Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

KatzenKratzen

Zamieszcza historie od: 31 marca 2017 - 11:37
Ostatnio: 22 października 2021 - 18:49
O sobie:

Szanuję Cię.
Zatem Ty szanuj mnie, proszę.
Będzie nam łatwiej żyć.
Naprawdę.

  • Historii na głównej: 63 z 71
  • Punktów za historie: 11149
  • Komentarzy: 1031
  • Punktów za komentarze: 6997
 
poczekalnia

#88664

(PW) ·
| było | Do ulubionych
A takie śmieszne w sumie.

Jeden duży szpital w Warszawie (a są tam małe?). Operacja zaćmy. Głównie starsi ludzie. Wszyscy (dobre dwadzieścia kilka osób) zapisani na jeden dzień, na tą samą godzinę. Czekają całą grupą w jednej sali, każdy z jedną osobą towarzyszącą. Marzec 2020 - pełny lockdown, wszyscy w maseczkach. Z mojej strony osobą oczekującą na operację jest mój mąż, ja jestem tą towarzysząca, mającą za zadanie odbiór małżonka po operacji i bezpieczne dowiezienie do domu.

Towarzystwo spędzone na godzinę 9 rano.

Czekamy.

Czekamy.

Czekamy.

Odbywają się zapewne obchody. Odbywają się operacje „na gwałt”.

Czekamy.

Wszyscy na sali już jesteśmy nieźle zakolegowani, bo co innego robić podczas takiego oczekiwania jak nie gadać?

Około 14:00 zaczyna się wywoływanie osób do zabiegu. Zabieg w sumie prosty i krótki, około 20 minut na oko zaćmione zaćmą. Ale przemnóżcie te 20 minut na 20 kilka osób..

Pacjentom, przebywającym ileś tam godzin na oddziale należy się ... co się należy (... werble..) należy się OBIAD (fanfary!)

Wjeżdża na stół obiad. Ściśle wyliczone porcje wyłącznie dla pacjentów. No, to dość logiczne, obiad należy się pacjentom.

Ale

Przed operacją pacjentom jeść nie wolno. Ci, którzy załapali się szczęśliwie na zabieg przed zniknięciem obiadu ze stołu, zjedli. Reszta obiadów poszła się kochać. Bo część pacjentów nie zdążyła zostać zoperowana zanim wystygłe totalnie obiady nie zniknęły ze stołów.

Kilka tygodni później.


Operacja drugiego oka. Przekopiujcie sobie tą historię od początku aż do słów „Pacjentom przed operacją jeść nie wolno”. Będzie to samo.

Mój mąż, pomny doświadczeń operacji poprzedniej, widząc stan wystygnięcia obiadu i godzinę obecną już wiedział, że z dobrodziejstwa NFZ nie zdąży skorzystać. Namówił mnie zatem do spożycia dobrodziejstwa. Jako, że czekałam z nim od 9 rano, byłam już nieziemsko głodna. Zasiadłam ochoczo do wystygłej porcji.

I wtedy zjawiła się ONA.

Salowa.

Potężnym barytonem wywrzeszczała na całą salę, że „To posiłek pacjenta!!!! Jakim prawem pani je porcję pacjenta??!!!”

Struchlałam ze strachu i klopsik utknął mi w gardle. Mąż zareagował natychmiast i uświadomił groźnej istocie, że on sam tego obiadku szans spożyć nie będzie miał, bo nie zdąży, przed nim do zabiegu jeszcze kilka osób a wystygłe pożywienie zaraz opuści stół, więc niech chociaż strudzona połowica spożyje onego.

Salowa była nieprzejednana. Obiad jest dla pacjenta i szlus. Pacjent nie spożyje to nie, pójdzie do śmieci. Ale osoba towarzysząca spożyć nie ma prawa.

Wyrwała mi niedojedzony obiad spod nosa i wywaliła do takiego pojemnika z resztkami.

No cóż. Nie wyszło mi oszustwo. Chciałam się pożywić nielegalnie na koszt NFZ. Nie wyszło. Obiad został prawilnie zutylizowany do śmieci.

Skomentuj (17) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 180 (186)

#88616

(PW) ·
| Do ulubionych
Mamy dwa koty (dyskusję o tym, czy to my mamy koty czy koty mają nas, pozostawię na inną okazję). Bracia bliźniacy w identycznym wieku lat 3, rasy europejskiej czyli innymi słowy klasyczne dachowce. Darmo byli, przygarnęłam z ogłoszenia.

Będzie o weterynarzu. Nie wiem czy piekielny, może i nie. Ale boli mnie ta historia do dziś, chociaż dobrze się skończyła.

Pewnego dnia zaobserwowaliśmy, że jeden z kocurków dziwnie się napina. Wyglądało to tak, jakby nie mógł zrobić kupy. Napina się, przesuwa się o kilka kroków i znów napina. Jako, że wydalanie to bardzo ważna część procesu metabolicznego, czym prędzej do weterynarza. Mamy bardzo blisko do naprawdę dobrej kliniki prowadzonej przez dwóch lekarzy - ojca i syna. Tłok w niej od rana do wieczora, ludzie z odległych dzielnic ze zwierzakami przyjeżdżają. Musi być zatem dobra, bo w naszym mieście klinika na klinice siedzi. Mąż poszedł z kotem. Trafił na lekarza - ojca. USG wykazało, że problem tkwi w pęcherzu moczowym - wyłożony kamieniami. Oczywiście oba koty - jako kastraty - dostawały specjalną karmę dla kastratów - ale ze sklepu zoologicznego. Dla jednego z nich okazała się ona niewystarczająco specjalna. Kot dostał środek przeciwbólowy, lekarstwo na rozpuszczenia kamieni i kroplówkę nawadniającą, żeby wydalać rozpuszczone kamienie. Kolejna wizyta jutro. Sprawa śmiertelnie poważna, kastraty na to schodzą. Z samego rana mąż pognał do kliniki. Znów ten sam starszy weterynarz. Starszy - powinien zatem być bardziej doświadczony. Lekarz nie zapytał o nic, tylko wpakował w kota kolejny zestaw - przeciwbólowy, lek i nawodnienie. Wieczorem wróciłam po pracy do domu. Kot się napina, wygina. Wymiotuje. Rozpacz, niemoc, jak pomóc cierpiącemu zwierzęciu?.

Następna wizyta ma być jutro a kot wyraźnie cierpi. W pewnym momencie usłyszałam za zasłoną jakiś dziwny dźwięk - ni to charknięcie ni to rozpaczliwe miauknięcie. Odsłoniłam zasłonę i... no nie umiem tego opisać. Kot był cały spięty w taką kulę i wyglądał jakby się pocił. Przecież koty się nie pocą ale on wyglądał, jakby otaczała go taka wilgotna mgiełka.

Niewiele myśląc (pomyślałam tylko - jest źle!) złapałam go, wpakowałam w transporter i popędziliśmy do weterynarza. W poczekalni tłum. Do dziś nie umiem sobie wybaczyć, że czekałam w tej kolejce zamiast błagać o przepuszczenie... Kot charczał coraz słabiej... Po godzinie weszliśmy. Tym razem trafiliśmy na lekarza - syna. Natychmiast USG... No cóż... Kamyk zablokował ujście cewki moczowej... Nie wiem, czy nie było tego widać na wczorajszym USG czy też kamyk przesunął się później? Nie wiem i nie będę pewnie wiedziała. Efekt był taki, że kot dostał dwie potężne kroplówki nawadniające bez możliwości odprowadzenia tego nawodnienia.

Pęcherz był naciągnięty do granic wytrzymałości i rozpoczynało się już zatrucie moczowe organizmu (stąd wymioty). Oszczędzę Wam opisu cewnikowania kota. Niech Wam wystarczy, że trwało to 40 minut. Biedak nawet się nie bronił, nie używał zębów ani pazurów, po prostu płakał ostatkiem sił i wyginał się konwulsyjnie. Trzymaliśmy go we trójkę - asystentka lekarza, mój mąż i ja. W pewnym momencie zasłabłam i asystentka, zamiast zajmować się kotem musiała zająć się mną. Nie wiem, dlaczego nie dali mu znieczulenia do tego cewnikowania. Znieczulenie - według słów męża, bo ja byłam cucona przez asystentkę - kot dostał dopiero po założeniu cewnika (z którego wystrzelił strumień moczu) celem przyszycia go do cewki moczowej, żeby nie wypadł. Dlaczego umieszczam tutaj tę historię? Bo płacąc za usługę usłyszałam jak lekarz mówił cicho do asystentki: „dlaczego ojciec wpakował w niego dwie kroplówki nawadniające a nie odrobarczył go od razu?”

Leczenie kota było długotrwałe i bardzo kosztowne. Chodził z cewnikiem, z którego się lało. Jego cierpienie potęgowała niemożność umycia się (oczywiście kot chodził w kołnierzu, aby nie wyrwał sobie cewnika). Aby uniknąć podrażnień skóry wokół cewki moczowej, spłukiwałam go delikatnie ciepłą wodą i próbowałam osuszać. Codziennie wizyta, środek przeciwbólowy, kroplówka nawadniająca.

Wyszedł z tego. Do końca życia musi jeść wyłącznie specjalistyczną karmę weterynaryjną (brat też, bo przecież nie jestem w stanie ich karmić osobno, zresztą drugi też może mieć skłonności do kamicy). Siedzi teraz obok mnie i łapką daje do zrozumienia, że pora kończyć klepanie w klawiaturę i zająć się ważniejszymi sprawami czyli głaskaniem.

Po zakończeniu leczenia poszłam podziękować lekarzom. W końcu wyciągnęli kota nieomal z grobu. I tylko nurtuje mnie jedno pytanie - czy naprawdę na pierwszym USG nie było widać tego czopującego kamienia? Jeżeli było to dlaczego kot nie został zacewnikowany dobę wcześniej? Ile cierpienia oszczędziłoby to zwierzęciu?

Skomentuj (34) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 93 (109)

#88535

(PW) ·
| Do ulubionych
Właśnie obrałam kilka ząbków czosnku do przygotowywanej potrawy i znów (znów!) stanęła mi w oczach historia sprzed ponad 30 lat..

Miałam 15 lat. Moja przyjaciółka zapoznała mnie ze swoim kolegą, starszym od nas o 2 lata. Po tylu latach nie pamiętam już, jak wyglądał, pamiętam, ze miał na imię Jurek i na jego widok miękły mi kolana...

Stało się. Jurek zaprosił mnie do kina. Szalałam ze szczęścia, niebo się przede mną otworzyło, sięgałam gwiazd...

Co mogło pójść nie tak?

To była sobota. Minęło 30 lat, a ja wciąż pamiętam krzywdę, jaką wyrządziła mi moja kochana mama. Byliśmy umówieni na 17.

Rano moja mama postanowiła zrobić "lekarstwo dla babci" na wzmocnienie. Idea chwalebna ale... Lekarstwo składało się ze 100 gramów obranego i pokrojonego czosnku zalanego mlekiem. Mama postanowiła, że ja mam obrać i pokroić te 100 gram czosnku. Czy ktoś z Was sobie wyobraża, ile to jest 100 gram czosnku??? Płakałam i obierałam. Ząbek za ząbkiem, główka za główką... i tak 4 godziny...

Szorowałam ręce przez godzinę. W mydle, occie, proszku do prania, płynie do naczyń. We wszystkim, co mi przyszło do głowy. Poszłam na randkę. Pamiętam to, jak dziś. Poszliśmy na "Przesłuchanie" z Krystyną Jandą. W kinie siedzieliśmy zupełnie sami, choć film był nowością. Ktokolwiek usiadł obok nas, uciekał. Jurek (któremu od razu opowiedziałam, co jest przyczyną wydzielanej przeze mnie woni i dlaczego tak) bohatersko i rycersko twierdził, że lubi zapach czosnku.

Po filmie pożegnał mnie uprzejmie i nigdy więcej go już nie zobaczyłam.

Nie róbcie tego swoim dzieciom. Tak, jak już pisałam, minęło ponad 30 lat. A ja, za każdym razem, gdy obieram do czegoś czosnek, mam tą historię przed oczami...

Skomentuj (26) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 118 (156)
poczekalnia
Czarny dzień na Piekielnych! Legenda tej strony - SecuritySoldier - usunął konto! Security, czemu nam to zrobiłeś? Tak wspaniale było wracać do Twoich świetnych historii a teraz? Pozostaje losowanie, trafisz albo nie... Czemu??? :(((

Skomentuj (19) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 45 (95)
Czytałam sobie w poczekalni historię o przymusowych składkach na różne okazje firmowe i na fali luźnych skojarzeń przypomniałam sobie Pierwszą Komunię mojego synka.

Generalnie chodzi o pierrrr... sorry, brzydkie słowo - nadgorliwych rodziców, a szczególnie mamuśki. Odbywa się zatem zebranie rodziców dzieci z dwóch klas przystępujących do sakramentu. Po omówieniu spraw ciuchowo-organizacyjno-duchowych, przechodzimy do spraw przyziemnych czyli mamony.

I się zaczyna.

Składka na prezent dla księdza proboszcza! Oczywiście, księdzu za usługę (jego pracę) zapłata się należy. Ale zapłata to jedno, a prezent – drugie. Składaliśmy się już przecież na „dobrowolną ofiarę” czyli 150 zł od „komunisty”. No ale niech ma i ten prezent.

Składka na prezent dla pani katechetki! No tu się zgadzam. Dziewczyna niezmiernie zaangażowana, przygotowała wspaniale dzieci do przyjęcia sakramentu. Większość dzieciaków zrozumiała, że tu nie chodzi o przyjęcia i prezenty, ale o przyjęcie Pana Jezusa do serduszka. Rzadka sztuka w dzisiejszych czasach. Niech ma.

Składka na prezent dla drugiej pani katechetki! No, uczyła ona nasze dzieci przez dwa lata, w trzeciej klasie przejęła obie klasy wzmiankowana wyżej dziewczyna. Ale i ta jakieś podwaliny położyła, niech ma.

Moim skromnym zdaniem na tym powinno się skończyć.

Ale nie doceniłam inwencji naszych wspaniałych rodziców.

Składka na prezent dla pani wychowawczyni! Hmmm... No może taki zwyczaj. A niech ma. Składka na prezent dla pana dyrektora szkoły! WTF? Składka na prezent dla pani wicedyrektor! WWTTFF?? Składka na prezent dla księdza wikarego! Składka na prezent dla pani pedagog!

Nie czekając już na informacje o składce na prezent dla pani sekretarki, pań woźnych, pań kucharek, pana dozorcy, gospodyni proboszcza, Albusa Dumbledore’a, Hana Solo oraz Indiany Jonesa, opuściłam zebranie.

To nie były duże kwoty, ot, 10-15 zł od pogłowia. Ale każdy, kto posyłał dziecko do Pierwszej Komunii wie, jakie koszty się z tym wiążą. Tym bardziej, że to była tylko i wyłącznie inwencja popier... pardon, nadgorliwych mamusiek.

Historia ma ciąg dalszy, który rozegrał się rok później, czyli z okazji uroczystości rocznicy Pierwszej Komunii.

Przełknęłam gładko, jak pelikan kluski, informację o składce na prezent dla księdza proboszcza i pani katechetki. W momencie, gdy padło hasło „prezent dla pana dyrektora szkoły”, moje nerwy puściły, wstałam i oświadczyłam, że jeśli pani X życzy sobie uhonorować pana dyrektora szkoły oraz wszystkich podległych mu pracowników prezentami z okazji rocznicy Pierwszej Komunii naszych dzieci, to proszę to zrobić z własnej kieszeni. Ja wysiadam. Poparło mnie 90% rodziców. Ktoś musiał być chyba tym pierwszym odważnym. :)

Skomentuj (2) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 183 (191)
Moja Spółdzielnia Mieszkaniowa postanowiła zrobić remont drogi wewnętrznej - służącej głównie jako parking dla mieszkańców (częściowo płatny z miejscami dedykowanymi, częściowo bezpłatnymi - dla wszystkich). Uliczka jest pokryta asfaltem wielokrotnie łatanym - góry i doliny. Od 1 lipca od godziny 6:00 rano budzi nas odgłos młota pneumatycznego - drrrrr drrr drrrrr- zdzieranie asfaltu. Przy obecnych upałach nie da się spać z zamkniętymi oknami! Około godziny 8:00 odgłos ten zamiera. Zastępuje go cichuteńkie klik klik - kładzenie śliczniuteńkich kosteczek brukowych. Parking będzie piękny!

Około godziny 15:00 panowie budowlańcy udają się na zasłużony odpoczynek aby od następnego dnia - od godziny 6 rano - powitać mieszkańców kolejnym drrrr drrrr drrrr młota pneumatycznego zdzierającego kolejną warstwę asfaltu, aby po dwóch godzinach zastąpić go cichym klik klik klik który towarzyszy układaniu kosteczki. Ja tam akurat - obudzona o 6 głośnym drrrrr - wstaję i szykuję się do pracy. O zakończeniu odgłosu drrrrrrr około godziny 8 wiem od męża-emeryta, który ostatecznie, jako emeryt, odeśpi sobie po południu.
Ale co z ludźmi pracującymi np na noce? albo kończącymi pracę nad ranem? Mało jest takich w 16-piętrowym bloku mieszczącym w sobie 94 mieszkania?

Czemu nie da się zdzierać asfaltu (drrrr drrr) od godziny, powiedzmy 11 do 14? a rano od 6 układać cichutko kostkę (klik klik klik)??

Skomentuj (46) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 128 (192)

#84781

(PW) ·
| Do ulubionych
Od jakichś 10 lat co roku wybieramy się z paczką przyjaciół - zmęczonych stołecznych korposzczurów - na kajaki. Wykrawamy sobie jakiś weekend w czerwcu, lipcu lub wrześniu.

Wybieramy niewielkie rzeczki. Nikt z nas nie jest wyczynowcem, potrzebujemy tylko ciszy, spokoju, przyrody. Pływaliśmy na Krutyni, Czarnej Hańczy, Brdzie, Czarnej Nidzie, Radomce itp. Ładujemy akumulatory spokojem, nasze oczy odpoczywają od wielkomiejskiego betonu, wpatrując się we wszechobecną zieleń, a nasze uszy odpoczywają od wielkomiejskiego hałasu, wsłuchując się w ciszę rzeki, okolicznych lasów i pól oraz śpiew ptaków. Pewnie, że czasem słychać rozmowy, czasem ciszę przetnie czyjś śmiech, czasem ktoś coś zaśpiewa. Nikomu to nie przeszkadza. Ludzkie głosy splatają się z głosami przyrody, tworząc dla nich harmonijne tło. Na swojej trasie spotykamy, oczywiście, innych ludzi - grupy podobnych do nas korp-ratów, rozbawioną młodzież, rodziny z dziećmi, zakochane pary, starsze osoby itp. - przekrój społeczeństwa. Zazwyczaj łączy nas z nimi chęć poszukiwania spokoju, ciszy i relaksu przy leniwym wiosłowaniu.

Niestety, nigdy jeszcze nie zdarzyło nam się przynajmniej jeden, jedyny raz NIE spotkać na swojej trasie pewnego specyficznego rodzaju Homo Sapiens Sapiens (?). Zazwyczaj przedstawiciele tego gatunku przyjmują postać ABS-ów w towarzystwie Blondies Solaris, ale nie chcę generalizować. Zresztą to nie o ich wygląd chodzi, lecz o akustykę.

Otóż grupy te raczą nasze spragnione ciszy uszy potwornym, przeraźliwie głośnym dysonansem, który wydobywa się z przenośnych głośników, pracujących chyba na najwyższej granicy swojej wytrzymałości. Dysonans ten ma różne nazwy, ale na tej stronie określany jest najczęściej jako "umcyk-umcyk"*. To rodzaj upiornej pseudomuzyki, od której marszczy się tyłek, a zakończenia nerwowe całego organizmu zaczynają wibrować w jakimś koszmarnym crescendo.

Kiedyś usiłowaliśmy stosować taktykę wyprzedzania "umcykowców". Nie zdawało to jednak egzaminu. Pomimo ostrego złapania za wiosła, zawsze kiedyś tam chcieliśmy się zatrzymać, żeby się wykąpać, zjeść coś czy zwyczajnie odsapnąć (płyniemy wszak czysto relaksacyjnie). Wówczas koszmarne dźwięki nas doganiały. Stosowaliśmy zatem taktykę zwalniania i przeczekiwania akustycznego koszmaru.

W ten weekend też byliśmy na kajakach. Gdy po czterech godzinach relaksu dogonił nas cienki tenorek, zawodzący: „Będziesz mooooojaaaaa, bo ja już jestem twóóóóóóójjjj”, zalała mi oczy czerwona poświata. Złapałam za wiosła i z szaleństwem w oczach postanowiłam staranować źródło nienawistnego dźwięku i utopić głośnik.

Dobrze, że kolega płynący ze mną mnie powstrzymał, bo odpowiadałabym za uszkodzenie mienia.

*Nie znaczy to, że jakakolwiek inna muzyka - nawet muzyka, a nie „muzyka" - nie przeszkadzałaby w takich okolicznościach. Gdyby to był pop, rock, soul, blues, funky, jazz, techno (wstawcie sobie, co chcecie), też nie bylibyśmy zachwyceni. Ale wówczas byłby to tylko dysonans akustyczny, a nie wrażenie marszczenia tyłka i drgania końcówek nerwowych. Ale to rozważania czysto akademickie. Nigdy nie usłyszeliśmy na wodzie innych dźwięków dysonalnych poza „umcykami".

marzenia i koszmary

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 123 (171)

#82747

(PW) ·
| Do ulubionych
Zastanawiam się, czy wiecie, dlaczego płacicie za „bezsensowne ubezpieczenia”, skoro i tak „wredny ubezpieczyciel zrobi wszystko, żeby nie wypłacić należnego odszkodowania”.

Jeśli się kiedykolwiek nad tym zastanawialiście, to posłuchajcie mnie.

Składka ubezpieczeniowa jest skalkulowana w sposób następujący: Wy płacicie, jako klienci, 100 zł składki za ubezpieczenie Waszego piekarnika, telefonu, laptopa, pralki, zmywarki (wstawcie sobie tu to, co akurat kupujecie).

Z tej sumy około 80 zł zabiera sklep jako dystrybutor. Pozostałe 20 zł jest dzielone na: prowizję administratora, prowizję brokera, serwis asekuracyjny i tzw. składkę właściwą czyli to, co dostaje faktycznie Ubezpieczyciel. Dajmy na to, że ten kawałek tortu dla Ubezpieczyciela to 13 zł z Waszej składki. Obchodzi Was to, jako klienta? Nie powinno. Wy płacicie 100 zł.

Otóż te 13 zł w zupełności wystarczy na pokrycie Waszego roszczenia, pod warunkiem, że... jest ono zgodne z definicją Zdarzenia Ubezpieczeniowego, zawartego w Ogólnych Warunkach Ubezpieczenia. Nad kalkulacją wysokości składki i wysokości prowizji pracuje sztab doświadczonych underwriterów (czyli osób zajmujących się kalkulacją składek) oraz aktuariuszy (czyli osób zajmujących się – w uproszczeniu – kalkulacją rezerw).

Każdy produkt ubezpieczeniowy wyceniany jest pod kątem wystąpienia bardzo konkretnych zdarzeń – tylko tych zawartych w OWU i nie ma możliwości, aby roszczenie zgodne z OWU nie zostało zaspokojone oraz aby zabrakło na nie pieniędzy.

Każdy z Was to wie.

To teraz ad rem. Czemu ten zły Ubezpieczyciel kombinuje, jak Wam nie wypłacić?

Bo umowa ubezpieczenia, jak każda umowa, zawarta jest z domniemaniem pewnej uczciwości - po obu jej Stronach.

Sytuacja 1:

Kupiliśmy w zeszłym roku telewizor. Ot, spodobał się taki z górnej półki, akurat były środki, to kupujemy. Oczywiście, z uwagi na wysoką cenę, ubezpieczamy „od wszystkiego” (sic! O ubezpieczeniach „od wszystkiego” możecie poczytać w tej historii: https://piekielni.pl/78788, jeśli chcecie; w skrócie – NIE ISTNIEJĄ).

Ubezpieczenie nasze obejmuje 3 lata ubezpieczenia od awarii wewnętrznych – po upływie 2 lat gwarancji producenta oraz 5 lat ubezpieczenia od Uszkodzeń Mechanicznych na skutek Nieszczęśliwych Wypadków od daty zakupu.

„Życzliwy” Sprzedawca każe nam koniecznie pamiętać, że przed upływem końca okresu ubezpieczenia musimy zgłosić, że „dziecko nam rzuciło kubeczkiem w telewizor”, bo wtedy dostaniemy od Ubezpieczyciela nowy! Na naszą zdumioną uwagę, że nie mamy dzieci w wieku „kubeczkowym” słyszymy „no to kot zrzucił, cokolwiek, ale lepiej dziecko, bo to zawsze przechodzi!”.

Sytuacja 2:

W zeszłym tygodniu mężowi zamarzył się drogi telefon. Kupujemy i oczywiście ubezpieczamy. Tym razem konstrukcja produktu ubezpieczeniowego jest nieco inna: rok Uszkodzeń Mechanicznych od daty zakupu i 3 lata ubezpieczenia od awarii po upływie 2 lat gwarancji producenta.

Płacimy i oczywiście „przyjacielska” rada: „Panie, niech pan tylko pamięta, żeby po upływie 10-11 miesięcy przyjść i zgłosić, że pana rowerzysta potrącił, to dostanie pan nowy!”. Mąż pyta, czemu rowerzysta, to już nie dziecko? Nie, na dziecko już znaleźli sposób, teraz „rowerzystów” przyjmują!

To tylko ja jedna i tylko dwa sprzedane ubezpieczenia na przestrzeni roku. Teraz pomnóżcie to przez liczbę osób, codziennie kupujących elektronikę i ubezpieczających ją w najlepszej wierze.

Na moją uwagę, że nie tak ma działać umowa ubezpieczenia zdziwiona uwaga "ale przecież WSZYSCY tak robią…”.

No, skoro "WSZYSCY"... To już wiecie, czemu „wredny” Ubezpieczyciel kombinuje?

Ubezpieczenia ubezpieczenia

Skomentuj (20) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 59 (125)

#82664

(PW) ·
| Do ulubionych
Nie rozumiem. I... I nadal nie rozumiem!

Pamiętacie zapewne taką promocję (pewnej telewizji - przyp. red.): „drugi produkt za połówkę, trzeci produkt za złotówkę”?

Otóż ja skorzystałam z części pierwszej: „drugi produkt za połówkę”. Wykupiłam internet przenośny za 69,99 PLN i do tego telewizję pełen pakiet (łącznie z HBO, Cinemax, Filmbox, kanały sportowe itd. itp.) za połówkę czyli 49,95 PLN zamiast 99,99 PLN (jakoś tak to policzyli). Do tego była usługa Multiroom – do 4 stanowisk, z tym że pierwsze za darmo, za każde kolejne – po 5 PLN.

Wszystko jasne.

Umowa była na 29 miesięcy. Korzystałam ze wszystkiego, mąż z internetu przenośnego w pracy, w domu (w salonie) pełen pakiet telewizji, syn w swoim pokoju – pełen pakiet z Multiroom za darmo.

I tak upłynęło nam 25 miesięcy.

Po tym czasie zachciało nam się również drugiego dekodera Multiroom – w sypialni. Telewizor stoi, gotowy do podłączenia. Idziemy do salonu, w którym wszystko do tej pory załatwialiśmy i... I właśnie...

Nie da się! Nie można! Jeśli chcemy drugi dekoder Multiroom, to musimy zawrzeć nową umowę na dużo gorszych warunkach. Przede wszystkim odpadnie nam rabat 50% za pakiet TV (same cuda za 49,99) i dodatkowy Multiroom będzie kosztował 10 zł miesięcznie. Porażka. Zdecydowaliśmy się nie zmieniać dotychczasowej oferty. Przemęczymy się te 4 miechy i znajdziemy coś lepszego.

Jednak mąż namówił mnie, żeby zadzwonić na infolinię. I co się okazało na infolinii? Oczywiście, że mogę dostać ten dodatkowy dekoder Multiroom za obiecane 5 PLN. Mogę dodatkowo dostać całą ligę europejską i Ligę Mistrzów za 5 PLN miesięcznie (mnie to nie interesuje, ale męża – jak najbardziej). W salonie o tym ani słowa.

Zdecydowałam się i wzięłam.

Nie wie lewica, co czyni prawica. I na odwrót.

telewizja

Skomentuj (38) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 70 (130)

#82716

(PW) ·
| Do ulubionych
Moi rodzice, dość starsi ludzie (oboje po 70-tce) mieszkają w odległej od mojego miejsca zamieszkania dzielnicy Warszawy. Pomimo zaawansowanej dorosłości jestem z nimi bardzo zżyta.

Wczoraj dzwonię do mamy, jak do dzień czy co drugi dzień, aby powiedzieć co słychać u mnie i synka i dowiedzieć się, co u nich. Rozmawiamy i słyszę pewne napięcie w głosie mamy. Pytam wiec wprost „Mamuś, co się dzieje?” I słyszę: „A bo wiesz, tu u nas chyba jakaś bomba czy coś takiego w śmietniku, bo przyjechała straż pożarna, mnóstwo policji, ogrodzili wszystko czerwoną taśmą i nikogo nie wpuszczają, nie wiadomo co się dzieje”.

Zaniepokoiłam się. Zaoferowałam się, że podjadę po nich i zabiorę ich do nas, ale mama mówi, że chyba na razie nie trzeba, jakby zarządzili ewakuację to zadzwoni itp.

Dzwonię po godzinie. Sytuacja bez zmian. Odpowiednie służby grzebią w zagrodzonym śmietniku. Pomyślałam, że to pewnie nie bomba, bo już byłaby ewakuacja. Zapewne (to straszne!) znaleźli zwłoki lub ich kawałki. Smutne.

Dzwonię po kolejnej godzinie. Straż już odjechała. Policja właśnie zbiera się do odjazdu pozostawiając taśmy ogradzające śmietnik.

Co się okazało? Ano, okazało się, że ktoś mądry (albo raczej „mundry”) pozbył się jakichś niebezpiecznych, chemicznych substancji, wyrzucając je po prostu do śmietnika - jeden śmietnik jest na kilka bloków (zatem osobnik nie do wyśledzenia). Ktoś inny – wyrzucając śmieci – poczuł dziwny zapach chemikaliów i zawiadomił służby.
Samą w sobie piekielnością jest wyrzucanie chemikaliów na osiedlowy śmietnik.

Ale piekielność właściwa kryje się poniżej:

Straż pożarna oświadczyła, że problem usunięcia chemikaliów (nie mogły wybuchnąć, ale stanowiły zagrożenie podczas wdychania ich oraz dotykania) stanowi problem administratora budynku. Wezwana na miejsce administratorka stwierdziła, że altanka śmietnikowa - stojąca opodal budynku - nie jest w jej jurysdykcji, ponieważ ona zawiaduje tylko samym blokiem i gruntem stricte pod nim. Grunt ten należy do spółdzielni. Spółdzielnia stwierdziła, że grunt pod altanką i sama altanka są w jurysdykcji dzielnicy. Dzielnica odżegnała się stwierdzając, że to grunt spółdzielni. Spółdzielnia odwołała się do własności miasta.

Czekamy na stwierdzenie własności tego kawałka terenu. Śmietnik jest wciąż ogrodzony, a te chemikalia wciąż się w nim znajdują.

I nie ma chętnych do przyznania się do własności tego kawałeczka terenu. Aż mnie kusi tam kiedyś zaparkować auto. Dopiero by się znalazło z 7 "właścicieli"...

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 133 (147)