Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

 

#73188

(PW) ·
| Do ulubionych
Właśnie wróciłem z Tesco, z wieczornych zakupów.
Historia będzie długa, więc ostrzegam.

Jak pewnie większość z was wie, jutro jest święto Bożego Ciała. W związku z tym większość sklepów (w tym sieć Tesco) jest zamkniętych.
Nawet dzieci wiedzą więc, że w dzień przed podobnymi świętami sklepy są tłumnie oblegane do ostatniej minuty.

Z uwagi na brak czasu w ostatnich dniach musieliśmy wraz z lubą dołączyć niestety do tłuszczy oblegającej tenże sklep w dniu dzisiejszym.
W sklepie zjawiliśmy się nieco po godzinie 20. Wyszliśmy po 22:30. Z zakupami wartymi 30 zł. Stanie w kolejce zajęło nam prawie 1,5 godziny. Już wyjaśniam dlaczego.

I.
Powiedzcie mi, z jak wysokim stężeniem spier**lenia umysłowego trzeba się w życiu mierzyć, aby jako osoba układająca grafik w wieczór przed długim weekendem do obsługi kas na zmianie popołudniowej wpisać... 3 osoby. Tak. W dzień przed długim weekendem, wieczorną zmianę w hipermarkecie wyposażonym w 25 kas ciągnęły trzy osoby.

Sklep, o którym mowa (Tesco w Galerii Chełm) jest sklepem wielkopowierzchniowym przez duże W. Do tych trzech kas ciągnęły się kolejki liczące po kilkudziesięciu ludzi. Końca nie było widać.

W sklepie tym są również kasy samoobsługowe. Konkretnie osiem. Wszystkie zajęte. Kolejka do nich podobnej długości co do reszty.

Po 1,5-godzinnym czekaniu, podchodząc do kasy i wyładowując na nią skromne zakupy, czułem się jak gówno, widząc kasjerkę, która skończyła zmianę o 22 (była 22:15) po 8 godzinach nieprzerwanej (jak mogę się domyślać) pracy i która ze łzami w oczach musiała obsługiwać klientów z managerem na karku, pilnującym chyba tego, aby nie zdezerterowała (czego nie miałbym jej za złe).

Zakupy wyłożyłem tylko dlatego, że manager stwierdził, iż ktoś za chwilę panią zmieni.
Podejrzewam, że do "łaski" managera przyczyniło się kilku obsłużonych wcześniej klientów, którzy stojąc za kasami domagali się, by pozwolił kobiecie zejść do domu.

W końcu udało mu się ściągnąć na kasę... magazyniera. Po udzieleniu przyspieszonego kursu obsługi kasy, roztrzęsiona poprzedniczka mogła w końcu opuścić miejsce pracy.

II.
OK, powiedzmy, że jestem w stanie zrozumieć, że pracownicy odpowiedzialni za grafik są zwyczajnie upośledzeni umysłowo, grafikując na wieczór przed długim weekendem trzech kasjerów (dwaj kończą pracę o 22, sklep czynny do północy).

Ale nie jestem w stanie zrozumieć, jakim skur***nem trzeba być, aby, będąc ostatnim klientem w kolejce, przekazaną przez wykończoną kasjerkę tabliczkę z napisem "Ostatni Klient. Przepraszamy" odłożyć na bok, i z uśmiechem ignorować ludzi, którzy ustawiają się w kolejce za tobą. Nie potępiam ludzi, którzy w pełnej nieświadomości ustawiali się za jełopem, który tabliczkę wrzucił do zamrażarki. A przynajmniej nie potępiałbym, gdyby nie fakt, iż jakieś 15 minut po podaniu tabliczki ostatniemu klientowi, podszedł do stojących za nim ludzi pracownik sklepu, z informacją, że kasa, po obsłużeniu tegoż jegomościa, zostanie zamknięta.
Kilku klientów pokiwało głowami i odeszło w poszukiwaniu innej kolejki, reszta, pomimo usłyszanych wieści, została.

Winą tutaj obarczyłbym jednak głównie osoby układające grafik. Gdyby wykazali się jakąkolwiek głębszą inteligencją, zagrafikowaliby na ten konkretny wieczór więcej osób. Nikt nie musiałby zostawać (zapewne nieodpłatnie) po godzinach ani gnić w kolejce.
Bo jestem w stanie zrozumieć irytację kogoś, kto stojąc w kolejce od 30 minut nagle dowiaduje się, że gówniarz stojący 15 metrów przed nim zwyczajnie zignorował tabliczkę z informacją o ostatnim kliencie i musi przez niego zmienić kolejkę i znowu czekać godzinę na obsłużenie.

Sytuacja pozostawiła ogromny niesmak do sieci Tesco. Przykro mi, że w Polsce nadal traktuje się wielu pracowników jak niewolników. Szczególnie że powodem jest brak zdolności oceny sytuacji przez managera.
Źle mi też z samym sobą, że swoją obecnością nieświadomie przyczyniłem się do przedłużenia pracy kasjerki. Zwyczajnie nie spodziewałem się, że wchodząc po godzinie 20 do sklepu czynnego do północy, na krótkie zakupy, spędzę tam dwie godziny.

PS Do zakupów akurat tego dnia skłonił mnie wyjazd następnego dnia z samego rana (kupowałem jakieś drobiazgi na podróż).

supermarkety

Skomentuj (34) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 143 (Głosów: 173)

#73187

(PW) ·
| Do ulubionych
Mąż postanowił wybrać się do dentysty na kontrolę. Mamy świetnego lekarza, który ma tylko jedną wadę - przyjmuje na drugim końcu miasta. Ale na naszym osiedlu powstał nowy gabinet - blisko, wygodnie, pełna profeska, "komputerowe znieczulenie", nowiutki sprzęt.

Najpierw dokładny wywiad, darmowe szkolenie ze szczotkowania zębów (tak, całe życie robiliśmy to źle), potem panoramiczne prześwietlenie i diagnoza - jeden ząb do natychmiastowego leczenia kanałowego, potem konieczna będzie koronka, kolejne cztery zęby z ubytkami. Pierwszy ząb zatruty, termin leczenia pozostałych ustalony. Oboje byliśmy zaskoczeni - mężowi geny dały pancerne szkliwo, próchnica się go nie ima, więc skąd tyle do łatania? I jeszcze te koszty - sama koronka to 1400 zł. Chłop pomarudził, ale dał się namówić na wyprawę do naszego dentysty. A nuż zaproponuje inne rozwiązanie? I jest trochę tańszy, więc przy takiej liczbie ubytków opłaca się poświęcić czas na dojazd.

Efekt? Dentysta obejrzał zęby, obejrzał prześwietlenie, jeszcze raz zęby i... "ale ja tu nie widzę dla siebie nic do roboty!". Dokończył kanałówkę, koronki nie trzeba, wystarczy wyższa i bardziej odporna plomba, 200 zł, pozostałe zęby są zdrowe. Następna kontrola za rok.

dentysta

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 143 (Głosów: 147)

#72798

(PW) ·
| Do ulubionych
Krótka rozprawa o polskich drogach – czyli jak (nie) spowodować wypadku.
Po wczorajszej trasie zastanawiam się, czy nie wysłać kuponu totolotka, bo aż nie wierzę, że nic nikomu się nie stało.

Miałem do przejechania niecałe 80 km, głównie przez małe miasteczka i wsie, poza paroma kotami biegającymi po drodze nie działo się nic nadzwyczajnego, ale do czasu...

Wyjeżdżałem z ronda i widzę, że jakiś dzieciak, tak na oko nie więcej niż 8 lat, bawi się w coś, co przypominało taniec indiański wokół latarni ulicznej tuż przy krawędzi chodnika. Pierwsza reakcja, noga na hamulec i powoli omijamy potencjalnie niebezpieczny odcinek. Nagle dzieciak niespodziewanie się zatrzymał i spojrzał w górę, skąd po chwili nadleciała piłka, jakiś „życzliwy” opiekun/kolega wyrzucił ją przez okno. Jak się łatwo domyśleć, w celu jej złapania chłopak dał parę kroków w tył i upadł na ulicę tuż przed moją maską. Nim zdążyłem wysiąść z auta, chłopaczek pozbierał się i wstał, ale zamiast „Przepraszam” usłyszałem jedynie coś, co brzmiało podobnie do „Jak jeździsz, baranie”. Po czym w celu ukarania mnie za nieprzejechanie kopnął przedni zderzak i nie zwracając uwagi na jadące samochody pobiegł na drugą stronę ulicy.

A teraz pytanie, kto tu jest piekielny, Ja, ludzie rzucający dziecku piłkę na ruchliwą ulicę, czy dzieciak nauczony, by nie zwracać uwagi na to, co się dzieje dookoła?

Trasa

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 104 (Głosów: 130)

#72786

~pannabu ·
| Do ulubionych
Słowem wstępu.
Mieszkam w domku jednorodzinnym z ogródkiem, jednak nieogrodzonym.
Euro sierota, nie stać mnie (zawsze jest coś ważniejszego niż bramy) na zawołanie specjalnej firmy, aby takowe postawili. Ale nikomu to nie przeszkadza.

Trzy lata temu adoptowałam psiaka, suczkę.
Wariatka to, żywy przykład ADHD - idziemy do lasu na 3-4 godziny, wracamy, pies pada, a po 30 minutach - Heja do lasu!
Piesek jest zadbany, zdrowy, szczepiony, moje prywatne szczęście jednym słowem.
Jednak... nie wiem jaki był jej los. Znaleźli ją na jednej z głównych ulic mojego miasta. Psina boi się mężczyzn. Młodych, starych, dzieci. Po prostu zaczyna szczekać. Chociaż z roku na rok jest łatwiej :)

Jestem po bardzo ciężkiej operacji, nie mogę praktycznie robić nic... Co powoli doprowadza do szewskiej pasji.
Nie mogę wziąć psiny na spacer do lasu, bo cholernik jeden ciągnie... No ale mam ogród. Z drzewami i dużą ilością cienia.

Kiedy ją wzięłam ze schroniska, kupiłam 15 m liny plecionej, no w gruncie rzeczy nie wiedziałam jak chodzi na smyczy czy ucieka...
Przywiązałam linkę do drzewa, a do linki psa. Ma wielką michę z wodą, ulubioną kość i posłanie.
Ja mam świadomość, że pies w domu się nie kisi, chociaż to nie to samo... No ale lepszy rydz niż nic, prawda?
Według moich najbliższych sąsiadów sprawa jest oczywista, jestem po operacji (uprzedziłam ich, osoby starsze, szczekanie może przeszkadzać... A pies duży, i szczek tubalny...), pies nie może cały dzień w domu siedzieć. Zdrowiej!
Sielanka prawie.

Ale są sąsiedzi dalsi. Tych potrzeby poinformowania nie miałam, no bo z jakiej racji. I jest taki mały jeden gnój...
Wie, że moja suczka boi się chłopców, bo i kiedyś próbował ją pogłaskać, ale poinformowałam, że ona tego nie lubi...
No i ten mały synek dziwnych rodziców chodzi, zawraca i ciągle koło mojego płotu (płot mam, nie mam bram). Pies wariuje, to ten w niego kamieniami. Jak zobaczyłam przez okno, wyleciałam, gnoja okrzyczałam, psa po 30 minutach na dworze zabrałam do domu.

Plusem było to, że mój cudowny sąsiad wszystko widział.
Siedzę w domu, czytam książkę i słyszę walenie w drzwi. Otwieram, a tu piekielna mamusia.
- Ty taka owaka, policję wezwałam, za pobicie dziecka, straszenie go psem, pójdziesz siedzieć, a kundla zabiorą do normalnego domu, gdzie na łańcuchu nie będzie.

Zdębiałam.
Patrzę - gnój wyrżnął się gdzieś na chodniku, kolano zdarte i policzek zadrapany, uśmiecha się kpiąco i denerwuje samym byciem.
- Droga pani piekielna, dzieciak ewidentnie nadaje się do lekarza, razem z panią. Pies nie na łańcuchu, a na sznurku, wodę ma, siedzi trochę byleby w domu nie siedzieć, bo nie jestem w stanie z nią wyjść.

Zaczęła się drzeć, policja przyjechała, wychodzą z metalowym prętem do łapania psów, a ja zonk.
Pytają, gdzie ten agresywny pies, co dziecko zaatakował, a mnie proszą wraz z książeczką psa do auta.
Przerażona patrzę na gnoja, który kopie mi kwiatki, mamusia patrzy i głaszcze pokrzywdzonego po głowie i dalej szczeka, że gówniara, niewychowana, psa jej zabrać.

Zbiorowisko się zrobiło niemałe, mała miejscowość, to i pożywka dla gapiów...
Psa zapięli, suczka wyje, bo przerażona, ja zapłakana idę do auta, a tu biegnie mój dziarski blisko 80-letni sąsiad i drze się, że nie tak było.

Policjantka się zatrzymała, wysłuchuje dziadka, psa odprowadziła mi pod drzwi, mnie puszczają, życząc powrotu do zdrowia, a mamusię biorą do radiowozu, by porozmawiać na temat fałszywych zeznań czy coś.

Wiem tylko tyle, że notatka została wysłana do GOPS-u, tak, rodzinka patologii... A gnój drze się, że skoro on nie może mieć psa, to ja też nie i mi go kiedyś zabije...
Nie wiem, co dalej się z nimi działo, ale albo zabrali ich na posterunek, albo do wariatkowa, tam gdzie ich miejsce.
A ja zaproponowałam mojemu sąsiadowi kubek herbaty i kawałek ciasta. Tak usiedliśmy na ogrodzie, z psem przy lince, który chyba pokochał swojego nowego przyjaciela.

Zastanawiam się, skąd się bierze taka nienawiść. Po co nasyłać policję, straszyć zabraniem psa?
Póki ktoś jej nie zaatakuje, moja sunia jest wzorowym psem. Dużym bo dużym, ale łagodnym jak mało jaki pies...
Od paru dni gnoja nie widzę, i dobrze w sumie... Pobiłabym, a poszłabym siedzieć jak za człowieka...

Skomentuj (19) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 207 (Głosów: 253)

#72785

(PW) ·
| Do ulubionych
Wróciłem do domu na długi weekend, od kiedy pamiętam w majówkę leżałem chory na grypę, w tym roku również z tradycją nie udało się zerwać. Dnia 29 słyszę dzwonek domofonu, godziny wcześnie poranne, półprzytomnie odbieram.
- Halo.
- Dzień dobry, tu kurier… Adresata nie ma w domu, ja chciałem tylko zostawić awizo.
- OK.

Wpuściłem gościa, a co mi tam, przecież facet musi pracować.
Dziś rano sprawdzam skrzynkę i widzę awizo z dnia 29.04.

Nie wiem jak to skomentować bez słów niecenzuralnych.

kurierzy

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 175 (Głosów: 199)

#72783

(PW) ·
| Do ulubionych
Mówi się, że w ochronie zdrowia człowiek nie może się rozczulać. Ogólnie rzecz biorąc to prawda, nie da się podchodzić empatycznie do każdego pacjenta, szczególnie w pogotowiu. Człowiek by szybko się wypalił i musiał szukać nowej pracy. Tak więc nieuchronnie w pracę każdego ratownika medycznego wkrada się rutyna. Są jednak takie zdarzenia, które mimo to potrafią poruszyć, opiszę dwa z mojej kariery.

Wezwanie do wypadku, samochód osobowy wjechał w bok dostawczego. Prędkość nie była duża, więc nie spodziewaliśmy się szczególnie ciężkich przypadków. Osobówka załadowana do granic możliwości. Wpakowało się do niej 6 osób, dorosłych... Było też jedno dziecko... jak przyjechaliśmy już na zewnątrz... częściowo.

Tak więc trwała sobie impreza na działkach, skończył się alkohol, więc towarzystwo wpakowało się do samochodu, choć do sklepu było 500 m góra. Ze sobą zabrali nie wiadomo po co 5-letnią dziewczynkę. Dojechali do pierwszego skrzyżowania. Wszyscy dorośli pijani, niektórzy na granicy przytomności. Dziecka nie dało się uratować, przy uderzeniu praktycznie wyleciało przez przednią szybę. Do dziś widzę je przed oczami, miała rude włosy, choć mogła to być krew... Dziewczyna, którą my wieźliśmy do szpitala była bardzo pijana, uszkodzona miednica, miała na sobie majtki na lewą stronę.

Drugie zdarzenie dla odmiany w areszcie, słynny Pałac Mostowskich w Warszawie, schodzimy głęboko pod ziemię, klimat jak w pruskim lochu. Pan aresztant źle się czuje, serce go boli i ogólnie mu słabo. Oczywiście zakładamy, że symuluje, aresztanci regularnie tak robią. Badanie ogólne trzeba zrobić, mierzymy ciśnienie, robimy EKG, osłuchujemy serce i płuca. Wygląda, że z panem wszystko w porządku, więc zbieramy się do wyjścia. Nagle pan pada na ziemię i dostaje drgawek, zakładamy, że to dalej teatr, ale nie, brak tętna, nie oddycha. Zaczynamy resuscytację, męczyliśmy się z godzinę zanim stwierdziliśmy zgon, do dziś nie wiem co się stało, możliwe, że coś sobie zrobił już po badaniu, coś połknął, wcześniej wydawał się zdrowy.
Obcowanie ze śmiercią w tak bezpośredniej formie sprawiło, że chyba z 15 minut siedzieliśmy nad tym trupem w milczeniu...

słuzba_zdrowia

Skomentuj (5) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 141 (Głosów: 163)

#72776

(PW) ·
| Do ulubionych
Miejscowe centrum kultury, sobota. Właśnie odbywały się zajęcia z baletu, na które moja córa chętnie uczęszczała.

Wiadomo jak to wygląda - dziecko przebrać, pchnąć na salę i usadzić cztery litery na godzinkę.

Niektórzy jednak nie mają jednego dziecka, tylko dwoje. Albo więcej. Mogłam więc zaobserwować różne postawy rodzicielskie. Pan siadający na podłodze obok synka, żeby rozwiązywać z nim krzyżówki, czy matka czytająca dziecku na głos... Milutkie, prawda?

Ale był też Piekielny Tatuś:

PT wprowadzał córkę na zajęcia i wlepiał nos w telefon. Starszego syna miał w... Znaczy olewał. Chłopiec więc znalazł sobie zajęcie - jazda windą. Góra, dół, góra, dół... Tatuś nic, nawet się za potomkiem nie rozejrzał.

Ktoś delikatnie zasugerował ojcu, że winda to nie zabawka. Nic. Ktoś inny mniej delikatnie przypomniał, że budynek nie jest jego własnością.

"Dziecko wam przeszkadza?"

Yyyyy... Tak?

"Dajcie spokój, niech się pobawi"

OK. Dość tego. Ochrona (O).

O: Czy może pan zwrócić uwagę synowi, żeby zostawił windę w spokoju?
PT: A co to przeszkadza, że się bawi?
O: Winda nie służy do zabawy. Tam jest plac zabaw.
PT: Nie będziesz mi rozkazywał! To jest dziecko i ma prawo się bawić!

Skończyło się na ostrzeżeniu "jak nie przestanie, wzywam policję".

PT udał się do windy, dziecko za kark wziął i trzymał do końca zajęć. Dzieciak się wyrywał, a jakże. Tatuś trzymał. W końcu użył niezawodnego argumentu:

JAK CIĘ PUSZCZĘ, TO ZNOWU PÓJDZIESZ DO WINDY I BĘDĄ SIĘ MNIE CZEPIAĆ!

No straszne.

rodzice od siedmiu boleści

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 213 (Głosów: 235)

#72763

~its7ok ·
| Do ulubionych
Pracuję w sklepie obuwniczym, wiem, jak niektórych denerwuje "dzień dobry, mogę w czymś pomóc". Gdyby to zależało ode mnie, wolałbym tego unikać, jednak standardy firmy z uśmiechem numer pięć każą nam podchodzić do KAŻDEGO klienta i pytać...

Są różni ludzie, jedni grzecznie odpowiadają, że w razie potrzeby nas poproszą, zaś inni burczą pod nosem lub krzyczą na cały sklep, że jesteśmy nachalne, albo że potrafią sami wybrać buty. OK, sorry.

Wczoraj jednak [P]an w wieku ~50 przebił wszystkich...
Chodzę po sklepie, układam kartony, gdy spostrzegam owego typka jak szuka miedzy kartonami rozmiaru, więc podchodzę z uśmiechem i pytam:
J: Dzień dobry, mogę panu w czymś pomóc?
Jegomość odwraca się do mnie, mierzy wzrokiem z góry na dół i zaczyna...
P: Pomóc, dzieciaczku, to ty mi możesz, ściągnąć spodnie i się spuścić, ale to jak skończysz pracę. A teraz pozwól, że buty wybiorę sobie sam.
J:...

Pan zabrał buty i poszedł do kasy, a ja przez moment stałam i nie ogarnęłam tak kuszącej propozycji.
Całe szczęście, że jednak po pracy nie czekał na mnie...

Katowice, takie piękne...

sklep obuwniczy

Skomentuj (26) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 181 (Głosów: 225)

#72759

(PW) ·
| Do ulubionych
Niedawno zdałem egzamin na prawo jazdy na motocykl. W związku z tym zacząłem poszukiwać odpowiedniego dla mnie modelu. Wpadł mi w oko jeden, ale że musiałbym kawałek dojechać, chciałem uzyskać więcej informacji na jego temat. Oto jaką odpowiedź dostałem na kilka moich pytań (między innymi o głębokość bieżnika) i prośbę o więcej niż 3 zdjęcia z daleka z ogłoszenia:


Nie mam więcej zdjęć.
Przednia opona sezon objeździ. Tylna tak jak pisałem, wymieniona w zeszłym roku. Mierzyć tego miernikiem nie zamierzam. Stan układu hamulcowego w porządku i nie zamierzam dokonywać żadnych pomiarów. Łańcuch smarowany co 200-300 km, czyszczony co 600 km.
Polecam wybrać się do salonu po nowy motocykl.

Widać sprzedającemu zależy na sprzedaży...

Skomentuj (5) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 105 (Głosów: 137)
1. Krecik, czyli jak nabawić się traumy
UWAGA!: DRASTYK

Działo się to wiosną kilkanaście lat temu, w mieście wojewódzkim, na obrzeżach dzielnicy domków jednorodzinnych, przy drodze wylotowej w kierunku Warszawy (może ktoś pozna...). W okolicach 6.30 tuptam sobie z psiakiem (czytaj: stanowię funkcjonalny hamulec dla mojego wariata).

Nagle, mój było nie było myśliwski pies, wypręża się jak struna, nastawia uszy i przestaje się ruszać wpatrzony w ziemię. Ziemia jak ziemia – jeden z wielu łysych placków na średnio zadbanym trawniku. Ale zaraz, coś jakby się rusza… Wow, krecik! Nigdy jeszcze nie widziałam, jak wykopuje się z ziemi. Przykucnęłam i czekam, czekam….

Znudziłam się, coś było nie tak, bo słychać jakieś niekrecikowe dźwięki. Podchodzę, rozgarniam trochę ziemię i krew zastyga mi w żyłach. „Krecikiem” była noga szczeniaka, pod nim był drugi, trzeci, czwarta suczka już nie żyła, dalej nie kopałam. Oblepione błotem, zimne, płaczące 3 nieszczęścia zaniosłam w koszulce do domu.

Wychowałam brytany jak swoje, a tego, który je żywcem zakopał antyterroryści obudzili łomotem do drzwi, wywieźli i słuch o nim zaginął? No niestety nie.

Wytarte szczeniaki zawiozłam w pudełku do weterynarzy z uniwerku. Po zbadaniu dowiedziałam się, że: są zbyt wyziębione (nie przeżyją), są za małe (bez suki nie przeżyją), w schronisku nic nie zdziałam, są kundelkami, więc wszyscy będą mieli je w nosie i jedyne, co można dla nich zrobić, to pomóc im godnie odejść. Może ktoś inny postąpiłby inaczej (zapewne wyrazi to w komentarzach -> vide nick), ale nie miałam czasu, żeby się nimi zajmować tak, jak tego wymagały. Po wszystkim, zaryczana wróciłam do domu, z poczuciem, że stało się coś cholernie złego.

Smaczek na koniec: jakiś czas po tym wydarzeniu, na posesji kilkadziesiąt metrów dalej, widziałam sukę, która się niedawno oszczeniła. Nie, nie wezwałam TOZ-u, chyba nawet nie wiedziałam, że coś takiego istnieje; nie nagadałam tej humanoidalnej istocie, bo w końcu za rękę nie złapałam. Gdyby zdarzyło się to dziś, pewnie dla maleństw skutek byłby taki sam, ale za swoją bierność wobec sprawcy płacę poczuciem, że mogłam coś zrobić.

bestie w ludzkiej skórze

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 131 (Głosów: 159)

Podziel się pozytywnymi historiami na
WSPANIALI.pl

Piekielni