Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

#80562

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia sprzed lat nieomal dwudziestu - jak to stałem się narzędziem zgorszenia publicznego.

W ciągu dnia dość często zajmowałem się dwu- trzyletnią dziewczynką. Jej matka studiowała na studiach dziennych, ja miałem nienormowany czas pracy, często pracowałem w domu - jak dla mnie OK, nie ma problemu. Szczególnie, że żłobki państwowe w tamtych czasach to była naprawdę sodomia gomorią poganiana i do tego puszka z Pandorą (żeby zacytować jedno z byłych prezydentów).


Problemy zaczęły się, jak zaczęliśmy wychodzić na plac zabaw.
Oto moje piekielności:

Na plac zabaw ubierałem najczęściej Berenikę "na chłopaka" - bo jak siądzie w piaskownicy, albo będzie miała ochotę polepić coś z błota to chyba lepiej, jak ma na sobie dżinsowe ogrodniczki i takąż kurtkę. Do tego uważałem, że bandanka na głowie wygląda lepiej niż dzieckowa czapa. Berenika zadowolona, bo strój do zabawy.
Ale nie mamusie na placu zabaw. Czasy były takie, że byłem tam 25 dni na 30 w miesiącu jedynym mężczyzną.


Oto krótkie wyjątki z rozmów - nie pamiętam całości, to już tyle lat - to co mi się w głowę wbiło:

1) "Czemu ten chłopiec zaczepia moją córkę?"
"To nie jest chłopiec, proszę Pani."
"To jak ją Pan ubierasz, lesbijką zostanie, albo jeszcze gorzej!"

2) "Czemu Pana syn łazi po błocie?"
"Widać ma taką ochotę, i to nie jest mój syn."
"No dobra, wszystko jedno, Pana dziecko!"
"To nie jest moje dziecko."
"To czemu Pan z nim przyszedł?!"
"Bo się nią opiekuję."
"Olaboga, wyrodna matka, czasu dla dziecka nie ma!"
"No nie ma, studiuje."
"No to czemu tak po błocie łazi?"
"Tak jak mówiłem, widać ma ochotę"
Obraza majestatu (dobrze, że nie było jeszcze mody na pedofilię, choć i tak jedna matka Policję wezwała, ale o tym potem).

3) Berenika lubiła huśtać się na huśtawce. Ale tak im wyżej, tym lepiej. Wtedy pełnia szczęścia i radosne okrzyki. Więc po paru wizytach na placu zabaw, nauczony doświadczeniem, zabierałem ze sobą dwa długie szaliki. Wiązałem Berenikę w pasy jak kierowcę F1 - i jedziemy - od oporu do oporu!
Tu znów mamusie.
"Czemu Pan tak ją huśta" (już nauczyły się, ze to dziewczynka)
"Bo jak widać lubi."
"Ale mój synek też by tak chciał."
(synek z 50 kilo, mamusia niewiele więcej)
"A to proszę bardzo, druga huśtawka jest wolna."
"Ale my nie mamy szalików."
"Nie ma sprawy, pożyczę."
"Ale ja go nie rozbujam!"
"A to mogę pomóc, 5zł za 15 minut"
(w końcu co Berenika, to Berenika, ale na fizycznego na placu zabaw się nie najmowałem)
"Aż ty męski organie rozrodczy, synu kobiety lekkiej profesji, mojemu synkowi huśtawki nie rozbujasz?!"
"No teraz, to już na pewno nie."

4) Parę dni później, mamusie wystosowały do mnie zbiorowy protest - że mam tak Bereniki nie huśtać, bo ich dzieci też tak chcą.
Nie przejąłem się.

5) Przychodziła jedna z matek z jakimś odbiciem na punkcie antyseptyki. Nie, jej dziecko nie było chore, bo jak to opiekunowie w jednym parku zabaw ze sobą gadaliśmy.
"Ale tu wszystko takie brudne, jak ma się moja Różyczka tu bawić?"
Więc zawsze przychodziła ze świeżo wypranym kocykiem, i takimi barierkami, co wyglądają jak basen bez dna - i tam się jej latorośl mogła bawić, bez tych brudnych dzieciaków, piasku, albo i błota.
Az pewnego dnia dziecię wygrzebało sobie dziurę w kocyku i wydobyło spod niego psią kupę. Pełnia szczęścia i dziecię wysmarowane od góry do dołu.
Matka chyba zrozumiała i odpuściła, bo 3 dni potem Różyczka już siedziała w piaskownicy.

6) No i wisienka na torcie. Jak obiecałem. Przez to że po prostu lubię się dzieciakami zajmować i się nimi przejmuję - może dlatego, że byłem harcerzem, zuchmistrzem, instruktorem harcerskim - to jak widziałem, że się ewidentnie nudzą, a opiekunki wolą sobie na ławkach poplotkować - to wymyśliłem im zabawę w pociąg - to znaczy idzie to co najsłabiej jeszcze chodzi - a potem reszta w tym samym tempie i tym samym szlakiem. Generalnie świetna zabawa i dla dopiero co łażącego - bo idą za nim, i dla reszty, bo muszą iść jak mały dzieć.
I tu się zrobiła afera. Policja przyjechała. Więc koniec zabawy,
wyjaśniamy.


Pokazuję policjantom, że mieszkamy tu i tu, że opiekuję się dzieckiem koleżanki.
"A skąd mamy to wiedzieć?"
No więc ja, na pewniaka, bo Berenika nauczona od kiedy nauczyła się mówić - "Berenika gdzie mieszkasz?"
"Ul. xxx. nr zz".
Mówię do policjantów - "To podejdźmy, jakieś 100 metrów".
Tu muszę im oddać honor - żaden nie zaprotestował, nie ma co dzieciaka straszyć.
Podeszliśmy, otworzyłem drzwi, jeden pokój ewidentnie dzieckowy...
A na całe szczęście, parę miesięcy wcześniej był spis powszechny. I Berenika została zapisana jako "mieszkaniec gospodarstwa domowego" - jest na kwitku, dziękuję, do widzenia.
Potem panowie mieli przez to problem, ale to temat na inną historię.

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 144 (174)

Komentarze

Momencik, trwa ładowanie komentarzy   ładowanie…