Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

 

#77249

(PW) ·
| Do ulubionych
Zainspirowana szkolnymi historiami, przytoczę epizod, który przydarzył się mojemu bratu bodaj w czwartej klasie podstawówki.

Pewnego razu jego wychowawczyni zarządziła, że każdy uczeń ma mieć naklejoną na krzesło karteczkę z imieniem, nazwiskiem i wzrostem, przygotowaną w domu. Sęk w tym, że taka karteczka miała koniecznie być wydrukowana.
Jako, że nie mieliśmy w domu drukarki, mama napisała "metryczkę" ręcznie.

Później dowiedziałam się, że wychowawczyni zrobiła awanturę i powiedziała: "Przecież drukarka kosztuje parę groszy!"
Bez komentarza.

szkoła

Skomentuj (19) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 140 (Głosów: 142)

#77235

(PW) ·
| Do ulubionych
Dobry zwyczaj - nie pożyczaj ;)

Mam internet mobilny jeszcze z czasów studiów. Niby nie był już potrzebny, ale dali nam dobrą i tanią ofertę (jak na te 3 lata wstecz - 10Gb za 10 zł) - no żal nie brać ;) Tata poprosił żeby dla niego wziąć - będzie używał w pracy. Ok, przedłużyłam umowę, dostał dwa modemy (stary, bo mógł służyć za pendrive i nowy, bo jednak lepiej śmigał), ja w zamian dostawałam od niego co miesiąc 50zł - na rachunek plus "kieszonkowe", więc oboje byliśmy zadowoleni. Jakiś czas potem tata powiedział, że pożyczył modemy swojej siostrze, bo u nich na wsi (coś tam coś tam, zasięg, dziura, wiecie o co chodzi) akurat tej sieci był jako taki zasięg. Dla mnie żadna różnica, ciocię zawsze lubiłam, tata dalej mi na rachunki wysyłał, wszystko mi jedno kto korzysta.

Problem pojawił się, gdy postanowiliśmy się przeprowadzić na drugi koniec kraju. Wiem, że mój mąż bez internetu jak bez ręki, więc odpowiednio wcześniej dałam cioci znać, że będę chciała za miesiąc-półtora na chwilę odzyskać internet, a potem może dalej z niego korzystać. Przyjęła do wiadomości, miała podać przez tatę.

Minęło kilka tygodni, przeprowadzka w toku, całkiem zapomniałam o sprawie. Na miejsce dotarłam na miesiąc przed mężem, więc nie przejmowałam się że modem jeszcze nie dotarł, jeszcze jest czas. Tylko, że miesiąc powoli i nieubłaganie mija, a tu przesyłki dalej nie ma. Dzwonię się dopytać kiedy odzyskam moją własność - ciotka wyraźnie niezadowolona, że musi go oddać, ale obiecała wysłać pocztą.

No i wysłała. Trzy tygodnie po tym jak mąż już do nas dojechał, po kilku coraz mniej grzecznych upomnieniach (trzy długie tygodnie kłótni o brak neta ;/
Machnęlibyśmy ręką i podłączyli kablowy od razu, ale okazało się że na naszym zadupiu nie ma takiej możliwości, a drugiej umowy na mobilny nie chcieliśmy brać). Z tym, że dostałam tylko jeden modem, ten stary (nowy zepsuli, o czym dowiedziałam się później od taty) - wysłany bez zatyczki, w zwykłej listowej kopercie, nawet niebąbelkowej. Ten też wg taty już im zaczynał szwankować, trzeba było jakoś pod kątem czymś go przykładać żeby łączył - po tej podróży nie nadawał się do użytku, wtyczka latała luźno w kopercie.

Pierwszy odruch - telefon do ciotki. Ciotka nie wie o co mi w ogóle chodzi, przecież oddała... Tyle z rozmowy. Skończyło się na zerwaniu kontaktów. Modem odkupił nam mój tata, bo stwierdził że poniekąd jest za sytuację odpowiedzialny.

I tylko taki żal, że osoba którą naprawdę lubiłam, rodzina, jedna z tych fajniejszych cioć - i coś takiego? Przez ponad półtora roku korzystali za darmo z cudzego internetu (tata nic od nich na rachunki nie brał, przesyłał mi swoje pieniądze na uregulowanie ich), zepsuli dwa modemy (jeden pięcioletni w momencie pożyczenia, drugi dwuletni, obydwa w świetnym stanie wizualnym i technicznym) i jeszcze pretensje że ośmielam się żądać odkupienia sprzętu.

No i dalej nie mogę zrozumieć dwóch rzeczy - jak można aż tak nie uszanować cudzej rzeczy, i jak oni te modemy używali, że tak je zniszczyli.

rodzina

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 164 (Głosów: 194)

#77225

(PW) ·
| Do ulubionych
Wsiadł do autobusu człowiek z liściem na głowie... Uprzedzam, będzie obrzydliwie.

Czekam wczoraj na przystanku. Podjeżdża autobus pełny do połowy, tzn. przód cały zajęty, z tyłu pustki, jedynie dwie czy trzy osoby. Oho, myślę, trafił mi się żulobus. I rzeczywiście, z tyłu rozsiadł się pan żul w pozycji spoczynkowej z piwerkiem w dłoni. No cóż, bywa, nie pierwszy, nie ostatni raz. Niestety, niedaleko pana żula spoczywała również zawartość jego żołądka w postaci malowniczego bełta na cały tylny rząd siedzeń. Nie śmierdziało jakoś straszliwie, ale atmosfera też nie była zbyt przyjemna, więc postanowiłam dołączyć do reszty ludzi z przodu pojazdu, jak najdalej od nieprzyjemnego widoku.

Kiedy wysiadałam na pętli, spojrzałam na tył autobusu i zobaczyłam, że ktoś się podnosi z tych zarzyganych siedzeń. Pierwsza myśl: WTF? Ślepy czy co?

Tak, niestety zgadłam. Po chwili dopiero zauważyłam białą laskę. Ten biedny człowiek nie wiedział, że całą podróż przesiedział na rzygach jakiegoś żula. Najwyraźniej też nie czuł specyficznego zapaszku.

Nikt z ludzi jadących z tyłu nie uprzedził go, żeby tam nie siadał... Nie widzieli? Może, ale jakoś trudno mi w to uwierzyć.

komunikacja_miejska

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 102 (Głosów: 118)

#77233

(PW) ·
| Do ulubionych
Sezon ślubny. Niedawno wpadła do mnie znajoma z narzeczonym. Dawniej widywałyśmy się dość często, potem znajomość się rozluźniła, miałyśmy jednak ze sobą okazjonalny kontakt. Zaprosili mnie na swój ślub oraz wesele. Jako, że wesel nie znoszę i na nie nie chodzę, podziękowałam za zaproszenie, mówić że nie mogę skorzystać, ale bardzo chętnie wpadnę na ślub.

Jej narzeczony zaczął nalegać i wiercić mi niesamowitą dziurę w brzuchu, pytając dlaczego nie mogę się pojawić - nie dał się zbyć, więc przyznałam otwarcie, że nie przepadam za weselami.

Dziś zadzwoniła do mnie znajoma z informacją, że mam nie pojawiać się na ich ślubie, gdyż jej narzeczony nie chce obecności "sfrustrowanej i zazdrosnej starej panny". Podobno mają nadzieję, że zestarzeję się sama, mając tylko kota u boku.

Znajomi

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 169 (Głosów: 193)

#77192

~princesstrish21 ·
| Do ulubionych
O Wyspowym szaleństwie związanym ze sprawdzaniem dowodów.

Na pierwszym roku studiów mieszkałam w akademiku, rzecz dzieje się w lokalnym supermarkecie typu Express. Moje zakupy: mleko, chleb ser. Żadnych artykułów 'zakazanych'. Przy kasie obsługowej wpadam na koleżankę z piętra, cześć cześć co u ciebie. Koleżanka kupuje butelkę wina, kasa wymaga zatwierdzenia od pracownika sklepu, że kupujący jest pełnoletni. Koleżanka pokazuje ID, ja pakuję swoje zakupy i czekam na nią, stwierdziłam przejdziemy się do akademika razem.
Sprzedawca (do mnie): ID proszę.
Ja: Słucham? Przecież koleżanka kupuje. Ja tylko na nią czekam.
Sprzedawca: A skąd ja mam wiedzieć, że to nie dla ciebie, skoro ją znasz?

Dla ścisłości: W UK dowody nie funkcjonują, ja polskiego dowodu nie posiadam. Anglicy legitymują się prawem jazdy bądź paszportem, ja prawka nie mam, a paszportu nie noszę przy sobie 24/7.

Drugi sprzedawca krzyczy zza stoiska z tytoniem 'Abram! No ID no sale!'

Próbuję tłumaczyć, że wpadłam na koleżankę w sklepie, mieszkamy w tym samym budynku, tylko się przywitałam... Głupio mi, że jakoś przeze mnie nie może zrobić zakupów. Abram nieugięty, jak ja nie pokażę ID, to koleżance nie sprzeda. Sfrustrowana zwracam się do faceta płacącego przy kasie obok. Może też niech pokaże ID, w końcu właśnie się do niego odezwałam. Abram odmówił zatwierdzenia sprzedaży.

Druga sytuacja, trochę bardziej piekielna. Piątek po południu, idę do Tesco po wino do pracy (tak, w piątek przed końcem pracy pozwalamy sobie wypić butelkę wina na 6-7 osób). Mój polski paszporcik w torebce, pieniążki ze zrzutki w portfelu, idę. W trampach i koszulce z Vans ale co tam, ID mam. Biorę winko, idę do kasy z człowiekiem bo samoobsługowe zamknięte. Pokazuję paszport, sprzedawca lustruje.

Sprzedawca: Ja nic nie rozumiem z tego co tu jest napisane.
Ja: Proszę, tu jest data urodzenia, jest napisane po Polsku i po Angielsku, Data Urodzenia/Date of Birth.
S: Nie sprzedam.
J: Dlaczego? Mam 22 lata.
S: Ale ja nie wiem, czy to ID jest prawdziwe.
J: Prawdziwe, tylko zza granicy. Literki i numerki takie same, opisy dany (imię i nazwisko, data urodzenia) napisane też po angielsku, czego tu nie rozumieć?
S: Ja nie wiem jak to ID powinno wyglądać, więc nie wiem czy prawdziwe.
J: To kierownika poproszę.
Kierownika podobno nie było.

Skarga poszła w jednym i drugim przypadku. Ja wiem, że dobrze, że legitymują, lepiej niż żeby sprzedawali dzieciakom alkohol i papierosy. Ale może bez przesady.

sklepy

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 117 (Głosów: 133)

#77159

(PW) ·
| Do ulubionych
Sytuacja ze stacji paliw. Aktualnie pracuję na niej jako kasjer. Spotykam wielu ludzi, wielu z nich wbrew pozorom nie tankuje paliwa. Jedni kupują hot-dogi, inni fajki, można powiedzieć, że teraz stacja to taki drogi monopolowy. I teraz do sedna.

Często się zdarza, że klient podchodzi do kasy i kupuje np. coś do jedzenia i na tym koniec od niego informacji. Trzeba się dopytywać czy zalał paliwo, a nawet jak uda Ci się zdobyć tą łaskawą informację, to nie wie, z którego dystrybutora zalał i nawet nie wie za ile tego paliwa zalał. I teraz pytanie: "Czy my mamy napisane na plakietce kasjer jasnowidz???". Często się zdarza, że nowi pracownicy nabiją te fajki, nie dostają informacji, że jakieś paliwo było i koleś odjeżdża bez płacenia. Sprawa ląduje na policji, no i wiadomo przykra sytuacja dla każdego.

Dużo lepiej by było jakby ludzie wiedzieli po co jadą na stację paliw i co oni w ogóle tam robią. Ku przestrodze, dla wszystkich użytkowników samochodów.

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 97 (Głosów: 133)

#77148

~Librariana ·
| Do ulubionych
Myślicie, że w bibliotece pracują wykształceni intelektualiści? Jeśli chcecie nadal tak uważać, nie czytajcie.

Jest sobie Iwonka. Iwonka skończyła studia pedagogiczne, ale z braku lepszego pomysłu na siebie, poszła na staż do biblioteki. Została tak jakoś przez zasiedzenie, już niemal dekadę temu. W międzyczasie zrobiła podyplomówkę z bibliotekoznawstwa (studia te dla osoby, która już pracuje w zawodzie są stratą czasu - nie nauczą nic nowego, a obecnie nie są nawet wymagane w pracy bibliotekarza - wystarczą po prostu studia magisterskie humanistyczne). Mimo studiów i długiego stażu pracy...

1) Iwonka nie mówi "biblioteka" tylko "BIBLOTEKA". Zdaję sobie sprawę, że wiele osób popełnia ten błąd, ale jest trochę żenujące, jeśli robi to bibliotekarz. Mówi również "se" zamiast "sobie", "włanczać" i zawsze, ale to zawsze przy podawaniu daty "rok dwutysięczny piąty, dwunasty" itd.
Przy zapisywaniu dzieci pyta osobę zapisującą (musi to być rodzic lub opiekun prawny) "Czy jest pani OSOBĄ prawną?"

2) Ma potworną dysleksję - czytanie na głos to droga przez mękę. Zacina się, myli wyrazy, nie stawia akcentów, przez co czytane zdania tracą sens. Jeśli czytasz dzieciom, musisz je zainteresować. Tak samo, gdy opowiadasz im jakąś historię. Jeśli mówisz rozwlekle, wchodząc w dygresje i nieistotne szczegóły, dzieci nie będą cię słuchać.
Ale Iwonce to nie przeszkadza.

3) Do dysleksji dochodzi dysortografia. Równie potężna. Pisanie czegokolwiek, zarówno ręcznie, jak i na komputerze kończy się fiaskiem. Ja rozumiem, że można nie znać pisowni słów trudnych lub rzadko używanych... Ale "któży" albo "piędziesiąt"? I tak jest notorycznie. Pomijając fakt, że kiedy trzeba cokolwiek uporządkować alfabetycznie. po Iwonce trzeba sprawdzać i poprawiać.

4) Iwonka czyta niewiele i mało interesuje się literaturą. Polecając książki, kieruje się głównie okładką, w związku z czym często na prośbę o "coś lekkiego" poleca mroczny, psychologiczny thriller, ponieważ ma ładną okładkę i niezbyt straszny tytuł.

Nazwiska autorów wymawia według pisowni, "Lewis" zamiast "Luis" czy "Andrews" zamiast "Endrius", a nawet Lackberg czyta jako "Ladzgberg" mimo, że samo "Lakberg" jest o wiele łatwiejsze w wymowie.

Ale zdecydowanie najtrudniejsze jest to, że Iwonka rwie się do każdej możliwej pracy. Jeśli trzeba poczytać przedszkolakom, albo opowiedzieć im historię św. Mikołaja, bez uzgadniania z resztą pracowników bierze to na siebie. Pisanie na komputerze - to nic, że są osoby, które napiszą szybciej i bezbłędnie. Ona napisze. Nieważne, że wydruk trzeba będzie powtórzyć cztery razy, zanim wyłapie się wszystkie błędy i literówki, których Iwonka nie widzi. Iwonka zrobi wszystko sama i nie zauważy, że ktoś po niej poprawia.

Na zakończenie dodam, że Iwonka jest przekonana o swojej nieomylności. Na jakiekolwiek zwrócenie uwagi czy krytykę nie reaguje. Po prostu. Nie odpowiada, nie patrzy na ciebie, wygląda, jakby zupełnie jej to nie dotyczyło. Próbuje nawet pouczać młodszych stażem pracowników, nawet jeśli jej rady i uwagi są błędne.

Ale pracuje. I nic nie wskazuje na to, żeby coś miało się zmienić.

Skomentuj (24) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 151 (Głosów: 197)

#77136

~Wys666 ·
| Do ulubionych
Orange. Internet stacjonarny.

Posiadam, a raczej posiadałem "Neozdradę" + TV. Z racji tego, że wkrótce zmieniam adres zamieszkania, trzeba było usługę przenieść / zlikwidować. Niestety, pod nowym adresem Orange nie jest w stanie zapewnić mi obecnego łącza. Werdykt, wyłączenie usługi.

Wycieczka do salonu, kwitek od techników jest, rezygnacja złożona. Co istotne, zaznaczyłem, że wyłączenie usługo ma nastąpić 28 lutego i taka też informacja poszła dalej do techników.

17.02 internetu brak. Telefon na infolinie i co? "Przecież pan zlecił wyłączenie usługi". Przekierowanie do odpowiedniego działu. Wszystko się zgadza, ale na rozwiązaniu jest data wyłączenia usługi na 28.02. Jakiś mądry inaczej człowiek przyjął rezygnacje z automatu, czyli wyłączył usługę z dniem następnym, pomimo jasno i wyraźnie zaznaczonego terminu w samej rezygnacji. Podłączyć z powrotem nie mogą. Reklamacja przyjęta.

Co do samej infolinii nie mogę nic im zarzucić, dało się dogadać z rekompensatą, czekać na połączenie też nie musiałem za długo. Ale sam fakt, że w niektórych działach pracują barany, co nie potrafią przeczytać zlecenia, robią błędy, za które nie odpowiadają potem... Bardzo słabo.

call_center

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 96 (Głosów: 122)

#77142

(PW) ·
| Do ulubionych
Jak świat światem, takiej akcji jeszcze nie widziałam. Sytuacja w całości jest piekielna, ale przyznam, że elementów komicznych również w niej nie brakuje.

Rzecz dzieje się w urzędzie gminy, a właściwie w jej obszernym przedsionku, przeszklonym w całości.

Do urzędu wchodzi się przez szerokie, rozsuwane automatycznie drzwi, następnie mija spory - na oko jakieś 16 m2 - przedsionek (gdzie po obu jego stronach ustawiono stojaki na bezpłatną prasę, zainstalowano jakiś bliżej nieokreślony blat na czterech podpórkach, i coś tam jeszcze), a potem mija kolejne, szerokie, rozsuwane automatycznie drzwi, za którymi dopiero zaczyna się "urząd właściwy", czyli olbrzymi hol z mnóstwem stanowisk urzędniczych.

Stoję więc sobie w owym przedsionku na uboczu, czekam na psiapsiółkę. Umówiłam się pod urzędem, ale deszczyk popaduje, więc wlazłam do środka. Ludzie wchodzą i wychodzą, ruch raczej nieduży.

Wkrótce w przedsionku pojawia się kobieta z pieskiem na smyczy. Psinka niewielka, lekko wystraszona, ogonek podkulony. Kobieta całkiem przeciętna, niewysoka, dość drobna, w ładnej kurtce, z wyglądu - co istotne - jakieś niecałe 60 lat.

Pani rozgląda się niepewnie, po czym podchodzi do stojaka (pustego!) na prasę i próbuje doń przywiązać psinę. W tym momencie materializuje się przed nią PAN OCHRONIARZ.

- Tutaj nie wolno przywiązywać psów!

- Ale dlaczego?

- Bo nie!

- Ale DLACZEGO???

- Bo ja tak mówię. Tutaj pani psa nie zostawi.

- A właśnie, że zostawię. Na zewnątrz nie ma go gdzie przywiązać, deszcz pada, a ja wchodzę tylko na chwilę pobrać formularze ze stojaka.

Co powiedziawszy, pani powróciła do przerwanej czynności. Tu ochroniarz się wkurzył i smycz z rąk pani wyrwał.

- Powiedziałem. Tutaj nie wolno. Tutaj ludzie po prasę podchodzą.

No to pani wyrwała smycz z rąk ochroniarza, podeszła parę kroków i zaczęła przywiązywać pieska do podpórki pod owym tajemniczym blatem. Ochroniarz podbiegł do niej, kolejny raz wyrwał smycz i się rozdarł.

- To tablica dla niewidomych jest!!! Nie wolno, powiedziałem!!!

Po czym zaczął ciągnąć opierającego się psa w stronę drzwi wyjściowych. Kobieta poleciała za nim. Nie wiem, co dalej się działo, bo zniknęli mi z oczu.

Po chwili ochroniarz wrócił. Dwie sekundy po nim wróciła też pani z pieskiem, która, jak widać, nie dała za wygraną. Tym razem postanowiła przywiązać psa do takiego przenośnego jakby słupka z szeroką, okrągłą podstawą, stojącego w kącie, w pobliżu wewnętrznej szyby oddzielającej przedsionek od holu. Uznałam, że w tym miejscu, przyczepiony na krótkiej smyczy pies, faktycznie, nikomu by nie przeszkadzał, ani nikomu nie zagrażał. Ochroniarz był innego zdania.

Podszedł do pani od tyłu, szarpnął ją mocno za kaptur kurtki, a gdy się wyprostowała - popchnął prosto na "słupek", z którego chciała skorzystać. Kobieta potknęła się o tę jego szeroką podstawę, nie miała jak dać kroku do przodu dla złapania równowagi, więc razem ze słupkiem poleciała na szybę przedsionka, cały czas trzymając w ręku psią smycz.

Myślicie pewnie, że stało się coś strasznego, szyba pękła, pani się pochlastała, jatka i kupa krwi???

Otóż - nic z tych rzeczy. Szyba była mocna, a uderzenie w nią - niezbyt. Pani się nawet nie przewróciła, wyhamowała na szybie, ręką amortyzując uderzenie - niemniej głową lekko w szybę stuknęła.

I tu nastąpiło coś, co mnie, normalnie, rzuciło na kolana. Kobieta, wróciwszy do pozycji pionowej, odwróciła się powoli do ochroniarza, po czym, bez słowa, z całej siły kopnęła go w dupę. Następnie, patrząc mu prosto w oczy, wycedziła "ty ..uju .ebany" i wymaszerowała z przedsionka razem z psem (który, nota bene, ani razu nie otworzył pyska) zanim ochroniarz zdążył się ogarnąć. A on, gdy już minął mu stupor, wrócił jak gdyby nigdy nic do holu urzędu pełnić swe ochroniarskie obowiązki.

PRZEDSIONEK

Skomentuj (39) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 138 (Głosów: 200)

#77129

(PW) ·
| Do ulubionych
Kilka dni temu koledzy złapali dziewczynę w wieku 18 lat. Twierdziła, że nie ma dokumentów przy sobie, ale pamięta dane osobowe i je poda. Ok podała, ale i tak koledzy wezwali patrol. Przyjechali i dziewczyna podała te same dane i ok, są w systemie. Ale po chwili - dobrze, proszę wszystko z torebki, nim pojedziemy tam gdzie jest dokument. I bach, cudowne odnalezienie dokumentu w torebce. Dane oczywiście inne. Cóż, to mandaciki lecą. Podciągnęli pod kilka paragrafów: nieokazanie dokumentów kontrolerowi, nieokazanie dokumentów policji, podanie fałszywych danych policji. Mandacik 1000zł plus wezwanie za jazdę bez biletu.
Niby sprawa zakończona. No właśnie.

Dziś przyszła matka tej dziewczyny i ŻĄDA od MPK, by to firma zapłaciła mandat, bo to wina kontrolerów, że dziewczyna się zestresowała, a poza tym jest biedną maturzystką, i jeśli w ciągu 7 dni mandat od policji nie zostanie zapłacony, a za jazdę bez biletu anulowany to ona pójdzie do prasy.

komunikacja_miejska

Skomentuj (17) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 193 (Głosów: 237)

Podziel się pozytywnymi historiami na
WSPANIALI.pl

Piekielni