Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

 

#61587

(PW) ·
| Do ulubionych
Coś o dawaniu rąk i łokci.
Mieliśmy, ta znaczy ja i mój mąż, samochód. Nie był nowy. Do pełnoletności trochę mu brakowało, ale w wieku gimnazjalnym już był. Czasem coś się w nim psuło, trafiał na warsztat, palił sporo (bo to spory samochód był), ale jeździł.

Jakiś czas wcześniej moi teściowie w dosyć burzliwych okolicznościach stracili swój - jeszcze starszy - samochód, a wiadomo, że to rzecz bardzo wygodna i kto miał i się przyzwyczaił, to łatwo się nie odzwyczai. Zaczęli myśleć o nowym. No nie fabrycznie nowym, bo emerytów nie bardzo na to stać.

Nam trafiła się okazja zakupu nieco krócej używanego samochodu, więc staruszka mieliśmy "na zbyciu". Mało tego, postanowiliśmy teściom go sprezentować.
Mówiłam mężowi, żeby dał go tak jak stoi, ojciec oddałby do wybranego przez siebie warsztatu. Ojciec przekonał męża, że on nie zna żadnego warsztatu, zapłaci za naprawę, samochód chce sprawny.

Oddaliśmy pojazd tam, gdzie dotąd był zawsze robiony, pan przyłożył się, przygotował samochód na badanie techniczne, bo akurat był termin, więc wszystkie rzeczy odpowiedzialne za bezpieczeństwo jazdy, do tego jeszcze przeżarta rdzą blacharka, wszystko odstawione elegancko, przegląd przebiegł bez zarzutu. Jedno "ale" - to jest stary samochód, zrobienie WSZYSTKIEGO przekroczyłoby wartość samochodu, więc za jakiś czas muszą wyjść inne usterki. Teść zapłacił, samochód mu zawieźliśmy, jeździł jak trzeba, przekazaliśmy umowę darowizny i wszystkie dokumenty, mój mąż opowiedział o wszystkich usterkach i możliwościach. Wszyscy wyglądali na zadowolonych.

Minęło kilka miesięcy. I się zaczęło.

Okazało się, że samochodem teść nie jeździ, bo się boi, na jakimś warsztacie (jednak warsztat się znalazł) wykazano mu 15 usterek (nie wiem jakich i jak istotnych), tamten fachowiec wziął pieniądze za nic, i w ogóle to on najchętniej by nam ten samochód oddał. Od oszustów wyzwał nas, jak okazało się, że ubezpieczyciel upomniał się o pieniądze, a przecież samochód ubezpieczony był do października. Jak mogliśmy za ubezpieczenie płacić w ratach, bo on teraz musi dopłacić. No cóż, nie wiedział, że i tak musiałby zapłacić, jako nowy właściciel? Ja umowę z ubezpieczycielem rozwiązałam.

Każda rozmowa z teściami (bo teściowa też ma swoje do powiedzenia) dotyczy głównie strasznego przekrętu, jaki zrobiliśmy dając im samochód, każąc płacić za naprawę i ubezpieczenie.
Wiem jak to załatwić - więcej nic nie dostaną.

rodzina

Skomentuj (25) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 597 (Głosów: 653)

#61412

(PW) ·
| Do ulubionych
Od trzech lat jeżdżę na tzw. Work&Travel i pracuję na campie dla dzieci w jednym ze wschodnich stanów USA przez wakacje na stanowisku "laundry girl", czyli moim królestwem jest pralnia. Do moich codziennych obowiązków należy pranie ciuchów zarówno dzieciom, jak i ich opiekunom. Mam tu kilka piekielnych historyjek, które zdarzyły mi się przez okres mojego pobytu w "Hameryce". Ostrzegam, że będzie obrzydliwie.

Na początku może opiszę w skrócie jak wygląda mój tydzień. 3 razy w tygodniu, co 2 dni jedna grupa ok.50 osób (dzieci i ich opiekunów) przynosi nam pranie w podpisanych z imienia i nazwiska torbach. My mamy 2 dni żeby to wyprać. 1 dzień w tygodniu pozostali pracownicy campu przynoszą swoje pranie. To tak w skrócie.

Nie chciałabym absolutnie uogólniać, ale z mojego doświadczenia wynika, że Amerykanie to osoby, które najmniej uwagi przywiązują do higieny, a jeszcze mniej do tego, co na temat ich higieny myślą inni.

Przykładowo, brudne gacie. Strasznie głupio o tym pisać, ale wyobraźcie sobie sytuację, gdzie ktoś przynosi Wam torbę, w której znajduje się ok. 10 par brudnej od (nazwijmy rzeczy po imieniu) kupy bielizny. Mówię tu o takim szlaczku w okolicach tyłka, tzw. kleksie. I robi to za każdym razem... Paradoksalnie takie pranie należało zwykle nie do dzieci, a ich dorosłych opiekunów, których łatwo zidentyfikować, ponieważ, jak już pisałam, każda torba podpisana jest z imienia i nazwiska... Nie muszę chyba dodawać że na campie wszyscy się znają, wieczorami wychodzimy razem na piwo i ciężko potem patrząc na takiego gościa nie pamiętać o tym, że popuszcza w gacie. Co istotne, Europejczykom raczej się to nie zdarza, a i dzieciom raczej rzadko.

Skoro jesteśmy przy dzieciach. Rok temu robiłyśmy pranie grupie, w której było 3 czy 4 chłopców, których pranie zawsze zawierało jakąś niespodziankę. Najczęściej była to właśnie kupa albo nawet i dwie lub trzy zakręcone w gacie, spodnie i na koniec ręcznik... Ręce i cycki i wszystko opadało, bo chłopcy mieli po 13 lat!!! Nie muszę chyba opisywać odoru jaki niósł się z pralni po odkryciu takiej niespodzianki... Można o tym wszystkim pomyśleć, że przecież to dzieci i czasem może się zdarzyć, ale to się zdarzało co tydzień w tej samej grupie u tych samych dzieci! O ile pamiętam, ja w wieku 13 lat umiałam już korzystać z toalety od ładnych paru lat a jeśli nawet zdarzyłoby mi się coś takiego, to za żadne skarby świata nie chciałabym, aby ktoś to zobaczył i wolałabym już takie gacie wywalić niż nieść w podpisanej imiennie torbie do pralni. Szczególnie, że pobyt takiego dzieciaka na campie kosztuje rodzica 10 000 $, więc biedni oni nie są...

Housekeeping. Oprócz pracy w pralni czasem sprzątałam też domki. Raz zostałyśmy z koleżanką poproszone o posprzątanie jednego z domków, w domku obok mieszkali ok. 16 letni chłopcy którzy nazajutrz mieli wyjechać. W dniu ich wyjazdu poproszono nas aby posprzątać ich domek. Kiedy dotarłyśmy na miejsce moja koleżanka powiedziała, że musi skorzystać z toalety, więc poszła do domku, który sprzątałyśmy dzień wcześniej, bo wiedziałyśmy że jest tam czysto. Niestety nie było. W każdym kiblu kupsko zawalone po same brzegi, to samo pod prysznicami. Ja nie wiem co oni mają z tym, przepraszam za wyrażenie, gównianym ekshibicjonizmem. Na szczęście mamy super managera, który zajął się przepychaniem i czyszczeniem tych brudów, a chłopaki zostali nieźle opierniczeni.

Po chłopcach przyjechały dziewczynki, też na oko 15-16 lat. Co prawda nie zapychały toalet tym czym chłopcy, ale zużytymi tamponami/podpaskami i owszem. Oprócz tego tampony latające po całej łazience (???) to była norma, w pokojach taki syf, że czasem zastanawiałam się czy tam jakiś armagedon nie przeszedł, całe zgrzewki pustych butelek po napojach pod łóżkami, zalepione podłogi i ściany, nawet nie wiem czym. I wszystko Amerykanki...

W tym roku dwie Węgierki pracują w housekeepingu i mówią, że dziennie ok. 3-4 zapchane toalety to norma, kupy pod prysznicami to norma, ogólnie przesrana robota.
Ostatnia obrzydliwa anegdota. Kilka dni temu jak zwykle robiłam pranie jednej grupie, po czym opiekunowie zabrali je do domków dzieci. Po jakimś czasie przychodzi chłopak, ok. 13 letni i mówi że w jego torbie są jakieś mokre rzeczy ubrudzone czym??? ....oczywiście, że kupą. Jak się później okazało, cudowni koledzy z domku mu zgotowali "żart". Bardzo prześmieszny. Sprawcy zostali odpowiednio ukarani...

Może powiecie, że inni też tak robią, że nie mam porównania z innymi narodowościami, ale u nas na campie są ludzie z ok. 15 krajów, w tym Kanada, Meksyk, Nowa Zelandia, Hiszpania, Niemcy, Wielka Brytania, Ukraina, Czechy, a to Amerykanie zawsze sprawiają takie niespodzianki.

HAMERYKA

Skomentuj (45) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 511 (Głosów: 611)

#61358

(PW) ·
| Do ulubionych
Kumpel z pracy szuka bez rezultatu samochodu dla żony - budżet ograniczony, to pozostaje im tylko kupno używki. To co mi opowiedział utwierdza mnie w przekonaniu, że dla handlarzy powinna być przywrócona instytucja banicji, a nawet infamii.

Akt 1) "bo słabo na zdjęciach wychodził"
Kolega znalazł ogłoszenie, zdjęcia zachęcające, zadzwonił do komisu - oferta aktualna, Pan handlarz zachwala, on wszystkie samochody przed przyjęciem miernikiem lakieru sprawdza, igiełka, lalunia, bez wkładu ...
Kolega pojechał, sprzedawca pokazuje mu to "cudo", kumpel mówi do faceta: ([k]umpel, [h]andlarz)
k- To nie ten.
h- Jak to nie ten?
W tym miejscu kumpel wyjmuje lapka i pokazuje ogłoszenie, w sprawie którego dzwonił.
h- To ten panie, tylko zdjęcia słabo wyszły to syn je w Photoshop'e trochę podrasował,
Te "trochę" to było tak, że nawet kolor się nie zgadzał nie wspominając, że drzwi z jednej strony miały skrajnie różny odcień od reszty karoserii.

Akt 2) "bo pies z kulawą nogą się nie interesował"
Kolejne ogłoszenie, tym razem osoba prywatna - telefon, aktualne - jadą z żoną.
Na miejscu samochód ca. zgodny z opisem, na szybkim przeglądzie w warsztacie też bez niespodzianek. Można kupować - trzeba ugadać cenę.
([k]umpel, [s]przedawca)
k- W ogłoszeniu pan wystawił go za 21 tys.
s- Tak napisałem, ale chcę za niego 26.
k- Panie w ogłoszeniu pan piszesz 21 do negocjacji, a teraz pan mówisz 26?
s- Bo jak wystawiałem za 26, to przez 2 tygodnie nikt nie dzwonił, a tak to jak ktoś z daleka przyjedzie to może nie będzie chciał jechać na próżno. To ile pan proponuje?
k- Panie wie pan, że na takie wprowadzanie klienta w błąd jest paragraf?
s- Ale w ogłoszeniu jest, że nie jest to oferta w rozumieniu prawa.
Dobrze, że za przegląd tylko 60 złotych zapłacił.

Akt 3) "naiwnego szukam pilnie"
Kolejne ogłoszenie prywatne.
Samochód nawet OK, cena też atrakcyjna (w ogłoszeniu było pilnie sprzedam).
Kolega ogląda papiery - osoba sprzedająca to kobieta, w papierach jak byk stoi, że właściciel to facet.
([k]umpel, [p]ani sprzedająca)

k- Pani nie jest właścicielem.
p- No nie, to samochód brata.
k- No to ja muszę umowę z bratem podpisać, albo jakieś pełnomocnictwo poproszę.
p- Brat zmarł kilka miesięcy temu.
k- Współczuję, ale jakieś papiery o podziale spadku pani ma?
p- No nie, bo spadkobiercą jest jeszcze siostra, ale ona w Kanadzie mieszka, problemy robi, ja sprzedaje ten samochód, bo potrzebuję pieniędzy na adwokata.

Akt 4) Psychologiczne podejście do klienta - "dobry handlarz, zły handlarz"

Tym razem handlarz (a nawet handlarze w ilości dwóch sztuk).
Samochód obejrzany, kumpel prosi o jazdę próbną - trochę się zdziwił jak za kierownicę wsiadł jeden z handlarzy, w trakcie jazdy taki mniej więcej dialog się wywiązuje
([k]umpel, [h1]andlarz 1, [h2]andlarz 2)

h1(za kierownicą)- Panie zobacz pan, nie ma co wymyślać - lalunia normalnie, autko z salonu tak nie jeździ.

Co ciekawe, na świeżo wyremontowanej 2 pasmowej jezdni gdzie było ograniczenie do 60 gość 50 nie przekraczał, wszystkie studzienki omijał szerokim łukiem, hamował km wcześniej ledwo dotykając pedału.

h2- Człowieku tu się k...a nie ma co zastanawiać, takie okazje długo nie stoją, to co wracamy podpisać papiery?
k- Wierzę, że lalunia, ale mimo wszystko sam chciałbym się przejechać i zobaczyć.
h1- Panie co pan chcesz jeszcze sprawdzać i oglądać, jak pan żonę kochasz to lepszego autka dla niej nie znajdziesz.
h2- Jak kupisz to będziesz jeździł! To co, podpisujemy umowę!

O pojechaniu na warsztat też mowy nie było - nie podpisał.

Akt 5) "frajera na minę wsadzę"

Kolejny handlarz, kumpel samochód obejrzał, zrobił jazdę próbną coś mu nie pasowało - samochód źle się prowadził.
Tak więc zagaduje handlarza
([k]umpel, [h]andlarz)

k- W ogłoszeniu pan napisał, że wyraża pan zgodę na sprawdzenie samochodu w warsztacie.
h- No tak.
k- To możemy pojechać.
h- Panie to nie Bentley za miliony, ja nie będę z samochodem za 20 tys. po warsztatach jeździł!
k- Dobra, to na poważnie co z nim jest nie tak, bo nie prowadzi się jak powinien.
h- Panie co pan wybrzydzasz, z samochodem wszystko ok, ja trupów na plac nie ściągam.
k- To wpisze mi pan w umowę, że z samochodem wszystko ok i nie wymaga żadnych napraw?
h- Oszalał pan - w umowie jest napisane, że kupujący zna stan samochodu i nie zgłasza do niego zastrzeżeń.
k- Ale do warsztatu zweryfikować stan samochodu pan nie pojedzie?
h- Już mówiłem, że nie.

Handlarze samochodami

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 555 (Głosów: 585)

#61400

(PW) ·
| Do ulubionych
Ostatnio w jednej z historii autor nawiązał do skeczu Kabaretu Moralnego Niepokoju. Po wczorajszej rozmowie telefonicznej mojego szefa, przypomniał mi się inny skecz: "BĘDZIE PAN ZADOWOLONY!"

Koło południa dzwoni telefon - odbiera [S]zef, przełącza na głośnik i rozmawia z [P]anią tele-naciągaczką.
[P] - Dzień dobry, tu firma Tele-Naciąganie w sprawie cudownej miodownej oferty przygotowanej specjalnie dla Pana odnośnie telewizji satelitarnej, czy mogę zająć chwilkę?
[S] - Chyba wiem, o co chodzi ale słucham.
[P] - Przygotowaliśmy specjalnie dla Pana cudowną miodowną ofertę odnośnie pakietu kanałów w telewizji satelitarnej, mianowicie proponuję Panu wspaniały super hiper ekstra luksusowy pakiet kanałów telewizyjnych, wszystkie kanały kodowane (chyba chodziło że miałby je odkodowane, ale brzmiało, jakby mieli mu wszystko zakodować), kanały filmowe, sportowe, przyrodnicze, seriale... no cud miód i pełna burżua i BĘDZIE PAN ZADOWOLONY!
[S] - Raczej nie jestem zainteresowany, nie mam czasu oglądać nawet tego co mam - jedyne co by mnie interesowało to obniżenie abonamentu.
[P] - Ale ja Panu proponuję wspaniały super hiper ekstra luksusowy pakiet kanałów telewizyjnych, ze wszystkimi najlepszymi kanałami, kosztuje tylko 300! (trzysta) złotych i jestem pewna, że BĘDZIE PAN ZADOWOLONY!
[S] - A ja pani tłumaczę, że nie mam czasu oglądać telewizji. Za to co mam płacę 180 zł, wstaję o 5 rano, wracam czasem nawet po północy i powie mi Pani kiedy ja mam to oglądać?
[P] - No bo Pan ma mniejszy pakiet od tego wspaniałego super hiper ekstra luksusowego pakietu kanałów telewizyjnych za jedyne 300 złotych - przy takiej ofercie gwarantuję panu, że BĘDZIE PAN ZADOWOLONY!
[S] - A ja Pani tłumaczę, że skoro nie mam czasu oglądać tego za co płacę 180 zł to tym bardziej nie będę miał czasu oglądać za 300 zł. Jeżeli poda mi Pani ofertę jakiegoś najmniejszego pakietu za mniejsze pieniądze to możemy podyskutować.
[P] - Ale ja nie mam takich w ofercie, dla Pana w ofercie mam super hiper ekstra luksusowy pakiet za jedyne 300 złotych i na pewno BĘDZIE PAN ZADOWOLONY!
(W czasie, kiedy ja zaczęłam zastanawiać się, czy to dzwoni automat, czy pani się po prostu płyta zacięła, szef wszedł na stronę internetową platformy której dotyczyła oferta i kontynuował)
[S] - (ogląda na stronie ofertę za 50 zł) Co mi Pani powie o pakiecie Comfort plus?
[P] - Niestety nie mam takiego w ofercie, dla Pana mogę jedynie zaproponować super hiper ekstra luksusowy pakiet za jedyne 300 złotych i wiem, że BĘDZIE PAN ZADOWOLONY!
[S] - Ale na stronie jest taka oferta i chciałbym, żeby mi Pani coś o niej powiedziała.
[P] - Niestety nie mam takich w ofercie, dla Pana mogę jedynie zaproponować super hiper ekstra luksusowy pakiet za jedyne 300 złotych i ponieważ oferta jest przygotowana specjalnie dla Pana to na 100% BĘDZIE PAN ZADOWOLONY!
[S] - Będę zadowolony jak zadzwoni Pani z ofertą pakietu za który nie będę musiał płacić astronomicznej sumy w czasie, kiedy nawet nie mam czasu oglądać telewizji. Do widzenia.

[S] - Kurna, uwierzysz SzynSzyla, że te osły już 4 raz do mnie dziś dzwonią z tą samą ofertą i żadne z nich nie widziało problemu w tym, że proponują mi ponad stówę podwyżki, mimo, że nie oglądam nawet tego, za co aktualnie płacę 180?

Tele-Naciągacze

Skomentuj (22) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 349 (Głosów: 423)

#61398

(PW) ·
| Do ulubionych
Niektórzy autostopowicze to idioci, albo potencjalni samobójcy. No bo jak inaczej nazwać człowieka, który łapie podwózkę stojąc na rozwidleniu drogi z ograniczeniem 100 km/h. I to w miejscu, gdzie nie ma pobocza, na którym można bezpiecznie się zatrzymać?

Tym autostopowiczem była jakaś kobieta, stojąca dziś rano przy Alei Roździeńskiego w Katowicach, w tym miejscu:
https://www.google.pl/maps/@50.264642,19.048453,3a,75y,220.58h,62.1t/data=!3m4!1e1!3m2!1sCJ1YVQkziKzGkv8vCCQrOQ!2e0

Jedynie samochody ze środkowego pasa miałyby możliwość zatrzymania się przy niej. Kto tamtędy przejeżdżał ten wie, że samochody jadą nim jak leci - raz w lewo, raz w prawo - i często nawet nie widać co się dzieje dalej z przodu, a ciężko zatrzymać pojazd jadąc 80-90 km/h.

Wystarczy, że ktoś się tam zatrzyma, a do wypadku już niewiele więcej potrzeba. Co ciekawe jakieś 200-300m dalej jest idealne miejsce na łapanie stopa - bezpieczne dla łapiącego, jak i dla samochodów.

Jako że dość sporo jeżdżę widziałem już niejedno dziwactwo i bezmyślność autostopowiczów, ale to przebija wszystkie dotychczasowe - nawet łapiących stopa na autostradzie, bo tam przynajmniej jest się gdzie zatrzymać.

autostopowicz_na_drodze

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 240 (Głosów: 284)

#61397

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia o piekielnym księdzu z czasów PRL.
W tamtych czasach promowano schemat rodziny "2+2". Ja jestem jedynakiem, a wszelkie próby rozszerzenia rodziny kończyły się już poronieniem, ale to zupełnie inna historia.
Moja mama (mimo, iż katoliczką zagorzałą nie jest) chodziła czasem do kościoła i czasem też do spowiedzi, tak aby to z rozgrzeszonym sumieniem sobie żyć. I właśnie o jednej z takich spowiedzi ta krótka historia.

Jak wiadomo na koniec spowiedzi z reguły udzielane jest rozgrzeszenie, tym razem tak się nie stało i to nie z powodu grzechów tak ciężkich, że tylko Wszechmogący mógłby to rozgrzeszyć, ale zupełnie z innego powodu:

(K) - Ksiądz
(M) - Mama

(K) - ...a Ty córko dzieci posiadasz..?
(M) - Tak, jedno.
(K) - To dostaniesz rozgrzeszenie jak urodzisz drugie..

....

To była ostatnia wizyta mojej mamy w kościele.

Skomentuj (109) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 431 (Głosów: 599)

#61371

(PW) ·
| Do ulubionych
Dorabiałem swego czasu w sklepie z winami, ale takimi wiecie, z wyższej półki. Klienci też ludzie wyższych sfer, bardzo rzadko jacyś piekielni. Zapamiętałem jednego.

Wpada do sklepu młody facet, dobrze ubrany, z drogim neseserem, zegarkiem wartości dziesięciu moich wypłat. Bez dzień dobry, bez niczego tylko od razu: "reklamację bym chciał". Pytam o powód i facet stawia przede mną cieknącą butelkę wina i mówi, że korek się ukruszył. Biorę, patrzę, akcyza nieruszona, cieknie, no jak nic ukruszony. Polityka tego sklepu była taka, że mnie w przypadku reklamacji wolno było jedynie spisać papier, wziąć podpis klienta, odesłać towar z dokumentami do siedziby i oni wydawali decyzję końcową. Więc wydrukowałem dokumenty, wypełniłem, klient paragon miał, wszystko przebiega bez problemu. W czasie gdy ja wypisywałem dokumenty on przechadzał się po sklepie. Gdy poprosiłem go o złożenie podpisu on wziął jedną z butelek i podszedł do lady. Podpisał wszystko, jeszcze informacje końcowe, i tu się zaczęło:
(j)a, (K)lient:

J: Dobrze, wszystko gotowe, oto dowód złożenia reklamacji dla pana, decyzja zapadnie w ciągu następnego tygodnia, za tydzień spokojnie może pan przyjść z tym druczkiem jako dowodem. Czy jeszcze w czymś pomóc?
K: dobrze, dobrze, tak, biorę to wino. Tamto kosztowało 79 złotych, to kosztuje 85, tu dopłacam sześć złotych, wszystko się zgadza, prawda?
J: Przykro mi, decyzja o tym czy zwrócimy panu kwotę, czy wymienimy towar zapadnie w ciągu tygodnia, dziś musi pan za nowe wino zapłacić.
K: Jak to zapłacić, mówiłeś (dop: "Pan" już się skończyło), że przyjmujesz reklamację więc sprzedaj mi to wino, tu jest sześć złotych.
J: Przykro mi, procedury mi zabrania...
K: Ty wiesz kim ja jestem? Ja jestem RADCĄ PRAWNYM, ja mogę POZWAĆ ten sklep!
J: Doskonale pana rozumiem, jednakże mamy wewnętrzne przepisy dotyczące reklamacji...
K: Łącz mnie z kierownikiem.

Okej, wybrałem numer do managera sklepu, wyjaśniam sytuację, oddaję telefon wielkiemu radcy:

K: Proszę pana, pański pracownik pomimo przyjęcia reklamacji nie chce mi sprzedać kolejnego wina z dopłatą do ceny reklamowanego... jakie procedury? ... Proszę pana, ja jestem RADCĄ PRAWNYM ja... w takim razie do widzenia.

K(do mnie): Dobra, sprzedaj mi to nowe wino normalnie, ale na to zareklamowane chcę mieć paragon żeby mieć na was jakiś dowód.
J: Niestety paragon został dołączony do reklamacji (nie, ksera nie mieliśmy na sklepie), otrzymał pan już dowód z potwierdzeniem przyjęcia reklamacji.
K: Świetnie. Ładny bajzel tu macie. Przyjeżdżam za tydzień i moja reklamacja ma być załatwiona, jeśli nie to was POZWĘ i MARNIE SKOŃCZYCIE!

I trzasnął mi drzwiami. Reklamację oczywiście uznano, klient dostał zwrot pieniędzy. Tylko po co było pokazywać swoją wyższość, jako rzekomy radca prawny powinien rozumieć że przepisów nie przeskoczę.

Skomentuj (24) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 426 (Głosów: 492)

#61394

(PW) ·
| Do ulubionych
Kawiarnia samoobsługowa.
Pełnię funkcje kierownika zmiany. Godzina 19 wybiła, było dosyć spokojnie także ogarniamy lokal. Po chwili z toalety prosto do baru podchodzi klient niosąc telefon komórkowym - ktoś zostawił. Akurat w kawiarni była jeszcze dziewczyna, która w toalecie była przed tym Panem, także zguba szybko odnalazła swojego właściciela.

Muszę tutaj zaznaczyć, że najpierw zapytałam kobiety czy nie zostawiła telefonu i przezornie zapytałam jaki model i kolor. Zresztą miałam pewność, że należał do niej - ruch był niewielki, a chwilę wcześniej koleżanka była obadać toaletę dla klientów. Dziewczyna podziękowała i wyszła. Tutaj historia mogłaby mieć swój niezbyt piekielny koniec ale..

Chwilę później kolejna osoba przynosi z toalety kolejną zgubę - kartę płatniczą. W takich przypadkach zazwyczaj upewniamy się, że na sali nie ma właściciela karty (jeśli ktoś się zgłasza, mamy obowiązek oczywiście wylegitymować domniemanego właściciela). Jeśli jednak właściciel karty wyszedł, musimy zadzwonić do banku i zgłosić zgubienie karty. W takim przypadku karta jest od razu blokowana przez pracownika banku oraz zleca on złamanie bezużytecznej już karty.
Myślałam nawet, że dziewczyna wróci po kartę szybko i nie będzie zadowolona z mojego obowiązku ale cóż zrobić.
Dużo się nie pomyliłam.

Dziewczyna wróciła i zrobiła wielką awanturę, że ma zablokowaną kartę, że ja niedouczona! złamałam jej kartę i co ona ma teraz zrobić. Moje próby wytłumaczenia jej, że takie są procedury i nie musi się martwić, że ktoś mógłby wykorzystać jej pieniążki zostały przekrzyczane. W końcu jedna z klientek stojących w kolejce zwróciła histeryczce uwag mówiąc, że powinna się cieszyć, że karta została zablokowana tym bardziej, że sama ją zostawiła, a nie robić sceny.

A tak dla smaczku:
1) Toalety z wiadomych przyczyn nie są objęte monitoringiem - klient wcale nie musiał oddawać nam znalezionej karty i nikt by się nie zorientował.
2) Pani obrażalska przypomniała sobie o karcie dopiero wieczorem dnia następnego- nie zadzwoniła nawet zorientować się czy znaleziono kartę.
3) Rzeczona karta była zbliżeniowa :)

Dno i kilometr mułu :)

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 435 (Głosów: 507)

#61385

(PW) ·
| Do ulubionych
Czytałam ostatnio sporo historii o piekielnych uczniach/studentach co przypomniało mi o moim piekielnym korepetytorze.

Kilka lat temu szykowałam się do matury, miałam ten "zaszczyt" być pierwszym po latach rocznikiem zdającym obowiązkową maturę z matematyki. Nie miałam nigdy wybitnych problemów z tym przedmiotem, jednak wraz z początkiem roku szkolnego postanowiłam poszukać korepetytora, który pomoże mi przygotować się do egzaminu. Na jednym z portali znalazłam ogłoszenie, oddzwoniłam, bardzo miły pan opowiedział mi wszystko o sobie, że wykształcenia jest fizykiem, ale matematyka to jego wielka pasja i tak dalej. Umówiłam się z nim na pierwszą lekcję. Jeśli chodzi o samą matematykę to nie było żadnego problemu, naprawdę dużo się nauczyłam, przynajmniej na kilku pierwszych lekcjach.

Piekielność mojego korepetytora na początku poległa na tym że jego kolejną pasją była bioenergoterapia. W związku z czym już na początku zasugerował przemeblowania bo "tak jak tu mamy siedzieć przy tym stole to nic z tego nie będzie". Olałam te sugestie, ale przez całą lekcję musiałam wysłuchiwać że z energią tu jest źle, że ustawione jest źle, że żyły wodne, sranie w banie. Na początku mi to nie przeszkadzało, jednak kiedy w trakcie lekcji dał mi zadania a sam poszedł zwiedzać mieszkanie trochę mnie wcięło. W ramach wyjaśnień tłumaczył, że chciał tylko sprawdzić, bo on czuje że tu jest coś zablokowane, że z energią coś nie tak. Zaproponował że następnym razem zabierze ze sobą sprzęt i sprawdzi nam to dokładniej. I tutaj skończyły się moje korepetycje.

Pan był oczywiście zaproszony, ale przez bite dwie godziny łaził po mieszkaniu z jakimś wahadełkiem i bączył coś pod nosem, że "niedobrze, oj niedobrze". Jego teorii musiała wysłuchiwać moja mama bo ja zostałam uraczona stertą zadań. I tak mama dowiedziała się że:

1. Łóżko rodziców jest w takim miejscu że umarł w butach, jak mama śpi od lewej to już w ogóle cud że żyje. Dlaczego? No bo taka energia.
2. Nie dziwne że mam problemy z matematyką (przypominam że żadnych wielkich problemów nie miałam, chodziło głównie o przygotowanie do matury), bo ustawienie mebli w moim pokoju powoduje u mnie zanik zdolności logicznego myślenia.
3. Przy okazji mojego pokoju musiał napomknąć, mimo że to nie jest sprawa energii, że komputer stoi za blisko grzejnika i narażam się tym na kradzież danych i generalnie pozwalam się szpiegować bo w grzejnikach właśnie są montowane urządzenia do szpiegowania i wszyscy są szpiegowani. W dalszej wypowiedzi na temat szpiegowania mama dowiedziała się że mrówki są tresowane przez Rosjan i puszczane w świat i dlatego właśnie Rosja to mocarstwo.
4. Lodówka jest już w ogóle do wyrzucenia ponieważ firma, która ją wyprodukowała to firma, która jest prowadzona przez "Żydów satanistów", którzy tak robią te lodówki żeby nawet najbardziej ekologiczne produkty po pobycie w tej lodówce stają się zatrute.

I po tym dniu już więcej się nie spotkaliśmy. Sama ta jego paranoja mogłaby mi nie przeszkadzać, gdyby nie fakt że zamiast mnie uczyć, dawał mi zadania do samodzielnego rozwiązania i opowiadał o mrówkach- szpiegach Putina. Co prawda korepetytor jeszcze przez jakiś czas dzwonił i pytał czy może nam jeszcze jakoś pomóc ale zbyłam go w końcu mówiąc, że po tym czego się od niego dowiedziałam to chyba nie potrzebuję korepetytora ale egzorcysty.

korepetytor

Skomentuj (24) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 283 (Głosów: 345)

#61378

(PW) ·
| Do ulubionych
Jeszcze za gówniarza, dorabiałem sobie w weekendy, wakacje i ferie w mini markecie przy drodze krajowej. Droga była otoczona kilkoma typowymi, polskimi wsiami - same pola, sady, kurniki i chlewy. Niestety, jak to na wioskach bywa, alkohol w niektórych gospodarstwach lał się strumieniami, a jednym z licznych "wioskowych żulików" był Sebastian.

Sebastian, lat dwadzieścia jeden, wyglądał na co najmniej czterdzieści. Przychodził przynajmniej raz dziennie, jakiś chleb, margaryna i obowiązkowo pół litra najtańszej, trzy mocne piwka, a jak przycisnęło, to i "jabol" był dobry. Pieniądze ciężko mu było rozłożyć na miesiąc, więc szefostwo zgodziło się na "branie na krechę/zeszyt". Przez pewien czas ta kooperatywa nieźle działała, jednak w pewnym momencie Sebastian przestał płacić - z pracy wyleciał, to i zarobki się skończyły. Szefowa powiedziała "stop".

Przez pierwszy tydzień przychodził, błagał i prawie płakał. Żal mi się zrobiło, bo "na chleb ni mam, bida taka, pożycz te pięć złotych, jak dostanę robotę, to oddam!". Już byłem skłonny zapłacić ze swoich skromnych zarobków za jego chleb, jednak chłopak stwierdził, że "może zamiast tego chlebka, to on jednego porzeczkowego sobie weźmie, to hehe, go rozgrzeje, bo zimno się robi". Wściekłem się niemiłosiernie i wedle zaleceń szefostwa, kazałem facetowi spadać na przysłowiowe drzewo.

Przez kolejne trzy dni Sebastian przychodził, ale już nie prosił - zaczął grozić. W końcu doszło do tego, że próbował wejść za ladę, żeby "sam się obsłużyć, jak te ku*wiszony (ja i inna ekspedientka) nie chcą mu dać", a także wynieść parę drobniejszych rzeczy (batony, cukierki, napoje dla dzieci). Po interwencji policji szefostwo ogłosiło mu, że przy każdej próbie jego wejścia do sklepu wzywana będzie ochrona. Awanturował się jeszcze kilka razy, ale kiedy zobaczył, że właściciele słów na wiatr nie rzucają, rozróby zaniechał.

Dzisiaj, po dobrych dziesięciu latach, zawitałem w tamtych okolicach. Z sentymentu zaszedłem do sklepiku, pogadałem z miłą kasjerką, dowiedziałem się, że sklep zmienił właścicieli.

A zza regału wyłonił się Sebastian, z może rocznym dzieckiem na rękach i około trzyletnim chłopcem obok niego. Niósł trzy piwa. Trzylatek podszedł do lodówek i spytał taty, czy może lizaka lodowego. Odpowiedź tatusia?
- Nie mam pieniędzy!

Kupiłem dzieciakowi loda, a Sebastianowi życzyłem jak najszybszego odwyku.

Udał, że nie słyszy.

sklepy

Skomentuj (21) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 357 (Głosów: 409)

Podziel się pozytywnymi historiami na
WSPANIALI.pl

Piekielni