Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

KatzenKratzen

Zamieszcza historie od: 31 marca 2017 - 11:37
Ostatnio: 18 czerwca 2018 - 15:12
O sobie:

Szanuję Cię.
Zatem Ty szanuj mnie, proszę.
Będzie nam łatwiej żyć.
Naprawdę.

  • Historii na głównej: 51 z 58
  • Punktów za historie: 8890
  • Komentarzy: 944
  • Punktów za komentarze: 4075
 
zarchiwizowany
Cześć, kochane Piekielniaki :)

Na bazie mojej historii o Alinie o tej: http://piekielni.pl/79921 (nawiasem mówiąc, Alina już pracuje, nie w swoim zawodzie, ale na pełen etat. Chyba jest to związane z całkowitym ucięciem apanaży przez wkurzonego już ojca) zaczęłam się głęboko zastanawiać na zasadami działania Funduszu Alimentacyjnego (FA).

Fundusz ten ma wspomóc wychowywanie dzieci, których jeden z rodziców z jakichś względów nie jest w stanie na nie łożyć. Moje wątpliwości wzbudza tylko ustalenie kryterium dochodowego wychowującego je rodzica - z tego co wiem, aby otrzymać alimenty na dziecko z FA dochód na członka rodziny (dajmy na to samotnego rodzica + jego dziecko) nie może przekroczyć kwoty 725 zł na osobę. Czyli osoba dorosła, zarabiając nie może zarobić więcej, niż 1450 zł. Na miłość boską, jak żyć, jak utrzymać choć jedną osobę za takie pieniądze, nie wspominając już o dwóch?. Weźcie też pod uwagę, że to kryterium dochodowe w żaden sposób nie jest zróżnicowane pod względem geograficznym tj nie bierze pod uwagę czy ten samotny rodzic mieszka w Warszawie, Szczecinie czy Wólce Wielkiej a wszak jest oczywiste, że we wszystkich tych miejscach koszty utrzymania się są inne.

Moje wątpliwości chciałabym Wam przybliżyć na przykładzie - totalnie wymyślonym przeze mnie, żeby zobrazować różnice:

Beata wychowuje samotnie Różę. Ojciec Róży nie płaci na nią alimentów, bo nie pracuje/ jest chory i nie może zarabiać/ pracuje na czarno i nie wykazuje dochodów/ uciekł zagranicę i tyle go widzieli (niepotrzebne skreślić). Nie płaci i już. Beata pracuje w małej miejscowości jako ekspedientka lokalnego sklepiku, zarabia 1 200 zł na rękę. Otrzymuje 500 zł z FA na dziecko. Ma zatem dochód 1 700 zł netto na siebie i córkę. Szef Beaty - jako, że obroty sklepiku wzrosły a ona jest bardzo cenionym, rzetelnym i uczciwym pracownikiem - postanawia podwyższyć jej pobory do 1 470 zł netto. Beata, przyjmując ofertę szefa, automatycznie traci 230 zł (bo FA nie będzie jej już przysługiwał) co dla niej stanowi naprawdę pokaźną kwotę.

Żaneta - po rozwodzie z mężem - samotnie wychowuje Marka. Żaneta pracuje w Warszawie, w dużej korporacji. Jako tzw "manager niższego szczebla" zarabia 5 000 zł netto. Były mąż Żanety pracuje jako "manager wyższego szczebla" w innej, warszawskiej korporacji i zarabia 12 000 zł netto. Sąd zasądził na Marka alimenty w wysokości 2 000 zł (biorąc pod uwagę zarobki obojga rodziców). Żaneta ma zatem dochód 7 000 zł netto. Żaneta dostaje awans i podwyżkę - będzie zarabiać 6 500 zł netto. Sytuacja materialna ojca Marka nie zmienia się - wciąż na 12 000 zł netto. Sąd zatem nie zmienia wysokości alimentów na syna.

Żaneta zatem będzie miała 8 500 netto miesięcznego dochodu. W jej sytuacja podwyżka uposażenia nie miała żadnego wpływu na wysokość alimentów na dziecko. I bardzo dobrze. Niech nie ma.

Tylko dlatego Beata - przyjmując podwyżkę - traci alimenty na córkę z FA? Tego nie mogę zrozumieć. Ja wiem, że alimenty z FA wypłacane są z naszych podatków, ale przecież alimenty są na dziecko! Wolę, żeby moje podatki poszły na wychowywanie Róży, niż na kolejną limuzynę rządową czy nagrodę dla ministra za to, że wykonuje (lub nie) swoje obowiązki. Wszystkie dzieci nasze są! Dzieci nie zarabiają, wszystkie mają jednakowe żołądki, wszystkie potrzebują zeszytów, książek, spodni, majtek i piłek. Dlaczego zatem FA ma kryterium dochodowe?

Sąd, zasądzając alimenty od jednego z rodziców, kieruje się ich sytuacją materialną. Zasada jest chyba taka, że rodzice łożą po równo - jeśli matka jest w stanie łożyć 300 zł miesięcznie na dziecko, to tyle płaci ojciec. Jeśli 1000 to 1000. Zatem dlaczego FA wypłaca alimenty na dzieci w oparciu o takie nędzne kryterium dochodowe?

To nie jest prawdziwa historia. Wymyśliłam Beatę i Żanetę. Ale problem jest zupełnie prawdziwy. Liczę na Waszą dyskusję w komentarzach.

Fundusz Alimentacyjny

Skomentuj (28) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 8 (132)
zarchiwizowany

#80210

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Program "Mam Talent" rok 2009. Dziewczynka śpiewa perfekcyjnie dwa utwory - bardzo trudne, wymagające, pełne wirtuozerii. Jury zamiera z zachwytu!

Rok 2017 - tytuły w portalach krzyczą: "Ta dziewczynka ma obecnie 20 lat! Ma piękne, długie włosy i NIEPRAWDOPODOBNIE DŁUGIE NOGI!!!"

Czy naprawdę TO jest najważniejsze????

Skomentuj (3) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: -9 (27)
zarchiwizowany
Nienawidzę marnowania jedzenia. Nienawidzę i tyle. Z różnych powodów – wpoiły mi to babcia, która przeżyła dwie wojny i mama, która z konieczności prowadziła dom bardzo oszczędnie. W końcu - gdy sama zaczęłam się utrzymywać – zobaczyłam, co ile kosztuje i ile czasu muszę na to pracować. Szacunku dla darów bożych uczę również swojego synka, od małego.

Razu jednego byłam w szkole podstawowej w godzinach popołudniowych. Siedziałam na ławeczce przed salą gimnastyczną i czekałam, aż synek skończy trening. Podeszła do mnie pani sprzątaczka i mówi ze zgrozą w głosie: „pani kochana, pani zobaczy, co te dzieci wyrzucają” i podsuwa mi reklamówkę. W reklamówce okrągłe kanapeczki, starannie owinięte każda osobno. Rozwijamy papier – bułeczka z szynką, sałatą, pomidorem, ogórkiem. Dodatki ładnie ułożone, całość świeżutka, mięciutka.

Sztuk 4.

Zabrakło mi słów.

Skomentuj (52) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 51 (143)
zarchiwizowany
Zatem edytuję: piekielna jestem ja. Historia ku przestrodze innym kociarzom!

Przeprowadziliśmy się do nowego mieszkania w sobotę. Przeprowadzka z długoletniego miejsca zamieszkania – wiadomo stosy pudeł, torby, siatki, graty, kwiaty doniczkowe, jednym słowem ogólne pandemonium. Z żywizny mamy dwa akwaria - w tym jedno naprawdę duże - i kota. Kwiaty doniczkowe postawiliśmy na razie na balkonie, w kilku rzędach. Ogarnęliśmy co się dało, żeby mieć miejsce do spania. Balkon staraliśmy się zabezpieczyć przed kotką, bo ma ona tendencje do skakania za ptactwem.

Do tej pory mieszkaliśmy na czwartym, ostatnim piętrze. Zawsze pootwierane były na oścież wszystkie okna, łącznie z drzwiami balkonowymi. Teraz przeprowadziliśmy się na dość wysoki, ale jednak parter. Dopilnowaliśmy, aby otwarte były jedynie okna uchylne. Baliśmy się, aby kicia nie wyskoczyła, dlatego sprawdziłam, czy kota nie ma na balkonie gdy zamykałam okno balkonowe. Padliśmy wykończeni spać.

Pierwsza noc w nowym mieszkaniu. W jej środku budzi nas potworny, pełen bólu wrzask dziecka!!!. Wręcz agonalny!!! Zrywam się i moja pierwsza myśl: „ktoś wypchnął uchylne, do góry otwarte okno i morduje mi syna!!!
Zrywam się z łóżka i wpadam do pokoju synka!

Cisza i spokój. Mały unosi sennie głowę znad poduszki „Mamusiu, co się dzieje?’.

Wrzask się powtarza!. Dobiega z salonu, w którym na razie śpimy (sypialnia nie wykończona). Już nieco przytomniejsza pędzę tam i...

Kotka jednak została na balkonie. Gdy sprawdzałam, nie było jej widać pomiędzy kwiatami doniczkowymi. Zapewne drapała w drzwi, żeby ją wpuścić, ale, jak mówiłam, spaliśmy jak zabici. W końcu postanowiła wskoczyć do mieszkania uchylnym oknem. Ktoś tu kiedyś pisał na Piekielnych, że uchylne okno to śmierć dla kota. Potwierdzam, to prawda. Kotka skoczyła, łebek przeszedł, reszta ciała –już nie. Spadła i zwyczajnie się powiesiła na uchylnym oknie! Jakimś przytomnym już kawałkiem mózgu od dołu wypchnęłam wiszący łebek na zewnątrz i otworzyłam balkon. Wyciągnęłam rękę, aby zapędzić kotkę do mieszkania. Ręka z miejsca została ozdobiona pięcioma szramami pazurów, niemal do kości (blizny zostaną na pewno).

Dziękuję szczęśliwej gwieździe, że kotka była w stanie jeszcze wydać z siebie takie głos! I że rozpaczliwy głos kota przypomina płacz dziecka!

Skomentuj (68) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 26 (132)
zarchiwizowany
Moja dzisiejsza historia zainteresuje w zasadzie tylko Kociarzy, ale zauważyłam, ze jest tutaj nas dość dużo zatem – do dzieła! Może Wam się spodoba.
Będzie o mojej Kocurzrze.

Mamy Kocurrę. Dobra, mydlenie oczu. Kocurra ma nas (każdy Kociarz wie, o czym mówię). Kocurra jest owocem mezaliansu kotki perskiej bez rodowodu (to się chyba fachowo nazywa „w typie rasy”) i bliżej nieokreślonego taty rasy kot europejski. Z persa ma pewne cechy: płaski, szeroki pyszczek, krótkie, masywne łapki, imponujący ogon, bogatą okrywę i... charrrakter.

Kotu, który nie wychodzi na dwór i nie ma możliwości naturalnego ścierania pazurków, należy pazurki te obcinać. Od 4 lat, od kiedy Kocurra jest z nami, pazurki zawsze przycinał mąż. Ja się boję – to delikatna operacja, pazurki mają unerwione rdzenie i łatwo można kotu zrobić krzywdę. Mąż ma niezłą wprawę. Zawsze robił to, gdy kocia spała. Nie była zachwycona, wydawała pomruki niezadowolenia, ale jakoś pozwalała.

Do czasu. Jakiś miesiąc temu mąż zabrał się za pazurki. Nie wiem, co się stało – czy zrobił coś źle, czy koci się coś odwidziało, nie wiem. Kocurra wykonała po trzy głębokie szramy na obu jego przedramionach i wbiła mu zęby w ścięgno na wierzchu dłoni. W kilka godzin dłoń spuchła jak balon, przeraźliwie bolała, ostry dyżur chirurgiczny, jeden antybiotyk, potem drugi, generalnie ręka do tej pory jeszcze boli, choć opuchlizna zeszła.

Kot ma w dalszym ciągu nieobcięte pazurki. Widzę, że się męczy, próbuje gryźć, wbija we wszystkie meble. Mąż nie może do niej podejść, bo wydaje z siebie (Kocia!) wściekłe fukanie, syki, prycha, robi się dwa razy większa. Postanawiam zawieźć do specjalisty czyli weterynarza. Wyjmuję kototransporter. Kot na jego widok wrzuca 6 bieg i nagle okazuje się, że 4-ro centymetrowa szpara pomiędzy fotelem a ścianą w zupełności wystarcza, aby wcisnął się w nią dorosły kot. Wywlekam moją KatzenKratzen. Nie mam co liczyć na pomoc, na męża wciąż reaguje alergicznie a synka nie chcę narażać. Pakuję do kototransportera. Kot zapiera się wszystkimi łapami. W końcu walka kot vs człowiek kończy się zwycięstwem człowieka. Zwycięstwo okupione jest zaledwie trzema ranami drapanymi i jedną szarpaną. Potem zaczyna się koncert. Miauuuu Miiiiau Miiiiiaaaauuuuuu. Na przemian błagalne, rozpaczliwe i naglące. Nawet ktoś, kto nie zna kociego łatwo przetłumaczy: „wypuść, proszę, błagam wypuść!”, „no, wypuść natychmiast!”, „wypuść do jasnej ^%^%$ !!!!”

Kocia muzyka towarzyszy mi całą drogę i dwie wizyty innych zwierzaków przed nami. W końcu nasza kolej. Pan weterynarz znajduje w komputerze dane moje i kota. Byliśmy tam cztery lata temu, jak przygarnęliśmy kotkę – sprawdzić ogólny stan zdrowia, odrobaczyć i określić płeć (nie umieliśmy), potem na sterylizację.

Mała dygresja co do imienia – gdy lekarz spytał o imię kotki w tym samym czasie ja podałam „Negusia” a mój synek „Słodziaczek” (mała kicia była). Lekarz wpisał Negusia-Słodziaczek.

Rozpinam suwak kototransportera i oczom naszym ukazuje się - Słodziaczek...

Na początek wściekłe fukanie! Potem syk godny anakondy! Seria prychnięć! Kłęby futra! (zestresowany kot zrzuca sierść). Łap ze 20, pazurów chyba 100, zęby wszędzie! Weterynarz woła kolegę. Podchodzą z grubymi ręcznikami. Kot rzuca się jak wściekły, broni pazurów jak niepodległości, jest wszędzie! Łapy młócą powietrze, wrzask, syk, prychanie, w pomieszczeniu jest chyba ze 20 rozszalałych kotów! Weterynarz próbuje zarzuć ręcznik na grzbiet koci, kot wyskakuje metr w górę i zrzuca ręcznik! Zęby, pazury, zęby, pazury, wszędzie!

Po około 10 minutach walki widzę, że nic z tego nie będzie. Rezygnuję z usługi ku ogromnej uldze obu lekarzy. Jeden z nich odwraca uwagę kotki, żebym mogła zapiąć transporter. Jeden ręcznik zostaje w środku z kotką, nikt nie ma odwagi po niego sięgnąć. Wracam do domu.

Pazurki wciąż nie obcięte. Ktoś ma jakis pomysł, jak pomóc kotu?

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: -5 (35)
zarchiwizowany
Dzień dobry /dobry wieczór :)
Trafiłam na tę stronę przypadkiem, jak to zwykle bywa, i zaczęłam sobie czytać w wolnym czasie - Wasze historie i komentarze. I tu chciałam napisać piekielnie o... piekielnych użytkownikach Piekielnych! :)

Co mi się najbardziej rzuciło w oczy:
"Najsampierw" zapoznałam się z sekcją "Zasady". I tam jak byk "stoi" napisane: "Piekielny klient obrzucił Cię mięsem, po czym powiesił na Tobie psy (...)", "Sprzedawca rodem z piekła zamiast reszty w postaci grosika, wydał na Ciebie wyrok i nabił w butelkę? Policjant z drogówki dał Ci się we znaki? Lekarz napsuł krwi, a barmanka biła pianę? PKP odstawiło na boczny tor, taksówkarz zrobił Ci jazdę, a w ZUS-ie zawsze witają Cię tylko Annasz i Kajfasz? "

Zatem zasady są jasne. Opisujesz to, co Ci się przytrafiło "piekielnego" czyli odbiegającego od normy "in minus". Może potrzebujesz się tylko wygadać a może przestrzec innych przed taką sytuacją?

Tyle teorii. A teraz praktyka:

1. Swoją historię opisuje sprzedawca / kelner / urzędnik / pracownik pomocy technicznej / pielęgniarka / ratownik/ osoba pracująca w sektorze usług/ itp. : "Naprawdę lubię swoją pracę, większość klientów/pacjentów/petentów itp. jest w porządku, ale... (tu następuje opis "piekielności" bo od tego ta strona jest). A co w komentarzach? "Jak ci się nie podoba to zmień pracę", "Nie nadajesz się do tej pracy", "Jak Ci tak ludzie przeszkadzają to powinnaś/-eś się przekwalifikować", "Nikt cię siłą nie zmusza do tej pracy" itp. No ludzie.....

2. Historie samochodowo/rowerowe: ktoś opisuje piekielnego kierowcę / rowerzystę / pieszego. Komentarze: "Kto ci dał prawo jazdy?", "Nie umiesz jeździć to nie jedź", "Jak można sobie nie poradzić w takiej to a takiej sytuacji, no debil po prostu!". Naprawdę, naprawdę nikt z tak komentujących nie popełnił błędu na drodze w obojętnie jakim charakterze (kierowcy, rowerzysta, pieszego?

3. Opisujący popełnił jakiś błąd, z którego wynikła piekielna konsekwencja. Zdarza się, on/ona to rozumie, opisuje jako ciekawostkę. A komentujący? "No jak można być takim owakim?", "Czy ty myślisz?". "Ja na miejscu tamtej osoby to bym cię..... ".

4. "Historia zmyślona", "Fake" itp. Faktem jest, że niektóre opisane tu historie są bardzo niecodzienne i trudno je sobie wyobrazić. Ale to, że nie przytrafiły się Wam, ani nikomu z Waszej rodziny czy znajomych, nie oznacza jeszcze, że nie mogą przytrafić się innym! Cytując "Są rzeczy na niebie i na ziemi, które się FIZJOLOGOM nie śniły"! Naprawdę, nie ma chyba niemożliwych "piekielności" one jednak się przytrafiają, niekoniecznie Wam czy osobom Wam znanym!. I chyba, tak jak istnieją ludzie, którzy mają w życie wiele szczęścia - dla równowagi w przyrodzie muszą istnieć ludzie, mający wyjątkowego pecha.

5. Językowi naziści. Ja sama bardzo dbam o poprawność mojej polszczyzny, bo uważam, że język jest nośnikiem tożsamości narodu, nasi przodkowie umierali za możliwość posługiwania się nim. Rażą mnie wypowiedzi najeżone błędami, czy to ortograficznymi, czy gramatycznymi, jak też stylistycznymi. Ale logować się tylko po to, żeby wytknąć komuś literówkę, czy źle postawiony przecinek? Naprawdę komuś się chce??

Generalnie jesteście bardzo fajnymi ludkami i bardzo lubię czytać to, co napisaliście. Niepozytywnie wyróżniają się tylko osobniki wypowiadające się na sposoby wspomniane powyżej, na szczęście jest ich mniejszość. Reszta jest bardzo OK - szczególnie "rzuciło mi się oczy" kilka osób, które niniejszym pragnę pozdrowić: izamarkow (szczególny szacun za nieprawdopodobną pogodę ducha w ciężkiej sytuacji życiowej, kojarzę Cię z "Angory"), Vege, Phones, RudaRakieta, Skarpetka, zaszczurzony, bazienka, Canarinios, Okrutny Kanar, Tenzprzeciwkacomakotairower, Sangri, Liberiana, mikado188 i wszystkich innych, którzy pozytywnych ludków, których jeszcze nie kojarzę z nicków, ale skojarzę, bo zamierzam tu z Wami zostać :))

Pozdrawiam,

Katzen

Skomentuj (2) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: -5 (39)

1