Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

KatzenKratzen

Zamieszcza historie od: 31 marca 2017 - 11:37
Ostatnio: 27 stycznia 2023 - 20:39
O sobie:

Szanuję Cię.
Zatem Ty szanuj mnie, proszę.
Będzie nam łatwiej żyć.
Naprawdę.

  • Historii na głównej: 85 z 93
  • Punktów za historie: 14012
  • Komentarzy: 1165
  • Punktów za komentarze: 7655
 

#89933

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Ależ piekielna potrafi być siła stereotypów i uprzedzeń!

Takie pobieranie krwi. Większość z Was przechodzi to raz czy tam kilka razy w roku i specjalnie nie zawraca sobie tym głowy. Ja jednak przechodzę to trochę inaczej.

W telegraficznym skrócie – nie mam żył. To znaczy nie, nie do końca, one gdzieś tam są, ukryte w fałdach mojej nader okazałej osoby, ale są jakieś takie cienkie, niewydarzone a ponadto ukryte na tyle głęboko, że zwykłe pobieranie krwi w moim przypadku urasta do rangi średniowiecznych tortur doprowadzając niemal do łez mniej doświadczone pielęgniarki (ja już się przyzwyczaiłam).

Scenariusz, niezależnie od tego czy jest to przychodnia państwowa czy prywatna, wygląda zawsze tak samo.

Rozpoczyna się grzebaniem igłą w czymś, co jest w zagięciu łokcia i wygląda jak żyła, ale nią chyba jednak nie jest. Po bezskutecznym grzebaniu w jednej następuje – równie bezskuteczna - próba grzebania w drugiej. Jak pielęgniarka jest wytrwała to i za trzecim razem się załapie na prace wykopaliskowe.

Potem następuje próba pobrania krwi z przedramienia, między zgięciem łokciowym, a nadgarstkiem, a na końcu uwieńczona powodzeniem i ogromnym siniakiem próba pobrania krwi z wierzchu dłoni.

I tak to się odbywało, póki nie nadeszła chwila zmiany pracy. Na lepszą, dużo, dużo lepszą.

Do nowej pracy, wiadomo, będą potrzebna badania.

Postanowiłam pójść zupełnie prywatnie ot tak, dla siebie samej, sprawdzić ten cukier i cholesterol, z którymi już jakiś czas temu zaczęły się problemy, bom baba duża i w sobie.

Naprzeciw mojego domu znajdowała się maleńka placówka określona szyldem „Analizy laboratoryjne”. Udałam się tam zatem. Ustawiłam się przed przybytkiem na 5 minut przed deklarowaną godziną rozpoczęcia jej pracy. Po dwóch minutach nadeszła zasuszona staruszka. Wielkim kluczem otworzyła przybytek i wmaszerowała do środka, gestem zachęcając mnie do podążenia za sobą.

Wmaszerowałam zatem, odwiesiłam płaszczyk na przeznaczone dla niego miejsce i zasiadłam na miejscu dla petenta za wielkim, wyglądającym na dębowe, biurkiem.

Po jego drugiej stronie zasiadła owa starsza pani. Powoli otworzyła wielką księgę, z namaszczeniem wpisała do niej moje imię i nazwisko, nazwę badania oraz kwotę, która się za badanie należała. Potem pobrała ode mnie gotówkę, włożyła do szuflady i wydała resztę.

Ufnie zasiadłam na krzesełku w poczekalni oczekując na przyjście pielęgniarki, która - jak zawsze - pogrzebie mi igłą w zagięciu mojego łokcia, podenerwuje się, zejdzie na przedramię, a potem pobierze mi krew z wierzchu dłoni, pozostawiając na pamiątkę ogromny siniak.

Jakież było moje zdziwienie i przerażenie, gdy staruszka - skrupulatnie zapisawszy wszystko w wielkiej księdze - podniosła się, założyła biały fartuch, zbliżyła się do umywalki, umyła starannie ręce, naciągnęła na nie jednorazowe rękawiczki, ujęła w dłonie igłę i... zaprosiła mnie na stanowisko do pobierania krwi!

Moja pierwsza myśl – uciekać! Skoro młode, sprawne pielęgniarki wykładały się na moich niedostępnych żyłach, to ta starsza pani mnie po prostu zmasakruje!

Na ucieczkę było jednak za późno.

Usiadłam, gdzie miałam usiąść, łapę wystawiłam, pani założyła opaskę uciskową, ręką popracowałam...

I... I co powiecie? Starsza pani wbiła mi bezbłędnie igłę w zagięcie łokcia, dokładnie tam, gdzie nigdy przedtem (i nigdy potem) nie było żył!

Pobrała, co miała pobrać.

Szkoda, że ten punkt już został zlikwidowany. Pewnie pani przeszła na zasłużoną emeryturę, Żałuję...

Skomentuj (40) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 136 (146)

#89931

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Historia ta miała miejsce już ładnych kilka lat temu ale jakoś mnie korci ją opisać.
Wtedy nas nie śmieszyła ale po tym czasie…

Rzecz będzie o profesjonalistce.

Jakiś czas temu moja firma otrzymała dość prestiżową nagrodę miesięcznika X dla najlepszej firmy w kategorii coś tam coś tam, nieistotne. Ważne, że nagroda wiązała się z publikacją wizerunku Zarządu w publikacji dotyczącej nagrody. Męska część Zarządu zaprezentowała się elegancko aczkolwiek au naturel jak to mężczyźni. Żeńska część natomiast – w osobie pani Kasi – zdecydowała się na skorzystanie z usług profesjonalnej makijażystki i zaprezentowała się na zdjęciu jako ten anioł w niebiesiech. Cud urody podkreślonej dyskretnym makijażem uwydatniającym to, co w niej najpiękniejsze. Czyli krótko mówiąc – makijaż spełnił swoją rolę.

Firma zakończyła rok z wynikiem finansowym, od którego prezesowi nie schodził uśmiech z twarzy. Hucznym zakończeniem tego tłustego roku miała być wielka impreza bożonarodzeniowa dla całego zespołu. Uszczęśliwiony prezes pokazał gest i postanowił ufundować wszystkim pracującym w firmie paniom profesjonalny makijaż specjalnie na tę imprezę. Wziął od pani Kasi namiar na salon, który swego czasu zrobił ją na bóstwo i zamówił makijażystkę do firmy. Makijażystka miała przyjechać rano w dzień imprezy, zająć salę konferencyjną i po kolei brać panie na makijaż. Oczywiście były zrobione zapisy, która wchodzi po której. Ponieważ impreza miała początek dwie godziny od zakończenia naszej pracy, większość z nas nie miała zamiaru wracać do domu po pracy, tylko przywiozła imprezowe kreacje w tym dniu do firmy i po zakończeniu pracy miała zamiar się w nie przebrać i prosto z firmy jechać taksówką na imprezę.

Nadszedł ten wielki dzień. Punktualnie o 11:00 przybyła makijażystka. Nie była to jednak ta, która malowała naszą panią Kasię, ale inna pracownica tego samego salonu. Przywiozła ze sobą średniej wielkości walizkę pełną najróżniejszych kosmetyków, rozłożyła się w Sali konferencyjnej, zajmując ¾ 10-metrowego stołu i rozpoczęła pracę.

Cóż mogę powiedzieć... My byłyśmy w naszym dziale w piątkę. Każda inna. Posągowa, dość wyniosła Marta o chłodnej, północnej urodzie. Kruczoczarna, ognista Karolina o oliwkowej cerze i wydatnych, czerwonych ustach. Ognistoruda, temperamentna i zielonooka Sylwia o bladej poznaczonej piegami cerze. Wiotka, eteryczna Magda, jasna blondynka z bladoniebieskimi oczami, o porcelanowej cerze. No i ja – taka nijaka, szara mysz z bladoblond włosami, jasną karnacją i jasną oprawą oczu. Zupełnie inne typy urody. Dodatkowo makijażystka poprosiła aby każda z nas stawiła się w sali konferencyjnej z kreacją, którą miała zamiar włożyć na imprezę, aby również i do ubrania dopasować makijaż.

Brzmi profesjonalnie, prawda?

Tak też i my uważałyśmy do czasu gdy...

Ale nie uprzedzajmy faktów.

Fakt jest jeden. Taki, że pani pomalowała nas wszystkie w absolutnie jeden, identyczny sposób. Nie zwracając zupełnie uwagi na fakt, że każda z nas jest zupełnie inna. O dopasowaniu makijażu do kreacji nawet nie wspominam.

Wszystkie miałyśmy na twarzach tonę jasnego podkładu, na co nałożony był nieco ciemniejszy (ale nadal jednakowy i dość jasny, "rozświetlający") fluid i całe mnóstwo pudru. Nasze rzęsy zostały ozdobione kępkami sztucznych rzęs, których jednak nawet nie tknięto tuszem. Efekt był taki, ze widać było na kilometr, iż są to właśnie kępki, a nie rozmieszczone „w sposób naturalny” rzęsy. Nasze powieki zrobione były lekkim brązem, który nadaje się jedynie na makijaż codzienny (wyglądają dość naturalnie ale to miał być przecież makijaż wieczorowy!)

Dość powiedzieć, że jednej jedynej Marcie – tej, która miała klasyczną urodę – ten makijaż dość pasował. Ona zresztą nie przywiązywała do tego specjalnej uwagi. Spojrzała w lustro, wzruszyła ramionami i poszła się przebrać.

Karolina wyglądała jak blada śmierć. Jej oliwkowa twarz w połączeniu z jasnym fluidem sprawiała wrażenie jakiejś choroby. Długie, czarne rzęsy zdobione kępkami sztucznych wystawały niemal ponad brwi. Zerknęła w lustro i złapała za płyn do demakijażu. Na szczęście – siłą przyzwyczajenia - miała ze sobą paletę własnych kosmetyków.

Ruda Sylwia z brązowymi rzęsami przetykanymi kępkami sztucznych czarnych i piegowatymi policzkami obficie wymazanymi jasnym fluidem wyglądała jak nieomal klaun Pennywise.

Blada z natury Magda, wysmarowana fluidem, który jej porcelanowej twarzy nadawał wygląd zblazowanej Latynoski, zaklęła tylko i wskoczyła w samochód (mieszkała najbliżej z nas, mogła jechać do domu zmyć to paskudztwo z twarzy i umalować się na swój sposób).

Najgorzej miałam ja. Gdy popatrzyłam na siebie w lustrze... Jasny, rozświetlający podkład i lekko pomalowane na jasny brąz powieki sprawiały wrażenie, jakby małe oczka ginęły wprost w fałdach tłuszczu. Wielkie poliki, małe oczka, niepomalowane rzęsy przy ich jasne oprawie...

Dobrze, że Karolina była nieufna i zabrała ze sobą zestaw kosmetyków. I dobrze, że pozwoliła mi z nich skorzystać. Ja – wierząc w profesjonalistkę – nie zabrałam ze sobą nic.

Impreza jednak była udana. Pomimo profesjonalnej usługi.

Skomentuj (16) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 135 (141)

#89899

przez (PW) ·
| Do ulubionych
A tak króciutko.
Przeczytałam losując historię https://piekielni.pl/80451

No i - jak wspomniałam - króciutko:

Mój, na szczęście już dawno były, mąż - w wieku lat 28 - był absolutnie przekonany, że penis twardnieje, ponieważ w brzuchu chowa się kość, która "schodzi" do penisa w chwili, gdy "jest potrzebna".

On mówił serio.

Skomentuj (35) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 90 (108)

#89558

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Pielgrzymki na Jasną Górę...
Jechałam 11 sierpnia rano do pracy mostem Śląsko-Dąbrowskim (Warszawa). Szła pielgrzymka. Jechałam powoli więc policzyłam uczestników. Łącznie z osobą niosącą krzyż i panami w odblaskowych kamizelkach idących od strony ulicy (wyglądali, jakby ochraniali pielgrzymów od strony jezdni), naliczyłam 31 osób. Wiecie ile radiowozów eskortowało tę pielgrzymkę? Cztery.

Na to idą nasze podatki.

Skomentuj (53) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 205 (223)

#89391

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Kurcze, nie wiem, jak to działa.

Krok 1. Kupuję sobie niedrogie słuchawki do smartfona.
Krok 2. Używam moich niedrogich słuchawek do smartfona.
Krok 3. Używam i cieszę się moimi niedrogimi słuchawkami do smartfona.
Krok 4. Na usilną prośbę syna (lat 16) pożyczam mu moje niedrogie słuchawki do smartfona.
Krok 5. Wyrzucam do śmieci moje niedrogie, niedziałające słuchawki do smartfona.


Vol 2.

Krok 1. Kupuję synowi w prezencie drogie słuchawki do komputera.
Krok 2. Mój syn zachwycony używa swoich drogich słuchawek do komputera.
Krok 3. Wyrzucam do śmieci drogie, niedziałające słuchawki syna do komputera.

Young destructor?

Skomentuj (49) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 135 (155)

#89308

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Chyba się dałam zrobić w bambuko.

Nawet nie chyba, ale na pewno.

W listopadzie roku pańskiego 2021 przyszło do mnie „ostateczne wezwanie do zapłaty” mandatu za przejazd komunikacją miejską w kwocie xxx, powiększonej o odsetki w kwocie yyy oraz o koszty rozprawy sądowej w kwocie zzz. Razem 394,50 zł. W terminie do 7 dni, w przeciwnym wypadku sprawa zostanie zgłoszona do komornika. Wszystko na pięknym druku Zarządu Transportu Miejskiego w Warszawie.

Dumam, dumam... Kiedy też to ja mogłam bez biletu jechać, skoro od kilku lat z komunikacją miejską naszej stolicy łączy mnie jedynie kontakt wzrokowy, gdy hamuję, aby przepuścić autobus wyjeżdżający z zatoczki lub tramwaj przy skręcie, a wcześniej zawsze miałam bilet miesięczny.

Nic nie wydumałam toteż dzwonię pod podany na „ostatecznym wezwaniu” numer telefonu. Po podaniu wszystkich danych, o które poprosiła pani dowiedziałam się, że w dniu 15 maja 2005 roku (!!!) jechałam bez biletu linią 125.

Potrzebowałam chwili, aby przetrawić uzyskaną informację. Byłam pewna na 99%, że nigdy nie zostałam przyłapana na jeździe bez biletu z tego prostego względu, że zawsze miałam bilet miesięczny. Pozostał mi jednak ten 1% niepewności. Bo może kiedyś tam zapomniałam doładować i jednak mnie złapali? Minęło 16 lat... Mam prawo nie pamiętać.

No ale skoro było to 16 lat temu to przecież nastąpiło przedawnienie, czyż nie? Pani nieprzyjemnym, napastliwym głosem twierdzi, że nie, bo była sprawa sądowa.

Ale czemu nigdy nie dostałam najmniejszej choćby informacji, żadnego wezwania do zapłaty, ponownego wezwania, jakiegokolwiek monitu, powiadomienia o rozprawie, nic? Faktem jest, że od 2005 roku miejsce zamieszkania zmieniłam dwukrotnie. Jednak pod adresem, pod którym mieszkałam w 2005 roku mieszka do dziś moja przyjaciółka (kupiła ode mnie to mieszkanie), która z całą pewnością powiadomiłaby mnie o liście poleconym (a chyba wezwania do zapłaty itp wysyła się poleconym?)

Ponadto „ostateczne wezwanie” trafiło pod adres, pod którym zamieszkuję obecnie (od 5 lat) czyli jednak potrafią mnie znaleźć, jak trzeba.

No dobra, wiem, głupio zrobiłam. Poddałam się i zapłaciłam. Tylko i wyłącznie dlatego, że wystraszyłam się, że faktycznie do mojej firmy zgłosi się komornik z zajęciem kwoty, a ja bardzo ciężko pracowałam przez ostatnie 13 lat na wysoką pozycję, jaką obecnie zajmuję i nie mogę sobie pozwolić na utratę reputacji, a czymś takimi niewątpliwie byłoby zajęcie komornicze. Uznałam, że kwota nie jest warta utraty nieskazitelnej reputacji, którą muszę mieć, pracując na moim stanowisku.

Teraz tylko tak z czystej ciekawości pytam – sprawa mi śmierdzi fejkiem i wymuszeniem na kilometry – jak powinno się postąpić w takim przypadku?

Skomentuj (43) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 123 (129)

#89254

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Nie wiem, to chyba nie wpisuje się w klimat tej strony, ale jestem taka wzburzona, że muszę z kimś pogadać, podzielić się z kimś, wygadać się a tu, na tej stronie, jestem już tyle czasu i wiem, że jest tu tyle fajnych, empatycznych osób.

Nie mogę zapomnieć, boli mnie to.

Wojna na Ukrainie...

Przeczytałam dziś, co ruskie orki (bo nie da się ich nazwać ludźmi) robią ukraińskim jeńcom... Przeczytałam i żałuję, że przeczytałam, bo nie się przestać o tym myśleć... A matka, której ork chwalił się jak torturował ukraińskich jeńców, chwaliła go ”Dobrze robisz, synu, to nie są ludzie”...

Niedaleko mojej pracy jest Biedronka.

Pod tą Biedronką co dzień pojawia się ukraiński wolontariusz. Chłopiec w wieku mojego syna - 15 może 16 lat. Jest codziennie, zbiera nie tylko pieniądze do zawieszonej na piersi skrzynki ale też dary rzeczowe do wózka. Jest co dzień. Nieważne, czy słońce, czy deszcz, czy ciepło, czy zimno. Od rana, bo widzę go gdy przyjeżdżam do biura na 9 i widzę go, gdy wyjeżdżam o 17. Drepta 5 kroków w jedna stronę, 5 w drugą. Nie ma tam żadnej ławeczki, na której mógłby chociaż na chwilę przysiąść, nie ma się gdzie schować. Pomimo to jest codziennie. Nie nachalny, nie nagabuje. Uśmiecha się tylko i dziękuje, gdy ktoś coś wrzuca do kosza czy puszki. Nie bywam w biurze codziennie (praca hybrydowa), a nawet jak jestem to nie zawsze robię zakupy. Ale któregoś dnia go zauważyłam. Szłam po coś do tej Biedry i zobaczyłam koszyk z darami. Pytam chłopca, co trzeba, a on mi na to „wszystko”. No to kupiłam jakieś ryże, makarony, mięsa w słoikach, szampony, rajstopy, podpaski itp. Potem przyszło mi do głowy, żeby kupić coś tylko dla tego dzieciaka, który tam stoi. Kupiłam mu czekoladę.

Wrzuciłam do wózka to, co przeznaczyłam na dary, a chłopcu dałam czekoladę. Patrzył na mnie długą chwilę szeroko otwartymi oczami a potem wyjąkał „Dziękuję!.

Następnym razem, gdy go zobaczyłam nie planowałam robić zakupów, ale dałam pieniądze do puszki.

Potem były święta, majówka, pracowałam z domu.

Wczoraj poszłam po drobny zakup, chłopiec był na posterunku, poznał mnie i uśmiechnął się. Kupiłam tylko czekoladę dla niego. Znów te szeroko otwarte ze zdumienia oczy. Powiedziałam tylko „Biedaku, mam syna w twoim wieku” i uciekłam.

Dzisiaj znów w pracy i zakupy. Chłopiec był. Kupiłam mu rogalik i sok. Cały dzień biedak tam stoi. Gdy podałam mu siatkę z tymi rzeczami rozpłakał się i przytulił do mnie. Nie mogę zapomnieć tego jego przytulenia się - jakbym przytulała małego kotka - same delikatne kości obciągnięte skórą.

Co ja mogę zrobić? Jak mogę pomóc, taki nic nie znaczący człowiek, nie mający na nic wpływu, z przeciętnymi dochodami? Pismo powiada „cokolwiek uczyniliście najmniejszemu z braci moich - mnieście uczynili” Ale co to za pomoc - rogalik i sok?

Skomentuj (45) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 183 (201)

#89228

przez (PW) ·
| Do ulubionych
No i co ze mnie zrobili?

Ano głupa zrobili.

Samochód, jaki jest, każdy widzi.

Ma karoserię, cztery koła i jeździ.

Od czasu do czasu coś się w nim zużywa i trzeba to wymienić na nowe.

W moim, po kilku latach użytkowania, zużyły się klocki hamulcowe. Kupiłam auto od pierwszego właściciela, ale samochód, wraz z pierwszym właścicielem, jeździł po górach, więc hamulce siłą rzeczy musiały być intensywniej użytkowane i ich kres nadszedł.

Hamulce, rzecz newralgiczna. Słabiej łapią, serwis, wymiana. Mam napęd na przód, więc przednie bardziej zużyte ale wiadomo, wymieniamy wszystkie. Zaznaczyłam, że zależy mi na oryginalnych, markowych, od producenta. Droższe, wiadomo, ale płacę i chcę. Wymienione, zapłacone. Mam fakturę, aha!

Jakiś rok później.

Coś mi piszczy po prawej. Piszczy i wkurza. Ki diabeł?

Oddaję do mechanika. Co piszczy? Klocki piszczą. Ale jak to? Markowe, DROGIE klocki piszczą?

Piszczą. Choć zapłaciłam za markowe, to dostałam zamienniki słabszej jakości. Swoją rolę spełniają, hamują, mechanik stwierdził, że grube, dobrze łapią, więc szkoda kasy na wymianę, piszczenie polubić.

Serwisu, który klocki na markowe (ha ha ha) wymienił i fakturę wystawił już nie ma, zakończył działalność. Wiec mogę reklamację wysłać na Berdyczów, skrytka pocztowa NieMa.

Przyzwyczajam się do upiornych dźwięków i dziwnych spojrzeń.

Fakt, łapią dobrze.

mechanik warsztat

Skomentuj (29) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 93 (113)

#89185

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Czasem przychodzi taka chwila w życiu lodówki, że się zepsuje. Lodówka, wiadomo, w dzisiejszych czasach produkt dość strategiczny. Bez pralki czy zmywarki da się tydzień czy dwa wytrzymać, bez lodówki gorzej.

Z takich czy innych powodów odmawia posłuszeństwa i bij, człowieku, głową o ścianę, egzorcyzmy odprawiaj, zaklinaj, proś i groź, ustrojstwo nie ruszy. Nie, bo nie.

Wiecie pewnie wszyscy, że obecnie urządzenia AGD są produkowane tak, żeby przetrwać bezawaryjnie czas gwarancji producenta (24 miesiące) a potem ... Niech się dzieje wola nieba z nią się zawsze zgadzać trzeba.

Moja lodówka przetrzymała dokładnie 4 lata i 11 miesięcy, więc i tak spisała się nieźle.

Dnia pewnego zauważyliśmy, że masełko takie miękkie dość. Wiadomo, masło po wyjęciu z lodówki winno twarde i nierozsmarowalne być. A nasze miękkie takie. Poobserwowaliśmy, podumaliśmy. W lodówce ciepło. Jaka temperatura na zewnątrz (w kuchni) takaż i w lodówce. Kompresor się włącza, pracuje normalnie, światło w lodówce świeci, ale efektów nie widać i nie czuć. Jako, że pracuję w elektronice już prawie 13 lat, objaw rozpoznałam. Ubytek czynnika chłodzącego. Wiem, że niektóre serwisy stosują napełnianie czynnikiem, ale z moich doświadczeń wynika, że nie jest to skuteczne, bo jak raz czynnik uciekł to i ucieknie znowu, bo gdzieś musi być nieszczelność. Na nieszczelność rady nie ma.

Święta idą to i w zamrażarce zacne i wyszukane mięsiwo oczekuje na swoje przeznaczenie. Producent lodówki gwarantuje trzymanie temperatury do 20 godzin w przypadku awarii. Nie ma na co czekać. W samochód i pędzimy kupić nową lodówkę, mięso ratować! Godzina 20, wpadamy jak dwie niewielkie burze, wybieramy tą! Nie, tą!, Nie, jednak tamtą! Po 15 minutach dochodzimy do konsensusu i jednak tamtą. Wszystkie są w miarę OK, czas się liczy, mięso ratować! Płacimy za lodówkę, dopłacamy za transport ekstra (na jutro - transport płatny dodatkowo, na pojutrze byłby już gratis, ale pojutrze za późno, bo mamy tylko 20 godzin na ratowanie dóbr kulinarnych).

No dalej to już chyba przewidywalnie. Ja poszłam do pracy ale mąż siedział kamieniem w domu i czekał. Transport, zaplanowany na godziny 10:00 - 20:00 nie dojechał. Istotne jest to, że nie była to zewnętrzna firma kurierska tylko transport własny sieci. Około 19:45 zadzwoniłam na infolinię. Dowiedziałam się, że kierowca ma jeszcze 15 minut. Zapytałam, co mam zrobić w razie, jak nie dojedzie, do której pracuje infolinia. Okazało się, że właśnie do 20. A co mam zrobić, jak lodówka nie dojedzie do 20, skoro infolinia już nie będzie pracować? Panienka z rozbrajającą szczerością poradziła mi dzwonienie z reklamacją od jutra.

Jest oczywiste, że lodówka nie dojechała.

Dzwonię nazajutrz punkt 8:00. I co słyszę? Słyszę mianowicie, że około 23 poprzedniego dnia kierowca wpisał w system, że „była próba doręczenia, ale nikogo nie zastał” Co mnie trafiło? No szlag a co miało trafić? Tłumaczę, że mąż, że czekał, że nie było, że mięso, że lodówka, że zepsuta, że nowa, że dopłata za ekspres, że nie dojechał. Dużo tłumaczę. Pani wysyła mi formularz reklamacyjny. W międzyczasie mięsiwo świąteczne intensywnie się rozmraża, już go nie uratujemy (fakt, ze te 20 godzin wytrzymało, nie kłamali), mąż zaczyna przyrządzać świąteczne dania na teraz, przecież nie wyrzucimy tego wszystkiego a zamrozić ponownie się nie da, ja jedną ręką wypisuję formularz reklamacyjny, drugą trzymam telefon i żądam skomplikowanych przysiąg, że lodówka DZIŚ dojedzie.

Nie dojechała.

Dojechała na trzeci dzień. Zaoferowano nam - jako rekompensatę za trzydniowe oczekiwanie 50 zł w formie bonu na kolejne zakupy w tej sieci.

A wsadźcie sobie! Nic już nigdy u was nie kupię!!!

sklepy

Skomentuj (26) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 204 (220)

#89176

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Specjalista informatyk.

W poprzedniej firmie wszystkimi pracami "informatycznymi" - wliczając w to wetknięcie wtyczki w gniazdko - musiał zajmować się "specjalista- informatyk". Nikomu z laików nie wolno było nawet dotknąć kabelka, bo zepsuje! Wiadomo - międzynarodowa korporacja. W kierunku serwerowni nawet nie wolno było spojrzeć, nie mówiąc o próbie wejścia!

Problem tkwił tylko w tym, że dział pomocy technicznej IT znajdował się w Holandii a nasz oddział korpo - w Polsce.

Omijaliśmy problem jak tylko się dało. Trudno w końcu czekać aż do wypiętej z kontaktu wtyczki przyjedzie specjalista z Holandii. Komputery - komputerami, ale serwerownia - rzecz święta, miejsce poświęcone, sacrum po prostu.

Tego problemu jednak ominąć się nie dało.

Przyjechała do nas super-mega-hiper wypasiona maszyna wielofunkcyjna, łącząca w sobie funkcje drukarki, skanera, faksu, masażu i drapacza po plecach. Maszyna miała być podłączona do internetu tak, aby wszyscy pracownicy mogli z niej korzystać przez sieć.

Dla niewtajemniczonych - drukarka sieciowa.

Do podłączenia tak szalenie technologicznie wymagającego sprzętu musiał przyjechać specjalista-informatyk. Z Holandii. Przyjechał.

Dla żeńskiej części zespołu stanowił miły akcent, ponieważ był sobowtórem Willa Smitha. Równie ciemnoskóry i równie przystojny.

Ale na tym się jego pozytywy kończyły.

Spędził u nas 2 dni. Tyle czasu zajęło mu podpięcie super-mega-hiper wypasionej maszyny wielofunkcyjnej do naszej sieci. Maszyna działała. Will Smith wyjechał żegnany westchnieniami żeńskiej części zespołu.

Dzień po jego wyjeździe wynikł problem. Przestały działać telefony. Dla nas - jako call center firmy ubezpieczeniowej, przyjmującej szkody (ludzie, którzy wykupili polisy i oczekują natychmiastowej pomocy) - był to problem bardzo dużego kalibru.

Zgłosiliśmy do naszego IT Support czyli do Holandii. Popatrzyli, pomyśleli... (linie nie działają już drugi dzień, zaczyna się Harmageddon). Myśleli, myśleli... i wymyślili! - problem leży po stronie polskiego dostawcy usług telefonicznych!

Zgłosiliśmy. Wizyta technika jutro (linie nie działają już trzeci dzień! Harmageddon stał się stanem faktycznym).

Przyjechał starszy pan. Wszedł do świątyni (serwerowni). Spokojnie wpiął w odpowiednie miejsce kabelek od centrali telefonicznej, wypięty przez Specjalistę, który wypiął go w jakimś tam sobie znanym celu i zapomniał podłączyć z powrotem.

Telefony odżyły.

call_center

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 196 (208)