Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

 

#62245

(PW) ·
| Do ulubionych
Uśmiałam się dziś.

Choruję na łysienie plackowate od dziecka. Jest to prawdopodobnie przypadłość autoimmunologiczna, nieuleczalna, nie da się nią zarazić. Na szczęście wypada mi już niewiele włosów, a po kilku miesiącach odrastają. Nie mogę sobie poradzić jeszcze z brzydkimi paznokciami, co często towarzyszy schorzeniu.

Historię choroby rzadko wspominam. Trzecia klasa podstawówki, zbliża się pierwszy września, wszystko, co potrzeba dziewczynce do szczęścia uprasowane czeka, babka chce zaplatać boskie warkocze, a tu masz ci. Tu łysinka, tam łysinka... Jakoś dało się zasłonić, bo czas naglił, ale przez kolejne dwa tygodnie wypadło dwie trzecie włosów. Zawzięłam się i nie zabarykadowałam w domu, tylko dzielnie maszerowałam na lekcje.

Aby nie przylgnął przydomek „łysa”, co jakiś czas toczyłam krwawe bójki „na piaskownicy”, bo tak się nazywał szkolny podziemny ring. Usytuowany był na końcu boiska, toteż zanim szacowny pedagog zdołał się dotoczyć, sprawa była załatwiona. Którykolwiek z uroczych koleżków szkolnych zaszemrał „e, łysa!”, odpowiedź padała: „po lekcjach na piaskownicy”. Raz na wozie, raz pod wozem, paru delikwentom wybiłam po zębie i ksywka została taka, jaką sobie umyśliłam. To były lata osiemdziesiąte i nikt z dorosłych specjalnie w nasze sprawy się nie wtrącał.

Rodzina uporczywie szukała antidotum. Jako że nie były to czasy internetu, tyleśmy wiedzieli, co się udało z dermatologów wycisnąć, a każdy miał swoją świętą rację. Najgorzej wspominam wizytę u szeroko reklamowanej pani ze Szczecina.

Stworzyła teorię, że łysienie jest spowodowane grzybicą, „tak małą, że jej nie widać”, opatentowała kremy z własnym profilem na wieczku i hajda sprzedawać po cenach złota. Wizyta – koszmar; dziesiątki ludzi stłoczonych w małym korytarzyku, ukradkiem przyglądających się sąsiadom na zasadzie „może nie wyglądam tu najgorzej”, przybitych, zdrożonych, przez całą Polskę jechali, bo usłyszeli o cudotwórcy. Pani i jej synek przez kilka godzin mieszali ludzi z błotem, zanim sprzedali maści. Wykład o cudownej metodzie zmienił się w tyradę o cudownej właścicielce patentu, Amway mógłby się uczyć. Każdy był oglądany na oczach wszystkich w ciasnym korytarzyku, słuchał wykładu na temat braku higieny albo ogólnych swoich przywar, po czym wychodził z płaczem lub zaciskał zęby i czekał na maść. Do dziś, choć to było ponad 20 lat temu, wyraźnie widzę obraz prześlicznej Ukrainki w chusteczce na łysej głowie, która stoi przy oknie i trzęsie się od płaczu po słowach: „A po co swołocz tu przyjechała?! Brudasy i nieroby! U siebie siedzieć!”

Oczywiście włosy odrosły, a później wypadły, jak co roku.

Gdzieś w wieku dwudziestu pięciu lat piorun mnie strzelił i przestałam się przejmować czymkolwiek. Założyłam, że to ja mam się dobrze czuć, a nie uszczęśliwiać estetycznie wszystkich wkoło, ich problem i do teraz nawet specjalnie nie zasłaniam ubytków. Zapominam o nich. Są zresztą niewielkie, ot, jak pięciozłotówka.

I słucham od lat przerażających mądrości, od całkiem obcych i od dobrych znajomych:
- Ale to na pewno nie jest zaraźliwe? (przyjaciółka po paru latach)
- Nie siadaj na mojej kanapie, właściwie nigdy nic nie wiadomo. (mama)
- Nie dotykaj tej pani, widzisz, że chora. (w autobusie)
- Dlaczego pani tu siada i ludzi zaraża? (w autobusie)
- Naprawdę, może sobie kup jakąś perukę, przecież to ohydnie wygląda. Strach patrzeć. (dobra znajoma)
- E! Paaa! Paaatrz! Zoba, jaka lala wyliniała! Hehehehe!! (gimbaza; rozejrzałam się mimowolnie za piaskownicą).

I dziś w aptece (kupowałam igły do iniekcji dla kota, który musi dostawać kroplówki) słyszę za plecami:
- Od tego ćpania aż jej włosy wylazły! Chore, brudne, świńskie to, dalej ćpa! Zamknąć i nie puszczać do ludzi! Do roboty!
Najpierw robię, później myślę: odwracam się błyskawicznie, chwytam panią za przedramiona i syczę:
- A teraz panią zarażam! I pani też wypadną wszystkie! I hifem, i grzybem, i hemoroidami też zarażam! Ha!
Kolejkę wymiotło, aptekarka z kamienną twarzą podała paragon. Chichotałam całą drogę do domu.

Muszę na koniec podkreślić, że podziwiam ludzi z łuszczycą, schorzeniem pokrewnym, że mają odwagę z domu wyjść. Nawet nie wyobrażam sobie, czego muszą wysłuchiwać, w porównaniu mój problem to detal. Pozdrawiam wszystkich choruszków :)

Skomentuj (45) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 659 (Głosów: 727)

#62103

(PW) ·
| Do ulubionych
Człowiek zakłada konto na Piekielnych i nagle piekielni wokół niego wyrastają jak grzyby po deszczu...

Mamy takie biuro, że wszyscy znajdujemy się na jednej powierzchni, gdzie każdy ma swoje biurko i podłączony telefon. Odbieraniem telefonów zajmuje się sekretarka, ale kobiecie się jak każdemu urlop należał, więc obowiązek ten był do podziału w firmie. Każdego dnia ktoś inny odbierał i tak to się kręciło. I w dzień, gdy natrafiłam na piekielną akurat była moja kolej odbierania telefonów.
Tak przy okazji, jestem Managerem Projektów.

Dzień w pracy jak każdy inny, telefon dzwoni, więc odbieram. Się nawet nie zdążyłam odezwać czy przedstawić, gdy piekielna wypaliła:

[P]iekielna: Czy z Danem można? (Dan to szef)
[J]a: Niestety, aktualnie jest na spotkaniu. Mogę mu przekazać wiadomość, że pani dzwoniła gdy skończy.
[P]: Ale ja muszę z nim rozmawiać teraz!
[J]: Nie jest to niestety możliwe. Proszę podać swoje imię, nazwisko oraz telefon, a Dan do pani oddzwoni jak tylko wróci ze spotkania.

Piekielna pogderała, powiedziała że dzwoni z firmy wynajmującej samochody, podała numer i rozłączyła się. Koniec? A skąd!

Pół godziny później znowu telefon.

[P]: Proszę natychmiast poprosić Dana do telefonu.
[J]: Już pani tłumaczyłam, że jest na spotkaniu. Oddzwoni do pani.
[P]: (opryskliwie) Nie oddzwonił!
[J]: (z zaskakującą dla siebie cierpliwością) Bo jest na spotkaniu. Przekażę mu, że to pilne jak tylko skończy.

Koniec rozmowy. Oczywiście za pół godziny telefon i ta sama gadka. Pytam Piekielnej co to za pilna rzecz, może będę mogła pomóc. Nawarczała na mnie, że to nie moja sprawa. No dobra, niech jej będzie, chociaż nie lubię jak ktoś jest dla mnie opryskliwy. Za pół godziny znowu, tylko parę decybeli głośniej.

[P]: JA CHCĘ NATYCHMIAST ROZMAWIAĆ Z DANEM!
[J]: Jest na spotkaniu, tak jak mówiłam pani wcześniej. Oddzwoni jak tylko skończy.
[P]: Nie interesuje mnie jego spotkanie, on miał oddzwonić!
[J]: Owszem, po spotkaniu.
[P]: ŻĄDAM ŻEBY NATYCHMIAST PODSZEDŁ DO TELEFONU.
[J]: Nie będzie to możliwe, ponieważ nie ma go w biurze.
[P]: TY MNIE OKŁAMUJESZ! JA PÓJDĘ DO PRAWNIKÓW! ŻĄDAM NATYCHMIASTOWEGO KONTAKTU Z DANEM!

Dobra, straciłam cierpliwość. Babsko durne jak but, do tego drze pysk i mi rozkazuje. Tak się nie bawimy.

[J]: A ja żądam, żeby do pani dotarło, że Dan jest na spotkaniu i nie ma fizycznie możliwości, żeby odebrał pani telefon. Jest człowiekiem, który prowadzi firmę i ma ciekawsze rzeczy do roboty od wydzwaniania do ludzi co pół godziny, żeby sobie pokrzyczeć.
[P]: PRZEKAZUJĘ TO DO DZIAŁU PRAWNICZEGO!
[J]: Proszę bardzo.
[P]: JESZCZE ZOBACZYCIE!
Jebs słuchawką.

Siedząca biurko dalej nasza księgowa Sophie (żona Dana), wychyliła się zza swojego monitora pytając co się dzieje. Wyjaśniłam, że baba wydzwania od rana, doprowadzając mnie do szewskiej pasji i przekraczając wszelkie granice chamstwa. Sophie mówi spoko, kolejny telefon ja odbiorę i zobaczę o co piekielnej chodzi.

Za pół godziny oczywiście telefon. Sophie włączyła ją na głośnomówiący, coby biuro miało rozrywkę. Piekielna już w ryk, ale słysząc kogoś innego, przeszła w bycie po prostu opryskliwym babskiem.
[P]: Chcę złożyć oficjalną skargę na waszą sekretarkę. Jest chamska.
[S]: Nasza sekretarka jest na urlopie. Rozmawiała pani z jednym z naszych managerów.

Po drugiej stronie słuchawki nagle zapadła martwa cisza. Gdy się piekielna odezwała, była potulna jak baranek. Po prostu nowy człowiek! Patrzcie ludzie jak działa wiadomość, że się wywaliło wiadro pomyj nie na sekretarkę, a na managera. I jak się okazało, sprawę dało się załatwić bez Dana, od ręki.

A o co poszło? O to, że na papierach potwierdzających wynajem samochodu dla jednego z pracowników był błędny numer telefonu i piekielna nie miała jak skontaktować się z facetem wynajmującym samochód. I nie, nic się nie stało, nie było zalegających opłat ani innych wykroczeń. Ot, porządkowała papiery i się jej numery kontaktowe nie zgadzały.

Ale na "sekretarkę" zawsze fajnie pokrzyczeć, nie?

praca

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 525 (Głosów: 583)

#62094

(PW) ·
| Do ulubionych
Po przeczytaniu artykułu na wykop.pl o zdrowej żywności w sklepikach szkolnych, postanowiłam opisać moje doświadczenia jako byłego pracownika takiego przybytku.

Około 1,5 roku temu postanowiłam zatrudnić się jako sprzedawca w szumnie nazywanym bufecie szkolnym. Praca wydawałoby się lekka łatwa i przyjemna. Zarobki sądziłam, że adekwatne do wysiłku(około 500-600 zł/m-c). Oj myliłam się. Praca była naprawdę ciężkim kawałkiem chleba. Ale nie o tym chciałam mówić, lecz o jakości żywienia kwiatu polskiego narodu.

KANAPKI.
Każdy rodzic może naiwnie pomyśleć, że jego dziecko zjadając w szkole kupną kanapkę je tak samo jak w domu. Jednak nie. Dla mojej szefowej świeże warzywa dodawane do kanapek były towarem z goła luksusowym. Kroiło się je na przeźroczyste plasterki i dodatkowo kroiło w pół. Co więc sprawiało, że bułeczka wyglądała na "wypasioną"? Słoikowa sałatka babuni, której skład zajmował połowę etykiety i miał E więcej niż ja palców w obu dłoniach. Jednym słowem babcia producenta miała niezłe laboratorium w piwnicy ;) Rzeczowa wkładka składała się z połowy plasterka mielonki i połowy najtańszego sera po 12 zł/kg. Wszystko doprawione sosem "hamburgerowym"(jażeniasto-żółte świństwo) oraz kropelką ketchupu, który pomidorami nawet nie pachniał. Takie śniadanie kosztowało Was rodziców około 4 zł. Cena zrobienia takiego czegoś oscylowała wokół złotówki.

NAPOJE.
Zysk, zysk, zysk. Takie było nasze motto. Więc dzieciakom trzeba było wciskać to co miało najwyższą marże. Czyli cola, napoje energetyczne (marki biedronka z przebiciem cenowym ponad 2 zł!), napoje owocowe i gdzieś na szarym końcu plasowała się woda z marżą około 20 gr. Gdy uczniowie po WF-ie chcieli wodę mineralną, trzeba było zaproponować wodę smakową, bo na niej zysk wynosił 1 zł a nie 20 gr. Ponadto szefowa uważała, że napoje można sprzedawać nawet 2 tygodnie po terminie przydatności do spożycia. "Woda nie może się zepsuć", "W tym jest tyle chemii, że jeszcze rok można by to pić". Sprawa była zgłaszana gdzie trzeba, lecz skoro sanepid nie uznał za przewinienie niesprawnej umywalki, to czego tu oczekiwać. Tak, po skorzystaniu z toalety nie miałam jak umyć rąk. I tymi dłońmi przygotowywałam jedzenie. Bo rękawiczki foliowe były za drogie. Żenada.

PRZEKĄSKI.
Tak jak wyżej - marża była najważniejsza. Miałyśmy specjalną karteczkę z wypisanymi produktami, które należy sprzedawać i polecać (czyt. wciskać na chama). Ktoś chciał wafle ryżowe solone? Trzeba kłamać, że nie ma i proponować chipsy wątpliwej marki o tym samym smaku. Dopiero, gdy klient odchodzi nie kupując nic "ojejku jednak są. Zapodziały się na regale." Bo lepsze 40 gr zysku niż nic.

Ogólnie w życiu nie spotkałam się z takim traktowaniem klienta. Raz gdy uczeń skomentowała cenę jabłka (ponad złotówka za dość małe jabłuszko), że za tyle może skoczyć do warzywniaka obok i kupić pół kilo, kobieta wykrzyczała do niego, że niech zapi***ala skoro chce, ale ona mu nic już nigdy nie sprzeda bo jest niewdzięcznym?! szczeniakiem.

Ja wszystko umiem zrozumieć. Ale ona miała naprawdę dobry utarg jak na taki sklep. Czynszu nie płaciła prawie wcale, mi grosze, a sama na czysto wychodziła około 2500/m-c (będąc na emeryturze po mężu wojskowym). Na moje propozycje kupienia sałaty zielonej zamiast tego świństwa w słoiku i zrobienia sosu czosnkowego zamiast żółtego sosu (jogurt+czosnek+sól+pieprz) bo nie wyjdzie to wcale drożej, a i zdrowiej i smaczniej, usłyszałam że jestem cholerną BIOpierdołą(?), a ona mi za "dobre" rady nie płaci.

Z tego czasu mogłabym napisać książkę, ale to już w innych historiach.

sklepik szkolny

Skomentuj (51) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 472 (Głosów: 550)

#62083

(PW) ·
| Do ulubionych
Mam często styczność z branżą motoryzacyjną.
Garść historii warsztatowych. Coraz bardziej przekonuję się, że nie jest to branża dla intelektualistów.

Zawieszenie przednie samochodu, kolumna McPhersona. Większość aut to ma. Amortyzator posiada dolny talerz, na nim sprężyna, na górze górny talerz. Sprężyna jest ściskana pomiędzy talerzami. Górny talerz jest nawleczony na trzpień amortyzatora i trzymany nakrętką. Sprężyna jest ściśnięta i posiada znaczną energię potencjalną. Jak wielką? Utrzymuje ciężar samochodu.
Do demontażu sprężynę ściska się specjalnym przyrządem, wtedy można bezpiecznie odkręcić nakrętkę zabezpieczającą i wszystko rozebrać.

Podczas pobytu na zaprzyjaźnionym warsztacie patrzę i oczom nie wierzę: jeden z mechaników wyjąwszy uprzednio całą kolumnę z auta odkręca właśnie nakrętkę. Postawił pionowo, nachyla się nad tym i odkręca. Ścisku do sprężyn nie założył. Kiedy gwint się skończy, sprężyna wraz z talerzem wystrzeli do góry i pozbawi go głowy.
Pokazałem to szefowi mówiąc:
- Pański pracownik właśnie popełnia samobójstwo.
Miał szybki czas reakcji, ofiar nie było.

Sprężyna ponownie. Tym razem przyrząd do ściskania zepsuł się. Kreatywni mechanicy wpadli na pomysł, że umieszczą sprężynę w futrynie drzwi, ścisną podnośnikiem, owiną drutem i potem założą...
Ściskana sprężyna lubi się jednak wyboczyć. Każdy może to sprawdzić, ściskając palcami sprężynkę od długopisu.
Oj, wyskoczyła wam spomiędzy palców i poleciała gdzieś?
Z jaką siłą wyskakuje z futryny ciężka sprężyna ściśnięta siłą kilkuset kg? Wystarczającą do rozbicia żeliwnego kaloryfera. Ofiar nie było.

Panowie mechanicy wymieniają olej w drogim SUV`ie.
Już wypuścili co mieli wypuścić, wlewają nowy. Przez lejek, kultura, profesjonalizm, żeby nie uronić ani kropelki.
Ledwo zaczęli wlewać, jak lejek im upadł do kanału, którego podłoga wysypana była piaskiem. Zaolejony lejek pokrył się piaskiem jak panierką.
Panowie bez zmrużenia oka podnieśli, umieścili we wlewie i kontynuowali. Nie pominąłem w opisie etapu "starannie oczyścili lejek z piasku". Nie oczyścili.

różne warsztaty

Skomentuj (21) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 344 (Głosów: 370)

#62084

(PW) ·
| Do ulubionych
Zdarzyło się to lat już prawie dziewięć temu, gdy to postanowiłem podążać za moją Lubą do kraju Kiwi - Nowej Zelandii. Jako że była to wyprawa daleka, studiowałem długo zasady prawne, imigracyjne, załatwiałem wizy itd. Wreszcie wszystko jest, idę zakupić bilet lotniczy. Pani z biura podróży najpierw wybałuszyła oczy "gdzie chce pan lecieć?" (normalnie mi się "Miś" przypomniał z "nie ma takiego miasta "Londyn"), po czym wreszcie zaczęła szukać.

- Z Katowic musi pan jakoś dojechać do Warszawy, potem przesiadki: Londyn, Singapur, Melbourne, Auckland i Wellington. Tyle że w Melbourne musi pan przenocować, bo samoloty nie odlatują po 22.

No nic, bilet kupiłem, dzień podróży - rodziciel mój Świętej Pamięci obecnie podwiózł mnie na Okęcie z Katowic, czas odprawy, sprawdzają mój paszport...
- Ale pan nie ma wizy do Australii.
- Ale ja nie lecę do Australii tylko Nowej Zelandii, mam tylko międzylądowanie w Melbourne - odparłem.
- No tak, ale Australia wymaga wizy tranzytowej, bez problemu da się ją zdobyć i chyba z 10 PLN kosztuje, tyle że dzisiaj już pan jej raczej nie dostanie.

Takiego ataku paniki jeszcze nie miałem... Myślałem że bilet przepadnie, a na drugi nie byłoby mnie stać. Pani sprawdzająca paszporty była gotowa wzywać karetkę. No nic, wziąłem się w garść, szybki bieg do mojego przewoźnika i zmiana terminu odlotu. Po czym kolejne 3-4 godziny w samochodzie wracając do domu.

Wracam do biura podróży i wyjaśniam sprawę
- To pan nie wiedział, że do Australii trzeba wizy tranzytowej?
- No a skąd miałem wiedzieć? - zdziwiłem się.
- Internet ma? Trzeba było sprawdzić. No dobra, zmienimy panu termin, 600 PLN musi pan dopłacić.

Będąc jeszcze ciut w szoku powiedziałem że zapłacę przed odlotem... Ale z ciekawości poszedłem do konkurencji aby zapytać właśnie o podobny bilet.

Pierwsze co usłyszałem to pytanie czy mam wizę tranzytową do Australii bo takową potrzeba, a jak nie, to oni mogą pomóc mi taką zdobyć w ramach ceny biletu (jak już pisałem w zasadzie to tylko formalność).

Złożyłem oficjalną skargę na mojego agenta, dostałem kilka dni telefon od jej szefa z przeprosinami + zwrot kosztów podróży do Warszawy i pokrycie kosztów zmiany terminu odlotu.

biuro_podróży lotnisko

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 490 (Głosów: 534)

#62090

(PW) ·
| Do ulubionych
Zapewne większość słyszała o akcji z komornikiem, gdzie ten zajął własność Jana Piekielnego. Tylko nie tego Jana Piekielnego, który był dłużnikiem, tylko jakiegoś Bogu ducha winnego człowieka, który miał nieszczęście posiadać takie samo imię i nazwisko jak dłużnik.

Sytuacja opowiedziana przez człowieka, który zajmuje się obsługą techniczną nieruchomości (elektryka, hydraulika, drobne i większe naprawy) w budynku gdzie znajduje się mój zakład pracy. Facet oprócz naszego budynku ma jeszcze kilka pod pieczą i historia miała miejsce właśnie w jednym z budynków jakim zajmuje się gość, od którego poniższą historię usłyszałem.

Akcja miała miejsce w hali magazynowej, którą właściciel podzielił i wynajmował powierzchnie magazynowe różnym firmom. Pomiędzy tymi powierzchniami są ściany działowe, a w nich przejścia ewakuacyjne. I na takim magazynie wynajmowanym przez jedną firmę miała miejsce egzekucja - niby nic niezwykłego, tyle, że komornik nie mając nic do zajęcia u właściwego dłużnika, przeszedł sobie w/w przejściem ewakuacyjnym i zaczął egzekucję na mieniu zupełnie innej firmy, protesty właściciela i tłumaczenia, że on nie ma nic wspólnego z tamtą firmą skończyły się interwencją policji (utrudnianie czynności), oraz beztroskim oświadczeniem komornika, że on ma wskazaną przez wierzyciela egzekucję pod tym adresem - ciekaw jestem czy byłby taki beztroski jakby odpowiadał majątkowo za tego typu "pomyłki".
Wniosek do komornika o umorzenie postępowania pozostał "głosem wołającego na puszczy", poszkodowanemu właścicielowi pozostaje tylko skarga na czynności komornicze.

Mój Kraj taki piękny.

Polska

Skomentuj (31) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 431 (Głosów: 469)

#62082

(PW) ·
| Do ulubionych
Jestem tak zaskoczona, że aż musiałam założyć konto i opowiedzieć.
Mieszkam w jednym z miast Ukrainy. U nas obowiązuje taki system opłaty za przejazd w tramwajach: możesz kupić bilet u motorniczego, ale tylko za drobne pieniążki, lub w kiosku - tam otrzymasz resztę z banknotu o większym nominale.
Jadę rano do pracy, patrzę - mam w kieszeni 20 UAH (bilet normalny kosztuje 2 UAH). Idę więc do kiosku, kupuję bilet i wsiadam do tramwaju.
Tu nagle Piekielna Pani Motornicza [PPM] opuszcza swoje robocze miejsce i grzecznie do mnie [A] przemawia:

[PPM]: Jakiego /Armoracia rusticana/ kupujesz bilet w kiosku???
[A]: Słucham? o_O
[PPM]: Ja będę was za darmo woziła? Czemu nie kupiłaś bilet u mnie?
[A](ciągle nie zostawiając nadziei przemówić do głosu rozsądku, jaki przecież musi mieć każdy H. sapiens): Bo nie miałaby Pani reszty z grubych pieniążków.
[PPM]: Ja mam, mam, MAM resztę!!! Dlaczego nie kupić bilet u mnie??
[A]: (chwilowy brak słów).
Wysiadłam i pojechałam autobusem, nie chcąc żeby moje życie i zdrowie zależało od tak "zrównoważonego" człowieka. Jeszcze mogłabym zrozumieć, gdyby kierowcy otrzymywali prowizje od sprzedanych biletów, ależ NIE!
Do tej pory zastanawiam się, o co jej, do jasnego aniołka, chodziło :)

P.S. Nie jestem Polką i polskiego uczę się tylko od 2012 roku. Przepraszam więc za jakiekolwiek błędy językowe :)

komunikacja_miejska

Skomentuj (87) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 276 (Głosów: 434)

#62079

(PW) ·
| Do ulubionych
Dziś nie będzie zabawnej historyjki tylko małe utyskiwanie na piekielnych znawców wszystkiego. Również z tej strony.

Gdy tylko w internecie pojawia się temat fotografii ślubnej, zawsze bardzo szybko znajdzie się jeden lub kilku "specjalistów", którzy wrzeszczą na wszystkie strony, że fotografowie to złodzieje i wyzyskiwacze, biednemu ludowi chleb od ust odejmujący. No bo kto to widział, żeby za 5 godzin roboty życzyć sobie całej wypłaty normalnego człowieka. I że na szczęście są i tacy co zrobią to samo za 1/4 ceny.
To może rozłóżmy ten wór pieniądzów, zabierany przez fotografa, na czynniki pierwsze:

1) Porządny fotograf to zazwyczaj nie czarna strefa, tylko oficjalnie prowadzona działalność. A więc ZUS, US itd. To już prawie tysiak miesięcznie.
2) W cenie zazwyczaj jest jakiś album, fotoksiążka, USB ze zdjęciami. Więc odejmujemy kolejne kilka stówek.
3) Doliczmy paliwo, niby niewiele, ale zawsze się te kilka dych zużyje na jedno zlecenie.
4) Zdjęcia może i robimy przez kilka godzin, ale wiele osób zapomina, że następnie spędzamy długie dnie przed monitorem. U mnie wychodzi w praktyce jeden tydzień po 10 godzin przy kompie na jedno zlecenie. Ceny prądu pomińmy, choć mocne komputery też swoje żrą.
5) Amortyzacja sprzętu - ceny są przerażające. Porządny aparat ok 10tys., obiektywy - średnio 3-4tys. za sztukę. Do tego mocny komputer z wielkimi dyskami na tysiące zdjęć, no i zakup legalnych programów. W zasadzie na ten jeden punkt można by wydać całe roczne dochody. A trzeba sprzęt wymieniać, bo postęp w fotografii cyfrowej jest błyskawiczny i po 3 latach aparat jest już i zacofany, i wyeksploatowany.
6) Reklama - konkurencja na rynku jest ogromna. Bez robienia szumu wokół siebie można szybko wypaść z obiegu. Udział w targach, reklamy w gazetach lokalnych, reklamy "na mieście" i w internecie - to wszystko kosztuje.
7) Pamiętajmy że sezon ślubny to tak na prawdę pół roku. W czasie tłustych miesięcy trzeba coś odłożyć na miesiące chude.

Można by wymienić jeszcze kilka mniejszych punkcików, ale już powyższe mam nadzieje pokazują, że fotografia ślubna to wcale nie jest najbardziej dochodowe zajęcie, bo koszty są niestety spore. I te 2 czy 3 tysiące to rzeczywiście jest dużo, ale do kieszeni fotografa trafia ostatecznie znacznie mniej niż połowa.

A że pojawiają się oferty zdjęć ślubnych za 300 czy 500 zł? To zazwyczaj czarna strefa, do tego z nie najlepszym sprzętem (a sprzęt musi być najlepszy), często studenci, bądź parający się na co dzień innymi fachami, a zdjęcia robiący z doskoku. Niby okazyjnie, ale gdy pojawiają się jakieś kłopoty to zazwyczaj pozostaje tylko płacz i zgrzytanie zębów...

Skomentuj (48) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 179 (Głosów: 343)

#62240

(PW) ·
| Do ulubionych
O tym jak ludzie przyzwyczajają się do tego, że im się należy.

W ubiegłym roku znajoma wkręciła się w wolontariat w akcji Szlachetna Paczka. Dla tych, którzy nie słyszeli - akcja polega na tym, że najpierw zbiera się zgłoszenia rodzin które potrzebują pomocy materialnej, później się je selekcjonuje (bo wiele stara się wyłudzać), pyta je o potrzeby, a na końcu dla każdej rodziny szuka się darczyńców którzy zrobią paczkę. Generalnie świetna rzecz. No i tak pewnego dnia znajoma ucieszona, że "jej" rodzina ma darczyńcę i skompletował im całą paczkę, dostaną cały transporter ciuchów, łóżeczko dziecięce, lodówkę, słodycze, jakieś produkty konserwowe, no po prostu wszystko, prosi mnie o pomoc w załadunku. No nie ma problemu, zgadzam się. Załadowaliśmy auto wszelkim dobrem i kumpela prosi mnie żebym pojechał z nimi na miejsce bo ona nie miałaby siły targać tych cięższych rzeczy, a kierowca transportera mówi, że on ma zakaz bo ma problemy z kręgosłupem, a tamta rodzina jest duża i na pewno ktoś pomoże. Spoko, to jedziemy.

Rodzina mieszkała na osiedlu bloków socjalnych popularnie w moim mieście zwanych Patologią. Rodzina wielodzietna, na mieszkaniu trzypokojowym mieszkało siedem osób: matka, ojciec, syn lat (tu będę podawał w przybliżeniu) 19, córka ~ 17, następna ~ 10, syn ~ 7 i córka najstarszej córki w wieku niemowlęcym. Wesoła gromadka.

Podjeżdżamy jakieś 20 minut wcześniej niż było umówione. Nikt nie reaguje na domofon. Znajoma dzwoni, już słyszę przeprosiny z jej strony. Mówi, że mają pretensje że tak wcześnie, że nie byli przygotowani i że żona zaraz przyjdzie. Kierowca już wyczuł że coś się kroi i znów zaznacza, że on nic targał nie będzie bo odszkodowania nie dostanie jak sobie kręgosłup uszkodzi. Po dłuższej chwili przychodzi podniszczona, wysuszona kobieta i przeprasza za spóźnienie. Jak myślicie, na którym piętrze mieszkali? Całe szczęście na ostatnim, piątym nie, ale na czwartym. Mnie i kumpeli taszczenie sporej ilości mniejszych kartonów zajęło dość długo aby większość familii się już zeszła. I o ile rozumiem, że dzieciaki nie mogły pomagać, o tyle dziewczyna 17 i chłopak 19, biernie się przyglądający jak dwójka obcych ludzi targa im darmowe fanty nieco mnie zaskoczyła.

Po którejś rundce poprosiłem o pomoc w imieniu kierowcy, bo za jakiś czas miał następny kurs. Córeczka nagle poczuła pilną potrzebę zajęcia się swoim dzieckiem, mamusia zaczęła się bawić kartonami w tetris, a synek ponoć nagle musiał wyjść do pracy. Spytałem czy będzie ktoś do pomocy z lodówką chociaż, bo kierowca nie może. Komentarz synalka "nie może k**wa, pewnie mu się nie chce" już zabił wszystko. Matka stwierdziła, że niedługo mąż wróci to pomoże. Niedługo zamieniło się w pół godziny, facet sobie spokojnie wszedł na górę, wściekł się że bajzel, a jak usłyszał, że jeszcze ma nosić lodówkę to było "ale toż moment, kawy żem nie pił, papierosa se spale to możem spróbować". Koleżanka też już nie miała czasu, to poszliśmy spróbować z nią, ale ona drobniutka to niewiele ugraliśmy. Facet zszedł po jakimś czasie, patrzył jak się mordujemy z lodówką i bezstresowo sobie palił fajkę. Jak skończył to niczym rycerz wybawił kumpelę i stwierdził że niech się już nie męczy, bo jeszcze mu JEGO lodówkę porysuje. Tak jest. Wnieśliśmy ją z przerwami na każdym piętrze i jak najszybciej się stamtąd zmywaliśmy.

Gdyby mnie ktoś poratował taką paczką to nie ja, lecz ten ktoś by pił kawkę, a ja bym biegał z tobołami. Taki mały wyraz wdzięczności chociaż okazać. I weź tu takim łowcom socjalu zaoferuj darmową pomoc.

Skomentuj (91) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 695 (Głosów: 763)

#62195

(PW) ·
| Do ulubionych
NFZ szuka pieniędzy.

Mam pacjentkę z chorobą Alzheimera, która leczy się u mnie od lat. Leki przepisuję jej raz ja, raz lekarka rodzinna. Co roku na prośbę rodziny piszę dla lekarki rodzinnej informację, że pacjentka ma ciągle tę samą chorobę i nadal wymaga leczenia. Taki kaprys NFZ.

Niedawno dostałem informację, że Narodowy Fundusz Zdrowia zrobił u tej pani doktor kontrolę i okazało się, że w dokumentacji nie było zaświadczenia z 2010r. Nie wiem, czy ja nie napisałem, czy ona zgubiła. Efektem wykrycia tego karygodnego zaniedbania było nałożenie przez NZF na lekarkę kary wysokości 20 tysięcy złotych za niesłusznie przyznaną refundację leków przeciwotępinnych.

Tak jest logika NFZ. W 2008, 2009, 2011, 2012, 2013, 2014 roku pacjentka była chora na Alzheimera i refundacja leków przez lekarza rodzinnego jej się należała. Co było w 2010r? Otóż zapewne na krótki czas stała się w pełni zdrowa i na rok otępienie ustąpiło, bo refundacja jej się w 2010 nie należała.

Piszemy wspólnie z panią doktor odwołanie. Jak będzie trzeba, to pójdę na świadka do sądu. Ciekawe jak NFZ udowodni ustąpienie na rok nieuleczalnej choroby. Bo 20 tysięcy złotych kary za brak jednego oczywistego papierka to trochę za dużo.

NFZ

Skomentuj (34) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 763 (Głosów: 783)

Podziel się pozytywnymi historiami na
WSPANIALI.pl

Piekielni