się, żeby ktoś wyżej blokował drogę rozwoju, bo i po co? Firma cały czas się rozrasta i potrzebują wykwalifikowanego personelu.
Co do stawiania warunków to taktownie przemilczę.
Pracuję prawie wyłącznie z obcokrajowcami, bo nasza praca wymaga znajomości języków i dokumentów z praktycznie wszystkich krajów Europy i nie tylko.
Co do pracy u konkurencji to fakt, mogę poszukać i zmienić (podejrzewam nawet, że dość szybko). Argumenty przeciw zmianie to głównie lokalizacja, dojazd i tryb pracy. Dodatkowo, jak to mówią - trawa po drugiej stronie jest bardziej zielona - nie wiadomo na co się trafi.
Lubię tę robotę, ludzi z którymi pracuję i wyrobiłem już sobie jakąś pozycję. Szkoda by mi było to wszystko zostawić, ale niestety coraz częściej o tym myślę.

Skomentuj (16) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 132 (140)

#79959

~sprzedawca ·
| Do ulubionych
Wiecie co?
Nigdy nie zrozumiem, dlaczego klienci chodzą do sklepów, skoro mają sprzedawców za oszustów.
Czy tak trudno zrozumieć, że po dwunastu godzinach pracy monety mnożą się w oczach? Że czasem jedna wejdzie pod drugą i jej zwyczajnie nie zauważamy?

Kiedy się pomylę, zawsze przepraszam i wyrównuję.
Jestem jednym z tych sprzedawców, którzy nigdy nie robią problemów, jeśli komuś braknie grosz czy dwa. Jednym z tych, którzy wydają dwu - i pięciogroszówki, kiedy nie mają grosza. Bo po prostu nienawidzę pytać, czy mogę go nie wydawać.

I nie ma nic bardziej upokarzającego niż patrzenie na mnie z obrzydzeniem jak na złodziejkę.
Tak. Brak wyrozumiałości jest piekielny.

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 118 (152)
Sytuacja sprzed pół roku. Zima, śnieg, stok narciarski w Zakopanem i chęć spędzenia miło czasu z rodziną.

Udaliśmy się na jeden z mniejszych stoków, jako że ja chciałem spróbować swoich sił na snowboardzie a reszta drużyny również do zawodowców nie należała.

Mija godzina nauki, idzie mi coraz lepiej, więc wspinam się odrobinę wyżej aby spróbować trochę szybszego zjazdu. Zauważyłem wcześniej, że na skraju stoku, po lewej stronie, zjeżdżają osoby z samego szczytu, aby uniknąć kolizji z osobami przy wyciągu jak i na samym środku. Zjechałem raz, drugi, żyję. Pora na trzeci, niestety pechowy.

Czekam aż trochę ludzi zjedzie na dół i będzie względnie bezpiecznie. Jest okazja, więc hop do przodu i jadę. Już dosyć rozpędzony dostrzegam jak dziewczynka (około 12 lat) jedzie w poprzek stoku, prosto przede mnie. Momentalnie strach w oczach, staram się uciec jak najdalej w bok, zdążyłem krzyknąć tylko raz "Uwagaa!" i traach, zderzenie. Skuliłem się lekko aby uderzyć w nią ciałem i uniknąć uderzenia deską w nogi. Kilka kozłów po śniegu, szybko podnoszę głowę i pytam czy nic się nie stało i... w tym momencie wkracza on, Szeryf Stoku.

Ja: Nic Ci się nie stało? Wszystko okej?
Dziewczynka: Nie *otrzepując ciuchy*
Ja: Na pewno wszystk...
Szeryf: Co ty sobie wyobrażasz!?
Ja: Ale..
Sz: Co ty gówniarzu sobie myślisz? Że cały stok jest tylko dla ciebie?
Ja: Ale dlaczego pan na mnie krzyczy teraz? Zderzyliśmy się, wypadki się zdarzają, próbowałem uciec, ale było już za późno.
Sz: Tutaj jeżdżą osoby, które się uczą jeździć, a tacy jak ty na deskach myślicie że cały stok należy tylko do was!
Ja: Ale co tu ma do rzeczy, że jadę na desce? Chciałem zjechać trochę szybciej, dlatego trzymałem się skrajnej części stoku. Nie moja wina że dziewczynka (która już zdążyła sobie odjechać dalej, pewnie przestraszona bardziej zamieszaniem, aniżeli samym wypadkiem) urządza sobie slalom po całej szerokości stoku.
Sz: Ale to ty jadąc z góry powinieneś się przewrócić wcześniej żeby uniknąć kolizji!
Ja: I stracić zęby oraz nabić się twarzą na jej narty?
Sz: Powinieneś zrobić wszystko żeby tego uniknąć. Tak samo jak podczas jazdy samochodem, jak ci ktoś wyskoczy na ulice i dojdzie do wypadku, to będzie twoja wina bo nie uważałeś!

I po tych słowach zdębiałem. O ile dobrze z kursów prawa jazdy pamiętam, to nie ma nigdzie nic o bieganiu po ulicy i byciu świętą krową. Szeryf odwrócił się i odjechał. Nie był instruktorem. To nie było jego dziecko. Po prostu zobaczył sytuację i był to dobry moment do podarcia się. Dziewczynka nie ucierpiała, nie była to zawrotna prędkość, aby coś jej się stało, ponieważ widziałem jak dalej jeździ.

Sam wypadek był po części moją winą. Mogłem odczekać i jeszcze trochę więcej złapać doświadczenia, ale z drugiej strony czy taką sytuację da się przewidzieć?

Ps. Mam nadzieję, że Pan Szeryf chociaż wie jak działa pierwszeństwo na skrzyżowaniach.

Stok_narciarski

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 121 (137)

#79946

(PW) ·
| Do ulubionych
Pracuję dorywczo w restauracji typu fast food. Lubię swoją pracę, ale ludzi już niekoniecznie... kilka sytuacji wyjaśniających dlaczego.

1. Większość gości nie zna podstawowych zwrotów grzecznościowych. Podchodzą do kasy i rzucają od razu 'big maca z kuponów' i rzucają dychę na twarz i już ich nie ma. A potem są pretensje do mnie, że wołam za nimi co do picia, czy zamówienie na miejscu, a o numerku do odbioru to już nie wspomnę.

2. Tzw. Akcja 'byłem w toalecie'. Gość zamawia, my w normalnych warunkach po dwóch minutach wszystko wydajemy, ale gościa nie ma 5, 10, 15... a potem przychodzi i on ŻĄDA świeżej kanapki i jeszcze grozi negatywną opinią.

3. Amatorzy kiosków. Kioski są urządzeniami gdzie można zaznaczyć dosłownie wszystko. Napoje bez lodu, frytki bez soli, cukier do kawy czy kanapka bez składnika. Standardem są jednak sytuacje, że przy wydaniu zamówienia ktoś mówi, że napoje miały być bez lodu, ale NIE DAŁO SIĘ ZAZNACZYĆ. Tak ciężko spytać pracownika jak to zrobić albo chociaż powiedzieć od razu po zapłaceniu, że do numeru xx będzie bez lodu? Najwyraźniej nie ma takiej potrzeby, przecież my możemy mieć straty...

4. Osoby typu "nie znam się i to twoja wina". Stałam na kasie. Pan składał zamówienie i zażyczył sobie rożka. Potem nie miałam kolejki, więc stałam na prezenterze i wydawałam mu zamówienie z tym rożkiem. Podniósł się wielki raban, że on chciał rożka, a nie ma! Po dochodzeniu okazało się, że chciał McWrapa. No nic. Sytuacja nie byłaby piekielna gdyby pan nie zaczął mnie wyzywać od nienormalnej, bo przecież nikt już o 19 lodów nie bierze (to by się zdziwił).

5. Łazienka w restauracji jest na kod, który znajduje się na paragonie. Jest to kwestia bezpieczeństwa i zabezpieczenie przed menelami, więc każdemu kto wyrzuci paragon albo nawet nie jest gościem, kod każdy pracownik poda. Standardem są jednak ludzie, którzy wyzywają nas i mają pretensje, że jak to, że rąk nie można umyć i co to w ogóle jest. No cóż...

6. Drive! Najlepsze miejsce do wszczynania awantur. Piekielności jest dużo. Ktoś podjeżdża i składa całe zamówienie, ja grzecznie nabijam po czym pytam czy się zgadza, a po potwierdzeniu podaje cenę. I wtedy następuje ALE JA MAM KUPONY, HEHE. I to w takiej wersji, nie, że przepraszam, ale zapomniałem wspomnieć. I weź teraz przebijaj.

7. Osoba przyjmująca zamówienia jednocześnie przyjmuje pieniądze. Dlatego zawsze podajemy kwotę wcześniej, żeby gościa przy okienku sprawnie obsłużyć jednocześnie przez słuchawki przyjmując inną osobę. I tutaj standardem są osoby krzyczące ile ma być i mające pretensje, że jak to ja naraz przyjmuje zamówienia i pieniądze... staramy się zawsze przeprosić zamawiającą osobę i udzielić przy okienku wszystkich informacji, ale pretensje są.

8. Kochany hold. Są produkty, których trzymane są małe ilości, bo rzadziej schodzą, np wingsy czy ryby. Dlatego zawsze nawet stojąc na trzecim oknie jak słyszę, że ktoś sobie coś z tego życzy to sprawdzam ile jest i mówię przez słuchawki, że będziemy czekać. Gość mówi że nie ma problemu. Po czym gdy odsyłam na holda nagle jest problem, jak to muszę czekać? Ja chcę teraz i już. Nie wiem, amnezja jakaś czy coś?

9. Prawie cały rok w aplikacji są dostępne kupony, a okazjonalnie wydajemy w restauracji w wersji papierowej. Zdobyć je nie jest trudno. Nie powstrzymuje to jednak ludzi od zaczynania pytaniem 'jakie są kupony?'. No więc proszę Pana kupony są w aplikacji mobilnej. JAK TO? MI NIE POWIECIE? JAKA APLIKACJA? NIEDOCZEKANIE. No a jak.

10. Kolejna akcja z kuponami. Na początku jak wchodzą papierowe, wydajemy gościom do każdego zamówienia. Gość dostaje i nagle jest halo, czemu mi Pani nabiła normalnie zamówienie jak są kupony, Pani mnie okradła, w tej chwili przebijać! Podejście z góry jest takie, że nasz gość - nasz Pan i władca, więc kłócić się nie ma sensu.

11. Były kupony to i bonifikarta! Jest to taka karta, którą mają pracownicy i goście odwiedzający restaurację w dniu wydania. Żeby z niej skorzystać trzeba ją oczywiście okazać. Przy kasie nie ma problemu, a na drivie mówimy że proszę przygotować xx zł, BONIFIKARTĘ i zapraszam dalej. A dalej co? No pani albo nie mam, albo gdzieś w torebce i muszę szukać albo najlepiej niech pani przymknie oko. No sorry ale nie przymknę.

12. To może teraz coś z McCafe. Historia Iced Latte. Gość zamawia, dostaje, po czym robi dosłownie awanturę, że jego kawa jest GORZKA i cukier się nie chce rozpuścić. Szokujące, co nie? Wzywanie menadżera jest na porządku dziennym. Cóż nauczona doświadczeniem mówię od razu, że kawa będzie gorzka. Wierzcie lub nie, ale sporo ludzi jest zdziwionych.

13. Hologramy. Są to takie naklejki, które się dostaje za kawy, a potem można za nie otrzymać dowolną gratis. Codziennie zdarzy się ktoś kto bierze najtańszą kawę (4zł) I zaczyna bajerę że no hehe da pani ze dwa czy trzy te hologramy. Grzecznie mówię, że jedna kawa to jeden hologram. Zrozumieją? Nie, skądże, ciągną dalej i odchodzą obrażeni. No cóż.

14. Kwiatki na stolikach McCafe. Są? No niekoniecznie, bo ludzie je kradną same, a często i z wazonikami, o tłuczeniu i braku nawet przepraszam nie wspominam. Nie ma kultury w narodzie...

Jak teraz to czytam, to poważnie zastanawiam się co ja tam jeszcze robię...

gastronomia

Skomentuj (29) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 150 (192)

#79945

(PW) ·
| Do ulubionych
Krótki komentarz do historii 79857 odnośnie nie wydawania jednego grosza za kawę.

Gdy zacząłem chodzić do liceum, a było to już patrząc na mój obecny wiek, dosyć dawno, bo w 1999 roku, kupowałem co miesiąc bilet miesięczny na autobus. Ceny biletów w tamtym czasie praktycznie co 2-3 miesiące nieznacznie się zmieniały, ale zawsze miały niestandardową końcówkę ceny, np. 88,04 PLN.

Przez te 4 lata liceum na kasie w moim małym mieście pracowała jedna i ta sama osoba, która mimo swojej niechęci do tej pracy dokładnie wiedziała kto i kiedy kupuje te bilety miesięczne. Wielokrotnie szliśmy tej pani na rękę nie wołając o wydanie dwóch, trzech czy tam nastu groszy.

I oczywiście zdarzył się dzień, gdy do kwoty wspomnianej wyżej zabrakło mi dosłownie dwóch groszy. Nie pamiętam do dziś, aby ktokolwiek i kiedykolwiek zaczął krzyczeć i uwłaczać komukolwiek za taką kwotę. Sytuacja zrobiła się o tyle ciekawa, że następną osobą w kolejce była koleżanka tej kasjerki, która wiedziała o tym nie wydawaniu reszty i nagle okazało się, że każdy w kolejce o czymś takim wiedział i zrobiła się z tego niezła awantura.

Finał był taki, że bilet dostałem, a pani otrzymała propozycję przejścia na wcześniejszą emeryturę, ponieważ w ciągu kilku dni wpłynęło to jej pracodawcy kolejnych kilka skarg na zachowanie tej pani. A ja od tamtego czasu postępuję dokładnie tak samo jak brexit, bo co jak co, ale takie wymuszanie to czyste skur...ństwo.

komunikacja_miejska

Skomentuj (2) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 42 (70)

#79935

~kristofer ·
| Do ulubionych
Wpada klient, który potrzebuje kilku naklejek z folii samoprzylepnej. OK Zaczynamy.
1) Krótka rozmowa odnośnie tekstu i ustalenia wielkości napisów.
2) Robimy projekt, który przyjmie maszyna.
3) Klient nie ma specjalnego pliku "wektorowego" więc przygotowuje go na podstawie bitmapy z internetu.
4) Eksportujemy do maszyny
5) Szukamy folii o żądanym wymiarze.
6) Ustawiamy maszynę i wycinamy.
7) Następnie "obieramy" napisy ze zbędnej folii i wklejamy folie transportową.

Za całość z przygotowaniem projektu i materiałami wyszło 35 zł.

Reakcja klienta: Ale pojechaliście z ceną!

uslugi

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 62 (90)

Podziel się pozytywnymi historiami na
WSPANIALI.pl

Piekielni