Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Logowanie
X  
Login:
Hasło:
 
  Nie masz konta? Zarejestruj się
Zapomniałeś hasła? Odzyskaj hasło
Nie dostałeś linku aktywacyjnego? Wyślij go ponownie

 

#59280

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia sprzed kilkunastu lat. Mam koleżankę, którą wychowywał dziadek. Mieszkali w kilkupiętrowej kamienicy. Antena tv była oczywiście na dachu. Co jakiś czas, czy to z powodu wiatru, czy innych sił, antena przekręcała się i obraz w telewizorze zaczynał "śnieżyć". Dziadek koleżanki szedł wtedy do mieszkającego po sąsiedzku żulika - pana (M)iecia, dawał mu na flaszkę, pan Miecio wchodził na dach i poprawiał antenę. Wszyscy byli zadowoleni.

Któregoś dnia dziadek wracając do domu usłyszał rozmowę pana Miecia i jego kolegów, "okupujących" murek przy śmietniku.

M: - ... i jak mi zbraknie na flaszkę, to idę na dach, przekręcam antenę i niedługo ten spod 9 przychodzi, żeby mu ją poprawić. I interes się kręci.

Dziadek kupił antenę satelitarną i zamontował za oknem. Interes przestał się kręcić.

sąsiedzi

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 715 (Głosów: 745)

#59270

(PW) ·
| Do ulubionych
Jak już pisałem w tej http://piekielni.pl/59095 historii moja sąsiadka ma bardzo wyczulony słuch. W szczególności w godzinach nocnych. Jak bardzo po raz kolejny przekonałem się wczoraj.

Siedzę w nocy i się uczę, bo dzisiaj od rana trudne laborki. Pan prowadzący też trudny. Wejściówki siłą rzeczy też bardzo trudne, a jak nie zaliczysz nie wchodzisz do pracowni. Nie zostaje więc nic jak siedzieć po nocy i się uczyć. No i tak siedzę i koło północy czuję jak zaczyna mnie głowa boleć. Nie wiem czy od nadmiaru wiedzy, powodującej rozrost mózgu czy od niewyspania czy tak po prostu, bez wyraźnej przyczyny. Koło 1 w nocy się zaczęło robić dosyć nieciekawie. Szukam po mieszkaniu tabletek. Ja swoich nie mam, współlokatorzy też nic nie mają. No to trudno. 10-15 minut dalej jest sklep nocny, na pewno coś będą mieli. Więc ubieram się i idę.

Tabletki kupiłem, w drodze powrotnej od razu dwie łyknąłem i wracam. Po niecałych 30 minutach znowu jestem w mieszkaniu. Kilka minut później słyszę dzwonek do drzwi. Od razu domyślam się kto i w jakim celu nas odwiedził, wiec idę otworzyć.

[P]olicjant: Dobry wieczór, dostaliśmy wezwanie w sprawie zakłócania ciszy nocnej. - Po minie widziałem, że musiał się powstrzymać żeby nie powiedzieć na końcu "znowu".
[J]a: No słyszy pan jaką dziką imprezę organizujemy właśnie - w mieszkaniu cisza jak makiem zasiał. Jeden współlokator się uczy, drugi gra w LOL-a.
[P] No, więc dlaczego zostaliśmy wezwani?
[J] Jakieś pół godziny temu wyszedłem z domu do sklepu. Widocznie za głośno tupałem na klatce schodowej. Niestety, ale za wysoko żebym mógł balkonem wychodzić.
[P] My chyba w końcu panią odwiedzimy i wytłumaczymy, że każdy najmniejszy szmer po 22 to nie powód do wzywania policji.

Skomentuj (21) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 601 (Głosów: 637)

#59239

(PW) ·
| Do ulubionych
Z serii - czemu ludzie wzywają policję:

1) "Bo żona mnie zdradza..."
Awantura domowa, zadzwonił mąż, ale to żona płacze, jest roztrzęsiona i wystraszona. Mąż twierdzi że żona go zdradza, żona twierdzi że spotkała się w sprawie pracy. Mąż pokazuje nam nagranie jak śledził żonę, zza jakichś krzaków. Żona odstrojona, z dekolcikiem, uśmiecha się do eleganckiego pana, ale jedyne co to elegancki pan całuje ją na przywitanie i pożegnanie w rękę. No ale przecież to jest dowód - żona się puszcza! Żona twierdzi że nie wspomniała o spotkaniu, bo mąż by awanturę wszczął i jej nie puścił... A my jak na meczu tenisa - mąż - żona - mąż - żona. W końcu radzimy państwu terapię małżeńską, a jeśli nie to rozstanie, skoro im tak źle. I tu nagle cisza. Oni się nie rozstaną. Bo jak podzielić majątek? A dzielić byłoby co - wielki dom, psy z rodowodem na zadbanym podwórku, nowe drogie samochody na podjeździe. To czego państwo oczekują od policji? - w zasadzie już niczego...

2) "Bo konie nie dają nam przejść..."
Nowy Rok, a że było w tym roku ciepło tak więc grupa studentów wynajęła sobie na wsi, nad wodą domek. Jednakże jedna para musiała się ulotnić tuż po imprezie, także spakowani zaczęli iść w stronę przystanku. Przy drodze w ogrodzeniu pasły się konie. Widocznie też miały udaną noc, bo stukot kółeczek o asfalt pobudził je i zaczęły stawać dęba. I co robi w takiej sytuacji człowiek? No pewnie że dzwoni na policję... Przyjechaliśmy, dla świętego spokoju podwieźliśmy. Bo podobno właściciel jeszcze bardziej zły niż te konie.

3) "Bo na parapecie siedzi jaszczurka..."
Starsza pani z bloku zadzwoniła że na parapecie od zewnętrznej stronie okna siedzi jaszczurka, a ona się boi. Trudno, pojechaliśmy. Pani czeka na schodach, my staramy się tłumaczyć, że jaszczurka nie jest raczej staruszkożerna i jak sama wlazła to i sama zejdzie. A starsza pani - no jak to? Ta jaszczurka ma z metr długości!! Jak się okazało, sąsiadowi legwan wyszedł na spacer...

policja

Skomentuj (29) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 598 (Głosów: 642)

#59163

(PW) ·
| Do ulubionych
Dlaczego warto wstać wcześniej przed pracą?

Wyjazd do wypadku. Wypadek spowodowała kobiecina, która spieszyła się do pracy. Piła po drodze kawę, której nie zdążyła wypić w domu, kubek okazał się przeciekać, więc się poparzyła. Upuściła kubek, ten się otworzył, oblała się wrzątkiem, odruchowo (cały czas jadąc) schyliła się po kubek, kierownica poszła na bok, w efekcie kierująca potrąciła kobietę na pasach i wyjechała na czołówkę - opis zdarzenia na podstawie zeznań sprawcy i świadków.

Żeby nie było zbyt przyjemnie to pani tak była przejęta... swoją pracą, że chciała odjechać żeby się nie spóźnić. Na szczęście ludzka solidarność zadziałała i świadkowie nie pozwolili jej odjechać. Ale przecież "ona widziała, że nikomu nic się nie stało to myślała, że nie musi zostać". Fakt, nikt nie odniósł większych obrażeń - raczej powstały szkody czysto materialne (zniszczone auto, ubrania).

Mało tego. Pani uznała, że nie musi przyjąć mandatu. Niby czemu? Ma syna policjanta! Panowie policjanci, którzy byli na miejscu, jednak nie znali rzeczonego syna i postawili sprawę jasno i wyraźnie. Ciekawe jak długo jeszcze po naszym odjeździe się z nią kłócili...

W każdym razie - wstańcie te 20 minut wcześniej, warto kawę wypić w domu...

praca

Skomentuj (28) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 525 (Głosów: 581)

#59161

(PW) ·
| Do ulubionych
No to przyszła pora na moją historię na temat sprzedaży auta.

Miałam VW z początku ubiegłego dziesięciolecia. Jego głównym mankamentem było to, że był w najbiedniejszej wersji, jaka tylko pojawiła się na rynku. Samochód z wyposażenia dodatkowego posiadał tylko centralny zamek, alarm i elektryczne szyby. W tej swojej ubogości był bardzo niespotykany, bo nawet mechanicy nie mogli uwierzyć, że w ogóle występowały wersje bez wspomagania czy ABS.

W każdym razie przez te braki ciężko było to to sprzedać. W związku z powyższym cena za jaką auto wystawiłam na sprzedaż była niska w porównaniu z innymi egzemplarzami w tym samym roczniku. Informacja o tym, co samochód posiada była wyraźnie zaznaczona.

90% telefonów zaczynało się od pytania o cenę (podaną w ogłoszeniu) i o to ile jeszcze da się urwać. Następnie pojawiało się pytanie jakie auto miało poprawki blacharskie i gdy zgodnie z prawdą odpowiadałam że nie miało, słyszałam wprost że kłamię.
Potem najczęściej słyszałam "klima chodzi?". Pytałam wtedy, o jakiej klimie mówi, że auto nie ma klimy, wspomagania, ABS i nigdzie w ogłoszeniu nie ma o tym mowy. Reakcje były przeróżne:

"To czemu pani od razu nie mówi" - Uhum...

"A to ja pier&%$@" - Twoja wola panie...

"To co ty za gówno wystawiasz" - Brak słów...

"To auto bez wspomagania nie szło" - Jasne, nie szło, sama sobie wszystko z własnej woli wymontowałam, bo wolę bez

Gdy już któryś bardziej kumaty zrozumiał co auto ma a czego nie ma i decydował się je obejrzeć, wcale nie oznaczało to końca problemów.

Sobota. Facet dzwoni, ze już wyjechał z miejscowości oddalonej o 45 km, że za jakieś 30minut będzie. Czekam więc. Mija 45 min, godzina, półtorej. Nic. Pan ani nie dojechał, ani nie zadzwonił. Wciągnęła go czarna dziura.

Ta sama sobota. Koleś dzwoni, że on bardzo chciałby ten samochód, na 100%, na pewno, ale brakuje mu trochę pieniędzy. Błaga, żeby mu auto przetrzymać do poniedziałku, to rano skoczy do banku. W poniedziałek ani telefonu ani faceta.

No i na koniec taki, co zdawał się być kumaty, ale okazało się to tylko wrażeniem. Po wstępnej rozmowie, kiedy to poczęstował mnie hasłem "one nie szły bez wspomagania", postanowił jednak przyjechać. Ogląda, pod maskę zagląda, kierownicą kręci i nadziwić się nie może. Po kilku chwilach wywiązuje się taki dialog: [F] - facet [J]-ja
F - On nie ma wspomagania!!!
J - Przecież tłumaczyłam panu, że nie ma
F - No, ale ja myślałem że się pani nie zna i po prostu nie ma płynu. Przecież one nie szły bez wspomagania!!

No cóż. Jednak szły.

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 433 (Głosów: 457)

#59162

(PW) ·
| Do ulubionych
Właśnie trwa promocja na nasze produkty - klient może negocjować stałe dotąd ceny. Hasło chwytliwe, to i odzew spory.
W praktyce oznacza to kłopoty. Upierdliwych klientów i bałagan, bo ten sam produkt raz kosztuje 170 zł, a innym 210.
Ceną wyjściową jest ta, która obowiązuje na stałe. Bajer polega na tym, że im większy upór klienta i wielkość jego zamówienia, tym bardziej schodzimy z ceny, jednak nie więcej niż 20 % wartości- inaczej będziemy stratni. Ważny też jest rodzaj produktu, bo na niektórych nasz zarobek jest niemal zerowy i klient płaci w sumie za materiały, więc i opuszczać nie ma z czego. Ale zgodnie z zasadą utargować coś można zawsze. Tyle gwoli wyjaśnia.

1) Cyferki wyglądają lepiej niż procenty.
Niby o tym wiedziałam, ale...
Klient składa spore zamówienie, zaczynamy od 5%. Nieee? No kurczę, więcej zejść nie bardzo mogę, ale próbuję. 8%, to już i tak granica rentowności. Nie?! No dobrze, więc co pan proponuje?
Pan chce 300 złotych rabatu. Spokojnie, nie cenę o 300 zł niższą, tylko tyle mniej od ogólnej wartości. Ale 300, ani złotówki mniej!
Sugeruję delikatnie, że procent bardziej się opłaca, więcej zaoszczędzi... A pan patrzy na mnie jak na idiotkę i jak nie ryknie, że on lepiej wie, czego chce! I ma być 300 zł mniej!
W porządku, zafakturowane 300 zł upustu od wartości faktury.
Ile zarobiłby na 8%? Ponad 400. Cóż, próbowałam!
A najgorsze, że ten przypadek odosobniony nie był.

2) Oszczędność ponad wszystko!
Mili państwo zamawiają niezbyt dużą ilość, ale kilka groszy zostanie w kieszeni. Wyliczam im tę oszczędność, żeby jakoś ją zobrazować. Podpytują o ofertę i inne rabaty. Cierpliwie odpowiadam, rozmawia nam się sympatycznie, a i chciałabym żeby byli zadowoleni w stu procentach. I nagle Pani pyta, czy gdyby kupili jeszcze X, to rabat byłby większy. A wiem, że tak. To szybka decyzja, kupują oba produkty. Kwota wzrosła o 200 zł, od tego 16 zł upustu. I tak dołożyła kilka bzdetów, argumentując tym, że kupić i tak kiedyś będą musieli, a tu taka oszczędność!
I zamiast 300zł wydali 1200, by „zaoszczędzić” 168zł. I nawet początkowo protestujący mąż zamilkł.
A mnie zastanawia, po co im trzy różne blaty?

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 362 (Głosów: 418)

#59158

(PW) ·
| Do ulubionych
O tym jak niektórzy ewidentnie powinni poszukać innego zajęcia.

We wtorkowe popołudnie z letargu wyrwał mnie dzwoniący telefon. Numer nieznany, więc z ciekawością odbieram.
- Dzień dobry, tu Diabeł Piekielny, czy rozmawiam z panem Zeusem?
- Tak, proszę pana - odpowiadam znużonym głosem.
- Dzwonię z firmy P... i mam dla pana wspaniałą ofertę... - i tak dalej w ten deseń. Słyszę, że ewidentnie koleś czyta z kartki swoją kwestię, w dodatku niczym adept szkoły podstawowej.- ... czy mam wysłać kuriera?
- Nie, proszę pana - odpowiadam. Po tym konsultant dalej czyta całą ofertę od nowa, po czym kończy ją pytaniem o kuriera... zaprzeczyłem.

Cztery razy działa się ta rzecz. Cztery razy odmawiałem i cztery razy czytał to samo z kartki. Nie starał się podjąć jakiejkolwiek konwersacji ze mną... i w końcu się rozłączył. Ufff...

A gdzie tam!

Dzwoni do mnie zaraz inny numer. Odbieram. To znowu on. Powrócił by mnie dobić. Dwa razy jeszcze powtarzał tę sztukę, dwa razy słowem uderzał, dwa razy odmówiłem.

Rozłączyłem się.

Serio? To teraz płacą Wam za każde wypowiedziane słowo, czy jak?

call_center

Skomentuj (22) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 299 (Głosów: 401)

#59156

(PW) ·
| Do ulubionych
Jeżeli ktoś nie wie jakie są terminy do lekarzy w Polsce, to albo cieszył się dotychczas końskim zdrowiem, albo właśnie obudził się po 25 latach hibernacji.
NFZ od lat kontraktuje za mało świadczeń, chętnych na leczenie jest więcej niż terminów do specjalistów. Ludzie są sfrustrowani i mają rację.

Nagminnie mam przed poradnią sceny gorszące, w których wkurzony pacjent ma do mnie pretensje, że oni płaci składki, a ja nie mam wolnych terminów w najbliższym czasie. Jak robi to w miarę grzecznie to tłumaczę w czym rzecz i jeszcze wskazuję alternatywne miejsca, a czasem nawet dopiszę gdzieś do listy.
Jeżeli robi to niegrzecznie, to nie dyskutuję, tylko daję mu numer do lokalnego oddziału NFZ i zachęcam by zadzwonił i zapytał gdzie są jego pieniądze, a przy okazji gdzie są moje.

Czy naprawdę tak trudno odróżnić lekarza od poborcy podatkowego?

NFZ

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 295 (Głosów: 383)

#59153

(PW) ·
| Do ulubionych
Witam
Otóż na wstępie powiem, że choruję na WZW C - ostatnio popularna choroba zakaźna. Tak BTW - jak 90% chorych których poznałem, dowiedziałem się oddając krew, warto to robić chociażby dla darmowego badania pod tym kątem.

Po kilku latach czekania w końcu NFZ znalazł pieniądze żeby spróbować mnie wyleczyć z tej przypadłości. Leczenie jest długie, trwa od 46 tygodni do 1,5 roku, a w jego trakcie łyka się codziennie garść tabletek i dodatkowo bierze raz w tygodniu zastrzyk. Dlatego też zanim zacznie się leczenie trzeba przejść test kwalifikacyjny do leczenia na oddziale zakaźnym. Ot trzeba porobić wszystkie badania, bo leczenie jednak trwa, jest drogie i ma milion efektów ubocznych. Nazywa się to "trzydniówką", bo jak się pewnie domyśliliście trwa 3 dni. Ja miałem tego pecha, że wyznaczony przez szpital termin moich badań zbiegł się z sesją na uczelni... A że studiuje kierunek ścisły to ilość i poziom trudności egzaminów jest dosyć wysoki. Badania miały zacząć się w poniedziałek i środę po południu miałem być wypisanym... Co mnie uwaliło z 2 egzaminów, które musiałem pisać w II terminie. Pierwszy egzamin był w dzień w który zaczynałem leczenie, zaś drugi dzień po jego zakończeniu... No, ale nic. Zdrowie ważniejsze.

Jakoś od pani doktor wysępię zwolnienie z całego tygodnia, zaniosę na uczelnię, będzie ok. Zakładam od razu, że szpitalu ciężko będzie się czegoś nauczyć, więc egzamin dzień po badaniach od razu odpuściłem. Zresztą kto wie co za badania się mieszczą w tej trzydniówce.

Tak więc w wyznaczony dzień skierowałem się na oddział zakaźny. Dostałem łóżko, które było zepsute tak że leżeć można było tylko płasko (więc o czytaniu czegokolwiek na dłuższą metę można by zapomnieć) poza tym nuda. No, ale gdzie tu piekielność? W tym jakie badania czekały mnie przez te 3 dni. Były to takie skomplikowane procedury medyczne jak pobranie krwi oraz usg brzucha. To drugie z zastrzeżeniem że muszę być na czczo i dzień wcześniej łyknąć coś na wzdęcia. Całość zajęła, łącznie z czekaniem w kolejce do USG jakieś pół godziny. Pozostałe 71,5 godziny mojego czasu zostało zmarnowane. Dosłownie. Przecież równie dobrze mogli napisać w liście, że mam się tego a tego dnia złościć na czczo tu, a tu, wcześniej łyknąć tyle a tyle leku na wzdęcia, iść na USG, oddać krew i wrócić do swoich spraw... Do nauki chociażby. Ale nie! Lepiej zmarnować komuś 3 dni - bo wszyscy mają za dużo czasu.

A pokazywanie na uczelni zaświadczenia o "tygodniowym pobycie na oddziele zakaźnym" też nie należy do fajnych rzeczy.

słuzba_zdrowia

Skomentuj (23) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 334 (Głosów: 416)

#59148

(PW) ·
| Do ulubionych
Będzie historia o praworządności.

Na wstępie wyjaśnię, że NFZ płaci szpitalom za zapewnienie pacjentom wyżywienia, leków, diagnostyki, miejsca do spania, dostępu do łazienki, toalety i pomocy personelu medycznego. Wszelkie udogodnienia ponad to są przez NFZ traktowane jako zbędny luksus.

W pewnym oddziale psychiatrii nie wolno było mieć na salach własnych czajników. Ogólnodostępny czajnik dla pacjentów znajdował się w świetlicy. Z powodu hurtowo parzonej kawy i herbaty czasami odmawiał posłuszeństwa i wtedy pacjenci robili zrzutkę po 2-3 złote na nowy, który w pobliskim sklepie kupował starosta społeczności pacjentów. Taki stan rzeczy trwał latami.

Niedawno, pewna osoba z rodziny pacjenta oburzona, że to nie szpital daje czajnik, lecz chorzy muszą się składać, napisała skargę do Rzecznika Praw Pacjenta i Ministerstwa. Po interwencji podwładnych ministra Arłukowicza wspólny czajnik usunięto, bo w państwowym szpitalu pacjent nie może do niczego dopłacać. Dyrekcja powiedziała, że nie kupi nowego, bo ma ważniejsze wydatki.

Pozostaje tylko podziękować osobie, której dobro pacjentów oddziału tak bardzo leżało na sercu.

szpital

Skomentuj (19) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 336 (Głosów: 418)

Podziel się pozytywnymi historiami na
WSPANIALI.pl

Piekielni