Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

#68647

(PW) ·
| Do ulubionych
Swego czasu pracowałem w „hotelu”. Czas opisać kilka historyjek dotyczących tego miejsca.

Właściciele obiektu to małżeństwo prowadzące przedsiębiorstwo wielobranżowe. Usługi sprzątające, ochrona osób i mienia oraz kilka restauracji, w tym punkt gastronomiczny działający w miejscowym aquaparku. Właściciele zapragnęli spróbować sił w hotelarstwie i w ten sposób powstał pensjonat przy jednej z restauracji. Jeżeli chodzi o standardy (przynajmniej te powierzchowne), złego słowa nie mogę powiedzieć. Piękna, stylizowana antykami i reprodukcjami obrazów restauracja, sala balowa, klub w części piwnicznej, no i pokoje najwyższa klasa. Obiekt znany na całe miasto. Cud, miód, orzeszki.

Szef uwielbiał miejsce nazywać hotelem, choć w rzeczywistości nim nie był. Trzydzieści pokoi to według jakichś przepisów zbyt mały obiekt, by wedle litery prawa tytułować go hotelem.
Ważne jest to, że recepcja wejściem łączyła się z restauracją i salą balową. Toalety i palarnia dla klientów restauracji również znajdowały się na terenie recepcji. Pracowałem na nocne zmiany.

No to lecimy:

Szkolenie
Umowę podpisałem na okres trzech miesięcy. Przeszedłem obowiązkowe szkolenie BHP, przyszedł czas na szkolenie z systemu hotelarskiego (nigdy wcześniej nie działałem w tej branży). Właściciel wysłał mnie do szefowej recepcjonistek na zmianę i ta miała mi wszystko wytłumaczyć. Wytłumaczyła, jak potrafiła, w międzyczasie wykonywała swoje obowiązki, w efekcie czego wielu rzeczy uczyłem się już podczas pracy metodą prób i błędów.

Wyposażenie
Na recepcji i w wielu innych miejscach brakowało sprzętu. Kiedy w innej restauracji brakowało np. krzeseł, to zabierano je od nas. Menadżer restauracji dość często zapomniał o tym powiadamiać.
Do uzupełnienia braków nikomu się nie spieszyło.

Zimno
Z jakiegoś powodu lada recepcji nie była z dołu zabudowana. Podłoga z marmuru, przesuwane drzwi naprzeciwko, za ladą długi korytarz do toalet i palarni. Palarnia podczas imprez okolicznościowych była otwarta, drzwiami co chwilę wchodzili/wychodzili ludzie. Była zima, w efekcie czego wiatr hulał po kostkach. Wspomniałem, że na recepcji bardzo długo nie włączano grzejników? Zimowe noce w tym miejscu były, no cóż… bardzo zimne.

Alarm
Restauracja w ciągu tygodnia zamykana była o godzinie 22. Kucharze i kelnerzy uciekali i koło 23 zostawałem na obiekcie sam.

Recepcja, trzy piętra pokoi, restauracja, sala balowa, parking, przestrzeń biurowa (siedziba szefostwa i przedsiębiorstwa wielobranżowego), wszystko pozostawione pod nadzorem jednej osoby, podłączone do jednego alarmu. Kiedy alarm się załączał, w ciągu czterech minut musiałem pozamykać drzwi, chwycić gaśnicę, polecieć na miejsce alarmu i w razie fałszywego sygnału wrócić do recepcji i go wyłączyć. Jeżeli się tego nie zrobiło, to… odpalała się cała dyskoteka. Alarm szedł do centrali ochrony, wysyłali patrol, jak fałszywa była pożarówka, to przy okazji leciały służby. Zgadnijcie, kto był odpowiedzialny?

Do tego wszystkiego na recepcji przez pół roku nie było napadówki (pilot, który wysyła do ochrony cichy alarm). Był za to pilot dezaktywujący alarm na parkingu. Musiałem wyjść na tył budynku, wyłączyć alarm i ręcznie otworzyć bramę. Problem był tylko jeden. Pilot nie bardzo łapał sygnał, jeden krok na zabezpieczony parking i dyskoteka znowu gra! Można też było wyjść frontem i ulicą podejść do bramy… zostawiając przy tym pustą, otwartą recepcję.

Jeszcze jedno. Korytarze przy pokojach gościnnych miały na ich końcach drzwi prowadzące do części biurowej. Otwarcie ich po zamknięciu biura uruchamiało dyskotekę. Problemem było to, że ludzie z biura wyjątkowo często zapominali ich zamknąć. Gościom zdarzało się je otworzyć.

Weekendy
Sala balowa podejmowała wszystkie typy imprez okolicznościowych: wystawy, konferencje, komunie, wesela, chrzciny, osiemnastki, no wszystko, czego dusza zapragnie. Obłożenie weekend w weekend. Jakoś się kręciło, czasami tylko osiemnastki narzygały w rogu szatni i zapomniały powiedzieć albo zdemolowały łazienkę. Standard. Gorzej mieli goście pokojowi. W każdy weekend było to samo. Ludzie z pierwszego i drugiego piętra przychodzili wściekli na recepcję o to, że nie da się zmrużyć oka. Zazwyczaj kończyło się na tym, że menadżer trochę wyciszał DJ-ów i spuszczał ludziom z ceny. Klientela z tych zamożniejszych często w trąbce miała te pięć dyszek.

Śniadania
Restauracja zaczynała o godzinie dwunastej. Śniadania zazwyczaj były o ósmej. O siódmej przychodziła jedna kucharka, a ja robiłem za kelnera. Dla mnie to nie było ujmą na honorze, ale gości trochę szkoda. Szefostwo postawiło na recepcji kilka stołów i najczęściej to właśnie tam były wydawane śniadania. Pusta restauracja tuż za drzwiami.

Rozwiązanie współpracy
Nie twierdzę, że byłem najwspanialszym pracownikiem na świecie. Zdarzyło się kilka sytuacji. Niektóre z mojej winy, inne ode mnie niezależne. Nie przedłużyli mi umowy. Mają do tego prawo. Szkoda tylko, że dowiedziałem się o tym przez telefon od kadrowej, która stwierdziła, że następnego dnia mam nie przychodzić. Od szefostwa ani dziękuję za współpracę, ani uścisku dłoni, ani be, ani me, ani pocałuj mnie w d**ę.

Konkluzja
Ludzie, którzy mają się za poważne osobistości, pokazują się na salonach, w telewizji i ogólnie uchodzą za śmietankę, powinni chyba trochę poważniej podchodzić do swoich klientów i pracowników. Tak myślę.

PS: Z tego miejsca pozdrawiam szefową recepcjonistów. Dziewczyna pracowała tam dobrych kilka lat, jej praca dość mocno wykraczała poza zakres obowiązków i zarabiała tyle, co ja – najniższą krajową.

"Hotel" na szlaku bursztynowym...

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 120 (204)

Komentarze

Momencik, trwa ładowanie komentarzy   ładowanie…