Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

 

#79398

(PW) ·
| Do ulubionych
Zostałam dzisiaj poproszona przez męża swojej koleżanki, żebym "zorganizowała" mu papier. Czyli wyniosła z pracy.

Nie jestem aż tak święta, żebym nie mogła jednej ryzy A4 wziąć, bo akurat jest taka potrzeba. Spoko, może mu sklep zamknęli czy coś...

Ale propozycja była bardziej złożona. 3 ryzy konkretnego papieru raz na dwa tygodnie - on sobie będzie po to przyjeżdżał, nie muszę mu nosić (łaskawca!).

Odmówiłam. I nie wiem, jak to skomentować.

papier złodziej

Skomentuj (16) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 139 (165)

#79377

(PW) ·
| Do ulubionych
Wspomnienie z urlopu parę lat temu.

Wakacje "zwiedzaniowe". Po kilku dniach w stolicy inne punkty programu postanowiliśmy zaliczyć wynajętym samochodem. Najszybciej, a przy 4 osobach niewiele drożej niż komunikacja publiczna.

Samochód zarezerwowany przez Internet. Jakieś małe autko z dołu cennika, $30 za dobę. Pracownik wypożyczalni daje papiery do podpisania, chce tylko wziąć pieniądze i szybko życzyć nam szerokiej drogi.

Bardzo krzywi się, jak chcę obejść auto dookoła i dokładnie zanotować w protokole wszystkie rysy i obtarcia (których było sporo, mimo że auto miało 2 czy 3 lata). Zapewnia, że nie ma sensu, że oni nie patrzą na takie drobnostki przy zwrocie. Praktycznie wyśmiewa mnie, jak robię dokładne zdjęcia samochodu przy odbiorze.

Kilka dni później oddajemy wóz (to chyba była Fiesta) w stanie niepogorszonym, a pracownik (ten sam!) ze smutną miną mówi, że będzie trzeba potrącić z kaucji, bo porysowany błotnik.

Dość mocno zdziwił się, jak mu pokazałam swoją kopię protokołu i powiedziałam, że mam też zdjęcia, że ta rysa dokładnie tutaj była. Chyba był przyzwyczajony, że większość turystów tego protokołu nie wypełnia dokładnie...

wypożyczalniasamochodów

Skomentuj (5) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 164 (164)

#79226

~zmalowana ·
| Do ulubionych
Należę do ogromnej grupy na fb, która skupia profesjonalne makijażystki i amatorki. Dziewczyny często piszą posty, bo nie mogą zebrać szczęki z ziemi po tym, co wymyślają ich klientki. Co ciekawe, są to głównie panny młode.

Kilka kwiatków:

1. Klientka przychodzi spalona jak skwarka, skóra jej schodzi płatami, twarz w stanie tragicznym. Makijażystka informuje, że w takiej sytuacji odpowiednia pielęgnacja jest kluczowa, jeśli chodzi o trwałość makijażu, a ta leży po stronie właścicielki twarzy, natomiast ona może się jedynie postarać zrobić wszystko jak zawsze. Makijaż jednak na pewno nie utrzyma się w tak dobrym stanie, jak gdyby skóra była odpowiednio nawilżona. Klientka odpowiada: "na pewno będzie dobrze, rok temu mnie już pani malowała i makijaż wytrzymał 3 dni.".

2. Przed właściwym makijażem ślubnym wykonuje się próbny - żeby bez pośpiechu dobrać odpowiednie kolory kosmetyków, poradzić, jak zadbać o skórę przed weselem, upewnić się, czy nie wystąpi reakcja alergiczna itd.

Bohaterka tej historii przyszła na taki makijaż, wyszła zadowolona. Następnego dnia makijażystka dostała wiadomość, że pani się jednak nie zdecyduje na jej usługi, bo ten makijaż nie wytrzymał NAWET 3 DNI!
Swoją drogą, co to za magiczna liczba? Tyle maksymalnie wytrzymają bez prysznica?

3. W sezonie ślubnym klientka odwołuje makijaż na chwilę przed terminem, jak nietrudno się domyślić - wiąże się to ze stratą dla makijażystki. Wysyła SMS-a, że musi zrezygnować z powodów finansowych, na co wizażystka odpowiada, że trochę późno. Niedoszła klientka odpisała "życie.".

4. Klientka-koleżanka była umówiona na 14. O 13 pisze, że ona jednak będzie na 15, na co makijażystka odpisuje, że nie da rady, bo wyjeżdża. "Koleżanka" odpisała tylko: "no to nieźle mnie wyje**łaś teraz", na makijaż nie przyszła.

5. Pani umawia na makijaż swoją 70-letnią babcię i dodaje, że oczekuje, iż po wszystkim będzie wyglądać 20 lat młodziej i żeby jej nie wciskać kitów, że to niemożliwe, bo ona widziała w Internecie, że tak można. Makijażystka odpowiada, że te makijaże zazwyczaj wyglądają dobrze sfotografowane, za to na żywo nie powalają. Pani odparła, że babcia ma wyglądać na 50 i już, a ona wpadnie pooglądać, jak przebiega praca.

grupa fb

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 116 (126)

#79230

(PW) ·
| Do ulubionych
Karma jednak istnieje, w tym wypadku bardzo skutecznie i boleśnie.

Godzina 20, czyli jeszcze nie ciemno, ale też nie za jasno. Jadę sobie radośnie, podczas gdy obok jedzie rowerzysta, wszystko fajnie, ale... przejeżdżał na każdym czerwonym, nawet nie patrząc, czy coś nie jedzie.

No to równam się z nim i chcę mu przemówić do rozsądku, ale gość nie dość, że słuchawki na uszach, a muzyki słuchał na tyle głośno, że sam ją słyszałem, to jeszcze zlał mnie kompletnie, trudno, jego problem.

Do czasu, na pewnym skrzyżowaniu gdzie jest sygnalizacja zrobił ten sam numer, ale…

Cóż, wóz strażacki jadący na sygnałach i dźwiękowych i świetlnych miał zielone, więc po prostu przywalił w rowerzystę, który to na czerwonym przejechał.

Gdy na miejsce przyjechała policja, pokazałem im nagranie z wideorejestratora (tak, nagrywałem go cały czas), facet dostał kilka mandatów:

1. Kilkukrotny przejazd na czerwonym świetle.
2. Spowodowanie wypadku.
3. Utrudnianie działań ratowniczych.
4. Brak niezbędnego oświetlenia roweru, w tym odblasków.

Do tego złamana noga, a policjant powiedział mi, że strażacy na pewno będą się domagać zadośćuczynienia za naprawę pojazdu.

Trójmiasto

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 123 (131)

#79253

(PW) ·
| Do ulubionych
Do dietetyczek.

Mam pytanie. Czym się różni dieta normalna (posiłek normalny, obiadowy) od lekkostrawnej i cukrzycowej? Bo wg. mnie BARDZO się różnią, ale widocznie dla Pań dietetyczek w szpitalach różnią się tylko "pacjent po wyrostku" Vipowski i "pacjent po wyrostku normalny szary kowalski". Pierwszy dostaje zróżnicowaną dietę lekkostrawną, a ten drugi jakąś bryłę.
A najlepsze. Dieta normalna i lekkostrawna dla osób starszych jest taka sama. Twarde mięso, gdzie nawet zdrowy człowiek z zębami ma problem rozgryźć, a co dopiero starsza osoba bez zębów z ledwo trzymającą się protezą. O wątpliwych walorach smakowych nie wspominając.

A żebyście wy tak zeżarli co serwujecie szarym kowalskim w szpitalach. Karma wraca. Pamiętajcie.

Dieta dietetyczka szpitale vipy normalni ludzie służba zdrowia

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 116 (124)

#79251

(PW) ·
| Do ulubionych
Musiałam się dzisiaj wybrać pociągiem do Warszawy i zebrało się przy okazji kilka małych piekielności... Będzie chronologicznie.

1. Pierwsza zdarzyła się już na dworcu.

W moim mieście, przed wejściem do pociągu. Koło dworca jest parking w kształcie litery H, z czego pionowe to takie dróżki z parkingiem po bokach, a pozioma to przejazd między obiema dróżkami. Co ważne, wjazd i wyjazd są tylko w lewej części. Chcę zaparkować, lewa część już pełna, za to prawa niemal pusta. Nagle dowiaduję się, czemu. Jakiś inteligentny kierowca zaparkował w tym przejeździe (który ma szerokość jednego samochodu). Ominąć się go nie dało, bo cały parking jest równiutko obrośnięty żywopłotem. Nie miałam czasu na telefony na policję czy straż miejską, ale mam nadzieję, że ktoś to jakoś załatwił. Na szczęście w pobliżu jest jeszcze kilka parkingów.

2. Już w Warszawie.

Taksówki. Szeroki wybór różnych firm. Podeszłam do kilku. On nie pojedzie, bo za blisko i mu się nie opłaca. Nie miałam jak sprawdzić, gdzie w ogóle jest miejsce, do którego chce się dostać (miałam telefon starego typu przy sobie), miałam tylko adres. Wiem, mogłam sprawdzić w domu, gdzie jest miejsce, do którego mam się udać, ale myślałam, że mając adres i tyle taksówek dookoła załatwię sprawę. No i du... Znaczy Uber.

3. Na miejscu, żeby wejść do sali, każdy był sprawdzany wykrywaczem metali.

Na pierwszym miejscu był pan wschodniej urody. No i się zaczęło o rasizmie i o tym, że od razu myślą, że terrorysta. Oczywiście każdy był sprawdzany, nawet zakonnica, ale panu i tak nie pasowało to, że go sprawdzali.

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 101 (115)

#79250

(PW) ·
| Do ulubionych
Na fali ostatnich historii o policji:

W jednym z budynków uniwersytetu zostawiłam swoje dokumenty na ławce stojącej na korytarzu (nie był to dowód osobisty czy prawo jazdy, ale generalnie dokumenty ze zdjęciem i moimi danymi). Szukałam ich, osobiście i przez forum studenckie. Po około 5 godzinach od zdarzenia dostałam wiadomość od osoby, która je znalazła i chciała je oddać (nie żądała znaleźnego). Późniejsze zachowanie tej persony zasługuje na oddzielną historię na piekielnych. By zakończyć wątek powiem tylko, że dokumentów nigdy już nie odzyskałam, ale zemściłam się skutecznie na tej osobie za jej zachowanie w sposób "pozaprawny".

Po 1,5 miesiąca od zgubienia dokumentów byłam w sytuacji takiej, że nie mogłam przymusić osoby, która je znalazła do ich oddania. Postanowiłam zgłosić sprawę na policję jako przywłaszczenie. W placówce policji na Mokotowie zostałam zbyta przez pana dyżurującego, który powiedział, że "niby zgłoszenie może przyjąć, ale powinnam to zgłosić w jednostce właściwej dla Warszawy Śródmieścia, bo tam miało miejsce zdarzenie i sprawa i tak będzie przekazywana dalej z Mokotowa na Śródmieście, czym tylko wydłużę postępowanie i zmniejszę szansę na jej finał w sądzie i odzyskanie tych dokumentów". To był mój pierwszy kontakt z policją, więc pełna dobrej wiary pojechałam następnego dnia do Śródmieścia. Tam po raz kolejny zostałam zbyta, tym razem tłumaczeniem, że tym to się zajmuje wydział wykroczeń, po czym nastąpiło tłumaczenie podobne jak na Mokotowie, dlaczego oni nie chcą tego zgłoszenia przyjąć. Pojechałam następnego dnia do wydziału wykroczeń, zmarnowałam dobre dwie godziny na jego znalezienie, bo znajdował się wśród osiedli i nikt nie umiał mi wskazać, gdzie jest placówka.

W końcu dotarłam i zaczyna się cyrk. Zostałam zaproszona do pokoiku, w którym mieściły się 4 biurka blat w blat, ja zostałam usadzona pośrodku, tak że miałam wokół siebie 4 osoby, po jednej z każdej strony, i rozmawiając z każdą kręciłam się jak śrubka wokół własnej osi (bo zgłoszenie niby przyjmowała jedna policjantka, ale każda na temat mojej sprawy miała swoje 3 grosze do wtrącenia.)

Po wstępnym wyłuszczeniu sprawy babka zaczęła mnie za wszelką cenę przekonywać, żebym zgłoszenia nie składała. No niby czekam na te dokumenty 1,5 miesiąca, ale przecież ten człowiek może ma jakieś problemy życiowe i to, że ignoruje wszelkie moje próby kontaktu z nim, to jeszcze nic nie znaczy. Ona to w ogóle, jakby była na moim miejscu, poczekałaby jeszcze ze 2 miesiące i wtedy dopiero ZASTANOWIŁABY SIĘ, czy składać zgłoszenie. Odparłam, że czekam 1,5 miesiąca i dłużej czekać nie zamierzam, tym bardziej, że facet ignoruje tak maile, jak i telefony z dziekanatu. Ponadto te dokumenty są związane z uczelnią i będą mi potrzebne przy rozliczaniu roku, co akurat następuje za trochę ponad miesiąc i zgłoszenie sprawy za dwa miesiące mnie nie interesuje. Babeczka była wyraźnie rozczarowana tym, że nie dam się przekonać, przy spisywaniu zeznań jeszcze 2 razy zapytała, czy na pewno jestem pewna decyzji. Babeczki przy sąsiednich stolikach jej skrzętnie wtórowały i jeszcze zaczęły utyskiwać, że z rozwiązaniem sprawy to one się nie wyrobią w ten miesiąc czy dwa.

Wiedziałam, kto jest sprawcą przywłaszczenia, znałam jego imię i nazwisko, wygląd (dysponowałam zdjęciem), wydział, na którym studiuje. Miałam jego "przyznanie się" do tego, że ma moje dokumenty, miałam również świadków, którzy widzieli jak je brał i zgodzili się zaświadczyć, że je zabrał, na korytarzu na uczelni jest również monitoring. Od policji wymagałam jedynie ustalenia miejsca zamieszkania, odebrania wyjaśnień od sprawcy i skierowania sprawy do sądu. Jak usłyszałam, że 2 miesiące to na to za mało, to przyznaję, że żal mi doopę ścisnął, ale nic się nie odezwałam.

Pani przyjmująca zgłoszenie zapewniła mnie 3-krotnie, że oni mnie będą informować o postępach w sprawie i mam NIE DZWONIĆ, bo to oni zadzwonią do mnie (chyba nie będziecie na tym etapie historii zaskoczeni, że nie zadzwonili?).

Koniec końców pani policjantka zdążyła się ze mną jeszcze pokłócić, że nazwę budynku, w którym doszło do zdarzenia - Collegium Iuridicum - pisze się przez „J”, a nie „I" i ja z nią chyba w kulki lecę. Ostatecznie dostałam protokół do podpisania i z ulgą opuściłam ten cyrk.

Po 1,5 miesiąca od wizyty na policji miało miejsce zdarzenie, po którym wiedziałam, że dokumentów "w naturze" już na pewno nie odzyskam, jak pisałam wcześniej, na chłopaku zemściłam się w inny sposób, o sprawie zapomniałam, ale nie wycofałam zgłoszenia.

W następnym roku dostaję telefon z policji, po DZIESIĘCIU MIESIĄCACH od zgłoszenia sprawy, że niestety pani przyjmująca zgłoszenie popełniła błąd formalny i w protokole nie zawarła wniosku o ściganie sprawcy (cała historia miała miejsce 3 lata temu, nie pamiętam już, jak dokładnie to wszystko się nazywało). No ale rezolutny pan policjant stwierdził, że na podstawie naszej rozmowy telefonicznej sporządzi notatkę, którą dołączy do akt i na tej podstawie skierują sprawę do sądu.

Czyżby happy end? A skąd.

Pan policjant zadzwonił do mnie 3 dni po przedawnieniu sprawy. Ja się zorientowałam tego samego dnia wieczorem, jak siadłam i zaczęłam liczyć terminy. Myślę, że pan policjant jak dzwonił, to doskonale wiedział, że sprawa jest przedawniona, a pani policjantka przyjmująca zgłoszenie albo odwala fuchę w pracy, albo zrobiła to specjalnie.

Tak czy inaczej, dostałam pismo z sądu, że sprawa jest przedawniona i przysługuje mi zażalenie. Sprawy nie ciągnęłam, bo nie było po co.

policja

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 96 (114)

#79248

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia nie dotyczy jednego zdarzenia, ale zjawiska, które od kilku lat obserwuję w społeczeństwie. Objawia się zanikiem rozumu u niektórych jednostek w momencie, gdy pod ręką mają innych. Dotyczy to wielu obszarów, dziś opiszę trzy przykłady: z pracy, Internetu i szkoły.

Do refleksji skłoniło mnie zachowanie koleżanki z pracy (nazwijmy ją A). Od jakiegoś czasu A coraz częściej prosi mnie o pomoc, w coraz prostszych sprawach. Przykład:

Dzwoni i krzyczy w słuchawkę: "O rany! Pokasowałam ważne rzeczy, szybko chodź, bo katastrofa". Idę do jej komputera, szybki rzut okiem, klikam dwa razy... Tadam! Wszystko wróciło. Ot, zafiltrowała tabelę w Excelu, tak że wszystko się schowało.

A często przychodzi i pyta o rzeczy z systemu, który ja znam od 1,5 roku (tyle pracuję w obecnej firmie), a ona ponad 4 lata, odkąd wszedł do użytku.

Teraz sytuacja, która wywołała tę historię. Dziś przyszła prosić, żebym jej pokazała, jak się zmienia nazwę folderu. Dla formalności napiszę, że A pracuje od 10 lat na komputerze.

W Internecie, jak wiemy, szczególnie na forach i fejsbukowych grupach, roi się od głupich pytań. Np. zdjęcie 3 testów ciążowych z pytaniem: "czy jestem w ciąży?”. Taaa, kto by tam ulotkę czytał...

Ze względu na chorobę dołączyłam do grupy na twarzoksiążce, która zrzesza osoby wykluczające pewien składnik z jadłospisu. Normą jest wrzucanie zdjęć różnych produktów, z pytaniem "możemy?". W komentarzach: "jadłam, nic mi nie było", "zajadam kilogramami". W składzie, jak wół, składnik, który wykluczamy. Własne zdrowie oddaje się w ręce przypadkowych ludzi w Internecie, bo grupa ma sobie pomagać. W domyśle oznacza to: macie mi podawać gotowe odpowiedzi, bo nie chce mi się zagłębiać w temat.

Wszystkie te sytuacje kojarzą mi się z ze szkołą. W liceum (ludzie na progu dorosłości) miałam koleżankę, która większość lekcji odrabiała tak:

J - ja, K - koleżanka

K: Ej, jak zrobiłaś historię?
J: Eee, jak to „jak”? Przeczytałam temat ze skryptu i odpowiedziałam na te dwa pytania na końcu.
K: Tak? Nie mogłam znaleźć tych odpowiedzi.
J: No jak? To łatwe było. W tekście była pełna odpowiedź, tylko swoimi słowami napisałam.
K: Ja tego nie znalazłam...

Można by tak w nieskończoność, dopóki nie pokazało się palcem w konkretnym miejscu. Później trzeba było dyskutować, jak koleżanka ma napisać to swoimi słowami, bo ona nie wie...

Wiadomo, każdy ma czasem gorszy dzień czy zaćmienie. Ja też orłem nie jestem ani ekspertem, ale radzę sobie w życiu, a o pomoc proszę, gdy wyczerpię inne źródła informacji.

Apeluję o korzystanie z tego, czym obdarzyła nas natura, a co odróżnia nas od zwierząt. Wysilić się, pogłówkować, samodzielnie poszukać wiedzy, ewentualnie dopytać o sprawdzone źródła.

Po prostu myśleć, bo suflerzy nie zawsze dobrze podpowiedzą.

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 80 (100)

#79245

(PW) ·
| Do ulubionych
Piekielny kiero... imbecyl z TIR-a.

Ruch lewostronny, ważne dla historii.

Wracałem sobie wczoraj autostradą do domu. Ograniczenie do 100, bo to dojazdówka do miasta.

Jadę sobie to 100/h lewym pasem, kierunek włączyłem, sygnalizując zjazd. Przede mną jechał ciągnik z naczepą. Cham i prostak, widział mnie w lusterku, bo ja widziałem jak na mnie spojrzał.

3-4 metry przed moją maską wjechał sobie na mój pas i zaczął zwalniać. Kierunkowskaz też ciężko włączyć. Szybko w lusterko, z prawej nic nie ma, to czmychnąłem na prawy pas. Wyprzedzając chama popatrzyłem na niego, a ten z uśmiechem pokazał środkowy palec.

Ten się śmieje, kto się śmieje ostatni.

Mam kamerkę w samochodzie a nagranie dziś poszło do firmy, która widniała na plandece.

kierowcy

Skomentuj Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 92 (102)

#79236

(PW) ·
| Do ulubionych
Czy historia piekielna - nie wiem, ale niczyjej winy tutaj chyba nie było...

Jest sobie firma kurierska. Firma ta świadczy usługi nie tylko dostawy do drzwi odbiorcy, ale ma sporo biur, do których towar można zamówić i tam odebrać.

Sposób ten używany jest przez wiele sklepów, jak również wielu użytkowników portali sprzedażowych. A, jak wiadomo, na takich portalach ludzie sprzedają wszystko. Ze względu na ten portal jest opcja sprawdzenia produktu na miejscu, przed zapłatą. "Moje" biuro wydzieliło nawet przymierzalnię.

Korzystam dość często, więc sporo widziałam - skarpetki, książki, kosmetyki, drzwi do passata, zestaw amortyzatorów... Ale raz byłam świadkiem sytuacji patowej.

Otóż pan zaparł się, że ma opcję wypróbowania zamówionego produktu, więc on chce z niej skorzystać, zresztą logicznym jest, że musi. Pracownicy na to, że owszem, oni rozumieją, ale niestety test może nastąpić tylko w biurze. No to on zostawi dowód i pójdzie wypróbować. Nie da się, kamery są, niedozwolone. No ani w jedną ani w drugą.

Dość długo czekałam, więc dobre 15 minut walki było. Ostatecznie, po spisaniu oświadczenia, jeden z pracowników wyszedł z panem przed biuro w celach testów.

Chyba kupowanie w ten sposób roweru to nienajlepszy pomysł.

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 102 (112)

Podziel się pozytywnymi historiami na
WSPANIALI.pl

Piekielni