Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

 

#76790

~Azalea ·
| Do ulubionych
Płynąc na fali wpisów z kategorii „zima znów zaatakowała, na ulicach więc roi się od bezdomnych i ubogich naciągających na drobne”, postanowiłam dodać i swoją cegiełkę.

Sytuacja sprzed 2 dni. Godzina 21:15, właśnie wychodzę z pracy w jednym z mniejszych centrów handlowych w mieście. Co ważne, „zwykłe” sklepy (drogerie, księgarnie, restauracje, butiki itp.) są czynne do 21, a supermarket jest otwarty do 22.

Naprzeciwko kas marketu zaczepia mnie chłopak - na oko 16-17 lat, niewysoki, chudy, opatulony w poszarpaną i znoszoną kurtkę, kaptury i szalik. No generalnie nie wyglądał na okaz dobrostanu i radości. Podchodzi do mnie i z oczami rannego jelonka oraz głosem konającego na polu bitwy żołnierza mówi, że zbiera na ciepły posiłek. Żal mi się zrobiło chłopaka, myślę sobie: mam jeszcze jakieś pół godziny do zamknięcia, to wejdę i kupię mu coś do jedzenia (market ma kącik restauracyjny z ciepłymi daniami).

Mówię młodemu, zgodnie z prawdą, że drobnych nie mam (zły nawyk, ale wszędzie i za wszystko płacę kartą, nieraz po 2 tygodnie chodzę z 50gr w portfelu), ale mogę mu coś kupić. Na co chłopak odpowiada zrezygnowany „Nie, nie” i odchodzi. No to ja stoję wryta przez 3 sekundy, po czym myślę 'No to nie, prosić się nie będę, żeby pomóc”. Ale! To nie koniec.

Idę do wyjścia z galerii, wychodzę, a tu kolejny chłopak 16-17 lat, lepiej zbudowany (wysoki, postawny), ale też w zniszczonych, znoszonych ciuchach pyta czy mam drobne, bo zbiera na ciepłe jedzenie. No k***a, krew mnie zalała. Już oczywiście zwęszyłam szwindel, prawdopodobnie razem się tam przywlekli, ale pomyślałam 'A co, mogę zagrać w tę grę. Zobaczę jaka będzie reakcja tego gościa, chociaż doskonale już znam odpowiedź'. I z anielskim uśmiechem mówię, że niestety, ale mam przy sobie tylko kartę. Nawet nie zdążyłam dokończyć zdania „...ale mogę Ci kupić coś do jedzenia”, a gówniarz bez słowa odwrócił się do mnie dupą i poleciał nękać jakiegoś faceta, który wysiadł z samochodu.

Oczywiście, nie mówię, żeby w ogóle olewać bezdomnych i ubogich. W życiu różnie bywa. Są tacy, co naciągają, a są tacy, którym życie naprawdę dało w dupsko i nie mogą odbić się z dna. To od nas zależy czy i komu postanowimy pomóc, ryzyk-fizyk. Ja sama jestem litościwa d**a i często ktoś mnie na coś naciągnie (a to drobne, a to jedzenie). Rzadko niestety mamy pewność, czy dana osoba jest naprawdę potrzebująca.

Dlatego tak ku przestrodze. Już lepiej regularnie wpłacać (chociażby grosze) na jakąś sprawdzoną organizację lub wspomagać schronisko/noclegownię dla bezdomnych. Tak przynajmniej mamy pewność, że pieniądze, na które my ciężko harujemy, nie trafią do jakiegoś darmozjada, który naciągnie dziennie w ten sposób 5 osób i już ma prowiant i popitkę na wieczór.

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 95 (Głosów: 107)

#76786

(PW) ·
| Do ulubionych
Dziś na zajęciach poruszyliśmy temat YOLOCAUSTU (dla niewtajemniczonych - grafik przerobił zdjęcia ludzi robiących sobie głupawe zdjęcia przy pomnikach ofiar holocaustu lub w muzeum Auschwitz i wkleił ich sylwetki na zdjęcia stert zwłok i więźniów). Zarówno prowadząca jak i cała grupa wyraziła oburzenie dla ich głupoty.

Jedna z dziewczyn, do tej pory niezainteresowana dyskusją, odwróciła się, spojrzała na wyświetlane zdjęcia, po czym uhahana powiedziała:
- O, ja też tam sobie robiłam takie zdjęcia!

Puenty nie będzie.

Uniwersytet

Skomentuj (28) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 113 (Głosów: 161)

#76748

(PW) ·
| Do ulubionych
Wspominałam już, że jestem prawie przy końcówce ciąży - 7 miesiąc w toku. Dziś byłam na badaniu cukru (badanie polega na wypiciu dużej ilości glukozy, pobraniu krwi, odczekaniu pewnego czasu, ponownym pobraniu krwi- tak w skrócie). Źle te badania znoszę - ale to już nie pierwsze więc jakoś się na nogach trzymałam.

Po pobraniach wstąpiłam do aptek - po kosmetyki, po witaminy i masę leków dla mnie i bliskich. W jednej z odwiedzonych przeze mnie zrobiłam częściowe zakupy - typu wit. C (które kosztują jakieś 2 zł za opakowanie - zaopatrzyłam się w kilka blistrów), leki przeciwzapalne. Suma zakupów niewielka, naprawdę. Jednak większości nie udało mi się w pierwszym miejscu kupić, gdyż nie było na stanie parunastu rzeczy, które chciałam, które mam sprawdzone, a zamawiać też mi było nie na rękę, toteż zaszłam do drugiej apteki - takiej lepiej wyposażonej, jakieś 20m dalej.

Skórę mam niesamowicie wrażliwą, można rzec 'prawie atopową' - podrażnienia powodują mi nawet niektóre kremy dla dzieci, oliwki itd, więc zaopatruję się w kosmetyki sprawdzone, które może są nieco droższe, ale bardziej wydajne i dobre jakościowo. Podobnie mam z witaminami, suplementami - a że często jest tak, że w lekach pełno innego syfu, którego kupować i przyjmować nie chcę, to wybieram zaufane marki.

Powybierałam kremy, rzeczy do wyprawki szpitalnej, prezenty z uwagi na zbliżające się święta naszych seniorów. Siebie też zaopatrzyłam w witaminy, shoty magnezowe, potasy itp, - jako że badania nie za ładne wyszły pod tym kątem.
Wszystko kosztuje - wiadomo. Panie farmaceutki uwinęły się, nabiły, ja zapłaciłam. Wszystko ładnie, pięknie, prawda?

Zbieram się do wyjścia - łapie mnie ochroniarz. Znam faceta, miły, dobry, uśmiechnięty. Prosi mnie o okazanie toreb i torebki. Idziemy do "pokoiku" (bardziej wnęka z drzwiami na obszar apteki) - ludzie patrzą na mnie spode łba, cóż... Nie robię scen, to jego praca.
Po nas do pokoju wpada jego 'szef', zaczyna na mnie krzyczeć, że mam wszystko z kieszeni powykładać i toreb i oni dzwonią na policję. Ja nie wiem co jest grane. Okazuje wnętrze toreb: dwa słoiczki, dresy, dwa kocyki dla zwierząt z Pepco, w torebce mojej prywatnej 4 x wit. C ( z poprzedniej apteki), syrop prawoślazowy, echinasal i paracetamol.

Koleś wyskakuje do mnie z mordą (za przeproszeniem, ale nie znoszę jak ktoś na mnie krzyczy), że czemu to ukradłam i krzyczy, i wrzeszczy, i się pieni. Ja próbuję tłumaczyć, że to nie od nich, że paragon niech zobaczy - a ten wyczes dalej swoje, że tak nie można, że muszą wezwać policję. Do tego nakazuje okazanie kieszeni. Wszystkich, nawet tych w bluzie pod bluzą i pod swetrem (w końcu na dworze -5*) i zaczyna mnie obmacywać, głównie po wystającym brzuchu (może nie jakoś nachalnie, ale jednak... zdziwienie straszne z mojej strony. Nie wiem czy prawo takie w ogóle posiadał).

Mówię gościowi, żeby mnie zostawił i spuścił z tonu, bo mnie stresuje, ja po badaniu i że nie życzę sobie oczerniania mnie na oczach ludzi, bo drzwi do kanciapy nie raczył zamknąć, a że godziny szczytu to i ludzi sporo w aptece.

Buc sobie ubzdurał, że ukradłam witamin i leków za 20 zł. Tłumaczę mu, że nie widzę jednak sensu - bo zapłaciłam u nich 20x więcej, to na co mi kraść produktów za taka sumę i żeby się ogarnął i skończył biadolić. Nie skończył. Ale zerknął na paragon i rzecze coś w stylu: "A skąd ja mogę wiedzieć, że to z tamtej apteki? Poszłaś do domu, zostawiłaś i tu przyszłaś nakraść".

Tu mi ciśnienie skoczyło. Bo i gorąco - ubrana na cebulkę byłam, bo zima w końcu za oknami, głodna, dziecię w brzuchu dokazuje, a jakiś kretyn mnie osądza o kradzież.
Pokazuję mu opakowania produktów z ich apteki, że jest nalepka z nazwą przybytku, kodem, na tamtych nie ma owej naklejki, tylko cena, nic więcej. Pacan nie rozumie. Ochroniarz znajomy prosi i sugeruje, że może pomyłka jednak. Też mu się dostało, bo 'podważa autorytet szefa' a to jest straszna zbrodnia. :D
I musiałam czekać. Na policję. Ponad godzinę. I nawet wody nie mogłam się napić, bo skąd? Jak poprosiłam to buc mi odmówił. Pilnował mnie, jakbym co najmniej nakradła towaru za tysiące zł. Moją prośbę o picie zbył tym, że 'trzeba było nie kraść'. Czułam się upokorzona, bezsilna i zwyczajnie było mi przykro.

Policja przybyła. Nawet przeprosili mnie, powiedzieli, że gdyby znali zarys sytuacji przyjechaliby szybciej. Dodali otuchy, że to nie powinno tak być i czy nie potrzebuję czegoś. Miłe chłopaki.
Pani farmaceutka nawet mi wody przyniosła na koniec i pufę, zaproponowała zmierzenie ciśnienia i pomoc. Doceniam. Naprawdę.
Ale co z tego? Skoro ludzie, którzy byli tam, sąsiedzi, znajome twarze, pewnie swoje pomyśleli.

Także dziękuję szefowi ochrony apteki. Za stracony czas. Za nerwy. Za chęć puszczenia bełta. Za to, że jest na tyle super, że nie potrafi ogarnąć prostej rzeczy i z ciężarnej, osłabionej lekko kobiety zrobił pośmiewisko. Brawa. Order Niecodziennego Zaangażowania Ochrony się mu należy. I nawet przepraszam nie usłyszałam.
Apteka tania - ceny czasem o 40% niższe niż gdzieś indziej, więc szkoda by było ją zmieniać, ale niesmak pozostanie ogromny.

apteka ochrona policja usługi

Skomentuj (35) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 209 (Głosów: 267)

#76749

(PW) ·
| Do ulubionych
Witam, historia Clary(#76744) zainspirowała mnie do opisania doświadczeń w moim ostatnim miejscu pracy.

Do niedawna pracowałam sprzedając bilety na wycieczki po stadionie piłki nożnej "Mestalla" w hiszpańskiej Walencji.
Codziennie obsługiwałam ludzi wszelkich języków i narodowości, zazwyczaj były to osoby miłe, ale zawsze musi się trafić wyjątek od reguły, gdyby nie to, nie byłoby tej historii.

1. Ja jestem najważniejsza - Młode małżeństwo z dzieckiem podchodzi zapytać o cenę biletów. Usłyszawszy kwotę, krótko się naradzają, jednak stwierdzają, że to za drogo, o czym w niezbyt miły sposób mnie informują. No cóż, ja cen nie ustalam i nie mnie nie oceniać, że kobieta w ciuchach będących co najmniej trzykrotnością mojej pensji, nie ma 20 euro, żeby odbyć godzinną wycieczkę z przewodnikiem. Przed odejściem kobieta pyta mnie gdzie jest ubikacja, ponieważ dziecku chce się siku. Informuję ją, że ubikacja jest na stadionie i jest dostępna (co jest chyba oczywiste) tylko dla klientów i tylko po rozpoczęciu wycieczki, ja nie mam prawa nikomu otwierać,od tego jest ochrona.

Kobieta zaczyna na mnie wrzeszczeć, że chyba jestem nienormalna i że w takim razie ona zaraz tutaj, na wprost mojej kasy zdejmie dziecku majtki i pozwoli mu się wysikać tak jak stoi. W tym momencie spokojnie jej oświadczyłam, że jeżeli tylko spróbuje, brama prowadząca do kasy zostanie zamknięta, a policja wezwana w trybie natychmiastowym. To jakoś uspokoiło matkę roku i całe szczęście, sobie poszli, ale ja już się z nerwów do końca dnia trzęsłam.

2. Niemowy. Podchodzi toto do kasy i rzuca mi pieniądze. Mniejsza o to, kiedy mi rzuca odłożoną kwotę, wtedy przynajmniej wiem czego chce, chociaż jak dla mnie i tak jest bezczelne nie potrafić odpowiedzieć na zwykłe "Hola". Gorzej jest kiedy przychodzi wielka rodzinka z dzieciakami rozbieganymi na wszystkie strony, rzuca mi na ladę 100 euro i się gapi. Noż... Nie jestem jasnowidząca, nie wiem, czy wszyscy będą chcieli wejściówki, ile lat mają dzieciaki i czy jeszcze należy im się ulga, czy już nie. Zazwyczaj po takiej minutowej walce na gapienie się (poprzedzone moimi próbami porozumienia się w różnych językach) klient w końcu zdoła wymamrotać czego i jaką ilość chce. Niestety na pożegnanie nie mam co liczyć.

3. Natarczywy - kilka razy w miesiącu jest mecz na stadionie. Zazwyczaj już kilka dni przed tym ludzie podchodzą i pytają o bilety. Wtedy cierpliwie tłumaczę, że musi udać się do kas obok, bo ja sprzedaję tylko bilety na wycieczkę, jesteśmy innymi firmami i nie mamy ze sobą nic wspólnego. Większość rozumie, ale są tacy, którzy po wysłuchaniu tej informacji mają tysiąc pytań odnośnie cen, miejscówek, możliwości zakupu przez internet itp.. Po czym ja od nowa muszę tłumaczyć, że muszą się udać do ich kas, bo ja takich informacji nie mam, a w międzyczasie za delikwentem tworzy się już ogromna kolejka ludzi.

4. Śmieszki - Często przy zakupie biletu ludzie pytają, co dokładnie mogą zobaczyć. Wymieniam po kolei i informuję także, że po wyjściu na murawę mogą przebywać na fotelach drużyny i na sztucznej trawie, ale nie wolno wchodzić na trawę naturalną. "A co mi zrobicie, jak wejdę na trawę, hue hue hue" Noż kur... Nasz ochroniarz wyp***doli cię na zbity pysk i będziesz musiał płacić za ewentualne szkody. Wielu i tak próbuje, często wmawiając przewodnikowi, że "ta pani przy kasie mówiła, że można". No nie można. Rekordzistką była matka roku, która wraz z trójką dzieci uciekła przewodnikowi (byli w drodze do wyjścia) na murawę, po czym rzuciła z całej siły swoje okulary przeciwsłoneczne na trawę, każąc dzieciom biec po nie i w międzyczasie cykając zdjęcia..,

Jeśli się spodoba napiszę więcej, tym razem z mojej pracy w Oceanarium. Tam to się dopiero działo...

Mestalla Walencja

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 188 (Głosów: 220)

#76746

~Schiffer ·
| Do ulubionych
Pływam. Mam kilkanaście lat stażu i tysiące godzin za sobą spędzonych na pływalni i mogłabym epopeję napisać o tym jak ludzie skandalicznie zachowują się na basenie (są naprawdę szczyty cebulackich zachowań), ale główna historia dotyczy przypadku sprzed kilku dni.

Otóż szczególnymi użytkownikami basenów są dzieci w wieku szkoły podstawowej i gimnazjum. Dzieci efektu bezstresowego wychowania, bo o takich chcę mówić. Chyba najgorsza grupa ludzi przychodząca na basen, pierwsze miejsce za skandaliczne zachowania wśród tych wszystkich innych grup - zboczeńców, cwaniaków, żartownisiów, tych szukających żon/kochanek/sponsorów, malowanych lal itp.

Przyjdzie takie dziecko na basen, zazwyczaj z rodzicem, czasem w grupie kolegów i hulaj dusza, piekła nie ma, mogę robić co chcę, bo tutaj żadne zasady nie obowiązują (!) a mianowicie ciągłe przypadki chlapania wodą obcych ludzi (hehe ale śmieszne) - wiem, że to basen i suszyć się tu nikt nie przychodzi, ale po co chlustać wodą innych i przeszkadzać? wylewanie wody z basenu na płytki wokół (hehe może ktoś się przewróci) - serio, ktoś kto akurat przechodzi i dostanie takim strzałem wodnym, serio może sobie krzywdę na tych płytkach zrobić jak już runie jak długi.

I szczyt skandalu czyli skoki do wody... dzieci skaczące do wody, raz, że z niedozwolonych miejsc, a dwa że... na płynących torem ludzi... I to jest notoryczne. Niedawno byłam świadkiem jak jeden taki szczyl skoczył na faceta płynącego sobie spokojnie klasykiem. Facet tak po 30, widać, że znał się na rzeczy, ale ten moment, w którym rzucił się na niego ten około 10-letni dzieciak, tak go zaskoczył, że facet nie mógł się pozbierać. Koleś dostał w głowę kolanami, wpadli obaj pod wodę, facet stracił oddech, nie wiedział co się stało, zaczął się szamotać, gruntu pod nogami nie ma, bo to głębokość ponad 2m, powietrza złapać nie może, ogłuszony przez uderzenie, wodę, ciśnienie.

Koniec końcem wraz z jeszcze 2 osobami, które to widziały, rzuciliśmy się żeby mu pomóc, ale że facet miał doświadczenie to poradził sobie sam i jakoś dopłynął do krawędzi.
Podsumowując, taki gówniarz wpadł na dorosłego dobrze zbudowanego faceta, który jest zaawansowanym pływakiem i taką mu wyrządził krzywdę, że facet przez następne 15 min leżał na płytkach nie mogąc do siebie dojść. Nawet nie chcę wiedzieć co by było gdyby ten chłopaczek wpadł tak na kogoś początkującego. A co dalej ze szczylem? He he ale beka była no nie? He he... no po prostu ręce opadają, ratownik wziął go na bok trochę opierniczył, inni ludzie też coś cisnęli, a jego tatuś?

Przyszedł z wątami że synek się tylko bawił i że mały, to mu wolno i że nic takiego się nie stało... Wiecie co? Miałam ochotę wpie%&*lić temu ojcu bardziej niż temu synalkowi.

Ludzie myślcie co robicie i o tym co robią wasze dzieci, basen to miejsce, w którym obowiązują zasady, tutaj naprawdę trzeba być ostrożnym bo z wodą nie ma żartów.

basen pływalnia

Skomentuj (23) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 224 (Głosów: 254)

#76745

(PW) ·
| Do ulubionych
Moja koleżanka pracuje w bibliotece osiedlowej dla dzieci i młodzieży.

Zapewne wiecie, że można oddawać niechciane książki do bibliotek. Ostatnio znajoma przyniosła na obiad całą pakę piekielności związanych z takimi "przedświątecznymi efektami sprzątania", jak je nazwała.

Pewna pani przyniosła całą siatę książek. Wszystkie w mocno średnim stanie, kilkudziesięcioletnie, woniejące stęchlizną, zapewne wcześniej trzymane w piwnicy czy na strychu. Biblioteka odmówiła przyjęcia podarunku - nie chodziło nawet o to, że takich "Dzieci z Bullerbyn" czy "Winnetou" mają po kilka(naście) egzemplarzy z nowszych wydań, ale o to, że zatęchłe książki często równają się pleśni - która może przenieść się na inne zbiory.

Pani zrobiła awanturę. Najpierw argumentowała, że jechała do biblioteki dwa przystanki i teraz nie będzie wracać. Potem, że biblioteka jest utrzymywana z jej podatków i ma obowiązek przyjąć jej książki. Ostatecznie apelowała, że książek się nie wyrzuca. Gdy mimo to bibliotekarki się nie ugięły - wyszła. Okazało się potem, że zostawiła siatę makulatury za drzwiami.

Sporo było historii o obrazie majestatu po odmowie przyjęcia książek najzwyczajniej w świecie zniszczonych - porwanych, zalanych, pamiętających wczesnego Gierka i rozpadających się w rękach. Po otrzymaniu informacji, że przyjęte książki niekoniecznie trafią na półki (część dubli wędruje do innych bibliotek, czasami do instytucji opiekuńczych, niektóre na kiermasz "taniej książki" dla czytelników, z którego dochód przeznaczany jest na nowości wydawnicze) ludzie potrafili nie tylko zabierać książki z powrotem, ale też wyzywać od złodziei i żebraków, dorabiających cudzym kosztem. Jedna pani nawet zlikwidowała z tego powodu córce kartę biblioteczną.

Cóż, na szczęście nie jest to normą :)

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 99 (Głosów: 151)

#76780

(PW) ·
| Do ulubionych
O mało nie padłam ofiarą wyłudzenia.

Ale po kolei: wielu wykonawców skarżyło mi się, że mojej firmy nie ma w internecie i gdy np. mają zapytania do dokumentacji, to nie mogą nigdzie znaleźć mojego nr tel. To pouzupełniałam się po różnych serwisach. I wtedy się zaczęło.
W ciągu miesiąca dostałam:

- wezwanie do zapłacenia podatku za pracę w Wielkiej Brytanii (nigdy tam nie pracowałam)
- rachunek za prąd na firmę (a prąd mam na osobę fizyczną)
- mandat za niezarejestrowanie bazy danych (moja skrzynka mailowa automatycznie zapisuje maila każdej osoby do której pisze i to ta baza danych niby miała być zarejestrowana).

Ale to wszystko nic, bo nie było poważne i wystarczyło to ignorować.
O mało nie dałam się naciągnąć w bardziej idiotyczny sposób.

15.12.2016 zadzwonił do mnie telemarketer i zaprosił mnie na 7 dni testowego korzystania z platformy wiedzy o prawie polskim. Jako, że byłam świeżo po dyskusji w urzędzie, czy teren chowalny cmentarza można uznać za biologicznie czynny (można), a Prawo Budowlane jest częściej interpretowane niż Biblia i w każdym urzędzie inaczej pomyślałam sobie "czemu nie".
I to był błąd.

Facet telefonicznie przeprowadził mnie przez rejestrację na serwisie, trzy razy zapewnił, że tydzień za darmo, a potem po prostu albo się zdecyduję albo nie i miało być ok.
Tylko, że nie mogłam przeglądać treści je...ego serwisu, bo nie miałam nr klienta i hasła, a ich pomoc techniczna nie odpowiadała. Pomyślałam sobie, ze nowy serwis, mają problemy techniczne i właściwie to tyle.

No nic. Tydzień się skończył. Święta przyszły, sylwester minął.

05.01.2017 w czwartek o 15.00 siedzę sobie i siorbię kawę, gdy nagle przychodzi mi sms: "faktura taka, a taka na konto takie, a takie jest płatna do 9.01.17. wartość faktury 1500 zł".
O mało nie oplułam monitora.

Próbuję zadzwonić na numer, z którego przyszedł sms. Kilka razy. Za każdym razem odrzucają po drugim sygnale. No to odpisałam sms: nie mam dostępu do faktury. Proszę o kontakt, bo nie mogę zanieść faktury do księgowej w celu rozliczenia".
I zadzwonili 30 sekund później.

No i okazało się, że przeprowadzając skuteczną rejestrację na tym serwisie, podpisałam z nimi umowę, a oni żadnego okresu próbnego nie mają.

Aha.
Babsztyl jeszcze w swojej bezczelności śmiał twierdzić, ze wysłano mi fakturę i umowę na maila 15.12, a skoro nie odstąpiłam od umowy w ciągu przepisowych 2 tyg., to umowa jest wiążąca. Potem w swojej bezczelności wysłali mi DUPLIKATY z datą 15.12. A skoro zobaczyłam je na oczy 05.01, to byłam już pod dwutygodniowym terminie. I poinformowali mnie, że jak nie zapłacę, podadzą mnie do e-sądu i naślą na mnie komornika.

Trzy ataki szału później zrobiłam to co każda rozsądna osoba by zrobiła: poszłam na piwo i poskarżyłam się wszystkim znajomym jaki świat jest okrutny.
Dowiedziałam się, że ten rodzaj przekrętu nazywa się na Pobieraczek, bo był kiedyś taki serwis, który ten model przekrętu stosował. Że mam stawić jakikolwiek opór i się odpieprzą.

Toteż następnego dnia: uzbrojona w wydrukowaną korespondencję (1 mail z umową i fakturą z 05.01) i daty rozmów, oraz wydrukowany KRS naciągaczy (firma zarejestrowana pod koniec października zeszłego roku na ulicy na Ł. w Krakowie, na polu z kontenerami wg. google), ruszyłam do prawnika. Uznałam, że opór z pieczątką prawnika będzie wyglądać poważniej niż opór napisany własnoręcznie.

Prawnik wysłuchał mnie i mówi: wszystko zależy od tego co było w rozmowie. Zażądamy przekazania nam nagrań, ale oni mogą ich nie wysłać i od razu wystąpić do e-sądu, który na podstawie samej faktury wyda wyrok. Pani musi tego pilnować i od razu się odwołać. Wtedy to, że my wysłaliśmy pismo o nagrania, a oni nie odpowiedzieli, będzie działało na pani korzyść. Ale muszę Panią ostrzec, ze to różnie może być.

A było tak, że jak naciągacze dostali pismo od prawdziwego prawnika, to od razu anulowali mi tą fakturę. A tych nagrań nie wysłali.
Siedzę więc u prawnika i mówię mu: zgłośmy próbę wyłudzenia na policję. Niech ich ścigają.
A on mi na to: ale Pani nie jest poszkodowana.
Ale czy próba wyłudzenia nie rożni się tym od wyłudzenia, ze jest nieudana?

Owszem, ale mamy domniemanie niewinności i musielibyśmy udowodnić, że pracownik z premedytacja wprowadził Panią w błąd a oni nigdy nie zamierzali świadczyć Pani usług. Oni powiedzą, że pracownik był młody i dostał naganę, a reklamacja została przyjęta. Uznając Pani reklamację i anulując tą fakturę zabrali Pani argument i mogą się w dochodzeniu bronić... brakiem profesjonalizmu.
A to, że regulamin na początku przewidywał okres próbny, a jak patrzyłam na niego 05.01, to nie to nie jest oszustwo?
Jest, ale policja w ramach działań operacyjnych musiałaby udowodnić, że regulamin został zmieniony.
Z punktu widzenia prawa, dopóki nie udowodni się, że jest inaczej - to doszło do nieporozumienia.

Tak więc: skoro nie mam wyroku sądu, nie mogę podać danych firmy ani ich serwisu.
Po prostu jak ktoś będzie do was dzwonił z ofertą darmowego testowania serwisu poświęconemu prawu, to od razu pieprznijcie słuchawką. Oszczędzicie sobie nerwów.

PS. Niemniej jednak powiedzieć komuś, kto dzwoni do ciebie z mordą o niezapłaconą płatność "proszę kontaktować się z moim prawnikiem" - to zadziwiające uczucie.

naciągacze

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 184 (Głosów: 194)

#76743

~Piotrekzbagien ·
| Do ulubionych
Historia o kupowaniu biletu komunikacji miejskiej w Szczecinie.

Krótko mówiąc, jeśli nie miało się czasu na zakupienie go dużo wcześniej, albo w ostatniej chwili, okazało się, że trzeba w autobus lub tramwaj wsiąść, jest to droga przez mękę. Musiałem przemieścić się na drugi koniec miasta. Myślę, kupię bilet po drodze na przystanek, bo z automatami w autobusach jest różnie. Aha, akurat.

Poszedłem do sklepiku przy przystanku - kartą za bilety płacić nie można. Mocno już się spiesząc, poszedłem przystanek dalej, gdzie stoi automat z biletami, ale... padał deszcz, mokry ekran dotykowy nie zadziałał, myślę sobie, ok kupię w autobusie, wsiadałem do autobusu, a tam automat tylko na monety (miałem tylko banknot), wysiadłem na następnym przystanku (jechałem daleko, nie chciałem płacić kary), wziąłem pieniądze z bankomatu, rozmieniłem, przyjechał następny autobus, automat na gotówkę, hura, ale... nie wydaje reszty. Kierowca biletu nie sprzeda, bo "przecież jest automat". W efekcie biletu nie kupiłem, bo nie będę przepłacał. Spóźniony dojechałem na miejsce szczęśliwie nie napotykając kontrolerów.

Jeździłem komunikacja miejską w Warszawie, Krakowie, Wrocławiu, nigdzie nie było problemu z kupnem biletu, w Szczecinie jest zawsze. Paradoksalnie prościej było kupić bilet w czasach gdy automatów i innych "udogodnień" nie było.

Gdzie piekielność? Władze miasta lamentują, że sprzedaż biletów spada, ale nie robią nic, by usprawnić system dystrybucji.

Skomentuj (24) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 148 (Głosów: 172)

#76744

~Clara ·
| Do ulubionych
Szanowni Państwo, Drodzy Klienci,
ja naprawdę jestem wyrozumiała, cierpliwa i spokojna. Do czasu.

Pracuję w salonie prasowym. Przedstawię kilka uwag zebranych przez cztery lata pracy.

Po pierwsze, czy odpowiedź na "dzień dobry" boli? Wchodzi klient, witam się, a on odwraca głowę, albo rzuca "L&M-y niebieskie".

Rzecz druga - "proszę". Sytuacja z dzisiaj:

Przychodzi młoda, wyglądająca na sympatyczną, dziewczyna.
- Viceroye niebieskie są?
- Tak, są.
- To dać.

Chcielibyście, żeby Was tak traktować?

Rzecz trzecia - wieczne wiszenie na telefonie.
Co jest tak pilnego, że nie możecie odłożyć telefonu na te pół minuty, kiedy Was obsługuję? Czy naprawdę muszę wysłuchiwać, że córka się wyspała, a synek ma katar? Że z dokumentami jest coś nie tak, że macie problemy w pracy? Szczerze? Nie interesuje mnie to. Dlatego proponuję zakończyć rozmowę i wtedy przyjść na zakupy. Będzie szybciej i przyjemniej, a ja nie będę musiała przebijać się z pytaniami przez Wasz monolog.

Może mało piekielne. Ale powtórzcie to sobie codziennie kilkadziesiąt, czasem kilkaset razy. Już nie tak przyjemnie, prawda?

Drodzy klienci, bardzo proszę, szanujmy się. Ja szanuję Was i oczekuję wzajemności. Bo w niczym nie czuję się gorsza od Was. I nie znoszę lekceważenia.

sklepy

Skomentuj (70) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 237 (Głosów: 329)

#76741

(PW) ·
| Do ulubionych
Tym razem mam problem tak trywialny, że wręcz kanoniczny.

W styczniu przeprowadziłam się do bloku, wszystko byłoby ok, gdyby nie... sąsiad, z którym łączy mnie ściana.

Dzień w dzień w południe gra muzyka, jakieś przeróbki, remixy, klubowe rytmy. Do tego facet ćwiczy i rzuca sztangą, nie wiem, czymś ciężkim, tupie i podskakuje i rzuca co jakiś czas soczystą "ku##ą".
Co kilka dni zdarza mu się włączyć muzykę ok. 2 w nocy, na 10-15 minut. Budzę się mimo, że sypialnia jest dwa pomieszczenia dalej.

I niechby sobie ta muzyka grała, ale puszczana jest tak głośno, sprzęt musi być ustawiony tuż przy wspólnej ścianie, że stojąc klatkę niżej czuję się jak w dyskotece, a już moje mieszkanie działa jak rezonans chyba. Autentycznie widzę drgającą szybę w szafce przy tej ścianie, a hałas jest przeokropny.

Ignorowałam tydzień.
Poszłam w drugim tygodniu grzecznie zapukać raz i drugi, zostałam olana, nikt mi nie otworzył. Za każdym razem był w domu, a muzyka była już wyłączona, więc musiał słyszeć.
Kolejny tydzień, zostawiłam kartkę w skrzynce, że uprasza się, żeby przyciszył muzykę. Zero.
Popytałam sąsiadkę z dołu, podobno facet robi tak odkąd mieszkanie kupił, cirka rok temu i żadne donosy do administracji, wzywanie straży miejskiej nie dało NIC.

Wkurzyłam się, następnym razem rozkręciłam wieżę i włączyłam na 2 minuty losowy utwór deathmetalowy, głośno się zrobiło, jego muzyka przycichła na chwilę i... dokładnie, znów się rozkręciła.

Sąsiedzi wzywali i SM i policję - gad co jakiś czas przycisza, nikomu nie otwiera, ma wszystko głęboko.
Administrator też, ja wynajmuję, więc nawet ze mną nie gadają.

Nie chcę się wyprowadzać, ale jeden pokój mam całkiem wyłączony z użytku, bo nie da się tam wytrzymać wtedy, gdy wariat szaleje.
Większość sąsiadów to emeryci + jedna dziewczyna z dzieckiem, no i ja, chuchro metr sześćdziesiąt.

Macie jakieś pomysły na buca?

Skomentuj (49) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 132 (Głosów: 162)

Podziel się pozytywnymi historiami na
WSPANIALI.pl

Piekielni