Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

 

#82392

(PW) ·
| Do ulubionych
Ostatnia fala historii około medycznych przypomniała mi rozmowę telefoniczną z mamą sprzed paru miesięcy. Zaniepokoiłem się nieco, gdy zadzwoniła na moją zagraniczną komórkę, ponieważ robiła to dość rzadko - z reguły rozmawiamy przez programy łączące przez internet, coby nie zbankrutować. Brzmiała na rozbawioną, niemniej głos jej się trochę trząsł.

- Wiesz synek, właśnie do mnie ze szpitala zadzwonili i powiedzieli, że dzwonią w sprawie operacji mojego syna. Myślałam, że serio coś ci się stało, wiesz?
- Nic mi nie jest, nie jestem i nie byłem ostatnio w żadnym szpitalu. Zresztą, jak się z nimi dogadałaś? Chyba nie nauczyłaś się [języka kraju, w którym mieszkam] biegle w ostatni tydzień?
- Nie nie, to z polskiego szpitala.
- To muszą być jacyś oszuści, nie mieszkam w Polsce od czterech lat.
- Naprawdę ze szpitala dzwonili. Pamiętasz, jak miałeś problemy z kolanem?

Pamiętam. Gdy byłem dwunastoletnim czy czternastoletnim gnojkiem, niby bez przyczyny miałem coraz większe problemy z kolanem. Bolało podczas biegania, przeskakiwało, uczucie tarcia przy chodzeniu, generalnie kolano 0/10. Mama ganiała ze mną po lekarzach, miałem prześwietlenia, USG, testy, skierowania, ale temat jakoś ucichł, więc mama mnie "po znajomości" wcisnęła na jakąś rehabilitację. Pomogło na parę lat, trzy lata temu zoperowano mi to kolano już za granicą. Trochę się irytowałem, bo parę miesięcy czekania w kolejce, ale przynajmniej za darmo.

- No tak, pamiętam. To z tym dzwonili?
- Miałeś skierowanie na operację. Ja już całkiem o tym zapomniałam, ale przed chwilą mi powiedzieli, że mają już termin dla ciebie.
- Po piętnastu latach? Teraz sobie przypomnieli? Teraz już nie potrzebuję.
- Tak im powiedziałam. "Proszę pani, tę nogę to już mu dawno upie**olili", życzyłam miłego dnia i się rozłączyłam.


Nogi mi co prawda nie "upie**olono", ale... po PIĘTNASTU latach? Serio????

sluzba_zdrowia

Skomentuj (21) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 180 (204)

#82387

(PW) ·
| Do ulubionych
Trochę o piekielności… systemu. Państwa. Czy jak to tam jeszcze nazwać. Wybaczcie, że będzie trochę długo.

Co to jest 500+ - nikomu tłumaczyć nie trzeba. Jak wiecie - rodzice dostają po 500 zł na drugie i kolejne dziecko, a mogą dostawać także na pierwsze, jeśli dochód miesięczny nie przekracza 800 zł na osobę w rodzinie.

Mam troje dzieci. Tak mi się życie potoczyło, że trzy lata temu zostałem wdowcem. I - co się z tym wiąże - samotnym ojcem.

Kiedy żyła moja Żona, nie byliśmy może bogaci - ale żyliśmy spokojnie, na wszystko starczało, coś tam dało się odłożyć, nie mogliśmy narzekać. Po Jej śmierci wiele się zmieniło - także w naszej sytuacji materialnej. Ja wprawdzie zawsze zarabiałem więcej, ale mam nietypową pracę: jestem tłumaczem i redaktorem, freelancerem, pracuję w domu (głównie na umowy o dzieło), więc nie mam pensji, tylko zarabiam tyle, ile zrobię.

A jako samotny ojciec z trójką dzieci (obecnie 16, 14 i 10 lat) jak się domyślacie czasu na pracę mam znacznie (ZNACZNIE!) mniej niż kiedyś. Więc też zarabiam mniej. Nawet jeśli doliczyć do tego rentę, którą dzieci dostają po Mamie, to uwzględniając inflację dochody na osobę w rodzinie mamy teraz na poziomie połowy tego, co kiedyś. Nie, nie narzekam, wielu ludziom jest znacznie gorzej, z głodu nie umieramy, mamy się w co ubrać - ale budżet jest bardzo "napięty" i z każdym groszem trzeba uważać.

Od kiedy ruszyło 500+ zawsze okazywało się jednak, że moje dochody były za wysokie, żebym się kwalifikował do 500 zł "na pierwsze dziecko". Z rocznego PITu zawsze wychodziło o 20 - 60 zł na osobę za dużo. OK, przeżyję. Ale w pewnym momencie nasi Miłościwie Panujący zaczęli przebąkiwać, że może by ten próg dochodowy nieco podnieść (tak, było to w momencie, kiedy im nieco sondaże spadły). Przez moment miałem nawet nadzieję, że może jak podniosą ten dochód minimalny choćby o 50 zł czy stówę, to się załapię na 500+ także "na pierwsze dziecko" - a nie ukrywam, że w mojej sytuacji byłoby to bardzo pozytywne zjawisko. Dodatkowe pięć stów miesięcznie piechotą nie chodzi… Zacząłem więc dowiadywać się, jak to jest z tym wyliczeniem zarobków w przypadku osoby, która zarobki ma NIEREGULARNE.

Bo przy mojej pracy wygląda to tak: jak tłumaczę książkę, to np. przez dwa czy trzy miesiące moje zarobki są żadne albo minimalne (za jakieś mniejsze prace na bieżąco). A potem kończę książkę - i dostaję jednorazowo dużą sumę. Czyli przez te trzy miesiące mam dochody jak najbardziej kwalifikujące mnie do 500+ "na pierwsze dziecko". Ale już w tym czwartym miesiącu - nie.

I tu objawia się piekielność systemu, który w XXI w. po prostu nie zauważa, że - do jasnej karbidówki - nie każdy pracuje na etacie! Próbowałem dowiedzieć się, co musiałbym zrobić, gdyby próg dochodowy został podniesiony, żeby załapać się na 500 zł na pierwsze dziecko.

Okazało się, że musiałbym CO MIESIĄC dostarczać do stosownego urzędu wszystkie podpisane umowy i zapłacone rachunki z danego miesiąca. Dodatkowo musiałbym - w wersji bardziej korzystnej (bo oczywiście urzędnicy też nie są pewni i wielu rzeczy nie wiedzą) CO MIESIĄC składać oświadczenia o uzyskaniu dochodu (kiedy akurat wypłacili mi pieniądze za książkę), albo "utracie dochodu" (bo w tym miesiącu już prawie nic nie dostaję).

W wersji mniej korzystnej - musiałbym na bieżąco przynosić do urzędu każdą podpisaną umowę i każdy zapłacony przez zleceniodawcę rachunek.

I w tych "lepszych" miesiącach nie dostawałbym 500 zł na "pierwsze dziecko", a w tych "gorszych" - tak. Zapytałem naiwnie, czy nie można by tego rozliczyć według ŚREDNICH zarobków (suma z rocznego PIT dzielona na 4 osoby w rodzinie i na 12 miesięcy). Nieeee, skąd, proszę pana, to by było za proste.

Bo przecież mogłoby być tak, że w danym roku mieści się pan w progu dochodowym, więc PO ZAKOŃCZENIU ROKU składa pan PIT, więc w NASTĘPNYM roku dostaje pan 500 zł na pierwsze dziecko, a po roku składa pan kolejny PIT i okazuje się, że w tym kolejnym roku zarobił pan ciut więcej - i co? I MUSI PAN ZWRACAĆ TE 500+ NA PIERWSZE DZIECKO ZA TEN ROK! Więc sam pan rozumie…

No nie, nie rozumiem. System jest idiotyczny. Mamy XXI w., coraz więcej ludzi nie pracuje na etacie, tylko na innych formach zatrudnienia (albo mając własną działalność gospodarczą). Jak dla mnie - sytuacja piekielna.

500+ urzędy biurokracja

Skomentuj (46) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 144 (190)

#82391

(PW) ·
| Do ulubionych
Często pojawia się temat służby zdrowia w roli głównej, więc i ja dodam swoje 3 grosze.

Podczas ferii zimowych byłam na wsi u siostry. W pewien dzień rano zaczął bolec mnie brzuch. Znałam ten ból doskonale, bo miałam drobne kamyki w woreczku żółciowym i takie bóle zdarzyły się już kilkakrotnie. Lecz przyznam, lekko mnie to zaskoczyło, ponieważ rano jak i poprzedniego dnia jadłam jedynie chleb z twarogiem. Nic tłustego.
Wzięłam leki przeciwbólowe i poszłam z dziećmi na sanki. Była to godzina 11 w niedziele.

Gdy wracałam czułam, że ból jest silniejszy. Akurat miałam wracać z mężem do miasta, więc stwierdziłam, że od wypadku przyspieszę swoją podróż.

Jechałam 2,5 godziny w bólach. Już silniejszych. Wiedziałam, że może to trwać kilka godzin, więc nastawiałam się na to. W domu kolejna dawka leków, które nic nie pomogły. Po tym jak zaczęłam wyć z bólu, mąż zadzwonił na pogotowie. Karetka przyjechała szybko. Pomacali, zmierzyli ciśnienie (200/100) oraz cukier (200) dali leki na nadciśnienie oraz kazali wykupić ketonal, coś jeszcze i pojechali. Do 30 minut ból powinien ustąpić. Nie ustąpił. Po 2 godzinach po rozmowie męża z dyspozytorką ta znów wysłała karetkę. Przyjechała większa ekipa, lepiej wyposażona. Byli w szoku jak usłyszeli „zalecenia” swoich kolegów po fachu oraz faktu, że nie dostałam od nich leków (których jak usłyszałam, gdy rozmawiali między sobą, nie mieli).

Zabrali się do roboty, wenflon, leki dożylne. Poczekali aż ból zacznie słabnąć i pojechali. Była to 1 w nocy. Ból zelżał, lecz nadal go czułam, ale poszłam spać. Pospalam... 30 minut. Ból nawrócił, bardzo silny. Pojechałam na SOR taksówką, innej możliwości nie było. Mąż musiał zostać z dziećmi w domu, a nie mieliśmy nikogo do pomocy. Jak już trafiłam na SOR to miałam szczęście, bo okazało się, że przede mną nikogo nie ma. Wzięli mnie od razu.

Kroplówki, badania, już nie wiedziałam co się wokół mnie dzieje. Kroplówki w końcu dały ulgę, badania wyszły ok i o 7 w poniedziałek wróciłam do domu. W zaleceniach było napisane, że mam wrócić na SOR w trybie natychmiastowym, jeśli zaczną mi między innymi żółknąc oczy.

Koło 10 napiłam się łyk wody, pojawił się przeszywający ból. Ale minął po kilku minutach. Byłam tak słaba, że cały dzień spałam. Bolało mnie ciągle, ale mówili, że podrażniony woreczek może bolec, więc nie narzekałam. Bolało w nadbrzuszu, w centralnej części. Przy każdym kroku, oddechu. Wieczorem myślałam już, że to żołądek. W końcu nie jadłam nic już od ponad 30 godzin.

Ugryzłam wiec wafla ryżowego i napiłam się łyka wody. Po 10 minutach dostałam bardzo silnego bólu, silniejszego niż wcześniej. Wzięłam leki i spróbowałam iść spać, byłam ciągle osłabiona. Przysypiałam, lecz co jakiś czas budził mnie ból. Około 2 w nocy chciałam już umrzeć i pobiegłam wymiotować. Niestety nie było czym. Synek też wymiotował, więc byłam pewna, że dodatkowo złapaliśmy wirusa. Po tym epizodzie przeszło i mogłam iść spać dalej. Rano obudziłam się z lekko żółtymi oczami na samym dole. Zastanawiałam się co robić, ale około 11 we wtorek, pojechałam jednak na SOR myśląc, że będę zawracać jedynie tyłek.

Dużo się nie pomyliłam, Pani w okienku marudziła, że trzeba operację zrobić i będzie spokój, że przecież nic mi nie jest. Według niej oczy mogą być żółte po ataku. Nie chciała słuchać, że boli, że ledwo chodzę już, bo jestem tak słaba, że mam dość.
W końcu po moim uporze stwierdziła - dobra, zbadamy.
Moja kolej nadeszła po około godzinie. Kroplówki, badania, chcą zrobić usg. Ok, róbcie cokolwiek, byleby mi ulżyć.
W usg wyszło, że mam poszerzone drogi żółciowe i coś jeszcze. Po 10 minutach przyszły wyniki badań z krwi.

Nagle słyszę „o ku**a”.
Podsłuchuję, że rozmawiają o czyiś wynikach badań - duży poziom bilirubiny i tragicznie wysoki poziom amylazy trzustkowej. Szybko telefon na oddział i tekst „nie wychodź, przywozimy do Was na chirurgię pacjentkę. Młodziutka. 24 lata.” Wtedy już wiedziałam, że to o mnie mowa. Okazało się, że jeden z kamyczków poszedł sobie na wędrówkę w drogi żółciowe i doszło do ostrego zapalenia trzustki. W dodatku byłam już maksymalnie odwodniona.
Dowiedziałam się, że gdybym z tym poczekała jeszcze kilka godzin, może dzień, to osierociłabym dzieci.

Spędziłam tam tydzień. Doszłam do siebie. I tu pojawia się kolejna piekielność. Trzeba wyznaczyć termin zabiegu usunięcia woreczka. Umawiają mnie za 2/3 tygodnie do poradni chirurgicznej. Zaznaczają, że pilne, trują mi, że muszę jak najszybciej usunąć, że to się może powtórzyć.

Ok, nadszedł termin, był to początek marca. W poradni spędziłam kilka godzin (byłam umówiona na godzinę), by dowiedzieć się, że muszę jeszcze odbyć konsultacje z anestezjologiem. Więc pani przyjdzie do nas 10 maja... opadło mi wszystko. Mam już, teraz, natychmiast usunąć, ale termin na kolejną konsultacje jest za 2 miesiące?! Czyli mam się zoperować sama czy jak?

Na drugi dzień dzwonię do szpitala i chce umówić się do anestezjologia prywatnie. Mówię jaka sprawa i wtedy miła pani mówi STOP. Skoro zabieg ma być na NFZ, to muszę iść do anestezjologa na NFZ. Nie powiem, wkurzyłam się.
Poszłam prywatnie do chirurga, z innego szpitala. Od ręki wystawił mi termin za 2 miesiące, bo do zrobienia sterta badań (mam planowaną jeszcze znacznie poważniejszą operacje, też u niego).

W chwili obecnej jestem po zabiegu, wszystko poszło super, a ja mogę normalnie funkcjonować bez obawy, że coś się stanie.

Szpital Kraków

Skomentuj (21) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 113 (135)

#82374

~Moehrchen ·
| Do ulubionych
Kupowałam dziś wiśnie. Gdzie piekielność? A u pani, która je sprzedawała.

4,50 za kilogram. Nie miałam drobnych, a właśnie byłam w bankomacie i pobrałam 20 euro. Pani pyta się mnie czy bym nie miała 50 centów, bo tak by jej było lepiej wydać. Ja szukam w portfelu, a pani w tym czasie szybkim ruchem podmienia banknot 20 euro na 10 i nagle mówi, że jednak ma jak wydać, a tych 50 centów nie potrzebuje. Ja zadowolona mówię ok i dostaje od pani 5,50. Mówię do niej, że dałam jej banknot 20 euro A ona do mnie, że nie, bo ona przecież ma 10 w ręku...

Gdyby nie to, że minutę wcześniej byłam w banku może i bym się dała nabrać.
Uważajcie na takich sprzedawców, pewnie nie jednego nabrali.

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 118 (142)

#82345

(PW) ·
| Do ulubionych
Są jeszcze takie placówki Poczty Polskiej, w których nie ma numerków, tylko "kto z Państwa ostatni". Dotyczy to głównie małych placówek. Ja niestety musiałam kilka lat temu odstać swoje w takiej właśnie kolejce, bo poczta była za mała jak na ilość mieszkańców, z dwóch okienek czynne tylko jedno, a przede mną mnóstwo starszych osób, które (z całym szacunkiem) wykonują wszystkie czynności dużo wolniej.

Stoję już dobrych 40 minut. Duchota jak cholera, miejsca mało, wszyscy czekają w środku, bo zima. Nie wiem ile osób jest przede mną, trzymam się tylko matki z wózkiem, o której wiem, że jestem za nią.
Wiem, że wystarczyłoby w momencie wejścia policzyć ile jest osób, ale ciągle ktoś wchodził i wychodził tylko "o coś zapytać", a to ktoś ewidentnie rezygnował, burdel jakich mało. A biedna pani w okienku dwoi się i troi, by jak najszybciej rozluźnić kolejkę.

W międzyczasie ktoś powiedział do tej Pani przede mną, że ją przepuści, bo on jest następny, to niech wejdzie przed nim. Kobieta podziękowała i podeszła do okienka. Kiedy pracowniczka poczty szukała jej awizowanej paczki, zapytałam zdezorientowana:

"Przepraszam bardzo, za kim Pani stała?".

I się zaczęło. Kilka osób jak jeden mąż zaczęło się na mnie wydzierać, że jestem nieludzka, że nie chcę ustąpić matce z dzieckiem (hipokryzja pełną gębą, nikt jej od co najmniej 40 minut nie ustąpił), jeden facet nawet do mnie podszedł i pyta czy mam z tym problem, że ta kobieta jest przede mną. Zaczął się taki hałas w tym małym pomieszczeniu, że aż pracowniczka poczty przestała szukać i próbowała uciszyć wszystkich.

Nie takie rzeczy już w swoim życiu musiałam wytrzymywać, taki hejt ze strony kilku osób to pikuś. Nie odezwałam się, bo nie zamierzałam podnosić sobie ciśnienia. Poniżej mojej godności jest odpowiadać wyzwiskami na wyzwiska w moją stronę. Leciały gówniary, panny lekkich obyczajów itp. Stoję więc sobie i czekam na dobry moment, aby jeszcze raz zapytać:

"Przepraszam nie dosłyszałam, taki się hałas zrobił, za kim Pani stała?"

Kobieta wskazała na Pana kilka metrów dalej. Ja natomiast powiedziałam do niego, jakby nigdy nic: "czyli teraz jestem za Panem". Koleś skinął głową. Wszyscy ucichli. Widziałam tylko mord w oczach niektórych, którzy stracili powód, by się pokłócić i wylać swoją złość na mnie.


My Polacy uwielbiamy szukać powodów do kłótni.


O nakazie sprzątania po psie następnym razem.

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 108 (150)

#82394

~4WD ·
| Do ulubionych
Spotkaliście się kiedyś ze społecznym przyzwoleniem na jazdę po pijaku?

Pracowałem w barze. Co jakiś czas robiliśmy (za wiedzą i pozwoleniem szefa) imprezy dla pracowników w lokalu, po jego zamknięciu. Oprócz mnie, sami Anglicy. Po którejś z tych imprez, główny barman napruty jak wór mówi, że jedzie do domu.
- Zaraz - mówię - jak jedziesz, jak chlałeś?
- Normalnie.
- Ja cię odwiozę.

Byłem trzeźwy, nie piłem w tym czasie w ogóle.
- Nie ma sensu, jak jutro do pracy przyjadę jak moje auto tu zostanie?
- Odwiozę cię swoim i przyjadę po ciebie swoim, ja i tak zaczynam wcześniej, więc żaden problem, ogarnę te pół godziny i cię przywiozę.
- Nie ma sensu, jadę.

Rozejrzałem się po innych w poszukiwaniu poparcia, ale wszystkie 10 osób stwierdziło, że to nic takiego i żebym nie przesadzał. Sam barman przyznał, że od lat wraca do domu po pijaku, bo zawsze przed zamknięciem spija zlewki z baru.

Oprócz powyższej sytuacji wielokrotnie słyszałem od znajomych, że jeżdżą po pijaku od zawsze i nigdy nic się nie stało. Wiecie dlaczego nic się nie stało?

Jak działa policja drogowa w UK? Otóż kontrole drogowe właściwie nie występują. Policja jeździ i skanuje tablice rejestracyjne, po czym system automatycznie sprawdza w bazie, czy kierowca ma ubezpieczenie, przegląd i opłacony podatek drogowy. Jeśli tak, to go nie zatrzymują, bo nie ma ku temu powodu. Sytuacje, że policja stoi i łapie kierowców na wyrywki nie występują. Nawet, jeśli przekroczy się prędkość, to policja nie zatrzymuje, tylko robi zdjęcie i wysyła pocztą wraz z mandatem. Tak też człowiek może jeździć całe życie pijany, pod warunkiem, że jedzie w miarę prosto, a jeśli ma ubezpieczenie, przegląd i podatek drogowy, to nigdy go nie zatrzymają.

ruch drogowy

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 120 (130)
Straciłam Tatę. Lata temu z powodu choroby. Nie da się opisać, jakie uczucia towarzyszą mi od dnia, gdy widziałam go po raz ostatni. Był dla mnie wszystkim tym, czego dziecko potrzebuje i szuka w rodzicu. Autorytetem, opiekunem, doradcą, wsparciem - kwintesencją wzoru do naśladowania.

Do tej pory tak naprawdę nie pogodziłam się z tym, że go nie ma, ale z czasem jest łatwiej.

Tata był żołnierzem zawodowym. Z racji tego otrzymaliśmy z Bratem oraz Mamą rentę rodzinną, która pozwoliła nam przetrwać mając tylko jeden przychód na gospodarstwo domowe.

Nienawidziliśmy tych pieniędzy i nie muszę chyba dodawać, że oddałabym absolutnie wszystko, by zamiast nich mieć z powrotem ukochanego Tatę.

Skoro wstęp został nakreślony, do meritum:

Moja znajoma, nazwijmy ją pieszczotliwie "Kretynką" (gdyż z całą pewnością nie jest to ostatnia historia z nią związana), wiedząc doskonale, przez co przechodziłam po śmierci Taty i jak mocno wpłynęły na mnie wydarzenia z nią związane powiedziała - w obecności swojego ojca, a jego wzroku nie zapomnę nigdy - że:

"Fajnie masz z tą rentą, też chciałabym taką mieć".

Dziewczyna z zamożnego domu. Miałyśmy po osiemnaście lat, a ja niestety nie miałam w sobie na tyle charakteru, co teraz, by w jakikolwiek sposób jej odpowiedzieć.

I nie był to jedyny raz, gdy usłyszałam akurat to zdanie. Jednak od kogoś, kto w tamtym czasie określał się mianem mojej "bff" zupełnie się go nie spodziewałam.

przyjaciele

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 118 (126)

#82383

~Marquez88 ·
| Do ulubionych
Ostatnio wspominaliśmy z kolegą przy piwku czasy podstawówki i przypomniała nam się historia piekielnej nauczycielki.
Historii uczyła nas Pani Teresa, którą z dnia na dzień mąż zostawił dla młodszej kobiety (Pani Teresa mieszkała w tej samej miejscowości, w której mieściła się szkoła, więc wiedzieli o tym wszyscy). To wydarzenie Pani Teresa bardzo przeżyła, co chyba nikogo nie dziwi. Problem jednak polegał na tym, że jej problemy osobiste przełożyły się na pracę zawodową. Stała się kłębkiem nerwów, które wyładowywała na uczniach.

Lawinowo sypały się jedynki i uwagi. Lekcje historii stały się piekłem. Mimo, że wszyscy jej uczniowie(w tym ja) starali się jak mogli, przygotowując się do lekcji i grzecznie się na nich zachowując (tak, to były czasy, kiedy nauczyciel miał większy respekt), to i tak zawsze znajdował się powód, żeby nakrzyczeć i nastawiać jedynek. Ja i inne dzieciaki zaczęliśmy się skarżyć w domach. Rodzice porozmawiali między sobą, powymieniali informacje zasłyszane od swoich dzieci, i na najbliższej wywiadówce doszło do konfrontacji licznej grupy rodziców z historyczką.

Oczywiście nikt nie poruszał tematów jej życia osobistego, lecz powiedziano, że pogorszyły się znacznie oceny z jej przedmiotu oraz znacznie zwiększyła się ilość wpisywanych przez nią uwag, no i że jest to problem, który trzeba jakoś rozwiązać. Pani Teresa wyskoczyła z krzykiem na rodziców, że nie pilnują własnych dzieci, że te się nie uczą, że źle się zachowują, są źle wychowane itp. Rodzice próbowali protestować, mówiąc że tak nie jest, lecz historyczka dalej powtarzała swoje. W końcu jeden z ojców wstał i donośnym głosem powiedział coś w stylu: "To ja powiem bez owijania w bawełnę - wszyscy wiemy, od kiedy zaczęły się te problemy. Ja rozumiem, że przeżywa Pani ciężkie chwile, i bardzo Pani współczuję, ale nie widzę powodów, dla których pani problemy rodzinne, osobiste, miałyby się przekładać na zdrowie naszych dzieci, które z Pani lekcji wychodzą z płaczem. Proszę problemy osobiste zostawiać przed wejściem do sali, a jeżeli nie jest Pani w stanie poradzić sobie sama, to proszę skorzystać z pomocy specjalistów." Po tych słowach Pani Teresa wybuchnęła płaczem i wybiegła z sali.

Kilka osób naskoczyło na tego faceta, wypominając mu brak taktu i współczucia. On im jednak odparował, że nie pozwoli, aby problemy osobiste nauczycielki odciskały piętno na psychice jego dziecka, które płacze nad podręcznikiem od historii. Najlepsze jest to, że jego słowa najprawdopodobniej pomogły. Tuż po tej wywiadówce Pani Teresa poszła na zwolnienie lekarskie, które trwało do końca roku szkolnego. Z początkiem następnego przyszła nowa historyczka, a Pani Teresa, jak się okazało, przeprowadziła się, zmieniła otoczenie (kilka lat później słyszałem plotkę, że mieszka w pobliskim mieście, znalazła nowego mężczyznę, ale nie wiem, ile w tym prawdy).

Z jednej strony historia zakończona happy endem. Z drugiej zaś, aż boje się pomyśleć, ile osób zraziła do nauczanego przez siebie przedmiotu.

szkoła

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 154 (172)

#82397

(PW) ·
| Do ulubionych
Dzieci w restauracji.

Restauracja, w której pracuje, sąsiaduje z kilkoma innymi na tyle blisko, że odległość między tarasami poszczególnych lokali wynosi nie więcej niż kilka (-naście) metrów. W sobotnie popołudnie, gdy wszystkie te tarasy pękają w szwach u naszych sąsiadów usiadła sobie rodzinka 2+2. Chłopiec w wieku wczesnoszkolnym siedział grzecznie z rodzicami, a dziewczynka może 3-letnia została puszczona samopas na zwiedzanie sąsiednich tarasów. Przyłaziła do nas co rusz, kręciła się między stołami, siadała na wolnych krzesłach z tabletem w łapie i puszczała jakieś bajki na cały regulator. Wyganiam grzecznie raz, drugi, ósmy. Idę w końcu do kelnera od sąsiadów, mówię:

- Słuchaj, powiedz coś rodzicom tej małej, przychodzi do nas, przeszkadza gościom, zaczepia, robi burdel...

- Kurczę, już mówiłam, mała wcześniej latała u nas po całym lokalu, właziła kelnerom pod nogi, pchała się do kuchni, powiedzieć mogę, ale cudzych dzieci wychowywać nie będę...

- Jasne, spoko, dzięki.

Faktycznie coś tam rodzicom szepnął, ci popatrzyli w naszą stronę gniewnym wzrokiem, matka wzięła dzieciaka i posadziła na krześle koło siebie. Nie mija 10 min, młoda znowu zwiedza świat z nieodłącznym kompanem, tabletem, w rączce. Zaczyna być coraz śmielsza, zrzuca poduszki z krzeseł na ziemię, ściąga obrusy ze stołów. No nic, biorę za rękę, odprowadzam do rodziców i proszę o pilnowanie dziecka z wymienionych wyżej powodów. Odpowiedzi brak, znowu gniewne spojrzenie. Po kilku minutach cyrk zaczyna się od nowa. Tym razem młoda urządziła sobie zabawę w czołganie się pod ziemi pod stołami.

Pech chciał, że wypełznęła pod nogi mojej koleżance, która niosła talerze z jedzeniem. No i klops, koleżanka straciła równowagę, talerz wypadł jej z ręki, szczęście w nieszczęściu, nie na gówniarę, a na jej najlepszego przyjaciela - tablet. Mała w ryk, rodzice lecą do koleżanki z mordą. Standardowa dyskusja, jak tak można nie uważać, tu jest dziecko, coś pani narobiła, dawaj hajsy za tablet. Przyleciał szef, starzy drą mordę na całego, szef próbuje załagodzić sytuację, kuchnia naprędce przygotowuje żarcie od nowa. Szef oczywiście odmówił oddania kasy za tablet, przyjeżdża policja (!). Winy naszej się nie doszukali, to też wzięli państwa na stronę i coś tam dyskutowali.

Państwo niepocieszeni wrócili do swojego stolika. Mała parę minut później zaczyna rundkę, tym razem po tarasie sąsiadów z maminym telefonem w ręku...

gastronomia

Skomentuj (3) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 154 (162)

#82379

(PW) ·
| Do ulubionych
Korzystając z pięknej pogody, odwiedziłam moją kuzynkę (K). K mieszka z mężem (M) i dziećmi w domu jednorodzinnym. Najstarszy syn K ma 18 lat i właśnie przygotowuję się do egzaminu na prawo jazdy.

Młody bardzo chciał się pochwalić, co już umie, jego ojciec też. Wiadomo, dumny tata i w ogóle.

Chłopak dostał kluczyki i jeździł sobie w kółko. No super. Do czasu.

Po jakichś 30 minutach przy bramie zatrzymał się radiowóz. M ich wpuścił i zaczęła się rozmowa. Okazało się, że jednym z policjantów był ojciec kolegi młodego, więc trochę sobie wszyscy pogadali.

Otóż uprzejmy sąsiad zadzwonił na policję, że "gówniarz bez prawa jazdy jeździ samochodem i na pewno zaraz kogoś przejedzie". Nie powiedzieli, który sąsiad, ale tylko jeden przed przyjazdem radiowozu wyszedł z domu i niby przypadkiem ustawił sobie krzesło koło płotu.

Niby słusznie, prawda? Ale. Chłopak przez cały czas jeździł po zamkniętym podwórzu. K i M mają firmę transportową, więc jeździć jest gdzie bez wyjeżdżania na ulicę, dodatkowo całe podwórze jest pod obstrzałem kamer, więc gdyby ktoś się uparł, to dowód jest.

Nie wiem, co na celu miało wzywanie policji. Czy sąsiad liczył na jakąś gó**oburzę z nimi, czy tak fajnie jest "blokować" patrol, w razie gdyby na prawdę coś się działo.

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 126 (162)

Podziel się pozytywnymi historiami na
WSPANIALI.pl

Piekielni