Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

 

#65227

(PW) ·
| Do ulubionych
Szukam pracy. Pewnego dnia trafiam na ogłoszenie Uczelni Wyższej w dużym mieście wojewódzkim. Mam bogate doświadczenie w danej dziedzinie, odpowiednie wykształcenie, spełniam wszystkie wymagania. Aplikacja wysłana, kilka dni później telefon z zaproszeniem na rozmowę rekrutacyjną.

Stawiam się na spotkaniu, pełna dobrych myśli. Punkt 9:00, nikogo pod drzwiami nie ma. Zerkam na karteczkę, na której zapisałam sobie szczegóły, wszystko się zgadza, tego dnia, tu i tu, godzina 9:00. Ale 9:10, wciąż na korytarzu pusto. 9:15, chwytam za telefon, ale rekruter, który zapraszał mnie na rozmowę ma wyłączony telefon. O 9:40 poddaję się i - wściekła na ten brak szacunku do mojej osoby i mojego czasu - wracam do domu.

Zła jak osa, żalę się znajomej, która w tejże uczelni pracuje, ale w innym dziale, jak zostałam potraktowana przez jej chlebodawcę. Znajoma zdziwiona, z ciekawości postanawia sprawę "od środka" zbadać.

Dnia następnego rekruter dzwoni z przeprosinami. Zapomniał o rozmowie (!) ale wspólna znajoma przypomniała, więc zaprasza raz jeszcze.

Nic to, jeszcze raz pędzę na Uczelnię Wyższą. Tym razem pan już jest. Rozmowa trwa 10 minut i to głównie ja zadaję pytania. Pan ledwo-ledwo, czuję że z grzeczności jedynie, wykazuje zainteresowanie moją osobą. Czuję, że coś tu nie gra.

Następnego dnia, zupełnie przez przypadek, dowiaduję się, że rekrutacja była ustawiona. A ja miałam trochę pecha - spełniałam wszystkie wymogi stanowiska, więc - jako że to budżetówka - musieli mnie zaprosić do kolejnego etapu rekrutacji...

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 401 (Głosów: 417)

#65100

(PW) ·
| Do ulubionych
Czy wyobrażacie sobie, że można nie kochać własnego dziecka?
To nadal temat tabu wśród matek, ale patrząc na fora to tych kobiet jest coraz więcej. Chciałabym wam trochę przybliżyć ten temat.

Moja mama pochodzi z wielodzietnej rodziny mieszkającej na wsi w pobliżu Wrocławia. Była najstarsza z rodzeństwa, co oznaczało opiekę nad młodszymi dziećmi, z których każde miało innego tatusia. Patrząc na nią z tej perspektywy, mogę zrozumieć dlaczego nie lubi dzieci. Mając 18 lat wyjechała ze swojej wsi do miasta szukać lepszego życia. Spotkała mojego ojca, faceta starszego od niej o 11 lat, z którym niestety bardzo szybko zaszła w ciążę. Mogę sobie tylko wyobrazić jej szok kiedy odbierała wyniki badań.

Fakt, mogła się lepiej zabezpieczyć przed ciążą, ale co się stało to się nie odstanie. W szpitalu nie zostawiła mnie tylko ze względu na rodzinę ojca, no i samego ojca również. Nie kochała mnie to pewne i nie kocha nadal. Nigdy mnie nie przytuliła, ani nie powiedziała chociaż ciepłego słowa pod moim adresem. Byłam zadbana, najedzona i miałam wszystko co powinno mieć dziecko poza matczyną miłością. Cały czas żyłam w przeświadczeniu, że jestem jej kulą u nogi zwłaszcza, że mój ojciec okazał się zwykłym alkoholikiem, od którego moja matka nie mogła się przeze mnie uwolnić. Odetchnęła z ulgą kiedy umarł. Jednak nadal byłam ja 10-letnia dziewczynka, którą trzeba ze sobą gdzieś zabrać, a nie zaczynać życie od nowa. To był dla niej cios w plecy, po którym praktycznie przestała się do mnie odzywać, no chyba że musiała. Znalazła sobie młodszego faceta z własnym mieszkaniem, który mnie „tolerował”. Ale zaś lubił zajrzeć do kieliszka. Mając 16 lat uciekałam z domu na całe tygodnie, a moja matka nawet nie pytała gdzie byłam, nie zgłaszała na policję, nie robiła kompletnie nic. Wracałam pijana i naćpana po dyskotekach, a jej to nie obchodziło. Kiedy skończyłam 18 lat, wyprowadziłam się do chłopaka to jej ulżyło i prawie nie utrzymywała ze mną kontaktów.

Przysięgłam sobie, że ja nie będę mieć dzieci choćby nie wiem co. Mój już wtedy narzeczony w pełni mnie popierał, ponieważ tak jak ja nie przepadał za dziećmi. Żeby uniknąć niechcianej ciąży miałam założoną spiralę. Niestety stało się coś czego bałam się najbardziej. Podczas wizyty kontrolnej u ginekologa okazało się, że jestem w ciąży i to w trzecim miesiącu. Nie zauważyłam niczego, gdyż nadal miałam okres. Załamałam się. Zadzwoniłam do narzeczonego i powiedziałam mu co się dowiedziałam. Był w szoku, od razu się rozłączył.

Do domu przyszedł pijany, pytał czy będziemy usuwać czy oddamy w szpitalu. Razem uzgodniliśmy ,że po prostu zostawimy dziecko i będziemy żyć jakby nigdy go nie było, bo skrobanki raczej już żaden ginekolog się nie podejmie. Był to dokładnie 15 tydzień ciąży pamiętam jak dziś wydruk USG. O ciąży dowiedziała się jego rodzina i nachodziła nas dzień w dzień żeby namówić nas do zmiany zdania. Pierwszy pękł mój facet, potem ja trochę zmiękłam i postanowiliśmy chociaż spróbować być rodziną.

Pracowałam prawie do końca ciąży licząc, że może mi się jednak uda nie donosić ciąży, ale mój syn urodził się w terminie. Zdrowy i duży, miał ponad cztery kilo i rodziłam go jakieś 12 godzin. Kiedy położna położyła mi go na brzuchu, poczułam obrzydzenie. Był paskudny, taki brzydki i pomarszczony. Kiedy podawali mi go do karmienia powiedziałam że na pewno nie przyłożę go do piersi. Od początku jadł z butelki. Pamiętam że prawie nie płakał jak był niemowlakiem. W domu czekało na niego tylko łóżeczko i z dwa ciuszki, które dostałam w prezencie od koleżanki. Mój facet nawet nie chciał brać go na ręce, więc ja go karmiłam i przebierałam. Kupiliśmy wózek i inne niezbędne rzeczy, a czas leciał.

Młody miał prawie pół roku. a ja nie umiałam się do niego przekonać. Jak płakał po karmieniu to się na niego darłam że jest przebrany i nakarmiony, więc powinien się zamknąć. Nie umiem go kochać, ale za każdym razem kiedy decyduje się go oddać, rodzinka faceta znajduje milion powodów dlaczego nie mam tego robić. A to wstyd przed sąsiadami, a to daj sobie czas zobaczysz, a to a tamto. Czasem mi go szkoda jak wyciąga ręce bo chciałby po prostu na rączki, ale ja nie umiem go wziąć od tak. Teraz ma trzy lata i wszystko o czym może marzyć dzieciak w jego wieku. Poza miłością rodziców. Czasem ojciec usiądzie i się z nim chwile pobawi. Żałuję, że będzie miał tak okropne życie jak ja, że go nie oddałam albo że w ogóle się urodził. Historia zatoczyła koło.

macierzyństwo

Skomentuj (114) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 167 (Głosów: 897)

#65093

(PW) ·
| Do ulubionych
Postanowiłam się zarejestrować, bo nie widziałam tutaj podobnej historii (a czytam od daaawna), może komuś się przyda i nie pozwoli się naciąć.

Jako iż pełnoletnia jestem już od ładnych paru lat,jakiś czas temu postanowiłam zebrać się w sobie i wreszcie dołączyć do zacnego grona kierowców.

(Zaznaczam, że to mój drugi kurs, pierwszy zrobiłam 7 lat temu, ale jako, że byłam młoda i głupia, a budżet nie pozwalał na szaleństwa olałam sprawę. Po przemyśleniu doszłam do wniosku, że bardziej opłacalne jest zrobienie kursu na nowo, niż dokupowanie pierdyliarda godzin i uczenie się wszystkich przepisów na własną rękę, tym bardziej, że w tym czasie dużo się w tej kwestii zdążyło pozmieniać.)

Wybrałam więc szkołę jazdy, pozbierałam wszystkie potrzebne dokumenty, zapłaciłam ile trzeba i rozpoczęłam kurs, miód, malina. Tym bardziej, że zapisałam się razem z Koleżanką - wiadomo, we dwie zawsze raźniej. Wszystko szło świetnie, instruktor sympatyczny, miły, ale przy tym konkretny i - wydawałoby się - kompetentny.

Wszystko szło świetnie, 30godzin teorii pykło, jazdy też szły nawet całkiem nieźle, aż przyszło do egzaminu wewnętrznego z teorii. Idziemy raźno, bo przecież umiemy. Na miejscu przyjmuje nas uśmiechnięty Instruktor, ja siadam do komputera jako pierwsza, odpalam wskazany program i już chcę zaczynać egzamin, kiedy Instruktor nagle wypala:

[I] Ale wie Pani, co będzie jak Pani nie zda?
[JA] (z uśmiechem) No jak to co? Opieprz od Pana i do domu się uczyć!
[I] No tak, ale jeszcze kara oprócz tego.
[Ja i Koleżanka] Jaka kara?!
[I] Finansowa.
Koleżankę zatkało.
[Ja] Co to znaczy kara finansowa? W jakiej wysokości?
[I] 30zł za każdy niezdany egzamin. Dopiero po zapłaceniu tej kwoty można się umówić na kolejny egzamin wewnętrzny.
[JA] Ale ja nie mam przy sobie gotówki. (Nic, że bankomat 10m od szkoły, nie chciałam tak od razu wyskakiwać z pieniędzy, bo ktoś mi powiedział, że mam zapłacić.)
[I] Nie szkodzi, zapłaci Pani następnym razem. Umowa słowna jest również umową wiążącą. Poza tym póki Pani nie zapłaci, to nie zostanie Pani dopuszczona do egzaminu.

Zaznaczam, że 30zł to kwota praktycznie równa kwocie, jaką trzeba zapłacić za egzamin państwowy w Ośrodku Ruchu. A rozmowa dotyczyła tylko egzaminu wewnętrznego, przeprowadzanego w szkole jazdy i nie liczącym się w zasadzie do niczego, przeprowadzanym na testach zgranych z płytki z 'Gazety Wyborczej' czy innego 'Dziennika ...', a jedynym 'zaświadczeniem' o jego przeprowadzeniu i wynikach miało być słowo Instruktora.

Nic to, Koleżanka się poddała na miejscu, ja twardo upieram się przy swoim, że tak, umiem, jestem pewna, chcę podejść do 'egzaminu'. Podeszłam, oblałam. Trudno. To, że pytania były z kosmosu to standard, ale to, że były w nich błędy gramatyczne niepozwalające na zrozumienie pytania już mnie lekko wkurzyło. Smaczku dodał też komentarz Instruktora:
[JA] To kiedy mogę przyjść na następny 'egzamin'?
[I] Jak będzie Pani miała 3 dychy.

W domu zrelacjonowałam wszystko Narzeczonemu. Wspólnie uznaliśmy, że to dziwne i nigdy nie słyszeliśmy, o żadnych dodatkowych opłatach za przeprowadzenie egzaminu wewnętrznego, ale w sumie ja pierwszy kurs robiłam dawno, Narzeczony prawko ma od ponad 10 lat, przepisy się zmieniają ciągle, może coś przegapiliśmy. Popytaliśmy znajomych, wszyscy robili wielkie oczy.

W końcu padła decyzja: dzwonię do WORDu zapytać. Miła Pani mówi, że oni nie zajmują się nadzorowaniem szkół jazdy, każe dzwonić do Wydziału Komunikacji w mieście, w którym znajduje się szkoła. Ok. Dzwonię więc tam. Miły Pan pyta w czym rzecz. Mówię w skrócie o co chodzi, zaznaczając, że Instruktor jest jednocześnie właścicielem szkoły. Pan wysłuchuje, po czym rzecze tak:

[MP] Proszę mi powiedzieć jak się Pani nazywa, numer kontaktowy do Pani, w której szkole jazdy się to odbyło oraz imię i nazwisko instruktora, który to Pani powiedział.
[JA] (lekko skonsternowana, bo przecież chciałam się tylko anonimowo dowiedzieć a tu się szykuje afera) Nazywam się Taka Owaka, numer 123-456-789, szkoła jazdy Piekielny, instruktor pan Jan Piekielny.
[MP] Dziękuję za informację, pani Taka. Proszę o chwilę cierpliwości, ja skontaktuję się z panem Janem, wyjaśnię zaistniałą sytuację i oddzwonię do pani, dobrze?
[JA] (w lekkim szoku) Dobrze, dziękuję.

Po 10 minutach dzwoni telefon.

[MP] Pani Taka Owaka? Dzwonię w sprawie sytuacji w szkole jazdy Piekielny, którą mi Pani zgłaszała. Przed chwilą rozmawiałem z panem Janem Piekielnym. On twierdzi, że ta kara finansowa to miał być tylko żart, który miał Panią zmobilizować do nauki.
[JA] Aha... Ale wie Pan, ja tam byłam z koleżanką i naprawdę, jeśli to miał być żart to wyjątkowo kiepski, bo żadna z nas tego tak nie odebrała, a i pan Piekielny też się jakoś nie śmiał.
[MP] Wie Pani, jest to pierwsze tego typu zgłoszenie. Jeśli sytuacja się powtórzy wyciągniemy wobec pana Jana odpowiednie konsekwencje, ale w chwili obecnej nie jestem w stanie nic zrobić. Chciałem jednak poinformować Panią, że ani Instruktor, ani właściciel szkoły jazdy nie ma prawa żądać od Pani ŻADNYCH dodatkowych opłat, jeśli zapłaciła Pani ustaloną cenę za kurs. Cena ta nie może się także zwiększyć w czasie trwania rozpoczętego już kursu. Wyjątkiem są materiały dydaktyczne, które może Pani kupić w szkole jazdy, oraz dodatkowe godziny ćwiczeń praktycznych, które mogą się odbyć na Pani życzenie i są dodatkowo płatne. W związku z zaistniałą sytuacją ma Pani prawo w ramach opłaconego kursu przenieść się do innej, wybranej przez Panią szkoły jazdy, a pan Piekielny ma obowiązek wydać Pani całą dokumentację dotyczącą Pani kursu. Gdyby miała Pani jeszcze jakieś wątpliwości, proszę dzwonić, postaramy się to jak najszybciej wyjaśniać.

Parę dni później Koleżanka wybrała się do szkoły po jakieś materiały i nasłuchała się od Instruktora, że "Ta Owaka to się taka miła wydaje, a jak przyjdzie co do czego to mi syfu narobiła w Wydziale Komunikacji!" I że zamiast grzecznie zapłacić, jak mi kazano, to ja nasłałam na niego Urzędników! I że on chciał dla mnie dobrze i był miły, ale skoro ja taka jestem, to dobrze, niech mi będzie, on już ODE MNIE żadnych pieniędzy nie chce!
Koleżanka się zastanawia, czy jej pieniędzmi też gardzi, czy jednak będzie się musiała również pokusić o telefon do WK.

Tak więc moi mili: gdyby ktoś z Was spotkał się kiedyś z procederem dodatkowych opłat za jakiekolwiek 'egzaminy' czy inne dziwadła w szkole jazdy, to wiedzcie, że instruktor/kierownik/właściciel szkoły NIE MA PRAWA tego robić! Nie płaćcie żadnych dodatkowych pieniędzy, a w razie wątpliwości kontaktujcie się z Wydziałem Komunikacji w Waszym mieście!

szkoła_jazdy nauka_jazdy

Skomentuj (22) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 377 (Głosów: 421)

#65092

(PW) ·
| Do ulubionych
Na studiach miałam strasznego pecha do współlokatorów. Albo może po prostu jestem zbyt wymagająca i nietolerancyjna =) Oceńcie sami.

Mieszkanie 1: 2 pokoje 2-osobowe, same dziewczyny.

1) Często zdarzały się zużyte podpaski pozostawione na podłodze w łazience (nie, nawet nie zwinięte w rulon).

2) Nagminne podkradanie jedzenia. Każda z nas miała swoją własną szafkę i półkę w lodówce, więc nie ma mowy o pomyłce. Dla upewnienia się przed dłuższymi wyjazdami robiłam markerem kreski na oleju, mące itp. - ZAWSZE po powrocie stan był kilka centymetrów niżej.

3) Ktoś spał w moim łóżku! - przed wyjazdem na ferie zmieniłam pościel na czyściutką. Po powrocie zastałam ją tak brudną i śmierdzącą, jakby spało tam stado meneli. Dziewczyny twierdziły, że nikogo tam nie było.

4) Impreza w moim pokoju w środku sesji, bez uprzedzenia - po powrocie z uczelni zastaję w swoim pokoju 17 (!!!) chłopaków i swoje 3 współlokatorki. Stado ludzi siedzi na moim łóżku zaścielonym tylko cienkim kocem i wylewa wódkę do mojej pościeli. Muzyka leci z mojego komputera, mimo, że każda współlokatorka ma swój. A następnego dnia rano o 8:00 egzamin...

5) Na szafie koło łóżka przyklejałam sobie na kartkach wzory matematyczne, żeby szybciej je zapamiętać. Pewnego dnia odkryłam, że minusy są zamienione na plusy (innym kolorem markera).

6) Raz zastałam wszystkie swoje mrożonki wystawione z zamrażarki na stół. Kiedy spytałam o co chodzi, 1 z dziewczyn stwierdziła, że właśnie wróciła z rodzinnego domu i ma bardzo dużo domowego jedzenia, a ja kupiłam swoje rzeczy w sklepie, więc są mniej warte i nie powinny zajmować miejsca w zamrażarce.

I taki smaczek - kiedy wypomniałam współlokatorkom podkradanie jedzenia, stwierdziły, że jestem bogatsza, więc mogę im sponsorować. Wywnioskowały to z faktu, że ja nie mam stypendium socjalnego, a one tak. Tylko, że ich stypendium socjalne było większe od kwoty, którą dawali mi rodzice...

Mieszkanie 2: tylko ja i 1 studentka.

1) Współlokatorka nie posprzątała ani 1 razu przez cały okres naszego wspólnego mieszkania. W kuchni za każdym razem, kiedy robiła sobie coś do jedzenia, było wszystko zachlapane, nakruszone i można się było przykleić.

2) Kupiłam sobie frytkownicę. Przyniosłam ją do domu i wyszłam, a kiedy wróciłam rączka była odłamana, a w środku był jeszcze ciepły olej pachnący na całą kuchnię rybą. Współlokatorka zapierała się rękami i nogami, że frytkownicy nie ruszała, mimo, że właśnie zajadała sobie z chłopakiem smażoną rybkę.

Mieszkanie 3: ja i dziewczyna z chłopakiem w 2. pokoju.

Wspólne mieszkanie przebiegałoby bezproblemowo, gdyby nie nałogi dziewczyny. Codziennie paliła papierosy w kuchni, mimo wcześniejszych ustaleń, że nie będą palić w domu. Ja mam astmę i jest to dla mnie bardzo szkodliwe. A w pokoju mieli balkon...
Dziewczyna codziennie przynosiła do domu przynajmniej 1 butelkę wina i namawiała mnie i swojego chłopaka do picia razem z nią. W razie odmowy awanturowała się, a następnego dnia historia od początku się powtarzała.

współlokatorzy

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 246 (Głosów: 326)

#65088

(PW) ·
| Do ulubionych
Jak to często na Piekielnych bywa, czytając czyjąś historię (http://piekielni.pl/64915), przypomniałam sobie własną.

Jakieś dwa lata temu zaczęły mnie boleć plecy. Początkowo myślałam, że coś mnie przewiało. Poleżę, wygrzeję to samo przejdzie. Nie przechodziło, więc wybrałam się do lekarza rodzinnego. To naprawdę złota kobieta, lekarz z powołania. Powiedziała, że z kręgosłupem nie ma żartów i leczenia na własną rękę, trzeba iść do neurologa, on wypisze skierowanie na rezonans i będzie wiedział co dalej.

Kolejki do neurologów jakie są, każdy wie. Poszukałam jednak i znalazłam w jednej przychodni panią neurolog, do której były wolne terminy. Na pierwszej (i ostatniej) wizycie dowiedziałam się dlaczego nie ma do niej kolejek.

W umówiony dzień przyszłam z wynikami badań, jakie zleciła rodzinna i tłumaczę pani neurolog co mnie boli i gdzie. Ta nawet nie spojrzała na skierowanie czy wyniki badań. Popatrzyła na mnie, zmierzyła wzrokiem i stwierdziła, że leczyć nie ma co, bo „jest pani za młoda na bóle pleców”. Uśmiecham się i pytam skąd wie ile mam lat, skoro nawet do karty nie zajrzała, ale dla pani każdy poniżej 60 nie ma prawa skarżyć się na ból pleców. Zapytałam jeszcze raz czy może mnie chociaż zbada, bo naprawdę mnie te plecy bolą. Nie ma takiej potrzeby, pewnie mnie przewiało i panikuję. Poleżeć, samo przejdzie.

Z zasady nie kopię się z końmi, więc pomyślałam, że wrócę do rodzinnej po skierowanie i pójdę do innego lekarza, tym razem specjalisty. Nie zdążyłam, wieczorem byłam już na pogotowiu z diagnozą: przepuklina odcinka lędźwiowego. Oczywiście na pogotowiu pytali mnie czy byłam z bólem u lekarza, więc opowiedziałam im całą historię. Nawet nie musiałam mówić u kogo byłam, pani neurolog była im doskonale znana. Nie ja pierwsza i pewnie nie ostatnia napisałam na nią skargę, a pani nadal pracuje i „przyjmuje”.

zoz

Skomentuj (17) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 245 (Głosów: 289)

#65087

(PW) ·
| Do ulubionych
O braku sensu i logiki...

Kim jest poręczyciel? Osobą, która ręczy swoim majątkiem, za kredytobiorcę. Inaczej, gdy ten przestaje płacić raty, do odpowiedzialności pociąga się również poręczyciela. Czasami poręczenie występuje w innych przypadkach.

Zdarzyło mi się, że nie mam pracy, bo 28 już wiosna w moim życiu się zbliża, dawno po studiach, więc nie spełniam dwóch podstawowych kryteriów stawianych przez sporą rzesze pracodawców. PUP w stolicy Dolnego Śląska, rejestracja, profilowanie i... mam świetne predyspozycje do prowadzenia własnego biznesu. Ok, nawet o tym myślałem, ale otwarcie i wejście na rynek w branży, którą sobie upatrzyłem to 15-18 000 złotych, których fizycznie nie mam.

Żaden problem - PUP da mi nawet do 20 000 na otwarcie. Bezzwrotna dotacja! Skierowanie do pokoju odpowiedniego i rozmawiam z uprzejmymi paniami. Okazuje się, że spełniam wszystkie kryteria. Co ważne - dotacja wymaga poręczenia dwóch osób - na wypadek gdybym po otrzymaniu przelewu rozpłynął się w powietrzu, albo firmę zamknął po miesiącu (wymagają prowadzenie przez 15 miesięcy). Rodzice zgodzili się bez wahania! Na stronie oprócz podstawowych kryteriów i numeru pokoju, nie ma ŻADNYCH informacji.

Podejście 1: "Nie przyjmiemy wniosku. Nie ma pan udokumentowanych kwalifikacji" - cóż... mam, tylko nikt mi nie powiedział, ze muszę je przedstawić (wszak zawód obrany nie wymaga żadnych pozwoleń i kursów).

Podejście 2: "Możemy przyjąć wniosek, ale najprawdopodobniej zostanie odrzucony" - dlaczego? Piękny biznes plan, przykładowe produkty, pie**yliard załączników i wszystkie certyfikaty są - "bo poręczenie jest niewystarczające, muszą to być osoby, których dochód miesięczny to ponad 2000zł".

Oczywiście takiej informacji brak gdziekolwiek (potem poszukałem i są na forach i stronach innych PUPów, gdzie jest dopisek, ze każdy PUP ma inne procedury i nie musi właściwie nic wymagać. Logika nakazuje wierzyć w to, że jeśli tak, to brak informacji oznacza brak wymogu...). Dwa tygodnie szukania poręczycieli - brat, ciocia.

Podejście 3: "Nie przyjmiemy wniosku, bo tylko jeden poręczyciel może być uwzględniony. Drugi ma ponad 75 lat" - co??? A gdzie jest taka informacja?

Niestety tu się wyczerpały moje możliwości... Jednak spoza rodziny raczej nie chcę nikogo prosić o poręczenie. Zrezygnowany znalazłem jeszcze inne rozwiązanie...

BGK udziela pożyczek na otworzenie działalności gospodarczej. To już nie dotacja, ale oprocentowanie 0.05% nie boli aż tak bardzo. Spłaty po roku i inne bonusy w postaci wrzucania raty w koszty. Jedno spotkanie i... Tym razem brat nie może mi poręczyć (bo nie, bo działalność ma za krótko), a cioci nie proszę, bo to jednak pożyczka.

Rodzice mogą mi poręczyć, jednak okazuje się, że dostanę max 10 000zł, mimo, że można do 70 000. Dlaczego? Bo taka jest nasza zdolność kredytowa. Niestety to połowa sprzętu, który potrzebuję, a bez całości nie jestem w stanie ruszyć.

Poszedłem więc do najzwyklejszego banku. Też mają programy na otwarcie działalności. I... niespodzianka! Jest pełna zdolność. 18 000 mogę mieć choćby jutro. Niestety warunki faktycznych ok 15% w skali roku, na przestrzeni 10 lat sprawiają, ze mam oddać prawie 50 000zł. Dziękuję, wolę bez.

Podsumujmy: przy dotacji gdy nie muszę oddać kompletnie nic, nie mam ŻADNEJ zdolności. Przy pożyczce ze wsparciem rządowym, gdzie do zwrotu jest ok 500zł więcej niż wyniosła sama pożyczka, mam zdolność na połowę kwoty. A gdy chciałbym wziąć najzwyklejszy kredyt w najzwyklejszym banku, gdzie oddać muszę ponad dwa razy tyle co wziąłem, okazuje się, ze mam pełną zdolność...

Gdzie tu jest sens? Gdzie tu jest logika? Efekt? Dalej siedzę na tyłku...

pup i inne wspomagacze

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 305 (Głosów: 349)

#65082

(PW) ·
| Do ulubionych
Piekielne podejście ludzi do studiów.

Nie będzie to typowa historia studencka. Nie znajdziecie w niej wrednych Pań z dziekanatu, uporczywych profesorów czy wielkich przebojów z akademikiem czy stancją.

Znajdziecie natomiast spojrzenie z mojej perspektywy na podejście sporego odsetku naszego społeczeństwa do studiowania i ogólnie uczenia się.

Główne studia skończyłem już dość dawno temu ale zachciało mi się zrobić do tego drugi kierunek. Nie potrzebowałem go zawodowo, mam dobrze płatną pracę, nikt mnie do pójścia nań nie zmuszał. Po prostu przedmiot studiów mnie interesuje.

Z racji wieku i pełnoetatowej pracy padło oczywiście na studia zaoczne, zapisałem się zatem - wszystko ładnie, przyjęty, wpłacam czesne i idę na rozpoczęcie roku na początku października.

Jestem na tym rozpoczęciu, profesor czyta z kartki przemówienie, gadka szmatka - norma. Chcę zapoznać się nieco z moją grupą, przełamać lody - no wiadomo o co chodzi. I tutaj nastąpiło pierwsze uderzenie lodowatej wody - ludzie z reguły młodzi (19-23 lata) już na samym starcie wykazują kompletne olewactwo wobec studiów, mówią ,że nie zamierzają się uczyć i najpewniej wylecą (to czemu ku*wa w ogóle tu przyszli i na dokładkę wywalili 3000 złotych na czesne!!!) i ogólnie to mają w nosie studia, wykładowców i całą resztę. Nie były to odosobnione czarne owce tylko jakieś 30-40% grupy, z którą usiłowałem trochę na luzie porozmawiać.

Z czasem wcale lepiej nie było - na zajęciach może 20% pojawia się regularnie i uważa, reszta - gra na telefonach / laptopach, słucha muzyki, rozmawia o pierdołach, kacuje po imprezie - rzeczy, które z powodzeniem można robić w domu i nawet tam jest z tym wygodniej niż na auli z twardymi drewnianymi stołkami. Ci nieco mądrzejsi (tj. ci którzy zrozumieli że w domu jest wygodniej) w ogóle nie przychodzą na zajęcia, pojawiają się tylko na sesji zaliczeniowej - oczywiście oblewają X terminów z rzędu i lecą skamleć do profesora o jeszcze jeden. Na zajęciach ćwiczeniowych do tablicy chodzą w kółko te same 2-3 osoby (ze mną włącznie), reszta woli oberwać minusa za nieprzygotowanie niż podejść i chociażby spróbować to cholerne zadanie zrobić. Ćwiczeniowiec jeszcze nigdy nie wstawił nikomu minusa czy pały za to że nie umiał czegoś przy tablicy rozwiązać. Nie umiał - ale na studiach jest po to, żeby się nauczyć, a skoro nie oponował przy wezwaniu to się go nie kara. Nie. Ci ludzie wolą oberwać karą niż podejść i się nauczyć.

Domyślam się czym taki stan rzeczy jest spowodowany: ludziom od małego tłucze się do łba, że na studia TRZEBA iść. Rodzice każą, otoczenie każe, wszyscy WYMAGAJĄ od tych osób pójścia na te studia, mimo że ta osoba wcale tam nie chce iść i okazuje to od samego początku. I kij z tym, że ci ludzie mają ponad 20 lat każdy, zamiast samemu zdecydować co tak naprawdę chcą to wolą ślepo słuchać rodziców / kolegów / kogo tam jeszcze, tracąc przy tym kupę czasu i kasy (choć kasę pewnie łożą rodzice więc ten aspekt mają w nosie).

Otóż nie. Na studia nie TRZEBA iść. Nikt nikogo nie zmusza (w sensie prawnym) do ich podjęcia. Przez takie osoby jak te opisane powyżej (a raczej ich ilość) studiowanie staje się problematyczne także i dla mnie. Bo o ile zajęcia indywidualne sam opanuję i zdam na bdb, o tyle niektóre rzeczy wymagają dobrania się w kilkuosobowe sekcje. A z tym bywa problem, nieraz naprawdę spory. Nie zamierzam też robić za murzyna, co piątki tym leserom na srebrnej tacy przyniesie, podczas kiedy oni będą odkacowywali piątą imprezę tego miesiąca.

To się musi zmienić. Skończmy z tym wmuszaniem studiów każdemu. Niech idą ludzie tacy jak ja - bo chcą się tego nauczyć. Tym bardziej że kierunek tychże nie był jakiś szczególnie oblegany - myślałem że dzięki temu uniknę tego, na co narzeka obecnie większość uczelni. O jakże się myliłem... niestety.

astronomia i fizyka galaktyk

Skomentuj (21) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 280 (Głosów: 352)

#65085

(PW) ·
| Do ulubionych
Kilka kwiatków ze sprzedaży różnych przedmiotów (głównie allegro, ale też OLX).

1. Wystawiam telefon. Stan dobry, używany. Średnia cena takich samych w podobnym stanie 700-800zł. Mnóstwo maili typu:
- Dam 270zł
- Dam 500zł

Czy ludzie są aż tak naiwni i myślą, że inni oddadzą wręcz przedmiot niemalże za darmo?

2. Wystawiam Książkę Techniczną. Prawie nowa. Jedyna używana oraz jedna z trzech dostępnych w tym czasie na allegro. Moja cena okolo 35% nowej. A kupujący jeszcze strzela focha, że nie chcę zejść z ceny. Nie chce kupić? Niech kupi nową 3x drożej :)

3. Wystawiam uchwyt samochodowy z ładowarką (integralna część).
Nie wspomnę, że oryginalny. Cena minimalnie wyższa niż średnia z allegro. Mnóstwo ofert, gdzie chętnie kupią, ale bez ładowarki...
O cenie już nie wspomnę, bo sytuacja taka sama jak z telefonem.

4. Zawsze piszę na aukcjach wytłuszczonym drukiem (często na czerwono), że nie zamieniam się, że nie wysyłam za pobraniem.
Ludzie chyba nie czytają co kupują...

5. Wystawiałem komputer (taki trochę mniejszych rozmiarów) z dodatkowym zasilaczem.
Najpierw mail, że chętnie kupi komputer, cena pasowała.
Po mojej odpowiedzi czekałem tydzień.....cisza.

Po tygodniu mail, że chciałby kupić sam (dodatkowy zasilacz). Zaproponowana cena mnie satysfakcjonowała. Bardzo mu zależy (produkt ciężko dostępny). Tylko, żeby sprawdzić, czy sprawny.
Nie ukrywam, że sprawdzenie zasilacza było sporym wyzwaniem, ponieważ wymagało to rozłożenia komputera na czynniki pierwsze (taka budowa), ale klient nasz pan, sprawdzone odpisuje... cisza przez miesiąc. W międzyczasie sprzedałem go innemu zainteresowanemu.
Mijają kolejne miesiące, sprzęt ponownie wystawiony.
Dostaję znów maila od tego samego człowieka z informacją, że kupi komputer, ale za 50zł mniej niż wystawiony.
Odpisałem mu, żeby kupił przez allegro, bo już 3 raz pisze, a potem się nie odzywa. Odpowiedź? Tym razem przyszła, że może zalicytować kwotę która jest, ale i tak płaci tyle co proponuje.... Myślałem, że spadnę z krzesła :)

Sprzedaję mało, ale jak już sprzedaję, to takich kwiatków jest całą masa.

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 169 (Głosów: 223)

#65081

(PW) ·
| Do ulubionych
Na fali fascynacji biegami narciarskimi i Justyną Kowalczyk, wraz z rodzicielką zdecydowałyśmy się spróbować tej dyscypliny sportu. Spodobało się, więc oczywista myśl: kupić własne narty biegowe. Po dwóch latach udało się, mamy własny sprzęt.

Tato również zaraził się bakcylem, więc od jakiegoś czasu biegamy rodzinnie, głównie w Jakuszycach w Szklarskiej Porębie. Gdzie tu piekielność? Ładne widoki, ruch na świeżym powietrzu, pewnie nie jest tak strasznie, co nie? Otóż problem leży w zachowaniu innych użytkowników tras biegowych i nie chodzi mi o wywracających się narciarzy (wiadomo, ktoś, komu pierwszy raz przyczepi się do nóg prawie dwumetrowe deski i da dłuuugaśne kijki po prostu musi się kilka razy wywrócić - nie ma bata), ale o ludzi spoza tak zwanego światka narciarskiego. Na przykład spacerowicze. No bo po co iść gdzieś daleko na spacer, skoro pod nosem są takie ładne trasy. To nic, że idąc piechotą zniszczę tory - przecież to żaden problem. A skoro już jestem na spacerze, to przydałoby się wyprowadzić pieska, niech się maleństwo wybiega.

Problem leży w tym, gdy to "maleństwo" wybiegnie bez smyczy na skrzyżowanie dwóch często używanych tras biegowych, na dodatek tras dość stromych, więc biegacze osiągają tam znaczne (przynajmniej jak na biegi) prędkości. Wystarczy dodać do tego mało doświadczonych biegaczy, którzy ucząc się "obsługi" nart mają problemy z hamowaniem i kraksa gotowa. No i oczywiście zdarzają się niespodzianki w przypadku żółtego i brązowego śniegu, no ale kto by się tym przejmował? Skoro trasy nie są płatne, to znaczy, że można na nich robić co tylko się chce. Empatia w społeczeństwie leży i kwiczy.

Jakuszyce trasy biegowe

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 213 (Głosów: 281)

#65078

(PW) ·
| Do ulubionych
Jestem tak niesamowicie zła! Co prawda minęło już trochę czasu od momentu, kiedy ta sytuacja miała miejsce, ale zaraz zrozumiecie dlaczego nadal mnie to wkurza.

Zakończyłam niedawno praktyki, kierunek studiów - fizjoterapia, rok 3, semestr V. Do wyrobienia było około 160 godzin zegarowych, plus minus 20 dni innymi słowy (piszę jakby ktoś miał problem z przeliczeniem tego na ilość dni). Miejsce odbywania praktyk - szpital miejski w Poznaniu. Termin realizacji 30.10.2014r - 30.01.2015r. Co prawda studiuję dziennie, ale każdy piątek był wolny i co drugi poniedziałek, a do tego uczelnia dała nam dwa tygodnie przerwy od zajęć, żeby chociaż na start już połowę móc zrobić. Zatem jak widać czas był.

W dniu kiedy odbierałam mój dziennik praktyk, czyli 23.01.2015r moja Opiekunka Praktyk zapytała się co z Anką. Okazało się, że Ani zostało jeszcze kilka dni do zrobienia i uda jej się zaliczyć praktyki jeśli będzie chodzić codziennie do końca miesiąca (nie licząc niedzieli). Stwierdziłam, że przekaże jej tą wiadomość, w końcu może chora? Może coś się stało? Ale nie, Ania doskonale wiedziała w jakiej jest sytuacji. Wzruszyłam ramionami tylko bo skoro wie, to więcej jej nie trzeba uświadamiać.

Styczeń się skończył, ja już dziennik mam oddany, spotykam Anię na zajęciach i pytam się czy ciężko było tak codziennie chodzić na praktyki. Dziewczyna wybuchła śmiechem... dlaczego? Otóż: poszła w poniedziałek (26 stycznia) do Opiekunki Praktyk i powiedziała jej, że ona nie ma już czasu chodzić na praktyki, dużo nauki, do tego praca, dlatego przyniosła już teraz dziennik i ona prosi o pieczątki i podpis JUŻ TERAZ, bo ona nie ma czasu, a przecież pokazała, że umie.

I wiecie co? Babka stwierdziła, że ma racje, nie ma problemu, dała jej co chciała i pożegnały się. Innymi słowy, Anka olała jakiś tydzień praktyk. Prawda była taka, że jej się nie chciało. Ania nie pracuje, a nauki owszem trochę było, ale o wszystkim wiedziała o wiele wcześniej.

Krew mnie zalewa jak o tym myślę. Nie zawiniła tutaj Ania, która ma generalnie większość rzeczy w tyłku tylko opiekunka praktyk (tak, już nie z wielkich liter). Jak można SKRACAĆ praktyki?! Jak można stwierdzić, że wszystko już Ania umie, gdzie doskonale wiem z własnego doświadczenia, że popełnia sporo błędów (np pacjentce, która była po operacji i miała ranę przechodzącą przez brzuch pionowo nie założyła pasa stabilizującego, co mogło prowadzić do powstania przepukliny i nie tylko).

Ja wiem, że wiele osób myśli, że fizjoterapia polega na masażu - BŁĄD. To ja pracuję z pacjentami po amputacjach, to ja uczę chodzenia o kulach pacjentów po artroskopii, to ja idę do ludzi ze stopą cukrzycową, to ja ćwiczę z pacjentami na OIOMIE (ćwiczenia bierne zapobiegające min powstawaniu przykurczom), to ja zajmuję się pacjentami po udarach, którzy czasem nie pamiętają jak się używa widelca.

Uwielbiam moją przyszłą pracę, daje ona niesamowitą satysfakcję, ale na samą myśl, że ktoś może trafić do osoby niedouczonej i olewającej praktyki, które są przecież właśnie po to by wykluczyć błędy dostaję furii! Wyobraźcie sobie, że ktoś z waszej rodziny po operacji potrzebuje rehabilitacji i dostaje właśnie taką osobę.

Brak słów.

szpital uczelnia

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 343 (Głosów: 465)

Podziel się pozytywnymi historiami na
WSPANIALI.pl

Piekielni