Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

MelaMelo

Zamieszcza historie od: 29 stycznia 2017 - 10:18
Ostatnio: 18 czerwca 2017 - 3:27
O sobie:

Life is goat!

  • Historii na głównej: 3 z 3
  • Punktów za historie: 1020
  • Komentarzy: 36
  • Punktów za komentarze: 384
 

#78481

(PW) ·
| Do ulubionych
Jestem hodowcą kóz i czasami zdarza mi się kupować kozy :) Zwierzęta, które kupują, są w różnym stanie.

Niestety, częściej spotykam kozy zaniedbane niż zadbane. A do tego kupowanie obarczone jest ryzykiem przywiezienia do stada kozy, na temat której usłyszało się same kłamstwa.

Uprzedzam, że będzie długo i będę trochę umoralniać na temat zdrowia kóz ;)

Sytuacja 1.

Kupuję kozę. Piękna, wyrośnięta, dwa razy miała już młode, wymię duże i kształtne. Problemy zdrowotne? "Paniiii, koza jak złoto!".

Po kilku dniach, bez żadnych wcześniejszych objawów, mega zapalenie w połówce wymienia. Mega w takim sensie, że wieczorem leciało z niej mleko, a rano już ropa z krwią, a połówka przybrała sino-czarny kolor. Standardowo dzwonię do weta, a do jego przyjazdu zdajam ją i aplikuję tubostrzykawkę.

Tubostrzykawka to taka strzykawka z lekiem, która zamiast igły ma plastikowy aplikator. Na polskim rynku są dostępne tylko dla krów (ale bezpieczne też dla kóz), więc ta końcówka aplikatora jest zdecydowanie za duża dla kozy i ciężko włożyć, zazwyczaj tylko wpycham kawałeczek i masuję kozie lek do góry. Oczywiście podeszłam do tego delikatnie i... okazuje się, że koza miała zapalenie wymion kilka razy, bo dziurki miała tak wyrobione tubostrzykawkami, że jeszcze luz został ;)

Dzwonię do poprzedniego właściciela, żeby zapytać, czym ją wcześniej leczyli i trochę też, żeby go opieprzyć za kłamanie, odbiera jego żona. Zdziwiona mówi "To mąż Pani nic nie powiedział? Ona co miesiąc ma takie zapalenie i strasznie dużo szło na leczenie. Dziwiłam się, że Pani ją chciała przez to...". Niestety, ale problem był na tyle złożony, że ostatecznie doprowadził do zejścia kozy.


Sytuacja 2.

Jestem umówiona z babką na odbiór czterech wybranych przeze mnie kóz. Byłam tam wcześniej, kozy wybrane, transport zamówiony, dokumenty już wypisane i nagle... babka zmienia zdanie. Już stoimy w koziarni, już podjechał samochód, a ona mi w ryk, że Kaśki to ona nie odda, bo to jej ukochana koza. Do lamentu przyłącza się pięcioletni syn tej kobiety, bo zła pani chce zabrać Kasię i Basię. Facet od transportu zaczyna się już denerwować po pół godzinie czekania na załadunek w mrozie.

W końcu zgadzam się na wymianę na inne kozy, trochę mniej przez kobietę kochaną. Fakt, też zawiniłam, że się na to zgodziłam, ale z drugiej strony po godzinie stania na zewnątrz i słuchania ryków większość osób by chyba odpuściła, a transport miałam już opłacony. Oczywiście kozy miały być tak samo super jak poprzednie.

Zamiast Kaśki i Baśki dostaję dwa nieszczęścia. Jedno tak zawszone, że do dzisiaj mnie od niej odrzuca :P Drugie nieszczęście niby ciężarne, ale nie urodziło, tak samo, jak nigdy nie zaszła w ciążę u mnie, mimo ciągłego przebywania z kozłem.


Sytuacja 3.

Kozy mają racice, które należy regularnie przycinać. Podręcznikowo co 6 tygodni, ale nawet 3 razy w roku może wystarczyć. Odpowiedni kształt racic to mniej problemów zdrowotnych. Niestety, ale zaniedbane racice to częsta przypadłość. Co gorsza, wielu właścicieli tłumaczy się tym, że nie mieli czasu tego zrobić w tym sezonie... Mi też czasami się zdarza nie mieć czasu, ale jest ogromna różnica między racicami nieprzycinanymi od pół roku, a takimi, które nie były pielęgnowane przez kilka lat!

W swojej karierze miałam dwa straszne przypadki zaniedbania. Pierwszy u dziesięcioletniej kozy, szacuję, że przez 3 - 4 lata nikt jej racic nie przycinał. Chodziła bardzo powoli, wiosłując mocno do przodu, a taki sposób chodu został z nią do końca życia.

Drugi przypadek - kupiłam siedmioletnią Siri, która całe życie spędziła na miękkim podłożu (koziarnia i wybieg) i której przez całe życie nikt nie obcinał racic... Wyglądały masakrycznie. Zdecydowanie za długie, brzeg mocno narósł pod spód, do tego w dwóch było zapalenie. Siri dalsze dystanse przebywała opierając się na przednich kolanach. Po wstępnym przycięciu i skróceniu o połowię nie potrafiła nawet ustać na nogach. Teraz jej się polepszyło, ale układ kostny ma zdeformowany na zawsze.

Sytuacja 4.

Przekonania, że koza odrobaczy się sama, jest tak samo silne, jak przekonanie, że koza zje wszystko. Wielu "hodowców" zdziwioną miną odpowiada na pytanie o odrobaczaniu. Co sprytniejsi mówią, że odrobaczali, ale nie wiedza czym i nigdy nie wiedza, czy to był proszek, płyn do wstrzykiwania, do podawania doustnie czy do polewania ;)

Sytuacja 5.

Mój prawie pierwszy zakup. Byłam wtedy młoda i niedoświadczona w kozich chorobach. Kupowałam z dużej hodowli dwie kozy, było to jakoś w lutym, kozy troszkę kaszlały, ale hodowczyni zapewniała mnie, że zdrowe na 100%, tylko trochę się przeziębiły i minie po antybiotyku. Dopytywałam czy na pewno - tak, na 100%, ona ma tyle doświadczenia, weterynarz już był.

Po dwóch dniach od zakupu jednak ten kaszel nie dawał mi spokoju, wezwałam weta. Diagnoza - zaawansowane zapalenie płuc, kozy miały gorączkę, a do tego wirus zaraził całe moje stado. Skontaktowałam się z kobietą i oczywiście udawała, że to nie od niej zapalenie płuc.

Okazało się jednak, że mój weterynarz jest kolegą ze studiów weterynarza, który zajmował się jej zwierzętami. Doskonale wiedziała, że kozy mają zapalenie płuc, bo sama je leczyła od miesiąca, a te dwie okazały się wyjątkowo trudne do leczenia.

kozy hodowcy

Skomentuj (29) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 226 (244)

#78060

(PW) ·
| Do ulubionych
Miałam kilka lat temu "wielbiciela", chociaż bardziej pasowałoby określenie "śledzącego mnie psychola". Znajomy znajomych, z którym czasami widywałam się na wspólnych imprezach, stwierdził, że jestem dla niego idealna i koniecznie musi ze mną być. Kamil, bo tak mu na imię, okazał się być osobą niestabilną psychicznie i, jak później się dowiedziałam, wcześniej przez dobrych kilka miesięcy śledził swoją byłą. Ale historia nie będzie o nim, ale o reakcjach znajomych, kiedy dowiedzieli się, że sprawa została zgłoszona na policję, a potem skończyło się w sądzie.

Zaczęło się od niewinnego wypytywanie znajomych o mnie - kim jestem, co robię, co lubię. Ot, nic strasznego. Potem Kamil do mnie zaczął pisać, jednak szybko dałam mu do zrozumienia, że nie jestem zainteresowana. Zresztą wtedy byłam już od kilku lat z moim obecnym mężem, a on doskonale o tym wiedział. Próbował kontaktować się ze mną kilkukrotnie, ale za każdym razem szybko go zbywałam.

Następnym krokiem było "przypadkowe" wpadanie na mnie w sklepach. Tłumaczyłam sobie to tym, że zawsze jeżdżę o podobnych godzinach do tych samych sklepów, więc może się zdarzyć, że on właśnie np. wraca z pracy. Zaczęłam się niepokoić, całkiem słusznie, bo potem zaczęło być naprawdę dziwnie.

Dla lepszego zobrazowania sytuacji dodam, że dom mój położony jest w dużym ogrodzie, z tyłu znajduje się stary sad, wszystko oddalone od sąsiadów i głównej drogi. Jak to na wsi, w ogrodzie jest sporo różnych budynków - garaż, drewutnia, kurnik, koziarnia, wiata itp. Od zawsze miałam bardzo ustalony tryb dnia, a w tamtym czasie mój chłopak jeszcze pracował od 9 do 17.

Czasami, kiedy byłam w domu sama, miałam wrażenie, że ktoś chodził po ogrodzie, bo wydawało mi się, że kątem oka zauważałam jakiś ruch. Zawsze jednak tłumaczyłam sobie, że to może pies sąsiada, dzik albo pasące się w ogrodzie kozy. Z czasem zaczęłam też zauważać inne rzeczy. Mój chłopak z domu wychodził po 8, ja o 6. Wieczorem on o 20 zazwyczaj już jadł kolację i szykował się do snu, a ja często do 21 jeszcze kręciłam się, żeby nakarmić na noc zwierzęta i wszystko pozamykać - więc jeśli coś zostawiłam wieczorem, to rano powinno być na miejscu. Zdarzało się, że rano znajdowałam w koziarni zapalone światło, chociaż byłam pewna, że w nocy je zgasiłam. Czasami bramka była zamknięta tylko na jedną zasuwę, a nie dwie, albo wiaderko które wieczorem postawiłam do góry nogami, leżało gdzieś dalej przewrócone. Czasami kozy też darły się jak na obcego, ale często tak samo się odzywały na wiejskie psy. Streszczając - pewnego dnia zaspaliśmy z chłopakiem, z domu wynurzyliśmy się dopiero grubo po 9, a mój ukochany w drodze do samochodu przyłapał Kamila, kiedy to chodził on po naszym ogrodzie z aparatem fotograficznym w ręku. Potem okazało się, że przez kilka tygodni odwiedzał nas w ciągu dnia i w nocy, robił mi zdjęcia, filmy...

Część znajomych na taką wiadomość zareagowała szokiem i współczuciem, chociaż jak się okazało niektórzy dobrze wiedzieli, że czasami nieźle mu odbijało... Za to część, teraz już byłych znajomych, postanowiła zrobić ze mnie winną wszystkiego. Najczęstsze ich argumenty:

- To moja wina, bo nie zauważyłam wcześniej - oczywiście powinnam od razu, kiedy tylko Kamil pokazał, że jest mną zainteresowany, zacząć sprawdzać, czy mnie nie próbuje śledzić. Jest jak bowiem najbardziej normalny sposób postępowania w sytuacji, kiedy ktoś wpadł Ci w oko.

- Zmarnowałam mu życie - ten argument jest moim ulubionym ;) Biedny, na pewno potem przez długich kilka miesięcy nie mógł spać w nocy i miał stany lękowe, kiedy zostawał sam.

- To zupełnie moja wina, bo interesuję się męskimi rzeczami, mogłam się tak z tym nie panoszyć, to bym nie miała problemów - tak usłyszałam od dwóch koleżanek. Ma to związek z imprezą, na której się poznaliśmy. Nigdy jakoś szczególnie nie ukrywałam, że jestem fanką komiksów Marvela, lubię kino akcji, słucham cięższych brzmień (bo właśnie to według tych dziewczyn były to "męskie rzeczy"), ale też nigdy się z tym nie obnosiłam. Na imprezie, na której wpadłam mu w oko, śpiewaliśmy karaoke i chłopak namówił mnie, żebym zaśpiewała (a w moim wydaniu raczej zaskrzeczała) Toxicity grupy System Of A Down, bo cały album znam na pamięć. Według tych dziewczyn sama się pcham w męskie rzeczy, doskonale wiedziałam, że Kamil jest wielkim fanem zespołu (nie wiedziałam) i w ten sposób z nim świadomie filtrowałam. Krótko mówiąc - pchałam mu się w ramiona.

- Na pewno nie było tak jak mówię, tylko miałam z nim romans i nie chciałam, żeby mój chłopak się dowiedział - i właśnie dlatego namówiłam Kamila, żeby dał się przyłapać, a te wszystkie filmy i zdjęcia to specjalnie przygotowaliśmy razem.

- Mogłam się z nim umówić i na pewno sytuacja wyglądałaby inaczej, bo Kamil by się nie denerwował i nie dostałby obsesji na moim punkcie - oczywiście jako kobieta mam obowiązek umawiać się z każdym, kto wyrazi taką chęć, tylko żeby go nie denerwować.

Takie podejście byłych znajomych sprawiło, że naprawdę przez długi czas nie mogłam wyjść z szoku. Do dzisiaj w ich gronie mam łatkę tej złej i niedobrej.

piekielni znajomi

Skomentuj (23) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 340 (358)

#77089

(PW) ·
| Do ulubionych
Jestem hodowcą kóz :) Wiem, że te zwierzęta często wzbudzają zainteresowanie i wiele osób po prostu, kiedy je widzi, chce podejść bliżej i je pogłaskać. Czasami na to pozwalam, a czasami nie. Sytuacje z rodzaju "mój pies nie gryzie" zdarzają się niestety dosyć często, ale zazwyczaj w odpowiednim momencie udaje mi się zawrócić delikwentów z ich psem/psami. Nie zawsze jednak moje prośby skutkują...

Dla jasności dodam krótki opis miejsc, w których wydarzyła się historia. Łąką z trzech stron otoczona jest przez pola, a z jednej strony granicę wyznacza polna droga. Droga niezbyt często używana przez pieszych, ale chodzą nią zarówno miejscowi, jak i przyjezdni, bo widoki bardzo ładne, a do tego niedaleko agroturystyk. Wiosną i latem korzystamy z pastucha, bo kozy pasą się tylko w dolnej części łąki, z daleka od drogi. Jesienią puszczam je luzem po całości i robię za pastuszka :)

To było jakoś pod koniec ostatniego października. Pogoda ładna, kozy pasą się leniwie, a ja chodzę za nimi. Dodam, że wtedy z nimi był kozioł o jakże wdzięcznym imieniu Ojciec Wszystkich Dzieci ;) Zazwyczaj jest on wypasany w okolicach domu, ale październik to czas rujek, więc na łąkę wychodzi z przyszłymi matkami.

Stoję w gumowcach, przeglądam Facebooka i sprawdzam, czy kozy nie mają głupich pomysłów typu "chodźmy do sąsiada". Kątem oka zauważam gdzieś daleko na drodze ludzi z psem. Z odległości nie widziałam, czy był uwiązany, czy po prostu blisko się ich trzymał, ale spędziłam kozy trochę niżej. Para z psem też mnie zauważyła, wołają psa i idą dalej. Kiedy byli na mojej wysokości, zamiast dalej iść prosto, to postanowili pooglądać kozy z bliska. Tylko, że pies średnich rozmiarów był jednak bez smyczy.

- Przepraszam - wołam do nich. - Możecie uwiązać psa?
- On nie gryzie! - odkrzykuje mi babka. Pies zaczyna kręcić podekscytowane kółka, bo złapał zapach kóz.
- Nie chodzi tylko o gryzienie, ale kozy mogą się spłoszyć.
- On nic nie robi! - babka się oburzyła, a facet jej przytakuje.

Wysyłam Ojca Wszystkich Dzieci jeszcze niżej, kozy podążają za nim, a ja idę w kierunku pary. Jestem jakieś pięć metrów od nich.

- Zapnijcie psa na smycz!
- No ale on nie jest groźny! Maksiu jest bardzo grzeczny, chcemy zobaczyć kózki z bliska.
- A ch*** mnie to... - zaczynam już poddenerwowana, ale przerywa mi Maksiu, który prawie mnie przewraca, kiedy rzuca się na kozy. A ja się rzucam za nim, para próbuje go przywołać, ale jakoś nieszczególnie robi to na nim wrażenie.

Maksiu jednak szybko się zatrzymał (a raczej został zatrzymany) i nie dane było mu zatopić ząbków w świeżej kozinie. Spotkał się z po prostu z rogami. I wbrew moim oczekiwaniom, to nie kozioł rzucił się na ratunek swoim żonom, ale Luśka. No tak, Luśka. Kupiłam ją jako roczną kozę, która pałała szczególną nienawiścią do psów. Trochę mi zeszło nauczenie jej, żeby nie rzucała się na każdego psa, którego ma w zasięgu wzroku. Dodam, że kiedy ją kupiłam, zupełnie, o tym problemie nie wiedziałam, bo poprzedni właściciel nie raczył mnie o tym poinformować. Dowiedziałam się w najgorszy możliwy sposób - Luśka zauważyła naszego Pimpka wielkości spasionego kota i rzuciła się do ataku, dosyć mocno go turbując. Ale po trzech latach u nas teoretycznie agresji w stosunku do psów już nie pokazywała.

W chwili ataku przez Maksia obudziła się w niej jednak nutka nienawiści i po prostu zaczęła go okładać. A wkurzona koza ze sporymi rogami potrafi być niebezpieczna. Pies po pierwszym uderzeniu padł w szoku i nawet nie za bardzo się bronił. Zanim zdążyłam odciągnąć Luśkę, to skomlał, jakby go oskórowali.

Parka dopadła do psa, który dalej leżał na ziemi i oczywiście zaczęli się wydzierać, bo jak wiadomo - to oczywiście moja wina. Stado się w tym ogólnym harmidrze trochę rozbiegło, zrobiło się zamieszanie. Ojciec Wszystkich Dzieci poczuł się chyba w końcu do roli obrońcy i jeszcze sprzedał bęcka w bok pochylonemu nad psem facetowi. Facet odskoczył od Maksia (chyba go lekko zamroczyło), przerażony pies odzyskał siłę w nogach i po prostu uciekł, a ja się dowiedziałam od biegnącej za psem pary, że jestem co najmniej szalona, co Luśka skomentowała krótkim "meee". A wystarczyło trzymać psa na smyczy...

na wsi

Skomentuj (22) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 454 (460)

1