Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

jotem02

Zamieszcza historie od: 22 stycznia 2018 - 18:33
Ostatnio: 17 listopada 2019 - 14:44
O sobie:

Nauczyciel od 1979. Uprawnienia do matematyki, fizyki i angielskiego. Dwukrotnie, przez kilka lat, dyrektor szkoły polskiej poza granicami Polski (Budapeszt, Benghazi). Ukończony pierdyliard szkoleń i kursów. Prywatnie żonaty, dwóch synów, czwórka wnuków dzięki którym mam bieżący podgląd na publiczny system edukacji. Od wielu lat nauczyciel w szkołach STO.

  • Historii na głównej: 18 z 20
  • Punktów za historie: 2499
  • Komentarzy: 122
  • Punktów za komentarze: 555
 
poczekalnia

#85611

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Znowu wracam do szkoły w pojunkierskim pałacyku nad jeziorem. Szkoła istniała zaledwie dwa lata, mój poprzednik oddalił się w nieznaną dal przed końcem roku szkolnego, a ja byłem młody i ambitny. Po uporządkowaniu zaszłości typu kreda, żarówki i węgiel zaksięgowanych jako środki trwałe i, na żądanie statystyki, policzeniu zbiorów jabłek w przyszkolnym sadzie w rozbiciu na gatunki i sposób wykorzystania, postanowiłem szkołę osadzić historycznie w istniejącym kontekście. W tym celu zwołałem Komitet Rodzicielski.
Historia pierwsza (uwaga, może być nieco ... mało śmieszna jako całość). Zapytałem szanownych rodziców, czy w bliskiej okolicy nie ma jakichś pomniczków z przeszłości, kamieni pamiątkowych itp. Padła odpowiedź: "No tam za polem ...... jest taki pomniczek. Tam, wiedzą panie, jak ruskie przyszły, to tam młodą dziewczynę od tych tam, za drugim jeziorkiem, złapały i zamolestowały. To tam i pomniczek stoi". No nie były to jeszcze czasy na głośne wspominanie o takich tragediach. Co by na to gminny komitet przewodniej siły powiedział...
Historia druga. Szkoła była młoda, a ja ambitny i zamarzył mi się patron dla placówki. Informuję o tym komitet rodzicielski i silnie starszy gość (więc mógł pamiętać, co trzeba) mówi: "A derektorze, a tu, w lecie zwłaszcza, to przed wojną takie małe hitlersyny, znaczy gówniarze takie w sraczkowatych bluzkach przyjeżdzały. To dla nich taka szkoła chyba była. A ona podobnież admirała Canarisa (mówione przez C) była, to i po co zmieniać. A i niech zostanie jak było". Tu opuściłem na chwilę szanowne zgromadzenie, bo nie mogłem pokazać, że łzy mi się z oczu sypią jak grochy. Ze śmiechu oczywiście. A komitet miałem fajny. Pomost nad jeziorem zbudowali i dzieciaki miały WF z pływaniem (już to widzę w dzisiejszych czasach) i rzepak uprawili na gruntach szkolnych (sprzedało się to potem i było trochę kasy dla szkoły). Ech, było i nie wróci...

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 51 (91)

#85463

(PW) ·
| Do ulubionych
Będzie o bardzo dawnych czasach, ale z niejakim odniesieniem do współczesności. Ciemna noc stanu wojennego, rok 1982. Mieszkam na wsi na Mazurach i uczę w szkole. Przychodzi pisemko, tak zwany bilecik. Mam się drugiego września stawić do jednostki w celu odbycia dwunastomiesięcznej służby wojskowej. Tak, kiedyś po studiach trzeba było odpękać rok w kamaszach w Szkole Podchorążych Rezerwy (taka wylęgarnia potencjalnych oficerów) w odróżnieniu od tak zwanego plebsu, który miał do wyboru tylko dwa latka lub (w przypadku pecha) trzy w marwoju lub u pancerniaków. Naonczas miałem dwoje dzieci silnie małoletnich czyli 4 miesiące oraz rok i pięć miesięcy. Żona oczywiście nie pracowała (macierzyński, wychowawczy itp). Trzeba było działać.

Krok pierwszy: do woja trafiłem tuż po potężnym ataku kolki nerkowej, więc idziemy w zdrówko. Zgłoszenie u lekarza w jednostce, ten w karcie wpisuje na czerwono KRÓTKA DROGA (czyli do natychmiastowego zwolnienia) i skierowanie do szpitala wojskowego. Tam teksty: bo zrobimy urografię, a od tego można umrzeć, to niech podchorąży przyzna, że dodał krwi z palca do próbki moczu i po sprawie. Wychodzę ze szpitala z diagnozą: skrzywienie przegrody nosowej nieznacznie upośledzające czynność ustroju (ale możemy ją podchorążemu wyprostować), kategoria A1, czyli komandos. Dobre było w tym, że unitarkę (tupanie do przysięgi po placu apelowym) odpracowałem w szpitalu, a salowe donosiły nam śliwowicę.

Krok drugi: dzieci i żona bez środków do życia (aż tak źle nie było, ale i nie luksusowo). No i bingo. Wezwanie z Wojewódzkiego Sztabu Wojskowego, żeby wyjaśnić sprawę. Po jakimś czasie przez swoje wtyczki (każdy jakieś miał w PRL) informacja - decyzja o zwolnieniu wysłana na początku marca do jednostki macierzystej. Ja już cały happy, wolność tuż, tuż, ale to przecież wojsko i tak pięknie być nie może.

Codzienne wizyty u zblatowanego pisarza kompanii (niepozorna, ale szalenie ważna funkcja) nic nie dawały. Zwolnienie w końcu przyszło. Dziesiątego czerwca udało się kwitom pokonać 60 kilometrów od sztabu do jednostki.

Jako obywatel wyzwolony z kamaszów, czyli już nie podwładny, zapytałem przy piffie swojego byłego przełożonego, jak to było możliwe. Odpowiedź była taka: zwolnienie zwolnieniem, a podchorąży te dziesięć miesięcy z dwunastu odpękać musiał. Przepisu takiego nie ma, a raczej taki uzus, żeby podchorąży nie pomyślał, że wojsko to gó...

A jaki jest związek z codziennością? No cóż, to przecież nasza codzienność w kontaktach z urzędami. Niech sobie petent nie myśli, że może być górą. A nawet jak myśli, że jest, to nie jest.

I tyle.

Skomentuj (25) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 93 (147)

#85474

(PW) ·
| Do ulubionych
Ostatnio pisałem o dawnych czasach w SPR, czyli w Szkole Podchorążych Rezerwy (roczek po studiach w plecki).

Pierwsze cztery miesiące to odkacanie magistrów, czyli pokazywanie im na czym polega wojskowa codzienność. Listopad, pobudka 5.45 i od szóstej pół godziny zaprawy porannej. Mówiąc po ludzku, truchtanie po placu apelowym wraz z ćwiczeniami gimnastycznymi w zimnej mżawce i w ubiorze sportowym - majty i koszulka. Zdecydowanie nie była to moja bajka.

Pewnego razu, dla jaj wziąłem miotłę i zamiast mknąć na truchtanie, zacząłem leniwie zmiatać liście ze schodów i chodnika. Nikt się tym nie zainteresował, więc nieśpiesznie zamiatałem prze całą zaprawę. I BINGO, chwyciło. Od tej pory moi kumple drżeli z zimna na placu apelowym, a ja popalając sobie Popularnego, grabiłem liście. Psychologicznie było to bardzo proste: skoro podchorąży grabi, to znaczy, że ktoś mu wydał taki rozkaz. Sprawdzać tego nie ma komu i po co, bo to drobiazg. I tak się działało w tej szkole przetrwania. A w niektórych instytucjach działa się tak nadal. I wszyscy są zadowoleni.

PS. Oburzenie, że kumple marzną, a ja się byczę. Każdy miał szansę na swój patent i było to bardzo ściśle osobiste. Pozdrawiam podchorążych!

Skomentuj (35) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 137 (149)

#85136

(PW) ·
| Do ulubionych
Teraz mamy, jakby nie osądzać, 500+, a ja chciałbym przypomnieć jak to historycznie bywało. Dawno, bo połowa lat osiemdziesiątych ubiegłego stulecia.

Dyrektorowałem naonczas w szkole mieszczącej się w pojunkierskim pałacyku (którego historia to temat na osobną opowieść) nad jeziorem w urokliwym miejscu gdzieś w północnej Polsce. Do moich obowiązków należała piecza i kontrola w kwestii rodzin, które dziś byśmy nazwali patologicznymi. Do mojej szkoły chodziła jedenastka dzieci o nazwisku, powiedzmy, Kotek. Kotki miały jeszcze trójkę rodzeństwa w wieku przedszkolnym i dorosłą siostrę. W kwestii ubioru charakteryzowało ich to, że co jakiś czas (sześć/siedem tygodni) ich garderoba zmieniała się na nową, a w tak zwanym międzyczasie następowała przemiana z nowej na taką, przy której majtki można ściągnąć przez głowę (przepraszam za niesmaczność).

No cóż, sprawie trzeba się było przyjrzeć. W owych czasach należało zapotrzebować (wiem, okropne) asystę funkcjonariusza emo i samochód. Asysta była niezbędna, bo naród jak wypity, to porywczy bywał i nikt nie miał ochoty na siekierę w plecach.

No i pojechali. Styczeń w owych czasach na Mazurach to nie była Majorka. Minus siedemnaście, zaspy śniegu, a przed domem państwa Kotków ślizgawka (bo górka taka mała była). A z tej ślizgawki raźno jedzie ośmioletnie dziecię. Bose i w podkoszulce.

Wchodzimy do środka tego e... domu. Dwie izby, podłogi nie widać, bo sprzątać trzeba by było koparką. W jednej izbie rozpalona "koza" z kominem kończącym się w wybitym lufciku uszczelnionym jakąś szmatą. W drugiej izbie melancholijny (i nieco wypity) pan domu niza liście tytoniu na drut (a uprawa tytoniu przynosiła wtedy niezłe zyski).

Obejrzałem, co trzeba. Komentarz funkcjonariusza: "On jak trzeźwy, to normalny gość, ale jak zobaczy, ile ma dzieciaków, to po flaszkę leci. A jak wypije, to robi kolejne".

Moje naiwne pytanie…
- Ale jak to oprać tyle dzieciaków? (nic mądrzejszego mi nie przyszło do głowy).
- Oj panie, toż to wielodzietne. Co chwila paki z Caritasu i jakichś innych pomocy. To się zakłada nowe, a szmaty na strych.

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 137 (179)

#85052

(PW) ·
| Do ulubionych
Wróciłem ci ja z zagranicznego wojażu (a dokąd, to za moment) i odpaliłem przegapione Polskie Drogi (wiem, taki trochę masochistyczny odruch). I tak mi się skojarzyło.

W stolicy noszącej dumne miano Nursułtan, która nota bene jest snem pijanego architekta i w innych miastach zaobserwowałem, że w chwili, gdy pieszy zbliża się do zebry, ruch uliczny dosłownie zamiera. Stają nie tylko samochody, ale i komunikacja miejska, a gdyby i pociąg jechał, to też by się pewnie zatrzymał. Patrzę z krawężnika: wszystko stoi, a przez przejście pełzną dwie babeczki.

Później kierowca mojego środka lokomocji (łebek, który przed chwilą stwierdził, że zaproponowane przeze mnie 1000 tenge to za dużo i zawiezie mnie za 700) wyjaśnia, że za lekceważenie pieszego jest potworny mandat. Ulice o kilku pasach ruchu - można śmigać. Miejscowi jeżdżą bardzo dynamicznie, ale nie więcej niż sześćdziesiątką. Kierowca pokazuje wszechobecne i nieoznakowane żółte skrzyneczki. Fotoradar i nie ma odwołania, a kara potężna i nieodwołalna.

Można wyedukować użytkowników ruchu? Można. Pod warunkiem, że kara jest dotkliwa i nieuchronna.

A teraz z innej beczułki. Przez jakiś czas byłem odseparowany od polskiego piekiełka wyznań i poglądów. I obrazek z podobno dzikiego Kazachstanu. W restauracji siedzi grupka młodych ludzi. Kilka młodych dziewcząt w hidżabach i kilka panienek w mini. Chłopcy niektórzy brodaci, a niektórzy nie. Ci, co chcą, piją piwko, a ci, co nie chcą, soczek. Ci, co chcą, wiosłują coś, co wygląda na schabowego (tu mogłem się pomylić), a inni pierożki z warzywkami. Nikt nie krzyczy, że jest muslimem, chrześcijaninem, wege, czy kimś tam innym. Tolerancja i szacunek dla innych się to nazywa. Można? Można.

Mój kierowca (Rosjanin urodzony w Kazachstanie przed rozpadem ZSRR i dalej tam mieszkający, bo mu się podoba) wytłumaczył mi to z niejakim pobłażaniem - „Tu żyje 120 narodowości i grup etnicznych. Każda ma swoje obyczaje i przyzwyczajenia. Bez wzajemnego zrozumienia chyba byśmy się powyrzynali nawzajem".

A u nas dalej hejcik i plucie na tych, co się od nas różnią. Przykre.

Gdyby ktoś był ciekaw kraju, atrakcji i mieszkańców, to zapraszam do komentarzy. Pozdrawiam.

Skomentuj (20) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 130 (198)

#85137

(PW) ·
| Do ulubionych
Jeszcze krótki tekścik z tej samej beczki. Przypominam: szkoła nad jeziorem w pojunkierskim pałacu. Koniec roku. Wszyscy się cieszą oprócz Basi. Basia, uczennica klasy ósmej, w szkole bywała nader rzadko, bo odkryła swój utajony erotyzm i oddawała się ulubionym zajęciom w godzinach nauki szkolnej, co kolidowało z realizacją materiału.

Trzy dni przed zatwierdzającą wyniki radą pedagogiczną Basia objawiła się w moim (szumnie mówiąc) gabinecie i oświadczyła, że jeśli nie dostanie świadectwa ukończenia szkoły, to się powiesi. Teraz każdy dyrektor (być może) by ją skierował do psychologa, psychiatry, albo innego głowologa, ale ja takiej możliwości nie miałem. Co gorsza, niedawno jej brat się w rzeczy samej powiesił.

No cóż, trzy nieprzespane noce i decyzja - brak promocji.
Potem kolejne nieprzespane noce, bo a nuż. Skończyło się dobrze. Basia nie skończyła szkoły, ale za to zaszła w ciążę i urodziła zdrowego chłopaka. A mnie zostało tylko w pamięci " a gdyby"

Skomentuj (3) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 177 (211)
zarchiwizowany

#85223

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Onego czasu rzekł Nasz Pan i Prawodawca „przyjdźcie”. A głos jego był naonczas jako lwa karcącego nieposłusznych i niechętnych i jako psa strzegącego stada i jako jelonka skomlącego na pustyni. A w głosie tym były surmy miedziane i nuty spiżowe stanowczości pełne. I przyszli oni, gdyż byli to ludzie, we własnym przynajmniej mniemaniu, dobrzy. A On wołał ich jako ów centurion, co mówił swoim podwładnym „przyjdźcie” a oni przychodzili, gdyż wielka była ich bojaźń i szacunek dla Prawodawcy. Tedy opasali oni lędźwie swoje i przyszli i zasiedli. A niektórzy nawet kawę siorbali z ukontentowaniem znacznym. A oto on wyszedł przed nich i rozdarł na znak rozpaczy szaty swoje i rzekł: „Oto terminy przyszły na nas ostateczne i jako pasterz dobry i przezorny mówię wam, że „Ustawa o Danych Osobowych” zwana RODO jest coraz bliżej i nikt uniknąć jej nie jest władny”. Zafrasowali się silnie podwładni i szemrać poczęli przeciwko rządzącym, co trudne do zniesienia było. Gdyż albowiem przeciwko rządzącym szemrać nie należy, jako że jest to szkodliwe dla zdrowia i funduszu emerytalnego. A i tacy byli co wyrazów używali i fraz idiomatycznych silnie. Rzekli mu tedy potulnie, gdyż w rozterce wielkiej byli: „Panie, ty wiesz jako sprawiedliwymi być chcemy i zakonu naruszać nam nie wolno. Cóż tedy czynić mamy aby prawo się wypełniło?”. Zasumował się silnie pasterz nasz, ale z refleksem godnym wojownika odparł: „Jako Mojżesz dał prawa Izraelitom gdy w potrzebie byli i bożków a bałwanów glinianych czcić byli gotowi, tak i ja dam owieczkom swoim zagubionym dekalog swój”. To powiedziawszy zmilczał przez chwilę i dał.

I. Dane osobowe święte są i w zatajeniu wiecznym pozostać mają.
II. Pamiętaj, aby uczeń twój anonimowym był i nawet na mękach nie zdradź danych jego osobowych, a zwracaj się do niego przezwiskiem, by nikt danych jego nie poznał. A klasówki jego utajniaj szyfrując jego imię i nazwisko Enigmą potężną.
III. W żadnym miejscu i o żadnej dobie danych tych nie utrwalaj, a to ryjąc je w kamieniu, a to spisując myśli i uczynki na papirusie albo innym nośniku pamięci.
IV. A jeśli już utrwalisz je łamiąc zakon, nie pokazuj ich innym, bo nie znasz dnia ani godziny kiedy jawne się staną a ty winnym tego będziesz.
V. A Librus przenajświętszy jest, bo on tajne dane zawiera. A tyś jego strażnikiem jedynym, któremu tajemnicę powierzono byś był jej godnym.
VI. A jeśli pokusi cię, żeby dostęp do Librusa dać osobie pobocznej tedy odgryź sobie dłonie obie albo i co innego by się pokusy nieczystej pozbyć.
VII. A dane dostępowe i wszystkie inne świętsze są niż tajemnice Watykanu toteż spoczywać mają pod pieczęcią tajemnicy wielkiej w miejscu, którego poznać nikt nie zdoła.
VIII. A po dniu pracowitym poświęconym na drukowanie tabelek różnistych wszystkie akta zawierające dane osobowe spalone być mają, aby nikt tajemnicy ich poznać nie mógł.
IX. Nie pożądajcie zaś danych osobowych innych bo za to kara jest zapowiedziana, przy której jazda autobusem MZA w godzinach szczytu pikusiem jest niewielkim.
X. A słowo „archiwum papierowe” przeklęte ma być i na wiek wieków zapomniane.

To rzekł pasterz nasz i obrońca po czym zabulgotał był jak gdyby ze zgrozy i odszedł krokiem chwiejnym. A wszyscy osłupiali lekko, siedzieli w milczeniu i tylko niedopita ich kawa parowała w ciszy śmiertelnej. A paluszków słonych nie chrupał nikt.

Skomentuj (5) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 5 (33)

#85058

(PW) ·
| Do ulubionych
Tym razem krótko o służbie zdrowia, a raczej o piekielnym adepcie medycyny.

Z nieistotnych dla historii powodów trafiłem na kilka dni do szpitala i tam zacząłem mieć tak zwane przerwy w optyce - po prostu na minutkę przestawałem widzieć na jedno oko (powód hospitalizacji nie był związany z oczkami). Zgłosiłem komu trzeba, rankiem konsultacja okulistyczna. Chwila oczekiwania i przyjmuje mnie młody i z pozoru sympatyczny pan w białym fartuchu. Chwila medycznych czarów z towarzyszeniem aparatury i pytanie: "Gdzie się leczy?" Ja: "Nooo, nigdzie". Odpowiedź: "To oślepnie, bo ma jaskrę".

Kopara opadła mi z łoskotem na marmury i usłyszałem jeszcze tradycyjne: "Następny"! Przybity nieco wypełzłem na zewnątrz i do tej pory nie wiem, na czym polega tak zwana opieka lekarska. I tyle.
PS. Było to kilka lat temu. Nadal mam jaskrę, ale w sumie jest stabilnie. Jak na razie nie oślepłem.

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 76 (94)

#85060

(PW) ·
| Do ulubionych
Tym razem motoryzacja.
Jednym z pierwszych moich tekstów na tym portalu była historia "naprawy" skrzyni automatycznej w moim mietku, czyli jak się prawie dałem wydudkać na sporą kasę. Ale wtedy były to prywatne warsztaty, a nie ASO.

Historia o kilka lat wcześniejsza. Podróżowałem wówczas dość leciwym, ale kochanym volviakiem. Autko swoje lata miało, chyba wtedy osiem, albo coś koło tego. Psuło się rzadko i kłopotliwe nie było. Do czasu jednakowoż. Przyszła taka chwila, że bez powodu gasł mi silnik. Na szosie to nie problem, po chwili odpalał, ale na skręcie w lewo w środku miasta to już była żenada. Pomyślałem, że mam ASO rzut beretem od szkoły, w której uczyłem więc do fachowców.

W ASO full kultura - kawa, herbata, soczek, zjawiskowa hostessa z gazetką, bo "może chwilę diagnostyka potrwać". Potrwało i diagnoza - cóż przyczyn może być wiele, ale na pewno trzeba zdjąć głowicę, obejrzeć zawory itp. Fachowcem nie jestem, ale coś mi zagwizdało ostrzegawczo pod czaszką. Koszt? No kilka tysięcy na pewno, bo to i części i droga robocizna...

Dopiłem soczek i pomknąłem nach hause. Przy wjeździe na podwórko auto zdechło ostatecznie i już się odpalić nie dało. Mogiła. Na szczęście przypomniałem sobie, że moje poprzednie auta w drobnych kwestiach usprawniał odległy o 200 metrów warsztat pana Arka. Telefon, hol i volvo zajechało do warsztatu. Po dwudziestu minutach wiadomość: "W pompie paliwa jest taka membranka, a w niej jest dziura. Pompa zaciąga powietrze i stąd gaśnięcie silnika. Nabyć pompę i po sprawie". Reszta prosta - ekspresowe allegro, chwila na wymianę, koszt około 100 złotych. Głowicy zdejmować nie było trzeba.
Pozdrowienia dla mechaników z ASO.

W ASO

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 141 (153)

#84806

(PW) ·
| Do ulubionych
Sporo lat temu, ale nie wieczność temu. Gimnazjum. Społeczne zresztą. Piekielni rodzice, bo co dzieci winne.

Ponieważ mieszkałem przez cztery lata w przepięknej stolicy bratanków, kilkakrotnie zorganizowałem swoim dzieciakom (z różnych klas) wyjazd do Budapesztu. Oczywiście nie przez biuro turystyczne - polowanie na okazje przelotu, znajomy hostel w centrum miasta, świadomość faktu, gdzie i niedrogo można zjeść, znajomość miasta. Dużo roboty, ale opłacalne.

Na przykład, żeby wówczas zarezerwować najtańsze bilety lotnicze dla 18 osób, trzeba było użyć dwóch osób jednocześnie klikających zamówienie (limit był 14 biletów). No nieważne - udawało się i wychodziło 750 złotych za pięć noclegów, przelot, żarełko i wstępy (a niektóre miejsca w Budapeszcie tanie nie są na przykład Sechenyi Furdo). Wszystko załatwione, bilety kupione, hostel czeka, szczegółowa kalkulacja przyjęta przez rodziców. Oczywiście warunki: dziecko musi mieć dowód albo paszport oraz komórkę z roamingiem. Lecimy. Na lotnisku, po odprawie, przed bramką do boardingu ZONK! Ta panienka nie poleci. Bo? Bo paszport nieważny od dwóch lat. Dowodu niet. Telefon do taty - będzie za czterdzieści minut. Odlot za dwadzieścia. Żaden z dwójki opiekunów (ja i koleżanka) zostać nie może, bo byłby to koniec bajki. Na szczęście kochana pani z personelu obiecała, że zaopiekuje się niedoszłą wycieczkowiczką i przekaże ją tacie. Niby nie wolno, ale jak trzeba...

Dobra. Jesteśmy na miejscu i zwiedzamy miasto. Każdy pacjent ma tygodniowy bilet na komunikacje i mapkę miasta. Miasto jest duże i tłoczne w centrum, więc przed każdą podróżą odprawa. Wsiadamy tu (nazwa w postaci pisanej, bo fonetycznie wygląda to inaczej), jedziemy iks przystanków, wysiadamy tu (nazwa). Jeśli, co nie daj Boże ktoś się zgubi, wraca na stację początkową i dzwoni do mnie. Poruszamy się w zwartej grupie i pilnujemy poleceń.
OK. Startujemy ze stacji metra przy dworcu kolejowym Nyugati.

Stacja duża, tłok, przecinają się dwie linie metra. Instruktaż odbyty, na wszelki wypadek co chwilę liczymy ilu nas jest. Wsiadamy, wysiadamy, liczymy i znowu ZONK! Nie ma Andrzejka. Bladość, spazmy i chwila refleksji. Ma mapkę, komórkę, wie skąd startowaliśmy, zaraz się znajdzie. Dzwonię. Brak odzewu. Wracam na Nyugati. Andrzejka brak. Robi się horror. Moja koleżanka już łka, mnie też nie jest do śmiechu (ZAWSZE odpowiedzialny jest kierownik imprezy). W desperacji jeżdżę po dwa, trzy przystanki do przodu i do tyłu obiema liniami.

Po trzech kwadransach Alleluja. Jest Andrzejek. Siedzi na pustym peronie na ławeczce w miejscu, gdzie bym się go raczej nie spodziewał. Dla kumatych jechaliśmy na Batthyani ter, a on był na Lehel ter. Oczywiście wylało się ze mnie wszystko, co mogło się wylać. Chłopię dostało cenzuralny op...l od góry do dołu. A potem jeszcze jeden, gdy okazało się, że nie wziął z Polski komórki. Bo? Bo sam nie wie. A dlaczego się zgubił? Bo papierek mu upadł, a szedł na końcu, a potem to już nas nie było.

Dobra. Wróciliśmy do Polski i w szkole zaprasza mnie szef. Człowiek kochany i rozumny. Tym razem nieco skrępowany. "Bo wiesz jotem, mama Andrzejka powiedziała, że to była dla syna tak straszna trauma (nie zagubienie się, ale mój op...l), że dramat, sajgon i niepowetowane straty psychiczne". I co teraz? I ona oczekuje, że Andrzejka na forum klasy przeprosisz.

I wiecie co drodzy czytelnicy? Przeprosiłem Andrzejka na forum klasy. Nie dlatego, żebym drżał o zatrudnienie, ale dlatego, że szef mnie o to poprosił. I była to ostatnia zorganizowana przeze mnie wycieczka.

Skomentuj (26) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 141 (153)