Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

 

#80789

(PW) ·
| Do ulubionych
Zakupy poranne w piekarni.
Już miałem być obsługiwany gdy do piekarni weszła pani i z szybkością błyskawicy powiedziała:

- Jestem w ciąży! Chleb razowy, 4 bułki orkiszowe.

Nie zdążyłem nic powiedzieć, ale za mną pani powiedziała dosadnie, ja też jestem w ciąży, ale kultury i mózgu mi ciąża nie odebrała.
Ta ekspresowa klientka wychodząc odpowiedziała jej:

- Głupi babsztyl.

Kolejka była "ogromna", za mną była pani w ciąży i starszy pan. Chciałem przepuścić panią za mną stojącą, ale kulturalnie podziękowała i stwierdziła, że nie wykorzystuje nienarodzonego dziecka do załatwiania zakupów poza kolejnością.

Tak, wiem, każdą ciąże przechodzi się inaczej, ale ludziom powoli odbiera wszelakie przejawy kultury osobistej, a wystarczyłoby, dzień dobry, przepraszam, czy przepuszczą mnie państwo, ale lepiej na chama, w sumie tacy mają w życiu łatwiej.

ciąża

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 73 (107)

#80774

(PW) ·
| Do ulubionych
Pracuję na lotnisku. Jestem pierwszą osobą, którą pasażer widzi na początku swojej podróży, czyli trzeba wszystko sprawdzić - paszport, wizy, bilet powrotny.

Niektóre państwa nie wymagają wizy pod warunkiem, że pasażer ma już kupiony bilet powrotny i jego pobyt nie jest dłuższy niż ustalona ilość dni (najczęściej 30 lub 90).
Jeżeli jakiś pasażer leci do państwa do którego musi mieć wizę, a jej nie ma, jest traktowany jak więzień i odesłany do państwa z którego przyjechał jako INAD (niedopuszczalny pasażer) linia lotnicza płaci kary, a osoba która odprawiła pasażera ma problem.

Ostatnio jedna z moich współpracownic została wezwana na rozmowę, jeden z pasażerów lecących do Południowej Afryki (na okres mniejszy niż dopuszczalne 90 dni bez wizy, więc jej nie potrzebował) został wysłany z powrotem do Londynu. Okazało się, że mimo że nie potrzebował wizy, to jednak ją miał (o czym nie powiedział nikomu). Kiedy okazał wizę po przylocie, okazało się że jest to wiza fałszywa. Odesłali go tego samego dnia.

Jak skomplikować sobie życie 101 :))

lotnisko

Skomentuj (3) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 99 (111)

#80773

(PW) ·
| Do ulubionych
W nawiązaniu do historii #80441 ciąg dalszy.

Przede wszystkim dziękuję za wszystkie rady do poprzedniej historii :)

Tak jak pisałam - od decyzji TU odwołałam się (mailowo i listownie). Dołączyłam dodatkowe zdjęcia samochodu i miejsca zdarzenia, gdzie ewidentnie widać ślad lakieru auta (wysokość rys i śladów odpowiada sobie wzajemnie).

Dziś otrzymałam odpowiedź. Dalej negatywną. W dalszym ciągu odmawiają uznania szkody, gdyż miejsce zdarzenia nie koresponduje z uszkodzeniami. Pomimo nadesłanych zdjęć i pomimo dwukrotnych opisów zdarzenia sporządzanych przez rzeczoznawcę (drugi opis również poparty zdjęciami).

Próbowałam skontaktować się telefonicznie z prowadzącą sprawę. Bezskutecznie. Telefony są "zrzucane" przez automat z komunikatem by kontaktować się w późniejszych godzinach. Jednak, gdy zrobię to w późniejszych godzinach dowiem się, że z nikim nie mogę rozmawiać, bo prowadząca sprawę zakończyła już pracę... Pomijam już fakt, iż pomimo mojej dwukrotnej prośby o kontakt (z wyjaśnieniem dlaczego nie mogę sama się skutecznie dodzwonić oraz że chcę sprawę wyjaśnić mimo wszystko polubownie) nikt do dnia dzisiejszego nie skontaktował się, ani takowej próby kontaktu nie podjął.

Skorzystałam z Waszych porad i zgłosiłam sprawę do Miejskiego Rzecznika Konsumenta oraz do Rzecznika Finansowego. Czekamy na ich działania. Sugerowaliście by auto zostawić w ASO i cesją, by to ASO dochodziło praw i zwrotu (bezgotówkowego). Tak chciałam zrobić na początku (jeszcze przed pierwszą historią na piekielnych), jednak ASO nie do końca chce się podjąć tego tematu, gdyż to konkretne TU jest bardzo problematyczne i podobno to nie pierwsza taka historia. (Uprzedzając pytania, że ASO musi: ten konkretny warsztat jest ASO innej marki, która również obsługuje markę mojego auta).

Argumentacja TU jest wręcz śmieszna. A gdyby auto obrysował mi ktoś na parkingu bez monitoringu i odjechał: jak miałabym w takiej sytuacji udowodnić szkodę i miejsce zdarzenia? Ubezpieczenie AC powinno takim sytuacjom zapobiegać. Po to płacę dodatkowo, by być spokojną na wszelkie zdarzenia.

Doczytałam umowę szczegółową i warunki ubezpieczenia: nie ma żadnych wzmianek, które mogłoby podważyć zaistniałą szkodę na moją niekorzyść.

Sprawy na pewno nie odpuszczę. I ponownie, Drodzy Czytelnicy Piekielnych, zwracam się z prośbą o radę - czy coś jeszcze mogę zrobić?

Towarzystwo Ubezpieczeń AC

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 45 (59)

#80770

(PW) ·
| Do ulubionych
Pamiętacie Wiktorię - piekielną współlokatorkę, z którejś z poprzednich historii?
Mój kuzyn wrócił nagle zza granicy, ponieważ dość ciężko zachorował. Coś z woreczkiem żółciowym, jelitem grubym i inne świństwa. Wcześniej leżał w szpitalu. Wiktoria i tak szukała nowego lokum, znalazła i wyprowadziła się jeszcze przed jego przyjazdem. (Całe szczęście). Z rozwiązaniem umowy nie było problemu, zapłaciła część pieniędzy i poszła.

Wróciła jednak po resztę rzeczy - jakieś pojedyncze ubrania, ręczniki, lusterko itp. W swoim pokoju był mój kuzyn, który był poinformowany o tym, że Wiktoria wróci po rzeczy i ma zostawić mu klucze.
Wzięła, klucze zostawiła i spokój... No nie.

Dziś drugi kuzyn (ten który wrócił zza granicy) zjadł kolację, źle się poczuł, zaczął wymiotować. Z początku myśleliśmy, że to przez silne antybiotyki, które musi brać. Ale nie, jego narzeczona też.

Przeglądamy lodówkę - wiadomo, czasem zdarzy się, że coś jest po terminie, a "pochopnie" zjemy.
Okazało się, że wszystkie rzeczy otwarte - tylko na półce kuzyna i jego narzeczonej zawierały środek przeczyszczający. A wiemy to stąd, że jakże "mądra" Wiktoria, zostawiła w szafce PRZY śmietniku opakowanie po tym środku. Nikt z nas takiego nie posiadał; zresztą wszelkie lekarstwa tego typu - środki przeczyszczające, tabletki na ból głowy, plastry, bandaże, magnez itp. mamy w apteczce wspólnej. Tabletek o tej nazwie nigdy nie kupowaliśmy. Nasze leżały nadal w nienaruszonej apteczce. Wiktoria zmieliła swój środek przeczyszczający w drobny proszek i "wtarła"/dosypała w ich jedzenie. Akurat ten środek, w połączeniu z lekami kuzyna, mógł mu jeszcze bardziej zaszkodzić. Miał tyle szczęścia, że jeszcze nie zdążył ich zażyć.
No to teraz zrobimy piekło :)

Ps. Narzeczona kuzyna napisała do Wiktorii na fb, z pytaniem czy ma świadomość tego co zrobiła. Mądra Wiktoria sama się przyznała, bo dla niej to było wyjątkowo śmieszne i w wiadomościach stwierdziła, że przecież nic takiego się nie stało, a im się "należało".
Dopisuję, bo w czasie gdy dodałam powyższą historię, konwersacji nie było.

współlokatorzy studia

Skomentuj (25) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 78 (118)

#80766

(PW) ·
| Do ulubionych
W jednym z dyskontów jakiś czas temu była promocja, która w atrakcyjnej cenie oferowała zakup modeli samolotów z II Wojny Światowej. Modele te normalnie są o wiele droższe, a te jeszcze były z farbkami, pędzelkiem i klejem w zestawie.

Scorpion to fanatyk modelarstwa. Pół mieszkania zarąbane samolotami najgorsze. Średnio raz w miesiącu ktoś wdepnie w leżący na ziemi karabin w skali 1:35 i w szpitalu trzeba wyjmować, bo mają bagnety na końcach.
Nie dziwi więc fakt, że nasz zuch powędrował chyżo do marketu.

Stanąłem przed półką z modelami i zacząłem płakać.
Modele połamane, z pudełek powyjmowane farby i klej, pędzelka nie uświadczysz.
Podchodzę do kas, wzywam [K]ierowniczkę.

[K]-Słucham?
[J]-Jest taki problem... bo te modele, to one są połamane, porozkradane.
[K]-No i co z tego(sic!)?
[J]-No to z tego, że może jakiś rabat na uszkodzony towar...
[K]-Nie ma żadnych rabatów. Kupuje albo nie.
[J]-To może ja zbiorę zestaw z tych części co tu leżą...
[K]*wyszarpując mi farbki i klej z ręki* - NIE! NIE MA ZDEKOMPLETOWANIA TOWARU!
[J]-On już jest zdekompletowany.
[K]-Ale nie wolno. Panie Stasiu! *wołając ochroniarza* - Ten pan wychodzi!

I wyprowadzili mnie jak złodzieja.

W innych dyskontach to samo, wybrakowane, rozkradzione modele. Koniec końców, nie kupiłem, bo nie zamierzam wydawać na coś, co jest zepsute.
Napisałem za to skargę, gdzie wyraźnie opisałem sprawę, zachowanie kierowniczki i moje przemyślenia dotyczące przechowywania towaru. Dziś dostałem odpowiedź:

"Szanowny Kliencie,
Dbamy o to, byś w sklepie XXXXXX zawsze miło wspominał zakupy (ta jasne). Bardzo nam przykro z zaistniałej sytuacji. Niestety, sklep nie odpowiada za stan towaru po jego wyłożeniu (A KTO KUR*A? ŚWIĘTY MIKOŁAJ?) i nie jesteśmy w stanie nic poradzić na uszkodzenia mechaniczne spowodowane przekładaniem towarów(to po co macie obsługę?) przez klientów (oni tego towaru nie przekładali, oni po chamsku wynosili farby, kleje i pędzle pod nosem waszego ochroniarza).
Zachowanie kierownika sklepu było zgodne z naszymi standardami (a to zaje*iste standardy macie). Ma on prawo poprosić ochronę o wyprowadzenie klienta, który według subiektywnej opinii obsługi, stanowi zagrożenie". (Ja stanowię?!).

I teraz po tym grzecznym "spier*alaj frajerze, nie czepiaj się nas" nachodzi mnie tylko jedna myśl.
Dla dyskontów człowiek, który się czepia, który wymaga, jest niepożądanym bydłem. Ma być wiernym osiołkiem, który przyjdzie, zakupi i jeszcze klaśnie kopytkami, jak zostanie oje*any na te parę groszy przy kasie (zaniżanie cen na regałach, nie wydawanie całej reszty i inne rzeczy opisywane już na tym portalu).
Ale jakiś chytry Janusz co wyniesie pół sklepu i potem pochwali się "Pacz somsiad, mam kleju i farby bo wynieślim z synkiem hie hie"? Nie ma sprawy! Takich ochrona nie wyprasza.

dyskont

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 147 (177)

#80765

(PW) ·
| Do ulubionych
OSP w naszym mieście, jeździ starym Krazem, który nawet malowanie ma z lat dawnej świetności, tj. lat 60-70-ych.
Wściekły pomarańcz odznacza jak i starodawne syreny ten wehikuł lat poprzednich, a kopci tyle, jakby sam się palił.

Powstała szybko petycja o nowy wóz dla naszych chłopaków, do prezydenta miasta. Państwowcy jeżdżą już na nowych Mercedesach i Renault, może coś naszym chłopakom skapnie?
Podpisało się pół dzielnicy, bo i pleban na kazaniu napraszał i chłopaki po domach latali, i każdy nie wiadomo jak się natężał.

Prezydent się zgodził!
Co za radość panowała wśród ogniowojów.
Do czasu przekazania. Okazało się że...
Ale po kolei.
Przyjechał Waszmość prezydent, zdjęć porobiono bez liku, dłoni uściśnięto tysiące, gazety opisały jakby on sam jedyny to auto z własnej kieszeni sfinansował...

Dostali Stara. Starego Stara, służącego niegdyś w PSP. Samochód ruina, odmalowany na masce, pod maską cały rudy. Rozrząd do roboty, opony do wymiany, oporządzenia pojazdu prawie brak, zbiornik na wodę przecieka...

Prezydent problemu nie widzi, bo przecież samochód przekazał. Lokalne gazety siedzą pod miotłą prezydenta, nawet o tym nie pisną.
A chłopaki? Dalej tyrają Krazem, a Star w garażu dogorywa...

OSP

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 96 (108)

#80763

(PW) ·
| Do ulubionych
Zima zaskoczyła... kierowców.

Od kilku dni temperatury na poziomie 3-4 stopni na plusie. Rano 0 albo ciut ponad, więc to chyba najwyższa pora, żeby zmienić opony. Po dzisiejszym dniu, stwierdzam, że nie dla wszystkich.

W nocy popadało, chwycił mróz. Więc rano po drodze jeździło się jak po lodowisku. A na letnich, to już w ogóle samobójstwo. Na odcinku 10 km naliczyłem 8 aut w rowie. Tutaj nie oceniam. Może kogoś ściągnęło z drogi, zarzuciło, nie wiem, nie wnikam. Chociaż obstawiam, że część pewnie jeszcze nie zdążyła opon zmienić.

Ale szlag mnie chciał trafić, jak widziałem geniusza na letniakach, próbującego wjechać na wzniesienie. Oczywiście bez rezultatu. Sznurek samochodów za nim, korek z każdą minutą coraz dłuższy, ale on dalej walczy, pali opony na tym lodzie.

W końcu kilku kierowców przede mną się wkurzyło, podeszli do niego, zaproponowali, że zepchną samochód na pobocze, żeby ruch udrożnić. Co na to sam zainteresowany? Chyba duma nie pozwoliła mu na przyjęcie propozycji. Członki i panie lekkich obyczajów sypały się jak z rękawa. Narzekanie na drogowców(fakt, droga mogłaby być lepiej odśnieżona), innych uczestników ruchu, pogodę, cholera wie co jeszcze, bo nie do końca usłyszałem.

Koniec końców faceta postraszyli policją, ktoś tam, wydawało mi się, że chyba nawet dzwonił albo udawał i samochód po 15 minutach udało się zepchnąć i ruch odblokować.

PS. Skąd wiem, że facet jechał na letnich? Bo mijając jego auto widziałem doskonale piękny łysy bieżnik jego gum. Dla mnie strach byłoby latem na takich jeździć, a co dopiero w zimę...

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 96 (138)

#80760

(PW) ·
| Do ulubionych
A propos historii o Heniu "Przydasię"...

Moja matka. Skąpa jako tako nie jest, ale występuje u niej coś co można nazwać chorobliwą oszczędnością. Dotyczy to głównie produktów spożywczych.

Terminy ważności? Na co to komu. Coś spleśniało? Pleśń odkroić, reszta się nada... Koszmar - cichaczem wywala się często niektóre rzeczy, które leżą od nie wiadomo kiedy...

Czasami jednak matka potrafi przebić samą siebie.
Mamy w piwnicy DUŻĄ zamrażarkę. Zdarza się, że żeby coś konkretnego wydłubać, trzeba coś innego wyjąć - i tak się kiedyś przydarzyło z paczką surowego schabu - taki kawał pakowany próżniowo. Sęk w tym, że schab sturlał się w kąt i został zapomniany...

Paczuszka byłą szczelna, więc nie było czuć, że coś się rozkłada. Gdy schabik został odnaleziony był ni mniej, ni więcej - czarny.

Prawidłową reakcją, byłoby tu wywalenie tego, bez odpakowania. Ale nie. Schabiku szkoda. Może trochę zepsuty, ale dla psów się nada! Matka odpakowała, odkroiła co czarniejsze fragmenty, a resztę ugotowała... Smród w domu panował przez dwa tygodnie. Przez pierwsze kilka dni do swojego pokoju wchodziłam na wdechu, bo inaczej groziło to pawiem - a wąchałam już niejedną obrzydliwą rzecz.

Koniec końców psy smacznego papu z kilkutygodniową padliną nie dostały. Cichaczem - jak zwykle, zostało wszyściutko wylane do szamba.

Bo szkoda mięska... TFU!

Skomentuj (30) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 126 (136)

#80786

(PW) ·
| Do ulubionych
O tym, jak w szkole zabija się nieszablonowe myślenie.

Na lekcjach WOS-u w gimnazjum, w poprzedniej dekadzie, Pani kazała nam przygotować projekt produktu - od wyglądu, poprzez opis, aż do haseł reklamowych. Zaproponowała rysowanie, wyklejankę, wycinankę. Od zawsze miałam smykałkę do sztuk plastycznych, jednak w okresie gimnazjalnym zaczęłam swoją przygodę z grafiką komputerową. Zdecydowałam więc, że pokażę mój produkt bardziej profesjonalnie niż reszta klasy. Wykonałam samodzielnie logo, które wraz z innymi informacjami umieściłam na opakowaniu skopiowanym z internetu. Zaprojektowałam ulotki z tekstem, obrazkami. A że wybrałam podkład do twarzy jako swój produkt, na ulotkach dodałam samodzielnie przerobiona twarz, z jednej strony wygładzoną, idealną, a z drugiej z pryszczami, zaczerwieniami.

Byłam dumna ze swojej pracy, spędziłam nad tym dużo czasu. Może nie wyglądało to jak profesjonalna reklama, ale jak na osobę, która zaczynała swoją przygodę z Photoshopem - całkiem dobrze. Zadowolona oddałam pracę. Po tygodniu nauczycielka podała oceny.

Dostałam 3. Poszłam po lekcji do nauczycielki, zapytać się czemu. Stwierdziła, że wszystkie obrazki, łącznie z logo, ulotką i przerobioną twarzą były pobrane z internetu. Ledwo wyciągnęła mi te 3, ze względu na dobry opis produktu. Gdyby nie to, prawdopodobnie dostałabym 1. Nie chciała słuchać, że sama wszystko własnoręcznie wykonałam w komputerze. Stwierdziła, że trzeba było wszystko narysować ołówkiem.

szkoła

Skomentuj (24) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 85 (105)

#80759

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia bardziej śmieszna jak piekielna, chociaż trochę podpada pod znęcanie fizyczne nad bezbronnym sprzętem elektronicznym.

We wrześniu sprzedałem człowiekowi laptopa. Sprzęt fajny, zadbany i dodatkowo z wlutowanym nowym układem graficznym, więc będzie służył jeszcze parę lat. Człowiek zadowolony, ja również, mogłoby się wydawać sprawa zamknięta. W ostatnim tygodniu października dzwoni obcy numer, odbieram i okazuje się, że to kupiec od tegoż laptopa z września.

Wypadek przy pracy z komputerem mu się zdarzył i zbił matrycę. Szybki rzut oka na stan magazynowy matryc i mam dwie sztuki takich 17 calowych ekranów więc mówię, że może podrzucić na wymianę. Przywiózł komputer w sobotę około 12 godziny, a odebrał tego samego dnia o 18. W tym momencie sprawa powinna być już zamknięta, ale nie mija 24h od wymiany i dzwoni ponownie z pytaniem czy mam jeszcze jedną taką matrycę. Na początku myślałem, że może jego znajomy ma też komputer na wymianę ekranu, ale nie w 24h zbili nowy ekran.

No dobra jedna jeszcze jest, przywiózł w niedzielę o 19, komputer zabrał w poniedziałek o 18. Sprawa zamknięta, o ja naiwny.

Dwa dni później w czwartek rano dzwoni, że znowu zbili matrycę... Przywiózł tego nieszczęsnego laptopa, jednak ze względu na to, że wyczerpał mój zapas matryc 17 cali, naprawa odłożona do czasu aż przyjdą zamówione dwie sztuki. Po weekendzie przyszły matryce, wymieniłem i okazało się, że w wyniku bicia matryc (roztrzaskana każda jakby młotkiem były uderzane) padł również dysk twardy. Szybki telefon i kazał klient wymieniać. Zabrał sprzęt w poniedziałek około godziny 20.

Przychodzi czwartek godzina 11, a na telefonie znowu znajomy numer, już mi się słabo robi jak od gościa odbieram. Tym razem komputer zalali, wylała im się herbata w okolicy dysku twardego. Próbowali suszyć na kaloryferze, chodził przez godzinę i umarł. Herbatka wlała się w elektronikę dysku twardego i ten tej próby nie przetrwał. Do wymiany kolejny dysk twardy. Laptopa zabrał na następny dzień około 11.

Jak na razie odkąd zabrał sprzęt po raz ostatni minął tydzień czasu, a ja się zastanawiam czy to był już ostatni raz? W sumie jeszcze tyle można zepsuć w nim. W ciągu około 2 tygodni na naprawy facet zostawił 560zł, komputer kupił we wrześniu za 400zł :)

EDIT: Po tygodniu spokoju przed chwilą dzwonił, ponoć tym razem go tak rozp... rozwalili, że nie ma co składać, zwłoki ma dostarczyć do odkupienia na części :)

serwis

Skomentuj (24) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 92 (104)

Podziel się pozytywnymi historiami na
WSPANIALI.pl

Piekielni