Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

 

#82641

(PW) ·
| Do ulubionych
Szpital wojskowy na szaserów.
Oddział ortopedii i traumatologi.
Zlikwidowano wszystkie miejsca siedzące na korytarzu.
Żeby pacjenci nie siedzieli.
Pani z nogą w gipsie i o kulach, z dokumentami w zębach kica pod gabinetem.
Dała radę przysiąść na parapecie.

słuzba_zdrowia

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 207 (235)

#82637

(PW) ·
| Do ulubionych
Będzie o służbie zdrowia. I będzie dość długo. Historia sprzed 4 lat.
Słowem wstępu i w celu wyeliminowania ewentualnego posądzania mnie o roszczeniowość i nieznajomość realiów: mam bardzo duży szacunek dla pracy całego personelu służby zdrowia. Moja mama od 1979 roku jest pielęgniarką, od 1998 roku pracowała na dwa etaty, od 2010 pracuje na trzy etaty: w szpitalu wojewódzkim, w prywatnej klinice i w pogotowiu (o czym już było w moich historiach) - zajmuje się najcięższymi przypadkami-wcześniakami, taki OIT/OIOM dla dopiero co urodzonych dzieciaków. Wiem, jak ciężko pracują pielęgniarki, wiem, że często są na nogach 36h/48h i wiem, że często nie jest winą pielęgniarek, że ze zmęczenia powiedzą coś niemiłym tonem lub w nerwach.

Ale to, co mnie spotkało w jednym z warszawskich szpitali, a wcześniej w wielu przychodniach, zanim znaleziono przyczynę mojego stanu (nie)zdrowia, przechodzi najśmielsze oczekiwania.

Zaczęło się w październiku - zabolał mnie brzuch. To nie był jakiś duży ból - raczej skłaniałam się ku temu, że dostanę tydzień wcześniej okres, zdarza się, wzięłam prochy i tak jechałam kilka dni. Okresu nie dostałam, ale ból był mniejszy, przyzwyczaiłam się i funkcjonowałam w miarę normalnie. Po kilkunastu dniach od pierwszego bólu dostałam tego okresu - okres minął, ból był nadal.

Poszłam do gina, bo myślałam, że coś jest nie tak od strony "kobiecej" - powiedział, że nic niepokojącego nie ma, przebadał mnie (usg, cytologia, badania krwi) - wszytko było okej.

Mijały kolejne tygodnie, a ten ból był nadal - poszłam do rodzinnego - dała skierowanie na badania ogólne krwi, skierowanie do gastrologa - badania okej, gastrolog na "pilne" - też nic niewykryte.

"Jest Pani zdrowa, może kiepsko Pani je? Może się Pani uderzyła? Może stres" - tak! Stres - sama sobie uświadomiłam, że miałam kiepskie miesiące ostatnio - trochę problemów rodzinnych, wypadek w najbliższej rodzinie, sporo pracy, nagła ciąża siostry. Gastrolog dał mi L4, wzięłam, tydzień przeleżałam w domu i ten ból nie mijał, a wydawało mi się na przestrzeni miesięcy, że nie mija, że w zasadzie boli mnie wciąż, każdego dnia.

Po nowym roku moja lekarz rodzinna i pielęgniarki już zaczęły mnie posądzać o to, że symuluję lub mam problemy psychiczne. W zasadzie usprawiedliwione chyba, bo badania miałam dobre, a wciąż skarżyłam się na ból brzucha.

Na początku lutego zastępowałam koleżankę w sekretariacie i pamiętam, jak na krześle siedziałam skulona w kłębek, z podciągniętymi nogami, bo inaczej nie dałam rady wysiedzieć. Żołądek już tak sobie rozwaliłam przeciwbólowymi, że miałam potworne zaparcia, które tylko potęgowały moje samopoczucie. Miałam podwyższoną temperaturę, byłam potwornie zmęczona.

Tego dnia moja dyrektorka kazała mi zwolnić się z pracy i bezwzględnie iść do lekarza, bo jak powiedziała "tak źle to Pani jeszcze nigdy nie wyglądała".
Nadal nic.

Wzięłam dwa dni urlopu na żądanie i myślałam, że odpocznę, wezmę coś nasennego, wyśpię się i jakoś to będzie - wrócę z siłami do pracy.
Uprzedzając Wasze pytania - mieszkałam wtedy z dala od najbliższej rodziny. Z resztą i tak nikt by się mną nie dał rady zająć: moja mama była bardzo chora i brat się nią zajmował, siostra była w zagrożonej ciąży. Musiałam sobie radzić, a że jestem osobą, która nie powie, jeśli naprawdę nie ma potrzeby i nie lubi zwalać swoich problemów innym - nie mówiłam nikomu prócz lekarzy i pielęgniarek.

Przy kolejnej wizycie u rodzinnego, lekarka zaproponowała mi konsultację z chirurgiem. Że to już ostatnia opcja wg niej i że naprawdę, jeśli on nic nie zauważy, położy mnie do szpitala by mnie przebadali od stóp do głowy, bo ona już nic nie może mi dać prócz silniejszych przeciwbólowych.

Poszłam tego samego dnia do chirurga (uprzedzając wątpliwości - miałam wtedy pakiet medyczny w sieciówce na E... i tylko dlatego mogłam sobie pozwolić na to, by robić te wszystkie badania, usg itp. pewnie w państwowej przychodni byłoby ciężko, albo musiałabym płacić mnóstwo pieniędzy).

Chirurg kazał mi się położyć, odsłonić brzuch, nacisnął w dwóch miejscach, skuliłam się w kłębek z bólu - zapytał mnie tylko czy ktoś jest ze mną lub może po mnie przyjechać czy pielęgniarki mają załatwiać transport do szpitala - wyrostek. Zdziwiłam się jego diagnozą, bo byłam przekonana, ze wyrostek boli nagle i silnie, a nie miesiącami, próbowałam go przekonać, że jednak to nie to i że boli mnie od października. Powiedział mi, ze mam odruch jakiś tam i że prawdopodobnie jest zapalenie otrzewnej i trzeba operować.

Zadzwoniłam po mojego kumpla - zabrał mnie na SOR, gdzie ze skierowaniem z ostrym brzuchem czekaliśmy od 19 do 5:30 rano. Ja w tym czasie przeszłam konsultację z: lekarzem dyżurującym na izbie przyjęć, ginekologiem, ortopedą, gastrologiem, trzema studentami medycyny na praktykach, chirurgiem, a mój kumpel usłyszał w międzyczasie sugestię by mnie zabrać do psychiatry lub od razu na leczenie do szpitala, bo jestem uzależniona od przeciwbólowych - gdyby to był wyrostek to przecież nie trwałoby to tyle czasu.

Ostatecznie przyjęli mnie na oddział. Pamiętam, jakim wybawieniem dla mnie było to, że sanitariusz podjechał z wózkiem i powiedział, że nie ma potrzeby bym się męczyła idąc na salę i że mnie zawiezie. Nawet jak teraz, po latach o tym myślę, to jestem mu ogromnie wdzięczna, bo był tej nocy jedyną osobą, która okazała mi trochę ludzkich uczuć.

Na sali podłączyli mi kroplówkę i spałam kilka godzin. Gdy się obudziłam było po 18, przyszedł lekarz, zrobił wywiad, powiedział, że mam nic nie jeść i nie pić i jak kolejka operacji minie i będzie wolna sala, to mnie wezmą.
Wzięli mnie jakoś po południu następnego dnia. Do tego czasu stałam się wykończona, miałam gorączkę, nudności, nie mogłam spać - przyszła pielęgniarka, która rzuciła mi, że mam się rozebrać, przykryć prześcieradłem i czekać na łóżku, które wprowadziła na salę. Nie byłam w stanie się sama rozebrać, wstać z łóżka. Przyszła po chwili, a ja dałam radę tylko siedzieć na łóżku. Pamiętam, że pomogła mi wtedy kobieta, która była ze mną na sali, zdjęła mi piżamę i jakimś cudem pomogła się dostać na łóżko, pielęgniarka tylko patrzyła i czekała.

Z sali operacyjnej pamiętam dwóch wesołych lekarzy, który mi kazali liczyć od 1 do 10 i śmieli się, że mistrzowie nie zasypiają po 10 i liczą raz jeszcze. Doliczyłam do trzech. Tyle pamiętam.

Obudziłam się jakoś w nocy, dosłownie na kilkadziesiąt sekund, miałam żółtą kołdrę - pomyślałam - o, jak fajnie, kołdra w żółte kwiatki, nie wiedziałam, ze w szpitalu mają takie - i usnęłam. Okazało się, że to nie kołdra ma żółte kwiatki. To ja wymiotowałam żółcią, ale nie ogarnęłam tego.
Jak weszła pielęgniarka rano rzuciła tylko - "było wołać o miskę, a nie zapaskudzić łóżko. Teraz będzie Pani w tym spać, salowe zmienią pościel wieczorem". I tak cały dzień leżałam w swoich wymiocinach, aż nie przyszedł kumpel i nie zdjął ze mnie tej kołdry i nie posprzątał przy łóżku - ja sama nie byłam w stanie. Nadal czułam się okropnie, miałam dreszcze, gorączkę, wymiotowałam. Przez opieszałość (tak powiedziała mi jedna z lekarek) i brak wystarczająco wcześnie diagnozy - miałam zapalenie otrzewnej.

I ten stan utrzymywał się kolejne kilka dni, a gdy tylko czułam się na tyle okej, że mogłam przejść sama z łóżka do toalety, wypisałam się na własne żądanie, bo nie mogłam już wytrzymać. Kiedy mogłam w końcu jeść-pielęgniarki powiedziały mi, że mam sobie sama ogarnąć catering, bo w szpitalu to takich rarytasów nie mają by mnie karmić (mam celiakię, o czym informowałam na izbie przyjęć, gdy mnie przyjmowano na oddział). Na szczęście ratowali mnie trochę znajomi, którzy coś podrzucali i na zmianę przychodzili mi pomóc w szpitalu.

Pielęgniarki i salowe mnie nie cierpiały i wciąż dawały mi o tym znać. Np. poprzez to, że przez pierwsze dni, kiedy nie dałam rady wstawać, dawały mi "kaczkę" dwa razy dziennie, nie sprzątając jej, póki nie zrobił tego ktoś z moich znajomych; kiedy wymiotowałam w nocy, nie dostawałam miski, więc wymiotowałam na podłogę lub na pościel, bo nie byłam w stanie ruszyć się z łóżka - później przychodziły i mówiły: "przyjdzie ktoś do pani, to posprząta, jak się napaskudziło, trzeba samemu sprzątać". Lekarze reagowali podobnie: "zwymiotowała Pani, trudno, posprząta pani jak się pani lepiej poczuje".

Po pobycie tam byłam koszmarnie upokorzona, czułam się jak śmieć, a byłam naprawdę chora - a co dopiero mają powiedzieć osoby, które naprawdę nie mają nikogo, zupełnie nikogo, a trafiają do takiego szpitala?

słuzba_zdrowia

Skomentuj (29) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 191 (213)

#82553

(PW) ·
| Do ulubionych
Co ważne dla historii - jestem psiarą i kociarą :) Z dystansem do siebie. Od lat zajmuję się adopcjami, użerając się z ludźmi i jakby na to nie patrzeć ze zwierzakami. "Użerając" w humorystycznym znaczeniu.
Mam 2 duże psy i mieszkam w bloku. Śledząc piekielnych od lat wiem, że ktoś będzie pewnie chciał omówić ten temat, ale to może kiedy indziej.
Psy w typie ras, nie rasowe. Adoptowane. Papierów z FCI nie mają więc w sumie kundle.

Jeden wielki słodki i puchaty z wyglądu. W rzeczywistości katowany "za szczeniaka", niepewny siebie, reaktywny. Czuje się niepewnie w towarzystwie obcych, nie lubi dzieci. Nigdy nikogo nie zaatakował, dzieci unika, w wyjątkowo niekomfortowej sytuacji pokaże bezdźwięcznie garnitur zębów. Drugi pies a w sumie to suka - "rasa" potencjalnie uważana za groźną ( pomijam bezsens gadki o rasach agresywnych). Kula miłości - uwielbia dzieci, ludzi, gdyby mogła wyłudzałaby przytulanki od każdego napotkanego człowieka na spacerze.

No tak - gdyby mogła. Nie pozwalam na to. To moje psy. Jestem ich opiekunem NIE właścicielem. Pies nie jest rzeczą. Nie życzę sobie, żeby cudze dzieci wieszały się na szyi mojemu psu kiedy MADKA gapi się w telefon. Zdaję sobie sprawę że to tylko pies i tylko dziecko.

Po co o tym piszę? Bo takich sytuacji jest mnóstwo. Psy na osiedlu prowadzam zawsze na smyczy lub na smyczy i w kagańcu. Chodzę bokami, unikam miejsc gdzie bawią się dzieci. Rozumiem, że miejsce po psiej kupie nie musi być mega super dla bawiącego się dziecka. Ja nie jestem fanką dzieci. Czasami drażnią mnie, denerwują. Uszy mi puchną, kiedy się drą. Sama mieć nie będę, ale cudze jak najbardziej. :) ALE rozumiem, że to dzieci, każdy z nas tak miał. I rozumiem, że mamy tych dzieci niekoniecznie muszą życzyć sobie obecności dużych czy małych psów nawet na smyczy w towarzystwie swoich pociech. I rozumiem, że szczekanie moich psów może kogoś drażnić. Staram się nie wchodzić innym w drogę. Z psami spaceruję tam gdzie nikomu nie przeszkadzają. Na długi spacer wywożę je raz dziennie w niedalekie okolice, gdzie mogą pohasać bez smyczy - zgodnie z prawem u nas obowiązującym.

Tylko że szkoda że to nie działa w dwie strony. Wiele matek czy ojców nie zdaje sobie sprawy z tego, że na widok ich bachora biegnącego w wrzaskiem w stronę mojego psa nie umrę z radości. Piszę bachora - wiem, że to nie wina dziecka, jak zostało wychowane. Dla mnie dzieciaki niesłuchające, rozwydrzone, drące się o nic to bachory.

I pełne zdziwienie, kiedy drę się żeby zabrać dziecko. " Ale ono chciało pogłaskać". Kiedyś się wysilałam żeby tłumaczyć. Że nie wolno, że trzeba zapytać, że pies może ugryźć, warknąć czy nawet przyjazny pies może skoczyć i po prostu przypadkiem przewrócić a dziecko walnie głową o beton i nieszczęście gotowe.

Teraz mówię tylko że pies ma zakaźną chorobę skóry czy czego tam i działa 300 x lepiej. :)
Przestało mi się chcieć tłumaczyć, co znaczy żółta wstążka na smyczy.
Ku wyjaśnieniu - nie jestem przeciwna dzieciom - cudze nawet lubię i czasami się zajmę. :) Jednak dziecko pewnych rzeczy nie rozumie, myśleć musi rodzić. A kiedy z winy rodzica dojdzie do tragicznej sytuacji to dziecka żal a i tak zapłaci pies.

Skomentuj (31) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 132 (180)
Pamiętacie Ukraińców z #82342?

Wczoraj pokazali cały ogrom piekielności.
Próbowali wyr@#$@ć nowego kasjera na 50 zł.

Wczoraj, godzina 21:10. Cieszyłam się, że niedługo fajrant. W myślach byłam już jedną nogą w pociągu SKM.

Nagle moje idylliczne rozmyślania przerwały jakieś wrzaski. Odwróciłam się i zobaczyłam słynną parkę. Darli się na Młodego, że wydał im za mało. Młody, czyli Piotrek pracuje z nami pięć dni. To był jego trzeci raz za kasą.

Jako, że wczoraj przypadła mi zaszczytna funkcja piastowania nadzoru POK, zadzwoniłam od razu do kasy centralnej, poinformować przełożoną, że mamy dymy na sklepie. W międzyczasie poproszona o wydrukowanie raportu kasowego, zrobiłam to i zakazałam wydawania jakiejkolwiek reszty.

Po przyjściu rozliczającej zostałam jej asystentką ds. liczenia kasy - ona liczyła grube pieniądze, ja babrałam się w bilonie. Po podliczeniu wyszło nam, że nowy nie ma żadnej wielkiej superaty, i powinien wydać cwaniakom dwadzieścia kilka złotych.

Oczywiście spotkało się to z krzykami niezadowolenia i żądaniem wydania więcej.
Ochroniarz stojący przy nas po prostu nie wytrzymał. Jest rygorystyczny, ale wczoraj dosłownie wyszedł z siebie.

Warknął w kierunku uroczej parki "Zamknąć się, zabrać resztę i nie pokazywać się tu więcej!
Mamy państwa dosyć!".

Podziałało. Z ciężkimi fochami wypisanymi na cwaniackich gębach zabrali się i poszli. Młody trząsł się jak osika i dziękował mi za interwencję.

Mam nadzieję, że więcej nie spotkamy tych ludzi.

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 169 (201)

#82597

(PW) ·
| Do ulubionych
Pan dzisiaj w nocy po 4 godzinach pracy stwierdził, że za ciężko ma na swoim stanowisku pracy i powiedział kierownikowi, że idzie do domu.

Pan z Ukrainy miał stanowisko, które dla nas, pracowników Polaków nie jest dostępne już od ponad roku, bo mamy za duże kwalifikacje by pracować na tym stanowisku (czytaj: jest stanowiskiem gdzie przy rotacji, co godzinę odpoczywało się). Na czym polegała praca? Skaner w rękę i skanujesz ok 100-120 paczek na godzinę, możesz siedzieć, możesz stać. Skanujesz, zielone światełko, maszyna sama zwalnia paczkę ze stanowiska, czerwone światełko guzik wciskasz i pudełko zjeżdża do weryfikacji, czasami trzeba wstać i poprawić pudełko, bo te zatrzymało się przy wylocie z sortera. Praca "lajtowa", ale oczywiście zarezerwowana nie dla nas.

Może by to nie irytowało gdyby nie różnica w zarobkach, bo taki pan na start ma więcej niż osoba na etacie z wieloletnim stażem, a później zdziwienie, że pracownicy odchodzą by zarabiać więcej. Tych oczywiście oczernia się, bo przez nich ci, którzy zostają mają ciężej, bo muszą nadzorować więcej stanowisk obsadzonych przez "świeżaków", którzy często "nie panimaju" nawet jak dobrze wytłumaczysz, przy tobie dobrze robią, a gdy zostawisz ich puszczają buble. Tłumaczysz się kierownikowi, że robił dobrze, ten się pyta Ukraińca, ten swoje nieśmiertelne "nie panimaju". Chyba wytłumaczenie lvl ekspert, bo za chwilę...

Gromy spadają na ciebie, bo ty ich nadzorujesz.
Oczywiście jest chęć pomocy, dyrekcji, przedstawicieli rady zakładowej, związku zawodowego, oni pracują nad rozwiązaniem problemu. Rozwiązują od prawie roku. Póki co, skutecznie to rozwiązało umowy ok 20 osób pracujących na etacie.

praca

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 162 (196)

#82563

(PW) ·
| Do ulubionych
Mieszkam w Anglii.

Ponadto jestem strasznie roztargniona, zwłaszcza jak mi się spieszy, to potrafię zapomnieć o własnej głowie :-)

No i niestety, taką trochę chaotyczną sytuację miałam w piątek.

Pojechałam do Aldi na zakupy, dosyć duże, tygodniowe.
Później ustawiłam się w kolejce, sporej, martwiąc się, czy mi się mrożonki nie rozmrożą albo czy zdążę na pociąg, by spotkać się ze znajomymi (wyprawa do escape room, czyli trzeba być punktualnie).

Za mną w kolejce ustawił się pan z dwoma parami krótkich spodenek, a za nim pani z wypchanym wózkiem. Myślałam, że są razem więc nie proponowałam przepuszczenia.
Rachunek wyniósł ponad £40, a więc transakcji kartą musiałam dokonać wkładając kartę do czytnika i  wpisując pin (limit transakcji bezdotykowych to £30).

Zestresowana upałem, kolejką, pośpiechem nie zabrałam karty. Sprzedawca wyjątkowo nie przypomniał, bo zaczął mi wkładać zakupy do wózka, żeby było szybciej.

Już po skończeniu stałam jeszcze przy kasie z wózkiem, układając wszystko po swojemu, pan z szortami skończył zakupy i szybko wyszedł.

Dopiero po jakiejś godzinie, w pociągu zorientowałam się,  że nie mam karty. Szybkie spojrzenie na bankowość internetową - transakcja bezdotykowa na 15.98, której ja na pewno nie zrobiłam.

Z ciekawości weszłam na stronę Aldi - szorty męskie 7.99. Innymi słowy - pan w kolejce za mną uznał, że moja karta w czytniku to dla niego możliwość zrobienia darmowych zakupów.

Oczywiście, wszystko zgłoszone na infolinię banku (policję powiadomi też bank).

Moja wiara w ludzi została podkopana. Zostać złodziejem dla dwóch par gaci z Aldi... żenada...

I smutne, bo ja jak zauważyłam w przeszłości podobną sytuację: czyjś portfel, kartę czy telefon, to zawsze wołałam za taką gapą ...

Skomentuj (21) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 140 (164)

#82549

(PW) ·
| Do ulubionych
Od dzisiaj poza byciem leniwym grubasem, jestem też chamką i wieśniaczką :)

Dlaczego?

Otóż po śmierci mojej babci dziadek został całkiem sam, jej dobra koleżanka (a teściowa mojej siostry) postanowiła na siłę próbować babcię zastąpić.

Non stop przychodziła i truła mojemu dziadkowi dupę, że jest taki i owaki, że burdel w domu, że dziadostwo, że łamaga itp. itd. (Mimo, że w domu jest porządek).

Wczoraj pierwszy raz spróbowała rzucić kilka epitetów przy mnie. Grzecznie więc jej odpowiedziałam, że jeśli jej coś nie pasuje, to może nie powinna więcej przychodzić, bo jej zachowanie jest nie na miejscu.

Odwróciła się napięcie i wyszła. Rewelacje przekazała mi siostra.

Jestem chamką i wieśniaczką? :)

ludzie bez wyczucia

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 101 (119)

#82571

(PW) ·
| Do ulubionych
Witam wszystkich Piekielnych.

Portal poczytuje regularnie, kiedyś dodałem jedną historię, która zginęła w czeluściach Piekielnych.

Dziś opowiem wam historię, która przydarzyła mi się trzy dni temu. Będzie ona o „Madce”, ruchu drogowym i jak że popularnym „bo mi wolno bo mam dziecko”. Ubolewam niestety nad tym, iż ta historia przydarzyła się właśnie mojej osobie.

Piątkowe południe. Pomijając perypetie dotychczasowe feralnego piątku, zmuszony byłem pojechać do siedziby firmy, którą mam zaszczyt godnie (jak mniemam) reprezentować. Sytuacja wymagała abyśmy udali się tam razem z moim współpracownikiem dwoma różnymi samochodami, co zostało nam obwieszczone dwie minuty przed wyjazdem. Mus to mus. Jedziemy.

Kolega troszeczkę odskoczył do przodu, gdyż planował jeszcze zatankować na trasie, nie tracąc czasu. Będąc prawie u celu naszej wyprawy, ostatnie skrzyżowanie z ostatnią prostą prowadzącą do siedziby prezesa. Niestety, czerwone światło.
Szybki rzut sytuacyjny.

Droga którą dojechałem zjazd z trasy szybkiego ruchu do ronda ze światłami, dwa pasy. Prawy na którym stoję ja moim Lupo bolidem, z którego, jaśnie wielmożny ustawo dawca (świeć Panie nad tym umysłem), przewidział możliwość jazdy na wprost, skrętu w lewo i zjazdu na stację benzynową po prawej stronie. Obok mnie pas lewy, dla którego przewidziano jedynie skręt w lewo lub objechanie ronda.

W tej samej aorcie dolotowej na godzinie ósmej znajduje się jeszcze dojazd do tych dwóch pasów, obarczony znakiem STOP oraz nakazem skrętu w lewo.

A więc stoję na tych światłach na pasie prawym, obok mnie na lewym jakiś samochód. Jeden, drugi, za mną tak samo. Jak to na drodze w południe w okolicach dzielnicy przemysłowej. Widzę, że ze wspomnianego bocznego dojazdu, wykorzystując czerwone światło i pozostawione miejsce, wjeżdża samochód ciężarowy tak zwana „solówka”. Ma miejsce proszę bardzo zwłaszcza że stoję.

Po chwili zapala się upragnione zielone światło. Rusza ciężarówka ja za nią w jej tempie. Koncentrując swoją uwagę na pojeździe poprzedzającym, pamiętając że w połowie ronda są następne światła które lubią złapać w pół manewru. Solówka skręca w lewo, tak jak ja.

Skręciła za tuż za nią…. I miało być pięknie. Ale wtem jak z lewej mi nie (bardzo dynamicznie nawiąże kontakt bezpośredni) auto jadące w tym momencie lewym pasem. Kierownica wyrwana z rąk, bo już skręcałem i dostałem w koło, głową w boczną lewą szybę, dym, smród poduszki. (panna lekkich obyczajów), ktoś mi (bardzo dynamicznie nawiązał kontakt bezpośredni).

Zza oparów poduszek widzę, zielona strzała zza zachodniej granicy koncernu dla ludu. Wysiadam z auta, żeby zobaczyć czy drugiemu uczestnikowi nic nie jest i czy moje auto nadaje się do zjechania w miejsce nie tamujące ruchu. Drugi kierowca (DK) macha rękoma, coś wykrzykuje, przez uchylone okno w jej samochodzie mówię jej tylko że zjedziemy na bok i tam porozmawiamy. Jak powiedziałem tak zrobiliśmy.

Po zjechaniu wysiadam po raz kolejny z mojego bolidu i pierwsze moje pytanie. Jak pani to zrobiła? I to był mój BŁĄD.

(DK) – Jak co ja k***a zrobiłam? Ja? Ty żeś mi p*******ł i co ja zrobiłam? Nie widzisz j******o kierunkowskazu?

Szybka konsternacja. Będzie kolorowo. Zaparło mi dech w płucach, co zdarza się rzadko.

(DK) – Ja jechałam tam z dołu jeden mnie wpuścił, a Ty jak k***a, jak taki burak na drodze. Nie widzisz, że z chorym dzieckiem jadę.

Tu już przerażenie, dziecko. Może faktycznie coś się stało, jedzie z dzieckiem do szpitala kobieta, a tu jeszcze coś takiego. Ale patrzę do auta siedzi, około trzynastoletnia dziewczynka, jak na moje okaz zdrowia.

(Ja) – może wezwać karetkę, jak Pani z dzieckiem i to chorym to może będzie potrzebna.
(DK) – Karetka to chyba tobie potrzebna, nie widzisz ze ona ma 37 stopni gorączki?
(Ja) – Nie, nie widzę. Piszemy oświadczenie czy wzywamy policję?
(DK) – Bierz kartkę i k***a pisz, że nie ustąpiłeś mi pierwszeństwa.
(Ja) – Ja?!?!
(DK) – A kto k***a? Ja wjeżdżałam za tą dużą ciężarówką co jechała przed tobą.

Przypominam ciężarówka wyjechała z pod znaku Stop i nakazu skrętu w lewo wykorzystując pozostawione miejsce.

(DK) – Poza tym ja miałam pierwszeństwo, ja jestem kobietą, matką chorego dziecka i miałam włączony kierunkowskaz w prawo.
Teraz moje o (panno lekkich obyczajów)
(Ja) – moim zdaniem to jest pani ewidentna wina. Jechała pani pasem na którym jest nakaz skrętu w lewo. Pani chciała jechać na wprost, powinna pani okrążyć rondo i wtedy jechać w wybranym kierunku.
(DK) – Ciebie chyba p******o, ja mam 10 lat prawo jazdy, ja wiem co mogę na drodze. Kim ty jesteś, żeby mnie uczyć.
(Ja) – Ja mam prawo jazdy 9 lat i nikogo nie mam zamiaru uczyć. Wzywam policję.

Wsiadłem do samochodu, zamknąłem drzwi, 112, szybkie zgłoszenie i czekamy. Naglę patrzę po kieszeniach, nie mam portfela. Dokumenty. Trudno będzie i 150 dla mnie, ale z babą się nie dogadam. Ciąg dalszy feralnego piątku w całej okazałości.

Pamiętacie, że mój kolega odskoczył do przodu tankować, a po prawej od ronda była stacja? Wybrał właśnie tą stację. Słyszał, widział moment uderzenia. On jak i kamery na stacji. Słyszał również drącą się kobietę. Podszedł i udał postronnego świadka zdarzenia.

Kobieta pobladła, myślałem przez chwilę, że zemdleje. Wysiadłem, a ona zaczęła odciągać kolegę na bok. Z jego późniejszych opowieści wiem, że proponowała mu ze trzy różne formy korupcyjne, żeby tylko powiedział, że ja zrobiłem to specjalnie. Bo, UWAGA, ona straci zniżki i nie będzie jej stać na utrzymanie samochodu. Kolega w dalszym ciągu się nie ujawniał że się znamy, ale nie uległ propozycjom.

Po około trzydziestu minutach przyjechał patrol drogówki.

Nasza druga bohaterka zaczyna zgrywać pokrzywdzoną i opowiada wersję jak powyżej, ja natomiast swoją jak powyżej. Kiedy policja wypytywała kobietę jak normalnie rozmawiałem z kolegą o pracy, nie ukrywając, że się znamy.

W pewnym momencie jeden z policjantów zapytał się o naszą znajomość. Zgodnie z prawdą odpowiedzieliśmy, że się znamy i pracujemy razem w jednej firmie. Kolega potwierdził, że widział całe zdarzenie bo tankował swój samochód na stacji obok. Kobieta jak to usłyszała wybuchła.

(DK) – A wiec to tak… Oni są mafią wyłudzającą państwowe pieniądze z ubezpieczeń. Do tego jeszcze je****mi zboczeńcami. Ten drugi proponował mi sex i obiecywał, że zezna że to wina tego drugiego…

Policjanci powstrzymywali się od śmiechu, zachowali się profesjonalnie starali się uspokoić kobietę. Ustalili moje dane, bo jak pisałem wcześniej ruszyłem bez dokumentów, poinformowali o mandacie dla mnie za brak dokumentów 50 PLN za każdy dokument (tj. prawo jazdy, dowód rejestracyjny i polisa OC) razem 150 nie moje. Mandat przyjąłem. Teraz czas na jurną panią.

Policjanci poinformowali ją, że widzą jej pełną winę. Nie zastosowała się do znaków nakazu skrętu w lewo jadąc prosto, chora córka i kierunkowskaz nie daje jej pierwszeństwa na drodze. Zaproponował jej 300 PLN mandatu i 6 pkt karnych.
I nastał Armagedon.

(DK) – P*******e psy co wy wiecie o przepisach? Ja mam was wszystkich w d***e. Ja wiem co mogę nic nie podpisuje…

I tak dalej na tej nucie.

Pojawił się w między czasie pracownik wspomnianej stacji benzynowej. Poinformował policjantów, że całe zdarzenie idealnie widać na ich kamerach i jeśli zachodzi potrzeba to zapraszają na seans.

Jeden z policjantów poszedł na dziesięć minut z pracownikiem stacji. Pod jego nieobecność kobieta cały czas się nakręcała. Ubliżając mi, mojemu koledze, pozostałemu policjantowi.

Po powrocie policjanta, panowie mundurowi (PP) chwilę porozmawiali w radiowozie. Po chwili zawołali mnie i panią bliżej radiowozu i oznajmili.

(PP) – Proszę państwa są ślady na ulicy, samochodach, wasze zeznania o dziwo dość spójne, zeznania świadków i nagranie z kamer. Wszystko to daje nam jednoznaczny obraz pani winy w tym zdarzeniu. Jeszcze raz pytam panią czy przyjmuje pani mandat 300 PLN i 6 pkt karnych.

(DK) – Was chyba po****ło, ja miałam pierwszeństwo! Czy wy tego nie rozumiecie ja z chorą córką jadę...

Pan policjant stwierdził, że kieruje wniosek do sądu o rozpatrzenie zaistniałej sytuacji. Dołącza zeznania świadka materiał z kamer i dokumentację zdjęciową. Ode mnie panowie wzięli numer telefonu do mandatu dołączyli wezwanie na komisariat, koledze wręczyli pakiet gratisowy w postaci samego wezwania. I polecili organizować sobie transport samochodu, bo do jazdy się nie kwalifikował.

Jako smaczek dodam tylko, że pani zostało również zatrzymane prawo jazdy za (jak to powiedział policjant) „brak fundamentalnej znajomości przepisów ruchu drogowego”. Podobno uprawnienia też będzie rozstrzygał sąd.

Przykre jest tylko to, że nie mam AC i do czasu rozstrzygnięcia przez sąd nie bardzo mogę naprawić swoje auto. Stare, bo stare, ale przydatne.

A w sądzie jeszcze może być ciekawiej.

ulica madka

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 102 (158)
Cholera, jak mi wstyd za rodaków czasami. Tacy mocni w gębie, ale tylko, jak ich nikt nie rozumie.

Przerwa w pracy, papieros. Na palarni cała paląca część załogi wypuszcza sobie dymek - od pracowników najniższego szczebla po kierownictwo. Dwóch białych chłopaków z magazynu rozmawia sobie z czarnoskórym chłopakiem z kierownictwa tego magazynu.

Tu rozmawiają o mistrzostwach świata, tam o jakichś zmianach w firmie, trochę o upale, po czym czarnoskóry chłopak mówi że mu się przerwa kończy i musi wracać, ale życzy miłego dnia. Jak ten już poszedł, jego "koledzy" przeszli na płynną polszczyznę i kontynuowali rozmowę w ten deseń:

"Je..any brudas", "małpy kur.a zatrudniają tutaj", "niech do Afryki spie.dala", "wszędzie tutaj ku.wa brudasy", "rzygać się chce, mnożą się i produkują bachory tylko", "zaraz cały kraj będzie pełny brudasów a ja będę ich kur.a utrzymywać", "to wszystko trzeba odstrzelić ku.wa".

Wiecie co, chyba go znajdę i powiem mu, jak ładnie koledzy o nim mówili. Szkoda mi go, bo wygląda na to, że nie ma zielonego pojęcia o tym, z jakimi skończonymi tchórzami i śmieciami się zadaje.

zagranica

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 98 (148)

#82559

(PW) ·
| Do ulubionych
Rys sytuacyjny- [K]oleżanka jakiś rok temu wyniosła się od [P]ana [M]ęża po tym, jak olał jej stan zdrowia (wyrywanie 8-mek z korzeniami zagłębionymi w zatoce) i wolał z piwkiem siedzieć przed telewizorem niż zastąpić żonę np. w odprowadzaniu niepełnosprawnego dziecka na rehabilitację.

Dodam, że skutki uboczne takiej ekstrakcji to np. niekontrolowane omdlenia, możliwość krwotoku - zarówno do zatoki, jak i do ust.

K zabrała manatki i wraz z dziećmi przeprowadziła się do maciupeńkiej kawalerki (mniej niż 20 metrów) i tam sobie przez ten rok mieszkają.

Młody jest niepełnosprawny, ma wadę genetyczną, wymaga niemal codziennej rehabilitacji oraz specjalistycznej diety.

PM w wydatkach na dziecko ograniczył się do kupienia mu kurteczki wiosennej (na jesieni, gdy przyszła wiosna, kurtka była już za mała) oraz "zrzutki" na prezent urodzinowy.

Niedawno spotkali się w jakiejś sprawie formalnej i PM spytał nieśmiało, czy K zamierza składać sprawę o separację?
K stwierdziła, że nie o separację, a o rozwód z zabezpieczeniem alimentacyjnym dla młodego.

Tu nastąpiło niebotyczne zdziwienie i święte oburzenie PM, bo
- Przecież DOSTAJESZ pieniądze na dziecko (w sensie zasiłek od państwa i 500+)! I jakoś sobie do tej pory radziliście!

ojciec alimenty

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 117 (139)

Podziel się pozytywnymi historiami na
WSPANIALI.pl

Piekielni