Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

 

#81419

~BlackEnergy ·
| Do ulubionych
Mój kuzyn, ma skład materiałów budowlanych. Ponieważ codziennie ma do czynienia z ludźmi, piekielnych historii mu nie brakuje. Dziś opiszę kilka, które od niego usłyszałem i zapadły mi w pamięć.

Krzysiek jest uczciwy i tego samego oczekuje od swoich pracowników. Płaci w ustalonym terminie ustaloną wypłatę co do grosza, i oczekuje za to sumiennej pracy. Każdemu już na rozmowie o pracę powtarza, że nie toleruje cwaniactwa, oszukiwania i jakiegokolwiek okradania. Jak komuś coś w pracy u niego nie pasuje, to niech przyjdzie porozmawiać, może się uda dogadać.

Wszystkie auta z jego firmy tankują na pobliskiej stacji paliw. Krzysiek zna właściciela, dogadał się o jakiś tam rabat. Pewnego dnia dostał telefon od znajomego, że jest właśnie na tej stacji paliw, i jedna z ciężarówek Krzyśka tankowała się (ciężarówki są oklejone logiem firmy), podjechała do niej osobówka, kierowca ciężarówki wlał do niej też trochę paliwa, po czym osobówka odjechała. Tak- jeden z kierowców Krzyśka w biały dzień kradł paliwo na stacji oddalonej o kilka km od firmy. Krzysiek podziękował za informację, po czym zadzwonił do właściciela stacji z prośbą o nagranie z monitoringu. Dostał je bez problemu. Następnego dnia zaprosił do biura owego kierowcę, pokazał mu nagranie, po czym dał kartkę i długopis w celu napisania podania o rozwiązanie umowy o pracę.

Kierowca zaczął się zarzekać, że to pierwszy raz, i że tylko 20 litrów wlał żonie do osobówki, żeby do pracy miała na czym jeździć. Krzysiek powiedział, że go to nie interesuje, który raz, ile i po co, bo kradzież to kradzież, a mówił przecież już na samym początku, że nie toleruje kradzieży. Następnie kierowca-złodziej przyjął bardziej agresywną linię obrony- zaczął krzyczeć, że za taką sumę jaką Krzysiek mu płaci, to on nie jest w stanie utrzymać rodziny, i że Krzysiek nie wie jak to jest, bo on się o pieniądze nie martwi itd. Krzysiek odpowiedział mu tylko coś w stylu "No cóż, to teraz będziesz mógł znaleźć dobrze płatną pracę. A swoją drogą- skoro tak u mnie źle, to czemu tyle czasu siedziałeś? Przecież na łańcuchu Cię nie trzymam." Koleś nie odpowiedział nic.

Innym razem z warsztatu zginął zestaw kluczy, nic specjalnego, nowy wart ok. 200 pln. Złodziej jednak zapomniał o jednym "szczególe"- monitoringu. Co prawda kamery pod warsztatem sprytnie uniknął (przez co ujawnił się błąd w zainstalowaniu monitoringu), ale złapała go inna, nieco oddalona. Złodziejem okazał się jeden z pracowników. Po okazaniu mu nagrania z monitoringu spalił buraka, zaczął przepraszać i zarzekać się, że to się więcej nie powtórzy. Usłyszał jednak to samo co ten od kradzieży paliwa. Następnie powiedział, że on ma gdzieś, i on żadnego podania nie pisze. Krzysiek mu odpowiedział, że ok, że chciał mu pójść na rękę i nie wpierdzielać mu dyscyplinarki, ale skoro on woli... Po tych słowach koleś podobno pisał podanie w takim tempie, jakby wypracowanie na przerwie spisywał. :)

Na tym jednak nie koniec piekielności związanych z tym pracownikiem, a raczej to był ich początek. Koleś w ramach zemsty zaczął Krzyśkowi nasyłać kontrole z różnych instytucji. Czyli reasumując- został ewidentnie przyłapany na kradzieży, kuzyn poszedł mu na rękę, pozwalając aby zwolnił się sam, a nie został zwolniony dyscyplinarnie, a on w ramach "podziękowania" nasyłał mu kontrole. Krzysiek wtedy powiedział wprost, że "ostatni raz zlitował się nad jakąś łajzą".

Inny kierowca przejeżdżając ciężarówką obok swojego domu wstąpił do niego na chwilę. Jego dzieciaki wskoczyły do kabiny. "Rozsądny" tatuś zostawił je w środku same i poszedł po coś do domu. Któryś z dzieciaków spuścił hamulec postojowy, drugi drążek od zmiany biegów ustawił na luz- ciężarówka stoczyła się na stodołę. Ponieważ ciężarówka nie zdążyła się rozpędzić, skończyło się tylko na kilku obtarciach kabiny. A teraz pomyślcie- jakby któryś z dzieciaków w panice wyskoczył z kabiny, potknął się i wpadł pod koła? Albo jakby któreś z nich stało akurat pod tą stodołą i nie zdążyło odskoczyć na bok?

Krzysiek kiedyś spotkał jednego z pracujących u niego kierowców ciężarówek tuż przed wyjazdem ze składu. Zauważył, że facet coś źle wygląda, a kiedy podszedł blisko poczuł od niego alko. Okazało się, że koleś wieczór wcześniej był u sąsiada na imieninach, gdzie grzał ostro wódę blisko do północy, a następnego dnia na 7. rano przyjechał swoją osobówką ok. 15 km do roboty, a następnie planował jeździć ciężarówką. Krzysiek kazał mu spieprzać do domu i trzeźwieć, z tym że ma sobie załatwić jakąś podwózkę, bo jak zobaczy, że wsiada za kierownicę sam, to od razu dzwoni po policję. Powiedział mu też, ze jak jeszcze raz przyjdzie w takim stanie do pracy, to z miejsca wylatuje. Poza tym jeszcze tego samego dnia kupił alkomat, i od tamtej pory robi wyrywkowe kontrole trzeźwości swoim pracownikom.

Krzysiek złapał kiedyś dobrego klienta- budowa jakiegoś zakładu produkcyjnego. Była to jednak budowa z prawdziwego zdarzenia z restrykcyjnym BHPowcem, który ścigał wszystkich za nieprzestrzeganie regulaminu. Jednym z jego punktów był kategoryczny zakaz palenia papierosów z wyjątkiem wyznaczonych do tego miejsc ( podobno była jakaś budka na placu budowy z tabliczką "palarnia"). Jeden z kierowców Krzyśka olał ten punkt regulaminu, i został złapany przez wspomnianego wcześniej BHPowca, który solidnie go ochrzanił za to. Jako że był to pierwszy raz, skończyło się jedynie na tym ochrzanie. 2 dni później, ten sam kierowca, znowu złapany z kiepem w zębach. W dodatku nie miał założonego kasku, co było wymagane przez wyżej wspomniany regulamin.

BHPowiec mocno się wkurzył i kazał kierowcy wyjeżdżać z placu budowy. Następnie poszedł, poskarżył komu trzeba, i Krzysiek dostał telefon, że w związku z dwukrotnym złamaniem regulaminu obowiązującego na placu budowy, i to w tak krótkim czasie, wykonawca rezygnuje ze współpracy z jego firmą. Kierowca, przez którego to się stało w ogóle nie widział w tym swojej winy, i twierdził, że robią z igły widły, i że co komu przeszkadzało, że on sobie papieroska zapalił. Na pytanie co jemu przeszkadzało, żeby wytrzymać trochę bez fajka, albo iść do tej wyznaczonej palarni, już podobno nie odpowiedział.

Jak przypomnę sobie inne historie, i o ile te się spodobają, to dopiszę. :)

skład budowlany

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 167 (171)

#81425

(PW) ·
| Do ulubionych
Witam.

Ojciec chciał pozbyć się starego telewizora - LG Flatron 29". Wystawił ogłoszenie. Ze względu na to, że tata nie może nosić ciężkich rzeczy postanowił oddać go za darmo, ale zainteresowany sam musiałby go wynieść. Odzew był prawie natychmiastowy, ale jedna rozmowa przebija wszystkie.

(Dialogi przybliżone)
Z-zainteresowany, O-mój ojciec.
Z: Witam, ja w sprawie telewizora.
O: Witam, telewizor jest sprawny, nieużywany od jakiegoś czasu. Odbiór osobisty.
Z: A nie mógłby pan go przywieźć? Mieszkam 58km od pana.
O: No niestety, oddaję telewizor za darmo ponieważ jestem schorowany i nie mogę go nosić. Ale przecież 58 km to nie tak daleko.
Z: Ale ja nie mam prawa jazdy...
O: No to trudno, ja niestety nie mogę go panu przywieźć.
Z: No dobra, to ja przyjadę po ten telewizor, ale jak dostanę mandat za brak prawa jazdy to pan go zapłaci!
Tatę wcięło. Myślał, że facet sobie żartuje, ale niestety był całkiem poważny. Rozmowa trwała jeszcze chwilę (mężczyzna próbował go przekonać), ale ojciec się rozłączył.

Słyszałam dużo historii o roszczeniowych ludziach, ale myślałam, że są wyolbrzymione. Widać, jednak nie. ;)

Skomentuj (1) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 132 (132)

#81424

(PW) ·
| Do ulubionych
W nawiązaniu do historii #81366 sprawa nie dotyczy picia, ale właśnie mieszkańców wsi.

Mianowicie wybudowałem dom na wsi. Jeszcze w trakcie budowy domu padały pytania "A ty to kto ?" Nie rozumiałem o co chodzi dopóki przy mnie nie padały odpowiedzi w stylu "to syn tej z XXX co jej ojciec listonoszem był w YYY". Samo to mnie szokowało, bo co ma piernik do wiatraka skoro buduję się 15km dalej od posiadłości mojego dziadka i ludzi pierwszy raz w życiu widzę na oczy a tak w ogóle to jestem z miasta?
No i teraz najlepsze.

Zacząłem hodować na własne potrzeby kozy. I polubiłem to, bo mieć własny ser i mleko od kóz z pastwiska to jest to, co mnie relaksuje po pracy zawodowej.
I o hodowli oraz mentalności "nowomieszczuchów wiejskich" będzie.

Tytułem wstępu.
Wszystko zaczynam od zera. Dom pobudowałem w szczerym polu, nie odziedziczyłem żadnych zabudowań gospodarczych i inwentarskich, ze zwierząt miałem dotychczas tylko psa, tak więc dłuuga droga przede mną.

Ostatnio kupując siano i owies dla kóz usłyszałem historię na mój temat. Niby nic takiego bo padło stwierdzenie, że ta moja hodowla to się do telefonu do TOZu kwalifikuje..." na pytanie kto tak mówił, to padło stwierdzenie, że "nie powiem ci bo może znasz, a może i nie" To odpowiedziałem by przekazał tej tak bardzo troskliwej osobie, że jak jeszcze raz wspomni coś na mój temat to przyjadę, mordę obiję i opierniczę do trzeciego pokolenia wstecz.
Dlaczego mnie to rozdrażniło?
Bo w promieniu 40 km jestem JEDYNYM zarejestrowanym hodowcą kóz.
A wiem to od swojego WETa, który jednocześnie jest pracownikiem Powiatowego Inspektoratu Weterynarii i u którego z racji wypasania kóz na wolnym wybiegu regularnie badam stado.

Wspominam o tym bo moja jak i okoliczne wsie się "umiastowiły", w promieniu paru kilometrów ciężko jest kupić mleko i jaja z gospodarstw wiejskich. Miejscowi porzucili te hodowle na rzecz pracy w mieście lub zasiłków i zyskania wolności w postaci dysponowania czasem spożytkowanego w znacznej mierze na piwkowanie, małpkowanie lub raczenie się winkiem na ławeczkach w rynku, lub pod sklepami a potem dosłownie rozbijania się pod wpływem promili.

I tacy to "znawcy tematu" u których stodoły, obory, pomieszczenia gospodarcze odziedziczone po przodkach świecą pustkami, a sprzęt rolniczy rdzewieje w polu..
Po prostu nic się nie opłaca i po co to w ogóle robić jak można pod sklepem informacje i swoje mądrości życiowe wymieniać?
Bo najważniejsze to jest to czyj, kogo i skąd pochodzi.
Nic tylko po chłopsku "mordę obić", bo edukować nie ma sensu.

A wspominam o tym dlatego, bo gdy padły mi 2 kozy i starałem się dowiedzieć od tych nielicznych hodowców krów to dostałem trzeba przyznać szczerze udzieloną życzliwą informację, że to "trzeba mieć szczęście i czasami tak bywa, ale krew raz do roku trzeba by było zbadać stadu..." Ot tyle na temat chorób i leczenia zwierząt, gdzie weterynarz to co najwyżej do porodu jest potrzebny. A reszta społeczności wiejskiej stwierdziła, że po co mi w ogóle te kozy jak życie można znacznie lepiej spożytkować?

A w moim przypadku okazało się że sprawcą był pasożyt "pozyskany" od danieli i saren, z którymi moje kozy współdzielą pastwisko.
Uroki wolnego wybiegu.
Ale to ja jestem nienormalny, bo kto to słyszał kupy zwierząt do badań wozić. Zresztą kto normalny z miasta na wieś się wyprowadza? Pewnikiem nienormalny. A jak nienormalny to na pewno zwierzęta cierpią.

Trochę chaotycznie pod wpływem emocji napisane, ale wczoraj sąsiad "po miedzy" mi wspominał, że będzie kupował nowy samochód i czy mnie to nie będzie razić ? No moje zdumione pytanie "A co mnie to obchodzi" odpowiedział... Wiesz, na wsi to ludzie różnie reagują, więc wolę uprzedzić. Czyli że jak? Pić na ławeczce to spoko, ale starać się dorobić czegoś w życiu i cokolwiek posiadać lub mieć w planach poza piciem to w ogóle zło?

życie wieś

Skomentuj (26) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 129 (155)

#81432

(PW) ·
| Do ulubionych
Do czego służy infolinia w banku? Do informowania myślicie? Niestety nie.

Dzwonię na infolinię banku w sprawie, którą bank na pewno załatwiał wiele razy. Chciałem się zapytać jakie mają procedury. Gdy już wysłuchałem muzyczki w słuchawce pojawia się konsultant.

Wyjaśniam więc sprawę...

Konsultant: A ja nie wiem.

Tłumaczę trochę więcej szczegółów, przypominam, że bank z pewnością miał wiele takich samych spraw a ja chcę się dowiedzieć jak się to u nich załatwia.

[K] Ale ja na prawdę nie wiem. Musi Pan kogoś spytać.
[Ja] No przecież pytam się Pana.
[K] Ale ja nie wiem!
[J] To kogo mam się spytać?
[K] Nie wiem, może jakiegoś prawnika.
[J] Ale przecież to bank to załatwia.
[K] No nie wiem, to może niech Pan idzie do oddziału i się kogoś zapyta.

Cóż... infolinia informuje, że nie wie. Czeka mnie wycieczka do banku.

Infolinia co nic nie wie

Skomentuj (20) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 117 (125)

#81417

(PW) ·
| Do ulubionych
Wyjeżdżam już od kilku lat za granicę, ale jak to bywa przy pierwszych tego typu wyjazdach musiałam mieszkać na firmowych lokacjach. Nie od razu umiałam ogarnąć prywatne mieszkanie, nie było z kim wynająć itd. Dzieliłam więc "domki" z różnymi ludźmi. Opowiem wam o najbardziej Piekielnych współlokatorach z jakimi przyszło mi mieszkać. Będą to historie długie, dziś OSOBLIWOŚĆ PIERWSZA - Pan Michaś.

Ostrzegam - będzie obrzydliwie!


Remont domków. Trzeba się przeprowadzić. Wyszło tak, że przydzielili mnie do dwóch facetów. Jeden dobry kolega, drugiego znałam tylko z widzenia. Pan Michaś był fanem trawki w ilościach ogromnych. Specjalnie mi to nie przeszkadza, ale zostawiał niesamowity syf po tej czynności. Z resztek zioła, które zostawiał na stole można było jeszcze zrobić drugiego skręta, a z tytoniu z 3 papierosy. Do skręta lubił zaparzyć sobie herbatkę. Tylko, że jej nigdy nie wypijał. Nawet małego łyczka. Zostawiał kubek, aż herbata wystygła z woreczkiem w środku. Następnego dnia znów parzył herbatkę, a jej poprzedniczka stała na parapecie/stole/blacie w kuchni. Trzeciego dnia do dwóch poprzednich herbat parzył trzecią itd. Trzeba było w końcu myć te kubki. Dlaczego po nim myć? Bo twierdził, że to nie jego herbaty. Przecież on je wypija. Muszą być kogoś innego.

To samo działo się ze stertami naczyń w zlewie. Każdego dnia było ich tyle, że nie można było nalać wody do czajnika. Ani moje naczynia, ani kolegi, bo zmywaliśmy po sobie na bieżąco. Po zwróceniu uwagi Pan Miś obrażony, bo to na pewno naczynia któregoś z nas. Nie zmusimy chłopa siłą, aby pozmywał, więc zrobiliśmy to sami.

Michaś miał w zwyczaju się nie myć lub robił to bardzo rzadko. Chodził do pracy i po pracy w jednych niewypranych spodniach prawie 4 miesiące. Skąd wiem, że ich nie prał? Wdepnął w błoto, które zostawiło rozbryzg na tyle nogawki czarnych spodni od kolana w dół. Tak zaschło i trwało i trwało...

Nie wychodził prawie z pokoju, a jak otworzył drzwi czekaliśmy z kumplem kiedy tylko wyjdzie do pracy. Jak znikał otwieraliśmy okna i drzwi, taki niósł się stamtąd smród.

Pewnego wieczoru Michaś popił wódki z kolegami. Na następny dzień to ja przeżywałam jego kaca. Gość wymiotował przez 12 godzin. Wypił tego dnia 6 (sześć) 1,5-litrowych butelek wody mineralnej, żeby mieć czym zwracać. Wyobraźcie sobie, że macie wolny dzień na odpoczynek od pracy i przez cały dzień słyszycie tylko te dźwięki. Zapytany co się dzieje (bo już zaczęliśmy się niepokoić o gościa, czy jego stan jest normalny) odpowiedział, że ma wrażliwy żołądek i nie może pić wódki a... ZAPOMNIAŁ.


Będzie jeszcze gorzej...

Zwracał do sedesu. Później chyba go znudziło latanie do łazienki i wziął kosz na śmieci (nie był pusty, różne odpadki tam były), który trzymał pół dnia przy twarzy. Po wszystkim zamiast wynieść worek na śmietnik zabrał go do pokoju i wywiesił za oknem. Zwisał ten worek z klamki przymknięty oknem dobre kilka dni. W końcu któryś z jego kolegów z którymi pił tamtego wieczoru zerwał ten worek i wywalił na śmietnik.

Pan Michaś miał też tendencję do częstego charkania i wydalania na zewnątrz tego co mu się zbierało na płucach. Najczęściej robił to w łazience i żeby jeszcze spluwał tym do kibelka to pełnia szczęścia. Jak się domyślacie jego zielone "coś" znajdowało się wszędzie. Rano na desce klozetowej, gdy zaspana próbowałam zrobić siku. Wieczorem na dywaniku przed prysznicem lub niespłukane w umywalce.

Postanowiliśmy z kumplem interweniować i wytłumaczyć gościowi jak żyć i dać żyć innym. Co do higieny na pół-gwizdka pomogło, bo poszedł wziąć jednorazowo prysznic. Jeśli chodzi o sprzątanie upierał się, że bałagan nie jest jego, a wytłumaczenie tego w bardziej dosadnych słowach, kończyło się atakami agresji z jego strony więc odpuściliśmy.

Zgłoszenie do ludzi zarządzających obiektem też nic by nie pomogło, bo reagowali oni jedynie na przemoc i większego kalibru przewinienia. To, że ktoś doprowadza mieszkanie i innych do ruiny ich nie interesowało. Brudasy były "jedynie" problemem dla ludzi, którzy z nimi mieszkali.

Zacisnęłam zęby i wytrzymałam te 3 tygodnie, które zostały mi do urlopu. Kumpel też wyjeżdżał na urlop, tylko 2 dni wcześniej. Zostałam sama z Panem Michasiem. I wpadłam na piekielny pomysł jak tym razem jemu uprzykrzyć życie.

Dzień przed wyjazdem na kolację gotowałam zupę brokułową. Zostawiłam połowę garnka na kuchence i wyjechałam. A niech tobie coś pośmierdzi - pomyślałam.

Po urlopie wróciłam już do innego domku. Rozmawiałam ze znajomym, który trafił do mieszkania po Panu Michasiu. Zgadnijcie co stało na kuchence? Tak. Moja zupa, spleśniała, stojąca tam ponad 3 tygodnie. Widać karalucha nie zabije nawet bomba atomowa...

zagranica współlokatorzy ludzie

Skomentuj (5) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 77 (97)
Historia parę postów niżej przypomniała mi o tym jak nam chciano urozmaicić WF w czasie zimy. Czasy późnej podstawówki-5 lub 6 klasa. W mojej miejscowości, dosłownie rzut kamieniem od szkoły, otworzono w końcu lodowisko. Zwykła wylewka na boisku, ale można było wypożyczyć łyżwy itd.

Szkoła wpadła więc na pomysł, aby Ci, którzy mają WF na pierwszych lub ostatnich lekcjach oraz po długiej przerwie, mogli tam wychodzić na zajęcia. Ja zajarana, bo na łyżwach już wtedy dobrze jeździłam z zadowoleniem przyjęłam tę propozycję. Pierwsze zajęcia miały być próbne, a po nich rodzice mieli dać zgody (a co w zgodach-poczytacie za chwilę).

Padła propozycja, że łyżwy będzie można przechować w szkole, aby nie nosić ich w tą i w tą. Oczywiście jeśli ktoś posiadał własne. Ja taki przywilej miałam i na pierwsze zajęcia przyszłam z moimi łyżwami, które w tym roku kończą chyba 45 lat albo i więcej. Tak, moje łyżwy to relikt PRLu, na których uczył się jeździć mój tato oraz wujek. O coś takiego, tylko w o niebo lepszym stanie- https://8.allegroimg.com/s400/01d3ba/f100aea54425b1ca35f6319e00b8

Ta informacja jest o tyle ważna, że gdy zobaczył je mój WFista zakazał mi w nich wchodzić na lód, bo one STANOWIĄ ZAGROŻENIE. Dla mojego dziecięcego móżdżku to był error. Jak to? Przecież są w pełni sprawne, naostrzone, zadbane- w zeszłym sezonie jeździłam na nich po moim stawie, a tu nie mogę wejść? Chcieli mnie za to wcisnąć na figurówki, których ani razu w życiu nie miałam na nogach. Po dłuższej chwili i telefonie do rodziców, pozwolono mi wejść w swoich łyżwach. Nastąpiła następna piekielność ale wobec całej klasy.
Chłopcy dostali hokejówki, dziewczyny figurówki (nie licząc tych co mieli własne). Jak wiadomo różnią się one techniką jazdy. A że w mojej klasie mało kto na łyżwy jeździł, czy je miał, to pierwszą lekcją było poruszanie się. Ci co potrafili mogli sobie już pojeździć obok. Uczył nas oczywiście WFista. I nakazał wszystkim wykonywać ruchy takie jak na hokejówkach. Skończyło się na paru upadkach ze strony figurówek, bo jak wiadomo- tam do odpychania się służą ząbki.

Reszta zajęć wyglądała tak, że jeździliśmy lub próbowaliśmy (zależnie od umiejętności) jeździć w kółko tafli. A na koniec nauczyciel oznajmił nam, że na zaliczenie zajęć na lodowisku trzeba będzie umieć przejechać kawałek na jednej nodze. Miał być to wstęp do przekładanki podobno.

Wspomniałam już o zgodach-wraz ze zgodą na uczestniczenie w tych zajęciach przy opłacie w wysokości 10 zł, była zgoda na trzymanie łyżew w szkole i UDOSTĘPNIANIE ich innym uczniom. Moi rodzice mieli szczerze mówiąc gdzieś udostępnienie, bo łyżwy stare jak świat, ale Ci, którzy mieli już coś nowszego podnieśli bunt.

I tak po dwóch wyjściach łyżwy się zakończyły. Patrząc na to jak miały wyglądać te zajęcia- na szczęście.

łyzwy w szkole

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 71 (93)

#81418

~krzywonoga ·
| Do ulubionych
Na fali historii o WF-ie postanowiłam dodać własną, z przed tygodnia.
Tytułem wstępu: Chodzę do gimnazjum (proszę o darowanie sobie komentarzy na temat głupich gimbusiar) i urodziłam się z dość poważną wadą stóp, która objawia się m.in. lekko krzywym chodzeniem, okresowymi bólami nóg czy postępującym nadwerężeniem mięśni. Jeszcze w tym roku czeka mnie operacja, a ja mimo wszystko ćwiczę na WF-ie, jednak jestem zwolniona z ćwiczeń typu skakanki, skoki na jednej nodze itp. Moja "normalna" WF-istka nie widzi w tym problemu i w pełni to rozumie.

Ale… Ostatnio moja WF-istka zachorowała i wpisali nam zastępstwo z pozornie normalną babką. Ogłosiła ona rozgrzewkę. Posłusznie wykonywałam wszystkie krążenia i skipy, jednak po haśle "skaczemy na jednej nodze" podeszłam do pani i wyjaśniłam jej sytuację. Jej odpowiedź?
"No co mamy teraz za czasy, że dziewczyny w takim młodym wieku, a już KALEKI(!)".

Zachciało mi się płakać. To ja tu ćwiczę ba WF-ie mimo tego, że mogłabym mieć całościowe zwolnienie (jak np. moja koleżanka, która ma o wiele mniejszą wadę), chcę się z własnej woli poruszać, a tu nagle tak mnie ktoś obraża (i to nauczyciel!).
Nie ma to jak dobra motywacja do pokonywania słabości.

szkoła wf gimnazjum

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 91 (119)

#81464

(PW) ·
| Do ulubionych
Mieszkam od niedawna w Londynie. Piekielni są tutaj nasi rodacy. Powiedzcie mi proszę, jak można przyjechać do obcego kraju, kompletnie nie znając języka? Sytuacja z dzisiaj.

Kolejka w banku do punktu obsługi klienta. Przede mną chłopak mniej więcej około 30-stki. Gdy przychodzi jego kolej, mówi po polsku, że chciałby złożyć konto w tym banku. I nawija o warunkach, dokumentach itd. do babeczki - wyraźnie Hinduski, która z sekundy na sekundę robi coraz większe oczy. I pyta pana piekielnego z ujmującym uśmiechem: "Excuse me, sir, could you speak in english?”, na co pan piekielny niestety nie umiał odpowiedzieć.

Rozmówki polsko-angielskie trwały jeszcze dłuższą chwilę i nawet dość zabawnie się je obserwowało, jednak praca nie poczeka, więc postanowiłam pomóc (chyba bardziej pani obsługującej niż rodakowi). Przetłumaczyłam więc pani, że rodak chce założyć konto i pyta, jakie dokumenty będą mu potrzebne itd.

Pani przygotowuje ulotki, a ja w międzyczasie pytam: "Chłopie, co ty tu robisz sam, skoro ani be ani me po angielsku?”. Odpowiedź dosłownie mnie zabiła.

"Bo mi znajomi powiedzieli, że na Wyspach tylu Polaków, że każdy tutaj gada po naszemu, a nawet jak nie, to zawsze się znajdzie jakiś jeleń (czytaj w tym wypadku ja), który przetłumaczy.

Smutne jest tylko to, że znajomi mieli rację.

londyn bank

Skomentuj (30) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 170 (200)

#81453

(PW) ·
| Do ulubionych
Całkiem niedawno zrobili u nas w pracy remont toalet. Co jako pierwsze rzuciło się w oczy po otwarciu nowych przybytków?

Zniknęły ręczniki papierowe (zostały dmuchawy) do rąk i spray do dezynfekcji desek. Z pięciu podajników na mydło zrobiły się dwa.

Cóż, mam nadzieję, że się inwestycja zwróci.

PS. Wszystkie nowe deski klozetowe, jedna po drugiej, połamały się w pierwszym tygodniu użytkowania.

praca modernizacja

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 72 (94)

#81412

(PW) ·
| Do ulubionych
Pamiętacie moją (niestety) przyszłą szwagierkę z jednej z historii? Zapraszam do zapoznania Anny: http://piekielni.pl/78111

Dziś bardzo "umiliła" mi urodzinowy wieczór. Ale od początku.

Pisałam z jej córką Karoliną (z którą mam dobry kontakt i od długiego czasu mam wrażenie, że jestem jej jedyną osobą na tyle bliską, z którą może porozmawiać na każdy temat, bo przecież z zaborczymi rodzicami nie porozmawia). Dowiedziałam się, że Karolina wybiera się do nas jutro i zostanie do przyszłej soboty. Napisała mi to, bo była pewna, że wiem. No nie wiem.

Pytam się mojego P., czy wie coś na ten temat. Nie.

Zdziwił mnie nieco fakt, że przyjeżdża, bo ferie w naszym województwie już się skończyły, a Karolina nadal się uczy. Odpisałam jej zgodnie z prawdą, że jej babcia (mama P., która mieszka w drugiej części domu) na pewno się ucieszy, ale nas niestety nie będzie, bo wyjeżdżamy na kilka dni w Karkonosze. Wszystko już zarezerwowane i opłacone.

Dosłownie dwie minuty po tej wiadomości, do P. dzwoni telefon. Anna.

Z ich rozmowy wynikało, że MAMY JUŻ TERAZ ZARAZ ODWOŁAĆ WYJAZD, bo ktoś się musi Karoliną zająć. Bo ferie minęły, ale ona musi zmienić otoczenie i odpocząć. Po jakimś czasie wyszło na to, że ona z Danielem (mężem) jadą do jakiegoś SPA i zwyczajnie nie mają gdzie zostawić nieletniej córki.

Ogólnie już dawno zauważyłam, że Anna nasz dom (i niestety połowicznie jej) traktuje jak "przechowalnię na dziecko". Młodą zostawiają na ferie, nie ma sprawy, my ją bardzo lubimy, ale już nie raz rozmawialiśmy z Anką na ten temat. Ona nie widzi w tym nic złego, "bo przecież rodzina musi się wydawać". Ale nie sądzę, by nastolatka cieszyła się z dwóch tygodni spędzonych na za*upiu, w większości w towarzystwie 70-letniej babci. Dla mnie to ciężka sytuacja, bo jak by nie było - nadal jestem obcą osobą, przynajmniej dla Anny i Daniela, i nie zamierzam młodej nastawiać przeciwko rodzicom. W naszych rozmowach poruszamy różne kwestie i staram się jedynie dawać jej pewne wskazówki (nie mogę też napisać nic wprost, bo Anna sprawdza młodej telefon i laptopa; a młoda nie protestuje...). Może to co robię jakoś pomoże.

P. jako brat Anny wiele razy starał się jej tłumaczyć, że Karolina raz na jakiś czas powinna odejść od nauki i iść do kina ze znajomymi, przecież nie ma dziesięciu lat. Jedyny argument Anki to to, że z P. nie mamy jeszcze dzieci, więc nie powinniśmy się wtrącać.

A co do jutrzejszego przyjazdu Karoliny, Anna zaproponowała, że może by Karolcia z nami pojechała w te góry? Ona zapłaci. Na słowa Anny P. najpierw zabił ją śmiechem przez telefon, a potem powiedział, co myśli o tym, jak traktuje własne dziecko i nas. Jestem pewna, że przywiozą Karolinę i to jej najbardziej współczuję, a my z wyjazdu nie zamierzamy rezygnować.

Edit:
Wyjechaliśmy, Karoliny w sobotę nie przywieźli. Dostaliśmy za to dziś rano telefon od Anny, że oni PRZYPADKIEM PRZEJEŻDŻAJĄ przez Jelenią Górę (jadąc z Wrocławia do nas, co jest baaardzo nie po drodze) i spytała, czy może byśmy mogli się spotkać na jakąś pizzę, skoro już też tu jesteśmy. Chyba tylko głupi przystałby na jej propozycję, zapewne skończyłoby się na próbie "wciśnięcia" nam Karoliny. P. odpowiedział, że plany nam się zmieniły i jednak nie jesteśmy w tej okolicy. Potem zasypywała nas SMS-ami. Potem zgodnie stwierdziliśmy, że przed wyjściem na szlak telefony wyłączamy. Swój teraz włączyłam, tylko 6 wiadomości i 4 nieodebrane. P. nie chce włączać.

Rodzina

Skomentuj (22) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 122 (146)

Podziel się pozytywnymi historiami na
WSPANIALI.pl

Piekielni