Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

 

Piekielność naszej służby zdrowia, a raczej biurokracji z nią związanej.

Zajmuję się obróbką metalu i siłą rzeczy trzeba coś od czasu do czasu wyszlifować. Traf chciał, że mimo założonych okularów ochronnych zbłąkany opiłek wbił mi się w oko i nie mogłem go zlokalizować przed lustrem.

Decyzja - idę do okulisty żeby zajrzał i wyciągnął cokolwiek tam siedzi.
U okulisty dowiaduję się że, aby mógł cokolwiek zrobić, potrzebuję skierowania od lekarza rodzinnego. Mogę też jechać na pogotowie okulistyczne do miasta oddalonego o dobre 2 godziny drogi.

Odbyłem więc spacer do przychodni (oko czerwone, boli i ciągle łzawi), odczekałem około 30 minut w kolejce (nikt nie przepuści), po czym już ze skierowaniem wróciłem do okulisty. Opiłek został wyciągnięty w 2 minuty.

I tak sprawa która mogła by trwać 20 minut, trwała 1,5 godziny i wymagała zaangażowania dwóch lekarzy.

Czy tylko ja myślę, że jest tu coś nie tak?

słuzba_zdrowia

Skomentuj (37) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 513 (Głosów: 585)

#65554

(PW) ·
| Do ulubionych
O tym jak zostałam piekielną:

Wybrałam się na basen (niewielki 6 torów + brodzik, żadnej zjeżdżalni). Sobota, względny spokój, przepłynęłam swoje i do szatni. Wchodzę pod natrysk a za mną pakuje się jakiś chłopiec (szatnia damska), olałam go i biorę spokojnie prysznic. Idę się przebierać a za mną do szatni wpada jakieś 20-30 dzieci obojga płci. Już wiem, że będzie ciekawie. Do szafki nie mogę się dostać bo dzieci się przebierają akurat w tym miejscu, na "przepraszam" reakcji żadnej. Jedyna opiekunka nie ogarnia dzieciaków biegających dookoła.

Udało się, wzięłam swoje rzeczy i do kabiny (były tylko 3). Odczekałam swoje. Wchodzę, zamykam się. Po chwili szarpanie za klamkę, na moje 3-krotne "zajęte" zero reakcji, dalej ktoś sobie szarpie w najlepsze. Miarka się przebrała, kiedy chłopiec postanowił wejść mimo wszystko szparą między drzwiami a podłogą (ze 30cm przerwy). Powtórzyłam swoje "zajęte" podniesionym tonem (chyba nie każdy lubi jak jakiś 8-9 latek ogląda jego gołe dupsko). Pani (nauczycielka? mama?) wreszcie zainteresowała się podopiecznym, bo zaczęła jechać mnie przez zamknięte drzwi, że wydzieram się na tak malutkie dziecko.

I pytanie do was drodzy piekielni, czy można wymagać od 8-9 letnich dzieci chociażby tego, żeby zrozumiały znaczenie słowa "zajęte" i przy zamkniętych drzwiach nie próbowały wchodzić na siłę, bo ktoś jest w środku? Czy rzeczywiście mam zbyt wygórowane oczekiwania?

pływalnia miejska

Skomentuj (26) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 584 (Głosów: 646)

#65516

(PW) ·
| Do ulubionych
Nie wiem czy ktoś już o tym pisał tu na forum, ale ja się z tym wcześniej nie spotkałem więc wrzucam jako ostrzeżenie.

Więkoszość z Was zapewnie zna przekręty z zakupem samochodu z zagranicy, gdzie trzeba pokryć koszty transport, a po wpłacie pieniędzy po samochodzie ani po sprzedającym ani śladu. Ostatnio natknąłem się na wersję tego oszustwa, ale tym razem z wynajmem mieszkania.

Zazwyczaj odbywa się to tak: ktoś oglasza się, że ma mieszkanie do wyjnajęcia (długoterminowo). Następnie pisze, że mieszkanie wynajmuje gdyż służbowo wyjechał do ... (wstaw sobie jakiś kraj). W celu bezpiecznego przeprowadzenia transakcji, wybrał agencję nieruchomości. Jeśli będziesz chciał obejrzeć mieszkanie, to oczywiście jest taka możliwość, tylko musisz wcześniej dać znać. Jest tylko jedno ale – agencja nieruchomości wymaga wpłacenia dwumiesięczengo depozytu, który będzie oczywiście zwrócowny, jeśli nie zdecydujemy się na wynajem.

No cóż, już to wpłacanie z góry powinno nam dać do myślenia, jednak sprawdzenie w internecine wskazaniej agencji zwróci nam całkiem przekonujący rezultat. Firma istnieje i ma się dobrze.
Na czym więc przekręt polega?

Wskazana agencja nieruchomości zajmuje się wynajmem domów i mieszkań "na wakcje" (krótkoterminowo). Ludzie, którzy chcą wynająć swoje mieszkanie na np. weekend, robią to przez tą właśnie agencję. I wtedy oszust wkracza do akcji – organizuje oglądanie mieszkania w terminie, w którym mieszkanie jest dostępne, potem wynajmuje je od agencji, dostaje klucze itd. Następnie spotyka się ze swoją "ofiarą" w mieszkaniu (jako przedstawiciel Agencji), podpisuje długoterminową umowę i bierze depozyt. I znika... (Czytałem też, że niektórzy zakładają lewe strony do dokonania płatności, żeby wyglądało "bezpieczniej", oraz że zakładają fałszywe konta na stronie agencji).

Proceder ten znany jest w UK, jednak pojawiał się też w innych częściach Europy.

Więc jeśli planujecie wynająć mieszkanie za granicą np. w UK lub Niemczech, bo jedziecie tam do pracy, to bądźcie czujni...

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 265 (Głosów: 301)
Córka kuzynki dostała na komunię tablet. Prezent składkowy od rodziców, dziadków i chrzestnych, bo tablet z gatunku lepszych. Mała nie nacieszyła się długo podarunkiem.

Dorośli siedzieli przy kawce w salonie, kiedy rozległ się huk i płacz małej. Wszyscy lecą do jej pokoju, a tam na podłodze leży tablet z rozbitym w drzazgi wyświetlaczem, totalna demolka. Bohaterka dnia zalewa się łzami, inne dzieci stoją struchlałe, jedna tylko dziewczynka, kuzynka małej, stoi z dumną i pewną siebie miną. Cóż ona zrobiła? Ano walnęła tabletem kuzynki o kant biurka. Bo ona rok wcześniej na komunię dostała "tylko" laptopa (+ pierdyliard innych drogich gadżetów, ale bez tabletu). Więc skoro ona nie dostała, to Basia też nie będzie miała!

Cóż, powiedzieć, że dom zatrząsł się od wrzasków, to mało. Kiedy skończyła się cała akcja, to nie Basia płakała, ale jej niszczycielska kuzynka. Nie wiem, czy z żalu, że popsuła kuzynce tablet, czy z wściekłości, że nie pojedzie w wakacje na wymarzony obóz. Rodzice destruktorki bowiem karę wymierzyli od razu. Dziewczynka miała jechać w sierpniu na dwutygodniowy obóz, oczekiwany i wyśniony. Koszt obozu to pi razy oko cena zniszczonego tabletu. Rodzice więc, zamiast posłać swą zdemoralizowaną pociechę na obóz, opłacili nowy tablet, bo zniszczony na pewno się do naprawy nie nadawał.

Szczerze mówiąc, cała rodzina była zdziwiona tak surową karą, bo dotąd dziewczynce pozwalano na wszystko. Ale jak widać, przebrała się miarka. Wiem od kuzynki, że od tamtej akcji rodzice przestali pobłażać swej rozpuszczonej jedynaczce.

tablecik

Skomentuj (48) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 835 (Głosów: 911)

#65466

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia, którą usłyszałam, utwierdziła mnie, że ludzie są znacznie gorsi niż zwierzęta.

Rzecz dzieje się na terenie niewielkiej gminy na Podlasiu, w szkole podstawowej. Na lekcji panie nauczycielki zauważyły, że jedno z dzieci ma problemy z poruszaniem się. Rozmawiały z nim ale dziecko bardzo się bało cokolwiek powiedzieć. Jednak po dłuższej chwili dało się namówić na częściowe zdjęcie spodni i oczom pań ukazał się makabryczny widok: całe ciało pobite, wszędzie siniaki. Panie natychmiast zawiadomiły policję oraz pogotowie. Chłopiec był przestraszony ale powiedział, że mamusia wraz z konkubentem przywiązywali go i jego dwie siostrzyczki do mebli po czym tłukli. Oboje zostali zabrani do aresztu, a dzieci trafiły do babci.

Najgorsze w tym wszystkim jest to, że matka zamiast bronić dzieci pozwalała obcemu fagasowi je bić i jeszcze sama to robiła, a gdy sprawa się wydała wszystkiego się wyparła, mówiąc, że to dzieci zmyślają. Mam nadzieję,że w więzieniu dostaną zasłużoną karę.

Paniom nauczycielkom gratulacje za udzielenie pomocy dzieciom i szybką reakcję, dzięki czemu dzieci uwolniły się z tego piekła.

Pamiętajmy, nie bądźmy obojętni na krzywdę innych zwłaszcza dzieci, bo one same się nie obronią, a już wystarczająco dużo umarło przez złe traktowanie.

mała wieś

Skomentuj (38) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 491 (Głosów: 581)

#65454

(PW) ·
| Do ulubionych
Sytuacja opisana przeze mnie w mojej poprzedniej historii jest tylko jedną z wielu piekielności, które spotkały mnie ze strony policji, a raczej policjantki prowadzącej śledztwo. Tę historię zamieszczam, gdyż może ktoś znajdzie się w podobnej sytuacji (choć nikomu takiego traktowania nie życzę) i będzie mógł uniknąć wielu rzeczy.

Moja "przygoda" zaczęła się w 2014 r. Od 29 października przebywałam w domu rodzinnym (290 km od miasta, w którym studiuję). Później od współlokatorów dowiedziałam się, że 30 października odbyło się przeszukanie i zarekwirowanie wszelkich sprzętów elektronicznych znalezionych w mieszkaniu, gdzie wynajmowałam pokój. 31 października w godzinach popołudniowych odebrałam połączenie od numeru zastrzeżonego. Okazało się, że dzwoniła do mnie policjantka prowadząca śledztwo. Rozmowa przedstawiała się mniej więcej tak:

[P]olicjantka: Dzień dobry, Piekielna, Komisariat Piekielny, zapewne znane już pani nazwisko.
[J]a: Nie, pierwszy raz słyszę to nazwisko i nie rozumiem skąd miałabym je znać.
[P]: Wie pani, nie chciałabym do pani domu rodzinnego wysyłać funkcjonariuszy policji, więc niech pani doceni moją inicjatywę, zapraszam panią na przesłuchanie na poniedziałek.
[J]: W poniedziałek jestem jeszcze nieobecna.
[P]: Zatem wtorek. Jest pani młodą osobą i szkoda byłoby gdyby w takim wieku sobie coś przegrzebać, więc naprawdę niech pani doceni moje działania.
[J]: Może by mi pani chociaż powiedziała w jakim charakterze jestem wezwana?
[P]: Na razie jako świadka, więc też proszę to docenić.
[J]: To może mi pani łaskawie powie, gdzie mam się stawić?
[P]: Ach, tak. Komisariat X, piętro x, pokój x.

Na przesłuchaniu 4 listopada dowiedziałam się, że sprawa dotyczy przestępstwa internetowego zgłoszonego przez kobietę, której imię i nazwisko pierwszy raz w życiu słyszałam. Ktoś włamał się na jakieś jej konta i szantażował ją. Przestępstwo zostało popełnione w wakacje 2013 roku, czyli dokładnie wtedy kiedy przebywałam w domu rodzinnym. Ponoć obecna sieć internetowa znajdująca się w mieszkaniu, gdzie wynajmowałam pokój była z tą sprawą powiązana. Zresztą nie tylko obecna, lecz poprzednia z czasów, kiedy tam jeszcze nie mieszkałam. Warto podkreślić, że nie korzystałam z tych sieci, gdyż miałam inne źródło dostępu do internetu.

Policjantka zażądała ode mnie wydania mojego telefonu komórkowego i laptopa. Laptop w tym czasie przebywał w serwisie, gdyż oddałam go na gwarancję z powodu wady fabrycznej. Policjantce wydało się to bardzo podejrzane. Zresztą jej nastawienie do mnie, nim jeszcze ze mną rozmawiała. było negatywne. Jeśli chodzi o telefon to był to jeden z tych, które mogą łączyć się z siecią internetową przez wifi, dlatego miałam go oddać. Na nic zdało się tłumaczenie, że został on zakupiony w lutym 2014 roku, czyli pół roku po popełnieniu przestępstwa. Zostałam przez policjantkę zastraszona, że muszę oddać telefon, że jeśli tego nie zrobię będę mieć kłopoty. Jeśli nie oddam go dobrowolnie to policjantka naśle na mnie innego funkcjonariusza, który odbierze mi te rzeczy siłą. Gdybym wtedy posiadała te informacje co dziś, za nic bym telefonu nie oddała. Jednak było to moje pierwsze przesłuchanie, nie wiedziałam wielu rzeczy, byłam zastraszona i przetrzymywana przez ponad 4 godziny.

Niestety telefon oddałam. Policjantka nie pozwoliła mi zachować karty SIM, ale łaskawie miałam szansę spisać potrzebne numery. Dopiero na tym przesłuchaniu dowiedziałam się, że w moim pokoju odbyła się rewizja i to nie z informacji wprost, lecz musiałam rozpoznać, które rzeczy są moje. Zbyt wiele nie zabrali: płytkę cd i pendrive'a.

Jeśli chodzi o samo przeszukanie. Nie byłam podczas niego obecna, lecz to co zastałam po powrocie to jedna wielka masakra. Panowie policjanci myśleli, że chowam coś w łóżku. Łóżko nie było w zbyt dobrym stanie, a po ich gwałtownym rozłożeniu prawie nie nadawało się do użytku. Pościel, która leżała na łóżku po przeszukaniu była rozrzucona na podłodze. W pokoju miałam opakowanie rękawic gumowych kupionych za pieniądze mojej grupy ćwiczeniowej. Były nam niezbędne do wykonywania doświadczeń podczas ćwiczeń laboratoryjnych. Okazało się, że panowie policjanci nie posiadali swojego sprzętu więc przywłaszczyli sobie moje rękawice i ten fakt, oczywiście, nie został nigdzie odnotowany.

Jeśli chodzi o losy mojego telefonu. Myślałam, że nie zajmie to zbyt wiele czasu, więc pożyczyłam nieużywany numer znajomego i doładowywałam go małymi kwotami, tak by mieć kontakt z moimi bliskimi. Niestety był przetrzymywany na tyle długo, że musiałam wyrobić duplikat karty SIM, aby nie stracić środków z konta. Wykupione przeze mnie promocje, których zawsze używam, przedawniły się.

16 grudnia 2014 r. policjantka wydała postanowienie, na mocy którego wszystkie moje rzeczy nie zostały dalej uznane za dowody w sprawie. Nic na nich nie znaleźli. Zadzwoniłam, żeby dowiedzieć się kiedy mogę odebrać rzeczy: tydzień po uprawomocnieniu wyroku, czyli jeśli osoby, które otrzymały pisma nie złożą zażalenia w przeciągu tygodnia od odbioru pisma. Wszystkie osoby podawały adres z tego samego miejsca.

Po miesiącu dalej nie miałam żadnej informacji. Zadzwoniłam ponownie. Policjantka wciąż nie dostała wszystkich potwierdzeń.
Kolejny telefon po 2 tygodniach, pani policjantka jest na 2 tygodniowym urlopie. Telefon do naczelnika: okazuje się, że no jest 2-3 dni po terminie, gdzie te rzeczy powinny być odebrane, ale bardzo prosi żeby poczekać aż pani wróci z urlopu.

Po tygodniu telefon do policjantki: ta sama informacja, co miesiąc wcześniej. To już była jakaś parodia. W końcu 27 lutego 2015 roku byłam odebrać moje rzeczy. Nie dostałam żadnego potwierdzenia odbioru (uwagę na to zwróciłam dopiero po fakcie). Złożyłam zeznania na temat poniesionych przeze mnie kosztów. Komentarz policjantki "ale jakie koszty niby pani przez to poniosła?!". Po 1,5 tygodnia dostałam odpowiedź wprost z prokuratury: poniesione przeze mnie koszty nie są uznawane za spowodowane prowadzeniem postępowania.

Sprawa laptopa. Mój laptop miał taką wadę, że zawędrował, aż do Niemiec. Miał uszkodzoną obudowę i wadę dysku twardego, wszystkie części zostały wymienione na nowe, na co miałam potwierdzenie. Z przesłuchania przez policjantkę dowiedziałam się, że chodzi głównie o dysk twardy, aby biegły mógł odzyskiwać z niego zdjęcia i inne rzeczy.

Kiedy wypytywałam policjantkę o zwrot telefonu, ona wypytywała mnie co z moim laptopem. Dostałam wezwanie na 26 stycznia 2015 r. na przesłuchanie celem oddania laptopa. Tak się złożyło, że miałam wtedy egzamin. Poinformowałam o tym policjantkę telefonicznie. Wyraziła wielkie oburzenie, że egzamin jest dla mnie ważniejszy niż przesłuchanie i kazała mi donieść jej pisemne usprawiedliwienie nieobecności. W czasie odbioru mojego telefonu zaniosłam pismo z serwisu, mówiące o tym, że mój laptop ma nowy dysk. Pani policjantka zaczęła kręcić nosem, że coś z tym papierkiem jest nie tak, no ale dołączy go do akt. Wręczyła mi kolejne wezwanie na 9 marca 2015 roku.

Stawiłam się wtedy oczywiście bez laptopa. Pani bardzo oburzona, że oni dalej KONIECZNIE POTRZEBUJĄ tego laptopa i skoro odmawiam oddania, to ona przesyła sprawę do prokuratury i dostanę stosowne pisma. Złożyłam zatem zeznania, że laptopa już nie posiadam, gdyż go sprzedałam. Pani stwierdziła, że i tak ta sprawa idzie do prokuratury.

Wczoraj, tj. 19 marca dowiedziałam się od sąsiadki, że 18 marca w czasie, kiedy przebywałam na zajęciach, policja próbowała dostać się do mojego aktualnego miejsca zamieszkania. Nie zastała nikogo, więc zaczęła wypytywać sąsiadów czy z mojego mieszkania nie ma przypadkiem jakiejś tajnej drogi ucieczki.
Zatem spodziewam się kolejnego przeszukania.

Ostatnia sprawa, którą opiszę: kompetencja policjantki. Pisma, które od niej otrzymywałam zawierały więcej błędów ortograficznych, interpunkcyjnych, logicznych i składniowych niż zeszyt dziecka z wczesnych klas podstawówki. Np. "nr.", "zwrócić OSOBĄ uprawnionym" czy brak przecinków przed "który, która, które" etc. Co więcej, kiedy czytałam składane przeze mnie zeznania nie było lepiej. Spotykałam takie kwiatki jak: "internatowa" zamiast "internetowa"; "MIAŁEM" zamiast "miałam", że o zmienianiu kontekstu moich słów nie wspomnę. Oczywiście, kiedy zwracałam uwagę na takie rzeczy, pani policjantka patrzyła na mnie spod byka i jedyny tekst na jaki się zdobyła to: "nie słyszałam, żeby pani mówiła, że w tym miejscu mam postawić przecinek. To są zeznania a nie dyktando."

Jestem świadkiem w sprawie, o której praktycznie nic nie wiem, a jestem nękana gorzej niż niejeden podejrzany.

Skomentuj (34) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 358 (Głosów: 506)

#65441

(PW) ·
| Do ulubionych
Trafiłam dziś na historię #65420 o żenująco niskich płacach i przypomniała mi się oferta, jaką dostałam w okolicach lutego.

Kończę studia na pewnym filologicznym kierunku i zajmuję się tłumaczeniem tekstów. Znajomi o tym wiedzą, więc podsyłają mi często innych swoich znajomych, jeśli ktoś ogłasza, że szuka tłumacza.

Dla ścisłości: tłumacze profesjonalni, zatrudnieni lub prowadzący własne biura tłumaczeń, pobierają stawkę od strony. W języku, w którym ja pracuję, owa stawka oscyluje wokół 40zł za stronę. Pobieranie niższych opłat często spotyka się z krytyką środowiska tłumaczy, gdyż jest to poniekąd "psuciem" rynku, choć amatorzy oczywiście mają własne ceny, odpowiednio podyktowane doświadczeniem i jakością warsztatu.

Zgłosiła się do mnie koleżanka, że jej znajoma opublikowała rozpaczliwy post na Facebooku, prosząc o polecenie tłumacza-amatora. Napisałam do niej ze standardowymi pytaniami: dziedzina, rodzaj tekstu, ilość stron etc. Odpowiedź: opracowania i artykuły naukowe z zakresu psychologii, około 120 stron. Do przetłumaczenia w dwa tygodnie. Język dość charakterystyczny, wymagałoby to poświęcenia długiego czasu, pracy ze słownikami etc.

Jako nigdzie niezrzeszony amator zaczęłam kształtować swoją stawkę wokół 25zł, bo jednak niedużo czasu, bo jednak opracowanie akademickie, a nie jakaś tam gazetka, no i okazało się, że to materiały do pracy magisterskiej, czy nawet doktorskiej. Ale dziewczyna nie mówiła nic o cenie, więc ja pierwsza spytałam na jaką stawkę jest przygotowana. Odpowiedziała najpierw wymijająco, że niewiele mają pieniędzy, bo studentki, i tak dalej. Oczywiście rozumiem, pożegnałam się z solidnym zastrzykiem gotówki, pomyślałam - niech mi tam, zrobię to za 10zł (!) od strony, trzeba sobie pomagać.

Naiwność.

Spytałam jeszcze raz - ile możecie zaproponować.

Odpowiedź - Do 300zł. :)

300zł za 120 stron tłumaczenia specjalistycznego języka w celach naukowych.

Pośmiałam się i życzyłam powodzenia, bo za taką cenę nie zrobiłby tego żaden jeleń, a co mówić poważny człowiek który ręczy za jakość swojej pracy.

No cóż...

tłumacze i tłumaczenia

Skomentuj (17) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 370 (Głosów: 428)

#65465

(PW) ·
| Do ulubionych
Siedzę właśnie w autobusie. Za nami stoi karetka na sygnale. Stoi już tak od paru minut. Dlaczego kierowca jej nie przepuści spytacie? Ponieważ znajdujemy się na terenie miasta Łodzi. Kto tu mieszka ten wie. Łódź buduje trasę w-z, w związku z czym połowa miasta jest rozkopana i naprawdę nie ma gdzie zjechać. Środkiem ogromnego wykopu czyli aleją Mickiewicza/Kościuszki biegnie wąski wydzielony pas dla pojazdów, a z obu stron trwają roboty drogowe.

Nie jest piekielnym kierowca autobusu, ani kierowcy innych pojazdów. W tym wypadku jak sądzę piekielnymi są włodarze miasta, którzy doprowadzili do paraliżu jednej z głównych arterii miasta na niemal całym jej odcinku, oraz kierowca karetki, który wiedząc, że już od niemal dwóch lat trasa ta jest jednym wielkim korkiem, właśnie ją wybrał do "ratowania życia".

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 283 (Głosów: 401)

#65463

(PW) ·
| Do ulubionych
Wczoraj wieczorem stałem w kolejce do budki z kebabem w centrum Krakowa. Przede mną obsługiwana była parka w stylu "dresik i jego dziunia". Zamówili kababa i zapiekankę za kilkanaście złotych, chłopak zapłacił banknotem 20 zł, dostał niewielką resztę. Z tego co widziałem dostał kilka 10, 20 groszówek i trochę "miedziaków". To mu się chyba nie spodobało. Podniósł monety z tacki, oburzonym tonem powiedział:

- Co mi tu dajesz, takiego gówna nie opłaca mi się nosić!

Po czym zamaszystym ruchem wyrzucił te monety za siebie. Wzięli kebaby, odeszli, dokąd nie skręcili w boczną uliczkę słychać było jak synek przeżywa "ale tą babę zgasiłem", a dziewczyna wtóruje mu piskliwym śmiechem.

Jak tak można?

brak kultury

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 329 (Głosów: 439)

#65461

(PW) ·
| Do ulubionych
Jestem dość zirytowana. Z kilku powodów.

Zdarzało mi się dzielić stancję z parką za ścianą (w tym samym bloku co obecnie). Para seks uprawiała, na co wskazywały paczki prezerwatyw we wspólnej łazience, pomimo to przez rok nie usłyszałam ani jednego "podejrzanego odgłosu".

Po jakimś czasie zamieszkałam z dziewczyną za ścianą, sporo młodszą. Okazało się, że nadprogramowym lokatorem jest jej chłopak, chłopak który potrafi pomieszkiwać u nas od czwartku do niedzieli. Ma tu część swoich kosmetyków i garderoby, uwielbia codzienne prysznice, korzystanie z wspólnej pralki i nie kala się sprzątaniem.

Jednak co mnie najbardziej wkurza, to ich conocne rżnięcie za ścianą. Serio, są tak głośno że jestem w stanie się obudzić z powodu tego hałasu o 2 w nocy. A nie jestem fanką pornosów, odgłosów klaskania pośladkami i innych jęków czy wyć.

Ja rozumiem że para, że krew buzuje i w ogóle. Ale wydaje mi się, że moja obecność za cienką ścianą w ogóle im nie przeszkadza. Prawdę mówiąc wkurza mnie to dużo bardziej niż sama obecność kolesia w mieszkaniu. Wskazuje to na brak szacunku wobec mojej osoby, która ma ochotę w nocy się wyspać i nie musieć zmuszać się do odbioru narządem słuchu Animal Planet na lajfie.

stancja

Skomentuj (33) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 249 (Głosów: 519)

Podziel się pozytywnymi historiami na
WSPANIALI.pl

Piekielni