Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

 

#62671

(PW) ·
| Do ulubionych
Natrafiłem na kilka historii o idiotach rzucających w pociągi, autobusy czy tramwaje i przypomniała mi się historia sprzed kilku lat.

Nie posiadając wtedy wozidła zwanego samochodem, wracaliśmy z żoną do domu jadąc autobusem.
Jako, że autobus był bardziej pusty niż pełny, zajęliśmy miejsca naprzeciw tylnego wejścia. Były to miejsca na kole. Siedzenia były nieco wyżej od pozostałych i chyba coś się popsuło, bo były nieco pochylone do przodu. Źle się siedziało więc postanowiliśmy przesiąść się o jeden rząd siedzeń w przód.

Na kolejnym przystanku wsiadła kobieta z córką tak na oko 7-letnią. Zajęły te "nasze stare" miejsca. Pani podeszła do kasownika, a tu nagle słychać okropny huk i płacz dziecka. Odwracamy się, a tu w szybie dziura, dziecko płacze, a na podłodze stalowa kulka taka łożyskowa.
Ten pocisk musiał być wystrzelony z ogromną siłą, bo nie rozbił całej szyby a wybił w niej dziurę.

Szczęście w tym nieszczęściu jest takie, że dziura znajdowała się na wysokości głowy dorosłego. Dziecko było niższe więc najadło się tylko wielkiego strachu ale co by było gdybyśmy się nie przesiedli? Albo gdyby Pani usiadła, a nie poszła kasować bilet?

Idiota który to zrobił, nawet nie pomyślał, ze mógł kogoś zabić. W tym konkretnym wypadku mnie lub tą Panią. I tylko dziwnym zrządzeniem losu do tego nie doszło.

komunikacja_miejska

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 561 (Głosów: 609)

#62608

(PW) ·
| Do ulubionych
Ostatnia moja historia trochę negatywna była, teraz dla zmiany tonu postanowiłam opisać perełki z życia farmaceuty.

1. O co można poprosić w aptece?
- papier toaletowy ("podpaski macie, a papiru nie??")
- kostki albo płyn do toalet, albo jedno i drugie.
- ryzę papieru ("Paniii, macie tu drukarkę, odsprzeda mnie Pani ryzę?" jeden papierniczy 100 metrów dalej, drugi 500 - apteka w centrum miasta)
- pastę do butów
- żyletki do golenia (no dobra, to jeszcze ujdzie, bo mamy nieco kosmetyków i może to mylić)
- obrożę przeciwpchelną
- tabletki na robaki dla psa/kota
- spirytus na nalewkę (nie wolno nam sprzedawać postronnym ludziom, ścisłe zarachowanie i tego typu historie, pani ostatecznie zrezygnowała, jak usłyszała cenę)

2. Zagadki od pacjentów:
- Lek ze zwierzęciem w nazwie (Aleve)
- Hna (Xenna)
- Tabletki aviomaryja (aviomarin)
- Płyn na żoładek z Jezusem i Maryją (Melisana)
http://www.doz.pl/apteka/p3216-Melisana_Klosterfrau_plyn_doustny_155_ml

- "proszę Pani, takie tabletki na gardło dla dzieci reklamują w telewizji, takie truskawkowe, tabletka wyskakuje z opakowania i tak tańczy", po czym pani podniosła ręce do góry, i zaczęła przeskakiwać z nogi na nogę... (pierwsza reklama junior angin, tak to wyglądało:
)

- "Pani kochana, ja tu jakoś rok temu kupowałem takie pastylki na gardło, jakie dobre były, wie pani może jakie? A może to nie u was, ale proszę mi dać".

3. Logiczne dialogi:
- Kaszel suchy czy mokry?
- Tak.
.....
- To dla dziecka czy dorosłego?
- Tak.
.....
- Co boli? Ząb, głowa, czy plecy?
- Tak.
.....
Dla usprawiedliwienia tych przypadków dodam, że zazwyczaj miało to miejsce w godzinach nocnych bądź wczesnoporannych, więc słuchanie ze zrozumieniem nie zawsze działało :)

4. Ale czasem Farmaceuta też nie za dobrze usłyszy:
Pacjent wraca do apteki:
- Proszę Pani bo ja kupowałem tutaj lek, ale to chyba nie ten, bo ja miałem tym siniaki smarować, a tu mam proszek do picia.
Pacjent dostał Gelacet na włosy, skórę i paznokcie, a prosił o Altacet :D

5. Tytułem wstępu - czasem, naprawdę wyjątkowo udzielamy leków na receptę (oprócz psychotropów) zaufanym pacjentom, jak mają dobre wytłumaczenie, zresztą wiemy, że nam receptę doniosą. "Niezaufane" przypadki wysyłamy na pomoc doraźną.
Dialog właściwy (Pani, ok 55-60l.):
- Proszę Panią, skończyły mi się moje leki na serce, moja doktórka na urlopie, w przychodni mi problem robi inny lekarz, ja doniosę receptę w przyszłym tygodniu, bardzo proszę niech mi Pani pożyczy.
- No dobrze, tak wyjątkowo mogę, a jaki to lek?
- No takie małe, białe tabletki, na serce.
- Proszę Panią, w szufladach za mną (5 w kolumnie, kolumn 6) połowa leków jest "na serce", z czego większość jest mała, biała. Pamięta może Pani nazwę, dawkę albo jak opakowanie wyglądało?
- No takie małe, białe...
- (Wdech, wydech) trochę więcej informacji potrzebuję.
- Poczeka Pani, mam je przy sobie!
Eureka? Pani wyciąga słoiczek po Apapie, wysypuje na dłoń garść różnych tabletek, pokazuje palcem na "mała, biała" i z radością rzecze:
- To ta!
Po sprawdzeniu kilkunastu paczek leków "na serce" i porównaniu wizualnym do pożyczenia leku nie doszło.

Skomentuj (44) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 537 (Głosów: 609)

#62617

(PW) ·
| Do ulubionych
Jest jeszcze ciepło, ale zaczęła się już - wyjątkowo wcześnie - zimowa miejska plaga: śmierdzący bezdomni w środkach komunikacji (i nie tylko).

Już mam za sobą pierwszą przymusową ewakuację z tramwaju. W wagonie po prostu nie dało się wytrzymać, pan (?) zakutany w szmaty, siedzący z tyłu, śmierdział niemiłosiernie, a motorniczy nie wykazał najmniejszej chęci do reagowania, mimo próśb pasażerów. Takich nieco mniej śmierdzących ("Dam radę, nie jest źle, otworzę szerzej okno i dojadę!") było już kilku.

Kilka wieczorów temu mąż znalazł w windzie śpiącego bezdomnego. Godzina 1 w nocy, na zewnątrz nie najzimniej, 200 metrów stąd jest pustostan - a pan niesamowicie śmierdział. Prośby i groźby nie pomogły, odmówił opuszczenia windy, pomogła straż miejska (serio, przydali się, byli mili i szybcy, wow).

Taksówkarz, który odwoził mnie ostatnio do domu (firma funduje, gdy kończy się pracę po 23), opowiadał, że mieli niedawno podobny desant. Pan nocował na klatce, regularnie jednak był wypędzany. Któregoś razu postanowił wyrazić swoje niezadowolenie z tego faktu i na każdym piętrze kamienicy pozostawił niespodziankę, rozsmarowując ją przy okazji na poręczach.

Trudno to spuentować. Śmierdzący niesamowicie brudem i alkoholem bezdomni to problem każdego większego miasta. Służby sobie nie radzą najwyraźniej, kanarzy i kierowcy/motorniczy mają to na ogół w nosie mimo próśb i skarg. Jak żyć, pani premier, jak żyć?

Skomentuj (67) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 259 (Głosów: 541)

#62612

(PW) ·
| Do ulubionych
Ostatnio synalek dowiedział się w szkole (trzecia klasa podstawówki), że zero nie jest liczbą. Zdębiałem, gdyż jako absolwent liceum mam świadomość, że umowna jest kwestia zera jako liczby naturalnej, ale z całą pewnością jest liczbą (całkowitą, wymierną, zespoloną).

Syn miał na sprawdzianie wypisać znane mu liczby (bez określenia, czy naturalne), mniejsze od 8 i otrzymał tylko połowę punktów za wpisanie nieszczęsnego zera. Pojawił się też komentarz młodziutkiej nauczycielki (cytuję): "Zero" nie jest liczbą!!! Poszedł z panią porozmawiać, pytając jak to smarkacz, czym jest zero, ale zbyła go pouczając, że musi się jeszcze długo uczyć.

Z tego, co znalazłem sieci wynika, że wielu ludzi ma z tym problem (szczególnie rodziców dzieci w młodszych klasach, ambitnie pomagających w lekcjach), ale żeby nauczyciel? Wyjaśniłem synowi, że każdy może popełnić błąd. Młody na to, że za tydzień praca klasowa i do końca trzeciej klasy powinien "udawać", że zero nie jest liczbą. Wkurzony na maksa odpisałem na sprawdzianie "Zero jest liczbą!!!!" z czterema wykrzyknikami, a jakże! Czekam na reakcję pani...

Skomentuj (88) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 527 (Głosów: 607)

#62616

(PW) ·
| Do ulubionych
Kolejny raz ta sama blond Pani z okienka w urzędzie pocztowym.
Wysyłałam spory przedmiot, ale sprawdziłam w cenniku w internecie koszt wysyłki plus w regulaminie wymiary i uzbrojona w tą wiedzę poszłam na pocztę.

Pani w okienku stwierdziła że do zapłaty prawie 24 zł. Ja zdziwiona pytam dlaczego, skoro na stronie mi wyliczyło 16 zł.

Pani stwierdza że to ponadgabaryt.
To pytam na jakiej podstawie, bo w regulaminie jest że ponadgabaryt liczy się gdy suma boków przekracza 250 cm lub wysokość przekracza 150 cm. Pani się zastanawiała gdzie ma sprawdzić jak to jest z tym ponadgabarytem, bo ona nie ma dostępu na komputerze do czegoś tam, bo jej informatyk nie dał. Pyta koleżankę. Chyba ta jej potwierdziła moje słowa.
Żeby sprawdzić wielkość paczki Pani wzięła swoją 20 cm linijkę i zaczęła mierzyć. Okazało się że wysokość to 80 cm, a suma nie przekracza 200 cm.

Łaskawie zmieniła mi kwotę do zapłaty z 24 zł na 16 zł.

To ja się zastanawiam na jakiej podstawie stwierdziła sobie ponadgabaryt? Co ciekawe rzeczona Pani pracuje na tej poczcie od około 2 lat...

poczta

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 376 (Głosów: 454)

#62615

(PW) ·
| Do ulubionych
Moja młodsza siostra właśnie poszła na studia.

Jeszcze przed rozpoczęciem roku zapoznała się przez facebooka z dziewczyną z kierunku, dogadały się i postanowiły zamieszać razem w pokoju dwuosobowym, w studenckim mieszkaniu, bo tak jest i taniej i nie tak samotnie w nowym mieście.

Aktualnie właściciel wypowiedział tamtej dziewczynie umowę i miesiąc wypowiedzenia muszą się jeszcze pokisić, a ja się śmieje pod nosem, bo prawie deja vu mam. Bo?

1. Sprzątanie.
Ola (koleżanka) nie sprząta. I nie kupuje żadnych środków toaletowych i tych do sprzątania. O ile płyny i ścierki kupuje się raz na jakiś czas, o tyle papier toaletowy czy mydło do rąk idzie jak burza, gdy mieszka się w piątkę.
Ola, napominana, zawsze mówiła "kupię następnym razem".
I.. tak korzysta ze wspólnoty, podbierając także szampony, pasty, żele, podpaski. Nawet ręczniki.
Ciuchy albo prała w samej wodzie albo zwoziła do domu, bo akurat proszki dziewczyny trzymają u siebie.

No tak na logikę, to można byłoby zawsze wszystko zabierać ze sobą do pokoju, ale nie po to idzie się na mieszkanie i płaci więcej, żeby targać ze sobą wszystko wte i wewte jak w akademiku.

2. Jedzenie.
W swojej kuchennej szafce Ola ma tylko pakę zupek chińskich.
Wiadome było, że jak zostawiło się na kuchence patelnię czy garnek z jedzeniem, a nawet talerz z czymś na kolację, to znikało.
Wszelkie tłumaczenia to: "potrzebowałam tej patelni/garnka/talerza i myślałam, że to do wyrzucenia".
Nie, żeby chociaż umyła ten garnek/talerz potem.

3. Siedzenie w łazience.
No wiadomo, jak pięć bab mieszka na kupie, to łazienka często zajęta.
Ale żeby rano, gdzie wszyscy na zajęcia się spieszą, brać sobie kąpiel? Godzinną? I być głuchym na pukanie i prośby?

4. Zakochana para.
Ola ma chłopaka. W sumie faceta, starszego od niej i mojej Młodej o kilka dobrych lat.
O ile w pokoju jednoosobowym można robić, co się chce, o tyle w "dwójce" to dość... dziwne.
A Olka zaprasza sobie swojego "bojfrenda" praktycznie codziennie. Pół biedy jeszcze, gdyby siedzieli cicho, nie przeszkadzałoby to aż tak, ale głośne zabawy, śmieszki i "macanki", i krępują, i denerwują Młodą.

Do tego właściciel zakazał spraszania na noc gości (i o ile dziewczyny mogą się dogadać między sobą, że ten raz czy dwa na noc może zostać siostra czy przyjaciółka, to obcego faceta pod dachem nie chcą).
Ola miała powiedziane, że jeszcze raz tak się chłopak "zasiedzi", to one powiedzą o tym właścicielowi, bo ich prośby i żądania są zbywane "zaraz pójdzie, nie czepiaj się".

Czarę goryczy przelało zniknięcie pieniędzy składkowych ze słoika na wspomniane, higieniczne sprawunki. Kwota nieduża, ale jednak.
Skąd wiedziano, że to ona?
Jedna z dziewczyn przyuważyła Olę, jak zakręca słoik. Tłumaczyła się, że dokłada swoją dolę, czego jednak nigdy nie robiła i po komisyjnym przeliczeniu pieniędzy potwierdził się brak kilkunastu złotych.

Gwoli ścisłości - ja, pomagając Młodej w przeprowadzce obejrzałam sobie tę Olkę i powiem, że na biedną nie wyglądała. I z relacji Młodej, takiej ilości ciuchów, malowideł i biżuterii jak u Oli, to nawet u mnie nie widziała.
Wychowanie?

mieszkanie studenckie

Skomentuj (24) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 494 (Głosów: 564)

#62609

(PW) ·
| Do ulubionych
Jak zostać promotorem stulecia?
Przyjąć w kwietniu pracę magisterską studentki do ostatecznego sprawdzenia. Trzymać ją przez półtora miesiąca. W ostatnim tygodniu maja przypomnieć sobie, że wypadałoby oddać prace z naniesionymi uwagami. Oddać pracę, której się wcale nie przeczytało (nie było nawet parafki), wrzeszcząc na studentkę, co ona za g**no napisała i że to się do niczego nie nadaje. Najlepiej, żeby napisać pracę od podstaw!
Planowana obrona magisterki za (bagatela!) półtora tygodnia... Oczywiście, wtedy nie ma szans, obrona w październiku.

Studentka we łzach wraca do domu, daje pracę do przeczytania zaprzyjaźnionemu redaktorowi. On po przeczytaniu owej "g**nianej" pracy napomyka, że zmieniłby kolejność dwóch rozdziałów i może tytuł jednego podrozdziału. Studentka stosuje się do rad.
Nadchodzi wrzesień. Studentka oddaje promotorowi pracę w niewiele zmienionej formie. Ten po przeczytaniu obwieszcza, że praca jest idealna, obrona na 100%, same superlatywy! W październiku magistrantka broni się na same piątki.

Po dziś dzień nie wiem, co dziadowi odwaliło. W taki sam sposób potraktował jeszcze cztery czy pięć osób. Teraz moja koleżanka ze studiów robi u niego doktorat. Na opisanie jego wyczynów brak słów. Przytoczę jeszcze jedną sytuację: obrona pracy doktorskiej. Pracy, której facet jako promotor w ogóle nie przeczytał i przerwał obronę w trakcie jej trwania, twierdząc, że on nie patronował takiej beznadziei...

PS. W czasie półtoramiesięcznego "czytania" pracy, promotor był o nią pytany na cotygodniowych seminariach. Za każdym razem stwierdzał, że "sprawdza".

polska kadra profesorska...

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 354 (Głosów: 438)

#62607

(PW) ·
| Do ulubionych
Wreszcie się nauczyłam, żeby nie zatrudniać nikogo z polecenia.
Potrzebowałam barmana, a on miał doświadczenie i pracował jako "supervisor" w innej knajpie. Sprawiał wrażenie ogarniętego, komunikatywnego człowieka.
Na początku nawet się starał, sprzątał, ogarniał, można było na niego liczyć. Sielanka trwała jakiś miesiąc.
A potem... to go plecy bolą, to nerki, pęcherz, ma katar, oczy pieką. Każdej zmiany coś innego, byle tylko mieć usprawiedliwienie.

W lokalu zaczęło robić się coraz... brudniej. No bo jak nie sprzątasz porządnie, to jak ma być?
Nie działały prośby, groźby, wydawanie poleceń. Po prostu nic. A nie mogłam go tak po prostu zwolnić, bo nie miałam kim go zastąpić (jakieś fatum z rekrutacją).
Nadeszła niedziela. Ruchu BRAK. On siedem godzin siedzi przy komputerze. O 22 coś się stało, że zabrakło internetu, więc postanowił zamknąć knajpę.
Przychodzę i widzę, że przez te siedem godzin nie zrobił absolutnie NIC. Tak jakby w ogóle go nie było.
Wkurzona zostawiłam dosadną listę porządków na następną zmianę. Przychodzę kolejnego dnia i... Mateusz postanowił się zemścić.

Niby czysto. Nawet dałam się nabrać, że może usłyszę jakieś "przepraszam".
Poczekał na moment jak przy barze będzie siedziało pełno ludzi. Niepostrzeżenie ubrał się w kurtkę, spojrzał na mnie i z odległości 3 metrów rzucił we mnie kluczem od knajpy... I wyszedł.
Pff... kompetentny "supervisor".
P.S. A z kasy ukradł 200zł.

Kraków

Skomentuj (50) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 379 (Głosów: 479)

#62601

(PW) ·
| Do ulubionych
Kurierski kosmos.

Mama moja kochana wysyłała mi paczki z rzeczami z domu. Miały przyjść dwie, wszystko pięknie, maila z potwierdzeniem dostałam wraz z wiadomością, że między 12 a 14 w piątek dostarczą. No mnie to nie urządza, bo w pracy będę, więc grzecznie opłacam pięć funciaków za dostarczenie w sobotę i spokój. Kurier ma być między 10, a 12.

Sobota rano, sączę sobie herbatkę o 10:01, z ciekawości sprawdzam status przesyłki. I co widzę? Nieudana próba doręczenia. No niech mnie drzwi ścisną, nie śpię od 8, cicho w domu jak w grobie, a dzwonek do drzwi by obudził zmarłego. Sprawdzam pod drzwiami i oto leży moje awizo. Kurier ninja, podrzucił i uciekł. Oczywiście kontaktu z firmą w sobotę żadnego, czekam gotując się ze złości do poniedziałku.

Dzwonię na infolinię w poniedziałek i wytłuszczam, że chyba się z koniem przez telefon widzieli, że ja płacę dodatkowo za dostarczenie przesyłki w sobotę i dostaję w zamian awizo. Miła pani mówi, że mnie przełączy na osobę zajmującą się takimi sprawami. I przełączyła mnie na maszynę.

Tak się nie bawimy.

Dodzwaniam się pokątnie do żywej istoty i taka oto sytuacja ma miejsce. Ponownie wyjaśniłam sytuację, już mniej miło i przy okazji wspominając, że ich kurierzy są pozbawieni takiego organu jak mózg. Przekład tej rozmowy daje dobry pogląd na fakt, że Monty Python nie wyssał sobie z palca absurdów, jakie przedstawiali w skeczach.

[Ja]: Bla bla bla, i byłam w domu i dostałam jedynie awizo. A zapłaciłam za paczkę, nie awizo.
[Pan]: Nie było pani w domu.
[Ja]: Byłam. Piłam herbatę i to nie jest szczególnie głośna czynność, żebym dzwonka nie słyszała.
[Pan]: A jest pani pewna, że ma pani dzwonek?

No przysięgam, ta papuga nie jest martwa, tylko drzemie i tęskni za fiordami.

[Ja]: (siląc się na spokój) Tak, jestem pewna, że mam dzwonek. Uprzedzam kolejne pytanie. Dzwonek działa.
[Pan]: Nie było pani w domu.
[Ja]: Czy do pana dociera, że byłam?
[Pan]: Ale kurier był.
[Ja]: Cudownie. Szkoda, że nie użył rączki żeby zadzwonić do drzwi.
[Pan]: (chwila ciszy) A gdzie pani znalazła awizo?
[Ja]: A co do tego ma awizo? Pod drzwiami.
[Pan]: Kurier zrobił zdjęcie budynku w jakim był i wrzucił na online tracking.
[Ja]: Żadnego zdjęcia nie ma.
[Pan]: Czyli kuriera nie było w pani budynku.

???

[Ja]: W takim razie skąd awizo?
[Pan]: (ciężka cisza)
[Ja]: Mniejsza z tym. Zapłaciłam za sobotę, bo wtedy byłam. Dziś mogę ją odebrać o 17:30.
[Pan]: (słabo) Ale ona jest już z kurierem.
[Ja]: W takim razie proszę ją dostarczyć na Piekielną 34.
[Pan]: (bardzo słabo) To nie w rejonie kuriera.
[Ja]: Czy ja brzmię na osobę, którą to interesuje?
[Pan]: Ja nic nie poradzę.
[Ja]: Lepiej żeby pan poradził. A czy budynek naprzeciwko mojego? Ktoś inny odbierze.
[Pan]: (z życiem) Tak! Proszę o adres.
[Ja]: Diabelska 5, firma ABC
[Pan]: Ach, dobrze. Firma AGZ.
[Ja]: ABC.
[Pan]: Tak tak, zapisałem, AGZ. Już wysyłam kuriera.
[Ja]: (z furią) ABC. JAK POCZĄTEK ALFABETU.
[Pan]: (ciuchutko) Tak, ABC. Przepraszam. (jeszcze ciszej) Czy to już wszystko?
[Ja]: TAK.

Dostałam godzinę później potwierdzenie doręczenia paczki. Podpisał jakiś Chris. Wpisany w system jako HRRIZ. Kurier zadziwia, ale to nie koniec jego niesamowitych zdolności.

Przypełzłam do firmy ABC po paczki. Miały być dwie, była jedna. Oczywiście. Of kors. Naturliś. Spokojnie, tylko spokój może nas uratować.

Pod moimi drzwiami stała kolejna paczka. Tajemnica rozwiązana. Mały móżdżek kuriera nie pojął, że jak obie paczki są od tego samego nadawcy do tego samego adresata, to jak adresat drze się że ma być "paczka" dostarczona pod inny adres to znaczy jedną, prawda? Drugą zostawię pod drzwiami, ta miała być pod adres początkowy.
Korci mnie napisać do kogoś z DPD i zapytać o tego kuriera. Czy on aby na pewno powinien pracować w swoim fachu. Ale mam dość tej firmy na zawsze i na cztery kolejne wcielenia.

dpd

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 370 (Głosów: 424)

#62678

(PW) ·
| Do ulubionych
W niedzielę piekielnicą w oczach ludzkości okazała się moja ślubna, walcząca z piekielnym systemem.

W pasażu handlowym na naszym osiedlu znajduje się kilka sklepów. W jednym z nich stanęła nasza dziewięcioletnia sąsiadeczka, w celu zakupu pączka, sztuk 1. Dziecko z monetą w dłoni grzecznie pilnowało swojego miejsca w króciutkiej kolejce (dodam, że mama dziewczynki robiła zakupy w markecie tuż obok piekarni, a mała w bezpiecznym miejscu miała poczuć moc samodzielnych zakupów). My skończyliśmy zakupy szybciej i poszliśmy atakować inny sklep.

Jakież było nasze zdziwienie, gdy po 10 minutach mijając piekarnię, zobaczyliśmy młodą w tym samym miejscu kolejki. Okazało się, że poszczególne osoby bezczelnie ignorowały jej obecność i po prostu ją omijały. Na naszych oczach wysztafirowana trzydziestka wepchnęła przed dzieciaka najpierw torbę, a potem samą siebie i wyszczebiotała sprzedającej swoje zapotrzebowanie na beziki...

W moją żonę demon wstąpił, przeciągnęła małą przed kasjerkę i zażądała jej obsłużenia "tu i teraz". Z uwagi na niezadowoloną minę i komentarze "trzydziestki", powstrzymując się od słów niecenzuralnych, opieprzyła najpierw ją, a potem świadomą wszystkiego sprzedającą, której także wygodniej było nie zauważać dziewczynki z dwójką w łapce... Chcemy uczyć dzieci szacunku? Pokazujmy, że każdy - w tym dzieci - zasługuje na szacunek.

Skomentuj (43) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 884 (Głosów: 958)

Podziel się pozytywnymi historiami na
WSPANIALI.pl

Piekielni