Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

 

#77606

(PW) ·
| Do ulubionych
Witam. Ostatnio byłem u lekarza kontynuować leczenie kontuzjowanej nogi i opiszę w jaki sposób została uszkodzona.


Posiadam ja psa, a raczej bydle (nazywane tak przez około 80% znajomych). Jest to mieszaniec mastiffa z nie wiem czym, bo właściciel, od którego przyjmowałem go za szczeniaka nie chciał nic powiedzieć. No ale trudno się mówi. Stał się członkiem rodziny i jest gdzieś na poziomie brata, którego nie miałem.

Moje bydle jest wielkie, rozpędza się jak lokomotywa (z poziomu ślimaka do tura, w sumie dyszy tak samo), lubi zabawy i nie znosi psów. Tu należy podkreślić, że do suk podejdzie i tyle , a na psy rzucał się od razu z pianą na pysku i nie da się go opanować. Po dłuższym czasie szkolenia jestem w stanie go uspokoić komendą oraz trzymać jeśli się szarpie, ale kiedy inny pies podejdzie to nie da się go kontrolować. Dla bezpieczeństwa wyprowadzam go z samego rana i późnym wieczorem w kagańcu.

No, po tym przydługim wstępie pora przejść do problemu. W niedzielę stwierdziłem, że bydle z racji swojego wzorowego zachowania (upolował 4 krety) zasługuje na nagrodę, a mianowicie kość wołowa i pół dnia spaceru po lesie i polach. Jak z kością nie było problemu to ze spacerem katastrofa.

Będąc w środku lasu bydle coś wyczuło. Z racji tego, że w owym lesie jest mnóstwo zwierzyny (Jelenie, sarny, dziki) myślałem, że tylko poczuł zapach. Ale gdyby tak było, to bym tutaj nie pisał. Zaraz doszedł mnie dźwięk szczekania i przywoływanie psa. Podszedłem do swojego bydlęcia (w lesie biega luźno coby mi ręki swoim ciągnięciem nie urwał), zapiąłem go i zacząłem iść w kierunku domu kiedy nagle wyskoczył owczarek kaukaski (kto nie wie co to za rasa już tłumaczę: psy te są wielkie, włochate, a nietresowane są niebezpieczne z racji swoich gabarytów i skłonności do dominacji, dlatego są odradzane nowicjuszom).

Oczywiście bydle (moje) zaczęło się jeżyć, drugie bydle tak samo. Próbuje uspokoić swojego psa i w tym momencie przybiega właścicielka kaukaza. Babka mniejsza i chudsza ode mnie (A ja mam zawrotne 1.73 przy 65kg). W przerwach między uspokajaniem psa mówię kobiecie, żeby zabrała kaukaza bo zaraz się pogryzą (moje bydle nie miało kagańca - też w nagrodę i wiem, że jest to głupie), a ona twierdzi, że tylko się drażnią!

Co z tego, że jeden na drugiego patrzy z żądzą mordu a ja już bydle trzymam przy szyi. Babka łaskawie podchodzi do kaukaza, wyjmuje z kieszeni smycz (czyli musiała go puścić luzem) i zapina psa. W tym momencie psy jak na komendę rzuciły się na siebie, a ja pociągnąłem swojego do tyłu, łudząc się że to pomoże. Zamierzenie niby dobre tylko nie przemyślałem jednego: że kaukaz obierze bliższy cel.

Po wykonaniu mojego genialnego planu zostałem rzucony na ziemię, a kaukaz ugryzł mnie w udo (chociaż mógłbym użyć tutaj wulgaryzmu, który bardziej jest na miejscu). Krzyk jaki się ze mnie wydostał chyba pół gminy słyszało. Kaukaz mnie ciągnie, ja wyję z bólu, bydle skacze na kaukaza, a babka płacze.

To był chyba pierwszy raz, kiedy cieszyłem się, że bydle tak nienawidzi samców. Nie dość że zaczął go gryźć gdzie popadnie, to jeszcze zrzucił go ze mnie. Odczołgałem się trochę, wyciągnąłem gaz pieprzowy (miałem go zamiast noża) i rozpyliłem w stronę psów. I tyle pamiętam.

Obudziłem się w szpitalu już po operacji. Lekarz, który mnie zszywał przyznał, że pierwszy raz widział taką ranę spowodowaną przez psa. Zacząłem zadawać pytania i się dowiedziałem:

Psy uciekły w siną dal, bydle wróciło do domu, a kaukaz nie wiadomo. Babka zadzwoniła po pomoc i przetransportowali mnie z marszu na salę operacyjną przez ryzyko zakażenia.

Ze szpitala wyszedłem po tygodniu o kulach. Sprawę skierowałem do sądu. Okazało się, że babka nie miała papierów zezwalających na utrzymanie kaukaza, więc został jej odebrany. Nie wiem czy go uśpili czy dali na jakąś resocjalizacje.

Tak więc minęło od tej sytuacji już z 5 miesięcy, a noga wciąż jest leczona.

Pies

Skomentuj (70) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 191 (Głosów: 237)

#77578

(PW) ·
| Do ulubionych
Co jest z tymi studentami? Ale wstępem... Robimy remont całego mieszkania i w związku z tym jednym z elementów jakie były wymieniane była lodówka. W pełni sprawna duża z osobną zamrażarką wizualnie jak nowa tylko szczegół, że za rok stuknie jej 20 lat. W każdym razie zero rdzy, zamrażalnik daje -28 stopni czyli super.

Jako iż w trakcie studiów wiedziałem jak ludzie w akademikach zabijają się o lodówki to wystawiłem ogłoszenie "oddam za darmo" dodałem kilka zdjęć, opis i napisałem do odbioru tu i tu.

Odpowiedzi:
1)
- Czy jest nowa?
- Nie.
- A to dziękuję.

2)
- Ile do zapłaty?
- Darmo, ewentualnie symboliczna złotówka, piwo, czekolada.
- Eeee nie opłaca się.

3)
- Czy aktualne i naprawdę za darmo?
- Tak.
- Super, proszę mi ja przywieść tu i tu jestem od 15.
- Ale jak pisałem lodówka jest za darmo, ale trzeba odebrać samemu.
- Pier... się h..u.

Dałem ogłoszenie na ogródkach działkowych koło mnie i miałem telefon po 20 minutach. Przyszła parka pomogłem znieść dali 20 zł za fatygę i po problemie.

ludzie

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 168 (Głosów: 216)

#77582

(PW) ·
| Do ulubionych
Moi dziadkowie wybrali się na zakupy. Wracając szli chodnikiem obok siebie.
Nagle jakiś gówniarz na rowerze postanowił, że nie będzie jechał ulicą, że nie powie grzecznie "przepraszam, chciałbym przejechać", tylko wjedzie od tyłu pomiędzy dwójkę staruszków.

Dziadek został popchnięty na skarpę z błotem, a babcia ma siniaka na ramieniu, który jest wielkości mojej dłoni i pozostawiła go kierownica roweru.

Gratulacje dla tego dzieciaka, poturbował parę staruszków. Na pewno może być teraz z siebie dumny!

rowerzyści

Skomentuj (2) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 158 (Głosów: 206)

#77622

(PW) ·
| Do ulubionych
Dwójka piekielnych dzisiaj będzie! Ja i kobieta, która mnie obsługiwała. Poszedłem sobie do sieciówki RTV&AGD OBEJRZEĆ sprzęt, w sumie pewnego jednego potrzebuję więc tak nawet podpytałem obsługę o to i owo. Chwila nieuwagi i byłem już prowadzony do kasy ze sprzętem i pakietem usług dodatkowych w cenie za jedyne 99 zł więcej itp., itd., no kosmos. W ostatniej chwili się zorientowałem, że interesuje mnie zakup na raty, toteż zaznaczyłem i zostałem zaprowadzony do miłej jakby się wydawało kobiety.

Standardowe pytania o zarobki, stanowisko, etat, dodatkowe źródła dochodu, formułki, regułki itd. Nagle dostaję ofertę na kredyt, gdzie miało mi wyjść 36 rat po 140zł. Jakby nie patrzeć ponad 5000 zł, gdzie przedmiot kosztuje 1600 zł. Podziękowałem, na co pani jeszcze mnie zatrzymuje, że ma mnie otwartego to już złożyła drugi wniosek. Na moje kolejne pięć "nie dziękuję" z coraz większym poziomem frustracji zobaczyłem, że pani nagle znalazła przystępniejszą ofertę, ale to jeszcze nie to.

Przypomniałem sobie z jednego szkolenia - a miałem ich kilkanaście, odnośnie efektywnej sprzedaży, obsługi trudnego klienta - iż gdy sprzedawca ignoruje "nie dziękuję" to bada tzw. próg bólu klienta. Jak wygląda procedura: sprzedawca najpierw szuka oferty najlepszej dla klienta, ale od razu jej nie przedstawia. Zaczyna od tych najmniej korzystnych, z największą ratą, oprocentowaniem, ubezpieczeniem i milionem opłat za różne rzeczy. Z każdym olanym "nie dziękuję" bada ten próg bólu klienta i na ile może sobie pozwolić. Kiedy klient się już zgodzi na raty (coraz niższe, dalej nieatrakcyjne), to sytuacja jest pod kontrolą. Kiedy wybuchnie i sytuacja robi się groźna, a klient mocno demonstruje frustrację i niezadowolenie, wtedy wyciąga się ofertę jedyną korzystną - ale z zastrzeżeniem, że jest to niezaufany bank, niepotwierdzony, na własną odpowiedzialność, brak ubezpieczenia, brak autoryzacji przelewanych pieniędzy, mogą raty nie docierać. Rzecz jasna jest to bujda.

Przedstawiłem więc to sympatycznej pani, że chyba byliśmy na tym samym szkoleniu, bo znam metodę badania cierpliwości klienta i schodzenia w dół z ofertami. Na końcu po kilku moich odmowach pewnie się znajdzie jakaś atrakcyjna tylko na moją odpowiedzialność itd. - generalnie powiedziałem jej wszystko to, co w powyższym akapicie. Trochę jej wszedłem w paradę i zaszedłem za skórę, ale cóż taka praca handlowca, musi wciskać kit. Jednak na każdym szkoleniu uważa się tę metodę za niezbyt fajną, jako że można stracić bardzo dużo czasu, gdy trafi się człowiek, który rozezna o co chodzi, a druga sprawa - ta bardziej brutalna - naciąga się w ten sposób większość emerytów dodatkowo zasypując ich milionem terminów byleby zgłupieli i podpisali już wszystko co im się podstawi pod nos. Dla świętego spokoju. Plus podjazd emocjonalny: no spojrzy pan już wnuczek ucieszony, że zaraz tablet będzie miał, już pan nie zasmuca dziecka, widzi pan jaka już radość w oczach. Wszyscy operatorzy GSM bazują na tym schemacie szczególnie na słuchawkach i przy przedłużaniu umów.

Pani była w takim szoku, że nawet mi nie odpowiedziała na do widzenia. 10 minut później dzwoniła, że znalazła jednak bardzo fajną ofertę. Nie skorzystałem, nie po zastosowaniu na mnie metody poniżej pasa.

Chyba w tej sytuacji ja byłem bardziej piekielny.

uslugi

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 131 (Głosów: 173)

#77579

~Perfee ·
| Do ulubionych
Uradowany, że w końcu udało mi się dotrzeć po pracy do domu wchodzę na klatkę i podchodzę do skrzynki pocztowej. Wyciągam listy i z powodu dużej ilości ulotek od razu przeglądam, aby nie targać śmieci do domu.

Zauważam list błędnie wrzucony do mojej skrzynki. Prawie automatycznie chciałem wrzucić go do skrzynki na zwroty, ale kątem oka zauważyłem, że to list z banku.
Pomyślałem – może gość czeka na coś ważnego, kartę, umowę... Zaniosę mu.

Idę do bloku obok, szukam właściwej klatki. Niestety skrzynki są za zamkniętymi drzwiami więc dzwonię do gościa domofonem...
– Słucham – odzywa się gość tonem, jakbym go wyciągnął z łazienki.
– Jestem sąsiadem z bloku obok – mówię – w mojej skrzynce omyłkowo znalazł się list do pana...
Gość przerywa mi i tonem pozbawionym szacunku, niczym nadzorca na plantacji bawełny zwraca się do mnie bezpośrednio
– To wrzuć do skrzynki!
Zagotowałem się ze względu na taki ton. Oczekiwałbym raczej – Dziękuję bardzo, że pan przyszedł...

Ponieważ dalej nie mogę wejść na jego klatkę, gdzie są skrzynki pocztowe, bo nie domyślił się, że należy nacisnąć przycisk kontynuuję moją wypowiedź
– Czy mógłby mnie pan (za tą służalczość się nienawidzę) wpuścić na klatkę?
– A po co? – Z wyrzutem odpowiada sąsiad.

Nie wytrzymałem.
Rzuciłem list w śnieg przed drzwiami. – Po jajco! – odpowiedziałem – Teraz zejdź na dół i poszukaj swojego listu w śniegu!

Bardzo zdenerwowany wróciłem do domu. Nie dawało mi to jednak spokoju. Moja koncepcja świata legła w gruzach. Czułem jednak wyrzuty sumienia. Pomyślałem o tym liście moknącym w zaspie...
Poszedłem jeszcze raz do klatki sąsiada. Listu już nie było.

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 184 (Głosów: 206)

#77596

(PW) ·
| Do ulubionych
Kto korzysta z biblioteki ten wie, że największym problemem w kwestii książek (poza nieoddaniem) jest ich zalanie. Powodów może być mnóstwo: kawa, herbata lub inne napoje, pozostawienie książki na deszczu, na balkonie, w łazience (jedna z totalnie zniszczonych książek wpadła komuś do wanny). Generalnie książka + wilgoć = pomarszczone strony, pofałdowana okładka. Każdy o tym wie, jeśli czytelnik zniszczy książkę, musi ją odkupić.

Ponadto każda książka z biblioteki ma naklejone kody kreskowe. Co prawda nie mamy jeszcze czytników i całego systemu (wypożyczanie nadal "kopertkowe”), więc obecnie w ogóle z kodów nie korzystamy, ale naklejki są na każdej książce, w dwóch miejscach: z tyłu, na okładce i w środku, na stronie tytułowej.

Historia właściwa: dla kilku książek zmieniono kody. Dostałyśmy naklejki do przytwierdzenia w książkach. Iwonka, z którą pracuję (10 lat stażu pracy) pomyliła naklejki, przykleiła je w innej książce. Zdarza się. Poradziłam jej napisać maila do odpowiedniej jednostki, która zajmuje się kodami, niech nam wydrukują nowe, żaden problem.

Ale kilka dni wcześniej Iwonka podpatrzyła pewną ciekawostkę. Otóż wysyłałyśmy kartki z upomnieniami za przetrzymane książki, a kilka osób z tych zaległych wypożyczeń przyszło, zanim wysłałyśmy ponaglenia. Uznałam, że znaczków szkoda, bo już naklejone, ale mój dziadek - filatelista nauczył mnie odklejać znaczki za pomocą pary wodnej. Postałam więc nad czajnikiem, znaczki uratowane :) Iwonka widziała cały proceder, nawet jej tłumaczyłam co robię.

Kilka dni później zastałam Iwonkę w kuchni, trzymającą otwartą książkę nad gotującym się czajnikiem... Na pytanie co robi, odparła, że odkleja pomyloną naklejkę...
Mimo tłumaczeń i moich jęków rozpaczy nie zrozumiała swojego błędu. Nie przejęła się tym, że pół książki przeszło gorącą parą i kartki się pomarszczyły...

Dodam tylko, że Iwonka każde najmniejsze zagniecenie i plamkę w oddawanych książkach kwalifikuje "do odkupienia". Czy odkupiła książkę, którą sama, przez własną głupotę zniszczyła?

Odpowiedź jest oczywista. Nie.

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 181 (Głosów: 195)

#77585

(PW) ·
| Do ulubionych
Czuję się jak bohaterka jednego z filmów Barei.

Niedawno zostałam zaproszona do współpracy przez pewną europejską firmę. Od dawna nosiłam się z zamiarem podjęcia pracy jako wolny strzelec, nie do końca jednak potrafiłam się zdecydować na konkretny profil "przedsiębiorstwa". Kiedy jednak otrzymałam propozycję pracy tłumacza, natychmiast poleciałam po informacje do urzędu skarbowego (rzecz dzieje się w Niemczech).

Podejście pierwsze.
J - ja
P - pan z urzędu

J - Dzień dobry, chciałabym zarejestrować działalność polegającą na tym i na tym (tłumaczenia i copywriting). Czy mogę zarejestrować się jako wolny strzelec czy muszę założyć działalność gospodarczą?
P - Yyyy... A co to ten copywriting?
Tłumaczę.
P - Yyy... A pani ma kształcenie kierunkowe?
Tłumaczę.
P - Yyy... to ja w sumie nie wiem. Ale pani se założy działalność gospodarczą i zobaczy, co się stanie.

Tłumaczę, dlaczego zależy mi, żeby NIE zakładać działalności. Po raz kolejny pytam o możliwość rejestracji "wolnostrzelectwa".
P - Ale czemu pani nie chce działalności?!
(A co cię to obchodzi? - myślę sobie, ale cierpliwie odpowiadam).
P - To się pani zarejestruje jako wolny strzelec i zobaczy, co będzie dalej.
J - Ale jak to "zobaczy, co będzie dalej"?
P - No czy pani uznają tę formę biznesu.
J - Jacy oni?
P - Urząd skarbowy.
J - Czyli pan..?
P - No tak...

Wychodzę.


Podejście drugie, ten sam urząd, kilka dni później.

Na tablicy wyświetla się mój numerek. Podchodzę do okienka - ten sam pan.
Wychodzę.


Podejście trzecie (dziś).
Podchodzę do bardzo miłej pani (MP) i tłumaczę wszystko od początku.

MP - Ale to ja pani nie powiem, jak pani ma się zarejestrować...
J - A kto mi powie?
MP - No ja nie wiem... Pani se pójdzie do ratusza, tam pani powiedzą. Albo może i nie..? A może lepiej do doradcy podatkowego?
J - No dobrze. To proszę mi powiedzieć, czy w ogóle mogę tłumaczyć i pisać w ramach jednej firmy?
MP - No w sumie to tak, bo tłumaczenia może pani robić jako wolny strzelec, a copywriting w ramach działalności.
J - Czyli jednak nie?
MP - Yyy... Pani pójdzie do ratusza.
J - No dobrze, to może chociaż powie mi pani, czy wysyłając rachunek za granicę, do innego państwa członkowskiego EU, muszę uwzględnić w nim VAT? Według informacji na kilku urzędowych stronach obowiązek uiszczenia VAT-u miałaby firma, z którą współpracuję, nie ja.
MP - Ale to ja nie wiem... Pani pójdzie do ratusza.

Wstaję i wychodzę. Idę do ratusza.

Tłumaczę kolejnej miłej pani (KMP) po co przyszłam.
KMP - Ale to co, w US pani nie powiedzieli?
J - No nie, bo to u państwa rejestruje się działalność gospodarczą.
KMP - To pani chce zarejestrować działalność?
J - Nie, na razie chcę się dowiedzieć, jakie mam w ogóle możliwości.
KMP - No ja pani nie powiem, bo my nie prowadzimy doradztwa...
J - To kto prowadzi? Przecież wszelkie tego typu rzeczy rejestruje się u państwa.
KMP - No ale ja nie wiem...
Głęboko wzdycham. Patrzę za okno, na panią, znów za okno.
J - To niech się pani dowie.
KMP - To ja zapytam koleżanek...

Zaczyna się latanie po całym urzędzie i szukanie jakichś papierów, w których powinno być napisane, które zawody podpadają pod które formy działalności. W końcu zmachana pani wraca na swoje stanowisko.

KMP - Wie pani, ja tu miałam taki segregator, gdzie to wszystko było napisane, ale go chyba wyrzuciłam.
Patrzę na nią osłupiała.
J - Jak to pani wyrzuciła?
KMP - No tak, bo w sumie to rzadko kiedy ktoś o to pyta... No nie mam, nie pomogę pani. Ale tu ma pani formularz do zarejestrowania działalności gospodarczej, bo na tłumaczenia to pani musi mieć działalność...
J - W Urzędzie skarbowym powiedzieli, że nie muszę.
KMP - No ja nie wiem, u nas stoi, że pani musi... Koszt to 26 euro, to co, rejestrujemy?

Wstaję i wychodzę. Jutro "se" idę zadzwonić do doradcy podatkowego, dowiedzieć się, czy w ogóle jest sens umawiać się na jakieś spotkanie. Trzymajcie mnie.

zagranica urzędy

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 172 (Głosów: 192)

#77639

(PW) ·
| Do ulubionych
Tak sobie dzisiaj siedzę w pracy i przypadkowo spotkałem dawnego kolegę ze studiów. Trochę pogadaliśmy, trochę powspominaliśmy, nieco rozmawialiśmy kto gdzie teraz pracuje.
Jako ciekawostkę napiszę dzisiaj krótką historię o tym, jak mój kolega natrafił raz na "niesamowitą" ofertę pracy, którą znalazł w internecie. Nie wiem do końca czy był to fake, ale pokazywał mi na telefonie zrzut ekranu :) Oferta pracy była następująca:

Firma zatrudni osobę na stanowisku stróża na parking strzeżony. Warunki następujące - praca przez 24h, zaczynając od momentu wybicia północy jednego dnia, aż do wybicia północy następnego dnia. Potem od tego momentu czas wolny aż do wybicia północy kolejnego dnia - następna dniówka. I tak 24h pracy / 24h wolnego. Stawka 2,50 zł na rękę oraz uwaga - czajniczek do zagotowania wody.

Hmmm, ktoś zainteresowany? :)

oferta pracy stróż parkingowy

Skomentuj (31) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 183 (Głosów: 199)

#77615

(PW) ·
| Do ulubionych
Napisałam dzisiaj dwie skargi. Pierwszą na prowadzącą zajęcia. Drugą na reakcję osoby, która przyjmowała pierwszą.

Zajęcia mamy w salce wielkości komórki na miotły (na oko 4 x 4 m) – katedra mieści się w malutkim pawiloniku, w pomieszczeniach siedzimy sobie praktycznie na plecach, z ledwością wystarczyło miejsca na krzesła i stoły – a i tak stół prowadzącego zajęcia, to jednocześnie stół studentów.

Prowadząca przychodzi, czuć ją olejkiem eukaliptusowym z kilkunastu metrów, oczy czerwone i załzawione, nos spuchnięty – i zaczyna od wychrypienia, że ma grypę, więc będziemy pracować powoli.
Mamy z nią spędzić 3 godziny zamknięci w bardzo małej przestrzeni.

Wstałam, powiedziałam, że współczuję stanu, ale wychodzę, bo nie chcę się zarazić. Usłyszałam, że mam siedzieć, a jak wyjdę, to nie zaliczę zajęć. 10 minut negocjacji – wyszłam. Z nieusprawiedliwioną nieobecnością.

Poszłam do sekretariatu katedry, wzięłam kartkę papieru i wysmarowałam skargę, że prowadząca jest chodzącym zagrożeniem infekcyjnym, zmusza mnie do ekspozycji na wirusa, a ja z jej ćwiczeń miałam iść na oddział, na zajęcia kliniczne. Przy oddawaniu skargi i żądaniu poświadczenia przyjęcia na kopii, dowiedziałam się od sekretarki, że mi się naprawdę w życiu nudzi i za chwilę kark mi pęknie od zadzierania nosa.

Napisałam więc drugą skargę – "komentowanie mojego życia i jego rozrywek, nie mieści się w moim rozumieniu pracy sekretarki".

Zastanawia mnie jedno. Przez te wszystkie lata na studiach ani razu nie dostałam opieprzu za łamanie procedur bezpieczeństwa albo brak staranności. Zawsze zbierałam po głowie za zwracanie na to uwagi innym. A teraz słucham tych wszystkich narzekań, że wszędzie bylejakość, nikt nikogo nie traktuje poważnie i wszyscy olewają wszystko. Hipokryzja wiecznie żywa.

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 260 (Głosów: 284)

#77613

(PW) ·
| Do ulubionych
Ostatnio mam wyjątkowego pecha i wszędzie spotykam gburów i debili.

Wracałam do domu po ciężkim dniu w pracy. Brzydka pogoda, nie do końca zbita lekami migrena i zmęczenie. Humor miałam wyjątkowo podły. Oczywiście musiał znaleźć się jeden delikwent i podnieść mi ciśnienie.

Po drodze poczłapałam leniwie do supermarketu. Pokręciłam się między półkami, wzięłam co trzeba i skierowałam się do kasy.

Ruch spory, otwarte 3 kasy, ale o dziwo wszystko idzie dość sprawnie. Stanęłam w kolejce do kasy, przede mną kilka osób, a za mną ON. Śmierdzący potem i cebulą facet, w przyciasnym garniaku. Smrodek rozpylany przez jegomościa nie był tak irytujący jak jego zachowanie. Rozmawiał głośno przez telefon z Marzenką czy inną Grażynką. Rechotał przy tym głośno i przeklinał gorzej niż gimnazjalista.

Kolejka przesuwała się dość sprawnie, lecz zbyt wolno dla Cebulowego Faceta. Mamrotał coś o "ch**wej obsłudze" i darmozjadach. Kasjerka skończyła obsługiwać kobietę przede mną. Babeczka szybko zapakowała swoje zakupy, na odchodnym zapytała kasjerkę o jakiś produkt (chyba o to, czy nie ma go tylko chwilowo na półkach, czy został całkiem wycofany). Te dwie sekundy rozmowy nie spodobały się Cebulowemu Facetowi.

- Co to k*** za ploteczki!? Wracaj do roboty głupia pindo!

Kasjerka olała go ciepłym moczem, odpowiedziała kobiecie na pytanie i zaczęła kasować mnie. Kasjerka przesuwa moje produkty nad czytnikiem, ja je sobie spokojnie pakuję do toreb. Pani kasjerka głosem znudzonego robota wyklepuje formułkę o karcie Vipa Super Klienta na punkty bonusowe. Wtedy odzywa się Cebulowy Facet.

- Hehe, co ty myślisz, że ktoś tę ch** kartę ma? Po ch** zawsze się pytacie? Co, głupia larwo? Hehe... Siedzisz tu skrzywiona, uśmiechnij się hehe.. PATRZ NA MNIE JAK DO CIEBIE MÓWIĘ, KUR**!

Ciśnienie skoczyło mi momentalnie. Kasjerka dalej olewa kolesia, który zaczyna być coraz bardziej agresywny.

- ODEZWIJ SIĘ DO MNIE, KUR**!

Nie wytrzymałam.

- Zamknie pan w końcu tę mordę?!

Cebulowy spojrzał na mnie, chyba zaskoczony.

- Co się odzywasz, kur*o? Prosił Cię ktoś o zdanie?

I zaczyna machać łapami, i zmierza w moim kierunku. Wyciągnęłam z kieszeni kurtki gaz i uniosłam na wysokość oczy faceta. Cebulowy wyhamował, ale dalej machał wielkimi łapskami i wyzywał mnie od najgorszych.

Kątem oka zauważyłam zmierzającego w naszą stronę innego kasjera, w towarzystwie ochroniarza. Kasjer drobny i chudy jak szczapa, ochroniarz wyglądał jakby za chwilę miał umrzeć ze starości. W ewentualnym starciu z Cebulowym nie mieli żadnych szans.

Cebulowy wydarł się jeszcze raz, wyzwał kasjerkę od głupich lachociągów i ruszył do wyjścia, uderzając łokciem chudego kasjera, który próbował go zatrzymać.

Kurz opadł, kasjerka podziękowała mi za reakcję. Smutno stwierdziła, że podobnych sytuacji miała kilka, ale nikt nigdy nie zareagował. Ludzie z kolejki mnie pozytywnie zaskoczyli, pocieszali kasjerkę i wylewali pomyje na Cebulowego.

Spakowałam resztę zakupów, pożegnałam się i wyszłam ze sklepu. Skręcałam właśnie w kierunku mojego bloku, gdy poczułam uderzenie w plecy. Odwróciłam się. To Cebulowy, z zadowoloną mordą i telefonem przy uchu krzyczał, że dzwoni właśnie na policję. Rzucił we mnie pomarańczą by zwrócić moją uwagę. Kazał mi się zatrzymać, bo właśnie wzywa patrol i aresztują mnie za grożenie mu gazem. Popukałam się w czoło, prewencyjnie wydobyłam gaz z kieszeni i poszłam do domu. Cebulowy dalej wrzeszczał coś za mną.

Nie interesuje mnie, czy faktycznie dzwonił na policję, czy nie. Buraków należy tępić, a tego dodatkowo chętnie zesłałabym do kamieniołomu.

sklepy

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 259 (Głosów: 275)

Podziel się pozytywnymi historiami na
WSPANIALI.pl

Piekielni