Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

#88518

(PW) ·
| Do ulubionych
Na początku lipca żaliłam się tutaj, że za płotem otworzyli mi knajpę, która w każdą sobotę urządza bardzo głośne imprezy. Oto kolejna aktualizacja.

Pod ostatnią historią jeden z komentujących praktycznie narysował mi tarczę na tyłku, podsyłając linki do lokalnego urzędu miasta, więc chyba każdy już skojarzył, że rzecz się dzieje w Konstantynowie Łódzkim. A klubokawiarnię nadal mamy tylko jedną.

Po tym jak „nieznani sprawcy” przeleźli przez mój płot od strony klubokawiarni i rozwalili mój sprzęt, a potem grozili, że mnie zaj*ią, następnego dnia wylądowałam na komendzie. Składanie zeznań trwało bite sześć godzin. Kiedy wróciłam do domu, odkryłam, że święta w tym roku przyszły wyjątkowo wcześnie, ponieważ na grupie „jesteśmy za knajpą x” toczy się w najlepsze dyskusja na temat zajść z poprzedniego wieczoru. Była mowa o ludziach, którzy zazdroszczą innym dobrej zabawy, więc włączają syreny. Dostałam nawet ksywkę „Strażak Sam”. A potem, kiedy ktoś spytał, co właściwie się stało, jakaś babka napisała „mieliśmy pokaz sprawnościowy ochrony”.

Kolejna gwiazdka z nieba spadła mi w postaci planu zagospodarowania przestrzennego. Przyznaję, nie wpadłam wcześniej na to, żeby go sprawdzić. Ale faktycznie, działka na której co tydzień są głośne imprezy, ma status terenu ochrony akustycznej. Fajnie, że ludzie, którzy niedawno sobie pobudowali domy na tym osiedlu, płacąc większe pieniądze za zieleń i ZAPEWNIONY PRAWEM LOKALNYM spokój, mogą teraz korzystać z tych dobrodziejstw przez aż sześć dni w tygodniu. Na fali totalnego wkur*enia, zaczęłam słać pisma do większości instytucji, które mi doradziliście.

Odzew był różny, w kilku przypadkach zwykła spychologia, w kolejnych nadal czekam na odpowiedź, w kilku „chwyciło”. Gdzieś po tygodniu odkryłam, że wywalili mnie z grupy „jesteśmy za knajpą x”, więc cokolwiek teraz tam o mnie piszą, już nie przeczytam. W sumie lepiej. Zaczęłam też zasypywać lokalną komendę pytaniami w sprawie interwencji dotyczących klubokawiarni. Dostałam odpowiedź, że poszło już pięć wniosków do sądu o ukaranie za zakłócanie spokoju i jeden wniosek do burmistrza o cofnięcie koncesji.

Potem nadeszła kolejna sobota z łomotem zza płotu (21.08). Korzystając z rad Piekielnych, dałam sobie spokój z klaksonami i po prostu czekałam, aż znowu przegną z głośnością i pierwszy raz w życiu wezwałam policję z powodu głośnej imprezy. Tak, można poczuć się staro. Rozmowa z policjantami nadaje się do jakiegoś programu o kartonowym państwie – zwyczajnie mi szkoda człowieka, który mówi mi, że nie wejdzie uciszyć kilkusetosobowej imprezy, bo ma rodzinę i nie chce skończyć wieczoru z nożem w żebrach, a posiłków też nie ma co wzywać, bo jest kilku funkcjonariuszy na cały powiat. Usłyszałam też przy okazji, że managerka klubokawiarni ich wyśmiała przy którejś tam interwencji, kiedy informowali ją o możliwości utraty koncesji na sprzedaż alkoholu – odparła ucieszona, że się nie martwi, bo burmistrz właśnie pije u niej piwo, więc raczej jej koncesji nie zabierze.

Udało mi się tyle wymóc, że funkcjonariusze zapewnili mnie, że wyślą kolejny wniosek do sądu – tym razem ode mnie, bo z poprzednimi nie miałam nic wspólnego. W kolejny wtorek zostałam wezwana na komendę w Konstantynowie Łódzkim, celem cholera wie jakim – bardzo miły pan policjant poprosił mnie, żebym mu wszystko jeszcze raz opisała. Odparłam, że zeznanie, które już zdążyłam złożyć, jest bardzo szczegółowe, potwierdzam wszystko i nie mam nic do dodania. Zagaiłam przy okazji o pokaz sprawnościowy ochrony i monitoring klubokawiarni. Rozczuliła mnie informacja, że wedle zeznań właściciela klubokawiarni, nie zatrudniają żadnej ochrony. Sami sprzedają bilety i sami pilnują porządku podczas imprez dla kilkuset osób. Jasne.

Tego samego dnia rozmawiałam ze swoją znajomą, która z racji zawodu, wie wszystko o wszystkich. Słyszała, że zamiast profesjonalnej ochrony, w klubokawiarni „pomagają” zaprzyjaźnieni „sympatycy” pewnej drużyny piłkarskiej. I że pilnują porządku z taką pedanterią, że kiedyś sympatyk innej drużyny piłkarskiej z imprezy wracał karetką. Celowo nie podaję nazwy klubu, bo nie chodzi o to, żeby szykanować klub, tylko pokazać patologię w działaniu klubokawiarni. Sprawa dla mnie o tyle przykra, że sama kibicuję tej samej drużynie, co ta „ochrona, której nie ma”, i od lat chodzę na mecze i mam szalik klubowy starszy niż to towarzystwo z knajpy. I niemal codziennie parkuję w pobliżu „mojego” stadionu. Ostatnio, o nietypowo wczesnej godzinie stało tam kilku „sympatyków” i wyraźnie na coś czekało. Nikomu nie życzę takiego strachu. To najprawdopodobniej były kompletnie przypadkowe łebki, ale po tym, jak inne łebki groziły, że mnie zaj*ią, moje poczucie bezpieczeństwa poleciało na wakacje i nie chce wrócić. Wszystko dzięki tej knajpie, a właściwie głupocie właścicieli.

W sobotę 28.08 klubokawiarnia była zamknięta. Oficjalnie z powodu zimna. Ale po mieście krążą plotki, że miała przyjść kontrola WIOŚu i dlatego dali sobie spokój.
W dniu 2.09, na terenie miasta zorganizowano spotkanie mieszkańców. Dotyczyło ono zupełnie innych spraw, niż hałas w klubokawiarni, ale poszłam tam, bo chciałam zapytać Burmistrza, czy w związku z otrzymaniem od komendanta policji wniosku o cofnięcie koncesji na sprzedaż alkoholu, zamierza tą koncesję cofnąć. Dostałam wymijającą odpowiedź, że wniosek komendanta policji był na tyle lakoniczny, że nie jest zrozumiałe, dlaczego właściwie należałoby podjąć taką decyzję, więc Burmistrz zdecydował o wysłaniu pisemnej prośby do komendanta o wyjaśnienie przyczyn złożenia wniosku. Posterunek policji jest niemal przez ścianę z Urzędem Miasta, ale to już ten moment, gdzie papier chroni du*ę lepiej niż żelazny blat, więc produkuje się go coraz więcej. Na tym spotkanie mogłoby się zakończyć, ale głos zabrała mama właściciela knajpy, która bardzo chciała wiedzieć, na czym właściwie polega mój problem z ich działalnością. Nie było miło.

Kiedy mówiłam, że ich prawo do działalności nie może naruszać mojego prawa do spokoju, zaczęła się śmiać. Kiedy mówiłam o wtargnięciu na moja posesję, zarzucała mi kłamstwo. Kiedy mówiłam o hałasie, pytała jakie mam na to dowody, a kiedy mówiłam o tym, że nie mają profesjonalnej ochrony do pilnowania porządku, stwierdziła, że ten klub nie potrzebuje ochrony, bo tam się bawią kulturalni ludzie. Acha.

W międzyczasie głos zabrała jakaś pani z załogi knajpy, która zarzuciła mi, że w ogóle nie próbowałam się z nimi skontaktować. O próbach kontaktu pisałam już dużo w poprzedniej historii, ale nawet kiedy zaczęłam je wyliczać, byłam wyśmiewana, bo nie przyszłam do nich porozmawiać, więc wedle ekipy nie warto mnie słuchać. Najlepszy był komentarz po przypomnieniu jak odzywali się na próby kontaktu przez Facebooka: „A skąd Pani wie, kto prowadzi naszą stronę na Facebooku?”. Cała ta pyskówka miała mniej więcej ten poziom żenady. Co by się zmieniło, gdybym w którąś sobotnią noc zapłaciła za wstęp i podeszła do baru ze skargą, że jest za głośno? Miałam taką absurdalną wizję barmanki, która na mój komunikat wyciąga głowę z akwarium i zdziwiona stwierdza „o kurcze, rzeczywiście!”, po czym wszyscy rzucają się do głośników, żeby ściszyć… Bo pamiętacie? Tylko o to mi chodziło – żeby ktoś to ściszył… Niestety wizja, choć kusząca, nie dojdzie do skutku, bo pani barmanka, jak reszta załogi klubokawiarni, nie biega z akwarium na głowie i doskonale słyszy głośną muzykę dookoła, ale zwyczajnie to ignoruje.

Dyskusji z obiema paniami przyglądała się załoga knajpy wraz ze sporą grupą zaprzyjaźnionych „sympatyków piłki nożnej”. Panowie bardzo radośnie przyjęli informację, że policja boi się wejść na teren knajpy, żeby uciszyć imprezę. Kiedy tak stałam i dyskutowałam z paniami o ich wizji świata, trudno było nie zastanawiać się, czy wrócę do domu cała i zdrowa. Znowu, nikomu nie życzę takich myśli.

Wymianę uprzejmości w końcu przerwał burmistrz, zalewając nas potokiem frazesów o sile dialogu i współpracy. A potem nastąpił gwóźdź programu, czyli apel o pomoc dla kilkumiesięcznego maluszka, który urodził się z tak poważną wadą serca, że pomóc może tylko operacja za granicą. Zaczęły się też podziękowania dla mamy właściciela klubokawiarni za pomoc w organizowaniu zbiórek i pikniku charytatywnego na rzecz dziecka. Pojawił się też ojciec tego chłopca, również wylewnie dziękując za pomoc klubokawiarni. Więc oto stoję sobie ja, „pieniaczka”, która „zazdrości ludziom dobrej zabawy” i mama właściciela klubokawiarni ze złotą grzywką zamiast aureoli. Taki „chwyt marketingowy” prawie jak z kabaretu.

Do domu wracałam mocno zdenerwowana i z poczuciem, że zostałam zmuszona do walki przeciw sporej grupie osób, która nie szanuje nikogo i niczego. A potem pół nocy zastanawiałam się, jak mogłam lepiej i bardziej błyskotliwie odpowiedzieć na te wszystkie pyskówki. Tylko właściwie po co? Przecież to nie debata, tu nie chodzi o argumenty, tylko o to, żeby mnie zakrzyczeć.
Co dalej? Ilekroć zaczynają podkręcać basy w nocy, dzwonię na policję. Potem przepycham się z lokalną komendą, żeby kogoś faktycznie przysłali na potwierdzenie mojego zgłoszenia. Raz odpuściłam przepychankę i kilka dni później dostałam informację, że funkcjonariusze nie stwierdzili hałasu, bo pojawili się na miejscu już po imprezie. Krew mnie zalała i od tej pory dodatkowo nagrywam te imprezy. Potem wysyłam zapytania, czy moje zgłoszenia zostały potwierdzone i czy w wyniku interwencji zostały wysłane wnioski o ukaranie za zakłócanie spokoju.

Najczęściej dostaję lakoniczne i dość wymijające odpowiedzi, ale chodzi głównie o to, żeby był ślad moich wniosków, bo wtedy nie da się tego zbyć notatką. Potem tułam się po komendach i składam kolejne zeznania, że było głośno. A potem znowu jest sobota i nie śpię, i dzwonię, i tak w kółko. Czekam aż Rada Miasta rozpatrzy, czyli pewnie odrzuci moją skargę na działania burmistrza. Czekam aż WIOŚ zmierzy, że jest za głośno. Czekam aż ruszą sprawy w sądzie. Czekam aż „sympatycy” faktycznie kogoś zaje*ą i wtedy knajpa zamknie się sama. Mam tylko nadzieję, ze to nie będę ja. Generalnie którejś sobotniej nocy przyszło mi do głowy, że rok wcześniej moim największym problemem był zarośnięty ogródek i że nie rozumiałam, jakim skarbem był spokój dookoła. Teraz czuję się osaczona obrzydliwym zachowaniem właścicieli knajpy i biernością instytucji, które miały chronić moje prawa.

Na koniec mały apel: Drodzy Piekielni, osobiście nie wierzę w dobre intencje właścicieli klubokawiarni, ale tragedia tego dziecka jest niestety prawdziwa. Jeżeli możecie, pomóżcie – choćby po to, żeby nikt więcej sobie tym dzieckiem nie wybielał wizerunku.
https://www.siepomaga.pl/serce-milosza

impreza u sąsiada

Skomentuj (31) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 202 (214)

Komentarze

Momencik, trwa ładowanie komentarzy   ładowanie…