Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

#85463

(PW) ·
| Do ulubionych
Będzie o bardzo dawnych czasach, ale z niejakim odniesieniem do współczesności. Ciemna noc stanu wojennego, rok 1982. Mieszkam na wsi na Mazurach i uczę w szkole. Przychodzi pisemko, tak zwany bilecik. Mam się drugiego września stawić do jednostki w celu odbycia dwunastomiesięcznej służby wojskowej. Tak, kiedyś po studiach trzeba było odpękać rok w kamaszach w Szkole Podchorążych Rezerwy (taka wylęgarnia potencjalnych oficerów) w odróżnieniu od tak zwanego plebsu, który miał do wyboru tylko dwa latka lub (w przypadku pecha) trzy w marwoju lub u pancerniaków. Naonczas miałem dwoje dzieci silnie małoletnich czyli 4 miesiące oraz rok i pięć miesięcy. Żona oczywiście nie pracowała (macierzyński, wychowawczy itp). Trzeba było działać.

Krok pierwszy: do woja trafiłem tuż po potężnym ataku kolki nerkowej, więc idziemy w zdrówko. Zgłoszenie u lekarza w jednostce, ten w karcie wpisuje na czerwono KRÓTKA DROGA (czyli do natychmiastowego zwolnienia) i skierowanie do szpitala wojskowego. Tam teksty: bo zrobimy urografię, a od tego można umrzeć, to niech podchorąży przyzna, że dodał krwi z palca do próbki moczu i po sprawie. Wychodzę ze szpitala z diagnozą: skrzywienie przegrody nosowej nieznacznie upośledzające czynność ustroju (ale możemy ją podchorążemu wyprostować), kategoria A1, czyli komandos. Dobre było w tym, że unitarkę (tupanie do przysięgi po placu apelowym) odpracowałem w szpitalu, a salowe donosiły nam śliwowicę.

Krok drugi: dzieci i żona bez środków do życia (aż tak źle nie było, ale i nie luksusowo). No i bingo. Wezwanie z Wojewódzkiego Sztabu Wojskowego, żeby wyjaśnić sprawę. Po jakimś czasie przez swoje wtyczki (każdy jakieś miał w PRL) informacja - decyzja o zwolnieniu wysłana na początku marca do jednostki macierzystej. Ja już cały happy, wolność tuż, tuż, ale to przecież wojsko i tak pięknie być nie może.

Codzienne wizyty u zblatowanego pisarza kompanii (niepozorna, ale szalenie ważna funkcja) nic nie dawały. Zwolnienie w końcu przyszło. Dziesiątego czerwca udało się kwitom pokonać 60 kilometrów od sztabu do jednostki.

Jako obywatel wyzwolony z kamaszów, czyli już nie podwładny, zapytałem przy piffie swojego byłego przełożonego, jak to było możliwe. Odpowiedź była taka: zwolnienie zwolnieniem, a podchorąży te dziesięć miesięcy z dwunastu odpękać musiał. Przepisu takiego nie ma, a raczej taki uzus, żeby podchorąży nie pomyślał, że wojsko to gó...

A jaki jest związek z codziennością? No cóż, to przecież nasza codzienność w kontaktach z urzędami. Niech sobie petent nie myśli, że może być górą. A nawet jak myśli, że jest, to nie jest.

I tyle.

Skomentuj (25) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 96 (152)

Komentarze

Momencik, trwa ładowanie komentarzy   ładowanie…