Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

jotem02

Zamieszcza historie od: 22 stycznia 2018 - 18:33
Ostatnio: 25 października 2020 - 19:54
O sobie:

Nauczyciel od 1979. Uprawnienia do matematyki, fizyki i angielskiego. Dwukrotnie, przez kilka lat, dyrektor szkoły polskiej poza granicami Polski (Budapeszt, Benghazi). Ukończony pierdyliard szkoleń i kursów. Prywatnie żonaty, dwóch synów, czwórka wnuków dzięki którym mam bieżący podgląd na publiczny system edukacji. Od wielu lat nauczyciel w szkołach STO.

  • Historii na głównej: 30 z 33
  • Punktów za historie: 4416
  • Komentarzy: 206
  • Punktów za komentarze: 1088
 
poczekalnia

#87308

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Pierwsze migawki libijskie trafiły na główną, drugie się kiszą w poczekalni, ale obiecałem odcinek o podróżach lotniczych, więc dotrzymuję słowa.
Wielokrotnie latałem przez te trzy lata na trasie Benghazi - Trypolis. Warunkiem wejścia na pokład była wklejka z okejką w bilecie (Internetu wtedy nie było). Skąd wziąć okejkę. Mnie wklejał znajomy dyrektor Libyan Airways w Benghazi, Ale inny znajomy (arab) miał calą furę tych wklejek - nie wiem skąd i znajomym użyczał. To nie koniec. Wejście na pokład nie oznaczało podróży. Jeśli w ostatniej chwili pojawiała się w pełnym samolocie wycieczka dwudziestu libijskich skautów, to dwudziestu białych wysiadało z samolotu. Biały, to kategoria niższa od Libijczyka. Dyskusji na ogół nie było.
Pewnego razu wracałem z Polski do Libii. Podróż koszmarna - samolot z Warszawy do Wiednia, potem na Maltę i potem 17 godzin promem do Trypolisu. No, ale mieszkałem w Benghazi. Miałem bilet open Tri-Ben. W samolocie z Wiednia poznałem kilku młodych Libijczyków wracających z Chin z tobołami jedwabiu. Ja się nimi zaopiekowałem, a potem oni zaopiekowali się mną. W Trypolisie podjechali ze mną do biura Libyan, gdzie okazało się, że nie ma okejek na loty do Benghazi (sezon pielgrzymek do Mekki). Ale oczywiście nie był to problem. Ich kumpel w Libyan usunął z komputera pasażera z okejką i na jego miejsce wpisał mnie. Na lotnisku słyszałem, jak jakiś facet się potwornie awanturuje. Pewnie to był ten pechowiec.
Lotnisko w Benghazi (jako mniejsze) było jednak bardziej cywilizowane niż wielkie lotnisko w Trypolisie. Regułą było sprzedawanie biletów (z okejkami) na loty krajowe z overbookingiem rzędu 300%. W efekcie po otwarciu malutkich drzwi prowadzących do hali check-in zaczynała się druga bitwa pod Wiedniem. Był tylko jeden sposób. Kiedyś leciałem z żoną i w tym tratującym się tłumie usłyszałem powtarzane przez wszystkich słowo "zouza". Skąd oni mogli o tym wiedzieć - pomyślałem - a poza tym moja żona jest całkiem fajna :) Chodziło o coś innego. Dotknięcie obcej kobiety mogło "skalać" co bardziej pobożnego Libijczyka, więc zaraz wokół nas zrobiła się pusta przestrzeń (a zouza, to żona). Niestety rzadko mogłem podróżować ze swoją lepszą połową, więc lekko nie było.
I tradycyjnie na koniec słodko-gorzka anegdotka. W czasie naszego pobytu odwiedzili nas (po potwornej biurokratycznej batalii, bo nie istniało pojęcie wizy turystycznej, czyli oparło się o MSZ i badaniach na HIV i gruźlicę) moi rodzice. Przylecieli LOT-em do Trypolisu i tak samo mieli wracać. Termin ich powrotu zbiegał się z zawieszeniem wszystkich lotów do/ i z Libii (taka sankcja ONZ). Znajomy z Libyan, który o tym wiedział zaprosił mnie do siebie do biura i powiedział:
- Yussuf, niech oni nie lecą tym lotem.
- Ale ja im jeszcze chciałem Cyrenę pokazać, a jak polecą wcześniejszym, to nie zdążę.
- To ja ich zawiozę i pokażę (250 km)
- Ale dlaczego?
- Bo wiesz, ma być na lotnisku w TRI spontaniczna manifestacja mieszkańców oburzonych sankcjami i ten samolot nie poleci (do odlotu był tydzień)
- To co robić?
- Ja im przebukuję bilety na Libyan i spokojnie polecą
I tak było. Samolot LOT-u nawet nie wystartował z Warszawy. Moi bliscy wrócili do Warszawy libijskimi liniami. Przy okazji ich bagaż zaginął w całości.

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 65 (83)

#87265

(PW) ·
| Do ulubionych
Tak, żeby się trochę odprężyć w tych ciężkich czasach trochę opowieści z arabskich 101 dni i nocy. Czyli Libia.
Jak kiedyś pisałem mieszkałem w tym (kiedyś pięknym) kraju przez trzy lata. Więc kilka migawek:

Środek dnia, centrum miasta. Idę sobie po hobzę, czyli chlebek do sklepiku na rogu i widzę taki obrazek: tata rodziny przelewa płynny gaz z dużej butli do mniejszej. Nad tym wszystkim mgła, bo skrapla się para wodna w powietrzu przy niskiej temperaturze. Wszystko obserwuje liczny tłumek progenitury również pochylony na butlą i tatusiem. Tatuś w trakcie przelewu żwawo pali papieroska. Że to wtedy nie pierdyknęło to cud boski. A ta duża butla to było 15 kg propanu pod ciśnieniem.

Trzypasmowa główna ulica Benghazi czyli Abd El Naser Street w godzinach szczytu. Ruch jak jasny piernik. Pod prąd pomyka na deskorolce tak na oko dwunastolatek. Kierowcy hamują i pobłażliwie się śmieją. Toż to tylko dzieciak.

Na rondzie ja, jak pan Bóg przykazał skręcam w prawo. Jadący za mną gość skręca w lewo. Czemu? Bo tak ma bliżej do zjazdu (90 stopni zamiast 270).

Autostrada. Gość wali pod prąd szybciej niż stówą. Czemu? Bo ma w ten sposób bliżej do zjazdu do swojego domku.

Też dwupasmówka. Jadą dwie furgonetki obok siebie, prędkość koło stówy (myśmy na nie mówili szara śmierć). Kierowca jednej podaje pasażerowi drugiej zapalonego papierosa. No, nie miał co biedaczek zapalić.

Widok z mojego balkonu na czwartym piętrze. Z Naser Street czasowy zakaz skrętu w prawo w kierunku hotelu Tibesti (podobno miał tam być Kaddafi). Stoi i pilnuje policja. Nagle wypasiony Merc jednak skręca z piskiem paska klinowego. Policjant mógłby odpalić z kałasza (po to tam stoi), ale zamiast tego łapie spory kamień i rzuca. I co najlepsze, trafia - totalna demolka świateł z jednej strony. Sprawiedliwości stało się zadość.

Muszę się dostać do Polski, a jest embargo na loty Libia/świat spowodowane zamachem na dyskotekę w Berlinie (albo Lockerbie - już nie pamiętam). Więc prom z Tripoli na Maltę, a dalej Warszawa via Wiedeń. Prom całkiem fajny i, co ważne, z polskimi kelnerkami. To znaczy staff kuchenny był silnie międzynarodowy, ale mój i sąsiedni stolik obsługiwały Polki. Z naszą kelnerką pożartowałem. Obśmialiśmy się jak norki i wtedy Arab z sąsiedniego stolika postanowił być macho i złapał panienkę jednocześnie za biust i za pupę. Nie, nie było żadnego plaskacza. Był tak solidny prosty na punkt, że gość zaliczył zgon druzgocąc po drodze nieco zastawy. Przy następnym posiłku jakoś się nie objawił, ale nasza kelnerka była na posterunku.

I ostatnia historyjka, już nie tak śmieszna. Kilka domów dalej był duży kompleks należący do Tajnej Służby Bezpieczeństwa (Muchabarat). Libijczycy przechodząc obok bledli. W nocy słychać było nad ranem strzały - podobno tak kończyli ci, którzy już wszystko powiedzieli. Pewnego razu zawitał tam polski konsul. Na bramce powitał go libijski kapitan i zapytał nienaganną polszczyzną: "czy pan wie, że po przejściu przez te drzwi pańska legitymacja dyplomatyczna traci ważność?" Konsul podał tyły.
Więcej historyjek na życzenie.

Skomentuj (21) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 128 (140)
poczekalnia

#87268

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Migawki z Libii spotkały się z bardzo życzliwym przyjęciem (dzięki), więc ciągniemy temat:
Przy rodzinnym wyjeździe przysługiwało mi tak zwane mienie przesiedlenia. Spakowałem podstawowe książki, garnki, lampki, sztućce, odzież i co tam jeszcze w 32 kartony i postanowiłem wysłać Lotem Cargo do Benghazi. Sympatyczna pani w Locie wybiła mi to z głowy. Wie pan, do Trypolisu latamy, ale co będzie potem, to nie wiemy. Są tacy, co dawno skończyli kilkuletni kontrakt, a cargo nadal nie pokonało tej trasy. Czyli OK. Niech leci do Tripoli, a ja sobie tam odbiorę.
Jest info, że Lot dostarczył pakunki do Trypolisu. Poranny lot z Benghazi z normalnymi problemami (o czym poniżej), furgonetka i sekretarz ambasady jako obstawa. Biuro to duże pomieszczenie z wejściem na jednej ścianie i pierdyliardem okienek na trzech pozostałych. Pierwsze okienko: dokumenty, manifest cargo, lista poświadczona przez wszystkich świętych, paszporty i inne pierdoły. Przeszło. Dostajemy niebieski papierek z pieczątką i przechodzimy do okienka numer dwa. Tam po kontroli papierologii dostajemy różowy papierek z pieczątką i przechodzimy do okienka numer trzy. I tak przez pół dnia od okienka do okienka zbieramy papierki z przerwami na urzędniczą kawę, modlitwę i coś tam jeszcze. Po kilku godzinach dysponując całą garścią kolorowych papierków docieramy do ostatniego okienka. Nieco niechlujny urzędnik bez czytania wyrzuca wszystko do kosza i daje nam mały zielony papierek z wielką pieczątką. Alleluja. Odbieramy pakunki. Jakiś polski pojazd dowiezie to do szkoły w Benghazi (1200km). I już mamy garnki, majtki i książki.
Wracamy z Libii. Tym razem ruchomości są zgrabnie spakowane w trzy drewniane cargoboxy, bo transport morski. Informacja z portu w Gdyni, że dotarło. Furgonetka od kumpla i jedziemy. Oczywiście komisyjne otwarcie w obecności celnikówi pytanie: gdzie manifest zawartości? No nie wiem. Może w polskim MSZ, może w libijskim, może u przewoźnika. Groźne: będziemy clić. Moja reakcja - obok stoi widlak, to zrzućcie to całe badziewie to kanału, bo wraca, to co wyjechało. Ale ja tu widzę trzy nowe patelnie marki Tefal. To zrzućcie do kanału tylko te patelnie. Po dwóch godzinach przepychanek decyzja. Bierz pan to, ładuj i sp..... Ufff.
Więcej ciekawostek jak zwykle, na życzenie
Niestety nie zmieściły się historyjki o podróżach lotniczy po Libii. Będą w następnym odcinku.

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 55 (71)

#87204

(PW) ·
| Do ulubionych
Nauczyciele, nauczyciele i ich metody - temat rzeka.

Jak wiadomo sam jestem nauczycielem i to od wielu lat, ale kwiatki przedstawicieli mojego zawodu mrożą mi krew w żyłach.
Znajoma nauczycielka i jednocześnie mama ósmoklasisty powiedziała mi, że pani od matematyki nie uznaje sposobów rozwiązań innych niż sama pokazała.

Nosz (ladacznica mi się ciśnie na usta)! To my w ten sposób kształcimy innowacyjnych i kreatywnych Polaków? Schemat, schemat, schemat. Może pani nie potrafi dokonać ewaluacji innego rozwiązania, niż tego, którego nauczyła się trzydzieści lat temu. Może pora się dokształcić? A jak uczeń trafi na zadanie nieschematyczne to d... Bo po prostu odzwyczajono go od myślenia.

Kochani! To jest dobre w fabryce śrubek, a szkoła wszak fabryką śrubek nie jest! My mamy uczyć myślenia i poszukiwania własnych dróg. Dwa dni temu na zajęciach z dowodzenia różnych własności (tak, takie prowadzę w ramach normalnych zajęć) uczeń wykoncypował sposób, na który ja bym chyba nigdy nie wpadł. Uściski, oklaski i szósteczka. Ale dla niektórych "pedagogów" to za dużo roboty.

Prace domowe. Mam wnuczka w szkole podstawowej. Łupią działania na ułamkach od marca zeszłego roku. No, cóż. Liczy całkiem sprawnie, więc niby OK. Ale zapodałem trzy zadania tekstowe. I znowu sempiterna. Leży czytanie ze zrozumieniem, umiejętność wyłuskania danych i ich analizy, ustalenie sposobu rozwiązania. Ale 40, czy 50 przykładów do rozwiązania w ramach pracy domowej to normalność.

Oczywiście zadawane prace nie są nigdy sprawdzane, ani ilościowo, ani jakościowo. Takie zadawanie dla zadawania. Ja prac domowych prawie nie zadaję - po prostu nie odczuwam takiej potrzeby. Zdarza się, że coś do zrobienia jest. Ale z tygodniowym terminem i trzeba dobrze ruszyć głową, żeby rozwiązanie znaleźć. Że uczniowie się będą konsultować ze sobą? No pewnie i mamy pracę grupową. Czy będą od siebie ściągać? Być może, ale każdy musi być gotów na na wyjaśnienie problemu przy tablicy. Jedynki w razie czego nie postawię - wstyd gryzie o wiele boleśniej.

I wisienka na torcie. Praca w szkole społecznej oznacza nadzór ze strony Rady Rodziców. Ale jak usłyszałem, że absolwent szkoły jest jej produktem (jak pakiet ubezpieczeniowy, czy komplet garnków w promocji), to ręce mi opadły jak witki. Korpo radośnie wkracza do szkoły.

Zaraz pojawią się targety, asapy i owocowe czwartki. Ludzie! Szkoła od korpo trochę się różni. My nie wypuszczamy produktów, śrubek i targetów.

My żegnamy absolwentów - ludzi, którzy są tacy, jakimi ukształtowała ich nasza wieloletnia praca, Ufff.

Skomentuj (50) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 182 (206)

#87252

(PW) ·
| Do ulubionych
Dziś mamy piątek, jutro, czyli w sobotę, rząd ma się wyartykułować w kwestii formy edukacji w warunkach pandemii.

Mniej więcej z przecieków wiadomo jak to będzie wyglądało: najpierw na zdalne studenci, potem szkoły średnie, a na końcu starsze klasy podstawówek.
Dlaczego starsze tylko? no, jest jasne, że zdalnie malucha pisać się nie da nauczyć. Co prawda maluszki uwielbiają zdalne (moja synowa prowadzi pierwszą klasę), ale pewnych rzeczy przeskoczyć się nie da. Poza tym, zwyczajnie nie ma pieniędzy w budżecie na zasiłki dla rodziców najmłodszych. Cała kasa została już dawno rozpieprzona na inne, niezbędne (rzekomo) wydatki.

A teraz system edukacji zderzy się ze ścianą. Z jednej strony kupa czasu (z przewagą kupy) została przez MEN zmarnotrawiona na w sumie, nie wiadomo co.
Po pierwszym lockdownie było wiadomo, że lepiej nie będzie, a politycy grali w kulki i podgryzali z wzajemnością zadki potencjalnych wrogów w walce o lukratywne stołki.

W tym czasie można było spokojnie ustanowić jedną obowiązującą platformę nauczania zdalnego (Teams, Google Classroom), wykupić w razie potrzeby stosowne licencje dla nauczycieli (tablica Idroo w użytkowaniu komercyjnym) i generalnie sprowadzić nauczanie do zdalnego, na poziomie ogólnopolskim.

Oczywiście obejmuje to doposażenie szkół w środki techniczne - laptopy (również do wypożyczenia przez uczniów), kamery, mikrofony i co tam jeszcze. A, i przeszkolenie nauczycieli w kwestii używania tego wszystkiego w ramach nauczania zdalnego. Czy cokolwiek zrobiono? Śmiem twierdzić, że wątpię. Buldogi gryzły się pod dywanem, Pan (były, czy nadal obecny ) minister uśmiechał się do kamer, a lawina stopniowo narastała w końcu spaść musiała.

Teraz będzie bardzo ciężko. Nie tylko ze względu na "po pierwsze nie mamy armat". Armaty, o ile samorząd jest obrotny jakoś się znajdą. Czy znajdzie się również wystarczająca liczba kanonierów? Nie jest dla nikogo tajemnicą, że w tym zawodzie funkcjonują liczni przedstawiciele totalnego betonu, rodem nie z komuny, a wręcz z państwa pruskiego.

Oni nie będą się szkolić, oni nie będą nawet starać się ogarniać, oni nie wejdą na YT, żeby obejrzeć samouczek o pracy na platformie. Nie, bo nie. Nie, bo im się należy. Oni skończyli studia za wczesnego Gierka i to im wystarcza. Oni by chcieli nadal zadawać po pierdyliard zadań do domu (bez sprawdzenia czy zostały poprawnie wykonane).

A teraz się nie da. Trzeba będzie dać coś od siebie, a do tego zetlałe notatki sprzed dwudziestu lat mogą być mało przydatne. A prace zadawane zdalnie, niestety sprawdzać trzeba, bo w sieci nic nie ginie.

No, i tak. Z jednej strony totalna indolencja rządzących. Z drugiej strony bezwładność środowiska nauczycielskiego i jego legendarna konserwatywność. A pomiędzy tymi ścianami stoi mały Jasio, którego wszyscy mają głęboko w sempiternie. Będzie ciekawie. I strasznie jednocześnie.

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 174 (190)

#86906

(PW) ·
| Do ulubionych
Nosz, nóż mi się w kieszeni otwiera. Mamy środek wakacji, szkoły były zamknięte od marca, bo covid.

Pan minister twierdzi, że od września wszystko normalnie, dzieciaki wracają do szkół, a odpowiedzialność za ewentualne nauczanie online ponosi dyrektor szkoły.

Tylko przypominam: zamykaliśmy placówki przy dziennych zachorowaniach poniżej setki, teraz mamy pomiędzy 400 a 500 (wiem, wiem - wesela, pogrzeby, górnicy) i mamy wracać do face to face. Rozumiem, że rodzice mają po dziurki w nosie online, bo ubogi sprzęt w domu, a i wiele szkół olało online ograniczając się do prac domowych na Librusie.

To może trzeba było wykorzystać wakacje na stworzenie platformy edukacyjnej z prawdziwego zdarzenia i przeszkolenie nauczycieli? Podobno MEN miał przeszkolić trzydzieści tysięcy pedagogów w okresie wakacyjnym.

Podobno od kilku lat tworzy się za ciężką kasę platforma do nauczania online z podatków obywateli. I co? I gucio! Miał zostać zabezpieczony sprzęt i oprogramowanie dla potrzebujących. I co? I gucio.

Ważniejsze są plotki o ewentualnym połączeniu MEN z Ministerstwem Nauki i roszady personalne (a nikt się za darmo nie da od stołka odspawać).

Obawy rodziców i nauczycieli? Rzuci się jakiś ochłap informacji, a ciemny lud wszystko kupi.

Ja mam na to w pleckach. Jestem od lat na emeryturze i powiedziałem dyrekcji, że w sytuacji pandemicznej i bez szczepionki ryzykował nie będę. Mam swoje lata i niepotrzebny mi nekrolog "do ostatniego dzwonka na posterunku".

W mojej szkole zresztą online funkcjonowało już następnego dnia po zamknięciu placówek, tak pracować mogę aż do zgonu swojego, lub swoich podopiecznych. Ale ile szkół takich możliwości nie ma?

Bardzo współczuję rodzicom i nauczycielom, ale to, co się dzieje to państwo z dykty i styropianu napędzane politykierską nowomową.

I jeszcze drobiazg. Na jesieni, jak zwykle zaczną się przeziębienia i grypki. Skąd, do cholery, dyrektor ma wiedzieć, czy to covid nawiedził szkołę, czy nieszkodliwy (pozornie) wirus grypy.

Oj będzie się działo. Ale beze mnie. Pozdrawiam.

Skomentuj (44) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 162 (212)

#86694

(PW) ·
| Do ulubionych
Rozmawiamy o piekielnych ludziach i sytuacjach, a więc dawno dawno temu w Libii. Pomykałem po tym pięknym kraju oszołamiającą limuzyną F125p (mój poprzednik maluchem) i przy końcu kontraktu przyszło mi się rozstać ze swoją ukochaną taczką. Klient na autko się znalazł bardzo szybko - znajomy Maltańczyk postanowił wyrobem samochodopodobnym obdarować znajomą polską pielęgniarkę. Pomijam stan autka po trzech latach pod moim kierownictwem, a wcześniej posiadaczem był polski ortopeda, który też fury nie oszczędzał. To nie jest istotne.

Istotny był fakt, że transakcję, aby była w pełni legalna, należało zawrzeć na tzw Traffic Police. Udaliśmy się tam razem wyposażeni w odpowiednie dokumenty, czyli prawa jazdy, książkę wozu (kutaib) i oczywiście paszporty i libijskie dowody osobiste. Przyjął nas staruszkowaty urzędnik w brudnawej dżellabie i obowiązkowej mycce na głowie. Początek był obiecujący. Pan odebrał od nas dokumenty, pochrząkał i wyjął bardzo długi formularz. Dane personalne i dane autka przeszły bez problemu (a mogło być różnie, bo mandaty idą na konto pojazdu, a nikt nie wie komu co przydzielono. Podobno rekordzista miał prawie 2000USD zapisane na konto). I teraz pan urzędnik zaczął wypełniać formularz. U mnie poszło szybko: dane personalne, numer wizy (dyplomatyczna, więc problemu nie było), dane samochodu. Przyszła kolej na Maltańczyka. Dane osobowe, numer paszportu, numer wizy... I tu sprawa się rypła.

Malta i Libia miały wówczas umowę o ruchu bezwizowym, więc nie było w paszporcie wizy i tym bardziej jej numeru. Formularz (nie komputerowy, tylko odręczny) takie pole niestety posiadał i zaczął się dyskurs typu: wiem, że obywatele Malty nie potrzebują wizy do Libii, ale jaki jest jej numer. Po godzinie zgadzania się, że wiza jest zbędna, ale jej numer jest niezbędny daliśmy za wygraną. Zaraz za ogrodzeniem w przyczepach kampingowych urzędowali notariusze. Jeden z nich za skromną opłatą sporządził umowę użyczenia (czy jak to się tam nazywało) i wydawało się, że sprawa jest załatwiona. Niestety, po paru miesiącach Maltańczyk przysłał mi dramatyczny list, że nigdzie nie może pojechać, bo autko ma polskie, słuzbowe, numery dyplomatyczne i na każdej blokadzie jest zatrzymywany i musi się tłumaczyć. NB przy takich numerach wyjazd na ponad 50 km od miejsca zamieszkania musiał być notyfikowany w libijskim MSZ. Już w Polsce pojechałem do ambasady Libii i dowiedziałem się, że bez mojej obecności na miejscu sprawy odkręcić się nie da. Niestety, koszt takiej wycieczki bez gwarancji załatwienia czegokolwiek byłby kilkakrotnie wyższy od ceny kanciaka.

Ciekaw jestem jak długo po Cyrenajce pomykał samochód na dyplomatycznych numerach ze śniadym Maltańczykiem za kółkiem i blond dziewoją obok.

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 91 (115)

#86654

(PW) ·
| Do ulubionych
Pandemia pandemią, ale...
Jak wiadomo jestem belfrem (i to sędziwym dość - ponad 40 lat stażu) i nie poczuwam się do fałszywie pojmowanej solidarności zawodowej. Większość nauczycieli walcząc zębami i pazurami ukonstytuowała zajęcia online, po nocach oglądając szkolenia, śledząc webinary i desperacko szukając pomocy na YT.

Ja mam dobrze, moja szkoła od początku pracuje na GC, mamy normalne lekcje online, klasówki też się zdarzają i wszystko gra. Na korkach głównie pracuję online i to też działa. Ale to, czego dowiaduję się od swoich uczniów to istny horror.

Klasa z rozszerzoną matematyką w liceum. Nauczania online zero. Pani wysyła tematy z podręcznika (NOWE) i zadania do zrobienia. Tak, niejako przy okazji, informuje, że przez tydzień nie będzie nowości, bo jedzie sobie w góry. To za co tej pani płacą? Za jednego maila dziennie? To uczniowie mają sobie w ramach samokształcenia ogarnąć nowe i często skomplikowane zagadnienia. To po co szkoła, niech się sami uczą. Nie płacić zatem - czysta oszczędność.

Kanały dostępu. Nauczyciel ma sześć klas po 30 uczniów, a tu trzeba wystawić oceny (na podstawie czego?). Jeśli działa na Librusie, to czeka go ponad setka maili, które trzeba odebrać i na które trzeba odpowiedzieć. Gdyby było online, to wszystko dałoby się wyjaśnić w parę minut.
Dziwne przekonanie, że realizacja podstawy programowej zakończyła się w marcu, a ponieważ nie ma zajęć online, to cały czas miętolimy to samo. Mój wnuczek od marca robi wyłącznie działania na ułamkach zwykłych i dziesiętnych i już tym wręcz rzyga. Dziadkowie (matematycy) sami pchają program do przodu.

Niespójność zajęć. Fizyka jest na Teams, biologia na Messegerze, chemia na GC, a matematyka na Zoomie. Są nawet samobójcy pracujący na Discordzie z hejtem w czasie zajęć. Kto to jest w stanie ogarnąć? A jeszcze komputer się krzaczy, połączenie się zrywa, prąd wysiada i pada router...

To, że jeszcze jakakolwiek edukacja działa, to zasługa zapaleńców, a kupa nauczycieli traktuje pandemię jak wakacje i ma wszystko głęboko w sempiternie, Pan minister pręży pierś pod ordery i coś bąka o nauczaniu zdalnym od września. Może być cienko...

Skomentuj (33) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 172 (182)

#86511

(PW) ·
| Do ulubionych
Takie trzy obrazki.

Lata osiemdziesiąte ubiegłego wieku. Mknę z rodziną z Augustowa do Warszawy Syreną 105 Lux. Wieczór, więc jak to późną jesienią ciemnawo, nad asfaltem lekka mgiełka. Na liczniku 95. Z tyłu dwójka małoletnich silnie, prowadzi koleżanka małżonka, a ja sobie przysypiam. Nagle wrzask hamulców (taki był efekt pełnego hamowania w skarpecie), straszny ból kolana, którym pieprznąłem o coś tam, gwałtowny poślizg i zmaza faceta tuż przed zderzakiem. Ja nie mogłem, przez kolano wysiąść, a facet narąbany jak fretka tłumaczy żonie " bo ja sobie tak szedłem boczkiem, boczkiem". A to był środek drogi. Żona po tym incydencie niechętnie prowadziła przez czas dłuższy.

Obrazek drugi. Późne lata dziewięćdziesiąte. Też pomykam tak zwaną beczką (W123) od strony Wizny do Osowca. Niskie słońce w oczy, więc na liczniku 50. Nagle po wyjściu z zakrętu coś mi mignęło na drodze. Na wszelki wypadek po hamulcach. I dobrze, bo na asfalcie leżał gość dosłownie zespolony z rowerem. Myślałem, że może jakiś, nie daj Boże, udar albo zawał, ale gościu mógłby samym swoim oddechem obsłużyć sporą elektrownię. Czyli gościa wraz z rowerem na pobocze i dalej jazda. A gdybym jechał dychę szybciej, albo rozmawiał w tym momencie z żoną?

Nie tak dawno temu. Jedziemy spokojnie mietkiem, ale innym, autostradą. Wieczór, więc ciemno, a i pogoda trochę deszczowa. Trzeba trzymać bezpieczny odstęp - dla mnie to około 200 m przy stówie na zegarze. Nagle ktoś mnie wyprzedza i wbija się w kufer samochodu jadącego przede mną, który hamował awaryjnie. Czemu? Bo narąbany pieszy postanowił przejść się autostradą (środkowym pasem!).

Trzy obrazki. Czas mija, a nic się nie zmienia.

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 169 (185)

#86453

(PW) ·
| Do ulubionych
Teraz będzie wyjątkowo nie o szkole, ale o tym, co wszyscy właściciele domków ostatnio polubili i też by chcieli mieć. Instalacje FV. Czyli mówiąc po polsku fotowoltaika zmniejszająca wydajnie rachunki za prąd.

Nam się też taka zamarzyła. Cały budynek zasilany prądem (ogrzewanie też), trzy bojlery, dwie płyty indukcyjne, dwie pralki, suszarka i mnóstwo innych pierdołek prądożernych. Rachunki w zimie 1800 miesięcznie, w lecie 1000. Trzeba było coś zrobić.
Najpierw oczywiście kwerenda w sieci, symulowane wydajności i ceny, liczne telefony. Padło na dużą i ogólnopolską firmę o nazwie na C.

Agent (?) przybył tuż przed zmierzchem, dach obejrzał pobieżnie i wyciągnął papiery. Oczywiście cud, miód i orzeszki. Będzie kosztowało 50K plus (duża instalacja, czyli 10 kW pik). Same markowe panele, markowy falownik i, co najważniejsze, jeśli już podpiszemy umowę, to rabat i gwarancja na wszystko 25 lat. Gość był bardzo dobry w swoje klocki, a ja z racji może wieku nie bardzo odporny na agresywny marketing. Podpisałem umowę, przy gościu zrobiłem przelew, ale tknięty palcem przeznaczenia dopisałem do umowy, że jeżeli mi nie wygeneruje 9 MWh w ciągu roku, to zwracają kasę, zabierają zabawki i rozstajemy się z godnością.

Po kilku dniach zapukał kurier z ładunkiem ponad 700 kg do rozładowania (panele, kable, falownik). Ja 60+ wraz z nim wrzuciliśmy to całe badziewie do garażu, po czym nie mogłem się wyprostować przez trzy dni.

Nadeszła pora montażu. Panele do dachu (dachówka bitumiczna) montowane są na aluminiowych mostkach, które trzeba jakoś w tymże dachu zakotwić. No i zonk. Bo my nie wiemy gdzie są krokwie, trzeba zamówić specjalne śruby....
To make the long story short. Z montażu nic nie wyszło. Panowie zabrali swoje zabawki, po panele przyjechał kolejny kurier z pomocnicą w ciąży (!) i znowu trzeba było dźwigać. Kasa, po rozwiązaniu umowy wróciła na konto i wszystko byłoby zrozumiałe, gdyby nie tekścik, który podsłuchałem: "to nigdy nie da 9MWh, powiedzcie, że się nie da położyć paneli".

No cóż dalej grzebałem w sieci. Wybrałem kilka firm, a tych w obecnych czasach jest multum i zorganizowałem normalny casting. Liczyło się: jakość i wydajność paneli i falownika, gwarancja i pomoc w razie potrzeby oraz cena. Tak, cena była na ostatnim miejscu.
Casting wygrała firma TE. Wszystko przywieźli i rozładowali sami. Panele położyli w kilka dni, załatwili formalności, zrobili próbny rozruch i już mija rok. Instalacja zrobiła grubo ponad 9MWh (trzeba było przyciąć kilka drzew na działce) i jesteśmy finansowo do przodu.

A teraz wisienka na torcie. Tak, mi się to opłaciło.
Sądzę, że zwróci się w 7 lat. Plus, to zwrot 18% podatku i, jeżeli ktoś mieszka w dobrej gminie, to dotacja do 15k. Ale jeśli ktoś płaci rachunki po 300 zł miesięcznie, to okres zwrotu przekracza opłacalność inwestycji. Wszyscy są namawiani na instalacje FV, ale nie w każdym przypadku warto.

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 129 (135)