Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

 

#82491

(PW) ·
| Do ulubionych
Zastanawiam się jak uświadomić mamę, że krzywdzi własne dziecko.

Ostatnie rodzinne wyznanie dodałam równo rok temu. Niestety niewiele się zmieniło. Jak wspominałam, mam 15 lat młodszego brata, któremu pozwalają na za dużo, ale dzisiaj nie o tym. Chodzi o to, że nasza rodzicielka nie dba o jego zdrowie.

Młody mając 8 lat, waży tyle, co przeciętny 13-latek. Rodzinne są u nas problemy hormonalne, głównie niedoczynność tarczycy, która nieleczona spowalnia metabolizm (ale to jeden z "delikatniejszych" objawów), ale mama nie słucha moich próśb o to, aby poszła z bratem do lekarza i zrobiła mu komplet badań. Nie ograniczy mu też dostępu do słodyczy, słodkich napojów i wszelkiej maści niezdrowych przekąsek, bo nie widzi w tym, że Młody jest gruby żadnego problemu. Ona jest gruba, mój ojczym jest gruby, ja jestem gruba to i Młody może być gruby.

Moje leczenie również olała, przez co od kilku lat walczę z rozszalałymi hormonami i o to, aby wyglądać jak człowiek. Nie mogę zrozumieć, dlaczego chce doprowadzić drugie dziecko do takiego stanu, widząc co działo i dzieje się ze mną. Na wszystkie sugestie nadal odpowiada, że 'nie mam dzieci i nie będę jej uczyć jak się ma zajmować swoim".

Może Wy macie jakiś pomysł jak przemówić jej do rozsądku, bo mi już ręce opadają.
Uprzedzając, ojczym niewiele ma do gadania w tej sprawie.

rodzina dzieci zdrowie

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 56 (66)

#82399

(PW) ·
| Do ulubionych
Niedawno wyremontowana ulica. Wzdłuż jezdni po obu stronach nowe, asfaltowe ścieżki rowerowe oraz szerokie chodniki, jednym słowem full wypas, jazda rowerem tą trasą to przyjemność.

Co zobaczyłam dzisiaj? Rowerzystę, który nie jechał drogą dla rowerów ale... jezdnią. Dodatkowo wybrał buspas...

Skomentuj (3) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 89 (111)

#82356

(PW) ·
| Do ulubionych
UWAGA! Osoby wrażliwe - lepiej nie czytajcie...

Właśnie rozmawiałem z dostawcą wody do dystrybutorów jak i samych dystrybutorów.
Opowiedział mi, że jakiś czas temu odbierał dystrybutor od klienta po zakończonej umowie. Sprzęt oczywiście ląduje w ich serwisie do przeglądu i oczyszczenia.
Szczęście w nieszczęściu, że urządzenie było używane w obiekcie zamkniętym, czyli ludzie z zewnątrz nie zostali poszkodowani, a i sami korzystający nie wiedzą o tym, co ich spotkało.

Podczas przeglądu okazało się, że wewnątrz ktoś wcisnął... prezerwa.tywę. Woda z butli "opłukiwała" ją przelewając się do kubka. Któryś z kolegów (w zakładzie sami mężczyźni) zrobił "dowcip" pozostałym.

zakład pracy

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 104 (122)

#82339

~bimba ·
| Do ulubionych
Procedury bywają bezduszne.

CCC. Wielka promocja - obniżki na to, na tamto. W związku z tym w sklepie pogrom i apokalipsa. Buty, torby zdziesiątkowane, zdekompletowane, wyparowują w ekspresowym tempie, kartony porozrzucane, pełen spontan konsumencki. Wybrałam, co miałam wybrać i pogrzałam do kasy.

Jakieś trzy osoby przede mną babeczka z - na oko - pięcioletnią córką. Kupują jakieś tam letnie sandałki z motywem Disneya i diodami w podeszwach, zapewne aktualny szczyt mody w przedszkolu. Nad młodą unoszą się różowe serduszka szczęścia i prosi kasjerkę, by ta obcięła metki, bo ona zaraz te sandały założy. Sprzedawczyni zgadza się, odcina metki, i - co ważne - kładzie obok siebie na blacie. Dziecko wkłada buty i w oparach euforii rodzina wychodzi.

Nie minęły 3 minuty - mama z córką wracają. Ja jeszcze nie zdążyłam zapłacić, więc czasu minęło naprawdę niewiele. Buty zepsute - nie działają diody. Panie chcą sandały wymienić.

- Dobrze - mówi kasjerka - Pani napisze reklamację, że buty uszkodzone, dwa tygodnie na rozpatrzenie decyzji.
Klientka zbaraniała, kolejka też. Dziecko w płacz.
- Przecież kupiłam je dwie minuty temu!
- Takie są procedury, METKI OBCIĘTE, dziecko wyszło za sklep, to znaczy, że buty są noszone.

Nie przedłużając wpisu dalszym dialogiem, argumentami o tym, że jakoś dziecko ma skarpetki, a inni klienci mierzą na bosą stopę i nikt im nie zwraca uwagi, o tym, że przecież metka leży na blacie, prośbami małej, napiszę tylko, że faktycznie skończyło się na wypisaniu reklamacji i wyniesieniu rozszlochanego berbecia ze sklepu.

Jak nie jestem za rozpieszczaniem dzieciaków, tak tej małej mi żal.

sklepy

Skomentuj (59) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 140 (188)

#82334

~nielot ·
| Do ulubionych
Historia o fobii 82330 przypomniała mi własną.

Niektórzy ludzie są głupi i nie potrafią zrozumieć, że ktoś się czegoś panicznie boi. Ja na przykład boję się latania samolotem. Raz jeden dałem się namówić, bo myślałem że to nie fobia, a zwykły strach przed nieznanym. Kiedy przez ponad 2 godziny lotu do Anglii, siedziałem zlany potem, zdrętwiały, bałem się ruszyć i serce mi biło tak jakby zaraz miało pęknąć, to wiedziałem że już nigdy nie wsiądę do samolotu. Wróciłem Sindbadem.

Później, na studiach, miałem w grupie znajomego, który z mojej fobii okrutnie szydził. Nazywał mnie cio*ą i mówił, że jak można bać się latania. Studia to nie podstawówka, więc argument siły by się zamknął, odpadał. Któregoś dnia dowiedziałem się, że kolega ma arachnofobię. No ładnie - myślę - sam ma fobię, a nie potrafi zrozumieć, że ktoś inny ma? No to ja mu pomogę zrozumieć.

Nadarzyła się okazja. Mieliśmy robić projekt w parach i "przypadkiem" byłem z nim. Umówiliśmy się u mnie. Wcześniej wydrukowałem na kolorowej drukarce zdjęcie wałęsaka brazylijskiego i powiesiłem w lodówce, tak by zdjęcie było pierwszym co się zobaczy po otwarciu drzwi.

Kolega przyszedł i zanim zaczęliśmy, mówię:
- Jak chcesz piwo, to weź sobie z lodówki.
Poszedł i po chwili usłyszałem przeraźliwy krzyk. Wchodzę, a kolega kuli się w kącie i płacze. Na to czekałem. Mówię:
- Jestem cio*ą, bo boję się latać? A kim ty jesteś, jak na widok zdjęcia pająka łkasz w kącie jak mała dziewczynka?
Gdy histeria już mu przeszła, zrozumiał i przeprosił. Więcej ani słowem na temat mojej fobii się nie odezwał.

fobia

Skomentuj (19) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 149 (195)

#82460

(PW) ·
| Do ulubionych
Czytając o piekielnościach rodzinnych przypomniała się pewna historia sprzed kilku już lat...

Tło wydarzeń: z moją partnerką (obecnie żoną) wynajmowaliśmy mieszkanie, które zajął komornik, bo właściciel nie spłacał kredytu i w pośpiechu musieliśmy je opuścić. Na domiar złego, w czasie przeprowadzki, poważnie skręciłem nogę w kostce. Generalnie taki okres w życiu, co to wszystko pod górkę, wiatr w oczy, kotwica w plecy i tak dalej. Chcąc - nie chcąc wylądowaliśmy u moich rodziców na blisko 2 miesiące. Był to czas, kiedy moja o 10 lat młodsza siostra miała studniówkę...

Jako, że lata już z nimi nie mieszkałem to atmosfera napięta. Dość napisać, że z rodziną widujemy się jedynie, kiedy czegoś potrzebujemy (oni ode mnie lub odwrotnie). Zero telefonów czy jakiegokolwiek kontaktu, ale do rzeczy....

Moi rodziciele to pracoholicy. Tacy rasowi. Więc wszystko jest załatwiane na zasadzie "jest jeszcze dużo czasu", a potem pobudka z ręką w nocku z okrzykiem "o kurde nie zdążymy". Nie inaczej było z szykowaniem mojej siostry na studniówkę. Matka obiecywała zakupy, fryzjera, kosmetyczkę. Czyli taki komplet spod hasła "must have" dla dziewuchy na takie wydarzenie.

Zakupy. W tym na szczęście nie uczestniczyłem, ale w dniu zakupów awantura za awanturą leciała. Matka gustu generalnie nie ma za grosz, a posłuchać innych też nie chce. Dramat siostry okrutny. Kiecka jeszcze w miarę, ale reszta....albo nie ma w ogóle jak torebki (zdaniem matki mogła zabrać rzeczy w plecak jak potrzebowała czegoś) lub dobrane jak dla 50letniej dewoty, która idzie na lokalne zebranie miłośniczek kotów jedynie dla kawy z wkładką. Generalnie żal patrzeć na zebrany zestaw. Kolejna awantura z mojej winy (wedle matki), bo czepiam się bezpodstawnie i podjudzam, choć siostra ze łzami w oczach wróciła z zakupów. No nic - poszły wymienić buty. Wróciły. Matka zła, siostra happy. Buty zdecydowanie ładniejsze i wygodniejsze, a nawet nieznacznie tańsze. Jest niewielka torebka z wyprzedaży, która wyglądała jak robiona w komplecie do sukienki, więc ogólnie bajlando. Się udało, choć zanim wyszły ponownie, to kłótnia trójstronna (ja siostra i matka) trwała dobrą godzinę.

Pozostały jeszcze dwa tygodnie na załatwienie fryzjera itp. Jak na warunki stolicy w tym okresie, to z czasem krucho. Moja partnerka (obecna żona) już od kilku dni przypomina, że ma znajomą, która to ogarnie, tylko trzeba dać jej znać wcześniej i pytanie czy ma to robić? Nie, no jakże by to tak? Przecież matka powiedziała, że załatwi. A jak mówi, ze zrobi - to mówi i nie trzeba jej o tym przypominać co kilka dni. Przypomniała sobie dzień przed studniówką. Oczywiście nigdzie nie ma terminów. Jakieś proste strzyżenie da się wcisnąć, ale nie kreację studniówkową. Efekt? Awantura i łzy. Dramat. I kolejna awantura.

Po krótkiej naradzie z żoną bierzemy moją siostrę pod pachy i idziemy (no ja to kuśtykałem akurat) do lapka i oglądamy tutoriale na necie. Damy radę. Fryzura znaleziona fest, makijaż też. Kilka godzin pracy i będzie git. Następnego dnia, już od rana siostra wystraszona, moja żona zestresowana, a trza zakasać rękawy, bo czas nagli. Dziewuchy poszły robić swoje. A ja przez tych kilka godzin awanturowałem się z matką. Czemu? Bo to moja wina, że ona niczego nie załatwiła. Że fryzura śmieszna i niepoważna, a w ogóle to będzie wyglądać jak wamp (?), że ludzie będą ją wytykać palcami i tak dalej.

Efekt przeszedł nasze najśmielsze oczekiwania. Siostra wyszła z uśmiechem, a wróciła przeszczęśliwa następnego dnia. Pokazała nam potem zdjęcia i filmy - wszystkie dziewuchy robione na jedno kolano, a ona jedna z kokardką (ala serduszko) z włosów i świetnie zrobiony makijaż, który podkreślał jej dziewczęcy urok, a nie robił z niej na siłę "księżniczki". Był też konkurs odnośnie motywu przewodniego imprezy, który wygrała, co jednak świadczy o tym, że nasza piekielna matka-pracoholiczka nie miała racji...także koniec końców wyszło świetnie, ale co się nerwów najedliśmy to nasze, bo niewiele zabrakło, aby siostra nigdzie nie poszła...

rodzina studniówka

Skomentuj (44) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 197 (235)

#82423

~SzarniwirkNieChceMiSieLogowac ·
| Do ulubionych
Szukam samochodu. Znalazłem ogłoszenie o interesującym mnie modelu w internecie. Ogłoszenie jest z komisu... no trudno, dzwonię. Jest sobota, słyszę więc: "Witamy. Nasi agenci pracują w dni robocze w godzinach 9 - 17".

Okej.
Ogłoszenie jest nieco niekompletne, więc wysyłam zapytanie przez formularz zgłoszeniowy. Czy jest klima, komputer, takie tam podstawowe rzeczy, co to tak naprawdę powinny być wpisane już w ogłoszeniu, no ale dobra.

Poniedziałek: odpiszą może? Albo oddzwonią?
Dupa.

Wtorek, około 11, dzwonią do mnie.
Facet z komisu zachwala auto przez telefon. Pytam o tą klimę i komputer, bo w sumie dalej nie wiem, na to facet w słuchawce mówi, że on w sumie nie wie, i musi się dopytać. Lecimy więc dalej...
- A kiedy przegląd był?
- Wie Pan co, muszę zapytać właściciela.
- No, trudno. A tam na zdjęciu numer trzy widać uszkodzenie, ale słabo, bo się światło odbija. Co tam się stało?
- Ja prawdę mówiąc nie wiem. Zapytam właściciela i oddzwonię.
- Kiedy?
- Dzisiaj do 15, na pewno!
- Dziękuję i czekam.

...15 minęła, jakby na zegarze była 25, to też by minęła.
Środa, koło 13, dzwonię, bo kurde auto ładne i mi zależy.
- Dzień dobry, wczoraj pytałem o auto z ogłoszenia takie-a-takie w portalu tamtym.pe-el. Miał do mnie ktoś oddzwonić, ale nie oddzwonił.
- A, tak, przepraszam w imieniu komisu. Pracownik, który Pana obsługiwał poszedł na urlop. W czym mogę pomóc?
- Chciałbym się dowiedzieć czy w tym aucie jest komputer, i klima, kiedy był przegląd, i o co chodzi z tym uszkodzeniem z trzeciego zdjęcia.
- Proszę poczekać... tak... wie Pan co, muszę skontaktować się z właścicielem. My nie mamy tutaj takich informacji.
- Nie oglądaliście Państwo tego samochodu jak braliście go w komis?
- Pracownik komisu oglądał, ale niestety nie zostawił w notatkach akurat tych wiadomości. Ale obiecuję, że sprawdzimy!

Czwartek. Oddzwaniają! Sami! Halleluja!
- Dzień dobry. Sprawdziliśmy specjalnie dla Pana to auto! Ma klimę, i przegląd do listopada, a obtarcie jest parkingowe, zaraz dostanie Pan na maila zdjęcie, proszę się nie przejmować.
- A komputer?
- Nie ma.
- To dlaczego w portalu się to auto łapie, skoro zaznaczyłem że ma być komputer?
- Kolega się musiał pomylić.

Auto wciąż fajne, choć gorsza wersja niż chciałem. Warto jednak je obejrzeć. Umawiam się na oglądanie, i na koniec dla pewności pytam o cenę, skoro się rąbnęli z wyposażeniem to kto wie...

-...tak, jak w ogłoszenu, auto kosztuje xxx.
- To jest suma wszystkich opłat?
- Tak. Tylko wie Pan, my jako komis, pobieramy od kupującego prowizję.
- Aha?
- Prowizję. W wysokości 10% wartości pojazdu.
- Ode mnie? Właściciel oddaje auto w komis, bo jemu się nie chce wystawić, a ja za to płacę?
- Takie mamy zasady. Możemy ostatecznie zgodzić się na drobną negocjację.
- Czekałem na info czy jest komputer od soboty, a dzisiaj jest czwartek. Właściciel powiedziałby mi to w pięć minut! I jeszcze za to mam płacić kilka tysięcy złotych?

Absurd, nie?

A teraz zamieńcie "auto na sprzedaż" na "mieszkanie na wynajem", a otrzymacie schemat działania agencji pośredniczących przy najmie nieruchomości. Tag Warszawa, bo tu szukam.

warszawa wynajem mieszkania posrednictwo

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 130 (152)

#82393

(PW) ·
| Do ulubionych
Krótka historia z dzisiaj.

Moja droga do pracy kończy się skrętem w prawo z jednej niewielkiej uliczki w drugą (obie na tyle duże, żeby zmieścić dwa samochody). Na tymże zakręcie stoi kamienica zasłaniając sporą część widoku, prędkości jednak nie są powalające w tym miejscu. Nie dla samochodów w każdym razie.

Jak co dzień skręcam w prawo i widzę przed sobą dziewczę, na oko szesnastoletnie, na rowerze - jedzie sobie radośnie środkiem lewego pasa. Prosto na moją maskę. Gdybym wyjechała chociaż chwilę później zza zakrętu dziewczę skończyłoby mi na masce.

I wiecie co? Zero refleksji w tych pustych, niebieskich oczach. Wyminęła mnie, jak gdyby nigdy nic i pojechała dalej. Tak jakby mnie w ogóle nie zauważyła...

Karty rowerowe, powróćcie...

ulica pedalarze

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 130 (148)

#82445

(PW) ·
| Do ulubionych
Kilka lat temu - w czasach studenckich - wynajmowałem miejsce w mieszkaniu w Krakowie. Budynek był typowym przykładem nowego budownictwa deweloperskiego. Mieszkali tam głównie młodzi, a otaczał go wiecznie zatłoczony, nieduży parking. Aby nań wjechać, trzeba było posiadać pilot otwierający bramę. I ja taki posiadałem; jako mieszkaniec parkowałem samochód za ogrodzeniem.

Pewnego dnia zauważyłem, że z lewego tylnego koła mojego wozu uszło powietrze. Od razu pomyślałem, że gdzieś w trasie przebiłem oponę, toteż nawet nie brałem się za pompowanie. Założyłem koło zapasowe i pojechałem załatać dziurę. W wulkanizacji stwierdzono jednak, że ogumienie nie jest uszkodzone, wentyl również sprawny; ergo ktoś musiał powietrze z koła spuścić.

Niedługo potem, wracając z pracy, zauważyłem kartkę zatkniętą za wycieraczkę. Na kartce był numer telefonu i prośba o kontakt z administracją bloku. Zadzwoniłem.

- Dzień dobry, moje nazwisko Kriser, słucham, w czym rzecz.
- Sprawa wygląda tak. Dostaliśmy skargę, że swoim samochodem zdemolował pan trawnik przy bloku. Ktoś dzwonił, że wszyscy mieszkańcy płacą za utrzymanie zieleni, a pański wóz parkuje na trawie.
- Taa? - Rozejrzałem się. Zauważyłem, że jedno koło rzeczywiście stoi na trawniku.
- A tak poważnie to jednym kołem faktycznie pan wjechał w trawę. Ja nie będę robić problemów z taką bzdurą, przestaw sobie pan auto i tyle. Po prostu mieszkańcy dzwonią, bo są trochę... zawzięci. Może rejestracja spod Lublina im się nie podoba.

Do błędu się przyznałem, na ręce pracownika administracji przeprosiny złożyłem, a następnie przestawiłem auto.

Minęło kilka kolejnych dni. Pogoda była ładna, miałem wolne popołudnie. Uznałem, że poświęcę trochę czasu, zrobię woskowanie karoserii lub coś podobnego. Zabrałem się do roboty. Po jakimś czasie obok mnie zatrzymał się czerwony - o ile dobrze pamiętam - opel astra. Kierowca, wiozący dwójkę dzieci, otworzył szybę.

- To pański wóz? - Zapytał.
- Mój.
- Pan tu mieszka, czy wynajmuje mieszkanie?
- Wynajmuję. - Naturalnym dla mnie odruchem była odpowiedź na pytanie. Człowiek mądry po fakcie: dopiero potem domyśliłem się, że od razu powinienem powiedzieć, iż nic mu do tego.
- Pan tu nie ma prawa parkować. - Facet nagle zaczął wrzeszczeć. - Pan nie płacisz za parking, a mieszkańcy płacą! Pan zajmujesz miejsce, które się panu nie należy! Tu panu nie wolno parkować, nie-wol-no!
- Ja płacę właścicielowi, właściciel płaci czynsz, co pan bzdury gadasz...
- Won mi stąd, a jak jeszcze raz zobaczę tutaj to auto, to pan popamiętasz, to ja już z nim zrobię porządek, do k...y nędzy!

Zanim w osłupieniu zdążyłem skonstruować równie dosadną odpowiedź, facet zamknął szybę i odjechał.

Na parkingu zatrzymywałem się dalej. Uznałem, że jeśli z moim autem stanie się coś złego, to spokojnie gościa namierzę. Parking był monitorowany, a jego samochód dobrze zapamiętałem.

Niemniej pod tymże blokiem już nikt się mojego auta nie tykał. Co nie zmienia faktu, że nie rozumiem, po co temu chłopu potrzebny był cały ów teatr.

parking kraków blok

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 166 (182)

#82464

(PW) ·
| Do ulubionych
Nasz listonosz wczoraj przeszedł samego siebie.
Godzina 10 i dzwoni domofon. Zdziwienie, kto to o tej porze, bo listonosz chodzi około 13, ale słyszę w słuchawce "POCZTA!!!". Do drzwi nikt nie puka, czyli do nas pewnie nic nie ma.

Po południu wychodzimy z dziećmi na plac zabaw i przy okazji patrzymy do skrzynki. A tam co? Reklama, cztery (!) listy z banku (dwa do męża i dwa do mnie) i awizo. Nosz kur.... skoro otworzyłam mu drzwi znaczy, że jestem w domu! A skoro nie wszedł na to drugie piętro to znaczy, że albo zwyczajnie mu się nie chciało fatygować albo już na poczcie założył, że nikogo nie będzie w domu i tego listu nie wziął ze sobą. Rozumiem, że tak robią jeśli paczka jest większa i jest obawa, że nie zmieści się do skrzynki. Ale akurat ten polecony to była maciupeńka koperta, a pozostałe listy, które wrzucił do skrzynki były 3 razy większe i 10x grubsze.

Dodam, że w 90% przypadków to ja otwieram listonoszom drzwi od klatki, bo chociaż zarząd podał poczcie indywidualny kod dla listonoszy i kurierów żeby nie musieli dzwonić po mieszkaniach, to oni oczywiście mają to w nosie i dopiero ja - przedostatnie mieszkanie - najczęściej wpuszczam łaskawie do skrzynki.

Ps. gdyby ktoś sugerował wypełnienie zgody na wrzucanie listów poleconych do skrzynki bez podpisu - dla bezpieczeństwa wolimy tego nie robić. Co jakiś czas tworzy się jakaś czarna dziura, która wsysa nasze listy i mniejsze paczki i te nigdy do nas nie docierają. A czasami są to ważne pisma (jak np. wczorajsze), na które mamy czas odpowiedzieć np. do tygodnia czasu od odebrania.

poczta listonosze

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 116 (138)

Podziel się pozytywnymi historiami na
WSPANIALI.pl

Piekielni