Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

 

#62149

(PW) ·
| Do ulubionych
Jestem chora. Przeziębiona w sensie.
A że antybiotyków na wirusy nie ma, gorączki tak niskiej też nie można zbijać, więc zamiast do doktora, doczłapałam się do apteki, żeby kupić zwykły, tani wykrztuśny syrop prawoślazowy.
Im szybciej to z siebie zrzucę, tym szybciej wyzdrowieję przecież.

I tak z załzawionymi oczami i cieknącym nosem, stoję sobie w kolejce do jednego okienka. Przede mną osób z siedem, za mną pewnie podobnie, nie liczyłam, ale jakby nie patrzeć, pół apteki ludzi.

Pierwsze, co mnie zirytowało lekko, to to, że okienko czynne jedno, a dwie panie farmaceutki trajkoczą o zupie Maryni w socjalnym - i trajkoczą na tyle głośno, że wiem, która córka gdzie jedzie na wycieczkę i którą sąsiadkę maż zdradza. I wiem po nazwisku, choć nie znam. A wcale nie podsłuchiwałam.

Ale każdy ma kiedyś przerwę, no pech dla mnie.

Kiedy doszłam w końcu do okienka, poprosiłam o taki a taki syrop.
[F]armaceuta: Nie ma. Ale mogę pani polecić "PięcRazyDroższy" syrop. Ma on specjalne działanie przeciwkaszlowe, blablabla, i jest w promocji, jedynie 17,99zł.

No kurczę, jeszcze nie spotkałam się z tym, żeby prawoślazowego nie było, obojętnie jakiej tam firmy. Trudno, pół miasta nie będę się tarabanić do innej apteki, coś innego wezmę.

[J]: A jest jakiś tańszy? I chciałabym, żeby jednak wykrztuśny był.

[F]: Ale ten ma udowodnione działanie! Niweluje przykre skutki blabla, pomaga blabla, łagodzi podrażnienia blabla i jest w cenie promocyjnej! Najlepszy środek na kaszel na rynku, blabla ...

[J]: Skoro nie, to w takim razie dziękuję, do widze...
[F]: Proszę poczekać, może jednak mamy ten prawoślazowy. sprawdzę jeszcze...

Po czym odwrócił się i podszedł prosto do jakiejś półki. Wrócił niosąc syrop.

[F]: O, widzi pani, jeden się uchował jednak. Ale czy jest pani przekonana, ja jako farmaceuta polecałbym jednak...
[J]: Dziękuję, ile za ten?
[F]:... 3,99zł.
[J]: Proszę, dziękuję, do widzenia.

Ja rozumiem reklamę, lekarzy wciskających mi paracetamol w ładnym pudełku za dwadzieścia złotych, bo mają umowę z przedstawicielem, ale żeby kłamać, że czegoś nie ma, byle wepchnąć coś droższego?
Można to gdzieś zgłosić, czy to walka z wiatrakami?

Apteka czerwona

Skomentuj (23) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 488 (Głosów: 540)

#61978

(PW) ·
| Do ulubionych
Najbardziej piekielna baba jaką spotkałam:

Kilka lat temu, leniwe piątkowe popołudnie, w domu urzęduje moja siostra. Nagle do domu wpada kobieta ok 40 lat, od razu z krzykiem "żądam rekompensaty".
Siostra przestraszona, "ale co, dlaczego?"

Okazało się, że tego samego dnia rano, przez naszą wieś przejeżdżała wycieczka rowerowa, kilkanaścioro dzieci ok 12 lat. Nagle nie wiadomo skąd przyplątał się jakiś mały kundelek, zaplątał im się między rowery i najwyraźniej wystraszony skrobnął ząbkami jakąś dziewczynkę i uciekł. Dziewczynka się rozpłakała, opiekun grupy podjął odpowiednie kroki, czyli udał się do naszego sołtysa żeby zgłosić wydarzenie. Sołtys usłyszawszy że to był mały, kudłaty kundelek od razu wydał wyrok że to był nasz pies Lolek, po czym ze szczegółami podał wycieczce nasz adres, nazwiska itd.
Muszę nadmienić, że wydarzenie miało miejsce kilkaset metrów od naszego domu, podwórko mamy ogrodzone, a Loluś to był najłagodniejszy pies na świecie. Ale cóż, machina ruszyła...

Piekielna, która wparowała nam do domu była mamą tej dziewczynki, zawiozła ją najpierw na obdukcję lekarską, gdzie lekarz stwierdził "lekkie otarcie naskórka", a potem przyjechała do nas żądać rekompensaty.
Siostra zapytała ją czy pies podarł ubranie dziecka, okazało się że nie, bo było w szortach, ale Pani i tak chce rekompensaty. Została więc grzecznie wyproszona z domu, ze słowami że nikt nie udowodnił że to nasz pies, a poza tym gdyby był taki agresywny to by nie wpuścił Pani na podwórko, a tymczasem Lolek nawet nie zareagował że jakaś obca baba się nam tarabani do domu. Pani wykrzyczała że tak tego nie zostawi i wyszła.

Trzy dni po tym wydarzeniu, tym razem moja mama w domu, nagle do drzwi puka jakiś człowiek, w towarzystwie dwóch policjantów. Przedstawił się - jest ojcem ugryzionej dziewczynki i żąda przedstawienia dowodu szczepienia psa.
Mama odparła, że nadal nie ma dowodu, że to był nasz pies, ale ok, pokazała mu świadectwa szczepień Lolka z 3 ostatnich lat i zapytała czy koniecznie musiał przyjeżdżać z policją, na co odparł, że inaczej na pewno nie zostałby wpuszczony na podwórko.
Następnego dnia dostaliśmy wezwanie z Sanepidu, że pies ma zostać dostarczony do kliniki weterynaryjnej na obserwację.

W domu od razu panika, bo jak to, zabiorą nam Lolusia, zamkną w klatce, może już nigdy go nie zobaczymy. Na szczęście Pan Weterynarz nas uspokoił, że trzeba będzie przywozić psa co tydzień i po trzech tygodniach dostaniemy potwierdzenie że pies jest zdrowy.

Dwa dni później przybiega do nas sąsiadka ze świeżym numerem naszej lokalnej gazety i z krzykiem, że jesteśmy opisani. Włos nam się zjeżył na głowie. Piekielna baba poleciała do gazety i naskarżyła że została przez siostrę obrażona, wyproszona z domu, że odmawiamy okazania dokumentów szczepienia i w ogóle czyhamy na zdrowie całej ich rodziny. Artykuł był dodatkowo uzupełniony zdjęciem owczarka niemieckiego z wyszczerzonymi kłami, dla dodania dramaturgii, tymczasem Loluś był wielkości ogona tego owczarka.

Po tygodniu znów wizyta tej Piekielnej Baby w towarzystwie policji, tym razem przyjechała zobaczyć psa, czy przejawia jakieś objawy wścieklizny. Tym razem trafiła na mnie. Zacisnęłam zęby, ale wskazałam jej Lolka, który wygrzewał się na słońcu - proszę, niech Pani go sobie ogląda. Obejrzała, znów zażądała okazania dokumentów szczepienia, więc kazałam jej sp....., a przy okazji zapytałam policjantów czy naprawdę nie mają co robić tylko wozić chorą psychicznie babę żeby sobie zobaczyła pieska. Odpowiedzieli, że zrobiła im awanturę na posterunku i zagroziła że opisze ich w gazecie, więc dla świętego spokoju przyjechali.

Więcej się u nas nie pokazała, ale na każdej kolejnej wizycie Pan Weterynarz opowiadał, że wydzwania do niego codziennie z pytaniem czy zauważa zmiany chorobowe u psa.

Na zakończenie tej historii, kiedy już orzeknięto, że Lolek jest zdrowym i łagodnym psem, dostaliśmy odpowiednie zaświadczenie, które musieliśmy dostarczyć do Sanepidu żeby zamknąć sprawę. Panie w Sanepidzie, po zobaczeniu czego dotyczy sprawa, stwierdziły że od początku współczuły naszej rodzinie że trafiliśmy na taką wariatkę. Podobno i tak już w dniu ugryzienia nakazała lekarzom żeby zaszczepili jej córkę serią tych nieprzyjemnych zastrzyków, a dodatkowo zastanawiała się też czy nie pozbyć się z domu ich własnego psa, bo dziecko nabawiło się strachu przed zwierzętami.

Wiadomo, że każda matka trzęsie się nad swoim dzieckiem i to jest zrozumiałe, ale tej dziewczynce naprawdę nic się nie stało i nie było to warte kilku tygodni nerwów.

Skomentuj (57) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 453 (Głosów: 561)

#61969

(PW) ·
| Do ulubionych
Właśnie zepsułem komuś wieczór.

Dzwoni nieznany numer - 519 900 132. Nieodebrane, szybkie sprawdzenie na Google. Wyniki od razu wskazują na firmę zajmującą się wciskaniem abonentom Orange "nowych lepszych umów". Po chwili numer dzwoni drugi raz. No to jedziemy...

- Tak, słucham?
- Dzień dobry, nazywam się Taka Owaka, dzwonię z biura Orange. Czy rozmawiam z właścicielem tego telefonu?
- Owszem.
- Dobrze, chciałam więc powiedzieć, że rozmowa jest nagrywana dla pana bezpieczeństwa.
- Zgadza się, jest.
- (chwila konsternacji) Dzwonię, gdyż ma pan u nas numer na kartę...
- Nie, proszę pani, nie na kartę.
- Dobrze więc, nie na kartę, dzwonię by panu zaproponować nową umowę...
- Gdyby dzwoniła pani rzeczywiście z firmy Orange, wiedziałaby pani, że nie jest to numer na kartę, lecz na umowę stałą. Również wiedziałaby pani, że umowa została niedawno przedłużona na okres kolejnych dwóch lat. Jak również nie tylko poinformowałaby mnie pani, że rozmowa jest nagrywana, ale również zapytała, czy wyrażam na to zgodę. Cóż, pani poinformowała mnie, a ja poinformowałem panią, gdyż również nagrywam tą rozmowę. Spodziewałem się, że zadzwonią państwo ponownie, numer sprawdziłem i wiem, że dzwoni pani nie z Orange, ale z biura pośrednictwa działającego na własną rękę. Nie wiem skąd mają państwo ten numer, ale uprzejmie proszę o jego usunięcie z państwa bazy...
- Nie możemy usunąć tego numeru!
- No to poproszę mniej uprzejmie i przypomnę, że rozmowa jest nagrywana, z obu stron, a numer nie tylko mogą, ale i muszą państwo w świetle obowiązującego prawa usunąć na moje żądanie, gdyż mam prawo do wglądu, modyfikacji i usunięcia moich danych z każdej niepaństwowej bazy danych. Jako, że rozmowa jest nagrywana tak przez państwa jak i przeze mnie, deklarację tą muszą państwo uznać za wiążącą. Niedostosowanie się i ponowne wykorzystanie tego numeru celem nawiązania połączenia, uznane zostanie za nękanie i zgłoszone na policję oraz do Generalnego Inspektoratu Danych Osobowych, zaś posiadane przeze mnie nagranie zostanie przedstawione jako dowód w sprawie, wraz z rejestrem połączeń przychodzących. Dodam do tego również zarzut próby oszustwa poprzez podawanie się za pracownika firmy Orange. Raz jeszcze więc: żądam usunięcia moich danych z państwa bazy w trybie natychmiastowym. Rozumiem, że może pani potwierdzić przyjęcie takiej dyspozycji?
- Tak... mogę...
- Proszę więc o jasne potwierdzenie przyjęcia dyspozycji.
- Potwierdzam...
- Nie nie, nie tak. "Potwierdzam przyjęcie dyspozycji usunięcia pana danych osobowych z bazy danych naszej firmy w trybie natychmiastowym, nie później niż w ciągu 24 godzin od momentu przyjęcia dyspozycji." Proszę powtórzyć.
- Potwierdzam przyjęcie dyspozycji... usunięcia pana danych osobowych z bazy danych naszej firmy w trybie natychmiastowym... nie później niż w ciągu... 24 godzin od momentu przyjęcia dyspozycji...
- Bardzo dziękuję za telefon i miłą rozmowę. Spokojnego wieczoru.

*BEEP BEEP BEEP*

call_center orange

Skomentuj (64) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 562 (Głosów: 678)

#61965

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia z wczoraj, ale do dzisiaj mną trzęsie.

Wracamy wczoraj ca. o 18 z żoną ze spaceru z psem - odcinek chodnikiem koło średnio uczęszczanej drogi jesteśmy jakąś "minutkę drogi" od skrzyżowania, na którym rozgrywa mało przyjemna scenka. Przed chwilą minęła nas kobieta na rowerze z zakupami (żadna starowinka na zdezelowanej "Ukrainie" - młoda dziewczyna na porządnie oświetlonym rowerze miejskim z koszykiem) i przejeżdżała przez w/w skrzyżowanie z przeciwka jedzie Skoda, która skręca w lewo. Skoda zamiast się zatrzymać/zwolnić żeby przepuścić rowerzystkę z pierwszeństwem wjeżdża w nią trąbiąc i hamując awaryjnie.
Dziewczyna odruchowo podparła się nogą o maskę wjeżdżającego w nią samochodu. Mimo wszystko siła była na tyle duża, że nie utrzymała równowagi i położyła się jak długa na środku skrzyżowania, zakupy z koszyka rowerowego rozsypały się po jezdni.

Przekazałem żonie psa, i podbiegam w stronę skrzyżowania - dziewczyna na szczęście o własnych siłach wstaje z jezdni, ale co robi gość ze Skody - stara się pomóc kobiecie? Przeprosić? Nie - patrzy się na ślad po bucie na masce i z "dżentelmeńskim" "Ty ku..o" na ustach, zaczyna szarpać rowerzystkę. Zanim zdążyłem jakkolwiek zareagować, dziewczę bardzo zręcznie zrzuciło ręce napastnika z siebie i zgodnie z techniką hudo;) wyprowadziła gościowi szybkie kopnięcie w klejnoty, aż koleś się złożył na ziemi - ze swojej strony mogłem tylko dodać "reszty nie trzeba".

Ktoś chyba zadzwonił po Policję, bo patrol zjawił się w miarę szybko i w pierwszym momencie Policjanci myśleli, że to zwijający się koleś na jezdni jest poszkodowanym w wypadku rowerzystą.

Jak Policjanci wszczęli czynności, facet coś tam jeszcze dyskutował, ale jak usłyszał, że to co mówi będzie prosto zweryfikować, bo skrzyżowanie jest objęte monitoringiem miejskim, kompletnie mowę mu odjęło.
Do tej pory mną trzęsie na myśl, że po świecie chodzą takie ścierwa jak ten koleś z tej Skody.

"Bezpieczne" ulice

Skomentuj (36) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 586 (Głosów: 656)

#61959

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia, opowiedziana przez kolegę.

Kolega pracuje przy sprzedaży, montażu i naprawach regałów magazynowych. Jak można się domyślić, na meblu takim spoczywa zazwyczaj ciężar wielotonowy. Czas na historię właściwą:

Miałem kiedyś zlecenie wymiany nóg w środkowych sekcjach regałów na magazynie. Nadzorowałem robotników przy kilku regałach. Podchodząc do jednego z monterów zauważyłem, że kończy on odpiłowywanie nogi regału bez podstawienia specjalnej maszyny (rodzaj lewara o udźwigu 20 ton). Zazwyczaj nie tracę cierpliwości. Tym razem swoimi wrzaskami spowodowałem zbiegowisko. Bo jak wyobraziłem sobie spadające na pracownika 20 ton... Już widziałem, jak mnie wywożą w kajdankach.

zagranica

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 363 (Głosów: 403)

#61964

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia, którą tu opowiem, działa się wiele lat temu. Mieszkałem wtedy w Sztokholmie. Miasto to położone jest niezwykle malowniczo i wystarczy opuścić ścisłe centrum, a już co chwila spotyka się skwery porośnięte sosnami, na których można znaleźć grzyby, czy jeżyny.

Wracałem właśnie z pracy i na takim właśnie skwerze zobaczyłem dziewczynę – skuloną i trzęsącą się - totalną biedę. Od razu poznałem, że to Polka (gdyby to wydawało się dziwne – zapytajcie osób dłużej przebywających na obczyźnie).

Zapytałem ją czy mogę jej jakoś pomóc? Okazało się, że pracowała kilka miesięcy u polskich Cyganów, gdy zachorowała, zapakowali ją do samochodu i wywieźli kilkadziesiąt kilometrów, po drodze całkowicie ją okradając. Wyrzucili ją na tym właśnie skwerze, na szczęście nie zabierając paszportu, ani biletu powrotnego na prom.

Co było robić? Zabrałem ją do swojego mieszkania i zawołałem kolegę lekarza mieszkającego opodal.
Miała obustronne zapalenie płuc. Wykupiłem lekarstwa i pozwoliłem przemieszkać u mnie kilka dni do czasu, aż będzie prom. I tak ta bieda została moją sublokatorką. Po dwóch, czy trzech dniach, gdy trochę doszła do siebie, zakomunikowała mi, że chce jeszcze zostać, doleczyć się i popracować, wtedy odda mi wszystko co się należy.
Zgodziłem się, zastrzegając, że nie może to trwać dłużej niż dwa tygodnie, bo wtedy wraca kolega z którym dzieliłem mieszkanie.

Minęło może dziesięć dni, gdy po powrocie z pracy w swoim mieszkaniu nie znalazłem dziewczyny. Nie znalazłem również wielu mniej lub bardziej cennych przedmiotów, oraz kilkudziesięciu koron z szuflady.
Banalna sprawa. Trzęsienia ziemi nie odnotowano (szkoda mi było tylko szwajcarskiego super scyzoryka i może gadżeciarskiego radia z budzikiem.)

Zapomniałem o tej sprawie, aż do wczoraj, gdy jechałem z żoną jako pasażer. Zatrzymaliśmy się na świetle i kogo widzę? Moja domowa złodziejka wraz z trójką dzieci przechodzi sobie przed maską samochodu. Jeszcze brzydsza niż wtedy i znacznie grubsza, ale to ona.
Tąpnęło mną, nie powiem. Najpierw chciałem wyskoczyć. Ale co mam robić? Złapać i wezwać policję? Naubliżać jej przy dzieciach? Tłumaczyć potem swojej żonie sytuację nie do wytłumaczenia?
Tak więc nie zrobiłem nic.

Uroki współżycia z rodakami na emigracji

Skomentuj (19) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 453 (Głosów: 515)

#61980

(PW) ·
| Do ulubionych
Tekst może być ciężki do zrozumienia dla kogoś, kto nie orientuje się zbyt dobrze w kwestiach serwerów, ale niezbędne objaśnienia dam na końcu.

Jakiś rok temu zaplanowałem sobie przeprowadzkę do innego miasta, więc aby zachować się w porządku wobec firm, którym świadczyłem usługi jako admin, poinformowałem ich o tym z dużym wyprzedzeniem, żeby sobie mogły kogoś na zastępstwo znaleźć. W jednej z nich wystąpiła ciekawa sytuacja.

Mianowicie szef przyjął na okres próbny dwóch gości, jeden około 20 lat (z czyjegoś polecenia, jako ponoć bardzo obeznany w komputerach), drugi w wieku 35 lat, z doświadczeniem... Parę dni później ja poszedłem na urlop. Wracam po dwóch tygodniach, szef mnie prosi na rozmowę.

Nie wdając się w niepotrzebne szczegóły chodziło o to, że "nowi" przestawili szefowi drobiazgowy raport na temat tego, jaki to ja jestem do kitu, a jeden z postawionych przeze mnie serwerów urąga wszelkim zasadom bezpieczeństwa. Lista zarzutów między innymi była taka:

- konto roota nie jest chronione hasłem, a konsola nie jest zabezpieczona przed dostępem osób niepowołanych.
- do serwera nie da się dostać po SSH.
- nie działa w nim dosłownie nic. Żadne polecenia, żadne programy, nie można niczego zrobić w razie awarii. Na pewno jest ZŁOŚLIWIE ZABEZPIECZONY.
- nie ma automatycznych aktualizacji, nie działa Internet.
- no po prostu jeden syf, nic się nie da zrobić, cały serwer jest do przeinstalowania i zrobienia wszystkiego od nowa, bo to po prostu jest skandal i totalna amatorszczyzna.

Wyjaśniłem w czym rzecz, obaj nowi wylecieli z pracy jeszcze tego samego dnia.

Obaj "specjaliści" przez dwa tygodnie NIE ZORIENTOWALI SIĘ, że nie mają do czynienia z serwerem na Linuksie, tylko, że jest to Novell Netware 3.11.

Celem wyjaśnienia - Netware to dosyć specyficzny system, który nie przypomina niczego innego i nie można w nim z konsoli zrobić właściwie nic poza odpaleniem raptem paru narzędzi monitorujących (upraszczam). Dosłownie każdą rzecz robi się zupełnie inaczej. W ogóle nie występuje w nim takie coś, jak SSH, Internet, aktualizacje i cokolwiek znanego z WIndows. Jest tylko ekran tekstowy i parę poleceń, które można wpisać, zadania administracyjne wykonuje się z INNEGO komputera, na którym się uruchamia odpowiednie programy.
W każdym razie ktoś nauczony obsługi i koncepcji Windows lub Linuksa w Netware nie zrobi totalnie niczego - bo po prostu się nie da.

Używając porównania, to taka różnica jak między samochodem, a karuzelą. Samochodem kierujesz, masz na wszystko wpływ. Karuzelę odpalasz raz gdzieś w budce i od tej pory sama się ona kręci. Możesz ją najwyżej wyłączyć, jeżdżąc w kółko na koniku nie masz żadnego wpływu na jej działanie.

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 324 (Głosów: 396)

#61963

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia o znikających sprzętach (http://piekielni.pl/61957)przypomniała mi moje własne perypetie.

Mieszkałam swego czasu na stancji. Wynajmowałam jeden pokój w dość sporym mieszkaniu w kamienicy. Większość mojej kariery tam miałam świetnych współlokatorów. Ale jedna rodzinka zapadła mi w pamięć.

Wyprowadziła się znajoma, studia nie poszły jak chciała, więc wróciła w rodzinne strony. Na jej miejsce właścicielka przyjęła Piekielną z córką. A przynajmniej takie było założenie. Dość szybko okazało się, że zamiast osób dwóch, było osób pięć. Piekielna wzięła mnie i właścicielkę na litość, że ją wyrzucili z innego mieszkania, że zima, że ona coś innego znajdzie ale potrzebuje czasu. No i się zaczęło. Z pozoru sympatyczna rodzinka okazała się mieć lepkie rączki dosłownie do wszystkiego. Magicznie znikające jedzenie, kosmetyki kończące się szybciej niż normalnie... Wielu z Was pewnie to zna.

Cyrk zaczął się jednak, gdy się okazało, że Piekielna niechętnie będzie płacić za mieszkanie. Czyli, nie zapłaci wcale. Wyrzucić się nie da, bo umowy nie miała, bo okres próbny, płacić nie ma zamiaru, właścicielka wściekła, atmosfera w mieszkaniu gęsta, że siekierę powiesić. Po naradzie podjęłyśmy z właścicielką decyzję - zmieniamy zamki w komórce na węgiel (mieszkanie ogrzewane piecami kaflowymi) i dostęp do klucza mam tylko ja. Wyłamali drzwi.
W końcu udało się, po wykręceniu korków z ich pokoi (każdy pokój miał osobny, instalacja stara) Piekielna z familią postanowiła się z wielkim fochem wyprowadzić. I tu nastąpił mój błąd, że wyjechałam na święta do rodziny. Po powrocie zastałam zmienione zamki (na szczęście klucze szybko przywiozła właścicielka) w domu brak większości sprzętów. Pokradli niemal wszystko co dało się wynieść. Sztućce, moje kubki, krzesła, nawet ohydne, pomarańczowe dywaniki w łazience (datowane na głęboki PRL. Czajnik elektryczny się ostał, bo właścicielka przezornie, jak wyjeżdżałam, sąsiadom podrzuciła podstawę grzewczą czajnika. Syf jaki zastaliśmy w pokojach był nie do opisania. Dość powiedzieć, że tapeta z białej zrobiła się żółta, firany prałyśmy dwukrotnie i myłyśmy ona w kilkunastostopniowym mrozie.

Żeby było zabawniej, sprawa zgłoszona na policję, zostałam wezwana na przesłuchanie dopiero w marcu, a szanowny (tfu!) policjant sprawę umorzył, ze względu na brak dowodów...

lokatorzy

Skomentuj (16) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 290 (Głosów: 338)

#61974

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia #61959 przypomniała mi pewne zdarzenie.

Niezbyt piekielnie, ale może ktoś kiedyś uzna, że przepisy BHP nie są po to, żeby utrudniać życie...

W firmie która zajmuje się szeroko pojętą obróbką metali mają również maszynę do piaskowania. Zawiozłem jakieś tam drobiazgi do wypiaskowania i miałem poczekać parę minut.

Kierownik z którym załatwiałem sprawę okazał się "gadułą", a mnie zainteresował tzw "water jet" do wycinania elementów wodą pod ciśnieniem. Obok stała prasa hydrauliczna, bagatelka 250 ton nacisku. No i kierownik opowiedział mi o pewnym pracowniku - racjonalizatorze...

Dwa słowa o konstrukcji takiej prasy: posiada ona blat wielkości powiedzmy stołu, na blacie jest przymocowana forma do obróbki elementu, pracownik wkłada kawał blachy, naciska nogą pedał oraz równocześnie prawą ręką naciska przycisk z prawej strony blatu, a lewą ręką z lewej strony blatu. Wykrojnik/sztanca uderza w materiał, unosi się, pracownik wyjmuje gotowy element i wkłada następny. Ponieważ w tej prasie blat był duży pracownik miał długie szczypce, żeby sięgnąć po detal.

A co zrobił pomysłowy pracownik? Nie chciało mu się ciągle odkładać i za chwilę brać do ręki szczypiec, więc jeden z przycisków zablokował kijem od szczotki o ścianę, lewą ręką naciskał guzik, a prawą wyjmował szczypcami element. Nie wiadomo jak długo ten system funkcjonował, ale w końcu "za wcześnie" nacisnął guzik, prasa uderzyła w szczypce, a te o mało co nie odcięły dłoni pracownika.

Ręka bardzo uszkodzona, szpital, rehabilitacja, trwały uszczerbek na zdrowiu. Oczywiście dochodzenie jak doszło do wypadku, badanie maszyny, sprawdzanie szkoleń bhp, ubrań ochronnych, czasu pracy, badań lekarskich, w skrócie przetrzepano całą papierologię w firmie i w końcu stwierdzono ewidentną winę pracownika. Ten od decyzji się odwołał (bo by nie dostał odszkodowania) i wymyślił, że przełożony mu KAZAŁ zablokować przycisk...
Taki cwaniaczek cebulaczek, rękę sobie rozwaliłem to przynajmniej odszkodowanie wyłudzę, a że kierownik pójdzie siedzieć, albo dostanie zawiasy to trudno...

praca przy prasie

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 378 (Głosów: 418)

#61958

(PW) ·
| Do ulubionych
Moja babcia jest w wieku – jak to z babciami zwykle bywa – słusznym. Ma też (a raczej do niedawna miała, ale o tym za chwilę) dwie siostry. Panie mogą pochwalić się podobnym przebiegiem. Ot, godne podziwu 80+ na liczniku.

Kobitki nigdy nie chorowały w, nazwijmy to, spektakularny sposób. Jakieś strzyknięciu tu i ówdzie, kolano zaboli zwiastując zmianę pogody, kręgosłup zarwie podczas wykonywania prozaicznej czynności – takiej, jak choćby dźwiganie zakupów od których ciężaru niejednemu nastolatkowi na samą myśl wypadłby dysk. Siakieś takie genetyczne uwarunkowanie – wysoka odporność, hardość zaawansowana czy inne „nicminiejsetodwalsię”.

W związku z tym, że dziewczyny na stan zdrowia specjalnie nie narzekały i że do lekarzy lekko uprzedzone były – wiecie, bo koleżanka naopowiada, jak to „dohtur zabił jej męża i że te szpitalne to konowały wredne” – rzadko przychodnie odwiedzały.
Niestety, najstarszą siostrę zaczął kilkanaście dni temu bardzo boleć brzuch. Rodzina zareagowała szybko, zawiozła starowinkę do szpitala. Wykonano badania, które sprawy przypadłości nie rozstrzygnęły. W związku z brakiem diagnozy – trafiła na obserwację.

Krótko po przyjęciu na oddział dolegliwości się nasiliły. Ponowiono badania i znaleziono winowajcę – rozlany już wyrostek robaczkowy. Operacja, komplikacje, stan ciężki, źle rokujący i lekarz, który z braku laku stwierdził tylko: „módlcie się, może jakoś będzie”.

Wszyscy mieli złe przeczucia. I słusznie. Ciocia kilka dni temu zmarła. Zanim to nastąpiło, leżała pod tryliardem rurek, wycieńczona. Paskudny widok.

Babcia – z jednej strony – chciała ją odwiedzić, były bardzo bliskimi kumpelkami. Z drugiej natomiast – bała się, że na miejscu się rozklei, a to chorej nie pomoże. Zebrała się jednak w sobie, poszła do szpitala, zagaiła napotkaną pielęgniarkę o właściwy azymut i – że jest mocno gadatliwa – napomknęła coś o siostrze, że wyrostek, że pęknięty, że rurki i że lekarze mówią, coby się modlić. A piguła, bardzo życzliwa ponoć, na to wszystko:
- „Pani się już nie modli! Mówię Pani, z tym wyrostkiem to jest tak, że jeden na stu przeżywa! Lekarze partolą takie operacje celowo, bo łapówek chcą!”.

Babcia się zawinęła załamana, z siostrą się nie pożegnała, a jej niechęć do „dohturów” wzrosła o milion procent. I, odpukać, gdyby coś jej się stało, gdyby zachorowała – nie przetłumaczę, że musi iść do lekarza. Bo przecież ledwo „jeden na stu” przeżywa, a ona nigdy nie miała szczęścia do loterii fantowych.

słuzba_zdrowia

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 319 (Głosów: 399)

Podziel się pozytywnymi historiami na
WSPANIALI.pl

Piekielni