Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

 

#81223

~Zjemczekolade ·
| Do ulubionych
Pralka wyświetliła mi komunikat „E20”, czyli „zapchana”.

Niestety po wyczyszczeniu problem nie znikał. Jeżeli czegokolwiek nauczyły mnie moje studia na politechnice, to tego, że jeżeli sprzęt coś sygnalizuje, to znaczy, że faktycznie coś tam się popsuło. Zamówiłam reklamację.

O dziwo po dwóch dniach przyszedł pan. Posłuchał. Rozkręcił zaworek, o którym nie miałam pojęcia i wyrzucił z niego sprężynkę i koreczek. Oczywiście zapchane. I kazał wyrzucić.

Po czym, gdy po 4 min. zbierał się do wyjścia, stwierdził, że „chyba gdyby nie ten koreczek, toby pracy nie miał”.

Mieszkanie

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 68 (86)

#81194

~pechowa30 ·
| Do ulubionych
O tym, jak wpaść z deszczu pod rynnę. Historia prawie roczna, ale przypomniało mi się dziś, gdy spotkałam się z ciotką, która szuka mieszkania dla syna studenciaka - oczywiście syn również szuka.

Zdecydowaliśmy się z narzeczonym wynająć coś razem, aby przetestować się przed ślubem. W końcu jak się z kimś nie zamieszka, to znamy tylko jego jedną stronę. ;)

Znaleźliśmy supermieszkanie za przyzwoitą cenę. Jednak gdy je dogłębnie obejrzeliśmy, zobaczyliśmy, że na ścianie w kuchni za lodówką jest siedzisko grzyba. Właściciel obiecał, że ma już firmę najętą i usunie go ona jeszcze przed naszym wprowadzeniem się. Nasz najem zaczynał się od września, a formalności załatwiliśmy już pod koniec lipca.

Jednak gdy wprowadziliśmy się, grzyb nadal był. Właściciel powiedział, że firma go wystawiła do wiatru, ale załatwił już nową. I tak załatwiał aż do listopada. Grzyb się rozrósł, a my wkurzeni powiedzieliśmy jasno, że albo coś z nim robi, albo się wynosimy. I wynieśliśmy się w ciągu tygodnia.

Mieszkanie szukane pilnie. Znalazła się oferta, gdzie do wynajęcia były dwa pokoje, a w trzecim właścicielka miała mieć rzeczy i wpadać średnio raz w miesiącu. Cena mniejsza, niż normalnie zapłacilibyśmy za ten metraż i w dodatku wszystko w cenie poza netem. Właścicielką była starsza kobieta - mogła mieć z 50-60 lat, wielbiąca garsonki. Uwierzyliśmy.

W umowie zapis o udostępnianiu mieszkania i pokoju w razie potrzeb właścicielki. Dajmy na to Pani Zosi, aby ułatwiło to pisanie dalej.

Otóż P. Zosia nie pojawiała się raz w miesiącu, tylko co weekend. Przyjeżdżała w czwartek, wyjeżdżała w poniedziałek rano. Przeprosiła nas, że tak wyszło, bo praca. Przebaczyliśmy. I zaczęły się jazdy.

Raz upomniała nas o śmieciach, które wywalały się z kubła. I tak było, ale z ważnego powodu - segregacji. Pod zlewem nie było tyle miejsca, aby zmieścić jeszcze dodatkowe śmietniki, więc uporaliśmy się z problemem siatkami. Jedna na plastik, druga na papier i kosz na różne inne odpadki. I to były właśnie te walające się śmieci.

Wracamy kiedyś po weekendzie. W mieszkaniu zimno. Chcemy zajrzeć do termostatu i zonk - zamknięty w skrzynce. Na kłódkę. Dzwonimy do właścicielki. Przyznała się, że założyła kłódkę, bo zapomniała, że wynajmuje (WTF!) i ustawiła temperaturę na 15*C. Miała naprawić to jak wróci na kolejny weekend. Tak bawić się nie będziemy. Szczególnie że mam długie włosy i nie suszę ich suszarką, bo miałabym afro godne murzyńskiego króla. Z łaską przyjechała i udostępniła nam kluczyk. Akcja powtórzyła się jeszcze 2 razy, ale tym razem klucz już mieliśmy. :D

Opieprzyła nas również, że nabijamy jej duże rachunki, bo podłączyliśmy do prądu komputer i telewizor. Nakazała zdemontować albo jedno, albo drugie. Nie zrobiliśmy tego, ale założyliśmy zamek, aby więcej nam się do pseudosalonu nie władowała. Wcześniej mieliśmy tylko na sypialce. Potem przyszła pretensja o kąpiele. Mój facet pracuje fizycznie. I uwierzcie, nie ma opcji, aby nie przeszedł się opłukać po robocie, bo inaczej trudno wytrzymać. Facet mój brał dwa krótkie prysznice dziennie, a ona krzyczała, jakbyśmy puszczali wodę i szli sobie po hot doga na Orlen do sąsiedniego województwa.

Przeginka nastąpiła w momencie, kiedy byłam sama w mieszkaniu, bo luby pojechał na pogrzeb. Ja nie dostałam wolnego. W smutku i tęsknocie za facetem postanowiłam zrobić sobie babski wieczór i zrobić się na bóstwo. Co na to właścicielka? Zakręciła mi wodę, bo za długo siedziałam w łazience. Ostrzegłam ją, że idę na dłużej i jak chce skorzystać wcześniej, to niech idzie teraz. I wyłączyła wodę, gdy miałam na sobie krem do depilacji, odżywkę we włosach.

Stwierdziliśmy, że koniec. Próbowaliśmy rozmawiać. Jak grochem o ścianę, a ściana by może szybciej zrozumiała. Znaleźliśmy nowe mieszkanie i wymówiliśmy umowę, powołując się na jej niezgodność ze stanem faktycznym. Właścicielka była zdziwiona, ale nie zrobiła większych problemów.

wynajem

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 72 (98)

#81200

(PW) ·
| Do ulubionych
Bohaterka: Piekielna Pani w Ciąży.

Miejsce akcji: placówka poczty.

Przedpołudnie, mimo to kolejka na poczcie długa - ja stałam jako czwarta, za mną jeszcze z 4-5 osób + dwie osoby obsługiwane przy stanowiskach.

Weszła pani w widocznej ciąży. Przepchnęła się pomiędzy stojącymi obok drzwi w kolejce ludźmi bez żadnego przepraszam, prychnęła kilka razy (dosłownie: zrobiła takie "prfff", "prfff").

Podeszła do pierwszego stanowiska, znów prychnęła, przeszła do drugiego stanowiska, zawisając na chwilę nad ramieniem obsługiwanej aktualnie pani - nadal bez słowa, nie licząc tych prychnięć.

Po chwili przeszła na środek placówki, pokręciła się przez chwilę, sapnęła ze dwa razy i... w krzyk!

"Zupełny brak kultury, brak zrozumienia! Przecież widać, że jestem w ciąży! Ja tu czekać nie będę!”.

Po czym prawie wybiegła z poczty, oczywiście przepychając się ponownie bez żadnego "przepraszam" pomiędzy totalnie zaskoczonymi ludźmi.

Dodam, że w tym czasie cały czas obsługiwane były te same dwie osoby i nikt nowy do stanowiska nie podchodził.

poczta kobieta_w_ciąży roszczeniowość

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 79 (89)

#81198

(PW) ·
| Do ulubionych
Pracuję w sklepie internetowym sprzedającym produkty o dość "niewygodnych" rozmiarach do transportu dla kurierów, przez co firm chętnych do dostarczania jest niewiele. Piekielność dotyczy nie tylko samych kurierów, ale również klientów.

1. Alledrogo
Z uwagi na wspomniany "niewygodny" rozmiar, cena dostawy przy niektórych produktach wynosi nawet 1/3 wartości samego produktu. Jak to bywa na pewnym serwisie aukcyjnym, większość szuka głównie niskich cen. Częstą praktyką jest, iż niską cenę produktu rekompensuje się wysokim kosztem dostawy. W naszym przypadku podajemy rzeczywistą wartość dostawy.
W teorii: kupując produkt, godzisz się na podaną wartość transportu.
W praktyce: po zakupie produktu w niskiej cenie, często otrzymujemy niskie oceny za dostawę. WTF? Skoro kupujesz produkt i wiesz, że dostawa to 1/3 wartości, to skąd te pretensje?

2. Kurierzy
Kurierzy to temat rzeka... Począwszy od dostarczania uszkodzonych przesyłek z odbitym śladem beczki, po chamskie teksty typu: "dziś panu nie przywiozę, bo jestem zmęczony".

BARDZO WAŻNA KWESTIA: zgodnie z obowiązującym prawem, w twoim interesie jest sprawdzenie przesyłki przed odbiorem. Jeżeli opakowanie jest uszkodzone - masz prawo odmówić przyjęcia takiej przesyłki. W takim wypadku kurier w twojej obecności winien wypełnić tzw. protokół szkody/protokół odchyleń, w którym należy opisać uszkodzenia. Dlaczego?
Z reguły przesyłki są ubezpieczone, ALE w regulaminach firm kurierskich jest zapis, iż do uzyskania odszkodowania z tytułu zniszczenia przesyłki potrzebny jest między innymi powyższy protokół.

JESZCZE WAŻNIEJSZE: teoretycznie na spisanie protokołu kurier ma 7 dni, w praktyce: jeśli nie załatwisz tego od razu, szansa na uzyskanie odszkodowania maleje… Sorry, taki mamy klimat. Zawsze może paść argument: "zostało zniszczone po odbiorze".

Z reguły w takich sytuacjach idziemy na rękę klientom i wymieniamy produkt, jednak potrafimy być również piekielni. Kiedy okazuje się, że klient dzwoni po 3 dniach od odbioru i informuje, że przesyłka uszkodzona, mamy ręce związane.

Jeżeli nie wiesz, jak zachować się w danej sytuacji - skontaktuj się ze sklepem, w którym zakupiłeś produkt - obsługa na pewno poinstruuje, co zrobić.

Do kurierów: wiem, że macie g***ne stawki, wyśrubowane czasy dostawy, a chwilami wręcz nierealne. Pracujecie w trudnych warunkach, stresie i niejednokrotnie z agresywnymi i roszczeniowymi odbiorcami. Sam jeździłem z przesyłkami i wiem, jak bywa ekstremalnie...

Ale nie ma sensu rżnąć głupa: "nie mam protokołu, przyjadę jutro”, bo i tak nie wracacie, a straty w skali roku idą w dziesiątki tysięcy złotych, których nie pokryje żadne ubezpieczenie.

sklepy_internetowe

Skomentuj (17) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 64 (72)

#81230

(PW) ·
| Do ulubionych
Stoję w korku. Przede mną pasy, za pasami skrzyżowanie gdzie można jechać tylko w prawo lub lewo. Grzecznie czekam na swoją kolej, bo w sumie jadę tylko na zakupy, więc nie spieszy mi się aż tak bardzo. Między pasami, a skrzyżowaniem stoi bus, więc zasłania większość widoku.

Z mojej strony na przejście wchodzi dziewczyna (swoją drogą całkiem ładna). Dochodzi do środka jezdni, zatrzymuje się i spogląda zza busa czy może dalej iść. Po upewnieniu się że tak, rusza dalej. Zrobiła może dwa kroki, gdy uderza ją samochód z naprzeciwka, który nagle zjechał z krzyżówki z dosyć dużą prędkością. Awaryjne w ruch i ruszam jej na pomoc jak to zawsze mnie uczono. Po chwilowej rozmowie okazuje się, że nic jej nie jest. Kierowca auta, które ją uderzyło nawet nie wysiadł tylko otworzył szybę i zaczął ją wyzywać od wszystkich najgorszych. Dziewczyna stwierdziła, że może iść dalej i zeszła na chodnik, a ja w tym czasie chciałem wezwać karetkę. Kierowca w tonie wrzasków, postanowił odjechać z miejsca wypadku.

A gdzie piekielność? Piekielna była karma, która wróciła prawie natychmiast. W tym samym korku parę samochodów dalej stał radiowóz, który wszystko widział i gdy kierowca ruszył zablokowali mu drogę. To jak próbował zwalić winę na dziewczynę, to już historia na inną piekielność.

P.S. Cała ta sytuacja trwała może z 10-15 sekund.

wypadek

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 108 (114)

#81195

(PW) ·
| Do ulubionych
Dawno mnie tu nie było.
Pokrótce wyjaśnię... Pracuję za granicą w branży medycznej. Praca na trzy zmiany, Świątek, Piątek, Niedziela.

W ostatni dzień Świąt Bożego Narodzenia pod koniec popołudniowej zmiany mnie rozłożyło. Nagle. Nudności, dreszcze, zrobiło się słabo.
Nieszczęścia lubią chodzić parami (czasem cholerstwa trzymają się stadami). Stwierdziłam, że w tym stanie nie będę ryzykować i wracać do domu prowadząc samochód. Próbowałam się dodzwonić do lubego. Telefon wyłączony. Ok... Jest jeszcze przyjaciel. Po szybkim streszczeniu sytuacji przez telefon powiedział, że pakuje cztery litery do auta i jedzie po mnie.

Ułożyłam powoli swoje zwłoki na kanapie w pracy i leżąc czekam. W międzyczasie zdążyła przyjść koleżanka z nocnej zmiany (mam nietypowy system zmian i zwykle kończę wcześniej pracę, że z ludźmi z nocnej zmiany się nie widuję). Przy okazji poinformowałam ją, że następnego dnia nie przyjdę, idę do lekarza, źle się czuję.

Przyjechał przyjaciel, pomógł mi się wpakować do samochodu. Odpuściłam sobie nawet się przebrać. Zostawiłam w szatni ubranie cywilne i obuwie, a sama w służbowych laczkach i białym mundurze pojechałam do domu.

Następnego dnia lekarz po gruntownym przeglądzie wypisał leki i dał zwolnienie lekarskie do 2 stycznia.

Nadszedł styczeń, wróciłam po chorobowym. Ludzie na mnie z niewiadomego powodu nadąsani...
Sprawa się wyjaśniła dwa dni później na oddziałowym zebraniu.

Publicznie mnie oskarżono, że chorobę zasymulowałam bo w Sylwestra chciałam do Polski i grubo balowałam. Koleżanka, która wtedy nocną zmianę miała przy wszystkich powiedziała, że specjalnie na nią czekałam, żeby powiedzieć, że źle się czuję i udawałam oraz jeszcze czelność miałam dwa dni później przywieźć do pracy osobiście zwolnienie lekarskie.

Cóż, było jeszcze niezbyt dobrze, ale już byłam w stanie wyjść. W służbowej szatni moje ciuchy cywilne i buty też musiałam odebrać, bo nie widziało mi się marznąć w wiosennych butach i kurtce, a zimowe buty i płaszcz odebrać po chorobowym...

Skomentowałam na zebraniu, że nie życzę sobie plotek pod moim adresem i w ogóle to co słyszę to same bajki i lepiej mordę zamknąć i się nie odzywać zamiast takie plotki produkować. Powiedziałam w żołnierskich słowach, że chory jest chory i nie powinno ich nic więcej interesować. Naprostowałam jak sytuacja wyglądała ale mendy dalej obrażone.

OK. Z idiotami nie ma co dyskutować. Karma zrobi swoje. Numer telefonu z mojego oddziału zablokowałam w telefonie (nie mam obowiązku w mojej umowie odbierać telefonów z pracy w trakcie wolnego czasu).

Dwa dni później, kiedy wróciłam po krótkim wolnym do pracy, wszyscy rzucili się z pretensjami czemu telefon mój nie odpowiada, a ktoś jest chory i braki w personelu. Powiedziałam, że nie muszę odbierać i nie zamierzam, mam swój grafik pracy i zamierzam się go trzymać. O zmianach w grafiku muszą zgodnie z prawem pracy mnie poinformować przynajmniej 14 dni przed. A po ostatniej ich akcji nie mogą więcej liczyć na to, że jak zawsze będę brać spontanicznie dyżury za chorych współpracowników i robić nadgodziny.
Są sami sobie winni.

Life is a bitch.

PS. W samym 2017 roku zrobiłam ponad 160 nadgodzin tylko i wyłącznie biorąc dodatkowe dyżury za chorych współpracowników. Pominęłam tu nadgodziny jeszcze wynikające ze szkoleń czy innych sytuacji.

Skomentuj (20) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 103 (137)

#81190

~Kioskowa ·
| Do ulubionych
Pracuję w małym saloniku prasowym w pasażu pewnego marketu. Jako jedna osoba na zmianie zdarzają się dni, kiedy mam naprawdę dużo obowiązków: dołożyć towar, wprowadzić dane do komputera, rozładować dostawę... Nie zawsze mogę stać przy kasie i czekać na klientów. Więc jak najlepiej zwrócić uwagę ekspedientki?

Przypadek nr 1. (niestety najrzadziej spotykany).
Podchodząc do kasy mówi głośno "dzień dobry".
Od razu przerywam swoje działania i obsługuję.

Przypadek nr 2.
Stoi od kilku sekund przy kasie, po czym zaczyna się aria chrząknięć. Ewentualnie stukanie w tackę na pieniądze.

Przypadek nr 3.
Stoi przy kasie. Anie be, ani me, ani... Po kilkunastu sekundach orientuję się, że jednak ktoś tam jest, więc mówię "przepraszam" i zaczynam obsługę bardzo obrażonego już klienta, bo dlaczego nie zauważyłam, że wszedł, na zewnątrz jest hałas, ale on tu stoi i czeka!

Ja naprawdę nie chcę, żeby ludzie tracili przeze mnie czas, ale też nie zawsze jestem w stanie obserwować czy ktoś wszedł do sklepu. Zwykłe "dzień dobry" lub "można panią prosić?" wystarczy.

Salonik prasowy kiosk

Skomentuj (38) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 109 (137)

#81188

(PW) ·
| Do ulubionych
Co zrobić gdy trafi się na szeryfa drogi? Najlepiej odpuścić, ale nie zawsze jest możliwość, a wtedy do tragedii już tylko malutki kroczek.

Ciężarówka wyprzedzająca na ekspresówce to nic przyjemnego, podobnie jak sfrustrowany kierowca, który za chwilę wyprzedza ją, hamuje i powoduje, że kierowca próbując uniknąć kolizji odbija kierownicą w prawo mało co nie wbijając się w autobus na pasie rozbiegowym.
Mam nadzieję, że w ciężarówce była kamerka i kierowca nie uniknie odpowiedzialności.
Za to na CB-radiu już dawno tylu wulgaryzmów nie słyszałem.

Warszawa-Radom S-7

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 90 (108)

#81186

(PW) ·
| Do ulubionych
Obawiam się, że piekielność moich rodziców nie zna granic.

Zacznijmy od tego, że moi rodzice rozwiedli się półtora roku temu. Dla mnie to nie kłopot, ważne, by obydwoje byli zadowoleni, a mnie do tego nie mieszali.

No właśnie. A to robią. Za każdym razem.

Po rozwodzie ojciec został z domem i jednym samochodem, a matka ze wszystkimi swoimi przedsiębiorstwami i drugim samochodem. Tu muszę dodać, że dom przez większość czasu stoi pusty, ponieważ ojciec - tuż po wywalczeniu praw do domu - przeprowadził się do miasta wojewódzkiego. Ponieważ dom nie trafił się jej przy podziale majątku, po zmianie zamków nie dostała klucza, ja z kolei tak - w końcu jestem synem. Nie potrzebowałem go, ale stwierdziłem, że może się jeszcze kiedyś przydać. Ten oto klucz jednak trafił z mojej kieszeni na łono jej nowego mieszkania, ponieważ "musiała odebrać swoje rzeczy". Fakt - niemała część jej dobytku materialnego została w domu. Poza tym to w końcu matka.

Ojciec jednak często zadawał mi pytania dot. domu i obecności matki w wyżej wymienionym. Niedawno przypadkiem wypadło mi z ust wspomnienie o udostępnieniu klucza. Cóż by rzec - wkurzył się, i obwinił mnie o całą sytuację. Może słusznie, choć chciałem tylko pomóc matce, która w sumie nigdy mnie nie skrzywdziła. Kilka dni później, tj. wczoraj, spakował jej rzeczy do kilkunastu wielkich worów i zawiózł do siedziby jej przedsiębiorstw.

Pół godziny temu dostałem SMS'a od wściekłej matki, że to moja wina, a ojciec zmienił zamek w drzwiach. Być może, jednak od początku mówiłem obydwojgu, że nie chciałem mieć z tą wojną nic wspólnego. Zamiast załatwić to ze sobą jak ludzie, jedno z drugim wysyła mnie na przeszpiegi przeciw sobie, a jak dojdzie co do czego, całą winę zganiają na mnie. Ani jedno, ani drugie nie mają sobie nic do zarzucenia.

Koniec końców jest taki, że zarówno wg ojca jak i wg matki wszystkiemu winny, wraz z rozwodem, jestem ja.

Fajnie.

rodzice

Skomentuj (24) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 140 (176)

#81225

(PW) ·
| Do ulubionych
Dzisiejsze popołudnie (ale już ciemno). Droga powiatowa - bardzo ruchliwa, bo świeżo wyremontowana, a biegnie równolegle do wojewódzkiej w fatalnym stanie. Chodniki po obydwu stronach - zaznaczam, że odśnieżone, bez lodu - słowem "czarne mokre". Teren zabudowany, więc jadę wolno, ale i tak nagle przed maską wyrasta mi czarna postać.

Otóż jakaś idiotka, bo inaczej jej nazwać nie potrafię, idzie sobie jezdnią, w dodatku niewłaściwą stroną (jak samochód, a nie jak pieszy), tuż obok nowego, równego i odśnieżonego chodnika. Ubrana na ciemno, bez kawałka odblasku. Dobrze, że miała jasną reklamówkę z Biedronki.

Zatrąbiłem, babsko łaskawie wlazło na chodnik. Otwieram okno i mówię: "Jak pani życie niemiłe, to niech pani wybierze taki sposób samobójstwa, żeby nikt nie miał pani na sumieniu i nie poszedł siedzieć za przejechanie pani". Odpowiedź nie nadaje się do powtórzenia - w skrócie: zostałem wyzwany od najgorszych do 5 pokoleń wstecz za to, że jechałem swoim pasem, z przepisową prędkością i nie przejechałem debilki.

P.S. Chodniki zbudowano parę lat temu z publicznych pieniędzy, czyli z Waszych i moich podatków. Pytanie brzmi: czy nie są to zmarnowane pieniądze, skoro - jak widać - są niepotrzebne, bo lepiej chodzi się ulicą?

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 82 (86)

Podziel się pozytywnymi historiami na
WSPANIALI.pl

Piekielni