Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

 

#63014

(PW) ·
| Do ulubionych
Koleżanka z roku, Ewa, jest jawną i wojującą feministką.

W zeszłym tygodniu wyciągała mnie, mimo, że znała moje, odmienne od jej poglądy, na jedno ze swoich spotkań.

Skuszona darmową kawą i spotkaniem z "bardzo szeroko znaną w tych kręgach" panią PSYCHOLOŻKĄ, poszłam.

Na sali, w Miejskim Ośrodku Kultury, tłoczyło się może z trzydzieści rozemocjonowanych kobiet, o średniej wieku 25+.

Na początku miała być pogadanka o chwytliwym tytule: "Kobieta. Samorozwój drogą do sukcesu", później dyskusja.

Prowadząca zadała pytanie, jak się rozwijamy, jak włazimy pod drabince o nazwie "sukces", aż w końcu padło pytanie: "jak się odprężamy zazwyczaj po ciężkiej pracy?".

Kobiety mówią, że czytają literaturę, chodzą same do teatrów, etc.

I padło na mnie. No to wstaję i bez większego pomyślunku odpowiadam:
- Lubię sprzątać.

Pomruk zdziwienia, niezadowolenia przebiegł po sali, PSYCHOLOŻCE brewka się uniosła i prosi, żebym rozwinęła.

A ja, jak taka sierota, dalej kopię sobie grób:
- Odprężam się, gdy sprzątam, lubię to robić. Oczywiście, lubię też czytać, bardzo dużo czytam, ale sprzątanie to taki sposób na co dzień, na szybko, zapach schnącego prania, sosnowej pasty do mebli, kojarzy mi dobrze, z babcią trochę. I pomyśleć w samotności mogę... - przerwałam zmieszana.

Prowadząca pyta:
- A mężczyzna? Co pani sądzi, mężczyzna nie może wykonać tych zadań?

- To zależy. Jeśli mamy podobną pracę, to czemu nie, może część obowiązków wykonać za mnie, można się podzielić.

Brew prowadzącej powoli trafia na miejsce, ale dodaję:

- No chyba, że ciężko pracuje, taki strażak na przykład, ratownicy, przecież jak wróci po kilkunastu godzinach, to na szmacie nie każę mu jeździć, bo ja paznokcie pomalowałam. Chyba, że w dzień wolny...
Znów przerwałam, widząc czerwone oblicze pani PSYCHOLOŻKI.

[P]: To uważa pani, że kobieta ma wszystko robić, a mężczyźni mogą nas wykorzystywać seksualnie i traktować jak służbę i niższy szczebel?
[J]: Nie, tłumaczę przecież. Podział obowiązków jest w porządku, ale bez skrajności, jestem wyrozumiała...
[P]: Przecież to wyzysk! I pani, Z TAKIM podejściem nazywa siebie feministką???
[J]: Ou, nie, ja tu tylko z koleżanką przyszłam.
[P]: Proszę wyjść! Burzy pani hierarchię i strukturę blablabla...

No co, zawinęłam się i wyszłam.
Darmowej kawki nie dostałam.

MOK

Skomentuj (131) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 689 (Głosów: 937)

#62995

(PW) ·
| Do ulubionych
Pracowałem w wielu miejscach, robiłem wiele rzeczy i wszędzie spotykałem się z ludźmi, którzy za zadanie mieli uprzykrzać innym życie. Wiele z tych osób robi to z głupoty lub są zwyczajnie złośliwi.

Obecnie pracuję jako dostawca pizzy (oraz innych dań oferowanych w menu pizzerii). Jadę sobie tak spokojnie przez miasto, z ostatnim zamówieniem. Zatrzymuję się na skrzyżowaniu (czerwone światło) i czuję prawie od razu uderzenie w tył. Nie hamowałem nagle, więc się zdziwiłem, wysiadłem zobaczyć co się stało. A tam widzę audi pięknie "całujące" tył mojej skody. Wysiada pani, niezmiernie wzburzona. Krzyczy na mnie, a ja szczerze powiedziawszy nie mam pojęcia, dlaczego akurat na mnie, nie na siebie. W końcu pytam o co jej właściwie chodzi, przecież to ona wjechała we mnie.

- Bo ja myślałam, że ty przejedziesz!

Tak. Pani była pewna, że skoro zapaliło się czerwone to ja powinienem jeszcze dodać gazu, żeby ona zdążyła. Prawo jazdy pewnie znalazła na ulicy i szkoda było oddać...

skrzyżowania

Skomentuj (16) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 643 (Głosów: 679)

#62989

(PW) ·
| Do ulubionych
Kolejka pod gabinetem, jak to w przychodni. Wtem przydreptuje jakiś [D]ziadek (dosłownie szura nóżkami po korytarzu):
- Proszę państwa, wchodzę jako pierwszy. Jestem kombatantem.
Na co głos [P]ani (na oko 50+):
- I co z tego? Ja też byłam w szpitalu i się nie chwalę.

Żadnego komentarza znaleźć nie sposób.

słuzba_zdrowia

Skomentuj (20) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 480 (Głosów: 572)

#62984

(PW) ·
| Do ulubionych
Od czasu do czasu przed wizytą w Polsce, zaglądam na groupona, aby skorzystać z jakichś fajnych ofert w czasie krótkiego często pobytu w ojczyźnie.

Znalazłam przedłużanie rzęs. Zakupiłam na 3 tygodnie przed przyjazdem i od razu zadzwoniłam zarezerwować termin. Pierwsza próba - fiasko, pani jest już po pracy (mimo, że to wciąż były godziny otwarcia salonu) i nie będzie zaglądać do grafiku. Ok, zdarza się, pytam więc, kiedy zadzwonić. Jutro, po 10. Dzwonię następnego dnia o 10:30 i... dostaję opieprz, że tak późno, że ona ma rezerwację na miesiąc w przód i ogólnie sorry, taka sytuacja. No nic, proszę więc o termin przed Świętami Bożego Narodzenia - wtedy też będę w Polsce.

- Eeeee, ale to jest za wcześnie na rezerwację na Święta
- No przecież Pani ma na miesiąc w przód wszystko zajęte, to kiedy mam rezerwować? Próbuję dwa miesiące w przód, aby mieć gwarancję, że mi ten termin nie przepadnie.

Wow, nagle znalazł się jednak termin w czasie mojej najbliższej wizyty. Sobota, 15:00. Pech chciał, że nie mogłam znaleźć podanego adresu, więc jakieś 5 minut przed 15:00 dzwonię na nr salonu i proszę o wskazówkę, jak pod adres dotrę.

- Co? Przecież pani ma wizytę za 5 minut, pani się spóźni!

- Proszę pani, dlatego dzwonię, aby nie krążyć bez sensu, tylko, żeby mnie pani pokierowała...

- Jak się pani spóźni to wizyta przepada!!! - j*b słuchawką.

Adres znalazłam sama, fakt faktem 5 minut spóźniona. Recepcjonistka i prawdopodobnie również właścicielka salonu, z wielkim fochem zaprowadziła mnie do gabinetu kosmetyczki i przedstawiła mnie:

- No, Weronika, jak widzisz, pani się łaskawie w końcu zjawiła, ty pamiętaj, te 5 minut to musisz pani wizytę skrócić, bo o 15:30 masz następną klientkę.

- Moment - wtrąciłam się - pani ma zamiar mi rzęsy przedłużyć w 25 minut? - zabieg ten robiłam nie pierwszy raz, trwa ok 2 godzin, można zrobić i w godzinę na odwal się, ale w 30 min?

- No tak, a o co chodzi?

- Nie sądzę, aby w takim czasie można było taki zabieg wykonać 100% profesjonalnie.

- Ale pani jest z groupona.

- No i?

- No i nie płaci pani 100%, to i 100% pani nie dostaje.

Tu nastąpiła dyskusja, że chyba nie taka jest idea zakupów na grouponie, po dłuższej dyskusji obiecałam, że po zabiegu przyjdę się dokładnej każdej rzęsie i jeżeli usługa będzie nieprofesjonalnie wykonana zgłoszę reklamację na grouponie.

Samej kosmetyczce nie mam nic do zarzucenia. Sytuacja ją chyba zestresowała, ale wszystko zrobiła profesjonalnie, poświęcając na to tyle czasu, ile trzeba. Podziękowałam, pożegnałam się i wyszłam z gabinetu. Przy recepcji dosłownie zaszedł mi drogę mąż właścicielki wpierając, że mam dopłacić za dodatkowy czas. Nim zdążyłam odpowiedzieć, usłyszałam panią właścicielkę z toalety:

- Stefan, zostaw, k*rwa, nie warto!

Rzęsy zrobione pięknie, niestety dzięki właścicielce do tego salonu na pewno nigdy nie wrócę.

Salon kosmetyczny

Skomentuj (31) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 698 (Głosów: 764)

#62920

(PW) ·
| Do ulubionych
Pracuję jako kasjerka. Ostatnio w sklepie ruch był umiarkowany co nie skutkowało dużymi kolejkami. Podchodzi rodzina z pełnym wózkiem. Pani uprzedza, że będzie płatność bonami (z nimi mamy najwięcej roboty - każdy osobno podpisać, dać pieczątkę).
W trakcie kasowania podchodzi X z dwiema rzeczami. Ja z uśmiechem na twarzy mówię, że jeśli mu się śpieszy to zapraszam do koleżanki (nie miała klientów) gdyż tutaj nam to dłuższą chwilę zajmie. X z uśmiechem na twarzy przeszedł do kasy obok. Gdzie piekielność?

Dosłownie chwilę potem przychodzi kierowniczka ,że X zrobił awanturę i złożył skargę na mnie. Podobno ODMÓWIONO mu obsługi.

Właśnie dlatego "kocham" pracę z ludźmi.

uslugi kasa sklep

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 593 (Głosów: 641)

#62978

(PW) ·
| Do ulubionych
Do naszego wynajmowanego mieszkania należy też piwnica, której nigdy nie używaliśmy. Ot, jakimś cudem wszystko udało nam się pomieścić w mieszkaniu, a sprzętu typu rowery nie posiadamy. Jakiś czas temu jednak właścicielka poprosiła nas o zrobienie miejsca w piwnicy. Po przekopaniu się przez stertę starych farb, pudeł z dziwną zawartością i połamanych mebli, znaleźliśmy dziecięcy rowerek.

Na rowerach się nie znam, na dzieciach tym bardziej, ale służący profesjonalną radą kumpel ocenił rowerek na "rocznik 2000', mocno używany, dla dziecka 9-10 letniego". Nie ma szans skontaktowania się z poprzednimi lokatorami mieszkania, więc postanowiliśmy pozbyć się rowerka w inny sposób. Sprzedać nie wypada, bo rower nie pierwszej świeżości, a tu i ówdzie połamane elementy. Wehikuł jednak w pełni sprawny, dlatego postanowiliśmy nieco go oczyścić i oddać w dobre ręce. Zamieściliśmy ogłoszenie "Oddam za darmo" na kilku portalach i tu zaczynają się piekielności.

W ogłoszeniu zamieściliśmy opis rowerka, wypisaliśmy wszystkie ubytki, dodaliśmy zdjęcia. To nie ustrzegło nas przed wieloma mailami o treści "Można prosić o zdjęcia?", "Jaki kolor rowerka" czy "Jakiej marki jest rower?". Czytanie ze zrozumieniem wyjątkowo kuleje w społeczeństwie, bo wiele osób składało oferty na przygarnięcie "dorosłego" roweru, na nasze dość złośliwe odpowiedzi reagowali oburzeniem.

Nawet gdybyśmy chcieli, nie mamy możliwości przetransportowania rowerka do nowego domu (chyba, że nowy właściciel mieszkałby 2 ulice dalej). Taką też informację zamieściliśmy także w ogłoszeniu. Dużymi, tłustymi literami. Dwa razy. W 80% maili autorzy umieszczali swój adres i telefon kontaktowy i pytanie, kiedy dowieziemy im rowerek. Znalazł się też jegomość, który na nasze ogłoszenie odpowiedział "Będę w domu jutro o 19, daj znać jak będziesz pod domem ze sprzętem to wyjdę" ;)

Spośród ponad 30 "ofert" nie trafił się nikt odpowiedni. Rozpuściliśmy wici wśród rodziny i znajomych. Rowerek odebrała "ciocia kuzynki sąsiadki brata męża", podziękowała nam za dar, a następnego dnia przyniosła upieczoną wielgaśną szarlotkę "za fatygę" (trud wyniesienia rowerka z piwnicy ;)

Nauczka dla nas: najpierw rozpuścić wici w towarzystwie, a gdy to zawiedzie, umieścić ogłoszenie o sprzedaży. Nawet gdyby cena miałaby być śmieszna. Może wtedy zgłoszą się bardziej ogarnięci ludzie?

ogłoszenia

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 396 (Głosów: 436)

#62979

(PW) ·
| Do ulubionych
Z czasów jeszcze szkolnych. Piękny, słoneczny weekend, więc postanowiłam wybrać się do parku. Dojeżdżałam na miejsce tramwajem, słuchając muzyki w słuchawkach. Od razu zaznaczam, że też moja nieuwaga zalśniła zdrowo w tej sytuacji, nie da się tego ukryć.

Tramwaj miał tak przystanek, że wychodziło się na ulicę, nie wysepkę. I właśnie tu głupotą zaświeciłam, bo po zatrzymaniu się tramwaju dziarsko wyszłam z niego nie patrząc czy jakiś szalony pojazd się nie zbliża i moment później już leżałam na asfalcie.

Pierwsza myśl: co za wstyd, wygrzmociłam się na schodkach z tramwaju jak ostatnia ciamajda. Do tego widzę po prawej koło samochodu tuż obok mojej twarzy, więc musiałam zatrzymać ruch. Niezdara jakich mało.

Podnoszę się i coś mi się wydaje, że jednak się tak po prostu nie wygrzmociłam sama z siebie. Noga mnie piekielnie boli, cała ulica zamarła, motorniczy wychodzi z tramwaju (o dziwo nie klaszcze), armia emerytek już stoi na ulicy i o coś się tam przekrzykuje. Ostrożnie ściągam słuchawki i dociera do mnie z pełną mocą, że chyba właśnie kierowca owego autka postanowił zignorować przepis o zatrzymaniu się gdy tramwaj ma przystanek na ulicy i mnie skosił jako pierwszą, która wyszła.

Babcie się drą, motorniczy dzwoni na policję, no normalnie sajgon. Ja stoję jak ta sierota starając się ponownie zalogować do Matrixa, aż w końcu sprawca wypadku się objawia. Z samochodu wyskakuje [p]aniusia w sukieneczce, blond włos rozwiany, oczy jak u zranionej sarenki i tako rzecze:

[P]: No pani mi wybaczy! Ja dzisiaj taka roztrzęsiona jestem, bo się z mężem pokłóciłam i mi się zapomniało, że zatrzymać się trzeba.

Mój mózg się zrestartował po miażdżącej logice pani. Na tyle skutecznie, że pierwsze co wyszło mi z ust to "Czyli w odwecie postanowiła pani rozjechać pierwszą osobę na ulicy?".
Paniusia w płacz, że ja taka niedobra, ona jest po kłótni i ja powinnam zrozumieć.

Nie zrozumiałam. Panowie policjanci też nie.

Miałam kuriozalne wyrzuty sumienia, że się zalała łzami po moim tekście. Ale teraz zanim wyjdę z tramwaju już zawsze patrzę, czy coś nie jedzie. Tak na wszelki wypadek, bo jeszcze ktoś może być po sprzeczce małżeńskiej.

Edit: Tak, pogotowie było. Nie, o dziwo nie była to autostrada i pani nie pruła sto na godzinę. Ja natomiast nie nazywam się Wolverine i jestem w jednym kawałku nie dzięki nadludzkiej regeneracji, ale stosunkowo niskiej prędkości pani auteczka.
Włos rozwiany akurat był jasny. Mój też jest. A sukieneczka, bo lato. Sama miałam sukieneczkę, kajam się :)

kierowcy

Skomentuj (22) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 384 (Głosów: 512)

#62972

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia dotyczy profilowania w Urzędzie Pracy - kto się zetknął ten wie, kto nie miał okazji temu krótko mówię, że chodzi o odpowiedź na 3 pytania, które to odpowiedzi mają ustalić jakim typem bezrobotnego jesteśmy i jak bardzo zależy nam na znalezieniu pracy.

Ja pomyślnie przeszłam ową procedurę i dostałam miano bezrobotnego elastycznego czyli gotowego na wiele by pracę zdobyć. I tym to sposobem otrzymałam informację, że mogę wziąć udział w rozmowie z pracodawcą oferującym "stanowisko kierownicze". Ok.

Przychodzę wyznaczonego dnia na rozmowę i okazuje się, że jest nas w sumie ok. 25 osób wyraźnie różnych pod względem doświadczenia, stanu zdrowia (czytaj spożycia alkoholu), wykształcenia itp. Pan Pracodawca kręci się radośnie i opowiada paniom z UP jak to on nas wszystkich "załatwi" i jak nam wszystkim "przywali w papierach" w razie odmowy podjęcia pracy. Zaczyna się właściwe spotkanie, gdzie po 3 zdaniach okazuje się, że owa oferta pracy to stanowisko sprzedawcy wędlin i mięs w sklepie dużej sieci. Można tam zrobić super karierę wyróżniając się dzieleniem mięsa, wciskaniem promocji, układaniem wędlin itp. Wysłuchałam i chcę zrezygnować z rozmów indywidualnych, bo kurcze nie po to człowiek 2 kierunki studiów ma i 3 języki żeby habaninę podawać ale okazuje się, że rezygnacja równoznaczna jest z natychmiastowym pozbawieniem statusu bezrobotnego na minimum 120 dni. Ponieważ "ta oferta jest najlepszą jaką do tej pory w naszym UP mieliśmy, bo jest na umowę o pracę i żadne powody odmowy nie zostaną uwzględnione".

Zasiłku nie pobieram ale ubezpieczenia jednak szkoda, więc heroicznie idę na rozmowę do pana. Podaję CV i zapada dramatyczna cisza. Pan pracodawca dalej lekko agresywny, ale udało nam się dojść do porozumienia, że zatrudnienie mnie byłoby dla niego bez sensu, a ja właściwie to nie odmawiam mu ale jednak chyba mu się nie przydam na tym stoisku.
Dalej podążam z papierkiem od pana do pań z UP i pytam szczerze czemu wprowadzają mnie w błąd jakimś rzekomym stanowiskiem kierowniczym, czemu stawiają mnie i nie tylko mnie w takiej kuriozalnej sytuacji. Nie da się tego ustalić, ogólnie powinnam się cieszyć z takiej super oferty i z pomocy UP.

W trakcie okazało się, że takich osób jak ja była większość. Mam wrażenie, że całe to profilowanie i pomaganie przez UP jest jedną wielką farsą.

urząd pracy

Skomentuj (58) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 403 (Głosów: 505)

#63007

(PW) ·
| Do ulubionych
Tak się złożyło, że akurat w piątek postanowiłam pójść na aerobic. Ja wiem, że świat w piątek wieczorem imprezuje, ale po całym tygodniu ciężkiej pracy przy kompie marzyłam, żeby trochę się poruszać. Każdy, kto siedzi przez monitorem ciurkiem 12 godzin razy 5 to zrozumie.

Jako, że pod drugiej stronie ulicy mam szkołę ze salą gimnastyczną, a w tej sali zajęcia, to ubrana stosownie złapałam butelkę wody, karimatę, 10 złotych na wstęp i idę. Komórki nie brałam, bo po co, a poza tym w moich wypasionych legginsach kupionych specjalnie na tą okazję, nie ma kieszeni. W swetrze też nie ma kieszeni. Wszystko co miałam na sobie było obcisłe, oddychające i nie miało kieszeni, z wyjątkiem jednej, małej na klucze. A poza tym po diabła mi komórka na treningu?

Więc wsiadam do windy, żeby zjechać ze swojego 10. piętra w tych obcisłych legginsach, z karimata, woda i bez komórki o 19.30 w piątek....
...i światła gasną. Ciemno, cicho i lekko strasznie. Czubka nosa nie widać.
Namacałam panel z przyciskami, a na panelu ten guzik z dzwonkiem, o którym pamiętałam, że jest opisany jako alarm.
Wciskam. Spodziewałam się jakiegoś ryku syreny, czerwonego światła alarmowego, bohaterskiego ratownika z błyskiem w oku zjeżdżającego na linie przez właz w dachu windy...
A tu nic.
Dla pewności wcisnęłam jeszcze 666 razy. Dalej nic.
Tu dodam, że winda jest prawie moją rówieśniczką, ma za sobą historie podpalenia i zatrzymała się miedzy ósmym, a dziewiątym piętrem. Szybko w myślach policzyłam wysokość szybu pode mną i ta świadomość zmobilizowała mnie do działania!

-HAAAALOOOO!!! POMOCY!!! UTKNĘŁAM!!! WISZĘ W WINDZIE!!!- zacząłem wrzeszczeć jak co najmniej dama w opałach - RATUNKU!!!- dla zwiększenia efektu zaczęłam bębnić dłonią o metalowe drzwi windy.
Bębnię i bębnię.
-Pani nie bębni, światła nie ma - powiedział ktoś na korytarzu.
-Wiem - odrzekłam bystrze, pamiętając, że jak ostatnio nie było, to przez 3.5 h - Proszę mnie wypuścić!- dodałam, jakby to od tego biednego człowieka zależało.
-Niech Pani poczeka - i poszedł. Ale wrócił z pięcioma kolegami i zaczęli się naradzać. W końcu któryś zbliżył się do drzwi i mówi:
-Tam jest guzik, alarm, proszę go przycisnąć! - noszkurfa.
-On nie działa!!!
-Ale proszę sprawdzić! - po ponownym sprawdzeniu przycisk dalej nie działał- Tam powinien być numer na pogotowie windowe! Proszę go nam podać!
-Ale tu jest ciemno i nie mam komórki! - tu muszę dodać, że było to dla mnie osobiści wybitnie irytujące, bo mam tam numer do brata szwagra kolegi zięcia kumpla mojej przyjaciółki, który jest administratorem u nas na osiedlu, ma klucze do wind i by mnie wypuścił.

Wracając jednak do windy: w metalowych drzwiach jest pionowe okienko ze szkłem zbrojonym. Przez to okienko panowie zaczęli mi świecić swoimi komórkami i w ich nikłym świetle odkryłam, że numeru telefonu też nie ma.
-NIE MA!!!
-ALE PROSZĘ POSZUKAĆ! - panowie najwyraźniej uznali, że nie współpracuje.
-No nie ma!!! - w tej sytuacji zaczęli się naradzać. Wyszło im, że koło drzwi jest panel z przyciskiem wołającym windę i jak ten panel się odkręci to jest tam jakiś dzinks, który po przestawieniu odblokuje drzwi i oni mnie wtedy spomiędzy tych pieter wyciągną.

Więc zaczęli grzebać, a mi zaczęło robić się zimno. Po około godzinie było mi już porządnie zimno, siedziałam na karimacie na podłodze myśląc o życiu, panowie dalej nie mogli odkręcić panelu ("piekielne śrubki się zapiekły") a jeden z nich wpadł na to, żeby zadzwonić na 112.
-Ale czy jest zagrożenie życia? - spytała się pani dyspozytorka.
-Nie, no nie ma - popełnił facet strategiczny błąd.
-To nie przyjmujemy zgłoszenia, światło w końcu wróci.
-Ale ta kobieta tam godzinę siedzi.
-To proszę zadzwonić na pogotowie windowe.
-Ale nie mamy numeru telefonu - więc kobieta uprzejmościowo podała, choć nie musiała, bo nie ma zagrożenia życia.

Na pogotowiu windowym powiedzieli, że oni obsługują tylko miasto wojewódzkie, a nie nas, a w ogóle to na naszym osiedlu jest pogotowie techniczne PGMu i tam trzeba dzwonić. Jak facet zadzwonił do PGMu odezwała się automatyczna sekretarka, informując że administracja pracuje od siódmej do piętnastej w dni robocze.
Więc gość zadzwonił ponownie na 112, tłumacząc, że dalej jest problem. Pani dyspozytorka nie wykazała się ani zrozumieniem, ani współczuciem ani empatią.
W tym momencie facet dojrzał do dzwonienia bezpośrednio na straż pożarną, ale po 1.5 h światło wróciło, a ja wróciłam schodami na dziesiąte piętro, dziękując po drodze panom za pełne poświecenia dotrzymywanie mi towarzystwa.

Epilog: kilka dni później spotkałam "konserwatora dźwigu windowego", który sprawdzał, czy wszystko ok po tym "jak mu próbowali coś w dźwigu rozkręcać". Pan konserwator uświadomił mnie, że PGM ma pogotowie techniczne czynne cała dobę, ale numer wisi na PARTERZE na tablicy ogłoszeń. I to nie jest ten normalny numer, na który się dzwoni jak rura pęknie, bo to wtedy jest dział remontów i konserwacji, a nie dział techniczny. A przycisk ALARM nie działa, bo dzieciaki wciskały dla zabawy. Od siebie dodam, że włazu w suficie nie ma. Amerykańskie filmy kłamią.

Dama w opałach.

Skomentuj (50) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 581 (Głosów: 661)

#62970

(PW) ·
| Do ulubionych
Mój wujek jest od czterech lat wdowcem z małą gromadką dzieci. Wujek pracuje na trzy zmiany i z tego względu czasami i ja muszę zająć się kuzynostwem, jeśli mam chwilę czasu. W sobotę wuj zadzwonił z pytaniem czy nie przyszłabym na trochę zająć się najmłodszą dwójką dziewczynek (5 i 9 lat). Ok, co mi tam, poszłam.

Przy jakiejś grze rzuciło mi się w oczy, że starsza z nich, niech będzie Monika, trochę schudła na buzi, oczy ma lekko podkrążone i w ogóle wyglądała jak chora. Myślałam, że mi się wydawało, ale nie. Wywiązał się mniej więcej taki oto dialog:

(j)a- Moni, dobrze się czujesz? Jesteś strasznie blada.
(M)onika- Tak! A wiesz co? Od dwóch tygodni się odchudzam!
To, że mnie zamurowało i szczena opadła to mało powiedziane. Żadne z dzieciaków nie miało nigdy nadwagi, nawet lekkiej. Brnęłam jednak dalej.
j-Ale dlaczego? Przecież szczypiorek z ciebie, poza tym dziewczynki w twoim wieku jeszcze nie powinny się odchudzać.
M- Oj ty nie rozumiesz! Z dziewczynami z klasy się wszystkie odchudzamy i te z grupy nam pomagają!
j- Jakiej grupy?

Udało mi się nakłonić młodą, żeby przedstawiła mi ową cudowną "grupę fitness". Odpaliła komputer, włączyła facebooka i pokazała prywatną grupę z NAZWĄ W STYLU "hot chude, stawiamy na wysportowane ciało! wyzwanie 60 dni, max. 15 lat!!" Chyba łatwo się domyślić jaka była zawartość; wymalowane trzynastolatki, chwalące się "wysportowanym ciałem" jak wieszak. Nie to było jednak najgorsze; najgorsze były posty w stylu "Dzisiaj dzień 7. Tym razem przez cały tydzień nie jemy mięsa! Pamiętajcie, jogurt (niekaloryczny!!) rano i wieczorem + woda niegazowana! Powodzenia i buziaczki, wrzucajcie zdjęcia efektów naszej ciężkiej pracy! :*" i tak dalej w ten deseń.

Zasada prosta, w ciągu 60 dni dziewczyny rezygnowały z różnych, ich zdaniem tuczących produktów spożywczych, zamiast tego stawiały na jedzenie jogurtów, picie wody lub ewentualnie całkowite głodzenie się. Żałuję tylko, że nie udało mi się jakimś sposobem zrobić screenshota albo chociaż zapamiętać dokładnej nazwy; próbowałam wyszukiwać u siebie ale nie trafiłam konkretnie na tę grupę. Poprosiłam więc młodą, żeby zaprosiła mnie do grupy, bo "z chęcią poćwiczę z nimi". Nie zaprosiła. ("Przecież to nie fair, bo masz więcej niż 15 lat!").

Po powrocie wujka opisałam mu całą sytuację; przyznał, że zobaczył, że Monia blado wygląda ale myślał, że po prostu grypa ją łapie, w końcu taka pogoda. I z ręką na sercu przysięgał, że talerz po zjedzeniu oddawała pusty (też mnie ciekawi gdzie to wyrzucała). Dziś poszedł do szkoły, zgłosić wychowawczyni całą sytuację. Zastanawia mnie jeszcze, że nikt w szkole nie zauważył jak na stołówce grupa dziewczynek nie zjada obiadów i dzieciaki, które należały do tamtej grupy i ślepo wierzyły innym rówieśnikom. Sporo ich było. Nie wiem czy nie da się NIE ZAUWAŻYĆ, że dziecko wygląda jak szkapa.

szkoła podstawowa

Skomentuj (40) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 530 (Głosów: 616)

Podziel się pozytywnymi historiami na
WSPANIALI.pl

Piekielni