Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

 

#67235

(PW) ·
| Do ulubionych
Napiszę z punktu widzenia lekarza.
Dzisiaj do gabinetu weszło mi równocześnie czterech pacjentów. Trzech z nich się kłóciło.
1- pacjent wprowadzony przez rejestratorkę z kolką wątrobową. Zwijał się z bólu. Nie odzywał się.
2- pacjent z bieżącym numerkiem.
3- pacjent z zerówką (zasłużony honorowy dawca krwi).
4- pacjent spóźniony, jego kolejka już przeszła.

Nie osiągnęłam jeszcze umiejętności przyjmowania czterech osób równocześnie. Trzech z nich nie mogło pojąć, że mają wyjść z gabinetu. Każdy z tej trójki uważał, że ma najświętsze prawo do pierwszeństwa. Normalnie strajk okupacyjny, nie wyjdą i już.

Pacjent z kolką pojechał do szpitala. Z tego, co wiem jest już po operacji.

Reszta towarzystwa na korytarzu manifestowała swoje niezadowolenie.
Awantura, że hej.

Zawsze pacjentów w stanach nagłych przyjmuję poza kolejnością.
Niektórym ciężko to zrozumieć.

przychodnia

Skomentuj (47) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 387 (Głosów: 399)

#67238

(PW) ·
| Do ulubionych
Opracowuje dokumentacje na pozwolenie na budowę, głównie remontów i przebudów.

Stoję na rynku w Piekiełku - na końcu wszechświata.
Piekiełko ma jakieś 1000 mieszkańców i kilka lat temu zapragnęło niepodległości. Wydzieliło się z gminy Przebogobojnej i samo ogłosiło gminą. Mają tam teraz trzeciego wójta. Pierwszy wykończył się nerwowo i sam odszedł.

- A to nam Pani przystosujesz na urząd - zagaił wójt, wskazując na jeden z trzech budynków należących do gminy. Pomijając dwa pierwsze: szczęśliwy wybór padł na dawny budynek PGRu, mieszczący kilka bardzo nieurzędowych funkcji - z pewnością odpowiadających za połowę legalnego zatrudnienia mieszkańców Piekiełka.
Budynek przyszłego Urzędu był typowym przykładem rozwoju przez pączkowanie. Jednak nie jego (dynamiczna, pełna fantazji bryła) powodowała moje zmieszanie.

- Ale przecież macie ratusz - wyraziłam dręczącą mnie wątpliwość. Na geometrycznym środku rynku w Piekiełku stała bowiem zdecydowanie największa kubatura w tym mieście- obrazowo, że się wyrażę - co najmniej Biedronka. Nawet miała wymienione okna i dach. Na drzwi chyba nie starczyło.
- To stary ratusz. Sprywatyzowaliśmy.
- Kiedy? - spytałam pomna, iż rozmawiam z trzecim wójtem gminy.
- A pierwszy sprzedał, zaraz przed tym jak odszedł. Mówił, że jest dziura w budżecie. Od razu poszło. - słowa te wywołały we mnie tym większą konsternację, gdyż od dawna wiadomo, że nasz rejon Polski, charakteryzuje się głęboką śpiączką rynku nieruchomości. Wręcz śmiercią kliniczną.
- I kto to kupił?
- Aaaa, Jacuś. Drugi wójt. Ten co bar ma - lokalizacja baru nie nastręczała wielkich problemów. Jedyny ocieplony budynek w zasięgu wzroku. Pomalowany na wściekły fiolet. Z tablicą, że to z szwajcarskich funduszy wyrównywania szans.
- I za ile to kupił?
- 4.
- 400 000?
- Nie. 4 000. Bo to do remontu było.

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 322 (Głosów: 342)

#67088

(PW) ·
| Do ulubionych
Zatkało mnie totalnie.

Szedłem dziś rano do pracy. Parking osiedlowy pełen, jak co dzień. Rzuciło mi się w oczy piękne Mitsubishi Lancer, na obcych numerach. Było po drodze, więc miałem okazję nacieszyć oko z bliska, oglądając całą sylwetkę. Kiedy zacząłem zbliżać się do przodu pojazdu, na masce zauważyłem coś niezbyt pasującego... I na pewno nie był to jakiś dziwaczny tuning.

Był to, wbity po samą rękojeść, wkrętak...

Doprawdy, wybitna dawka s*****syństwa, nie ma co...

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 276 (Głosów: 324)

#67087

(PW) ·
| Do ulubionych
Jestem samotną mamą/wdową/młodą wiekiem, nazbyt jak na taki status. Zostałam zaproszona na wesele. Ja + dziecko + osoba towarzysząca. Miło, bo pomyślane o wszystkim w razie czego.

Z jednej strony nie bardzo mi się chciało iść na to wesele z różnych względów, z drugiej pomyślałam o młodym zapraszającym u którego gości miało być z jego strony jakieś 15% wśród wszystkich zaproszonych, tak więc postanowiłam jednak zasilić szeregi gości ze strony pana młodego. Potwierdziłam więc swoją obecność, przekazując również informację, że liczyć nas dwoje nie troje.

Na tyle wcześnie otrzymałam zaproszenie, że trochę odłożyłam, na tyle późno że jeszcze troszkę pożyczyłam. Do koperty włożyłam 700 zł,. Koperta ta w której dostałam zaproszenie, tak więc opisana imieniem i nazwiskiem.

Po weselu pan młody się nie odzywa, mimo prób połączeń, ja już próbować nie będę, bo inną drogą usłyszałam, że dziad jestem.

Powiedzcie mi więc ile dać wypadało? Znajomi mówili, że taka kwota to aż nadto, bo podpytywałam wcześniej ile wypada dać, a tu proszę.

Nic tylko żałować, że znowu się na wakacje nie pojechało zamiast "dziadowania".

rodzinka

Skomentuj (39) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 287 (Głosów: 407)

#67076

(PW) ·
| Do ulubionych
Zdarzył się w mojej miejscowości duży pożar. Na miejscu dziesięć jednostek straży pożarnej. Wszyscy uwijają się, akcja trudna, bo dach blachą pokryty, budynek grozi zawaleniem, akcja prowadzona więc tylko z zewnątrz. Hydranty zardzewiałe, trudne do znalezienia, ale w końcu udaje się zasilić samochody, zamiast ciągle jeździć gdzieś po wodę. Dzięki sprawnemu prowadzeniu działań, woda cały czas była podawana na pożar - nie było ani chwili, żeby brakowało. W końcu po około 7 godzinach udało się pożar całkowicie ugasić.

Co w tym piekielnego? Stan hydrantów? Nie.
Narzekania ludzi, którzy pożar widzieli tylko na zdjęciach, albo przyglądających się z boku, że akcja źle prowadzona, że tylu strażaków i nie umieli sobie poradzić z takim małym pożarem, że stoją bezczynnie i w ogóle wszystko na nie. Zapytani dlaczego w takim razie nie poczują się trochę odpowiedzialni i nie wstąpią do straży, odpowiadają: "Nie to nie dla mnie... Ja tam wolę tylko obserwować".

Tak drodzy hejterzy. Jeśli wolicie tylko patrzeć i narzekać, to proszę, zostawcie strażaków, którzy poświęcają wszystko, żeby czasem ratować też wasze tyłki.

straż pożarna internet

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 297 (Głosów: 347)

#67067

(PW) ·
| Do ulubionych
O piekielnych sąsiadach było nie raz. Sama mam nad sobą takich, nadmiernie lubiących się zabawić, najchętniej do rana i też o nich pisałam. Ale okazało się, że ja też jestem piekielna.
Tytułem wstępu dwie dygresje.

1. Ja i moja siostra pracujemy w tej samej instytucji i często opracowujemy wspólne projekty. W weekend przyjechała do mnie z dzieckiem, żeby nasze dzieci zajęły się sobą, i żebyśmy miały czas na pracę, którą musiałyśmy dziś oddać.
2. W sąsiedniej klatce, obok mojego mieszkania (sąsiadujemy balkonami) wprowadziła się w listopadzie zeszłego roku para starszych ludzi (na oko ok. 70) i już słyszałam, że od listopada ta klatka jest kilka razy w tygodniu odwiedzana przez wszelkie służby, nie tylko te mundurowe ale i wodociągi ("bo mi coś w rurach bulgoce, pewnie zapchane"), ciepłownicze zimą ("zrób Pan coś tym kaloryferem bo jakoś słabo/mocno grzeje"). Generalnie pozostali mieszkańcy się irytują bo te wizyty są opłacane ze wspólnych funduszy. Policjanci też się irytują bo przyjeżdżają do interwencji i budzą tych, którzy rzekomo imprezują.

W sobotę wieczorem, dzieci poszły już spać (było ok. 21.30), a my wzięłyśmy kubeczki z grzańcem w łapki, zawinęłyśmy się w koce i ze stertami papierów wyszłyśmy na balkon omówić robotę. Ja zwykle mówię bardzo cicho, siostra raczej normalnie ale rozmawiałyśmy cichutko. Widziałam, że balkon sąsiadów co jakiś czas się otwiera i zamyka ale nikt nie wychodził. Posiedziałyśmy do 23, zmarzłyśmy i poszłyśmy spać. Wczoraj spotykam Panią Sąsiadkę na osiedlu. Kobietka podchodzi i w zasadzie krzyczy, że nie życzy sobie takich imprez na balkonie. Wino to aż u niej śmierdziało (wypiłyśmy tylko po jednym kubeczku), a nie wezwała policji tylko dlatego, że tak cicho szeptałam, że ona nie dosłyszała czy jej przypadkiem nie znieważam..!

Cóż, nie obiecałam poprawy. Nie ściągnęła policji pewnie dlatego, ze nie zna numeru mojego mieszkania, bo to inna klatka, ale następnym razem będę szeptać na głos ..

Skomentuj (5) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 349 (Głosów: 403)

#67060

(PW) ·
| Do ulubionych
Historyjka ma miesiąc, ale dopiero teraz postanowiłem się nią podzielić.

Na początku nakreślę małe tło - bez zbędnych szczegółów.
Po technikum ruszyłem na studia, ale okazało się po kilku miesiącach, że trafiłem na zły kierunek i sobie zrezygnowałem. Rodzice dowiedzieli się ostatni, ale że postawiłem ich przed faktem dokonanym, to nie mogli wiele poradzić. Postawili mi warunek - idź do pracy, będziesz płacił swoją część czynszu, a w przyszłym roku pozwolimy iść Ci na inny kierunek.
Uczciwe prawda? Prawda! Bo to nie o rodziców tu chodzi.

Więc w ciągu dwóch tygodni znalazłem pracę, jako monter pewnych urządzeń. Oczywiście dostawałem najniższą legalną stawkę, osiem godzin na pięć dni w tygodniu, praca na jedną zmianę. Jak na pierwszą pracę nie było tak źle. Umowa na dwa tygodnie "okres próbny" podpisana z "partnerem" (czyt. pośredniak).

Było jak było, ni to robota łatwa, ni to robota ciężka, jakoś leciało. Dwa tygodnie minęły, dostałem przedłużenie umowy do końca roku... Całkiem nieźle.
Problem w tym, że zaraz po podpisaniu umowy zaczęło brakować dla mnie roboty.
Byłem na początku, na jednym stanowisku, potem przenieśli mnie na drugie, musiałem się znowu wszystkiego nauczyć, bo w jednej maszynce jest pięćdziesiąt kabli itd... Jednak zaczęło brakować części, które dojdą "kiedyś". Okej, cztery dni majster dawał mi jakieś pierdoły do roboty "rozpakuj akumulatory", no i siedzę cały dzień i wykładam na paletę pięćset akumulatorów. Nie było źle, bo nawet można było sobie słuchać czegoś na słuchawkach, o ile się kontaktowało ze światem zewnętrznym.

Czwarty tydzień - poniedziałek. Zaczyna się.
Przychodzę do pracy, idę do szatni, ale spotykam majstra. Gadka szmatka, blebleble, ale "Mam dla ciebie złą wiadomość - nie przedłużyli Ci umowy" Ja myślę, że majster sobie ze mnie jaja robi, no bo dostałem trzy dni wcześniej umowę do końca roku, więc gadam bajeruje... "Opróżnij szafkę i daj klucz" Dobra jak na żart od majstra to by było zbyt ostre, więc robię poważną minę, okazuje się że powaga i jak mam wątpliwości to mam wyjaśnić z "partnerem".
Okej. Opróżniłem szafkę, dałem klucz, lecę do domu, bo myślę, że coś sobie po****łem i źle spojrzałem na umowę. Niet... Jak byk 31.12.2015.

Okej, lecę do Partnera (który jest po sąsiedzku z firmą w której pracowałem) i pytam, straszę sądem pracy, bo mam niby tydzień wypowiedzenia... Niby nic nie wiedzą, dostałem do tego wysłany na trzy dni urlopu przymusowego bezpłatnego i dwa dni płatnego.

Po tygodniu zaczynam znowu pracę, w tej samej firmie, ale na innym dziale. Znów dwa tygodnie okresu próbnego, tym razem praca na trzy zmiany. Robota nieco lżejsza, mniej odpowiedzialna (bo jak coś bym źle zrobił, to by nie spowodowało wybuchu niszczącego całą maszynę) ale robiło się w parach. Los chciał, że trafiłem również na gościa zatrudnionego wtedy co ja i takiego któremu po dodaniu 3+4+3+21 wychodziło 25.
Nieważne. W ostatni dzień okresu próbnego dowiedziałem się od kierownika zmiany, że tych nowych zwalniają, bo przyjęli nas tylko. i wyłącznie ze względu na "większe zlecenie z Węgier"No nieźle.

Powiedziałem, grzecznie partnerowi, żeby sobie gdzieś wsadzili oferty z tej firmy i poszukali mi czegoś gdzieś indziej.
Tydzień ciszy... Po tygodniu telefon, że jest praca. Pytam czy ta sama firma - mówią że nie.
Oczywiście przychodzę na rozmowę, ale okazuje się, że to jednak jest TA SAMA FIRMA, jest rozmowa, a ja się pytam "Czy półtora miesiąca to jest dostateczny okres próbny? Bo wolałbym dostać umowę na dłużej niż dwa tygodnie." Kobieta zrobiła się nerwowa i zaczęła się tłumaczyć "No skoro pan u nas pracował, to wie pan jak to jest... Są takie okresy, że praktycznie nie mamy zleceń i..." zaczęła walić typowymi tekstami, że "rynek niepewny".

Ta... Jasne...

Praca

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 208 (Głosów: 290)

#67058

(PW) ·
| Do ulubionych
W pewnym sklepie ekspedientka stwierdziła, że nie przyjmie ode mnie karty, bo na pewno nie jest moja. Karta podpisana, wszystko się zgadza, ale pani wie lepiej. Jak argumentowała swoje twierdzenie? "Bo karty są dla dorosłych, a ty gówniarz jesteś". Teraz taka mała dygresja: w Polsce konto w banku można mieć od 13 roku życia. Osoba mająca lat mniej niż 13 raczej wygląda inaczej niż osoba 20+.

Tak więc gratuluję pani ekspedientce sokolego wzroku i poprawienia mi humoru. Nie na to jak wiecznie być pięknym i młodym ;).

sklepy

Skomentuj (3) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 224 (Głosów: 280)

#67028

(PW) ·
| Do ulubionych
Burak w "A8".

Sytuacja przydarzyła się niedawno mi i mojej siostrze na trasie Włodawa-Chełm (woj. Lubelskie). Będąc w połowie zjazdu ze wzniesienia, jadące z naprzeciwka auto, zaczęła wyprzedzać srebrna A8-ka (podwójna ciągła + wzniesienie - tylko idiota by tam wyprzedzał), co zmusiło mnie do gwałtownego hamowania. Strasznie denerwują mnie tacy debile za kółkiem, więc użyłem klaksonu i zasłużonego, środkowego palca.

Widocznie młody kierowca Audi uznał, że jego manewr był nienaganny, bo nie skończył się czołówką, a moja reakcja karygodna, więc postanowił zawrócić, dogonić mnie oraz poprzez zajechanie całej drogi zmusić do zatrzymania (tamując cały ruch na trasie).

W pewnym momencie chciałem wysiąść z auta i "porozmawiać", ale gdy zobaczyłem trzech gości, szybko zdałem sobie sprawę jak to może się dla mnie skończyć. "Najcieńszy" z nich (kierowca), podbiegł do mojego auta, zaczął drzeć mordę, szarpiąc za klamkę próbował otworzyć drzwi. Gdy to mu się nie udało postanowił, że wyżyję się na bocznej szybie (gość miał "tyle" pary w łapie, że tylko otłukł sobie rękę). Gdy został poinformowany, że policja została wezwana postanowił się zwinąć z kumplami.

Sprawa trafiła na policje ale pewnie nic z tego nie będzie, mimo podania nr. rejestracyjnego Audi. Myślałem, że takie akcje tylko w Rosji... Więc radzę uważać na srebrną A8 z rejestracją WD, albo mieć jakiś klucz do kół pod ręką ;)

Chełm

Skomentuj (30) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 163 (Głosów: 225)

#67086

(PW) ·
| Do ulubionych
Starsze babcie typu mocher zadziwiają mnie swoją głupotą.

Pracuję w sklepie papierniczym. Mam wielu klientów stałych, którzy przychodzą czasami nawet codziennie. Z kilkoma nawet się zaprzyjaźniłam, ale nie, że idziemy razem na przysłowiowe piwo czy coś w tym stylu. Po protu jak mam mały ruch i sklep pusty, to taki owy klient chwilę "posiedzi" i porozmawia, czy to o sobie czy o rodzinie bądź swojej pracy.

Jest jedna bardzo fajna kobietka lat 45, która robi zakupy dla dzieciaków do szkoły, w której pracuje. Często opowiada mi o swoich synach, dzięki czemu wiem, że ma z nimi świetny kontakt, i że przez całe życie mają przyjacielskie relacje. Synowie nigdy nie wstydzili się dać mamie buziaka na powitanie bądź ją przytulić gdzieś na mieście, nawet przy kolegach. Jeden z nich jeszcze z nią mieszka, bo ma 16 lat, a drugi 25-letni wyjechał do innego miasta, znalazł dziewczynę i się ożenił.

No i tak sobie rozmawiamy i mówi, że w końcu starszy syn ma przyjechać w odwiedziny. Podczas rozmowy zadzwonił do niej i pytał gdzie jest, bo już przyjechał. Klientka mu tłumaczy, ale żeby nie zabłądził wyszłyśmy przed sklep. Nieopodal stały dwa "mohery". Syn dotarł i od razu mamę pocałował w policzek, dał różyczkę i mocno przytulił, a ona odwzajemniła się tym samym (no prócz tego kwiatka). Syn złapał swoją mamę w pasie i tak chwilę stali jeszcze, aż się pożegnałyśmy. Moim zdaniem wyglądało to normalnie, ale nie zdaniem moherów. Musiały powiedzieć to co im ślina na język przyniesie.

(M)ocher 1
(M)ocher 2

M1: Widziałaś?!
M2: Fuj, powinni się wstydzić, taka stara prukwa, a za takiego młodego chłopaka się bierze.
M1: Pewnie kasy dużo ma to młody korzysta.

I M1 skierowała słowa do mojej klientki:
- Powinnaś się wstydzić! Giry przed młodym chłopakiem rozkładać!

I kończąc swe słowa, splunęła mojej klientce pod nogi, a klientka??

Z łobuzierskim uśmiechem powiedziała:
- Ja chociaż mam komu te giry rozkładać.

I poszła z synem trzymając się pod ramię :)

Mochery

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 356 (Głosów: 426)

Podziel się pozytywnymi historiami na
WSPANIALI.pl

Piekielni