Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

 

Jeśli już w temacie oddawania rzeczy za darmo jesteśmy, to dorzucę swoje trzy grosze.

Jakiś czas temu robiłam porządek w szafie i znalazłam starego laptopa. Nie był on laptopem sprawnym w 100%, ale zdecydowałam się wystawić go na olx za 10 zł albo czekoladę oreo z milki. W ogłoszeniu ujęłam, że w laptopie bateria działa jak chce (to znaczy, że raz uda się ją naładować, a raz trzeba cały czas być podłączonym do zasilania) i że już "muli", jednak do przeglądania sieci na spokojnie się nadaje. Napisałam również, że chodzą na nim gry z okolic lat 2000, które nie mają dużych wymagań, bo sam laptop miał i5U. Ale w końcu czego spodziewać się po Samsungu z 2012 roku ;)

I cóż, kupiec trafił się bardzo szybko, lecz do transakcji nigdy nie doszło, bo "zawsze coś, zawsze ktoś". Potem napisała do mnie kobieta, że weźmie go dla synka. Uprzedziłam ją, że jeśli chodzi o dziecko,, ten laptop może mu nie odpalić nowszych gier. Kobieta napisała, że jej syn i tak dużo nie gra, a więc go weźmie. Transakcja dokonana.

I tu mogłaby się zakończyć historia, lecz po 3 dniach otrzymałam telefon od zbulwersowanej matki, że laptop to syf, kiła i w ogóle masakra. Dlaczego? Bo jej syn chciał odpalić na tym komputerze Wiedźmina 3 i cóż, nie odpalił się. Dosłownie parsknęłam śmiechem. Jeszcze raz powiedziałam kobiecie, że to jest laptop stary jak świat i gra taka jak Wiedźmin, która już potrzebuje lepszego sprzętu, na nim nie pójdzie. Chyba, że mówimy tylko o 1 części serii. Kobieta chciała oddania pieniędzy. Zgodziłam się, mimo że w teorii kobieta miała świadomość co kupuje za tę 10.

Przyjechała z synem, ale bez laptopa. Pytam się więc, gdzie laptop. Co na to kobieta? Że w ramach rekompensaty za to, że traciła paliwo, ona zabiera pieniądze i zatrzymuje laptopa. To powiedziałam jej, że jak przywiezie laptopa to będą pieniądze. To kobieta zagrała inaczej. Że mam jej wymienić laptopa na jakiegoś innego. Już lecę pędzę. Dla śmiechu spytałam się chłopca jakiego laptopa chce. To ten zaczął wymieniać, że musi być 1080, a najlepiej to żeby cały laptop był od MSI gamingowy. To mówię do mamuśki, że mogę takiego laptopa jej załatwić. Mamuśka już szczęśliwa, ale mina jej zrzedła, gdy powiedziałam, że na laptopy gamingowe to trzeba w okolicy 4-5k wydać. Wyzwała mnie od wariatek, że tyle pieniędzy na komputer dawać nie będzie. Zabrała syna i już na szczęście więcej się nie pokazała.

A myślałam, że kwota minimalna wytępi takie osoby.

mamuśka vs komputer

Skomentuj (32) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 94 (100)

#80962

(PW) ·
| Do ulubionych
Idę z moim psiakiem na spacer. Widzę jak na placyk przede mną wjeżdża samochód, otwierają się tylne drzwi i wypada z nich psiak. Samochód zawraca i odjeżdża. Piesek biegnie za pojazdem, a ten się oddala...

Ki diabeł?! Udało mi się zapamiętać numery rejestracyjne i zauważyłem, że kierowcą była kobieta. Zadzwoniłem na policję i zgłosiłem podejrzenie porzucenia zwierzaka.

Na drugi dzień rozmawiam z sąsiadkami i m.in. wspomniałem o tym zdarzeniu. I co się okazało? To pani prawnik z niedalekiego osiedla domków jednorodzinnych - w ten sposób... wyprowadza psa na spacer. Podobno piesek jest czasem agresywny i pani dostała już kilka mandatów, ale stwierdziła "stać mnie na to".

Któregoś kolejnego dnia widząc mnie na chodniku ostentacyjnie i patrząc prosto na mnie zatrzymała się i wypuściła psiaka "na spacer" - możliwe, że policja ją odwiedziła i skojarzyła to ze mną.

Kilka dni temu idę chodnikiem przy ulicy dwukierunkowej - pasy oddzielone podwójną ciągłą. Zza zakrętu wyjeżdża znany mi już samochód, trochę z tyłu idzie sobie piesek. Ok, tym razem nie musi biec. Tyle tylko, że pani ma gdzieś innych kierowców i jedzie sobie z prędkością 5 na godzinę. Jadący za nią albo muszą dostosować prędkość, albo złamać przepisy i by ją wyprzedzić - przekroczyć ciągłą. Wszyscy przekraczali...

pies spacer samochód ulica

Skomentuj (3) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 59 (77)

#80963

(PW) ·
| Do ulubionych
Zacznę od tego, że jakieś dwa tygodnie nadszedł moment rozwiązania i na świecie pojawiła się wyczekiwana przez całą rodzinę Anielka. :)
O piekielnościach mojej teściowej mogę napisać całą trylogię, ale dzisiaj o tym jak zniszczyła najlepszy dzień (i cały kolejny tydzień) mojego życia.

Stres ogromny, mimo przygotowania (torbę z wyprawką od tygodnia woziłam w bagażniku i całe dnie przesiadywał ze mną ktoś z rodziny coby ciężarna nie musiała tramwajem jechać do szpitala). Jednak ze względu na to, że to moje pierwsze dziecko, a i lat mam niewiele, to najbardziej wyczekiwaną osobą na porodówce nie był mój narzeczony tylko mama. Gdy się pojawiła odetchnęłam z ulgą, chociaż pojawiła się z Piekielną Teściową (PT).

Ta oczywiście, mając tylko jednego syna, postawiła sobie za cel dbanie o mnie i instruowanie mojej mamy, (która w przeciwieństwie do PT wychowała 5 dzieci) jak ma się zachować. Piekielności z tego dnia było tak dużo, że przytoczę te (moim zdaniem) najgorsze.

I. Ale ja chcę.
Jej marzeniem (sic!) od zawsze było wzięcie swojej wnuczki, zaraz po urodzeniu, na ręce. Nieważne, że ja jako matka powinnam ją wziąć na ręce pierwsza. Ona chce i już.
I dlaczego powiedziałam lekarzowi, że chcę żeby to moja mama była przy porodzie? Nie ma takiej opcji! Ona będzie i już. Próbowała nawet wcisnąć lekarzowi łapówkę, żeby zmienił nazwisko mojej mamy na jej, bo to ona chce wejść i już!

II. Pouczanie.
"Pani Kasiu! Niech pani jej nie podaje wody, bo dziecko się jeszcze utopi!" - hit wieczoru. Generalnie mama wyszła z zszarganymi nerwami ze szpitala, bo takich absurdalnych uwag było więcej. Gdy PT pojechała do domu, to właśnie moja rodzicielka najbardziej odetchnęła z ulgą.

III. Jedynak.
Jak już wspomniałam mój narzeczony jest jedynakiem. Gdy wpadł do szpitala (wiedział, że nie wejdzie na salę. Nie chciałam tego, on to zrozumiał), nadbiegła PT i zaczęła lament "O Marcinku, ty jesteś takim delikatnym chłopcem(!), nie możesz oglądać takich rzeczy. Mamusia wejdzie za ciebie na salkę, dobrze?". Gdy odrzekł jej, że wcale się tam nie wybiera, bo to dla mnie więcej stresu PT zaczęła mnie obrażać. Po wyzwiskach o nieodpowiedzialnych pseudomatkach, i nazywaniem mnie samicą psa stwierdziła, że na pewno zdradziłam jej syneczka, dlatego nie chcę go na sali.

IV. Największa piekielność, po której moja "wspaniała" teściowa ma zakaz zbliżania się do całej rodziny, wystosowany przez mojego przyszłego męża.

Tuż po przyjściu na świat maleństwa, lekarz pozwolił podać mojej mamie dziecko (zamiast pielęgniarki) w moje objęcia. Potem wyszła przekazać dobre nowiny rodzinie (córeczka piękna i zdrowa). Nie zdjęła jednak odzieży ochronnej, na której zostało trochę krwi, w momencie kiedy podawała dziecko.
PT jak to zobaczyła to wpadła w szał. Zaczęła wyzywać moją mamę od złodziejek(!), że ukradła jej wnuczkę(!). Następnie zwyzywała ją od brudnych ku*ew, które fetyszyzują się babraniem w cudzej krwi!

Możecie się domyślić reakcji mojego lubego, który (ocierając mojej mamie łzy - była dość zmęczona i po tych przykrych słowach po prostu zaczęła płakać) dość dosadnie, używając wszystkich znanych bluzgów w języku ojczystym, wyrzucił swoją matkę ze szpitala.

A to, co działo się tydzień po porodzie to długi i tak samo piekielny temat na kolejną historię.

Szpital

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 77 (105)

#80964

(PW) ·
| Do ulubionych
Temat historii może większości wydawać się błahy, ale podejrzewam, że nie tylko ja mam do czynienia z podobnymi piekielnościami życia codziennego.

Mówiąc krótko - nie lubię tańczyć. Nieistotne, czy umiem tańczyć czy nie (nie jestem w tańcu jakaś wybitnie dobra, ale wstydu nie ma), po prostu nie znoszę tej czynności. Wstydzę się tańczyć, nie bawi mnie to i kropka. Niestety powoduje to szereg piekielności wśród otoczenia.

Zaczynając od początku: moja mama od zawsze była miłośniczką wszelkiego rodzaju baletu, tańca towarzyskiego i wszelkiej maści tańca. Jako, że sama porusza się (niestety) jak słoń w składzie porcelany, całą swoją ambicję przelewała na mnie, choć od małego miałam awersję do tego rodzaju aktywności fizycznej.

W podstawówce płakałam za każdym razem, kiedy zapisywała mnie na nowe zajęcia taneczne. Nigdy nie wierzyłam w jej zapewnienia typu "tym razem ci się spodoba, zobaczysz!". Z przymusu brałam udział w prowadzonych dla mnie w bardzo nieciekawy sposób zajęciach, z których i tak niewiele wynosiłam. Zwyczajnie mnie to nudziło.

W gimnazjum zaczęłam już bardziej się "stawiać" i uciekałam ze szkoły w czasie, kiedy (zazwyczaj po lekcjach) miały być prowadzone zajęcia taneczne. W ten sposób nauczyłam się wagarować :) Oczywiście mama opłacała lekcje tańca, a ja te pieniądze marnotrawiłam nie uczestnicząc w nich, ale nie mam wyrzutów sumienia. Przecież od początku mówiłam, że nie chcę na nie chodzić.

Wypis z zajęć udało mi się wyegzekwować dopiero po którejś z kolei wywiadówce, podczas której mamuśka dowiedziała się o moich nieobecnościach.
W czasie mojej wątpliwej edukacji tanecznej, spotkania i imprezy rodzinne były dla mnie męczarnią. Nie obyło się bez zmuszania mnie do prezentowania figur, które opanowałam czy całych układów. Płacze, krzyki i symulowanie chorób przed wyjazdami nie skutkowały i tak, podczas każdego rodzinnego święta grałam rolę małpki w cyrku, którą zachwyca się podpita gawiedź.

W dorosłym życiu dalej unikam tańca. Rzadko kiedy daję się komukolwiek namówić na wspólny taniec np. podczas wesel czy innych uroczystości. Nie chadzam na dyskoteki czy do klubów, bo nadal nie przemawia do mnie taka forma rozrywki. Mój narzeczony o tym wie i na moje szczęście sam nie jest miłośnikiem wygibasów na parkiecie :)
Problemy z tym tematem nadal niestety się pojawiają. Dla przykładu dwie sytuacje wyłącznie z ostatniego czasu:

W zeszłym tygodniu miało miejsce spotkanie wigilijne mojej firmy. Impreza była w popularnym klubie, bo i dojazd i ceny przyzwoite, a ludzie dość młodzi, więc chcieli (a jakże) potańczyć z tej okazji.

Od samego początku wszyscy ciągnęli mnie na parkiet, a moje grzeczne odmowy były kwitowane stwierdzeniami, że zachowuję się jak stara babka, albo, że mam dwie lewe nogi. Nikt nie był w stanie przyswoić faktu, że nie tańczę, bo nie mam na to ochoty. Bardzo dobrze za to bawiłam się w wynajętej loży rozmawiając z ludźmi, pijąc kolorowe drinki czy szalejąc podczas gry w bilard, która również była w planach imprezy. Ten fakt jakoś umknął współpracownikom, bo przez parę dni wysłuchiwałam umoralniających kazań, jaki to ruch jest dobry dla zdrowia, i że powinnam nauczyć się tańczyć, bo narobię sobie wstydu na własnym weselu, jak poplączą mi się nogi przy "pierwszym tańcu".

Kolejna kwestia: planowanie imprezy sylwestrowej.

Z okazji zbliżającego się Sylwestra razem ze znajomymi postanowiliśmy wynająć salę, w której zamierzamy urządzić imprezę. Większość dziewczyn myślała przy planowaniu o tym, żeby był duży parkiet i dobre nagłośnienie.
Na moje pomysły, żeby zorganizować jakieś np. gry, konkursy, czy nawet planszówki dla zainteresowanych innymi formami zabawy, koleżanki parsknęły śmiechem, bo "jak się włączy muzykę i będziesz miała wygodne buty, to inne rozrywki już niepotrzebne". Na szczęście moje pomysły zostały poparte przez praktycznie całe zaproszone męskie grono i gry również się pojawią :)
Rozumiem oczywiście to, że większość ludzi lubi taniec. Ale czy bujanie się w rytm muzyki przez ok. 6 godzin to naprawdę taka świetna zabawa?

Żeby nie było: bardzo lubię aktywność fizyczną. Kilka razy w tygodniu odwiedzam basen, całe lato przejeździłam na rowerze, nie jestem otyłą i niezgrabną marudą. Nikomu nie zabraniam spędzania czasu tak, jak lubi. Ale czy naprawdę tak trudno zrozumieć, że nie wszyscy muszą lubić to samo? Bardzo mnie irytują wieczne namowy, ciągnięcie za rękę w stronę parkietu i obrażanie się, kiedy po 50 grzecznych odmowach zaczynam być niemiła dla ludzi, których naprawdę lubię, a którzy nie są w stanie zrozumieć po dobroci.

Więcej wyrozumiałości, proszę :)

Skomentuj (21) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 68 (92)

#80956

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia opiekunki osób starszych o innych opiekunkach, które okradały swoich podopiecznych, natchnęła mnie do opisania swojej.

Pracuję jako pomoc domowa, również na zachodzie, lecz troszkę dalej niż autorka tamtej historii. Moja praca wygląda w ten sposób, że najczęściej dostaję klucze do danego domu, który sprzątam raz w tygodniu. Każdy dzień tygodnia, inny dom. Kilka bliskich mi osób, z rodziny wykonuje tę samą pracę. O ile ja naprawdę staram się być w porządku wobec swoich klientów (nie mówię, że nie zdarzy mi się klapnąć na 10min na sofie, żeby odsapnąć), o tyle pewna bardzo bliska mi osoba, przekracza wg mnie wszelkie granice i nie mam pojęcia jak po kilku latach żaden klient się jeszcze nie zorientował. Osoba ta wynosi z domu wszystko, wszystko dosłownie. Każdą najmniejszą, lecz najpotrzebniejszą do domu rzecz, którą i tak musiałaby kupić. Przynajmniej zaoszczędzi parę euro.

Osoba ta jest samotna, więc codziennie przyniesie sobie 3 ziemniaczki na obiad, a to karton mleka. Koncentrat pomidorowy, dwie cebulę, marchewkę i obiad jak znalazł. Za darmochę, a jakże. W końcu kto z nas pamięta ile cebul było w lodówce lub ile kartonów mleka zostało w zgrzewce? Potrzebny długopis, klej, taśma? Znajdzie się i to. Płyn do prania odlany w butelkę po wodzie? Czemu nie... Wiecie co boli mnie najbardziej? Lata temu ukradłam coś tej osobie. Byłam młoda, głupia, żałuję. Błąd młodości. Wtedy ta osoba nazwała mnie kleptomanką... Taaa, mamo.. To ja jestem kleptomanką.

Skomentuj (24) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 102 (130)

#80938

~psiapani ·
| Do ulubionych
Od trzech tygodni mam psa, starszą sunię ze schroniska.
Z moją staruszką wychodzę minimum 4 razy dziennie, zdarza się częściej, mimo podeszłego wieku jest bardzo sprawna i uwielbia spacery. Za każdym razem mam ze sobą małą saszetkę z woreczkami i zawsze zbieram po niej, no cóż, kupę. Nie jest to przyjemne lecz jak dla mnie całkowicie normalne i konieczne.

Na każdym spacerze szlag mnie trafia - wszystkie okoliczne trawniki i część chodników są brzydko mówiąc zasrane. Pół biedy jak jest jasno i jestem w stanie ominąć pułapki. Najgorzej jest gdy robi się ciemno. Nie zliczę ile razy musiałam czyścić buty (najczęściej noszę glany, więc wiadomo - dłubanie w podeszwie) lub ile razy poślizgnęłam się na rozmokniętej po deszczu kupie.

Rozumiem jeszcze na łące, gdzieś głęboko w trawie. Ale na środku ścieżki? Jeden z dalszych znajomych posiadający dwa sporej wielkości psy, w rozmowie przyznał się, że nie sprząta po nich, był też zdziwiony że ja sprzątam po mojej, bo po co. Tutaj przecież prawie nikt nie sprząta. No wiem że prawie nikt, zauważyłam. Opieprzyłam, nie wiem czy dotarło.

Moi drodzy właściciele czworonogów, w domu nie zostawicie kupy na środku dywanu. Dlaczego więc zostawiacie ją na środku trawnika lub na chodniku?

pies sprzątanie kupa chodniki trawniki bloki

Skomentuj (27) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 126 (152)

#80930

~Grumkin ·
| Do ulubionych
Pracowałem swego czasu w oddziale geriatrycznym dla osób chorujących psychicznie. Szpitale w ogóle są społecznie usankcjonowaną przechowalnią na starsze osoby (tzw. babka świąteczna - odstawiamy babci leki i z ciśnieniem 200/140 wieziemy na SOR, a potem siup na narty, odbiór po Nowym Roku). Oddział psychogeriatryczny jest po tym względem sto razy gorszy, bo dziadki znacznie bardziej uciążliwe dla rodziny, więc i pokusa pozbycia się większa. A przy tym z jakichś względów niektórzy uznają, że mogą się pozbyć ich na stałe:

1) Pacjentka z otępieniem wystawiona przez córkę na balkon, karetka, szpital. W szpitalu babcia spokojna jak aniołeczek. Córka wyparowała, po kilku tygodniach się zjawiła i odmówiła odebrania mamy, twierdząc, że nie ma jak się zaopiekować. Skonfrontowana z faktem, że mama leżała po różnych szpitalach z krótkimi przerwami przez pół roku, więc chyba emerytury się trochę nazbierało i można wynająć opiekunkę, albo miejsce w domu pomocy społecznej - wrzask, foch i trzaśnięcie drzwiami. Sami sobie odpowiedzcie na pytanie, co się stało z emeryturą. W dodatku córka mieszkała w mieszkaniu babci

2) Rodzina babciuni nie odbiera telefonów, kobitka w szpitalu kilka miesięcy bez potrzeby. Poszła informacja, że babcia zostanie dostarczona do domu wtedy, a wtedy. Na miejscu pomoc społeczna, policja. Córka nie wpuściła matki do mieszkania, syn mieszkający po sąsiedzku oświadczył, że on jedzie do pracy i nie ma czasu. Wreszcie okazało się, że babciunia mieszkała w małej komóreczce na posesji, którą syn z łaską otworzył. Był środek zimy. Policjant kupił babci opał z własnej kieszeni i nagrzał komóreczkę. Tak biedaczka została.

Można powiedzieć, że pewnie te starsze osoby pewnie traktowały swoje dzieci źle i teraz im się odpłacają. I często to racja, ale niestety jest też mnóstwo przypadków, gdy po prostu były zwykłymi rodzicami - ani złymi, ani dobrymi. Mimo to na starość są traktowane jak szmata. Dobra rada na koniec: nie przepisujcie przedwcześnie mieszkania na dzieci, to się marnie kończy.

szpital

Skomentuj (21) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 101 (131)

#80950

(PW) ·
| Do ulubionych
Kojarzycie miejsca parkingowe dla rodzin z dziećmi? Są szerokie i umiejscowione blisko wejścia. Fajna sprawa dla osób, które mają do wzięcia maluchy, nosidła wózki etc.
Nie zaglądam ludziom do samochodów. Nie patrzę, czy mają dzieci, jak miejsca są zajęte to szukamy innych, mamy trudniej, ale nie rozpaczamy.

Dzisiaj podjechaliśmy pod galerię handlową, miejsce dla rodzin było wolne, świetnie, bo mamy małego dzieciaczka w zimowej kurtce, trochę wyprawki i wózek, więc spokojnie się wypakowaliśmy z auta.

Kiedy wracaliśmy, widzieliśmy jak jakiś samochód pakuje się między nas a samochód obok. Małżeństwo bez dzieci. Zaparkowali tak, że nie da się otworzyć drzwi. Pytam męża czy wyjedzie żebyśmy mogli wsiąść, ale on zauważył, że my stoimy dobrze, samochód obok też, a oni wciskają się między dwa miejsca.

Pan na szczęście od razu przeparkował, ale szanowna małżonka wysiadła i powiedziała "Bo pan tak głupio zaparkował, co z tego że macie takie szerokie miejsce, jakbyście się przesunęli na krawędź, to byśmy się pomieścili!"

Nie, drodzy państwo. Nie chodzi w tym wszystkim o pakowanie się na siłę jak do konserwy. Poproszę o odrobinę wyobraźni i parkowanie kilka metrów dalej.

Skomentuj (25) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 115 (139)

#80952

(PW) ·
| Do ulubionych
Miałam na studiach koleżankę, nazwijmy ją Asia.

Dziewczyna miła, pracowita, dużo się uczyła i ogółem oceny miała niezłe, poza jednym przedmiotem – praktyczną nauką języka, co na filologii jest sprawą kluczową. Ile by się nie przygotowywała, oblewała kolokwium za kolokwium, robiąc w jednej pracy nawet około czterdziestu (!) błędów. Wykładowcy załamywali nad nią ręce, ona cierpliwie wszystko poprawiała.

Tak minął nam licencjat. Dostała na egzaminie z języka tróję na szynach i wszyscy myśleli, że w tym miejscu skończy się jej przygoda z tym instytutem. Tak się jednak nie stało. Asia poszła na magisterkę, a tam byli zupełnie inni ludzie od nauki języka, no i cóż, w końcu oblała.

Powtarzała rok, znów oblała i znów powtarzała. Ostatecznie udało się jej zdać i obronić pracę magisterską (nigdy nie zapomnę, jak mi się żaliła, że jej promotorka kazała jej pisać po polsku, tyle w tym było błędów.

Spytacie, co w tym piekielnego? Ano to, że ta sama uczelnia, niepomna licznych niepowodzeń Asi, przyjęła ją na studia doktoranckie, i jakby tego było mało, do centrum językowego jako lektora.

Dowiedziałam się o tym przypadkiem, wczoraj, gdy skontaktowała się ze mną pewna osoba z prośbą o korepetycje. Skarżyła się, że chodzi na lektorat, ale zajęcia są na bardzo słabym poziomie, prowadząca je pani nie potrafi im niczego wytłumaczyć i sama robi błędy, nawet w prostych konstrukcjach. Z ciekawości postanowiłam zajrzeć, kto tam teraz prowadzi te lektoraty i opadła mi szczęka, gdy zobaczyłam nazwisko.

Fajnie, że Asia robi karierę naukową. Tylko dzieciaków szkoda.

uczelnia

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 103 (125)

#80955

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia Iksowate skłoniła mnie do napisania swojej.

Jestem opiekunką do osób starszych w Niemczech. Nie mam jeszcze "swojej" podopiecznej, jednak jeżdżenie za każdym razem do nowej osoby zaowocowało w mnóstwo piekielnych historii, ze strony rodzin jak i opiekunek. Dzisiaj zajmę się tą drugą stroną.

Kupowanie mnóstwa niepotrzebnych rzeczy, bo za pieniądze "niedobrych Niemców". Ja wiem, że zakupy są ograniczone czasowo, nie zawsze można tak sobie wyjść i dokupić rzeczy których się zapomniało, ale cholera jasna, raz w ciągu prawie 1,5 rocznej kariery zdarzyło mi się nie wyrzucić czegoś z lodówki po zmianie.

Najczęściej zastaje się zepsute szynki, sery, twarożki, wszystko zawsze najlepszych marek, w ilościach przekraczających możliwości zjedzenia tego przez dwie osoby. O ile rozumiem, że ok, nowy kraj, chce się czegoś nowego spróbować, ale można kupić jedno opakowanie jakiejś fikuśnej szynki, a nie 3 od razu. A potem płacz, bo ja wydałam 50€ w tygodniu, a druga opiekunka 90-100€.

Druga sprawa to kupowanie rzeczy dla siebie. Wyobraźcie sobie sytuację, nie możecie się zaopiekować swoją matką/babcią, przyjeżdża pani oferując swoją pomoc, dajecie jej pieniądze na zakupy, po tygodniu przychodzicie w odwiedziny i co? Lodówka prawie pusta, ale za to pani pachnie jakoś inaczej, a jej kosmetyczka wydaje się jakoś bardziej wypchana niż zawsze.

Swoją drogą raz zmienniczka pokazała mi swój "haul zakupowy", z metkami rzędu 30/40€ (oczywiście nie za swoje, z czego pani była niezmiernie dumna). Czy ktoś to sprawdza? Czasem tak, czasem nie. Ja zawsze spinam wszystkie paragony razem, do tego karteczka z rozliczeniem - czyli tak jak agencja przykazała.

Przyłapałam zmienniczkę na próbie wyrzucenia owego rozliczenia, do mojego wyjazdu (czyli jakieś 6h jeszcze) nosiłam wszystkie kwitki przy tyłku. Kradzieże są na porządku dziennym. Nie dziwi mnie już fakt, że przyjeżdżając w nowe miejsce rodzina patrzy mi się na ręce, a przy zmianie jakoś bardziej skupiają się na walizce, niż na mnie. A kradzione jest wszystko, od biżuterii po pościele, zastawę kuchenną, ubrania, leki.

Piekielne są też same w sobie opiekunki dla podopiecznych. Jakkolwiek smutna nie byłaby historia polsko-niemiecka, tak to do cholery jest praca. I strasznie denerwują mnie sytuacje, w których podopieczny grzecznie prosi o pomoc, a opiekunka wyskakuje z krzykiem, żeby tylko ugrać sobie parę minut wolnego czasu. Okropne jest uczucie, kiedy staruszka zaczyna płakać i całować (dosłownie) po dłoniach, bo byłam tak dobra i zmieniłam jej pościel, która pamiętała jeszcze święta Bożego Narodzenia (był maj).

Ugotowany obiad, postawiony przed podopiecznym. Pan ledwo trzyma widelec w dłoni, opiekunka stoi nad nim i krzyczy, że ma jeść szybciej bo jej się zaraz przerwa zaczyna. Pani śpi w jednej pidżamie przez 3 tygodnie? Zmienię przed przyjazdem, żeby się zmienniczka nie zorientowała. Babcia przecież nic nie powie (niee, no bo niby skąd o tym wiem?).

Nie chcę ubliżać tutaj wszystkim opiekunkom, bo spotkałam również te kochane, z prawdziwego zdarzenia i choć czasem ta praca potrafi zszargać nerwy, tak do takiego zawodu potrzeba niezliczonych pokładów cierpliwości i empatii.

Podopieczni i ich rodziny również mają swoje za uszami, jednak zostawię to może na inną historię. :)

Niemcy opieka

Skomentuj (16) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 101 (107)

Podziel się pozytywnymi historiami na
WSPANIALI.pl

Piekielni