Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

 

#65527

(PW) ·
| Do ulubionych
Jadę samochodem w niedzielę koło 7:30 rano przez Warszawę. Droga nie wielopasmowa, ale też nie osiedlowa. Mam zielone światło, dojeżdżam do pasów, a tu przed maską ląduje mi laska zapatrzona w telefon, ze słuchawkami na uszach.

Całe szczęście, że samochód ma dobre hamulce, ja dopiero wjechałam na tą drogę i nie zdążyłam się rozpędzić, miałam na liczniku jakieś 25-30 km/h, a dziewczyna szła dalszą częścią pasów, bo zatrzymałam się w połowie przejścia, tuż przed nią.

Dziewczyna nawet nie podniosła głowy, aż sprawdziłam, jaki kolor światła miała, ale nie, wszystko się zgadza, dla niej czerwone, dla mnie zielone. Selekcja naturalna, tylko czemu ewentualnie moim kosztem?

przejście dla pieszych

Skomentuj (26) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 497 (Głosów: 539)

#65450

(PW) ·
| Do ulubionych
O tym, co dzieje się w domach dziecka.

Kiedyś, nie pamiętam kiedy, ale dość dawno temu, wraz z grupą pewnej akcji postanowiliśmy jakoś umilić życie dzieciakom z domów dziecka.
Przygotowaliśmy dla nich warsztaty artystyczne, mini konkursy i losowanie pluszaków. Chociaż to będą mieć dla siebie i może na chwilę zapomną, gdzie są :)

Godzina zero, wchodzimy do środka, wita nas spora gromadka strasznie fajnych dzieci. Mordki uśmiechnięte od ucha do ucha, wesołe wrzaski i ogólna radość. I się zaczyna. [O]piekunka w wrzask:
- Dzieci! Spokój! Siadać na miejsca i zamknąć gęby! Jak można tak gości traktować?! Już, dupska na krzesła i spokój!!!
Oczywiście dzieci z ogromną niechęcią i przestrachem(?) w oczach robią co im każe [O]. My nieco zdezorientowani, ale staramy się wyglądać miło.

No nic... Kolega wyciąga z torby kartki i jakieś kredki, dzieci zainteresowane podchodzą i się przyglądają. Rozsadziliśmy je do stolików, każdy dostał co trzeba. Tematem pracy było "moje marzenie". Jedni rysują zwierzątka, inni domy, drudzy mamusię czy tatusia.
Wtedy jeden chłopczyk mówi, że rysunek jego koleżanki jest brzydki, że nie umie rysować.

[Ja] - Wiesz, nie każdy umie rysować tak pięknie, w końcu każdy jest inny, ale nie można tak mówić, OK?

Chłopiec wtedy podchodzi do dziewczynki i ją przeprasza, a [O] z niebywałą złością w oczach się przygląda tej scence.

[O] - Tak nie można! Inni rysują paskudnie i mają o tym wiedzieć! - wydziera się oczywiście na całą salę.

Krew mnie zalewa, ale milczę, bo gotowa nas jeszcze wywalić.

Potem zrobiliśmy konkurs na najładniejszy wierszyk o pogodzie, tylko że nie było miejsc I, II, III. Każdy dostawał nagrodę, którą była babeczka i batonik. Jednej dziewczynce coś się pomyliło, trochę się zestresowała, ale dokończyła i dostała oczywiście swoje słodycze. Uśmiechnięta usiadła sobie na krześle, i już się za nie zabierała, ale [O] je jej wyrwała.

[O] - Nie zasługujesz na żadną nagrodę! Nie umiesz ładnie powiedzieć prostej rymowanki!

Dziecko ma już łzy w oczach, widać że boi się tej baby. Na szczęście mój kolega w kilku bardzo prostych słowach powiedział jej, że ma oddać dziecku słodycze, a potem powiedział jej, że ma nam nie przeszkadzać w pracy. No i fajnie.

Następnie nadszedł czas na losowanie maskotek. Widać było, że [O] już się pcha, ale ten sam kolega co wcześniej posłał jej tak mordercze spojrzenie, że nawet ja się przestraszyłam... A warto wspomnieć, że nie jest to jakiś tam suchoklates, a całkiem spory facet, który mimo wszystko dzieci uwielbia.

Gdyby nie ta opiekunka, byłby to prawdopodobnie jeden z najlepszych dni, jakie miałam. Nie pojmuję tylko, jak można być tak złośliwym i nieczułym? Naprawdę, ludzie... Tylko dzieci szkoda.

Babkę zgłosiliśmy komu trzeba.

dom _dziecka opiekunka_idiotka bardzo_fajne_dzieci

Skomentuj (19) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 492 (Głosów: 600)

#65445

(PW) ·
| Do ulubionych
Mój wujek (brat mamy) jest stolarzem. Ma własny zakład, sporo maszyn, zawsze od kiedy go znam pracował "u siebie". Pracowników na stałe nie miał nigdy. Jak była jakaś grubsza robota to często mu pomagałem, oczywiście w miarę swoich niezbyt wielkich możliwości, ale jakieś proste, a nudne prace typu malowanie, bejcowanie, szlifowanie, nie były dla mnie problemem.

Z wujkiem się dogadywałem nieźle, stolarkę lubiłem, podobała mi się taka praca, więc zaraz po ukończeniu technikum nie szukałem pracy, tylko zgłosiłem się do wujka. Może nie miałem wykształcenia kierunkowego, ale miałem zapał, pomysły, trochę doświadczenia, no i samochód z przyczepką. Wujek do dzisiaj nie ma prawka, więc uważałem, że "pomocnik" z autkiem mu się przyda.

Wcześniej pomagałem mu bezpłatnie, tzn. wujek "odpalał" mi parę złotych, ale bez wcześniejszego uzgadniania i raczej symbolicznie, bo i moja pomoc była nie za wielka. Ale "na stałe" umówiliśmy się, że dostanę 20% od każdego zlecenia na początek. Ok, byłem "na garnuszku" u rodziców, za mieszkanie nie musiałem płacić, bardziej mi zależało na doświadczeniu niż na milionowych zarobkach, wiadomo, od czegoś trzeba zacząć, zgodziłem się.

No i piekielności:

Pierwszy zgrzyt, zaraz na początku pracy:
Przyjechał klient, zamówił schody tzw. młynarskie, zabiegowe, z parteru na piętro i z piętra na poddasze. Całkowicie drewniane, z montażem i lakierowaniem. Zamówienie dość duże, pojawia się konieczność przewiezienia schodów z warsztatu, mam podjechać z przyczepką. Problem pojawił się przy prośbie o pieniądze na paliwo. Ja udostępniam auto, płacę za naprawy, ubezpieczenie, prowadzę, ale na paliwo potrzebuję kasy, bo przy moich zarobkach zwyczajnie nie miałem pieniędzy. Wujek myślał, myślał i wymyślił, że w takim razie powinienem pożyczyć pieniądze od rodziców. Na to, żeby to on dał pieniądze nie wpadł. No cóż, kiedy na drugi dzień przyjechałem na rowerze do pracy, pieniądze na paliwo się jakoś znalazły.

Drugi zgrzyt, wujek ciągle spóźniał się z wypłatą. Umówiliśmy się, że będzie mi płacił po zakończeniu zlecenia, nie co miesiąc czy tydzień, tylko zaraz po zapłaceniu przez klienta. Okazało się, że zawsze jest problem, jest coś pilnego do zapłacenia, zawsze coś się przeciągało. Może mało piekielne jak się ma coś na koncie, ale jak w portfelu pustki to każdy dzień ma znaczenie.

No i najlepsze:
Przez przypadek wyszło, że wujek mówił mi, że wziął za coś np. 1000 zł i od tej kwoty mi zapłacił 200 zł, tak jak było umówione... ale, ale zawsze wcześniej brał np. 2000 zaliczki i "zapomniał" mi o tym powiedzieć. I nie była to jednorazowa akcja, tylko standardowa procedura. Poczułem się zwyczajnie oszukany. Na mój tekst, że inaczej się umawialiśmy, stwierdził, że właściwie to powinienem mu płacić za naukę zawodu, a nie awanturować się o jakieś "grosze".

No cóż, od tego czasu go nie widziałem.

A patrząc z perspektywy czasu, przynajmniej mam wszystkie palce.

Rodzinka

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 453 (Głosów: 497)

#65442

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia z dnia dzisiejszego, infolinia fioletowej:

[J]- Ja [K]- Klient

Dzwoni pan, na koncie jeden zarejestrowany numer na kartę:
[J]-Witam w Fioletowej, tu Armageddonis, w czym mogę pomóc?
[K]-Ja chciałbym internet sobie jakiś włączyć.
[J]-Oczywiście, na jakim numerze?
[K]-...Ale jak to... to pan nie wie?
[J]-Chodzi o ten numer z którego pan do mnie dzwoni?
[K]-Nie no, o inny chodzi.
[J]-Dobrze, poproszę więc o numer o którym chce pan rozmawiać.
[K]-Nie no, nie do wiary, kogo oni tam zatrudniają...

BIP BIP BIP.

call_center

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 277 (Głosów: 363)
Jestem wykładowcą akademickim. W dzisiejszej historii chciałbym poruszyć sprawę doktorantów, a konkretnie jednej doktorantki ode mnie z uczelni.

Pani Iza była moją studentką od pierwszego roku studiów. Z tego, co kojarzę, zawsze otaczała się wieloma znajomymi. Po pięciu latach stwierdziła, że chce zostać na doktoracie i mój dobry znajomy zgodził się, żeby pisała dysertację pod jego kierunkiem. Ów znajomy opowiedział mi ciekawą historię o wspomnianej wyżej kobiecie.

Otóż pani Iza nakazała znajomym, z którymi się trzymała, aby zaczęli mówić jej na "pani"! Stwierdziła, że jako doktorantce należy jej się szacunek i powinna zadawać się tylko z osobami na jej poziomie. Śmiałbym się z tej historii, gdyby to był pojedynczy przypadek. Zauważyłem jednak, że część doktorantów (uprzedzam, że nie wszyscy!) rozmawia ze sobą (prywatnie), jakby chcieli się wymądrzać (przepraszam za to określenie) i pokazać, który z nich ma większą wiedzę. Do jasnej cholery! Rozumiem, że na uczelni trwa pewnego rodzaju walka, ale nie jestem w stanie pojąć, jak ludzie, którzy chodzili razem na imprezy, mogą tak sztucznie się do siebie odnosić. Uwierzcie mi - z mojej perspektywy to groteska.

Skomentuj (30) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 465 (Głosów: 547)

#65440

(PW) ·
| Do ulubionych
Sprawa, którą pokrótce opisuję jest dla mnie jak najbardziej piekielna i ukazuje "sprawiedliwe i dążące do uzyskania sprawiedliwości" działania policji. Mam nadzieję, że wśród czytelników tej historii znajdzie się ktoś, kto swoim komentarzem będzie mógł udzielić mi jakiejkolwiek porady, gdyż ta sytuacja jest dla mnie naprawdę ciężka.

Jestem świadkiem w sprawie o szantaż i wyłudzenie zdjęć przez internet. Świadkiem zostałam jedynie dlatego, że wynajmowałam pokój w mieszkaniu, w którym znajdowała się sieć internetowa, z której rzekomo zostało popełnione przestępstwo, a z której ja osobiście nie korzystałam. Zostało przeprowadzone przeszukanie tego mieszkania, w trakcie którego nie byłam obecna. Zostałam wezwana na przesłuchanie na początku listopada 2014 roku, podczas którego policjantka powiedziała, że muszę oddać im swój telefon i laptopa. Na pytanie odnośnie sieci internetowej odpowiedziałam, że żadne moje urządzenie się z nim nie łączyło, co więcej dowiedziałam się, że przestępstwo zostało popełnione w 2013 roku.

Poinformowałam policjantkę, że telefon został kupiony w lutym 2014 roku, oraz że posiadam wszelkie papiery udowadniające ten fakt, lecz kolokwialnie mówiąc zupełnie „olała” tę informację i dalej żądała moich rzeczy. Co więcej zastraszyła mnie, że jeśli nie oddam dobrowolnie, to naśle na mnie innego funkcjonariusza, który te rzeczy odbierze. Było to moje pierwsze przesłuchanie, nie znałam wtedy zbyt dobrze prawa i niestety oddałam telefon ze strachu i presji wywołanej przez policjantkę.

16 grudnia 2014 r. wydano orzeczenie, że mój telefon nie jest dowodem w sprawie, lecz, co jest chore, telefon odzyskałam dopiero 27 lutego 2015 r. Tłumaczenie policjantki: nie przyszły do niej potwierdzenia od wszystkich osób, których rzeczy zostały zarekwirowane. W dniu odbioru złożyłam zeznania odnośnie zwrotu poniesionych przeze mnie kosztów (konieczność doładowywania innego numeru - tak, zabrali mi nawet kartę sim; konieczność wyrobienia duplikatu karty SIM, aby uniknąć przepadnięcia środków z konta; niewykorzystanie wykupionych na moim numerze pakietów), na które miałam wszelkie potrzebne kwitki. Dostałam odpowiedź z prokuratury, że zarekwirowanie mojego telefonu było niezbędne, że został uznany za dowód rzeczowy, a po uzyskaniu opinii biegłego zdecydowano, że dalej nie jest dowodem i że w tej sytuacji poniesione przeze mnie koszty nie są traktowane jako szkody wynikłe z tego postępowania. Żadna z osób, ani policjantka prowadząca śledztwo ani nikt z prokuratury nie zauważa faktu, że ten telefon został kupiony pół roku po popełnieniu przestępstwa!

Niestety moja sytuacja finansowa nie pozwala mi na otrzymanie profesjonalnej porady prawnej, przez co mam nikłe szanse na zrobienie cokolwiek z tą sytuacją.

Skomentuj (26) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 214 (Głosów: 314)

#65433

(PW) ·
| Do ulubionych
Czy ktoś potrafi mi powiedzieć, gdzie powinnam się z tym udać?

Mam chorą córkę. Bez wdawania się w szczegóły - musi przyjmować sterydy, które wiadomo jak wpływają na wygląd. Dla pięciolatki osiem kilo nadwagi jest naprawdę widoczne. Karolina chodzi do przedszkola muzycznego: więcej zajęć rytmiki, m. in. dzieci uczą się tańca i tańczą w strojach ludowych na uroczystościach miejskich.

Niedługo ma być pierwszy taki pokaz w tym roku i okazało się, że stroje jakimi dysponuje przedszkole są dla Karoliny za małe i nie będzie mogła wystąpić. Lubi tańczyć, starała się, ćwiczyła z innymi dziećmi i nagle ma być odsunięta. Zaproponowałam dyrektorce przedszkola uszycie stroju przez krawcową, ale nie zgodziła się podając kilka idiotycznych argumentów, m.in. że strój krakowski jest skomplikowany i krawcowa nie da rady uszyć identycznego, a dziewczynki mają wyglądać tak samo. Po prostu było widać, że nie chce dopuścić Karoliny do występów przez jej wygląd.

Co ja mam zrobić? Dyrektorka nie przyjmuje do siebie żadnych tłumaczeń, dziecko mi płacze, rozpacz w zielone kropki.

Skomentuj (101) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 334 (Głosów: 496)

#65421

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia Yellow Crayon http://piekielni.pl/65420 przypomniała mi podobną sytuację.

Będąc jeszcze studentką dorabiałam sobie przeprowadzając ankiety - stawki były różne i wahały się jakoś od 25 złotych brutto do 50 złociszy za ankietę papierową, i od 50 złociszy do 150 za umówiony wywiad (z tym, że umówieniem i kontaktem musiałam się zająć sama) z respondentem.

Widząc ogłoszenie o treści "firma XYZ - związana ze sprzętem medycznym - poszukuje ankieterów" wysłałam swoje CV.
Minął tydzień, zadzwonił do mnie Pan Właściciel (tak się przedstawił) i zaczął mnie wychwalać.
Że wykształcenie kierunkowe.
Że doświadczenie.
Że dyspozycyjna jestem popołudniami i w weekendy.

Praca miała polegać na ankietowaniu w zasadzie przypadkowych osób (nie moją sprawą było to, że wynik będzie niemiarodajny), w określonych godzinach (powiedzmy 14-20), w określonym miejscu.
Zapytałam Pana Właściciela o stawkę.

Pan całkiem poważnie odparł, że proponuje mi 1 złoty/brutto (słownie: ZŁOTÓWKĘ brutto) za ankietę.
Był bardzo zdziwiony, że odmówiłam. W końcu ankieta miała mieć tylko dwie strony A4.

Życzyłam mu powodzenia. I do tej pory zastanawiam się, czy kogoś znalazł.

oferty życia

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 305 (Głosów: 339)

#65423

(PW) ·
| Do ulubionych
Zbrodnia i kara.

W centrum Katowic znajduje się punkt, w którym mieści się kilka różnych uczelni, głównie wydziałów Uniwersytetu Śląskiego. Codziennie więc przewijają się tam setki, jak nie tysiące, studentów. A jak wiadomo, gdzie wiele ludzi, tam wiele samochodów.

Toteż jest i parking. A właściwie kilka tragicznie zaniedbanych placów, na których od wielu, wielu lat studenci stawiają swoje maszyny. Im wcześniej się przyjedzie, tym lepsze miejsce można dorwać - a dzięki temu mniej spacerować po błocie, dołach i kałużach, wszechobecnych na parkingu.

Najbardziej ekskluzywne miejsca zapełniają się około ósmej rano, a żeby się do nich dostać, trzeba przejechać spory kawał placu, w tym zwężenie z dwoma dumnie stojącymi drzewami, które umownie wyznaczają wjazd.
Zdarzyło się jednak, że wjazd został zablokowany. Stanął jeden samochód, drugi, czwarty... I jakoś tak wyszło, że tam gdzie zawsze można było wjechać, zrobił się parking. Nie był to problem, bo tuż obok również można było dojechać do dalszej części placu. Do czasu. Wkrótce, około godzin południowych, w których znalezienie wolnego miejsca graniczy z cudem, ostatni wjazd został zastawiony przez średniej wielkości czerwony samochód.

Nie byłoby w tym nic zdrożnego, gdyby nie fakt, że na najdalszym parkingu stało już mnóstwo samochodów, poupychanych gdzie się dało. I nie wszyscy ci ludzie siedzieli na uczelni do siedemnastej. Zaraz więc okazało się, że gros studentów nie ma możliwości wyjazdu.

Próby porozumienia z właścicielem (właścicielką, sądząc po pozostawionych na siedzeniu pasażera papierach z imieniem i nazwiskiem) nie przyniosły skutku. Stała się ofiarą własnej nieuwagi - bądź wyrachowania.

Znalazła się więc grupa pod wezwaniem, sztuk siedem, cztery męskie, trzy żeńskie plus jeden wykładowca starszy wiekiem, która postanowiła z tym problemem uporać się raz, a dobrze. Po obklejeniu wszystkich blokujących wyjazd samochodów tak zwanymi karniakami, postanowiono dłużej nie czekać i własnymi rękoma wypchnąć czerwony obiekt nienawiści. Choć na biegu wstecznym i hamulcu ręcznym, takiej sile nie mógł się oprzeć. Chcąc nie chcąc, pod naporem brodzących w błocie, żądnych krwi (i powrotu do domu) studentów, czerwony samochód musiał zwolnić wyjazd. Postawiwszy samochód w taki sposób aby każdy inny zainteresowany mógł z parkingu wybyć, studenci pogratulowali sobie, wysmarowali szyby pojazdu (oczywiście te nieobklejone karnymi k*****mi) błotem z parkingu, obfotografowali dzieło i w spokoju rozeszli się każdy w swoją stronę.

Da się? Da się.
Bo co jak co, ale w chwilach desperacji Polacy umieją jednoczyć się jak mało kto.

Natomiast która postać w historii była najbardziej piekielna, to już zdecydujcie sami.

polskie drogi mistrzowie parkowania studenci studencka inwencja parking

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 241 (Głosów: 323)

#65435

(PW) ·
| Do ulubionych
Koleżanka z pracy, trudniąca się ściąganiem długów od klientów, miała interesującą historię. Za jej zgodą załączam :)

Klient X, był i jest wzorem postępowań, ogromny potentat na swoim rynku, wszystkie faktury płacone w terminie, a nawet i prędzej. Pod koniec roku zadzwoniłam do niego, aby przekazać życzenia bożenarodzeniowe oraz noworoczne, ot taka polityka firmy. Niestety nie zastałam go, wobec tego owe życzenia zostały przekazane jego sekretarce.

Po pewnym czasie ten sam klient dzwoni na Biuro Obsługi Klienta naszej firmy, podkreślając uparcie, że koniecznie musi ze mną rozmawiać. Dziewczyna z BOK-u pytała zatem jaki ma numer klienta, nazwę firmy, cokolwiek, by mogła go znaleźć w systemie. Klient orzekł, że on jest na tyle wielkim i potężnym klientem, że nie powinno ją to obchodzić, tylko powinna przetransferować zgodnie z prośbą.

Dziewczę z BOK-u, zważywszy, że klient stawał się coraz bardziej agresywny i nie chciał zdradzić interesu wykonanego telefonu, miała pewne obawy, by go przełączać. Klient zagroził zakończeniem umowy, skontaktował się ze sprzedawcą. Sprzedawca oraz kolejne osoby z BOK-u przekazały mi wszystko z przerażeniem. Toteż zaryzykowałam i kazałam przełączyć klienta do mnie.

- Dzień dobry, słyszałam, że chciał się Pan ze mną skontaktować. W czym mogę pomóc?

- Dzień dobry, bo mi ta moja sekretarka przekazała, że Pani dzwoniła z życzeniami. Chciałem Pani również życzyć Szczęśliwego Nowego Roku!

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 313 (Głosów: 425)

Podziel się pozytywnymi historiami na
WSPANIALI.pl

Piekielni