Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

 

#61188

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia poisoncarrot przypomniała mi co atak naciągaczy, jaki miałem w ostatni weekend. Trafiła mi się kumulacja, jak w totku.

Akt 1:

Pukanie do drzwi. Otwieram. Pan z panią ładnie ubrani z garścią papierów i identyfikatorami na szyi. Mówią, że zakładają telewizję, pomogą obniżyć rachunki za kablówkę czy coś takiego.

[J]a: Ale ja nie mam telewizora, nie oglądam telewizji
[P]an: To się świetnie składa, mamy doskonałą ofertę, dużo kanałów. Niska cena.
[J]: Cena? Jaka cena? W tv lecą prawie same reklamy. Jak chcecie, żebym poświęcał swój czas na oglądanie reklam to powinniście mi za to zapłacić.
[P]: No ale tyle kanałów...
[J]: Na co mi to jak sam chłam z reklamami leci? Nie będę płacił ani grosza za wciskanie mi reklam.

Państwo się wycofali zmieszani.

Akt 2:

Pukanie do drzwi. Otwieram. Znów pan w marynarce z asystentką w żakiecie.

[P]: Dzień dobry, z energetyki w sprawie gazu. Ma Pan umowę do podpisania.
[J]: Ale jaką umowę?!
[P]: Ze względów na zmianę ustawy [bla bla bełkot o jakichś aktach prawnych] wysyłaliśmy umowy i teraz przychodzimy podpisać. Jaką Pan ma taryfę?
[J]: Taryfę? Skoro mam u was gaz to przychodzicie i nie wiecie jaką mam u was taryfę?
[P]: Jesteśmy dostawcą gazu dla PGNiG, nie mamy danych klientów, musi Pan podpisać umowę przez zmiany w prawie.
[J]: Ja mam umowę z PGNiG, czy ma Pan jakiś identyfikator?
Pan mi pokazuje identyfikator "Centrum energetyczne".
[J]: To proszę zostawić wizytówkę, oddzwonię jak się upewnię.
[P]: Nie mamy wizytówek, podpisujemy tylko umowy
[J]: Nic nie podpiszę. Mam gaz z PGNiG, niech oni do mnie dzwonią albo piszą jak jest taka potrzeba.

Państwo się zmartwili, poszli pukać do sąsiadów. Od razu po ich wizycie dzwonię do dostawcy gazu - numer infolinii z faktury. Co się dowiedziałem? Oni nie chodzą po domach, wszystkie papiery mam w porządku.

Szybka rundka po sąsiadach aby ostrzec. Na szczęście ludzie, nawet starsi, nie w ciemię bici i nikt się nabrać nie dał.

Akt 3:

Mija godzina, znów pukanie. Tym razem samotny Pan w garniturze.

[P]: Dzień dobry. Centrum energetyczne w sprawie rachunków za prąd.
[J]: Spóźnił się Pan, już ktoś od Państwa był.
[P]: Od nas? Niemożliwe.
[J]: Tak, od Państwa, z centrum energetycznego.

Pan prezentował zasmucenie wymieszane z niedowierzaniem gdy zamykałem drzwi. Mam nadzieję, że pokłócą się między sobą o podbieranie klientów i rejonów nagabywania.

Telewizja, prąd, gaz. Co jeszcze?

Akt 4:

Nie minęły 2 godziny. Zaglądam do mojego e-maila, a tam spam:

"Centrum energetyczne, obniż swoje rachunki za gaz i prąd".

Noż ku***! Zmówili się czy co? Chodzą, wysyłają maile. Boję się otworzyć lodówkę.

Centrum energetyczne - naciągacze.

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 382 (Głosów: 424)

#61107

(PW) ·
| Do ulubionych
Na wstępie chcę przestrzec przed firmą z Trzebnicy, w logo której znajduje się panda. Historia będzie o tym, jak potraktowali firmę, w której pracuję.

Mianowicie moi pracodawcy zamówili stamtąd meble. Na otwarcie nowego salonu, czyli zamówienie duże. Krzesła, myjki, stoliki, fotele... słowem masa, łącznie z 15 palet towaru do poskładania. Problemy zaczęły się już przy pierwszym transporcie.

Fotele przysłali nie takie jak powinni, na 4 przywiezionych (białych) znajdowały się plamy, widać że wada fabryczna, w dodatku jeden miał porysowaną podstawę. No ale może to tylko problemy przejściowe? Do tego pomniejsze usterki, jak nadłamana plastikowa osłona na taborecie na kółkach czy brudna szyba (niezmywalne rdzawobrązowe ślady). No ale jeszcze przymknęli na to oko, dodatkowo jak zapewniał facet odpowiedzialny za transport - zrobi się zdjęcia, napisze reklamację i podeślą nowe fotele. Niby nic nadzwyczajnego.

Jednak później nadjechał drugi transport. W nim podesłali większość towaru, gdzie porażką okazały się... wózki fryzjerskie.
Nie było tam części, na której nie znajdowałaby się rdza, z 7 wózków prawie połowa miała defekty, pomijając fakt, że niektóre plastikowe szuflady ciężko było otworzyć, co dla mebla na kółkach jest uciążliwe. Z jednego nawet odpadło kółko podczas wyciągania z kartonu (nie była to nasza wina, ot kolejna wada). O dziwo znajdowały się tam też meble bez usterek, co muszę przyznać, że gdy zobaczyłem dnia następnego 3 transport, wydaje się być cudem.

Jedyne, co w trzecim transporcie było dobre to myjka.
Całą resztę można było sobie o kant pośladków obić.
Podesłali dziewięć krzeseł fryzjerskich, w których góra była od innego zestawu i dół również od innego.
Okazało się również, że nie podesłali jeszcze 2 innych, zamówionych wcześniej foteli.
Osobiście mnie ta sprawa nie dotyczyła, jednak nie chciałem być w skórze właścicieli, gdy przekazywałem im listę i zdjęcia defektów. To, co się stało później słyszałem od koleżanki z pracy.

Gdy przekazałem listę, jeden z szefów zadzwonił do firmy i ich wyzwał, strasząc sądem (duże uchybienia w zamówieniu i defekty przywiezionych mebli).
Wiecie co powiedzieli?
Myśleli, że te meble będą wysłane na Ukrainę (firmą zarządzają Rosjanie).

Na to chamstwo nie znalazłem żadnej sensownej puenty, zatem jeszcze raz przestrzegam przed firmą z pandą w logo.

meble sklepy_internetowe

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 334 (Głosów: 356)

#61011

(PW) ·
| Do ulubionych
Podczas wczorajszego podlewania ogrodu przypomniałem sobie historię z zeszłego roku, którą postanowiłem się z Wami podzielić.

Otóż w zeszłą jesień ogród wyjątkowo obficie usypany był liśćmi. Zgrabiałem to dzielnie na jedną wielką kupę, ale za każdym razem wiatr wszystko rozwiewał. Nie pomagały płachty kładzione na kupkę, a że liście zbyt rozmowne nie są, także perswazją również niewiele zdziałałem. Kompostownik również był dopiero w budowie, toteż zastanawiałem się, co z tym całym bajzlem zrobić.

Tu do akcji wkroczył mój dziadek. Człek ten, co by nie mówić, uparty jest, niczym osioł. To typ człowieka, który uważa, że pozjadał wszystkie rozumy, a każdy inny jest głupi. W życiu kieruje się jedną filozofią - dziadkologia stosowana. Często zawodna, ale przecież dziadek wie lepiej.

Przyszedł więc on do mnie i z całą powagą rzucił - grabie odrzucić, liście spalić, zwycięsko do domu wrócić. Moje tłumaczenia, że liście są mokre i się nie spalą naturalnie nic nie dały, także dziadek wesoło próbował podpalić kupkę swoimi zapałkami. Po kilku chwilach, parunastu kur*ach i zmarnowanym pudełku zapałek uznał, że skorzysta z pomocy pod postacią benzyny. Idzie więc dziadzia do szopy, po czym wraca z kanistrem. W tym miejscu biję się w pierś, że nie nagrałem tej sceny, a na domiar złego ze wszystkich kamer, które monitorują działkę, ta jedna była uszkodzona i czekała na wymianę.

Dziadek podszedł więc z kanistrem i oblał liście benzyną. Zużył jej dobre 3-4 litry, po czym sięgnął po zapałki. Stanowczo zareagowałem i wywiązała się mniej więcej taka dyskusja:
J[a] - Dziadek, weź się nie wygłupiaj, przecież to trzeba teraz z odległości odpalić, jakimś kijem, czy coś...
D[ziadek] - Nie wtrącaj się, umiem ognisko palić!
J - Człowieku, palą się opary benzyny, a nie benzyna jako płyn!
D - No i?
J - No i to teraz paruje i się pod liśćmi blokuje. Jak to podpalisz, to po prostu wybuchnie kulą ognia.
D - Ty mnie gówniarzu nie będziesz pouczać, ja w wojsku byłem w artylerii, to wiem!

Jako, że dziadek i tak zrobi po swojemu, odsunąłem się na 5-6 metrów i czekałem na armagedon. Dziadek wesoło schylił się nad kupką i rzucił zapałkę... W tym momencie nastąpił niezbyt głośny huk, buchnęła kula ognia, dziadka podmuch odsunął na 2-3 metry, po czym próbując niezdarnie złapać równowagę, dziadzia z gracją przewrócił się na plecy. Na to wszystko nadleciała babcia krzycząc wniebogłosy, że dziadka zabiło. Pośród tej groteskowej sceny podbiegłem do niego nie mogąc powstrzymać śmiechu i pomogłem mu wstać, naturalnie przy akompaniamencie cór Koryntu, penisów i innych wagin. Dziadkowi, poza przypaleniem rzęs, brwi i odrobiny zarostu, nic się generalnie nie stało.

Jakby jednak nie patrzeć, problem liści rozwiązał, bo wszystkie wesoło spłonęły.

starszy nie znaczy mądrzejszy

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 426 (Głosów: 500)

#61037

(PW) ·
| Do ulubionych
Pewien czas temu miałem wątpliwą przyjemność pracować w pewnej firmie w Warszawie, bardzo mało znanej, pochodzącej ze Szwajcarii, która w kilku europejskich krajach miała swoje oddziały pracowników, którzy "oferowali" produkty owej firmy przez telefon. Wiadomo jak w Polsce odbieramy sprzedaż telefoniczną. Tym bardziej nachalną sprzedaż. Wielu z nas nie lubi swojej pracy ale za coś trzeba żyć, czynsz sam sie nie opłaci, rachunki też, a i zjeść coś by się czasem przydało. Na początku miało być cudownie - stawka 14 zł za godzinę plus atrakcyjny system prowizyjny, elastyczny grafik - praca idealna dla osób, którzy potrzebują "dorobić" lub dla studentów, uczniów. Wszystko idealnie... ale...

Wspomniana firma "W..." produkuje narzędzia codziennego użytku, tj. maszynki do golenia, bielizna oraz biżuteria. Szwajcarska jakość, "Słyszał Pan na pewno o szwajcarskich zegarkach, szwajcarzy wszystko produkują z taką dokładnością". Szkoda tylko, że skrypt nie informował, że w przypadku maszynek ostrze było z Chin a rączka z Tajwanu. Biżuteria z typu tanich błyskotek dołączanych do magazynów dla gimnazjalistek a "bawełniana" bielizna była w 70% z poliestru. Lecz nie o to mi chodzi w tej historii.

Kto pracował w call-center wie, że jest ktoś taki jak lider grupy, wie co to są couchingi - w tej firmie couching wyglądał mniej więcej w stylu "do niczego się nie nadajesz, najlepiej zrezygnuj z pracy".

Dojeżdżałem codziennie do pracy, dojazd zajmował mi około 3 godzin, czasem tylko po to by po dwóch godzinach pracy usłyszeć, że mam się wylogować, bo mam zbyt mało sprzedaży i nic nie obchodziło ich to, że dłuzej zajmuje mi dojazd do pracy niż sama praca.

Nie mieli serca. Kazali wciskać starszym paniom, biednym babciom te produkty, które nie nadawały się do niczego. Po co 80-letniej babci maszynka do golenia albo biżuteria? Ano może dać wnuczce albo wnukowi. Przy każdej sprzedaży trzeba było brać numer PESEL. Rzekomo, by nie było problemów z przesyłką i w celu weryfikacji tożsamości. No tak, zakup maszynki rzeczywiście jest rzeczą tak ściśle tajną, wręcz wojskową tajemnicą objęty i bez numeru PESEL nie wyślemy produktu. No, przesyłka przychodzi aż ze Szwajcarii, proszę pani. Agent celny musi znać pani pesel. Szkoda tylko, że przesyłka ma adres nadawcy umiejscowiony w Holandii, a tak na prawdę to jest wysyłana z Polski, a koszt przesyłki to opłata zryczałtowana, nie ważne czy ktoś mieszka w Suwałkach czy w Bystrzycy Kłodzkiej - zapłaci tyle samo.

Okłamywanie i naciąganie starszych ludzi Ci wspaniali liderzy nazywają tak nowocześnie "Walka z Obiekcjami". Jedną opozycją do rezygnacji z bielizny (w przypadku kobiet) była "Będzie Pani świetnie wyglądała u lekarza w niej!" - no wręcz cudownie!

I teraz punkt kulminacyjny. Pierwsza paczka jest "bezpłatna". Klient płaci tylko za koszt przesyłki pocztowej natomiast ma 2 tygodnie na przetestowanie i "zadecydowanie" o dalszych przesyłkach. Nie jest informowany, że aby zrezygnować musi zadzwonić, tylko ma wrażenie, że musi zadzwonić, jeśli będzie chciał. Ma 2 tygodnie na decyzję... Paczka idzie do klienta 3 tygodnie od rozmowy... :)

Wiadomo - każda firma musi zdobywać klientów. Jednak należy być uczciwym i w uczciwy sposób przedstawić swoją ofertę i pozwolić z niej skorzystać a nie informować o tym i ewentualnie łaskawie pozwolić zdecydować. Tym bardziej produkt musi być odpowiedni - wart swojej ceny i grupa docelowa również powinna być odpowiednia. Producenci alkoholu nie kierują go do 3-4 latków, a producenci smoczków nie kierują ich do dorosłych. Natomiast ta firma nie przejmowała się tym, że telefony stacjonarne w dzisiejszych czasach mają z reguły ludzie starsi.

Jednym z powodem mojego karnego couchingu było to, że za bardzo informowałem o możliwości rezygnacji. Ja po prostu mówiłem jak jest i niczego nie ukrywałem. Dlatego miałem mało sprzedaży, bo jeżeli człowiek mnie o coś pytał, odpowiadałem mu zgodnie z prawdą. Czyli łamałem główną zasadę pracy w call center.

Przestrzegam - jeżeli do was, lub do waszych rodziców, dziadków, cioci, wujka, zadzwoni ktoś z ofertą wspaniałych maszynek do golenia, cudownej bawełniano-elastycznej bielizny na wizyty do lekarza lub gimbusiarskich błyskotek jedynie w cenie przesyłki pocztowej - mówcie NIE!

Wiele osób wpadło w ciężkie tarapaty przez tę firmę, w szczególności starsi ludzie, babcie, które chciały sprawić prezent komuś bliskiemu, żony, które przypomniały sobie, że niedługo imieniny męża i przydałaby się mu maszynka, mężowie i ojcowie, którzy kupili biżuterię "imitującą srebro z kamieniami szlachetnymi typu plastik" dla swoich żon lub córek, a potem... dostawali na siłę przesyłki w niebagatelnych kwotach co 2 miesiące. Przynajmniej dokładnie nie to samo - w różnych kolorach, a w przypadku maszynek 10 wkładów wymiennych. Po co dostawać co 2 miesiące 10 wkładów, skoro konsultant ma zachwalać, że jeden wkład starcza na dwa miesiące golenia? A gdy ktoś chciał zrezygnować zostawała mu droga sądowa.

Proszę was, pilnujcie by nikt w waszej rodzinie lub wśród znajomych nie dał się nabrać na te oszustwa. Mówi wam to były pracownik tej firmy. Ja sam mam niestety na swoim koncie trochę sprzedaży i zdaje sobie sprawę, że mogłem wpędzić w kłopoty wiele rodzin. Jednak starałem się delikatnie sugerować, że te rzeczy są do dupy.

Zdobywanie klientów w taki sposób jest niemoralne i nieetyczne. Nie ma klientów na siłę. Lecz na tym głównie opiera się telemarketing. Niestety...

call_center

Skomentuj (45) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 196 (Głosów: 236)

#60967

(PW) ·
| Do ulubionych
Z serii "wakacyjne wizyty rodzinne" - moimi siedemnastoletnimi oczami. Piekielni bohaterowie to głównie ciocia, kuzyn i wydaje mi się, że ja sama.

Na wstępie zaznaczę, że mieszkamy w bardzo małym mieszkaniu, w bloku z mamą, tatą i kotem, którego nie wypuszczamy na zewnątrz. Gdy ktoś z rodzinki ma przyjechać, prosimy zawsze o wcześniejszy "meldunek", bo gdy tato jest w domu (wyjeżdża do pracy na kilka tygodni), zwyczajnie nie zmieściłoby się więcej niż 5 osób.

Piekielność 1: Poniedziałek. Mama (M) o 10 rano otrzymuje telefon od wujka, niech będzie Kuba (K):
K: No cześć X, słuchaj my już wyjechaliśmy z Warszawy trzy godziny temu i o 16 powinniśmy być u Ciebie.
M: Słucham? Wy? Nie dzwoniłeś wcześniej... (próba zachowania spokoju) To ile was tam będzie?
K: No ja, Ela (żona wujka), mój tato (niech będzie Stefan) i Kamil (9-letni syn). Dzwoniłem na Boże Narodzenie z życzeniami i mówiłem Ci, że może na wakacje wpadniemy.
M: Dobrze, ale nie wiem czy będzie u nas na tyle miejsca do spania....
K: Nie martw się, my sobie poradzimy! Jak coś to możemy spać na podłodze! To do zobaczenia!

Mają to szczęście, że mój tato akurat w poniedziałek jechał do pracy. Ale myślę, że sama kultura wymagałaby uprzedzić o przyjeździe kilka dni wcześniej, mama do południa biegała po sklepach, zakupy, jedzenie, sprzątanie itp. i niestety musiała zająć się wszystkim sama, bo ja zalazłam dorywczą pracę na wakacje i pomóc nie mogłam.

Piekielność 2: Przyjechali. Ja szczerze mówiąc nie bardzo znam swoją rodzinę, jedynie najbliższe osoby. Wiem, że wujek Stefan to brat mojej babci, a Jakub to jego syn. Ostatni raz odwiedziłyśmy ich z mamą jakieś 15 lat temu, gdy jeszcze nie potrafiłam dobrze chodzić i nie dziwne, że nic nie pamiętam.

Do domu wchodzi jakaś tęga kobieta i dosłownie rzuca się na mnie z tymi wszystkimi, myślę, że dobrze Wam znanymi tekstami "ojoj jak Ty wyrosłaś" itp. Aha, więc to ciocia Ela. Na pytanie czy ich pamiętam, zgodnie z prawdą odpowiedziałam, że nie bardzo. Z autentycznym oburzeniem w głosie: "No jak to nie?! To co ci matka nic nie mówi?!"
No nie... widocznie nie ma nic ciekawego do powiedzenia. Później wyszli do babci i tyle ich widziałam.

Piekielność 3: Miejsca do spania. Mamy do "zaoferowania" jedynie sofę, łóżko rodziców i moje łóżko. O spaniu na podłodze raczej nie ma mowy, bo po prostu nie ma miejsca.
W ten sam poniedziałek, zostało ustalone, że wujek Jakub z ciocią będą spali u nas na dwuosobowym, mama na sofie, ja u siebie, a młody z drugim wujkiem u babci, która mieszka praktycznie na przeciwko. Wszyscy zadowoleni, ok, wychodzę do koleżanki.

Jakież było moje zdziwienie, gdy wróciłam późniejszym wieczorem do domu, wchodzę do pokoju, a tam młody Kamil siedzi sobie W BUTACH w moim łóżku, przy moim laptopie, z piciem, jedzeniem, pościel już z czekolady... Przyznam, że ciśnienie mi skoczyło. Nie lubię, jak ktoś robi sobie hotel z mojego pokoju; oczywiście zgodziłabym się na to, żeby młody tam spał, ale mimo wszystko chciałabym być uprzedzona o tym. Poza tym korzystanie z moich rzeczy osobistych... chyba sami wiecie.

J: Mamo, co on robi w moim pokoju?
Zamiast mamy odpowiedziała mi ciocia (E)la...
E: Ale dlaczego ty tak krzyczysz? Stwierdziliśmy, że nie chcemy żeby Kamilek spał daleko od nas, to będzie w twoim pokoju. Mamy śpiwór to możesz spać na podłodze albo iść do babci (no tak, już pędzę).
J: Przepraszam ciociu, ale mimo wszystko wolałabym spać w swoim domu. Mogliście mnie chociaż uprzedzić i nie życzę sobie żeby w tym łóżku siedział w butach. No i potrzebuję laptopa.
Coś tam fuknęła, ale moja matula (która swoją drogą ma bardzo słabe nerwy, więc podziwiam, że wytrzymywała) zainterweniowała i odzyskałam laptopa. Ale spać musiałam razem z nią na sofie.

Piekielność 4: Mój pokój jest bardzo specyficzny, pomimo, że mały. Jako zagorzała fanka Maidenów i innych artystów, uwielbiam mieć na ścianach mnóstwo plakatów, płyt, biletów, zdjęć itp. na jednej ze ścian przy oknie, mam namalowaną jedną z okładek płyt w dużym powiększeniu. W ludziach, którzy nas odwiedzają, budzi to bardzo mieszane uczucia. Oczywiście w cioci też. Otóż na drugi dzień przyłapałam ją, jak próbuje ZESKROBAĆ pilnikiem DO PAZNOKCI malowidło, nad którym siedziałam pięć miesięcy. Pominę fakt, że tym pilnikiem nie zdziałałaby nic.

J: Co ciocia robi? Fajne, prawda?
C: Ja nie wiem jak ta mama może ci pozwalać na takie coś! Przecież tu jest jak w jakiejś... (nie wiem w czym). Możesz to jakoś zasłonić? I pozdejmować to ze ścian? Bo Kamiś boi się w nocy tu spać! Rano się prawie rozpłakał.
Mhm, jasne, już się rozpędzam zdjąć około dwie setki plakatów i zdjęć. Jakoś nie widziałam w oczach kuzynka lęku, gdy siedział tu przy grze, a wręcz przeciwnie.
J: Przykro mi, ale nie. Będzie musiał przeżyć, albo iść spać do babci.
Znowu fuknięcie.

Piekielność 5: Ja mam wakacje, często wychodzę wieczorami ze znajomymi... sami rozumiecie ;). Wracam raczej późno, bo nie lubię zostawać na noc. Dwa dni po ich przyjeździe, wróciłam koło 24.00 lub 1.00. Mama nie ma nic przeciwko, bo wie, że nigdy nie chodzę sama. Nazajutrz rano...

E: A dlaczego ty tak późno wracasz? Jeszcze Kamilka obudzisz... mnie też zresztą obudziłaś tym trzaskaniem!
(Mhm, zamykałam drzwi tak cicho, że sama tego nie usłyszałam.)
J: Nie trzaskałam. A Kamil cały czas spał...
E: Ja mamie muszę twojej powiedzieć o której wracasz, bo to nienormalne. I dajesz Kamilowi zły przykład. (wtf?)
Przyznam, że byłam z dnia na dzień coraz bardziej wściekła i dobrze, że tym razem miłościwy wuj zainterweniował z jakąś gadką.

Piekielność 6: Jedzenie. Wiem, że można lubić słodkie. Ale młody, 9-letni chłopak nie je NIC poza czekoladą i śmieciowym jedzeniem. Śniadanie - nutella, obiad - łyżka wsadzona i zostawiona w zupie, chipsy. Kolacja - nutella. Picie? Cola albo herbata z 8 łyżkami cukru. Wydaje mi się nawet, że te 8 to mało, bo stara się przy nas "hamować", a widzę jak czasem po kryjomu ciotka dosypuje mu więcej. Nie jest gruby, a wręcz przeciwnie, chudziutki. Może to nie moja sprawa, ale jednak taka ilość cukru nie tylko dla dzieciaka, ale ogólnie to zdecydowany nadmiar. I jeszcze dostałam opiernicz, gdy raz wieczorem sama sobie zrobiłam małą kanapkę z nutellą, za to, że "wyjadam jej synowi".
No pewnie, wyjadam mu nutellę, którą kupiłam za swoje pieniądze zanim przyjechali ;).

Piekielność 7: Sprzątanie. Ja rozumiem, że goście i w ogóle... ale kiedy jestem u kogoś w odwiedzinach, to nie sprawia mi problemu posprzątanie za sobą, zmycie chociażby głupiego talerza. Jak już mówiłam, muszę pracować kilka godzin więc nie zawsze mogę pomóc mamie, a ciotka z wujkiem nie kwapią się do pomocy. Przez to mój pokój wygląda jak pobojowisko, sprzątam i zmywam kiedy tylko mogę, ale to chyba bez sensu, bo wszystko się zaczyna nawarstwiać.

Piekielność 8: Zwiedzanie. Mieszkam w Kotlinie Kłodzkiej, więc jest co zwiedzać, tym bardziej jeśli przyjechało się ze stolicy. Ale nie, po co iść w góry, lepiej zostawić dzieciaka w upale 40* w domu przy laptopie, a samemu jechać 100km dalej na zakupy do centrum handlowego. I to CODZIENNIE. Przyznam, że choć nie lubię dzieci, to szkoda mi się chłopaka zrobiło, poprosiłam drugiego kuzyna żeby go na basen zawiózł, później zaprowadziłam go na orlik... i tutaj też ciotunia chyba się za bardzo przyzwyczaiła, bo dziś rano miała pretensje, że wolę porobić coś innego, bo jak to tak, powinnam wyjść z jej synkiem.

Piekielność 9: Opieka nad wujkiem Stefanem... Wujek kilkanaście lat temu spadł ze schodów i ledwo przeżył. Efektem upadku jest to, że leżał kilka tygodni w śpiączce, ma dziury w głowie i stracił pamięć, musiał się uczyć od nowa chodzić. Po obudzeniu nie pamiętał swoich dzieci, żony, za to pamiętał większość młodych lat, które spędził w tej miejscowości. Zbliża się już do 80-tki, ale mimo to żwawy. Odwiedził kilku starych znajomych, drugiego brata. Jest jednak jeszcze jeden skutek uboczny wypadku - wujek bardzo, bardzo łatwo wpada w gniew! Jeśli już coś mówi, to nie wolno mu przerywać, bo zapomni co chciał powiedzieć, strasznie klnie, niektóre słowa docierają do niego później, często się "zawiesza" i (jak to większość starszych ludzi) próbuje zawsze postawić na swoim ;). Po prostu trzeba cierpliwości, by biednego człowieka zrozumieć, mi osobiście jest go bardzo żal.

Chodzi sobie swobodnie po mieście, bez telefonu, a że naiwny, miejscowe pijaczki często naciągają go na tanie winko, piwko... szkoda tylko, że wujek Jakub nie wpadł na pomysł, by chociaż trochę się o niego zatroszczyć, dla osoby z zewnątrz Stefan mógłby się wydawać po prostu wyjątkowo niegrzecznym, starszym panem. I w ten oto sposób wujka prawie pobiło kilku żulików pod sklepem.

Piekielność 10: Wychowanie młodego. Jest ze mną sam w domu, siedzi cichutko, albo czasem o czymś porozmawiamy. Do czasu, gdy mama nie przyprowadziła mu kilku moich kuzynek w jego wieku. Pominę już przekleństwa, ale do innych domowników w ramach "popisu" przed dziewczętami, wrzeszczał na cały dom, do własnego ojca rzucił "ty kuta*onie"... Moja mama nie toleruje takiego czegoś, więc grzecznie zwróciła uwagę chłopcu. Efekt był taki, że pokłóciły się z ciocią o to, że mama próbuje UMORALNIĆ jej biedne, grzeczne dziecko.

Piekielność 11: Próba WYRZUCENIA z domu mojego kota, bo "mały ma uczulenie na futro!". Szlag by ich trafił.

Mogłabym wymienić jeszcze więcej tego, ale... wracają do domu dopiero w środę, proszę Was o wsparcie mentalne, bo nie mam pojęcia jak wytrzymam ten meksyk ;). Gdyby tato był w domu a nie w pracy, to podejrzewam, że zabawiliby tutaj góra dwa dni. Dom nie jest mój tylko mamy, więc mogę sobie próbować ich wyrzucać, ale to na nic. Mama nie jest asertywna i ma miękkie serce (do czasu...) na to też nic nie poradzę. Słuszne stwierdzenie, że rodzina to najlepiej na zdjęciu wychodzi.

zasiedmiogórogród

Skomentuj (61) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 408 (Głosów: 508)

#61038

(PW) ·
| Do ulubionych
Naczytałam się o ginekologach i położnych, aż postanowiłam opisać co mi się przydarzyło ostatnimi czasy.
Na samym początku trzeba nadmienić że miałam kłopoty hormonalne, brałam piguły anty żeby uregulować cykle.
Chodziłam do pani "ginekolog" w moim mieście, bo blisko, wygodnie, wiadomo.

Okazało się, że pigułki te źle wpływają na moją wątrobę. Poszłam do innego lekarza i... okazało się, że mam bana na pigułki dosłownie do końca życia, bo moje wyniki były bardziej niż zatrważające. Do tego nadżerka (chociaż bez stanu rakowego, więc nie wymaga leczenia).

Zdziwiłam się mocno, więc wróciłam do swojej "pani doktor" żeby się ustosunkowała do tego, zwłaszcza że badałam się u niej regularnie.
To, że była chamska i opryskliwa to jedno, ale...
Ona żadnej nadżerki nie widzi, nie ma pojęcia u kogo ja byłam i po co, w internecie mam sobie poczytać że tego się nie leczy bo trzeba macicę wycinać, za to mam (i tu cytuję) "Ogromnego torbiela na jajniku i trzeba będzie podać pigułki".

Zapaliły mi się lampeczki na jaskrawo czerwono, że coś tu jest mocno nie tak.
Kontakt z rodzicielką w trymiga, dała mi namiar na jej lekarza do którego chodzi od zawsze i cieszy się świetnym zdrowiem.

A tam... żadnej torbieli nie ma, wszystko na USG mi pokazała, wyjaśniła. Za to nadżerka o której mowa wcześniej jest, z tym że leczenie lepiej odłożyć na czas jak już dzieci porodzę. No i nie mam brać pigułek bo moja wątroba chyba spakuje walizki i wyjedzie.

Dopiero potem poczytałam sobie w internecie opinie dotyczące "pani doktor" z mojego miasteczka, gdzie nie ma chyba ani jednej osoby, która wypowiedziałaby się na jej temat w sposób pozytywny. Są za to hasła że kobiety chodziły do niej regularnie a ona nie widziała zaawansowanego nowotworu.
Mimo spraw w sądzie które ta pani miała, nadal "leczy" i nie widać końca jej kariery...

Ot, położnictwo w naszym kraju kochanym!

Ginekolog

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 176 (Głosów: 256)

#61006

(PW) ·
| Do ulubionych
Wojny toaletowej ciąg dalszy.
Jakiś czas temu uformował się u nas nieformalny Klub Kiblowniczek, czyli pracownic przesiadujących w damskiej toalecie, pijących tam herbatkę i przekazujących ploteczki.

Grono po kawałku się wykruszało, ale zostały dwie stałe członkinie. Z czego jedna (będąca główną Panią sprzątającą) od godziny 10 do 14 jest tam bez przerwy, siedząc na muszli i pijąc herbatę, podjadając ciasteczka. Wszystko to w celu ukrywania się przed kierownictwem tępiącym lenistwo. Było to zabawne do momentu. Konkretnie do chwili, kiedy pani totalnie olała swoje obowiązki i wszędzie zaczął panować, nie przebierając w słowach, syf. Brud panoszy się wszędzie, lepkie są krany i sanitariaty.

Cicha wojna podjazdowa rozpoczęła się dokładnie w momencie, kiedy pani postanowiła myć podłogę na korytarzu w godzinach pracy, kiedy każdy z nas chcąc nie chcąc musi poruszać się po korytarzach. Pani myje - my chodzimy - pani myje - my chodzimy. Aż pani postanowiła stać na warcie i pilnować wilgotnej posadzki, zatem odsyła pracowników do biur krzykiem.

Z powodu okropnego smrodu, okno w łazience zostawiamy zawsze otwarte, któregoś dnia rozpętała się ulewa i finalnie łazienkę zalało, zatem Pani Strażniczka pilnuje także okna i przy ostatnich upałach zawsze je zamyka. Przy okazji opierniczyła każdą pracownicę zjawiającą się w łazience za otwieranie okien, ja bynajmniej nie mam ochoty wysłuchiwać ochrzanu od kogoś, kto nie jest moim przełożonym. Wojna nabrała już charakteru oficjalnego, ponieważ problem brudu został zgłoszony.

W ramach posiłków przysłano drugą Panią, która sprząta i pucuje aż miło. Ale panie działają w systemie zmianowym, zatem brud wraca co tydzień. Pani ma też swoje nawyki, w tym pogawędki z korzystającymi z toalety. Konkretnie w trakcie wykonywania czynności fizjologicznych, aby ich uniknąć ruch w tych rejonach zamiera do 14. Zostawia opłukane kubeczki na dyspozytorze do ręczników papierowych. Przyniosła sobie ostatnio krzesło. Zostawia drzwi otwarte na oścież, żeby nasłuchiwać kto idzie (po krokach rozpoznaje potencjalne zagrożenie).

Pani jest jednak nieusuwalna, ponieważ w przyszłym roku przechodzi na emeryturę. Kierownictwo nie raz zwracało jej uwagę, patrolują toaletę, ale nikt nie ma czasu schodzić co godzinę sprawdzać, czy Strażniczka wzięła się do roboty czy nie. Przesunięto ją zatem na portiernię, gdzie powinna wpuszczać do budynku. Tutaj też jest piekielna, ale to na inną historię...

tułaleta we w biurze.

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 252 (Głosów: 290)

#61023

(PW) ·
| Do ulubionych
Dostałam dzisiaj wypowiedzenie. Tak jak calusieńki mój team. Zamknęli firmę. Po prostu manager z HRowcami przyszli i powiedzieli że od jutra firma nie istnieje - bo byznes is byznes. A dlaczego powiedzieli w ostatniej chwili? Bo "to wam da pozytywnego kopa do znalezienia czegoś nowego, a poza tym jakbyście wiedzieli to byście się nie przykładali do pracy jak należy". No takiego wyjaśnienia się nie spodziewaliśmy...


PS. Widzę że wszyscy się upierają przy okresie wypowiedzenia - nie, nie mamy czegoś takiego. Firma zamknięta = brak okresu wypowiedzenia. Dodatkowo zgodnie z lokalnymi przepisami prawa pracy jest to tylko 30 dni.

Skomentuj (26) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 249 (Głosów: 307)

#61013

(PW) ·
| Do ulubionych
Znowu kurierzy "siódemki"

W piątek kupiłam przedmiot, niestety sprzedawca wysyła wszystko tylko za pośrednictwem "siódemki".
Nauczona poprzednimi sytuacjami i biorąc pod uwagę fakt, że sąsiadów mam nieciekawych, w sobotę napisałam maila do siedziby/biura siódemki, aby w razie mojej nieobecności pod żadnym pozorem nie zostawiać przesyłki u sąsiadów.
Tego samego dnia dostałam od nich odpowiedź, że moja uwaga zostanie przekazana do właściwego oddziału, a dzisiaj rano kolejnego maila że informacja została przekazana kurierowi.

Dzisiaj godz. ok 13:00 dostaję sms-a o treści:
"kurier 7. paczkę zostawiłem u sąsiada pod nr 4".

Noż kur...a!!!

Gdańsk

Skomentuj (17) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 298 (Głosów: 326)

#61036

(PW) ·
| Do ulubionych
Fundacja zajmująca się zbiórką zabawek, przyborów szkolnych,ubrań itp. dla dzieci z domów dziecka/ubogich rodzin rozwiesiła po klatkach schodowych ogłoszenie, że w dniu dzisiejszym zawitają na nasze osiedle i proszą o wystawienie ewentualnych darów w workach przed klatki schodowe. Nie ma sprawy - w piwnicy walały się moje stare rolki, pluszaki, autka na baterie. Rodzicielka trzymała dla wnuków ale dotarło do niej że nic z tego, więc uradziłyśmy że oddajemy.

Rano wystawiłyśmy dwa wielkie wory pełne zabawek. Wychodzimy na zakupy - wory stoją, wracamy z zakupów - wory stoją. Dzwonimy do fundacji, bo na ulotce było napisane, że będą zbierać rano, może pomyliłyśmy dzień? Nie, przepraszają, mówią że przyjadą trochę później. Nie ma sprawy.

Ojciec wychodzi do biblioteki, woła nas. Co się stało? Jeden worek w totalnym rozpizgu, autko na baterie poszło w drobny mak, od rolek oderwane kółka, piłka- kapeć, gadająca papuga - tak samo jak autko - w drobny mak. Drugi worek, z pluszakami ocalał, więc zabraliśmy go do domu i patrzymy przez okno kiedy przyjadą. Przyjechali, lecimy z workiem, przepraszamy ze tylko pluszaki ale drugi worek z czyjąś pomocą poszedł się... Wiadomo co.

Pan mówi, że nie ma sprawy, że tak cały czas, że nie raz zbierali z ziemi rzeczy, bo ktoś postanowił sobie zobaczyć, a nuż znajdzie coś cennego, a jak się okazuje że nie znalazł nam miliona dolarów i królewskich brylantów to tak na złość rozrzuci dziecięce ciuszki i zabawki po okolicy, a nich mają. Mało tego! Podczas naszej rozmowy do klatki obok przyszła Pani Sąsiadka, zaglądnęła do wora i postanowiła go sobie zabrać. A co tam. Gwoli ścisłości: kojarzę tę Panią, nie jest to osoba pokrzywdzona przez los, wręcz powiedziałabym że nieźle jej się powodzi (myślę, że skoro stać ją na zrobienie sobie z ust pontonów, to stać ją chyba też na prezent dla wnuków). Pan mówi że to norma, przerabiał to nie raz, jak on powie że prosi żeby zostawić bo to dla nich, to ona mu odpowie że to jej wór i ona zabiera bo się rozmyśliła, nie ma co się szarpać.

Krew mnie zalała. Kim trzeba być żeby zabierać rzeczy przeznaczone dla osób ubogich, które nie są w stanie dziecku kupić ubrań nie wspominając o zabawkach? Tym bardziej jeśli samemu ma się wnuki w wieku przedszkolnym. Kim trzeba być żeby rozwalić całkiem fajne zabawki, z których jeszcze nie jeden dzieciak miałby radochę? I po co? Dla zabawy? Nie jestem w stanie tego pojąć.
Jak powiedział tata: żeby skur*ysynów ch*j strzelił!

krakowskie osiedle

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 217 (Głosów: 271)

Podziel się pozytywnymi historiami na
WSPANIALI.pl

Piekielni