Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

 

#70915

(PW) ·
| Do ulubionych
Moja uczelnia chwali się tym, że jest przyjazna studentom pracującym. Natomiast praca, którą aktualnie wykonuję zmusiła mnie do skorzystania z tych dobrodziejstw. Plan został ułożony w taki sposób, że nie byłem w stanie pojawiać się na ostatnim wykładzie w czwartek. Na szczęście był to tak zwany zapychacz.

Udałem się do sekretariatu, żeby wypytać co i jak. Okazało się, że muszę wypełnić kilka papierków, a wykładowca zostanie poinformowany. Dla spokoju duszy poszedłem jednak do profesora i powiadomiłem go o całej sprawie. Zapewnił mnie, że nie ma problemu, ale na egzamin muszę być przygotowany. Proste? Nie do końca...

Cały semestr sumiennie kserowałem notatki i przyswajałem materiał. Wczoraj nadszedł czas egzaminu. Zjawiłem się zwarty, gotowy i nauczony. Po części pisemnej nadszedł czas na odpytanie ustne. Poszło mi całkiem nieźle, ale..

[Wykładowca]: No muszę przyznać, że solidnie się pan nauczył. Normalnie dostałby pan piątkę, ale mamy mały problem.
[Ja]: Słucham?
[W]: Nie pojawił się pan na żadnym wykładzie. Pomimo pana wiedzy skutkuje to niestety dwójką.
[J]: Przecież byłem u pana na początku semestru i informowałem, że z powodu pracy nie mogę uczęszczać na wykłady.
[W]: Pamiętam, ale obecności są OBOWIĄZKOWE. Gdyby pojawił się pan chociaż na jednym spotkaniu, bez problemu dostałby pan trójkę.
[J]: Trójkę. Ale przecież...?
[W]: Poproszę pana indeks.

Po całym zajściu poszedłem do domu po ksero papierów podpisywanych na początku semestru, a następnie do dziekanatu. Sprawa jest w toku. Na szczęście dzięki kserówkom mam dużą szansę na usunięcie tej dwójki. Nie liczę jednak, że wpiszą mi w indeks proponowaną piątkę, więc i tak będę musiał zdawać jeszcze raz w sesji poprawkowej.

studia

Skomentuj (17) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 262 (Głosów: 272)

#70735

(PW) ·
| Do ulubionych
Mikołajki w przedszkolu.
Do dzieci miał przyjść Mikołaj, miał dawać prezenty. W tym celu Rada Rodziców zarządziła składkę 30zł na dziecko, żeby ten prezent kupić. Nie ma problemu, zapłaciłem, Mikołaj był, dzieci były zadowolone, dostały zabawkę.

Coś mi się jednak nie spodobało. Za 30zł nie wymagałem nie wiadomo jak wypasionej zabawki, ale to, co dostało moje dziecko, wydało mi się nieco za małe jak na 30zł. Szybkie sprawdzenie u wujka Google - taka zabawka kosztuje 15-20zł, w zależności od sklepu.

Gdzie się podziało brakujące 10 zł? Dopuszczałem możliwości:
- może partycypacja w kosztach Mikołaja - chociaż uważam, że przedszkole samo powinno go opłacić, skoro organizuje.
- może jakiś upominek dla Pań z przedszkola? Taki miły gest nie budziłby mojego sprzeciwu.
- może poczęstunek, jaki był podany w czasie przedstawienia jasełkowego dla rodziców (ciastka, kawa, herbata). Też dla mnie do zrozumienia.

Rada Rodziców na pewno wszystkie wydatki dokumentuje. Poprosiłem o przedstawienie rozliczenia tego wydatku.

I oto odpowiedź na powyższy quiz. Brakujące pieniądze poszły na... zwiększenie budżetu prezentowego dla starszych dzieci.
Dzieci z najmłodszej grupy (w tym moje) dostały tańszy prezent, bo osoby z Rady Rodziców "nie mogły znaleźć nic fajnego dla starszych dzieci, w założonej cenie do 30zł". I dlatego kupiły młodszym dzieciom tańszą zabawkę, żeby starszym dzieciom móc kupić coś za 40 zł... Zebrane 30*X zł, wydane 30*X zł (w tym 20*dzieci_młodsze i 40*dzieci_starsze). Czyli bilans się zgadza.

Czy tylko ja uważam, że to jakaś kpina? Dałem pieniądze na swoje dziecko, a nie na jakieś obce, którego nawet nie znam, bo się z moim nie bawi (jest w innej grupie).

Rada Rodziców nie uważa, że zrobiła cokolwiek nie tak. Żadnego "przepraszam".
Ale chociaż zmusiłem ją, żeby przy kolejnych zbiórkach środki były rozliczane "per grupa". A nie do jednego wora, byle na końcu suma się zgadzała...

przedszkole rada rodziców mikołajki

Skomentuj (36) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 333 (Głosów: 349)

#70738

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia, którą przytoczę ma już kilka lat, ale czytając od czasu do czasu o korepetycjach, wraca mi ten niesmak własnych doświadczeń.

Studiując (wtedy ja - 23 lata), trafił się okres gdy miałem wyraźny nadmiar wolnego czasu, który postanowiłem wykorzystać dając korepetycje z matematyki. Wiele doświadczeń miałem bardzo pozytywnych i przygotowałem solidnie trochę osób do matury z matematyki, jako że do takiego poziomu uczniów odwiedzałem. Jednak decydowałem się również na młodszych osobników - i tak pojawił się nazwijmy go Jaś [J].

Jaś był uczniem 6 klasy szkoły podstawowej i mama oczekiwała, że dzięki korepetycjom uda mu się skończyć szkołę z mocną piątką, a nie tylko 3 lub 4. Początki były trudne, jako że młody był nieco leniwy, rozpieszczony i często odrywał go od nauki komputer i zawsze chciał "coś fajnego pokazać", albo umiejętnie zmienić temat podczas naszych korepetycji (u niego w pokoju).

Podszedłem do niego w dosyć specyficzny sposób...
Jako że również dużo czasu kiedyś zajmowały mi gry, byłem swego rodzaju "weteranem" tych gier (również gier sieciowych). Tu pojawiły się pierwsze oznaki szacunku wobec nowego Pana z korepetycji (mnie), gdy obiecałem, że kiedyś pokażę mu się "w grze", albo przyjdę wcześniej o 5-10 minut żeby z nim pogadać o pierdołach. I tym sposobem udało mi się sprawnie ustalić granicę pomiędzy zabawą i nauką, stawiając warunek, że podczas korepetycji o grach ma nie być ani słowa. Na gry nie poświęcałem już praktycznie czasu, więc czasem tylko przychodziłem 5 minut przed korepetycjami żeby mógł mi coś opowiedzieć. Wszystko szło gładko i spokojnie aż do czasu gdy Jaś skończył 6 klasę i miał się wybrać do gimnazjum.

Jego mama poprosiła mnie żebym poszedł z nim na jakieś dni otwarte do pobliskiego gimnazjum, bo jestem jednym z nielicznych ludzi, których naprawdę Jaś lubi i szanuje, dlatego fajnie gdybym poszedł. Oczywiście za darmo (bo nie chciałem za to kasy), sytuacja jednorazowa, ale jako że otwartym człowiekiem jestem to się zgodziłem. Tutaj zauważyłem, że Jaś ma trochę problemów z brakiem kolegów, jako że uczęszczał do szkoły prywatnej i każde dziecko z innego miasta pochodziło.

Po pierwszej sytuacji miała miejsce jeszcze jedna, gdy Jaś chciał mnie wyciągnąć na bilard, również się zgodziłem, jako że trochę mi było żal jego "braku kolegów". Jaś pomimo lekkiego rozpieszczenia był sympatyczny i rozgadany, więc nie sprawiała mi ta sytuacja kłopotu. Wyszedłem z założenia że problemy z kolegami się rozwiążą gdy pójdzie do publicznego gimnazjum, które na dodatek znajduje się 1500m od jego domu.

Problemy (jeszcze wtedy niezauważone przeze mnie) zaczęły się pojawiać po ok. pół roku. Przez zajęciami mama Jasia czasem prosiła mnie żebym młodemu wyjaśnił jak się należy zachować w danej sytuacji, albo żebym zapytał go o jakiś problem osobisty - "bo jej nie chce powiedzieć, a Ty masz z nim dobry kontakt".

Na efekty nie trzeba było długo czekać. Mama jak się okazało była wdową, a Jaś praktycznie nie szanował swojego ojczyma (czego raz miałem wątpliwą przyjemność być świadkiem). Jak łatwo się domyśleć, to Ja stałem się dla Jasia autorytetem.
Prośby mamy w pewnym momencie mocno przekroczyły moje kompetencje. Przed zajęciami praktycznie zgłaszała mi jakie ma problemy z wychowaniem Jasia i co ja mam mu "po ojcowsku" wytłumaczyć.... Oczekiwała, że będę naprawiał jej rodzinę. W pewnym momencie po prostu pękłem, poczułem się strasznie, widząc w jaką sytuację władowała mnie mama Jasia.

Na pożegnanie usłyszałem tylko od Jasia że "Jednak jestem taki jak wszyscy i go zostawiam".
Bolało, ale trzeba było to zakończyć.

korepetycje

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 254 (Głosów: 270)

#70734

~Lumir ·
| Do ulubionych
Historia, która swój punkt kulminacyjny miała parę dni temu - piekielni w tej historii jesteśmy zarówno my jak i druga strona konfliktu, niestety życie nie jest czarno-białe i czasem mimo świadomości robienia świństwa nie ma się wyjścia.

4 lata temu założyliśmy kapelę - ja i Piekielny. Ja byłem tuż po przeprowadzce ze stolicy z powrotem w rodzinne strony i szukałem doświadczonych artystów, bo sam już doświadczenie i wykształcenie w tej dziedzinie posiadałem. Tak się złożyło, że nasze drogi z piekielnym się skrzyżowały i podjęliśmy wspólne zmagania z szukaniem fajnego składu. Tym bardziej zadowolony byłem, gdyż muzyka którą gram, nie uchodzi za popularną, a instrument obsługiwany przez piekielnego wymarł paręset lat temu, a w Polsce jest niewielu muzyków grających na nim.

Istotną informacją jest, że piekielny miał już konkretną wizję, przygotowany materiał i właściwie moim wkładem z samego początku były kosmetyczne modyfikacje tegoż materiału oraz oczywiście zajęcie roli kolejnego instrumentalisty. Zacząłem intensywne poszukiwania kolejnych członków zespołu i tak po jakimś czasie tworzyliśmy już niezłą grupkę - [J]a, [P]iekielny, [W] i [A]. Nadal poszukiwaliśmy jednak odpowiedniego głosu będącego ukoronowaniem naszego zespołu. Niezliczone ilości czasu spędzone na próbach i niezliczone pokłady pieniędzy na nie wydawane doprowadziły nas do momentu w którym zespół był kompletny i fajnie zgrany. Doszły również kolejne utwory mojego autorstwa.

Zwrot Akcji - [P] informuje nas, że rozwiązuje skład. Bez wyjaśnień, bez żadnych słów, po prostu odwraca się i odchodzi. Pełne zaskoczenie z naszej strony i debaty co dalej zrobić (jak wspominałem instrument Pana [P] nie należy do najpopularniejszych) doprowadziły nas do konkluzji, że jak na ten czas nic nie wskóramy. Skład zawieszony.

Jako, że nie mogłem się pogodzić z tą stratą postanowiłem poczynić krok radykalny - zamówiłem u lutnika taki właśnie instrument za niemałą sumę, odczekałem bagatela 1,5r na wykonanie, po czym skład wskrzesiłem. Wszyscy byli członkowie chętnie wrócili do grania, nie utrzymał się wokal, ale znaleźliśmy [I] która świetnie się do tego nadawała! Cud ,miód i orzeszki.

W tej chwili tak jak powiedziałem mijają 4 lata od założenia zespołu, oraz rok od jego reaktywacji. Gramy koncerty, wydajemy właśnie płytę. Postanowiłem zakopać topór wojenny i napisałem do [P], że zapraszam go na koncert, miejsca VIP za free :). Wysłałem też naszego FB, aby mógł sobie zobaczyć, że zarówno na wychodzącej płytce jak i w biografii zajmuje honorowe miejsce jako współzałożyciel zespołu oraz kompozytor (nie jedyny oczywiście).

Jakież było moje zdziwienie gdy dowiedziałem się, że [P] nie wyraża zgody na publikowania napisanych przez niego utworów. Człowiek, który mimo naszych protestów i fajnej atmosfery w zespole odszedł z niewiadomych powodów, teraz rości sobie pretensje do materiału, który ten zespół ogrywał, dopieszczał i poświęcał na to mnóstwo czasu.

Po części rozumiem jego argumenty - jego materiał czyli dobro intelektualne jest grane bez jego zgody. Nie konsultowaliśmy się z nim przed reaktywacją, uznając to za oczywiste, że skoro kapela istniała, grała, wszyscy wkładaliśmy w to czas pieniądze i serce to mamy do tego równe prawa. Przecież byliśmy równoprawnymi członkami zespołu i partycypowaliśmy we wszystkich kosztach itp, a nie grupą muzyków sesyjnych, którym [P] płacił, aby realizować JEGO materiał. Decyzja nasza w tej chwili jest taka, aby materiału nie wycofywać, [P] oczywiście się piekli. Dodam jeszcze, że przed decyzją dot. powyższego materiału sprawdziliśmy, czy [P] nie wydał go w innej formie i nic takiego nie miało miejsca, także nasza płyta jest pierwszym wypłynięciem tego materiału ku szerszej publice.

Tak jak pisałem z początku - sytuacja nie jest czarno-biała i zarówno my jako zespół jak i bohater tej historii dopuściliśmy się piekielności. Zastanawiam się jednak co wy sądzicie o tym precedensie i jakie kroki podjęlibyście na miejscu zespołu.

zespół

Skomentuj (54) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 114 (Głosów: 172)

#70743

(PW) ·
| Do ulubionych
Jestem kontrolerem biletów.
Komunikacja miejska w Warszawie podzielona jest na 2 strefy. Strefę 1 na obszarze miasta Warszawy oraz strefę 2, czyli strefę podmiejską obejmującą przystanki znajdujące się poza granicami Warszawy. Bilet miesięczny ważny w obu strefach jest prawie dwukrotnie droższy od tego ważnego tylko w strefie 1. Co jest jeszcze istotne dla historii, bilety okresowe należy po zakupie aktywować poprzez przyłożenie karty, na której jest zakodowany do kasownika. W przeciwnym wypadku bilet jest nieważny.

Przed rozpoczęciem pracy zostałem wezwany do tzw "pokoju skarg". Miła pani zajmująca się moją sprawą już na wstępie oznajmiła mi że "przesłuchanie" mnie jest tylko formalnością, bo przejrzała już monitoring, na którym wszystko dokładnie zostało zarejestrowane.

Tego dnia kontrolowałem linie podmiejskie, czyli te znajdujące się w 2 strefie. W tym konkretnym przypadku kontrolę rozpoczęliśmy dobre kilka przystanków od przystanku granicznego. Byliśmy jedynymi wsiadającymi, więc każdy z pasażerów miał wystarczająco dużo czasu aby móc skasować bilet.

Kontrolowałem ok 40-letniego mężczyznę. Okazał do kontroli kartę miejską. Okazało się, że jest ona nieaktywna. Pasażer tłumaczył się, że kupił bilet chwilę przed wejściem do autobusu. Byłbym już skłonny pasażerowi odpuścić i pozwolić ją skasować. Lecz jego bilet ważny był tylko w strefie 1. Więc jeśli nawet po wejściu skasowałby ten bilet, to i tak byłby on nieważny. Pasażer bardzo niechętnie okazał dowód osobisty na odchodne powiedział "że mnie jeszcze załatwi". Pewnie liczył na to, że kupi sobie bilet tylko na jedną strefę i te kilka przystanków uda mu się jakoś przejechać jak to często robią pasażerowie na liniach podmiejskich.

Pasażer w swojej skardze opisał sytuację zupełnie inaczej. Zacytuję z pamięci o co w niej chodziło.

"W ostatniej chwili wbiegłem do autobusu. Zanim zdążyłem wyjąć portfel, kontroler zablokował kasownik i zażądał ode mnie biletu. Nie chciał słuchać moich tłumaczeń, że nie zdążyłem jeszcze nawet wyjąć portfela. Próbował wyłudzić ode mnie łapówkę, a gdy odmówiłem wypisał mi mandat. Chciałem wysiąść na przystanku granicznym, lecz kontroler nie chciał wypuścić mnie z autobusu. Powiedział do mnie, że teraz to na pewno się nie odwołam i wpisał na mandacie, że kontrolował mnie w drugiej strefie gdzie wcale nie chciałem jechać".

komunikacja_miejska

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 165 (Głosów: 185)

#70744

(PW) ·
| Do ulubionych
Taka sytuacja: Częstochowa, skrzyżowanie DK1 z Jagiellońską. Na prawoskręcie stoi autobus MPK. Do skrzyżowania dojeżdża Straż Pożarna - wyjąc tak, że w bloku obok, szyby się trzęsły.
I też chce skręcać, więc autobus, robiąc mu miejsce, na czerwonym, jedzie przez pasy. SP dojeżdża do przejścia i ....
musi gwałtownie hamować bo w tym momencie na przejście dumnie wkracza: stara, durna zołza.
Na zwróconą uprzejmie uwagę:
- Gdzie leziesz głupia babo? - zdziwiona odpowiada:
- No, przecież mam zielone!

komunikacja_miejska

Skomentuj (3) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 164 (Głosów: 174)

#70739

(PW) ·
| Do ulubionych
Mam 17 lat. Dwa lata temu okazało się, że umarł mój "wujek"- brat cioteczny ze strony mamy. Użyłam cudzysłowu, aby podkreślić to, że wujek nigdy się nie kontaktował, nigdy go nie widziałam, mój tata również, a moja rodzicielka widziała go po raz ostatni przeszło 20 lat temu.

Wujek 25 lat temu wziął WYŁĄCZNIE na siebie kredyt, wybudował dom, a następnie kilka lat później ożenił się już po raz drugi. Jego żona przez jakiś czas marudziła, że nie jest współwłaścicielem domu i czuje się w nim jak u siebie, aż w końcu jej współmałżonek uległ i dopisał ją do aktu własności domu (kredyt cały czas pozostawał wujka).

Dwa lata temu wujek zmarł. Więc po tym zaczęła się cała papierologia związana ze spadkiem po nieboszczyku.
Jego żona zrzekła się spadku ze względu na długi zatrzymując swoją połowę domu. Synowie również. Bracia, kuzynostwo (w tym moja mama) także poszli do notariusza, podpisali odpowiednie papiery zrzekając się spadku. Moja siostra idąc w ślady mamy zrobiła to samo.

Zapytają się państwo gdzie piekielność? Już tłumaczę.
Otóż następna w kolejce do dziedziczenia jestem ja. Niby wszystko wydaje się proste. Iść do notariusza, zrzec się i OK. Tak?
Otóż nie. Jako osoba niepełnoletnia moi rodzice musieli założyć sprawę w sądzie w moim imieniu by sąd pozwolił im zrzeczenia się za mnie "majątku".
Też również myślałam, że sprawa pójdzie jak z płatka ze względu chociażby na to, że jestem niepełnoletnia, w życiu człowieka nie widziałam, a nawet o nim nie słyszałam. Nie wiedziałam nawet jak ma na imię. Jednak nie jest tak bajkowo i cukierkowo jakby się mogło wydawać.

Pierwsza rozprawa. Rodzice wchodzą na sale. Standardowa rozmowa Sędziny i rodziców. Ot, zwykłe informacje dlaczego rodzice chcą się za mnie tego zrzec, czy ja wiem o całej sytuacji i czy wiemy o wysokości spadku. Nie wiemy. Natomiast wiemy, że wartość długu przewyższa wartość majątku. Moja mama prosi o wystąpienie w imieniu Sądu do banku o podanie wartości zadłużenia.
Wysoki Sąd stwierdził, że nie widzi na razie powodu dla którego miała by udzielić pozwolenia na zrzeczenie się spadku. Za mało dowodów i informacji. Sprawa odroczona.

Druga rozprawa. Na pytanie na temat wystąpienia Sądu o wartość zadłużenia Sędzina odpowiada, że nie wystąpiła, gdyż nie ma takiego prawa by móc żądać od banku informacji o wartości kredytu. Pozostała część rozprawy wyglądała tak, że Wysoki Sąd siedzi i przegląda w milczeniu papiery. I tak przez kilka minut. W końcu oznajmia, że rozprawa zakończona. Kolejne odroczenia.

Na trzecią rozprawę mama odnalazła kuzyna i poprosiła o możliwość zeznawania przed sądem. Zgodził się gdyż stwierdził, że chętnie pomoże zakończyć całą papierologię i rozprawy.

Tak więc trzecia rozprawa z udziałem Pani Prawnik. Zeznania, pytania, odpowiedzi. W gruncie rzeczy standard. Sędzina ogłasza koniec rozprawy. Pani Prawnik prosi o możliwość mowy końcowej i została odprawiona z kwitkiem, bo: "jak chce coś Pani więcej powiedzieć, to proszę to przesłać w formie pisemnej". Wynik rozprawy zostanie podany na rozprawie w piątek.

Moja mama w ciągu kilku dni napisała list do Rzecznika Praw Dziecka. List do sądu w imieniu moich rodziców. Pomogła mi napisać podobny list. Napisała do banku, który odpowiedział, że nam takiej informacji o wysokości zadłużenia nie udzieli, ale jeśli Sąd wystąpi z taką prośbą, to jak najbardziej.

Na ogłoszenie wyniku wybrałam się z rodzicami (osoba po ukończeniu 16 lat ma prawo przebywania na sali w czasie rozprawy, nawet w roli obserwatora). Sędzina stwierdza (tym razem dla odmiany miłym, uprzejmym i kulturalnym tonem), że rozprawa odroczona, wyniku brak i ona nie będzie nic na razie robić, żeby nie działać na moją szkodę.

Moja rodzicielka informuje, że pisała do banku i opowiedziała o ich odpowiedzi. Wysoki Sąd twierdzi, że to nieprawda, bo w niektórych przypadkach tak nie można. Czekamy na ocenę rzeczoznawcy, który wyceni dom, bo może jeszcze na tym zarobię (guzik prawda, gdyż żona zmarłego sprzedała swoją połowę domu za znacznie niższą cenę niż zmarły wziął kredyt - nie mówiąc o odsetkach). Teraz po wycenie będziemy walczyć z przedstawicielami banku... Sędzina uważa, że po prostu powinnam spłacać dług zupełnie nieznanej mi osoby.

I tutaj skieruję swoje pytanie. Czy polski organ sprawiedliwości na sprawy zwykłych ludzi jest aż tak ślepy? Ja rozumiem, że mam dopiero 17 lat. Nie znam się na wszystkim i na pewno nie rozumiem wielu rzeczy. Nie uważam się za osobę dorosłą i w pełni dojrzałą, bo do tego jeszcze kilka mi brakuje. Ale mam jakieś plany życiowe. Ukończenie szkoły, studia, a w przyszłości życie normalnego człowieka ze zwykłymi problemami. Ani ja, ani moi rodzice nie mamy pieniędzy żeby spłacać długi na dobrą sprawę obcej mi osoby. Nie chcę wkraczać w dorosłe życie z masą długów, rezygnować ze studiów i pracy taką jaką chcę, na taką jaką muszę podjąć, żeby spłacać czyjeś długi.

Czym kieruje się Sąd? Własnym widzimisię czy tym, że nie chce jej się dopełniać swoich obowiązków i woli już mieć wszystko z głowy?

Skomentuj (33) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 191 (Głosów: 221)

#70737

(PW) ·
| Do ulubionych
Gdyby głupota miała skrzydła, kurier DPD odleciałby razem ze swoją furgonetką w przestworza. Już Wam piszę o co chodzi.

Jakieś pół godziny temu. Idę do domu objuczona torbami jak wielbłąd i widzę,że wejście do mojej klatki schodowej jest zatarasowane przez wóz biało-czerwonej firmy kurierskiej. Tak, dobrze czytacie. Kurier postanowił ułatwić sobie życie i zaparkował centralnie przed drzwiami klatki schodowej. Pozostawało może z 30cm wolnego miejsca, żeby się przedostać. Jako, że nie jestem fanką niszczenia sobie rzeczy o rosnące obok krzaczory, postanowiłam zaczekać aż Jaśnie Mądrala się ulotni.

Nie minęły dwie minuty, JM z impetem wybiega. Zapytany czy uważa,że chodnik przy klatce to parking kazał mi 'spie...dalać' i odjechał. Udało mi się jednak zapamiętać nr rejestracyjny jego wozu. Skarga już się pisze.

Swoją drogą ta firma schodzi na psy. Mój ukochany zamawiał ostatnio części do auta i paczka przyszła za pośrednictwem tejże. Okazało się, że jest uszkodzona i zdekompletowana.

kurierzy DPD

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 102 (Głosów: 134)

#70731

(PW) ·
| Do ulubionych
Z racji działalności firmy, dość często muszę załatwiać przeróżne sprawy w urzędach. Tym razem mam do załatwienia pewną sprawę w urzędzie Y. Sprawa ta wymaga złożenia kilku kilogramów papierów (i oczywiście płyt CD, bo wszystko musi być w wersji elektronicznej) w jednym urzędzie (Y), następnie udanie się do kolejnego urzędu (X) po inne papiery, powrót do urzędu Y celem ich złożenia i tak w kółko.

Zmarnowałam już kilka dni na dystrybuowanie dokumentów między urzędami - niestety nie wszystkie dokumenty można wysłać/zdobyć pocztą, a przy okazji czas załatwiania sprawy się przedłuża. Dla mnie jest to absolutnie piekielne, że dokumenty, które leżą w urzędzie X, a potrzebuje ich urząd Y nie mogą zostać przez nich przetransferowane. To ja muszę jechać do X, złożyć podanie o wydanie dokumentów, poczekać ok. 2 tygodni (!) na nie, a następnie udać się do Y celem złożenia. Dodam, że urząd X zajmuje się wyłącznie jednym rodzajem dokumentów, więc nie rozumiem jak to możliwe w XXI wieku czekać dwa tygodnie na wydrukowane 3 kartki papieru z pieczątkami. Ponadto, mimo, iż nic się w dokumentach nie zmieniło od roku, to nadal urząd Y wymaga dokumentów aktualnych. Bo tak i już. Czyli te sprzed roku, mimo, że odpowiadają stanowi faktycznemu są złe i muszę jechać po nowe.

Mało piekielne? Wydanie dokumentów w urzędzie X kosztuje ok. 300 zł. Za, przypominam, wydrukowanie 3 kartek i opieczętowanie ich. Złożenie dokumentów w urzędzie Y kosztuje 200 zł (chyba za to, że ktoś je łaskawie przyjmie i może przeczyta). Upoważnienie kogoś do kontaktu w mojej sprawie kosztuje 17 zł (tego już absolutnie nie pojmuję - za co?).

Do tego standardowa procedura - urząd ma 30 dni na odpowiedź na moje pismo (zazwyczaj po 30 dniach przysyła pismo, że ma tyle spraw do przeczytania, że niestety moja sprawa zostanie rozpatrzona być może za kolejne 30 dni), ja oczywiście mam 7 dni. Urząd w swojej mądrości wysyła mi również pisma aby uzupełnić wniosek o pewne dane, które w tym wniosku zostały zawarte - po prostu ktoś go nie przeczytał zbyt uważnie. No ale oni wysłali pismo, ja muszę opowiedzieć, że dane są, oni na to pismo "o, faktycznie", a czas leci.

Moje pytanie brzmi - czy urzędnicy nie zarabiają pieniędzy, że muszą na każdym kroku pobierać opłaty skarbowe za każdy złożony/odebrany świstek? Czy nie wystarczy, że firma płaci niemałe podatki? I w końcu, czy przeciętny polski przedsiębiorca ma za mało na głowie, żeby jeszcze latać po urzędach przez tydzień w celu załatwienia jednej sprawy, którą w XXI wieku przy takiej ilości urzędników powinno się załatwiać w góra kilka dni?

urząd

Skomentuj (23) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 196 (Głosów: 220)

#70745

~Murter ·
| Do ulubionych
Kraków, godzina 17:30. Zima, ciemno. Planty, sporo ludzi. Rodzinka, tatuś koło 35, mamusia i córeczka koło 8.

Tatuś: poczekajcie chwilę - siup przez płotek, staje pod drzewem i zaczyna sikać. W Krakowie. W centrum. Środek dnia. Trzeźwy. Dobrze ubrany. Jakieś 120 m od Collegium Novum UJ.

Donośnym głosem z daleka (a głosik mam taki, że mógłbym dowodzić centurią w ataku):
- Musi pan lać w centrum miasta? Przy żonie i córce?

Słychać mnie było chyba od św. Anny po Wiślną...
Tak, to ja, piekielny.

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 220 (Głosów: 250)

Podziel się pozytywnymi historiami na
WSPANIALI.pl

Piekielni