Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

 

#77173

(PW) ·
| Do ulubionych
Czasem się zastanawiam, kto pisze procedury ratunkowe...
Przy niektórych z nich, słynny Paragraf 22 Hellera nabiera konkretnego sensu.

Pracuję w szpitalu na styku dwóch województw.
Z tego tytułu, odwiedzają nas często zespoły ratownictwa z odległych i dość egzotycznych miejsc.
Jest na przykład pani doktor, która zwozi do naszego szpitala każdego, kto na drzewo zbyt wolno ucieka. Nieważne, że do dużego miasta wojewódzkiego ma o 10 kilometrów bliżej, niż do nas.

Dzisiaj przegięła na maksa.
Człowiek zgłosił się do szpitala powiatowego w miejscowości oddalonej od nas o 25 kilosów. Powodem zgłoszenia było osłabienie. Nic w tym dziwnego - wczoraj pracował kilkanaście godzin fizycznie.
Gość inteligentny, doskonale zorientowany w stanie swojego zdrowia, po prostu nie chciał przegapić niczego poważnego. To i wsiadł w samochód i pojechał do pogotowia internistycznego.

Tam dopadła go moja ulubienica. Nie dała dojść do słowa lekarzowi tego pogotowia. Orzekła, że pacjent z pewnością ma zawał - pomimo braku jakiegokolwiek bólu w klatce piersiowej. Nie bacząc na protesty, zapakowała gościa do karety i, zadowolona z siebie, przywiozła do nas. A - byłbym zapomniał - skonsultowała się telefonicznie z naszym kardiologiem, który polecił jej zostawić chłopa w tamtejszej izbie przyjęć, do czasu potwierdzenia lub wykluczenia zawału w badaniach dodatkowych.
Nie. Ona nie będzie na nic czekać.
Zwiozła człowieka do mnie. I była wielce zdziwiona, że mam jakieś obiekcje...

Przecież pacjent może być chory. A że nie boli? Nie musi. Ona widzi zmiany w EKG (dla mnie zapis dziewiczo czysty). Co tam, że kardiolog kazał badać na miejscu, ona decyduje. A jak nic panu nie będzie, to rodzina go ze śpiewem na ustach odbierze.

Finał sprawy?
Pacjent szczęśliwie zdrowy. Przywieziony bez portfela, samochód na parkingu pod szpitalem, ale tamtym, 25 kilometrów od nas... Rodziny żadnej, znajomych też.

Efekt?
Musiałem wystawić zlecenie na transport karetką przewozową pod szpital powiatowy, żeby biedak mógł odebrać samochód i jakoś wrócić do domu...
Przepraszał kilka razy za kłopot.
Tylko - co on jest winny? Że śpiew klimakterium zafundował mu wycieczkę przez dwa powiaty..?
A my za to płacimy. Ja płacę, pani płaci...

A co to ma do wytycznych? Ustawa wyraźnie mówi o najbliższej jednostce, która jest w stanie zaopatrzyć i zdiagnozować pacjenta. Tyle, że ustawa jest dla maluczkich, nie dla pani doktor...
Te same wytyczne dają mi też do myślenia w kwestii rzeczywistego zagrożenia życia.
Przewlekle nie ma miejsc w Oddziałach Intensywnej Terapii.
Najbliższe wolne miejsca są 30 kilometrów od nas.
Ale... W innym województwie.
Więc - zgodnie z rozporządzeniem o szpitalach pierwszego wyboru - transportujemy naprawdę ciężko poszkodowanych do najbliższego miejsca w naszym województwie.
Czyli - nierzadko - 250-300 kilometrów...
Taka droga dla pacjenta zaintubowanego może okazać się ostatnią.

Ale - kto by się tym przejmował?
Podsumowując: chorych na przeziębienie i przemęczonych można wozić do nas hurtowo. Nie zważając na podziały terytorialne. Natomiast ludzi ledwie trzymających się życia, trzeba targać przez pół kraju...
To jest chore, nawet nie piekielne, po prostu chore.

słuzba_zdrowia

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 194 (Głosów: 200)

#77137

(PW) ·
| Do ulubionych
Bezmyślność rodziców - temat rzeka.

Wyjazdy na kolonie i obozy nieodłącznie wiążą się z uzupełnieniem karty dziecka. W karcie tej jest miejsce na opisanie stanu zdrowia dziecka, najważniejsze - czy na coś choruje, czy ma alergię (na co) i jakie leki przyjmuje.

Karta, kartą - rodzice często nie wpisują nic z roztargnienia lub nie sądzili, że to ważne. Równie często, bo wtedy dziecko by nie zostało przyjęte.

Z doświadczenia zawsze zanim "przejmę" dzieciaki od rodziców, Trzykrotnie pytam - czy wszystko jest w kartach, czy o czymś nie zapomnieli, czy dzieci mają przy sobie jakieś leki.

Tak się złożyło, że w ubiegłe wakacje byłam wychowawcą "polskich" dzieci mieszkających w Niemczech. Nie odbierałam dzieci od rodziców, a przyjechałam prosto na miejsce obozu.

Grupy przydzielone, zapoznaję się z moimi dzieciaczkami grupa 6-8 lat. Po przeglądnięciu kart - wiem wszystko:
- Ania, Kasia, Kacper przynieście wasze leki, Grześ twoje mama dała kierownikowi transportu, już je mam u siebie.

Standardowa formułka:
- Czy ktoś z was ma jeszcze ze sobą jakieś leki, tabletki np. przeciwbólowe?
- Nie.
- Na pewno?
- Na pewno.
- Nikt, nic?
- Nie proszę pani.

Oczywiście na drugi dzień, gdy byłam w pokoju chłopców, zobaczyłam przy łóżku jednego z nich syrop:
- Mama dała, jakby mnie brzuszek bolał.
- No ale czemu nie oddałeś jak się pytałam o leki?
- Zapomniałem.

Dnia 2, 3 powtórka z rozrywki "Czy macie jeszcze przy sobie jakieś leki, tabletki, syropki czy cokolwiek innego?".
Jednogłośnie zaprzeczenie. Ok, sprawę uznaję za zamkniętą.

Dnia 4 Franiu zgubił portfel. No to szukamy razem z Franiem portfela w jego rzeczach. Nagle spośród rzeczy, wypada papierowa torebka/koperta, trochę była już rozdarta, więc mogłam zauważyć zawartość, która przypominała opakowanie od lekarstwa.
- Franiu co to jest? - Franio wzrusza ramionami - Nie wiem.
Ok, to patrzę do środka, jak byk leki. Nazwa mi nic nie mówi, więc otwieram aby wyciągnąć ulotkę, a z ulotką wypada strzykawka jak się okazało z adrenaliną.

Rozrywam całkiem papierową torebkę, w środku drugie opakowanie leku i list. A w liście kochana mamusia pisze, że to adrenalina dla Frania, bo Franiu jest uczulony na wszystkie orzechy, sezam i jajka. Reakcja alergiczna jest na tyle ostra, że bez adrenaliny ani rusz.

Myślę sobie, niemożliwe abym coś takiego przegapiła w karcie. Idę do kierownika, chcę kartę dzieciaka, mówię mu co właśnie znalazłam. I pytam czy może przy autobusie mama Frania cokolwiek wspomniała, ano nie. W karcie również przy podpunkcie alergie: "brak".

No do cholery, co za głupia matka daje 6! latkowi adrenalinę i nie informuje wychowawców, że dziecko jest uczulone na coś, co praktycznie wszędzie można zjeść. Po prostu za cud uważam te 4 dni. Na szczęście dzieciak nie pamiętał aby o tym wspomnieć, ale chociaż pamiętał czego nie jeść.

Telefon do matki - co jak, dlaczego. W skrócie:
- A bo wie pani, zapomniałam, jakoś tak wyszło.
- Chce pani uśmiercić dziecko, proszę to zrobić osobiście, a nie wrabiać osoby trzecie.

Ochłonęłam, wracam do Frania:
- Franiu, jesteś uczulony tak?
- No tak.
- I mamusia dała Ci leki.
- No tak, jak coś zjem i zacznę się dusić to trzeba mi zrobić zastrzyk.
- A jak się pytałam o leki, to czemu nic nie powiedziałeś?
- Bo to nie syropek ani tabletki.

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 324 (Głosów: 326)

#77083

(PW) ·
| Do ulubionych
Mieszkam w sporym bloku, sąsiedzi mnie kojarzą, bo niewiele obcokrajowców w tym przybytku mieszka. Blok też nie pierwszej nowości i dzwonek do drzwi jak przystało na blokowisko emerytów dość głośny tak, że umarłego postawi na nogi.

Był to wieczór, tuż przed 22:00. Akurat brałam prysznic, kiedy rozległ się dzwonek. Gość oparł się o niego i nie puszczał, póki drzwi nie otworzę. Zanim się ogarnęłam, żeby otworzyć, omal nie zaliczyłam epickiego szpagatu i zachlapałam całą podłogę (w uszach dzwoniło niemiłosiernie). Kota omal nie przerobiłam na naleśnika jak wyrżnęłam w przedpokoju swoim dupskiem na podłogę (chyba nigdy nie nauczę się nie zostawiać butów na środku przedpokoju). Pchlarz ma szczęście, że ma refleks.
Obita i maksymalnie już wku... otworzyłam z impetem drzwi z ręcznikiem ledwo okrywającym mój strój Ewy z warczącym "Was ist, Scheiße?!" ("Co jest kur%@?!").

Sąsiad stał jak wryty gapiąc się na mnie wpółnagą z miną księcia we wstrząsie, że ktoś odważył się na niego podnieść głos.

- A bo ten... Mogłaby pani przestawić swój samochód z metr do przodu? Wtedy bym się zmieścił moim samochodem.
- Po pierwsze to wystarczy raz i krótko dzwonić, a nie terroryzować jakby pożar był! Po drugie to sąsiad niech nauczy się kultury, niektórzy ludzie już śpią, ja też mogłam spać, a dzwonek sąsiedzi też słyszą. Po trzecie - nigdzie nie wychodzę!
- Ale widziałem, że światło się świeci.

Już nic nie komentowałam. Strzepnęłam ręką pianę z czoła i zamknęłam drzwi...

Trzymać dzwonek, póki ktoś nie otworzy. Serio?!

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 172 (Głosów: 226)

#77081

(PW) ·
| Do ulubionych
O tym, czemu nie należy denerwować już wystarczająco wkurzonych ludzi.

W zeszłym tygodniu w Warszawie miał miejsce czarny czwartek - nie dość, że padło metro w obie strony, to jeszcze pogoda (delikatnie mówiąc) nie była najlepsza.
Ze względu na to, że zderzyłam się z zamkniętymi drzwiami peronu metra w drodze z pracy, musiałam wybrać inny środek transportu. Ja i jakieś 200 osób, które dokładnie w tym samym momencie postanowiło dostać się z Mordoru od Śródmieścia.

Tramwaj, jak już się pojawił, natychmiast wypełnił się po brzegi. Wraz z nami podróżował wyjątkowo śmierdzący żul, wokół którego utworzyła się pusta strefa wysokiego skażenia. Co ważne, z przystanku mogło nie być widać, że na siedzeniu siedzi menel, było za to widać, że jest sporo wolnego miejsca.
Po drodze znalazło się kilku piekielnych, którzy żądali przesunięcia się, jednak po propozycji wpuszczenia ich tam - rezygnowali.

Ale nie Piekielna Babcia(PB) i jej świta. PB, patrząc mi prosto w oczy (nie mam pojęcia, czemu kopnął mnie ten zaszczyt), wykrzyczała, stojąc na przystanku:

[PB]: Czemu tam nie przechodzicie?! My tutaj stoimy. Ruszyć d*py, my chcemy wejść!
[Ja]: Ależ nie ma problemu, zaraz panią przepuścimy.
[PB]: Stoją tak i nie wpuszczą do tramwaju. Ja wchodzę, przesunąć się!

Jak babcię swoją kocham, nie wiem, jak to się stało, ale ludzie, jak na zawołanie, utworzyli wąski korytarz między wejściem a panem żulem. Poskładały się nogi, brzuchy i tyłki wciągnęły, a niemożliwe stało się wykonalne.
PB taranem wpadła do środka, rzucając jeszcze pod nosem obelgami. Z niemałym rozbawieniem patrzyliśmy wszyscy, jak panie dopadają miejsca docelowego, masa ludzka zwiera się z powrotem, a one rozumieją nagle swój błąd. Błąd, którego nie da się w żaden sposób naprawić, chyba że wysiadając.

Pan menel, jak na zawołanie, jeszcze dorzucił "dwójkę" w spodnie (przynajmniej taka zapanowała "atmosfera").

Pamiętajcie, karma zawsze wraca.

komunikacja_miejska

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 162 (Głosów: 198)
Religia... Dla większości ludzi dość śliski temat. Natomiast ja raczej na śliskim gruncie czuję się na tyle pewnie, by móc swobodnie rozmawiać na tematy budzące powszechną kontrowersję. A historia będzie o mojej wierze, a może raczej o jej braku.

Kilka słów wstępu. Nie, nie uważam się za lepszego od osób wierzących. Nie, nie uważam ich za idiotów jak to mają w zwyczaju wypisywać w internecie różni pseudo-ateiści którzy i tak chodzą grzecznie z rodzicami co niedzielę na mszę. Po prostu w wyniku długich przemyśleń o podłożu religijnym, postanowiłem odejść z łona Kościoła, do którego "zapisali" mnie moi rodzice.

Jakieś dwa lata temu związałem się z dziewczyną. Fajnie się dogadywaliśmy, spędzaliśmy ze sobą coraz więcej czasu i w końcu zostaliśmy parą. W związku z tym musiał nadejść również czas bym poznał jej rodziców. Poznałem. Okazało się że "teściowie", to naprawdę fajni ludzie. Mili, dobrze się dogadywaliśmy, nie byli jakoś do mnie uprzedzeni. No miodzio. Do czasu.

Często bywałem gościem w domu lubej czy to po pracy, czy w weekendy. Którejś niedzieli przy obiedzie jej rodzice zaprosili mnie na wspólne wyjście do kościoła na mszę. Ja nie szukając jakichś bezsensownych wymówek, zgodnie z prawdą odpowiedziałem, że do kościoła nie uczęszczam z racji poskąpionego mi daru wiary. Moja luba o tym wiedziała, natomiast jej rodzice byli co najmniej... zaskoczeni. I właśnie od tego momentu ich stosunek do mnie zmienił się o 180 stopni. Przestałem być uważany za gościa w ich domu i zamiast tego byłem traktowany co najmniej jak intruz. Dawali mi to dobrze do zrozumienia swoim zachowaniem i tonem każdej prowadzonej ze mną rozmowy. Od lubej również się dowiedziałem, że za pomocą mniej lub bardziej wybrednych sygnałów, dawali jej do zrozumienia, by znalazła sobie kogoś innego, lepszego...

W końcu z dziewczyną się rozstaliśmy i bynajmniej nie z wyżej wymienionych powodów. I niech mi ktoś powie kto tu jest bardziej piekielny? Ja? Bo mam czelność żyć i postępować tak jak uważam za słuszne? Czy może rodzice mojej lubej? Bo zaczęli mnie postrzegać i oceniać tylko i wyłącznie przez pryzmat mojego braku wiary w Boga.

religia wiara teściowie dziewczyna

Skomentuj (41) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 186 (Głosów: 258)

#77065

(PW) ·
| Do ulubionych
Jestem pod wrażeniem.
Wybraliśmy się na obiad. Knajpa od lat trzyma poziom, jest smaczna i słynie z promocji, toteż w newralgicznych godzinach — zdarza się, że trzeba poczekać na stolik. Nie istnieje od wczoraj, zazwyczaj nowo pojawiający się goście domyślają się, że ludzie z „ogonka” przed wejściem — czekają na wolny stolik. A nawet jeśli nie — podchodzą do osoby na końcu kolejki i pytają.
Warto dodać, że część osób czeka zawsze wewnątrz restauracji, część w przedsionku, część przed drzwiami na chodniku. Zależy, kto się gdzie zmieści.

Podchodzimy do restauracji, kolejka widoczna już z oddali. Nie jest to nic dziwnego — niedziela, godzina późnego obiadu. Ustawiliśmy się w kolejce. Przed nami — dwie pary czekające wewnątrz restauracji, grupka znajomych i kolejna para — w przedsionku. Ok. 20-25 min. czekania. Ustawiliśmy się przed wejściem, żeby po kilku minutach przenieść się do przedsionka. Za nami ustawiło się już wówczas kilka osób. Każdy podchodził i ustawiał się na końcu lub pytał „o co chodzi”.

Warto dodać, że od momentu, gdy przyszliśmy, stolik najbliżej wejścia był pusty, mimo kolejki — goście nie byli tam sadzami.

Wtem do restauracji podchodzi ON. Bez słowa mija osoby przed drzwiami. Przepycha się przez dość ciasny przedsionek, niemalże taranując oczekujących. Jego mina mówi, że poniżej godności byłoby odezwać się chociaż jednym słowem do potrącanego plebsu. Wszak trzyma w dłoni najnowszego ajfona, w płaszczu i gajerku od armianiego czy innego bosa. W końcu przepchnął się do szefa sali i mówi, że mu się spieszy. Więcej nie słyszymy - drzwi się zamknęły. Szef sali coś tłumaczy. W końcu — zrezygnowany — wskazuje wspomniany pusty stolik i podaje mężczyźnie kartę.
W przedsionku — pomruk, że takiemu cwaniakowi zawsze się udaje.

W tym samym momencie drzwi do przedsionka otwierają się, wychodzi szef sali.
- Przepraszam, tu pan poza kolejnością zajął miejsce... - mówi zrezygnowany. I z uśmiechem dodał — zapewniam, że nikt z Państwa nie chciałby spędzić popołudnia przy tym stoliku. Specjalnie nikogo tu nie sadzamy, bo goście bardzo skarżyli się na przeciąg od ciągle otwieranych drzwi.

Mam nadzieję, że smakował szanownemu panu obiad w przeciągu :-)

restauracja

Skomentuj (16) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 173 (Głosów: 247)

#77059

(PW) ·
| Do ulubionych
Mam siostrę, z którą od dawna nie utrzymuję kontaktów, z różnych powodów. Jest ode mnie starsza o 10 lat, mieszka za granicą ze swoim 8-letnim dzieckiem i partnerem. Dziecko nie zna swojego ojca, którego z moją siostrą łączył tylko przelotny romans i który zwiał na wieść o ciąży. Ponoć nawet nie wiedziała, gdzie on mieszka, ani nawet nie znała jego nazwiska. On miał podobny zasób wiedzy o niej.

Pół roku temu, za namową rodziców, postanowiłam zakopać topór wojenny i z moim ówczesnym narzeczonym zdecydowaliśmy się ich odwiedzić. Chcieliśmy przy okazji zapowiedzieć wyznaczoną już datę ślubu, by siostra zdążyła zorganizować swój przyjazd na wesele.

Odwiedziny zakończyły się już na lotnisku. Zaraz po tym, jak okazało się, że mój narzeczony, z którym byłam od trzech lat, jest ojcem mojego siostrzeńca.

Nie posiadam konta na żadnym portalu społecznościowym, tak samo jak i mój narzeczony. A właściwie - były narzeczony, bo nie wyjdę za faceta, który zostawia matkę swojego dziecka na pastwę losu. Jako, że moje kontakty z siostrą były bardzo sporadyczne, nigdy nie przyszło mi do głowy żeby wysyłać jej nasze zdjęcia. Nie mogę sobie wybaczyć, że nigdy go nie zapytałam o szczegóły dotyczące byłych dziewczyn. Jemu nie mogę wybaczyć faktu, że zataił przede mną nieślubne dziecko. Tłumaczył mi wtedy, że myślał, że usunęła ciążę i że żadnego dziecka nie ma. Od pół roku nie mogę się pozbierać po tym, czego się dowiedziałam. Jedyne, co mnie cieszy to fakt, że dowiedziałam się o wszystkim przed ślubem. I miałam czas na odwołanie tego cyrku.

Nie wiem jak można ukryć przed kimś fakt, że ma się nieślubne dziecko. Zostawił ją samą sobie i uważa, że przecież nic się nie stało...

rodzina związki

Skomentuj (105) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 243 (Głosów: 379)

#77053

(PW) ·
| Do ulubionych
Historyjki o szkolnych konkursach.

Jako dziecko często brałam udział w konkursach plastycznych. W jednym z nich, na temat twórczości Mickiewicza, zajęłam pierwsze lub drugie miejsce. Bardzo podekscytowana udałam się z rodzicami na galę wręczenia nagród w lokalnym Domu Kultury. Wszystko pięknie, zostaję wezwana na scenę, oklaski, wieczna sława i reklamówka z nagrodami. A w niej: kalendarz ścienny na bieżący rok (był październik) oraz książka "Utopić Solorza". Dla jedenastolatki.

Nieco później zostałam zgłoszona do konkursu wiedzy o pszczołach (serio!). Nie był to najbardziej porywający temat świata, ale dzięki sporemu wkładowi pracy znów zajęłam dość wysokie miejsce. Kolejna gala wręczania nagród, tym razem podczas gminnego festynu. Otrzymałam cztery bardzo fachowe książki na temat hodowli pszczół oraz... odznakę Honorowego Członka Związku Pszczelarstwa Polskiego. Ciekawe czy mogę to wpisywać w CV?

W liceum byłam mniej chętna do startowania w konkursach, ale za to zostałam wytypowana do prowadzenia festiwalu szkolnych teatrów. Poziom był zaskakująco wysoki jak na amatorów i wszystko toczyło się dobrze, dopóki na samym końcu nie dostałam tabelki z listą zwycięzców, nagród, które otrzymują, oraz znamienitych sponsorów, którzy te nagrody ufundowali. Tabelkę tę miałam uroczyście odczytać zgromadzonej publiczności. Nigdy już nie prowadziłam żadnej imprezy w szkole, bo nie udało mi się zachować powagi podczas czytania: "Grupa Teatralna Z Drugiego Końca Polski za zajęcie pierwszego miejsca otrzymuje telefon stacjonarny od Hojnego Sponsora."

Nie wysyłajcie dzieci na konkursy, nie warto. :)

konkursy szkolne

Skomentuj (34) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 145 (Głosów: 223)

#77128

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia opowiedziana przez znajomego, który jest dowódcą w patrolu saperskim, akcja działa się trzy tygodnie temu i stanowi przestrogę, że jak dom jest tani, to coś musi ewidentnie śmierdzieć.

Właściciel domu stawiał ogrodzenia, w trakcie kopania rowu na betonowe ławy natrafił na niewypał - pocisk przeciwlotniczy. Na pocisk położył taczkę i zadzwonił na policję, panowie przyjechali, obejrzeli pocisk nie dotykając go i wezwali saperów, w tym kolegę.

Coś koledze śmierdziało, no bo jak to? Tylko jeden pocisk?
Chłopakom kazał wziąć dodatkowo detektory, łopaty i inne cuda, po dotarciu na miejsce i zabezpieczeniu pocisku zaczęli sprawdzać teren, po krótkim sprawdzeniu nastąpiła ciekawa rzecz.

Im bliżej domu, tym detektor częściej reagował, kumpel pomyślał, że może rury i inne instalacje, ale z planów, które dał właściciel domu, w tamtym miejscu ich w ogóle nie ma, więc kazał wziąć łopaty i cięższy sprzęt, trochę pokopali i następnego dnia przyjechali z minikoparką, po dłuższym kopaniu znaleźli...

Cały magazyn amunicji przeciwlotniczej, centralnie pod domem.

Policja przesłuchała wykonawcę budynku, sprawdzili także "pierwotne" plany budowy, na których okazało się, że dom miał mieć dużą piwnicę, ale jej nie wybudowano, bo "nie dało się".

Tłumaczenie wykonawcy po przyparciu go do ściany? "No bo opóźnienia...".
Wykonawca oczekuje na rozprawę sądową.

Gdańsk

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 230 (Głosów: 282)

#77080

(PW) ·
| Do ulubionych
Dzień jak co dzień.
Mama wstała, zebrała się do pracy, wyszła z domu i kieruje się w stronę samochodu. Usiłuje zapalić, a tu niespodzianka - poczciwy Kangoo odmawia współpracy. Ciekawe, bo dnia poprzedniego wszystko było w jak najlepszym porządku. Po chwili mrożących krew w żyłach odkryć ciąg dalszy - z bagażnika, w którym składowane były materiały do terapii (głównie zabawki i drewniane instrumenty, terapia niesłyszących dzieci) zniknęły torby z zawartością i - co gorsza - dokumentacja. Nic tajnego czy wrażliwego, jednak jej brak z pewnością będzie dokuczliwy dla terapeuty. Nie powinna była zostawić w samochodzie - ale Polak mądry po szkodzie, stało się.

Co ciekawe - poza torbą zabawek i dokumentów nie przedstawiających praktycznie żadnej realnej wartości (zabawki głównie z rodzaju "piszcząca mysz", "cymbałki") nic z samochodu nie zginęło. Włamano się, ale nic złośliwie zniszczone nie zostało (choć mogło).
Samochód na lawetę i do serwisu. Diagnoza była szybka - przecięte przewody paliwowe, poza tym nic. Żaden ze mnie mechanik, ale z tego co zrozumiałam dostęp do nich wcale nie jest taką oczywistą sprawą, w dodatku nic innego naruszone nie zostało, a rzecz działa się po ciemku, w nocy.
Dokumenty znalazły się w windzie kilka bloków dalej. Dziwnym trafem w tymże bloku mieszkała jedna z pacjentek, której dostarczył znalezione papiery życzliwy sąsiad.

Sytuacja upierdliwa, piekielna i bardzo dziwna. Zemsta? Złodziej bez piątej klepki? Do dziś nie wiemy.

samochód osiedle kradzież włamanie

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 137 (Głosów: 163)

Podziel się pozytywnymi historiami na
WSPANIALI.pl

Piekielni