Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

KatzenKratzen

Zamieszcza historie od: 31 marca 2017 - 11:37
Ostatnio: 19 sierpnia 2018 - 1:04
O sobie:

Szanuję Cię.
Zatem Ty szanuj mnie, proszę.
Będzie nam łatwiej żyć.
Naprawdę.

  • Historii na głównej: 59 z 66
  • Punktów za historie: 10092
  • Komentarzy: 994
  • Punktów za komentarze: 4270
 
poczekalnia
Wspominałam tu już parokrotnie moich Rodziców. To starsi, wspaniali ludzie. Mamy świetny kontakt. Myślę, że poniższe piekielności są wynikiem dużej różnicy wieku między nami (jestem jedynaczką, późnym dzieckiem) i zupełnie różnego pojmowania świata. Jestem już baaaardzo dorosła, mam drugiego męża, mam 12-letniego syna ale dla moich Rodziców wciąż jestem dzieckiem, którym trzeba kierować.

1.Jestem gruba. Bo jestem. Nie mam zamiaru zwalać tego na genetykę, tarczycę czy inne choroby. Po prostu jem w niewłaściwych porach, niewłaściwe rzeczy, jestem nieruchawa i jestem miłośniczką złocistego trunku. Moja wina. Imieniny mamy. Na stół wjeżdża okazały tort. Mama odbywa wewnętrzną walkę – pomiędzy dobrem jej dziecka i DOBREM jej dziecka. W końcu następuje konsensus: „Ty nie powinnaś tego jeść, grubasie!” Po czym na moim talerzu ląduje największy kawałek :) Zdołałam zjeść pół.

2.Dla odmiany tata. Przy kolejnej okazji imieninowej polewanie wódki. „Ty jesteś kobietą, ty nie powinnaś pić mocnych alkoholi!”. Po czym ląduje przede mną uczciwie nalana pięćdziesiątka :)

3.Mój syn. Jak wielu jego rówieśników gra w gry komputerowe. „Ten komputer i te gry to ogłupiają dziecko! Czemu mu na to pozwalasz?”. Syn zabrany na weekend do dziadków. Ląduje przed telewizorem. Kanał: Nickelodeon. Na moją uwagę, że przy grach strategicznych to przynajmniej trzeba trochę myśleć, kombinować itp lekceważące "Ale co ty tam gadasz, komputer robi wszystko sam!".

4.(powiązane z poprzednim). Mój wolny weekend! Taki naprawdę wolny, nie tylko od pracy. Rzadko się to zdarza, że jestem sama i NIC NIE MUSZĘ!. Syn u dziadków, mąż w pracy przez dwa dni. Mam wolne! Nic nie muszę! Weekend nerdowania!. W sobotę o 7 rano szczęśliwa jak młode prosię w wiosenny deszcz odpalam ulubioną grę, obstawiam się wszystkim, czego potrzebuję, żeby nie odchodzić od kompa i rozpoczynam lvlowanie. W południe telefon od mamy: „Co robisz?” Rozmarzona odpowiadam, że GRAM! Mama na to „No wiesz, tak głupio czas tracić… Telewizję byś pooglądała…:

Bardzo Was kocham, moi Rodzice!

Rodzice

Skomentuj (20) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 28 (128)

#82747

(PW) ·
| Do ulubionych
Zastanawiam się, czy wiecie, dlaczego płacicie za „bezsensowne ubezpieczenia”, skoro i tak „wredny ubezpieczyciel zrobi wszystko, żeby nie wypłacić należnego odszkodowania”.

Jeśli się kiedykolwiek nad tym zastanawialiście, to posłuchajcie mnie.

Składka ubezpieczeniowa jest skalkulowana w sposób następujący: Wy płacicie, jako klienci, 100 zł składki za ubezpieczenie Waszego piekarnika, telefonu, laptopa, pralki, zmywarki (wstawcie sobie tu to, co akurat kupujecie).

Z tej sumy około 80 zł zabiera sklep jako dystrybutor. Pozostałe 20 zł jest dzielone na: prowizję administratora, prowizję brokera, serwis asekuracyjny i tzw. składkę właściwą czyli to, co dostaje faktycznie Ubezpieczyciel. Dajmy na to, że ten kawałek tortu dla Ubezpieczyciela to 13 zł z Waszej składki. Obchodzi Was to, jako klienta? Nie powinno. Wy płacicie 100 zł.

Otóż te 13 zł w zupełności wystarczy na pokrycie Waszego roszczenia, pod warunkiem, że... jest ono zgodne z definicją Zdarzenia Ubezpieczeniowego, zawartego w Ogólnych Warunkach Ubezpieczenia. Nad kalkulacją wysokości składki i wysokości prowizji pracuje sztab doświadczonych underwriterów (czyli osób zajmujących się kalkulacją składek) oraz aktuariuszy (czyli osób zajmujących się – w uproszczeniu – kalkulacją rezerw).

Każdy produkt ubezpieczeniowy wyceniany jest pod kątem wystąpienia bardzo konkretnych zdarzeń – tylko tych zawartych w OWU i nie ma możliwości, aby roszczenie zgodne z OWU nie zostało zaspokojone oraz aby zabrakło na nie pieniędzy.

Każdy z Was to wie.

To teraz ad rem. Czemu ten zły Ubezpieczyciel kombinuje, jak Wam nie wypłacić?

Bo umowa ubezpieczenia, jak każda umowa, zawarta jest z domniemaniem pewnej uczciwości - po obu jej Stronach.

Sytuacja 1:

Kupiliśmy w zeszłym roku telewizor. Ot, spodobał się taki z górnej półki, akurat były środki, to kupujemy. Oczywiście, z uwagi na wysoką cenę, ubezpieczamy „od wszystkiego” (sic! O ubezpieczeniach „od wszystkiego” możecie poczytać w tej historii: https://piekielni.pl/78788, jeśli chcecie; w skrócie – NIE ISTNIEJĄ).

Ubezpieczenie nasze obejmuje 3 lata ubezpieczenia od awarii wewnętrznych – po upływie 2 lat gwarancji producenta oraz 5 lat ubezpieczenia od Uszkodzeń Mechanicznych na skutek Nieszczęśliwych Wypadków od daty zakupu.

„Życzliwy” Sprzedawca każe nam koniecznie pamiętać, że przed upływem końca okresu ubezpieczenia musimy zgłosić, że „dziecko nam rzuciło kubeczkiem w telewizor”, bo wtedy dostaniemy od Ubezpieczyciela nowy! Na naszą zdumioną uwagę, że nie mamy dzieci w wieku „kubeczkowym” słyszymy „no to kot zrzucił, cokolwiek, ale lepiej dziecko, bo to zawsze przechodzi!”.

Sytuacja 2:

W zeszłym tygodniu mężowi zamarzył się drogi telefon. Kupujemy i oczywiście ubezpieczamy. Tym razem konstrukcja produktu ubezpieczeniowego jest nieco inna: rok Uszkodzeń Mechanicznych od daty zakupu i 3 lata ubezpieczenia od awarii po upływie 2 lat gwarancji producenta.

Płacimy i oczywiście „przyjacielska” rada: „Panie, niech pan tylko pamięta, żeby po upływie 10-11 miesięcy przyjść i zgłosić, że pana rowerzysta potrącił, to dostanie pan nowy!”. Mąż pyta, czemu rowerzysta, to już nie dziecko? Nie, na dziecko już znaleźli sposób, teraz „rowerzystów” przyjmują!

To tylko ja jedna i tylko dwa sprzedane ubezpieczenia na przestrzeni roku. Teraz pomnóżcie to przez liczbę osób, codziennie kupujących elektronikę i ubezpieczających ją w najlepszej wierze.

Na moją uwagę, że nie tak ma działać umowa ubezpieczenia zdziwiona uwaga "ale przecież WSZYSCY tak robią…”.

No, skoro "WSZYSCY"... To już wiecie, czemu „wredny” Ubezpieczyciel kombinuje?

Ubezpieczenia ubezpieczenia

Skomentuj (20) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 47 (111)

#82664

(PW) ·
| Do ulubionych
Nie rozumiem. I... I nadal nie rozumiem!

Pamiętacie zapewne taką promocję (pewnej telewizji - przyp. red.): „drugi produkt za połówkę, trzeci produkt za złotówkę”?

Otóż ja skorzystałam z części pierwszej: „drugi produkt za połówkę”. Wykupiłam internet przenośny za 69,99 PLN i do tego telewizję pełen pakiet (łącznie z HBO, Cinemax, Filmbox, kanały sportowe itd. itp.) za połówkę czyli 49,95 PLN zamiast 99,99 PLN (jakoś tak to policzyli). Do tego była usługa Multiroom – do 4 stanowisk, z tym że pierwsze za darmo, za każde kolejne – po 5 PLN.

Wszystko jasne.

Umowa była na 29 miesięcy. Korzystałam ze wszystkiego, mąż z internetu przenośnego w pracy, w domu (w salonie) pełen pakiet telewizji, syn w swoim pokoju – pełen pakiet z Multiroom za darmo.

I tak upłynęło nam 25 miesięcy.

Po tym czasie zachciało nam się również drugiego dekodera Multiroom – w sypialni. Telewizor stoi, gotowy do podłączenia. Idziemy do salonu, w którym wszystko do tej pory załatwialiśmy i... I właśnie...

Nie da się! Nie można! Jeśli chcemy drugi dekoder Multiroom, to musimy zawrzeć nową umowę na dużo gorszych warunkach. Przede wszystkim odpadnie nam rabat 50% za pakiet TV (same cuda za 49,99) i dodatkowy Multiroom będzie kosztował 10 zł miesięcznie. Porażka. Zdecydowaliśmy się nie zmieniać dotychczasowej oferty. Przemęczymy się te 4 miechy i znajdziemy coś lepszego.

Jednak mąż namówił mnie, żeby zadzwonić na infolinię. I co się okazało na infolinii? Oczywiście, że mogę dostać ten dodatkowy dekoder Multiroom za obiecane 5 PLN. Mogę dodatkowo dostać całą ligę europejską i Ligę Mistrzów za 5 PLN miesięcznie (mnie to nie interesuje, ale męża – jak najbardziej). W salonie o tym ani słowa.

Zdecydowałam się i wzięłam.

Nie wie lewica, co czyni prawica. I na odwrót.

telewizja

Skomentuj (37) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 62 (120)

#82716

(PW) ·
| Do ulubionych
Moi rodzice, dość starsi ludzie (oboje po 70-tce) mieszkają w odległej od mojego miejsca zamieszkania dzielnicy Warszawy. Pomimo zaawansowanej dorosłości jestem z nimi bardzo zżyta.

Wczoraj dzwonię do mamy, jak do dzień czy co drugi dzień, aby powiedzieć co słychać u mnie i synka i dowiedzieć się, co u nich. Rozmawiamy i słyszę pewne napięcie w głosie mamy. Pytam wiec wprost „Mamuś, co się dzieje?” I słyszę: „A bo wiesz, tu u nas chyba jakaś bomba czy coś takiego w śmietniku, bo przyjechała straż pożarna, mnóstwo policji, ogrodzili wszystko czerwoną taśmą i nikogo nie wpuszczają, nie wiadomo co się dzieje”.

Zaniepokoiłam się. Zaoferowałam się, że podjadę po nich i zabiorę ich do nas, ale mama mówi, że chyba na razie nie trzeba, jakby zarządzili ewakuację to zadzwoni itp.

Dzwonię po godzinie. Sytuacja bez zmian. Odpowiednie służby grzebią w zagrodzonym śmietniku. Pomyślałam, że to pewnie nie bomba, bo już byłaby ewakuacja. Zapewne (to straszne!) znaleźli zwłoki lub ich kawałki. Smutne.

Dzwonię po kolejnej godzinie. Straż już odjechała. Policja właśnie zbiera się do odjazdu pozostawiając taśmy ogradzające śmietnik.

Co się okazało? Ano, okazało się, że ktoś mądry (albo raczej „mundry”) pozbył się jakichś niebezpiecznych, chemicznych substancji, wyrzucając je po prostu do śmietnika - jeden śmietnik jest na kilka bloków (zatem osobnik nie do wyśledzenia). Ktoś inny – wyrzucając śmieci – poczuł dziwny zapach chemikaliów i zawiadomił służby.
Samą w sobie piekielnością jest wyrzucanie chemikaliów na osiedlowy śmietnik.

Ale piekielność właściwa kryje się poniżej:

Straż pożarna oświadczyła, że problem usunięcia chemikaliów (nie mogły wybuchnąć, ale stanowiły zagrożenie podczas wdychania ich oraz dotykania) stanowi problem administratora budynku. Wezwana na miejsce administratorka stwierdziła, że altanka śmietnikowa - stojąca opodal budynku - nie jest w jej jurysdykcji, ponieważ ona zawiaduje tylko samym blokiem i gruntem stricte pod nim. Grunt ten należy do spółdzielni. Spółdzielnia stwierdziła, że grunt pod altanką i sama altanka są w jurysdykcji dzielnicy. Dzielnica odżegnała się stwierdzając, że to grunt spółdzielni. Spółdzielnia odwołała się do własności miasta.

Czekamy na stwierdzenie własności tego kawałka terenu. Śmietnik jest wciąż ogrodzony, a te chemikalia wciąż się w nim znajdują.

I nie ma chętnych do przyznania się do własności tego kawałeczka terenu. Aż mnie kusi tam kiedyś zaparkować auto. Dopiero by się znalazło z 7 "właścicieli"...

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 118 (132)

#82540

(PW) ·
| Do ulubionych
O przeroście formy nad treścią czyli: "jestem bogata i macie mi służyć".

Jakoś tak się składa, że w życiu spotykałam tylko żeńskie jednostki wspomnianego powyżej typu, choć nie mam wątpliwości, że męskie zapewne też istnieją.

1. Recepcja LUX MED.

Wyszłam z synkiem od pediatry z zaleceniem zapisania się na kolejną wizytę. Podchodzę zatem do recepcji i czekam na swoją kolejkę. Przede mną jedna osoba – ONA. Obwieszona złotem, wystrojona jak szczur na otwarcie kanału, na szpilkach dorównujących poziomowi jej ego. Siada i żąda. Nie ma możliwości wyznaczenia terminu badania jej dziecka w żądanym przez nią terminie. „Ale jak to? Czy pani wie, jakiej wysokości abonament ja płacę? Ja płacę i ja wymagam!”. I tak dalej w ten deseń. Sytuacja rozwija się, dziewczyna w rejestracji dwoi się i troi, Złotobiżuteryjna nakręca się coraz mocniej, grozi kierownikiem, dyrektorem (mniemam, że tej placówki) swoim mężem („pani nie wie, kim on jest!”). Nade wszystko nienawidzę wyżywania się na Bogu ducha winnych istotach, które nie mają możliwości się bronić w danej chwili (kasjerki, pracownicy handlu i usług czy właśnie recepcjonistki-rejestratorki). Widzę, że dziewczynie w recepcji zaczynają drżeć ręce i usta, i nie wytrzymuję. Powiedziałam babsku krótko:
- Ta pani nie może powiedzieć, co o pani myśli, ale ja mogę!
I powiedziałam. Do dziś czekam na obiecany mi proces sądowy, bo mąż Złotej jest „znanym, warszawskim prawnikiem! I ona już mnie urządzi!”

2. Wyjazd dzieci na Zieloną Szkołę.

Zbiórka o 5:45 rano, wyjazd o 6:00. Daleka droga, stąd wczesna godzina. Pojawiam się z synem 5:40, autokar podstawiony, większość dzieci już jest, nauczyciele również. O 6:00 wszystko gotowe do wyjazdu. Bagaże zapakowane, dzieci wycałowane i pousadzane w autokarze już radośnie zaczynają wyciągać komórki. Odjazd! Ale ale! Nie! Brak jednej dziewczynki. Trzeba czekać. Może korek? (O 6 rano? No, jeśli spoza miasta, to może i tak). Generalnie: o 6:40 podjeżdża LEXUS NX i wysiada z niego Księżniczka (nie mam na myśli dziecka!). Powolutku, z namaszczeniem, Księżniczka wyciąga jeden po drugim pakuneczki córki i obie dostojnie suną do autokaru z minami takimi, jakby oczekiwały podziękowań i oklasków, że raczyły się pojawić (nie mam nic do dziecka, żeby nie było! Mała nie jest, moim zdaniem, niczemu winna). Księżniczka całuje córeczkę, macha na pożegnanie i sunie z powrotem do swojego Sokoła Millenium. Ani przepraszam, ani dziękuję, ani kukuryku. Ot, nasze szczęście, że raczyła się pojawić.

3. Lekcja WF w szkole podstawowej.

Lekcja WF, jaka jest, każdy wie. Dzieci biegają, skaczą, robią przewroty itp. Zakaz jakichkolwiek naszyjników, wiszących kolczyków (tak, tak, i w podstawówce się zdarzają) i tym podobnych elementów biżuterii, które mogą wyrządzić dziecku krzywdę podczas aktywności fizycznej. Mało tego, o zgrozo! I zegarki trzeba zdejmować i deponować u nauczyciela. I pewnego dnia u pana dyrektora pojawia się oburzona Królowa-Matka. Ale jak to? Jakim prawem jakiś „niedoważony wygibasiorek” czyli nauczyciel WF śmie żądać od jej Córeczki zdejmowania złota na lekcję! Dziecko nosi złote kolczyki niemal do ramion (też bym takie chciała! No, ale ja już na WF daaaawno nie chodzę), złoty naszyjnik i pięć pierścionków. I ten (tu wstawcie dowolny epitet, najbardziej obelżywy, jakie znacie) nakazuje jej Córeczce zdjęcie tego na czas lekcji WF! A jak zginie! A pan wie, ile to kosztowało?! Pan w pół roku tyle nie zarabia!

Na argument, że podczas ćwiczeń kolczyki mogą porozrywać małej uszy, a naszyjnik może ją zwyczajnie udusić, Królowa miała jeden argument:
- To wy odpowiadacie za bezpieczeństwo mojego dziecka w waszej szkole!

Bogactwo ach bogactwo

Skomentuj (17) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 147 (173)

#82551

(PW) ·
| Do ulubionych
Dosłownie kilka minut temu wracam do domu i na klatce schodowej zaczepiła mnie sąsiadka. W jakichś gospodarczych sprawach, dotyczących naszego bloku, nieważne.

Rozmawiamy sobie i zwróciłam uwagę na trzymane przez nią na smyczach psy w liczbie sztuk 2 - owczarki niemieckie długowłose, duże i mocno włochate. Jako że nie przepadam za pieskami (boję się ich, jestem 120% kociarą), grzecznie zagaduję, czy wolno pogłaskać?

Sąsiadka mówi: tego (czarny) tak, tej (brązowa) nie. Zatem głaszczę zachłannie czarną, mięciutką sierść. Głaszczę, głaszczę, tarmoszę, pies wniebowzięty, suni nie dotykam, bo jak właścicielka mówi, że nie, to nie. I sama z siebie wypływa historia piesków.

Głaskany przeze mnie pieszczoch został znaleziony na obrzeżach Warszawy z ponad dwudziestoma kulkami śrutu w ciele. Jakiś zwyrodnialec chyba zabawiał się, strzelając do stworzenia jako ruchomego celu. Sąsiadka mówiła, że operacja wymagała ogolenia całego psa z długiej sierści i pokazała mi kilka miejsc na ciele psa tak zabliźnionych, że sierść w tym miejscu już nigdy nie wyrośnie. Ale ten pies zachował jakimś cudem wiarę w ludzi i daje się głaskać. Mało, jak sąsiadka pożegnała się i chciała odejść, pies za żadne skarby świata nie chciał się rozstać z moją ręką.

Zdecydowanie gorsza sytuacja była z sunią, której sąsiadka nie pozwoliła pogłaskać. To nieszczęsne zwierzę chyba utraciło wiarę w rodzaj ludzki. I nie ma się co dziwić. Sąsiadka nie planowała mieć drugiego psa. Ale gdy zobaczyła (w internecie) sunię z ranami wokół szyi od drutu kolczastego, na którym nieszczęsne zwierzę zostało powieszone – skapitulowała i przygarnęła. Sunia miała ponadto ślady kopania lub mocnego bicia w postaci krwiaków na całym ciele, złamane obie przednie łapki i rozkrwawiony nos. I co tu się dziwić brązowej suni, że nie da się pogłaskać obcej osobie?

Czym (bo nie napiszę, KIM!) czym trzeba być, żeby zrobić coś takiego żywemu stworzeniu, które cierpi i czuje? No czym? Nie lubię psów, ale serce mi się krajało na kawałki, gdy sąsiadka opowiadała…

ludzie vs zwierzęta

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 168 (186)

#82550

(PW) ·
| Do ulubionych
Jak być może niektórzy z Was wiedzą – jestem szczęśliwą „posiadaczką” dziecka typu chłopiec w wieku lat 12.

I teraz moja wątpliwość – czy ja naprawdę jestem nienormalną, nieodpowiedzialną matką rodem z horrorów?

Ad rem. Uważam, że dziecko w wieku lat 12 może spokojnie „oporządzić” się samo tj. zrobić sobie śniadanie czy kolację z produktów dostępnych w lodówce, odgrzać ugotowany uprzednio obiad itp. Jako że nie znoszę kroić, wiele produktów spożywczych w moim domu jest nabywane w stanie już pokrojonym: chleb, wędliny, ser itp. Niestety, póki co – warzyw (pomidory, ogórki) jeszcze pokrojonych nie sprzedają.

Moja latorośl wie, że kolację robi sobie sam. Bierze krojony chleb, smaruje masłem, kładzie na to krojoną wędlinę lub ser i ma sobie skroić na to wybrane warzywo – pomidor lub ogórek.

I tu leży piekielność. Ja wiem, że teraz panuje jakaś szczególnie szczególna (psychotyczna?) troska o dzieci. Ma to zapewne związek z często ostatnio nagłaśnianymi przypadkami okrutnego znęcania się nad najsłabszymi-małymi. Ale to, co mnie spotkało, to jest wylewanie dziecka z kąpielą albo, jak wolicie, przegięcie w drugą stronę.

Wezwanie do pedagoga szkolnego z powodu UWAGA! „zmuszania dziecka do używania niebezpiecznego narzędzia (czytaj: noża do pokrojenia pomidora lub ogórka)!!! Uwierzy ktoś w to? Bo ja do tej pory nie wierzę…

Przecież 12-letnie dzieci nierzadko już opiekują się młodszym rodzeństwem, 13-letni syn mojej koleżanki sam gotuje, a ja ZMUSZAM dziecko do używania OSTREGO noża?

Oświata

Skomentuj (68) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 201 (219)

#82368

(PW) ·
| Do ulubionych
Dysortografie, dyskalkulie, dysgrafie, dysleksje!

Skąd to się wzięło?

Otóż możecie sobie myśleć co chcecie. Ja twardo stoję na stanowisku, że z LENISTWA!

Od najmłodszych lat byłam bardzo słaba z matematyki. Dziś zapewne byłabym osobą z „dyskalkulią” albo jakimś innym „dysem”, który nie pozwala mi opanować matematyki. Ale nie 30 lat temu. Moją „dyskalkulię” opanował tata, który siedział ze mną nad matmą całymi godzinami, gdy trzeba było – waląc zeszytem po łbie (nie do pomyślenia dziś, prawda?) i jakoś te pociągi jadące z puntu A do puntu B i te straszne cotangensy, nie mówiąc już o cosinusach do tegoż bitego łba mi wbił. Orłem nigdy nie byłam. Ale bez problemu zdawałam z klasy do klasy, rozumiejąc przerabiany materiał. A oto wszak chodzi.

A co robi dziś szkoła?

Wspaniała szkoła, integracyjna. Złego słowa nie powiem – rozwój emocjonalny dzieci z Aspergerem, niedostosowanie społecznym, zespołem Downa – na najwyższym poziomie. Ale te „dysy”...

Gdy przeczytałam sms od mojego synka (wówczas kl. 3 SP) „Mama jestem w ałtokaże” zatrzęsło mną i wmiotło pod dywan! Ja, purystka językowa, wychowuję wtórnego analfabetę? Tak być nie może!. Zorganizowałam latorośli dyktanda, codziennie. Takie w rodzaju „siedzi Jerzy na wieży i wcale nie wierzy, że w tej wieży jest sto jeży i pięćdziesiąt jeżozwierzy” itp. Bez sensu ale śmieszne.

I co?

I napotkałam straszliwy wręcz opór materii!. On nie będzie pisał, bo on i tak się nie nauczy bo on ma DYSLEKSJĘ!!! Że co???? Że co ma?? A bo tak powiedziała pani od polskiego! No ja cie...

Na spotkaniu z panią wychowawczynią i panią od polskiego dowiedziałam się tego samego. Mój syn ma dysleksję, w związku z czym jego ortografia ( a raczej jej brak) jest oceniany łagodniej o czym syn został poinformowany. Ostrymi słowami wyraziłam mój brak wiary w jakiekolwiek „dysy” oznajmiając, że za moich szkolnych lat „dyslekcja” była leczona czytaniem książek, czytaniem książek, czytaniem książek a w ostateczności pasem w d... i ja w żadne „dysy” nie wierzę!

Pani polonistka się obraziła i oznajmiła, że oto kieruje mojego syna na oficjalne badanie psychologiczne w kierunku dysleksji (szkoda, że wcześniej sama wydała diagnozę i jeszcze wtajemniczyła w nią syna, który wszak teraz nie musi się starać o nic, bo przecież ma dysleksję!)

Oznajmiłam latorośli, że albo pisze dyktanda albo tę jego „dysleksję” wybije mu z głowy całkowity brak komputera, telefonu, tableta i wszelkiej możliwej elektroniki. To go skruszyło, bo choć próbował się bronić, że „pani od polskiego mówiła” to ja byłam nieugięta.

Dziś - po upływie dwóch lat - po „dysleksji” nie ma śladu. Syn robi błędy ortograficzne w trudniejszych słowach, przeciętnie na poziomie swojego wieku. Do badań w kierunku dysleksji nigdy nie doszło, bo zgasła taka potrzeba.

Wiem, rodzice muszą dbać o rozwój swojego dziecka. Ale nauczyciele – jako fachowcy – muszą im w tym pomagać. Czemu pani polonistka sama wydała diagnozę i jeszcze poinformowała o niej ucznia a nie poinformowała jego rodziców? Uczeń poczuł się zwolniony od obowiązku nauki a rodzice pozostawiali w błogim przeświadczeniu, że dziecko rozwija się prawidłowo.

Salve „ałtokaże”!

Skomentuj (114) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 223 (367)

#82481

(PW) ·
| Do ulubionych
Mówią, że uczciwość w narodzie zanika. Ciekawe, czemu?

Kilka lat temu mój syn, wówczas 7- lub 8-mio letni, po przyjściu ze szkoły uraczył mnie entuzjastyczną historią o niezwykłym "farcie" kolegi z klasy, Marka.

Marek kupował w sklepie jakiś drobiazg - loda lub sok - i zapłacił monetą 5 - złotową. Sprzedawczyni wydała mu resztę i - przez nieuwagę lub ze zmęczenia - wydała mu również z powrotem jego pięciozłotówkę. Marek wyleciał uszczęśliwiony ze sklepu i opowiedział kolegom, jak mu się "pofarciło".

Wysłuchałam i spokojnie wytłumaczyłam synowi, jak to wygląda od drugiej strony - że sprzedawczyni będzie musiała oddać sumę brakującą w kasie ze swojej własnej, zazwyczaj niewysokiej, pensji.

Syn się przejął. Na drugi dzień podzielił się z kolegami nowo nabytą wiedzą. Cóż. Został wyśmiany, wydrwiony, okrzyknięty "frajerzyną" i "naiwniakiem". Bo przecież "z okazji trzeba korzystać!".

Całej młodzieży sama nie wychowam. Syn wie, że może zjeść batonik czy wypić sok w supermarkecie. Pod warunkiem, że puste opakowanie włoży do koszyka i da kasjerce do policzenia.

"Takie będą Rzeczypospolite, jakie ich młodzieży chowanie"

Skomentuj (25) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 210 (240)
Opieka dentystyczna na NFZ.

Istnieje? Istnieje!

I chyba tylko taka jej zasługa, że istnieje.

Mam dane sprzed około 10 lat (po tym czasie wystrzegam się jej jak ognia), więc nie wiem, czy moje informacje są aktualne. Wtedy „za darmo” - czyli za ściągane miesiąc w miesiąc składki - należało się: leczenie zębów przednich od jedynki do trójki (z tym, że plomby tylko „srebrne” – amalgamatowe, które mocno „prześwitywały” i po kilkunastu latach należało je wymienić, a za „białe” się dopłacało) i RWANIE!

Właśnie RWANIE! Moja pani stomatolog, oczywiście prywatna, stwierdziła, że mojej prawej, dolnej siódemki uratować już się nie da, ponadto nie jest mi ona do życia niezbędna, zatem powinnam się z nią rozstać i to szybko. Koszt był wysoki, zatem pogłówkowałam i wykoncypowałam, że skoro płacę już x lat na NFZ, z usług którego do tej pory nie korzystałam to MISIE NALEŻY!

W ramach MISIE NALEŻY zapisałam się do Państwowej Przychodni Stomatologicznej. W umówionym dniu przybyłam na mój MISIE NALEŻY darmowy zabieg wyrwania siódemki.

Siedząc już na fotelu tortur z rozwarciem 100 stopni (buzi, niech nikt sobie nic nie dopowiada :)) ), dowiedziałam się, że za darmo (czyli za moje składki) to dostanę znieczulenie „państwowe”, a jeśli chcę znieczulenie skuteczne, to muszę dopłacić 20 zł za zastrzyk. Suma ogromem nie przerażała - dopłaciłabym, ale tak się składa, że nie używałam (i nadal nie używam) gotówki i nie dysponowałam nią. Od co najmniej 15 lat posługuję się tylko i wyłącznie kartą i nie pamiętam, kiedy miałam w ręku prawdziwy banknot. Tak mam i już. Wtedy też tak było. Nie miałam tej sumy w gotówce. Zaproponowałam zatem uprzejmie, że „ oo aaaa ooczeee do anomatuu (to ja skoczę do bankomatu)” ale nie wyrażono na to zgody, za późno, inni pacjenci czekają.

No cóż, raz kozie śmierć. Przynajmniej nie zaoferowano mi kołysanki „aaa, kotki dwa” lub też „znieczulenia młotkowego” (młotkiem w łeb), zatem „niech się dzieje wola nieba”! Dawaj pan „państwowy” zastrzyk!

Dostałam, a jakże. Nie jeden, lecz trzy. Stomatolog był miłym, uczynnym, młodym chłopakiem. Naprawdę nie miał w planach torturowania mnie. Tyle tylko, że te zastrzyki nie miały absolutnie żadnego działania (przynajmniej na mój organizm) i w rezultacie moja wspaniale ukorzeniona i mocno przywiązana do mojej osoby siódemka opuściła moją osobę na „pełnym żywcu”.

Ten ból porównuję tylko z późniejszym porodem.

Nigdy więcej „darmowej opieki dentystycznej”!!!

Skomentuj (50) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 43 (129)