Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

#86736

(PW) ·
| Do ulubionych
Z pracy w hurtowni spożywczej.

Zamykamy o konkretnej godzinie, dajmy na to 20:00.
Mamy godzinę na rozliczenie kasy i bardzo szybkie ogarnięcie hali.

Co również ważne dla historii z nadgodzinami u nas nie jest łatwo. Najpierw należy poprosić o zgodę menagera, dopiero wtedy można je zaplanować. Jeżeli więc zostaniemy po godzinach nasza strata, mamy się wyrobić.

Już samo to jest jak dla mnie piekielne, bo często nasi klienci mają głęboko w d... że jest zamknięte i dalej robią zakupy. Zwłaszcza jeden z nich nabrał wrednego zwyczaju przedłużania do maksimum naszych godzin pracy. Widać, że robi to złośliwie, szukając na siłę konfrontacji, sprawdzając nas, kto pierwszy straci cierpliwość.

Pół godziny przed zamknięciem wchodzi na halę, gdy zwracam mu uwagę, że za pół godziny zamykamy i proszę, żeby nie robił tego co zwykle, twierdzi, że on tylko po parę rzeczy. Do ostatniej minuty, czasem parę minut po robi zakupy. 4 pełne wózki. Nie takie sklepowe, zwyczajne wózki lecz takie płaskie, na które naprawdę da się nałożyć dużo towaru. A jeszcze trzeba skasować, przyjąć zapłatę...
No nic. Kasujemy.

Co robi nasz kochany klient w tym czasie?
Idzie dalej na zakupy z kolejnym wózkiem.
Zwracam mu uwagę, że koniec. Kasujemy to co jest i ma nigdzie nie leźć. Uśmiecha się tylko i twierdzi, że pójdzie tylko po jedną ostatnią rzecz... Bo zapomniał.
Wraca z wózkiem zapełnionym do połowy.
Jak tylko spuszczam go z oczu lezie dalej i przynosi kolejne rzeczy.
Ostatecznie nie mam szans się wyrobić.
Nawet jak rozliczę się szybko (a nabrałam w tym wprawy, wierzcie mi) To najczęściej jeszcze on się pakuje. A robi to takim ślimaczym tempem, że najczęściej z pracy wychodzę pół godziny po tym jak powinnam być w domu.
I nie jest to jednorazowa sytuacja. Ten scenariusz jest rozgrywany raz za razem, nic nie działa ani prośby ani groźby, ani wyrzuty, wjechanie na empatię, nic.

Jednak w końcu i ja nie wytrzymałam.
Któregoś razu gdy wszedł na halę poinformowałam go, że o 20 zamykam kasę, więc niech lepiej szybko ogarnie zakupy.
Uśmiechnął się tylko. Scenariusz zaczął się od nowa. Aż do godziny 20, a ta wybiła w trakcie kasowania.
Wszystko czego nie zdążyłam skasować odsunęłam na bok, podsumowałam kwotę i poprosiłam o pieniądze.
Z początku patrzył tylko na mnie jak na idiotkę, w końcu stwierdził, że to przecież jeszcze nie koniec.
Pokazałam tylko godzinę i przypomniałam, że ostrzegałam. I albo płaci za to co jest skasowane i zabiera towar albo anuluję całość zlecenia i idę się liczyć, mamy zamknięte zapraszam jutro.

Awantura była spora, ale ja byłam nieugięta.
Odgrażał się, prosił, wjeżdżał na empatię. (o ja biedny nie będę miał towaru dla klientów).

Finał całej sprawy był taki, że nagle okazało się, że można przyjechać szybciej na zakupy. Można szybciej się spakować. Można zrobić zakupy za jednym zamachem, zamiast ciągle coś donosić.
Ale tylko na mojej zmianie. Reszcie nadal gra na nerwach.

Kierownikowi, gdy o tym ze mną rozmawiał powiedziałam tylko, że gdybym miała zapłacone za te nadgodziny to nie miałabym problemu ale skoro polityka firmy jest taka, a nie inna to niech się nie dziwią, tylko coś zmienią, po czym temat umarł śmiercią naturalną.

Skomentuj (21) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 187 (197)

Komentarze

Momencik, trwa ładowanie komentarzy   ładowanie…