Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

 

#77128

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia opowiedziana przez znajomego, który jest dowódcą w patrolu saperskim, akcja działa się trzy tygodnie temu i stanowi przestrogę, że jak dom jest tani, to coś musi ewidentnie śmierdzieć.

Właściciel domu stawiał ogrodzenia, w trakcie kopania rowu na betonowe ławy natrafił na niewypał - pocisk przeciwlotniczy. Na pocisk położył taczkę i zadzwonił na policję, panowie przyjechali, obejrzeli pocisk nie dotykając go i wezwali saperów, w tym kolegę.

Coś koledze śmierdziało, no bo jak to? Tylko jeden pocisk?
Chłopakom kazał wziąć dodatkowo detektory, łopaty i inne cuda, po dotarciu na miejsce i zabezpieczeniu pocisku zaczęli sprawdzać teren, po krótkim sprawdzeniu nastąpiła ciekawa rzecz.

Im bliżej domu, tym detektor częściej reagował, kumpel pomyślał, że może rury i inne instalacje, ale z planów, które dał właściciel domu, w tamtym miejscu ich w ogóle nie ma, więc kazał wziąć łopaty i cięższy sprzęt, trochę pokopali i następnego dnia przyjechali z minikoparką, po dłuższym kopaniu znaleźli...

Cały magazyn amunicji przeciwlotniczej, centralnie pod domem.

Policja przesłuchała wykonawcę budynku, sprawdzili także "pierwotne" plany budowy, na których okazało się, że dom miał mieć dużą piwnicę, ale jej nie wybudowano, bo "nie dało się".

Tłumaczenie wykonawcy po przyparciu go do ściany? "No bo opóźnienia...".
Wykonawca oczekuje na rozprawę sądową.

Gdańsk

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 207 (Głosów: 257)

#77080

(PW) ·
| Do ulubionych
Dzień jak co dzień.
Mama wstała, zebrała się do pracy, wyszła z domu i kieruje się w stronę samochodu. Usiłuje zapalić, a tu niespodzianka - poczciwy Kangoo odmawia współpracy. Ciekawe, bo dnia poprzedniego wszystko było w jak najlepszym porządku. Po chwili mrożących krew w żyłach odkryć ciąg dalszy - z bagażnika, w którym składowane były materiały do terapii (głównie zabawki i drewniane instrumenty, terapia niesłyszących dzieci) zniknęły torby z zawartością i - co gorsza - dokumentacja. Nic tajnego czy wrażliwego, jednak jej brak z pewnością będzie dokuczliwy dla terapeuty. Nie powinna była zostawić w samochodzie - ale Polak mądry po szkodzie, stało się.

Co ciekawe - poza torbą zabawek i dokumentów nie przedstawiających praktycznie żadnej realnej wartości (zabawki głównie z rodzaju "piszcząca mysz", "cymbałki") nic z samochodu nie zginęło. Włamano się, ale nic złośliwie zniszczone nie zostało (choć mogło).
Samochód na lawetę i do serwisu. Diagnoza była szybka - przecięte przewody paliwowe, poza tym nic. Żaden ze mnie mechanik, ale z tego co zrozumiałam dostęp do nich wcale nie jest taką oczywistą sprawą, w dodatku nic innego naruszone nie zostało, a rzecz działa się po ciemku, w nocy.
Dokumenty znalazły się w windzie kilka bloków dalej. Dziwnym trafem w tymże bloku mieszkała jedna z pacjentek, której dostarczył znalezione papiery życzliwy sąsiad.

Sytuacja upierdliwa, piekielna i bardzo dziwna. Zemsta? Złodziej bez piątej klepki? Do dziś nie wiemy.

samochód osiedle kradzież włamanie

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 123 (Głosów: 149)

#77078

(PW) ·
| Do ulubionych
Kwiatek od koleżanki, która zna biegle niemiecki i pracuje jako tłumacz.

Ostatnio zadzwonił do niej klient, ustalili stawkę, przesyła tekst... który jest w języku szwedzkim, o czym klient nie wspomniał wcześniej. Koleżanka dzwoni i zirytowana wyjaśnia, że szwedzkiego nie zna, na co klient odparł:

- Myślałem, że są do siebie tak podobne, że pani to przetłumaczy. W końcu to języki germańskie.


Klient nie rozumiał, czemu koleżanka nie może mu przetłumaczyć dokumentu z języka, którego nie zna, za niższą stawkę.

Janusz oszczędności

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 161 (Głosów: 175)

#77075

(PW) ·
| Do ulubionych
Pracuję przy opracowywaniu dokumentacji na pozwolenie na budowę.
Jakoś tak wyszło, że głównie na obiektach zabytkowych.
I nie na Wawelu ani żadnym Zamku Królewskim. Ani Wieliczce.
Na zabytkach w stanie wskazującym (na potrzebę remontu oczywiście).

I jest pewna rzecz, która niezwykle mnie zadziwia.
Np. wczoraj: mierzę sobie dach. Dach jak dach: przez 50 lat nikt nie zabezpieczył okna, więc podłoga pokryta jest pięciocentymetrową warstwą ptasich odchodów. Tak samo jak wszystkie elementy więźby dachowej. Te odchody zasychają i odpadają od tych mieczy i płatwi całymi płatami, zachowując kształt - jak gips. Są tam też inne odchody, występujące razem z puszkami po piwie, bo przez 50 lat nikt też nie zabezpieczał drzwi. Z klatki schodowej wionie charakterystycznym zapachem niekastrowanego kota.
Z dachu się leje. Z podłogi pyli prawdopodobnie tym, co to odpada od tej więźby i co tam leży przy puszkach. Dobrze, że jest zima, bo latem to jeszcze wszystko jedzie w sposób dla siebie charakterystyczny.

I na tym strychu wisi pranie. Pościel. Bielizna. I ubranka dla niemowląt.
Zawsze. Na każdym strychu.

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 260 (Głosów: 276)

#77063

(PW) ·
| Do ulubionych
Tak w temacie nagród.

Pracowałam dla międzynarodowej firmy kosmetycznej, gdzie najtańszy produkt w ofercie kosztował 80 zł.
Umowa zlecenie, 1200 zł na rękę. Kosmetyki dostawaliśmy rzadko, np. szminkę w kolorze, który się nie sprzedał.
Najlepiej napisałam test sprawdzający wiedzę na temat produktów i marki. W nagrodę zostałam obdarowana uściskiem dłoni sekretarki szefowej, która specjalnie przyjechała do mnie o tym poinformować.
Zrobiłam największy target na święta. Nie dostałam premii, dostałam kosmetyczkę z miniaturami kremów przeciwzmarszczkowych, 2 szt. po 5 ml(brakowało w zestawie miniatury tuszu).

Były jeszcze szkolenia z produktów, na których były osoby pracujące dla firmy na umowę zlecenie oraz pracownicy perfumerii na "D". Po zakończeniu szkolenia dziewczyny z perfumerii dostawały prezent o wartości 500-600 zł(krem lub flakon wody perfumowanej/toaletowej). My zatrudnieni przez firmę nic, nawet nie wliczali tego do wypłaty.

Na szczęście dostałam propozycję z innej firmy po Nowym Roku.

Jak chcieli mnie przekonać, abym została?
Umową na czas określony z taką samą wypłatą, ale z większą liczbą godzin...

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 190 (Głosów: 214)

#77064

(PW) ·
| Do ulubionych
Pod historią o oddawaniu krwi pojawiło się mnóstwo komentarzy i sprzecznych informacji. Jako Zasłużony Honorowy Dawca Krwi, który niejedną godzinę spędził na fotelu z igłą w żyle, dociekliwie zadając pytania przemiłym pielęgniarkom zapewniam Was, że:

1) Każdy krwiodawca oddaje tyle samo krwi. 450 ml. Nieważne, czy jest duży czy mały, ale musi ważyć ponad 50 kg. Zdrowi, młodzi mężczyźni mogą oddawać osocze, wtedy jest go więcej, ale tu nie znam dokładnie zasad, ponieważ nigdy nie byłam zdrowym, młodym mężczyzną :)

2) Jeśli pobieranie nie zostanie ukończone, krew nie nadaje się do użycia. Mnie pielęgniarka mówiła, że dostają ją studenci do różnych eksperymentów. Może w innych miejscach idzie od razu do utylizacji. Jeśli ktoś twierdzi, że nie ukończył oddawania, a "krew wzięli" - no, wzięli. Przecież nie wyrzucą do śmieci czy nie wyleją do zlewu. Straty też trzeba spisać i przekazać do utylizacji.

3) Jeśli donacja zostanie przerwana, w książeczce widnieje wpis 450 ml, ale w systemie już nie. Mój przypadek, kiedy igła wysunęła się z żyły po oddaniu 435 ml, został zapisany w książeczce jako 450, ale w systemie 435 ml. Jest to istotne w przypadku przyznawania odznak Zasłużonego Krwiodawcy (o tym decyduje ilość oddanej krwi).

4) Mimo że w wyżej wspomnianym przypadku oddawałam krew dla konkretnej osoby (często przed operacją prosi się rodzinę/znajomych pacjenta o oddanie krwi), przerwana donacja została "zaliczona" dla potrzebującego pacjenta.

I tak na marginesie - irytujące są wpisy osób, które krew oddadzą raz, często na uczelnianej/szkolnej akcji i rozpowszechniają potem nieprawdziwe informacje.

Skomentuj (32) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 192 (Głosów: 224)

#77061

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia dwa oczka poniżej skłoniła mnie do opisania pewnego absurdu NFZ, w którym właśnie uczestniczę.

Boli brzuch. Boli od czasu do czasu, bardzo, napadowo. Zapisałam się do rodzinnego, zrobiłam podstawowe badania, jeszcze czekałam na kolejną wizytę. Ostatnio jednak wylądowałam z tej okazji na SOR-ze: 5 nad ranem, środek tygodnia, prawie pusto, szybko zleciało, zaledwie w 4 godziny wypis. Lekarz mnie obejrzał, opukał, przyszła druga pani doktor, zrobili mi badania z krwi i moczu, podali kroplówkę i kazali iść do lekarza rodzinnego, bo w badaniach i "pukaniu" czysto, nic nie wychodzi, brzuch miękki, no nic się nie dzieje poza bólem. Uznano komisyjnie, że nie ma przesłanek do USG.

Doczekałam się na wizytę, akurat tydzień po SOR-ze. Opisałam co i jak, pokazałam badania z SOR-u i wcześniejsze sprzed miesiąca. Doktor - swoją drogą niesamowita, świetna lekarka - zastanowiła się, osłuchała mnie, opukała, pouciskała, wypisała mi kupę skierowań (gastrolog na październik, ale za to diabetolog już w lipcu!). Dała mi także papier na USG, wzdychając głęboko:
- Wie pani, to USG na 90% nic nie wykaże - badania są czyste, nie widać i nie czuć żadnych zmian. Pani jest potrzebny tomograf. Ale ja nie mogę dać skierowania, tylko chirurg może. A żebym ja mogła dać pani skierowanie do chirurga, to muszę najpierw dostać to USG...

Na USG czekam trzy tygodnie, potem znowu zapis do rodzinnego, skierowanie, chirurg zapewne kilka miesięcy, a sam tomograf ponoć "jedynie" 2-3... Trochę śmieszne, trochę straszne, gdy procedura taka czasochłonna ;)

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 134 (Głosów: 154)

#77115

~nikiniki ·
| Do ulubionych
O tym, jak to czasem warto uważać na słowa "znam właściciela!".

Mój kolega posiada małą restauracyjkę. Postanowiłam ją odwiedzić, gdy nadszedł "posesyjny" czas. Wcześniej o tym zamiarze go poinformowałam, bo chcieliśmy sobie pogadać i powspominać stare czasy. Zaparkowałam przed restauracyjką, jak kolega poradził.

Nim jednak kolega dojechał (ach, ta technologia i auta z komputerem), zdążyłam już samym wyglądem napsuć życia kelnerce, a przynajmniej tak wynikało z jej zachowania. Kartę dosłownie rzuciła mi na stół, bez żadnego dzień dobry ani pocałuj się w zadek.
Myślę - dobra, może ma zły dzień, a sam mój specyficzny ubiór ją denerwuje. Dałam jej szansę na poprawę.

Jak się domyślacie - poprawa nie nastąpiła. Znudzonym głosem spytała:
- To będzie coś?
- Tak, będzie X z sokiem.
- Jakim to nie umiesz powiedzieć?
W pierwszej chwili złapałam dosłowną dziurę.
- Może pani powtórzyć?
- No co chcesz do tego picia, Jezus... - odparła zniechęcona kelnerka. O nie, tak się bawić nie będziemy.
- Możesz zacząć zachowywać się normalnie?
- Zachowuję. To co będzie?
- Sok. Wiesz, że to właścicielowi zgłoszę?
- Nie ma go dzisiaj.
- Jest moim kolegą. Będzie za jakiś kwadrans.
- Jasne. Wszyscy tu to jego koledzy - odparła kelnerka, odchodząc od stolika.

Przyjechał kolega, pierwsza powitać go poszła kelnerka. Chwilę porozmawiali, a potem kolega podszedł do mnie. Oczywiście, jak obiecałam, powiedziałam o zachowaniu kelnerki. Okazało się, że nie jestem pierwsza, a każdy obcy, wysiadający z auta z rejestracją z sąsiedniego województwa, jest tak traktowany. Widocznie kelnerka widziała moment i rejestrację mego czerwonego szatana, zdolnego do zamachu na premier (czyt. Seicento).

Wczoraj kelnerka dostała wypowiedzenie.

gastronomia

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 219 (Głosów: 263)

#77058

(PW) ·
| Do ulubionych
Zdiagnozowano u mnie guza, niedużego, ale jednak. Lekarz wykonujący USG kazał zrobić biopsję. Na pytanie o skierowanie na badanie odesłał mnie do lekarza rodzinnego.


Następnego dnia wizyta w przychodni, lekarka ogląda opis USG, jednak nie wystawia skierowania, bo biopsji nie ma w tzw. koszyku. Odsyła do endokrynologa lub onkologa. U endokrynologa wizyta najwcześniej w 2018, druga połowa roku. Na onkologię nawet się nie dodzwoniłam.

Dlaczego o tym piszę? Wczoraj Pani Premier miała wypadek, zabrał ją śmigłowiec, zrobione wszystkie możliwe badania. A ja? Dalej płacę ubezpieczenie i zaprzyjaźniam się z nowym przyjacielem w szyi.

słuzba_zdrowia

Skomentuj (28) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 200 (Głosów: 264)

#77056

(PW) ·
| Do ulubionych
Jeśli ktoś czytał moje poprzednie wypociny, zdążył się chyba zorientować, że przyciągam kłopoty jak piorunochron błyskawice. A już w szczególności w parze z Dieslem, moim psem. Jeszcze dobrze się nie skończyła sprawa z konfliktem przed przychodnią weterynaryjną, gdzie mój Diesel wszedł w konflikt z amstaffem i z rozpędu ja dostałem w palnik od młodego byczka(jego właściciela), a już miałem wizytę naszego dzielnicowego. Gościa jak najbardziej kojarzę, bo jak obejmował rewir, rozsyłał powiadomienia o tym fakcie i (podejrzewam wybiórczo) odwiedzał niektórych swoich nowych podopiecznych. Facet w porządku, trochę młodszy ode mnie, poważnie podchodzący do swojej pracy.

Otwieram drzwi i padają dwa pytania: czy mam psa i czy może wejść. Obie odpowiedzi twierdzące, więc zapraszam. Zastrzeżenie jest takie, że pies natychmiast przybędzie sprawdzić przybyłego, więc musi się ze mną przywitać tak, żeby dowódca straży mojego mieszkania widział, że nie jest to wtargnięcie. Policjant lekko zdziwiony, ale zaraz wyjaśniłem: jak Diesel zobaczy, że podajemy sobie rękę, to pan może mu nawet miskę z żarciem zabrać i nic się nie stanie. W innym przypadku może uchamrać, bo będzie bronić mnie i swojego terytorium.

OK. Formalności załatwione, sierściuch poszedł się glebnąć z powrotem na wyro i przechodzimy do celu wizyty naszego dzielnicowego. Otóż pan ma zawiadomienie, że poszczułem psem panią z osiedla, w wyniku czego doszło do pogryzienia. Pani złożyła oficjalne doniesienie na komendzie, więc on został wysłany w celu wyjaśnienia sprawy.

Ja oczy w słup, bo NIGDY nie poszczułbym psa na kogokolwiek, to raz. Mój pies do ludzi nic nie ma, to dwa. Trzy, to jeśli by doszło do takiego zdarzenia podczas spaceru z moją żoną, dowiedziałbym się pierwszy. Biorąc pod uwagę wszystkie te trzy punkty stanowczo zaprzeczyłem, że takie zdarzenie mogło mieć miejsce, żądając ujawnienia personaliów osoby składającej fałszywe doniesienie. Nie może, bo nie on prowadzi sprawę. On tylko zbiera wywiad. Przy tym podejrzliwie zerkał w swoje notatki i na mojego kundelka.

Wizyta dobiegła końca, ale zostałem poinformowany, że ze względu na całkowitą rozbieżność zeznań mam czekać na wezwanie na komendę. Wezwanie telefoniczne przyszło dosłownie dwie godziny później. Panowie byli tak mili, że wysłali po mnie radiowóz. Lecimy.

Na komisariacie już od wejścia do pokoju widzę panią, która na mój widok, jak święta inkwizycja, wykrzyknęła: TO ON! To jego bydlę mnie pogryzło!

Babę kojarzę, wiem gdzie mieszka, jakiego ma psa, ale w życiu z nią słowa nie zamieniłem, więc o co chodzi. Pani dalej swoje. Dobra. Dokumenty, książeczka i paszport psa, pan policjant wklepuje moje dane i robi "karpika".

Panie izamarkow, pan już raz dostał grzywnę za niedopilnowanie psa, prawda? Ja prowadziłem tę sprawę.

Tak. W czerwcu zeszłego roku przyjąłem na klatę grzywnę 300 zł za rzekome pogryzienie jakiegoś kundla przez mojego psa, bo nie mogłem biegać po sądach (trzy tygodnie później już zajmowali się mną chirurdzy-onkolodzy). Facet patrzy w komputer, na panią, na jej zeznania, na mnie oraz w paszport (ze zdjęciem) mojego pupila i mina mu się zmienia.

Policjant(P): Pani Chytra(CH). Podtrzymuje pani zeznania spisane wcześniej przeze mnie?
(CH) Tak, to pies tego bandyty mnie pogryzł!
(P) Zeznała pani, że pogryzł panią brązowy bokser poszczuty przez tego pana.
(CH) Bo on tak chodzi z tym mordercą i napada na ludzi!
(P) Proszę pani. Mam przed sobą protokół przesłuchania z zeszłego roku, notatkę dzielnicowego i paszport ze zdjęciem psa tego pana. Bez żadnych wątpliwości jest to OWCZAREK NIEMIECKI, w dodatku posiada zarejestrowany chip. Jeśli podtrzymuje pani zeznania, informuję o konsekwencjach składania fałszywego zgłoszenia o wykroczeniu oraz o wysłaniu pani i pana zeznań do sądu w celu wyjaśnienia kto mówi prawdę.

I tutaj się babsko załamało w 5 sekund.
Co się okazało? Faktycznie ugryzł ją jakiś bokser (nie pogryzł, ugryzł). Pies był bez właściciela. Zwiał. Piekielnie mądra sąsiadka poradziła, żeby winę zwalić na mnie, bo ja już raz grzywnę za nieupilnowanie mojego sierściucha zapłaciłem (jak mogłem nie skojarzyć najlepszych koleżanek?), więc teraz też na pewno policja jej uwierzy.

Oskarżenie (pomówienie) zostało wycofane. Ja straciłem pół dnia.
I zastanawia mnie jedno. Co chciała ugrać ta stara wariatka?
W najgorszym dla mnie razie zostałaby uznana moja wina, dostałbym grzywnę, Diesel skierowanie na kwarantannę (już raz to przechodziliśmy), a nawet mogłem dostać nakaz sądowy na uśpienie agresywnego psa atakującego ludzi po negatywnej opinii weta (naprawdę tak jest). Co my tej starej lampucerze takiego złego zrobiliśmy?

interakcje sąsiedzkie

Skomentuj (5) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 210 (Głosów: 238)

Podziel się pozytywnymi historiami na
WSPANIALI.pl

Piekielni