Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

 

#71094

(PW) ·
| Do ulubionych
Wczoraj odkryłam nową odmianę rodzaju Homo Sapiens - Degustator Biedronkowy.

Biedronka, dział z nabiałem. Podchodząc do półki z masłem i innymi smarowidłami moją uwagę zwróciła pewna Pani (ok 60 lat). Futro z lisa na grzbiecie, dziki róż na ustach. Widzę, że trzyma w rękach około 6 kostek masła i każdą delikatnie otwiera, wącha po czym wyskrobuje kawałek masła, zjada i odkłada na półkę. Lekko zszokowana, zwracam uwagę owej lejdi, że powinna teraz zakupić wszystkie degustowane przez nią produkty.

Myślałam, że oburzona Lejdi wyłupie mi oczy, ale nieeee... w zaufaniu zwierzyła mi się, że ona w ten sposób sprawdza, czy masło jest świeże, nauczyła się tego w programie Magdy Gessler i praktykuje od bardzo dawna, bo przecież starego nie będzie jeść...

Nie udało mi się namówić pseudo Gesslerowej do zakupu otwartych produktów, dlatego zgłosiłam przechodzącej ekspedientce, że na półce znajduje 6 kostek masła wysmarowanych różową szminką ze śladami pazurów degustatorki.

Jak się domyślacie rozpętała się mała burza, gdyż ledji nadal, nie wyrażała chęci do zakupu spróbowanego masła.

Kierując się w stronę kasy, usłyszałam jedynie, jak miła i kulturalna dotąd ledji, krzyczy za mną:
- Niech ta k... zapłaci za to masło! :)

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 322 (Głosów: 338)

#71045

(PW) ·
| Do ulubionych
Przez rok wynajmowaliśmy z mężem i szwagrem dom. Umowę co prawda mieliśmy na papierze, ale wiadomo jak to jest "po znajomości" i "no my nie będziemy tego nigdzie zgłaszać bo to koszty". Można więc przyjąć, że umowa spisana była, ale żadna ze stron nigdy jej nie podpisała.

Po wyprowadzce, która była dość spontaniczną decyzją - ot, trafiła się okazja - ustaliliśmy z właścicielami, że rozliczymy się za rachunki w następujący sposób:
- zostawiamy w piwnicy tonę opału (ok. 400zł)
- gdy przyjdą rachunki, to właściciele się z nami skontaktują żebyśmy zapłacili im "resztę" czyli to co ewentualnie wyszło ponad koszty opału.

Po wyprowadzce relacje z wynajmującymi się pogorszyły. Nie pozwolili nam odebrać zaległej korespondencji, zaczęły się dziwne plotki, że zostawiliśmy dom w opłakanym stanie (wyremontowaliśmy 2 pokoje, które średnio nadawały się do użytku - pozrywana tapeta, uszkodzona wykładzina). Ostatecznie, po kilku próbach odzyskania listów właścicielka stwierdziła, że nie możemy jej udowodnić, że tam mieszkaliśmy, bo nie mamy nawet umowy i mamy przestać ją nachodzić.

No niezbyt miło z ich strony, ale co mi tam. Stwierdziliśmy, że sprawa zamknięta i skupiliśmy się na urządzaniu nowego mieszkania.

Pod koniec stycznia dzwoni telefon, jakaś baba drze się do mnie, że mam jej oddać pieniądze za rachunki (350zł). Dopiero po chwili zastanowienia dotarło do mnie, że to właścicielka naszego byłego lokum. Przypomniałam jej o tym jak umawialiśmy się z rozliczeniem i dodałam, że tak właściwie to ona "wisi" mi jeszcze 50zł. Baba w krzyk, że ona się z nikim na nic nie umawiała i jesteśmy złodziejami.

Moja odpowiedź może nie była zbyt miła, aczkolwiek powtórzyłam jej wcześniejsze słowa:
- Ależ proszę pani, my podobno tam nigdy nie mieszkaliśmy!

Do tej pory cisza...

w-wa

Skomentuj (22) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 301 (Głosów: 307)

#70931

(PW) ·
| Do ulubionych
Z okazji Bożego Narodzenia postanowiłam kupić siostrze grę PC. Znalazłam świetną ofertę na empik.com - pakiet trzech rozszerzeń w cenie dwóch. Zachęcona dobrą ceną, 17 grudnia zakupiłam CD-key.

24 grudnia siostra postanowiła przetestować nowy zakup. Kod wpisany poprawnie, lecz wyskakuje informacja, że został już użyty. No cóż zdarza się. Napisałam do Centrum Wsparcia Klienta reklamację.

4 dni później otrzymałam nowy CD-key. Powtórka z sytuacji - kod został wcześniej użyty.

Próba nr 3 - dostałam odpowiedź, że sprawa przekazana dalej, trzeba czekać. Po ok. 10 dniach wysłałam maila do CWK, czy coś wiadomo w mojej sprawie. Tego samego dnia otrzymałam kolejny CD-key. Uwaga... również nie działał. 3 próby i 3 nieudane.

Od razu zadzwoniłam do CWK. Konsultant zapytał, czy chcę nowy kod czy zwrot pieniędzy. Poprosiłam o zwrot. "Nie ma sprawy. 3-4 dni robocze". Tydzień minął, ani widu, ani słychu. Zadzwoniłam jeszcze raz - konsultant przeprosił i zapewnił, że do 3 dni otrzymam maila z potrzebnymi informacjami. Po 4 dniach maila niet. W międzyczasie zdążyłam już kupić nowy produkt w innym sklepie. Po 5 dniach otrzymałam maila z... nowym CD-keyem. Wkurzyłam się, nie powiem. Napisałam kolejnego maila, że nie taka była umowa i ŻĄDAM natychmiastowego zwrotu pieniędzy. Następnego dnia otrzymałam odpowiedź, że moja sprawa zostanie rozwiązana jak najszybciej. Wczoraj minął kolejny tydzień. Jeżeli do poniedziałku sytuacja się nie wyjaśni, chyba zgłoszę się do Rzecznika Praw Konsumenta.

PS. Tak, próbowałam sprawę załatwić w oddziale Empiku. "Nie jesteśmy odpowiedzialni za sklep online".

Empik

Skomentuj (26) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 261 (Głosów: 267)

#70705

~okulary322 ·
| Do ulubionych
Mój były już narzeczony interesuje się fitnessem i bardzo dba o wygląd swojego ciała. Ja jestem jego zupełnym przeciwieństwem - co prawda staram się jeść zdrowo, ale nie katuje się dietami i nie chodzę 8 dni w tygodniu na siłownię. Może i nie mam figury modelki, ale udało mi się zachować szczupłą sylwetkę, z której jestem zadowolona, akceptuję siebie i się sobie podobam.

Parę dni temu przyszedł do nas kolega narzeczonego, którego niestety nie miałam jeszcze okazji poznać. Tak się złożyło, że to ja otworzyłam mu drzwi. Nastąpiło przywitanie, wymiana uprzejmości i zawołałam narzeczonego, a sama udałam się do kuchni, która sąsiaduje z przedpokojem, więc dokładnie słyszałam ich rozmowę.
[bn] - były narzeczony
[k] - kolega

[k]: Ty, niezła laseczka! To twoja?
[bn]: Jaja sobie robisz?! Ta gruba świnia?! Ona tylko żre, widziałeś jej tłuszcz na brzuchu?!

Wyskoczyłam z kuchni i na oczach kolegi uderzyłam "ukochanego" w twarz. Kiedy pakowałam walizkę ze łzami w oczach, usłyszałam z ust skruszonego narzeczonego, że "to nie tak jak myślę" i "on to powiedział specjalnie, żeby wybić koledze z głowy ewentualne podrywanie mnie". Powinnam też zrozumieć, że "to było z troski, bo on uważa, że powinnam zacząć ćwiczyć, bo się boi, że za parę lat dostanę zawału."

Doszłam do wniosku, że zawału dostanę jeśli zostanę z tym człowiekiem jeszcze chwilę dłużej, więc bezczelnie się wyniosłam.
Teraz nachodzi mnie taka refleksja - jesteś z kimś wiele lat (my byliśmy prawie 7), mieszkasz z nim, planujesz ślub i dzieci, często słyszysz od tego kogoś, że cię kocha, a tak naprawdę ma o tobie jak najgorsze wyobrażenie i nie waha się ciebie obrazić w rozmowie z innymi.

Mam złamane serce, ale kto wie, może zaoszczędziłam sobie wielu upokorzeń na przyszłość.

narzeczony

Skomentuj (25) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 337 (Głosów: 403)

#70693

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia o tym, jak próbowałem odzyskać dokumenty z Uczelni, na której nie rozpocząłem studiów.

Zdawałem na dwa kierunki, na dwóch różnych uczelniach. Priorytetowy kierunek był bardzo oblegany i posiadał trudne egzaminy wstępne. Dlatego, żeby nie być rok w plecy, ani nie trafić na pół roku w kamasze, wybrałem drugi, awaryjny kierunek.

Wyniki rekrutacji najpierw były dla kierunku awaryjnego. Dostałem się. Musiałem donieść dokumenty (a tym samym potwierdzić chęć studiowania) jeszcze zanim były wyniki z drugiego kierunku. No cóż, wiem, że w ten sposób komuś zajmowałem miejsce, ale nie moja wina, ze system jest głupi. Złożyłem dokumenty.
Potem okazało się, że na priorytetowy kierunek też się dostałem. Wiedziałem, że dwóch na raz nie dam rady pociągnąć - w związku z tym postanowiłem twórczo zinterpretować regulamin studiów mówiący o tym, że "można" w dowolnym momencie złożyć podanie o urlop dziekański". I takie podanie złożyłem w lipcu, jeszcze przed rozpoczęciem pierwszego roku studiów :)
Jakoś w październiku dostałem decyzję - odmowną. No nic, szat nie będę rozrywał, miałem chytry plan, nie wyszło - trudno. Studiowałem sobie mój kierunek.

Ale w sumie warto kopię świadectwa maturalnego odebrać. Po co ma się gdzieś kurzyć w archiwum uczelni, na której nie studiuję?

1) Podejście pierwsze. Ferie.
Sprawdziłem, kiedy działa dziekanat. Tego dnia pojawiłem się na Uczelni. Podszedłem do drzwi dziekanatu, pukam i chcę wejść. Ale nie daję rady. Zamknięte. Żadnej kartki na drzwiach, nic. Pokręciłem się po korytarzu kilkanaście minut. W międzyczasie więcej osób próbowało się dostać do dziekanatu, równie bezskutecznie, jak ja. Wreszcie schodzę do portierni i dowiaduję się tam, że dzisiaj dziekanat jednak nie działa:/ No nic, przyjdę później...

Po semestrze zimowym dostaję piękną informację, że zostałem skreślony z listy studentów. Chwilę później piękne pismo z WKU, że zapraszają mnie na przygodę życia - w kamasze :) Szybka wizyta w dziekanacie Uczelni, na której studiowałem, zaświadczenie o studiowaniu, szybka wizyta w WKU - uff, udało się :)

Ale zmobilizowało mnie to, że trzeba jednak szybko sprawę załatwić.

2) Podejście drugie.
Tym razem dziekanat był czynny :)
(Ja): Dzień dobry.
(Pani z Dziekanatu): Słucham! (ton głosu możecie sobie dopowiedzieć)
J: Chciałem odebrać dokumenty z Uczelni.
PzD: Słucham! (może Pani nie dosłyszała... Tłumaczę jeszcze raz zatem)
J: Dzień dobry. Składałem podanie o urlop dziekański, który nie został mi udzielony. W związku z tym chciałbym zabrać dokumenty, ponieważ nie studiuję na Państwa uczelni.
PzD: Ale jak to! Jakie dokumenty! Musiałabym do archiwum na dół zejść. A w ogóle, to już późno, za godzinę zamykamy. Sama jestem, koleżanki nie ma. No, nie dam rady zejść i zamknąć dziekanatu...
I taki monolog przez jakieś 5 minut. Z natłoku słów wyłuskałem, że Pani jest sama, nie może opuścić stanowiska pracy i iść z jednym studentem do archiwum, bo w tym czasie innym osobom nie będzie mogła pomagać. OK, rozumiem, nie ma sprawy, przyjdę kiedy indziej.

Życie studenckie się toczyło, praktyki, projekty, wyjazdy, egzaminy. I tak parę lat później znowu sobie przypomniałem, że może jednak warto odebrać te papiery :)

3) Podejście trzecie.
Dziekanat czynny. W środku sporo pań. Może się uda.
J: Dzień dobry, chciałem odebrać dokumenty, ponieważ zostałem skreślony z listy studentów i nie studiuję u Państwa.
PzD: Ale czego oczekuje?
J: Chciałem odebrać dokumenty, które składałem przy rekrutacji. Świadectwo, zdjęcia itp.
PzD: Kiedy były składane?
J: Kilka lat temu.
PzD: ŁOLABOGA! Przecież ja tego tu nie mam! To w archiwum centralnym jest! Jak ja to mam niby teraz wydostać, co? Jak to sobie wyobraża?
J: Proszę Pani, nie wyobrażam sobie. Wiem jednak, że ponieważ nie jestem Państwa studentem, to mam prawo odebrać dokumenty. W sumie, powinni mi je Państwo przesłać pocztą wraz z informacją o skreśleniu z listy studentów. Nie zrobili tego Państwo, dlatego też tu jestem.
PzD: Nazwisko! (czyli jednak, udzielono mi audiencji :))
Podałem
PzD: Data urodzenia!
Podałem
PzD: Obiegówka!
J: Słucham? Jaka obiegówka!
PzD: Wypełnił obiegówkę?
J: Nie, bo nie wiedziałem, że jest taka potrzeba.
PzD: To jak sobie wyobraża, że dostanie dokumenty, jak nie ma wypełnionej obiegówki? Tu jest, proszę, wypełni i przyniesie wypełnioną.
J: Ale proszę Pani. Czy ja na pewno muszę to wypełniać? Ja nie podjąłem studiów w ogóle.
PzD: Musi! Bo może korzystał z biblioteki i muszę mieć potwierdzenie, że nie zalega z książkami.

Argumentacja mnie przytłoczyła. Poddałem się i postanowiłem, że wypełnię tą obiegówkę. Chociaż uczelnia miała kilkanaście budynków, rozrzuconych po całym mieście - samo jeżdżenie za podpisami byłoby zatem niezłym wyzwaniem logistycznym.
Już chciałem odejść od kontuaru, gdy spojrzałem na pola w obiegówce. A tam: imię, nazwisko, nr albumu.

J: A mogę poprosić Panią o mój nr albumu?
PzD: A po co mu?
J: No jak to, do obiegówki
PzD: To sprawdzi sobie w legitymacji.
J: Ale ja nie mam legitymacji.
PzD: To w indeksie.
J: Też nie mam
PzD: Jak to nie ma?
J: No, nie rozpocząłem studiów i nie otrzymałem legitymacji
PzD: To jak mógł korzystać z biblioteki?
J: NO WŁAŚNIE, JAK?
Szach-mat? Kurtyna? Wytłumaczyłem w czym rzecz i przyznano mi rację?
Ależ skąd! Nic z tych rzeczy:) Pani z Dziekanatu nie z tych, co dadzą się przegadać.
PzD: JA NIE WIEM, JAK, ALE MOŻE MÓGŁ! OBIEGÓWKA! A tu ma nr albumu.

Logika mnie poraziła, wyszedłem. Obiegówkę wypełnił mi przy okazji kolega, który na tej uczelni studiował. Papiery dostałem.

* Starałem się możliwie wiernie oddać sposób odzywania się Pań w dziekanacie. Różne mnie obsługiwały, ale sposób zwracania się do petenta był ich częścią wspólną:)

Uczelnia dziekanat studia

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 212 (Głosów: 232)

#70692

(PW) ·
| Do ulubionych
O tym, jak otrzymałem najmniej empatyczną ripostę w życiu.

Leczę się w poradni zdrowia psychicznego. Na co i jak długo jest tu nieistotne i jednocześnie ważne dla dalszej części, bo druga strona też nie wiedziała. Skończyły mi się leki, a recepta na nowe straciła ważność (tak to jest, jak się wybiera zapas najpierw, nie mniej - moja wina). Dzwonię zatem do Poradni z pytaniem:
- Dzień dobry, czy doktor X przyjmuje dziś lub jutro?
- Niestety, doktor X jest na urlopie przez najbliższe dwa tygodnie.
- Aha. Mam problem, skończyły mi się leki, a recepta wypisana przez doktora X straciła ważność. Wiem, że powinienem się tym zająć wcześniej, ale czy któryś z państwa lekarzy mógłby mi wypisać receptę w zastępstwie?
- Niestety, większość lekarzy jest teraz na urlopach i wątpię, by któryś Pana przyjął.
- Rozumiem, ma Pani może dla mnie jakieś inne sugestie? Wie Pani, brak leków dla mnie to dość duży problem.
- Ewentualnie lekarz POZ, ale nie musi tego robić.
- A co jeśli nie wypisze?
- A to już Pana problem.

W tym momencie podziękowałem za rozmowę i się pożegnałem. Mogłem w sumie odpowiedzieć, żeby się nie przejmowała bo najwyżej zarżnę rodzinę albo skoczę z okna...

słuzba_zdrowia

Skomentuj (33) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 234 (Głosów: 288)

#70691

(PW) ·
| Do ulubionych
Z cyklu "oczami sprzedawcy".

Jak część z was pewnie pamięta - pracuję w jednym ze sklepów sieci "Muszkieterów". Piekielni zdarzają się często, czasem to my jesteśmy piekielni.

O czym dziś? Deski sedesowe, i "wróżbita maciej"

Deski:
Jak większość sklepów ogólnobudowlanych prowadzimy sanitarkę, a jak sanitarka to produkty komplementarne typu właśnie owych desek sedesowych. Regał, na którym się deski znajdują jest opatrzony wielkimi czerwonymi kartkami z napisem "Deski sedesowe nie podlegają zwrotowi, lub wymianie - wybieraj mądrze". Czemu nie wymieniamy/przyjmujemy zwrotów na taki asortyment każdy normalny człowiek powinien zrozumieć.
Kiedy ktoś ma problem z dobraniem odpowiedniego rozmiaru dechy, tłumaczymy jaki wymiar jest potrzebny i taki delikwent zazwyczaj dzwoni do domu żeby ktoś zmierzył, albo wraca za jakiś czas z wymiarami. No właśnie ZAZWYCZAJ.

Bardzo często zdarza się że konsument wraca z otwartą dechą (jak jeszcze jest zafoliowana, a klient spokojny i uprzejmy zdarza nam się pójść takiemu na rękę) i "on chce wymienić". Tłumaczenie takiemu osobnikowi dlaczego nie przyjmiemy towaru z powrotem jest strasznie upierdliwe i rzadko kończy się spokojnie.


Wróżbita maciej:

(K)lient, (J)a
K : -Panie, bo ja dwa miesiące temu kupowałem płytki i ja chcę jeszcze karton takich
J : A o które panu płytki chodzi?
K : No te co kupowałem. Z żoną byłem.
J : A nazwę pan może pamięta, albo wymiar?
K : No te co kupowałem! Nie wiesz pan?!

... nie, nie wiem. Mam dziennie parę setek klientów, ale muszę pamiętać co akurat on kupił.

K : Dzień dobry, szukam płytek do kuchni.
J : (wypytanie o wymagania, rozmiar, kolorystykę i inne duperele. Pokazaniu kilku z wielu możliwych opcji) Czy coś z tego się panu podoba, czy szukamy dalej?
K : A to będzie pasować do mojej kuchni?
J : Nie wiem proszę pana, to pan musi zdecydować. Pan tam mieszka, nie ja, więc pan musi wybrać, ja mogę tylko doradzić.
K : To które mam wziąć?


... Noż k....

Na koniec parę słów o zwrotach. Sklep NIE MA OBOWIĄZKU przyjąć zwrotu. Jest to tylko i wyłącznie dobrą wolą właścicieli. Jeśli już chcecie jakiś towar oddać, a nie macie paragonu/faktury, wyzywanie pracowników nie pomoże. Bez dowodu zakupu nikt wam nic nie przyjmie. I straszenie rzecznikiem praw konsumenta też nie robi na nas wrażenia. Acha... I teksty "bo ja znam swoje prawa" nie zwalniają z przestrzegania obowiązków. Gwarancja nie jest ważną jeśli nie dotrzymasz obowiązków z nią związanych.

Praca

Skomentuj (24) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 167 (Głosów: 193)

#70687

(PW) ·
| Do ulubionych
Mam szczęście do służby zdrowia. Albo pecha, zależy jak spojrzeć.

Źle stanęłam. Zabolało, ale to nie pierwszy raz, kiedy skręciłabym nogę, więc wiedziałam, jak działać. Był piątek, więc po prostu nie poszłam na zajęcia, kostkę posmarowałam maścią, usztywniłam bandażem i wyjęłam z szafy koleżankę kulę ortopedyczną. W poniedziałek nie było gorzej, ale uznałam, że jednak przyda się zwolnienie za ten piątek, więc wybrałam się do lekarza ogólnego. Pomacał kostkę, podumał, wystawił skierowanie do ortopedy na cito i na prześwietlenie. I wtedy zaczęła się zabawa.

Podreptałam do przychodni, trzasnęli mi fotkę z jednej i drugiej strony, dopisali do akurat przyjmującego ortopedy. Rejestratorka się pośmiała, że pan doktor młody, fajny, hehe, będzie miło. No, to najważniejsze. Próbujemy.

Kolejki nie było, to nawet myślałam, że nie mogłam lepiej trafić. Pan doktor rzeczywiście wyglądał, jakby dopiero co z uczelni wyszedł, ale to dobrze, jeszcze mu się chce. Zdjęcie obejrzał, nogę pomacał, pełen niedowierzania zdjęcie obejrzał ponownie, a to przysuwając się, a to odsuwając od monitora, po czym zapytał:

- Jak pani tu przyszła?

No jak to jak, normalnie, na nogach, o kuli. A on mi na to, że złamanie. Pokazuje zdjęcie, rzeczywiście, kość w dwóch częściach, no jak w mordę strzelił. Idealnie równa przerwa. To co teraz? Ano teraz w gips. Ale to lepiej będzie, jak mnie nie zagipsują na miejscu, w przychodni, tylko żebym do szpitala poszła, bo może by mnie operować chcieli. Jasne, nie ma sprawy, co to dla mnie, taki spacerek. To tylko złamanie przecież.

Jeden szpital. No tak, złamanie, przykra rzecz, ale akurat ortopeda jest na operacji, to może lepiej, żebym do drugiego szpitala poszła. Jasne, co to dla mnie.

Drugi szpital. Tu już profesjonalnie, po odczekaniu odpowiedniego czasu kolejne zdjęcie, gips i do domu. Tylko dali do podpisania, że się musiałam włóczyć po mieście, bo mnie odesłali z przychodni i pierwszego szpitala, no bo przecież tak nie można. Rzeczywiście jakby bez sensu.

Dotarłam do domu z przykazaniem, że za tydzień kontrola w przychodni, z myślą, że może wrzucę tę historię na piekielnych, co się przecież jeszcze może wydarzyć. Hehe. Kilka dni spokoju, noga w gipsie, spacerki ograniczone do absolutnego minimum. I w czwartek wieczorem niespodzianka. Niby nie chodziłam, nie stawałam na gipsie, nic, a jednak gips pękł. Tak na wysokości kostki. Trudno było mówić o usztywnieniu, o które chodziło, więc powstała decyzja – w piątek znowu do przychodni. Sprawdzone godziny urzędowania ortopedy, tym razem innego, wszystko się zgadza, wio.

Na miejscu okazuje się, że ortopedy nie ma. Żadnego. No, w grafiku jest, ale nie ma, bo nie ma, bo nie. Tak, przykra sprawa, taki złamany gips, proszę przyjść w poniedziałek, przecież ten mój lekarz tylko w poniedziałki jest. Za późno? To do szpitala, jej jest wszystko jedno.

Izba przyjęć. Tak, tak, złamany gips, ale przecież miałam iść na kontrolę. Do ortopedy w poradni przyszpitalnej, ten szlaczek to wcale nie jest nazwisko ortopedy z przychodni, nieważne, co to jest, mam iść do poradni. To poszłam. Tam mi pani powiedziała, że to trzeba było przyjść szybciej, a w ogóle się zapisać, a w ogóle doktor kończy pracę za piętnaście minut, więc już nie przyjmuje. Logiczne.

Izba przyjęć. Ratownik medyczny się zainteresował, gdzieś poszedł, z kimś zagadał, tak czy inaczej po odczekaniu odpowiedniego czasu założyli nowy gips i kazali na kontrolę w przyszły poniedziałek, do ortopedy w przychodni, który mnie tu za pierwszym razem przysłał.

Poniedziałek. Trzy godziny odczekane, bo chociaż najpierw należało wchodzić do gabinetu według kolejności przyjścia, to nagle, dwie osoby przede mną, lekarz zmienił zdanie i zaczął wyczytywać nazwiskami. I o mnie zapomniał. Zdarza się. Kiedy w końcu weszłam do gabinetu, obejrzał gips i stwierdził, że trzeba prześwietlić. Nie ma sprawy, mam wprawę w skakaniu na rentgen. Tak, trzeba prześwietlić, tylko bez gipsu. Także mam sobie przed prześwietleniem gips zdjąć, po prześwietleniu założyć. A że to szyna gipsowa, to będzie „jeszcze łatwiej”. Ale jak, sama zdjąć, sama założyć? „No ja z panią przecież nie pójdę.” Aha.

No to poszłam. Tak coś czułam, że nic z tego nie wyjdzie, ale lekarz powinien wiedzieć, co robi. Odwijam jeden bandaż, drugi… Ale trzeci to już w gips wtopiony, cudów nie ma, nie odwinę. Radiolog mnie ochrzanił, że to trzeba było iść do gipsowni, ale nie teraz, tylko jak w gipsowni ktoś jeszcze był, bo o tej porze to wiadomo, że nie ma. On może prześwietlić w gipsie, ale jak lekarz kazał bez, to on nic nie poradzi, do widzenia.

Wróciłam następnego dnia. Z ciężką artylerią – matką moją, choleryczką. Ja nie umiem walczyć o swoje, ona w razie potrzeby wszystko na głowie stawia. Aż mi głupio było, ale wyższa konieczność. Więc wróciłam, zostałam dopisana do innego ortopedy, gips mi ściągnięto normalnie, w gipsowni. Lekarz obejrzał zdjęcia, obejrzał nogę i stwierdził... Że to wcale nie jest złamanie. Najprawdopodobniej mam tak genetycznie jedną kość w dwóch częściach. Skręciłam, owszem, nawet mocno, ale złamanie to to nie jest. Po koledze po fachu poprawiać w karcie nie będzie, więc niech będzie, że złamana, ale taki młody, to pewnie nawet nie wie, że tak się da, w dwóch częściach. W poniedziałki już nie przychodzić, we wtorki.

A teraz sobie czekam na rehabilitację. Do maja. Spoko, mi się nie spieszy.

słuzba_zdrowia

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 234 (Głosów: 256)

#70683

(PW) ·
| Do ulubionych
Do tej pory nie mogłam powiedziec nic złego na służbę zdrowia. Zawsze trafiałam na dobrych lekarzy, miłe pielęgniarki. Do wczoraj. Sytuacja jako tako nie zdenerwowała mnie zbytnio, ale pozostawiła niesmak ;) Do rzeczy:
Obecnie jestem w 33 tc. Od 26 tc borykam się z kolkami nerkowymi spowodowanymi zatorem w lewej nerce. W 26 tc trafiłam na ostry dyżur urologiczny, żeby mi pomogli bo nie dawałam rady z bólem. Po wejściu do pokoju pielęgniarek, zaczęłam swoją historię tak:

- Dzień dobry, jestem w 6 miesiącu ciąży, mam bardzo silne kolki nerkowe i bardzo mnie boli.
[Pielęgniarka] - Jaki 6 miesiąc, co mi tu pani...

Fakt, brzucha nie miałam za dużego, jednak było go widać. Dla czepialskich - powiedzenie o ciąży nie miało na celu wzbudzenia litości, tylko poinformowanie, gdyż ciężarnym nie można podawać wielu leków ;)
Ok, dogadałyśmy się, została udzielona mi pomoc, pojechałam do domu.

Sytuacja powtórzyła się 29 tc. Według zaleceń urologa, kiedy pojawi się następny nieznośny ból mam na izbę od razu jechać. Jadę. W pokoiku znowu ta sama pielęgniarka. W głowie zaświeciła mi się lampka, ale rozmowę zaczęłam taką samą jak ostatnio, podając od razu kartę informacyjną z poprzedniej wizyty. I co? Ta sama odpowiedź ;) Byłam bez kurtki, więc o przeoczeniu nie było mowy, a kobieta patrzała na mnie, więc brzuch widziała na pewno.

No nic... Zapadła decyzja, idę na założenie sondy do nerki. Poleżałam sobie kilka dni w szpitalu. Przy wypisie powiedziano mi, że gdyby sonda w najmniejszym stopniu sprawiała ból mam przyjechać z powrotem. Niestety franca z tygodnia na tydzień bolała coraz bardziej. Po konsultacji z urologiem natychmiast udałam się na izbę, żeby zobaczyli co się tam dzieje.
Było to wczoraj. Przyjechałam, wchodzę, patrzę znowu ona. Czy tam nie pracuje nikt inny? Zaczęłam identycznie jak dwa razy wcześniej. Ha! Znowu ta sama odpowiedź. Jestem w 33 tc. Brzuch widać z kilometra... Na dodatek wręczyłam kobiecie książeczkę ciąży ;) Chciałam jeszcze dodać, czy na czas oczekiwania mogę położyć się na łóżku, bo tylko kiedy leżę nie boli (mają tam 5 łóżek z czego jedno jest dla tych bardzo bolących, oczywiście, wszystkie łóżka były puste). Usłyszałam:

- Proszę czekać za drzwiami, 6 osób przed panią.
Nawet nie zaprotestowałam bo trzasnęła mi drzwiami przed nosem.
No nic, czekamy z mężem, ból coraz większy. Mąż nie wytrzymał i udał się do niej, że prosi o pomoc bo widać, że mi jest co raz gorzej. Na co pielęgniarka, już przy lekarzu:
- Ale proponowałam żonie łóżko to odmówiła.

Usłyszałam to i odgryzłam się, że wyrzuciła mnie pani z pokoju, żeby nie kłamała. Trzy po trzy słyszałam jak lekarz ją pouczał na mój temat.
Ok, łóżko dostałam, leżę i czekam. Podszedł lekarz i zapytał który miesiąc, a ta wyskakuje z litanią:
- Ooo, to pani jest w ciąży. No co pani nic nie mówi. No nie widziałam. No doktorze, zobaczy pan jaka dzielna kobieta.

[Lekarz] - Pani Magdo, na biurku jest karta ciąży pacjentki. Jak pani nie wiedziała?
[Ja] - Mówiłam o ciąży.

Niestety tym wbiłam sobie gwóźdź do trumny... Przy pobieraniu krwi dziabała mnie chyba z 7 razy, gdzie nigdy nie miałam problemu z pobieraniem. Mam teraz dwa ogromne siniaki na rękach. Kiedy ustawiali mi sondę, bo okazało się, że przesunęła się i dlatego boli. Robiła to tak "delikatnie", że pogryzłam sobie palce.
W przypadku ponownego bólu mam wrócić. Chyba jednak zrezygnuję, bo teraz na pewno mnie pamięta. A jestem święcie przekonana, że znowu na nią trafię ;)

słuzba_zdrowia

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 145 (Głosów: 169)

#71074

~n0rek ·
| Do ulubionych
Kurierzy, kurierzy :) kolega pracował przez rok w jednej z firm, więc częściowo staram się ich zrozumieć, ale czasami przechodzą sami siebie.

Mianowicie zamówiłem paczkę (opony letnie), info na maila że wysłana i w drodze do mnie. Minął dzień, drugi, tydzień, a opon jak nie było tak nie ma. Dzwonię do firmy kurierskiej, a Pan na infolinii mówi, że faktycznie paczka jest w doręczeniu od tygodnia, ale on w sumie nie wie dlaczego nie dojechała, ale nada jej priorytet.

I faktycznie następnego dnia telefon o 21:53, że kurier ma moje opony i tu wywiązała się pewna rozmowa:

- Witam, kurier XXX, mam dla Pana komplet opon, tylko mam pytanie czy nie mógłby Pan po nie podjechać do centrum? (mieszkam ok 5km za miastem)
- No niestety, późno jest, poza tym dopijam piwko.
- Aaaa, bo mi się jeszcze auto zepsuło i te opony musiałyby zostać w nim do jutra, więc może znalazłby Pan jakiegoś kierowcę, to by były u Pana jeszcze dzisiaj.
- Spoko, to letnie kapcie, to nie śpieszy mi się.

Gość widząc że nie ugra nic, coś burknął i się rozłączył.
Na drugi dzień dostaję maila, że dostarczenie nie powiodło się i paczka będzie do odbioru na punkcie (80km od mojego miasta), a później wróci do nadawcy.
Po chwilowym szoku wykonałem telefon, osłuchałem swoją melodyjkę i w prostych żołnierskich słowach wytłumaczyłem WTF!

Dwa dni później dzwoni telefon, że paczka do mnie jedzie, ale czy nie mógłbym podjechać do centrum bo jemu się nie chce gonić taki kawał drogi... odmówiłem.

Koniec końców dostałem zamówiony przedmiot pod drzwi i żeby nie było - rozumiem, że się śpieszą i wyjazd poza centrum jest "stratą czasu", dlatego zgadzam się na dostarczanie paczek do pracy czy nawet podjechanie po nią w konkretne miejsce, ale bez przesady.

Przemyśl

Skomentuj (3) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 316 (Głosów: 320)

Podziel się pozytywnymi historiami na
WSPANIALI.pl

Piekielni