Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

 

#76673

(PW) ·
| Do ulubionych
O tym, jak zostałam nawiną utrzymanką faceta, który rzuci mnie dla młodej siksy i o tym jak zawartość portfela zmienia opinię ludzi i weryfikuje przyjaciół.

Mam wspaniałego męża z dobrze prosperującą firmą. Sama również prowadzę dość dobry interes.
Spotkaliśmy się z moimi 'przyjaciółkami'. W myśl pewnych zasad nie wdrażaliśmy nigdy przyjaciół, czym się zajmujemy, ile zarabiamy itd. Wszak po pierwsze- to może w każdej chwili się zmienić- pieniądze raz są, raz ich nie ma oraz trochę przebojów z błaganiem, proszeniem bliższych i dalszych osób, co by znaleźć jakieś zajęcie dla kogoś tam było- dość niezbyt przyjemnych.

(Zazwyczaj sąsiadki, kuzynki, kuzynowie przychodzili z prośbą o zatrudnienie syna, córki sąsiadki, kuzyna kuzynowstwa 10pokolenia od strony babki. A okazywało się, że Karyna, Mariusz, Mateusz, Belzebub i inni to wcale nie są 'dobrzy ludzie, którym się nie poszczęściło i są skorzy do roboty' a cwaniaki, które za mniej niż 2 tys. zł nie odejdą sprzed tv i nie odłożą piwska na bok, a za to czyhają na zawartości cudzych portfeli, w tym mojego męża i jego rodzicielki- zresztą można by było to puścić w osobnej historii, a nawet kilku).

Żeby nie było - poratowaliśmy moje koleżanki czasem grubszym groszem, na wieczne nieoddanie. Rozumiem, sama kiedyś pożyczałam, mój mężu także, różne są sytuacje- każdy rozumie. I nie wypominałabym tego, gdyby nie wczoraj...
Umówiliśmy się z moimi przyjaciółkami na obiadokolację. Ot, posiedzieć, poplotkować, pogadać- czynności normalnych dorosłych ludzi.

Temat zszedł na nasz przyszły dom. Mężu się nieopacznie pochwalił i pokazał zdjęcia z budowy. Uśmiechy były, takie jakieś wymuszone, dobre słowa. Gdy mężu wyszedł zaczęło się...
Nagle stałam się niegodziwą kobietą, która wyłudza pieniądze od ciężko pracującego męża. Stałam się 'ohydną, wyrafinowaną jędzą".

One by się w życiu po mnie nie spodziewały! Pytam się, czego, bo nie do końca rozumiem - 'No bycia taką co poleciała na kasę". No ale ja nadal nie wiem, do czego piją, bo wcześniej nie miały problemu z tym wszystkim. Ba, nawet nie miały z tym problemy, gdy zamawialiśmy napoje tam, gdzie siedziałyśmy- a mężu, albo ja płaciliśmy za ich dość 'bogate' drinki. ( Wychodzę z założenia, że każdy ma okres w życiu, że liczy się z każdym wydatkiem, nawet najmniejszym i zwyczajnie powiedzieliśmy na początku, żeby się nie wygłupiały, że zapłacimy. A one w myśl zasady 'jak dają to brać' zaszalały i całkowicie dla mnie normalne, by to było, gdyby nie to co powiedziały).

Według nich, tego co z przekrzykiwań zrozumiałam on się zaharowuje, na dom pracuje, a ja leże i pachnę i jeszcze mam wymagania! (Ano miałam. Chciałam prostą kuchnię w szarościach i bieli i to dziś orzekłam przy stole wcześniej. No i łóżko w sypialni z podświetleniem od dołu- od palet). Jedna wysnuła teorie, że im się mogę przyznać i że mam powiedzieć prawdę, że jestem z nim dla kasy i że dla pieniędzy za niego wyszłam, bo przecież nigdy nie chciałam wesela itp. (owszem nie chciałam, i nie miałam. Poczęstunek i uroczystość, na której było tych 15 członków rodziny za wesele raczej nie uchodzi przynajmniej w moim rozumowaniu).

W sumie słowa przykre, ale to było poniekąd zabawne. Przynajmniej z mojej perspektywy- beneficjentka programu 500+ na dwójkę dzieci póki co (3 dziecko w drodze-3 miesiąc ciąży), która kiedyś pytała mnie o formalne zatrudnienie jej, w ciąży, żeby po okazaniu L4 mogła dostawać pieniądze, prawi mi kazania na temat życia na cudzy koszt, razem z kobietą, która jest mi winna łącznie blisko 4 tys. zł. Szalę goryczy przelał fakt, gdy doczepiły się mojego męża, że pewnie znajdzie młodszą za kilka lat, że pewnie już ma z taką facjatą i takim portfelem. I że pewnie wcale tyle nie pracuje, tylko zdradza mnie z co rusz to młodą dzidą, której kupuje fajne prezenty. Swojego męza, faceta, który by za mnie życie oddał nie dam obrażać, tym bardziej, że człowiek nigdy nie miał przede mną żadnych tajemnic i nieba by uchylił swoim bliskim. Więc zaśmiałam się ironicznie, że te cizie, z którymi mnie zdradza to muszą być nie dość, że małe to jeszcze niewidzialne, bo mężu pracuje głównie w domu, ja również.

Dokańczałam swój napój i tak wysłuchiwałam, żem utrzymanka, że nażeram się za pieniądze faceta, który będzie miał mnie w poważaniu (może i będzie, życie płata różne figle, ale póki co jestem jego oczkiem w głowie) żem zła, że jak ja mogę iść i szaleć na zakupach, wiedząc, że to on musi na to zarobić. Cóż rzekłam tylko, że nie mam czasu za bardzo na wojaże na zakupach, bo pracuję. I nawet złośliwie pochwaliłam się ostatnimi projektami, nad którymi siedziałam kilkanaście tygodni, ze względu na upierdliwość i masę udziwnień, których zażyczyła sobie klientela i również złośliwie, z premedytacją powiedziałam, ile musieli mi zapłacić i głosem rozmarzonej dziewczynki dumałam, czy zastanę jutro w sklepie tę cudowną zastawę stołową, nie omieszkując przy tym dodać, że zarobiłam i jako osoba, która potrafi sama spłacać swoje długi, to nie będę sobie żałować.

Nafuczały na mnie. Prychnęły, że się zmieniłam. I dodały, że jeszcze zobaczę...
I zobaczyłam, dziś do mnie dzwoniła kochana przyjaciółka. Pytała, czy jestem jeszcze w mieście, bo ona zapomniała, że pilna sprawa, że właściciel jej mieszkania przychodzi wieczorem, a jej brakuje 300zł do czynszu.
Sapnęłam, że nie mam. Że wydałam na zakupach cały hajs swój i faceta.
Straciłam przyjaciółki. Ale zyskałam przeświadczenie, że pieniądze potrafią obudzić w ludziach chorą zazdrość i zawiść, a potem totalną hipokryzję.

I żeby było jasne. Nie jest u nas jakoś bardzo kolorowo. Nie śpimy na milionach , nie jemy kawioru. Owszem wystarcza na dość dobre życie, na wakacje, na obiad poza domem, ale pracujemy też ciężko, musimy trzymać się terminów, musimy działać na polu marketingowym, żeby zdobyć klienta, musimy być na bieżąco z nowinkami technologicznymi i internetowymi- zatem praca jak wielu ludzi. A dom? Dom budujemy z racji dużej rodziny i chęci posiadania kilkorga dzieci. Poza tym, jednak rodzice czy moi, czy małżonka nie będą wiecznie młodzi - a oboje mamy w domu niepełnosprawne rodzeństwo - więc mimo, że to myślenie bardzo przyszłościowe, to jednak kiedyś opieka nad nimi zostanie powierzona nam.

I naprawdę na co dzień nie jestem osobą, która by wygłosiła takie słowa do innych- człowiek jest raz na wozie, raz pod wozem i to dla mnie zrozumiałe, kiedyś możliwe, że ja i mąż będziemy potrzebować pomocy - ale nie znoszę hipokryzji. I nie znoszę, gdy ktoś obraża najważniejszą osobę w moim życiu. A przyjaciółek już nie mam i wiecie co? Jakoś nie jest mi żal.

przyjaciolki bar spotkanie

Skomentuj (66) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 297 (Głosów: 367)

#76690

(PW) ·
| Do ulubionych
Pisałam już kiedyś o naszym pracowniku roku - Staśku, czyli leserze, jakich mało (historia pierwsza dostępna tu: http://piekielni.pl/73666). I o szefowej, która traktuje nas, jak jej pasuje (http://piekielni.pl/76583).

W tym tygodniu Staś "choruje", a dokładniej:

Poniedziałek, godzina 11, Staśka nie ma. Koleżanka z jego działu (jego bezpośrednia przełożona) nie może się do niego dodzwonić, nie wiadomo, o co chodzi, więc idzie do szefowej i pyta, czy nie wie, co ze Staśkiem. "Aaa, tak tak, napisał mi smsa, że się źle czuje i nie będzie go dzisiaj". No dobra, niech mu będzie.

Wtorek, od rana Staśka nie ma. Szefowa: "Przesłałam mu mailem pracę do domu, będzie pracował dzisiaj zdalnie, bo nadal chory".

Środa. Szefowa: "Staś dzisiaj idzie do lekarza, bo się naprawdę pochorował bidny i dostanie zwolnienie za te wszystkie dni".

Czwartek. Chłopa ni ma, zwolnienia ni ma, ale nikt już pytań nie zadaje. Skoro ma przynieść zwolnienie, to niech przyniesie.

Piątek. Godzina 12, wpada Stasiek, nic po nim choroby nie widać, coś tam pogrzebał w biurku i - daj Boże - jest 14, właśnie wyszedł. Wchodzę do pokoju socjalnego, gdzie leży lista obecności, a tam... Stasiek podpisany normalnie za cały tydzień!! Lecę więc do koleżanki (tej jego bezpośredniej przełożonej), żeby ją poinformować o fakcie. Ta więc z ku*wami na ustach idzie do szefowej i co... "No właśnie ten lekarz mu nie dał zwolnienia w końcu, wyobraża sobie pani?! No to kazałam mu się normalnie podpisać".

To tak a propos równości w pracy.

Stasiek praca szefowa

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 238 (Głosów: 254)

#76691

(PW) ·
| Do ulubionych
Okres próbny minął, w perspektywie długoterminowe zatrudnienie, więc przyszedł nareszcie czas na zakup wymarzonego autka. Problemem jest jednak to iż być może będzie mi potrzebne leczenie (głównie estetyczne, opowieść na inną historię) na które też trzeba będzie wziąć niewielki kredyt. Kroki swoje skierowałam do banku. Bo jedyne co wiem to że wolałabym leasing na auto i być może ten mały kredyt za kilka miesięcy. Reszty trzeba dopytać. Weszłam więc do oddziału mojego Ubanku, wzięłam numerek, odstałam swoje, w końcu zasiadłam przy jednym ze stanowisk, podałam swoje dane, dowód, powiedziałam czego szukam...

Dowiedziałam się jedynie że powinnam lepiej priorytetować swoje potrzeby. Że, hehe, chyba leczenie ważniejsze. Ale poza tym NIC. Bo "osoby która wie o leasingach nie ma". A co do ewentualnego kredytu na mieszkanie to też ta osoba bo oni to nie wiedzą. Powinnam się była najpierw umówić na taką rozmowę (podkreślam - nie na branie sporego kredytu a tylko na otrzymanie informacji, takich jak "czy w ogóle mogę").

Moje ostatnie pytanie brzmi - skoro w całym sporym oddziale o kredytach potrafi rozmawiać tylko jedna osoba to po ch*j oni tam wszyscy siedzą jako "doradcy klienta"?

bank

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 152 (Głosów: 176)

#76697

(PW) ·
| Do ulubionych
Moja poprzednia opisana historia #76343 wywołała niezłe poruszenie, pojawił się jeden komentarz odnośnie wzmianki na temat wniesienia oskarżenia o stalking na moją byłą. Osobie zainteresowanej opisałem pokrótce sytuację. Ta historia jednak zasługuje na oddzielny rozdział, co by może przestrzec niektórych użytkowników. A zasada primo ultimo - gdzie się mieszka i pracuje, tam się ch**em nie wojuje!

Do sedna, poznałem w pracy świetną dziewczynę. Rozumieliśmy się bez słów, ja byłem w szoku, że ktoś może mieć taki dar w docieraniu do ludzi. Od razu wiedziała, gdy coś było nie tak i potrafiła do mnie przyjechać o każdej porze dnia i nocy. Uważałem to za miłe, za oznakę zaangażowania.

Mijają dni, miesiące, zegar tyka. Oprócz tego że dziewczyna zaczęła się robić naprawdę natarczywa; począwszy od smsów minutę po budziku, przez niezapowiedziane wizyty w miejscach i dokładnie o czasie, gdzie załatwiałem jakieś sprawy na mieście, dosłownie "klonowanie" mojego grafiku, aż po niezapowiedziane wizyty, gdzie nie dawałem znaku życia przez pół godziny. Nieważne, robiłem kupę i się zasiedziałem przy krzyżówce, czy ucinałem sobie drzemkę, zaraz była wizyta, bo mogło mi się coś stać, dlaczego ja dopuszczam do stanu, że ona się martwi. Kolejna rzecz to taka, że mimo takiego zaangażowania była niesamowicie otwarta w kontaktach z innymi facetami, dość wyzywające stroje, jak i akceptowanie komentarzy typu "wytrzepotałbym Ci sakwę na lewą stronę, całą noc byś miała mokrego maślaczka". Postanowiłem to zakończyć.

No i wtedy się zaczęło! Wizyty u moich rodziców, u mnie, łażenie pod blokiem, smsy, telefony, blokada sprzętowa numeru nie pomogła, ciągle zmieniała startery. Zmieniłem numer po jedenastu latach i podałem go garstce osób, oczywiście od kogoś dostała. Cwana bestia, powiedziała że zapomniała zapisać jak jej podawałem. Nasz związek nie był jawny w pracy, stąd wersja była całkiem wiarygodna. Doszły maile, listy z wyrzutami, ze zdjęciami w różnych pozycjach i strojach, pogróżki, komunikator w pracy, pobity kubek, majtki w plecaku, wypryskana cała kurtka jej perfumami. Cyrk!

Zaczęło mi to niesamowicie utrudniać życie, więc poszedłem na policję. Jak się można domyślić pomocy nie otrzymałem, jako że nie jest to nękanie utrudniające życie, czy korzystanie z jakiegoś medium, np. telefon, w dodatku nie mam szkód cielesnych. Mimo już segregatora wydrukowanych maili, smsów, zdjęć, listów, nic nie mogłem. Panie, robim co możem, w tej sytuacji dopóki żeś w zęby nie zarobił to nic my nie możem.

Jakoś z tym żyłem, starałem się nie zwracać uwagi i w pracy postanowiłem być po prostu sobą. Postanowiłem też zrobić niespodziankę koleżankom z okazji dnia kobiet. Ot po prostu pomyślałem że coś im zaśpiewam, pokażę się z dobrej strony. Wiadomo, poczta pantoflowa, Rysiek powiedział Marysi, Marysia Józkowi i tak doszło wiadomo do kogo. Wiecie czym się kończy hasło "tylko nikomu nie mów". Dziwnym trafem tego samego dnia po pracy, gdy wyszedłem z domu podbiegło do mnie trzech kolesi, jeden bez słowa sprzedał mi plombę. Zaskoczony, ogłuszony od razu gleba. Na glebie też swoje dostałem, masażem tego nazwać nie było można. Niespodzianki na dzień kobiet nie będzie, toż z fioletową gębą i obitymi żebrami dźwięków z siebie nie wydam.

Jeszcze tego samego dnia zadzwoniłem na 997, że zostałem pobity i najprawdopodobniej jest to sprawka nękającej mnie kobiety. Dołączone dowody w postaci wydruków i ręcznie pisanych listów, zdjęć, relacje sąsiadów, że taka osoba faktycznie się "kręciła" w okolicy niejednokrotnie. Wdzięczność ogromna dla osiedlowego monitoringu! Kilka słów dorzuciły osoby z pracy i koniec końców skończyło się dobrze. Ja pracę zmieniłem, wyszło mi to na zdrowie i korzyść, ona ma zakaz zbliżania się do mnie na 300 metrów i nadzór kuratora. Z badań psychologicznych wyszło, że dziewczyna ma poważne zaburzenia, biorąc pod uwagę jeszcze fakt, że w poprzedniej pracy też sobie tak kogoś upatrzyła i nękała. Tylko tam rozwiązali jej umowę.

Cóż, wniosek z tego taki, nie ufajcie byle komu! No i nie dawajcie za szybko numeru telefonu!

Skomentuj (5) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 159 (Głosów: 171)

#76694

(PW) ·
| Do ulubionych
Koleżanka swego czasu robiła praktyki w żłobku. Wybrała taki "domowy" - pani właścicielka prowadziła go przy swoim miejscu zamieszkania, a pomysł na otwarcie placówki narodził się jej w głowie po urodzeniu dziecka, bo "ona zrozumiała jak bardzo kocha dzieci". Sama natomiast dziećmi się nie zajmowała. Zatrudnione były trzy panie opiekunki z pedagogicznym zapleczem, tzw. "ciocie". Grupa dzieciaków liczyła ok. 14, był to okres letni.

Krótko opiszę warunki, jakie tam panowały wg relacji mojej znajomej:
- dzieci często zapłakane, zasmarkane, dundle do brody. Niestety żadnej z pań nie przyszło do głowy, by dziecko uspokoić i wytrzeć buzię.
- to samo tyczyło się pełnych pieluch. Dzieciaki cały dzień chodziły z pełną pieluchą, ta natomiast była szybko zmieniana, na stojąco, kiedy lada moment miał pojawić się rodzic. Co więcej, dzieci przeważnie posiadały swoje pieluchy, tzn. adekwatnie do wieku dobrany rozmiar itp., dostarczone przez rodzica danego dziecka. Niestety "ciocie" miały to gdzieś. Dobierały pieluszki losowo. Pampers do kolan to był częsty widok.

- kilkoro dzieci dostawało swoje jedzenie z domu. Nie przeszkadzało to podczas karmienia tą samą łyżeczką częstować inne dzieciaki. Dziecko nie zjadało pełnej przygotowanej porcji, w ogóle podczas posiłków panował jeden wielki nieogar. Dzieciaki nie były karmione sumiennie, zdarzało się, że jedno zjadło za trzech podczas gdy inne nie zostało nakarmione wcale. W kuchni brakowało chociażby chochli, trzeba było zanurzać miskę w garze z zupą.
- komentarze i teksty pań. "Co ryczysz", "w sumie to twoja matka jest poj****a, więc se płacz", "jej starzy są poj***ni" (o rodzicach jakiejś dziewczynki). Jedna "ciocia" przez przypadek uderzyła plastikowym rowerkiem dziecko w buzię, na co mała w ryk. Reakcja "cioci"? "Aaaa... sorry".
- notoryczne wychodzenie do sklepu, na papierosa, etc. Złotą godziną był czas leżakowania. Panie mogły się w końcu urwać i rozerwać, zostawiając dzieci praktykantkom.
- jedna dziewczynka wywróciła się i niefortunnie przygryzła sobie wargę od wewnątrz, poleciało trochę krwi. "Ciocie" przejęte, jedna dzwoni do szefowej

(C) no i co teraz? Mam powiedzieć matce??
(S) niiieee niee! No co ty, nic nie powiemy! Już nie leci (krew) no nie??
(C) nie leci nie leci, dobra to nic nie powiem.
- tak jak z pieluchami, tak i pościel każde dziecko miało swoją z domu. Co z tego, dzieciaki kładzione były losowo.
- poobdzierane ściany z odpryskującą farbą i ogólnie panujący syf i brak higieny to już dodatkowy szczegół.

zlobek

Skomentuj (16) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 117 (Głosów: 149)

#76671

(PW) ·
| Do ulubionych
W temacie żuli.

Przed kupnem własnego lokum wynajmowaliśmy z lubym przytulne mieszkanie w ścisłym centrum. Prywatna kamienica, otoczona ogródkiem i płotem, cała na wynajem a właściciel tak dobierał lokatorów by byli w podobnym wieku i się dogadywali (integracja była pełna). Bajka? No prawie- za tym płotem znajdował się opuszczony budynek- miejsce bytowania żuli. Początkowo myślałam, że budynek musi być opuszczony ze 30 lat, nie miał ani jednego kawałka szyby (a i ram okiennych brakowało), ani jednych drzwi a tynk był obdrapany na wysokość dorosłego człowieka. A, i miejscami widoczne były okopcenia.

Później miejscowy specjalista od hydrauliki uświadomił mnie, że dzicy lokatorzy doprowadzili ten klasyczny przykład architektury modernizmu do takiego stanu w 5 lat. Właścicielka zmarła a dziedzic mieszkał za granicą i majątkiem się nie interesował, miasto nic nie mogło zrobić bo teren prywatny...

Czas na główne atrakcje związane z tak uroczym sąsiedztwem:
1) załatwianie potrzeb fizjologicznych na widoku, nie przejmując się, że ktoś widzi, prawie pod naszymi balkonami...(porządny opieprz tubalnym głosem lubego pomagał na krótko)
2) jak, z powodu upojenia, nie udało im się doczołgać do budynku, to spali w tym gówn*e
3) obnażanie się- to ,że żul wychodził na podwórze zdejmował gacie i srał pod siebie to jeszcze mało. Pani żulica po pijaku zwykła latać po okolicy bez kluczowych elementów garderoby i drzeć się kto ją przeleciał jak była nieprzytomna...
4) żulica generalnie lubiła wrzeszczeć- dzięki temu znaliśmy dokładnie szczegóły pożycia tej radosnej komuny (kto komu co zjadł, kto komu co wypił, kto oddaje się stosunkom jednopłciowym) okraszając to dużą ilością przekleństw (i nie ważne, że był środek dnia a budynek sąsiadował z przedszkolem...)
5) straż miejska? Straż czy policja mogła im skoczyć. Mandat? i tak nie zapłacą...Wyrzucić? przecież to teren prywatny i nic im do tego. Mogli co najwyżej z uporem maniaka odłączać im pociągnięty na lewo prąd i gaz...
6) Prąd- mimo kompletnego zdewastowania budynku żule nie zamierzały sobie odmawiać podstawowych przyjemności- mieli dvd, tv i wieżę (na której potrafili odtwarzać w kółko "białego misia" przez 10 h, radośnie śpiewając wraz z wokalistą). Sprzęty te potrzebują prądu więc żule wprawiły się w podłączaniu do sieci na lewo. Aż pewnego dnia przyjechała straż i, chyba z desperacji, nie tylko usunęli żulowską instalację ale również zdemontowali skrzynkę i wyrwali kable do niej prowadzące, ile się dało. Dzikim lokatorom zostało śpiewanie a cappella ale przecież przydałoby się również źródło światła... Rozpalili ognisko, w środku, a jak wiadomo ognisko plus hałdy śmieci i upojenie alkoholowe to nie jest dobre połączenie. Gdy poczułam spaleniznę i wyszłam na balkon to widziałam już tylko uciekających (zygzakiem lub pełzająco) żuli a sąsiadka z góry wzywała już straż pożarną. Akcja trwała 2 godziny, ogień strawił cały dół willi... Co na to żule? Już nad ranem byli z powrotem, drąc się na całą okolice, że "sk*rwy**** strażacy zalali im cały dobytek i wywali na zewnątrz"...
7) Za naszych czasów palili się jeszcze dwa razy. Raz z ofiarą śmiertelną (bo był zbyt pijany żeby uciec a koledzy go zostawili) a my za każdym razem baliśmy się, że wiatr przerzuci ogień na sąsiednie budynki... Tuż po naszej przeprowadzce budynek spłonął doszczętnie zabierając ze sobą kolejnego miłośnika amareny.

Niech smaczku historii doda fakt, że Ci ludzie codziennie o godzinie 17, gdy normalny człowiek wraca zmęczony z pracy, wracali nawaleni do nieprzytomności niosąc siaty jedzenia (niejednokrotnie pomstując na jego jakość) kupionego przez dobrych ludzi, którzy "na piwo nie dają ale jedzenia nie odmówią"... My kupujemy im jedzenie a oni całą kasę (czy to z datków czy z zasiłków) mają na picie. I tak sobie żyją bezstresowo...

Dodam tylko, że mój ojciec jest wychowawcą w noclegowni dla bezdomnych (i nie starczyłoby miejsca na tym portalu żeby opisał swoje doświadczenia z żulami- jak chcecie to mogę coś wrzucić) i wiem jakie możliwości uzyskania pomocy mają takie osoby. Tylko jest jeden warunek- trzeba być trzeźwym! Dla niektórych to wciąż za dużo, sami dokonują wyboru.

Na koniec krótkie ostrzeżenie- gdy widzicie leżącego żula, nigdy nie dotykajcie go inaczej niż butem z grubą podeszwą (oczywiście najpierw upewnijcie się czy to żul czy tylko biednie ubrany człowiek). Osobniki żyjące w takich komunach często są nosicielami różnych chorób zakaźnych (w tym hiv i hcv) i żeby zabezpieczyć się przed kradzieżą nabijają portfele swoimi zużytymi igłami (informacja z kursu pierwszej pomocy od czynnego ratownika).

pomorze

Skomentuj (20) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 203 (Głosów: 213)

#76677

(PW) ·
| Do ulubionych
Dawno, dawno temu na Górnym Śląsku, Polska. Rok 2002. Pracowałem wtedy w jako serwisant. Do moich obowiązków należało miedzy innymi przejeżdżanie służbowym samochodem od 5 do 10 tysięcy kilometrów miesięcznie.
Jakoś się tak zdarzyło, że firma potrzebowała kogoś do zdania dosyć poważnych egzaminów aby uzyskać certyfikaty. Były to cztery egzaminy - kobyły składające się na tytuł CCNP (specjaliści wiedza o co chodzi). Ponieważ miałem już certyfikat niższego szczebla zostałem wyznaczony do zdobycia wymaganego certyfikatu. Czas - po dwa tygodnie na każdy egzamin. Egzaminy zdałem, pojawiłem się z powrotem w pracy. Niektórzy koledzy gratulowali, niektórzy fukali, że mieli więcej roboty i też by chcieli nie jeździć w zimowe miesiące.

Po kilkunastu tygodniach spotkałem się w stolicy z szefem. Pogratulował egzaminu, docenił tytaniczną pracę słowem. Ponieważ był w dobrym nastroju podpytałem się czy nie mógłby również docenić czynem.
- No wiesz, stary, że podwyżki ci dać nie mogę.
Spodziewałem się tego, ale ponieważ śniegi ustąpiły już upałom wpadłem na pewien pomysł:
- A ja nie podwyżkę mam na myśli.
- To już lepiej. Czego byś sobie życzył?
- Samochodu z klimatyzacją
- Hmmm, hmmm, to może się udać - powiedział i wybiegł z gabinetu.
O samochodach z klimatyzacja to w tych czasach wiedzieliśmy jedynie, że są.
Wrócił po 30 minutach dzierżąc dokumenty wozu i kluczyki.
- Uff, nic tak nie rozrusza jak dobra kłótnia. Masz tu po-dyrektorki samochód, dwa lata, 30 tys na liczniku. Już go ktoś z księgowości szykował dla siebie, ale wydarłem mu z gardła.

Model pozostał ten sam - ford escort kombi, ale zmiana koloru z granatowego na srebrny nie pozostała niezauważona.

Podeszła do mnie koleżanka.
- To auto ma klimatyzację? - raczej stwierdziła, niż się zapytała.
- Tak.
- I tak sam ci dał?
- Tak. Zapytałem się tylko czy nie mogę dostać jako nagrodę za certyfikat.
- No wiesz co! Jak mogłeś! Ja to bym nie umiała prosić o coś dla siebie! Powinieneś zrobić coś dla dobra nas wszystkich! - odwróciła się na pięcie i wyszła.

Po kilku miesiącach pokazała, co należy czynić dla dobra nas wszystkich. Zaszła w ciąże i od razu walnęła na biurko L4.

Klimaty w pracy

Skomentuj (27) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 203 (Głosów: 239)

#76706

(PW) ·
| Do ulubionych
Jeden z naszych telekomów komórkowych wprowadził nową usługę o nazwie "Serwis wyświetlacza". Super. Na pewno wiele osób miało ten problem. Telefon upadł i zbił się ekran. Fajnie byłoby go móc naprawić.

Ale jest pewien kruczek, o którym firma na swoich stronach nie informuje. Dopiero w regulaminie. A w nim możemy przeczytać.

Serwis nie dotyczy uszkodzeń:
1) spowodowanych wilgocią, zalaniem, rdzą lub korozją postępującą stopniowo;
2) polegających na zużyciu lub stopniowym pogarszaniu się jakości pracy wyświetlacza lub ekranu Urządzenia;
3) polegających na powierzchownych uszkodzeniach wyświetlacza lub ekranu Urządzenia, takich jak np.: porysowanie, wytarcie zewnętrznego lakieru Urządzenia lub uszkodzeniach nie wpływających na prawidłowe działanie Urządzenia; wszelkiego rodzaju
uszkodzenia estetyczne, wgniecenia, zadrapania, porysowania, odbarwienia i inne uszkodzenia, które nie mają wpływu na funkcjonowanie objętego ochroną serwisową wyświetlacza lub ekranu Urządzenia;

Wykluczeń jest oczywiście więcej. Ja to rozumiem tak, że jeśli ekran się zbił, ale nie wpływa to na użytkowanie, to usługa tego nie pokrywa. Jeśli się zalał, wtedy również nie. Jeśli się mocno zarysował, też nie. Generalnie musiałby się zbić tak, żeby nie dało się korzystać. Wtedy można wymienić.

Moim zdaniem nazwa usługi wprowadza w błąd, a sama firma jest piekielna, oferując płatną miesięcznie usługę, z której prawie nie można skorzystać.

telefony usługi

Skomentuj (16) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 140 (Głosów: 166)

#76672

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia o problemach z komunikacją.

W wakacje w zeszłym roku od współlokatora (jak to studenci, wynajmujemy mieszkanie), że przyszedł do nas sąsiad z piętra niżej w asyście wkurzonej pani z administracji, która oznajmiła:

- Od dwóch miesięcy zalewacie mieszkanie poniżej, wyłączam wam wodę i macie natychmiast to naprawić. Już raz została wam odłączona, ale najwyraźniej to nie pomogło.

Napomknęła też coś o konsekwencjach. Winny okazał się prysznic, a raczej nieistniejąca uszczelka od brodzika. Szybko poinformowałem osobę odpowiadającą za mieszkanie. Następnego dnia przyszedł pan złota rączka i zasylikonował krawędzie brodzika. Problem natychmiast zniknął.

Teraz gdzie piekielność. Dowiedzieliśmy się, że zalewaliśmy sąsiada od dwóch miesięcy. Przez ten czas nie mieliśmy o tym bladego pojęcia, nikt się z nami nie skontaktował. Ponoć sąsiad próbował, ale ciężko mi uwierzyć, że przez cały ten czas ani razu nie udało mu się trafić na nas w mieszkaniu. Tym bardziej, że takie zacieki pojawiały się wtedy, kiedy ktoś wodę lał, a więc łatwo było wywnioskować, że wtedy ktoś mieszkaniu jest. Prysznic był używany i rano, i wieczorem, a czasem i w środku dnia, więc przy odrobinie chęci natrafienie na któregoś z nas nie powinno być problematyczne.

Druga rzecz, to odłączenie wody, o którym wspominała pani z administracji. Przez kilka dni miałem szczery ubaw, no bo przecież nikt u nas wody nie odłączył, więc pewnie zrobili to komuś innemu. A potem przyszło olśnienie. Faktycznie, gdy przyjechałem po którymś weekendzie do mieszkania, zorientowałem się, że w łazience nie ma wody. Zawory są zlokalizowane na zewnątrz w skrzyneczkach, do których praktycznie każdy ma dostęp. "Ktoś" po prostu przekręcił zawór. Pomyślałem, że zrobił to z jakiegoś powodu współlokator, który gdzieś wyjechał, więc zwyczajnie odkręciłem i o sprawie zapomniałem. Nikt przy tej okazji nie zostawił kartki, czy choćby listu w skrzynce o istniejącym problemie, tylko zwyczajnie wodę zakręcił. I domyśl się tu człowieku, że zakręcony zawór oznacza reprymendę ze strony administracji.

My, na szczęście, problemów nie mieliśmy, ale ktoś zapewnił sobie grzyba na ścianie i pewne malowanie łazienki (a może i więcej).

życie w mrówkowcu

Skomentuj (1) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 214 (Głosów: 226)

#76668

(PW) ·
| Do ulubionych
O żulach. Długo i obrzydliwe.

Pracuję w uliczce, którą owi szlachetni panowie upodobali sobie na konsumpcję trunków pochodzenia różnego. Śmierdzą niemiłosiernie, a uliczka ma taki przewiew, że czuć ich już z daleka - jak się któryś ułoży odpowiednio, to jeden może 30 m zasmrodzić na amen. Byłam świadkiem jak sikali, rzygali i po prostu srali na widoku, nawet do kąta nie poszli, tylko centralnie na ławkach. Jeden nawet prawdopodobnie robił sobie dobrze, ale nie przeglądałam się zbytnio, więc głowy nie dam. (W pracy mam kamerę na ulicę, a i jak przechodzę to widzę). Ponadto każdego przechodnia zaczepiają o 2 zł na zupkę chińską - nie muszę mówić, że tej zupki u żadnego nie widziałam ;-)

Ale nawet nie o to chodzi. Nie jestem jakąś szczególnie delikatna i w gruncie rzeczy nie obchodzi mnie co oni robią.

Ale są to ludzie chorzy. Na wózku, mają problemy z poruszaniem się, jeden łazi stale pobity, nie wiem dlaczego. Raz przez prawie godzinę patrzyłam jak jeden próbuje wstać z ziemi po spaniu, podniósł go dopiero przechodzień. Ja nie pomogłam, bo się po prostu brzydziłam i nie czuję z tego powodu wyrzutów sumienia.

Prawie codziennie przyjeżdża policja, kilka razy dziennie podchodzi straż miejska, przeganiają ich. Wtedy w około połowie przypadków zjawia się jakiś Obrońca Żuli i każe ich zostawić w spokoju, niech sobie siedzą, przecież to też ludzie!

Obojętnie czy po osiągnięciu celu czy nie, Obrońca szybko się ulatnia kiedy poczuje wzbogacone powietrze uliczki - dziwnym trafem zawsze przychodzą od strony placu, gdzie nie czuć żulem ;-)

Ale...

Straż miejska nie przegania żuli z miejsca na miejsce, idźcie umierać gdzie indziej. Kilka razy słyszałam tą rozmowę i zawsze wyglądała w podobny sposób:

- Marian, chodź z nami, my cię zawieziemy, najesz się i umyjesz.
- Nie, mi tu dobrze.
- To chociaż jedź z nami do szpitala, tam ci tą nogę wyleczą, bo kiepsko wygląda.
- Won, ja tu siedzę, mi tu dobrze.
- Marian, śmierdzisz, ludziom przeszkadzasz, jedź z nami.
- Zostawcie mnie, mi tu dobrze.

Puenta? Gdy to piszę jeden sika na ławce, obok stoi otwarte piwo. A ja jestem ciekawa czy sobie przypadkiem do puszki nie nasikał.

ulica

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 199 (Głosów: 211)

Podziel się pozytywnymi historiami na
WSPANIALI.pl

Piekielni