Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

pierogiwsamolocie

Zamieszcza historie od: 28 lutego 2020 - 4:36
Ostatnio: 9 marca 2020 - 22:59
  • Historii na głównej: 2 z 2
  • Punktów za historie: 262
  • Komentarzy: 2
  • Punktów za komentarze: 4
 
Historia z emigracji. O tym, że nie warto się zadawać z Polonią w Australii będąc Polakiem słyszałam, ale nie chciało mi się wierzyć.

Szukałam mieszkania. Miałam w perspektywie wydzwanianie i wytrwałe chodzenie na oglądanie lokum, ewentualnie mieszkanie w prywatnym domu studenckim (przestrzenie wspólne, pojedyncze pokoje). Miałam trochę czasu.

Trafiło się mieszkanie blisko mojej szkoły, w cenie dobrej, więc poszłam oglądać. Wiedziałam że właścicielka Polka, ale nie sądziłam że będąc 50 lat na emigracji można być taką cebulą. Wiele rzeczy mi mówiło, żeby zrezygnować. Bo między innymi nie ufam ludziom, którzy 15 minut pierniczą farmazony o sobie i o tym że mają problem bo ich córka ma jakąś tam sytuację w pracy (a co mnie to ku*** obchodzi?!), trudno też brać na poważnie osoby wtrącające co drugie słowo po angielsku "dla szpanu" i noszące podróbki znanych marek z wielkimi logo. I weź tu nie oceniaj ludzi po pozorach... Wychowanie nie pozwala, a intuicja krzyczy "uciekaj". Nie wiem co mnie podkusiło, ale zadecydowała odległość (w Australii mieć szkołę i pracę spacerem od domu to jest ewenement).

Czynsz z miejsca podniesiony o 20 proc. (jak za tę lokalizację w tej cenie można zacisnąć zęby, bo odliczyłam w myślach dolary za komunikację miejską), bo durna wygadałam się, że mam wszędzie blisko. Ale olać to...

Mieszkanie było w porządku. Poza bojlerem. Unit w bloku z lat 70., zabudowa dla mniej zamożnych, a więc i bojlery. Najpierw zaczął cieknąć, potem gasnąć, a więc przestał grzać. Zdarza się. Właściciele na moje zgłoszenie powiedzieli że przyjadą i zobaczą. Pod moją nieobecność. Nie lubię tego. Nawet nie wiem, czy mają do tego prawo i czy mogę sobie nie lubić, czy nie. Mniejsza o to, niech naprawiają. Przyjechali, coś pomajstrowali, zadzwonili że bojler grzeje wodę i jest git.

Gdy wracałam do domu smród gazu poczułam już kilka metrów od drzwi. W mieszkaniu nie dało się wytrzymać, pootwierałam wszystkie okna. W łazience smród najgorszy.

Wezwani fachowcy bez ogródek stwierdzili, że dobrze że nie próbowałam odpalać iskry w bojlerze (takim pokrętłem) i dobrze, że w łazience było uchylone okno, bo gdyby płomyk w bojlerze się zapalił (a żaden się nie palił, odkręcenie wody nic nie zmieniło), to by to wszystko pie**olło. Zakręcili gaz (brak ciepłej wody i kuchenki, mała cena), mieszkanie wywietrzyli, zapytali jak się czuję i zapytali z kim się kontaktować, bo trzeba będzie wymienić bojler na taki, który jest dla odmiany legalny, bo ten w mieszkaniu od ładnych paru lat podobno powinien zostać wymieniony na nowy i że administracja chyba informowała... Mówię, żeby się kontaktować z właścicielką.

Ta dzwoni do mnie po chwili, dosłownie z ryjem, bo ładnie się tego określić nie da, że ona sobie porozmawiała z tymi pożal się boże fachowcami, oni się nie znają, że bojler jest legalny i chyba w dupie mi się poprzewracało, że będzie tyle płacić. - Bojler działał, wszystko było w porządku, żadnego gazu nie czuliśmy. Wodę grzało, płomień był. Gaz by się spalił, nie opowiadaj głupot i nie wymyślaj. Nie będziemy płacić za nowy bojler! Chyba są niepoważni! Zdzisiek przyjedzie i cię nauczy włączać gaz.

Odpowiedziałam, że gaz odcięli, więc oczekuję na fachowca i nie chcę żeby jej mąż cokolwiek grzebał w skrzynce i mnie czegokolwiek uczył, bo nie chcę wylecieć w powietrze.

Zaczęła więc, że ewentualnie wezwie jakiegoś swojego fachowca Zenka i się tylko wymieni jedną część (tu wstaw nazwę części w stylu zapalnik, ale nie pamiętam jak to się profesjonalnie nazywa). Gaz powinien się po prostu spalać na bieżąco dając taki mały płomyk, ale czasami płomyk gaśnie, bo np. zawieje. Jak się gaz nie spala to z tego co zrozumiałam powinno go odcinać, ale z jakiegoś powodu nie odcinało.

Ja rozumiem, że fachowcy często naciągają, że mogą rzucać rzeczy w stylu "trzeba nowy bojler, bo pani wybuchnie", aby przycisnąć klienta i mieć szybki zarobek. Rozumiem też, że gaz w bojlerze czy kuchence sobie tak po prostu nie wybucha i jak jest wielki raban w telewizji, że ktoś wybuchł pół kamienicy, to zazwyczaj jest jakieś lewe obejście i wszystko robione po macoszemu i to trzeba się postarać.

Ale w momencie kiedy mi fachowiec, któremu ufam, mówi że trzeba to załatwić, bo to niebezpieczne, to raczej zgrozą jest usłyszeć: "nie będziemy paru tysięcy wydawać, bo ty niby możesz wylecieć w powietrze".

Mogłam powiedzieć, że w takim razie nie będę płacić paru stów tygodniowo, bo nie mam bezpiecznych warunków mieszkania. Jak się domyślacie nie wybuchłam i żyję, choć bojler się nadal psuł.

To w zasadzie była tylko jedna z kilku akcji, ale chyba najbardziej bulwersująca. Miałam też błędy w swoim bondzie. W skrócie to taki dokument określający ile wynosi kaucja (zazwyczaj wysokość miesiąca czynszu), którą się wpłaca do państwa i potem oddają jednej stronie lub drugiej (zależy czy były uchybienia od umowy). W dokumencie, który wypełniała, moje polskie imię napisała po angielsku... Miałam przez to i przez parę innych rzeczy problemy. Potrafiła do mnie dzwonić w banalnej sprawie (np. będą montować nowy zamek w bramie) i potem gadać o tym że jest u lekarza z taką i taką sprawą, najchętniej przez pół godziny (ale to ucinałam).

O przyjeżdżaniu z potencjalnymi nowymi najemcami albo wysyłaniu ich do mnie na oglądanie mieszkania kiedy mówiłam, żeby nie umawiać, bo nie mogę (wychodzę) można tylko wspomnieć. Raz się bardzo nie spodziewałam... Zabębniła w okno łazienki jak siedziałam na tronie, a że nie odpowiadałam, to ta przykłada twarz do tej siatki (w Australii są siatki w oknach) i wgapia we mnie ślepia jak się pocieram... W ostatni dzień, który miałam opłacony, nie mogłam nawet doczekać do samolotu (a był póóóóźnym wieczorem) i dojeść obiadu, bo na trawniku przed domem czekał najemca, który chce wynająć od teraz, więc usłyszałam że mam wyp***. Dopakowałam się więc w pośpiechu i wyp***doliłam.

zagranica

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 133 (151)
Lato, weekend, piknik miejski z atrakcjami na świeżym powietrzu, w tym stanowisko miejskiej biblioteki, gdzie można wypożyczyć planszówkę. Dookoła park, trawniki, polanki, woda, sielsko. Pogoda idealna żeby położyć się na kocyku albo usiąść przy stole i rozłożyć Catan, Carcassone, Wsiąść do pociągu, czy co tam się podoba (wybór spory).

Ludzie dają pod zastaw np. dokument albo 50 zł, wypożyczają grę i potem oddają otrzymując zastaw w zamian, jak to zazwyczaj bywa w miejscach z planszówkami. Po zebraniu tego całego rabanu, trzeba było gry zawieźć z powrotem do biblioteki. W poniedziałek po weekendzie przy kawce panie bibliotekarki rozmawiają, że coś śmierdzi.

Okazało się, że w jednym z większych pudełek z grą znajdował się prezent w postaci pampersa z zawartością. Na szczęście nie przeciekł, ale smród pozostał...

Kto tak robi... I dlaczego? Po co? Kubły na pikniku były.

Co ironiczne, w wypadku wypożyczania gier z biblioteki przy oddawaniu bibliotekarki zaglądają do pudełek i sprawdzają czy wszystko się zgadza. Podczas pikniku było tyle chętnych i takie kolejki przy oddawaniu, że osoby stojące w weekend z grami przymykały na to oko.

Skomentuj (5) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 129 (137)

1