Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

 

#63485

(PW) ·
| Do ulubionych
Miałam wczoraj wizytę u ginekologa. Jako, że nie miałam przy sobie pieniędzy na wizytę, musiałam po drodze odwiedzić bankomat (taki wolnostojący przy mało obleganym markecie).
Podczas wyciągania portfela przed "ścianą płaczu", z torebki wypadło mi takie filcowe etui na dokumenty, wielkości połowy formatu A4. Trzymam tam wyniki badań i kartę ciąży. Na sytuację ekspresowo zareagował starszy pan, co stanął za mną w kolejce i mi je podniósł. Uśmiechnęłam się promiennie, podziękowałam i wyciągnęłam rękę po moją "zgubę". I tu wstąpiła w pozornie miłego pana piekielność:

Ja- Dziękuję za pomoc (wyciągam rękę).
Pan - Ale tu mogą być pieniądze.
Ja- Ale zapewniam, że ich nie ma.
Pan - Ja tego nie wiem, mi się znaleźne należą.
Ja- Ale ja tego nie zgubiłam tylko mi wypadło z torebki.
Pan - Zguba to zguba, ja mógłbym z tym uciec, a nie próbować uczciwie oddać. Uczciwość za uczciwość.
Ja - Czyli nie odda mi pan mojej własności?
Pan - Należą mi się znaleźne.
Ja - Za co? Za kartę ciąży i wyniki badań?
Po czym pan wysypał na ziemię zawartość etui, mruknął "kurtyzana same śmieci", dorzucił na ziemię to etui i się oddalił.

pozornie miły pan

Skomentuj (34) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 787 (Głosów: 829)

#63359

(PW) ·
| Do ulubionych
Jestem sprzątaczką. Nie taką, co to może po paru godzinach zmienić plakietkę na "kierownik", tak jak czytam często tutaj w historiach. To bardzo niewdzięczna praca i dużo w niej piekielności, bo wiadomo, roboty dużo, pieniędzy mało, no i najważniejsze - szacunek do wykonywanej przeze mnie pracy ma może parę procent społeczeństwa. Do pogardliwego wzroku, omijania szerokim łukiem albo przykrych opinii (szczególnie od "rodziny" i "przyjaciół") można się przyzwyczaić, ale jest parę stereotypów, które do dzisiaj krew mi gotują...

1. Panie nic nie robią / Panie powinny robić wszystko!

Sprzątanie teatru, od godziny 21 do końca, czyli czasem cztery, czasem dwanaście godzin lub dłużej. Wszystkie przychodziłyśmy zawsze wcześniej - około 18, a powody były dwa. Po pierwsze, często spektakle kończyły się wcześniej, a my odgórnie miałyśmy tylko jedną zasadę - zaczynamy po zamknięciu drzwi wejściowych. Po drugie, wszystkie dziewczyny miały dzieci, którymi po powrocie z nocki się zajmowały, i dopiero w pracy miały chwilę żeby odpocząć, zjeść obiad, ewentualnie chwilę się przespać. Nikomu to nie przeszkadzało, do momentu gdy zaczęli nas nachodzić goście.

Zaczęło się bardzo niewinnie - jakaś zabłąkana para zapukała i kulturalnie, przepraszając, zapytała jak trafić do sali takiej a takiej. Odpowiedziałyśmy, jednocześnie delikatnie upominając, że zaraz koło naszej kanciapy jest informacja, do której prawie nigdy nie ma kolejki i mogą śmiało tam pytać. Okej, przeprosili, poszli. Jakieś pół minuty wchodzi inny mężczyzna, też pyta - odpowiadamy to samo, ale wtedy jeszcze sądziłyśmy że to po prostu przypadek. Z dnia na dzień było ich coraz więcej, w pewnym momencie zauważyliśmy że ustawiają się do nas kolejkami! Przecież "panie takie miłe" i "panie wiedzą gdzie wszystko jest i jak najszybciej się tam dostać, nie to co te panie z informacji" i co z tego, że formalnie nie byłyśmy jeszcze w pracy i to był nasz czas na odpoczynek.

Jednak punkt kulminacyjny osiągnęłyśmy w momencie, gdy przyszedł pan [B]uc. Pan Buc nie zapukał, tylko wtargnął po prostu do naszej kanciapy (co było trudne, bo pokój 5x5 i 5 osób plus chemia, to był wystarczający tłok) i tonem władczym i nie znoszącym sprzeciwu powiedział:

[B]: Panie mnie zaprowadzą do charakteryzatorni.
[My]: Charakteryzatornia jest na parterze, niedaleko sceny głównej. Ale następnym razem prosimy pytać pań z informacji, jest zaraz koło nas.
[B]: Ale ja potrzebuje żeby któraś z pań ze mną tam poszła, ja tam nie trafię.
[My]: Proszę pana, droga jest łatwa, idzie pan prosto do końca, skręca pan w prawo i tam zaraz jest, zresztą wszystko jest podpisane.
[B]: (zwracając się do mnie, bo byłam najbliżej drzwi) No to ty mnie zaprowadź.
[Ja]: Ja proszę pana to w tej chwili jem. (No i to był mój błąd...)
[B]: TO WY SOBIE SIEDZICIE I NIC NIE ROBICIE, A JAK KTOŚ PRZYCHODZI I PROSI O POMOC, TO NIE CHCE SIĘ WAM NAWET RUSZYĆ! ZA CO WAM DO CHOLERY PŁACĄ?
[Ja]: No... za sprzątanie?
[B] Przecież wy nic nie macie do roboty, tutaj zawsze czysto jest! (ciekawe dlaczego) powinnyście służyć pomocą i jak ja proszę (no nie zauważyłam) to powinna któraś ze mną pójść i pokazać mi drogę, przecież od tego jesteście!
[Ja]: A pan nie ma prawa tutaj wchodzić, jak już o zasadach rozmawiamy, więc proszę wyjść bo zawołam ochronę.
[B]: NO PRZECIEŻ ONI MNIE WŁAŚNIE DO WAS WYSŁALI...

Tak, otwarty konflikt między ochroną a ekipą sprzątającą trwa na wszystkich obiektach, na których pracuje od zawsze, ale o tym żeby zamiast na informację wysyłali ludzi do nas, by uprzykrzyć nam życie jeszcze nie słyszałam. Z drugiej strony, wchodzenie do kanciapy sprzątaczek gdy obok jest informacja, też nie jest szczytem rozgarnięcia.

Ach, mały epilog. Sposób na ludzi znalazłyśmy (bo, mimo że ochrona została upomniana, ludzie chyba przywykli do "odwiedzin" u nas) - każdej osobie, która przychodziła odpowiadałyśmy "ta informacja jest ściśle tajna" i tak na każde pytanie, która dana osoba zadawała. Informacja o tym chyba szybko się rozeszła, bo do końca miesiąca miałyśmy spokój. A, i przeczytałam w umowie czy nie mam oprócz sprzątania zapisanego usługiwania ludziom, ale nie było. Zresztą, za taką stawkę jaką nam płacą to i tak wystarczająco dużo wymagają...

uslugi sprzatanie

Skomentuj (21) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 476 (Głosów: 538)

#63333

(PW) ·
| Do ulubionych
Nie wiem,czy to piekielne, czy nie, czy mam się śmiać czy płakać. Będzie o Poczcie Polskiej i reklamacjach.

Piekielności część pierwsza.
Zamówiłam przesyłkę, kurier powinien ją dowieźć pod drzwi. Był jednak cwany. Puścił głuchego (akurat karmiłam dziecko, więc oddzwoniłam po ok. pół godzinie) i dał długą pozostawiając awizo, a co tam, niechaj klientka popycha na pocztę. Był też, i to mnie tak wściekło, chamski. Oddzwoniłam grzecznie pytając czemu nie wszedł, czemu puścił tylko sygnał i co dalej. Jaśnie szanowny na to, że mi się wydaje i on do mnie nie dzwonił, nie puszczał krótkiego i czego ja od niego chcę, poza tym - cytuję: "awizo ma? MA!, to won na pocztę". Zagotowało się we mnie, ale ostatkiem cierpliwości pytam, skoro on do mnie nie dzwonił, to skąd mam do niego numer na komórkę, rozłączył się.

Druga część piekielności.
Po takim potraktowaniu oddzwoniłam z innego numeru, życzyłam niemiłego dnia i łaskawie poinformowałam, że składam na Pana Kuriera skargę. Jak powiedziałam, tak zrobiłam, przy okazji złożyłam reklamację na niewykonanie usługi i poprosiłam o zwrot pieniędzy za przesyłkę. Było to 4 listopada. Dziś mamy 11 grudnia. Dzwonię więc na pocztę, żeby dopytać co z tą reklamacją. Pani zagląda do systemu i rozmowa wygląda tak:

Pani z Poczty(PP): No tak, reklamacja była, odpowiedź powinna wyjść 5 grudnia... ale nie wyszła.

Ja: Ale dlaczego?

PP: Nie wiadomo dlaczego.

J: A jest jakaś decyzja?

PP: Jest.

J: Jaka?

PP:Nie mogę powiedzieć, jest w piśmie, które jeszcze nie wyszło.

J: A chociaż wiadomo, kiedy wyjdzie?

PP: System nie podaje mi takiej informacji.

J: To co ja mam zrobić, żeby się dowiedzieć, czy została rozpatrzona i zostaną mi zwrócone pieniądze za przesyłkę?

PP: Napisać reklamację.

J: Na co?

PP: Na reklamację.

Boże... Widzisz i nie grzmisz....

poczta

Skomentuj (25) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 456 (Głosów: 506)

#63332

(PW) ·
| Do ulubionych
Łęccy byli już opisani, więc teraz skupię Waszą uwagę na drugiego naszego sąsiada - pana Parsona*(nazwisko zapożyczone z "1984").

Pan Parson jest typowym tzw. "januszem". Dla osób nieznających tego terminu, jest to połączenie tzw. "wiejskiej" mentalności i... próby (tak to dobre słowo) bycia chytrym, w istocie pokazując swoją zaściankowość i głupotę.

Człowiek ten wierzy we wszystko, co pokażą media, nie pracuje i pobiera zasiłki tylko dlatego, że "opiekuje się" starszą panią. Naprawdę opiekuje się nią jego żona, która praktycznie u niej mieszka. Jego najczęstszym argumentem w jakiejkolwiek dyskusji jest "bo w telewizorze mówili" powtarzane do skutku. W efekcie rozmówca ma dość prób przebicia się przez intelektualny beton i pozwala szaleńcowi żyć w swym szaleństwie, co niestety doprowadza do kuriozalnych sytuacji (np. jak podczas sytuacji na Majdanie wywiesił flagę Ukrainy w swojej toalecie jako firankę).

Pan Parson początkowo wpatrzony był w Łęckich jak w obrazek. Dlaczego? Bo "dochtory" (nieważne że Łęcki nie ma nic wspólnego z medycyną, on dla niego jest doktorem takim samym jak ten z przychodni i tyle). Bo "śfiatowi". Bo "zagranico w Europie i Afryce byli, a on tylko w Czechosłowacji (o rozpadzie państwa na dwa narody nie wytłumaczysz, on mówi nadal Czechosłowacja, mimo że był tam w okolicach roku 2000)".

Parsona od Łęckich dzieli nasza działka. Jak tylko widział Łęckiego, a sam był w oknie lub na dworze, bombardował okolicę swoim rubasznym głosem:
- DZIŃDOBRY SOMSIEDZIE!
O ile Łęcki nauczył się przenikać do swojego domu jak duch skrzyżowany z ninja, o tyle Łęcka mruczała pod nosem "no zaś mordę drze gnojek je*any...".

Pewna sytuacja wszystko zmieniła. Pan Łęcki miał do pomalowania ścianę. A jako że Łęccy wyznają złotą zasadę "praca jest dla plebsu", zatrudnił Parsona do tej roboty.
Parson, spojrzał na Łęckiego z takim wzrokiem, jakim taternik patrzy na Mount Everest i jak strzała pobiegł po strój roboczy.
Następnego dnia rano, słychać było mruczenie Parsona. Kiedy ojciec przechodził do garażu, zapytał o co chodzi. Parson przerywając co chwilę "złodziej jeden okradł mnie z pracy" opowiedział, że Łęcki wprawdzie zlecił mu pomalowanie ściany, potem wyjeżdżając, ale kiedy ten poszedł po zapłatę, Łęcka zaczęła się drzeć "MASZ PAN JAKĄŚ UMOWĘ PODPISANĄ? NIE? TO WYPAD WIEŚNIAKU Z NASZEGO TERENU".
Łęcki po powrocie przeprosił za żonę i wręczył mu... 5zł.
Nie ma jak to zrazić do siebie nawet kompletnego... Parsona.

*imię bohatera literackiego odpowiada doskonale charakterom osób przedstawionych, pozwala nieznającemu osoby wczuć się w relacje z tym człowiekiem, oraz jego podejściem do spraw.

kochani sąsiedzi

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 274 (Głosów: 428)

#63358

(PW) ·
| Do ulubionych
Jak zabić cztery osoby i żyć na wolności?!
Zabij kogoś z rodziny!

Miałem kiedyś kolegę rolnika. Po żniwach wpadło trochę grosza więc można było zacząć świętowanie.
Pech chciał, że z 5 osób które świętowały dożynki 5 było pijanych. Nikt nie wpadł na pomysł żeby zadzwonić po taksówkę. Wieś rządzi się swoimi prawami... no niestety prawa fizyki okazały się nieugięte i w tym wypadku wiejskie prawa nie były nadrzędne.
Samochód z 5 pijanych w sztok młodych ludzi wyleciał na zakręcie wprost na drzewo. Z wszystkich pasażerów przeżył tylko kierowca.
W myśl polskiego prawa, jeśli ktoś spowoduje wypadek ze skutkiem śmiertelnym traktowany jest jakby zabił z premedytacją, prawda?

Najwyraźniej nie, jeśli kierowca był spokrewniony z ofiarami.
Rodzina ofiar odstępuje od oskarżenia, no i jeszcze ta dziewczyna w ciąży... Nie wiem kto miał tak miękkie serduszko wypuszczając tego śmiecia na wolność ale chciałbym żeby wiedział że...

znów jeździ na podwójnym gazie.

wieś samochód alkohol

Skomentuj (24) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 333 (Głosów: 485)

#63357

(PW) ·
| Do ulubionych
Będzie o chamstwie i braku elementarnych zasad kultury.

Na stacji paliw na której pracuję klienci po przekroczeniu progu chyba zapominają, że pracownicy stacji to również ludzie i stosowanie podstaw kulturalnego zachowania zupełnie nie jest konieczne. Chodzi mi tutaj głównie o zwrot "Dzień dobry/dobry wieczór"

Bardzo skutecznie psuje humor i pozytywne nastawienie do pracy sytuacja, gdy 30 raz z rzędu moje "Dzień dobry" przerywa: "czwórka!", "papierosy!", oraz najczęstsze "HODOGA" (sic!):

Podchodzi tai klient (kl) do kasy:
(ja) - Dzie..
(kl) - HODOGA!
(ja) - ...ń dobry.

Zdarza się nawet, że klient zauważa, że swoim żądaniem (inaczej tego nazwać nie można) przerywa mi przywitanie. Wówczas urywa słowo i zanim jeszcze skończę zwrot, żąda bardziej dobitnie:

(kl) - Z dwój... DWÓJKA!

Jeszcze jestem w stanie zrozumieć, że ktoś ma mało czasu, gdzieś się śpieszy. OK. Ale 99% tych osób wcale się nie spieszy. Do kasy idzie powoli, przy kasie ogląda spokojnie towar i bez pośpiechu wykonuje wszystkie czynności.

Powyższe dotyczy około 60% klientów, którzy przybywają na naszą stację. O dziwo gdy zdarza mi się dorywczo pracować na innych stacjach naszej sieci, takie zachowanie stanowi margines.

Jeszcze ciekawsze są sytuacje, gdy akurat chodzę po sali sprzedaży (np. dokładam towar) i wchodzi do nas klient. Kulturalnie nawiązuję kontakt wzrokowy, uśmiecham się z uprzejmym "Dzień dobry", a klient co? Zatrzymuje na mnie swój wzrok na sekundę i bez słowa idzie dalej. Zwykła uprzejmość chyba niektórych boli.

Druga kwestia to totalne "wdupiemanie" tego co aktualnie pracownik robi. Czyli nie interesuje mnie wszystko dookoła i masz mnie tu natychmiast obsłużyć. Zwłaszcza gdy jest kolejka.
Nie jest rzadkim przypadkiem, gdy od kasy odchodzi klient, który za zakupy zapłacił drobnymi pieniędzmi a następny zamiast normalnie poczekać, aż zbiorę z lady 1,5kg bilonu (z pominięciem segregowania przy wrzucaniu do kasetki, żeby było szybciej), rzuca w leżące jeszcze na ladzie pieniądze swoją zapłatę i kartę na punkty i to nie obok, tylko na leżące jeszcze pieniądze. Do tego niezmiernie się dziwi, że proszę go aby poczekał aż wrzucę wszystko z lady do szuflady. Często zanim jeszcze to zrobię słyszę wyrecytowane na jednym wdechu: z czwórki LM lajty hot-doga i coś do picia ile to będzie? A! I jeszcze te gumy ILE PŁACĘ?! (Celowy brak przecinków, żeby uzmysłowić, że brzmi to jak seria z karabinu).

Powtarzam, że rozumiem sytuację gdy ktoś naprawdę się śpieszy, lecz jak taki "poganiacz" po odebraniu zamówienia spokojnie jeszcze przez kilka minut chodzi sobie po sali i ma czas, żeby wygadać się z kolegą, to nóż w kieszeni się otwiera.

Kolejna sprawa to rozmowa przez telefon. Lubicie sytuacje, gdy ktoś rozmawia z Wami i jednocześnie z kimś przez telefon? Jak tak, to zapraszam za którąś z naszych kas. Obsługa co najmniej 20 osób dziennie wygląda tak:
Do kasy podchodzi klient (kl) rozmawiający przez telefon:

(kl): - (bla)(bla)(bla) Z dwójki i Marlboro lajty (bla)(bla)
(ja): - 64 złote i 70 groszy poproszę
Klient w tym momencie jedną ręką trzyma telefon przez który bez przerwy opowiada co tam u cioci Hani słychać, a drugą powoli wyciąga portfel, kładzie na ladę i coś w nim szuka
(kl) - (bla)(bla) poczekaj. Ile tam było?
(ja): - 64 złote i 70 groszy
(kl) - Kartą zapłacę! (bla)(bla)(bla)

Kasuję płatność. Dziękuję i chcę przejść do obsługi kolejnego klienta w kolejce ale nie mogę, bo poprzedni dalej stoi i papla mi przed kasą. Gaduła widzi, że chcę coś powiedzieć do następnego klienta i nadal stoi przy kasie odsuwając w bok o 20cm nie przerywając rozmowy. Gdy następna osoba już położy pieniądze na ladzie, gaduła przypomina sobie jeszcze, że ma kartę na punkty i oczywiście nie przerywając rozmowy rzuca na nie swoją kartę.

Takich sytuacji codziennie jest wiele. Zdarza się, że klient-gaduła nie kontynuuje rozmowy, która zaczęła się zanim podszedł do kasy, tylko wybiera numer i rozpoczyna rozmowę w trakcie obsługi.

Jeszcze o bezmyślnym "wdupiemaniu" czasu swojego, obsługi i klientów dookoła. Mam tutaj na myśli sytuacje, gdy tworzy się długa kolejka a w kolejce stoi delikwent, który ciągle się wierci, rozgląda i mamrocze pod nosem jak to powoli idzie, co tak długo, itp. Gdy przychodzi czas na jego obsługę prosi o np. papierosy i jakiś napój po czym odchodzi od kasy przy której leży paczka papierosów i podchodzi do półki przy której stał w kolejce przez 5 minut i zaczyna sobie na spokojnie wybierać czego by się tutaj napić... Dopiero jak słyszy, że następny klient krzyczy do mnie "panie kasuj mnie pan, bo nie mam czasu", chwyta napój i podbiega do kasy.

Ale w takich sytuacjach reszta osób z kolejki nie ma pretensji do ludzi, którzy przez swoją bezmyślność przedłużają czas obsługi, tylko do pracowników stacji, bo kasują za wolno i gadają za dużo.

Stacja paliw

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 235 (Głosów: 385)

#63355

(PW) ·
| Do ulubionych
Szukając pracy zstąpiłam dziś w otchłanie piekieł - udałam się bowiem na rozmowę kwalifikacyjną do salonu Pomarańczowego Operatora.
Dzięki temu odkryłam, że można upokorzyć człowieka mając do dyspozycji niecałe 15 minut.

Dowiedziałam się, że...
- moje wykształcenie zupełnie nie obchodzi dziewczęcia, które "rekrutację" ze mną przeprowadzało [a kierunek skończyłam taki, że marketing, PR, HR i sprzedaż powinny być moimi zawodami].
- teraz każdy, dosłownie każdy może skończyć studia [niekoniecznie, ale kłócić się nie będę].
- nie jestem dla niej dość wiarygodna w tym, co mówię; w domyśle: z pewnością nie chcę pracować w salonie Pomarańczowego Operatora [po prostu nie miałam co robić, wstałam wcześniej rano i tak przeszłam się przez pół miasta - dla zdrowia].

Myślicie, że padło pytanie o moje oczekiwania finansowe, że zostało mi wyjaśnione, co właściwie miałabym w takiej pracy robić? A skąd!
Myślicie, że w ogóle padło pytanie o moje umiejętności zawodowe, o moje zainteresowania albo chociaż o to, co ja do takiego salonu mogę wnieść dzięki swoim zdolnościom? A skąd!
To może chociaż spytała mnie, jak wyobrażam sobie taką pracę? Też nie.

Za to dziewczę uznało za stosowne spytać, czy nie wiem przypadkiem d l a c z e g o nie dostałam wcześniej pracy przy fakturowaniu?
Odparłam, że nie wiem [nie jestem jasnowidzem - gdybym była, widzielibyście mnie w telewizji].
Okazało się, że dziewczę widzące moją skromną osobę po raz pierwszy w życiu, wie lepiej - ja po prostu NIE DOŚĆ się staram. Ona jest o tym przekonana. Ba! Ona to WIE. Że nie jestem dość dobra. Dość przekonująca. Dość wiarygodna.
Wszystko powiedziała jednym tchem, tonem sugerującym, że powinnam się tu i teraz zacząć zastanawiać nad marnością swojej beznadziejnej egzystencji, uderzyć się w piersi, paść na kolana i zawołać "tak, mea maxima culpa!".

A całość wywodu dziewczę zakończyło słowami "Jeśli będę CHCIAŁA to przekażę pani CV dalej".

Tworzę skargę. Nie ma to jak "profesjonalizm".

były Stalinogród galeria pomarańczowy operator praca

Skomentuj (29) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 303 (Głosów: 393)

#63356

(PW) ·
| Do ulubionych
Dziś krótka historia na temat ofert pracy zamieszczanych w Internecie. Kilka krótkich historyjek.

1. Wczoraj dostałam telefon od Pani Menadżer pewnego Hotelu, że z przykrością musi mnie poinformować iż mimo moich odpowiednich kwalifikacji na dane stanowisko, znaleźli kogoś innego. Dzisiaj przeglądając ogłoszenia o pracę znalazłam ich ogłoszenie. Szukają pracownika na "moje" stanowisko. Ogłoszenie dodane 20 minut temu.

2. W czerwcu byłam na rozmowie kwalifikacyjnej w pewnym Hotelu. Wykształcenie mam, kwalifikacje mam, jednak nie mam doświadczenia. Spokojnie wyszkolimy. Jest grudzień. Ogłoszenie na stronie Internetowej pojawia się co dwa tygodnie (2 tygodnie jest na stronie, później znika i za dzień lub dwa pojawia się ponownie). Myślę, że zdążyliby mnie wyszkolić od czerwca do grudnia...

3. Kolejna rozmowa kwalifikacyjna. Jechałam do Hotelu 40 minut. Na miejscu okazało się że Pan Właściciel nie ma czasu bo wprowadzają nowy system czy coś w tym stylu. Pan odesłał mnie na recepcję na "dzień próbny". A właściwie godzinę próbną. Potem znalazł chwilę czasu na rozmowę. Wszystko ładnie, pięknie. Zadzwoni i umówimy się kiedy mogę zacząć. Nie zadzwonił. Ogłoszenie pojawiało się jeszcze przez około 2 miesiące.

Zastanawiam się czasami czy ci ludzie na prawdę kogoś szukają do pracy, czy po prostu tworzą sobie swoją bazę danych osobowych. Oferta z drugiej historii jest nawet w naszym urzędzie pracy, ale nikomu jej nie proponują. Coś w tym chyba jest. Swoją drogą moją przygodę z urzędem pracy opiszę w niedalekiej przyszłości.

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 176 (Głosów: 282)

#63350

(PW) ·
| Do ulubionych
O tym jakie to w Polsce bezrobocie:

Szukamy ludzi na nową stację paliw, praca jaka jest - wiadomo, 24/7/365... Stawka rewelacyjna nie jest, ale na pewno znacznie powyżej najniższej krajowej.

W trzy dni wpłynęło ponad 150 CV, po weryfikacji zostało 73. Telefony i umawiam na rozmowy, zostało 31 - i tak dobrze!
Myślę sobie tak: 12 osób z 31, to nie powinno być problemu, a jednak...

Przyszło 6 osób, 6! Reszta nawet nie raczyła zadzwonić i odwołać spotkania. Spośród 6 zatrudniłem 3 osoby. Pozostałe powiedziały mi tak:

1. W nocy to ku*** i złodzieje pracują, ja w nocy robił nie będę.
2. Za takie pieniądze pracował nie będę, wolę na zasiłku siedzieć.
3. A, bo ja myślałem, że wy kierownika szukacie - Dziewczę, lat 20, świeżo po technikum, bez doświadczenia zawodowego...

Zatrudniłem do tego 4 znajomych, tych bliższych i dalszych, ogłoszenie wisi dalej i statystyki podobne.


PS.: Nie bawimy się w "śmieciówki". Umowa o pracę, pełen etat, okres próbny, potem 5 lat...

stacja paliw bezrobocie lenie

Skomentuj (82) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 231 (Głosów: 333)

#63342

(PW) ·
| Do ulubionych
Mam mieszkanie, z racji tego, ze nie mieszkam w PL, stoi od pewnego czasu puste. Odezwała się do mnie znajoma że jej znajomi szukają mieszkania, na już. Poprzedni lokator sprzedał dom i muszą się wynosić. Podobno para cicha, spokojna, do rany przyłóż. Niechętnie (bo nie znam ich) ale za jej namowami wynajęliśmy. Niestety nie było mnie w kraju, więc wszystko metoda korespondecyjno-telefoniczna.

Umowa, kaucja, dokumenty itp.
Wszystko fajnie, wprowadzili się i zachwyceni, bo mieszkanie super. Pierwszy zgrzyt, we wskazanym dniu moje konto puste, brak kaucji i czynszu. Dzwonię na wszystkie telefony, zero odzewu. Po dwóch dniach dzwonienia i pisania dowiaduję się, że zablokowali im konto z jakiegoś nieważnego tu powodu. Ok, wszystko rozumiem, tylko czemu ja nie zostałam poinformowana o możliwym opóźnieniu w płatności? Bo oni się wstydzili powiedzieć... Po kilkunastu mailach daje mu ostateczny termin, za powiedzmy 5 dni, albo zmieniam zamki (przy pomocy znajomego z pl.)
W wielkich bólach kasa doszła, myślę sobie na tym koniec problemów.

Za tydzień dzwoni mój wspaniały lokator, że oni się wyprowadzają, a w sumie już się wyprowadzili i on chce zwrotu kaucji, już natychmiast.
Sprowadziłam go na ziemie zapisami w umowie odnośnie wypowiedzenia, zdania mieszkania itp. Stwierdził, że się już wyprowadzili i mogę wysłać kogoś do obejrzenia mieszkania, zapewniał mnie, że nie będzie żadnych problemów, bo mieszkali tam przecież tylko parę dni.
Wysłałam znajomego i co zastał (pominę ze wszystkie ich rzeczy osobiste i meble dalej były w moim mieszkaniu) syf taki ze podłoga się lepiła, stare jedzenie, nieumyte gary, wszędzie walające się brudne ubrania.

Szybki telefon do lokatorów, że tak sobie wyobrażam mieszkanie gotowe do oddania i albo zbierają swoje graty i sprzątają mieszkanie, albo ja to zrobię za nich, opłacając tą usługę kaucją.
W jeden dzień mieszkanie było doprowadzone do stanu wcześniejszego.
W zamian dostałam kilkanaście maili, jakim jestem potworem, bo zmusiłam ich do zabrania swoich rzeczy i posprzątania syfu, który zostawili. W tym kilka płaczliwych wiadomości od znajomej, która im załatwiła wynajem.

Nigdy więcej pomagania znajomym znajomych. Mieszkanie wynajęte przez agencje, nawet nie wiem komu :)

Skomentuj (53) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 334 (Głosów: 398)

Podziel się pozytywnymi historiami na
WSPANIALI.pl

Piekielni