Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

 

#78059

(PW) ·
| Do ulubionych
Dla mnie jest to piekielne.

Mam dość sporą kolekcję gier planszowych i karcianych. Takich dla dzieciaków/imprezowych po bardziej skomplikowane.

Na święta przywiozłam kilka gier, tak żeby pograć z bratem (11 lat), wzięłam raczej gry "edukacyjne", ażeby młody się czegoś nauczył.
Przyjechała nasza kuzynka (9 lat), no i razem z nimi "grałam" w "bystrzaka" - jest literka i temat i trzeba znaleźć odpowiednie hasło, np. temat: zwierzęta, literka: B i odpowiedź: np. baran. Wszystko fajnie.

Przychodzi ciotka - matka kuzynki. No i pyta się co robimy, dopytuje się o grę. I co? Zaczyna podpowiadać kuzynce. Zwracam jej uwagę, bo nie o to chodzi w grze. Dzieciak ma ruszyć głową. Przyznam, że sama też im podpowiadałam, ale obojgu i w taki sposób, aby zmusić ich do myślenia. Nie podawałam podpowiedzi na tacy.
I tłumaczenie, że ona jest młodsza jest co najmniej bez sensu. To, że ktoś jest młodszy nie oznacza, że trzeba dawać mu wygrywać. Na koniec jeszcze oczywiście usłyszałam jaka to kuzynka jest mądra, bo wygrała.

Oszustwem i faworyzowaniem!

faworyzacja

Skomentuj (16) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 197 (Głosów: 225)

#78020

(PW) ·
| Do ulubionych
O parkowaniu. Moje osiedle, podobnie jak inne, cierpi na brak porządnego parkingu. Trzy wieżowce, kamienice, trzy nieduże parkingi, samochodów tyle, że niedługo będą parkować na dachu. Z tego powodu kierowcy parkują gdzie tylko jest miejsce, chodniki i trawniki są regularnie zawalone.

Jestem w stanie to zrozumieć i nie mam do nikogo pretensji, jednak ostatnio ktoś przegiął pałę. Chciałam wyrzucić śmieci i nie mogłam tego zrobić. Śmietniki są u nas schowane w zamykanym na klucz pomieszczeniu gospodarczym, obok wejścia do budynku. Jakiś kierowca "genialnie" zaparkował na chodniku, blokując całkowicie dostęp do drzwi - dało się je uchylić może na 10 cm. Pomysłowi mieszkańcy mojego bloku zaczęli kłaść worki obok auta, ktoś był nawet na tyle "uprzejmy", że wysypał zawartość swojego worka na samochód.

Niedługo później właściciel przeparkował swój samochód, zostawiając po sobie niezły bałagan.

Miejsca parkingowe

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 127 (Głosów: 145)

#78011

(PW) ·
| Do ulubionych
Nie będę oszukiwał i powiem, że zachęcony główną (#77960) postanowiłem podzielić się z wami jeszcze kilkoma "eskejpowymi" historyjkami. Tym razem będzie o złośliwości niektórych klientów.

To, że ktoś zrobi niezły bałagan w pokoju to właściwie norma i nie mam prawa mieć tego komuś za złe. Ot, pewne rzeczy się poprzestawia, poprzekłada rekwizyt albo porozkłada w różnych miejsca klucze czy kłódki. Zwykle nie ma problemu, a nawet jak któryś klucz się zgubi, to można go po pewnym czasie znaleźć albo zrobi to inna grupa (może to mało profesjonalne, ale informuję o tym, że jakby znaleźli coś, to prosiłbym o info). Zwykle uporządkowanie nawet ostro poprzestawianego pokoju, no chyba że coś się zepsuje, nie trwa dłużej niż piętnaście minut. Problem się zaczyna, kiedy ktoś w sposób zorganizowany mi moją pracę utrudnia...

1. Grupa nie wyszła z pokoju, a zaraz po tym, jak ich otwarłem, bardzo szybko zwinęła się z lokalu. Dla mnie świetnie, więcej czasu na uporządkowanie przed następna grupą, a nawet możliwość zjedzenia czegoś! O ja naiwny... Kiedy wszedłem do pomieszczenia, rzuciło mi się w oczy, że wszystkie kłódki z hasłami cyferkowymi są pozamykane na szafkach/skrzynkach, co niby mogłoby mi utrudnić, ale kiedy pracuje się ponad 4 miesiące, wszystkie kody zna się na pamięć. Tak, dobrze myślicie: zmienili kody do każdej z tych kłódek. Sparaliżowało mnie totalnie, następna grupa za 30 minut, a ja mam do otworzenia 7 kłódek! W dodatku dotarło do mnie, że w tych szafkach i skrzynka pozamykali też klucze... Normalnie powinienem zadzwonić do nich, pośmiać się i poprosić (sic!) o podanie kodów. Duma mi nie pozwoliła i wziąłem się za otwieranie na wyczucie tych kłódek, które nie były atestowane. Wszystkie trzy miały kod w stylu -6-6-6- tylko zmieniała się ilość szóstek. Drogą dedukcji zastosowałem je na tych atestowanych, gdzie jednym sposobem otwarcia bez kodu byłaby szlifierka kątowa. Też zaskoczyły! Kiedy ochłonąłem i wprowadziłem grupę, skrupulatnie spisałem sobie imiona i nazwiska członków poprzedniej grupy i wpisałem na czarną listę (dotąd były na niej głównie ekipy alkoholowe). Szef niestety nie pozwolił na SMS-a do tych satanistów, gdzie triumfalnie obwieściłbym wygraną...

2. Innym razem miałem (nie)przyjemność spotkania się z grupą o zacięciu artystycznym, w stylu Banksy'ego. W tym wypadku puszki ze sprayem zamieniono na markery, a płótnem był escape room. Akurat w tym pokoju było dużo zdjęć i portretów... I każda postać dostała pięknego i zamaszystego wąsa. Boss pociągnął ich do jakichś tam kosztów, a mi pozostało zmyć co się dało... A i tak kilka panienek na jednym z obrazów ma hitlerowskie wąsiki. Sztuka nowoczesna, nie?

escape_room

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 109 (Głosów: 141)

#78004

(PW) ·
| Do ulubionych
Jak już wspominałam w tej historii: http://piekielni.pl/67576, lubię sobie dla rozluźnienia poczytać pudelka. Zdarza się, że oprócz typowych ploteczek o celebrytach serwis ten publikuje różne inne nowiny ze świata. Dwa dni temu czytelnicy mogli przeczytać o włoskiej pielęgniarce, która przez pół roku udawała, że szczepi niemowlęta, dokumentację medyczną fałszowała, a szczepionki wylewała z fiolek.

Ten artykuł skłonił mnie do zastanowienia się czym ten przypadek różni się od tzw. klauzuli sumienia, którą tak chętnie zasłaniają się różnej maści ginekolodzy i aptekarze. W końcu wyżej wspomniana pani też kierowała się jakimiś pobudkami – może miała własną „klauzulę sumienia”, a może była jedną z tych zwichrowanych kobiecin, które w szczepieniach upatrują wszelkich alergii, anemii, autyzmu i burzy piaskowej w północnej Libii.

I wiecie do jakiego doszłam wniosku? Że, cholera, nie chcę, żeby zajmujący się mną lekarz lub aptekarz miał klauzulę sumienia, poglądy lub zwichrowania. Nie chcę, żeby odmówił lub fałszował zabiegi medyczne, bo ma jakieś poglądy albo klauzula sumienia mu nie pozwala. Mógł się zastanowić nad swoim sumieniem przed rozpoczęciem studiów medycznych. A jak poglądy mu nie pozwalają na ratowanie czyjegoś zdrowia lub życia, to niech spieprza sprzedawać brokuły na straganie. Tam na pewno się przyda. Bo dobry lekarz to, według mnie, osoba z chłodnym i obiektywnym podejściem do pacjenta i jego przypadłości.

Co do głównej bohaterki tej opowieści – ciekawe, czy przez te pół roku swej „działalności misyjnej” zastanowiła się na jakie choroby i problemy skazuje niemowlęta i ich rodziców. Mam nadzieję, że dostanie wysoka karę.

pudelek

Skomentuj (52) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 173 (Głosów: 285)

#77999

(PW) ·
| Do ulubionych
Piekielne przejście dla pieszych.

Naprzeciwko mojego bloku znajduje się fajny plac zabaw, składający się z placyku dla małych dzieci, boiska do piłki nożnej/koszykówki, mini-skateparku oraz miasteczka drogowego. Blok od placyku oddziela jezdnia, ostatnio remontowana. I właśnie podczas tego remontu postanowiono wytyczyć przejście dla pieszych, prowadzące wprost na placyk. Idea chwalebna, bo ulica dość ruchliwa (łączy dwie główne, równoległe ulice X i Y, ruch zatem na niej spory). Przejście wygląda następująco: nie ma pasów ani żadnego innego oznakowania na jezdni, od strony ulicy X widnieje znak "przejście dla pieszych" - nieco osłonięty bujnymi gałęziami drzewa, przy którym go postawiono, no ale jest, od strony ulicy Y natomiast nie ma nic.

Kierowcy jadący z kierunku Y do X nie mają pojęcia, że w tym miejscu znajduje się przejście dla pieszych. Nieraz widziałam zdezorientowane dzieciaki lub matki z wózkami, bezskutecznie próbujące przejść na drugą stronę.
Kierowcy jadący od strony X widzą znak, zatem hamują, kierowcy jadący w przeciwnym kierunku czasem tak (bo widzą, że ten z naprzeciwka hamuje), a czasem nie, bo w sumie z jakiej racji mają przepuszczać pieszych w miejscu (według nich) nieoznakowanym. Kwestią czasu jest tylko, że jakiemuś dziecku stanie się krzywda. Spółdzielnia umywa ręce, bo to "miasto robi", w urzędzie dzielnicy nikt nic nie wie...

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 72 (Głosów: 90)

#77996

(PW) ·
| Do ulubionych
Jako studentka pracowałam w jednym z większych supermarketów w Polsce, gdzie kupisz wszystko - od mydła po meble ogrodowe. Dziś ten market istnieje pod innym szyldem. Dziś postanowiłam się podzielić z wami moimi piekielnymi klientami.

1. Niedziela - ulubiony dzień na zakupy rodzin z dziećmi. Ogółem głośno, chaos, piski, płacz - wszystko męczy, głowa pęka. I zjawia się Ona - pani lat ok. 50. Kasuję jej produkty, podaję kwotę. Pani jedną ręką wspiera się pod bok, tupie (dosłownie) nogą i pyta:
P: No i?
Takiego pytania jeszcze nie miałam, pozostało mi wydukać jakieś Yyyy?
P: Kto za to teraz zapłaci? He?

Otóż pani rozpętała mi awanturę, że na pewno policzyłam jej za dużo, a ona za taką kwotę zakupów nie zrobiła. I ona nie zapłaci. Na taśmie leżą kosmetyki, po kilkanaście złotych sztuka i mnóstwo innych rzeczy. Mówię jej, że na pewno się nie pomyliłam. Ona żąda, aby pokazać paragon. Nie mogę gdyż paragon drukuje się po zatwierdzeniu płatności. Chce paragon, ale nie zapłaci i tak w kółko. Klienci już zniecierpliwieni, kolejka tworzy się coraz dłuższa. Tłumaczę, że jak zapłaci, wydrukuję jej paragon, a jeżeli się pomyliłam w informacji zwrócą jej pieniądze. Po wielu fochach kolejka rusza dalej, ale Ona nie odchodzi. Bierze paragon, wyciąga okulary i z kwadrans lustruje każdą pozycję, mrużąc oczy i patrząc przy tym na mnie. Zajmuje miejsce klientom, nikt nie może wygodnie spakować swoich zakupów. W końcu odchodzi. Po upływie pół godziny.

2. Matka, ojciec i synek. Ubrani w firmowe ciuchy, wiadomo hajs się w tej famili zgadza. Zakupy typowo do firmy/biura: kilkanaście kaw, śmietanek, cukrów, herbaty, spinacze, papier, segregatory itd. Pan każde kasować wszystko pojedynczo, dla mnie uciążliwe, dłużej to trwa, ale ruch niewielki, klient nasz pan.

Skanuję, a pan zatrzymuje mnie po chwili, do ręki daje piłkę Nike, kasować i lecieć dalej. Za moment to samo - stop, daje do ręki spodenki Adidasa, po kilkunastu produktach koszulkę sportową. Wszystko dla syna. Pan zapłacił, pyta o wystawienie faktury. Mówię, że w informacji. Bierze paragon do ręki, długi jak litania i rechocze pełnym zadowolenia głosem zwracając się do żony:
- Patrz Marycha, jaki paragon, ta ślepa księgowa znów się nie dopatrzy fantów dla młodego.

Syn ubrany na koszt firmy, taaa daaaam!

3. Klient płaci za zakupy 200 zł. Szczerzy się przy tym jakby wygrał na loterii. Pyta:
K: Dużo co?
Ja: No spore zakupy.
K: Pewnie się nie trafiają pani tacy klienci, co płacą tak dużo, no nie? Wypina dumnie przy tym pierś, jakby oczekiwał orderu za wydanie takiej kwoty.
Żal mi było komentować, że co piąta osoba wydaje tu na samą spożywkę około 500 zł...

4. Tatuś z synem na zakupach. Wybrali młodemu zestaw klocków Lego.
Tatuś: To teraz zapłać pani za zakupy.
Mały unosi coś nad głowę i zanim zdążyłam zareagować z impetem na taśmie rozbija świnkę skarbonkę. Syf naokoło, monety wszędzie. Ja przeliczam 200 zł w monetach 5 zł. Ojciec z synem wychodzą szczęśliwi ze sklepu. Ja w szoku sprzątam taśmę i stanowisko pracy, żeby inni się nie pokaleczyli o odłamki skarbonki.

5. Zasada: jeżeli nie robisz zakupów w sklepie należy wyjść przez bramki, którymi się wchodzi do sklepu, koło stanowiska ochrony. Taka zasada. Kasjerzy mają prawo nie przepuścić i żądać wyjścia ze sklepu koło ochrony.

Sobota wieczór, ulubiona pora okolicznej patologii. Tatuaże, brak zębów, palców, brudni. Wchodzą, wychodzą bez zakupów przez moją kasę. Czmychnęli tak szybko, że nie zdążyłam nic powiedzieć. Po kolejnej godzinie to samo. Za trzecim razem wyszli przez inną kasę. Gdzie piekielność? Otóż panowie ściśle obejmowali rękami swoje kurtki u dołu. Pewnie, żeby nie wypadły im towary, które wynosili ze sklepu. Za każdym razem polowali na kasjerkę która jest nowa/młoda/taka która przestraszy się ich wyglądu. Nigdy nie wychodzili przez kasy starych pracowników.

6. Tym razem bardziej smutno i przygnębiająco. Tą klientkę będę mieć w pamięci całe życie. Poranek należał zakupowo do osób starszych. Podchodzi do mnie siwa babinka, płaszcz chyba pamięta jeszcze wojnę, miejscami połatany, ale schludny. Ledwo chodzi, wspiera się na takim chodaku na kółkach z koszykiem. Uśmiechnięta i sympatyczna wykłada swoje zakupy. Sprawiało jej to trudność i trochę to trwało. Był to najtańszy chleb za 1 zł, kawałek chudego twarogu i najtańsze masło jakie można dostać. Wyjmuje pieniądze nie z portfela, czy portmonetki, ale ze zwykłego woreczka foliowego i wysypuje drżącymi rękami, abym mogła je przeliczyć. Pyta czy jej starczy, bo jeśli nie ona wróci po to za kilka dni. Były tam same grosze, gdzieś błysnęło 10 gr, moneta 20 groszowa to był już rarytas. Babinka czeka w napięciu czy wystarczy. W kieszeni znajduje jeszcze kilka groszy. Dokłada. Starczyło.

Kilka dni później sytuacja się powtarza. Ta sama babinka kieruje powolne kroki do mojej kasy. Zakupy te same. Uśmiecha się. Chleb 1 zł, twaróg no name i masło, najmniejsze jakie można dostać. Liczę znów te miedziaki. Tym razem niestety brakuje. Informuję ją o tym, a w jej oczach pojawiają się łzy. Załamanym głosem mówi, że może zrezygnować z czegoś. Mi się serce kroi.

Już mam ściśnięte gardło, szybko rzucam, że jednak się pomyliłam w liczeniu i zrobię to jeszcze raz. Miedź zgarniam do kasy, babinka odchodzi z zakupami. Ja na przerwie dorzucam z własnej kieszeni przemycone 20 groszy... A łez nie potrafiłam opanować jeszcze przez dobrą godzinę. Dla mnie to było nic, dla tej kobiety pewnie jedyny posiłek przez kilka dni.

W jakim miejscu my żyjemy, żeby starsi ludzie, którzy budowali ten kraj nie mieli pieniędzy na chleb??!!!

sklepy

Skomentuj (33) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 296 (Głosów: 332)

#78042

(PW) ·
| Do ulubionych
To będzie historia, która przypomniała mi się po przeczytaniu http://piekielni.pl/78031.

Sytuacja wydarzyła się kilkanaście lat temu na obozie harcerskim. Oprócz nas, harcerzy, były tam jeszcze dzieci z tzw. "biednych rodzin" (wyjazd finansowała im w 100% opieka społeczna lub podobna instytucja - nie pamiętam już szczegółów).

Na obóz przyjechała dziewczynka, która została wpakowana do wycieczkowego autokaru, mając jedynie 2 zł w kieszeni. Tak, jak stała - bez torby, ubrań, przyborów higienicznych. "Tatuś" wcisnął jej jedynie to nieszczęsne 2 zł i wysłał na dwutygodniowy obóz. Pod namiot, w góry.

Dziewczynka dotrwała do końca obozu dzięki złotemu sercu ludzi z kadry - przeprowadzili między sobą zrzutkę i kupili jej podstawowe ubrania i przybory.

obóz

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 232 (Głosów: 246)

#78036

(PW) ·
| Do ulubionych
Prowadzę korepetycje z języka angielskiego dla uczniów szkoły podstawowej/gimnazjalistów. Z tej okazji kilka smaczków:
1. W grudniu ubiegłego roku dostałam telefon od mamy chłopaka w trzeciej klasie gimnazjum. Miał on w tym roku zdawać egzamin gimnazjalny i FCE Cambridge (Poziom tego egzaminu to B2-C1, dla porównania egzamin gimnazjalny to A2-B1).

Zaczynając od początku - czy dobrym pomysłem jest przystępowanie do dwóch tego typu egzaminów w ciągu jednego roku, ba, w ciągu dwóch miesięcy? (do FCE miał podchodzić przed wakacjami) Zwłaszcza, jeśli chodzi o FCE, bo poziom egz. gimnazjalnych jest stosunkowo niski. Egzamin ten można zdać w dowolnym terminie (ale płaci się 600 złotych), więc jeśli nie czujesz się pewny w angielskim - nie podchodź do niego, możesz stracić pieniądze i nie dostać certyfikatu (który, de facto, nie był chłopakowi w tym wieku niezbędnie potrzebny).

Ale w takim razie, gdzie jest problem, gdzie jest absurd? No bo w sumie, o co ja się czepiam, jak chce mieć certyfikat (uściślając: jego matka chce) to niech zdaje. Jasne. Tylko, że:
- chłopak potrafi nazwać kilka czasów, jednak ma problem ze stosowaniem któregokolwiek z nich, głównie używa formy podstawowej czasowników,
- z trudem przychodzi mu czytanie, a tym bardziej rozumienie, analiza tekstu,
- ma spore braki w słownictwie,
- potrafi się co prawda dogadać w prostych sytuacjach, ale robi spore błędy językowe praktycznie w każdym zdaniu (np. jak wspomniałam wyżej nie stosuje czasów).

I jak chłopak, którego poziom to słabe A2 (jeśli nie A1), ma zdawać egzamin na poziomie zaawansowanym? Jak miał nauczyć się tego w mniej niż pół roku? Jak matka może narzucać synowi (chłopak sam powiedział, że on nie chce zdawać tego egzaminu, bo nie lubi angielskiego) coś ponad program w szkole, jak on ledwo radzi sobie z zupełną podstawą? Szczerze mówiąc, obawiam się o jego wyniki na tegorocznym egzaminie gimnazjalnym.

2. Pierwsza i sądzę, że niestety ostatnia lekcja z dziewczynką w trzeciej klasie szkoły podstawowej.
Dlaczego? Czym mogło zawinić kilkuletnie dziecko? Cóż, ponownie problemem są nie dzieci, a rodzice. Lekcja trwa 60 minut. W tym przypadku trwała od godziny osiemnastej do godziny dziewiętnastej. Podczas tych 60 minut skupiam się tylko i wyłącznie na prowadzeniu zajęć, co jest chyba rzeczą normalną. Nie zauważyłam więc, że matka dziewczyny postanowiła w trakcie lekcji wyjść z domu.

Okej, nie ma w tym nic złego, że mogłaby wyjść na chwilę (chociaż nie jest to rozsądne - zostawilibyście obcą osobę we własnym domu z własnym dzieckiem?) Jednak jeśli jest już te kilka minut po dziewiętnastej, a ja muszę czekać, wydzwaniać do niej (nie odbierała), martwić się, to coś jest nie tak.

Nie mogłam tak po prostu sobie wyjść. Zresztą byłyśmy zamknięte, nie szukałam kluczy, ale nie było ich też nigdzie na wierzchu, więc to chyba jasne, że nie będę grzebać w domu obcej osoby niezależnie od sytuacji.

Wzorowa matka zaszczyciła mnie swoją obecnością o 19.40. Gdy wyjaśniłam jej swoją frustrację, była szczerze zdziwiona - cóż, jak stwierdziła, myślała, że skoro już przyszłam na godzinę to mogę zostać trochę dłużej popilnować dziewczynki. Tak. Właśnie tak to działa.

Na razie to wszystko - mam jeszcze kilka historii związanych z korepetycjami, ale nie jestem w stanie ich wszystkich tutaj opisać.

korepetycje

Skomentuj (29) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 227 (Głosów: 237)

#77993

(PW) ·
| Do ulubionych
Zmieniam właśnie operatora z Play na… coś. :) Przypomniała mi się historia jak się w tym Play-u znalazłam.

Będąc od 9 lat klientką T-mobile płaciłam swego czasu 59 zł za abonament, pakiet X, bardzo przyzwoity. Umowa po 2 lub 3 latach się skończyła, toteż przyszłam zawiązać nową. Jak wiadomo ceny z roku na rok spadają, w związku z tym, kiedy godziłam się płacić za pakiet X 59 zł, był on okazyjny, ale w dniu zakończenia abonamentu z okazją miał już niewiele wspólnego.

Nastąpił zatem dialog.

(ja) - Dzień dobry, w moim starym abonamencie płaciłam 59 zł za X minut, jest może coś nowego, podobnego, ale za niższą cenę?
(pan zza biurka w T-mobile) - Może sobie pani zmniejszyć pakiet i płacić mniej.
- Ale ja lubię swój pakiet, po prostu konkurencja ma to samo za 39.90, ceny chyba się zmieniły przez te lata.
- To proszę iść do konkurencji.

Poszłam do boxu obok i tak oto zaczęłam płacić 2 dyszki mniej, w domu sprawdziłam, mieli to samo za 49 zł. Sprzedawca chyba był altruistą albo bojkotował firmę w której pracuje.

uslugi

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 158 (Głosów: 182)

#77997

(PW) ·
| Do ulubionych
Duże miasto. Ruchliwa droga. Trzy pasy w każdą stronę, ograniczenie prędkości do 70-80. Obok chodnik po obu stronach i obok chodnika ścieżka rowerowa. Na przejściach dla pieszych przejazdy dla rowerów.

Gdzie porusza się rowerzysta?

Na środkowym pasie... wyprzedzić ciężko, bo tłok, a jak już się komuś uda to potem staje na czerwonym świetle i rowerzysta bezceremonialnie śmiga znowu na pole position.

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 127 (Głosów: 143)

Podziel się pozytywnymi historiami na
WSPANIALI.pl

Piekielni