Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

 

#82032

(PW) ·
| Do ulubionych
Czy to co opowiem jest piekielne czy nie - sami oceńcie. Jak dla mnie na pewno dziwne.

Otóż spotkałem się kilka razy z sytuacją, w której dzieci (najczęściej dziewczynki) miały na sobie elementy garderoby z takimi napisami jak "bitch" na czapce bądź "go f*ck yourself" na koszulce. Najczęściej towarzyszyła tym dzieciom młoda matka, która do tego stopnia angielski chyba zna...

Nie wiem, kto projektuje takie ubrania. Ale dzieci w nie ubierać? Lekka przesada...

dzieci

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 119 (139)

#81946

(PW) ·
| Do ulubionych
Impreza. Pary, single. Towarzystwo częściowo się zna, częściowo nie.

Mój kolega powiedzmy Wojtek, jest singlem. Gadamy i w pewnym momencie podbija do nas dziewczyna, dajmy jej Gosia. Zaczęła flirt z Wojtkiem, on odpowiedział, ale nie flirtem, tylko miło, grzecznie z uśmiechem. Wszyscy z grupy wiedzieli, że nie podjął gry.

Dziewczyna jeszcze kilkakrotnie próbowała, mniej lub bardziej natrętnie podrywać Wojtka, ale ten nie reagował i zazwyczaj delikatnie krótkim "przepraszam" wycofywał się z rozmowy i dołączał do innej grupy.

W końcu niestety nachalność Gosi tak się dała we znaki Wojtkowi, że po prostu postanowił opuścić imprezę i pożegnawszy się z gospodarzami, wyszedł.

Kilka dni później spotkaliśmy się w knajpie i wywiązała się rozmowa na temat tej imprezy. Wojtek usłyszał, że:

od mężczyzn:
- Ej trzeba było bzyknąć, co by Ci szkodziło?
- Ja pie***lę, co ty kurde nie staje ci? Hehehe....
- Gośce "bolca potrzeba". Hehehe, to było widać.

Od kobiet:
- Mógłbyś jej nie odmawiać, przecież wiesz, że dawno nikogo nie miała (!!!)
- Przecież nie masz dziewczyny, więc się nie wykręcaj!
- Co z ciebie za facet, że cię nie interesują dziewczyny?
- No i co z tego, że ma kilka kilo za dużo? (Gosia nie ma nadwagi, Gosia jest otyła). Dyskryminujesz ją za to jak wygląda??!!
- Czy ty sobie zdajesz sprawę ile ją kosztowało przełamanie nieśmiałości i zagadanie do ciebie?

Dodatkowo Wojtek dowiedział się, że powinien się dwa razy zastanowić, zanim odmówi dziewczynie, bo jej może być przykro.

Wtedy Wojtek zwrócił się do facetów, z których dwóch też było singlami:
- A dlaczego wy jej nie poderwiecie?
Odpowiedź:
- No chyba sobie żartujesz.

Stwierdzam, że ludzie są nienormalni.

Czy naprawdę facet nie może po prostu nie być zainteresowany? Sam Wojtek jest wysoki i szczupły i takie dziewczyny też woli. Czy naprawdę czyni go to "męską szowinistyczną świnią?"

Skomentuj (29) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 212 (252)

#81945

(PW) ·
| Do ulubionych
Zamówiłam paczkę z przesyłką kurierską z Poczty Polskiej. Wartość paczki to jakieś +/- 100 zł. Czekam cierpliwie na jej doręczenie, nie śpieszy mi się. Co jakiś czas sprawdzam tylko status na stronie.

W pewien piękny dzień w końcu pojawia się informacja, że paczka została doręczona. Wracam więc z pracy zadowolona, że w końcu dorwę się do jej zawartości. Narzeczony pracuje zdalnie, z domu, pewnie odebrał. Ale nie, paczki ni widu ni słychu. Pomyślałam, że może błąd systemu, może oznaczyli, że dostarczone, a przyniosą jutro. Nie ma co drzeć szat. Czekam nadal. Następnego dnia wciąż cisza, paczki nie ma. Pora więc dzwonić. Miła, niewinna w całej tej sytuacji Pani informuje mnie, że przecież paczka doręczona, to jak to? Pani nie nazywa się Grażyna Piekielna? Otóż nie. A co więcej nazwisko odbiorcy, czyli moje jak to zwykle bywa znajdowało się na paczce. Pani z infolinii sprawę załatwi, z kurierem się skontaktuje i oddzwoni. To czekam. Się nie doczekałam.

Kolejny dzień, więc wykonuje kolejny telefon. Rozmowa ta sama. Wciąż zaprzeczam jakobym zmieniłam imię i nazwisko. Pani po drugiej stronie linii telefonicznej (już inna i mniej miła) pyta się czy może któraś z sąsiadek nazywa się Grażyna Piekielna. A skąd ja mam to wiedzieć?! Nie znam sąsiadów - jak zapewne większość osób, które mieszkania wynajmuje. Ciśnienie mi się podniosło, proszę o dane kuriera w celu złożenia skargi i dania na mszę za spokój jego duszy, gdy już trafi do piekła za taką bezczelność. Pani z infolinii się dowie, oddzwoni. Oczywiście się nie doczekałam. Zadzwoniłam więc sama i rozmowa mniej więcej ta sama. Widać, że walki z wiatrakami.

Na paczce mimo wszystko mi zależało, skoczyłam więc do sąsiadów z lewej, z prawej, z góry, z dołu - nie ma, nie mają, nic nie wiedzą. Infolinia czas oczekiwania pierdyliard minut. W końcu się dodzwaniam. Paczka ubezpieczona, niech mnie pokierują i poinformują jakie kroki powinnam podjąć. Powielam prośbę o nazwisko kuriera, który to paczkę "doręczał". Pani się dowie. Piszę maila ze skargą - tak mi powiedziano, że należy zrobić.

W końcu dzień finalny. Poranek, walenie do drzwi. Pan kurier. Wkurzony wciska mi paczkę do rąk. WTF?

- W zoologicznym na dole zostawiałem. Przecież zawsze tam zostawiam.

Odwrócił się i ucieka. W końcu swoje zrobił. Wołam go, próbując zatrzymać:
- Panie drogi, a gdzie pan uciekasz. Nazwisko proszę. I chwila, bo muszę zawartość sprawdzić! Stój pan.

Pan mnie chyba nie słyszy, widocznie raptownie ogłuchł i tyle go było. Szarpać się przecież nie będę. Nazwiska jak nie znałam, tak nie znam.
Zadzwoniłam raz jeszcze i powieliłam skargę, poinformowałam też, że paczka dotarła, przekazałam co powiedział kurier i jak się zachował. Pani z infolinii stwierdziła na te moje skargi, że przecież paczkę dostałam, to w czym problem. No tak.

*mały sklep zoologiczny znajduje się trzy klatki dalej, w tym samym bloku. Nie znam właścicielki. Nie wiem dlaczego odbiera nie swoje paczki. Nie, nie poszłam do niej z kłótnią.

kurierzy

Skomentuj (26) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 88 (112)

#81943

(PW) ·
| Do ulubionych
"Madka" Roku 2018.

Byłam dzisiaj w oddziale firmy Energa załatwiać pewne sprawy związane z rachunkiem.

Na miejscu oprócz innych, z wyglądu spokojnych ludzi zastałam Panią Madkę z dzieciakiem w wieku lat 7-8.

Podnosiła "ciche" hurr durr, że ona musi czekać z dzieckiem, a stare prukwy są obsługiwane priorytetowo.

Energa ma w systemie do pobierania numerków, numerki priorytetowej obsługi dla:

- kobiet w ciąży
- niepełnosprawnych ruchowo
- osób w wieku 75+
- rodziców z dziećmi do lat 3

Wracając do tematu.

Dzieciak biegał jak oparzony, darł się, śpiewał, wciskał co się dało na ekranie do pobierania numerków - na podłogę pod tym urządzeniem opadł stos odcinków papieru z numerkami.

Przez jego "zabawę" na ekranie przypisującym stanowisko obsługi, leciało mnóstwo pustych numerków, co opóźniało obsługę oczekującego tłumu.

Madka poproszona przez kilka osób o pilnowanie wyczynów dziecka i zasugerowaniu niewydolności wychowawczej, pyskowała w stylu "Co Pan/Pani powiedział/a?" "Pani nie dotyczy cokolwiek związanego z moim dzieckiem" itd w ten deseń.

W końcu sprawą zainteresował się ktoś postawiony wyżej rangą z obsługi.

Nie wiem co powiedziano madce, ale wystrzeliła jak z procy do wyjścia, ciągnąc za sobą dzieciaka.

Zachowanie madki było jeszcze omawiane długo po jej wyjściu.

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 144 (190)

#78019

(PW) ·
| Do ulubionych
Sama już nie wiem czy to co mnie spotkało w pracy było piekielne, czy po prostu śmieszne, bo sytuacji aż tak absurdalnej daaaawno nie doświadczyłam :D

Otóż jak to w kawiarniach, mamy ciastka, ciasta i inne dyrdymały, które sami zwykle robimy. Lubię się bawić w cukiernika i całkiem nieźle mi to wychodzi, więc postanowiłam moim eksperymentalnym ciastem podzielić się z kawiarnią. Przyjęło się, szybko schodzi, klienci chwalą, więc regularnie można je u nas dostać.

Jakież było moje zdziwienie, gdy dziś klientka próbowała wyłudzić ode mnie przepis. O ile na początku była to prośba, próba ułaskawienia, no bo przecież ona nikomu nie powie, tak po kolejnych odmowach, nieusatysfakcjonowana znajomością składu, który jej podałam zaczęła się coraz bardziej burzyć i wściekać...

W pewnym momencie moja cierpliwość się wyczerpała i dosadnie powiedziałam Wielebnej, że nie ma opcji i niech już sobie idzie jeśli jej jedynym powodem stania tutaj jest wydzieranie się nade mną. Odszczekała standardową regułkę, że jestem niewychowana, jej noga więcej tu nie postanie i jak ja traktuję klientów, przecież co mi szkodzi dać ten przepis...

Także no, szczękę przez chwilę zbierałam z podłogi, bo babeczka walczyła niczym lwica o kawałek mięsa, pojedynek przegrała, szkoda że i tak wróci po to ciasto, dowiedziałam się jeszcze że nie tylko mnie o nie męczyła...
Równie dobrze mogła wyskoczyć do mnie z argumentem "No przecież co ci szkodzi strzelić sobie w kolano...", na to samo by wyszło.

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 159 (209)

#66161

(PW) ·
| Do ulubionych
Czytając różne historie o pielęgniarkach, przypomniała mi się historia mojej śp. babci.

Moja babcia zachorowała na raka trzustki i jej stan przez rok coraz bardziej się pogarszał. Ostatnie miesiące to ciągłe wizyty w szpitalach. Po jednej takiej wizycie, moja babcia nie chciała już tam wracać. A co się stało? Jako, że była bardzo schorowana, miała mniejszą kontrolę nad swoimi potrzebami fizjologicznymi. Podczas pobytu w szpitalu przytrafiła jej się jedna niekomfortowa sytuacja z tym związana, czego się bardzo wstydziła.

Co zrobiła pielęgniarka? Wyzwała ją i poniżyła. Nie wiem jakich słów użyła, ale płacz babci sprawił, że chciałam tą kobietę udusić. Zainteresowało nas to, kiedy chcieliśmy ją zabrać do szpitala (wiadomo, aby jakoś ratować czy ulżyć w cierpieniu), a ona nie chciała o tym słyszeć i stanowczo odmówiła mając w łzy w oczach. W końcu zwalczyła wstyd i opowiedziała co się stało, tłumacząc, że przecież nie chciała tego zrobić.

Ja wszystko rozumiem, ale jeśli jesteś pielęgniarką, to wiesz na co się piszesz i okaż trochę szacunku ludziom schorowanym, bo sama nie wiesz co cię czeka w przyszłości.

słuzba_zdrowia

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 325 (383)

#82025

(PW) ·
| Do ulubionych
Na kanwie przyzwyczajeń ludzkich...

Tak się składa, że w tym roku kończy się kadencja samorządowców. Za namową jednego z nich wystartowałem 4 lata temu na radnego. Od trzech lat Ośrodek Pomocy Społecznej w naszej gminie organizuje trzy, cztery razy w roku fajną akcję - przyjeżdża do nas tir jabłek.
Jabłka biorą sołtysi i radni, i albo składują je u siebie, a ludzie przyjeżdżają po nie albo (jak w przypadku jednej wioski) rozwożą je osobiście po ludziach. Owoce są przeznaczone szczególnie dla osób chorych, starszych i rodzin mające małe dzieci.

Mój okręg to pół wioski, gdzie domy są porozrzucane w polach, część dróg (szczególnie po deszczach) jest przejezdna dla aut o dużym, prześwicie, a większość mieszkańców stanowią osoby starsze (powyżej lat siedemdziesięciu). Dlatego osobiście za każdym razem rozwożę skrzynki po swoich wyborcach. W dużej większości przypadków ludzie są wdzięczni za to. (Jest to także bardzo praktyczne dla mojego podwórka - wyobraźcie sobie 50-60 aut wjeżdżających na zieloną trawę po deszczu).

Jednak gdyby wszystko było ładnie, nie byłoby tego wpisu.

Parę razy rozwożąc, dostawałem telefony z pretensjami, dlaczego oni (mieszkańcy) nie mają jeszcze jabłek? Nieistotne, że dostają je w końcu - każdy dom po kolei. Istotne jest to, że chcą już, od razu. Takie coś idzie przeżyć. Dobijają mnie jednak ludzie, od których dostaję opie....ol za to, że przywiozłem im znowu te same jabłka. Bo inni dostali takie ładne czerwone, a ja znowu przywiozłem zielone lub na odwrót..
W takim przypadku zapraszam ich na plac w dniu dostawy - niech sami sobie wybiorą, jakie będą chcieli. Do tych gospodarstw moje auto nie zajedzie już.

Pomimo takich sytuacji (jak się uda wygrać) dalej będę to robił. Dlaczego? Po prostu lubię to.

ludzie "wdzięczność"

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 127 (145)

#81939

(PW) ·
| Do ulubionych
Pomyślałam, że poopisuję trochę moje przygody z wynajmowaniem pokoju na obczyźnie :-)

Do mojej pierwszej pracy w Anglii przyjechałam we wrześniu 2004. Pracodawca zobowiązał się do zapewnienia mi mieszkania.
Jednakże okazało się, że jakoś im się zapomniało i na dwa tygodnie zostałam umieszczona w B&B (hotelu ze śniadaniem). Problem polegał na tym, że żeby zdążyć na poranną zmianę musiałam wyjść z hotelu zanim wydawano śniadanie :-) przez te dwa tygodnie żywiłam się byle czym - nie stać mnie było na normalne obiady (70 funtów w kieszeni, pensja dopiero za cztery tygodnie), a w pracy mogłam tylko dostać obiad, jak zostawałam na cały dzień. A i to pod warunkiem, że coś zostało (dom opieki).

Później znaleziono nam dom (w międzyczasie dojechała jeszcze jedna dziewczyna), niestety ponad godzinę drogi od pracy.

Dziewczyna ta, Polka powiedzmy B., nie była idealną lokatorką. Tekst w stylu: "to ja już nie będę kupować mleka, bo mi się psuje, będę brać twoje do kawy", rozłożył mnie na łopatki. A mleko psuło się jej, bo kupowała w trzylitrowych butelkach, zamiast w mniejszych (taka oszczędność, bo wychodziło taniej na litrze). Chciała kupowania cukru na spółkę - sorry, ja nie słodzę. Na szczęście udało mi się wybronić od spółek typu wspólne gospodarstwo, ale już wypad do Lidla kończył się tym, że niosłam wszystkie zakupy bo "ja mam tylko trzy rzeczy to nie kupuję reklamówki" (w Lidlu zawsze były płatne 5p), a za chwilę "niewygodnie mi tak nieść, mogę ci dorzucić, bo widzę że masz miejsce". Niestety, moja asertywność była jeszcze wtedy na wczasach...

Rzucałam wtedy palenie - ale miałam przy sobie paczkę - świadomość, że mogę sięgnąć w kryzysowej sytuacji była bardzo pomocna. Ile ja się nasłuchałam, że powinnam jej fajki oddać jak już i tak nie palę, to moje. Na szczęście w tym momencie asertywność stanęła na wysokości zadania :-)

Kupiłam sobie raz zgrzewkę piwa. Butelki 0,25 litra, w sam raz dla kogoś kto prawie nie pije (czyli dla mnie, nie dla B). Nie wiem czy wypiłam dwie z nich, bo raz jak wróciłam z pracy to ich już po prostu nie było... Miała odkupić, ale potem nie było/nie miała kasy/czasu...

O niezmywaniu naczyń nie wspomnę.
Na wyposażeniu domu był czteroosobowy zestaw naczyń - dwa kubeczki wzięła do pokoju, na długopisy itp. Pozostałe dwa non stop stały brudne - robiła sobie dwie kawy i nie myła po sobie kubków. Ona robiła na ogół poranne zmiany, ja popołudniowe, więc szansa na czysty kubek była żadna, bo ona "rano nie ma czasu".

Z pierwszej wypłaty kupiłam sobie kubek i parę innych naczyń w funciaku i w Wilko i miałam spokój.

Po paru tygodniach do domu domeldowano nam jeszcze dwie dziewczyny - Estonki.
B próbowała nimi rządzić, co powodowało niesnaski, a ja nie chciałam w tym brać udziału i szczerze mówiąc to z ulgą usłyszałam o jej wyprowadzce jakiś czas później.

Sama wkrótce zaczęłam pracować na nocki, więc kontakt z nią ograniczony został do minimum. Miała jeszcze do mnie pretensje, że zostałam przełożoną zmiany - według niej należało się jej jako pielęgniarce jak psu buda i sądziła że po prostu dostanie stanowisko, bez aplikowania o nie, a tu taki cios, że wybrano kogoś, kto raczył zgłosić zainteresowanie :-) no i znał angielski :-)

Estonki, z którymi przeżyłam prawie rok, to temat na zupełnie inną historię...

zagranica pokój współlokatorzy

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 125 (135)

#81937

(PW) ·
| Do ulubionych
Garść opowieści ze starej pracy, chyba pora to opisać.

Pracowałem wtedy w Czechach, w zakładzie produkującym części do samochodów grupy VAG, na maszynie zwanej prasą hydrauliczną. Tłoczyliśmy z płaskich blach części, płacili nam od ilości wyrobionych części (akord) i od zarobku -11% na rzecz agentury. Przesłanie jasne - pracujesz ok, zarobisz więcej, pracujesz źle, mniej. Był też jasny system kar i nagród.

I wszystko grało do momentu, w której firmy nie przejął "młody" [M]. Otóż co się zaczęło dziać?

1. Zamawianie gorszego jakościowo materiału.

Tłumaczyć tego chyba nie trzeba - dobry materiał, a więc lepsze jakościowo części, dobrze się je wyrabiało itp. Ale szef żeby przyoszczędzić zaczął zamawiać coś co blachę przypominało chyba tylko kolorem. Części nagle zaczęły pękać, pojawiały się zadziory, wgłębienia tam gdzie nie powinno ich być, deformacje i takie tam. O ile zadziory można było zeszlifować, o tyle nikt normalny nie wysyła części z pęknięciem, w którym mieszczą się dwa palce. Zgłaszaliśmy non stop, żeby zamawiać lepszy materiał, bo bywało, że pół dziennego wyrobku szło na złom.

Co zrobił szef? Zaczął zamawiać lepszy materiał. Dopiero po tym jak otrzymał gigantyczną karę od klienta za niedotrzymanie terminu dostawy, bo za dużo części musieliśmy wywalić.

2. Maszyny.

Cóż, prasa jaka jest, każda widzi - sporej wielkości stalowy potwór z wielkim tłokiem zgniatający blachę na matrycy. Mieliśmy mniejsze (mniej więcej rozmiaru człowieka) i większe (mniej więcej rozmiarów małej ciężarówki). Stare jak świat i mniej więcej nowe. Maszyny mają to do siebie, że się psują - normalne.

Ale jakim cudem, dopóki Stary rządził firmą to usterek było jakby mniej, a jak [M] przejął, to nie było tygodnia, żeby któraś się nie zepsuła. Gorsze części, naprawy na szybko "bo produkcja musi iść" i efekty były. Rekordzistka zepsuła się 7 razy w jednym miesiącu.

I wszystko byłoby ok, gdyby nie fakt, że uszkodzenie prasy mogło się wiązać dla nas nawet z utratą rąk, jeżeli znalazłyby się akurat w obszarze roboczym, a coś poszłoby nie tak jak trzeba. Zgłoszenia? Ok, będziecie mieli nową prasę.

No i super! Przyjechała! 40-letnia maszyna, która zepsuła się w drugim tygodniu.

3. Normy.

Nagminne podnoszenie norm przez [M] do poziomu w którym chyba tylko robot zdołałby je wykonać. Inni dali radę? Dali. Ale że ci "inni" często byli wspomagani przez jeszcze co najmniej jedną osobę, która podawała nową blachę i układała gotowe części, to nieważne. Przecież to w ogóle nie ma wpływu na szybkość produkcji.

4. Kary.

Nagle zaczęło się sypać dużo więcej kar za zepsute części (jeżeli część była uszkodzona z twojej winy, a nie maszyny czy wady materiału, mogłeś dostać za nią karę). Kiedy doszło do tego, że nawet 7 razy w miesiącu potrącali nam z pensji, przestaliśmy podpisywać potrącenia bez dowodów w postaci części. Wtedy zmalała liczba kar, za to wzrosły normy.

5. Wybrańcy.

Ludzie, którzy robili co chcieli i mieli wszystko w poważaniu. W każdej firmie jest taki, tylko szkoda że jeżeli ty spróbujesz się postawić jak on - kara. Zawsze mieli lepiej płatną pracę, wygodniejszą, lżejszą itp. Więcej dodawać nie muszę.

6. Wypowiedzenie.

Kiedy z dwójką kumpli stwierdziliśmy, że tu się nic nie poprawi i trzeba wiać, złożyliśmy wypowiedzenia. Efekt? [M] kazał agenturze nas zwolnić ze skutkiem natychmiastowym, miał takie prawo i to zrobił, wskórać nic się nie dało.


Z perspektywy czasu patrząc cieszymy się, że tak się stało, bo znaleźliśmy lepiej płatną, lżejszą pracę na jasnych warunkach z sympatycznymi ludźmi. I powiedzcie mi tylko, jak musi się powodzić tamtej starej firmie, skoro ludzie, którzy tam pracowali, byli tam świetnie ustawieni i mieli wysokie zarobki, są teraz przez nas widywani w firmie, do której przeszliśmy?

Skomentuj (1) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 101 (119)

#81936

~Ziemba ·
| Do ulubionych
Wspominka o moich perypetiach z przedmiotem j. angielskim na studiach.

Na pierwszym roku studiów, prowadzący w/w przedmiot (Pan P) poprosił, aby każdy ze studentów określił czy jest początkujący czy zaawansowany. Z całej grupy, tylko ja i koleżanka nie byliśmy początkujący. Zajęcia wyglądały tak, że my we dwójkę rozwiązywaliśmy jakieś bzdety niby dla zaawansowanych, a reszta uczyła się przedstawiać i pytać o drogę. Po jakimś czasie znudziło mnie to i przestałem uczęszczać na te zajęcia, z wyjątkiem zaliczeń itp. Z owych zaliczeń miałem czwórki i piątki.

W dniu wystawiania ocen z I semestru, Pan P, poinformował mnie, że z powodu nieobecności, muszę uczęszczać na dodatkowe zajęcia w przerwie zimowej, które skończą się zaliczeniem z oceną. W przeciwnym wypadku, z przedmiotu dwója (dla nie kumatych: dwója = niezaliczenie). Pytam czy jest to konieczne, ponieważ zadowolę się trójką, chociaż z ocen wychodziło mi ponad cztery. Dyskusji jednak nie było, więc z pokorą przyjąłem karę za nieobecności.

Na powyższe zajęcia, oprócz mnie, uczęszczały również osoby, które z przedmiotem sobie nie radziły i z ocen wychodziło im dwa. Między innymi student z mojej grupy (Gostek), który miał dwóję ze wszystkich zaliczeń, z poprawek tych zaliczeń oraz z zaliczenia przedmiotu w dniu wystawiania ocen.

Na w/w dodatkowych zajęciach (1,5h przez pięć dni) rozwiązywaliśmy zadania typu: uzupełnij w zdaniu brakujące wyrazy. Ostatniego dnia zajęć, ze sprawdzianu zaliczającego otrzymałem ocenę cztery. Gostek tradycyjnie, otrzymał dwa. Pan P, Gostkowi wystawił na semestr czwórkę, ponieważ: "Ma pan problemy z przedmiotem, ale z racji, że uczęszczał pan na wszystkie zajęcia, mogę panu podciągnąć ocenę". Mi natomiast Pan P oznajmił, że mam naciągane trzy. Ręce opadły. Spytałem się, dlaczego robił mi problemy z trójką, skoro Gostkowi wystawił cztery za obecność, pomimo, że poprawnie nawet zdania nie potrafi sklecić. Według Pana P, swoim stwierdzeniem zachowałem się "nie po koleżeńsku".

Ostatecznie w pozostałe semestry, uczęszczałem na przedmiot tylko na zaliczenia, ale problemów już mi Pan P nie robił, a ocenę do dyplomu, wystawił mi cztery.

Ja wiem, że powinienem był uczęszczać na zajęcia, dlatego za nieobecności kara mi się należała pomimo mojej wiedzy, ale zaliczenie przedmiotu za obecność, komuś kto podstawy podstaw nie ogarnia? Z wyższą oceną? Nie wiem kto tu jest piekielny.

studia

Skomentuj (24) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 150 (174)

Podziel się pozytywnymi historiami na
WSPANIALI.pl

Piekielni