Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

#87389

(PW) ·
| Do ulubionych
Na specjalne życzenie czytelników kolejne libijskie migawki (kurczę, niedługo z tego książka chyba wyjdzie!). Tym razem o mieszkańcach Libii.

Generalnie Libia jest baaaardzo duża, a ludzi mieszka tam mało, i to głównie w miastach. Większość kraju, to pustynie żwirowe (serir), piaski i górki (na południu). W takich warunkach pomoc staje się imperatywem kategorycznym, niezależnie od koloru skóry.

Mkniemy limuzyną PF 125 przez serir. Asfalt (położony przez polski Dromex) więc zapieprzamy. Na asfalcie można, z racji temperatury, smażyć sadzone. Nagle paff i, jak mówią miejscowi, gumma kasura, czyli pora na zmianę koła. Pięćdziesiąt kilometrów dalej paff i już jesteśmy w czarnej d.... Zapasu nie ma, a na trzech kołach daleko nie zajedziemy. Ale bez paniki. Mieszkający w Libii Polak w takiej sytuacji otwiera bagażnik, wyjmuje turystyczny stoliczek, krzesełka, parasol (od słoneczka) i zamrożoną wodę w butelkach. I się siedzi i czeka, bo ruch jest niewielki. Po godzinie, bez żadnego machania zatrzymuje się przy nas dżip pełen nastolatków w skórzanych kurtkach. Oj, niedobrze. To ci najbardziej zindoktrynowani Kaddafim. Rozmowa jest krótka: Jaki macie problem? No, dwie gumy nam padły. Nie ma problemu, dawajcie koła, zawieziemy do gumiarza i naprawi. NB: najbliższy gumiarz, to na pewno około 50 km. Ryzykujemy i dajemy kapcie. Chłopaki wracają za dwie godziny, pomagają zmienić kapeć i nie chcą nawet kasy za rachunek od gumiarza. Też kiedyś komuś pomożesz. I odjechali.

Podobna podróż. Paliwa trochę mało (zapomniałem - po raz ostatni! - zatankować do pełna), ale na mapie figuruje miasteczko Mehilla (niektórzy znają je z opisów kampanii w Libii). Miasteczko! pięć namiotów na krzyż i zadupie wszechświata. Ale stary Arab mówi: niedaleko stąd jest szarika (czyli zakład) i mogą mieć paliwo. Jedziemy i rzeczywiście jest jakiś barak i alleluja, pompa paliwa. Barak otacza drut kolczasty, pompa jest na zewnątrz. Żona i dzieci w samochodzie, a ja idę się przywitać z mieszkańcami baraku. Czterech panów w dżellabach spożywa właśnie z dużej miednicy posiłek, wymieniamy przez kwadrans tradycyjne uprzejmości: kto, skąd, jak się masz, a jak się ma samochód, a jak tam żona i dzieci zanim przechodzę do meritum. W odpowiedzi: pompa (czyli bomba, bo w arabskim nie ma głoski p) jest tam, zatankuj sobie, ale zouza (żona) musi zostać w samochodzie (kwestia skalania przez obcą kobietę). Zatankowałem cały bak pod korek, chcę się uiścić i słyszę: O, Allah, nie weźmiemy żadnych pieniędzy. Trzeba pomagać bez nagrody. Inna sprawa, że w owych czasach na stacjach benzynowych cena była nie za litr, a za 10 litrów benzyny i była to równowartość paczki najtańszych fajek.

Jadę z Benghazi do Tobruku (z rodziną) i podczas tankowania w Al Marj Arab zwraca mi uwagę, że z autka coś kapie. I w rzeczy samej. Kapie woda. Krótki rzut oka - padła pompa wodna. Do Tobruku nie dojadę na pewno, na pewno też nie uda mi się wrócić do Benghazi, do mojego ulubionego mechanika zwanego pieszczotliwie (z racji postury) ziemniaczkiem. Czyli znowu d... Ale Arab mówi, że jego brat ma warsztat i do niego jakoś się na holu doczłapię. To make the long story short. Spędziliśmy w tym warsztacie około sześciu godzin, dożywiani pieczonymi kurczakami i bagietkami przez liczną arabską rodzinę. Warsztaciarz musiał jeździć po szrotach, coś tam przerabiać i dorabiać, ale pompę wymienił i znowu nasza fura była na chodzie. Zapłaciliśmy grosze w porównaniu do tego, co by nam zaśpiewał mechanik w Polsce.

I znowu gorzko słodka historyjka na koniec. W Libii każde uszkodzenie samochodu musiało być wpisywane do książki wozu (kutaib) po zgłoszeniu na policji drogowej. Mknąłem, jak zwykle rodzinnie, na inspekcję szkoły w Dernie (głupie 300 km od Benghazi) i na parkingu nad morzem przywaliłem w słupek. Lekko wygiąłem zderzak i błotnik. Zlekceważyłem to, jak się okazało niesłusznie.

Przy wjeździe do Derny, jak wszędzie, był posterunek policji z kontrolą drogową. Dałem ksero paszportu (tzw. dyplomatyczna dwójka - immunitet służbowy), prawo jazdy i książkę wozu. I tu pojawił się problem. W książce nie było wgiętego zderzaka, a w autku był. Więc szlaban, ale z drugiej strony ten paszport i służbowa podróż poświadczona przez miejscowy MSZ. Sytuacja stawała się powoli patowa. Policjanci gdzieś dzwonili, ale bez satysfakcjonujących wyników, próbowali do rozmowy zaprosić moją żonę (zouza zostaje w aucie, tylko mężczyźni!) i na horyzoncie rozwiązania nie było widać.

W końcu któryś z nich wpadł na pomysł: Masz bambini? No, mam. Siedzą już długo w aucie. To jak masz bambini i są zmęczone, to my cię puścimy. Bo bambini są najważniejsze. A tak w ogóle, to ty jesteś Polak, a u nas w szpitalu są polskie pielęgniarki i my je kochamy. Minutę później mknęliśmy do miasta, co koń wyskoczy. A mogło być różnie... Łącznie z noclegiem w celi, bo policja mogła robić, co chciała. Uratowały nas blondwłose bambini i polskie siostrzyczki ze szpitala w Dernie.

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 181 (189)

Komentarze

Momencik, trwa ładowanie komentarzy   ładowanie…