Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
zarchiwizowany
Tak à propos historii #71505...

Bardzo ważną częścią mojej działalności jest odbieranie telefonów - klienci bardzo często zamawiają moje usługi z powodu sytuacji awaryjnych i nie ma kiedy bawić się w maile czy spotkania. Oczywiście, wiem, że ludzi może wkurzać gdy ktoś rozmawia przez telefon, ale kurcze - czy gdybym rozmawiał z drugą osobą różniłoby się to czymś?
Jechałem tramwajem i rozmawiałem w klientem dość istotne szczegóły akcji która planował, a ponieważ miałem się tym zająć w trybie awaryjnego zastępstwa, nie było możliwości, żeby tą rozmowę przełożyć. Język branżowy ma to do siebie, że bywa czasem skomplikowany, więc i ciężej go zrozumieć, gdy szum ulicy i praca maszyny wchodzą nam w słowo - czasem trzeba coś powtórzyć głośniej. Rzecz jasna, krzyczeć nie wypada, bo raz, że miejsce publiczne, dwa, że do klienta.
Gdy już kończyłem, nagle odezwał się facet w średnim wieku, siedzący trzy siedzenia po przekątnej od mojego.
- Możesz, k...a, się zamknąć?
W pierwszej chwili nie zrozumiałem. Jakoś tak uwierzyć nie mogłem, że ktoś może tak mówić do obcych sobie ludzi.
- Słyszysz k....a?!
Twarz mojego poirytowanego, łysego z wyboru, współpasażera wskazywała, że łatwo nie będzie. Pożegnałem się szybko z klientem, krótko kreśląc mu sytuacje i zwróciłem się do uprzejmego inaczej.
- O co Panu chodzi?
- O to, że pier...lisz cały czas. Zamknij ryj. - zabawne, że moja rozmowa mu przeszkadzała, ale jego podniesiony, ponad Giewont, głos już nie.
- A wedle jakich zasad?
- Moich k...a.
Przy takiej sile argumentów można było tylko z grubej rury.
- Sam się zamknij, bo drzesz się na cały wagon. W tym momencie mam gdzieś Twoje widzimiesie.
- Jak Ty się nie zamkniesz, to ja Cię zamknę! - cóż było robić? Takiego zaproszenia nie da się zignorować.
- Wysiadam na następnym, chodź ze mną.
Pan jakby troszkę osiadł w sobie, ale zaciętej miny nie porzucił, choć już nic nie komentował. Gdy tramwaj stanął na przystanku i już miałem wysiadać, poczułem że ktoś mocno wypycha mnie z wagonu. Poleciałem do przodu, ale refleks zadziałał i udało mi się nie upaść. Gdy się odwróciłem za mną stał, jak się pewnie domyślacie, łysy szeryf.
- K...a! - ruszył do boju z starosłowiańskim okrzykiem na ustach.
Szarpaliśmy się przez chwilę nie wymieniając ciosów, ja trzymałem go za bluzę, on mnie za bezrękawnik. Pewnie do dziś byśmy się obściskiwali na przystanku Rondo, gdybym nie usłyszał dźwięku wyroku losu - trzasku pękających szwów.
"Cham mi ulubioną szmatę porwał!" - przemknęło mi przez myśl, zaskoczenie zastąpiła wtedy wściekłość.
- Nosz k...a mać kretynie! - huknąłem.
Nie wiem czy to ten okrzyk, czy chęć mordu w oczach, ale facet momentalnie spasował. Puścił moje ubranie, wysmyknął mi się z rąk metoda na piskorza i rzucił do ucieczki ignorując światła, pasy i samochody.
Całe nasze tytaniczne starcie trwało może z pół minuty, żadnych szkód, poza rozdartą kieszenią wewnętrzną, nie doznałem - tylko po jaką dżumę to było?

komunikacja_miejska

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 24 (64)

Komentarze

Momencik, trwa ładowanie komentarzy   ładowanie…