Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

 

#67736

(PW) ·
| Do ulubionych
Wynajęliśmy z narzeczoną mieszkanie.
Okolica trochę parszywa, wystrój wskazujący, że wnętrze nawiedza duch Gierka, ale cena przystępna i jednak w centrum. Gdy się wprowadzaliśmy, właściciel zapewniał, że mieszkanie jest po generalnym przeglądzie. Tak, nie remoncie ale przeglądzie.

Zaraz po przeprowadzce sam wziąłem się za robotę i naprawiłem/wymieniłem wszystko co uznałem za konieczne. Jak to mawiają, atak przyszedł z najmniej spodziewanej strony.

W głównym pokoju wisiał sobie żyrandol-wiatrak. Wisiał przez zimę, wisiał przez wiosnę, w czasie ostatnich upałów włączyliśmy go (nie pierwszy raz, zaznaczam) i wtedy przestał wisieć. Konkretnie rzecz ujmując, spadł, na szczęście nie raniąc ani nas, ani zwierząt.
Zadzwoniłem do właściciela i poinformowałem go o samoczynnej zmianie wystroju. Wiecie co usłyszałem?

- No, to takie jest życie, w końcu spaść musiał. Już rok temu widziałem, że się hak poluzował...

Życie codzienne

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 347 (Głosów: 393)

#67695

(PW) ·
| Do ulubionych
Mieszkam za granicą, jednak w mojej dzielnicy można spotkać dużo rodaków. Jeszcze do niedawna jeździłam samochodem na polskich tablicach rejestracyjnych. Pewnego dnia, zauważyłam, ze mój samochód jest cały porysowany. Ktoś ewidentnie czymś ostrym zarysował cały samochód. Po sprawcy oczywiście ani śladu. Zapewne nie dowiedziałabym się kto mi tak przyozdobił auto, jakby nie rozmowa z jednym rodakiem, którego spotkałam pod sklepem.

Konwersacja zeszła na tematy samochodowe i ten zaczął się przechwalać, jak to jakiemuś "polaczkowi" porysował auto. Marka i okolica się zgadzała, wiec zaświtało mi, ze może to moje auto padło jego ofiara?
Zapytałam, czemu to zrobił? Odpowiedział, ze żaden "polaczek" nie będzie jeździł lepszym autem niż on.
Wszystko okraszone urwami, świńskim rechotem i popijaniem chmielu z puszki.

Zacisnęłam zęby, bo przecież nie miałam żadnego dowodu, ale jak kiedyś zobaczyłam, że wywala worki z swoimi śmieciami domowymi na ulice, zadzwoniłam do urzędu. Był na tyle sprytny, że wyrzucił też swoją korespondencję z nazwiskiem i adresem.

za granico

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 403 (Głosów: 427)

#67611

(PW) ·
| Do ulubionych
Lato upalne, ale również wietrzne i burzowe.
Po nawałnicy w miejscowości kolegi prądu nie było prawie 4 dni. Słupy elektryczne powalone, więc z góry wiadomo było że awaria trochę potrwa. Większość ruszyła do sklepów po agregaty prądotwórcze.

Tak zrobił mój kolega. Chciał uratować zapasy w lodówce i zamrażarce. O godzinie 23 zapukała do niego policja i nakazała wyłączenie agregatu. Powód? Sąsiadowi przeszkadza, a jest przecież cisza nocna. Na całym osiedlu chodziły setki agregatów, ale on musiał wyłączyć. Nie ma że sytuacja awaryjna - policja zagroziła mandatem. Na nic tłumaczenia. Stali pod jego domem ponad 2 h i czekali czy czasem nie włączy z powrotem. Pogratulować sąsiadowi i panom w niebieskich mundurach....

wichura

Skomentuj (36) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 389 (Głosów: 423)

#67604

(PW) ·
| Do ulubionych
To będzie historia o bardzo przedsiębiorczym [P]anu.

Kilka lat temu miałam wątpliwą przyjemność pracować jako sekretarka w małej firmie, której [P] był właścicielem. Od początku coś mi nie grało, bo nieczęsto zdarza się, by do jakiejś firmy dzwoniło codziennie kilkadziesiąt osób z pretensjami (a ja niestety musiałam te telefony odbierać).

Po wgłębieniu się w funkcjonowanie przedsiębiorstwa, okazało się że [P] ma sporo pod paznokciami. Pominę już fatalną obsługę klienta, skąd brały się te wszystkie skargi. Muszę zaznaczyć, że firma zajmowała się sprzedażą baz danych. Cóż się okazało? Ano genialny [P] wpadł na pomysł, że sam sobie może takie bazy tworzyć. Jak? [P] jeździł raz na jakiś czas na targi (o różnej tematyce) i polował na foldery informacyjne, z których zbierał dane osobowe (numery telefonów, nazwiska, adresy), po czym umieszczał je w swoich bazach danych. Według polskiego prawa już samo przechowywanie tych danych w swojej własnej bazie (jedynie na potrzeby firmy) jest nielegalne, bo osoby te nie wyrażały zgody na ich przetwarzanie.* On poszedł o krok dalej i sprzedawał je za grube pieniądze (przykładowo jeden kontakt kosztował około złotówki, więc bazy miały ceny od 1000 zł w górę).

To jeszcze nie koniec. O ile ktoś może powiedzieć, że zbieranie danych w opisany powyżej sposób balansuje na granicy prawa, to co opiszę teraz jest z pewnością nielegalne i podchodzi pod stalking.

[P] wymyślił sobie, że zajmę się telemarketingiem. Kazał mi obdzwaniać numery z folderów i proponować nasze produkty. Niby nic wielkiego, ale metody jakimi sugerował mi się posługiwać były karygodne. Miałam dzwonić pod ten sam numer tyle razy, aż przekonam daną osobę do naszej oferty. Osoby do których dzwoniłam, często były zorientowane w temacie i prosiły o usunięcie ich numeru z bazy, jednocześnie zaznaczając, że nie wyrażają zgody na przetwarzanie ich danych osobowych. Po takiej formułce, nie miałam prawa więcej kontaktować się telefonicznie z daną osobą. [P] jednak nie bardzo przejmował się stroną prawną i kazał mi dzwonić do skutku. Nie muszę chyba opisywać wkurzenia ludzi, którzy odbierali kilkanaście razy telefon, z tą samą ofertą.

Tego było dla mnie za wiele, zwolniłam się z firmy i zgłosiłam wszystko odpowiednim organom. Jak sprawa potoczyła się po moim odejściu nie mam pojęcie, ale i tak dziwi mnie, że firma funkcjonowała w ten sposób kilka lat.

Absurdu całej sprawie dodaje fakt, że ludzie, którym miałam wciskać bazy danych za kilka tysięcy złotych, to osoby prywatne, podejmujące się różnych zleceń (na przykład grafik komputerowy, czy pani Zosia, robiąca biżuterię na zamówienie). Po co im marketing na taką skalę? To wie chyba tylko sam [P].

* To, że ktoś umieszcza swoje dane w folderze, nie oznacza że można je przetwarzać w dowolny sposób. Dla przykładu gdy wysyłamy swoje CV potencjalnemu pracodawcy, musimy umieścić klauzulę zezwalającą na przetwarzanie naszych danych. Jeśli tego nie zrobimy, to mimo że sami je udostępniamy, pracodawca nie może nawet przechowywać ich w swojej bazie, nie mówiąc już o sprzedaży osobom trzecim.

Bazy danych

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 190 (Głosów: 222)

#67596

(PW) ·
| Do ulubionych
Mimo, że dawno mnie tu nie było, mam wiele piekielnych historii do opowiedzenia.

Zatrzymajmy się jednak na pewnym ciepłym, jesiennym dniu...

Pracowałam wtedy na kasie w pewnym dużym, 24 godzinnym markecie. Ruchu o dziwo nie było. Przy mojej kasie znajdowała się zaledwie jedna staruszka. Drobne zakupy, nie wyszło nawet 10 zł, jednak starowinka chciałaby zapłacić kartą na pin. Dla mnie żaden problem, terminal w dłoń, karta do niego i czekamy, aż transakcja pójdzie dalej.

Wtedy też przy kasie pojawiła się kobieta, max 25 lat z synkiem wyglądającym na 4-5. Na taśmie pojawił się mały soczek, kobietka wyciąga portfel a ja dalej ślęczę przy terminalu, który akurat w tym momencie się zawiesił.

Nie minęło 10 sekund, gdy synuś walnął rączką w taśmę i rozkazującym tonem (a raczej już krzykiem) odezwał się w moją stronę:
- KASUJ PANI!
Ja, oczy jak pięciozłotówki, dalej z terminalem w ręce - słucham?
- NO KASUJ PANI!
- Kochanie, ale wiesz że nie powinieneś się tak odzywać?

Mały już nie zdążył nic powiedzieć, gdyż w grę weszła jego kochana mamusia, która tuląc dziecko do siebie wysłała mi najmilszy uśmiech na jaki było ją stać:
- Nie, nie, on ma ADHD, to może.

Zdębiałam.

A więc pamiętajcie drodzy rodzice - każde chamstwo zamiast upominać - tłumaczcie ADHD czy inną chorobą. A później się dziwcie, dlaczego "ta młodzież taka niewychowana jest"...

sklepy

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 331 (Głosów: 379)

#67584

(PW) ·
| Do ulubionych
Sposobów na uniknięcie "mandatu" za jazdę w pociągu bez biletu jest wiele. Niestety Janusz wpadł na najgłupszy z możliwych pomysłów. Gdy zobaczył kontrolerów zerwał hamulec bezpieczeństwa i próbował wyskoczyć z pociągu.
Niestety nie wszystko poszło zgodnie z jego przewidywaniami.

W nowych składach po zerwaniu hamulca bezpieczeństwa blokują się drzwi. Pomimo prób zerwania blokady, drzwi nie popuściły.
Janusz wpadł na kolejny jego zdaniem mądry pomysł. Stwierdził, że jak powie kontrolerowi, że nie ma dokumentów to nie wypisze mu kary.
Najprawdopodobniej nie wziął na poważnie tego, że kontroler dzwoni po Policję.
Gdy pociąg wjechał na następną stację, to na peronie czekał już patrol.

Kolejny pomysł Janusza przebił wszystko. Stwierdził, że jak poda wymyślone dane to "mandat" zostanie wypisany na inne nazwisko i nie będzie musiał płacić. Policjanci szybko zorientowali się, że Janusz po prostu ściemnia i zdecydowali się przewieźć go na komisariat. Podczas przeszukania znaleźli przy nim dowód osobisty oraz zawiniątko z zielonym suszem i w związku z tym Janusz został na komisariacie trochę dłużej.

W ten sposób zamiast "mandatu" za jazdę bez biletu dostał jeszcze drugi za zatrzymanie pociągu. Dodatkowo trzeci od policji za podawanie fałszywych danych.
W zawiniątku raczej nie był rumianek dla babci.

Kolej

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 317 (Głosów: 357)

#67593

(PW) ·
| Do ulubionych
O gospodarowaniu finansami pewnej dużej firmy.

Firma zatrudnia serwisantów, którzy mimo nawału pracy nie dostają dodatkowych zleceń i mają zakaz (jak to określiło kierownictwo) generowania nadgodzin. Jako, że kadra się skurczyła (zwolnienia) a pracy przybyło (wichury, burze) firma zleca prace firmom podwykonawczym. Kwota za wykonanie tych prac jest wystarczająca by utrzymać podwykonawcę a ten mógł wynająć serwisanta i dobrze mu zapłacić. Tego samego serwisanta, który nie dostał tego zlecenia ze swojej firmy do zrobienia w ramach nadgodzin.

kreatywność finansowa

Skomentuj (17) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 296 (Głosów: 332)

#67576

(PW) ·
| Do ulubionych
Ostatnio zdarzyło mi się wyczytać z Pudelka o pewnym forum internetowym, którego użytkownicy znajdują niezrozumiałą satysfakcję w szykanowaniu osób zmarłych. Ci wielce sympatyczni osobnicy cieszą się z możliwości wywołania burzy na pudelkopodobnych portalach oraz zakładania nikomu niepotrzebnych fanpage'ów o treści "taki i taki dobrze, że zdechł". Ekscytację wywołuje u nich fakt "zapieczenia dupska" krewnych zmarłych. Ich celem jest "nakręcanie spirali nienawiści".

Tu rodzi się kilka elementarnych pytań: po co, na co, dlaczego? Po co ktoś wyraża radość ze śmierci nieznajomej osoby? Po co ktoś zaśmieca internet czymś takim (przecież nie dla "sławy", bo oczywiście każdy jest anonimowy)? Co to za "ludzie"? Czy to jacyś psychopaci, którzy znaleźli swoją niszę w internecie? A może są po prostu głupi i odrealnieni? Jak mogą patrzeć na siebie w lustrze?

Ode mnie najszczersze życzenia żeby ich kiedyś "zapiekło dupsko", ale tak porządnie, aby już nie siadywali na krzesełku przed komputerem a my nie musieli podziwiać wytworów ich ograniczonych i okrutnych umysłów.

okrutny internet

Skomentuj (25) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 148 (Głosów: 236)

#67598

(PW) ·
| Do ulubionych
O tym, dlaczego lepiej skonsultować się z lekarzem i/lub farmaceutą.

Sytuacja 1.
Przyszła do apteki pani, która od razu wiedziała co chce kupić. Podeszła do mnie i rzecze:
- Klemastyninę (tak powiedziała) w płynie poproszę.
- Przepraszam, ale Clemastyna na receptę jest.
- O kurcze, a ja tak potrzebuję...
Weekend był, wieczór późny, pomyślałam że może się zlituję nad kobieciną. Ale postanowiłam zadać parę pytań kontrolnych.
- A dla kogo miałby być ten syrop i na co?
- Dla synka, ospę ma i go strasznie swędzi.

Zapaliła mi się lampka, ponieważ Clemastin bardzo rzadko, jeżeli w ogóle przepisuje się przy ospie, zazwyczaj daje się puder płynny z benzokainą, gencjanę, ewentualnie hydroksyzynę (na rp.) w syropie żeby dzieciaczka uspokoić, jeżeli naprawdę swędzi.

- U lekarza była pani może?
- Byłam, zapisał mi puder i taki syrop, coś na H, ale bardzo słodki jest i nie chce mi go pić, ale strasznie się drze, że go swędzi i się drapie, a koleżanka mi powiedziała że ta klemastynina (sic!) jest na swędzenia dobra, to pomyślałam że kupię i posmaruję.
- A koleżanka nie mówiła, że Clemastyna jest do picia?
- No mówiła, ale tak gadałam z nią i to jest płyn, no nie? To może spróbuje posmarować mu te krostki, bo on słodkich nie chce mi pić.

Z oczu pani biła niewinność i dziewictwo umysłowe, ale niestety musiałam zmusić ją do myślenia.

- Chce pani smarować dziecku sączące się ranki słodkim syropem? Poza tym ten lek z tego co mi wiadomo stosuje się tylko wewnętrznie!
- Aaa... to ja nie chcę, bo on mi i tak słodkiego nie wypije, jakoś musi wytrzymać.

Pani pożegnała się i wyszła, zostawiając mnie osłupiałą. I współczuję dzieciakowi mamusi, bo jeszcze kiedyś zechce dawać mu czopki doustnie, a maścią będzie chleb smarować...

Sytuacja 2.
Rady babci czasem lepiej skonsultować z fachowcem.
Pani, lat ok 28 + chłopczyk ok 3 lata. Dziecko osmarkane, lekko zapłakane, widać że coś je boli, ale stara się trzymać dzielnie.
- Czy może pani mi coś poradzić na oparzenie słoneczne? Bo synek był dwa dni u babci, pierwszego dnia puściła go na ogródek w samych spodenkach i czapeczce, i go poparzyło, a babcia smarowała go spirytusem, i zobaczy pani jak to wygląda teraz..

Mama mądrze zrobiła, zarzuciła dziecku lekką rozpinaną koszulkę tylko na ramiona i zapięła na jeden guzik pod szyją. A pod koszulką... spalone całe plecy, buraczkowe wręcz, klatka piersiowa trochę mniej, na barkach małe pęcherzyki wypełnione surowicą, niektóre popękały. Cud ze udaru dzieciak nie dostał. A babcia po otwartych pęcherzach spirytusem... Na miejscu w aptece mama zaaplikowała Pantenol w piance, młody aż syknął, łzy poszły, ale stał dzielnie. Dostał lizaka ode mnie na pocieszenie, uśmiechnął się (mocno krzywo i ze łzami w oczach, ale się uśmiechnął) i poszli z odpowiednimi zaleceniami do domu (chłodne okłady, dużo płynów itp). A babcia chciała dobrze...

P.S 1: Gwoli ścisłości, bo kwestia istotna a nie napisałam - w zaleceniach dla mamy było powiedziane oczywiście aby udała się do lekarza kontrolnie jeszcze tego samego dnia, podejrzewam że poszła.
P.S 2: Sam pomysł polewania spirytusem nie wydaje się zły, bo spirytus parując ze skóry ochładza ją, ale jednocześnie wysusza. Najlepiej poparzona skórę nawilżać i regenerować. A poza tym polewanie otwartych ranek spirytusem trzylatkowi jest nieco sadystyczne.

Sytuacja 3.
Pani, lat ok. 30.
- Poproszę witaminę B.
- Ale jaką B?
- Noo... B.
- Ale B jest B1, B2, B6, B12, b complex...
- Nie wiem, koleżanka mówiła B.
- A co koleżance jest? Zajady, anemia?
- A nie wiem, jak jest taka mądra to niech se sama kupi, do widzenia.

Jak wysyłacie kogoś do apteki to tłumaczcie mu dokładnie co potrzebujecie :)

Apteka

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 301 (Głosów: 335)

#67587

(PW) ·
| Do ulubionych
O pracy w branży gastronomicznej było już niejedno powiedziane, pozwolę sobie jednak dodać coś od siebie.
Kilka lat temu pracowałam jako kelnerka w restauracji w jednym z większych polskich miast. Lokal blisko centrum, dość drogi i stadnie odwiedzany przez obcokrajowców.

Podczas rozmowy kwalifikacyjnej zaproponowano mi umowę zlecenie i stawkę 6zł/h za pierwszy miesiąc. Po tym czasie stawka miała wzrosnąć do 7 i miałam dostać umowę o pracę. Nikogo chyba nie zdziwi jak powiem, że przez kilka miesięcy pracowałam na czarno? Umowę miała tam jedna osoba - na 1/8 etatu. Skarbówka dostała co chciała, to nikt nie robił problemów.

Wypłata? Jaka wypłata?
Pracowałam około 250 godzin w miesiącu. Daje to 1500zł miesięcznie. Nawet tyle nie dostałam za przepracowane pół roku. Siedziałam cicho ze względu na napiwki - zdarzały się dni, kiedy goście potrafili zostawić 200zł i więcej.

Szefostwo.
Horror. Co niedzielę miała miejsce biesiada - jedna z sal została zamykana dla szefa z żoną i ich 5 potomków. Zarówno dla nas jak i dla kucharzy obsłużenie ich było priorytetem - nieważne, że nie ma kto podać gościom kart, nieważne że dania stygną, nieważne że klienci zdenerwowani czekaniem wychodzą - szefostwo jest najważniejsze. Do dzisiaj żałuję, że nie uwieczniłam pobojowiska, jakie zawsze zostawało po obiadkach. Zalane stoły, kości rzucone w kąt, przeżute resztki na oknie, pełne pieluchy i brudne chusteczki to norma. Bo szefa nie obowiązuje kultura czy dbanie o porządek - przecież jest u siebie. Oczywiście trzeba było to posprzątać i oczywiście nikt nam za to nie zapłacił - nie ma wypłaty, nie ma napiwku.

Pani Menager.
Pani menager nie miała pojęcia o gastronomii. Nie wspominam o kwestiach takich jak stanie nad garami czy zrobienie kawy. Zero pojęcia o cenach, o zamówieniach, o kontaktach z gośćmi, robieniu rezerwacji czy organizacji imprez zamkniętych - bo przecież to nie problem żeby w 3 salach zorganizować 5 imprez komunijnych na tą samą godzinę. I wpisać w grafik 2 kelnerki i 1 kucharza. Efektem są niezadowoleni goście - rezerwacja na powiedzmy 12, pierwsze danie dostają 12:30, drugie po 45min siedzenia przy brudnych talerzach a deser jak dobrze pójdzie ok 14. A jaki jest efekt niezadowolenia gości? Oczywiście praca wolontariacka.

Pani Menager posiadała 2 pociechy - późne przedszkole i wczesna podstawówka. Jako że mieszkała nad restauracją dzieciarnia spędzała cały dzień z nami- latając między gorącymi garami, zaczepiając klientów czy ładując brudne od zabawy paluchy do talerzy. A co robiła w tym czasie mama? Rozmawiała z szefem. Żadnemu z nich to nie przeszkadzało.

Restauracja jest już dawno zamknięta (samo zamknięcie jest tematem na osobną historię). Zarówno dostawcy jak i właściciele budynku mieli dosyć użerania się z tak rzetelną firmą. Ich należności były wypłacane tak samo systematycznie jak nasze pensje.
A plotka głosi, że ostatnio szef otworzył nowy lokal - w ścisłym centrum, z jeszcze droższym menu i jeszcze droższym czynszem... Zobaczymy ile tym razem się utrzyma ;)

PS. Dla tych co zarzucą mi materializm i patrzenie za napiwkiem - osobiście pracuję po to, żeby zarobić. Nie ma wypłat to skądś pieniążki muszą się wziąć. Jeżeli mam pracować za "Bóg zapłać", to już wolę siedzieć w domu.

gastronomia

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 206 (Głosów: 262)

Podziel się pozytywnymi historiami na
WSPANIALI.pl

Piekielni