Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

Shi

Zamieszcza historie od: 3 czerwca 2014 - 22:11
Ostatnio: 26 listopada 2021 - 9:17
  • Historii na głównej: 2 z 3
  • Punktów za historie: 176
  • Komentarzy: 758
  • Punktów za komentarze: 3305
 

#88423

(PW) ·
| Do ulubionych
Dyskusja o wózku pod schodami sprawiła, że we mnie się zagotowało, ale do rzeczy...

Moim zdaniem, jeśli wózek stoi w takim "pustym punkcie" to pół bidy. Prawdziwa piekielność pojawia się gdy ktoś stawia wózek jak w "moim" nowym bloku. Ale na wstępie powiem, że moje podejście jest takie - w starym bloku ktoś stawiał wózek w wiatrołapie pod skrzynkami na listy i serio to nie przeszkadzało. I tak tam by się przejść nie dało, więc zajęcie tej przestrzeni nie robiło nikomu różnicy. Sama nic nie stawiam w przestrzeniach wspólnych, bo skoro nie lubię gdy ktoś je zagraca to hipokryzją by było samemu trzymać tam swoje graty. Jednak gdy ktoś inny coś postawi w miejscu nieprzeszkadzającym to przymykam na to oko.

Teraz opiszę jak wygląda klatka w nowym bloku. Wiatrołapu nie ma, schody są tak wąskie, że ciężko się nawet bokiem z kimś minąć. Na oko są szerokie na metr lub mniej. Do tego jak się wchodzi do budynku mamy tylko po lewej schody, a po prawej drzwi do piwnicy, na nic więcej nie ma miejsca. Jednak jakaś Karyna uznała, że może sobie stawiać wózek zaraz przy schodach, zajmując połowę tego wąskiego korytarzyka. Tam nawet skrzynek na listy nie ma, bo by nie dało się przejść (są na półpiętrze). Nie wiem jakim cudem innym to nie przeszkadza i pokornie noszą rzeczy podnosząc je wysoko nad wózek.

Mieszkam tu od niedawna i nie znam sąsiadów by zapukać i im wytłumaczyć, że wąska klatka schodowa to nie miejsce na ich śmieci.

Koło tego wózka mi ciężko przejść z jedną reklamówką zakupów, a ratownicy z noszami ni grzyba by się nie zmieścili. W dodatku patola (tak, zagracanie przejścia i przez to stwarzanie zagrożenia zdrowia i życia to dla mnie patola) blokuje kółka od wózka by nie dało się go przestawić. Oczywiście przy odrobinie wysiłku da się ten wózek przenieść, ale to jednak zajmuje czas, który w nagłej sytuacji jest na wagę złota.

Na razie przestawiałam wózek za róg, przed drzwi piwnicy, tak by go nie było widać schodząc po schodach, jako delikatną sugestię, że to nie miejsce na niego, ale to nic nie daje (miałam cichą nadzieję, że właściciel się wystraszy i zacznie ten wózek chować do mieszkania czy piwnicy). Jak wspomniałam - nie wiem czyj on jest by bezpośrednio zwrócić uwagę.
Niedługo będę wnosić swoje graty do mieszkania i przysięgam, że jeśli wózek będzie tam stał to go wyprowadzę przed blok.

Najgorsze, że nie mam wsparcia i od bliskich słyszę, że przesadzam i histeryzuję. W dodatku oni nie chcą mieć spin z sąsiadami, i w ogóle to co to za problem, że będę co najmiej 2 razy dziennie musiała ten wózek podnosić i go przestawiać? Gdzie samo sprowadzanie po schodach hulajnogi nie jest obojętne dla mojego zdrowia (trzymam ją w mieszkaniu bo bezpieczniej, a ilość schodów do piwnicy nie jest wiele mniejsza). Wózek nie jest lekki i trzeba go podnieść przez to, że ma te kółka zablokowane, jak już wspomniałam.
Obawiam się, że inni sąsiedzi też będą mieli takie podejście jak moi bliscy, szczególnie, że karyństwo pewnie już jakiś czas tam mieszka, a ja jestem "nowa".

Nie raz mam ochotę go wyprowadzić i przypiąć do stojaka na rowery, oczywiście klucza nie zostawiając... Jednak się przed tym powstrzymuję, na razie szkoda 5 zł na zapinek i obawiam się, że to ja mogłabym mieć później problemy. Szczególnie, że okolica i tak średnio ciekawa - podpalanie śmietników nikogo nie rusza, bo to nie pierwszy raz, a ludzie ryzykują problemy z prawem by ukraść kołpak wart 60-70 zł za komplet czterech. Boję się, że ktoś może zauważyć, że to ja ten wózek wyprowadzam i potem będę mieć problemy. Poważnie się obawiam o moje mienie, a nawet bezpieczeństwo.

Nie wiem co jeszcze mogę zrobić. Po prostu się modlę do czego się da byśmy nie musieli tam za długo mieszkać. Całe szczęście to tylko mieszkanie "przejściowe"... Oszalałabym gdybym musiała tam mieszkać na stałe, bo ten nieszczęsny wózek to tylko taka wisienka na torcie. Reszty nie ma sensu teraz opisywać, i tak wyszło przydługo.

sąsiedzi wózki zagracone_przejście

Skomentuj (23) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 89 (111)
zarchiwizowany

#88448

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Przypomniała mi się drobna piekielność dnia codziennego. Mimo że drobna to nerwy zszargała również na drobne kawałeczki ;)

Wybraliśmy się z partnerem do Wrocławia i tak się trafiło, że jadąc na miejsce z dworca głównego kupiliśmy w autobusie bilety u kierowcy za gotówkę.
Przyszedł jednak czas powrotu, bo ostatni pociąg już niedługo. Wsiadamy do autobusu. Niby nowoczesny, na wypasie, biletomaty, błyszczące poręcze... Chcemy kupić bilet i zapłacić kartą w telefonie. Odmowa. Sprawdzamy stan konta - kasa jest. Próbujemy znowu, a w tym czasie autobus rusza. Może nie przyjume obrazu karty plastikowej, która jest w telefonie? Więc próbuję czysto wirtualną. Odmowa. Ani master card ani visa nie działają. To może Google pay? Odmowa.
Sprawdzamy w aplikacjach w których w innych miastach można kupować bilety - jakdojadę, skycash itd. Nigdzie nie ma opcji wyboru Wrocławia. Zdenerwowany i zrezygnowany partner idzie do kierowcy - odmowa, mamy kupić w biletomacie i go nie interesuje, że nam karty odrzuca.
Szukamy wyjścia z sytuacji w internecie. Jest oficjalna informacja, że nie wspiera żadnych aplikacji do biletów wirtualnych, Google pay, blika... Ale o braku wsparcia karty przez aplikację banku ani słowa. A biletomat nawet nie próbował się z czymkolwiek łączyć, odrzucal kartę w ułamku sekundy.
Cali w nerwach wyczekujemy naszego przystanku licząc, że nie będzie kontroli. Wyjść i iść pieszo nie ma opcji, bo nie zdazylibysmy na pociąg. Gdyby była kontrola to byśmy mandatu nie przyjęli, bo nie nasza wina, że nie możemy kupić.
Nie, żadne z nas nie miało przy sobie plastiku. Obecnie w telefonie ma się wszystko - kartę, dowód osobisty, prawo jazdy, dowód rejestracyjny, numery ubezpieczenia, no wszystko. Podróżując po Polsce nigdy nie było z tym problemu, bo w razie wu mieliśmy też gotówkę, a w każdym mieście w którym byliśmy można było kupić bilety przez taką lub inną appkę. Miasta wielości jednej dzielnicy Wrocławia są bardziej rozwinięte niż jedno z największych miast w Polsce.
Coś mi mówi, że znaleźli sobie sposób na zarobek - łapać turystów, którzy nie wiedząc jak miasto jest zacofane nie wzięli ze sobą plastiku lub używają tylko gotówki.

W braku obsługi karty w telefonie, blika czy Google Pay nie byłoby nic piekielnego gdyby miasto nie udawało nowoczesnej metropolii i można było kupić bilety za gotówkę. Oczywiście jak się wchodzi do autobusu to nigdzie nie ma informacji o tym, że gotówki nie przyjmują...

Co się najedliśmy nerwów to nasze. Teraz mamy nauczkę by do Wrocławia nosić specjalnie plastik. Nawet nie będziemy ryzykować zbliżaka czy innych naklejek. Cała ta przygoda utwierdziła nas w przekonaniu by Wrocław omijać szerokim łukiem, nie bacząc na namowy przyjaciół byśmy zamieszkali w tym mieście (wszyscy przeprowadzili się do Wrocławia lub zaraz pod Wrocław, tylko my nadal mieszkamy dziesiątki kilometrów od stolecy województwa)

Wrocław autobusy biletomaty

Skomentuj (24) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: -4 (36)

#83183

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia o ludziach, którzy nie używają kierunkowskazu na rondzie przypomniała mi notoryczną piekielność kierowców, szczególnie z tzw. "tirów", w mojej rodzinnej miejscowości.

Opis miejsca:
Duże, to ważne, klasyczne skrzyżowanie - dwie drogi przecinające się prostopadle, zaraz za skrzyżowaniem z jednej z dróg szła mała uliczka. Skrzyżowanie generowało korki, więc postanowiono zrobić rondo.
Wiele roboty nie było - postawili znaki, że rondo, że trzeba ustąpić pierwszeństwa tym na rondzie i przez jakiś czas stały znaki informujące o zmianie pierwszeństwa na drodze, która kiedyś je miała. Do tego walnęli czerwone kółko na środku skrzyżowania i "podłączyli" tą odchodzącą drogę do ronda. Niby powinno być ok, nie?

Jak można się domyśleć - nie było. Ludzie z byłej "głównej" wparowywali na rondo jakby go nie był mając w czterech literach migające światła nad znakiem o zmianie pierwszeństwa i bez kierunkowskazów przejeżdżali po kółeczku na wprost lub też ignorowali kółko przy skręcie w lewo (sic!). Po głównej drodze jeździło, i nadal jeździ, wiele "tirów". Można się domyśleć ciekawych efektów takiego zachowania.

Jednak miasto zareagowało i na obwodzie kółka postawiono białe plastikowe barierki z odblaskami. Kierowcom samochodów osobowych to dało trochę do myślenia i traktowali, w końcu, rondo jak powinni. Jednak kierowcy tirów... do dzisiaj sobie olewają znaki. W końcu jak staranuje barierki to nie jego sprawa. A jeśli ktoś królowi szos ośmieli się wyjechać to jego problem, w końcu osobówka nie ma dużych szans w starciu z rozpędzonym tirem.

Nie raz życie uratował mi szybki refleks, bo jaśnie-pan-kierowca-tira, nie zwalniając nawet, wyleciał mi z lewej na rondo z prędkością na pewno większą niż obowiązuje w terenie zabudowanym. Z jednej strony ulicy byłej podporządkowanej widoczność pojazdów nadjeżdżających z lewej jest mocno utrudniona przez budynek praktycznie przylegający do ronda, a za nim droga skręca, więc mimo najszczerszych chęci nie zobaczę nic, co jest dalej niż kilka metrów od ronda.

Niby mam kamerkę, ale nadal strach odwiedzać rodziców, bo co mi da kamerka jak kilkutonowy dureń przywali we mnie z lewej strony? Nawet nie nagra tablic, nazywajmy rzeczy po imieniu, mordercy.

PS: Miejscowość prawa miejskie ma, ale nie ma posterunku czy komisariatu albo chociaż biura policji. A tych, którym "podlegamy" nie obchodzi sprawa, póki nie będzie wypadku. Tłumaczą się, że nikt nie będzie stał przy rondzie i czatował, bo nawet nie ma gdzie.

drogi policja

Skomentuj (19) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 91 (97)

1