Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

 

#63439

(PW) ·
| Do ulubionych
Ho Ho Ho!

Praca w święta.
Póki mogę, dorabiam sobie. A to ulotki, a to inwentaryzacje, a to paradowanie w stroju śnieżynki w Galerii Handlowej i rozdawanie cuksów.

W zeszły weekend trafiła mi się oferta pracy, polegająca na "reklamowaniu i/lub sprzedaży produktów promocyjnych na terenie przynależącym do rejonu przedsiębiorstwa w stroju Mikołajki".

Za dwa dni płacili brutto trzy stówy, okazja niezła, więc wysłałam mejla w piątek i czekam. W sobotę rano telefon, mam się stawić tu i tu, podpiszemy umowę i od godziny 15. pracuję.

No okej, ale halo. Jakie przedsiębiorstwo, jaki strój, powtarzam pytania zawarte w moim mejlu do państwa, przyjadę, ale co mam zabrać? I gdzie będę pracować?

Mam się dowiedzieć na miejscu, brać nic nie mam.

Szukam mapki w Internecie, sprawdzam dojazd, nic mi adres nie mówi, a i nazwiska osoby dzwoniącej nie znalazłam. Ale pojechałam, ekwipunek na kilka godzin przechadzania się wzięłam.

Na miejscu typowy biurowiec, ładna recepcja, winda, znajduję numerek, pukam i wchodzę.

Dwie dość młode panie siedzą za biureczkami, uśmiechy od ucha do ucha, przedstawiam się, byłyśmy umówione, wiadomo.

Od razu tu dowód, tam legitymacja, umowę do wypełnienia wyciągają, mam najpierw podpisać, a one dane moje zaraz wpiszą, ale halo, pytam jeszcze raz, na CZYM konkretnie polega praca i JAKI strój mam nosić i GDZIE mam chodzić.

Panie ple ple, mówią to samo co w Internecie, "reklamowanie...terenie przynależącym.." ple ple, pani podpisze tu umowę i tu zaznaczy, i od razu będzie mogła pani jechać, ple ple.

I umowa na biurko, długopis niemal w rękę mi włożony i z szerokim uśmiechem pani czeka.

A ja czytam.

I wyczytałam. Strój mikołajki miał polegać na założeniu czerwonej czapki z pomponem. Za którą musiałam zapłacić, czy raczej: cena czapki zostałaby mi odjęta od tych zarobionych trzystu. W zawrotnej kwocie 25 złotych.

Ale, ale, co do zarabiania. Pieniądze wypłacone miały być tylko i wyłącznie wtedy, gdy osiągnęłabym "próg procentowy przekraczający 20% dziennej normy", czyli: jeśli namówiłabym odpowiednią liczbę osób. Jeśli nie, pieniędzy nie dostanę wcale, choćbym cały dzień pracowała i ludzi namawiała, bo dzienna norma to równie dobrze może być pięć osób, a równie dobrze sto, bo norma nie była podana.

A co miałabym wciskać? U-BEZ-PIE-CZE-NIA. Tak okazyjnie, na święta, naciągać ludzi. W "rejonie przynależącym", czyli łazić po blokach tam, gdzie sobie szefo upatrzył, że powinnam łazić.

Danych swoich nie dałam, umowy nie podpisałam, wyszłam.

Ho Ho Ho!

biurowiec

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 535 (Głosów: 553)

#63374

(PW) ·
| Do ulubionych
Swego czasu miałam wątpliwą przyjemność pracować w piekarni. Praca niewdzięczna, bardzo ciężka, bardzo słabo płatna. Historia jednak będzie o pewnej klientce.

Stała w kolejce, rozmawiając przez telefon.
Jak to w piekarni, obsługa klienta trwa trochę dłużej, bo chleb był krojony na miejscu, poza tym mieliśmy ciastka i ciasta na wagę (ukroić, zważyć, nabić na kasę, zapakować). Więc postała jakieś 10 minut, a gdy nadeszła jej kolej, nie przerywając rozmowy, mówi: "poproszę bułkę".

Pierwsza myśl to, że chodzi jej o kajzerkę, gdyby nie pokazała mi głową, w zupełnie innym kierunku. Pytam którą bułkę, bo wybór jednak duży: jasne, ciemne, grahamki, z ziarnami, z otrębami, czy choćby słynna bułka wrocławska.
Odpowiedzi nie dostałam, bo pani klientka zajęta rozmową była strasznie, zamiast tego ponownie kiwnęła głową, w bliżej nieokreślonym kierunku.

Patrzę w tamtą stronę i ni cholery nie wiem o co chodzi, bo wydawało mi się, że "kiwa głową" na chleb. Parę wdechów, bo samo to, że rozmawia przez telefon jest irytujące, to pokazywanie głową, tym bardziej, ale pytam ponownie o którą bułkę chodzi.
Usłyszałam tylko "no, bułkę", ale wplecione w rozmowę, więc nawet nie wiem, czy to było do mnie.
Już zupełnie zirytowana, starając się wciąż być miła, mówię:
- Proszę pani, to jest piekarnia. Tutaj mamy głównie bułki, proszę określić o którą bułkę chodzi i powiedzieć to do mnie, a nie do telefonu.

Odpowiedź zwaliła mnie z nóg:
- Bułkę TARTĄ.
Oczywiście nie przerywając rozmowy, klientka zapłaciła i wyszła.

Skomentuj (3) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 530 (Głosów: 566)

#63361

(PW) ·
| Do ulubionych
Jakiś czas temu, wieczorem przyjechał do nas na stację klient z pozoru jak każdy inny. Zatankował sobie do samochodu gaz LPG (za kilka dyszek), po czym podjechał do dystrybutora z benzyną i zatankował ją do pełna (ponad 200zł). Na stacji znajdowało się w tym czasie kilka pojazdów. Ja wówczas obsługiwałem innych klientów, więc całej sytuacji nie widziałem. Po wszystkim przyszedł zapłacić do kasy. Gdy spytałem go czy tankował paliwo, odpowiedział, że tak i wskazał palcem swój samochód. Naturalnie skasowałem nalew z dystrybutora przy tym aucie, klient zapłacił i pojechał. Po chwili okazało się, że mamy nie skasowany nalew z dystrybutora LPG. Szybki odczyt monitoringu i sprawa jest jasna. Klient "zapomniał powiedzieć", że oprócz benzyny tankował również gaz.

Nie pozostało nam nic innego jak spisać rejestrację i powiadomić o wszystkim policję. Po wizycie smutnych panów, klient zrozumiał swój błąd. Zadzwonił na naszą stację, aby porozumieć się jak ma uregulować zapłatę (mieszka od nas jakieś 300km.) i potwierdził, że faktycznie taka sytuacja miała miejsce. Wszystko ładnie, pięknie, zapłacone, przeproszone. I tutaj mógłby być koniec, ale zaczęła się piekielność.

Prawdopodobnie ktoś mu powiedział, że całą sytuację może obrócić na swoją korzyść. Ów pan zrobił awanturę na policji, że bezprawnie mu wlepili mandat, bo on chciał zapłacić, tylko pracownik go nie skasował. Zadzwonił do naszego szefa mówiąc, że on pozwie całą sieć, żąda oficjalnych przeprosin, oraz zadośćuczynienia za całą sytuację. Całkowity zwrot o 180 stopni, bo przecież pracownik miał wiedzieć skąd i za ile on tankował. Co z tego, że pracownik pytał, a on powiedział tylko o benzynie. To nasza wina!

Na nasze szczęście zapis monitoringu był jednoznaczny. Klient ma obowiązek zapłacić za wszystko co zakupił. Szef trafnie go podsumował, że pracownik nie może śledzić ruchów każdego klienta i nie ma obowiązku za każdym razem dopytywać się: a czy wziął Pan również płyn do spryskiwaczy, a może brał Pan jeszcze snickersa ?, a gum do żucia Pan przypadkiem nie brał?. Niech sobie pozywa jego, sieć i kogo chce. Nie dostanie ani przeprosin, ani złamanego grosza.

Już czekaliśmy na absurdalną sprawę w sądzie, lecz od znajomego policjanta dowiedzieliśmy się, że opisywany klient potulnie doniósł dowód zapłaty i zapłacił mandat. Był już bardzo uprzejmy.

Stacja Paliw

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 275 (Głosów: 313)

#63344

(PW) ·
| Do ulubionych
Przeczytałem ostatnio artykuł na temat dlaczego Polacy nie wracają zza granicy. Na emigracji będę teraz oglądał dziesiątą choinkę. Jest wiele powodów, ale może jeden: służba zdrowia, niech za przykład będzie mój ostatni przypadek wymagający pomocy.

Mieszkam w małym miasteczku na północno-wschodnim krańcu Szkocji. Trzy tygodnie temu głęboko rozciąłem sobie opuszek palca, krew leciała jak z zarzynanej świni więc żona mówi:
- Jedziemy do naszej przychodni.
W rejestracji pani wpisała co trzeba do komputera, usadziła w poczekalni i po 7 minutach wychodzi uśmiechnięta pielęgniarka zapraszając do gabinetu. Nikt nie woła "NASTĘPNY", ale właśnie zaprasza. Tak samo robią lekarze.
Po wejściu do gabinetu pielęgniarka czy lekarz obowiązkowo się przedstawia, pyta o poprawną wymowę nazwiska i zabiera się za oglądanie palca. Pokiwała głową, że faktycznie, bardzo głęboko i jeśli jej się nie uda pokleić rany to mnie wyśle do szpitala do Aberdeen na szycie (głównego miasta nieopodal).

Poczarowała trochę nad ranką i faktycznie ją zalepiła, na koniec powiedziała w łamanym polskim:
- Do widzenia, życzę zdrowia.
Z gabinetu wyszedłem z woreczkiem z plasterkami, tabletkami przeciwbólowymi i zaleceniem, żeby przyjść gdy będzie bolało lub krwawiło. Oczywiście za darmo.

A jak wygląda przyjęcie do szpitala? O tym też decyduje lekarz w przychodni. Jeśli sytuacja wymaga hospitalizacji dzwoni do szpitala i zgłasza sprawę, tam potwierdzają miejsce na oddziale i się jedzie do szpitala, gdzie czeka już łóżko i wydrukowana karta.

Zagranica

Skomentuj (54) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 301 (Głosów: 463)

#63336

(PW) ·
| Do ulubionych
Każdy chyba zna powiedzenie, że dwoje to para, a troje to już tłum? Cóż... najwidoczniej niedoszła teściowa mojej znajomej uznała, że jednak troje to w sam raz. Historia zamieszczona za jej zgodą.

1. Koniecznie pamiętaj by przy pierwszym spotkaniu opiewać byłą dziewczynę swego syna. Jaka to nie była wspaniała, czego nie wyczyniała. Miała też idealną figurę - a Tobie o tutaj fałdka się robi. Spytaj o rodzinę. Skrytykuj. Spytaj o fryzjera. Skrytykuj. Powtarzaj powyższe czynności do zakończenia spotkania. Synek potakuje.

2. Synek mamusi musi nosić tylko i wyłącznie to co mu kupiła mama. Przecież to nic dziwnego w wieku 24 lat, prawda? Synkowi nie przeszkadza.

3. Bielizna dla dziewczyny? Pozwól, że pomogę Ci wybrać. Synek się godzi.

4. Wyjazd we dwoje? W sumie to i ja bym się gdzieś zabrała, bo tak dawno już nigdzie nie byłam. Ale pewnie nie masz już czasu dla starej matki, a mnie już niedługo nie będzie na świecie. Oczywiście zapłacicie za mnie? Bo co ja ze swej lichej emerytury zrobię?* Synek się godzi.

5. Podczas wyjazdu nigdzie nie wychodź, bo nie masz już siły chodzić. Rozkaż synkowi, by z Tobą pozostał, bo jak to tak samej siedzieć... Synek się godzi.

6. A na cóż to tyle kupować pamiątek dla Twojej matki? Starej mamusi byście kupili o to futro. Ten Pan mówi, że to prawdziwa okazja. Synek się godzi, ale...

Koleżanka nie wytrzymała i tu właśnie nastąpi rozwiniecie gwiazdki * Synek pracował, jednak pensja przychodziła na konto mamusi, więc prawda była taka, że koleżanka została obarczona kosztami za cały wyjazd. Futro oczywiście też miałoby być opłacone przez nią. I emerytura wcale licha nie była. Nie żeby się nie chwaliła całkiem niedawno przed owym wyjazdem, że dostanie jeszcze jedną podwyżkę, a będzie miała 2500. Plus pensja synka.
Zostawiła ich jak stali, bo czara goryczy się przelała. Wszelkie prośby i groźby nie pomagały i zwyczajnie nie wytrzymała. :)

Koleżanka uważa, że wtedy podjęła najlepszą decyzję, bo dziś ma wspaniałego męża i cudowną córeczkę :)

matka zona i synowa

Skomentuj (23) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 376 (Głosów: 456)

#63308

(PW) ·
| Do ulubionych
Z powodu tego, że ostatnia historia spotkała się z Waszą aprobatą, za co serdecznie dziękuję, postanowiłem napisać Wam dalsze dzieje walki z rodziną Łęckich.

Gdzieś tydzień po cięciu drewna (http://piekielni.pl/63280#comments), Łęccy wyjechali na wakacje do Egiptu.
Skąd wiem? Bo trąbili o tym cały czas, siedząc w ogrodzie lub gdziekolwiek wychodząc, tak by wszyscy słyszeli. Było to przeprowadzone w sposób tak sztuczny, że nie można było odebrać tego jako temat losowy podczas rozmowy.
Wszyscy, oprócz naszego drugiego sąsiada-Parsona (tak, nazwisko postaci literackiej opisuje jego charakter idealnie) mieli ich gdzieś. Tylko on wpatrzony był w nich jak w obrazek, bo "śfiatowi".

Córka Łęckich, (a niechaj będzie) Izabela, została w domu z powodu "jakiegoś uczulenia na tamtejsze jedzenie"(TAK, to też słyszeli wszyscy za każdym razem kiedy wychodzili na dwór).
W każdym razie, wszyscy odetchnęli z ulgą, gdy wyjechali. Sąsiedzi nawet żartowali widząc się "O, tak cicho to odkąd Łęccy się wprowadzili nie było". Aż do pewnej nocy.

Izabela, mając więcej moresu niż matka (widać w niektórych momentach, że Łęcki próbuje ją wychować), przeszła po okolicznych domach z zapytaniem "czy nie będzie Państwu przeszkadzać mały wieczorny grill ze znajomymi". Super, nie?
No nie. Niestety krew Łęckiej wzięła górę.
Przyszli jej znajomi, zachowywali się głośno. No nic-impreza imprezą, było pytanie, była zgoda. Zagryźć zęby i odliczać do 22.

Wreszcie wybiła magiczna dziesiąta wieczorem. Ci, którzy myślą że towarzystwo słabło, niech zejdą na ziemię. Jakiś "inteligent" lub sama Iza puściła dupstepopodobne coś, sprawiające, że szyby zaczęły nam tańczyć Harlem Shake.
Sąsiad poszedł, upomniał. Sama Iza nie podeszła nawet, jej koledzy i koleżanki za to odpowiedzieli "poezją rynsztokową". Poszedł ojciec, taka sama reakcja.
Poszła matka, cała sina na twarzy. Pijane gieroje zauważyły chyba mord w oczach, bo od razu zawołały Izę, która na razie lekko się zataczała. W paru prostych słowach wyjaśniła jej, co myśli o zabawie w ogrodzie o tej porze.

Towarzystwo przeniosło się do domu. Przez parę godzin było cicho. Parę.

Około drugiej w nocy obudziło nas "umca umca" na cały regulator przy otwartych oknach domu Łęckich i co najmniej chamskie komentarze i okrzyki "I CH*J NAM ZROBICIE FRAJERZY!", oraz żebyśmy wsadzili sobie męski narząd rozrodczy w miejsce, gdzie plecy tracą swą szlachetną nazwę, skierowane do całej okolicy.
Ojciec ostatkiem sił powstrzymał matkę przed masową rzezią i zadzwonił na policję. Co ciekawe, dyżurny dwa razy pytał o adres, bo nie słyszał co ojciec mówi przez telefon.

Jak na nasze służby, funkcjonariusze przyjechali dość szybko (30 minut).
Paru na widok radiowozu zaczęło uciekać. Mimo ich pokracznego chodu, policja nawet się nimi nie zainteresowała!
Podeszli do drzwi i zapukali. Otworzyła im wisząca na drzwiach Iza, nawalona jak messerschmitt.

Koniec prosty - wytrzeźwiałka dla tych co zostali i nie byli się w stanie ruszyć w stronę wyjścia.
Łęccy wrócili z wakacji dzień później, w trybie przyspieszonym.

Nie wiem co było głośniejsze - "umca umca" Izabeli, czy krzyk jej matki, który rozległ się zaraz po powrocie do domu. Wyzwała od różnych sąsiada i nas. Dlaczego? Bo "jakże śmieliśmy upominać jej dziecko i dzwonić na policję! Oni są porządnymi ludźmi i w przeciwieństwie do wiochmenów muszą się wyszaleć ze znajomymi!*".
Gratuluję prędkości zrażania do siebie ludzi. Oczywiście Izabela niewinna, nie mówi nawet "dzień dobry", bo "źli sąsiedzi się uwzięli".

*według Łęckich jesteśmy mieszkańcami wsi, a oni miasta. Dlaczego? Bo oni się tu przeprowadzili z CENTRUM, a my jesteśmy na przedmieściach, które kiedyś (pocz. XX wieku) było wsią!

kochani sąsiedzi

Skomentuj (38) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 283 (Głosów: 399)

#63310

(PW) ·
| Do ulubionych
Sześć lat temu przywiozłam do domu puchatą kulkę, pochwaliłam się nestorce rodu kotem i usłyszałam: "Masz kota? Jak stara panna?" - dlatego szanowna babcia nie wie, że stado się powiększało i że moje staropanieństwo zostało na początku tego roku ostatecznie przypieczętowane trzecim już kotem.

Historia przejścia Zmory pod moją opiekę nawet anty-kociarzom może wydać się lekko piekielna.
Otóż - do tej pory koty miałam dwa (ta puchata kulka z pierwszego akapitu i kocica, która została mi "w spadku" po moim ex). Sąsiedzi wiedzieli o nich, bo widzieli mnie po pierwsze - przywożącą je na nowe mieszkanie, po drugie - wożącą do weterynarza. Widział przede wszystkim sąsiad z parteru - z gatunku tych, co widzą wszystko.

Któregoś pięknego zimowego dnia rzeczony sąsiad spotkał mnie przed wejściem do klatki i zagaił:
- Pani ma takie piękne te kotki, takie zadbane i grzeczne. Pani to się chyba zna na kotkach, nie?
- No, może troszeczkę...
- A może mi pani powiedzieć, czy jak ja swoją kocicę wywiozę na działki, to czy ona znajdzie drogę do domu?
- Ale czemu chce pan kota na działki wywozić?
- Bo wnusia ma alergię, to pomyślałem, że puszczę kota wolno.
- Ile kot ma lat? Siedzi w domu, czy wychodzący?
- No, 12 lat ma, w domu mieszka.
- Ona na działkach nie przeżyje, proszę poczekać parę dni, poszukam dla niej domu, nie można jej tak zostawić!
- No dobrze, parę dni mogę poczekać.
- A jak się kotka wabi?
- Ona nie ma imienia.
- To jak na nią państwo wołacie?
- Kici, kici.

Cóż, po kilku dniach "Kici, Kici" trafiła do mnie, z międzylądowaniem u weta ("Ale po co? Odrobaczać? Przecież ona nie ma robaków, syn jej dawał jakieś tabletki na robaki - trzy lata temu! Jakie? Nie wiem.").
Po niecałym miesiącu "Kici, Kici" zaczęła reagować na imię - Zmora. Takie to było czarne, nastroszone, schowane pod stołem. Teraz siedzi na parapecie tuż przy moim biurku. Dogadała się z kocimi rezydentami. Ma chipa zarejestrowanego na moje nazwisko i mam nadzieję, że spokojnie i bezpiecznie dożyje jeszcze późniejszej starości.

Skomentuj (19) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 334 (Głosów: 416)

#63318

(PW) ·
| Do ulubionych
Dotychczas jedynie czytałam historie o piekielnych współlokatorach i dziękowałam wszelkim bóstwom znanym i nieznanym, że nie mam takich problemów...
...do czasu.

Mieszkamy w cztery osoby w mieszkaniu trzypokojowym (ja i mój mężczyzna w większym pokoju, a współlokatorzy w dwóch mniejszych). O ile z jednym współlokatorem nie ma żadnych problemów, o tyle to, co wyprawia drugi, przechodzi ludzkie pojęcie.
A. od początku dał się poznać jako leń, ale że jest istotą dość ugodową, a my potrzebowaliśmy czterech osób do wynajmu, machnęliśmy ręką na różne drobne jego grzeszki. Tak oto skończyliśmy z nim pod jednym dachem...i się zaczęło.


Akcja #1 - przeprowadzka

Nasze mieszkanie jest na ostatnim, piątym piętrze (właściwie to piętro 5 i pół, bo parter jest na półpiętrze), nie ma windy. W trakcie targania wspólnych gratów A. nie kiwnął nawet palcem, wszystko wtarabanialiśmy ja (świeżo po ataku korzonków) i mój mężczyzna, z pomocą drugiego współlokatora i znajomych. Sami wnieśliśmy wszystkie gary, pudła, materace, biurko, łóżko z litego drewna etc. etc. Na wydyszane "może byś trochę pomógł" współlokator fuknął, że pobolewa go kolanko, strzelił focha i zamknął się w pokoju.


Akcja #2 - teleportujące się jedzenie

Niczym stereotypowa kobieta bardzo lubię siedzieć w kuchni i pichcić. ;) Mieliśmy więc taki układ, że cała nasza czwórka składa się na jedzenie, ja robię zakupy i gotuję dla wszystkich. Po jakimś czasie A. odciął się od wspólnego budżetu, ponieważ stwierdził, że za drogo wychodzi i sam będzie sobie gotował. Nie ma problemu, jeśli tak woli - wydzieliliśmy mu jego miejsce w lodówce i wszyscy byli szczęśliwi. Niestety, szczęście okazało się pozorne, ponieważ nagle magicznie zaczęły nam znikać jajka, masło, pieczywo, obiad zostawiony na drugi dzień... A. bez cienia skruchy się przyznał i mimo napomnień, kazań i ochrzanów, dalej zdarza mu się podbierać nam np. jajka.


Akcja #3 - przelała się spleśniała czara goryczy

Współlokator od początku ma ogromny problem z naczyniami. Już nie każę mu ich myć po sobie, nawet już nie każę mu ładować / wyładowywać zmywarki. Proszę tylko, żeby je wynosił ze swojego pokoju do kuchni, bo pokój zamyka, gdy wychodzi do pracy. Nic z tego, jak grochem o ścianę - w dalszym ciągu jeśli nagle skończyły się miski / talerze / sztućce / kubki, to wiedz, że są u A.

Wszystko jednak przebiła ostatnia sytuacja. Wyjeżdżaliśmy z moim mężczyzną do domu rodzinnego. Załadowałam zmywarkę, ale zostało jeszcze trochę miejsca, poprosiłam więc współlokatorów, żeby ją dopakowali i włączyli. Mój mężczyzna poprosił jeszcze naszego wspólnego znajomego, żeby przypomniał chłopakom i pojechaliśmy. Był to piątek.
W poniedziałek po południu wracamy, otwieramy zmywarkę, a tam radośnie zerkają na nas...KOLONIE PLEŚNI NA SZTUĆCACH! I to nie plamka czy dwie, z górnego "piętra" zwieszały się istne festony pleśni (zdjęcia: http://imgur.com/a/6Aw86#0)!

Pierwsza myśl - dzwonimy do kumpla-przypominacza, ten jednak mówi, że przypominał. No to lecimy do współlokatorów. Tłumaczenie? "Bo myśmy przez te cztery dni W OGÓLE nie wchodzili do kuchni!". O ile drugiemu współlokatorowi jestem w stanie uwierzyć (często nie ma go kilka dni pod rząd w domu), o tyle A. jawnie łgał, zwłaszcza, że na kuchence stał garnek z resztkami jego makaronu. Czekam, aż na uwagę o brud w toalecie odpowie, że przez tydzień nie korzystał...

Nie wiem już, co zrobić z tym człowiekiem, wszelkie próby zmuszenia go do pomocy w sprzątaniu spełzają na niczym. Próbowałam już nawet sposobu "mam to głęboko w czterech literach, żyj w syfie, aż kuchnia zacznie gnić", licząc na to, że brud go ruszy i posprząta... Okazało się to jednak tylko czczymi nadziejami, a historii z tym człowiekiem mam tyle, że mogłabym napisać książkę albo i dwie.

Jakieś rady od bardziej zaprawionych w bojach ze współlokatorami? :)

współlokator - zagęszczona esencja lenistwa

Skomentuj (50) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 128 (Głosów: 254)

#63319

(PW) ·
| Do ulubionych
Pisałam kiedyś o mojej piekielnej "całe szczęście niedoszłej teściowej gadzinie" i użytkownicy piekielnych doradzali mi odcięcie się od całej tej rodzinki.

Rozstałam się definitywnie z ojcem mojego (już obecnego na naszym świecie ;) ) dziecka, a teraz czeka mnie sprawa w sądzie i nie mówię tu o alimentach. Otóż z upływem czasu zaczęłam coraz bardziej podejrzewać że tatuś mojego syna (niech będzie W) kogoś ma. Będąc w posiadaniu jego hasła na pocztę weszłam na jego fb w celu przejrzenia wiadomości. Wiem że nie było to uczciwe, aczkolwiek to co on mi wyprawiał z życiem to było istne znęcanie się psychiczne i będąc w szóstym miesiącu ciąży chciałam znać całkowitą prawdę, wiedzieć na sto procent czy on coś ukrywa czy może to jednak ja jestem ta zła.

Przeglądając jego wiadomości dowiedziałam się, że W zdradza mnie z czterema innymi dziewczynami i okłamywał mnie w sumie od początku naszej znajomości. Załamałam się, naprawdę w ciągu kilku minut czytania obrzydliwych wiadomości o tym jak się W zabawiał z innymi i w jaki obleśny sposób, moje całe życie runęło. W się bardzo szybko zorientował, że przeczytałam te wiadomości i co zrobił? Przeprosił? SKĄD. Poszedł na policję. To że on przetrzepywał moją całą pocztę kilka razy to nic, ja weszłam na jego, dowiedziałam się o wszystkich kłamstwach i pobiegł na policję.
Oczywiście on się dzieckiem w ogóle nie interesuje, tak jak nie interesował się ciążą, a to że ja go podałam o alimenty jest karygodne.

Ale nie pisałabym wam o tym wszystkim gdyby nie dzisiejsza sytuacja.

Policjant, który mnie przesłuchiwał stwierdził, że sprawa jest ewidentnie do umorzenia. Dostałam pismo z sądu, że dnia dzisiejszego odbędzie się posiedzenie i umorzenie mojej sprawy, więc zapakowałam małego w wózek, wzięłam koleżankę do pilnowania Misia i podreptałyśmy do sądu, a tam dowiedziałam się że W kiedy dowiedział się, że chcą mi tą sprawę umorzyć, zaczął się odwoływać, powołując się na odniesione STRATY MORALNE.

Przez niego trafiłam kilka razy w ciąży do szpitala, musiałam wiele tygodni leżeć z powodu zagrożonej ciąży, nie zliczę nieprzespanych nocy, nerwów i upokorzenia którego mi zagwarantował, ale to on poniósł straty moralne. Tak więc w lutym odbędzie się pełnowymiarowa rozprawa. Z chęci zemsty, utrudnienia życia (jakby samotne wychowywanie dziecka było proste), nie wiem może z żalu? Tak czy inaczej na to właśnie idą wasze podatki drodzy rodacy.

sąd partner idiota

Skomentuj (42) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 226 (Głosów: 414)

#63326

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia jakich wiele, mianowicie szukam pracy.

Szukam głównie pracy w biurze lub laboratorium.
Znalazłam ogłoszenie na dawnej tablicy - przyjmę do biura, nie trzeba mieć doświadczenia. Pomyślałam, że niezła okazja to i aplikowałam.

Parę dni później odzywają się, chcą mnie na rozmowę. Ja oczywiście cała w skowronkach - zgadzam się.

Przyszłam na godzinę 10.
Rozmowa przebiegła mile. Pan oferował 2000zł dla początkujących, zajmowałabym się pozyskiwaniem darczyńców dla organizacji non profit. Po prostu cud miód i orzeszki. Gdzieś w podświadomości zaczęła mi mrugać czerwona lampka.
Dowiedziałam się, że rozmowy będą przeprowadzane do godziny 16 tego samego dnia. Miły Pan rekruter powiedział mi, że skontaktują się z czterema najlepszymi osobami. No cóż, byłam pewna, że się nie odezwą.

A tu niespodzianka! Chcą mnie od teraz zaraz, jak stoję na następny dzień.
Poszłam na godzinę 13. Na miejscu spotkałam więcej osób niż ta czwórka wybrańców. Inny Pan wywołał mnie i jakąś inną dziewczynę do pokoju. Tam nam przedstawił baaardzo szybko i chaotycznie nasz próbny dzień. I nagle padło zdanie- chodźmy do holu i ubierajmy się, idziemy w teren.
Ubrałyśmy się i wychodzimy. Po drodze ja i druga dziewczyna pytamy się, czy to będzie praca na zasadzie akwizycji. Pan jakby nie zrozumiał naszego pytania, bądź go nie usłyszał. I dalej go maglujemy, czy akwizycja, czy chodzenie po ludziach i wciskanie im kitu by wydrzeć pieniądze. W końcu Pan wymiękł i przyznał się, że idziemy na spotkanie z klientami nieumówionymi.
Wkurzyłam się, powiedziałam że to oszukiwanie ludzi i że inaczej wyglądała rozmowa kwalifikacyjna. Zasalutowałam, odwróciłam się na pięcie i poszłam do domu.

Byłam ubrana w cienką koszulę i płaszczyk. Powiedziano mi, że musiałabym być w terenie do godziny 20 (7 godzin).
Najważniejsze, że daleko nie zaszliśmy i mogłam sobie spokojnie podreptać na mieszkanie...

akwizycja

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 186 (Głosów: 242)

Podziel się pozytywnymi historiami na
WSPANIALI.pl

Piekielni