Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

#86632

~paniczniebojesieciemnosci ·
| Do ulubionych
Opowiem wam o tym, jak straciłam najlepszą przyjaciółkę, choć może tak naprawdę nigdy jej nie miałam.

Na trzecim roku studiów sytuacja w domu stała się nieznośna i postanowiłam się wyprowadzić od rodziców do pokoju na mieście. Budżet miałam niewielki więc stałam przed wyborem - żywić się makaronem z ketchupem albo mieszkać z jakimiś lumpami. Pomocną dłoń wyciągnęła do mnie moja wówczas jeszcze przyjaciółka, Aśka. Mieszkała ona w mieszkaniu rodziców, którzy kilka lat wcześniej wybudowali dom i wynieśli się na wieś. Aśkę znałam od liceum, studiowałyśmy ten sam kierunek i ogólnie były z nas takie papużki nierozłączki. Aśka zaoferowała odnajęcie pokoju w mieszkaniu po dość atrakcyjnej cenie, więc co mogło mi się lepszego trafić? Mieszkanie zadbane, duże no i mieszkałabym z najlepszą przyjaciółką. Wzięłam nie zastanawiając się dwa razy.

Na początku było super, tak trochę jak na wakacjach. Wspólne dojazdy na uczelnie, wieczorem piwko na balkonie, wspólne obiadki. Gdy się wprowadziłam spytałam Aśki, co mam sobie kupić - w sensie, czy mam załatwić sobie naczynia, garnki, sztućce, jakieś meble, pościel? Ależ skąd, wszystko jest, no chyba, że chcę. Chcieć może chciałam, ale portfel się buntował. No i pierwszy zgrzyt był właśnie z tym związany. Otóż miałam taką fanaberię i kupiłam wypasioną patelnię. Choćby dlatego, że jedyna patelnia jaką miała Aśka była mała i cała podrapana. Oczywiście, kupiłam ją do wspólnego użytku. Aśka strzeliła focha, bo co? Jej patelnia mi się nie podoba? Tłumaczenie, że kupiłam, bo na małej nie da rady gotować dla dwóch osób i dwa schabowe musiałam smażyć osobno było psu na budę. Foch i tyle.

Czynsz Aśka dostawała oczywiście do ręki. Jakoś tydzień przed kolejnym terminem zapłaty, Aśka zapytała czy nie mogłabym zapłacić nieco wcześniej, bo potrzebuje kasy na gwałt. Portfel ponownie się zbuntował, ale jęki Aśki nie dawały mi spokoju, więc ze świadomością, że jedzenia na tydzień mam, a wychodzić na miasto nie planowałam, zapłaciłam wcześniej, modląc się, aby wypłata dotarła bez poślizgów na konto.

Aśka tydzień później... upomniała się o czynsz! Dobrą chwilę trwała dyskusja o tym, że halo? Przecież zapłaciłam tydzień temu? Najpierw udawała amnezję, a gdy już dotarło do niej, że nic nie ugra uraczyła mnie tekstem:

"Ale za takie mieszkanie to też mogłabyś czasem dać coś więcej od siebie..."

W mieszkaniu zrobiło się już mniej miło. Starałam się jednak podtrzymywać dobrą atmosferę, gotowałam nam obiadki, robiłam jej kawę rano, dzieliłam się notatkami. Nie odwdzięczała się tym samym i trochę przykro mi było, gdy wracałam do domu po pracy o uczelni, a Aśka zajadała się obiadkiem od mamy, a gdy pytałam czy mogę się poczęstować odpowiadała, że w sumie chciała to mieć na 3 dni, więc nie.

Następnego dnia zamiast jeść maminy obiadek zżarła moje kotlety. Często miała też pretensje o to, że nie sprzątam. Brzmi logicznie, gdyby nie to, że chodziło jej o to, że nie sprzątam jej w pokoju i nie myję jej naczyń. Żeby nie było - jak myłam naczynia to myłam bez patrzenia czy to moje czy jej. Ale że od 3 dni nie jadłam w domu to nie wiem, dlaczego miałabym myć wyłącznie jej kubki, talerze i garnki.

Dorabiałam wtedy w piekarni i zdarzało się, że szłam do pracy na 6 rano. Raz pamiętam jak zdarzyła mi się zmiana od 6, potem uczelnia prawie do 20 i rano znowu praca na 6... Wróciłam skonana po 20 do domu, chciałam się tylko wykąpać i szybko pójść spać. Aśka zaprosiła tego dnia jakieś koleżanki, które od progu zapytały mnie chyba ironicznie, czy z nimi posiedzę. Powiedziałam dość głośno i wyraźnie:

"Dziękuję, ale idę jutro na 6 do pracy, więc wolę się położyć..."

W odpowiedzi dostałam chichoty i chyba nie muszę dodawać, że pół nocy budziły mnie śmiechy, wrzaski i trzaskanie drzwiami.

Apogeum piekielności nastąpiło, gdy wróciłam kiedyś styrana z pracy i zastałam Aśkę z rodzicami w kuchni. Lubiłam jej rodziców i myślałam, że oni lubią mnie. Zawołali mnie do kuchni jak niegrzeczne dziecko, bo jak to powiedzieli:

"Jest ważna sprawa".

Otóż okazało się, że naczynia, które Aśka miała w domu były nie byle jakie, tylko jakieś hiper drogie. Rodzice zauważyli, że brakuje jednego talerza. Zaczęli Aśkę o to męczyć, ale ona zrzuciła winę na mnie mówiąc, że ma wrażenie, że od jakiegoś czasu wynoszę jak rzeczy z mieszkania do moich rodziców. Niezłą musiałam mieć minę, gdy zaczęli mnie wypytywać, co i kiedy jeszcze wyniosłam. Tłumaczyłam, że nie wiem, o czym mowa, a oni dalej swoje:

"Wstydź się, dziewczyno, tak przyjaciół okradać, myśmy zawsze mówili Asieńce, że z tej znajomości z Tobą nic dobrego nie będzie".

Gdy wyszli spytałam Aśki, co to ma być? Dlaczego kłamie na mój temat. Odpowiedź zwaliła mnie z nóg:

"A bo to Ty to taka święta jesteś, biedulka sama na siebie zarabia, studiuje, same 5, ciągle tego musiałam słuchać od starych, a do mnie się o jakiś talerz przyczepili! A poza tym nie gadaj, bo wyniosłaś te ubrania wtedy, więc nie kłam!".

Tak, wyniosłam ubrania. Aśka spakowała wór całkiem ładnych, niezniszczonych rzeczy i chciała wyrzucić. Za jej zgodą zawiozłam worek do rodziców, żeby młodsza siostra coś sobie wybrała, bo zwyczajnie było mi szkoda wyrzucać ciuchy kupione ze dwa lata temu i prawie nienoszone.

Po tym wszystkim wyniosłam się od Aśki, najpierw z powrotem do rodziców, potem ogarnęłam sobie tani pokoik u miłej starszej Pani. Płaciłam podobny czynsz, a właścicielka nigdy nie oczekiwała, że będę myła jej gary, gotowała obiadki i ogólnie z obcą kobietą mieszkało mi się lepiej niż z "najlepszą przyjaciółką".

przyjaciółka

Skomentuj (26) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 245 (261)

Komentarze

Momencik, trwa ładowanie komentarzy   ładowanie…