Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

AndrzejN

Zamieszcza historie od: 3 kwietnia 2016 - 14:20
Ostatnio: 19 czerwca 2018 - 10:16
  • Historii na głównej: 7 z 11
  • Punktów za historie: 1244
  • Komentarzy: 56
  • Punktów za komentarze: 174
 

#82301

(PW) ·
| Do ulubionych
Znana sieć handlowa testuje moja odporność. Od kilkunastu dni katują słuchaczy w radiu reklamą, która jest przeróbką przeboju sprzed lat. Na takie reklamy jestem dość odporny, pod warunkiem, że przeróbka i wykonanie są nie więcej niż 3 poziomy poniżej oryginału puszczanego w radiu kojarzącym się z meteorologią. Blok reklamowy „przelatuje” mi wówczas przez uszy jak składanka przebojów, których słuchali w młodości moi rodzice.

W tym przypadku jednak reklamodawcy przegięli. Tekst reklamy nie trzyma rymu ani rytmu, ostatni wers jest typu „tralalala trala lalala, lala trala”. Zamiast piosenkarki utwór wykuje (nie można tego nazwać śpiewaniem) z miernym skutkiem jakiś mężczyzna. I puszczają ją bez ustanku. Kiedyś liczyliśmy z kolegami:
- w jednej stacji 4 razy w ciągu niecałych 10 minut;
- przy przełączaniu losowo stacji po usłyszeniu początku reklamy udało się naliczyć kilkanaście w ciągu pół godziny.
Speców od reklamy informuję, że osiągnęli swój cel: przed wyrzuceniem radia przez okno powstrzymuje mnie jedynie pamięć o jego cenie.

Podobno na OIOM-ie pacjenci wstają i zmieniają stacje po usłyszeniu kolejny raz tej reklamy.

nachalna reklama radiowa

Skomentuj (27) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 140 (156)

#81927

(PW) ·
| Do ulubionych
Ostatnio była na piekielnych historia o tym, jak producent markowych wyrobów w sposób ukryty przymusza klienta do korzystania z jego (oczywiście droższych) materiałów. Opinie w komentarzach były jak zwykle podzielone. Nie chcę być sędzią w tej sprawie.
Opiszę tylko kilka przypadków podobnego postępowania producentów. Ocenę pozostawiam czytelnikom.

Drukarka domowa.

Kilka lat temu kupiłem domową drukarkę atramentową. Nie była to budżetowa, w cenie nowych wkładów z tuszem, lecz 3-4 razy droższa od najtańszych. W tych czasach powszechne było napełnianie oryginalnych kartridży. W przypadku tej drukarki napełniony kartridż nie działał – wyświetlał się komunikat o braku tuszu, mimo że pojemnik był świeżo napełniony. Internauci szybko znaleźli przyczynę i opisali to na forach. Kartridż miał specjalny chip i drukarka pamiętała, że ten konkretny pojemnik był używany i miał stan tuszu „zero”.

Tłumaczenie producenta troską o klienta można włożyć między bajki, a wyjaśnienie było mniej więcej takie:
„W trosce o bezawaryjne działanie naszego sprzętu zablokowana jest możliwość używania kartridża po zużyciu tuszu poniżej poziomu minimum. Używanie takiego kartridża grozi uszkodzeniem głowicy drukującej”

Może bym uwierzył, ale głowica drukująca była w kartridżu, więc najwyżej mogłem uszkodzić kartridż, który wg wyjaśnień producenta nie nadawał się do użytku.

PS. Rozwiązanie było następujące: Trzeba było mieć w użyciu kilka kartridży (3 lub 4), które należało wkładać rotacyjnie, gdyż drukarka pamiętała tylko kilka poprzednich kartridży. Dwa z nich mogły być prawie puste – wystarczyło wydrukować kilka stron i drukarka odhaczała użycie nowego pojemnika.

Skomentuj (17) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 142 (156)

#81929

(PW) ·
| Do ulubionych
Kolejna, po http://piekielni.pl/81927, historia o producentach i ich sposobach na klienta.

Mam kolegę, który często hobbystycznie rozkręca różne uszkodzone/nie działające urządzenia i próbuje je naprawić. Najbardziej ciekawią go urządzenia nienaprawialne.

Po kilku latach padła mu bateria w laptopie. Naładowana na 100 % trzymała kilka minut. W ramach hobby rozkręcił obudowę i w środku znalazł zestaw akumulatorków, których miał na pęczki na półce. Ponieważ komplet nowych akumulatorków był pięciokrotnie tańszy niż nowa bateria wymienił stare, zużyte akumulatorki na nówki. Poskładał baterię.

Niestety nowe akumulatorki działały jak stare – ładowanie do 100 % starczało na kilka minut pracy. Co ciekawe po wyjęciu akumulatorków i sprawdzeniu okazało się, ze są w pełni sprawne.

Kolega dotarł gdzieś do wyjaśnienia. Układ ładowania w baterii ma zaprogramowane kilkaset cykli ładowania i potem blokuje możliwość pełnego cyklu bez względu na stan baterii.

Skomentuj (22) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 140 (166)
zarchiwizowany

#81930

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Kolejna, po http://piekielni.pl/81929, historia o producentach i ich sposobach na klienta.
Tym razem producent podzespołów do sprzętu AGD. Produkuje podzespół używany w kilku typach dużego AGD. Obudowa jest skonstruowana w ten sposób, że dwa przyłącza są w linii prostej (tworzą kąt 180 stopni). Zależnie od parametrów część kosztuje u producenta 15-25 zł, w punktach serwisowych 30-80 zł.
Jeden z producentów, znana międzynarodowa marka, zamówił ten podzespół w innej obudowie: przyłącza tworzą kąt prosty. Zamówienie na wyłączność. Zależnie od parametrów część kosztuje u producenta 15-25 zł, w punktach serwisowych 120-150 zł. I nie ma możliwości użycia zamiennika, bo ma inne przyłącza.

Skomentuj (2) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: -6 (24)

#81773

(PW) ·
| Do ulubionych
Byłem ostatnio na weselu. Było to pierwsze wesele po paru latach „posuchy” i skład gości trochę inny niż zazwyczaj. I, nietypowo dla mnie, oglądałem je zza stołu, gdyż na początku zostałem „uziemiony” przez odnowioną kontuzję kolana. Historia będzie o zachowaniu gości, ludzi niby na poziomie, wykształconych.

Goście siedzieli po kilkanaście osób przy prostokątnych stołach. Sąsiadów siedzących po lewej oznaczam L1, L2, po prawej - R1, R2, naprzeciwko - P1, P2, a z sąsiednich stołów - S1, S2.

1. Goście schodzą się powoli i siadają na swoich miejscach zgodnie z rozpiską. Kelnerzy czekają z szampanem na resztę gości i młodych. Na stołach stoją dzbanki z sokami. L1, L2 nalewają sobie lemoniadę do szklanek w umiarkowanej ilości. P1, P2 wybierają największe szklanki i nalewają sobie po brzegi, więc dla pozostałych zostaje symboliczna ilość, a dla nas (mnie i żony) brakuje. Ponieważ nie smakuje mi sok pomarańczowy, a jabłkowy toleruję, więc na razie zadowalam się tym ostatnim.

2. Kelnerzy roznieśli zupę. Nagle P1 przesuwa się w moją stronę i napiera na mnie ramieniem. Patrzę, co się dzieje, a to P2 zaczął jeść swoją zupę. Muszę przyznać, że pierwszy raz widziałem taką pozycję. P2 siedzi zgarbiony, ręce oparte łokciami (tak, dobrze napisałem – łokciami) o brzeg stołu w ten sposób, że dłonie są na godzinach 11 i 1, a łyżkę ma skierowaną do siebie. Brodę trzyma ok. 10 cm od powierzchni zupy, którą szufluje łyżką do gęby nie przesuwając rąk. Oczywiście oba łokcie ma 20 cm od tułowia, więc nie dziwię się, że P1 napiera na mnie.

3. Ciasteczka. Podane elegancko na tacach, na każdej łopatka (do ciasteczek z kremem) i szczypce (takie zgrabne, w sam raz do nakładania ciastek bez kremu). P1, P2, P3, P4, R2 nakładają ciastka (nawet te z kremem) na swoje talerze łapami. To co z tego, że palce się pobrudzą – można je przecież oblizać (jakby nie było serwetek przy stole). Jeden z P nie wziął nawet talerzyka deserowego, tylko wpieprzał ciastka z ręki.

4. Zimna płyta. Podana na osobnym stole. Na tacach z wędliną leżą kostki sera pleśniowego. Przy stole byłem na początku – sądząc po ubytkach wędlin mogłem być 5-7 osobą. Na sery się już nie załapałem, bo stojąca przede mną S1 pozbierała wszystkie (na talerzyku miała ponad 20 kawałków sera).

5. P1, P2 z pkt 1 dalej siedzą przy pełnych szklankach lemoniady. P1 łapie buteleczkę wody mineralnej, otwiera, pije dwa łyki z gwinta, zakręca butelkę i odstawia na środek stołu. Bufet z czystymi szklankami, uzupełnianymi na bieżąco, był w odległości 3m od naszego stolika. Od tej pory nalewałem sobie napoje wyłącznie z butelek, które sam otwierałem.

6. Gorąca kolacja. Podana na środku w podgrzewaczach. Każdy nakłada sobie ile chce (i wg mnie tyle, ile jest w stanie zjeść). P1, P2, P3, P4 przychodzą z pełnymi talerzami golonki w kapuście + kaszanka lub smażona kiełbasa. Po kilku kęsach jak jeden mąż zostawiają prawie wszystko na talerzach, które wkrótce kelnerzy zbierają ze stołu. Sąsiedzi P zgodnie oświadczają, że nie są w stanie już nic zjeść.

7. S2 podchodzi do naszego stołu i zaczyna rozmawiać z R1. Czuję, że moja marynarka, która do tej pory spokojnie wisiała na oparciu krzesła, ożyła i zaczyna się wiercić. Nie, to nie przypadek ożywienia materii nieożywionej. To tylko S2 oparła się ręką na mojej marynarce i kręci nią nerwowo w lewo i prawo. A było fajnie, bo oparcie zwieńczone gałeczką, więc aż korci by kręcić. Zwracam uwagę raz, drugi. Nie skutkuje. Wstaję (S2 musi odejść od mojego krzesła) i zaczynam rozmawiać z L1 stojącą akurat obok. Staję w ten sposób aby zablokować S2 dostęp do mojej marynarki. Po ok. 30 sekundach czuję pod żebrami łokieć S2, która znowu pieści moja marynarkę. Jedynym ratunkiem było założenie marynarki na siebie i poczekanie aż zagrożenie ze strony S2 minie.

8. Tort. No właśnie. Nie można dopuścić, aby taki pyszny, weselny tort się zmarnował. Wszyscy P proszą o duży kawałek dla każdego. Męczą się z tym ok. 15 min. No jednak nie mają drugich żołądków więc okazuje się, że oświadczenia z pkt. 6 były prawdziwe. Prawie nietknięte torty zabierają kelnerzy.

9. P1, i P2 oddają kelnerom pełne szklanki z pkt 1.

10. Zimna płyta podana na stoły. Podchodzi do nas S3, nawet nie przysiądzie, żeby porozmawiać, rzuca tylko „O, macie fajną szyneczkę” i łapie za widelec z półmiska, i podbiera wędliny, i zajada na stojąco rozmawiając z S4. Po kilku kęsach odkłada widelec na półmisek. Podaję więc S3 ten widelec mówiąc „To jest twój widelec”. Widelec natychmiast wraca na półmisek. Wkładam go znowu do ręki S3 i mówię „To jest twój widelec”. Sytuacja się powtarza. Podaję S3 widelec ponownie i mówię „To jest twój widelec, jadłaś nim, to go weź”. S3 odchodzi od naszego stołu odkładając przedtem widelec na półmisek z wędlinami. Widelec położyłem na brudnych talerzach i z bufetu (odległego 3 m) przyniosłem czysty. Od tego czasu zawsze przed nabraniem potraw brałem czyste sztućce.

O dobiegających zewsząd odgłosach mlaskania i siorbania nie warto nawet wspominać.

wesele kultura przy stole

Skomentuj (17) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 158 (208)

#81737

(PW) ·
| Do ulubionych
Nasza Firma produkuje wyroby X. Wyroby X należy oznaczać unikalnymi numerami (nie są to kody EAN używane przy skanowaniu na kasie w sklepie). Zasady numeracji określa norma ISO. Działa też dodatkowa instytucja (I) nadzorująca system i przydzielająca pule numerów.

Ostatnio otrzymaliśmy z (I) wiadomość, w której m. in. napisano:
„W związku z opublikowaniem nowej normy ISO dotyczącej wyrobu X (…), pozwalamy sobie przesłać garść informacji z (I)....Niestety nie możemy Państwu udostępnić normy ISO, gdyż normy ISO oraz normy PKN są dostępne odpłatnie w księgarniach.”

Na stronie Polskiego Komitetu Normalizacji na zakładce „Sklep” jest oferta cenowa:
„Forma udostępnienia:
Plik - 70,40 PLN
CD - 84,40 PLN
Papier - 93,80 PLN
Czytelnia - 30 minut - 13,60 PLN”
Ceny są netto . *

I pomyśleć, że są kraje (przez lata nazywane u nas kapitalistycznymi krajami wyzysku) gdzie obowiązuje zasada, że każda instytucja „państwowa” tj. utrzymywana z budżetu, ma obowiązek udostępniać bezpłatnie efekty swojej pracy, a więc m. in. uzyskane dane, ustanowione przepisy i rozporządzenia itd.
A u nas? Czekam na płatny serwis w Sejmie – obywatelu, chcesz poznać obowiązujące prawo, to najpierw zapłać.

P.S. Kolega przypomina, że zasada kupowania norm obowiązuje już ponad 6 lat. Kolega spotkał się z tym w roku 2011.

urząd państwowy norma ISO

Skomentuj (16) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 102 (130)
zarchiwizowany

#76938

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Miał być komentarz do http://piekielni.pl/76936 ale zasługuje na osobny wątek.
W odpowiedzi na teksty typu: maczalka zbierze cały syf z paluszków sprzedawczyni, a potem będzie tym dzielić przy każdym użyciu. Czyli wszystkimi mikrobami z pieniędzy.

Po pierwsze - gąbki w maczałce wymienia się, chyba że ktoś jest syfiarzem, jak pracownice pana Żuka.

Po drugie - są bakterie i bakterie.

I tu przykład (za długi) na komentarz więc dlatego jest w osobnej historii, a nie przy p. Żuku.

W ciągu ostatnich paru lat kilkakrotnie przewinęły mi się w necie „sensacyjne” informacje, jaka to klawiatura komputerowa jest brudna, ile w niej syfu i bakterii. i UWAGA UWAGA! jak ustalili naukowcy (chyba drogą żmudnych, dobrze opłaconych badań) na klawiaturze jest więcej bakterii niż na muszli w publicznej toalecie.

Już trzykrotnie odpisywałem redaktorom tych sensacji, że wzywam na pojedynek: każdy wyciąga wędlinę ze swojej kanapki i kładzie na kwadrans - ja na swojej klawiaturze od komputera a pan redaktor na muszki w publicznym kiblu. I po piętnastu minutach zjadamy z apetytem drugie śniadanie. Zwycięzca dostaje od przygrywającego 1.000 zł.
Do dzisiaj czekam na moje 3 tysiaki, bo żaden z panów redaktorów nie uwierzył w podawane przez siebie bzdury i „fakty internetowe”.

PS
W uzupełnieniu do pytań z komentarzy: redaktor w słowach pełnych oburzenia wyrażał się o czystości klawiatur, telefonów itp i porównywał z toaletami, nawet publicznymi, które są 10. 200 a nawet 400 x bardziej czyste.
Więc, jak zawsze, wymagam od drugiej strony trochę konsekwencji.
Skoro pan redaktor wypisuje PUBLICZNIE jakieś teorie (wg mnie kretyńskie i nie znajdujące potwierdzenia w codziennym życiu) to niech konsekwentnie potwierdzi je swoimi czynami. Chyba, że robi szmatę z gęby (no, w jego przypadku pióra czy raczej klawiatury - oby czystej).

Skomentuj (25) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 21 (123)

#73690

(PW) ·
| Do ulubionych
Po przeczytaniu #73532 dorzucam kolejną historię nt. ludzie na stanowisku, którego absolutnie nie powinni zajmować.

W latach 90-tych (na pewno po zmianie pieniędzy), firma nasza podpisała z pewnym Urzędem Miasta (miasto powiatowe ponad 30 tys. mieszkańców) umowę na dostawę. Ze względów ambicjonalnych i w nadziei na przyszłe dofinansowanie projektu, włodarze miasta złożyli zamówienie ok 6-8 razy większe niż inne miasta podobnej wielkości. Aby zrealizować zlecenie bez „czkawki” finansowej i zabezpieczyć płatność ze strony miasta, w umowie dodaliśmy punkt, że Miasto wystawi czek, który my złożymy w banku do inkasa.

Wszystko przebiegło pięknie, ładnie, bez poślizgów. Za czek dostaliśmy z banku pieniądze, zlecenie zrealizowane, dostawa wykonana.
Aż do czasu.

Kilka dni przed końcem miesiąca wspólnik (W) odebrał telefon od Skarbnik Miasta (SM), która dzwoniła z wielkimi pretensjami.

SM - Panie W, przez was nauczyciele i inne osoby opłacane z budżetu miasta nie dostaną pieniędzy na wypłatę.
W - Ale my nie płacimy pensji waszym nauczycielom.
SM - Bo właśnie dzwonili z banku z przypomnieniem, że na 30 na rachunku Miasto powinno zgromadzić sumę na wykup weksla.
Dla wyjaśnienie: weksel był wystawiony na kilka setek tysięcy nowych złotych). I tu prawie płacz SM w słuchawkę.
SM - No i jak Miasto wykupi weksel, to nie będzie pieniędzy na wypłaty.
W - Ale weksel był opisany w umowie: kwota termin, złożenie w banku do inkasa.
SM - Ale JA myślałam, że ten weksel to tylko tak, no wie Pan.

No nie. Nie wiedzieliśmy. A pani SM właśnie się dowiedziała, co to jest ten papierek z dziwną nazwą: WEKSEL.

osoba na niewłaściwym miejscu uczymy się błędach

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 266 (276)
zarchiwizowany
Kilka dni temu było święto. Państwowe obchody fetowały rocznicę uchwalenia Konstytucji 3 Maja. Wszystkie portale pisały o tym. Większość pisała „Konstytucja 3 Maja symbol demokracji ...”
Z takim stwierdzeniem mogę się zgodzić (co prawda z pewnymi oporami). Symbol to symbol.
Ale załamuje ręce gdy czytam: „3 maja w tym roku obchodzimy 225. rocznicę uchwalenia Konstytucji 3 maja Rzeczypospolitej Obojga Narodów. 3 maja 1791 w Polsce uchwalono pierwszą konstytucję w nowożytnej Europie, a drugą po amerykańskiej na świecie. Z tego powodu Święto 3 Maja jest świętem demokracji i praworządności” http://www.naszemiastomiedzyzdroje.com.pl/uczniowie-sp-nr-1/
Czy tylko mi nie pasuje jako symbol demokracji akt prawny, który:
- został uchwalony metodą „falandyzacji” prawa (Zwolennicy Konstytucji, w obawie przed groźbą użycia siły przez stronnictwo moskiewskie, przyśpieszyli termin obrad nad dokumentem o dwa dni (planowanym terminem był 5 maja 1791) korzystając z faktu, że główni oponenci nie powrócili jeszcze z wielkanocnej przerwy świątecznej);
- zmienił ustrój państwa na monarchię konstytucyjną;
- ograniczył znacząco demokrację szlachecką;
- odebrał prawo głosu i decyzji w sprawach państwa szlachcie nieposiadającej ziemi (gołocie);
- itd.
Nie wiem. kto jest bardziej piekielny: macherzy w mediach, którzy nam wmawiają, że odbieranie prawa głosu 90% uprawnionych jest świętem demokracji, czy 99 % społeczeństwa, które bez chwili zastanowienia przyjmuje te "rewelacje" za prawdę objawioną?

Skomentuj (1) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: -2 (36)

#72195

(PW) ·
| Do ulubionych
Komentarze Armagedon i mastodont87 do historii http://piekielni.pl/72183 skłoniły mnie do rejestracji i odpowiedzi na przeczytany bełkot.

Moja babcia wniosła w wianie kamienicę – miasto po I w.św., ok. 30 tys. mieszkańców, kamienica murowana, kryta blachą, ok. 14 mieszkań 38-60 m2, całość prawie 600 m2 pow. mieszkalnej, dodatkowo duży strych, sutereny i podwórko. Uprzedzając pytania: babcia nie była z pochodzenia kamienicznikiem – jej ojciec był nauczycielem, matka – żoną męża (teraz to nazywa się chyba menedżerka ogniska domowego), bracia – nauczycielami, jeden farmaceutą. Jej dziadkowie byli chłopami. Babcia pracowała w PP Poczta i Telegraf. Kilka lat przed wybuchem II w. św. został spłacony kredyt hipoteczny na zakup kamienicy.

Po wojnie komuchy objęły dom obowiązkowym kwaterunkiem (ponad 5 lokali mieszkalnych). Mieszkania przydzielali elementowi, który był proletariackiego pochodzenia. Chyba w latach 70. ub. w. przestały obowiązywać komunistyczne przepisy, ale weszły na ich miejsce socjalistyczne, które także chroniły lokatorów, a prawa właścicieli miały w głębokim poważaniu.

Ponieważ nieremontowana kamienica niszczała, ojciec starał się przeprowadzić remont. Najpilniejsza była wymiana przegniłej blachy na dachu. Ojciec planował wziąć kredyt (ok. 100 tys. zł) i spłacać go z dochodów z mieszkań po lokatorach, którzy kolejno wymierali. ”Przejęcie” tych mieszkań okazało się niemożliwe, bo np. po zmarłej lokatorce meldowano jej wnuczka (wiek 2 lat), z bezczelnym tłumaczeniem - jak dziecko skończy studia i się ożeni, to mieszkanie będzie dla niego jak znalazł. Po kilku latach ADM przeprowadził remont dachu i wpisał na hipotekę 500 tys. zł.

W międzyczasie ja dorosłem, skończyłem naukę, ożeniłem się, rodziły się po kolei dzieci. Mieszkałem w mieszkaniu rodziców podzielonym na 2 części (ja z żoną i trójką dzieci w 2 pokojach z kuchnią). Młodszemu bratu pomagaliśmy przez kilka lat w opłacaniu czynszu za wynajmowane mieszkanie w wielkiej płycie (czynsz był na poziomie miesięcznych zarobków inżyniera z 3-, 5-letnim stażem – koniec lat 80.)

Początkiem lat 90. pojawiła się możliwość sprzedaży kamienicy nowemu właścicielowi (w nowomowie – czyścicielowi kamienic). Przy wycenie wg wartości odtworzenia 1,05-1,1 mln zł udało się kamienicę sprzedać za 140 tys. zł – bo była zrujnowana i z lokatorami.

I teraz pytam was, szanowni Armagedon i mastodont87: Czy macie odwagę stanąć przed naszą rodziną i powiedzieć nam prosto w twarz:
„TY WREDNY KAMIENICZNIKU, KRWIOPIJCO, ZAPLUTY KARLE REAKCJI. DOBRZE CI TAK”.
No, czekam.

socjalizm niesprawiedliwości

Skomentuj (27) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 287 (309)