Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

 

#61748

(PW) ·
| Do ulubionych
Staż z dotacją z UE. Umowa wygląda (na ten konkretny staż) tak: pięć pełnych miesięcy płatnego przez UP stażu + minimum trzy pełne miesiące pełnego etatu płatnego przez pracodawcę.

Ostatni dzień stażu chłopaka, dzwoni ktoś z UP:
(UP) - Wy tam macie stażystę i on kończy staż..
Przerywam facetowi w pół zdania:
(ja) Tak, tak, już mam wszystkie dokumenty, umowa o prace będzie podpisana zaraz pierwszego dnia po podpisaniu stażu...
Tym razem przerywa facet.
(UP): Tak, ale ja nie o tym. Bo jak mu się kończy ten staż to dobrze by było gdyby tu się zgłosił, ja wiem, że go zatrudnicie, ale musimy zrobić oficjalnie ofertę pracy, już nawet bez podpisu kogoś od was, ja to już zrobię wszystko sam, żeby u nas w papierach było. Tylko pan, który był na stażu musi tu podejść do mnie i podpisać nam dokumenty, że mu tą pracę znaleźliśmy...

Reszty nie ma sensu powtarzać - w skrócie - chociaż to wynika z umowy i żadnej oferty pracy byśmy nie składali, bo niby po co?, to UP robi taki myk, że niby oni powiązali bezrobotnego z pracodawcą i znaleźli mu pracę. Statystyki lecą w górę, w papierach jest super, prawdopodobieństwo, że ktoś zacznie grzebać i zorientuje się, że jedno wyklucza drugie jest niewielkie, więc wszyscy są zadowoleni.

Taki mały wał. Można mniemać, że robi się tak wszędzie.

statystyka PUP

Skomentuj (20) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 570 (Głosów: 622)

#61702

(PW) ·
| Do ulubionych
Od pewnego czasu na naszym osiedlu dochodziło do, powiedzmy, "drobnych aktów wandalizmu". A to ktoś powyrzucał na trawnik śmieci z małych śmietników, a to wymazał błotem (mam nadzieję że to było błoto) domofony, takie tam małe świństewka, które jednak skutecznie wpływają na nastrój mieszkańców.

Jak się okazuje, wandalami są srajtki w wieku 5, góra 7 lat. Jednego z nich przyłapałam na wywalaniu śmieci na trawnik, kiedy zwróciłam mu uwagę i kazałam to sprzątnąć powiedział że mogę mu naskoczyć i uciekł.

Srajtki z tygodnia na tydzień wymyślają coraz to nowe zabawy. Podkradali już owoce z pobliskich warzywniaków, raz ukradli nawet główkę kapusty i grali nią w nogę przed sklepem. Innym razem biegli po osiedlu z wiaderkami pełnymi piasku i obsypywali nim przypadkowych przechodniów. Demolowanie placu zabaw (pisząc demolowanie nie mam na myśli nieumiejętnego używania sprzętu, ale używanie go w taki sposób, żeby go zniszczyć, np. skakanie po huśtawkach czy próby wyrwania desek ze schodków na zjeżdżalnię) i dokuczanie (pluciu, wyzywaniu) osób grzebiących w śmietniku jest u nich na porządku dziennym. Jednak ostatnio hitem stały się pistolety na kulki.

Srajtki strzelają do osób bezdomnych, do bezpańskich lub pozostawionych na chwilę bez opieki zwierząt, do siebie nawzajem i do każdego, kto ośmieli się zwrócić im uwagę, ostrzeliwują też auta i okna.

Miałam okazję spotkać jednego z nich w towarzystwie rodziców. Zwróciłam państwu uwagę na zachowanie syna, jednak specjalnie się nie przejęli. Tatuś stwierdził że "oni się tak tylko bawią". Zapytałam czy uważa, że strzelanie do ludzi i niszczenie cudzego mienia naprawdę uważa za zabawę, w odpowiedzi usłyszałam, że jak jego syn mi coś zniszczył to mam mu przedstawić na to dowody i wystawić rachunek, a jak ich nie mam, to uwaga, mogę mu naskoczyć. I już wiem skąd 5-letni dzieciak zna takie teksty.

Wczoraj zastałam Srajtki podczas sikania na kolegę. Tak, sikali na kolegę, który siedział na chodniku i płakał. Rozgoniłam ich i chciałam zapytać chłopaka jak mogę mu pomóc ale sam też uciekł. Chyba się dogadali, bo dzisiaj wszyscy razem, w pełnej zgodzie znowu demolują plac zabaw.

Piekielność srajtków to jedno, reakcje dorosłych nie są lepsze. Na plac zabaw przychodzą rodzice se swoimi pociechami, wiadomo. Wsadzają swoje pociechy do piaskownicy, siadają na ławeczce i czytają gazetę. Nagle do piaskownicy wpada banda rozwrzeszczanych srajtków, rzuca piachem we wszystkie strony, obsypując wcześniej wspomniane dzieci i ich rodziców. Co robią rodzice? W milczeniu zabierają dziecko z piaskownicy i przenoszą się w inne miejsce.

Kiedy pod ostrzałem kulek znalazły się okna mojego mieszkania, stwierdziłam że to już przegięcie i postanowiłam zadzwonić na straż miejską.

Reakcja straży miejskiej "przecież to dzieci, powygłupiają się i im przejdzie". Poza tym żeby straż miejska mogła podjąć jakąś interwencję, to musieliby np. wybić mi okno. Fajnie. Tylko zakładając, że kiedyś uda im się wybić to okno, to pytam się jak ja mam się dowiedzieć kto będzie płacił za naprawę? Mam ich śledzić, żeby dowiedzieć się gdzie mieszkają? Mam ich gonić, złapać i trzymać zamkniętych w piwnicy do przyjazdu straży miejskiej?

Nie ma na gówniarzy rady. Czują się bezkarni, bo większość dorosłych zamiast ustawić ich do pionu, wolą uciec przed kilkuletnimi wandalami, a na reakcję rodziców nie ma nawet co liczyć. Aż boję się pomyśleć co będzie, kiedy srajtki wejdą w okres buntu adolescencyjnego.

krakowski narybek gangsterski

Skomentuj (53) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 653 (Głosów: 701)

#61603

(PW) ·
| Do ulubionych
Czytając różne historie o sprzedawcach i klientach przypomniała mi się historia, gdy jeszcze jako młody chłopaczyna próbowałem zahaczyć się o jakąkolwiek pracę.

Zdaję sobie sprawę, że dziś panują takie nazwijmy to "STANDARDY", że klient może sprzedawcę opluć, zbluzgać, obrazić rodzinę do 5-tego pokolenia wstecz, a sprzedawca ma mu nadal bez wazeliny wpełzać tam, gdzie plecy tracą swą szlachetną nazwę. Kiedyś też było tak, że klient nasz Pan ale jednak cierpliwość ma się jedną...

Pracę znalazłem w sklepie RTV i tak sobie pracowałem, szło mi chyba dobrze bo szefostwo zawsze zadowolone.
Żółć mnie nigdy nie zalewała i szef niejednokrotnie się pytał, jak ja to robię, że nie wybucham gdy trafia się klient, któremu ewidentnie wymieszało się DNA chama z idiotą.
W końcu jednak nadszedł ten dzień...

Przyszedł [K]klient którego sama postawa sugerowała, że będą kłopoty.
Rzucił mi na ladę joystick i tak oto do mnie rzecze:

K: Wymieniaj kur%* to je%#ne chu*stwo bo się kur%* zje%#ło.
Ja: Słucham?
K: No wymieniaj kur%*.

Ciśnienie mi podskoczyło ale nie daję po sobie poznać, a dodam że joystick z którym facet przyszedł, nie był u nas sprzedawany już od ponad roku.

J: Kiedy Pan nabył ten joystick?
K: Tydzień temu. Szajs kur%* sprzedajecie, gówno totalne. Wymieniaj!
J: Przepraszam ale zapewne kupił Pan ten sprzęt gdzie indziej, bo my od ponad roku sprzedajemy joysticki innego producenta.
K: Wymieniaj kur%*!!
J: To poproszę paragon.
K: Nie mam bo wyje%$łem. Dawaj nowy joystick!
J: Nie ma paragonu nie ma wymiany. A paragonu nie ma, bo albo kupił Pan to gdzie indziej albo przynosi Pan roczny zepsuty joystick co sugeruje jego wygląd i próbuje w chamski sposób uzyskać nowy.
K: Dawaj nowy bo Ci kur%* ten sklep rozj#$%^ Ty ch$%^ pier$%$$ny!!

I wtedy właśnie pierwszy raz w życiu nie wyrobiłem i wyszło to mniej więcej tak:

J: A spie$^#laj mi z tego sklepu chamie jeden, bo jak przejdę zza lady to Cię za kudły wywlokę z tego sklepu.

I zrobiłem taki ruch jakbym chciał przeskoczyć ladę.
Szybkość gościa mnie wtedy zadziwiła.
Złapał joystick i wio ze sklepu.

Po wszystkim jak szef doszedł do siebie (wcześniej nie reagował) podszedł i mówi:
- Sam bym nie wytrzymał i sumie nie mam pretensji. Poza tym udowodniło mi to, że potrafi Pan tupnąć nóżką, ale następnym razem prosiłbym tak nieco ciszej, bo wie Pan... są inni klienci w sklepie.

Obiecałem że "następnym razem" będę to załatwiał ciszej.

Może nie powinienem reagować aż tak ostro, ale w końcu ile można znosić... Nikt nie jest wielbłądem w karawanie.

sklepy

Skomentuj (30) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 770 (Głosów: 860)

#61601

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia o tym jak robią nas banki w jajo.

W środę dzwoni do mnie Pani z Banku z melonikiem. Oferuje bardzo ciekawą wakacyjną propozycję z MEGA niskim oprocentowaniem 7,9%. Oczywiście limitowana i niedługo się kończy. Ze względu na to, że od pewnego czasu byłem zainteresowany małym kredytem stwierdziłem, że z standardową ofertą w moim banku (12%) ta oferta wypada o niebo lepiej.

Zadowolony z tego faktu wybrałem się o oddziału. Wcześniej sprawdzając kwotę raty w moim banku wyszło, że musiałbym płacić ok 103zł. Po przybyciu do banku miła Pani sprawdziła moje dane i z uśmiechem na ustach poinformowała, że oferta została mi przyznana i rata wynosi jedyne 113zł!! W lekkim szoku zostaję poinformowany, że w tej promocji biorą sobie prowizji 5%. Od razu zrezygnowałem. Na to Pani poinformowała mnie, że może sprawdzić jak by wyglądały raty w standardowej ofercie ich banku. O dziwo cena raty zeszła do 111zł. Co za tym idzie ta SUPER oferta z MEGA niskim oprocentowaniem okazała się droższa od standardowej oferty oraz od oferty mojego banku.

Jakoś nie mam ochoty sprawdzić szumnie reklamowanej gwarancji najniższej raty.

bank

Skomentuj (19) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 349 (Głosów: 425)

#61592

(PW) ·
| Do ulubionych
Sprzedaję rowery oraz akcesoria rowerowe.
Taka historia z dawien dawna mi się przypomniała. Bardziej śmiszna, niż piekielna, ciut podbarwiona, ale sens stricte zachowany. Posłuchajcie:

- Proszę Pana chciałam zmienić PIN.
- Yyyy... jaki PIN?
- No co tę linkę u pana kupowaliśmy dwa tygodnie temu, pamięta pan! - padło bardziej stwierdzenie, niż pytanie.
- Yyyy... tak nie do końca...
- No bo to mąż kupował. Było 823, a teraz chcę zmienić na 238, bo te chłopaki w szkole, to już znają, że jest 823.

Po krótkiej rozmowie okazało się, że chodzi o linkę zabezpieczającą na szyfr, a syn tej niewiasty zdradził kolegom kombinację cyfr i teraz rower pewnie ukradną. (Taaa, jakby ktoś nie mógł mocniej szarpnąć linką za 12 zł.)

No, ale nic. Wyjaśniłem Pani (tzn. wydawało mi się, że wyjaśniłem), iż szyfr jest ustalony fabrycznie i niestety nic się nie da z tym zrobić.
Niestety, szanowna Pani nie przyjęła tej informacji do swoich szarych komórek, bo skwitowała krótko:
- Proszę pana, teraz to wszędzie da się zmienić PIN, tylko nie u pana!
Strzeliła focha i wyszła.

Sklep z rowerami

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 380 (Głosów: 512)

#61579

(PW) ·
| Do ulubionych
Wczoraj, w ramach babskiego wieczoru, wybrałam się z siostrami do pizzerii.
Opinie o lokalu, mocno podzielone, nie powstrzymały nas jednak przed skorzystaniem z oferty, wiadomo głodna baba nie myśli logicznie. A szkoda.
Zajęłyśmy jeden ze stolików, przeglądamy kartę i wreszcie nasz wybór padł na tzw. "specjalność zakładu".
W wyniku (niezmiernie sprawiedliwego) głosowania oddelegowana zostałam do złożenia zamówienia.

Uwaga, informacja ważna dla dalszej części historii - jestem wegetarianką. Do tej pory w pizzeriach nie miałam problemów z tym, by, po poinformowaniu obsługującego, dostać zamówioną rzecz bez mięsa. Mówiąc prościej - nawet jeśli w karcie oprócz przykładowych pieczarek i sera widniała szynka, mogłam tę samą pizzę otrzymać bez niej.

Złożyłam zamówienie, zwracając dwukrotnie (dla pewności :) uwagę, że jedna czwarta na być bezmięsna. Dziewczyna zapisała wszystko na karteczce, przeczytała i wszystko się zgadzało.
Zamówienie dostałyśmy całkiem szybko, co ważne każda z nas dostała osobny talerz, ale pizza, pocięta, przyniesiona została osobno, na dużym talerzu i każda wybierała sobie swój kawałek.
Ale... kawałka bez mięsa niet. Standardowo szybkie spojrzenie na talerze siostrzyczek, każdemu zdarza się przecież pomylić, ale tam również gdzie nie patrzeć kawałki kurczaka.

Wciąż spokojna wędruję do dziewczyny, u której składałam zamówienie i mówię w czym rzecz. Na moje pytanie "Czemu kucharz mimo prośby dodał kurczaka?" otrzymałam rozbrajająca odpowiedź:
- Aaaa, bo my tych pizz nie robimy na miejscu, tylko z zamrażalnika odgrzewamy gotowce.
Pytam zatem czemu wcześniej nie zostałam poinformowana oraz czemu podano mi to, co dostałam.
Kolejna genialna odpowiedź - Bo ja myślałam, że pani się nie zorientuje.

Nie, dziewczyna wcale nie była blondynką.

Pizzeria

Skomentuj (23) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 580 (Głosów: 708)

#61570

(PW) ·
| Do ulubionych
Dostałam od męża w prezencie bilety na koncert Muzyka, którego bardzo lubię. Cieszę się ogromnie, bo miałam się wybrać na jego występ już w zeszłym roku, ale ciąża pokrzyżowała mi plany. Bilety są 2, ale że chłopcy są jeszcze za mali na takie imprezy, mąż zostaje w domu, a ja wybieram sobie osobę towarzyszącą.

Wybór padł na koleżankę z poprzedniej pracy, bo nasze gusta muzyczne się pokrywają, a i chętnie spędzę z nią trochę czasu, bo ostatnio trudno było się umówić. Niestety, nieopatrznie pochwaliłam się w mediach społecznościowych prezentem i wyborem. Kilka minut później odezwała się do mnie daleka znajoma.

"O widzę, że mężuś się postarał, a nie jest zazdrosny hehe?"
Odpowiedziałam, że nie ma o co.
"Ja go tak uwielbiam, a mi nikt nie chce dawać takich prezentów ;( szczęściara..."
Odparłam, że bilety na kilka koncertów są jeszcze dostępne więc nic nie stoi na przeszkodzie, żeby sama sobie taki prezent zrobiła.
"A Ty to jesteś małpa, wiesz? Mogłaś mnie zaprosić!"
Na to już nie wiedziałam co odpowiedzieć, więc zmilczałam. Za kilka minut dostałam kolejną wiadomość.
"Powiedz tej Jadźce, że jednak nie możesz jej wziąć. Dam Ci stówkę!"
Tym już mnie zirytowała, więc powiedziałam, że nie ma takiej możliwości, zabieram Jadźkę, a jej mogę co najwyżej wziąć autograf, o ile Muzyk będzie cokolwiek podpisywał po koncercie.
Umilkła.

Po chwili dostałam wiadomość od Jadźki, że moja znajoma do niej wypisuje, że ma zrezygnować z koncertu, bo ona zna mnie dłużej i w ogóle jej się bardziej należy. Może dać jej "nawet stówkę!"

Zasugerowałam zablokowanie natrętki i sama zrobiłam to samo. Nawet nie wiem jak to nazwać, bo bezczelność to chyba za mało.

znajomi media społecznościowe

Skomentuj (65) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 691 (Głosów: 791)

#61569

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia może nie piekielna, ale mnie ubawiła.

Do salonu przychodzi klient odebrać reklamację, chłopak na oko w wieku licealnym. Sprawdzam po nazwisku w systemie, reklamacja uznana, więc proszę klienta o protokół reklamacyjny. Wywiązała się taka mniej więcej rozmowa ([J]- ja, [K]-klient):
[K]: Ale ja tę kartkę zgubiłem.
[J]: W takim razie proszę o jakiś dowód tożsamości, żebym mogła sprawdzić czy dane się zgadzają.
[K]: A legitymacja szkolna może być?
[J]: Ostatecznie może być.

Grzebie chłopak chwilę w portfelu, niestety bez skutku.

[K]: Wie pani co, musiałem zostawić legitymację w domu. Może ja pani mój profil na fejsie pokażę, żeby pani wiedziała, że ja to ja?

Niestety jego profilowe na "fejsie" mi nie wystarczyło i chłopak musiał wracać po odbiór reklamacji następnego dnia.

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 423 (Głosów: 569)

#61567

(PW) ·
| Do ulubionych
Dostałam właśnie maila z rzekomo adresu PKO
[no-reply@btinternet.com] o treści:

"Dostep zostal zablokowany.
Dla wlasnego bezpieczenstwa, mamy zablokowany dostep do konta.
Aby odblokowac dostep do serwisu, kliknij: Zaloguj sie do iPKO i przystapic do procesu weryfikacji.
© 2014 PKO Bank Polski".

Problem w tym, że nigdy nie miałam konta, ani innej usługi w PKO ;)
Wniosek jeden - to strona podszywająca się pod bank wyłudzająca dane do konta w celu opróżnienia jego zawartości.

Tak więc, ku przestrodze, jeśli by kogoś myszka swędziała, a przypadkowo bank w którym posiadacie konto się zgadzał.
Przy okazji PKO jest już świadome problemu: http://www.pkobp.pl/aktualnosci/ogolnokrajowe/uwazaj-na-falszywe-e-maile_2/

Nie dajmy komuś zbyt łatwo zabrać naszych ciężko zarobionych drobniaków!

bank hakerzy przekręty

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 298 (Głosów: 374)

#61712

(PW) ·
| Do ulubionych
Byłam niedawno w szpitalu na oddziale wewnętrznym.
O dziwo nie mam żadnych zastrzeżeń do pracowników, nawet jedzenie było znośne, choć skąpe (jak to w szpitalach).
Największym szokiem była dla mnie "higiena" pacjentów!

Za każdym razem, gdy na oddziale pojawiły się nowe osoby, pielęgniarki robiły obchód i pytały każdego pacjenta, czy jest samodzielny. Oferowały pomoc zgodnie ze swoim zawodem - podanie nocnika, kaczki, kąpiel pacjenta itd. Wszyscy, którzy leżeli ze mną na sali odpowiadali chórem, że sami sobie radzą.
Ale z parunastu osób leżących na oddziale brało prysznic parę. Nie raz i nie dwa zachodziłam do suchuteńkiej łazienki (niestety wspólnej dla obu płci, ale pozwalającej na prywatność). Pomimo późnej godziny nie nosiła śladów użytkowania.

Co zaś się tyczy toalet - należało ich używać będąc "na wdechu", gdyż inaczej smród zabijał. Pomimo uwijających się salowych zapach się utrzymywał. Dodam, że łazienki i toalety nowiutkie, łatwe do sprzątania. A jednak jakimś sposobem wciąż zapaskudzone. W dodatku, chociaż toalety były akurat oddzielne dla pań i panów, przedstawiciele obu płci często się "mylili" i szli do tej, która najwyraźniej była położona bliżej.

Panie salowe wychodziły z siebie, na samym oddziale i w salach było porządnie, tylko tych kibli nie dawały rady ogarnąć. Panie pielęgniarki - po prostu anioły, dbały o wszystko, namawiały na prysznic, ale zmusić pacjentów nie było jak. Ja rozumiem, że można mieć trudności w poruszaniu się, ale większość brudasów nie była w żaden sposób ograniczona ruchowo.
Codziennie w myślach dziękowałam Bogu, że lato i chociaż okno można otwarte zostawić.

Gdzieś w mózgach zacofanych ludzi tkwi bzdurne przekonanie, że nie należy się myć podczas choroby. Może w zimie faktycznie lepiej nie ryzykować, bo zawieje (? - mnie nigdy nie zawiało, kąpiel zawsze stawiała na nogi). Czy nie ma sposobu, by przekonać ich, że czystość zawsze wspomaga leczenie?

szpital

Skomentuj (16) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 438 (Głosów: 532)

Podziel się pozytywnymi historiami na
WSPANIALI.pl

Piekielni