Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

 

#65960

(PW) ·
| Do ulubionych
Byłam wczoraj u dentysty.

Pani doktor (wcale nie krepując się moją obecnością) opłukała dłonie, odziane w jednorazowe rękawiczki, pod kranem, po czym wytarła je w ścierkę do naczyń i chciała przystąpić do pracy przy moich zębach.

Po zwróceniu uwagi, z fochem założyła nowe rękawiczki, ale poprzednie nie wylądowały w koszu na śmieci, więc pewnie jeszcze trochę posłużą.

słuzba_zdrowia

Skomentuj (38) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 464 (Głosów: 530)

#65936

(PW) ·
| Do ulubionych
Sprawa sprzed lat. Mam nadzieję, ale niestety nie pewność, że takie historie już się nie zdarzają.

W pewnej rodzinie na świat przyszło dziecko z poważną wadą wrodzoną. Wymagało częstej i długotrwałej hospitalizacji. W tamtych czasach kontakt rodziców z dziećmi w szpitalu był mocno utrudniony. Na przykład matka tego konkretnego chłopca zatrudniła się w szpitalu jako salowa, aby zapewnić synowi należytą opiekę i wsparcie.

Wielu pacjentów pochodziło z odległych miejscowości. Dzieciaki te były rzadko odwiedzane, a i na przepustki nie zabierano ich za często. Szczególnie dotkliwie odczuwały samotność w okresie świąt. Wspomniana przeze mnie matka namówiła więc innych rodziców, aby na Wielkanoc napiekli ciast i przynieśli do szpitala.

Wypieki miały być niespodzianką i zostać podane dzieciom na świąteczne śniadanie. Na oddział dostarczono je więc już poprzedniego dnia.

Niespodzianka była, a jakże. W postaci braku ciast. Pierwsza myśl: personel zeżarł. Co za niesłuszne posądzenie! Pielęgniarki po prostu wyrzuciły je do śmietnika.

Dlaczego? Bo jak dzieci by dostały, to by nakruszyły. Taką odpowiedź otrzymali zbulwersowani rodzice: "Wy przynosicie, a kto to niby ma potem sprzątać?"

słuzba_zdrowia

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 539 (Głosów: 615)

#65932

(PW) ·
| Do ulubionych
Z serii religia w technikum.

Uczy mnie fanatyczna katechetka, która niedługo odchodzi na emeryturę. Chciałabym się podzielić z Wami jej bredniami:

- Dzieci z in vitro są smutne, traktowane przedmiotowo i nie mają przyjaciół. - Jestem ciekawa, co by się stało, gdyby u mnie w klasie był ktoś z in vitro.

- Kobieta i mężczyzna przy zapłodnieniu in vitro się poniżają, i to, że nie mogą mieć dzieci jest wolą Pana. - Chyba lepiej, kiedy żule spod sklepu rodzą osiem dzieci, a każde z nich trafia do domu dziecka. Mogą mieć dzieci, więc dlaczego nie, skoro Pan im kazał?

- Ateiści kradną. - A chrześcijanie nie? Ateiści też muszą stosować się do praw wyznaczonych w swoim kraju.

- Żeby pójść czystym do nieba, trzeba się wypróżnić przed śmiercią (podała tutaj przykład mamy swojej koleżanki, która chwilę przed śmiercią poszła zrobić kupę i poszła czysta do nieba).

- Wyzywa swoją ponad osiemdziesięcioletnią mamę za to, że przykrywa psa kocem, bo to uczłowieczanie zwierząt.

Po prostu brakuje mi słów.

religia

Skomentuj (64) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 383 (Głosów: 627)

#65922

(PW) ·
| Do ulubionych
Chamstwo jakich mało.

Moja mama miesiąc temu wróciła do pracy po półtora rocznej walce z rakiem. Przez konieczność wykonania operacji mama dostała grupę inwalidzką. Przed chorobą pracowała jako sprzątaczka, jednak na swoje stanowisko wrócić nie mogła ze względów zdrowotnych, dyrekcja zapewniła mamie lżejsze stanowisko by mogła do pracy wrócić.

Dwa dni przed powrotem do pracy dostała telefon od współpracownicy (sprzątaczki) X w, którym to X zaznaczyła, że ona nie będzie za młodą zapie*** i mama ma iść do dyrekcji mówiąc, że chce wrócić na dawne stanowisko, bo X jest starsza i schorowana i młoda nie będzie siedzieć, a ona zapie***, po czym połączenie rozłączyła.

Takie powitanie wywołało w mojej mamie bardzo optymistyczną i entuzjastyczną wizję powrotu do pracy.

praca telefon

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 439 (Głosów: 487)

#65926

(PW) ·
| Do ulubionych
Cztery lata temu w środku lata wracałam z chłopakiem z wyjazdu. Zaprosiła nas moja rodzina z Niemiec, a że byliśmy młodzi i nie było nas stać na inny daleki wypad, chętnie skorzystaliśmy. Pobyt upłynął bardzo miło, ale tydzień minął i czas było wracać do domu, miasta sąsiadującego z Katowicami. Przy przekraczaniu granicy koło Zgorzelca dzwoni telefon.

Okazuje sie że rodzicom chłopaka, dziś również kończącym urlop, zepsuł się samochód. Szczegóły nieznane, coś z akumulatorem. Jest późne popłudnie, a następnego dnia wolne od pracy święto kościelne. Rodzice zadzwonili po assistance (AC opłacone), zabrała ich laweta. Okazuje się, że nie zawiezie ich ona do domu na Górny Śląsk, a zostawi po przejechaniu 100 km (auto padło po niecałej godzinie drogi znad Bałtyku). Czego oczekują rodzice? Że weźmiemy ich na hol. Chcą żeby holować ich około 450 km, mniejszym samochodem. Nie chce się nam, zwłaszcza, że mamy do nich grubo ponad 500 km.

W końcu jednak decydujemy się im pomóc. Nie powinno się zostawiać tak bliskiej rodziny w potrzebie. Zresztą facet z 50-ką na karku chyba wie o co prosi, widocznie nic innego zrobić nie można. Kiedy zmieniamy trasę powoli się ściemnia. Po nich przyjeżdżamy późnym wieczorem. Na przywitanie oferowana jest nam, tfu, chłopakowi - kierowcy, kawa. Ale nie na stacji benzynowej, tylko czarna kawa bez cukru z termosu. Chłopak takiej nie cierpi, bierze dwa łyki na orzeźwienie, podpinamy hol i w drogę. Po bardzo męczącej nocy, podczas której jakieś 7 razy robiliśmy postoje by ładować ich akumulator, dojeżdżamy na Śląsk. W holowanym samochodzie akumulator zupełnie wysiadł, już nawet światła nie działają. Ale przynajmniej zrobiło się widno.

Ostatnie parędziesiąt km przez miasto jechaliśmy prawie dwie godziny. Strasznie frustrujące, ale w końcu w domu. Podziękowali, ale nie zająknęli się na temat paliwa. Po paru dniach pada pytanie, co z pieniędzmi za benzynę. Rodzice oddają nam za kupioną linkę holowniczą (którą od nas zabierają), ale nie zamierzają oddać za benzynę. Co z tego, że oszczędzaliśmy na swoich wakacjach na meble, remont.

Ostatecznie obrażają się na nas, ponieważ nie pożyczyliśmy im samochodu na zakupy, wiedząc, że ich się popsuł. Na uwagę, że nie mówili, że potrzebują pożyczyć samochód, odpowiedź, że trzeba się było domyślić. Tutaj wyjaśniam: do dwóch popularnych marketów na B. i L. mają 300 m. Po drodze lokalny ryneczek i masę innych sklepików. Powtarzanie przez nich, że chłopak jest "złym synem", nie wzięło się przecież znikąd.

tradycyjna śląska rodzina

Skomentuj (46) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 380 (Głosów: 578)

#65923

(PW) ·
| Do ulubionych
Byłam dziś w przychodni chirurgicznej. Wspólna rejestracja do chirurga i do ortopedy. Do chirurga rejestracja "na dziś", kolejki pod gabinetem znośne. Natomiast absurd części ortopedycznej mnie załamał.

Przede mną w kolejce kobieta, chce zarejestrować wnuka na "zdjęcie gipsu" (według słów rejestratorki to nie na samo zdjęcie, ale na konsultację; trochę mnie dziwi, że to ortopeda, ale nie znam się). Przy zakładaniu gipsu było polecenie, żeby przyszli po trzech tygodniach. Gdzie absurd? Najbliższy wolny termin jest za dwa miesiące.

słuzba_zdrowia

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 267 (Głosów: 347)

#65919

(PW) ·
| Do ulubionych
Robiłam zakupy w sklepie z płazem w nazwie. Zaczepiła mnie starsza pani, poruszająca się o kulach i zapytała, gdzie znajduje się toaleta. Z tego co wiem w tym sklepie nie ma publicznych toalet i to właśnie jej powiedziałam, ale odesłałam panią jeszcze do kasjerki.

Pracownica sklepu odmówiła klientce wstępu do toalety, tłumacząc się monitoringiem i surowym zakazem wpuszczania kogokolwiek na zaplecze. Poinformowała klientkę, że pozwalając jej wejść, mogłaby stracić pracę. Podpowiedziała jednak, że po drugiej stronie ulicy znajduje się urząd miasta i tam z pewnością klientka będzie mogła załatwić swoją potrzebę.

Starsza pani na taką wiadomość wpadła w histerię. Płacząc spazmatycznie, zaczęła wyzywać kasjerkę od ku..., dzi... itp. Następnie NA ŚRODKU SKLEPU i przy wszystkich ludziach ściągnęła majtki i NAROBIŁA NA PODŁOGĘ!!! Jeśli ktoś ma nadzieję, że był to mocz to od razu wyprowadzam z błędu.

Wykorzystując szok wszystkich zgromadzonych, błyskawicznie podciągnęła swoją bieliznę i z zadziwiającą prędkością jak na starszą i nie w pełni sprawną osobę (przypominam o kulach) opuściła sklep.

Straż miejska została powiadomiona, nie wiem jak sprawa się rozwiązała, bo musiałam iść do pracy. Do tej pory jestem w szoku.

sklepy

Skomentuj (60) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 454 (Głosów: 568)

#65941

(PW) ·
| Do ulubionych
Pewien pięćdziesięcioletni mężczyzna postanowił wynająć jeden z pokoi w swoim mieszkaniu. Oto lista zasad i wymagań, jakie musiała spełnić przyszła wynajmująca:

- studentka w wieku do 26 lat,
- pisemne pozwolenie od rodziców bądź zaświadczenie o zatrudnieniu od pracodawcy,
- zakaz włączania muzyki w ogóle, zakaz oglądania telewizji/użytkowania komputera po 21.
- całkowity zakaz przyprowadzania gości (gdy jedna z dziewczyn przyszła obejrzeć mieszkanie z chłopakiem, nie pozwolił mu przekroczyć progu, ponieważ on i tak nie będzie miał wstępu do mieszkania)
- obowiązek sprzątania całego mieszkania (bo kobiety są od sprzątania),
- zakaz palenia papierosów, używania perfum, kadzidełek, dezodorantów, ponieważ właściciel ma wrażliwy węch,
- brak możliwości wychodzenia z domu i powrotów po godzinie dwudziestej.
Do tego brak drzwi do wynajmowanego pokoju, ponieważ on musi wiedzieć co się dzieje w środku.
Zapytany dlaczego musi być koniecznie dziewczyna, odpowiedział, że dziewczyna będzie się go słuchać, bo on nie ma zamiaru się z nikim kłócić.

Był bardzo zdziwiony, że nie ma chętnych na tak wspaniałą ofertę (cena przystępna), a gdy zaśmialiśmy się, że w wymaganiach brakuje tylko książeczki sanepidowskiej i zaświadczenia o niekaralności (ironicznie), uradowany dopisał je do wymaganych dokumentów.

Skomentuj (21) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 461 (Głosów: 513)

#65921

(PW) ·
| Do ulubionych
Ja rozumiem, że jest ciepło, wiosna itp. Sama, jak jest pogoda po temu, wystawiam klatkę ptaków w otwartym oknie albo wynoszę mniejsze zwierzaki na ogrodzony wybieg na ogródku.
Ale nie rozumiem ludzi, którzy wychodząc zapewne rano do pracy, wypuszczają psa na balkon i zamykają tam. Pies szczeka, obecnie już blisko półtorej godziny. Gdzie szczeka? Na próżno zlokalizować, cała sytuacja trwa już chyba trzeci rok. Między moim blokiem a domami naprzeciwko jest spory teren zielony, ogródki przydomowe. Więc echo niesie.
Pies się męczy, ludzie wkurzają. Ja np. siedzę przy otwartym oknie, bo ciepło, a stoperów nie mogę wsadzić w uszy, bo wykonywana praca nie pozwala. Chyba raz wezmę dzień wolny i przejdę się po okolicznych podwórkach, sprawdzę, któż to taki "intelygentny inaczej" uszczęśliwia i swojego pupila, i mieszkańców...

pies balkonowy

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 323 (Głosów: 407)

#65918

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia bardziej mojej mamy, niż moja. Kilka dni temu wybrałyśmy się do centrum handlowego i wyszło tak, że wylądowałyśmy w innych sklepach. Kiedy dogoniłam mamę, zastałam dziwny widok - zirytowaną rodzicielkę, płaczące dziecko około 3-4 lat (D), obrażoną młodą panienkę (P) i zamurowaną kobietę około trzydziestki. A co tam się stało? Już mówię...

Mama przeglądała coś na półce, kiedy usłyszała taką 'rozmowę':
P: Ty jesteś normalny?! Chyba na głowę upadłeś! Teraz to matka cię nigdy stąd nie odbierze, zaraz zadzwonię i powiem, żeby cię tu zostawiła na zawsze!
D: Nie dzwoń! (płacz)
P: Nie będziesz mi mówił co mam robić, nie masz nic do gadania! Jak mogłeś, jesteś obrzydliwy! Brzydzę się tobą, wiesz? Każdy się tobą powinien brzydzić! Wyciągam telefon, zaraz powiem twojej matce, żeby tu nigdy po ciebie nie przyszła!
D: (spazmy, głośne łapanie oddechu) nie dzwoń!

Mama w sumie przerażona taką tyradą podeszła zapytać co się stało, bo co takie małe i przerażone w tej chwili dziecko mogło zrobić? I wiecie co obrzydzona panienka powiedziała?
P: Ten mały obsraniec puścił bąka, w sklepie, obrzydliwiec, widzisz? nawet obca osoba się ciebie brzydzi!!

Mama się wkurzyła, bo w sumie jak można za coś takiego poniżać tak malutkie dziecko? Zaczęła pocieszać małego, że nic się nie stało i mówić mu, że mama NA PEWNO przyjdzie. Powiedziała też trochę do słuchu dziewczynie i w tym momencie do sklepu weszła mama malucha, zaraz po niej ja.

Okazało się dodatkowo, że panienka jest nową opiekunką na okresie próbnym. Jak mniemam po reakcji mamy malucha- raczej nową pracą się nie nacieszy. Kobietę zatkało, bo widać nie tego się spodziewała powierzając malucha panience...

I ja rozumiem, można dzieci nie lubić. Można nawet ich unikać. Ale po co iść do takiej pracy i w miejscu publicznym serwować dziecku taki stres? Nie zrozumiem nigdy.

Niania w sklepie

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 508 (Głosów: 562)

Podziel się pozytywnymi historiami na
WSPANIALI.pl

Piekielni