Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

Athleta1997

Zamieszcza historie od: 22 października 2021 - 16:52
Ostatnio: 24 stycznia 2026 - 1:29
  • Historii na głównej: 8 z 8
  • Punktów za historie: 756
  • Komentarzy: 48
  • Punktów za komentarze: 261
 

#92582

przez (PW) ·
| Do ulubionych
W nawiązaniu do historii https://piekielni.pl/92246
Autorka jak i większość komentujących podziela zdanie, że w przypadku pogryzienia kogoś przez psa to własciciel psa jest winny całej sytuacji.

I chciałem z tej okazji opisać sytuację z mojego domu. Posiadam psa mieszańca. 4 letnia suczka, która nigdy nikogo nie ugryzła. Zdecydowanie bardziej woli się oddalić, schować za mną lub przejść w inne miejsce z dala od niekomfortowych sytuacji. Pies jest u mnie w domu, w którym to posiada też własny duży kojec. To jej własne miejsce do odpoczynku, wyciszenia i snu. Kojec znajduje się na końcu domu w wolnej wnęce obok garderoby. Aby się tam dostać, trzeba przejść cały dom i przez moją sypialnię. Nikt tam nie ma potrzeby chodzić poza mną, żeby się przebrać. Głowny mój pokój to duża przestrzeń łączona z kuchnią z przodu domu. Gdy kogoś zapraszam lub ktoś chce przyjść do mnie to informuję o obecności psa oraz zasadach panujących w domu z tego powodu (zero dokarmiania, głaskania na siłę i podnoszenia psa).

Akcja właściwa: Moi znajomi z innej części Polski chcieli wpaść na kawę, bo akurat przyjechali na święta. O piesku i zasadach wiedzieli doskonale, a teraz wzięli że sobą jeszcze swoją 6 letnią córkę. Córka cały czas pchała się do psa, chciała głaskać, tulić i bawić się z nim. Na początku moja suczka była z trgo zadowolona, czas mijał wspaniale. Do momentu aż zobaczyłem, że zaczęła się już irytować. Uciekała pod stół, odchodziła czym dalej od córki znajomych, itd. Powiedziałem więc, że piesek jest zmęczony, trzeba dać mu spokój i zostawić samemu sobie. Podziałało na chwilę, bo po jakimś czasie córka znajomych znów mojego pieska zaczęła miętosić. Widząc, że nic innego nie pomoże - psa odprowadziłem do kojca, a młodej włączono bajki w TV, dostała kredki, lego i coś do jedzenia. Upomniałem, że piesek teraz śpi i nie wolno mu przeszkadzać.

Z jej rodzicami zacząłem dalej gadać o starych czasach. Podszedłem do kuchni przygotować coś więcej do jedzenia (byłem więc tyłem do wszystkich). Córka znajomych spytała czy może iść do toalety, a rodzice jej pozwolili. Minęła chwilą i usłyszeliśmy płacz ale niedobiegający z łazienki. Młoda po załatwieniu swoich potrzeb poszła do pieska. Drzwi z toalety mam w korytarzu z przodu domu i żeby przejść do pieska trzeba minąć duży otwarty pokój. Więc jej rodzice najpewniej albo nie chcieli albo nie zauważyli jak tą przeszła obok do mojej sypialni kiedy ją byłem w kuchni tyłem do nich. W każdym razie- pieska chciała znów wytarmosić, a ten że został zagoniony w róg to się zjeżył i chwycił jej dłoń w zęby. Nawet jej nie ugryzł tylko chwycił jej małą dłoń w zęby. Można to porówna do silnego uścisku dłoni, bo nawet ślad nie został.

I teraz moje pytanie - Czy to ją wciąż jestem winny całej sytuacji? Uważam, że absolutnie nie skoro zadbałem o bezpieczeństwo gości i mojego psa zamykając go w kojcu. To córka znajomych nie będąc pilnowaną przez rodziców po prostu przeszła przez cały dom, otworzyła kojec i wyciągnęła rękę do psa. Znajomi przeprosili, a córka wróciła do oglądania bajek.

Pieski

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 125 (139)

#92583

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Dodam jeszcze jedną historię o psach, za zgodą znajomego.

Kilka lat temu znajomy wracał samochodem przez Polskę. Teren niezabudowany, po obu stronach pola, nieużytki i drzewa. Okres zimowy, śnieg, więc warunki drogowe nie były idealne, a godzina też już wieczorna. Nagle zobaczył ruch na poboczu, wcisnął hamulce, ale i tak z duża prędkością w coś uderzył. Zatrzymał się od razu na poboczu żeby ocenić szkody. Okazało się, że uderzył w dużego psa. Najprawdopodobniej owczarka podhalańskiego. Wtem na drogę wybiegła jakaś kobieta, okazało się, że właścicielka psa. Gdy zobaczyła co się stało chwilę wcześniej, to zaczęła histerycznie wrzeszczeć na mojego znajomego. Oszczędzę tutaj wymiany zdań pomiędzy moim znajomym, a tą kobietą.

Ważne jest, że właścicielka psa obwiniała o wszystko mojego znajomego, straszyła sądem, policją, znajomościami w urzędach, itd. Ostatecznie to znajomy wezwał policję. Ci przyjechali i dla nich jasnym było kto jest winny. Na początku chcieli to załatwić w sposób polubowny. Mandat, dogadywanie się, ale Pani o tym słyszeń nie chciała. Twierdziła, że to ona jest poszkodowana i to mój znajomy winny jest jej za psa zapłacić. Doszło z jej strony do rękoczynów, rzuciła się też na policjantów. Dopiero kajdanki na rękach mogły ją uspokoić. Sprawa ostatecznie zakończyła się w sądzie. Rozprawy łatwe nie były gdyż Pani faktycznie jakieś znajomości miała, a na rozprawach robiła przedstawienia grając największą pokrzywdzoną. Znajomy jednak wygrał i uzyskał pieniądze na remont samochodu (pęknął zderzak, chłodnica, reflektor i jakieś pierdoły).

Rozumiem, że emocjonalnie to strata psa jest znacznie cięższa do ogarnięcia niż popsuty samochód. Jednak puszczenie psa samopas i obwinianie innych o wyrządzone przez niego szkody to już piekielne.

Pies

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 81 (83)

#92513

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Wracałem od znajomych z miasta, było już późno - ok 23:30. Do domu miałem blisko, jakieś 10 km. Jadę spokojnie samochodem, wyjeżdżam z osiedla na główną drogę, a za mną cały czas jedzie jakieś inne auto.

Gdy tylko wyjechaliśmy na główną drogę, to kierowca samochodu jadącego za mną podjechał mi na zderzak. Podjechał tak blisko, że w lusterku wstecznym widziałem tylko jego szybę, a w bocznych ledwie tył jego auta. Kierowca zaczął mrugać długimi światłami i trąbić na mnie. Nie wiem czemu miało to służyć skoro poruszałem się 60 km/h na ograniczeniu do 50. Zjechałem do prawej krawędzi, żeby mu zrobić więcej miejsca jakby mnie postanowił wyprzedzić ale nie! Siedział mi na zderzaku. Dojechaliśmy w końcu do skrzyżowania z drogą krajową i sygnalizacja świetlną. Oboje skręcaliśmy w lewo, a manewr ten można wykonać z dwóch różnych pasów. Ja ustawiłem się na prawym, a tamten drugi na lewym pasie do skrętu. Stanąłem w taki sposób, żebyśmy nie mogli na siebie wzajemnie spojrzeć, bo ostatnie czego potrzebowałem to sprowokować go jeszcze wzrokiem. Światła nawet nie zmieniły się jeszcze zupełnie na zielone, a delikwent ruszył ile tylko mocy w aucie. Ja na spokojnie włączyłem się na drogę krajową (dwupasmowa) i jechałem dalej. Myślałem, ze tutaj problem się już skończył.

Otóż nie. Kierowca tego drugiego samochodu jechał na tyle szybko, że następne światła zatrzymały go na czerwonym, a są tam kamery rejestrujące przejazd, więc musiał się zatrzymać. Ja jadąc powoli dojechałem do skrzyżowania jak światła zaczęły się zmieniać, więc nawet nie zwalniając, zmieniłem pas na lewy (drugi już wtedy stał na prawym) i mając ok 80 kmh przejechałem przez skrzyżowanie mijając tego drugiego. Wiedziałem, że za 1 km będą kolejne światła, na których skręcam w prawo, więc dałem prawy kierunkowskaz i spojrzałem w lusterko, a tam już na mnie czekał drugi kierowca.

Przyspieszył czym prędzej i zablokował mi prawy pas. Zwolniłem więc, żeby schować się za nim, ale ten również zwolnił. Zwolniliśmy tak oboje do 40 km/h (na szczęście o tej porze było w miarę pusto). To przyspieszyłem - on też. Już wtedy wiedziałem, że on mi nie da zjechać na prawy pas, więc dałem ostro po hamulcach. On również to zrobił. W tym momencie zredukowałem biegi i wcisnąłem gaz do dechy. On zrobił to samo. Mój zjazd niestety minąłem, ale na szczęście światła były zielone. Drugi kierowca twardo jedzie tuż obok mnie, żeby mi pas zablokować. Do następnych świateł i zjazdu jest jakieś 600 metrów. Zbliżając się do skrzyżowania miałem około 170 km/h. Na całe szczęście na prawym pasie jechała ciężarówka i drugi kierowca musiał odpuścić. Zdążyłem zmienić pas na zjazdowy i wyhamować do bezpiecznej prędkości.

To nie koniec. Drugi kierowca pojechał za mną i postanowił, że zrobi mi powtórkę z rozrywki. Jadę znów 60 km/h na 50, a on siedzi mi znów na zderzaku i trąbi i mruga. Po chwili mnie wyprzedza. Wiedziałem, że będzie chciał mi zablokować drogę albo zahamować, więc postanowiłem go oszukać. Włączyłem prawy kierunkowskaz, bo akurat za chwilę jest zjazd w boczną drogę i zacząłem zwalniać. Drugi kierowca chyba uznał, że w tym momencie nie ma już co wojować i odpuścił. Dał gaz do dechy i odjechał. Ja już w spokoju wróciłem do domu.

Nie rozumiem zupełnie dlaczego ten drugi tak się zachował, bo ani razu nie zajechałem mu drogi i nie wymusiłem. Wiem, że każdy mógł zareagować w podobnej sytuacji inaczej i nie twierdzę, że zrobiłem co mogłem najlepszego, ale tak wtedy oceniłem sytuację i tak ją rozwiązałem. Jestem przezrażomy takim zachowaniem na drodze.

Samochody

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 119 (129)

#92376

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Długo zastanawiałem się jak opisać tę historię gdyż jest trochę pokręcona, miejscami nielogiczna, a szczegóły grają w niej najważniejszą rolę. Postaram się więc przedstawić ją jak najdokładniej ale wiem, że pewne rzeczy mogą wydawać się głupie. Najważniejsze informacje są w szczegółach, które postaram sie podkreślić.

Chłodne południe pewnej listopadowej niedzieli. Olśniłem moją partnerkę, że jej 3 letni, wychowywany na wsi pies powinien być regularnie odrobaczany. A pies ostatni raz odrobaczony 3 lata temu w hodowli. Histeria, płacz, pies zaraz umrze jeśli już teraz nie dostanie tabletki na odrobaczenie. Sprawdziłem szybko gdzie w naszym mieście w niedzielę można znaleźć otwarty gabinet weterynaryjny. Jest jeden, otwarty do 13. Jest godzina 12:30. Ubraliśmy się w pierwsze lepsze dresy, nieogarnięci i rozczochrani pojechaliśmy prosto do weta. Zdążyliśmy na 12:45.

Droga, przy której znajduje się gabinet ma parking wzdłuż prawej strony. Parkuje się prostopadle do jezdni. Gabinet jest po drugiej stronie (lewej). Miejsca nie tak dużo, bo obok jest kościół ale znalazłem jedno wolne i zaparkowałem. Co jest ważne- parking jest pochylony trochę w stronę jezdni, jeśli auta się nie zahamuje to zjedzie na drogę. Zaparkowałem tyłem, a obok stał zaparkowamy już czerowny Hyundai Kona (ważne), w ktorym siedziała na tylnej kanapie jakaś dziewczyna. Opuściliśmy samochód i uznaliśmy, że jeszcze jest chwila to szybko się poprawimy. Przeczesaliśmy włosy (oboje mamy długie), ubrałem bluzę i jeszcze partnerka sobie zapaliła szybko. Udaliśmy się do gabinetu. Przed nami było małżeństwo z kotem. Oni wyszli, my kupiliśmy tabletkę co trwało może 60 sekund i wyszliśmy.

Przy aucie okazało się, że małżeństwo z kotem to własciciele czerwonej Kony. Pan od razu jak mnie zauważył to stwierdził, że zarysowałem mu samochód. Z natury nie jestem kłótliwy, więc mówię, że jeśli faktycznie zarysowałem to od razu się dogadamy i tyle. Pan pokazuje mi rysę na drzwiach kierowcy (ja stałem tyłem zaparkowany, a on przodem, więc drzwi kierowców były zwrócone w swoją stronę). Otwieram moje auto i widzę, że miejsce styku krawędzi moich drzwi do powierzchni drzwi Kony jest w innym miejscu niż ta rysa. Co ważne- rysa jest bliżej jezdni oraz we wklęsłym wytłoczeniu drzwi. Nie ma fizycznej możliwości, abym ja to zrobił moim samochodem. Miałem na sobie dresy i trampki, więc też nie zrobiłem tego moim ubraniem. Mówię, więc facetowi, że chyba sobie osła szuka, bo to nie moja wina i niech dzwoni na policję. I co ciekawe- jego żona jak tylko to usłyszała to miała gotowy telefon na policję wybrany. Nie tak, że dopiero wybrała numer tylko już podczas całej sytuacji miała telefon gotowy do połączenia.

Policjanci przyjechali po 30 minutach. Małżeństwo od razu do nich wyskoczyło, że młody im samochód zarysował i sie wypiera. Lamentowali, że zimno, juz w domu powinni być, chorego kota mają, itd. Policjanci na początku bardzo przejęci ich wersją, ze mną rozmawiać nie chcieli. Przepytali małżeństwo i jeszcze ich córkę, która cały czas przecież siedziała w samochodzie. I co zeznała córka? Policjantom powiedziała, że jak podjechałem i wychodziłem z auta to ona usłyszała potężny huk i od razu o tym napisała swojej siostrze poprzez aplikację w telefonie. Czas wysłania wiadomości to 12:54. Czyli 9 minut po tym jak już z auta wysiadłem i pewnie znajdowałem się w gabinecie weta. Moja partnerka przyznała, że złapała kontakt wzrokowy z tą dziewczyną jak przyjechaliśmy na miejsce ale tamta nawet nie drgnęła. Zwróciłem policjantom uwagę, że rysa znajduje się w złym miejscu, fizycznie nie mogłem jej samochodem zrobić oraz "potężny huk" jak to zostało określone zostawiłby wgniecenie (którego nie ma), a nie rysę. Pokazałem, że samochód jest na biegu oraz ma zaciągnięty ręczny. W odpowiedzi usłyszałem od policjantów, że to nie moja robota oceniać co sie stało, a od małżeństwa, że właściciel Kony ma prawo jazdy już 40 lat i ja ich nie nabiorę na moje sztuczki. Policjanci porobili jeszcze zdjęcia, pomierzyli wszystko, oraz powiedzieli, że sprawdzą jeszcze kamery ze sklepu naprzeciw jak będzie otwarty w poniedziałek. Małżeństwo rzuciło na odchodne, że próbuję się wykręcić od odpowiedzialności i sprawiedliwość wraca.

Policja zadziałała bardzo szybko i już po 5 miesiącach dostałem wezwanie na złożenie moich zeznać. Policjantka żaliła mi się, że ma sprawę zabójstwa i kilka innych ciężkich przypadków na głowie, a zajmuje sie pierdołami. Przyjęła moje zeznania, wypisała papierki i powiedziała, że sprawa jest uznana za umorzoną. Zwyczajnie nie ma podstaw do stwierdzenia, że popełniono czyn, o który się mnie oskarża. Oraz pani nie rozumie czemu w ogóle policja sie tym zajmuje skoro wydarzenie nie stało się w euchu lądowym tylko na parkingu. Takie rzeczy to z powództwa cywilnego do sądu powinny trafić, a nie do nich. Jedynym plusem dla mnie jest to, że zamiast chodzić po sądach to mam papier, że policja umorzyła sprawę i nikt już sie tego nie podejmie.

Podsumowując- piekielne jest to, że ktoś próbował wrobić mnie w darmową naprawę samochodu, miał wszystko przygotowane (zeznania czlonków rodziny, rozmowy, itd), aby uwiarygodnić swoją wersję. Kłamał policjantom oraz grał na uczuciach i emocjach. A również policjanci, którzy na miejscu zdarzenia potraktowali mnie olewczo, a później mieli pretensje, że w ogóle się tym zajmują. Jeśli cos jest nie jasne to odpowiem w komentarzach.

Parking

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 113 (125)

#92112

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Przypomniała mi się moja historia po przeczytaniu #92102. Mieszkałem jeszcze wtedy z rodzicami i dziadkamk w jednym domu. Kupiłem sobie samochód za moje pieniądze. Tylko ja byłem właścicielem i był on w 100% mój. To tak wstępem żeby nie było pytań o własność auta.

Samochód mój stawiałem zawsze na drodze pod domem. Garaż, który był wbudowany w domy był za mały na auto moje i dziadka razem, a garaż ojca był tylko na jedno auto i to bez zapasu miejsca. Tak więc tylko to mi pozostawało- stawać na drodze (legalnie). Mój tata często ten fakt wykorzystywał, bo z lenistwa nie chciało mu się swojego auta wyciągać z garażu i używał mojego. Nie miałem nic przeciwko dopóki pytał o pozwolenie i czasem dorzucił się na benzynę. Jednak w końcu zaczął brać samochód bez pytania i zacząłem robić o to awantury. Ostatecznie zacząłem chować kluczyki i znów przychodził się pytać o pozwolenie.

Jednego dnia byłem umówiony już ze znajomymi na wyjazd, konkretna godzina, mój samochód, jestem kierowcą. Rodzice poinformowani o moim wyjeździe i jeszcze im przypomniałem w ten sam dzień. Kiedy już mam wychodzić z domu to widzę, że mojego samochodu nie ma. Szybki telefon do taty- on tylko pożyczył, bo musiał szybko jechać do szefa. Nie będzie go pół godziny. To nigdy nie było pół godziny. W akcie desperacji wziąłem jego samochód. Spakowałem rzeczy i wyjechałem. Po godzinie dostałem od ojca telefon, był wściekły. Krótko odpowiedziałem, że to jego wina i się rozłączyłem. Po powrocie do domu po dwóch dniach tata mnie przeprosił i powiedział, że rozumie swój błąd. Od tamtego czasu zawsze pyta o pozwolenie.

Skomentuj (2) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 105 (109)

#91770

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Kiedyś znajomy instruktor z OSK powiedział mi, że "Wiesz jak najłatwiej wkurzyć innych na drodze? Jechać zgodnie z przepisami". I właśnie o kilku piekielnych sytuacjach z dróg będę pisał. Przytoczę własne przykłady i doświadczenia.

1. Ogólny pośpiech. Ile razy byłem wyprzedzany na podwójnej ciągłej albo poganiany to nie zliczę. Wracałem z Krakowa drogą A4 na Katowice. Godzina 3:30, mgła, pada deszcz ze śniegiem, a ja jadę prawym pasem po pustej jezdni. Wjechałem w obszar robót drogowych. Po prawej betonowe zapory i po lewej również. Ktoś wymyślił, że w tamtym miejscu postawi znak z ograniczeniem do 60 km/h. Jako, że warunki były ciężkie, a ja sam zmęczony to nie kłóciłem się- jadę 60. I we wstecznym lusterku widzę jak zbliża się do mnie TIR. Już z daleka mruga na mnie długimi światłami. Po czym dojeżdża mi na zderzak, dalej mruga długimi i zaczyna trąbić. Nie sprawiło to, że jechałem szybciej. Jechaliśmy tak przez 5 minut, gdzie towarzyszył mi oślepiający blask i dźwięk klaksonu. Mam jedno pytanie: Po co? I tak zjeżdżałem na najbliższym zjeździe, a nawet jeśli to sam bym go puścił przy odpowiedniej okazji. Inna sytuacja: dojeżdżamy do świateł na skrzyżowaniu. Jestem na pasie do jazdy na wprost. Pas obok mnie do jazdy w lewo jest pusty. Światła zmieniają się na czerwone, a za skrzyżowaniem, jakieś 20 metrów, znajduje się przejazd kolejowy. I na tym przejeździe zaczynają opuszczać się rogatki. Nagle z lewej wyprzedza mnie z dużą prędkością pick-up. Wjeżdża na czerwonym świetle na skrzyżowanie i czym prędzej żeby zdążyć pod zaporami kolejowymi. Scena jak z filmu akcji. Ponawiam pytanie: Po co? Poczekałby 5 minut i tak jak ja bezpiecznie by przejechał.

2. Użytkowanie świateł. Nie oszukujmy się- prowadzenie pojazdu to czynność wymagająca skupienia i ciągłego dostosowywania się do warunków. Jest to więc ciągła aktywność za kierownicą. A dużo osób zapomina, że trzeba też włączyć/wyłączyć odpowiednie światła na drodze zależnie od okoliczności. O oślepiających w nocy kierowcach jadących na długich tylko wspominam dla zasady. Ale ostatnio przy ciężkiej ulewie, w terenie niezabudowanym, na rondzie o tragicznej widoczności, wymusiłem pierwszeństwo. Czy widziałem samochód nadjeżdżający z mojej lewej strony? Absolutnie nie- jechał on na światłach dziennych, które w tamtych warunkach absolutnie nic nie dawały. Zwyczajnie go nie zauważyłem dopóki nie zatrąbił. A i tak musiałem się dokładnie rozejrzeć, żeby go dostrzec. I światła przeciwmgłowe- wydaje mi się, że zupełnie nie potrafimy z nich korzystać. W Polsce obowiązkowe są te z tyłu (z przodu opcjonalnie). Ale do czego one służą? I tutaj już często nie znamy odpowiedzi. Są one po to, żebyśmy my byli widoczni na drodze. Nie są one dla nas, a dla innych. I nic mnie tak nie wkurza jak jazda za kimś, szczególnie w nocy. Kiedy osoba przede mną wjeżdża w delikatną mgłę i zaświecą te światła z tyłu. Klasyk: Po co? Światła z tyłu są po to, żeby auto dojeżdżające nas widziało. Jeśli jadę za Tobą już kilka kilometrów albo do Ciebie dojechałem to już wiem, że tam jesteś. Jak wjedziemy w mgłę to ja nagle nie zapomnę, że jedziesz przede mną. Więc proszę- nie ślep tymi światłami kiedy już wiem, że jesteś.

3. Zasada prawej ręki, a przyzwyczajenie do znaków. Sytuacja częsta na parkingach pod marketami gdzie nie ma znaków wskazujących pierwszeństwo. Wydaje mi się, że ludzie zapomnieli jak jeździ się na skrzyżowaniach równorzędnych. Więc skręcam sobie w prawo na takim parkingu, a we mnie wjeżdża inny samochód [O]soba prowadząca pojazd wysiada i od razu na mnie krzyczy, że nie potrafię jeździć.
O- I jak jeździsz? Jak skręcasz to trzeba mnie przepuścić!
Ja- Otóż nie! Tutaj obowiązuje najbardziej podstawowa zasada pierwszeństwa na drodze- zasada prawej ręki. To Ty wjechałaś we mnie!
O- Ale ja jechałam prosto!
Ja- No to tłumaczę, że ja skręcając w prawo miałem pierwszeństwo przed Tobą!
Osoba nie dała się przekonać więc na własne życzenie wezwała policję. A ta z kolei tylko potwierdziła moje słowa. Podobna sytuacja wydarzyła mi się na dużym skrzyżowaniu w dużym mieście. Na początku są trzy pasy ale środkówy jest wyłączony z użytku i jest tam wysepka. Skrajny lewy jest do jazdy w lewo, a skrajny prawy do jazdy prosto. Po wjechaniu na skrzyżowanie pas wyłączony z ruchu staje się już normalnym pasem do poruszania i też służy do skrętu w lewo. I ja jako osoba wjeżdżającą na ten pas z prawej strony mam pierwszeństwo nad osobą z lewej strony też wjeżdżającą na ten pas. Po ostatniej stłuczce usłyszałem jednak taką mądrość: Skoro najpierw jechałem pasem "na wprost", a tamta osoba pasem "w lewo" to ona ma pierwszeństwo zajęcia tego środkowego pasa, bo on też jest "w lewo". Tutaj znowu policja musiała naprostować zasady ruchu drogowego.


Dużo podróżuje samochodem po Polsce, więc i dużo mi się uzbierało opowieści. Mam nadzieję, że nikt nie poczuł się urażony moim stylem pisania- jestem instruktorem i tak już mam, że piszę to jak podręcznik do nauki jazdy. Trzymajcie się i bądźcie bezpieczni na drodze!

Ulice

Skomentuj (34) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 126 (136)

#91449

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Historia będzie opowiadać o (moim zdaniem) niesprawiedliwym incydencie z moich szkolnych lat.

Sytuacja działa się około 11 lat temu na lekcji biologii w gimnazjum. Akurat ja i mój brat bliźniak nie byliśmy obecni przez chorobę. Kiedy wróciliśmy do szkoły, kolega powiedział nam, że z biologii jest projekt do zrobienia ale mamy się zapytać nauczycielki, bo są jakieś wytyczne i ona lepiej nam przekaże. Udaliśmy się więc, do nauczycielki. Okazało się, że jest do zrobienia zielnik. Nauczycielce się spieszyło i powiedziała nam tylko, że interesują ją tylko drzewa liściaste i im więcej ich będzie tym lepsza ocena. Nic więcej, nic mniej.

Czas- 2 tygodnie. Ucieszyłem się, bo mieszkamy w mieście gdzie jest duży park, lasy wszędzie wokół, a rodzina ma u siebie całkiem zadbane ogrody. Tak więc nazbieraliśmy z bratem liści z przeszło 30 różnych drzew. Szczęście nam dopisało, bo w parku było dużo drzew przywiezionych z zagranicy, a nasza ciocia na dodatek przywiozła nam liście drzew egzotycznych z jej wyjazdów w ciepłe kraje. Łącznie mieliśmy około 36 różnych gatunków drzew liściastych w zielniku. Oprawiliśmy je, dodaliśmy podpisy, krótką charakterystykę gatunku i takie zanieśliśmy do szkoły.

Ocena? 3-. Dlaczego? Widziałem, że zrobione przez inne osoby zielniki "na odwal" dostawały 5-ki, a nawet 6-ki. I wtedy wyszło, że nauczycielka nie przekazała nam wszystkiego co powinna. Obchodziły ją tylko "polskie" drzewa. Żadnych owocowych, zagranicznych i "nietutejszych". Próbowałem się kłócić ale nauczycielka uznała, że ocenia tylko za ilość tego co ją interesuje i jak mi nie pasuje to mogę dostać 1-kę. W wielkim poczuciu niesprawiedliwości zrobiliśmy z bratem po jeszcze jednym zielniku. Wkleiliśmy tylko "polskie" liście z opisami. Żadnej charakterystyki, oprawy. Dostaliśmy po 6. Czyli dało nam to średnią 4+. Moim zdaniem jest to idiotyczne, że dziecko, które się postarało zrobić coś zdecydowanie więcej dostało niższą ocenę, bo według "klucza" coś było nie tak. I druga sprawa, że nauczycielka nie przekazała nam dokładnie czego oczekuje.

Ps: na "6" potrzeba było 16 drzew polskich. Ja miałem 12, dlatego 3- (taki system oceniania sobie wymyśliła). I miałem też 24 drzewa, które jej nie pasowały, więc ich nie liczyła.

Szkoła

Skomentuj (19) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 132 (150)

#91076

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Dodam i ja historię o służbie zdrowia. Rok 2022, początek grudnia. Wierzę, że historia, którą opiszę zostanie potraktowana obiektywnie i bez szyderczych komentarzy, bo jest dla mnie wstydliwa.

W tygodniu zaczął boleć mnie pęcherz, oddawanie moczu stało się torturą, noszenie bielizny również. Uznałem, że wezmę jakieś leki przeciwzapalne, posmaruję maścią i zelży. Niestety tak się nie stało i zdecydowałem się pójść do lekarza. Uznałem, że na początek dobrym pomysłem jest zrobić badanie moczu, a z wynikami iść do lekarza. Wtedy od razu będzie jasne, nie stracę czasu i nie trzeba będzie wróżyć z fusów.

Niestety decyzja wypadła na niedzielę, więc udałem się do ambulatorium przy pogotowiu ratunkowym, bo to jedyny obiekt w moim mieście, poza SORem, który w niedzielę przyjmuje. Pani doktor zobaczyła wyniki, pokręciła krzywo nosem, a jej postawa zmieniła się na nieprzyjemną. Diagnoza: rzeżączka. Było to dla mnie zaskoczenie, bo wiem jak się chronić przed wenerami ale to jak złapałem chorobę to już inna historia. W każdym razie ważne, że pani doktor wypisała mi doksycyklinę na 2 tygodnie. Koniec terapii zgrywał się idealnie że świętami, więc zapytałem czy na pewno to pomoże, bo nie chce przerywać terapii z powodu świąt. Dostałem kąśliwą uwagę, że trzeba było uważać i na pewno pomoże.

Doksycyklina nie pomogła wcale. Objawy się nie nasilały ale też wcale nie zelżały. Kiedy zostały mi 3 dni do końca, a nadziei już nie było, próbowałem się umówić do lekarza rodzinnego. Niestety okazało się to niemożliwe tuż przed świętami, ani w czasie świat. Nie chciałem przerywać antybiotyko-terapii, więc cóż robić.. udałem się znowu do ambulatorium. Tam znajoma pani doktor od wejścia na mnie nakrzyczała, że powinienem iść do rodzinnego. Odgryzłem się, że są święta, ona zapewniała, nie pomogło. Zaczęła krzyczeć, że za błędy się płaci, ona mi nie przepisze nic więcej, itd. Powiedziałem, że w takim razie żądam tego na piśmie. To łaskawie wypisała doksycyklinę na kolejne dwa tygodnie. Powiedziała, że teraz na pewno już będę zdrowy.

Jak można się spodziewać- miesiąc brania doksycykliny nie wyszedł mi absolutnie na zdrowie, a choroba nie minęła. Jak tylko udało mi się w końcu dostać do rodzinnego to nastąpił cud. Najpierw pan doktor popatrzył na wyniki, zapoznał się z tym co brałem i jak długo i wyraził długą tyradę o niekompetencji poprzedniej lekarki. Zapisał mi azytromycynę na jeden tydzień. Po 2 dniach nowego antybiotyku choroba minęła. Potem zrobiłem testy i wynik już negatywny.

Piekielna moim zdaniem była kobieta z ambulatorium, która przez miesiąc leczyła mnie nieskutecznym lekiem, była opryskliwa i traktowała mnie jak kogoś gorszego.

#nfz

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 149 (159)

1