Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

 

#62574

(PW) ·
| Do ulubionych
Zakupiłam w sklepie RTV EURO AGD maszynę do szycia. Jedną z najdroższych w ofercie. Powiem tylko, że maszyna kosztująca ponad 2 tysiące, komputerowa, marki Singer. Zamówiłam przez internet, odbiór w sklepie.

Na miejscu nie było nikogo, kto "się zna" na maszynach i nikt nie był w stanie mi jej sprawdzić. Dobra, nie ma problemu, sprawdzę sama. Podłączyłam wszystko.

Gra, trąbi. To pan tam wszystko spakuje, a ja pójdę zapłacić i wziąć fakturę. Zachwycona byłam uczynnością.

Maszyna zabrana, spakowana. W domu podłączam, a tu niespodzianka. Nie ma kabla zasilającego. Taki zwykły kabel, z jednej strony wtyczka z drugiej strony taka "dwurura".

Wybieram się do sklepu. Opowiadam. Ależ, przecież, bo to niemożliwe! To nie miało miejsca! Kabel na pewno jest. Urojenia mam.

Akurat pech chciał, że... dostałam ze sklepu internetowego prośbę o opinię. Napisałam, że jestem zadowolona, ale zrobiono ze mnie wariata a tak naprawdę - okradziono. Rozumiem, że koszt znikomy, ale jednak...

Moja opinia na drugi dzień została usunięta z "odpowiedzią sklepu". Identyczną jak pracownika! Jak kabel był to jest. A, że nie ma? To nie ich wina, to nie u nich, bo jak był to jest.

Nie powiedziałabym złego słowa, gdyby faktycznie pracownik powiedział "Przepraszam, zawieruszył się, już dokładam" a nie szedł w zaparte, że na pewno mam kabel i robię sobie 100 kilometrów do sklepu celem rozrywki i pozyskania kabla wartego może 15 zł.

Sytuacja miała miejsce w sklepie RTV EURO AGD, na pasażu marketu TESCO, przy ulicy Włókniarzy w Łodzi.
Za chwilę zamierzam zakupić kilka rzeczy do wykonywania fotografii, w tym wymarzony obiektyw. Moje pieniądze zostawię gdzieś, gdzie będę mogła liczyć na otrzymanie pełnego produktu, za który zapłaciłam.

rtv euro agd

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 433 (Głosów: 531)

#62474

(PW) ·
| Do ulubionych
Historii o współlokatorach było sporo. Nie mówię, że moja przebija pozostałe, ale z pewnością jest inna. Bo czy ktoś prowadził wojnę z całą (choć pokręconą) ideologią w ciele niewielkiej kobiety? Dramat w czterech aktach.

PROLOG

Jakiś czas temu kupiłem mieszkanie. Nie apartament, nie penthouse, tylko 3 pokoje w ramie H z lat '60. Wyremontowałem, zaaranżowałem i mieszkam. A że kredyt ciąży, zdecydowałem się na znalezienie współlokatora. Jednak zamiast dawać ogłoszenie w internetach, zaciągnąłem języka wśród znajomych, czy ktoś nie poszukuje lokum na cito.

Po dwóch dniach spotkałem się z siostrą kuzynki ze strony szwagra bratowej dziewczyny dobrego kumpla mojego kumpla. Nie wiem skąd wygrzebali takiego pociotka, ale wywnioskowałem, że dziewczyna naprawdę potrzebowała pokoju na dobrych warunkach, skoro rozpuściła wici tak daleko.

Dziewczę o dumnym imieniu Marlena wywarło na mnie dobre wrażenie. Sympatyczna, uśmiechnięta, energiczna. Może trochę zakręcona (wiecie, sto wisiorków i ciuch z firanki w zestawie z glanami z kolorowymi sznurówkami), ale dogadaliśmy warunki, pokój się spodobał tak samo jak wysokość opłat, więc podpisaliśmy umowę. I tutaj zaczyna się seria mniejszych i większych szpilek wbitych w mój zad. Ale po kolei.

AKT I

Punktem pierwszym było obudzenie mnie o 3 w nocy, kiedy spałem smacznie po ciężkim dniu w pracy. Czym zostałem obudzony? Krzykiem i płaczem, i to o takim natężeniu, że człowiek ma ochotę wejść pod kamień z nadzieją, że tam go nie znajdą. Ale jako facet poszedłem sprawdzić co się dzieje. Co się okazało? Redagując artykuł na stronie fundacji dla której pracowała, Marlena natrafiła na filmik przedstawiający ubój rytualny. Dostała spazmów, bezdechu, histerii, palpitacji serca i rozdwojonych końcówek. Uspokoiłem ją, zaproponowałem herbatę. Siedzieliśmy do rana. 4 godziny słuchania o bezdusznych oprawcach, masakrach zwierząt, występnej naturze ludzkiej i zagładzie ku której zmierzamy. Na każdą delikatną sugestię, że może by tak pójść spać, Marlena purpurowiała i groziła powodzią. O 8:00 wyszedłem do pracy i chciałem włożyć do stacyjki klucze od domu. Pojechałem taksówką.

AKT II

Sytuacja numer dwa to raczej trend niż jednorazowe zdarzenie. Okazało się bowiem, że jestem faszystą, Hitler mógłby się ode mnie uczyć antyludzkiej postawy i powinni mnie prewencyjnie zamknąć. Dlaczego? Bo jestem kibicem. Bo chodzę na mecze, a jak nie chodzę to oglądam z kumplami w barze lub w domu. Bo mam koszulkę, szalik i tatuaż. Starałem się puszczać to mimo uszu, ale takie litanie wypowiadane przez cały dzień meczowy od samego rana są irytujące jak ujadanie wkurzonego ratlerka. Aż chce się oblać lodowatą wodą, prawda?

AKT III

Trójką w tym zestawieniu jest moment, w którym naraziła mnie i moją firmę na niemałe koszta. Całą załogą byliśmy przez tydzień w terenie. Od kolejnego tygodnia mieliśmy wejść z pracami w miejsce, gdzie BHP było ważniejsze niż Biblia, Koran i Talmud razem wzięte. Musiałem zaopatrzyć chłopaków w odpowiednie ubrania ochronne. Pojawił się jednak problem z dostępnością, ale w hurtowni zobowiązali się ściągnąć wszystkie potrzebne rzeczy i dostarczyć w terminie. OK, czekamy na informacje ze sklepu.

Pewnego dnia dostaję telefon od dostawcy, że dotarły na magazyn zamawiane przeze mnie ubrania i buty. Nie wiedzą tylko gdzie je wysłać. Cóż, siedziba pusta, bo wszyscy ze mną. No to zaprzęgniemy Marlenę do odbioru przesyłki w domu. Telefon z pytaniem, czy mogłaby odebrać, gwarancja tego, że kurier wniesie wszystko na górę itd. Nie ma sprawy, załatwi to. Nie załatwiła. Dlaczego? Bo na liście przewozowym było napisane "Buty ochronne skórzane model XXXX". Skórzane to zło, ona odebrać nie może, bo to tak jakby wspierała mordercę. Paczki wróciły na magazyn firmy kurierskiej, dotarły do mnie dwa dni po planowanym rozpoczęciu prac.
Efekt: przed pierwszym wbiciem szpadla potrącone z kontraktu za dwa dni opóźnienia. Marlena oddała mi pieniądze w ratach. Stosunki między nami popsuły się diametralnie.

AKT IV

Czwarte zdarzenie tak mi podniosło ciśnienie, że koło od Stara napompowałbym ustami do 8 barów. Otóż dostałem od znajomego comber jeleni. Ucieszyłem się jak dzieciak, bo lubię takie frykasy. Szykował mi się akurat kilkudniowy wyjazd poza miasto, więc zamarynowałem mięso z myślą, że jak wrócę to od razu wrzucę je na blachę i wieczorem będę się delektował smakowitym pieczystym. Po powrocie zaglądam do lodówki, a tu Zonk. Nie ma wędliny. Nie ma kiełbasy i kurczaka. Mleka nie ma i masła też nie ma. I co najgorsze - nie ma mojego jelenia! Marleny również nie było w domu, ale do niej mogłem chociaż zatelefonować. Co się okazało? Że Marlena wprowadza w domu dietę wegańską i wyrzuciła wszystko, czego nie można do niej zaliczyć. Zaniemówiłem na chwilę. Kiedy odzyskałem głos i wątek zapytałem, jakim prawem coś takiego zrobiła. Dowiedziałem się, że ona ma w sobie więcej moralności i empatii niż ja i w związku z tym jej obowiązkiem jest sprowadzenie mnie na drogę wolną od niepotrzebnego cierpienia. Obcesowo odparłem, że ona będzie cierpieć, jeżeli jeszcze raz zrobi coś podobnego. Pokłóciliśmy się ostro. Po raz pierwszy użyłem argumentu, że to ona mieszka u mnie, więc ma przestrzegać moich zasad. Wydawało się, że zrozumiała.

EPILOG

W piątek wróciłem z pracy i w lodówce przywitało mnie echo. Zakłócane było jedynie jakąś dziwną śmierdzącą breją stojącą w garnku na honorowym miejscu i opakowaniem tofu (swoją drogą, sama nazwa mnie odrzuca - zdaje się mówić prewencyjnie "To jest FU"). Marlena dziwnym trafem znów była poza domem. Telefon wykonałem, zj****em jak rudego węża. Dowiedziałem się, że jestem nieczułym barbarzyńcą, że ona niesie mi światło i chce uwolnić od zła, które wyrządzam zwierzętom, a ja tego nie doceniam i najwyraźniej jestem tak przesiąknięty okrucieństwem, że nie ma dla mnie ratunku. Poinformowała mnie, że się wyprowadza i nie ma zamiaru dłużej przebywać ze mną pod jednym dachem. Cóż, twoja wola. Wypłaciłem w bankomacie równowartość ostatniego czynszu (a niech ma, nie zbiednieję), przygotowałem formularz rozwiązania umowy najmu i czekałem na jej powrót. Wybłagała u mnie (czyli strasznego barbarzyńcy) dwa dni na zorganizowanie sobie noclegu. Dzisiaj rano się wyniosła, a ja odetchnąłem z ulgą.

Ja rozumiem przekonania, poglądy i indywidualny system wartości. Ale tego typu rzeczy powinny być jak dupa: każdy jakąś ma, ale niekoniecznie trzeba ją pokazywać i mówić, że najładniejsza.

mieszkanie

Skomentuj (40) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 697 (Głosów: 759)

#62491

(PW) ·
| Do ulubionych
Dziś będzie o Zdzisiu. Zdzisio zawsze miał ciągoty ku różdżkarstwu, chiromancji, medytacji itp. Z czasem nabrał przekonania o własnej "mocy". To co z początku było niewinnym hobby przerodziło się w obsesję męczącą dla otoczenia.

Zdzisio położnik.
Nasza wspólna znajoma -Justyna- zaszła w ciążę. Wszyscy gratulowali, zaś Zdzisio wygłosił wykład na temat szkodliwości badań usg, niekompetencji lekarzy, cyklu księżycowego itp. On wyznaczy bezbłędnie termin porodu, który będzie trafny w 100%, a my niedowiarki przekonamy się jaką on ma wiedzę, potęgę i moc. Zadał Justynie kilka pytań, o coś zapytał jej mamę, podumał podumał i dumny obwieścił, że to będzie 18 sierpnia. Raz na jakiś czas telefonicznie sprawdzał postępy ciąży i powtarzał,że dziecko urodzi się 18. Justyna trochę się zasugerowała zdzisiowymi przepowiedniami. Jak nadszedł ten dzień, była w sumie przygotowana na poród i trochę się denerwowała. Nic się nie działo przez kilka kolejnych dni, a Zdzisio zamilkł. Dziecko urodziło się 10 dni po zdzisiowym terminie, zdrowe i piękne. Oczywiście ogromna radość rodziny i znajomych, jak to zwykle w takich wypadkach. Nagle do młodej mamy dopada Zdzisio. To jej wina, zepsuła jego przepowiednię, bo pewnie jakieś proszki na wstrzymanie brała, uda złośliwie zaciskała żeby tylko w zdzisiowym terminie nie urodzić. Mama Justyny też usłyszała zarzuty, że pewnie coś pokręciła w odpowiedziach i to też jej wina. Nam, znajomym, też się dostało, bo niedowiarki jesteśmy, Zdzisio termin dobrze wyznaczył tylko dziecko się nie dostosowało. Następne ciąże koleżanek były ukrywane przed Zdzisiem.

Zdzisio dietetyk
W weekend Zdzisio mnie odwiedził. Akurat w porze obiadowej, więc zapytałam czy zje z nami. No w drodze wyjątku zje, bo pora nieodpowiednia, bo powinno się jadać wieczorem, jak w Grecji czy Włoszech. Były gołąbki, ziemniaki, kompot i szarlotka. Ziemniaki do niczego, bo je obrałam, powinnam tylko umyć. Gołąbki do niczego - ryż nie komponuje się z mięsem, a kapusta to już całkiem nie w temacie. Kompot tylko rozwodni soki trawienne. Szarlotka do niczego, bo dodałam proszku do pieczenia... Po tym wykładzie zjadł wszystko z apetytem i poprosił o dokładkę. W czasie obiadu zabawiał współbiesiadników opowieściami. Ot np jak usuwał tasiemca. Bo to trzeba dynię kupić, pestki wybrać, zmielić, zjeść w odpowiednich proporcjach. Wtedy tasiemiec zdechnie. I tu zaczyna się problem, bo jak zdechł w zdzisiowych kiszkach i się rozkładał a Zdzisia głowa bolała i musiał... oszczędzę dalszych obrazowych opisów zdechłego tasiemca i zdzisiowych perypetii z truchłem. Dość, że niezbyt prędko skuszę się na gołąbki.

Zdzisio energetyk.
Po obiedzie miałam już serdecznie dość,a Zdzisio niezrażony zaproponował, że wyreguluje energię w mojej rodzinie. Nie wiem, co miał na myśli. Dałam mu klucze od piwnicy i powiedziałam, że tam są liczniki i korki - niech reguluje ile chce tylko niech plomb nie zrywa. Zdzisio tylko fuknął coś pod nosem i odjechał.

Skomentuj (32) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 424 (Głosów: 472)

#62497

(PW) ·
| Do ulubionych
Od 3 tygodni mieszkam z zupełnie obcą dla mnie dziewczyną - Natalią w mieszkaniu dwupokojowym. Natalia ma 20 lat i studiuje na pierwszym roku.

Dziewczę to jest niezwykle niezaradne, nie potrafi robić podstawowych rzeczy w domu, począwszy od gotowania, na sprzątaniu skończywszy.

Przez pierwszy tydzień żywiła się waflami ryżowymi z serkiem, jak się potem dowiedziałam nie umiała zrobić kanapek, o obiedzie nie wspominając.
Codziennie dzwoniła do rodziców i mówiła, że tęskni za obiadami, z tego co zrozumiałam mama podpowiedziała jej, żeby zrobiła spaghetti. Natalia usiadła przed mięsem, makaronem oraz sosem i nie wiedziała jak połączyć składniki.

A dziś [N]atalia przebiegła do mnie i mówi:
[N]: Nie ma światła w łazience, chyba żarówka się spaliła. Jak my będziemy żyć bez światła?
[J]: No to wystarczy kupić żarówkę, a potem ją zmienić...
[N]: A UMIESZ?!!!

współlokatorzy

Skomentuj (63) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 555 (Głosów: 633)

#62493

(PW) ·
| Do ulubionych
Komunikację miejską każdy uwielbia. A "wiejską" to już w ogóle.
Busik przejeżdżający na trasie przez różne gminy, a co gmina to inna strefa biletowa, są też bilety na parę gmin.
Na strefę pierwszą mam bilet miesięczny, toteż beztrosko sobie jadę, aż do momentu ostatniego przystanku w owej. Wtedy też udaję się do kierowcy:

- Dzień dobry, ulgowy na gminę drugą poproszę.
Kierowca drukuje mi ten łączony na obie strefy, dwa razy droższy. No nie zbankrutuje na tych groszach, ale z zasady nie lubię za coś płacić dwa razy.
- Na samo Piekiełko poproszę.
- Widziałem przecież, że w Piekle wsiadałaś!
- Ale na Piekło mam miesięczny...
- Nie szkodzi, bo teraz już jesteśmy w Piekiełku i nie masz.
No istotnie, już wjechaliśmy, może dlatego właśnie próbuje kupić bilet?
- Co wobec tego według pana powinnam zrobić, żeby nie płacić podwójnie?
- Wysiąść na ostatnim przystanku w Piekle, przejść na piechotę do Piekiełka i wsiąść jeszcze raz.

No pędzę.

komunikacja_miejska

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 344 (Głosów: 386)

#62487

(PW) ·
| Do ulubionych
O tym jak zrobić ludzi w konia i umywać rączki.

Mój Ojciec jest rolnikiem. Własnej ziemi posiada ok. 40 ha, jeszcze jakąś ilość dzierżawi.
Zdarzyło się tak, że mieszka niedaleko Wisły. (3-4 km)
Między jednym wałem przeciwpowodziowym a rzeką znajdują się pola które to właśnie Ojciec i kilku innych rolników dzierżawili od gminy.

W tym roku okazało się, że umowy które posiadali wszyscy dzierżawcy, spisane z gminą są... nielegalne.
Bo właścicielem ziemi jest ARMIR (Agencja Restrukturyzacji i Modernizacji Rolnictwa).
Z ARMIR nikt umowy nie podpisał.
Groźba wysokich grzywien, wszyscy chodzą jak zbici mokrą szmatą przez miesiąc.
Gmina upiera się że ich umowy są legalne, odszukano jakieś dokumenty, niby wszystko gra.
Ano, nie gra. Bo ARMIR żąda pieniędzy za czas użytkowania ziemi. Nieważne, że wszyscy płacili do gminy należności za ten okres (dla niektórych to dobre 10-15 lat i więcej).
Do mojego Ojca przyszło w tym miesiącu pismo w którym domagają się bagatela 67 000 złotych. To i tak nic, bo sąsiad dostał dwa razy tyle.

Sprawa w toku, zbiorowa próba rozwiązania sprawy, wynajęty prawnik od samego początku sprawy, tj. styczeń tego roku. Co będzie dalej, zobaczymy.
Szkoda tylko, że człowiek który uczciwie pracuje, nie robiąc nic z myślą o szkodzie dla kogokolwiek musi się martwić, a gmina umywa rączki.

Pani wójt odcięła się od sprawy i walczy o swoje na własną rękę, żeby wymigać się od odpowiedzialności.

polska wieś

Skomentuj (26) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 430 (Głosów: 466)

#62486

(PW) ·
| Do ulubionych
Popularny serwis ogłoszeń lokalnych.
Wystawiam krzesło biurkowe obracane, mimo swoich lat było w bardzo dobrym stanie. Marka dobra, kosztowało dużo pieniędzy, to nie jakieś tam krzesło z marketu. Pomyślałem, że oddam za darmo komuś potrzebującemu, nie miałem czelności chcieć za nie jakichkolwiek pieniędzy.

W ogłoszeniu napisałem, że wolałbym oddać osobie potrzebującej, której budżet nie pozwala na zakup takowego siedzenia np dla swojej pociechy. Kilka zdjęć, dobry solidny opis, informacja, że należy to krzesło trochę wyczyścić i poszło!

Wbrew oczekiwaniom ludzie wcale się o nie nie bili, ale pojawiają się powoli chętni.
Pierwsza Pani przyjedzie po te krzesło za dwa tygodnie, ok? Yyy, ok, jeśli te krzesło jeszcze będzie to OK.
Propozycja od położonego 400 km Ełku abym je ładnie spakował i wysłał bo jak narażę się na koszt kilkunastu złotych to przecież nic mi się nie stanie?

Ale, pojawia się mój wybawca i zbawiciel - pisze do mnie tylko smsami, że on te krzesło może ode mnie zabrać. Umawiamy termin i przyjeżdża. Auto ledwo kilkuletnie za kupę forsy? Potrzebujący? Może za dużo zapłacił za samochód i brakuje mu na życie? Nie wiem, poczułem się dziwnie oddając krzesło "potrzebującemu". Moje auto ma kilkanaście lat i poczułem, że to ten "biedniejszy" daje "bogatszemu". Zniosłem jeszcze z 3 piętra, Pan pooglądał i zabrał.

Tak się generalnie kończą takie transakcje, ale nie tutaj...
Mija godzina odkąd mam więcej miejsca na strychu aż tu nagle sms. kto pisze? Pan [P] Piekielny, [J] Ja
[P] Coś mi pan k***a wcisnął??!!
I szok, nie wiem czy to do mnie, może się pomylił?
[J] Co panu wcisnąłem?
[P] Taki chłam mi pan wcisnął!!

Dalszej wymiany nie warto pisać, natomiast pan miał pretensję, że jeszcze mu nie wyczyściłem, bo brudne było!

Mam jeszcze kilka innych rzeczy i zastanawiam się, czy nie prościej będzie jak zniosę je do kontenera...

Olkusz

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 296 (Głosów: 350)

#62478

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia ku przestrodze dla wszystkich, którzy chcieliby wymienić sobie drzwi w mieszkaniu i natrafili na firmę Drawex z Trójmiasta.

Zamówienie.

Moja mama od dawna nosiła się z zamiarem wymiany drzwi pokojowych. W lutym br. podjęła decyzję, wykręciła numer podany na wizytówce Pana P*********ego [PP] z w/w firmy.
Nadszedł dzień pomiarów. Wszystko cud malina. Czegóż to PP nie obiecał i nie wychwalał. Zaliczka wzięta, montaż za kilka tygodni, bo producent musi wykonać drzwi na zamówienie (niestandardowa wysokość).

Mija powoli czas oczekiwania, mama w międzyczasie dzwoni czy będą te drzwi czy nie. Dowiedziała się, że 3 z 4 drzwi dotarły. Czemu nie wszystkie, to tego PP nie potrafi wyjaśnić. Mimo wszystko montaż nastąpił w ciągu 2 dni od informacji.

Montaż.

Wszystko wyglądało w porządku, aż do momentu przymierzania drzwi. Okazało się, że są za długie! No to jak to się ma do informacji przy zamówieniu, że będą wykonane na wymiar? Stolarz #1 podśmiewa się i twierdzi, że oni zawsze w standardzie dostają i sami przerabiają. Miło. Drzwi podcięto, jednak jednych nie zaflekowano i zaczęły haczyć, co groziło ich zniszczeniem. Niestety zauważone to zostało kilka dni po montażu, więc trzeba było wykonać telefon w sprawie reklamacji, wg umowy obowiązującej przez rok od zamontowania drzwi.

Pierwsza reklamacja.

I tu zaczęły się schody. Już nikt z firmy nie był miły, PP zaczął być opryskliwy, obiecywał oddzwonić lub przekazać informację stolarzowi. Nikt nie oddzwaniał. Dzwoniliśmy więc ponownie. Przestał odbierać. Skontaktowaliśmy się wówczas z osobą, na którą firma jest zarejestrowana. Początkowo też był opryskliwy, kazał pisać reklamację do producenta itp. Dopiero poinformowany, że skontaktujemy się z UOKiK, spuścił z tonu i stolarz przyjechał zaflekować drzwi.

Druga reklamacja.

Po niespełna 2 miesiącach jedne z drzwi przestały się zamykać. Trzeba było nieźle szarpnąć, żeby zmieściły się w futrynie. Jak nic napuchły. Kolejne telefony, kolejna przeprawa. Przyjechał stolarz #2, zrobił wszystko na miejscu, jest cacy.

Trzecia reklamacja.

Kilka dni temu, czyli niespełna pół roku od montażu, napuchły 2 pary drzwi. Telefon 7.10 (wtorek) – PP niechętnie obiecuje, że stolarz skontaktuje się z nami najpóźniej do soboty. Do dzisiaj (13.10) nikt nie dzwonił. Mama już zdenerwowana, bierze trzy wdechy żeby PP nie roznieść i dzwoni ponownie. PP oddzwoni. Nie oddzwania. Dodzwania się za to mój tata. Zdecydowanym tonem pyta, kiedy będzie stolarz. PP każe pisać reklamację i czekać 30 dni na jej rozpatrzenie. Dzwoni ponownie mama, niemalże błagać, żeby zrobili te nieszczęsne drzwi. PP zaczyna krzyczeć, że rzekomo został zbluzgany i on odwołuje stolarza, o! Zaczęła się sprzeczka, w końcu PP dał numer do jakiegoś montera. Mama nauczona doświadczeniem upewnia się, czy to aby prawdziwy numer do stolarza. PP odpyskowuje ironicznie, że nie – do piekarza!

Po kontakcie z właścicielem podanego numeru okazało się, że stolarzem #3 jest znajomy mojego taty. PP dowiedział się o tym, kiedy zadzwonił do stolarza #3 akurat podczas wizyty u nas. Drzwi mają być jutro zabrane. Ciąg dalszy pewnie nastąpi.

[Edit 20.10.2014]

Telefony milczą lub są odrzucane. "Stolarz" #3 (okazało się, że ten Pan nigdy stolarką się nie zajmował) nie pojawił się po drzwi. Zabawa w reklamacje trwa w najlepsze...

Trójmiasto

Skomentuj (3) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 155 (Głosów: 207)

#62477

(PW) ·
| Do ulubionych
Ja - Halo? Straż miejska?

SM - Tak, słucham.

Ja - Od 3 dni stacjonują u mnie pod bramą 3 psy, nie są z naszej wsi, już sprawdziłam, z każdym dniem stają się coraz bardziej agresywne, mogli byście Państwo coś z tym zrobić?

SM - Jest wśród nich biszkoptowy labrador?

Ja - Nie.

SM - To dziękuję, do widzenia.

Trzask słuchawką.

Ja - ??????????????

...

Ja - Witam, przed chwilą dzwoniłam w sprawie tych bezpańskich psów pod moją bramą, Pan nawet nie wziął adresu, żeby wiedzieć gdzie hycli podesłać.

SM - To proszę adres.

Dyktuję.

Minęły 3 dni, nikt się nie pojawił, psy ujadają jak szalone.

Wchodzę na Google i szukam kontaktu do jakiegoś hycla albo do schroniska.
Nie mogę znaleźć. Wchodzę na na naszą wiejską stronę internetową i co widzę?
W skrócie:
Zaginął "Fafik", biszkoptowy labrador, nagroda za informację gdzie się znajduje - 1000 zł.

policja

Skomentuj (16) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 348 (Głosów: 418)

#62470

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia bardziej śmieszna, aniżeli piekielna. Sprzed kilkunastu miesięcy.

Miejsce: Callcenter IT.

Idę sobie przez biuro i słyszę kolegę, mówiącego z absolutnie kamienną miną, kamiennie spokojnym głosem:

- Nie, proszę pani, Caps Lock nie może być znakiem w pani haśle.

Już po tym dostałem ataku śmiechu, ale dobity zostałem ciągiem dalszym, wypowiedzianym tym samym, 100% opanowanym głosem:

- Nie, proszę pani, Shift i Control też nie...

Ot, miła pani gdzieś w Anglii znalazła niezawodny sposób na proste do zapamiętania ale trudne do złamania hasło: cała lewa kolumna klawiszy na klawiaturze... włączając w to Escape i Tab.

call_center

Skomentuj (19) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 227 (Głosów: 299)

Podziel się pozytywnymi historiami na
WSPANIALI.pl

Piekielni