Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

 

#78041

~honorka954 ·
| Do ulubionych
Piękny, nie tak do końca słoneczny, dzień, miał być dla mnie i mojego narzeczonego dniem, w którym odnajdziemy to jedyne lokum do wynajęcia. Gdy ujrzałam ogłoszenie wręcz krzyczało "bierz mnie", a głos właścicielki był przemiły i uroczy. Uradowani pojechaliśmy zobaczyć jak wygląda nasze przyszłe gniazdko.

Mieszkanie malutkie - kawalerka z kuchnią i małą łazienką. Meble nie do końca nowe, ale nie znały one historii Okrągłego Stołu, czy słynnego skoczka murowego. Łazienka skromna - zwykły prysznic, małe lustro i toaleta, umożliwiająca komplementację naszego dzieła (tj. z półeczką).

Już mamy podpisywać umowę, lecz zapobiegawczo, mimo zapewnień naszej wynajmującej, że jest to zwyczajowy standard, rozpoczęliśmy czytanie. Szczególnie, że mamy świadomość iż zwyczajowy standard zmieści się na 1/2 stronach, a nie blisko 10, lecz myślę - może zacięcie literackie, określenie najmniejszego zadrapania na meblach tyle zajęło, lecz myliłam się bardzo.

Otóż umowa przewidywała w dalszym swym niezwykłym, lecz dla właścicielki zwyczajnym, brzmieniu następujące pozycje:

1) Opłata za pozostawienie mebli 200 zł/msc. W rozumieniu umowy meblami były również toaleta, lustro i prysznic.
2) Opłata za korzystanie ze skrzynki pocztowej 50 zł/msc.
3) Konieczność udostępniania mieszkania na jeden weekend w miesiącu na wyłączność właścicielki (jak wyjaśniła raz na miesiąc przyjeżdża na zakupy i chce spać w swoim mieszkaniu).
4) Brak zwierząt, chyba że za zwiększeniem kaucji z 2000 do 4500 zł.
5) Od kaucji potrąci się opłatę za niszczenie mebli, brak wyniesienia śmieci i posprzątania (normalna rzecz) oraz za brak odmalowania ścian i wymienienia tapety w przedpokoju (tapetę zapewni właścicielka).
6) Okres wypowiedzenia umowy przez nas 5 miesięcy, przez właścicielkę 2 tygodnie. Umowa na 13 miesięcy.

Ja, niewdzięczna przyszła/niedoszła lokatorka, odmówiłam podpisania tejże umowy, mając świadomość iż może być nie do końca zgodna z prawem. Biedna właścicielka zmarnowała popołudnie, a nam wizję pięknego świata.

wynajem

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 147 (Głosów: 153)

#78031

(PW) ·
| Do ulubionych
Jestem wychowawcą-instruktorem (wychowawczynią-instruktorką ;)) na obozach sportowych i koloniach.

Jeżdżą naprawdę różne dzieciaki. Ale po niektórych zostaje przykre wspomnienie.

Była taka sobie dziesięciolatka. Żywa, energiczna, wesoła. Większych problemów wychowawczych nie sprawiała, ale gdyby wszystko było super, to nie powstałaby ta historia.

1. Obóz sportowy - sztuki walki. W programie dużo aktywności fizycznej, wycieczki w góry, na basen, codzienne treningi i wyjścia. Polskie lato, więc wiadomo że pogoda zmienna.
Większość garderoby dziewczynki stanowiły klapeczki, sandałki, kuse spódniczki i obcisłe bluzki z dekoltem i odsłoniętym pępkiem. Średnio pasujące do dziesięcioletniego dziecka... A wszystko to na obozie sportowym w górach.

Jakby tego było mało, dziewczynka nie dostała na wyjazd żadnego plecaka (mimo iż był wymieniony w spisie rzeczy obowiązkowych). Miała ze sobą jedynie wielką torbę "panterkę" (coś w tym rodzaju -> http://pewex.pl/pictures/p1/G5/335168-364307-product_original-szaleo-wielka-torba-w-panterke-odcienie-brazu.jpg). Biorąc pod uwagę, że sama była bardzo drobna i szczupła, z wielką panterkową torbą na ramię wyglądała komicznie...

2. Dziewczynka otwarcie przyznawała się do tego, że w domu żywi się głównie popcornem, nutellą i czekoladą. W trakcie wspólnych posiłków nie umiała przekonać się do niczego, co było prezentowane na stole. W ostateczności była skłonna spróbować dżemu. Warzywa, owoce, mięso, pieczywo - wszystko "FUJ". Matka nie zaprzeczała takiemu stanowi rzeczy. "Niech sobie kupi w sklepie nutellę i popcorn".

3. Dziesięciolatka posiadała stan uzębienia odpowiedni do sposobu odżywiania. Zwłaszcza, że nie myła zębów. Na obozie posiadała szczoteczkę i pastę (spis rzeczy obowiązkowych), jednak wyegzekwowanie umycia przez nią zębów nie mogło odbywać się inaczej niż poprzez stanie obok - żadne tłumaczenie, prośba czy groźba nie skutkowały. Zresztą nie ma się co dziwić - mała wielu zębów zwyczajnie nie miała, a to co jej pozostało, to były w większości poczerniałe, dziurawe kikuty - oczywiście bolące. Mama nie widziała problemu, bo przecież dała pół butelki "Nurofenu" w razie bólu (chociaż tyle)...

Wniosek jest krótki i bardzo przykry - żaden z tych zarzutów nie był winą dziecka. Szkoda, że dorosła osoba, która powinna otoczyć dziewczynkę opieką nie przejmowała się takimi "drobnostkami" jak właściwe odżywianie, higiena jamy ustnej czy zaopatrzenie w odpowiedni strój i wyposażenie...

obozy kolonie sport sztuki walki wychowawca dzieci młodzież

Skomentuj (25) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 181 (Głosów: 191)

#78037

(PW) ·
| Do ulubionych
Wczorajsza sytuacja skłoniła mnie do założenia konta na piekielnych.

Tło: promocja w jednym z marketów "nie dla idiotów": kup smartfon, a folię ochronną z montażem dostaniesz gratis - brzmi nieźle, więc kupujesz smartfon, idziesz do punktu, żeby ową folię założyli, po czym orientujesz się, że założyli ją, nie ściągając folii fabrycznej...

Nie wiem czy się śmiać, czy płakać nad ludzką głupotą.

market nie dla idiotów

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 99 (Głosów: 101)

#77970

(PW) ·
| Do ulubionych
Świnta, świnta i po...

Generalnie razem z P. nie obchodzimy świąt, jedynie korzystamy z tego, że w tym czasie jest wolne, bo na ogół nie mamy zbyt wiele czasu dla siebie. No ale przyjechała szwagierka z mężem i córką (o tym napiszę oddzielną historię). Klasycznie - "obskoczyliśmy" też wizyty u moich dziadków, do których przyjechała jakaś dalsza rodzina; więc posiadówka przy jednym stole, rozmowy, może jakaś naleweczka, wiadomo jak to jest.

No i się zaczęło; siłą rzeczy padło pytanie "a kiedy wy się w końcu pobierzecie? Taka ładna para, a bez ślubu!"
Owszem, mamy w planach zaślubiny - w tym albo przyszłym roku. Ślubu kościelnego nie będzie (oboje jesteśmy wypisani z Kościoła Katolickiego). To był już jeden z powodów wielkiej obrazy ze strony tej "dalszej" rodziny, bo moi dziadkowie i najbliżsi P. również mają swoje zdanie na temat religii, niektórzy są innowiercami, więc nie przeszkadza im ten fakt.

Nie jesteśmy jakoś wybitnie bogaci, niczego nam nie brakuje, ale na każdą "większą" rzecz typu nowy samochód czy jakiś wyjazd musimy odkładać pieniądze, staramy się też nie wydawać na rzeczy zbędne. Dlatego z góry oświadczyliśmy, że nie będzie wielkiej imprezy i weselicha na 200 osób. Już teraz wiemy, że zaprosimy jedynie najbliższą rodzinę i kilka zaprzyjaźnionych osób. Będzie zwykłe, małe przyjęcie na naszym ogródku. Zamiast ładować pieniądze w wesele na kilkaset osób, wolimy sobie pojechać na dwa tygodnie w jakieś fajne góry.

1)"Ale jak to PRZYJĘCIE?! Przecież WESELE to tradycja! Ślub bez wesela nie jest ważny!"
2)"No jak to nie zaprosicie cioci Zosi?! Przecież ona ci takie ładne zabawki kupowała jak byłaś mała!" (Nie pamiętam cioci Zosi, nie mamy kontaktu, nawet nie wiem gdzie mieszka).
3)"Przecież X lat temu mąż siostry twojego wujka cię zaprosił!" (Ta, nie MNIE tylko rodziców. A wtedy na chleb mówiłam pep).
4)"Nie bądźcie sknerami, co wasi sąsiedzi powiedzą jak w dniu ślubu będzie jakiś grill na ogródku?!" (Ta, sąsiedzi. Mieszkamy na skraju lasu. Sami. A nawet jakbyśmy mieli sąsiadów, to bardzo nam wszystko jedno na to co by powiedzieli).
5)"JA TO NAWET SIĘ TAM NIE POJAWIĘ". (Jakaś moja rzekoma ciotka, której i tak byśmy nie zaprosili).


I teraz - po świntach - jesteśmy nieuprzejmymi sknerami w oczach "rodziny" :D

święta rodzina wesele

Skomentuj (21) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 126 (Głosów: 160)

#77966

(PW) ·
| Do ulubionych
Pracuję jako grafik w sporej firmie. Na pracę, szefa, firmę czy wypłatę ogólnie narzekać nie mogę. Jednak podejście załogi i szefostwa do niektórych rzeczy mnie denerwuje. Rzeczy związanych z moją pracą.

Jestem pierwszym grafikiem w firmie od początku jej istnienia. Wcześniej "grafiką" zajmowała się pani Zosia czy inny pan Roman, tworząc majstersztyki w Wordzie czy Paincie. Z tego względu dość trudno jest wyplenić pewne przyzwyczajenia i hmm... brak gustu? Ale na tym polega też moja praca. Nie, jaskrawożółty napis nie będzie dobrze wyglądał na zielonym tle. Nie, logo nie powinno przypominać pierwszego z brzegu WordArta. Tłumaczę, pokazuję, staram się delikatnie zabić niektóre pomysły rodem z późnych lat 90. Szlag mnie jednak trafia, gdy ktoś nie szanuje mojej pracy.

Jeden z działów firmy zajmuje się sprzedażą pewnego rodzaju urządzeń. Niedawno pojawiła się nowinka, sprzęt istny cud, tysiąc pińćset funkcji. Kierownik działu potrzebuje ulotek, plakatów i innych szpargałów reklamujących nowe cudeńko. Zabieram się do pracy. Udało mi się skończyć dość szybko, mimo wielu komentarzy w stylu "a może ta kropka 0.9 milimetra w lewo" i "ten żółty trochę jaśniejszy, ale jednocześnie trochę ciemniejszy i w ogóle może bardziej wpadający w kolor moczu mojego wujka Zdziśka".

Projekt wysłany do drukarni. Tutaj ważna uwaga: zlecaniem druku z niewiadomych dla mnie względów zajmuje się Kolega (K), nie ja. Kolega kompletnie zielony w sprawach grafiki i poligrafii. Do tej pory nie było problemu, ja robiłam projekt, on tak naprawdę był tylko pośrednikiem.

Ze względu na ten mały szkopuł nie wiem, do jakiej drukarni zostają zlecone druki.

Sytuacja właściwa:

Od wysłania projektu mijają 2 miesiące. Podpytuję Kolegi czy mogę wreszcie zobaczyć ulotki, plakaty i broszury, bo jestem ciekawa jak wyszło, a nikt mi ich jeszcze nie pokazał. Kolega na to, że "noo... eee, nie ma jeszcze". Myślałam, że robi sobie ze mnie jaja. Dwa miesiące na druk prostych ulotek (niecałe 2000 sztuk), kilku plakatów i 100szt. 4 stronicowej broszury. Jakaś kpina.

Kolega dzwoni do drukarni. Okazuje się, że już, teraz, zaraz wysyłają! Wszystko gotowe, jutro będzie u państwa.

Zamówienie przychodzi następnego dnia. Otwieram pudło i mam ochotę kogoś zabić.

Plakaty i ulotki skopane kompletnie. Zacieki z farby, plamy, przebicia świadczące o tym, że ktoś poskładał ulotki na kupę zanim wyschły. Na plakacie dodatkowo widoczne nierówne linie cięcia i biały margines. Na wszystkich broszurach jasny, podłużny pas co może świadczyć o awarii maszyny lub skopanym wałku. Ewidentna wina drukarni. Robi mi się gorąco, chwytam za telefon żeby opieprzyć śmiechu wartą drukarnię i złożyć reklamację. Powstrzymuje mnie (K).

(K) Oj tam, oj tam. Trochę są poplamione, ale nie jest źle.
(Ja) Ty chyba żartujesz?
(K) A kto to zauważy? Jest trochę skopane, ale za taką kasę to i tak super.

Myślałam, że dostanę wylewu. Zapytałam o tę kasę. Cena wysoka, biorąc pod uwagę "jakość" wykonania, to po prostu ździerstwo.
Krocie za spartaczoną pracę, która zajęła 2 miesiące.

Miałam nadzieję, że szef ma trochę więcej oleju w głowie i złoży reklamację. O ja naiwna.

Skończyło się na poinformowaniu drukarni o "malutkim błędzie" i wywalczenie rabatu na kolejne zamówienia.

Nie wiem, kto jest bardziej piekielny. Drukarnia, która wypuszcza taki szajs i jest niepoważna. Każda nieco ogarnięta osoba powiadomiłaby klienta, że "coś nie pykło", wydrukowała wszystko jeszcze raz na swój koszt i udzieliła rabatu na kolejne zlecenia po czym modliła się, żeby klient nie zrobił im rozpierdzielu i nie wysmarował opinii w internecie.

Z drugiej strony mamy szefa. Człowiek inteligentny, wykształcony. A tu zachowuje się jak typowy Janusz Biznesu - "chu** ale chociaż tanio, hehe".

Czuję się po prostu oszukana i kompletnie zignorowana. I przykro mi, że nie docenia się mojej pracy i ją niszczy.

drukarnia

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 129 (Głosów: 167)

#77963

(PW) ·
| Do ulubionych
Szczerze? Nie uwierzyłbym komuś, ale sam tego doświadczyłem.

Zabrałem dziecko na plac zabaw w galerii handlowej. Syn bawi się w najlepsze, ja popijam kawę kupioną w jakimś Coffee point. Odwróciłem się na chwilę od kawy żeby wyjąć wodę dla dziecka, wracam wzrokiem do mojej kawy... a ona odchodzi w rękach jakiejś babeczki 50+. Na mój tekst, że to moje usłyszałem: "Kupisz sobie drugą gówniarzu". A mam 31 lat.

No i tak zrobiłem, bo 5zł mnie nie zbawi. Ale, ludzie, naprawdę?

auchan

Skomentuj (32) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 143 (Głosów: 179)
Eh... Będzie niestety o rodzinie.

Awansowało mi się ostatnio w pracy. Ot, awans na pracownika średniego szczebla. Studia robię, jestem w miarę ogarnięty to i awans dostałem. Podwyżka jako taka, obowiązków trochę doszło, ale ogólnie na plus. Tak myślałem. Do czasu... W sumie to jakoś niespecjalnie się z tym obnosiłem. Ot, wiedziała właściwie moja najbliższa rodzina w składzie: moi rodzice, rodzeństwo i babcia. A historia zaczyna się w Poniedziałek Wielkanocny...

Wpadłem do rodziców z rana na śniadanie. Zjedliśmy i po posiłku siedzieliśmy gaworząc na różne tematy. Wtem przyjechali oni. Mianowicie powszechnie w rodzinie nielubiana ciotka i jej świta - znaczy wujek i ich potomstwo. Wiedzcie, że owa ciotka to osoba, która w swym własnym mniemaniu ma zawsze rację, jej dzieci są przecudowne, a reszta świata to niegodny choćby jej krzywego spojrzenia plebs. Wiecie, taka typowa Grażyna. Z racji, że mnie szczególnie ta kobieta działa na nerwy, to chciałem się czym prędzej ewakuować.

[C] - Ojojoj, piekielnyinformatyku już jedziesz do domu? Weź poczekaj, bo ja sprawę mam do ciebie.

Brew moja uniosła się ze zdziwienia. No bo czegóż to pani na zamku w blokowisku ode mnie może chcieć? Cóż, wygrała moja cholerna ciekawość. Pominę już kwestię bycia po prostu niegrzecznym w stosunku do moich rodziców. Norma. Był czas przywyknąć. Dzieciarnia rozwydrzona jak zwykle (dwa łepki w wieku 8-10 lat). Pies rodziców chował się przed nimi po kątach. Po prostu rodzinna sielanka. Ale przejdźmy do meritum.

Ciotka ma jeszcze jedną, najstarszą pociechę - osiemnastoletniego emm... Brajanka. Otóż Brajanek skończył swoją edukację na pierwszej klasie zawodówki i ani myślał dalej się edukować. Za to dzień mu wypełniało chlanie z koleżkami za pieniądze rodziców, facebook i komputer. Także wykształcenie podstawowe to jedyne co miał. Ale gdzie on będzie pracował jako jakiś szeregowy robol za najniższą krajową? Ja MAM MU ZAŁATWIĆ pracę u siebie, bo u nas ponoć dobrze płacą, a ja teraz jestem szycha w firmie. Tak, użyła dokładnie takich słów.

[J] - Nie.
[C] - Ale jak to nie?! *wypowiedziane tonem jakby co najmniej do pazia mówiła* Przecież on zna się na tych całych komputerach.
[J] - Wykształcenie przynajmniej średnie ma? Nie. Kierunkowe? Tym bardziej nie. Jakiekolwiek doświadczenie zawodowe? Nie sądzę.
[C] - A ty to niby jakie masz smarku?
[J] - Jakieś cztery lata stażu pracy mam, jeśli to ciotkę interesuje.
[W] - Mówiłem ci Grażyna, że gdzie go do takiej firmy wezmą. Załatwię mu robotę u Zdziśka.

Wujaszek w sumie jedyny rozumny i normalny w ich rodzinie, ale niestety zawsze pod pantoflem swej ślubnej...

[C] - Gdzie on przy wywózce śmieci będzie pracował?! On jest na to za mądry! *Niemal wykrzyczane w oburzeniu godnym samej Królowej Brytyjskiej*
[J] - No to do kopania rowów go. A będzie wiedział chociaż jak się trzyma łopatę?

Wujek parsknął ze śmiechu, ciotka czerwona jak burak tak, że mało nie eksplodowała. Stanęło na tym, że ja mam mu załatwić pracę i już, i w ogóle powinienem się cieszyć, że on chce tam pracować. Olałem to kompletnie i na odczepnego rzuciłem żeby chłopaczek wysłał mi swoje CV.

Co by nie było zarzutów, że moja firma to taka świetna, że ludzi bez doświadczenia przy pracy z serwerami nie biorą. Wezmą, ale pod warunkiem, że ma się wykształcenie średnie, kierunkowe (czyt. informatyka) i jakiekolwiek doświadczenie w branży IT. Do tego dochodzi znajomość Linuxa i Windowsa od strony administratora i terminala/wiersza poleceń + trochę wiedzy specjalistycznej nie zaszkodzi (macierze RAID, protokoły sieciowe etc.)

Środa. Dzwoni Brajanek. Mam mu podać adres e-mail, to on wyśle mi swoje CV. Wysłał. Pominę kwestię formatowania, błędów, literówek itp. CV na pół strony A4 z czego ćwiartkę strony stanowiła rubryczka: zainteresowania. Hmmm... Zaniosę ten papier jutro. Pośmiejemy się pewnie z kierownikiem, ale czuję, że ciąg dalszy historii nastąpi niebawem.

I jak tu nie kochać własnej rodziny?

rodzina praca

Skomentuj (20) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 159 (Głosów: 195)

#77954

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia #77890 ~eLeczki przypomniała mi moją jak to ludzie się spieszą, ale opierniczyć innych mają zawsze czas.

Chodziłam do liceum w małym mieście. Szkoła była usytuowana na skrzyżowaniu drogi głównej z małą, wąską ulicą, dziurawą i krzywą. Chodnik przy tej uliczce był tylko z jednej strony, a od strony płotu szkoły był tylko wąziutki kawałek trawnika i mała wnęka szerokości samochodu na zaparkowanie równoległe 2-3 samochodów.

Wychodziliśmy ze znajomymi ze szkoły, chcieliśmy przejść na chodnik, jednak z naprzeciwka nadjeżdżał samochód. Konkretnie dwa samochody, bo drugi pędził i tuż przed naszymi nosami zaczął manewr wyprzedzania (czekaliśmy na możliwość przejścia na drugą stronę idąc po tej wnęce). Popukałam się po czole w stronkę kolesia prowadzącego samochód i poszliśmy dalej. Kilka minut później zatrzymuje się koło nas samochód, otwiera się szyba i ze środka jakiś niedowartościowany [D]resik się wydziera:

[D] Czy ty wiesz co ty pokazałaś?! Ty wiesz co ty pokazałaś?
Nie bardzo rozumiałam co gość ma na myśli (sądziliśmy, że szuka czegoś i chce się zapytać o drogę), dopiero po chwili skojarzyłam go z debilem wyprzedzającym pędem przy szkole inne auto.
[J] Tak, a co? Prawo jazdy się w chipsach znalazło, że się pędzi jak idiota przy szkole?
[D] (coś tam powarczał o gówniarach).
[J] Tak się pan spieszył, a wrócił opierniczyć mnie, bo panu pokazałam że jest pan głupi? - po czy odwróciłam się i poszłam. Na co nie wytrzymał i rzucił na odchodne zamykając okno:
[D] Sama jesteś pie***nięta.

Ot, uraziłam męską dumę nie zachwycając się wyczynami króla szos i miałam czelność popukać się po czole...

Skomentuj (2) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 153 (Głosów: 197)

#78018

(PW) ·
| Do ulubionych
Miałam ostatnio pewną sytuację. Osobiście nie czuję się winna, ale oceńcie sami.

W październiku 2016, pożyczyłam wujkowi samochód, nie ma znaczenia, gdzie nim jeździł, ale co ważne woził nim wiertarkę i dużo dużych wierteł. Akurat po tym jak mi go oddał, przeprowadziłam się jakieś 400 km, więc nie było okazji do rozmowy.

Ale do rzeczy. Z reguły nie używam bagażnika, zakupy kładę na tylne siedzenie i wierzcie mi lub nie, ale od października do kwietnia nawet nie otworzyłam bagażnika. W kwietniu właśnie wyjeżdżałam do rodzinnego miasta, a że bagaż miałam spory, to w końcu użyłam bagażnika. Po otwarciu znalazłam w nim ok. półmetrowe wiertło. Postanowiłam oddać je właścicielowi, będąc już u rodziców. Rodzice i wujek mieszkają w tym samym mieście, więc mając wolną chwilę podjechałam do niego.

On ucieszony, że nalazłam, bo myślał, że gdzieś zgubił, chociaż zdążył kupić nowe, zapasowe zawsze się przyda. Za to ciotka, oburzona, że dopiero teraz je oddaje, że jak tak mogłam przetrzymywać cudze rzeczy. W ogóle nie dała sobie wytłumaczyć, że nie miałam pojęcia o tym, że coś zostawił. Po tym, jak mi oddał samochód nie dzwonił, żeby zapytać, czy coś zostawił. Ciotka kazała mi oddać pieniądze za wiertło, które wujek sobie kupił, na szczęście on powiedział, że nie muszę, bo to nie moja wina, a dla studenta to jednak jest obciążenie (takie wiertło jak on używa kosztuje ok. 100zł, plus paliwo, bo w naszym mieście takich się nie kupi).

Od tej sytuacji widziałam się z nimi jeszcze kilka razy. Przy każdej sytuacji ona rozpowiada, że przeze mnie ponieśli koszta. Na szczęście reszta rodziny też jest normalna i poznała sytuację, więc trzyma moją i wujka stronę, a ciotka nadal utrzymuje, że powinnam im to oddać. Przestała się ze mną witać na rodzinnych spotkaniach, a gdy jesteśmy na osobności z jakiejś przyczyny, powtarza mi, że po mnie się tego nie spodziewała, że myślała, że rodzice inaczej mnie wychowali itd. Ja osobiście nie zamierzam oddawać tych pieniędzy. Co wy sądzicie?

Skomentuj (30) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 237 (Głosów: 257)

#78008

(PW) ·
| Do ulubionych
Jestem kelnerką. W niedzielę pracuję w kawiarni, która znajduje się w pobliżu znanej atrakcji turystycznej, w weekendy ten, bądź co bądź, nieduży lokal przeżywa prawdziwe oblężenie. Już sama obsługa tak dużej ilości gości to wyzwanie, a obsługa gości, którzy swoją bezmyślnością utrudniają nam pracę to już prawdziwy krzyż pański. Kilka przykładów tylko z dzisiaj.

1. Serwujemy głównie kawę i ciasta. Ciasta wystawione są w witrynie na przeciwko drzwi wejściowych, opisanie etykietkami z nazwą i
składnikami. Para starszych klientów.

Ja: Dzień dobry, co podać?
Klienci: Pani, bo ja tam przy wejściu widziałam takie ciasto czekoladowe, pani przyniesie
- Mamy trzy rodzaje ciasta czekoladowego, tartę czekoladową, tort czekoladowo-orzechowy i ciasto czekoladowe z wiśniami, które mają państwo na myśli?
- Pani, to takie zwykłe czekoladowe.
- Podejrzewam, że mają państwo na myśli tartę?
- No tak, tak.

Przynoszę.

- Pani, co pani, my tego nie chcemy!

- Ale to jest tarta czekoladowa, to państwo zamawiali.
- Pani, no nie, ja pani pokaże.

Podchodzę z klientami do witryny. Państwo za ciasto czekoladowe uważali tort cytrynowy (cały żółty), z wzorkiem z czekoladowej polewy na górze.

2. Oblężenie totalne, każdy na najwyższych obrotach. Informuję każdego nowego klienta, że na zamówienie trzeba poczekać ok.15 minut. Część rezygnuje, część zapewnia, że rozumie i poczekają. Dwie ryczące czterdziestki także zgodziły się poczekać. Po ok.3 minutach od złożenia zamówienia zaczynają się wydzierać, że na pewno o nich zapomniałam. Po moich zapewnieniach, że nie zapomniałam i zamówienie jest w drodze, ale trzeba jeszcze poczekać uspokoiły się. Kilka minut później przechodzę obok ich stolika z tacą, na której niosłam kilka latte macchiato (one też zamówiły tę kawę), jedna z nich szarpnęła mnie za rękę, w której niosłam tacę, drąc się:
- To dla nas!!!

Efekt łatwy do przewidzenia, kawa wylana na te durne baby, na mnie i Bogu ducha winnych klientów przy stoliku obok. Awantura, panie zaczęły mnie wyzywać od oferm i ciamajd, domagać się pokrycia kosztów czyszczenia odzieży. Wyproszone przez szefa z lokalu pod groźbą wezwania policję i złożenia doniesienia o ataku na personel.

3. Pogoda ładna, słoneczko świeci, ale dość chłodno. Stoliki na tarasie zajęte, mnóstwo klientów siada w środku prosząc o informację, jeśli stolik na zewnątrz się zwolni, bo chcieliby się przesiąść na taras. Przychodzą w bluzach, swetrach, bez kurtek. Tak samo ubrani siedzą w środku i robią nam awanturę o otwarte drzwi "bo im zimno". Jeden z takich klientów uznał dziś za świetny pomysł zamknięcie mojej koleżance, która wracała z tarasu ze stertą brudnych talerzy, drzwi przed nosem, a raczej na nosie, bo zamknął drzwi z takim impetem, że uderzyły ją w twarz. Brawo on.

4. A na koniec brawo wszyscy klienci zamawiający ciasta opisane jako "śmietanowy" "śmietanowe" "ze śmietaną" i pytający, czy jest w nim śmietana, bo właśnie są odchudzają. Po odpowiedzi twierdzącej są bardzo oburzeni, że dodajemy śmietany do ciast, bo przecież tort śmietanowy można zrobić bez śmietany.

gastronomia

Skomentuj (25) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 245 (Głosów: 261)

Podziel się pozytywnymi historiami na
WSPANIALI.pl

Piekielni