Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

#46596

(PW) ·
| Do ulubionych
Jakiś czas temu zmarł mój przyjaciel. Zostawił po sobie żonę z małym dzieckiem w bardzo trudnej sytuacji finansowej. Wcześniej prowadził firmę usługową, żona nie pracowała, zajmowała się synkiem. W chwili jego śmierci miał świeżo zaciągnięty kredyt na używany samochód - do spłaty pozostało około 20 tysięcy złotych. Na całe szczęście kredyt był ubezpieczony między innymi od zgonu kredytobiorcy. Trzeba przy tym zaznaczyć, że chłopak był młody (ok 40tki), a zmarł na zawał - czyli chorobę w jego wieku raczej mało powszechną.

Cyrk zaczął się właściwie od momentu, kiedy wdowa poszła zanieść zgłoszenie o śmierci męża do banku. Panie właściwie od razu założyły, że mąż wziął kredyt pewnie już terminalnie chory i teraz szykuje się jakiś przekręt, bo kto to widział, umierać po spłacie dopiero drugiej raty kredytu. W dodatku, zobaczcie państwo, tak się dziwnie złożyło, że właśnie po drugiej racie zaczyna działać ubezpieczenie! Chwilę trwało wyprowadzanie ich z błędu, chociaż chyba przekonane nie były. Mi wyprowadzanie przyjaciółki z ciężkiej depresji wywołanej przez "ta baba mi właściwie powiedziała, że to zaplanowaliśmy!" zajęło dobry tydzień.

Zgłoszenie poszło, należy poczekać na odpowiedź ubezpieczyciela. Dwa miesiące później dostaję rozpaczliwy telefon "Traszka, oni nie uznali ubezpieczenia! Napisali, że zawał jest skutkiem choroby przewlekłej! Każą mi spłacać kredyt od tego miesiąca!"

Przyznam, zatkało mnie, takiej interpretacji jeszcze nie słyszałam. Nic to, trzeba szybko działać, zanim miną terminy odpowiedzi. Razem skleciłyśmy pismo, że młody, że zdrowy, że nic nie zwiastowało zawału.

Odpowiedź? Odmowa. Bo tak.

Kolejne pismo, tym razem napisałam osobną opinię, walnęłam pieczątkę specjalisty. Odpowiedź: to my się zastanowimy, przekażemy sprawę do naszego działu medycznego (dopiero teraz?!). Miesiąc później odmowa - bo zawał to wynik choroby wieńcowej, a chory miał był kiedyś u lekarza z bólami w klatce piersiowej. Czyli był chory, ukrył swój stan zdrowia.

Kolejne pismo - że bóle w klatce miał, owszem, bo chorował na refluks żołądkowy, był nawet na badaniach i przy okazji miał robione EKG, wykluczono serce jako przyczynę.

Odpowiedź: ale był na badaniach, więc coś mu było, czyli był chory. Odmowa.

W tym momencie szlag przyjaciółkę trafił. Zabrała dokumenty, poszła do prawnika. Ten poczytał korespondencję, popytał o sprawę, kazał się nie martwić. Skasował 400 zł, ostrzegł, że może będzie konieczna opinia kardiologa i da znać co udało się ustalić.

Miesiąc później przyszło pismo od ubezpieczyciela. Otóż, po interwencji prawnika znaleźli jakieś brakujące dokumenty, z których oczywiście wynika, że ubezpieczony był zdrowiuteńki, a zawał był nagły i nie do przewidzenia. Więc oni jednak biorą kredyt na siebie. Polecają się na przyszłość, jakby ktoś chciał kiedyś ubezpieczyć jakiś kredyt.

Wniosek? Nie dajcie się zrobić w balona. Ubezpieczyciel będzie szedł w zaparte do końca, bo nic go to nie kosztuje, a liczy na to, że nie pójdziecie do sądu, bo nie będzie was stać/nie będzie wam się chciało/nie będziecie wiedzieli. A doskonale wiedzą, że przed sądem nie mają szans i jak tylko zobaczą pieczątkę prawnika od razu "znajdują dokumenty".

ubezpieczenia

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 199 (211)

Komentarze

Momencik, trwa ładowanie komentarzy   ładowanie…