Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

jotem02

Zamieszcza historie od: 22 stycznia 2018 - 18:33
Ostatnio: 26 maja 2019 - 20:49
  • Historii na głównej: 8 z 8
  • Punktów za historie: 1081
  • Komentarzy: 76
  • Punktów za komentarze: 287
 

#84297

(PW) ·
| Do ulubionych
Czytam sobie co jakiś czas, że nauczyciele powinni mieć wreszcie unormowany czas pracy - załóżmy 18 godzin przy tablicy, reszta w szkole. Tam onże pedagog będzie sprawdzał klasówki, komponował kartkówki, poprawiał zeszyty i tworzył strategie na nadchodzące godziny. Co ciekawe, niektórzy nauczyciele też są za tym rozwiązaniem.

No chyba kogoś pos*ało. Po pierwsze primo (jak nadal niektórzy powiadają) nie mamy armat. W mojej poprzedniej szkole w pokoju nauczycielskim były dwa stacjonarne komputery z rwącym się Internetem na trzydziestkę chętnych. W obecnej szkole nie ma żadnego. (Gwoli sprawiedliwości, każdy nauczyciel ma laptopa na biurku w swojej klasie, ale czasu wystarcza na wpisanie tematu i sprawdzenie obecności. Oceny wpisuję w domu, żeby nie tracić zajęć). Propozycja zakłada, że w pokoju nauczycielskim w dużej szkole jest kilkanaście biurek z laptopami i siecią. Widział ktoś coś takiego?

Ale to jest pikuś. Po czterdziestu latach pracy w zawodzie dzielę nauczycieli na artystów i rzemieślników. Rzemieślnik (bez obrazy) po wejściu do klasy otwiera Librusa, patrzy, jaki ma temat zajęć, otwiera podręcznik na stosownej stronie i leci metodą paznokciową, czyli "stąd do strony 67". Jak już uczniowie przeczytają, jest kilka pytań kontrolnych, jakiś komentarz (niekoniecznie mądry) i zadanie pracy domowej (niekoniecznie wnoszącej coś nowego).

Tacy nauczyciele uwielbiają tzw. zeszyty ćwiczeń, bo zwalniają ich one od jakiejkolwiek aktywności. Tak, takim nauczycielom czterdziestogodzinny etat w szkole załatwia sprawę.

Klasyką są tu dla mnie nauczyciele fizyki (sam tego przedmiotu uczę). Hermetyczny i totalnie niezrozumiały dla uczniów język powoduje, że zamiast próbować cokolwiek wyjaśniać, zadaje się uzupełnianki "na małpę" w ćwiczeniach. Wysiłek intelektualny żaden, a potem tylko sprawdzić.

No i są artyści. Nauczyciele, którzy cały czas myślą, jak przeprowadzić lekcję tak, żeby efekt był jak najlepszy. Wiedzą z wyprzedzeniem, czego będą uczyć następnego dnia, wyszukują filmiki na YT (ale maksimum pięciominutowe), szukają innych źródeł informacji, z których mogą na lekcji skorzystać uczniowie ze swoimi smartfonami (komórka to nie jest samo zło!), zastanawiają się, jak język fizyki czy matematyki przetłumaczyć na codzienność, żeby to było dla podopiecznych zrozumiałe, mozolnie wyszukują ciekawostki i wiedzą, co dla którego ucznia będzie interesujące.

Artysta nie może mieć czterdziestogodzinnego tygodnia pracy w szkole. Przypomina to polecenie poecie napisania w czasie od 13.00 do 16.15 dwóch limeryków i trzech sonetów na zadany temat. Nauczyciel-artysta myśli o lekcji, gotując fasolową, siedząc na tronie i wyprowadzając psa. A czasami najlepsze pomysły pojawiają się podczas zasypiania. I tak to jest.

Niestety rzemieślników jest więcej niż artystów. Niektórzy są lepsi, niektórzy gorsi, ale zawsze odtwórczy. Ich ofiary trafiają z reguły na korepetycje.

Artystów jest niewielu. To ludzie z prawdziwym powołaniem do zawodu, ludzie, którzy dobrze wiedzą, co robią. Danie wszystkim, jak leci, po tysiąc złotych jest dla nich policzkiem. Ale to nie fabryka śrubek.

Ocena pracy nauczyciela subiektywna jest zawsze, a wyniki pracy niewymierne.

Skomentuj (24) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 45 (149)

#84284

(PW) ·
| Do ulubionych
Tym razem z innej beczki, ale też w związku ze szkołą. Jesteśmy w okresie Wielkiego Postu, zbliżają się Święta Wielkanocne, a więc REKOLEKCJE.

Żeby sprawa była jasna - wychowałem się w rodzinie głęboko wierzącej, jako młodziak byłem ministrantem, ale jakoś łaską wiary nie zostałem obdarzony (nad czym czasami ubolewam). Jednakowoż, głębokim szacunkiem darzę ludzi prawdziwie wierzących, niezależnie, czy to są chrześcijanie, muzułmanie, czy hinduiści. Już słyszę ten hejcik o islamistach, ale przez trzy lata mieszkałem w kraju islamu wraz z rodziną i doznałem od wierzących wielu przysług, na które Polak katolik nigdy by się nie zdobył. Tyle tytułem wstępu.

Jak wiadomo uczę w niewielkiej szkole STO. Mam rozumną i rozsądną dyrekcję. U nas rekolekcje to wyjście do kościoła (rzut beretem od niego jesteśmy) dla chcących, co trwa około dwóch godzin lekcyjnych. Przed i po odbywają się normalne zajęcia. Owszem, tracimy trochę zajęć dydaktycznych, ale dla spokoju sumienia warto to poświęcić.

W innej szkole, u mojego wnuczka, idą na całość. Zajęcia dydaktyczne nie odbywają się w ogóle. Część dzieci udaje się na Mszę lub na nauki rekolekcyjne, a część ma trzy dni luzu. Czyli wolne, o którym nie wspomina kalendarz roku szkolnego, który jest zatwierdzany przez Radę Pedagogiczną.

Ponieważ wyjście ze szkoły wymaga zgody rodziców, muszą oni podpisać odpowiednie kwity, co dzieli uczniów na katolików i bezbożników (Konstytucja, głupcze!).

Dalej: uczniowie muszą pozostawać pod opieką nauczyciela nie tylko na trasie dojścia, ale i w kościele. Dla niektórych, niewierzących, jest to dyskomfort. Albo udają, żegnają się i klękają w stosownych momentach, albo tego nie robią, narażając się na zaskoczenie innych. Generalnie, nikogo nie można zmuszać do praktyk religijnych, nawet pod płaszczykiem opieki nad uczniami.

Akurat w moim kościele była atmosfera skupienia, ale w poprzednich szkołach zdarzało mi się być świadkiem zachowań młodych ludzi przypominających małpiarnię w ZOO. Głośne pogawędki, śmiechy niekoniecznie a propos, żucie gumy, szturchanie się i głośne komentarze były na porządku dziennym (wielkanocnym?).

Skomentuj (24) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 51 (137)

#84216

(PW) ·
| Do ulubionych
No, teraz włożę kij mrowisko. A co mi tam.
KOREPETYCJE.

Ci, co już czytali jakieś moje historie wiedzą, że od ponad czterdziestu lat uganiam się z kagankiem oświaty po ugorach niewiedzy i robię to zawodowo. Za czasów dawnych i słusznie minionych korki brały dwie kategorie uczniów: tacy, którzy z racji dłuższej (nie dwa tygodnie!) choroby wymagali nadgonienia nieprzerobionego materiału i tacy o IQ rzędu temperatury pokojowej. Im trzeba było spokojnie wytłumaczyć dlaczego w nocy jest ciemno i dlaczego osiem plus trzy nie równa się dwadzieścia. A i jeszcze dlaczego odpowiedź "w klasie jest 3 i 2/7 dziewczynki" jest wadliwa.


Profitów z tego wielkich nie było (jako licealista pomagałem córce sąsiadki i dostawałem za godzinę ekwiwalent dwóch piw). Tak BTW, branie korków w owych czasów uchodziło za coś raczej wstydliwego i nikt się tym specjalnie nie chwalił. Jak ktoś czegoś nie kumał, to starał się zajarzyć, czytając podręcznik ze zrozumieniem, albo kumpel wytłumaczył na przerwie. To se ne vrati.

Jak jest teraz każdy wie. Dzieciątko nie może zrozumieć czytając podręcznik, bo czytanie ze zrozumieniem tekstu dłuższego niż dwa akapity jest mu głęboko obce. (Inna sprawa, że ja też czytając niektóre pisane hermetycznym językiem teksty, muszę dłuższą chwilę pomyśleć, o co kurnać autorowi chodziło). No to bierzemy korki. Początkowo z jednego przedmiotu, potem z trzech i łańcuszek rozkręca się. Jedynym ograniczeniem jest tylko zasobność portfela rodziców. To nie jest tak, że nauczyciele nakręcają modę na korki.

Popyt rodzi podaż po prostu. Oczywiście, rozumiem, że wyścig szczurów, że nauczyciele wymagający (a mają nie wymagać?), że wreszcie nauczyciel źle tłumaczy, bo ma z racji głodowej pensji i własnego niedokształcenia wszystko w doopie. Przykro stwierdzić, ale większość moich korkowych uczniów stałych, dodatkowych zajęć nie potrzebuje. Wcześniej informowałem o tym rodziców, ale przestałem. Im ta informacja jest zbędna. Oni chcą dla swojego dziecka jak najlepiej i skoro "wszyscy biorą korki, a o Panu tak dobrze mówią, to mój Patryczek też to będzie miał". Rynek korków w Polsce to podobno kilka miliardów (tak, tak) złotych. Dla mnie ta sytuacja, to mówiąc obrazowo noszenie ucznia w lektyce, bo co prawda nóżki ma zdrowe, ale mógłby się niebożątko zmęczyć.

Wiem, jaki padnie argument w hejciku, który się za chwilę na mnie wyleje: materiał taki trudny, nauczyciele tacy wymagający, a szanse Patryczka trzeba zwiększyć. Szanowny Czytelniku: w czasie tych minionych czterdziestu lat z programu matematyki i fizyki usunięto od połowy do dwóch trzecich treści programowych i proceder ten trwa dalej. W latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku w programie klasy ósmej z matematyki były logarytmy.

Teraz nawet poczciwa funkcja liniowa odeszła do liceum. Jak była fizyka? Żeby się przekonać, wystarczy zajrzeć do dowolnego podręcznika sprzed lat. To co jest teraz w szkole podstawowej, to są opowieści z mchu i paproci, a nie fizyka. Wymagający nauczyciele. Owszem, tacy też się zdarzają. I dobrze, bo jeśli uczę, to muszę sprawdzać efekty. Ale bez przegięć typu: co tydzień sprawdzian, dwie kartkówki i pierdyliard zadań jako praca domowa z wtorku na środę.

Czy dzieci trzydzieści lat temu były mądrzejsze od tych współczesnych? Czy tamci nauczyciele byli lepsi? Na pewno nie. To co się do jasnej cholery stało? Moda modą, ale dzieciak w podstawówce, który ma korki z trzech przedmiotów, pływalnię, jazdę konną i japoński wygląda jak blady zombi i tak się też czuje. Ciąg dalszy przemyśleń starego belfra nastąpi.

Skomentuj (67) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 189 (219)

#84217

(PW) ·
| Do ulubionych
To przed wieczorkiem jeszcze dwa obrazki stanowiące ilustrację poprzedniego mojego tekstu.

Obrazek pierwszy. Lata osiemdziesiąte, szkoła na wsi pod Ełkiem. Przed lekcją fizyki (ostatnia, dziewiąta godzina lekcyjna) przychodzi do mnie pani woźna: "czy ja mogłabym po cichutku wytrzeć kurze, jak pan będzie uczył? Bo to do domu mogłabym sobie wcześniej wyjść". Jasne, nie ma sprawy. Notabene, to mama jednego z uczniów tej klasy.

Lekcja o parametrach prądu elektrycznego z takim modelowaniem: Po jednej stronie długiego korytarza jest banda głodnych pierwszaków, po drugiej sterta ciastek z kremem. Ten głód to napięcie, dzieci to nośniki prądu (załóżmy, elektrony). Z boku stoi krasnoludek i liczy ile dzieci przebiega mu przed oczami w czasie jednej sekundy. To natężenie. Na korytarzu jakiś palant rozrzucił stoły, połamane krzesła, pułapki na niedźwiedzie itp. To opór przewodnika.

Konwersujemy sobie z klasą, co od czego zależy, wprowadzamy dodatkowe parametry, klasa kuma. Pani woźna cichutko wyciera kurze, ale wyczuwam, że obserwuje przebieg lekcji. Taka hospitacja rodzicielska ad hoc. Lekcja się kończy i wtedy następuje wielki finał. Pani woźna łapie swojego syna za ucho (ona niewielka, on dryblas) i krzyczy: "ty gnoju, ty kretynie, ty masz dwóję z fizyki? To ja nieuczona (pani ma skończone sześć klas SP) rozumiem, co prefesur mówił, a ty nie? O będzie ci w domu, jak stary przyjdzie, o bez paska się nie obejdzie. Przepraszam prefesura, ja już idę.

Obrazek drugi. kilka dni temu.
W ramach przygotowania do egzaminu po klasie ósmej kartkówka z zadań tekstowych prowadzących do równania z jedną niewiadomą. Najniższa waga, a zadania tak dobrane, że wybiera się pięć z siedmiu, co nawet słabemu uczniowi gwarantuje ocenę między 3 a 4. Takie prezento. Oczywiście można zrobić wszystkie siedem, co daje szóstkę. Wyniki niezłe, generalnie pacjenci sobie poradzili prawie wszyscy. Ale jeden, załóżmy Pawełek, sobie nie poradził i dostał jedynkę (z plusem). Natychmiast list na librusie. Zadania trudne, za mało było czasu, nerwowa atmosfera, bo oceniane (WTF?). Zadania dobrane z podręcznika do klasy siódmej, czasu od metra (więcej niż lekcja), a atmosfera - cóż na egzaminie pewnie będzie spokojniej. Pawełek na korepetycjach wszystko robi bezbłędnie. No fajnie, w czasie lekcji głównie prowadzi życie towarzyskie z sąsiadem.Po wyjaśnieniu tego mamusi nastała pełna urazy cisza.

A teraz niech nastąpi konfrontacja tych dwóch obrazków.

Skomentuj (33) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 138 (162)

#84175

(PW) ·
| Do ulubionych
To jeszcze jedna historia od starego belfra, którego niektórzy posądzają o bycie fejkiem.

Kwestia z dzisiaj. Podsłuchane na korytarzu - akurat miałem dyżur.

"Za Orkiestrę nie będzie punktów za wolontariat, musimy jeszcze roznosić żonkile albo coś". Wiedziałem, o co biega. W tym roku, przy podwójnych rocznikach, liczy się każde oczko. Konkurencja jest taka przy rekrutacji do szkół średnich (dobra zmiana nam zmienia dzieci w zombie), że jeden drugiemu jest gardło gotów przegryźć, żeby mieć tylko o punkcik więcej - nie dziwię się, to wszak często być albo nie być w przyszłości.

Ale to tylko dygresja upierdliwego staruszka. Meritum leży gdzie indziej.

Co to jest, kurnać, wolontariat? I czego my uczymy te nasze dzieciaki i jak je wychowujemy? Jeśli chcą, mogą pomagać z potrzeby serca, a nie za spodziewane korzyści. To jakby wolontariusz przeprowadzał staruszki przez jezdnię, a potem żądał za to dychy. Nie wiem, czyj był ten pomysł z punktami za wolontariat (a każdy punkt jest, przypominam, na wagę złota, zwłaszcza w tym nieszczęsnym roku), ale to jest ANTYWYCHOWAWCZE! To uczy, że jeśli młody człowiek ma ruszyć doopę, to musi mu się opłacić.

Takie będą Rzeczpospolite, jakie ich młodzieży chowanie. Chowajmy tak dalej.

Aż do momentu, gdy, leżąc na łożu śmierci, poprosimy synka o szklankę wody, a on poprosi w zamian o suty legat w testamencie.

Skomentuj (53) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 155 (195)

#84143

(PW) ·
| Do ulubionych
Może i defekuję we własne gniazdo, ale już mi się przelewa. Dla ścisłości, jestem nauczycielem od ponad 40 lat i nadal uczę.

Oczywiście daję też korki - matematyka, fizyka, chemia, angielski (takie mam uprawnienia). Moi uczniowie chętnie opowiadają mi jakie fikołki wycinają ich nauczyciele. "Teraz napiszemy sobie kartkówkę z całego działu" z zaskoczenia. Co robią pacjenci? Posłusznie wyciągają karteczki i rzeźbią. A przecież nie muszą. Na stronie szkoły, w zakładce "dokumenty" musi być wewnątrzszkolny system oceniania. I tam na ogół wyraźnie stoi, że kartkówka jest tylko z trzech ostatnich tematów, a przed sprawdzianem z działu musi być przeprowadzona lekcja powtórzeniowa.

Klasa powinna w tym momencie powiedzieć "nie piszemy" i powołać się na stosowny zapis. Nauczycielka się wkurzy i zemści robiąc uczniom jesień średniowiecza? Pewnie spróbuje, ale poczytajcie szkolne dokumenty. Prawo obowiązuje wszystkich i działa w obie strony.

Kolejny kwiatek - zadawanie z dnia na dzień pierdyliarda zadań i nie sprawdzanie ich. Każdy, powtarzam każdy nauczyciel jest uczony (a dyrekcja też to wie), że praca domowa (zawsze) musi być sprawdzona ilościowo (kto nie zrobił) i jakościowo (kto się gdzieś pomylił). To ostatnie może być robione na zasadzie komu ile wyszło, a jak nie wyszło, to gdzie był błąd.

Pierdyliard zadań bez kontroli?

Pismo od rodziców do dyrekcji szkoły (odpowiedź zgodnie z KPA w ciągu dwóch tygodni) z potwierdzeniem odbioru, a jak nie pomoże, to kolejne z odpisem do kuratorium i organu prowadzącego szkołę (np. wójt gminy). Taka kuracja na pewno pomoże.

Zadawanie kopy prac na weekendy? A może w systemie oceniania jest zapis o niezadawaniu prac domowych na ten czas? Ludzie znajcie swoje prawa! Jeśli uczniowie nie wiedzą, co im wolno, a co nie i dają się stłamsić, to sami są sobie winni. Szkolne przepisy i regulaminy obowiązują obie strony!

PS. Ja prawie nigdy nie zadaję. Pracuję w szkole STO, mam nieco więcej godzin i byłbym pipą, gdybym tych godzin właściwie nie wykorzystał (między innymi na utrwalanie przerobionego materiału). A jeśli zadaję pracę domową, to wymaga ona myślenia i pogrzebania w odmętach Internetu.

Skomentuj (49) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 138 (178)

#81999

(PW) ·
| Do ulubionych
Coś mi zaczęła szarpać skrzynia CVT w moim mietku na zimnym silniku.

Nic nie jest wieczne, a, jako były posiadacz dumnej syrenki 105LUX, za bardzo się nie znam na niczym, czego nie można naprawić kluczem 13 i młotkiem. Zaczęło się poszukiwanie tzw. skrzyniarza.

O, mam! Blisko domu.

Pan mówi tak: "CVT? Pozbądź się pan tego złomu jak najprędzej. Nowa skrzynia 48k, a ja panu mogę wymienić płyn i filtr oraz wyregulować to truchło”. Potrwa trzy dni i cena od 2 kafli w górę.

Już prawie byłem zdecydowany, bo jednak dyskomfort, ale popytałem po znajomych i znajomych znajomych. Jest inny warsztat! Daleko od chałupy, ale dzwonię.

Obejrzymy i zdecydujemy. Wymiana oleju, filtr i uszczelka plus robota 500 złotych, czas pracy do dwóch godzin. Można się umówić, przyjechać i poczekać. Jadę.

Na miejscu:

Olej w skrzyni OK, ale jest go o półtora litra za mało. Dolewka.

Regulacja? Bez wymontowania skrzyni niemożliwe, zresztą nie ma tu czego regulować. Przy okazji dolewka oleju do silnika, wymiana płynu hamulcowego (bo stary), wymiana filtra klimatyzacji, bo rocznik 2014 to jakby już nie to.

Chcę zapłacić - nie, teraz jazda próbna. Autko jak nowe. Wracamy, chcę zapłacić - nie, teraz na komputer. Dwadzieścia minut i same fajeczki na displaju.

Płacę 300 złotych. Autko dziarskie, sama przyjemność z prowadzenia. Oddech ulgi. Prawie dałem się naładować "fachowcowi" blisko domu.

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 163 (173)

#81267

(PW) ·
| Do ulubionych
Są ferie, więc koleżanka małżonka, ja i dwa wnuczki hajda w góry. Samolocik do Wrocka, na lotnisku autko z wypożyczalni, hotel czeka - miód i orzeszki. Pan w wypożyczalni sympatyczny, prowadzi do Nissana (suv). Pan widzi, że z dziećmi i wie, że jedziemy w góry w styczniu. Na miejscu, hotel OK, jedzonko dobre, śnieg na stoku jest, ale asfalt czarny. To ważne, bo podjazd do aparthotelu ostro pod górę.

Następnego dnia, gdy byliśmy na stoku sypnęło i to całkiem konkretnie. Wracamy, a tu zonk! Autko ślizga się jak na masełku. Dojechaliśmy rozpędem do połowy górki, za nami inne samochody, a Nissan z uporem maniaka jedzie na boki, a głównie w dół. W aucie panika, Sajgon i przerażenie, jakiś gość z wypożyczalni nart (wielkie dzięki!) sypie nam piasek pod koła. Wyskakuję i próbuję popchnąć, ale dziadek z suvem ma małe szanse.

Dolatują obcojęzyczne babeczki (bol'szoje spasiba) i jacyś przechodnie i wspólnymi siłami zapychamy autko na najbliższy parking. Czy już wiesz szanowny czytelniku co się stało? Dokładnie tak.

Pan location manager z wypożyczalni Global na lotnisku we Wrocławiu, w styczniu, do jazdy z dziećmi w górach podstawił nam autko na LETNICH KAPCIACH!!!(Pobierając zresztą winterization fee - choć być może płyn do spryskiwacza był zimowy).

Co robimy - oczywiście dryńdamy do Pana location managera. W ramach dobrej rady dostajemy podpowiedź, że tym może się zająć techniczny assistance o numerze... (jest przy kluczykach). Ani przepraszam, ani pocałuj się w rewers. Assistance nie odbiera. Pan manager też wyłączył telefon, albo widząc nasz numer stosuje unik strategiczny. Na szczęście udaje się dodzwonić do assistance, a tam inny świat.

Samochód zastępczy możemy podstawić dziś wieczorem, po Nissana przyjedzie laweta, bo nikt przy zdrowych zmysłach nie zgodzi się jechać na letnich oponach po górach. Następnego dnia dostajemy wypasione BMW X3 4x4 (z całkiem innej wypożyczalni - dzięki Volvia!) i wypychamy Nissana z parkingu, bo panu od lawety nie udaje się samodzielnie opuścić miejsca parkingowego. I już znowu niezmącony spokój.

A teraz na zakończenie, bo ktoś może zrobić shitstorma, że przecież dostaliśmy autko zastępcze i to wyższej klasy, więc o co biega. W razie przypadkowej awarii wypożyczonego samochodu jest to tak zwana dobra praktyka handlowa na przeprosiny. A to, co się stało, to świadome narażenie życia i zdrowia czterech osób, w tym dwójki dzieci i kwalifikuje się do prokuratury.

Mili czytelnicy! Jeśli bierzecie w zimie autko z wypożyczalni, to przyjrzyjcie się kapciom. Coś tam na nich powinno być - winter albo rysunki płatków śniegu. A jeżeli bierzecie autko z Globalu to przyjrzyjcie się szczególnie dokładnie!

PS. Podaję szczegóły, bo wszystko jest udokumentowane na papierze, zdjęciach i filmach.

Skomentuj (44) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 202 (236)

1