Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

Katherinneee

Zamieszcza historie od: 5 września 2019 - 9:44
Ostatnio: 15 marca 2020 - 0:08
  • Historii na głównej: 3 z 3
  • Punktów za historie: 439
  • Komentarzy: 0
  • Punktów za komentarze: 0
 

#86278

(PW) ·
| Do ulubionych
O wdzięczności słów kilka.

Miałam domek traktowany jako letniskowy, ale ładnie odremontowany i w razie czego do zamieszkania przystosowany. Za plecami stał domek drewniany jak to kiedyś się budowało, gdzie popadnie i jak popadnie, czyli dzieliło je może ze 3 metry. I tamten był w stanie pozostawiającym wiele do życzenia, ale Państwo w wieku +/- ponad 60 lat mieszkali tam sobie jakoś.

Z tyłu, centralnie skierowany w mój domek był ich komin, a właściwie kawałek jakiegoś przerdzewiałego kolanka, już bez rury idącej ku górze nad dach. Wiele razy prosiliśmy by to poprawili, nawet proponowaliśmy zakup rury kominowej z prawdziwego zdarzenia (może nie mają na to skoro żyją w takich warunkach?) Państwu to nie przeszkadzało, bo dym szedł w nas, a nie w nich.
Grzali się piecem typu koza (takim starym, iskry wychodziły tym kolankiem).
Fakt, mogliśmy to gdzieś zgłosić, jakoś ich zmusić.
Do rzeczy.

Oczywiście u sąsiadów wybuchł pożar, pomijając, że nawet nie mieli telefonu żeby dzwonić po straż, szczęście, że akurat były ferie i u nas ktoś był (poprzednia zima, był i mróz i śnieg).
Spłonęło wszystko, to co zostało strażacy rozebrali do gołej ziemi, nasz dom też ucierpiał, ale był ubezpieczony.
Zorganizowaliśmy wydarzenie na Facebooku, powiedzieliśmy komu się dało, że potrzebne jest wszystko do życia, wielu ludzi się zgłosiło z pomocą, nawet udało im się domek odbudować, ale:

1. Załatwiłam panu nowe buty (wartość ok 300zł z metką), ale on by wolał czarne, a nie brązowe.
2. Gotowałam im obiady, ale oni wolą ogórkową, a nie rosół.
3. Woziłam do sklepu, ale przecież nie kupili jedzenia, tylko papierosy i piwko.
4. Oni nie chcą jedzenia, chcą pieniądze, to sobie kupią co uważają za słuszne.
5. Oj, Pani Kasiu, my już nie mamy na jedzenie - mówi sąsiad, po czym raźnie wędruje ze sklepu z siatką z piwem.
6. Miarka się przebrała, kiedy Pan opowiedział mi, że prosił strażaków, żeby ratowali jego telewizor bo dopiero kupił, a ten bezczelny strażak powiedział, że ich domu już nie uratują i musi ratować nasz odcinając go od ognia, a przecież nas stać, byśmy sobie odbudowali. Ja rozumiem, że kiedy płonie twój dobytek to myślisz tylko o tym i mało cię obchodzi dom sąsiada (chyba) i że można w tym stresie tak powiedzieć, ale opowiadać osobie, która poświęca swój czas, pieniądze i energię by ci zorganizować życie, że to jej powinno wszystko spłonąć, to trochę nie bardzo.
7. Znalazł się chętny by jakoś szybko im dom szkieletowy postawić, żeby się mieli gdzie podziać, z pieniędzy "zrzutkowych" od życzliwych ludzi z okolicy. Rozumiem, że można nie umieć tego robić (chociaż Pan podobno był budowlańcem całe życie), ale stać nad chłopakiem stawiającym mu nowy dom i dyrygować, i dogryzać, i zamiast chociaż śrubki podać to komentować, i tylko nerwy psuć, to delikatna przesada.

Takich kwiatków w tej sytuacji było jeszcze kilka, Państwo zrobili się strasznie roszczeniowi i z sąsiadów naprawdę w okolicy chwalonych (mimo miłości do alkoholu) stali się wyrzutkami, z którymi nikt już nie chce rozmawiać za tą ich wdzięczność, w chwili gdy stracili wszystko, i w ciągu miesiąca dostali więcej niż mieli od dobrych ludzi.
Państwu podobno spłonęło 10 tysięcy w gotówce, a na rurę było szkoda kilkuset złotych. Szkodami u nas (cała ściana, i magazynek z elektrosprzętami zalanymi toną wody) nawet się nie przejęli, nie pożyczyli na wiosnę kosiarki (z darów) bo nasza była zdemolowana i zardzewiała.
Także, Pomagajmy :)

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 183 (193)

#85809

(PW) ·
| Do ulubionych
Eh, roszczeniowość społeczeństwa mnie przeraża.

Pani ogłasza się na lokalnej grupie, że potrzebuje rzeczy dla noworodka, za darmo, bo bieda itd. Piszę do niej, że mam ubranka, dużo nowiutkich i czy na chłopca, czy na dziewczynkę, czy coś może kupić skoro bieda itd.

Pani na to, że ona nie wie, co będzie miała, bo jest w 9 tygodniu! Ale zaklepuje te rzeczy, mam jej przetrzymać, bo ona nie ma teraz gdzie, ale zgłosi się za pół roku i poda mi adres, gdzie przywieźć, ale nie wszystko, tylko te nowe z metkami.

Gdyby jednak zapomniała, to mam się jej przypomnieć, że mam jej dać i jeszcze poprosi o (tu lista ponad 50 rzeczy typu gryzaki, wózek, pościel, ale nie byle jaka, tylko ta konkretna itd.). Nie dość, że DEJ, to jeszcze przetrzymaj, przypomnij, przywieź i kup.

Zaczęłam się trochę bawić w stylizację paznokci, poszłam na kurs, poczytałam, zakupiłam, co trzeba i ogłosiłam się, że szukam osób, na których mogę ćwiczyć, że chcę tylko 10 zł za pilniczki itp. I tu się zaczyna wysyp.

Panie piszą w środku nocy nagminnie, ale jedna pobiła wszystko.

Niedziela 22.12. godz 23.30 - pani chce paznokcie jeszcze przed świętami i ma czas we wtorek. Odpisuję, że nie da rady, ale może być poniedziałek. Pani z łaską się zgadza, ale uwaga - uważa, że 10 zł to za mało, ona chce 50.

Zaraz, zaraz jak to pani chce? Ano pani uważa, że to ja mam zapłacić jej za "zaoferowanie dłoni do ćwiczeń jakiejś pseudostylistce, która na pewno zarazi ją jakimś g****m".

Odmawiam, pani się zgadza zapłacić mi 15 zł, jak do niej przyjadę bo ona ma małe dziecko. Uwaga – 70 km w jedną stronę.

Odmawiam, pani ŻĄDA, że mam jej zrobić, bo się ogłaszam i mam obowiązek jej zrobić, bo ona ma małe dziecko i ona nie ma czasu i kasy iść zapłacić prawdziwej kosmetyczce.

Odmawiam, wiadomości z obelgami nie było końca.

Panie, które się umawiają i nie przychodzą to już norma, ale zdarzyła się i taka, która przyszła o 15, chociaż umawiałyśmy się na 12. Uważała, że nic się nie stało, bo i tak nie mam nic lepszego do roboty. Odmówiłam.

Pani, która zapłaci mi 10 zł, jak jej zrobię konkretnym lakierem (którego nie mam, a który kosztuje 45 zł). Ale o co pani chodzi? Przecież zostanie na inne klientki.

Takich smaczków jest dużo więcej. Jak sobie przypomnę, to opiszę.

Skomentuj (17) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 158 (172)

#85241

(PW) ·
| Do ulubionych
Posiadam psa - kilkumiesięcznego Pitbulla.
Od początku staram się ułożyć go jak najlepiej potrafię, ale ludzie mi zwyczajnie nie dają!

Sytuacja 1:
Jedziemy z sunią windą, dosiada się chłopak, na oko 25 lat, pies oczywiście skacze i chce się przywitać, przytrzymuję psa i wydaję komendę "nie skacz!", pies się uspokaja, na co chłopak:
- Och skacz, skacz, jaka ty jesteś słodziutka - i dalej w ten deseń.
Pies oczywiście przestaje słuchać mnie, zaczyna skakać, sikać z radości i ogonem rozbryzgiwać to po całej windzie.
- Oj, dobrze, że nie obsikała mi butów - mówi chłopak i wysiada.
A ja zostaję z kałużą i wytarzanym w niej psem, bo co teraz robić? Przecież tak tego nie zostawię, trzeba wrócić do mieszkania po mopa i umyć.

Sytuacja 2:
Pies zawsze na smyczy, bo psy nie rodzą się z umiejętnością chodzenia przy nodze, trzeba je tego nauczyć.
Osiedle zamknięte, żeby wyjść na ulicę trzeba otworzyć jedną z furtek. Na ławce siedzą dwie starsze panie i komentują"
- Och co za baba, taki fajny szczeniaczek, kobieto! Daj się psu wybiegać! Przecież nikomu nic nie zrobi, widać że przyjazny!
No ok, ale pies leci za każdą osobę, która na niego spojrzy, potrafi wystrzelić i lecieć przed siebie za kimś obcym, nie patrząc gdzie biegnie. Raz - nie każdy chce być pobrudzony łapami cudzego psa, który chce się przywitać. Dwa - ja nie chcę, żeby pies biegnąc na oślep wpadł pod samochód. Trzy - no musi się nauczyć chodzić na smyczy, bez smyczy się nie nauczy

Sytuacja 3:
Idziemy na spacer, sunia na smyczy, zwraca uwagę na każdą przechodzącą obok nas osobę, reaguje na "nie wolno", do momentu aż ktoś nie podejdzie i nie zacznie się nią jawnie zachwycać, wtedy skacze, sika i szaleje. Ludzie zachwycają się nią najczęściej na środku ulicy, na pasach, kiedy próbuję z nią przejść na drugą stronę. Błagam, serio?! Samochody tu jeżdżą!

Sytuacja 4:
Dzieci! Sunia przyzwyczajona do dzieci już u hodowcy, w domu też jest dziecko, na widok dzieci na ulicy dostaje szału z radości i ciągnie z całej siły żeby polizać, nie słucha komend.
O ile JA wiem, że pies kocha dzieci i chce tylko polizać, wie, że nie wolno na dziecko skoczyć (i to jakoś rozumie sama) to jednak rodzice mnie zaskakują. Ok, może są behawiorystami i widzą, że pies nie ma złych zamiarów, ale ludzie! To jest PITBULL, nie żaden york czy inny szczur, tylko kilkanaście kilo żywego stworzenia z wielkimi ostrymi pazurami, który skacząc na wasze dziecko niechcący tym pazurem może mu rozorać twarz i wyjąć oko.
Psa trzymam i mimo wszystko przytrzymuję za kark, żeby nie skoczył, podczas gdy rodzice każą mi puścić szczeniaczka, bo taki fajniutki.

Ciekawe czy jak już będzie ważył te swoje 40 kg, to nadal będzie fajniutki, czy wtedy będzie niewytresowanym mordercą, którego wtedy na smyczy już nie utrzymam.
Ludzie, myślcie.

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 139 (185)

1