Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

kolorowa994

Zamieszcza historie od: 11 marca 2016 - 9:28
Ostatnio: 19 lipca 2019 - 7:57
  • Historii na głównej: 1 z 2
  • Punktów za historie: 113
  • Komentarzy: 2
  • Punktów za komentarze: -3
 
poczekalnia
Gdy czytałam jedną z historii o przejściach dla pieszych, przypomniała mi się sytuacja sprzed kilku miesięcy.

Kierowcą jestem od niedawna, bo niecałe dwa lata. Jestem też pieszą i czasem rowerzystką. A będąc pieszą, nie pcham się na pasy jak ta święta krowa, bo wiem, że jeśli będzie kraksa, to ze mnie może zostać jedynie mokra plama.

Jadąc pewnego dnia z pracy stałą trasą, zauważyłam przed przejściem dla pieszych chłopaka w wieku szkolnym, ewidentnie chcącego przejść przez jezdnię. Zatrzymałam się więc, czego w tym miejscu akurat nie lubię, bo jechałam pod górę, a, jak to młody stażem kierowca, pod górę ruszać nie cierpię, bo nie zawsze idzie mi to tak, jakbym chciała.

Ja, stojąc przed pasami, czekam, aż chłopak przejdzie, a ten (nie wiem, czy zmienił zdanie, czy na kogoś czeka) cofnął się na chodnik. No nic, ja jedyneczka, gaz i ruszam pod to nieszczęsne wzniesienie. Nagle młodzieńcowi zachciało się jednak przejść, bo okazało się, że na kogoś czekał. Był wielce zaskoczony, że samochód, który chciał go przepuścić nagle przez to przejście przejeżdża - bo siłą rzeczy zdążyłam już ruszyć. Wykonałam ręką jakiś bliżej nieokreślony gest i pojechałam do domu, klnąc w myślach na jego bezmyślność.

Dla mnie to logiczne, że jeśli nie mam zamiaru przechodzić przez pasy, to przy nich nie stoję, bo niejeden kierowca błędnie to zinterpretuje.

Ludzie, myślcie czasem i uczcie wasze dzieci myśleć.

przejście_dla_pieszych

Skomentuj (5) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 22 (52)
Historia miała miejsce około roku temu. Był to marzec lub kwiecień, nie pamiętam już.

Przeziębiłam się wtedy na tyle mocno, że musiałam zostać w domu na kilka dni. Bardzo nad tym ubolewałam, bo o ile z wykładami nie było problemu, o tyle zajęcia laboratoryjne trzeba było w późniejszym czasie odrobić. Udałam się zatem do lekarza rodzinnego, by wypisał mi zwolnienie i, co najważniejsze, zaradził coś na chorobę. Pani doktor przebadała mnie i stwierdziła, że mam co kilka godzin łykać tabletkę przeciwbólową i brać jakiś lek na gardło.

Okej, pomyślałam sobie, nie jest tak źle, więc przeboleję tych kilka dni. Jednak pierwszego i drugiego dnia po wizycie u lekarza ból gardła i zatok nasilił się na tyle mocno, że bolało mnie pół twarzy. Nie mogłam spać i płakałam do poduszki, że boli. Mama starała się pomóc, jak mogła, ale kolejna wizyta u lekarza była konieczna. Poczłapałam znowu do przychodni, trafiając tym razem na inną panią doktor, nieco mniej sympatyczną. Nakreśliłam, jak sprawa wygląda, że byłam tu dwa dni temu, ale boli coraz bardziej. Oto, co mniej więcej usłyszałam:

- A co pani sobie myśli? Była tu pani dwa dni temu! Przecież to jest infekcja, musi boleć!

Wyrzuciła to z siebie, niemal krzycząc na mnie i z łaską przepisała mi trzydniowy antybiotyk. Widocznie jej zdaniem powinnam tak płakać z bólu, dopóki by samo nie przeszło, bo przecież infekcja.

Zaczęłam się ciężko zastanawiać, po co są niektórzy lekarze. :P

słuzba_zdrowia

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 91 (175)

1