Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

 

#77584

(PW) ·
| Do ulubionych
Jestem piekielna, znęcam się nad dzieckiem i w ogóle wychowuję "pi*de w rurkach". Tak dzisiaj orzekły dwie panie w okolicach 50/60.

Zaczęło się od tego, że zabrakło mi kilku produktów spożywczych. Ogarnęłam siebie, malucha i podreptaliśmy do marketu. Oprócz koszyków do noszenia są tam też takie z długą rączką, na kółkach. Jak zwykle młody (2,5 roku, ale wygląda na 3)ciągnie koszyk, a ja wkładam zakupy. Włoszczyzna, jakieś przyprawy, kostka masła, pierś z kurczaka, zapałki. Nic ciężkiego. Zastanawiałam się, czy dorzucić jeszcze sól, kiedy usłyszałam syczenie:

- Ty popatrz na tą z dzieckiem!
- No jak tak można!
Kontrolnie spojrzałam na młodego, na siebie i nie zauważyłam nic bulwersującego, więc spokojnie idę dalej.

Przed południem jak zwykle pustki, więc się nie spieszę i po drodze rozglądam co tam ciekawego na półkach. Do kasy dotarłam tuż przed syczącymi kobietami. I chcąc, nie chcąc dowiedziałam się w czym problem. Jak ja mogę kazać takiemu maleństwu wykonywać ciężką pracę! A na dodatek kazałam wykładać zakupy na taśmę! Powinny się tym zająć odpowiednie służby! I jeszcze trochę w tym stylu wypowiedziane z pełnym oburzeniem. Ale najbardziej mnie rozbroiło stwierdzenie, że gdyby to była dziewczynka to można by to było zrozumieć, a chłopiec nie powinien mieć nic wspólnego z kobiecymi zajęciami.

Czy tylko ja nie rozumiem, co niemęskiego jest w robieniu zakupów? A poza tym co to za wtrącanie się w cudze sprawy?

Skomentuj (33) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 267 (Głosów: 281)
Drodzy użytkownicy Piekielnych, opowiem wam pewną historię pokazującą jak człowiek wcale nie jest anonimowy w internecie. Nawiązując do mojego wpisu o Bartusiu. Historia z Bartusiem zatoczyła koło i przyp...ła mi z impetem prosto w twarz w postaci samego Bartusia.

Wyobraźcie sobie, że jakaś kuzynka Bartusia czyta piekielnych i połączyła sobie fakty w taki sposób, że wiedziała, że ja to ja i że piszę o jej kuzynie mimo, że imiona zmienione.

Jakoś dwa miesiące od umieszczenia tekstu na Piekielnych zadzwonił do mnie nieznany numer, znów Bartuś, poprzedni numer oczywiście już nieaktualny.

Odbieram i zanim zdążyłem powiedzieć halo z drugiej strony usłyszałem Bartusia.
-za...ć ci? Co ty o mnie piszesz w internecie?
Tutaj już wiedziałem, że on wie, w sumie mogłem iść w zaparte ale pomyślałem walić to.

- Dokładnie to co przeczytałeś.
- Masz to usunąć sk..nu, bo przyjadę.
- A kto ci w ogóle podał te informacje?
- Ch..j cię to obchodzi, usuwaj to.

Tego dnia zrobiło się jeszcze ciekawiej, później zadzwoniła do mnie matka z informacją, że ciocia czyli mama Bartusia zadzwoniła do niej z pretensjami, że jej syna i jej rodzinę obgaduję w internetach. Powypisywałem głupoty i ludzie się z nich śmieją.

Musiałem matce, która nie za bardzo jest w temacie internetu, wytłumaczyć pokrótce jak działają Piekielni oraz że opisałem tam perypetie z Bartusiem ale nie napisałem, żadnych szczegółów oraz pozmieniałem imiona, żeby nikt się łatwo nie domyślił.

Matka niestety to samo, mam to usunąć, bo ciotka nie daje jej spokoju. Wytłumaczyłem więc mamie, że nie będę się ośmieszał ich poziomem i to co napisałem to była czysta prawda i skoro ktoś się z nich śmieje to może najwyższa pora, żeby sobie porządek w życiu zrobili i z Bartusiem, poza tym jak bolą ich zmienione imiona i naszkicowana historia nie opowiadająca więcej szczegółów z ich życia poza Bartusiowymi perypetiami to co zrobią jak w końcu ich kochany synuś wyląduje w więzieniu bo jest się czego wstydzić ale nie tego, że ktoś o tym napisał bo pocztą pantoflową fakt, że np. pobił kierownika na budowie albo ukradł sprzęt już dawno obiegły ich wieś i zresztą dotarły, też do mnie bo nie było mnie przy tym a dużo z życia Bartusia wiem mimo, że mam go w d..ie, więc mam ich gdzieś.

Dwa dni później godzina 16 sobota. Ja właśnie oglądam sobie serial. Słysze walenie do drzwi, nie pukanie ale walenie. Wyglądam przez wizjer i moje oczęta widzą Bartusia sztuk jeden.

Otwieram i zanim zdążyłem powiedzieć cokolwiek Bartuś ładuje mi się do mieszkania a za nim jakiś inny typ. Mówię dalej nie wejdziecie wtedy ten facet, którego nie znam podcina mnie ja ląduję na posadzce uderzając się o szafkę na buty.

Trzyma mnie, kolanem przyciskając szyję. Ja próbuję się uwolnić. Bartuś stoi nade mną i mówi.
- Masz to kur..a usunąć bo cię dojedziemy rozumiesz....

Pokazuję mu palcem w losowy punkt pokoju i charcząc, bo nadal mam kolano na szyi blefuję, że mam monitoring i właśnie zostali nagrani. Gość który trzymał mi kolano na szyi mówi k..a i wychodzi z mieszkania Bartek jeszcze mnie kopie w udo i słyszę jak zbiegają po schodach.

Potem z górki, zgłoszenie na policję obdukcja w szpitalu, uszkodzenie kręgosłupa w odcinku szyjnym od przygniatania kolanem i jakieś siniaki, swoją droga podejście policjantów też zasługuje na osobny wpis na piekielnych. Sporo czasu już minęło od tamtego zdarzenia, więc trochę nie chce mi się już przerabiać tego znowu.

Bartuś rozpłynął się w powietrzu, nie został znaleziony w miejscu zamieszkania.

Co na to matka Bartusia, ta kobieta chyba, żyje w alternatywnej rzeczywistości, ja życie chcę zniszczyć jej rodzinie, bo policję nasyłam na jej syna co ze mnie za człowiek, tak mniej więcej wynikło jej rozmowy z moją matką.

Od tamtego wydarzenia minęło trochę czasu więc mogę wam napisać, że Bartuś w końcu został znaleziony razem z tym kolegą, przyznał się do napaści dostał 4 miesiące za napaść i pobicie. Żałuję, że bardziej mnie wtedy nie uszkodzili wyrok byłby większy. Dla sądu nie liczył się fakt czynu ale to, że spłoszyłem napastników blefem o nagraniu w innym wypadku mogło by się skończyć inaczej, jak to sędzia powiedział: „napastnicy pojawili się z określonym zamiarem, którego próbę doprowadzenia do końca przerwał sam napadnięty wykazując się zdrowym rozsądkiem”

Matka Bartusia jeszcze mi się odgrażała, że do sądu pójdą za zniesławienie.....

Skomentuj (23) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 298 (Głosów: 320)

#77591

(PW) ·
| Do ulubionych
Historii o działaniach naszej policji było tu już sporo, więc w sumie i ja postanowiłem się podzielić takową.

Otóż od pewnego czasu pracuję w supermarkecie, który regularnie jest okradany. Za każdym razem przez jednego, tego samego osobnika. I nie są to małe kwoty, duże w sumie też nie, ale jeśli ciągle sięgają rzędu ok. 100 zł, to jednak przez kilka kradzieży się nazbiera. Uprzedzając jakiekolwiek spekulacje, że przecież można go zatrzymać itp itd...

No niestety nie bardzo, gdyż człowiek (o ile można takiego kogoś nazwać człowiekiem) ten jest, krótko mówiąc,psycholem zdolnym do wszystkiego. I w napadzie dzikiego szału potrafi zdemolować sklep, co już raz się zdarzyło,a przy okazji okaleczył również ochroniarza rzucając w niego tulipanami i bynajmniej nie chodzi tu o kwiatki. I pierwszy zgrzyt policji; uznano to za wykroczenie...

Miasto to jest małe i praktycznie każdy każdego zna. A że sklep jest do 22, to zatrzymanie takiego jegomościa w trakcie, albo w sumie już po "darmowych zakupach" może grozić utratą zębów podczas powrotu do domu ciemnymi ulicami. Nawet jeśli wspomnę o tym, iż w sklepie pracują same kobiety i dwóch facetów, ale rzadko na jednej zmianie.

I również w ostatnim czasie przyszedł on razem z kumplem. Przyćpani niemiłosiernie ruszyli w regały sklepowe ładując pod kurtkę co droższe łupy. No to dzwonię na 997 i taka oto rozmowa z (D)yspozytorem się wywiązała:

-Dobry wieczór. Dzwonię ze sklepu X w mieście Y i chciałem zgłosić kradzież.
(D): A co zostało skradzione?
- Nooo czekolady, żele do kąpieli i tym podobne. (Niestety nie widziałem dokładnie, dopiero na monitoringu było widać, a dzwoniłem przed sprawdzeniem)
(D): A czy złodziej jest na miejscu?
- Nie ma. Wyszedł.
(D): A na jaką kwotę była kradzież?
- Eee... No nie wiem.

I tutaj pytanie, które padło, było wyrażone takim tonem, jakbym biednemu panu dyspozytorowi zawracał głowę przed końcem jego zmiany.
(D): Panie, to pan dzwonisz i nie wiesz pan na jaką kwotę była kradzież?

Po tej kwestii ze znakiem zapytania na końcu zatkało mnie. Nie wiedziałem co powiedzieć, a jedyne co zdołałem zrobić to wydobycie z siebie odgłosu stękania,jakby ktoś wsadził mi korek w tyłek,a produkt odbytowy domagał się natychmiastowego wyjścia. I nagle usłyszałem zbawienne, ale rzucone z łaską:
(D): Dobra, podeślemy kogoś.

No to myślę super. Przyjadą, zgarną i spokój. Cóż... Przeliczyłem się jak kalkulator, gdy osiągnie limit.
Przyjechać przyjechali, nagrania obejrzeli, ale w pogoń za nim nie ruszyli. Bo po co? Przecież nic nie mogą zrobić. Miasto małe , wystarczy przejazd po mieście i już. Ale oni NIC NIE MOGĄ ZROBIĆ! A gdyby go złapali , to i tak by nie miał już przy sobie skradzionego towaru... Ale co to ma do rzeczy to nie wiem. Na nagraniach mordy widać, to co robią też widać. Dowody niemalże na tacy. Nagrań z udziałem naszego klienta VIP poszło na komendę naprawdę sporo. I nic. Kompletnie nic. Jak kradł, tak kradnie. Kwota sięga już w tysiącach.

I teraz tak mnie zastanawia. Ile to się czyta, że ktoś ukradł batonik i grozi mu od 2 do 5 lat. Ile to sukcesów policji gdzieś tam, bo złapali kogoś, kto nakradł w drogerii na 2 tysiące, bo nagrania były i udało się ustalić i teraz złodziej siedzi... A u nas? Ja myślałem, że kradzież to kradzież, a kwota nie ma znaczenia. Ale widać, że złodzieje mają przyzwolenie i pilnują limitów kradzieży.

No jeśli tak działa prawo, to zapraszam na darmowe zakupy.

Skomentuj (16) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 152 (Głosów: 160)

#77589

(PW) ·
| Do ulubionych
Kontynuacja piekielności związanych z mieszkaniem w bloku z historii #77566

Tym razem będzie niesmacznie, więc nie polecam do jedzenia.

Myślicie, że psie kupy są dużym problemem blokowisk? Owszem są. Ale to co ja mam pod oknem...

W bloku, w którym mieszkam, mieszkają też mentalne wsiury. By nie było, możesz być nawet z Tegucigalpy, nie obchodzi mnie to skąd jesteś, tak długo, dopóki nie wyrzucasz jedzenia ZA OKNO. Pomijając kwestie marnotrawstwa i głodu w Afryce... ja nie wiem, może żyje w jakiejś nieświadomości, ale czy istnieją jakieś regiony w Polsce, gdzie się zaśmieca własne podwórko?

Niedojedzone kanapki, nieświeże ryby, rozgotowane kartofle, zepsute, zapleśniałe jedzenie - czego byś nie chciał na pewno znajdziesz. Siedząc w pokoju z balkonem nie raz miałam okazję zobaczyć na własne oczy jak wodospad z zupy/sosu/innej substancji płynnej, rozbryzguje się częściowo o ziemię, częściowo o barierkę mojego balkonu. Mało tego, nie tylko jedzenie ląduje pod moim oknem i balkonem. Zużyte żyletki, szczoteczki do zębów, opakowania po masłach i margarynach, foliowe torebki to też nie rzadkość.

Gdy przychodzi lato, nie da się otworzyć okna. Mieszanka psich kup + gnijące jedzenie tworzy taki smród, którego nie idzie wytrzymać. Za przeproszeniem TAK J*BIE. Gnijące jedzenie przyciąga wszelkie muchy i inne paskudztwa z całego miasta, które potem się magicznie materializują w moim pokoju. Nikogo nie obchodzi, że do tego jedzenia lecą też cholerne srajptaszki, które kaszkiecą potem parapety tak, że nawet cilitbeng nie daje rady. Najbardziej w tym wszystkim szkoda mi chyba psów, bo właściciele mają w dupie to, że pędzą jak szalone do wyrzuconego jedzenia, a po przetrawieniu zostawiają siarczystą sraczkę na trawniku ( błędne koło ).

Jednak apogeum mojego wk*rwienia nastąpiło w zeszłe święta wielkanocne, gdy przy myciu okna odkryłam rozgotowany makaron na swoim parapecie. Ciekawe co mają dla mnie w tym roku...

c.d.n

uroki mieszkania w bloku

Skomentuj (33) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 171 (Głosów: 185)

#77569

(PW) ·
| Do ulubionych
Mamy z narzeczoną grupkę znajomych, z którymi spotykamy się średnio dwa razy w miesiącu na jakieś piwo i pogaduchy. Ostatnio parka przyjaciół kolokwialnie mówiąc zaliczyła wpadkę. Narzekanie na ciążę stało się chlebem powszednim na naszych spotkaniach. Jednak już po poczęciu ich stosunek do dziecka zmienił się o 180 stopni. Ba! Można powiedzieć, że zachorowali na ciężkie pieluszkowe zapalenie mózgu. Non stop namawiali wszystkich do spłodzenia sobie potomka. A gdy ktoś śmiał odmówić, w grę wchodziły argumenty pokroju "Kto ci na starość wodę poda?". Powoli wszyscy zaczynali mieć ich serdecznie dość.

I żeby nie było, wraz z narzeczoną nie mamy nic przeciwko dzieciom. Jednak w wieku 24 lat nie czujemy się gotowi na taką odpowiedzialność. Uważamy, że teraz jest moment w naszym życiu, w którym wszystkie nasze środki i czas chcemy przeznaczyć na samorozwój. Dzięki temu w przyszłości nasze pociechy będą miały zagwarantowany w miarę dobry byt.

Wracając do parki rodziców. Ostatnio zaprosili nas wszystkich na pierwsze urodziny córeczki. Zjawiliśmy się z drobnymi prezentami, zjedliśmy ciasto, wypiliśmy kawę i po kilku godzinach zebraliśmy się do wyjścia. Na sam koniec każdy dostał drobny upominek. W domu okazało się, że w pudełeczkach było kilka cukierków i trzy prezerwatywy firmy "cholera wie co". Nie ufając marce postanowiłem, ku uciesze dziewczyny, zrobić z gumek urocze baloniki. Jednak nie ważne jak mocno bym się nie starał, prezerwatyw nie dało się nadmuchać...

Ludzie których uważałem za przyjaciół chcieli nam zrobić takie świństwo, podrzucają przebite gumki pod postacią upominku.

Od razu zadzwoniłem do wszystkich przyjaciół by ich ostrzec przed prezentem z defektem. Winowajcy natomiast skonfrontowani z zaistniałą sytuacją nie wyrazili skruchy. Wręcz przeciwnie, byli dumni ze swojego pomysłu. Bo dzieci są wspaniałe i jak my mamy to wszyscy będziecie mieli...

Jak możecie się domyślić nasza grupka całkowicie odcięła się od dwójki rodziców. Z tego co wiem do dzisiaj uważają swój pomysł za świetny i nie rozumieją czemu zerwaliśmy z nimi kontakty. Bo próba spieprzenia życia swoim przyjaciołom to na prawdę genialny pomysł...

Skomentuj (36) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 244 (Głosów: 300)

#77513

(PW) ·
| Do ulubionych
Studiuję za granicą, więc kraj odwiedzam dwa razy w roku, oczywiście z chłopakiem. Jest Rosjaninem, a dodatkowo jest między nami różnica dwunastu lat. Rodzina przyzwyczaiła się do tego i nie ma już z tym problemu, ale to co usłyszałam podczas ostatniej wizyty podniosło mi ciśnienie.

Moja rodzina mieszka w małej miejscowości, która, zresztą pewnie jak wszystkie, posiada lokalne plotkary. Jedna z nich jest naszą sąsiadką. Moja matka (która również mieszka za granicą) postanowiła dowiedzieć się co słychać w okolicy, (gdyż z braku środków nie było jej tu dwa lata), a wiadomo, że jak chcesz się czegoś dowiedzieć to idziesz do nich.

Wróciła po około trzech godzinach. Zawołała nas i przekazała cóż to nasza kochana znajoma opowiedziała jej o jedynej córeczce. Otóż okazało się, iż rozbiłam małżeństwo pewnego rosyjskiego biznesmena, którego wykorzystuję finansowo, a sama tylko siedzę na dupie i moje studia to tak naprawdę przykrywka, żeby wyłudzać pieniądze od rodziny.

Kilka dni później piekielna sąsiadka zapytała o pożyczkę - sto złotych, bo za dwa dni wypłata, a ona widziała "taki fajny leżaczek w castoramie" (dosłowny cytat). Ja odpowiedział, że mój rosyjski biznesem ograniczył mi fundusze.

wioska

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 75 (Głosów: 145)

#77522

(PW) ·
| Do ulubionych
Zacznijmy od tego, że jestem dość dużą osobą. Mam II stopień otyłości (nie ze względów medycznych tylko z objadania się we wcześniejszych latach mojego życia).

Mimo tego, że jestem dość wysoką kobietą (173 cm) ważę znacznie za dużo (116 kg) i mam 26 lat. Toleruję swój wygląd i aktualnie staram się prowadzić zdrowy tryb życia.

Jednak czasami (nawet niestety dość często, bo nawet dwa razy w tygodniu pójdę do McDonalds i zjem coś tłustego... staram się to kontrolować, ale niestety ulegam pokusie) pozwalam sobie na coś mniej zdrowego. I tak stało się również wczoraj. Jednak napotkałam się na typowych "sebków".

Zostałam zwyzywana od debilek, ku*w, zostałam 6 razy kopnięta w du*ę i cytuję "no, ku*wa nie wyru*ałbym tej pie*dolonej grubaski". Ludzie, ja znam swój wygląd, a to naprawdę są bardzo przykre rzeczy... Opanujcie się, proszę.

mcdonalds otyłość sebek

Skomentuj (65) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 116 (Głosów: 224)

#77563

(PW) ·
| Do ulubionych
Deweloperzy...

Jak już człowiekowi udało się przebrnąć procedurę szukania, oglądania i umawiania się, co doprawdy nie jest takie proste, bo mam wrażenie, że sprzedawcy kartofli na bazarze lepiej by się nadali niż ludzie, których zadaniem jest sprzedaż mieszkań o wartości kilkuset tysięcy jednak, to na drodze są jeszcze deweloperzy...

Pierwsza mała piekielnostka - zaliczka zapłacona, wkład własny uregulowany, czekamy na bank, odbiór za 2 tygodnie - nie, nie możemy zrobić NADAL żadnych zdjęć w mieszkaniu. Dlaczego? Bo nie! A dlaczego nie, bo nie? Nie wiadomo, zapewne mam ochotę wystawić znalezione z takim trudem mieszkanie na sprzedaż albo co.

Druga piekielność jest już większego kalibru. No cóż, należę do gatunku klientów dosyć dociekliwych i lubiących wiedzieć, na co się piszę. Tymczasem przy okazji zawiadomienia o odbiorze mieszkania wyszła na jaw sprawa jakiejś instrukcji użytkowania. Pierwsze słyszę - widać między prześwietlaniem banków, opinii o deweloperze, poprzednich etapach itd. gdzieś mi to uciekło. Proszę zatem o udostępnienie mi dokumentu do wglądu. Nie da się. Oczywiście z powodu nie bo nie, kolejna tajemnica państwowa. Dokument otrzymam w czasie odbioru, a jego akceptacja jest warunkiem przekazania kluczy. A odbiór odbywa się dopiero po otrzymaniu przez dewelopera pełnej wpłaty, czyli jak już będę z ręką w nocniku.

Czy to nie jest jakieś niedozwolone postępowanie? Przecież taki dokument powinno się otrzymać w momencie podpisywania umowy deweloperskiej/przedwstępnej czy jakiejkolwiek, a nie kiedy człowiek uiści już pełną kwotę. W końcu w dniu odbioru deweloper będzie miał już całą moją kasę, więc nawet jeśli mi napisze, że muszę w ogródku trzymać królika, wentylacja ma cały czas pracować na 2, a firanki nie mogą być zielone, to ja się z tym muszę zgodzić. Muszę?

deweloper kupno mieszkania

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 159 (Głosów: 171)

#77534

~studentkazakazanegokierunku ·
| Do ulubionych
Jak stracić chęć do bycia pomocną w trzech aktach

Z nowym semestrem na studiach-nowe przedmioty, a więc i nowe książki. To siup do biblioteki, bierzemy co trzeba, aby pokserować. O planach dowiadują się dwie koleżanki i one też chcą. Ok, zamówię po kilka egzemplarzy hurtem.

AKT 1.
Zmienianie książek. Początkowo każda z nas miała mieć komplet tj. ABCD. Potem Koleżanka1 (K1) zdecydowała, że nie chce C. Dosłownie chwilę po tym jak wyszłyśmy z uczelni, a ja skierowałam się do punktu ksero, dzwoni, że chce C, ale nie A, bo A ma po starszej siostrze.
Wieczorem zostałam poinformowana, że chce jeszcze A, bo jednak siostra sprzedała. Powiedziałam, że klamka zapadła parę godzin temu i jak chce, to ma dzwonić do punktu i prosić o dokserowanie. Podobno tak zrobiła, ale wcześniej miała bunty, iż nie dzwoniłam do niej przed samym zamówieniem i się nie upewniałam.

AKT 2.

Książki miały być jak najszybciej, więc zamówione we wtorek, w czwartek były do odbioru. Umówione jesteśmy wszystkie na 14, coby odebrać je przed zajęciami, gdyż sama takiej makulatury dźwigać nie będę.
Piszę do K1 i K2, że przed 14 będę w centrum handlowym i tam możemy się spotkać i pójść. I się zaczęło, że one o 14 nie mogą, bo o 13 umówiły się z Kasią i Asią (nasze wspólne znajome) i jak chcę to mogę z nimi posiedzieć i potem pójdziemy. Na moje pytanie kiedy, skoro zajęcia mamy od 15:30, złapały zawieszkę. Ostatecznie poszłam sama z mym chłopakiem.
Na messengerze napisałam im cenę za książki i że odbiór "Na Piekielnej 6/66" [mój adres].

AKT 3.

"Czemu nie przyniesiesz nam książek na uczelnie, ty leniu!" K1 stwierdziła, że nie będzie chodziła do mnie daleko (10 min autobusem), a K2, że ona dojeżdża i ona musi iść na pociąg. No i kasę od nich wzięłam, a książek nie dałam. O ja zła. Powiedziałam, że ja siłaczką nie jestem, a nie mam zamiaru latać z książkami, ważącymi razem przynajmniej z 10 kg (spore tomiska to były). I tak książki leżą na półce i czekają już od tygodnia, aż je odbiorą.

Za dwa oddaje je innym osobom z grupy, które są chętne się pofatygować i zapłacić nawet więcej, niż K1 i K2. A koleżankom no cóż- zwrócę pieniądze i to będzie koniec kontaktów.

studencka brać

Skomentuj (39) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 200 (Głosów: 236)

#77518

(PW) ·
| Do ulubionych
Temat w miarę na czasie, ponieważ akcja dzieje się w gimnazjum, jakieś 9 lat temu. Ciężko ocenić kto jest piekielny.

Był to czas kiedy mówiło się dużo o przemocy w gimnazjach rejonowych dlatego chcąc temu zapobiec moja mama mając najlepsze chęci wysłała mnie do gimnazjum integracyjnego. Małe klasy, dwóch wychowawców, "miła atmosfera integracji".

Nie wgłębiając się w szczegóły, atmosfery miłej nie było, od początku gimnazjum ze względu na swój niewielki (w tym czasie) wzrost byłem klasowym popychadłem. Kilku kolegów dręczyło mnie ze szczególną pasją, mój plecak robił za piłkę na każdej przerwie, a moje rzeczy regularnie lądowały na pobliskim trawniku. Panie wychowawczynie zarówno jedna i druga jakoś nie zauważały powyższych sytuacji. Przeprowadziły natomiast lekcję wychowawczą na temat braku integracji niektórych osób z klasą (niektóre osoby to oczywiście ja).

Po kilku miesiącach takiej egzystencji porozmawiałem o wszystkim z rodzicami. Tata zaproponował średnio pedagogiczne rozwiązanie, wysłał mnie na kursy samoobrony zwanej krav magą (ze względu na znajomości przyjęli mnie mimo nieukończonych 16 lat) i zasugerował jasno, że gdy będę już gotowy mam się postawić. Miesiące mijały, a ja trenowałem i przy okazji nadal byłem popychadłem w szkole. W końcu poczułem się gotowy i krótko rzecz ujmując postawiłem się. Efekty widoczne, jeden kolega (przywódca) ze złamaną kością policzkową, reszta jak armia po śmierci naczelnego wodza poszła w rozsypkę.

Sprawa skończyła się wyrzuceniem ze szkoły (także można powiedzieć, że jakoś się rozeszła po kościach, mogło być gorzej). Z konieczności wybrałem się do strasznego gimnazjum rejonowego gdzie zgodnie ze stereotypami chodziła cała miejscowa patologia. Ale o dziwo wcześniejsze przygody na tyle wzmocniły we mnie pewność siebie, że prawdopodobnie nie wyglądałem już na potencjalną ofiarę (przynajmniej tak sobie to tłumaczę).

Podsumowując od tamtej pory nikt ze mnie nie próbował zrobić kozła ofiarnego, a edukację właśnie zakończyłem.

Także z tego miejsca chciałem podziękować Tacie za jego średnio pedagogiczne rady, które prawdopodobnie będą procentować mi już przez całe życie.

Gimnazjum

Skomentuj (28) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 183 (Głosów: 245)

Podziel się pozytywnymi historiami na
WSPANIALI.pl

Piekielni