Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

#82997

(PW) ·
| Do ulubionych
Od kilkunastu lat posiadam niedużego psa (poniżej kolana). W związku z tym doedukowałem się w zakresie behawioryzmu, żeby nam się lepiej żyło. Dzięki temu potrafię odczytać nastrój i zamiary również obcych psów i wiem, jak powinienem w danej sytuacji postąpić. Myślę, że dzięki temu uratowałem raz mojego pupila przed poważnym wypadkiem.

Parę lat temu wprowadziła się nowa sąsiadka z dużym psem rasy chart afgański. Uprzedzając fakty, nadmienię, że dziewczę było maści blond, inteligencji tudzież, a psa wychowywała metodą bezstresową (?). Tego wszystkiego dowiedziałem się dopiero później. Początkowo sprawiała wrażenie księżnej pani, a „dzień dobry” nie przechodziło jej przez gardło.

Siłą rzeczy czasami spotykaliśmy się na psim wybiegu (pole przy osiedlu), ale raczej z dużej odległości. Pewnego dnia mój pieseł już hasał po polu, kiedy od strony osiedla pojawił się samotny afgan w samej obroży. Zauważyłem u niego ochotę do polowania: aktywnie węszył jakiś trop, całe ciało napięte, maksymalnie skupiony na swoim zadaniu. Stopniowo zajął pozycję pomiędzy mną, a moim psem oddalonym o jakieś 30 metrów i zaczął go zaganiać do zakrzaczonego narożnika. Pieseł zorientował się w sytuacji i próbował wymanewrować przeciwnika, ale trudno jest na krótkich łapkach wyminąć dużego biegacza. Zorientowałem się, że może być spięcie. Ruszyłem szybkim krokiem w kierunku zwierzaków, a do paniusi krzyknąłem, żeby odwołała swego kudłacza. Nietrudno się domyślić, jak reaguje bezstresowo wychowany pies na komendę: nie reaguje.

Widząc, że muszę sam opanować sytuację, przyspieszyłem kroku. Afgan był całkowicie skupiony na uchwyceniu mojego psa i wreszcie dopiął swego. Rozpoczęła się walka, mój odgryzał się dzielnie. Byłem już kilka kroków od nich i w pierwszym odruchu miałem zamiar zasunąć bydlakowi potężnego kopa, ale w sandałach to ja bym pewnie mocniej odczuł. Wobec tego złapałem futrzaka oburącz za szyję, ścisnąłem i wykonałem nim rzut na ziemię. Nie zwalniając uchwytu przydusiłem żebra do ziemi kolanami.

Kwiknął, sapnął, próbował się odgryźć, ale nie miał za co mnie złapać, a uchwytu nie puszczałem. Po długiej chwili szamotania zorientował się, że został zdominowany i odpuścił. A może już tchu mu brakło?

Na to nadbiegła paniusia w szpileczkach i krzyczy z paniką w oczach:
- Co pan robi?! Proszę go puścić! Udusi mi pan psa!
- To niech pani nad nim zapanuje.
- On już będzie grzeczny. Już będzie się słuchał.
- Nie mam takiej pewności, a nie chcę być pogryziony. Nie puszczę, dopóki go pani nie zapnie na smycz i przytrzyma krótko.
- Ale to pana pies jest agresywny, a nie mój!
- Tak? Serio?

I tu spojrzałem na mojego pchlarza, wskazując go głową paniusi. Stał sobie spokojnie kilka metrów od nas i, dysząc, czekał na mnie cierpliwie. Tu już sąsiadce zabrakło argumentów, zapięła smycz i poszliśmy każdy w swoją stronę.

Mojemu psisku nic się nie stało. Zauważyłem, że po tej przygodzie nabrał większego zaufania do mnie. Przez chwilę rozważałem zgłoszenie zdarzenia do odpowiednich służb, ale doszedłem do wniosku, że oboje dostali solidną nauczkę na przyszłość.

Afgan od tamtej pory omijał nas bardzo szerokim łukiem, a sąsiadka sama z siebie pierwsza zaczęła mi mówić „dzień dobry”.

Skomentuj (23) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 145 (173)

Komentarze

Momencik, trwa ładowanie komentarzy   ładowanie…