Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

 

#62050

(PW) ·
| Do ulubionych
Podłość ludzka nie zna granic.

Jestem w sklepie z ciuchami (sieciówka), idę do przymierzalni. Z jednej z kabin wychodzi babka, ok. 60 lat, z kilkoma stanikami. Oddaje sprzedawczyni numerek i rzecze:
- Te staniczki to ja sama odłożę na miejsca, bo jeszcze szukać będę innych, dobrze?
Sprzedawczyni odpowiada, że oczywiście, dziękuję.

Przymierzyłam co miałam, idę do kasy. Spotykam tam te samą babkę, która akurat gadała z (chyba) kierowniczką sklepu. I słyszę:
-... i kazała mi odnieść rzeczy samej! Chyba nie tak powinna wyglądać obsługa w sklepie, prawda?! Ja chciałam jej oddać, a ona mi KAZAŁA je odnieść!

Aż mną zatrzęsło. Wtrąciłam się i wyjaśniłam kierowniczce jak było naprawdę. Babcia syknęła "nie wtrącaj się" i nawiała ze sklepu.

I po co to? Czy niektórzy aż tak są żądni afery?

sklep z ubraniami

Skomentuj (17) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 598 (Głosów: 640)

#62044

(PW) ·
| Do ulubionych
No cóż, wygląda że albo kupić karabin, albo się wyprowadzić do bardziej cywilizowanego kraju.

Właśnie byłem świadkiem "kontroli" skarbówki. Wydawanie paragonów.
Krótki wstęp: przed sklepem widzę dwoje ludzi, kobitka i facet. Rozmawiają o czymś.
Minąłem, wszedłem do sklepu, pokręciłem się między półkami - taki mały sklepik samoobsługowy.
Zanim wybrałem, wszedł ten facet, chwilę po nim kobita. Facet wziął batonik ze stojaka przy kasie, rzucił odliczone pieniądze i dosłownie wybiegł ze sklepu. Może nie sprint, ale na zawodach chodziarskich to by go zdyskwalifikowali.

Dziewczyna na kasie policzyła pieniądze, nabiła na kasę, wzięła paragon do ręki, ale gość już był poza budynkiem.

Więc zmięła paragon i wrzuciła do kosza.

Tu się uaktywniła kobita - "200 zł mandatu za niewydanie paragonu".

Stałem za nią w kolejce, i na moją uwagę "co pani opowiada, przecież pani kolega wybiegł ze sklepu zanim kasjerka zdążyła mu paragon dać do ręki", usłyszałem żebym się nie wtrącał do nie swoich spraw i nie utrudniał wykonywania obowiązków przez funkcjonariusza publicznego. Dobrze że rzuciła tego "funkcjonariusza", bo szczerze mówiąc miałem ochotę ją wystawić z tego sklepu za fraki.
Powiedziałem że jednak się wtrącę, dziewczynie żeby nie przyjmowała mandatu, że jakby co to będę zeznawał.

Z zaplecza wyszedł właściciel sklepiku, poparł mnie, mówiąc - "widzi pani, na takie okazje mamy monitoring na kasę skierowany".

Babsztyl się dalej upierał, zapowiedziała skierowanie sprawy do sądu. Na odchodnym rzuciła jeszcze "gówno wam to da, sądy i tak zawsze przyznają nam rację". Na co właściciel z uśmiechem szerokim jak u Jokera powiedział "wie pani, monitoring jest z dźwiękiem, nagranie to trafi do pani przełożonych, a jak będzie trzeba to i do internetu i mediów, zobaczymy czy takie słowa pasują do funkcjonariusza publicznego".

Państwo prawa, choroba.

Tak BTW wiecie, że US sobie tak interpretuje przepis, że paragon należy wydać PRZED przyjęciem pieniędzy? Ciekawe co jeśli klient paragon weźmie, ale towaru nie i nie zapłaci. Jak to zdjąć z kasy nie mając drugiego odcinka paragonu? Pewnie wtedy też mandat...

skarbówka

Skomentuj (44) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 676 (Głosów: 730)

#61956

(PW) ·
| Do ulubionych
Krótka opowieść o prawach fizyki.

Rodzina mojego kolegi poszukiwała samochodu. Jako target wybrała młode samochody, mniej więcej do 3 lat i pułap cenowy ok. 30 tys. zł.

Podczas oględzin jednego z samochodów okazało się pod koniec, że drzwi od strony kierowcy się nie domykają. Mimo kilku prób, wciąż nie chcą się domknąć jak należy, w związku z czym uwaga do właściciela:

- Proszę pana, ale tu się drzwi nie domykają.

Pan popatrzył uważnie na rzeczony feler i z miną specjalisty oświadczył:

- A bo widzi pan, trzeba najpierw z drugiej strony otworzyć, bo PODCIŚNIENIE się wytwarza i dlatego tak jest.

samochody

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 381 (Głosów: 425)

#61949

(PW) ·
| Do ulubionych
Noż kur...
Mail od kuzynki.

"Hedemora zapraszam Cię na ślub i wesele odbędzie się w najbliższą sobotę tu i tu. bla bla bla
Z prezentów określ się pozostało wolne:
-Telewizor
-Lodówka
-Pralka
-Laptop
Cieszę się na Twój udział w moim dniu."

Już pędzę, a ostatni raz widziałam ją 14 lat temu.

rodzina

Skomentuj (58) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 702 (Głosów: 770)

#61955

(PW) ·
| Do ulubionych
Zdenerwowałam się do tego stopnia, że zdecydowałam się opisać.

Chcąc się zapisać na studia magisterskie (na tej samej uczelni na której robiłam licencjat) musiałam dostarczyć świadectwo ukończenia szkoły średniej i maturalne. OK, żaden kłopot, tyle że okazało się, że dokumentów tych nie mam.
Przy odbieraniu dyplomu z dziekanatu pan powiedział mi że dostarczyłam im tylko kopię i oni potwierdzili ją za zgodność z oryginałem, a potem ja te dokumenty musiałam zabrać.

Szukam więc w domu - ze 3 razy dosłownie wszędzie, chociaż wiem że nie mam tego, bo co jak co ale porządek w dokumentach mam. Dzwonię do ex pracodawcy (z którym nie mam dobrych stosunków) tam też nie ma.
W końcu zdecydowałam się iść do mojego liceum i wyrobić duplikat, bo bez tego nie przyjmą na magisterkę (mimo że mają kopię potwierdzoną oryginałem z licencjatu).

Poszłam w poniedziałek, mam odebrać w piątek. A w czwartek pisze do mnie znajoma z roku że... moje dokumenty były u niej w teczce personalnej. Oba świadectwa. Szlag mnie trafił, bo za duplikaty trzeba zapłacić, a z dziekanatu nikt do mnie nie zadzwonił.
Poszłam w następny poniedziałek i TEN SAM pan który mi powiedział, że moich dokumentów nie ma, koleżance przyjmował dokumenty. Jak mnie zobaczył, zaczęły mu dygotać ręce.

Już od samego progu mówię, że przyszłam po dokumenty które znalazły się w teczce innego studenta.
Wszystkim w dziekanacie głowy podniosły się jak strusiom, a pan który je znalazł głupkowato przyznał "a tak, no tak".
Podbiegła pani, zakładam że jego przełożona i pyta w czym problem, oczywiście przy okazji naskakując na mnie.
Opowiadam całą historię, nieźle wkurzona i wcale tego nie kryłam.
A pan pyta, w której teczce znalazły się dokumenty, głupkowato się uśmiechając.

Tak, nie raczył ich włożyć do właściwej teczki, tzn. mojej, ani mnie zawiadomić, mimo że numer telefonu, mail i adres, wszystko mają, a koleżanka mu powiedziała że przeżywałam, że nie mogę ich znaleźć.
Jedynym pocieszeniem dla mnie było, że kiedy wyszłam, facet dostał tak głośny opierdziel, że słyszałam każde słowo przy wyjściu z budynku.
Złożyłam oczywiście wniosek o zwrot kosztów wyrobienia duplikatu.

Wiecie co jest najlepsze? Moja znajoma z roku ma ten sam problem, nie może znaleźć obu dokumentów. Czyżby musiała czekać, aż ktoś przyjdzie odebrać swoje dokumenty i przypadkiem się znajdą, a potem dowiedzieć się od kogoś?

Uczelnia "wyższa"

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 314 (Głosów: 364)

#61930

(PW) ·
| Do ulubionych
Dworzec centralny w Warszawie.
Odjazd pociągu za pół godziny. "Mam czas", myślę. Staję w kolejce. Kolejka oczywiście jak z Wa-wy do Zgierza, no ale nic. Podchodzą ludzie, kupują, odchodzą.
Kilka osób przede mną stała blond pani. Staje przed okienkiem... I tu zaczyna się impreza.

"A ten pociąg stąd jedzie tam?"; "A jakbym wsiadła w pociąg X i potem przesiadła się do pociągu Y to dojadę? Bo tak to chyba taniej"; "A czy ten pociąg stąd kursuje też w soboty?"; "A czy..." i tak dalej, i tak dalej.
Kobieta przede mną już dostaje histerii, bo zaraz pociąg jej odjedzie, w końcu głośno rzuciła, że informacja jest kilkaset metrów dalej.
Blond się odwróciła, popatrzyła na ludzi w kolejce za sobą i rzekła: "Ale mi się spieszy, a przy informacji jest kolejka!"
Bardzo zabawne.

I pytanie do was. Czy kasjerka w takiej sytuacji nie powinna odesłać takiej agentki do informacji, widząc, że ma niebotyczną kolejkę? Czy tu też jest obowiązek bycia miłym dla każdego debila?

pkp

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 309 (Głosów: 389)

#61954

(PW) ·
| Do ulubionych
Do 29 sierpnia byłam dumną studentka logopedii. Podkreślmy słowo "byłam". Uniwersytet w moim mieście, to centrum chaosu.

Pod koniec sierpnia władze wydziału uświadomiły sobie fakt, że studenci muszą przejść badania na ten kierunek studiów. Więc wzięłam potrzebne dokumenty i udałam się najpierw do lekarza medycyny pracy. Tam dostałam kartę, która miała trafić do lekarza foniatry. Po wypełnieniu przez specjalistę, miałam dostarczyć ją ponownie do lekarza medycyny pracy, który miał wydać odpowiednie oświadczenie o braku przeciwwskazań do podjęcia nauki. Wszystko byłoby pięknie, ale...

Po pierwsze: Pani profesor foniatrii przyszła do gabinetu spóźniona o godzinę, po czym wyszła i nie wracała przez kolejną godzinę mówiąc, że zgubiła telefon. W porządku, jestem to w stanie zrozumieć, mimo, że czekałam tam z trzema innymi osobami dwie godziny.

Po drugie: Poszłam do gabinetu na badania. Tradycyjnie: nos, zgryz, cała jama ustna. Pani profesor stwierdziła u mnie wadę genetyczną podniebienia. Zaczęła wkładać mi palce do buzi, bez rękawiczek (!), co zauważyłam dopiero po badaniu, gdyż siedziałam na fotelu z odchyloną głową i nic nie widziałam przez rażące światło.

PP – pani profesor.
J – ja.

PP – Ojoj, ja nie wiem po co pani tu przyszła, takie wady, toć to się nie nadaje na logopedię! Ja się specjalizuje w tym 40 lat!
J – Naprawdę są aż tak poważne wady?
PP – Oczywiście, nikt nigdy pani nie powiedział? Pani sepleni, pani źle układa język, niech pani patrzy w lustro jak pani brzydko mówi. Złe migdałki, a te podniebienie katastrofa, nie ma mowy.

Nikt mi tego nigdy wcześniej nie powiedział, mimo, że byłam badana wiele razy. Tym bardziej, że PP stwierdziła, że seplenię i brzydko układam język, a sprawdzałam, to wcześniej i konsultowałam się z logopedami w celu ustalenia, czy jest w ogóle sens planowania przyszłości w tym kierunku. Tylko jedyna pani profesor zauważyła wszystkie wady. W porządku, dalej jestem wyrozumiała. Ale jej zachowanie...

J – Dobrze, w takim razie dziękuję, trudno. Przykro mi bardzo, że nie wyszło. – Byłam bliska płaczu, z tego powodu, że wiązałam spore nadzieje z tymi studiami i specjalnie na ten kierunek poprawiałam maturę. Nie mając w zanadrzu planu B.
PP – Hahaha, bardzo mi przykro, że zniszczę pani marzenia – i zaczęła się ze mnie śmiać. To nie był śmiech współczucia. To był przerażający i chamski śmiech, który słyszę do tej pory. Żałuję, że nie zareagowałam, ale byłam w szoku. Po wpisaniu mi do karty, że się nie zgadza na moje studiowanie na tym kierunku, powiedziała jeszcze, że nie mam, co się starać u innego lekarza, bo i tak ona będzie uczyła na uniwersytecie i po pierwszym roku na ćwiczeniach, to ona będzie decydować kto zaliczy, więc szkoda, żebym traciła rok.

Wyszłam z gabinetu i po prostu się rozpłakałam z żalu i tego chamstwa, które mnie spotkało. Po mnie weszła koleżanka, która powiedziała, że pani profesor bardzo zadowolona z siebie obgadywała mnie i mój „ciężki” przypadek. Pełen profesjonalizm.

Bo jakim trzeba być człowiekiem, żeby komuś powiedzieć coś w ten sposób? Dalej nie dowierzam.

uniwersytet słuzba_zdrowia

Skomentuj (38) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 362 (Głosów: 478)

#61926

(PW) ·
| Do ulubionych
Kończy się kolejny sezon pracy w Parku Linowym.
Jak to bywa w takich parkach, klientela różna - lepsza, gorsza, młodsza, starsza.
Czasem przychodzą ludzie cudownie ogarnięci, którzy słuchają uważnie szkolenia a potem, gdy już łażą na wysokości, prawie nie trzeba się nimi przejmować, bo wszystko robią ostrożnie, uważnie i bezbłędnie. Czasem po dwóch czy trzech przeszkodach niektórzy chcą zejść. Potrafię zrozumieć, że ktoś się przeliczy, nie daje sobie rady. Z dołu wszystko wygląda inaczej niż z wysokości. Cierpliwie opuszczam go na ziemię. To żaden problem.

Ale są też ludzie z zupełnie drugiej strony. Ludzie, którzy wychynęli z najciemniejszych otchłani, istoty stworzone z czystego zła, które na tym świecie pojawiają się tylko po to, by uprzykrzyć dzień "NPCom" pracującym za wszelkiego rodzaju ladami/kasami/stolikami.
Mam cały wachlarz sytuacji z ich udziałem. Jednak będziemy się nimi zajmować pojedynczo.
Zacznijmy od wesołego informatyka.

W regulaminie mamy zawarty punkt, że jeśli osoba, która pokonuje trasę musi zejść wcześniej lub skrócić ją w jakiś sposób, z powodu niesprzyjających warunków pogodowych, nie otrzyma ona zwrotu pieniędzy, może jednak zachować bilet do wykorzystania w innym terminie.
Pewien okrąglutki pan przyprowadził trzy dziewczynki do wejścia na park. Cały dzień pogoda była taka sobie, a zapowiadało się na burzę, więc ostrzegliśmy o możliwości przedwczesnego zakończenia zabawy.
(Na boku: Wszystkie przeszkody u góry są złączone stalową liną. Gdyby piorun uderzył gdzieś blisko mielibyśmy świąteczną choinkę, na której zamiast bombek wisieliby smażący się ludzie.)
Pan pokiwał głową, że rozumie.
No to jazda!
Dziewczyny ubrane, włażą.
W czasie ich przejścia zaczęło dość mocno padać i rozległy się grzmoty. Tak jak było mówione, kazaliśmy im skrócić trasę. Ominęły pięć z dziewiętnastu przeszkód. Po tym jak zeszły i rozebrały uprzęże, pan informatyk podszedł do nas na boku i w te słowa się odzywa:
[I]nformatyk
[J]a

I: One to tak krócej szły niż inni. Może jakiś zwrocik pieniążków? *znaczący uśmiech*
J: Niestety, nie jesteśmy do tego uprawnieni. W regulaminie jest napisane, że mogą wykorzystać swój bilet w innym terminie, ale pieniędzy oddać nie możemy.
I: Ale nas już tu w te wakacje nie będzie! Wypada zwrócić trochę pieniędzy, chyba nie chcecie, żebym wam zrobił złą reklamę?
[Już tutaj zrobiło się ciut nerwowo]
J: Nie jestem do tego uprawniona. Ale mogę podać panu numer do szefa i z nim pan przedyskutuje sprawę zwrotu.
I: Nie będę z tym dzwonił do szefa, pani mi powinna oddać pieniądze!
J: Potwierdził pan znajomość regulaminu podpisem. A tam wyraźnie jest napisane, że nie zwracamy pieniędzy w takich przypadkach. Uprzedzaliśmy.
I: Pani wie, kim ja jestem? Jestem informatykiem. Mam dwa fora! Zrobię wam taką reklamę, że już nikt wam tu nie przyjdzie!
J: Dziękujemy za wizytę.

I poszedł.
Nigdy nie wrócił, ale ludzie nadal przychodzili. Więc chyba nie było aż takiej masakry na tych jego forach.
Tylko po co? Cały czas chodziło o, najwyżej, pięć złotych... Gdyby nie to, że jesteśmy rozliczani z pieniędzy, dla świętego spokoju oddałabym mu te drobiazgi.

Park linowy

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 275 (Głosów: 331)

#61944

(PW) ·
| Do ulubionych
Opowieść o tym, że zajęcia o seksualności powinny być przeprowadzane nie tylko w szkołach, ale również na izbie wytrzeźwień i w miejskim ośrodku pomocy rodzinie. Głównym bohaterem historii jest znany osiedlowy żul, który bywa w wyżej wymienionych placówkach bardzo często (oczywiście wyłączając szkołę). Ważny jest dla historii również fakt, że razem z żoną udało mu się spłodzić siódemkę dzieci.

Ostatnio siedziałem w mieszkaniu sam z dziewczyną. Postanowiliśmy wykorzystać okazję, że wszyscy moi współlokatorzy byli poza domem. Jednak nie mieliśmy prezerwatyw, więc wybrałem się do pobliskiej żabki. Kiedy byłem w połowie zakupu do sklepu wkroczył osiedlowy żul. Gdy tylko zobaczył co mam w ręce skwitował całą sytuację monologiem, który po lekkim streszczeniu i okrojeniu z wulgaryzmów brzmiał mniej więcej tak:

"Po co to chłopie kupujesz? Przecież ta twoja młoda i zdrowa jest, a gumki tylko przed syfem chronią. Poza tym za młodą kuśkę masz żeby kobite zaciążyć! Bzykaj ile wlezie i się nie przejmuj! A jak podrośniesz to wyciągaj zanim ci tryśnie. Do tego z gumką to tak nie po bożemu!"

Skomentuj (21) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 367 (Głosów: 579)

#61931

(PW) ·
| Do ulubionych
W wynajmowanym mieszkaniu na ścianach pojawiły się pęknięcia - blok siada, mur się zniekształca, normalka w nowym budownictwie. Blok był nowy, więc udało się załatwić naprawę na gwarancji.

Sprawa została dogadana z właścicielem, remont miał dotyczyć jednej ściany w pokoju. Wcześniej jeszcze dla pewności przyszedł rzeczoznawca i postanowił, że jedna ściana jest do zrobienia, a kilku małych pęknięć w kuchni i drugim pokoju i tak nie będzie się dało usunąć.

W dniu, w którym mieli przyjść fachowcy, przeniosłyśmy nasze papugi do drugiego pokoju (do którego nikt miał nie wchodzić) przygotowałyśmy pokój, odsunęłyśmy meble, wpuściłyśmy właściciela oraz ekipę i poszłyśmy do pracy.

Po powrocie oprócz spodziewanej rozpie*uchy w pokoju zastałyśmy:

- Podobną rozp*uchę w drugim pokoju, który zupełnie nie został przygotowany na remont i w którym przebywały papugi. Prócz tego, że nawąchały się nie wiadomo ile pyłu ze skuwanego tynku były tak zestresowane, że do końca dnia i przez kolejny nic nie jadły. I już kij z tynkiem na ubraniach suszących się na suszarce. Nie, nikt nie raczył zadzwonić i powiedzieć, że jednak w drugim pokoju też coś będzie robione.

- Taką samą rozp*uchę w kuchni oraz półki...wyczyszczone z naszej kolekcji butelek. Nie, nie baterii "żubrów" i "tyskich" pozostałej po imprezie dla kaucji tylko kolekcji butelek po piwach regionalnych z kraju i zagranicy, z limitowanych edycji, winach przywożonych z wakacyjnych wojaży (apelacyjnych i jakościowych), drogich whiskey i sake (prosto z Japonii); w skład kolekcji wchodziła też butelka po winie zrobionym przez kolegę z autorską, artystyczną etykietą oraz butelka po szampanie z naszego wesela, wciąż przyozdobiona białym, ślubnym stroikiem na szyjkę.

Pech chciał, że poprzedniego dnia kontenery na śmieci zostały opróżnione i większość butelek potłukła się, gdy nadgorliwy właściciel wrzucał je do pustych pojemników. Tak, dobrze czytacie. Kolekcja była dla nas na tyle ważna, że usiłowałyśmy wygrzebać ze śmieci co się dało.
I nie, na widok takiego zbioru butelek właścicielowi nie przyszło do głowy, by zadzwonić i spytać, czy to przypadkiem nie jest ważne.

I ostatni hit: dowiedziałyśmy się, że przy wyprowadzce musimy oddać z kaucji pieniądze na wymianę paneli, bo właścicielowi nie podobało się, że... myłyśmy podłogę, wskutek czego panele podobno się zniszczyły.

landlord

Skomentuj (23) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 273 (Głosów: 417)

Podziel się pozytywnymi historiami na
WSPANIALI.pl

Piekielni