Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

szczerbus9

Zamieszcza historie od: 23 maja 2018 - 20:00
Ostatnio: 18 czerwca 2018 - 20:24
  • Historii na głównej: 3 z 10
  • Punktów za historie: 353
  • Komentarzy: 48
  • Punktów za komentarze: 132
 

#82326

(PW) ·
| Do ulubionych
To nie będzie typowa historyjka z czystym i krystalicznym złem, zaklętym z pozoru w zwykłym człowieku. Piekielna jest tu sytuacja, której na pozór nie zauważamy, a czasami przez własną głupotę nie jesteśmy w stanie rozpoznać.

Zwykle przy wahaniach cen paliw, szczególnie przy ich wzroście pojawia się temat "chrzczenia" paliwa, które w obecnych czasach jest dość ryzykowne. Po prostu im nowsze auto, tym większa szansa, że gdzieś nie dojedziemy na takim paliwie, nawet poza teren feralnej stacji (coraz częściej są systemy monitorowania jakości paliwa, wtedy wywala błąd i auto staje). Jest za to sporo bezpieczniejszy proceder, który jest ciężki do odkrycia i prawie niemożliwy do udowodnienia. No może poza ekstremalnymi przypadkami, ale to później...

Kiedyś widziałem tu historię o tankowaniu LPG na najtańszej stacji w okolicy, gdzie autor wepchnął do bodajże 40 litrowej butli 38 litrów LPG (dla niewtajemniczonych butle gazowe znakuje się tzw. objętością wodną i faktycznie wchodzi około 75-80%, czyli tu max 32 litry LPG). Teraz pora na moje dwa słowa i poszerzenie horyzontów.

Swoje prawko mam już ponad 6 lat, przez ten czas zrobiło się kilka tras, objeździło kilka aut, w tym również po części zawodowo, oraz nauczyło się kilka sztuczek za kierownicą i trochę mechaniki. Ale najważniejsze do historii jest fakt, że zawsze tankuje do odbicia. Dodatkowo obecny swój samochód mam już ponad 2 lata. Trochę go poznałem i wiem, że bak według instrukcji ma dokładnie 65 litrów. Zazwyczaj tankuje zaraz po przekroczeniu kreski 1/4, a wtedy wchodziło mi 45-50 litrów, a gdy zapalała się rezerwa potrafiło wejść nawet 60 litrów.

Ostatnio robię dość często jedną dłuższą trasę. jest tam kilka stacji po drodze, tych większych i tych mniejszych. Ceny za litr mojego paliwa na tych stacjach można by określić jako normalne w przedziale 5,15 moje miasto, 5,30 drogi krajowe (czerwone, w tym miasteczka i wsie), 5,40 ekspresówki, a na autostradzie bałem się spojrzeć. Po przykrych doświadczeniach na jednej wiejskiej stacji (przy 1/4 weszło 59 litrów, a tylko kilka groszy tańsze... Niby za dużo, ale ciężko to będzie udowodnić), aż bałem się zajeżdżać na tą stacje dość dużego polskiego koncernu, ale co było robić, zagapiłem się i rezerwa już się paliła od jakiegoś czasu. Cena 5,05 zł/l, czyli od razu lampka mi się zapaliła i aż byłem naszykowany szukać danych technicznych auta w internecie... Pod koniec tankowania już czułem katowski topór nad łbem, ale wielkie i nieoczekiwane WTF skutecznie go odciągnęło... Do baku weszło 53 litry, kiedy spodziewałem się, że jakby dystrybutor dobrze odmierzał, weszło by około 58 (tyle wynikało by z średniego spalania)...

O ile w niską cenę na tej jednej stacji jestem w stanie uwierzyć (choćby jako własność zakładu komunikacji, lub lokalnej firmy spedycyjnej), tak śmiem wątpić, by właściciel stacji specjalnie przekręcał liczydła w tę stronę, lub nie usuwał takiej awarii... Dlatego twierdzę, że jesteśmy oszukiwani przez większość stacji i naprawdę nic nie możemy z tym zrobić.

Te małe oszustwa (do ok. 10%) wydają się niegroźne, ale ziarnko do ziarnka... Lepiej się sprawa ma na większych przekrętach (raz na jednej stacji do 10 litrowego kanistra weszło 12 litrów paliwa).

Prawdziwy problem zaczyna się przy tankowaniu za kwotę... Wtedy nie wiesz ile naprawdę tam pocieknie, przez co niektórzy właściciele są bezkarni.

To właśnie mnie tak bulwersuje. Większość stacji lekko zawyża, a słyszy się tylko o tych, co przeginają. Co prawda każdy chce zarobić, ale dziś stoimy na transporcie...

stacja paliw

Skomentuj (33) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 160 (178)

#82295

(PW) ·
| Do ulubionych
Jako, że w ostatnim czasie "zajeździłem" kilka palników z rzędu przypomniała mi się pewna piekielność Majstra (głównego brygadzisty spawaczy). To z pozoru niewinne oszustwo, gdyby wyciekło poza naszą trójkę mogło by być źle odebrane i mógłbym mieć kłopoty...

Było to w czasach kiedy mój Tato jeszcze pracował, obecnie to już emeryt. Pracowaliśmy w tej samej firmie, ale on był elektrykiem. Ogólnie rzecz ujmując pracował na innym dziale i zajmował się naprawami sprzętu (między innymi sprzętu spawalniczego, którego ta historia dotyczy). Warto też na wstępie zaznaczyć, że był uważany za najlepszego specjalistę w swoim fachu w firmie...

Współpraca moja i Taty, przy aprobacie całego działu wychodziła dość dobrze dla firmy, oraz wydawało by się dla mnie, bo dziś dość dobrze znam się na maszynach od strony technicznej. Chłopaki wołali mnie gdy sprzęt zaczynał "świrować", a jeżeli nie udawało mi się postawić go do pionu, to odsyłałem go do Ojca z dość dokładnym opisem co się dzieje. Parę maszyn, które do tej pory odsyłano z kwitkiem, bo w warunkach testowych nie wykryto awarii, zostały nareszcie naprawione. Ale jak to często bywa, cała sytuacja zaczęła się wymykać spod kontroli.

Pewnego razu, nieświadomy niczego, zebrałem solidny opi3rdol od Taty, bo niszczę sprzęt i jak dla niego już kolokwialnie mówiąc "przeginam pałę". Okazało się, że według jego informacji przez niecały miesiąc zepsułem z 10 spawarek i 15 palników... Trochę zdziwiony, bo wtedy przez dobrze ponad rok (chyba dociągałem do dwóch, ale pewności brak...) pilnowałem się jednej maszyny z jednym palnikiem, a mój sprzęt, mimo starego typu, nawet przez majstra był uważany za jeden z najlepszych na hali. Na tym właśnie polegała piekielność Majstra, który brał mojego Ojca pod włos i kłamał, że to ja popsułem i nie mam czym robić. Cel bym w tym tylko jeden, dobrze zrobiony sprzęt w ekspresowym tempie.

Ogólnie to blef skutkował idealnie, ale gdyby dowiedział się o tym kierownik lub dyrektor mógłbym mieć "Ciepło".

firma praca

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 116 (132)

#82232

(PW) ·
| Do ulubionych
Pracuję jako spawacz, przy okazji wspomnę, że zaliczam się już do wschodniej Polski, więc nie bywa lekko, ale czasem bywa śmiesznie... a ostatnio ciut zbiera się we mnie gniew.

Chyba każdy wie, że oprócz maszyny (spawarki) i materiałów (elektrody, druty, gazy osłonowe), do pracy potrzebuję maski, rękawic czy specjalnego ubrania. Część domyśla się, że potrzebny jest też młotek (najczęściej oskard, choć mi najlepiej się sprawdzał przecinak kowalski), ale najczęściej zapomina się o kluczach czy obcinaczkach i/lub kombinerkach, których to historia będzie dotyczyła.

Na początku drogi zawodowej majster maglował nas o obcinaczki. W końcu uległem i pogoniłem do magazynu. Pobrałem z narzędziowni piękne, prawie nowe (jako jedyne z całej skrzyni były zdolne uciąć drut spawalniczy) pomarańczowe obcinaczki. Podziałały około pół roku, potem pękły. Niejedne obcinaczki, szczypce, kombinerki (itd.) w ten sposób połamałem, dosłownie w trzech palcach, no nic, nic nie jest wieczne, zmęczenie materiału etc.

Tu się właśnie zaczęły schody z panią Piekielną. Kobieta w zaawansowanym wieku opiekuje się narzędziownią, gdzie wsadził ją mąż, kierownik magazynu. Brak znajomości w sprawach technicznych Piekielnej jest wręcz legendarny, ale to nie moment na podmienianie wierteł na gwoździe...

Przy następnej wizycie w magazynie próbowałem zdać lub wymienić zepsute narzędzie, ale dowiedziałem się, że na dobrą sprawę to mogę od razu do prezesa iść, bo o niego może się to oprzeć...

Szybko licząc, firma ma 1500-2000 pracowników, a ja z cęgami za 35 zł (sprawdzałem w sklepie, ceny 9 do 90 zł, najbardziej podobne właśnie tyle) muszę iść do prezesa zarządu... Sprawę po konsultacjach z bezpośrednimi przełożonymi lekko olałem, ale dość szybko do mnie wracała. Przy okazji wyjazdów, kiedy to trzeba było się rozliczyć z sprzętu. Za każdym razem słyszałem, że teraz to mnie puści, ale następnym razem proszę przynieść i zdać. Jeżeli są połamane, proszę kupić nowe lub UKRAŚĆ komuś innemu...

W końcu rozwiązanie sprawy.

Rzeczone obcinaczki jakimś sposobem znalazły się u mnie w garażu. Akurat gdzieś jechałem i robiłem tam porządki. Niewiele myśląc, zlepiłem je argonem. Ciężko to nazwać spawaniem, ale metoda TIG/WIG, mały szczep, trochę pracy szlifierką, szczotką drucianą i papierem ściernym, a wyszły niemal stan "igła", wyglądały lepiej, niż w dniu, w którym je pobierałem. Poza małym szczegółem, mogły się rozpaść po mocniejszym kichnięciu...

Tym razem pani Piekielnej nie było, więc rozliczał mnie inny pracownik, ogólnie w porządku człowiek. Po małej szyderze z tego, co w kartotece było nawpisywane, zdałem je bez większych problemów...

Chciałbym zobaczyć minę następnej osoby, która spróbuje ich używać i złamie je, zanim je dobrze w rękę weźmie...

Od czasu połamania tamtych mam swoje, kupione w sklepie za własne pieniądze.

praca firma

Skomentuj (24) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 77 (107)

1