Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

 

#72733

(PW) ·
| Do ulubionych
Księgarniane opowieści.

1. "Niebieska okładka".

Sytuacja pierwsza:
- Dzień dobry, szukam książki.
- Dzień dobry, a jakiej?
- Noooo... nie pamiętam tytułu, autora też nie.
- To może chociaż tematykę?
- No też nie, ale miała taką morską okładkę!

Sytuacja druga:
- Dzień dobry! Dwa tygodnie temu widziałam tu na wystawie książkę, ale nie pamiętam, o czym była, autora i tytułu też nie, w sumie nawet koloru okładki nie pamiętam, ale chciałam ją zobaczyć!
Cóż, witki mi opadły i niestety nie byłam w stanie pomóc pani, bo nie pamiętam, co stało na wystawie 2 tygodnie temu, skoro te zmieniane są co kilka dni...

Sytuacja trzecia:
- Dzień dobry, w czym mogę pomóc?
- Szukam książki, taka z Murzynem na okładce.
- A tytuł? Autor?
- Nie pamiętam!
Biorąc pod uwagę, że książek z Murzynem na okładce jest multum...

2. Księgarz musi być wróżką!

Sytuacja pierwsza:
Wchodzi dziewczyna, na oko 25-26 lat.

- Dzień dobry, szukam książki na prezent dziewczynie w moim wieku. Pozytywnej.
- A co ta pani lubi czytać? Literaturę kobiecą? Biografie?
- Nie wiem, co lubi czytać.
- Hm... to może biografia?
- Nie, nie biografia!
- To może powieść obyczajowa? Proszę, ta jest bardzo dobra i pozytywna, osobiście bardzo mi się podobała.
- Proszę mi nie polecać czegoś, co się pani podobało! To ma się podobać tej dziewczynie i ma ładować pozytywną energią!
Odwróciła się na pięcie, trzepnęła drzwiami i tyle ją widzieli.
A ja całkiem oklapłam, bo dziewczyna chyba wymagała, że zamienię we wróżkę i w magiczny sposób odgadnę gust literacki jej znajomej.

Sytuacja druga:
- Dzień dobry, szukam czegoś na prezent ślubny, ale nie mam pojęcia, co kupić.
- A co młodzi lubią czytać?
- Nie wiem.
- To może coś uniwersalnego? Może jakiś album o podróżach?
- Nie wiem.
- Ewentualnie może coś o Polsce? Mamy przepiękne albumy?
- Nie wiem...
- To może ładna książka kucharska?
- Nie wiem.
- (tu już rozpacz mnie łapie) A może coś z klasyki literatury?
- Nie wiem.
Męczyłam się z panią "Nie Wiem" dobre 10 min, aż w końcu stwierdziła, że ona jednak później kupi ten prezent...

3. "Strażniczka Teksasu".
Nasza księgarnia ma swoją listę bestsellerów, na której czasami stoją bardzo dziwne tytuły, np. takie "50 twarzy Greya" obok książki religijnej. Zdarzyło się, że bodajże na 3 miejscu, stały "Księgi Jakubowe" Tokarczuk. Pewnego dnia do księgarni wpada pani, na widok topki zatrzymuje się jak wryta i jak nie ryknie:
- A DLACZEGO WY PROMUJECIE TĘ KSIĄŻKĘ?!
- To nie my ustalamy listę bestsellerów, jest tworzona na podstawie wyników sprzedaży.
- Ale ta książka szykanuje Polskę! Polaków! Gloryfikuje Żydów! Gdyby pani mieszkała w państwie islamskim, to już by pani za to nie żyła!
I fruuuuuuu, po strażniczce został tylko wiatr w księgarni, a ja z koleżankami długo się zastanawiałyśmy, co to miało być.

4. Casanova.
Kasuję łysawego faceta, tak 50+.
- Kartą płacę. I, huehuehue, możemy się zbliżyć, huehuehue.
- (z kamienną twarzą biorę kartę i wkładam do terminala, bo zbliżeniowo i tak nie przejdzie.)
- O, ale widzę, huehuehue, że pani woli włożyć, huehuehue.

Och, ach, ależ z ciebie zabawny koleś.

Na razie tyle, jeśli się spodoba, postaram się wrzucić coś jeszcze.

Skomentuj (26) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 223 (Głosów: 261)

#72732

(PW) ·
| Do ulubionych
Mam przyjemność odbywania dwa razy w tygodniu podróży autobusem, który objeżdża kilka bazarków w dzielnicy, tym samym niezależnie od pory dnia średnia wieku pasażerów wynosi 70+. Kiedy pierwszy raz nim jechałem, to usiadłem na wolnym miejscu, ale szybko zrozumiałem swój błąd. Dwa przystanki później mijamy bazarek, do autobusu wsiada mnóstwo starszych osób, więc bez zastanowienia wstałem i miejsce zwolniłem. Na podstawie tego doświadczenia każda moja kolejna podróż tym autobusem odbywała się na stojąco.

Inny kurs, sytuacja identyczna: przystanek bazarek, wzrost średniej wieku w autobusie, wszystkie miejsca zajęte, kilka osób starszych mimo wszystko stoi. Słyszę po chwili za plecami głos starszej pani (SP), która niemalże krzykiem i tonem roszczeniowym mówi do osoby (chłopak lat 20-25 - CH) siedzącej na miejscu dla osób niepełnosprawnych:

SP - No wstań, człowieku, nie widzisz, że starsi ludzie stoją?
Chłopak jedynie odwrócił się w stronę SP i znów wrócił do swoich spraw, nawet nie odpowiadając na pytanie SP.
SP - Wstawaj, człowieku! NIE MASZ PRAWA tam siedzieć! To miejsce TYLKO dla osób niepełnosprawnych, musisz wstać i ustąpić!

Następnie posypało się kilka słów o tym, jak to dzisiejsza młodzież niewychowana, sami gówniarze bez grama kultury.

SP - Słyszysz ty mnie, człowieku? Wstań, ci mówię, bo ludzie starsi stoją.
Chłopak się odwrócił do SP - Ja mogę tutaj siedzieć, bo jestem osobą niepełnosprawną - i znów wrócił do czytania książki.
SP - No nie udawaj, człowieku! Wstań i ustąp miejsca, odrobinę kultury! Kłamiesz w żywe oczy!

I tak przejechali razem kilka przystanków, gdy CH wybierał się do wyjścia. Stanął obok drzwi autobusu, a spod nogawek krótkich spodni widoczna była proteza nogi od kolana w dół...

SP cały czas go obserwowała, zapewne już chciała coś powiedzieć, ale niespodziewanie widok za oknem stał się bardziej interesujący niż kontynuowanie rozmowy z tym niewychowanym, kłamliwym gówniarzem.

komunikacja_miejska

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 238 (Głosów: 250)

#72402

(PW) ·
| Do ulubionych
Jakiś czas temu sąsiad staruszek dostał wezwanie do zapłaty (za coś kupione w 2003 roku przez jego siostrę).

Poszedł do sądu z prośbą o odrzucenie spadku i co? Okazało się, że syn siostry od razu przyjął spadek po śmierci matki (nie informując nikogo o swej decyzji), a firma skupująca długi, nie mogąc chyba znaleźć adresu syna, wysłała ponaglenie do brata, który - jak się okazało - nie jest spadkobiercą po siostrze.
Firma, niby normalnie działająca, wysyła groźne listy do staruszka, myśląc, że zapłaci od razu. Takie coś to chyba tylko w Polsce, nie wspomnę o ochronie danych osobowych. A że staruszek z nerwów prawie znalazł się na tamtym świecie, to pozostawiam bez komentarza...

Spadek

Skomentuj (17) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 181 (Głosów: 213)

#72400

(PW) ·
| Do ulubionych
Gdy chodziłam do liceum, nie było rozpowszechnionego zdrowego trybu życia (diety, ćwiczenia, siłownie), więc normalne było, że większość dziewczyn na WF-ie ćwiczyć nie chciała. W tym momencie uważam, że głównie ze względu na konieczność wykonywania wszystkich ćwiczeń, bo każda zawsze chętnie grała w siatkówkę, w unihokej, same chętnie robiłyśmy układy na aerobik. Jednak najgorsza rzeczą, dla każdej z nas było bieganie.

Szkoła moja nie posiadała własnego boiska, więc wszystkie biegi wykonywaliśmy w miejskim parku. Dobrze było, gdy pogoda sprzyjała, jednak często zdarzało się (zwłaszcza na początku każdej klasy, gdzie szybko robi się zimno na jesień), że musieliśmy biegać w chłodne dni. Zwykle nauczycielka nas uprzedzała. Jednak raz, w listopadzie, przyszła do naszej szatni i powiedziała, że dziś idziemy biegać. Było około 5 stopni. Wszystkie zdziwione, jak to? Większość z nas nosiła krótkie spodenki, ze względu na ciepło panujące w sali. Chciałyśmy przełożyć na następny dzień, aby chociaż wziąć ze sobą dresy albo legginsy. Nauczycielka stwierdziła, że nie, mamy iść dzisiaj biegać, bo inaczej nie zaliczy nam tego, co będzie skutkowało 1 na semestr. Była to klasa maturalna, więc średnio byłoby nie zdać z WF-u. Musiałyśmy biegać, gdy nauczycielka była ubrana w grube dresy i zimową kurtkę. Na następnym WF-ie połowa z nas przyniosła zwolnienia lekarskie z powodu choroby, a wuefistka dziwiła się, czemu wszystkie tak nagle zachorowałyśmy.

Czemu mi się to teraz przypomniało? Wyglądając dzisiaj przez okno, zauważyłam klasę z pobliskiego gimnazjum, grającą w piłkę nożną. Wszystko byłoby OK, gdyby nie to, że gdy przed chwilą wróciłam do mieszkania, miałam całe mokre włosy od deszczu, a nauczyciel stał pod parasolką.

szkoła

Skomentuj (29) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 191 (Głosów: 231)

#72396

(PW) ·
| Do ulubionych
Gorący ostatnio temat – aborcja. Zaostrzyć ustawę czy nie zaostrzyć? Interesuje mnie zdanie ludzi, więc lubię czytać dyskusje toczące się pod artykułami na wspomniany temat. Obok wyzwisk trafiają się wyważone argumenty każdej ze stron. Jednak czasami opadają mi ręce nad tym, co czytam. Siłą rzeczy w komentarzach pojawia się dużo dygresji m.in. na temat antykoncepcji. Ja wychowałam się na Bravo i wiem więcej niż ludzie, którzy mają dziś nieograniczony dostęp do Internetu. Chociaż może z drugiej strony to właśnie wina sieci, gdzie każdy może każdą bzdurę napisać, a inni to biorą za prawdę.

Kilka kwiatków z komentarzy:

1. Z gwałtu nie zachodzi się w ciążę. By począć dziecko potrzebna jest miłość kobiety i mężczyzny (jak wiadomo, nie ma na świecie niechcianych dzieci).

2. Jak nie chcesz dziecka z gwałtu, to bierz profilaktycznie tabletki antykoncepcyjne (lub ewentualnie poproś gwałciciela, by dbał o bezpieczny seks). Na uwagę, że pigułki też są negowane przez środowiska „pro życiowe” – cisza.

3. Nie chcecie rodzić kalekich dzieci? Nie bierzcie tabletek antykoncepcyjnych, bo to one powodują późniejsze uszkodzenia płodów, które później chcecie „skrobać”. Wpisów w stylu: „brałam tabletki, a później poroniłam”, „brałam tabletki, a później urodziłam wcześniaka”, „moja siostra brała tabletki i teraz przez to nie może zajść w ciążę” jest ogrom. Skąd kobiety w XXI wieku w cywilizowanym kraju biorą takie przekonania? Jak ktokolwiek może wierzyć, że tabletki upośledzają późniejszą płodność? Po co robić wodę z mózgu młodym dziewczynom? Po co straszyć, nie mając ku temu żadnych podstaw?

4. Wpis jakiegoś mężczyzny „a co zgwałconej szkodzi urodzić? Odda i po kłopocie”. Racja, przecież to taka ranga zdarzenia jak „no, kup tę kieckę, w domu przymierzysz, a jak ci się nie spodoba, to oddasz do sklepu”.

Głupota w internetach ma się dobrze.

Internet

Skomentuj (109) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 313 (Głosów: 399)

#72393

(PW) ·
| Do ulubionych
Kiedy miałam naście lat (czyli naście lat temu), obecny stereotyp na temat Cyganów nie był jeszcze tak rozpowszechniony, albo może ja jeszcze słabo się orientowałam, jaki część z nich ma sposób na życie.

Kupowałam coś w kiosku (pewnie BRAVO GiRL!), kiedy opadła mnie chmara dzieciaków, najstarszy był w moim wieku, kolejny ze dwa lata młodszy i tak kolejno odlicz do najmniejszego smarka, który miał może z pięć lat. Szwargotali jeden przez drugiego, najpierw chcieli chyba drobne, nie pamiętam już dokładnie. Potem chcieli mnie zaciągnąć do pobliskiego sklepu spożywczego, bo oni chcą jedzenie. Trajkotali, byli niesamowicie natarczywi, przekrzykiwali mnie i siebie nawzajem. Myślę sobie "cholera, mogę olać i wrócić do domu, ale jak polezą za mną?" (mieszkałam bardzo blisko). Nie za bardzo mi się uśmiechało, żeby wiedzieli, gdzie mieszkam.
No to kombinuję. Weszłam z nimi do tego sklepu, żeby zyskać na czasie. Rozbiegła się ta ferajna i zaczęli mi wrzucać do koszyka jakieś chipsy, słodycze, napoje i inne artykuły pierwszej potrzeby. Ja się nawet przez chwilę zastanawiałam, czy im faktycznie jakichś drożdżówek nie kupić, ale jak mi to wszystko nawrzucali, nadal robiąc raban jak stado szerszeni, postanowiłam się ewakuować. Kazałam kończyć zakupy, sama stanęłam przy kasach. Spojrzeli na mnie, ja na nich, znowu rozbiegli się między półkami, a ja rakiem ze sklepu wydreptałam i schroniłam się obok, w solarium :)

Poczekałam chwilę i jakoś udało mi się wrócić spokojnie do domu. Jakbym to wszystko kupiła, to pewnie tym bardziej poszliby sprawdzić, gdzie mieszkam.
Nie wiem, może to wredne było, ale nie za bardzo w zasadzie widziałam inne sensowne wyjście z tej sytuacji. Nie wiem, czy dzisiaj nie zrobiłabym tak samo ;)

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 206 (Głosów: 248)

#72389

~HarlemShake ·
| Do ulubionych
Mieszkam na stancji z najemcą (młody chłopak, ma pokój jednoosobowy). Ja dzielę swój ze studentką, obok mieszka dwóch facetów. O ile ja, lokatorka, najemca i jeden z lokatorów potrafimy się porozumieć w wielu kwestiach (grafik sprzątania, dogadanie się w kwestii posiadówek i koleżeńskie relacje), o tyle Mikołaj jest typem buraka pospolitego o kulturze i poziomie żartów robola z budowy.

Na początku wszystko szło nawet OK, dopóki Mikołajek nie miał współlokatora (intensywnie szukał...) nie widziałyśmy jakiegoś wielkiego problemu w spraszaniu na zmianę, i to co noc, dwóch jego kochanek (jego życie intymne nie jest moją sprawą).

Zgrzyt pojawił się, kiedy Mikuś potrafił przyjść o 22 w piątek do kogoś z lokatorów, aby go uciszyć. Zgrzyt dość poważny, bo posiadówy u nas bywały może raz w tygodniu (i tylko w weekendy), góra cztery osoby w pokoju, goście siedzieli mniej więcej do pierwszej w nocy. Zrozumiałabym jeszcze, gdyby musiał wstawać w weekendy, ale za każdym razem powtarzał, że jego kochanka musi się wyspać do pracy!

Tak, baba miała darmowy nocleg, a chłopek nas uciszał, by mogła w spokoju sobie pospać. Najemca oczywiście olewał jego gadanie, raz nawet zaproponował kupienie mu zatyczek do uszu (bo argument gościa bardzo nas rozsierdził). Mimo to z 2 razy przyłaził, za drugim nawet walił pięścią w ścianę (była godzina 22:30 w sobotę...).

Facet jest cieślą, pracuje w tygodniu (a burdy robi kiedy ma wolne i teoretycznie nocnych akcji nie powinien robić), tak więc zaczęliśmy traktować go jak idiotę, którym nie należy się przejmować. Chciałabym zaznaczyć, że nasze spotkania nie składały się z głośnej muzyki, rzygania ani pijackich śpiewów, zwłaszcza że kończyło się na jednym winie na cztery osoby, albo na czteropaku piwa.

Później przyuważyliśmy że codziennie robi pranie, ba, nawet upomina osoby, którym udało się włączyć pralkę przed nim, żeby jak tylko przestanie wirować rozwiesiły pranie, bo on musi pilnie coś uprać. Jak wcześniej napisałam, przez miesiąc szukał lokatora i nie mógł go znaleźć, dopiero jak najemca powiedział mu, że albo zapłaci podwójną stawkę za pokój, albo się żegnamy, ten jakimś cudem kogoś znalazł. Mikuś, który uważał się za pana i władcę pokoju (w końcu był tu pierwszy!) nadal spraszał swoje kochanki na noc, dopóki współlokator porządnie się nie zirytował i o mało nie mu nie wkopał. Kochanki nadal są gośćmi, ale grzecznie wracają do domu po kilku godzinach odwiedzin.

Mikuś lubił psuć, zepsuł już spłuczkę, zepsuł główkę od prysznica (odpadła) i wszystko zgonił na najemcę (mimo iż każdy wiedział, że to on). Najemca się zirytował i przeprowadził z nim ostrą rozmowę, po której dopiero Mikuś się przyznał do czynów, a później "ktoś" zepsuł także i mopa (zrobię wszystko, by poleciało mu to z kaucji, chyba że jakimś cudem to naprawi, w co wątpię).

Raz jedyny lokator Mikołaja (jeszcze kiedy przymykał oko na całonocnych gości współlokatora) zaprosił na noc kuzynkę. We trójkę pili, rozmawiali i ogólnie było miło i głośno. Następnego dnia o godzinie 10 rano kuzynka musiała odebrać telefon, po jej wyjeździe Mikołajek miał wąty do lokatora, że JEGO KUZYNKA ODEBRAŁA TELEFON I GO OBUDZIŁA.

Sytuacja zrobiła się mocno nerwowa, gdy nasz bohater zostawił patelnię na ogniu i polazł do pokoju. Gdyby najemca nie wrócił wcześniej (kuchnia biała od dymu, zawartość patelni się pali), mogłoby być niewesoło. Wtedy kazał Mikołajkowi szukać stancji od przyszłego miesiąca, pozostali lokatorzy go wsparli i biedny idiota został z poczuciem krzywdy.

Ze swoim lokatorem zaczął porozumiewać się za pomocą kartek, np "NIE KŁADŹ LAPTOPA NA MOIM SPRZĘCIE!", albo "POSPRZĄTAJ POKÓJ!!! (o co były ze dwie kłótnie), kiedy słyszy, że jedna z dziewczyn wchodzi do łazienki, to dam sobie palec uciąć, że specjalnie wyłazi, by szarpać za klamkę i gasić światło "Ooo, nie wiedziałem, że ktoś jest w środku!". OK, taka sytuacja może się zdarzyć, ale żeby codziennie?

Mnie szczególnie znienawidził, bo jego prostacko rubaszne teksty w stosunku do mojej osoby gasiłam od razu (teraz się w ogóle do siebie nie odzywamy), poza tym powiedziałam najemcy już wcześniej, że ja z tym osobnikiem nie mam zamiaru mieszkać i zaczynam szukać pokoju.

Sytuacją dość zabawną był Dzień Kobiet, Mikuś siedział z kochanką w pokoju, kiedy ta druga chciała się dostać do mieszkania. Prosił lokatorów o nieotwieranie jej drzwi i udał że go nie ma :).

Mój plan to albo wytrzymać jakoś te trzy tygodnie, które zostały idiocie do wyprowadzki, albo szukać innego lokum. Teraz będzie szukał pokoju jednoosobowego we Wrocławiu, także strzeżcie się łysego grubasa o małpim wyrazie twarzy i imieniu Mikołaj:)

PS Z opłacenie rachunków na czas też ma problem, raz przez jego zwlekanie z opłatami nie mieliśmy internetu przez 4 dni, niech zgnije za to w piekle...

piekielny lokator

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 124 (Głosów: 172)

#72383

~Anonimowa1903 ·
| Do ulubionych
Pracuję w markecie budowlanym w dziale kas. Takim dużym, który sklepy ma w całej Polsce i za granicą. Sytuacji piekielnych jest na pęczki, ale ostatnio jakoś się mnożą :) Może dlatego, że ludzie wypełzli do słońca?

I. Nie wydała mi pani reszty.
Okej, czasami się zdarza, szczególnie jeśli jest to pod koniec 11-godzinnej zmiany przy ciągłym ruchu. Wtedy przepraszam klienta i jeśli nie jestem pewna, czy rzeczywiście np. dał mi banknot 200 zł, a nie 100 zł, wołam przełożonego, który liczy kasetkę, ew. sprawdza na monitoringu, jaki to był banknot. Takie są procedury, bo zdarzają się naciągacze. Proste, prawda? Otóż nie:

- Pani jest NIEPRZYTOMNA? (no, po 10 godzinach kasowania...)
- To są MOJE PIENIĄDZE, masz mi je w tej chwili oddać!
- Zabrać to potrafi szybko, a oddać to się nie chce (?)- i w ten deseń. Każdemu się zdarzy pomylić, sprawdzenie tego trwa 5-10 minut, zawsze na końcu przepraszamy (ja też nie lubię być okradana), ale po co drzeć ryja? Kultury brak.

II. Pokrzyczę na kasjerkę, bo mogę.
Mamy w sklepie punkt kredytowy. Przychodzą klienci (typowy Janusz z Grażyną - nie urażając posiadaczy tych pięknych imion) z kredytem. Kasuję im zakupy, ale okazuje się, że w kredycie mają uwzględnione produkty, których nie ma jeszcze u nas w sklepie. No i muszą wrócić na dział, no nieważne. W każdym razie Janusz z pracowniczką banku wraca na dział (w międzyczasie naskakując na mnie, że nie powinno mnie obchodzić co on kasuje, tylko mu to nabić, nawet jak tego nie ma na wózku - ha, ha, dobre), ja anuluję paragon. Przy wózkach (2 szt.) zostaje Grażyna. No, ale wózki zostawili poza linią kas - gdzie nie może stać niezapłacony towar - ochrona czuwa. Jako że Grażyna była koło sześćdziesiątki, powiedziałam szybko, że przestawię wózki, a skasujemy jak mąż wróci (zrobiłam to sama, żeby Grażyna nie musiała się tachać z ciężkimi rzeczami) i zaciągnęłam je na sklep. Wraca Janusz, Grażyna coś mu szepcze od ucha, a on jak nie ryknie (ogólnie był agresywny, zaczął wymachiwać rękami):

(Klient)- Co mi pani ŻONĘ będzie szarpać? Kultury pani nie ma?! Co ty sobie myślisz? Wózki mi będzie szarpać, co to za ludzie nie wychowani!
(Ja)- (tu zonk - wtf?) Przestawiłam wózki, bo nie mogą stać poza kasą.
(K)- To trzeba było powiedzieć, żeby żona przestawiła, a nie ją szarpać (cały czas krzycząc, aż ludzie się zaczęli patrzeć).
(J)- Proszę do mnie nie krzyczeć, bo będę zmuszona wezwać ochronę (dupa tam, naprawdę bym nie wezwała, ale czasami ludzie się opamiętują).
(K)- Dlaczego mam nie krzyczeć, co? No dlaczego?
(J)- Bo jesteśmy kulturalnymi ludźmi, sam pan przed chwilą mówił.
W tym momencie Grażyna coś szepcze do Janusza, ten się zamyka i tylko narzeka, że nigdy tak długo kredytu nie brał.

Podejrzewam, że Janusz źle zrozumiał żonę, ale w sumie przepraszam też by się przydało.

III. Zwrot towarów.
Zazwyczaj obsługuję punkt informacyjny, jako że przyjmujemy zwroty bezterminowo (oprócz towarów z terminem ważności - wtedy 30 dni przed jego końcem, żebyśmy mogli go jeszcze sprzedać) jest ich dość dużo. Klienci chcieliby jednak zwrócić dosłownie WSZYSTKO.

1. Nie przyjmujemy do zwrotu desek sedesowych bez folii zabezpieczającej (jest o tym informacja przy półce) - Klient: A dlaczego? (Serio???)

2. Ten produkt jest przeterminowany. Klient: Ale ja taki kupiłem, takie macie na półce, to jest wasza wina, proszę kierownika, pani jest zła, to wina PIS-u itp.
Owszem, czasami przyjmujemy takie towary, jeśli kierownik się zgodzi - po weryfikacji, czy to prawdopodobne, że tak zostało kupione. Ale zdarza się, że facet kupuje silikon w styczniu (z terminem np. do 15.04), a pod koniec marca (mniej niż 30 dni do końca terminu) przychodzi go zwrócić i twierdzi, że to nasza wina, bo tak kupił - i potrafi się kłócić po pół godziny z kierownikiem.

3. Zepsuł mi się sprzęt - chcę nowy. Jeśli chodzi o żarówki i inne mało warte przedmioty - wymieniamy je od ręki. Ale są klienci, którzy przywożą podgrzewacz wody i chcą nowy, bo tak. Wtedy im tłumaczymy, że: po pierwsze od tego jest reklamacja (14 dni- niestety takie jest prawo), po drugie nie powinni go demontować, bo przyjedzie do nich serwisant - Ale skąd ja miałem wiedzieć (może z karty gwarancyjnej, gdzie jest to wyraźnie napisane?), on mi cieknie, ma mi podłogę zalać (bo nie można go odłączyć od wody bez demontażu - nie wiem, zakręcić kurek?), ja chcę kierownika, a najlepiej to w ogóle wszyscy się zwolnijcie, bo robicie problemy. Niestety produkt musieli zabrać do domu.

4. Ale ten produkt nie miał opakowania. Ogólnie bez oryginalnego opakowania przyjmujemy tylko panele i kafelki. Wałki, kontakty, zamki itp. MUSZĄ być zapakowane, mieć kod kreskowy itp. Ja jestem w stanie zweryfikować, czy taki produkt był z opakowaniem czy nie. Jeśli nie był - przyjmiemy. Najlepsze pytanie klienta: ALE JAK JA TO MIAŁEM INACZEJ PRZYMIERZYĆ? (no, nie wiem, zmierzyć metrówką? Otworzyć tak, żeby się dało z powrotem zapakować? CHOCIAŻ zachować opakowanie?) Pani ma obowiązek mi to przyjąć! Pójdę do inspekcji! (ha, ha, chyba pracy - w prawie polskim nie ma zapisku o zwrotach - przyjmowanie ich to dobra wola sklepu i robimy to na swoich zasadach, które są umieszczone wielkim drukiem na ścianie naprzeciwko punktu info).

Nie wspominając o ludziach, którzy przywożą panele, listwy, kafelki upieprzone gruntem, farbą,, zaprawami z grubą warstwą kurzu - a, bo leżało na budowie - to nie można wytrzeć? Ja mogę odmówić przyjęcia takiego towaru, w zamian zawsze ostentacyjnie czyszczę przy kliencie taki produkt.

I perełka na koniec - maruda jakich mało.

Mamy dwa wyjścia ze sklepu - takie z rozsuwanymi drzwiami. Pewnego dnia przed samym zamknięciem w jednych zepsuła się chyba taka zabezpieczająca roleta, więc ją opuścili, a niedobitki klientów prosili o wychodzenie drugim wyjściem.
[O]chrona do jednego z klientów: - Bardzo proszę o wyjście tym drugim wyjściem (wskazując je), ponieważ w tamtym, do którego pan idzie, zepsuła się roleta i jest zamknięte.
[F]acet stanął jak wryty: Ale ja tam mam bliżej do samochodu!
[O]: Ale tam już jest zamknięte, nie jesteśmy w stanie otworzyć.
[F]: JAKBYM WIEDZIAŁ, TO BYM TU NIE PRZYSZEDŁ!


Trochę przydługo, ale uwierzcie mi, że to tylko wierzchołek góry lodowej ludzkiej głupoty, chęci wyżycia czy wywyższenia się. Na działach handlowych podobno wcale nie jest lepiej. Może w przyszłości wrzucę kontynuację. Jeśli was przynudzam, przepraszam :)

Zielona Castorama Kasy sklep budowlany

Skomentuj (5) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 144 (Głosów: 200)

#72381

(PW) ·
| Do ulubionych
Wyobraźcie sobie, że macie zakład produkcyjny. Macie kierownika produkcji oraz kilku pracowników. Jeden z nich zajmuje się tworzeniem nowego produktu. Opracowuje go graficznie i rozpoczyna proces produkcji. Kiedy potrzebuje materiały, idzie do kierownika i mówi z wyprzedzeniem co trzeba. Kiedy dostaje termin, wykonuje prace w terminie. Nawet jeśli miał dzień postoju, bo kierownik zapomniał tydzień temu zamówić materiałów. Nie pierwszy i pewnie nie ostatni raz. Ale wasz nowy pracownik wypracował sobie plan i pomimo obsuw ze strony kierownika stara się wykonać pracę na czas.

Termin: Piątek

Poniedziałek: Kierownik twierdzi, że pracownik się leni. Pomimo tego, że ilość wyprodukowanych materiałów jawnie temu zaprzecza, zwalniasz pracownika, co doprowadza do dalszych opóźnień wprowadzenia finalnego produktu. Zapewne około miesiąca. Co ciekawe, pracownik zaproponował, żeby pracować do końca tygodnia, bo inaczej będą duże opóźnienia, ale nie słuchasz go, bo przecież kierownik ma rację. Informacja ze strony kierownika jest co najmniej półprawdą, ale obcinasz pracownikowi wypłatę do 40%. A co? Na śmieciówce jest, to możesz.

I teraz informacja klucz: kierownik to twoja córka.

A ja za dobrą robotę zostałam wywalona i nie będę miała za co żyć, bo pannica od początku miała na mnie jakiegoś dziwnego focha. Zapewne znalazła sobie kozła ofiarnego w razie jakby trzeba było wyjaśnić opóźnienia.

Wtorek, 10.04.2016 Dalej nie mam ani grosza z wypłaty.

praca kierownik-księżniczka

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 100 (Głosów: 150)

#72365

(PW) ·
| Do ulubionych
Historie z portali randkowych przyjmują się nieźle, zatem zaprezentuję coś o paniach, żeby nie było, że tylko my jesteśmy obsmarowywani na tym portalu :)

Profil miałem jasny i czytelny, z kilkoma zdjęciami w zbliżeniu i w planie pełnym (w ubraniu rzecz jasna). Wypisane zainteresowania, gusta, poglądy itp.

#1 - szukające sponsora
Dość liczna grupa Karynek, wiek zazwyczaj poniżej 25, zwykle w miarę ładne, ale nie zawsze. W rozmowie dość szybko wychodzi cel nawiązania znajomości i nieraz absurdalnie wyśrubowane wymagania dot. dochodów. Uświadomienie takiej pani, że to co robi to nic innego tylko bardziej elegancka forma prostytucji, skutkuje fochem jak stąd na Księżyc.

#2 - szukające sponsora, wersja 2.0
Bardziej rozgarnięta odmiana powyższej - rozmowa online nie zdradza prawdziwych intencji. Wychodzi to później, przy spotkaniu. Dziewczę takie uwielbia wodzić i wyłudzać randki czy prezenciki. Znajomość kończy się z reguły na jednym spotkaniu.

#3 - niepotrafiące czytać
W profilu wyraźnie napisana grupa wiekowa, jaka mnie interesuje. Czy tak ciężko przeczytać, że 43 lata + trójka dzieci "nieco" wykracza poza te ramy?

#4 - nadużywające Photoshopa
W profilu takiej pani zwykle widać ładną dziewczynę, nieraz bardzo ładną. Rzeczywistość jednak bywała inna. Jeszcze pal sześć makijaż na twarzy, aż takich różnic nie było. Nie mam sokolego wzroku, żeby wyłapać każdą niedoskonałość i szczerze, nie zwracam na nie uwagi, dopóki nie są odrażające. Ale przerabianie się na w miarę zadbaną kobietę o normalnej wadze podczas gdy w "realu" jest się wielorybem ważącym lekką rączką 120 kg?

To tyle jeśli chodzi o ogólne kategorie tych "złych" Karynek. Teraz zajmiemy się co ciekawszymi rodzynkami, których nijak nie da się "zaszufladkować"

Panna "z dobrego domu"
Wydawała się ogarnięta, potrafiła rozmawiać na wiele różnych tematów, do tego była naprawdę ładna. Miała jednak dość poważną wadę, która wyszła dopiero później: dziewczyna wyjątkowo dużo piła, zdarzało się jej zarzucić też coś mocniejszego. Rodzice głupi nie byli i raczej ograniczali jej dopływ gotówki, bo byli świadomi problemu. Jak brakowało kasy, to kradła. Co popadnie, gdzie popadnie. W tydzień "obrobiła" 1 litr wódki z E-Leclerca, dwie półlitrowe wódki z Żabki, 4 piwa z innej Żabki, 3 breezery z jeszcze innej Żabki. Od jej rodziców dowiedziałem się, że już nieraz ją złapali i miała taxi do domu w radiowozie. Spotykać się z nią przestałem, bo taka kobieta jednak generuje duży "przypał", tym bardziej że rzadko kiedy była trzeźwa. Na szczęście dla niej była to tylko przelotna choroba wieku późno-nastoletniego, jak ją spotkałem 8 lat później, to wyrosła na ludzi.

Panna "będę leżeć i pachnieć"
Tu już był dłuższy związek, bo trwał ponad rok. Pierwsze kilka miesięcy było super - wiadomo: spotkania, mizianie, rozmowy itd. itp. Postanowiliśmy ze sobą zamieszkać. I od tego momentu zaczęły się schody. Dziewczyna ta nie poczuwała się do niczego w ramach ogarnięcia wspólnego gniazdka. Cały dzień przesiadywała na Facebooku i oglądała "Plotkarę" (czy jakiś inny babski serial). Miałem robotę i uczelnię wieczorową, jakoś ten sajgon ogarniałem, bo inaczej by się tam żyć nie dało. Obiady też sam musiałem zorganizować, bo ta pani nawet nie umiała głupich naleśników usmażyć i, co gorsza, za nic w świecie nie chciała się przekonać czy dać nauczyć. Wytrzymałem z nią 4 miesiące takiej "sielanki", bo jednak była naprawdę ponętna i wygadana. Stwierdziłem jednak po tym czasie, że sorry Winnetou, ale współżycie polega na podziale obowiązków, a nie tym, że będę robił wszystko sam. Na szczęście nie protestowała zbytnio i rozstanie odbyło się w pokojowej atmosferze.

Jak się spodoba, to dorzucę jeszcze kilka rodzynków.

matrymonialne

Skomentuj (24) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 164 (Głosów: 230)

Podziel się pozytywnymi historiami na
WSPANIALI.pl

Piekielni