Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

 

#79364

(PW) ·
| Do ulubionych
Byłam rano w jedynym w tej wiosce sklepie spożywczym - dosyć dużym, celem zakupu jakiegoś świeżego pieczywa i kilku innych rzeczy.

Budowa sklepu jest następująca - wejście, po dwóch stronach półki z napojami, na wprost kasa. Na prawo od kasy taki jakby "zawinięty" przedsionek z wędliną, na lewo z pieczywem i warzywami. Co ważne - zza kasy nie widać kto co bierze; kamery są ale ogólnie rzadko kiedy zdarzają się jakieś kradzieże.

Podchodzę do bułek, biorę kilka do reklamówki. Obok mnie pani (powiedzmy X) z dzieckiem. Pani przebiera w warzywach, w czasie gdy brzdąc (na oko z 5 lat)- wybiera bułki, NADGRYZA JE i wrzuca tam gdzie były.
Ja- Proszę pani, czy pani widzi co robi pani syn?
X- Jaki syn?! To mój wnuk!
Ja- Pani wnuk nadgryza świeże bułki.
X- No i? Niech sobie dziecko popróbuje...
Ja- Pani chyba żartuje. Powinna pani teraz zapłacić za te bułki.
X- Co ty mnie będziesz pouczać gówniaro?! PRZECIEŻ TO TYLKO DZIECKO.

Zgłosiłam do kasjerek, pani najpierw wypierała się, twierdziła że nie wie kto to zrobił; jednak po oświadczeniu, że może obejrzymy zapis z kamer, za wszystkie nadgryzione bułki musiała zapłacić, oczywiście z wielką awanturą i oświadczeniem, że jej noga już tu więcej nie postanie.

PRZECIEŻ TO TYLKO DZIECKO ;)

dzieci sklep dorośli

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 234 (236)

#79363

(PW) ·
| Do ulubionych
Ode mnie dzisiaj krótka historia o wypożyczaniu jachtu żeglarskiego, ale na początek odrobina wyjaśnienia dla niewtajemniczonych.

Jacht żeglarski oprócz napędu żaglowego (wiatr -> żagiel -> wiooo do przodu) posiada również napęd motorowy: silnik przytwierdzony do rufy jachtu działający na paliwo (benzyna lub mieszanka oleju z benzyną). Silnik jest niezbędny żeby manewrować w takich miejscach jak port czy wąskie kanały wodne.

Chartery wynajmujące jachty najczęściej w umowie z wynajmującym zawierają informację, że klient dostaje pełen kanister paliwa (niekoniecznie zbiornik przy silniku) i ma oddać pełen kanister paliwa.

Historia właściwa: odbieraliśmy właśnie jacht, kiedy byliśmy świadkami wielkiego nieszczęścia innych żeglujących, którzy właśnie dostali swój rydwan bojowy i chcieli wyjść z portu. Wyszło na to, że mieli pusty zbiornik paliwa przy silniku, ale im to niestraszne: przecież jest pełen kanister, który dostali wraz z jachtem.

Nalali, odkręcili kranik paliwa, odpalili silnik.
Wrr wrr, tss...
Silnik poszedł do nieba dla silników, bo został napojony wodą z jeziora zamiast paliwem.
Tak, poprzedni użytkownicy tego jachtu zaoszczędzili jakieś 30zł na kanistrze paliwa, żeby teraz skazać biedną maszynę na zagładę.

Ludzie się zbiegli, bosman przybiegł i złapał się za głowę, ale niewiele mógł w tamtym konkretnym momencie na to poradzić.

Z tego co mi się udało później dowiedzieć to ekipa co padła ofiarą Januszy Oszczędności dostała nowy jacht, a właściciel charteru będzie dochodził danych Januszy na podstawie numeru patentu żeglarskiego o odszkodowanie.

jezioro żeglarstwo Janusz Biznesu

Skomentuj (20) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 155 (155)

#79133

~kasinka ·
| Do ulubionych
Dworzec Wileński, środek dnia, Warszawa. Będzie obrzydliwie.

Mieszkańcy Warszawy na pewno znają okolice Dworca Wileńskiego. Początek II linii metra, PKS-y i centrum handlowe, w którym zaopatruje się wielu. Okolice przystanku przypominają targowisko w Rumunii - obrzydliwe ciuchy sprzedawane "z ręki", spodnie na wielorybie tyłki i perfumy zawinięte z drogerii. Obok pączki i warzywka nasycone pyłami i oparami z przejeżdżających samochodów i autobusów. Dobiegnięcie do swojego środka komunikacji graniczy z cudem, bo trzeba przebrnąć niezły labirynt ze stoisk. Poza tym syf, bród i ubóstwo.

Ale to nic.

Wracałam niedawno z zakupów i co? Do stadka dołączyła grupa meneli, ale nie... to nie byli panowie żule, z którymi można pogadać o życiu i od czasu do czasu zagajający "szefowo, masz dziesięć groszy?". To najgorsza z możliwych patola - śmiechy, chichy, alpaga, aż strach przejść. Jeden z nich wysyczał nagle "a pier...", zdjął spodnie i zaczął robić dwójkę. Na oczach tłumu ludzi, dzieci i starszych. Tuż za przystankiem.

Straż miejska nie przyjeżdża, bo nawet jak ich zgarną, to ci zaraz wracają na miejsce. Syzyfowa praca. To samo ze sprzedawcami pączków. Mandat raz dziennie i wsio. W takim razie po co ta służba w ogóle istnieje?

Szkoda słów.

sklepy

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 51 (85)

#79168

(PW) ·
| Do ulubionych
Wczoraj widziałam kobietę, której kolor skóry i twarz mocno wskazywały na to, że pani postanowiła zbyt szybko nadrobić zaległości w opalaniu i przypomniała mi się historia sprzed roku.

W lecie udało mi się na parę dni wyrwać i polecieć do taty - taki przyjemny wypad i czarnomorski relaks. Pewnego razu na plaży przed nami rozłożyło się małżeństwo. Kobieta słysząc, że rozmawiamy po polsku zagaiła rozmowę - takie wakacyjne bla bla bla, że ciepło, ładnie, że w hotelu, w którym mieszkają nie ma Polaków, więc jest trochę zawiedziona, chcieliby sobie pogadać, bo na co dzień nie mają kontaktu z rodakami itd... Rozmawiałyśmy z pół godziny, było koło 14 - ja z tatą i jej mąż pod parasolami pani na leżaku w słońcu.

Poszłam popływać. Kiedy wracałam z jakieś pół godziny później widziałam, że kobieta ma już lekko zmieniony kolor skóry. Delikatnie zasugerowałam zejście do cienia, kobieta obejrzała siebie i stwierdziła, że wszystko OK.

Poinformowałam ją, że tu słońce bywa dużo ostrzejsze niż się wydaje, kobieta jeszcze raz zapewniła, że wszystko w porządku, jednak na szczęście po jakimś czasie przesunęła leżak pod parasol.

Następnego dnia schodząc na plażę, zobaczyliśmy, że nowo poznany facet do nas macha, pokazując na wolne leżaki obok nich. Jednak nastąpiła pewna zmiana. Zamiast z żoną na plażę przyszedł ze ślicznym różowiutkim prosiaczkiem. Ku mojemu zdumieniu prosiaczek znowu wystawił swoje powabne kształty na słońce twierdząc, że tak ma - najpierw opala się na różowo, a potem brązowieje. W międzyczasie okazało się, że facet ma poważny problem z wypożyczonym samochodem - padł mu akumulator, bo zapomniał wyłączyć radia.

Panowie zeszli z plaży, mój tata zajął się organizowaniem pomocy, a prosiaczek w tym czasie opalaniem, na szczęście krótkim. W ramach rewanżu za pomoc, zostaliśmy zaproszeni wieczorem do knajpy. Facet znowu nas zaskoczył. Zamiast z prosiaczkiem, do którego już się przyzwyczailiśmy, przyszedł z buraczkami. Mina buraczków i sposób chodzenia wskazywała, że mocno piecze, dlatego nie zdziwiłam się jej prośbie, czy nie poszłabym z nią do apteki. Najdziwniejsze jest to, że oprócz kompletnego skretynienia w kwestii pięknej opalenizny, buraczki sprawiały wrażenie sympatycznej i inteligentnej kobiety.

Skomentuj (5) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 97 (139)
Ja wiem, że kobietom w ciąży, zwłaszcza tej zaawansowanej, należy ustępować miejsca w komunikacji miejskiej czy przepuszczać w kolejce do kasy, jeśli o to poproszą (poproszą, a nie nakażą, bo im się NALEŻY). Zazwyczaj w/w rzeczy robię sama z siebie, jeśli zauważę takową kobietę lub jeśli nie muszę być nigdzie na już, a potrzebowałam wyskoczyć pilnie do sklepu.

Jednak coraz częściej mam wrażenie, że niektóre kobiety w ciąży uważają się za pępki świata, którym wszystko się należy.

Ostatnio wracałam tramwajem do domu po dość wyczerpującym dniu, zajęłam jedno z wielu wolnych miejsc w przedziale i zapatrzyłam się w okno, marząc o tym, by znaleźć się już w łóżku z kubkiem herbaty w dłoni. Po przejechaniu jednego przystanku słyszę nad sobą:

- A ty jesteś w ciąży, że siedzisz?! Ustąp mi miejsca.
Spoglądam lekko zaszokowana w stronę głosu i widzę "panią w stanie błogosławionym", bez słowa wstaję, bo nie chciałam wdawać się w zbędne dyskusje. Myślę sobie - może na tym przystanku wsiadło tyle osób, że wszystkie inne miejsca zapełnione? Ale nie, przedział dalej praktycznie w połowie pusty, a pani musiała przejść od drzwi środkowych prawie na sam początek, by mnie "ochrzanić". No cóż, mam nadzieję, że wygodnie jej się siedziało.

komunikacja_miejska ciąża

Skomentuj (21) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 107 (153)

#79157

(PW) ·
| Do ulubionych
Już dziś pisałam, ale mam historyjkę sprzed chwili.
Ciocia natura wpadła z comiesięczną wizytą, tak więc naszła mnie ochota na ziemniaczany przysmak.

Sklep mam pod blokiem, więc portfel w dłoń i biegnę. Na miejscu dokładnie oglądam półkę pełną chrupków, dokładnie opisanych, i widzę na przedostatniej niewielkie paczuszki lays'ów, a tuż pod nimi etykietki z logiem "lays" i cena 4,00. Na ostatniej półeczce były jeszcze cheetosy, ale nie miałam na nie ochoty.

Chwyciłam paczuszkę i podchodzę do kasy. Pan sprzedawca kasuje i słyszę... 4,90.

No chwila, zerkam jeszcze raz i cena jak byk na karteczce z logiem lays wynosi 4,00. Zahaczam więc o ten fakt i słyszę że: "no bo wie pani, to albo stara cena albo dotyczy cheetosów. No ja nie mogę nic z tym zrobić, nie ma opcji, że pani nabiję te chipsy za 4,00, bo z własnej kieszeni będę dokładał".

1. Już nie chodzi mi o to 90 groszy, ale pracowałam w handlu latami i wiem, że jak przy danym produkcie widnieje cena 5 zł, to klient MA PRAWO kupić to za 5 zł a nie za 6, mylić się rzeczą ludzką, osobiście po takich akcjach leciałam zmieniać cenę na prawidłową.

2. Jeśli cena widnieje na etykiecie dajmy na to mleka, to ostatnią rzeczą o jakiej pomyślę jest to, że dotyczy maślanki, w dodatku innej firmy. No kurka, jak mogłam się nie domyślić...

3. Dla tych co zarzucą mi, że pewnie jednorazowa sytuacja a ja się czepiam. Jestem w tym sklepie niemalże codziennie, i często zerkam na tą półkę, bo jestem na diecie i ze sobą walczę, paczuszki smakowe się zmieniają, cena nie.

Chipsów nie kupiłam.

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 130 (176)

#79130

(PW) ·
| Do ulubionych
Jako że sam niedługo zmienię pracodawcę (klamka zapadła), przypomniał mi się Mareczek (imię zmienione), który przez kilka tygodni pracował w firmie, w której ja spędziłem kilka lat.

Mareczek został zatrudniony w ramach interwencji z Urzędu Pracy. Szef mój postanowił wejść we współpracę z Urzędem Pracy. Spośród przedstawionych kandydatów wybrał Mareczka, gdyż Mareczek jako jedyny został polecony przez wieloletniego pracownika firmy (jakiś dalszy członek rodziny Mareczka).

Gdy już się u nas pojawił, z kolegami wypytaliśmy go o jego kompetencje - chcieliśmy nowemu członkowi zespołu informatyków znaleźć zajęcie adekwatne do jego wiedzy, doświadczenia i/lub zainteresowań. Niestety, pomimo zrobienia licencjatu (tak, licencjatu) z informatyki nie umiał praktycznie nic. Sieci, bazy danych, systemy operacyjne, programowanie, tworzenie stron internetowych - nic z tego nie umiał, nic go nie interesowało. Komputerów składać nie umiał, podobnie czarną magią dla niego była instalacja systemu operacyjnego Windows i sterowników.

O samym fakcie istnienia Mareczka dowiedziałem się pierwszego dnia po powrocie z urlopu. Okazało się, że Mareczek już od tygodnia pracował. No ok. Razem z innym kolegą mieliśmy jechać na dwa samochody do stolicy (jeden z nich miał być odstawiony na kilka godzin do serwisu). Mareczek miał jechać z nami i wsiadł do mojego samochodu.

Zanim jednak opuściliśmy miasto, w którym mieściła się siedziba firmy, poprosił o zatrzymanie się przy jakimś spożywczaku. Pomyślałem sobie, że pewnie chce kupić śniadanie albo mu się papierosy skończyły (jeśli palił). Gdy wyszedł ze sklepu, nie widziałem żadnej siatki, więc założyłem, że papierosy/batona/bułkę schował do kieszeni. Po przejechaniu kilku kilometrów opadła mi szczęka. Patrzę, a Mareczek wyciąga małpkę (mała, płaska butelka wódki w kształcie piersiówki) i pyta mnie, czy mam ochotę (ja prowadziłem auto). Ponieważ odmówiłem, sam wziął kilka łyków. Zaskoczyło mnie to bardzo, gdyż w firmie nie było zwyczaju picia (owszem, zdarzały się wyjątki, np. imieniny któregoś pracownika, które były "wyprawiane" w biurze po godzinach pracy). Co więcej, Mareczek widział mnie pierwszą godzinę, nie znał mnie, równie dobrze mogłem być jakimś przydupasem szefa, który donosił na wszystkich.

Po jakiejś godzinie dojechaliśmy do serwisu na obrzeżach Warszawy (generalnie trochę firm, zero sklepów itd.). Kolega z drugiego auta poszedł załatwiać sprawy w serwisie, ja z "młodym" zostałem w samochodzie. W pewnym momencie wyszedł na spacer. Bardzo chciał do spożywczego. Powiedziałem mu, że w okolicy nie ma sklepów, a za pół godziny będziemy pod jedną z filii firmy, gdzie aż roi się od sklepów. Mimo wszystko poszedł. I zniknął. Kolega wrócił z serwisu, wsiadł do mojego auta i pyta, gdzie młody. Po 15 minutach się pojawił. Kilka minut po odjechaniu wyjaśniło się wszystko. Nie wiem, jakim cudem to zrobił, ale na tym odludziu znalazł sklep. I kupił. Drugą małpkę. I nas chciał poczęstować. Nie mam pojęcia, kiedy zdążył opróżnić poprzednią.

Kilka godzin później odebraliśmy samochód z naprawy, kolega przesiadł się do niego, a Mareczek ze mną wyruszył w drogę powrotną. Zanim zdążyliśmy wyjechać z Warszawy, poprosił o zatrzymanie się na stacji benzynowej. Myślicie, że chciał do toalety? Ja tak myślałem. Kolejny raz tego dnia byłem w błędzie. Zanim dojechaliśmy do siedziby firmy, opróżnił trzecią już tego dnia małpkę. Po pracy oczywiście wsiadł w samochód i pojechał 20 km do swojego domu.

Następnego dnia przyjechał do pracy w stanie wskazującym. Na siłę odwieźliśmy go do jego miejscowości. Jednak nie chciał wskazać, który dom jest jego, więc wysadziliśmy go we wskazanym przez niego miejscu. Następnego dnia miał do nas wielkie pretensje. Po tym, jak go wysadziliśmy, poszedł pić do pobliskiego baru. Zanim dotarł do domu, podobno został napadnięty i okradziony. Według jego filozofii nie doszłoby do tego, gdybyśmy go nie zawieźli. Podejrzewaliśmy, że chciał wymusić na nas telefon służbowy. Był bardzo niezadowolony, gdy zamiast ajfona (część pracowników biura miała służbowy) dostał podstawowy model Nokii.

Żeby szef go nie oglądał na oczy, zabierałem Mareczka ze sobą do filii, w której w tamtym czasie rozprowadzałem sieć komputerową (przeciąganie kabli, zarabianie końcówek itd.). Mareczek nie rozumiał, czemu nie pozwalałem mu wchodzić na drabinę (miał problemy ze staniem prosto, gdy "przytrzymywał" drabinę, na której stałem). Gdyby spadł z drabiny i coś sobie zrobił, firma miałaby problem...

Koniec końców cierpliwości szefostwa wystarczyło na zaledwie kilka tygodni. Żeby mu nie napsuć w papierach, umowa została rozwiązana bez wzmianki o alkoholowych problemach Mareczka. Poskutkowało to tym, że Urząd Pracy zerwał współpracę z moją firmą, która miała Mareczkowi zapewnić pracę przez rok chyba.

P.S.: Nie znam szczegółów współpracy mojego byłego pracodawcy z Urzędem Pracy, więc mogłem coś przekręcić, ale cały sens historii się zgadza.

EDIT: Po przeczytaniu niektórych komentarzy muszę coś dopisać:
- szef wiedział o zamiłowaniach Mareczka (nie od pierwszego dnia, ale szybko się dowiedział),
- decyzją mojej przełożonej zabierałem go z biura, żeby nie denerwować szefa,
- według mojej wiedzy jeden raz przyjechał do pracy pijany i ten jeden raz został odwieziony przez pracowników,
- na moich oczach pił tylko tego jednego, opisanego dnia i nie wiedziałem jeszcze wtedy (to był mój pierwszy dzień po urlopie), że jeździ samochodem do pracy.

Mazowsze

Skomentuj (20) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 67 (87)

#79114

(PW) ·
| Do ulubionych
Kolega pracuje w ochronie marketu. Ochroniarz, wydawałoby się, ma zadbać o spokój na powierzonym mu terenie - uspokoić agresywnego klienta, udaremnić złodziejską akcję, sprawdzać na kamerach czy klienci nie zapomną za coś zapłacić, ot takie tam "ochronne" sprawy.
Po markecie snuje się w granatowym mundurze z naszywkami "OCHRONA", nie ma bata żeby pomylić go z kimś innym - z obsługą sklepu, sprzątaczem czy informacją.
Wczoraj siedzimy ze wspomnianym kolegą i jakoś go zebrało na opowieści z pracy. Od razu zaznaczyłam, że wrzucę na Piekielnych, zgodę otrzymałam ;)

1. A te kwiaty to dobre na balkon będą, czy lepiej na działce posadzić? (pytanie dotyczyło jakiś nasion kwiatów).
2. Ten krem dobry będzie dla dziecka, nie wie pan? (dział "dla dzieci", milion pieluch, chusteczek, kremów itp., ten konkretny krem z wizerunkiem uśmiechniętego bobasa na wieczku z pewnością przeznaczony jest dla pań po 50 rż.)
3. Wie pan co, żona kazała mi jakieś podpaski kupić, chłonne, mógłby pan coś polecić? (taaaa... mężczyzna z pewnością doskonale rozróżnia symbole na typowo kobiecych akcesoriach higienicznych).
4. To mydło nie uczula? (kogo uczula to uczula, ochroniarz z pewnością wie, czy to konkretne na tego konkretnego klienta zadziała uczulająco czy nie).
5. Proszę mi podać wózek, bo weszłam po jedną rzecz, a tu się mi już trochę nazbierało, a mi się nie chce iść na drugi koniec sklepu (no już leci pędzi, w końcu premię dostaje nie za złapanego złodzieja, tylko za każdy wózek podstawiony klientowi pod dziób).
6. Ile minut gotuje się bób?
7. A te truskawki to słodkie? A ta ryba to tłusta? (dział mrożonek, żeby było śmieszniej).

Pytania typu "Gdzie znajdę produkt X", "Do kiedy to ważne" czy "Po ile to jest" są nagminne, jeszcze jesteśmy w stanie je zrozumieć - snując się po sklepie przez kilka godzin, ochroniarz może wiedzieć gdzie produkt X stoi, może też, z czystej ludzkiej życzliwości odczytać datę czy cenę, z małą czcionką starsza osoba ma problem.
Ochrona to ma fajnie :)

sklepy

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 109 (159)

#79177

(PW) ·
| Do ulubionych
Fundacja Pro - Prawo do życia prowadzi swoją antyaborcyjną kampanię przy pomocy bardzo drastycznych billboardów i plakatów pokazujących między innymi rozerwane płody. Jakiś czas temu fundacja była dość aktywna w Krakowie, a ludzie fundacji pozostali zupełnie głusi na apele, żeby ze względu na małe dzieci, zmienić wygląd plakatów i nie komplikować życia rodzicom małych pociech.

Teraz jednak geniusze z fundacji poszli dalej. Ze dwa dni temu widziałam ich billboard przy autostradzie w okolicach Wrocławia. Kiedy wyraziłam tym oburzenie w rozmowie z kolegą, ten opowiedział mi jak kiedyś jadąc samochodem natknął się na pikietę fundacji tuż przy samej drodze. Oczywiście każdy ma prawo do wyrażania własnych poglądów. Jeśli jednak ktoś epatuje drastycznością, przekładając zdrowie i bezpieczeństwo kierowców nad regulację prawną, która w przyszłości ochroni życie hipotetycznych, niepoczętych jeszcze dzieci z np. wadami letalnymi, to jednak policja i władze lokalne powinny szybciej działać.

Skomentuj (66) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 142 (218)

#79295

(PW) ·
| Do ulubionych
Przeczytałam dziś artykuł, w którym pewien pan socjolog twierdzi, że klasa średnia demonizuje i stygmatyzuje ludzi biednych, że ich sytuacja życiowa nie wynika z lenistwa, cwaniactwa, roszczeniowości. Mocno się zdenerwowałam, gdyż mieszkając tu gdzie w tej chwili mieszkam wychodzę z założenia, że nie potrzeba ludzi biednych stygmatyzować, ponieważ doskonale robią to sami.

Wynajmuję mieszkanie w starej, prywatnej kamienicy w centrum dużego miasta, w dzielnicy określanej przez pozostałych mieszkańców jako dzielnica patologii. Generalnie oprócz kilku mieszkań własnościowych wszystkie mieszkania w kamienicy są na wynajem, tanie, więc przekrój społeczny duży - od starszych ludzi, których nie stać na mieszkanie w dobrej dzielnicy ale za bogatych na lokal komunalny, przez studentów, ludzi takich jak ja składających na własne M po ... no właśnie, tutaj dochodzimy do grupy społecznej rzekomo przez pozostałych stygmatyzowaną.

Kiedy się wprowadziłam za ścianą miałam pana, który został w kamienicy zakwaterowany jeszcze za czasów PRL. Czynny alkoholik, rzecz jasna od dekad nie zapłacił ani grosza za mieszkanie, na mocy ustawy o ochronie praw lokatorów nie mógł zostać z mieszkania zwyczajnie wyrzucony, mógł mieszkać do czasu znalezienia przez miasto lokalu socjalnego, a że lokali takich jak na lekarstwo, pan doprowadził mieszkanie do stanu ruiny. Od lat miał odciętą wodę, gaz i prąd, bo oczywiście nie płacił za media. Jak żył zimą - nie wiem. Wiem jedynie, że po pijaku słowo "ku**a" było słowem, które słyszałam zza ściany najczęściej. Panu zmarło się z przedawkowania alkoholu, został znaleziony na środku chodnika przez kolegów od kieliszka. Ekipa, która robiła remont w tym mieszkaniu wchodziła do mieszkania dwa razy, pierwszy zakończył wymiotowaniem przez dwóch robotników i stwierdzeniem, że nie będą w tym mieszkaniu pracować. Dlaczego? Oprócz robactwa ściany umazane odchodami, krwią, zapchany kibel, zasikane, zasrane deski na podłodze, smród, syf, wszędzie flaszki, puszki, pety, śmieci i czego jeszcze dusza zapragnie. Pozostaje cieszyć się, że robactwo nie rozlazło się na całą kamienicę. Powiecie skrajny przypadek? Czytajcie dalej.

Krótko po moim zamieszkaniu do kamienicy wprowadziła się pani z czwórką dzieci. Wtedy jeszcze pracowała, wiem to od dzieci, które często spotykałam w parku z psem, a które chętnie o sobie opowiadały. Kiedy wprowadzono 500+ pierwszą rzeczą jaką pani zrobiła było rzucenie pracy. W tym mniej więcej momencie zaczął pojawiać się nowy tatuś, dzieci zaczęły coraz częściej same, bez nadzoru przebywać na podwórku od rana do późnej nocy. Hałas był niemiłosierny ("studnia" w kamienicy), na podwórku wieczny syf, państwo zrobili sobie z niego przedłużenie mieszkania. Nikt jednak nie reagował gdyż żadnych libacji nie było, poza tym to tylko dzieci... Jakiś czas temu pojawiło się kolejne dziecko, owoc miłości pani i nowego tatusia. Pani lat 33 postanowiła ojcem uczynić chłopca, który jak się później okazało sam potrzebował opieki mamy, głową rodziny wielodzietnej został w wieku 22 lat. Niby nic zdrożnego, jeśli się kochają, dzieci są zaopiekowane, nie chodzą głodne czy brudne, ale oczywiście pan również bezrobotny. A jak dowiedziałam się od ich sąsiadki, dzieci jednak nie miały lekko gdyż zwroty do nich w stylu "wypier*** bo ci przyj***", "ty ku***" do 3-letniej dziewczynki były na porządku dziennym.

Ja tego nie słyszałam, bo jak mówiłam dzieci widywałam na podwórku lub w parku, matkę widziałam może raz na miesiąc, tatuś wieczorami przesiadywał z kolegą pod klatką, jednak zawsze słyszałam "dobry wieczór", wydawali mi się spokojną, biedną rodziną. Wydawali. Co więcej jakiś czas temu wyprowadzili się. Ukradli właścicielowi z mieszkania wszystkie meble, łącznie z klamkami od drzwi i bateriami w łazience, zostawiając mieszkanie do kapitalnego remontu z długiem w wysokości 18 000zł. Dług nie odzyskania, gdyż państwo do pracy się nie palą. Do tego trzeba wliczyć koszty remontu. A gdzie się wyprowadzili? Jako rodzinie wielodzietnej miasto przyznało państwu lokal komunalny o metrażu 110m kw. w świeżo wyremontowanej kosztem kilku baniek zabytkowej kamienicy. Ciekawe w jakim tempie doprowadzą owe mieszkanie do stanu sprzed remontu, ale chyba szybko.

Kolejny przykład pana, który jak sam o sobie mówi, jest biedny. Jest biedny bo nie stać go na parking na podwórku kamienicy, ma kartę miejską i parkuje przed kamienicą na ulicy. Jest biedny, bo nie ma dla niego pracy, jest spawaczem. Kiedyś pracował ale musiał daleko dojeżdżać. Teraz nie musi nawet wstawać, bo razem z żoną mają wszystkie możliwe zasiłki i dofinansowanie do mieszkania. W związku z tym pan nie będzie pracował jak ten - cytuję - staruch co za to, że tu może mieszkać sprząta to g**no na podwórku. Ja tu mogę mieszkać, bo nikt nie może mnie wyrzucić - i tu uśmiech nr. 5.

Mieszkając w takiej dzielnicy takich obrazków można oglądać setki, zwłaszcza, że dookoła oprócz kilku prywatnych kamienic są same komunalne. Na osiedlowych sklepach czy marketach już drugi rok wiszą ogłoszenia o chęci zatrudnienia pracownika, bezrobotnych masa, ale chętnych do pracy brak. Osobiście oprócz tych wszystkich biednych znam tylko jednego człowieka, właśnie tego "starucha", który z właścicielem kamienicy dogadał się, że nie będzie płacił za mieszkanie, ale będzie to odpracowywał sprzątając wspomniane podwórko i klatki schodowe, bo ma za małą emeryturę żeby za mieszkanie płacić regularnie, a nie chce mieć długów. Jeden jedyny uczciwy człowiek w masie opowieści sąsiadów, znajomych o cwaniactwie, lenistwie, roszczeniowości, kradzieżach, alkoholizmie.

Ale to my, pracujący ludzie stygmatyzujemy biednych, bezrobotnych przecież rzekomo nie z własnego wyboru. Nie, oni bardzo skutecznie robią to sami, doczepiając łatkę tej garstce prawdziwie biednych, którzy bardzo się starają zamiast wyciągać łapy po darmowy wikt i opierunek. Niesprawiedliwe to jest ocenianie nas, pracujących, klasę średnią czy jakąkolwiek inną jako nieempatycznych, zadufanych w sobie egoistów gdyż nie godzimy się na marnotrawienie naszych ciężko zarobionych pieniędzy. I taki układ ja pracuję - ty wydajesz nazywa się sprawiedliwością społeczną.

bieda bezrobocie patologia

Skomentuj (17) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 156 (186)

Podziel się pozytywnymi historiami na
WSPANIALI.pl

Piekielni