Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

DocMonster

Zamieszcza historie od: 20 stycznia 2020 - 6:41
Ostatnio: 20 kwietnia 2020 - 19:22
  • Historii na głównej: 3 z 3
  • Punktów za historie: 510
  • Komentarzy: 5
  • Punktów za komentarze: 48
 

#86462

(PW) ·
| Do ulubionych
Jestem lekarzem, pracuję m. in. w Izbie Przyjęć pewnego powiatowego szpitala. Wypowiem się na fali (a może raczej tsunami) tematu SARS-CoV-2.

Dodam, że sytuacja miała miejsce gdzieś na przełomie marca i kwietnia, więc jakiś czas temu, ale już zdecydowanie wtedy, kiedy „mówiło się” o wirusie.

Dyżur dość spokojny, bo odkąd pojawiła się pandemia, po pomoc przychodzą głównie ci, którzy jej naprawdę potrzebują, bez wycieczek ludzi, którzy chodzenie po lekarzach traktują chyba jako hobby (pewnie się boją zakażenia). Część osób kontaktuje się telefonicznie - a to zapytać, co zrobić, bo ciśnienie podskoczyło, a to spytać, czy Szpital w ogóle działa i można przyjechać z siekierą w nodze.

Odbieram jeden z telefonów i o! Coś odmiennego. Pan informuje mnie, że:
- ma gorączkę (38,5 st. C),
- ma kaszel,
- jest pod nadzorem San-Epid-owskim.

Informuję pana, że w ww. okolicznościach należy kontaktować się z San-Epid-em. W odpowiedzi słyszę, że „ale oni tam gówno wiedzą”. Jestem niewzruszona, informuję pana ponownie, że sprawa jest pod jurysdykcją tejże instytucji i z nią powinien się skontaktować. Pan kapituluje i rozłącza się.

Chwilę później telefon dzwoni ponownie, odbiera jedna z pielęgniarek i słyszę, jak mówi „no ale przecież pani doktor powiedziała panu, że to trzeba do San-Epid-u…”.

Tutaj drobna dygresja - owszem, mamy izolatkę, do której trafia na wstępie każdy gorączkujący pacjent, który zgłosi się do nas („na wejście” robimy pomiar temperatury), ale pod warunkiem, że nie jest w kwarantannie, nie miał kontaktu itp. itd., a temperatura wyszła już u nas, zwłaszcza gdy wygląda na to, że przyczyna jest inna - wiadomo, zapalenia wyrostka itp. nie zniknęły nagle ze świata, a owszem, wiążą się z gorączką. Do badania takiego pacjenta personel obowiązują konkretne środki zabezpieczające, wiadomo, kombinezony itd. Jeśli w trakcie badania wysuniemy podejrzenie COVID, wówczas rusza koronawirusowa machina, kontakt z wyznaczonymi jednostkami, bla, bla. Jeżeli jednak trafia się pacjent, który przez telefon pachnie COVID-em na kilometr, a już w ogóle do tego ma jakieś „kontakty” z San-Epid-em, on jest już w ich gestii.

Nie mija pięć minut, telefon dzwoni ponownie. Podnoszę słuchawkę.
- Dzień dobry, Izba Przyjęć, lekarz.
- Dzień dobry, XY, Powiatowa Stacja Sanitarno - Epidemiologiczna. Ja mam takie pytanie. Pani doktor, czy wy nie prowadzicie telekonsultacji?
- To znaczy?
- No jak pacjent dzwoni z problemem, to nie pomagacie mu go rozwiązać?
- No prowadzimy telekonsultacje, ale o co chodzi? - pytam nieco skołowana.
- Bo wie pani doktor, przed chwilą dzwonił pacjent do nas, że pani odmówiła mu porady…

- No odmówiłam porady pacjentowi, który gorączkuje, ma kaszel, do tego jest u państwa pod nadzorem. No bo przecież z COVID-em powinien zgłosić się do państwa.
- To pani doktor myśli, że on może mieć COVID?

- No a co ja mam myśleć? - wypalam. - Ma najbardziej klasyczne objawy, a już w ogóle w kontekście tego, że jest pod państwa nadzorem…

- No ale spokojnie, ja tylko pytam, ja nie jestem lekarzem, to ja nie wiem.

- No ale to chyba nie trzeba być lekarzem, wystarczy telewizję włączyć, żeby wiedzieć, jakie są objawy COVID przecież - rzucam, bezczelnie, wiem.
- No, ale wie pani, ten nadzór to nie że on jest z kwarantanny czy coś.
- No a z jakiego powodu pod nim jest?

- Nie wiem - odpowiada pani z rozbrajającą szczerością. - Pani doktor rodzinna z Małej Miejscowości W Tym Powiecie go zgłosiła, nie wiem, dlaczego.

- No ale czy ja jestem od weryfikowania tego, dlaczego lekarz rodzinny zgłosił pacjenta do nadzoru i czy słusznie?

- Ale proszę mnie nie atakować - broni się pani z PSSE. - Ja tylko pytam, bo to już któraś sytuacja, że lekarze odsyłają do nas…

- No dobrze, a proszę powiedzieć, co ja mam zrobić? Wypisać mu receptę na antybiotyk, który mu na nic, jeśli to rzeczywiście wirus (jakikolwiek zresztą, nie tylko TEN)? Wypisać zwolnienie z pracy i dać błogosławieństwo na latanie po ulicy [ta, nie wolno na zwolnieniu, tyle że żeby wszyscy się słuchali...], bo ja kwarantanny nie mam prawa nałożyć? A może przyjąć pana tutaj na Izbę i zainfekować potencjalnie personel i pacjentów?

- No wie pani, prędzej czy później i tak taki pacjent wam przyjdzie. I tak pani tego nie uniknie.


W tym momencie mój mózg eksplodował. Cóż, życzyłam pani miłego wieczoru, kazałam zająć się weryfikacją sytuacji epidemiologicznej pana i się pożegnałyśmy.


A pan już nie zadzwonił.


Cóż, pani miała rację, takie sytuacje się powtarzały. Mój zmiennik przeprowadził analogiczną rozmowę, tyle że on nieco bardziej się wkurzył i złożył skargę. I nagle sytuacje przestały się powtarzać.

Widocznie lekarze się poprawili i przestali niepotrzebnie odsyłać pacjentów San-Epid-owi. ;)

słuzba_zdrowia

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 104 (116)

#85936

(PW) ·
| Do ulubionych
Jako że wczorajsza historia o pracy w IP dobrze się przyjęła, serwuję kolejną. Na pewno nie wszyscy czytali, więc przekleję istotne wprowadzenie (słowo w słowo, kto przeczytał, może pominąć).

Tytułem wstępu kilka zdań o okolicznościach (może rozwlekłych jak na to, co chcę teraz opisać, ale to raczej pierwsza historia z wielu). Jestem lekarzem. Zdarza mi się dyżurować w Izbie Przyjęć powiatowego szpitala, przy czym część pacjentów jest "szpitalna" (a to dostał zawału, a to zarobił w zęby i wymaga szycia i RTG, żeby zobaczyć, czy nie połamał nosa albo i zatok), część przychodzi jako NiŚPL (Nocna i Świąteczna Pomoc Lekarska), bo np. mamy sobotni wieczór, a jego boli gardło i gorączkuje do 40 stopni - a więc taki rodzinny po godzinach. Na jedne i drugie przypadki jeden lekarz.

Pacjenci czekają na badanie na korytarzu, nagłe przypadki wchodzą na „wewnętrzny” korytarz, w którym stoją biurka moje i pielęgniarek, są dwa pokoje badań/leżenia w ramach obserwacji - po badaniu decyduję, kto może wrócić na korytarz i tam czekać na wypis, kto wymaga leżenia w którymś z pokojów, kogo chcę poobserwować, ale może siedzieć, dla tego jest wewnętrzny korytarz.

Nie tak daleko (mniej niż godzina drogi) jest duży szpital w Większym Mieście, wielospecjalistyczny, z SOR-em "z prawdziwego zdarzenia" (specjalista medycyny ratunkowej, kilkanaście łóżek - u nas dwa; konsultacje rozlicznych specjalistów, w tym np. neurochirurg czy chirurg dziecięcy - u nas internista, ginekolog, pediatra, anestezjolog i chirurg ogólny; liczny personel, w tym dwóch lekarzy i kilku ratowników - u nas ja i dwie/trzy pielęgniarki; radiolog - u nas zdjęcie do oceny przeze mnie, gdzie wiadomo, bez wykształcenia kierunkowego jest szansa, że coś nietypowego przeoczę, a na wyniki TK czekamy ok. 3 godzin, bo obraz leci do innego miasta do oceny tam).

W szpitalu w WM działa prężnie system triage, polegający z grubsza na tym, że o kolejności przyjęcia decyduje stan pacjenta, a nie „o której przyszedł”, a więc gdy ktoś przyjdzie z katarkiem, jest całkiem realna szansa, że posiedzi sobie z 6-8 godzin, zanim lekarz znajdzie dla niego czas. U nas triage nie ma, przynajmniej oficjalnie, bo nieoficjalnie staram się na bieżąco monitorować, kto z czym się rejestruje, by wyłapać tych, którzy potrzebują pomocy pilniej. Ok, to tyle, jeśli idzie o wstęp.

I teraz właściwa historia.

Przyjeżdża pan z córeczką lat bodaj 11 (w każdym razie poniżej 12 – więc część leków odpada). Bo córeczka złamała sobie rękę. Dziewczyny zbierają podstawowy wywiad przy rejestracji, ja akurat obok nich wypisuję innego pacjenta, więc słyszę.

- Co się stało?
- Córka chyba złamała rękę.
- W jaki sposób?
- Grali mecz w Większym Mieście w halówkę, potknęła się, no i chyba złamanie, tam byli ratownicy, to unieruchomili jej, no i przyjeżdżamy.
- Dlaczego tutaj? Przecież w WM jest duży szpital.
- Ale tutaj się krócej czeka.

Mnie się ciśnienie podnosi, bo jestem akurat między potencjalnym zawałem, zapaleniem płuc i udarem i tęsknie myślę o drugim lekarzu. Zerkam tylko na unieruchomienie – faktycznie chyba ratownicy, bo założone profesjonalnie. Pytam dziecko, czy boli, nie aż tak bardzo, zresztą już coś dostała od tamtych ratowników, więc nie podaję żadnych leków, odsyłam na korytarz. Zlecam RTG.

Godzinę później mama (dojechała w międzyczasie) dopytuje się, czy pamiętam o jej dziecku. Owszem, pamiętam, ale musi czekać na swoją kolej, to nie jest stan zagrożenia życia. Ale to JEST DZIECKO. Powtarzam mamie, że DZIECKO (w myślach dodaję za Solejukową z Rancza „toż przecie widzę, że nie jeleń”) ma czekać na swoją kolej. Ale ono cierpi. No ma może złamaną rękę (wynik RTG - w sensie samo zdjęcie do oceny przeze mnie - już jest, ale jeszcze go nie widziałam), to może i cierpi, ale dostało od ratowników środki przeciwbólowe, nie można tego co godzinę serwować, bo właśnie to jest dziecko, dawki maksymalne są niższe niż u dorosłych, a i rodzajów nie tak wiele. Mama z fochem wraca na korytarz.

Pół godziny później (wiwat, pani nie ma zawału! ból ustąpił, EKG nadal bez typowych dla zawału zmian, enzymy sercowe we krwi prawidłowe, będziemy wypisywać) tym razem tata pyta, ile jeszcze będą czekać. Siląc się na uprzejmy uśmiech, odpowiadam, że skoro przyjechali z WM, bo tutaj czas oczekiwania jest krótszy, to niech jeszcze wytrzymają, bo i tak nie czekają tyle, ile potrafi się czekać w WM. Tata mówi, że to jest skandal, żeby DZIECKO tyle czekało i wychodzi.

Po chwili zapraszam dziecko (faktycznie, ma złamaną rękę). Wypisuję receptę, skierowanie do poradni chirurgicznej, by ktoś tam ocenił sprawę za kilka dni. Na „do widzenia” słyszę od rodziców, że skoro badanie dziecka i wypisanie mu papierów (karta informacyjna, recepta, skierowanie) zajęło 10 minut, to czy naprawdę nie mogłam go przyjąć wcześniej? Na pytanie zwrotne, czy uważają, że są ważniejsi od innych pacjentów „na 10 minut” z choćby 40-stopniową gorączką i czy miałam może odpuścić sobie przyglądanie się EKG u potencjalnego zawałowca, nie dostałam odpowiedzi.

I od razu zaznaczę – ja nie neguję, że dziecko ze złamaną ręką może cierpieć i że to jest stan wymagający pojawienia się w szpitalu. Ale poważnie pojechać do szpitala w innym powiecie, mając jeden z dużo większą obsadą pod nosem i jeszcze taka postawa?

Skomentuj (35) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 221 (233)

#85933

(PW) ·
| Do ulubionych
Zastanawiam się, czy to może ze mną jest coś nie tak i nie mam wyrozumiałości dla pacjentów...

Tytułem wstępu kilka zdań o okolicznościach (może rozwlekłych jak na to, co chcę teraz opisać, ale to raczej pierwsza historia z wielu). Jestem lekarzem. Zdarza mi się dyżurować w Izbie Przyjęć powiatowego szpitala, przy czym część pacjentów jest "szpitalna" (a to dostał zawału, a to zarobił w zęby i wymaga szycia i RTG, żeby zobaczyć, czy nie połamał nosa albo i zatok), część przychodzi jako NiŚPL (Nocna i Świąteczna Pomoc Lekarska), bo np. mamy sobotni wieczór, a jego boli gardło i gorączkuje do 40 stopni - a więc taki rodzinny po godzinach. Na jedne i drugie przypadki jeden lekarz.

Pacjenci czekają na badanie na korytarzu, nagłe przypadki wchodzą na „wewnętrzny” korytarz, w którym stoją biurka moje i pielęgniarek, są dwa pokoje badań/leżenia w ramach obserwacji - po badaniu decyduję, kto może wrócić na korytarz i tam czekać na wypis, kto wymaga leżenia w którymś z pokojów, kogo chcę poobserwować, ale może siedzieć, dla tego jest wewnętrzny korytarz.

Nie tak daleko (mniej niż godzina drogi) jest duży szpital w Większym Mieście, wielospecjalistyczny, z SOR-em "z prawdziwego zdarzenia" (specjalista medycyny ratunkowej, kilkanaście łóżek - u nas dwa; konsultacje rozlicznych specjalistów, w tym np. neurochirurg czy chirurg dziecięcy - u nas internista, ginekolog, pediatra, anestezjolog i chirurg ogólny; liczny personel, w tym dwóch lekarzy i kilku ratowników - u nas ja i dwie/trzy pielęgniarki; radiolog - u nas zdjęcie do oceny przeze mnie, gdzie wiadomo, bez wykształcenia kierunkowego jest szansa, że coś nietypowego przeoczę, a na wyniki TK czekamy ok. 3 godzin, bo obraz leci do innego miasta do oceny tam).

W szpitalu w WM działa prężnie system triage, polegający z grubsza na tym, że o kolejności przyjęcia decyduje stan pacjenta, a nie „o której przyszedł”, a więc gdy ktoś przyjdzie z katarkiem, jest całkiem realna szansa, że posiedzi sobie z 6-8 godzin, zanim lekarz znajdzie dla niego czas. U nas triage nie ma, przynajmniej oficjalnie, bo nieoficjalnie staram się na bieżąco monitorować, kto z czym się rejestruje, by wyłapać tych, którzy potrzebują pomocy pilniej. Ok, to tyle, jeśli idzie o wstęp.

Jestem po jakichś 10 godzinach pracy, ostatni posiłek jadłam chwilę po rozpoczęciu pracy, bo akurat nikogo jeszcze nie było. Kolejka pacjentów rośnie, przychodzą szybciej niż jestem w stanie ich „obsłużyć”. Dziewczyny (pielęgniarki) namawiają, żebym zrobiła sobie przerwę, bo zaraz padnę, odpowiadam im, że jest ok, może za chwilę się trochę rozluźni, a teraz ludzie już długo czekają, nie mam czasu na przerwę. Siedzę przy komputerze i stukam w klawiaturę - muszę dokończyć wypis dla siedzącej na korytarzu wewnętrznym pacjentki, którą zgodziłam się już puścić (skok ciśnienia, podaliśmy leki, potem kolejne, bo jeszcze nie spadło wystarczająco, teraz już było ok). Na tę chwilę następna osoba z kolejki czeka jakieś 2,5 godziny, więc nie najgorzej, odnosząc się do WM.

Karetka przywozi pacjentkę z podejrzeniem zawału, więc odrywam się od wypisu. W międzyczasie pacjentka z kaszlem i 38 stopniami od wczoraj (2. czy 3. w kolejce) dopytuje się, czy pamiętam o jej istnieniu. Zapewniam, że pamiętam i odsyłam z powrotem na korytarz, przyglądając się EKG. Bez cech zawału, ale samo EKG to za mało, taka sytuacja wymaga badań laboratoryjnych. Zlecam je, sama wracam do swojego komputera. Mąż pacjentki, dla której robię wypis, robi mi awanturę, bo ile może trwać robienie wypisu, tacy powolni lekarze do niczego się nie nadają, mam iść zamiatać ulicę, jak nie umiem ludzi sprawnie leczyć. Jako że jestem już zmęczona i głodna, nerwy osłabione, prawie się rozpłakałam, wypraszam go na zewnętrzny korytarz. Wracam do wypisu. Pacjentka 1. w kolejce zagląda na wewnętrzny korytarz i pyta, czy ona może już wejść, bo czeka prawie 3 godziny... Wzdycham, wychodzę z założenia, że może potrzebuje pomocy natychmiast, może bardzo źle się czuje, a w sumie wypis to wypis, pacjentka z nadciśnieniem najwyżej poczeka 5 minut, „medycznie” nic jej nie grozi, jedynie frustracja. Zapraszam pacjentkę do gabinetu i pytam, co się dzieje.

Pani doktor, bo ja od wczoraj mam biegunkę - mówi pacjentka, a ja...

A ja zastanawiam się, czy na pewno wybrałam dobry zawód. Na szczęście kolejna pacjentka faktycznie ma anginę i potrzebuje antybiotyku, niekoniecznie powinna czekać do poniedziałku (mamy sobotnie popołudnie) na wizytę u rodzinnego. Wtedy uznałam, że jednak dobry.

Trzy godziny później system informatyczny się zawiesił, ze względu na co nie było przez kilka minut możliwe opisywanie pacjentów, wypisywanie recept, wystawianie zwolnień - no właściwie nic oprócz jedynie badania i rozmawiania.

Przynajmniej wreszcie zjadłam kanapkę.

Skomentuj (33) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 190 (204)

1