Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

 

#61142

(PW) ·
| Do ulubionych
Żeby nie było, że tylko w sieciowych zoologicznych dzieje się zło.

Dla wyjaśnienia - lubię odwiedzać inne sklepy ze zwierzakami. Nie dlatego, by ogarnąć konkurencje pod kątem towarów czy usług, nie robię wywiadów - po prostu lubię zwierzaki i lubię je oglądać (zostało mi jeszcze z dzieciństwa, że muszę zajrzeć do każdego sklepu jaki mijam). A nuż inni mają zwierzaka, jakiego nie sprowadzamy albo takiego, jakiego w ogóle jeszcze nie widziałam na żywo.

Do rzeczy...

Szefostwo otworzyło kiedyś drugą filię naszego sklepu w markecie o realnej nazwie - niewielki jednoosobowy boks na uboczu galerii. Jakiś czas później na drugim końcu galerii jakiś inny prywaciarz otworzył podobny sklepik, może o trochę większej powierzchni - odwiedziłam go raz, ale po tym co zobaczyłam, nigdy więcej tam nie wróciłam:

- żółw stepowy o średnicy ok. 20 cm (pominę rozwarstwiającą się skorupę) siedział na trocinach w akwarium o boku ok. 25/40 cm (nie miałam miarki, więc podane wartości mogły odbiegać od rzeczywistości, ale proporcje się zgadzają - ogólnie zwierzak mógł tylko stać w miejscu bez możliwości odwrócenia się),
- króliki i świnki morskie miały tak przerośnięte pazurki, że można by było z nich zaplatać warkocze,
- do rażącego przeludnienia (przerybienia?) w akwariach, dochodzi krzywica u połowy ryb, braki w łuskach, zwłoki w każdym zbiorniku,
- po co sprzątać martwe zwierzaki? niech myszki pobawią się swoim martwym kolegą,
- na 5 koszatniczek 4 nie miały ogonów (odpadają im, kiedy się je ciągnie lub podnosi za ogon),
- większość gryzoni miała rany od walki ze sobą,
- ogólnie zwierząt było ok 3x więcej niż pozwalały na to warunki i wielkość klatek.

Nasz sklep zyskał na tyle popularność, że przy pierwszej okazji przenieśliśmy się do większego boksu na środku galerii - po krótkim czasie konkurencje nie wytrzymała takiego ciosu i postanowili zamknąć biznes. A może to nie przez nas tracili klientów tylko przez niekompetencję i nieuprzejmość, na którą skarżyli nam się klienci?

Przychodzi do nas właściciel z zapytaniem, czy nie przygarniemy kilku zwierzaków, bo on zamyka interes i nie ma co z nimi zrobić. Ok, jak za darmo daje, to nawet tak zapuszczone biedactwa możemy przyjąć. Przyniósł nam w kartonie wyrośniętego króliczka z pazurami niemal dookoła łapek i podstarzałą koszatkę (oczywiście bez połowy ogonka), ale nic - po doprowadzeniu do porządku nawet gratis do klatki można wydać, byle tylko miały lepiej (w takich przypadkach informujemy klienta, że możemy sprzedać zwierzaka albo gratis dać takiego po przejściach).

Mało piekielne?

No to wisienka na torcie:

Zamknęli sklep. Boks pusty kilka miesięcy, dopóki mały wędkarski sklepik nie postanowił powiększyć metrażu. Czego dowiedzieliśmy się, kiedy wędkarski się przenosił? Otóż, tego, że nie wszystkie zwierzaki gość oddał do nas - po ponownym otwarciu boksu cały market uderzył smród z akwariów i klatek. Tak - panu szanownemu nie chciało się nie tylko przynieść do nas wszystkich zwierzaków, ale i w ogóle wydać ich gdziekolwiek, posprzątać, zlać wodę z akwarium. Po prostu wysprzedał ile się dało do dnia zamknięcia, zabrał kilka wartościowszych rzeczy, a resztę zostawił jak stało - w tym również pełne akwaria z rybami i klatki z gryzoniami, które z braku pokarmu zaczęły zjadać się nawzajem.

Skomentuj (24) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 641 (Głosów: 677)

#60983

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia krótka, ale pokazująca jak wiele zrozumienia potrafi czasami otrzymać doradca klienta w pracy.

Pracuję w sieci marketów na dziale z grami i konsolami. Dzień leniwy co nie dziwne, ze względu na to, że każdy niepotrzebujący czegokolwiek akurat kupić człowiek, siedzi teraz na działce lub nad jeziorem. Ciszę przerywa nadchodzący w moim kierunku ostrym i szybkim krokiem pan, który zagaja:

- Problem z grą mam.
I wyciąga z plecaka pudełko, które pcha w moim kierunku niczym szermierz szablę, niemal trafiając w samo serce.
Biorę ją spokojnie do ręki i mówię:
- Dzień dobry.
Sekunda pauzy, zero odpowiedzi.
Nie przepadam za brakiem kultury osobistej.
- Więc w czym pan ma ten problem?
- Nie działa.
- Rozumiem. Czym się to dokładnie objawia?
Patrzy na mnie jak dr. House na klienta z astmą i mówi lekko poirytowany:
- No nie działa. Chcę grać, a nie działa.
Przyznam spodziewałem się trochę więcej elokwencji po facecie w wieku ok. 30-35 lat.
- Rozumiem, że próbuje pan uruchomić grę tak?
Wywracanie oczu.
- No taaaaak. I nie działa.
- A kiedy występuje problem?
- Kiedy chcę zagrać.
Szok. Nie spodziewałem się.
- A czy pojawia się panu jakiś komunikat na ekranie monitora?
- Tak.
Czekam 3-4 sekundy z nadzieją, że bez pytania usłyszę co to za komunikat, ale rozumiem iż będziemy tak stać do jutra więc pytam pełen trwogi i napięcia.
- A co to za komunikat?
- A ja ku*wa wiem? Po angielsku jest.

Ostatecznie odesłałem pana do domu, żeby sprawdził jeszcze raz co to za komunikat i w razie ponownego pojawiania się prosiłem o przepisanie albo zrobienie zdjęcia. Powiecie, że dla świętego spokoju mogłem grę wymienić na nowy egzemplarz. Niestety nie mogłem z uwagi na to iż posiadała ona kod aktywacyjny, który został wpisany przy próbie instalacji. Jak wróci, może dostarczy ciąg dalszy tej historii.

Skomentuj (27) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 374 (Głosów: 468)

#60973

(PW) ·
| Do ulubionych
Bezstresowe wychowanie to ostatnio bardzo modny temat. Ja właśnie wróciłam do domu po spotkaniu z pełnym miłości wychowaniem. Oto więc jest poradnik jak wychować ciapę i kalekę:

Wracając z wyjazdu samochód zaczął mi dziwnie klekotać, więc postanowiłam zatrzymać się w najbliższej mieścinie i oddać go do mechanika. Ponieważ fachowiec stwierdził, że na 2 dni musi go sobie zostawić, ja postanowiłam przyjąć zaproszenie mieszkającego tam wujostwa i przeczekać. Rodzina dość bliska ale nieczęsto widziana, to i nadrobić zaległości w kontaktach chciałam.

Ciocia i wujek posiadają ośmioletniego syna - powiedzmy Stasia. Po dwóch poronieniach to ich jedyne dziecko: wyczekiwane, wypieszczone i wychuchane. Rozumiem troskę matki o swoją jedyną pociechę i nieskończoną miłość do niej ale to, co ciotka wyprawia to już przechodzi ludzkie pojęcie.

Pierwszą rzeczą jaka mnie w nim uderzyła to niesamowita czystość. Reszta rodzinnej dzieciarni mieszkająca na wsi wygląda jak małe umorusane diabełki, pełne zadrapań po upadkach z rowerów i trawiastych plam na ubraniach - wakacje na wsi. Staś wygląda jak biała, porcelanowa lalka. Przez całe dość gorące dwa dni nie wyszedł na zewnątrz. Chciałam z nim pójść na spacer/piłkę na boisko wiejskie ale spotkałam się z zasadniczym NIE ciotki bo:
-komary go pogryzą
-spoci się
-przewieje go i będzie chory
-słońce go spali i będzie mu skóra schodzić
-będzie grał w piłkę z nie wiadomo jakimi dziećmi i się jeszcze od nich pozaraża

Stasiowi kroi się pierogi, kotleta, a nawet tosty na mini kawałeczki bo przecież jakby ugryzł za dużo to się zadławi. Ciotka nie tylko go kąpie ale też ku mojemu opadowi szczęki myje mu zęby i wiąże buty. A co na to Staś? Jemu pasuje! Wszystko się w ich domu kręci wokół niego przez co wyrobił sobie bardzo roszczeniową (rozpyszczoną) postawę. Nie ma kontaktu z rówieśnikami, bo dzieci z klasy nie chcą się z nim bawić przez jego ciągłe i nierzadko agresywne próby zwrócenia na siebie uwagi (wśród rówieśników nie ma tak uprzywilejowanej pozycji jak w domu).

Widać, że wujek zdaje sobie sprawę z powagi sytuacji i chciałby wziąć młodego pod męską opiekę ale pracuje i po prostu nie ma dla syna tyle czasu co ciotka, która jest gospodynią domową.

Tym oto sposobem, pod czułą opieką matki, która jedynakowi nieba by przychyliła, rośnie mi w rodzinie kaleka. Potwornie blada, flegmatyczna i nic niepotrafiąca kaleka. Swoją drogą nie zostawię go tak i mam zamiar jeszcze w te wakacje wymusić na wujku przyjazd Stasia do nas. Pozna swoich rozbrykanych i pełnych życia kuzynów i może wpłyną oni na niego.

Skomentuj (34) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 423 (Głosów: 493)

#60961

(PW) ·
| Do ulubionych
Kilka lat temu zmarł mój ojciec. Został pochowany na nowo powstałym cmentarzu, nieopodal kościoła.
Okazało się, że podłoże na cmentarzu nie zostało dostatecznie przygotowane i grób po jakimś czasie zaczął się zapadać. Moja mama zbierała pieniądze na podniesienie grobu i kilka dni temu zapłaciła za tą usługę.

Kamieniarz wczoraj pojechał na cmentarz. Brama była otwarta, wiec wjechał i zabrał się za robotę.
W pewnym momencie podbiegł (?!) do niego ksiądz i zaczął się wydzierać, jakim prawem on coś tu robi, skoro nie została uiszczona za to odpowiednia opłata. Kamieniarz skończył robotę i zadzwonił do mojej mamy. Ta się trochę przestraszyła, poszukała regulaminu cmentarza, jednak tam o takiej opłacie nie było wzmianki.
Zadzwoniła do mnie, a ja jedyne co mogłam jej poradzić to to, że w takim razie powinna czekać na wezwanie do zapłaty ;)

Rozumiem że opłata za pogrzeb, wybudowanie nagrobka, wykupienie miejsca, to jeszcze mało. Parafia, do której należy cmentarz nie poczuwa się do naprawy grobów, które przez ich zaniedbania się zapadają, a jednocześnie wymaga opłaty, gdy ktoś na własną rękę próbuje je naprawić.

ksieza

Skomentuj (27) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 383 (Głosów: 455)

#60936

(PW) ·
| Do ulubionych
Sprzedaję rowery nowe i używane. Części rowerowe też. Prowadzę serwis rowerowy.
Oto następnych parę "kwiatków":

1) Sprzedaliśmy rower. Taki zwyczajny, bez przerzutek, zwykła damka. Tam nie ma się co zepsuć, ale rano, na drugi dzień po zakupie, przychodzi klientka i mówi:
- Wszystko leciutko chodzi, jestem zadowolona, ja tylko z takim drobiazgiem, bo dzwonek nie działa.

Hmmm... Przyglądam się i po dziesięciu sekundach wiem o co biega. Dzwonki są prawe i lewe. Przez nieuwagę przykręciłem nie na tę stronę, co skutkowało tym, że jak pani kciukiem trącała dzwonek, to nie dzwonił, bo siłą rzeczy nie mógł. Musiałaby palcem wskazującym pociągnąć cyngiel do siebie, co jest niewygodne.

- Proszę chwileczkę poczekać - powiedziałem - po czym odkręciłem dzwonek i przykręciłem po drugiej stronie kierownicy. Na jej oczach :-) Próba: DZYŃ, DZYŃ...
- Teraz dobrze? Proszę spróbować.

DZYŃ, DZYŃ! DZYŃ DZYŃ DZYŃ DZYŃ!!! DZYŃ!!!!!!

- Paanie najmilszy, jak Pan żeś to zrobił????!

DZYŃ DZYŃ DZYŃ DZYŃ... jeszcze długo się niosło, zanim szczęśliwa klientka zniknęła za rogiem ulicy ;-)

2)
- Widzi Pan, mamy taką nietypową sprawę - rzekł ojciec. - Bo kupiliśmy u Państwa tego górala - ruszył głową w kierunku, gdzie jego latorośl stał oparty o rower. - I ten rower wolno jeździ. Tzn. nie w tym sensie, że wolno sam z siebie, ale wolno jeździ na liczniku - próbował wytłumaczyć. - Bo widzi Pan, kolega Damiana też ma takiego podobnego górala i jak jadą razem jeden koło drugiego, to tamten jedzie szybciej i ten Patryk się śmieje z mojego Damiana, że mój ma wolniejszy rower.

Zaraz zaraz...WTF?!

- Aaaaallleee, to chodzi o to, że tamtemu licznik pokazuje, że szybciej jedzie?
- No właśnie! Jadą równo, a tamten ma 22km/h, a Damian 18km/h.
- Teraz rozumiem. Chodzi o to, żeby przeskalować wskazania licznika tak, aby prędkości były równe. Ten kolega Pana syna ma pewnie ustawione na koła 26 cali, a obaj jeżdżą na 24 calach - wytłumaczyłem.
- Tak, tak, właśnie o to się rozchodzi!
- Czyli przeskalować na 26 cali?
- A nie dałoby się tak, żeby mój jechał szybciej?
- Pewnie, że się da! Zrobię tak, że przy 22km/h tamtego, licznik Damiana będzie pokazywał jakieś 27km/h, pasuje?
- Dziękuję Panu jak nie wiem co!!! Daaamian, słyszałeś? Teraz Patryk będzie cię mógł cmoknąć!

Uśmiech Damiana bezcenny ;-)

3)
- Panie, mam luzy w torpedzie!
- W tylnym kole?
- Nie w tylnym, tylko w torpedzie! Tu gdzie pedały!
- Na suporcie?
- W torpedzie mówię!!!
- Ale torpedo jest w tylnym kole, a Pan ma luz w suporcie.
- W dupie, a nie suporcie, tu ku**wa mam luzy, widzi pan?
- No widzę.
- Przecie mówię, że w torpedzie przy pedałach!
- ...Tak. Zaraz naprawimy...

Sklep rowerowy

Skomentuj (17) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 394 (Głosów: 498)

#60930

(PW) ·
| Do ulubionych
Myślałam, że widziałam dużo - oj ja głupia ale się myliłam.

Dzisiejszego pięknego dnia celem moim było wrócić z Gdańska do Warszawy. Jako że na dworcu byłam 2 godziny przed odjazdem, tylko po śniadaniu to postanowiłam zjeść coś przed podróżą w McDonaldzie. Wszystko ładnie pięknie jedzonko na stoliku, zadowolona jem, aż tu nagle rodzinka obok koniecznie chciała zobaczyć co dzisiaj jadłam w nieco innej przemielonej wersji.

Otóż mamusia z w/w rodzinki postanowiła przy stoliku na siedzeniu przewinąć swojego maluszka... Ludzie w McDonaldzie? Jako, że ja to tylko ja chamstwa nie zniese (zajmuje się dziećmi, wiem że czasem ciężko o miejsce do przewinięcia ale nie w miejscu gdzie obok ktoś siedzi i je...), poinformowałam mamusię, że nie jest to najlepsze miejsce na takie zabiegi. Mamusia wbrew pozorom odpowiedziała grzecznie, że w łazience dworcowej nie ma przewijaka, a niestety dziecko musi przewinąć (jak się okazało na szczęście pielucha nie posiadała grubszej zawartości). Ok zaakceptowałam, odwróciłam się i jem w spokoju dalej. Nagle przyszła kolejna Wielka Pani się powymądrzać, oczywiście w moim kierunku:
Wk - wielka pani - M- mamuśka P - ja

M: No gdyby był tu w łazience przewijak to bym tam go przecież przewinęła....
WK: Ale o co chodzi? Komuś nie pasuje? (wzrok skierowany na mnie, a ja jako wredna istota odwzajemniam spojrzenie wcale nie miłe i czekam aż WK odpuści, ale tak się nie stało).
WK: Masz jakiś problem?
P: Od kiedy przeszłyśmy na Ty?
WK: Pytam się czy masz jakiś problem?
P: Nie przypominam sobie żebyśmy się sobie przedstawiały.
WK: Jeśli coś nie pasuje, to stąd wyjdź!

Tak jak pisałam wyżej, ludzie nie przewijajcie dzieci w miejscach gdzie się je...

gastronomia

Skomentuj (105) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 219 (Głosów: 439)

#60910

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia zainspirowana wydarzeniami we Wrocławiu. Jeśli kogoś ominęło - 17-letni Kamil po wypadku samochodowym trafił do szpitala, gdzie komisja lekarska stwierdziła śmierć mózgu i zadecydowała o odłączeniu od respiratora. Ojciec chłopca wyraził zgodę na pobranie narządów, natomiast matka chłopca sprzeciwiła się zaprzestaniu sztucznego podtrzymywania życia i pobieraniu narządów. I właśnie tutaj zaczyna się piekielność.

Pod szpitalem zebrały się tłumy ludzi (głównie młodzieży) z transparentami "Handel organami zamiast ratowania życia!" czy "Morderstwo w majestacie życia". Jednocześnie media podsycały aferę cytując (niekoniecznie inteligentne wypowiedzi), że przecież ludzie budzą się ze śpiączki. Prawdopodobnie nikt nie zadał sobie trudu, żeby sprawdzić jak właściwie definiuje się śmierć mózgu i jakich metod używa żeby ją stwierdzić. Lepiej było wyzwać wszystkich od konowałów i handlarzy organami.

I nikt nie pomyśli logicznie na co lekarzowi nerki czy serce. Na rynek pójdą sprzedać? Nad doborem dawcy i biorcy czuwa specjalna komisja która według ściśle określonych wskazań podejmuje decyzję. Nie ma tutaj możliwości wpłynięcia na to kogo zakwalifikują do operacji (wbrew temu co pokazali w "Chirurgach"). Nie ma też możliwości zabrać narządu w lodówce i "po cichu" przeszczepić znajomemu w swoim prywatnym gabinecie - opieka pooperacyjna nad pacjentem po przeszczepie jest niesamowicie trudna - nie da rady tego zrobić po cichu - potrzebne są leki, badania, ciągły monitoring.

Nie twierdzę, że w Polsce nie występuje zjawisko handlu narządami. Występuje pewnie wszędzie. Ale chyba nie wyobrażacie sobie, że co drugi z lekarzy po pracy współpracuje z mafią i przeprowadza nielegalne operacje na ludziach - do tego posuną się raczej lekarze, którym odebrano prawo wykonywania zawodu i są już "spaleni" w Polsce.

Druga piekielność - media przyciągnęły największe autorytety w osobie np. prof. Jana Talara. Pisałem już kiedyś w komentarzach - profesorowie nie są bogami. Wielu z nich na swoje tytuły zapracowało w czasach PRL, gdzie za zasługi dla partii czy udane małżeństwo dostawało się poparcie w środowisku. Ale znaczny odsetek ludzi z tytułami to ludzie nie tylko bez umiejętności ale i bez wiedzy. Znam profesorów głoszących teorie, że rak piersi dotyczy kobiet, które żyją niezgodnie z naturą (tj. nie współżyją regularnie z mężem i nie rodzą mu dzieci) - co by nie było, że to katol - słyszałem to od zadeklarowanego ateisty. Ale ludzie to usłyszą i powtarzają - bo to mówił profesor. Przyjęło się, że kiedy zwykły lekarz popełni błąd, to jest konowałem. Kiedy profesor zrobi coś niezgodnie ze sztuką i zaszkodzi, to mówi się, że zastosował innowacyjną metodę, która niestety nie pomogła.

I wszyscy zrobili wokół tragedii szopkę. Nikt nie pomyślał o ojcu, o koszmarze jaki przeżywała rodzina, o tragedii jaką jest śmierć tak młodego człowieka. Ważne było, żeby się w gazecie pokazać czy dostać "lajki" na facebooku. A w ciągu następnego roku liczba przeszczepów znowu spadnie - jak w czasach kiedy minister Ziobro nazwał kardiochirurga zabójcą, nawet nie zapoznając się ze sprawą. Bo najłatwiej wypowiada się na tematy, o których się nie ma pojęcia.

słuzba_zdrowia

Skomentuj (81) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 531 (Głosów: 635)

#60896

(PW) ·
| Do ulubionych
Na dworcu autobusowym we Wrocławiu czekałam akurat na PKS do rodzinnej miejscowości. Do odjazdu zostało ok. 30 minut, ludzi całkiem sporo, w końcu to sezon wakacyjny.

Nagle słyszę głośny rechot, po barwię wnioskuję kobiecy. Rozglądam się, widzę dwie kobiety w wieku ok 35+ oraz grupkę dzieciaków na oko 8-15 lat. Naśmiewają się do rozpuku z dziewczynki, mizerniutkiej, chudziuteńkiej i ewidentnie najmłodszej w grupie. Podeszłam bliżej, słyszę jak kobieta nakazuje dziewczynce zdjąć spodnie (na środku dworca!) i przebrać się w inne, bo w tych brudnych nie pojedzie. Dziecko odmawia, mówi, że nie chce, kobieta ściąga jej spodnie i zaśmiewa się na całe gardło dodając "zaraz się posikam, no nie mogę".

Nie wytrzymałam nerwowo i krzyknęłam, czy jest normalna na umyśle, czemu nakazuje dziecku rozebrać się na dworcu, debilnie zaśmiewa do łez z nagich pośladków dziewczynki. Wdałyśmy się w kłótnię, z której oczywiście dowiedziałam się wielu ciekawych rzeczy o sobie oraz, że mam pilnować swojego biznesu. Finalnie dziecko zostało ubrane, purpurowa ze złości kobieta oddaliła się z grupą na stanowiska autobusowe.

Po dworcu przechadza się wiele osób, podróżnych całe stada, wszyscy obserwowali dziecko w samych majtkach na środku i zaśmiewającą się opiekunkę, ale odwagi, żeby zareagować brakło. Co trzeba mieć w głowie, żeby ściągać dziecku spodnie w miejscu publicznym i się chamsko z tego śmiać?!

dworzec Wrocław

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 429 (Głosów: 493)

#60895

(PW) ·
| Do ulubionych
Szykuję się do ślubu. Mam na to jeszcze kawałek czasu, prawie 3 miesiące, jednak - jak się okazuje - nie ma łatwo...

Żeby wziąć ślub kościelny, należy spełnić szereg warunków. Trzeba odbyć nauki przedmałżeńskie, o czym wie każdy, ale dodatkowo potrzebne są trzy wizyty w parafialnej poradni rodzinnej, spotkanie z księdzem, spowiedź, załatwienie sterty rożnych papierków... Co w tym piekielnego?

Po pierwsze: terminy. Nauki przedmałżeńskie to w sumie pół biedy - w Warszawie, gdzie mieszkam, parafii jest multum, udało nam się znaleźć weekendowe z "jedynie" trzymiesięcznym okresem oczekiwania. W marcu byliśmy już po, w kwietniu zaczęliśmy szukać poradni parafialnej. Zaczęły się schody.

W takich poradniach najczęściej pracują osoby świeckie i najczęściej panie. Panie te, jak się okazało, mają piękny zwyczaj nieodbierania telefonów. Równo miesiąc dzwoniłam po parafiach w swojej i okolicznych dzielnicach - dodzwoniłam się zaledwie kilka razy. Najczęściej słyszane odpowiedzi to:
- "Proszę zadzwonić w poniedziałek o 8 rano, bo teraz nie mogę rozmawiać" - potem telefon nigdy nie zostaje odebrany
- "Przykro mi, ale nie mamy miejsc do końca roku"
- "Ja nie zajmuję się narzeczonymi, tylko małżeństwami, proszę dzwonić do pani X" (pani X nie odbiera)

W końcu zaczęłam chodzić do tych parafii w dostępnych dla mnie godzinach otwarcia poradni. Zwykle zastawałam na głucho zamknięte drzwi. Raz spotkałam w niej kogokolwiek - pani akurat prowadziła zajęcia i szczerze przyznała, że przyjmują tylko 4-6 par miesięcznie, jak w większości parafii w Stolycy, więc nie ma terminów w ogóle.

Jest, udało się, mamy termin! Idziemy na pierwsze spotkanie na początku czerwca. Pani ochrzania mnie, że nie mam ze sobą gotowego kalendarzyka, żeby mogła sprawdzić, czy dobrze go prowadzę. No ok. Tłumaczę pani, że nie mówiła, że trzeba, a poza tym, ze względów medycznych, nie stosowałam i nie będę stosowała kalendarzyka, bo nie będzie to miało sensu. Pani się obraziła, wyprosiła nas, bo skoro tolerujemy "antykoncepcję" inną niż naturalna, to nie możemy być prawdziwie wierzący, więc ślub kościelny jest nie dla nas.

Cały czerwiec znowu dzwonię. Zaczęły się wakacje, więc jest tragedia. Panie proponują terminy "No wie pani, jakoś we wrześniu". Spotkań ma być trzy, przypominam, na ogół co miesiąc jedno. Jakoś mnie to nie urządza. Ostatecznie udało mi się... załatwić te spotkania po znajomości. Naprawdę.

Oliwy do ognia dolał mój proboszcz. Musimy donieść różne dokumenty w terminie "nie wcześniej niż" 3 miesiące przed ślubem. W zeszłym tygodniu moja mama zawitała w kancelarii i dowiedziała się przy okazji, że jeśli do tego tygodnia nie przyjedziemy z dokumentami, to zostaniemy wykreśleni z listy i nasz termin przepadnie.

Żeby już nie przeginać, jedziemy - narzeczony może wyłącznie we wtorek, nie ma jak inaczej wziąć wolnego. Kancelaria wtedy nie pracuje. Przedstawiłam proboszczowi sprawę, poprosiłam, czy mógłby przyjąć te dokumenty we wtorek. Okazuje się, że nie i żaden ksiądz nas nie przyjmie tego dnia - mamy przyjechać innego dnia, a jeśli nie, to najwyraźniej nie zależy nam na ślubie. Czeka nas więc maraton: do późnej nocy w pracy (ja) - 200 km do mojej parafii - 8 rano kancelaria - 200 km do Warszawy - o 14 do pracy (narzeczony). Samochodu nie mamy, liczymy na łaskę i niełaskę busiarzy i nocnych pociągów z pięcioma przesiadkami.

Co ciekawe, tak naprawdę ślub można wziąć bez całej tej szopki, a nawet bez bierzmowania, ale to zależy już od dobrej woli proboszcza. I - żeby nie było - to nie jest pojazd po kościele czy wierze, ale po jednostkach, które utrudniają narzeczonym życie.

P.S. Kalendarzyka nie stosuję go ze względów medycznych.

Skomentuj (129) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 238 (Głosów: 448)
Jadę sobie "swoim" Rangerem, mijam Poznań i na poboczu widzę grupkę młodzieży. Plecaki, gitara, ogólny wygląd wskazywał że udają się na sławną skądinąd owsiakową imprezę. Nie mam zahamowań co do autostopowiczów. Sam w latach młodości zwiedzałem w wakacje całą Polskę z zieloną książeczką, płacąc kuponami na lodówkę.

Nie myliłem się, najładniejsza :) zaczyna machać ręką, po zatrzymaniu faktycznie chcą jechać do Kostrzyna. Cel mojej podróży był za naszą granicą, a A2 jeszcze nie oddana do użytku, to mi w zasadzie obojętne czy pojadę przez Kostrzyn czy Świecko. I niestety tu zaczynają się problemy.
Pickup jest duży ale zarejestrowany na pięć osób, a towarzystwa jest osiem. Proponuję by podzielili się na dwie ekipy i czworo zabiorę. Pierwszy raz widziałem jak "zgrana ekipa" rozpada się tak szybko. Kłótnia na żenującym poziomie, wyzwiska, tłumaczenie który jest ważniejszy. Kłótni nie lubię, a czasu mi też szkoda więc wychodzę z kabiny i autorytatywnie mówię - ta, ta, ty i ty, do samochodu i bez dyskusji, bo nie wezmę nikogo. O dziwo wskazani wsiadają bez szemrania, a pozostali bez pożegnania odchodzą. Byłem zdumiony dezintegracją grupy w ciągu 10 min. Wybrałem czwórkę, która najmniej dyskutowała, a wręcz zostali wykluczeni z grupy w pierwszej kolejności.

W czasie podróży okazało się, że byli ekipą ze szkoły, mieli się dobrze bawić, a ten który zapoczątkował pyskówkę uchodził za ich team lidera. Tak okazało się, że jednak nie zależy mu na grupie tylko na własnej wygodzie. Po drodze młodzi zdziwili się, że siwy dziadek nie słucha Połomskiego tylko Acid-ów i Siostry Miłosierdzia, ja się zdziwiłem że nie mają odsprzedać trochę zioła (no przecież tam jadą sami sataniści i ćpuny). A swoją drogą to jaki miał plan dojazdu ten ich lider, bo na pieszo to by nie zdążyli nawet na ostatni koncert.

Skomentuj (21) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 334 (Głosów: 398)

Podziel się pozytywnymi historiami na
WSPANIALI.pl

Piekielni