Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

Sadystka

Zamieszcza historie od: 19 maja 2012 - 17:33
Ostatnio: 26 grudnia 2016 - 23:00
O sobie:

Stomatolog z zamiłowania :)

  • Historii na głównej: 9 z 9
  • Punktów za historie: 5408
  • Komentarzy: 73
  • Punktów za komentarze: 443
 

#76387

(PW) ·
| Do ulubionych
W moim życiu przyszedł przełomowy moment - otwieram własny gabinet! Kredyty zaciągnięte, lokal wynajęty, sprzęt już do mnie jedzie, więc przede mną najtrudniejsze zadanie - kompletowanie załogi.

Jedną z najważniejszych osób w gabinecie jest asystentka stomatologiczna. To nie jest tak, jak wielu się wydaje, kobieta od "przynieś, podaj, pozamiataj". Ogarnia wiele papierów, sterylizację, konserwację, dezynfekcję, narzędzia, materiały oraz zabiegi profilaktyczne. Jest niesamowitą pomocą w gabinecie, dlatego zasługuje na identyczny szacunek jak lekarze. Profesjonalna asystentka kończy studium lub kursy, które kończą się egzaminami, dlatego nie może nią zostać ot tak, każdy z ulicy.

To tyle tytułem wstępu.
Pamiętacie historię z wredną ciotką, która nie chciała płacić za moje wypełnienia? Właśnie mamy ciąg dalszy.

Oczywiście przez długi czas była obraza majestatu i opowiadanie każdemu, kto się nawinął, jaką jestem bezczelną gówniarą i jak chciałam ją naciągnąć. Mniej więcej pod koniec listopada po rodzinie rozeszła się wieść o tym, że otwieram gabinet. Jedną z pierwszych osób, która się do mnie zgłosiła, była ciotunia, która wręcz zażądała, żebym zatrudniła chociaż jedną z jej bezrobotnych córeczek, to MOŻE jakoś zapomni o tym przykrym incydencie z przeszłości. Wytłumaczyłam jej, że do pracy w gabinecie szukam jedynie lekarzy i asystentek, które muszą mieć odpowiednie wykształcenie, co spotkało się z oburzeniem, że jak to? Jej córeczki wszystkie są takie wykształcone, a zresztą "do zamiatania to chyba nie trzeba mieć papierów, he, he, he?". Powiedziałam tylko, że jeśli chcą, to rozmowy kwalifikacyjne będę przeprowadzać tego i tego dnia, niech przyjdą.

Szczerze powiedziawszy nie spodziewałam się, że którakolwiek przyjdzie, ale jednak stawiła się najmłodsza z nich. Oprócz niej byłam umówiona jeszcze z czterema paniami, oczywiście każda miała w CV albo jakieś doświadczenie, albo przynajmniej ukończoną szkołę czy kursy. Kiedy doszło do mojej kuzynki, wywiązała się taka rozmowa:

[K]uzynka: To co, darujemy sobie rozmowę? He, he, he, he.
[J]a: Muszę być uczciwa wobec pozostałych pań, dlatego zadam ci te same pytania. Ile czasu będziesz sterylizowała narzędzia w 121 stopniach?
[K]: Eee... Z 10 minut?
[J]: Do jakiego kosza wyrzucisz moje zużyte rękawiczki?
[K]: A to ty sama ich nie możesz wyrzucić?
[J]: Jakie kleszcze podasz mi do usunięcia górnego pierwszego trzonowca?

Pytania, które zadałam kuzynce to podstawa podstaw. Dla innych pań były one prostsze niż tabliczka mnożenia, jednak kuzynka bez wykształcenia w tym kierunku nie miała o takich rzeczach pojęcia. Na do widzenia usłyszałam:

[K]: Mama miała rację, odkąd zostałaś tą pseudo dentystką jesteś jeszcze głupsza niż kiedyś!


Szykują się ciekawe święta :)

stomatologia

Skomentuj (27) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 473 (477)

#71767

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia, którą z autopsji zna pewnie wiele osób, czyli "zrobisz mi to za darmo".

Mam pewną ciotkę. Nielubianą w całej rodzinie, a ja jej wybitnie nie cierpię, gdyż nie znoszę lenistwa, pasożytowania, a przy tym bycia najmądrzejszą osobą, która ma tak ważne rzeczy do powiedzenia, że nie pozwoli ci dokończyć zdania, bo teraz ona musi mówić. Od małego porównywała mnie ze swoimi córkami, które we wszystkim były lepsze, piękniejsze, mądrzejsze itd. Wyśmiewała mnie, gdy poszłam do najlepszego liceum w mieście mówiąc, że jest dla niedowartościowanych snobów i nic mi nie da.

Jednak gdy dostałam się na stomę, przy każdej okazji zaczęła mi mówić, jak super, że jestem na tych studiach, to w końcu się do czegoś przydam i jej wyleczę wszystkie zęby za darmo. Niedoczekanie.

Mniej więcej rok po skończeniu studiów ciotunia zawitała do gabinetu, w którym pracowałam. Oczywiście od wejścia dawała wszystkim do zrozumienia, że ona jest pacjentką najwyższego sortu, bo ona tu ma ZNAJOMOŚCI. Już wtedy mi żyłka mało nie pękła, ale przyjęłam ją, zrobiłam przegląd, powiedziałam, co jest nie tak. Do zrobienia było sporo, poinformowałam o kosztach leczenia, na co ciotka tylko machnęła ręką i powiedziała: "Damy radę, prawda?".

Na tej wizycie ciotce wyleczyłam 2 zęby. Pokazałam wypełnienia w lusterku, ona zachwycona, bo w ogóle nie widać, "gdzie te plomby", wszystko ok. Do czasu.

Próchnica była dość spora, materiału poszło dużo, dlatego też i koszt wypełnienia nie był mały - za oba zęby wyszło 300 zł. Jak powiedziałam o tym ciotce, to mało jej oczy nie wyszły z orbit. Wyglądało to mniej więcej tak:

[C]iotka: Ale jak to, to ja mam za to PŁACIĆ???
[J]a: A z jakiego powodu miałabyś tego nie robić?
[C]: No wiesz?? W końcu jesteśmy rodziną, ja taka kochana ciocia, a ty co? Będziesz żerować na mnie?!
[J]: Domagam się zapłaty za pracę. Nie sądzę, żeby to było żerowanie.
[C]: Zapłata za pracę, jasne... Ja wiem o was wszystko! Ty już po prostu jesteś w tej mafii! Jesteś już jednym z tych konowałów, co g**no się znają, ale po kasę to od razu łapę wyciągają! I te twoje plomby to też g**niane są! Ja tu nie zostawię ani grosza!
[J]: Przecież wypełnienia ci się podobały, sama mówiłaś, że nikt ci jeszcze takich ładnych nie zrobił, więc o co chodzi?

W tym momencie przyszedł szef, bo krzyki były na cały gabinet. Powiedziałam, w czym problem, na co on poinformował piekielną ciotkę, że jeśli nie zapłaci rachunku, to wezwie policję. Wtedy wykrzyczała, że "ta cwaniara najpierw naobiecywała, że mi wszystkie zęby za darmo porobi, a teraz durnia z człowieka robi i każe płacić!" Bez komentarza.

Dalszej części przepychanki nie będę tu opisywać. W końcu ciotka zdała sobie sprawę, że niczego nie ugra i jeśli nie zapłaci, to będzie miała spore problemy. Rzuciła we mnie (dosłownie, rzuciła) 3 banknoty stuzłotowe wrzeszcząc, że "mi taką opinię wystawi, że już nikt nigdy do mnie nie przyjdzie!".

Wiecie co jest najfajniejsze w tej sytuacji? Że w końcu przestała się odzywać do mnie i moich najbliższych i mamy święty spokój :)

stomatologia

Skomentuj (16) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 596 (602)

#71144

(PW) ·
| Do ulubionych
Ostatnio przeczytałam historię z lotniska, dlatego ja dodam najbardziej piekielną sytuację, jaka mnie tam spotkała.

Lotnisko w Brukseli, październik 2015. Ja z przyjaciółmi przy jednej kolejce do kontroli, przy drugiej grupka muzułmanów. Widzę, że przechodzi babeczka w burce, włosy zakryte, ale widać przez materiał, że ma dość dużego koka (czy inne upięcie). Bramki zapiszczały, gdy przechodziła, więc oczywiście macanto. Od razu krzyk, oczywiście po arabsku, w akompaniamencie krzyków reszty grupy, ale gdzieniegdzie dało się wychwycić angielskie "woman". Czyli chodziło jej o to, że rewizję może przeprowadzić tylko kobieta. OK, rozumiem.

Po chwili przychodzi kontrolerka i zaczyna ją przeszukiwać, począwszy od głowy. Wyczuła tego wielkiego koka i poprosiła babkę o zdjęcie materiału i odsłonięcie włosów. Krzyk. I to jaki! Znów mieszanina arabskiego z wtrąceniami w stylu "racist", "culture", itp. Kontrolerka wycofała się, przeprosiła, pobieżnie dokończyła rewizję i pozwoliła kobiecie przejść. Nie wierzyliśmy własnym oczom.

Ja się pytam - czy naprawdę poprawność polityczna sięgnęła granic bezpieczeństwa? Przecież w tych włosach spokojnie zmieściłby się granat, mały pistolet albo scyzoryk. Do tej pory naprawdę sądziłam, że na lotniskach się nie patyczkują i bezpieczeństwo na pokładach samolotów to absolutny priorytet, ale jak widać - nie zawsze.

Od razu dodam, ze nigdy więcej nie byłam świadkiem takiej sytuacji, niemniej jednak wtedy cała nasza grupka odczuwała lekki niepokój na myśl, że ta kobieta potencjalnie mogłaby z nami lecieć jednym samolotem.

lotnisko

Skomentuj (34) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 446 (476)

#67499

(PW) ·
| Do ulubionych
Tym razem z drugiej strony, czyli jak poznać, gdy stomatolog bardziej dba o własny zarobek, niż o Was.

1. Zawsze coś jest do zrobienia.

Dbacie o higienę, chodzicie co pół roku do dentysty, a tam znowu jakaś dziurka? Dentysta czaruje, że "Jest takie malutkie, to zrobimy zanim zrobi się duże"? Bardzo możliwe, że Was po prostu naciąga, szczególnie jeśli próchnica jest w bruździe. Tam często tworzą się ciemne przebarwienia od kawy czy herbaty, które dla laika będą wyglądać jak próchnica. Wiercenie trwa chwilkę, materiału używa się tyle, co kot napłakał, a i tak płacicie 80-100 zł.
Wyjątek od reguły - zdarzają się przypadki, gdy pomimo najlepszej nawet higieny ubytki tworzą się w zastraszającym tempie. Związane jest to zazwyczaj z chorobami współistniejącymi lub przyjmowanymi lekami. Niemniej jednak zachowajcie czujność, gdy na każdej wizycie lekarz znajduje próchnicę, szczególnie w ilości mnogiej.

2. Skaling obowiązkowo co pół roku.

Skaling to wspaniały zarobek dla dentysty. Praca lekka, przyjemna (poza tym, że trochę chlapie), krótka, nieskomplikowana. Dodatkowo jakieś lakierowanie, kilkanaście minut roboty i znowu stówka czy dwie do kieszeni. Przeciętny człowiek nie widzi niewielkiej ilości kamienia nazębnego, więc dentysta może mu bez mrugnięcia okiem wcisnąć, że on tam jest, a pacjenci bez zawahania w to wierzą. Jeśli dbacie o higienę i poprawnie myjecie zęby, zazwyczaj jeden skaling rocznie spokojnie wystarczy. Ja na swojej drodze spotkałam dentystkę, która wręcz z desperacją w głosie mówiła, że kamień należy ściągać co pół roku, bo bez tego w mojej jamie ustnej zdarzy się istna katastrofa.
Wyjątek od reguły - są osoby z predyspozycjami do odkładania kamienia i bywa, że skaling przeprowadza się nawet co 2-3 miesiące. Jeśli sami chcecie sprawdzić, czy macie co usuwać, szukajcie białożółtych lub brązowawych złogów, które zazwyczaj umiejscawiają się tuż przy dziąśle i nie dają się usunąć nawet podczas najbardziej dokładnego szczotkowania.

3. Nagminnie używają kamerki wewnątrzustnej.

Kamerka wewnątrzustna to wspaniałe urządzenie diagnostyczne, ale też i bardzo pomocny aparat do naciągania pacjentów. W powiększeniu wszystko wygląda strasznie - nawet minimalne przebarwienie czy płytka nazębna (ten miękki złóg, który można usunąć podczas zwykłego szczotkowania). Pacjent widząc to jest zazwyczaj przerażony, że ma takie rzeczy w jamie ustnej i prosi o ich natychmiastowe usunięcie. Szkoda tylko, że w rzeczywistości nie ma tam nic do leczenia. Osobiście kamerki używam głównie w dwóch przypadkach - gdy faktycznie jest coś do leczenia i chcę uświadomić o tym pacjenta, lub gdy nie widzę czegoś dokładnie i potrzebne jest mi powiększenie. Nie ufam dentystom, którzy zaczynają wizytę od kamerki. Stare dobre lusterko i zgłębnik to nadal podstawa badania pacjenta.

4. Bardzo szybko przechodzą do rzeczy.

To jest akurat domena wszystkich naciągaczy. Jeżeli traficie na dentystę, który bardzo szybko mówi, zazwyczaj profesjonalnym językiem, a jeszcze zanim uzyska Waszą zgodę, wyjmuje wiertła z szuflady, radzę go przystopować. Chce wykorzystać Wasze zmieszanie i nadmiar wiedzy tuż po badaniu, żebyście zgodzili się na wszystko bez mrugnięcia okiem. Jeżeli czegoś nie rozumiecie, nie wstydźcie się poprosić o powtórzenie i dokładne wytłumaczenie, nawet jeśli nie wiecie, co to jest kamień nazębny albo powierzchnia żująca. Oddajecie dentyście swoje zdrowie, więc musicie poczuć, że naprawdę wiecie, o co chodzi i co Wam chce zrobić. Jeśli lekarz jest niechętny do powtórzenia, zmieńcie go. Jest bardzo duży wybór.


Na koniec powiem, że jeżeli macie jakiekolwiek wątpliwości, pójdźcie do innego dentysty na konsultację. To jest najlepszy sposób, aby dowiedzieć się, czy faktycznie macie coś do zrobienia, czy jednak ktoś próbował Was naciągnąć. Zazwyczaj przeglądy są darmowe. Najlepiej szukajcie kogoś z polecenia, bo obecnie na portalach typu znanylekarz zdarzają się kupione opinie, które nie odzwierciedlają tego, jak jest naprawdę. Dodatkowo nie bójcie się zrobić zdjęcia rtg, chociaż tutaj próchnicy początkowej raczej nie zobaczycie (wynika to ze specyfiki tego badania), ale jeśli ktoś Wam mówi, że macie kompletną ruinę, a nie każe zrobić zdjęcia, to znów powinna Wam się włączyć lampka ostrzegawcza.

Życzę Wam, abyście nigdy nie trafili na naciągaczy i nie bali się chodzić do dentysty :)

stomatologia

Skomentuj (28) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 302 (348)

#66895

(PW) ·
| Do ulubionych
Chciałabym Wam dzisiaj przybliżyć sylwetki typowych piekielnych pacjentów, których spotyka niemal każdy stomatolog.

1. Nie muszę stosować się do zaleceń.

Ja naprawdę nie mówię tego złośliwie, gdy palaczowi zabraniam palić papierosów po piaskowaniu. Przychodzi później taki pan, zbulwersowany, że zapłacił tyle pieniędzy, a zęby znowu brzydkie i szare. A to, że mówiłam o wstrzymaniu się od papierosów, kawy? Oj tam. To tylko 5 papierosów i jedna mała kawka na dzień, tyle co nic.

2. Co ta dentystka gada, pewnie chce mnie tylko naciągnąć!

Przychodzi pacjent, któremu ukruszyło się wypełnienie. Ząb leczony kanałowo, trzy słabe ściany, ledwo się trzymają. Informuję, że ja to mogę odbudować, ale jeśli ma się dłużej trzymać, to muszę wzmocnić ćwiekami, a najlepiej byłoby pomyśleć o koronie. Eee, gdzie tam! Za ćwieki trzeba osobno płacić, korona droga, nie ma mowy. Chce pani pieniądze moje wyciągnąć! Niech odbuduje normalnie. Ok, klient nasz pan. Tylko niech chociaż nie gryzie twardych rzeczy tą stroną, bo już w ogóle będzie kaplica. Po dwóch tygodniach pan wraca, pół zęba złamane. "A bo orzecha sobie nadgryzłem, nie był aż taki twardy, przysięgam!"
Pół biedy jeśli tutaj pacjent widzi swoją winę. Gorzej, gdy pretensje ma tylko i wyłącznie do dentysty, że odwalił fuszerkę, a tacy, niestety, zdarzają się częściej.
Przyznaję, są dentyści, którzy celowo proponują droższe metody, nawet jeśli nie ma do nich wskazań, ale ja staram się najpierw szukać metod tańszych, a drogie proponuję wtedy, gdy są naprawdę konieczne, dlatego bardzo nie lubię oskarżeń o naciąganie.

3. Ja wiem lepiej, przeczytałem w internecie.

Każdy dobrze wie, że w Polsce mieszka 38 milionów lekarzy, a co jeden, to mądrzejszy. Przychodzi pacjent, który poczytał sobie coś tam o jakimś materiale i chce, żeby mu ubytek wypełnić właśnie nim. Nie wiem, dlaczego się tak na niego napalił, bo jest to materiał stosowany albo w mleczakach, albo u pacjentów z wieloma ubytkami i wysokim ryzykiem próchnicy (tego już nie doczytał). Sytuacja była naprawdę patowa, bo pacjent nie chciał odpuścić i nie dał też sobie wytłumaczyć, jak bardzo bez sensu jest to, czego chce. Nie mogłam go też wypuścić, bo pół zęba rozwiercone. Ostatecznie jakoś z tego wybrnęłam, ale był to jeden z najbardziej męczących pacjentów, jakich miałam.

4. Tyle lat nie byłem u dentysty i jakoś żyłem.

Uwielbiam ten typ. Co jakiś czas trafia się pacjent, który nie był u dentysty 8 lat i teraz przygnał go tylko i wyłącznie ból zęba (co ciągle podkreśla i oczywiście, gdyby nie ten ząb, to nadal by nie chodził). Już na pierwszy rzut oka ruina. Na RTG jeszcze większa ruina. Trzy zęby martwe, do kanałowego albo do wywalenia. 5 ubytków pierwotnych, 6 pod starymi amalgamatami. Głębokie, więc też może skończyć się kanałowym. Koszt leczenia liczy się w tysiącach. A pacjent i tak ma pretensje, że jak nie chodził do stomatologa, to było wszystko dobrze. Raz poszedł i nie dość, że tyle do roboty, to jeszcze tyle pieniędzy wyda. Ach, te wstrętne, pazerne dentysty. Nie widzi żadnego związku między tym, co się dzieje w jamie ustnej, a swoim unikaniem gabinetu stomatologicznego.

5. Ja pracuję w Anglii, jestem gość!

Nie mam nic do osób, które wyjeżdżają za granicę do pracy. I rozumiem, że leczenie zębów lepiej przeprowadzić w Polsce, bo koszty stomatologiczne za granicą są kosmiczne. Pacjent chce, żeby było zrobione dobrze, tak aby nie nastąpiła awaria w najmniej oczekiwanym momencie. Przedstawiam metody, proponuję najlepsze rozwiązania. Nie każdemu się podoba, że za niektóre rzeczy trzeba zapłacić więcej, a czasem też trochę na nie poczekać (bo musi je wykonać technik). "Ech, ta polska stomatologia to jeszcze widać, że raczkuje. W Anglii jest inny świat, tam Europa, tam takie rzeczy są w standardzie." Tak? To proszę wracać na leczenie do Anglii, nie ma problemu. Zazwyczaj po tych słowach angielski cwaniaczek bardzo szybko pokornieje i przestaje narzekać.


Całe szczęście, że piekielni pacjenci stanowią naprawdę niewielki odsetek, więc moja praca nadal sprawia mi ogromną przyjemność. Gdyby nawet co dziesiąty pacjent był jednym z powyższych typów, chyba przeprowadziłabym się w Bieszczady.

stomatologia

Skomentuj (28) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 329 (405)

#58367

(PW) ·
| Do ulubionych
Ok, ja wiem, że nie każdy pacjent ma wpojone, że przed wizytą u stomatologa powinno się umyć zęby oraz dokładnie wynitkować, bo później trochę wstyd, jak lekarz wyciąga z między zębów kawałek marchewki, którą jadło się wczoraj. Ja wiem, że niektórzy pacjenci wpadają od razu po pracy i nie mieli gdzie dopełnić higieny jamy ustnej (chociaż u nas jest łazienka ze sporą umywalką i jednorazowymi kubeczkami właśnie w razie takich sytuacji).

Ale wydaje mi się, że przyjście na wizytę tuż po zjedzeniu soczystego kebaba, z podwójną ilością sosu czosnkowego (sądząc po smrodzie) i nie wyczyszczeniu zębów nawet wykałaczką to już chyba drobna przesada.

stomatologia

Skomentuj (64) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 779 (915)

#57389

(PW) ·
| Do ulubionych
Tym razem o piekielności, która spotkała w mnie w znanej sieciówce odzieżowej, w czasie poświątecznej wizyty u teściów.

Korzystając z tego, że jestem, teściowa namówiła mnie na małe zakupy (nie za bardzo ma z kim chodzić). Poszłyśmy m.in. do sklepu (napiszę z premedytacją) Orsay w Lublinie w galerii Orkana. Zaczął się już sezon wyprzedaży i wśród różnych ciuszków wypatrzyłam przepiękną puchową kurtkę.
Leży idealnie, ciepła, zgrabna, cud, miód i orzeszki. Przeceniona z 250 zł na 180, dodatkowo tego dnia było -30% na wszystkie kurtki (również te przecenione), no istny raj. Tylko jedna zasadnicza wada - duża żółta plama na rękawie. Idę więc do sprzedawczyni i pytam, czy mają gdzieś zakitraną jeszcze jedną. Nie, ale zadzwonią do sklepu w drugiej galerii (Plaza). Miałam szczęście - ostała się ostatnia sztuka, dokładnie w moim rozmiarze, będzie dla mnie odłożona. Oczywiście z teściową w te pędy do Plazy, żeby się nie rozmyślili.

Na miejscu faktycznie - kurtka czeka, rozmiar ten sam, plam żadnych nie wypatrzyłam, do kasy. Tam kasjerka prosi mnie o wyciągnięcie z portfela 250 zł. Mówię, że w poprzedniej galerii dokładnie ta sama kurtka była przeceniona na 180 zł. Dziewczyna łapie za telefon i dzwoni do Orkana. Nie wiem, co usłyszała, ale nasza rozmowa później wyglądała tak:

Kasjerka: - Niestety, w Orkanie kurtka również kosztuje 250 zł, więc tyle policzę.
Ja: - No trudno. W takim razie proszę policzyć mi z dzisiejszym rabatem.
K: - Na to nie będzie.
???
J: - A przepraszam, to "to" jest spodniami? Na plakatach wyraźnie jest napisane, że rabat jest na WSZYSTKIE kurtki, co zresztą nawet tutaj usłyszałam od pracownic sklepu.
K: - Na tą nie.

Co prawda kurtka nie była mi potrzebna na gwałt, ot, spodobała mi się, ale kiedy spotykają mnie podobne sytuacje, nie umiem odpuścić.

Wróciłam do Orkana, żeby upewnić się, czy może z moim wzrokiem jest coś nie tak. Nie, oglądana przeze mnie kurtka przeceniona na 180 zł, bez żadnej adnotacji, że to z powodu plamy. Wyciągam telefon z zamiarem zrobienia zdjęcia, coby mieć jakiś dowód w skardze, którą w myślach już wysmarowywałam, gdy nagle obok mnie zmaterializowała się sprzedawczyni, kurtkę zabrała i powiedziała, że w ich sklepie zdjęć robić nie można. Na moje wyjaśnienia, że zostałam oszukana przez sklep w Plazie i muszę mieć na to dowód, uciekła z kurtką na zaplecze, a następnie ignorowała mnie w taki sposób, że jasnej wścieklicy dostałam.

Napisałam do kierowników obu sklepów oraz rzecznika praw konsumentów, ale szczerze, to nie liczę na cokolwiek. Bez dowodu w postaci zdjęcia będzie to moje słowo przeciwko ich. Jednak Orsay może być pewny, że reklamę ode mnie otrzyma skuteczną.

Orsay Lublin Orkana i Plaza

Skomentuj (46) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 960 (1074)

#56780

(PW) ·
| Do ulubionych
Ostatnimi czasy mam w pracy taki młyn (wiadomo, w święta trzeba błysnąć białymi ząbkami), że z rozrzewnieniem wracam do czasów studenckich i tuż po studiach. Przypomniała mi się moja pierwsza praca i piekielności z nią związane.

Moją szefową została koleżanka z roku. Nie była jakaś szczególnie zdolna, jednak posiadała pewien ważny walor - wręcz obrzydliwie bogatych rodziców, którzy już od czwartego roku kompletowali jej "wyprawkę" do własnego gabinetu. Ponieważ pochodzimy z tego samego miasta, zaproponowała mi pracę. Gdy pierwszy raz weszłam do gabinetu, prawie zaśliniłam się na widok tak nowoczesnego sprzętu, dziewczyna nie wydawała się wtedy szczególnie dziwna, więc cieszyłam się na myśl o mojej pierwszej pracy. Niestety, rzeczywistość układała się trochę inaczej.

Pomimo, że gabinet był dopiero co otwarty, a w środku pracowały dwie osoby tuż po studiach, od początku miałyśmy wielu pacjentów, większość przysłana przez mamusię i tatusia. Regularnie dostawałam od nich opieprz, że nie dostają zniżki "po znajomości", mimo że stać by ich było na kupienie dziesięciu takich gabinetów (o czym wielokrotnie mi przypominali), a ja sama nie pobierałam opłat (płacenie odbywało się w recepcji). Oczywiście okraszone wieloma epitetami na temat mojego plebejskiego pochodzenia.

Opieprz dostawałam również, gdy była godzina 9-10 (otwieraliśmy o 8), a ja nadal czekałam pod gabinetem z recepcjonistką i kilkoma pacjentami, którzy wygrażali się na moją niekompetencję w sprawie nieposiadania klucza. Moja koleżanka sądząc, że jak ma własny gabinet, to już "wszystko jej wolno", przychodziła do pracy, o której jej się podobało. A tak wcześnie, jak na 8 rano, to jej się wybitnie nie podobało, zwłaszcza jeśli dzień wcześniej ostro zabalowała. Klucza nie chciała dać ani mi, ani recepcjonistce, bo "jednak tyle zaufania to do nas nie ma", więc nie pozostawało nam nic innego, jak czekać pod drzwiami. Oczywiście nie zdarzało się to codziennie, ale 2 razy w tygodniu wystarczyło.

Jak już zebrała się w sobie i przyszła do gabinetu, wchodziła z ważną miną i kazała dać sobie kartę "najtrudniejszego" pacjenta. W 100% przypadków kończyło się to wpadaniem niemalże ze łzami w oczach do mnie, żebym jej pomogła, bo jej się "trafiło coś, co było na studiach, ale ona już tego nie pamięta, bo to było na trzecim roku" i nie wie, co robić, a pacjent wkurzony. Kiedy pacjent był jeszcze niezdiagnozowany i napotykała na "trudności" w trakcie, też szukała ratunku. W praktyce dotyczyło to co trzeciego pacjenta. W zasadzie, jak sobie przypominam, dobrze umiała tylko wybielać zęby.

Na palcach jednej ręki mogłabym policzyć, ile w ciągu tych trzech miesięcy dotrwała do końca dnia. Zazwyczaj było tak, że ok. 13-14 słyszałam: "Sssssłuchaaaj, bo ja muszę wyjjjjjść na taką małą chwileczkę, weźmiesz moich pacjentów?", skutkiem czego ja siedziałam do 16-17 z jej pacjentami, przy akompaniamencie gróźb i złorzeczeń. Koleżanka pojawiała się późno, zazwyczaj bardzo zdziwiona, że jeszcze nie skończyłam (było to bardzo, bardzo dziwne, skoro musiałam robić za dwóch).

Oprócz bycia kiepskim stomatologiem, koleżanka również nie miała zielonego pojęcia o prowadzeniu gabinetu. Regularnie brakowało nam igieł do leczenia kanałowego, odpowiednich wierteł, materiałów do wypełnień, a nawet wałków z ligniny. Zazwyczaj kiedy przypominałam jej o konieczności zrobienia zamówienia była bardzo zdziwiona, że "już mi się skończyło, w końcu dopiero co zamawiała". Tak, pudełko rękawiczek.

Do tej pory nie mogę uwierzyć w to, że niektóre akcje działy się naprawdę i w to, że wytrzymałam tam aż trzy miesiące. Mimo wszystko, ta praca była niezłą szkołą życia i znacznie utwardziła mój tyłek. Ciekawa jestem tylko, jak miewa się obecnie Stomatolog Roku i czy jej gabinet nadal funkcjonuje.
Miałam jeszcze jednego ciekawego szefa, ale to już materiał na inna historię.

stomatologia

Skomentuj (19) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 651 (719)

#31638

(PW) ·
| Do ulubionych
Jestem stomatologiem, pracuję w prywatnym gabinecie (nie moim). Zazwyczaj trafiają nam się mili pacjenci, większość z nich to stali klienci. Niestety, czasami zdarzają się takie okazy, że pamiętamy o nich przez długi czas.

Miesiąc temu siedziałam w gabinecie późnym wieczorem, kończyłam robotę przy ostatnim pacjencie tego dnia, zmęczona jak cholera, bo pracowałam od 9 rano. Wtem do gabinetu przychodzi pani Ania, recepcjonistka, która mówi że przyszła jakaś pani z potwornym bólem zęba i błaga o wizytę. W głowie przemknęła mi wizja kolacji z mężem, ale ostatecznie jestem bardzo miękkim człowiekiem i powiedziałam, że pacjentkę przyjmę.
Po wyjściu pana z kanałowym, jak zawsze sprzątnęłam bajzel, zdezynfekowałam sprzęt, przygotowałam podstawowe narzędzia na nadejście niespodziewanej pacjentki.

W końcu poprosiłam ją do gabinetu, usiadła na fotelu, ja przy niej i pytam:
[J]a
[P]acjentka

[J]: To który ząb panią boli?
[P]: Żaden.
[J]: ...
[P]: Bo wie pani, ja chciałam sobie kamień zdjąć z zębów.
[J]: Przecież przed chwilą mówiła pani recepcjonistce, że panią ząb boli.
[P]: No tak, bo inaczej by mnie pani nie przyjęła, prawda?
[J]: Jeśli nie była pani wcześniej umówiona, to nie. Na kamień niech się pani umówi w recepcji.
[P]: Ale mi się nie chce czekać. Niech pani mi ściąga ten kamień teraz.

Przez kilka minut tłumaczyłam pani, że przyjęłam ją w drodze wyjątku, bo skończyłam już pracę, a nie mam serca odmawiać pacjentom "z bólem". Jeśli chce zdjąć kamień, to niech zapisze się na jakiś termin. Najbliższy jest jutro.
Niestety, "jutro" to było za długo, żeby czekać. Pani piekielna obraziła się i wyszła.

Może i bym jej ten kamień ściągnęła, gdyby nie jej rozkazujący ton i fakt, że to była moja dziesiąta godzina spędzona w tym gabinecie.

gabinet stomatologiczny

Skomentuj (20) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 872 (908)

1