Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Historia o pracy w pasmanterii, przypomniała mi perypetie z lumpeksu. Wrzucam co ciekawsze kwiatki.

1) Ciuchy, które albo już długo wisiały, albo po prostu były niemodne/miały jakąś skazę (niewielka plamka, pęknięcie na szwie, popękana aplikacja na t-shircie), wisiały wycenione na 2 zł na osobnym wieszaku. Przychodzi do kasy klientka i się pyta, a czy ta plamka zejdzie? (plama wielkości ok. 1 grosza na koszulce dziecięcej z modnym wówczas bohaterem disnejowskim). Odpowiedź zgodna z prawdą, a skąd sprzedawczyni ma to wiedzieć? Klientka na to:
- A jak wypiorę i nie zejdzie, to mi zwróci pani te 2 złote?
Zdziwienie niebotyczne, że zakupiony towar nie podlega reklamacji i zwrotowi.

2) Dzieci w wieku chodzącym i przedszkolnym. Co robiły matki w momencie wejścia do sklepu? Zamieniały się w zombie, zapominając o dzieciach. Niech więc Dawidek/Justysia/Brajanek lata se, gdzie chce, robi burdel na półce z materiałami, zasłonami etc., no i oczywiście ulubiona rozrywka nieletnich - wbieganie na zasłonę prowadzącą na zaplecze. Dzieciaki były stamtąd rugowane, matki od razu wywoływano i kazano pilnować potomstwa. Raz jeden bachor wleciał na zaplecze po raz trzeci podczas jednej wizyty. Akurat od strony zaplecza przy zasłonce stała ekspedientka z kawą dla siebie i dla drugiej sprzedawczyni, która siedziała na kasie. Gówniarz wpadł kobiecie na nogi, co skończyło się jego przewróceniem, a dla niej poparzeniem jednej z dłoni gorącą kawą. Matka dostała wilczy bilet, od tamtej pory osoby, które nie pilnowały dzieci, były wypraszane ze sklepu po drugim zwróceniu uwagi.

3) Matka dzieciom. Przychodziła z czworgiem dzieci i piątym w drodze, z a w s z e pół godziny przed zamknięciem sklepu, przypuszczała szturm na odzież dziecięcą, jak o 18 słyszała, że proszę opuścić sklep, bo zamykamy, to albo podnosiła lament, albo ignorowała uwagę i kopała dalej. Po drugim wezwaniu opuszczała sklep z ciężkim fochem, najczęściej nie kupiwszy nic. Jedyny jej plus to było to, że dziecię najstarsze pilnowało dziecinek młodszych. Jedynie po mamusi trza było ogarnąć, bo straszny kipisz w tych ciuszkach robiła.

4) Wózki dziecięce. Panie uwielbiały ładować się z tymi karocami pomiędzy stojaki, szczególnie w dni deszczowe. Przejście między wieszakami niezbyt szerokie, wózek mokry, koła brudne - po przejściu przy stojaku ze spodniami niektóre portki nadawały się tylko do prania. Do tego innym klientom ciężko przejść, jak drogę tarasuje wózek, a matka-Polka głucha na wszystko grzebie w koszu z gaciami. Kilka "obrotniejszych" pań ładowało ciuchy (jedna wpakowała pościel i dwie zasłony) do koszyka pod wózkiem. Cóż, wezwanie policji do matki z wózkiem to +200 punktów do zainteresowania na osiedlu. Kiedy wszedł nakaz, że wózki zostają przy drzwiach (wygospodarowano na początku sklepu miejsca w sam raz na dwa, nawet typowo wielkie landary) - niektóre mamusie podniosły bunt. Bezskutecznie.

5) Romowie. Uwierzcie, nawet nie wiecie, ile Romka może napchać pod spódnicę. Do tych nawet nie trzeba było wzywać patrolu, na magiczne słowo "policja" przestawały się wykłócać, że je się wyzywa od złodziei, rzucały fanty gdzie bądź i spie**alały. Zawsze w grupie, jak je się przyłapało na kradzieży, nigdy nie wracały do tego sklepu.

6) Towar. Temat rzeka. Ufajdane stringi, ufajdane body (kobiece, nie dziecięce), zarzygane body (tym razem dziecięce), buty chyba pamiętające czasy Henryka VIII (towar z Anglii), no i me ukochane szmaty z domów opieki/starców (bo to nawet ciuchami nie szło nazwać). Cuchnące moczem na kilometr. Po wyprasowaniu żelazkiem parowym, walące moczem na piętnaście kilometrów (od razu dodam, że sklep nie był mój, za jakość sprowadzanego towaru nie odpowiadałam).

Od tamtego czasu omijam szerokim łukiem lumpeksy, wszelakie stoiska z odzieżą używaną na rynkach i bazarkach, a nawet akcje typu "wietrzenie szafy".

lumpeks

Skomentuj (5) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 141 (163)

Komentarze

Momencik, trwa ładowanie komentarzy   ładowanie…