Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
 

 

27 stycznia 2012, 16:31 przez med131 (PW) | Do ulubionych
Historia z prąciem zaklinowanym w łożysku kulkowym skłoniła mnie do opowiedzenia mojej.

Piątek, oddział ratunkowy, godzina 14. Trochę ludzi
się przewija, jedni poobijani, drudzy czekają na badania, trzeci lamentują, że trzeba czekać, jednym słowem, "trochę" zamieszania. Właśnie kończyłem badanie jednego pacjenta, gdy do gabinetu puka pani Krysia - pielęgniarka, na którą wszyscy mówią "Mama" ze względu na złote serce dla pacjentów i lekarzy. Mówi mi na ucho, że jest sprawa i muszę szybko przyjąć młodego pacjenta bez kolejki, bo nagły wypadek. Wychodzę na korytarz, rozglądam się i widzę:

Matka, ok 40 lat, zwyczajna kobieta, trochę podenerwowana, obok synek, czerwona kurteczka, niebieskie spodnie a na głowie... garnek. Tak, duży garnek, ceramiczny, z uszami, ozdobiony folklorystycznym motywem. Chłopcu widać było tylko usta, tak że mógł oddychać. Lekko zdziwiony proszę do pustego już gabinetu, oglądam, wypytuję co i jak, układając w myślach jakiś plan działania. Okazuje się, że podczas, gdy mama wyszła po zakupy, chłopiec pozostawiony sam w domu, w czasie zabawy założył sobie go na głowę i nie mógł zdjąć. Nie pomogło smarowanie olejem, mydłem, smalcem i nie wiem czym jeszcze, próbowali w domu - nie chciało zejść, więc pozostał szpital. Dzwonię więc na ortopedię, bo nie wykluczyłem użycia piły do gipsu albo kleszczy, więc zaalarmowałem, że mogą być potrzebne. Na szczęście obyło się na wazelinie, i ściągnięciu garnka bez jego rozcinania- co mogłoby być bardzo niebezpieczne. Naszarpaliśmy się z ratownikiem jakieś dobre 40 min. Mama podziękowała i poszli.

Nie było w tym zupełnie NIC NADZWYCZAJNEGO, gdyby nie fakt, że o godzinie 18, przeżyłem potężne déjà vu, gdy moim oczom ukazał się widok, sprzed kilku godzin, a więc: kobieta, tym razem już bardzo podenerwowana, obok synek, czerwona kurteczka, niebieskie spodnie, a na głowie uwaga, ten sam piekielny garnek. Sprawdziłem zapobiegawczo kieszenie, czy przypadkiem zamiast kopiko nie spożyłem psychotropu powodującego halucynacje. Niestety nie. Opowiem w skrócie:

Matka wróciła z dzieckiem i garnkiem do domu, przyszedł ojciec z pracy, nie mógł uwierzyć, więc postanowił sprawdzić sam i wpakował chłopcu garnek tym razem własnoręcznie na głowę, z efektem oczywistym. Głupota ludzka nie zna granic. Na szczęście, mocował się z tym kolega z wieczornej zmiany.

Skomentuj (37) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 689 (Głosów: 709)
26 stycznia 2012, 22:42 przez merigold (PW) | Do ulubionych
Historia sprzed kilku miesięcy, ale warta uwagi, bo coraz więcej spotykam zgłoszeń odnośnie wyłudzania pieniędzy poprzez sms.

Dzwoni klientka
w sprawie płatności.
Rozmowa zaczyna się nieciekawie, pani jest bardzo zdenerwowana, bo nagle "zniknęło" jej 60 złotych, żądania wyjaśnień przetyka tradycyjnie słowami "to jakaś pomyłka być musi" oraz "bo wy to oszukujecie" Na rachunku widnieją dwa smsy na numery pięciocyfrowe zaczynające się od dziewiątki. Mówię więc pani, że środki zostały pobrane za wysłane smsy specjalne. Klientka oczywiście twierdzi, że niczego nie wysyłała, w żadne gry nie gra. Pani coraz bardziej się nakręca, mi też już nerwy zaczynają puszczać, bo przecież mam wydruk, że wysłała... W końcu delikatnie podpytuję:
- A może sprawdzała pani coś w internecie? Bo teraz jest dużo takich stron, gdzie na przykład można filmy pooglądać, kartkę znajomym wysłać, zrobić test na inteligencję, na dobór diety odchudzającej... Często na końcu proszą o wysłanie smsa z kodem/hasłem i piszą, że koszt dzisiaj tylko 1 zł albo nawet mniej.

W słuchawce zapada cisza. A ja już wiem, że trafiłam. Po chwili słyszę klientkę:
- Ech, człowiek stary a taki głupi. Chciałam wiedzieć, kiedy umrę. Pisali, że tylko 0,60 zl... A potem chciałam sprawdzić, czy mąż umrze pierwszy.

Tak, koszt jednego takiego smsa to ponad 30 zł.

call_center

Skomentuj (21) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 469 (Głosów: 481)
18 stycznia 2012, 21:21 przez Tarija (PW) | Do ulubionych
Dziś będzie o tym, że jak ktoś się uprze żeby żyć, to może stać się niezniszczalny. Wiele rzeczy i zdarzeń może być niedokładnych, bo całość działa się dość dawno, i została mi opowiedziana w formie wspominek przez moją Mamę, która niewiele wie o medycynie.

Dwadzieścia jeden lat temu, moja Mama wybrała się do ginekologa, żeby pokazać mu swój ciążowy brzuszek.

Był to 28 tydzień ciąży (około). Moja mama była po trzydziestce. Dodam, że ma chorobę tarczycy która u niej przebiegała dość łagodnie, jednak wpływała na komfort życia i zdolność do poczęcia małej władczyni chaosu i pistacji.

Mimo to nie była przygotowana na diagnozę którą rzucił jej pan rzeźnik.
- Ale to dziecko zdechłe jakieś jest.
Tak właśnie, zdechłe.
- I ma jakiś bąbel ma na głowie. Pani do mnie powinna wcześniej przyjść z tym.

Badanie jest kontynuowane a wynik druzgoczący - pierworodny moich rodziców od kilku tygodni nie żyje. Trzeba usunąć "bo zgnyje".

Na zabieg Mama umówiła się za trzy dni. Uprosiła też lekarza i pielęgniarki żeby pozwolono jej młode zabrać i pochować.
"Pani wola, nie wiem czy się opłaca pani."

W ciągu tych trzech dni rodzina zaopatrzyła się w trumienkę, ręcznie wykonaną przez mojego wujka. Wtedy na rynku takich małych po prostu nie było, a nawet jeżeli to nigdzie w okolicy. Uproszono też księdza żeby pokropił wodą święconą rodzinny grobowiec do którego zamierzano zapakować najmłodszego członka rodziny.

Nie zamierzam pisać o uczuciach mojej Matuli, każdy chyba rozumie, że były nie do opisania.

Zakończenie ciąży przeprowadzono w ten sposób, że podano mojej Mamie jakieś leki i czekano, aż wydali martwy płód.

Ale jednak nie przynosiło to długo rezultatu. Doktor postanowił troszkę brzuch "ponaciskać" i poszło!
Było boleśnie, ciężko i obrzydliwie. W końcu dziecko wyciągnięto za nóżkę, za tą jedną nóżkę podniesiono w powietrze i pacnięto do przygotowanej blaszanej miednicy. Pani pielęgniarka zabrała zwłoki pod kran, żeby je umyć i przygotować do szybkiego wydania rodzinie.

I tak, kiedy puściła na noworodka zimną wodę...
- BOGDAN! To się RUSZA!
- Eeetam, za mocno wodą napier****** to się "czepie".
Ale pielęgniarka przekonana o swojej racji wyjęła z blaszanej miski zakrwawiony strzęp i zademonstrował wszystkim że dziecko się rusza, pępowina pulsuje, ba, bachor nawet mruga.

Szybki rajd na oddział intensywnej opieki, i jakimś cudem młoda kobietka została odratowana.

Na chwilę obecną ma lat 21 i pisze do was.

A gdy miała lat 11 i kardiolog przepowiedziała jej śmierć przed uzyskaniem pełnoletności, jej Mama wzruszyła ramionami i stwierdziła: "Tarijka, trumnę już mamy, tak że na wszystko jesteśmy gotowi".
I tak za każdym razem. Za każdą chorobą, operacją, złamaniem, zemdleniem, zawsze.

Sprawcie sobie trumnę, będziecie żyć wiecznie.

służba_zdrowia

Skomentuj (54) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 830 (Głosów: 912)
18 stycznia 2012, 19:23 przez Stachu (PW) | Do ulubionych
Historyjka mojej żony z poszukiwań pracy.

Jak jest na "bezrobociu" to wiadomo. Kasy nie ma, bo pracy nie ma. Szuka
się więc tej pracy i szuka, toteż i małżonka ma szukała (i nadal poszukuje). Rozsyłała swoje zgłoszenia do różnych firm itp, itd. Zawezwali ją razu pewnego na rozmowę kwalifikacyjną, stanowisko pracownik biurowy. Luba ma z biurem i księgowością za pan brat, więc czym prędzej ruszyła na umówione spotkanie (połowa roku 2011), a właściwie ruszyliśmy razem, bo ją podwiozłem autem.

Firma - duża hurtownia drobnego AGD (miksery, roboty kuchenne, gary i takie tam) oraz chemii "domowej" (wszelkiego rodzaju preparaty do dbania o porządek, ściereczki, gąbeczki i inne cuda na kiju. Jednym słowem mnóstwo wszystkiego). Wchodzi małżonka do pokoju zwierzeń i co następuje:
1) zakres obowiązków:
- magazynówka (ewidencja przychodu i rozchodu towarów, bieżąca kontrola stanów magazynowych i dbałość o ich systematyczne uzupełnianie, wszelkie inwentaryzacje, zestawienia, plany, kosztorysy i masa innych pierdół do SAMODZIELNEGO wykonania, kontrola pracy pracowników magazynowych i organizowanie ich czasu pracy)
- księgowość (faktury kupna i sprzedaży, całość spraw kadrowych, utrzymanie kontaktów z kontrahentami i pozyskiwanie nowych czyli sporządzanie i rozsyłanie indywidualnych ofert handlowych itd)
- sekretariat (telefony, faksy, maile, ksero i kawka dla prezesa)
2) godziny pracy - niby 3/4 etatu, ale generalnie tzw. elastyczny czas pracy (czyli rycie nosem w klawiaturze do upadłego i jeszcze troszkę więcej)
3) wynagrodzenie - 1012 (słownie JEDEN TYSIĄC DWANAŚCIE ZŁOTYCH BRUTTO!!!)
4) szanse ewentualnej podwyżki - nie przewidujemy.

Żona spędziła na rozmowie kwalifikacyjnej 2 minuty. Nie zdążyłem nawet samochodu zaparkować.

firma...

Skomentuj (21) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 418 (Głosów: 462)
18 stycznia 2012, 18:32 przez nowokaina (PW) | Do ulubionych
Z gatunku - głupie pytania obcokrajowców. W rolach głównych - mieszkający w Niemczech Amerykanin (nazwijmy go John) i ja.

John
jest dalszym znajomym mojego chłopaka. Pewnego razu w Hamburgu wyszliśmy większą grupką na miasto. W pewnym momencie John - którego wtedy widziałam po raz pierwszy w życiu - wypala:

- Hej... A u was w Polsce są samochody?

Pytanie mnie zaskoczyło, ale po chwili udało mi się odpowiedzieć:

- No co ty! My już od dawna używamy ścigaczy z napędem antygrawitacyjnym, a wy nie?

John do końca spaceru już się nie odezwał.

zagranica

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 488 (Głosów: 560)
18 stycznia 2012, 18:26 przez niesmiertelnosc (PW) | Do ulubionych
Przypomniała mi się historia- może nie do końca piekielna, ale sądzę, że warto ją tu opisać.

Mam kolegę, powiedzmy Adama,
który jest strasznym kociarzem. Swego czasu miał on 7 kotów, jednak obecnie posiada już tylko 3- dwie kotki i kocura, które uwielbiam. Samiec nosi dosyć intrygujące imię - Sisior ;) Historia będzie o nim właśnie. Dodam jeszcze, że rozmowa toczyła się na dzień po kastracji kocura.

Było to jesienią - wsiadłam do autobusu i spotkałam tam Adama. Siedział on na siedzeniu obok Moherowej Pani. Podeszłam więc do niego, przywitałam się i rozmawiamy. [J]a, [A]dam:
[J]: I jak tam Twój Sisior?
[A]: Aaa smutny taki leży i osowiały. Nic się nawet ruszyć nie chce.
[J]: Ojej, nie dziwię się... ale jakby go ulubiona ciocia pogłaskała, to na pewno, by się ożywił ;)
[A]: Czy ja wiem... nie reaguje nawet na dziewczyny [w sensie kotki], nie chce się z nimi bawić.
[J]: Ale to chyba normalne po kastracji. Przejdzie mu, nic się nie martw!
[A]: No nie wiem... teraz już nic nie będzie takie samo. Dawny Sisior już pewnie nie wróci...
[J]: Ale musiałeś to zrobić - w końcu będziesz miał nad nim kontrolę. Wcześniej to tylko kicie mu były w głowie...

...w tym momencie Moherowa Pani chrząknęła znacząco, zamamrotała coś o Sodomie i Gomorze, że na co jej przyszło na stare lata, że nawet w autobusie ta zdemoralizowana i zepsuta młodzież ;) i ostentacyjnie opuściła miejsce stając przy drzwiach.
Dotarło do nas jak musiała brzmieć nasza rozmowa ;)
Na następnym przystanku Pani wysiadła, a na odchodne zapewniła nas, że będzie się modlić za nas, a my śmialiśmy się jak opętani przez resztę drogi ;)

komunikacja_miejska

Skomentuj (19) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 421 (Głosów: 513)
18 stycznia 2012, 15:14 przez Dominik (PW) | Do ulubionych
Swego czasu moja Towarzyszka Małżonka pełniła obowiązki nauczyciela akademickiego.
Działo się to podczas sesji egzaminacyjnej, studenci napisali egzamin i
teraz stali w kolejce do gabinetu po wyniki, ewentualne dopytanie na wyższą ocenę i wpis do indeksu.

"Zatrudniony" byłem do sprawdzenia prac. Egzamin był z języka angielskiego, miałem podany klucz więc dla informatyka ciężko nie było. Musiałem na chwilę wyjść z gabinetu. Wracając przepycham się do drzwi, patrzą na mnie nienawistne oczy, bo późna pora. Na raz jakaś odważniejsza studentka zwraca się do mnie:
- Nie ryj się łosiu, stój w kolejce, jak wszyscy.
Odwracam się i mówię:
- Szanowna pani, dyplom ukończenia studiów wyższych odebrałem już kilka lat temu, a w tym oto gabinecie pomagam sprawdzać państwa egzaminy, żeby było szybciej. Czy pozwoli mi pani wejść?

Jak przyszła pora na wpis owej studentce, to wywnioskowałem po jej minie i kolorze twarzy, że najchętniej by przyszła w papierowej torbie na głowie.

Uczelnia

Skomentuj (41) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 446 (Głosów: 516)
18 stycznia 2012, 14:31 przez Monitkowa (PW) | Do ulubionych
Początek stycznia. Mamy coś koło 23:30. Akurat przypadła mi zmiana do północy, choć w godzinach późno wieczornych ruch jest znikomy. Nagle po dłuższej przerwie od dzwonka wpada połączenie. Dzwoni przemiły [P]an, po peselu można określić, że jest po 40stce. Zadawał bardzo krótkie, szybkie pytanka na które niestety odpowiedzi musiały być wyczerpujące - mianowicie zaprezentować mu musiałam ofertę utrzymaniową. Po 5ciu minutach mojego monologu powiedział
[P]: Dziękuję pani bardzo... Czy mógłbym powiedzieć coś bezpośredniego
[J]: Słucham?
[P]: Ma pani bardzo seksowny głos. Brałbym panią jak świeży boczek.

Oczywiście zamurowało mnie, a klient przez kolejne pięć minut nie dał się spławić przekonując mnie, iż weźmie najwyższy abonament jeżeli tylko ofertę zaprezentuje mu konsultantka tańcząca na stole w bikini. Cóż.

Call Center jednego z operatorów komórkowych

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 348 (Głosów: 422)
18 stycznia 2012, 13:42 przez madusienka (PW) | Do ulubionych
Mnie się jakoś piekielne sytuacje nie zdarzają, ale za to mojej rodzinie mnóstwo... i akurat dzisiaj mi się wszystkie przypominają :)

Moja siostra chodzi do III klasy gimnazjum. Uwielbia pisać. Opowiadania, książki a ostatnio nawet za komiks się wzięła... ale nie o tym.

Pewnego dnia na j. polski miała napisać list. Już nawet nie pamiętam na jaki konkretnie temat, ale był on oceniany według cudownego klucza - czyli nie ważne co napiszesz, ważne żeby się wstrzelić w opracowany przez jakiegoś bu.. budżetowo opłacanego pana.

List napisała, oddała i na drugi dzień otrzymała sprawdzony. Okazało się, że list jest napisany rewelacyjnie, nie ma się do czego przyczepić, świetnie rozbudowane zdania, idealna stylistyka, gramatyka, no cud miód i fistaszki, że mucha nie siada. Pani powiedziała, że nawet dając jej 6 nie oceniłaby sprawiedliwie tej pracy, bo zasługuje ona na 10.
Jednakże piekielność musi być. W miarę jak pani mówiła uśmiech z ust mojej siostry znikał. Bo gdyby to była praca taka ot sobie luźno zadana, to spoko 6 wylądowałoby w dzienniku. Tymczasem pani może jej dać za to najwyżej 4 gdyż, moja siostra nie wstrzeliła się w klucz i brakuje jakiś punkcików. A na koniec najlepszy tekst:

P- Gdybyś ten list napisała trochę gorzej, to mogłabym Ci wstawić 5, ale że mnie sprawdzają z każdej oceny jaką wystawię muszę Ci dać 4, chociaż według klucza i to jest za wysoko.

Tak więc w naszej nowoczesnej edukacji rozwija się wszelki potencjał kreatywności i kombinowania jak samodzielnie myśleć, żeby wstrzelić się w czyjś gust i założenia.

kreatywna szkoła

Skomentuj (50) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 438 (Głosów: 484)
18 stycznia 2012, 13:33 przez Kazuya (PW) | Do ulubionych
Dziekan na moim wydziale jest bardzo pomysłowy. Otóż z powodu pewnej nagłej sytuacji porozsyłał on listami (papierowymi, nie mailami) kierownikom katedr pewne wytyczne. I integralną częścią listu był bardzo długi i skomplikowany LINK. Powtarzam, na kartce papieru.

Ciekaw jestem, czy któryś z profesorów się w niego wklikał.

uniwersytet

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 336 (Głosów: 372)

Podziel się pozytywnymi historiami na
WSPANIALI.pl

Piekielni