Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

 

#81913

~MowionoOnimKing ·
| Do ulubionych
Moi, starsi już, rodzice mieszkają w domu z ogrzewaniem piecowym. Ot, dom dawnego typu i nie ukrywajmy, ogrzewanie piecowe wychodzi taniej niż miejskie ogrzewanie gazowe. Podobnych domów w tej okolicy jest kilka.

Ale dom moich rodziców jest wyjątkowy, ponieważ rodzice jako jedyni maja sąsiada w typie "pieniacz".

Zeszłej zimy pan sąsiad czterokrotnie wzywał na moich rodziców Straż Miejska. Powód za każdym razem ten sam: rodzice pala w piecu i jemu przeszkadza dym, do tego śmierdzi, wiec rodzice na pewno wrzucają do pieca śmieci.

Cztery interwencja zakończone jako "bezzasadne" - Strażnicy obejrzeli czysta kotłownie, popatrzyli na składzik węgla i drzewa i odjechali. Sąsiad niezadowolony. W międzyczasie rodzice maja również kontrole z wydziału ekologii Urzędu Miasta. Również nie było żadnych nieprawidłowości.

Wczoraj kolejna interwencja i tym razem pan sąsiad wspiął się na nowy poziom pieniactwa. Szczekanie psa i jakieś dziwne hałasy wywołały rodziców z domu - patrzą, stoi dwóch Strażników Miejskich i razem z nimi sąsiad - widać, ze napruty - kopie i szarpie furtkę. Przedstawiciele prawa wykazali zero reakcji na agresje sąsiada (co jest piekielne samo w sobie) i przystąpili do rutynowego już oglądu kotłowni. Matka zamknęła sąsiadowi furtkę przed nosem i delikatnie mówiąc, kazała spier... zniknąć. Tutaj sąsiad zaczął już się odgrażać, krzycząc, ze moich rodziców inaczej "załatwi". Nazwał tez dom rodziców "zakałą" okolicy. :) Tak czy siak, Strażnicy stwierdzili kolejną bezzasadną interwencje.

Tego samego dnia, zaledwie godzinę później, do rodziców przyjeżdża nieco zdezorientowany patrol policji. Sami policjanci stwierdzają, ze jeszcze nigdy nie mieli skargi na dym z komina.. Panowie posiedzieli, pogadali i poradzili rodzicom udać się na komisariat i zgłosić sprawę o nękanie.. Tak tez rodzice jutro zrobią, no bo... jak żyć? Matka cała zestresowana, trochę się boi, ze pieniacz włamie się im na działkę albo narobi innych szkód. Ojciec tez już ma dość, nie powinien się denerwować, bo zaledwie 4 miesiące temu przeszedł zawał serca i miał operacje.

Teraz poczekamy jak pan sąsiad zareaguje, gdy dowie się o zgłoszeniu o nękanie. Na wszelki wypadek planuje załatwić rodzicom monitoring. Skąd się tacy nienormalni ludzie biorą? Dodam, ze facetowi coś odbiło dopiero tej zimy - rodzice mieszkają w tym domu od 10 lat i nigdy nie mieli takiej sytuacji.

sąsiad straż miejska

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 103 (129)

#81932

(PW) ·
| Do ulubionych
Z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciu, cz. 1.


Razem z [S]iostrą przeżyłyśmy wiele trudnych chwil, byłyśmy właściwie zdane same na siebie, kłóciłyśmy się i obrażałyśmy na siebie często, ale lubiłyśmy swoje towarzystwo. Albo ja lubiłam, a siostra to wykorzystywała.

Obecnie nie utrzymujemy kontaktu. Nie z powodów wymienionych poniżej, ale myślę, że już one są wystarczającym powodem, aby trzymać się od tego typu człowieka z daleka, jeśli tylko jest taka możliwość. W historii gościnnie występuje mój wtedy [N]arzeczony, dziś mąż.
Sytuacje miały miejsce na przestrzeni kilku lat.

SAMOCHÓD

Miałyśmy wspólny samochód od dziadka. [S] w nim nie sprzątała, ani go nie myła. Nie jeździła na wymianę kół (bo "przecież Ty jeździsz zawsze, to mechanik już Cię zna"), nie jeździła na przeglądy, nigdy.

1. Nie raczyła odśnieżać wjazdu do garażu (bez odśnieżenia nie było opcji wyjechania), bo ona auta nie potrzebuje. Więc odśnieżałam ja. Godzinę po odśnieżeniu samochód był jej super hiper mega potrzebny. I krzyk, bo jej kluczyków nie chcę dać (w końcu dawałam).

2. [S] była STUDENTKĄ, nie będzie więc na zajęcia jeździć pociągiem, tylko autem. I chyba mnie pogrzało, że ona ma tankować za swoje. I co z tego, że jednorazowa podróż tam-powrót kosztuje 30 zł, od dziadka weźmie na benzynę (jak jeszcze żył). Jaka szkoda, że z tak ekonomicznym podejściem studia zakończyła na etapie 2-go roku, na najłatwiejszym wydziale. A ja głupia całe studia pociągiem jeździłam, bo szybciej, niż autem i tanio (oczywiście też mi się zdarzyło raz na jakiś czas jechać autem, częściej szkoda mi było pieniędzy- i moich, i dziadkowych).

3. Samochód na benzynę, palił jak smok, więc kiedy zaczęłam pracować i częściej autem jeździć, zaproponowałam [S] założenie gazu (dziadek już nie żył i nie miał kto za [S] tankować). Pomysł się nie spodobał, bo "gaz powoduje, że auto traci na mocy". Na nic tłumaczenia, że 15-letnie auto z silnikiem 1,4 nie ma gdzie stracić na mocy, a 10 litrów benzyny na 100 km to naprawdę dużo. W końcu stwierdziła "rób co chcesz". Gaz założyłam. [S] nigdy się nie dorzuciła, ale nagle samochód był jej 3 razy częściej potrzebny, niż wcześniej.

4. Samochód stary, wymagał pilnego i generalnego remontu, zaczął stwarzać zagrożenie na drodze, a także zbliżał się koniec przeglądu. [S] o tym wiedziała.
Pojechałam do mechanika. Werdykt: 1600 zł. Dodatkowo postanowiłam naprawić klimę, bo latem nie dało się wytrzymać. Z [S] co lato była mowa, jak by to było super znowu mieć klimę.
Autko odebrane, przegląd podbity, po połowę kasy zwróciłam się do siostry.
Wywiązała się mniej więcej taka rozmowa:
[S] ja za żadną naprawę nie będę płacić, bo prawie w ogóle nie jeżdżę autem
[J] A czym w takim razie do tej pory do roboty jeździłaś?
[S] A z jakiej racji ja mam płacić za klimę? ja klimy nie potrzebuję
[J] Ok, za klimę nie musisz mi zwracać, ale jak będziesz używać, to zwrócisz, proste
[S] Nie będziesz sobie ustalać zasad

Potem stwierdziła, że za naprawę też jednak nie zapłaci, a ja zdecydowałam więcej się nie dawać wykorzystywać, więc zabrałam kluczyki. Krzyków i wyzwisk nie było końca. Poinformowałam [S], że skoro nie stać jej na utrzymanie samochodu, to jeździć nim nie będzie i ma mi swoją połowę sprzedać - o auto nigdy nie dbała, wszystko przy nim robiłam ja.
Postanowiłam wykorzystać też fakt, że [S] od miesięcy była mi winna pieniądze, akurat połowę wartości auta (wartości przed naprawą). Auto w końcu mi sprzedała, nie miała wyjścia. I pewnie stwierdzicie, że w tej sytuacji to ja byłam piekielna, ale spróbujcie postawić się na moim miejscu, albo poczekajcie z oceną do końca historii.

DOM

Najpierw zmarła babcia, potem ojciec, na końcu dziadek. Matka z nami nie mieszkała. Dom od lat zaniedbany. Ojciec domem w ogóle się nie zajmował, dziadkowie za starzy, ja robiłam, co byłam w stanie.

1. Miałyśmy ustalony grafik palenia w piecu. Za [S] często palił jej chłopak. Ale kiedy za mnie czasami palił [N], to oczywiście to jest niesprawiedliwe i palenie [N] się nie liczy. A kiedy [N] się wprowadził, stwierdziła, że w ogóle
palić w piecu nie będzie, bo jej to nie potrzebne, więc jak chcemy, to sobie sami możemy palić. Myślała, że nie da się odciąć jej grzejników od ciepła. Jak jej tyłek przemarzł przez jedną noc, grafik znów zaczął obowiązywać :) Ale
najpierw oczywiście była awantura, jakim prawem zablokowaliśmy jej grzejniki.

2. Zimą nie odśnieżała ani chodnika, ani placu, bo nie.

3. Trawnik kosiłam tylko ja, bo [S] skoszony trawnik nie jest potrzebny.

4. Segregacją śmieci zajmowałam się ja, od [S] wymagałam ich wystawiania przed dom co drugi miesiąc (na przemian ze mną). Wiecznie jej o tym przypominałam i musiałam się o to prosić. W pewnym momencie powiedziała, że ona ma w d... śmieci i nie będzie ich wystawiać (a produkowała je na potęgę).

5. Mycie schodów wejściowych, zamiatanie schodów do piwnicy i samej piwnicy - ona tego nie będzie robić, bo ja tego nie robię i kłamię, że to robię.

6. Mycie okien na święta. Okien dużo, nigdy się nie zdarzyło, żeby umyła swoją połowę. Po umyciu dwóch okien była zmęczona obowiązkami domowymi na kolejne 2 miesiące.

7. Zaproponowałam [S], żeby kupić wspólnie suszarkę na ubrania, taką najtańszą, za 30 zł. Ona tego nie potrzebuje. Ok, kupiłam sama. Suszarka najczęściej zajęta ciuchami [S], potrafiła nawet ściągnąć moje jeszcze mokre, żeby powiesić swoje. A jak jej zabroniłam suszarki używać, to wielka kłótnia na tematy 5 lat do tyłu.

8. Wraz z [N]arzeczonym wyremontowaliśmy dla siebie piętro. [S] bardzo mi zazdrościła, więc po rozmowie z [N] powiedziałam [S], że [N] może wyremontować jej część domu (parter). Zapytała, ile by ją to kosztowało. Zgodnie z prawdą odpowiedziałam, że [N] nie wspominał o zapłacie, ale może mogłaby mu dać np. tysiąc zł?
To była tylko moja propozycja, generalnie powinna się dogadać z [N]. Miałby on skuć całą łazienkę, wyburzyć ściankę, zamurować drzwi, zerwać boazerię w kuchni i przedpokoju ze ścian, ściany przygotować pod malowanie, położyć podłogę w kuchni i przedpokoju, ewentualnie położyć płytki na ścianę w kuchni. Potem pewnie by jej meble poskręcał i inne pierdoły. [S] była oburzona, że w ogóle miałaby mu coś zapłacić, więc się nie zdecydowała.

9. Wiecznie musiałam szukać swoich ubrań i kosmetyków. Czasami moje rzeczy znajdowały się u jej koleżanek, bo pożyczała dalej. A jak raz na ruski rok się zdarzyło, że ja coś pożyczyłam, to wielka awantura.

10. Imprezy. Siedziało się najczęściej na poddaszu/ 2-gim piętrze, więc do drzwi wejściowych daleko. Goście [S] wychodzili grubo po północy, [S] nigdy ich nie odprowadzała do drzwi, a oni albo nie umieli, albo im się nie chciało ich
zamknąć. I tak przez pół nocy od ulicy można było podziwiać otwarte drzwi na oścież. Reakcja [S] na moje uwagi, żeby zamykała drzwi za ludźmi- "O co Ci chodzi, przecież nie ma co ukraść". Jedna dziewczyna poprosiła kiedyś o odprowadzenie do drzwi, bo była pierwszy raz. Usłyszała "nie no dasz radę sama".

11. Nie wiem, jak to wyglądało, kiedy nie było mnie w domu, ale kiedy byłam, [S] nigdy nie reagowała na dzwonek do drzwi. Za każdym razem słyszałam "sama idź otworzyć". Nie ważne, że byłam w toalecie, albo gdzieś się szykowałam i
byłam w bieliźnie.

12. Widzieliście u kogoś, z wewnątrz lub z zewnątrz, odsuniętą prawie do połowy firankę w oknie? Ja nie widziałam. Na swoim piętrze [S] postawiła na parapecie od strony drogi radio. Przez to firanka wiecznie była na 3/4 okna. Z zewnątrz wyglądało to jak w melinie. Poprawiałam ja. Mówiłam raz, drugi, trzeci, do jasnej ciasnej, nie może tej firanki poprawić po włączeniu/ wyłączeniu radia? I czy w ogóle jej przesuwanie jest konieczne? Jak grochem o ścianę. W końcu [N] się wkurzył, radio schował (radio wspólne). Reakcja? G...o nas to powinno obchodzić, bo to jej część domu. Racja, ale z zewnątrz nigdzie nie jest napisane, że to jej część, a ja nie mam ochoty na opinię niechluja.

13. Pewnego dnia zgubiła indeks (a był jej pilnie potrzebny). Krzyki na pół ulicy, że to wina moja i jej ówczesnego chłopaka, absolutnie nie jej. I że w takim razie mamy pomóc jej szukać.

14. Wiecznie się kłóciłyśmy, że ta druga nic nie sprząta w domu. Więc zakładałyśmy plik, w którym każda miała zapisywać wszystko, co w danym dniu zrobiła. Kiedy po miesiącu się okazywało, że jednak ja robię znacznie więcej, to [S] stwierdzała, że ona połowy nie wpisała, bo zapomniała, a w ogóle to prowadzenie pliku jest bez sensu. I tak kilka razy.

15. Kiedy nie odbierałam od [S] telefonu i nie oddzwaniałam w ciągu 5 minut, miała wielkie pretensje. Kiedy nie odebrałam telefonu i od razu oddzwaniałam, w 99% przypadków nie odbierała. Nie odbierała też przez kolejne pół godziny. Kiedy jej to wypominałam, słyszałam: "ojejku jejku, hehe". Chciała mi wmówić, że dostaje raporty, że przeczytałam smsa od niej.

16. Niszczyła dosłownie wszystko, co tylko wzięła do ręki. Kiedy potrzaskała moją kolejną wysoką szklankę (chyba dwunaste z kolei szkło), zażądałam, aby odkupiła mi komplet 6 kieliszków do wina, najtańszy jaki będzie w sklepie. [S] nic mi nie będzie odkupywać, bo ona tą szklankę normalnie postawiła, ale szklanka się przesunęła i sama potrzaskała. Nigdy nie odkupowała rzeczy wspólnych, które zniszczyła, ale kieliszki udało mi się wyegzekwować.

Kiedy wymagałam od niej czegokolwiek związanego z domem, za każdym razem kończyło się kłótnią, krzykiem i poinformowaniem mnie, że "nie jestem jej matką, żeby jej rozkazywać".

Awantur było coraz więcej, w końcu [S] stwierdziła, że ze mną mieszkać się nie da, więc wyprowadziła się do najbliższego miasta. Jej zdaniem przez moje zachowanie wyrzuciłam ją z jej własnego domu.

Później zażądała, żebym płaciła jej czynsz za mieszkanie w naszym domu. Mój argument, że mieszkam w swojej połowie, a nie w jej, dotarł za trzecim razem.

Wnioski:
- jeśli ktoś wiecznie wam powtarza, że kłamiecie, a wiecie, że mówicie prawdę, to znaczy, że ta osoba kłamie bardzo często
- jeśli pokażecie, że wam na czymś zależy, egoista zawsze to wykorzysta przeciwko wam
- jeśli z kimś się kłócicie, a ta osoba zaczyna wyciągać stare kłótnie z waszej winy, niepowiązane z aktualną kłótnią, to znaczy, że wie o swojej winie, ale za wszelką cenę chce to ukryć.

rodzina

Skomentuj (29) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 106 (140)

#81933

(PW) ·
| Do ulubionych
Dzisiejsze przygody z McDonald's!

Okienko Drive, dziewiąta rano a więc spokój. Podjeżdża facet chcący dużą latte, mówiąc że ma na nią kupon.

(Dla tych co nie wiedzą, za zakup kawy można zbierać hologramy. Zbierze się pięć, można je wymienić na darmową kawę; dowolny rozmiar, dowolna kawa. Hologramu nie dostaje się za kawy w zestawie i, na logikę, jeśli się wymienia kupon na kawę (bo się za nią nie płaci))

Na razie wszystko spoko. Biorę kupon, wydaję kawę i dodatki (cukier, serwetki, mieszadełko), a facet tylko czeka tam i patrzy się na mnie:

[F]: I jeszcze kartkę.
[J]: *podaje mu pusty kupon*
[F]: A naklejka gdzie?
[J]: Emm... to tak nie działa. One są za kupno kawy.
[F]: No to przecież kupiłem!

W tamtej chwili mogłem po prostu powiedzieć 'whatever' i dać mu ten hologram, ale jako że kierownictwo było blisko, wolałem grać dobrego pracownika (plus, jego ton był wystarczająco opryskliwy, by stracić dużą porcję mojego szacunku).

[J]: Ee... nie? Pan wymienił kupon na kawę. Nic pan nie zapłacił.
[F]: Dobra, nieważne, po prostu daj mi tą naklejkę! Wszędzie indziej dają!
[J]: To w takim razie, ktokolwiek to robi, robi źle. Ja robię tak, jak mi kazali.
[F]: A może to ty robisz źle, co? Kto ci tak powiedział? Ja sobie zaraz pójdę do twojej kierowniczki!
[J]: *wzruszenie ramionami poziom master* Może pan iść, powie panu dokładnie to samo.

W końcu zrezygnował widząc, że nic nie wskóra. Zabrał kawę, przy okazji rzucając we mnie cukrami warcząc, że 'tego nie potrzebuję' i odjechał.

gastronomia

Skomentuj (5) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 82 (108)

#81934

(PW) ·
| Do ulubionych
Tyle się mówi wszędzie o kradzieży danych osobowych, że trzeba uważać na wszystko, media społecznościowe to zło itd. A co jeśli sami je rozdajemy? Nie mówię o stronach gdzie za "nagrody" trzeba wypełnić kilometrowy formularz.

Jeden z moich adresów email składa się z imienia i nazwiska, bez dodatkowych znaków w nazwie (kropki na gmailu nie robią różnicy). Kiedyś dostałam zdjęcia jakiejś obcej kobiety, innym razem odpowiedź na pytanie o cenę wynajęcia apartamentu. Olałam.
Rok temu dostaję maila. Z rezerwacjami hoteli i informacjami o biletach lotniczych, z dość szczegółowymi danymi dwóch osób, kobiety nazywającej się jak ja i jej partnera - nadawcy wiadomości. Napisałam mu że to nie ten adres, niech uświadomi koleżankę bo te dane w innych rękach mogłyby nie skończyć tylko w koszu mojej skrzynki. Podziękował, przeprosił, powiedział że przekaże. Względny spokój (chyba 1 wiadomość nieważna) od tamtej pory.

Czemu to piszę? Dzisiaj do danych osobowych tej osoby doszły mi pewne dane podatkowe sądząc po treści, nie sprawdzałam załącznika.

Cóż, nie nazywam się Anna Kowalska, mam dość mało popularne imię. Pani ma zapewne nazwę w odwrotnej kolejności lub zapomina o jakiś cyfrach dodatkowych.

Dla mnie nie jest mocno piekielna, bardziej dla samej siebie. Więc czemu to piszę? Bardziej w formie apelu o sprawdzanie takich rzeczy i zastanowienie się czy na pewno rozsądne używanie fb jest najgorszą rzeczą którą się robi.

internet

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 54 (76)

#81906

~Kejtipyra ·
| Do ulubionych
Piekielna jest jazda rowerzystów obok siebie, środkiem wąskiej drogi, gdy spokojnie można jechać poboczem. Założenie słuchawek na uszy i zapomnienie o bożym świecie. Sznur samochodów głowi się jak wyprzedzić takich ananasów, a oni nawet klaksonów nie słyszą lub słyszeć nie chcą...

Ulica

Skomentuj (17) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 106 (136)

#81923

(PW) ·
| Do ulubionych
Wiosna wiąże się rokrocznie z rozpoczęciem sezonu motocyklowego.

Jak wiadomo, kierowcy jednośladów, uogólniając, dzielą się na dwie grupy. Pierwsza to rozsądni kierowcy, poruszający się rozsądnie, w miarę zgodnie z przepisami i szanujący innych uczestników ruchu. Drudzy to debile, dla których liczy się tylko prędkość i którym wydaje się, że są panami szos, a droga to tor wyścigowy. Co ciekawe, pierwsza grupa dosiada zwykle chopperów, cruiserów, turystyków i czasem enduro.

Druga to zwykle ujeżdżacze tzw. szlifierek czyli ścigaczy (nie dalej jak wczoraj jeden z tych idiotów z dumą w głosie chwalił się, że na trasie z naszego miasteczka X do odległego o ok. 60 km miasta Y "240 km/h praktycznie nie schodziło z blatu" - droga krajowa z licznymi terenami zabudowanymi). Zwłaszcza ci drudzy lubują się w promowaniu hasła "Patrz w lusterka, motocykle są wszędzie".

A ja, kierowca z - mówiąc nieskromnie - sporym doświadczeniem, pytam się: dlaczego one są "wszędzie", a nie tam, gdzie zgodnie z przepisami być powinny? Wykonując manewr patrzę zawsze w lusterka, aby sprawdzić, czy na moim planowanym torze jazdy nie ma jakiegokolwiek pojazdu: samochodu, traktora, furmanki, roweru czy motocykla. Dlaczego mam w specjalny sposób traktować kierujących motocyklami?

Art. 4 ustawy Prawo o ruchu drogowym ("Uczestnik ruchu i inna osoba znajdująca się na drodze mają prawo liczyć, że inni uczestnicy tego ruchu przestrzegają przepisów ruchu drogowego") pozwala mi założyć, że motocykl będzie tam, gdzie być powinien, a nie "wszędzie".

Może więc kierowcy "szlifierek", zamiast naklejać na samochodach naklejki o w/w treści, nakleiliby sobie przed oczami napis "Jedź przepisowo, niech motocykl będzie tam, gdzie powinien"?

Skomentuj (28) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 200 (234)

#81929

(PW) ·
| Do ulubionych
Kolejna, po http://piekielni.pl/81927, historia o producentach i ich sposobach na klienta.

Mam kolegę, który często hobbystycznie rozkręca różne uszkodzone/nie działające urządzenia i próbuje je naprawić. Najbardziej ciekawią go urządzenia nienaprawialne.

Po kilku latach padła mu bateria w laptopie. Naładowana na 100 % trzymała kilka minut. W ramach hobby rozkręcił obudowę i w środku znalazł zestaw akumulatorków, których miał na pęczki na półce. Ponieważ komplet nowych akumulatorków był pięciokrotnie tańszy niż nowa bateria wymienił stare, zużyte akumulatorki na nówki. Poskładał baterię.

Niestety nowe akumulatorki działały jak stare – ładowanie do 100 % starczało na kilka minut pracy. Co ciekawe po wyjęciu akumulatorków i sprawdzeniu okazało się, ze są w pełni sprawne.

Kolega dotarł gdzieś do wyjaśnienia. Układ ładowania w baterii ma zaprogramowane kilkaset cykli ładowania i potem blokuje możliwość pełnego cyklu bez względu na stan baterii.

Skomentuj (19) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 120 (144)

#81885

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia z naszego - piekiełkowego - podwórka.

Jakiś czas temu pojawiła się tu historia dziewczyny, która zajmuje się rękodziełem. Opisywała, że produkuje jakieś pudełeczka ozdobne i jacy to ludzie są niefajni, że rękodzieła nie doceniają. W komentarzach wstawiła nawet przykład takiego dzieła - całkiem zacne drewniane pudełeczko.

Zbliżał mi się akurat ślub koleżanki - miał być za ~3 miesiące - więc pomyślałam, że może zamówię takie pudełeczko w prezencie. Odezwałam się więc w prywatnej wiadomości do autorki w/w wyznania i opisałam sprawę - że ślub, że prezent, pudełeczko. Rękodzielniczka zastanowiła się chwilę, że ślubnych to jeszcze nie robiła, ale chętnie spróbuje.

Ustaliłyśmy więc jak mniej więcej ma wyglądać - ciemny dół, ażurowa biała góra, napis "Imię1 ♥ Imię2", w odpowiednim rozmiarze, żeby młodzi mogli w nim zdjęcia trzymać - i miała się odezwać za jakiś czas z projektem cyfrowym.

Cena nie była wygórowana - wyceniła swoją pracę na ok. 60 zł, na co przystałam, rozumiejąc też, że może skoczyć, zależnie od kosztów materiałów.

Minął miesiąc, kontaktu brak - więc się odzywam. Cisza.
Minął kolejny miesiąc, dalej cisza.

Do ślubu został tylko miesiąc - ostatni dzwonek, ale kontaktu dalej brak, więc napisałam tylko, że z powodu braku odzewu rezygnuję ze współpracy. Po kolejnym miesiącu z ciekawości sprawdziłam konto rzemieślniczki - usunięte...

Szkoda, bo takie pudełeczko mogłoby być ładnym prezentem ślubnym. Mam nauczkę na przyszłość - szukać rękodzielników z prawdziwego zdarzenia, a nie na piekielnych.

piekielni

Skomentuj (44) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 146 (180)

#81891

(PW) ·
| Do ulubionych
Tak sobie losuję historie, losuję i na zasadzie luźnych skojarzeń przypomniała mi się akcja ze stoiska mięsnego, na którym wtedy pracowałam.

Poranna zmiana, przyjechał kierowca z mięsem. Standardowo - faktura, każdą pozycję obejrzeć, obwąchać (po tym jak na moje pytanie "Eeee, to jest łopatka czy szpinak" usłyszałam "No jak to, pręga wołowa!" wąchałam wszystko. Serio, wołowina? Różowo-zielona?), na koniec zważyć i odznaczyć.

Jestem w samym środku, podchodzi klient.

JA: Dzień dobry, za moment podejdę. (do kierowcy) Dawaj na wagę... Zgadza się...

Odhaczyłam, umyłam ręce, założyłam rękawiczkę.

JA: Słucham, czym mogę służyć?
KLIENT: Dwadzieścia deko szynki z beczki.

Jasne, "dzień dobry" kłuje w usta, a od "poproszę" wyskakuje opryszczka. Ale w sumie to norma.

KLIENT - do kierowcy - A pan się nudzi, sera mi pan pokroi.

Serio? Facet w "cywilu", bez fartucha, nie wiadomo czy przeszkolony z obsługi krajalnicy, nie wiem czy ma książeczkę sanepidowską... Tyle z zakresu higieny.

Natomiast strona kulturalna zatkała mnie na dobry moment.

KIEROWCA: Ja tu nie pracuję.
KLIENT: To po co tu sterczysz?

Odetkało mnie.

JA: Ten pan nie jest pracownikiem naszej firmy, jest dostawcą. Który ser pan życzy?
KLIENT: Widzi pan, jak pana broni?
JA: Ten pan nie potrzebuje obrony bo nic złego nie robi. To który ser? (w domyśle "Kupuj i idź w diabły, buraku")

Kupił, polazł. Natomiast dostawa się przeciągnęła, bo kierowca musiał koniecznie zapalić... Zbytnio mu się nie dziwiłam.

sklep klient

Skomentuj (25) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 90 (150)

#81879

(PW) ·
| Do ulubionych
Tak mi się skojarzyło na kanwie historii o głupich decyzjach zarządów.

Otóż, jest sobie spółka skarbu państwa, duża, zatrudniająca dziesiątki tysięcy ludzi i generująca całkiem znaczny dochód. Firma ta ma oczywiście swój dział sprzedaży, który zajmuje się obsługą i pozyskiwaniem klientów na usługi owej spółki.

Jest też nowa Pani Dyrektor, która:

1. Zmienia już któryś raz stanowiska i zakres obowiązków pracowników i ma pretensje, ze każda jej światła zmiana zamiast poprawy wyników, powoduje gwałtowny ich spadek.

2. Zmienia zasady premiowania w trakcie roku rozliczeniowego w ten sposób, że najlepsze wyniki sprzedażowe odpadają i zamiast premii, większość ma pogadankę na temat nieproduktywnej pracy.

3. Każe kontraktować usługi, których fizycznie nie da się zrealizować, w myśl zasady: klient zapłacił, klient może odejść.

4. Jako jeden z głównych celów wyznaczyła sprzedaż usług...


konkurencyjnej firmy! A tak, moi drodzy. Pracownicy mają obowiązek namawiać swoich klientów, którzy generują zysk ich firmie, aby przenosili się do konkurencji, którą jest spółka córka, fizycznie niepowiązana z pierwotną.

I teraz niech mi ktoś powie: głupota, czy celowe działanie?

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 89 (103)

Podziel się pozytywnymi historiami na
WSPANIALI.pl

Piekielni