Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

 

#62566

(PW) ·
| Do ulubionych
Pracuję w domu dziecka. Od paru, trzech czy czterech, miesięcy nasz rejon obsługuje nowy listonosz, pan tuż przed emeryturą. Pan ten wszystko, całą poleconą korespondencję, z nieznanych nikomu przyczyn postanowił nam awizować. Odkąd pracuje, nie zdarzyło się jeszcze, żeby zapukał do drzwi i doręczył jakiś polecony list - za każdym razem zastajemy w skrzynce awizo.

Wiecie, co w tym piekielnego? Wszelkie wyjaśnienia oddziału pocztowego, do którego składaliśmy skargi, kończyły się na krótkim stwierdzeniu, że "pewnie akurat nikogo nie było w domu" bądź "pewnie wychowawca nie słyszał dzwonka do drzwi". Jedno i drugie jest bzdurą. Dom dziecka jest instytucją otwartą 24/7 przez okrągły rok. Nie ma możliwości, żeby nikogo w nim nie było. Zawsze na miejscu jest przynajmniej jeden pracownik, który mógłby korespondencję odebrać. A nie słyszeć dzwonka do drzwi? Można raz. Dwa. Ale nie prawie codziennie przez kilka miesięcy.

I tak zbijają nasze skargi, a awizo dalej lądują w skrzynce. Dom dziecka dostaje sporo ważnej poleconej korespondencji, głównie od sądu i prokuratury. Bieganie na pocztę po jej odbiór weszło nam już do kanonu obowiązków służbowych, ale jest mocno uciążliwe, więc serdecznie życzymy panu listonoszowi jak najszybszego przejścia na emeryturę.

poczta

Skomentuj (17) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 494 (Głosów: 512)

#62569

(PW) ·
| Do ulubionych
Pracuję w dużej sieci AGD/RTV - dziś coś odnośnie fachowców.

Piekielni kupili telewizor (kilkanaście cali, bardziej przypomina monitor niż TV). Przed wydaniem standardowe podłączenie i sprawdzenie, czy działa. Jest OK, wyszli...

Po godzinie wpadają na sklep, Piekielny rzuca mi sprzęt na ladę, Piekielna w ogóle się nie odzywa.

Piekielny [P]: Co za gów** mi tu sprzedałeś! Ja widziałem! To tu trzy lata stało i nikt nie chciał kupić!
Ja [J]: Przepraszam, czy coś nie tak ze sprzętem?
[P]: Nie działa! Szajs! Ja tu FACHOWCA zamówiłem, a ten mnie wyśmiał, że złom dostałem!
[J]: Proszę Pana, sprawdzaliśmy przed wydaniem i działał poprawnie. Ale podłączymy, sprawdzimy.
[P]: Panie! Ja pieniądze straciłem, a FACHOWIEC mnie wyśmiał! Taki wstyd!

Podłączamy sprzęt, działa prawidłowo. Piekielny w szoku.

[J]: Jak Pan widzi telewizor włączył się. Wszystko jest dobrze. Czy mam pokazać Państwu jak należy stroić kanały, żeby nie było niepotrzebnych wydatków na FACHOWCA?
[P]: Ale ten szajs nie działał! Podmieniłeś go!
[J]: Proszę Pana, z tyłu telewizora jest taki mały przełącznik jak w lampce. Jak jest "O" to nie działa, jak jest "I" to działa. Proponuję zmienić FACHOWCA, skoro tego nie wiedział.

Buc nie odezwał się nawet, wyszedł ze sprzętem. Piekielna za nim.

sklepy

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 439 (Głosów: 483)

#62611

(PW) ·
| Do ulubionych
Niechcący „wynegocjowałem” swojemu pracodawcy lepsze stawki, ale po kolei :).

Dzisiaj miałem spotkanie z jednym z podwykonawców, podjechałem do niego do biura z „papierkologią”, chwila rozmowy i nagle pada „Panie Vege dał by się pan namówić na lunch, ja stawiam …” – chwila zastanowienia – no dobra z kierownikiem zrobiliśmy deal, że z papierami pojadę, ale do firmy już nie wracam, to i tak z czasem jestem do przodu, w sumie trochę głodny jestem - „ Nie ma problemu Panie Sławku, ale każdy płaci za siebie …”
W sumie zaciekawiło mnie skąd u pana Sławka nagle taki „biznesowy bon-ton”

Poszliśmy do pobliskiej knajpki, każdy zamówił na co ma ochotę. Pan Sławek „z pewną taką nieśmiałością” zaczyna się dopytywać, czy w najbliższym czasie jakiś zleceń nie będzie, żeby o nim pamiętać przy zapytaniach ofertowych, on nam da preferencyjne stawki, z nami mu się zawsze świetnie współpracowało …

Pytam się faceta co się nagle odmieniło, bo ostatnio dał nam odpowiedź, że jest zaangażowany w duże zlecenie, a nie chce się podejmować czegoś gdzie nie ma 100% pewności, że będzie w stanie się wywiązać, że uczciwe nas uprzedzał, że będzie średnio dostępny …, a tu taki zwrot o 180 stopni.

W tym miejscu pan Sławek „jednym przyłożeniem” dopił ½ piwa które miał w szklance i odpowiedział.

„Panie Vege z tym zleceniem co Państwu pisałem to ja myślałem, że Pana Boga za nogi chwyciłem, jak by to mi wypaliło to po tym projekcie ja bym mógł na spokojną emeryturę iść, ale z takimi sku……mi się nie da współpracować”.

Powiem szczerze, że w tym momencie trochę mi szczęka opadła bo od faceta w życiu gorszego wulgaryzmu niż „do diabła” czy „do cholery” nie słyszałem, a gość z branży „około budowlanej”.

Pan Sławek kontynuuje – „Panie Vege, ja myślałem, że to poważna firma z renomą mi to zleca, a to się okazało, że to jakaś firma córka, powołana do konkretnego projektu, na miejscu sami podwykonawcy nikt nic nie i każdy struga głupka.
Realizacja 200 km od Warszawy, ja ich informuje, że ja w takim razie coś muszę pracownikom wynająć, jakieś miejsce gdzie by mogli sprzęt cały trzymać. Oni mi na to, że nie oni mi wszystko zapewnią pracownicy będą mieli miejsce w hotelu pracowniczym wszystko miało być załatwione po Bożemu – ja to wszystko w umowie mam.
I co wysłałem 2 pracowników na pomiary - cały bus sprzętu. Dojechali na miejsce pytają się gdzie mogą sprzęt rozładować i kierownik im pokazuje jakąś szopę na klepisku gdzie ciągle ktoś wchodzi i wychodzi i oni tam mają sprzęt za kilkaset tysięcy trzymać?
Zadzwonili do mnie ja tego całego dyrektorka co z nim umowę podpisywałem, ten głupka rżnie - coś ma załatwiać, coś wyjaśnić i brak odzewu.
Jeden stał pilnował samochodu drugi się przeszedł po obiekcie – tam prawie nic nie gotowe i jeszcze długo gotowe nie będzie. Ja w umowie mam wpisany nieprzekraczalny termin i kary za opóźnienia, znowu do mnie dzwonią ja im mówię żeby przenocowali, zrobili rozpoznanie – nic na gębę wszystko na piśmie, na noc niech załatwią jakiś parking strzeżony i jutro niech wracają”.

Robi się coraz śmiesznej, w tym miejscu usłyszałem clou – Pan Sławek kontynuuje
„Z tym noclegiem dla pracowników to dopiero jazda – chłopaki się pytają gdzie ten hotel pracowniczy?, a ten kierownik robi wielkie oczy, bo nie ma gdzie swoich chłopaków położyć spać, żadnego hotelu nie ma tylko kwatery z piętrowymi łóżkami i moim zaproponował nocowanie w przyczepie kempingowej bez prądu i wody, jeszcze z informacją żeby po nocy nie wychodzili bo psy są spuszczane … .
Chłopaki dzwonią do mnie z pytaniem czy mają wynajmować gdzieś pokój na noc czy wracać do Warszawy. Kazałem im szukać hotelu ze strzeżonym parkingiem, znowu dzwonię do tego całego dyrektora wyłuszczam mu że to jest niepoważne i co słyszę w odpowiedzi – jak żeś Se pan królewiczów pozatrudniał to zapewniaj im pan królewskie warunki pracy we własnym zakresie.
Panie Vege całą noc nie spałem, punkt 6 następnego dnia dzwonię do chłopaków, żeby sprawdzili czy ze sprzętem wszystko OK.
Chłopaki pół segregatora uchybień w stosunku do tego co w umowie miało być zrobione wypisali, także umowę wypowiedziałem bez żadnych konsekwencji, ale nie tylko wam powiedziałem, że nie mam mocy przerobowych i teraz szukam na cito zleceń.

Napiszę szczerze, że długo mi po tej opowieści szczęka wracała na normalną pozycję, a tekst o „królewiczach …” rozwalił mnie na atomy – ot „kapitalysty” pełną gębą.

Skomentuj (22) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 463 (Głosów: 503)

#62563

(PW) ·
| Do ulubionych
Krótko i na temat:

Duże miasto wojewódzkie. Zespół do spraw orzekania o niepełnosprawności znajduje się w starej kamienicy na drugim piętrze. BEZ WINDY.

Czy tylko ja tu widzę swoisty paragraf 22? Jesteś niepełnosprawny ruchowo i nie dotarłeś na posiedzenie komisji- decyzja odmowna, dotarłeś na posiedzenie- czyli nie jesteś aż tak niepełnosprawny a zatem decyzja odmowna....

administracja

Skomentuj (22) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 421 (Głosów: 451)

#62573

(PW) ·
| Do ulubionych
Odkąd przetarg na dostarczanie przesyłek z sądów wygrała firma inpost, porobiło się sporo problemów. Słyszałam już o tym, że kioski, w których leżą przesyłki bywają zamknięte na kilka dni, albo w niektórych lokalizacjach trzeba odbierać je w sklepach monopolowych bądź sexshopach (?), jednak moja historia była na tyle absurdalna, że postanowiłam się nią z Wami podzielić.

Niestety nie było danego dnia nikogo w firmie, w związku z czym zostawiono awizo. Poleciałam więc dnia następnego do kiosku ruchu celem odebrania przesyłki. Przy sobie miałam dowód osobisty oraz wydruk z KRS, potwierdzający iż jestem upoważniona do odbierania wszelkiej korespondencji.

Szanowna pani kioskara niestety od samego początku nie miała ochoty wydać mi przesyłki.
Najpierw orzekła, iż niemożliwym jest wydanie przesyłki "wie pani, z SĄDU! To są ważne rzeczy!!!", ponieważ nazwisko na kopercie nie zgadza się z tym w moim dowodzie osobistym. No ciężko żeby się zgadzało, niestety nie mam na nazwisko tak samo jak nazwa firmy...
Wytłumaczyłam zatem, iż nie chodzi o osobę fizyczną, tylko o firmę.

Tu się zaczęły schody. Pani zażądała upoważnienia z pieczątką firmy. Ja jej na to pokazuję wydruk z KRS i oznajmiam, że sama sobie nie zamierzam pisać żadnych upoważnień, a firma nie posiada pieczątki, bo nie ma takiego obowiązku.
Pani na wydruk nawet nie raczyła spojrzeć, tylko zaczęła na mnie krzyczeć, że TO DLA NIEJ NIE JEST ŻADEN DOKUMENT! CO TO ZA FIRMA BEZ PIECZĄTKI? TAKIE FIRMY NIE ISTNIEJĄ! Ręce mi opadły. Zapytałam, co zatem jest dla niej dokumentem? Odpowiedź była oczywista - muszę mieć pieczątkę. Bez pieczątki ona mi tego nie wyda, bo to są "ważne rzeczy z sądu" i ona się boi kontroli, która na pewno ją nawiedzi jeśli wyda mi przesyłkę wyłącznie na podstawie wydruku z KRS, który jak już wiemy, dla pani kioskary nie jest żadnym dokumentem...

Czara goryczy się przelała, zadzwoniłam do biura firmy dostarczającej przesyłki. Po rzeczowej rozmowie z kierownikiem, dowiedziałam się oczywistości - pani ma obowiązek wydać mi przesyłkę na podstawie okazanych dokumentów. Ale niestety, pani kioskary nie przekonał głos kierownika (rozmawiałam przy niej na głośnomówiącym). Kierownik powiedział, że skoro nie wierzy, że z nim właśnie rozmawiam, to zadzwoni do niej. Pani to akurat słysząc szyderczo się zaśmiała i oznajmiła z rozbrajającą szczerością, że ona akurat nie wzięła ze sobą telefonu. Kierownik słysząc to zaproponował, że porozmawia z panią przez mój telefon. Usłyszeliśmy jednak wzburzoną już kioskarę, krzyczącą "ja pani nie wierzę, że rozmawia pani z moim kierownikiem!!! Skąd mam wiedzieć do kogo pani zadzwoniła?!".

Rzeczony kierownik uznał, że nic w tej materii już nie zdziała. Obiecał mi jedynie, że nazajutrz w kiosku będzie obsługiwała normalna kobieta i wyda mi tę nieszczęsną przesyłkę.

Na szczęście faktycznie, następnego dnia przywitała mnie inna pani z kiosku. Rzuciła jedynie kąśliwą uwagę, iż jestem "tą która się tak awanturuje", ale bez szemrania wydała mi super-ważną przesyłkę.

Ja naprawdę rozumiem, że kobieta siedząca w kiosku nie musi być alfą i omegą jeśli chodzi o dokumenty firmowe. Ale do jasnej cholery, skoro zobowiązała się dystrybuować przesyłki sądowe, to może warto byłoby ją przeszkolić w temacie podstawowych zagadnień z rodzaju - komu można, a komu nie można wydać danej przesyłki?!

kiosk ruchu - przesyłka

Skomentuj (28) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 420 (Głosów: 454)

#62568

(PW) ·
| Do ulubionych
W dniu wczorajszym oblewaliśmy na departamentowym piwie zakończenie projektu.
Jak to w takich sytuacjach śmichy-chichy, wspominki z realizacji, "przemówienie" Dyrektora - taka forma dodatkowego podziękowania ze strony firmy za pracę i wkład.
Po raz pierwszy w takim "evencie" brał udział nasz nowy kolega - facet dał się poznać z jak najlepszej strony, naprawdę takich ludzi to w obecnych czasach ze świecą można szukać - zaangażowany, chętny do pomocy, do uczenia się, bezproblemowy - razem ze swoim kierownikiem zastanawialiśmy co za głąb dał mu odejść z poprzedniej firmy.
Po paru piwach facetowi rozplątał się trochę język i po tym co nam opowiedział doszliśmy do wniosku, że debili naprawdę nie brakuje.

W swoim poprzednim miejscu pracy facet pracował od ponad 7 lat, z tego od ponad pięciu na tym samym stanowisku za te same pieniądze - każda próba przejścia czy awansu miała od razu ucinany łeb, bo jak się okazało dyrekcja uważała chłopaka za super-hiper specjalistę w swojej dziedzinie który kręci robotę za 2 inne osoby i którego nie ma kim zastąpić.

To może jak jestem taki super to jakaś podwyżka - no nie - na tym stanowisku to i tak masz świetną pensje, ale jak byś jakieś dodatkowe obowiązki wziął to może ... .
No chłopak wziął - sam pociągnął spory projekt, w domu zdalnie robił testy, pół roku minęło projekt oddany to i jego kierownik napisał wniosek o podwyżkę.
Kierownik wniosek uzasadnił i złożył do dyrektora - przez 9 miesięcy zawsze było coś, a to budżet, a to rezerwy, a to coś, a to sroś ..., ale zadziała Zasada Wingera - jeżeli zająłeś się czymś raz, zostałeś ekspertem w tej dziedzinie, oraz prawo Pinta - rób komuś uprzejmość a stanie się to twoim obowiązkiem.

Tak więc nasz nowy kolego był ciągle obarczany czymś dodatkowo co do jego zakresu obowiązków nie należało, a wniosek o podwyżkę wisiał w próżni.
Po w/w 9 miesiącach udał się do dyrektora z pytaniem jaka jest decyzja w sprawie jego wniosku bo on też musi widzieć na czym stoi. Dyrektor wił się jak piskorz, kombinował w końcu zdeklarował się, że do końca miesiąca chłopak dostanie odpowiedź.

W międzyczasie, na czymś naszemu bohaterowi się noga powinęła - kogoś w mailu nie dodał do informacji, kogoś trzeba było doinformować później (generalnie pierdółka). Dyrektor rozpętał o to III WŚ i wlepił chłopakowi naganę.
Po koniec miesiąca co chłopak usłyszał - jak podwyżka, człowieku naganę w aktach masz i podwyżkę chcesz.

Po tej pokerowej zagrywce dyrektora chłopak złożył do nas papiery i szybko zaproponowaliśmy mu pracę, naprawdę ciężko mi określić jak trzeba być ograniczonym żeby przez coś takiego stracić wartościowego pracownika.

Praca

Skomentuj (19) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 586 (Głosów: 624)

#62545

(PW) ·
| Do ulubionych
Pracuję w dużej sieci AGD/RTV

Częsta sytuacja, Piekielna kupuje worki do odkurzacza.

Piekielna [P]: Dobry, potrzebuję worka do odkurzacza.
Ja [J]: Oczywiście, jaki model?
[P]: Taki czerwony, 1600 W
[J]: Proszę Pani, kolor nie ma znaczenia, a 1600 W to moc. Może marka odkurzacza?
[P]: Nie wiem, a to potrzebne?
[J]: Tak.
[P]: Ale ja go kupiłam u Was!
[J]: To nic nie zmienia, nie prowadzimy marek na wyłączność.
[P]: To było w zeszłym roku, był w promocji za 249.
[J]: Nadal to mi nic nie mówi.
[P]: To nie wie Pan co sprzedajecie? Przecież mówię, że w promocji był! Czerwony! 1600 W! Za 249! Jest tu jakiś kierownik, albo ktoś, kto zna się na workach?
[J]: Nikt inny nie pomoże w tej sprawie jak nie zna Pani modelu, a chociażby marki.
[P]: A gdzie są odkurzacze, to Panu pokażę.
[J]: Zapraszam za zmą.

Prowadzę podirytowaną Piekielną na dział AGD.

[P]: Podobny do tego.
[J]: Czyli Electrolux, to już nam coś mówi.
[P]: Czy Pan rozumie co się do Pana mówi? Przecież mówię, że PODOBNY do tego, a nie TAKI SAM! Inna firma!
[J]: Zelmer? Bosch?
[P]: Idź Pan na jakiś kurs doszkalający jak nie wiesz jaki sprzęt macie u siebie! Wciskacie odkurzacze, a potem worków nie macie!

I poszła Piekielna z fochem. Średnio trzy take przypadki na tydzień.

sklepy

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 491 (Głosów: 521)

#62570

(PW) ·
| Do ulubionych
Popołudnie w Netto, kolejka do kasy. W kolejce stoi pan Zdzisio w stroju wskazującym że dopiero zakończył jakieś prace budowlane. W koszyku drobne zakupy i butelka piwa. Za nim stoi kobieta z zakupami spożywczymi wypełniającymi cały wózek. Jej gabaryty wskazują że te zakupy mogą nie wystarczyć na cały weekend. Kobieta mocno zirytowana, a może znudzona staniem w kolejce rozpoczyna dialog ( im dłużej tym głośniej)
- no widać że budowlaniec, zamiast do domu to po piwko. Nie spieszy mu się... ( i w ten deseń kolejne dwie minuty)
Pan Zdzisio stoicko wręcz znosi gderanie nad uchem.
- prosto z roboty, nie zmienia ciuchów, stoi i w kolejce i śmierdzi... , JA to używam D E Z O D O R A N T Ó W ...!!!
Tu pan Zdzisio powoli się odwraca i flegmatycznie
- A mydła pani próbowała...
Adresatka spiekła raka i wreszcie zamilkła. W odróżnieniu od pozostałych w kolejce którzy z trudem powstrzymywali parsknięcie śmiechem. "Uwielbiam" takie kolejkowe matrony oceniające wszystko i wszystkich wokół. Tym razem celna riposta i ta sytuacja stanie się moją ulubioną anegdotą.

Skomentuj (3) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 652 (Głosów: 690)

#62531

(PW) ·
| Do ulubionych
Pracuję w ładnym miejscu, w miłej dzielnicy, w wolnostojącym domku otoczonym ogrodem. Dookoła inne zadbane domki, blisko rzeczka i lasek. Generalnie sielskie przedmieścia.

Ostatnio dzielnica przeżywa prawdziwy najazd akwizytorów z piekła rodem i różnego typu naciągaczy - a to ratujących kotki, a to dzieci z białaczką/na wózkach/z mukowiscydoza albo osoby chorujące na Alzheimera... Nie wiem, skąd taki wysyp, ale w ostatnich miesiącach naciągacze są prawdziwą plagą.

Jeden wyjątkowo pechowy łaził po sąsiadach, aż trafił do mnie do pracy. Zaprosiłam go do środka, bo czasem lubię pogadać z cwaniakami. Zadowolony że przełamał pierwsze lody, zaczął trajkotać:
- Dzień dobry, jestem Lucek Piekielny z Nieistniejącej Organizacji (machu-machu jakimś zalaminowanym, poważnie wyglądającym identyfikatorem). Zbieramy fundusze na rzecz domów dziecka. Gdyby zechciała pani...
- O, to super inicjatywa. A na co dokładnie chcą państwo przeznaczyć te zebrane fundusze?
- Kupimy... (tu wstaw bardzo dużo rzeczy, od zabawek i ubrań, przez podręczniki, skończywszy na komputerach i telewizorach)
- A z którymi konkretnie domami dziecka państwo współpracują?
Tu pan się trochę zająknął.
- No... ze wszystkimi?
- To się świetnie składa, ponieważ właśnie znajduje się pan w jednym z tych domów dziecka! Już nie mogę się doczekać tych wszystkich prezentów, które dostaniemy od pańskiej Nieistniejącej Organizacji! Czy mogę poprosić o dokładne dane pana i organizacji, żeby łatwiej było się skontaktować, jak już państwo będą chcieli przekazać nam te darowizny?

Byłam naprawdę bardzo miła, ale pan nagle złapał przysłowiową rybę. Dawno nie widziałam, żeby ktoś tak desperacko wykręcał się od odpowiedzi. Danych oczywiście nie podał, jakieś mętne tłumaczenia, że on nie jest upoważniony... Uciekł i nie wrócił więcej, nie widziałam go także nigdzie w pobliżu. Podejrzewam, że nie udało mu się naciągnąć żadnego z sąsiadów - ze względu na bliskość domu dziecka są mało naiwni i jeśli chcą pomagać, przychodzą bezpośrednio do nas. Mimo wszystko zawsze uczulam. Proszę, sprawdzajcie dokładnie komu i na co dajecie pieniądze, bo większość tych "kwest" to cyniczne naciąganie, a nie pomoc potrzebującym.

Ciekawi mnie też, jakim cudem pan naciągacz przegapił naprawdę sporą tablicę z napisem "Piekielny Dom Dziecka" przykręconą do ściany obok drzwi :)

naciągacze

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 444 (Głosów: 462)

#62575

(PW) ·
| Do ulubionych
"Pani jest uparta jak osioł"-usłyszałam niedawno od klienta, choć osobiście wolę nazywać tą cechę asertywnością. W tym konkretnym przypadku owa cecha bardzo mi się przydała- pozwoliła mi dziarskim krokiem ominąć minę, którą wyszykował ma mnie nieświadomy inwestor. Ale po kolei:

-(...)i jak Pani będzie przygotowywać tą dokumentacje na remont, to tu rurki, a tu płytki, okna wymienić, ściany wytynkować i docieplić strop miedzy piętrem a dachem bo nam wieje.
- A będzie remont dachu?
-Nie. My mamy tu takiego wykonawce który sypie granulat celulozowy między belki, bardzo fajne lekkie ocieplenie.
-No ok, ale to dociąży strop, który i tak ma 120 lat. Bez ekspertyzy konstruktorskiej się nie obędzie. Trzeba będzie odkryć belki...
-Co mi tu Pani mówi! To lekkie docieplenie jest! Wycina się otwór w tych cegłach i polepie co leżą na strychu i sypie się granulat taką rurą przez taką dmuchawę.
-Ja wiem, jak to wygląda, ale nikt się panu nie zgodzi na dociążenie stropu, póki nie zobaczy stanu belek. I jak znam moich konstruktorów to najpierw będą chcieli odciążyć strop wywożąc polepę i cegły.
-ALE TO SIĘ STRASZNY SYF NAROBI! TO LEKKIE OCIEPLENIE JEST! TEN WYKONAWCA NA SETCE KAMIENIC TO ZROBIŁ!
-Lekkie nie lekkie nikt mi się pod tym nie podpisze, że to nie załamie stropu. Za katastrofę budowlana jak ktoś zginie można iść siedzieć.
-Ale to lekkie dociążenie jest! On setkę kamienic zrobił.
-To może on ma swojego konstruktora który takie rzeczy firmuje.
Sytuacja dojrzała do telefonu do wykonawcy. Po zadaniu felernego pytania, "czy ma Pan konstruktora, który robi panu ekspertyzy wytrzymałości stropu" usłyszałam: "Ta Pani, ja setkę kamienic zrobiłem i nigdy nie potrzebowałem takich cyrków, tu chcą bo idą na dofinansowanie a to zabytek to chcą zgłaszać do urzędu remont". Witki mi opadły.

-To Pani nie wpisze mi tego ocieplenia?- spytał się Inwestor, który w tym momencie stracił nadzieję.
-Nie.
-Pani jest uparta jak osioł.
-Wiem. Ale nie wpiszę. Może Pan poszukać innego projektanta jak Pan woli.
-No nie no. To rób Pani wszystko inne poza tym stropem. Może to i dobrze, bo on już się w jednym miejscu załamał.
-?!!!
-O tam, nad korytarzem. Podwiesiliśmy sufit i nie widać, ale tam jest dziura na wylot.
-I PAN CHCIAŁ ŻEBYM JA ZAŁAMANY STROP DOCIĄŻAŁA?!!
-No ale nie tam gdzie jest złamany tylko dookoła.

baba na budowie

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 621 (Głosów: 645)

Podziel się pozytywnymi historiami na
WSPANIALI.pl

Piekielni