Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

KatzenKratzen

Zamieszcza historie od: 31 marca 2017 - 11:37
Ostatnio: 21 września 2017 - 20:08
O sobie:

Szanuję Cię.
Zatem Ty szanuj mnie, proszę.
Będzie nam łatwiej żyć.
Naprawdę.

  • Historii na głównej: 33 z 37
  • Punktów za historie: 6364
  • Komentarzy: 810
  • Punktów za komentarze: 3761
 

#79921

(PW) ·
| Do ulubionych
Zastanawiam się...

Zastanawiam się i postanowiłam spytać Was, co Wy o tym myślicie.

Ostatnio było trochę historii na temat życia pewnych ludzi na koszt Państwa (czyli podatników). Chciałam dorzucić jeszcze jedną – dość symboliczną.

Alina miała 18 lat, gdy urodziła synka. Była w klasie maturalnej. Maturę zdała, można powiedzieć, z synkiem „przy piersi”. Po maturze zrobiła sobie rok przerwy w nauce z uwagi na dziecko. Utrzymywali ją rodzice, którzy rozwiedli się dosłownie chwilę przed jej porodem – mama, z którą mieszkała i która pomagała jej w opiece nad synkiem i tata, który płacił jej alimenty – do jej rąk, z uwagi na jej pełnoletność. Nie było sprawy sądowej o alimenty – dla ojca było rzeczą oczywistą, że ma obowiązek pomagać swojej córce, dopóki ona się uczy. Uwzględnił roczną przerwę w edukacji – sytuacja była taka a nie inna – i zadeklarował kwotę 500 zł miesięcznie pod warunkiem, że córka po roku przerwy podejmie edukację na stopniu wyższym.

Ojciec synka Alinki okazał się „niebieskim ptakiem”, zatem po przeprowadzeniu stosownych procedur sądowo-administracyjnych, Alina uzyskała alimenty na synka z Funduszu Alimentacyjnego w kwocie 500 zł (to chyba kwota maksymalna, jaką można uzyskać w takiej sytuacji).

Miała zatem dochód w wysokości 1000 zł – na siebie i dziecko – oraz utrzymanie u mamy.

Po roku Alinka dotrzymała słowa danego swemu ojcu i zapisała się na studia. Niewymagający, mało popularny kierunek. Wystarczyło bywać od czasu do czasu na zajęciach i mieć minimum wiedzy, żeby je ukończyć.

Gdzieś około 4 roku jej studiów wszedł w życie program 500+. Nasza Alina zatem – z uwagi na fakt bycia samotną, studiująca matką – załapała się na niego i jej dochód wyniósł już do 1500 zł miesięcznie.

Alina skończyła studia i obroniła pracę magisterską. Miała wówczas 26 lat. Z tej okazji otrzymała od swego ojca prezent – 2000 zł (jednorazowo). Jednocześnie jednak ojciec uznał, że nie jest już zobowiązany do płacenia alimentów, ponieważ córka zakończyła edukację. Zadeklarował jednak, że dopóki nie znajdzie ona pracy – będzie wciąż dawał jej pieniądze – 300 zł miesięcznie.

Przechodzę do clou piekielności – Minął rok od czasu ukończenia studiów. Alina ma teraz 27 lat. Mieszka w dość dużym mieście, gdzie nie ma żadnych problemów z uzyskaniem zatrudnienia – pod warunkiem jednakże, że ktoś chce pracować. Nie znam zupełnie przepisów, rządzących wypłatą z Funduszu Alimentacyjnego oraz zasiłkiem 500+ na pierwsze dziecko (bo nigdy mnie to nie dotyczyło), ale Alina twierdzi, że gdyby podjęła pracę na etat za minimalną 2000 brutto – zostałaby obu tych świadczeń pozbawiona.

Nasza mądrala zatem wykoncypowała sobie, że .... nie opłaca jej się pracować! Bo tak: praca (nie w jej zawodzie, ale taka, którą mogłaby bez kłopotów wykonywać) na etat za minimalną krajową da jej dochód w wysokości 1459,48 zł netto (2000 zł brutto ). Ponieważ jej dochód w chwili obecnej to 1300 zł - 500zł z Funduszu Alimentacyjnego + 500 zł z programu 500+ oraz 300 zł od ojca, Alinka osądziła, że za 159,48 zł (tyle wyniosłaby różnica pomiędzy zasiłkami a płacą) nie opłaca jej się rano wstawać z łóżka!

Rozmawiałam z nią kilka dni temu. Pytałam, czy patrzy tylko na pieniądze. Czy nie ma dla niej żadnego znaczenia nabycie doświadczenia zawodowego, którego kompletnie nie ma? A co z przyszłą emeryturą? Przecież wszystkie te świadczenia, które otrzymuje, są tylko czasowe (zwłaszcza pomoc finansowa od ojca). Czy nie jest to warte poświęcenia wygody życia na zasiłkach?

Do Aliny nie dociera. Ona liczy pieniądze – tu i teraz. Ma pieniądze darmo, bez wysiłku – a zostanie jej to odebrane, gdyby poszła do pracy.

Jakie jest Wasze zdanie?

Życie na zasiłkach

Skomentuj (61) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 155 (185)

#79603

(PW) ·
| Do ulubionych
Chcę Wam dziś opowiedzieć historię o ludziach – ani dobrych, ani złych. Każda z opisanych postaci ma swoje dobre i złe cechy. Niektórzy sami sobie byli winni, inni sami doprowadzili do tego, co ich spotkało, niektórzy mieli siłę przeciwstawić się losowi a jeszcze inni – zmienili bieg wydarzeń. Jak to w życiu. Kto wygrał, kto przegrał? Nie znajdziecie w mojej opowieści aniołów i diabłów – tylko zwykłych ludzi, z ich siłą i słabością. Będzie to opowieść o piekielnej sile stereotypów i uprzedzeń – tak silnych, że nie ma na nie wpływu nawet rzeczywistość. To będzie "ludzka komedia".

Historia ta ma korzenie w latach 80-tych ubiegłego wieku.

Po tragicznej śmierci córki i zięcia w wypadku samochodowym, Babcia zdecydowała się wziąć do siebie i wychować dwóch osieroconych wnuczków – 10-letniego Roberta i 2-letniego Maćka. Babcia była osobą bardzo wierzącą, mocno konserwatywną, przestrzegającą przykazań i związaną z kościołem. W takim też duchu wychowywała obu swoich małych wnuczków.

Chłopcy rośli, dorastali i z biegiem czasu uwydatniały się również różnice w ich charakterach i osobowościach.

Starszy - Robert - wyrastał na podobieństwo Babci. Był bardzo konserwatywny, głęboko wierzący, ale przy tym dość apodyktyczny, wierzący, że jego racja jest jedyna i najważniejsza. Najwyższą dla niego wartością była rodzina – ale tylko rodzina stworzona na jego zasadach. Skończył studia, zdobył dyplom inżyniera i uzyskał zatrudnienie – bardzo dobrze płatną, ale ciężką fizycznie pracę. Ożenił się z Joanną – zahukaną, skromną dziewczyną z wielodzietnej rodziny. Joanna wyznawała podobne, co mąż, wartości i z radością podporządkowała mu się bez reszty. Po roku przyszedł na świat ich pierwszy syn.

Maciek był inny – od najmłodszych lat jego charakter był chwiejny i miał skłonności do ulegania wpływom – niestety, zwłaszcza złym. Dopóki pilnowali go Babcia i brat – Maciek uczył się i zdobywał wykształcenie. Bardziej lub mniej chętnie. Siła osobowości Roberta była na tyle duża, że młodszy brat – póki co – podporządkowywał mu się i dzięki temu udało mu się skończyć dość dobry kierunek studiów – również uzyskał dyplom inżyniera, aczkolwiek w innej specjalizacji, niż brat. Gdy Maciek zaczął zarabiać – wpływ brata i Babci wyraźnie osłabł. Maciek imał się różnych zajęć, pracował też zagranicą, zarabiając naprawdę dobre pieniądze. Ale nie odłożył nic. Wszystko szło na bieżące „hulanie”.

Minęło kilka lat.

Joanna urodziła kolejne dziecko - córkę.

Maciek nadal prowadził rozrywkowy tryb życia, pijąc coraz więcej i mając coraz więcej „kolegów”. Właśnie staczał się po równi pochyłej, gdy na drodze jego życia stanęła Marzena.

Marzena była silna. Wyciągnęła Maćka za uszy z kolegów, długów, hulanek. Zawróciła go w pół drogi do alkoholizmu. Zdawała się być kobietą jego życia.

Marzena miała jednak trzy cechy, które z marszu dyskwalifikowały ją w oczach rodziny Maćka. Była sporo od niego starsza, była – o zgrozo! – rozwódką i – o zgrozo! zgrozo! - samotnie wychowywała nastoletniego syna z pierwszego małżeństwa! Babcia i Robert wkroczyli do akcji. Nie liczyło się zawrócenie Maćka ze złej drogi, ani to, że ustatkował się i robił wszystko, żeby zbudować z Marzeną rodzinę. Niechby pił, hulał, grał! To zło, ale... nagle okazało się, że to mniejsze zło niż rozwódka! Niesakramentalny związek! – co to, to nie! Grzech i rozpasanie!

Maciek postanowił zawalczyć o swoje szczęście. Okazało się, że miał jednak jakiś charakter – kilka miesięcy później Marzena, stojąc na stopniach Urzędu Stanu Cywilnego – z mocno zaokrąglonym brzuszkiem – patrzyła roziskrzonym wzrokiem na nowiutką obrączkę błyszczącą na jej palcu. Cztery miesiące później – Marzena i Maciek całowali rączki świeżo narodzonej Julitki.

Marzena była mądrą kobietą. Po pierwszej euforii męża, spowodowanej ślubem i narodzinami Julitki, widziała jak na dłoni, jak bardzo Maciek cierpi z powodu odrzucenia przez Babcię i brata. Jej taktowne zabiegi – o tyle trudniejsze, że ona i Joanna za sobą od początku nie przepadały – sprawiły, że relacje pomiędzy braćmi zostały na nowo nawiązane. Oficjalne i nieśmiałe, ale jednak.

Z Babcią było trudniej. Ale w końcu - Babcia bardzo kochała swoich wnuków - obu wnuków. Babcia szczęśliwie przeprowadziła jakiś skomplikowany proces myślowy, na skutek którego wyszło jej, że jej młodszy wnuk jest niewinną ofiarą szatańskiej przebiegłości. Stopniała wobec wnuka – jako ofiary. Zaczęła znów tolerować jego obecność, ale wobec Marzeny jednak pozostała nieprzejednana. W końcu to ona zwiodła na manowce jej bezbronnego chłopca!

Minęło kilka lat.

Jak to w życiu bywa, ludzie się starzeją (z wyjątkiem niektórych prezenterów i aktorów). Babcia stawała się coraz bardziej niedołężna, słaba, mniej samodzielna. Obaj wnukowie pomagali, jak mogli – robili zakupy, drobne naprawy. Pomagała także Joanna – gotowała, sprzątała, prasowała. Marzena bardzo chciała pomóc – jednak Babcia nie chciała jej widzieć na oczy.

Nadszedł w końcu czas, gdy Babcia fizycznie zaniemogła całkowicie. Potrzebna była jej całodobowa opieka. Oddanie Babci do domu opieki społecznej nie było brane pod uwagę. Wnukowie zostali wychowani w kulcie rodziny. Taka mentalność. Oddanie Babci do domu opieki obaj potraktowaliby niemal jak zabójstwo. Obie rodziny chciały babcię zabrać do siebie, jednak to Robert – jako najstarszy – zadecydował. Babcia zamieszka z jego rodziną. Joanna była wówczas w końcówce trzeciej ciąży. Miała dwoje małych dzieci, teraz doszła jej jeszcze niedołężna babcia, która wymagała karmienia, mycia, przewijania itp. Robert pracował bardzo ciężko, zarabiając na wszystko (Joanna nie pracowała zawodowo).

Joanna wytrzymała pół roku. Robert pracował ciężko po 12 godzin dziennie, aby zapewnić byt swojej rodzinie. Po pracy, wykończony śmiertelnie, chciał tylko dostać coś do zjedzenia i odpocząć. Joanna – opiekując się dwójką przedszkolaków, noworodkiem i niedołężną Babcią – prowadząc dom, robiąc zakupy, gotując, sprzątając, piorąc, zmieniając pampersy i mając na głowie milion rzeczy – stawała się coraz bardziej sfrustrowana. Pomiędzy małżonkami zaczęło dochodzić do awantur. Dostawało się też Maćkowi, który – w miarę swoich możliwości, dzieląc czas na pracę, swoją rodzinę i Babcię – starał się jak najczęściej wpadać, aby odciążyć bratową. Frustracja Joanny sięgnęła szczytu. Robert ustąpił, gdy zdesperowana Joanna zagroziła odejściem. Rozwód nie mieścił się w jego kategoriach światopoglądowych.

Sytuacja mieszkaniowa na ową chwilę przedstawiała się następująco: Babcia miała duże, trzypokojowe, własnościowe mieszkanie, pod jej nieobecność stojące pustką. Robert wziął na kredyt duże, czteropokojowe, wygodne mieszkanie dla swojej rodziny i spłacał kredyt, sam utrzymując wszystko. Maciek, Marzena z dwójką dzieci mieszkali w jej malutkiej klitce (1,5 pokoju), która przypadła jej po rozwodzie.

Na wieść, że ma się przenieść do Maćka i Marzeny, Babcia wpadła w stan przedzawałowy! Do tego domu grzechu ona nie pójdzie! Ona woli umrzeć na ulicy! Porzućcie ją pod płotem, ona umrze, ale do domu rozwiedzionej nie pójdzie! Prędzej do domu mordercy, gwałciciela, złodzieja, ale nie rozwodnika!! Bez ślubu kościelnego żyją!!!

Patową sytuację rozwiązał Robert – zadecydował, że Maciek z rodziną wprowadzą się do dużego mieszkania Babci i tam będą się nią opiekować. O dziwo, Babcia takie rozwiązanie zaakceptowała. Nie będzie mieszkać w domu grzechu, będzie mieszkać we własnym. I zgadnijcie, proszę, kto opiekował się Babcią do śmierci? Kto ją karmił, mył, przewijał, podawał leki itp? Tak. Zgadliście. Robiła to znienawidzona, pogardzana Marzena. Nigdy się nie poskarżyła. Ani mężowi, ani nikomu. Może sama sobie, ale tego nie wie nikt. Odrzucona przez rodzinę cierpliwie spełniała swoją powinność, aż Starsza Pani - 89-letnia - zamknęła oczy na wieki.

Happy endu nie ma. Pozostała kość niezgody - duże, własnościowe mieszkanie Babci. Naturalną rzeczy koleją, powinno być podzielone na pół – na obu wnuków. Nie ma innej rodziny. Jednak Robert uważa, że mieszkanie należy się tyko jemu - bo to on żyje w zgodzie z nauką Babci i Kościoła! Ma ślub kościelny z Joanną i mają troje "po bożemu spłodzonych dzieci". Maciek żyje bez ślubu kościelnego, z pasierbem i małą Julitką zrodzoną w grzechu! Cóż z tego, że Marzena przez ostatnie lata opiekowała się Babcią! Nie można mieszkania dzielić na pół! Ono należy się tylko tym, którzy żyją po katolicku!!!

Robert wyrzucił Maćka i jego rodzinę z mieszkania po Babci. Joanna dzielnie sekunduje mężowi. Maciek nie ma tyle siły, aby wstąpić na drogę sądową przeciwko jedynemu bratu – jedynemu krewnemu, jaki mu pozostał. Marzena zaciska zęby. Wie, jak wielki jest wpływ rodziny na jej męża. Wychowanie wdrukowuje się nam na płytę główną. Cokolwiek się stanie – korzenie pozostają.

I to jest już koniec mojej historii. Dziękuję tym, którzy ją przeczytali.

Katolicka rodzina

Skomentuj (45) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 222 (332)

#79453

(PW) ·
| Do ulubionych
Warszawska Starówka.

Plac Krasińskich, siedziba Sądu Najwyższego, Sądu Apelacyjnego, Plac Zamkowy, Pałac Namiestnikowski, Plac Piłsudskiego.

Mieszkania w tej lokalizacji osiągają horrendalne ceny. Są zapewne nietypowe – bardzo przestronne, bardzo wysokie, no i lokalizacja „prestiżowa”.

Nie kupiłabym tu mieszkania, choćby mi dopłacali. Ale – niestety – pracuję tu. I muszę tu dojechać do pracy i wyjechać po pracy do domu.

1. Miesięcznice smoleńskie + kontrmiesięcznice.

Plac zamkowy miesiąc w miesiąc tego samego dnia zamknięty i otoczony kordonem Policji. Manifestują ci i tamci. Szarzy ludzie muszą do pracy dojechać i z pracy wrócić. Autobusy kierowane na linie zastępcze, jadą objazdami. Linie autobusowe, normalnie jadące innymi trasami, pokrywają się, robi się korek. Tam jest ciasna zabudowa. Spóźniamy się. Szef toleruje bardzo wiele, ale nie toleruje spóźnień.

2. Wizyta Prezydenta USA.

Policja wszędzie, pilnują bezpieczeństwa. Do pracy docieramy po uprzednim wylegitymowaniu się i okazaniu dowodu, że tu pracujemy. W eskorcie policji. Spóźniamy się. Szef toleruje bardzo wiele, ale nie toleruje spóźnień.

3. Wizyta Rodziny Królewskiej z Wielkiej Brytanii.

Trasy objazdowe. Jadę do domu dwie godziny, zamiast normalnych 50 minut.

4. 31.07.2017.

Na Placu Krasińskich uroczysty koncert z okazji rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego. Na każdym przystanku i w każdym autobusie informacja, że od 17:00 do 21:00 Plac Krasińskich zamknięty dla ruchu kołowego. Wyprowadzamy zatem nasze samochody z parkingu podziemnego przy Pl. Krasińskich wcześniej. Płacimy za parking w strefie płatnego parkowania, pomimo że płacimy również horrendalną cenę za ten parking podziemny.

5. 01.08.2017 – temperatura powietrza na zewnątrz 37 st.

Ktoś w komentarzach na wp.pl żartuje, że w Polsce cieplej niż pod pachą. Ale tak, cieplej. Nie ma żadnych informacji o zmianach w komunikacji. Zatem nie ma zmian, hura!

ZERO informacji o jakichkolwiek zmianach trasy, ani na przystankach, ani w autobusach. Wsiadamy zatem do autobusu na Pl. Krasińskich. Jedzie własną trasą. Przed przystankiem Uniwersytet, na którym większość z nas się przesiada – blokada policyjna. Zamknięte Krakowskie Przedmieście. W poprzek jezdni stoi rajdowóz, pan policjant kieruje w prawo – w stronę Pl. Piłsudskiego. Autobus przebija się z trudem przez okolice Pl. Piłsudskiego. Potem jedzie jakimiś małymi uliczkami, korki potworne. Zgubiłam się w tych uliczkach.

Do domu docieram normalnie w 50 min. Dziś dotarłam po dwóch godzinach i 15 minutach, niemal umarła z upału.

6. Nowy Świat i Krakowskie Przedmieście - ulice prowadzące spod siedziby Sejmu pod Pałac Pana Prezydenta.

Notoryczne manifestacje, kontrmanifestacje, pochody, zgrupowania, cokolwiek! Zamknięte na czas przemarszu Pochodu Górników! Rolników! Pielęgniarek! Ratowników! Drwali! Hutników! Hodowców Zwierząt Futerkowych!!!

Zapewne mój głos jest głosem wołającego na puszczy, ale proszę! Proszę, do jasnej cholery!!!!! Dajcie nam, zwykłym szarym Kowalskim, dotrzeć do pracy i z tej pracy wrócić do domu!!!

Warszawska Starówka

Skomentuj (59) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 184 (278)

#79404

(PW) ·
| Do ulubionych
Zabrakło mi papierosów.

Zdarza się to w najlepszej rodzinie, zatem o tej dość późnej porze – 22:30 – skierowałam swe kroki do pobliskiego sklepu z „artykułami pierwszej potrzeby”, czyli do sklepiku pod szyldem „Alkohole 24h”.

Przy wejściu do sklepu minęłam „Sebę i Karynę”. Oboje wyglądali mi na max 15-16 lat. Drobniutcy, szczuplusieńcy, zabiedzeni. Nie wiem, czy w tym sklepie sprawdzają dowody przy zakupie alkoholu (mnie już nie sprawdzają od wielu, wielu lat niestety), być może tak. Jeśli tak, to w/w bohaterowie mają po 18. Nie uwierzę, że więcej.

Chudziutki „Seba” miał na sobie koszulkę tzw. bokserkę, prezentującą jego wątłe mięśnie i spodenki do kolan, spod których wyglądały szczuplutkie, posiniaczone łydki. Do tego markowe adidasy, ale wyglądające na o 3 numery za duże. Siedział na schodkach sklepu, prezentując sobą obraz przygnębiającego smutku.

Chudziutka „Karynka” miała na sobie małą bluzeczkę, odsłaniającą wystające żebra i króciuteńkie spodenki, mające w zamierzeniu odsłaniać pół pośladka. U niej nie odsłaniały, bo pośladki były w zaniku na skutek chudości. Jednak bardzo mocny makijaż i mocno nastroszona fryzura były obecne.

Oboje pili piwo, paląc papierosy.

Najsmutniejsze jest jednak to, że „Karynka” bujała wózek, z którego dobiegało cichutkie kwilenie - była godzina 22:30.

Wiecie co? Żal mi całej trójki...

Margines?

Skomentuj (20) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 167 (203)

#79182

(PW) ·
| Do ulubionych
Ja wiem i rozumiem. Prawda historyczna.
Ja wiem i rozumiem. Zbrodnia na naszym Narodzie.
Ja wiem i rozumiem. Trzeba pamiętać.
Ja wiem i rozumiem. Tożsamość narodowa.

Ale czemu AŻ TAK???

Jadę wczoraj z synkiem (11 lat) autobusem przez centrum miasta. Oboje zamyśleni, bujamy w swoich obłokach. Obejmuję synka, on się o mnie opiera i sobie jedziemy.

Słyszę nagle przeraźliwe „MAMA!!!!!!”

Podrywam się z siedzenia i podążam wzrokiem za wyciągniętą rączką.

Ulicą idzie demonstracja. Na przedzie transparent z napisem „Wołyń 1943 – PAMIĘTAMY!”.
A potem... Nie wiem, czy umiem to opisać... Plakaty? Zdjęcia? Obrazy?? Realistyczne, jak jasna cholera...

Pierwszy: dzieci powieszone na kolczastym drucie...
Drugi: niemowlę ukrzyżowane na drzwiach...
Trzeci: małe dziecko ... Boże, nie wiem, czy to napiszę... małe dziecko przybite za JĘZYK do stołu.......

Krew, krew, krew.... jest wszędzie i cieknie.....

Synek sypiał sam w swoim pokoju od 4 roku życia. Wczoraj w histerii uparł się spać ze mną. Ja nie spałam w ogóle...

Demonstracja

Skomentuj (103) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 231 (285)
Historia sprzed dosłownie 15 minut.

O tym, że nadgorliwość jest piekielna!

Poszłam po zakupy. Idę sobie, dochodzę do przejścia dla pieszych i rzutem oka ogarniam sytuację na drodze.

Z prawej pusto. Z lewej jedzie dość szybko auto osobowe a za nim, w tym samym tempie, ciężarowe. Jest rzeczą oczywistą, że samochód ciężarowy jest cięższy, ergo - dłuższa droga hamowania.

Cofam się o krok, żeby pokazać kierowcy osobówki, że rezygnuję ze swojego pierwszeństwa na przejściu, żeby przeleciał, a za nim ciężarówka, bo widzę wyraźnie, że ona nie wyhamuje.

Kierowca osobówki postanawia jednak być dżentelmenem jezdni lub - po prostu - nie spojrzał w lusterko, co za nim jedzie. Gwałtownie hamuje.

Kierowca ciężarówki, widząc wyraźnie, że nie zdoła wyhamować, decyduje się na manewr skrętu w prawo (patrząc od jego strony, od mojej w lewo) i wyhamowuje się dopiero na chodniku obok mnie.

Chwała Bogu, że akurat nikt tym chodnikiem nie szedł.

Ja bym spokojnie poczekała te 10-15 sekund.

Kierowcy

Skomentuj (26) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 193 (217)

#78970

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia Gienka http://piekielni.pl/78962 przypomniała mi moją własną dłuuuugą historię. Dla cierpliwych.

We wczesnych latach 90-tych ubiegłego stulecia pracowałam w niewielkim, polskim oddziale japońskiego koncernu jako sekretarko-asystentko-tłumaczka.

Prezesem i wiceprezesem naszego oddziału było dwóch Japończyków. Firma wynajmowała apartament, w którym obaj panowie egzystowali w pełnej symbiozie.

Stan taki trwał do czasu, gdy wiceprezes zapłonął odwzajemnionym uczuciem do dziewczyny zatrudnionej w księgowości – Aleksandry.

Aleksandra nie pochodziła z naszego miasta, zatem podnajmowała mały pokój w wynajmowanym mieszkaniu. W międzyczasie zakupiła mieszkanie i za dwa miesiące miała je odebrać. Tak się przedstawiał stan faktyczny w momencie rozpoczęcia niniejszej historii.

Obaj Japończycy – wikwintni dżentelmeni, kulturalni, powściągliwi. Aleksandra również prezentowała sobą wysoki poziom – zarówno urody, jak i kultury i obycia. Tak mi się wtedy wydawało.

Teoretycznie dwa miesiące to nie jest długo. Ale miłość wybuchła tak gwałtownie i była tak namiętna, że zakochani musieli już, teraz, natychmiast razem zamieszkać. Prezes (współlokator wiceprezesa) nie zgodził się na zamieszkanie Aleksandry w ich wspólnym apartamencie. Zamieszkanie w wieloosobowym mieszkaniu, gdzie wynajmowała pokój Aleksandra, nie wchodziło w grę.

Rozpoczęły się zatem gorączkowe poszukiwania mieszkania do wynajęcia na dwa miesiące od już. Traf chciał, że moi rodzice wybierali się w odwiedziny do daleko zamieszkałej rodziny na miesiąc-półtora.

Jakieś złośliwe stworzenie, fatum, chochlik - czy jak to jeszcze nazwać – już polatywało nad moją głową, gdy jakieś szufladki w mojej mózgownicy zaskoczyły i skojarzyłam oba powyższe fakty. Bez trudu namówiłam rodziców, żeby przedłużyli swoją wizytę do dwóch miesięcy, zaś Pan Hiroshi i Aleksandra szaleńczo ucieszyli się, że mieszkanie będzie dostępne od zaraz, już, bez poszukiwań i będą mogli przystąpić do konsumpcji swojego uczucia w spokoju, bez zwłoki i zbędnych świadków.

I wszyscy byli szczęśliwi. Pan Hiroshi i Aleksandra cieszyli się z mieszkania, moi rodzice z niespodziewanego zarobku a ja czułam się jak anioł opatrznościowy, dający wszystkim wokół radość, szczęście, i pieniądze! Przyczyną późniejszych kłopotów był chyba całkowity brak znajomości realiów wynajmu, brak doświadczenia, naiwność nas wszystkich i nie wiem, co jeszcze.

Cenę najmu skalkulowaliśmy z rodzicami następująco: czynsz, którzy rodzice płacili do Spółdzielni + wszystkie media (rodzice wyliczyli zużycie miesięczne energii elektrycznej, gazu i wody na dwie osoby z marginesem, zakładającym, że zakochani zechcą spędzać wieczory w wannie pełnej wody przy nastrojowym oświetleniu) oraz zarobek rodziców. Wyszła z tego suma, która usatysfakcjonowała wszystkich.

Po upływie zakontraktowanego czasu Pan Hiroshi i Aleksandra wyprowadzili się „na swoje” rodzice wrócili i cieszyli ekstra zarobionymi pieniędzmi.

Przeoczyliśmy jeden drobiazg.
W tamtym czasie telefony komórkowe należały do rzadkości. W mieszkaniu rodziców królował natomiast relikt ówczesny – telefon stacjonarny. Gdy przyszedł rachunek za pierwszy miesiąc zamieszkiwania lokatorów w mieszkaniu, rodzice omal oboje na zawał nie zeszli. Opiewał na sumę przekraczającą opłatę za wynajem (przypominam – wczesne lata 90-te, zagraniczne rozmowy były drogie). Z bilingu wyszło, że Pan Hiroshi codziennie odbywał długie rozmowy z osobami, zamieszkałymi w Japonii. Ponadto zainstalował sobie faks. Wysyłanie faksów darmowe również nie było.

Jako osoba odpowiedzialna za całą sytuację musiałam problem rozwiązać. Udałam się zatem do wiceprezesa na rozmowę. Tu wyszła na jaw japońska kultura i powściągliwość. Pan Hiroshi wysłuchał mnie spokojnie i kazał mi pakować swoje rzeczy. Tak, wyrzucił mnie z pracy w trybie natychmiastowym.

Zadzwoniłam do Aleksandry. Elegancka, piękna i kulturalna dziewczyna powiedziała mi tylko elegancko, pięknie i kulturalnie „jesteś bezczelna” i rzuciła słuchawką. Próbowałam jeszcze porozmawiać z prezesem (w zasadzie teraz nie wiem, po co, ale wtedy byłam młoda, naiwna, zdesperowana i zrozpaczona). Ochrona dostała zakaz wpuszczania mnie do budynku.

Oni oboje doskonale wiedzieli, na jakie koszty narażają moich rodziców. Po prostu skorzystali. Zapłaciłam te rachunki. W końcu to ja byłam winna całej sytuacji. Życie jest najlepszym nauczycielem.

Wynajem mieszkania cudzoziemcowi

Skomentuj (25) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 213 (227)

#78939

(PW) ·
| Do ulubionych
Czytam Wasze historie o piekielnościach wynajmowanych mieszkań.

Około 20 lat temu przedziwne meandry życia zmusiły mnie oraz mojego ówczesnego męża do konieczności wynajmowania pokoju.

Nie mieszkania, tylko pokoju dwuosobowego. Na mieszkanie, przy naszych nader skromnych wówczas finansach, nie było nas stać.

Gwoli wyjaśnienia – 20 lat temu byliśmy młodymi, naiwnymi ludźmi. Rynek najmu był „dziki”, nikomu nie śniło się o jakichkolwiek „umowach najmu”, a oszukanie Urzędu Skarbowego zatajeniem dochodu z najmu było szczytem „radzenia sobie”. Bardzo Was proszę, nie stosujcie wobec mnie dzisiejszych kryteriów najmu. Po prostu przyjmijcie to tak, jak było wówczas.

1. Samodzielne mieszkanie w centrum miasta za cenę pokoju.

Gratka, jaka się nie zdarza! Bierzemy natychmiast!

Mieszkanie składa się z pokoju i kibelka. W kibelku nie ma wody. Wszystkie „załatwione” sprawy trzeba spłukiwać wiaderkiem noszonym ze zlewu, który znajduje się w pokoju. Decydujemy się i spłukujemy. Mycie w misce, bo przecież łazienki, jako takiej, nie ma.

Nie powiem, jakoś się mieszkało. Byliśmy młodymi ludźmi, wszystkie niedogodności dało się znieść. Do czasu, aż właścicielka nie powiedziała nam przez telefon, że za tydzień wraca jej siostra z „zagranicy” i w tydzień mamy lokal opuścić.

2. Znaleźliśmy „pokój apartamentowy” w sąsiedniej dzielnicy.

Pan jest właścicielem dużego domu podzielonego na „pokoje apartamentowe”. Jedziemy oglądać i... Bajka! Dom cudowny, klimatyczny, przytulny!

Oglądamy przeznaczony dla nas „pokój apartamentowy”. Trudno mi opisać, jakie to było piękne! Duży, wygodny, przestronny pokój, drzwi rozsuwane, lustrzane, za nimi piękna łazienka (tylko dla nas!) - prysznic, umywalka, kibelek! Ja to chcę! Ale…

Warunki najmu są takie: płacicie normalny czynsz za pokój, ponadto bierzecie NA SIEBIE kredyt za wymianę okien w całym domu!

Właściciel ewidentnie z dysfunkcją ruchową, jest rencistą, nie ma zdolności kredytowej, zatem my bierzemy na siebie kredyt na bliżej nieokreśloną kwotę, na bliżej nieokreślony termin, spłacamy go i oprócz tego płacimy normalny czynsz.

Nie wykąpałam się w tej pięknej łazience, choć chciałam!

3. Dzielnica peryferyjna. Tanio. Pokój dla pary.

Oglądamy, ciasno trochę, ale cena kusi przy naszych nader szczupłych funduszach. Wprowadzamy się. Właścicielem jest młody chłopak z gatunku „paker”. Ponadto prowadzi dom otwarty. Co noc nocuje u niego 4-5 różnych dziewczyn, każdej nocy inne.

Jego sprawa, ale… W mieszkaniu brud i robactwo. Jedna z dziewczyn, zagadnięta przeze mnie, mówi: „a, to tylko karaluszek przeleciał”. Wytrzymujemy całe dwa dni.

4. Pokój poza miastem. Z polecenia koleżanki z pracy.

Raj! Czysto (choć starsza pani bardzo obawiała się karaluchów, które mogliśmy przynieść z poprzedniego miejsca – nie dziwię jej się! na szczęście jakoś żaden się nam nie zaplątał).

Raj trwał, dopóki nie zorientowaliśmy się, że pod naszą nieobecność pani wchodzi do pokoju i przegląda nam rzeczy. Komentarze w stylu „bo te bluzki ciepłe to pani powinna trzymać na drugiej półce, nie na pierwszej, byłoby wygodnej” czy „po co wam tyle tych kosmetyków, przecież wystarczyłby jeden!” były na porządku dziennym.

Ponadto, niestety, pani paliła w naszym pokoju („bo tu okna od ulicy, a ona musi wiedzieć, co się na ulicy dzieje”). Sama paliłam (i palę), ale tylko i wyłącznie poza domem.

5. Uciekając od Pani Wścibskiej, znaleźliśmy po znajomości (kolega męża z pracy) coś, w co zapewne nie uwierzycie.

DOM!!! DOM W CENIE POKOJU!!!

Wolnostojący domek, cały nasz, cały dla nas, DOM, DOM, DOM, NASZ DOM!!!

Dom stał na kompletnym odludziu. Z mediów dysponował wyłącznie prądem. Nie było gazu, wody, ogrzewania ani kanalizacji. Była tzw. „sławojka” na zewnątrz (polecam w środku nocy w miesiącach zimowych).

Mieliśmy nieszczęście mieszkać tam trzy miesiące – grudzień, styczeń i luty. Biegałam z wiaderkiem po wodę około 100 m. Zima = pompa zamarzała. My w środku również (brak ogrzewania).

Wytrzymaliśmy trzy miesiące i uciekliśmy. Po kilku miesiącach odezwał się kumpel męża. Rachunek za prąd (przy braku ogrzewania dogrzewaliśmy grzejnikiem elektrycznym, bo jak żyć?) przekraczający niemal czterokrotnie cenę najmu. Zapłaciliśmy.

6. Poza miastem.

Wielki dom tylko z pokojami na wynajem.

Pokoi 8. W każdym para ludzi (taki był zamysł wynajmujących). Sprzątanie – grafik. Efekt = syf.

Kuchenka elektryczna w holu, na który wychodzą drzwi każdego z pokoi. Efekt = każdego tygodnia 2-3 alarmy przeciwpożarowe. Bo on/ona wstawił/-a i zapomniał/ - a.

Kołchoz.

Ścianki takie, że słychać każde pierdnięcie (budynek budowany z myślą o wynajmie).

Wytrzymaliśmy rok.

7. Z powrotem w mieście.

Starszy pan, właściciel domu. Wynajmuje pokoje.

Pan w porządku, spokojny, nie wtrąca się, gdy nie trzeba. Ale lokatorzy!

Wspólna łazienka na 4 pokoje (w każdym para). Wieczorem powiesiłam pranie na suszarce podsufitowej. Na drugi dzień moje pranie na podłodze, a na suszarce pranie innych lokatorów.

Myję wannę po swojej kąpieli (pomijam sensowność wanny zamiast prysznica przy wynajmowanych kilku pokojach). Na drugi dzień – wanna jak zawalona węglem.

Myję kuchenkę (wspólną) po moim wykipiałym obiedzie. Na drugi dzień – kuchenka oblepiona syfem.

Wytrzymaliśmy rok.

Co za szczęście, że po tych wszystkich przygodach zakończyły się osobiste perturbacje i mogliśmy wreszcie osiąść na swoim!

Wynajem

Skomentuj (24) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 166 (188)

#78848

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia Filemony - http://piekielni.pl/78846 - przypomniała mi...

Oj, przypomniała....

Moja mama w roku 1997 zachorowała. Nowotwór „spraw kobiecych”. Guz był umiejscowiony tak, że lekarz prowadzący orzekł o konieczności operacji wycięcia go i następnie przeprowadzenia badań histopatologicznych, celem określenia jego charakteru – łagodny czy złośliwy.

Nie znam, niestety, szczegółów, ponieważ mama miała (i ma nadal) silne tendencje do ukrywania swojego stanu zdrowia przed najbliższymi, aby ich nie martwić, i wymogła na ojcu pełne milczenie w tej sprawie. Do tego stopnia, że ja (jedyne dziecko) o całej sprawie dowiedziałam się post factum.

Historię tę przedstawiam zatem tak, jak opisał mi ją ojciec (post factum!).

Termin operacji był dość szybki, jak to przy takiej chorobie. Renomowany szpital ginekologiczno-położniczy. Niestety, chyba zbyt renomowany. Mama w dzień operacji została odesłana do domu z mętnym tłumaczeniem, że „jakieś pilne zagrożenie życia” musi być operowane pierwsze. Jakby rak nie był zagrożeniem życia!

Drugi termin – historia identyczna, jak historia babci Filomeny. Głupi jaś - i odwrót!

Gdy przesunięto trzeci termin, do akcji wkroczył ojciec. Pewnie spytacie, czemu tak późno. Moi rodzice są ludźmi gołębiego charakteru, łagodnymi, kulturalnymi i, co tu dużo gadać, nie bardzo umieją walczyć o swoje. Ale ojciec, widząc, w jakim stanie psychicznym jest mama – w końcu ta operacja miała być również diagnozą, czy ma nowotwór złośliwy! żyła z dnia na dzień z niewiedzą, czy ma tego raka, czy może jest jeszcze jakaś nadzieja – postanowił poważnie porozmawiać z panią ordynator. Nie krzyczał, nie robił awantur. Po prostu był nieustępliwy.

Operacja została przeprowadzona w czwartym z kolei zaplanowanym terminie. Okazało się, na szczęście, że guz był łagodną zmianą nowotworową, bez przerzutów.

Podczas pobytu mamy w szpitalu ojciec nawiązał przyjacielskie relacje z jedną z pielęgniarek, czytaj: pieniądze i prezenty za „szczególną” opiekę nad mamą. Nie wiem, czy ten zwyczaj jest jeszcze praktykowany, ale wtedy był. Od niej dowiedział się, czemu mama miała trzykrotnie przesuwaną operację. Otóż zawiniła właśnie renoma szpitala. Wówczas, 20 lat temu, każda kobieta się do niego pchała. Rodziły tam i leczyły się kobiety z pierwszych stron gazet. Dwie pierwsze operacje zostały przesunięte z uwagi na koperty o pokaźnej zawartości, trzecia zaś za sprawą sławnej osoby, która przecież musiała zostać przyjęta teraz i natychmiast.

Zapewne teraz realia są inne – bardzo chcę w to wierzyć. Przypuszczam, że ukrócono łapownictwo. Ale wtedy, uwierzcie mi – ono kwitło i owoce wydawało.

Służba zdrowia 20 lat temu

Skomentuj (40) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 214 (236)

#78788

(PW) ·
| Do ulubionych
Dojrzałam do wrzucenia bomby w pole dmuchawców tudzież walnięcia piorunem w szczypiorek. :)

Zatem: dziś będzie o UBEZPIECZENIACH.

Kontrowersyjny temat rzeka.

Od razu zaznaczam: zajmuję się kwestią ubezpieczeń sprzętów AGD/RTV/IT i szeroko pojętej elektroniki, zatem swoją historię ograniczę do tych kwestii. Zajmowałam się również gwarancjami samochodowymi, zatem ten temat jest mi też znany. Nie wiem nic o ubezpieczeniach komunikacyjnych, mieszkaniowych, życiowych, zdrowotnych, bankowych, kredytowych - zatem na ich temat wypowiadać się nie będę.

Do rzeczy zatem:

Z jednej strony Piekielni Ubezpieczyciele – złodzieje, bandyci, łachudry, łachmyty, kryminaliści, zbrodniarze, degeneraci, zboczeńcy, masoni, onaniści i cykliści (osobiście usłyszałam 90% tych określeń personalnie).

Z drugiej Piekielni Ubezpieczeni – leniwi, bezmyślni, roszczeniowi, bezrefleksyjni, często bardzo chamscy i równie często – zwykli naciągacze.

I każda strona ma swoje racje.

Chciałabym Wam rzucić trochę światła na skomplikowane meandry procesu zawarcia umowy ubezpieczenia i skorzystania z tej umowy – w razie potrzeby.

Poniżej przedstawiam piekielności, które mogą (ale nie muszą! – w tym cel mojej historii) stać się Waszym potencjalnym udziałem.

Zasada pierwsza - naczelna i podstawowa, która powinna być wyssana z mlekiem matki – przeczytaj Ogólne Warunki Ubezpieczenia.

Nie wierz sprzedawcy na słowo. PRZECZYTAJ. To Twoje pieniądze, Ty musisz wiedzieć, za co płacisz i co Ci za Twoje pieniądze przysługuje. Przeczytaj zatem.

Potem przeczytaj znów i zrozum.

Jeśli masz tak głęboką awersję do słowa pisanego, że wstrząsa Cię na sam widok – przeczytaj chociaż dwie sekcje – „Definicje” oraz „Listę wyłączeń odpowiedzialności”.

W pierwszej najczęściej znajdziesz informację, że „definicje używanych pojęć mogą różnić się od typowego, powszechnego ich znaczenia”. Należy zatem dokładnie ją przestudiować, bo z niej właśnie dowiesz się, co przysługuje Ci w ramach zawartej umowy oraz jak Ubezpieczyciel zinterpretuje opisane przez Ciebie zdarzenie.

Analogicznie z listy wyłączeń dowiesz się, w jakim przypadku odszkodowanie nie będzie Ci przysługiwać.

Piekielne sytuacje i jak się ich ustrzec:

1. „Bo ja tu mam taką polisę od wszystkiego”.

Oznacza to, że masz w ręku święty Graal, miecz Króla Artura lub inny, legendarny artefakt. Ubezpieczenie „od wszystkiego” NIE istnieje. Nawet umowy oferujące bardzo szeroki zakres odpowiedzialności Ubezpieczyciela (np. przedłużona gwarancja + nieszczęśliwy wypadek + uszkodzenie mechaniczne – te dwa ostatnie zakresy wcale nie są tożsame!) mają listę wyłączeń.

2. „Bo sprzedawca mi powiedział, że jak mi upadnie to zapłacicie”.

Bardzo możliwe, że tak właśnie powiedział. Nie neguję tego. Tylko Ty – przeczytawszy listę definicji – wiesz, że nie jest to prawda. Niestety, jest to praktyka powszechna. W naszym języku nazywa się to „misselling” – celowe wprowadzania klienta w błąd co do charakteru i właściwości danego produktu, aby nakłonić do jego kupna. Przeczytaj definicję zdarzenia ubezpieczeniowego.

3. „Naprawa? Jaka naprawa? Sprzedawca powiedział, że od razu dacie nowy!”.

Nie, nie damy. Priorytetem zawsze będzie naprawa. Ubezpieczyciel ma obowiązek przywrócić sprzęt do stanu funkcjonalności. Tę informację masz zawartą w OWU.

4. „Bo mi tu sprzedawca wcisnął jakąś polisę, ja nawet nie wiedziałem”.

To może się zdarzyć, gdy kupujesz sprzęt na raty. Piętrzą się przed Tobą papiery, z drukarki wychodzi ich coraz więcej i więcej, jesteś zmęczony/głodny/chcesz do łazienki/chcesz już wyjść, a tu sprzedawca wskazuje palcem – tu, tu i tu podpisać.
Podpisujesz, przeglądasz w domu i widzisz – umowę kredytową, ubezpieczenie kredytu i jeszcze jakieś ubezpieczenie sprzętu, którego wcale nie chciałeś. Spokojnie. Masz 30 dni na rezygnację z niego (7, jeśli brałeś na firmę). Ubezpieczyciel zwróci Ci składkę.
Tylko zadzwoń. Pamiętaj o terminie!

5. „Bo sprzedawca powiedział, że jak nie wezmę tego ubezpieczenia, to nie dostanę kredytu”.

Bzdura do kwadratu. Ubezpieczenie kredytu nie ma absolutnie nic wspólnego z ubezpieczeniem sprzętu. Żadne z nich nie jest obowiązkowe.
Ubezpieczenie kredytu może ewentualnie pozwolić na obniżenie oprocentowania lub prowizji kredytu, ale nie warunkuje samego faktu jego przyznania.
Ubezpieczenie sprzętu nic ma zupełnie nic do tego. Masz 30 (7) dni na rezygnację.
Wyjątek stanowią wyraźne promocje – np. drugi sprzęt za pół ceny, pod warunkiem, ze ubezpieczysz oba. Wtedy musisz ubezpieczyć, aby skorzystać z promocji.

6. „Sprzedawca powiedział, że ja nie muszę nic czytać, on mi wszystko powie”.

Tu niech Ci się zapali czerwona lampka. Z dużym prawdopodobieństwem możesz założyć, że sprzedawca próbuje Ci sprzedać coś, co nie będzie Ci nigdy potrzebne. Zastanów się - Ile razy dziecko wyrwało Ci drzwiczki pralki? Ile razy stawiając garnek w lodówce upuściłeś go na szklaną półkę i stłukłeś ją? Ile razy stłuczony talerzyk zablokował pompę odpływową zmywarki? Pomyśl i zdecyduj świadomie.

7. „Co? To ja mam to czytać? Pani chyba żartuje!”.

Nie żartuję. Naprawdę i całkiem serio powinieneś przeczytać warunki, na jakich zawarłeś polisę, ponieważ z tych warunków wynika wprost to, co i w jakiej sytuacji Ci się należy, a co nie. To Twoje pieniądze.

Generalnie: produkty ubezpieczeniowe są dobre i pomocne. Ale tylko te wybierane świadomie. Jeśli wiesz, co Ci się należy, a co nie – nie będziesz miał nigdy powodu do narzekania na Piekielnych Ubezpieczycieli.

Jeśli wydam Wam się pomocna i spodoba się Wam to, co piszę – mam tego mnóstwo w zanadrzu.

Ubezpieczenia

Skomentuj (27) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 231 (263)