Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

 

#74191

(PW) ·
| Do ulubionych
Uwaga, nie czytać tuż przed/po posiłku.

Damska toaleta w pracy- wchodzisz na własne ryzyko.
1.Patrz pod nogi i uważaj, by kawałek jednorazowego ręcznika lub papieru toaletowego nie przykleił Ci się do buta.
2. Uważnie obejrzyj deskę, zanim zasiądziesz. Niektóre panie opanowały sztukę sikania na stojąco i w przeciwieństwie do panów nie mają za punkt honoru trafić tam gdzie trzeba.
3. Należy dość często sprawdzać stan techniczny spłuczek, ponieważ ich użycie dla wielu kobiet bywa ponad siły.
4. Po co tam jest kosz? przecież śmieci mogą równie dobrze lądować na podłodze
5. Czytanie ze zrozumieniem kuleje, kartki z komunikatami dotyczącymi zostawiania po sobie czystości są najwyraźniej dla wielu osób tylko ozdobą.

toaleta praca

Skomentuj (27) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 98 (Głosów: 164)

#74186

~praktykiwakacyjne ·
| Do ulubionych
Piekielno - zabawne
Studiując medycynę odbywamy wakacyjne praktyki.

Asystując przy zmianie opatrunku ratownikowi medycznemu, przysłuchiwałyśmy się z koleżanką rozmowie. Jedna z nas była ubrana w fartuch biały, druga miała bluzę chirurgiczną granatową.

Pacjent: Ooo, Panie Doktorze jak to boli!
Rat.Med: Doktorem nie jestem, tylko ratownikiem. To (wskazuje na mnie i koleżankę) są przyszłe lekarki.
P: KOBIETY?! W szpitalu to tylko mężczyźni są lekarzami. One to co najwyżej pielęgniarkami.
Otaksował nas wzrokiem i rzecze tak:
P: No, może ta w granatowym to lekarzem będzie, bo tak ubrana jak lekarz. Ale co to w ogóle są za studia? Przecież to tylko patrzeć wystarczy i powtarzać, każdy by umiał.

słuzba_zdrowia

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 140 (Głosów: 204)

#74222

(PW) ·
| Do ulubionych
Ostatnio sporo pracowałam razem z narzeczonym, więc gdy już mieliśmy wolne od pracy to woleliśmy odpocząć poza domem na świeżym powietrzu. Skutkowało to tym, że kurz zagnieździł się w każdym kącie mieszkania, psie kłaki fruwały w powietrzu, nagromadziło się sporo prania...

W końcu powiedziałam "dość" i postanowiłam wziąć się za gruntowne porządki. Chłopa wraz z psem oddelegowałam do naprawy altanki na działce, a sama uzbrojona po pachy w detergenty i ściery wzięłam się do ostrej roboty.

Pralka stojąca w łazience kończy kolejny cykl, kafelki lśnią, a ja właśnie intensywnie szoruję wannę gdy słyszę walenie do drzwi. Okazało się, że to sąsiadka z samej góry. Rzadko się odwiedzamy, nie mamy ku temu powodu ani nawet za bardzo sposobności, ale tym razem również nie poznałam przyczyny, gdyż tak jak staruszka wlazła do przedpokoju tak zzieleniała, zbladła, spurpurowiała... po czym bez słowa wystrzeliła do siebie na górę.

Kuriozum trwało kilkanaście sekund, więc ani nie zamknęłam drzwi od łazienki, ani wejściowych, które są naprzeciwko. Przedpokój wąski, toteż przy obu otwartych drzwiach wszystko widać jak na dłoni. Hm, może sąsiadce coś się przypomniało, gdy zobaczyła mnie umorusaną mleczkiem do czyszczenia, może mleko na gazie zostawiła? Olałam sprawę, stwierdziłam, że skończę tę łazienkę, ogarnę się i zajrzę później do niej na górę.

Minęło może z pół godziny, gdy słyszę domofon. Policja. Do mnie. Zgłoszenie mają. Podobno dochodzi do mnie do aktów przemocy i patologi wszelakiej. Owszem, zgładziłam dwa pająki, ale nie wiedziałam, że pajęczaki mają wtyki w policji. Bardziej zaciekawiona niż przestraszona wpuszczam do środka mundurowych. Pytają czy mam zwierzęta.

Tak, mam, psa konkretnie - mały, kudłaty kundel - zdjęcie nawet pokazałam, bo na lodówce wisi, teraz z narzeczonym na działce jest. Pytam, czy może uciekł jakoś przez ogrodzenie i kogoś ugryzł, napadł, przewrócił, pod auto wpadł - bo w jakim celu pytają mnie o mojego zwierza? Tym bardziej, że jeśli coś by się stało, to narzeczony z pewnością by do mnie zadzwonił.

Stwierdzono, że dostali zgłoszenie, że psa w brutalny sposób pozbawiłam życia, dlatego panowie bardzo proszą o dostarczenie futrzaka do mieszkania. Na działki jest 5 minut piechotą, toteż łapię za komórkę i dzwonię. Pies wymęczony hasaniem po trawie, ale na moje oko żywy i w dobrej formie. Policjanci pokiwali głowami, potarmosili futro, zapytali, czy aby na pewno nie mam i nie miałam innych zwierząt, grzecznie się pożegnali i poszli na górę.

Usiadłam, zapaliłam papierosa i zaczęłam zbierać myśli - wizyta sąsiadki, jej zawał i interwencja policji zaczęły mi się układać w całość. Poszłam na górę. Tam zostało mi wykrzyczane w twarz, że... ona myślała, że ja paskudna, taka owaka, uśmierciłam psa piorąc go w pralce.

Zdębiałam, ale odzyskałam rezon, bo faktycznie prałam średniej wielkości psa w automacie, ale pluszowego. Kurz się zebrał na starym prezencie od faceta, więc postanowiłam go uśmier... ups, znaczy wyprać.

Policjanci mnie o żadną pralkę ani jej zawartość nie wypytywała, toteż sama do końca nie wiem, co sąsiadeczka napluła im do ucha.

Nie wiem, czy stan faktyczny dotarł do staruszki, ale wiem na pewno, że nieprędko znajdzie się teraz pretekst do następnych odwiedzin.

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 195 (Głosów: 217)

#74237

(PW) ·
| Do ulubionych
Byłam dziś zwiedzać pewien obiekt historyczny. Pani przewodnik oprowadzała grupę ok. 30 osób. Wśród nich było małżeństwo z ok. dwuipółletnim dzieckiem. Mniej więcej po półgodzinie chłopiec zaczął się nudzić. Nie dziwota, biegać nie wolno, dotykać nie wolno, zabawek nie ma itd.

Mały zaczął jęczeć, wiercić się, stękać, chciał na ręce do mamy, nie chciał być na rękach u mamy, chciał stać, a minutę później jednak nie chciał. Chciał pić, ale jednak nie chciał. Ręce taty mniej więcej po minucie okazywały tak samo niekomfortowe jak ręce mamy.

Na gesty przykładania palca do ust (tak go uspokajali rodzice), no doprawdy nie wiem dlaczego, nie reagował, podobnie jak na głośne "ciiii" uskuteczniane z częstotliwością 30 sekund. Po kilku minutach zaczął jęczeć coraz głośniej, kłaść się na podłogę, płakać i marudzić. I tak przez kolejne DWIE godziny. Płaczem zagłuszał przewodniczkę, uprzykrzał zwiedzanie gościom.

Dziecko, wiadomo, dziecko, ale rodziców uważam za głupków bez pomyślunku. Z takim maluchem nie chodzi się do nudnych dla nich miejsc. Może myśleli, że mały będzie cicho, że wytrzyma. Kiedy okazało się, że nie, to według mnie powinni sru, dziecko pod pachę i wyjść z obiektu. Jednak ja nie mam dzieci, mogę się nie znać. Może rodzicielstwo zwalnia z bycia kulturalnym.

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 183 (Głosów: 221)

#74227

(PW) ·
| Do ulubionych
Praca, ach praca...

Jestem osobą niepełnosprawną w stopniu umiarkowanym. Jako że posiadam orzeczenie o niepełnosprawności, toteż na rynku pracy przysługują mi pewne przywileje. Nie są to jakieś super hiper udogodnienia, ale zawsze coś. Zaznajomieni z tematem wiedzą o co chodzi.

Problemem nie jest szefostwo, oni akurat przestrzegają ustalonych zasad. Ból końca pleców mają za to "koledzy" z pracy. Niemal codziennie muszę słuchać uwag że:

- wykorzystuję nieco dłuższą przerwę, która mi przysługuje.
- mam umowę o pracę (pozostali pracują na umowę-zlecenie),a w związku z tym prawo do urlopu itp.
- dostaję pieniądze za nicnierobienie (niektórych czynności wręcz nie wolno mi robić, z innymi mam problemy)
- ogólnie nie ma ze mnie pożytku, chociaż wywiązuję się z obowiązków, a gdy chcę wziąć urlop okazuje się, że beze mnie sobie nie poradzą.

Jak myślicie? Znieczulica, głupota, zawiść, czy chamstwo?

Skomentuj (58) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 150 (Głosów: 210)

#74232

(PW) ·
| Do ulubionych
Część druga serii "Baba w sklepie rowerowym".

Jestem kobietą i pracuję w sklepie rowerowym, co już samo w sobie jest "piekielne". Na domiar złego jestem blondynką.

Dziś opiszę codzienne piekielności wynikające z tego, że ośmieliłam się pracować w męskim zawodzie. Drobne wprowadzenie. Jestem kobietą, przez co jestem słabsza od mężczyzny, ciężej mi przyswoić wiedzę czysto techniczną, ALE nie widzę problemu, gdy muszę pobrudzić ręce smarem, wymienić dętkę, potrafię też ocenić co i dlaczego jest zepsute (choć sama nie naprawię, nie jestem serwisantem). To teraz konkrety.

1. Chcę rozmawiać z FACHOWCEM.
Jedna z sytuacji, która niesamowicie mnie zirytowała. Jeżdżę na rowerze szosowym (kolarzówka). Sprzęt bardzo wysokiej klasy, wart tyle, co całkiem niezły samochód. Jako jedyna w naszym sklepie mam spore doświadczenie i znam się na szosach.
Nie zdążyłam schować roweru na zaplecze, stał oparty o ścianę.
Wchodzi klient, od razu podchodzi do mojego roweru, cmoka z zachwytu. Pytam, czy mogę mu w czymś pomóc, na co słyszę:
- Przepraszam panią, ale ja chcę rozmawiać z FACHOWCEM.

Pan miał nieciekawą minę, gdy usłyszał, że cmoka do mojego roweru, przynajmniej na koniec rozmowy mnie przeprosił, jak sam stwierdził- "nie spodziewał się".

2. Czy jest tu jakiś pan?
Kilka razy w tygodniu wchodzi do nas pan/pani z bardzo pilną sprawą, której prosta kobieta nie będzie w stanie ogarnąć! Te niezwykle skomplikowane sprawy dotyczą zazwyczaj: napompowania opon, wymiany dętki, porady typu „czemu piszczy łańcuch” (bo nienasmarowany!), "czemu nie działają biegi (bo rower ma 20 lat i pierwszy raz widzi serwis!) itd.

3. „Bo pani to się akurat zna!!!” Wykrzyczane przez gbura, który przedziurawił dętkę przy jej zakładaniu i przybiegł z reklamacją.
Gdy odpowiedziałam ze stoickim spokojem:
- Gdybym się nie znała, to bym tu nie siedziała. A skoro pan nie potrafi wymienić dętki, to za 10 złotych mogę to zrobić.

Szczerze się dziwię, że z wściekłości się na mnie nie rzucił.

4. A to już niepiekielne, raczej zabawne. Doświadczenie nauczyło mnie, że NIGDY nie mogę powiedzieć klientowi wprost, że pasuje na niego rama w rozmiarze „S”, bo na 99% wyjdzie obrażony.


Kocham moją pracę. Robię to, co lubię, nie najgorzej przy tym zarabiam i jestem w tym dobra. A i tak często słyszę "pani pewnie jest żoną szefa".
Nie kochani. Nie jestem żoną szefa. I nie siedzę tu, by ładnie wyglądać.

PS. Zanim ktokolwiek pomyśli, że jestem nazifeministką - nie! Uwielbiam mężczyzn za to, jak się nawzajem uzupełniamy. Spotykam się też z dużą życzliwością! Prawie zawsze, gdy próbuję zdjąć ciężki rower ze stojaka, jakiś Pan rzuca się, żeby mi pomóc. I nie traktuję tego jako obrazę, uważam, że to bardzo miłe!

sklep rowerowy

Skomentuj (35) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 160 (Głosów: 212)

#74209

(PW) ·
| Do ulubionych
Od niedawna pracuję w muzeum. Nie jest to zbyt oblegane miejsce.

Wystawiana w tej chwili jest sztuka nowoczesna, która nie wszystkim przypada do gustu. Na stronie internetowej są opisane wystawy bieżące, oraz stałe. Raczej nie powinno być zaskoczenia co człowiek będzie oglądał. Do tego jeden, stały dzień tygodnia to dzień darmowego zwiedzania wszystkich wystaw. Praca miała należeć do tych spokojnych, gdzie dużo klientów nie ma, a jak już są to są to ludzie kulturalni i w miarę rozgarnięci. Jednak jak wszędzie mniejszych i większych piekielności się nie ominie.

Rozdział I: SZATNIA
Edit: są numerki w szatni, jest monitoring, nie ma napisu że nie odpowiadamy za zaginione rzeczy, nic jeszcze nikomu nie zginęło i nic nie zostało pozmieniane, nawet swoje rzeczy tam trzymam bo mam blisko i na oku, szatnia jest zamykana, opłata za skrytki działa jak w supermarkecie czyli jest zwracana po wsadzeniu kluczyka, nikt tutaj nie chce zabierać ludziom wolności osobistej, nasza praca polega na tym że chronimy dzieł i udostępniamy je zwiedzającym, idziemy ludziom na rękę na tyle ile możemy, to nie moje widzi mi się, tylko latami zbierane doświadczenia innych pracowników, a ludzie jak sami wiecie mają różne pomysły.

Ja mam płacone za wykonaną pracę. A jak się coś stanie to też za to odpowiadam. I również finansowo. Wszystkie rzeczy zabieramy w okresie Śdm ze względu na zagrożenie atakiem terrorystycznym. Gdy zostanie odwołany regulamin będzie luźniejszy. Dzieła to nie tylko obrazki na ścianie, są to często stalowe konstrukcje, rzeźby itp, za względu na warunki lokalowe nie da rady wszystkiego odgrodzić od zwiedzających. Tyle.

Chciałam pokazać jak to wygląda ze strony pracownika. Sorry za chaos w wypowiedzi, ale z historyjki wyszła gównoburza i wkurza mnie wasze niezrozumienie dla "boguduchawinnego" pracownika.

Plagą jest to, że ludzie chyba są bardzo przywiązani do swoich toreb, plecaków, reklamówek z zakupami i kurtek, co znaczy że każdego dnia muszę się wdawać w bezowocne dyskusje i nakłaniać do zostawienia rzeczy w szatni bądź w szafkach zamykanych na klucz.

I ciągle te same tłumaczenia:
- Ja nic nie ukradnę. (Może i nie ukradnie ale zawadzić torbą o element instalacji bardzo łatwo, a koszty eksponatów wysokie, o ile uda się odtworzyć.)
- To jest moja OSOBISTA torba.
(Aaaa, jak tak to można wnosić, z cudzymi nie wpuszczamy.)
- Bo ja tam mam WAŻNE dokumenty.
(Jak zostawiają torbę to zabierają ze sobą tylko komórkę więc chyba jednak nie takie ważne.)
- Bo tam mam picie/ inne bzdury dla dziecka. (Jak już się dadzą przekonać to dzieci bez problemu wytrzymują te godzinę bez "niezbędnych" rzeczy)
- Gdzie tak jest napisane? / Tego nie ma w regulaminie! ("no sory", ale jest; informacja widoczna przy kasie; szatnia jest koło kasy)
- Byłem tu 3 miesiące temu i nie musiałem nic zostawiać. (jasne)
- Nie, bo będzie mi zimno. (Na ekspozycji jest stała temperatura ok 21 stopni.)
- A jak zgłodnieję lub zachce mi się pić? (Dorośli ludzie... no, chyba że ktoś by powiedział że ma cukrzycę to ok, zrozumiem.)
- Nie mam 2 zł na szafkę, a w szatni na haku nie zostawię bo niebezpiecznie.
(Szafka zwraca te 2 zł, jak im się to powie, to nagle 2 zł ma. Szatnia z kolei to takie wielkie pionowe "szuflady" wychodzące ze ściany, większość nie wie że to szatnia. Do tego zawsze tam ktoś jest plus monitoring. Nie ma prawa, żeby rzeczy dostały się w niepowołane ręce.)

W temacie szatni tyle. Chyba, że ktoś mnie zaskoczy. Jeśli interesują Was piekielności z innych posterunków muzeum to dajcie znać. Napiszę.

muzeum

Skomentuj (95) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 129 (Głosów: 237)

#74235

(PW) ·
| Do ulubionych
Tak mi się jakość po latach przypomniało...

Jakieś piętnaście lat temu pracowałam w hurtowni obuwniczej, która posiadała również sieć własnych sklepów.

Pewnego dnia do gabinetu Prezesa [P] został wezwany jeden z magazynierów - Rysio [R]. Słyszymy z innymi pracownikami, że w gabinecie jest dość głośno. Resztę znamy z opowieści [R].

[P] wezwał [R], ponieważ klient skarżył się, że towar wysłany w zeszłym tygodniu był wybrakowany, źle zapakowany i w ogóle nie taki, jaki zamawiał. Szef wrzeszczał na magazyniera z dobre 15 minut, że taki, siaki i owaki. Że nie potrafi zrobić najprostszej rzeczy, że wszystko trzeba po nim poprawiać, że klienci niezadowoleni itp.

Rysio spokojnie wysłuchał, a następnie zapytał:
[R] - To się działo w zeszłym tygodniu?
[P] - Tak! Właśnie w zeszłym tygodniu! (dalej wrzeszcząc)
[R] - To w takim razie nie moja wina. Ja jestem dzisiaj pierwszy dzień w pracy po dwutygodniowym urlopie.
Szef nagle stracił cały zapał do opier... i stwierdził:
[P] - A to w sumie opierdziel Ci nie zaszkodzi. Dostałeś go tak PROFILAKTYCZNIE, na przyszłość.

[R] oczywiście przeprosin za niesłuszne oskarżenie nie dostał. Tym bardziej, że pracownikiem był naprawdę dobrym i nigdy na niego skarg nie było.

A co do towaru, to okazało się, że wszystko było w porządku. To klient chciał "łaskawie" zrezygnować z roszczeń względem firmy, w zamian za obniżenie wartości faktury.

praca szefostwo

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 229 (Głosów: 245)

#74225

(PW) ·
| Do ulubionych
Byłem na urodzinach kuzyna, z którym zawsze trzymaliśmy sztamę (tak samo, jak z całą tamtejszą gałęzią rodziny), toteż dwieście kilkadziesiąt kilometrów na wiejskie party nie stanowiło problemu, tym bardziej, iż na okoliczność czterdziechy Erwina, zacny prosiaczek położył swój żywot i pięknie prezentował na porcelanie.

Przyjechałem w ubiegły czwartek, z kuzynami (łącznie ich tam pięciu), zawładnęliśmy barem, następnego zaś dnia, w ramach ekspiacji za nieumiarkowanie w piciu, poszliśmy na cmentarz, by wujkową mogiłę ogarnąć, obejrzeć i następnie pojechać do kamieniarza po nagrobek. Obiecałem rodzince pomoc w zakupie i postawieniu tego szpeju, wszak to dla mnie chleb codzienny, a do budowy nagrobków nie potrzeba doktoratu, tylko zestawu: jeden wiedzący i ze dwóch silnorękich.

No i jazda.

Rodzina upatrzyła sobie nagrobek, kamieniarz wali cenę, że proszę siadać, ja się nie wtrącam, pytają, ile bez robocizny, nooooo, "bydzie minus szejset".
"A napis?" "to twarde jest, to będzie dwajścia za znak, takie o, jak tu widzo" - rzekł, wskazując wypiaskowany szablon na gotowej ściance.

Parsknąłem śmiechem, bo cóż mi zostało. Podszedłem do pana szefa tego biznesu, podałem wizytówkę i wytłumaczyłem, jakim trzeba być złamasem i oszustem, by próbować opylić laikom taniuśki, krajowy strzegom, wmawiając, że to Hiszpański azul oraz, że cena za liternictwo została zawyżona jakieś pięć razy...

Może to mało piekielna historia. Ma służyć jednak ku przestrodze. Cóż, żyjemy w kraju nad Wisłą, gdzie często gęsto Polak Polakowi Polakiem, toteż decydując się na poważniejszy zakup, weźcie ze sobą zaufanego fachowca...

zakład kamieniarski

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 289 (Głosów: 327)

#74221

(PW) ·
| Do ulubionych
Jestem kontrolerem biletów.

Podczas oczekiwania na przystanku na autobus podszedł do mnie ok. 35 letni mężczyzna.
Zapytał mnie, czy nie mógłbym go poratować 50 groszami, ponieważ brakuje mu do biletu na autobus. Powiedział, że go okradli, a musi jakoś dojechać do domu.
Stwierdziłem, że nie zbiednieję dając mu te pieniądze, a przy okazji wykonam dobry uczynek. Mężczyzna był naprawdę wiarygodny.

Byłem przekonany o tym że dobrze zrobiłem do czasu.

Pół godziny później znowu spotkałem tego mężczyznę.
W autobusie.
Jechał bez biletu.
W ręku trzymał puszkę najtańszego piwa.

komunikacja_miejska

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 253 (Głosów: 279)

Podziel się pozytywnymi historiami na
WSPANIALI.pl

Piekielni