Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation

#88753

(PW) ·
| Do ulubionych
Mieszkam w takim dziwnym miejscu.

Ludzie często podrzucają psy na moim osiedlu. Nie wiem czemu akurat tutaj. Podobno ulica jest znana jako zamieszkana przez ludzi z dobrym sercem – zawsze ktoś przygarnie bezdomniaka. Historii porzuconych psów (głównie suki w ciąży) jest co najmniej kilka. Teraz opiszę jedną, tę jedyną z połowicznym "happy endem". Zaczęła się w miejscu oddalonym o 5 km, ale skończyła się "u mnie".

Pewnego dnia pojawiła się Kiara. Imię znam, bo ktoś ją rozpoznał i nawet wymienił nazwisko właściciela. Nie znałam człowieka, mieszkał kilka kilometrów dalej. Nie było sensu próbować zwrócić psa właścicielowi. Kiara rzecz jasna miała szczeniaki. Dobrze ukryte w stogu słomy przy gospodarstwie. Gospodarza nazwiemy Zenek. Pan Zenek nie robił Kiarze krzywdy, ale patrzył złym okiem, bo kradła kury z podwórka. Zresztą nie tylko jemu. Sąsiedzi mieli chęć poprosić o pomoc myśliwych. Żona pana Zenka karmiła Kiarę, ale to nie wystarczało. I tak była chuda jak szczapa.

Pan Zenek woził do miasta oddalonego o jakieś 7 km produkty z gospodarstwa, po drodze przejeżdżając przez moje osiedle. Kiara poszła kiedyś za nim i została na mojej ulicy. Zobaczyła ją moja mama. A że kobieta z tych, co zwierzaka bez pomocy nie zostawi, to nakarmiła. I tak się zaczęło. Kiara przylatywała codziennie o tej samej porze i czekała w "umówionym miejscu". Z czasem dawała się pogłaskać.

Znamy pana Zenka, więc od niego dowiedziałyśmy się o szczeniakach w stogu. Pan Zenek miał u siebie psy, więc nie mógł przygarnąć wszystkich. Wziął jednego. Ale ktoś inny chciał szczeniaka, więc złapali jeszcze jednego czy dwa. Reszta podrosła bez bliskiego kontaktu z człowiekiem. Były po prostu dzikie. Co gorsze były tam dwie suki, więc za kilka miesięcy pojawiły się kolejne szczeniaki, w tym samym stogu. Właściciele z różnym skutkiem próbowali opanować sytuację. Jeden miot udało się wyłapać przy wyprowadzaniu z legowiska. Psiaki zostały umieszczone w kojcu obok stogu, aby matka mogła przy nich czuwać. Ostatecznie zabrała je fundacja z pobliskiego miasta, powiadomiona o całej sytuacji przez moją znajomą, aktywnie działającą na rzecz bezdomnych zwierząt. Ale matki nie udało się złapać, więc problem trwał nadal.

Jednego syna Kiary wziął, nazwijmy go, Zbyszek. Lubił niestety napoje z %, więc psa nie pilnował ani nie wychował, a psisko wyrosło wielkie i sąsiedzi się go bali. Więc zmusili Zbyszka, żeby coś z psem zrobił. A Zbyszek niewiele myśląc zaprowadził go do pustostanu, który znajdował się niedaleko sklepu, pod którym Zbyszek zazwyczaj stacjonował.

Wycie uwiązanego do kaloryfera psa usłyszeli ludzie mieszkający w pobliżu. Szybko wyszło na jaw czyj to pies, więc Zbyszek zaprowadził go w odludne miejsce, gdzie mieszkał starszy, niepełnosprawny pan, który nie był w stanie ani się temu sprzeciwić, ani psem się opiekować. Ktoś opowiedział mojej mamie o tej sytuacji. Więc pojechałyśmy zobaczyć co się dzieje z tym psem.

Zastałyśmy na miejscu obraz nędzy i rozpaczy. Zwierzak był przywiązany sznurem w niezamykanym pomieszczeniu, które było kiedyś oborą, zawalone śmieciami. Całe szczęście, że było lato. Żadnego legowiska pies nie miał. Woda stała w starym, pordzewiałym garnku. Powiadomiłyśmy tę samą fundację, która zabrała szczeniaki. Kilkanaście dni musiałyśmy jeździć i go karmić, zanim udało się przygotować dla niego miejsce. Panie dały mu na imię Boss, całkiem adekwatne do wyglądu.

Siostry Bossa nadal biegały po okolicy, tak jak Kiara wykradały kury z gospodarstw i ludzie coraz poważniej myśleli o wynajęciu myśliwych. Samą Kiarę udało się złapać, wysterylizować (była już w kolejnej ciąży) i zabrano ją do – innej niż tu wymieniona – fundacji, skąd została adoptowana. Jedna z suczek oszczeniła się drugi raz w stogu. Niestety właściciele przegapili wyprowadzanie szczeniaków do lasu (tam żyły te dzikie córki Kiary). Złapano ostatniego.

Miałyśmy z mamą informację, że ktoś z naszej ulicy szuka dwóch szczeniaków, bo niedawno zeszły im dwa staruszki. Tego samego dnia szczeniak trafił właśnie do tych ludzi. Za dzień lub dwa do gospodarstwa wrócił drugi szczeniak i zaraz dołączył do swojego braciszka. Jednak był już tak obklejony kleszczami, że wymagał leczenia. Ledwo go uratowali. Te dwa szczeniaki miały szczęście. Znalazły dom. Widzę je często na spacerze z właścicielami. O reszcie psów wkrótce słuch zaginął.

Prawdopodobnie wszystkie zdechły w lesie od choroby odkleszczowej. W sumie – przed głupotę pierwszego właściciela Kiary – pojawiło się na świecie kilkanaście niechcianych psów. Tylko kilka miało szczęście i zostało adoptowanych.

Historie innych podrzuconych psów, a także kotów, kończyły się dobrze. Udało się znaleźć dom lub miejsce w schronisku.

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 152 (166)

Komentarze

Momencik, trwa ładowanie komentarzy   ładowanie…