Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

 

#81482

(PW) ·
| Do ulubionych
Z pamiętnika laborantki.

Przyszła do pobrania krwi starsza kobieta. Podwijając rękaw zauważyła zaskoczona: o, tu jeszcze jest plaster od poprzedniego pobierania.

Wobec tego poprosiłam o drugą rękę - jeśli jest taka możliwość, lepiej nie pobierać w tym samym dniu, czy nawet dzień po z tego samego miejsca. Tak przynajmniej sądziłam, że upłynęła najwyżej doba, bo przecież ile można nosić jeden plaster?

Ale pani zaczęła twierdzić, że to było dawno - i faktycznie - wystające spod plastra resztki pokaźnego krwiaka zdążyły już przejść przez wszystkie kolory tęczy, na pewno nie był on świeży.

Zapytałam, od kiedy to jest, kobieta określiła termin na ponad dwa tygodnie. Zapytałam ostrożnie:
- I tak się mocno trzyma ten plaster, że przez tyle czasu pani nie odpadł? Nie odmoczył się przy myciu?
- Nie, pani, ja go nawet nie zauważyłam.

No więc co? Ona się przez te dwa tygodnie nie myła? Nie przebierała choćby na noc?

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 107 (133)

#81481

(PW) ·
| Do ulubionych
Od zawsze byłam zdrowa jak ryba, nawet jako dziecko szczególnie często nie chorowałam i tylko raz byłam w szpitalu na usunięciu wyrostka; problem pojawił się pewnego ranka podczas wakacji nad jeziorem, gdy po obudzeniu nie mogłam zgiąć w kolanie lewej nogi.

Pierwsza rada od rodziny: „pewnie za mało się ruszasz, spróbuj to rozchodzić”. Po kilku godzinach zamiast poprawy pojawił się ból przy każdej próbie zrobienia ruchu. Szybka decyzja - do szpitala; jako że szpital był w odległej miejscowości od obozowiska, ktoś musiał mnie tam zawieźć, bo sama nie byłam w stanie chodzić.

Na miejscu w szpitalu w małej miejscowości, bez zrobienia żadnych badań oprócz RTG, diagnoza: odklejona łąkotka, trzeba nogę wsadzić w gips. Nie pomogło tłumaczenie, że nie wykonywałam żadnej wymagającej aktywności fizycznej i tylko pojechałam się opalić nad wodą. Nie miałam wtedy żadnej odpowiedniej wiedzy medycznej, więc skapitulowałam i dałam sobie założyć gips (lekarz pewnie zna się lepiej niż ja).

Już z gipsem założonym aż do pachwiny wróciłam do domu, do miasta wojewódzkiego nad Wisłą. Nie minął tydzień, a zaczęło się dziać coś podejrzanego: czułam, jakby gips nagle stał się za ciasny, noga spuchła tak, że nie było mi widać kostek, a jestem szczupłą osobą.

Kolejna wizyta w szpitalu, tym razem w dużym szpitalu dziecięcym (nie miałam jeszcze 18 lat). Pan doktor całkiem miły, stwierdził po wstępnych oględzinach, że to zapalenie stawu, a nie odklejenie łąkotki i gips można zdjąć, bo jest zbędny. Zalecił jonoforezę, laser i punkcje w kolano (zastrzyki), co miało załatwić sprawę; żadnych badań oprócz kolejnego RTG nie zalecił.

Minęło kilka tygodni, zamiast poprawy było znacznie gorzej, noga spuchła do rozmiarów pnia drzewa i ból był nieznośny i rozrywający (chodzić w ogóle nie mogłam, nawet z kulami). Trafiłam 3. raz do szpitala, bo dostałam 40-stopniowej gorączki i zaczęłam majaczyć.

Dopiero wtedy trafił się lekarz, który wpadł na pomysł zrobienia mi podstawowych badań krwi. Już podczas pobierania krwi coś było nie w porządku, bo krew była gęsta jak czarny kisiel, co przeraziło pielęgniarkę. Ekspresowo zrobiono wyniki i okazało się, że to infekcja, a problem z kolanem to wielki ropień podudzia (w który namiętnie robiono zastrzyki, przez co znacznie się powiększył).

Diagnoza: sepsa idąca w górę nogi, potrzebna była natychmiastowa operacja i podanie antybiotyków (wtedy nie wiedziałam, bo personel nie chciał mnie straszyć przed operacją, ale gdybym trafiła do szpitala później, to mogłabym stracić nogę, a nawet umrzeć przez infekcję).

Po operacji dowiedziałam się, że pozbyto się ropy, ale przez dłuższy czas będę musiała zostać w szpitalu, bo ropa dalej będzie się gromadzić i niezbędny będzie cewnik przechodzący przez kolano (wyglądało to makabrycznie). Leżałam w szpitalu prawie 2 miesiące, większość czasu z unieruchomioną nogą i cały czas wlewano we mnie litry antybiotyków. Schudłam niemiłosiernie, wyglądałam jak połowa człowieka, a moje wyniki nie poprawiały się. Wtedy do akcji wkroczyła moja mama i zaczęła szukać informacji na własną rękę, znalazła lekarza w szpitalu prywatnym, który zgodził się na diagnozę na odległość, gdyż ja byłam uziemiona w szpitalu dziecięcym.

Przyjrzał się dokładnie historii choroby, poprosił mamę, by zrobiła kilka dodatkowych badań, a także pobrała samodzielnie wymaz z rany na kolanie i wysłała do analizy (czego oczywiście szpital nie zrobił i nie chciał zrobić, nie wiadomo dlaczego). Wynik - Yersinia - bakteria wywołująca jersiniozę, czyli odzwierzęcą chorobę, której pierwszymi objawami są problemy z układem pokarmowym - ból brzucha i zaparcia, w następnych etapach posocznica.

Pamiętacie, jak mówiłam, że miałam usuwany wyrostek? Okazało się po zrobieniu wielkiej awantury w szpitalu, że wyrostek był całkowicie w porządku i wycięto mi zdrowy, ale nikomu już się nie chciało dowiedzieć, co powodowało ból brzucha (tak, to ten sam szpital, który prawie zafundował mi amputację nogi). Nigdy w życiu nie widziałam mojej mamy, zazwyczaj bardzo spokojnej kobiety, w takim stanie jak wtedy, gdy poszła pokazać wyniki lekarzom na oddziale. Rzucała takie wiązanki w ich kierunku, że jestem pewna, iż zapamiętają nas tam na długo.

W końcu zmieniono moje leczenie i nareszcie mogłam pomyśleć o powrocie do domu (rok szkolny już dawno się zaczął i miałam gigantyczne zaległości w szkole), niestety po tylu miesiącach leżenia i bezwładu mięśnie w mojej nodze odmówiły posłuszeństwa, musiałam na nowo nauczyć się chodzić i czekała mnie długa rehabilitacja. Wszystko skończyło się dobrze tylko dzięki mojej mamie, która nie jest lekarzem, ale postanowiła myśleć samodzielnie i nie wierzyć ślepo w puste tłumaczenia lekarzy, którzy po prostu nie wiedzieli, co mi jest i nie wykazali się inicjatywą, żeby się dowiedzieć. Po prostu na oko stosowali różne metody, licząc, że to zadziała.

Taka jest prawda, że gdyby na samym początku zrobiono mi podstawowe badania, nie byłoby całej tej sytuacji, nie wiem, dlaczego nikt nie wpadł na pomysł zrobienia zwykłej morfologii, badanie za drogie? Nie mieli czasu? A może po prostu olali mnie i mój przypadek? Myślę, że to trzecie, przez ich lekkomyślność mogłabym umrzeć lub zostać kaleką.

Na koniec: aktualnie jestem na studiach medycznych, ten pomysł zaczął mi krążyć po głowie po całej tej aferze, chcę być lepszym lekarzem niż grupa konowałów, która mnie "leczyła". W tym zawodzie powinni być ludzie z powołania, a nie tacy, których zmusili rodzice lekarze i teraz są wypaleni zawodowo. Przestroga dla wszystkich: nie wierzcie ślepo w to, co mówią lekarze, szukajcie drugiej opinii i nie bójcie się podważać diagnozy, bo może wam to uratować życie!

słuzba_zdrowia

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 73 (107)

#81479

(PW) ·
| Do ulubionych
Druga historia dzisiaj, ale pożar w burdelu na mojej grupie studenckiej mnie rozczulił.

Po co człowiek idzie na niestacjonarne studia filologiczne?

A) Nie zna języka, ale jest zdeterminowany, aby uzyskać nowe kwalifikacje i zdaje sobie sprawę, że czeka go intensywna nauka.
B) Język zna bardzo dobrze i chce podeprzeć tę umiejętność certyfikatem w postaci dyplomu (np. dla pracodawcy).
C) Pasjonuje się danym językiem i wiąże z nim swoją przyszłość zawodową.
D) Liczy na to, że studia to kurs językowy dla cwaniaków, bo nauczą go języka, będzie miał licencjat, a matka przestanie się czepiać.

Polecam osobnikom spod odpowiedzi D, aby darowali sobie denerwowanie całego roku i wykładowców pretensjami na temat wykładów w języku obcym. Na pierwszym roku do pewnego prowadzącego został wystosowany mail z prośbą o używanie na zajęciach jedynie języka polskiego, oczywiście zignorowany. Teraz afera wypłynęła ponownie, bo po trzech latach niektórzy przyczyn dla swoich poprawek upatrują dalej... w nierozumieniu materiału. Bo po angielsku.

Mam nadzieję, że ktoś ich uprzedził, że obrona też będzie po angielsku.

brać studencka

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 118 (126)

#81473

(PW) ·
| Do ulubionych
Posiadam dość irytujące i nietypowe uczulenie - na miętę. Znajomi często mi w to nie wierzą. Aż do momentu wystąpienia duszności i wysypki.

Odkąd przestałem korzystać z komunikacji miejskiej, dużo łatwiej jest mi unikać ludzi żujących gumę. Nawet krótki kontakt z czymś, co pachnie miętą lub mentolem generuje u mnie duże problemy z oddychaniem.

Żyłem tak sobie z moją alergią aż przypałętała się do mnie jakaś epidemia grypy. Wszyscy w domu i pracy chorzy, więc też się rozłożyłem. Po wycieczce do lekarza udałem się do apteki, by kupić 5 leków. Żadne z pudełek nie wzbudziło moich podejrzeń. Wśród leków były elektrolity w ładnym żółto-niebieskim pudełku. Po ich rozpuszczeniu mieszkanie wypełniło się znajomym zapachem. Standardowa procedura - usunąć źródło problemu i wziąć leki na alergię.

Po przestudiowaniu składów wydawało mi się, że tylko elektrolity muszę komuś oddać ze względu na miętę. Na szczęście coś mnie tknęło, zagłębiłem się w te drobniutkie literki nieco bardziej i znalazłem:

*"Skład": 2 substancje (brak informacji o istnieniu innych);
*"Zawartość opakowania i inne informacje": [...] substancja poprawiająca smak i zapach miętowa […].

Przez gapiostwo wywołane gorączką 2/5 leków szukało nowego domu.

Ładnych parę lat temu dzięki nadrukowi na opakowaniu owocowej herbaty udało mi się uniknąć konsekwencji spożycia mięty. Większość past do zębów posiada charakterystyczny listek na opakowaniu, nawet na ciastkach i napojach jest, ale na lekach zaburzał wizję artystyczną. :/

Piszę o tym, ponieważ mimo ostatniej nauczki postanowiłem bezmyślnie kupić lek na przeziębienie. Na saszetce poza nazwą leku był skrócony skład (bez informacji, że to nie wszystko) i napis "przeziębienie". Szczęśliwie lek nie był dla mnie, ale oprócz informacji w ulotce nic nie zapowiadało nieszczęścia.

Jeżeli jesteście na coś uczuleni, powtarzajcie o tym lekarzowi, pytajcie w aptece i czytajcie uważnie ulotki. Mam nadzieję, że sam też będę o tym pamiętał.

leki alergia mięta

Skomentuj (23) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 43 (103)

#81532

(PW) ·
| Do ulubionych
Dobrze, że klient ma czujnych sąsiadów, szkoda, że czujność wzmogła się po pięciu godzinach, jak skończyliśmy pracę.

Wchodzimy do bloku na parterze, otworzyły się drzwi i ciekawski pan pyta, po co my tu?

Zdawkowo odpowiedziałem, że do pracy, bez większych szczegółów. Nie, do niego nie szliśmy, udawaliśmy się 2 piętra wyżej, z 2 walizkami, kablami, dodatkowo jeszcze dwa kursy po sprzęt specjalistyczny.

Zlecenie wykonane, kursy z góry na dół ze sprzętem. Już mamy odjeżdżać, gdy na parking pod blokiem wjeżdża radiowóz na sygnale.

Po chwili pojawił się też ciekawski sąsiad i krzyczy do policjantów, wskazując na nas:
- To te włamywacze!

Trochę potrwało wyjaśnianie, spisywanie danych, zleceniodawca potwierdził, że pracowaliśmy u niego. Ogólnie strata czasu dla nas w związku ze sprawdzaniem wszelakich danych od pojazdu poprzez nasze osobiste.

Pytanie do pana, czemu wcześniej nie zadzwonił na policję? Bo chciał, by nas złapano z fantami.
Jak dla mnie to pan chyba za dużo naoglądał się seriali kryminalnych, bo o ile czujność niezła, to czas reakcji i logika to chyba w lesie.

Ursynów

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 101 (143)

#81498

(PW) ·
| Do ulubionych
Ciepło, deszcz, zimno, lód.

Kierowcy mają obowiązek odśnieżać i odladzać swoje pojazdy.

O ile z ogarnięciem osobówki specjalnego problemu nie ma (ale i ten lód z osobówki za dużej krzywdy nie zrobi), to usunięcie w Polsce lodu z ciężarówki jest prawie niemożliwe.

Na parkingach brak odpowiednich podestów, a zgodnie z prawem kierowca nie ma prawa wejść na 4-metrową ciężarówkę, żeby zrzucić z niej lód (jak spadnie, to ubezpieczyciel może robić problemy, że praca na wysokości bez uprawnień/zabezpieczeń), ale z drugiej strony kierowca ma obowiązek usunąć ten lód, a spadająca bryła może zabić. A wtedy oczywiście prokuratora nie będzie obchodzić, że nie było możliwości.

I kto jest piekielny ?

polskie drogi

Skomentuj (27) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 111 (135)

#81468

(PW) ·
| Do ulubionych
Jako że przez lata pracowałam w prywatnej przychodni lekarskiej, znam lekarzy i wysoko cenię ich fachowość. Zdaję sobie bowiem sprawę, jak ciężki i wymagający jest to zawód.

Jednocześnie całkowicie popieram konieczność likwidacji ZUS i NFZ. Zapewne podniesie się larum, że przecież ci cenieni przeze mnie lekarze stracą pracę, i że bez ubezpieczenia ludzie będą umierać na ulicy, ale mimo wszystko proszę czytających o próbę zrozumienia, w czym tkwi problem. A tkwi mianowicie w systemie, a nie w ludziach.

System wygląda tak: obywatel płaci pieniądze na ubezpieczenie, które później - rozdrobnione przez hordę urzędników państwowych - trafiają do szpitali. Z tych pieniędzy szpitale muszą opłacić personel, leki, budynki, narzędzia itd. Jako że pieniądze są po drodze rozdrobnione, nie całość składki trafia do zainteresowanych. Wniosek - twój lekarz leczy cię za mniejsze pieniądze, niż zapłaciłeś!

Druga sprawa: procedury szpitalne. Co szpital, to ciekawsze. W tym, do którego trafiłam lata temu, procedurą było TŁUMACZENIE się dyrektorowi szpitala z przepisywanych leków. Czyli lekarz, który ma wieloletnie doświadczenie nie może bez konsultacji z dyrektorem przeprowadzić leczenia farmakologicznego, które dla placówki jest potencjalnie zbyt kosztowne (przecież by nie starczyło na trzynastki dla zarządu...). Co z tego, że składkę masz opłaconą, że leki są na liście refundowanych? Nic. Dyrektor się nie zgadza, to kończysz tak jak ja. Czyli: dostajesz wypis po 10 dniach "leczenia" dożylnie ketonalem, w którym jest napisane, że "pacjentka jest w stanie DOBRYM", wracasz do domu, po dwóch godzinach dostajesz 40 st. gorączki, kopytkujesz do prywatnego lekarza, robisz mnóstwo badań, zostawiasz w aptece prawie pięćset złotych i przez miesiąc (za późno było na tygodniową kurację) codziennie łykasz lekarstwa i robisz sobie zastrzyki w brzuch. I żyjesz dalej, chociaż rekonwalescencja trwa pół roku.

Część z czytających uzna, że to wina lekarza prowadzącego w szpitalu. A ja już wiem, że nie (i to tylko dzięki znajomej pielęgniarce, która objaśniła mi, jak to wygląda od wewnątrz). Więc dalej będę popierać likwidację ZUS i NFZ, bo też już wiem, że pieniądze, które trafiają bezpośrednio z mojej kieszeni do lekarza mogą uratować zdrowie i życie. A te przelewane co miesiąc na konto "państwówki" niekoniecznie.

I tak, są prywatni ubezpieczyciele, którzy już dziś za ułamek składki na ZUS oferują dobry pakiet medyczny (z hospitalizacją włącznie), więc argumenty, że prywatna służba zdrowia nie może istnieć bez wsparcia państwa są bezzasadne.

A jeśli ktoś miałby się ubezpieczać dobrowolnie (bo przymus płacenia na ZUS po jego likwidacji by nie obowiązywał) i tego nie zrobił, to jego decyzja. W kwestii zdrowia trzeba być zawsze rozsądnym i samodzielnym, bo wbrew rządowym zapewnieniom, nikt poza nami samymi się tym nie przejmie.

Oczywiście zostaje kwestia rent i innych świadczeń, ale jeśli dziś co miesiąc oddajesz ponad tysiąc złotych na ZUS, to nie przekonasz mnie, że nie będzie cię stać na prywatne ubezpieczenie za mniej niż pięćset złotych, które gwarantuje wypłatę świadczenia (w przypadku ZUS jest to zależne od demografii i innych czynników, wobec czego od lat instytucja ta jest "ratowana" przez rządowe dotacje, czyli koleją porcję naszych pieniędzy, tym razem z podatków).

słuzba_zdrowia

Skomentuj (33) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 85 (139)

#81463

(PW) ·
| Do ulubionych
Kolejne dwie piekielne historie z udziałem mojej siostrzyczki, które wydarzyły się dzisiaj.

Jak już wspominałam, piekielna siostra nie okazuje szacunku nikomu.

Dzisiaj mój ojciec był świadkiem, jak siostrzyczka siłą wrzucała mi psa do pokoju, mimo mojego głośnego sprzeciwu.

Ojciec: Co ty robisz?
Piekielna siostrzyczka: Wkurzam Shatri!
O: Masz natychmiast przestać.
PS: Ale ja tak lubię ją wkurzać!
O: Lubisz jak ktoś ciebie wkurza? Chyba nie, bo to nie jest przyjemne.

PS z fochem, okropnie pyskując, uciekła do swojego pokoju. Po zwróceniu jej uwagi, by odzywała się do ojca z większym szacunkiem, zaczęła się ze mną porównywać. Kolejny raz dostałam dowód chorego wychowywania PS w wykonaniu mojej matki. Równość działa w jedną stronę - oczywiście zawsze na korzyść PS. Spróbuj się sprzeciwić, a dowiesz się, co twoja matka tak naprawdę o tobie myśli. Nie mam nic przeciwko równemu traktowaniu, jednak niech zacznie to działać w dwie strony.

Jakby tego było mało, najnowsza afera. Ktoś zostawił rolkę po papierze toaletowym na podłodze. PS tradycyjnie zaprzecza, bo przecież ona jest zawsze niewinna, mimo że to ona wymieniała papier. Ja, znając prawdę, mówię, że to PS zostawiła, bo przecież wymieniała rolkę. Nie potrafię dobrze opisać furii, w jaką to dziecko wpadło. Koniec końców pobiegła do mnie i z całej siły kopnęła. Tak, kopnęła. Zaraz obok mnie stała matka. Reakcja? "Przecież to tylko kopnięcie. O co ci chodzi?”. To tyle jeśli chodzi o karalność agresji w moim domu.

Ostatnio rozmawiałam na ten temat z ojcem. Stwierdził, że matka nie widzi problemu, bo jest taka sama jak jej najmłodsza córka. Coś w tym chyba jest.

Rodzina rodzeństwo siostra matka

Skomentuj (21) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 74 (140)

#81459

(PW) ·
| Do ulubionych
Ja rozumiem wszystko, no ale bez przesady.

Mam kota Gingera, rudego dachowca o podobno nieprzeciętnej urodzie. Byłam kilka dni temu u weta, musiałam skorzystać z transportu wiejsko-miejskiego - czyli rozlatującego się busa, w którym pasażerowie siedzą jeden na drugim. Mój transporter jest tak naprawdę torbą na zwierzaka, zamykaną z dwóch stron na zamek błyskawiczny.

W busie usiadłam bokiem na pojedynczym siedzeniu (tak było wygodniej z moim bagażem), transporter położyłam na kolana w taki sposób, że kot był widoczny przez "okienko". Mój nieprzyzwyczajony do podróży kocur trochę sobie pokrzykiwał, czym wywołał zainteresowanie współpasażerów, w tym siedzącego po drugiej stronie chłopca, który zaczął wypytywać mnie o zwierza. Trochę rozproszył moją uwagę i nie zauważyłam zachowania wymalowanej Karyny, która również bokiem siedziała przede mną. Zaalarmował mnie dopiero głośny syk Gingera.

Co się stało? Babsko otworzyło torbę i wepchnęło do środka łapę. Chciała "tylko pogłaskać, bo śliczny". Miała szczęście, że mój rudy do agresywnych nie należy, bo przysięgam, że jego poprzednik by ją pogryzł albo podrapał. Szkoda tylko, że moje już wcześniej zestresowane kotko nie wytrzymało i zrobiło kupę pod siebie. Śmierdziało niesamowicie przez resztę drogi. Mam nadzieję, że Karyna była zadowolona. Gorzej z nami - bo trzeba było tak pójść do weta i jeszcze do domu wrócić. Na szczęście kierowca w drodze powrotnej nas nie wyrzucił. W domu oczywiście kąpiel obowiązkowa - kolejny stres dla Rudego.

Ludzie, nie dotykajcie obcych zwierząt w podróży, nieważne jak ładne by nie były. Transporter nie jest naturalnym środowiskiem zwierzęcia, taki delikwent się stresuje i naprawdę nigdy nie wiadomo, jak zareaguje - mój kot jest bardzo otwarty, nie było problemów z jazdą w aucie, nie spodziewałam się tego cuchnącego "dramatu".

busy

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 102 (126)

#81525

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia opowiedziana dzisiaj przez kumpla w pracy.

Kończy mu się umowa na telefon. Udał się więc do salonu swojego operatora, by wybrać coś nowego. A że lubuje się w smartfonach, to szukał czegoś z wyższej półki. Co za tym idzie, w koszta zamierzał też wrzucić dodatkowe ubezpieczenie telefonu. By nie martwić się na przyszłość.

Typ umowy miał mniej więcej upatrzony. Nowy telefon również. Jego uwagę przykuła natomiast umowa dodatkowego ubezpieczenia. A dokładniej, odstępstwa w niej wymienione: kradzież, zalanie, uszkodzenie mechaniczne ciężkim przedmiotem (nie wiem, na jakiej podstawie mieliby to stwierdzać), uszkodzenia wynikające z przegrzania, zwarcia, bądź działania kwasów/zasad.

Krótko mówiąc, dodatkowe ubezpieczenie miało w zasadzie te same wykluczenia, co zwykła gwarancja producencka. A kosztowało 850zł.
Niestety kobitka w salonie nie potrafiła mu powiedzieć, co to dodatkowe ubezpieczenie obejmuje. Niemniej jednak, zanim kolega się zorientował w sytuacji, bardzo usilnie próbowała mu ten pakiet wcisnąć...

Skomentuj (24) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 152 (160)

Podziel się pozytywnymi historiami na
WSPANIALI.pl

Piekielni