Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

 

#82205

(PW) ·
| Do ulubionych
Tyle się człowiek naczytał o piekielnych madkach, a mimo to pierwsze zderzenie z takim osobnikiem wywołało niemały szok.

Sytuacja z dzisiaj.
Firmowy wyjazd integracyjny zakończony grillem z dodatkowymi atrakcjami. Jedną z takich specjalnie wykupionych przez nas zabaw był taki a'la dmuchany zamek, a właściwie placyk. Na tym placyku dwa kwadratowe dość miękkie podesty. Zabawa jest prosta: dwie osoby stają na podestach i gąbczastymi długimi pałkami próbują zrzucić tę drugą osobę.

Po kilku godzinach wszyscy zmęczeni całym dniem, rozłożyli się wygodnie z piwkiem w ręku na placyku i wchłaniali zadowoleni witaminę D. Sielanka.

Oczywiście do czasu kiedy na nasz placyk nie wpadło Wredne Babsko [WB] z dwoma dziewczynkami lat ok 4.
Dziewczynki wskoczyły na placyk i zaczęły szarżować jak małe dziki. Kto bawił się na dmuchanych atrakcjach ten wie, że raczej ciężko utrzymać w takiej sytuacji piwo w ręku, a w sumie nawet ciężko się zwyczajnie zrelaksować jak co 3 sekundy miota człowiekiem na wszystkie strony.

Jako, że byłam organizatorem imprezy zaczęłam obserwować [WB] i jej pociechy mając nadzieję, że dziewczynki poskaczą 10 minut i się znudzą. O słodka naiwności.
Po dłuższej chwili moi kpledzy zaczęli wstawać i oddalać się w spokojniejsze miejsce. Dziewczynki swoim zachowaniem zmiotły z atrakcji 3/4 odpoczywających czyli jakieś 15 osób.

Krew mnie zalała nie powiem, bo czas leciał, a końca zabawy nie widać. Wstałam więc i najgrzeczniej jak potrafiłam starałam się wytłumaczyć kobiecie (kto wie może faktycznie nie wiedziała, że to atrakcja płatna przygotowana specjalnie pod wykupioną imprezę?), że dziewczynki nam jednak już przeszkadzają, a zapłaciliśmy za korzystanie z placyku.

[WB] potraktowała mnie rykiem na pół wsi, że to są dzieci i czy mi nie wstyd je wyrzucać? Czy mi nie wstyd zabraniać małym dzieciom zabawy? Piwo niech sobie dorośli piją na ławkach! Dmuchane atrakcje są dla dzieci nie dla dorosłych.

Rozmowa ze słupem. Na nic argumenty. Poszłam więc do obsługi i grzecznie poprosiłam o wyproszenie [WB] razem z pociechami z wykupionej przez nas atrakcji. Na taki rozwój wypadków w [WB] wstąpił szał, bo zaczęła biegać od jednej osoby z naszej imprezy do drugiej wrzeszcząc:
- I co ci te biedne dzieci przeszkadzają! Sam sobie siedź na ławce! Co wam te dzieci zrobiły? Nie wstyd wam? Niech wszyscy patrzą jacy jesteście! Dzieciom zabraniacie!!!

Przyznam, że mnie osobiście zamurowało. Obsługa też nie bardzo mogła sobie poradzić z [WB]. Koniec końców sytuację uratował kolega, który spokojnie sącząc piwo na placyku do podchodzącej z wrzaskiem [WB] okrzyknął:
- Idź stąd! Słyszysz? Idź stąd!
Podziałało jak magiczne zaklęcie.
Niby internet. Niby człowiek czyta o takich sytuacjach, a kiedy sam się w nich znajdzie to i tak szok, niedowierzanie.

I na koniec mała uwaga: gdyby dziewczynki bawiły się grzeczniej, a [WB] zareagowała normalnie/kulturalnie na moje zwrócenie uwagi, to pewnie ludzie przesunęliby się tak żeby dziewczynki mogły sobie poskakać w jednym rogu placyku.
Niestety jednak życie wtedy byłoby zbyt piękne.

madka dziecko integracja

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 124 (128)

#82128

(PW) ·
| Do ulubionych
3 maja pożegnałam mojego kochanego kocura. Był to kot z problemami, nazwijmy go nawet kotem specjalnej troski. Wiązało się to ze sporymi nakładami finansowymi, ale to był nasz przyjaciel. Warto było dla niego robić wszystko.

Rodzina oraz znajomi wiedzieli, że nasz Gruby jest specjalny. Początkowo nie komentowali zbyt naszych decyzji - kot musiał dostawać leki wspomagające wydalanie; trzeba było go myć, gdyż przez wady w budowie kręgosłupa nie mógł zrobić tego sam. Oczywiście był też wyprowadzany na smyczy, co niektórych ludzi szokowało. Uwielbiałam słyszeć pytania od przyjezdnych:
1) To kotek na smyczy może chodzić?
2) A to ona w ciąży jest?
A Gruby po prostu był Gruby i bez smyczy nie ruszał się z domu. Ot co, mieli nas za lekkich wariatów.

W grudniu zdiagnozowaliśmy u niego cukrzycę. Zdziwiliśmy się, bo we wrześniu na badaniach kontrolnych nie było żadnych odchyłów. Rozpoczęliśmy leczenie. Gdy powiedziałam mojej przyjaciółce, że wyjazd sylwestrowy sobie odpuszczę, bo moje fundusze obecnie pochłania kot, zrozumiała. Jednak nasi dalsi znajomi zaczęli się śmiać, że tyle pieniędzy na durnego kota idzie. Sama karma dla cukrzyków była droga, nie mówiąc już o insulinie, czy glukometrze. Jak na jeden raz było to dużo dla mojego portfela, ale według nich te pieniądze mogłam przeznaczyć na wyjazd.

Pod koniec kwietnia Gruby zapadł na tajemniczą chorobę. Możliwe iż było to zatrucie opryskami, które osiadły na trawie, bo mieszkamy zaraz przy polach. Zaczęliśmy walkę o jego życie. Sąsiedzi, jak to w bloku, widzieli, że bierzemy kota do auta, pytali się co z nim jest. My ze szczerością mówiliśmy, że wycieczka do weterynarza, bo Gruby jest chory.
Reakcja ludzi - to uśpijcie, weźmiecie sobie kolejnego.
Walczę o życie kochanego zwierzaka, więc takie teksty bardzo wkurzały.
Jeszcze bardziej wkurzyło nas, gdy przedzwoniło wujostwo - typowi Janusze. Zapraszali nas na wycieczkę na działkę do Bydgoszczy. My uświadomiliśmy ich, że nasz kot jest w stanie prawie agonalnym i go ratujemy. "Oj tam, pojedziecie, odpoczniecie sobie to mu przejdzie, a jak nie to najwyżej zdechnie. Przecież to żadna rasówka, że tak o niego latacie".

Ostatnie dni kocura wymagały od nas dużo wyrzeczeń i wysiłku. Kroplówki, leki, insulina, sprzątanie po nim, bo nie zdążył czasem do kuwety. Wyjścia na spacer, bo mimo swojego stanu chciał pójść na dwór. Finanse się uszczupliły o blisko 400 zł w ciągu tygodnia. Jednak nasze wysiłki nie przyniosły skutku i Gruby odszedł.

Spotkaliśmy się zarówno ze współczuciem, jak i tekstami o zabarwieniu podobnym do powyższych - a że za durnym kotem płaczę, a przecież mamy następne 3 w zapasie (opiekujemy się bezdomniakami) i mamy jeszcze przecież jednego w domu, to skąd ta tragedia. Jedna sąsiadka, widząc, że na spacer idziemy tylko z jednym kotem, dodała dwa do dwóch i z uśmiechem na twarzy spytała "o to co, zdechł ten stary?".

Chciałam jakoś go uhonorować. Pokazać, że dalej będzie przy mnie obecny. Wrzuciłam nasze ostatnie, wykonane na parę godzin przed śmiercią, zdjęcie na instagrama (wiem, że niektórzy tego nie pochwalą, ale dla mnie to było trochę jak oczyszczenie). Mają go tylko moi znajomi. Napisałam, że mój przyjaciel zmarł. Poza słowami współczucia dostałam komentarz, że zwierzęta ZDYCHAJĄ, a UMIERAJĄ ludzie.

I może nie są to mega duże piekielności, ale w tych dniach szczególnie we mnie uderzyły.

kot i ludzie

Skomentuj (40) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 143 (213)

#82113

(PW) ·
| Do ulubionych
Market budowlany. Punkt cięcia.

Klient podszedł z gotowymi półkami, które można dostać na dziale.

[P]ilarz: Dzień dobry, słucham.
[K]lient: Za te półki trzeba zapłacić, żeby pociąć?
[P]: Nie.
[K]: Tak?
[P]: Nie.
[K]: To najpierw do kasy?
[P]: Nie.

Klient poszedł do kasy.

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 122 (168)

#73105

(PW) ·
| Do ulubionych
Będzie dziś o pracy i rekrutacji:)

Pisałam, iż byłam kierownikiem recepcji.

Mam 10 lat doświadczenia w branży, w tym 4-letnie na kierowniczym.

W piątek byłam na rozmowie na takie samo stanowisko, tylko w dużo mniejszym hotelu.

W- właściciel
J- Ja

W- Wie Pani, ogólnie proponujemy na kierowniczym 1300 zł, aczkolwiek po Pani doświadczeniu mogę zaproponować 1500 zł.

J- Wie Pan, to ja się zastanowię.

Brać czy nie brać? :)

hotel

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 134 (176)

#73138

~Hexxe ·
| Do ulubionych
Po pierwszym roku studiów chciałam odciążyć trochę rodziców i sobie dorobić w wakacje. Mieszkałam w małym miasteczku, gdzie pracy nie było, więc tak jak większość moich rówieśników szukałam pracy w mieście oddalonym o 30 km. Busów dużo, problemu z dojazdem nie ma, więc wysyłałam CV wszędzie, gdzie poszukiwano studentów.

Odezwała się do mnie pani z sieciówki z ubraniami. Praca w centrum handlowym, niestety okazało się, że poszukują ludzi do pracy, ale tylko w galerii, która znajduje się najdalej od PKS-u. No nic, pojechałam na rozmowę kwalifikacyjną. Pani kierowniczka młoda, sympatyczna, zapewniała mnie o tym, że w sklepie panuje świetna atmosfera, wszyscy są zgrani i sympatyczni.

Oczywiście zanim podpisałam umowę poinformowałam panią kierownik o tym, że ostatni miejski z przystanku obok galerii mam o 21.40, a ostatni bus do domu o 22.15 i muszę o 21.35 maksymalnie wyjść z pracy bo niestety, ale w innym przypadku nie zdążę na busa. Kierowniczka powiedziała, że nie ma żadnego problemu. Sklep jest czynny do 21. Byłam cała w skowronkach. Do pracy miałam się zgłosić na drugi dzień i przyjechać na drugą zmianę czyli od 15-21.

Mój pierwszy dzień w pracy nie był taki jaki sobie wymarzyłam. Pierwsze polecenie, jakie otrzymałam było: idź i patrz czy wszystko w porządku. Nie zdążyłam nawet zapytać o co dokładnie chodzi, bo wszystkie pracownice traktowały mnie jak powietrze. Miały swoją ekipę, trzymały się razem, a jak już dostałam jakieś zadanie to bez żadnego wyjaśnienia co, gdzie, jak. Jak o coś pytałam to wywracały oczami i odpowiadały od niechcenia. Było mi przykro, ale postanowiłam, że dam sobie radę i się nie poddawałam.

Powoli jakoś zaczęłam ogarniać co i jak, metodą prób i błędów. Nadszedł upragniony koniec pracy, wybiła godzina 21, grzecznie czekam, aż kierowniczka powie, że już mogę iść do domu, gdzie się podpisać itp, a tu wychodzi już nie taka sympatyczna i rzuca mi odkurzacz z tekstem:

"Odkurzaj, ale dokładnie! Pod każdą półką, a każdy stojak masz odsuwać, odstawić na miejsce, a po odkurzaniu zmyj podłogę". Salon był ogromny, składał się z 3 części, co najmniej 40 minut odkurzania. Miałam łzy w oczach, bo już czuję, że nie wyrobię się na busa. Poszłam do niej i grzecznie przypomniałam, że ja muszę wyjść o 21.35. Wywróciła oczami jak wszystkie tam pracujące niewiasty i powiedziała, że ok, mam odkurzać do 21.35 i iść. Ledwo zdążyłam poodkurzać, złapałam torebkę i biegnę na przystanek.

Oczywiście po drodze słyszałam niemiłe komentarze, że co ja sobie wyobrażam i, że one pracują dziś na kasie i nie będą moich obowiązków brać na siebie.

Na drugi dzień znowu miałam na 15. Po przyjściu do pracy nikt, oprócz kierowniczki nie raczył mi nawet odpowiedzieć "cześć". Sytuacja taka sama jak w dniu poprzednim, ale tym razem dostałam informację, że mam wyjść z salonu o tej porze co reszta. Głupia byłam, zależało mi na pracy, to zostałam. Chwilę przed 22 wyszłam z pracy, zamówiłam taksówkę i zapłaciłam 30 zł za podróż na PKS. Czyli prawie tyle ile zarobiłam, bo stawka była 6 zł/h. Cały następny tydzień miałam już na pierwszą zmianę, ale kiedy miałam wolne, dostawałam informacje, że mam się stawić na zebraniu o 21.30. Obecność obowiązkowa.

Sytuacja powtórzyła się jeszcze kilka razy, pani kierownik powiedziała, że nie obchodzi jej to, o której mam busa i żeby ktoś po mnie przyjeżdżał, bo ona nie pozwoli na to, żeby była taka niesprawiedliwość, że jedna osoba wychodzi wcześniej.

Zwolniłam się po miesiącu, ale nie tylko to było powodem. Reszta to materiał na inne mniej lub bardziej piekielne historie.

sklepy praca

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 168 (210)

#73139

(PW) ·
| Do ulubionych
Miało to miejsce około 30-40 lat temu w Niemczech.

Pewien Polak pracował sobie jako operator dźwigu typu żuraw.

Któregoś razu o nieludzkiej godzinie (nie podam dokładnej, bo jej po prostu nie znam - jakoś przed świtem), przybył do pracy. Ciemno, chłodno, spać się chce, wdrapuje się po drabince na swoje miejsce pracy. Dodatkowo jeszcze wiało, więc do drabinki był dość mocno przytulony.

Gdzieś w połowie drogi zaczepił o coś kapturem. Po krótkiej chwili "wytrząsnął" (jak to sam określił) przyczynę zaczepienia z kaptura i wdrapywał się dalej.

Zaczął pracę, minęło jakieś pół godziny - a tu zaczyna się jakieś dziwne poruszenie na dole. Ludziska kłębią się o coś pokazuję na dźwig. O komórkach nikt wtedy nie słyszał, więc kontakt utrudniony. Ale coś tam krzyczą, coś pokazują.

Pracownik przerwał prace, wychyla się by spojrzeć o co chodzi (Czyżby coś zepsuł?) Spojrzał i w tył zwrot.

Mniej więcej w połowie drogi, tuż przy drabince majta się to o co osobnik zaczepił kapturem... Wisielec.

Cóż, trzeba jakoś zejść. Z niemałymi oporami pracownik rusza na dół, docierają do niego krzyki typu "sprawdź czy żyje", co spotyka się z komentarzem "sam sobie kurrr sprawdzaj". Mijając wisielca osobnik rzucił tylko okiem (w oryginale był tu dość szczegółowy opis trupa, między innymi szczegół, że był powieszony na dość cienkim drucie - oszczędzę wam go) i pognał na dół.

Wisielcem był 19-letni chłopak pochodzenia jugosłowiańskiego, zatrudniony na czarno kilka tygodni wcześniej.

Sam fakt znalezienia trupa w takim miejscu jest piekielny, ale większa piekielność zdarzyła się później.

Stwierdzono samobójstwo.

Chłopak miał drutem związane ręce...

Przeszłość

Skomentuj (3) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 120 (128)

#66490

(PW) ·
| Do ulubionych
Obecnie pracuję w sklepie z odzieżą damską.
Zwrotów nie przyjmujemy, wymiana jest możliwa do 30 dni od daty zakupu. Informacja o tym widnieje przy kasie.
Piekielnych sytuacji było mnóstwo ale opiszę te, które zapadły mi w pamięć:

- Małżeństwo, które kilka dni temu zakupiło sukienkę u nas (byłam wtedy w pracy i pamiętam tylko panią, panowie przychodzą rzadko, stąd zawsze ich pamiętamy). Na informację o możliwości wymiany zareagowali wielką falą oburzenia. Pan upierał się, że on był wtedy z żoną i jedna z nas powiedziała, że możliwość zwrotu jest. Ba, twierdził, że krzyczałyśmy to już na wejściu (!), a tak poza tym to on pracuje w branży i on wie do czego ma prawo bo ustawa weszła, że oddawać można. Żadne argumenty do niego nie trafiały - że byłam wtedy na zmianie z kierowniczką i nie ma możliwości, że któraś z nas podała mu błędną informację. Kiedy pokazałam mu tabliczkę, stwierdził, że pewnie dzisiaj ją ustawiłyśmy. Sukienka wymieniona z wielkim fochem.

- Pani, która po 3 miesiącach zauważyła, że żakiet jest na nią za mały. Kłamała, że sprzedałyśmy jej żakiet kilka numerów mniejszy niż chciała, bo na paragonie miała sukienkę w rozmiarze 4-krotnie większym. Mimo odmowy telefonicznej Pani do sklepu przyszła i prosiła o wymianę, zrobiłyśmy wyjątek - okazało się, że wymieniła z rozm. 40 na 42. Nie rozumiem po co było kłamać.

- Pani, która przyszła oddać sukienkę, bo mężowi się nie podoba. Oczywiście na odmowę zwrotu zrobiła aferę i to nie byle jaką.
Wmawiała mi, że weszła ustawa o zwrocie bo jej syn mówił. A syn to pracuje w salonie samochodowym i samochód nawet można oddać, kto to widział, żeby sukienki nie było można. W dalszej części awantury, którą było słychać z pewnością kilka sklepów dalej, Pani groziła mi, że pójdzie do gazety, do rzecznika praw konsumenta i ja jej będę oddawać za paliwo :D Żądała napisania oświadczenia, że ja nie chcę przyjąć jej zwrotu z czytelnym podpisem. W efekcie Pani wymieniła sukienkę, a na artykuł w gazecie i opinię rzecznika nadal czekam. Dodam tylko, że przez cały czas byłam spokojna, (uśmiechnęłam się mimowolnie w momencie kiedy Pani wpadła na pomysł o oddawaniu za paliwo) mimo to Pani coraz bardziej sama się nakręcała.


Dodam tylko, że właściciel nie ma obowiązku przyjmować zwrotów ani wymian pełnowartościowego towaru. Jest to jedynie jego dobra wola. A ustawa, która weszła dotyczy jedynie rzeczy sprzedawanych na odległość np. przez internet. O ile się nie mylę, nie dotyczy osób prywatnych jako sprzedających. Kolejnymi argumentami wymienionych osób zawsze jest to, że teraz w każdym sklepie można zwrócić towar. To również mija się z prawdą, bo większość sieciówek ma możliwość zwrotu, ale na kartę podarunkową, a nie w formie gotówki. Moim zdaniem więc jest to bardziej możliwość wymiany, a nie zwrotu. Więc zanim pójdziecie zrobić aferę dowiedzcie się dokładnie o swoich prawach, by podstawą do roszczeń nie były słowa syna, sąsiadki albo tv.

Skomentuj (24) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 125 (219)

#66484

(PW) ·
| Do ulubionych
Od jakiegoś czasu poszukiwałam pracy i natrafiałam na wiele piekielności, co zresztą pokrótce usiłowałam Wam opowiedzieć. Poszukiwania miały mierne skutki, a więc postanowiłam założyć własną firmę. Skutkiem czego poszukiwałam osób do pracy. Zobaczyłam co dzieje się z drugiej strony medalu i o zgrozo - jak w tym kraju ma być dobrze?

Wiedziałam jak czują się osoby poszukujące pracy, więc postanowiłam lepiej potraktować osoby aplikujące na moje ogłoszenia. Odpowiadałam na wiele pytań, choć odpowiedzi na nie, były jasno i wyraźnie opisane w ogłoszeniu. Dziękowałam za każdą złożoną aplikacje. Informowałam o kolejnych etapach, warunkach, byłam elastyczna. I chyba dlatego spotkało mnie to:

1. A za ile, bo ja nie wiem czy mi się chce. Ale niech mi pani powie, bo nie wiem czy mi się będzie opłacało jechać na tą rozmowę. To niech pani do mnie zadzwoni za dwa dni, to ja dam znać czy przyjadę. Ej, serio?

2. Połowa osób nie odebrała telefonu, w większości przypadków tam gdzie włączyła się automatyczna sekretarka, nagrałam wiadomość z prośbą o kontakt, ale NIKT nie oddzwonił.

3. Dzwonię do dość młodej dziewczyny i pytam czy jej zgłoszenie jest nadal aktualne, odpowiada że zależy za ile, bo nie wie czy będzie jej się opłacało i czy będzie miała co do garnka włożyć. Ponieważ był to mój któryś z kolei telefon i byłam już dość zdenerwowana, zapytałam dość nieprzyjemnie czy teraz gdzieś pracuje? Odpowiedziała że nie. Więc zapytałam co teraz wkłada do garnka? Wiem nie powinnam była, ale do jasnej ciasnej dzwonię bo chce dać pracę, może nie za 6 tysięcy miesięcznie dla złodziei i idiotów, ale jednak minimalną krajową rzetelną pracą by zarobiła. Ale nie, po co?

4. Większość zgłoszeń bez CV choć wyraźnie napisałam że tylko na podstawie CV zgłoszenia będą rozpatrywane.

5. Gdy sama wysyłałam CV do pracodawcy posługiwałam się dość sztywną formułą, aczkolwiek widzę że to był dobry pomysł. Przytoczę Wam kilka formuł, które dostałam:
- jestem zainteresowana ofertą pracy i jestem wstanie dojerzdzać pozdrawiam;
- cv do oblookania:) - :);
- rządam odpowiedzi.

Cóż teraz trochę liczb, łącznie zgłosiło się 67 osób. 32 osoby to pula nieodebranych, bądź wyłączonych telefonów i naprawdę nikt nie oddzwonił. Z pozostałych 34 osób 30 nie dało mi dojść do głosu, bo albo za ile albo gdzie, bo nie wiedzą czy będą mogli dojechać, jakie godziny bo nie wiadomo czy zdążą. W efekcie mam jutro 4 rozmowy kwalifikacyjne i jestem przerażona.

Ludzie szanujmy się trochę.

Jestem ciekawa co Wy na to. Może po tych rozmowach będzie materiał na następną historię.

Edycja: Ta fala nienawiści mnie zniesmaczyła. Ludzie.... zastanówcie się trochę.
Rzeczywiście nie stać mnie aby zaproponować wysokie stawki ale ja wiem jak to jest kiedy długo szuka się pracy i wiem jak to jest pracować za dużo mniej niż minimalna krajowa. Zjechaliście mnie jak bym nie wiem co złego zrobiła. Uważam że jeśli pracowałam długo ciężko harując za mniej niż myślicie, to jeśli teraz swojemu pracownikowi chcę dać tą minimalną, to nie powinnam się wstydzić za swoje postępowanie. A wręcz przeciwnie jestem dumna z tego. Jasne jestem początkującym przedsiębiorcą i może się nie uda ale zrobię wszystko żeby było inaczej i żeby wprowadzić inne standardy zatrudniania pracowników. Tak jak pisałam w historii wszystkie informacje były dokładnie opisane, gdzie,co i za ile.
Nie przeczytałam wszystkich bo było mi zwyczajnie przykro. Dziękuję tym "racjonalnym".

praca

Skomentuj (106) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 244 (422)

#82196

(PW) ·
| Do ulubionych
Przychodzi inwestor do architekta. Zleca analizę chłonności działki. „Panie, mam ja sobie taką działkę w sąsiednim mieście powiatowym, policz mi pan, ile ja tam mogę pokoi hotelowych wcisnąć."

Na środku działki stoi piękny stary spichrz, wciskamy zatem pokoje hotelowe do niego, "bo zabytek", nie można ruszyć itp. Lokalizacja zresztą świetna i budynek ładny. Zacny hotel by wyszedł.

Wraca inwestor po gotową analizę chłonności, patrzy w cyferki, rzecze: „eee, mało" i wychodzi.

Dla inwestora spichrz znacznie ogranicza możliwości "wymaksowania" działki, gdyby stawiać hotel na takiej samej działce, ale niezabudowanej, to tych pokoi byłoby o połowę więcej.

O sprawie zapomniałem. Mija pół roku. Zatrzymuję się na trasie w pobliżu w/w "sąsiedniego miasta powiatowego”, aby zatankować. Bak zalany, stoję w kolejce do kasy w międzyczasie zerkając na włączony telewizor z transmisją lokalnej telewizji.

W wiadomościach: pożar. 12 zastępów straży pożarnej.

Co się pali? Ten spichrz.

miasto powiatowe

Skomentuj (20) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 153 (161)

#66426

(PW) ·
| Do ulubionych
Jeśli coś jecie, nie radzę czytać.

Kiedy byłam małą dziewczynką, mój dziadek hodował króliki. Nie na mięso, miał dwie spore działki i króliki służyły do zjadania ton trawy, które tam rosły.

Pewnego roku pozwolił mi wybrać sobie moje własne zwierzątko, którym miałabym się opiekować. Trafiło na małą, puchatą kulkę. Samiec, na imię dostał, zgodnie z umaszczeniem, Szarak.

Kochałam to maleństwo i opiekowałam się nim z niewielką pomocą mamy, aż wyrósł z niego naprawdę spory osobnik.

Jakiś czas później przyjechała do nas w odwiedziny ciocia. Teraz już wiem, że to smakoszka mięsa króliczego i zawsze kupowała od dziadka najbardziej dorodne sztuki, ale wtedy małej letmefly powiedziano, że ma swoją hodowlę i pożycza samce do rozmnażania.

Rano dowiedziałam się, że ciocia chce zabrać Szaraka. Pożegnałam się z nim, dumna z tego, że zostanie tatusiem. Kiedy wróciłam ze szkoły, gotowy był pożegnalny obiad, ciocia wyjeżdżała i postanowiła przygotować swoją specjalność.

Mięso było dziwne, nie dojadłam więc do końca. Odłożyłam widelec, a wtedy moja ciocia oburzonym tonem powiedziała:
- No jak to, nie smakuje ci twój ulubiony króliczek?

Kiedy zrozumiałam, co się stało, poczułam ścisk w żołądku i samoistnie zwymiotowałam na swój talerz.

Ciocia do dziś nie rozumie, czemu niezbyt za nią przepadam.

królik piekielna ciocia dzieciństwo

Skomentuj (31) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 213 (367)

Podziel się pozytywnymi historiami na
WSPANIALI.pl

Piekielni