Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

#74783

(PW) ·
| Do ulubionych
Trafił mi się - niestety - wyjazd służbowy do Paryża. Dlaczego niestety? Hmmm.

Dwie firmy, z którymi mam częsty kontakt, mają siedziby w stolicy Francji. Po kilkunastu dyskusjach telefonicznych zgodnie postanowiliśmy, że dobrą opcją byłoby się w końcu spotkać na żywo. Gdzie jest chęć, jest i sposób. Tym sposobem był pociąg Eurostar z Londynu, gdzie na stałe mieszkam do Paryża (Gare du Nord). Wyjazd pierwszym pociągiem dnia o 5:40, powrót o 19 w ten sam dzień.

Nieludzka godzina wyjazdu wiązała się z pobudką o 4 rano, podróżą całkiem wygodnym pociągiem i zderzeniem z okrutną rzeczywistością w postaci jednego z najbardziej upalnych dni w roku, połączonym z tłumami w komunikacji miejskiej (poranny szczyt) i nowymi butami, które totalnie uprzykrzyły mi życie obcierając i palce, i pięty. Ale nic to, spotkania ważne, nie mam czasu się przejmować. Udało mi sie dojechać na pierwsze spotkanie na czas, potem z wywieszonym jęzorem popędzić na drugi koniec Paryża na spotkanie z drugą firmą, w przelocie kupując parę trampek, które i tak okazały się niewiele bardziej przyjazne dla moich obolałych stóp.

Drugie spotkanie skończyło się koło godziny 15, więc miałam kilka dobrych godzin na chociaż pobieżne rzucenie okiem na zabytki Paryża. No bo jak to, być w Paryżu i katedry Notre Dame nie zobaczyć. Stopy wytrzymają, nie są ze szkła. O jaka ja głupia byłam! Wytrzymałam niecałe dwie godziny zanim nogi i cała reszta człowieka odmówiły posłuszeństwa. Skwar i zmęczenie zrobiły swoje - zdecydowałam się pojechać na stację Gare du Nord wcześniej, aby w klimatyzowanym miejscu dojść do siebie. Tylko że na Gare du Nord nie ma ani klimy, ani miejsca - przynajmniej w części dla pasażerów pociągów Eurostar. „Poczekalnia” jest obleśnym kawałkiem przestrzeni z dwoma sklepikami i niewystarczającą ilością miejsc siedziących, gdzie panowała duchota i tłok. Cudem udało mi się znaleźć kawałek brudnej podłogi między walizkami, gdzie mogłam usiąść i przewegetować następną godzinę i pół.

Czekanie przedłużało się - najpiew padły komunikaty o opóźnieniu, a o 21:10 wszyscy pasażerowie zostali poinformowani, że z powodu pożaru trakcji pociągi zostały odwołane. Pasażerowie powinni „ewakuować się” ze stacji (tak było ogłoszone przez głośniki, ludzie prawie spanikowali, podejrzewająć atak terrorystyczny) i kontaktować się z Eurostarem przez infolinię w celu przebukowania biletów na inną datę. Na stacji zapanował chaos, ludzie głośno wyrażali swoje niezadowolenie podczas gdy ja na telefonie desperacko szukałam hotelu przy stacji. Udało się, szybka transakcja przez internet i 3 minuty piechotą od stacji czekało łóżko i łazienka, gdzie mogłam zmyć z siebie brud i zmęczenie z całego dnia. To znaczy, miało czekać. Gdy dotarłam na miejsce i pokazałam potwierdzenia z numerem rezerwacji i płatności pobranej z karty kredytowej, pan recepcjonista beztrosko stwierdził ze „nie mają wolnych pokoi, dużo ludzi przyszło”. Następną godzinę spędziłam na telefonie - próbując dodzwonic się na infolinię Eurostar i na infolinię Hotels.com gdzie rezerwowałam hotel. Zero sukcesu. Stwierdziłam "chrzanić to", kupiłam całkiem nowy bilet na pociąg na dzień następny i pogroziłam panu recepcjoniście policją, bo w końcu wzięli pieniądze (z karty) a odmówili wykonania usługi. W końcu pan recepcjonista zadzwonił do innego hotelu tej samej firmy, kazał im zaklepać dla mnie pokój i wyjaśnił jak tam mam dojechać metrem. Byłam już tak zmęczona że ledwo trzymałam się na nogach, więc bez protestów powlokłam sie pod podany adres.

Odważylibyście się zgadnąć, co czekało na mnie w drugim hotelu? Zgadza się, jeszcze bardziej nieprzyjemny recepcjonista, który ze złością oznajmił mi że oni nie mają wolnych pokojów i on nic mi na to nie poradzi. W odpowiedzi na jego zachowanie nie pozostało mi nic innego jak... rozpłakać się. Tak, stres całego dnia, zmęczenie, upał, obolałe stopy i absurd tej całej sytuacji po prostu mnie przerosły i zaczęłam cicho chlipać. Pan na moment spuścił trochę z tonu i kazał mi czekać, podczas gdy on przerzucał papiery i mamrotał do siebie pod nosem. Ja usiadłam w kącie recepcji, ocierając łzy przepoconą marynarką. Po chwili podeszła do mnie drobna Azjatka i nieśmiało zapytała czy nic mi nie jest. Porozmawiałyśmy chwilę, rozmowa pomogła mi ogarnąć trochę emocje. Okazało się że dziewczyna, zameldowana w hotelu jakieś pół godziny wcześniej, miała ten sam problem co ja - zapłaciła za pokój którego nie było w hotelu przy stacji i została przekierowana tutaj. Miała tyle szczęścia, że dostała ostatni wolny pokój, ale żeby nie było tak pięknie - pokój nie był posprzątany po poprzednich gościach i panował tam okropny bałagan.

Co działo się dalej? Problem zgłoszony został panu recepcjoniście, któremu totalnie popsuło to resztki humoru. Machając rękami, zaczął podnosić głos: on jest zajęty, tyle ludzi przyszło, jest późno (była już prawie północ) i jak on sobie ma z tym wszystkim poradzić - przecież on nie jest bogiem! W tym momencie straciłam cierpliwość - powiedziałam mu że tu nie trzeba boga żeby to ogarnąć - wystarczy robić co do niego należy - zająć się goścmi którzy zapłacili za usługę i skoro on tego nie potrafi, to chyba nie powinien tu pracować. W mało uprzejmych słowach poradziłam mu żeby sam posprzątał pokój mojej nowej znajomej, jeśli nie może się dodzwonić do nikogo z 'room service', a ja go mam gdzieś i jego, i jego hotel, i idę sobie szukać innego hotelu. Na szczęście po drugiej stronie ruchliwej ulicy między budynkami wciśnięty był niewielki hotelik, w którym recepcjonista okazał się bardziej pomocny. Widząc mój opłakany (dosłownie) stan, zaproponował mi ostatni dostępny pokój z którego w ostatniej chwili zrezygnowała jakaś para. Pokój nie miał klimatyzacji, był okropnie duszny i musiałam sobie sama przebrać poszewki na poduszkach bo wyglądały na używane (dostałam za to 10 euro rabatu) - ale dla mnie był idealny - miał łóżko i prysznic, a ja nie musiałam spać na ulicy.

Potem już było z górki - po kilku godzinach płytkiego, przerywanego snu (hałas z ulicy, niesamowita duchota w pokoju) wróciłam na Gare du Nord, przedarłam się przez tłumy ludzi próbujących dowiedzieć się kiedy mogą wyjechać z Paryża na biletach które poprzednio kupili ("może po południu, może wieczorem" - udało mi się podsłuchać) i dzieki biletowi który kupiłam poprzedniego wieczoru dostałam się na pokład pociągu. Dwie godziny później wysiadałam już na najpiękniejszej, najwspanialszej stacji London St. Pancrass International, obiecując sobie że nigdy w życiu już się do Paryża nie wybiorę.

I jeszcze epilog, który nieźle podniósł mi ciśnienie: po powrocie do Londynu wysłałam maila do Hotels.com, opisując całą sytuację i żądając zwortu pieniędzy, którego... mi odmówiono, bo hotel nie chciał dokonać zwrotu. Happy end jednak był - wystarczył telefon do Hotels.com, ponowne opisanie sytuacji i zszokowany pan po drugiej stronie słuchawki dokonał błyskawicznego przelewu całej sumy na moje konto.

Tym, którym nie chciało się czytać: Francuzi to penisy. Eurostar też.

Paryz

Skomentuj (28) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 358 (410)

Komentarze

Momencik, trwa ładowanie komentarzy   ładowanie…