Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

 

#76198

(PW) ·
| Do ulubionych
Nie wiem jakim cudem takie tępoty umysłowe działające na zasadzie "nie, bo nie"są zatrudniane w dyskoncie zarządzanym przez JMD.

Wczorajsze popołudnie. Staję przy kasie, przede mną jedna osoba.
Kasjerka wypala do mnie:

- Ja pani nie obsłużę. Proszę do innej kasy!

Zatkało mnie. Zapytałam się dlaczego.

Pani ponownie wypowiedziała swoją kwestię jak nakręcona zabawka.
Poinformowana, że ma obowiązek mnie obsłużyć, a żadnej tabliczki typu "zapraszamy do innej kasy" nie uświadczyłam, warknęła:

- Ja się nie muszę tłumaczyć! Niech mnie nawet zwolnią!

I zniknęła pozostawiając mnie osłupiałą.

Kierownik sklepu okazała podobny poziom inteligencji.
Skwitowała moją skargę słowami:

- I co z tego?! Proszę sobie zadzwonić na infolinię, do widzenia!

Pełen profesjonalizm, nie ma co.

Skomentuj (38) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 172 (Głosów: 248)

#76166

(PW) ·
| Do ulubionych
Mój kolega pracował kiedyś w sklepie motoryzacyjnym. Jego szef był osobą bardzo oszczędną oglądającą każdą złotówkę pięć razy przed wydaniem. W biznesie czasem się to popłaca, a czasem nie. Tutaj się raczej nie opłaciło.

Podczas remontu sklepu wymieniono także instalację elektryczną. Niestety firma,która to robiła nie bardzo przyłożyła się do zadania, bo źle zaizolowali kable, sieć zaczęła łapać spięcia, a gdyby tego było mało, to ekipa "fachowców" pozostawiła część kabli wystających poza skrzynkę elektryczną. Była ona umieszczona na zewnątrz sklepu.
Pracownicy sklepu ostrzegali, że może się to nie najlepiej skończyć, ale szef kierując się najniższą ceną za usługę był głuchy na argumenty i odebrał wykonanie prac.

Na efekty trzeba było czekać jedynie jakieś dwa tygodnie. Była pełnia lata i po dość długim okresie upałów w końcu przeszła potężna burza. Rano po ulewie wszyscy przyjeżdżają do sklepu, a tam prądu brak. Alarm nie działa, komputery nie działają, światła nie ma. Szef tylko odbierał telefony od klientów i kazał czekać na oddzwonienie, bo nie miał możliwości sprawdzenia stanów magazynowych.

Wezwali na miejsce pogotowie energetyczne, bo szef uznał, że to nie wina instalacji tylko coś na linii przesyłowej. Ci przyjechali i sprawdzili instalację. Oczywiście linia przesyłowa była w porządku. Za to zapytali się co za mistrzowie robili instalację sklepową, bo kable są pozalewane i doprowadziło to do spięcia. Szef nic nie powiedział, za to zrobił się cały czerwony.

Finalnie musiał zapłacić za wizytę pogotowia energetycznego i wymienić część instalacji elektrycznej. Oczywiście oszczędności szlag trafił.
Dziwnym trafem instalację poprawiała jedna z droższych firm, za to z ustaloną renomą na rynku...

Skomentuj (2) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 123 (Głosów: 147)

#76164

(PW) ·
| Do ulubionych
Bardzo popularny w ostatnich tygodniach temat.
Szlachetna Paczka.
Zostałam w tym roku wolontariuszką Szlachetnej Paczki i aż mnie nosi z bezsilności, zażenowania i tego, jak dałam się nabrać.

Swoje obowiązki od początku starałam się wypełniać jak najlepiej potrafię. Jednak to, że jestem "tylko" wolontariuszem, nie znaczy, że mam sprawę olewać. Chodziłam na spotkania między godzinami uczelni i pracy, które odbywały się albo w sobotę i niedzielę od godziny 8 rano, lub w tygodniu po godzinie 20. Także drałowałam prosto ze szkoły, lub z pracy kilka przecznic dalej, lub dojeżdżałam autobusem miejskim (każdy wie, jak to jest w godzinach szczytu). Oprócz spotkań zaliczyłam kilka rozmów twarzą w twarz z potrzebującymi rodzinami. Większość z nich została przyjęta do programu po weryfikacji. ogólnie poznałam super ludzi. Dobrych, miłych, mających cudowne dzieciaki- dla mnie świetna i przejmująca rzecz.
Ale... ale działanie SP mnie bardzo razi. Dobija do tego stopnia, że nie umiem przejść obojętnie obok niektórych spraw. Oto one:

1. Dokumenty.
Przy każdej rodzinie wolontariusz musi uzupełnić formularze. Wiadoma rzecz - taka żmudna, papierkowa robota to minimum 10 stron formatu a4. Na szkoleniu dostałam jeden egzemplarz dokumentów (dla jednej rodziny, podczas gdy do odwiedzenia było przynajmniej 3-później się okazało, że rodzin może być więcej). Gdy zapytałam, co z resztą i dlaczego tylko jeden, kazali mi sobie samej wykombinować resztę. Nie jestem życiową łamagą. Umiem pójść do ksero i poprosić o wydruk. Niby groszowe sprawy - do wydruku jedynie około 30 kartek - nie narzekałam.
Gdy jednak teraz o tym myślę, to jednak wydaje mi się trochę słabe to, że wolontariusze muszą sami, będąc często osobami ograniczonym budżetem, płacić za takie rzeczy.

2. Panel wolontariusza na stronie internetowej.
Po odwiedzeniu rodzin (na których jest do napisania dużo) trzeba przyjść do domu i wypełnić wszystko w internecie - przepisać to, co napisaliśmy o rodzinie. Z tym, że formularze mało się pokrywają w tym roku. I nie ma opcji, by wpisać jedno słowo jako odpowiedź, mimo że pytanie pojawia się po raz czwarty (w lekko zmienionej formule).

Ja naprawdę jestem w stanie zrozumieć potrzebę prześwietlenia historii rodziny, żeby nie wspomagać nieróbstwa, lenistwa i wiecznego życia z zasiłków. Jednak poświęcając dziennie kilka godzin na naukę, potem na pracę i zmagając się trzeci raz z zapaleniem ucha wewnętrznego (w ciągu dwóch miesięcy), nie mam czasu by rozwijać każde zdanie. Przedstawię przykład podobny do zobrazowania sytuacji.

Pytanie do rodziny:
Czy potrzebujący bierze zasiłek? Jeśli tak, napisz dlaczego, jak wpływa to na jego życie?
Odpowiedź:
Potrzebujący nie pobiera zasiłku.
Formularz do mnie wrócił, żeby go poprawić, gdyż nie ma uzasadnienia. Pal licho błędy - to nie było nawet sprawdzane. Co z tego, że ostatnie trzy pytania nawiązują do tego samego i jest dokładnie wyjaśnione, czemu się tej osobie zasiłek nie należy.
"Walnijmy jeszcze 4 kolejne, coby się upewnić."
Nie mogę pominąć faktu, że na początku wypełniałam to wszystko z zapałem, z przeświadczeniem, że niosę pomoc. Później, przy coraz to kolejnej poprawce już miałam dość. Minimum, które poświęciłam na wypełnianie 'wytycznych' jednej rodziny to 2 godziny 18 min. Bez poprawek. Bez opisu, który trzeba później stworzyć, by rodzina odnalazła pomoc. I owszem, liczyłam. Bo strona się resetuje po równo dwóch godzinach i wszystkie rzeczy, które wpisaliśmy ulatniały się i trzeba było zacząć od nowa. Ale cóż... sama wybrałam sobie ten wolontariat, sama chciałam, więc muszę to zrobić.

3. "Skąd się biorą tacy ludzie?"
Jedna rzecz mnie bardzo zabolała. Jadąc autobusem słyszałam liderkę zespołu. Nie widziałam jej ani szkoleniach, więc nie mój rejon pewnie, aczkolwiek to samo miasto stołeczne :) Kobieta, młoda całą drogę rozmawiała przez telefon (stąd wywnioskowałam, że jest 'w randze wyżej") z inną osobą z paczki i opowiadała, jacy wolontariusze są niekompetentni. Użyła słów, które mnie brzydzą. Poważnie. Opowiadała głośno o tym, że takich to tylko do sprzątania ulic wziąć, bo nigdzie się nie odnajdą. Skrytykowała fakt, że niektórzy są nieśmiali, że nie umieją poprawnie napisać zdania i że ogólnie takich to powinno społeczeństwo eliminować, bo nie ma pojęcia jak oni wszyscy skończyli podstawówkę. Zrobiło mi się szalenie przykro i pluję sobie w brodę za to, że baby nie wytargałam za wszarz i nie przeciągnęłam koło jej wydziału polonistyki, do którego się skierowała po tym, jak wysiadła z autobusu.
Ja wiem, że nie wszyscy są orłami, ale żeby publicznie obrażać ludzi, którzy poświęcają masę czasu na to, by pomóc innym?

4. Wzbudzanie poczucia obowiązku i poganianie.
Gdy chora nie odbierałam telefonu, nie wchodziłam na maila minimum 6h, to zaczynały się do mnie telefony. Gdy odpowiadałam, że czegoś nie zrobię - odpowiadał mi w słuchawce zawiedziony głos sugerujący, że jestem wolontariuszem, że się zgłosiłam, że to bardzo ważna rzecz i powinnam pomóc. No super. Nawet serce mi drgnęło i raz ubierając się w kilkanaście warstw, pojechałam tam, gdzie "trzeba". Okazało się, że jednak niepotrzebnie, bo rodzina nawet nie chciała wziąć udziału w tej akcji. Ba, mówili o tym jednej liderce przez telefon kilka razy, nawet tego samego dnia. Ja ani wolontariusz towarzyszący, numeru telefonu do tej rodziny nie otrzymałam, co się zdarzało dość często - wiadoma rzecz, czasem się nie podaje takich danych. Pierwsza taka sytuacja, gdzie mimo wyraźnego sprzeciwu musieliśmy nachodzić ludzi i zajmować nie tylko swój ale także ich czas.

5. Dojazd i rejonizacja.
Co z tego, że jesteś w danym rejonie, skoro musisz pojechać trzy dzielnice dalej do rodziny lub zupełnie poza miasto, gdzie sam dojazd zajmuje 2,5h? Ano, rejony są dla ułatwienia. Ja dowiedziałam się podczas pierwszego telefonu do rodziny, że mieszka ona hen hen i jeszcze dalej. No trudno, nie zbiednieję jak wydam to 10 zł w jedną stronę na przejazd. Sama się teoretycznie pchałam do SP, ale wydawało mi się, że skoro zgłaszam się jako osoba w danym rejonie i dzielnica reklamuje się szumnie jako konkretny rejon, to jest to właśnie w tych okolicach. Nie mam biletu na wszystkie autobusy, nigdy nie miałam, gdyż nie był mi on potrzebny, ale obecnie żałuję, że sobie takowego nie zafundowałam - wyszłoby o wiele taniej.

6. Ubrania Szlachetnej Paczki.
Ostatnia rzecz to koszulki. Nie można posiadać zwykłej w kolorach fundacji, nie można wykorzystać nazwy akcji, żeby zrobić taniej w byle jakim zakładzie, który się tym zajmuje. Wszyscy muszą zamówić takie same ('z obecnej kolekcji', nawet te z poprzednich lat nie wchodzą w grę).
Muszą - to obowiązek wolontariusza. Ponoć. Przy poświęceniu około 20-40h tygodniowo na aktywne popieranie akcji, przy częstych telefonach do rodzin, do darczyńców, do liderów (na szczęście mam nielimitowane połączenia - chociaż tyle), przy zakupie biletów komunikacji miejskiej i podmiejskiej, przy wydatkach na ksero, wydaje mi się nie ma miejscu, bym musiała kupować sobie koszulkę 3x droższą niż sama bym zamówiła, ale takie wymogi. Taka polityka fundacji.

To nie jest tak, że nic mnie nie cieszy i jestem gburowata. Długo próbowałam się przekonać, że tak już jest. Rodziny potrzebujące i darczyńcy są naprawdę wspaniali. Podziwiam ich i całym sercem życzę im jak najlepiej.
Nie zmienia to faktu, że się zawiodłam chyba permanentnie na tym, jak to funkcjonuje. Dodam, że byłam w innych fundacjach, "pracowałam" przy różnych akcjach i nigdy się z takim postępowaniem nie spotkałam. Zawsze jeżeli sama dawałam od siebie coś, dostawałam w zamian zrozumienie i pomoc. Tu nie otrzymałam nawet możliwości 'wygadania się' co do swoich obiekcji i kłopotów (systemowych). Byłam poganiana i wszystko było na mnie wymuszane, 'bo to rola wolontariusza i trzeba pomagać'. Gdyby nie ci cudowni ludzie, którym się źle wiedzie i ci, którzy są ofiarodawcami, w życiu bym nie została ani minuty dłużej przy tej akcji.
Mam nadzieję, że zajdą pewne zmiany i że w innych miastach jest inaczej. Długo próbowałam sobie wmówić, że nie powinnam w ten sposób myśleć, skoro sama się zgłosiłam, skoro to wolontariat.

Ale czy wolontariat polega na dawaniu wyciskać z siebie aż tyle czasu (serio, mogłabym spokojnie ten czas poświęcić na troszkę ponad półetatową pracę, pieniędzy i przekładania wszystkiego naokoło?

pomoc wolontariat w SP

Skomentuj (29) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 175 (Głosów: 213)

#76152

(PW) ·
| Do ulubionych
Jestem z Krakowa.

I nie wstydzę się tego.

Raz w życiu mi się zdarzyło, że się przez chwilę wstydziłam.

Wiadomo od lat, że w Krakowie są dwa kluby piłkarskie, które rządzą miastem (hmmm...) Wisła i Cracovia.
30 lat mieszkam w tym pięknym mieście i owszem, wiem o co chodzi z tymi drużynami, ale mam to na prawdę w dupie.
Szłam sobie do domu z tramwaju, jak co dzień, alejką na osiedlu, na którym rządzą kibice Wisły.
Zaczepia mnie nagle taki smark, a ja się nie rozglądałam wcześniej, ale widzę grupkę smarków czekającą za rogiem sklepu.
Taki gnojek w szaliku Cracovii pyta się:
- Za kim jesteś?!!??
A ja odpowiedziałam po dłuższym namyśle, bo mimo wszystko wystraszyłam się:
- A CO JEST??
Na co młodzi ludzie stwierdzili:
- Nieeee no! Weźcie zostawcie ją, ona nic nie wie!!!

Jak młodzi panowie zajęli się dyskusją między sobą, ja poszłam spokojnie w stronę domu. A złość we mnie taka narastała, jak nigdy. Myślałam sobie co robią teraz rodzice tych dzieci, siedzą w domu i gapią się bezmyślnie w telewizor?
Ale to jeszcze nie koniec. Jakiś kawałek już odeszłam i słyszę piskliwy głosik chłopczyka w czasie mutacji:
- To ja ją chociaż kopnę w dupę!!!!

Ja stanęłam i się odwróciłam przodem do tego dziecka. Wywalił się, bo za ostro zahamował.
Czułam się jak Cruella de Mon.

Ludzie, pilnujcie swoje dzieci, serio.

Skomentuj (28) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 132 (Głosów: 180)

#76158

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia o operatorze sieci komórkowej z różową literką T w nazwie.

Około sierpnia do mojej babci zadzwonił pewien Miły Pan, pracujący w owej firmie z informacją, że kończy jej się umowa. Popytał, wybadał teren i dowiadując się, że babcia ma 20-letnią wnuczkę, zaproponował jej ofertę z telefonem - telefon dostaje za darmo, jedynie będzie musiała uzupełniać konto za 25zł miesięcznie przez trzy lata. Babci nowy telefon potrzebny nie był, ale Miły Pan zapewniał, że to będzie wspaniały telefon dla wnuczki*. Babcia się zgodziła, bo telefon za darmo na prezent będzie, a za 25zł i tak konto co miesiąc uzupełnia. Przyjechał Pan, zostawił telefon, umowa podpisana, wszystko ładnie i pięknie aż do czasu.

Babcia 1,5 miesiąca temu wyjechała do sanatorium, po powrocie dzwoni przestraszona, że co to ona w skrzynce znalazła, że pieniądze duże każą płacić, że coś chcą.

[B] Ororo, pismo w skrzynce znalazłam, jakieś z T! Piszą, że kara 1500zł.
[Ja] Spokojnie, może to jacyś naciągacze. Co tam dokładniej pisze?
[B] Że kara! Tyle pieniędzy! Co ja mam robić?
[Ja] Nie denerwuj się, idź do mamy mojej i niech ona zobaczy co to za pismo, bo przez telefon dużo nie zrobię.

Aktualnie mieszkam w innym mieście, więc osobiście na cito przyjechać i pomóc nie mogłam, ale wiedziałam, że od mamy dowiem się więcej, bo babcia spanikowana.
Po rozmowie z mamą okazało się, że jest to pismo z rozwiązaniem umowy, ponieważ babcia z owej umowy się nie wywiązywała. No i tu zaczyna się najlepsza zabawa.

Telefon do T, pół życia stracone na czekanie na połączenie się z konsultantem. Pierwszy konsultant nie wiedział o co chodzi i kazał poczekać, on przełączy do kolegi. Po kolejnych minutach usłyszałam męski głos w słuchawce, więc opisuję sprawę ponownie, w myślach modląc się, aby teraz nie skończyły mi się środki na koncie i nie rozłączyło rozmowy. Pan nr.2 szuka czegoś w komputerze, ja siedzę i słucham spania w słuchawkę, ale nagle jest, znalazł! Potwierdza, że babcia podpisała umowę, jednak doładowywała NIE TO KONTO. Okazało się, że Miły Pan przedstawiający babci ofertę, zapewnił ją, że będzie mogła zostać przy swoim numerze, jednak zapomniał dodać, że dostanie inną kartę i to właśnie ją będzie trzeba doładowywać**.

Tłumaczę Panu obecną sytuację, on jednak zapewnia mnie, że takie coś nie mogło mieć miejsca. Wyłączam miły ton głosu i proszę w takim razie o nagranie rozmowy pomiędzy Miłym Panem a babcią. Pan nr.2 twierdzi, że to niemożliwe, gdyż nagrania nie ma. "Jak to nie ma?! - A nie ma, przepadło". Mówi, że jedyne co można teraz zrobić to napisać pismo do zarządu, może oni coś poradzą.

Babcia pismo napisała. W piśmie dodała, że Miły Pan nie poinformował, ale może to jej błąd, bo ona starsza, więc jest prawdopodobieństwo że źle zrozumiała lub niedosłyszała, że jest ich klientką od 14 lat, przez cały ten czas ma ten sam numer, zawsze była zadowolona i nie chce zmieniać operatora, że 1500zł kary na jej 600zł emerytury to ogromna kwota i ładnie poprosiła, aby umorzyli lub choć zmniejszyli wysokość kary, bo nie da rady.

Czekamy na odpowiedź. Babcia nie może spać po nocach, herbatką popija leki na ciśnienie. Odpowiedź przyszła po paru dniach, a w niej ładnymi słowami napisali, że mają to gdzieś i jak jej tak ciężko to niech pisze pismo, aby rozłożyć to na max 10 rat.

Babcia się zdenerwowała, pobiegła do Miejskiego Rzecznika Praw Konsumenta. Tam dowiedziała się, że jeśli to było przedłużenie umowy to pomogą, ale jeśli była to nowa umowa, to niestety nie mogą nic z tym zrobić, a więc znów zabawa w dodzwonienie się na infolinię. Rozmawiałam z 3 osobami i nikt nie ma pojęcia czy to nowa umowa czy przedłużenie. Już całą rodziną zaczynamy popijać herbatką leki na ciśnienie.

Babcia pisze kolejne pismo tym razem o rozłożenie kary na 10 rat (btw. aby owe pismo napisać, trzeba od razu zapłacić ok. 150zł) i znów czekanie na decyzję, ja z mamą zaczynamy myśleć o jakiejś szybkiej pożyczce.

Przyszła odpowiedź, wspaniały zarząd T. nie zgodził się na 10 rat, ale dał możliwość rozłożenia kary na 7 rat po ok. 214zł, bo przy takich dochodach (600zł!) babcia spokojnie sobie poradzi.
Ach, no i najlepsze, pierwsza rata została wyznaczona na 24 GRUDNIA. Brakowało tylko słów Wesołych Świąt.

Może w tej historii nie tylko T. było piekielne, jednak opisałam ją aby przestrzec wiele osób, jak łatwo naszym starszym już rodzicom/dziadkom łatwo jest coś takiego wcisnąć, a takich sytuacji jest od groma - wystawy garnków, konkursy, umowy itp. Niestety moja babcia pomimo wielu rozmów, dopiero teraz zrozumiała, że nie wolno wierzyć we wszystko co mówi jakiś miły pan przez telefon.

*Wspaniały telefon dla 20-letniej wnuczki okazał się zwykłym klocem, który można kupić za 75zł w Kauflandzie. Niestety nie pamiętam dokładniej co to za model.

**Tak, babcia po dostaniu umowy, jedynie przelotnie ją przejrzała, więc sama sobie piwa naważyła.

Skomentuj (17) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 101 (Głosów: 131)

#76157

~neovo ·
| Do ulubionych
Historia o chłopaku, który wpakował swoje BMW do rowu i winił jeszcze za to dziewczynę przypomniała mi historię opowiedzianą przez znajomego.

Trójka jego znajomych ze studiów - Sylwia (która była też jego współlokatorką), Marcin (chłopak Sylwii) i Kamila - miała wypadek samochodowy, jakoś tak kilka dni przed Bożym Narodzeniem. Nic poważnego, ale jakieś tam otarcia i stłuczenia były, więc zalecono im na wszelki wypadek wizytę w szpitalu (nie pamiętam już, czy zawiozła ich tam karetka, czy dotarli inaczej).

Kumpel, kiedy się o tym dowiedział, razem z jeszcze jednym współlokatorem od razu pojechali do szpitala i razem z poszkodowanymi czekali na szpitalnym korytarzu na kolejne badania. Do szpitala przyjechał w pewnym momencie chłopak Kamili. Jej Romeo, jej podpora, jej książę z bajki na białym rumaku. Taa...

Czy padł jej w ramiona ze słowami "Kochanie, tak bardzo się bałem, jak dobrze, że nic ci nie jest!"? Nie. Nawet jej nie pocałował na powitanie. Zlustrował tylko wzrokiem, że nic poważnego się nie stało i powiedział niemal rozkazującym głosem coś w stylu "Tylko wiesz, żebyś do Świąt była sprawna, bo przecież kierować będziesz."

Tak, zmartwił się tylko o to, czy będzie miał prywatnego kierowcę, aby móc sobie popić w Święta. Po tych słowach ulotnił się ze szpitala, gdzie mój kumpel i jego kumpel siedzieli jeszcze kilka godzin, dotrzymując towarzystwa poszkodowanym. Tak, zwykli znajomi dotrzymywali towarzystwa, podczas gdy własny chłopak niemal wydał rozkaz i się ulotnił.

Kumpel i współlokator jeszcze przez jakiś czas nie mogli wyjść z szoku, że Kamila tak pozwala się traktować. Sylwia i Marcin znali już trochę ten związek, więc ich szok był mniejszy. Poznałem później tą Kamilę - ładna i sympatyczna dziewczyna, miała powodzenie u chłopaków, więc na pewno nie było to na zasadzie "bo jak nie on, to żaden mnie już nie zechce..." (chociaż osobiście uważam to za głupią zasadę, ale jak sobie kto chce). Najwidoczniej jak to śpiewał Ten Typ Mes "Znana prawda, jednak zaskoczyła go znów. Miłością ich życia często jest największy buc. Ch*j, sk****el, które je olewa..."

Tak więc dziewczyny - więcej szacunku dla samych siebie i godności. Nie bądźcie jak Kamila, bądźcie jak ta pasażerka BMW :)

szpital

Skomentuj (21) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 132 (Głosów: 180)

#76156

(PW) ·
| Do ulubionych
Skoro o kibicach mowa.

Lata temu w pewnym wielkopolskim gimnazjum zorganizowano wycieczkę do Krakowa.

Kilku średnio inteligentnych uczniów, postanowiło na tę okazję założyć koszulki... Lecha Poznań. Na niebieskie klubowe koszulki założyli bluzy, które zdjęli dopiero w Krakowie lub pochowali te koszulki w plecakach i zakładali na miejscu. Ubiór nie spodobał się oczywiście kibicom Wisły i gimnazjaliści dostali manto.

W szkole poruszenie. Rodzice za wszystko obwinili nauczycieli. Nauczyciele się bronili stwierdzeniem, że nie są w stanie sprawdzić ciuchów wszystkich uczniów, zwłaszcza, tych ukrytych pod kurtkami/bluzami.

Jak to wszystko się skończyło na linii opiekunowie-rodzice pobitych chłopaków? Nie wiem. Rozpoczęłam naukę w tym gimnazjum w roku szkolnym następującym po tej wycieczce.
Wiem jedynie, że przed każdą wycieczką, w której brałam udział, nauczyciele apelowali o to, by nie afiszować się swoimi preferencjami, a także wprowadzili zakaz noszenia takich koszulek na wyjazdach (nawet na wycieczkach do Poznania). Do rodziców apelowali o sprawdzanie swoich dzieci przed wyjazdem.

Kibole z gimnazjum

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 110 (Głosów: 142)

#76192

(PW) ·
| Do ulubionych
Pecha ciąg dalszy.
Tym razem z poprzedniego tygodnia.

Mieszkamy w domku na wsi. Został zbudowany przez zespół patentowanych partaczy i idiotów.
Że wspomnę choćby o postawieniu dwóch kominów i nie zrobieniu ani jednej wyczystki...
Kominiarz, na ten widok, słabym głosem zasugerował natychmiastowe poprawki, pod groźbą zamknięcia możliwości dogrzewania się drewnem.
Moja wina. Bo, po pierwsze, pozwoliłem ówczesnej połowicy na zaangażowanie pijanego kretyna i jego wesołej brygady, a po wtóre, nie miałem czasu pilnować ich poczynań.
W efekcie, rozstałem się zarówno z brygadą, jak i żoną...
Ale do rzeczy.

Dom posiada dach. To podobno ważny element konstrukcyjny.
Nasz cieknie.
Od początku. Przy obydwu kominach.
Najpierw próbowałem zmusić partacza do poprawek. Zgodnie z zasadami rękojmi, czy jak to się tam nazywa.
Spróbował dwukrotnie.
W wyniku prób, zniknęła część trawnika, zryta drabinami, zaś dach nadal przeciekał.
Potem próbował drugi fachowiec jako, że budowlaniec roku uciekł za granicę i przestał reagować na moje prośby i groźby.
Ten odniósł sukces zaledwie połowiczny. Przestało zaciekać przy jednym kominie.
Za to zaciek przy drugim, kiedy przyszła jesień, powiększył się dwukrotnie i porósł formami życia nieznanymi botanikom.

Toteż, od trzech miesięcy próbowałem znaleźć dekarza, który uszczelni ten cholerny dach...
Myślicie, że w kraju ludzi biednych łatwo znaleźć chętnych do pracy?
Poprzedni poprawiacz odebrał, a jakże, obiecał przyjść i ... nie przyszedł.
Kolejny, umówił się ze mną na telefon za trzy dni. On zadzwoni, a gdyby zapomniał, to ja mam zadzwonić.
Zapomniał. I przestał odbierać telefony. I - na wszelki wypadek - usunął z sieci numer komórki, zostawiając jedynie nieczynny stacjonarny.
Wreszcie sukces!

Dodzwoniłem się do poważnych ludzi. I tu zaczął się prawdziwy dramat.
Firma rodzinna, tata z synem. Przesympatyczni. Fachowi. Punktualni.
Przyjechali w czwartek, wleźli na dach, uraczyli mnie historią o sklejonych kropelką popękanych dachówkach i braku obróbki komina od tyłu. Zmierzyli wszystko.
Tego samego dnia, zadzwonili, żeby potwierdzić zakres robót.
Mieli wejść w sobotę.
Tego dnia przyjechałem na dyżur. I zobaczyłem starszego fachowca na swoim oddziale.
Doznał czegoś w rodzaju wstępu do udaru mózgu...
Przyjęliśmy go do właściwego oddziału.
Poleżał do środy.

W środę zadzwonił jego syn. Tata wychodzi ze szpitala, czuje się świetnie, w czwartek widzimy się na moim dachu.
W czwartek rano, zajechałem do pracy. I widzę znajome nazwisko na liście pacjentów.
Tym razem nie było ostrzeżenia, pełny udar...

Dzisiaj zadzwonił młodszy fachowiec z informacją, że w sobotę sam z kolegą wchodzi na dach...
Ja tam przesądny nie jestem, ludziom życzę jak najlepiej, ale... kwiaty chyba na wszelki wypadek kupię...

uslugi

Skomentuj (28) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 207 (Głosów: 225)

#76163

(PW) ·
| Do ulubionych
Mieszkam przy skrzyżowaniu głównej dwukierunkowej z jednokierunkową. Nie ma dnia, żeby ktoś nie próbował skręcać w nią pod prąd na zakazie, wymuszając wizg hamujących z przeciwka, trąbienie, lub fucki od wyjeżdżających z jednokierunkowej. Najczęściej winowajcami są taksówkarze. Tłumaczenie?

Paani, ja nie wiedziałem, że tu jednokierunek ,a jak bym dookoła objeżdżał to spóźnię się na zlecenie. W dobie gpsów. W dzielnicy znanej z jednokierunków. Objazd 1.5 minuty.
Raz na tydzień stłuczka.

Skomentuj (2) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 155 (Głosów: 165)

#76155

(PW) ·
| Do ulubionych
O piekielnym oznaczeniu ulic w moim mieście, na świeżo.

Przed chwilą wyprosiłam z mieszkania policjantów, którzy otrzymali nakaz przeszukania mieszkania jakiegoś faceta (mieszkam sama, jestem właścicielem i jedyną zameldowaną osobą). Panowie trafili pod adres Wierszoklety x/y, do bloku należącego do SM Im. Poety. Tablica adresowa bloku wygląda mniej więcej "ul. Wierszoklety nr x, SM Im. Poety". Ale nakaz był na ulicę Poety x/y (de facto w bloku również należącym do SM Im. Poety). Panowie chcieli wbijać na chatę i robić przeszukanie, ledwo udało mi się wyjaśnić pomyłkę.
Ilości zagubionych kurierów nie zliczę.
Skąd się biorą takie pomyłki?

Ano stąd, że ulica Wierszoklety idzie łukiem, mój blok x znajduje się na owym właśnie i przynależy do tej ulicy, tuż obok idzie odnoga (ulica na łuku rozdziela się na dwie jak rozdwojony włos, z czego odnoga jest ślepa), dalej będąca ulicą Wierszoklety (przez ok. 100-200 m), na samym końcu odnoga odbija w prawo i dopiero tam staje się ul. Poety.
I jak tu się nie zgubić?

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 104 (Głosów: 126)

Podziel się pozytywnymi historiami na
WSPANIALI.pl

Piekielni