Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

jotem02

Zamieszcza historie od: 22 stycznia 2018 - 18:33
Ostatnio: 13 sierpnia 2020 - 10:06
O sobie:

Nauczyciel od 1979. Uprawnienia do matematyki, fizyki i angielskiego. Dwukrotnie, przez kilka lat, dyrektor szkoły polskiej poza granicami Polski (Budapeszt, Benghazi). Ukończony pierdyliard szkoleń i kursów. Prywatnie żonaty, dwóch synów, czwórka wnuków dzięki którym mam bieżący podgląd na publiczny system edukacji. Od wielu lat nauczyciel w szkołach STO.

  • Historii na głównej: 26 z 27
  • Punktów za historie: 3603
  • Komentarzy: 171
  • Punktów za komentarze: 696
 
poczekalnia

#86906

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Nosz, nóż mi się w kieszeni otwiera. Mamy środek wakacji, szkoły były zamknięte od marca, bo covid. Pan minister twierdzi, że od września wszystko normalnie, dzieciaki wracają do szkół, a odpowiedzialność za ewentualne nauczanie online ponosi dyrektor szkoły.
Tylko przypominam: zamykaliśmy placówki przy dziennych zachorowaniach poniżej setki, teraz mamy pomiędzy 400 a 500 (wiem, wiem - wesela, pogrzeby, górnicy) i mamy wracać do face to face. Rozumiem, że rodzice mają po dziurki w nosie online, bo ubogi sprzęt w domu, a i wiele szkół olało online ograniczając się do prac domowych na Librusie. To może trzeba było wykorzystać wakacje na stworzenie platformy edukacyjnej z prawdziwego zdarzenia i przeszkolenie nauczycieli? Podobno MEN miał przeszkolić trzydzieści tysięcy pedagogów w okresie wakacyjnym. Podobno od kilku lat tworzy się za ciężką kasę platforma do nauczania online z podatków obywateli.I co? I gucio! Miał zostać zabezpieczony sprzęt i oprogramowanie dla potrzebujących. I co? I gucio. Ważniejsze są plotki o ewentualnym połączeniu MEN z Ministerstwem Nauki i roszady personalne (a nikt się za darmo nie da od stołka odspawać). Obawy rodziców i nauczycieli? Rzuci się jakiś ochłap informacji, a ciemny lud wszystko kupi.
Ja mam na to w pleckach. Jestem od lat na emeryturze i powiedziałem dyrekcji, że w sytuacji pandemicznej i bez szczepionki ryzykował nie będę. Mam swoje lata i niepotrzebny mi nekrolog "do ostatniego dzwonka na posterunku". W mojej szkole zresztą online funkcjonowało już następnego dnia po zamknięciu placówek, tak pracować mogę aż do zgonu swojego, lub swoich podopiecznych. Ale ile szkół takich możliwości nie ma?
Bardzo współczuję rodzicom i nauczycielom, ale to, co się dzieje to państwo z dykty i styropinu napędzane politykierską nowomową.
I jeszcze drobiazg. Na jesieni, jak zwykle zaczną się przeziębienia i grypki. Skąd, do cholery, dyrektor ma wiedzieć, czy to covid nawiedził szkołę, czy nieszkodliwy (pozornie) wirus grypy. Oj będzie się działo. Ale beze mnie. Pozdrawiam.

Skomentuj (34) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 58 (86)

#86694

(PW) ·
| Do ulubionych
Rozmawiamy o piekielnych ludziach i sytuacjach, a więc dawno dawno temu w Libii. Pomykałem po tym pięknym kraju oszołamiającą limuzyną F125p (mój poprzednik maluchem) i przy końcu kontraktu przyszło mi się rozstać ze swoją ukochaną taczką. Klient na autko się znalazł bardzo szybko - znajomy Maltańczyk postanowił wyrobem samochodopodobnym obdarować znajomą polską pielęgniarkę. Pomijam stan autka po trzech latach pod moim kierownictwem, a wcześniej posiadaczem był polski ortopeda, który też fury nie oszczędzał. To nie jest istotne.

Istotny był fakt, że transakcję, aby była w pełni legalna, należało zawrzeć na tzw Traffic Police. Udaliśmy się tam razem wyposażeni w odpowiednie dokumenty, czyli prawa jazdy, książkę wozu (kutaib) i oczywiście paszporty i libijskie dowody osobiste. Przyjął nas staruszkowaty urzędnik w brudnawej dżellabie i obowiązkowej mycce na głowie. Początek był obiecujący. Pan odebrał od nas dokumenty, pochrząkał i wyjął bardzo długi formularz. Dane personalne i dane autka przeszły bez problemu (a mogło być różnie, bo mandaty idą na konto pojazdu, a nikt nie wie komu co przydzielono. Podobno rekordzista miał prawie 2000USD zapisane na konto). I teraz pan urzędnik zaczął wypełniać formularz. U mnie poszło szybko: dane personalne, numer wizy (dyplomatyczna, więc problemu nie było), dane samochodu. Przyszła kolej na Maltańczyka. Dane osobowe, numer paszportu, numer wizy... I tu sprawa się rypła.

Malta i Libia miały wówczas umowę o ruchu bezwizowym, więc nie było w paszporcie wizy i tym bardziej jej numeru. Formularz (nie komputerowy, tylko odręczny) takie pole niestety posiadał i zaczął się dyskurs typu: wiem, że obywatele Malty nie potrzebują wizy do Libii, ale jaki jest jej numer. Po godzinie zgadzania się, że wiza jest zbędna, ale jej numer jest niezbędny daliśmy za wygraną. Zaraz za ogrodzeniem w przyczepach kampingowych urzędowali notariusze. Jeden z nich za skromną opłatą sporządził umowę użyczenia (czy jak to się tam nazywało) i wydawało się, że sprawa jest załatwiona. Niestety, po paru miesiącach Maltańczyk przysłał mi dramatyczny list, że nigdzie nie może pojechać, bo autko ma polskie, słuzbowe, numery dyplomatyczne i na każdej blokadzie jest zatrzymywany i musi się tłumaczyć. NB przy takich numerach wyjazd na ponad 50 km od miejsca zamieszkania musiał być notyfikowany w libijskim MSZ. Już w Polsce pojechałem do ambasady Libii i dowiedziałem się, że bez mojej obecności na miejscu sprawy odkręcić się nie da. Niestety, koszt takiej wycieczki bez gwarancji załatwienia czegokolwiek byłby kilkakrotnie wyższy od ceny kanciaka.

Ciekaw jestem jak długo po Cyrenajce pomykał samochód na dyplomatycznych numerach ze śniadym Maltańczykiem za kółkiem i blond dziewoją obok.

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 88 (112)

#86654

(PW) ·
| Do ulubionych
Pandemia pandemią, ale...
Jak wiadomo jestem belfrem (i to sędziwym dość - ponad 40 lat stażu) i nie poczuwam się do fałszywie pojmowanej solidarności zawodowej. Większość nauczycieli walcząc zębami i pazurami ukonstytuowała zajęcia online, po nocach oglądając szkolenia, śledząc webinary i desperacko szukając pomocy na YT.

Ja mam dobrze, moja szkoła od początku pracuje na GC, mamy normalne lekcje online, klasówki też się zdarzają i wszystko gra. Na korkach głównie pracuję online i to też działa. Ale to, czego dowiaduję się od swoich uczniów to istny horror.

Klasa z rozszerzoną matematyką w liceum. Nauczania online zero. Pani wysyła tematy z podręcznika (NOWE) i zadania do zrobienia. Tak, niejako przy okazji, informuje, że przez tydzień nie będzie nowości, bo jedzie sobie w góry. To za co tej pani płacą? Za jednego maila dziennie? To uczniowie mają sobie w ramach samokształcenia ogarnąć nowe i często skomplikowane zagadnienia. To po co szkoła, niech się sami uczą. Nie płacić zatem - czysta oszczędność.

Kanały dostępu. Nauczyciel ma sześć klas po 30 uczniów, a tu trzeba wystawić oceny (na podstawie czego?). Jeśli działa na Librusie, to czeka go ponad setka maili, które trzeba odebrać i na które trzeba odpowiedzieć. Gdyby było online, to wszystko dałoby się wyjaśnić w parę minut.
Dziwne przekonanie, że realizacja podstawy programowej zakończyła się w marcu, a ponieważ nie ma zajęć online, to cały czas miętolimy to samo. Mój wnuczek od marca robi wyłącznie działania na ułamkach zwykłych i dziesiętnych i już tym wręcz rzyga. Dziadkowie (matematycy) sami pchają program do przodu.

Niespójność zajęć. Fizyka jest na Teams, biologia na Messegerze, chemia na GC, a matematyka na Zoomie. Są nawet samobójcy pracujący na Discordzie z hejtem w czasie zajęć. Kto to jest w stanie ogarnąć? A jeszcze komputer się krzaczy, połączenie się zrywa, prąd wysiada i pada router...

To, że jeszcze jakakolwiek edukacja działa, to zasługa zapaleńców, a kupa nauczycieli traktuje pandemię jak wakacje i ma wszystko głęboko w sempiternie, Pan minister pręży pierś pod ordery i coś bąka o nauczaniu zdalnym od września. Może być cienko...

Skomentuj (33) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 170 (180)

#86511

(PW) ·
| Do ulubionych
Takie trzy obrazki.

Lata osiemdziesiąte ubiegłego wieku. Mknę z rodziną z Augustowa do Warszawy Syreną 105 Lux. Wieczór, więc jak to późną jesienią ciemnawo, nad asfaltem lekka mgiełka. Na liczniku 95. Z tyłu dwójka małoletnich silnie, prowadzi koleżanka małżonka, a ja sobie przysypiam. Nagle wrzask hamulców (taki był efekt pełnego hamowania w skarpecie), straszny ból kolana, którym pieprznąłem o coś tam, gwałtowny poślizg i zmaza faceta tuż przed zderzakiem. Ja nie mogłem, przez kolano wysiąść, a facet narąbany jak fretka tłumaczy żonie " bo ja sobie tak szedłem boczkiem, boczkiem". A to był środek drogi. Żona po tym incydencie niechętnie prowadziła przez czas dłuższy.

Obrazek drugi. Późne lata dziewięćdziesiąte. Też pomykam tak zwaną beczką (W123) od strony Wizny do Osowca. Niskie słońce w oczy, więc na liczniku 50. Nagle po wyjściu z zakrętu coś mi mignęło na drodze. Na wszelki wypadek po hamulcach. I dobrze, bo na asfalcie leżał gość dosłownie zespolony z rowerem. Myślałem, że może jakiś, nie daj Boże, udar albo zawał, ale gościu mógłby samym swoim oddechem obsłużyć sporą elektrownię. Czyli gościa wraz z rowerem na pobocze i dalej jazda. A gdybym jechał dychę szybciej, albo rozmawiał w tym momencie z żoną?

Nie tak dawno temu. Jedziemy spokojnie mietkiem, ale innym, autostradą. Wieczór, więc ciemno, a i pogoda trochę deszczowa. Trzeba trzymać bezpieczny odstęp - dla mnie to około 200 m przy stówie na zegarze. Nagle ktoś mnie wyprzedza i wbija się w kufer samochodu jadącego przede mną, który hamował awaryjnie. Czemu? Bo narąbany pieszy postanowił przejść się autostradą (środkowym pasem!).

Trzy obrazki. Czas mija, a nic się nie zmienia.

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 168 (184)

#86453

(PW) ·
| Do ulubionych
Teraz będzie wyjątkowo nie o szkole, ale o tym, co wszyscy właściciele domków ostatnio polubili i też by chcieli mieć. Instalacje FV. Czyli mówiąc po polsku fotowoltaika zmniejszająca wydajnie rachunki za prąd.

Nam się też taka zamarzyła. Cały budynek zasilany prądem (ogrzewanie też), trzy bojlery, dwie płyty indukcyjne, dwie pralki, suszarka i mnóstwo innych pierdołek prądożernych. Rachunki w zimie 1800 miesięcznie, w lecie 1000. Trzeba było coś zrobić.
Najpierw oczywiście kwerenda w sieci, symulowane wydajności i ceny, liczne telefony. Padło na dużą i ogólnopolską firmę o nazwie na C.

Agent (?) przybył tuż przed zmierzchem, dach obejrzał pobieżnie i wyciągnął papiery. Oczywiście cud, miód i orzeszki. Będzie kosztowało 50K plus (duża instalacja, czyli 10 kW pik). Same markowe panele, markowy falownik i, co najważniejsze, jeśli już podpiszemy umowę, to rabat i gwarancja na wszystko 25 lat. Gość był bardzo dobry w swoje klocki, a ja z racji może wieku nie bardzo odporny na agresywny marketing. Podpisałem umowę, przy gościu zrobiłem przelew, ale tknięty palcem przeznaczenia dopisałem do umowy, że jeżeli mi nie wygeneruje 9 MWh w ciągu roku, to zwracają kasę, zabierają zabawki i rozstajemy się z godnością.

Po kilku dniach zapukał kurier z ładunkiem ponad 700 kg do rozładowania (panele, kable, falownik). Ja 60+ wraz z nim wrzuciliśmy to całe badziewie do garażu, po czym nie mogłem się wyprostować przez trzy dni.

Nadeszła pora montażu. Panele do dachu (dachówka bitumiczna) montowane są na aluminiowych mostkach, które trzeba jakoś w tymże dachu zakotwić. No i zonk. Bo my nie wiemy gdzie są krokwie, trzeba zamówić specjalne śruby....
To make the long story short. Z montażu nic nie wyszło. Panowie zabrali swoje zabawki, po panele przyjechał kolejny kurier z pomocnicą w ciąży (!) i znowu trzeba było dźwigać. Kasa, po rozwiązaniu umowy wróciła na konto i wszystko byłoby zrozumiałe, gdyby nie tekścik, który podsłuchałem: "to nigdy nie da 9MWh, powiedzcie, że się nie da położyć paneli".

No cóż dalej grzebałem w sieci. Wybrałem kilka firm, a tych w obecnych czasach jest multum i zorganizowałem normalny casting. Liczyło się: jakość i wydajność paneli i falownika, gwarancja i pomoc w razie potrzeby oraz cena. Tak, cena była na ostatnim miejscu.
Casting wygrała firma TE. Wszystko przywieźli i rozładowali sami. Panele położyli w kilka dni, załatwili formalności, zrobili próbny rozruch i już mija rok. Instalacja zrobiła grubo ponad 9MWh (trzeba było przyciąć kilka drzew na działce) i jesteśmy finansowo do przodu.

A teraz wisienka na torcie. Tak, mi się to opłaciło.
Sądzę, że zwróci się w 7 lat. Plus, to zwrot 18% podatku i, jeżeli ktoś mieszka w dobrej gminie, to dotacja do 15k. Ale jeśli ktoś płaci rachunki po 300 zł miesięcznie, to okres zwrotu przekracza opłacalność inwestycji. Wszyscy są namawiani na instalacje FV, ale nie w każdym przypadku warto.

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 126 (132)

#86330

(PW) ·
| Do ulubionych
No, jestem nauczycielem w czasach zarazy, nie ma się czego wstydzić. Pracuję w szkole społecznej STO, więc raczej moi uczniowie dysponują odpowiednim sprzętem do zdalnego nauczania. Mam trzy kanały komunikacji - Librus (przed południem tnie się niemiłosiernie), prywatnego maila i discord z tablicą Idroo i streamem jakby co. Wszystko hula całkiem nieźle, jak mam problemy to uczniowie pomogą, bo są lepiej obcykani w nowych technologiach od gościa 60+.

Librusem lecą polecenia do wykonania typu obejrzenie czegoś na YT (fizyka) i zadania na następny dzień plus prace do wykonania na ocenę. Mailem recenzje zadań i komentarze do błędów oraz ocena. Discord wraz ze mną prowadzi lekcje na kanale audio, a jak trzeba to wideo. Tablica Idroo pomaga w wyjaśnieniach. Sielanka, nie?
Ile rodzin jest w tak komfortowej sytuacji? Pan minister twierdzi, że ponad 90% nie ma problemu ze zdalnym nauczaniem (90% to jakaś ulubiona liczba rządzących). A tymczasem, choć to truizmy: większość rodzin ma więcej niż jedno dziecko i jeden komputer z dostępem do szerokopasmowego internetu. Część ma tylko komórki, a transmisja danych kosztuje i to boleśnie.
Rodzice też pracują zdalnie (jak mają jeszcze pracę) i jak wówczas prowadzić zajęcia, gdy pięć osób w tej samej chwili potrzebuje sprzętu? Za wszystko, oczywiście odpowiada dyrektor szkoły i, jeśli jest mądry, to natychmiast udaje się na kwarantannę.

Kochany Panie Ministrze, to co Pan propaguje, to jest pic i fotomontaż. Mój wnuczek chodzi do dużej szkoły publicznej. Właśnie dostał harmonogram, że zadania do wykonania będą przesyłane w... i należy je przesłać (przez Librusa, albo inną - jaką - drogą) do... Jakie zdalne nauczanie? Jaka informacja zwrotna? Skąd oceny (bo oceniane być musi)? Przez wiele lat nauczyciele mówili, że polska szkoła to XIX wiek, że trzeba ją zinformatyzować, że tablety dzieciom. No tak, ale zawsze były pilniejsze potrzeby. Bo 500+, bo trzynasta emerytura. A teraz mamy rączkę w nocniczku i zapaść większości placówek edukacyjnych w Polsce. A konstytucja mówi o równym dostępie do edukacji dla wszystkich. E-tam, nie takie rzeczy się z konstytucją robiło...

Skomentuj (65) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 200 (220)

#86206

(PW) ·
| Do ulubionych
Byłem z wnuczkami na feriach w Sudetach i właśnie przyszło mi wracać do domu. Jadę więc sobie langsam, langsam aber sicher przez Kłodzko, gdy nagle huk, jakby mi nad uchem wybuchła petarda. Krótki ogląd sytuacji i sprawa jasna - tylna szyba wygląda jak marmurek. No cóż, powód pierdyknięcia szyby jest drugorzędny, może naprężenia termiczne, a może ktoś walnął z wiatrówki. Istotne jest to, że szyby zaraz mieć nie będę. Do domu pięćset kilosów, a na tylnym siedzeniu trójka małoletnich.

Potencjalny armagedon załatwiła rolka stretchu wyżebrana na stacji benzynowej. Nawet fajnie się jechało, tylko widoczność była kiepska do tyłu. Jako, że szyby ubezpieczone krótki telefonik z domu do ubezpieczyciela (U). Dodatkowa informacja, że w odległości około kilometra od domu mam warsztat współpracujący z firmą współpracującą z ubezpieczycielem (wiem, że to dziwnie brzmi, ale to kwestia typu likwidator/podwykonawca).

Ubezpieczenie brzmi "szyby 24", czyli w ciągu doby szkoda powinna być zlikwidowana. Dość szybko telefon wyglądający tak:
U: Bardzo mi miło, szkodę zlikwiduje wybrany przez nas warsztat w (tu pada nazwa miejsca odległego o około 50km)
Ja: Ale mam pod nosem warsztat, który jest waszym podwykonawcą.
U: Bardzo mi przykro, ale zgodnie z OWU my wybieramy warsztat.
Ja: Nie bardzo mi wolno jeździć gablotą bez tylnej szyby.
U: To proszę wziąć lawetę.
Ja: Na czyj koszt?
U: Na pański oczywiście.
Ja: Czy pani nie widzi absurdu tej sytuacji?
U: Takie mamy procedury.

W tym momencie stwierdziłem, że ja i ubezpieczyciel najwyraźniej bytujemy w dwóch różnych rzeczywistościach i postanowiłem użyć broni atomowej. Właścicielem autka jest moja żona i ją poprosiłem do telefonu. Moja żona, tak jak i ja, jest nauczycielem matematyki. Ja po czterdziestu latach małżeństwa wiem, kiedy z nią nie należy dyskutować. Pani w firmie ubezpieczeniowej tego wiedzieć nie mogła.

Moja żona zaczęła z górnego C: Cisza, teraz ja mówię !!! Następnie moja żona mówiła coraz głośniej a pani z firmy coraz ciszej.

Po pięciu minutach okazało się, że warsztat w mojej miejscowości jak najbardziej może mi szybę wymienić i że to wszystko było nieporozumieniem (?)

Prawda jest taka, że likwidacja trafia na aukcję, a wygrywa najtańszy oferent. Odległość nie jest ważna.

A wiecie co? Najskuteczniejsza była groźba nagłośnienia tego w mediach społecznościowych. Duże firmy bardzo tego nie lubią.

Skomentuj (29) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 152 (184)

#85611

(PW) ·
| Do ulubionych
Znowu wracam do szkoły w pojunkierskim pałacyku nad jeziorem.

Szkoła istniała zaledwie dwa lata, mój poprzednik oddalił się w nieznaną dal przed końcem roku szkolnego, a ja byłem młody i ambitny. Po uporządkowaniu zaszłości typu kreda, żarówki i węgiel zaksięgowanych jako środki trwałe i, na żądanie statystyki, policzeniu zbiorów jabłek w przyszkolnym sadzie w rozbiciu na gatunki i sposób wykorzystania, postanowiłem szkołę osadzić historycznie w istniejącym kontekście. W tym celu zwołałem Komitet Rodzicielski.

Historia pierwsza (uwaga, może być nieco... mało śmieszna jako całość). Zapytałem szanownych rodziców, czy w bliskiej okolicy nie ma jakichś pomniczków z przeszłości, kamieni pamiątkowych itp. Padła odpowiedź: "No tam za polem … jest taki pomniczek. Tam, wiedzą panie, jak ruskie przyszły, to tam młodą dziewczynę od tych tam, za drugim jeziorkiem, złapały i zamolestowały. To tam i pomniczek stoi". No nie były to jeszcze czasy na głośne wspominanie o takich tragediach. Co by na to gminny komitet przewodniej siły powiedział…

Historia druga. Szkoła była młoda, a ja ambitny i zamarzył mi się patron dla placówki. Informuję o tym komitet rodzicielski i silnie starszy gość (więc mógł pamiętać, co trzeba) mówi: "A derektorze, a tu, w lecie zwłaszcza, to przed wojną takie małe hitlersyny, znaczy gówniarze takie w sraczkowatych bluzkach przyjeżdżały. To dla nich taka szkoła chyba była. A ona podobnież admirała Canarisa (mówione przez C) była, to i po co zmieniać. A i niech zostanie, jak było". Tu opuściłem na chwilę szanowne zgromadzenie, bo nie mogłem pokazać, że łzy mi się z oczu sypią jak grochy. Ze śmiechu oczywiście. A komitet miałem fajny. Pomost nad jeziorem zbudowali i dzieciaki miały WF z pływaniem (już to widzę w dzisiejszych czasach) i rzepak uprawili na gruntach szkolnych (sprzedało się to potem i było trochę kasy dla szkoły).

Ech, było i nie wróci...

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 78 (134)

#85664

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia emerytalna sprzed kilkunastu lat, co prawda, ale mogąca być ostrzeżeniem dla potencjalnych emerytów.

Wiele lat temu (bo swoje już latka mam) stwierdziłem, że idą zmiany w nauczycielskich emeryturach, a że warunki spełniałem, to pora się zbierać. Wiem, że będzie shitstorm, że nauczyciele to... , ale pewnie sobie pogadamy w komentarzach. No dobra, umowa o pracę rozwiązana, kwity wypełnione, czekamy na pierwszy przelew. Przyszło. 2600. Dzwonię do ZUS-u, żeby się upewnić. Rozmowa milutka:
- Tak, to pana emerytura.
- Wyliczyłem sobie trochę mniej, ale bardzo się cieszę.
- To niech się pan cieszy mniej, bo to za dwa miesiące.

Bardzo powoli zebrałem koparę z podłogi i zacząłem liczyć. No i kurna wychodzi mi mniej, niż u typowego nauczyciela. A ja nie byłem typowy. Dwa dyrektorstwa w kraju (może kokosów nie było, ale zawsze trochę więcej) plus dwa stanowiska dyrektorskie w szkołach polskich za granicą, płatne według siatki MSZ w dolarach (przelicznik!). Co się okazało? Za siedem lat pracy za granicą odprowadzano mi składki ZUS od najniższej krajowej. Reszta to były tzw. diety wyjazdowe dzienne (nieopodatkowane na ZUS). I tak to leciało przez siedem lat. Nie, nie skarżę się. Ale ktoś mógłby mnie o tym wcześniej poinformować.

Ach, te oszczędności na każdym kroku. Ciekawe, jak teraz mają pracownicy MSZ. Może niech się przyjrzą swoim składkom na emeryturę w ZUS-ie.

Skomentuj (17) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 132 (142)

#85463

(PW) ·
| Do ulubionych
Będzie o bardzo dawnych czasach, ale z niejakim odniesieniem do współczesności. Ciemna noc stanu wojennego, rok 1982. Mieszkam na wsi na Mazurach i uczę w szkole. Przychodzi pisemko, tak zwany bilecik. Mam się drugiego września stawić do jednostki w celu odbycia dwunastomiesięcznej służby wojskowej. Tak, kiedyś po studiach trzeba było odpękać rok w kamaszach w Szkole Podchorążych Rezerwy (taka wylęgarnia potencjalnych oficerów) w odróżnieniu od tak zwanego plebsu, który miał do wyboru tylko dwa latka lub (w przypadku pecha) trzy w marwoju lub u pancerniaków. Naonczas miałem dwoje dzieci silnie małoletnich czyli 4 miesiące oraz rok i pięć miesięcy. Żona oczywiście nie pracowała (macierzyński, wychowawczy itp). Trzeba było działać.

Krok pierwszy: do woja trafiłem tuż po potężnym ataku kolki nerkowej, więc idziemy w zdrówko. Zgłoszenie u lekarza w jednostce, ten w karcie wpisuje na czerwono KRÓTKA DROGA (czyli do natychmiastowego zwolnienia) i skierowanie do szpitala wojskowego. Tam teksty: bo zrobimy urografię, a od tego można umrzeć, to niech podchorąży przyzna, że dodał krwi z palca do próbki moczu i po sprawie. Wychodzę ze szpitala z diagnozą: skrzywienie przegrody nosowej nieznacznie upośledzające czynność ustroju (ale możemy ją podchorążemu wyprostować), kategoria A1, czyli komandos. Dobre było w tym, że unitarkę (tupanie do przysięgi po placu apelowym) odpracowałem w szpitalu, a salowe donosiły nam śliwowicę.

Krok drugi: dzieci i żona bez środków do życia (aż tak źle nie było, ale i nie luksusowo). No i bingo. Wezwanie z Wojewódzkiego Sztabu Wojskowego, żeby wyjaśnić sprawę. Po jakimś czasie przez swoje wtyczki (każdy jakieś miał w PRL) informacja - decyzja o zwolnieniu wysłana na początku marca do jednostki macierzystej. Ja już cały happy, wolność tuż, tuż, ale to przecież wojsko i tak pięknie być nie może.

Codzienne wizyty u zblatowanego pisarza kompanii (niepozorna, ale szalenie ważna funkcja) nic nie dawały. Zwolnienie w końcu przyszło. Dziesiątego czerwca udało się kwitom pokonać 60 kilometrów od sztabu do jednostki.

Jako obywatel wyzwolony z kamaszów, czyli już nie podwładny, zapytałem przy piffie swojego byłego przełożonego, jak to było możliwe. Odpowiedź była taka: zwolnienie zwolnieniem, a podchorąży te dziesięć miesięcy z dwunastu odpękać musiał. Przepisu takiego nie ma, a raczej taki uzus, żeby podchorąży nie pomyślał, że wojsko to gó...

A jaki jest związek z codziennością? No cóż, to przecież nasza codzienność w kontaktach z urzędami. Niech sobie petent nie myśli, że może być górą. A nawet jak myśli, że jest, to nie jest.

I tyle.

Skomentuj (25) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 98 (156)