Momencik, trwa przetwarzanie danych
Jestem trochę w szoku. Przed chwilą na maila dostałem prośbę z Orange o ankietę dotycząca jakości obsługi Eksperta na Facebooku w celu poprawiania obsługi klientów.
Tak się złożyło, że akurat nie jestem w ogóle zadowolony (parę dni temu korzystałem z wpisu na FB, dostałem standardową odpowiedź "nie wiem, proszę zostawić reklamację". Zgodnie więc z moją opinią zaznaczyłem "nie" przy pytaniu czy Ekspert rozwiązał mój problem", a także oceniłem go na 1 w skali 1-5. Zatwierdzam ankietę i po przeładowaniu strony wyskoczyła informacja "Nastąpił chwilowy błąd aplikacji". Próbuję więc jeszcze raz - to samo.
Coś mnie tchnęło... Zaznaczyłem, że problem został rozwiązany i oceniłem na 4 w skali 1-5. Po przeładowaniu strony wyskoczyła informacja "Dziękujemy za wypełnienie ankiety. Twoja opinia pomaga nam zmieniać się na lepsze."
Oto jak Orange nabija sobie wspaniałe opinie o ich obsłudze klienta.
Tak się złożyło, że akurat nie jestem w ogóle zadowolony (parę dni temu korzystałem z wpisu na FB, dostałem standardową odpowiedź "nie wiem, proszę zostawić reklamację". Zgodnie więc z moją opinią zaznaczyłem "nie" przy pytaniu czy Ekspert rozwiązał mój problem", a także oceniłem go na 1 w skali 1-5. Zatwierdzam ankietę i po przeładowaniu strony wyskoczyła informacja "Nastąpił chwilowy błąd aplikacji". Próbuję więc jeszcze raz - to samo.
Coś mnie tchnęło... Zaznaczyłem, że problem został rozwiązany i oceniłem na 4 w skali 1-5. Po przeładowaniu strony wyskoczyła informacja "Dziękujemy za wypełnienie ankiety. Twoja opinia pomaga nam zmieniać się na lepsze."
Oto jak Orange nabija sobie wspaniałe opinie o ich obsłudze klienta.
Orange
Ocena:
675
(Głosów:
741)
Znowu ja, znowu z psami. Wracałam ze spaceru z moim. Przy wyjściu z parku jakaś pani dość nieudolnie próbowała przywołać psa. Może nie do końca psa, bo yorka ;) i to chyba miniaturkę miniaturki. Mały latał wszędzie, przez ulicę, między jadącymi samochodami, aż chwilami oczy same zamykały się ze strachu przed tym, co może się zaraz stać. Zobaczył mnie czy raczej mojego psa i podbiegł. Przystanęłam i razem z panią zaczęłyśmy łapać psowate. Po kilku minutach cmokania i paru psich ciasteczkach z mojej kieszeni udało się złapać malucha. Pani uroczym głosikiem zaczęła mi dziękować, jednocześnie wyzywając yorka, po czym wyjęła reklamówkę i włożyła do niej psa. Do tej reklamówki, grubej, kolorowej, nieprzezroczystej reklamówki.
Stałam, patrzyłam i nie wierzyłam..
- Do reklamówki? - wydusiłam wreszcie..
- Hihihihi, no tak, a niby gdzie? - nie, nie żartowała. Spojrzałam na mojego, który w reklamówkopodobnych tworach nie był, od kiedy został uwolniony z plecaka, w którym go znaleziono.
- Na smycz może?
- Ale ja nie mam, to go noszę tak - cały czas uśmiechnięta od ucha do ucha szczebiotała pani.
- To nie jest śmieszne. Smycz kosztuje 10 złotych, to naprawdę majątek nie jest. Nie dziwię się, że nie chciał podejść.
- No i co z tego? Ja go noszę tak.
Nie udało mi się jej przekonać. Szczęka cały czas mnie boli od opadu jaki wtedy wykonała, chyba nawet wybiłam dziurę w chodniku.
Stałam, patrzyłam i nie wierzyłam..
- Do reklamówki? - wydusiłam wreszcie..
- Hihihihi, no tak, a niby gdzie? - nie, nie żartowała. Spojrzałam na mojego, który w reklamówkopodobnych tworach nie był, od kiedy został uwolniony z plecaka, w którym go znaleziono.
- Na smycz może?
- Ale ja nie mam, to go noszę tak - cały czas uśmiechnięta od ucha do ucha szczebiotała pani.
- To nie jest śmieszne. Smycz kosztuje 10 złotych, to naprawdę majątek nie jest. Nie dziwię się, że nie chciał podejść.
- No i co z tego? Ja go noszę tak.
Nie udało mi się jej przekonać. Szczęka cały czas mnie boli od opadu jaki wtedy wykonała, chyba nawet wybiłam dziurę w chodniku.
Ocena:
548
(Głosów:
642)
Budyniek opisała piekielnych klientów warsztatów.
Myślę, że ja mógłbym napisać jak to wygląda z drugiej strony - kilka historii by się nazbierało.
Na pierwszy ogień pójdzie bardzo piekielna. Jak niektórzy wiedzą (czytając komentarze), mieszkam w Szwecji. Do niedawna (listopad zeszłego roku) jeździłem do pracy samochodem, który przywiozłem jeszcze z Polski - Opel Omega B, po liftingu (niektórzy mówią na to Omega C, chociaż oficjalnie takie coś nie istnieje). Rocznik 2000, więc autko miało już swoje lata, niemniej było dosyć bezawaryjne (wiadomo olej, klocki i podobne trzeba wymieniać, ale żadnych większych awarii) - do tego fajnie wyposażone, więc nie szukałem póki co nic innego.
Jakieś 3 lata temu, kiedy byłem w Polsce pojechałem do mechanika. Nie pierwszego-lepszego z brzegu, ale "fachowca", u którego brat również naprawia swój samochód. Do wymiany były tarcze, klocki, pasek rozrządu (143tys km), bodajże końcówki drążków kierowniczych.
Robota zrobiona, zapłacone, wydawałoby się wszystko OK.
Piekielność wyszła właśnie w listopadzie, kiedy wracałem z pracy - w trakcie jazdy silnik zgasł i już nie odpalił. Samochód zabrany do serwisu na diagnostykę.
I tak - jak już się pewnie niektórzy domyślili - pasek rozrządu, który to niby miał być wymieniony - pękł, przy okazji niszcząc silnik (zawory, głowica itd.).
Niby - bo jak się okazało - pasek wymieniony nie został. Stary pasek (wymieniony przy 73 tys jeszcze w Niemczech, skąd samochód sprowadzałem) dożył swoich dni.
Koszt remontu silnika przewyższał cenę samochodu. Samochód, który jak sądzę pojeździłby jeszcze ze 2-3 lata, poszedł na złom.
Mechanik (od siedmiu boleści) widząc pewnie auto na zagranicznych numerach stwierdził, że nie będzie się przemęczał, bo i tak nie mam jak sprawdzić czy pasek wymienił czy nie, a jak coś się stanie za kilka lat to i tak będę już daleko. I poniekąd miał rację.
Ja naprawdę nie wymagam cudów - nie wymagam uleczania starych rzęchów za 50zł. Pytam o cenę i jeśli mi odpowiada to OK. Wymagam tylko aby to na co się umawiamy za cenę którą podaje mechanik - było zrobione dobrze.
Myślę, że ja mógłbym napisać jak to wygląda z drugiej strony - kilka historii by się nazbierało.
Na pierwszy ogień pójdzie bardzo piekielna. Jak niektórzy wiedzą (czytając komentarze), mieszkam w Szwecji. Do niedawna (listopad zeszłego roku) jeździłem do pracy samochodem, który przywiozłem jeszcze z Polski - Opel Omega B, po liftingu (niektórzy mówią na to Omega C, chociaż oficjalnie takie coś nie istnieje). Rocznik 2000, więc autko miało już swoje lata, niemniej było dosyć bezawaryjne (wiadomo olej, klocki i podobne trzeba wymieniać, ale żadnych większych awarii) - do tego fajnie wyposażone, więc nie szukałem póki co nic innego.
Jakieś 3 lata temu, kiedy byłem w Polsce pojechałem do mechanika. Nie pierwszego-lepszego z brzegu, ale "fachowca", u którego brat również naprawia swój samochód. Do wymiany były tarcze, klocki, pasek rozrządu (143tys km), bodajże końcówki drążków kierowniczych.
Robota zrobiona, zapłacone, wydawałoby się wszystko OK.
Piekielność wyszła właśnie w listopadzie, kiedy wracałem z pracy - w trakcie jazdy silnik zgasł i już nie odpalił. Samochód zabrany do serwisu na diagnostykę.
I tak - jak już się pewnie niektórzy domyślili - pasek rozrządu, który to niby miał być wymieniony - pękł, przy okazji niszcząc silnik (zawory, głowica itd.).
Niby - bo jak się okazało - pasek wymieniony nie został. Stary pasek (wymieniony przy 73 tys jeszcze w Niemczech, skąd samochód sprowadzałem) dożył swoich dni.
Koszt remontu silnika przewyższał cenę samochodu. Samochód, który jak sądzę pojeździłby jeszcze ze 2-3 lata, poszedł na złom.
Mechanik (od siedmiu boleści) widząc pewnie auto na zagranicznych numerach stwierdził, że nie będzie się przemęczał, bo i tak nie mam jak sprawdzić czy pasek wymienił czy nie, a jak coś się stanie za kilka lat to i tak będę już daleko. I poniekąd miał rację.
Ja naprawdę nie wymagam cudów - nie wymagam uleczania starych rzęchów za 50zł. Pytam o cenę i jeśli mi odpowiada to OK. Wymagam tylko aby to na co się umawiamy za cenę którą podaje mechanik - było zrobione dobrze.
Ocena:
405
(Głosów:
447)
Ciąg dalszy sufitowej historii. No więc kiedy niebo zawaliło nam się na głowy, jakby powiedzieli to Galowie, przyszła pora na naprawę tego całego majdanu. Jak wcześniej wspomniałem, spółdzielnia ugięła się i wysłała „fachowców” do naprawy zniszczeń. Spółdzielnia jest takim post komunalnym tworem, w którym od czasów PRL zmieniła się tylko nieznacznie nazwa. Oczywiście część fachowców i speców dostosowana jest do mentalności instytucji. Nie generalizuję, bo wiem, że pracują tam też naprawdę świetni i obyci w swoim fachu ludzie. Niestety nie mieliśmy tyle szczęścia.
Mój tata i straszy brat pracowali wtedy za granicą, więc w domu byłem tylko ja, mama i siostra. Mama pracowała, ja i siostra do szkoły i jako, że wychodziłem z domu ostatni, zostałem oddelegowany do powitania chlebem i solą naszych przodowników pracy. Panowie przyszli i jakby wyczuwając gorące powitanie przynieśli alkohol, bo nieładnie tak z pustymi rękoma. I wyglądało tez na to, że to pierwsza wódka tego dnia nie była. Zacisnąłem zęby i ustaliłem sam ze sobą, że zwisa mi to leniwym kalafiorem, bo może tylko alkohol budził w tych panach naturalne zdolności do naprawy sufitu. Wyszedłem do szkoły, ale wredna ze mnie menda i wróciłem się niby po telefon. Teraz mi z kolei było głupio, że nie przyniosłem alkoholu, bo u mnie impreza w pełni.
(Ja) - Dacie w ogóle radę potem wejść na drabinę?
(F) – Chłopak, my tylko po maluchu i już się bierzem do roboty. Inaczej to mi się ręka trzęsie i ni cholery pionu nie złapię.
(Ja) – To może pójdę kierownika i mu powiem, to może wam premię na lekarstwa da?
(F) – Nic nie mów, nic nie mów... już się bierzem za sufit. Nie mów nic, a tak wam sufit odpicujem, że po podłodze już nie będziesz chciał chodzić.
Głupi byłem, uwierzyłem że dadzą radę. Jakoś koło jedenastej dzwoni do mnie starsza siostra, która już nie mieszka z nami, bo miała wpaść do nas, zobaczyć jak się sprawy mają i zdać relację.
(S) – No to tak, jeden przy mnie dwa razy spadł z drabiny, nie wiedziałam czy wzywać policję czy pogotowie. Drugi jak weszłam spał w twoim pokoju na twoim łóżku, nie mogłam go dobudzić, ale nastrzelałam mu po pysku i wstał. Dzwoniłam do ojca, jutro wraca z bratem na urlop.
Goście byli tak przerażeni, że wpadli, że błagali moich rodziców, żeby tego nie zgłaszać. Sufit w kuchni i sypialni rodziców skończyli w dwa dni, trzeźwi, obserwowani i w tempie ekspresowym. Nie da się ukryć, że zrobili go z taka starannością, że ściany zaczęły dziwnie wyglądać. Moi rodzice postawili im dwa warunki, sufit miał być piękny i nie chcą ich nigdy na oczy oglądać.
Mój tata i straszy brat pracowali wtedy za granicą, więc w domu byłem tylko ja, mama i siostra. Mama pracowała, ja i siostra do szkoły i jako, że wychodziłem z domu ostatni, zostałem oddelegowany do powitania chlebem i solą naszych przodowników pracy. Panowie przyszli i jakby wyczuwając gorące powitanie przynieśli alkohol, bo nieładnie tak z pustymi rękoma. I wyglądało tez na to, że to pierwsza wódka tego dnia nie była. Zacisnąłem zęby i ustaliłem sam ze sobą, że zwisa mi to leniwym kalafiorem, bo może tylko alkohol budził w tych panach naturalne zdolności do naprawy sufitu. Wyszedłem do szkoły, ale wredna ze mnie menda i wróciłem się niby po telefon. Teraz mi z kolei było głupio, że nie przyniosłem alkoholu, bo u mnie impreza w pełni.
(Ja) - Dacie w ogóle radę potem wejść na drabinę?
(F) – Chłopak, my tylko po maluchu i już się bierzem do roboty. Inaczej to mi się ręka trzęsie i ni cholery pionu nie złapię.
(Ja) – To może pójdę kierownika i mu powiem, to może wam premię na lekarstwa da?
(F) – Nic nie mów, nic nie mów... już się bierzem za sufit. Nie mów nic, a tak wam sufit odpicujem, że po podłodze już nie będziesz chciał chodzić.
Głupi byłem, uwierzyłem że dadzą radę. Jakoś koło jedenastej dzwoni do mnie starsza siostra, która już nie mieszka z nami, bo miała wpaść do nas, zobaczyć jak się sprawy mają i zdać relację.
(S) – No to tak, jeden przy mnie dwa razy spadł z drabiny, nie wiedziałam czy wzywać policję czy pogotowie. Drugi jak weszłam spał w twoim pokoju na twoim łóżku, nie mogłam go dobudzić, ale nastrzelałam mu po pysku i wstał. Dzwoniłam do ojca, jutro wraca z bratem na urlop.
Goście byli tak przerażeni, że wpadli, że błagali moich rodziców, żeby tego nie zgłaszać. Sufit w kuchni i sypialni rodziców skończyli w dwa dni, trzeźwi, obserwowani i w tempie ekspresowym. Nie da się ukryć, że zrobili go z taka starannością, że ściany zaczęły dziwnie wyglądać. Moi rodzice postawili im dwa warunki, sufit miał być piękny i nie chcą ich nigdy na oczy oglądać.
uslugi
Ocena:
317
(Głosów:
345)
Bierzmowanie mojego brata odbyło się siedem lat temu. Jak zapewne w większości parafii bywa, kandydaci otrzymują indeksy w których zbierają podpisy księdza po każdej obecności na konkretnym nabożeństwie. Taki indeks każdy musi kupić sam, to znaczy wpłacić pieniądze księdzu i to nie byle jakie - 60 złotych od każdego. Drogo - bo jak to tłumaczył ksiądz rodzicom, którzy nie byli skłonni szybko sięgać do portfeli - "Do indeksu jest jeszcze dołączony katechizm, którego znajomość będzie wymagana na egzaminie a tylko pozytywny wynik uprawni dzieci do przyjęcia sakramentu".
Mus to mus, wszyscy zapłacili.
Brat miał religię z owym księdzem parę dni później. Wszyscy otrzymali zakupiony zestaw - dwie książeczki nie więcej niż 30-kartkowe rozmiarów szkolnego dzienniczka z piękną ceną: 5 złotych każda.
Wszelkie zapytania i wątpliwości ksiądz rozwiał krótkim podsumowaniem "Reszta to dobrowolna wpłata na kościół". Cóż, jednak nie taka dobrowolna.
Mus to mus, wszyscy zapłacili.
Brat miał religię z owym księdzem parę dni później. Wszyscy otrzymali zakupiony zestaw - dwie książeczki nie więcej niż 30-kartkowe rozmiarów szkolnego dzienniczka z piękną ceną: 5 złotych każda.
Wszelkie zapytania i wątpliwości ksiądz rozwiał krótkim podsumowaniem "Reszta to dobrowolna wpłata na kościół". Cóż, jednak nie taka dobrowolna.
księża
Ocena:
401
(Głosów:
495)
Kontenery PCK. Nie wiem czy jeszcze istnieją. Nie wnikam też w fakt, że ani rzeczy ani pieniądze z ich sprzedaży nie trafiały do potrzebujących osób.
Kiedy mieszkałam przy ulicy Duracza, z okna widziałam taki właśnie kontener. Przychodziła do niego prawie codziennie kobita z mniej więcej 3-letnim chłopczykiem.
Czekali na moment, kiedy było mało ludzi na ulicy, matka (?) podsadzała dzieciaka i tym sposobem opróżniali kontener z co lepszych ciuchów. Oczywiście wywalając resztę na ulicę.
Zabawa trwała blisko dwa lata. Nie pomagało zgłaszanie na policję ani do straży miejskiej. Do czasu jednak.
Pewnego pięknego dnia dzieciak się zaklinował i nie umiał wyjść. Mało brakowało, a by się tam udusił, wziąwszy pod uwagę fakt, że rzecz miała miejsce latem. Ktoś wezwał pogotowie i policję. "Mamusia" rozpłynęła się jak sen złoty. Nie wiem jak dalej potoczyła się sprawa, ale kontenery zniknęły.
Zastanawiam się czy to w ogóle matka? A nawet jeśli nie, to co trzeba mieć w głowie, żeby zostawić na pastwę losu dziecko? Nawet jeśli nie własne?
Kiedy mieszkałam przy ulicy Duracza, z okna widziałam taki właśnie kontener. Przychodziła do niego prawie codziennie kobita z mniej więcej 3-letnim chłopczykiem.
Czekali na moment, kiedy było mało ludzi na ulicy, matka (?) podsadzała dzieciaka i tym sposobem opróżniali kontener z co lepszych ciuchów. Oczywiście wywalając resztę na ulicę.
Zabawa trwała blisko dwa lata. Nie pomagało zgłaszanie na policję ani do straży miejskiej. Do czasu jednak.
Pewnego pięknego dnia dzieciak się zaklinował i nie umiał wyjść. Mało brakowało, a by się tam udusił, wziąwszy pod uwagę fakt, że rzecz miała miejsce latem. Ktoś wezwał pogotowie i policję. "Mamusia" rozpłynęła się jak sen złoty. Nie wiem jak dalej potoczyła się sprawa, ale kontenery zniknęły.
Zastanawiam się czy to w ogóle matka? A nawet jeśli nie, to co trzeba mieć w głowie, żeby zostawić na pastwę losu dziecko? Nawet jeśli nie własne?
Kontenery PCK róg Gąbińskiej i Duracza
Ocena:
333
(Głosów:
367)
Właśnie wróciłem z akcji gaszenia gospodarstwa agroturystycznego. Było ono dość ciekawie zorganizowane, bo zamiast dużego domu z pokojami dla gości, były małe domki. Oprócz tego stajnia i stodoła. Wszystko to z drewna i do tego kryte strzechą.
Na miejscu byliśmy prawie jednocześnie z PSP (chłopaki miały w tym czasie dwa wypadki w innej części regionu). W momencie gdy dojechaliśmy paliły się prawie wszystkie domki. I to dość ostro. Od strony dowódcy z PSP pada rozkaz: "Brońcie na razie to co się nie pali (tj. 2 domki, stodoła i stajnia), a ja wzywam kolejne jednostki."
Zgodnie z rozkazem kierujemy więc wodę na zagrożone budynki. Jednak to się nie podoba właścicielowi, który uważa że powinniśmy gasić płonące budynki, a nie "lać wodę na to co się nie pali". Po chwili syn gospodarza kieruje się w moją stronę (byłem przodownikiem roty tj. trzymałem prądownicę) i chce mi wyrwać prądownicę. Strumień kieruje się wszędzie, tylko nie tam gdzie powinien iść. Kolega go odciągnął i mieliśmy przez chwilę spokój.
Jednak zaraz gospodarz zaczął mówić że my (strażacy) jesteśmy idiotami, bo lejemy wodę na to co się nie pali. Zaczął też podburzać ludzi przeciw nam. Dopiero pojawienie się policji i kolejnych jednostek uspokoiło sytuację.
Na miejscu byliśmy prawie jednocześnie z PSP (chłopaki miały w tym czasie dwa wypadki w innej części regionu). W momencie gdy dojechaliśmy paliły się prawie wszystkie domki. I to dość ostro. Od strony dowódcy z PSP pada rozkaz: "Brońcie na razie to co się nie pali (tj. 2 domki, stodoła i stajnia), a ja wzywam kolejne jednostki."
Zgodnie z rozkazem kierujemy więc wodę na zagrożone budynki. Jednak to się nie podoba właścicielowi, który uważa że powinniśmy gasić płonące budynki, a nie "lać wodę na to co się nie pali". Po chwili syn gospodarza kieruje się w moją stronę (byłem przodownikiem roty tj. trzymałem prądownicę) i chce mi wyrwać prądownicę. Strumień kieruje się wszędzie, tylko nie tam gdzie powinien iść. Kolega go odciągnął i mieliśmy przez chwilę spokój.
Jednak zaraz gospodarz zaczął mówić że my (strażacy) jesteśmy idiotami, bo lejemy wodę na to co się nie pali. Zaczął też podburzać ludzi przeciw nam. Dopiero pojawienie się policji i kolejnych jednostek uspokoiło sytuację.
Ocena:
385
(Głosów:
469)
Historia TrissMerigold opowiadająca o walce o szmatki po zmarłej, przypomniało mi o własnych przebojach z ciuchami i szpargałami po rodzinie.
Tak się złożyło niefortunnie, że w ciągu pół roku straciłam całą rodzinę, dokładniej babcię i mamę. Podjęliśmy decyzję, że szafy trzeba opróżnić. Sąsiadka, wiejska kobitka, lat około 60. Zapytaliśmy, czy chce, bo sylwetka podobna do babcinej. Oczywiście, chęć ogromna, oczy się świecą, wiadomo, na wsi się nie przelewa.
Załadowaliśmy czyste i pachnące ciuchy do auta. Wyszło tego od groma, ledwo wepchnięte do sporego kombiaka. Ciuchy może nie Versace, ale dużo markowych, dobrych gatunkowo i praktycznie nowych. Wśród tego płaszcze, poncza, sukienki, swetry z kaszmiru, kapelusze.
Sąsiadka dziękowała z łzami w oczach, rewię zrobiła. Większość leżała świetnie, a część miała przeznaczyć na prace polowe.
Czułam się spełniona, cieszyłam się z dobrego uczynku, bo nie ufałam organizacjom zajmującym się przekazywaniem ciuchów, a tak wierzyłam, że komuś pomogłam.
Kilka tygodni później podczas luźnej sąsiedzkiej pogawędki dowiedziałam się, że sąsiadeczka ciuchy w większości SPALIŁA W PIECU, bo części i tak nie będzie nosić. Myślałam, że się popłaczę, bo przecież komuś mogłyby posłużyć, a tak? Ponczo za kilkaset złotych, założone dwa razy poszło z dymem...
Jednak dowiedziałam się niedługo później, iż z dymem nie poszło. Paradowała w nim inna mieszkanka wsi, chwaląc się w sklepie, że okazyjnie odkupiła od sąsiadki, bo ta "kupiła i jednak się rozmyśliła". Ciekawe ile ciuchów zostało sprzedanych, a ile faktycznie poszło z dymem. Niby nic złego, ofiarowane, nie moja sprawa... Ale jednak zabolało..
Odechciało mi się pomagać.
Tak się złożyło niefortunnie, że w ciągu pół roku straciłam całą rodzinę, dokładniej babcię i mamę. Podjęliśmy decyzję, że szafy trzeba opróżnić. Sąsiadka, wiejska kobitka, lat około 60. Zapytaliśmy, czy chce, bo sylwetka podobna do babcinej. Oczywiście, chęć ogromna, oczy się świecą, wiadomo, na wsi się nie przelewa.
Załadowaliśmy czyste i pachnące ciuchy do auta. Wyszło tego od groma, ledwo wepchnięte do sporego kombiaka. Ciuchy może nie Versace, ale dużo markowych, dobrych gatunkowo i praktycznie nowych. Wśród tego płaszcze, poncza, sukienki, swetry z kaszmiru, kapelusze.
Sąsiadka dziękowała z łzami w oczach, rewię zrobiła. Większość leżała świetnie, a część miała przeznaczyć na prace polowe.
Czułam się spełniona, cieszyłam się z dobrego uczynku, bo nie ufałam organizacjom zajmującym się przekazywaniem ciuchów, a tak wierzyłam, że komuś pomogłam.
Kilka tygodni później podczas luźnej sąsiedzkiej pogawędki dowiedziałam się, że sąsiadeczka ciuchy w większości SPALIŁA W PIECU, bo części i tak nie będzie nosić. Myślałam, że się popłaczę, bo przecież komuś mogłyby posłużyć, a tak? Ponczo za kilkaset złotych, założone dwa razy poszło z dymem...
Jednak dowiedziałam się niedługo później, iż z dymem nie poszło. Paradowała w nim inna mieszkanka wsi, chwaląc się w sklepie, że okazyjnie odkupiła od sąsiadki, bo ta "kupiła i jednak się rozmyśliła". Ciekawe ile ciuchów zostało sprzedanych, a ile faktycznie poszło z dymem. Niby nic złego, ofiarowane, nie moja sprawa... Ale jednak zabolało..
Odechciało mi się pomagać.
wieś
Ocena:
437
(Głosów:
503)
Przypomniało mi się dziś.
Lubie dyskutować, rozmawiać, wymieniać poglądy - ogólnie kłapaczka mi się rzadko zamyka. Ma to swoje dobre strony, ma to swoje złe strony - zdarza się, ze niektórych wkurza.
Zdarzyło się kiedyś, w czasie spotkania ze znajomymi i ich znajomymi, że wywiązała się dyskusja na tematy historyczne. Jako student kierunku wybitnie historycznego, dodatkowo żywo zainteresowany omawianym wtedy okresem, brałem w niej aktywny udział. Rozmawiało nam się miło, ale w pewnej chwili kolega jednej z koleżanek, niejaki Marcinek, jak kazał się nazywać, postanowił zabrać głos.
- No ale jakby nie patrzeć, to Europa w epoce brązu była sto lat za murzynami. - powiedział tonem nie znoszącym sprzeciwu.
- Mylisz się. - powiedziałem krótko i zrobiłem pauzę, by napić się piwa.
- Taaa, jasne. - odpowiedział wtedy szybko, z uśmiechem politowania na twarzy - Człowieku, ja na maturze zdawałem historię jako trzeci przedmiot. - wtedy jeszcze na maturze matematyki nie było, a "trzeci przedmiot" zdawało się z musu, zazwyczaj w podstawie - Miałem 80%! A Ty co, naczytałeś się pewnie Wikipedii?
- W zasadzie, to on studiuje archeologię... - wyrwało się naszej wspólnej koleżance.
- Poczytaj o kulturze unietyckiej... - dodałem od siebie, chciałem powiedzieć coś jeszcze, ale Marcinek wstał z impetem.
- Nie musiałeś robić ze mnie debila. - powiedział obrażony - Po ch*j się odzywałeś? Idę stąd, teraz wszyscy będziecie się ze mnie nabijać.
I tyle go widzieliśmy.
Lubie dyskutować, rozmawiać, wymieniać poglądy - ogólnie kłapaczka mi się rzadko zamyka. Ma to swoje dobre strony, ma to swoje złe strony - zdarza się, ze niektórych wkurza.
Zdarzyło się kiedyś, w czasie spotkania ze znajomymi i ich znajomymi, że wywiązała się dyskusja na tematy historyczne. Jako student kierunku wybitnie historycznego, dodatkowo żywo zainteresowany omawianym wtedy okresem, brałem w niej aktywny udział. Rozmawiało nam się miło, ale w pewnej chwili kolega jednej z koleżanek, niejaki Marcinek, jak kazał się nazywać, postanowił zabrać głos.
- No ale jakby nie patrzeć, to Europa w epoce brązu była sto lat za murzynami. - powiedział tonem nie znoszącym sprzeciwu.
- Mylisz się. - powiedziałem krótko i zrobiłem pauzę, by napić się piwa.
- Taaa, jasne. - odpowiedział wtedy szybko, z uśmiechem politowania na twarzy - Człowieku, ja na maturze zdawałem historię jako trzeci przedmiot. - wtedy jeszcze na maturze matematyki nie było, a "trzeci przedmiot" zdawało się z musu, zazwyczaj w podstawie - Miałem 80%! A Ty co, naczytałeś się pewnie Wikipedii?
- W zasadzie, to on studiuje archeologię... - wyrwało się naszej wspólnej koleżance.
- Poczytaj o kulturze unietyckiej... - dodałem od siebie, chciałem powiedzieć coś jeszcze, ale Marcinek wstał z impetem.
- Nie musiałeś robić ze mnie debila. - powiedział obrażony - Po ch*j się odzywałeś? Idę stąd, teraz wszyscy będziecie się ze mnie nabijać.
I tyle go widzieliśmy.
Życie codzienne
Ocena:
357
(Głosów:
545)
Historia opowiedziana mi przez mojego tatę.
Znajomi, do których często chodziłam z rodzicami jak byłam mała, postanowili kupić swoim dzieciom królika. Ponieważ było to jedyne zwierzątko, a mieszkanie duże, to królik ten cały czas biegał po mieszkaniu. Był bardzo oswojony, do tego stopnia że kiedy usiadło się na kanapie, on sam przybiegał aby go pogłaskać.
Dzieciaki go uwielbiały, zresztą ja i moi rodzice też, jednak po pewnym czasie tata zauważył, że znajomi przestali tego królika głaskać, nawet zwracać na niego uwagę.
Pewnego dnia tata przyszedł do tych znajomych w odwiedziny i zobaczył, że dzieci płaczą w swoich pokojach, a królika brak. Pomyślał, że ich ulubieniec odszedł już na niebieskie łąki i pewnie dzieciakom smutno. Postanowił poruszyć temat podczas rozmowy ze znajomym(Z).
T- A co się stało z królikiem?
Z- No wiesz, duży urósł, klatkę i podłogę trzeba było czyścić, żona miała dosyć...
T- Oddaliście go?
Z- No co Ty miałby się zmarnować?
(W tym momencie tacie do głowy przyszedł najczarniejszy z możliwych scenariuszy,który z resztą się sprawdził)
Z- No przecież to zwierze, jedzenie, tak? A że duży był to i dla dzieci starczyło. A jak grymasiły? Prawie siłą musieliśmy im tego królika wciskać. Płaczą teraz jakbym im krzywdę zrobił...
T- Bo zrobiłeś.
Po czym tata bez pożegnania wyszedł, zerwał z nimi jakikolwiek kontakt.
Ja nie rozumiem, jak można zjeść domowe zwierzątko. I jak można dawać je na talerzu dzieciom, które dzień wcześniej się z nim bawiły?
Znajomi, do których często chodziłam z rodzicami jak byłam mała, postanowili kupić swoim dzieciom królika. Ponieważ było to jedyne zwierzątko, a mieszkanie duże, to królik ten cały czas biegał po mieszkaniu. Był bardzo oswojony, do tego stopnia że kiedy usiadło się na kanapie, on sam przybiegał aby go pogłaskać.
Dzieciaki go uwielbiały, zresztą ja i moi rodzice też, jednak po pewnym czasie tata zauważył, że znajomi przestali tego królika głaskać, nawet zwracać na niego uwagę.
Pewnego dnia tata przyszedł do tych znajomych w odwiedziny i zobaczył, że dzieci płaczą w swoich pokojach, a królika brak. Pomyślał, że ich ulubieniec odszedł już na niebieskie łąki i pewnie dzieciakom smutno. Postanowił poruszyć temat podczas rozmowy ze znajomym(Z).
T- A co się stało z królikiem?
Z- No wiesz, duży urósł, klatkę i podłogę trzeba było czyścić, żona miała dosyć...
T- Oddaliście go?
Z- No co Ty miałby się zmarnować?
(W tym momencie tacie do głowy przyszedł najczarniejszy z możliwych scenariuszy,który z resztą się sprawdził)
Z- No przecież to zwierze, jedzenie, tak? A że duży był to i dla dzieci starczyło. A jak grymasiły? Prawie siłą musieliśmy im tego królika wciskać. Płaczą teraz jakbym im krzywdę zrobił...
T- Bo zrobiłeś.
Po czym tata bez pożegnania wyszedł, zerwał z nimi jakikolwiek kontakt.
Ja nie rozumiem, jak można zjeść domowe zwierzątko. I jak można dawać je na talerzu dzieciom, które dzień wcześniej się z nim bawiły?
znajomi
Ocena:
630
(Głosów:
742)

ampH