Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

 

#77632

~Jakubek ·
| Do ulubionych
Krótko zwięźle i na temat. Kto był piekielny, ocenicie sami.

Jechałem wraz z narzeczoną, jej siostrą i szwagrem na imprezę. Ja kierowałem. A jako kierowca wymagam od pasażerów dwóch rzeczy. By mnie nie rozpraszali podczas jazdy oraz, by zapinali pasy. Mogą rozmawiać, jeść, pić, spać, robić dosłownie wszystko, byleby przestrzegali tych 2 zasad.

Jechaliśmy przez teren niezabudowany. Jakieś nieużytki, krzaki. W pewnym momencie na drogę wyskoczył dzik. Hamulec do końca, nawet ręczny poszedł w ruch. Poczekałem chwilę, rozglądam się czy coś jeszcze nie ma zamiaru niespodziewanie wtargnąć na drogę. Przy okazji pytam się pasażerów, czy nikomu nic się nie stało. Dwie odpowiedzi twierdzące, jedna przecząca. Szwagier był niezapięty i przygrzmocił twarzą w stelaż od zagłówka przed sobą. Złamał nos.

Tak więc zamiast na imprezę, pojechaliśmy na SOR. A tam dowiedziałem się od przyszłej szwagierki i jej męża, że to moja wina. Że jej ukochany ma twarz jak po zderzeniu ze ścianą. Myślałem, że ich śmiechem zabiję. Dosłownie. Dodała jeszcze, żebym się nauczył jeździć, bo kto to pomyślał, żeby tak nagle hamować na pustej drodze. No cóż, miałem do wyboru. Dać buta w hamulec albo przygrzmocić w 150kg dzika. Wybór dla mnie oczywisty. Jak widać nie dla wszystkich.

Dlaczego o tym piszę? Bo 3 dni temu nas odwiedzili. I nie omieszkali wygarnąć, że przez moją "brawurową jazdę", mój przyszły szwagier ma oszpeconą do końca życia twarz.

Cóż, za głupotę się płaci...

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 172 (Głosów: 176)

#77626

(PW) ·
| Do ulubionych
Od kilku tygodni, znów pracuję w Oceanarium, ale dopiero dzisiaj trafiła mi się piekielna warta opisania.

Typ matki z pieluszkowym zapaleniem mózgu:
Instalacja: Antarktyda, zimno niemiłosiernie (ze względu na zwierzęta temperatura musi być niska).

Piekielna mamuśka wraz z babcią zmieniają dzieciakowi, na oko czteromiesięcznemu, pieluszkę. Ojciec wraz z wózkiem przechadza się nieopodal.
Podchodzę i informuję, że w każdej ubikacji mamy specjalnie przygotowane miejsce, żeby przebrać dziecko.
Kobiety odpowiadają mi, że już kończą, więc mówię im, żeby następnym razem o tym pamiętały, ponieważ zmienianie pieluchy w miejscu publicznym i przy ludziach, nie jest zbyt higieniczne.

Oczywiście w tym momencie matka wybucha: "Ale przy jakich ludziach, jak tutaj są tylko dwie osoby?!"

Siląc się na uprzejmy ton, bo już w tym momencie widzę, że mam do czynienia z mamuśką konfliktową, wyjaśniam pani, że dwie osoby to też ludzie, którzy, całkiem możliwe nie mają ochoty na ów niespodziewany spektakl, jak również, że w każdym momencie może przybyć publiczności. Publiczności niewiadomego pochodzenia, którzy, być może robią zdjęcia pingwinom, ale może też robią je jej ukochanemu półnagiemu dzieciakowi i nie wiadomo gdzie takie zdjęcia trafią dalej.

Matka nie za bardzo przejąwszy się ewentualną karierą syna na stronach pedofilskich, zaczyna się rzucać (ojciec i babcia w ciszy ubierają małego, bo chyba doszło do nich, że wybrali nie najlepsze miejsce na zmianę pieluchy) i pytać mnie, czy mam dziecko, bo gdybym miała, to z pewnością inaczej bym do tego podchodziła... Tiaa. W końcu kobietę uspokoił mąż, szczęście dla mnie, bo już miałam wizję wzywania ochrony do agresywnej mamuśki.

Ważny szczegół: W Oceanarium mamy 14 instalacji, z których 10 posiada toalety, co najmniej 2 na instalację, z około 10 kabinami każda, więc nie ma problemu z szybkim dowiezieniem dziecka do miejsca zmiany pieluszki.
Co niektórzy mają w głowie...

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 169 (Głosów: 181)
Za każdym razem, gdy myślę, że nic mnie już nie jest w stanie zaskoczyć, dzieje się coś, co skutecznie wyprowadza mnie z błędu.

Pewnego zimowego dnia, gdy miałam 16-17 lat, wracałam ze szkoły. Po mojej lewej stronie, obok chodnika znajdował się pas zieleni (w tamtym czasie przykryty hałdą śniegu), a następnie jezdnia. Co jakiś czas mijałam betonowe kosze na śmieci, czyli krótko mówią: typowy miejski krajobraz zimowy. Jednak w pewnym momencie usłyszałam dziwne dźwięki, dochodzące z jednego z koszy. Zajrzałam do środka i wyłowiłam kartonowe pudełko. Gdy je otworzyłam, dostrzegłam skuloną w kąciku, czarną jak smoła, miauczącą kupkę nieszczęścia. Wzięłam biedaka pod kurtkę i zaniosłam do domu. Wprawdzie rodzice nie zgodzili się na zatrzymanie zwierzaka, lecz pomogli mi w szukaniu domu dla niego wśród sąsiadów i uczniów mojej szkoły. Malec szybko znalazł szczęśliwy dom u mojej koleżanki z klasy, gdzie dożył sędziwego wieku.

Od tamtej sytuacji minęło +/- 15 lat, może trochę więcej. Przez te lata jeszcze kilka razy zdarzyło mi się doświadczać powtórki z rozrywki. Bilans do tej pory wynosił (poza kotem o którym pisałam wyżej):

- Szczeniak nr 1 - widziałam na własne oczy jak ktoś wyrzucił go z samochodu przy ruchliwej drodze i odjechał.

- Szczeniak nr 2 - wsadzony do czarnego worka na śmieci i porzucony obok leśnej ścieżki.

- Dwa króliczki miniaturki - włożone do kartonowego pudełka i postawione obok kontenera na śmieci. Do ogrodzonego kontenera, do którego można było dostać się tylko mając klucz lub znając kod, miały dostęp tylko dwa, niewysokie bloki. Mimo czasochłonnej akcji poszukiwawczej, nie udało się zlokalizować właścicieli.

- Stary owczarek niemiecki, przywiązany drutem do drzewa w głębi lasu, na wsi u koleżanki. Było lato, 35 stopni w cieniu, duchota nieziemska. Niestety psa nie udało się uratować. Po dziś dzień przeklinam osobę, która zafundowała mu taki koniec.

Dlaczego piszę o tym akurat teraz? Bo dwa dni temu, o świcie, wychodząc z moimi psami na poranny spacer, dostrzegłam reklamówkę przewieszoną na wewnętrzną stronę mojego ogrodzenia. Czy muszę pisać jaka była jej zawartość? Szczeniak. Mały kundelek niepodobny do niczego. Rozpuściłam wici wśród sąsiadów i znajomych - malec został dzisiaj zabrany przez kolegę z pracy.

A ja siedzę i nie rozumiem. Tyle mówi się o tym, że zwierzę to nie zabawka na baterie, że to odpowiedzialność, a mimo to nadal zdarzają się elementy rasy ludzkiej, które wyrzucają zwierzęta jak jakiegoś śmiecia. Czy w dobie dzisiejszej techniki, portali społecznościowych, tak trudno jest dać informację, że ma się do oddania psa/kota/królika/szczura? Przecież zawsze znajdzie się ktoś, kto sierścia przygarnie i da mu nowy dom. Wymienionym przeze mnie znajdom, udało się znaleźć dom w mniej niż tydzień.

Inna sprawa to to, że wymienione przeze mnie zwierzęta (poza owczarkiem) zostały znalezione w miesiącach zimowych, po Nowym Roku. Domyślam się, że były porzuconymi "prezentami gwiazdkowymi". To już samo w sobie wywołuje we mnie przemożną chęć potraktowania byłych właścicieli jak deski podczas ćwiczeń karate.

Ale tak między nami, to musicie przyznać: żywe zwierzę, które nie posiada bateryjek ani przycisku, którym można je wyłączyć - no normalnie ewenement na skalę światową!

porzucone zwierzęta w mieście i na wsi

Skomentuj (17) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 154 (Głosów: 164)

#77590

~smykulfc ·
| Do ulubionych
Historia bulwersująca, bo chodzi o ludzkie życie. Moja babcia w ostatni piątek, 17 marca zaczęła się dziwnie zachowywać, bełkotała, nie rozpoznawała miejsca gdzie jest, chciała wracać do "swojego" domu (który opuściła 15 lat temu), "leciała" przez ręce itd. Ja niestety mieszkam 270 km od niej, ale była u niej moja mama, zadzwoniła po pogotowie. W grupie ratowników był lekarz. Stwierdził... demencję starczą, dał pigułki i odjechali.

Stan babci nie poprawiał się, mama wzięła ją do domu, ale z dnia na dzień nie było lepiej, nie kojarzyła gdzie jest, co się z nią dzieje, nie potrafiła zapamiętać nawet gdzie jest ubikacja. Pogotowie znów wezwane, bo coraz gorzej...dalej demencja /dodam, że ta sama ekipa przyjeżdżała/. Suma summarum byli 3 razy. Do tego jedna z ratowniczek rzuciła mojej mamie, że na siłę chce wepchnąć mamę do szpitala/domu starców, a powinna się nią opiekować, bo to jej obowiązek (babcia ma ponad 80 lat, mama 67).

Koniec końców dzisiaj, tj. w poniedziałek 20 marca, mama poszła do zaprzyjaźnionej pani doktor z prośbą o pomoc. Bo babcia ma się coraz gorzej. Pierwsze co, to lekarz powiedziała, żeby wezwać karetkę... no ale trzy razy byli I nic. Więc wypisała skierowanie do szpitala. A tam...

...po badaniach okazało się, że w dzień pierwszy kiedy pogotowie przyjechało po raz pierwszy, babcia miała udar. Lekarz który babcię badał i ma na oddziale załamał się jak usłyszał, że w karetce oprócz ratowników był lekarz.
Piszemy skargę, mamy lekarza z nazwiska i imienia. Szkoda, że to pewnie nic nie zmieni, ale gość powinien mieć zakaz wykonywania zawodu.

Babcia z tego wyjdzie... podobno...

słuzba_zdrowia pogotowie lekarz

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 182 (Głosów: 194)

#77546

(PW) ·
| Do ulubionych
Znowu wyczerpująco i niepopularnie. Kto nie lubi filozoficznego podejścia do świata, niech nie traci czasu na czytanie tej ściany tekstu. Historia tylko dla romantyków :)

Ja i Mąż jesteśmy muzykami. (Kochany jest wszechstronnym artystą. Ot, moje serce porwał typ złotej rączki z wrażliwą duszą. Taka tam dygresja, czysto egoistyczna przechwałka :D). Jak wiadomo, jest to branża kapryśna, raz pieniędzy jest więcej, raz mniej, raz wcale. Żeby tych pieniążków było więcej, nie wystarczy tylko rozwój, potrzebne są przede wszystkim kontakty.

Dzisiaj opiszę jeden z takich kontaktów, gdyż okazał się nie lada piekielnikiem.

Miał na imię Karol, miał blisko pięćdziesiątki, poznaliśmy go przez znajomego. Był wokalistą i lokalną gwiazdą, jego nazwisko kojarzono, Internet był pełen jego twórczości. Zdecydował się na współpracę z nami, ponieważ dawno temu wysypali mu się muzycy (to się często zdarza, czasem rodzą im się dzieci, czasem się przeprowadzają, czasem porzucają muzykę dla pracy zawodowej, czasem opuszczają kapelę dla innej kapeli, ale w tym kraju jednak chyba w większości przypadków muzyków dzieli kasa - można poczytać, że to najczęstsza przyczyna rozłamów nieistniejących już polskich popularnych zespołów).

W każdym razie Karol poczuł, że po kilku latach przerwy chce powstać jak feniks z popiołów i powrócić do dawnej świetności, potrzebni są mu tylko muzycy na wyłączność - bez stałej pracy, z mnóstwem czasu, pełnym oddaniem i pasją. I tak się poznaliśmy.

Karol z początku był zachwycony faktem, że się poznaliśmy. Mówił, że "jesteśmy tacy fajni, inni, ekologiczni, poukładani, że wyczuwa się u nas niebywale dobrą energię, że jesteśmy odcięci od zwyczajnego świata i on ma nadzieję, że pomiędzy nami nawiąże się nie tylko nić współpracy, ale i przyjaźni".

Nie dało się jednak już na samym początku nie zauważyć dzielących nas różnic. Pierwszą z nich, kolosalną wręcz, była odległość - mieszkaliśmy 80 km od siebie.

Ustaliliśmy wspólnie, że próby miały odbywać się u nas, ponieważ mamy ku temu warunki - niezbędny sprzęt, zaciszne miejsce itp. Szkopuł polegał na tym, że Karol nie miał prawa jazdy (po którymś tam niezdanym egzaminie, stwierdził, że to nie dla niego). Pomimo tej niedogodności, jednak znajdywał sposoby, by pojawiać się na próbach. Czasem łapał stopa, czasem jeździł autobusem, a czasem my go woziliśmy za zwrot kosztów paliwa.

Pewnego razu zamiast pieniędzy zaproponował nam bilety na koncert lubianej przez nas grupy, bo akurat miał dojścia (członek zespołu był jego znajomym) i dostałby je za bezcen. Zgodziliśmy się, bo takie rzeczy to nie w kij dmuchał, sami byśmy pewnie się na to nie szarpnęli.

I tutaj rozpoczyna się pasmo piekielności.

Karol pojął w tym momencie, że najlepszą walutą między nami będzie obietnica. Zaczęło się klasycznie: od nieoddawania pieniędzy (najczęściej za podwózki). Czyli niezawodne "terazniemamprzysobie". Upominanie się z mojej strony o należność, niczym ekscentryczna gwiazda traktował jako impertynencję, reagując słowami "myślisz, że ci nie oddam!? za kogo ty mnie uważasz!? masz mnie za oszusta!?". Ale na to przymykałam oko, bo przez jakiś czas była, marna, bo marna, wymęczona i wyproszona, płynność w spłacaniu długów.

Karol twierdził, że pozałatwiał nam grania. Wiele koncertów, w różnych miejscach w Polsce. I to okazało się połowicznie prawdą, ale o tym później. W związku z tymi koncertami, logiczne było, że zapytamy o stawkę. Moja pierwsza, jasno jarząca się czerwienią żarówka, zapaliła się po jego odpowiedzi na to prozaiczne pytanie.

- Candela, ja naprawdę nie rozumiem, dlaczego ty tak namiętnie lubisz rozprawiać o pieniądzach. Myślisz, że cię oszukam? Będziesz miała wgląd we wszystkie papiery, jeśli tak bardzo mi nie ufasz...

Czyli jednym słowem - zaginał rzeczywistość w sposób mający powodować skruchę u rozmówcy. Nie tylko w kwestii pieniędzy. Po prostu był osobą, która rozumowała niezrozumiale dla przeciętnego człowieka. Odczuwany dyskomfort był porównywalny z brakiem możliwości dogadania się na ważny temat z obcokrajowcem. Znam kilku ludzi, stosujących podobny rodzaj manipulacji*. Stałam się nieufna...

Kiedy przez kilka tygodni przypominaliśmy o obiecanych biletach na koncert (to już podchodziło nie pod egzekwowanie, lecz pod dziadowanie), po milionowym z kolei "nie teraz, cierpliwości", "dowiedział się" że jedyną możliwością takiego wkręcenia (po znajomości, bez biletów) na koncert jest umieszczenie nas w loży VIP. Ale do tego są potrzebne imienne zaproszenia, pełna precyzja danych osobowych, więc on potrzebuje kserokopii naszych dowodów osobistych.

Logiczne. Tylko, że ja jestem zaczytaną w piekielnych szelmą i zdaję sobie sprawę, że oddać komuś swoje dane, to jak zaprzedać duszę. Odmówiliśmy. Zareagował klasycznym fochem. Zaproponowaliśmy, że pojawimy się w dowolnym, odpowiednim miejscu na świecie, o dowolnej, odpowiedniej godzinie z pełnią naszych danych, byleby samodzielnie podać nasze personalia komu trzeba. Stwierdził, że jesteśmy problematyczni.

- Naprawdę cię nie rozumiem, Candela, czemu ty generujesz tyle problemów. Traktujesz mnie, jakbym był oszustem.
- Karol, zrozum, że znamy się tylko kilka tygodni...
- A ty już mnie oceniłaś i postępujesz wedle tej oceny. Coś czuję, że nie będzie między nami dobrze.

No i istotnie - nie było. Od tego czasu wszystko zaczęło się kończyć. Ilość obietnic stała się jeszcze bardziej odwrotnie proporcjonalna do ich spełniania. Coraz bardziej opornie oddawał pieniądze. Coraz bardziej opornie przyjeżdżał na próby. Dla pokazania częstotliwości zjawiska: cztery odwołane próby w jednym tygodniu**.

Na próby przychodził nieprzygotowany. Nie znał tekstów, mylił słowa, a czytać z kartki nie chciał, bo "nie mógł wtedy w pełni się wczuć". Gromadzeniem i usystematyzowaniem tekstów zajmowałam się ja, oprawą muzyczną i aranżacją - Kochany. Karol przychodził na gotowe i jeszcze był niezadowolony. Gdy wyrażałam swoją dezaprobatę przekręcaniem przez niego słów*** w utworach, miał pretensje do mnie o to, że jestem zbyt małostkowa i czepiam się nieistotnych rzeczy, wprowadzając złą atmosferę..

Frustracja współpracą niebezpiecznie narastała. Apogeum osiągnęła dzień przed naszym pierwszym koncertem. Karol poinformował nas, że nie załatwi nam obiecanych biletów na koncert, ponieważ w tamtym zespole zmienił się skład - jego kolega odszedł. Po dwóch miesiącach powtarzania obietnicy, tak po prostu oznajmił, że jej nie spełni.

Zdenerwowałam się bardzo, bo długotrwałe nęcenie człowieka czymś kuszącym (czy to potrawą, czy ładnym biustem) wzmaga potworny apetyt, niemalże nie do poskromienia. I nagle *pach* - nie ma i nie będzie.

Niewiele myśląc, zareagowałam mocno emocjonalnie (kobieca rzecz), postanowiłam się zemścić i zapytałam teoretycznie, co by zrobił, gdybym ja mu teraz powiedziała, że nie zagramy z nim jutro koncertu. Że próby były tylko ciągiem obietnic bez pokrycia. Jakby się poczuł?

Rozłączył się i przestał odzywać.

Nie zagraliśmy razem, jednakże poszliśmy z Mężem na przeszpiegi - pojawiliśmy się na jego koncercie w charakterze publiczności. Dziwnym trafem udało mu się naprędce znaleźć kogoś innego, by mu akompaniował. Cóż, nasze podejrzenie było takie (w końcu z niemożliwością graniczy opanowanie tak szerokiego materiału w jedną dobę****), że od jakiegoś czasu Karol po prostu grał na dwa fronty i umawiał się z innym muzykiem równolegle (przez co zaniedbywał próby z nami). Czyli de facto okłamywał nas. A nawet zdradzał.

Wspomniałam wyżej, że "Karol pozałatwiał nam grania w różnych miejscach w Polsce. I to okazało się połowicznie prawdą." Czemu połowicznie? Bo załatwił je, ale nie nam, tylko im - jemu i temu drugiemu muzykowi, który mu akompaniował na koncercie.

Po tym wszystkim przeszłam niemałe załamanie nerwowe. Nie tylko dlatego, że marzenia o połączeniu podróży z muzykowaniem nagle legły w gruzach. Nie tylko dlatego, że przy tej współpracy ponieśliśmy (finansowe) wyłącznie straty. Ale również dlatego, że to właśnie ten krętacz, ten kłamca, ten cholerny manipulant spadł na cztery łapy.

I takie jest życie. Nie uczciwy i pracowity człowiek wdrapie się na wyżyny, tylko manipulant najsprawniej rozpychający się łokciami. Wszędzie działa prawo dżungli (a najjaskrawiej chyba w polityce). Wyjątków od tej reguły jest niewiele, o ile bywają.

*Te osoby z nieznanych sobie przyczyn są samotni. Nie potrafią długo utrzymać przy sobie ludzi. Nie posiadają bliskich - jeśli już, to krótko.

**To nie było tak, że byliśmy takimi nadgorliwcami, że umawialiśmy cztery próby tygodniowo. To było odwoływanie z przesuwaniem. Przykładowo: ma być próba w poniedziałek. Odwołujemy i przenosimy na środę. Ze środy odwołujemy i przenosimy na piątek itd.

***Jest to ważna piekielność. Często śpiewałam z nim na dwa głosy, więc w tych partiach tekst po prostu musiał być ujednolicony. Jeśli śpiewał sam, mógł sobie dowolnie przekręcać - licentia poetica. Ale w przypadku współpracy, powinna być harmonia.

****Karol na niczym nie grał, więc nie potrafiłby podać nawet preferowanych tonacji - od ogarniania tych tematów byliśmy ja i Mąż.

PS. Karol po dziś dzień nie uregulował z nami długów finansowych. O moralnych nie wspomnę. Co więcej: rozpowiadał po naszych wspólnych znajomych, że wykukaliśmy go przez bilety na koncert. A plotkarz z niego był nieziemski. I musiało brzmieć to strasznie, jeśli rozmówca nie wiedział, że te bilety były tylko wierzchołkiem góry lodowej...

ekscentryczna_gwiazda

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 148 (Głosów: 250)

#77540

(PW) ·
| Do ulubionych
Niektórzy nie wymawiają (bądź niepoprawnie) głoskę "r". No cóż. Niemiłe, ale mówi się "tludno" i kocha się dalej. Tak, wiem, można to korygować, mam swoje powody, dla których nic z tym nie robię, dopóki da się bez większych problemów funkcjonować.

Ludzie rozumieją mnie bez problemu, a już na pewno nie spodziewałam się cyrków ze strony osoby mi podobnej.

W pracy (laboratorium), każdego klienta muszę zapytać o nazwisko. Tylko dla potwierdzenia, czy nie zaszła jakaś pomyłka, bo i tak mam je napisane na skierowaniu.
Przyszła dzisiaj kobieta, dajmy na to Kurczyńska. Zmieniłam, ale chodziło o nazwisko, które istnieje zarówno w wersji z "l", jak i "r". W każdym razie pani również mówiła niewyraźnie i nie byłam pewna, powtórzyłam więc. (Poniżej piszę, tak jak wymawiałyśmy, jak było słychać. W mojej wymowie wychodzi coś zbliżonego do "L", ale wiadomo doskonale, jaka głoska była w planach).

Ja - Kulczyńska? Przez L jak Lobelt?
Pani - Nie. KuLczyńska. Przez L! Jak Lobelt!
J - Tak, rozumiem. L. Jak Lobelt, albo Lyszald.
P - Nie! L! Jak L-Y-S-Z-A-L-D!

I w koło Macieju. Może nie tyle piekielne, co dziwaczne, że obie miałyśmy dokładnie ten sam problem, a powtarzała po mnie jak echo, jakby nie rozumiejąc, że coś takiego istnieje.

Skomentuj (41) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 169 (Głosów: 239)

#77533

(PW) ·
| Do ulubionych
Jestem "wielką" kobietą. Mam 26 lat i przy wzroście 173 cm ważę 116 kg. Mimo tego, że toleruję swój wygląd, postanowiłam zrzucić kilka kilogramów.
Więc pierwszy raz od naprawdę bardzo dawna poszłam potruchtać.

Nie obyło się jednak bez przykrych komentarzy. Dwie kobiety, nie ukrywając znacznie chudsze ode mnie, które również postanowiły pobiegać, nie umiały pojąć jak można tyle ważyć.

[Kobieta1]: Ty, widzisz to coś?
[Kobieta2]: Haha, jaki grubas, o Boże!
[K1]: Nie potrafiłabym tak żyć. Ciekawe jaki to ma rozmiar!
[K2]: Pewnie nie ma takiego! Musi mieć ciuchy na miarę!
[Ja]: Przepraszam panie bardzo! Zniszczę pani wątpliwości - tak, istnieje taki rozmiar.
[K2]: Haha! Ciekawe jaki!
[J]: 60. I proszę dać mi spokój, takie uwagi nie są na miejscu.
[K1]: Ach, to do widzenia. Lub nie... Lepiej nie do widzenia. Nie chcę więcej zobaczyć takiego tłuściocha.

Nic dodać, nic ująć.

bieganie otyłość

Skomentuj (29) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 149 (Głosów: 223)

#77529

(PW) ·
| Do ulubionych
Rozmowa dwóch lachonów. Dorosłych na oko, bo każda paple o konkubencie, z którym mieszka. Z bełkotu wyrwał koleżankę jeden tekst...
"Ja sobie chcę kupić zegarek, taki ze wskazówkami, bo tydzień temu nauczyłam się jak się z niego odczytuje godziny".

Tadam...

prymityw patologia inteligencja

Skomentuj (41) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 165 (Głosów: 281)

#77586

(PW) ·
| Do ulubionych
Mylić się rzecz ludzka, ale bez przesady.

Mieszkam na ulicy Piekielnej X mieszkania Y. Pewnego razu w mojej skrzynce na listy znalazł się list zaadresowany do osoby mieszkającej pod adresem Anielska X mieszkania Y. Nazwy ulic nie są do siebie podobne, tyle, że na tym samym osiedlu - pewnie obsługuje ten sam listonosz. Bliżej mi było do bloku na Anielskiej niż na pocztę, toteż w geście dobrej woli poczłapałam przekazać przesyłkę w prawowitą skrzynkę. A tam, na skrzynce, wymalowana niezmywalnym mazakiem wiadomość:
"Drogi listonoszu. To jest blok Anielska X, a nie Piekielna X".

Ciekawe, ile razy listonosz musiał się tak pomylić, że aż zdesperowani mieszkańcy wypisali mu wiadomość...

poczta

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 215 (Głosów: 221)

#77559

(PW) ·
| Do ulubionych
Chciałbym serdecznie pozdrowić rowerzystę, który w swym szaleńczym slalomie chciał przejechać między moją stojącą w korku ciężarówką, a przyczepą.
Myślę, że następnym razem będziesz pamiętał, że przyczepa jest połączona z samochodem dyszlem :)

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 262 (Głosów: 268)

Podziel się pozytywnymi historiami na
WSPANIALI.pl

Piekielni